Page 1


Z piętnastoletnim

stażem

„Cieszę się, że dochodzi do spotkań w ramach współpracy wyszehradzkiej nie tylko na poziomie premierów czy ministrów, ale i samorządów gmin” - tak ambasador RP w RS Zenon Kosiniak-Kamysz skomentował spotkanie burmistrzów dwóch miast: Zawadzkie i Dubnicy nad Wagiem, którzy mogą się poszczycić piętnastoletnim stażem wzajemnej współpracy. Bazując na istniejącej umowie między wspomnianymi miastami, prezes Klubu Polskiego Region Środkowe Poważe Zbigniew Podleśny zorganizował spotkanie Polonii mieszkającej na Poważu z przedstawicielami miast i ambasadorem RP. Serdeczne spotkanie rodzinnego charakteru, nazwane „Polskimi Dniami Bożonarodzeniowymi“, rzeczywiście jeszcze bardziej zacieśniło więzi. Burmistrzowie wspominali początki współpracy. „Wpierw zostały nawiązane kontakty pomiędzy klubami sportowymi, ale potem zaczęła się rozwijać współpraca kulturalna“ - po-

Od lewej do prawej: amabsador RP w RS Zenon Kosiniak-Kamysz, burmistrz miasta Zawadzkie Werner Małek, prezes Klubu Polskiego Region Środkowe Poważe Zbigniew Podleśny i burmistrz Dubnicy nad Wagiem Juraj Červinka

Do Dubnicy zawitał święty Mikołaj, który obdarowywał dzieci prezentami wiedział burmistrz miasta Dubnica nad Wagiem Juraj Červinka. „Odczuwamy serdeczność w kontaktach ze Słowakami, a Polacy coraz chętniej wybierają Słowację na miejsce odpoczynku, często korzystając z przyrodolecznictwa” - powiedział burmistrz miasta Zawadzkie Werner Małek. „I choć nie doszło

Dzieci, młodzież i dorośli śpiewali kolędy polskie i słowackie 2

jeszcze do nawiązania kontaktów na polu biznesowym, mamy nadzieję, że niedługo do tego dojdzie” - dodał. Jest to jeden z rzadkich przypadków, kiedy kontakty z czasów Czechosłowacji i PRL-u przetrwały do dziś. Nie ma rejestru, który by w tej chwili podawał dokładne dane dotyczące współpracy między gminami polskimi i słowackimi. „Istnieje szereg gmin, które nawiązują bądź chcą nawiązać kontakty z partnerami zagranicznymi, ale gminy te nie dzielą się z nami swoimi pomysłami komentuje Z. Kosiniak-Kamysz - i o ile współpraca przygraniczna jest na bardzo wysokim poziomie, przykładem niech będzie reakcja Zakopa-

nego, które jako pierwsze zaoferowało pomoc Słowakom po wichurze, która poczyniła wielkie szkody w Tatrach, to im dalej na północ od Krakowa, tym bardziej ziemia nieznana dla słowackich gmin”. Jako jeden z niewielu przykładów współpracy odległych od siebie miast są kontakty Čadcy z Toruniem. Przedświąteczne spotkanie Polonii z władzami zaprzyjaźnionych miast być może przyniesie oczekiwane nasilenie współpracy w różnych dziedzinach, bo właśnie takie nieformalne kontakty stają się doskonałą okazją do nawiązania prawdziwych przyjaźni. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA DUBNICA NAD WAGIEM FOTO: STANO STEHLIK

Uczestnicy imprezy łamali się opłatkiem MONITOR POLONIJNY


SPIS TREŚCI

Od redakcji Zastanawiałam się, jakimi słowami powinnam zwrócić się do Państwa w Nowym Roku. Czy podsumowywać rok ubiegły, chwaląc się sukcesami zespołu redakcyjnego? Banalne! Wolimy słuchać, jak chwalą nas inni. Przedłożyć listę przedsięwzięć i planów, w czym będziemy starali się być lepsi? Ponieważ na Nowy Rok każdy (prawie każdy) składa jakieś obietnice (sobie lub innym), że będzie lepszy w tym czy w tamtym, że rzuci palenie, schudnie, zacznie się uczyć języków, na bieżąco będzie sprzątać, drogą negocjacji będzie rozwiązywać konflikty, co miesiąc będzie wpłacać pieniądze na książeczkę oszczędnościową, co wieczór będzie dziecku czytać bajki do snu… Takich przykładów można by mnożyć. Znacie to Państwo, prawda? A więc Szanowni Czytelnicy, my - zespół redakcyjny - obiecujemy pisać ciekawie, starać się poruszać tematy aktualne. To, że swoją pracę traktujemy serio, Państwo wiecie, więc po prostu życzę Wam i nam wszystkim spełnienia marzeń i wytrwałości w postanowieniach, które sobie uczynimy. Szczęśliwego Nowego Roku 2005! W imieniu redakcji MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA REDAKTOR NACZELNA

Co złego, co dobrego? Jaki Nowy Rok, taki cały rok? Mój nietypowy Sylwester Podwójne ceny – niezgodne z prawem Z kraju Z naszego podwórka Anna Maria Jopek: „Zawód muzyka uczy pokory” Nie tylko Mozart w nowej wersji „Monitor“ przyznał nagrody Symetria osudov „Zima wasza, wiosna nasza” W gąszczu historii prawdziwych Uśmiechem zetrzeć łzy O przybywaniu gości na przyjęcie oficjalne Ogłoszenia Jeszcze o liczebnikach Zo zápisníka polonofila Szczęśliwego Nowego Roku 2005 Rewelacyjny bigos rewolucyjny

UWAG A

4 4 5 6 7 8 10 12 13 14 15 17 18 20 20 21 22 23 24

CZY TELNICY!

Prenumerata „Monitora Polonijnego” na 2005 rok wynosi 300 Sk (studenci, emeryci, renciści – 200 Sk). Tych, którzy zaprenumerowali nasze pismo, wpłacając pieniądze w banku lub przez internet na konto Klubu Polskiego, prosimy o przekazanie swoich danych telefonicznie pod numer tel. Stana Stehlika – 0907 139 041, bądź pod adresem e-mail: staste@orangemail.sk. Niestety, niedoskonałość opłat w banku nie pozwala nam na wgląd, kto jest wpłacającym. Wpłat należy dokonywać na poczcie na numer konta: Tatra banka, 266 604 0059, kod banku: 1100, numer klienta: 142515, Variabilný symbol: MP 2005. Koniecznie należy wpisać nazwisko. Wydawca

VYDÁVA POĽSKÝ KLUB - SPOLOK POLIAKOV A ICH PRIATEĽOV NA SLOVENSKU ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Paweł Bednárčik, Pavol Bedroň, Zuzanna Fajth, Ivana Juríková, Majka Kadleček, Katarzyna Kosiniak-Kamysz, ks. Jerzy Limanówka, Irena Malec, Melania Malinowska, Danuta Meyza-Marušiaková, Dariusz Wieczorek, Izabela Wójcik, • KOREŠPONDENT V REGIÓNE KOŠICE - Urszula Zomerska-Szabados • JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE: Maria Magdalena Nowakowska • V SLOVENČINE: Mária Brečková • GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik • ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • TLAČ: DesignText • KOREŠPONDENČNÁ ADRESA: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel./Fax: 031/5602891, staste@orangemail.sk • PREDPLATNÉ: Ročné predplatné 300 Sk na konto Tatra banka č.ú.: 2666040059/1100, číslo zákazníka 142515 • REGISTRAČNÉ ČÍSLO: 1193/95 • Redakcia si vyhradzuje právo na redakčné spracovanie ako aj vykracovanie doručených materiálov, na želanie autora zaručuje anonymitu uverejnených materiálov a listov. FINANCOVANÉ MINISTERSTVOM KULTÚRY SR

STYCZEŃ 2005

3


Co złego, co dobrego? A

leż mnie Państwo zaskoczyliście! Na pytania, zadawane przez naszą koleżankę redakcyjną, jak oceniacie Państwo 2004 rok, co dobrego, co złego Was spotkało, uzyskaliśmy odpowiedzi, że działy się same dobre rzeczy. O minionym roku mówiliście Państwo tylko pozytywnie. I kto to kiedyś powiedział, że Polacy to naród „narzekaczy” i marud? Okazało się, że jesteście Państwo optymistami i potraficie cieszyć się chociażby z tego, że codziennie rano się budzicie! A może to obecność koleżanki z mikrofonem Państwa stremowała i „malowaliście“ świat w różowych kolorach?

Gdy byłam nastolatką, wśród moich znajomych zwykło się mówić, że jaki Nowy Rok, taki cały rok. Dlatego tak bardzo starałyśmy się z koleżankami, by to była noc wyjątkowa. I, choć w tamtych czasach (pod koniec lat 80-tych) nie wszystko było na wyciągnięcie ręki, staraliśmy się z paczką znajomych uatrakcyjnić sobie życie, organizując prywatki. Naszym atutem były szampańskie humory. Szczególnie utkwił mi w głowie jeden taki grudniowy wieczór, gdy ze znajomymi zdecydowaliśmy, że zorganizujemy bal przebierańców… w domku letniskowym rodziców jednego z naszych kolegów, pod Wrocławiem. Rozdzieliliśmy między sobą zadania, co kto przygotuje do jedzenia i picia. Zadaniem dodatkowym dla każde4

Nie twierdzę, że ciekawy artykuł powinien być sensacyjny i składać się z samych złych newsów, ale wiem (nadstawiałam ucha tu i tam), że czasami w minionym roku Państwo narzekaliście, że macie mało pieniędzy, mało czasu, że życie jest stresujące. Ktoś rozmyślał nad przemijającym życiem, przestraszył się starości i chorób, komuś spędzał sen z powiek fakt, że przytył, młodą mamę zdenerwował fakt, że

Jaki Nowy Rok,

taki cały rok? S

potkanie Starego Roku z Nowym zawsze budzi emocje. Zanim to nastąpi, często zastanawiamy się, w jaki szczególny sposób spędzić Sylwestra, z kim witać nadchodzący rok, w co się ubrać, co podać na stół. Ta wyjątkowa noc jest tematem wspomnień, które prezentujemy Państwu na łamach „Monitora“. go uczestnika imprezy było przygotowanie oryginalnego stroju – w końcu to bal przebierańców! Dla mnie inspiracją stała się sukienka, którą dostałam w paczce z Ameryki: różowa, z tiulową narzutą i tiulowymi rękawami. W domu z pomocą mamy i siostry powstawała wyjątkowa czapka w kształcie stożka, z której wystawał różowy tiul. Dodatkowym atrybutem

była srebrna pałeczka zakończona kuleczką. Tak, miałam być wróżką! To nic, że długo trwało przyklejanie kartonowych zwojów, malowanie i oklejanie czapki bibułą. W tamtych czasach, gdy w sklepach niewiele można było kupić, fantazja nie znała granic. Moja srebrna różdżka powstała z brokatu z bombek, a buty pomalowałam srebrną farbą do kaloryferów.

