Issuu on Google+

(str. 6)


Grodziski Chór „Bogorya” na Słowacji Od 15 do 18 marca br. z okazji jubileuszu chóru dziewczęcego „Cantus Cantilena” w Turczańskich Cieplicach przebywał Grodziski Chór „Bogorya” z Grodziska Mazowieckiego. Chór „Cantus Cantilena” istnieje od 25 lat przy cieplickiej Akademii Pedagogicznej. Założony i do dzisiaj prowadzony przez Jána Leporisa koncertował na Słowacji i za granicą (Belgia, Czechy, Francja, Niemcy, Polska, Serbia, Słowenia, Szwajcaria, Włochy), odnosząc liczne sukcesy na konkursach i festiwalach. Główne dwa koncerty jubileuszu 25-lecia chóru „Cantus Cantilena” odbyły się 16 marca w sali widowiskowej Domu Kultury w Turczańskich Cieplicach. Podczas każdego z nich Grodziski Chór „Bogorya“ wykonał półgodzinny program a cappella. Po nim występował chór gospodarzy, najpierw w obecnym składzie, potem powiększony o zaproszone byłe chórzystki. Na zakończenie wieczornego koncertu połączone chóry pod dyrekcją 2

Jána Leporisa wykonały słowacką pieśń „Aká si mi krásna” Eugena Suchonia. Oprócz dość wyczerpujących występów na Grodziski Chór „Bogorya” czekał ciekawy program turystyczny. Członkowie chóru zwiedzili Kremnicę, a w niej mennicę i muzeum górnictwa złota. Na chwilę zatrzymali się przy obelisku, symbolizującym środek Europy, a potem udali się na spacer po Martinie. W drodze powrotnej zwiedzili „Słowackie Betlejem” – drewnianą, ruchomą szopkę, przedstawiającą symbolicznie wszystkie regiony Słowacji. Jedną z głównych atrakcji wycieczki była relaksująca kąpiel w basenach termalnych, położonych nad źródłami o temperaturze 38 i 33°. Polski chór spotkał się na Słowacji z bardzo życzliwym i serdecznym przyjęciem i już teraz przygotowuje się na rewizytę chóru „Cantus Cantilena” w Grodzisku Mazowieckim, która planowana jest w przyszłym sezonie. (red.) MONITOR POLONIJNY


OD REDAKCJI

SPIS TREŚCI

Każdy z nas preferuje pewne smaki, ma własne gusta i upodobania. Jeden przepada za słodyczami, drugi za mięsem czy pasztetem (dla tych w tym miesiącu ciekawy przepis w „Piekarniku“). A gdyby każdy posiłek codziennie składałby się tylko z ulubionej czekolady? Przejadłaby się… Potrzebna jest różnorodność. Ostatnio, po rozmowie z pewną znajomą, zadałam sobie pytanie, czy różnorodność gości na łamach naszego miesięcznika. Z pewnością jest w nim różnorodność tematów, zagadnień, coś dla młodszych i starszych, dla miłośników muzyki, książki, historii itd. Owa znajoma to pochwaliła, ale jednocześnie dodała: „Pani Małgosiu, jest za słodko, wszystko jest takie ładne, udane, brakuje nerwu, krytyki“. Przyznaję, że lubię pozytywne emocje, kiedy to, co oglądam, czytam, o czym rozmawiam inspiruje mnie do działania, zachęca, pomaga zobaczyć przysłowiowe światełko w tunelu. Tak postrzegam świat i, co oczywiste, tym się dzielę z innymi na co dzień, pisząc artykuły, rozmawiając. Najczęściej przedstawiam osoby, które odniosły sukces, staram się znaleźć w nich to, co zainspiruje mnie i, mam nadzieję, innych, by iść do przodu. Ale kto powiedział, że inspiracją do działania nie może być krytyka? Przysłowiowy kij w mrowisko? Czy to nam zaszkodzi? Zobaczymy. Zachęcam Państwa zatem do lektury naszego pisma i do ewentualnych uwag, reakcji. A tymczasem życzę Państwu w imieniu Redakcji i Wydawcy zdrowych, spokojnych Świąt Wielkanocnych.

O dobrych i złych skutkach dbania o urodę

4

Z KRAJU

4

Gdzie się podziały tamte Wielkanoce...

6

Opowiadanie wielkanocne

7

SŁOWACKIE WYDARZENIA I POLSKIE SPOSTRZEŻENIA

8

Tłumacze z pierwszej linii frontu

8

MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA REDAKTOR NACZELNA

WYWIAD MIESIĄCA Cezary Pazura: „Nikt nie słyszał o Jimie Carreyu, kiedy ja się już wygłupiałem”

12

Z NASZEGO PODWÓRKA

14

MŁODZI W POLSCE SŁUCHAJĄ

16

NASŁUCHUJEMY

16

TO WARTO WIEDZIEĆ „Butelka wyrzucona z tonącego okrętu”

17

BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Lektura dla kinomanów

19

Gdzie jesteście?

20

OKIENKO JĘZYKOWE Trochę o tłumaczeniach

20

Srebrni polscy laskarze!!!

23

CZYTELNICY PISZĄ

24

OGŁOSZENIA

25

POLSKA OCZAMI SŁOWACKICH DZIENNIKARZY Poľsku prestávam rozumieť

26

MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI

27

PIEKARNIK Pasztet, tym razem nie z zająca

28

VYDÁVA POĽSKÝ KLUB – SPOLOK POLIAKOV A ICH PRIATEĽOV NA SLOVENSKU ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Pavol Bedroň, Ivana Juríková, Majka Kadleček, Katarzyna Kosiniak-Kamysz, ks. Jerzy Limanówka, Melania Malinowska, Danuta Meyza-Marušiaková, Dariusz Wieczorek, Izabela Wójcik, • KOREŠPONDENT V REGIÓNE KOŠICE – Urszula Zomerska-Szabados • JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE: Maria Magdalena Nowakowska • GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik • ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • TLAČ: DesignText • KOREŠPONDENČNÁ ADRESA: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel./Fax: 031/5602891, monitorp@orangemail.sk • PREDPLATNÉ: Ročné predplatné 300 Sk na konto Tatra banka č.ú.: 2666040059/1100 • REGISTRAČNÉ ČÍSLO: 1193/95 Realizované s Finančnou podporou Ministerstva kultúr y SR - program kultúra národnostných menšín

www.polonia.sk KWIECIEŃ LUTY 20072007

3


pytałam ostatnio swoje przyjaciółki, jak się czują wiosną, O dobrych G dywszystkie zgodnym chórem odpowiedziały: GRUBO! Potem, przytakując sobie nawzajem, dodawały: blado, sennie, bez kondycji... Słuchając i złych skutkach ich, pomyślałam, że aby nie ugiąć się pod ciężarem wiosennych stresów, dbania o urodę trzeba wyruszyć na poszukiwanie utraconej formy – i to zaraz! Słowacja to zadziwiający kraj – dokądkolwiek nie pojedziesz, na końcu drogi zawsze czeka jakieś uzdrowisko lub chociaż aquapark. Dzisiaj chcę namówić Was do odwiedzenia jednego z takich miejsc – zapraszam na środkowe Poważe i do jego rekreacyjnej stolicy – Pieszczan. Jeśli chcecie poczuć się jak prawdziwi kuracjusze, niczym bohaterowie dawnych powieści, spędzający czas „u wód”, musicie koniecznie tam pojechać, bo to nie jakieś tam Szczawno Zdrój czy Krynica. Pieszczany są absolutną perłą – klimatyczną, elegancką, a zarazem dostępną dla każdego. Liczne sanatoria, korzystające z dobrodziejstw słynnych pieszczańskich gorących źródeł, oferują naprawdę rozmaite zabiegi – kąpiele, okłady błotne,

tawie zakaz wykonywania zawodu dziennikarza jako sankcja za kłamstwo lustracyjne jest zamachem na wolność słowa.

DNIA 15 MARCA weszła w życie nowa ustawa lustracyjna. Nowe przepisy rozszerzają lustrację na 400 tysięcy osób. Oprócz parlamentarzystów i samorządowców będą jej podlegali m.in. dziennikarze, szefowie państwowych spółek, rektorzy wyższych uczelni i dyrektorzy szkół. Ustawa narusza prawa człowieka i podstawowe wolności – stwierdzili członkowie Komitetu Helsińskiego. Ich zdaniem przewidziany w us4

LIGA POLSKICH RODZIN (LPR) chce całkowitego zakazu aborcji. Wicepremier, przewodniczący LPR i minister edukacji Roman Giertych zaapelował na spotkaniu unijnych ministrów w Heidelbergu o wprowadzenie w Unii Europejskiej zakazu aborcji i propagandy homoseksualnej. LPR chce zmiany w konstytucji w tej sprawie. Burza polityczna na ten temat trwa. ,,MOJA ŻONA została obrażona” – tak reagował prezydent

masaże i różne formy balneoterapii. Co się w nich leczy? Choroby układu ruchowego i kręgosłupa, skołatane nerwy – słowem – cały niechciany życiowy bagaż współczesnego człowieka. A wszystko to w otoczeniu pięknych secesyjnych budynków i uroczo wijących się uliczek. Uwagę przykuwa też niezwykły kolumnadowy most o długości prawie 160 metrów, malowniczo łączący wyspę uzdrowiskową z miastem.

Lech Kaczyński na krytykę pierwszej damy Polski przez ojca Tadeusza Rydzyka. Wypowiedź prezydenta ma związek z zaproszeniem przez pierwszą damę grupy dziennikarek z okazji Dnia Kobiet do Pałacu Prezydenckiego. Podczas tej wizyty Maria Kaczyńska podpisała przyniesioną przez gości petycję do parlamentu o zaniechanie zmian konstytucyjnych zapisów, dotyczących ochrony życia poczętego. Tę inicjatywę skrytykował dyrektor Radia Maryja ojciec Tadeusz Rydzyk. „Jestem zbulwersowany tym, że do Pałacu Prezydenckiego są zaproszeni dziennikarze, którzy są przeciwko pozytyw-

nym zmianom w Polsce, którzy cynicznie się zachowują, was atakują. To, co dzisiaj się stało, to był skandal i nie nazywajmy tego inaczej, nie nazywajmy nigdy, że szambo jest perfumerią“ – mówił ojciec Rydzyk. NIEMIECKA KANCLERZ Angela Merkel odwiedziła Polskę. Na zaproszenie polskiej pary prezydenckiej spędziła wraz ze swoim mężem Joachimem Sauerem weekend w prezydenckiej rezydencji na Helu. Wizyta ta stworzyła nowy fundament dla stosunków polsko-niemieckich, wzmacniając równocześnie Unię Europejską – oświadczyli niemieccy i polscy poMONITOR POLONIJNY


W Pieszczanach musi być coś wyjątkowego, skoro właśnie z pobliskich Morawian pochodzi liczący sobie prawie 23 tysiące lat posążek Wenus. Może już pierwotni mieszkańcy tych terenów odczuwali ich leczniczą moc, ich wpływ na kondycję i siłę witalną? Co prawda obfite kształty morawiańskiej Wenus nieszczególnie pasują do obecnego wzorca kobiecości, ale w końcu ten jest piękny, kto się takim czuje... Po zabiegach zapraszam na ulicę Winterovą, gdzie znajdują się nie tylko sklepiki i restauracje, ale również kawiarnie z wyśmienitą czekoladą (jestem przekonana, że to specjalna czekolada odchudzająco-relaksacyjna). Amatorom wspinaczek i spacerów pod górkę polecam leżące tuż za granicami miasta wzgórze z pensjonatem Koliba – widoki z niego niezwykłe! Jeśli natomiast uważacie, że dbanie o wio-

senną formę nie musi oznaczać odchudzenia portfela, wybierzcie się poza miasto. Na północ od Pieszczan znajdują się malownicze ruiny zamku Beckov z przycupniętym u jego stóp starym cmentarzem, na zachodzie zaś leżą Čachtice – niesamowite, pełne grozy miejsce, będące dowodem, iż nadmierna dbałość o urodę nie zawsze kończy się dobrze. Tu, na zamku mieszkała bowiem zjawiskowo piękna Elżbieta Batory, która, najwyraźniej nie znając zalet pobliskich Pieszczan, wymyśliła własny sposób zachowania młodości – kąpiele we krwi wcześniej torturowanych przez siebie dziewic. Z miasteczka do zamku można dojść piechotą, po drodze wystawiając twarz w kierunku słońca, co zastąpić może wizytę w klubie fitness i solarium. O wpływie zbawiennego pieszczańskiego klimatu na ciało i duszę świadczyć może też

słowie. Lech Kaczyński ocenił, że najważniejszym efektem wizyty jest „zielone światło” dla dalszych prac nad konstytucją europejską. Prezydent zaznaczył, że jest szansa na to, by w przyszłym Traktacie Konstytucyjnym znalazł się zapis o solidarności energetycznej UE. Zapowiedział też, że Polska podpisze deklarację berlińską mimo braku w niej odniesień do chrześcijańskich korzeni Europy.

ratura Okręgowa oskarża lekarza o przyjmowanie łapówek. Aresztowany ordynator jest też oskarżony o zabójstwo jednego ze swoich pacjentów. Premier Jarosław Kaczyński na ten temat powiedział, iż ,,rząd nie ma zamiaru powstrzymywać akcji oczyszczania polskich środowisk medycznych”. Zaznaczył, że zdziwiła go obrona przez znaczną część mediów zatrzymanego w lutym Mirosława G.

BYŁY ORDYNATOR kliniki kardiochirurgii szpitala MSWiA Mirosław G. pozostanie w areszcie tymczasowym – zdecydował warszawski sąd. Prowadząca śledztwo Proku-

TADEUSZ NALEPA nie żyje. Jeden z najwybitniejszych polskich muzyków bluesowych i rockowych zmarł 3 marca po długiej chorobie w wieku 64 lat.

KWIECIEŃ 2007

fakt, iż w pobliskim miasteczku Vrbové urodził się Maurycy Beniowski – podróżnik i poszukiwacz przygód. Musiał się on cieszyć dobrym zdrowiem i kondycją, skoro został królem Madagaskaru. Warto zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie przed domem, w którym przyszedł na świat, a może, kto wie, przeczytać potem jeszcze raz „Beniowskiego” Juliusza Słowackiego. Środkowe Poważe to przede wszystkim kraina niezbyt wyczynowych spacerów, wspaniałych krajobrazów i porządnej dawki pasjonującej historii. Chcecie poczuć ją na własnej skórze? AGATA BEDNARCZYK

ROK 2007 jest rokiem Artura Rubinsteina. Dnia 7 marca Sejm przyjął przez aklamację uchwałę w tej sprawie. W tym roku przypada 120. rocznica urodzin i 25. rocznica śmierci wybitnego pianisty. W GDYNI przyznano Kolosy – najbardziej prestiżowe nagrody podróżnicze w Polsce. Laureatem Super Kolosa 2006 za całokształt został Krzysztof Wielicki – polski taternik, alpinista i himalaista. Jest on piątym człowiekiem w historii, który zdobył koronę Himalajów i Karakorum. W DNIU 5 MARCA w 10. rocznicę śmierci Polska przypomniała sobie postać Ag-

nieszki Osieckiej – pisarki, dziennikarki, reżyserki filmowej, dramaturga, ale przede wszystkim autorki tekstów piosenek, których napisała ponad dwa tysiące. Wiele z nich, jak ,,Okularnicy” czy „Małgośka”, weszło do klasyki polskiej piosenki. LIDER „ICH TROJE” Michał Wiśniewski powiedział w Las Vegas sakramentalne ,,tak” Ani Świątczak. To już drugi ślub Michała z trzecią żoną – Michał i Ania po raz pierwszy zawarli związek małżeński w lipcu ubiegłego roku.

ZUZANA KOHÚTKOVÁ WARSZAWA 5


Gdzie się podziały tamte Wielkanoce... Z aczęło się od SMS-a z Polski: „A ile dziś pączków zjadłaś?” Uświadomiłam sobie wtedy, że przegapiłam jeden z moich ulubionych dni. Ale czy ktoś mi tutaj na Słowacji przypomniał w radiu lub telewizyjnych „Spravach” o tłustym czwartku? Gdzie te kolejki pod cukierniami? Gdzie najsłodszy pod słońcem smak pączka od Bliklego z konfiturą z dzikiej róży?

