Monitor Polonijny 2022/4

Page 1

ISSN 1336-104X


Zbiórka i wyprawana granicęsię udały! ażdy dzień zaczynam od przeglądu najnowszych wydarzeń. W czwartek, 24 lutego zamarłem z przerażenia. Podobnie jak dwa lata temu, kiedy w wiadomościach wieczornych ogłoszono zakaz wychodzenia w związku z COVID-em albo tak, jak wtedy, kiedy dowiedziałem się o wypadku bliskiego przyjaciela. I niby to nie dotyczyło bezpośrednio mnie, to jednak poczułem okropną bezsilność. Nie dowierzając, czytałem o nocnym ataku Rosjan na Ukrainę. Świat zwariował!!! Nie mogłem skupić się na pracy, wiadomości o wojnie bombardowały mnie ze wszystkich stron. A wśród nich coraz częściej pojawiały się te o zbiórkach na rzecz Ukrainy. Wpadłem więc na pomysł, by wraz z kolegą Edem Štenclem, człowiekiem wielkiego serca, zorganizować taką zbiórkę. Połączyliśmy się więc z szefową Czerwonego Krzyża w Sninie, by sprawdzić, jakie są potrzeby. Zgodnie z otrzymanymi wskazówkami zaczęliśmy działać – my, w ramach Klubu Polskiego, bo połączyłem się z oddziałami bratysławskim i trenczyńskim. W Bratysławie pomiesz-

K

czenia na zbiórkę udostępnił Instytut Polski. Bratysławscy Polacy byli tak hojni, że kiedy przyjechałem po zebrane rzeczy, ledwo zmieściłem je w samochodzie osobowym. Wiadomo więc było, że na granicę będziemy musieli pojechać wozem dostawczym. I tak się stało. Samochód ozdobiliśmy nalepkami Klubu Polskiego oraz Kultury regionu Ilava, bowiem oprócz darów z Bratysławy i Trenczyna zabraliśmy jeszcze rzeczy ze zbiórki Tibora Meliša z Ilavy, i wyruszyliśmy na wschód. Drogi były przepełnione, dlatego podróż trwała dłużej niż zwykle. Czerwony Krzyż w Sninie mieści się w zrekonstruowanym budynku w centrum miasta. Przywitała nas pani dyrektor, która po przyjęciu darów, zabrała nas na granicę, byśmy zobaczyli, jak wygląda przyjmowanie uchodźców. Tu wielki ukłon należy się wolontariuszom, którzy bezinteresownie spędzają na granicy swój czas wolny. Kiedy dotarliśmy do Ubli, byłem zaskoczony. Znam ten region. Do tej pory kojarzył mi się z niewielkim ruchem ulicznym. Tym razem było tam

mnóstwo ludzi, namiotów, wolontariuszy i mundurowych. Z kolei bezpośrednio na granicy jakby wszystko ucichło. Potem dopiero uświadomiłem sobie, że za naszą wschodnią granicą ruch maleje, ponieważ tam obowiązuje godzina policyjna. Ci, którzy przekraczali granice – aż mnie w gardle ściskało – mieli cały swój dobytek w pojedynczych torbach i walizkach. Wszyscy byli wystraszeni. Nie mogłem przestać myśleć o tym, jaki obraz malowałby się na mojej twarzy, gdybym to ja był na ich miejscu.

To było bardzo mocne przeżycie! Spędziłem 15 godzin za kierownicą i na nogach, ale nie żałuję. Mało tego, jestem dumny z tych wszystkich, którzy pomogli zorganizować naszą zbiórkę i włączyli się w dobrą sprawę. Wierzę, że szczęście i zdrowy rozsądek nigdy nas nie opuszczą i zawsze będziemy tymi, którzy pomagają, a nie tymi, którzy od pomocy są zależni. MAREK BERKY

ZDJĘCIA: MAREK BERKY

2

MONITOR POLONIJNY


Kwietniowy „Monitor“ odzwierciedla nasze obecne życie – śledzimy w nim aktualne wydarzenia wojenne w Ukrainie, ale też staramy się normalnie żyć. I tak jak nam się to w życiu przeplata, przeplata się też na łamach naszego miesięcznika. Agresja rosyjska na Ukrainę to także agresja na Polaków tam mieszkających. Jak sobie radzą, jak to przeżywają, czy podobnie jak wielu Ukraińców uciekają do Polski? O tym w rozmowie z dziennikarką polonijną, mieszkanką Lwowa, Teresą Pakosz, która pomaga uchodźcom na dworcu kolejowym jako wolontariuszka i nadal przygotowuje audycje radiowe. Wiedzą Państwo, że tam codziennie przewija się 40 tysięcy osób? Więcej w „Wywiadzie miesiąca” na str. 6. Konsekwencje wojny odczuwamy na Słowacji, gdzie także Polacy tu mieszkający angażują się w pomoc w ramach różnych wolontariatów lub po prostu przyjmują pod swój dach uchodźców (str. 10). Również Klub Polski we współpracy z innymi podmiotami zorganizował zbiórkę najpotrzebniejszych rzeczy, a prezes tej organizacji osobiście ją zawiózł na ukraińską granicę (str. 2). Polecamy też bardzo ciekawy artykuł dotyczący przyjmowania uchodźców i tego, jak ich obecność może wpłynąć na rozwój danego kraju – to swoisty skok wstecz, do kart historii, ale jakże aktualny właśnie dziś. Artykuł pt. „Czy damy radę?“ na str. 9. Także „Okienko językowe“ odpowiada na nurtujące nas pytanie, jak poprawnie mówić: „na Ukrainie” czy „w Ukrainie”. (str. 29). Ale mamy dla Państwa też lżejsze tematy, takie przy których można zapomnieć o trudnej rzeczywistości. Do nich na pewno należą nasze recenzje filmowe (str. 24), książkowe (str. 22), płytowe (str. 22), artykuł o zwyczajach wielkanocnych (str. 30) czy zaproszenie do zwiedzenia kolejnej „słowackiej perełki“, czyli Hornych Semeroviec (str. 25). Kontynuujemy także słodki temat w Retrohitach (str. 27), na słodko przygotowujemy się także do Wielkanocy i publikujemy przepis naszej rodaczki z Koszyc na wyśmienitą babkę w wiosennej „sukni“ (str. 32). Jak Państwo widzą, staramy się trochę osłodzić te trudne dni. Jesteśmy też bardzo podbudowani tym, że odpowiedzieli Państwo na nasz apel i przysłali do redakcji swoje zdjęcia w niebiesko-żółtych kreacjach. Postanowiliśmy oddać okładkę „Monitora“ dobrej sprawie. Niech ten mały gest naszego wsparcia dla Ukraińców płynie w świat. Nasze fotografie to tylko i aż symbol solidarności z Ukraińcami. A przecież my Polacy jesteśmy znani z S/solidarności - tej z wielkiej i tej z małej litery. W imieniu redakcji życzę Państwu, nam wszystkim, spokojnych świąt, pełnych życzliwości i solidarności.

Człowiek człowiekowi...

4

Z KRAJU

4

WYWIAD MIESIĄCA Polka ze Lwowa: „Życie nam się złamało na dwie części“

6

Czy damy radę?

9

Nasi w służbie uciekającym na Słowację

10

Z NASZEGO PODWÓRKA

14

ROZMOWY Z NINĄ Dziwny jest ten świat

19

SPORT Medale, tytuł miss, czyli co zdobyły polskie olimpijki?

20

CZUŁYM UCHEM Bagaż pełen emocji

22

BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Uważaj na mowę ciała

22

KINO-OKO Dobre kino, warto obejrzeć! Sonata pełna wzruszeń

24

SŁOWACKIE PEREŁKI Skazany na nieistnienie

25

KRZYŻÓWKA

26

RETROHITY Czekoladowa historia Polski

27

Jak Polacy Ukrainę i język ukraiński poznawali

28

OKIENKO JĘZYKOWE W Ukrainie czy na Ukrainie? 29 OGŁOSZENIA

29

MY SŁOWIANIE Pisanka w kulturze przodków 30 MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Siła tradycji

31

PIEKARNIK Wiosenna kreacja

32

ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk, Alina Kabele, Basia Kargul, Natalia Konicz-Hamada, Arkadiusz Kugler, Katarzyna Pieniądz, Magdalena Zawistowska-Olszewska KOREŠPONDENTI: KOŠICE: Magdalena Smolińska TRENČÍN: Aleksandra Krcheň • JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE: Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Stehlik ZAKLADAJÚCA ŠÉFREDAKTORKA: Danuta Meyza-Marušiaková † (1995 - 1999) • VYDAVATEĽ: POĽSKÝ KLUB ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • IČO: 30 807 620 • KOREŠPONDENČNÁ ADRESA: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel: 031/5602891, monitorpolonijny@gmail.com BANKOVÉ SPOJENIE: Tatra banka č.ú.: SK60 1100 0000 0026 6604 0059 • EV542/08 ISSN 1336-104X • Redakcia si vyhradzuje právo na redigovanie a skracovanie príspevkov • náklad 550 ks • nepredajné • Realizované s finančnou podporou Fondu na podporu kultúry národnostných menšín • „Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach konkursu Polonia i Polacy za Granicą 2021”. Publikacja wyraża jedynie poglądy autorarów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów oraz Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie”. Laureat Nagrody im. Macieja Płażyńskiego w kategorii redakcja medium polonijnego 2013 Vydané 29. 3. 2022

KWIECIEŃ 2022

3


egorocznego tłustego czwartku nie osłodził mi najpyszniejszy pączek. Dzień ten był pełen goryczy i już na zawsze zostanie zapamiętany jako początek wojny. Podobnie jak większość ludzi byłam poruszona, zła, smutna, a z napływającymi informacjami o możliwym zagrożeniu również państw sąsiednich czułam niepewność i strach. Nagle zaczęłam uzmysławiać sobie rzeczy, na które nie zwracałam uwagi w czasie pokoju, a które tak łatwo można stracić. Gdy z kubkiem kawy spoglądałam na budzące się w promieniach słońca i wypełnione poranną ciszą miasteczko, w którym mieszkam, rozmyślałam, iż kilkaset kilometrów dalej ludzie minione noce zamiast w łóżku spędzili w zimnych schronach i na stacjach metra, a nad ich głowami słychać było wystrzały i wybuchy. Przypomniały mi się wszystkie opowieści mojej babci, która opowiadała o spędzonych w schronie dniach i nocach, które niczym nie różniły się od tych

T

Od początku ROSYJSKIEJ AGRESJI na Ukrainę, która miała miejsce 24 lutego, do Polski z tego kraju przybyło ok. 2,2 mln osób. Najliczniej uchodźcy przekraczają granicę w Medyce, Hrebennem, Korczowej i Dorohusku. Tysiące uchodźców przybywają do Polski koleją, a głównym miejscem przesiadkowym stał się dworzec w Przemyślu, skąd udają się w dalszą drogę – do Warszawy, Krakowa, Wrocławia i Poznania. Polskie władze państwowe oraz samorządy utworzyły kilkadziesiąt centrów recepcyjnych, które przyjmują uchodźców. W POMOC UCIEKAJĄCYM przed rosyjską inwazją włączyły się organizacje pozarządowe, setki wolontariuszy i osoby prywatne, które 4

Człowiek

ZDJĘCIE: PXHERE.COM

człowiekowi... w dzisiejszej Ukrainie, choć minęło już ponad 80 lat. I kiedy świat myślał, że po II wojnie światowej pokój będzie najważniejszą wartością ludzkości, okazało się, że zawsze znajdzie się

zaślepiona żądzą władzy osoba, dyktator czy szaleniec, przez którego historia się powtarza. Codziennie śledzę sytuację na Ukrainie, oczekując informacji o zakończeniu konfliktu zbroj-

oferują mieszkania, pomoc rzeczową, środki higieny, żywność, a także możliwość transportu. Organizowane są liczne konwoje humanitarne na Ukrainę oraz pociągi sanitarne, które zabierają rannych. Uchodźcy mają zapewniony w Polsce darmowy transport kolejowy oraz przejazdy komunikacją miejską. Ukraińskie dzieci, które znalazły się w Polsce, są przyjmowane do polskich szkół. Według ministra edukacji Przemysława Czarnka polskie szkoły przyjęły 105 tys. ukraińskich dzieci. Olbrzymie zaangażowanie polskiego społeczeństwa w pomoc uchodźcom dostrzega cały świat.

premier Kanady Justin Trudeau, sekretarz obrony USA Lloyd Austin. Światowi przywódcy odwiedzają również przejścia graniczne z Ukrainą.

