Issuu on Google+


Pierwsza publikacja Klubu Polskiego na Słowacji! Podczas wieczoru w Poważskiej Bystrzycy były obecne media lokalne, które zainteresowały się życiem Polonii, mieszkającej na Poważu. „Program był emitowany podczas i po świętach. Po jego emisji odezwało się do mnie wiele osób, które zainteresowały się życiem Polonii na Słowacji“ – dodaje Peruňská. Prawie roczna praca została rozłożona w czasie, ale przyniosła wymierne efekty: publikację i popularyzację Klubu Polskiego na Słowacji.

„P

olne dzwoneczki symbolizują współbrzmiące tony, stąd pomysł, by konkurs Współbrzmienie był opatrzony tym symbolem“ powiedziała Maria Peruňská podczas prezentacji publikacji konkursowych prac. Uroczysta impreza miała miejsce 9 grudnia w Poważskiej Bystrzycy w auli szkoły muzycznej.

Na początku ubiegłego roku powstał pomysł ogłoszenia konkursu, a później wydania książki, w której znalazły się wiersze i proza autorów w trzech kategoriach wiekowych (werdykt jury przedstawialiśmy w grudniowym numerze „Monitora Polonijnego“). Projekt opracowała i jego realizacją zajęła się Maria Peruňská – prezes Klubu Polskiego z Poważskiej

Organizatorka i jurorzy wręczali dyplomy i nagrody zwycięzcom konkursu

Podczas wieczoru zebrani goście mogli usłyszeć fragmenty nagrodzonych prac

FOTO: STANO STEHLIK

Książka została ochrzczona dzwonkami, które stały się symbolem „Współbrzmienia“. Ojcem chrzestnym publikacji został Michal Broska – dyrektor szkoły muzycznej w Poważskiej Bystrzycy

Bystrzycy. W efekcie powstał dwujęzyczny zbiorek prac – pierwsza publikacja Klubu Polskiego! „Spotkałam się z wieloma pozytywnymi opiniami osób, które przeczytały prace konkursowe“ – powiedziała Maria Peruňská. I choć, jak sama twierdzi, projekt wymagał sporego zaangażowania, dostarczył jej dużo satysfakcji. „Najbardziej wzruszającą chwilą był moment odbioru książki z drukarni, kiedy pojawiło się coś materialnego“ – mówi organizatorka przedsięwzięcia.

W tym roku organizatorka zamierza zrealizować podobny projekt, choć trochę inaczej ukierunkowany – tematem prac mają być zabawne sytuacje, związane z podobieństwem języka polskiego i słowackiego. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, POWAŻSKA BYSTRZYCA

W drugiej części imprezy pojawił się Święty Mikołaj, który obdarował prezentami najmłodszych. Był czas łamania się opłatkiem, składania życzeń świątecznych, wspólnego śpiewania kolęd MONITOR POLONIJNY


OD REDAKCJI

SPIS TREŚCI

To już trzeci z kolei styczeń, od kiedy mam przyjemność redagować nasz miesięcznik. Tak, jak pisze w niniejszym numerze „Monitora“ Majka Kadleček (rubryka „Słowackie wydarzenia i polskie spostrzeżenia“ – str. 9), każdy z nas liczy swoje lata od momentu urodzenia i momentu przeprowadzki na Słowację. A ja zauważam jeszcze coś – ważne momenty w życiu. Właśnie taki był dla mnie styczeń 2004, kiedy z drukarni odbierałam „swój” pierwszy numer „Monitora“, który wraz z grupą współpracowników tworzyliśmy na prędce, z pewną dozą niepewności, obawiając się, jak zostanie przyjęty przez czytelników. Podobne odczucia miała autorka i realizatorka projektu „Współbrzmienie“ – Maria Peruňská, dzięki której Klub Polski dorobił się pierwszej publikacji książkowej (czytaj str. 2). A jakie momenty Państwo rejestrujecie w swojej pamięci? Koniec starego roku i początek nowego to czas podsumowań i podejmowania nowych wyzwań. To czas planowania, ale i zabawy, bowiem zaczyna się karnawał. Chcąc zatem Państwa odpowiednio nastroić, przedstawiamy w tym numerze artykuły o polskich dyskotekach (str. 6-7) i mocniejszych trunkach („To warto wiedzieć” – str. 17). Rozpoczynamy też serię artykułów, przy tworzeniu których możecie nam, drodzy Czytelnicy, pomóc. Chodzi bowiem o swoistą ściągawkę, dotyczącą ciekawych, wartych zwiedzania miejsc na Słowacji, miejsc urokliwych, które odkryliście Państwo po przyjeździe do tego kraju, a które są już po prostu „Wasze“, i które pokazujecie odwiedzającym Was gościom. Te urokliwe miejsca, jak i związane z nimi smaczne potrawy regionalne chcemy opisywać na naszych łamach. A zatem z Nowym Rokiem postaramy się trochę odświeżyć nasz miesięcznik, zachowując oczywiście stałe rubryki, cieszące się nie słabnącym zainteresowaniem. No a przede wszystkim uprzejmie donoszę w imieniu redakcji, że objętość „Monitora“ w tym roku (miejmy nadzieję, że finanse na to pozwolą) zwiększy się o kolejne 4 strony! Szczęśliwego Nowego Roku! MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA REDAKTOR NACZELNA

Konferencja „pierwszego śniegu“ Z KRAJU SŁOWACKIE WYDARZENIA I POLSKIE SPOSTRZEŻENIA W rytmie disco Ankieta Polski zawrót głowy Zabiorę Cię w moje miejsca... „Najważniejsze jest po prostu być razem...” WYWIAD MIESIĄCA Hanna Banaszak: „Jeżdżę na najwyższych przerzutkach” Z NASZEGO PODWÓRKA MŁODZI W POLSCE SŁUCHAJĄ Zespół „Łzy” NASŁUCHUJEMY TO WARTO WIEDZIEĆ Co nalewano do kulawców BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Historia według profesora Tazbira Mamy srebrooo!!! I nie tylko! Polsko-słowackie ciekawostki Język polski w Preszowie OKIENKO JĘZYKOWE Galimatias z miesiącami CZYTELNICY OCENIAJĄ OGŁOSZENIA List biskupów do Polaków żyjących poza krajem POLSKA OCZAMI SŁOWACKICH DZIENNIKARZY Milí poľskí kamaráti... MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI PIEKARNIK Powstanie styczniowe, czyli żołnierska grochówka

4 4 5 6 7 8 9 10

12 14 16 16 17 19 20 21 22 22 24 24 25

26 27

28

VYDÁVA POĽSKÝ KLUB – SPOLOK POLIAKOV A ICH PRIATEĽOV NA SLOVENSKU ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Pavol Bedroň, Ivana Juríková, Majka Kadleček, Katarzyna Kosiniak-Kamysz, ks. Jerzy Limanówka, Melania Malinowska, Danuta Meyza-Marušiaková, Dariusz W i e c z o r e k , I z a b e l a W ó j c i k , • KO R E Š P O N D E N T V R E G I Ó N E K O Š I C E – U r s z u l a Z o m e r s k a - S z a b a d o s • JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE: Maria Magdalena Nowakowska • GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik • ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • TLAČ: DesignText • KOREŠPONDENČNÁ ADRESA: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel./Fax: 031/5602891, monitorp@orangemail.sk • PREDPLATNÉ: Ročné predplatné 300 Sk na konto Tatra banka č.ú.: 2666040059/1100 • R E G I S T R A Č N É Č Í S LO : 119 3 / 9 5 • R e d a k c i a s i v y h r a d z u j e p r á vo n a r e d a k č n é s p r a c ov a n i e a ko a j vykracovanie doručených materiálov, na želanie autora zaručuje anonymitu uverejnených materiálov a listov. REALIZOVANÉ S FINANČNOU PODPOROU MINISTERSTVA KULTÚRY SR - PROGRAM KULTÚRA NÁRODNOSTNÝCH MENŠÍN

STYCZIEŃ 2007

3


Konferencja „pierwszego śniegu“ Na przełomie listopada i grudnia w Liptowskim Mikulaszu odbyło się ciekawe, pierwsze tego rodzaju spotkanie dziennikarzy polskich i słowackich pod nazwą „Polsko-słowackie warsztaty dziennikarskie pierwszego śniegu Polska – Słowacja – Unia Europejska“. Organizatorami przedsięwzięcia były Ambasada RP w Bratysławie, miasto Liptowski Mikulasz, Konsulat Honorowy RP we współpracy z Euroregionem Tatry i Instytutem Polskim w Bratysławie. O obecności problematyki Polski i Słowacji w mediach dyskutowali dziennikarze obu krajów. Artykuły na temat sąsiadów pojawiają się niezbyt często, co wynika być może z bezproblemowych kontaktów. Dzisiejsze media poświęcają wiele miejsca spektakularnym, sensacyjnym wydarzeniom. Jak stwierdził profesor Marek Barański z Uniwersytetu Śląskiego, coraz mniej chcemy rozumieć, coraz więcej chcemy widzieć. „Nie racjonalny, ale

D

yskusje dziennikarzy i analityków polskich i słowackich krążyły wokół kontaktów Polski i Słowacji. Te są najczęściej bezproblemowe i stąd, być może, po prostu mdłe i mało interesujące dla mediów. Na linii Warszawa – Bratysława niewiele się dzieje (obrazowo i dosłownie, bo przecież drogi łączące oba kraje zmieniają się w tempie ślimaczym, a połączenia lotnicze zostały zlikwidowane!). A jednak dwudniowa dyskusja na ten temat dowodzi, że owe kontakty są ważne.

Krawczyk przyznała też, że złożyła pozew do sądu o ustalenie ojcostwa jej trzeciego dziecka. Wg Leppera afera seksualna to perfidne oszustwo i prowokacja. NA POCZĄTKU GRUDNIA „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł, w którym Aneta Krawczyk, była radna Samoobrony w łódzkim sejmiku i była dyrektor biura poselskiego Stanisława Łyżwińskiego, ujawniła, że pracę w Samoobronie dostała w zamian za usługi seksualne świadczone Andrzejowi Lepperowi i posłowi Stanisławowi Łyżwińskiemu. Jak wynika z publikacji, nie była jedyną taką osobą. 4

STANISŁAW ŁYŻWIŃSKI nie jest ojcem dziecka Anety Krawczyk. Badania DNA, przeprowadzone przez łódzką prokuraturę, wykluczyły taką możliwość. Krawczyk twierdziła, że ojcem jej dziecka jest Stanisław Łyżwiński i że namawiał ją on do usunięcie ciąży, a należący do Samoobrony technik weterynarii miał próbować wywołać poronienie.

ANDRZEJ LEPPER usunął z Samoobrony posła Stanisława Łyżwińskiego, stwierdzając, że pojawiły się obciążające go zeznania kilku kobiet. Lider Samoobrony podkreślił, że nie jest w stanie kontrolować prywatnego życia wszystkich członków swojej partii. WICEPREMIER ANDRZEJ LEPPER odejdzie z rządu, jeśli prokuratura postawi mu zarzuty w związku z aferą seksualną w Samoobronie. Oświadczył, że będzie to dla niego kwestia honoru. Podkreślił jednak, że w całej sprawie nie ma na razie żadnych zarzutów.

BYŁY PREMIER Kazimierz Marcinkiewicz został doradcą prezesa PKO BP Sławomira Skrzypka. Marcinkiewicz poinformował, że będzie się starał o stanowisko prezesa PKO BP. PRUSKIE POWIERNICTWO, niemiecka spółka, domagająca się dla przesiedlonych Niemców odszkodowań bądź zwrotu majątków, złożyło w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu zapowiadane od lat pozwy przeciwko Polsce. Prezydent Lech Kaczyński uznał to za zagrożenie dla stosunków polsko-niemieckich. MONITOR POLONIJNY


emocjonalny efekt się liczy, a w tym wypadku Słowacja nie przyciągnie rzesz czytelników“ – wyjaśniał. Tomasz Grabiński, współpracujący z „Gazetą Wyborczą” i „Sme”, podkreślił, że o zagadnieniach dotyczących Polski i Słowacji piszą ci, którzy się nimi interesują, a nie dlatego, że takie jest zapotrzebowanie redakcji. Radosław Zenderowski z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego fakt małego zainteresowania Słowacją w Polsce objaśniał tym, że Słowacja po prostu stoi na uboczu polityki międzynarodowej. „Niewiele wiadomo o partiach i elitach politycznych Słowacji. W Polsce i na Słowacji dominują wektory patrzenia na wschód i zachód, a Tatry są jakby za wysokie, by je przeskoczyć“. Według Darka Wieczorka z PAP zainteresowanie Bratysławą jest małe, ponieważ ta jest zbyt oddalona od polskiej granicy. „Stolica Słowacji jest gdzieś daleko, za górami, za lasami. Polacy, jeśli się interesują Słowacją, to tą Rząd Niemiec „nie widzi żadnego powodu do renegocjacji traktatu z Polską z 1991 r.” – to reakcja strony niemieckiej, przekazana przez rzecznika niemieckiego rządu Ulricha Wilhelma CZTEREJ NASTOLATKOWIE w wieku od 13 do 15 lat dopuszczali się gwałtów na swoich koleżankach w nielegalnym klubie, mieszczącym się w jednym z bloków w Dąbrowie Górniczej. Według ustaleń policji ich ofiarą padło co najmniej siedem dziewczynek – najmłodsza ma 10 lat. Na trop młodocianych gwałcicieli wpadli policjanci z dąbrowSTYCZIEŃ 2007

przygraniczną, z punktu widzenia turysty, narciarza“ – wyjaśniał. Dodał jednocześnie, że przebywając na Słowacji od kilku lat nadal spotyka się z obrazem Polaka – pijaka – handlarza. W obronie pozytywnego obrazu Polaków w słowackich mediach stanął Peter Stano – redaktor Słowackiego Radia, który powiedział: „W ważnych sprawach często słychać głos Polski, co świadczy o tym, że wyrażamy w mediach podziw i respekt względem naszych sąsiadów“. Konferencja „pierwszego śniegu“ za nami, a więc pierwsze koty za płoty! Dyskusje na tematy polsko-słowackie zapewne staną się pretekstem do kolejnych spotkań, bowiem jest jeszcze nad czym pracować, o czym świadczy obraz nakreślony przez prelegentów, obraz Polaka i Słowaka – sąsiadów, którzy wiedzą o swoim istnieniu, a jednak stoją odwróceni do siebie plecami. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, LIPTOWSKI MIKULASZ

skiej komendy, na co dzień zajmujący się sprawami nieletnich. PO DŁUGIEJ I CIĘŻKIEJ chorobie 29 listopada zmarł znany aktor Leon Niemczyk. Zagrał w ponad 400 filmach, m.in. Polańskiego i Hassa. W grudniu skończyłby 83 lata. Jego najważniejsze filmy kinowe to „Celuloza”, „Pociąg”, „Krzyżacy”, „Nóż w wodzie” i „Rękopis znaleziony w Saragossie”. W ŚWIĘTO PATRONKI górników św. Barbary pracownicy kopalń nie bawili się, jak co roku, przy golonce i górniczej orkiestrze.

SŁOWACKIE WYDARZENIA I POLSKIE SPOSTRZEŻENIA Zaczyna się coroczne odliczanie. Jeszcze tylko dziesięć sekund, osiem, pięć, dwie i jest to tu! Startujemy! Nowy Rok. Szampan wystrzelił, kieliszki zabrzęczały. Życzenia zostały złożone. Możemy zacząć kolejny rok. Następny rok w kalendarzu. To nie tylko nowa data. Dla nas, Polaków mieszkających na Słowacji, to również. któryś tam rok od momentu, kiedy podjęliśmy decyzję o wyjeździe. Dla niektórych drugi, dla innych piętnasty albo czterdziesty trzeci. Ale dla wszystkich jednakowo to któryś rok naszej obecności tu i nieobecności tam. Mamy jakby dwa akty urodzenia. Możemy żyć według podwójnej miary czasu. Niech nam wszyscy zazdroszczą. Wciąż możemy być młodzi. Czy zaczynają Państwo nowy rok z obawami, co będzie, czy raczej z nadzieją? Na pewno wszyscy będziemy o rok starsi, piękniejsi, bardziej zdrowi chyba już nie, ale... Przecież mamy podwójną metrykę! W rzeczywistości mamy lat czterdzieści? No i co z tego? Kiedy właśnie mija nam osiemnasty rok życia tutaj, to czujmy się wciąż jak nastolatek! Mówiąc językiem ludzi młodych (przecież tacy jesteśmy) – wrzućmy luz w tym roku. Korzystajmy z życia, śmiejmy się, ile wlezie, i płaczmy rzewnie, gdy mamy powód. Nie wypada czegoś robić? Ależ wszystko wypada, gdy ma się wciąż tak mało lat! MAJKA KADLEČEK

Tragedia w kopalni „Halemba” i związana z nią śmierć 23 kolegów zmieniła dzień zabawy w dzień zadumy. Zdaniem górników Barbórka już nigdy nie będzie tym samym świętem, co kiedyś. Stała się dniem wspomnień i pamięci o trudzie i poświęceniu.

mach, takich jak np. „Zazdrość i medycyna“, „Bilans kwartalny“, „Doktor Murek“, „Kariera Nikosia Dyzmy“. W ostatnich latach życia często pojawiała się w polskich serialach (np. „Niania“, „Graczykowie, czyli Buła i spóła“, „Samo życie“, „Adam i Ewa“).