Podobnie dyskretnie minęła środa popielcowa, a ja w ramach mojego osobistego wielkiego postu zaczęłam rozmyślać nad innymi zwiastunami Wielkanocy. Przede wszystkim o postanowieniu. W moich czasach szkolnych rezygnacja z czegoś istotnego w ramach przygotowania do świąt miała bardzo duże znaczenie. Rodzice starali się omijać z daleka papierosy i alkohol, dzieci zaś obiecywały dobre oceny, postanawiały nie jeść słodyczy, nie uciekać z lekcji, a nawet nie oglądać telewizji. Spotykaliśmy się potem na drodze krzyżowej i chwaliliśmy się osiągnięciami – komu udało się wytrwać w swoim postanowieniu, a kto okazał się słabeuszem. Tuż przed Niedzielą Palmową mama wysyłała mnie i siostrę do parku po bazie czy też, jak kto woli, kotki. Do nich dodawałyśmy kilka zielonych gałązek bukszpanu, czasami delikatne przebiśniegi i po przewiązaniu kolorową wstążką miałyśmy oryginalne domowe palmy, w sam raz do kościoła. Wielki Tydzień zawsze porażał mnie swoja atmosferą – w dzieciństwie trudno mi było wytrzymać w przepełnionym kościele, zrozumienie metafor Wielkiego Czwartku i dramatu Wielkiego Piątku przyszło dopiero wraz z upływem lat. Jako dziecko po 6

prostu czekałam na malowanie jajek i strojenie koszyczka. Mama gotowała jajka przede wszystkim w łupinach cebuli lub buraków, do mnie i siostry należało ozdabianie ich stosownymi malunkami. Potem wkładałyśmy do koszyczka najpiękniejsze pisanki, kawałek chleba i szynki, sól, ćwikłę oraz maleńką babkę. Dodawałyśmy cukrowego baranka, bukszpan, małe niebieskie kwiatki z ogrodu i to wszystko przykrywałyśmy delikatną serwetką. W sobotę na święcenie koszyczków szłyśmy zawsze pięknie ubrane, a gdy pogoda dopisywała, najczęściej właśnie wtedy pierwszy raz w sezonie miałyśmy na nogach cienkie kolorowe rajstopy. Prawie zawsze chodziłyśmy też na rezurekcję – ciepło ubrane, przysypiające, marzące tylko o łyżce aromatycznego barszczu. I wreszcie nadchodziła Wielkanoc, a wraz z nią biały barszcz ze swojską kiełbasą, domowe szynki, ćwikła na ostro oraz sernik inny niż wszystkie, który do dziś jadam tylko w rodzinnym domu.

Po obfitym śniadaniu szliśmy na długi spacer, po południu zaś zaczynały się odwiedziny ciotek, wujków i kuzynostwa. Wieczorem każdy dyskretnie napełniał wodą swój arsenał plastikowych jajek po to, by już od samego poranka w Poniedziałek Wielkanocny rozpocząć szaleństwo polewania. Przed śniadaniem zgodnie ogłaszaliśmy rozejm, a potem, jeśli sąsiedzi nas nie uprzedzili, z napełnionymi wiaderkami biegliśmy pod ich dom. Ależ się wtedy działo... Dzisiaj zmieniło się prawie wszystko. Sklepy od walentynek kuszą nas wielkanocnymi ozdobami, powszechnie dostępne są barwniki do jajek, kalkomanie, można zamówić specjalne święconkowe chlebki, szyneczki czy ciastka. Nawet by się pomodlić, nie trzeba wcale wychodzić z domu – w radiu czy telewizji transmituje się najważniejsze nabożeństwa. A sama Wielkanoc przypomina mi trochę strojną, ale niezbyt mądra pannę, bo w tej potrzebie „obkupienia się” w niezbędne świąteczne akcesoria powoli zapominamy, że to przede wszystkim dusza powinna się na świętach wzbogacić. Życzę więc Wam, drodzy Czytelnicy, abyście się przed Wielkanocą napracowali, byście nie szli na łatwiznę i spróbowali przeżyć święta tak, jak to niegdyś bywało. Dla siebie, dla bliskich, AGATA BEDNARCZYK dla duszy. MONITOR POLONIJNY


OPOWIADANIE WIELKANOCNE „Panie Janie, panie Janie, rano wstań, rano wstań! Wszystkie dzwony biją bimbam-bom!”. I dołącza drugi głos, proszę bardzo... Wyjątkowo namolna piosenka. Eksploatowana bez końca na wszystkich możliwych koloniach, obozach i innych spędach dziecięcych. Można ją było śpiewać bez końca i w tym spoczywała jej szalona namolność... Jak to było dawno… Na ostatnich koloniach była ponad dwadzieścia lat temu. Jezu! Miała wtedy siedemnaście lat i wydawało się jej, że jest niesamowicie dorosła. Wtedy ludzie po trzydziestce to byli zaawansowani starcy, stojący nad grobem. Dziś sama jest, jak mówi, tuż po trzydziestce i tuż przed czterdziestką. Niedziela wielkanocna. Za oknem namolnie biją dzwony. Świat zwariował, zwariowali i ludzie. Kto ma wytrzymać to ciągłe bimbam?! Spuszczona roleta nie pomaga. Bim-bam wdziera się wszędzie, więc przykrywa głowę poduszką. Nic nie pomaga. Bim-bam, bim-bam – również dla niedowiarków. A co ona? Ma wierzyć w zmartwychwstanie? W odrodzenie? Nie wierzy. Nawet nie chce się jej wierzyć. Za nią jest już wszystko. Facecik się spakował, kupił bilet do Londynu i więcej się nie odezwał. Po siedmiu latach wspólnego życia... Tam mu pewnie wydzwania Big Ben... A ona już dwa miesiące leży w łóżku i patrzy w sufit. Lekarz powiedział, że to depresja, że trzeba się leczyć. Odmówiła. Tak jest jej dobrze... Wstała. Patrzy przez okno. W sobotę do kościoła szły tłumy. Dobry pokaz bogobojności. Sąsiad, zatwardziały komunista, dyskretnie wysłał córkę ze święconką. Gruby sąsiad, co ma kochankę, idzie obok żony i potulnie niesie KWIECIEŃ 2007

koszyczek... Szopka jak w karnawale... Ale ten się skończył. A po kościele stado rusza do hipermarketu. Święconka w bagażniku, a sumienie na tylnym siedzeniu. Wraca do łóżka. Jednak nie da się spać. Bim-bam! Dzwonnik-karierowicz chce się pewnie wykazać i dzwoni z całych sił. Ona odwraca się na drugi bok i zakrywa sobie głowę poduszką... Jej zmartwychwstanie nie grozi... Musi tylko zrealizować plan na dzisiaj. Umyć zęby, wypić herbatę. Koniec programu. Może leżeć i patrzeć na pękający tynk. Bim-bam! Dzwony, wstrętne dzwoniska! Niech już z tym przestaną! Nie wytrzyma tego dzwonienia. Zwariuje. Kościelny to chyba jakiś maniak. Już ona mu powie! Wstaje. Wychodzi z domu. Pierwszy raz po miesiącu… Nie tylko bogowie zmartwychwstają... AGATA SASKA

ILUSTRACJA: TADEUSZ BŁOŃSKI

7


SŁOWACKIE WYDARZENIA I POLSKIE SPOSTRZEŻENIA Wiosenna pogoda sprzyja podróżom, które mogą być krótsze i dłuższe. Wiadomo, kto na to ma, jedzie w 80 dni dookoła świata. Kto sobie nie może pozwolić na taką ekstrawagancję, przegląda katalogi biur podróży i marzy o morzu i plaży. Bo w kwietniu jest już naprawdę blisko do lata, a więc wybór miejsca urlopu jak najbardziej aktualny. Ale wróćmy do wiosennych podróży. Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, chyba mi się przyśniło, że podróż pociągiem z Komarna pod Bratysławę to dobry pomysł. Kto nie jechał z trzyletnim dzieckiem, ten nie wie, co to za koszmar. W czym spoczywa istota tego koszmaru? Komarno, jak wiadomo, jest miastem granicznym, zdawałoby się wręcz tętniącym życiem. Może. Ale na pewno nie w piątek o piątej na dworcu głównym. Nie chcę używać dosadnych określeń, a już na pewno nie naleciałości słowackich, ale wyrażenie „pies tu zdechł” było tym pierwszym, co przyszło mi do głowy. Powtarzam – była piąta po południu w piątek. A na dworcu grobowa cisza. Bufet zamknięty, kiosk z gazetami zamknięty. W tym samym czasie na innym dworcu, np. w Bratysławie, zapewne kłębi się dziki tłum, a tu w Komarnie pustki. Gdyby chociaż pojawił się jakiś znany z mediów kajakarz, którego klatka piersiowa zdecydowanie uprzyjemniłaby oczekiwanie na pociąg. Ale nic z tych rzeczy. Ani człowieka, ani psa – bo ten (przysłowiowo) wiadomo, co zrobił. Pociąg przyjechał punktualnie i punktualnie wyjechał. Przede mną były dwadzieścia dwie stacje! Zatrzymywaliśmy się dosłownie co trzy minuty i co te trzy minuty musiałam odpowiadać dziecku, że ta stacja to jeszcze nie nasza. I tak jechałam, wydawało mi się bez końca, najpierw spoglądając na zachodzące słońce, a potem na zapadający mrok. A wiecie jaki jest wniosek z tej podróży? Uczenie się na cudzych błędach ma sens. Nie róbcie tego, co ja! Już nigdy więcej z Komarna pociągiem, nigdy więcej osobowym, nigdy więcej w piątek... No chyba, że w towarzystwie wyżej wspominanego kajakarza... Wtedy pojadę! MAJKA KADLEČEK 8

O

glądając reklamy, w których czarująca tłumaczka za sprawą odświeżających cukierków bez tremy wykonuje swoją pracę, nabieramy przekonania, że to wymarzony zawód, a w osiągnięciu sukcesu na tym polu pomoże mała, cudowna pastylka. Jak to bywa w rzeczywistości, usiłowałam się dowiedzieć, rozmawiając z tłumaczami, którzy na Słowacji pracują na „pierwszej linii frontu”, czyli tłumaczą wypowiedzi polskich i słowackich polityków podczas ich oficjalnych wizyt.

Tłumacze z pierwszej Zanim zaczęli tłumaczyć Do grona tłumaczy najczęściej obecnych podczas oficjalnych wizyt najważniejszych przedstawicieli Polski i Słowacji należą Renata Majerčíková, Ryszard Zwiewka i Zbyhňev Stebel. Można powiedzieć, że to ich głosem „mówili” polscy politycy, przebywający na Słowacji. Wcześniej wykonywali inne zawody, a tłumaczeniami zajmowali się okazjonalnie. RENATA MAJERČIKOVÁ - Słowaczka, córka Polki i Słowaka, pracowała w Polskim Ośrodku Kultury, gdzie na co dzień miała kontakt z oboma językami. RYSZARDA ZWIEWKA - Polak, pracował w zakładzie spożywczym w Bratysławie i sporadycznie tłumaczył podczas wizyt polskich partnerów. ZBYHŇEV STEBEL - Polak z Zaolzia, pracując w zakładzie ubezpieczeniowym, czasami dorabiał sobie, tłumacząc podczas wizyt polskich delegacji.

Pierwszy raz Renata Majerčíková pierwszy raz tłumaczyła, studiując w Warszawie chemię. „Ze Słowacji przyjechali na kilka dni artysta fotograf i malarz, a ponieważ potrzebowałam paru groszy, podjęłam się tego wy-

zwania – wspomina Majerčiková. – Prawdę mówiąc, nie spodobała mi się ta praca”. Potem, będąc jeszcze na studiach, tłumaczyła artykuł z zakresu chemii, który miał być zamieszczony w polskim piśmie specjalistycznym. Później, na początku lat 90-tych, jako pracownik Instytutu Polskiego została oddelegowana przez dyrektora do tłumaczenia podczas spotkania przedstawicieli związków zawodowych. Mimo tremy poradziła sobie, a dla związkowców tłumaczy do dziś – to oni jako pierwsi zaczęli jej regularnie składać propozycje pracy w zawodzie tłumacza. Później poprosili ją o tłumaczenie w kabinie podczas konferencji i okazało się, że się sprawdziła. „Spodobało mi się to, ponieważ, siedząc w kabinie, jestem schowana, nikt mnie nie widzi, a ja tłumaczę tekst, który słyszę w słuchawkach” – przyznaje moja rozmówczyni. Ryszard Zwiewka na początku lat 90-tych próbował swoich sił jako przedsiębiorca, handlując maszynami spożywczymi. „Okazało się, że nie potrafię być tak przebiegły na rynku – wspomina. – Poszukiwałem więc nowego zajęcia i kiedy ktoś mnie poprosił, bym poszedł tłumaczyć do kabiny, okazało się, że MONITOR POLONIJNY


całkiem dobrze daję sobie tam radę. Tak rozpoczęła się moja droga zawodowa jako tłumacza”. Zarówno Renata Majerčiková, jak i Ryszard Zwiewka wspominają panią Stanisławę Hanudelovą – prekursorkę polsko-słowackiego tłumaczenia kabinowego, od której wiele się nauczyli.

linii frontu Zbyhňev Stebel dorabiał sobie, tłumacząc jeszcze jako student bratysławskiej politechniki. „Pracowałem jako tłumacz na spotkaniu przedstawicieli KC PZPR jeszcze w latach 70-tych. Robiłem też tłumaczenia pisemne – wspomina. – Pod koniec lat 80-tych zaczęto mnie częściej zapraszać na spotkania polityków i tak to się potoczyło”.

Najwyższy szczebel Dziś każdy z moich rozmówców tłumaczy podczas spotkań na najwyższym szczeblu – Renata Majerčíková głównie podczas spotkań z małżonkami prezydentów, premierów czy innych osobistości. „Nie lubię tłumaczeń publicznych, więc tego unikam, ale wyspecjalizowałam się jako tłumacz podczas programu dla małżonek gości oficjalnych – ocenia Majerčíková. – Nie muszę wtedy stać przed dużą publicznością i przemawiać do mikrofonu”. Dodaje też, że takie tłumaczenie również niesie ze sobą ogromny stres. Przed każdą wizytą zpisuje sobie słówka, które mogą się przydać podczas zwiedzania muzeów czy wystaw. „Przygotowuję sobie ściągę i, choć nie wyciągam jej z torebki, mam ją dla pewności” – wyjaśnia. Skrupulatnie planowane oficjalne wizyKWIECIEŃ 2007

ty rządzą się specyficznym po- jednak ustępuje po dwóch rządkiem, dlatego tłumacz musi pierwszych wypowiedzianych znać swoje miejsce, być odpo- zdaniach – wtedy po prostu już wiednio ubrany i zawsze zdążyć nie ma czasu myśleć o stresie. na czas, by stać przy boku gościa, Wyjaśnia, że z uwagi na to, że słodla którego tłumaczy. „Po przy- wacki i polski są podobnymi byciu oficjalnej delegacji na językami, tłumacz ma mniejsze miejsce, muszę szybko wysiąść obciążenie psychiczne, alboz samochodu i dogonić gościa, wiem szanse popełnienia kardyktóry przemieszcza się innym nalnego błędu są niewielkie autem, by zdążyć stanąć koło nie- –określone słowo można zawsze go i przetłumaczyć powitanie” – zastąpić synonimem. Z drugiej opisuje Majerčíková. Przyznaje, strony dodaje, że jeden popełże czasami bywa tak, że ma niony błąd i kończy się kariera w głowie pustkę i gorączkowo tłumacza. Zwiewka nigdy nie był poszukuje właściwego słowa. bezpośrednio świadkiem takiej „Pamiętam, że podczas występu sytuacji, za to Zbyhňev Stebel paw telewizji pani Kwaśniewska mięta, kiedy podczas tłumaczeń użyła słowa biżuteria, a ja nie wielojęzycznych jeden z tłumamogłam sobie przypomnieć sło- czy nie podołał obciążeniu psywackiego odpowiednika šperky chicznemu, w konsekwencji cze– wspomina. – Miałam wtedy go zrezygnowano z jego usług. wrażenie, że moje milczenie trwaMoi rozmówcy zwracają uwało 5 minut, zanim zastąpiłam to gę na dużą kulturę osobistą polisłowo innym”. tyków, którzy poRyszard Zwiewka trafią współpracoprzed każdym spotwać z tłumaczem. kaniem przygoto„Politycy zdają sowuje się, czytając inbie sprawę z tego, formacje na oficjalże bez pomocy tłunych stronach intermacza ich wykład netowych ministerczy słowa nie dotrą stw spraw zagraniw odpowiedni spocznych i aktualną sób do odbiorcy” – prasę, by wiedzieć, wyjaśnia Zwiewka. jakie problemy moDobry prelegent RENATA MAJERČÍKOVÁ: gą być omawiane. to taki, który nie „Moja rola to rola W ten sposób twomówi zbyt szybko tak zwanej szarej rzy sobie własny i robi odpowiedmyszki, na którą słownik, a w kieszenie przerwy na tłunikt nie powinien ni ma zawsze ściągę maczenie. „Najtrudniej tłumaczyć zwracać uwagi” – pomoc psychiczwykłady, które ktoś ną. „Zdarza się, że mam pustkę w głowie i w danym czyta – ocenia Stebel. – Prelegent momencie nie mogę znaleźć od- posługuje się wówczas językiem powiedniego słowa, muszę go bardziej wyszukanym, ponieważ, zastąpić opisowo – ujawnia pisząc tekst, miał czas, by odpoZwiewka. – Często nie można wiednio dobrać słowa, natomiast dosłownie oddać tego, co zosta- tłumacz, który wcześniej nie miał ło powiedziane. Tłumacz musi wglądu w ów tekst, nie jest w staposzukiwać intencji wypowie- nie ubrać tłumaczenia w wyszudzi między jej wierszami”. Przy- kane słowa danego wykładu”. znaje też, że miewa tremę, która A Zwiewka dodaje: „Na tym naj9


