Page 1


Dom Euroregionu „Tatry”

już otwarty Po

Na uroczystość otwarcia Domu Spotkań, którą poprowadzili przewodniczący Euroregionu „Tatry” Ivan Budiak wraz z prezydentem miasta Kieżmark Igorem Szajtlawą, przybyło wielu dostojnych gości, m.in. Duszan Czaplowicz – wicepremier Słowacji, Vladimir Czeczot – sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych RS i przewodniczący słowackiej strony Komisji Międzyrządowej ds. Współpracy Transgranicznej, Olga Marhulikowa z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych RS, Viliam Cagala z Ministerstwa Budownictwa i Rozwoju Regionalnego RS. Polską ambasadę reprezentowali radca minister Bogdan Wrzochalski, honorowy konsul RP

2

wieloletnich staraniach udało się 6 lipca 2007 r. przeciąć wstęgę na znak otwarcia Domu Spotkań Słowacko-Polskich Euroregionu „Tatry”. Dom, mieszczący się w Kieżmarku pod adresem Hradné námestie 30, jest przyrodnim bratem Ośrodka Współpracy Polsko-Słowackiej w Nowym Targu. Kieżmark i Nowy Targ są siedzibami Transgranicznego Związku Euroregion „Tatry”, którego celem jest prowadzenie działań związanych z rozwojem regionu, zbliżeniem mieszkańców i instytucji po obu stronach granicy. Euroregion „Tatry” rozpościera się na powierzchni 11 tys. km2, a zamieszkuje go niemal 900 tys. osób.

Tadeusz Frąckowiak oraz dyrektor Instytutu Polskiego w Bratysławie Zbigniew Machej. Nie zabrakło również przedstawicieli

polskich władz Euroregionu „Tatry” z przewodniczącym Wendelinem Haberem na czele. W nowej siedzibie oprócz

dwóch pomieszczeń biurowych Euroregionu „Tatry”, galerii i sali konferencyjnej z zapleczem socjalnym i sanitarnym znajduje się też sala do organizowania spotkań nieformalnych. Dom służyć będzie też posłom Parlamentu Europejskiego oraz innym organizacjom zajmującym się współpracą transgraniczną (nie tylko polsko-słowacką). W biurze Euroregionu „Tatry” można znaleźć materiały prezentujące miasta, gminy i państwa leżące po obu stronach granicy, zachęcające do współpracy. Rekonstrukcję starego domu mieszczańskiego i przystosowanie go do potrzeb Euroregionu „Tatry” zrealizowano dzięki dofinansowaniu z funduszów Unii Europejskiej. Otwarciu Domu towarzyszyły wernisaż wystawy prac rzeźbiarskich Jana Skupina, byłego prezydenta Kieżmarku oraz jednego z twórców Euroregionu „Tatry”, oraz inauguracja Europejskich Dni Rzemiosła Ludowego, w której udział wziął prezydent Słowacji Ivan Gaszparowicz. W związku z otwarciem nowej siedziby Euroregionu „Tatry” wspólnie wystąpiły zespoły ludowe „Maguraczik” z Kiežmarku i „Mali Śwarni” z Nowego Targu. JUSTYNA CHOVAŇÁKOVÁ

MONITOR POLONIJNY


OD REDAKCJI

SPIS TREŚCI

Długo oczekiwane lato już za nami. Nie wiem, czy tak jak na lato czeka ktoś z niecierpliwością na jesień, choć przecież i ta pora roku ma swoje uroki. O tej piękniejszej stronie wrześniowych dni możecie Państwo przeczytać w artykule „Jak się nie dać jesieni...“ W to, że ktoś po przerwie wakacyjnej oczekuje z radością pierwszego dzwonka w szkole, raczej nie chce mi się wierzyć. Chociaż… Może pierwszoklasiści, gnani ciekawością, jak to będzie w szkole, myślą o niej z podekscytowaniem? Ich rodzice zaś, czerpiąc inspiracje z naszego „Piekarnika”, będą mogli swoim pociechom przygotować kanapki do szkoły. Czasami dzwonią do nas niektórzy czytelnicy, chcąc się dowiedzieć, czy wyszedł już nowy numer „Monitora” i dlaczego jeszcze go nie otrzymali. Ktoś inny mógłby być z tego powodu rozdrażniony, ale mnie się to podoba! Bo oznacza to, że z niecierpliwością czekacie Państwo na kolejne wydanie naszego miesięcznika. Z podobną niecierpliwością, mam wrażenie, końca rozmowy oczekiwał bohater kolejnego „Wywiadu miesiąca” – lider zespołu „Lady Pank”. Ba, nawet sam postarał się o to, by skrócić rozmowę. Ja natomiast z niecierpliwością czekam na moment, kiedy kolejny numer trafi do Państwa rąk i kiedy usłyszę Państwa opinie na temat opublikowanych w nim artykułów, przygotowanych przez nasz zespół redakcyjny. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA REDAKTOR NACZELNA

Jak się nie dać jesieni...

4

Z KRAJU

4

SŁOWACKIE WYDARZENIA I POLSKIE SPOSTRZEŻENIA

6

Mieszkali tam, mieszkają tu

6

W krainie świętego spokoju

8

Siatkarskie szaleństwo w Katowicach 8 WYWIAD MIESIĄCA „Lady Pank” wiecznie młody?

11

Metr na metr, czyli Eury Art 2007

14

Warsztaty twórcze dla dzieci „Krok za krokiem w kierunku sztuki“ 16 MŁODZI W POLSCE SŁUCHAJĄ Hania Stach

17

NASŁUCHUJEMY

17

KINO-OKO „Testosteron” – świat oczami samców

18

TO WARTO WIEDZIEĆ Szare Szeregi 1939 – 1944

19

BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Jacka Dehnela „książka gadana“

21

Nasi najlepsi obcy

22

CZYTELNICY PISZĄ

24

OGŁOSZENIA

24

POLSKA OCZAMI SŁOWACKICH DZIENNIKARZY Idealizujem si ho. No nech!

26

MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI

27

PIEKARNIK Inna niż wszystkie kanapka do szkoły

28

VYDÁVA POĽSKÝ KLUB – SPOLOK POLIAKOV A ICH PRIATEĽOV NA SLOVENSKU ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk , Pavol Bedroň, Andrea CupałB a r i c o v á , A n n a M a r i a J a r i n a , M a j ka K a d l e č e k , D a n u t a M ey z a - M a r u š i a ko v á , I z a b e l a W ó j c i k KOREŠPONDENT V REGIÓNE KOŠICE – Urszula Zomerska-Szabados • JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE : Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska • GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • TLAČ: DesignText • KOREŠPONDENČNÁ ADRES A: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel./Fax: 031/5602891, monitorp@orangemail.sk • PREDPLATNÉ: Ročné predplatné 300 Sk na konto Tatra banka č.ú.: 2666040059/1100 • REGISTRAČNÉ ČÍSLO: 1193/95 Realizované s Finančnou podporou Ministerstva kultúr y SR - program kultúra národnostných menšín

www.polonia.sk WRZESIEŃ LUTY 20072007

3


Jak się nie dać jesieni... K

iedy wieczory stają się coraz krótsze, a na ulicach pojawiają się rozkrzyczane dzieciaki, zaczynam mimowolnie szukać zapachu palonych liści i czuję, jak wraz z porannym chłodem wsiąka we mnie jesienna depresja. Zeszłoroczny wrzesień był przepiękny, jednak na wypadek, gdyby w tym roku tego piękna było nieco mniej, wymyśliłam sobie Plan Przetrwania i to taki, jaki Polak lubi najbardziej – czyli od święta do święta. Ale uwaga – jestem zbyt stara, by pamiętać o nowym roku szkolnym i zbyt młoda na rozpamiętywanie wojny, myślę zatem o czymś innym. Na początek 8 września – Dzień Dobrych Wiadomości. Nie kupię żadnej gazety, a telewizor wykorzystam do obejrzenia uroczej komedii „Masz wiadomość”. Może nawet napiszę kilka listów do dawno nie widzianych przyjaciół, a mąż zadzwoni do mnie z nowiną, że szef dał mu podwyżkę? Trochę gotówki faktycznie się przyda, bo następnego dnia – 9 września – obchodzimy Międzynarodowy Dzień Uro-

WIECZOREM 21 SIERPNIA Platforma Obywatelska złożyła wniosek o odwołanie Ludwika Dorna z funkcji marszałka Sejmu – poinformował wiceszef klubu PO Grzegorz Dolniak. Wcześniej takie wnioski złożyły kluby SLD i LPR. PO zarzuciła Dornowi, że jako marszałek kieruje się interesem swojej partii, a nie całego Sejmu, że nie potrafi wznieść się ponad podziały i współpracować ze wszystkimi klubami parlamentarnymi, paraliżując tym prace Sejmu. 4

dy – niechby chociaż na kosmetyczkę wystarczyło... Co prawda wielu mężczyzn uważa, że w kobietach najpiękniejszy jest uśmiech, zatem nie zaszkodzi, moje panie, uśmiechać się tego dnia częściej, bo to i taniej wychodzi, i milej się robi wokoło. Święto urody to jednak nie przelewki i coś dla siebie trzeba tego dnia zrobić, choćby to było porządne nałożenie kremu do rąk przed zaśnięciem. Zanim zadowolone z siebie pójdziecie spać, zasta-

MARSZAŁEK SEJMU Ludwik Dorn 21sierpnia poinformował, że posłowie zajmą się wnioskiem o samorozwiązanie Sejmu na posiedzeniu 7 września. Samego siebie nazwał „likwidatorem Sejmu”. Dorn zapowiedział, że jeśli wspomnianego wniosku (w Sejmie są dwa projekty uchwał w tej sprawie, autorstwa PO i SLD) nie poprze dostateczna większość posłów (potrzeba co najmniej 307 głosów), zwróci się do prezydenta Lecha Kaczyńskiego o „objęcie patronatem politycznym” scenariusza poddania się rządu do dymisji i przejścia procedury trzech kroków konstytucyjnych, które doprowadziłyby do wyborów.

nówcie się, proszę, dokąd w najbliższym czasie mogłybyście się udać na wycieczkę koleją. Niedawno Słowację i Polskę przemierzył legendarny Orient Express, ale Wam proponuję raczej jakąś trasę lokalną i to wcale nie dlatego, że bilet na ten słynny pociąg kosztuje sześć tysięcy euro, a nie każdy ma tyle przy sobie, chodzi mi raczej o fakt, iż 13 września mamy Dzień Kolejarza, a gdzież się tak miło nie rozmawia z pracownikiem kolei, jak nie w przepełnionym, spóźnionym o czterdzieści minut pociągu podmiejskim? Gdy pokrzepieni wymianą zdań z konduktorem zapragniecie wysiąść, nie róbcie tego na chybił trafił. Koniecznie wybierzcie stację w lesie, bo już 19 września obchodzimy Dzień Dzikiej Flory i Fauny, a więc Wasza wycieczka nieodzownie musi prowadzić przez krzaki le-

LEWICA I DEMOKRACI są gotowi do przyśpieszonych wyborów, ale uważają, że przed nimi trzeba jeszcze powołać sejmowe komisje śledcze ds. akcji CBA w Ministerstwie Rolnictwa i wyjaśnienia okoliczności śmierci Barbary Blidy – oświadczył 20 sierpnia Aleksander Kwaśniewski. Były prezydent poinformował, że stanie na czele komitetu wyborczego LiD, w który przekształci się Rada Programowa, kierowana przez Kwaśniewskiego. JEDNYM GŁOSEM przepadł w sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka wniosek Platformy Obywatelskiej o pozytywne zaopiniowanie wotum nieufności wo-

bec ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Na posiedzenie stawiło się niemal całe kierownictwo resortu: Z. Ziobro, wiceministrowie A. Kryże i B. Kempa oraz wiceprokurator generalny J. Engelking. PO 10 LIPCA złożyła identyczne wnioski, dotyczące wszystkich ówczesnych 19 ministrów rządu Jarosława Kaczyńskiego. Zgodnie z sejmową procedurą każdy wniosek o wotum nieufności dla ministra opiniuje wcześniej właściwa komisja sejmowa. SZEF KLUBU parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości powiedział, że ewentualna komisja do zbadania akcji MONITOR POLONIJNY


śnych jeżyn, błotniste ścieżki i pełne pajęczyn obrzeża pól. Może nawet zobaczycie gdzieś prawdziwą sarenkę? To by było coś! Wybierając wariant miejski, przynajmniej tego jednego dnia nie miejcie pretensji ani do gołębia, który właśnie zostawił Wam na żakiecie pamiątkę swojego istnienia, ani do mrówek, które pod Waszą nieobecność urządziły sobie nowe lokum w kuchennym chlebaku. Nie przejmujcie się drobiazgami – idźcie na spacer. Dwudziesty drugi września to Dzień bez Samochodu i nawet jeśli pracujecie daleko, zaszalejcie i spróbujcie dotrzeć do pracy inaczej niż zwykle. Może trolejbusem? Rowerem? Pociągiem – jeśli konduktor Was nie rozpozna i wpuści do wagonu? A może najbardziej ekstrawagancko, czyli po prostu pieszo? Wracając do domu, nie zapomnijcie o zakupach, bo następnego dnia, 23 września, kolejne ważne święto – dożynki. Nie każdy jest rolnikiem, ogrod-

CBA powinna zostać powołana po wyborach. Według Marka Kuchcińskiego, gdyby powołano ją wcześniej, opozycja mogłaby ją wykorzystać do prowadzenia kampanii wyborczej. Marek Kuchciński powiedział też, że trzeba patrzeć z dystansem na słowa Janusza Kaczmarka. Były szef MSWiA powiedział m.in., że prokuratura jest wykorzystywana do celów politycznych. Wg Kuchcińskiego Kaczmarek, pełniąc wcześniej funkcje rządowe, nie zwracał uwagi na nieprawidłowości. WEDŁUG OGÓLNOPOLSKIEGO Związku Zawodowego Lekarzy (OZZL), w 13. tygodniu akcji strajkowej pracowników WRZESIEŃ 2007

nikiem czy sadownikiem, ale bez swojskiej zieleniny i chleba wszyscy zginęlibyśmy marnie. Próbujcie ze smakiem owoców tego lata i zróbcie sobie na zapas sporo kanapek. Przydadzą się 24 września, kiedy to rano znowu będziecie musieć wyjść z domu, bo to Światowy Dzień Turystyki, a więc bez wycieczki ani rusz. Aktywne spędzanie czasu to, jak widzicie, najlepszy sposób na jesienną chandrę. A jeśli uda Wam

służby zdrowia protest w części szpitali został zawieszany. W ocenie resortu zdrowia sytuacja powoli się normalizuje, a niektóre dyrekcje podpisują porozumienia ze strajkującymi lekarzami. Jednak nadal wiele szpitali pracuje w trybie ostrego dyżuru. KONCERT „EUROPEJSKI Most – Granica 803” odbył się w Dołhobyczowie koło Hrubieszowa, gdzie ma powstać nowe przejście graniczne Dołhobyczów/Uhrynów. Liczba „803” w tytule imprezy nawiązuje do numeru, widniejącego na słupach granicznych, stojących po obu stronach sceny. Oprócz zaoranego pasa ziemi, zasieków

się dożyć do końca miesiąca, to 30 września wieczorem przytulcie się do swojego mężczyzny – on ucieszy się z mile zakończonego Dnia Chłopaka, a wy odetchniecie z ulgą. Rano, gdy znów obudzą Was wrzaski dzieci idących do szkoły, z nadzieją pomyślicie o październiku. AGATA BEDNARCZYK

z drutu kolczastego i strażników z psami, słupy stanowią naturalny element scenografii – tłumaczył reżyser koncertu Grzegorz Sadurski. PO RAZ PIERWSZY w historii 25 sierpnia 2007 r. na scenie, ustawionej na granicy Polski i Ukrainy, odbył się koncert artystów z obu krajów. Organizatorzy chcieli, by impreza pomogła młodzieży w przełamywaniu stereotypów i lepszym poznaniu się. REKORDOWĄ POPULARNOŚCIĄ cieszył się w tym roku gdański Jarmark św. Dominika. Według organizatorów imprezy odwiedziło go 8,5 mln osób (w roku ubiegłym 6 mln). Jar-

mark, który odbył się po raz 747., to największa impreza plenerowa o charakterze handlowo-kulturalnym w Polsce. ROSJANIN ALEKSANDER Erszow, 24-letni student polonistyki z Sankt Petersburga, wywalczył tytuł Cudzoziemskiego Mistrza Języka Polskiego. W dyktandzie, które odbyło się w Cieszynie, uczestniczyło blisko 200 słuchaczy XVII Letniej Szkoły Języka, Literatury i Kultury Polskiej. Mistrz pokonał rywali, którzy przyjechali do Cieszyna zarówno z krajów europejskich, jak i Chin, Egiptu, RPA, Stanów Zjednoczonych i Kanady. ZUZANA KOHÚTKOVÁ, WARSZAWA 5


