Page 1

(str.4)


•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•

Wieczór kolęd w Nitrze

W supermarketach już nie słychać kolęd – te zniknęły zaraz po świętach. Służyły do stworzenia bożonarodzeniowego nastroju, do zainteresowania klientów towarami-

prezentami, leżącymi na półkach sklepowych… Polacy jednak zgodnie z katolicką tradycją śpiewają je nadal, zaś księża wraz z ministrantami chodzą po

kolędzie, składając wizyty wiernym. Również i my, mieszkający na Słowacji, śpiewamy kolędy. Śpiewaliśmy je też 20 stycznia w Nitrze podczas pierwszej w tym roku polskiej mszy świętej, a potem w Domu Salwatorianów, gdzie panowała prawdziwie rodzinna atmosfera, a nasze śpiewy unosiły się do nieba aż do późnego wieczora. Podczas spotkania okazało się, że odczuwamy tęsknotę za polskim żłóbkiem, ale rozpierała nas też radość

„Swoją drogą“ Za zrkadlom Dnia 18 stycznia z inicjatywy Instytutu Polskiego odbył się chyba pierwszy w tym roku polski koncert na Słowacji. W bratysławskiej Petržalce w klubie „Za zrkadlom“ wystąpił zespół„Swoją drogą“. Nie wiem tylko, dlaczego wzięło w nim udział tak mało widzów – może niedostateczna reklama, a może to, że grupa nie jest za bardzo znana na Słowacji (chociaż wielbiciele czeskiej piosenkarki Radůzy na pewno znają tę grupę). Cokolwiek było tego powodem, jest już nieważne. Najważniejsze jest to, że zespół polubili ci, którzy tam byli... I to bardzo! Grupa „Swoją drogą”, występująca w składzie: Weronika Grozdew-Kolacińska (śpiew), Mag2

dalena Sobczak (śpiew, bębny), Maciej Kierzkowski (gitara), Robert Lipka (akordeon), jest zespołem bardzo młodym, nie tylko dlatego tworzą go studenci i absolwenci Uniwersytetu Warszawskiego, ale też dlatego, że na swoim koncie ma do tej pory tylko jedną płytę – „art.pl”. Na ludzi młodych, którzy dopiero rozpoczynają swoją karierę, czasami patrzy się przez palce, jakby nie byli jeszcze tacy zdolni, tacy ukształtowani muzycznie. Zespołu „Swoją drogą” to jednak nie dotyczy! Twórczość, inspirowana muzyką ludową Mazowsza, Kurpi, Huculszczyzny, Lubelszczyzny (mojej ulubionej), a także tradycyj-

z tego, że jesteśmy razem, że tworzymy jedną wielką rodzinę, choć oczywiście każdy z obecnych myślał też o swoim polskim domu. Śpiewając kolędy w ten styczniowy wieczór zrobiliśmy miejsce w naszych sercach Temu, który się narodził dla nas w Betlejem, zaś ojcowie salwatorianie, przyjmując nas pod swój dach ofiarowali nam największy prezent. W ten sposób nitrzańska Polonia rozpoczęła rok 2007. ROMANA GREGUŠKOVÁ ZDJĘCIA - AUTORKA

ne pieśni polskie w nowych ciekawych aranżacjach, genialne łączenie ludowości ze współczesnym brzmieniem, twórcze przetwarzanie tradycji, dwa świetne żeńskie głosy, które się łączyły, a rozchodziły tylko po to, żeby się znów mogły spotkać, improwizacje, partie solowe, także wpływy języka i kultury bułgarskiej.... to zalety tej świetnej grupy. Zagrali dla nas prawie wszystkie piosenki ze swojego albumu „art.pl”, m.in. takie przeboje jak: „Już za stoły zasiadajo”, „Kalina malina”, „U jeziorecka” czy „Bijo mnie mamusia”. Żal tylko, że koncert trwał tak krótko (zaledwie godzinę) i kiedy zaczęłam się naprawdę dobrze bawić (a wierzę, że nie tylko ja!), dobiegł końca. Jednak ci, których na nim w ogóle nie było, powinni żałować bardziej! JANA GIBALOVÁ MONITOR POLONIJNY


OD REDAKCJI

SPIS TREŚCI

Zmierzacie Państwo na pocztę, a tuż przed Wami w drzwiach pojawia się ktoś z olbrzymimi pudełkami przesyłek. Wiadomo, będzie przed Wami w kolejce do okienka, wysyłka tylu listów zajmie strasznie dużo czasu, a, być może, to zadanie podenerwuje pracowniczkę poczty. Co za koszmar! Akurat taki człowiek musiał pojawić się przed Wami. A tymczasem „taki“ człowiek co miesiąc z ciężkimi pudełkami pojawia się na poczcie, by wysłać Państwu „Monitor Polonijny“. Nie ma łatwo – nieprzyjazne spojrzenia tych, którzy przyszli na pocztę tuż po nim, delikatne sugestie, by kogoś przepuścić w kolejce, no i spocone czoło pracowniczki poczty, która musi przeliczyć ilość przesyłek, odważyć, posegregować: te na Słowację, te za granicę… Tego niewdzięcznego zadania podjął się mój mąż. Te spojrzenia z poczty znam, ponieważ czasami mu pomagam. Tym razem było podobnie. Wybieraliśmy się do Polski. W samochodzie wylądowały więc nasze bagaże plus… pudełko z na razie pustymi kopertami, zaadresowanymi do czytelników „Monitora“. Przed nami było do pokonania ponad 400 km, ale… musieliśmy jeszcze zahaczyć o drukarnię. Tam właśnie czekały na nas kupki jeszcze „ciepłych“ egzemplarzy styczniowego numeru naszego miesięcznika, które przechodziły w pośpiechu ostatnie zabiegi „kosmetyczne“, by wyglądać jak należy. Zaczęliśmy pakowanie kilkuset egzemplarzy czasopisma. Obserwując męża przy tej pracy, zauważyłam, iż opracował sobie system, skracający do minimum oczekiwanie na poczcie: koperty z jednym egzemplarzem „Monitora“ do jednego kartonu, koperty, zawierające więcej egzemplarzy, do drugiego, te, wędrujące za granicę, do trzeciego. Mało tego, mój mąż ma nawet swoje ulubione poczty i pracujące tam panie urzędniczki, które szybko go obsługują, kiedy przychodzi tak „przygotowany“. Te koperty, w których znajduje się „Monitor“, to łącznik między nami – Polakami i ich przyjaciółmi na Słowacji, w Polsce, Austrii, Czechach, na Węgrzech… Na kopertach wydrukowane są adresy. Kiedy w pośpiechu pakujemy egzemplarze pisma, zerkam na nazwiska naszych odbiorców i myślę o tym, że za dzień, dwa tę samą kopertę otworzy pani z Geči, pani z Veľkej Mače, pan z Rykinčic, pan z Novoti… Polacy wszystkich krajów i „krajov“ łączcie się! MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA REDAKTOR NACZELNA

SŁOWACKIE WYDARZENIA I POLSKIE SPOSTRZEŻENIA Jazda obowiązkowa Z KRAJU Hurra! Tani sprzęt! Ankieta Słowacja wczoraj i dziś Witajcie w raju WYWIAD MIESIĄCA Halina Kunicka: „Niestety, zostałam w pamięci jako wykonawczyni Orkiestr dętych“ Będzie się działo MŁODZI W POLSCE SŁUCHAJĄ Zespół DNA&GAL NASŁUCHUJEMY TO WARTO WIEDZIEĆ Nagrody historyczne „Polityki“ BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Polski pisarz z Czarnego Lądu POLSKO-SŁOWACKIE ZWIĄZKI HISTORYCZNE Zastaw spiski Muzeum Wychodźstwa Polskiego Nasz Orzeł dobrze... skacze! OKIENKO JĘZYKOWE Trochę o seksie CZYTELNICY OCENIAJĄ OGŁOSZENIA POLSKA OCZAMI SŁOWACKICH DZIENNIKARZY Milujem Poľsko MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI PIEKARNIK Krótki miesiąc – krótkie gotowanie

4 4 4 6 7 8 10

12 14 16 16 17 19

20 20 22 23 24 24

26 27 28

VYDÁVA POĽSKÝ KLUB – SPOLOK POLIAKOV A ICH PRIATEĽOV NA SLOVENSKU ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Pavol Bedroň, Ivana Juríková, Majka Kadleček, Katarzyna Kosiniak-Kamysz, ks. Jerzy Limanówka, Melania Malinowska, Danuta Meyza-Marušiaková, Dariusz W i e c z o r e k , I z a b e l a W ó j c i k , • KO R E Š P O N D E N T V R E G I Ó N E K O Š I C E – U r s z u l a Z o m e r s k a - S z a b a d o s • JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE: Maria Magdalena Nowakowska • GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik • ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • TLAČ: DesignText • KOREŠPONDENČNÁ ADRESA: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel./Fax: 031/5602891, monitorp@orangemail.sk • PREDPLATNÉ: Ročné predplatné 300 Sk na konto Tatra banka č.ú.: 2666040059/1100 • R E G I S T R A Č N É Č Í S LO : 119 3 / 9 5 • R e d a k c i a s i v y h r a d z u j e p r á vo n a r e d a k č n é s p r a c ov a n i e a ko a j vykracovanie doručených materiálov, na želanie autora zaručuje anonymitu uverejnených materiálov a listov. REALIZOVANÉ S FINANČNOU PODPOROU MINISTERSTVA KULTÚRY SR - PROGRAM KULTÚRA NÁRODNOSTNÝCH MENŠÍN

LUTY LUTY2007 2007

3


Jazda

SŁOWACKIE WYDARZENIA I POLSKIE SPOSTRZEŻENIA Luty powinien być ostatnim miesiącem zimy. Ludzie są już zmęczeni i osłabieni brakiem słońca i ciepłych poranków. Może dlatego koniec stycznia i początek lutego są wprost stworzone do chorowania? Kicha się w kinie, na audiencji u prezydenta, kaszle się w autobusie i w teatrze (cicho tam!) – słowem wszędzie tam, gdzie są ludzie. A infekcja drogą kropelkową jest po prostu niezawodna. Zaraża się jeden od drugiego. Od tego drugiego dziesięciu następnych łapie bakcyla, zaś wzrost zachorowań można zilustrować rysunkiem odwróconej piramidy. Listę przebojów najpopularniejszych zachorowań otwiera… oczywiście grypa. Grypa pospolita – nie mylić z ptasią. Co roku chorują wokół mnie rzesze Słowaków. A ja? A ja nic. Nie choruję. Zawsze twierdzę, że mam porządne geny! Choć w końcu po dziesięciu latach oświeciło mnie! Zrozumiałam, dlaczego tak jest, co stanowi sedno problemu. Ja po prostu wciąż nie utożsamiam słowackiego słowa „chrípka“ z groźna grypą, która zwala z nóg, z grypiskiem, wywołującym u człowieka siódme poty i stan zbliżony do delirium tremens. Słyszę: „chrípka“ i… zaczyna boleć mnie gardło, mówię zachrypniętym głosem. To jest siła autosugestii! Słyszę: „chrípka“ i… dostaję chrypki. Oj, biedni Słowacy mieszkający w Polsce! Pewnie, gdy słyszą: „mam chrypkę“, to dostają grypy! I już wiem, dlaczego w Polsce co roku występuje epidemia prawdziwej grypy... Ktoś po prostu musi zacząć budować tę piramidę! MAJKA KADLEČEK BP, a przez kilka ostatnich miesięcy pełnił obowiązki prezesa tego banku.

ARCYBISKUP STANISŁAW WIELGUS zrezygnował z objęcia funkcji metropolity warszawskiego. Wielgus figuruje w aktach Instytutu Pamięci Narodowej jako agent ,,Grey“ – współpracujący z SB oraz wywiadem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. SŁAWOMIR SKRZYPEK 10 stycznia został powołany przez Sejm na stanowisko prezesa Narodowego Banku Polskiego. Skrzypek miał poparcie posłów PiS, Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin. Wcześniej był wiceprezydentem Warszawy, odpowiedzialnym za finanse stolicy, następnie zaś wiceprezesem PKO 4

WSZYSCY BISKUPI polscy, za ich zgodą, mają być poddani lustracji przez komisję historyczną – poinformował 12 stycznia przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup Józef Michalik po nadzwyczajnym spotkaniu Rady Stałej i biskupów diecezjalnych. Biskupi, deklarując chęć poddania się weryfikacji, opowiedzieli się za powołaniem komisji historycznych w tych diecezjach, w których ich jeszcze nie ma. DZIENNIKARZ TELEWIZYJNY Bogusław Wołoszański, były korespondent radia i telewizji w Londynie, współpracował z wywiadem PRL, ale – jak twierdzi – na nikogo nie donosił.

Z

czym kojarzy mi się zima i śnieg? Gdy jestem w Polsce, skojarzenie mam tylko jedno – uśmiechnięty Maciej Orłoś, zaczynający TELEEXPRESS słowami: „Drodzy Państwo, jak już pewnie zdążyliście zauważyć, również i w tym roku zima zaskoczyła drogowców…”. A na Słowacji? Tu odpowiedź nie może być inna – narty oczywiście!

Wołoszański oświadczył, że tę współpracę traktował jako okazję do poznania tajników pracy służb specjalnych. Zaznaczył, że nie współpracował z SB, lecz z wywiadem. Jego działalność nie polegała na donoszeniu, lecz na sporządzaniu analiz oraz raportów ze spotkań z brytyjskimi politykami i dziennikarzami. SĄD ZADECYDOWAŁ, że piątka gimnazjalistów z Gdańska pozostanie w schronisku dla nieletnich. Chłopcy są oskarżeni o molestowanie seksualne 14-letniej Ani. Ta w październiku ubiegłego roku popełniła samobójstwo po incydencie w klasie, kiedy to chłopcy upokorzyli ją, a scenę nagrali za pomocą telefonu komórkowego. Chociaż film został skasowany, biegłym informatykom udało go się odzyskać. Według obrońców na

filmie nie ma jednoznacznych scen molestowania seksualnego – chodzi o ,,typowo końskie zaloty wśród młodzieży”. ANDRZEJ N., sanitariusz oskarżony w procesie ,,łowców skór“, został skazany na dożywocie, zaś jego kolega Karol B. otrzymał karę 25 lat więzienia. Obaj zostali uznani winnymi zabijania pacjentów w łódzkim pogotowiu za pomocą pavulonu – leku zwiotczającego mięśnie. Za ,,polecanie” rodzinom zmarłych określonych zakładów pogrzebowych sanitariusze dostawali prowizję. Proces trwał cztery lata i udowodniono w nim śmierć 14 pacjentów. TRYBUNAŁ KONSTYTUCYJNY uznał „amnestię maturalną” za niezgodną z Konstytucją i z ustawą o systemie oświaty. Minister MONITOR POLONIJNY


obowiązkowa Mniej więcej od połowy października rozpoczynają się pogawędki – dokąd wybieramy się zimą na narty, jakie preferujemy stoki, czy nasze dzieci jeżdżą na nartach, jakie mamy narty, narty, narty, narty… Sporty zimowe to na Słowacji potęga. Polacy od lat zazdroszczą Słowakom doskonale przygotowanych tras, jakości wyciągów i dostępności noclegów. W Polsce jeszcze dziś wyprawa na narty przypomina czasami walkę o ogień. Mój mąż, zagorzały miłośnik narciarstwa kanapowego, wspominając swoje studenckie czasy, podkreśla, że Polska musi jeszcze sporo popracować nad ofertą wypoczynku zimowego. Na Słowacji od wielu lat ma się przyjemność nie tylko ze zjazdów, ale edukacji Roman Giertych ma rok na zmianę przepisów. ,,Amnestia maturalna”, ogłoszona przez Giertycha w czerwcu 2006 r., objęła prawie połowę maturzystów, którzy nie zdali matury. Na jej podstawie ci maturzyści, którzy zdali cztery z pięciu obowiązujących egzaminów i uzyskali w sumie co najmniej 30%, otrzymali świadectwa maturalne. SZEŚĆ OSÓB ZGINĘŁO, 36 zostało rannych, 627 gospodarstw poniosło szkody, a w ok. 300 tys. zabrakło prądu – to bilans wichur, które od czwartku 19 stycznia szalały nad Polską. Strażacy w całym kraju interweniowali ponad 12 tys. razy. Wichury przyniosły wiele zniszczeń w kraju i zagranicą - nad Europą szalał huragan Kyrill, który przyczynił się do śmierci ponad 40 osób. LUTY 2007

również z komfort pobytu jako takiego – niedrogie i schludne kwatery, w nich pościel i ręczniki, ciepła woda – to niby oczywiste, ale w Polsce niekoniecznie obowiązkowe. Polakom z pewnością imponuje też fakt, iż Słowacy jeżdżą na nartach całymi rodzinami. Nie może być inaczej, skoro słowackie dzieci już od najmłodszych lat mają szansę porządnie nauczyć się „lyżowania” – od przedszkola propagowany jest zdrowy styl życia, w szkołach organizuje się specjalne wyjazdowe kursy, a na stokach wszechobecni są instruktorzy. Gdy już zdecydujemy się na „lyżowanie”, pierwszym zadaniem staje się oczywiście zaopatrzenie w niezbędny sprzęt. Oferta jest ogromna – począw-