Rosyjska agresja na Ukrainę spowodowała, że Polskę, która stanowi WSCHODNIĄ GRANICĘ UE, a także leży na wschodniej flance NATO, odwiedzili liczni przywódcy państw wchodzących w skład tych organizacji, m.in. wiceprezydent USA Kamala Harris, premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson, sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg,

11 marca, w przeddzień rocznicy przystąpienia Polski, Węgier i Czech do NATO, na uroczystym posiedzeniu zebrali się posłowie i senatorowie RP. Orędzie wygłosił prezydent Andrzej Duda; zdalnie wystąpili prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski oraz sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg. Andrzej Duda oświadczył, że ataki ze stro-

5 marca sekretarz stanu USA ANTONY BLINKEN poinformował w Rzeszowie, że administracja prezydenta Joe Bidena zwróciła się do Kongresu o zgodę na przekazanie 2,75 mld dolarów na wsparcie służb humanitarnych na Ukrainie i w Polsce a wiceprezydent USA KAMALA HARRIS, która 10 marca odwiedziła Warszawę, poinformowała, że do Polski zostały dostarczone dwie baterie Patriot.

ny rosyjskich najeźdźców mają znamiona ludobójstwa. „To, co Rosja robi w Ukrainie, pokazuje, że to imperium zła nigdy nie odeszło do historii i dzisiaj kolejny raz pokazuje swoje najgorsze oblicze“ – dodał. 15 marca PREMIERZY Polski Mateusz Morawiecki, Słowenii Janez Jansza, Czech Petr Fiala oraz wicepremier ds. bezpieczeństwa Jarosław Kaczyński udali się pociągiem do Kijowa, by spotkać się z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim oraz premierem Denysem Szmyhalem. Jarosław Kaczyński ocenił po spotkaniu, że w Ukrainie potrzebna jest misja pokojowa i humanitarna, przygotowana przez NATO i może inne organizacje, która będzie w stanie także się bronić. 2 marca prezydent Andrzej Duda ZAWETOWAŁ nowelizację Prawa oświatowego, które krytykowała m.in. opozycja, samorządowcy oraz organizacje społeczne. Zwracano MONITOR POLONIJNY


nego, ale w zamian przychodzą tylko te o ostrzeliwaniu korytarzy humanitarnych, zabijaniu cywili, bombach zrzuconych na przedszkole, a nawet szpital położniczy. W pamięci utkwi mi już chyba na zawsze obraz 11-letniego chłopca, który z małym plecakiem, reklamówką i wypisanym na ręku numerem telefonu sam przekroczył granicę słowacką. Wybory i decyzje podejmowane w czasie wojny są ogromnie trudne. Tysiące Ukraińców, uciekając, zostawia nie tylko cały dorobek swojego życia, ale także bliSzukam świata w którym jedna jaskółka czyni wiosnę gdzie szewc chodzi w butach gdzie jak cię widzą to dzień dobry szukam świata w którym człowiek człowiekowi człowiekiem. JAROSŁAW BORSZEWICZ

uwagę m.in. na to, że nowe przepisy mogą zdecydowanie utrudnić działanie organizacji pozarządowych w szkołach.

skich, którzy uciekać nie mogą, oraz ojców i mężów, którzy zostają, by walczyć o wolność swojego kraju. Jedyną pozytywną rzeczą w tym trudnym dla Ukrainy i Europy czasie jest niesamowita pomoc, którą niosą sobie ludzie – dobrzy ludzie. Byłam dumna, gdy nasi rodacy zaoferowali swoim sąsiadom pomoc. Na granicy z Ukrainą po polskiej stronie niemal natychmiast pojawiły się punkty z ciepłą żywnością, napojami i kocami oraz punkty medyczne dla uciekinierów. Ponieważ wśród nich są głownie kobiety i dzieci, które przekraczają granicę jedynie z jedną lub dwoma torbami, szybko pojawiły się zbiórki rzeczy pierwszej potrzeby od odzieży po pieluchy i wózki dziecięce. Polacy z różnych zakątków Polski, nawet tych najodleglejszych, przyjeżdżają na granicę, by przywieźć rzeczy, jedzenie oraz zaoferować wsparcie i transport. W mediach społecznościowych zaroiło się od różnorodnych ofert pomocy, zwłaszcza propozycji zakwaterowa-

22 marca obywatelom Ukrainy wydano prawie 200 tys. numerów PESEL. 18 marca prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o OBRONIE OJCZYZNY, której głównym celem jest zwiększenie budżetu na obronność i liczebności Wojska Polskiego.

4 marca zmarł TADEUSZ BOROWSKI (ur. w 1941 r.), aktor teatralny, filmowy, telewizyjny i dubbingowy. W 1964 zadebiutował w filmie „Banda“ w reż. Zbigniewa Kuźmińskiego. Zagrał też w takich filmach jak „Godzina za godziną“, „Wielka majówka“, „Koniec gry“ (1991), „Chopin. Pragnienie miłości“. Był także aktorem dubbingowym. Jego głos można było usłyszeć w filmie „101 dalmatyńczyków“, „Piękna i Bestia“, „Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara“, „Król lew“.

23 marca w przyjętej przez aklamację uchwale Sejm RP stanowczo POTĘPIŁ ZBRODNIE wojenne, zbrodnie przeciw ludzkości, akty ludobójstwa, których dopuszczają się na terytorium suwerennej Ukrainy siły zbrojne Federacji Rosyjskiej.

12 marca prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o POMOCY OBYWATELOM UKRAINY, która ureguluje m.in.legalność pobytu ukraińskich uchodźców w Polsce, a także udzielaną im pomoc. Na mocy specustawy uchodźcy z Ukrainy mogą m.in. otrzymać numer PESEL i założyć Profil Zaufany. Do

W dniach 25-26 marca pierwszą wizytę w Polsce złożył prezydent JOE BIDEN. W piątek po południu w podrzeszowskiej Jasionce Biden spotkał się ze stacjonującymi tam amerykańskimi żołnierzami. Plan pierwszego dnia wizyty Joe Bidena w Polsce musiał ulec niewielkim zmianom z powodu awarii

KWIECIEŃ 2022

nia. Jako Polacy kolejny raz udowodniamy, że choć podzieleni przez ostatnie lata potrafimy się zjednoczyć, pomagać i być solidarni. Mój niemiecki znajomy napisał mi któregoś dnia: „W tych dniach możesz być jeszcze bardziej dumna z bycia Polką. Jestem zaskoczony i cieszę się, widząc to, co robią Polacy“. Również nasi rodacy, którzy mieszkają na Słowacji natychmiast włączyli się w pomoc. Dokonują wpłat, darują rzeczy, oferują zakwaterowanie. Sposobów pomocy jest wiele. Liczy się każda. Każda też zostawia ślad, bo pomagając, budujemy lepszy świat, którego tak bardzo nam dziś trzeba. Myślę, że nadchodzące święta wielkanocne będą inne niż dotychczas, bardziej refleksyjne, z wojną w tle, niepewnością o jutro z tyłu głowy i myślami, co dalej. Bądźmy życzliwi dla siebie w tych trudnych czasach, otwarci na innych, a przede wszystkim bądźmy człowiekowi człowiekiem. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

samolotu, którym Andrzej Duda leciał z Warszawy do Rzeszowa. Samolot musiał zawrócić z powodu awarii; prezydent do Rzeszowa przyleciał innym samolotem z ok. godzinnym opóźnieniem. W sobotę rano już W WARSZAWIE prezydent Biden uczestniczył w spotkaniu sekretarza obrony USA Lloyda Austina oraz sekretarza stanu Antony Blinkena z ukraińskimi ministrami spraw zagranicznych Dmytro Kułebą oraz Ołeksijem Reznikowem. Następnie odbyło się jego spotkanie z prezydentem RP Andrzejem Dudą W PAŁACU PREZYDENCKIM, podczas którego amerykański przywódca zapewniał, że artykuł piąty Traktatu Północnoatlantyckiego jest zobowiązaniem. Jednocześnie mówił: „Panie prezydencie, najważniejsza rzecz, która nas łączy, to nasze wartości - wolność, wolność prasy, wolność mediów; dzięki temu rząd działa w sposób transparentny, ludzie mają prawo do wyboru“.

Prezydent Joe Biden wraz z premierem Mateuszem Morawieckim oraz prezydentem Warszawy Rafałem Trzaskowskim odwiedzili też punkt recepcyjny na Stadionie Narodowym, gdzie uchodźcy z Ukrainy mogą otrzymać numer PESEL. Prezydent USA niemal przez godzinę rozmawiał z uchodźcami. PRZEMÓWIENIE prezydenta USA na dziedzińcu Zamku Królewskiego w Warszawie w sobotę 26 marca było głównym punktem jego dwudniowej wizyty w Polsce a rozpoczął je słowami papieża Polaka Jana Pawła II: „Nie lękajcie się“. Jak dodał, odmieniły one świat. To było przesłanie, które pomogło zakończyć ucisk sowiecki i wyzwolić 30 lat temu tę ziemię i całą Europę Wschodnią. Powiedział, że w bitwie, która trwa teraz, nie wygramy w ciągu dni, miesięcy, musimy przygotować się na długą walkę. Zaznaczył też, że Putin nie może zostać u władzy oraz że ta wojna jest już strategiczną porażką dla Rosji. MP 5


Polka ze Lwowa: „Życie nam się złamało na dwie części“ Teresą Pakosz, lwowianką, znamy się długie lata. Spotykałyśmy się na Światowym Forum Mediów Polonijnych w Polsce. Teresa jest radiowcem, przewodnikiem po Lwowie i nauczycielką języka polskiego. Kiedy wybuchła wojna na Ukrainie, ze wzmożoną uwagą zaczęłam obserwować, jak sobie tam radzą „nasi“, a w połowie marca poprosiłam Tereskę o rozmowę przez Internet. To jest więc zapis tego, czym żyła moja rozmówczyni w tym właśnie czasie.

cy są nie tylko na dworcu, ale i w szkołach. Ja pracuję w dwóch szkołach, mam dostęp do tych ludzi i tam też staram się pomagać. Oni najbardziej potrzebują, by ich dokądś przetransportować lub kupić leki w aptece.

Jak się dowiedziałaś o wojnie, o tym, że Rosja zaatakowała Twój kraj? Uśmiejesz się. Spałam w najlepsze, kiedy zatelefonował do mnie syn z Łodzi. Zapytał, czy siedzę. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że leżę. Kiedy poinformował mnie, że wybuchła wojna, to chciałam zapaść się w łóżko. O 4 i 5 godzinie rano wyły syreny, ale nie słyszeliśmy ich, przespaliśmy ten moment.

zakwaterować. Ci, co przyjeżdżają teraz, już mają utrudnione zadanie.

Co im mówisz? Boją się wyjazdu do Polski. Nie wiem, gdzie się nasłuchali strasznych rzeczy o tym, co ich tam czeka.

Spodziewałaś się tego, że wybuchnie wojna? Ktoś ze znajomych ze Szwecji pisał, że wojna jest nieuchronna. Nie przywiązywałam wtedy do tego większej wagi.

Jak się znalazłaś w grupie wolontariuszy? Na facebookowej grupie przewodników turystycznych, do których należę i ja, skrzyknęła nas znajoma przewodniczka górska. Prosiła, żeby przyjść na dworzec. Pomyślałam, że będę robić, co trzeba – może serwować kanapki i herbatę. Może się do czegoś przydam?

Z

24 lutego przeżyłaś szok? Życie nam się złamało na dwie części. Od teraz już zawsze będziemy je dzielić na to przed wybuchem wojny i to po wybuchu. Moi rodzice też dzielą czas na ten przed wojną i po niej. Dziadkowie podobnie, tylko oni przeżyli dwie wojny. Od razu po wybuchu wojny zaczęliście organizować pomoc dla innych? W pierwszym dniu nic się nie działo. W drugim też nic. Potem zaczęliśmy oglądać te straszne obrazki zbombardowanych miast. A ludzie przyjeżdżali do Lwowa i przyjeżdżali. Ci, co tu przyjechali na początku, mieli więcej szczęścia, bo mieli się gdzie 6

Wolontariusze chyba też. Wolontariusze nie są w stanie obsłużyć takiej liczby osób! Przez dworzec lwowski codziennie przewija się 40 tysięcy osób! Teraz może jest ich ciut mniej. Na początku zjeżdżali z Charkowa, Zaporoża, Doniecka, Czernichowa. Wymieniam tylko duże miasta.

Przydałaś się. Myślałam, że parę godzin postoję i obsłużę tych, co przyjadą. A oni szli i szli. I końca nie było. Ledwo staliśmy na nogach. Potem przyszli inni wolontariusze i zmienili nas. Dajecie jeszcze radę? Zrozumiałam, że to nie jest praca na dzień, dwa. Że to się jeszcze rozwinie. Później się okazało, że uchodź-

Ci ludzie czekają na możliwość wyjazdu z Ukrainy, tak? Niektórzy zostają tu, inni pytają, jak to będzie w Polsce.

Co na przykład? Straszy się ich, że w Polsce są obozy dla uchodźców, w których oni zostaną umieszczeni na rok i przez ten rok będą pracować w zamian za wyżywienie. A potem przez trzy lata nie będą mogli wyjechać z Polski. Jak reagujesz? Uspakajam ich. Ostatnio wyprawiłam rodzinę z Kijowa, której wcześniej nie znałam. Matka z dwojgiem dzieci czekała jeszcze na krewną, która też dotarła do Lwowa. W sumie pięć osób. Wysłałam je do Rzeszowa, gdzie odbierał je pewien znajomy. Czyli pomagasz ludziom na miejscu, we Lwowie, robisz kanapki, kierujesz, gdzie mogą się przespać, ale zdarza Ci się także niektórych pilotować aż do Polski? Tak, bo oni są tacy pogubieni. Nie wiedzą, co mają robić. Kiedy wysiadają na lwowskim dworcu, pytają, co mają teraz robić. Tu jest tak dużo ludzi! Chyba wszystkie miejsca noclegowe w mieście i okolicy są już pozajmowane – sanatoria, akademiki!

Przez dworzec lwowski codziennie przewija się 40 tysięcy osób! MONITOR POLONIJNY


Jak się da wytrzymać w takim chaosie? Wydrukowano ulotki, żeby było wiadomo, dokąd udać się na nocleg, do której dzielnicy. Lwów jest podzielony na pięć stref. Ci zamożniejsi mają trochę łatwiej, ale spotykamy ludzi, którzy uciekali ze swoich zbombardowanych domów w tym, w czym stali: w kapciach, w pidżamach, w dresach. Niektórzy opisywali, że jak usłyszeli wybuchy bomb, wsiedli do samochodu, dojechali do pierwszej stacji kolejowej, tam porzucili samochód i ruszali pociągiem na zachód kraju. W strasznych warunkach. Opowiadała mi o tym pewna rodzina z Ochtyrki, z okolic Charkowa. W ich okolicy uderzyła bomba termobaryczna. To podobno jest tak straszne, że tego sobie nie można wyobrazić. Oni dojechali do Połtawy, stamtąd pociągiem dalej. Czasami musieli wysiadać z pociągu i czekać na kolejny. Bez gwarancji, że pojadą dalej. Ukraina jest dużym krajem. W normalnych okolicznościach podróż z Charkowa do nas trwa 24 godziny, z Doniecka półtorej doby. Ale teraz ludzie podróżują nawet trzy doby. Jesteś jedną z pierwszych osób, które uciekinierzy spotykają na lwowskim dworcu, zdarza się więc pewnie, że puszczają im nerwy i widzisz ich łzy.

Zdarza się. Płaczą ze wzruszenia. Wysiadają głodni, spragnieni, zdezorientowani, a my ich witamy gorącą kawą lub herbatą. Potem kierujemy tam, gdzie mogą dostać posiłek. Często oprócz słowa „dziękuję“ nie są w stanie nic więcej powiedzieć. Nie spodziewali się, że tu są tacy dobrzy ludzie. Na co dzień pracujesz. Jak Ci się udaje sprostać tylu wyzwaniom? Pracuję w szkole jako nauczycielka języka polskiego. Właściwie uczę w dwóch szkołach – w jednej prowadzę lekcje, w drugiej zajęcia pozalekcyjne. No i oprócz tego robię audycje radiowe. Na dworcu byłam pięć razy, ale zaczęła się praca - nauczanie zdalne, więc muszę prowadzić lekcje przez Internet.