bardziej traci słuchiczny, że w razie chacz, ponieważ czego ten drugi potekst wykładu jest spieszy z pomocą” mało czytelny”. – wyjaśnia Stebel. Stebel przyznaje, Majerčíková ceni że lata praktyki sposobie pewną intymwodowały, że nie ność kabiny i to, że miewa już takiej jest niewidzialna. tremy jak wcześ„Na początku prniej, a rutyna pozyczyną najwięksRYSZARD ZWIEWKA: zwala mu na barzego stresu było dla „Jeśli po spotkaniu dziej swobodne zamnie to, kiedy z tłunikt nie pamięta chowanie. Podkreśmaczenia na język la też zmiany, jakie tłumacza, to znaczy, polski przeże wykonał on zaszły we współchodziłam do tłuczesnym języku – bardzo dobrą pracę” maczenia na słowcześniejsze wacki i należało odtłumaczenia, podszyte hasłami powiednio przełączyć sprzęt” – komunistycznymi, odeszły w za- wspomina. Zwiewka swój pipomnienie, dziś w obu językach erwszy występ kabinowy też wszagościły nowe słowa. Podczas pomina w aspekcie nieprzełącoficjalnych spotkań jest w stanie zonego mikrofonu. „Jako początzapanować nad językiem, trud- kujący tłumacz byłem zestresonością okazują się jednak spotka- wany, bałem się, że mogę nie ponia mniej oficjalne, kiedy to dołać wyzwaniu. Okazało się jedw rozluźnionej atmosferze trze- nak, że tłumaczyłem dobrze, ale ba tłumaczyć dowcipy, czasami przez pierwszych kilka minut bardzo pikantne. Kłopotliwe by- nikt mnie nie słyszał, ponieważ wają również sytuacje, gdy ktoś nie włączyłem odpowiedniego w swoich wypowiedziach przek- przycisku” – wspomina. ręca fakty historyczne. „Jako tłumacz mam obowiązek tłumac- Zmęczenie zyć dokładnie to, co zostało poNajwiększym wrogiem tłuwiedziane, ale przeszkadza mi to, że ktoś z braku wiedzy operu- macza jest zmęczenie, które po je niedokładnymi danymi histo- całym dniu pracy w maksymalrycznymi, a ja nawet nie mam nym napięciu daje się czasami możliwości wyjaśnienia mu, że we znaki. Majerčíková wspomina, jak podczas zwiedzania pesię myli” – twierdzi Stebel. wnego muzeum wraz z żoną Kabina któregoś z polskich polityków, przetłumaczyła krasný slnečPostrachem dla wielu, którzy ník, który panie miały podzipróbowali swoich sił jako tłu- wiać w witrynie, jako słoneczmacze, są tłumaczenia kabino- nik. „Pani, której tłumaczyłam, we, gdzie podczas występu pre- zapytała mnie, gdzie jest ów słolegenta tłumacz słyszy jego necznik, a kiedy go jej pokazawypowiedź w słuchawkach i je- łam, poprawiła mnie, że chodzi dnocześnie tłumaczy do mikro- o parasolkę – opowiada. – fonu. Moi rozmówcy tłumaczeń W ogóle sobie nie uświadomitych się nie obawiają. „W kabinie łam, że użyłam nieodpowiedmusi być co najmniej dwóch tłu- niego słowa”. Innym razem, bęmaczy, a to daje komfort psy- dąc w kabinie, podczas wykła10

du, który był tłumaczony z węgierskiego na czeski, moja rozmówczyni nie uświadomiła sobie, że zamiast na polski tłumaczy na słowacki. „Zauważyłam, że coś jest nie tak, kiedy słuchacze zaczęli do mnie machać, a kolega z kabiny zwrócił mi uwagę – wspomina z uśmiechem. – Przeprosiłam słuchaczy i w skrócie opowiedziałam, o co chodziło w poprzedniej części wykładu, a kiedy wymieniliśmy się z kolegą okazało się, że on popełnił taki sam błąd – Polakom tłumaczył na słowacki”. Z kolei Ryszardowi Zwiewce zdarzył się raz kłopotliwy wypadek. „Pracując w kabinie, czasami huśtam się na krześle, co, wydaje mi się, pomaga mi lepiej zebrać myśli. Raz, niestety, w połowie zdania spadłem z krzesła, wywołując zamieszanie i huk” – wspomina z uśmiechem. Zbyhňev Stebel podczas tłumaczeń, kiedy ze zmęczenia przeoczy część wypowiedzi, prosi o powtórzenie jej treści. „To się zdarza nawet najlepszym i nie ma się czego wstydzić. Jesteśmy przecież tylko ludźmi – ocenia. – Podziwiam kobiety-tłumaczki, które są w stanie o wiele więcej zapamiętać”.

Szara mysz Tłumacz, choć mówi najwięcej (tłumaczy zazwyczaj w dwie strony), jest zawsze w cieniu mówcy. „Jeśli po spotkaniu nikt nie pamięta tłumacza, to znaczy, że wykonał on bardzo dobrą pracę” – ocenia Zwiewka. Majerčíková dodaje, że zdaje sobie sprawę, iż nie powinna być zauważana. „Moja rola to rola tak zwanej szarej myszki, na którą nikt nie powinien zwracać uwagi” – twierdzi. Podczas posiłków, kiedy zebrani prowadzą rozmowy, MONITOR POLONIJNY


tłumacz pracuje cały czas, więc najczęściej nie może sobie pozwolić na jedzenie. „Już się przyzwyczaiłam, że w pracy nic nie jem. Jeśli uda mi się zjeść pół talerza zupy, to sukces” – ocenia Majerčíková. Czasami, kiedy program jest napięty, a gościom towarzyszy jeden tłumacz, kłopotliwe bywa nawet pójście do toalety.

Pisemne i ustne

Moi rozmówcy współpracują z kilkoma biurami tłumaczeń, przyjmując zlecenia na tłumaczenia ustne i pisemne. Po latach doświadczeń potrafią ocenić, czy są w stanie w danym terminie wykonać przekład. „Zawsze, zanim się zgodzę na przyjęcie zlecenia, proszę, by przesłano mi tekst, abym mógł trzeźwo oceFilmy nić, czy jestem w stanie oddać jego tłumaczenie na czas” – mówi Moi rozmówcy tłumaczą Zwiewka. Renata Majerčíková również dialogi filmowe, choć przyjmuje zlecenia tylko wtedy, twierdzą, że to bardzo trudna gdy może dany tekst przetłumapraca, wymagająca nie tylko czyć, jeden dzień odpocząć stałej uwagi w trudnych wa- i z dystansem przeczytać swoje runkach kina, ale i przygoto- tłumaczenie ponownie. Czasawania przed projekcją filmo- mi, kiedy zdarzają się specjaliswą. „Przyjmuję takie zlecenia tyczne teksty, tłumacz musi się tylko pod warunkiem, że radzić fachowców z danej dziewcześniej otrzymam listę dia- dziny. Nasi tłumacze, gdy tłulogową, a idealna sytuacja jest maczą teksty z języka macierzywtedy, kiedy mogę dany film stego, zawsze proszą o korektę obejrzeć wcześniej” – mówi językową. „Staram się nie przyjZwiewka. Tego samego zdania mować zleceń, kiedy muszę tłujest Majerčíková. „Wychodzę maczyć na język polski, poniez założenia, że widzowie przy- waż wydaje mi się, że czytelnik chodzą do kina, aby odpocząć, dostrzeże, że to jest język wyuprzeżyć coś miłego, a nie słu- czony” – wyznaje Majerčíková. chać zająknięć czy milczenia Zwiewka przyznaje, że choć tłumacza” – wyjaśw dzisiejszych czania. Zbyhňev Stesach prawie wszybel jako kłopotliwy stko można znaprzykład opisuje syleźć na Internecie, tuację, kiedy bez to zdarzają się tamożliwości przykie zagwozdki, któgotowania przyjął re spędzają mu sen zlecenie tłumaczez powiek. „Obecnia pewnego polnie męczę się już skiego filmu, któreod tygodnia z jedgo niektóre sceny nym fachowym odgrywały się tekstem i do tej poZBYHŇEV STEBEL: w więzieniu. „Przez ry nie znalazłem kilka minut brako- „W kabinie musi być odpowiedniego wało mi słów, ponico najmniej dwóch określenia na sieeważ aktorzy użytłumaczy, a to daje tové externity”. wali specyficznego komfort psychiczny, Zwiewka zwraca więziennego żar- że w razie czego ten uwagę na to, że gonu, który jest mi drugi pospieszy tłumaczenia piseobcy” – wspomina. z pomocą” mne, choć często KWIECIEŃ 2007

żmudniejsze niż ustne, są dobrą okazją do doskonalenia języka, bowiem mobilizują do częstego sięgania po słowniki. „Praca ze słownikiem zmusza mnie do poszukiwań i poszerzania słownictwa, którym potem mogę dysponować podczas tłumaczeń ustnych” – konstatuje i dodaje, że często poszukuje danych wyrazów, posługując się słownikami słowacko-czeskimi, niemieckimi czy angielskimi, by znaleźć najbardziej trafne określenie. Zbyhňev Stebel jest również tłumaczem przysięgłym, tłumaczy zatem różnego rodzaju dokumenty. „To najczęściej akty ślubu, zgonu, dyplomy, PIT-y czy inne dokumenty” – wyjaśnia. Do obowiązków tłumacza przysięgłego należy też praca na rzecz policji czy sądownictwa. „Niestety, w sytuacjach, gdy słowacka policja zatrzyma za jakieś przestępstwa czy wykroczenia Polaków, człowiek spotyka się z innym światem” – opisuje.

Satysfakcja Każdy z tłumaczy twierdzi, że to zawód przynoszący sporo satysfakcji. „Miłym gestem jest podanie ręki na koniec i podziękowanie, choć oczywiście nie wszyscy to robią” – mówi Zwiewka. Bywają też listy z podziękowaniami z kancelarii prezydenckich czy z innych urzędów. „Czego mogę chcieć więcej? Tłumaczyłem podczas spotkań najważniejszych polityków Polski, Słowacji i Czech” – ocenia Stebel. I choć nie jest to praca gwarantowana, to moich rozmówców cieszy fakt, że się sprawdzili i otrzymują regularne zlecenia. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA FOTO: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, ARCHIWUM

11


Cezary Pazura: „Nikt nie słyszał o Jimie Carreyu,

kiedy ja się już wygłupiałem” z najbardziej popularnych polskich aktorów komediowych WYWIAD MIESIĄCA J eden dwukrotnie wystąpił w marcowy wieczór dla Polonii w Wiedniu.

Ma Pan na swoim koncie około 55 filmów. Który z nich był najważniejszy w Pańskiej karierze, a który najchętniej wymazałby Pan ze swojej pamięci? Na szczęście nie mam takiego filmu, o którym chciałbym zapomnieć. We wszystko, co robię w życiu, wkładam 100 procent energii, więc nie mogę powiedzieć, że jedne filmy są ważne, a drugie mniej ważne. Dzięki powtórkom w telewizji serial „13. posterunek” już 10 lat bawi publiczność. Jak to w życiu bywa, ma swoich zwolenników i przeciwników. W czym, według Pana, tkwi jego siła? Uwielbiam ten serial! Z Maćkiem Ślesickim stworzyliśmy w Polsce nowy gatunek, coś, czego w Polsce wcześniej nie było – sitcom. Zauważyłem, że w swoim życiu zawsze trafiam na coś, co jest pierwsze. Tak jak „Kroll” Władysława Pasikowskiego był pierwszym polskim filmem – głosem młodego pokolenia, tak nasz „13. posterunek” był pierwszym sitcomem. Wszyscy pukali się w głowy, widząc, co my robimy. Uważano, że to się w Polsce nie przyjmie. Żal mi tych krytyków, którzy się na tym nie poznali, na szczęście publiczność odebrała ten serial tak, jak powinna. „13. posterunek” spełnił wszystkie wymogi gatunku. Powstał na zasadzie komedii dell’arte. To są pewne schematy, podobnie jak Colombina, Pierrot, tylko że nasi bohaterowie zostali ubrani we współczesne kostiumy. A propos kostiumów, zauważyłam, że często w filmach pojawia się Pan w mundurach policjantów. Oznacza to, że mały Czarek marzył o pracy w policji? 12

Podczas dwugodzinnego „one man show“ bawił publiczność, która czekała na ulubione, charakterystyczne gesty, pozy i miny Cezarego Pazury – aktora, którego kochają kinomani za role w takich filmach, jak „Kiler“, „Kiler-ów 2-óch“, „Kariera Nikosia Dyzmy“, „Psy“, „Tato“, „Sara“, E=mc 2“ czy serialu „13. posterunek“. Nam udało się spotkać z aktorem w jednej z polskich restauracji w Wiedniu, gdzie mogliśmy nie tylko z nim porozmawiać na poważne tematy, ale i przekonać się, że Cezary Pazura ma poczucie humoru i dystans do siebie. Wręcz przeciwnie! Ale rzeczywiście, jak się nad tym tak zastanowić, to w mojej karierze było paru policjantów i żołnierzy. Jest Pan aktorem filmowym. Czy to oznacza, że teatr Pana nie pociąga? Po ukończeniu szkoły przez 7 lat pracowałem w różnych teatrach. Kiedy upomniał się o mnie film, nie było czasu na teatr. Odzwyczaiłem się od niego, a trzeba powiedzieć, że teatr to sztuka bardzo wymagająca. Mam wrażenie, że po wyjściu z teatru już nie ma tego, co było przed chwilą. To jest prawda danego wieczoru, natomiast to, co się nagra na taśmie, pozostaje. Jako aktor komediowy występuje Pan nie tylko w filmach. Publiczność może Pana oglądać również na scenie w „one man show”. Skąd pomysł stworzenia takiego kabaretu? Od początku kariery aktorskiej, bo już w 1986 roku, miałem do czynienia z kabaretem, bowiem pierwszy sezon spędziłem w kabarecie „Tey” Zenona Laskowika. Skąd pomysł na własny kabaret? Próbowałem wielu rodzajów artystycznej wypowiedzi. Najwięksi artyści światowego formatu zaczynali od „one man show”. Robiła to na przykład Whoopi Goldberg, Will Smith. To duże wyzwanie, by przez dwie go-

dziny utrzymać zainteresowanie publiczności. Mnie się to udaje od 7 lat. Miewa Pan tremę przed występem? Zawsze, zwłaszcza za granicą. Jaka jest publiczność za granicą, a jaka w Polsce? Ta za granicą jest bardziej wymagająca, choć z drugiej strony bardziej wdzięczna. Być może dlatego, że dłużej czeka na polskie słowo, na polskiego artystę. W Polsce widz ma danego artystę na co dzień i wydaje się mu, że zawsze może pójść na jego występ. Za granicą określony termin występu aktora mobilizuje publiczność do przyjścia na przedstawienie. Uważa Pan, że w żartobliwej formie wypowiedzi łatwiej można poruszyć sumienia, pokazując ludzkie niedoskonałości, kompleksy, niż przemawiając do nich na serio? Żart i humor to forma wypowiedzi bliższa ludziom. Przecież, jak się spotykamy z przyjaciółmi przy stole biesiadnym, też żartujemy, rechoczemy się, a to stwarza lepszą atmosferę do rozmów. Skoro mowa o spotkaniach towarzyskich, czy, będąc wśród znajomych, czuje Pan oczekiwanie, iż jako aktor komediowy powinien Pan bawić towarzystwo? MONITOR POLONIJNY


A gdyby odwrócić role? Boguś by nie pociągnął… (śmiech)

Pytam o to, ponieważ niektórzy aktorzy komediowi uskarżają się, że muszą być zawsze zabawni, nawet jak im nie jest do śmiechu. Tego się od nich po prostu oczekuje. Może im się tylko tak wydaje. Pamiętam, że ze znajomymi śmialiśmy się (oczywiście tak sympatycznie się uśmiechaliśmy) z pana Jana Machulskiego, który, pojawiając się w towarzystwie, musiał brylować. Wydawało mu się, że w taki sposób musi wypełnić swój obowiązek, bo skoro jest aktorem, to musi coś ciekawego powiedzieć. Wtedy Julek Machulski, jego syn, zwrócił mi uwagę na chorobę wszystkich aktorów: „Bo wam się wydaje, że jak jesteście w towarzystwie, to musicie grać”. Zapamiętałem sobie jego słowa i staram się być skromny – odzywam się tylko wtedy, gdy mam coś do powiedzenia. (śmiech)

Nie denerwują Pana porównania do Jima Carreya? Nie, wręcz przeciwnie! Zawsze żartem odpowiadam, że jeszcze nikt nie słyszał o Jimie Carreyu, kiedy ja się już wygłupiałem. Nie zgadzam się, gdy ktoś twierdzi, że ja ściągam z Carreya. Uważam, że jestem sobą. Aktorstwo to umiejętność sprzedania swojej osobowości, jeśli się ją ma.