RYSZARD KAPUŚCIŃSKI, wybitny polski pisarz i dziennikarz, zmarł 23 stycznia. Autor znanych na całym świecie książek, m.in. ,,Wojny futbolowej”, ,,Cesarza”, ,,Szachinszacha” , ,,Imperium”, ,,Hebanu”, ,,Lapidarium”, miał 74 lata. Był najbardziej znanym polskim pisarzem-podróżnikiem i reportażystą. Pracował w ,,Polityce”, ,,Kulturze”, a także jako korespondent Polskiej Agencji Prasowej w Afryce, Ameryce Łacińskiej i Azji. Dokumentował m.in. upadki cesarstw w Etiopii i Iranie. W WIEKU 86 LAT w swoim poznańskim mieszkaniu zmarła 24 stycznia aktorka Krystyna Feldman. Znana była przede wszystkim z wyrazistych epizodów. W ostatnich latach rozgłos przyniosła jej główna rola w filmie ,,Mój Nikifor” w reż. K.

szy od słowackich sklepów sportowych, rozmaitych giełd i komisów, a skończywszy na sklepach austriackich, do których ze Słowacji nie jest znów tak daleko. W tym roku ze względu na wyjątkowo ciepłą zimę możemy liczyć na atrakcyjne ceny (czytaj str. 6). Wszędzie da się kupić kombinezony i buty narciarskie ze sporą zniżką. Ci, którzy dopiero chcą sprawdzić, jak wielka jest ich miłość do nart, mogą skorzystać z naprawdę szerokich ofert wypożyczalni, obecnych w każdym zimowym kurorcie.

Krauze, w którym wcieliła się w postać łemkowskiego malarza prymitywisty. Za tę rolę na gdańskim festiwalu otrzymała Złotego Lwa. JERZY KAWALEROWICZ, jeden z najwybitniejszych polskich reżyserów filmowych, twórca m.in. ekranizacji ,,Faraona“ i ,,Quo vadis”, 19 stycznia skończył 85 lat. Wyreżyserował 17 filmów fabularnych. Jako reżyser zadebiutował w roku 1951 filmem ,,Gromada“. Był współzałożycielem i pierwszym prezesem Stowarzyszenia Filmowców Polskich. CZESKI SKOCZEK Jan Mazoch 21 stycznia w drugiej serii konkursu Pucharu Świata w skokach narciarskich w Zakopanem na Wielkiej Krokwi uległ poważnemu wypadkowi. Tuż po wyjściu z progu spadł pionowo

na zeskok, kilkakrotnie odbijając się od niego i tracąc przytomność. MINISTROWI SPRAWIEDLIWOŚCI Zbigniewowi Ziobro przyznano tytuł Człowiek Roku 2006. Według kolegium redakcyjnego tygodnika ,,Wprost” to właśnie Ziobro wywarł największy wpływ na polską rzeczywistość w 2006 r. ALEKSANDRA OGŁAZA z Bychawy zyskała tytuł Miss Polski 2006 podczas gali finałowej konkursu piękności, która odbyła się w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Najpiękniejsza Polka ma 19 lat, blond włosy i 176 cm wzrostu. Studiuje turystykę i marzy o podróży do Chin. ZUZANA KOHÚTKOVÁ, WARSZAWA 5


Zaopatrzeni w sprzęt jesteśmy gotowi do wyjazdu. Pytanie tylko – dokąd? Według mnie najlepiej poradzić się znajomych, którzy, znając nasze preferencje, z pewnością doradzą dobrze. Innym polecam fachowe przewodniki, których i w Polsce, i na Słowacji nie brakuje, np. „Słowacja zimą – narty, kuchnia, kąpieliska termalne”, wydany przez „Bezdroża”, dokładnie opisujący atrakcje narciarskie w konkret-

nych miejscowościach, prezentujący ceny biletów, długości i trudność tras, dojazdy, a nawet to, co można w okolicy zobaczyć ciekawego, gdy poczujemy się „najeżdżeni po pachy”. Najpopularniejsze ośrodki narciarskie to Štrbské Pleso, Tatranská Lomnica, Jasná – Chopok, Donovaly, Vrátna… Strony nie wystarczy, żeby wymienić je wszystkie. Co ważne, mimo wiosennej tegorocznej zimy każdego dnia

Nazwa Jasná -Chopok Štrbské Pleso Vrátna

Donovaly

w czasie telewizyjnej prognozy pogody możemy upewnić się, jakie warunki panują na stokach i dokąd warto pojechać. Wszystkich, którzy właśnie tak zamierzają spędzić swój wolny czas, serdecznie pozdrawiam. Ja jednak wybiorę się na spacer, gdyż ze sportem jestem trochę na bakier – nawet na naszego Małysza nie patrzę, bo boję się, że coś sobie chudzina zrobi, startując na skoczni. A więc – połamania nart! AGATA BEDNARCZYK

Różnorodność Ilość Naśnieżanie Baza tras wyciągów noclegowa 6 czarnych 18 8 tras szeroka, 7 czerwonych pełny 7 niebieskich zakres 5 czerwonych 6 wszystkie pełny 2 niebieskie zakres 2 czarne 16 9 pełny 8 czerwonych zakres 5 niebieskich 5 czerwonych 15 7 pełny 12 niebieskich zakres

Tatranská 2 czarne Lomnica 3 czerwone 3 niebieskie

7

2

pełny zakres

Hurra! Tani sprzęt! Zielone zbocza, śnieżne armatki, stojące bezużytecznie z powodu plusowych temperatur, i bezradni hotelarze, trasy narciarskie w Alpach czynne tylko powyżej 2 000 m – taki wyglądła tegoroczna zima jeszcze w połowie stycznia. W tym roku turystyka zimowa przeżywa wielki kryzys. W górskich regionach rekreacyjno-sportowych Austrii sytuacja zmusiła wielkie firmy handlowe do obniżki cen zimowego sprzętu sportowego nawet

o 30-50%. Prezes rady nadzorczej największej sieci handlującej artykułami sportowymi Harald Zink w rozmowie telefonicznej dla „Monitora“ potwierdził, że po zakończeniu szkolnych ferii zimowych ceny zostaną obniżone o dalsze 1020%. Handlowcy muszą wyzbywać się zalegającego na półkach i w magazynach sprzętu zimowego, bowiem już od końca lutego rozpoczyna się sprzedaż sprzętu na lato. mm

Atrakcje turystyczne kąpieliska termalne, zabytki zabytki muzeum, zabytki ruiny, zabytki, skansen zabytki

Dzieci szkółka narciarska, sanki, odnowa biologiczna szkółka narciarska, zjazdy na pontonie szkółka narciarska, zjazdy na pontonie zjazdy na pontonie, tor saneczkowy, małe skocznie, szkółka narciarska szkółka, lodowisko, bobsleje, kręgielnia

Z uwagi na niewielką odległość od Austrii zainteresowanym kupnem sprzętu narciarskiego u sąsiadów podajemy jego ceny, oferowane przez niektóre firmy w Austrii: www.INTERSPORT.at •buty narciarskie „Nordica” – 299.95 -> 179.95 Eur •narty carvingowe „Fischer” RC4 Race S – 659.90 -> 399.99 Eur •narty carvingowe „Atomic” Metron 7:2 Puls 148 -180 cm – 499.90 -> 349.99 Eur www.SPORTS-EXPERTS.at •narty Slalom Carver CP13 155-170cm + wiązania – 579.95 -> 299 Eur •kombinezony i buty narciarskie -30%

6

MONITOR POLONIJNY


•ANKIETA•ANKIETA•ANKIETA•ANKIETA•

P

onieważ sezon zimowy w pełni (przynajmniej według dat w kalendarzu), postanowiliśmy spytać naszych rodaków mieszkających na Słowacji, jak sobie radzą na śniegu i dokąd wyjeżdżają zimą. ZBIGNIEW STEBEL z Bratysławy Najchętniej, jeśli chodzi o jazdę na nartach na Słowacji, jeździłem do Vrátnej i Račy, ale po 1990 roku na Słowacji urlop zimowy spędziłem chyba dwa, trzy razy. Obecnie preferuję wyjazdy do Austrii, Włoch i Francji. Na nartach stanąłem pierwszy raz jako mały chłopiec i pokochałem ten sport. Również moi synowie nauczyli się jeździć na nartach w wieku 4 lat. Mogę stwierdzić, że razem spędziliśmy kilka przepięknych dni na nartach. Niestety, takie chwile można sobie zorganizować chyba tylko w Alpach francuskich, włoskich i austriackich z uwagi na zawsze dobre warunki pogodowe i świetną infrastrukturę. W latach 80-tych, już jako dorosły mężczyzna, na zawodach, które zorganizowała firma, w której pracowałem, doznałem zwichnięcia prawej ręki w ramieniu. Była to stosunkowo bolesna kontuzja, a jej skutki, niestety, odczuwam do dziś. Z kolei w 2000 roku nadwerężyłem kolano, co spowodowane było własną nieodpowiedzialnością, a w zeszłym roku zaliczyłem ponowną kontuzję ramienia i kolana. Mogę nadal więc uprawiać ten sport, ale nie wolno mi przesadzać. mw

BEATRICE KOŁATEK z Trenczyna Pochodzę z Ziemi Cieszyńskiej i z nartami zetknęłam się już w dzieciństwie. W podstawówce brałam udział w zawodach na nartach biegowych, które co roku odbywały się w Beskidach Łomnej. Dopiero pięć lat temu nauczyłam się jeździć na nartach zjazdowych i od razu ten sport bardzo polubiłam. Adrenalina, szybkość, uczucie wolności, biały śnieg oraz niesamowicie niebieskie niebo... Bywaliśmy w Wysokich Tatrach, a parę razy spędzaliśmy urlop na nartach we Francji. Niskie ceny, dobre usługi, ładna LUTY 2007

ZENON KOSINIAK-KAMYSZ ambasador RP w RS Na nartach jeżdżę, gdzie się da, ponieważ to mój ulubiony sport. Urlop zimowy jest dla mnie ważniejszy niż letni. Najchętniej jeżdżę w Dolinie Zillertahl w Austrii, chętnie też wyjeżdżam w słowackie góry, z których najbardziej odpowiadają mi warunki i bardzo dobra infrastruktura w Oščadnicy i na Donovalach. Pierwszy raz stanąłem na nartach, kiedy miałem 14 lat. Moje początki był śmieszne, bowiem wraz z kolegami zjeżdżaliśmy z Góry Świętego Marcina w Tarnowie, a żaden z nas nie wiedział, o co w tym sporcie tak naprawdę chodzi. Nie wiedziałem wtedy, że jazda na nartach rządzi się specjalnymi zasadami, zjeżdżałem więc „na krechę“, byle jak najszybciej, modląc się, by mi się nic nie stało. Byłem wtedy posiadaczem nart o długości 205 cm i skórzanych butów! Dopiero na następny sezon udało mi się zdobyć krótsze narty. Kolejnym miejscem, dokąd się wybrałem na stok, była Krynica. Przeżyłem wtedy olbrzymie zdziwienie: otóż ludzie nie zjeżdżali „z górki na pazurki“, ale robiąc zakola raz w jedną, raz w drugą stronę stoku! Pilnie ich podpatrywałem i samodzielnie próbowałem naśladować specyficzne ruchy narciarzy. Kiedy pojechaliśmy po raz pierwszy z moją żoną, wtedy jeszcze

pogoda – warunki prawie idealne. W styczniu tego roku byliśmy z mężem w ośrodku Les 2-Alpes. Lodowiec położony na wysokości 3600 m n.p.m. zapewnił naprawdę niezapomniane chwile. Po raz pierwszy przekonałam się, że narty mogą też „bo-

narzeczoną, na narty, strasznie mi się nudziło na stoku, ponieważ ja zjeżdżałem z góry dwa razy szybciej niż ona i wciąż na nią czekałem. Postanowiłem więc zamówić instruktora. Ten na wstępie poprosił nas, byśmy zaprezentowali nasze umiejętności. Jakie było moje zdziwienie, kiedy instruktor pochwalił moją narzeczoną, a o mnie powiedział, że jeszcze muszę się sporo nauczyć. Obecnie ten sport uprawia cała nasza rodzina. Kiedy mamy wolny weekend zimą, oczywiście wybieramy się na narty. Na przełomie roku byliśmy w górach, w marcu też zamierzamy spędzić parę dni na śniegu. Uprawiając ten sport, miałem kilka wypadków. Kiedyś, pracując na placówce dyplomatycznej na Węgrzech, wybrałem się na narty na Słowację i… przywiozłem stąd kilka kilogramów gipsu na złamanej nodze. Najpoważniejszy wypadek miałem w Zell am See, kiedy w moją głowę uderzył swoją szczęką student z Południowej Afryki. Wtedy o własnych siłach pojechałem na tomografię. Na szczęście nic poważnego mi się nie stało, miałem guza, usta jak Pamela Anderson i lekko wybite kciuki. Mogłem wrócić na stok! Student, niestety, został w szpitalu. Od tego czasu jeżdżę w kasku. mw

leć”. Podczas jazdy na wyciągu spadłam z wysokości 2 m i porządnie obiłam sobie żebra, ale przecież żaden sport nie jest w 100% bezpieczny. Mój mąż nauczył się jeździć później niż ja, ale teraz to on jest lepszym narciarzem. Nasz dorosły syn też jeździ, młodsza Majka (4 latka) dopiero zaczyna, ale już wykazuje sporo talentu, więc w przyszłym roku może do nas dołączy. Dzięki nartom polubiłam nawet zmęczenie, wynikające z uprawiania sportu, które przynosi mi dużą satysfakcję. v.s. 7


attache obrony, wojskowy i lotniczy w Ambasadzie RP, pierwszy raz przebywał na Słowacji w latach 1995-1999, obecnie jest tu od półtora roku

Bogdan Wrzochalski radca Ambasady RP w RS, na placówce w Bratysławie pracował w latach 1996-1997, powrócił tu przed dwu laty

Milan Wenit pełniący w polskiej ambasadzie obowiązki pierwszego sekretarza, w latach 1982-1986 studiował na Słowacji handel zagraniczny na Wyższej Szkole Ekonomicznej, ponownie przyjechał do Bratysławy w 2001 roku

Dawniej „Pierwsze wrażenie po przyjeździe do Bratysławy było tragiczne – miasto jawiło się jako szare, brzydkie i brudne” – wspomina Stanisław Wójcik. Spacerując po Starym Mieście, zauważał odpadające tynki i sklepy, które, nie licząc jednego, były podczas weekendów pozamykane. Dopiero podczas wycieczek w bardziej odległe miejsca odkrywał uroki Słowacji: ruiny starych zamków, trasy rowerowe i miejsca pikników, na które Słowacy tak chętnie wyjeżdżają w dni wolne od pracy. Bogdan Wrzochalski przypomina sobie niewielką wtedy ofertę gastronomiczną i bazę hotelową. „Ale był to moment rodzącego się samodzielnego państwa słowackiego, a ja cieszę się, że jako człowiek zainteresowany krajami sąsiadującymi z Polską mogłem obserwować ten eksperyment z bliska” – wspomina. Milan Wenit jako jedyny z moich rozmówców przyjechał na studia do Czechosłowacji za starego ustroju. „Pierwsze moje kroki w Bratysławie skierowałem do Prioru na Kamennym námesti i własnym oczom nie wierzyłem: półki pełne artykułów spożyw8

Słowacja wczoraj i dziś „A

leż ta Słowacja się zmieniła!” – często słyszymy. Sami zauważamy zmiany i cieszymy się z sukcesów naszej drugiej ojczyzny. Czasami jednak, mieszkając na co dzień w danym miejscu trudno zauważyć te zmiany. Widzą je jednak wyraźnie osoby, które bywają tu od czasu do czasu albo, jak w przypadku moich rozmówców, ci, którzy mieszkali w Bratysławie jakiś czas temu, potem wyjechali do Polski, by po kilku latach powrócić tu znowu. O podzielenie się swoimi spostrzeżeniami, dotyczącymi przemian na Słowacji, poprosiłam polskich dyplomatów, którzy w Bratysławie znaleźli się ponownie. czych, bogaty wybór win i to nie tylko na jednej półce!” – wspomina, podkreślając, że w Polsce był to okres, kiedy w sklepach był tylko ocet, a żywność była reglamentowana – na kartki.