Drodzy Czytelnicy! Muszę się pochwalić. Po pięknych, aczkolwiek trochę monotonnych, latach spędzonych w domu z dzieckiem na ręku wróciłam! Był to najwyższy czas na powrót! Fartuch w kwiatki rzuciłam na wieszak, warzechę do kąta, sąsiedzkie plotki w zapomnienie, dziecko oddałam do przedszkola i powróciłam. Udało mi się z zawodowego niebytu wrócić do grona istot zarabiających. I dobrze mi jest z tym. Niech każdy mówi, co chce, na temat posłania kobiet i ich roli w społeczeństwie, ale świadomość comiesięcznej wypłaty pojawiającej się na koncie dodaje skrzydeł i – bądźmy trochę przyziemni – ciuchów w szafie. Po latach, bądź co bądź ekonomicznego uzależnienia od „osobnika zaobrączkowanego” czuję się wreszcie jak... człowiek. Wszystko gra, lecz niestety jest jedno „ale”. We wrześniu wyraźnie odczuwalne. A mianowicie – święta państwowe. Pierwszego września to na Słowacji dzień wolny od pracy, więc luzblues – firmowy telefon komórkowy wyłączony, apogeum rozlazłości, tzn. brak jakichkolwiek działań na rzecz fryzury, szlafrok, skarpety frotte i ogromna kawa są zaplanowane na dziesiątą rano. Ale co to? Kto to? O ósmej piętnaście ktoś się dobija do człowieka za pomocą telefonu stacjonarnego (tak, tak, niektórzy konserwatywni osobnicy posiadają taki)! Sam szef... Z zagranicy… Bo tam święta nie ma, tam się pracuje... I tak, stojąc w szlafroku i w skarpetach frotte, rozwiązuję „problemy ludzkości”. Dlatego, Drodzy Czytelnicy Pracujący, wystąpmy z wnioskiem o kompatybilność świąt państwowych. Wystosujmy petycję do władz! Ile różnych petycji w życiu już podpisaliście? Za wolność żab w parku, za supermarket na osiedlu i przeciw niemu... Obchodźmy święta słowackie, polskie, niemieckie, angielskie, belgijskie... Może będziemy częściej świętować niż pracować? Kto jest za? Na pewno ja! MAJKA KADLEČEK 6

Mieszkali tam, mieszkają tu W

szyscy ludzie, wstępujący w związki małżeńskie, muszą podjąć decyzję, gdzie zamieszkają po ślubie. Przed trudniejszą decyzją stają małżonkowie pochodzący z dwóch różnych krajów, bowiem muszą zdecydować, które z małżonków opuści swoją ojczyznę. Poniżej przedstawiamy losy polsko-słowackich małżeństw, które wcześniej mieszkały w Polsce, a obecnie na Słowacji. Danka i Włodzimierz Butowscy od 1990 roku przez 6 lat mieszkali w Czersku, 100 km od Gdańska, obecnie mieszkają w miejscowości Čierna Voda na Słowacji. Agata i Adam Steblowie przez pierwszy rok po ślubie mieszkali w Krakowie, w ubiegłym roku przeprowadzili się do Bratysławy. Andrea i Łukasz Cupałowie pobrali się latem 2004 roku i mieszkali w Krakowie, rok później zdecydowali się na przeprowadzkę do Galanty.

W Polsce Włodek Butowski mieszkał w Bratysławie od 1978 roku, a kiedy pod ko-

niec lat 80-tych poznał Dankę – Słowaczkę, oboje byli przekonani, że po ślubie będą mieszkać na Słowacji. Ich plany zmieniła choroba mamy Włodka, która po operacji kręgosłupa została sparaliżowana. „Ojciec poprosił mnie, bym mu pomógł w opiece nad mamą – wspomina Włodek. – Podjęliśmy więc decyzję o wyjeździe do Polski“. Początki po kilkunastoletniej nieobecności w kraju były dla Włodka trudne. „Musiałem odbudować swoje kontakty, od nowa wydreptać ścieżki“ – opisuje. Postanowił otworzyć własny sklep wielobranżowy. FOTO: STANO STEHLIK

SŁOWACKIE WYDARZENIA I POLSKIE SPOSTRZEŻENIA

Danka i Włodzimierz Butowscy MONITOR POLONIJNY


WRZESIEŃ 2007

FOTO: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

„Na szczęście miałem rodzinę, która mnie wspierała, odnowiłem kontakty z przyjaciółmi, trafiłem na życzliwych ludzi“ – wspomina. Adam Stebel z Bratysławy, syn Słowaczki i Polaka z Zaolzia, zdał na medycynę do Bratysławy i do Krakowa. „Chciałem dobrze nauczyć się języka polskiego, wybrałem trudniejszą drogę i wyjechałem do Polski“ – mówi. W Krakowie poznał Agatę – również studentkę medycyny. „Mieszkaliśmy na tym samym piętrze w akademiku i po prostu wpadliśmy na siebie na korytarzu“ – wspomina Agata. Po studiach oboje podjęli pracę. Adam przez trzy lata pracował na oddziale kardiochirurgii dziecięcej w jednym z krakowskich szpitali. Andrea Baricová z Galanty, córka Słowaka i Polki, podjęła studia na Akademii Ekonomicznej w Krakowie. „Przez pierwsze trzy lata trudno było mi się przyzwyczaić do polskiej mentalności, wszystko wydawało się takie chaotyczne“ – wspomina. Kiedy poznała Łukasza, była na piątym roku studiów. Łukasz studiował polonistykę i historię, grał i śpiewał w zespole. To właśnie na koncercie jego zespołu wpadli sobie w oko. „Był to wspaniały okres w moim życiu, byłam zakochana po uszy, a dzięki pracy w Centrum Wę-

Agata i Adam Steblowie gierskim brałam udział w ciekawych imprezach“ – wspomina.

Zwrot Po 6 latach pobytu w Polsce do państwa Butowskich dotarła smutna wiadomość o tragicznej śmierci brata Danki. Po pogrzebie rodzina poprosiła ją o powrót do domu. „Początkowo nie chciałem się zgodzić na wyjazd na Słowację, interesy wreszcie zaczęły przynosić zyski, stanęliśmy na nogi, a tu nagle mieliśmy to wszystko zostawić“ – wspomina swoje dylematy Włodek. „Przeważyła jednak potrzeba serca i, tak jak przed laty Danka zdecydowała się pomóc w opiece nad moją mamą, tak ja zdecydowałem, że pomogę jej“ – dodaje. Po roku od tragicznej śmierci brata Danki Butowscy uporządkowali swoje rzeczy w Polsce, spakowali się i wyjechali do Šenkvic, do rodziców Danki. Na początku praco-

wali w rozlewni wód mineralnych. „Nawiązałem kontakt z kolegami po fachu, ale zawód zegarmistrza zaczął tracić na znaczeniu i musiałem szukać innego zajęcia“ – opisuje Włodek. Agata i Adam mieszkali w swoim mieszkanku w Krakowie. Adam był bardzo zapracowany, często pracował po 36 godzin. „Nie potrafiliśmy sobie wyobrazić, jak będzie funkcjonować nasza rodzina, jeśli praca będzie pochłaniać tyle czasu“ – opisuje Adam. Poza tym w Krakowie, choć mieli przyjaciół, czuli się osamotnieni, z dala od rodziny. „Moi rodzice z braćmi obecnie mieszkają w Warszawie, rodzice Adama w Bratysławie. Myśląc o założeniu rodziny, chcieliśmy mieć koło siebie bliskich“ – twierdzi Agata i nie kryje tego, że Bratysława od razu ją oczarowała. „Kiedy przyjechałam tu po raz pierwszy, miałam uczucie, że tu jest moje miejsce“ – wspo-

mina. „Dokonaliśmy wyboru między Warszawą a Bratysławą, przyszłościowego wyboru“. Ze swoją rodziną Agata spotyka się w połowie drogi – w Czechach. Adam twierdzi, że swoje życie wiązał z kardiochirurgią dziecięcą, jednak po powrocie do Bratysławy podjął pracę na chirurgii szczękowej. „Może to dobry moment na zmiany? – zastanawia się mój rozmówca. –Właśnie wrócił mój brat po studiach w Pradze, który, podobnie jak Agata, jest stomatologiem, więc może razem zajmiemy się tą szeroką dziedziną medycyny. Myślimy o założeniu czegoś własnego“. I choć początki, szczególnie dla Agaty, były trudne – musiała bowiem nauczyć się języka, zanim podjęła pracę jako stomatolog w szpitalu kolejowym, państwo Steblowie są szczęśliwi. „Czuję satysfakcję, kiedy po jakimś czasie pacjenci do mnie wracają i chwalą moje postępy w znajomości języka“ – mówi. Na przeprowadzkę na Słowację Andrea i Łukasz zdecydowali się ze względu na dziecko. U ich ośmiomiesięcznej córki Ani wykryto wrodzonego zeza. Wizyty u lekarzy były bardzo kosztowne, a termin operacji, która była dla dziecka konieczna, bardzo odległy. Andrea wy7


jechała więc na Słowację, by tu szukać ratunku dla córki. Operacja, przeprowadzona w jednym ze słowackich szpitali, powiodła się, przy czym opieka zdrowotna była bezpłatna. „Tu przez trzy lata przysługuje mi urlop macierzyński, przedszkole jest trzy razy tańsze, za leki się nie płaci, nie ma takiej biurokracji i, co najważniejsze, moi rodzice opiekują się córką, kiedy my jesteśmy w pracy“ – mówi Andrea.

Tu jest moje miejsce? Państwo Butowscy po kilkukrotnych przeprowadzkach osiedli w małej miejscowości, gdzie remontują własny dom. „To już chyba moja ostatnia stacja, nie zamierzam się więcej przeprowadzać“ – konstatuje Włodek. I choć z nostalgią wspomina dobrze prosperujący interes w Polsce, nie myśli o powrocie do

gdyby znalazła sobie polskiego męża i zamieszkała z nim na Słowacji“ – mówi z uśmiechem. Państwo Steblowie są zadowoleni i przekonani, że decyzja o przeprowadzce na Słowację była słuszna. Ich dziecko, które niebawem przyjdzie na świat, samo wybierze w przyszłości miejsce, gdzie będzie chciało żyć. Państwo Cupałowie wciąż myślą o powrocie do Polski. Obecnie na Słowacji doceniają lepsze zaplecze socjalne, ale są przekonani, że Kraków, który opuścili, może im zaoferować większe możliwości rozwoju. Łukasz wciąż nie może się przyzwyczaić do mentalności mieszkańców Galanty. „Ludzie istnieją jakby sami dla siebie, zamykają się w swoich domkach, dbają o własne ogródki, kochają spokojne życie, cierpliwie pracując nad ograniczaniem swoich proble-

FOTO: STANO STEHLIK

Andrea i Łukasz Cupałowie

ojczyzny. Zbyt dobrze wie, ile wysiłku kosztują pierwsze kroki w nowym miejscu. Pewnie dlatego swojej córce nie życzy tego typu dylematów, nie chciałby, aby kiedykolwiek znalazła się w podobnej, kłopotliwej sytuacji. „Oczywiście, córka sama zdecyduje, gdzie będzie chciała mieszkać, ale najlepiej byłoby, 8

mów do minimum. Dla mnie to za mało, by żyć. Brakuje mi życia kulturalnego. Jeżeli już coś się dzieje w tym mieście, to przychodzi to z zewnątrz, najczęściej z Węgier. Galantanie tę sferę życia spychają na dalszy plan“. Oboje pracują nad tym, by powrócić do swojego ukochanego Krakowa. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Siatkarskie szaleństwo w Katowicach B

yłam w „latającym” Spodku! Co za przeżycie! Wszystko wirowało, serca biły mocniej, grała muzyka, a ludzie śpiewali… Wszystko to za sprawą meczu siatkówki mężczyzn.

