Page 1


FOTO: STANO STEHLIK

•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•

Dni Jazzu

w Bratysławie

G

ościem pierwszego dnia tegorocznych Bratysławskich Jazzowych Dni, które rozpoczęły się 19 października w PKO, był kwartet Tomasza Stańki znanego na całym świecie polskiego muzyka i pioniera awangardy jazzowej. W zeszłym roku na tej samej scenie ogłądaliśmy Annę Marię Jopek. Piątkowy jazzowy wieczór rozpoczęła etnojazzowa węgierska grupa „Mitsoura”, po niej wystąpił wybitny słowacki muzyk Marian Varga, jako trzeci zagrał polski jazzowy kwartet Tomasza Stańki i, aby spotkanie to nie miało charakteru politycznego w stylu Grupy Wyszehradzkiej, na koniec świetną zabawę zafundował „Mike Stern Band” z USA. Tomasz Stańko zaprezentował słowackiej publiczności swoją najnowszą

FOTO: STANO STEHLIK

JAZZ pod hradom

2

płytę „Lontano“, która w sierpniowej ankiecie Down Beat zajęła ósmą pozycję wśród najlepszych albumów roku. Utwory z tej płyty są niesamowicie refleksyjne i inteligentne. Zaskakują swoją świeżością, pomimo że mają charakter raczej medytacyjny, a nawet melancholijny. Publiczność słuchała ich w niesamowitym, jak na jazzowe dni, skupieniu. Mnie bardzo się podobało pozbawione pozy zachowanie się na scenie polskich muzyków, którzy elegancko zapraszali słuchaczy do kontemplacji i refleksji. Pasaże, grane z intensywniejszym, refleksyjnym rubato, czasami z delikatnym swingiem, podkreślały wirtuozerię Stańki, uznawanego za „szóstą najlepszą trąbkę na świecie“. Jego gra na tym instrumencie jest bardzo specyficzna,

różna od znanego bratysławskiej publiczności stylu gry słowackiego trębacza jazzowego Laco Decziego, dobrze znanego naszemu muzykowi z amerykańskiego rynku muzycznego, na którym obaj zajęli stałe już miejsce. Styl gry Stańki jest rozpoznawalny również na słowackim rynku jazzowym dzięki płytom, nagranym wspólnie z Janem Garbarkiem. Łagodne, a jednocześnie mroczne czy intensywne brzmienie czyni jego muzykę ponadnarodową i ponadczasową. Bratysławski koncert był niezwykle subtelny i przejmujący. Myślę, że słowacką publiczność trochę zaskoczył, a tej nielicznej polskiej przyniósł prawdziwą ucztę duchową. ANNA MARIA JARINA

P

odczas festiwalu „Jazz pod hradom“ w Trenczynie 13 października wystąpiła światowej sławy wokalistka Urszula Dudziak. Widzowie byli uczestnikami prawdziwego show, bowiem artystka bawiła publiczność nie tylko śpiewem, ale i opowiadaniem historii, związanych z życiem scenicznym. W ten sposób, jak sama stwierdziła, rekompensuje sobie śpiewanie bez słów. Publiczności zdradziła również tajniki działania swojego sprzętu elektronicznego, dzięki któremu ma możliwość modulowania swojego głosu. Podczas koncertu można było usłyszeć m.in. znany utwór „Papaja“, który skomponował jej były mąż Michał Urbaniak, a który w latach 70-tych stał się mw sygnałem Radia Luxemburg. MONITOR POLONIJNY


OD REDAKCJI

SPIS TREŚCI

Przepadłam! Na trzy dni prawie całkowicie. Mąż uśmiechał się z pobłażaniem, widząc mnie z nosem przyklejonym do komputera. Z niecierpliwością, charakterystyczną dla Meg Ryan w filmie „Masz wiadomość“, zaglądałam do poczty na portalu www.nasza-klasa.pl, na której odnalazłam znajomych z lat szkolnych. Te wirtualne spotkania tak mnie wciągnęły, że zapomniałam o wszystkim. Zafascynowały mnie na tyle, że postanowiłam i Państwa namówić do odnalezienia kolegów ze szkolnej ławy. Przecież przed nami długie listopadowe wieczory, a w wirtualnej rzeczywistości można „pogadać“ z Kasią, Basią oraz Elżunią i to bez wychodzenia z domu. Można obejrzeć dawnych znajomych na zdjęciach, i tych sprzed lat, i tych współczesnych. A zatem, mili Czytelnicy, nie straszne nam listopadowe dni, bowiem „Monitor“ przynosi propozycje, jak je przeżyć – czy to w towarzystwie książek, czy spacerując ulicami różnych miast Słowacji (tym razem Bańska Szczawnica!), a może zaglądając do świata gwiazdy jazzu – Urszuli Dudziak albo rozkoszując się przygotowaną przez siebie kolacją we dwoje itd. Dodatkiem specjalnym niech będzie właśnie zachęta do odwiedzenia stron „Naszej klasy”. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA REDAKTOR NACZELNA

Po wyborach parlamentarnych

4

Z KRAJU

4

Wybory w Bratysławie

7

Wpływ globalizacji na nauki, media i społeczeństwo

9

Złoto, srebro i… perełka

10

Listopadowa mobilizacja

11

WYWIAD MIESIĄCA Urszula Dudziak: „Na występ cieszę się jak na randkę z ukochanym mężczyzną“ 12 X Zlot Młodzieży Polonijnej w Oszczadnicy (28-30.09.2007)

14

II Integracyjne Gry w Oszczadnicy

15

MŁODZI W POLSCE SŁUCHAJĄ Gosia Andrzejewicz

16

KINO-OKO „Katyń”

17

TO WARTO WIEDZIEĆ Naftowy boom na Podkarpaciu

19

BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Mikołajom, gwiazdorom, aniołkom ku pamięci

21

Nadzieja w obcych

22

OKIENKO JĘZYKOWE Dekaczyzacja, defotygizacja…

23

CZYTELNICY PISZĄ

24

OGŁOSZENIA

24

POLSKA OCZAMI SŁOWACKICH DZIENNIKARZY

Ja a moji traja kamaráti z Poľska

26

MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI

27

PIEKARNIK Optymistyczna jesienna kolacja

28

VYDÁVA POĽSKÝ KLUB – SPOLOK POLIAKOV A ICH PRIATEĽOV NA SLOVENSKU ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk , Pavol Bedroň, Andrea CupałB a r i c o v á , A n n a M a r i a J a r i n a , M a j ka K a d l e č e k , D a n u t a M ey z a - M a r u š i a ko v á , I z a b e l a W ó j c i k KOREŠPONDENT V REGIÓNE KOŠICE – Urszula Zomerska-Szabados • JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE : Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska • GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • TLAČ: DesignText • KOREŠPONDENČNÁ ADRES A: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel./Fax: 031/5602891, monitorp@orangemail.sk • PREDPLATNÉ: Ročné predplatné 300 Sk na konto Tatra banka č.ú.: 2666040059/1100 • REGISTRAČNÉ ČÍSLO: 1193/95 Realizované s Finančnou podporou Ministerstva kultúr y SR - program kultúra národnostných menšín

www.polonia.sk LISTOPAD LUTY 20072007

3


Po wyborach parlamentarnych Po

stosunkowo krótkiej, ale energicznej kampanii wyborczej w niedzielę 21 października mieliśmy możliwość oddania głosu w wyborach parlamentarnych. Przed i w trakcie tej kampanii doszło do zaskakujących roszad, wielu polityków zmieniło barwy partyjne, a losy niektórych potoczyły się w sposób zaskakujący. Wszystkie partie starały się umieścić na swych listach wyborczych kandydatów, cieszących się autorytetem, znanych osobistości ze świata polityki i kultury, lub przynajmniej zyskać ich poparcie. Platformę poparli m.in. były piłkarz Janusz Kupcewicz i trener Jacek Gmoch, aktorzy Olaf Lubaszenko, Marian Opania i Wiktor Zborowski, piosenkarze – Urszula Sipińska i Paweł

W PRZEDWCZESNYCH wyborach parlamentarne, które odbyły się 21 października, wygrała Platforma Obywatelska, uzyskując 41,51 % głosów. Prawo i Sprawiedliwość dostała 32,11 % głosów, Lewica i Demokraci – 13,15 %, a PSL – 8,91 %. Do parlamentu nie dostały się Samoobrona, uzyskując 1,53 % głosów, LPR – 1,3 %, Polska Partia Pracy – 0,99 %, i Partia Kobiet – 0,28 %. Frekwencja wyniosła 53,79 %. W DNIU 3 PAŹDZIERNIKA w Iraku w zamachu na konwój z polskim ambasadorem zginął kierowca, oficer BOR-u. W tym zamachu zginął też jeden przechodzień. Ciężkich obrażeń doznał ambasador RP w Iraku gen. Edward Pie4

Kukiz oraz kompozytor Zbigniew Preisner. Katarzyna Piekarska z SLD wydrukowała pierwsze w Polsce ulotki dla niewidomych. Z 30 615 471 osób uprawnionych do głosowania do lokali wyborczych przybyło i karty do głosowania otrzymało 16 494 503 obywateli, którzy w wyborach do Sejmu zadecydowali o wygranej Platformy Obywatelskiej, która otrzymała 41,51% głosów (dokład-

trzyk, który znalazł się wśród trzech rannych. W zamachu, do którego doszło w centrum Bagdadu w dystrykcie Arasat, zastosowano najprawdopodobniej co najmniej dwa ładunki wybuchowe, umieszczone na poboczu drogi. PRZED BUDYNKIEM polskiej ambasady w Iraku doszło 8 października do eksplozji. W pobliżu polskiej placówki wybuchły cztery ładunki. Jedna osoba – przypadkowy przechodzień – poniosła śmierć. Były minister obrony narodowej Radosław Sikorski powiedział, że „kolejny w ostatnich dniach atak na polską ambasadę w Iraku to już nie przypadek”, zaś ówczesny minister Aleksander Szczygło stwierdził, iż wybuchy przed ambasadą w Bagdadzie nie mają żadnego związku ze stacjonowaniem polskich wojsk w Iraku.

nie 6 701 010), zyskując 209 mandatów poselskich. Drugie miejsce zajęło Prawo i Sprawiedliwość – 32,11% (5 183 477 głosów) i 166 mandatów. Na trzecim miejscu uplasował się LiD (Lewica i Demokraci), ugrupowanie, w skład którego wchodzą SLD, SDLP, PD i UP, otrzymując 13,15% poparcia (2 122 981 głosów) i 53 mandaty. Na ostatnim miejscu do parlamentu weszli ludowcy – PSL poparło 8,91% wyborców (1 437 638 głosów) i 31 mandatów. W Sejmie zasiądzie też jeden przedstawiciel mniejszości niemieckiej, która wystawiła listę tylko w okręgu opolskim i uzyskała 32 460 głosów (0,2%).

DWA ZBROJNE ugrupowania szyickie przyznały się 14 października do zamachów na polskie cele w Iraku. Motywują je rzekomym torturowaniem Irakijczyków przez polskich żołnierzy. Nie ma pewności, że oświadczenie jest prawdziwe, ale gdyby było inaczej, to potwierdzałoby tezę, że terroryści zamierzali wykorzystać wybory w Polsce do wywarcia presji – powiedział rzecznik MON Jarosław Rybak. SETKI TYSIĘCY Polaków przypomniało sobie 16 października 29. rocznicę pontyfikatu papieża Jana Pawła II. NOWYM FENOMENEM w polskiej kampanii wyborczej stały się debaty przedwyborcze. W pierwszej spotkał się premier i lider PiS Jarosław Kaczyński z nie kandydującym liderem LiD, byłym

prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim. W kolejnych spotkał się lider PO Donald Tusk z Jarosławem Kaczyńskim, a później też z Aleksandrem Kwaśniewskim. Wszystkie debaty były transmitowane na żywo przez kilka stacji telewizyjnych oraz przez publiczną Jedynkę Polskiego Radia. Każda z debat osiągnęła rekordową oglądalność ponad 10 milionów widzów. BYŁY PREZYDENT i wyborczy lider LiD Aleksander Kwaśniewski był ponownie ,,niedysponowany”. Na konwencji LiD w Szczecinie uczestnicy zauważyli, że prezydent mówi wolniej i jest ,,dziwny”. Niektórzy świadkowie stwierdzili, że było od niego czuć alkohol. Kwaśniewski bronił się, że nie był pijany, tylko zażywa mocne leki, bo na Filipinach zaraził się tajemniczym MONITOR POLONIJNY


W wyborach do Senatu PO dostała 60% poparcia, czyli 60 mandatów. PiS reprezentować będzie 39 senatorów (39% poparcia). Włodzimierz Cimoszewicz jest jedynym senatorem niezależnym. Pozostałe partie nie przekroczyły 5-procentowego progu wyborczego. Współrządząca do niedawna „Samoobrona” zyskała poparcie 1,53% wyborców (247 335 głosów), a LPR 1,3% (209 171). Partia Kobiet to 0,28% poparcia (45 121 głosów), Polska Partia Pracy – 0,99% (160 476), a „Samoobrona Patriotyczna” – 0,02% (2531). Pojedynek liderów zdecydowanie wygrał Donald Tusk, otrzymując głosy 534 241 rodaków! Premiera Jarosława Kaczyńskiego poparło 273 684 osób. PiS doznał klęski również w 160 zamkniętych obwodach więziennych, gdzie

wirusem. Ambasador Filipin z siedzibą na Węgrzech zareagował nerwowo. ,,Pan Kwaśniewski na Filipinach niczym się nie zaraził, nie miał żadnych problemów zdrowotnych” – napisał do tygodnika „Wprost”. Aleksander Kwaśniewski dwa dni przed wyborami przeprosił wyborców za ,,chwile słabości”. CENTRALNE BIURO ANTYKORUPCYJNE (CBA) 1 października zatrzymało posłankę PO Beatę Sawicką oraz burmistrza Helu. Postawiono im zarzuty przyjęcia znacznej wysokości korzyści majątkowej. PO Sawicką natychmiast wyrzuciła. Była już posłanka przyjęła łapówkę 100 tys. złotych w zamian za ,,załatwienie” przetargu w związku z nieruchomościami na Helu. Opozycja oskarżyła CBA i PiS o wykorzystanie afery w kampanii wyborczej. Chodziło o ,,proLISTOPAD 2007

76,2% osadzonych (46 978 osób z 87 447 uprawnionych do głosowania) zagłosowało na PO, a 7,6% (4679) na LiD. PiS z wynikiem 2,8% (poparcie 1711 aresztowanych i skazanych) znalazło się poniżej progu wyborczego. W sumie w aresztach i zakładach karnych na terenie kraju wzięło udział 61 688 uprawnionych, czyli 70,5%. Większość z ponad 89 tysięcy osadzonych ma prawo głosować. Tylko niepełnoletni oraz skazani pozbawieni praw publicznych (to kara dodatkowa połączona z wyrokami za najcięższe zbrodnie) nie mogą brać udziału w wyborach. Na wszystkie listy wyborcze w kraju oddano 16 142 202 głosy. Za granicą głosowało 149 183 rodaków. Wiele mówiło się o głosach najnowszej emigracji – Polonii w Wielkiej Brytanii i Irlandii.

wokację kontrolowaną” – CBA pracowało nad Sawicką rok. Była posłanka powiedziała, że funkcjonariusz „udawał uczucie do niej, prosił o pomoc” i namówił ją na lewe interesy. Na żywo przed kamerami telewizyjnymi rozpłakała się, w dramatyczny sposób mówiła o uczuciu, którym obdarzyła podstawionego agenta CBA, błagała ówczesnego ministra Kamińskiego o to, aby jej nie linczowano publicznie, po czym zemdlała. POLICJA EKSMITOWAŁA 10 października byłe betanki z klasztoru w Kazimierzu Dolnym. Komornik wraz ze swoimi sześcioma pomocnikami w asyście policjantów – m.in. z oddziałów prewencji - weszli do klasztoru na siłę. Trzykrotnie wzywano b. siostry do otwarcia bram, a gdy to nie nastąpiło, otworzył je ślusarz, który przeszedł po drabinie na teren

W Irlandii wydano 14 012 kart do głosowania, a w Wielkiej Brytanii 36 363. Frekwencja wyniosła 53,88%. Oddano 97,96% ważnych głosów. W sejmowych ławach zasiądą m.in. były minister zdrowia Zbigniew Religia, który w okręgu gliwickim zdobył najwięcej, bo ponad 62 tysiące głosów. Z kolei w okręgu bydgoskim najwięcej głosów – 117 291 – otrzymał lider listy PO w regionie, poprzednio senator PiS i były minister obrony Radosław Sikorski, a drugie miejsce z 42 347 głosami zajął kandydat LiD, były wiceminister obrony Janusz Zemke, w Sejmie nieprzerwanie od 1989 roku. Posłem został też były minister obrony narodowej Aleksander Szczygło z PiS, otrzymując 29 592 głosów w okręgu olsztyńskim.

ogrodów domu zakonnego. W klasztorze znajdowało się 66 osób, w tym zakonnice z Białorusi i Rosji, przebywające nielegalnie na terenie Polski, oraz kobieta z dwumiesięcznym dzieckiem, nie będąca zakonnicą. Zbuntowane siostry zajmowały klasztor nielegalnie od ponad dwóch lat. Władze zgromadzenia uznały, że poprzednia przełożona generalna Jadwiga Ligocka przyjmowała do zakonu nieodpowiednie kobiety, podejmowała decyzje z pominięciem obowiązujących w zakonie zasad, kierowała się „prywatnymi objawieniami”, które nie były zgodne z nauczaniem Kościoła. W sierpniu 2005 r. mianowano nową przełożoną – siostrę Barbarę Robak. Ligocka i część sióstr nie podporządkowały się decyzji Watykanu i zamknęły się w kazimierskim klasztorze.