A co Pana bawi? Lubię grę słów, lubię śmiać się z naszych wad narodowych, z tego, że wydaje się nam, iż jesteśmy najlepsi na świecie. Wdzięcznym tematem są relacje damsko-męskie. Proszę zauważyć, że mężczyzna zawsze inaczej zachowuje się w gronie mężczyzn, a inaczej, kiedy pojawia się kobieta. Wtedy wszyscy są na wdechu i prężą muskuły. Pan też? No pewnie, ja przede wszystkim! (śmiech) Często grywał Pan w filmach z Bogusławem Lindą, który był twardzielem-amantem, a Pan… tym drugim… W ten sposób konstruuje się role, aby bohaterowie się uzupełniali. KWIECIEŃ LUTY 20072007

dzie odejść. Ja w ogóle aktorstwa nie traktuję jako finału swojego życia. To tylko pewien etap mojej pracy. Nie zamierzam żyć z aktorstwa aż do śmierci. Co zamierza Pan robić? No, nie mogę powiedzieć. Chodzi o business, a w tym wypadku planów nie można zdradzać.

Pan ma? No, mam nadzieję. Osobowość albo się ma, albo nie. Wszyscy aktorzy w Polsce, którzy mają osobowość to ludzie, na których „się chodzi”. Aby odnieść sukces, nie wystarczy być pięknym i w miarę zdolnym.

To, co piszą polscy dziennikarze, odebrałam jako swego rodzaju nagonkę na Pana. Jak Pan to widzi? To nie nagonka, to taka moda, która przychodzi jak fala: jeden dziennikarz zada pewne pytanie, a pozostali je powielają. To takie dyżurne tematy. Kiedyś pytano mnie, jak mi się gra z Bogusławem Lindą, a obecnie piszą, że Linda i Pazura są w odstawce. I to się nazywa orkiestracja opinii.

Dlaczego ostatnio polskie media często mówią o Panu jako o aktorze, którego kariera się kończy? Denerwuje to Pana? Wszyscy myślą, że ja się zlęknę młodych aktorów. To naturalne, że film posiłkuje się młodością. Dla starszych nie ma miejsca, chyba że będą grać emerytów. Wcześniej czy później od filmu trzeba bę-

FOTO: MARIUSZ MICHALSKI

Ja zawsze lubiłem się wygłupiać i zazwyczaj byłem duszą towarzystwa. Mnie to nie męczy.


•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z N Gdyby Pan dzisiaj zaczynał karierę, byłoby Panu łatwiej? Zaczynałem w latach 80-tych, w bardzo trudnych warunkach, ale nie wiem, czy teraz nie jest trudniej. Świat trochę zwariował, ponieważ w cenie nie jest warsztat czy osobowość. Dziś do uzyskania popularności wystarczy występ w programie „Big Brother”, następnie operacja nosa czy piersi, by dalej funkcjonować w show-businessie. Jako prezes Stowarzyszenia Aktorów Telewizyjnych i Filmowych walczy Pan w obronie aktorów? Czy walczę? Trudno powiedzieć. Razem z kolegami założyłem Stowarzyszenie Aktorów Telewizyjnych i Filmowych. To był wymóg czasu, ponieważ na rynku musiała pojawić się konkurencja dla jedynego stowarzyszenia ZASP, które ma 85 lat! Jego zarząd już się chyba nigdy nie zmieni. Prowadzą go ludzie, którzy mają po 100 lat, którzy cały czas by chcieli grać na scenie III część „Dziadów”. Tak się nie da, trzeba jednak iść z duchem czasu. Jesteśmy grupą lobbującą. Każdy chce wykonywać swój zawód i rozwijać się, więc jako prezes Stowarzyszenia Aktorów Telewizyjnych i Filmowych żądam, aby mój kraj stworzył nam ku temu warunki. A tu, proszę sobie wyobrazić, pewien poseł klepie mnie po plecach i mówi: „Po co wy kręcicie filmy? Przecież jest tyle fajnych amerykańskich!”. Tak mówi polski poseł! To wstrząsające! 14

Naszych czytelników na pewno zainteresuje spojrzenie takiego człowieka jak Pan na problem emigracji sercowej, która, podobnie jak w przypadku Polaków mieszkających na Słowacji, stała się rzeczywistością w Pańskim życiu. Ma Pan bowiem żonę – Ukrainkę. Jak wygląda życie z człowiekiem-emigrantem? Normalnie. A rozterki, tęsknota za ojczyną? Oczywiście żona to przeżywała. Podziwiam ją za to, że się zdecydowała na wyjazd ze swojego kraju. Nie wiem, czy odważyłbym się na taki krok. Jestem mocno związany z Polską, mówię po polsku, tworzę po polsku, występuję dla Polaków. Trudno mi powiedzieć, jak by to było, gdybym znalazł się na emigracji. Pewnie starałbym się osiągnąć sukces w swoim zawodzie. Nigdy jednak nie miałem takich możliwości. Ale wiem, co to jest emigracja, bo mam ją w domu. Bardziej się kocha tę, która z miłości do ukochanego opuściła swój kraj? Nie. Albo się kocha, albo się nie kocha. Czy dzięki żonie Ukraince zyskał Pan drugą ojczyznę? Tak. Pilnie śledzimy rozwój obu krajów, przeżywaliśmy pomarańczową rewolucję, zależy nam na tym, by znieść sztuczną granicę między naszymi krajami. Otwieramy się na Zachód, ale jeśli chodzi o aspekt polityczny i mentalny, to przecież więcej nas łączy z Ukrainą niż z Niemcami. Podobnie jest chyba ze Słowacją. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, WIEDEŃ Autorka wywiadu składa podziękowanie panu Tomaszowi Matuszewskiemu z Klubu Sportowego FC Polska - organizatorowi przedstawienia C. Pazury w Wiedniu za umówienie spotkania z aktorem.

Dubnickie po

Rady Klubu D

ubnica nad Wagiem przywitała Radę Klubu Polskiego, która zebrała się tu na obradach, oraz szanownego gościa – kierownik Wydziału Konsularnego Ambasady RP w Bratysławie. Po oficjalnym spotkaniu odbyła się miła polonijna uroczystość z okazji Dnia Kobiet.

Na polecenie prezesa Klubu Polskiego T. Błońskiego Klub Polski Region Środkowe Poważe zorganizował 10 marca w swej dubnickiej siedzibie posiedzenie ogólnosłowackiej Rady Klubu, na które zaproszenie przyjęły konsul U. Szulczyk-Śliwińska oraz redaktor naczelna „Monitora Polonijnego” M. Wojcieszyńska. Głównym tematem spotkania były sprawy finansowe „Monitora Polonijnego”, wsparcie działalności programowej poszczególnych oddziałów KP oraz problemy związane z księgowością. Szczególnie cenne były spostrzeżenia pani konsul oraz złożona przez nią obietnica pomocy ze strony Wydziału Konsularnego. Ponadto zadeklarowano chęć ściślejszej współpracy między oddziałem KP Region Środkowe Poważe i KP – Żilina. Rada Klubu przyjęła do wiadomości zagrożenia realizacji niektórych projektów, których nie będzie można zrealizować bez potwierdzenia przyznaMONITOR POLONIJNY


ASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•

osiedzenie

Polskiego

nia środków finansowych ze Wspólnoty Polskiej. Do tej organizacji, jak co roku, były skierowane wnioski o dofinansowanie projektów, jednak do dzisiaj Senat RP nie podjął decyzji o przyznanych kwotach. Rada przyjęła postanowienie o popularyzacji strony internetowej www.polonia.sk i zobowiązała prezesów poszczególnych regionów do operatywnego przesyłania informacji o przygotowywanych imprezach. Prezesów zobowiązano do przygotowania na następne posiedzenie RK orientacyjnego kosztorysu swojej działalności,

rozliczenia finansowego za rok 2006 i 2007 z już uzyskanych środków, terminów planowanych imprez o zasięgu krajowym i aktualnej listy członków. Podczas spotkania omówiono doświadczenia, dotyczące przygotowywania i realizacji imprez klubowych, możliwość łączenia niektórych, organizowanych przez różne regiony, w celu lepszego wykorzystania uzyskanych funduszów, oraz zabezpieczenia uczestnictwa większej liczby osób. Omówiono też sposoby pozyskiwania nowych członków. KWIECIEŃ 2007

Członkowie Rady Klubu zdecydowali, że najbliższe posiedzenie Rady KP odbędzie się w dniu 26 maja br. w Podskaliu k. Poważskiej Bystrzycy. Po oficjalnych rokowaniach członkowie Rady KP wzięli udział w regionalnym spotkaniu polonijnym z okazji Dnia Kobiet. Spotkanie zaszczycili swoim udziałem konsul mgr inż. Urszula Szulczyk-Śliwińska, burmistrz miasta inż. Jozef Gašparík oraz naczelnik Urzędu Miejskiego w Dubnicy nad Wagiem inż. Stanislav Štěrba. Głównymi bohaterkami były jednak nasze kochane klubowiczki z miejscowych kół w Dubnicy, Trenczynie i Poważskiej Bystrzycy. Chociaż pamięć tego dnia zanika, Dubnica tradycyjnie przypomina sobie o tym święcie, by móc wyrazić wdzięczność i uznanie wszystkim Paniom za ich

działalność polonijną i poświęcenie. To dzięki ich zaangażowaniu Klub Polski Region Środkowe Poważe zyskał miano jednego z najaktywniejszych. Na początku gospodarz spotkania przywitał serdecznie zgromadzonych i przedstawił gości, którzy zaszczycili je swoją obecnością. Obecnym Paniom życzenia złożyli prezes T. Błoński oraz burmistrz J. Gašparík, natomiast toast na ich cześć wzniósł prezes Z. Podleśny. Do stworzenia przemiłej atmosfery przyczynili się recytujący poezję Karolek Šnapko oraz wszyscy zebrani, którzy wspólnie śpiewali polskie piosenki przy akompaniamencie Reni Strakovej. ZBIGNIEW PODLEŚNY DUBNICA NAD WAGIEM Organizatorzy składają serdeczne podziękowanie Wydziałowi Konsularnemu za wsparcie finansowe i współpracę. ZDJĘCIA: MARIOLA PERUŇSKÁ, STANISLAVA ČECHOVÁ


Gasną gwiazdy

W

jednym z przebojów lat 60-

tych wokalistka zespołu „Breakout” Mira Kubasińska śpiewała: Poszłabym za Tobą do samego nieba, ale za wysoko… Tym razem 4 marca poszedł za Mirą Kubasińską /1944-2005/ Tadeusz Nalepa – ojciec chrzestny polskiego bluesa. Tadeusz Nalepa urodził się 26 sierpnia 1943 roku w Zgłobniu pod Rzeszowem. Był wyjątkowo uzdolniony. Początkowo uczył się gry na skrzypcach, klarnecie i kontrabasie, by w końcu zakochać się w gitarze, której został wierny aż do końca. Po raz pierwszy zauważono go w 1963 roku na II Festiwalu Młodych Talentów w Szczecinie, gdzie w duecie ze swoją wówczas wieloletnią partnerką i przyszłą żoną Mirą Kubasińską zdobyli nagrodę w kategorii zespoły wokalne. Dwa lata później założyli własny zespół „Blackout”,

Pani Jadwiga jest Polką, żyjącą od wielu lat w Koszycach. Podczas studiów w Pradze poznała swojego męża Antona, który obecnie już drugą kadencję pełni funkcję prezesa Klubu Mniejszości Narodowych w Koszycach. Nic więc dziwnego, że obojgu bliska jest kultura różnych narodów. Chętnie słuchają muzyki czeskiej, węgierskiej i oczywiście pol16

z którym w 1967 wydali płytę, noszącą taką samą nazwę. Ich pierwszym wspólnym przebojem była piosenka „Anna“. W tym samym roku zespół się rozpadł, a w 1968 roku Nalepa założył formację „Breakout”, która zaczęła grać bardzo nowoczesną muzykę. Jak sama nazwa wskazuje (ang. breakout ‘wybuchnąć, rozgorzeć’), było mocniej i agresywniej. Zespół istniał do roku 1981 roku i nagrał 10 albumów. Pierwsza – „Na drugim brzegu tęczy“ – zdobyła popularność dzięki piosence „Gdybyś kochał, hej“, która w roku 1969 zajęła 1. miejsce na radiowej liście przebojów. Rok 1970 przyniósł nowy album „70A”, a rok później ukazała się najlepiej sprzedawana płyta „Blues”. W tym samym roku Mira Kubasińska nagrała pierwszą solową płytę, zatytułowaną po prostu „Mira“, a po niej bluesową „Karate i Ogień“. Po zawieszeniu działalności „Breakoutu” Nalepa występował solo z towarzyszeniem muzyków m.in. „Oddziału Zamkniętego”, „Maanamu” i „Dżemu”. W latach 80-tych „Brackout” okolicznościowo reaktywowano. Od roku 1993 Nalepa grał i nagrywał z grupą, w skład której wchodzili syn Piotr Nalepa i żona Grażyna Demowicz. Napisał ponad 100 utworów, z czego większość stanowią jego własne kompozycje. Wypracował styl, który można nazwać polską odmianą bluesa. Na pytanie, dlaczego został ojcem bluesa, w jednym z wywiadów odpowiedział: Nazwano mnie ojcem dlatego, że pierwszy grałem bluesa i odważyłem się na śpiewanie po polsku, co było dla wielu nie do wyobrażenia. Zaryzykowałem też swoją

popularność z zespołem „Breakout”, by zwrócić się ku temu gatunkowi. Moja muzyka jest wielką kulą szczerości. Nigdy się nie kryłem za układami, nie potrafię lepiej grać, niż gram. Zawsze muzyka wychodziła z mojego serduszka. Jako 17- latek postanowiłem, że będę zawodowym muzykiem. Mminęły lata tej pracy i wszystko się zgadza. Początkowo miałem być plastykiem, ale sądzę, że poznałem życie z ciekawszej strony, niż mógłbym je poznać jako malarz. Jestem zadowolony ze swego życia. Odszedł, mając zaledwie 64 lata i wiele planów. Klub Polski w Koszycach miał również wielkie plany, biorąc pod uwagę jego udział w tegorocznych Dniach Kultury Polskiej. Gasną gwiazdy lat 60-tych: Czesław Niemen, Marek Grechuta, Mira Kubasińska, ale pozostaje muzyka, którą stworzyli. URSZULA SZABADOS

Jakiej muzyki słuchają Jadwiga i Anton Glezgo? skiej. Pan Anton zdradził, że z polskich wykonawców lubi zespół „Dżem”, Czesława Niemena czy Krzysztofa Krawczyka. Dysponuje też