Staramy się dodawać otuchy, uspakajać, bo trzeba wierzyć w zwycięstwo. Internet dobrze działa? Bardzo często łączność się rwie, bo bombardują wieże. A ta łączność przecież jest bardzo ważna. Prezydent często nadaje. Podziwiam go! Jak w takich warunkach robicie teraz audycje radiowe? Dyrektorka rozgłośni, gdzie dzierżawimy pomieszczenia redakcyjne, na początku dziwiła się, że nie zawiesiliśmy działalności. My stwierdziliśmy, że wręcz odwrotnie – teraz trzeba mówić w radio o tym, co się dzieje. I chyba ją zainspirowaliśmy do działania. Staramy się dodawać otuchy, uspakajać, bo trzeba wierzyć w zwycięstwo. Ta sytuacja jeszcze bardziej Was – Polaków ze Lwowa – zjednoczyła? Trzymacie się razem? Trochę ludzi już wyjechało. Ale trzymamy się razem. Jak przychodzi transport z pomocą, to moja córka dzieli dary. Ma listę organizacji, by je wszystkie sprawiedliwie wesprzeć. No i też robi audycje radiowe. Kto Was wspiera? Czasami są to dary od miłośników Lwowa, ludzi, którzy nas poznali, kiedy ich oprowadzaliśmy po mieście. Czasami są to zupełnie nieznani ludzie. Boicie się? Boimy się. Przede wszystkim o Lwów. O to ogromne dziedzictwo kulturowe, o zabytki. A o siebie? Ja nie dopuszczam złej myśli. Lwów wytrzymał tyle oblężeń, był chroniony w ciągu wieków i teraz miałoby przyjść takie nieszczęście? Nie chce się w to wierzyć. Jesteś Polką, lwowianką, poświęcasz swoje życia dla Ukrainy. Może łatwiej i bezpieczniej byłoby wszystko zostawić i wyjechać?

KWIECIEŃ 2022

7


Żaden człowiek nie chce zostawić swojego domu. Gdybyś ty widziała tych ludzi, którzy wysiadają z pociągów! Pokazują mi w swoich telefonach zdjęcia domów, które opuścili, z komentarzem, że były ostrzelane, a że na przykład domu sąsiada już nie ma. Płaczą. Każdy chce mieć dom, chce do czegoś wrócić. Niektórzy zostają we Lwowie z myślą o tym, że niedługo wrócą do siebie. Wiesz, ja nie chciałabym zostawiać tego wszystkiego, co tak kocham. Ale miałabyś dokąd uciec, Twój syn mieszka w Polsce. Myślałaś o tym? Nie myślałam. Synowa zapraszała. Córka wywiozła do nich swoją 12-letnią córkę, czyli moją wnuczkę. Zawiozła i wróciła do Lwowa. Zdziwiłam się, myślałam, że też tam zostanie, ale ona jest przekonana, że tu jest potrzebna do pomocy, do pakowania paczek. I informuje, udziela wywiadów, by wszyscy wiedzieli, jak nam tu teraz jest. A co się teraz u Was mówi o Słowacji? Wiemy, że Słowacja też przyjmuje uchodźców i pomaga. Ale to przecież nieduży kraj. Na szczęście też słowiański, więc łatwiej się porozumieć. Dla niektórych, którzy tu nie mieli pracy, nie mieli gdzie mieszkać, to może nawet szansa na nowe, lepsze życie. Syreny i dzwony to już u Was codzienność? Tak. Syreny wyją nad ranem, między 2 a 4. Coraz częściej się to powtarza. W dzień też.

ZDJĘCIA: FACEBOOK

8

Rosja nigdy nie była przyjazna żadnemu narodowi. Co wtedy trzeba robić? Zejść do schronu. No ale wszystko zależy od tego, jaki dom i jaki schron. Przecież bombardowane bloki składają się jak domki z klocków, zatem biorąc pod uwagę, że ich podpiwniczenie jest bardzo płytkie, to żadna ochrona. Masz spakowaną torbę na wszelki wypadek? Nie mam. Nie miałam czasu. Ale kiedy myślę, co powinnam spakować, to pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to – oprócz dokumentów – dyski radiowe i fotografie. Płaczesz czasami? Trzeci dzień był krytyczny. Nie wiem, co będzie dalej. Oburza mnie postawa NATO. Daliby parę patriotów, bo trudno się bronić, kiedy spadają ruskie rakiety. Siła Ukrainy jest w ludziach, tu na ziemi, ale brakuje samolotów do obrony powietrznej. Skąd w Ukraińcach, w Was bierze się taka energia i odwaga? Prawdę mówiąc, nie spodziewałam się, że tak będzie. Jak Rosjanie zaatakowali, to myślałam, że raczej wszystko będzie zmierzać ku temu, by się dogadać. A tu jest determinacja, by walczyć! To prezydent Zełenski swoją postawą tak oddziałuje na ludzi. Wiesz, my do tej pory mieli-

śmy doświadczenia z takimi przywódcami, którzy pakowali swoje majątki i uciekali stąd. To był znany nam do tej pory scenariusz. A tymczasem Zełenski jest w Kijowie i walczy. Popatrz na niego, na ten zarost! Na pewno jest zmęczony, ale cały czas przemawia do ludzi i dodaje im otuchy! Co było najtrudniejsze do tej pory? Patrzeć na ból, łzy i zniszczenia. Jak do tej pory powtarza się scenariusz z II wojny światowej, z tą różnicą, że od tamtej pory wynaleziono okrutniejszą broń. Przed tą, którą teraz atakują, często nie ma już żadnego ratunku. Poza tym obawiamy się o elektrownie atomowe. Na Ukrainie w każdym województwie jest ich sporo. I nie daj Boże, że coś tam wybuchnie, nawet przypadkiem – to będzie tragedia europejska. Od wybuchu wojny publikujesz na Facebooku własne zapiski. Co Ci to daje? To efekt wytchnienia, chęć przekazania tego, co się tu dzieje, dodania otuchy, podzielenia się swoimi odczuciami. Myślę, że to kiedyś stanie się świadectwem tych dni. Czujesz złość względem Rosji? Rosja nigdy nie była przyjazna żadnemu narodowi. Polacy to dobrze wiedzą. Ukraińcy już też. Po wojnie bardzo gorąco ich witali, ale niedługo trwał ten entuzjazm, bo wkrótce zaczęły się wywózki na Sybir, rekwirowanie żywności. Rosja, czego się tknęła, wszystko rozwaliła. Może trochę się uspokoiła w latach 60., ale w sumie nie zostawiła dobrych wspomnień. Te miasta na wschodzie, zajęte przez Rosjan teraz, jak Mariupol, ich mieszkańcy wychodzą na ulice i mówią, że nie chcą rosyjskiej władzy. Na koniec zadam pytanie, chyba retoryczne, ale je zadam: o czym marzysz? O pokoju! Żadnych bomb, tylko pokój! MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA MONITOR POLONIJNY


Czy damy radę?

apięcie narastało od miesięcy, ale i tak nagły wybuch wojny był zaskoczeniem. Zaatakowano z kilku kierunków, a kiedy do wszystkiego włączył się wąsaty dyktator, szala przechyliła się wyraźnie w jedną stronę. Niestety, największego cierpienia doświadczyli cywile, którzy długimi kolumnami, samochodami, wozami – czym tylko się dało – ruszyli w jedynym możliwym kierunku. Za granicę, do najbliższego sąsiada, wiedząc, że tam czeka na nich schronienie i ciepłe przyjęcie. Piszę oczywiście o wrześniu 1939 i wielkiej tułaczce Polaków, która paradoksalnie miała i swój pozytywny epizod. Szacuje się, że podczas II wojny światowej schronienie na Węgrzech znalazło 50-100 tys. osób polskiej narodowości, tak żołnierzy jak i cywilów. Węgierskie władze nie tylko jako jedyne otworzyły przed nimi swoje granice, ale również przejęły na siebie utrzymanie ogromnej rzeszy Polaków. I to pomimo tego, że formalnie były sojusznikiem wrogich Polsce Niemiec. W owym czasie Budapeszt przypominał słynną Casablankę, gdzie krzyżowały się drogi szpiegów, kurierów i gdzie Polacy mogli bez przeszkód paradować w swoich mundurach, mijając na ulicy licznie przebywających w owym czasie nad Dunajem niemieckich oficerów z niemieckich przedstawicielstw. Można sobie tylko wyobrazić ich wściekłość i bezradność. Szef węgierskiego sztabu generalnego raportował w październiku 1939 roku: „Część ludności w miastach wykupuje polskie emblematy i nosi je w sposób rzucający się w oczy”.

N

KWIECIEŃ 2022

Powstało wtedy wiele obozów uchodźczych – dla „internowanych” wojskowych i zwykłych ludzi. Internowanie było symboliczne, podobnie jak i obozy, które w większości stanowiły administracyjne jednostki tylko na papierze. Polaków u siebie chciała gościć każda węgierska rodzina; posiadanie „swojego” Polaka należało do dobrego tonu, a były nawet miejsca, gdzie między Węgrami dochodziło wręcz do kłótni, gdy Polaków „do wzięcia” było zbyt mało. Wojskowi – jeśli chcieli, a w większości oczywiście tak było – mogli bez przeszkód uciekać dalej, na południe, by przez Bałkany dotrzeć do walczącej polskiej armii we Francji, a potem w Wielkiej Brytanii. Cywile natomiast mieli zapewnione pełne utrzymanie. Jeśli nie udało się zapewnić im pracy, otrzymywali stały, niemały zasiłek. Nie wolno zapominać o ofiarności węgierskiego społeczeństwa, które wspierało Polaków masowymi zbiórkami i koncertami charytatywnymi. Nie będzie przesadą, gdy powiemy, że w owym czasie nad Dunajem istniała namiastka polskiego państwa, z właściwymi sobie sferami instytucji i kultury. Zakładano polskie szkoły na wszystkich poziomach nauczania, w których uczyli polscy nauczyciele. Polscy studenci mogli studiować na uproszczonych warunkach na węgierskich uczelniach. Prężnie działała kultura, teatry, zespoły muzyczne oraz biblioteki. Najważniejsza jednak była szeroko pojęta działalność wydawnicza, a przede wszystkim polska prasa. To właśnie polska prasa na czele z największymi budapeszteńskimi „Wieściami Polskimi”, była największym czynnikiem łączącym Polaków na uchodźctwie. Dostarczała najnowszych wiadomości, ułatwiała kontakty dzięki zamieszczanym ogłoszeniom, a nade wszystko podtrzymywała na duchu. Tego prasowego fenomenu nie byłoby, a nade wszystko nie byłoby takiego porozumienia bez jednego człowieka – Henryka Sławika. Dla tego pochodzącego z Górnego Śląska dziennikarza organizacja Polakom życia i opieki na Węgrzech stała się priorytetem. Jako redaktor „Wieści” oraz przewodniczący Komitetu Oby-

watelskiego ds. Opieki nad Uchodźcami Polskimi stawał na głowie, aby w porozumieniu z węgierskim rządem wytworzyć kawałek Polski na Węgrzech. Cieszący się powszechnym szacunkiem Sławik był cierniem w oku Niemców, którzy mogli go aresztować dopiero w 1944 roku, po rozpoczęciu okupacji Węgier. Sławik został o wszystkim ostrzeżony, upewniwszy się jednak, że rodzina jest bezpieczna, pracował do końca nad uratowaniem życia jak największej liczbie Polaków i 5000 żydowskim dzieciom z sierocińca w Vác. Gestapo nie mogło mu tego darować. Wiedziano, że w akcję ratowania byli zaangażowani i Węgrzy, a brutalne przesłuchania Sławika miały na celu wydobycie z niego reszty nazwisk. Ten nikogo jednak nie wydał, ratując tym samym życie wielkiemu przyjacielowi Polaków, ministrowi Józsefowi Antallowi. Gdy później obu przewożono tym samym samochodem, skatowany Sławik dał znać przerażonemu jego widokiem Węgrowi, że nie ma się czego obawiać. Resztkami sił wyszeptał: „Tak płaci Polska”. Syn Antalla, József junior, w roku 1990 został pierwszym premierem demokratycznych Węgier.

Dzisiaj historia się powtarza. Tak Polacy, jak i Słowacy mają szansę pomóc innym wojennym uchodźcom, choć – nie ukrywajmy – będzie to również kosztowało. Czy jesteśmy na to gotowi? Chyba nikt z nas jeszcze nie zdaje sobie sprawy, jak inne będą nawet nie najbliższe tygodnie, ale miesiące i lata. Zderzenie kultur, języków, oczekiwań, lęków, niewygód, świadomości, że jesteśmy odpowiedzialni nie tylko za życie i utrzymanie 9


gości, ale przede wszystkim za ich wszechstronny rozwój, wzrost i danie szansy powrotu do ojczyzny. Oby lepszej i wolnej… Środowisko polskich uchodźców na Węgrzech dało Polakom znakomitych pisarzy i dziennikarzy, którzy nauczywszy się węgierskiego, mieli niemały udział w zbliżeniu obu narodów. Byli wśród nich m.in. Camilla Mondral, Stanisław Vincenz, Tadeusz Olszański, Adam Bahdaj… Czy za kilka lat dzięki pobytowi w Polsce lub na Słowacji objawi się nowe pokolenie dobrze wykształconych, znających nasze języki Ukraińców, którzy będą tłumaczyć Polskę oraz Słowację innym? Być może trudniejsze zadanie stoi przed Słowacją, która tak wielkich wojennych doświadczeń uchodźczych w swojej historii nie miała. Wyzwaniem będzie nie tylko gorsza infrastruktura i liczba osób mogących ugościć uchodźców ze wschodu, ale i fakt, że Ukraińcy dla Słowaków stanowią większą egzotykę niż dla Polaków. Co prawda na wschodzie kraju (m.in. w Preszowie) ambasadorami ukraińskiej kultury i języka jest tradycyjnie mniejszość rusińska (łemkowska), jednak nadal nie trudno znaleźć Słowaka, dla którego Ukrainiec i Rosjanin to to samo. Na koniec przytoczę wspomnieniową wypowiedź Pála Zeőke Szőke, bliskiego współpracownika Józsefa Antalla z czasów II wojny światowej: „(...) Nie chodziło tylko o to, żeby im pomagać, aby ich żołnierze mogli walczyć dalej (...), ale aby ci, którzy tu zostali, mogli żyć – na ile tylko można – własnym polskim życiem. Pomóc im, aby mieli swoje święta, by mogli śpiewać i tańczyć po polsku, by żyli własną kulturą narodową. Nieraz odbywały się uroczystości przez nas organizowane, podczas których wywieszane były polskie flagi, biały orzeł – ich godło – obok barw i symboli węgierskich. Oni i my wygłaszaliśmy mowy (...), których sens był taki, że każdy naród ma prawo żyć we własnym kraju. (...) A Polski przecież nie było (...)”. Czy damy radę? ARKADIUSZ KUGLER (Cytaty pochodzą z publikacji Ákosa Engelmayera) 10

Nasi w służbie uciekającymna Słowację

atka pomaga bezpośrednio na granicy, Alexandra wraz z bratem na dworcu kolejowym, Aneta kupuje to, co jest potrzebne danego dnia w punkcie, do którego docierają uchodźcy. Edyta segreguje rzeczy, obsługuje uciekinierów w centrum pomocy i obdzwania firmy, które mogłyby wesprzeć zbiórki. Paweł miał przekazać rzeczy na zbiórkę, ale widząc piętrzące się ich sterty, zaoferował pomoc w ich segregacji. Justyna z mężem szybko wyremontowali mieszkanie i zakwaterowali w nim Ukrainki z dziećmi.