LESZEK KOŁAKOWSKI, jeden z najbardziej znanych współczesnych polskich filozofów, we wtorek 23 października skończył 80 lat. GŁÓWNA NAGRODA zakończonego 20 października w Opolu 23. Ogólnopolskiego Festiwalu Teatrów Lalek przypadła gospodarzom – Teatrowi Lalki i Aktora im. Alojzego Smolki. FILM „Almost six feet too deep” w reżyserii Materza Luzara ze Słowenii otrzymał Grand Prix zakończonego 20 października XIV. Międzynarodowego Festiwalu Szkół Filmowych i Telewizyjnych „Mediaschool 2007” w Łodzi. ZUZANA KOHÚTKOVÁ, WARSZAWA

5


Z gdańskiego okręgu wyborczego z listy PO do Sejmu wejdą syn b. prezydenta Jarosław Wałęsa, na którego zagłosowało ponad 61 tys. wyborców, i… kick-bokserka Iwona Guzowska (prawie 10 tys. głosów). PiS reprezentować będą… jeden ze współzałożycieli PO, były wicemarszałek Senatu Maciej Płażyński (ponad 58 tys.) oraz Jacek Kurski (ponad 23 tys.). W okręgu krakowskim zwyciężyła PO, ale pojedynek liderów wygrał reprezentant PiS Zbigniew Ziobro, uzyskując 164 681 głosów. Numer jeden PO Jarosław Gowin otrzymał 160 465 głosów. Do Sejmu dostał się też dotychczasowy koordynator ds. służb specjalnych Zbigniew Wassermann z PiS (ponad 6 tys. głosów). W okręgu płocko-ciechanowskim 42 669 zdobyła Julia Pitera (PO), a prezes PSL Waldemar Pawlak ponad 24 tys. głosów. W Łodzi ponad 51 800 oddało swoje głosy na lidera LiD Wojciecha Olejniczaka. Z Poznania z ponad 54 tysiącami głosów do Sejmu wejdzie m.in. poprzednia wicepremier Zyta Gilowska (PiS). Mandat poselski z Toruniu otrzyma też była spikerka Radia „Maryja” i posłanka Ruchu Ludowo-Narodowego Anna Sobecka (15 180 głosów) oraz zwycięzca pierwszej polskiej edycji „Big Brother”, na co dzień szef straży miejskiej w Świeciu nad Wisłą Janusz Dzięcioł (19 807 głosów). Najmłodszym posłem będzie urodzony 22.02.1984 roku Michał Marcinkiewicz (zbieżność nazwisk z byłym premierem przypadkowa), który startował z listy PO w Szczecinie. Największe chyba wyborcze zamieszanie spowodował Stanisław Ziobro, nikomu nieznany kierowca, kandydat Polskiej Partii Pracy z okręgu krakowskiego, który zdobył 7978 głosów. „Magia” nazwiska sprawiła, że zanotował wynik lepszy niż sześciu krakowskich kandydatów PO i PiS, 6

którzy weszli do Sejmu! Stanisław Ziobro pokonał nawet Zbigniewa Wassermanna, albowiem wielu głosujących myliło go ze znanym Zbigniewem Ziobrą. Większość telefonów do Państwowej Komisji Wyborczej wyborców dotyczyła właśnie jego. Do Senatu VII kadencji dostali się m.in. poprzedni marszałek tej izby z ramienia PiS Bogdan Borusewicz. Ten wieloletni działacz opozycji z czasów PRL przed wyborami przeszedł do PO! Obok niego zasiądą też prezes IPN w latach 2000-2005 prof. Leon Kieres, kandydujący z wrocławskiej listy PO i Antoni Piechniczek – trener reprezentacji Polski, która w 1982 roku zdobyła srebrny medal mistrzostw świata w piłce nożnej. Ponownie w Senacie zasiądzie reżyser Kazimierz Kutz (PO), zdobywając najwięcej (ponad 113 tys.) głosów w okręgu katowickim. Zyskał on większe poparcie niż wszyscy czterej kandydaci, którzy zdobyli senackie mandaty z listy PiS! Senatorem PO z tego okręgu będzie też dziennikarka Krystyna Bochenek, od lat zajmująca się upowszechnianiem kultury języka polskiego – jest ona twórczynią ogólnopolskiego Dyktanda, największej w kraju imprezy promującej język polski. W izbie wyższej parlamentu zasiądzie też wybrany z lubelskiej listy PiS Ryszard Bender, historyk, emerytowany profesor KUL, któremu zarzuca się fanatyzm religijny i antysemityzm. Do Parlamentu nie dostali się m.in. liderzy „Samoobrony” Andrzej Lepper i Renata Beger, którą poparło jedynie 3 619 wyborców. Były wicepremier i przewodniczący LPR Roman Giertych otrzymał

19 832 głosy. Mandatu nie zdobyła też była wicemarszałek Sejmu Genowefa Wiśniowska oraz startujący z listy „Samoobrony” Leszek Miller, którego poparło tylko 4142 wyborców (w roku 2001 zdobył ponad 145 tys. głosów!). Odpadli również Krzysztof Janik (LiD), uzyskując jedynie 9 825 głosów i lider KPN Adam Słomka. Były premier Jan Olszewski nie mógł kandydować do Senatu z listy PiS, ponieważ nie udało mu się zebrać wymaganych 3 tysięcy podpisów! Na czteroletnią kadencję w głosowaniu bezpośrednim i tajnym z 6196 kandydatów na posłów i 365 na senatorów wybraliśmy władzę ustawodawczą Rzeczypospolitej Polskiej – 460 posłów na Sejm i 100 senatorów. O wybranych przez nas parlamentarzystach mówi art. 104 konstytucji, który m.in. mówi, iż: „posłowie są przedstawicielami Narodu. Nie wiążą ich instrukcje wyborców”! Kadencja parlamentarzystów rozpoczyna się z dniem zebrania się Sejmu na pierwszym posiedzeniu i trwa do dnia poprzedzającego dzień zebrania się Sejmu następnej kadencji (art. 98.). Pierwsze posiedzenia Sejmu i Senatu Prezydent Rzeczypospolitej powinien zwołać na dzień przypadający w ciągu 30 dni od dnia wyborów (art. 109.). Parlament tworzy prawo, które obowiązuje nas wszystkich. Pamiętajmy jednak, że inicjatywa ustawodawcza przysługuje nie tylko posłom i senatorom oraz Prezydentowi Rzeczypospolitej i Radzie Ministrów, ma do niej prawo również grupa co najmniej 100 000 obywateli, uprawnionych do wyboru posłów na Sejm (art. MONITOR POLONIJNY


LISTOPAD 2007

FOTO: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

118.). Posłowie decydują w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej o stanie wojny i o zawarciu pokoju. Uchwałę o stanie wojny można podjąć jedynie w razie zbrojnej napaści na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej lub, gdy z umów międzynarodowych wynika zobowiązanie do wspólnej obrony przeciwko agresji (art. 116.). Posłowie i senatorowie korzystają z określonych przywilejów i immunitetu. Nie mogą zostać pociągnięci do odpowiedzialności, ale tylko za „swoją działalność wchodzącą w zakres sprawowania mandatu poselskiego ani w czasie jego trwania, ani po jego wygaśnięciu”. Za taką działalność odpowiadają wyłącznie przed Sejmem. Za naruszenia praw osób trzecich mogą być pociągnięci do odpowiedzialności sądowej tylko za zgodą Sejmu. Od dnia ogłoszenia wyników wyborów do dnia wygaśnięcia mandatu poseł nie może być pociągnięty do odpowiedzialności karnej bez zgody Sejmu. Poseł nie może być zatrzymany lub aresztowany bez zgody Sejmu, z wyjątkiem ujęcia go na gorącym uczynku przestępstwa i w sytuacji, gdy jego zatrzymanie jest niezbędne do zapewnienia prawidłowego toku postępowania. O zatrzymaniu niezwłocznie powiadamia się Marszałka Sejmu, który może nakazać natychmiastowe zwolnienie zatrzymanego. Nowo wybrani posłowie zasiądą w sejmowych ławach 5 listopada br. Wtedy Sejm VI kadencji uroczyście zainauguruje pracę. Pierwsze posiedzenie Sejmu otworzy marszałek senior. Parlamentarzyści będą mogli zakończyć ślubowanie zdaniem „Tak mi dopomóż Bóg” (art. 105.). ANDRZEJ KALINOWSKI

Komisja wyborcza w lokalu wyborczym w Bratysławie

Wybory w Bratysławie N

iedziela, późne popołudnie, 21 października. Zbliżam się do siedziby ambasady RP w RS, by wziąć udział w wyborach. Nic nie świadczy o tym, by był to dzień wyjątkowy – w okolicy żadnego ruchu. Jak się później dowiedziałam, ambasada tego dnia była chroniona przez słowacką policję w cywilu. Kiedy podchodzę bliżej, zauważam uchylone drzwi, na których widnieje napis: „Obwodowa Komisja Wyborcza nr 136”. W lokalu wyborczym komisja, złożona z siedmiu członków oraz kilku pracowników ambasady. Żadnego wyborcy. Dopiero ok. pół godziny później pojawiła się młoda dziewczyna, od 2 lat mieszkająca na Słowacji, a po niej grupka młodych ludzi. „Najwięcej osób, bo aż 50 %, głosowało między godziną 11.00 a 14.00“ – poinformował mnie przewodniczący komisji Krzysztof Frączek. Wybory zmotywowały przede wszystkim młodych ludzi. „Dziś głosowali głównie studenci oraz młodzi pracownicy międzynarodowych firm“ – powiedział Frączek. Dla wielu głosowanie było uroczystym momentem. „Zauważyłem, że niektórzy, zanim wrzucili kartę do urny, na chwilę zastygali w bezruchu, jakby uświadamiając sobie powagę chwili. Inni, szczególnie ci, którzy przybyli z Polski, robili sobie pamiątkowe fotografie“ – komentował przewodniczący komisji. Około 100 osób przybyło do lokalu wyborczego z zaświadczeniami o prawie do głosowania, przywiezionym z Polski. Najmłodszym uczestnikiem wyborów był 19-letni chłopak, najstarszym – 86-letnia

kobieta. „Nie zaobserwowałem szczególnie odświętnych strojów, większość była ubrana na sportowo“ – dzielił się swoimi spostrzeżeniami mój rozmówca. Pierwsi głosujący pojawili się o godz. 6.20. Była to para młodych ludzi, legitymujących się paszportami, wydanym przez Wydział Konsularny Ambasady RP w RS. Tego dnia w Bratysławie głosowali również uczestnicy polskiej wycieczki autokarowej. Dowiedziałam się, że najodleglejszym miastem, z którego przyjechali głosować przedstawiciele Polonii, był Martin. Pojawiły się też dwie osoby, które nie były wpisane na listę wyborców i nie miały stosownych zaświadczeń. One, niestety, zgodnie z obowiązującymi zasadami, głosować nie mogły. W Bratysławie oddano w sumie 288 głosów (na stałej liście było wpisanych ok. 240 osób). Jak się dowiedziałam od przewodniczącego komisji, wybory przebiegały bardzo sprawnie. „Pewna pani nie bardzo mogła zrozumieć, w jaki sposób ma głosować. Zasady głosowania członkowie komisji mogli jej wytłumaczyć tylko przy stole, gdzie głosujący 7


Przed ambasadą w Wiedniu ustawiały się długie kolejki

Nieco dalej W tym samym czasie w Budapeszcie głosowało ponad 600 osób, a w sąsiednim Wiedniu przed ambasadą ustawiały się długie kolejki. „Zazwyczaj głosowanie odbywa się w konsulacie, ale ponieważ tego roku na listę wyborców zgłosiło się około 4000 osób, czyli prawie trzy razy więcej niż dwa lata temu, podjęto decyzję o przeniesieniu lokalu wyborczego do siedziby ambasady“ – poinformował jeden z członków komisji w Wiedniu Mariusz Michalski. „Na zebraniu, poprzedzającym wybory, na przewodniczącego komisji, zgodnie z zaleceniami Ministerstwa Spraw Zagranicznych, wybraliśmy przedstawiciela Polonii i opracowaliśmy strategię obsługi wyborców“ – wyjaśniał Michalski. Aby usprawnić pracę, stworzono kilka stanowisk, przy których zasiadło 11członków komisji – każdy obsługiwał osoby, których nazwiska zaczynały się na konkretne litery alfabetu. Najdłuższy czas oczekiwania na oddanie głosu wynosił ponad godzinę, co spowodowało, iż niektórzy zrezygnowali z prawa do głosowania. „Pierwsi trzej wyborcy pojawili się punktualnie o godz. 6.00 i zostali obdarowani kwiatami“ – opisywał Michalski. Od tej chwili głosujących przybywało, a ich ruchem kierowali pracownicy ochrony ambasady. „Istniała nawet obawa, że nie wszy-

scy zdążą oddać głos, bowiem jeszcze około 19.00 przed ambasadą stała długa kolejka – na szczęście zdążyliśmy wszystkim wydać karty na czas“ – opowiadał Michalski.