DNIA 19 GRUDNIA zmarła w Warszawie piosenkarka i aktorka Danuta Rinn. Debiutowała w Krakowie, a w 1963 roku przeniosła się do Warszawy i rozpoczęła karierę piosenkarki. Jej przeboje „Tyle wdzięku“ czy „Gdzie ci mężczyźni“ znamy wszyscy. Występowała też w fil-

POLSCY SIATKARZE w grudniu zdobyli srebrny medal mistrzostw świata. Półżywi, ochrypli, ale szczęśliwi w walce o złoto ulegli nieziemskiej Brazylii 0:3, o której prasa napisała, iż była nie do pokonania. ZUZANA KOHÚTKOVÁ, WARSZAWA 5


W rytmie disco Ka

rnawał to czas balów, tańców i pląsów. Niektórzy na samą myśl, że muszą się „obowiązkowo“ bawić na jakimś firmowym balu, dostają gęsiej skórki, inni ten okres wykorzystują maksymalnie. Tym, którzy lubią wirować na parkiecie, zwykłe bale nie wystarczą, oni królują na dyskotekach, prywatkach. Ponieważ Polacy należą raczej do ludzi, którzy lubią się bawić, postanowiliśmy zainteresować się tym tematem, a ściślej – dyskotekami w polskim stylu.

W krajach, gdzie przebywają Polacy, powstają polskie sklepy, kioski z gazetami, kawiarnie, restauracje, dyskoteki, ba, nawet całe dzielnice, jak na przykład znany Green Point w Nowym Jorku. Jak twierdzą niektórzy, w takich warunkach nawet nie trzeba znać języka kraju, w którym się przebywa, bowiem polska obsługa załatwi za klienta wszystko. Przedsiębiorczy Polacy dbają też o swoich rodaków, oferując im możliwości spędzenia wolnego czasu. Trochę inaczej jest na Słowacji, gdzie liczebność Polaków nie jest tak duża, a nasza i słowacka mentalność są dosyć podobne. Nie mniej jednak może właśnie polski lokal znalazłby swoich klientów, oferując coś typowo polskiego. Pierwszą taką jaskółką jest 6

restauracja w Koszycach, którą prowadzi Polak – Konrad Schönfeld. W swoim menu oprócz dań kuchni międzynarodowej oferuje również niektóre polskie przysmaki, np. barszcz z krokietami i pierogi. Imprezy, organizowane przez polskiego przedsiębiorcę również poza swoim lokalem, jak choćby kiermasze bożonarodzeniowe, przyciągają wielu klientów i zagranicznych, i tych mieszkających na Słowacji. W pobliskim Wiedniu Polacy mają do wyboru kilka dyskotek. Do najbardziej znanych należą: „U Marcina”, statek „Johann Strauss”, cumujący w kanale oddzielającym pierwszą dzielnicę Wiednia od drugiej i dziewiątej, oraz dyskoteki „Daniela”, „Cobra”, „Studio 37”. We wszystkich

gra na żywo muzyka, przy której bawią się ludzie bez względu na wiek. Największy lokal to statek „Johann Strauss”, składający się z dwóch części – dyskotekowej i dancingowej. Osoby w średnim wieku najchętniej odwiedzają dancing, gdzie przeważa muzyka pop, dance i retro, a do tańca grają i śpiewają Polak - Jurek z Wiednia i Słowaczka - Marta, dojeżdżająca na występy co weekend. W części dyskotekowej „kawałki“ do tańca miksuje DJ – króluje tu więc muzyka techno, rap, hip hop. „Z moich obserwacji wynika, że przy wyborze lokalu klienci często sugerują się tym, kto w nim występuje, i wybierają ten, gdzie goszczą ich ulubieńcy polskiej sceny muzycznej” – ocenia Mariusz Michalski, mieszkający w Wiedniu od kilkunastu lat. „Ja najczęściej wybieram lokal U Marcina i statek ze względu na muzykę i bezpieczeństwo. Tam bowiem niekulturalni goście są wypraszani przez ochroniarzy“ – dodaje. W Paryżu Polacy najczęściej chodzą do dyskoteki, która tylko z nazwy jest polska, prowadzi ją bowiem Jugosłowianin. „To, co tam zobaczyłam, będąc raz na imprezie w tym lokalu, nie zadowoliło mnie“ – mówi Anna Piskor, mieszkanka Paryża. „Plastikowe kubki, bałagan. W tym lokalu liczy się ilość, nie jakość, bo po prostu ktoś odkrył, że na Polakach, którzy lubią się bawić, można zarobić“ – dodaje. Jednocześnie ocenia, że Polacy mieszkający we Francji mają specyficzne podejście do swoich rodaków – widząc często, że komuś, kto otworzył restaurację czy kawiarnię, powodzi się, MONITOR POLONIJNY


przestają tam przychodzić. „Może to jest zazdrość sukcesu?“ – zastanawia się moja rozmówczyni. „Jakieś 25 lat temu, akurat o tej porze roku jako świeży emigrant w Szwecji zauważyłem pierwszą kolejkę do czegoś czy za czymś. Oczywiście sprawdziłem – była to kolejka do dyskoteki. Pamiętam to wrażenie, bo w Polsce był stan wojenny i puste półki, a w zimnym Sztokholmie ludzie pragnęli rozrywki“ – wspomina Tadeusz Urbański ze Sztokholmu. Do 2004 roku tamtejsi Polacy nie potrzebowali własnej dyskoteki. Pokolenie dwudziestolatków, urodzone w Szwecji, żyło, jeśli chodzi o rozrywkę, na sposób szwedzki. Generacja ich rodziców i starsi urządzali oczywiście sylwestry w polskich

i szwedzkich lokalach, a w karnawale i przy innych ważnych okazjach prawdziwie wielkie polskie bale w prestiżowych restauracjach. Kilkakrotnie takie imprezy odbyły się w salach Ratusza, gdzie corocznie bawią się laureaci nagrody Nobla, para królewska i ich goście. Wraz z wejściem do Unii Europejskiej profil Polonii sztokholmskiej się zmienił, by nie powiedzieć odmłodniał. Zmieniły się i ich potrzeby. Do pracy przyjechali ludzie z całej Polski, zgodni co do jednego: zarobić i w miarę możliwości miło spędzić czas wolny. No i się zaczęło! Po roku jeden z polskich restauratorów musiał zamknąć lokal, bo zbyt często była tam wzywana policja. Ale po upływie pół roku grupa młodzieży zawarła umowę z tureckim

restauratorem i w każdy piątek może się tam spotkać. Niedawno swoje podwoje otworzyła dla Polaków w soboty szwedzka dyskoteka. Oczywiście przychodzą tam i inne nacje, ale już się utarło, że Polacy są w większości. „Na obcym terenie jesteśmy grzeczniejsi, mniej pewni siebie. Byłoby przesadą, gdybym powiedział, że panuje tam całkowity spokój, ale ponieważ wszystkim się to opłaca i jest karnawał, nie ma momentów drastycznych“ – ocenia Urbański. Bawią się więc w Paryżu, bawią się w Wiedniu i chłodnym Sztokholmie. A jak się bawią i czy w ogóle chcą się bawić Polacy mieszkający na Słowacji? MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA WSPÓŁPRACA: MARIUSZ MICHALSKI, TADEUSZ URBAŃSKI

S

VERONIKA STRAKOVÁ

z Bratysławy – córka Polki i Słowaka z Żyliny Chętnie chodziłabym na polskie dyskoteki, jeśli w Bratysławie powstałby taki lokal, ponieważ bardzo lubię tańczyć. Przebywając w Polsce u rodziny, nigdy nie miałam przyjemności bawić się na typowej dyskotece, bo moi kuzyni po prostu nie chcieli mnie ze sobą zabrać. Bywałam jednak na polskich weselach i wiem, że Polacy potrafią się świetnie bawić, bardzo dobrze tańczą, częściej w parach niż solo, a to mi się bardzo podoba. W ogóle podziwiam polskich facetów, którzy potrafią fajnie tańczyć. Dodatkowym atutem polskiej dyskoteki byłyby polskie przeboje, które znam i lubię, czasami bowiem słucham polskiego radia przez Internet.

– córka Polki i Słowaka, mieszkająca w Trenczynie Bardzo trudno wypowiedzieć się na ten temat. W Polsce spędziłam najwięcej czasu jako dziecko i nastolatka. Nie miałam zbyt dużo możliwości, by poznać polskie dyskoteki. Byłam tylko raz na zabawie i z tego co pamiętam... wytrzymałam może pół godziny. Niestety, jako nastolatce ten styl muzyczny nie przypadł mi do gustu. Teraz na pewno zmieniłabym zdanie, gdybym miała możliwość poznać polską muzyką disco (chociaż myślę, że disco-polo wcale się nie zmieniło przez tych parę lat). Mimo wszystko taniec jest dla mnie bardzo ważny, więc nawet rytmy takiej muzyki nie powinny przeszkodzić mi w zabawie. Gdyby więc powstała polska dyskoteka, z pewnością odwiedziłabym ją, choćby z ciekawości, a gdyby mnie ten styl zabawy wciągnął, może chodziłabym tam częściej. mw

koro zajrzeliśmy na parkiety polskich ANKIETA dyskotek w kilku krajach europejskich, postanowiliśmy sprawdzić, czy znaleźliby się chętni, by pobawić się w polskim stylu na Słowacji.

SILVIA BUJOKOVÁ

STYCZIEŃ 2007

JOANNA KABIESZ – od kilku lat pracująca w międzynarodowej firmie w Bratysławie Nie mam zdania na temat polskich dyskotek, gdyż w ogóle ich nie odwiedzam. Mieszkam przy granicy polsko-czeskiej, więc na każdy weekend wracam do domu (w Polsce mam swoje stałe życie). Jestem jednak przekonana, że w Bratysławie na pewno przydałaby się polska knajpka lub restauracja. Co prawda nasze potrawy są podobne do słowackich, ale fajnie byłoby mieć możliwość spotkań ze znajomymi w miejscu, w którym można by posłuchać polskiej muzyki, wypić polskie piwko i zjeść nasze pierogi z kapustą i grzybami.

7


Polski zawrót głowy N

ieduży lokal w podziemiach kamienicy w szerszym centrum Wiednia, wszystkie miejsca zajęte, a na parkiecie ścisk, szczególnie wtedy, gdy publiczność bawi piosenkarka Wandzia, jak ją tutaj wszyscy pieszczotliwie nazywają.

FOTO: MARIUSZ MICHALSKI

malże co weekend. „Można się dobrze zabawić, spotkać znajomych, kogoś poderwać.” – śmieje się, puszczając do mnie oko i wskazując na mężczyzn, siedzących przy barze. Właściciel Witek dobrze wie, czego potrzebuje polski bywalec dyskotek, spragniony ojczyźnianych klimatów, dlatego co jakiś czas sprowadza do Wiednia gwiazdy, kojarzące się z dawnymi, dobrymi czasami młodości, spędzonymi na dyskotekowych parkietach w Polsce. Raz jest to wokalista grupy „Wawele”, innym razem Izabella Trojanowska, Halina Frąckowiak, Halina Kunicka czy Jacek Lech. Co roku też Witek organizuje bal „Białej róży”. Ci, którzy lubią dyskoteki u Witka, zwykle biorą udział w karnawałowej imprezie. Wtedy też Witek imprezę taką przenosi z podziemia do pomieszczeń Baumgarten Casino w XIV dzielnicy Wiednia. Co jakiś czas dyskoteka u Witka ma charakter odświętny, bowiem taką okazję stwarzają na przykład andrzejki czy śledzik. Witek poszerza wówczas ofertę dań i własnoręcznie gotuje bigos lub barszcz z krokietami. „To takie miłe, że Witek o nas dba. Dziś tu jest inaczej, bardziej uroczyście, gdybym wiedziała, ubrałabym się lepiej” – komentuje moja rozmówczyni, zerkając ukradkiem pod stół na swoje sportowe obuwie. Ale i tak większość pań (w wieku średnim) ma wieczorowe kreacje i makijaż. Klienci Witka dobrze wiedzą, że na austriackiej dyskotece tak dobrze się nie zabawią, jak na tej pol-

„Większość ludzi przychodzi tu ze względu na Wandzię, ona jest urocza i świetnie śpiewa” – mówi moja sąsiadka, która od razu przechodzi ze mną na „ty”. Krysia ze swoimi koleżankami siedzi przy stoliku obok baru. Przy nim zawsze znajdzie się miejsce dla kilku osób, bowiem stoi tu narożna kanapa, na której można wygodnie się rozsiąść. Nad kanapą wisi lustro, optycznie powiększające niedużą przestrzeń. Na sobotni wieczór należy wcześniej zarezerwować miejsce albo przyjść odpowiednio wcześniej. „W sobotę jest tu najwięcej ludzi, czasami do 150 osób” – komentuje właściciel lokalu Witek, który swoją posturą i zachowaniem od razu rzuca się w oczy. Jak na prawdziwego gospodarza przystało, serdecznie wita przyjaciół – stałych bywalców. Z większością jest po imieniu, co chwilę podchodzi do stolików, interesując się, czy wszyscy goście mają to, czego potrzebują. Również na jego skinienie pracują kelnerzy – polska obsługa, która doskonale wie, jak zaspokoić gusta klienteli. Wejścia do lokalu „bronią” ochroniarze. „Tu jest pełna kultura. Jeśli ktoś zbyt dużo wypije, chce podskakiwać, od razu go wyprowadzają, by nie psuł zabawy innym” – informuje mnie sąsiadka. Krysia przychodzi tu nie8

skiej. „My potrafimy bawić się, tańczyć w parach, Austriacy tylko się przeginają najchętniej w rytm muzyki techno” – twierdzi jeden ze stałych bywalców. Dym papierosowy unosi się ponad głowami głośno rozmawiających Polaków, na parkiecie tańczą i klaszczą w rytm starych przebojów Jana Wojdaka uczestnicy zabawy. Piosenkarka nie schodzi ze sceny – widać, że dawne chwile sławy jakby powróciły, w oczach zebranych na parkiecie Polaków znów jest gwiazdą sprzed lat. Jeszcze kilka bisów i na podium znów wkracza Wandzia, która dźwięcznym głosem oczarowuje swoich wielbicieli. „Pochodzę spod Krakowa, gdzie zaczynałam śpiewać z pewnym zespołem, ale los mnie rzucił do Wiednia, gdzie na stałe mieszkam od trzech lat” – wyjaśnia. Wandzia na co dzień wykonuje inny zawód. Wraz z zespołem na bieżąco przygotowują repertuar, żeby iść z duchem czasu. Z powodzeniem więc śpiewają nowe przeboje Kayah, „Ich troje” i innych polskich wykonawców. „To trudna praca, ale ja to kocham, w ten sposób podczas każdego weekendu mogę realizować się jako piosenkarka” – ocenia Wandzia. „Ona tu się marnuje!” – wtrąca moja sąsiadka. „Wandzia ma taki talent, że powinna robić karierę, ale my ją kochamy i jesteśmy dumni, że śpiewa dla nas!” – dodaje i za chwilę znika na parkiecie. Mimo że jest po północy, gości w lokalu Witka wciąż przybywa. Dyskoteka wydaje się być jak z gumy, bo wciąż jeszcze „zmieści się” za zgodą szefa jakiś znajomy, który prosi, by znaleźć dla niego miejsce choćby przy barze. W taki wieczór liczy się przede wszystkim dobra zabawa, nawiązywane znajomości. Nie ważna jest cena biletu wstępu czy trunków serwowanych przez wyszkolonych barmanów. Liczy się tu i teraz. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, WIEDEŃ

MONITOR POLONIJNY


G

dy myślę o tym, co najbardziej lubię w Bratysławie, od razu staje mi przed oczami Horski Park i jego okolice. To magiczne miejsca, zdrowe dla ciała i budujące dla duszy. Sam park swoją naturalnością pozwala całkowicie zapomnieć, że jesteśmy w centrum miasta, a otaczające go unikatowe ślady historii i malownicze zakątki o każdej porze roku mają nam coś do zaoferowania. Nad parkiem góruje kościół Panny Marii Śnieżnej, a obok niego w niezwykłej grocie znajdziemy intencje wotywne nawet sprzed stu lat. Wiele z omszonych tabliczek zostało napisanych po polsku! Z kościoła w stronę centrum możemy pójść Hlboką cestą – wąwozem stworzonym co prawda ludzką ręką, ale i tak zjawiskowo pięknym, pełnym głazów, odkrytych korzeni drzew i po tolkienowsku mrocznym. Lubię tutejsze przechadzki, bo każdy zakątek ma swoje tajemnice – a to obok odnowionych domów kusi mrokiem jakaś zarośnięta drzewami willa, do której prowadzi ze sto schodów, to znów zdumiewa swoją szerokością rozweselająca każdego ponuraka uliczka Podhorskiego, która nie jest niczym innym jak wąską ścieżynką, prawie miedzą, której ktoś, nie wiedzieć czemu, nadał status ulicy i to w dodatku z rozmachem zaznaczonej na mapie. Intrygująca jest także Kalwaria, miejsce niegdyś święte, teraz opuszczone i zaniedbane. Nie wiem, dlaczego, ale zawsze, gdy stoję przy kalwaryjskim drewnianym krzyżu, mam wrażenie, że na tym wzgórzu straszy... Slavin, doskonale widoczny z Kalwarii, to pomnik dawnych wyzwolicieli miasta, ale przede wszystkim świetny punkt widokowy oraz miejsce na romanSTYCZIEŃ 2007

Zabiorę Cię w moje miejsca...

