Issuu on Google+

(str.4)


Zabawa w Trenczynie

Zachęceni zeszłorocznym sukcesem, zgodnie z planem, już po raz drugi w czasie karnawału – 3 lutego zorganizowaliśmy w „naszym” ośrodku kultury w Trenczynie regionalną zabawę polonijną. W tym roku dołączyli do nas też rodacy z Dubnicy nad Wagiem i pani konsul Urszula Szulczyk-Śliwińska z mężem, z czego się bardzo ucieszyliśmy. Oczywiście, już tradycyjnie, bawili się z nami też nasi słowaccy przyjaciele. W tym miejscu chciałabym podziękować pani Matejkovej z ośrodka kultury, która od paru lat pomaga i wspiera Klub pod każdym względem. Dużą niespodzianką dla wszystkich była wizyta redaktorów z STV w Bańskiej Bystrzycy, którzy właśnie przygotowywali kolejny program o mniejszościach narodo-

wych na Słowacji. Przeprowadzili z nami kilka wywiadów, zainteresowani byli naszą imprezą, wspólnym śpiewem i zabawą. Kamery – nie kamery, ludzie czuli się swobodnie. Mamy nadzieję, że po emisji programu zgłoszą się do nas kolejni rodacy z okolicy Trenczyna lub z innych regionów. A zabawa była naprawdę typowo słowiańska. Każdy przyniósł coś „małego”, więc stoły się uginały... Kanapki na 10 sposobów, słone i słodkie smakołyki, sałatki, o napojach nie wspominając.

Dzięki młodemu sympatycznemu muzykowi parkiet ani przez chwilę nie świecił pustkami. A propos tańca... Niestety, w tym roku brakowało nam tancerzy-mężczyzn. Trudno powiedzieć dlacze-

go, ale mamy nadzieję, że w przyszłości sytuacja się zmieni i kobiety zniszczą na parkiecie przynajmniej jedną parę butów. Trzeba jednak przyznać, że drugie pokolenie bawiło się świetnie. W przerwach między tańcami śpiewało się i śpiewało. Słowacy zauważyli, że wiele polskich i słowackich piosenek ma taką samą melodię, a tylko inne słowa, więc śpiewali razem z nami, ale po swojemu. Możemy z całą pewnością stwierdzić, że zabawa karnawałowa udała się nawet bardziej niż w zeszłym roku. Jeśli ktoś chciałby poszaleć z nami, to już teraz zapraszamy – zobaczymy się w lutym przyszłego roku. Na pewno damy znać o spotkaniu, a już teraz, na samą myśl o nim, nogi same podskakują vs do tańca. FOTO: VERONIKA STRAKOVÁ I KAROL PAVLÁSEK

MONITOR POLONIJNY


OD REDAKCJI

SPIS TREŚCI

Jaki będzie tegoroczny marzec? Wiosna przyszła zimą, zatem w tym miesiącu doczekamy się tylko jej formalnego początku. Ale przecież „w marcu jak w garncu”. Czy zatem marzec nas jednak czymś zaskoczy? Czy zapomniana już zima jeszcze u nas zagości? Jeśli tak, to niech raczej odwiedzi góry, gdzie chętnych do szaleństw na zasypanych śniegiem stokach nie brakuje. Tym, którzy sporty zimowe oglądają na telewizyjnych ekranach, niech da już spokój. Z jej powrotu nie ucieszyłby się też wiosenne kwiatki i inne rośliny, które, choć nieśmiało, zaczynają swój okres wegetacyjny. Marzec to w zasadzie czas oczekiwania na prawdziwą wiosnę. Ci, którzy są szczęśliwymi właścicielami ogródków i działek, zaczynają przygotowania do ich uprawy. Już teraz planują, co i gdzie posiać, co i gdzie posadzić, a domowe szklarnie zapełniają siewkami i sadzonkami. A jeśli ktoś nie posiada własnego skrawka ziemi, to przynajmniej powinien zrobić wszystko, aby nie ulec wiosennej chandrze. Przecież można jej zapobiec! Wystarczy się trochę rozruszać, pozwiedzać choćby okolicę, tę bliższą i tę dalszą. Wybrać się np. na wycieczkę do Koszyc, do odwiedzenia których namawia nas w tym numerze „Monitora” Agata Bednarczyk (str. 11), czy też w poszukiwaniu historii powłóczyć się po Spiszu, o którym możecie Państwo przeczytać w artykule Andrei Cupal Baricovej (str. 22), powłóczyć się po Bratysławie, Trenczynie, Nitrze… Tyle ciekawych miejsc dookoła, które znamy z przewodników, a do których jakoś nigdy nie udało się nam dotrzeć. Spędźmy zatem marzec aktywnie – jeśli nie mamy ogródka, pojedźmy na narty (jeśli śnieg dopisze) czy na wycieczkę (jeśli pogoda dopisze), np. rowerową, albo powłóczmy się po znanej, ale nie do końca poznanej okolicy. Zaś wieczór poświęćmy lekturze, np. „Monitora”. Może jednak marzec nas czymś zaskoczy? Może zaskoczymy czymś sami siebie albo najbliższych? Bo, przypominam, „w marcu jak w garncu”, więc w tym miesiącu spodziewać się możemy wszystkiego. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA

„Oscypek“ i „oštiepok“ Z KRAJU SŁOWACKIE WYDARZENIA I POLSKIE SPOSTRZEŻENIA Mamy święto, czyli tulipan i ciasteczko gratis ANKIETA Polskie businesswomen na Słowacji Słaba płeć, ale jakie wyniki! Villa Cassa, czyli o Polakach w prawdziwej metropolii WYWIAD MIESIĄCA Mandaryna: „Już nie chcę ludziom udowadniać, że nie jestem wielbłądem” Z NASZEGO PODWÓRKA MŁODZI W POLSCE SŁUCHAJĄ Patrycja Markowska NASŁUCHUJEMY TO WARTO WIEDZIEĆ Jak opustoszały Bieszczady BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Edwarda Redlińskiego ciąg dalszy OKIENKO JĘZYKOWE W dniu dzisiejszym... POLSKO-SŁOWACKIE ZWIĄZKI HISTORYCZNE Słynne kolegium pijarskie w Podolińcu Polskie srebro w szczypiorniaku! Witajcie w Anglii! OGŁOSZENIA POLSKA OCZAMI SŁOWACKICH DZIENNIKARZY Leto v Poľsku MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI PIEKARNIK Marzec – koty marcowe

4 4 5 6 6 7 10 11

12 14 16 16 17 19 20

21 23 24 24 26 27 28

VYDÁVA POĽSKÝ KLUB – SPOLOK POLIAKOV A ICH PRIATEĽOV NA SLOVENSKU ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Pavol Bedroň, Ivana Juríková, Majka Kadleček, Katarzyna Kosiniak-Kamysz, ks. Jerzy Limanówka, Melania Malinowska, Danuta Meyza-Marušiaková, Dariusz W i e c z o r e k , I z a b e l a W ó j c i k , • KO R E Š P O N D E N T V R E G I Ó N E K O Š I C E – U r s z u l a Z o m e r s k a - S z a b a d o s • JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE: Maria Magdalena Nowakowska • GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik • ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • TLAČ: DesignText • KOREŠPONDENČNÁ ADRESA: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel./Fax: 031/5602891, monitorp@orangemail.sk • PREDPLATNÉ: Ročné predplatné 300 Sk na konto Tatra banka č.ú.: 2666040059/1100 • R E G I S T R A Č N É Č Í S LO : 119 3 / 9 5 • R e d a k c i a s i v y h r a d z u j e p r á vo n a r e d a k č n é s p r a c ov a n i e a ko a j vykracovanie doručených materiálov, na želanie autora zaručuje anonymitu uverejnených materiálov a listov. REALIZOVANÉ S FINANČNOU PODPOROU MINISTERSTVA KULTÚRY SR - PROGRAM KULTÚRA NÁRODNOSTNÝCH MENŠÍN

MARZEC LUTY 2007 2007

3


S

łowacja na początku lutego zgłosiła sprzeciw wobec rejestracji oscypka jako wyrobu pochodzącego z kilku podhalańskich powiatów. Słowackie weto mogło być wyrazem obaw, że tylko polski wyrób będzie można sprzedawać na Słowacji i w Czechach pod nazwą „oštiepok”. Tematem konferencji prasowej, zorganizowanej 12 lutego w Ambasadzie RP w Bratysławie, była kwestia wniesionego przez stronę słowacką sprzeciwu w sprawie rejestracji oscypka przez Polaków. Ambasador RP w RS Zenon Kosiniak-Kamysz przypomniał zebranym dziennikarzom, że 13 grudnia 2005 r. w Krakowie przedstawiciele polskiego Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Związku Hodowców Owiec i Kóz, a także słowackiego Ministerstwa Rolnictwa i Leśnictwa oraz Urzędu Własności Przemysłowych spot-

NA STRONACH WWW. KANCELARII Prezydenta 16 lutego został opublikowany raport z weryfikacji WSI. Wynika z niego, że WSI usiłowały zebrać materiały kompromitujące prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Znalazły się w nim też sformułowania, że za nieprawidłowości i zaniechania szczególną odpowiedzialność ponoszą byli prezydenci – Lech Wałęsa i Aleksander Kwaśniewski, a także inni byli politycy. Według raportu w okresie 4

„Oscypek” i „oštiepok” kali się w celu wypracowania rozwiązań, które by umożliwiły rejestrację, ochronę i współistnienie nazw „oscypek” i „slovenský oštiepok”. Zgodzono się wówczas, że ze względu na istotne różnice w składzie surowcowym i sposobie produkcji, a więc i w cechach produktu końcowego, obydwa sery, polski i słowacki, to dwa różne produkty. Dlatego też uzgodniono, że oba kraje zarejestrują je samodzielnie – Polska pod nazwą „oscypek”, a Słowacja pod nazwą „slovensky oštiepok“. Strona polska zobowiązała się też, że nazwa „oscypek” będzie chroniona i nie będzie tłumaczona na języki obce. Oznacza to, że po jej zarejestrowaniu nadal mogą być sprzedawane produkty pod słowacką nazwą „oštiepok“. Jak poinformował zebranych Milan Wenit z Wydziału Ekonomicznego polskiej ambasady w Bratysławie różnice

zmiany sytemu politycznego w Polsce na 10 tysięcy współpracowników WSI działało prawie 2,5 tysiąca agentów w centralnych instytucjach cywilnych: administracyjnych i gospodarczych PRL. Do 2001 r. WSI aktywnie penetrowały środowiska polityczne, głównie polityków prawicowych z Porozumienia Centrum, Ruchu dla Rzeczpospolitej, Ruchu III Rzeczpospolitej i Polskiej Partii Niepodległościowej. POLSKA I CZECHY najprawdopodobniej zgodzą się na amerykańską propozycję rozmieszczenia na swoich terenach części systemu tarczy antyrakietowej – stwier-

w składzie surowcowym i sposobie produkcji oscypka i oštiepka są rzeczywiście tak duże, że w efekcie są to dwa zupełnie różne wyroby – w Polsce ser pro-

dzili premierzy Jarosław Kaczyński i Mirek Topolanek po spotkaniu w Warszawie. Oba kraje rozpoczną negocjacje, także z innymi zainteresowanymi, dopiero po wyrażeniu zgody w tej sprawie. Szef polskiego rządu powiedział, że polskie władze będą starały się przekonać Rosję, iż tarcza antyrakietowa nie jest skierowana przeciwko niej, albowiem, co podkreślił, wskazują na to między innymi techniczne elementy, związane z budową systemu. LECH WAŁĘSA być może odpowie przed sądem za znieważenie obecnego prezydenta, którego nazwał ,,durniem”. Zareagował tak na

ujawniony raport WSI i oskarżenie go przez Lecha Kaczyńskiego o to, że jako ówczesnego prezydenta ,,dotyczy go grzech pewnego zaniechania, jeśli chodzi o zasadniczą reformę tych służb“. Wałęsa jest wymieniony w tymże raporcie jako współodpowiedzialny za nieprawidłowości i zaniechania w nim wskazane. Sam zarzut Wałęsa uznał za niepoważny, zaś Zbigniew Ziobro przyznał, że słowa, użyte przez byłego prezydenta noszą cechy przestępstwa znieważenia głowy państwa. W WARSZAWIE aresztowano znanego kardiochirurga, ordynatora Kliniki KardiochiMONITOR POLONIJNY


dukuje się tylko w bacówkach kilku podhalańskich gmin i wyłącznie ręcznie, podczas gdy słowacki ser jest produkowany w mleczarniach całego kraju, przy użyciu maszyn; do wyrobu oscypka można wykorzystać maksymalnie 40 proc. mleka krowiego, w oštiepku może go być nawet 80 proc. Z rozmów przedstawicieli polskiej ambasady w słowackim Ministerstwie Rolnictwa i Leśnictwa wynika, że przyczyną zastrzeżeń strony słowackiej wobec rejestracji oscypka w UE mogła być niewiedza producentów oštiepka o ustaleniach z Krakowa. Słowackie ministerstwo przygotowuje dla strony polskiej wyjaśnienie w tej sprawie. Z zaistniałej sytuacji wynika, że na razie polski oscypek nie otrzyma unijnej Chronionej Nazwy Pochodzenia. Komisja Europejska ma sześć miesięcy na rozpatrzenie weta Słowaków. Polska uważa, że słowackie weto wobec rejestracji nazwy „oscypek” nie jest korzystne ani dla jednego, ani dla drugiego kraju. Spowoduje bowiem znaczne wydłużenie procesu rejestracji oraz wywoła wątpliwości Komisji Europejskiej co do powagi i poprawności porozumienia z Krakowa. Takie działania strony słowackiej mogą pociągnąć za sobą nieporozumienia przy rejestracji kolejnych produktów rolno-spożywczych, np. slovenmw skej bryndzy. rurgii Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA. Prokuratura Okręgowa postawiła mu 20 zarzutów, między innymi zarzut zabójstwa – chodzi o umyślne doprowadzenie do zgonu pacjenta. Centralne Biuro Antykorupcyjne podejrzewa, że takich zabójstw mogło być nawet kilkadziesiąt. Kolejne zarzuty dotyczą brania łapówek i znęcania się nad pracownikami. MINISTER OBRONY narodowej Radosław Sikorski podał się 5 lutego do dymisji. Prawdopodobną przyczyną jego decyzji jest konflikt z Antonim Macierewiczem, szefem kontrwywiadu wojskowego, wcześniejszym wiceministMARZEC 2007

SŁOWACKIE WYDARZENIA I POLSKIE SPOSTRZEŻENIA Internet to wyjątkowe medium, które codziennie dostarcza mnóstwa informacji z całego świata. Mnie najbardziej interesują wiadomości z Polski. Na Internecie przeglądam elektroniczne wydania dzienników i polskie portale informacyjne. Często na ich stronach omawiane jest zjawisko masowej emigracji Polaków do Anglii. Młodzi, starzy i ci pomiędzy jadą w kierunku Wysp Brytyjskich. Nie ma się czemu dziwić. Jeśli można żyć lepiej, to dlaczego by nie spróbować. Zastanawiają mnie tylko dwie rzeczy. Po pierwsze, czy naprawdę w tej Anglii podstawowym tematem rozmów jest pogoda? Jak twierdzą przynajmniej niektóre media, Anglicy to nudziarze i flegmatycy, więc temat pogodowy jest stworzony chyba właśnie dla nich. A po drugie, czy my też, zgodnie z panującą w Polsce tendencją, zamieniamy się tak troszeczkę w Anglików? Przecież również na Słowacji tematy meteorologiczne są bardzo popularne i aktualne. Kiedy po raz ostatni rozmawiali Państwo o pogodzie? Na pewno nie później niż wczoraj. Bo, powiedzmy sobie szczerze, pogoda w ostatnim czasie trochę rozrabia. Nieudane wyjazdy na narty w słowackie Tatry, piętnastostopniowe „upały” w lutym i tulipany, kwitnące zdecydowanie wcześniej niż przed laty. Taka jest rzeczywistość. I chyba trzeba się z nią pogodzić. Będziemy wyspiarzami, będziemy wieść długie konwersacje o opadach albo o ich braku... Ale jeśli już, to bądźmy wyspiarzami nad jakimś ciepłym morzem, a nie w pobliżu brudnego Dunaju. MAJKA KADLEČEK

rem obrony. Sikorskiemu nie podoba się sposób, w jaki Macierewicz zorganizował pracę kontrwywiadu. Nowym szefem resortu obrony narodowej został Aleksander Szczygło. DWA DNI po odejściu z rządu Sikorskiego do dymisji podał się też wicepremier, minister spraw wewnętrznych i administracji Ludwik Dorn, który pozostaje wicepremierem. Dorn poinformował, że przyczyną jego decyzji była różnica zdań pomiędzy nim a premierem Jarosławem Kaczyńskim w ważnej sprawie, jednak nie ujawnił w której. Nowym ministrem spraw wewnętrznych i administracji został Janusz Kaczmarek.