Miałam okazję obejrzeć na własne oczy półfinałowy mecz Ligi Światowej siatkarzy z udziałem drużyn Polaków i Brazylijczyków, który rozegrano w katowickim Spodku, i na własnej skórze odczuć atmosferę, panującą w nim zarówno w środku, jak i na zewnątrz. To było coś niesamowitego! Polacy kochają siatkówkę! Odkąd pamiętam, zawsze interesowałam się sportem i z racji tego nie mogłam przegapić takiego wydarzenia. W dniach od 11 do 15 lipca w katowickim Spodku odbyły się finały Ligi Światowej siatkówki mężczyzn. Polska zorganizowała taką imprezę już po raz drugi. Pierwsza miała miejsce w 2001 roku również w Katowicach. Wtedy mnie tam nie było, więc tym razem nie mogło mnie tam zabraknąć. Szczególnie w roku, w którym polscy siatkarze, ze względu na swoją znakomitą grę, mieli szansę znalezienia się w finale. My – Polacy wszyscy w to wierzyliśmy, pamiętając zdobyte ostatnio przez naszych siatkarzy wicemistrzostwo świata w Japonii. Na półfinał 14 lipca jechałam z Wrocławia i już w drodze do Katowic czułam dookoła atmosferę „siatkówki”. Z jadących autostradą samochodów powiewały biało-czerwone flagi, a ich pasażerowie mieli wymalowane twarze w tych samych narodowych barwach. A na miejscu, wokół Spodka panowało istne szaleństwo. Widać było tysiące spacerujących ludzi, ubranych głównie na białoMONITOR POLONIJNY


FOTO: ROBERT PORADA

czerwono. Z rzadka w oczy rzucali się inni kibice – z Rosji (w tym dniu odbył się również półfinał Rosja – USA), Brazylii i USA. Człowiek ubrany „normalnie” wyglądał dziwnie. Na placu przed Spodkiem powstało małe miasteczko dla fanów siatkówki. Wszędzie znajdowały się telebimy i punkty gastronomiczne – można było zjeść karkówkę, kiełbaskę, napić się piwa i w niesamowitej atmosferze oglądać mecze. Wiele straganów oferowało przeróżne gadżety w narodowych barwach Polski: koszulki, szaliki, efektowne czapeczki (sama taką kupiłam!), flagi, trąbki, kastaniety i wiele innych. Chętnym za drobną opłatą malowano twarze na biało-czerwono. Znajdowała się tam również scena, na której odbywały się przygotowane specjalnie na tę okazję imprezy towarzyszące. Zadowoleni z tego byli przede wszystkim kibice, którym nie udało się zdobyć biletów, a którzy mimo to mogli być blisko sportowych wydarzeń i oddychać atmosferą święta siatkówki. Bo to było swego rodzaju święto! O godzinie 17- tej odbył się pierwszy mecz półfinałowy Rosja – USA. Już wtedy Spodek był prawie pełny, a kibice szaleli i dopingowali swoich faworytów. Jednak prawdziwe święto zaczęło się o godzinie 20- tej, kiedy to rozpoczął się mecz Polska – Brazylia. Na widowni nie było ani jednego wolnego miejsca. WRZESIEŃ 2007

Wszędzie dookoła powiewały flagi białoczerwone, biało-czerwony tłum szalał, Spodek „odlatywał”, a na jego pokładzie 12 tysięcy kibiców. I choć tego dnia było bardzo gorąco (temperatura w hali sięgała 40°C) polscy siatkarze grali bardzo dobrze, a kiedy zdobywali punkt, rzesze kibiców wrzeszczały z radości, biły brawo i śpiewały, zachęcając siatkarzy do walki. Wzruszający była chwila, gdy my – kibice, chcąc schłodzić choć trochę zawodników obu drużyn, machaliśmy ogromnymi białymi czerwonymi kartkami, aby lepiej im się grało. Pierwszy raz w życiu przeżyłam coś tak niezwykłego! Ze wzruszenia pojawiła mi się nawet łza w oku, albowiem w momencie, gdy nasi siatkarze przegrywali, cały Spodek na stojąco odśpiewał „Pieśń o Małym Rycerzu”, aby dodać im otuchy. W takich trudnych momentach nawet na chwilę nie robiło się ciszej, wszyscy „podnosiliśmy w górę serca”, bo wierzyliśmy, że to Polska wygra mecz. Niestety. Mimo że do końca wierzyliśmy, Polacy przegrali. Mecz zakończył się wynikiem 3:1 dla Brazylii. Była to pierwsza porażka Polaków w tegorocznej Lidze Światowej, do tej pory wygraliśmy wszystkie mecze, łącznie 14. W tym roku nie udało się to nikomu innemu, nawet Brazylijczykom. Jednak tego dnia to właśnie oni wygrali z nami w walce o finał. Szkoda. Po meczu widać było smutek polskich kibiców, malujący się na ich twarzach, ale wszyscy oni wiedzieli, że nasi dali z siebie wszystko, przegrali z wielką klasą, a Brazylia była po prostu lepsza. Tłum wykrzykiwał więc głośno:

„Dziękujemy, dziękujemy!”. Bo przecież my - fani siatkówki wiemy, że to nie ostatnie słowo naszych siatkarzy w tym roku. Przed nimi bowiem najważniejsze zadanie – turniej o Puchar Świata w Tokio, na którym mają oni wywalczyć awans na igrzyska olimpijskie w Pekinie, oraz druga impreza – Mistrzostwa Europy w Rosji. Ostatecznie w turnieju Ligi Światowej Polacy zajęli w tym roku 4. miejsce (z USA przegrali mecz o brązowy medal). Tym samym powtórzyli swoje dotychczas najlepsze osiągnięcie w Lidze Światowej. Pierwsze miejsce zajęła Brazylia, pokonując w finale Rosję 3:1. Ja, mimo że byłam świadkiem porażki Polaków z Brazylią, ogromnie się cieszę, że mogłam zobaczyć ten mecz i razem ze wszystkimi przeżywać tak niezwykłe emocje. Warto było go obejrzeć również ze względu na obecność wielkich brazylijskich gwiazd, jak np. Giba, Ricardo, Gustavo, Dante, Andre, Murillo, i na żywo obserwować ich cudowną grę z naszymi chłopakami: Zagumnym, Winiarskim, Wlazłym, Świderskim, Kadziewiczem, Pińskim, Gackiem, Gruszką, Bąkiewiczem. A po jego zakończeniu doszłam do wniosku (i nie tylko ja), że brazylijska drużyna jest tylko maleńki kroczek przed nami. Przekonałam się także, że mamy najlepszą publiczność na świecie. Jestem szczęśliwa, że wzięłam udział w tak wielkim wydarzeniu sportowym. Było to dla mnie, fana siatkówki, niezapomniane przeżycie. Mam nadzieję, że nie ostatnie! ANNA PORADA, KATOWICE

FOTO: ROBERT PORADA

9


W krainie świętego spokoju

gesty naprawdę przejmują dreszczem. Po wyjściu z kościoła, aby się trochę orzeźwić, warto przejść się wzdłuż murów miejskich. Przed wiekami fortyfikacje Bardejowa należały do największych na Węgrzech, a i dziś, aby je obejść, idzie się, idzie, idzie... Miasteczko robi wrażenie sennego, ale nie zapominajmy, że zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO, a takich miejsc na Słowacji jest zaledwie kilka. Jeśli komuś zabraknie w Bardejowie energetyzujących wrażeń, to zapraszam do Bardejowskich Kupeli. To właśnie tam wiele lat temu pewien Polak – Tomasz Lisicki, korzystając z lokalnych wód mineralnych, cudem ozdrowiał i od tamtej pory Bardejowskie Kupele pękają w szwach od pełnych nadziei na podobny efekt kura-

na, i car Aleksander I. Popijając wodę zdrojową z kubeczka kupionego na pamiątkę w sanatoryjnym sklepiku, z pewnością wspomożemy nasz układ pokarmowy, oddechowy i rzecz jasna serce. A gdy ktoś marząc i leniuchując poczuje głód, to może go zaspokoić w leżącej na terenie uzdrowiska restauracji „U Poljaka”. W Bardejowskich Kupelach jest sporo tras spacerowych, ale jeśli tę część Beskidów chcemy poznać gruntownie, to nie pozostaje nic innego, jak zapakować prowiant do samochodu i ruszyć przed siebie śladami wojny i szlakiem cerkwi. Około 30 kilometrów od Bardejowa leży Świdnik, smutny świadek walk z czasów II wojny światowej o Przełęcz Dukielską, w których poległo 140 tysięcy żołnierzy. Do dziś na okolicznych polach odnaleźć można pozostałości po czołgach z tego okresu. Jadąc od Bardejowa w stronę polskiej granicy, znajdziemy się z kolei w cudownej krainie, zamieszkałej przez Rusinów i Łemków, wśród zabytkowych cerkwi i cmentarzy.

cjuszy. To miejsce polubiła również niezapomniana cesarzowa Sissi, której posąg do dziś stoi w sanatoryjnym parku. Siedząc wśród pięknie odrestaurowanych willi, można wyobrażać sobie, jak to kiedyś w tym samym miejscu wypoczywali między innymi Maria Luiza, żona Napoleo-

Okolice Bardejowa nie żyją wielkomiejskim rytmem, ale mają w sobie moc, która sprawia, że przytłoczeni codziennym zgiełkiem mamy ochotę zaszyć się w pachnących lasach, posłuchać prawosławnego śpiewu, napić sie źródlanej wody... To wcale nie tak daleko... AGATA BEDNARCZYK

Ch

yba każdy przyzna rację, że jesień najpiękniejsza jest w górach. Wyobraźmy więc sobie, że, nie spiesząc się, podróżujemy wśród pagórków, mijamy czarne od starości drewniane cerkiewki, rozsypane po polach krzyże i otoczeni przez zielono-złoto-czerwoną przyrodę czujemy się tak, jak gdyby świat o nas zapomniał.

O Beskidach napisano chyba ze sto piosenek i wszystkie mówią prawdę – trudno o bardziej ciche i piękniejsze miejsce na ziemi. A jeśli chcielibyśmy odnaleźć w tych górach zabytki światowej klasy, to nie pozostaje nam nic innego, jak tylko ruszyć do Bardejowa. Stojąc na bardejowskim rynku, człowiek czuje się jak mrówka na talerzu – centralny plac miasta jest bowiem niezwykle rozległy i barwny. Warto obejść rynek dookoła i obejrzeć fasady gotyckich kamienic – te najbarwniejsze należały do najbogatszych mieszczan i rzemieślników. W stojącym pośrodku rynku ratuszu mieści się Muzeum Szarisza, w którym dokładni poznamy historię miasta i okolic. Do ratusza trzeba też koniecznie zajrzeć z zupełnie innego powodu – otóż gości wita tam umieszczona nad wejściem figurka pochylonego chłopca, z głową między nogami, wypinającego tylną część ciała w kierunku rynku. No cóż – lepsze to niż skwaszona mina urzędnika. Spacerując po bardejowskiej starówce obowiązkowo należy zajrzeć do ogromnego kościoła św. Idziego. Dwanaście znajdujących się w nim niezwykłych ołtarzy wywarło na mnie ogromne wrażenie. Blisko 550 lat temu różni artyści, w tym znany Mistrz Stefan z Koszyc, stworzyli rzeźby, które do dziś wydają się żywe, a wyraz ich twarzy i uchwycone 10

MONITOR POLONIJNY


WYWIAD MIESIĄCA „Lady Pank” wiecznie młody? Skąd się wziął pomysł na bardzo kobiecą nazwę zespołu „Lady Pank”, w którego skład wchodzą sami mężczyźni? JAN BORYSEWICZ: Umówiliśmy się z Andrzejem Mogielnickim, który pisze dla nas większość tekstów, że nazwiemy zespół tak, jak będzie brzmiał tytuł pierwszego utworu grupy. Pierwsza piosenka nosiła tytuł „Mała Lady Punk“, więc doszliśmy do wniosku, że, aby nazwa grupy nie była zbyt długa, skrócimy ją do „Lady Pank”, zmieniając pisownię punk na pank, ponieważ nie gramy muzyki punkowej. I to jest jedyna „lady” w zespole. Więcej kobiet nie będzie, bo uważamy, że muzyka rockowa, przynajmniej w naszym wykonaniu, jest muzyką męską. Czy ta „Mała Lady Punk“, z którą rozpoczęliście karierę, to była jakaś konkretna, realna dziewczyna? Jak ona dzisiaj wygląda? J.B.: To nie była żadna konkretna dziewczyna. Wtedy była taka moda na młode dziewczyny, punkówy, które jeździły na koncerty i wyglądały dokładnie tak, jak ta opisana w tekście Andrzeja Mogielnickiego. Kiedy kompletowano zespół, kryteriami doboru członków grupy był nie tylko talent, ale i uroda. Obecnie występujecie w odnowionym składzie. Czy tworząc go też kierowaliście się tymi kryteriami? J.B.: Chyba tak. Kiedy dobierałem muzyków do nowego składu, czyli 13 lat temu, to również wygląd chłopców miał znaczenie, ponieważ my z Januszem Panasewiczem (wokalista zespołu – przyp. od red.) nie starzejemy się tak szybko, jak nasi rówieśnicy. Chodziło o to, aby odnowiony zespół przetrwał dłużej. Dlatego postawiliśmy na młodych. Obawialiśmy się, że gdyWRZESIEŃ 2007

W

tym roku zespół „Lady Pank” obchodzi swoje 25-lecie. Jego członkowie w latach 80-tych byli bożyszczami nastolatek, podziwianymi, kochanymi, kontrowersyjnymi. Wylansowali mnóstwo przebojów, śpiewanych przez całą Polskę. Zasłynęli z burzliwego życia towarzyskiego i podbojów damskich serc. Z trzema muzykami zespołu: Janem Borysewiczem – gitarzystą, liderem i założycielem grupy, Kubą Jabłońskim – perkusistą oraz Krzysztofem Kieliszkiewiczem – basistą udało mi się spotkać w Wiedniu, gdzie miał się odbyć ich koncert. Panowie chętnie odpowiadali na pytania do chwili, kiedy wspomniałam o kontrowersyjnym zachowaniu lidera zespołu podczas koncertu, mającym miejsce pod koniec lat 80-tych na wrocławskim stadionie, które to zachowanie przyczyniło się do kilkumiesięcznego zawieszenia działalności „Lady Pank” przez ówczesne władze PRL. I choć Jan Borysewicz przekonywał mnie, że młodość ma swoje prawa, to jednak bardziej wiarygodne wydaje mi się jego inne stwierdzenie, że zarówno on, jak i Janusz Panasewicz nie starzeją się tak szybko, jak ich rówieśnicy. byśmy wzięli do zespołu kolegów w naszym wieku, to oni szybko by się zestarzeli, więc znów trzeba by było zmieniać skład. Twierdzi Pan, że nie starzejecie się tak szybko, jak inni. Dlaczego? J.B.: Jesteśmy dobrze zakonserwowani. Zmiany w zespole spowodowane były tym, że tamci członkowie szybko się zestarzeli? J.B.: Nie, po prostu byliśmy zmęczeni graniem ze sobą. Dwóch muzyków zostało w Stanach, jeden przeszedł do zespołu „Maanam”. Poza tym mieliśmy 3 lata przerwy, Janusz mieszkał w Chicago, ja robiłem solowe projekty pod nazwą „Jan Bo” ze swoim trio. Robiłem też muzykę do spektakli czy filmów. Trzyletnia przerwa w działalności „Lady Pank” była spowodowana przepracowaniem. Zanim doszło do zawieszenia naszej działalności, grywaliśmy bez przerwy koncerty, nawet po 2-3 dziennie. To było dla nas wszystkich nie do zniesienia. Przerwa nam pomogła.