Okazało się, że ponad dwadzieścia osób (swoją drogą nie wiem, jak się zmieściliśmy w niewielkim domku) wymyśliło różne kreacje: była królewna, Miss Polonia, Cyganka, lekarz i wiele innych postaci. Najbardziej zaskoczył nas znajomy, którego twarz była nie do poznania – wystąpił w roli klauna! Szkoda nam było kolegi - chudzielca, który w tę jedną jedyną noc chciał być grubasem. Cierpiał, bowiem było mu strasznie gorąco w kilku warstwach ubrań. Tańczący w ogródku korowód przebierańców był dosyć zaskakującym elementem sylwestrowego wieczoru dla mieszkańców małego podwrocławskiego miasteczka. Zabawa była wspaniała! MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA MONITOR POLONIJNY


ktoś w bloku, w którym mieszka, ukradł jej wózek spod drzwi. W naszej placówce dyplomatycznej obawiano się złego rozwiązania konfliktu na Ukrainie. Ktoś inny ubolewał nad tym, że do Instytutu Polskiego można wejść tylko po naciśnięciu dzwonka (swoją drogą sama widziałam, jak Słowacy odchodzili od drzwi, bo… zamknięte). Dla innych niemiłym zaskoczeniem było wprowadzenie na Słowacji podatku liniowego i zrównanie wszystkich stawek VAT do 19 procent. Z kolei pewna

Polka mieszkająca na Słowacji skarżyła się, że nie została wpuszczona przez straż graniczną do Polski, bowiem okazało się, że po wejściu do Unii, owszem, można podróżować na dowód osobisty, ale należy okazać dowód z kraju, którego jest się obywatelem, a nie dowód stałego pobytu na Słowacji. Jakież było jej rozczarowanie, gdy musiała wrócić do domu po odpowiedni dokument. Ale ogólnie Państwo wyrażaliście zadowolenie. Powodem do radości było powięk-

szenie się rodziny, nowa praca, kupno samochodu, uzyskanie kredytu na wymarzony dom, uzyskanie tytułu magistra, sukcesy zawodowe, osiągnięcia szkolne dzieci, odebranie dowodu osobistego w Polsce po wielu latach nieobecności w kraju czy uzyskanie polskiego odznaczenia za zasługi. Czego można chcieć więcej? W tej sytuacji życzę Państwu dalszego powodzenia i optymistycznego spojrzenia na świat! MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA WSPÓŁPRACA: IVANA JURÍKOVÁ

Mój nietypowy SYLWESTER FOTO: STANO STEHLIK

apytaliśmy naszych Czytelników, który Sylwester w ich życiu był wyjątkowy, niepowtarzalny, który zapamiętali na długie lata.

Paulina Počajová

SYLWESTER W SAMOLOCIE

W zeszłym roku wracałam z córką od znajomych z Florydy. Nasz lot był zaplanowany na ostatni grudniowy wieczór. Pierwszą niespodzianką było to, że zostałyśmy z córką posadzone w różnych rzędach samolotu i nie miałyśmy ze sobą kontaktu. Moja córka bardzo to przeżywała, bo, gdy się chciała do mnie odwrócić, napotykała na nieprzyjemny wzrok Murzynki, obok której siedziała. Myślałyśmy, że personel przygotuje coś wyjątkowego na taką wyjątkową okazję, ale oprócz szampana na pokładzie nie serwowano nic szczególnego, a ponieważ w trakcie lotu zmienialiśmy strefy czasowe, nawet nie wiedziałyśmy, w którym momencie mamy witać Nowy Rok. Nie pozostało nam nic innego, tylko tę noc przespać. STYCZEŃ 2005

ANKIETA FOTO: STANO STEHLIK

Z

Urszula Zomerska-Szabados

SYLWESTER W NORWEGII Na Sylwestra często występowaliśmy wraz z grupą mojego męża. Pamiętam jednego Sylwestra w latach 70-tych, kiedy występowaliśmy w Norwegii. Bawiliśmy skandynawskich gości pewnego hotelu. Swoją drogą, ci ludzie bawią się zupełnie inaczej niż my, Słowianie. 5


FOTO: STANO STEHLIK

FOTO: STANO STEHLIK

Po kilku toastach stają się nie do zniesienia. Podium, na którym występowaliśmy, musiało więc być odgrodzone od publiczności ze względu na nasze bezpieczeństwo, bowiem wylewność bawiących się nie pozwalała nam pracować. Wtedy panowały tam straszne mrozy – minus 40 stopni. Co godzinę któryś z członków naszego zespołu musiał wychodzić do samochodu i go uruchamiać, by nie zamarzł. W Nowy Rok czekała nas podróż do Czechosłowacji. Zapamiętałam ją doskonale, bowiem przez dwie godziny musiałam podróżować, trzymając drzwi, które zamarzły i nie dawały się zamknąć, a na autostradzie były takie zawieje śnieżne, że ledwo widzieliśmy samochody jadące z naprzeciwka. Chyba cudem dotarliśmy do domu.

Helena Gerec

SYLWESTER NA DWORCU To było w 1967 roku. Byłam świeżo upieczoną mężatką i jechałam do Koszyc, by spędzić pierwszego Sylwestra z mężem. Jakież było moje zdziwienie, gdy wysiadłam na dworcu w Koszycach i nikt na mnie nie czekał! Spędziłam tam godzinę, planując powrót do rodziców, gdy w ostatniej chwili pojawił się mój mąż wraz z kolegami. Okazało się, że zabawa już się rozpoczęła, a mój mąż źle obliczył czas. Zawiózł mnie szybko do domu, gdzie pospiesznie wskoczyłam w kreację wieczorową. Bawiliśmy się do rana we wspaniałych humorach.

Tadeusz Błoński

SYLWESTER W POCIĄGU

Studiowałem wtedy na ASP w Krakowie i postanowiłem spędzić Sylwestra z moją dziewczyną ze Słowacji (późniejszą żoną). Podróż zaplanowałem na 31 grudnia. Wybrałem nowe połączenia z kilkoma przesiadkami i to był błąd. Gdy dojechałam do przejścia granicznego, powiedziano mi, że nie mogę tam przekroczyć granicy. Zdecydowałem, że poszukam takiego przejścia, by jednak tę granicę przekroczyć. Podróżowałem autostopem, autobusami, ciuchcią. Północ zastała mnie w pociągu. Tej nocy żaden pociąg mnie nie dowiózł do Czechosłowacji, toast na przywitanie Nowego Roku wznosiłem, pijąc wino z butelki z przypadkowo napotkanymi podróżnymi. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA 6

68 proc. ankietowanych przez CBOS Polaków zamierza głosować w referendum za przyjęciem Konstytucji Europejskiej. Jedna trzecia Polek pada ofiarą różnych form przemocy na jakimś etapie swojego życia – wynika z danych Centrum Praw Kobiet. W Polsce przed 65 rokiem życia umiera co czwarty mężczyzna, na Zachodzie co dziesiąty. Żyliby, gdyby

Podwójne S

tał się cud: rząd w Bratysławie, za pośrednictwem swojej ambasady w War szawie, przyznał, że na Słowacji istnieje dyskr yminacja cenowa wobec tur ystów zagranicznych i że – uwaga! uwaga! – jest ona niezgodna z prawem!

MONITOR POLONIJNY


nie palili, alkohol pili umiarkowanie, dbali o zdrowie i regularnie się badali.

Tylko od stycznia do sierpnia wyeksportowaliśmy 235 tys. ton produktów mleczarskich za 334 milionów euro.

Polskie towary po poszerzeniu Unii Europejskiej podbijają nasz kontynent; szczególne zainteresowanie konsumentów budzą makarony, soki z marchwi i innych warzyw, kiełbasa, piwo i tradycyjne polskie wódki. Tymczasem Sąd Najwyższy orzekł, iż w Polsce produkcja alkoholu na własne potrzeby jest nielegalna.

Polska stała się szóstą potęga świata w produkcji serów.

Aż 60 proc. Polek przyznało się, że były obiektami molestowania seksualnego w miejscu pracy – wynika z ankiety Państwowej Inspekcji Pracy. Stajemy się krajem coraz bardziej atrakcyjnym dla cudzoziemców. W sezonie letnim odwiedziło nas ich o 20 proc. więcej niż przed rokiem. Głównym magnesem są niskie ceny towarów i usług.

Przeciętny Polak pracuje rocznie 1984 godziny, o 156 godzin dłużej niż Japończyk. Wyniki mamy słabsze, bo jesteśmy mało wydajni, mamy niskie kwalifikacje, a z powodu złego zarządzania w wielu firmach panuje bałagan.

Przewodniczącym Sojuszu Lewicy Demokratycznej zos-

tał marszałek Sejmu Józef Oleksy. Wywodzący się z lewicy prezydent Aleksander Kwaśniewski nie skorzystał z zaproszenia na kongres SLD. Sąd lustracyjny orzekł, że Józef Oleksy był współpracownikiem służb specjalnych. W zaistniałej sytuacji opozycja domaga się dymisji marszałka Sejmu. Oleksy poinformował, że opuści fotel marszałka wtedy, gdy na jego miesjce znajdzie się odpowiedni kandydat. NA PODSTAWIE PAP OPRACOWAŁ DAREK WIECZOREK

ceny – niezgodne z prawem „Ministerstwo Gospodarki Słowacji oraz Słowacka Inspekcja Handlowa rejestrują wiele skarg na stosowanie wyższych cen za usługi świadczone turystom zagranicznym odwiedzającym Słowację. Efektem tych praktyk jest utrata zaufania gości zagranicznych, którzy nie znają takiego sposobu określania cen, dlatego też mają prawo czuć się urażeni” – brzmi komunikat słowackiej ambasady w Warszawie. „Stosując różne ceny dla gości krajowych i zagranicznych, usługodawcy naruszają ustawę o ochronie konsumenta, w szczególności zasadę równego traktowania podczas świadczenia usług. Stosowanie różnych cen z tytułu przynależności państwowej wykazuje oczywiste cechy dyskrySTYCZEŃ 2005

minacji. Jednocześnie naruszane są w ten sposób przepisy ustawy, zakazujące dyskryminacji z jakiegokolwiek powodu” – wyjaśnia ambasada. „To dyskryminacja określonej grupy klientów; zabrania tego ustawa o ochronie konsumentów. Od września tego roku za jej naruszanie, np. stosowanie innych cen wobec obcokrajowców, grozi kara do dwóch milionów koron” – wyjaśniła Danusza Krkoszowa, rzecznik Słowackiej Inspekcji Handlowej (SOI). „Czekamy w terenowych oddziałach inspekcji na zgłoszenia niezadowolonych konsumentów – będziemy reagować natychmiast” – zapewniła Krkoszowa. Słowacy o istnieniu podwój-

nych cen wiedzą, ale zbytnio nie reagują na ten proceder; gdy w październiku na ten temat konferencję zwołał ambasador RP w Bratysławie Zenon Kosiniak-Kamysz, jedynie nieliczne media opublikowały jego protest w tej sprawie. Inaczej było w Polsce, gdzie np. internauci wzywali do bojkotu Słowacji i Czech podczas najbliższego sezonu urlopowego. Prezydent Słowacji Iwan Gaszparowicz podczas listopadowej wizyty w Polsce zapewnił, że „władze jego kraju dostrzegają problem nierównego traktowania zagranicznych turystów w zakresie cen usług na Słowacji i zamierzają uregulować tę sprawę”. DAREK WIECZOREK 7


Z

Mikołajki

NASZEGO PODWÓRK

A

G

rudzień jest okazją do spotkań mikołajkowych, które, jak co roku, z myślą o dzieciach zorganizowali dorośli, czyli przedstawiciele regionalnych oddziałów Klubu Polskiego oraz kierownictwo skoły polskiej w Bratysławie. Mikołaj zawitał do Bratysławy, Koszyc, Nitry, Dubnicy nad Wagiem, Poważskiej Bystrzycy. Przybył ubrany w biskupie szaty, z długą siwą brodą, z workiem prezentów. Egzaminował dzieci ze znajomości wierszyków i piosenek, pytał o ich zachowania się w domu i w szkole, nagradzał prezentami. Dla niegrzecznych czy wręcz niesfornych dzieci miał przygotowane rózgi - ale takich w naszym gronie nie znalazł. Starsi wspomnieniami wrócili do domów rodzinnych, do ciepła i radości dziecięcych lat. Organizatorzy dziękują kierownikowi Wydziału Konsularanego panu Wojciechowi Bilińskiemu za pomoc finansową w przygotoH.Z., R.G. waniu imprez dla najmłodszych.