DOTYCHCZASOWY SZEF biura ds. przestępczości zorganizowanej Prokuratury Krajowej Konrad Kornatowski został komendantem głównym policji. Jest on kolejną osobą spoza szeregów policji na kierowniczym stanowisku w tej służbie, co wywołuje protesty policjantów oraz opozycji. Konrad Kornatowski zastąpił na stanowisku Marka Bieńkowskiego, który zrezygnował z funkcji, uzasadniając swoją decyzję względami osobistymi. DNIA 9 LUTEGO na ekrany polskich kin wszedł jeden z najbardziej oczekiwanych polskich filmów - ,,Ryś” w reżyserii aktora i satyryka

Stanisława Tyma. Film przedstawia dalsze losy cwaniaka rodem z PRL-u, bohatera kultowej komedii ,,Miś” Stanisława Barei i ,,Rozmów kontrolowanych” Sylwestra Chęcińskiego. Ryszard Ochódzki – prezes Klubu Sportowego „Tęcza“, w czwartej RP zostaje posłem i kandydatem na prezydenta. W jego rolę wcielił się po raz kolejny Stanisław Tym. W rozmowie z dziennikarzami zapewniał, że jako reżyser ,,Rysia” nie zamierzał konkurować z legendarnym filmem Barei. ZUZANA KOHÚTKOVÁ, WARSZAWA

5


Mamy święto, czyli tulipan i ciasteczko gratis

C

zy wspominacie czasami Dzień Kobiet? Ja pamiętam jeszcze zupełnie zielone tulipany, wręczane nam przez chłopców w podstawówce, zabawne akademie „ku czci..” w liceum, no i to już chyba wszystko, bo potem obowiązek pamiętania o tym święcie przejęły moje wszystkie „pierwsze miłości”. Zapytana mama, do tego zbioru wspominek dorzuca rajstopy i bon na pięćdziesiąt złotych, które dostawała w swojej pracy. Oj, działo się kiedyś, działo…! Ósmego marca można było w telewizji dowiedzieć się co nieco o sławnych kobietach, a prezenterki w studiu prześcigały się w atrakcyjności kreacji. Scenerię dopełniały chwiejące się na wiotkich gałązkach goździki, z szacunkiem

schylające głowy przed Sekretarzem, uczulającym Naród na wyjątkową rolę kobiety w świecie współczesnym. Czy dzisiaj, oprócz paru skocznych piosenek przedszkolnych, coś pozostało z tamtych szalonych dni? Właściwie ile jest kobiet, tyle

zdań na temat sensu tegoż święta. Niektóre bardzo je lubią, dla innych to żenujący i sztuczny twór. Najwięcej jednak jest opinii, iż każda okazja, by być milszym dla siebie nawzajem, jest tak samo dobra, niezależnie od tego, czy wiąże się z jakimś świętem, czy nie. Świat nie jest sprawiedliwy, o czym każdy wie, więc jeżeli swój dzień mają babcie, dziadkowie, rodzice, dzieci, nauczyciele, pracownicy socjalni, sportowcy oraz żołnierze, policjanci i nawet wszyscy święci, to dlaczego nie ma Dnia Mężczyzny? Tak sobie więc myślę, że w podziękowaniu za te wszystkie Dni Kobiet chciałabym Ci, Mężczyzno, zaproponować stworzenie Twojego Święta, niechby nawet to było jutro! Wstajesz o poranku, ale part-

P

ostanowiliśmy sprawdzić, jak Międzynarodowy Dzień Kobiet wspominają Polki mieszkające na Słowacji, czy obchodzą to święto i czy, ewentualnie, byłyby za ustanowieniem Międzynarodowego Dnia Mężczyzn.

Urszula Szulczyk-Śliwińska – kierownik Wydziału Konsularnego Ambasady RP w Bratysławie Dzień 8 marca kojarzy mi się z tłumem panów, stojących w kolejkach po tulipana lub goździka. U mnie w rodzinie to święto nie było w jakiś szczególny sposób obchodzone. To oczywiście fajny dzień, ale jakoś te święta obchodzone jeden raz do roku omijam dużym kołem, bo czemu to ma służyć? Uhnorowaniem nas kobiet przez jeden dzień? Nie narzekam, ale według mnie to jest sztuczne. Czasami to nawet przecież bywało groteskowe, kiedy panowie „świętowali” dzień kobiet, a potem w „dobrym humorze” wracali do domu ze złamanym tulipanem. Święto mężczyzn? Czemu by to miało służyć? Przyszły do nas walentynki, halloween, ale czy ja wiem? Miałybyśmy chodzić do panów z tuliapanem? Albo ze skarpetkami? Pewnie byśmy się bardziej przejęły ich świętem niż oni naszym. Jestem bardziej tradycjonalistką, nie neguję tego, bo być może dla niektórych to ważne święta, ale dla mnie nie mają znaczenia. 6

FOTO: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

• A N K I E T A • A N K I E T A • A N K I E T A • A N K I E T A • A N K I E T A • Alina Šošoková z Bratysławy To potrzebne święto. Kobiety zasługują na wyróżnienie, pracują przecież zawodowo, troszczą się o rodzinę. Kiedyś, jeszcze w czasach socjalizmu, to święto było obchodzone bardzo hucznie. Ze szczególną nostalgią wspominam czasy, kiedy w firmie, w której pracowałam, urządzano uroczyste zabawy przy muzyce, z tańcami. Dziś jakoś specjalnie

nie czekam na 8 marca, bardziej chyba na Dzień Matki. Ale skoro to święto ma znaczenie międzynarodowe, nie powinno być pomijane. Co do mężczyzn – myślę, że i oni zasługują na swoje święto. Nie wiem, ilu zwolenników by miało, ale dziś przecież obchodzi się tyle świąt, że nawet to „męskie” pewnie by się przyjęło. Bo przecież mężczyźni też zasługują na uznanie.

Krystyna Zindlerová z Bratysławy Bardzo mile wspominam Międzynarodowy Dzień Kobiet, szczególnie te czasy, kiedy pracowałam w żłobku. Wtedy po pracy chodziliśmy wspólnie do restauracji na dobrą kolację, zabawę. To święto nadal powinniśmy obchodzić i z tego, co obserwuję, ono nadal żyje, choć może nie

w takim stopniu, jak kiedyś. Pracuję jako pielęgniarka w domu opieki społecznej i muszę przyznać, że 8 marca my, pielęgniarki jesteśmy doceniane jako kobiety. No i dzieci pamiętają o święcie kobiet. Co do święta mężczyzn to sądzę, że nie jest potrzebne. Przecież panowie w nasze święto i tak bardzo dobrze się bawili. mw MONITOR POLONIJNY


nerka obchodzi cię szerokim łukiem, udając, że to normalny dzień. Wychodzisz więc do pracy w nastroju radosnego oczekiwania i jednocześnie zły na swoją kobietę – znowu zapomniała! Już od wejścia do biura milczący na co dzień portier częstuje cię cukierkiem, potem koleżanki z działu wręczają ci rachitycznego tulipana. Przez kolejne godziny co chwila powtarzasz: „dziękuję bardzo, naprawdę dziękuję”, aż w końcu chcesz jedynie, aby ten dzień się już skończył. Ale nic z tego, to dopiero pora lunchu. Idziesz więc na obiad i jako Mężczyzna w Dniu Swojego Święta do zamówionego jedzenia dostajesz jabłko gratis, a do kawy ciasteczko. Po powrocie do biura okazuje się, że inni koledzy umawiają się na wcześniejsze wyjście z pracy i wypad do centrum handlowego. Przyłączasz się, bo nie chcesz wyjść na podnóżek szefowej, chociaż marzysz o powrocie do domu. Przechadzając się po alejkach centrum handlowego, stopniowo wzbogacasz się o próbkę perfum, cukierki czekoladowe, bon zniżkowy do spa, plastikową różę, a w kawiarni, cóż za niespodzianka – ciasteczko gratis! Po powrocie do domu okazuje się, że Twoja partnerka jest w nadzwyczaj wesołym nastroju („Ach wiesz, trzeba było uczcić wasze święto z koleżankami…”). Jednakże wita cię bukietem róż i życzeniami: „Obyś, najdroższy, zawsze był tak przystojny jak dziś, ty mój pączusiu kochany!”. Po symbolicznej lampce wina ukochana niestety zasypia przy telewizorze, więc trochę rozczarowany, ale również ze sporą ulgą kładziesz się w końcu spać. Następnego ranka stwierdzasz, że róże i rachityczny tulipan zamieniły się w zwiędłą ściółkę. W pracy szefowa od rana daje upust swoim emocjom, nieco zła za to wczorajsze wcześniejsze wyjście („Święta się wam zachciewa. Do garażu, a nie do biura się nadajecie…”) Patrzysz przez okno i widzisz, że koledze z działu znowu zastawiła miejsce na parkingu chuda asystentka dyrektora, a na jego rozpaczliwe gesty wzruszyła tylko ramionami i weszła do budynku. „Dzień jak co dzień – stwierdzasz. – I tak jest najlepiej”. AGATA BEDNARCZYK MARZEC 2007

Polskie

businesswomen na Słowacji M

amy marzec, a ponieważ miesiąc ten często kojarzy się ze świętem kobiet, więc tym razem przedstawiamy Państwu kobiety-Polki, które zdecydowały się na prowadzenie własnej firmy na Słowacji. Ewa Baltazarovič wraz z mężem prowadzi firmę, zajmującą się dystrybucją artykułów dziecięcych na terenie Słowacji. Krystyna Sečkarová prowadzi firmę drobiarską, a Zofia Šramková sklep z drogerią i kosmetykami.

Czym się zająć? Ewa Baltazarovič wraz z mężem Wszystkie moje rozmówczynie zdecydowały się na przeprowadzkę na Słowację ze względu na swoich mężów-Słowaków. Ewa Baltazarovič przyjechała do Bratysławy w 2001 roku. O założeniu własnej firmy małżonkowie zdecydowali w 2004 roku, zaraz po wejściu Słowacji do Unii Europejskiej. „Początkowo planowaliśmy stworzenie zwykłego sklepiku internetowego i sprzedawanie zabawek rozwojowych dla małych dzieci – wspomina Baltazarovič. – Inspiracją była nasza córka, która wtedy miała 9 miesięcy i po prostu nie miała się czym bawić, ponieważ na rynku słowackim nie można było kupić takich zabawek”. Moja rozmówczyni przyznaje, że gdyby nie wejście Słowacji do Unii prawdopodobnie o takim businessie w ogóle by nie pomyśleli, ponieważ wcześniej sprzedaż jakichkolwiek artykułów dla dzieci wiązała się ze skomplikowanymi procedurami, badaniami, certyfikatami, co by-

ło bardzo kosztowne. Kiedy okazało się, że dystrybutor z Polski poszukuje partnera na Słowacji, podjęli wyzwanie. „Nie ukrywam też, że chcieliśmy z mężem spędzać ze sobą więcej czasu, a taka wspólna praca nam na to pozwala” – dodaje Baltazarovič. Krystyna Sečkarová poznała męża w 1973 roku podczas wspólnych studiów rolniczych w Nitrze. O miejscu ich zamieszkania zdecydowała praca męża na farmie drobiu w Malackach. „Kiedy w 1991 roku firma, w której pracowaliśmy, znalazła się w stanie likwidacji, zadawaliśmy sobie pytanie, co z nami teraz będzie.” – wspomina Sečkarová. Postanowili założyć własną firmę drobiarską . Zofia Šramková wcześniej pracowała w służbie zdrowia. Jej mąż pierwszy się odważył i założył własną firmę na początku lat 90-tych. „Kiedy widziałam, że ma tyle obowiązków, zdecydowałam, że porzucę swoją pracę i będę 7


mu pomagać – wspomina Šramková. – Później przyszła propozycja odkupienia drogerii nieopodal miejsca, w którym rozkręcał swój business mój mąż”. W ten sposób Šramkovie zdecydowali się działać w tej samej branży i wzajemnie się wspierać.

przynosi do domu i wówczas pracuje w tzw. czasie wolnym. „Plusem jest to, że możemy z mężem pracować razem. My sobie to cenimy, ktoś inny być może by narzekał, ale nas to łączy. Nie potrzebujemy czasu wieczorem, by opowiadać sobie, co się stało w pracy“ – wyjaśnia.

Początki

Chwile zniechęcenia Początki zawsze są trudne, ale moje rozmówczynie potrafiły stawić czoła nowym wyzwaniom. Ewa Baltazarovič wspomina, że największą bolączką był problem braku pieniędzy na rozwój firmy. „Rozwiązaliśmy go małymi, krótkoterminowymi pożyczkami – opowiada. – Teraz by się nam już nie udało z takimi środkami, jakie mieliśmy wtedy. Wejście do Unii otworzyło wiele możliwości działania w różnych branżach, choć nie ma co ukrywać – największymi szczęściarzami byli ci, którzy zaczynali na początku lat 90-tych”. Również Krystyna Sečkarová opowiada o swoich początkach w aspekcie finansowych bolączek. „Musieliśmy wziąć dość wysoki kredyt i przez pierwszych 5 lat wszystkie zarobione pieniądze szły do banku” – wspomina. Również, żeby modernizować firmę, zaciągnęli kredyt na kolejne 3 lata. Zofia Šramková wspomina walkę z konkurencją, kiedy pojawiły się hipermarkety i zaczęły odbierać im klientów. „Musieliśmy drastycznie obniżyć ceny produktów, sprzedając towar po cenie zakupu tylko dlatego, żeby się utrzymać na rynku“ – opowiada. Po jakimś czasie okazało się, że klienci zaczęli wracać do jej sklepu, często doceniając możliwość kontaktu osobistego, porozmawiania i poradzenia się w sprawie wyboru towaru. 8

Krystyna Sečkarová

Obowiązki Wszystkie panie twierdzą, że we własnej firmie mają sporo obowiązków, ale doceniają to, że same mogą sobie regulować czas pracy, a obowiązki dzielą razem z mężami. Ewa Baltazarovič przyznaje, że stała się już niemalże specjalistą w wielu dziedzinach: „Jednego dnia jestem analitykiem, specjalistą od finansów i księgowości, innego od logistyki, kolejnych parę dni spotykam się z klientami, potem zajmuję się polityką cenową czy bazą danych”. Krystyna Sečkarová, prowadząc firmę z mężem, dzieli z nim i obowiązki. „Mąż prowadzi wszystkie sprawy techniczne, a ja prowadzę wszystkie sprawy handlowe. Oboje jesteśmy specjalistami w zakresie drobiarstwa, więc naradzamy się i wspólnie podejmujemy decyzje” – opisuje. Przyznaje, że jej czas pracy nie jest normowany, a jeśli to konieczne, pracuje również w weekendy. Zosia Šramková pracuje w sklepie od godz. 10.00 do 18.00, ale często biurową pracę

Prowadzenie własnej firmy wymaga dużej odporności psychicznej, umiejętności przezwyciężania przeszkód. Bywają też czasami chwile zniechęcenia. Ewa Baltazarovič przyznaje, że po kilku miesiącach dystrybucji zabawek byli z mężem tak zniechęceni, że rozważali wycenę i sprzedaż firmy. „Na szczęście rodzice, którzy żyją na tym świecie trochę dłużej niż my, powstrzymali nas od tego kroku” – wspomina. Bywało i tak, że nie mogli zmrużyć oka, kiedy to np. po roku działalności stracili prawo dystrybucji zabawek Tiny Love. „Byliśmy tak zaskoczeni, że nie mogliśmy spać, ale najważniejsze było dostrzec, gdzie się popełniło błąd, i nie dopuścić do tego nigdy więcej” – konstatuje. Okazało się, że Baltazarovičovie popełnili błąd podczas podpisywania kontraktu, ale, na szczęście, po kilku miesiącach odzyskali prawo dystrybucji zabawek na terenie Słowacji. W przypadku Krystyny Sečkarovej chwile zniechęcenia przyszły w najmniej oczekiwanym momencie, kiedy firma prosperowała najlepiej. Powodem kryzysu stała się ptasia grypa. „Z dnia na dzień obniżył się zbyt drobiu, spadły ceny na produkty drobiarskie, zaczęliśmy sprzedawać poniżej kosztów produkcji – wspomina moja rozmówczyni. – Wtedy zadawaliśmy sobie pytanie, jak długo to firma wytrzyma? MONITOR POLONIJNY


Wszystko to, co tyle lat budowaliśmy, było w zagrożeniu. Był to dla nas bardzo ciężki rok i do dziś nie mamy jeszcze odbudowanej pozycji, jaką mieliśmy przed ptasią grypą”. Okazało się, że w trudnej sytuacji pomocną dłoń wyciągnęli do nich koledzy z Polski, dzięki którym Sečkarovie zyskali nowe rynki zbytu. Zosia Šramková nigdy nie przejmowała się przeciwnościami losu. „Mój mąż tego nie może zrozumieć, a ja przecież wiem, że jak się będę wewnętrznie użerać, to i tak mi to w niczym to nie pomoże“ – wyjaśnia. Šramkovie przeżywali też trudne chwile – ukradziono im samochód, włamano się do sklepu. „Rzeczy materialne przecież nie mogą mnie wyprowadzić z równowagi – ocenia Šramková. – Po włamaniu do sklepu cieszyłam się, że nie ukradziono nam całego towaru, że część została“.