W czym? Czy to Wam uświadomiło, że jednak jesteście na siebie skazani? J.B.: Nie. Myślę, że ja na pewno znalazłbym sobie miejsce w świecie muzycznym. Po trzech latach rozłąki zadzwonił do mnie Janusz z pytaniem, czy moglibyśmy zrobić coś wspólnie. On przez te 3 lata w Chicago nic nie robił, mam na myśli muzyczną aktywność, nie licząc 2 reklamówek, które nagrał. Po jego telefonie zebrałem ekipę młodych gentelmanów i zaczęliśmy przygotowywać nowy materiał. Janusz właściwie dojechał na gotowe. Jak Wam się pracuje? J.B.: Wszystko idzie bardzo dobrze. Zwracamy uwagę na to, żeby nie grać takiej dużej ilości koncertów, dajemy sobie chwilę odpocząć od grania, od siebie. My kochamy muzykowanie, ale wyjazd w trasę koncertową, rockandrollowy styl życia nie są łatwe, wiążą się z rozłąką z bliskimi. Dlatego bardziej dbamy o higienę pracy. 11


Pytanie do młodszych członków zespołu: skoro Jan i Janusz są tak dobrze zakonserwowani, to czy nie boicie się, że się szybko zestarzejecie i wymienią Was na „lepszy model“? KUBA JABŁOŃSKI: Chyba nie musimy się tego obawiać, bo jak czas pokazał, razem z Krzysztofem gramy w zespole dłużej niż ci, którzy tworzyli jego pierwszy skład, a i tak nadal jesteśmy postrzegani jako „ci młodzi”. KRZYSZTOF KIELISZKIEWICZ: A poza tym my już poznaliśmy tę recepturę odmładzającą. Jaka to receptura? J.B.: Nie, to nie jest dla każdego. Pani redaktor, jeżeli wszyscy poznaliby jej tajniki, nikt by się nie zestarzał. Świat musi iść swoim torem. Zwracam się jeszcze raz do młodszych członków zespołu: z pewnością wyrastaliście na piosenkach „Lady Pank”, jak dziś wspominacie ten okres? K.J.: Słuchając w radiowej Trójce „Listy Przebojów” Marka Niedźwiedzkiego, nauczyłem się grać „Zamki na piasku“. Instrument skonstruowałem sobie sam. Była to moja pierwsza własnoręcznie zmontowana perkusja, która składała się z lampek i pudełek. K.K.: Moje wspomnienia, dotyczące „Lady Pank”, wiążą się z zakazami, ponieważ moja mama nigdy nie chciała mnie puścić na koncert tego zespołu. W końcu marzenie się spełniło – chodzę na koncerty „Lady Pank”, bo w nim gram! J.B.: Może mama nie wie do dzisiaj, że grasz w zespole? (śmiech) K.K.: Mówię, że gram w „Oddziale Zamkniętym“(śmiech) Obserwując zespoły, które rozpoczynały karierę w latach 80-tych, zwróciłam uwagę, że niektóre z nich obecnie podczas koncertów starają się nie wracać do starych przebojów, promując 12

tylko te nowe. Na Waszych koncertach zawsze gracie stare i nowe kawałki? J.B.: My gramy wszystkie nasze przeboje, bo nie wyobrażam sobie, żeby nie zagrać „Kryzysowej narzeczonej“, „Zamków na piasku“ czy chociażby „Mniej niż zero“. To są nasze sztandarowe hity. Ale nagrywamy też nowe utwory, które włączamy do repertuaru. To m.in. „Zawsze tam, gdzie ty“, „Zostawcie Titanica“, „Pada deszcz“. Tego jest strasznie dużo! Nie ma nudy na koncertach. Czasami nie schodzimy ze sceny przez dwie i pół godziny. Nie robimy żadnych przerw, wszyscy znają nasze utwory, więc zabawa na prawdę jest przednia. Nie znudziło się Wam granie tych samych utworów po raz tysięczny? J.B.: Kiedyś Zbyszek Hołdys z „Perfectu” narzekał, ile razy można grać „Nie płacz Ewka“. Ja w pewnym momencie też miałem dosyć utworu „Mniej niż zero“ i patrzenia na ludzi, którzy stoją pod sceną i krzyczą od samego początku koncertu „Mniej niż zero!“. Ale po trzech latach przerwy w działalności „Lady Pank” poczułem, że mi tego brakuje. Pomyślałem wtedy, że być może to jest mój największy hit, więc dlaczego nie miałbym go prezentować? Kiedy patrzycie z podium na tych stojących pod sceną, widzicie, że na Wasze koncerty przychodzą dwa pokolenia. Jakie to uczucie? Chcielibyście doczekać się też trzeciej generacji? J.B.: To wszystko będzie zależało od tego, jak się będziemy czuli. Póki co nie mam wrażenia, żebym coś robił na silę. Gdybym miał jeździć na koncerty tylko po to, żeby zarabiać pieniądze, nie rozwijać się muzycznie i grać tylko stare utwory, uznałbym to za bezsensowne. Ale to nie nasz przypadek. Co roku nagrywamy

nowy materiał, z którego jest coś wartościowego. Wiadomo, że z płyty, na której jest 10 utworów, nie udaje się wylansować wszystkich 10 kawałków. Tak było jedynie w przypadku naszej pierwszej płyty, z której każdy z 10 utworów uplasował się na najwyższych pozycjach list przebojów. To chyba ewenement, nawet w skali światowej. W latach 80-tych fanki „Lady Pank” konkurowały czy sprzeczały się z fankami zespołu „Republika”. Dziś „Republiki” już nie ma, ale może istnieje jakiś zespół, z którym się porównujecie? J.B.: Nigdy czegoś takiego nie robiliśmy. Z Grześkiem Ciechockim (nieżyjący lider zespołu „Republika” – przyp. od red.) się przyjaźniliśmy, spędzaliśmy ze sobą bardzo dużo czasu. To Grzegorz napisał dla nas supertekst „Zostawcie Titanica“. Z drugiej strony wiedzieliśmy, że istnieje rywalizacja, wręcz ostre potyczki i starcia między fankami naszych zespołów, ale na to nie mieliśmy wpływu. Sądzę, że jest to kwestia tolerancji lub raczej jej braku, której rodzice nie potrafili wpoić swoim dzieciom. Ale to już minęło. W latach 80-tych mieliście szansę zrobienia kariery w Stanach Zjednoczonych. Czy zawieszenie działalności zespołu przeszkodziło w osiągnięciu sukcesu? Czy nadal jesteście zainteresowani karierą za granicą? J.B.: Nie, nie, nie! Niech to zostanie wspomnieniem. Ja sam byłem przeciwny, by jechać do Stanów. Będąc w USA, zauważyłem, że to jest bardzo brutalny rynek, który rządzi się swoimi prawami. Gdybyśmy się mieli im podporządkować, musielibyśmy się kompletnie zmienić. Wożono nas do fryzjerów, w ciągu dwóch tygodni MONITOR POLONIJNY


Czyli temat tabu? J.B.: No, oczywiście. To są stare sprawy i nie mam ochoty dzisiaj o nich mówić.

Mówi Pan z niechęcią o kreowaniu image’u w Stanach, ale Wy byliście chyba pierwsi w Polsce, którzy kreowali swój wizerunek, J.B.: Szczerze mówiąc, to bardziej się wygłupialiśmy, pijąc drinki i robiąc jeden drugiemu makijaż.

Czy zawieszenie działalności zespołu coś Wam przyniosło? Jakieś odświeżenie? Podziw? J.B.: Straszny podziw i żal tych ludzi, którzy chcieli rozwiązać zespół. K.J.: Wywiad miał być krótki, a tu mam zegar i widzę, że rozmawiamy już ponad 19 minut…

Dzisiaj też się tak wygłupiacie? J.B.: Dzisiaj już tego nie robimy. To były pewne prawa młodości, trudno w wieku 52 lat wychodzić na scenę wymalowanym, z czerwonymi policzkami. Ale wracając do tamtych czasów, byliście znani z ekscesów… J.B.: No, nie odpuści, nie odpuści… K.K.: Nie wiemy, o co chodzi. No, młodsi członkowie zespołu mają prawo nie wiedzieć, o co chodzi, ale Pan Jan… J.B.: Ja też nie wiem. K.J.: Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle!

Kuba Jabłoński, Jan Borysewicz i Krzysztof Kieliszkiewicz WRZESIEŃ 2007

A co, dzisiaj się Pan wstydzi? J.B.: Nie, absolutnie. A pani nie zrobiła żadnej głupiej rzeczy w życiu? Jasne, że zrobiłam. J.B.: Ale pani nie jest osobą publiczną. To są stare czasy, ja już nawet tego nie pamiętam. Nie chce mi się o tym gadać, proszę o inne pytania.

Panowie się boją niewygodnych pytań? J. B.: My się niczego nie boimy. Możemy już skończyć? Ma pani do nas jeszcze jakieś konkretne pytania? A to nie były konkretne pytania? J.B.: To nie były konkretne pytania! W takim razie dziękuję za rozmowę. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, WIEDEŃ Autorka składa podziękowanie panu Witoldowi Różyckiemu, na którego zaproszenie grupa „Lady Pank” przyjechała do Wiednia, za umówienie spotkania z jej członkami.

P.S. Koncert zespołu „Lady Pank” w Wiedniu został odwołany.

FOTO: MARIUSZ MICHALSKI

udzieliliśmy około 360 wywiadów, zaproponowano nam współpracę z amerykańskimi kompozytorami. Uznałem to za bezsens. To by była kompletna zmiana zespołu. Oto główny powód powrotu do Polski. My jesteśmy zespołem polskim, a Ameryka to zupełnie inny rynek! Żeby tam zrobić karierę, tam się trzeba urodzić. Nie mam żadnych kompleksów, jeśli chodzi o stronę muzyczną każdego z członków tego zespołu, i nie mam ochoty zaczynać od początku. Niech się to już toczy tak, jak się toczy.


czyli , r t e m a n Metr

„Od samego początku celem naszych spotkań twórczych było przełamywanie granic, które są w każdym z nas“ – stwierdził Tadeusz Błoński, główny organizator workshopu. Dzięki takim zgrupowaniom w jednym miejscu spotykają się ludzie różnego pochodzenia, z różnych szkół twórczych, mówiących różnymi językami, których łączy sztuka. Efektem spotkań są obra-

K

lub Polski Region Koszyce po raz piąty zorganizował workshop artystów plastyków Eury Art 2007. W dniach od 30 lipca do 10 sierpnia w malowniczej scenerii wschodniej Słowacji spotkało się 17 uczestników pleneru – artystów z Polski, Słowacji, Armenii i Ukrainy. zy, które w ramach działalności Klubu Polskiego prezentowane są w ciągu roku w różnych krajach Europy Środkowej. „Każdy z artystów oddaje organizatorom dwie swoje prace, które, mam nadzieję, będą zalążkiem do stworzenia pierwszej polskiej galerii na Słowacji“ – powiedział Błoński.

W tym roku uczestnicy pleneru otrzymali zadanie tworzenia swoich dzieł na ograniczonej przestrzeni – metr na metr. „W ubiegłym roku artyści tworzyli znaki, w tym ograniczyliśmy przestrzeń twórczą, co niejako koresponduje z dziełami Andy’ego Warhola, które, być może po zwiedzeniu jego muzeum w Medzila-

borcach, staną się inspiracją“ – komentował Błoński. „Jestem mile zaskoczony, że w tak małym miasteczku znajduje się tak wspaniałe muzeum tego twórcy“ – powiedział Andrzej Markiewicz z Instytutu Sztuki Wydziału Nauczycielskiego Politechniki Radomskiej. Praca kilkunastu artystów pod jednym dachem była też doskonałym bodźcem do wymiany doświadczeń. „Podpatrywanie się jest świetnym sposobem przekazywania pozostałym informacji o sobie“ – stwierdził Markiewicz. Dla Ukrainki NaMONITOR POLONIJNY


ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

talii Polischuk z Truskawca wspólne spotkania to nauka: „Sztuka widziana polskimi i słowackimi oczami jest inna. Obserwuję tu więcej nowych koncepcji designu, zmierzających w europejskim kierunku. Ukraińskie spojrzenie jest w znacznym stopniu oparte na tradycji“. Polischuk była przekonana, że również

jej sztuka pójdzie w nowym kierunku, choć stwierdziła, że i ona może coś zaoferować swoim kolegom. „Śmielej operuję barwami, jaskrawymi kolorami, co jest widoczne w obrazach, przedstawiających Słowację, którą, dzięki plenerowi, mam okazję zobaczyć po raz pierwszy“ – dodała. Suren Vardanian – Or-

mianin mieszkający w Polsce, ilustrator książek zachwalał świetne warunki do pracy twórczej oraz skład grupy. „Nareszcie mogę robić to, co chcę, a nie to, czym zajmuję się na co dzień“ – mówił. Dla uczestników zgrupowania nie był to tylko czas przeznaczony na pracę i dyskusje, albowiem mieli oni możliwość poznania okolicy, zwiedzenia charakterystycznych drewnianych kościołów, stanowiących bogactwo wschodniej Słowacji. „Dla mnie to nie tylko przebywanie w charakterystycznym miejscu, w towarzystwie

wspaniałych ludzi, świetnych artystów, ale też czas ładowania akumulatorów na cały rok“ – podsumował Błoński. Pierwsza wystawa poplenerowa odbędzie się 9 listopada w Muzeum Pop-Artu Andy’ego Warhola w Medzilaborcach. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, MEDZILABORCE – DANOVÁ

UCZESTNICY WORKSHOPU: ŠTEFÁNIA GAJDOŠOVÁ • ZDENKA ZÁBORSKÁ-BŁOŃSKA • HENRIETA MALAŠOVSKÁ • STANO STEHLIK • MARIA SIUTA • NOEMI RÁCZOVÁ • KRZYSZTOF BOJARCZUK • DENIS TOMKO • JACEK MROWCZYK • NATALIA POLISCHUK • SUREN VARDANIAN BARBARA GANCARZ • TOMÁŠ AGAT BŁOŃSKI • STANISLAW GÓRECKI • MICHAELA MIKOVČAKOVÁ • ANDRZEJ MARKIEWICZ • TADEUSZ BŁOŃSKI PRZEDSIĘWZIĘCIE ZREALIZOWANO Z FINANSOWYM WSPARCIEM MINISTERSTWA KULTURY RS SEKCJI KULTURY MNIEJSZOŚCI NARODOWYCH

WRZESIEŃ 2007

15


siądźcie, popatrzcie przed siebie, zwróćcie uwagę na perspektywę, kolorystykę, na pozostałe szczegóły. A teraz odwróćcie się plecami, zróbcie skłon i spójrzcie na to samo do góry nogami“ – poleciła Zdenka Zaborska-Błońska uczestnikom warsztatów podczas jednego dnia spędzonego w plenerze.

W taki sposób powstawały niektóre z prac dzieci i młodzieży – uczestników warsztatów twórczych, które odbyły się w MedzilaborcachDanovej od 30 lipca do 9 sierpnia. Ponad tygodniowy pobyt 10 dzieci zorganizował Klub Polski Region Koszyce. Była to pierwsza tego rodzaju impreza klubu adresowana do najmłodszych. „W pierwszym rzędzie zaprosiliśmy dzieci z Klubu Polskiego, pozostałe miejsca zaoferowałam dzieciom słowackim, jeden uczestnik przyjechał z Polski“ – poinformowała Zdenka Zaborska-Błońska – główna organizatorka warsztatów. Najmłodszy uczestnik miał 6 lat, a najstarszy 19. „Obserwowałam, jak z dnia na dzień zacierały się różnice wiekowe, narodowościowe, językowe, jak dzieci za sprawą sztuki znajdowały wspólny język“ – dzieliła się swoimi spostrzeżeniami Zaborska-Błońska. 16

Wa r s z t a t y t w ó r c z e d l a d z i e c i

Krok za krokiem w kierunku sztuki

„Znalazłem się w gronie świetnych koleżanek i kolegów ze Słowacji, nauczyłem się trochę słowackiego, malowałem pierwszy raz w plenerze!“ – jednym tchem atuty warsztatów wymieniał 11-letni Jakub Bojarczuk z Nowego Sącza. Uczestnicy warsztatów mogli wypróbować różnych technik twórczych, począwszy od malowania w plenerze, przez grafikę komputerową, na sieciodru-

ku kończąc. Młodzież zwiedziła muzeum Andy’ego Warhola w Medzilaborcach, poszerzając swoje wiadomości o pop-arcie. Dla 19-letniej Niny Vachalikovej z Puchova uczestnictwo w warsztatach było odświeżeniem jej kontaktu ze sztuką. Jak sama twierdzi, warsztaty przekonały ją, jak mało wie o sztuce, a jednocześnie jak ta ją pociąga i interesuje. „Kto wie, może te warsztaty wpłyną na

UCZESTNICY WARSZTATÓW: NINA VACHALÍKOVÁ MICHELLE TOMKOVÁ•ELENA ČÁNIOVÁ•SIMONA MARENČÍKOVÁ LUKÁŠ CEHĽÁR•FILIP BANDURČIN•JAKUB GAJDOŠ JAKUB BOJARCZUK•SAMUEL TOMKO•SABINA DOANOVÁ WYKŁADOWCY: ZDENKA ZABORSKA-BŁOŃSKA•MICHAELA MIKOVČÁKOVÁ ŠTEFÁNIA GAJDOŠOVÁ•TOMÁŠ AGAT BŁOŃSKI FOTO: STANO STEHLIK