Wieczór opłatkowy w Koszycach

W

przededniu Świąt Bożego Narodzenia Polacy zamieszkali w Koszycach spotkali się wokół stołu, by wspólnie połamać się opłatkiem, złożyć sobie życzenia, spożyć potrawy przyrządzone przez członków klubu. Śpiewali kolędy, opowiadali sobie, które zwyczaje wyniesione z domu rodzinnego utrzymują w swoich rodzinach. Było to interesujące, bowiem Polacy

zamieszkali w Koszycach pochodzą z różnych regionów Polski, wspominali różnorakie wróżby i zabiegi o charakterze magicznym związane z dniem wigilijnym, rodzaje potraw wigilijnych, sposób i kolejność ich podawania. Uroczysty nastrój udzielił się wszystkim – dorosłym i dzieciom. Był to wieczór ciepły i serdeczny... świąteczny. HZ

Orkiestra Świątecznej Pomocy FOTO: STANO STEHLIK

Na

NITRA

rzecz Fundacji Orkiestry Świątecznej Pomocy, której finał odbędzie się 9 stycznia 2005, z Bratysławy do Warszawy został przesłany przez polskiego ambasadora w RS Zenona Kosiniaka-Kamysza rekwizyt do zlicytowania - kij hokejowy z podpisami członków drużyny wielokrotnego mistrza Słowacji w hokeju na lodzie – Slovana Bratysława. MW

Zakończyły się VIII Dni Kultury

Oj

DUBNICA NAD WAGIEM BRATYSŁAWA

FOTO: STANO STEHLIK

KOSZYCE 8

działo się, działo w tym roku! Ci, którzy tam byli, wiedzą, zaś ci, których nie było, niech żałują i czekają cały długi rok na kolejną okazję. Jak zwykle bogata była oferta Klubu Polskiego Regionu Koszyce, która w pewnym stopniu nawiązywała do koncepcji opracowanej w poprzednich latach. Zaprezentowano różne formy kultury i sztuki: trzy wernisaże, koncerty muzyki poważnej i jazzowej, przedstawienia teatralne i seanse filmowe. Patronat nad imprezami ob-

jęli ambasador RP Zenon Kosiniak-Kamysz oraz prezydent miasta Koszyce Zdenek Trebula. O pierwszej, bogatej części obchodów Dni Polskich pisaliśmy w poprzednim numerze „Monitora”. Niektóre imprezy doszły do skutku dzięki współpracy ze Zrzeszeniem „Forsa” - trzy weekendowe wieczory wypełnione muzyką jazzową z udziałem wykonawców: „Blues Bandu” z Beatą Kossowską, zespłu „Pink Freud” czy też cieszący się największym powodzeniem koncert Anny Marii Jopek. MONITOR POLONIJNY


Wieczór Mniejszości Narodowych

W

niedzielę, 12 grudnia w Koszycach odbył się ósmy Wieczór Mniejszości Narodowych, na którym zaprezentował się również Klub Polski Region Koszyce, organizując występ młodziutkiej pianistki Agnieszki Tóthovej. Organizatorem spotkania był Klub Mniejszości Narodowych, a odbyło się ono pod patronatem prezydenta miasta Koszyce Zdenka Trebuli z okazji Międzynarodowego Dnia Ludzkich Praw.

Oprócz występów indywidualnych i zespołowych każda z poszczególnych grup narodowościowych przygotowała swoje specjały kulinarne. W przerwie koncertu, dzięki paniom z Klubu Polskiego w Koszycach, można było poczęstować się ciepłym barszczem z pasztecikami, bigosem czy śledzikami na różne sposoby. Na deser zaś serwowano sernik z ananasem. Stoisko polskie cieszyło się ogromnym powodzeniem, czego dowodem były rozchwytywane przepisy kulinarne. Za pomoc i przygotowanie wyśmienitych potraw podziękowanie należy się Ali Adamčikovej. U.S.

Koncert jazzowy

Spotkanie opłatkowe w ambasadzie

Jak co roku w okresie przedświątecznym, z myślą o rodakach, ich rodzinach i przyjaciołach Ambasada RP w Bratysławie zorganizowała spotkanie opłatkowe, które było okazją do złożenia sobie życzeń świątecznych i wspólnego śpiewania kolęd. O to, by udział w spotkaniu wzięło jak najszersze grono Polaków zamieszkałych w różnych zakątkach Słowacji, zadbał kierownik wydziału konsularnego Wojciech Biliński.

W

czasie, kiedy w Instytucie Polskim planowano koncert ukraińskiej śpiewaczki Roksany Vikaluk z polskim zespołem jazzowym „Mizrah” (Piotr Aleksandrowicz – gitara, Wojciech Pulcyn – kontrabas, Robert Rasz – perkusja), nikt jeszcze nie wiedział, że w ten sposób będzie można wyrazić solidarność Polski z walczącą o demokrację Ukrainą. W grudniowy wieczór w bratysławskim kościele Klarisky zabrzmiały ludowe pieśni karpackie. I choć polscy muzycy, może trochę zdominowani przez młodą artystkę, nie mogli pokazać w pełni swoich umiejętności, koncert był przyjemnym zakończeniem działalności Instytutu w 2004 roku. MW

Polskiej w Koszycach Dnia 23 listopada w Studiu Teatru w Koszycach została pokazana najnowsza sztuka wybitnego prozaika, scenarzysty i dramaturga Janusza Głowackiego „Czwarta siostra” w reżyserii Henryka Rozena. Z innych przedsięwzięć, które w tych dniach odbyły się w Koszycach, na uwagę zasługuje koncert symfoniczny z udziałem polskiego dyrygenta Jerzego Swobody. W ramach Festiwalu Muzyki Współczesnej Państwowa Filharmonia wykonała m.in. utwór „Kościelec” Wojciecha Killara. STYCZEŃ 2005

Olbrzymim powodzeniem cieszyła się wystawa uczestników Workshopu „Spisz Art 2004” prezentowana w Koszycach, Rožniawie (w tym roku będzie ją można obejrzeć w różnych miastach Słowacji, Polski, a także po raz pierwszy w Austrii). Miłośnicy srebrnego ekranu mogli obejrzeć trzy najnowsze polskie produkcje filmowe: „Nigdy w życiu”, „Zmruż oczy” i „Ediego”. Olbrzymie zainteresowanie imprezami potwierdza zasadność organizowania tego typu przedsięwzięć. U.S.

Studenci polonistyki z Uniwersytetu Komeńskiego w Bratysławie śpiewali kolędy „pod batutą“ polonistki pani Marii M. Nowakowskiej Uroczystość była też okazją do wręczenia obywatelstwa polskiego panu Jurijowi Demidovi, obywatelowi Rosji zamieszkałemu w Koszycach, który wywodzi się z polskiej rodziny, oraz wręczenia odznaczenia Prezydenta RP panu Zbyhňevowi Steblowi - za zasługi na rzecz integracji środowiska polonijnego na Słowacji. Obu Panom gratulujeMW my! FOTO: STANO STEHLIK

9


WYWIAD MIESIĄCA Anna Maria Jopek: Podczas przeprowadzania z Panią wywiadu, ponad cztery lata temu, była Pani podekscytowana sukcesem – występem przed koncertem Stinga w Polsce. Od tego czasu osiągnęła Pani bardzo dużo. Kiedy bardziej zabiło Pani serce, wtedy, gdy została Pani wybrana przez Stinga czy dwa lata temu, gdy nagrywała Pani płytę z Patem Methenym? Nagranie płyty z Patem było bardzo silnym doświadczeniem w moim życiu i nie da się tego porównać z niczym, co było przedtem i później. Wszystko to działo się tak szybko, ponieważ Pat, gdy pracuje, prawie w ogóle nie sypia, nie musi jeść, jest skupiony tylko i wyłącznie na muzyce. A Pani? Struny głosowe to zupełnie inny instrument, o który muszę dbać. Człowiek jest tylko człowiekiem. Dlaczego nagranie z Patem Methenym? Pamiętam moment, kiedy po raz pierwszy usłyszałam jego muzykę. Było to stosunkowo późno. Byłam na pierwszym roku studiów i wraz ze znajomymi przygotowywaliśmy się do egzaminu. Nieopatrznie ktoś puścił płytę Pata. Do rana niczego się nie nauczyliśmy, słuchaliśmy tej muzyki jak objawienia. Od tej pory stałam się maniakalną fanką Pata. Mam wszystkie jego płyty, a gdy przyjeżdżał do Polski, chodziłam na jego koncerty, nawet dwa razy w ciągu jednej jego wizyty. Czyli marzenie o współpracy z mistrzem się spełniło. Kto teraz jest na celowniku? 10

„Zawód muzyka uczy pokory”

P

rzed i po koncercie w koszyckim teatrze „Thalia” podczas Dni Kultury Polskiej przed garderobą Anny Marii Jopek czekało kilku przedstawicieli słowackich mediów. Pewna dziennikarka była zniecierpliwiona, denerwowała się, że menedżerka artystki przetrzymuje ją pod drzwiami: „Jakbym czekała na jakąś gwiazdę!” Razem z Ulą Szabados (obie czekałyśmy na wywiad) spojrzałyśmy na siebie i uświadomiłyśmy panią, że czeka na gwiazdę! Inni, na moje pytanie, skąd znają Annę Marię, spogladali na mnie zdziwieni i z wyższością stwierdzali, że każdy szanujący się dziennikarz muzyczny powinien znać taką artystkę! Po czym wymieniali między sobą informacje z życia Anny, „rzucali” datami ważniejszych koncertów i nagrań. Wreszcie, po koncercie i kilku spotkaniach Anny z fanami, się doczekałam! Było już grubo po pierwszej w nocy, gdy drzwi garderoby się uchyliły. Przed lustrem siedziała krucha istota. Gdy zaczęła mówić, okazało się, że doskonale wie, czego w życiu chce! Jest mnóstwo osób, które wielbię. A z którymi chciałaby Pani współpracować? Jest parę takich osób, ale nie chcę wymieniać nazwisk. Bywają marzenia, które są tylko marzeniami, nie wszystkie muszą się spełnić. One popychają nas do przodu, bo bardzo często mobilizują do rozwoju, by nad sobą pracować, być lepszym. Jeśli się spełniają, to jest to rodzaj nagrody. Trzeba mieć jednak dużo pokory, żeby zrozumieć, że nie wszystko możemy w życiu dostać, bo to by było wyjątkowo demoralizujące. Wydaje mi się, że ja już jestem na to za dorosła i zbyt wiele rzeczy przeszłam, żeby tej prawdy nie znać. A jednak wiele rzeczy się Pani udaje, towarzyszą Pani polscy muzycy z najwyższej półki… To wielkie szczęście. Często bywało tak, że ktoś do mnie pierwszy wyciągnął rękę, na

przykład Henryk Miśkiewicz, który zaprosił mnie do nagrania swojej płyty. Potem nawet mi się nie mieściło w głowie, że przyjmie propozycję grania w moim zespole. A jednak zgodził się na to! Jest Pani otoczona samymi mężczyznami. Czy to znaczy, że nie ma w Polsce kobiet, z którymi chciałaby Pani współpracować? Moje menedżerki to kobiety. Kobiety robią fantastyczne rzeczy, ale wśród instrumentalistek nie znajduję wielu takich, które mogłyby dorównać naszym chłopakom z zespołu. Nie ukrywam, że zawsze moim marzeniem było grać ze znakomitym zespołem. W jakim stopniu gusta muzyczne Pani męża wpłynęły na Pani upodobania? W ogromnym. Długie lata byłam fanką jego audycji muzycznych, zanim go w ogóle poznałam. O wielu rzeczach dowiadyMONITOR POLONIJNY


wałam się z radia. W sprawach muzycznych ma wyrobione swoje zdanie i nikt go w tej kwestii nie jest w stanie „urobić”. Mimo że teraz generalnie rządzą playlisty, on nadal gra to, co lubi i w co wierzy. Mówi to Pani z podziwem, ale przecież wybrała Pani podobną drogę… Skoro mam cudownych słuchaczy, myślę, że playlisty do niczego mi nie są potrzebne. A czy Pani w jakiś sposób kształtuje upodobania muzyczne męża? Myślę, że się docieramy. Polska muzyka ludowa to dziedzina, o której Marcin

miał mniejsze pojęcie, powoli staje się jej orędownikiem. Mogłam się też z nim podzielić swoimi klasycznymi doświadczeniami i miłością do wielu dzieł, na które Marcin akurat nie natrafił. Muzyka klasyczna to wieki spuścizny i nawet 17-letnie studia, które ja przeszłam, nie są w stanie dać oglądu wszystkiego. To jest zaledwie wierzchołek góry lodowej. Podejmuje Pani wyzwania, śpiewając standardy jazzowe. To odważne, bo trzeba słuchaczowi zaoferować coś nowszego niż te znane wersje. Uważa Pani, że się to Pani udało?