D

rodzy Czytelnicy, rozpoczynamy nowy cykl artykułów, w których chcemy zaprezentować najciekawsze miejsca Słowacji, widziane Waszymi oczami. Rozejrzyjcie się wokół siebie – gdzie lubicie spędzać wolny czas, co smakowitego można zjeść w Waszym regionie, jaką pamiątkę z niego przywieźć... Stwórzmy Polonijny Przewodnik po Słowacji, do którego każdy z nas dopisze własną historię.

tyczne spotkania, podczas których, patrząc na mieniącą się wieczornymi światłami Bratysławę, jej historyczne zabytki i modernistyczne dokonania, możemy, ogarniając wzrokiem winnice, Dunaj i Hrad, utwierdzić się jedynie w przekonaniu, iż żadne miasto, które ma tak wiele, nie może być nijakie. Napoleon cenił bratysławską wodę, którą czerpano ze studni na leżącym nieopodal Slavina Murmanskim Vrchu, ja natomiast najbardziej lubię wybrać się z koszykiem na główny targ. Ulica Miletičova, gdzie mieści się targ - „miletička“, jak mawiają niektórzy - to prawdziwy raj dla kulinarnych szperaczy. Tylko tam kupuję doskonałe tradycyjne słowackie sery, świeże masło pachnące wakacjami u babci, a do smakowitego kompletu -

warzywa i owoce. To na Miletičovej przekonałam się, że istnieje coś takiego, jak jajko klasy A – w Polsce niemal nie do zdobycia, chyba że ma się zaprzyjaźnioną wiejską babuleńkę. Latem stoiska uginały się od soczystych, dojrzałych arbuzów i melonów, teraz królują orzechy, cytrusy, jabłka i domowe przetwory. Oj, chciałoby się, patrząc na te wszystkie dobra, niczym Makłowicz (znany polski smakosz, prowadzący w TV kulinarne programy, autor książek kulinarnych – przyp. od red.) rozłożyć między straganami swoje garnki i gotować, piec, smażyć... A na deszczowe dni polecam Hawanę – kubańską restaurację ze świetną muzyką i takim samym jedzeniem. Nawet gdy nie mam ochoty na obiad, lubię usiąść w Hawanie przy oknie i, popijając herbatę, spoglądać na turystów, którzy z przewodnikami w rękach zwiedzają moje miasto. Ja patrzę na nich, oni zaś na stojącą naprzeciwko najwęższą kamienicę w Europie, a gdy pochylam głowę nad gazetą, oni wznoszą wzrok, podziwiając obowiązkowy punkt wycieczek – Michalską Wieżę. Myślę sobie wtedy, że ktoś mógłby w końcu napisać, jak piękna jest Bratysława „nieprzewodnikowa”. A może jednak nie, niech te wszystkie magiczne zakątki pozostaną tylko moje... AGATA BEDNARCZYK 9


Najważniejsze jest po prostu

być razem... I

lu nas tutaj na Słowacji, tyle pewnie jest powodów wyjazdu z kraju: za pracą, za miłością, za przygodą... Niektórzy znajdują tu drugi dom, inni przystanek w długiej podróży. Nie tak dawno temu na bratysławskiej Kolibie spotkało się pięć Polek. Popijając herbatę, gawędziły o różnościach: o tym, co je połączyło, jaki jest powód ich pobytu w Bratysławie, co je zaskoczyło, za czym tęsknią… Zachęcamy do zapoznania się OD LEWEJ ANIA, ASIA, AGATA I DOBROSŁAWA z „nowymi” w Bratysławie. Agata i Ania mieszkają w Bratysławie pół roku – ich mężowie pracują w tej samej firmie. Tutaj rok temu zamieszkała też Dobrosława z mężem i synem, kiedy to męża oddelegowano do pracy na Słowacji. W Zahorskiej Bystricy od półtora roku mieszka rodzina Asi – jej mąż pracuje w słowackim oddziale holenderskiego banku. Dorota z mężem są na Słowacji najdłużej – cztery lata. Wszystkie te kobiety znalazły się na Słowacji w związku z pracą małżonka, trochę w atmosferze przygody (czy chcesz, czy nie chcesz), ale głównie za sprawą miłości, z której rezygnować nie sposób nawet wtedy, gdy mąż oznajmia nagle, że otrzymał ofertę nie do odrzucenia i właściwie już za miesiąc zaczyna pracę ponad sześćset kilometrów od domu...

Początki „Byłam zagubiona – wspomina przyjazd z wiosennego Paryża do zasypanej śniegiem Bratysławy Dobrosława. – Nie miałam nikogo, kto by pokazał mi, gdzie 10

można zrobić sensowne zakupy, oddać rzeczy do pralni itp.”. Najważniejszym wyzwaniem, które wyrosło przed nią, było załatwienie szkoły dla syna i uporanie się ze stresem, związanym z aklimatyzacją w nowym miejscu. Na szczęście poradziła sobie znakomicie. „Moja córka miała w szkole opowiedzieć coś o sobie i nauczyciel chciał, aby przyniosła zdjęcia z dzieciństwa – wspomina Asia. – Skąd mogłam wiedzieć, pakując w Warszawie nasze rzeczy, że akurat album sprzed kilku lat zaważy na jej pierwszej ocenie w nowej szkole?”. W takich sytuacjach to właśnie dzieci uświadamiają dorosłym, iż wyjazd do innego kraju nie jest jedynie przygodą, jak myślą niektórzy. Dzieci tęsknią do swoich przyjaciół, swoich miejsc. Te starsze często przeżywają dramat pierwszych miłości, które nie wytrzymują próby czasu. Młodsze, nie rozumiejąc, dlaczego odrywa się je od znanych, bezpiecznych miejsc, stają się

FOTO: AGATA BEDNARCZYK

nieposłuszne i uparte, a osaczone przez niezrozumiały język czasami milkną na długi czas.

Coś własnego „Znaleźliśmy sposób, by oswoić nowe życie – mówi Ania. – Zwiedzamy naszą dzielnicę i robimy zdjęcia, które pewnie będą motorem wspomnień o Bratysławie, tak jak te, zrobione w Budapeszcie, gdzie mieszkaliśmy wcześniej przez trzy lata”. Na fotografiach zostały uwiecznione kolejne domy, w których rósł ich syn, przyjaciele pozostawieni za granicą, ukochane miejsca. „Gdyby nie Internet, byłoby nam bardzo ciężko. Jednak mając do dyspozycji e-mail, Skype’a, czujemy się obywatelami świata, pozostając w kontakcie z tymi, których kochamy” – dodaje Ania. Każda z naszych bohaterek odnalazła w Bratysławie swoje miejsce – park, kawiarenkę, nawet plac zabaw, na którym, patrząc na własne dzieci, szalejące na huśtawkach, nabiera się pewności, że takie życie ma wiele zalet. To MONITOR POLONIJNY


walory turystyczne, możliwość poznania nowego języka. Z własną karierą trzeba się raczej pożegnać, jednakże można zyskać większą samodzielność i wzmocnić poczucie swojej wartości. To też szczególny czas dla związku. „Podejmując decyzję o wyjeździe, zrezygnowałam z ambicji zawodowych, ale taka jest cena miłości – mówi Dorota. – Naszym domem powoli staje się Europa, a nie jeden konkretny kraj, i jeśli mój mąż chce realizować się zawodowo, pracując to tu, to tam, nie mogę mu tego zabronić, bo tak naprawdę najważniejsze jest po prostu być razem”. Dorota, jak sama twierdzi, jest typem samotnika, nie przywiązuje się do miejsc i ludzi, chociaż pielęgnuje wspomnienia i często myśli o najbliższej rodzinie, która pozostała w ojczyźnie. „Dopóki czuję, że wspieramy się z mężem nawzajem, niczego więcej mi nie trzeba” – dodaje.

Ludzie „Od początku uderzyło nas to, jak życzliwi są Słowacy dla obcokrajowców – wspominają moje rozmówczynie. – Pewnie dziwiły ich nasze problemy, ale zawsze bezinteresownie pomagali je rozwiązywać”. Istotny jest fakt, iż bariera językowa nie stanowi problemu, sporo słów ma podobne znaczenie, a posiłkując się gestami i mimiką można porozumieć się w satysfakcjonujący sposób. „To nasz pierwszy tego typu wyjazd z kraju. Gdyby nie ta bliskość obu narodów, pewnie nie zaaklimatyzowałabym się tu tak szybko” - mówi Agata. Najczęściej jednak szuka się kontaktu z innymi Polakami. Moje rozmówczynie przyznają, że pierwszy kontakt z polską ambasadą rozczarowuje, a informacji o rodzimej prasie, kulturze czy pracy trzeba szukać na własną rękę. STYCZIEŃ 2007

Perełki „My przyjechaliśmy tutaj w pełni lata i Bratysława nas zafascynowała” – wspomina Agata, która wraz z mężem każdą wolną chwilę przeznaczała na zwiedzanie okolicy. „Teraz mogę powiedzieć, że otwierając się na obcy kraj, szukając pozytywów takiego wyjazdu, przetrwaliśmy niejedną chwilę tęsknoty za domem”. Dobrosława jest też zafascynowana swoim nowym miastem, podziwia architektoniczny rozmach i konsekwencję, z jaką to miasto chce podbić świat. „Piękna starówka, autostrady, śmiałe projekty architektoniczne – widać, że stolica Słowacji rozwija się szybciej niż np. Warszawa” – ocenia. Zadowolona jest również z oferty kulturalnej słowackiej stolicy. „Dzięki wyjazdom moje dzieci stały się bardziej samodzielne, łatwiej nawiązują kontakty – stwierdza Asia. – To duży plus, bo uczą się języków, podróżują, nabywają nowych umiejętności. W Polsce nie byłyby tak aktywne”.

Kamyczki Niby nasze narody sąsiadują, ale nasze kuchnie różnią się w dużym stopniu. „W sierpniu zjeździłam całą Bratysławę w poszukiwaniu czerwonych buraczków – śmieje się Agata. – A gdy okazało się, że nigdzie nie można kupić kaszy w woreczkach, obecnej w najmniejszym polskim sklepie, byłam załamana i zastanawiałam się, co my tu będziemy jeść”. Ale na szczęście trzeba po prostu dobrze poznać miasto, by odnaleźć wiele z poszukiwanych artykułów. „Tylko że często to, co nam wydaje się ogólnodostępne i niedrogie, na Słowacji traktowane jest jak produkt ekstra i kosztuje sporo więcej, na przykład ryby” – dodaje Dobrosława. Tęsknota za ulubio-

nymi smakami jest chyba czymś naturalnym, a fakt, iż najbardziej ceni się swojską, polską szynkę, biały ser czy ciasta, jest elementem naszych wspomnień o domu. Jakie są minusy emigracji z konieczności? „Kilka przyjaźni, o których myślałam, że są na wieki, nie przetrwało próby czasu, mimo iż bardzo starałam się je podtrzymać” – wzdycha Ania i opowiada, jak ciężkie są momenty, w których obecność rodziny i przyjaciół staje się ogromnie ważna, np. choroba, samotność, pomoc przy maleńkim dziecku. „Nie zastąpi ich choćby najlepsza niania, bo chciałoby się żeby bliscy po prostu byli obok, przytulili, pozwolili się wypłakać”. Z kolei Dobrosława chciałaby wrócić do swojej pracy: „Na razie podążam za mężem, ale kiedyś, kto wie?”.

Happy end „Gdy skończy się kontrakt, wracamy do kraju – mówi Agata. – To ciekawe życie, ale zbyt wiele zostawiliśmy w Polsce”. Ania i Asia są gotowe pojechać dalej. A Dorota? „To, co najistotniejsze, jest zawsze ze mną: mąż i wspomnienia. Każdy wyjazd nas wzmacnia. Nie żałuję więc, że zgodziłam się na taki los, przecież coś trzeba w życiu robić, by się wzbogacać, a nie mam na myśli zamożności finansowej”. Zapewne większość czytelników „Monitora” dobrze zna opisywane odczucia, ponieważ niejeden z nich musiał podjąć decyzję o wyjeździe z ojczyzny i starać się ułożyć sobie życie na nowo na Słowacji. Ale dziś już pewnie i tu większość osiągnęła swoją stabilizację. Czy byliby jednak gotowi do ponownego pakowania walizek i oswajania nowej rzeczywistości gdzieś w obcym kraju? AGATA BEDNARCZYK 11


WYWIAD MIESIĄCA Niektórzy artyści zmieniają się wraz z modą, Pani pozostaje wierna sobie. Moda nigdy mnie nie interesowała, ważna jest muzyka i treść. I to nawet nie chodzi o to, że powinnam się utożsamiać z tym, o czym śpiewam, ale poprzez słowa piosenek, które wykonuję, chcę wyrażać siebie. Zawsze interesował mnie artystyczny rozwój, dlatego sięgałam po różne gatunki muzyczne. Zdarzało mi się śpiewać jazz, piosenkę literacką, klasykę, zaśpiewałam nawet partię sopranową z „Requiem” Mozarta. Wyznaczam sobie zadania, a nowe wyzwania kształtują sens mojej drogi artystycznej. Lubię to, co jest przede mną, to, czego jeszcze nie odkryłam. W pewnym momencie zaproponowano Pani międzynarodową karierę, która jednak nie miała happy endu. Czy nie odczuwa Pani pewnego rozczarowania? Wiele lat temu, tuż po stanie wojennym, kiedy Polska była bardzo znana na świecie z uwagi na wydarzenia polityczne, ktoś wpadł na pomysł, by wybrać polskiego artystę, którego wylansowano by w Japonii, Australii i Stanach Zjednoczonych. Padło na mnie. Byłam zdziwiona. Zgodziłam się, bo powodowała mną ciekawość. Moim głównym sponsorem stał się pewien japoński samuraj – jeden z najbogatszych ludzi w Japonii. Po mojej wizycie w tym kraju, gdzie goszczono mnie jak megagwiazdę, dowiedziałam się, że ów sponsor został zastrzelony. To oznaczało również, że nie będzie więcej pieniędzy na moją promocję. Ale powiem Pani, że odetchnęłam z ulgą, ponieważ już wtedy wiedziałam, czego na pewno nie chcę, co mi nie odpowiada. 12

Hanna Banaszak: „Jeżdżę na

najwyższych przerzutkach”