Zofia Šramková MARZEC 2007

Jak sama twierdzi, nigdy nie żałowała tego, że porzuciła poprzednią pracę. „Podobnie jak w służbie zdrowia również obsługuję klientów, mam z nimi bezpośredni kontakt – twierdzi. – Moi klienci przychodzą do sklepu nie tylko po towar czy radę, ale po to, aby po prostu porozmawiać. Wtedy mówię sobie, że nie tylko lekarz leczy, ale i ludzki uśmiech, zainteresowanie“. Właśnie ten bezpośredni kontakt, według mojej rozmówczyni, jest często atutem w walce z hipermarketami.

Nauka Praca we własnej firmie uczy człowieka wielu rzeczy. Ewa Baltazarovič ocenia, że oboje z mężem dzięki pracy we własnej firmie nauczyli się dużo więcej niż w poprzednim miejscu pracy. „Cechy, które zyskaliśmy to chyba przede wszystkim upór i chęć dążenia do wyznaczonego celu to – twierdzi. – Kiedy jesteś gdzieś zatrudniony, a coś Ci się nie podoba, nie idzie tak, jak sobie wyobrażasz, możesz się po prostu zwolnić i znaleźć sobie nową pracę. We własnej firmie jest inaczej – musisz być odpowiedzialny”. Krystyna Sečkarová wskazuje kolejne cechy, które są niezbędne w prowadzeniu jej firmy: natychmiastowa reakcja, duże poczucie obowiązku i odpowiedzialność. „Gdyby moja firma produkowała np. wodę mineralną, mogę ją przy braku zbytu na kilka tygodni odstawić do magazynu i nic się nie stanie – ocenia. – Jednak praca z żywym materiałem wymaga perfekcyjnej organizacji, aby sprzedaż, załadunek, transport odbyły się do 24 godzin od wylęgu piskląt”. Zofia Šramková oprócz obowiązkowości

wymienia umiejętność poszanowania drugiego człowieka. „Nigdy nie zaproponowałabym klientowi czegoś, czego nie znam“ – mówi i jednocześnie z uśmiechem wspomina o tolerancji względem męża, z którym współpracuje. „W businessie musiałam się nauczyć akceptować jego pomysły albo dyplomatycznie przedstawiać swoje racje i umieć je przeforsować“ – wyjaśnia

Zakładać własną firmę? Ponieważ moje rozmówczynie już przeszły jakiś odcinek drogi w budowaniu własnych firm, zapytałam je, czy, mając taki bagaż doświadczeń, poleciłyby innym, aby założyli własny business? „Należy bardzo dokładnie przeanalizować pomysł, który zamierza się zrealizować – podpowiada Ewa Baltazarowić. – Oczywiście można wejść na rynek na ślepo, ale to się może skończyć niepowodzeniem”. Krystyna Sečkarová dodaje, że trzeba mieć wiarę w siebie i w swój projekt oraz wytrzymałość w momentach kryzysowych. „Jestem przekonana, że jeżeli ktoś bardzo chce założyć swój business, nie powinien się tego obawiać – zachęca. – Z każdą firmą jest jak z małym dzieckiem, o które trzeba się ustawicznie troszczyć, ale jeżeli będzie ono kochane, będzie się rozwijać”. Zofia Šramková z pewną rezerwą podchodzi do zakładania firmy w dzisiejszych czasach. „Teraz jest chyba trudniej zacząć i przebić się, niż wtedy, kiedy zaczynaliśmy my, kiedy nie było jeszcze takiej konkurencji – ocenia. – Dziś trzeba się bardziej napracować, aby sobie wyrobić dobrą markę“. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA 9


Słaba płeć, ale jakie wyniki! Stare, wymyślone oczywiście… częściej odnosi sukcesy, m.in. pod w USA, wielokrotnie ośmieszone koniec stycznia zdobyła dwa złote i coraz częściej już zapominane medale na 23. Uniwersjadzie święto – Dzień Kobiet – skłoniło w Pragelato we Włoszech (na dymnie do przypomnienia kilku najstansie 5 km i 1200 metrów). ważniejszych reprezentantek naW klasyfikacji Pucharu Świata jest szej płci pięknej w sporcie oraz ich obecnie ósma. sukcesów. Nie sposób wymienić Niewątpliwa królowa polskiego wszystkich, podobnie jak niemożlisportu i najbardziej hołubiona polwe jest wskazanie tej najlepszej. ska sportsmenka, prawdziwa Zacznę od niezbyt dobrej wiagwiazda to Otylia Jędrzejczak. Po domości, która pojawiła się w grudługiej przerwie w marcu 2006 r. dniu 2006 roku. Otóż dwukrotna wróciła do pływania. Właśnie temedalistka olimpijska, mistrzyni Anna Rogowska raz, w marcu 2007 w Melbourne świata w podnoszeniu ciężarów będzie bronić pozycji najlepszej w kategorii +75 kg Agata Wróbel pływaczki świata na 200 m styz klubu Góral Żywiec zdecydowała lem motylkowym. Będzie to rewasię zakończyć karierę! Tym sanż w jaskini lwa, w naprawdę gomym spadają nasze szanse na rącej atmosferze, bo pływanie dla sukcesy w tej dyscyplinie i jednoAustralijczyków jest sportem nr 1! Ula Radwańska cześnie kurczy się grupa naszych Rok 2006 był wielkim zwycięstsportowców, którzy byliby zdolni wem Otylii, stawiając ją w jednym do walki o medale na przyszłoszeregu z największymi bohaterarocznej olimpiadzie w Pekinie. mi sportu, poruszającymi wyobraTrenerzy mają jednak nadzieję, że źnię nie tylko kibiców. Otylia znajzawodniczka zmieni swoją decydzie się w świetle jupiterów zję. Jeśli zdecyduje się na powrót, z dwóch powodów. Po pierwsze Sylwia Gruchala obejmie ją program przygotowań wróciła do sportu po kilkumiedo igrzysk olimpijskich w Pekinie sięcznej przerwie, spowodowanej w 2008 roku. Istnieją jednak poważne oba- wypadkiem samochodowym w październiku wy, że jest może to być jej ostateczna decy- 2005 roku, w którym zginął jej brat, a po druzja, ponieważ nie ma już ona sił do ciągłej gie na mistrzostwach Europy w pływaniu walki z kontuzjami, a ciężkie treningi nie w Budapeszcie w sierpniu ubiegłego roku dają jej satysfakcji. Według „Super Otylia wygrała na 200 m stylem dowolnym Expressu” Agata Wróbel przyznała, że zer- i 200 m motylkiem oraz zdobyła srebro wała całkowicie kontakt ze sportem, po- w sztafecie 4x200 m stylem dowolnym. zmieniała numery telefonów i postanowiła Nasza zawodniczka jest niepokonana na zmienić życie. Gazeta podała, że „była wi- swoim ulubionym dystansie 200 m stylem cemistrzyni olimpijska pracuje obecnie motylkowym. Od mistrzostw świata w japońw Wielkiej Brytanii przy... sortowaniu śmie- skiej Fukuoce w 2001 roku (wtedy nie skońci, wcześniej pracowała przy sałatkach”. czyła wyścigu, zachłystując się wodą) nikt jej Zawodniczka nie wyklucza, że kiedyś do na tym dystansie nie pokonał sportu wróci, teraz jednak o tym nie myśli. U boku naszej królowej basenu pojawiła W pełni sezonu sportów zimowych trzeba się nowa polska gwiazda pływacka, Katawspomnieć o jednej z naszych najlepszych rzyna Baranowska. W Europie zajmuje czozawodniczek walczących na śniegu. Justyna łowe miejsca. Na dystansie 200 m stylem Kowalczyk, dziewczyna ze wsi Kasina Wielka zmiennym była w Helsinkach bezkonkupod Zakopanem, która 19 stycznia skończyła rencyjna, na 400 m w tym samym stylu tyldopiero 24 lata, reprezentuje AZS AWF ko Włoszka Alessia Filippi jest szybsza. Katowice w biegach narciarskich i coraz Jednak Baranowska w Melbourne będzie 10

miała nieporównanie trudniejsze zadanie niż inni Polacy. Również w tak eleganckim i dość elitarnym sporcie, jakim jest tenis, pojawiła się nowa nadzieja. Coraz częściej sukcesy odnosi 16-letnia polska tenisistka Ula Radwańska. Obecnie jest juniorką, w ostatnich tygodniach zabłysnęła w singlu i deblu (w parze z Amerykanką) na turnieju Australian Open. Za dwa tygodnie rozpoczną się emocje na torach Formuły 1, gdzie od sierpnia ubiegłego roku mamy naszego kierowcę. Warto dodać, że również panie odnoszą sukcesy za kierownicą sportowych samochodów. Propozycję ścigania się w innej kategorii, w Formule 2.0, w szwajcarskim zespole Jenzer Motorsport dostała... 17-letnia Natalia Kowalska, która w minionym roku była w nim kierowcą testowym. Niestety musi za to zapłacić i na razie szuka sponsora. A że Dzień Kobiet to święto z męskim udziałem, warto też wspomnieć o brązowym medalu naszej pary łyżwiarzy figurowych Doroty i Mariusza Siudków w ich ostatnim starcie w Polsce. Kończący karierę Polacy pojechali efektownie, wspierani przez euforycznych fanów na warszawskim Torwarze. Pojechali fantastycznie, z szopenowskimi emocjami (do muzyki Chopina) zaś oryginalnymi i efektownymi wyniesieniami wprawili widownię w zachwyt. Właściwie popełnili zaledwie jeden błąd – Dorota skoczyła podwójnego toe-loopa zamiast potrójnego. Gdy skończyli i ściskali się na środku lodowiska, widownia wiwatowała. Pożegnała ich owacją na stojąco, a na lód poszybowały kwiaty i maskotki, choć jeden pluszowy słonik, a właściwie słoń, nie doleciał. Nasi czterokrotni medaliści mistrzostw Europy kończą karierę marcowymi mistrzostwami świata w Tokio. Nie można też zapomnieć o bardzo dobrych występach Anny Rogowskiej, która w skoku o tyczce należy do światowej czołówki, Sylwii Gruchale, naszym talencie w szermierce, naszych „złotkach” – drużynie siatkarek, które, miejmy nadzieję, po chwilowych niepowodzeniach wrócą do formy, i wielu innych, których wymienić nie sposób. Jeszcze nie raz o nich usłyszymy. A że sport jest dla wszystkich, więc... start! ANDRZEJ KALINOWSKI MONITOR POLONIJNY


Villa Cassa,

czyli o Polakach w prawdziwej metropolii

C

zy wiecie, że na Słowacji jest miasto, w którym każdy przyjezdny może poczuć się jak w domu? Na ulicach spotkacie Amerykanina i Araba, katolickiego księdza i rabina, a dobry klimat i przepiękna zabudowa sprawiają, że każdy z nich powie wam, iż to miejsce do życia, jakie tylko można sobie wymarzyć. W tym tygielku Europy nie może oczywiście zabraknąć Polaków. O czym więc dzisiaj? O Koszycach rzecz jasna! Gdy przyjeżdżamy do obcego miasta po raz pierwszy, podświadomie szukamy jego środka, czyli rynku. W Koszycach serce miasta jest widoczne już z daleka – ogromna i zjawiskowa czternastowieczna katedra Świętej Elżbiety. To właśnie ten zabytek dla wielu Koszyczan-Polaków jest najważniejszy. Rozciągająca się u stóp katedry Starówka w kształcie wrzeciona to kolejna perełka, a raczej cały ich sznur – mistrzowsko odnowione domy, a w nich przytulne knajpki, zza drzwi których ulatujące aromaty miło pobudzają zmysły, oraz galerie sztuki, w których współcześni artyści – także polscy – prezentują swoje prace. Pod ziemią, co trzeba przyznać jest dość nietypowe, znajduje się skansen archeologiczny, w którym można MARZEC 2007

zobaczyć pozostałości fortyfikacji i kanalizacji miejskiej. Uroku tej niezwykłej Starówce dodaje jeszcze grająca fontanna, ale tak naprawdę najważniejsza jest rzeczka, która swobodnie płynie sobie wzdłuż tych staromiejskich zabytków. Przepływa – podkreślam – przez środek rynku! Pan Tadeusz Błoński, mieszkający w Koszycach od trzydziestu lat, uważa, że Stare Miasto jest najciekawsze wieczorem. „Wtedy najlepiej widać, jak wiele pracy włożono, by wydobyć jego piękno. Dlatego Koszyce coraz częściej przyciągają obcokrajowców, choć właściwie, odkąd pamiętam, zawsze było to miasto kosmopolityczne”. Mieszkając na dwunastym piętrze wieżowca, pan Błoński cieszy się zapierającym dech w piersiach widokiem na najpiękniejszą część Koszyc i swoich gości właściwie nie musi już oprowadzać po Sta-

rówce. Pani Urszula Szabados zna Koszyce od trzydziestu lat, a jej pierwsze tutejsze lokum to Dom Kapitański, w którym obecnie mieści się Muzeum Techniki. Gdy w czasie Dni Kultury Polskiej odbywają się w nim wystawy sztuki, oprowadza zwiedzających po salach wystawowych, poruszając się po śladach swojego dawnego salonu, kuchni, sypialni… Przyznaje, że to właśnie odwiedzający ją goście uświadomili jej, jak wyjątkowe są Koszyce i że nie sposób nacieszyć się ich klimatem podczas jednej krótkiej wizyty. Koszyczanie mają jeszcze coś, co dodatkowo każe ciepło myśleć o tym mieście – to restauracja „Rosto Catering”, znajdująca się przy ulicy Orlej 6 i prowadzona przez Konrada Schonfelda. Biała kiełbasa, bigos, pierogi oraz inne potrawy, pojawiające się w menu w zależności od pory roku i świąt, to wyjątkowo smakowity sposób na pokazanie cudzoziemcom prawdziwej polskiej kuchni. Czy jeszcze muszę kogoś przekonywać, że to wstyd nie zajechać do Koszyc, gdy się mieszka na Słowacji? Przed nami maj, a to oznacza Dni Koszyc i oszałamiające mnóstwo atrakcji nie tylko w mieście. Dla tych, co dzień bez sportu uważają za stracony, dodam, że w najbliższej okolicy znajdą letni tor bobslejowy „Kavečany”, rodzinne centrum relaksu „Alpinka”, do którego można dojechać dziecięcą kolejką, a amatorzy sportów wodnych mogą spróbować swoich sił na wyjątkowym na skalę światową wyciągu, rozpiętym nad jeziorem. A Maraton Pokoju? A zimowe szaleństwo na pobliskich wzgórzach? No cóż – słowacka, a jednak wielonarodowościowa metropolia, otoczona krajobrazami rodem ze Szwajcarii, czeka tylko na wyjątkowych turystów. Takich jak Ty… AGATA BEDNARCZYK 11


Mandaryna: „Już nie chcę ludziom udowadniać,

że nie jestem wielbłądem” sobotę karnawału w wiedeńskim „Museumsquartier” bawiła WYWIAD MIESIĄCA W ostatnią Polaków Mandaryna – królowa polskiego dance. W ten sobotni