„U

wybór mojej drogi życiowej?“ – zastanawiała się moja rozmówczyni, która za rok zdaje maturę. Zajęcia dla dzieci odbywały się w tym samym czasie, co workshop dla dorosłych, dzięki czemu młodzież mogła ich obserwować. „Takie warsztaty rozszerzają horyzonty sztuki. Dodatkowym ich atutem było to, że mogliśmy tworzyć w obecności poważnych artystów z różnych krajów i podpatrywać ich techniki“ – twierdziła 16letnia Elena Čaniová z Koszyc, której imponuje styl życia artystów, ich wolność, nieograniczony sposób myślenia. „Byłam przekonana, że obecność dojrzałych artystów będzie motorem napędowym dla dzieci – powiedziała ZaborskaBłońska, – ale widzę, że dziecięce podejście do sztuki, bez zahamowań i przesądów jest wzbogaceniem, odświeżeniem dla dorosłych“. W ostatni dzień zgrupowania odbyła się robocza wystawa prac młodych twórców, na którą zostali zaproszeni artyści z workshopu. W listopadzie wystawa zostanie zaprezentowana w galerii w Starej Lubovni. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, MEDZILABORCE-DANOVÁ Przedsięwzięcie zrealizowano z finansowym wsparciem Ministerstwa Kultury RS Sekcji Kultury Mniejszości Narodowych MONITOR POLONIJNY


HANIA STACH

Piosenkarka z dyplomem, absolwentka Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach, pojawiła się na rynku muzycznym w roku 2004 z albumem „Hania Stach”. Muzyka na tej płycie to mieszanka soulu, popu, funky i rhytm and bluesa. W świat muzyki wprowadzili ją rodzice (ojciec – zawodowy perkusista, mama – piosenkarka). Wrażliwa, nie potrafiła sprostać emocjonalnie atmosferze „Idola”. Wierzyła, że jeśli wycofa się z jego drugiej edycji tego programu przed finałem i tak dostanie swoją szansę. Jest optymistką. Twierdzi, że tylko prawda przemawia do ludzi, fałszu po prostu nie znosi. Próbowała też w „Szansie na sukces”, wygrała program z Edytą Górniak „Zostań gwiazdą”. Fascynuje ją muzyka z pogranicza soulu i rhytm and bluesa.

tym odcinku rubryki przedstawiamy muzyczne upodobania Tomasza Agata Błońskiego z Koszyc. Pamiętam z naszego domu polskie akcenty muzyczne, wpisane w moje dzieciństwo – mój tato (Polak – przyp. od red.) słuchał utworów Andrzeja Rosiewicza, a ja wyrastałem na piosenkach typu „My jesteśmy krasnoludki…“. Muzyka kojarzy mi się z konkretnymi przeżytymi chwilami. Późniejszy kontakt z polską muzyką to przede wszystkim okres, mniej więcej sprzed dziesięciu lat, który spędziłem na studiach w Krakowie, później w Poznaniu, czy studia doktoranckie w Radomiu. Znałem wszyWRZESIEŃ LUTY 20072007

stkie polskie przeboje, których słuchałem w radio. Dziś, kiedy przyjeżdżam do Polski i słyszę te utwory, od razu wspominam. Najchętniej słuchałem i nadal słucham, jak mam okazję, „Trójki“, ponieważ ten program oferuje muzykę nieszablonową. Nie jestem koneserem muzyki, nie wyszukuję takiej czy innej, szukam raczej ciekawych ludzi, a ci „dzielą się“ ze mną swoją ulu-

okazji obchodów 27. rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych w Gdańsku wśród gigantycznych żurawi i dźwigów odbył się w lipcu koncert Roda Stewarta. Był to już trzeci z kolei koncert z cyklu „Przestrzeń Wolności” – dwa lata temu w tym samym miejscu wystąpił Jean Michel Jarre, a w roku ubiegłym David Gilmour. Podczas tegorocznego wielkiego rockowego show pojawił się akcent solidarnościowy. Rod Stewart, będący jednym z największych fanów piłki nożnej wśród gwiazd piosenki, osobiście wykopał w stronę publiczności 48 piłek z logo „Solidarności”. Wcześniej złożył na nich swój autograf.

W dniu koncertu artysta w towarzystwie Lecha Wałęsy położył kwiaty pod pomnikiem Poległych Stoczniowców. URSZULA SZABADOS bioną muzyką. W ten sposób trafiłem w Polsce na ciekawy zespół „Fish”, wykonujący inteligentny rap. Z kolei moi znajomi z Radomia zainteresowali mnie muzyką w wykonaniu Marii Peszek. Jako artysta plastyk szanuję muzyków, rozumiem, że są oni predysponowani do tworzenia na własnym polu. Moją działką jest sztuka wizualna, stąd też może moje podejście do muzyki, którą lubię, która mi towarzyszy, ale nie jest moim życiowym priorytetem. Nie należę do ludzi, którzy, jak im się coś spodoba w radiu, zapisują nazwisko wykonawcy i biegną do sklepu w poszukiwaniu jego płyty. Nie kolekcjonuję płyt, zbieram te, które mi ktoś podsunie, które mnie inspirują. mw

N A S L U C H U J E M Y

W

Z

C I E K A W O S T K I

M Ł O D Z I W P O L S C E S Ł U C H A J Ą W tym roku na festiwalu piosenki polskiej w Opolu Kryształowy Kamerton, czyli specjalną nagrodę profesjonalnych autorów i kompozytorów ZAKR dla najlepszej premiery festiwalu OPOLE 2007 otrzymała

17


Z

nowu uśmiałam się do łez! Już po raz drugi obejrzałam film „Testosteron”, który wszedł na ekrany polskich kin 2 marca br. Bardzo rzadko świetnie się bawię, oglądając kolejny raz tę samą komedię. „Testosteron” zalicza się do tych filmów, które bawią zawsze, bez względu na to, który raz się je ogląda. Kiedy pierwszy raz wybrałam się do kina na ten film, niewiele o nim wiedziałam, a ku swojemu zaskoczeniu zobaczyłam inteligentną, lekką i naprawdę zabawną komedię.

Scenariusz „Testosteronu” powstał na podstawie sztuki Andrzeja Saramonowicza pod tym samym tytułem. Teraz, dzięki współpracy jej autora i Tomasza Koneckiego można ją zobaczyć w wersji filmowej. Akcja komedii rozgrywa się w ciągu jednej doby w restauracji i jej ogrodzie nad wodą, gdzie stoją stoły, przygotowane dla weselnych gości. Najpierw poznajemy kelnera Tytusa (w tej roli Borys Szyc), który czyni ostatnie przygotowania do wesela. Wszystko sugeruje widzowi, że za chwilę odbędzie się tu wielka, huczna impreza. Niespodziewanie jednak do niej nie dochodzi. Wesela Kornela (Piotr Adamczyk) nie będzie. Na przygotowane przyjęcie przybywa tylko sześciu mężczyzn, chcących wyjaśnić przyczynę nieudanej ceremonii zaślubin. Są wśród nich pan młody, czyli Kornel, jego ojciec greckiego pochodzenia Stavros (Krzysztof Stelmaszyk), podejrzewający, że główną przyczyną nieudanego ślubu jest niejaki Tretyn (Maciej Stuhr). Towarzyszy im brat pana młodego Janis (Cezary Kosiński), świadek Robal (Tomasz Kot) i muzyk Fistach (Tomasz Karolak). Do rozmów dołącza wspomniany wcześniej kelner. Dom weselny staje się więc miejscem pogawędek siedmiu facetów, którzy, bawiąc się przy alkoholu i muzyce, snują opowieści o różnych relacjach z kobietami. Każdy z bohaterów jest inny, prezentuje różne zachowania, różne charaktery, odmienny stosunek do życia, różny stosunek do kobiet. Każdy z nich ma inny system wartości. Jednak łączy ich miłość do 18

ścia na stałe do języka polskiego. Cały film to w zasadzie charakteryzujące się olbrzymim humorem rozmowy i opowieści, jednak to właśnie dzięki nim ogląda się go z wielkim zainteresowaniem. Twórców filmu podziwiam za odwagę i ryzyko, bowiem, choć scenariusz jest bardzo błyskotliwy, to podjęli oni ryzyko położenia głównego nacisku na dialogach, co w efekcie wypadło rewelacyjnie. Z pewnością do sukcesu świat oczami samców komedii przyczynili się też znakomici aktorzy, wszyscy trafnie dobrani, z których każdy stworzył interesującą rolę. Uwagę zwracają momenty, w których kreowani przez nich bohaterowie nie mówią nic, ale, słuchając swoich kolegów, stosunek do treści przez nich wyrażanych demonstrują za pomocą bogatej mimiki. Cieszę się, że „Testosteron” obejrzałam ponownie, bowiem dzięki temu udało mi się wyłapać więcej zabawnych scen i dostrzec w danych momenkobiet. Każdy z nich był bowiem kiedyś tach zachowania poszczególnych bohazakochany, ale z różnych powodów te terów, które wcześniej umknęły mojej miłości kończyły się niepowodzeniami. uwadze. A było warto!!! Trudno jest mi specjalnie wyróżnić Twórcy scenariusza w umiejętny sposób pokazali cechy populacji męskiej i… kreację któregoś z aktorów, albowiem z nich zadrwili, głównie w zakresie po- wszyscy zagrali świetnie. Mam jednak w tym filmie ulubioną scenę z udziastrzegania kobiet i świata. Jednak bohaterowie filmu, mimo łem Kota, Szyca i Adamczyka, kiedy swoich wad i mimo zachowań, charakte- to kelner (Szyc) uczy Robala (Kot) porystycznych dla typowych samców, nie dejścia do kobiet. Oglądając ją, śmiatylko śmieszą, ale i wzbudzają naszą łam się do łez. Z kina wyszłam zadowolona, zrelasympatię. W filmie daje się zauważyć dość wyraźny pogląd autorów, doty- ksowana i odprężona. Właśnie tak luczący kobiet. Otóż przekazują oni nam bię się czuć i dlatego chcę oglądać ta–widzom, że za fiasko relacji damsko-mę- kie filmy – lekkie, zabawne, przyjemne, skich winę nie zawsze ponosi mężczy- na poziomie. „Testosteron” gorąco polecam wszyzna. Mężczyźni nie są gorsi od kobiet, stkim – zarówno kobietom, jak i mężczya kobiety nie są gorsze od mężczyzn. Największą zaletą filmu bez wątpienia znom, a sama nie mogę się już doczekać są świetne skonstruowane dialogi, tak kolejnego dzieła Saramonowicza i Koneprawdziwe, że słuchając ich miałam wra- ckiego, zatytułowanego „Lejdis”, który żenie, jakbym podsłuchiwała toczącą się ma być niejako drugą częścią „Testostetuż obok prawdziwą męską rozmowę. ronu”. Tym razem jednak bohaterami Śmiem przypuszczać, że niektóre fra- będą kobiety. ANNA PORADA, WROCŁAW gmenty tych dialogów mają szansę wejMONITOR POLONIJNY


Szare Szeregi 1939 – 1944 TO WARTO WIEDZIEĆ W

rzesień to miesiąc, kiedy przypominamy sobie nie tylko wybuch II wojny światowej, bohaterską obronę Polski i początek długich lat okupacji. Przed 68. laty, gdy stało się jasne, że obrona kraju zaatakowanego przez sąsiadów z zachodu i wschodu zakończy się klęską, rozpoczęto budowę struktur polskiego państwa podziemnego. Równolegle z siatką konspiracji wojskowej rozwijały się struktury konspiracji cywilnej. Jedną z takich organizacji cywilnych były Szare Szeregi, które grupowały zasadniczą część młodzieży Związku Harcerstwa Polskiego.

nek listowych mieszkań rodzin 1944 roku było 8 359 harcerzy niemieckich przesiedlonych skupionych w Szarych Szerez Litwy, Łotwy i Estonii. W ulotgach, a organizacja żeńska kach tych, pisanych w języku Szarych Szeregów, która zrzeniemieckim, informowano noszała harcerki powyżej 16 roku wych mieszkańców, iż nie jest życia, pod koniec wojny liczyła prawdą, że ich mieszkania dobrook. 5 000 harcerek. Z powodów wolnie opuścili Polacy, ale że bru- ks. Jan Paweł konspiracyjnych kontakty między talnie byli do tego zmuszeni przez Mauersberger męską a żeńską organizacją Szaokupanta. Ulotki podpisywane byrych Szeregów istniały tylko na ły skrótem SS, który w kryptonim Szare szczeblu Naczelnictwa. Szeregi rozwinęli harcmistrze dr Józef Szare Szeregi ściśle współpracowały Wiza i Roman Łuczywek. ze strukturami polskiego państwa podSzare Szeregi pierwotnie były tylko ziemnego i Armią Krajową. harcerską organizacją męską, później Początkowo do Szarych Szeregów powstała także organizacja żeńska Sza- przyjmowano młodzież męską od 17 rorych Szeregów występująca pod kolejny- ku życia, z czasem z tej cezury wiekowej mi kryptonimami Związek Koniczyn, zrezygnowano i przyjmowano również Bądź Gotów. młodszych chłopców. W 1942 roku harCzłonków Szarych Szeregów obo- cerzy z punktu widzenia programowego wiązywało przedwojenne Prawo i Przy- i metodycznego podzielono na trzy grurzeczenie Harcerskie uzupełnione ślubo- py. Najmłodsi w wieku 12-15 lat tworzyli Konspiracyjna organizacja waniem: „Ślubuję na Twoje drużyny „Zawiszy”. W zasadzie nie brali harcerska, która później dziaręce pełnić Służbę w Szarych udziału w walce przeciw okupantowi, nałała pod kryptonimem Szare Szeregach, tajemnic organi- tomiast przygotowywali się do służby poSzeregi, powstała w Warszazacji dochować, do rozkazów mocniczej - ratownictwa i łączności – wie w dniu 27 września 1939 służbowych się stosować, nie i obowiązkowo uczyli się na tajnych komroku, a więc w przeddzień kacofnąć się przed ofiarą życia.” pletach. W Warszawie to właśnie Zawipitulacji stolicy. Jej założyciePodstawową zasadą progra- szacy, którzy w ramach przygotowań do lami i członkami naczelnictwa mową było wychowanie przez powstania poznawali gruntownie topoWanda byli ks. Jan Paweł Mauersberwalkę, a została ona sprecyzo- grafię miasta, z chwilą jego wybuchu staOpęchowska ger – przewodniczący, Wanda wana w haśle „Dziś – Jutro – li się listonoszami Harcerskiej Poczty Opęchowska – wiceprzewodPojutrze”. „Dziś” oznaczało nicząca, Antoni Olbromski – sekretarz ge- konspirację i przygotowanie do powstaneralny, Maria Wocalewska – naczelnicz- nia, „Jutro” – otwartą walkę zbrojną i poka harcerek. Pierwszym naczelnikiem wstanie, „Pojutrze” – pracę w wolnej harcerzy stał się Florian Marciniak, a po Polsce. jego zamordowaniu w lutym 1944 roku Na czele harcerskiej organizacji męw obozie w Gross-Rosen funkcję tę pełnił skiej stała Kwatera Główna Szarych do kapitulacji powstania warszawskiego Szeregów (kryptonim „Pasieka”). Jej Stanisław Broniewski. Ostatnim naczelni- ogniwami organizacyjnymi były chorąkiem Szarych Szeregów był Leon Mar- gwie („Ule”), hufce („Roje”), drużyny szałek. („Rodziny”), zastępy („Pszczoły”). W czaKryptonim Szare Szeregi cała organi- sie największego rozwoju organizacji zacja przyjęła dopiero w 1940 roku. istniało 20 chorągwi, z tego 6 na tereZrodził się on w okupowanym Poznaniu, nach wcielonych do Rzeszy, 5 na terea jego powstanie związane jest z akcją nach wschodnich Polski, 9 w Generalinformacyjną poznańskich harcerzy, któ- nym Gubernatorstwie. Stan liczebny orgarzy wieczorami wrzucali ulotki do skrzy- nizacji zmieniał się; wiadomo, że 1 maja Harcerska Poczta Polowa WRZESIEŃ 2007