J

ako amatorka zadebiutowała w duecie z Piotrem Żurowskim w 1973 r., zaś jako profesjonalna artystka podczas koncertu Młode Talenty na KFPP Opole ’76. Jej domeną są „piosenki z tekstem” i z muzyką w najlepszym gatunku. Jest wokalistką jazzową, wykonującą z wielką swobodą zarówno piosenki ze światowego repertuaru lat 20. i 30., jak i współczesne. Jej największe przeboje, jak np. „W moim magicznym domu”, „Żegnaj kotku”, „Pogoda ducha”, „Apetyt na życie”, „Jesienny pan”, zna cała Polska. Hanna Banaszak, bo o niej mowa, zgodziła się na wywiad dla naszego miesięcznika przed swoim koncertem w Wiedniu. Co Pani nie odpowiadało? Zasugerowano mi wtedy leciutko, abym trzymała się bardzo kobiecego stylu bycia, była zalotną kobietką, z dużą dozą wdzięku. To jest bardzo fajne – przez lata to także robiłam. Ale robiłam „także”, a nie wyłącznie. Takie próby włożenia mnie w pewne ramy, chęci wykreowania, hamowały mój rozwój. Stąd odetchnęłam, kiedy z zawrotnej kariery międzynarodowej nic nie wyszło, bo, jak podejrzewam, w pewnym momencie postawiłabym weto. Już wtedy byłam zbyt dojrzała na to, żeby dać sobą manipulować. Ma Pani stabilną pozycję i nie musi Pani niczemu podlegać, ale gdyby Pani zaczynała karierę w dzisiejszych czasach, to myśli Pani, że wyglądałaby podobnie? Ja niczemu nie podlegam, wręcz buntuję się przeciwko niektórym rzeczom. Gdybym musiała się podporządkować, pewnie wybrałabym inną drogę, może zmienilabym zawód. Jest tyle innych – pięknych… Na przykład? Może studiowałabym psychologię, filozofię? Mam też zdolności plastyczne. Sądzę, że młodzi ludzie,

którzy zaczynają swoją karierę dziś, mają gorzej. Dlaczego Pani tak uważa? Zaczynałam jeszcze w czasach, kiedy stawiało się na wartości. Rozpoczynałam od współpracy z najwartościowszymi artystami mojego czy starszego pokolenia, miałam wspaniałe wzorce. Moje pierwsze piosenki tworzyli Przybora, Wasowski, Młynarski, potem współpracowałam z Jonaszem Koftą itd. Natomiast dzisiaj, kiedy patrzę na młodych ludzi, to serdecznie im współczuję. Kiedyś w telewizji można było obejrzeć coś wartościowego, dzisiaj jest ona zalewana przez bylejakość, a przede wszystkim surogaty. Jest cała masa ludzi, śpiewających według jakichś wzorców, naśladujących swoich idoli. Ale to nie ma nic wspólnego ze sztuką. Sztuka to coś znacznie trudniejszego niż zaśpiewanie nawet tak dobrze, jak ktoś inny. Sztuka to odnalezienie kawałeczka siebie, swojej osobowości, niepodobnej do nikogo i zarażenie tą osobowością publiczności. W którym momencie Pani odkryła to „coś” w sobie? Chyba mam to „coś” w sobie od początku, jak twierdzi moja publiczność. MONITOR POLONIJNY


Aby osiągnąć sukces, nie wystarczy więc tylko talent? Co piąta osoba, napotkana na ulicy, ma głos, słuch i można by ją nauczyć śpiewać, ale to nie na tym polega. Tu chodzi o osobowość, czyli o to, co w świecie artystycznym nazywa się wypełnianiem sobą sceny. Jak Pani ocenia innych piosenkarzy, wykonujących piosenki z Pani repertuaru? Kompletnie mnie to nie interesuje. Ale z pewnością słyszała Pani wersje swoich piosenek w wykonaniu Anny Marii Jopek? Nie do mnie należy ocena, ale do jej publiczności. Czy to oznacza, że niechętnie „dzieli się” Pani swoimi piosenkami z innymi? Nie mam nic przeciwko temu, żeby ludzie śpiewali piosenki, które ja śpiewałam. Jednakże jest coś takiego, że piosenki, które zostały napisane dla mnie przez Jonasza Koftę, to kawałek mojego życia, odzwierciedlenie pewnych relacji. To są pewne opowieści i, co tu dużo mówić, jestem do nich przywiązana, poniekąd jak do swojej własności. Dlatego wykonawcy, którzy zamierzają śpiewać piosenki z czyjegoś repertuaru, powinni mieć na tyle wyczucia, żeby się zwrócić do pierwszych wykonawców z prośbą o zgodę na wykonanie ich utworu. Ta kurtuazja byłaby mile widziana, to należy do etyki zawodowej. Taki rodzaj podziękowania za skorzystanie z połowy cudzego sukcesu. Ja też śpiewałam repertuar innych, ale zawsze pytałam ich o zgodę. STYCZIEŃ 2007

Nikt się do Pani nie zwrócił z taką prośbą? Ania Jopek nie zapytała o to. Niewątpliwie zgodziłabym się. Pamiętam, że przed laty zatelefonowałam do Kaliny Jędrusik z pytaniem, czy mogę wykonać jej piosenkę. Nie miała nic przeciwko temu, ale pamiętam, że była niezadowolona z paru piosenkarek, które o zgodę nie poprosiły. Mimo wszystko nie przeszkadza mi to talentu Ani cenić.

Nie ma dla mnie kompletnego znaczenia. Ja tego w ogóle nie czytam. Mnie interesuje rzetelna ocena. Jeśli krytyka – to konstruktywna, z sensowną argumentacją. Nawet, gdyby miała mnie zdruzgotać. Podobnie jest z akceptacją. Jeśli jest powierzchownym komplementem, dziękuję i idę dalej. Dla mnie najważniejsza jest relacja ja – odbiorca. Powierzchowne komplementy są dla mnie zbyt płytkie.

Jak Pani reaguje na krytykę pod swoim adresem, kiedy to zarzuca się Pani sentymentalizm?

W show bussinesie liczy się sprzedaż płyt, a zatem, by osiągnąć zadowalające efekty, niektórzy bazują na skandalach, aby zainteresować ludzi swoją osobą. Pani chyba nigdy nie uciekała się do takich wybiegów? Kiedyś ktoś wywołał wokół mnie skandal, puszczając w naród plotkę na mój temat, która nie miała nic wspólnego z prawdą. Z perspektywy czasu widzę, że najrozsądniej było nie reagować, choć sugerowano mi, żebym dementowała te bzdury, udzielając jakiegoś wywiadu. Uznałam jednak, że nie będę się taplać w błocie. Jeśli człowiek nie ma sobie nic do zarzucenia, to po co miałby wdawać się w takie dyskusje? Wszystko to rozeszło się po kościach. Dziś poradziłabym młodym dziewczynom, które mają podobne problemy, żeby zamknęły usta i nie dawały się ponosić emocjom. Odnosząc sukces, zawsze należy się liczyć z tym, że człowiek spotka się z zawiścią, i na to trzeba być odpornym. 13


•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA

Jak to? Na jakim? Trochę kokietuję. Na gruncie zawodowym za największy sukces uważam to, że nie dałam się zwariować temu zawodowi. Sukcesem jest to, że mogę dyktować pewne warunki, że mam szansę się rozwijać, także jako człowiek, w wielu różnych dziedzinach. Jakie to dziedziny? Piszę wiersze, fotografuję, projektuję biżuterię, jeżdżę na rowerze, co jest istotnym zajęciem w moim życiu. Jakie ma Pani marzenia artystyczne? Od roku przygotowuję płytę, która jest dla mnie dużym wyzwaniem. Idzie mi to jak krew z nosa, ale kiedy ją dokończę, będzie to pewien rodzaj spełnienia, które poprzedza trud. Czy Pani zawsze wybiera trudniejsze ścieżki? Przekładając to na język rowerzysty – jeżdżę na najwyższych przerzutkach. Kiedy muszę się natrudzić, wtedy odczuwam przyjemność z jeżdżenia na rowerze. W życiu też sobie utrudniam zadania, ale to pewnie jest związane z moją naturą. Dla mnie ciekawe są zmagania, a nie odcinanie kuponów od czegoś, co wiem, że robić umiem, że bez twórczego wysiłku lekko sobie poradzę. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, WIEDEŃ Autorka wywiadu składa podziękowanie organizatorce koncertu Hanny Banaszak w Wiedniu pani Marii Buczak za umówienie spotkania z artystką. 14

ZDJĘCIA: ZDENKA BŁOŃSKA

Skoro mowa o sukcesie, uważa Pani, że go odniosła? Myślę, że odniosłam sukces, ale na zupełnie innym gruncie.

Spotkanie opłatkowe w Koszycach W okresie przedświątecznym już tradycyjnie spotykamy się w gronie naszych rodaków i ich przyjaciół. W tym roku spotkanie wigilijne odbyło się 16 grudnia w restauracji „Rosto” w Koszycach. Dzieląc się symbolicznie opłatkiem, składaliśmy sobie życzenia. Po wspaniałej szczodrej polskiej wieczerzy, którą przygotował nasz drogi przyjaciel Konrad Schönfeld z rodziną, zwróciłam się do naszych rodaków z pytaniem, jaki był dla nich rok 2006 i czego się spodziewają w nadchodzącym nowym roku. Ogólnie wszyscy byli zadowoleni z tego, co udało się osiągnąć, wszyscy też życzyli sobie jednego – żebyśmy się częściej spotykali. Było żywiołowo, sympatycznie i po góralsku, czyli od serca. A to dzięki zespołowi góralskiemu „Hamernik” z Krakowa, który

zawitał do Koszyc na zaproszenie Konrada Schönfelda. Członkami tego zespołu są osoby w wieku 15 lat, pochodzące przeważnie z Podhala, a zamieszkałe w Krakowie, oraz rodowici krakowianie, rozmiłowani w folklorze podhalańskim. Oprócz tego, że swoją muzyką uprzyjemnili nam wieczór wigilijny, następnego dnia (17 grudnia) w ramach „Košickych Rozprávkových Vianoc”, rokrocznie organizowanych przez miasto, wystąpili z programem śpiewno-tanecznym na scenie w samym sercu Koszyc, gdzie zaprezentowali „Szopkę hamernicką”. Pogoda dopisała, grzaniec galicyjski nas rozgrzewał, publiczność szalała, a niektórym zakręciła się łezka w oku. Przeżyliśmy dwa cudowne dni. I za nie pragnę podziękować Konradowi Schönfeldowi. URSZULA SZABADOS

Studencka wigilia w Bańskiej Bystrzycy Wigilijna wieczerza, najwspanialsze święta w roku, które rozpoczynają się wraz z pojawieniem się na niebie pierwszej gwiazdy. Wszyscy zasiadamy do wspólnego stołu, uśmiechamy się, a w naszych duszach panuje spokój. Pod świątecznym

obrusem słoma, pod talerzem ziarno, wokół dużo smakołyków i przepięknie dekoracje. Zapalamy pierwszą świeczkę i rozpoczynamy ten wspaniały obrzęd. Powstajemy i zaczynamy dzielić się opłatkiem na znak pojednania, miłości, przyjaźni i pokoju.


•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•Z NASZEGO PODWÓRKA•

W tym roku nasz Mikołaj przebył długą drogę, a do tego jeszcze miał bardzo ciężki worek, pełen słodkich prezentów. Dzieci, nawet te najmniejsze, cierpliwie czekały i skandowały: „Mikołaju! Mikołaju! Przyjdź już do nas!!!“. W końcu Mikołaj przybył do domu ojców Salwatorianów, gdzie się zgromadziliśmy. Kiedy wszedł, było dużo radości, ale i trochę strachu – niektóre dzieci schowały się za mamę czy tatę, ponieważ tam czuły się bezpieczniej. Inne nawet uroniły łzę. Jednak kiedy Mikołaj potrząsnął pełnym workiem i powiedział, że w nim jest dużo prezentów, znaleźli się pierwsi odwa-

Opłatki są poświęcone i mają wewnętrzną siłę, siłę jednoczenia nas wszystkich. Ponownie siadamy za stołem, rozpoczyna się długo oczekiwana wieczerza. W sali rozlega się wspaniały głos sopranistki Mgr. Paulíny Jabbour, akompaniuje jej pianistka Mgr. Žofia Hrnčiarová. Słyszymy pieśń „Cicha noc, święta noc“, najbardziej znaną melodię Bożego Narodzenia i kolędę „Uspávanka Panny Márie“. Później przychodzą do nas Peter Bažík – gwiazda „Superstar” i studenci Akademii Sztuk w Bańskiej Bystrzycy. Magiczną atmosferę tworzy muzyka kapeli ludowej w składzie: Ľudka Záňová, Slavomír Melicherčík, Miroslav Výboch i Zdeno Černák. Jesteśmy już na ostatnim roku studiów STYCZIEŃ 2007

FOTO: ROMANA GREGUŠKOVÁ

Mikołajkowy opłatek w Nitrze żni. Później już wszystkie dzieci po kolei wychodziły na środek sali, prezentując pięknie przygotowane polskie piosenki i wierszyki. Pozwoliły odejść Mikołajowi dopiero wtedy, kiedy już wszystkie słodkie prezenty zostały rozdane. Potem wszyscy złożyliśmy sobie życzenia świąteczne. Do domów wracaliśmy, śpiewając w myślach kolędy. Za ten miły wieczór dziękujemy ambasadzie polskiej – pani konsul Urszuli Szulczyk-Šliwińskiej oraz oo. Salwatorianom za udostępnienie pomieszczeń. ROMANA GREGUŠKOVÁ

i tego wieczora mieliśmy łzy w oczach. Nie były to jednak tylko łzy nostalgii, ale także łzy ogromnej radości. Zwłaszcza kiedy obejrzeliśmy jasełka, które przedstawili studenci pierwszego i drugiego roku. Nie musimy zatem się martwić, że wraz z naszym odejściem, zaniknie tradycja polskich wieczorów. Nic jednak nie powstałoby bez człowieka, któremu chcielibyśmy powiedzieć wielkie DZIĘKI, a który jest dla nas bardzo „IMPORTANTNY“ (tym słowem, wyraziliśmy to, co dla nas znaczy, już na pierwszym roku, kiedy jeszcze nie znaliśmy polskiego odpowiednika). Dzięki Gabrielko Olchowa. STUDENCI POLONISTYKI Z BAŃSKIEJ BYSTRZYCY

Nie tylko na góralską nutę W bożonarodzeniowym nastroju 19 grudnia w bratysławskim teatrze „Astorka Korzo ‘90” wystąpiła Hanka Chowaniec-Rybka wraz z zespołem. Ci, którzy woleli zostać w domach i przygotowywać świąteczne smakołyki, zamiast wziąć udział w jej koncercie, zorganizowanym przez Instytut Polski, niech żałują. Artystka po prostu „dała czadu”! Zaprezentowała góralskie piosenki i kolędy, dobrze się przy tym bawiąc. Jej nastrój udzielił się zgromadzonej publiczności, która, choć nieliczna, uległa czarowi młodej góralki i nawet próbowała z nią śpiewać. Myliłby się jednak ten, kto myślałby, że koncert miał typowo folklorystyczny charakter. Obdarzona wspaniałym głosem artystka pokazała, co potrafi. Śpiewała nie tylko w takt góralskiej muzyki. Wykorzystując swoje ogromne możliwości wokalne, połączyła folk z jazzem, co dało efekt piorunujący, ale w tym dobrym, a nawet najlepszym znaczeniu. W przerwach opowiadała dowcipy, oczywiście góralskie i po góralsku, co zasługuje na szczególną uwagę, albowiem kobieta, prezentująca na scenie dowcipy, z których na dodatek śmieje się publiczność, to ewenement. Świadczy to też o dużym poczuciu humoru artystki, która zyskała sobie serca chyba wszystkich zgromadzonych. Dla wielu z nich było to pierwsze zetknięcie się z twórczością Hanki Chowaniec-Rybki, koncertującej już od kilku lat i będącej laureatką wielu znaczących nagród muzycznych. Piosenkarka nagrała też dwie płyty, które po bardzo dostępnej cenie można było kupić po koncercie i które teraz, przyznaję, umilają mi wieczory. Jej nazwisko warto zapamiętać! Ona nam jeszcze pokaże! mmn

15


P

olski zespół muzyczny „Łzy” powstał w 1996 roku w Pszowie. W skład zespołu wchodzą Anna Wyszkoni – wokal, Dawid Krzykała – perkusja, Adrian Wieczorek – instrumenty klawiszowe, Adam Konkol – gitara, Rafał Trzaskalik – gitara i Arek Dzierżawa – gitara basowa.