Jak się czujesz jako idol młodych ludzi? Jesteś matką i wiesz, że to olbrzymia odpowiedzialność być wzorem dla młodych. To prawda, ale bardzo się cieszę, że młodzi ludzie mnie zaakceptowali. To fantastyczne, kiedy czujesz, że jesteś komuś potrzebny, że dobrze się bawią przy tym, co robisz. Bardzo kocham ludzi i wiele się od nich uczę. Naprawdę słucham swoich fanów, bo czasem, nawet nieświadomie, dają mi wskazówki, jak postępować w życiu. To taka obopólna nauka, kiedy i jedna, i druga strona czerpią coś dla siebie. Chciałabym, żeby moi fani naśladowali mnie w tym, co we mnie najfajniejsze. Co, według Ciebie, jest w Tobie, co warto naśladować? To jest bardzo trudne pytanie, to jakby wymienianie swoich zalet. Staram się być po prostu dobrym człowiekiem, nie lubię obłudy, kłamstwa. Najważniejsze jest bycie silnym i dążenie do tego, o czym człowiek marzy. Jestem przykładem tego, że marzenia się spełniają. Co było Twoim największym marzeniem? W miarę dorastania moje marzenia posuwały się o krok do przodu. Kiedy byłam małą dziewczynką, marzyłam o tym, żeby zacząć tańczyć. Potem, jak zaczęłam tańczyć, marzyłam o tym, żeby startować w zawodach i wygrywać. I tak to się wszystko działo. Potem chciałam być w zespole, który jest popularny, później chciałam robić własną karierę. I to są poprzeczki stawiane 12

wieczór pod sceną zebrał się spory tłum jej fanów. W oczekiwaniu na nią nie tracili czasu, przeginali się w rytm muzyki, płynącej z głośników – znanych przebojów światowych i polskich. Atmosfera była iście karnawałowa. Około godz. 23.00 tłum zaczął napierać na scenę coraz bardziej, nie mogąc doczekać się występu Mandaryny, która w końcu pojawiła się wraz z trzyosobowym zespołem tanecznym. Godzinę wcześniej w garderobie udało mi się z nią porozmawiać. Już na początku poprosiła mnie, żebym zwracała się do niej po imieniu. Podczas spotkania pokazała mi kreacje, w których miała wystąpić na scenie, i pochwaliła się nową fryzurą – doklejanymi włosami. Mandaryna, czyli Marta Wiśniewska, pojawiła się na polskiej scenie jako tancerka wraz ze swoim zespołem tanecznym „Mandaryna Dance Studio“ – odpowiadała za choreografię występów grupy „Ich Troje“. Później próbowała swoich sił jako aktorka, występując w polskich serialach, by wreszcie dzięki pomocy swojego męża Michała Wiśniewskiego – lidera zespołu „Ich Troje“ – rozpocząć karierę piosenkarki. Dziś to ulubienica nastolatków – podziwiana i krytykowana. W wyniku burzliwego rozstanie z Michałem Wiśniewskim niemalże na stałe zagościła na łamach prasy bulwarowej. Zainteresowanie mediów jej życiem prywatnym miało swój początek kilka lat temu, kiedy to Michał Wiśniewski zdecydował się na udział w programie „Jestem, jaki jestem“, realizowanym przez stację TVN, a w domu państwa Wiśniewskich zostały zamontowane kamery. Najbardziej znane przeboje Mandaryny to: „Here I Go Again”, „Every Night“. Na swoim koncie ma dwie płyty: „mandaryna.com“ i „Mandaryna.com2me”. w miarę dojrzewania, w zależności od tego, ile się ma lat. Jaką kolejną poprzeczką sobie stawiasz? Teraz chciałabym nagrać swoją kolejną płytę. Myślę, że to będzie najważniejsza płyta w moim życiu. Wielu fanów na nią czeka. Co będzie na tej płycie? Album będzie się składać z dwóch krążków. Jeden będzie zamykać życie numer jeden, a drugi otwierać życie numer dwa. Na jednej będzie dużo spokojniejszej muzyki.

Chciałabym pewien rozdział w moim życiu definitywnie zamknąć. Ta płyta będzie rozliczeniem ze samą sobą. Co trzeba mieć w sobie, żeby osiągać kolejne pułapy, o których mówiłaś? Jest mnóstwo ludzi, marzących o karierze, a jednak im się nie udaje. Potrzebna jest determinacja. Jeżeli człowiek chce iść w danym kierunku, to trzeba próbować. Oczywiście nie za wszelką cenę, ale myślę, że każdy w środku ma jakieś limitery i wie, co chce robić. MONITOR POLONIJNY


Jak reagujesz na opinie, z którymi zapewne się spotykasz, że Twój były mąż (Michał Wiśniewski – lider zespołu „Ich Troje“ – przyp. od red.) otworzył Ci drzwi do kariery? Tak było! To Michał je otworzył i przy nim stawiałam pierwsze profesjonalne kroki na scenie jako tancerka, potem jako piosenkarka. Teraz pracuję już jako Mandaryna na własną osobowość, na własne nazwisko. Łatwo jest żyć z oddechem dziennikarzy i reporterów na plecach? Różnie. Czasami zdarzają się bardzo śmieszne sytuacje, kiedy fotoreporterzy siedzą na płocie i obserwują, czy wjechałam do domu, czy nie. Pamiętam, że jak przeprowadziłam się do nowego domu, okupowali drzewa i płot, a moja siostra wyniosła im herbatę i uspokajała, że niedługo przyjadę. Trzeba mieć do takich sytuacji pewien dystans, nie można wszystkiego traktować bardzo dosłownie. Życie, jakie wybrałam, jest życiem toczącym się trochę przy odsłoniętej kurtynie. Nie mogę swojej prywatności ukryć. A chciałabyś? Czasem tak. Często się zdarza, że w wywiadach mówię jako pierwsza o tym, co się dzieje w moim życiu tylko dlatego, żeby nie czytać zaskakujących mnie samą plotek. MARZEC LUTY 2007 2007

Wiele razy dostałaś? Po tyłku? Tak, wiele razy, ale każdy kolejny raz czegoś mnie nauczył. Niestety człowiek uczy się na błędach. Własnych. Czyli obecność mediów może być przekleństwem i błogosławieństwem? Tak. Gdyby nie było mediów, nikt by o artystach nic nie wiedział. Ale w dobie tabloidów są różne zaskakujące sytuacje, kiedy się spotykamy z informacjami wyssanymi z palca. Tabloidy to są dzienniki, a dziennik żyje swoim życiem, na szczęście tylko jeden dzień.

i na scenę. Czasem tak jest, że na początku ludzie obserwują artystę, zastanawiając się, czy go przyjąć, czy odrzucić. Ale w moim przypadku po pewnym czasie ten mur się rozpływa. Ale prawdą jest to, o czym pisano w Internecie, że w tym samym czasie w Nowym Jorku występowało „Ich Troje“? Czy zatem sugestie, że eksmąż odbiera Ci publiczność, konkuruje z Tobą były uzasadnione? Wciąż to krąży wokół nas! Bardzo chciałabym, żebyśmy zostawili spory na boku, żeby Michał zaczął żyć własnym życiem, nie koncentrował się na walce.

Jakie najbardziej zaskakujące informacje przeczytałaś o sobie? Że miałam sześciu narzeczonych po rozstaniu z Michałem. Co chwilę dopisywano mi kolejnego. Pisano też, że już nie mieszkam w Polsce. Nie myślałaś nigdy o wyjeździe za granicę na stałe? Nigdy nie mów nigdy. Ale na razie chcę się skupić na Polsce, choć bardzo lubię podróżować i zwiedzać. Właśnie wracasz ze Stanów Zjednoczonych, gdzie występowałaś przed polską publicznością. Doczytałam się jednak, że na Twój koncert w Nowym Jorku przyszło tylko 30 osób. Też to czytałam i to jest kolejny absurd, który ukazał się w Internecie. Nawet nikt się pod tym tekstem nie podpisał! To są właśnie takie momenty, kiedy człowiek się wścieka, bo jak wytłumaczyć całemu światu, że na koncercie było ponad tysiąc osób? Jaki był odbiór? Polonia bardzo fajnie się zachowała, dobrze się bawiliśmy. Energia przepływała ze sceny

FOTO: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Potrzebne jest chyba szczęście… Oczywiście. Całe życie składa się z wielu przypadków i tak naprawdę to każdy z nas, kiedy wróci pamięcią wstecz, uświadamia sobie, że gdyby nie tysiące przypadków, to w ogóle nie robiłby tego, co robi. A więc trochę szczęścia, determinacji, chęci, a przede wszystkim dużo pracy.


A zatem Wam obojgu zapewne znane jest uczucie zazdrości o fanów? Nie ukrywam, że jak żyliśmy razem, to zdarzały się sytuacje powodowane zazdrością ze strony Michała. Jeżeli będziemy sobie zazdrościć tego, co mamy, to nas nie wzbogaci, nigdzie nie wyniesie. Myślę, ze trzeba robić swoje, najlepiej, jak się potrafi. Lepiej się koncertuje w Polsce czy za granicą? W Polsce wiem, czego się mogę spodziewać, znam moich fanów i wiem, co im się podoba. Z drugiej strony za granicą człowiek występuje bez plotkarskich obciążeń, ludzie oceniają mój występ, a nie życie prywatne. Co jest Twoim największym marzeniem? Nagrać płytę, zagrać dobrą trasę koncertową w Polsce, która zaczyna się w maju. A z prywatnych rzeczy wyzwaniem będzie posłanie we wrześniu dzieci do przedszkola. Czym był dla Ciebie występ w Sopocie w 2005 roku, kiedy posypały się opinie, że nie potrafisz śpiewać? Był wielką lekcją życia. Ten występ wypadł tak, jak wypadł, ale nie do końca to było spowodowane tym, że to był mój zły

•Z NASZEGO PODWÓRKA•

dzień. Było tyle sytuacji, które były wymierzone we mnie… Komu na tym zależało? Byłam bardzo naiwna. Gdzieś tam rzucono mi kłody pod nogi. Kiedyś jeszcze o tym opowiem. Teraz trzymam to w tajemnicy. Jak się w takim razie bronisz, kiedy Ci ktoś zarzuca, że nie umiesz śpiewać? Zapraszam go na mój koncert.

Spotkanie z biskupem nitrzańskim

Pomaga? Tak. Już nie chcę ludziom udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Myślę, że każdy sam sobie może wyrobić zdanie, czy lubi Mandarynę, czy nie. Ja nie chcę nikogo na siłę przekonywać do siebie. Czym są dla Ciebie nagrody, złote płyty, tytuły „Artysta Roku”, to, że kolorowe czasopisma publikują Twoje zdjęcia? Agencja „Media Press” uznała Cię za najpopularniejszą postać prasową – pojawiłaś się na 18 okładkach w ciągu jednego roku. Każdy lubi być nagradzany. Artysta w ten sposób dowiaduje się, że jest potrzebny, nabiera wiary, że ktoś go docenia. Najfajniejsze są jednak te nagrody, które są przyznawane przez słuchaczy, a nie przez krytyków. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, WIEDEŃ FOTO: MARIUSZ MICHALSKI

Twój były mąż walczy z Tobą? Tak. Sądzę, że na scenie jest miejsce dla nas dwojga.

W sobotę 24.02.2007 r. po mszy świętej nitrzańska Polonia spotkała się z biskupem diecezji nitrzańskiej Jego Ekscelencją mons. Viliamem Judakiem. Było to dla nas bardzo ważne i uroczyste spotkanie. Już od 7 lat spotykamy się w nitrzańskiej katedrze na comiesięcznych mszach polskich, które za każdym razem są dla nas wielkim przeżyciem. Jak doszło do tych spotkań? Przed 7 laty z inicjatywy księdza Stanisława Ługowskiego i pani konsul Urszuli Szulczyk-Śliwińskiej, dzięki uprzejmości ówczesnego biskupa pomocniczego, a obecnie biskupa polowego mons. Franciszka Rabeka odbyła się pierwsza polska msza. Od tego czasu wiele się zmieniło – na lepsze. Mamy wspaniałego organistę, bardzo dobrego kościelnego, mamy też śpiewniki, dzięki którym lepiej nam się śpiewa, i, co bardzo istotne, możemy spotykać się w Domu Salwatorianów. Aby tutejsza Polonia miała tak dobre warunki do wspólnych spotkań podczas mszy i po niej, trzeba było włożyć wiele wysiłku i starań. Dlatego, korzystając z okazji, pragnę podziękować wszystkim tym, którzy pomogli w ich stworzeniu i w dalszym ciągu czynią wszystko, by nasze spotkania odbywały się we właściwej duchowej atmosferze. ROMANA GREGUŠKOVÁ Następne msze św. odbędą się: 31 marca i 21 kwietna o godz. 16.00, zaś 19 maja i 9 czerwca o godz. 17.00. MONITOR POLONIJNY


Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•

Mniejszości Narodowe w Martinie „Rok 2007 jest ważnym rokiem w życiu Unii Europejskiej – liczba państw członkowskich wzrosła do 27, w roku tym będziemy obchodzili 50-lecie podpisania traktatów rzymskich, tworzących fundament, na którym dzisiejsza UE powstała. Jest to początek nowego etapu w procesie integracji Europy”. Tymi słowami rozpoczęło się 26 stycznia 2007 r. Noworoczne Spotkanie Mniejszości Narodowych w Martinie. Doniosłą i uroczystą atmosferę spotkania podkreśliła obecność gości, którymi byli: J. E. Ognjan Garkov – ambasador Bułgarii w Bratysławie, Urszula Szulczyk-Śliwińska – konsul RP w Bratysławie i Riskó Nagy László – konsul Węgier w Bratysławie.

Oprócz prezesów poszczególnych Klubów gości przywitały Ivona Hanáková – dyrektor Centrum Kultury w Martinie i Andrea Jancošková – zastępca kierownika Wydziału Kultury i Rozwoju Regionalnego Urzędu Miejskiego w Martinie. Na spotkaniu obecni byli również przedstawiciele mediów – TV Turiec i Radia „Regina”. Klub Polski w Martinie jest współorganizatorem spotkań mniejszości narodowych, które znalazły już stałe miejsce w kalendarzu wydarzeń kulturalnych miasta i regionu. W tym roku w imprezie wzięło udział ponad 150 osób – członków Klubu Bułgarskiego, Stowarzyszenia Czeskiego, Stowarzyszenia Węgierskiego i Klubu Polskiego. Wspólna zabawa była do-

wodem tego, że wiara organizatorów, wyrażona we wzniesionym toaście: „Wierzymy, że uda nam się wysłać w świat nasze skromne poselstwo o tym, że spójność, solidarność, przyjaźń i wzajemny szacunek między narodami nie są pustymi frazesami ani przeżytkiem”, zyskała realne wymiary. IRENA ZACHAROVÁ

Ostatki w Bratysławie

Eury Art v Starej Ľubovni Výtvarné diela z letného workshopu Poľského klubu, ktorý v tomto roku prebiehal na Sivci , boli pripravené na putujúce výstavy. Diela sme naložili v jeden obyčajný pondelok do auta. Naložení tak, ako to pri veľkom množstve býva. Celé auto umenia. Vyrazili sme s nákladom smerom na Lipany a smer Stará Ľubovňa. Cestou nás chytila ohlasovaná víchrica. Uviazli sme asi 40 km od cieľa. V rádiu sme sa po hodine čakania dozvedeli, že na ceste sú skrížené kamióny a cesta je nepriechodná. Husté sneženie, padajúce konáre a ťažké zmrznuté gule ľadu padali na auto a okolo nás. Rozhodli sme sa otočiť a ako sa len dalo pomaly sa presunúť do Lipian. Tam sme poprosili známeho správcu cintorína, aby nám uskladnil obrazy na noc, pokým sa nespriechodní cesta. Náš pán správca MARZEC 2007

bol ochotný. Vyložili sme obrazy na cintoríne a na druhý deň nám ich odviezol, po búrlivej snežnej víchrici na miesto do Galérie Provinčný dom. V deň vernisáže 2.2.2007 v príjemnom prostredí miestnych ľudí, zamestnancov galérie a nás vystavujúcich sme otvorili za prítomnosti Ľubovnianského starostu, a kurátora Workshopu Tadeusza Blonského našu už druhú výstavu Eury Art v Starej Ľubovni, ktorá potrvá do 28.2.2007. Nasledujúca výstava bude v Michalovciach v Šariškom múzeu od 8. marca – 15 apríla 2007. ZDENKA BLONSKA ZÁBORSKÁ

FOTO: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

W ostatni wtorek karnawału spotkali się członkowie Klubu Polskiego w Bratysławie. Prezes Klubu Beata Wojnarowska przedstawiła plany działalności na rok bieżący, kierownik Wydziału Konsularnego Ambasady RP w RS – Urszula Szulczyk-Śliwińska zapewniła o wsparciu konsularnym dla Polonii, natomiast redaktor naczelna „Monitora Polonijnego” Małgorzata Wojcieszyńska przedstawiła tegoroczne plany wydawnicze na rok bieżący. Po części oficjalnej spotkanie miało charakter towarzyski. Nie zabrakło wspaniałych domowych wypieków, o które postarały się członkinie Klubu, oraz wina i napojów bezalkoholowych. Ostatki spędziliśmy więc we własnym gronie. mw


Patrycja Markowska

Polska wokalistka pop-rockowa Patrycja Markowska jest córką Grzegorza Markowskiego, słynnego lidera zespołu „Perfect”. Urodziła się w Warszawie w 1979 roku. Karierę muzyczną rozpoczęła w 2001 roku. Swoje początki wspomina tak: „Koniec liceum – nadszedł czas, żebym zajęła się śpiewa-

niem na poważnie. Zbieram zespół... Mija rok naprawdę twórczej pracy. Powstaje około 20 nowych kompozycji. Podpisuję z Universalem kontrakt na trzy płyty. Menager »Perfectu« zaprasza nas na trasę przed »Perfectem«. Gramy kilka koncertów przed kilkunastotysięczna publicznością“.