świetnym głosem /bas/ i jest członkiem chóru koszyckich nauczycieli oraz węgierskiego chóru „Csermely”. Wraz z pierwszym chórem, w repertuarze którego znajdują się utwory sakralne, w 2005 roku wziął udział w międzynarodowym festiwalu chórów w polskim Sopocie. To chóralne śpiewanie

wpłynęło zapewne na jego zainteresowanie muzyką poważną. Oboje małżonkowie lubią słuchać koncertów symfonicznych na żywo. Pan Anton ma w swoim repertuarze też wiele piosenek, do których sam napisał teksty, a które cieszą się dużym uznaniem wśród znajomych. U.Sz. MONITOR POLONIJNY


„Butelka wyrzucona z tonącego okrętu”

TO WARTO WIEDZIEĆ

trzonem Komisji Historii Żydów w Polsce, będącej filią Żydowskiego Instytutu Naukowego w Wilnie. Z ramienia partii Poalej Syjon – LewiLiście „Pamięci Świata” UNESCO, na którą wpisywane są ca, której był działaczem, organizował ladokumenty, mające światowe znaczenie historyczne lub ickie szkolnictwo żydowskie. W 1938 roku wziął udział w akcji pomocy Żydom – cywilizacyjne, znajduje się pięć pozycji reprezentujących polskie obywatelom polskim, wysiedlonym z hitdziedzictwo dokumentacyjne: autograf dzieła Mikołaja Kopernika „De lerowskich Niemiec i przetrzymywanym revolutionibus”, akt Konfederacji Generalnej Warszawskiej z 1573 w tragicznych warunkach w granicznym roku, rękopisy Fryderyka Chopina, Archiwum Ringelbluma oraz tablice mieście Zbąszyniu. W czasie oblężenia Warszawy poma21 Postulatów Gdańskich z sierpnia 1980 roku. gał bezdomnym i głodującym. Tę pomoc Jeden z polskich zbiorów dokumen- miała mieszkać bez prawa ich kontynuował potem w getcie tów, zamieszczonych na Liście „Pamięci opuszczania. Pierwsze getto w jawnie działającej ŻydowŚwiata”, historyk prof. Witold Kula na- utworzono już w październiku skiej Organizacji Społecznej. zwał „butelką wyrzuconą z tonącego 1939 roku w Piotrkowie TryRównocześnie zaczął grookrętu”. Ową „butelką” jest Archiwum bunalskim. Na terenach wciemadzić materiały, dokumenGetta Warszawskiego, znane też jako lonych do Rzeszy największe tujące życie Żydów pod okuArchiwum Ringelbluma. W 64. rocznicę getto powstało w Łodzi. pacją hitlerowską. powstania w getcie warszawskim, które W Generalnej Guberni najW dniu 22 listopada 1940 robyło jednym z pierwszych wystąpień większe getto założono ku dr Ringelblum spotkał się zbrojnych na terenie okupowanej przez w Warszawie w połowie wrze- dr Emanuel Ringelblum w swoim mieszkaniu przy ul. Niemcy Europy, warto przypomnieć oko- śnia 1940. W nim w 1941 roLeszno 18 z grupą swych liczności, w jakich powstawało Archiwum ku zamknięto 450 tys. osób. Na ziemiach przyszłych współpracowników. Tematem Ringelbluma, kim był jego inicjator i twór- polskich okupant utworzył 400 gett, spotkania tej konspiracyjnej grupy, która ca oraz jaka jest zawartość tego zbioru w których za wysokimi murami z głodu przyjęła nazwę Oneg Szabat (Radość dokumentów, będącym jednym z najważ- i chorób zginęło około pół miliona Żydów. Sobotnia), było ustalenie koncepcji niejszych źródeł poznania losu żydowW getcie warszawskim znalazł się tak- wspólnej działalności, mającej na celu skiego w czasie II wojny światowej. że znany historyk, pedagog i działacz zbieranie autentycznych świadectw losu Władze niemieckie od pierwszych dni społeczny dr Emanuel Ringelblum. Uro- Żydów pod okupacją niemiecką, które okupacji Polski wydawały zarządzenia dzony w 1900 roku w Buczaczu, studio- stałyby się podstawą monograficznego antyżydowskie. Zaczęło się od polecenia wał historię na Wydziale Filozoficznym opracowania tematu. oznaczenia gwiazdą Dawida sklepów, Uniwersytetu Warszawskiego, na którym „Były dwie kategorie współpracownirestauracji, zakładów rzemieślniczych, też w 1927 roku uzyskał tytuł doktora ków Oneg Szabat – pisze w swej Kronice będących własnością Żydów. Od grudnia nauk filozoficznych na podstawie pracy E. Ringelblum – stali, którzy całkowicie 1939 roku Żydom kazano nosić opaski Żydzi w Warszawie od czasów najdaw- poświęcili się tej pracy, oraz dorywczy, z niebieską gwiazdą lub naszywać na niejszych do roku 1527, opublikowanej którzy raz jeden opisali swe przeżycia ubranie żółte gwiazdy. Żydzi musieli zdej- w 1932 roku. W 1937 roku ukazała się w czasie wojny lub wydarzenia w swoim mować nakrycia głowy przed umunduro- drukiem jego monografia Żydzi w po- mieście czy miasteczku... Wszyscy dobrwanymi Niemcami, schodzić na ich widok wstaniu kościuszkowskim. W Warszawie ze rozumieli doniosłość wykonywanej z chodnika, nie wolno im było przebywać był profesorem gimnazjalnym, ale jego pracy“. w parkach, a w niektórych miastach tak- pasją były przede wszystkim źródłowe Wśród współpracowników Ringelbluże na głównych ulicach. Wprowadzono badania historyczne. Oprócz wspomnia- ma byli ludzie sławni i znani już przed też przymus pracy i pozbawiono ich mie- nych już dwu książek publikował liczne wojną, jak np. Janusz Korczak, Mordenia, a na gminy żydowskie nakładano wy- artykuły i studia. Jako historyk wyznawał chaj Anielewicz, Icchak Giterman, eseista sokie kontrybucje, których niezapłacenie zasadę, że dzieje Żydów w Polsce są in- i tłumacz literatury Lejb Goldin, pedagog karano śmiercią. tegralnym składnikiem polskiej historii. Eliasz Gutkowski, pisarka i psycholog W końcu roku 1939 rozpoczęto od- Był współorganizatorem założonego Rachela Auerbach i wielu, wielu innych, dzielanie ludności żydowskiej od polskiej w 1923 roku Seminarium Historii Żydów po których jedyny ślad pozostał w matei tworzenie gett, w których ta pierwsza w Polsce, które w 1929 roku stało się

Na

KWIECIEŃ LUTY 20072007

17


riałach przez nich zebranych. Mimo dużych wysiłków Żydowskiemu Instytutowi Historycznemu w Warszawie do dziś nie udało się ustalić wielu faktów, składających się na biografie współpracowników Oneg Szabat. Często są to jedynie daty ich śmierci, najczęściej powtarzają się lata – 1942 i 1943, oraz miejsca śmierci – getto warszawskie, obóz zagłady w Treblince. W Kronice getta warszawskiego, pisanej przez E. Ringelbluma pod koniec stycznia 1943 roku, twórca podziemnego archiwum getta tak charakteryzuje założoną przez siebie organizację: „Oneg Szabat nie jest zrzeszeniem naukowców rywalizujących ze sobą i wzajemnie się zwalczających, lecz jednolitą korporacją, bratnim związkiem, w którym wszyscy nawzajem sobie pomagają i dążą do tego samego celu. Przez długie miesiące siedzieli przy jednym stole: pobożny rabin Huberband obok lewicowego poalesyjonisty – Hersza Wasssera i ogólnego syjonisty – Abrahama Lewina... Każdy współpracownik Oneg Szabat wiedział, że jego znój i męka, jego twardy trud i cierpienia, jego narażanie się w ciągu 24 godzin na dobę w toku niebezpiecznej pracy przy przenoszeniu materiałów z miejsca na miejsce – służą wielkiej idei, co społeczeństwo potrafi w dniu wolności właściwie ocenić i wynagrodzić najwyższymi odznaczeniami, jakie będą w wolnej Europie“. Konspiracyjny zespół badawczy Oneg Szabat, złożony z ekonomistów, pedagogów, prawników, znawców folkloru i literatury, zbierał materiały bardzo różnorodne: urzędowe druki niemieckie, druki Judenratów, wydawaną w getcie prasę codzienną i podziemną, afisze i plakaty, zaproszenia na różnego rodzaju imprezy, ulotki, materiały statystyczne, pamiętniki, rysunki, kartki żywnościowe, utwory literackie, bilety tramwajowe, recepty lekarskie, druki reklamowe, zeszyty szkolne, opakowania po produkowanych w getcie towarach. Zbierano też listy i kartki pocztowe, przysyłane do getta, oraz fotografie. Z in18

spiracji pracowników Archiwum rozpisywano ankiety i kwestionariusze we wszystkich środowiskach getta. Zespół badawczy Oneg Szabat wierzył, że po wojnie opracuje wielką syntezę dziejów Żydów w czasie okupacji. Nie zdawał sobie jeszcze wówczas sprawy, że gromadzi archiwum Zagłady. Jesienią 1941 roku do warszawskiego getta dotarły pierwsze szczegółowe informacje o hitlerowskich masakrach na wschodzie Polski, a na początku 1942 roku zaczęły napływać listy pożegnalne z Kraju Warty. Na podstawie ostrzeżeń, otrzymywanych od Polaków, z pojedynczych relacji, pożegnalnych listów i kartek pocztowych ludzie z Oneg Szabat zaczęli zdawać sobie sprawę, że nadszedł czas totalnej zagłady. Dnia 26 czerwca 1942 roku Ringelblum zapisał: „Nie wiem, kto z tej grupy przeżyje, kogo wyróżni los, pozwalając na opracowanie zebranych materiałów”. Trzy tygodnie później Niemcy przeprowadzili w getcie warszawskim pierwszą i największą akcję likwidacyjną, po której w Treblince zamordowano około 300 tys. warszawskich Żydów. Zginął wówczas m.in. rabin Szymon Huberband, który dla Archiwum opisywał życie religijne getta. W murach warszawskiego getta pozostało około 60 tys. osób. Członkowie Oneg Szabat pracowali nadal: w opuszczonych mieszkaniach szukali rękopisów zamordowanych pisarzy, gromadzili stosy niedoręczonej korespondencji do tych, którzy zginęli, spisywali relacje nielicznych uciekinierów z Treblinki. Od wiosny 1942 roku przygotowywali także biuletyny i raporty o zagładzie gett w Polsce, m.in. o morderstwach w Chełmnie nad Nerem i Treblince i o masowej deportacji Żydów z Warszawy. Ekipa Ringelbluma stała się centrum informacji o hitlerowskim ludobójstwie. Wiadomości te różnymi kanałami przesyłano na Zachód, przede wszystkim odbywało się to za pośrednictwem struktur polskiego państwa podziemnego, nie małą rolę odegrało tu polskie konspiracyjne

radio i polscy kurierzy. To za pośrednictwem polskiego państwa podziemnego dotarł z Oneg Szabat do polskiego rządu w Londynie w 1942 roku np. raport o obozie w Chełmnie nad Nerem, sporządzony na podstawie listu jednego z trzech uciekinierów z tego obozu – Szlamka Fajnera. Relacja Fajnera o mordowaniu Żydów i Cyganów w samochodach-komorach gazowych była pierwszą informacją, ujawniającą światu prawdę o Zagładzie. Takich raportów, opracowanych i wysyłanych przez Oneg Szabat za pośrednictwem Delegatury, było więcej. Ściśle współpracujący z konspiracją getta zespół Ringelbluma pod koniec 1942 roku włączył się w przygotowania oporu zbrojnego, a w samym Archiwum znalazły się liczne materiały z działalności żydowskich organizacji konspiracyjnych, które utworzyły Żydowską Organizację Bojową. W chwili nasilenia się represji i masowych deportacji Żydów z getta warszawskiego do obozu zagłady w Treblince kierownictwo Oneg Szabat zdecydowało o zabezpieczeniu zbiorów. Dokumenty zapakowano do 10 metalowych skrzynek i ukryto w schowku pod budynkiem szkoły przy ul. Nowolipki 68. Osoby z zespołu Ringelbluma, którym udało się uniknąć deportacji i śmierci w 1942 roku, kontynuowały zbieranie materiałów. Wiele z nich straciło życie w czasie kolejnej akcji hitlerowców, przeprowadzonej w dniach 18-22 stycznia 1943 roku. W lutym tegoż roku drugą część materiałów Archiwum włożono do konwi od mleka i również umieszczono w schowku na Nowolipkach 68. W ostatnią noc przed wybuchem w getcie powstania 19 kwietnia 1943 roku ukryto przy ul. Świętojerskiej 34 trzecią partię dokumentów. MONITOR POLONIJNY


Ludziom z Oneg Szabat nie było dane, by mogli opracować wielką syntezę losu Żydów w czasie II wojny światowej. Icchak Giterman, jeden z najbliższych współpracowników Ringelbluma, zginął zastrzelony na schodach własnego domu w styczniu 1943 roku. Drugi sekretarz Archiwum Eliasz Gutkowski znalazł śmierć w czasie powstania. W powstaniu polegli też Menachem Mendel Kon i Samuel Winter. Zginął Menachem Linder, prowadzący dział statystyczno-ekonomiczny, a Bernard Kapelmacher, autor pracy o szkolnictwie w getcie, zmarł na tyfus. W ruinach getta 7 marca 1944 roku zostali rozstrzelani dr Emanuel Ringelblum, jego żona i syn. Ostatnią pracą Ringelbluma, a pracował do końca swych dni, były Sylwetki, w których sportretował pomordowanych żydowskich pisarzy, nauczycieli, naukowców i rabinów, z którymi rozpoczynał pracę nad Archiwum Getta Warszawskiego. Przeżyli nieliczni. Z podstawowego zespołu twórców Archiwum uratowali się tylko Hersz Wasser – zastępca Ringelbluma i jego żona Bluma. To właśnie dzięki Wasserowi udało się po wojnie we wrześniu 1946 roku i w grudniu 1950 roku odnaleźć część Archiwum Ringelbluma, tę, którą ukryto pod szkołą na Nowolipkach. W miejscu, gdzie na Świętojerskiej zakopano pozostałe zbiory, odnaleziono tylko kilka nadpalonych kartek. Archiwum Getta Warszawskiego, liczące 1680 jednostek archiwalnych, około 25 tys. kart, znajduje się w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie i zawiera materiały od września 1939 roku do końca lutego 1943 roku. Dokumenty archiwalne dotyczą skupisk żydowskich, które znajdowały się w granicach Polski sprzed 1939 roku. Archiwum Getta Warszawskiego jest autentycznym świadectwem holocaustu. W uznaniu niezwykłej wartości materiału dokumentacyjnego zebranego przez ludzi z Oneg Szabat Komitet UNESCO umieścił w l999 roku ten zespół świadectw na Liście „Pamięć Świata”. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK KWIECIEŃ 2007

Lektura dla kinomanów N

ie tak dawno przeprowadziliśmy wśród Państwa ankietę na temat zainteresowań czytelniczych. Wielu czytelników na pytanie, które zagadnienia poruszane na łamach „Monitora“ interesują ich najbardziej, odpowiedziało wówczas, że materiały na temat filmu polskiego. Zdajemy sobie sprawę, że nie jesteśmy w stanie w pełni zaspokoić zainteresowań czytelniczych zapalonych kinomanów, dlatego w tym numerze pragniemy przedstawić im tytuły niektórych wydanych ostatnio książek, które warto przeczytać.

BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI

Już prawie trzy lata miłości, nie szczędząc złoślinęły od śmierci Zygmunta wych uwag pod adresem Kałużyńskiego (1918-2004). jego twórców. Licznym kinomanom brak Teksty Kałużyńskiego jego wnikliwego i najsię nie starzeją, o czym częściej sarkastycznego mogą przekonać się ci, spojrzenia na światowe którzy sięgną po zbiór i polskie kino. Można się omówień ukochanych jebyło z jego uwagami nie go filmów – Zygmunt zgadzać, można było, czy- Zygmunt Kałużyński Kałużyński: Kanon krótając je lub słuchając, polewski. Jego 50 ulubiolemizować z ich autorem, ale nie nych filmów (Michałów-Grabina: można było, kochając kino, nie czy- Instytut Wydawniczy „Latarnik” tać tekstów tego krytyka. Dla im. Zygmunta Kałużyńskiego, Kałużyńskiego film nie był faktem 2005). Czytelnik Kanonu królewsamoistnym – każde dzieło filmo- skiego spotka sie w tym zbiorze we oglądał z perspektywy tysiąca z wyraziście sformułowanym gusinnych, które widział wcześniej. tem filmowym krytyka. Kałużyński Każdy nowy film był dla niego pisze jasno: „Uwielbiam tę jedyną określonym wydarzeniem zarów- poetyczną magię, pragnę Drakuli, no w kulturze, w historii sztuki, jak Dyliżansu, Casablanki i mam abi w polityce czy socjologii. I cho- solutnie dość kina nowej fali, kina ciaż jasne było, że krytyk wie autorskiego, kina prawdy, kina moznacznie więcej o filmie, niż prze- ralnego niepokoju. Kina Wysoce ciętny widz, jego propozycje inter- Wartościowego, Nie Nadającego pretacyjne pozostawały otwarte; się Do Oglądania”. Ale równoczezawsze dawał szansę widzowi na śnie cenił tych artystów kina, któwłasne przeżywanie i własną inter- rzy dokonali w tej sztuce przełopretację. Nie był krytymu. Wśród jego „ulubiokiem chłodnym, zdynych” byli Fellini, Welles, stansowanym, na to nie Eisenstein, Chaplin, Bupozwalała mu żarliwa ~ nuel, Kurosawa. miłość do kina i chyba Jeśli chodzi o kino poltakże temperament. Poskie, to cenił zwłaszcza trafił film chwalić bez tych twórców i ich dzieła, granic, ale potrafił rówktóre przeciwstawiały się nież „schlastać” bez mimistyfikacjom i polskim 19


mitologiom. Bliskie mu nosi tytuł Ekranizacje litebyły pierwsze filmy szkoły ratury, a tom V z 2006 ropolskiej, szczególnie wyku jest zatytułowany Perły różniał dzieła Munka i Wajkina. Rarytasy, niewypały dy. Do ulubionych filmów i kurioza. Tomy są grube Kałużyńskiego należały: (każdy ponad 400 stron), Tomasz Raczek Wesele, Ziemia obiecana, a takie szczegółowe tytułoMatka Joanna od Aniowanie ułatwia czytelnikołów, Perła w koronie, Ryś, Struktura wi wybranie tematu, którym jest kryształu czy Jak być kochaną. I im on szczególnie zainteresowany. W poszczególnych tomach przeteż poświęcił wiele uwagi. Kałużyński często podkreślał, że ważają teksty Zygmunta Kałużyńjest „przedstawicielem szarego wi- skiego, w których on sam jawi się dza”, czyli tego, który jest po prostu jako koneser, błyskotliwy rozmówentuzjastą kina, który chce film oglą- ca. Często występuje w nich jako dać, i jako taki „szary widz” wiódł zjadliwy złośliwiec, nie szczędzący z Tomaszem Raczkiem telewizyjne ani twórców, nawet tych uwieńi prasowe dyskusje o filmie, mające czonych laurami, ani ich dzieł. Był na celu oczywiście popularyzację interesujacym krytykiem, nieakadzieł srebrnego ekranu. Tomasz demickim. W swych krytykach byRaczek wydaje konsekwentnie ko- wał bezlitosny, często miał niewylejne tomy tych rozmów w „Latar- parzony język, ale jeśli jakieś film niku”. Pod wspólnym tychwalił, zachwycił się tułem Leksykon filmowy nim, to i dziś możemy mu na XXI wiek ukazało się wierzyć. Nawet jeśli ten ich już pięć. Każdy ma film powstał dawno temu, jednak także własny tyto na podstawie rekomentuł, ponieważ Raczek rozdacji Kałużyńskiego warto mowy układa w cykle tego zobaczyć, tak jak i dziś matyczne. I tak np. tom warto czytać jego teksty. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK II, wydany w 2005 roku,

KIENKO Trochę o tłumaczeniach OJĘZYKOW E W niniejszym numerze „Monitora“ możemy przeczytać o dobrych i złych doświadczeniach tłumaczy polsko-słowackich (str. 8). Te drugie mogą spotkać każdego. Choć na Słowacji liczba osób, znających język polski i słowacki, jest spora, to nie każdy może być tłumaczem. Nie wystarczą same predyspozycje językowe – konieczny jest jeszcze talent w zakresie komunikacji słownej. Tłumacz nie tylko musi znać język, ale musi go opanować doskonale!!! Co więcej, musi dysponować wiedzą znacznie szerszą niż tylko języ20

kowa, obejmującą kulturę, literaturę, sztukę, prawo, obyczaje, religie, a nawet kuchnię obszaru językowego, w którym się porusza. Nie chcę oceniać jakości poszczególnych przełożonych tekstów, bo ta jest różna, a ja nie jestem jedyną wyrocznią w tej dziedzinie. Znawcy przedmiotu wiedzą, że nie ma tłumaczeń idealnych i każde stanowi mniej lub bardziej wierną trawestację, przeróbkę oryginału. Idzie mi tylko o to, aby osoby, zajmujące się tłumaczeniami, brały odpowiedzialność za przetłumaczone teksty, a ta jest

GDZIE J estem „nowym”, ale wbrew ogólnie przyjętym zasadom nie tym, który z pokorą chce wejść w środowisko, lecz tym, który ma na tyle odwagi, aby od razu nim wstrząsnąć.

Kim jestem? Po prostu Polakiem! Waszym rodakiem, który jak Wy niegdyś osiedla się w Słowacji, od dwóch lat przemierza ten kraj wzdłuż i wszerz, aby go poznać, od kilku lat współpracuje ze słowackimi podmiotami gospodarczymi, a od kilku miesięcy prowadzi także firmę – do niedawna w Popradzie, obecnie w Trnavie. Czy zatem można mi postawić zarzut, iż nie znam Słowacji? Czy można powiedzieć, że nie mam prawa postawić Wam tytułowego pytania, GDZIE JESTEŚCIE? Ale ja postaram się wykazać Wam, Drodzy Rodacy, że to pytanie jest w pełni zasadne. Tym bardziej, że jako wieloletni dziennikarz i foto-

ogromna, bowiem jakość tłumaczenia wpływa często na zrozumienie nieznanej odbiorcy i często zupełnie obcej rzeczywistości i obcych relacji. Aby zbytnio nie teoretyzować (bo to nie miejsce na to), przedstawię zaledwie kilka przykładów wadliwych przekładów, dotyczących nazw własnych, które w obu językach występują często w zupełnie innej postaci. O tych z błędami gramatycznymi i stylistycznymi nie wspomnę, bowiem takie błędy często nie mają wpływu na ogólne rozumienie tekstu.

W jednym z tłumaczonych ze słowackiego przewodników po Słowacji, czytając o jej historii, zetknęłam się z królem Ludwikiem d’Anjou. Myślę, że większość Polakowi, nie będących historykami, nie bardzo wie, o kogo chodzi. Otóż ten król w polskiej historii występuje najczęściej jako Ludwik Węgierski lub Andegaweński (ród d’Anjou po polsku to Andegawenowie) – ojciec polskiej królowej, a dziś i świętej Jadwigi. W innym przewodniku przeczytałam o pierwszym państwie Słowian, państwie Sama. Kim zatem był ten Sam(o)?. W polskich pracach historycznych na czele wymienionego wyżej pańMONITOR POLONIJNY


JESTEŚCIE? reporter z „sokolim okiem” opieram je na bardzo wnikliwej obserwacji osobistej. Konstytucja każdego kraju określa trzy podstawowe symbole narodowe: flagę, godło i hymn. Dla każdego państwa, dla każdego narodu są to swoiste identyfikatory. Każdy z nas zapewne odwiedzał różne kraje. Wielu z nas wie, jaką wręcz czcią otacza się flagę Stanów Zjednoczonych, ale nie tylko. Wystarczy tylko rozejrzeć się dookoła, aby zobaczyć, jak wszechobecna jest flaga Słowacji. Fakt – nie zawsze najczyściejsza, czasami nadszarpnięta zębem czasu, ale jest! Tymczasem… Większość z Was zapewne postawi mi pytanie: „A jak jest w Polsce?”. Są w Słowacji Polacy, są polskie kluby, polskie podmioty gospodarcze, polskie domostwa, ale nie ma niczego, co by je wyróżniało. Na usta cisną się kolejne pytania: czy wynika to z niechęci, zaniedbania, wstydu, czy z wyrzeczenia się polskości? Wiem, wielu z Was odpowie: „Nie chcemy się wyróżniać, nie chcemy być inni czy nawet wyobcowani ze środowis-

stwa stał kupiec frankoński Samon, z rzadka występujący jako Samo (w tej postaci pojawia się w historii słowackiej), ale wówczas odmieniany wg wzoru: Otto, Ottona. Zatem skoro Samo, to i Samona, nie Sama. Te, jak się wydaje, drobne uchybienia mogą niekiedy doprowadzić do nieporozumień i to nie tylko o zabarwieniu historycznym. Ale idźmy dalej. W innych przekładach, dotyczących turystyki po współczesnej Słowacji, można zetknąć się z nazwami słowackich miast i obiektów topograficznych, przetłumaczonymi częściowo lub całkowicie na KWIECIEŃ 2007

ka”. Argumenty można powielać i każdy z nich będzie w znaczącej części prawdziwy. Ale czy to usprawiedliwia fakt, że po prostu Was nie ma tam, gdzie tak naprawdę jesteście? Czy naprawdę tak trudno zrobić „coś” (?), czasami tak niewiele? Po prostu gdzieś i nie ważne gdzie – na budynku, na maszcie w podwórzu czy w firmie można powiesić flagę narodową. Tak niewiele, aby potwierdzić: „Jestem Polakiem”, powiedzieć wszystkim: „Tu jest skrawek Polski”, i tak dużo, aby „nowy” Polak, przybyły do Słowacji przed dwoma laty nie musiał pytać, gdzie jesteście. Bratysława, a w jej centrum Instytut Polski. Powiem wprost – wstyd! Czy naprawdę i tu nad drzwiami pod nazwą tej instytucji nie można powiesić flagi narodowej? Czy nie można wyeksponować godła narodowego? Tego orła białego, który powinien być dla wielu z nas dumą? Nie ważne, jaką opcję polityczną prezentujemy, nie ważne, jakiego jesteśmy wyznania, nie ważne, kto rządził, rządzi i będzie rządził Polską. Tu, w Bratysławie jest i będzie Polska, cho-

język polski, np. Liptovsky hradok, to: Liptowski Gródek, Liptowski Hradek, Hradek Liptowski, zaś Malý Ľadový štít to w jednej wersji Mały Lodowy, w innej Lodowa Kopa (to wg „Przewodnika tatrzańskiego” polski odpowiednik), w jeszcze innej Szeroka Wieża (a to zdaje się zupełnie inny szczyt – miłośnicy gór zapewne wiedzą, który). I co z tym fantem ma zrobić polski turysta, który nie zna Słowacji i słowackiego? Nie dziwi fakt, że słowackie pogotowie, zwłaszcza górskie, ma tyle problemów z Polakami. Przecież oni, korzystając z informacji zawartych w niektórych przewodnikach, niekiedy nie bardzo wie-

ciażby była to tylko powierzchnia kilkudziesięciu metrów kwadratowych zajmowanych przez Instytut. Gdzie jesteście Wy, Polacy, których oficjalnie (wg statystyk) jest w Słowacji 3,5 tysiąca, wg innych źródeł blisko 10 tysięcy, a coraz więcej przybywa? Was, Rodacy, po prostu nie ma! Nie chcę być posądzony o kryptoreklamę „Monitora Polonijnego”, który ktoś nazwie miesięcznikiem, ktoś inny pogardliwie – gazetką. Dla jednych to poczytne pismo, dla drugich miernota, podająca wiadomości trącące myszką. Bo czy wypada pisać o Bożym Narodzeniu w okresie Wielkanocy? O wakacjach w listopadzie? O Święcie Zmarłych w maju? Czy tak jest? Może przesadziłem. Niewątpliwie jednak aktualność tego Waszego… naszego „Monitora” zależy od nas samych. Jeśli sądzimy inaczej, oszukujemy samych siebie. Krytykującym „Monitor Polonijny” postawię zarzut, iż łatwo jest krytykować, gdy się samemu nic nie robi! Kilka dyżurnych nazwisk autorów tekstów, notabene tych samych, które pojawiają się wszędzie – to jest Polka, Polak. A Wy wszyscy gdzie jesteście? Przyjmując, że nas Polaków jest w Słowacji 3,5 tysiąca, a statystyczna

dzą, gdzie się znajdują! A teraz z drugiej strony. W przekładach na język słowacki spotykam się niekiedy z dziwnymi nazwami polskich instytucji, które słowackiemu odbiorcy nic nie mówią, jak np. Akadémia krásnych umení. Przecież to czysta kalka z polskiego – Akademia Sztuk Pięknych, ale przecież słowackim odpowiednikiem jest Vysoká škola výtvarných umení, o czym osoba tłumacząca zdaje się nie wiedziała. Przykłady można mnożyć. Zdaję sobie sprawę, że nawet najlepszemu tłumaczowi może zdarzyć się jakaś „wpadka”. Ale jeśli podejmujemy się

przekładu, to należy go robić rzetelnie, znajdując odpowiedniki nazw, zgodne z nazewnictwem czy to polskim, czy słowackim. Przecież polskiego Bożego Narodzenia nikt nie przetłumaczy jako Božie narodenie (!!!), choć i taką wersję podają słowniki, bo przecież to słowackie Vianoce! Na szczęście polska Wielkanoc to słowacka Veľká noc i ta problemu tłumaczeniowego nie czyni (chociaż…) A przy okazji tego wiosennego święta życzę Państwu pogody ducha, wiosny w sercu i radości, którą niesie zmartwychwstały Chrystus. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA 21


rodzina to 2 +1, łatwo obliczyć, że jest tutaj przynajmniej 1000 rodzin polskich! „Monitor Polonijny” jest zatem tym, co powinno je integrować. Dlaczego więc tylko około 200 rodzin – na co dzień na pewno zatroskanych, zabieganych i już bardziej słowackich niż polskich – prenumeruje to, co jest z sercem oddawane do naszych rąk? Ktoś powie… aż 200! Mnie jednak wydaje się, że… tylko 200! Nawet kiedy weźmie się pod uwagę skromność niektórych domowych budżetów, to 300 koron rocznie za prenumeratę pisma nie jest chyba aż tak dużą kwotą za polskie słowo w końcu bądź co bądź polskim domu. Wreszcie dotknę też sprawy delikatniejszej. Właściwie dlaczego się asekuruję? Nie dotykam wszak wiary, światopoglądu, Boga, religii, bo i sam jestem człowiekiem wierzącym, wychowanym w rodzinie rzymsko-katolickiej. Nie mogę jednak oprzeć się pokusie wrzucenia kamyczka do ogródka polskich księży. Oni sami o sobie zapewne powiedzą: „Jesteśmy polskiego pochodzenia, ale służymy w kościele powszechnym, a lokalnie słowackim”. To prawda. Ale zapytam, choć wiem, że stawiam pytanie retoryczne: GDZIE JESTEŚCIE? Tak – Wy, polscy kapłani, których w Słowacji można już się doliczyć kilkuset. Poza tym czego nauczono Was w seminariach w zakresie duszpasterstwa? Co robicie dla Polonii w Słowacji i jej integracji? Okolicznościowe spotkania z okazji…, cykliczne spotkania w ambasadzie i – powiem zgryźliwie – wygłaszane na Wasz temat frazesy-laurki to naprawdę nie jest obiektywna ocena tego, co robicie, a właściwie czego nie robicie (!) dla Polaków żyjących w Słowacji, będąc Polakami. Moja krytyka Was, polscy księża, jest uzasadniona o tyle, o ile znam poruszany problem, a wiem, że w USA, Kanadzie, Niemczech i wielu innych krajach to właśnie parafie, a nie kluby, stowarzyszenia itp., są miejscami, wokół których skupia się Polonia. Czy tak jest w Słowacji? Nie oszukujmy się – na pewno nie! Dlaczego? Pytanie, gdzie jesteście Polacy w Słowacji, nasuwa się także i wówczas, gdy siada się przy koleżeńskim piwie ze Słowakiem i gdy Polak mówi o Polsce. Nie 22