19


Polowej, roznosząc listy i kartki pocztowe w wyzwolonych dzielnicach miasta. Wielu z tych doręczycieli nadzieji z białoczerwonymi opaskami dosięgnęły niemieckie kule. Drugą grupę stanowili chłopcy w wieku od 16 do 18 lat. Byli oni zorganizowani w Bojowych Szkołach, w których prowadzono szkolenie wojskowe i przygotowywano młodzież do służby w oddziałach rozpoznawczych, zwiadowczych, łączności. Harcerze ci brali udział w walce konspiracyjnej w Organizacji Małego Sabotażu „Wawer”, a od roku 1941 „Wawer – Palmiry”. Prowadzili propagandę wśród ludności polskiej, rozlepiając afisze, pisząc hasła na murach, rozrzucając ulotki, zrywając niemieckie flagi, gazując kina, podłączając się do niemieckich megafonów. Bojowe Szkoły prowadziły także destrukcyjną akcję „N”, która była akcją propagandową skierowaną do Niemców. Polegała ona przede wszystkim na podrzucaniu ulotek i gazetek. Drużyny te uczestniczyły również w akcji „Wywiad – Informacja Szarych Szeregów” (akcja WISS), obserwując ruchy wojsk niemieckich. W ramach przygotowania do „przełomu”, jakim miała być akcja „Burza”, drużyny Bojowych Szkół przechodziły szkolenie wojskowe i otrzymywały przydziały do jednostek Armii Krajowej, gdzie miały zadanie pełnienia pocztów dowódców, oddziałów łączności i oddziałów rozpoznawczych. Podobnie jak Zawiszaków, harcerzy z tych drużyn obowiązywało uczestnictwo w tajnych kompletach nauczania. W powstaniu warszawskim harcerze z Bojowych Szkół walczyli w Śródmieściu jako kompania, a w innych dzielnicach stolicy jako plutony piechoty. Najstarsi członkowie Szarych Szeregów (powyżej 18 lat) byli zorganizowani w Grupy Szturmowe, a drużyny tych grup były bezpośrednio podporządkowane Kierownictwu Dywersji Armii Krajowej („Kedyw”). To z nich w 1943 roku utworzono słynny batalion „Zośka”, z którego 20

3 kompanię wydzielono do zadań specjalnych. Początkowo działała pod kryptonimem „Agat”, później „Pegaz”, a wiosną 1944 roku powstał z niej batalion „Parasol”. To właśnie oddziały Grup Szturmowych Szarych Szeregów wykonały wiele akcji bojowych, takich jak wysadzanie pociągów, mostów kolejowych, odbijanie wieźniów, jak np. słynna akcja pod Arsenałem czy akcja w Celestynowie. Oddziały te likwidowały także funkcjonariuszy aparatu terroru hitlerowskiego np. Kutscherę, Koppego, Burckiego, Schulza czy Langego. Inne oddziały, np. Chorągwi Radomskiej i Krakowskiej walczyły w oddziałach partyzanckich oraz prowadziły sabotaż kolejowy. Do „przełomu” oddziały Grup Szturmowych przygotowywały się odbywając szkolenie w konspiracyjnych szkołach podchorążych. W Warszawie Szare Szeregi prowadziły m. in. Szkołę Podchorążych Piechoty Rezerwy „Agricola”. Szkolenie prowadzono również w formie kursów niższych dowódców. Do odbudowy powojennej kraju członkowie Grup Szturmowych przygotowywali się kończąc naukę szkolną i podejmując studia na tajnych uniwersytetach. Popularnością wśród nich cieszyły się konspiracyjne zespoły samokształceniowe. Wiele oddziałów terenowych brało udział w walkach prowadzonych przez zgrupowania Armii Krajowej, a później w marszu na pomoc powstańczej Warszawie.

W powstaniu warszawskim bataliony Szarych Szeregów „Zośka” i „Parasol” walczyly w zgrupowaniu „Radosław” na Woli, Starówce i Czerniakowie, ponosząc ogromne, bo sięgające 80 proc. ich stanu, straty. Komendant Główny AK uznał, że kompania „Rudy” z batalionu „Zośka” była najlepszą kompanią Armii Krajowej. Na Woli i Starówce walczył również batalion „Wigry”. Organizacja Harcerek, którą w Szarych Szeregach kierowała J. Łapińska, prowadziła przede wszystkim działalność wychowawczą i opiekuńczą np. nad więźniami, współdziałając z Radą Główną i Opiekuńczą oraz Polskim Czerwonym Krzyżem. W organizacji największy nacisk kładziono na przygotowanie dziewcząt do pracy w służbie sanitarnej i w łączności. Harcerki, które ukończyły 18 lat, kierowano do Wojskowej Służby Kobiet i oddziałów Kedywu Armii Krajowej. To one podczas powstania warszawskiego dokonywały cudów, by dotrzeć z rozkazami i meldunkami na wskazane miejsca, wynosiły rannych, opiekowały się nimi w polowych szpitalach, przeprowadzały ludzi kanałami. W swym bohaterstwie nie ustępowały chłopcom. Komenda Główna Szarych Szeregów i poszczególne chorągwie wydawały tajnie liczne broszury, materiały szkoleniowe oraz pisma m. in. „Źródło”, „Drogowskaz”, „Wigry”, „Pismo Młodych”, „Brzask”, „Dziś i Jutro”, „Młodzież” „Krąg”. Przy Kwaterze Głównej Szarych Szeregów działała od 1940 roku żeńska Grupa Wykonawcza Łączniczek i Kolporterek licząca ok. 50 osób, Głównym zadaniem tego zespołu był kolportaż prasy konspiracyjnej. Pamięć o Szarych Szeregach odznaczonych Krzyżem Virtuti Militari żyje w społeczeństwie polskim, poświęcono im nie jedną książkę i nie jeden artykuł. Tradycje tej bohaterskiej organizacji podtrzymuje i propaguje Stowarzyszenie Szare Szeregi, a w Muzeum Powstania Warszawskiego poświęcona jest młodym bohaterom tamtych lat rozległa ekspozycja. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK MONITOR POLONIJNY


Jacka Dehnela BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI

„książka gadana“ N

ie wiem, czy szacowni jurorzy najważniejszej polskiej nagrody literackiej „Nike” podzielą moją opinię i za najlepszą książkę roku 2006 uznają powieść Jacka Dehnela Lala, wiem natomiast, że lektura tej powieści była dla mnie samą przyjemnością. Czytałam ją, żałując, iż ubywa stron, a po skończeniu lektury wiedziałam, że będę do niej powracać. Jacel Dehnel ma 27 lat, jest absolwentem Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych na Uniwersytecie Warszawskim. Debiutował w 1999 roku zbiorem opowiadań Kolekcja. Później ukazały się zbiory jego poezji: Żywoty równoległe (2004 r.), Wyprawa na południe (2005 r.), Wiersze (2006 r.), Brzytwa okamgnienia (2007 r.). Jego twórczość poetycką wysoko ocenili nie tylko krytycy, ale także kapituła Nagrody Kościelskich, przyznając mu w 2005 roku swą nagrodę. Znany jest też jako tłumacz poezji i malarz. Lala, wydana w 2006 roku przez wydawnictwo W. A. B., jest jego debiutem powieściowym. Debiutem, który zadziwia konstrukcją narracji, wrażliwością autora i jego językiem. Walory literackie Lali ocenili w 2007 roku jurorzy „Polityki”, przyznając Jackowi Dehnelowi „Paszport Polityki” w dziedzinie literatury. Poeta, prozaik, tłumacz i malarz Jacek Dehnel zapytany przez redaktorkę „Polityki”, kiedy zaczął być artystą, odpowiedział: „A to się jakoś zaczyna? Bo ja nie pamiętam, nie wiem. Rodzina WRZESIEŃ 2007

mojej matki po prostu tak mnie wychowywała: człowiek jest w sposób przyrodzony twórczy. I jeśli ma potrzebę tworzenia /.../, ma moralny obowiązek pójść za tym wołaniem.” A rodzina autora Lali do rodzin banalnych się nie zalicza, matka – malarka, babcia – autorka słuchowisk radiowych, dziadek grał na fortepianie, jego siostry były malarkami, prababcia skończyła konserwatorium, pradziadek grał na skrzypcach i malował, prapradziadek był kolekcjonerem sztuki. I tak dla Jacka Dehnela jest całkiem oczywiste, że pisze i maluje. Pisarz przyznaje, że duży wpływ wywarła na niego wychowująca go babcia Lala Bieniecka, prawdziwa domorosła Szeherezada, „która przez całe dzieciństwo opowiadała mi o rodzimym Lisowie, o niemieckiej okupacji, ale równolegle przeplatała to fabułami Szekspira, greckimi mitami, streszczeniami wielkich książek i filmów”. I właśnie owe błyskotliwe opowieści babci Lali o własnym życiu, życiu rodziny, przyjaciół i znajomych są treścią Lali, książki-narracji pełnej dygresji, zagubionych i powracają-

cych wątków, anegdot, subtelnego dowcipu, zaskakujących zestawów słów. Lala, chociaż jest historią jednego życia, jest książką o wielu sprawach; o miłości, o wielkich wojnach i cichym dworku w Lisowie, o japońskim szpiegu i historii pierścionka z szafirem, o krowie na wielkim przyjęciu czy piorunie kulistym, o wielkich obrazach i wspaniałym błyszczącym Chryslerze. Jest to książka o jednym życiu, ale także, a może przede wszystkim o żegnaniu się. Sędziwa babcia autora, niewątpliwie osoba o niesłychanej osobowości, która zwykła o sobie mówić „co dla młodej kobiety znaczy 81 lat?” zaczyna gubić się w swej błyskotliwej narracji, traci wątki, zapomina, rozpoczyna się odchodzenie w niebyt, rozpływa się jej intelekt, osuwa się w chorobę i okrutną, choć nieuchronną starość. Powieść Dehnela jest hołdem, hołdem najwspanialszym, jaki autor mógł złożyć i złożył bliskiemu człowiekowi. Autor o Lali mówi, że jest to „książka gadana”, ale o klasie tego gadania czytelnik sam się musi przekonać. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK 21


W chwili obecnej chyba najbardziej cenionym w Polsce trenerem „z importu” jest... Argentyńczyk Raul Lozano. Jego zasługa ma wymiar historyczny, ponieważ na sukces – srebrny medal i wicemistrzostwo świata siatkarzy, zdobyte na mistrzostwach świata w 2006 roku w Japonii – czekaliśmy 32 lata! W końcu się udało i dlatego ojcowi tego sukcesu warto poświęcić trochę więcej miejsca. Zaczęło się tak: 17 stycznia 2005 Raul Lozano, 51-letni Argentyńczyk (mający też obywatelstwo włoskie), trener siatkarski, jeden z najbardziej cenionych szkoleniowców świata wygrał konkurs na stanowisko selekcjonera męskiej siatkarskiej reprezentacji Polski. Zdaniem Polskiego Związku Piłki Siatkowej przedstawił bardzo ciekawą koncepcję pracy i... był „tańszy” od najpoważniejszego konkurenta. Dlaczego wybrano cudzoziemca? Wyjaśnienia są banalne. Od naszych siatkarzy zawsze wymagano wiele, jednak reprezentacja rzadko spełniała oczekiwania. Seria niezbyt udanych występów na igrzyskach, mistrzostwach świata czy Europy doprowadziła PZPS po raz pierwszy w historii do decyzji o zatrudnieniu fachowca z zagranicy i wybór padł na Argentyńczyka Raula Lozano. Pikanterii sprawie dodaje też fakt, że jednym z powodów, dlaczego Lozano trafił do Polski, było to, że w grudniu 2004 roku, kiedy trenowany przez niego włoski zespół zajmował pierwsze miejsce w lidze, został zwolniony z funkcji. Prawdopodobnie musiał opuścić drużynę ze względu na konflikt z gwiazdą siatkówki, zawodnikiem Lorenzem Bernardim. W sporze między trenerem a graczem szefostwo klubu stanęło po stronie siatkarza, więc trener musiał odejść. Nowy trener i zarazem nadzieja polskiej siatkówki ukończył studia inżynierskie oraz menadżerskie w Argentynie. Zanim został trenerem, sam był zawodnikiem, występującym na pozycji rozgrywającego, ale nie udało mu się zrobić wielkiej kariery. Zaczynał od trenowania drużyn młodzieżowych i seniorskich, a kontynuując karierę zdobył mistrzostwo Argentyny i Puchar Ameryki Południowej. Już od 20 lat pracuje jako tre22

Nasi najlepsi obcy P

isząc o naszych trenerach, również tych zagranicznych, trudno jest jednoznacznie stwierdzić, że właśnie ten lub tamten jest najlepszy. Nie wiadomo, czym się kierować: ilością medali i tytułów, zdobytych przez jego wychowanków, czy może ich rangą.