Jej pierwsza płyta „Będe silna“ otrzymała nominację do nagrody Fryderyka w kategorii debiut roku, a pierwszy singiel to „Opętanie“. We wrześniu 2003 roku wydała drugą płytę, zatytułowaną „Mój czas“, a w październiku 2005 album pt. „Nie zatrzyma nikt“. Razem z ojcem, wokalistą zespołu „Perfect”, zaśpiewała cover duetu Tiny Turner i Davida Bowie,

nagrany na składankę Radia RMF. Jeden z jej ważnych koncertów to support przed „The Cranberries” w katowickim „Spodku“. Nakręciła też teledysk z Marcinem Urbasiem (lekkoatletą) z okazji olimpiady w Sydney. W tym roku planuje wydanie nowego albumu. URSZULA SZABADOS

Magdaléna Štujberová – Hudba, ktorú počúvam Počúvam hudbu dosť rôznorodú, ale mám svoje veľmi obľúbené, ale aj neobľúbené žánre. Mám veľmi rada hudbu melodickú, rytmickú a živú, pri ktorej „nohy samy začínajú tancovať“, ale aj pokojnú, utišujúcu a rozjímavú – podľa nálady. Medzi moje obľúbené štýly patrí hudba keltská – írska, napr. the Pogues, Clannad, The Cassidies, ktorých sme mali možnosť vidieť niekoľkokrát v Bratislave, Carrantuohill – jedna z najznámejších poľských kapiel hrajúcich írsku hudbu (Enya, škótska Noel Mc Laughlin, škótski gajdoši „argylls“), hudba z Astúrie a Bretónska (tú hrá napríklad 16

slovensko-francúzska kapela Keltieg). Musím povedať, že túto hudbu vyhľadávam už veľmi dlho, ešte pred módnou vlnou Riverdancu a Michaela Flatleyho. Ďalšou obľúbenou kategóriou je židovská hudba klezmer. Výborná poľská kapela z Krakowa Kroke, bratislavskí Pressburger Klezmer Band a iní. Vždy som rada počúvala aj folklór, najskôr slovenský (sem nezaraďujem slovenské a české dychovky – tie patria do kategórie „mimoriadne neobľúbené“), pretože nejaký čas som tancovala v Techniku, a poľský. Bez ľudových kolied

súborov Mazowsze a Śląsk by sa u nás nezaobišli ani jedny Vianoce. Teraz sa k tomu pridala aj hudba balkánska – Goran Bregovic, ktorý spolupracoval aj s poľskou speváčkou Kayah, výborná rumunská dychovka Fanfare Ciocarlia. Patria sem aj kapely vychádzajúce z folklóru, ktoré ho hrajú vo vlastných úpravách – poľský Golec u Orkiestra alebo moravský Čechomor. Medzi mojich najobľúbenejších spevákov a skupiny patria jednoznačne Sting, Chris Rea, Mark Knopfler, Dead can Dance a Dire Straits. Veľa CD s obľúbenou hudbou som si doviezla z každoročných výjazdov do

Poľska, kde sme aj s bratom vždy veľa času strávili v katovickom Empiku. Tu som objavila aj veľmi zaujímavú poľskú skupinu starej hudby Stara Lipa. Keď sme pri tej starej hudbe, rada si vypočujem aj tzv. vážnu hudbu – najradšej baroko a romantizmus, ale väčšinou radšej v koncertnej sále ako doma. Je to totiž jediná hudba, pri ktorej nedokážem nič robiť – len sedieť a počúvať.... MONITOR POLONIJNY


P

ierwsze powojenne lata w Polsce to czas prawdziwej wędrówki ludów. Już w styczniu 1945 roku do zburzonej Warszawy wracali jej mieszkańcy, wysiedleni przez Niemców po upadku powstania warszawskiego. Z Niemiec wracali do Polski więźniowie obozów koncentracyjnych, jeńcy z 1939 roku i ludzie zesłani na prace przymusowe. Statystyki mówią, że było to około 1,5 miliona osób. Z terenów II Rzeczpospolitej, włączonych do Związku Radzieckiego, przesiedliło się do Polski na podstawie porozumień polsko-radzieckich ok. 1,2 miliona Polaków i Żydów oraz ok. 280 tys. osób, wcielonych do Wojska Polskiego. Powracali także żołnierze z Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie oraz cywile z Francji, Belgii i Westfalii – ok. 200 tysięcy.

Jak opustoszały Bieszczady Ale migracja ludności odbywała się także w odwrotnym kierunku. Zimą 1944/1945 roku zostało ewakuowanych lub uciekło przed frontem ok. 5 milionów Niemców. Później – do 1947 roku – w myśl decyzji Sojuszniczej Komisji Kontroli, podjętej na konferencji w Poczdamie, terytorium Polski opuściło kolejnych ok. 3 milionów Niemców. Na podstawie wspomnianej wcześniej umowy ze Związkiem Radzieckim, którą Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego podpisał już we wrześniu 1944 roku, miało dojść do przesiedlenia z Polski Białorusinów, Litwinów i Ukraińców na teren odpowiednich republik radzieckich. Do końca 1946 roku wyjechało z Polski 36 tys. Białorusinów, co stanowiło ok. 28 procent tej mniejszości. Jeśli chodzi o Białorusinów i Litwinów, to przesiedlenie ich odbywało się na zasadzie dobrowolności, tak więc większość Białorusinów pozostała w Polsce, podobnie jak licząca ok. 10 tys. mniejszość litewska, zamieszkująca Suwalszczyznę. Zasada dobrowolności tylko na krótko dotyczyła też mniejszości ukraińskiej, liczącej ponad 600 tys. osób. Od jesieni 1944 roku do marca 1945 roku z Polski wyjechało nieco ponad 80 tys. osób. Potem wyjazdy te całkowicie ustały, na co niewątpliwie wpłynęła m.in. działalność ukraińskiego podziemia – Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), która od samego początku przeciwstawiała się akcji wysiedleńczej. Szybko więc zastosowano wobec Ukraińców przymus wysiedlenia, któMARZEC LUTY 2007 2007

remu towarzyszyły nie tylko naciski administracyjne, ale także akty terroru i pacyfikacji. Do połowy 1946 roku wysiedlono na radziecką Ukrainę około 480 tys. osób. Akcję wysiedleńczą utrudniało w tym czasie jeszcze stosunkowo silne podziemie ukraińskie, atakujące odziały wojska, Urzędu Bezpieczeństwa czy straży granicznej, niszczące nie tylko księgi parafialne, które stanowiły podstawę ustalenia narodowości, ale także palące mosty, wysadzające tory kolejowe, niszczące sieć komunikacyjną. Nie obyło się bez palenia wsi i zabijania ich mieszkańców. W konflikt między Ukraińską Powstańczą Armią a aparatem państwowym włączało się też polskie podziemie, biorąc na Ukraińcach odwet za zbrodnie, dokonane na ludności polskiej na Kresach. Mimo iż akcję przesiedleńczą zakończono, w Bieszczadach, na Pogórzu i na Rzeszowszczyźnie nie było spokoju. Nie przyniosły go też zintensyfikowane działania Wojska Polskiego, skierowane przede wszystkim przeciw trzem dużym kureniom UPA – „Zaliźniaka”, „Bajdy” i „Rena” – działającym w okręgu rzeszowskim. Jesienią 1946 roku w samych szeregach UPA zaczął się rysować kryzys. Fakt, że nie udało się zapobiec akcji przesiedleńczej, zniechęcał Ukraińców do dalszej walki. Zniechęcona była również pozostała miejscowa ludność ukraińska, która przestawała wierzyć, że ukraińskie podziemie rozwiąże jej problemy. Wojsko Polskie zaczęło na tym terenie zyskiwać przewagę, ale rząd, zamiast wykorzystać ją dla dzia-

TO WARTO WIEDZIEĆ łań militarnych, skoncentrował się przede wszystkim na propagandzie zbliżających się wyborów do sejmu i w grudniu 1946 roku wstrzymano niemal wszystkie akcje wojskowe przeciw Ukraińskiej Powstańczej Armii. Na początku 1947 roku Wojsko Polskie odniosło wprawdzie kilka sukcesów w walce z partyzantką ukraińską, ale już w marcu ukraińskie podziemie zaczęło się odradzać. W dniu 28 marca 1947 roku w Bieszczadach, w rejonie wsi Jabłonka pod Baligrodem zginął podczas potyczki z oddziałem UPA wiceminister obrony narodowej gen. Karol Świerczewski, który wraz z gen. Prus-Więckowskim miał dokonać inspekcji kilku polskich placówek wojskowych. Śmierć gen. Świerczewskiego była dla komunistycznych władz doskonałym pretekstem do rozpoczęcia wcześniej przygotowanej wielkiej akcji wysiedleńczej. Ponieważ Związek Radziecki przestał już przyjmować przesiedleńców, jesienią 1946 roku rozpoczęto na szczeblu rządowym rozmowy o przesiedleniu całej ludności ukraińskiej na Ziemie Odzyskane. Tak więc, przyjmując stalinowską koncepcję rozwiązywania spraw narodowościowych, rząd kosztem ludności cywilnej chciał ostateczne zlikwidować zaplecze Ukraińskiej Powstańczej Armii. Już dzień po śmierci gen. Świerczewskiego koncepcję tę zaczęto realizować, podejmując odpowiednie decyzje i wydając rozkazy. Rząd powołał Grupę Operacyjną „Wisła”, na czele której stanął gen. Stefan Mossor, zastępca szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Przed Grupą Operacyjną postawiono zadania szybkiego przesiedlenia Ukraińców i rodzin mieszanych na Ziemie Odzyskane, nie tworząc zwartych grup i nie osiedlając ich bliżej niż 100 km od granicy. Akcję wysiedlenia miano uzgodnić z rządami Związku Radzieckiego i Czechosłowacji. W przeciągu jednego tygodnia Marian Spychalski i Stanisław Radkiewicz mieli rozpracować dane o ludności objętej akcją oraz opracować projekt przesiedlenia. 17


W skład Grupy Operacyjnej „Wisła” weszło ponad 20 tys. żołnierzy różnych jednostek, szturmowa dywizja lotnicza i Wojska Ochrony Pogranicza. Zgodnie z szacunkami historyków na terenie, który miał być objęty działaniami Grupy Operacyjnej, znajdowało się około 2500 żołnierzy UPA i kilka tysięcy członków bojówek. Strona polska miała prawdopodobnie dwudziestokrotną przewagę militarną nad ukraińskim podziemiem. Zgodnie z rozpoznaniem oceniono, że największa ilość oddziałów UPA znajduje się na południowy zachód od rzeki San, przy samej granicy radzieckiej, natomiast pojedyncze sotnie czy kurenie w powiatach sanockim i leskim. Działalnością Grupy Operacyjnej objęto rejon Bieszczadów, Rzeszowszczyznę, Lubelszczyznę i okręg gorlicki. Jednak największą uwagę w działaniach operacyjnych przykuwały same Bieszczady. Przed rozpoczęciem Akcji „Wisła” uszczelniono granice państwowe, by uniemożliwić grupom UPA przedostanie się do ZSSR i Czechosłowacji. Po sowieckiej stronie granicy pilnowała 64. Dywizja NKWD, po stronie czechosłowackiej specjalna grupa operacyjna „Teplice”, dowodzona przez gen. Jana Hermana. Równocześnie z tymi przygotowaniami rząd nasilił działania propagandowe, mające na celu z jednej strony osłabienie chęci walki w oddziałach UPA, z drugiej podniesienie morale polskich żołnierzy, biorących udział w akcji. Na terenach objętych działaniem Grupy Operacyjnej „Wisła” rozrzucano odpowiednie ulotki, m.in. adresowane do ludności cywilnej, gwarantujace jej opiekę władz w czasie ewakuacji i w miejscu nowego osiedlenia. W dniu 23 kwietnia dowódcy oddziałów wysiedlających otrzymali od gen. Mossora pismo, formułujące postępowanie w dniu rozpoczęcia ewakuacji. W piśmie tym m.in. czytamy: 1. W dniu ewakuacji od świtu zamknąć wyjścia ze wsi, by nie dopuścić do ucieczki ludności cywilnej przede wszystkim w kierunku lasu. 2. O świcie zarządzić zbiórkę całej ludności na wybranym miejscu i oświadczyć jej w sposób zdecydowany i bezkompromisowo, że: 18

a) celem umożliwienia jej spokojnego życia i pracy, uniknięcia niepotrzebnych ofiar ludności cywilnej przy zwalczaniu bandytyzmu w rejonie wiosek i w samych wioskach, zarządzeniem władz naczelnych ludność zostaje przesiedlona na tereny odzyskane. Ktokolwiek z nieupoważnionych zostanie po wysiedleniu, będzie uważany za członka bandy i jako taki traktowany; b) z powodu braku środków transportowych i krótkiego czasu, by umożliwić im jeszcze w nowym miejscu osiedlania zasiewów pól, a przynajmniej sadzenia kartofli, nie będą mogli zabrać ze sobą całego mienia ruchomego. Dalej w piśmie tym obiecywano wprawdzie przewiezienie pozostałych rzeczy w późniejszym terminie, najczęściej jednak do tego nie doszło. Wczesnym rankiem 28 kwietnia 1947 roku rozpoczęły się wysiedlenia. Ze wspomnień repatriantów wynika, że na spakowanie dobytku i opuszczenie wioski rodzina w najlepszym razie miała 3 godziny, a jedna osoba mogła zabrać ze sobą 25 kg bagażu. Ciężarówkami wojskowymi wywożono ludność do punktów zbornych, gdzie po przesłuchaniach wysiedlanych dzielono na trzy kategorie: A, B, C. Rodziny, które oznaczono kategorią A (niepewne), miały zostać osiedlone w największym rozproszeniu. W punktach zbornych i na stacjach załadunkowych panował bałagan, ewakuowanym często nie zapewniono podstawowych warunków sanitarnych. Brakowało taboru kolejowego. Wszystko to powodowało, że podczas transportu zdarzały się wypadki śmierci. W czasie akcji wysiedleńczej, trwającej do końca lipca 1947 roku, wysiedlono ok. 140 tys. osób w 431 transportach. Repatriowaną ludność wywożono na tereny Ziem Odzyskanych, głównie w Szczecińskie, Olsztyńskie, Koszalińskie, Gdańskie, Wrocławskie, a później także w Białostockie i Poznańskie. Czekały ją tam zrujnowane gospodarstwa poniemieckie, wymagające remontów. Ludzie często nie bardzo rozumieli, dlaczego musieli pożegnać swe rodzinne domy. Wielu Ukraińców nie było związanych z UPA, a Łemkowie,

którzy niejednokrotnie dawali dowody lojalności wobec narodu polskiego i odcinali się od współpracy z UPA, szczególnie ciężko znosili przesiedlenie. Wywiezieni składali podania o zgodę na powrót – jedni chcieli wrócić po pozostawiony dobytek, inni po prostu do rodzinnego domu. Takich pozwoleń nie otrzymywali, a schwytani przy próbie powrotu osadzani byli w obozie w Jaworznie. Historycy odnotowują ponad 150 osób, które z tego powodu trafiły do Jaworzna. Do Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie trafiali aresztowani członkowie UPA, Ukraińcy, podejrzani o współpracę z podziemiem, oraz wielu innych podejrzanych o wrogość wobec władzy ludowej. Łącznie w obozie znalazło się ok. 4 tys. osób. Z terenów objętych Akcją „Wisła” wysiedlono również wielu miejscowych Polaków, przede wszystkim tych, których traktowano jako niepewnych politycznie, podejrzewano o współpracę z podziemiem, działaczy Narodowych Sił Zbrojnych i Polskiego Stronnictwa Ludowego, a także członków PPR z rodzin mieszanych. Nieliczni pozostali Polacy znajdowali się pod stałą obserwacją, większość z nich prosiła o zgodę na przesiedlenie, najczęściej do Przemyśla. Przesiedlona na Ziemie Odzyskane ludność ukraińska została objęta szczególnym nadzorem służb bezpieczeństwa. Ukraińców i Łemków, choć byli obywatelami polskimi, traktowano jako obywateli drugiej kategorii. Bez zgody Urzędu Bezpieczeństwa nie wolno im było opuszczać miejsca zamieszkania, przez długie lata nie mogli nie tylko powracać, ale i nawet przyjeżdżać na tereny, z których zostali wysiedleni, nie pozwalano im używać języka ojczystego, kultywować tradycji i odprawiać nabożeństw greckokatolickich. W 1949 roku weszła w życie ustawa o nacjonalizacji dóbr, pozostawionych przez wysiedlonych. Po październiku 1956 roku część rygorów zniesiono; zezwolono na posługiwanie się językiem ukraińskim i na jego naukę w szkołach, w pewnym stopniu pozwolono również na kontynuowanie tradycji, w tym odprawianie nabożeństw greckokatolickich. Na fali październikowej odwilży umożliwiono też niektórym rodzinom powrót, MONITOR POLONIJNY


ale wrócić udało się nielicznym, gdyż takie zgody szybko wycofano. Jakiekolwiek sankcje wobec mniejszości narodowych w Polsce przestały istnieć w roku 1989. W 1990 roku Senat niepodległej Polski potępił Akcję „Wisła”, uznając za niedopuszczalne stosowanie zasady odpowiedzialności zbiorowej, a takim aktem, powodującym cierpienie tysięcy niewinnych ludzi, Akcja „Wisła” niewątpliwie była. Wysiedleni – Ukraińcy i Łemkowie – mogą wracać na swą ojcowiznę. Wracają najczęściej już wnukowie tych, których przed sześćdziesięciu laty nie zebrali plonów z obsianych pól. Nie są to powroty łatwe. Szczególnie dotknięte Akcją „Wisła” Bieszczady zostały wówczas niemal całkowicie wyludnione, opuszczone wsie spalone, a czego nie zniszczył ogień, zniszczył czas. Z uprawnych pól stały się ugory, zniknęły tartaki, młyny, cerkwie, szlaki kolejek wąskotorowych, cmentarze zarosły krzakami i drzewami, szereg miejscowości zniknęło z mapy i dziś trudno odnaleźć ślady ich istnienia. Nieodwracalnie rozbita została rdzenna społeczność, zamieszkująca te tereny, i zniszczona jej kultura. Podobnie jak zbrodnie ukraińskie wobec Polaków na Wołyniu, tak i Akcja „Wisła” wpisuje się w trudną historię stosunków obu narodów – polskiego i ukraińskiego – historię, która stale jeszcze jest żywa i budzi wiele emocji. Warto więc ją znać, tym bardziej, że w ostatnich latach pojawiło się szereg ciekawych opracowań historycznych. Zainteresowanym polecam lekturę następujących prac polskich historyków: Ryszard Torzecki: Polacy i Ukraińcy. Sprawa ukraińska w czasie II wojny światowej na terenie II Rzeczpospolitej; A. B. Szczęśniak, W. Z. Szota: Droga do nikąd. Działalność organizacji ukraińskich nacjonalistów i jej likwidacja w Polsce oraz dwie książki Grzegorza Motyki – Tak było w Bieszczadach. Walki polsko-ukraińskie 19431948, wydaną w 1999 roku, i drugą, wydaną w roku 2005, uhonorowaną nagrodą „Klio 2006“ I stopnia, monografię tegoż autora Ukraińska partyzantka 1942-1960. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK MARZEC 2007