Oswajanie nowego miejsca Każdy z nich szybko odkrył uroki nowego miejsca zamieszkania i mentalności Słowaków. „Zacząłem zazdrościć Słowakom stylu życia, bowiem kiedy zbliżał się weekend, większość z nich wyjeżdżała do swoich domków letniskowych” – mówi Wójcik, FOTO: ARCHIWUM

Stanisław Wójcik -

Stanisław Wójcik: „Pamiętam karczmy, pachnące winem, piwkiem, może nic ekskluzywnego, ale na każdą kieszeń. Gdzie te czasy, kiedy Zlatý bažant kosztował 6,70 koron?”

podkreślając atmosferę luzu i wzajemnej życzliwości, która wtedy panowała. Soboty i niedziele Słowacy spędzali bawiąc się, często na świeżym powietrzu, na przykład w Rusovcach, czy po prostu przy ognisku. „Obserwowałem ludzi na Kamzíku, którzy od samego niedzielnego poranka siedzieli w karczmach, popijali dobre słowackie winko czy piwko” – wspomina. Dla niego i jego żony był to również okres, kiedy znaleźli czas, by zapisać się na kurs tańca. Służbowe spotkania były pełne serdeczności, nikt nigdzie się nie spieszył. „Sprawy służbowe omawialiśmy, spędzając wspólnie wolny czas na przykład przy ognisku” – opowiada Wójcik. Milan Wenit pamięta, że „tamta” Bratysława była zupełnie inna. „Patrząc normalnymi oczami, nie było się czym zachwycać, ale dla nas – studentów to było piękne miasto naszej młodości, gdzie się dobrze studiowało i bawiło” – wspomina i jednym tchem wymienia ulubione lokale: „Funus”, „Malí” i „Velkí Františkani”, „Výsoká”. Były to czasy, kiedy w karczmach rozbrzmiewał śpiew. Mój rozmówca przypomina sobie też jednego utalentowanego studenta, który na korytarzach akademika grał na gitarze i śpiewał, a był to… Pavol Habera. MONITOR POLONIJNY


Tęsknota Po powrocie do Polski każdy z nich odczuwał tęsknotę za Słowacją. Kilka lat spędzonych LUTY 2007

FOTO: STANO STEHLIK

Opisując „tamtą” Słowację, Wenit podkreśla podobną mentalność, przyjacielski stosunek jego słowackich kolegów i ich otwartość. A z drugiej strony wraca pamięcią do sytuacji pełnych absurdu, które stworzył tamten ustrój. Jako przykład podaje wizytę u fryzjera, kiedy to okazało się, że fryzjerka nie może go ostrzyc, bo… nie ma odpowiednich norm, według których dokonałaby cięcia tak bujnej czupryny. „Nie rozumiałem tego. Przecież w Polsce chodziłem do prywatnych zakładów fryzjerskich i za ustaloną kwotę fryzjer strzygł, jak chciałem. Tu odmówiono mi usługi ze względu na jakieś absurdalne tabelki. Poprosiłem więc kolegę z akademika, który na korytarzu jakoś mi te włosy obciął” – wspomina z uśmiechem. Innym przykładem absurdalnych zachowań, charakterystycznym dla tamtych czasów, były kontrole na granicy. „Miałem paszport, który był ważny na kraje demokracji ludowej, ale to nie znaczyło, że mogę przekroczyć granicę kiedykolwiek – potrzebna była odpowiednia wkładka w paszporcie” – dodaje. Wiele razy, przekraczając granicę, był tak skrupulatnie kontrolowany, że nie był w stanie zdążyć na autobus, co oznaczało spędzanie nocy na Łysej Polanie aż do odjazdu następnego. Zaskoczeniem dla Wenita była mała wiara Słowaków w to, że może zmienić się ustrój. „W Polsce było inaczej, działała Solidarność, nie baliśmy się aż tak, jak tu” – wspomina. Wenit był dwukrotnie wzywany na policję i przesłuchiwany. Interesowano się, czy nie informuje studentów o sytuacji w Polsce.

był tak przyzwyczajony do słowackiego stylu życia, że nawet na śniadanie marzyły mu się specjały z akademikowego bufetu. „Nie wiedziałem, co mam zjeść na śniadanie – przecież codziennie biegało się do bufetu po 10 dag tresky czy parižského z rožkami i zapijało čapovaną kofolą” – wspomina z uśmiechem.

Come back Milan Wenit: „Nie wiedziałem, co mam zjeść na śniadanie, przecież codziennie biegało się do bufetu po 10 dag tresky czy parižského z rožkami i zapijało čapovaną kofolą”

w tym kraju spowodowało, że zaczęli się tu czuć jak u siebie, przyzwyczajać się do tego, co dobre, umieć żyć z tym, do czego wcześniej nie potrafili przywyknąć. Bogdan Wrzochalski tęsknił za spokojem, kameralnością i bliskością, jakie panują na Słowacji. „Tutaj żyje się trochę spokojniej niż w Polsce, a Słowacy nie są tacy turbulentni jak Polacy – ocenia. – Poruszanie się w mniejszym kraju jest łatwiejsze, wszędzie jest blisko. W Polsce z jednego końca kraju na drugi trzeba pokonywać dużo większe odległości” – uzupełnia. Stanisław Wójcik ubolewał nad tym, że w Warszawie nie ma tak dobrych warunków dla rowerzystów, na Słowacji bowiem wraz z synem zaczął co weekend przemierzać odległe trasy na rowerze w kierunku Gabčikova. Milan Wenit żegnał się z Bratysławą z łezką w oku. „Myślałem, że już nigdy nie będzie mi dane tu przyjechać, a ten kraj stał się przecież moją drugą ojczyzną” – opisuje. Po powrocie do Polski

Każdy z moich rozmówców przyjął z radością informację o ponownym wyjeździe do Bratysławy. „Zabiegałem o wyjazd na Słowację i, choć proponowano mi inne miejsca, wybrałem ten kraj” – wspomina Wójcik. „Spędziłem jakiś czas w Niemczech, ale obiecałem sobie, że jak to tylko będzie możliwe, wrócę do Bratysławy i marzenie się spełniło” – mówi Wrzochalski. Wenit zabiegał o wyjazd do Pragi, gdzie wraz z rodziną wcześniej spędził kilka lat. Zaskoczeniem więc było oddelegowanie go na słowacką placówkę. „Ja się ucieszyłem, jednak dla żony i syna to był wyjazd w nieznane, ale zaraz po przyjeździe bardzo im się tu spodobało, do tego stopnia, że syn ma tu najbliższych przyjaciół i chciałby studiować w tym kraju” – opisuje.

Dziś Wszyscy trzej są pod wrażeniem odnowionej Bratysławy. „Zmiany są widoczne gołym okiem, ale i zmysłami, bowiem oferta kulinarna restauracji jest dużo większa niż ta sprzed lat” – ocenia Wrzochalski. Jednocześnie zauważa, że Bratysławę odwiedza dużo więcej wycieczek autokarowych, mało tego, Polacy przyjeżdżają nawet po to, by przejść się po Małokarpackiej Drodze Winnej i spróbować świetnych win. „W Polsce obchodzimy różne święta, trudno jednak obchodzić 9


Milan Wenit konstatuje, że dawniej różnice między ludźmi nie były tak duże, dzięki czemu stosunki między nimi były lepsze. „Jechaliśmy na tym samym wózku, każdy miał stówę w kieszeni, a dziś jeden student mieszka w akademiku, inny wynajmuje willę, a te różnice w posiadaniu odbijają się na stosunkach międzyludzkich”. Wójcik twierdzi, że dawniej centrum Bratysławy było dostępne pod względem finansowym dla każdego, dziś jest nastawione głównie na zagranicznych turystów, głównie na Austriaków. „Pamiętam karczmy, pachnące winem, piwkiem,

FOTO: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

święto wódki, a więc na święto wina możemy przyjeżdżać na Słowację” – dodaje. Stanisław Wójcik trochę z nostalgią wspomina czasy sprzed 10 laty. „Dziś w resorcie obrony pracują nowe kadry, w większości są to ludzie młodzi, a każdy z nich jest zabiegany. Kiedyś w korpusie dyplomatycznym spotykaliśmy się prywatnie, dziś jest bardziej służbowo, z zegarkiem w ręku” – ocenia. Zauważa też, że w Bratysławie powstaje wiele nowych osiedli, ogrodzonych kamiennymi murami, jakby każdy zamykał się przed każdym, żyjąc swoim życiem.

Bogdan Wrzochalski: „Zmiany są widoczne gołym okiem, ale i zmysłami, bowiem oferta kulinarna restauracji jest dużo większa niż ta sprzed lat”

Witajcie w raju C

zasami, gdy zastanawiam się, jak spędzić najbliższy weekend, jako pierwsza nawiedza mnie myśl: „...a może by tak do Edyty?”. Moja znajoma Edyta Nuosková mieszka bowiem w Sencu, co oznacza ni mniej, ni więcej, że ma pod dostatkiem wszelkich rozrywek świata.

„Cały swój wolny czas spędzałabym w Aquaparku – wzdycha Edyta. – Rodzinnie najchętniej wybieramy wypoczynek aktywny: basen, rolki, spacery, a zimą oczywiście narty. Senec daje nam mnóstwo możliwości – blisko stąd nad Słoneczne Jeziora, a przy seneckiej rzeczce mamy świetną trasę do jazdy na rolkach i rowerach, którą można dojechać do jedynego na Słowacji skansenu pszczelarskiego. Z kolei okolice Pezinskiej Baby to niewyczerpane szlaki spacerowe, zimą oczywiście atrakcyjne narciarsko”. 10

To nie wszystko – dla spragnionych atrakcji turystycznych Senec i okolice kryją wiele niezwykłości. Niedaleki Święty Jur to chyba najbardziej magiczne miejsce tych okolic. Wjeżdżając do miejscowości z głównej drogi, pniemy się wąskimi uliczkami coraz wyżej, by w końcu, gdy droga rap-

townie się urywa, po prostu zawrócić. I co wtedy? Nie potrzeba Titanica, by poczuć się panem świata – przy dobrej widoczności, sunąc autem leniwie w dół między małymi uroczymi domkami, można mieć wrażenie, że zstępuje się z nieba na ziemię, a widoki przy tym są niezwykłe... Święty Jur ma oryginalne zabytki, ale o nich przeczytać możecie sobie w przewodnikach. Ja powiem jedynie to, że zwiedziwszy już wszystko, musicie koniecznie odnaleźć leżący przy głównej drodze sklep z winem – wino tu kupione to najlepsza pa-

miątka, jaką można sobie przywieźć z takiej wycieczki. To nie wino z supermarketu, ale wybrane osobiście przez sprzedawcę w miejscu, gdzie powstawało. „Vínna cesta” to perełka tych okolic – Święty Jur, Pezinok, Modra – miejsca o bogatej historii, a zarazem bardzo urokliwe i swojskie. Życie płynie w nich spokojniej, bardzo tradycyjnie, a smaku dodaje mu fakt, iż wiosną i jesienią w tamtejszych piwniczkach winnych na specjalnych degustacjach można popróbować miejscowych produktów. Na początku Modry, tuż za zakładem mięsnym, w prawo odchodzi droga, którą można dojechać do najsłynniejszych chyba słowackich zakładów ceramiki użytkowej – powszechnie znane błękitne wzorki na talerzach, dzbankach i misach to tylko MONITOR POLONIJNY


może nic ekskluzywnego, ale na każdą kieszeń. Gdzie te czasy, kiedy Zlatý bažant kosztował 6,70 koron?”. Według niego, miasto trochę straciło słowacki charakter, wszystko jest takie, jak w każdym innym europejskim mieście. „Kiedyś można było kupić typowe słowackie pamiątki ludowe, obecnie takie same gadżety kupuję tu i w Hiszpanii. Wszędzie te same okropne figurki, komercyjne potworki”. Wójcik chwali modę na folklor i sport. „Gazety prawie w jednej trzeciej objętości zajmują się sportem” – ocenia. Mój rozmówca jest pełen podziwu dla kibiców słowac-

część z bogatej oferty sklepu firmowego. Gwarantuję, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Gdy już kupimy sobie pamiątkowe wino, a do wina dzban z Modry, należałoby rozejrzeć się za jedzeniem. Okolice Senca i w tym wypadku pokażą się od najlepszej strony – nigdzie na Słowacji nie da się zjeść tak doskonałych gęsi jak w Chorwackim Hrobie – delikatnie wypieczone mięso, do niego loksze, czerwona kapusta... Oj, lepiej nie liczyć kalorii, tylko rozkoszować się na całego sztuką kulinarną w najlepszym wydaniu. „Zapomniałaś o burcziaku”- strofuje mnie Edyta. Istotnie, to prawdziwy hit winnych regionów – sfermentowany miąższ winogron, który zadziwiająco szybLUTY 2007

kich, wyruszających całymi autokarami na mecze, dla umiejętności narciarskich Słowaków, dla umiłowania turystyki pieszej i rowerowej. Bogdan Wrzochalski jest fanem hokeja i podziwia olbrzymi sukces słowackich hokeistów, którzy kilka lat temu zdobyli tytuł mistrza świata. „Niekiedy trzeba czekać całe pokolenie, żeby powtórzyć sukces, tymczasem w tak niedługim czasie, kiedy słowacka reprezentacja rozpoczęła samodzielną karierę po odłączeniu się od czeskiej, udało się jej zdobyć mistrzostwo świata!” – twierdzi. To, według Wrzochalskiego, poka-

zuje, jak niezwykłe pokłady energii i talentów drzemią w tym państwie i jego obywatelach. Mój rozmówca pasjonuje się też słowackim teatrem i filmem. „Ubolewam jedynie, że słowacka kinematografia ma zbyt mało pieniędzy na realizację filmów, a przecież kino czechosłowackie zawsze przyciągało rzesze widzów” – dodaje. Wójcik zwraca też uwagę, że kiedyś w słowackiej telewizji więcej było filmów czechosłowackich czy słowackich, a dziś i w radio i w telewizji króluje, podobnie jak w Polsce, kultura anglosaska. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

ko uderza do głowy. Ale jak smakuje... „I o zamkach zapomniałaś...” – dodaje moja znajoma. Nie zapomniałam, ale opisywanie ruin Białego Kamienia, leżącego przy Świętym Jurze, i dobrze zachowanej warowni Czerwony Kamień pozostawiam przewodnikom. Edycie łatwo pamiętać o historii, bo jej dom leży nieopodal dawnych stajni Marii Teresy. Mają one zostać odrestaurowane, ale póki co Edyta, jedząc kolację, może do woli patrzeć na kamienie, które pamiętają czasy cesarskie. Pewnie czasami sama czuje się jak królowa – i ja się temu nie dziwię – jej miejsce do życia otaczają cudowne krajobrazy, niezwykłe zabytki, fantastyczne jedzenie, no i wino godne niejednego monarchy. Po prostu raj... AGATA BEDNARCZYK 11