K

ZDJĘCIA: ARCHIWUM

Katka Petrašová

Obok mundurowych, na granicy Katka Petrašová z Trenczyna, Słowaczka polskiego pochodzenia, uwija się na granicy w Sobranciach. Jest w grupie Związku Młodzieży Chrześcijańskiej i pracuje na różnych pozycjach, po prostu tam, gdzie jest potrzebna. „Nalewam herbatę zmarzniętym uchodźcom, serwuję jedzenie lub wykonuję prace bezpośrednio w strefie celnej, gdzie trzeba segregować rzeczy“ – mówi Katka. Zwraca uwagę, że najlepiej pomagać finansowo, ponieważ rzeczy gromadzone w ramach zbiórek jednego dnia następnego mogą być już niepotrzebne. „Zdarzało się, że na przykład w pew-

nym momencie mieliśmy niesamowicie dużo pieluch, podpasek, chusteczek, ale brakowało szamponów“ – wymienia i podkreśla, że trzeba być świadomym tego, iż sterty rzeczy wymagają sortowania, co jest bardzo czasochłonne, i dodatkowych rąk do pracy. Według niej najlepiej wpłacić pieniądze na konkretne organizacje wspierające prace na rzecz Ukrainy, jak na przykład Človek v ohrození. W tych smutnych, trudnych czasach Katka widzi też coś pozytywnego. „Tu, na granicy jest sporo różnych organizacji, ale czujemy się jak jedna wielka rodzina. Wszyscy wzajemnie się wspieramy, bez względu na to, czy ktoś jest wolontariuszem, żołnierzem, strażakiem, czy policjantem“ – MONITOR POLONIJNY


mówi i widać, że jest to dla niej i innych pracujących tam ludzi bardzo silne przeżycie, które na pewno pozostanie w ich pamięci na zawsze.

W dworcowym zgiełku Alexandra Saenz z Koszyc wraz z bratem Bogdanem przychodzą pomagać na dworcu kolejowym – sześć godzin w weekendy, a w tygodniu wtedy, kiedy mają mniej lekcji w szkole. Pochodzą z mieszanej rodziny: ich mama jest Polką, a tato Meksykaninem. „To rodzice zawsze zwracają nam uwagę na to, by być wrażliwym na krzywdę drugiego człowieka“ – mówi Alex, a kiedy pytam, skąd dowiedziała się o takiej możliwości pomocy, uśmiecha się. „Mama sporo surfuje po Internecie i czasami podrzuca nam pomysły, czym moglibyśmy się zająć. Tym razem zainspirowała nas do tego konkretnego działania“ – wyjaśnia. Jak się potem dowiaduję, tylko tak między wierszami, w pomoc Ukraińcom zaangażowana jest cała rodzina, bo niemalże każdego dnia przyjmują pod swój dach uchodźców, którzy docierają do miasta i potrzebują odpocząć przed dalszą podróżą. „To są nasi sąsiedzi, a rodzice uczą nas, że trzeba pomagać, bez względu na to, skąd człowiek pochodzi“ – mówi moja rozmówczyni, którą dopytuję, na czym polegają jej zadania bezpośrednio na koszyckim dworcu. Alexandra odpowiada, że tam są potrzebne Alexandra Saenz

do pracy wszystkie ręce: czy do kuchni, do częstowania kanapkami, czy do pomocy tym, którzy wysiadają z pociągów. „Chłopcy najczęściej mają za zadanie pomóc z bagażami wysiadającym z pociągów kobietom z dziećmi, a ponieważ mam krótkie włosy i byłam z bratem, to wzięli mnie za chłopaka, więc i ja nosiłam walizki“ – mówi z uśmiechem. Poza tym Alex dostrzega zagubienie wśród przyjezdnych, a wtedy na pewno potrzebne są dobre słowo, miły gest, tym bardziej, że onieśmieleni przybysze czasami nie mają ani sił, ani odwagi prosić o pomoc. Z pociągów wysypują się głównie kobiety. „Na palcach jednej ręki mogę wymienić chłopaków, których tam spotkałam, większość została, żeby walczyć na wojnie“ – mówi. Czasami na policzkach przybyszów dostrzega łzy. „Najczęściej dzieje się tak, kiedy ktoś do nich dzwoni. Sądzę, że wtedy dowiadują się o jakichś przykrych rzeczach. W takich sytuacjach mogę jedynie podać im chusteczkę“ – mówi cicho. Jest taktowna. Na to także zwracają im uwagę koordynatorzy podczas miniszkoleń wolontariuszy i proszą, by przyjezdnym nie przysparzać dodatkowych stresów. Alexandra i Bogdan znają kilka języków obcych, jest im więc łatwiej rozmawiać z młodymi Ukraińcami. „Starsi nie mówią w innych językach, więc porozumiewamy się z nimi, jak się da, nawet na migi“ – wyjaśnia 18-latka. Zaskakuje mnie rozważnymi spostrzeżeniami, nabytymi w ciągu kilku dni od wybuchu wojny. „Zaczynam sobie uświadamiać, jakie mam szczęście, że moja rodzina jest razem, nie musimy nigdzie uciekać, mogę chodzić do szkoły, mam przyjaciół, nie muszę zostawiać swojej historii i gdzieś w nowym miejscu budować wszystko od nowa. Teraz doceniam poczucie bezpieczeństwa“ – konstatuje.

Uzupełnianie zapasów w namiocie Aneta Mikitová z Koszyc również pojawia się systematycznie w okolicy dworca kolejowego, przed którym stoi duży namiot. Do niego kierowani są uchodźcy. „Przyjeżdżam do wolonKWIECIEŃ 2022

Aneta Mikitová tariuszy, do tego namiotu i po prostu pytam, czego im dziś brakuje“ – mówi Aneta. Potem jedzie na zakupy i za własne pieniądze kupuje w hurtowni to, czego najbardziej potrzeba. Czasami jest to woda mineralna, czasami soczki dla dzieci w małych butelkach albo słodycze. „Nie wyobrażam sobie, żeby w takiej sytuacji nie pomagać. Po prostu odzywa się we mnie nasza polska solidarność“ – mówi. Aneta mieszka w Koszycach od ponad 20 lat i ma tam spore grono przyjaciół. Wśród nich Ukraińca, któremu w obecnych czasach pomaga. „Staram się zwracać uwagę na jego podpowiedzi, sugestie, jak można pomóc“ – opisuje. W ten sposób we współpracy z bratem z Warszawy załatwiała Ukrainkom, które dotarły do Polski, nocleg, a potem pilotowała ich podróż do Budapesztu. „Te panie załapały się na darmowe bilety lotnicze Wizz Air i poleciały do rodziny do Alicante“ – opisuje. Na miejscu, w Koszycach też już dała schronienie kilku osobom. „W takich sytuacjach płacę tym ludziom za lokum, gdzie może przenocować kilka osób; mają tam dużo prywatności i mogą odpocząć przed dalszą drogą“ – wyjaśnia. W jej głosie wyczuwam podziw dla uciekających kobiet. „Często podróżują z małymi dziećmi, jadą po kilkadziesiąt godzin na stojąco w pociągach, uciekają w tym, w czym stały, a mimo to jest w nich pewien spokój i determinacja“ – mówi Aneta i dla porównania przywołuje obraz 11


z naszej codzienności, kiedy przeciętnych ludzi denerwuje to, że muszą stać gdzieś w kolejce 10 minut. A w Ukrainkach widzi pokorę i wdzięczność. „Polska historia zawsze wiązała się z pomocą, z tym, że najczęściej pomagano nam, Polakom. Teraz my możemy się odwdzięczyć za tamte czasy“ – podsumowuje na koniec Aneta.

Między regałami w centrum pomocy Edyta Mikušová od 15 lat mieszka w Pieszczanach, niewielkim 30-tysięcznym mieście uzdrowiskowym, do którego podobno dotarło już około 5 tysięcy Ukraińców. „Widoczni są w mieście, a kasjerka w sklepie ostatnio ucieszyła się na mój widok, bowiem mogła porozmawiać po słowacku“ – opisuje nasza rodaczka, która także włączyła się w pomoc dla uchodźców. Na pytanie, co konkretnie robi, skromnie odpowiada: „Nic specjalnego. Podjadę, zapytam, czego potrzeba, i to realizuję“. Niedawno zawiozła kosmetyki i odzież po synu, bo chłopięcej najbardziej brakuje. Później były zakupy: 20 kg jabłek, kawa, kasza, słodycze itp. W centrum pomocy te rzeczy są gromadzone, a potem segregowane. Edyta pomaga Edyta Mikušová

12

siedem dni w tygodniu, ponieważ takie jest zapotrzebowanie. „Segreguję, co przyniosłam, układam na półkach regałów, następnie zapisuję osoby, które przyszły coś sobie wybrać, czy to jedzenie, kosmetyki, czy odzież, rozmawiam z nimi, pytam skąd przyjechali i czy mają wszystko, co potrzebne. Tak po ludzku“ – opisuje. Kiedy w centrum jest mniej ludzi, segreguje dary, które przynieśli mieszkańcy Pieszczan. Trzeba je podzielić na grupy wiekowe, poukładać na półkach. „W międzyczasie dzwonię gdzieś po znajomych, kto może pomóc ze swojej firmy z dostarczeniem lekarstw, jedzenia, a obecnie jest duże zapotrzebowanie na odzież wiosenną“ – informuje. Spotyka teraz bardzo różnych ludzi – takich, którzy przychodzą po pomoc każdego dnia, ale i takich u kresu wytrzymałości, płaczących. „Niektórzy wstydzą się prosić o pomoc, wstydzą się podnieść wzrok, kiedy przychodzą po używane ubrania, podpaski czy mydło“ – mówi Edyta. Jest pełna empatii i współczucia. Zapewne ci ludzie mieli domy, mieszkania, samochody, dzieci, przyjaciół, rodziców, pracę, a przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa. I jednego dnia to nagle zniknęło. „Obudzili się w nowej, nieprzyjaznej rzeczywistości, na którą nie mają żadnego wpływu. W obcym kraju, bez pracy, bez znajomości języka. A w mniemaniu niektórych powinni zapewne żebrać o pomoc“ – dzieli się swoimi przemyśleniami. Mówi też o strachu z dotyku, który zauważyła, kiedy chciała niektóre dzieci pogłaskać po głowie. „Przygotowałam sobie 30 lizaków, zakładając, że rozdam je dzieciom, gdy będę zapisywać ich rodziców i rzeczy, które sobie wzięli, ale niektóre dzieci bały się obcych i dotyku, uciekały wzrokiem“ – mówi i widać, że jest dobrą, wrażliwą obserwatorką, która w uchodźcach dostrzega po prostu ludzi. „Nierzadko to osoby wykształcone, nauczyciele, wykładowcy wyższych uczelni, inżynierowie. Spotykam ludzi skromnych i miłych, ale też i takich mniej skomplikowanych“ – opisuje. Stara się nie oceniać. Po prostu robi swoje i pomaga z dobrego serca.

Paweł Janas

W domu kultury między stertami rzeczy Paweł Janas z Bratysławy wraz z przyjaciółką wybrali się do Domu Kultury Zrkadlový háj w dzielnicy Petržalka, gdzie zbierane są dary dla potrzebujących Ukraińców, zarówno tym, przebywającym na Słowacji, jak i tym w Ukrainie. Mieli zapakowane śpiwory, koce, konserwy. „Szukając miejsca do parkowania, zobaczyłem tłumy, które tam zmierzały“ – wspomina. Po wejściu do środka wrażenie na nim zrobił ogrom pracy, spoczywający na barkach wolontariuszy. „Zapytałem ich, czy potrzebują pomocy. Przytaknęli i skierowali nas do segregowania rzeczy. Jak przyszliśmy tam w południe, to zeszło nam do 18.00“ – opisuje. Następnego dnia opublikował post w grupie skupiającej Polaków na Facebooku, by zachęcić ich do włączenia się w wolontariat. Nasi rodacy reagowali, pytali o szczegóły, ale czy włączyli się w działania, tego mój rozmówca, którego poznałam właśnie dzięki jego wpisowi, nie wie. „W takim kryzysowym momencie jednym ze sposobów na poradzenie sobie z własnym stresem, jest zrobienie czegoś na rzecz innych“ – odpowiada, kiedy pytam go, dlaczego postanowił działać. Jak twierdzi, oferuje swój czas, a w zamian dostaje niesamowitą energię. „Poza tym mam wtedy poczucie sprawczości, że w tak trudnej sytuacji, jaką jest wojna u sąsiada, mogę jednak coś zrobić“ – wyjaśnia. Paweł od ponad dwóch lat mieszka w Bratysławie i pracuje w międzynaMONITOR POLONIJNY


rodowej firmie. Przyjechał tu z Czech i mówi, że jest entuzjastą kultury czeskiej i słowackiej. Odległość od rodzinnego miasta, Wadowic, nie przeszkadza mu działać na dwa fronty – właśnie wrócił z Polski, gdzie zdecydował się uprzątnąć mieszkanie i zaoferować potrzebującym dachu nad głową Ukraińcom. „My Polacy jesteśmy mistrzami improwizacji, ale i słomianego zapału. Obyśmy nie stracili sił i chęci do pomocy“ – mówi na koniec.