Początkowo muzycy chcieli grać bardzo smutną muzykę, stąd wzięła się nazwa zespołu „Łzy”. Wielokrotnie sugerowano im, żeby tę nazwę zmienili, że jest niechwytliwa, smutna, ale postawili na swoim. Łzy przecież wcale nie muszą być smutne. Mogą okazać się łzami

szczęścia. Droga do sukcesu była jednak daleka od przeciętnej. Nie stała za nimi żadna firma fonograficzna. Sami produkowali płyty, rozwozili je do hurtowni. W swoje ręce wzięli promocję. Konsekwentnie ignorowali wszelkie krytyczne sugestie. Po pierwszych koncertach dzielili się pieniędzmi - po 10 zło-

T

„ŁZY”

tych na osobę, było ciężko, odmawiano im koncertów. Teraz jest odwrotnie, są jednym z czołowych polskich zespołów pop-rockowych. Ich teksty opowiadają o miłości, poruszają trudne tematy samobójstwa czy eutanazji. Przed nimi nikt jeszcze o tym nie śpiewał. Pierwsza płyta ukazała się w 1998 roku i nosi tytuł Słońce. Największe przeboje z tego krążka to: Agnieszka, Oczy szeroko zamknięte, Narcyz, Gdybyś był. Zagrali 250 koncertów, w latach 2002, 2003 i 2006 występowali w konkursach premierowych w Opolu. Otrzymali dwie Superjedynki 2004

w kategoriach zespół roku oraz przebój roku za piosenkę Oczy szeroko zamknięte. Nagrali siedem albumów Słońce (1998), W związku z samotnością (2000), Jesteś jaki jesteś (2002), Nie czekaj na jutro (2003), Historie, których nie było (2005), The best of 1996-2006 (2006) i ostatnią – reedycję z dodatkowym krążkiem, zawierającym utwory i wersje akustyczne – The best of 19962006. Złota płyta. Grupa, nie zwracająca uwagi na przeciwności rynku fonograficznego, dzięki swojej ciężkiej pracy stała się w Polsce czołowym zespołem. URSZULA SZABADOS

ym razem na pytanie: „Jakiej słuchasz muzyki?”, odpowiedziała OLA KRCHEŇ z Trenczyna.

Ponieważ na Słowacji jestem dosyć krótko, cały czas brakuje mi nie tylko polskiej muzyki, ale i języka. W zależności od nastroju słucham muzyki lat 60-tych, 70-tych, „Starego Dobrego Małżeństwa”, czy na przykład Marka Grechuty. Bardzo często wspominam wydarzenia z mojego życia, w których muzyka 16

Zespół

odgrywała ważną rolę: wieczory przy ognisku – wspólne śpiewanie piosenek biesiadnych, żeglowanie po Mazurach – szanty, Nie płacz Ewka czy Kocham cię jak Irlandię – na obozach wakacyjnych. Z kolei ze znajomymi bawiliśmy się przy takich hitach, jak To nie ja byłam Ewą Edyty Górniak czy Księ-

życowa piosenka zespołu „Varius Manx”. Jednak najchętniej spędzaliśmy czas, śpiewając piosenki przy akompaniamencie gitary. Nie były to

tylko polskie przeboje, ale również powszechnie znane utwory angielskie. Z drugiej strony, od paru lat poznaję słowacką scenę muzyczną. Na przykład, ostatniego Sylwestra urozmaicaliśmy sobie karaoke. Razem z moimi słowackimi znajomymi śpiewaliśmy V cudzom meste Jany Kirschner oraz piosenki bardzo znanego i lubianego „Elánu”. VS MONITOR POLONIJNY


Co nalewano do kulawców To,

że nasi praszczurowie za kołnierz nie wylewali, nie jest tajemnicą. Świadczą o tym stare kroniki, fraszki, traktaty, zapiski sądowe. Trąbochlajów, szmirusów, kirusów, kwartopijców, haustołyków, sączykuflów, goligardeł, moczymord, pomp czy oliw – czyli po prostu tych, którzy płukali zęby, psuli szkło, urzynali się w trupa lub w sztok nie brakowało ani w magnackich pałacach, ani w szlacheckich dworach czy dworkach, nie brakowało ich też pod chłopską strzechą. Warto więc przypomnieć, co nasi szlacheccy i chłopscy przodkowie nalewali do swych kwart, pucharów, kufli czy owych tytułowych potężnych kulawców, czyli okrągłych naczyń, z których musiano pić do dna, gdyż nie miały nóżki. Pierwszym napojem, którego istnienie na ziemiach polskich zostało potwierdzone pisemnie, jest piwo. Wspomina o nim Anonim zwany Gallem w swej kronice, pisanej za panowania Bolesława Krzywoustego (1107 – 1138), opisując skromną ucztę wydaną przez Piasta, oracza księcia Popiela, z okazji postrzyżyn swego syna Siemowita. Na tej legendarnej uczcie goście Piasta obficie zapijali jedzenie „beczułką dobrze sfermentowanego piwa”. Nie wiemy wprawdzie, kto pierwszy na ziemiach polskich warzył piwo, wiemy jednak, że nasi przodkowie szybko w tym napoju zagustowali. Już w XIII wieku Leszek Biały (1186 – 1227) tłumaczył papieżowi, iż nie może wziąć udziału w ślubowanej wyprawie krzyżowej z powodu „zmienionego w naturę” przyzwyczajenia picia miodu i piwa, którego w Palestynie nie było. Dodajmy, że papież uznał ten argument i zwolnił Leszka Białego ze ślubu. Piwo słowiańskie było lekkie, jasne i musujące, a pito je by ugasić pragnienie i w czasie posiłków, a na śniadanie jedzono polewkę z piwa z kostkami twarogu, tzw. gramatkę. Początkowo piwo warzono w dworach, dworkach i chatach dla własnej potrzeby. Później przywilej warzenia piwa zyskały niektóre miasta, klasztory, klucze magnackie i rody szlacheckie, a piwowarstwo stało się ważną i opłacalną gałęzią gospodarki. O tym, że piwo przynosiło bogactwo, świadczy fakt, iż istniejący w Krakowie już w XV wieku cech piwowarski posiadał własną basztę w murach miejskich, z której w czasie oblężenia bronił miasta. STYCZIEŃ 2007

TO WARTO WIEDZIEĆ

Piwa były rozmaite, a znawcy przedmiotu podają, iż w XVII wieku na ziemiach polskich było ich ponad 120. Dzięki Jakubowi Trembeckiemu (1643 – 1719), poecie i tłumaczowi, niektóre z nich poznajemy bliżej, bo w swym Wirydarzu podaje ich dłuższą systematykę. Mowa w nim m.in. o łagodnym Leszczyńskim, pienistym Brzezińskim, Łowieckim - „co więc chłopom gęby krzywi”, o wareckim, ujskim, wielickim, żółkiewskim, jezuickim, międzyrzeckim, a także jeżewskim, białobrzeskim, końskowolskim, kościerskim czy lidzbarskim, a z wielkopolskich o najbardziej cenionym grodziskim, które nawet do Brandenburgii wywożono. W połowie wieku XVIII piwa krajowe bardzo straciły na popularności, zaczęto je uznawać za napój pospólstwa. Jako jedno z nielicznych zachowało swą renomę właśnie piwo grodziskie, o którym Jerzy Kitowicz (1728 – 1804) pisze, iż „szlachcic, który nie miał w swoim domu piwa grodziskiego, poczytany był za mizeraka albo za skąpca”. W ciągu wieku XVIII modne na polskich stołach stały się ciężkie piwa angielskie, a Gdańsk był centrum importu porteru angielskiego. Ale nie tylko piwem napełniali swe puchary nasi przodkowie. Równie ulubionym trunkiem był miód pitny, napój znany w Europie

północnej i wschodniej od dawna. Średniowieczny dyplomata wenecki Ambrogio Contarini w swych uwagach o Polakach odnotował m.in. „Nie mając wina, robią pewien napój z miodu, który upija ludzi znacznie bardziej niż wino”. Wiemy już, że pijał go wspomniany Leszek Biały. W średniowieczu ziemie polskie z miodu i wosku słynęły, a bartnicy cieszyli się powszechnym szacunkiem, posiadali specjalne spisane prawo bartne, a za zniszczenie barci lub kradzież pszczół groziła kara śmierci. W rozległych lasach i puszczach nie brakowało drzew, których pień był dostatecznie gruby, by bartnik mógł w nim wydrążyć barć, ale praca ta nie była łatwa. Barć drążono na wysokości od 3 do 18 metrów, a bartnicy na tę wysokość wspinali się za pomocą powroza splecionego z łyka lub konopi. Takim samym powrozem posługiwali się przy miodobraniu, które najczęściej odbywało się w sierpniu. Z jednej barci uzyskiwano około 8 kg miodu. Nie wiemy, kto pierwszy w Polsce sporządził sycony miód pitny, być może był to właśnie anonimowy bartnik, który odcedzone z miodu plastry zalewał wodą i uzyskiwał tak napój, zwany sytą. Przybyli z południa i zachodu zakonnicy udoskonalili miejscowe słowiańskie receptury, ale dopiero sprowadzenie czy też wyselekcjonowanie szlachetnych gatunków drożdży oraz umiejętność przygotowania brzeczki miodowej (miód plus woda w odpowiednich proporcjach) oraz dodawanie przypraw korzennych i soków owocowych nie tylko podniosło jakość syconych miodów pitnych, ale spowodowało zwiększone zainteresowanie ich produkcją wśród polskiej i litewskiej szlachty. Średniowieczne źródła pisane potwierdzają istnienie licznych miodosytni na Mazowszu, Pomorzu i w Małopolsce. Zachował się także dokument z XV wieku, w którym biskup krakowski Zbigniew Oleśnicki uznawał działalność bractwa miodosytników przy kościele w Grzybowie. Obok beczki piwa w każdej szlacheckiej piwnicy musiał być sycony miód pitny, który tak opiewał późnorenesansowy poeta i satyryk Sebastian Klonowic (1545 – 1602): Miód prosto z niebios spuszczony być musi. Miód rosa niebios i manna jedyna. Niech inszy w winie piją ziemne soki, My Haliczane mamy nektar boży. 17


Podobnie jak piwo, tak i miód pitny w drugiej połowie XVIII wieku w wyższych sferach stał się niemodny i jego picie zaczęło uchodzić za staroświecczyznę. Jednak tradycja miodu pitnego przetrwała zarówno w Polsce, jak i na Litwie do dziś. To właśnie z tych krajów pochodzą te najlepsze półtoraki, dwójniaki, trójniaki i czwórniaki, robione z najlepszych miodów lipowych, akacjowych lub koniczynowych. Ale powróćmy do wieku XVIII, kiedy to tradycyjne staropolskie napoje – piwo i miód – ustąpiły miejsca na biesiadnych stołach innym trunkom. W tym czasie zaczęło wyraźnie dominować wino, choć znano je na ziemiach polskich dużo wcześniej. Wino znano w Polsce już w średniowieczu. W pobliżu katedr i klasztorów powstawały też pierwsze winnice. Monsignore Ruggieri w 1565 roku daje świadectwo istnieniu winnic w okolicach Krosna, jednocześnie jednak oceniając polskie wino jako kwaśne i zauważając, że winorośle często wymarzają. Nic więc dziwnego, że ani w XVI, ani w XVII wieku wino nie należało do ulubionych trunków naszych rodaków. Rodzime było niesmaczne, a zagraniczne zbyt drogie, stąd gościło jedynie na stołach magnackich. W miarę jednak bogacenia się szlachty coraz częściej trafiało do dworków i dworów. Pod koniec XVII wieku sławił je już pisarz skarbu koronnego, poeta krakowski Jan Gawiński, pisząc: Wino, wino, moszczu słodki, Przez twe ugłaszcz serca środki, Cię nie piją Turkomanie, Lecz sami chrześcijanie, Przecież nie gmin, tałatajstwo, Lecz książęta, szlachta, państwo Lub rad osoby publiczne, Gdzie miasta polityczne. Polacy zasmakowali w winie i pili bardzo różne jego gatunki. Można szlachta do obiadu popijała francuskie burgundzkie, mieszane z wodą, czy muszkatołowy frontignan oraz wina langwedockie. Morską drogą przywożono nie tylko wina francuskie, ale także włoskie i hiszpańskie, różne pinioły i alakanty oraz madery i kanary. Szlakiem bałkańskim przez Kamieniec i Światyń sprowadzano z Krety słynną małmazję. Reńskie wino pito z cukrem. Pito też wina austriackie i morawskie, które były nie tylko łatwo dostępne, ale i tanie. Jednak w opinii szlacheckiej naj18

wyższym uznaniem cieszył się węgrzyn. Wino tokajskie, najbardziej cenione, sprowadzane z Węgier w beczkach i butelkowane w szlacheckich piwnicach - uchodziło za najlepsze, najszlachetniejsze, godne największych pochwał. Na transporcie win z Węgier bogaciły się miasta podkarpackie – Dukla, Sącz, Krosno, Sambor czy Stryj. Niejedna fortuna krakowska na winie wyrosła, choć tam nie zawsze czyste wino nalewano. Już Szymon Starowolski, siedemnastowieczny historyk i publicysta oskarża winiarzy krakowskich, iż różnymi dodatkami tysiąc kuf morawskiego wina „za tydzień w tokajskie obróci”.

Wino pito chętnie, ale nie było ono napojem rodzimym. Natomiast zdecydowanie rodzimym trunkiem była okowita, gorzałka, czyli po prostu wódka. Zarówno słowo „wódka”, jak i technologia jej produkcji pochodzą z Polski XV i XVI wieku. Początkowo ten mocny alkohol z jęczmienia, żyta, pszenicy produkowano w miedzianych alembikach domowych. Później przywilej propinacyjny mieli magnaci, szlachta oraz niektóre miasta, np. od połowy XVI w. do największych ośrodków produkcji gorzałki należał Kraków, skąd eksportowano ją na Śląsk, wódkę produkowaną w Poznaniu sprzedawano do Niemiec. Polską wódkę eksportowano m.in. do Rosji, Anglii, Holandii, Danii i krajów skandynawskich, a także do Czech czy na Węgry. Początkowo ten silny napój wyskokowy trafiał w Polsce przede wszystkim do karczm i gospód i traktowany był jako napój pospólstwa. Potem dopiero trafił na szlachecki stół, choć, jak zapewniają nas znawcy przedmiotu, w wieku XVII „o tym, by na wystawnym przyjęciu można było wódkę podawać, nie było mowy, chyba w zupełnie wyjątkowych wypadkach” (J. St. Bystroń: Dzieje obyczajów w dawnej Polsce). Najpierw gorzałkę

traktowano jako lekarstwo i w szlacheckiej apteczce domowej mieściły się wódki, a raczej nalewki różne: tatarakowe, piołunowe, dzięgielowe, selerowe oraz spirytusy: bocianowe, mrówkowe, jałowcowe. Szybko jednak wódki powędrowały na stoły i nasi praszczurowie popijali wódkę alembikową, szumówkę, korzenną, alkiermesową, cynamonkę, anyżkową, białomorwówkę, kurdybanówkę, no i żubrówkę, kminkówkę i tę najpospolitszą – żytniówkę. Nie najlepsze mniemanie o polskich wódkach domowych miał Jakub Kazimierz Haur (1632 – 1709), sekretarz królewski, autor traktatu rolnego Ekonomika ziemiańska generalna i kilku podręczników rolnictwa. Pisał on: „Gorzałki wszelkie z różnymi ingrediencjami przepalane raczej tylko do wąchania albo w potrzebie jakiej do smarowania, a nie do napoju służą, a do picia przynajmniej karwatką nie kwartą, oraz na półtory godziny przed obiadem zażyć może... i zajeść ją czym dobrym”. Wśród wódek, które na szlacheckie stoły kupowano, największym uznaniem cieszyły się wódki gdańskie. W XVI-wiecznym Gdańsku pracowało 680 gorzelni, a w 1598 roku założył tu swą słynną wytwórnię wódek gatunkowych holenderski mennonita Ambrosius Vermollen, który jako religijny odszczepieniec musiał opuścić swój kraj. Wytwórnia Ambrożego Vermollena wsławiła się przede wszystkim słynnym likierem Guldenwasser, później Goldwasser, w którym pływały 1,5 gramowe płatki złota. Holendrowi udało się stworzyć unikatową kompozycję 20 ziół i korzeni, które nadawały likierowi wyjątkowy smak i aromat. Likier ten nie był tani i choć ulubiony, na stołach szlacheckich pojawiał się tylko przy wyjątkowo uroczystych okazjach. Statki ze złotym likierem docierały do portów Niemiec, Anglii, Francji, Hiszpanii, Portugalii i Rosji, a sam trunek zdobył sobie tytuł „likier królów – król likierów”. Nieśmiało wchodząca na stoły wódka – produkt rodzimy – rozpowszechniła się w Polsce na początku wieku XIX. Nasi praszczurowie lubili dobre trunki, ale przede wszystkim cenili dobre towarzystwo, w którym te trunki popijali i dzięki temu zyskali opinię najgościnniejszego narodu, kierującego się zasadą „Gość w dom, Bóg w dom”. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK MONITOR POLONIJNY


Historia według profesora Tazbira „M

uzie zwanej Klio należy przywrócić podstawowe funkcje historiografii. Są nimi z jednej strony ukazywanie historycznych korzeni teraźniejszości, z drugiej zaś wyrobienie umiejętności krytycznego spojrzenia na serwowane nam poglądy”. A to po to, by zdaniem prof. Janusza Tazbira, stworzyć „tarczę ochronną przeciwko różnego rodzaju manipulacjom, którymi ze strony mass mediów bywamy codziennie poddawani“.