Dzisiaj pewnie bym tego nie zrobiła. Dlaczego? Płyta Szeptem ze standardami jazzowymi to moja pierwsza płyta nagrana jeszcze przed Ale jestem, choć została wydana później. Chyba nie chce Pani powiedzieć, że to pomyłka? Staram się nie wracać do moich płyt, bo nie mogę ich słuchać. Po przesłuchaniu jednej z nich, stwierdziłam, że byłam beznadziejna. Poszłam więc do wytwórni, prosząc, żeby ją wycofali z obiegu. Zgodzili się? Popukali się w głowę. Marcin uświadomił mi, że to mnie powinno cieszyć, a nie martwić, bo to oznacza rozwój. Powinnam to potraktować jak stare zdjęcie z wakacji, w które się już nie ingeruje. Czy to oznacza, że standardów w Pani wykonaniu już nie usłyszymy? Nie wiem. Kiedy nagrywałam Szeptem, wszyscy sięgali po angielskie standardy i udawali, że są Ellą Fitzgerald. A my mamy tak piękne piosenki, które napisały dzieje. Wystarczyło je odkurzyć. Od momentu, kiedy zaśpiewałam Szeptem, w Polsce stały się popularne polskie standardy i to mnie cieszy. Co w takim razie Pani przygotowuje na ten rok? W przygotowaniu są dwie płyty. Jedna już całkowicie skończona, ale czeka w „Universalu” w Londynie na „odpalenie”, podobnie jak Boeingi na lotnisku Heathrow. Tam jest ogromny tłok wydawniczy, planowanie sięga pół roku, więc może wyjdzie w maju.

STYCZEŃ 2005


A w Polsce? Od stycznia nagrywamy moją autorską płytą z moimi i Marcina piosenkami. Pewnie wyjdzie na wiosnę. Czy znajdą się na niej klimaty ludowe, które Pani odkrywa na nowo przed polską publicznością? Na pewno. Piszę, inspirując się muzyką ludową, która ma fascynujące skale, niepodobne do niczego innego na świecie. To jest kopalnia inspiracji! Jakiej wielkości jest Pani gwiazdą? Nie odczuwam gwiazdorstwa, to kwestie wykreowane

przez media, żeby ludzie mogli marzyć. W polskich realiach wygląda to zupełnie inaczej. Każdy z nas żyje normalnie, chodzi do warzywniaka, odprowadza dzieci do przedszkola i płaci rachunki, czasami spóźnione, i jest pouczany przez panie urzędniczki. Co niesie ze sobą zawód muzyka? Muzyk przez całe życie się doskonali. Jednego dnia można mieć wspaniałą inspirację i być znakomitym na scenie, a drugiego dnia mieć pustkę w głowie albo chociażby katar. Zawód muzyka uczy pokory. Podobnie jest z wodą, którą bie-

rzemy w ręce, a której nie możemy zatrzymać, bo przecieka przez palce. W muzyce jest tak: jeżeli instrumentalista nie ćwiczy, nie trzyma formy w palcu, to nie jest w stanie wyartykułować na instrumencie swoich myśli, ponieważ one muszą być poparte pewną dyscypliną ciała. Muzyk to bardzo wymagający zawód. A sukces komercyjny? Nie jestem w stanie tego usytuować w polskich warunkach. Dla artysty, który powinien być osobą o większej wrażliwości niż przeciętny obywatel, świadomość, że sypie się co drugi szpital polski, że prawie każda

Nie tylko Mozart w nowej wersji „A

rtystka, która zaraz przed państwem wystąpi, prosiła mnie o dwie rzeczy: żeby powiedzieć, że śpiewa jazz, pop i muzykę ludową oraz żeby więcej o niej nic nie mówić”. W ten sposób zwrócił się do publiczności w koszyckim teatrze „Thalia” Gabriel Horal – organizator Festiwalu Wyszehradzkiego, który we współpracy z naszymi rodakami w ramach Dni Kultury Polskiej przygotował koncert Anny Marii Jopek. Pierwszy raz na Słowacji! Pełna sala widzów oczekiwała na gwiazdę wieczoru, która na podium weszła po godzinie 23.00 (przedtem występowały grupy słowacka, czeska i węgierska), a wraz z nią polscy muzycy jazzowi z najwyższej półki: Paweł Zarecki – instrumenty klawiszowe, Marek Napiórkowski – gitary, Henryk Miśkiewicz – saksofon, Robert Kubiszyn – kontrabas, Marek Konrad – perkusja. Ci widzowie, którzy nie znali do tej pory naszej artystki, musieli być zaskoczeni, że w młodej i drobnej osóbce drzemie taki temperament, że posiada olbrzymią siłę głosu, którym umiejętnie pracuje. Podczas koncertu z przyjemnością wysłuchałam nowych interpretacji utworów grupy „The Beatles”, ale i ciekawych aranżacji utworów

Mozarta - po łacinie. Taki pomysł! Mozart w nowej wersji! Po plecach przebiegały ciarki, a jednocześnie rodził się podziw dla wysublimowanych dźwięków, które słyszeliśmy w wykonaniu Anny Marii. Utwory nostalgiczne przeplatały się z żywszymi taktami inspirowanymi muzyką ludową, a ciekawe występy solowe na saksofonie w wykonaniu Henryka Miśkiewicza czy gitarowe w wykonaniu Marka Napiórkowskiego potwierdziły jednoznacznie, że mamy do czynienie z najlepszymi. Były też utwory z płyt „Bosa” i „Jasnosłyszenie”. Anna Maria nawiązała kontakt z publicznością, przemawiając na początku po słowacku (przygotowany tekst przed koncertem), później


FOTO: STANO STEHLIK

FOTO: STANO STEHLIK

Dominika Gregušková, Marysia Kosiniak-Ka- Uczestnicy konkursu „Moje mysz, Kasia Bieniek - wyróżnione autorki zwierzątko“ otrzymali upominki prac w konkursie „Moje zwierzątko“ Agata Ferszterová Również my, jako Redakcja, za udział chcieliśmy przyznać swoje wyrów konkursie żnienia oraz przypomnieć, choć „Szukamy swoich może trochę nieskromnie, iż polskich korzeni“ „Monitor Polonijny” w ciągu miotrzymała dyktafon nionego roku także nagradzał z odtwarzaczem i oceniał. Zacznijmy od najmłodMP3 szych czytelników. W 2004 r. odbyły się dwa konkursy skierowane do dzieci i młodzieży: „Moje zwierzątko” oraz ,,Szukamy swoich polskich korzeni”. Nagrody rzeczowe otrzymały, dzięki życzliwości Wydziału Konsularnego, Dominika Gregušková, Marysia Kosiniak-Kamysz, Kasia Bieniek oraz Agata Ferszterová (pozostali uczestnicy konkursu zostali nagrodzeni upominkami). Z kolei dzięki pomocy pana konsula Andrzeja Kalinowskiego, udało się uzyskać bilety lotnicze, które rozlosowano wśród prenumeratorów naszego pisma, biorących udział w ankiecie czytelniczej - do Barcelony poleciała pani Iwona Galvanek z mężem. Jednakże najważniejsze wyróżnienia, które Redakcja przyznała, mają symboliczny charakter. Serce z piernika za życzliwość i pomoc w promocji czasopisma otrzymała pani Danka Wieczorek, a pan konsul Wojciech Biliński - ,,Anioł Stróż” naszego czasopisma - figurkę anioła. W IMIENIU REDAKCJI MAJKA KADLEČEK

Danka Wieczorek otrzymała serce z piernika

Joasia Szabo dostała upominek podczas spotkania mikołajkowego w Nitrze

FOTO: STANO STEHLIK

FOTO: DOMINIK GREGUŠKA

MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

oniec roku jest czasem, kiedy najczęściej podsumowujemy, wartościujemy i oceniamy. W tym okresie redakcje, kapituły, towarzystwa i kluby przyznają nagrody, ogłaszają swoich „naj-” sportowców, dziennikarzy, polityków.

FOTO: STANO STEHLIK

zdecydowała się na język angielski, by na koniec stwierdzić, że i tak najlepiej ją rozumie słowacka publiczność, gdy mówi do niej po polsku. Ponad godzinny koncert tak bardzo spodobał się zgromadzonym, że muzycy wychodzili dwukrotnie na scenę, by bisować (poprzednicy bisowali tylko raz). W zimową atmosferę wprowadzili nas piosenką „Na całej połaci śnieg” (którą kiedyś nagrała w duecie z Jaremim Przyborą). Muzycy zgodnie robili tło, szepcząc w słowackiej wersji „sneh, sneh”. Przed drugim bisem artystka zapowiedziała występ Henryka Miśkiewicza w niecodziennej roli: „Proszę państwa, zwracam waszą uwagę na grę na instrumentach perkusyjnych – pudełko tick-tacków – tylko dwie kalorie”. Cóż, ani nam, Polakom, ani słowackiej publiczności nie chciało się iść do domu. Muzyka naprawdę dodaje skrzydeł!

„Monitor“ przyznał nagrody K

FOTO: STANO STEHLIK

szkoła wymaga doinwestowania, że panuje bieda, odnoszenie oszałamiających sukcesów finansowych jest czymś, co jest trudne do dźwignięcia. Od razu rodzi się pytanie, ile się da ocalić za te pieniądze. Cieszę się, że nasze kariery są trudne, na miarę tego jak wygląda rzeczywistość. Mam poczucie, że nie jestem szczególnie lepsza, ale mam tyle, na ile sobie w danym momencie zapracuję. Żyję tak samo, jak inni: biegam za dziećmi, wciąż jestem niedospana, szukam kremów, które są w stanie zatuszować moje cienie pod oczami. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, KOSZYCE

Iwona Galvanek z mężem stała się szczęśliwą posiadaczką biletów lotniczych


SYMETRIA osudov

imaginárneho sveta ktorý má s realitou súčasnosti pramálo spoločné. Bestsellerový román Katarzyny Grocholi pretransformovaný na filmové plátno za pomoci scenáristky Ilony Łepkovskej je márnym pokusom zobraplynul práve rok čo sa stretávame na stránkach rubriky Kino – oko zenia peripetií súčasnej emancia ja v kútiku duše verím, že jej budete naklonení aj v novom roku. povanej ženy. Príbeh redaktorky Koniec roka býva prevažne bilancovaním toho uplynulého, ale aj ženského časopisu Judyty (Dodobrou tradíciou prehliadok filmového umenia. rota Stenka), ktorú opustil manžel, sa začína rozvodovým Aj tentokrát zorganizoval Poľ- bojný hrdina veľmi ťažko znáša procesom. Judyta sa snaží svoj ský inštitút v Bratislave v spolu- súžitie s delikventmi ako aj úplnú život usporiadať od začiatku práci so Slovenským filmovým absenciu intimity. Napriek poni- a predovšetkým čo najskôr. Ako ústavom a Asociáciou filmových žujúcim okolnostiam a neustá- čarovným prútikom sa jej darí klubov prehliadku pod názvom: lym konfliktom so spoluväzňami, postaviť dom na vidieku, získať Súčasný poľský film. Konala sa snaží sa zachovať si zmysel pre peniaze, nájsť životného partnev dňoch 18. – 21. novembra 2004 ľudskú dôstojnosť, nestratiť vlast- ra, urobiť kariéru v práci a výv kinosále FKIC.Sk v Bratislave. nú identitu. Jeho zážitky degra- chovu dospievajúcej dcéry Tosi Predstavilo sa nám päť celovečer- dujúce osobnosť sú vyjadrené (Joanna Jabłuczynska – známa zo ných hraných filmov. Úvodom drsnou autenticitou prostredia seriálu Na Wspólnej) zvláda bez sme mali možnosť zhliadnuť a stávajú sa pádnym argumen- akýchkoľvek problémov. Všetko snímku rež. Konrada Niewol- tom pre diskusiu o stave súčas- je tak dokonalé a sterilné, až sa skeho „Symetria“. Režisér debu- ného väzenstva v Poľsku. Silný stáva nestráviteľným. Plytkosť toval v roku 2002 filmom z prost- prežitok z filmu zvýrazňuje štyli- scenára umocňujú naivné puberredia drogovo závislých ľudí zovaná kamera Arkádiusza tálne dialógy zrelých žien v rozD.I.L., za ktorý získal hlavnú cenu Tomiaka a klaustrofobicky pôso- hovore s priateľkou Ulou na prvom festivale ne(Joanna Brodzik). závislého filmu v GdyPreexponované ni. Impulzom pre napohľadnicové scekrútenie Symetrie nérie nepridali na (2003) mu bol osobný kredite kameramazážitok z pobytu vo vyna Tomásza Došetrovacej väzbe. Príbrowolského ani beh podľa vlastného teatrálne herecké scenára začína v čase, výkony hlavných kedy na 26-ročného neprotagonistiek zamestnaného Lukáša neurobili film vie(Arkádiusz Detmer) je ruhodným. I napriuvalená väzba za preek diváckemu úspad. Nakoľko nemá alipechu v Poľsku Nezamestnaný Lukáš bi (do kina chodí pre(1,5 milióna divá(Arkádiusz Detmer) vo väzbe važne sám), v jeho kov) ide o nepodaneprospech rozhodla rok pri ktorom výpoveď dementnej starenky, biaca hudba Michala Lorenca. z plátna priam trčí faloš a gýč. ktorá ho označila ako páchateľa. V postavách spoluväzňov typovo Bohužiaľ ďalšia premárnená šanNáhle sa ocitá v cele so šiestimi zaujali Andrzej Chyra a Borys ca prezentácie zaujímavej ženmužmi podozrivými zo zločinov Szyc. Dobrý štýlovo čistý film skej témy. O filmoch, ktoré najviv afekte. Advokát, ktorého si z nevľúdneho väzenského prost- ac zaujali publikum, v budúcom najala matka Lukáša, sa márne redia. Druhým v poradí bol pro- čísle. Do pozerania Váš pokúša ospravedlniť svojho dukt rež. Ryczarda Zatorského PAVOL BEDROŇ klienta. Inteligentný ale neprie- „Nikdy w życiu!“ z úplne iného