Schronienie pod Tatrami Nasza rodaczka Justyna Chovaňáková i jej mąż, Słowak spod Tatr (mieszkają w Wielkiej Łomnicy), dali uchodźcom dach nad głową. W ubiegłym roku państwo Chovaňakovie kupili w Kieżmarku stary dom. Mieli go remontować, by potem móc go wynajmować turystom. Ale kiedy okazało się, że mogą dać schronienie uchodźcom, w ciągu jednej minuty podjęli decyzję. W połowie marca zrealizowali swój plan, także dzięki pomocy i zaangażowaniu przyjaciół. „To było niesamowite, bo nasi znajomi, kiedy dowiedzieli się, że chcemy dla dwóch Ukrainek z dziećmi przygotować dwupokojowe lokum, odpowiedzieli na apel i pomogli w pracach remontowych – każdy coś przywiózł, by wyposażyć to mieszkanie!“ – mówi ze łzami w oczach. Chovaňakowie zrobili listę najpotrzebniejszych rzeczy, by potem obserwować, jak pod kieżmarski adres docierają kolejno stoły, biurka, krzesła, komputer, lodówka, pralka, żeby stworzyć normalne warunki do życia; wszystko oczywiście gratis. Pytam Justynę, kogo zaprosili pod swój dach, a ta zaczyna swoją opowieść. Dziewięć lat temu jej mąż pracujący w ruchu turystycznym poznał Ukrainkę z Kijowa, która zamierzała zainteresować swoich rodaków słowackimi Tatrami. Kiedy wybuchła wojna, przypomniał sobie o niej i odszukał numer telefonu. Wysłał wiadomość i zaoferował pomoc. Jednak kobieta podziękowała mu, nie podejrzewając, że kilka dni później będzie zmuszona uciekać przed bombardoKWIECIEŃ 2022

waniami. Na ucieczkę zdecydowała się z koleżanką. Obie z dziećmi. Wtedy napisała do męża Justyny. „Wiesz, gdyby on wtedy się nie odezwał, ona by pewnie nie odnalazła tego kontaktu, nie wpadłaby na to, że może liczyć na pomoc kogoś za granicą“ – opisuje moja rozmówczyni. Uzmysławia sobie, że bardzo trudno wyjechać ze swojego kraju i zostawić wszystko. „One nikogo, kto by mieszkał za granicą, nie miały, oprócz nas, i to my staliśmy się dla nich nadzieją“ – mówi Justyna. Opisuje też obawy ludzi przed nieznanym, że po przekroczeniu granicy zostaną pod mostem. „Ich“ Ukrainki nie miały wygórowanych potrzeb: dach nad głową, ciepła woda i Internet, by być w kontakcie z rodziną i móc śledzić aktualne wydarzenia. Następnego dnia po ich przyjeździe Chovaňakovie udali się do lokalnej firmy, by zamówić Interent. Właściciel zareagował natychmiast. Mało tego, zaoferował ten Internet na pół roku bezpłatnie. Takie gesty cieszą. W ogóle Justyna z nieskrywaną radością opisuje reakcje swoich gości z Ukrainy. „Wiesz, one nie chciały żadnych firanek w oknach, żeby mieć jak najwięcej światła dziennego, by oglądać niebo, Tatry, bo przecież kilka dni spędziły w ciemnościach, w piwnicy“ – dodaje. Dzieci mojej rozmówczyni i jej gości są w podobnym wieku, więc razem się bawią i grają w różne gry. „Przywieźliśmy im ptaszka – papużkę – żeby mogli się nim opiekować i żeby było im weselej“ – mówi Justyna i dodaje, że często wszyscy razem się

Justyna Chovaňáková

śmieją. „Mój mąż wioząc ich z granicy, całą drogę opowiadał dowcipy, a potem przestrzegał mnie, żebym absolutnie w ich obecności nie płakała“ – mówi moja rozmówczyni, choć zaraz dodaje, że jest to trudne, bo czasami panie po przeczytaniu wiadomości w telefonie, ocierają łzy. „Ostatnio siedzieliśmy razem i jedna z nich przeczytała informację, że jej koleżanka wraz z rodzicami jechała samochodem korytarze humanitarnym, ale w pewnym momencie zostali ostrzelani, ona przeżyła, jej rodzice, siedzący na tylnym siedzeniu, nie“ – mówi Justyna i obu nam napływają łzy do oczu. Nasza rodaczka bardzo współczuje i razem ze „swoimi” Ukrainkami przeżywa ich problemy. „Czasami z tych emocji mam wieczorem gorączkę, ale z drugiej strony czuję olbrzymią radość, że możemy pomóc“ – podsumowuje Justyna i zdradza, że swoim podejściem zaraża innych, którzy również chcą zaoferować uchodźcom pomocną dłoń. No i bardzo się cieszy, że podczas weekendu mogą zaprosić Ukraińców na spotkanie rodzinne u teściów z okazji imienin. „W ten sposób moi teściowie będą mieć kolejne wnuki“ – cieszy się Justyna, a po kilku dniach przesyła następną radosną nowinę – „ich“ Ukrainkom udało się zdobyć pracę! Będą zatrudnione od maja w nowo otwartej restauracji. Do tego czasu przed nimi kolejne wyzwanie – szybki kurs języka słowackiego. A państwo Chovaňakovie na tych dobrych wiadomościach nie poprzestają – właśnie zdecydowali się wyremontować kolejne lokum dla następnych przybyszy z Ukrainy. Jest coś magicznego w wypowiedziach moich rozmówców – ich tembr głosu zdradza niesamowite szczęście. By sprawdzić, na czym to polega, wystarczy „tylko“ zdecydować się pomagać – najpierw trochę stracić energii, czasu, może nawet pieniędzy, ale w zamian zyskać coś niepowtarzalnego! A te łzy wruszenia? Edyta Mikušová podsumowuje, że one właśnie są poniekąd wyznacznikiem naszego człowieczeństwa. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA 13


Koncert na rzecz

Ukrainy la jednych wspaniały koncert z możliwością zamanifestowania wsparcia dla Ukrainy, dla mnie to także szansa oderwania myśli od tego, co dzieje się aktualnie na Ukrainie, gdzie została moja rodzina.

D

Licznie przybyła do VŠMU w Bratysławie publiczność z przyjemnością wysłuchała utworów m.in. Fryderyka Chopina, Bernharda Alta, Heinricha Schmelzera, Michala Lorentza, Nikoli Matteisa Jr czy Anny Strelnikovej, które wykonała polska skrzypaczka Jolanta Sosnowska z towarzyszeniem słowackiego kwartetu kontrabasowego BassBand w składzie: Jan Krygowski, Jan Prievoznik, Metod Podolski i Jakub Straczyna.

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

14

Dwudziestego piątego dnia inwazji Federacji Rosyjskiej na Ukrainę, tj. 20 marca 2022 r., Instytut Polski w Bratysławie we współpracy z Fundacją „Integra“ oraz organizacją „Stand With Ukraine. Poland First To Help“ zorganizował w stolicy Słowacji koncert charytatywny pod hasłem „Sercem z Ukrainą“. Celem wydarzenia było wyrażenie solidarności z narodem ukraińskim. Wszystkie zebrane podczas tego koncertu pieniądze zostały przekazane Fundacji „Integra“, która niesie pomoc poszkodowanym w wyniku wojny na Ukrainie, a także ukraińskim uchodźcom, uciekającym przed wojną do Polski oraz na Słowację. To był wspaniały koncert, w którym przepięknie rozbrzmiewały wysublimowane dźwięki instrumentów smyczkowych. Atrakcyjne było też jego zakończenie, kiedy to zabrzmiał utwór „Flux” polskiej kompozytorki Nicolet Burzyńskiej, którego premiera miała miejsce w grudniu ubiegłego roku. Autorka jest laureatką wielu międzynarodowych nagród, a jej kompozycje znajdują się w repertuarze wielu polskich i europejskich orkiestr. I wszystko byłoby cudowne, gdyby nie to, że nie tak daleko toczy się wojna. Dla mnie – Ukrainki – to bardzo trudny czas. Mimo że jestem bezpieczna w Bratysławie, gdzie mieszkam od kilku lat (wcześniej mieszkałam też w Polsce), to jednak teraz chciałabym być w Ukrainie, gdzie moi rodacy walczą na froncie. I choć w ciągu miesiąca kilka milionów obywateli

opuściło Ukrainę, to z drugiej strony prawie pół miliona (w większości mężczyzn), wróciło zza granicy, gdzie pracowali, by bronić ojczyzny. Chęć pójścia na front wraził nawet mój prawie 70-letni ojciec.

Wiele osób musiało uciekać ze wschodu kraju na zachód, by znaleźć schronienie przed okrutnym agresorem. Do takich osób należy moja siostra. Z kolei moi krewni pomagają uchodźcom ze wschodu, udostępniając im swoje mieszkania i oddając potrzebującym ubrania. I o nich właśnie myślałam, kiedy słuchałam pięknej muzyki, wierząc, że poruszy ona serca słuchaczy tak, jak i mnie poruszała, i że hojnie wesprą życie moich bliskich i miliony innych osób w Ukrainie. Zbiórka odbywała się co prawda podczas koncertu, ale nadal można ją wesprzeć, wysyłając przelew na konto funduszu „Integra“ poprzez stronęintegra.sk. ANDRIANA GNYDENKO MONITOR POLONIJNY


Krzemień pasiasty w ponad 100 wariantach! iedzieliście, że pierwszy wyrób w postaci pierścionka z krzemienia pasiastego powstał 50 lat temu w Sandomierzu? Oryginalne dzieła z tego kamienia można zobaczyć w galerii Instytutu Polskiego w Bratysławie do połowy kwietnia.

nie innego myślenia, innej oprawy niż bursztyn“ – dodaje artystka. Właśnie oglądamy piękny naszyjnik, ale w gablocie obok widzę też akcesoria dla mężczyzn, takie jak spinki do koszuli czy krawat bolo. To małe – duże dzieła sztuki, bardzo pracochłonne. Dzieła z pracowni Ryszardy Paralusz Krzesimowskiej doceniają klienci z Polski i z różnych zakątków świata, którzy przyjeżdżają do Sandomierza, gdzie na Starym Mieście znajduje się pracownia mojej rozmówczyni. Nie ona jedyna tworzy taką biżuterię w Sandomierzu, który stał się centrum krzemienia pasiastego.

W

Małe dzieła sztuki Po wystawie w Instytucie Polskim oprowadza nas artystka Ryszarda ParaluszKrzesimowska ze Stowarzyszenia Twórców Form Złotniczych w Sandomierzu. „Od dziecka zajmuję się biżuterią“ – zaczyna swoją opowieść absolwentka kierunku biżuteria Państwowej Szkoły Sztuk Plastycznych w Częstochowie i pokazuje swoje prace, które mieszczą się w dwóch gablotach. Widać w nich piękne naszyjniki, broszki i zawieszki. Pytam artystkę, co jest jej inspiracją twórczą. „Sam krzemień i rysunek na nim“ – odpowiada. Projektowanie biżuterii niejako narzuca struktura kamienia. „Rysunek krzemienia często przenoszę na oprawę ze srebra, co jest bardzo pracochłonną techniką“ – opisuje i pokazuje, jak reliefowane linie stały się przedłużeniem krzemiennego rysunku. Kiedy dopytuję moją rozmówczynię, jak wygląda proces tworzenia, wyjaśnia, że naj-

pierw wszystko jest w rękach szlifierzy, którzy tną kamień na plastry. „Ja zaznaczam rysunek i kształt kamienia, który chcę, żeby mi szlifierz oszlifował. Kiedy mam gotowy kamień, zajmuję się projektowaniem biżuterii“ – opisuje. Krzemień pasiasty kojarzy mi się ze strukturą węża, przez co jeszcze bardziej intryguje. „Krzemień wymaga zupeł-

wstawy Katarzyna Batko, dyrektor organizacji turystycznej Partnerstwo Ziemi Sandomierskiej. „Wszystko zaczęło się 50 lat temu, kiedy w Sandomierzu powstał pierwszy pierścionek z krzemienia pasiastego. Krzemień ten występuje tylko w jednym miejscu na świecie, niedaleko Sandomierza. Jego urodą zachwycił się w 1972 roku Cezary Łutowicz“ – opisuje Batko. W ten sposób Sandomierz stał się stolicą krzemienia pasiastego, nazywanego też kamieniem optymizmu. Wystawa w Instytucie Polskim w Bratysławie prezentuje nie tylko biżuterię, ale także walory turystyczne ziemi sandomierskiej. MW

50 lat temu Prezentowana w Instytucie Polskim biżuteria pochodzi z różnych zakątków Polski. „Udało nam się zaprosić 21 twórców, pokazujemy ponad 100 eksponatów i, jak widać, kamień ten inspiruje nie tylko sandomierskich twórców“ – mówi kurator ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Ryszarda ParaluszKrzesimowska

Kurator wstawy Katarzyna Batko KWIECIEŃ 2022

15


to chciał zobaczyć crème de la crème polskiego i słowackiego tańca ludowego, mógł to zrobić, wybierając się na koncert Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk“ im. Stanisława Hadyny oraz Słowackiego Artystycznego Zespołu Ludowego SĽUK. Występ odbył się 8 marca w bratysławskim teatrze DPOH. To nie pierwszy wspólny występ tych dwóch zespołów. Podobny miał miejsce we wrześniu 2017 roku. „Śląsk“ gościł także na deskach Słowackiego Teatru Narodowego rok później z okazji setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Tym razem polscy tancerze i śpiewacy przybyli, by zamknąć projekt międzynarodowy, który przewidywał występ „Śląska“ z najlepszymi zespołami artystycznymi kilku krajów europejskich:

K

dyrektor „Śląska“ Zbigniew Cierniak

„Śląsk“ i SĽUK znowu razem!

w Serbii z zespołem „Kolo”, w Chorwacji z „Lado” i na Węgrzech z MANE, o czym jeszcze przed bratysławskim występem mówił nam dyrektor „Śląska“ Zbigniew Cierniak. „Z każdym z tych podmiotów mamy fantastyczną współpracę, a ponieważ za rok Śląsk świętuje 70-lecie, mamy nadzieję, że wszystkie te zespoły wystąpią na koncercie jubileuszowym w naszej siedzibie w Koszęcinie“ – mówił.