Janusz Tazbir jest profesorem Instytutu Historii PAN, członkiem rzeczywistym PAN, Stowarzyszenia Pisarzy Polskich oraz Pen Clubu. Od wielu lat zajmuje się dziejami obyczajów i kultury staropolskiej oraz stosunkami wyznaniowymi XVI – XVIII wieku. Jest autorem ponad dwudziestu książek. Napisał m.in. Państwo bez stosów (1967), Świat panów Pasków (1986), Okrucieństwa w nowożytnej Europie (1993), Polska na zakrętach dziejów (1997). Uprawia także publicystykę historyczną; opublikował kilkaset artykułów. Uwagę czytelnika, któremu „bliskie są dzieje polskich obyczajów, kultury, a także przemiany naszej świadomości narodowej oraz historycznej”, którego interesują manipulacje wiedzą o przeszłości, pragnę zwrócić na dwie książki prof. Tazbira. Pierwsza to Silva Rerum Historicarum, wydana przez „Iskry” w 2002 roku, druga, wydana w 2005 roku przez to samo wydawnictwo, nosi tytuł Polacy na Kremlu i inne historyje. STYCZIEŃ 2007

BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI

Obie są zbiorami esejów historycznych, a ich tematyka stanowi pretekst do rozważań nad problemami, które były i są aktualne w dziejach Polski od czasów nowożytnych po współczesność. Z wieloma zawartymi w nich tekstami czytelnik wcześniej mógł się zapoznać w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce” czy „Rzeczpospolitej”, ale dopiero zebrane w książkach pozwalają nam w pełni rozsmakować się w publicystyce historycznej Janusza Tazbira, publicystyce, której autor wiedzę historyka łączy z temperamentem pisarza. Pisanie o sprawach ważnych i poważnych nie rzadko ubarwia przednim, nieco sarkastycznym humorem. W obu książkach znalazły się prace poświęcone bardzo różnorodnej tematyce – od historii politycznej po obyczajową. Autor, przekonany, że czytelnicy pragną dowiadywać się tylko tego, o czym dawno już wiedzą, pisze o faktach znanych nam, ale ukazuje je w całkowicie innym świetle.

W książce Silwa Rerum Historicarum znajdziemy uwagi o staropolskich granicach swobody słowa i czynu, o tolerancji i nietolerancji, o „lustracjach po staropolsku”, o tym, jak to było w Polsce ze stosami, na których palono nie tylko czarownice, przeczytamy też gorzkie słowa o konstytucji majowej i innych świętościach narodowych, a także o naszych przodków „obyczajach nie zawsze chwalebnych”. Nie brak w tej publikacji uwag o współczesności i przyszłości. Uważny czytelnik znajdzie je nie tylko w esejach, zawartych w rozdziale, zatytułowanym Co przyniesie jutro, ale także w wielu innych tekstach, traktujących o sprawach tylko pozornie odległych od dnia dzisiejszego. W najnowszym zbiorze esejów i szkiców historycznych, zatytułowanym Polacy na Kremlu i inne historyje, zajął się Janusz Tazbir historią „znaną i nieznaną”, m.in. tą, którą nie tak dawno przypomniała nam 19


decyzja rządu rosyjskiego, ustanawiająca świętem narodowym „dzień wyzwolenia Moskwy spod polskiego jarzma”. Do niekompletnej wiedzy o dwuletnim (1610 – 1612) władaniu Moskwą przez Polaków wnosi autor wiele nowego i dotąd nieznanego. Literatura rosyjska o wielkiej smucie w państwie moskiewskim za ówczesną tragedię odpowiedzialnością obarczała wyłącznie Polaków, tymczasem Tazbir wskazuje, że okoliczności polityczne, które zaważyły na relacjach polsko-rosyjskich, były znacznie bardziej złożone od tych przedstawia-

nych przez autorów rosyjskich. Ale nie tylko o wielkiej smucie pisze w tym tomie Janusz Tazbir. Są tu i „inne historyje”. Czytelnik znajdzie m.in. odpowiedzi na takie pytania, jak: dlaczego posłowie carscy domagali się od władnących Rzeczypospolitą palenia książek o Rosji, jak nazywano łapówkę w dawnej Polsce, czy słusznie umieszczano Andrzeja Frycza Modrzewskiego wśród najwybitniejszych przedstawicieli polskiej myśli politycznej. Z tekstów zawartych w tej książce dowiadujemy się m.in. o przyczynach

polskiej pobłażliwości w stosunku do zdrady narodowej w dawnej Polsce i o granicy między lojalnością wobec władzy zaborczej i zaprzaństwem narodowym. Pasjonujące są te o instrumentalnym posługiwaniu się historią, o tworzeniu mitów narodowych i kreowaniu nieprawdziwego obrazu dziejów dla doraźnych celów politycznych. Tazbir wskazuje też na zagrożenie prawdy historycznej przez legendy, zakorzenione w świadomości społecznej. Problematyka podjęta przez autora w esejach i szkicach historycznych zawartych zarówno w Silva Rerum..., jak i w Polakach na Kremlu... zmusza

Mamy srebrooo!!! I nie tylko! prawdzie mamy sezon sportów zimowych, ale rozwiązał się worek

W

z sukcesami w dyscyplinach kojarzonych raczej ze słońcem, upałem i latem. A biało-czerwoni mają się czym pochwalić. Po klęsce naszych siatkarek na mistrzostwach zarząd Polskiego Związku Piłki Siatkowej na posiedzeniu w dniu 10 grudnia 2006 roku negatywnie ocenił realizację planu szkoleniowego i sportowego reprezentacji Polski kobiet w roku 2006. W związku z tym, podjęto decyzję o rozwiązaniu reprezentacji Polski seniorek z dniem 31 grudnia!!! W przeciwieństwie do pań, bardzo dobrze poszły mistrzostwa naszym siatkarzom. Po 10 wygranych spotkaniach nasza męska reprezentacja zdobyła na mistrzostwach świata w Japonii srebrny medal! Wcześniej Polacy pokonali po pięciu setach Rosję. Mecz określono jako dreszczowiec. Był też swego rodzaju rewanżem, ponieważ z obecnym trenerem, Argentyńczykiem Raulem Lozano, nasi siatkarze przegrali z Rosjanami dwukrotnie – podczas kwalifikacji do MŚ w Rzeszowie i w ubiegłym 20

roku w Rzymie na mistrzostwach Europy. Mecz uznano za najpiękniejszy w całym turnieju. Nasi wygrali też z Serbią, która przyjechała na mistrzostwa po złoty medal. W półfinale pokonali również Bułgarię. Przegrali z drużyną Brazylijczyków, nazwano drużyną wszechczasów. Po takim sukcesie Polska oszalała na punkcie siatkarzy. Wyróżnił ich też prezydent Lech Kaczyński, spotykając się z reprezentacją w Pałacu Prezydenckim. Wszyscy zawodnicy zostali uhonorowani Złotymi Krzyżami Zasługi, pośmiertnie takie odznaczenie otrzymał również Arkadiusz Gołaś (zmarły tragicznie w 2005 roku). Trener Raul Lozano i jego asystent Alojzy Świderek otrzymali Krzyże Kawalerskie Orderu Odrodzenia Polski. Wszyscy członkowie ekipy odebrali listy gratulacyjne. Po części oficjalnej spotkania zespół został poczęstowany tortem w kształ-

cie... boiska do siatkówki. Ze spraw przyziemnych wspomnieć trzeba, że wysiłek siatkarzy doceniono. Za zdobycie srebrnego medalu mistrzostw świata otrzymają oni z Ministerstwa Sportu nagrodę w wysokości blisko 300 tys. złotych, a ponadto do 2008 roku, czyli do czasu igrzysk olimpijskich zostaną objęci systemem stypendialnym. Przez najbliższe dwa lata będą otrzymywać stypendia sportowe w wysokości 6 000 zł miesięcznie. Ministerstwo Sportu przeznaczy również, tylko w 2007 roku, 7 milionów złotych dla Polskiego Związku Piłki Siatkowej po to, aby przygotowania do igrzysk odbywały się w optymalnych warunkach – powiedział Tomasz Lipiec na spotkaniu ze srebrnymi medalistami w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Na pływackich Mistrzostwach Europy w Helsinkach nasi zdobyli 12 medali!!! Trzy złote, pięć srebr-

nych i cztery brązowe, a, co najważniejsze, Otylia Jędrzejczak na dobre wróciła do światowego pływania. Tryumfowali m.in. Paweł Korzeniowski, który obronił mistrzowski tytuł na 200 m stylem motylkowym na krótkim basenie, nie dając żadnych szans rywalom, a wcześniej był trzeci na 400 m stylem dowolnym. Mateusz Sawrymowicz, 19-letni szczecinianin, zdobył 2 srebrne medale – na 1500 m stylem dowolnym i na 200 metrów stylem motylkowym. Z kolei Aleksandra Urbańczyk zajęła 4. miejsce w finale wyścigu na 100 m stylem zmiennym. Piłka nożna w wykonaniu naszej reprezentacji nabiera nowej jakości. Powiodło się naszej reprezentacyjnej jedenastce! Pomimo braku pięciu podstawowych graczy pierwszego składu drużyny narodowej nasi wygrali w Brukseli z Belgią!!! Mecz podsumowano krótko – gracze Beenhakkera walczyli, ale co ważniejsze znów grali w piłkę. Wygrali już w 18. minucie, kiedy po strzale Radosława Matusiaka bramkarz belgijski był bez szans. Wśród 15 tysięcy Polaków na trybunach wybuchła radość. MONITOR POLONIJNY


czytelnika do dokonania niejednej rewizji własnych poglądów na dzieje ojczyste, skłania do głębszego zamyślenia i refleksji, a czasem wywołuje ochotę podjęcia polemicznego dialogu z szacownym autorem. Jedno jest niezaprzeczalne – publicystyka historyczna profesora Janusza Tazbira nigdy nie nudzi, niezależnie od tego, czy czytamy o nieistniejącym szlachcicu Walentynie Potockim, rzekomo spalonym w XVIII wieku w Wilnie na stosie za konwersję z katolicyzmu na judaizm, czy o tym strasznym wieku XX i o „Solidarności”. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK

Po przegranej z Finlandią kibice mogli myśleć, że będzie, jak zwykle. Po trzech kolejnych zwycięstwach jesteśmy na trzecim miejscu w grupie eliminacyjnej i droga na Euro 2008 stoi otworem. O wadze meczu i zapewne sile naszej jedenastki może świadczyć to, że, jak podał „Dziennik”, dzień przed meczem Belgowie chcieli kupić wynik! Proponowali naszym 10 tys. euro za sfaulowanie ich gracza na polu karnym... W innym „męskim” sporcie, 25 listopada 2006 25-letni Krzysztof „Diablo” Włodarczyk został mistrzem świata jednej z największych organizacji boksu zawodowego – IBF. W wadze junior ciężkiej pokonał w Warszawie na punkty Amerykanina Steve’a Cunninghama. Zwyciężył stosunkiem głosów 2:1 i było to jego 37. zwycięstwo (dotychczas poniósł jedną porażkę). Jego rywal przegrał po raz pierwszy (ma 19 wygranych). Był to najtrudniejszy pojedynek w zawodowej karierze naszego pięściarza. Wyższy o kilka centymetrów Cunningham (którego atutem był też dłuższy zasięg ramion) sprawił naszemu rodakowi wiele problemów, ale niemal wszystkie rundy były wyrównane. „Diablo” STYCZIEŃ 2007

z pewnością był jednak aktywniejszy, częściej starał się atakować. Po zwycięstwie został drugim Polakiem, po Tomaszu Adamku (czempion WBC w wadze półciężkiej), który ma w dorobku mistrzowski pas jednej z najpotężniejszych federacji bokserskich. Czas na akcent zimowy. W fińskiej miejscowości Levi, w slalomie, inaugurującym sezon Pucharu Świata w narciarstwie alpejskim, Katarzyna Karasińska zajęła 19. miejsce, ex aequo z zawodniczką z Włoch. Obie straciły do zwyciężczyni 3,76 s. Nasza 24-letnia narciarka, która dotychczas dwukrotnie zajmowała punktowane miejsca w zawodach PŚ, odnotowała najlepszy wynik w karierze, była 30. na igrzyskach olimpijskich w Turynie. W klasyfikacji generalnej Pucharu Świata jest na 19. miejscu z 12 punktami. W klasyfikacji drużynowej Polska zajmuje 10. miejsce. Jest także na 10. miejscu w klasyfikacji Pucharu Narodów. ANDRZEJ KALINOWSKI P.S. W następnym numerze pokibicujemy Adamowi Małyszowi i powspominamy jego sukcesy.

P O L S KO - S ŁO WA C K I E C I E K AW O S T K I

Zakupy w Polsce

Słowacy prezenty pod choinkę kupowali w Polsce. Informował o tym w grudniu dziennik „Sme”, pisząc, iż w wielu domach północno-wschodniej Słowacji większość prezentów, przyniesionych przez Ježiška, pochodziła właśnie z Polski. Słowacy od lat jeżdżą na zakupy do Polski. Tam kupują przede wszystkim żywność i prezenty. Ostatnio w kilku słowackich miastach (Medzilaborce, Sabinov, Preszów) powstały „polskie” sklepy, oferujące towar w cenie nie odbiegającej od tych, obowiązujących na targowiskach w Polsce. Uniwersalne prezenty, kupowane najczęściej przez Słowaków w Polsce, to góralskie kapcie i drobny sprzęt gospodarstwa domowego, a dla dzieci – lalki i samochodziki. „Sme” podkreśliło, że to dzięki obywatelom Słowacji, kupującym głównie mięso, rozrosła się przygraniczna wieś Leluchów, a tamtejsi handlowcy przenieśli się z prowizorycznych ulicznych budek do murowanych dużych sklepów. Większe miasta, takie jak Zakopane, Nowy Targ czy Nowy Sącz, odwiedzają Słowacy zainteresowani kupnem odzieży, mebli, wyrobów z wikliny czy kożuchów, albowiem tam mają większe możliwości wyboru. Tam również, o wiele taniej niż u siebie, mogą kupić materiały budowlane, meble kuchenne, zasłony i firany – napisało „Sme”, które dodało, że po wejściu Polski i Słowacji do Unii, od czasu zniesienia kontroli celnej na granicy w zasadzie nigdy nie ma kolejek.

„Z odzysku” nagrodzone w Bratysławie Film Sławomira Fabickiego „Z odzysku”, którego współproducentem jest TVP, odniósł kolejny sukces. Zdobył aż trzy nagrody na grudniowym Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Bratysławie. Otrzymał prestiżową nagrodę Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych FIPRESCI, nagrodę publiczności oraz nagrodę dla najlepszego aktora – Antoniego Pawlickiego – odtwórcy głównej roli. Do konkursu 8. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Bratysławie zakwalifikowano cztery polskie filmy: „Chłopiec na galopującym koniu” Adama Guzińskiego i „Z odzysku” Sławomira Fabickiego – prezentowane w międzynarodowej sekcji I i II filmów fabularnych (Competition of First and Second Feature Films), „Skazany na Bluesa” Jana Kidawy-Błońskiego, pokazany w sekcji National Hits oraz „Summer Love” Piotra Ukłańskiego – w kategorii Made in Europe. W ciągu ośmiu dni bratysławskiego festiwalu, zorganizowanego w salach kinowych Auparku, pokazano ponad 200 filmów, prezentowanych w 10 różnych kategoriach konkursowych. Tylko jeden – właśnie polski obraz „Z odzysku”, zdobył aż trzy nagrody. Ten film jest także polskim kandydatem do Oscara. NA PODSTAWIE PORTALI INTERNETOWYCH OPRACOWAŁ MARIUSZ MICHALSKI 21