ner za granicą. W roku 1987 zaczął w lidze włoskiej, trenował drużyny drugoligowe, później pierwszoligowe, z którymi dwukrotnie zdobył wicemistrzostwo Włoch oraz klubowe mistrzostwo świata, Puchar Zdobywców Pucharów. Jego dotychczasowe sukcesy przyprawiają o zawrót głowy. Z reprezentacją Hiszpanii zdobył srebrny medal na Uniwersjadzie w Japonii, V miejsce w Lidze Światowej i Pucharze Świata (1999) oraz IX miejsce na olimpiadzie w Sydney (2000). W 2000 roku prowadzona przez niego reprezentacja Hiszpanii spotkała się z Polską i… została czterokrotnie pokonana, m.in. dwa razy w Poznaniu. Pracując w Grecji z klubem Iraklis Saloniki, zdobył dwukrotnie wicemistrzostwo Grecji! Prawdziwe sukcesy – liczne medale, puchary i tytuły – osiągnął jednak we Włoszech. W sezonie 2000-2001 zdobył swoje jedyne mistrzostwo Włoch, a także Superpuchar Włoch. Prowadzone przez niego drużyny wielokrotnie zdobywały klubowe wicemistrzostwo Włoch, zajmowały trzecie miejsce, zdobywały też medalowe miejsca oraz klubowy Puchar Świata, a w roku 1993 Puchar Zdobywców Pucharów. Jego podopieczni byli również finalistami Ligi Mistrzów. Obejmując prowadzenie reprezentacji Polski powiedział, że jego celem jest wywalczenie medalu na igrzyskach olimpijskich w Pekinie w 2008 roku i wszelkie działania będą temu podporządkowane. Jest trenerem bezkompromisowym, dużo wymaga od zawodników, ale i od samego siebie. Preferuje techniczną, szybką siatkówkę, jaką obecnie grają najlepsze zespoły świata – Brazylijczycy i Włosi. Naszych reprezentantów zamie-

rza nauczyć właśnie elementów „włoskiej” siatkówki – współpracy bloku z obroną oraz używania w ataku nie tylko siły, ale też i głowy. Pierwszym sprawdzianem drużyny z „nowym” były rozgrywki Ligi Światowej 2005. Nasi pod kierunkiem nowego trenera spisali się całkiem nieźle, zajmując najlepsze w historii startów w tej imprezie czwarte miejsce. Głównym celem reprezentacji Polski w 2005 roku było jednak wywalczenie medalu na Mistrzostwach Europy w Rzymie. Nie udało się. Na turnieju w Rzymie zajęliśmy piąte miejsce. W grupie Polaków pokonali Rosjanie i Włosi. Trzeba przyznać, że nasza reprezentacja była osłabiona, ponieważ trener przed mistrzostwami wyrzucił z kadry trzech bardzo ważnych graczy, którzy wcześniej złamali regulamin reprezentacji, a dodatkowo kontuzji doznał inny czołowy zawodnik. Osłabiona drużyna miała mniejsze szanse i nikt nie miał pretensji do nowego trenera. Jak na razie jego osiągnięcia z kadrą Polski to: IV miejsce w Lidze Światowej w 2005, V miejsce na Mistrzostwach Europy w 2005, I miejsce w IV Memoriale Huberta Wagnera w 2006 oraz II miejsce na Mistrzostwach Świata w 2006. Ciekawostką jest to, że w tegorocznych rozgrywkach Ligi Światowej nasi czterokrotnie pokonali rodaków swego trenera! Niestety, w walce finałowej przegrali mecz o brązowy medal i zakończyli swój udział w tej lidze na czwartym miejscu. W rankingu Międzynarodowej Organizacji Piłki Siatkowej awansowali jednak na drugie miejsce! Obok praktycznej siatkówki Raul Lozano zajmował się również pracą naukoMONITOR POLONIJNY


wą, związaną oczywiście z siatkówką. W 1997 roku na zlecenie prezydenta Turcji i tamtejszej federacji siatkarskiej opracowywał strategię rozwoju męskiej siatkówki w tym kraju. W 1998 roku został oddelegowany przez światową organizację siatkówki do przeprowadzenia szkolenia trenerów w Afryce i analizy sytuacji dyscypliny na kontynencie. Prowadził też kursy trenerskie we Włoszech, Niemczech, Grecji, Szwajcarii, Brazylii i Wenezueli. Prywatnie Raul Lozano odpoczywa, oglądając mecze siatkówki. Lubi też słuchać muzyki oraz zajmuje się dwoma labradorami. Swego rodaka Diego Maradonę uważa za najlepszego piłkarza w historii futbolu. Przyznaje, że trudno znosi rozłąkę z rodziną i gdy przebywa w Polsce, bardzo tęskni za synem. Podkreśla jednak, że w Polsce czuje się znakomicie, spotyka się z ogromną życzliwością i sympatią, dzięki czemu najbardziej lubi ludzi. Ponadto smakuje mu polska kuchnia, podobają mu się Warszawa i Kraków. Szóstego grudnia 2006 prezydent Lech Kaczyński odznaczył go Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, co, jak powtarza odznaczony, z racji rangi i okoliczności napawa go dumą, ale szczególne są dla niego wyróżnienia, w których przyznaniu decydujący głos mają kibice. Szóstego stycznia 2007 został „Trenerem Roku” w plebiscycie Gali Mistrzów Polskiego Sportu TVP, zaś 15 stycznia 2007 zyskał tytuł Człowieka Roku Wirtualnej Polski, a, co ciekawe, drugie miejsce zajął autor sukcesów naszej reprezentacji piłkarskiej Holender Leo Beenhakker. Ponadto 12 kwietnia miesięcznik „Super Volley” ogłosił go Człowiekiem i Trenerem Roku. Wcześniej, w roku 2004, jeszcze za pracę we włoskiej lidze „La Gazzetta dello Sport” uznała go za najlepszego trenera we Włoszech. Lozano podkreśla skromnie, że to „zasługa przede wszystkim drużyny, która na jego wyróżnienie w równym stopniu zapracowała”. Upały dają się nam we znaki, więc dla ochłody coś chyba o najważniejszym z naszych trenerów w sportach zimowych. Oto Hannu Lepistő. WRZESIEŃ 2007

Decyzją Polskiego Związku Narciarskiego z 12 kwietnia 2006 roku na stanowisku trenera reprezentacji polskich skoczków Heinza Kuttina zastąpił Hannu Lepistő, który przez dwa najbliższe sezony będzie prowadził polską kadrę. Zatem po Austriaku nastał Finn. Hannu Lepistö urodził się w 1946 roku. Ze skokami związany jest od dziecka, ponieważ w Lahti, skąd pochodzi, poza skokami niczego innego nie można było uprawiać. Pracę trenerską rozpoczął w 1979 roku, a prawdziwą karierę rozpoczął już w 1980 roku od pracy z fińską kadrą. W pierwszym okresie, gdy trenował kadrę swej ojczyzny (w latach 1980-1985) jego podopieczni zdobyli m.in. trzy złota indywidualne i dwa drużynowe na Mistrzostwach Świata, dwa zwycięstwa indywidualne i dwa drużynowe w Pucharze Świata oraz trzy medale olimpijskie. Będąc ponownie trenerem fińskiej kadry w latach 1994-1998 doprowadził swych podopiecznych do zdobycia m.in. złotego medalu indywidualnego i dwóch drużynowych na Mistrzostwach Świata, zwycięstwa indywidualnego i drużynowego w Pucharze Świata oraz dwóch medali olimpijskich. Z reprezentacją Austrii w latach 2002-2004 wywalczył zwycięstwo drużynowe w Pucharze Świata w sezonie 2002/2003. Prawie 10 lat trenował też skoczków włoskich. W pewnym jednak momencie, po roku bez sukcesów, Fin zrezygnował ze szkolenia skoczków i został... komentatorem stacji telewizyjnej Eurosport. Jego dawni podopieczni to elita i legendy skoków i lotów narciarskich, m.in. Finowie – Matti Nykänen i Janne Ahonen, Włoch – Roberto Cucone, Austriacy – Martin Hoellwarth i Thomas Morgenstern. Trenowani przez niego skoczkowie wywalczyli dotychczas ponad 50 medali! Uroczyste podpisanie kontraktu z nowym trenerem do końca stało pod znakiem zapytania, ponieważ do ostatniej chwili wydzwaniali do niego działacze włoskiego związku narciarskiego i przekonywali, by w najbliższym sezonie nadal trenował ich skoczków! Nasz nowy trener Polskę wybrał z dwóch powodów: fascynuje go osoba Adama Małysza, któ-

ry jego zdaniem może jeszcze sporo osiągnąć i…bardzo mu się u nas podoba. Uważa, że „takiej atmosfery, jak w Zakopanem podczas zawodów Pucharu Świata, nie ma nigdzie na świecie”. Nie ujawniono wartości kontraktu, ale nieoficjalnie wiadomo tylko, że będzie zarabiał nieco lepiej od swojego poprzednika Heinza Kuttina, tj. od 5 tys. do 6 tys. euro miesięcznie. Dodatkowo za każde zwycięstwo w Pucharze Świata dostanie 2 tys. euro i 3 tys. za wygraną na mistrzostwach świata. Do swojej dyspozycji dostanie samochód, a Polski Związek Narciarski opłaci mu również w ciągu roku 14 przelotów z Krakowa do Helsinek i z powrotem. Nasz najlepszy skoczek Adam Małysz, który początkowo sceptycznie wypowiadał się o kandydaturze Fina, stwierdził później, że „to bardzo doświadczony trener, współpraca z nim zapowiada się interesująco”. Na sukcesy z nowym trenerem nie trzeba było długo czekać. W sezonie 2006/2007 do wysokiej formy powrócił prowadzony przez Lepistö Adam Małysz, który zdobył swój czwarty złoty medal Mistrzostw Świata, a po dziewięciu zwycięstwach w Pucharze Świata triumfował po raz czwarty w klasyfikacji generalnej. Nowy trener w Polsce czuje się dobrze. Lubi polską kuchnię, piwo, podobają się mu Kraków i Zakopane, twierdzi jednak, że najlepiej czuje się w Finlandii, gdzie na co dzień mieszka z żoną w Lahti. Ma jednego syna. Jego pasje to wędkarstwo i wyścigi konne, w których bierze udział jego pięć koni. Największe emocje siatkarskie mamy za sobą, sezon skoków dopiero nadejdzie. Miejmy nadzieję, że dzięki rodzimym i zagranicznym trenerom nie ominą nas emocje i sukcesy. Już pod koniec wakacji zaczynają się kolejne chwile emocji kibiców. O tym niebawem. Do naszych zagranicznych trenerów również jeszcze wrócimy. ANDRZEJ KALINOWSKI Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na działalność szkółki piątkowej 23


P I S Z Ą

• O G Ł O S Z E N I A • O G Ł O S Z E N I A • O

PONUKA PRÁCE!

C Z Y T E L N I C Y

Urodziłam się w polskiej rodzinie na Słowacji. Obecnie rzadko jeżdżę do Polski, więc „Monitor Polonijny” jest dla mnie źródłem informacji o tym, co się tam dzieje. Mam wszystkie jego numery, ułożone na honorowym miejscu w kolejności wydania. Rzadko czytam po polsku, ale dzięki temu czasopismu doskonalę znajomość języka. Nie odbieram polskiej telewizji, nie mam możliwości kupowania polskich gazet, doceniam więc to, że w „Monitorze” znajduję informacje ze świata polskiej kultury i polityki. „Monitor” jest też łącznikiem między Bratysławą, Koszycami i innymi miastami. Dzięki niemu wiem, co się dzieje u Polaków, mieszkających w różnych miastach Słowacji. Podoba mi się rubryka „Polska oczami słowackich dziennikarzy“, w której prezentowane są różne spojrzenia Słowaków na nasz kraj, często okraszone opisem śmiesznych sytuacji. Doceniam różnorodność tematyczną pisma, to, że znajduję w nim również przepisy kulinarne, które czasami wypróbowuję. Na jego łamach wciąż szukam informacji, związanymi z różnymi przedsięwzięciami artystycznymi, EuryArt, wystawami, wernisażami – to wynika z moich zainteresowań zawodowych. „Monitor” to jedyne czasopismo, w którym czasami mogę zobaczyć samą siebie. Bodajże dwa lata temu jego redaktor naczelna przeprowadziła ze mną rozmowę, dotyczącą mojej rodziny. Klika miesięcy później, kiedy już o tym zapomniałam, przeczytałam artykuł pt. „Dzieci polskich rodziców“, którego, obok Andy’ego Hryca i kilku innych osób, byłam bohaterką. Wówczas się wzruszyłam. Prawdę mówiąc, to, że zobaczyłam siebie cudzymi oczyma, pomogło mi pokonać załamanie, które wtedy przeżywałam. ŠTEFANIA GAJDOŠOVÁ Z KOSZYC 24

Hľadáme poľsky hovoriacich agentov do call centra v Nitre. Práca na 1 zmenu. Mzda 18 000,- Sk. Nástup ihneď. Kontakt 0905 813 186. e-mail: praca_ldomaracka@indexnoslus.sk.

Klub Polski Region Martin i Żylina informuje, że X. Zlot Młodzieży Polonijnej i II. Gier Integracyjnych odbędzie się w Oszczadnicy w terminie od 28.09. do 30.09.2007. Zgłoszenia będą przyjmowane od 10 do 23. września pod adresem: pirin@nextra.sk Zapraszamy dzieci i ich rodziców na uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego w Szkole Polskiej w Bratysławie, działającej przy Konsulacie Ambasady RP, które odbędzie się 15 września 2007 w sobotę, o godzinie 11.00 w siedzibie szkoły podstawowej de la Salle na Detvianskiej ulicy w Bratysławie. Wszytkie nowe dzieci, zainteresowane nauką w polskiej szkole na Słowacji prosimy o mailowy lub telefoniczny kontakt.

szkolapolska@post.sk monikact@poczta.fm tel. 00421911391900 lub 004369911962261 W Y B Ó R

Z

P R O G R A M U

I N S T Y T

➨ 05.09. - 16.30. – Instytut Polski, ➨ 05.09. 19.00 – Bratysława, Wideoprojekcja filmu Sami swoi Dziedziniec starego ratusza (1967 – 78 min.) reż. S. Chęciński Koncert jazzowy tria Adama w ramach cyklu Najlepsze komedie Pierończyka ➨ 05.09. - 09.09. Koszyce ➨ 07.09 – 09.09. – Żylina – Festiwal teatrów Europy Środkowej Stacja Záriečie (www.kosicefest.eu) KINOBUS 2007 – PRACA 05. 09. 15.00, Mała scena, Państwowy Prezentacja filmów Teatr Koszyce , Hlavná 58 – otwarcie polskich na trasie Żylina, wystawy Współczesny polski plakat Veľké Rovné, Maków, teatralny ze zbierów Zbigniewa Rybki. Turzówka, Trstená, Żylina 07.09. 21.30, Kościół św. Antona W programie: Człowiek Paduánskiego, Hlavná – Bruzda z marmuru (1976, A. przedstawienie teatralne Sceny Wajda), Jak to się robi Plastycznej KUL, Lublin, reż. L. Mądzik (2006, M. Łoziński); filmy 07.09. 22.30, namiot festiwalowy – krótkometrażowe : Baldanders – monodramat Białostockiego Z punktu widzenia Teatru Lalkowego, reż. M. Bikowski nocnego portiera 08.09. 20.00, Scena Główna - Bomont (1978, K. Kieślowski), School – muzyczno-taneczne filmy z twórczości łódzkiej przedstawienie dla młodzieży – gliwicki szkoły filmowej. Teatr Wit – Wit. (www.stanica.sk) MONITOR POLONIJNY


G Ł O S Z E N I A • O G Ł O S Z E N I A • O G Ł O S Z E N I A • O G Ł O S Z E N I A •

OGŁASZAMY 2. EDYCJĘ KONKURSU LITERACKIEGO

„WSPÓŁBRZMIENIE“ Temat – „Moja przygoda z językiem słowackim”

Przedmiotem konkursu są krótkie formy – anegdoty i opowiadania, opisy zabawnych sytuacji, powstałych w związku z niezrozumieniem podobnie brzmiących słów lub innych. Objętość prac – maks. 9 000 znaków (ok. 5 stron). Prace konkursowe prosimy przesyłać w dwóch wersjach językowych – polskiej i słowackiej. W przypadku problemów z przekładem prace można

przesłać wcześniej w wersji polskiej lub słowackiej – organizatorzy zapewnią tłumaczenie. Przesłane prace oceni jury, w którego skład wchodzi 5 osób (Słowacy i Polacy). Wszyscy autorzy, których prace zostaną zakwalifikowanym do publikacji, której wydanie planowane jest na jesień br., otrzymają honoraria autorskie. Termin nadsyłania prac upływa 30 września 2006 r.

Prace należy przesyłać pod adresem: Maria Peruňská, Rozkvet 2012/31-20, 017 01 Považská Bystrica lub: kniha46@orangemail.sk Dnia 22.09.2007 o 19. 00 wystąpi Kabaret Ani Mru Mru. Impreza odbędzie się w VHS Floridsdorf/ Haus der Begegnung Andgererstrasse 14, 1210 Wien. Bilety w cenie 15, 20 oraz 25 eur. Informacje oraz rezerwacja biletów pod numerem telefonu: 0043 664 421 33 32.