Organizacja wyborów Organizacją wyborów za granicą zajmuje się odpowiedni konsul. To on powołuje komisję wyborczą. „Moim zadaniem jest przyjmowanie propozycji, kto w komisji powinien zasiadać – informowała kierownik Wydziału Konsularnego Ambasady RP w RS Urszula Szulczyk-Śliwińska. – Wszystkie zgłoszone osoby muszą być obywatelami polskimi i muszą wyrazić zgodę na pracę w komisji. W naszym przypadku tak się stało – zostało zgłoszonych dokładnie tyle osób, ile potrzebowaliśmy, więc nikogo nie musiałam odrzucić“. Bratysławska komisja składała się z pięciu pracowników ambasady oraz dwóch przedstawicieli Polonii. Osoby z Polonii, aby mogły zasiadać w komisji, musiały być zameldowane na stałe w kraju, gdzie przebiegają wybory. „Prace w komisji pełnili przedstawicieli Polonii, którzy sprawdzili się podczas poprzednich wyborów, a których powołał mój poprzednik“ – wyjaśniała Szulczyk-Śliwińska. Do obowiązków takiej komisji należy nie tylko sprawdzanie tożsamości wyborców oraz

FOTO: KATARZYNA MICHALSKA

odbierali karty, i tak zrobili, ale, co oczywiste, nie mogli za nią dokonać wyboru – wyjaśniał Frączek. – Jak się później okazało, zakłopotanie owej pani wynikało z faktu, że zapomniała okularów“.

wydawanie kart do głosowania, ale również skrupulatne zapoznanie się z dokumentacją, określającą zasady pracy komisji, stemplowanie kart do głosowania oraz liczenie głosów po zamknięciu lokalu wyborczego. „W tym roku podliczenie głosów zajęło nam około dwóch godzin“ – poinformował przewodniczący komisji Krzysztof Frączek. W Wiedniu, z uwagi na dużą ilość wyborców, podliczanie głosów skończyło się w poniedziałek około godz. 9.00. Po podliczeniu głosów przewodniczący komisji przekazują dane konsulowi, a ten zatwierdza je, a następnie organizuje ich wysyłkę do Państwowej Komisji Wyborczej do Warszawy. Członkowie komisji otrzymują za swoją pracę wynagrodzenie w wysokości: przewodniczący – 165 PLN, zastępca przewodniczącego – 150 PLN, członkowie – po 135 PLN. „W Bratysławie na organizację wyborów, to znaczy na przygotowanie lokalu, wydruk kart do głosowania, zakup materiałów biurowych, diety itp. otrzymaliśmy 1500 euro, a wydaliśmy 1376 euro – poinformowała Szulczyk-Śliwińska – z czego diety dla członków komisji wyniosły 579 euro.“ Jak się dowiedziałam, byłam jedynym dziennikarzem, który interesował się przebiegiem wyborów w Bratysławie. Nie było też żadnych obserwatorów, którzy by śledzili przebieg wyborów w stolicy Słowacji. W poniedziałek rano, 22 października, wyniki wyborów w Bratysławie zostały opublikowane na stronie internetowej ambasady RP w RS oraz na drzwiach jej siedziby. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Wyniki głosowania w lokalu wyborczym w Bratysławie: WYBORY DO SEJMU RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ Polska Partia Pracy – 0 głosów; LPR – 5 głosów; PiS – 48 głosów; PO – 183 głosów; PSL – 6 głosów; Samoobrona – 0 głosów; Lewica i Demokraci – 38 głosów; Partia Kobiet – 6 głosów 8

WYBORY DO SENATU RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ Borys-Damięcka Barbara – 180 głosów; Dominiak Bartosz Cyprian – 30 głosów; Gręziak Anna – 30 głosów; Kaczmarska Maria Longina – 23 głosów; Krajewski Andrzej – 45 głosów; Krzekotowska Krystyna – 4 głosy; Kuncewicz Agnieszka Agata – 32 głosów; Piesiewicz Krzysztof Marek – 167 głosów; Rakiel-Czarnecka Walentyna – 26 głosów; Rocki Marek Dariusz – 131 głosów; Romaszewski Zbigniew – 48 głosów; Smoktunowicz Robert Maciej – 50 głosów MONITOR POLONIJNY


Wpływ globalizacji na nauki, media i społeczeństwo Ko n f e r e n c j a w S m o l e n i c a c h , 15 - 19 p a ź d z i e r n i k a 2 0 07

W

uroczym otoczeniu smolenickiego zamku odbyła się ciekawa międzynarodowa konferencja, której tematem była globalizacja, jej strony pozytywne i negatywne, widziane w różnych aspektach. Zorganizowały je wydawnictwo Słowackiej Akademii Nauk i redakcja czasopisma „Forum sciaentia et sapientiae”, zaś organizatorem bezpośrednim była redaktor naczelna „Forum” dr Alena Erdziaková. Spektrum tematów konferencji było naprawdę szerokie, począwszy od tematów dotyczących kultury i sztuki przez socjologię, media, IT, kończąc na bardzo ciekawej, dla ogółu tajemniczej psycholingwistyce. Konferencja odbyła się pod patronatem słowackiego komisarza europejskiego do spraw wykształcenia, przygotowania zawodowego, kultury i młodzieży Jana Figeľa. W swoim wstępnym wykładzie poruszył on tematykę ważnych, równoległych procesów – zimnej wojny, upadku komunizmu, poszukiwania nowego porządku na świecie.

Konferencja w Smolenicach zgromadziła specjalistów różnych dziedzin. Trzeba przyznać, że uczestników, a wśród nich byłego prezydenta Republiki Słowackiej Michala Kováča bardzo zainteresowała. Ciekawy problem przedstawił jeden z jej uczestników, profesor Donsbach z drezdeńskiej politechniki. Tematem jego wykładu były tendencje w mediach i potrzeba medialnego wykształcenia. Prelegent w swoim wyLISTOPAD 2007

stąpieniu zastanawiał się nad wpływem mediów na życie ludzkie. Zapoznał też obecnych z wynikami swoich badań statystycznych, prowadzonych w USA, Niemczech i Wielkiej Brytanii, które wykazują spadek zainteresowania czytaniem prasy i wzrastającą tendencją w śledzeniu informacji poprzez Internet. Ponadto zwrócił uwagę na dynamizację współczesnego odbiorcy. „W globalizującym się świecie jesteśmy też świadkami stałego przyspieszania treści. Widzowie śledzą w tym samym czasie kilka stacji TV jednocześnie. Przyspiesza się też dynamika wiadomości, spikerzy czytają szybciej, wiadomości trwają krócej“ – komentował. Temat wolności człowieka w zglobalizowanym świecie analizował uczestnik z Polski prof. Mazurkiewicz. Chciałabym podkreślić, że Polska była reprezentowana w Smolenicach przez znakomitych, znanymi w świecie specjalistów. Taką postacią był nominowany do nagrody Nobla w roku 2001 i laureat międzynarodowej nagrody

Słowackiej Akademii Nauk prof. Tadeusz Zasępa, który wykłada nie tylko w Lublinie, ale i w Ružomberku. Sytuację kobiet w dzisiejszym świecie w interesujący sposób przedstawiła dyrektor Instytutu Socjologii SAN (SAV) dr Magdalena Piscová, a wykład o specyfice sztuki, a zwłaszcza sztuk plastycznych wygłosiła Xenia Bergerová, mówiąc m.in. o pozytywnych i negatywnych wpływach globalizacji na sztukę, na przykład o wyjałowieniu treści czy o amoralnych przejawach współczesnej sztuki. Wprost porywające było wystąpienie wybitnego słowackiego psychiatry dr. Rosińskiego, w którym poruszył bardzo ciekawy temat utraty tożsamości językowej. Wśród uczestników konferencji znalazł się też bratysławski rabin Baruch Meyers, który poruszył temat wpływu globalizacji i IT na duchowość człowieka. Międzynarodowa konferencja w Smolenicach odbyła się w przyjemnej atmosferze porozumienia i wzajemnej sympatii. Oby jej temat, czyli globalizacja świata, równie pozytywnie oddziaływał na człowieka XXI wieku. XENIA BERGEROVÁ FOTO: A. ŠTRPKOVÁ

Konferencję wzbogaciła wystawa malarstwa Xenii Bergerovej 9


Złoto, srebro...

i perełka

nickich niespodzianek. Prawdziwym rarytasem jest bowiem przyroda, ta naturalna i ta sztuczna – tak, tak – miasto otoczone jest 23 jeziorami i jedynie wprawne oko dostrzeże, że zbudował je człowiek. Od XVI wieku, by zapewnić kopalniom energię, konstruowano stawy, a przepływająca między nimi woda napędzała maszyny. Dzisiaj cała okolica tonie w zieleni, niewysokie góry kuszą szlakami turystycznymi, jeziora mienią się rozmaitymi kolorami, w lasach pełno zwierzyny – jednym słowem bajka!

O

tym, że fortuna kołem się toczy, wiemy chyba wszyscy. Smętne pustki w portfelu przeplatają się z okresami prosperity i dzięki temu ponoć bardziej odczuwamy smak życia. Co ciekawe, prawidłowość ta nie dotyczy jedynie ludzi, złośliwości losu spotykają bowiem nawet miasta. Jakie na przykład? Posłuchajcie o Bańskiej Szczawnicy... W XIII wieku Bańska Szczawnica była wolnym miastem królewskim, na dodatek bogatym, bo wydobywane w okolicy srebro trafiało na rynki całej Europy. Złoto i inne kruszce, których złoża przyczaiły się pod ziemią, zapewniały dostatek mieszkańcom aż do XIX wieku, zaś słynna szkoła – pierwsza na świecie akademia górnicza – nowocześnie kształciła prawdziwych miłośników sztuki wydobywczej. Jednak, gdy ponad sto lat temu wydobycie rud stawało się coraz mniej opłacalne, Bańska Szczawnica powoli traciła na swej świetności, by w końcu zupełnie podupaść. I zapewne wkrótce stałaby się kolejnym miastem „gdzie wrony zawracają”, gdyby nie fakt, iż ponad 350 ocalałych po wojnie zabytków budownictwa i techniki przyczyniło się do niezwykłego „wskrzeszenia” miasta – Bańska Szcza10

wnica jako pierwsza słowacka miejscowość została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Dziś górników może w mieście brak, ale za to turystów przybywa, a i miasto dzięki temu pięknieje. Pani Małgorzata (Polka, a jakże!), od dwóch lat mieszkająca w tamtejszych stronach, podkreśla niezwykłą malowniczość Bańskiej Szczawnicy i okolic. „Miasto, w którym ciągle się człowiek wspina lub schodzi” jest prawdziwym wyzwaniem dla turystów, ale właśnie owe urokliwe pamiątki – dwa zamki, zabytkowe domki, wieża kołatkowa, skansen, ogród botaniczny... 300 przecież nie wymienię – sprawiają niezapomniane wrażenie, a zarazem są tylko częścią szczaw-

Specyficznym miejscem jest według pani Małgorzaty bańskoszczawnicka Wieża Kołatkowa, w której można się napić doskonałej kawy i herbaty. Natomiast w winiarni, położonej przy placu Świętej Trójcy, możemy obejrzeć zdjęcia miasta z różnych jego okresów, niektóre naprawdę budzące zdumienie. Sama winiarnia nie ma niestety dobrej reputacji. Pani Małgorzata, chcąc przybliżyć Słowakom wyjątkowość polskiej tradycji, założyła własną kawiarnię w leżącym niedaleko Bańskiej Szczawnicy Świętym Antonie. Tam, przy wejściu do parku stoi dawny Dom Zarządcy, w któMONITOR POLONIJNY


rym wkrótce powstanie polski pensjonat, a od listopada rusza wspomniana już kawiarnia z magicznym menu – „sernik, szarlotka, pierogi, gołąbki...”

Zwiedzając pałac w Świętym Antonie, dostaniemy ulotki informacyjne w języku polskim. I warto się nimi zainteresować, bo pałac ten był rezydencją Ferdynanda Coburga, cara Bułgarii, postaci tajemniczej i niezwykle interesującej. Do dziś pałacowe wnętrza zadziwiają swoim przepychem i dopracowanym wystrojem, na który składają się meble, przywiezione z całej Europy! Z naszej wycieczki wynika więc, że nawet gdzieś na końcu świata można odnaleźć wiele niezwykłości, wysłuchać ciekawej historii, dać się nabrać „fałszywej” przyrodzie – zaś to, że wszędzie można spotkać Polaka, przestało dziwić. A jeśli na dodatek ten rodak nakarmi nas po staropolsku, to już prawdziwa perełka! AGATA BEDNARCZYK

LISTOPAD 2007

Listopadowa mobilizacja M

ało kto, pytany o to, czy lubi listopad, uśmiecha się z zadowoleniem. Wszyscy narzekają na coraz krótsze dni, bezlistne drzewa, a czas płynący od Święta Zmarłych do andrzejek, generalnie uważają za stracony. A jednak... Listopad ma wiele zalet, trzeba jedynie je odkryć i polubić. Czy wiecie, że 3 listopada mamy Dzień Bez Papierosa? Może to dobra okazja, aby NAPRAWDĘ skończyć z nałogiem, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze przeznaczyć na szalone prezenty świąteczne. Chociaż pewnie dla najbliższych już sam fakt, że się przestało truć siebie i otoczenie, będzie cudownym prezentem... Człowiek bez nałogów – a tacy przecież istnieją – stanowi doskonały przykład dla młodzieży, która obchodzi swoje święto 10 listopada. Tydzień później – 17 listopada – świętują studenci. Jeśli macie jakąś Młodzież w swoim domu (ja mam jedynie przedszkolaki), umilcie im ten dzień w sposób szczególny. Nie jest łatwo dorastać w dzisiejszym świecie – pokusy, o jakich nam się nie śniło, używki, których nigdy nie próbowaliśmy, i gadżety, których przeznaczenia kompletnie nie rozumiemy, rządzą dzisiaj codziennością nastolatków i studentów. Ci, co w wolnych chwilach usiłują się jeszcze uczyć, zasługują na medal za odwagę i amnestię maturalną. Nie warto ciągle narzekać na konflikt pokoleń, porozumienie jest możliwe i nie musi być jedynie hasłem na wyblakłej i nieaktualnej już ulotce wyborczej. Pomyślcie o tym 16 listopada – w Dniu Tolerancji. Coś w tym jest, skoro zarówno święta młodych, jak i Dzień Seniora (14 listopada) zaplanowano w tym samym miesiącu. Może właśnie chodzi o to, by nauczyć się rozmawiać, mądrze się kłócić, a przede wszystkim znajdować wspólne momenty radości i porozumienia. W tym na pozór nudnym miesiącu (choć, że tak nie jest, usiłuję właśnie udowodnić) jest pewien specyficzny dzień – 21 listopada obchodzimy Światowy Dzień Życzliwości i Pozdrowień. Gdy za oknem plucha, a w sercu jakieś nieokreślone jesienne smutki, miło

jest oderwać się od nieprzyjemnych myśli i po prostu zrobić coś sympatycznego – choćby wysłać znajomym SMS-a z pozdrowieniami. Ten sam dzień to również Światowy Dzień Telewizji. I to mi się podoba – ciepły kocyk, herbatka i już świętujemy należycie razem ze „srebrnym ekranem”. Można oczywiście ponarzekać, że „ w tej telewizji jak zwykle nic nie ma”, ale przecież życia bez telewizora jakoś nie potrafimy sobie wyobrazić. Nawet jeśli tylko gdzieś tam „mruczy” w tle, to bez niego cicho, głucho, strasznie... Jest jeszcze coś, co świętujemy w listopadzie, a co ma wiele wspólnego z Dniem Bez Papierosa i Dniem Telewizji. Tak samo niezauważalnie uzależniają, kuszą uspokajającym wpływem, czarują aurą wyjątkowości – zakupy, moje Panie! Powszechnie znane andrzejki (29 listopada) to jednocześnie Dzień Bez Kupowania! Tylko co tu świętować? Że od czasu do czasu zrobię sobie małą rundkę po sklepach, aby wiedzieć, gdzie co jest w razie nagłej potrzeby? Oj, wielkie mi rzeczy – śnieg z deszczem pada od rana, ulice i autobusy mokre i brudne, a w centrum handlowym można się napić kawy na rozgrzewkę, powąchać perfum, poczytać gazety, a zupełnie już przy okazji przymierzyć kilka żakietów na imieniny cioci Krysi w przyszłym roku. Nie wiem, czy będę obchodzić to święto – gdy już rzucę wszystkie nałogi i w duchu tolerancji nagadam się z młodzieżą, gdy cały dzień będę miła i pozdrowię nawet mojego sąsiada, starego grzyba, który mi ciągle zwraca uwagę, że mój samochód psuje mu widok z okna, to wtedy w celu całkowitego podreperowania zdrowia psychicznego pojadę właśnie na zakupy. Rozejrzę się za prezentami, za bluzką na Wigilię i tak całkiem sympatycznie pożegnam się z listopadem. AGATA BEDNARCZYK 11


Urszula Dudziak „Na występ cieszę się jak na randkę z ukochanym mężczyzną“ Dudziak – wokalistka jazzowa światowej sławy. Pracowała WYWIAD MIESIĄCA U rszula z takimi artystami i grupami, jak Krzysztof Komeda, Michał Jako 15-latka na jednej ze stron swego pamiętnika napisała Pani, że chce zostać wokalistką jazzową i że za kilkanaście lat wróci Pani na tę stronę z przekonaniem, że nie ma rzeczy niemożliwych. A zatem, aby osiągnąć sukces potrzebna jest wiara i determinacja? Chciałam być wokalistką jazzową, ale nie wiedziałam, w jaki sposób to osiągnąć. Dla mnie, mieszkanki Zielonej Góry, Warszawa była tak odległa i wyśniona… Nie wiedziałam przecież, że spotkam muzyka (Michała Urbaniaka – przyp. red.), wyjdę za niego za mąż, że najpierw będziemy podróżować po Europie, potem wyjedziemy do Ameryki. Wiedziałam, że chcę śpiewać – zawsze wyobrażałam sobie siebie na scenie.