Język polski w Preszowie P

reszów położony jest nad rzeką Torysą, u podnóża rozległego pasma Gór Slanskich. Turystów zachwyca architekturą Starego Miasta. Niezwykle malownicze kamieniczki otaczają wrzecionowaty rynek, tak charakterystyczny dla miast tego regionu. Przewodniki turystyczne zwracają uwagę na szczególne geograficzne i polityczne położenie miasta, które poprzez swoją historyczną i współczesną bliskość z granicami innych państw stało się miejscem styku kultur. Jest to widoczne na każdym kroku. Chociażby świątynie. Przy głównej ulicy znajdują się tuż obok siebie kościół katolicki, protestancki i unicki. Niedaleko jest cerkiew i synagoga. Nie tylko jednak możność obcowania z historią decyduje o atrakcyjności współczesnego Preszowa. Wielu maturzystów wybiera Preszów i decyduje się studiować właśnie na istniejącym od 1959 roku Uniwersytecie Preszowskim. Katedra Slawistyki, kierowana przez panią profesor Júlię Dudášovą, kształci przyszłych znawców języków słowiańskich. Studenci, jako głównego, mogą uczyć się jednego z trzech języków: polskiego, bułgarskiego lub białoruskiego. Wspomniane wcześniej położenie Preszowa, jego bliskie kontakty z miastami polskimi sprzyjają zainteresowaniu nauką języka polskiego. W nowym roku akademickim naukę języka polskiego będą kontynuować studenci III i IV roku. Przez pięć lat poznają język, a także literaturę i kulturę naszego kraju. Lektorat to przede wszystkim praktyczna nauka języka. To poznawanie jego gramatyki, leksyki, frazeologii, a także różnorodnych sytuacji komunikacyj22

nych. To kształcenie umiejętności rozumienia i mówienia, czytania i pisania. Studia filologiczne zobowiązują do wszechstronnego rozwoju, nie tylko w sferze języka. Toteż przed studentami stoi zadanie uzyskania nie tylko wiedzy gramatycznej, ale też sprawności komunikacyjnej. Oznacza to, że po skończeniu edukacji powinni poprawnie i precyzyjnie mówić i pisać oraz wiedzieć, jakich zachowań językowych wymagają określone sytuacje. Dobra znajomość języka pozwala głębiej wniknąć i lepiej zrozumieć zarówno literaturę, jak i szeroko rozumianą kulturę. Toteż „naukową” atmosferę zajęć urozmaica wspólne oglądanie filmów, oczywiście polskich, słuchanie piosenek i pieśni oraz czytanie artykułów prasowych, prezentujących aktualną problematykę kulturalną, społeczną i polityczną. Potem można o tym wszystkim porozmawiać. W programie studiów znajdują się też wykłady i ćwiczenia poświęcone zagadnieniom językoznawczym i literaturoznawczym. Ze względu na specyfikę kierunku problematyka polonistyczna usytuowana jest w kontekście wiedzy slawistycznej. Studenci poznają więc między innymi historię rozwoju języków słowiańskich i ich gramatykę porównawczą. Jest to niezwykle istotne, gdyż uświadamia im różnorodność procesów zachodzących w języku, budzi refleksję nad podo-

bieństwem i odmiennością kształtowania się mowy poszczególnych narodów słowiańskich. Pokazuje, jak poprzez wieki z jednego prasłowiańskiego języka wyodrębniły się, a potem rozwijały języki, którymi posługujemy się dziś. Dla wielu jest to prawdziwa gratka, kiedy mogą odkrywać tajemnice zawarte w historii języka. Potem przychodzi czas na zajęcia ze współczesnej polszczyzny. Obejmują one fonetykę i fonologię, morfologię, składnię i stylistykę. Dla filologa znajomość struktury języka, praw i reguł nim rządzących jest podstawą. Poza tym teoria lingwistyczna pomaga w doskonaleniu posługiwania się językiem, przede wszystkim poprzez budzenie refleksji nad tym, jak mówimy,

Galimatias

z miesiącami OJĘZYKOW KIENKO E

K

ilka lat temu pewni moi polscy znajomi dostali zaproszenie na konferencję do Czech. Miała się ona odbyć w „květniu”. Pojechali w oznaczonym terminie, a tam… Okazało się, że i owszem, że konferencja się odbędzie, ale w czeskim „květniu”, czyli w polskim maju. Podróże kształcą!

MONITOR POLONIJNY


a jak moglibyśmy to lepiej powiedzieć. Oczywiście studia slawistyczne nie koncentrują się tylko i wyłącznie na wiedzy językoznawczej. Jest też czas na literaturę. Studenci slawistyki mają możliwość poznania tekstów literackich, reprezentatywnych dla poszczególnych słowiańskich literatur narodowych. Ci, których głównym językiem jest język polski, skupiają się na literaturze polskiej. Można tylko ubolewać, że na zajęciach uniwersyteckich nie da się pokazać wszystkiego, co w naszej literaturze zasługiwałoby na uwagę. Niezwykle pomocne w nauce języka są wyjazdy stypendialne do Polski. Można wybrać wakacyjny kurs językowy albo semestralny pobyt w jednym Słowacy nie mają większych problemów z nazwami miesięcy, bowiem przyjęli nazwy charakterystyczne dla większości języków europejskich, a pochodzące z łaciny. Ale niektóre języki słowiańskie (polski, czeski, chorwacki) operują swoimi, tradycyjnymi nazwami, niekiedy podobnymi do siebie, ale niestety nazywającymi zupełnie inne miesiące i stąd cały galimatias. Dlaczego Czesi nasz maj nazywają „květniem”? Czyżby tam wszystko kwitło później? Dlaczego Chorwaci nasz październik nazywają „listopadem”? Może tam wcześniej opadają liście? Podobne pytania można mnożyć. Skąd zatem takie, a nie inne nazwy polskich miesięcy? Początek roku to odpowiednia pora na tego typu rozważania. Styczeń – nazwa pochodzi od tyki, które w tym czasie sporządzali gospodarze, ale ludowa etymologia tłumaczy, iż to miesiąc, w którym stary rok styka się z nowym. STYCZIEŃ 2007

z polskich uniwersytetów. Pobyt, szczególnie semestralny, oprócz doskonalenia języka daje też szansę poznania naszego kraju, jego kultury, historii, a także współczesności. Tak wygląda teraźniejszość. Na zakończenie może kilka słów o tym, jakie były początki nauczania języka polskiego w Preszowie. Trzeba sięgnąć aż do roku akademickiego 1969/70. Ówczesny kierownik Katedry Języka i Literatury Słowackiej profesor Pavol Petrus i polska słowacystka Danuta Abramowicz byli pomysłodawcami, aby właśnie w Preszowie rozpocząć nauczanie języka polskiego. Jak pisze profesor Júlia Dudášová, stworzyło to studentom słowacystyki szansę uzyskania bezpośrednich informacji o polskim językoznawstwie, lite-

Luty – w staropolszczyźnie luty to ‘ostry, mroźny’, czyli taki, jaka zwykle w tym miesiącu bywa zima. Marzec – tę nazwę polszczyzna przejęła z łaciny – to miesiąc Marsa, rzymskiego boga wojny. Kwiecień – w tym miesiącu, zgodnie z polską tradycją, wszystko kwitnie (a przynajmniej powinno). Maj – ta nazwa pochodzi z łacińskiego Maius. Pierwszy dzień tego miesiąca w kalendarzu rzymskim poświęcony był bogini Mai, czyli matce. Czerwiec – ta nazwa nie ma jednolitej etymologii. Niektórzy wywodzą ją od czerwia, czyli larwy pszczoły, inni zaś są zdania, że związana jest ona z czerwcem polskim – owadem czerwonego koloru. Z tych to owadów, zbieranych z korzeni roślin właśnie w tym miesiącu, wyrabiano czerwony barwnik. Lipiec – tu chyba nikt nie ma wątpliwości, iż to nazwa pochodząca od kwitnących lip

raturze, historii, kulturze i w dużym stopniu także o polskiej filozofii życiowej. Zrodziło również wiele kontaktów naukowych z polskimi uniwersytetami. Autorka wspomina o wspólnych konferencjach i programach badawczych. Warto tu przywołać współpracę warszawskich, krakowskich i preszowskich dialektologów przy powstawaniu międzynarodowego lingwistycznego projektu – „Atlasu gwar karpackich”. W roku akademickim 1992/93 powstał nowy kierunek – slawistyka. I to jest już dzień dzisiejszy. BOŻENA KOTUŁA Informacje te pochodzą z: Júlia Dudášová, Lektorát poľského jazyka na Filozofickej fakulte Univerzity P. J. Safárika v Prešove [w:] Práce z dejín slavistiki XVII, Praha 1994.

(które obecnie kwitną trochę wcześniej, bo w czerwcu). Sierpień – to miesiąc zbioru zbóż, w dawnych czasach ścinanych sierpami. Wrzesień – i znów miesiąc związany z kwitnieniem, tym razem wrzosów, ścielących się o tej porze na łąkach jak najpiękniejsze dywany. Październik – o tym miesiącu wspominała na łamach „Monitora” Majka Kadleček w swojej październikowej rubryce kulinarnej, kojarząc jego nazwę z płytą paździerzową. I była bardzo blisko, albowiem rzeczywiście nazwa wywodzi się od paździerzy, czyli skórek pokrywających włókna lnu lub konopi, stanowiących odpad powstały w wyniku międlenia roślin, odbywającego się właśnie w tym miesiącu. Listopad – to miesiąc opadających liści. Grudzień – to pierwszy miesiąc zimy, kiedy ziemia zamarza, tworząc grudy.

Jak więc widać, nazwy polskich miesięcy to nazwy mówiące (oprócz marca i maja) – informują o tym, co działo się (niekiedy i dzieje nadal) w przyrodzie i gospodarstwie. Dawna polszczyzna używała i innych nazw, np. tyczeń, godnik lub ledzień (styczeń), sieczeń lub strąpacz (luty), ugornik bądź zok (czerwiec), paździerzec, paździerzeń, pościernik, a także winnik (październik), prosień lub prosiniec (grudzień). Niektóre z tych starych nazw przypominają dzisiejsze nazwy czeskie lub chorwackie, bo przecież czeski „leden” to polski styczeń, zaś „prosinec” to grudzień. Ale uwaga – chorwacki „siječanj” to styczeń (!), a nie jak w staropolszczyźnie luty. Wszystko to dowodzi bliskości naszych języków, czyli wspólnych słowiańskich korzeni. Niech tylko ta bliskość nie będzie przyczyną nieporozumień, podobnych temu, o którym pisałam na początku. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA 23


Czytelnicy OCENIAJĄ Jak polubiłam „Monitor Polonijny”? Czy można napisać jeszcze coś nowego w rubryce, w której już tyle osób miało możliwość chwalenia i krytykowania? W Słowacji mieszkam już 13 lat i gdy zamyślam się nad moją karierą czytelniczki „Monitora”, zauważam pewien związek przyczynowo-skutkowy. Otóż jako świeża emigrantka i pracowniczka Instytutu Polskiego, będąc jeszcze jedną nogą w Polsce, czytałam wyłącznie polską prasę, Wtedy powstanie Klubu Polskiego i miesięcznika „Monitor Polonijny” nie miało dla mnie większego znaczenia. Potem, stopniowo, asymilując się z kulturą słowacką, chłonęłam ogromne ilości słowackiej literatury, prasy, filmów i przedstawień teatralnych. Od 2-3 lat czytuję „Monitor Polonijny”, który daje mi przegląd o życiu Polonii na Słowacji i namiastkę podstawowych informacji o kraju. Oczywiście nie zastępuje mi on lektury tygodników, takich jak „Wprost”, „Polityka” i „Tygodnik Powszechny” (do dziś nie znalazłam równych im poziomem tygodników słowackich, ale nie o tym miała być mowa). W „Monitorze” najchętniej czytam rubrykę „Z kraju”, artykuły Pavla Bedroňa o filmach (szkoda, że nie poleca jakiś konkretnych filmów do obejrzenia, bo czasami tylko oblizuję się z żalu, że nie wiedziałam, gdzie i kiedy dało się coś dobrego zobaczyć), historyczne rozważania pani Danuty Meyzy-Marušiakowej i „Okienko językowe” Marii Magdaleny Nowakowskiej, która pomaga mi zachować boleśnie zapominane niuanse mojego języka ojczystego. Lubię teksty Majki Kadleček i Melanii Malinowskiej, zazdroszcząc im lekkości słowa i pewnej lekkości bytu... Kłamałabym, twierdząc, że przygotowałam już coś według apetycznych w swojej formie językowej przepisów kulinarnych Majki, ale chętnie je czytam i będzie to pewnie Majka, która pomoże mi przezwyciężyć moją wrodzoną awersję do gotowania. Doceniam jeszcze profesjonalną szatę graficzną czasopisma, którą gwarantuje Stano Stehlik, i zawsze ciekawe rozmowy-wywiady redaktor naczelnej Małgosi Wojcieszyńskiej z osobowościami polskiej sceny politycznej i kulturalnej. Cieszę się, że od pewnego czasu „Monitor” załącza program Instytutu Polskiego, a fajnie by było, gdyby na jego łamach publikowano informacje o innych, godnych polecenia polskich imprezach kulturalnych. A tego sobie, redakcji i czytelnikom serdecznie życzę w Nowym Roku. ANNA JARINA 24

• O G Ł O S Z E N I A • O G Ł O S Z E N I Wszystkim Czytelnikom w Nowym Roku najserdeczniejsze życzenia składają Redakcja oraz Wydawca Instytut Polski w Bratysławie wraz z Katedrą Filologii Słowiańskich Uniwersytetu Komeńskiego planują na przełomie maja i czerwca 2007 roku przeprowadzenie przez polską komisję egzaminów poświadczających znajomość języka polskiego jako obcego na poziomach: podstawowym, średnim ogólnym i zaawansowanym. Do egzaminów mogą przystąpić osoby powyżej 18 roku życia (w wyjątkowych przypadkach młodsze), będące cudzoziemcami lub Polakami na stałe zamieszkałymi za granicą. Szczegółowe informacje (w tym przykładowe testy) można znaleźć na stronach internetowych Państwowej Komisji Poświadczania Znajomości Języka Polskiego jako Obcego: www.buwiwm.edu.pl/certyfikacja. Wszelkie pytania dotyczące uzyskiwania certyfikatów można kierować pod adresami internetowymi Komisji: certyfikacja@buwiwm.edu.pl i dr Marii Magdaleny Nowakowskiej: majkan@chello.sk (tel. 0908 169 743). Chętni mogą zgłaszać się już teraz do dr M. M. Nowakowskiej lub do sekretariatu Instytutu (tel. 02/20655513, e-mail: info@polinst.sk). Przypominamy, że certyfikat jest jedynym urzędowym dokumentem potwierdzającym znajomość języka polskiego jako obcego i jest uznawany w krajach Unii Europejskiej (i nie tylko). Informację podajemy już teraz, aby wszyscy chętni do zmierzenia się z językiem polskim mieli czas na odpowiednie przygotowanie się do egzaminów.

INST Y TUT POLSKI W BRAT YSŁAWIE PROG •18 stycznia, godz. 17.00, Bratysława, Instytut Kultury Republiki Węgierskiej, Palisády 54 Salon wyszehradzki - dyskusja panelowa na temat „Państwo – Kościół – gdzie jest granica?” •18 stycznia, godz. 20.00, Bratysława, DK Zrkadlový haj – Klub Za zrkadlom Koncert zespołu „Swoją drogą” w składzie: Weronika Grozdew-Kolacińska – śpiew, Magdalena Sobczak – śpiew, cymbały huculskie, instrumenty perkusyjne, Maciej Kierzkowski – gitara, instrumenty perkusyjne, Robert Lipka – akordeon, Agnieszka Obst – skrzypce Współorganizator: Instytucje Kulturalne Petrżalki Zespół „Swoją drogą” ma w swoim repertuarze oryginalne opracowania polskiej muzyki ludowej z regionu Mazowsza, Kurpi, Lubelszczyzny, łączonej m.in. z elementami muzyki bałkańskiej, skandynawskiej, muzyki dawnej, a nawet jazzu. Na jego sukces złożyło się umiejętne łączenie tzw. autentycznego nurtu wykonawstwa ze zmodernizowaną stroną harmoniczną i instrumentacyjną. Zespół proponuje nowe wykonawstwo, pełne temperamentu, odkrywcze, stroniące od wszelkiego banału i naśladowania rutyny komercyjnej w muzyce popularnej. •24 stycznia, godz. 17.30, Bratysława, Instytut Polski – czytelnia, Nám. SNP 13 Inauguracja cyklu „Wieczory z polskim filmem”. „Zbigniew Cybulski – aktor kultowy” – w związku z 40. rocznicą śmierci aktora MONITOR POLONIJNY


A • O G Ł O S Z E N I A • O G Ł O S Z E N I A • KLUB ZAMAGURČANOV v BRATISLAVE v spolupráci s Veľvyslanectvom Poľskej republiky na Slovensku pozývajú na tradičný ples

ZAMAGURSKÉ FAŠIANGY 2007 dňa 10. februára 2007 Ples sa uskutoční v jedálni Ekonomickej univerzity v Petržalke, Dolnozemská cesta 1/b,začiatok o 19,00 hod. V programe budú ukážky tradičného folklóru zo Zamaguria, ukážka tradičného poľského tanca POLONÉZ v prevedení poľských účastníkov plesu, vystúpenie klubov spoločenských tancov, živá hudba a diskotéka. Hosťami programu budú aj účinkujúci z Bratislavského konzervatória. Čestným hosťom plesu bude obec ČERVENÝ KLÁŠTOR. Plesu sa zúčastnia aj významné osobnosti – rodáci zo Zamaguria a predstavitelia Veľvyslanectva a obchodného oddelenia Poľskej republiky na Slovensku. Vstupné: 550.- Sk V cene je aperitív, 2 x večera, 0,5 litra vína , ochutnávka poľských destilátov a bigosu, káva a zákusok. Prípadná cena do tomboly alebo sponzorský dar sú vítané. Rezervácia vstupeniek a ich predaj je na Veľvyslanectve Poľskej republiky na Hummelovej ul.4, tel. 02/ 544 13196, fax. 02/ 544 13193, e-mail: urszula@chello.sk Tešíme sa na Vašu účasť! Serdecznie zapraszamy do wzięcia udziału w balu i życzymy Państwu wspaniałej zabawy.