Co nas łączy Występy po Europie Południowej były zaplanowane na listopad. I wszystkie odbyły się właśnie wtedy, z wyjątkiem tego bratysławskiego, który –

niestety – ze względu na pogarszającą się sytuację pandemiczną na Słowacji, został odwołany. „Wracamy do Bratysławy, by spotkać się z naszymi przyjaciółmi ze SĽUK-u, by scementować naszą kilkuletnią współpracę“ – podkreślał Cierniak. Z pewnością cementującą oba zespoły była także osoba zmarłego w ubiegłym roku słowackiego choreografa Juraja Kubanki, który tworzył dla obu niezapomniane układy choreograficzne. „Wszystkie jego dzieła wnosiły tyle radości, niezapomnianej twórczej myśli“ – wspominał Z. Cierniak i wymieniał „Orawę“ czy „Harnasiów i zbójników“, podkreślając, że Kubanka zostanie zapamiętany jako ten, którego nogi zawsze

Słowacka Polonia oczyma socjologa połowie października 2021 roku dr Łukasz Lewkowicz z UMCS w Lublinie poprosił mnie o przygotowanie (w dość ekspresowym tempie) zwięzłego opracowania nt. słowackiej Polonii. Dzięki tej propozycji mogłem ponownie przyjrzeć się temu, co słychać u Polaków na Słowacji. Od moich badań dotyczących słowackiej Polonii minie wkrótce 20 lat (zrealizowałem je w latach 20022003, a ich wyniki zostały opublikowane w 2012 roku). Z przyjemnością więc podjąłem się zadania, choć tym razem musiałem się

W

16

ograniczyć jedynie do spojrzenia zza socjologicznego biurka, czyli poprzestać na informacjach dostępnych w artykułach z „Monitora Polonijnego” oraz w Internecie (w tym m.in. w grupach utworzonych przez słowackich Polaków na Facebooku). Jakie najważniejsze wnioski wynikają z mojego spojrzenia zza miedzy na słowacką Polonię? Przede wszystkim cieszyć może fakt, iż ta niewielka zbiorowość polonijna stale odnawiana i wzmacniana jest przez napływ nowych emigrantów. Jej wzrost liczebny potwierdziły wstę-

pne wyniki zeszłorocznego spisu powszechnego (o których wspominałem szerzej na łamach marcowego „Monitora”). Dzięki temu w ostatnich kilkunastu latach (które upłynęły od wspomnianych badań) doszło do wzmocnienia i ożywienia istniejących w tym kraju organizacji polonijnych, w czym nie przeszkodziła pandemia COVID-19. Ich atutem jest otwartość na nowych członków – łączą bowiem przedstawicieli „starej” (przedakcesyjnej) i „nowej” (poakcesyjnej) Polonii. Warto wspomnieć, iż w przypadku organizacji

polonijnych w Europie Zachodniej dość często emigranci poakcesyjni nie odnajdują się w stowarzyszeniach zasiedziałej (powojennej) Polonii i tworzą swoje własne organizacje. Rozwój Internetu, w tym zwłaszcza mediów społecznościowych, sprawił, iż informacje o działalności organizacji polonijnych na Słowacji (czy także o samej obecności innych Polaków w różnych zakątkach tego kraju) stały się znacznie bardziej dostępne. A przecież jeszcze w pierwszej dekadzie XXI wieku (w czasach przedfacebookowych) zdaMONITOR POLONIJNY


tańczyły. „Fantastyczna postać! I po artystycznej, i po ludzkiej stronie“ – mówił dyrektor, żałując, że ze względu na obostrzenia pandemiczne reprezentacja „Śląska“ nie mogła dotrzeć na pogrzeb Mistrza. „Wiemy, że planowane jest odsłonięcie pomnika Juraja. My też postaramy się go odpowiednio uhonorować“ – dodał.

certów. W sumie w zespole jest zatrudnionych i na sukces artystyczny pracuje 310 osób, z tego 130 artystów: chór i balet po 45 osób, a orkiestra to 30 muzyków. Przed bratysławską publicznością zaprezentowało się 60 osób.

Ile osób pracuje na emocje

Jak to w życiu bywa, nawet najlepsza logistyka i skrupulatne planowanie nie są w stanie przewidzieć nieoczekiwanych momentów, które w historii „Śląska“ się zdarzały. Odwołany bratysławski koncert do nich należał. „Dajemy około 150 koncertów rocznie i nie zdarza się, by były one odwoływane; zawsze czekają na nas pełne sale“ – opisywał Z. Cierniak, który spędził na scenie prawie 20 lat, a dyrektorem zespołu jest już lat 12.

Marcowy koncert wywołał wielkie emocje, związane z ludowymi kreacjami obu zespołów. W tym słowackim przede wszystkim ujmujące były młodość, świeżość i radość, w tym polskim – dostojność, elegancja i magnetyzm. Publiczność zachwycała się kujawiakiem z oberkiem czy tańcami podhalańskimi. Warto dodać, że „Śląsk“ daje rocznie około 150 kon-

Nieprzewidziane zdarzenia

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

rzało się, że ktoś przybywający do pracy do kraju po drugiej stronie Tatr ze zdziwieniem odkrywał, że regularnie może się tam spotykać z innymi rodakami.

KWIECIEŃ 2022

Z drugiej strony nie można nie dostrzec, iż działalność organizacji polonijnych na Słowacji idealnie odzwierciedla znane polskie przysłowie: „Gdzie dwóch Polaków, tam trzy partie polityczne” (i jego słowacki odpowiednik: „Gdy się dwaj Polacy zejdą, to w trzy strony się rozejdą”). W przypadku tak nielicznej zbiorowości polonijnej może dziwić istnienie aż trzech organizacji polonijnych. Nie wchodząc w tym miejscu w przyczyny podziałów organizacyjnych, pozostaje wyrazić życzenie, aby faktycznie owe trzy organizacje współpracowały ze sobą (zgodnie z deklaracjami), a nie traktowały siebie jako konkurentów.

Innym zdarzeniem, które zapadło w jego pamięci, był wypadek wiozącego zespół autobusu, który na trasie w Polsce wpadł w trąbę powietrzną. Było to w 2008 roku. „Autobus obróciło o 360 stopni, wyleciałem z niego; na szczęście nikt nie zginął, a ja mam na plecach pamiątkę po tym wypadku w postaci 32 szwów“ – podsumował. Miejmy nadzieję, że owacje na stojąco, którymi nagrodziła oba zespoły słowacka publiczność, będą dostateczną motywacją do kolejnych wspólnych występów SĽUK-u i „Śląska“, bo ich występ to naprawdę kawał wspaniałej uczty muzycznej i barwnego widowiska, czyli czegoś dla ucha i czegoś dla oczu. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Polacy mieszkający na Słowacji i przybywający do niej są zazwyczaj dość dobrze odbierani przez Słowaków. Mimo że dla przeciętnego Słowaka są niemal niewidoczni (ze względu na swą niewielką liczebność), mogą spełniać (i niejednokrotnie spełniają) ważną rolę we wzmacnianiu dobrosąsiedzkich relacji między Słowacją a Polską. Sami siebie dość często przedstawiają jako ambasadorów Polski na Słowacji. Jednym z ostatnich przykładów działań na rzecz budowania dobrego wizerunku Polski jest prostowanie dezinformacji w słowackich mediach (nie po raz pierwszy w nich publikowanych) na temat jakości polskiej

żywności jako „najgorszej w Unii Europejskiej”. Równocześnie słowaccy Polacy pełnią rolę ambasadorów Słowacji w Polsce. Są nimi zwłaszcza ci, którzy na co dzień żyją w rodzinach polsko-słowackich, funkcjonujący równocześnie w dwóch kulturach i językach. Wydaje się jednak, że wkład słowackich Polonusów (jak i słowackich członków ich rodzin) w budowanie dobrosąsiedzkich stosunków między Polską i Słowacją – państwami tak sobie bliskimi, a jednocześnie tak egzotycznymi – nie jest jeszcze w pełni wykorzystany w procesie zbliżenia obu państw i narodów. MICHAŁ LUBICZ MISZEWSKI

17


W zdrowym ciele zdrowy duch!

zajęć. „Przez lata chodziłam z córkami do fizjoterapeutów, gdzie nauczyłam się, które ćwiczenia powinny dzieci wykonywać, by korygować wady i im zapobiegać. Te właśnie ćwiczenia wprowadziłam także na nasze zajęcia“ – mówiła Silvia i instruowała, jak wykonywać ćwiczenia stóp, wykorzystując do tego kredki, piłki, jak podnosić kartki papieru bez użycia rąk itd. Dzieci wszystkie zadania wykonywały brawurowo, nawet to najtrudniejsze, polegające na zapisaniu własnego imienia kredką trzymaną między palcami stóp. Po zajęciach ruchowych przyszedł czas na wiedzę o zdrowym odżywaniu się. Dzieci uczyły się polskich nazw owoców i warzyw. Forma zabawy, polegająca na wyjmowaniu z worka różnych owoców i warzyw, bardzo im przypadła do gustu, tym bardziej, że nauczycielka wymagała podania nie tylko ich poprawnych nazw, ale także nazw ich kolorów, co miało

od takim hasłem zwołane zostało kolejne spotkanie przedszkolaków w Żylinie, które odbyła się 13 marca. Paľová búda znowu rozbrzmiewała dźwiękiem dziecięcych głosów. Uczniowie – jak na prawdziwych sportowców przystało – przyszli ubrani na sportowo, trzymając pod pachami karimaty, na których potem ćwiczyli pod okiem nauczycielki Silvii Subiak Wtorekovej.

P

ZDJĘCIA: JAROSLAV SUBIAK, SILVIA SUBIAK WTOREKOVÁ

18

Lekcje rozpoczęły się od nauki polskich nazw części ciała, które pokazywano i o których śpiewano. „Głowa, ramiona, kolana, palce“ – brzmiał radosny śpiew dzieciaków. Zadaniem było śpiewać coraz szybciej, a kiedy ktoś się mylił i na przykład zamiast kolan pokazywał ramiona, wybuchały salwy śmiechu. Ćwiczenia dotyczyły kolejno wszystkich części ciała, a szczególny nacisk położono na te, związane ze stopami. Okazuje się bowiem, że płaskostopie to coraz częstszy problem dzieciaków, o czym przekonała się też nauczycielka i organizatorka

utrwalić wiadomości z poprzednich zajęć. Oczywiście, bo jakże by inaczej, na koniec zajęć dzieci zostały obdarowane zdrowymi smakołykami. Nie zabrakło też dobrej polskiej muzyki i prezentu, zapowiedzianego podczas poprzedniego spotkania - wspaniałych zdjęć milusińskich z balu karnawałowego! Każdy jego uczestnik dostał swoje najpiękniejsze zdjęcie oprawione w ramkę. Nic dziwnego, że już teraz dzieciaki dopytują się o kolejne zajęcia. Te odbędą się w kwietniu i dotyczyć będą tradycji wielkanocnych. RED. MONITOR POLONIJNY


yślałam, że to tylko ja tego świata nie rozumiem, ale jakiś czas temu dowiedziałam się, że jest nas więcej. Mama i tata też go nie rozumieją. A mama to nawet kilka razy płakała z frustracji albo ze strachu, że coś złego się zaczęło w tym świecie dziać. Jak by COVID nie był już wystarczającym złem! Słyszałam, jak rozmawiali z ojcem o jakiejś wojnie. Ja się za bardzo na tym nie znam, ale z tego, co zrozumiałam, to ten świat jest dziwny dlatego, że ludzie się nienawidzą i że ciągle pojawia się ktoś, kto chce się czuć silniejszy od innych. Nie rozumiem, dlaczego potem ci silniejsi chcą krzywdzić tych słabszych. Przecież powinno być odwrotnie – powinni słabszych chronić. Chyba mam za małą głowę, bo mi się to wszystko w niej nie mieści. Wiecie, że ja jestem wrażliwa na cierpienie? Dlatego, bo mam go w życiu dużo i powiem wam, że jest to bardzo męczące tak cierpieć.

Ameryce jest szczęśliwa. No a jej pokój jest teraz pusty, więc może posłuży komuś, kto nie ma teraz gdzie mieszkać. Tylko ja nie wyobrażam sobie, jak ta osoba z nami wytrzyma. Właściwie nie z nami, ale ze mną. Bo przecież moje nocne wędrówki po domu są bardzo niebezpieczne i męczące dla wszystkich pod wspólnym dachem.

M

Dziwny jest ten świat

Dużo ludzi

z Niną

Rozmowy

Ja to mam taką swoją wojnę w głowie. Ataki epilepsji to takie bomby, które latają w moich myślach, a ja wtedy nie potrafię spać i bar-

ktoś, kto ucieka przed tą wojną, będzie mógł się ukryć w pokoju Natashy – mojej starszej siostry. Jej tu teraz z nami nie ma. Już od jakiegoś czasu mieszka daleko, a mama mówi, że to miejsce nazywa się Ameryka. Mnie jest trochę smutno, że tu nie ma mojej starszej siostry, ale podobno w tej

ZDJĘCIA: EWA SIPOS

Tata powiedział, że przybędzie tu dużo ludzi, którzy uciekają przed wojną. Nie wiem, co to znaczy, że ich tu będzie dużo. I gdzie ich będzie dużo? W naszym domu? Rodzice nawet rozmawiali o tym, że być może

Latające bomby

dzo się boję. Nie mam się gdzie przed tymi bombami skryć, nie mogę przed nimi uciec. Być może epilepsja jest podobna do wojny, tylko że mnie moja wojna nie zabija tak jak ta w tym dziwnym świecie. Jak tak o tym myślę, to robi mi się bardzo smutno. Myślami tego nie ogarniam, ale sercem czuję, że w tym świecie dzieje się coś bardzo złego. Dziwny jest ten świat! NINA KWIECIEŃ 2022

19


czyli co zdobyły polskie olimpijki? emat kobiet w sporcie to niekończąca się opowieść. Która nasza mistrzyni zdobyła najwięcej medali na olimpijskich arenach? Która z Polek została Miss Igrzysk Olimpijskich? W tym miesiącu na łamach „Monitora Polonijnego” zagoszczą polskie olimpijki.