Urbaniak (jej były mąż), „Walk Away”, Gil Evans, Archie Shepp, Dj Vadim i Lester Bowie. W 1973 r. wyjechała do Nowego Jorku. Potem występowała niemal w całej Ameryce i Kanadzie, m.in. podczas Newport Jazz Festival i w Carnegie Hall. W 1979 r. „Los Angeles Times” wybrał ją Śpiewaczką Roku. Nagrała około 50 płyt, dzieliła estradę z takimi artystami, jak Bobby McFerrin, Herbie Hancock, Dizzy Gillespie, Clark Terry, Ron Carter, Wynton i Branford Marsalis, Gil Evans, Sting, Lionel Hampton. W październikowe popołudnie, przed koncertem w ramach festiwalu „Jazz pod hradom“ artystka odpowiadała na pytania dla czytelników „Monitora Polonijnego“. źródło mojej siły i uwierzyć w talent, intelekt, wyobraźnię, kobiecość. Zaczęło się od brata, potem był Krzysztof Komeda, który odkrył mnie jako wokalistkę, później Michał Urbaniak, który otoczył mnie opieką i był inicjatorem naszego wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Tam poznałam Jerzego Kosińskiego (pisarz – przyp. red.), który mi mówił, że jestem piękna, wybitnie inteligentna, że mam niezwykłe poczucie humoru. Te słowa wypowiadał mężczyzna, który był dla mnie autorytetem. Uwierzyłam mu. Wcześniej myślałam, że jestem szkaradna, niedouczona, że powinnam się ukrywać i cicho siedzieć.

Skąd u młodej dziewczyny zainteresowanie jazzem? Na moje gusta muzyczne miał wpływ starszy brat. To on dyrygował mną i siostrą, mówiąc nam, czego mamy słuchać. Najpierw podsunął nam Elvisa Presleya, potem „Beatlesów”. A kiedy zakochał się w jazzie, pociągnął i mnie. Wspólnie słuchaliśmy audycji radiowych zza oceanu „Voice of America“. Ponieważ Pani??? Tak. I to nie jest żadna kokietewtedy nie znałam dobrze angielskiego, sądziłam, że chodzi o - ria. Teraz jestem szczęśliwa, żyję „boys of America”. Imponowało w ciągłej ekstazie. mi, że wszyscy chłopcy w AmeMożna żyć w ciągłej ekstazie? ryce słuchają jazzu. Widocznie można. Cieszę się Czy mężczyźni w Pani życiu, wszystkim, co mnie otacza. Mam począwszy od brata, zawsze odgrywali punkt odniesienia, ponieważ parolę promotorów muzycznych? miętam, jak bywało mi ciężko. Nie tylko promotorów muzy- Wadą wielu Polaków jest to, że cznych. Pozwolili mi odszukać zbyt często narzekają. 12

Stara się Pani z tym walczyć, zarażając optymizmem ludzi podczas koncertów? Obecnie Polacy wyjeżdżają z kraju, co budzi sporo kontrowersji. A według mnie członkostwo naszego kraju w Unii Europejskiej to dla Polaków najlepsza terapia. Czasami trudno znaleźć w sobie pokłady dobrego potencjału. Przebywanie na obczyźnie uczy poszukiwań i walki. Jestem jedną z osób, które tego doświadczyły. Mogłabym o tym opowiedzieć, ale nie miałoby to sensu – to trzeba po prostu przeżyć. Podobnie, jak nie można opisać, na czym polega macierzyństwo. Dopiero po urodzeniu dziecka kobieta wie, co to znaczy. Czasami wyjazd z kraju jest najlepszą szkołą, choć może bolesną, bo nie raz życie człowiekowi daje w kość. Ameryka dała Pani „w kość“? Nie raz. My przede wszystkim źle rozumieliśmy Amerykę. Mój mąż poszedł z naszymi nagraniami do wytwórni „Columbia”. Pochwały jej pracowników odebraliśmy jako natychmiastową chęć wydania płyty. Ale na ten moment czekaliśmy długo. MONITOR POLONIJNY


Tymczasem zdążyliśmy wydać zaoszczędzone pieniądze. Postanowiłam więc, że spróbuję podreperować rodzinny budżet jako kucharka. Poszłam na spotkanie z panią Hilton, matką Paris Hilton, której wyjaśniłam, że potrafię zrobić kotlety i upiec kurczaka. Chyba nie byłam zbyt przekonująca, ponieważ ona zapytała mnie, czym się zajmuję naprawdę. Opowiedziałam o swoim artystycznym życiu. Zaproponowała, że wraz z mężem możemy grać w sieci hoteli „Hilton”. Ale tego dnia Michał wrócił do domu z długo oczekiwanym kontraktem na płytę, więc w hotelach grać już nie musieliśmy.

dawał mojemu głosu warczący odgłos, szatkując go jakby na kawałki. Uświadomiłam sobie, że ja mogę tak samo śpiewać bez konieczności używania tegoż instrumentu. To był początek jednego utworu, który brzmiał jak start boeinga, który słuchaczy wciskał w krzesła. Łatwiej jest śpiewać bez słów? Ja się z tym dobrze czuję. Jak mam zaśpiewać z tekstem, to mi to nie wychodzi. Czasami sobie marzę, że chciałabym śpiewać jak Barbra Streisand. I to są życiowe paradoksy. To podobnie jak w przypadku, gdy ktoś, mający proste włosy, chciałby mieć kręcone i odwrotnie. Już się z tym pogodziłam. Jestem, jaka jestem, i śpiewam tak, jak umiem. Od czasu do czasu biorę sobie gitarę i śpiewam piosenki Demarczyk i Krajewskiego. Kiedyś powiedziała Pani, że podczas śpiewu czuje się Pani, jakby trzymała Pana Boga za nogi. Jakie to uczucie? Kiedy wchodzę na scenę, przeżywam najpiękniejsze uczucia. Nie myślę wtedy o swoich kompleksach, o żadnych złych rzeczach, które komuś zrobiłam lub ktoś zrobił mi. Proza

FOTO: STANO STEHLIK

Czyli ma Pani szczęście w życiu, spotkała Pani odpowiednie osoby w odpowiednim momencie swojego życia. Tak. I dlatego staram się dzielić swoim szczęściem z ludźmi. Nie kryję, ile mam lat. Mam 64 lata i mówię o tym otwarcie. Czy pani wie, ile kobiet w Polsce jest właśnie w tym wieku? One są już jakby zapomniane, na marginesie społeczeństwa, jakby ich życie się kończyło. Ja im mówię: spójrzcie na mnie, jeżdżę na rowerze, gram w tenisa, biorę życie garściami.

Kto „wymyślił“ taką oryginalnie śpiewającą Urszulę Dudziak? Michał mi powiedział niedawno, że jestem sprytna, że dobrze sobie to wymyśliłam z tym śpiewem, ponieważ udało mi się zająć szczególną półkę, na którą trudno jest się wdrapać. Ale początki były inne. Najpierw próbowałam naśladować Ellę Fitzgerald i Billie Holiday. Chciałam być jak one. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że nie mogę być drugą Ellą. Wiedziałam, że muszę odnaleźć siebie. Zaczęłam więc eksperymentować. Byliśmy z mężem w Niemczech. Michał biegał po sklepach muzycznych i przynosił do hotelu jakieś gadżety elektroniczne. Kiedy on wychodził, ja zaczynałam się nimi bawić. Te sprzęty elektroniczne uczyły mnie używania głosu i naśladowania różnych instrumentów, dzięki czemu rozwijałam swoje możliwości głosowe, z których nawet nie zdawałam sobie sprawy. Do jednego utworu przygotowałam sobie glissando. Remodulator na-

LISTOPAD 2007


życia nie istnieje, zmierzam wtedy do Pana Boga. Dzielę się moim talentem, który został mi dany. Wyzwala to nieprawdopodobny potencjał dobra i pozytywnej energii, która odbija się i wraca do mnie. To swojego rodzaju modlitwa. Cieszę się z każdego występu, nie miewam tremy, towarzyszy mi tylko lekka niecierpliwość, łaskotanie. Czuję się tak, jakbym szła na spotkanie z ukochanym mężczyzną. Idę na randkę z nim, choć właściwie nie wiem, kim on jest.

X Zlot Młodzieży (28-30 września 2007 r.)

To swego rodzaju randka w ciemno Tak. I robię wszystko, żeby ten „mężczyzna“ mnie pokochał. Pokazuję to, co mam najpiękniejszego w sobie. Mówimy o mężczyznach, ale śpiewała Pani również z kobietami, np. z Grażyną Auguścik. Czy inaczej współpracuje się z kobietami? To zupełnie inny wymiar. My jesteśmy jak siostry. Nasza współpraca to jakby ciągła zabawa dwóch beztroskich nastolatek. Kiedyś podczas koncertu dałyśmy plamę, ponieważ śpiewałyśmy kolędy strasznie się chichocząc. Oj, nabroiłyśmy wtedy… Pani córki poszły w Pani ślady i również śpiewają. Celowo Państwo tak wychowywaliście dzieci, by wybrały drogę podobną do Waszej? One były w naturalny sposób eksponowane. Wychodziliśmy z mężem z takiego założenia, że jeśli muzyka zainteresuje je, to jesteśmy gotowi przychylić im nieba. Jeśli nie będą chciały się nią zajmować, to nie ma co się znęcać. Jestem matką zakochaną w talencie swoich córek – kiedy słyszę, jak śpiewają, to płaczę. Obrywa mi się za to, ponieważ podobno nie jestem obiektywna, nie potrafię doradzić, bo wciąż opiewam geniusz dzieci. A ja chciałabym się od nich czegoś nauczyć…. Gdzie jest Pani dom? Mam rodzinę w Szwecji, mieszkanie w Nowym Jorku, a od pewnego czasu moją bazą wypadową jest Warszawa. Najlepiej czuję się u mamy. Ameryka kojarzy mi się z walką, bowiem tam nie łatwo jest utrzymać się na rynku. Mam w Nowym Jorku żeński zespół. Być może zdecyduję się podzielić mój czas i na przykład pół roku mieszkać w Ameryce, a drugie pół w Warszawie. Gdyby mnie zmęczyły podróże, to chyba przestanę latać do Nowego Jorku. Ale ja mam plany na najbliższe 50 lat! MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, TRENCZYN 14

W

tegorocznym jubileuszowym spotkaniu, które przygotował martiński oddział Klubu Polskiego, wzięły udział dzieci i młodzież z różnych części Słowacji. Oczywiście ci młodsi wraz ze swoimi rodzicami i opiekunami, zaś ci starsi samodzielnie lub w towarzystwie rówieśników. Większość uczestników znała się już z poprzednich zlotów, jednak nie brakowało i tych nowych, których serdecznie przywitaliśmy w naszym gronie. Mieszkaliśmy w centrum Oszczadnicy, w bardzo ładnym pensjonacie, z którego okien rozciągał się piękny widok na okolicę. Ponieważ spotkanie odbywało się jeszcze przed rozpoczęciem sezonu narciarskiego, dzięki organizatorce imprezy do dyspozycji mieliśmy cały budynek. Piątkowy wieczór miał charakter zapoznawczy. I chociaż na początku było trochę sztywno, to jednak bardzo szybko wszyscy

znaleźli wspólny język przy bilardzie czy ping-pongu. W te i inne gry mogliśmy grać w świetlicy pensjonatu. Moim zdaniem właśnie świetlica była miejscem, gdzie każdy mógł znaleźć dla siebie zajęcie, nawet ci najmłodsi, którzy malowali obrazki, zaś ci mniej kreatywni po prostu oglądali telewizję. W sobotę, zaraz po śniadaniu odwiedziliśmy niepełnosprawnych z Domu Opieki Spo-


łecznej w Oszczadnicy, którzy z naszej wizyty naprawdę się ucieszyli. Bardzo miło z nimi spędziliśmy czas, wykorzystując go na wspólne gry i warsztaty twórcze, a wieczorem zaczęliśmy przygotowania do występu teatralnego o nietradycyjnym Czerwonym Kapturku, a dokładnie o jednym gajowym, jednym wilku i kilku Czerwonych

Kapturkach z różnych krajów. Nie zabrakło również wspomnień z ubiegłych zlotów. Wspólnie z naszą sympatyczną panią konsul Urszulą Szulczyk-Śliwińską obejrzeliśmy zdjęcia uczestników i organizatorów poprzednich zlotów, które za każdym razem odbywały się w jakimś innym, ciekawym miejscu. Wspólnie przeżyty w kręgu

polonijnym weekend był naprawdę wspaniały. Muszę jednak przyznać, że największe wrażenie na nas wszystkich zrobiła wycieczka na Wielką Raczę. Oprócz pięknej przyrody i otaczającego nas środowiska najbardziej zachwyciły nas jazda wyciągiem krzesełkowym i jazda na bobslejach, do której namówiliśmy nawet dorosłych. Niektórzy się bali i nie chcieli jechać, ale, jak już raz spróbowali, to chcieli jeszcze. Było naprawdę „odjazdowo”! Później wróciliśmy do pensjonatu na ostatni wspólny obiad, a potem, niestety, musieliśmy się pożegnać z nadzieją, że spotkamy się za rok.

ZDJĘCIA: ONDREJ ZACHAR

Polonijnej w Oszczadnicy Co najważniejsze, w tym roku pogoda i humory nam naprawdę dopisały, a zlot udał się przede wszystkim dzięki dobrej organizacji i ludziom, którym naprawdę leży na sercu to, aby takie imprezy były kontynuowane i aby nie zostały zerwane łączące nas więzi. Bardzo serdecznie dziękujemy pani konsul Urszuli Szulczyk-Śliwińskiej, głównej organizatorce zlotu pani Irence Zacharowej oraz jej córce Ani za wszystkie kostiumy do teatrzyku. IZA WÓJCIK

II Gry Integracyjne N

Członkowie oddziałów Klubu Polskiego z Żyliny, Martina, Dubnicy, Trenczyna, Poważskiej Bystrzycy, Pieszczan, Zlatych Moraviec mieli możliwość zapoznania się z funkcjonowaniem, pracą, a przede wszystkim z samymi mieszkańcami DSS Oszczadnica. Obecność klubowiczów wywołała olbrzymie zainteresowanie wśród pacjentów, których w ośrodku przebywa ok. 130. Są to osoby w różnym wieku i o różnym stopniu upośledzenia fizycznego lub umysłowego. Szczera radość z odwiedzin wypływała głównie z faktu, że większość lokatorów domu została opuszczona przez rodziny, a każda wizyta, w tym i nasza, daje im poczucie wię-

kszej wartości i sprawia szczerą radość. Ośrodek w Oszczadnicy przedstawiła osobiście pani dyrektor Pukaliková. W czterech oddziałach, z których każdy ma swoją nazwę: Motylki, Słoniątka, Lwiątka, Liski, pod

stałą 24-godzinną opieką wychowawczyń i pielęgniarek żyją w swoim świecie dzieci, młodzież i dorośli. Często odrzuceni, zapomniani, traktowani przez społeczeństwo jako temat niewygodny lub tabu. Codzienność urozmaica im personel i wolontariusze, często na własny koszt zdobiący pomieszczenia i przynoszący różne prezenty. W dzisiejszym skomercjonalizowanym i pełnym znieczulicy świecie mało jest miejsca dla niepełnosprawnych, choć są oni wyjątkowo bezpośredni, pełni radości i uczuć, które okazują w sposób niezwykły, bez fałszu, za każdy uśmiech odpłacając się wybuchem radości. 15

ZDJĘCIA: ONDREJ ZACHAR

adeszła jesień, czas pracy i przyjacielskich spotkań. W dniu 29 września 2007 r. Klub Polski Region Żylina zorganizował II Gry Integracyjne z pacjentami Domu Opieki Społecznej w Oszczadnicy. Pierwsze takie spotkanie odbyło się w zeszłym roku w Rajeckich Cieplicach.