Edwarda Redlińskiego ciąg dalszy U

rodzony w 1940 roku we wsi Frampol koło Białegostoku, z wykształcenia inżynier i dziennikarz wszedł na trwale do kanonu polskiej literatury współczesnej. Debiutował w 1967 roku tomem opowiadań Listy z rabarbaru. Jego Konopielka (1973), podobnie jako w tym samym roku BLIŻEJ wydany Awans, stała się najgłośniejszą powieścią polską lat POLSKIEJ siedemdziesiątych. Sztuki Wcześniak, Jubileusz, Pustaki KSIĄŻKI czy Cud na Greenpoincie zyskały mu popularność wśród publiczności teatralnej i uznanie krytyki. W latach 1984-1991 przebywał w Nowym Jorku, gdzie, jak sam mówi, „badał kapitalizm metodą obserwacji uczestniczącej”. Rezultatem tych „badań” były utwory Dolorado i Szczuropolacy. Kolejnym wielkim sukcesem autora stała się wydana w 1999 roku powieść Krfotok oraz powieść Trasformejszen, czyli jak golonka z hamburgerem tańcowała (reportaż optymistyczny) (2002). Ta ostatnia wzbudziła wiele dyskusji, trudno by stało się inaczej, Transformejszen to wielka parodia życia i myślenia w III Rzeczpospolitej. W ciągu ostatnich dwóch lat Edward Redliński obdarzył nas dwiema nowymi książkami. Obie potwierdzają nie tylko wielki talent autora, ale też niesłabnący instynkt poszukiwacza nowych tematów i nowych form wypowiedzi. W 2005 roku warszawskie wydawnictwo „Świat Książki“ w serii Nowa Proza Polska wy-

dało jego powieść Telefrenia. Jej bohater to inżynier Andrzej Kmicic, którego obiektem uczuć jest pewna aptekarka Oleńka Billewiczówna. Ale w tej powieści inżynier przestaje być inżynierem, a aptekarka aptekarką. Redliński w Telefrenii porusza tak bardzo dziś aktualny problem uzależnienia człowieka. Uzależnienia od telewizji, prasy, Inter19


netu, od nadmiaru informacji. Podleganie natłokowi informacji rozbija ludzką osobowość i w przypadku naszego bohatera prowadzi do tego, że nie jest on w stanie dostrzec realnych osób, ale każdego, także własne dzieci, obsadza w roli obejrzanego kiedyś filmu i nazywa nazwiskiem znanej z ekranu gwiazdy. W tym życiu na niby nie ma przełomów moralnych, a rzeczywistość, która przestała być realna, jest ciągiem bzdur i ról odgrywanych przy poklasku mas. Z dużą zjadliwością, ale także z właściwym sobie poczuciem humoru Redliński pokazuje, jak bardzo niebezpiecznym zjawiskiem dla naszej rzeczywistości jest otoczka medialna, która w niedostrzegalny sposób zalewa każdy aspekt naszego życia. Drugą książką Redlińskiego, którą pragnę polecić, jest zbiór opowiadań, wywiadów, felietonów, miniatur, zatytułowany Bumtarara. Szkice z wyprawy antyamerykańskiej, wydany w 2006 roku przez wydawnic-

two „Prószyński i S-ka”. Wszystkie te gatunkowo różne formy autorskiej wypowiedzi nie znalazły się w książce przypadkowo, nie są wynikiem jakiegoś opróżniania szuflady biurka, ale świadomym zabiegiem autora, który w ten sposób chce nam przekazać dynamiczny, skontrastowany obraz życia w Nowym Jorku. Czytelników wcześniejszych „amerykańskich” powieści i opowiadań Redlińskiego autor Bumtarara niewątpliwie zaskoczy. Kontynuując wiele obrazów i wątków, znanych nam ze Szczuropolaków, Dolorada czy Tańcowały dwa Michały, rozprawia się wprawdzie z popularnym mitem Ameryki, drwi z jej kultury masowej, kultu pieniądza, kpi z polskiego getta i na tle Ameryki demaskuje nasze cwaniactwo, zawiść, malkontenctwo, próżne gesty. O ile w latach dziewięćdziesiątych nasi rodacy w Ameryce byli głównie obiektami

jego negacji i szyderstwa, o tyle w Bumtarara kreśli przede wszystkim sylwetki tych, którzy dzięki samodyscyplinie, nauce, pracy uciekli z polskiego piekiełka i odnieśli sukces. Ameryka z Bumtarara to kraj wolności i olbrzymich możliwości. Redliński w swej książce daje wyraz swej fascynacji nie tylko nowojorskim tempem życia, ale także wielokulturowością miasta, o którym m.in. pisze: „Kto potrzebuje natury, ładu, spokoju – nie wytrzyma w tym mieście. Powie: – barbarzyństwo. Chaos. Bezsens. I wyjedzie. Kto za największy cud świata uważa człowieka – jego mózg i kulturę – kto potrzebuje bodźców, aktywności, wymiany, gry, wyścigu, hazardu – ten nie da rady z tego miasta wyjechać”. Obie książki Edwarda Redlińskiego zaskakują i formą, i autorskimi spostrzeżeniami, obie potwierdzają raz jeszcze talent ich autora i, tak jak te wcześniejsze, warte są przeczytania. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK

KIENKO W dniu dzisiejszym… OJĘZYKOW E W marcu dni stają się zdecydowanie dłuższe. Słońce wschodzi coraz wcześniej, zachodzi coraz później, a niedługo, w związku ze zmianą czasu zimowego na letni dzień jeszcze bardziej się wydłuży. Ale co to jest „dzień”? Według podstawowej definicji słownikowej to ‘czas od wschodu do zachodu słońca’. Najczęściej jednak rzeczownik ten używany jest w swoim drugim znaczeniu – ‘doba’. Mówiąc np. o tym, że marzec liczy 31 dni, mamy przecież na myśli zarówno dni w znaczeniu pierwszym, jak i noce.

Często spotykam się z opinią, że sformułowania dzień dzisiejszy, dzień wczorajszy, dzień jutrzejszy są pewnymi nadużyciami. I coś w tym jest, albowiem tę samą treść wyrażają zwykłe i krótsze (co nie jest bez znaczenia) formy dziś/dzisiaj, wczoraj i jutro. Formy pierwsze mają zdecydowanie urzędowy charakter. Językoznawcy ich nie potępiają, albowiem w życiu nie zawsze dają się zastąpić tymi krótszymi. Oczywiście, umawiając się z przyjacielem na spotkanie, nie powiemy mu, że

„spotkamy się w dniu dzisiejszym”, bo chyba umarłby on ze śmiechu albo pomyślał, że spotkanie będzie urzędowe i bardzo poważne. Ale gdy rzecz dotyczy oficjalnej informacji, to sprawa nie jest już taka oczywista. Przecież sformułowania „dzień dzisiejszy upłynął spokojnie” nie da się zastąpić „dziś upłynęło spokojnie”. Nie da się wymienić jednego sformułowania na drugie w utartym zwrocie „żyć dniem dzisiejszym”, ponieważ zmieniłoby to zupełnie jego znaczenie. Zgadzam się jednak, że

media nadużywają dnia dzisiejszego i innych podobnych dni, ważne jest jednak, aby zdawać sobie sprawę, kiedy ich można użyć. Dzień jest przyczyną jeszcze innego problemu. Otóż zetknęłam się, ze stwierdzeniem, że rozpoczynanie zdań od tego rzeczownika przy określaniu czasu jakiegoś wydarzenia, np. W dniu 1 marca…, Dnia 1 marca…, Dzień 1 marca, jest błędem, gdyż 1 marca to już określenie dnia. Otóż w tym wypadku dodanie rzeczownika dzień pozwala na uniknięcie rozpoczynania zdania od liczebnika pisanego cyfrą. W języku polskim panuje bowiem zaMONITOR POLONIJNY


P O L S K O - S Ł O W A C K I E Z W I Ą Z K I

Słynne

kolegium

pijarskie w Podolińcu I

ponownie jesteśmy na Spiszu. Tym razem będzie o miasteczku, w którym podczas trwania zastawu spiskiego założono słynne podolinieckie kolegium pijarskie, nazywane niekiedy przez ówczesnych „spiskim Oxfordem” czy „Atenami północy”. sada, że nie zaczyna się zdania od cyfr. Dlatego podane wyżej przykładowe zapisy są prawidłowe. Oczywiście rzeczownik dzień w takich zdaniach można opuścić, ale wówczas liczebnik należy pisać słowem. Podobnie jest w innych przypadkach, czyli nie: 12 posłów poparło decyzję…, ale: Dwunastu posłów poparło decyzję… A jeśli to się nam nie podoba, musimy zmienić cały szyk zdania, aby uniknąć na jego początku podawania liczb. Zdaję sobie sprawę, że coraz częściej w prasie spotkać można zapis liczebnika na początku zdania za pomocą cyfr (bo to krócej), ale to nie znaczy, że norma się zmieniła. Choć być może wkrótce… MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA MARZEC 2007

Z tą szkołą było związanych wiele wybitnych polskich postaci, m.in. Stanisław Konarski, Franciszek Karpiński, Ksawery Dmowski, a także proboszcz, współtwórca Zakopanego, ks. Józef Stolarczyk. To właśnie z Podolińca zobaczył on przełęcze i szczyty tatrzańskie, których potem był jednym z pierwszych zdobywców. Szkoła podoliniecka zapoczątkowała rozwój kolejnych szkół pijarskich w Polsce, np. kolegium pijarskiego w Rzeszowie (dziś to I LO im. Stanisława Konarskiego), które było kolebką polskiego szkolnictwa muzycznego. Sprowadzenie pijarów do Podolińca nie było przypadkowe. Wiązało się między innymi z ruchem kontrreformacyjnym oraz sytuacją międzynarodową i polityką wewnętrzną Węgier i Polski. Stanisław Lubomirski od początku XVII wieku czynił starania, mające na celu rekatolicyzację swojego starostwa. Początkowo próbował osadzić w nim jezuitów, którzy poprzez swoją działalność misyjną mieli przywrócić religię katolicką na tym terenie. Kiedy to się nie udało, Lubomirski wykorzystał sytuację międzynarodową i sprowadził do Podolińca pijarów. W tym czasie żył jeszcze ich założyciel, późniejszy święty, Józef Kalasante, a w 1631 powstały pierwsze wspólnoty pijarów poza terenem Włoch – w Hi-

H I S T O R Y C Z N E szpanii i w Mikulowie na Morawach. Lubomirski podobno już od roku 1636 wielokrotnie prosił św. Józefa Kalasantego, aby przysłał pijarów do Podolińca. Sprawa osadzenia pijarów w Polsce, mające na celu pomoc przy rekatolicyzacji niektórych części kraju, była w tym czasie negocjowana z założycielem zakonu także przez wysłannika polskiego króla Władysława IV Jerzy Ossoliński. Po tych rozmowach pijarzy przybyli do Polski w roku 1642 i właśnie w tym roku zostało założone kolegium pijarów w Podolińcu. Przybyli tutaj jednak nie tylko ze względu na prośbę strony polskiej i osobistą prośbę założyciela zakonu, ale również pod naciskiem wydarzeń politycznych. Wówczas to bowiem na Morawach trwała wojna trzydziestoletnia, rozgrywającą się między katolikami i protestantami. Po stronie tych drugich walczyli Szwedzi, którzy zajęli Ołomuniec i Lipnik, co zmusiło pijarów do opuszczenia swoich rezydencji, zwłaszcza w Lipniku i Mikulowie. Zaproszenie z polskiej strony przyszło więc w odpowiednim momencie. Już podczas aktu założenia nowego kolegium w Podolińcu obecni byli przedstawiciele różnych narodów. Był tu zarówno Włoch P. Joannes Dominicus a s. CruceFranchi, pierwszy rektor kolegium, następnie przedstawiciel kapituły krakowskiej i biskupstwa, jak również przedstawiciel kapituły spiskiej, który obiecał pijarom wszelką pomoc. Ten wielonarodowościowy charakter i wzajemna współpraca były typowe dla podolinieckiego kolegium i szkoły aż do XIX wieku. Przełożonymi kolegium do roku 1701 byli przedstawiciele różnych narodów. Można wśród nich znaleźć Polaków, Morawianina, Włocha, Niemca. Później, aż do przyłączenia Podolińca do prowincji węgierskiej, funkcje tę pełnili wyłącznie Polacy, zaś po przyłączeniu także Słowacy i Węgrzy. Kolegium pod względem materialnym wspierali również przedstawiciele różnych narodowości. Znaczące sumy (600 złotych reńskich rocznie) na jego utrzymanie pochodziły z dochodów kopalni w Wieliczce, a pani Krásnej Hôrky Anna Monokiová podjęła zobowiązanie dostarczania żywności i raz do roku beczki wina, co realizowano przez wiele dziesiątek lat. Pomoc przycho21