U

14

MONITOR POLONIJNY


„Zima wasza, wiosna nasza“ K

iedy w 1984 roku przeprowadzono badania socjologiczne, dotyczące oceny przez społeczeństwo zasadności stanu wojennego, za „słuszne“ uznało go 56 procent ankietowanych. Taki sam wynik dały badania przeprowadzone w 1991 roku. Wyniki te odzwierciedlały głębię podziałów w społeczeństwie. Na ich podstawie mówiono nawet o istnieniu w Polsce dwu narodów, różniących się świadomością i systemem wartości. Stan wojenny najdotkliwiej odczuli mieszkańcy wielkich miast, przede wszystkim robotnicy i inteligencja, w najmniejszym stopniu dotknął on mieszkańców małych miasteczek i wsi. Ludzie związani z „Solidarnością“, osoby wykształcone, młodzież nie mogli uznać go za „słuszny“, natomiast znacznie łatwiej akceptowały go osoby związane z władzą, apolityczne bądź starsze, oczekujące od „prawa“ stanu wojennego określonej stabilizacji życia codziennego. Stosunek do stanu wojennego determinował zachowanie się społeczeństwa. Jego część zeszła do podziemia. „Solidarność” wprowadzeniem stanu wojennego została zaskoczona. Jedynie we Wrocławiu miała opracowaną instrukcję dotyczącą zachowania się na wypadek delegalizacji związku - tam też udało się przed 13 grudnia 1981 roku podjąć i ukryć 80 milionów złotych, co wyraźnie przyczyniło się do tego, że STYCZEŃ 2005

TO WARTO WIEDZIEĆ właśnie Wrocław stał się silnym ośrodkiem oporu, że tam najwcześniej rozwinęły się podziemne struktury „Solidarności”, mające, co ważne, łączność z zakładami pracy. Krajowy Komitet Strajkowy, założony w ową pamiętną noc grudniową przez tych członków Komisji Krajowej Solidarności, którzy nie zostali ujęci przez Służbę Bezpieczeństwa, szybko został rozbity po stłumieniu strajku w Stoczni Gdańskiej. „Solidarność” została bez większości swych przywódców, bez środków łączności, bez wypracowanych wcześniej jednolitych instrukcji postępowania w takiej sytuacji. Każde więc środowisko związkowe działało na własną odpowiedzialność. Ruch oporu był spontaniczny i rodził się oddolnie. Różnorodne też były jego formy: od brutalnie tłumionych strajków

i manifestacji po tworzenie pierwszych pism podziemnych i pomoc materialną dla internowanych. Każdego 13 dnia miesiąca w wielu zakładach pracy odbywały się krótkie manifestacyjne strajki, wieczorami stawiano w oknach świece, na murach domów malowano hasła lub choćby tylko zakazane słowo „Solidarność“, wiele kobiet nosiło żałobną biżuterię, której tradycja sięga powstania styczniowego, a młodzież wpinała w ubrania oporniki elektryczne. Nie utrzymywano kontaktów z osobami, które angażowały się po stronie reżimu, w czasie wznowionych przedstawień teatralnych wygwizdywano aktorów popierających władzę, a literatom kolaborującym z nią masowo zwracano książki. Przeciwni stanowi wojennemu twórcy kultury oraz aktorzy bojkotowali telewizję, będącą główną reżimową tubą propagandową. Nie powiodła się natomiast próba budowania „od góry“ podziemnych struktur „Solidarności”; powstały w styczniu 1982 roku Ogólnopolski Komitet Oporu (OKO), deklarujący wzięcie na siebie obowiązku kierowania działalnością konspiracyjną w całym kraju, szybko zakończył swą działalność. Rozrastały się natomiast oddolne ogniwa konspiracji, tworzone przez małe grupki ludzi osobiście się znających i wzajemnie darzących zaufaniem, w zakładach pracy powstawały tajne komisje związkowe. Ogromną rolę odegrały tajne zespoły gazetek podziemnych, które szybko stały się masową formą konspiracji. W obrębie poszczególnych miast powstawały siatki porozumień między zakładami pracy. Pierwszy podziemny Regionalny Komitet Strajkowy powstał we Wrocławiu, a na Władysław Frasyniuk jego czele stanął Władysław Frasyniuk, któremu udało się uniknąć internowania. Później formowały się władze podziemnej „Solidarności” w innych regionach, głównie w Krakowie, Warszawie i Gdańsku. W kwietniu 15


1982 roku powstał ogólnopolski ośrodek kierowniczy pod nazwą Tymczasowa Komisja Koordynacyjna (TKK). Tworzyli go przywódcy najlepiej zorganizowanych regionów: Władysław Frasyniuk reprezentował „Dolny Śląsk“, Zbigniew Bujak „Mazowsze“, Bogdan Lis „Gdańsk“, a Władysław Hardek „Małopolskę“. Deklaracja TKK mówiła o perspektywie walki o kompromis z władzą, o podjęciu działań zmierzających do przywrócenia praw obywatelskich, w tym prawa do działalności „Solidarności”, wyraźnie podkreślano w niej, że rozwiązanie problemów „jest niemożliwe bez podjęcia rozmów między władzą i społeczeństwem“. Hasło sformułowane w pierwszych dniach stanu wojennego przez ludzi „Solidarności”– „Zima wasza, wiosna nasza“ – miało być realizowane od maja 1982 roku. „Nasza wiosna“ rozpoczęła się od zorganizowania 1 maja w kilku miastach manifestacji robotniczych, równoległych do tych, które organizowały władze. Brak gwałtowniejszych reakcji sił reżimowych ośmielił do dalszych działań. W dniu 3 maja, po mszach świętych w kilkunastu polskich miastach ruszyły wielotysięczne pochody. Tym razem reakcja była brutalna. Warszawa, Kraków, Gdańsk, Szczecin, Lublin i Elbląg – to miasta, w których doszło do wielogodzinnych starć manifestujących z milicją. Wiele osób odniosło rany, a ponad 1300 zatrzymano. W dniu 13 maja w kilkudziesięciu zakładach pracy przebiegły 15 minutowe strajki oraz spontaniczne manifestacje w kilku miastach. „Solidarność” dała świadectwo swego istnienia także w półrocze ogłoszenia stanu wojennego – 13 czerwca; w większości miast ograniczono się do udziału w mszach świętych „za ojczyznę“ i składania kwiatów. Do burzliwych demonstracji i starć z ZOMO doszło jedynie w Gdańsku, Wrocławiu i Nowej Hucie. Oczekiwane po majowo-czerwcowych 16

manifestacjach ustępstwa reżimu nie nastąpiły, a zaostrzone represje wobec uczestników demonstracji i strajków osłabiały działanie „Solidarności” w zakładach pracy. Podzieliły też działaczy podziemia na umiarkowanych i radykalnych. Tymczasowa Komisja Koordynacyjna w oczekiwaniu na zmianę polityki władz zawiesiła do 22 lipca wszelkie akcje protestacyjne. Milczenie władz spowodowało, ze pod koniec lipca zareagowała wezwaniem do pokojowych manifestacji ulicznych na terenie całej Polski w dzień drugiej rocznicy podpisania porozumień sierpniowych. Dnia 31 sierpnia w 66 miejscowościach całego kraju odbyły się największe w dziejach PRL

manifestacje uliczne, w których wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy osób. Najburzliwszy przebieg miały one w Warszawie, Nowej Hucie, Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku, Gdyni i Lublinie. Przeciw manifestującym stanęły oddziały bojowe milicji, mające nie tylko działka wodne, gaz łzawiący, długie pałki, ale także ostrą broń. Reżim był zdecydowany zdławić opór, nie licząc się z ofiarami. W tym dniu 5 osób zabito, setki raniono, ponad 3600 zatrzymano. Władze swej polityki nie korygowały, a 8 października zdelegalizowały dotąd zawieszoną „Solidarność”. Osłabiony represjami związek odpowiedział na to spontanicznymi manifestacjami. Większe protesty odbyły się w Gdańsku, Nowej Hucie i we Wrocławiu. Wszędzie zostały one brutalnie stłumione przez milicję, a w Nowej Hucie zastrzelono jednego z protestujących robotników. Niepowodzeniem skończyła się też podjęta przez Tymczasową Komisję Koordynacyjną próba zorganizowania 10 listopada czterogodzinnego strajku powszechnego na znak protestu przeciw delegalizacji związku. Krótkie strajki odbyły się tylko w 28 zakładach pracy, a poważniejsze demonstracje jedynie we Wrocławiu, Nowej Hucie i Warszawie. Władze były nieustępliwe, a aparat represji silny. Struktury podziemne nie były już w stanie mobilizować tysięcy ludzi do protestów. Determinacja społeczeństwa wobec braku efektów manifestacji majowo-czerwcowych i sierpniowych osłabła. Swoją rolę odegrały czystki w zakładach pracy, liczne zwolnienia ludzi związanych z „Solidarnością”, a także kolejne aresztowania. I chociaż w 1983 roku dochodziło jeszcze do manifestacji ulicznych, jasne już było, że dynamika czynnego oporu się wyczerpała, a dominującą formą trwania „Solidarności” miało stać się „społeczeństwo podziemne“. Na „wiosnę naszą“ trzeba było jeszcze poczekać, ale nie czekano z założonymi rękami. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK MONITOR POLONIJNY