Konopacka

Halina

Wanda Dubieńska

T

Zaczęło się w Paryżu Debiut Polek na olimpijskich arenach nastąpił w 1924 roku na igrzyskach rozgrywanych w Paryżu. Pojawiła się tam pierwsza Polka – florecistka Wanda Dubieńska. Była jedyną kobietą w 75-osobowej reprezentacji naszego kraju. Co ciekawe Dubieńska była pierwszą polską olimpijką, zgłoszoną przez Polski Komitet Olimpijski cztery lata wcześniej do startu na igrzyskach w Antwerpii, ale z powodu trwającej wojny polsko-bolszewickiej nie wzięła w nich udziału. W 1928 roku w igrzyskach w Amsterdamie udział wzięło 5 Polek: pływaczka Rozalia Kajzer-Piesiur, biegaczki Otylia Tabacka i Gertruda Kilos oraz dyskobolki Genowefa Kobielska i Halina Konopacka. Ta ostatnia zdobyła pierwszy złoty medal olimpijski dla Polski, a wynikiem 39,62 m ustanowiła rekord świata w rzucie dyskiem. Ale to nie wszystko! W plebiscycie dziennikarzy sportowych uznana została za Miss Igrzysk Olimpijskich w Amsterdamie. Od tej pory nie było igrzysk, w których Polki nie brałyby udziału. Najczęściej pojawiały się w lekkoatlety20

ce. Przed II wojną światową medale dla Polski zdobyły Stanisława Walasiewicz – złoty (1932) i srebrny (1936) w biegu na 100 metrów, Jadwiga Wajsówna – srebrny (1936) i brązowy (1932) w rzucie dyskiem oraz Maria Kwaśniewska – brązowy (1936) w rzucie oszczepem. W czasach powojennych nasz sport długo się podnosił, by doścignąć świat. Wśród pań jako pierwszej udało się to kolejnej lekkoatletce, Elżbiecie Krzesińskiej, która w 1956 roku na igrzyskach olimpijskich w Melbourne zdobyła złoty medal w skoku w dal, a swoją klasę potwierdziła cztery lata później w Rzymie, zajmując drugie miejsce. Do czasu letnich igrzysk olimpijskich w Tokio w 1964 roku sukcesów nie było za wiele, ale warto odnotować medalistki olimpijskie: drużyna gimnastyczek (brąz) – Melbourne 1956, łyżwiarki szybkie na 1500 metrów Elwira Seroczyńska (srebro) i Halina Pilejczyk (brąz) – zimowe igrzyska w Squaw Valley 1960, Jarosława Jóźwiakowska w skoku w dal (srebro) i brązowa sztafeta 4x100 m – Rzym1960. Ta ostatnia konkurencja przyniosła nam złoty medal na kolejnej olimpiadzie w Tokio i była odzwierciedleniem siły ówczesnej polskiej reprezentacji lekkoatletycznej, określanej też mianem „polski wunderteam”.

Elwira Seroczyńska

Irena Szewińska

Medale, tytuł miss, Lekkoatletyczny wunderteam W Tokio rozbłysła gwiazda naszej najlepszej lekkoatletki wszechczasów Ireny Szewińskiej, wtedy występującej jeszcze pod panieńskim nazwiskiem Kirszenstein. Oprócz złota w sztafecie zdobyła także srebrne medale w biegu na 200 metrów i w skoku w dal. Na japońskiej ziemi sukcesy odniosły też jej koleżanki ze złotej sztafety – Teresa Ciepły zdobyła srebro w biegu na 80 metrów przez płotki, a Ewa Kłobukowska – brązowy medal w biegu na 100 metrów. Pani Irenie poświęcimy więcej uwagi w kolejnych wydaniach „Monitora Polonijnego”, ale z kronikarskiego obowiązku odnotujmy jej kolejne zdobycze olimpijskie: Meksyk (1968) – złoto w biegu na 200 metrów i brąz na 100 metrów, Monachium (1972) – brązowy medal w biegu na 200 m, Montreal (1976) – złoty medal i rekord świata na 400 metrów. Igrzyska w Moskwie (1980) były ostatnimi w karierze Szewińskiej i pierwszymi bez jej medalu. Ta sztuka udała się wtedy tylko Urszuli Kielan w skoku wzwyż (srebro) i Lucynie Langer w biegu na 100 m przez płotki (brąz). Przez wiele kolejnych lat polskie lekkoatletki nie odnosiły większych sukcesów. Przełom nastąpił dopiero w roku 2000, gdy w Sydney złoty medal w rzucie młotem wywalczyła nieodżałowana Kamila Skolimowska. Cztery lata później w Atenach z brązowego medalu w skoku o tyczce cieszyła się Anna Rogowska. Potem na sportową scenę wkroczyła Anita Włodarczyk. W Pekinie (2008) zajęła 6. miejsce, a po dyskwalifikacji za doping dwóch Białorusinek ostatecznie przesunięto ją na 4. miejsce. A potem prawie już nie schodziła z najwyższego MONITOR POLONIJNY


Justyna Święty-Ersetic

stopnia podium, a przy tym kilka razy pobiła rekord świata. Złote medale zdobywała na igrzyskach olimpijskich (2012, 2016 i 2020), mistrzostwach świata (2009, 2013, 2015, 2017) i mistrzostwach Europy (2012, 2014, 2016, 2018). Na ostatnich igrzyskach olimpijskich w Tokio srebrny medal zdobyła oszczepniczka Maria Andrejczyk, ale największe show dały Aniołki Matusińskiego, czyli nasze wspaniałe biegaczki na 400 metrów, nie tylko szybkie, ale też piękne i dowcipne. Najpierw w drużynie mieszanej na 400 metrów zdobyły niespodziewanie złoty medal, potem dorzuciły do tego srebrny krążek w kobiecej sztafecie 4 x 400 metrów. Do szerokiej kadry biegaczek na 400 metrów od 2012 roku doskonalących swoje umiejętności pod okiem trenera Aleksandra Matusińskiego należą: Justyna Święty-Ersetic, Małgorzata Hołub-Kowalik, Iga Baumgart-Witan, Natalia Kaczmarek, Patrycja Wyciszkiewicz, Anna Kiełbasińska, Joanna Linkiewicz i Aleksandra Gaworska. Do olimpijskiego sukcesu Aniołków należy dodać też medale sztafety na innych mistrzowskich imprezach: wicemistrzostwo świata (2019), brązowy medal mistrzostw świata (2017), halowe wicemistrzostwo świata (2016, 2018), mistrzostwo Europy (2018), halowe mistrzostwo Europy (2017, 2019), brązowy medal halowych mistrzostw Europy (2015), a także indywidulane sukcesy Justyna Święty-Ersetic: mistrzostwo Europy (2018), halowe wicemistrzostwo Europy (2021) i brązowy medal halowych mistrzostw Europy (2017). Miejmy nadzieję, że to jeszcze nie koniec ich ery.

KWIECIEŃ 2022

Marta

Walczykiewicz

Razem wspaniale, ale i osobno znakomicie Olimpijskie sukcesy Polek nie kończą się na lekkoatletyce. W latach 60. ubiegłego wieku dwukrotnie (Tokio i Meksyk) brązowe medale olimpijskie zdobyły polskie siatkarki. Takich sukcesów nie udało się już później osiągnąć naszej kobiecej reprezentacji siatkarskiej, nawet Złotkom Niemczyka, które dwukrotnie zdobyły mistrzostwo Europy i należały do światowej czołówki początku XXI wieku. W grach zespołowych kobiet były to jedyne nasze medale olimpijskie. Mimo to należy jednak przyznać, że nasze panie potrafią osiągać sukcesy nie tylko indywidualnie, ale również kolektywnie. Najlepszymi przykładami są osady wioślarskie i kajakarskie. Wioślarki w dwójkach i czwórkach zdobyły 5 medali (1 złoty, 2 srebrne i 2 brązowe), a kajakarki aż siedem (2 srebrne i 5 brązowych). Kajakarki również w pojedynkę zdobywały trofea: Marta Walczykiewicz – srebro na 200 m (2016), a Izabela Dylewska dwukrotnie brązowy medal na 500 m (1988 i 1992). W innych zawodach rozgrywanych na wodzie, w żeglarstwie, polskie zawodniczki również zdobywały olimpijskie trofea zarówno pojedynczo (Zofia Noceti-Klepacka – brąz w klasie RS:X – 2012), jak i dwójkami (srebro w klasie 470 – 2020). Analogicznie było też w łucznictwie (srebro Ireny Szydłowskiej w 1972 roku i brąz drużyny w 1996), szermierce (brąz Barbary Wysoczańskiej w 1980 roku i Sylwii Gruchały w 2004 oraz srebro drużynowo w 2000 – wszystkie medale we florecie) oraz łyżwiarstwie szybkim (wspomniane wcześniej Seroczyńska i Pilejczyk w 1960 oraz dwa medale w wyścigu drużynowym – srebrny 2014 i brązowy w 2010).

Superbohaterki Zdobyć medal olimpijski to nie lada wyczyn, a co dopiero mieć ich kilka! Poza Ireną Szewińską, zdobywczynią 7 olimpijskich krążków, oraz potrójnie złotą Anitą Włodarczyk jest jeszcze kilka pań, które niejednokrotnie stawały na olimpijskim podium. Należą do nich: Justyna Kowalczyk (2 złote medale, 1 srebrny i 2 brązowe w biegach narciarskich), Otylia Jędrzejczyk (1 złoty i 2 srebrne w pływaniu), Renata Mauer (2 złote i 1 brązowy w strzelectwie), Maja Włoszczowska (2 srebrne w kolarstwie górskim) i Agata Wróbel (srebrny i brązowy w podnoszeniu ciężarów). Wszystkie te panie zasługują na wielki podziw i uwagę, a w związku z tym poświęcimy im więcej miejsca w kolejnych artykułach. Do miana superbohaterek, które z niejednej opresji wyszłyby zapewne bez szwanku, a i innym mogłyby pomóc, można zaliczyć kolejne nasze medalistki olimpijskie: zapaśniczki Agnieszkę Wieszczek (brązowy medal – 2008 rok) i Monikę Michalik (brąz – 2016), judoczkę Anetę Szczepańską (srebro – 1996), pływaczkę Agnieszkę Czopek (brąz – 1980), pięcioboistkę Oktawię Nowacką (brąz – 2016) czy wystrzałowe dziewczyny ze strzelectwa Sylwię Bogacką (srebro – 2012) i Małgorzatę Książkiewicz (brąz – 1992). Aneta Szczepańska

W czasie pokoju umiejętności sportowe przydatne są głównie na sportowych arenach podczas rywalizacji o jak najlepsze rezultaty, o tytuły i medale. Wojna w pobliżu naszych granic uzmysławia nam, że niektóre umiejętności sportowe mogą stać się użyteczne w niepewnej rzeczywistości. Miejmy nadzieję, że olimpijki będą rywalizować ze sobą wyłącznie na gruncie sportowym. STANISŁAW KARGUL 21


Bagaż pełen emocji

ługo na nią czekałem. Miała być już w grudniu pod choinkę, ale podobno pożar fabryki winyli w dalekim świecie spowodował niedostatek materiału. No i się ciągnęło. W końcu jest! Dotarła! Specjalne wydanie, wyjątkowy winyl w kolorze pochmurnego nieba. Ale po kolei. Na Sosnowskiego natknąłem się już jakiś czas temu, buszując w Youtubie. Trafiłem wtedy na solowy koncert chłopaka we flanelowej koszuli i z bujną czupryną, który przygrywał sobie bardzo sprawnie na akustycznej gitarze, a stopami obsługiwał bęben basowy i tamburyn. Do śpiewu używał głosu w kolorze i o smaku rdzy. „Swój chłop” – pomyślałem, ale nie wsłuchałem się i wyłączyłem. Skatalogowałem go sobie jednak w głowie i nie zapomniałem. Nie wiem dokładnie, ile wody upłynęło od tamtego czasu, ale jakoś przed rokiem Sosnowski powrócił. Znów natknąłem się na niego w sieci,

D

Czulym uchem trafiając na utwory z drugiej płyty pt. Tylko się nie denerwuj i całkiem przepadłem. Urzekły mnie pełne energii i emocji piosenki. Swój chłop zmienił się w bratnią duszę i na dobre zagościł w naszym domu. W końcu znalazłem na polskiej scenie artystę rówieśnika, któremu mogłem zaufać i który miał zostać ze mną na zawsze. To był okres przygotowań do powrotu do Polski po wieloletnim pobycie na Słowacji, więc

gdy było ciężkoi brakowało energii do działania, puszczałem sobie Sosnowskiego i marzyłem o tym, że teraz przecież będę mógł posłuchać go na koncertach, może się nawet spotkamy, kto wie, może nawet zagramy. Ta wizja stawiała mnie na nogi. Data powrotu była ustalona na dwunastego września. Ósmego września Bart Sosnowski zmarł nagle, zostawiając mnie samego z moimi nieżywymi marzeniami.

Uważaj na mowę ciała emigiusz Mróz należy do grona najpopularniejszych autorów kryminałów w Polsce. Wielokrotnie nagradzany nie stroni od poruszania w swoich powieściach kwestii społecznych, a jego książki balansują na styku różnych gatunków, co czyni je jeszcze ciekawszymi.

R

Serwisy plotkarskie podają, że Mróz na swojej twórczości świetnie zarabia, że zatrudnia całą armię asystentów, gdyż nie jest możliwe, by co kilka miesięcy mógł wydawać nową powieść. W odpowiedzi na te pogłoski autor po prostu napisał książkę o tym… jak 22

pisać książki – i po raz kolejny zadziwił fanów oraz krytyków swojego dorobku. Muszę przyznać, że te sensacje powodowały, iż jakoś nie mogłam się zdecydować na sięgnięcie po któryś z kryminałów Mroza. Zdecydowanie wolałam mroczne i dopracowane psychologicznie utwory pisarzy skandynawskich. Przekonał mnie dopiero serial, nakręcony na podstawie jednej

z jego powieści. Zabrałam na krótki wyjazd „Behawiorystę” i praktycznie od pierwszych stron dałam się ponieść fantazji autora. Seria brutalnych zabójstw prezentowanych w Internecie przez nazywanego Kompozytorem mordercę paraliżuje opinię publiczną. Za każdym razem o tym, kto zginie, decydować mają widzowie, oglądający transmisję online. Sprawą zaczyna

interesować się były prokurator Gerard Edling, specjalista od mowy ciała i komunikacji niewerbalnej. Tragiczny splot zdarzeń sprawia, że on i cała jego rodzina odegrają w tej historii olbrzymią rolę. Cóż, każdy fan kryminałów powie, że ich tematyka jest praktycznie nie do wyczerpania. Schemat „kto kogo zabił i z jakich powodów” odzwierciedla naszą MONITOR POLONIJNY