S Ł U C H A J Ą

Członkowie Klubu Polskiego postanowili uczulić swoje dzieci, dzieci polskiego pochodzenia, na los takich ludzi, nauczyć je i siebie akceptowania osób, żyjących obok, chociaż czasem w swoim własnym, często mniej skomplikowanym świecie. Wizyta w DSS Oszczadnica była dużym szokiem zarówno dla dorosłych, jak i dzieci, którzy dotychczas nie stykali się z osobami umysłowo niepełnosprawnymi /DSS Oszczadnica należy do ośrodków, w którym przebywają również pacjenci z najcięższymi schorzeniami i najwyższym stopniem upośledzenia umysłowego i fizycznego/. Z tym większą radością goście i pacjenci wzięli aktywny udział we wspólnych grach i zabawach. Personel DSS Oszczadnica, jako gospodarz spotkania, przygotował mnóstwo atrakcji. Wspólne warsztaty artystyczne – malowanie, robienie korali i bransoletek, malowa-

nie na płótnie, gra w tenisa stołowego – wywoływały wśród przebywających w ośrodku „dzieci” /niektórzy pensjonariusze mają nawet ponad 20-30 lat, ale nazywani są dziećmi/ szczere wybuchy radości, a prawdziwą konkurencją dla programu „Super Star” był Janko, który nie tylko dobrze gra w tenisa, ale ma bardzo dobrą pamięć do piosenek. Niektórzy z pacjentów rozpoznali w gościach swoich zeszłorocznych kolegów – Anię, Patryka, Izę, Andreja, Karolinę. Dzieci, młodzież i starsza Polonia byli naprawdę zaskoczeni tym, jak wiele potrafią dać z siebie innym. Domowe ciasta, upieczone przez Zosię Hrdą, Alenkę Urbańską i panią Ondrovą zniknęły w ciągu kilkunastu minut. Po wspólnych zabawach Klub Polski

PROJEKT ZREALIZOWANY Z FINANSOWYM WSPARCIEM STOWARZYSZENIA WSPÓLNOTA POLSKA

wanym przez internetowy serwis muzyczny Net Fan, zdobyła pierwsze miejsce. W 2005 roku nagrała m.in utwór „Daj coś od siebie”. W tym samym roku została zaproszona do udziału w konkursie Piosenki Eurowizji w Kijowie wraz z Iwanem Komarenką, który zaprezentował utwór „Czarna dziewczyna”. W kwietniu 2007 roku otrzymała trzy nominacje do

P O L S C E W M Ł O D Z I

przekazał dary, ufundowane przez panią konsul Urszulę Szulczyk-Śliwińską, firmy „Poly” z Żylina i BI-ES Slovakia, oddziały Klubu Polskiego Żylina, Martin, Dubnica i Trenczyn oraz przez pana Palugę. Szkoda, że ze względu na dość chłodny wiatr odwiedzający ośrodek nie mogli docenić piękna otaczającej go przyrody. Wszyscy jednak wierzą, że wizyta w nim przyniosła im nowe spojrzenie na życie i na osoby niepełnosprawne, bowiem w życiu nie można tylko brać, trzeba też umieć się dzielić i dawać cząstkę siebie bardziej potrzebującym. I tę zasadę przy okazji wizyty w Oszczadnicy członkowie Klubu Polskiego chcieli przekazać swoim dzieciom – nauczyć je tolerancji i akceptacji osób innych, żyjących we własnym, co nie oznacza gorszym, świecie. Ze względu na wychowawczy i społeczny charakter imprezy Klub Polski Region Żylina chce ją organizować cyklicznie, mając nadzieję, że w przyszłym roku zgromadzi ona jeszcze więcej uczestników, szczególnie dzieci i młodzieży z oddziałów regionalnych. KATARZYNA BIELIKOVÁ

W

przeciągu roku dostała się do czołówki polskich wokalistek. Jej piosenki „Pozwól żyć” i „Trochę ciepła” zajmują czołowe miejsca list przebojów. Ma 23 lata, urodziła się w Bielsku Białej. Muzyka towarzyszyła jej od dziecka. Wygrała dziesiątki ogólnopolskich konkursów wokalnych. Na początku była wokalist-

16

ką zespołu, założonego przez studentów katowickiego wydziału jazzu, którzy skomponowali dla niej kilka utworów. W roku 2004 w plebiscycie na gwiazdę roku, zorganizo-

Eska Music Awards 2007 w kategoriach: artystka roku, hit roku pop i radiowy debiut roku. W czerwcu na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu została laureatką aż dwóch Superjedynek: jedną otrzymała w kategorii debiut roku, drugą w kategorii wokalistka roku. Jej debiutancki album nosi tytuł „Gosia Andrzejewicz”. „Teksty wszystkich piosenek piszę sama i większość z nich jest związana z moim życiem. Ale poruszam też sprawy, o których rozmawiam z fanami. Często są one kontrowersyjne” – mówi piosenkarka. Gosia koncertuje i cały czas pracuje nad nowymi piosenkami. Zatem marzenia się spełniają. URSZULA SZABADOS MONITOR POLONIJNY


J

ak ciężko o tym filmie pisać… Od czego zacząć? Po jego obejrzeniu wiele myśli krąży mi po głowie i wiele pytań, a jedno z nich szczególnie: jak można? Jak można być tak okrutnym? Do czego zdolny jest człowiek? Akcja filmu „Katyń” podzielona jest na dwie części. Pierwsza rozpoczyna się 17 września 1939 roku (premiera filmu miała również miejsce 17 września w rocz-

nicę inwazji radzieckiej na Polskę). Tłum Polaków ucieka przed gestapo, napotykając na swej drodze rodaków, uciekających ze strony przeciwnej. Okazuje się, że do Polski wkroczyła Armia Czerwona, łamiąc pakt o nieagresji. Wśród uciekinierów jest Anna (w tej roli Maja Ostaszewska), która, uciekając z córką, szuka swego męża. Odnajduje go w niedaleko położonym obozie. Mąż Anny – Andrzej (Artur Żmijewski) jest polskim żołnierzem, rotmistrzem 8. Pułku Ułanów w Krakowie. Wzięto go do niewoli wraz z innymi oficerami. Anna namawia go do ucieczki, niejako przeczuwając najgorsze. Jednak on nie chce uciekać, chce pozostać wierny przysiędze wojskowej. Wkrótce po tym zostaje przez Sowietów wywieziony wraz z innymi żołnierzami do obozu, zorganizowanego w kościele w Kozielsku. Dalej w tej części pokazany jest pobyt oficerów w tym obozie i wojenne losy ich bliskich. Druga część filmu to okres tuż po wojnie. Przedstawiono w niej losy rodzin pomordowanych LISTOPAD LUTY 20072007

w Katyniu jeńców, ich cierpienie po stracie bliskich, ale również – na co zwróciłam szczególną uwagę – cierpienie związane z nową sytuacją, w której Ludowe Wojsko Polskie walczy u boku Armii Czerwonej. Polska jest zniewolona i zniszczona przez Sowietów i Niemców. Kobiety – matki, żony, córki, siostry pomordowanych w Katyniu muszą w niej walczyć o pamięć o nich i jakąkolwiek informację, dotyczącą ich losu. Ta część filmu wywarła na mnie duże wrażenie, bowiem nie każdy z nas zdaje sobie sprawę z tego, ile musiały przejść te kobiety tuż po zakończeniu wojny, kiedy to wmawiano im kłamstwo, z którym nie mogły się pogodzić – Sowieci głosili, że to Niemcy dokonali mordu w Katyniu. Co musi czuć kobieta, która nie może mówić głośno prawdy o śmierci swojego męża, brata, syna?

Andrzej Wajda znakomicie pokazał losy takich kobiet i ich walkę z ówczesnym systemem, walkę o godność i szacunek dla zmarłych. Ogromnie wrażenie zrobiła na mnie scena, w której Agnieszka (Magdalena Cielecka), siostra zamordowanego w Katyniu pilota (Paweł Małaszyński), za wszelką cenę umieszcza na cmentarzu tablicę nagrobkową ze zdjęciem brata, datą jego śmierci – 1940 r. i napisem „Katyń”. Bohaterka zdaje sobie sprawę, że za ten czyn za chwilę trafi do więzienia, że może nawet grozi jej kara śmierci, ale robi to mimo wszystko, w imię prawdy, bo „staje po stronie zamordowanych, a nie morderców”. Cieszę się, że „Katyń” nie jest tylko suchą relacją wydarzeń. Uważam, że Andrzej Wajda postąpił znakomicie, decydując się na przedstawienie historii w oparciu o powieść Andrzeja Mularczyka „Post mortem” („Po śmierci”), ponieważ dzięki temu bohaterowie filmu są bardziej realni, łatwiej możemy się z nimi utożsamiać, poczuć ich ból. W drugiej części filmu, tej o czasach powojennych, obok 17


postaw patriotycznych pokazano też postawy ludzi, godzących się na współpracę z nową władzą, którzy nie wierzą w sens dalszej walki, twierdząc, że to niepotrzebne przelewanie krwi. Do nich należy siostra Agnieszki, nauczycielka Irena (Agnieszka Glińska), a także, zasługujący na szczególną uwagę porucznik Jerzy, później major Ludowego Wojska, którego znakomicie zagrał Andrzej Chyra. Duże wrażenie wywarły na mnie fragmenty filmu, związane właśnie z tą postacią. Jerzy jako jeden z nielicznych ocalał z obozu w Kozielsku. Jednak przyjął reguły i zasady panujące w Polsce tuż po wojnie, zaakceptował zaistniałą sytuację, nie sprzeciwiał się kłamstwom na temat zbrodni katyńskiej, co rodzi pytanie widza: dlaczego? Przecież on tam był i wszystko widział, wśród więzionych oficerów miał przyjaciół… W końcu jednak bohater się zmienia, nie wytrzymuje napięcia, rzeczywistość go przerasta, wspomnienia są ciągle żywe, a prawda jest inna.

Szkoda, że losy Jerzego, podobnie zresztą jak i innych bohaterów, pokazane są tylko fragmentarycznie. Pewnie dlatego, że Wajda miał bardzo trudne zadanie. Chcąc opowiedzieć o tak bestialskiej zbrodni, musiał zrobić film składający się z wielu wątków, przeplatających się ze sobą, a wiemy, że opowiadając 18

wiele, nie zawsze można opowiedzieć wszystko dokładnie. I tak jestem pełna podziwu, że przy niewielkiej ilości materiałów, poruszył tak wiele problemów i zrobił to na tyle dobrze, że jesteśmy w stanie wczuć się w atmosferę filmu, utożsamić z wybranym bohaterem, mimo że nie znamy dokładnie jego historii. Pisząc o „Katyniu”, nie mogę nie wspomnieć o muzyce, skomponowanej przez Krzysztofa Pendereckiego, idealnie budującej napięcie w filmie. To właśnie ona wzmacnia dramaturgię obrazu. Na uwagę zasługuje również znakomita obsada aktorska: Danuta Stenka, Maja Komorowska, Władysław Kowalski, Anna Radwan, Stanisława Celińska, Jan Englert, Krzysztof Kolberger czy wspomniani już wcześniej: Maja Ostaszewska, Artur Żmijewski, Paweł Małaszyński, Magdalena Cielecka. Wszyscy oni w pełni udźwignęli brzemię nałożonych na nich zadań, ale najlepiej zrobiły to, moim zdaniem, Maja Komorowska (filmowa Maria, matka Andrzeja) i Maja Ostaszewska. Świetnie wypadli też Jan Englert (gra generała) i Andrzej Chyra. W filmie jest dużo scen symbolicznych – jak choćby rozrywanie przez Sowietów białoczerwonej flagi, i wzruszających, które robią ogromne wrażenie. Łzy same cisnęły mi się do oczu w czasie oglądania sceny z obozu jenieckiego, gdy wszyscy oficerowie podczas Wigilii, po wspaniałym przemówieniu generała, odśpiewują kolędę „Bóg się rodzi”. Myślę, że i innych widzów ten moment wzrusza szczególnie, albowiem oni z historii wiedzą, jakie będą dalsze losy bohaterów. Najważniejsze jednak w „Katyniu” jest ostatnich ponad dziesięć minut, które na długo pozo-

stają w pamięci – sama potrzebowałam pół dnia, aby ochłonąć. Myśli o Katyniu jednak ciągle do mnie powracają. Wajda przez cały czas prowadzi akcję w porządku chronologicznym, ale ostateczny los jeńców przedstawia dopiero na końcu. To bardzo dobry pomysł, aby szczyt napięcia osiągnąć w odpowiednim momencie – w tym przypadku właśnie na końcu. Brutalna egzekucja polskich oficerów pokazana jest bardzo naturalistycznie. Reżyser nie szczędzi widzowi widoku krwi i makabrycznych detali. Podkreśla przerażającą monotonię i mechaniczność mordowania. Szczególnie wzrusza scena śmierci pilota, trzymającego w ręku różaniec. Giną wszyscy jeńcy…, prawie 19 tysięcy polskich oficerów. Spychacz przysypuje ich ciała piaskiem. O tej zbrodni nikt nie miał się dowiedzieć. Aż strach pomyśleć, że to „człowiek człowiekowi zgotował ten los”. A po tym wszystkim widać już tylko czarny ekran i „słychać” przerażającą ciszę. Później dopiero pojawiają się napisy końcowe. W zupełnej ciszy. Dobrze, że ten film powstał. Znać historię Katynia, a zobaczyć ją na ekranie, to dwie różne rzeczy. Oglądając film, nie wyobrażamy sobie tragedii – my ją po prostu widzimy. Widzimy zarówno zbrodnię, jak i cierpienie ludzi, których dotyczyła i dotyczy. ANNA PORADA, WROCŁAW MONITOR POLONIJNY


TO WARTO WIEDZIEĆ Naftowy boom na Podkarpaciu ziś, gdy dostęp do pól naftowych wywołuje niejeden konflikt, gdy

D

przykręcenie czy odkręcenie kurków „wielkiej rury” staje się miernikiem temperatury stosunków międzynarodowych, gdy ropy poszukuje się na dnie mórz, a trasy ropociągów mają znaczenie strategiczne, trudno sobie wyobrazić, że nie tak dawno temu, bo w okresie międzywojennym, Polska była pod względem tego najważniejszego surowca samowystarczalna, ba, miała nawet jego nadwyżkę, którą eksportowała. A to dzięki złożom ropy naftowej w Karpatach. Każdego, kto wybierze się na wędrówkę szlakami dawnej Galicji, uderzą liczne „ropopodobne” nazwy miejscowe, takie jak np. Ropa, Ropianka, Ropica i inne. Nic dziwnego, od dawna ta przedziwna, tłusta i cuchnąca substancja wyciekała z tamtejszych skał, mieszała się z wodą górskich strumieni i zbierana była przez tzw. łebaków. Miejscowi nazywali ją olejem skalnym i używali do smarowania kół wozów, impregnowali nią dachy, ale przede wszystkim służyła jako środek leczniczy w medycynie ludowej. Ponoć była doskonałym lekarstwem na choroby skórne zarówno ludzi, jak i zwierząt. W 1534 roku Stefan Falimierz w dziele O ziołach i o mocy ich tak pisał o oleju skalnym: „Jest olej, który idzie z kamienia, jest subtelny (zwłaszcza biały). Ma moc trawiącą i ku otworzeniu, gdy się zatkają żyły. Też pomaga, kiedy kogo z przyczyny zimnej w uchu boli i na bielmo na oczu idzie” (cyt. za Edwin Bendyk: Karpacki Kuwejt, „Polityka” 2003 nr 24, na którym m. in. opieram swą informację o początkach przemysłu naftowego w Galicji). Upłynęły ponad trzy stulecia, gdy z owego leczniczego oleju stała się nafta, a na Podkarpaciu zapanował naftowy boom. Twórcą polskiego przemysłu naftowego jest lwowski aptekarz LISTOPAD 2007