Halina Kunicka: „Niestety, zostałam w pamięci

jako wykonawczyni Orkiestr dętych” roku została finalistką radiowego konkursu dla WYWIAD MIESIĄCA W 1957 piosenkarzy. Była pierwszą Polką, która otrzymała Nagrodę Przed spotkaniem z popularną piosenkarką, pytałam znajomych, z którą piosenką kojarzą Halinę Kunicką i… jednoznacznie wygrały „Orkiestry dęte”. No właśnie… Niestety…

Dlaczego „niestety”? Przez długie lata mojej kariery zaśpiewałam naprawdę wiele cudownych piosenek, bardzo wartościowych, pięknych, głębokich. Ale okazuje się, że zostałam w pamięci jako wykonawczyni „Orkiestr dętych”. To zabawna, śmieszna pioseneczka. Szkoda, że właśnie ten utwór wrył się w pamięć słuchaczy. A które piosenki, według Pani, były ciekawsze, zasługujące na większą uwagę? Zdaję sobie sprawę, że nagrałam bardzo dużo piosenek, które nie miały szans stać się przebojami, bo miały charakter poetycki, były bardzo skomplikowane muzycznie, no i nie były aż tak nośne, by szeroka publiczność nuciła je całymi dniami. Nagrałam płytę z muzyką Andrzeja Kurylewicza, z tekstami Leśmiana, Broniewskiego, Tuwima i plejadą polskich poetów. Przygotowałam również płytę „Co się stało?”, do której teksty mi pisał Ernest Bryll. To właśnie tytułowa piosenka z tego krążka jest mi bardzo bliska. Mam na koncie płytę „12 godzin z życia kobiety” z cudownymi tekstami Wojtka Młynarskiego. Nieraz zastanawiałam się, jak mężczyzna może napisać tak głębokie i mądre teksty, typowe dla psychiki kobiety. Zawsze 12

Publiczności na Międzynarodowym Festiwalu w Sopocie, pierwszą, która uczestniczyła w Festiwalu Piosenki w Tokio, i pierwszą, która wygrała Festiwal Przebojów w Dreźnie. W plebiscytach, przeprowadzanych w Chicago, dwukrotnie uzyskała tytuł najpopularniejszej piosenkarki wśród amerykańskiej Polonii. Śpiewała w blisko trzydziestu krajach świata na czterech kontynentach. Reprezentując nasz kraj, śpiewała na olimpiadzie w 1972 roku w Monachium i na galowych koncertach w paryskiej Olimpii i słynnej sali Playela. Ma na swoim koncie dwanaście longplayów o łącznym nakładzie ponad miliona egzemplarzy. W ostatnią sylwestrową noc wystąpiła w wiedeńskim lokalu „U Marcina“, bawiąc polską publiczność. Z Haliną Kunicką udało mi się porozmawiać na początku stycznia w jednej z wiedeńskich kawiarenek. dążyłam do tego, żeby mój repertuar był różnorodny, żeby się nie skupiać na jednym gatunku. O co najczęściej prosi publiczność podczas Pani koncertów? Jest jeszcze jedna taka piosenka, po „Orkiestrach dętych” chyba numer dwa – „Gwiazda miłości”. To utwór, bez którego nie może się obejść żaden koncert. Najczęściej jednak na początku moich recitali śpiewam wiązankę starych przebojów.

Moim motorem były spotkania z publicznością. Do dziś czerpię z tego niesłychaną przyjemność – podczas występów wciąż dostaję dowody na to, że ludzie mnie lubią. Chcę przekazać moim wnukom tę mądrość życiową, że jeśli odnajdą w życiu swoją pasję, to to, co będą robić, będzie ich bawić i cieszyć.

Nie zastanawiała się Pani nad tym, by zaprosić do współpracy młodych wykonawców, podobnie jak to robią inni artyści, na przykład Maryla Rodowicz? Bardzo bym chciała, ale wydaje mi się, że już nie mam takiego napędu do rozpoczynania czegoś od zera. Na to już się chyba nie piszę…

Mówi Pani, że nie ma ochoty na zaczynanie od zera, ale ma Pani synową - artystkę (Anna Maria Jopek – przyp. od red.). Nigdy nie zastanawiałyście się Panie nad tym, by wystąpić w duecie? Zaśpiewałyśmy kiedyś razem moją piosenkę „Niech no tylko zakwitną jabłonie”. Ania nawet umieściła ją na swojej płycie. Na razie na tym się skończyło, każda z nas idzie swoją własną drogą, bowiem wykonujemy różne rodzaje muzyki.

A co było dla Pani tym napędem, motorem, którego, jak Pani twierdzi, dziś nie ma?

Czy w jakiś sposób doradza Pani synowej w sprawach zawodowych? Nie, w ogóle jej nie radzę. MONITOR POLONIJNY


Oznacza to, że ona nie potrzebuje Pani rad czy Pani niechętnie miesza się w jej życie? Jestem zafascynowana tym, co ona robi. Uważam, że Ania reprezentuje niezwykle wysoki gatunek muzyki. Ja mam kompleks, wypływający z tego, że zupełnie nie wiadomo, po co ukończyłam Wydział Prawa na Uniwersytecie Warszawskim, co w śpiewaniu mi nie za bardzo pomaga. Ania natomiast ukończyła Akademię Muzyczną wydział fortepianu, jest wykształconym muzykiem. Ona swój głos traktuje jak instrument, a kiedy śpiewa z zespołem, jest jednym z tych cudownych instrumentów. Z kolei ja bardziej koncentruję się na tekście. Może to wynika z mojego humanistycznego wykształcenia? Jak więc doszło do tego, że zamiast zostać prawnikiem, została Pani piosenkarką? Przypadek, jak to często w życiu bywa. Moja mama usłyszała w radiu, że ma się odbyć konkurs dla piosenkarzy amatorów. Ponieważ moja rodzina była bardzo umuzykalniona, rozśpiewana, mama grała na pianinie, więc mnie tam siłą zaciągnęła. Wystartowałam w konkursie, bardzo dobrze mi poszło. Byłam wtedy na trzecim roku prawa, więc do końca miałam jeszcze jeden rok. Studia skończyłam, bo śpiewanie traktowałam jako zabawę. Nie przypuszczałam, że z prawem się pożegnam na całe życie i że właśnie śpiewanie stanie się moim życiem. Nie żałuje Pani? Nie, w życiu! Co jest potrzebne, by osiągnąć sukces: talent, szczęście czy spotkanie odpowiednich osób na swojej drodze? Przypuszczam, że wszystko razem. LUTY LUTY2007 2007

Czy Pani mąż (Lucjan Kydryński, znany prezenter radiowy, konferansjer, zmarły w ubiegłym roku – przyp. od red.) to był właśnie ten odpowiedni człowiek na Pani drodze? Tak. Kiedy się spotkaliśmy, ja już śpiewałam siedem lat. To spotkanie zaowocowało innym spojrzeniem na to, co robię, poszukiwaniem czegoś innego. Może się mylę, ale gdybym jego nie spotkała, być może skończyłabym na tych „Orkiestrach dętych”. Do momentu spotkania Lucjana śpiewałam sobie lekkie pioseneczki, co było w zgodzie z moim radosnym usposobieniem. Dopiero mąż zaczął kształtować mój smak, poznał mnie z ciekawymi ludźmi: z Agnieszką Osiecką, Wojtkiem Młynarskim i innymi. Dzięki niemu weszłam w doborowe środowisko. Jako mała dziewczynka chętnie oglądałam Pani zdjęcia, słuchałam płyt, które mieli moi rodzice. Nazwisko Haliny Kunickiej i Lucjana Kydryńskiego w tamtych czasach kojarzyło się z elitami artystycznymi, ze światem ekskluzywnym. Czuliście się Państwo ludźmi, którzy tworzyli tamtą rzeczywistość? Nie… Aż tak to nie…

Moje pytanie nie ma zabarwienia negatywnego. Ja wiem, odebrałam to jako pozytywną opinię. Czuję się zaszczycona, że Pani tak to postrzega. My nigdy nie byliśmy tak do końca w tej tak zwanej estradce. Szliśmy troszkę inną, swoją drogą. Mieliśmy przyjaciół, swoje środowisko. Byliśmy z dala od estradki, a jedyne kontakty z nią mieliśmy wtedy, gdy braliśmy udział w festiwalach. Mój mąż je prowadził, ja tam czasem podśpiewywałam. Chyba zbyt skromnie Pani mówi o sobie… Czym były dla Pani festiwale, takie jak Sopot czy Opole? Niczym. Kompletnie niczym. Człowiek wiedział, że powinien tam wystąpić, bo wymagała tego popularność, a wtedy, wiadomo, w pewnych imprezach należy brać udział. Nigdy nie lubiłam i nie lubię się ścigać i walczyć. To było dla mnie upiorne i wspominam to z niechęcią.


Jak współpracowały ze sobą takie dwie silne osobowości jak Pani i Pani mąż? Nie jestem silną osobowością. Z radością i przyjemnością w pewnym stopniu podporządkowywałam się jego sugestiom, widzeniu rzeczy, smakowi. Być może później doszło do wzajemnego oddziaływania, dopełniania się, ale to nigdy nie było na zasadzie walki osobowości. Czy dwie gwiazdy pod jednym dachem nie stworzyły mieszanki wybuchowej? Nigdy nie wchodziło w grę myślenie o sobie w kategoriach gwiazd. Z radością robiliśmy to, co nam los przypisał. Czym jest dla Pani sukces? Odniosła go Pani? Tak. Jest to dla mnie wielka radość. Sukcesem jest między innymi to, że nadal ktoś mnie zaprasza na występy, że publiczność na nie przychodzi, śpiewa moje piosenki, zna je na pamięć. Czego mogę więcej pragnąć? Czy takie występy traktuje Pani jako pewne antidotum na stres i smutek? Wyłącznie. Jak ocenia Pani młodych artystów, którzy czasami sięgają po Pani repertuar, jak na przykład Halina Mlynková? Dzwoniła nawet do mnie z pytaniem, czy nie mam nic przeciwko temu, by zaśpiewała „Noce i dnie” i „To były piękne dni”. Zrobiła to inaczej. Urocza, miła dziewczyna – pięknie śpiewa! Oczywiście, nie miałam nic przeciwko temu. Uważam to za pewnego rodzaju sukces. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, WIEDEŃ

Będzie się działo K

oniec starego roku i początek nowego to okres planowania, wytyczania sobie celów. Podobnie jest w przypadku Klubu Polskiego – Stowarzyszenia Polaków i ich Przyjaciół na Słowacji, który też planuje rozmaite przedsięwzięcia na rok 2007. Poniżej przedstawiamy te plany, wierząc, że zainteresują one zarówno naszych rodaków, jak i ich słowackich przyjaciół, albowiem oferta imprez jest bogata i różnorodna. Trzeba przyznać, że będzie się działo… działacze polonijni chcą przedstawić kulturę morza, przygotowując na przełomie wiosny i lata imprezę na Dunaju z tradycyjnymi szantami, czyli żeglarskimi pieśniami, natomiast na jesień Bratysława będzie gościć niedawno powstały w Wiedniu polonijny kabaret „Trzy Po Trzy“. „Stawiamy na imprezy, które w ubiegłym roku cieszyły się dużym zaKlub Polski, działający na terenie Słowacji od 1994 roku, obecnie w sześciu regionach: Bratysława, Koszyce, Martin, Nitra, Środkowe Poważe i Żylina, przygotowuje różnego rodzaju przedsięwzięcia kulturalne i integracyjne zarówno dla młodszych, jak i starszych. W tym roku, oprócz tradycyjnych imprez, które cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem, zaplanowane są też nowe. Ich projekty, opracowane przez słowackich Polonusów, zostały złożone w Ministerstwie Kultury RS, Stowarzyszeniu „Wspólnota Polska“, Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie“. Klub liczy też na wsparcie Wydziału Konsularnego Ambasady RP w RS. W roku bieżącym oddziały bratysławski i koszycki przygotowują już tradycyjne imprezy kulturalne. W stolicy Słowacji

interesowaniem“ – komentuje Beata Wojnarowska, prezes Klubu Polskiego Region Bratysława. Na wschodzie Słowacji jesienią odbędą się już jedenaste z kolei Dni Kultury Polskiej w Koszycach, które trwać będą kilka tygodni, a które zgromadzą zapewne licznych miłośników m.in. sztuk wizualnych, grafiki, kina, jazzu.

Autorka składa podziękowanie panu Witoldowi Różyckiemu - organizatorowi występu Haliny Kunickiej w Wiedniu i Mariuszowi Michalskiemu za umówienie spotkania z artystką.

14

MONITOR POLONIJNY


Region Środkowe Poważe również może mówić o kontynuacji pewnej tradycji, albowiem na rok 2007 zaplanował drugą edycję dwujęzycznego konkursu literackiego „Współbrzmienie“. Tym razem będzie on dotyczył twórczości na temat „Język jako przygoda”. „Liczę na to, że uczestnicy przypomną sobie i opiszą zabawne lub po prostu ciekawe sytuacje

i doświadczenia, związane z językiem słowackim i polskim“ – informuje Mariola Peruňská, prezes oddziału w Poważskiej Bystrzycy. Oczywiście najlepsze prace zostaną, tak jak w roku ubiegłym, opublikowane w książce. Preferowaną formą literacką będzie więc w tym roku anegdota. „Przetłumaczenie tych opisów bez utraty zabawnego efektu językowego będzie dla autorów nie lada wyzwaniem“ – twierdzi Peruňská. LUTY 2007

Tradycyjnie zaplanowany jest również plener „EuryArt”, w którym wezmą udział artyści plastycy z Polski i Słowacji, a który przygotowuje Tadeusz Błoński z Koszyc. Efektem tych spotkań są rokroczne wystawy prac, prezentowane w kilku krajach Europy. „Przyjaźń bez granic” to przedsięwzięcie realizowane już od kilku lat przez oddział Klubu Polskiego w Trenczynie. „Chcemy zorganizować ciekawą wystawę polskich strojów ludowych z Muzeum Etnograficznego w Warszawie oraz przedstawić taniec i zwyczaje ludowe w wykonaniu dziecięcych zespołów folklorystycznych Polonii z Moraw, z południowej Polski oraz z okolic Trenczyna. Całość zakończymy biesiadą przy ognisku i polskiej piosence“ – informuje Renata Straková, szefowa klubu z Trenczyna. W Dubnicy z kolei 24-26 sierpnia odbędą się Dubnickie Dni Polonijnej Przyjaźni, Współpracy i Folkloru. W programie znajdzie się m.in. Ogólnosłowacka Spartakiada Sportowo-Kulturalna. Klub Polski Region Martin tradycyjnie przygotowuje Zlot Młodzieży Polonijnej, który dla dzieci i młodzieży jest nie tylko sprawdzianem zręczności czy wytrzymałości na szlakach turystycznych, ale przede wszystkim ma charakter integracyjny. „Na uwagę zasługuje ciekawy projekt, opracowany przez Zdenkę Błońską, adresowany do dzieci i młodzieży“ – ocenia Elżbieta Dutková, wiceprezes Klubu Polskiego, odpowiedzialna za złożenie projektów w Ministerstwie Kultury RS. Mowa tu o przedsięwzięciu pod hasłem „Dziecięce twórcze pracownie 2007: Krokiem w kierunku sztuki“, które odbędzie się po raz pierwszy. „Integracyjne gry sportowe młodzieży polonijnej” to impreza, zaplanowana przez członków nowopowstałego regionalnego klubu w Żylinie we współpracy z regionem Martin. Będzie to integracyjne spotkanie dzieci i młodzieży polonijnej z młodzieżą niepełnosprawną (osoby specjalnej troski z upośledzeniem umysłowym, fizycznym itp.). Klub Polski Środkowe Poważe informuje również o przygotowywanych koloniach letnich

dla dzieci do lat 13, które odbędą się w dniach od 1 do 9 lipca w miejscowości Zawadzkie w Polsce „Ciekawymi przedsięwzięciami mogą być nowe projekty, na przykład ten, który opracował Klub Polski z Żyliny – ocenia Dutková. – Chodzi o przedsięwzięcie pod nazwą Czytanie drogą do odnajdywania korzeni i utwierdzenia tożsamości narodowej. Jednym z jego celów jest utworzenie polskiej biblioteczki w Żylinie“. Nowością będą też imprezy bożonarodzeniowe w Koszycach, których celem będzie prezentacja polskich zwyczajów bożonarodzeniowych.