jest wyjątkiem jakiś niedoinformowany Miro czy Michal... Takich, czyli Słowaków, dla których choćby polskie malownicze Mazury są bardzo odległe i przede wszystkim mniej znane niż wiele innych i odleglejszych zakątków świata, jest bardzo wielu. Że tak jest – czyja to wina? Czy w znacznej części nie Was, Polacy mieszkający od lat w Słowacji? Dlaczego Wam nie wstyd z tego powodu, że dla przeciętnego Słowaka Polska to targowiska w Jabłonce czy Nowym Targu i nic więcej? Zszokowany byłem pytaniem, zadanym mi w zacnym gronie w Popradzie – w trakcie rozmowy o w końcu niezbyt odległym Krakowie usłyszałem: „Co to jest Wawel?”. Czy Wy… my Polacy nie powinniśmy rumienić się ze wstydu, gdy Słowak opowiada nam o włoskich dolomitach, szczytach austriackich Alp, zarazem nie wiedząc, co to jest Morskie Oko, Dolina Pięciu Stawów, że już nie wspomnę o malowniczej Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, przepięknych Górach Świętokrzyskich czy zabytkach Kazimierza Dolnego, Warszawy, Poznania, Torunia, Gdańska itd.? Z równie wielką chęcią jak po Słowacji podróżuję po Polsce, przede wszystkim służbowo, spotykając się z wieloma przedsiębiorcami, którzy, zabiegani i utrudzeni, nie tylko zmagają się z codziennością, ale także szukają miejsca, gdzie chociaż w ciągu dwóch tygodni, tygodnia czy nawet tylko weekendu mogliby wraz z rodziną odpocząć. Tam – za daleko na weekendowy wyjazd, ówdzie – nie ma miejsc. Hiszpania, Egipt, Tunezja, Chorwacja itd. – wszędzie już byli. Natomiast słowackiej Tatralandii, Štrbskiego Plesa, malowniczych dolin, cudownych zamków, termalnych kąpielisk po prostu nie znają! Czy to tylko ich wina? Skoro już, Drodzy Rodacy, jesteście tacy „słowaccy”, to dlaczego nie robicie nic, aby Waszą… naszą nową ojczyznę poznali Polacy? Gdzie jesteście, gdy trzeba powiedzieć o Słowacji Polakom? A czy wiecie, ile jest polskich podmiotów gospodarczych w Słowacji? Nie! Bo cóż Was to obchodzi! Ilu Polaków zrezygnowało z rejestracji swoich firm w Sło-

wacji tylko dlatego, że nie wiedzieli, jak to zrobić? Wiecie? Nie! Bo to nie Wasz problem! Zapomniał wół, jak cielęciem był. Oczywiście – Wy, „bohaterowie”, radziliście sobie sami! Postępujecie, jak pies ogrodnika – sami nie macie, innym nie dacie. Jakbyście nie rozumieli, że ten „nowy” Polak potrzebuje Waszej porady, dobrego słowa, a może tylko serdeczności, z której rzekomo jako Polacy jesteśmy znani w świecie. Pytam zatem: GDZIE JESTEŚCIE? Dlaczego Was nie ma, gdy „nowy” kluczy po Słowacji, szukając swojego miejsca nie tylko w tym kraju, ale i może przede wszystkim wśród Was, Moi Drodzy Rodacy? Zastanawiam się… A może zastanówmy się wspólnie. Zapraszam do dyskusji na forum „Monitora Polskiego”. GDZIE JESTEŚCIE? Dlaczego Was tak dużo, a zarazem tak mało? Nie będę cytował patetycznych słów Roty: „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród…”, bo jesteśmy na obczyźnie, „Nie damy pogrześć mowy …”, bo to sprawa każdego osobista. „Polski my naród, polski ród …” – te słowa powtórzę. „Polski my naród, polski ród …” – tu w Słowacji, gdzie także powinny łopotać na wietrze polskie flagi, gdzie nad niejednym miejscem powinien górować orzeł biały. Nie trzeba przy każdej okazji wyśpiewywać wzniosłych słów hymnu narodowego, tym głośniej, im dalej nam do Ojczyzny. Wystarczy być tylko Polakiem, aby już nikt inny nie pytał Was, a teraz nas: GDZIE JESTEŚCIE? – jak czyni to teraz piszący te słowa. Myślę, że nie muszę przepraszać tych, których być może uraziłem. Nie wszystkie przedstawione przeze mnie zarzuty dotyczą wszystkich, ale jako „nowy” jeszcze raz zapytam: GDZIE JESTEŚCIE? Dlaczego Was nie ma? To wstyd! To wielki wstyd, aby wstydzić się swojej Ojczyzny i nawet nie wywiesić jednej flagi narodowej dla oznaczenia miejsca: Tu jestem! Jestem Polakiem! JAROSŁAW RESZEL, TRNAVA MONITOR POLONIJNY


Srebrni polscy

laskarze!!! I

bynajmniej nie chodzi tu o starszych dżentelmenów spacerujących z laseczką w ręku czy slang młodzieżowy, w którym ładną dziewczynę można było kiedyś określić mianem „laski”. Zawiłości znczenia i „sprawy językowe” wyjaśni doskonale Majka Nowakowska. Ja powiem, że tym razem chodzi – jak zwykle zresztą – o sport.

Laskarze to w polskim języku sportowym... zawodnicy grający w halową odmianę hokeja na trawie (i w samego hokeja na trawie). To oni właśnie poszli w ślady siatkarzy i szczypiornistów i dostarczyli nam kolejnego powodu do radości. Dnia 18 lutego 2007 roku w Wiedniu po raz drugi z rzędu polska reprezentacja zdobyła srebrny medal mistrzostw świata!!! A tak wyglądała droga naszych laskarzy po wicemistrzostwo świata i srebrny medal. W swojej grupie A nasi nie mieli sobie równych, wygrali pierwsze cztery mecze i zajęli pierwsze miejsce! Już w pierwszym meczu turnieju drużyna, trenowana przez Macieja MatuKWIECIEŃ 2007

szyńskiego, rozgromiła Kanadę aż 9:0! Następne spotkanie pokazało, że biało-czerwoni nie wygrali przypadkiem i będą się liczyli w walce o medale. Nasi rozbili Włochów 8:0! Mecz z Hiszpanią wygrali 6:2. Na tym nie koniec. W następnym meczu reprezentanci RPA – podobnie jak ich poprzednicy – byli tylko tłem dla naszej drużyny. Pokonaliśmy ich 9:2! W ostatnim meczu grupowym polscy laskarze grali przeciwko Austriakom, którzy przerwali passe zwycięstw. Nie było pogromu, mecz zakończył się „zwykłym” remisem 4:4. W taki właśnie sposób nasi dotarli do półfinału. Półfinał graliśmy przeciwko Czechom. Znów można było powiedzieć – nasi górą! Pokonanie Czechów 4:2 dało nam przepustkę do wielkiego finału, w którym zmierzyliśmy się z Niemcami. Tu powtórzyła się sytuacja z ostatnich halowych MŚ, kiedy to cztery lata temu w niemieckim Lipsku nasi laskarze przegrali w finale 1:7 właśnie z drużyną niemiecką. Tym razem było trochę lepiej. Do przerwy prowadzili nasi, atakowali, byli trudnym przeciwni-

kiem dla świetnie grających Niemców. Niestety, podobnie jak przed czterema laty znowu przegrali. Tym razem 1:4. Warto dodać, że walczyli do końca, a mecz z Niemcami był ich jedyną porażką na mistrzostwach. Niestety, porażka ta przytrafiła się w najważniejszym spotkaniu... Pomimo tego możemy cieszyć się ze srebrnego medalu!

W reakcji na ten sukces minister sportu Tomasz Lipiec poinformował, że za zdobycie srebrnego medalu drużyna hokeistów na trawie otrzyma 100 tys. złotych premii do podziału, a Ministerstwo Sportu obejmie jej zawodników systemem stypendialnym w wysokości ok. 1800 zł miesięcznie na reprezentanta. Minister podkreślił ponadto, że „ostatnie sukcesy polskich reprezentacji w grach zespołowych cieszą tym bardziej, że przed nami eliminacje do igrzysk olimpijskich”. Podobnie jak minister Lipiec, również kibice mają nadzieję, że zarówno siatkarze, piłkarze ręczni, jak i hokeiści nie tyl-

ko zakwalifikują się do olimpijskich turniejów finałowych, ale także powtórzą sukcesy z mistrzostw świata. Powiedzieć by można, że naszym laskarzom nie udał się rewanż za poprzednie mistrzostwa, że srebro to nie taki wielki sukces, że mogli oni odegrać się za porażkę szczypiornistów w finale mistrzostw świata itp. Reprezentacja Polski wprawdzie przegrała z Niemcami mecz o złoto w halowej odmianie hokeja na trawie, jednak biało-czerwoni wrócili z Wiednia ze srebrnymi medalami. Trzeba ponadto pamiętać, że po siatkarzach i szczypiornistach to już trzecie wicemistrzostwo świata Polaków w ostatnich miesiącach w grach zespołowych. A apetyt rośnie w miarę jedzenia. ANDRZEJ KALINOWSKI 23


Czytelnicy piszą

Od wielu lat czytam „Monitor Polonijny“ i jestem pod wrażeniem tego, co piszą młode Polki na temat swojego pobytu na Słowacji. Przemiła pani Majka Kadleček niedawno napisała, że my, przebywający na Słowacji, mamy dwie metryki urodzenia, jedną tę w Polsce, drugą – od momentu przyjazdu na Słowację. Po przeczytaniu tego pomyślałam: Hurra! Jestem o 20 lat młodsza! Właśnie minęło 65 lat od momentu mojego wyjazdu z Warszawy. Moją kochaną rodzinę opuściłam jako 20-letnia dziewczyna. Maturę zdałam na kompletach. Czy wiedzą Państwo, co to były komplety? To tajne nauczanie co dzień w innym mieszkaniu. Po wojnie otrzymałam ważne świadectwo maturalne z podpisami dyrektora i profesorów gimnazjum im. Królowej Jadwigi w Warszawie. W Słowacji czekał na mnie zakochany chłopak. Wtedy jeszcze myliłam Słowację z Jugosławią. Mało znany chłopak (poznawaliśmy się głównie za sprawą korespondencji), student ze Lwowa, był Słowakiem z pogranicza polsko-słowackiego i jako Słowak miał podczas wojny możliwość ukończenia studiów zagranicznych. Słowacja była wtedy „sprzymierzeńcem“ Niemiec. Pobraliśmy się. Mój mąż został oddelegowany do Chorwacji, a później do Wiednia. Również i ja jako jego małżonka otrzymałam stosowne dokumenty, by móc wyjechać razem z nim. Byłam oczarowana Wiedniem, choć wtedy było to miasto ponure, wojenne. Małżonek mój był aktywnym działaczem ruchu antyfaszystowskiego AK i wkrótce został aresztowany przez gestapo, więziony, a następnie wywieziony do obozu koncentracyjnego w Dachau. Trudno opisać, co wtedy czułam. Dziś ten temat może męczyć młodych ludzi, którzy niechętnie słuchają o tamtych wydarzeniach… Pozostałam w obcym mieście, nie znałam języka (maturę zdałam z francuskiego), bez środków do życia… Przeżyłam. Mąż również. Dokończył studia doktoranckie, ale do Polski nie mógł wyjechać, albowiem jako członek AK z pewnością zostałby aresztowany. Ja z wojny wyniosłam dobrą znajomość języka niemieckiego. Gościnna Słowacja przyjęła nas łaskawie. Uznano nasze studia, dzięki czemu uzyskałam możliwość zdobycia kwalifikacji i pracowałam przez 25 lat jako kierownik biblioteki miejskiej. Jestem losowi wdzięczna za te dobre czasy. Założyliśmy rodzinę, prowadziłam polski dom, a moje dzieci mówią biegle po polsku. Zawsze promowałam polską literaturę i byłam znana jako „ta Polka“. Obecnie wolny czas poświęcam na czytanie literatury w języku polskim, niemieckim lub słowackim. Dla zabawy powtarzam gramatykę francuską. Oglądam polską telewizję „Polonia”. Cieszę się, że czasami znajomi przywożą prasę z Polski. Jestem szczęśliwym człowiekiem. Mam dwie ojczyzny i dwa obywatelstwa. Teraz osiągnęłam wiek 85 lat i cieszę się stosunkowo dobrym zdrowiem. Czego można MARIA JABŁOŃSKA Z SENCA chcieć od życia więcej? 24

• Ż Y C Z E N I A • Ż Y C Z E N I A • Włodziowi Butowskiemu z okazji urodzin najserdeczniejsze życzenia, zdrowia, szczęścia, pomyślności składają żona z córką oraz przyjeciele z Klubu Polskiego

Święcenie pokarmów z okazji Świąt Wielkanocnych odbędzie się w Wielką Sobotę 7 kwietnia o 11.00 w kościele św. Franciszka w Karlovej Vsi w Bratysławie Instytut Polski w Bratysławie wraz z Katedrą Filologii Słowiańskich Uniwersytetu Komeńskiego planują w dniach 12-13 maja 2007 r. roku przeprowadzenie przez polską komisję egzaminów poświadczających znajomość języka polskiego jako obcego na poziomach: podstawowym, średnim ogólnym i zaawansowanym. Do egzaminów mogą przystąpić osoby powyżej 16 roku życia, będące cudzoziemcami lub Polakami na stałe zamieszkałymi za granicą. Szczegółowe informacje (w tym przykładowe testy) można znaleźć na stronach internetowych Państwowej Komisji Poświadczania Znajomości Języka Polskiego jako Obcego: www.buwiwm.edu.pl/certyfikacja Wszelkie pytania dotyczące uzyskiwania certyfikatów można kierować pod adresami internetowymi Komisji: certyfikacja@buwiwm.edu.pl i dr Marii Magdaleny Nowakowskiej: majkan@chello.sk (tel. 0908 169 743). Chętni powinni zgłosić się jak najszybciej do dr M. M. Nowakowskiej lub do sekretariatu Instytutu (tel. 02/20655513, e-mail: info@polinst.sk). Przypominamy, że certyfikat jest jedynym urzędowym dokumentem potwierdzającym znajomość języka polskiego jako obcego i jest uznawany w krajach Unii Europejskiej (i nie tylko).

INST Y TUT POLSKI W BRAT 11.04 – godz.17.00 – Bratysława•Instytut Polski – czytelnia, Nám. SNP 13•Ciąg dalszy cyklu Polska klasyka filmowa•Krzyżacy / 1960/ – część 1, reżyseria Aleksander Ford 12.04 – godz. 17.30 – Bratysława, DK Zrkadlový háj, Rovniankova 3•Dyskusja Charta ’77 a Słowacja w ramach Festiwalu Charta ’77 z udziałem Jana Lityńskiego (PL), Heller Ágnes (HU), Svatopluka Karáska (CZ) a Ladislava Snopky (SK)•Spotkanie prowadzi Miroslav Kusý

19.04 – Wydział Filozoficzny Uniwersytetu Preszowskiego, ul.17. novembra - godz. 9.30 – otwarcie wystawy Wielcy Polacy XX wieku - godz. 13.30 - projekcja filmów : Pornografia (reżyseria Jan Jakub Kolski) i Superprodukcja (reżyseria Juliusz Machulski) 14.04 – godz. 20.00 – Żylina, Centrum Kultury Stanica Žilina-Záriečie•Międzynarodowy Festiwal Kultury Nowych Mediów i Technologii MULTIPLACE POLSKIE DNI w PRESZOWIE 16.04 – godz. 20.00 – 12,18,19 kwietnia 12.04 – godz. 18.00•Kawiarnia Bratysława •Klub A4, „Christiania”•Spotkanie z dzien- Nám. SNP 12• Międzynarodowy Festiwal nikarzem Krzysztofem Wargą Kultury Nowych Mediów i pisarzem Andrzejem i Technologii MULTIPLACE Stasiukiem

MONITOR POLONIJNY


• O G Ł O S Z E N I A • O G Ł O S Z E N I A • O G Ł O S Z E N I A • O G Ł O S Z E N I A • P r z y p o m i n a m y , ż e K l u b P o l s k i m a s w o j ą s t r o n ę i n t e r n e t o w ą . Veronika Lagová i Michał Zwiewka mają zaszczyt zawiadomić, że podczas uroczystej Mszy Zachęcamy do jej odwiedzania i dyskusji na jej łamach: www.polonia.sk Szanowni Czytelnicy „Monitora“, Członkowie i Przyjaciele Klubu Polskiego na Słowacji! Pragnę poinformować Państwa, że Klub Polski został zarejestrowany jako organizacja, na którą możecie Państwo przekazać 2 % z podatków. Możliwość przekazywania części swoich podatków istnieje na Słowacji od kilku lat, jednakże na Klub Polski od tego roku, czyli po rejestracji podatkowej na rok 2007. Jak zapewne Państwo wiecie, Klub Polski nie otrzymuje środków finansowych na działalność, ale na poszczególne projekty, które i tak nie pokrywają całości wydatków z nimi związanymi. W tym roku na przedstawione przez nas projekty otrzymamy prawdopodobnie tylko około 50 % środków finansowych, potrzebnych na ich realizację. Podobne dofinansowanie otrzymają pozostałe mniejszości narodowe. Nasza działalność jest widoczna nie tylko dzięki wsparciu Ministerstwa Kultury Republiki Słowackiej, ale też dzięki pomocy Ambasady Polskiej, Wydziału Konsularnego, Stowarzyszenia „Wspólnota Polska“, głównie jednak dzięki wielkiemu zaangażowaniu aktywnych działaczy i członków Klubu na terenie całej Słowacji.