dziła także z kilku polskich z przełomu XVII i XVIII wieku, na kilkuletnie pobyty w więzieniach i przyoraz węgierskich miast, z Mopoświęcone P. Cyprianowi a musową pracę w celu „reedukacji”. Obóz raw i oczywiście z miast, les. Laurentio, rektorowi kole- koncentracyjny w Podolińcu, w którym więżących na terenie Słowacji. Nagium i literatowi polskiemu, ziono około 700 zakonników, przetrwał do wet rody szlacheckie prześcijak również innym profeso- grudnia 1951 r. W roku 1952, po jego likwigały się we wspieraniu pijarów. rom. Jeden z nich napisał sam dacji, ówczesne władze zezwoliły zakonowi Wymienia się wśród nich takie Stanisław Hieronim Konarski – redemptorystów na ponowne otwarcie w bunazwiska, jak: Erdödy, Görgey, Stanisław Lubomirski Stanislaus Hieronymus a s. Lau- dynkach kolegium szkoły przyklasztornej. rentio, który przybył do Podo- W prowadzonej przez zakonników szkole Horváth, Poniatowski, Andrássy, Homonnay, Csáky, Barkóczy, Holló, Re- lińca jako nowicjusz w roku 1715, a później, rzemiosł im. Klemensa Hofbauera (Dwolovský, Kapy, Berzewiczy, Bercsényi, Klobu- aż do wyjazdu do Warszawy, pracował jako rzaka) – zakonnika redemptorysty, prowaprofesor. Swój panegiryk, pochodzący dzącego w latach 1787-1808 m.in. szkoły šický oraz Potturnay. Olbrzymie znaczenie dla polskiej i sło- z 1719 r. napisał na cześć P. Vincentia dla ubogiej młodzieży w Warszawie – do wackiej kultury oraz duchowości miał fakt, a Christo. dziś uczy się młodzież Spisza (głównie dziePo włączeniu Podolińca do prowincji ci niepełnosprawne). że w Podolińcu znajdował się nowicjat pijarów. Nowicjusze przybywali tutaj zarówno węgierskiej sytuacja w kolegium się zmieniW zawsze otwartym dla zwiedzających z Polski (tych było najwięcej), jak i z krajów ła. Mniej nowicjuszy przybywało z Polski, budynku dawnego kolegium umieszczono ościennych. Tu przygotowywali się do życia zaś więcej z całego obszaru Węgier. tablicę, opatrzoną datami 1642-1992, oraz W skutek laicyzacji szkół, przeprowadzo- następującą łacińską inskrypcją: Ante anzakonnego i tu składali pierwsze śluby. Stąd później rozjeżdżali się po całej prowincji, nej na podstawie reform Marii Teresy, oraz nos 350 patres Scholarum Piarum in hoc aby prowadzić działalność dydaktyczną, późniejszych ingerencji państwa w szkol- aedificio sedem sibi constituerunt scholawychowawczą, ewentualnie misjonarską nictwo kolegium zaczęło podupadać. W dru- moue aperuerunt iuventuti Exordium ille czy urzędniczą (w administracji kościelnej). giej połowie XIX wieku szkołę przekształco- fuit maximi momenti in historia cultus huNabytą w okresie nowicjatu wiedzę i do- no w niższe gimnazjum z 4 klasami (w roku manitatisque in Polonia regnisque Montium świadczenia wykorzystywali podczas całe- szkolnym 1874/1875 miaCarpathorum Huius annigo życia. Należy wspomnieć, że właśnie ła tylko 56 uczniów!). Co versarii cum consensu fraw Podolińcu wykształcenie zdobyła znacz- prawda przed I wojną światernitatis reminiscuntur sona część polskich pijarów. Oprócz nich prze- tową zyskała ona status dalitates exalumnorum nabywali tu też nowicjusze innych narodowo- ośmioklasowego gimnaztu maiorum in Polonia, ści. Tylko w latach 1717-1735 nowicjat roz- jum, które w roku szkolSlovachia et Hungari. poczęło 209 nowicjuszy, a w latach 1725- nym 1914/1915 liczyło [tłum. „Przed 350 laty 1766 ukończyło go złożeniem ślubów aż 125 uczniów. Wtedy też Ojcowie Pijarzy ustanowili odbyły się tu po długim 427 zakonników! w tym budynku swoją siePo zakończeniu okresu próbnego nowi- czasie pierwsze matury, dzibę i otworzyli szkołę dla cjusze składali śluby – professiones novitio- ale, niestety, zarazem osmłodzieży. Takie były porum. O każdym takim ślubie dokonywano tatnie. W okresie międzyczątki doniosłego w historii Stanisław Konarski dokładnego zapisu, podpisanego przez no- wojennym konkurencja szkół rozwoju szlachetnego wywicjusza. Podawano w nim świeckie i klasz- na środkowym Spiszu była chowania w górach Karpatorne imię nowicjusza, jego miejsce urodze- duża, co przyczyniło się do ponownej de- tach pod panowaniem Polski. Pamięć tej nia oraz diecezję, z której pochodził, dzięki gradacji szkoły do niższego gimnazjum. Po rocznicy w braterskiej zgodzie przywołują czemu dziś możemy poznać zasięg wpły- II wojnie szkołę zlikwidowano zaprzyjaźnieni wychowankowie rodem Podoliniec to miejsce związane także z Polski, Słowacji i Węgier.”] wów kolegium i jego dobrej sławy. W Podolińcu wykładali w przeważającej z pewnym smutnym wydarzeniem, o któZ powyższego krótkiego przeglądu histoczęści profesorowie pochodzenia polskiego. rym nie sposób nie wspomnieć. Dnia 13 rii kolegium pijarskiego w Podolińcu wynika Ich portrety wiszą do dziś na zamku lubo- kwietnia 1950 r. komuniści przystąpili do na pewno, że przyciągało ono i kształciło welskim. Od roku 1648 była tam wykłada- likwidacji męskich zgromadzeń zakonnych studentów wielu narodowości i że jego na filozofia, a od roku 1651 również retory- i na terenie podolinieckiego kolegium zało- wpływ na poziom edukacji oraz kulturę euka. Otwarto także osobną klasę arytmetyki. żyli obóz koncentracyjny dla zakonników. ropejską, zwłaszcza małopolską i słowacką, Niektórzy profesorowie cieszyli się takim Jego powstanie niemal natychmiast wywo- jest trudny do przecenienia. A z jego ponadpowodzeniem wśród studentów, że ci na ich łało zdecydowany sprzeciw miejscowej lud- narodowej działalności i współpracy mogą cześć układali wiersze i pieśni pochwalne, ności. Wielu uczestników manifestacji brać przykład Ci, którym leży na sercu jedktóre, oprawione, przekazywali swoim mi- i walk o uwolnienie zakonników po długich nocząca się Europa. ANDREA CUPAL BARICOVÁ strzom. Do dziś zachowały się wiersze śledztwach i krótkich rozprawach skazano 22

MONITOR POLONIJNY


Polskie srebro w szczypiorniaku! I

nie chodzi tu bynajmniej o zawody w jedzeniu, pojawiającego się w rubryce Majki Kadleček.... szczypiorku. Szczypiorniak to rodzima polska nazwa... piłki ręcznej! Nazwa pochodzi od obozu w Szczypiornie koło Kalisza, gdzie w czasie I wojny światowej Niemcy internowali żołnierzy Legionów Polskich, którzy odmówili złożenia przysięgi na wierność cesarzowi niemieckiemu. Tam poznali oni grę, która rozpoczęła polską przygodę z piłką ręczną. Medal nie jest przypadkiem. Droga do niego rozpoczęła się dla nas obiecująco. Nasi szczypiorniści odnieśli kilka spektakularnych sukcesów. Przed mistrzostwami świata nasza reprezentacja w piłce ręcznej pokonała m.in. 3. drużynę Europy, Danię 31 : 26! Nasi zwyciężyli w turnieju piłkarzy ręcznych Lauritz Knudsen Cup. Sukces cieszy, ponieważ Duńczycy to trzykrotni brązowi medaliści mistrzostw Europy. Na trzecim miejscu ukończyli również ostatnie ME w 2006 roku. Grający w najsilniejszym składzie gospodarze turnieju byli tylko... tłem dla świetnie dysponowanych Polaków. W rozpoczętych 20 stycznia mistrzostwach świata w piłce ręcznej Polska grała w grupie C. Towarzyszył im doping kilku tysięcy polskich kibiców, którzy starali się dostać na oblegane trybuny. W rundzie podstawowej naszymi najgroźniejszymi rywalami w grupie byli gospodarze miMARZEC 2007

strzostw – Niemcy, których nasi pokonali 27 : 25. Później pokonali Brazylijczyków 31 : 23, a na koniec rozgromili Argentyńczyków 29 : 15! Dalej było podobnie, w ćwierćfinałach biało-czerwoni pokonali Rosjan 28 : 27, w półfinałach Duńczyków 36 : 33. W finale trafiliśmy na gospodarzy mistrzostw. Niemcy grali ostro i po zaciętym meczu pokonali naszych 29 : 24. Mamy wicemistrzostwo i potwierdzenie klasy naszych szczypiornistów.

Przed wyjazdem na mistrzostwa mało kto wierzył, że nasi odniosą sukces. Szansę jednak mieliśmy. Trzeba bowiem przypomnieć, że 9 naszych zawodników gra na co dzień w silnych klubach niemieckich, a sam trener reprezentacji Bogdan Wenta grał w reprezentacji Polski i Niemiec (z tą ostatnią na olimpiadzie w Sydney)! Wyjście z grupy to główny cel, jaki Polski Związek Piłki Ręcznej postawił przed polską reprezentacją. Za to zawodnicy mieli dostać do podziału... 150 tysięcy złotych. Kolejny cel to zajęcie miejsca w pierwszej siódemce, gwarantującego udział w turnieju kwalifikacyjnym do igrzysk olimpijskich w Pekinie. Działacze sportowi nie zakładali jednak takiego sukcesu... Podsumowując mistrzostwa, mówiono, że „naszym sukcesem jest również to, że o Polsce będzie się mówić jak o przeciwniku, a nie jak o chłopcu do bicia”. Po finale padło też stwierdzenie, że największym problemem była kondycja psychiczna naszych zawodników, co było przyczyną tego, że czasami grali dobrze, a czasami popełniali zbyt dużo błędów. Cóż, trudno się dziwić – mogli być pod presją, skoro hala wypełniona była po brzegi kibicami przeciwników. O nietaktownym zachowaniu niemieckich kibiców świadczyć może fakt, że wygwizdali oni obecnego na meczu polskiego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Również sędziowie łaskawym okiem patrzyli na gospodarzy... Ale mamy srebro! I poprawiliśmy się, ponieważ nasz dotychczasowy największy sukces to trzecie miejsce i brązowy medal na mistrzostwach w roku 1982. Teraz pokazaliśmy światu siłę naszej drużyny i przeżyliśmy emocjonujące chwile. I to jest najważANDRZEJ KALINOWSKI niejsze! 23


Witajcie w Anglii! Ten artykuł powstał dzięki szczęściu mojego ojca, który w konkursie „Monitora Polonijnego” wygrał bilety dla dwóch osób do Londynu. Mam na imię Robert, a wycieczka do Anglii była prezentem, który otrzymałem od ojca Tadeusza Sendera za zdobycie tytułu magistra sztuk pięknych. Zadzwoniłem do kolegów ze studiów i okazało się, że około dwudziestu z nich chciało tam pojechać ze mną! W końcu pojechaliśmy w trójkę – Danka, Maciek i ja. Podróż autokarem była dość męcząca, ale gdy płynęliśmy promem przez kanał La Manche o wszystkich niedogodnościach zapomnieliśmy – rozkoszowali��my się widokiem morza, białych skał, Dover, pociągiem i Hastings. Tam na nas czekali koledzy, którzy znaleźli dla nas ładny pokój w centrum. Hastings to ładne, stare portowe miasteczko. Tu mieszkaliśmy półtora miesiąca. Trochę pracowaliśmy, kąpaliśmy się w morzu, opalaliśmy na plaży, chodziliśmy na ryby i imprezy. Potem mieszkaliśmy jeszcze w trzech innych miastach – Brighton, Eastbourne, a na koniec w Londynie. W każdym z nich było co oglądać i zwiedzać. Poznaliśmy różnych ludzi. Najbliższe kontakty nawiązaliśmy z Polakami, którzy nam bardzo pomagali. Zapoznaliśmy się też z Hindusami, Estończykami, Litwinami, Czechami, Węgrami. W Anglii najczęściej mówiłem po polsku, nie dlatego, że chciałem, ale dlatego, że musiałem. W sklepie, na plaży, w barze, na ulicy, wszędzie słyszałem: „Cześć! Jak leci?”. Ktoś, kto chce się dobrze nauczyć mówić po polsku, niech wyjedzie do Anglii! Dziękuję więc mojemu ojcu za świetny prezent, a redakcji „Monitora Polonijnego” za good trip. Bye. ROBERT SENDER 24

• O G Ł O S Z E N I A • O G Ł O S Z E N I A • O G Ł O S Z Szanowni Czytelnicy „Monitora“, Członkowie i Przyjaciele Klubu Polskiego na Słowacji! Pragnę poinformować Państwa, że Klub Polski został zarejestrowany jako organizacja, na którą możecie Państwo przekazać 2 % z podatków. Możliwość przekazywania części swoich podatków istnieje na Słowacji od kilku lat, jednakże na Klub Polski od tego roku, czyli po rejestracji podatkowej na rok 2007. Jak zapewne Państwo wiecie, Klub Polski nie otrzymuje środków finansowych na działalność, ale na poszczególne projekty, które i tak nie pokrywają całości wydatków z nimi związanymi. W tym roku na przedstawione przez nas projekty otrzymamy prawdopodobnie tylko około 50 % środków finansowych, potrzebnych na ich realizację. Podobne dofinansowanie otrzymają pozostałe mniejszości narodowe. Nasza działalność jest widoczna nie tylko dzięki wsparciu Ministerstwa Kultury Republiki Słowackiej, ale też dzięki pomocy Ambasady Polskiej, Wydziału Konsularnego, Stowarzyszenia „Wspólnota Polska“, głównie jednak dzięki wielkiemu zaangażowaniu aktywnych działaczy i członków Klubu na terenie całej Słowacji. Wierzymy, że możliwość przekazania 2 % z naszych podatków na rzecz Klubu Polskiego pomoże w realizacji jego działań. Poniżej podajemy dane, dotyczące zarejestrowanego Klubu Polskiego na Słowacji: registračne čislo: 7651, r. 2006, nazov: Poľsky klub, ičo: 30807620, adresa: Nam. SNP 27, mesto: Bratislava, psc: 814 99, učet: 2666040059, Tatra banka a.s. kod banky: 1100 pob. Bratislava. Kompletne informacje o zarejestrowanych na rok 2007 organizacjach (w tym Klubu Polskiego nr 7651) znajdują się na stronie internetowej: www.rozhodni.sk. Zachęcamy wszystkich do wykorzystania tej możliwości wsparcia Klubu, gdyż w naszym przypadku taka okazja zdarza się po raz pierwszy, ale może i niestety po raz ostatni ze względu na tendencje zmierzające do likwidacji możliwości samodzielnego decydowania o przeznaczeniu 2 % podatków. Chcemy wierzyć jednak, że w zgodzie z zapowiedziami możliwość taka, dotyczącą wspierania działalności kulturalnej, będzie i w latach następnych. Z uszanowaniem i pozdrowieniami Tadeusz Z. Błoński Prezes Klubu Polskiego na Słowacji

INST Y TUT POLSKI W BRAT YSŁA 1 – 23 marca – Bańska Bystrzyca, Štátna vedecká knižnica, Lazovná 9 Wyspiański na scenach Wystawa plakatów z przedstawień teatralnych Stanisława Wyspiańskiego z kolekcji Dydo Poster Gallery w Krakowie 8 marca – Holicz, Dom Kultury Otwarcie wystawy Ślady. Obywatele Warszawy 1899-1944. Fotografie rodzinne. Wystawę przygotowała Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy i Biblioteka Główna Województwa Mazowieckiego. 9 marca – godz. 20.00 – Bratysława, A4, Nám. SNP 12 Premiera inscenizacji sztuki teatralnej Michała Walczaka Piaskownica, tłumaczenie i reżyseria: Ján Štrbák, dramaturgia i produkcja: Svetlana Waradzinová, scenografia: Ján Kocman, obsada aktorska: Lucia Lapišáková, Martin Hronský

14 marca – godz. 17.00 – Bratysława, Instytut Polski – czytelnia, Nám. SNP 13 Ciąg dalszy cyklu Polska klasyka filmowa Eroica (1957), reżyseria Andrzej Munk Jedno z czołowych osiągnięć „szkoły polskiej“, będące swoistym rozrachunkiem z mitologizowaniem wojennej przeszłości. Film składa się z dwóch luźno ze sobą związanych tematycznie nowel. Część pierwsza opowiada o warszawskim cwaniaku Dzidziusiu, który przypadkowo wciągnięty w powstanie warszawskie zdobywa się na czyn bohaterski, choć właściwie niepotrzebny. Akcja drugiej noweli rozgrywa się w niemieckim oflagu i po raz pierwszy w historii polskiej kinematografii przedstawia życie polskich oficerów w obozie jenieckim w czasie ostatniej wojny. Do legendy urasta tu ucieczka por. Zawistowskiego. Tylko najbardziej wtajemniczeni wiedzą, że cały czas jest on w obozie – ukryty w przewodzie wentylacyjnym. Mimo starań i opieki kolegów bohater umiera – z zimna i samotności. A wszystko po to, by zachować legendę, która podtrzymywała na duchu wszystkich uwięzionych w obozie żołnierzy. MONITOR POLONIJNY


E N I A • O G Ł O S Z E N I A • O G Ł O S Z E N I A • O G Ł O S Z E N I A • O G Ł O S Z E N I A Instytut Polski w Bratysławie wraz z Katedrą Filologii Słowiańskich Uniwersytetu Komeńskiego planują w dniach 12-13 maja 2007 r. roku przeprowadzenie przez polską komisję egzaminów poświadczających znajomość języka polskiego jako obcego na poziomach: podstawowym, średnim ogólnym i zaawansowanym. Do egzaminów mogą przystąpić osoby powyżej 16 roku życia, będące cudzoziemcami lub Polakami na stałe zamieszkałymi za granicą. Szczegółowe informacje (w tym przykładowe testy) można znaleźć na stronach internetowych Państwowej Komisji Poświadczania Znajomości Języka Polskiego jako Obcego: www.buwiwm.edu.pl/certyfikacja Wszelkie pytania dotyczące uzyskiwania certyfikatów można kierować pod adresami internetowymi Komisji: certyfikacja@buwiwm.edu.pl i dr Marii Magdaleny Nowakowskiej: majkan@chello.sk (tel. 0908 169 743). Chętni mogą zgłaszać się już teraz do dr M. M. Nowakowskiej lub do sekretariatu Instytutu (tel. 02/20655513, e-mail: info@polinst.sk). Przypominamy, że certyfikat jest jedynym urzędowym dokumentem potwierdzającym znajomość języka polskiego jako obcego i jest uznawany w krajach Unii Europejskiej (i nie tylko).