Ignacy Łukasiewicz (1822 – 1882), który w 1852 roku w wyniku destylacji ropy wydzielił naftę. Rok później, w marcu 1853 roku skonstruowana przez niego lampa naftowa zajaśniała w witrynie lwowskiej apteki Mikolasa, w której Łukasiewicz pracował, a 31 lipca tegoż roku przy świetle podobnej konstrukcji lamp lekarze lwowskiego szpitala na Łyczakowie przeprowadzili pilną nocną operację. W grudniu Ignacy Łukasiewicz i współpracujący z nim Jan Zeh opatentowali proces destylacji nafty z ropy naftowej. W 1854 roku w Bóbrce pod Krosnem Łukasiewicz rozpoczął pierwsze w Polsce wydobycie ropy naftowej. To tam w 1862 roku jako pierwszy zastosował metodę wiercenia udarowego. Założył też w 1856 roku w Ulaszowicach koło Jasła pierwszą w Polsce destylarnię (rafinerię). Lata 70. i 80. wieku XIX przyniosły kolejne odkrycia bogatych złóż ropy naftowej w Borysławiu, Bibkowie i Słobodzie Rungurskiej, a co za tym idzie powstawanie nowych szybów na Podkarpaciu. Do pracy w nich tłumami ściągała biedota z galicyjskich wsi. Martin Pollack w książce Po Galicji („Borussia”, 2002) pisze: „Robotnicy byli traktowani jak siła niewolnicza. Do 1900 roku werbowano ich codziennie i po szychcie wypłacano dniów-

kę; książeczki pracy były nieznane, co pozwalało przedsiębiorcom z łatwością tuszować wypadki śmiertelne. Po prostu kazali wrzucać zwłoki nieszczęśników do któregoś z nieczynnych, ale stojących otworem szybów, a następnie przykrywać je gruzem z hałd”. Dla mieszkańców galicyjskich wsi przemysł naftowy stanowił jednak wielką szansę. Jeżeli robotnikowi udało się przepracować trzy lata w którejś z podkarpackich kopalń, to mógł on myśleć o przyszłości – mógł kupić ziemię, zbudować dom z kominem, kryty dachem, a nie słomianą strzechą. I tak wydobycie ropy naftowej przynosiło cywilizacyjny postęp do najbardziej zacofanego zakątka monarchii habsburskiej, gdzie dotąd podstawą utrzymania było prymitywne rolnictwo, pasterstwo i wyręby lasów. Rok 1900 to początek wielkiej kariery zagłębia drohobycko-borysławskiego, gdzie wydobycie ropy rozpoczęli Feliks Vincez i Stanisław Prus-Szczepanowski. W Borysławiu powstała jedna z największych rafinerii. Na całym Podkarpaciu – od Jasła po Kołomyję – nieprzerwanie pracowały szyby, wydobywając „czarne złoto”. W latach 80. XIX wieku wydobycie ropy naftowej w Galicji wynosiło 32,0 tys. ton, w 1900 roku ropa galicyjska stanowiła 1,2 proc. produkcji światowej, ale już w 1909 roku jej wydobycie przekroczyło 5 procent. To przede wszystkim dzięki ropie i jej przeróbce wszechstronnie rozwijały się galicyjskie miasta, takie jak np. Jasło, Drohobycz czy Kołomyja, odwiedzane przez kanadyjskich i amerykańskich nafciarzy i inwestorów. Galicja wraz z ropą zyskała okno na świat. 19


W 1912 roku na Podkarpaciu powstał pierwszy koncern naftowy – „Gazolina”, założony przez Mariana Wieleżyńskiego. To właśnie w „Gazolinie” przebiegał oryginalny eksperyment społeczny akcjonariatu pracowniczego. Z naftą związany był też późniejszy prezydent Polski Ignacy Mościcki. Jeszcze jako profesor chemii w 1916 roku założył we Lwowie spółkę naukowo-badawczą „Metan”, która po przeniesieniu do Warszawy przekształciła się w Chemiczny Instytut Badawczy. Galicyjska nafta w kopalniach w Mardarce, Gorlicach, Bóbrce, Łodyni, Borysławiu, Rypnym, Piasecznej, Wietrznie, Równem czy Słobodzie Rungurskiej obficie tryskała z licznych szybów na 120 metrów w górę. Na tej nafcie zbijano fortuny. Nic dziwnego więc, że przyciągała zarówno wydrwigroszów, jak i poważnych przedsiębiorców, którzy w „czarnym złocie” widzieli szansę na zmianę bytu materialnego biednej ludności galicyjskiej oraz cywilizacyjnego i kulturalnego rozwoju regionu. Taką wizję cywilizacyjnej rewolucji niewątpliwie posiadali założyciele kopalni w Słobodzie Rungurskiej (1879 r.) na Huculszczyźnie Feliks Vincez i Stanisław Prus-Szczepanowski. Przyświecała ona również temu, który pierwszy odkręcił kurek z galicyjską ropą – Ignacemu Łukasiewiczowi. To on, jako współwłaściciel (pozostali to Klobassa i Trzeciecki) kopalni w Bóbrce, która przyniosła półtora miliona guldenów czystego zysku, fundował szkoły, wspierał budowę dróg, inwestował w szkolenie pracowników, wybudował we Wietrznie szkołę dla wiertaczy, zdolnych inżynierów na swój koszt wysyłał na szkolenie do Stanów Zjednoczonych, tworzył jedne z pierwszych w Polsce kas 20

brackich, będących formą ubezpieczeń społecznych. Kasy brackie Łukasiewicza zapewniały pracownikom renty, zapomogi i posagi. Jako społecznik zatrudniał powstańców styczniowych, rozdawał naftę do oświetlania klasztorów, kościołów czy łemkowskich cerkwi, finansowo wspierał nawet ruch wędkarski. Musiał być człowiekiem niezwykle zorganizowanym i dynamicznym, skoro znalazł także czas na wieloletnie posłowanie do Sejmu Krajowego, który był organem władzy ustawodawczej w Galicji i regulował na jej terenie przede wszystkim sprawy kultury, robót publicznych, samorządu i szkolnictwa. W uznaniu zasług społecznych Pius IX mianował Ignacego Łukasiewicza szambelanem papieskim. Dodajmy jednak, że nie każdy z ówczesnych baronów naftowych był takim społecznikiem, jak wspomniani już założyciele kopalń w Słobodzie Rungurskiej czy Ignacy Łukasiewicz. Profesor Hugo Steinhaus – światowej sławy matematyk, który wraz ze Stefanem Banachem utworzył Lwowską Szkołę Matematyczną, poznał syna Karola Klobassy – Wiktora, którego tak wspomina: „...dowiercił się o milę od Jasła takiej ropy, że szacowano jego dochody na 400 tys. guldenów rocznie. Wybudował sobie pałac, założył wspaniały park, trzymał ekwipaże i konie w Londynie, Paryżu i w Wiedniu. Pewnego razu sprowadził do Wiednia całą operetkę paryską. Udał się do Rzymu, aby starać się o rękę hrabianki Ledóchowskiej, siostrzenicy kardynała Rampoli. Była tam wtedy wystawa psów rasowych; hrabianka pochwaliła jakiegoś wyżła czy charta, a nazajutrz lokaj pana Klobassy przyprowadził jej psa z obrożą wysadzaną drogimi kamieniami,

wartości kilkunastu tysięcy guldenów”. Co stało się z obrożą nie wiemy, ale wiemy, że do dziś ludzie mówią, iż drogi w okolicach Bóbrki wybrukowane są dukatami Łukasiewicza. Galicyjski boom naftowy znalazł swe odzwierciedlenie w literaturze polskiej. Wiele powieści, inspirowanych zapachem galicyjskiej nafty, nie wytrzymało próby czasu, ale do klasyki literatury popularnej wpisała się Nafta Ignacego Maciejowskiego (Sewera) oraz Szambelan Sar Adolfa Neuwerta Nowaczyńskiego. Pozostało też dzieło wybitne, a tym są Sklepy cynamonowe Brunona Schulza. Te ostatnie, przełożone na dziesiątki języków urzekają opisem Drohobycza i Borysławia z czasów tzw. drugiego boomu naftowego. Sklepy cynamonowe nie trafiłyby do czytelników, gdyby ich wydania nie sfinansował brat autora Izydor Schulz, dyrektor „Galicji”, jednej z największych rafinerii ropy naftowej w międzywojennej Polsce. Po dawnym boomie naftowym w Galicji pozostały tylko nieliczne ślady zarówno po stronie polskiej, jak i ukraińskiej. Nie ma śladu po licznych rafineriach w Dukli, Cergowej, Ulaszowicach, nie ma śladu po licznych szybach, z których kiedyś wysoko tryskała ropa, ale w Bóbrce, gdzie wszystko się zaczęło, kiwaki leniwie pompują ropę z czynnych tu kilku szybów. Tu też znajduje się muzeum – skansen przemysłu naftowego, które warto odwiedzić, by dziś, gdy ropa wydobywana na dawnych ziemiach galicyjskich w Polsce i na Ukrainie nie odgrywa większej roli w gospodarce paliwowej obu państw, przypomnieć sobie czas, kiedy Podkarpacie było Kuwejtem. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK MONITOR POLONIJNY


Mikołajom, gwiazdorom, aniołkom ku pamięci

W

zorem wielkich domów handlowych z dużym wyprzedzeniem przypominamy, że bożonarodzeniowy czas wielkiego obdarowywania nie jest już tak odległy, przynajmniej w przypadku, gdy chcemy, by wśród podarków pod choinką nasze dzieci znalazły także polskie książki. Droga BLIŻEJ POLSKIEJ polskiej książki na Słowację nie jest tak prosta, jak KSIĄŻKI mogłoby się wydawać, ale Mikołajowie, gwiazdorzy czy aniołowie nie takie odległości potrafią pokonać. By zbyt się nie trudzili, podpowiadamy im już dziś kilka tytułów, które mogą ucieszyć nasze dzieci i te młodsze, i te trochę starsze. Młodsze dzieci z całą pewnością rozbawią przygody Bąbla, bohatera powieści Marcina Pałasza Wakacje w wielkim mieście (Wyd. „Akapit Press”, Łódź 2006). Autor, posługując się absurdalnymi sytuacjami i gagami, wciąga dziecko w lekturę. W książce wszystko dzieje się szybko, a rozwiązania pozornie zagmatwanych sytuacji są proste, a to dzieci lubią najbardziej. Komizm sytuacji szczególnie odpowiada małym odbiorcom, a takimi odbiorcami tej i innych książek Pałasza mogą być już sześciolatki. Dobry dowcip, lekkość pióra charakteryzują także książkę Barbary Stenki Oj, Hela! (Wyd. „Literatura“, Łódź 2007), adresowaną do dzieci nieco starszych. Bohaterka, dziesięcioletnia dziewczynka, którą charakteryzuje dystans do samej siebie i umiejętność obserwacji tego, co dzieje się wokół, z humorem opowiada o codziennych sprawach, rodzicach, ciociach czy znajomych, czasem jest bezlitosna, obnażając ich wady, ale zawsze robi to z humorem. I właśnie ze LISTOPAD 2007

styku dwu światów – tego dziecięcego i tego dorosłego, często niezrozumiałego, postrzeganego oczami dziecka – rodzi się komizm prezentowany przez autorkę, komizm ciepły i łagodny. Uwadze rodziców nastolatków, a za ich pośrednictwem uwadze Mikołajów, pragnę polecić książki Katarzyny Majgier, która jest psychologiem i od 2000 roku prowadzi internetowy serwis dla nastolatków „Junior”. Obdarzona dużym talentem literackim, stała się ulubioną przez polskich młodych czytelników autorką. Wydane w 2006 roku książki Amelka i Trzynastka na karku szybko zniknęły z księgarskich półek. Przed kilkoma miesiącami ukazała się jej trzecia powieść Marzycielki (Wyd. „Akapit Press”, Łódź 2007), która w pewnym stopniu jest kontynuacją Trzynastki... Akcja powieści rozgrywa się przede wszystkim w Nowej Hucie, dokąd po rozwodzie rodziców przeprowadziły się z podkrakowskiego miasteczka Monika i Liliana. Każda z sióstr inaczej przeżywa przeprowadzkę z bogatej małomiasteczko-

wej willi do blokowiska. Dla jednej, wrośniętej w małomiasteczkowy świat z jego hierarchią wartości, to wielka klęska, dla drugiej zmiana miejsca zamieszkania oznacza wielką życiową szansę. Wrastanie w nowe środowisko łączy się z przewartościowaniem dotąd uznawanych, odziedziczonych poglądów, zerwaniem ze stereotypami w myśleniu o innych. Wiarygodność postaci nakreślonych przez autorkę, ich wielowymiarowość, relacje między nimi wciągają młodego czytelnika, któremu unikająca dydaktyzmu autorka pomaga w budowaniu własnych sądów i ocen, a jednocześnie zmusza do zastanowienia się nad takimi problemami, jak odpowiedzialność w rodzinie, prawo do rozwoju własnej osobowości czy granice wolności. I na koniec Jajecznica na deszczówce Agaty Mańczak (Wyd. „Nasza Księgarnia”, Warszawa 2007) – jeszcze jedna propozycja dla nastolatków. Przypomni nie tylko wakacje, wieczory przy ognisku, atmosferę wielkiej przygody czy pierwszą miłość. W tej mądrej, nie pozbawionej humoru książce o wartkiej akcji młody czytelnik znajdzie portrety swych rówieśników, czternastolatków, tych, dla których los nie był łaskawy, i tych, mających normalne rodziny i normalne problemy wieku dojrzewania. Ciekawe w tej książce jest właśnie zderzenie postaw tych dwu grup dzieci, które znalazły się na koloniach letnich nad otoczonym legendą jeziorem Niegocin. Wspólne dwutygodniowe wakacje sporo zmieniają w życiu protagonistów obu grup, przynosząc nowe przyjaźnie, wypoczynek, jak i nowe doświadczenia, które, być może, ułatwią im podjęcie codziennych obowiązków. A młody czytelnik wraz z bohaterami książki ma szansę ujrzenia złożoności świata, złożoności stosunków międzyludzkich. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK 21


Nadzieja w obcych S

łoweniec Andrej Urlep to coach (w języku sportowym pochodzące oczywiście z angielskiego określenie trenera) reprezentacji koszykarskiej Polski. Urodzony w 1957 roku w Lublanie, właśnie tam zaczynał grać w koszykówkę, a później rozpoczął karierę trenerską. W Polsce pojawił się w 1997 roku. Nie był gwiazdą. Wiadomo było, że bez sukcesów prowadził reprezentację Słowenii, trenował też zespoły australijskie i szwajcarskie, ale poza tym był właściwie nieznany.

Urlep szybko jednak wyrobił sobie markę. Jego wyniki mówią same za siebie. Pięciokrotnie zdobył tytuł Mistrza Polski: 1998, 1999, 2001, 2002, wszystkie z ASCO „Śląskiem” Wrocław i w 2003 z „Anwilem” Włocławek. Dwukrotnie zdobył wicemistrzostwo – w latach 2005 i 2006. Raz zdobył brąz i tylko raz, pracując w polskiej ekstraklasie, nie wywalczył medalu (w 2004 r. „Anwil” był „tylko” czwarty). „Śląsk” pod jego wodzą wszedł w jeden z najlepszych okresów w swojej historii – zdobył trzy razy z rzędu mistrzostwo Polski. Co równie ważne, stał się organizacyjnym wzorem dla innych naszych drużyn i pomógł podnieść poziom polskiej ligi. Rok po tym, jak w 2002 roku Urlep przeszedł do „Anwilu” Włocławek, tamtejsi kibice mogli się cieszyć z pierwszego w historii klubu mistrzostwa Polski. Jednocześnie Słoweniec ciężko pracował na opinię człowieka „bardzo kontrowersyjnego”. Jest prawdziwym wulkanem. Ze względu na „wybuchy”, festiwal min i efektownych gestów jest ulubioną postacią kamerzystów, filmujacych rozgrywki koszykarskiej ekstraklasy – gwarantuje „świetne” zdjęcia. Potrafi „objechać” dziennikarzy w brutalny sposób, gdy uzna pytanie za głupie. Uważa się, że nienawidzi mediów. „Taka była moja decyzja” – to jego tradycyjna odpowiedź na jakiekolwiek pytania, dotyczące zmian podczas meczu. Dostało się od niego również sędziom ekstraklasy, którzy musieli „chłodzić” go przewinieniami technicznymi. Zyskał sobie przezwisko furioso… Nie lubią go inni trenerzy. Gdy zdobywał tytuły, komentowano, że „z takim składem, jaki ma on, każdy miałby sukcesy”. Gdy jednak z przeciętnymi zawodnikami regularnie grał w finale, mó22

wiono, że lepiej traktują go sędziowie i szefowie ligi. On sam nigdy nie komentuje takich słów, ale też nigdy nie chce nawet oceniać ekip rywali. Powtarza: „Mogę mówić o swoim zespole. Niech rywalami zajmie się ktoś inny”. Przy tym wszystkim ma jednak opinię świetnego szkoleniowca. Na treningach jest katem, zawodnicy przeklinają go podczas okresu przygotowawczego i po każdym 3-godzinnym treningu. U niewielu trenerów pracuje się tak ciężko, ale jego podopieczni chcą dla niego grać, bo oznacza to walkę o najwyższe cele. Od lipca 2006 r. Urlep jest trenerem męskiej reprezentacji Polski, z którą wywalczył awans na mistrzostwa Europy rozegrane we wrześniu br. w Hiszpanii. Ten awans to już sukces, bowiem Polska awansowała do tej imprezy po 9 latach przerwy! Niestety, na mistrzostwach, pomimo czasami prawie równorzędnej walki z elitą koszykarskiej Europy przegraliśmy trzy mecze i po pierwszej fazie rozgrywek zakończyliśmy w nich udział. Poza sportem trener lubi wegetariańską pizzę, owoce, wodę mineralną i zieloną herbatę. Ponadto gra w tenisa. W związku ze zbliżającym się do nas wielkim sukcesem, któremu, miejmy nadzieję, nic nie stanie na przeszkodzie, należy wspomnieć o człowieku, który ma szansę wejść do historii polskiej piłki nożnej i wraz z naszą reprezentacją ją tworzyć. Obecnie, od 11 lipca 2006 roku, siódmym zagranicznym selekcjonerem, trenerem piłkarskiej reprezentacji Polski jest urodzony w 1942 roku w Rotterdamie holenderski trener Leo Beenhakker. Wybrał Polskę, choć po turnieju w Niemczech chciały go zatrudnić RPA i USA. Tajemnicą poliszynela jest to, że przeciw jego powołaniu była