Oprócz tego w każdym regionalnym klubie odbywać się będą mniejsze i większe imprezy: z okazji Dnia Kobiet, Dnia Dziecka, spotkania mikołajkowe, wigilijne i inne. Klub Polski jest wydawcą naszego miesięcznika, toteż projekty związane z jego wydawaniem zostały złożone w instytucjach, z którymi organizacja polonijna współpracuje. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

15


DNA&GAL Z

espół DNA&GAL to duet, producent oraz mc, zajmujący się tworzeniem muzyki hip-hopowej. Tworzą go dwaj hiphopowcy z Przemyśla: DNA (Daniel Trusz) i GAL (Paweł Błoński). Formacja istnieje od roku 2001. Jej droga do sukcesu była bardzo burzliwa. Pierwsza płyta „Prolog” przyczyniła się do tego, że muzycy zaczęli być zauważani początkowo na podkarpackiej scenie hip-hopowej. Pisano

J

o nich: „DNA&GAL – to nowa twarz w przemyskim podziemiu”. Kolejna płyta „Atak” została wydana przez „Bend Rekords” i nie doczekała się uznania. Po czterech kolejnych latach pracy i wielu przygodach DNA&GAL podpisali umowę z wydawnictwem UMC „My Music” – nagrali płytę „Niewidzialni” oraz dwa klipy, promujące album: „Budzić świat” i „Więcej uczuć”. Jako jedyny zespół

akiej muzyki słucham? Jako pedagog, nauczyciel gry na instrumentach muzycznych szkoły muzycznej w Nitrze z muzyką obcuję na co dzień, słucham jej po kilka godzin dziennie. Uczę gry na fortepianie osoby w wieku od 6 do 20 lat, więc obcuję z muzyką, poczynając od bardzo prostych ćwiczeń, piosenek, utworków aż po utwory słynnych i znanych kompozytorów. Przysłuchuję się, jak utwór „powstaje pod paluszkami“ uczniów, a największą radość mam wte16

z Podkarpacia duet został zakwalifikowany do konkursu TOP TRENDY 2006, który odbył się w Sopocie ubiegłego roku. Spośród 105 wykonawców z całej Polski do finału przeszło zaledwie 9 z nich. DNA&GAL uplasowali się w czołówce, zajmując trzecie miejsce. Występowali w Sopocie obok takich wykonawców, jak „Virgine”, Mandaryna czy „Bajm”. Teksty, których autorem jest GAL, są odzwierciedleniem życia i motywacją dla ludzi młodych. Wszystko to sprawia, że utwory zespołu bardzo szybko trafiają do odbiorców, a jego ostatnia płyta zdobyła uznanie zarówno wśród młodszej, jak i starszej publiczności, co w polskim środowisku hiphopowym jest niespotykane. Obecnie utwory DNA&GAL można usłyszeć w radiu „Eska” (hip-hopowe odkrycie roku), zaś teledyski emitowane są na antenie MTV i VIVA – polecam wszystkim fanom muzyki hiphopowej. URSZULA SZABADOS

dy, kiedy po kilkumiesięcznej pracy słyszę go podczas koncertu. Najczęściej słucham muzyki poważnej, przede wszystkim Chopina, Beethovena i Bacha, ale najchętniej na żywo – na koncertach. Oczywiście wszędzie wokół mnie jest dzisiaj muzyka, więc słucham też zupełnie innych gatunków. Żyję na Słowacji już 18 lat i w tym czasie poznałam mnóstwo piosenkarzy i zespołów muzyki popularnej. Muzyka naprawdę nie zna granic. IZABELA LŐRINCZOVÁ Z NITRY MONITOR POLONIJNY


Nagrody historyczne „Polityki“

T

ygodnik „Polityka“ już po raz czterdziesty piąty przyznał nagrody za prace z dziedziny najnowszej historii Polski. Jury, w którym zasiadali profesorowie Juliusz Bardach, Jerzy Holzer, Czesław Madajczyk, Jerzy Tomaszewski, Feliks Tych, Wojciech Wrzesiński oraz redaktor tygodnika Marian Turski, oceniało publikacje wydane w 2005 roku. Marian Turski, omawiając Nagrody Historyczne 2006 w artykule Dobra Pamięć („Polityka” 2006, nr 49), pisze: „Wyróżniliśmy w tej jubileuszowej edycji Nagród Historycznych Polityki dzieła wybitne, które – nie mam wątpliwości – przez długie lata (a to jest miarą wybitności) cytowane będą przez badaczy”. Nagrodzone książki, naszym zdaniem, zainteresują nie tylko profesjonalnych historyków, ale także znajdą czytelników wśród tych, dla których poznawanie historii Polski, również tej najnowszej, jest zajęciem hobbistycznym, dlatego też warto wiedzieć, które dzieła „Polityka” nagrodziła. W dziale prac naukowych jury wyróżniło pracę francuskiego historyka Daniela Beauvois, członka Polskiej Akademii Nauk i Polskiej Akademii Umiejętności, doktora h.c. uniwersytetów Warszawskiego, Wrocławskiego i Jagiellońskiego, wielce zasłużonego dla polskiej historiografii. Nagrodzona książka nosi tytuł Trójkąt ukraiński. Szlachta, carat i lud na Wołyniu, Podolu i Kijowszczyźnie 1795 – 1914, a wydało ją wydawnictwo UMCS. Za Marianem Turskim zacytujmy, co o niej powiedział jej autor: „Ta książka to największy trud mojego życia, 25 lat pracy. Rzeczywiście, nie spodoba się ona wyznawcom kresowego mitu. Cóż, kiedy dla mnie liczą się tylko LUTY 2007

TO WARTO WIEDZIEĆ dokumenty archiwalne, a nie literackie metafory. Odczarowanie psuedohistorii uważam za najpilniejsze zadanie historyków Europy Środkowo-Wschodniej”. Praca prof. D. Beauvois, oparta na dotąd niewykorzystanych i niedostępnych polskim historykom materiałach archiwalnych, jest, zdanie jury, „kluczem do zrozumienia stosunków i konfliktów polsko-ukraińskich w XX w.”, co przesądziło o przyznaniu nagrody jej autorowi, mimo iż dzieło dotyczy historii dość odległej. W tym samym dziale, tj. prac naukowych, wyróżniono studium Andrzeja Chwalby, znanego historyka krakowskiego, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego, członka licznych polskich i zagranicznych towarzystw naukowych, autora licznych prac, dotyczących głównie historii społecznej Europy i Polski XIX i XX wieku, a zwłaszcza kwestii związanych z religią, mentalnością, kulturą, życiem codziennym i zmianami cywilizacyjnymi. Nagrodzona książka prof. Chwalby nosi tytuł III Rzeczpospolita. Raport specjalny, a wydało ją krakowskie Wydawnictwo Literackie. Jest to opowieść historyka o nowym polskim społeczeństwie, jakie zaczęło powstawać po roku 1989, swoisty subiektyw-

ny przegląd wydarzeń, sukcesów i niepowodzeń ostatnich kilkunastu lat, przedstawienie procesów cywilizacyjnych, zmian, dokonujących się w polskiej gospodarce, kulturze i obyczajach społecznych. W swych rozważaniach prof. Chwalba zestawia obiektywne dane z obrazem ludzkich odczuć, nie pomija świata zbiorowej wyobraźni, w której mają miejsce zbiorowe przekonania, lęki czy stereotypy, wykreowane przez media. Stara się też odpowiedzieć, jaka jest ta III Rzeczpospolita i jak ocenia ją przeciętny obywatel. Pokazuje, jak ogromną i ważną, choć dla wielu bolesną drogę transformacji przeszła. Uważa, że okres „trudnej młodości”, tj. okres najbardziej burzliwych przemian, III Rzeczpospolita ma już prawdopodobnie za sobą, a były w tym czasie zarówno sukcesy, jak i błędy i porażki. Odwołując się do danych, wynikających z badań opinii publicznej z 2004 roku, pisze, że Polacy za największą porażkę piętnastolecia III Rzeczypospolitej uznali bezrobocie i korupcję, a za największy sukces akces do Unii Europejskiej i NATO. Książka prof. Andrzeja Chwalby jest otwarta, otwarta w tym sensie, że III Rzeczpospolita trwa. Jednocześnie jest ważnym głosem w aktualnej debacie o tym, czym pierwszych piętnaście lat tejże Rzeczypospolitej w życiu społeczeństwa było. To także przeciwstawienie się tendencjom czarnego widzenia tej przeszłości, gloryfikowaniu przegranych i lekceważeniu tego, co już udało się osiągnąć. 17


W dziale wydawnictw źródłowych Nagrodę Historyczną „Polityki” otrzymał Mieczysław F. Rakowski za Dzienniki polityczne 1958 – 1989. Nagrodą tą wyróżniono nie tyle wydany przez Wydawnictwo „Iskry” ostatni tom, ale całość Dzienników, tj. wszystkie dziesięć tomów. Pisane niemal codziennie przez trzydzieści lat dzienniki Mieczysława F. Rakowskiego długoletni szef Biura Edukacji Publicznej IPN Paweł Machcewicz, którego trudno posądzić o sympatię wobec ich autora, ocenił na łamach „Rzeczypospolitej”: „Dzienniki polityczne Rakowskiego są dziełem wyjątkowym, jednym z najważniejszych źródeł do historii PRL. Dziesięć tomów, kilkanaście tysięcy stron niezwykle szczegółowych zapisków. Jest w nich i klimat epoki, i informacje z pierwszej ręki o setkach zakulisowych spraw, i portrety kolejnych przywódców partii /.../ Dzienniki Rakowskiego są więc ważnym głosem – tym bardziej, że pochodzą z samego ancien regime’u – w dyskusji na temat bilansu cywilizacyjnego PRL”. (cyt. za: Marian Turski, Dobra pamięć). Dziś 80-letniemu autorowi za to dzieło dziękuje też znakomity historyk prof. Andrzej Paczkowski, pisząc w swej ostatniej książce o stanie wojennym następujące słowa: „Myślę, że wszyscy zajmujący się historią polityczną PRL po roku 1956 powinni gorąco podziękować Rakowskiemu za to, że dzienniki takie pisał. Jeszcze wylewniej zaś za to, że odważył się je opublikować”. By zrozumieć, dlaczego historycy polscy tak wielką wagę przywiązują do Dzienników politycznych Mieczysława Rakowskiego, przypomnijmy kil18

ka faktów z biografii ich autora. W latach 1957-1958 był zastępcą redaktora naczelnego tygodnika „Polityka”, a od 1958 r. do 1982 r. jego redaktorem naczelnym, który tygodnik ten przekształcił w czasopismo najbardziej wpływowe i najbardziej poczytne na wschód od Łaby. W latach siedemdziesiątych Rakowski był posłem na Sejm PRL. Był też członkiem KC PZPR. W wydanej w 1991 r. książce Jak to się stało Rakowski pisze: „Na scenę wielkiej polityki, ściślej rządowej, zostałem wprowadzony przez generała Wojciecha Jaruzelskiego”. Generał Jaruzelski zaproponował mu w styczniu 1981 r. stanowisko wicepremiera. Rakowski propozycję przyjął. O swej decyzji pisze: „Byłem zdania, że jako wicepremier będę mógł znacznie więcej zrobić dla kraju, aniżeli redaktor nawet tak wpływowego pisma, jakim była Polityka”. W czasie stanu wojennego był członkiem tzw. Dyrektoriatu. W dniu 27 września 1988 roku został premierem i był nim dziewięć miesięcy. W lipcu 1989 roku, gdy Wojciech Jaruzelski został przez Zgromadzenie Narodowe wybrany prezydentem i zrezygnował z funkcji I sekretarza KC PZPR, stanowisko to Komitet Centralny powierzył M. Rakowskiemu. Pierwszym sekretarzem nie był długo – w czasie XI Zjazdu PZPR, odbywającego się w dniach 27 – 29 stycznia 1990 r., nastąpiło rozwiązanie partii. Tyle ze zwięzłej politycznej biografii M. Rakowskiego, który jest także publicystą – ale to już inny temat. W dziale pamiętników i wspomnień nagrodę przyznano Henrykowi Schönkerowi za wspomnienia zatytułowane Dotknię-

cie anioła, wydane przez Wydawnictwo „Karta”. Dotknięcie anioła to opowieść dziś 75-letniego autora o własnych losach, losach żydowskiego chłopca, który jako krakowski ośmiolatek ocknął się w centrum wielkiej wojny z całym jej tragizmem, podłością, ale też dobrem i szlachetnością. Wspomnienia Schönkera zostały wyróżnione przez „Politykę” za to, że wnoszą nowe informacje źródłowe do czasów zagłady. Do najważniejszych należy podanie faktu, że późną jesienią 1939 roku w Oświęcimiu, gdzie ojciec Henryka, Leon Schönker, był pierwszym przewodniczącym Judenratu, powstało biuro emigracyjne, które miało organizować wyjazd Żydów do Palestyny. Za zgodą władz hitlerowskich Leon Schönker stanął na czele delegacji śląskich Żydów, która udała się do Berlina, by tam spotkać się z Adolfem Eichmannem w celu omówienia szczegółów tego planu. Korzystając z zapisków i komentarzy ojca, autor wspomnień szczegółowo omawia ten epizod. Wiadomo, że plan Eeichmanna, zwany Nisko, mający „oczyścić” z Żydów tereny podbite przez Rzeszę, został odrzucony na rzecz całkowitej eksterminacji. W wielowarstwowych wspomnieniach znajdziemy informacje o pogromie w Wieliczce, o getcie w Bochni, obozie w Bergen-Belsen. Dla historyka ważne są przede wszystkim informacje źródłowe, zawarte w tych wspomnieniach, dla zwykłego czytelnika są one lekturą pasjonującą, w której realne wydarzenia przeplatają się z sekwencjami symbolicznymi, kontemplacyjnymi czy wręcz proroczymi. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK MONITOR POLONIJNY