W gąszczu historii prawdziwych (1) „W

szyscy wspominają. To jakiś obłęd“ – mówi Jerzy Gruza, dołącza do „obłąkanych“ i zaczyna wspominać. To lakoniczne konstatowanie Gruzy doskonale odzwierciedla popularność literatury wspomnieniowej w Polsce. Półki księgarń uginają się pod niezliczoną BLIŻEJ ilością wspomnień, pamiętników czy korespondencji. POLSKIEJ KSIĄŻKI Czytelnik zainteresowany tego typu literaturą nie może skarżyć się na brak możliwości wyboru. Wspominają kobiety i mężczyźni, aktorzy i reżyserzy, filmowcy i statyści, lwowianie i warszawianie, gwiazdy, których blask nie gaśnie, i gwiazdeczki jednego sezonu. Spróbujmy więc zorientować się chociaż trochę w owym gąszczu wspomnień. Wśród literatury w s p o m n i e n i ow e j największą popularnością cieszą się historie rodzinne. Wystarczy przypomnieć, jak nie tak dawno wielką furorę w Polsce zrobiła książka W ogrodzie pamięci Joanny Olczak Roniker, wnuczki znanego wydawcy Jakuba Mortkowicza, przedstawicielki imponującej kulturalnymi dokonaniami zasymilowanej rodziny żydowskiej. W 2003 roku ukazała się inna saga rodzinna, która wywołała ogromne zainteresowanie czytelnicze. Saga o tak niezwykłych ludziach, jak przedstawiciele utalentowanego rodu Słonimskich. Pięknie wydana Saga rodu Słonimskich to gruby tom zawierający cztery teksty dziennikarskie o różnych przedstawicielach rodziny, drukowane w „Gazecie Wyborczej“, wplecione w bogatą opowieść biograficzną całego rodu, napisaną przez Janinę Kumaniecką. Najobszerniej w tej książce STYCZEŃ 2005

prezentowana jest postać Antoniego Słonimskiego, poety, ciętego i dowcipnego autora Kronik tygodniowych, symbolu walki z komuną na słowa, gesty i postawy. Inni wybitni i utalentowani przedstawiciele rodu Słonimskich, o których w tej książce mowa, to sławny, ekscentryczny dyrygent i muzykolog Nicholas, profesor Piotr Słonimski, dyrektor paryskiego Centrum Genetyki Molekularnej, doktor honoris causa czterech światowej sławy uniwersytetów, który wytyczał drogi światowej terapii genowej. Mowa też o pradziadzie rodu Abrahamie Sternie, prawowiernym Żydzie, który w jarmułce i chałacie stał się członkiem Towarzystwa Warszawskiego Przyjaciół Nauk, o jego zięciu Chaimie Zeligu Słonimskim, astronomie, elektroniku i człowieku pióra. Książka przybliża też sławnych Słonimskich mieszkających i działających w Rosji, np. Siergieja, kompozytora z Sankt Petersburga. Kobiety w tym rodzie nie dorównywały talentem męskim przedstawicielom; odgrywały bądź rolę aniołów opiekuńczych swych mężów, bądź potworów i megier.

W połowie 2004 roku ukazała się saga rodzinna rozgałęzionej, słynnej rodziny Toeplitzów, rodziny, która weszła do polskiej historii obok takich prominentnych rodów żydowskich jak Bergsonowie, Kronenbergowie, Olgelbrandowie czy Wawelbergowie. Książka Rodzina Toeplitzów została napisana przez Krzysztofa Teodora Toeplitza (znany KTT). W tej ogromnej rodzinie znaleźli się i kupcy, i uczeni, społecznicy i politycy. Toeplitzowie to rodzina Żydów oświeconych, w pełni zasymilowana, utożsamiająca się z Polską, w której względy religijne nie były najważniejsze. Pierwszym, który przybrał nazwisko Toeplitz (od czeskiej miejscowości Cieplice), był w XVIII wieku rabin z Leszna Jehuda Leib ben Lippman. Później zdarzały się w tej rodzinie i chrzty, i śluby z katoliczkami. Całkowicie wrośnięty w kulturę polską był znany przemysłowiec z branży cukrowniczej i bankier Henryk Toeplitz, współzałożyciel Banku Handlowego, dyrektor kolei żelaznej, członek warszawskiej Rady Miejskiej, który, co równie ważne, prowadził słynny salon artystyczno-literacki. Był mecenasem wielu polskich artystów, m. in. Stanisława Moniuszki, którego namówił do dopisania baletu do I aktu „Halki“, finansował jego podróż do Paryża, a potem nawet sponsorował kształcenie jego syna. Toeplitzowie to rodzina równie rozległa, co żywotna, a dzięki zaletom intelektu silnie osadzona w Polsce. Przypomnijmy tu choćby prof. Jerzego Toeplitza, współtwórcę słynnej łódzkiej szkoły filmowej. Rodzina o tradycjach pozytywistycznych, silnie powiązana z tradycjami polskiego socjalizmu. To właśnie dziadek autora, Teodor, był znanym działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej, jednym z twórców socjalizmu żoliborskiego, który na warszawskim Żoliborzu ma dziś swoją ulicę. Książka Rodzina Toeplitzów ma równe szanse na czytelniczy sukces, co wspomniane wyżej dwie sagi 17


rodzinne, a tego kto po nią sięgnie, pochłonie nie tylko historia tej wyjątkowej rodziny, ale ponadto podziwiać będzie mógł ogromną ilość zachowanych dokumentów, fotografii, portretów i innych materiałów ikonograficznych. Skoro o sagach rodzinnych mowa trzeba też wymienić wspomnienia Matyldy z Windisch-Graetzów Sapieżyny zatytułowane My i nasze Siedliska, wydane w 2003 roku. Ich lektura wymaga jednak czasu. Ten ponad liczący ponad 800 stronic tom wspomnień napisała autorka po II wojnie światowej przede wszystkim na podstawie dziennika, który zaczęła prowadzić od czasu swego ślubu w 1893 roku. Autorka, córka Austriaka i Węgierki, spowinowacona z licznymi rodami arystokratycznymi Europy, poślubiła Pawła Sapiehę, ziemianina polskiego i działacza politycznego, spolonizowała się nie tylko w znaczeniu językowym, ale i w sensie kulturowym. Znała koronowane głowy, papieży i mężów stanu, a brat jej męża był najpierw biskupem krakowskim, a potem kardynałem. Jej wspomnienia to historia ziemiańskiej rodziny, napisana z niebywałą wyrazistością i troską o szczegóły. Wytrwały i zainteresowany czytelnik zyska dzięki tej lekturze wgląd w świat wypadków historycznych i wartości pewnej warstwy społecznej, żyjącej na określonym terytorium, oraz w świat umysłu i serca kobiety nieprzeciętnej. Pozna dziesiątki postaci wybitnych, znanych i historycznych, wywodzących się z kilku narodów, m.in. Węgrów, Polaków, Austriaków, Niemców. Z gąszcza literatury wspomnieniowej wybraliśmy sagi rodzinne, które warto przeczytać, ale już dziś miłośnikom historii prawdziwych obiecujemy, że w kolejnym odcinku rubryki o polskich książkach do literatury memuarowej powrócimy. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK 18

Uśmiechem

Co u nich

N

słychać?

zetrzeć łzy

iektóre historie z życia wzięte nadawałyby się na scenariusz filmowy. Perypetie ludzkie o to bardziej zasługują na uwagę, jeśli w obliczu przeciwności losu dana osoba potrafi wyjść z nich z uśmiechem na twarzy. Do takich osób niewątpliwie należy Renata Straková, której życie nie rozpieszczało, ale, jak sama mówi, niczego w życiu nie żałuje. Jest szczęśliwa i nigdy nie zamieniłaby swojej rodziny na inną.

Polka ze Słowakiem w Bułgarii Chciała studiować biologię molekularną, bliscy sugerowali jej, że powinna iść na medycynę, a nauczyciel muzyki widział ją w roli śpiewaczki. Wybrała ogrodnictwo w dalekim, egzotycznym Plovdivie. Tam poznała męża – Słowaka. „Połączyło nas zamiłowanie do turystyki, a ponieważ Bułgaria to przepiękne góry, wszystkie weekendy spędzaliśmy na pieszych wycieczkach” - wspomina po latach Renata. Pobrali się, a potem, jeszcze na studiach w Bułgarii, urodziła im się córka. „Werusia była pupilkiem międzynarodowej ekipy studentów mieszkających w akademiku” - opowiada Renata. Po skończeniu studiów zamieszkali w Nowym Mieście nad Wagiem, gdzie mąż Renaty podjął pracę w spółdzielni rolniczej, Renata pracowała przy uprawie i przetwarzaniu chmielu. „Nauczyłam się sadzić chmiel, poznałam cały proces produkcji piwa. To ciekawe doświadczenie” – ocenia.

Rodzina nade wszystko Cztery lata po narodzinach córki przyszedł na świat syn Łukasz. „Do roku był postrzegany

jako zdrowe dziecko, ale gdy zaczął chodzić, zauważyliśmy, że jest słaby, powoli stawia kroki” opisuje Renata. Zaczęły się badania, wyjazdy do klinik w Budapeszcie, do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, do znachorów. „Żaden rodzic nie pogodzi się z tym, że nie może pomóc swojemu dziecku” - komentuje nasza bohaterka. „Najpierw były trzy diagnozy, potem już wiedzieliśmy, że to zanik mięśni i dziecko będzie musiało korzystać z wózka“. Do piatego roku życia syn poruszał się samodzielnie. „Powiedziano nam, że to dziedziczne, ale nikt w rodzinie nie był chory“ - opisuje Renata. „Sądzę, że na chorobę Łukasza mógł mieć wpływ wybuch elektrowni w Czernobylu, byłam wtedy w piątym miesiącu ciąży i odwiedziłam moją rodzinę w Polsce. Wtedy mogło dojść do zmian genetycznych”. W takich sytuacjach medycyna jest bezradna. W tym też czasie państwo Strakovie przeprowadzili się do Trenczyna. „Zamieszkaliśmy w tej samej dzielnicy, co moi teściowie. Teściowa, moja największa przyjaciółka, bardzo nam pomagała“. Ich życie przewróciło się do góry nogami. Mieszkanie dostosowali do potrzeb syna - zamontowali podnośniki w sypialni, w łazience. Nagle zobaMONITOR POLONIJNY


czyli, z ilu barier składa się świat i jak trudno jest je pokonywać na wózku. „Teraz wszyscy moi bliscy obserwują świat pod kątem Łukasza i dzwonią do mnie z informacjami, gdzie jest odpowiedni dojazd na plażę, gdzie są podjazdy, dokąd możemy pojechać na wakacje” - opisuje Renata. „Nawet wózek elektryczny, który Łukasz dostał w wieku 15 lat, musieliśmy kupować pod kątem rozmiarów windy u nas w bloku – jego rozmiar dopasowany jest prawie co do milimetra“. Te kosztowne rozwiązania (wózek elektryczny sięga ceny małego samochodu!) pozwalają Łukaszowi na

dziej zbliżyła do siebie“ – mówi, kryjąc wzruszenie. Ona wie, że w takich okolicznościach dochodzi do swoistego sprawdzianu miłości i jako przykład podaje rodziny znajomych dotknięte chorobą swoich dzieci, które rozpadały się po latach.

Co może robić na Słowacji Polka po studiach w Bułgarii? Renacie życie przyniosło wiele możliwości pracy, a ponieważ nigdy nie bała się ryzyka, podejmowała wiele wyzwań. Pracowała jako zwykły robotnik w ogrodnictwie. „Kierownictwu

Spotkanie przy „polskiej kawce“

przeszkadzało to, że jestem inżynierem. Bali się, że może będę aspirować do wyższego stanowiska, ale ja chciałam po prostu robić to, co lubię“ - opisuje. Pracowała w Domu Opieki Społecznej, jako rehabilitantka w przedszkolu z dziećmi niepełnosprawnymi, prowadziła szkolenia pracowników sieci handlowych, w Domu Kultury uczyła dzieci języka niemieckiego. Potem dostała propozycję pracy w szkole podstawowej, gdzie uczyła sadownictwa, biologii, muzyki, plastyki i geografii. „Kiedy poszłam na zastępstwo do klasy trzeciej, gdzie miałam

Podczas szkolnej imprezy swoich dzieci poznała Polkę Teresę Pavlasek, z którą postanowiły umieścić ogłoszenie w gazecie regionalnej o spotkaniu przy „polskiej kawce“. „Myślałyśmy, że nikt nie przyjdzie, ale okazało się, że w umówionym miejscu czekało na nas osiem osób!“. Zaczęli spotykać się co miesiąc pod trenczyńską bramą i wspólnie chodzić do kawiarni. Razem też odwiedzali panią Marię Holoubkovą-Urbasiównę, Polkę, która dożyła wieku 106 lat! Potem nawiązali kontakt z istniejącym już Klubem Polskim i zostali przyjęci w jego szeregi, a Renata została prezesem stowarzyszenia regionalnego. „To wielka satysfakcja przygotowywać imprezy polskie, dzięki którym pokazujemy swoją przynależność narodową“ - mówi Renata, nie kryjąc dumy z tego, że jest Polką. Rozsiewa optymizm i tryska energią, wyjaśniając: „Mam to po ojcu. Wierzę, że wszystko to, co złe, obróci się na dobre. Kocham ludzi, otaczam się ludźmi, którzy myślą pozytywnie“. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Renata Straková z mężem i synem samodzielność, wyjazdy do miasta. W zeszłym roku Łukasz skończył 18 lat. Obecnie, ponieważ uczy się w bratysławskiej szkole ekonomicznej, mieszka w Ośrodku dla Niepełnosprawnych. „Dzieci na wózkach rekompensują swoje inwalidztwo duchem i ponadprzeciętną inteligencją“ – twierdzi Renata i jest przekonana, że Łukasz w przyszłości, po skończeniu szkoły będzie mógł, podobnie jak jego koledzy, pracować w domu przy komputerze. Ma zdolności językowe i już teraz jest dobrym informatykiem. Renata jest dumna ze swojej rodziny. „Ta sytuacja nas barSTYCZEŃ 2005

uczyć słowackiego, bardzo się obawiałam” - wspomina Renata. Było to w okresie przedświątecznym, więc postanowiła zapoznać dzieci ze zwyczajami ludowymi z Wielkopolski, skąd pochodzi. „Następnego dnia podeszła do mnie uczennica i powiedziała, że to była najciekawsza lekcja języka słowackiego. To był dla mnie największy komplement” - mówi z dumą Renata. W tym roku nasza bohaterka ukończyła dwuletnie uzupełniające studia pedagogiczne.