U T U

P O L S K I E G O

W

➨ 09. 09. 20.00 – Trnawa, Katedra św. Mikołaja Koncert organowy Bogdana Narlocha w ramach 12 Trnawskich Dni Organowych 2007 W programie: J. S. Bach, F. Mendelssohn-Bartholdy, M. Surzynski, M. Reger. (www.organisti.sk) ➨ 14. 09 – 13.10 - Koszyce, Kasárne Interdyscyplinarny Festiwal Sztuki Współczesnej Mesačná jazda www.moonride.sk 14. 09. 20.30 „Genesis”- Teatr A Gliwice, reż. M. Kozubek 25.09. 20.00 „Świniopolis“ Teatr Biuro Podróży, Poznań, reż. P. Szkotak 28.09. 20.00 koncert grupy undergroundowej Wojtka Kucharczyka The Complainer 29.09. 20.00 koncert wrocławskiej grupy Robotobibok (jazz, off jazz, trip-jazz, jungle, muz. elektroniczna, drum’n’bass). WRZESIEŃ 2007

Wręczenie nagród, połączone z promocją dwujęzycznego tomu, planowane jest na grudzień 2007 r. Prace konkursowe należy przesyłać w zaklejonej kopercie, opatrzonej godłem (również w formie elektronicznej, co ułatwi pracę jury). W drugiej kopercie, opatrzonej tym samym godłem, należy podać imię, nazwisko, adres i kontakt telefoniczny (ewent. e-mail) autora.

Zachęcamy do wysiłków twórczych! Maria Peruňská, organizator Miejscowe Koło Regionalnego Klubu Środkowe Poważe

Stowarzyszenie Polonez zaprasza na Specjalny program z okazji 40 - lecia KABARETU POD EGIDĄ Występuje Jan PIETRZAK z udzialem Patrycji KACZMARSKIEJ oraz Krzysztofa PASZKA - fortepian niedziela, 23 września, godz. 18:30, sala teatralna HdB Mariahilf (1060 Wien, Koenigsegg.10). www.polonez.at

B R A T Y S Ł A W I E

N A

➨ 19.,20.,21.,24.,25. 09 – Bratysława, Szkoła Podstawowa Dr Milana Hodzu Palisady, Škarniclova 1 Prezentacja filmów dla dzieci polskich autorów filmów animowanych w ramach 19 międzynarodowego festiwalu PRIX DANUBE. ➨ 24.09. 18.30 – Nitra, Teatr A. Bagara, Przedstawienie teatralne „Transfer” Wrocławskiego Teatru Współczesnego reż. Jan Klata, w ramach festiwalu Divadelná Nitra (21-26.9) www.nitrafest.sk ➨ 25.09. –17.00 – Bratysława, Instytut Kultury Węgierskiej, Palisády 54 Dyskusja panelowa na temat narkomanii w ramach Salonu Wyszehradzkiego.

W R Z E S I E Ń

2 0 0 7

➨ 26. 09 - 30.09 - Bratysława, A4, Nám SNP 12 Międzynarodowy Festiwal Literacki Ars Poetica www.arspoetica.sk 26.09. 19.00 – wieczór autorski Piotra Sommera 27.09. 19.00 – spotkanie z Marcinem Sendeckim i Tomaszem Majeranem 27.09. 17.00 – projekcja filmu Szklane usta (2006 - 115 min.) L. Majewskiego 28.09. 14.00 – okrągły stół o europejskiej poezji z udziałem Artura Burszty. 28.09. 17. 00 - projekcja filmu Parę osób, mały czas (2005 - 104 min.). A. Barańského 28.09. 21.00 - koncert wrocławskiej grupy Robotobibok 29.09. 21.00 - koncert grupy undergroundowej Wojtka Kucharczyka The Complainer ➨ 27.09 – 17.00 - Bratysława, Instytut Polski Otwarcie wystawy prac wrocławskiego artysty Pawła Jarodzkiego (Ekspozycja do 17.10.) Oficjalne wręczenie artystom słowackim medali 40-lecia Międzynarodowego Biennale Grafiki w Krakowie. 25


Idealizujem si ho. No nech! M

ožno je to ešte z detstva prostredníctvom Sienkiewiczových románov, takých vytúžene romantických, čo sa mi Poľsko stalo národným zväzkom, milujúcim slobodu a jednotu, a to napriek neustálym dejinným búrkam, tvrdým zásahom výbojných susedov a nezvratnou túžbou po zjednotení a nekompromisnej samostatnosti. Plno milých ľudí s ľúbeznou rečou som potom stretával na všetkých možných turistických a športových zájazdoch takmer každoročne. Vzrušenie slobody sa začínalo napĺňať hneď pri hraničných kontrolách.

A možno ma Poľsko citovo podmanilo z matkinho rozprávania o dvojtýždňových peších púťach do Czenstochowej, ktoré sa napríklad z okolia Vranova nad Topľou každoročne konajú dodnes. Aj otec k tomu pridal, keď cez Poľsko utekal za chlebom do Kanady. Vôňa pečených domácich klobás na trhovisku v Zakopanom a milé švitorenie, to bol na začiatku zájazdov súzvuk prečítanej a vypočutej romantiky so skutočnosťou, ktorá neustále rozvoniavala slobodou a národnou sebaistotou. Pri pohľade na samoty a súkromné roľníčenie vznikala istota, že Poliaci sa nehodlajú poddať ani komunizmu. „Nebojte sa!“ akoby zaznievalo nielen z Wadowíc prostredníctvom Karola Wojtylu. Wadowice, rodisko pápeža, vnášali pokoj do duše, zvlášť keď som si pripomenul zemplínsku dedinu Udavské, ktoré leží len asi 200 kilometrov od Wadowíc a kde sa narodil jeden z najbližších spolupracovníkov Jána Pavla II., kardinál Jozef Tomko, druhý či tretí muž Vatikánu. Poďme však na turistické chodníčky. Do Zakopaného a inde v blízkosti hraníc sa dalo za vtedajších čias vycestovať len v rámci doložky o malom pohraničnom styku. Ďalej mohli cestu povoliť poľské orgány. Keď sme raz ich súhlas potrebovali, bol piatok popoludní a na polícii bola len upratovačka. Choďte, kde chcete, u nás je sloboda, prekvapila nás. A tak sme sa ocitli v trojmestí a v Sopote som si zaplával v studenom mori, až mi zachádzalo za nechty. K plnohodnotnému poznaniu krajiny patria napríklad tajomné Mazurské jaze26

POLSKA Oczami słowackich dziennikarzy

JOZEF MRÍZ Autor je publicista, pracoval v Slovenskej televízii v štúdiu Košice rá tak ako premenlivá Halič a zasa inde popri Tatrách najmä Pieniny. Keď tak zo Stolice sledujete šesťsto metrov pod sebou pohraničný Prielom Dunajca, musíte byť naladení povznášajúco a vtedy je vám fuk, že Jánošík ako legenda zbíjal aj na poľskej strane. Rovinatú krajinu osviežujú historické mestá. Je zábavné povoziť sa v muzeálnych kočiaroch na východe v Lanžhute a potom pobudnúť na veľkom futbalovom mestskom derby v Lodži medzi Widzewom a LKS. Pocítiť blízkosť slovanskej povahy. Pobudnúť napríklad týždeň vo Wroclawe na námestí, to je hotový balzam na dušu. Toľko folklórnych a ľudových aktivít a atrakcií v prirodzenom slávnostnom ovzduší zažijete málokde v Európe. A potom je tu najmä Krakov s národnou históriou, tradičnou univerzitou a kultúrnym bohatstvom. Myslíte na rozmery strednej Európy medzi siedmimi štátmi a hľadáte Krakovu rovnocenného partnera. Niet ho, lebo najbližšie je vzdialený Kyjev. Tak si s pokojom môžete pripustiť, že ste v hlavnom meste strednej Európy. Krakov vyznieva veľkolepo. Menej obývaný Halič je osobitý kraj. Svojsky ho poznačila druhá svetová vojna, ale aj tu ostali cenné pamiatky

a medzi nimi karpatské jedinečnosti drevené chrámy a vôbec drevená architektúra. Keď v roku 1873 otvorili hornouhorskú dvojkoľajnú magistrálu až do Premyšla, vybudovali cez chrbát Východných Beskýd Lupkowský tunel, ktorý po vojne Poliaci zúžili o jeden profil ako výraz upevnenia celistvosti nového poľského štátu. Chodí tade vláčik so železničiarmi a pohraničníkmi i ľuďmi od Sanoku po Humenné. A keď sa pritrafí európsky turista, nemilo ho prekvapí, keď zistí, že na túto trasu žiadne európske spoje nenadväzujú. Za to možno zájsť do skromného bufetu v Lupkowe, kde sa usadil istý Varšavčan a reč o Poľsku dostáva nový nádych. Styky a priateľstvá po oboch stranách východnej Kremnice majú najmä športový charakter, plno družby, ale dominuje prihraničný obchod - nákupy vo veľkom, najčastejšie nábytku a potravín. Je voľnosť a sloboda, o ktorej kedysi vravela upratovačka na policajnej stanici v Zakopanom. Na hranici sme Európania, bez niekdajšieho totalitného zastrašovania colníkov. Okolo Mníška nad Popradom opäť rieka prirodzene naznačuje hranice. Samoty sú z oboch strán. Nad Mníškom za rozľahlým lesom sme sa dali do reči so skutočným samotárom. Púšťal si rádio, kým mu vystačila autobatéria. A čo robí v lete počas dlhých večerov? Iba sa zasmial. „Mám bohatý program. Na druhej strane býva veľmi veselo s nápaditými scénkami a podmaňujúcim spevom. Užívam si s Poliakmi. Na diaľku,“ vysvetľuje. Aj táto príhoda v súvislosti s Poľskom vyznieva sentimentálne a idealisticky. Nech! Aj môj vzťah zostáva taký a nenachádzam dôvod niečo na ňom meniť. Udržiavajú ma pri ňom bohaté zážitky na spomínanú upratovačku počnúc... až po práve prebiehajúci augustový rozhovor s Malgorzatou, pre bližších ľudí Gošou. To ona ma na tie útržky zo zážitkov naviedla. Vzťah k Poľsku pekne ožil. MONITOR POLONIJNY


PO WAKACJACH

WAKACJE czytane od tyłu to EJCAKAW a te, tak jak zabawa w czytanie od tyłu, wracają do nas zawsze w naszych wspomnieniach. Wspominamy wakacje, opowiadając o nich naszym przyjaciołom, oglądając zdjęcia, filmy nakręcone za pomocą kamery czy telefonu komórkowego, pisząc pamiętnik lub czytając jego przepełnione strony, bawiąc się kamykami, nazbieranymi w jakimś cudownym miejscu, czytając widokówki z pozdrowieniami od nowych znajomych. Wszystkie nasze przeżycia są wyjątkowe przede

wszystkim dla nas samych. Często są też ciekawe dla innych, ale niestety zdarza się, że popadają w zapomnienie. Dlatego zachęcamy wszystkie dzieci do uczestnictwa w konkursie fotograficznym: „Wspomnienia z wakacji“

K Ą C I K C Z Y T E L N I C Z Y Na polowaniu: – Do licha, spudłowałem już dziesiąty raz! Chyba palnę sobie w łeb! – A trafisz? Fąfara pyta sąsiada: – Dlaczego idziesz na polowanie w stroju wędkarza? – Dla zmylenia zajęcy. Będą myślały, że idę na ryby! Hrabia do Jana: – Janie, idź podlej kwiaty w ogrodzie. – Ale przecież pada deszcz! – To weź parasol! Skąd wiadomo, że mężczyzna robi plany na przyszłość? – Bo kupuje 2 skrzynki piwa zamiast jednej butelki. Kiedy facet traci 99 procent swojej inteligencji? – Gdy zostaje wdowcem. WRZESIEŃ 2007

Najciekawsze fotografie z wakacji z krótką informacją o tym, gdzie zostały zrobione, prześlijcie e-mailem: monitorp.@orangemail.sk albo pocztą pod adresem redakcji do 15 września. Pięcioro zwycięzców nagrodzimy książkami, a ich prace ukażą się w naszej październikowej rubryce.

D L A 1 0 - L A T K Ó W , 1 5 - L A T K Ó W I N I E T Y L K O W 1989 roku przedstawiciele 15 krajów stworzyli Ruch na Rzecz Obrony Prawa do Przyjemności, któr y polecamy waszej uwadze. Nie musimy się spieszyć, a zatem spróbujmy jeść inaczej niż zwykle. Zamiast fast food w McDonald’s zjedzcie S L O W F O O D na terasie swojego domu. Slow food to jedzenie bez pośpiechu, ze zwracaniem uwagi na or yginalne smaki, przy pięknie nakr ytym stole, w miłym towarzystwie, z nastrojową muzyką. stronę redaguje Moan

27


ma kota, a kot ma Alę... Dwa plus dwa A larówna się... Oko muchy zbudowane jest z....

Oj, biedne dzieci, gdy pójdą do pierwszej klasy, ich rzeczywistość zmieni się już na zawsze. Dotychczas beztroskie życie wypełnią głównie lekcje, obowiązki, prace domowe, lektury, oceny i przerwy. I tylko z powodu tych przerw życie szkolne jest znośne. Można sobie pogadać, poszaleć chociaż troszkę... Ale tylko jedna przerwa nazywa się „przerwą śniadaniową”. I w dusznych murach szkoły tylko dla niej warto żyć i oddychać. Co się robi podczas takiej przerwy, oczywiście oprócz obowiązkowych wycieczek do szkolnych toalet i mniej obowiązkowego odpisywania zadań? Za moich czasów

ZA MIESIĄC: TYM RAZEM NA PEWNO SIĘ UDA...

konsumowało się kanapeczki, rozpakowywane z papieru śniadaniowego, i popijało je okrutnie przesłodzoną tzw. herbatą ze szmatą ze szkolnej stołówki (nie wiem, czy nazwa była związana z kolorem tej herbaty, czy z jej smakiem). Ale dzisiejsza moda i postęp w technologii gastronomicznodrugośniadaniowej nakazuje wrzucić do automatu monetę i podczas przerwy śniadaniowej zjeść… czekoladowego batonika, popijając go słodkim napojem. Jednak małe i większe dziewczynki z warkoczykami oraz szczupli chłopcy nie wiedzą, że szykują sobie na własne życzenie zemstę po latach. Nadwaga, celulitis, wysokie ciśnienie krwi i widmo zawału... Wróćmy więc raczej do dawnych, sprawdzonych przez dziesięciolecia zestawów śniadaniowych, czyli zwyczajnych

kanapeczek. Z serem, z wędliną, z pomidorem... Ja najbardziej lubiłam najprostszą wersję – bułeczkę kajzerkę z żółtym serem, która po iluś tam godzinach uczniowskiej męczarni smakowała po prostu bosko. Hm, chyba nie ma sensu podawanie konkretnych przepisów, bo wiadomo, że podstawą jest świeża bułka albo kromka chleba, żółciutkie masło i dobry nóż.

Nie wiem, jak Wy, drodzy Państwo, ale ja, gdybym mogła, chętnie bym zamieniła obiady służbowe na jedną beztroską kanapkę z serem...

MAJKA KADLEČEK


Monitor Polonijny 2007/09  
Monitor Polonijny 2007/09  
Advertisement