Wierzymy, że możliwość przekazania 2 % z naszych podatków na rzecz Klubu Polskiego pomoże w realizacji jego działań. Poniżej podajemy dane, dotyczące zarejestrowanego Klubu Polskiego na Słowacji: registračne čislo: 7651, r. 2006, nazov: Poľsky klub, ičo: 30807620, adresa: Nam. SNP 27, mesto: Bratislava, psc: 814 99, učet: 2666040059, Tatra banka a.s. kod banky: 1100 pob. Bratislava. Kompletne informacje o zarejestrowanych na rok 2007 organizacjach (w tym Klubie Polskim nr 7651) znajdują się na stronie internetowej: www.rozhodni.sk. Zachęcamy wszystkich do wykorzystania tej możliwości wsparcia Klubu, gdyż w naszym przypadku taka okazja zdarza się po raz pierwszy, ale może i niestety po raz ostatni ze względu na tendencje zmierzające do likwidacji możliwości samodzielnego decydowania o przeznaczeniu 2 % podatków. Chcemy wierzyć jednak, że w zgodzie z zapowiedziami możliwość taka, dotyczącą wspierania działalności kulturalnej, będzie i w latach następnych. Z uszanowaniem i pozdrowieniami Tadeusz Z. Błoński, Prezes Klubu Polskiego na Słowacji

Szkoła Polska w Bratysławie poszukuje nauczycieli: • nauczania początkowego • języka polskiego (do LO) • geografii i historii. Zainteresowani powinni posiadać dyplom ukończenia ww. kierunku nauczania polskiej szkoły wyższej. CV prosimy wysyłać do końca kwietnia pod adresem: monikact@poczta.fm lub Szkoła Polska przy Ambasadzie RP, Hummelova 4, 81 491 Bratislava.

Świętej pragną poprosić Boga o dar Sakramentu Małżeństwa. Uroczystość odbędzie się 14 kwietnia 2007 o godzinie 17.00 w kościele Panny Marii Bolesnej w Bratysławie – Petržalce, ul. Betlianska 3. Wstępującym w związek małżeński Veronice Lagovej i Michałowi Zwiewce życzymy wszystkiego najlepszego, spełnienia wszystkich marzeń i pomyślności na nowej drodze życia. Redakcja oraz przyjaciele z Klubu Polskiego

UWAGA KANDYDACI NA STUDIA W POLSCE Ambasada RP w Bratysławie prosi osoby pochodzenia polskiego, posiadające obywatelstwo słowackie, zainteresowane podjęciem studiów w Polsce w roku akademickim 2007/2008 o pilne skontaktowanie się z Wydziałem Konsularnym pod numerem telefonu 02 544 13 196. Termin składania dokumentów upływa 24.04.2007 r. GALA POLSKIEJ PIOSENKI – POWTÓRKA Z OPOLA W niedzielę 22 kwietnia o godz. 17.00 w wiedeńskiej sali Haus der Begegnung, Angerstr. 14 odbędzie się koncert Jana Wojdaka z zespołem „Wawele”, Andrzeja Rosiewicza oraz grupy „Lady Pank”. Bilety w cenie 35 i 39 euro. Więcej informacji pod numerem telefonu: 0043 676 961 15 26 oraz na stronach internetowych: www.beimmartin.at lub www.polonia.sk

YSŁAWIE PROGRAM – KWIECIEŃ 2007 – NIEKTÓRE PROPOZYCJE 16 - 20. 04 – Bańska Bystrzyca, Wydział Sztuk Dramatycznych Akademii Sztuki w Bańskiej Bystrzycy • Pracownia aktorska ze studentami I roku aktorstwa pod kierunkiem Andrzeja Dziuka, dyrektora i reżysera Teatru St. I. Witkiewicza w Zakopanem. 18.04 – godz.17.00 – Bratysława, Instytut Polski – czytelnia, Nám. SNP 13 • Ciąg dalszy cyklu Polska klasyka filmowa Krzyżacy / 1960/ – część 2, reżyseria Aleksander Ford ) 18.04 – godz.19.00 – Żylina•Dom Sztuki „Fatra”•Koncert: Cappella Istropolitana, orkiestra kameralna miasta Bratysława•Koncert odbędzie się w ramach 17. Środkowoeuropejskiego Festiwalu Sztuki Estradowej

KWIECIEŃ 2007

20.04 – godz. 17.00– Bratysława •Instytut Polski – czytelnia, Nám. SNP 13•Maraton filmu polskiego – przegląd filmów dla studentów polonistyki UK w Bratysławie•Rejs, reż. Marek Piwowski (1970, 65 min.)•Pręgi, reż. Magdalena Piekorz (2004, 89 min.)•Miś, reż. Stanisław Bareja (1980, 111 min.). Filmy prezentowane będą w pol. wersji językowej 23.04 – godz. 9.00-11.00 – Bratysława, Wydz. Filozoficzny UK, Gondova 2 • Wykłady prof. dr hab. Haliny Alojzy Satkiewicz na temat Tendencje rozwojowe we współczesnym języku polskim (dla studentów polonistyki UK) 23.04 – godz. 20.00 – Bratysława Klub A4, Nám. SNP 12•Inscenizacja sztuki teatralnej Michała Walczaka Piaskownica, Realizacja Stowarzyszenie Obywatelskie Teatru Niezależnego – STROMY Tłumaczenie i reżyseria: Ján Štrbák,

25.04 – godz.17.00 – Bratysława, Instytut Polski – czytelnia , Nám. SNP 13•Ciąg dalszy cyklu Polska klasyka filmowa•Matka Joanna od Aniołów / 1960/ , reżyseria Jerzy Kawalerowicz 25.04 – godz.18.00 – Bańska Bystrzyca, Aula FiF UMB, Ružová 11•Prezentacja filmów dokumentalnych Krzysztofa Kieślowskiego 25.04 – godz.18.00 – Koszyce IC Culture Train, Nižná úvrať 25 Otwarcie wystawy fotografii Zbigniewa Libery Pozytywy. Ekspozycja przygotowana przy współpracy z Galerią Atlas Sztuki w Łodzi.

27.04 – godz. 16.00 – Komárno Monoštorská pevnosť•Węgrzy – Polacy. Spotkania pod komunizmem – wystawę przygotowało Centrum Karta w Warszawie. (Organizowana we współpracy z Csemadokiem) 27.04 – godz. 20.00 – Bratysława Klub A4, Nám. SNP 12•Premiera inscenizacji sztuki teatralnej W. Shakespeara Sen nocy świętojańskiej•Reżyseria: Róbert Csontos, dramaturgia: Peter Keszeli, scenografia: Szerafita•Międzynarodowy projekt z udziałem studentów aktorstwa z Wrocławia (powtórki 28, 29 kwietnia o godz. 20.00) 27.04 – godz.18.00 – Nitra, Synagoga•Recital sopranistki Anny Noworzyn w ramach festiwalu Konfrontácie; akompaniament fortepianowy Grzegorz Biegas

25


Poľsku prestávam rozumieť P

ozorujem poľskú spoločnosť sporadicky, cez európsku politiku. A prestávam rozumieť krajine, ktorá mi bola dlhé roky modelom moderného myslenia. V Poľsku som bol trikrát. Najskôr ako pionier v 80. rokoch. Na cestu nemám nijaké spomienky okrem nútenej návštevy istého pútnického miesta na juhu krajiny. Zmysel programu som dodnes nepochopil no prvýkrát som si všimol, že krajina má aj inú identitu, ako som si predstavoval z diel poľských romantikov. Neskôr som sa dostal na sever. V túžbe navštíviť Kopernikov Fromborg, pevnosti teutónskych rytierov, jazerá, Baltické more. Cítil som sa ako pán Tragáčik, po Toruni som sa prechádzal s mapou zo 17. storočia, podľa ktorej sa stále dalo orientovať, vlak do Fromborgu musel zastavovať pre príliv severného mora. Vo Fromborgu som jedol tvrdý syr a predstavoval som si, ako Sienkiewicz písal o porážke Nemcov, reformácii, poľskej aristokracii. Poliaci a Česi boli v tom čase dôkazom, že západoslovanské krajiny mali viac spoločné s Európou ako s Ruskom. Netušil som, že poľský náboženský pátos postupne zničí všetky moje predstavy o progresívnom národe a kultúre, ktorá určovala smerovanie vedy a umenia až v Paríži. Tretíkrát som navštívil údajne nové Poľsko, slobodné, demokratické. Vo Varšave som spal v sklenenom hoteli, obklopenom sklene26

POLSKA Oczami słowackich dziennikarzy

MICHAL HAVRAN ml. šéfredaktor internetového portálu www.jetotak.sk a spravodajca slovenských médií pri EÚ nými bankami a obchodmi. Hovoril som s ľuďmi na uliciach, v kaviarňach a zrazu som mal pocit, že moderné Poľsko už existovalo. Z Bruselu a Štrasburgu sme vedeli o fašistoch z Ligy poľských rodín, o antisemitskom rádiu Maryja, o homofóbnych politikoch. Netušil som však, že časť Poľska považovala takéto reakcionárstvo za slobodu. Medzičasom tieto politické sily ovládli krajinu a ja som s mojimi knižkami Lema prestal Poľsku rozumieť. Spomenul som si na svoje predchádzajúce návštevy, keď sa mi ľudia zdali slobodnejší, s jasnými predstavami o krajine. Dnes poču-

jem iba správy o tom, že všetci komunisti, homosexuáli, liberáli, cudzinci nie sú súčasťou poľskej modernity. Tá akoby mala patriť jagellonskému nacionalizmu, šovinizmu a katolicizmu. Možno sú Poliaci presvedčení, že ich veľkosť je v pokračovaní križiackych výprav proti liberalizmu, no väčšine Európanov sú na smiech. Európa sa smeje z neobratnej poľskej diplomacie v Bruseli, ktorá si za akúkoľvek dohodu pýta peniaze, smejú sa z mesianistických kázní časti poľských politikov, ktorí chcú Európe ukázať, ako sa buduje nová spoločnosť. No je nám aj smutno, keď vidíme nahlúple vystupovanie Lolka a Bolka, Sebaobrany a ligy. Poliaci by mali vedieť, že síce chápeme rozčarovanie z predchádzajúcich vlád, no to ich ešte neoprávňuje, aby zverili vedenie krajiny reakcionárom. Mondénny fašizmus je dnes v Európe v móde, poľská kolekcia je však spomedzi všetkých najotrasnejšia. Každý národ má svojho Lolka, no len v Poľsku je jeho klan pri moci. Neviem preto, čo si v skutočnosti o Poľsku myslím. Verím len, že krajina bude mať dostatok síl zbaviť sa náboženského nacionalizmu tak, ako sa zbavila predtým komunizmu. Inak ostane skanzenom politickej hlúposti a nezachránia ju ani tvorivosť a talent jej obyvateľov. MONITOR POLONIJNY


PRZECZYTAJ MI MAMO, PRZECZYTAJ MI MAMO...

Dla 5-latków i nie tylko Czerwony Kopciuszek, Jaś, Brzydkie Kociątko, Małgosia z zapałkami, i w butach Kaczątko, Śnieżka na ziarnku grochu, Księżniczka z zapałkami, Śpiąca Sierotka Marysia, Kapturek z krasnoludkami, kruk z koszyczkiem dla babci, wilk z serem w dziobie i lis przywitali wesoło I hucznie – prima aprilis. Tańczyli aż do rana i pogubili się właśnie. Może im pomożecie odnaleźć właściwe baśnie? (Emilia Waśniowska, Prima aprilis)

K Ą C I K C Z Y T E L N I C Z Y Dziś chciałabym Was zarazić „chorobą”, która ostatnio pojawiła się w polskiej szkole w Bratysławie, a którą zdiagnozowałam jako gorączkę recytatorską. Dziesięcioro najbardziej „chorych” dzieci wyjeżdża na „leczenie” do Budapesztu na międzynarodowe warsztaty recytatorsko-teatralne. Życzymy im wielu sukcesów! Recytują wszystkie możliwe wiersze, jak na przykład ten: Spadła deszczu kropla, Plum.... Zawiał ciepły wietrzyk, Szum.... Coś pachnie w powietrzu Kwiat. Zmienia się wokoło Świat. A co to tak śpiewa? Ptak. Czyżby przyszła wiosna? Tak! (Laura Łącz, Już!) Kto chciałby „zarazić się” tą „chorobą”, może wziąć udział w konkursach recytatorskich organizowanych przez polską szkołę. KWIECIEŃ LUTY 20072007

WIELKANOCNE JAJKA Czy wiecie, jaka jest różnica między pisankami a kraszankami? PISANKA

– na jajku rysuje się wzór woskiem lub kredkami świecowymi, a następnie zanurza się je na 10 minut w farbie lub w wywarze z łupin cebuli KRASZANKA – jajko się barwi, suszy, a następnie igłą lub małymi nożyczkami wydrapuje się na nim drobne wzorki stronę redaguje Maon

27


Na tradycyjnym stole wielkanocnym swoje stałe miejsce ma pasztet. Ale taki prawdziwy, domowy, „z krwi i kości”. Kupny pasztet z puszki można spożywać pod namiotem w Bieszczadach i wtedy smakuje oczywiście tak, jak powinien, czyli cudownie. Ale śniadanie wielkanocne i konserwa chyba się wykluczają nawzajem. Zatem jeśli się już Państwo zdecydowaliście, że w tym roku w waszych domach podczas świąt wielkanocnych będzie tradycyjnie pasztetowo, zabierzcie się do pracy! Hm... ale jak? Chcielibyście ekskluzywny pasztet z zająca? Jak takiego znaleźć? Wiem, że sezon wiosenny obfituje w różne ciekawe zjawiska przyrodnicze, a jednym z nich jest masowy skok otumanionych słońcem

ZA MIESIĄC: KAWA W CIENIU KWITNĄCEGO BZU

zajęcy wprost pod koła samochodu... Ale, z ręka na sercu, kto z Państwa odważyłby się takiego zwierzaka „sprawić”, czyli ewentualnie dobić, obedrzeć ze skóry, oczka wyłupać i wypatroszyć? Do człowieka pierwotnego jest już nam bardzo, bardzo daleko! Chcemy mieć do czynienia tylko z mięsem, przy którym nasze rączki krwią nie będą zbroczone... Zwróćmy więc uwagę na mięso przetworzone, hermetycznie zapakowane, czyli na takie, które zostało już przygotowane przez kogoś, kto za nas wykonał brudną, krwawą robotę. Zajęcy jednak w sklepach nie ma, no, poza czekoladowymi. Za to kurczaków jest w bród. Więc pasztet niech będzie drobiowy!

PASZTET DROBIOWY SKŁADNIKI: • 1 kurczak • 2 pietruszki • 1 cebula • 30 dag masła • 15 dag wątróbki z kurczaka • 1 sucha bułka albo rogalik • 4 jajka • sól • pieprz • gałka muszkatołowa do smaku

SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA Kurczaka umyć i pokroić na kawałki. Posolić i dusić w małej ilości wody z częścią masła i warzywami. Gdy będzie miękki, dodać do niego oczyszczoną, pokrojona wątróbkę i razem dusić. Po ostudzeniu oddzielić od kości mięso i wraz z namoczoną bułką zmielić je za pomocą maszynki o drobnych oczkach. Dodać jajka i pozostałe masło oraz przyprawy. Wyrobić na w miarę jednolitą masę, a następnie umieścić w formie, najlepiej prostokątnej (keksówce), wysmarowanej masłem. Piec w piekarniku, nagrzanym na 180°C, przez około pół godziny. MAJKA KADLEČEK


(str.6)


Monitor Polonijny 2007/04