RAM – ST YCZIEŃ 2007 – NIEKTÓRE PROPOZYCJE Projekcja filmu „Popiół i diament“ A. Wajdy Młody akowiec, Maciek Chełmicki, otrzymuje rozkaz zastrzelenia sekretarza KW PPR. Zbieg okoliczności powoduje, że zabija kogoś innego. Spotykając się twarzą w twarz ze swoją ofiarą, doznaje szoku. Staje przed koniecznością powtórzenia zamachu Zbigniew Cybulski (ur. 3 listopada 1927 w Kniażach k. Stanisławowa, zginął tragicznie 8 stycznia 1967 r. we Wrocławiu) – polski aktor teatralny i filmowy, powszechnie określany mianem aktora kultowego. Ze względu na karierę, jak i sposób życia czerpany ze wzorców zachodnich nazywano go „polskim Jamesem Deanem”. •31 stycznia, godz.17.30, Bratysława, Instytut Polski – czytelnia, Nám. SNP 13 „Wieczory z polskim filmem”, „Zbigniew Cybulski – aktor kultowy” Projekcja filmu „Rękopis znaleziony w Saragossie“ W. Hassa Adaptacja powieści XVIII-wiecznego pisarza, uczonego, filozofa, żołnierza i podróżnika, jednego z najciekawszych umysłów ówczesnej Europy. Trzygodzinna ekranizacja dla jednych stała się filmem awanturniczym spod znaku „serca i szpady“, dla innych komedią kostiumową lub też fantastyczną baśnią z duchami, wisielcami, opętanymi i tajemniczymi księżniczkami. Podobnie jak powieść, w swej głębszej warstwie film jest racjonalistyczną satyrą na ludzką głupotę i zabobon. •26 stycznia, Zwoleń, Teatr J. G. Tajovskiego Wystawa plakatów do inscenizacji teatralnych utworów S. Wyspiańskiego, pochodzących z kolekcji Dydo Poster Gallery •27 stycznia, Zwoleń, Teatr J. G. Tajovskiego Premiera spektaklu Wesele Stanisława Wyspiańskiego, zrealizowanego na podstawie nowego przekładu Mariána Kováčika, w wykonaniu studentów Wydziału Dramatycznego Akademii Artystycznej w Bańskiej Bystrzycy STYCZIEŃ 2007

U W A G A

C Z Y T E L N I C Y !

Przypominamy o prenumeracie naszego czasopisma na rok 2007. Koszty roczne prenumeraty wynoszą 300 Sk. (emeryci, renciści, studenci – 250 Sk). Wpłat należy dokonywać w Tatra banku (nr konta 2666040059, nr banku 1100), a następnie zgłosić na adres e-mail: staste1@orangemail.sk lub posłać SMS pod nr tel. 0907 139 041 i podać adres, pod który „Monitor” ma być przesyłany.

List biskupów do Polaków żyjących poza krajem 6 stycznia 2007, Warszawa (PAP) – Episkopat Polski zaapelował do Polaków, żyjących poza krajem, aby nie utracili ducha zdrowego patriotyzmu i nie zrywali więzi z narodem. „Pozostając w jedności duchowej z Ojczyzną, z braćmi i siostrami w Polsce, dawajcie świadectwo wiary” – piszą biskupi w liście z okazji przypadającego 16 stycznia światowego Dnia Migranta. „Pragniemy zachęcić wszystkich do zachowania wszędzie, także na emigracji, postawy chrześcijanina, katolika i Polaka. Podtrzymujmy więzy rodzinne, pamiętając w modlitwie oraz w konkretnych relacjach i kontaktach o pozostawionej w kraju rodzinie, rodzicach, współmałżonku i dzieciach oraz przyjaciołach i znajomych. Niech nie będzie wśród Was takich zjawisk, jak zazdrość, szkodzenie sobie - zamiast wzajemnej pomocy, brak solidarności, wchodzenie do nieuczciwych związków” przekonują biskupi Polaków przebywających w innych krajach. Trwająca od kilku lat intensywna emigracja zarobkowa stała się dla kraju bardzo poważnym i niepokojącym problemem społecznym i ekonomicznym – ocenia Episkopat w liście i przypomina zasługi, jakie mają polskie parafie i misje duszpasterskie za granicą dla podtrzymania polskiej tożsamości i kultury. Początki coraz większej liczebnie emigracji polskiej sięgają końca XVIII w. Nowa fala emigracji miała miejsce w okresie „Solidarności” i po stanie wojennym. Polskę opuściło wówczas kilkaset tysięcy ludzi. W 2004 r., kiedy Polska weszła w struktury Unii Europejskiej, rozpoczęła się emigracja ludzi młodych, którzy w poszukiwaniu pracy i lepszych zarobków wyjeżdżali na Zachód. „W wielu krajach polskie parafie i misje duszpasterskie są wciąż jedynymi ośrodkami polskiej tożsamości i kultury. Polacy na emigracji budowali kościoły i kaplice, troszczyli się o sprowadzenie i utrzymanie kapłanów, wspierali czynnie dążenia Rodaków w Ojczyźnie do wolności i w ramach duszpasterstwa polonijnego zakładali stowarzyszenia religijne i patriotyczne. Myślimy o nich z uznaniem i troską” – piszą biskupi. „Chylimy też czoła przed tymi, którzy wiele wycierpieli dla zachowania wierności Chrystusowi, zwłaszcza w krajach Europy Środkowo-Wschodniej i na Wschodzie. Nie wolno nam zaprzepaścić tego bogatego dziedzictwa kultury i wiary, użyźnionej ofiarną pracą i zaangażowaniem przodków, a niekiedy nawet męczeńską krwią” – piszą członkowie Episkopatu Polskiego w swym w liście. (PAP) 25


Milí poľskí kamaráti… N

áklonnosť k Vášmu (poľskému) národu som pociťoval od ranej mladosti, pretože k najošúchanejším, teda najhranejším platniam v maminej zbierke patrila práve tá s poľskými ľudovými piesňami. Už ani neviem, či to bol Śląsk alebo Mazowsze, pamätám si len, že to veľmi škŕkalo. A keďže moja mama svojho času spievala aj v Lúčnici, tak ani doma nezaháľala a s obľubou sa pridala k poľskému ľudovoumeleckému kolektívu. To boli pekné časy. Moja prvá zahraničná cesta viedla k Vám do Zakopaného. Tam sme sa na mamin popud a pod jej dozorom ešte v útlom veku spolu so sestrami vybrali z neďalekého Ždiaru. Tam sme každoročne trávili letné aj zimné rodinné dovolenky. A to je tiež už dostatočne poľskom ‚šmrncnutá‘ dedinka. Pôsobili ste vtedy na mňa malého ako veselí prefíkanci. Počul som totiž rôzne príbehy, ako môj dedko z Levoče ku koňom z PĽR prišiel a babička.... ale nič. Potom prišli osemdesiate roky, keď sa mi zmienka o Vás javila odľahlo, pretože naša normalizačná cenzúra pracovala na plné obrátky. Tiež tento stav mohol zapríčiňovať aj fakt, že som bol v hlbokej puberte, takže som riešil iné každodenné náročné úlohy. V roku 1987 som sa dostal do Krakova. Pamätám si, že už kilometer za hranicou vhupol do nášho autobusu fešák s plnými vreckami Vašej národnej meny a s láskou ich menil za tie naše komunistické šušne. Aj v Krakove bolo vtedy veľmi veľa láskavých ľudí, ktorí chceli meniť svoje peniaze za moje. Neviem len, odkiaľ všetci vedeli, že som spoza hraníc. Prekvapoval ma na naše vtedajšie pomery ču26

POLSKA Oczami słowackich dziennikarzy

STANO STEHLIK šéfredaktor mesačníka SLOVAKLINES lý obchodný ruch a výklady drobných podnikateľov v centre mesta plné tovaru, samozrejme, s výnimkou potravín. Rok 1989 mal pre stredoeurópske dejiny zásadný význam. Pre mňa tiež… spoznal som svoju poľskú polku, teda polovičku. Musím sa priznať, že ani rok strávený za morom mi neotvoril oči až natoľko ako moje krátkodobé pobyty u Vás. A otvárajú sa mi ešte aj dnes. Totiž prebývanie s osobou od Vás a každodenná realita u nás, človeka sústavne nabáda-

jú, aby porovnával. Nedá sa tomu ubrániť. Porovnávanie patrí aj k prvým komunikačným bodom pri našich medzinárodných priateľských návštevách hneď po zdvorilostných uvítaniach. Priznám sa, že niekedy som z toho taký vyčerpaný, že ani neviem, či je lepšie tu, alebo tam, pretože v slovenskej komunite obhajujem Vaše záujmy a ako už mnohí isto tušia, medzi Vami obhajujem nás. Kdeže by mi v mojej roztopašnej slobodomyseľnej mladosti napadlo, že žijem v malom štátiku a v malej Bratislave a či sa nechcem presťahovať do Poľska? Toto sme s kamarátmi nikdy neriešili. Rozhodne to ale učí pokore a poznaniu, že nie sme stredom vesmíru. Aj keď si naše národy prejavujú vzájomné sympatie a pociťujem ich naozaj často, stále ešte medzi nami zotrváva čosi zatuchnuté. Mrzí ma napríklad, že ešte stále medzi nami Slovákmi pretrváva obraz o Vás ako o národe šmelinárov alebo medzi Vami o zaostalých Slovákoch, ktorí hovoria po česky. Vyplýva to hlavne z nevedomosti a možno aj hlúposti. Aj my, aj Vy ste si v blízkej aj ďalekej minulosti užili rôzne šlamastiky. Ťažko mi napríklad bolo pred desiatimi, dvanástimi rokmi, keď sme tu mali takmer totalitu a vlastne ani nebolo čo obhajovať. Teraz je to, našťastie, iné, aj keď nie sme úplne za vodou. Je úsmevné, keď vidím, ako sa naši povyšujú nad Vami alebo naopak. Pretože vzájomná blízkosť spočíva aj vtom, že oba naše národy sú v tom istom bahienku. Svorne sa z neho hádam ľahšie vymotkáme… MONITOR POLONIJNY


B

rzmi to niewiarygodnie, ale minął kolejny rok. Powiedzcie sobie na głos: rok dwa tysiące siódmy! Jeszcze brzmi to trochę niezwyczajnie. Ile razy w styczniu pomylicie się przy pisaniu daty? Rok 2007 – jak dziwnie się to pisze, prawda? Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Również do nowej daty. Przecież co roku jakoś w końcu się do niej przyzwyczaicie. Jesteście ciekawi, co ciekawego czeka Was w nowym roku? Na pewno tysiąc świetnych chwil i sytuacji. Spotkania z kolegami z klasy, rodzinne uroczystości, ferie zimowe i wakacje, gry, zabawy i wiele, wiele innych przyjemnych przeżyć.

Nowy Nowyrok rok––poważny poważnypan, pan lecz miesiące zwariowane – każdy każdychce chceinnym innymbyć. być Wwstyczniu styczniu––wyciągamy wyciągamysanie, sanie choć śnieg nie zawsze jest... Wwlutym lutym––zzgrypą grypąidziesz idzieszdo dolekarza, lekarza wciąż wciążmróz mróztrzyma, trzyma,więc więcto tosię sięzdarza. zdarza Wwmarcu marcu––słońce słońcedelikatnie delikatnieświeci świecinam namna nanos, nos ale aleczapkę czapkęalbo alboberet beretjeszcze jeszczenoś. noś Wwkwietniu kwietniu––wreszcie wreszciewiosna wiosnajest jestprawdziwa, prawdziwa zapach zapachkwiatów kwiatówniesie niesieciepły ciepływiatr. wiatr Wwmaju maju––pierwsze pierwszelody lodymogą mogąbyć, być oh, oh,wwmajowy majowydzień dzieńto tochce chcesię siężyć. żyć No noaawwczerwcu czerwcu––koniec koniecszkoły, szkoły zzkorytarzy korytarzyzniknie znikniewrzawa. wrzawa Lipiec lipiec – to wakacje radości radościpodstawa. podstawa Wwsierpniu sierpniu––morze, morze,namiot namiotiiupały, upały aAwe wewrześniu wrześniu––znowu znowuszkoła, szkoła również równieżgrzybobrania grzybobraniadobra dobrapora. pora W w październiku – deszcz i kalosze na naspacery spacerychętnie chętnienoszę. noszę listopadzie––morze morzezzliście liści klonu wWlistopadzie na nachodniku chodnikukoło kołodomu. domu No noaawwgrudniu grudniu––odliczamy odliczamydni dnido doświąt, świąt potem... aa potem ... od odpoczątku: początku Nowy Nowyrok rok––poważny poważnypan, pan lecz miesiące zwariowane – każdy każdychce chceinnym innymbyć. być styczniu––wyciągamy wyciągamysanie sanie, wWstyczniu .. choć śnieg śnieg nie nie zawsze zawsze jest jest... i choć ... i tak dalej... MAJKA KADLEČEK

STYCZIEŃ STYCZIEŃ 2007 2007

27


S

tyczeń jest chyba najzimniejszym miesiącem w roku, a przynajmniej powinien taki właśnie być. Jednak w czasach globalnego ocieplenia nigdy nic nie wiadomo.

Człowiek patrzy przez okno i nie wie, czy ma pakować się na narty, czy podziwiać pierwsze krokusy. Ludzie nie lubią zbytnio zmian, ale ja nie narzekam. Styczeń w wydaniu klasycznym, czyli siarczyste mrozy i zaśnieżone ulice, to zdecydowanie nie dla mnie. Może pozostał mi uraz z dzieciństwa? Ileś lat temu urodziłam się właśnie w tym miesiącu. Na pewno to był szok dla niemowlęcych oczu. Taki styczniowy dzieciak może sobie potem myśleć, że świat to czarno-biały film. Jedyne, co w styczniu jest fajne, to to, iż można sobie o nim powiedzieć, że mija.

Potem luty, taki krótki, i juz zaczyna się wiosna! Chyba przesadziłam – do wiosny jest jeszcze strasznie, strasznie daleko... Co ma wspólnego grochówka ze styczniem? Jeśli dobrze pamiętam z lekcji historii, to prawie wszystkie rewolucje albo powstania miały miejsce w sezonie jesienno-zimowym. Ale dlaczego? Przecież to nie jest całkiem praktyczne. Może dlatego, że walczyli najczęściej mężczyźni, a – jak wiadomo – mają oni czasami problemy z praktyczną strona życia. Przecież gdy mróz i deszcz, to po lasach biega się zdecydowanie trudniej niż latem,

że nie wspomnę o nocowaniu w różnych bunkrach i okopach! Jedynym wytłumaczeniem takiego stanu rzeczy jest… grochówka. Żołnierska grochówka, gotowana na kuchni polowej i zjadana w plenerze. To oczywiste, że gorąca zupa smakuje lepiej w chłodny dzień niż w upalne popołudnie... Ludzie, odkryłam przyczynę powstań! Po prostu grochówki chcieli się najeść dzielni mężczyźni! Grochówka, jak większość dań z roślin strączkowych, hm, hm – jest przyczyną wzdęć i dlatego bezpieczniej jest podawać ją na świeżym powietrzu!

GROCHÓWKA nie całkiem żołnierska, ale dobra! SKŁADNIKI: 35 dag grochu, mała włoszczyzna, kawałek boczku wędzonego, cebula, masło, dwa ząbki czosnku, suszony majeranek, sól

SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA Groch opłukać i namoczyć (najlepiej na całą noc), a następnie ugotować w tej samej wodzie, w której się moczył. Kiedy zmięknie, przetrzeć przez sito. Osobno ugotować wywar z włoszczyzny i boczku. Ugotowaną włoszczyznę przetrzeć przez sito. Cebulę podsmażyć na maśle, dodać mąkę i taką zasmażkę rozprowadzić kilkoma łyżkami zimnej wody. Połączyć wywar i groch, dodać zasmażkę. Grochówkę można podawać z parzoną kiełbasą, pokrajaną w kostkę wędzonką lub z grzankami. ZA MIESIĄC: KRÓTKI MIESIĄC, WIĘC KRÓTKIE GOTOWANIE

MAJKA KADLEČEK


Monitor Polonijny 2007/01