Polski pisarz z Czarnego Lądu

P

rzed czterema laty zaskoczył czytelników i krytyków znakomitą i sugestywną prozą. Sceptyczny zazwyczaj Jacek Trznadel pisał wówczas: „Jej styl i temat nie mają u nas właściwie odpowiedników”. Na tej książce autor nie skończył. Dwie kolejne to równie świetna proza, wyraźnie wyróżniająca się swymi walorami literackimi na tle współczesnej literatury polskiej. Nie dziwi więc, że autor tej prozy – Wojciech Albiński – był nie tylko nominowany do Nagrody Nike, ale otrzymał też prestiżową Nagrodę im. Józefa Mackiewicza. Wojciech Albiński, warszawiak, urodzony w 1935 roku, studiował geodezję na Politechnice Warszawskiej. Na czas studiów przypadają jego pierwsze próby literackie. Od 1956 roku był członkiem Koła Młodych Związku Literatów Polskich, należał też do grupy młodych pisarzy, którzy założyli „Współczesność” - najgłośniejsze pismo literackie końca lat 50. i początku 60. ubiegłego wieku. Publikował przede wszystkim wiersze, rzadziej opowiadania. W 1963 roku wyjechał za granicę, początkowo do Paryża, a później do Genewy, gdzie mieszkał do 1969 roku. Epizodycznie współpracował z paryską „Kulturą”. Później wyemigrował na Czarny Ląd. W Botswanie zatrudnił się jako geometra, ekspert w sprawach katastralnych i kartograficznych. Mieszka jednocześnie w RPA i Botswanie. W Afryce odnalazł siebie, ale na długie lata zniknął z literatury polskiej, by odnaleźć się w niej dopiero w 2003 roku. Jego wejście po latach na polski rynek wydawniczy było wejściem pisarza dojrzałego, pozbawionego kompleksów emigranta. Tomem opowiadań Kalahari (Wyd. „Twój Styl”, Warszawa 2003) LUTY 2007

przedstawił się polskiemu czytelnikowi jako świetny polski pisarz afrykański, który nie ma w naszej literaturze sobie podobnego. W jego opowiadaniach, osadzonych w realiach Afryki Południowej, pojawiają się czarnoskórzy, biali i żółci, ale zawsze ludzie z krwi i kości, ze swoimi radościami, problemami, przegranymi, którzy równie dobrze mogliby żyć nad Wisłą czy Sekwaną. Albiński nie epatuje czytelnika egzotyką Afryki, nie dręczy też politycznymi zmianami, głodem, chorobami, zamachami, choć w tle ludzkich losów czuje się ich obecność. Dla niego Afryka jest codzienną rzeczywistością, w której żyje on i żyją bohaterowie jego opowiadań – ludzie szlachetni i słabi, dobrzy i okrutni, groteskowi i heroiczni. Rok później w „Twoim Stylu” ukazał się drugi tom afrykańskich opowiadań Albińskiego, potwierdzający wysoką klasę autora, noszący tytuł Królestwo potrzebuje kata. Tu afrykańskie tradycje plemienne spotykają się z nowoczesnością, zachowania Europejczyków kontrastują z postawami Afrykańczyków. Autor w wywiadzie udzielonym J. Strękowi („Nowe Książki” 2006, nr 8) na pytanie, ile jest

BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI

Afryk w jego książkach odpowiada: „Trudno mówić o Afryce jako jednym organizmie. Są kraje dobrze rządzone, wysoce zorganizowane, np. RPA czy Botswana, i kraje, gdzie istnieje pewien stan dezorganizacji. Weźmy wschodnie Kongo, gdzie biegają armie wyzwoleńcze, gdzie zginęło 2 czy 3 mln ludzi, gdzie żadna władza nie sięga. Mamy też kraje, w których istnieje fasada demokracji, demokracje na poły fikcyjne. No i jest Afryka, gdzie kursują pociągi, buduje się drogi, zbiera podatki. Myślę o południowym cyplu”. W jak dotąd ostatnim zbiorze Albińskiego Antylopa szuka myśliwego („Twój Styl” 2006) znajdujemy i Afrykańczyków, i Europejczyków, uwikłanych w trudne procesy transformacji politycznej, ekonomicznej, ale przede wszystkim transformacji myślenia Afrykańczyków i myślenia o Afryce i ludziach Czarnego Lądu. Opowiadania afrykańskie Albińskiego, ich fabuła i bohaterowie tworzą plastyczny obraz ludzi Czarnego Lądu. Miejmy nadzieję, że znakomity autor, dla którego Afryka stała się siłą sprawczą jego pisarstwa, obraz ten będzie w przyszłości uzupełniać i obdarzy nas kolejnymi równie ciekawymi utworami. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK 19


H I S T O R Y C Z N E Z W I Ą Z K I P O L S K O - S Ł O W A C K I E

Zastaw spiski W

poniższym artykule pragnę przybliżyć Czytelnikom „Monitora” prawie cztery stulecia, kiedy to region spiski, perła dzisiejszej Słowacji, był oddany w zastaw królowi polskiemu. Nie było to jednak po raz pierwszy, kiedy region ten był zarządzany przez polskich władców. Już w 1001 r. król Polski Bolesław Chrobry przyłączył do swego królestwa Spisz wraz z większością ziem obecnej Słowacji (Prowincja Wag), jednak bardzo szybko, bo w 1018 r. większość tych ziem (poza północną częścią) utracił. Później, w 1292 r. Spisz został obsadzony przez wojska księżniczki Kingi, która dążyła do utrzymania go w granicach polskiego królestwa. W 1312 roku Polska ostatecznie utraciła ten region.

Zastaw spiski – jak do tego doszło? Wszystko zaczęło się od Wielkiej Wojny z Krzyżakami w latach 1409–1411. W tym czasie na tronach niemieckim i węgierskim zasiadał Zygmunt Luksemburski, na polskim zaś Władysław Jagiełło. W trakcie wojny Zygmunt Luksemburski opowiedział się po stronie Krzyżaków. Dnia 21 czerwca 1410 roku wypowiedział Polsce wojnę i rozpoczął koncentrację

wojsk na południowej granicy. Po przegranej przez Krzyżaków bitwie pod Grunwaldem usilnie pracował nad uzyskaniem maksymalnie korzystnego dla Zakonu traktatu pokojowego, zawartego ostatecznie 1 lutego 1411 roku w Toruniu. Pokój z Zygmuntem zawarto 15 marca 1412 r. na zjeździe w Lubowli (słow. Stará Ľubovňa). Tam również ustalono zasady udzielenia niemieckiemu królowi pożyczki w postaci znacznej sumy pieniędzy, pochodzącej z odszkodowań wypłaconych Polsce przez Krzyżaków.

Negocjacje, prowadzone potem na zamku Dunajec (dzisiaj Niedzica), zaowocowały wypłaceniem przez stronę polską całej kwoty 37 000 kop groszy praskich (czyli około 7,5 tony czystego srebra) i wystawieniem 8 listopada 1412 r. przez kancelarię królewską dokumentu zastawu spiskich miast. Pożyczka miała zostać zwrócona w tej samej wysokości i w tym samym miejscu, gdzie ją wypłacono – na węgierskim wówczas zamku w Niedzicy. W skład zastawu weszło 13 najbogatszych miast Spisza i 3 miasteczka: Lubowla wraz z zamkiem, Spiska Biała, Lubica, Wierzbów, Spiska Sobota, Poprad, Straże, Spiskie Włochy, Spiska Nowa Wieś, Ruszkinowce, Wielka, Spiskie Podgrodzie, Maciejowce, Twarożne, Podoliniec i Gniazda. Warto zauważyć, że Spisz w tamtych czasach był bogatym regionem górniczym, gdzie oprócz żelaza i miedzi wydobywano również srebro i złoto. Zastaw był więc o tyle cenniejszy. Z zastawionych terytoriów utworzono starostwo spiskie z siedzibą na zamku lubowelskim, który był miejscem wielu spotkań i rokowań między władcami Polski i Węgier. Jednym

Muzeum Wychodźstwa Polskiego Pomysłodawcą utworzenia muzeum był nieżyjący już Jerzy Waldorff. Wyobrażał sobie, że znajdzie się w nim bogata kolekcja zbiorów i osobistych pamiątek po Ignacym Janie Paderewskim, zapisana w testamencie narodowi polskiemu. Ostatecznie zaakceptował ideę, że Muzeum Wychodźstwa powinno otworzyć się na całą Polonię. Po wielu latach starań, które prof. Marek Kwiatkowski ocenia jako stracone, w 1995 r. Łazienki Królewskie odłączone zostały od Muzeum Narodowego w Warszawie (dalej MNW). Jednak trzeba było cze20

D

rogi Czytelniku, jeżeli los skieruje twoje kroki do Warszawy, pomyśl o Łazienkach Królewskich i o ukrytym na ich terenie historycznym obiekcie, zwanym Podchorążówką. Przez wiele wieków pełnił on różne funkcje, aby ostatecznie stać się siedzibą Muzeum Wychodźstwa Polskiego im. Ignacego Jana Paderewskiego. kać jeszcze długie lata, bo do roku 2003, gdy zapadła decyzja o przeznaczeniu połowy gmachu Podchorążówki na Muzeum Wychodźstwa Polskiego. Początek był jednak bardzo trudny, ponieważ MNW zabrało z tego obiektu wszystkie cenne zbiory, w tym całą kolekcję Paderewskiego. W Podchorążówce zostały tyko gołe, odrapane ściany.

Jednak dzięki zaangażowaniu takich ludzi, jak prof. Marek Kwiatkowski (dyr. Łazienek Królewskich i Muzeum Wychodźstwa Polskiego) czy prof. Andrzej Stelmachowski (prezes „Wspólnoty Polskiej”), muzeum zaczęło funkcjonować. Niezależnie od działalności wystawienniczej w Wielkiej Sali Portretowej odbywają się koncerty. Organizowane są także

sesje naukowe i spotkania dyskusyjne, dotyczące m.in. ochrony polskiego dziedzictwa kulturowego. Muzeum Wychodźstwa Polskiego nastawione jest przede wszystkim na obrazowanie historii emigracji. W planie są liczne wystawy, np. „Syberiada polska”, przedstawiająca drogi zesłańców polskich w czasach carskich i ich potomków. W dalszej perspektywie będzie wystawa o Polakach w Turcji oraz wystawa poświęcona Tadeuszowi Romerowi – wybitnemu polskiemu dyplomacie. Muzeum Wychodźstwa Polskiego jest miejscem, gdzie są wyeksponowane i udostępnione szerszej publiczności pamiątki po Polakach, którzy z róMONITOR POLONIJNY


z pierwszych starostów spiskich, mających siedzibę na tymże zamku, był w latach 1420-1428 Zawisza Czarny z Grabowa, najsłynniejszy polski rycerz. Najdłużej starostwo spiskie spoczywało jednak w rękach rodu Lubomirskich, dla których stało się jednym z głównych źródeł finansowej potęgi. Ciekawostką jest to, że w latach 16551661, podczas wojny szwedzkiej na zamku lubowelskim były przechowywane polskie klejnoty koronne. Trzeba jednak pokreślić, że efektem pożyczki nie było jednak przyłączenie zastawionych terytoriów do Polski, którą to opinię się niekiedy spotyka. Zastawione miasta, wsie i dominia pozostały częścią Królestwa Węgier. Władza polska nad nimi sprowadzała się do pobierania podatków i do bieżącego zarządzania tymi ziemiami, przy czym władza ta nie przysługiwała królestwu polskiemu (tzn. państwu polskiemu), lecz kolejnym królom polskim. Forma zastawu była sposobem obejścia zakazu pobierania odsetek od pożyczonych pieniędzy, obowiązującego w prawie średniowiecznym. Wynagrodzeniem pożyczkodawcy były dochody z przedmiotu zastawu.

Pod rządami polskich królów miasta oddane w zastaw rozkwitały. Miały różne przywileje, a ponieważ nie należały zupełnie do żadnego państwa, często omijały je również oblężenia i bitwy. Miasta te prowadziły bogaty handel z Polską, gdyż leżały na szlakach handlowych, łączących południe z północą. W większości z nich 1-2 razy w tygodniu odbywały się targi. Rozrastały się pod względem architektonicznym, budowano w nich kościoły i klasztory (np. w Podolińcu wybudowano klasztor i kościół piaristów), mieszczańskie domy, tworzono szkoły (np. w Spiskim Podgrodziu powstała miejska szkoła łacinska) itp. Jeśli chodzi o pożyczkę, nie została ona nigdy spłacona, wobec czego zastaw spiski nigdy nie został zwrócony, choć sejmy węgierskie wielokrotnie żądały od kolejnych królów Węgier jego odzyskania. Ci zaś prowadzili na ten temat rokowania z królami Polski, proponując różne sposoby likwidacji zastawu. Nigdy jednak nie zaoferowano zwrotu pożyczki w sposób przewidziany w umowie. W 1769 r. na rozkaz cesarzowej Marii Teresy wojska austriackie bezpraw-

nie zajęły starostwo spiskie, co było wstępem do zagarnięcia w roku następnym starostw czorsztyńskiego, nowotarskiego i sądeckiego. Po pierwszym rozbiorze Polski, w 1773 r., król Stanisław August Poniatowski zwrócił zastaw królowi Węgier bez odzyskania pożyczki. Zastaw trwał więc 361 lat. W Spiskiej Sobocie na środku rynku do dziś stoi słup mariański, wzniesiony w 1772 r. na pamiątkę tego zdarzenia. Może warto więc, odwiedzając spiskie miasta, poszukać polskich śladów, które zachowały się tam na przekór pożarom i bitwom, pustoszącym ten region. Warto spróbować choćby w Spiskiej Sobocie, tworzącej w całości miejski rezerwat zabytkowy, w której centrum zachowały się dawne rozległe kompleksy budynków i ulic w takim stopniu, jak w mało którym mieście na Słowacji. ANDREA CUPAL BARICOVÁ Źródła: 1. Vladimir Ferko, Slovensko moja vlasť, Literárne informačné centrum, 2001 2. Ľudmila Husovská, Júlia Takatsova, Slovensko. Prechádzky storočiami miest a mestečiek, Príroda, 1998

żnych powodów opuścili ojczystą ziemię, a wpisali się złotymi literami w kulturę innych narodów. Na obecnym etapie pełni ono także rolę edukacyjną. Chce przyczynić się do rozwoju patriotyzmu, między innymi poprzez powrót do korzeni. Muzeum ma ambicje ilustrowania prawdy o fenomenie naszej emigracji, jak dotąd nie zatrzymanej i ciągle postępującej, a także budzić u współczesnych emigrantów poczucie dumy narodowej. Dlatego też w imieniu Muzeum Wychodźstwa Polskiego kieruję apel do naszej organizacji polonijnej i wszystkich Polaków zamieszkałych w Słowacji o przekazywanie pamiątek po naszych przodkach, które niekiedy lekceważone pozostają na dnach szuflad lub strychach domów. Być LUTY 2007

może w ten sposób uchronimy je przed smutnym końcem, jakim jest śmietnik. Stare listy, fotografie, mundury, książki, odznaczenia, dyplomy i narzędzia pracy będą chętnie przyjęte. Z pewnością przydadzą się jako materiał uzupełniający ekspozycję, zbiór muzealny i archiwalny. Wszystkich, których temat zainteresował, odsyłam do publikacji Marka Kwiatkowskiego pt. „Muzeum Uchodźstwa Polskiego”. Jednocześnie informuję, że Ambasada RP i Ataszat Obrony w Bratysławie udzielą wyjaśnień oraz niezbędnej pomocy, związanej z ewentualnym przekazaniem pamiątek. STANISŁAW WÓJCIK attache obrony, wojskowy i lotniczy w Ambasadzie RP w Bratysławie