19


O przybywaniu gości na przyjęcie oficjalne

Dz

iś będzie nieco o przybywaniu gości na przyjęcie Dyplomacja oficjalne, witaniu ich i przedstawianiu sobie nawzajem. i nie tylko

Trzeba przede wszystkim zaznaczyć, że podstawowym obowiązkiem gości przybywających na przyjęcie jest punktualność. Nie należy przychodzić wcześniej, gdyż przeszkadzamy w ten sposób gospodarzom, którzy po przygotowaniach do przyjęcia mają wreszcie trochę czasu, by zadbać o siebie lub o ostatnie szczegóły związane z podejmowaniem gości. Natomiast przyjście zbyt późne jest niegrzeczne. Ostatni powinien przyjść gość honorowy, ale też nie później niż 10 minut po umówionej godzinie. Jeśli ktoś spóźnia się więcej, gospodarze mogą wraz z innymi gośćmi poczekać przy aperitifie i rozmowie do pół godziny po umówionym czasie, ale nie dłużej, bo jest to niegrzeczne w stosunku do innych gości. Gdy gospodarze stwierdzą, że goście spóźnią się tylko trochę, pozostawiają ich nakrycia na stole i tłumaczą innym, dlaczego to robią (np. że tamci utknęli w korku lub spóźnią się z innej niezależnej od nich przyczyny). Jeśli natomiast dojdą do wniosku, że goście nie pojawią się w ogóle, usuwają dyskretnie ich nakrycia ze stołu – możliwe, że muszą też nieco poprzestawiać. Po wejściu do domu gospodarzy, mężczyzna wita się pierwszy. Kolejnych wchodzących gości przedstawiamy już obecnym wg kolejności: mężczyznę kobiecie, młodszego mężczyznę starszemu, młodszego rangą starszemu rangą. Osobę pojedynczą przedstawiamy małżeństwu. Wymieniamy najpierw nazwisko osoby przedstawianej, a następnie tej, której kogoś przedstawiamy. Można też przedstawić nowo przybyłych gości, wskazując ich ręką, zwracając się do obecnej już reszty: „Państwo pozwolą, pan Iksiński z małżonką”. Wszyscy witają się uściskiem ręki, a wcześniej przybyli wymieniają swoje nazwiska. Podając rękę, przestrzegamy zasady: kobieta – mężczyźnie, starszy – młodszemu. Kobieta wyciąga rękę pierwsza do mężczyzny, który chce się z nią przywitać, a starszy mężczyzna do młodsze20

go. Przedstawiając gości, gospodarz nie trzyma się zasady pierwszeństwa, tylko przedstawia gości kolejno, tak jak przychodzą. Jedynie gościowi honorowemu, który przybywa później, przedstawiamy wszystkich gości, mówiąc: „Pozwoli pan, panie ministrze – pan Iksiński z małżonką”. Jeśli jacyś goście spóźnią się tak, że zastają innych już przy stole, gospodarz przedstawia ich ogólnie pozostałym, a oni siadają przy stole i witają się tylko z sąsiadami. Po posiłku gospodarz przedstawia ich reszcie towarzystwa. Wszystkie te powyższe wskazówki dotyczą przyjęć mniejszych. Podczas dużych imprez goście korzystają z pośrednictwa innych osób lub sami się sobie przedstawiają. Siadając do stołu, przedstawiają się sąsiadom: „Pozwoli pan, że się przedstawię - Jan Iksiński”. Sąsiad wymienia swoje nazwisko i następuje uścisk dłoni. Kobieta przedstawia się tylko kobiecie, ale już kobieta na stanowisku postępuje identycznie jak mężczyzna. Zwroty typu: „Zapoznajcie się panowie/panie”, „Pozwólcie, że was zapoznam” mogą służyć do przedstawiania sobie osób tej samej płci, w równym wieku lub na podobnym stanowisku. Jest to sposób nieformalny – w dyplomacji się go nie stosuje. Ostatnio sama przeżyłam śmieszną sytuację. Zaprosiliśmy z mężem parę osób na oficjalną kolację. Ostatni pojawił się gość z innego miasta. Wszyscy przybyli wcześniej znali się już lub zapoznali przed jego przybyciem. Musiałam go przedstawić znanej mi już pani, ale... zapomniałam, jakie stanowisko ten pan zajmuje. Powiedziałam więc tylko: „Państwo się chyba jeszcze nie znacie” i chciałam podać jego nazwisko, ale on wybawił mnie z kłopotu i przedstawił się sam. Pani postąpiła identycznie. Na podstawie „Protokołu dyplomatycznego” E. Pietkiewicza opracowała KATARZYNA KOSINIAK-KAMYSZ

•OGŁOSZENIA•OGŁO

WYDZIAŁ KONSULARNY INFORMUJE UWAGA STUDENCI!!! Fundacja SEMPER POLONIA oferuje stypendia dla studentów pochodzenia polskiego, którzy studiują na słowackich uniwersytetach i szkołach wyższych. Stypendia przyznawane są studentom wszystkich kierunków studiów i uczelni. Osoby, które już kiedyś otrzymały ww. stypendium winni złożyć podanie, raport o działalności oraz potwierdzenie zaliczenia semestru wraz z listą uzyskanych ocen. Studenci ubiegający się o stypendium po raz pierwszy, powinni złożyć wniosek o przyznanie stypendium, podanie, potwierdzenie zaliczenia semestru wraz z listą uzyskanych ocen. Osoby dopiero przyjęte na studia składają potwierdzenie o przyjęciu na studia/rozpoczęciu studiów, świadectwo maturalne, podanie i wniosek. Dokumenty należy składać do 15 lutego 2005 r. Informacje o warunkach można otrzymać w ambasadzie tel.: 02 – 5441 2422. ŻYCZENIA

Szczęśliwego Nowego Roku 2005 wszystkim Czytelnikom „Monitora Polonijnego” życzy Wydawca oraz Redakcja MONITOR POLONIJNY


OSZENIA•OGŁOSZENIA•OGŁOSZENIA•OGŁOSZENIA•OGŁOSZENIA•OGŁOSZENIA• K L U B P O L S K I R E G I O N B R A T Y S Ł AWA W E W S P Ó Ł P R A C Y Z A M B A S A D Ą R P W R S

o r g a n i z u j e

VII

BalPolski

Stowarzyszenie Polonez informuje że 22.01. o 19 godz. w Theater im Werkraum (1160 Wiedeń. Ludo Hartmann P17) odbędzie się

Elitarny Wieczor Kabaretowy

z najnowszym programem jednego z najlepszych i najdłużej działajacych na polskiej scenie VII Bal Polski odbędzie się 5 lutego 2005 (sobota) w Hotelu kabaretów - legendarnego Dukla – Dulovo Nám. 1. Bal rozpoczynamy tradycyjnie polonezem wroclawskiego STUDIA 202, o godz. 19.00. W menu nie zabraknie polskich specjałów. czyli Kabaretu Autorów ELITA. Informacja i rezerwacja miejsc: Rezer wacja biletów pod numerem tel. tel.: 714-58-01 0905 640 920 albo 0905 623 064. fax: 961-95-12 Cena biletu wynosi 1000 Sk! codziennie w godz. 10:00 - 14:00 i 16:00 22:00 Klub Polski Region Bratysława zaprasza na tradycyjne spotkanie noworoczne, które odbędzie e-mail: polonez@chello.at się 27 stycznia 2005 r. (czwartek) o godz. 17.00. w Instytucie Polskim (Nám. SNP 27). http: www.polonez.at Gwarantowana świetna atmosfera, wspaniałe wypieki i winko.

Jeszcze o liczebnikach W

OJĘZYKOW KIENKO E

poprzednim numerze „Monitora Polonijnego” pisałam o liczebnikach porządkowych. Ale nie tylko one sprawiają nam problemy. Język polski ma do dyspozycji, oprócz liczebników głównych i porządkowych, liczebniki zbiorowe. Nie lubimy ich, bowiem nie bardzo wiemy, kiedy i jak ich używać. Dziś zatem kilka słów właśnie o tych formach. Na początek przypomnijmy sobie, kiedy je stosować. Otóż tych kłopotliwych dla nas formacji, czyli np. dwoje - dwojga, troje - trojga, pięćdziesięcioro – pięćdziesięciorga (uwaga! odmieniają się przez przypadki tak, jak rzeczowniki zakończone spółgłoską tylnojęzykową -g-, -k-, czyli jak jabłko - jabłka), używamy w trzech sytuacjach. Po pierwsze, gdy łączymy je z rzeczownikami oznaczającymi istoty młode, należące formalnie do rodzaju nijakiego, np. sześcioro dzieci, dziewięcioro szczeniąt, dwadzieścioro kurcząt. Po drugie, stosujemy je z rzeczownikami, które gramatycznie występują tylko w liczbie mnogiej, np. dwoje drzwi, pięcioro skrzypiec. W liczbie mnogiej występują też np. spodnie, rajstopy, okulary. W tych przypadkach stosujemy najczęściej

STYCZEŃ 2005

aprobowane przez normę formy, np. dwie pary spodni, trzy pary rajstop, ponieważ pojmujemy je jako przedmioty składające się z dwóch symetrycznych, złączonych części. Trzecia sytuacja, w której stosujemy liczebniki zbiorowe, dotyczy rzeczowników, które w liczbie pojedynczej są rodzaju męskiego, ale użyte w liczbie mnogiej oznaczają zarówno mężczyzn, jak i kobiety, np. student to rzeczownik gramatycznie męski, chcąc jednak podkreślić, że forma studenci nazywa osoby płci obojga, łączymy go z liczebnikami zbiorowymi: pięcioro studentów, dwadzieścioro ludzi, sześćdziesięcioro lekarzy itd. Formy zbiorowe mają tylko liczebniki oznaczające jedności i dziesiątki, a więc poprawne są tylko postacie np. dwieście dwadzieścioro dzieci, dwa tysiące sto czworo studentów. Ale co robić, gdy licz-

ba zawiera zarówno dziesiątki, jak i jedności? W tym przypadku możemy zastosować dwa rozwiązania akceptowane przez wydawnictwa poprawnościowe. Pierwsze podpowiadają nam słowa znanej z dzieciństwa piosenki o ojcu Wirgiliuszu, który: „...uczył dzieci swoje, a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje”, czyli formę zbiorową nadajemy tylko ostatniemu członowi i to właśnie jej przyznaje się pierwszeństwo użycia. W praktyce spotyka się w takich przypadkach formy zbiorowe dziesiątek i jedności, czyli sto dwadzieścioro troje, które ze względu na stopień rozpowszechnienia zyskały sobie wśród specjalistów od poprawności językowej prawo funkcjonowania, choć na pozycji drugiej. Nie bójmy się używać tych form, ale zwracajmy uwagę na ich poprawność. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA 21


Zo zápisníka polonofila alebo

Prečo nesmieme pľuť do Visly Krakov niekedy v lete 1962 Mám čosi vyše osem rokov, opieram sa o zábradlie mostu nad Vislou (vtedy mi bolo úplne jedno, ako sa volá Grunwaldzki?). Oproti je Wawel, za zámkom Rynek Główny, pod hradným kopcom v jaskyni Smok, vpravo Kazimierz, tam vzadu príšera Huta Lenina, neustále poučuje matka – chodiaca encyklopédia topografie a histórie. Venujem sa však inej, a to veku primeranej činnosti – pľujem na rôzny spôsob do pre mňa nezvyčajne pomaly plynúcej rieky. Z nudy ma vytrhne matkino plesknutie po chrbte a mravoučná poznámka: DO VISLY SA NEPĽUJE !! Prečo to zrazu nemôžem robiť tu , keď predtým mnoho ráz bez povšimnutia mi to prešlo na iných mostoch, vŕta mi hlavou ešte dlho - prečo INDE ÁNO, ale DO VISLY NIE. Aj keby som sa to vtedy opýtal, pravdivú odpoveď by som nedostal – bolo to rodinné tabu a aj to som sa dozvedel neskôr.