śmietanka polskich trenerów. Nominacja jest zasługą sponsora reprezentacji, który pokrywa część pensji Holendra, oraz naciski kibiców. Beenhakker jest o niebo spokojniejszy, niż wspomniany wyżej trener koszykarzy. Mieszkając w Rotterdamie, olbrzymim mieście portowym, jako dziecko marzył, aby zostać marynarzem i zwiedzać świat. Na szczęście wszystko potoczyło się inaczej. Jako piłkarz grywał w amatorskich klubach. W połowie lat 60-tych rozpoczął karierę szkoleniowca, ponieważ bardziej od gry fascynowały go analiza i taktyka futbolu. Miał 25 lat i już trenował amatorską drużynę SV Ele. Był długoletnim pierwszym asystentem legendarnego trenera reprezentacji Holandii Rinusa Michelsa, dwukrotnie – w latach 1985-1986 i podczas Mundialu 1990 był selekcjonerem „pomarańczowych”. Nie wiem, czy zdajemy sobie sprawę z tego, że trafił do nas człowiek, uważany za jedną z największych osobowości trenerskich w światowym futbolu. Jako trener pracował w Europie, Azji i Ameryce Południowej. Zdobył m.in. trzy razy mistrzostwo Holandii (dwa z „Ajaksem” Amsterdam i raz z „Feyenordem”) oraz trzy razy w Hiszpanii, trenując „Real” Madryt, z którym praca to najlepszy okres w jego karierze. Lubi wyzwania. Dotychczas z każdego klubu wyruszał w poszukiwaniu coraz to nowych, także daleko poza obrzeże wielkiego futbolu. Zapewne dlatego w latach 2004 - 2006 prowadził reprezentację Trynidadu i Tobago. Reprezentację, składającą się z zawodników grających na co dzień w trzecioligowych klubach angielskich i szkockich, pierwszy raz w historii wprowadził do finałów mistrzostw świata. W Niemczech debiutant jako jedyna drużyna nie strzelił gola, ale zdobył jeden punkt (remis 0:0 ze Szwecją) i zajął ostatnie miejsce w grupie. Występ reprezentacji najmniejszego państwa, jakie uczestniczyło w finałowym turnieju, oceniany był pozytywnie. Wcześniej, w roku 1994, awansował do Mundialu z reprezentacją Arabii Saudyjskiej. Po 3 miesiącach pracy z nią został jednak zwolniony. Szejkowie uznali, że nie gwarantuje sukcesu. Prawdziwym powodem było jednak jego MONITOR POLONIJNY


żądanie, by piłkarze trenowali dwa razy dziennie, na co nie pozwalały wymogi religijne. Na Mundialu w USA Arabowie zagrali dobrze, awansowali do 1/8 finału, gdzie odpadli w meczu ze Szwecją. Fachowcy twierdzili, że podwaliny sukcesu zdążył położyć Beenhakker. Dziś najważniejszym jego zadaniem jest doprowadzenie naszej reprezentacji do mistrzostw Europy w przyszłym roku. W wywiadzie dla „Super Expressu” powiedział, że: „Polska piłka zawsze dobrze mi się kojarzyła. Pracowałem z polskimi piłkarzami. Myślę, że miałbym szansę dokonać tego, czego wam się jeszcze nie udało. Polska nigdy nie grała w finałach mistrzostw Europy. To paradoks, żeby kraj z takimi tradycjami nigdy nie wziął udziału w takiej imprezie. Lubię tego typu wyzwania, więc z chęcią spróbowałbym wprowadzić tam w końcu Polskę”. Pamięta mecz naszej reprezentacji przeciwko Portugalii i przypomina, że pokonaliśmy jeden z najlepszych zespołów na świecie. I jak na razie udział w mistrzostwach jest już bardzo blisko! „Zbawca” polskiej piłki poza pracą stara się zobaczyć jak najwięcej z dorobku kulturalnego Polski, chodzi na długie spacery, zwiedza muzea i historyczne miejsca. W Polsce wszystko mu smakuje, lubi winogrona i wszelakie sałatki, dobrą whisky i cygara. Żyjąc piłką i dla piłki, o futbolu może rozmawiać bez końca. Wierzy w holenderską szkołę futbolu totalnego – od obrońców wymaga, by jak najczęściej atakowali bramkę rywali, od napastników, by to od nich zaczynała się obrona. Jego klasę potwierdza fakt, że mając do dyspozycji tak przeciętnych graczy, jak piłkarze z Karaibów, potrafił osiągnąć sukces. Pamiętajmy jednak o naszych przywarach. Niepowodzenie w eliminacjach Euro 2008 lub kompromitacja na turnieju zostanie „z radością” wykorzystana przez władze PZPN i różnych „fachowców” do dyskredytacji pomysłu zagranicznego trenera dla reprezentacji. Obaj przedstawieni wyżej trenerzy należą do elity zawodowców w swych dziedzinach i życzyć sobie możemy, aby więcej osób tej klasy pracowało z naszymi zawodnikami. ANDRZEJ KALINOWSKI LISTOPAD 2007

OKIENKO JĘZYKOWE

Dekaczyzacja, defotygizacja I

po wyborach. Niektórzy się cieszą, inni szukają przyczyn swojej klęski. Dyskusje na ten temat trwają, zwłaszcza w tym drugim przypadku. Analizie podlega też język, którym posługiwali się kandydaci w kampanii wyborczej, a trzeba przyznać, że był on wyjątkowo brutalny. Zapewne na ten temat powstaną kolejne prace magisterskie i doktorskie, bo taka gratka dla osób zajmujących się językiem profesjonalnie może się pojawić, miejmy nadzieję, dopiero za cztery lata. Ale co teraz? Co nas czeka po wyborach? Nie wiecie Państwo jeszcze? W skali parlamentu na pierwszym miejscu będzie to „dekaczyzacja”, a w skali MSZ – „defotygizacja”. Nie, nie ja to wymyśliłam. O planowanych wyżej procesach przeczytałam w prasie. Co będzie w skali innych ministerstw, nie wiem, ale być może nastąpi też „degiertyzcaja”, „deziobryzacja” i inne „de-”. Proszę nie podejrzewać mnie o jakiekolwiek sympatie i antypatie polityczne, choć takowe mam, ja w tym miejscu poruszam tylko problem poprawności językowej i nie ukrywam, że być może po następnych wyborach parlamentarnych, a może i wcześniej, będę się zajmować z tego samego punktu widzenia „detuskizacją” czy „depawlakizacją”. Oczywiście w słownikach powyższych wyrazów Państwo nie znajdą, ale kłopotów ze zrozumieniem ich znaczeń pewnie nie mają. Wszyscy bowiem zetknęliśmy się już wcześniej z „dekomunizacją”, „decentralizacją” czy „dehumanizacją”, a niektórzy też z np. „defeminizacją” czy „degazacją”. Wyrazy te powstały w wyniku dodania obcego elementu „de-” do bardziej lub mniej polskich podstaw, oznaczających nazwę czynności. Najpierw trzeba coś „komunizować” lub „centralizować” itd., a w naszym przypadku też „kaczyzować” i „fotygizować”, aby następnie móc to wszystko odwołać, odkręcić, odnowić, dodając cząstkę „de-”, czyli po polsku właśnie „od-”.

Ale czy istniała „kaczyzacja” lub „fotygizacja”? Niektórzy na pewno przytakną głową, inni zaprzeczą, a ja tylko powiem, że z punktu widzenia normy językowej te formy, jak i poprzednie są niepoprawne. To tylko pewne okazjonalizmy, które żyją w języku jakiś czas. Związane są one z bardzo aktualną sytuacją (tu: polityczną) lub jej bezpośrednimi uczestnikami, twórcami i tworzone na wzór istniejących ciągów wyrazów o podobnej konstrukcji. Zwykle żyją własnym, krótkim życiem i po pewnym czasie po prostu o nich zapominamy, tak, jak zapominamy o politykach, od nazwisk których wyrazy te tworzone są najczęściej. W ostatnich wyborach przepadł np. Andrzej Lepper, który jeszcze nie tak dawno Polskę „lepperował”, co dowodzi, że „lepperyzacja” nam już nie grozi, a więc możemy o niej zapomnieć – oczywiście chodzi mi o wyraz, nie o jego znaczenie. Stosunkowo dawno, dawno temu jeden z polityków „falandyzował” polskie prawo. Któż jednak dziś pamięta Lecha Falandysza i to, co on starał się z tym prawem zrobić? Zatem wszystkie te nowe wyrazy, zarówno te z „de-”, jak i bez niego, ale tworzone od nazwisk polityków lub do nich nawiązujących, traktujmy jako element politycznego folkloru. One w większości zaginą wcześniej, niż komukolwiek przyszłoby do głowy zapisać je w słowniku. Życzmy sobie jednak, aby w polskiej polityce już nigdy nie było potrzeby jakiegoś „de-”. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA 23


C Z Y T E L N I C Y

P I S Z Ą

Pierwszy raz „Monitor” podrzuciła mi do przeczytania siostra, która podjęła pracę w Bratysławie. Było to podczas mojej pierwszej dłuższej wizyty u niej na Słowacji. Nie ukrywam, że wówczas byłam przerażona jej pobytem w „dalekim”, obcym kraju. Przejrzawszy Waszą, gazetę ucieszyłam się i upewniłam, że nie będzie wyobcowana, że mieszkają tam też Polacy, którzy czują się wspólnotą narodową, utrzymują kontakt z krajem, kultywują polską kulturę, tworzą w różnych miastach polskie kluby. Zamieszczane w „Monitorze” informacje są różnorodne – piszecie o ważnych dla Polaków sprawach. Dla mnie najciekawsze są wypowiedzi moich rodaków i Słowaków o łączących nas podobieństwach i dzielących różnicach. Dopiero na Słowacji zdałam sobie sprawę z niektórych zachowań Polaków, które u nas w kraju są normą, jak np. brak dystansu do siebie czy polityczne zacietrzewienie. Redagowane przez moją siostrę „Okienko językowe” uwrażliwiło mnie na posługiwanie się poprawną polszczyzną, bo z ubolewaniem przyznaję, że język Polaków, zwłaszcza młodzieży, jest coraz bardziej niechlujny. Podziwiam więc kultywowanie języka polskiego wśród Polonii i młodzieży słowackiej, studiującej polonistykę, której artykuły zamieszczacie na swoich łamach, a dzięki czemu „Monitor” pełni nie tylko rolę łącznika Polaków mieszkających na Słowacji z krajem, lecz przyczynia się też do integracji słowacko-polskiej. Często na łamach Waszego pisma czytałam wypowiedzi roda24

ków, dotyczące braku niektórych artykułów, np. kiszonych ogórkow czy śledzi. A mojej rodzinie i mnie brakuje wyprażanego „syra”!!! Podczas wizyt u siostry, czy w podróżach po Słowacji niezmiennie zamawialiśmy to wyśmienite danie. Dziwię się, że kiedyś kroiłam pomidory na tradycyjne u nas plasterki. Teraz, tak jak Słowacy, dzielę je na ósemki. O tej różnicy dzielenia pomidorów po raz pierwszy przeczytałam właśnie w „Monitorze”. Moja siostra zaraziła całą nasza rodzinę sympatią do Słowacji. To nie przesada, ale zakochaliśmy się w tym kraju, a w Bratysławie czujemy się jak u siebie. Mamy też swoje ulubione miejsca, np. Dewin czy Spiskie Podhradie. Zachwyceni jesteśmy renowacją Koszyc, Bardiejowa i Preszowa. Słowacy to szalenie mili, sympatyczni, otwarci i gościnni ludzie. Odnoszę wrażenie, że nie istnieje żadna granica, żadna linia podziału między naszymi narodami. Taką wspaniałą atmosferę wspólnoty przeżyłam w Czerwonym Klasztorze, na spływie Dunajcem. Płynący na słowackich i polskich tratwach turyści pozdrawiali się niezwykle serdecznie, bo przecież język nie stanowi żadnej bariery w porozumiewaniu się. Siostra powróciła do kraju, ale tęskni za Bratysławą. Uważam, że się „zesłowacczyła”. Ja zaś mam nadzieję, że „Monitor”, któremu życzę większej objętości i większego wpływu na integrację środowiska polonijnego, będę otrzymywać nadal i dzięki temu będę wiedzieć, „co w słowackiej Polonii piszczy”. CZESŁAWA NOWAKOWSKA, GNIEZNO

O G Ł O S Z E N I A • O G Ł O „Ministerstvo kultúry SR dňa 1. októbra 2007 vyhlásilo nový termín uzávierky na prerozdeľovanie finančných prostriedkov zo svojho grantového systému v Programe č. 6 Kultúra národnostných menšín 2008. Projekty, ktoré sa doručia do 26. novembra 2007 budú posúdené a spracované do konca februára 2008. Vyplnené žiadosti s prílohami v dvoch vyhotoveniach posielajte na adresu Ministerstvo kultúry SR, Odbor programovej podpory, Nám. SNP 33, 813 31 Bratislava 1 alebo ich odovzdajte v podateľni MK SR. Obálku označte heslom: „KNM 2008 – podprogram (číselné označenie a názov podprogramu)“. Pozor! Každú žiadosť je nevyhnutné zaregistrovať elektronicky na: http://registerkultury.gov.sk/granty2008/. Podrobnejšie informácie je možné získať na internetovej adrese MK SR: www.culture.gov.sk v časti Grantový systém 2008.“ W Y B Ó R

Z

P R O G R A M U

➨ 9.11. – Bratysława, SAV, Historický ústav, Klemensova 19 • Wykład na temat Józef Piłsudski a niepodległość Polski • Gł. organizator: Ambasada RP w RS ➨ 12.11., godz.18.00 – Bratysława, Mirbachov palác, Františkánske nám. • Koncert kwartetu Akademos z okazji Święta Niepodległości Polski ➨ 41. AKADEMICKI PRESZÓW • 11 – 13.11. – Prešovská univerzita, Ulica 17. novembra 1 • Workshop polskiego scenografa i reżysera teatralnego Leszka Mądzika • 12.11., godz. 19.00 – Teatr A. Duchnoviča, Jarková 77 • Spektakl teatralny Wilgoć w wykonaniu teatru Scena Plastyczna KUL w Lublinie • 14.11., godz.19.00 – Teatr A. Duchnoviča, Jarková 77 • Spektakl teatralny „OUN” w wykonaniu Teatru „Porywacze Ciał” www.porywaczecial.art.pl ➨ 13. 11., godz.19.00 – Bratysława, Teatr Astorka, Nám. SNP 33 • Festival Astorka 2007 – spektakl teatralny Wielkie żarcie Aleksandra Wartanowa w wykonaniu wrocławskiego teatru „Ad Spectatores” w reżyserii Anny Ilczuk. MONITOR POLONIJNY


O S Z E N I A • O G Ł O S Z E N I A • O G Ł O S Z E N I A

Redakcja „Monitora Polonijnego“

poszukuje osób, które lubią pisać i chcą się czymś ciekawym podzielić z czytelnikami. Klub Polski Region Bratysława serdecznie zaprasza na przedstawienie „Wiedeńska szkoła wariatów“, w wykonaniu kabaretu „Trzy po Trzy“ z Wiednia, które odbędzie się dnia 18.listopada (niedziela) o 18.00. w siedzibie Teatru GuNaGu, Františkánske námestie 7 w Bratysławie. WSTĘP WOLNY.