21


Nasz Orzeł dobrze... skacze! J

esteśmy w połowie sezonu skoków (i lotów) narciarskich 2006/2007. Kolejna zima kibicowania, trzymania kciuków i emocji. A wszystko zaczęło się na dobre w 2001 roku, kiedy niezbyt znany Polak, Adam Małysz, wybrał się na 49. Turniej Czterech Skoczni bez menedżera i sponsora. Kilkanaście dni później Małysz wygrał TCS w porywającym stylu, stając się najbardziej popularnym człowiekiem w historii polskiego sportu. Obecnie trwa trzynasty sezon Adama Małysza (skacze od roku 1994). Pomimo tego, że nie rozpoczął się najlepiej – przy fatalnej pogodzie na inauguracji konkurs Pucharu Świata sędziowie kazali dokończyć pierwszą serię i Adam Małysz był ... 34. Inny nasz skoczek, Stefan Hulla, zajął za to... 12 miejsce! W ostatnim dziesięcioleciu poza Małyszem nikt na świecie nie zdobył tylu tytułów w skokach narciarskich. Nasz Orzeł był trzy razy zwycięzcą Pucharu Świata, w lecie trzy razy wygrał Grand Prix, trzy razy zdobył złoto i raz srebro na mistrzostwach świata, ma też srebro i brąz, zdobyte na olimpiadzie w Salt Lake City w 2002 roku... Latem ubiegłego roku Małysz ponownie został zwycięzcą. Tym razem wygrał letnie Grand Prix w Oberhof. Po letnich skokach, które były bardzo dobre, jak sam mówi, „nabrał ochoty do startów” i ro22

zwiał tym ostatecznie pogłoski o rozważaniach nad końcem kariery. W tym sezonie Małysz, który skończył w grudniu 29 lat, i jego koledzy startują pod opieką nowego trenera. Fin Hannu Lepistö, bo o nim mowa, ma na swoim koncie wiele sukcesów. Adam i koledzy mają zatem potężną motywację i kolejną szansę. Bez tego jednak i tak mało kto może dorównać Małyszowi. W ciągu ostatnich sześciu latach z naszym

mistrzem może się mierzyć tylko legendarny Fin Janne Ahonen. W okresie największych sukcesów Małysza ze skoków narciarskich uczyniono w Polsce sport numer 1. Gdy Adam stawał na rozbiegu skoczni, przed telewizorem gromadziło się kilkanaście milionów Polaków. Przez sześć lat skoczek z Wisły był najbardziej znanym polskim sportowcem. Dziś głowy rodaków są już nieco chłodniejsze i być może po raz pier-

wszy od 2001 roku Małysz wystartuje w TCS z szansami, ale bez presji. Stopniowo z cienia Adama Małysza wychodzą młodzi skoczkowie. Warto obserwować uważanego za wielki talent Kamila Stocha, który w marcu zaczyna studia na krakowskiej AWF. W lecie bardzo duże postępy poczynił też Stefan Hula. Oczywiście dla wszystkich reprezentantów najważniejszą imprezą będą w tym sezonie mistrzostwa świata, które zostaną rozegrane w Japonii na przełomie lutego i marca. W tym sezonie Małysz podczas treningów wypadał dobrze. „Jestem optymistą – mówi. – Chcę i jestem w stanie walczyć z każdym”. W dotychczasowych zawodach na miarę swoich możliwości spisał się Kamil Stoch. Mniej szczęścia miał trzeci z naszych reprezentantów, Stefan Hula, który już na początku został zdyskwalifikowany z powodu nieregulaminowego kombinezonu. Odkrycie i gwiazdę obecnego sezonu, 17-letniego Austriaka Gregora Schlierenzauera, Adam Małysz uważa za „prawdziwą rewelację”. Stwierdził też, że „będzie mu bardzo trudno go gonić”. Sam Schlierenzauer powtarza, że MONITOR POLONIJNY


jego wzorem jest... Adam Małysz i powtarza słynne zdanie naszego rodaka, że „najważniejsze są dwa równe skoki”. „Ja wzorowałem się na Weissflogu, a teraz ktoś tak zdolny, jak Gregor, na mnie. To znaczy, że zostawiłem jakiś ślad w tym sporcie” – skomentował to stwierdzenie Małysz. Pomimo sukcesów Adama Małysza, dobrego zespołu specjalistów z zaplecza drużyny i kilku lat „małyszomanii”, nadal nie mamy „polskiej szkoły” skoków. Co najgorsze i zarazem najdziwniejsze, nie mamy i następcy Małysza. Nasz Orzeł numer 1 nadal jest w kadrze solistą. Trener Lepistö chce, by młodzi zdolni mogli wykorzystać swoją szansę choćby w zawodach niższej rangi – Pucharze Kontynentalnym. I choć Marcin Bachleda, Rafał Śliż, Stefan Hula, Kamil Stoch „rokują nadzieje”, sukcesem będzie awans jednego z nich do pierwszej trzydziestki! Utarło się, że nasi młodzi skoczkowie jeżdżą na zawody... zdobywać doświadczenie. Warto jednak zwrócić uwagę na słowa prezesa norweskiej federacji, że: „na tak prestiżowe zawody, jak Turniej Czterech Skoczni, jedzie się w formie, a nie po formę”. Zawsze jednak liczy się trwający sezon. Nasi skaczą, a Adam Małysz utrzymuje się w czołówce. Skoki ma różne. Sam LUTY 2007

powtarza: „Na treningach skaczę lepiej niż w konkursach. To źle, bo znaczy, że się spinam”. Dobre występy Stefana Huli w Turnieju Czterech Skoczni rozbudziły nadzieję, że może niedługo przyćmić wielkiego polskiego mistrza. „Drugiego Małysza nigdy nie będzie, ale Kamila stać na skok do czołówki” - twierdzi drugi trener kadry Łukasz Kruczek. Wyniki internetowego głosowania pokazały, że kibice już nie są tak pewni sukcesów Adama Małysza i jego kolegów. Tylko, a może aż 35% głosujących wierzy, że Małysz wygra Puchar Świata, 5% uważa, że zajmie drugie miejsce, a 12% daje mu trzecie miejsce. Aż 41% kibiców jest zdania, że nasz mistrz utrzyma się w pierwszej dziesiątce, 3% widzi go w drugiej dziesiątce, a 4% daje mu daleką pozycję w trzeciej dziesiątce. A nasi skaczą dalej. Obecnie w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata (70 skoczków) Małysz z 362 punktami jest na siódmej pozycji (liderem jest Norweg, Anders Jacobsen, który ma 721 pkt.). Nasz drugi skoczek, Kamil Stoch, zdobył dotychczas 68 punktów i zajmuje 25. miejsce, a na 43. pozycji uplasował się Stefan Hula z 26 punktami. Przed nami jeszcze druga połowa sezonu skoków i dalsze emocje! ANDRZEJ KALINOWSKI

Trochę o seksie

R

OJĘZYKOW KIENKO E

ozczaruję zapewne tych, którzy po przeczytaniu tytułu, oczekują w tym miejscu jakichś pikantnych informacji. Takie mogą znaleźć w dziennikach bulwarowych i… nie tylko. Ostatnio w Polsce było głośno o aferze seksualnej, w której w rolach głównych wystąpili politycy jednej z partii rządzących. Nie mnie zajmować się, czy poseł X jest ojcem córki swojej pracownicy i czy wykorzystywał ją (pracownicę, nie córkę) seksualnie. Mnie zajął problem nazwania owego skandalu i jego pisowni w mediach. Otóż najczęściej te bulwersujące wydarzenia było określane mianem: seks afera, seks-afera, seksafera lub seks skandal, seks-skandal, seksskandal. Wybór duży, ale która forma poprawna? Chciałoby się powiedzieć, że żadna! Otóż w polskiej tradycji językowej nie ma zwyczaju tworzenia nazw, składających się z dwu rzeczowników w postaci mianownikowej, w których pierwszy pełniłby funkcję określenia (tzw. przydawka klasyfikująca). Gdyby chcieć wspomniane wydarzenia nazwać typowo po polsku, należałoby je określić jako afera seksualna, skandal seksualny. My jednak lubimy wszystko, co obce (głównie angielskie czy amerykańskie!) i dlatego właśnie przenosimy niektóre obce konstrukcje do języka ojczystego. Ci, którzy prowadzą firmy, muszą przygotowywać biznesplany (a przecież plany biznesowe są równie dobre i… bardziej polskie!), alkohol pijemy niekiedy w koktajlbarze (choć po polsku powinien on się nazywać barem koktajlowym), a latem oglądamy relację z Sopot Festiwalu (który kiedyś nazywał się festiwalem sopockim). Cóż, buntować się przeciw tym hybrydom? Przecież są funkcjonalne i… krótkie, a to właśnie są warunki akceptacji innowacji językowych przez normę. Wróćmy jednak do tematu głównego. Jeśli zatem zaakceptujemy połączenie rzeczownika seks z innymi rzeczownikami, tu: afera i skandal, to pozostaje problem ich pisowni. Otóż seks w takich konstrukcjach zmienił funkcję – stał się zwykłym przedrostkiem i dlatego z następującymi po nim wyrazami należy go zapisywać łącznie, czyli: seksafera i seksskandal, a dalej choćby seksidol czy seksbomba, choć niektórym może się to wydawać dziwne. Podobnie stało się z wyrazem euro, który pojawił się przecież w polszczyźnie nie tak dawno, bo w związku ze staraniami i przyjęciem Polski do Unii Europejskiej, a który, stając się przedrostkiem, z innym wyrazami zapisywany jest także łącznie, np. euroregion, eurorynek, eurowaluta. Na koniec jeszcze jedna uwaga dotycząca pisowni wyrazu seks. Po polsku zawsze zapisujemy go przez „ks”, nigdy przez „x”. Polszczyzna nie zna bowiem litery „x”, a jedyny chyba wyjątek, w którym się ona pojawia, oprócz wyrazów obcych, to expres (obocznie do: ekspres), który w niektórych nazwach własnych zapisywany jest oryginalnie, np. „Teleexpress”, „Express Wieczorny”, co zostało zaakceptowane przez polską normę jezykową. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA 23


• O G Ł O S Z E N I A • O G Ł O S Z E N I A • O G Ł O S Z E N

Czytelnicy OCENIAJĄ FOTO: VERONIKA STRAKOVÁ

Już ani nie pamiętam, kiedy dowiedziałam się o tym, że na Słowacji wydawane jest czasopismo polskie. Po 10-ciu latach pobytu w obcym kraju była to dla mnie miła niespodzianka. „Monitor” prenumeruję od samego początku, gdy miał jeszcze czarno-białą szatę graficzną. Pełne półki w szafie są tego dowodem - nie brakuje ani jednego numeru. Nie zawsze czytam „Monitor” od A do Z, ale od kiedy strony czarno-białe zmieniły się w kolorowe i zmniejszył się format, z niecierpliwością oczekuję następnego numeru. Na łamach pisma kilkakrotnie pojawiły się też moje artykuły, dlatego umiem sobie wyobrazić, ile energii wkładają jego redaktorzy w tworzenie kolejnych numerów. Najchętniej czytam „Z naszego podwórka“, „Okienko językowe“, „Polska oczami słowackich dziennikarzy“ oraz ciekawe przepisy kulinarne Majki Kadleček. Ponieważ od początku staram się w ramach Klubu propagować polską piosenkę, z radością przywitałabym na łamach „Monitora” teksty popularnych i niezapomnianych przebojów. RENATA STRAKOVÁ 24

Szanowni Czytelnicy „Monitora“, Członkowie i Przyjaciele Klubu Polskiego na Słowacji! Pragnę poinformować Państwa, że Klub Polski został zarejestrowany jako organizacja, na którą możecie Państwo przekazać 2 % z podatków. Możliwość przekazywania części swoich podatków istnieje na Słowacji od kilku lat, jednakże na Klub Polski od tego roku, czyli po rejestracji podatkowej na rok 2007. Jak zapewnie Państwo wiecie, Klub Polski nie otrzymuje środków finansowych na działalność, ale na poszczególne projekty, które i tak nie pokrywają całości wydatków z nimi związanymi. W tym roku na przedstawione przez nas projekty otrzymamy prawdopodobnie tylko około 50 procent środków finansowych, potrzebnych na ich realizację. Podobne dofinansowanie otrzymają pozostałe mniejszości narodowe. Nasza działalność jest widoczna nie tylko dzięki wsparciu Ministerstwa Kultury Republiki Słowackiej, ale też dzięki pomocy Ambasady Polskiej, Wydziału Konsularnego, Stowarzyszenia „Wspólnota Polska“, głównie jednak dzięki wielkiemu zaangażowaniu aktywnych działaczy i członków Klubu na terenie całej Słowacji. Wierzymy, że możliwość przekazania 2 % z naszych podatków na rzecz Klubu Polskiego pomoże w realizacji jego działań. Poniżej podajemy dane, dotyczące rejestracji Klubu Polskiego na Słowacji: Registračne čislo: 7651, r. 2006, nazov: Poľsky klub, ičo: 30807620, adresa: Nam. SNP 27, mesto: Bratislava, psc: 81499, učet: 2666040059, Tatra banka a.s. kod banky: 1100 pob. Bratislava. Kompletne informacje o zarejestrowanych na rok 2007 organizacjach /w tym Klubu Polskiego nr 7651/ znajdują się na stronie internetowej: www.rozhodni.sk. Zachęcamy wszystkich do wykorzystania możliwości wsparcia Klubu, gdyż w naszym przypadku taka okazja zdarza się po raz pierwszy, ale może i niestety po raz ostatni ze względu na tendencje zmierzające do likwidacji możliwości samodzielnego decydowania o przeznaczeniu 2 procent podatków. Chcemy wierzyć jednak, że w zgodzie z zapowiedziami możliwość taka, dotyczącą wspierania działalności kulturalnej, będzie i w latach nastepnych. Z uszanowaniem i pozdrowieniami Tadeusz Z. Błoński Prezes Klubu Polskiego na Słowacji Szkoła Polska przy Ambasadzie RP w Bratysławie poszukuje nauczycieli nauczania początkowego, historii, geografii i języka polskiego, gotwych podjąć pracę od września 2007 r. Zainteresowanych prosimy o kontakt z panią Danutą Wieczorek, tel. 0908/126 193.

UWAGA CZYTELNICY! Przypominamy o prenumeracie naszego czasopisma na rok 2007. Koszty roczne prenumeraty wynoszą 300 Sk. (emeryci, renciści, studenci – 250 Sk). Wpłat należy dokonywać w Tatra banku (nr konta 2666040059, nr banku 1100), a następnie zgłosić to na adres e-mail: monitorp@orangemail.sk lub posłać SMS pod nr tel. 0907 139 041 i podać adres, pod który „Monitor” ma być przesyłany.

INSTYTUT POLSKI W 14 lutego 2007 - godz. 17.30 – Bratysława, Instytut Polski – czytelnia, Nám. SNP 13 • Kontynuacja cyklu „Wieczór z filmem polskim” • „Zbigniew Cybulski – aktor kultowy”, z okazji 40. rocznicy jego śmierci. • Projekcja filmu Zbrodniarz i panna (1963) w reżyserii Janusza Nesfetera Seria wystrzałów zatrzymuje pędzący samochód. Kierowca i strażnik ponoszą śmierć, a zamaskowany bandyta rabuje worek z pieniędzmi. Lecz w samochodzie jest jeszcze dziewczyna, która widzi twarz uciekającego zbrodniarza. Pod opieką kapitana Ziętka wyjeżdża do nadmorskiej miejscowości, by w tłumie wczasowiczów rozpoznać mordercę. Nowe morderstwo wskazuje na fakt, że zbrodniarz jest na jej tropie. Dobrze skonstruowany scenariusz, umiejętnie stopniowane napięcie, równowaga pomiędzy walorami widowiskowymi a rysunkiem psychologicznym postaci dały jeden z najlepszych filmów sensacyjnych lat sześćdziesiątych. MONITOR POLONIJNY


I A • O G Ł O S Z E N I A • O G Ł O S Z E N I A • O G Ł O S Z E N I A • O G Ł O S Z E N I A • Klub Polski Region Bratysława zaprasza swoich członków i ich przyjaciół na tradycyjne spotkanie przy ciasteczku i winku, które odbędzie się dnia 20.02.2007 roku (wtorek) o godz. 17.00 w czytelni Instytutu Polskiego, Nám. SNP. 13 •KOMUNIKAT•KOMUNIKAT• Wszystkich słuchaczy radia „Patria” informujemy, że nastąpiła zmiana czasu nadawania audycji radiowej MAGAZYN POLSKI. Od 31 stycznia audycja ta będzie emitowana co trzy tygodnie, tzn. w każdą trzecią środę w godzinach przedpołudniowych /10.00 - 11.00/ i będzie trwała godzinę. Dotychczas program ten można było odbierać raz w miesiącu w godzinach wieczornych. Urszula Szabados – prowadząca program „Magazyn Polski” •ŻYCZENIA•ŻYCZENIA•

Silvii i Janowi Chladnym gratulujemy z okazji urodzin córek – Lucki i Barborki, które na świat przyszły 14 stycznia 2007 r. Przyjaciele z Klubu Polskiego

Instytut Polski w Bratysławie wraz z Katedrą Filologii Słowiańskich Uniwersytetu Komeńskiego planują na przełomie maja i czerwca 2007 roku przeprowadzenie przez polską komisję egzaminów poświadczających znajomość języka polskiego jako obcego na poziomach: podstawowym, średnim ogólnym i zaawansowanym. Do egzaminów mogą przystąpić osoby powyżej 18 roku życia (w wyjątkowych przypadkach młodsze), będące cudzoziemcami lub Polakami na stałe zamieszkałymi za granicą. Szczegółowe informacje (w tym przykładowe testy) można znaleźć na stronach internetowych Państwowej Komisji Poświadczania Znajomości Języka Polskiego jako Obcego: www.buwiwm.edu.pl/certyfikacja. Wszelkie pytania dotyczące uzyskiwania certyfikatów można kierować pod adresami internetowymi Komisji: certyfikacja@buwiwm.edu.pl i dr Marii Magdaleny Nowakowskiej: majkan@chello.sk (tel. 0908 169 743). Chętni mogą zgłaszać się już teraz do dr M. M. Nowakowskiej lub do sekretariatu Instytutu (tel. 02/20655513, e-mail: info@polinst.sk). Przypominamy, że certyfikat jest jedynym urzędowym dokumentem potwierdzającym znajomość języka polskiego jako obcego i jest uznawany w krajach Unii Europejskiej (i nie tylko). Informację podajemy już teraz, aby wszyscy chętni do zmierzenia się z językiem polskim mieli czas na odpowiednie przygotowanie się do egzaminów.