Auschwitz – Birkenau 4. júla 1974 Dátum si presne pamätám, lebo tam bola s nami mamina sesternica z Ameriky with family, ktorá tento dátum a miesto dlhodobo predtým naplánovala. Mal som z tohto „výletu“ strach – nielen preto, že som už vedel, kam ideme (tabu bolo prelomené dva či tri roky predtým), ale aj z toho, že som nevedel a stále neviem poriadne po anglicky, teda ako sa porozprávam s rodinou spoza Veľkej Mláky, ktorú som poznal len z listov a fotografií. Komunikovali sme bez problémov – zmiešaninou slovenčiny, veľmi kostrbatého mame-lošen ( len tí starší a najstarší) a Polish English. (Odvtedy rozumiem witzu – Jacek: - I must polish my English ! - Bill: – Oh, your English, Jacek, is Polish too much!) Po zdrvujúcej prehliadke Auschwitz sme sa všetci vybrali peši do Birkenau...marsz żywych. Už som vedel kam 22

POLSKA Oczami słowackich dziennikarzy PETER TURČÍK, NOVINÁR V SLOBODNOM POVOLANÍ sypali Mengele a spol. popol z krematórií – aj do bažín rieky Sola. A tá sa o kúsok nižšie vlieva do Visly. Takže, keď sme vtedy na poludnie Independence Day všetci živí stáli ticho na brehu Soly, vtedy mi to došlo, prečo som nesmel pľuť do Visly pred dvoma tuctami rokov.

Varšava, Żoliborz apríl 1997 V podvečernom tieni kostola sv. Stanislava Kostku stojím pred ružencom z balvanov červenkastej skaly. V nízkej tráve kopíruje líniu hraníc Poľska a uprostred, pod masívnym plátom granitu v tvare kríža, leží kňaz Solidarity, Jerzy Popiełuszko. Keď ho poľskí eštebáci v októbri 1984 zavraždili, mal 37 rokov. Agnieszka Holland natočila o tomto perfídnom zločine komunizmu film Zabiť kňaza. V trepotajúcom svetle stoviek sviečok sa mi vybavuje scéna, keď katani hádžu ztorturowane telo kaplána Jerzyho zabalené do zrebného vreca a zaťažené balvanom dole zrázom do priehrady nad Wloclawkom. Socialistický betón tam pretína tok Visly .... Vtedy som znova pocítil plesknutie z Grunwaldského mostu - aj kvôli tomuto mužovi, pri hrobe ktorého kľačal samotný pápež, nesmiem pľuť do Visly. Zwardoń, poľsko-slovenská hranica, koniec apríla 1998 Služobný opel pomaly kľučkuje po úzkej ceste k hraničnému prechodu. Na vedľajšom sedadle mám už nachystané dokumenty – české pracovné povolenie, doklady od auta – má varšavskú registráciu - a slovenský pas s poľským pracovným vízom. Táto trojkombinácia robila vždy problémy pri prechode hraničnej čiary. Stojím na konci kolóny áut a mám tak čas rekapitulovať deň.

Na Jasnej Góre som si dal herbatku s rehoľníkom Śimonom, s ktorým som sa zoznámil pred vyše rokom pri „poznávacom zájazde zahraničných novinárov akreditovaných v Poľsku“. Pri vtedajšej zdvorilostnej konverzácii sme zistili, že naši prarodičia (u mňa po meči) pochádzajú zo Zaolžia. Ďalšou, obligatórnou zastávkou, bol breh rieky Soly pri Birkenau. Treťou mestečko Wisla, povyše pramení rovnomenná Matka Poľských Riek. Ale v pomerne malom geografickom okruhu aj Sola a Olša. Tá druhá sa stane súčasťou inej rieky s „pamäťou“ - Odry. Takže do zbierky kameňov pribudol ďalší, asi prvý medzi rovnými. Tou štvrtou rodinnou riekou je Dunajec, ktorý tečie cez haličské štetle predkov po praslici a tiež sa spája s Vislou... Rieky, ktoré doslova pretiekli osudmi mojich predkov. Takže aj preto vlastne nesmiem pľuť do Visly. Lenže tých dôvodov je omnoho viac! Len pár príkladov pars pro toto: Prekročenie Visly sa síce stalo osudným benediktínovi Vojtechovi z rodu Slavníkovcov keď išiel so svetlom poznania za pohanskými Prusmi, ale ako sv.Vojtech je patrónom vzdelanej Európy. Mikolaj Kopernik v Toruni vyrástol na jej brehu a potom „zastavil Slnko a pohol Zem“. Ján Sobieski, ktorý z Wilanowa, pár metrov od Visly, vládol spolu s miláčikom ľudu Marysieńkou a stal sa kameňom úrazu pre Vysokú Portu. Ďalší odišiel z Krakowa ako kardinál Wojtyla, aby sa stal rímskym biskupom a spolu s neznámym elektrikárom Walesom z gdanských lodeníc v delte Visly potom doslova vypli „červenej fabrike na smrť “ prúd. Spomeňte si aj na rok 1920 – Poľsko a priľahlú strednú Európu aspoň na čas pred boľševikom zachránil ten povestný „zázrak na Visle“ organizovaný J. Pilsudskim. Alebo aj na to, že varšavské kanaly tiež ústia do Visly, či na to, že státisíce „podľudí“ muselo prejsť cez Vislu, aby sa z Treblinky už nikdy nevrátili. Preto si zapamätajme - do Visly sa nepľuje. MONITOR POLONIJNY


Jest taka jedna rzecz, która na pewno zmienia się co roku w waszym domu – kalendarz. Na początku roku jest grubiutki, ale z każdym dniem i miesiącem staje się coraz cieńszy. Przed Bożym Narodzeniem ma zaledwie kilka kartek. Wtedy zazwyczaj kupuje się nowy kalendarz na kolejny rok. Możecie wybrać taki ze zwierzętami, krajobrazami albo kwiatami. W tym roku będziecie mieć wyjątkowy WIERSZOWANY KALENDARZ. STYCZEŃ W styczniu szał na stokach Śnieżki Suną szybko śnieżne statki Sanki stają się szalupą

LIPIEC W lipcu lubię letnie lipy W leśniczówce liżę lodowate lody landrynkowe

LUTY W lodowatym lutym Lwie lawiny lecą Do Laponii lotnik Leon leci (samo) lotem

SIERPIEŃ W sierpniu, w suchym sianie słowiki ślicznie śpiewają

MARZEC Mało mrozu, mnóstwo marzeń O malinach, mięcie O morelach i maciejce

WRZESIEŃ We wrześniu wrzos wrzosowy Do wazonu wstawiam

KWIECIEŃ Na Kasprowym krokus kwitnie Krakus Karol od kwiaciarki Koleżance Kasi kwiaty kupił MAJ W maju maturzyści mądre myśli mają Malwy muska mrok majowy CZERWIEC W czerwcu czosnek, cząber czuję Na czeremsze czyżyk czereśniami się częstuje

PAŹDZIERNIK W październiku w pewien piątek Pająk Paweł pod pierzynę padł

LISTOPAD W listopadzie liczne liście Lód lukruje Lodołamacz w lodowicy lgnie GRUDZIEŃ W grudniu grube getry gubię Góral w gwiazdy nad górami Godzinami gapi się

MAJKA KALDEČEK


Za miesiąc: pączki niedoszłej teściowej

Przepis Darka Gleba Według tego przepisu co roku przygotowywany jest bigos na bal polski w Bratysławie, który, serwowany po północy, jest zawsze hitem.

SKŁADNIKI: 1 kg kapusty kiszonej, główka świeżej kapusty, O,5 kg wieprzowiny bez kości, 0,5 kg cielęciny, 0,4 kg kiełbasy, 0,25 kg boczku, słonina, cebula, grzyby suszone, przecier pomidorowy, suszone śliwki bez pestek, mąka, sól, pieprz, cukier.

SPOSÓB WYKONANIA:

FOTO: STANO STEHLIK

Czasami wydaje mi się, że im dłuższy jest mój staż w kuchni, tym gotowanie staje się trochę przykrym obowiązkiem. Na pewno zgodzą się z tym wszystkie Panie (i Wyjątkowi Panowie), które gotują dla mniej lub bardziej licznej rodziny. Panie (i Wyjątkowi Panowie) działają jako zaopatrzeniowcy, dietetycy, restauratorzy i pracownicy bufetu non-stop w jednej osobie. Nie dosyć, że codziennie należy ,,coś do garnka włożyć”, to jeszcze trzeba spełniać wymagania, życzenia, a czasami wręcz żądania miłej rodziny. Ten nie zje marchewki, a tamten pietruszki, ten jest uczulony na masło, a ten na margarynę. Synuś uwielbia ziemniaki, a ryżu nie zje, córunia na odwrót. A ile razy głodne paszcze nagle przestaną być głodne po podaniu jedzenia na stół? Te wieczne pytania: co będzie na obiad, co na kolację? Ile razy w lodówce hula wiatr, a my patrzymy w tę pustkę i znowu nie wiemy, co gotować. Gdy już mamy tego dosyć, zafundujemy sobie (i rodzinie) mały strajk. Na początek ostrzegawczy. Strajkująca Pani (lub Wyjątkowy Pan) ugotuje gar bigosu, wystawi na balkon (pusta lodówka wyłączona z prądu), pouczy rodzinę, że najsmaczniejszy jest taki, który kilka razy zamarzł. Pierwsze trzy dni harda rodzina zajada się bigosem, przez następne uzupełnia jadłospis suchym chlebem i wtedy możemy wysłowić swoje żądania i zacząć negocjacje. Drogie Panie (i Wyjątkowi Panowie), rewolucja nie musi być krwawa, aksamitna ani pomarańczowa – może być bigosowa.

Kapustę kiszoną drobno pokroić, zalać małą ilością wrzącej wody i gotować godzinę do miękkości. Świeżą kapustę opłukać, zalać małą ilością wrzącej wody i ugotować razem z wcześniej namoczonymi suszonymi grzybami i śliwkami pokrojonymi w paski. Wieprzowinę i cielęcinę opłukać, osolić i podsmażyć ze wszystkich stron na roztopionym smalcu. Wraz z boczkiem dodać do kapusty kiszonej i dusić do miękkości. Słoninę pokroić w kostkę i wytopić. Skwarki dodać do kapusty kiszonej. Z tłuszczu, mąki i cebuli zrobić zasmażkę (bigos można robić bez zasmażki, wtedy smażymy cebulę pokrojoną w kostkę i dodajemy do kapusty kiszonej). Mięso i boczek wybrać z kapusty i pokroić. Obie kapusty połączyć i zagęścić zasmażką. Kiełbasę obrać ze skórki i pokroić w krążki. Razem z mięsem dodać do kapusty. Dodać przecier pomidorowy, pieprz, sól i cukier do smaku. Doprowadzić do wrzenia i już nie gotować. MAJKA KADLEČEK

Monitor Polonijny 2005/01  
Monitor Polonijny 2005/01  
Advertisement