Zainteresowanych prosimy o kontakt z redaktor naczelną pod nr. tel. 0905 623 064 lub adresem e-mail: mwo@orangemail.sk Chcielibyśmy między nami przywitać małego Jakubka Krcheňa, który urodził się 29 września w Trenczynie. Jego rodzicom – Oli i Jankowi Krcheňom serdecznie gratulujemy. Klub Polski Środkowe Poważe

I N S T Y T U T U P O L S K I E G O W B R AT Y S Ł AW I E N A L I S T O PA D 2 0 07 ➨ 14.11., godz.16.30 – Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 • Projekcja filmowej adaptacji „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego z roku 1973 w reż. Andrzeja Wajdy z okazji Roku Wyspiańskiego. ➨ FESTIVAL NEXT ŽILINA: Żylina, Stanica Žilina-Záriečie • 15. 11., godz.19.00 – prezentacja działalności WRO Centrum Sztuki Mediów • 15. 11., godz. 20.00 – performance „Ping Melody” – spotkanie z Pawłem Janickim ➨ 21.11. godz.18.00 – Bańska Bystrzyca, aula FHV UMB, Ružová 11 • Projekcja filmu Krzysztofa Kieślowskiego Przypadek /1981/ ➨ 22. 11., godz.19.00 – Szamorín, At Home Gallery Koncert grupy „Projekt Karpaty Magiczne” ➨ 24. 11., godz. 20.00 - Żylina, Stanica ŽilinaZáriečie Projekt audio-wizualny JOB KARMA – CZERNOBYL ➨ 27.11., godz.17.00 – Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 • Otwarcie wystawy „Pojęciokształty”. Poezja konkretna Stanisława Drożdża z galerii BWA Wrocław. LISTOPAD 2007

➨ JOSEPH CONRAD. DALEKIE REJSY SŁOWIAŃSKIEJ DUSZY ➨ 26.11., godz. 12.00 – Bratysława, Instytut Polski • Projekcja filmu Andrzeja Wajdy Smuga cienia /1976/ ➨ 28.11., godz. 10.00 – Bratysława, SAV, Ústav svetovej literatúry Konventná 13 Konferencja, poświęcona Josephowi Conradowi, brytyjskiemu pisarzowi pochodzenia polskiego W programie projekcja dokumentu Bohdana Rączkowskiego Conrad /35min./ ➨ 28.11., godz. 16.30 – Bratysława, Instytut Polski • Projekcja teatralnej adaptacji powieści J. Conrada Lord Jim w reżyserii Laca Adamika ➨ 29.11., godz.13.30 – Bratysława, Katedra anglistiky a amerikanistiky FF UK Wykład dr. Jacka Gutorowa Heterodoxy and Collaboration - New York Poets in Poland ➨ 29.11., godz. 16.30 – Bratysława, Instytut Polski • Prezentacja nowego wydania książki J. Conrada Lord Jim w przekładzie Ivana Krčméry’ego (wyd. „Slovart”).

Program 11. Dni Kultury Polskiej w Koszycach: 25.10. wystawa malarstwa Tomasza Zawackiego „Monochromia“, Vychodoslovenska galeria (VSG), Koszyce (do 2.12.2007) 30.10. wystawa Marka Sapetto „Malba“, VSG Koszyce (do 2.12.) 3.11. l 19.00 – Jazz For Sale – Leszek Możdżer, Historická radnica 5.11. wystawa „Krokom k umeniu” Prve Detske Tvorive delne, Galeria Provincny dom, Stara Lubovna 7.11. wystawa malarstwa Henryka Wichniewicza „Przenikanie“, Galeria KOS, Galeria VEBA, Koszyce (do 7.12.) 9.11. wystawa Eury Art Danova 2007, Muzeum Andy Warhola, Medzilaborce (do 20.12.) 10.11. l 19.00 Jazz For Sale – „Happy Times”, Historická radnica 11.11. l 15.00 wystawa „Jan Kiepura i Marta Eggerth - w 105. rocznicę urodzin wielkiego Polaka“, Slovenské technické múzeum Koszyce. 11.11. l 16.00 Otwarcie 11. Dni Kultury Polskiej „Koszyce 2007”, Historyczna Sala Galerii Wschodnioslowackiej, w programie m.in. utwory F. Chopina – „Trio” Urszuli Szabados. 12.11. l 17.00 film „Hi way”, reż. Jacek Borusinski, STM 13.11. l 17.00 film „Ono”, reż. Małgorzata Szumowska, STM 14.11. l 17.00 film „Powiedz to Gabi”, reż. Roland Rowiński, STM 17.11. l 19.00 Jazz For Sale Scott Henderson Gang, Historicka radnica 21.11. l 18.00 koncert autorski „Paweł GAL B.“, Jazz Klub Koszyce, Kovacska ul. 22.11. l 15.00 – wystawa „4x=?“, Radom, Koszyce, Kowno, Lwów, Galéria FUGA Koszyce (do 15.12.) 22.11. l 19.00 – Teatr Formy „Only You“, Mała Scena Štátne Divadlo, Koszyce 26.11. l 19.00 – koncert Andre Ochodlo Atelier Klezmer Band, Historicka radnica, Koszyce 28.11. l 16.00 – wystawa Zdenki BłońskiejZaborskiej „Moje príbehy – maľba“, Galéria umelcov Spiša, Spišská Nová Ves 28.11. l 16.15 – wystawa „ReBloTadeSpektiva“, GUS, Spišská Nová Ves, 25


Ja a moji traja kamaráti z Poľska Mala som dvadsaťtri rokov. Vo februári v deväťdesiatom prvom som si išla v Madride, ešte pred začiatkom pôstu, zatancovať salsu na Plaza Mayor. „Kde teba človek nespotká...,“ začula som za sebou známy hlas. Moji traja kamaráti z Poľska, kdesi od Varšavy, sa škerili od ucha k uchu, lebo Slovenku, ktorá ide hneď po vysokej škole do Madridu opatrovať cudzie deti a ktorá sa len tak sama vyberie na hromadnú tancovačku salsy, ešte nestretli. Bolo to tesne po našej nežnej revolúcii, keď najprv Poliaci Slovákom prekliesnili cestu v cudzom svete... Aj mne „moji“ traja kamaráti ukázali, že z pozície izbových maliarov sa dá kráčať a dostať ďalej. Na Plaza Mayor, výstavnom námestí Madridu, som zistila, že rekonštrukciu niektorých nádherných historických domov robia práve oni. „Ak budeš potrebovať pomoc, pomôžeme ti...,“ hovorili a hoci sa naše cesty časom rozišli, s podobnými mladými ľuďmi, ktorí odišli z domu do sveta, aby sa postavili na vlastné nohy, aby si niečo zarobili, dokázali a potom sa skúsenejší a bohatší vrátili domov, som sa o pár rokov stretla aj v Amerike. V malej Varšave na Quinse boli stovky mladých, takých podobných „mojim“ trom Poliakom. Obdivovala som ich, ako vedia držať spolu, aj z mála vytvoriť niečo hodnotné, ako sa vedia vypracovať, akí vedia byť vnímaví a podnikaví... Opäť to boli moji učitelia. Páčilo sa mi, že na druhý koniec sveta preniesli kultúru a ducha svojho národa. Do ich sklepov som chodila nakupovať klobásku a chlieb a bola som pateticky hrdá, že máme tak veľmi blízko k sebe... Odkedy som sa vybrala z domu vidieť a skúmať svet, pochopila som ich sťahovavé duše. Plné slobody, hry na skvelých obchodníkov, zmysel pre nostalgiu, estetické vnímanie... Ďaleko od domova, ale aj priamo v Poľsku som našla veľa priateľov. S nimi sa mi ich domovina ukázala ako veľká farebná kniha, v ktorej by som raz chcela žiť dlhšie. Často hovo26

POLSKA Oczami słowackich dziennikarzy

MÁRIA MIKOVÁ, ŠÉFREDAKTORKA ČASOPISU SLOVENKA rím svojej dvanásťročnej dcére: „Nie v Bratislave, ale v Krakove by si mala študovať. Urobím všetko preto, aby sa tak stalo...“ Pravdaže, ona iba nechápavo krúti hlavou, lebo ešte nepozná tú vôňu mesta, ktorej sa musím ísť aspoň raz za pol roka nadýchať. To mesto je naozajstným kráľom. Zároveň je aj bohémom, umeleckou dušou. Veľká láska, za ktorou utekám, len čo prídem domov na severovýchod Slovenska. Za ktorou idem, hoci tá cesta bez diaľnice býva pomalá a napätá. Viem, že moja dcéra to teraz ešte nevie pochopiť... Aj ja som v jej veku mnohému nevedela porozumieť! Mala som asi trinásť, keď raz večer prišiel domov otec z poľských nákupov a v taške nemal nič, iba jeden biely hodvábny šál. Môj rodičovský dom je vzdialený asi päťdesiat kilometrov od poľských hraníc. Každý mesiac sa išlo do Starého a Nového Sączu na nákupný výlet. Vtedy večer však otec prišiel iba s tým bielym šálom a hovoril, že hoci dal taxikárovi kilo citrónov a ten s ním chodil od jedného obchodu k druhému, regály boli prázdne. Nič nedo-

stal... Trvalo dosť dlho, kým mi z detskej mysle vymizla táto predstavivosť o smutnej, tmavej krajine, v ktorej nič nie je. Až neskôr som, samozrejme, pochopila, že išlo o osemdesiate krízové roky. Poľsko z detstva bolo pre mňa tmavé – že by to bolo aj tými tmavými sklami na okuliaroch vtedajšieho predsedu vlády Wojciecha Jaruzelského...? Dnes je to však pre mňa farebná a milovaná krajina. Zdá sa mi nepochopiteľné, že som ju začala objavovať tak neskoro, až okolo tridsiatky, po návrate zo Španielska a Ameriky. Onedlho mám štyridsať, Poľsko objavujem takmer desaťročie a stále je to málo. Prídem domov, do dediny neďaleko Starej Ľubovne, a keď môžem, hneď utekám do Krynice, posedieť si v reštaurácii, trocha sa ponevierať... Nechce sa mi veriť, že iba niekoľko kilometrov za našimi hranicami je moderné lyžiarske stredisko. Mám radosť, že som si toto leto splnila konečne sen a pozrela si hrad Niedzica. Že som pochodila dediny, ktoré kedysi historicky patrili ku Slovensku. Svoju mamu som zobrala aj do Wieličky. Toľko o nej rozprávala, bola tam totiž pred tridsiatimi rokmi, že som veľmi chcela, aby si svoje spomienky mohla prinavrátiť. Myslím, že v tej prekrásnej soľnej kaplnke pod zemou sa vrúcne modlila aj za celý poľský národ. Naša rodina bola spätá s juhom Poľska. Cez Dunajec, kam sme chodili na plte, cez televíziu – doteraz spomínam pre nás netradičné simultánne preklady v zahraničných filmoch, aj na Sopot, kde sme sa ako deti veľmi bláznili, cez nákupy... Dnes na druhý breh Dunajca v Červenom Kláštore vedie most. Ešte som sa po ňom na poľskú stranu neprešla. Ak mi dá Pán Boh zdravie a pôjdem do Pienin, možno napíšem o moste, ktorý spája dva brehy, dve krajiny a ich dve príbuzné duše... Možno si to vo vašich novinách prečítajú moji traja kamaráti a povedia: „Maria, kde sa o tebe človek nedozvie..?“ MONITOR POLONIJNY


K Ą C I K

Zrób to sam

W DLA 5-LATKÓW I NIE TYLKO

Pozbieraj różnokolorowe liście, włóż je między gazety na 2 dni, a potem zrób z nich przepiękny jesienny obraz, który wniesie do Twojego pokoju atmosferę jesieni. Naklej wysuszone liście na papier jako kolaż albo wymyśl z nich jakiś konkretny kształt człowieka, zwierzęcia, kwiatu, samochodu itp.

Dzień Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny Pierwszy dzień listopada jest dniem wiadali wam przygody z ich życia. Wszystkich Świętych, a drugi jest Zachęcamy Was do zrobienia, wspólDniem Zadusznym. Nie zapomnijcie nie z rodzicami, drzewa genealogicznepodczas tych dni o tych osobach go Waszej rodziny albo do zaznaczenia z Waszej rodziny, które odeszły bez- na mapie miejsc, gdzie mieszkają lub powrotnie. Zapalcie lampkę na ich gro- mieszkali wasi bliscy, skąd przybyli, bach, poproście rodziców, aby poopo- z jakiego powodu migrowali? Zdradzimy wam wielką tajemnicę: ludzie, którzy umarli – żyją tak naprawdę dalej dzięki nam – żyją w naszych wspomnieniach... LISTOPAD 2007

C Z Y T E L N I C Z Y

zeszłym miesiącu zachęcaliśmy Was do przeczytania jednej z przezabawnych książek dla dzieci pióra Krystyny Boglar, zaś dziś polecamy szybki kurs bycia dzieckiem „eksternistycznie wychowywanym” (pod nieobecność) przez swoją mamę z innej książki tej autorki pt. „Nie głaskać kota pod włos”, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa,1978. „- No, czytaj! – Agnieszka wyłowiła nóż z kubła. Leszek z westchnieniem uchwycił brzeg tego, co było kiedyś papierem. Wstrzymał oddech. Rozmazany tusz obwieszczał, co następuje: Kochani! Mam sześć godzin wykładów i jeśli chcecie zjeść obiad, to sobie go zróbcie. Wszystko przygotowałam na stolnicy. Niech Leszek nie zapomni o wyniesieniu śmieci! Całuję, wasza Mufka - Pyff! – Chłopiec, jak parowóz, wypuścił nagromadzone w płucach powietrze. – I to jest ten o b i a d ? – wskazał palcem na bezkształtną masę, która w cudowny sposób przeniosła się już ze stolnicy na ceratę. - To są kotlety mielone – stęknęła Agnieszka. - Ciekawostka – zainteresował się poważnie Leszek – mnie to raczej przypomina pokarm dla niemowlaków. To się je łyżką? - Pałeczkami! Pałeczkami – odparła Agnieszka. W jej miodowym głosiku brzmiała ukryta groźba. Skorupka z jajka miękko lądowała na czuprynie chłopca. - Gdzie te śmieci? – westchnął. -W salonie królowej Anglii. Wynocha! (...)!” stronę redaguje Moan

27


W

iadomo, że będzie już tylko zimniej i gorzej, a z optymizmu nici... Ale listopad był, jest i będzie. Już taki jest porządek na świecie. Musimy go przetrwać. Innej możliwości nie ma.

Wiem, że najfajniej byłoby wziąć koc, książkę i jakiegoś futrzaka, takiego, który mruczy i nic od nas nie chce. Z tym futrzakiem i dobrym autorem przeleżeć cały listopad w łóżku. Niestety, nam maluczkim nie jest dana taka przyjemna listopadowa wegetacja. Pomimo pluchy, błota, wilgoci, zgniłych liści i dziurawych rynien

musimy funkcjonować, czy chce się nam, czy nie. W przerażająco ciemne listopadowe rana musimy wstawać, stawiać stopy na lodowatą podłogę, wychodzić z domu, by jakoś przeżyć kolejny dzień. Brr… Jedynie wizja przyjemnej kolacji pozwala go przetrwać. Dlaczego kolacja w listopadzie jest tak ważna? Bo jedzona

w dobrym towarzystwie stanowi źródło optymizmu na następny dzień. A jeśli na kolację będzie rosołek, klasyczny, z kurczaczka, posypany natką pietruszki i z marchewką, to nawet w listopadzie, gdy za oknem wieje i pada, a z rynien nadal kapie, świat jest piękniejszy.

SKŁADNIKI: • 1 kurczak • włoszczyzna (2-3 marchewki, 1 pietruszka, kawałek selera, kawałek pora) • 1 cebula • gałązka koperku • sól

SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA: Umytego kurczaka zalać zimną wodą. Dodać obrane warzywa – na cebuli można zostawić jedną, cienką warstwę łupinek, aby rosół uzyskał ładny kolor. Doprowadzić do wrzenia, po czym około 1 godz. gotować na małym ogniu. Potem kurczaka wyjąć, pokroić na kawałki i dodać z powrotem do rosołu. Podawać z makaronem. ZA MIESIĄC: PIERNIKI ŚWIĄTECZNE I NIE TYLKO

MAJKA KADLEČEK


Monitor Polonijny 2007/11  
Monitor Polonijny 2007/11  
Advertisement