Miasto Chorzów w związku z obchodami 750-lecia Nadania Wsi Chorzów Zakonowi Bożogrobców przez Księcia Władysława Opolsko – Raciborskiego jako kluczowy punkt obchodów organizuje w dniach 15-17 czerwca 2007r. I Światowy Zjazd Chorzowian. Celem Zjazdu jest prezentacja nowego oblicza miasta, szans jego rozwoju oraz zmian, które pojawiły się w ciągu ostatnich lat. Mamy także nadzieję, że byli mieszkańcy Chorzowa odnowią swoje kontakty, nawiążą nowe i na nowo włączą się poprzez swoją działalność turystyczną, społeczną i biznesową w rozwój i kreowanie zamożności miasta i jego mieszkańców. Obecnie pragniemy dotrzeć z informacją o Zjeździe do jak największej liczby byłych mieszkańców Chorzowa, mieszkających za granicą. Zapraszamy także do odwiedzenia strony I Światowego Zjazdu Chorzowian www.zjazd.chorzow.eu i strony miasta Chorzów www.chorzow.um.gov.pl Anna Hałgas, Koordynator I Światowego Zjazdu Chorzowian

BRAT YSŁAWIE PROGRAM – LUT Y 2007 – NIEKTÓRE PROPOZYCJE 20 lutego 2007 - godz. 19.00 – Bratysława, Divadelná fakulta VŠMU•Wideoprojekcja sztuki teatralnej Janusza Głowackiego Antygona w Nowym Jorku w reżyserii Kazimierza Kutza 21 lutego 2007 - godz. 17.30 – Bratysława, Instytut Polski – czytelnia, Nám. SNP 13•Kontynuacja cyklu „Wieczór z filmem polskim”•„Zbigniew Cybulski – aktor kultowy”, z okazji 40. rocznicy jego śmierci. Projekcja filmu Giuseppe w Warszawie (1964) w reżyserii Stanisława Lenartowicza Młodemu żołnierzowi włoskiemu, jadącemu z frontu wschodniego na urlop do domu, skradziono w Warszawie pistolet maszynowy. Podejrzewa o to jedną z pasażerek pociągu, Marię. Idzie do jej mieszkania i tam już pozostaje. Maria działa w konspiracji i po pewnym czasie Giuseppe okazuje się bardzo użyteczny - porusza się swobodnie wśród łapanek, wykrada Niemcom broń, itp. Nawet brat Marii, Staszek, marzący tylko o spokoju i odżegnujący się od wszelkiej działalności konspiracyjnej zostaje w nią wciągnięty... LUTY 2007

22 lutego 2007 - 17.30 godz. – Bratysława, Múzeum mesta Bratislavy, Radničná 1 • Otwarcie wystawy: Ján Nepomucký – svätec strednej Európy • Uczestnicy z Polski: Grażyna Bieganik, Joanna Jędrusik, Tomasz Stando • Ekspozycję przygotowały: Muzeum Miasta Bratysławy, Urząd Stosunków Kulturalnych z Zagranicą Górnej Austrii, Czeskie Centrum, Instytut Polski, Instytut Kultury Węgierskiej i Forum Kultury Austriackiej. Wystawa będzie prezentowana do 1 kwietnia 2007 r.

położonego na pograniczu jawy i snu, surrealistycznej fantazji i rzeczywistości. Pewnego dnia w miasteczku pojawia się tajemniczy mężczyzna. Przedstawia się jako Kowalski - Malinowski. Zdumionym mieszkańcom opowiada różne wersje swej biografii. Każdy z mieszkańców miasteczka jest groteskowym ucieleśnieniem jakiegoś polskiego stereotypu - niestrudzonego, wiernego przysiędze wojaka /Rotmistrz/, Żyda /Blumenfeld/, wieszcza /Poeta/.

28 lutego 2007 - godz. 17.30 – Bratysława, Instytut Polski – czytelnia, Nám. SNP 13 • Kontynuacja cyklu „Wieczór z filmem polskim” • „Zbigniew Cybulski – aktor kultowy”, z okazji 40. rocznicy jego śmierci. Projekcja filmu Tadeusza Konwickiego Salto (1965) Akcja filmu rozgrywa się w prowincjonalnym miasteczku, sprawiającym wrażenie

28 lutego 2007 – godz. 18.00 – Bańska Bystrzyca, aula FiF UMB Projekcja filmu Oda do radości w reżyserii Anny Kazejak-Dawid, Jana Komasy i Macieja Migasa – we współpracy z polonistyką UMB w Bańskiej Bystrzycy

25


Milujem Poľsko M

ôžem sa pochváliť, že som v Poľsku žila štyri mesiace. Môj otec dostal fantastickú ponuku z československej televízie, pracovať ako korešpondent z Poľska. V roku 1991 sa moja rodina zbalila, spoločne so psom Jimmym, škrečkom menom Linda a asi desiatimi akváriovými rybičkami sme mierili do Varšavy. Začalo sa tak moje malé poľské dobrodružstvo...

Keďže mal môj otec výborné miesto korešpondenta v Poľsku a robil prácu, ktorá ho nesmierne bavila, mal veľmi dobré podmienky vziať do Poľska celú svoju rodinu. Ako malé šesťročné dievčatko som v Poľsku začala chodiť do prvej triedy. Čo bolo zaujímavé, začala som navštevovať československú prvú triedu v poľskej škole. Bola som taká dezorientovaná, že ako šesťročná som nevedela, či mám hovoriť po slovensky, po česky, alebo po poľsky. Ako sa však zvykne hovoriť, deti sa vedia veľmi rýchlo zabehnúť a zvyknúť si na nové veci. Dodnes totiž rozumiem poľskému jazyku, len neviem rozprávať. Život vo vašej krajine bol pre mňa ako sen. Keď som prišla vo Varšave do papiernictva, predávali krásne mickeymousovské obaly na zošity, zdalo sa mi, akoby som bola v Nemecku či Rakúsku. Bolo totiž očividné, že sa Poľsko začalo spamätávať zo socializmu oveľa rýchlejšie ako moje rodné Slovensko. Nezabudnem na krásne nákupné centrá či obchodné domy, na trhy, ktoré u nás v Bratislave ani zďaleka neexistovali. Konečne som nosila tričká s Mickey Mousom! Mala som zapla26

POLSKA Oczami słowackich dziennikarzy

PETRA HUBLOVÁ redaktorka časopisu Novy čas Ľudia, študentka teného tenisového trénera, ktorý ma učil hrať tento pekný šport. Pravidelne sme s rodičmi navštevovali AWF, čo je obdoba našej FTVŠ (Fakulta telesnej výchovy a športu), kde sme športovali, behali, chodili na krásne dlhé prechádzky. Cestou do AWF sme zašli do zmrzlinárne na rohu ulice, čo bolo pre mňa ako malé dievčatko jedno veľké dobrodružstvo za druhým. Dodnes si pamätám, ako som išla so svojou maminou do centra Varšavy na nákupy, keď sa cestou späť pokazili električky a cesta k nám domov trvala takmer hodinu. Skackala som pri mame a spoločne sme pešo zvládli celú cestu domov. Varievali sme si kukuričnú kašu, ktorá asi najviac chutila nášmu psovi Jimmovi. Vo vedľajšom dome som si našla kamarátku Magdu, ktorá mala bielu myš a s tou sme sa tiež zabávali. Mám naozaj krásne spomienky na poľské hlavné mesto Varšavu, na pekné historické

centrum, vlastne hádam na všetko, čo ma som v Poľsku videla a zažila. Ešte šťastie, že mám neskutočne dobrú pamäť, takže toto obdobie svojho života som si nezabudnuteľne vryla do pamäti...Prežiť štyri mesiace vo Varšave je síce málo, ale dosť na to, aby som si uchovala pekný vzťah k Poľsku aj k Poliakom ako národu. Páčilo sa mi aj na varšavskom kúpalisku Powsine. Odchodom z Poľska po štyroch mesiacoch sa môj pekný vzťah k vašej krajine nekončil. Rodičia riešili svoju partnerskú krízu tak, že ja s mamou sme sa opäť vrátili na Slovensko a otec ostal naďalej pracovať vo Varšave. Nosil mi odtiaľ krásne darčeky, chodila som s ním na dovolenky. Pekné obdobie nastalo aj po rozvode mojich rodičov, napriek tomu, že rozchod rodičov ma rozosmutnil . Keď som mala asi desať rokov a žila som s mamou na Slovensku, otec v si Poľsku našiel priateľku, herečku menom Malgorzata. Táto priateľka bola veľmi pozitívna, príjemná a na dovolenkách, ktoré sme spoločne absolvovali, sa o mňa pekne starala. Mala som ju veľmi rada...Všetko, čo je poľské, sa mi dnes páči. Jeden z cieľov, ktoré si do budúcnosti dávam, je dozaista nápad opäť navštíviť Poľsko a jeho hlavné mesto Varšavu. Mám krásne spomienky, ktoré mi na toto obdobie života ostali, a návštevu vašej krajiny by som si veľmi rada zopakovala. Inak, chcela by som sa učiť aj poľský jazyk, ktorý sa mi na rozdiel od mnohých ľudí skutočne veľmi páči. Neviete náhodou o nejakých kurzoch poľského jazyka?... MONITOR POLONIJNY


ZNOSI JAJKA MIESZKA W NIM KRÓLEWNA MA 2 KOŁA – JEŹDZISZ NA NIM LATEM PRZECIWIEŃSTWO DNIA

Krzyżówka dla 5-latków i nie tylko, wymyślona przez Mariankę (11 lat)

W ZIMIE JEŹDZISZ NA NICH Z GÓRKI BRAT MAMY JEST TWOIM… PODMUCHA CI KOLANO

KĄCIK CZYTELNICZY

JEŹDZISZ NA NICH PO ZAMARZNIĘTYM JEZIORZE Dziś polecam Wam książkę Erica Emanuela Schmitta „Dziecko Noego” (wyd. „Znak”) Mama po drodze zaproponowała: - Odwiedzimy pewną wielką damę, dobrze? - Tak. Kogo? - Hrabinę de Sully. - Ile ma wzrostu? - Słucham? - Powiedziałaś, że to wielka dama... - To znaczy, że jest szlachetnego rodu. - Szlachetnego rodu? Wyjaśniając mi, że osoba szlachetnego rodu to osoba wysoko urodzona, pochodząca z bardzo starej rodziny i że z tego powodu trzeba okazywać jej dużo szacunku, wprowadziła mnie do przedpokoju pięknego pałacyku, gdzie przywitali nas służący. Rozczarowałem się trochę, bo kobieta, która do nas zeszła, nie pasowała do tego, co sobie wyobraziłem: hrabina de Sully, mimo że pochodziła ze „starej” rodziny, wyglądała bardzo młodo i chociaż była „wielką” damą „wysoko” urodzoną, nie była wyższa ode mnie. (...) Mała, młoda i rozczarowująca hrabina zaprowadziła mnie do salonu, gdzie poczęstowała ciastkami, herbatą i grała mi różne melodie na fortepianie. Wobec wysokości sufitów, obfitości podwieczorku i pięknej muzyki, zrewidowałem swoje zdanie i zagłębiając się w wyściełanym fotelu, zgodziłem się z tym, że jest „wielką damą”.

LUTY LUTY2007 2007

STRONĘ REDAGUJE MOAN

Bal karnawałowy Sezon karnawałowy w pełni – dzwonią znajomi, krzyczą reklamy, z billboardów ścieka pot zmieszany z zapachem perfum, a ty wciąż nie wiesz, na jaki bal się zdecydować.

Oto nasze najnowsze propozycje: •bal leworęcznych, •bal łysoli, •bal hodowców pitbulli, •bal ubierających się na różowo, •bal odstającego ucha, •bal anorektyków – (bardzo oszczędny), •bal ludzi nie cierpiących balów, •bal nudystów – (też oszczędny, ale inaczej), •bal kleptomanów – (adrenalinowy!), •podwodny bal nurków… Spróbujcie wymyślić przynajmniej 5 innych balów! Swoje propozycje prześlijcie pod adresem redakcji (Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, e-mail: monitorp@orangemail.sk) Nie zapomnijcie się podpisać i dołączyć swój adres! Czekamy do końca lutego! 27


N

iektórzy mówią, że gotowanie to sztuka. I do tego jeszcze twierdzą, że to czysta przyjemność. Tak uważają jednak najczęściej ci, którzy nie muszą gotować trzy razy dziennie. Codziennemu gotowaniu na pewno daleko do sztuki. Z czasem staje się ono trochę uciążliwym obowiązkiem. Jeśli nie chce się skończyć na mrożonkach, zupach w proszku i innych gotowych daniach, trzeba samemu, dzień po dniu, trudzić się jak Syzyf. Niekiedy najgorsze nie jest samo gotowanie, ale wymyślanie, co ugotować po raz ośmiotysięczny w tym roku. W takim momencie marzy się o daniu łatwym, prostym i smacznym. Takim, którego składniki wrzuca

OMLET

się do garnka, raz zamiesza i… gotowe. Takim, które nie wymaga niezbyt przyjemnego, brudzącego łapki obierania, ucierania, szatkowania... Takim, do którego nie potrzeba więcej niż trzech składników. Po prostu takim cudownie prostym i nie zabierającym dużo czasu. Takim, po którego przygotowaniu nie zostaje pięć brudnych garnków, a ściany w kuchni nie są malowniczo obryzgane bulgoczącym np. sosem pomidorowym. I, niestety, takiego nie znajduję! Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to ziemniaki pieczone w skórce, ale w lutym, jak wiadomo, nie są już najlepsze. Na szczęście

przypomniałam sobie o dawnym przysmaku śniadaniowo-kolacyjnoobiadowym, o uniwersalnym cudzie kulinarnym. Kiedy ostatnio jedli Państwo omlet? Ja z piętnaście lat temu. A przecież to potrawa prosta – wystarczy rozbić kilka jajek, rozbełtać (jakie to cudowne słowo w porównaniu z tymi wszystkimi: „obrać”, „poszatkować”, „poddusić”, „blanszować” itp.) je odpowiednio i wszystko gra. A co najlepsze w całym tym kulinarnym zamieszaniu, to to, że skorupki lądują w koszu, a do mycia pozostaje minimum naczyń kuchennych.

SKŁADNIKI: • 3 jajka • 2 łyżeczki cukru • łyżeczka proszku do pieczenia • 2 łyżki maki pszennej

SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA Jajka rozbić, oddzielić żółtka od białek. Białka ubić na sztywno z cukrem. Dodać rozbełtane żółtka, proszek do pieczenia i mąkę. Wszystko ostrożnie, ale dokładnie wymieszać. Na patelnię wlać olej albo rozpuścić masło. Ciasto wylać na gorący tłuszcz i smażyć pod przykryciem. Gdy się zetnie, przewrócić na drugą stronę i smażyć jeszcze przez chwilę. Gotowy omlet najlepiej posmarować dżemem albo posypać cukrem pudrem. Niektórzy preferują omlety „na słono” – mogą je zatem posypać startym żółtym serem i posolić. ZA MIESIĄC: MARCOWE MIAUCZENIE KOTÓW

MAJKA KADLEČEK

Monitor Polonijny 2007/02  
Monitor Polonijny 2007/02  
Advertisement