UWAGA CZY TELNICY! Przypominamy o prenumeracie naszego czasopisma na rok 2007. Koszty roczne prenumeraty wynoszą 300 Sk. (emeryci, renciści, studenci – 250 Sk). Wpłat należy dokonywać w Tatra banku (nr konta 2666040059, nr banku 1100), a następnie zgłosić to na adres e-mail: monitorp@orangemail.sk lub posłać SMS pod nr tel. 0907 139 041 i podać adres, pod który „Monitor” ma być przesyłany.

Szkoła Polska w Bratysławie poszukuje nauczycieli: - nauczania początkowego, - języka polskiego (do LO), - geografii i historii. Zainteresowani powinni posiadać dyplom ukończenia ww. kierunku nauczania polskiej szkoły wyższej. CV prosimy wysyłać do końca kwietnia pod adresem: monikact@poczta.fm lub Szkoła Polska przy Ambasadzie RP, Hummelova 4, 81 491 Bratislava.

Grodziski Chór Bogorya w Turčianskich Teplicach Na zaproszenie obchodzącego jubileusz 25-lecia chóru Cantus Cantilena Akademii Pedagogicznej w Turčianskich Teplicach, przyjedzie na Słowację Grodziski Chór Bogorya z Grodziska Mazowieckiego. Chór ten jest laureatem ponad dwudziestu konkursów chóralnych, w tym czterech międzynarodowych. Do największych jego osiągnięć można zaliczyć Złoty Dyplom na V Międzynarodowym Konkursie im. R. Schumanna w Zwickau (Niemcy 2006) oraz 1. miejsce na II Warszawskim Międzynarodowym Konkursie Chóralnym (2006), a także nagranie płyty z Mszą Koronacyjną Mozarta. Koncert jubileuszowy odbędzie się w piątek 16 marca 2007 r., o godz. 18.00 w sali Centrum Kultury w Turčianskich Teplicach. Wystąpią w nim chóry Cantus Cantilena pod dyr. Jána Leporisa oraz Grodziski Chór Bogorya pod dyr. Marcina Łukasza Mazura. Zapraszamy! (red.)

•ŻYCZENIA•ŻYCZENIA• Pani Marii Jabłońskiej z Senca życzymy wszystkiego najlepszego z okazji 85. urodzin! Redakcja oraz Klub Polski

WIE PROGRAM – MARZEC 2007 – NIEKTÓRE PROPOZYCJE 14 marca – godz. 18.00 – Bańska Bystrzyca, Aula FiF UMB Projekcja filmu Jestem (2005), Scenariusz i reżyseria Dorota Kędzierzawska We współpracy z polonistyką UMB w Bańskiej Bystrzycy 15, 16 marca – godz. 19.00 – Bratysława, sala koncertowa Filharmonii Słowackiej Koncert Piotra Palecznego (fortepian) i orkiestry Filharmonii Słowackiej pod dyrekcją Vladimíra Válka 20 marca – godz.16.00 – Liptowski Mikulasz, Dom Fotografii, Tranovského 3 Otwarcie wystawy fotografii Tomasza Gudzowatego pod nazwą Shipwreckers Ekspozycja przygotowana we współpracy z Gallery Yours w Warszawie MARZEC 2007

21 marca – godz. 18.00 – Bratysława Środkowoeuropejski Dom Fotografii, Prepoštská 4 Otwarcie wystawy fotografii Zbigniewa Libery Pozytywy z udziałem autora Ekspozycja przygotowana we współpracy z Galerią Atlas Sztuki w Łodzi Zbigniew Libera (ur. 1959 r. w Pabianicach) należy do najciekawszych artystów polskich pokolenia debiutującego w latach dziewięćdziesiątych; tworzy obiekty, instalacje, realizacje wideo, posługuje się fotografią, malarstwem, jest autorem działań multimedialnych. Należy do czołowych przedstawicieli nurtu sztuki ciała i sztuki krytycznej. 25 marca – godz.10.30 – Bratysława, Slovenský rozhlas – studio koncertowe Koncert polskiego organisty Wacława Golonki w ramach cyklu Koncerty organowe pod Piramidą

26 marca – 1 kwietnia – Bratysława, Wydział Filmowy i Telewizyjny VŠMU Przegląd etiud studenckich szkoły filmowej w Łodzi (PWSTFiT) - The Polish National Film School in Lodz: Then and Now w ramach festiwalu filmowego Febiofest 26 marca – 1 kwietnia – Bratysława, Kino „Tatra” Retrospektywny przegląd filmów, nakręconych wg scenariuszy Krzysztofa Piesiewicza, w ramach festiwalu filmowego Febiofest W programie: Cisza, (2001) Michała Rosy, Piekło (L’enfer, 2005) Danisa Tanovica, Niebo (Heaven, 2002) Toma Tykvera i filmy Krzysztofa Kieślowskiego: Krótki film o miłości, (1988), Krótki film o zabijaniu, (1987), Bez końca, (1984) 28 marca – godz. 18.00– Bratysława, Wielki Kościół Ewangelicki Wykonanie Pasji wg św. Mateusza Johanna Sebastiana Bacha pod dyrekcją prof. Jána Valacha z udziałem polskiej sopranistki Anny Mikołajczyk oraz solistów z Holandii, Belgii i Słowenii, chóru Chorus Alea i orkiestry Cappella Istropolitana 25


Leto v Poľsku V

lete má človek vždy snahu dostať sa niekam preč z domu - na výlet, na dovolenku, prosto zmeniť prostredie. Mne sa to tentoraz podarilo na desať dní a nasmerované som to mala k našim severným susedom. Cesta bola, samozrejme, čiastočne pracovná, jej zmyslom bolo ďalej pomáhať organizácii cvičiacej vodiace psy v Poznani, ale letné obdobie malo za následok aj voľno, relax a spoznávanie nových miest. Najhoršie na dovolenkách sú pre mňa presuny a najmä tie mnohohodinové. Teraz som myslela, že to bude ešte náročnejšie najmä preto, že som zo sebou brala aj svojho terajšieho psíka vo výcviku. Čakala nás desaťhodinová cesta vlakom do Varšavy a odtiaľ vlakom ďalšie štyri hodiny do Poznane. Po dvoch dňoch ďalší trojhodinový presun do Szczecina a až tam pár dní strávených na jednom mieste. Musím povedať, že to cestovanie sme napriek mojej obave zvládli výborne. Psíča to zvládalo vari ešte lepšie ako ja - bola pokojná, uložila sa spať, kde a ako sa dalo, trpezlivo znášala tlačenicu vo vlakoch aj horúce počasie. A vôbec nereptala, čo sa o mne nedá povedať. Správala sa naozaj vzorovo a musím povedať, že určite aj pre jej pokojnú a milú povahu sme nikde nemali problémy so vstupom alebo pobytom - ochotne nás púšťali do hotelov, reštaurácií aj historických pamiatok. Mnoho ľudí registrovalo, že ide o vodiaceho psa, ktorý pomáha nevidiacim, v čom vidím obrovskú zásluhu poznanskej výcvikovej organizácie, ktorá intenzívne pracuje na šírení povedomia o vodiacich psoch v celom Poľsku. Za desať dní sme stihli urobiť veľa práce. Navštívili sme všetkých vychovávateľov a pomohla som z ohodnotením povahy mladých psíkov a ich vhodnosti pre prácu vodiaceho psa. Každý deň sme so psami cvičili. Na práci s mojím psíkom, ktorý bol práve na začiatku tréningu, sa učila nová poľská trénerka a po26

POLSKA Oczami słowackich dziennikarzy

IVANA BALÁŽOVÁ pravidelne publikuje v časopise pre nevidiacich Vodiaci pes tom sme pracovali s jej psom, s ktorým tiež iba začínala. Bola som veľmi rada, že som videla pracovať Arga - slovenského psa, ktorého si u nás vybrali poľskí kolegovia vďaka jeho výbornej povahe a tiež vzrastu, ktorým sa hodí k jednému z ich klientov. Argo pokračoval v tréningu v Poľsku veľmi dobre. Už výborne reagoval na poľské povely - podľa jeho cvičiteľa Pawla, Argovi trvalo asi tri týždne, kým sa naučil novú reč. Do dvoch dní v závere môjho pobytu sme ešte vtesnali rýchlokurz práce s klientom, kde poľskí tréneri mohli pochytiť aspoň základy, ako správne viesť inštruktáž nevidiaceho alebo slabozrakého klienta so psom.

Okrem práce sme však stíhali aj klasické dovolenkové povinnosti. Zoznámila som sa s krásnymi mestami, ich pamiatkami a múzeami. Najväčším zážitkom však bol výlet k Severnému moru. Poprechádzali sme sa niekoľkými malebnými prímorskými mestečkami. Urobili sme si peší výlet po piesčitom borovicovom lese, aký máme u nás na Záhorí, len s tým rozdielom, že spoza stromov tohto poľského lesa bolo neustále počuť hukot príboja. Samozrejme, vyšli sme aj na pláž. Žiaľ, nekonalo sa kúpanie ani nás, ani našich psíkov, pretože vďaka nádhernému počasiu boli pláže preplnené ľuďmi. Atmosféra pri Severnom mori bola úplne iná, než akú zväčša poznáme od južných morí. Iná vôňa, iné, tmavšie farby a hlavne netradičná flóra nijaké palmy, ale borovice. Samozrejme, ako správni návštevníci sme si v prímorskej oblasti dali na obed ryby, ktoré priamo pred vami vyprážajú alebo údia. Pešia zóna vo väčšom meste Miezyzdroje nezaprela poľský charakter trhoviska, kde sa dalo kúpiť všetko od suvenírov cez oblečenie a hračky až po domáce potreby. Na tejto pešej zóne majú hviezdny chodník ako v New Yorku, kde sú odtlačky rúk najslávnejších poľských hviezd. V jednom z tunajších luxusných hotelov sa konáva najväčší poľský filmový festival. Plávanie v mori sme si neužili, ale vynahradili sme si to späť v Szczecine, kde sme chodili k jednému z početných jazier. Po pracovnom dni takéto uvoľnenie dobre padlo nám aj našim psíkom, ktoré ukázali, že je v nich niečo z vodných psov. Desať dní plných programu ubehlo veľmi rýchlo. Bol to čas strávený príjemne aj užitočne pre poľských kolegov aj pre mňa. Znova sme mali možnosť navzájom sa vzdelávať a vymeniť si skúsenosti. Už sa teším na ďalšie takéto pracovné dovolenky. MONITOR POLONIJNY


Dla 10-latków i nie tylko Masz telewizor? Masz komputer? Masz MP3? Masz DVD? Głupie pytania? No pewnie, że mam! – odpowiadasz. Zróbmy dziś sobie zabawę, której celem będzie sprawdzenie, czy jesteśmy panami swojego czasu, czy też zawładnęła nami rzeczywistość wirtualna? Jeżeli masz wolne popołudnie, spędzasz je najczęściej: A na czytaniu B przy komputerze albo na oglądaniu telewizji C na zabawie w domu albo na dworze, malowaniu, grach, tańcu, śpiewie Jeżeli rodzice proponują Ci wspólny spacer albo wycieczkę: A odpowiadasz im: „Nie mogę, mam dużo obowiązków” B nawet nie odrywasz wzroku od komputera czy telewizji, a oni sami rozumieją C idziesz z nimi, ciesząc się, że będziecie cały dzień razem Zapraszasz na urodziny przyjaciół, abyście mogli wspólnie: A oglądać najnowszy film na DVD, zajadając smakołyki B pograć w supergrę na komputerze C wymyślić jakąś zabawę, konkurs, spacer z różnymi zadaniami do rozwiązania 2-3 odpowiedzi A Podchodzisz do swojego życia dość pasywnie (to znaczy – nieaktywnie). Spróbuj się trochę rozejrzeć dokoła, może ktoś potrzebuje twojej pomocy albo chciałby się z Tobą pobawić, pospacerować, porozmawiać... 2-3 odpowiedzi B Żyjesz intensywnie w rzeczywistości wirtualnej – fajnie, ale nie dostrzegasz, jak ciekawy, ba, fascynujący jest świat, który Cię otacza. Wyłącz więc na tydzień komputer, telewizor, DVD, MP3 i zasmakuj swobody, jaką da Ci przeżywanie tu i teraz, obserwowanie ludzi, zabawa, rozmowa... 2-3 odpowiedzi C Jesteś osobą twórczą, która nie potrafi nudzić się zarówno sama ze sobą, jak i z przyjaciółmi – podobno nudzą się tylko osoby mało inteligentne (ha! ha!). Trzymamy za Ciebie kciuki i życzymy Ci, aby świat Twojej fantazji się rozwijał. Zaproś do niego dzieci, które żyją tylko w rzeczywistości wirtualnej. MARZEC LUTY 2007 2007

K Ą C I K

C Z Y T E L N I C Z Y

W tym numerze zachęcam Was do lektury mojej ulubionej formy poezji – haiku. Haiku to krótki japoński wiersz, opisujący wrażenia z danej chwili – jest impresją słowną. Najczęściej ma stałą liczbę sylab w wierszu: 5-7-5 albo 3-5-3. Przedstawiam Wam swoje ulubione haiku w tłumaczeniu naszego noblisty – Czesława Miłosza. Jeżeli ten, na którego czekam Przyjdzie teraz – co zrobię? Dziś rano ogród w śniegu Tak ładny bez śladu kroków (Izumi Szikiba, 947-103 4) Opadły kwiat Wrócił na gałąź? To był motyl (Moritake, 1472-15 48) stronę redaguje Maon

27


Z

czym kojarzy się Państwu marzec? Mnie z kotami. I nie chodzi mi o szare bazie na wierzbie, ani o kłębki kurzu, zwane potocznie kotami (oj, zbliżają się wiosenne porządki!). Ale chodzi mi o takie prawdziwe futrzaki, z krwi i kości. O takie, które miauczą pod oknami w nocy. Miauczą, mruczą i czasami strasznie się biją. Nic w tym dziwnego, bowiem koty właśnie teraz marcują. Podejrzewam, że odgłosy, wydawane przez nie, mogą być przyjemne tylko dla wyjątkowych miłośników tych futerkowych stworzeń, zaś dla pozostałych to czasami... prawdziwy nocny koszmar.

KOCIE JĘZYCZKI SKŁADNIKI: • 15 dag masła • 15 dag cukru • 15 dag mąki, • 5 białek • cukier wanilinowy • 15 dag czekolady albo gotowej polewy czekoladowej

Proszę sobie jednak wyobrazić, że jakieś koty wybrały sobie akurat Państwa balkon czy ogród jako swoje kocie pole walki. Taka sytuacja dotyczy, niestety, właśnie mnie. Ponieważ nie posiadam żadnego kota, więc mój ogród to taka kocia ,,ziemia niczyja“, czyli teren do zdobycia. Pomiędzy okolicznymi kotami, niczym między murzyńskimi

SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA Miękkie masło utrzeć z cukrem i cukrem wanilinowym. Białka z jajek ubić na sztywną pianę i dodawać stopniowo, na przemian z mąką, do masy maślanej. Miksować delikatnie, aż masa będzie gładka i puszysta. Ciasto wyciskać za pomocą szprycy albo łyżeczki na blachę, wyłożoną pergaminem – powinno mieć kształt pasków, trochę szerszych z jednej strony. Piec w piekarniku, nagrzanym do 220°C, przez 7-10 min. Ciasteczka powinny zbrązowieć tylko na brzegach. Czekoladę rozpuścić na parze, ew. gotową polewę czekoladową przygotować wg przepisu na opakowaniu. Wystudzone kocie języczki maczać do ok. 1/3 długości w czekoladzie. I gotowe! ZA MIESIĄC: WIELKANOCNY PASZTET, ALE NIE Z ZAJĄCA

gangami w Bronksie, przebiega swoista walka o wpływy, czyli o możliwość nieograniczonego niczym, a przede wszystkim żadnym innym kocurem korzystania z płotu do leżenia, z myszy do łapania i z ziemi do siusiania... na mojej działce (niestety). Dla kocurów jest to chyba bardzo atrakcyjna perspektywa, bo biją się zaciekle i głośno! I co mam robić? Chyba będę musiała zainwestować i kupić sobie jakiegoś małego kotka, z którego wyrośnie koci tygrys – pogromca innych miauczących stworzeń. To jednak przyszłość. Na razie muszą wystarczyć kocie języczki. Chociaż w ten sposób mogę umilić sobie wieczory i noce, pełne głośnego miauczenia!

MAJKA KADLEČEK


Monitor Polonijny 2007/03