Dla środowiska muzycznego, szczególnie tego związanego z bluesem, był to dotkliwy cios. Naprawdę czuć było złamane serca. Każdy, kto zetknął się z muzyką Sosnowskiego, wiedział, że zgasło coś, co dopiero miało rozbłysnąć pełnym blaskiem. Każdy, tak samo jak ja, liczył na wspaniałą przygodę. Wkrótce po śmierci artysty wydawnictwo MYSTIC ogłosiło, iż wznowi na winylu w limitowanej edycji pierwszy album Sosnowskiego The Hand Luggage Studio LP BLUE LTD., z którego dochód zostanie przeznaczony na wsparcie rodziny

społeczną kondycję, nasze traumy i pragnienia. Również i w tej powieści przyczyną wszelkiego zła jest przeszłość skrzywdzonych dzieci, która niczym zatruta substancja przesącza się przez tkankę teraźniejszości i nie daje normalnie żyć. Na pewno na uwagę zasługuje fakt, iż autor świetnie wykorzystał obowiązujący obecnie społeczny trend – obok życia na żywo toczy się równoległa egzystencja online, a siła Internetu sprawia, że staje się on atrakcyjny również dla przestępców. Do czego to może doprowadzić, przekonacie się, czytając „Behawiorystę”. Interesujący jest również wątek metody, którą stosuje z dużym powodzeniem prokuKWIECIEŃ 2022

zmarłego artysty. To na ten krążek czekałem tak długo. Jest to wyjątkowy album ponieważ został nagrany samodzielnie przez Sosnowskiego za pomocą sprzętu, który mieścił się w torbie podróżnej. Stąd też jego tytuł. Pierwotnie album został wydany w 2018 roku własnym sumptem, natomiast dzięki Tomaszowi Organkowi w 2019 roku wyszła profesjonalna reedycja. Muzyka zawarta na płycie ze względu na ograniczenia techniczne jest prosta, akustyczna i szczera, co nie zmienia faktu, że świetnie dokumentuje warsztat Sosnowskiego. Nad wszystkim panuje wyjątkowy wokal często porównywany z Tomem Waitsem lub Jankiem Kyksem Skrzekiem z naszego podwórka. Nadworną tekściarką Sosnowskiego została Ola Górecka, prywatnie żona artysty. Jest tu kilka świetnych kawałków, jak Prosta piosenka o przemijaniu, Where Do We Go, czy Gniew, mnóstwo rasowego bluesowego grania i całe połacie cudownego, dymnego klimatu.

rator Elding, chociaż policjanci nie do końca ufają jego zdolnościom. Nie ulega wątpliwości, że to właśnie znajomość kinezyki pomaga w schwytaniu terroryzującego opinię publiczną Kompozytora. Oczywiście łatwo przewidzieć, że zakończenie powieści zamyka wszystkie wątki, a morderca zostaje ukarany, jednak w tym wypadku autor również nas zaskakuje. Oczywiście nie będę zdradzać szczegółów, wystarczy, że wspomnę, iż „Behawiorysta” jest początkiem trylogii, która trzyma czytelników w podobnym napięciu. Gerard Elding nadal będzie miał pełne ręce roboty i niejeden kłopot na głowie – Remigiusz Mróz za-

Ten styl został rozwinięty w energetyczną bombę na Tylko się nie denerwuj już z towarzyszeniem całego zespołu. Każdemu, kto nie słyszał o Sosnowskim, polecam zapoznanie się z jego twórczością. To nie byłoby w porządku, gdyby został zapomniany. Przez chwilę był tu ktoś oryginalny, ktoś nietuzinkowy, ktoś szczery, prawdziwy artysta na miarę dzisiejszych czasów. Na Tylko się nie denerwuj jest piosenka Taki sam. Jest to ostatnia piosenka na ostatniej płycie Sosnowskiego, która urywa się znienacka i zamienia w ciszę. W ciszę, której już nie sposób przekrzyczeć. ŁUKASZ CUPAŁ

dbał, by następne sprawy prokuratora były równie nietypowe, jak historia Kompozytora. Lubię kryminały, bo są według mnie najlepszym sposobem na relaks w stresujących chwilach. Dzięki

temu, że ich fabuła zawsze odzwierciedla najmroczniejszą stronę ludzkiej natury, chociaż przez chwilę zapominamy o własnych problemach i dajemy się zaprosić do nieprzewidywalnego świata, w którym – jako obserwatorzy – zawsze jesteśmy bezpieczni. To w dobie niepokojów, które obecnie przeżywamy, jest jedną z możliwości relaksu i rozrywki. Przy okazji lektura „Behawiorysty” może nam uświadomić, iż istnieją specjaliści, dla których sygnały płynące z ciała, gesty, mimika, są niczym otwarta księga i mówią o nas więcej, niż pewnie byśmy chcieli. No właśnie – chyba muszę o tym poczytać… AGATA BEDNARCZYK 23


D O B R E K I N O , WA R T O O B E J R Z E Ć ! film o wielkich emoTo cjach, nieprzeciętnym oddaniu, miłości w trudnych rodzinnych relacjach, ale także film o realizacji marzeń. Scenariusz Sonaty powstał na podstawie autentycznych wydarzeń i opowiada historię Grzegorza Płonki, niedosłyszącego chłopca, który został wirtuozem fortepianu. Nie ma w tym filmie żadnej litości ani użalania się nad niepełnosprawnością, a jest wielka nadzieja, że zdarzają się rzeczy niebywałe, które potrafią uskrzydlić człowieka. To naprawdę dobry film na dzisiejszy trudny czas wojny na Ukrainie, kiedy wydaje się, że wiele sytuacji jest beznadziejnych. Film jest debiutem fabularnym Bartosza Blaschke i od razu warto zaznaczyć, że to debiut bardzo dojrzały i wyważony. Wcześniej Blaschke reżyserował seriale. Prace nad filmem Sonata trwały kilka lat, a historia „Beethovena z Murzasichle” – jak pisano o Grzegorzu Płonce – zainspirowała w pełni twórców filmu. Grzegorz urodził się jako dziecko niedowidzące i niedosłyszące. Niestety, był źle leczony i jako nastolatek miał ogromne problemy z porozumiewaniem się, bowiem lekarze uważali go za dziecko autystyczne i z tego powodu nie potrafiące się dostosować do życia społecznego. Trafiał więc do dziwnych ośrodków, w których miał

24

Sonata pełna wzruszeń „wyzdrowieć”. Kiedy w końcu zdiagnozowano u niego ubytki słuchu i jako czternastolatek otrzymał pierwszy aparat słuchowy, okazało się, że ma nieprzeciętny talent muzyczny i że jego marzenie o zagraniu sonaty Księżycowej Beethovena jest całkiem realne… Ta niezwykła, prawdziwa historia sprowokowała również aktorów występujących w tym filmie. Takiej Małgorzaty Foremniak, grającej matkę Grzesia, nie widzieliśmy na ekranie od lat. Aktorka udowadnia, że obsadzanie jej w ckliwych komedyjkach albo nudnych serialach było po prostu jej zaszufladkowaniem. Ładna, więc w każdej naiwnej roli dobra. Ale jako matka Grzegorza Foremniak jest nie tylko ujmująca, ale i stanowcza. Dobrze wie, że dla swojego dziecka i całej rodziny pokona niejedną barierę. Jej miłość do syna nie jest jednak ślepa, czasami nawet mu się przeciwstawia, co wynika z jej życiowej mądrości i zyskanej wiedzy.

W roli ojca Grzesia oglądamy Łukasza Simlatę, aktora bardzo wrażliwego, który zarówno wyciszony, jak i rozdrażniony tworzy psychologiczną wiarygodność granej postaci. Rolą Grzesia debiutuje w polskim filmie Michał Sikorski. Otrzymał za nią nagrodę na festiwalu filmowym w Gdyni. Warto zapamiętać tego młodego aktora, który porusza widzów swą wrażliwą osobowością. Precyzyjnie przygotowany do roli chorego rewelacyjnie wciela się w chłopaka zbuntowanego i niepogodzonego, ale kiedy trzeba potrafiącego walczyć o siebie. Świetne są sceny z nauczycielem muzyki – w tej roli Lech Dyblik, aktor charakterystyczny, często drugiego planu, który tym razem naprawdę zaskakuje. Także niestandardowa jest rola Jerzego Stuhra jako lekarza, który wszczepił implant niedosłyszącemu chłopcu. Wydaje się, że to właśnie aktorzy w tym filmie w pełni uświadamiają widzom, jak ważne jest wrażliwe po-

strzeganie świata, który nas otacza. Efekt ten uzupełniają świetne zdjęcia, realizowane w górskich plenerach i w ciasnych domowych wnętrzach. Dobrze prowadzona kamera to zasługa Tomasza Augustynka. Świetnie pomyślane filmowo są sceny pierwszego kontaktu Grześka ze światem dźwięków. Niezwykłe znaczenie, dodające wiarygodności postaci, mają też subtelne opowieści o marzeniach dorastającego chłopaka. Bez tkliwości i taniego sentymentalizmu, ale z pełną otwartością reżyser zadbał o detale, a równocześnie stworzył naprawdę nastrojową opowieść nie pozbawioną dowcipu, z ironicznym dystansem wobec świata, który zdaje się nie rozumieć i nie dostrzegać, że ludzie z dysfunkcjami też chcą normalnie żyć. A nadzieja, że znajdą się tacy, którzy potrafią mądrze pomagać, powinna towarzyszyć nie tylko bohaterom filmu. Dzisiaj Grzegorz Płonka ma ponad 30 lat. Jego historia trwa i daleka jest od szczęśliwego filmowego zakończenia. Ale w filmie Sonata historia tego niezwykłego człowieka, opowiedziana z prawdziwą czułością porusza i chwyta za serce. Proszę się nie obawiać, nie ma w tym filmie taniego sentymentalizmu i wyciskania łez. Dlatego warto ten film obejrzeć. ALINA KIETRYS

MONITOR POLONIJNY


Skazany na nieistnienie H

Ten dwukondygnacyjny budynek zarówno w górnej, jak i dolnej części posiadał po 15 okien. Do salonów na piętrze, które miały lustrzane sklepienia, prowadziły zachwycające spiralne marmurowe schody. W dworku znajdowała się wyjątkowa biblioteka, składająca się z około 1500 tomów, które po II wojnie światowej zostały skonfiskowane. Część z nich została przejęta przez Administrację Narodową, inne składowano w wilgotnym budynku gospodarczym, doprowadzając do ich zniszczenia. Nie jest KWIECIEŃ 2022

znany ostateczny los księgozbioru, który zawierał wiele obcojęzycznych woluminów. Niestety, dziś ten zachwycający kiedyś dworską kulturą szlachecki budynek, w którym jako nauczyciele i wychowawcy pracowali wykształceni ludzie z kraju i zagranicy, nie przypomina swojej dawnej świetności, a do niegdyś bogato zdobionych wnętrz wdarła się przyroda. Przyglądając się ruinom dworu, wyobrażałam sobie, jak okazale musiał się kiedyś prezentować, skoro dawna mieszkanka wsi, mówiąc o swoim dzieciństwie, wspominała go jako raj na ziemi. To przykre, że budynek, który przetrwał koszmar wojny i był w pełni funkcjonalny, obrócił się w gruzy. Po wojnie mieściła się w nim przez pewien czas zawodowa szkoła rolnicza, a także węgierskosłowacka szkoła podstawowa. Do katastrofalnego stanu dworu przyczynili się ludzie, którzy decydowali o jego losach pod koniec lat 80. ubiegłego wieku, a także miejscowi, którzy rozkradli, co tylko się dało. Od 2003 roku dwór znajduje się w rękach prywatnych właścicieli, którzy nie zrobili nic, by go ocalić. Smutne, że tracimy tak piękne dziedzictwo kulturowe. Niestety jest to problem wielu sprywatyzowanych zabytków. System ich ochrony ma wiele wad, a istnieje realne zagrożenie, że w niedalekiej przyszłości po wielu podobnych budowlach pozostaną jedynie stosy kamieni. W przeszłości mieszkała tu niemiecka arystokratyczna rodzina Hellenbachów oraz ród Stainlein-Saalenstein.

Ostatnim właścicielem był hrabia Henrich Wilhelm Wilczek, urodzony w Wiedniu, wywodzący się z hrabiowskiej rodziny polskiego pochodzenia. Wraz z żoną Anną Almasy w 1917 r. na nowo ułożył i opisał wszystkie książki znajdujące się w dworku. Zlecił też wykonanie ekslibrisów, które prezentowały wartość dzieł oraz ich znaczenie kulturowe i kolekcjonerskie. Kserokopia drukowanego ekslibrisu z podpisem hrabiego Wilczka i jego herbem rodowym znajduje się w zbiorach Słowackiej Biblioteki Narodowej. Hrabia Wilczek został zastrzelony w 1944 r. przez żołnierzy rosyjskich. Spoczął w miejscowej kamiennej krypcie wraz z 31 innymi zapomnianymi członkami i krewnymi arystokratycznych rodzin Hellenbach, StainleinSaalenstein i Wilczków. Jego majątek skonfiskowano, a żonę Annę oskarżono o kolaborację i uznano za wroga Słowacji. Dziś dwór czeka kresu swych dni, bezmyślnie zapadając w niepamięć i nieistnienie. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

ZDJĘCIA: MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

orné Semerovce to niewielka zapomniana wieś na południu Słowacji, gdzieś na skraju dorzecza rzeki Ipeľ. Nazwa wsi pochodzi od starowęgierskiego Szemere. Bywa też określana jako wieś pisma runicznego. Jej historia sięga XIII w. Na pierwszy rzut oka wieś nie zachęca, by ją odwiedzić, ale warto się tu zatrzymać, gdyż w zaniedbanym angielskim parku niczym oazie zieleni wśród okolicznych pól skrywa się zapomniany zabytek kultury z polską nutką w tle. Pośród wiekowych drzew stoją ruiny barokowego dworu, wybudowanego w 1763 r., a następnie przebudowanego w stylu klasycystycznym. Z budynku postawionego w kształcie litery „U” zachował się portyk, wsparty na czterech filarach, oraz wielki balkon. Dostrzec można jeszcze ryzalit, powszechnie stosowany jako dekoracyjny element architektoniczny w dworkach i pałacach.

Słowackie perełki

25


Marcowa krzyżówka miała na celu przynieść świeży powiew wiosny, a jej hasło brzmiało: Co marzec wypiecze, to kwiecień wysiecze. Kwietniowa łamigłówka nawiązuje do aktualnych wydarzeń, dlatego zachęcamy do jej rozwiązania i odkrycia hasła, które zostało ukryte w polach, oznaczonych numerami w następującej kolejności: 9 - 17 - 20 - 24 - 12 - 7 - 8 - 3 - 27 - 14 - 10 16 - 4 - 30 - 23 - 31 - 25 - 19 - 1 - 5 - 2 - 29 - 15 - 21 - 28 - 22 - Ę - 13 - 6 - 32 - 10 - 18 - 26.

Poziomo 3. imię męskie zza Karpat, nosi je Nohavica 5. oficjel, tuz, szycha 8. Eldorado, arkadia 10. i Watykan, i oaza 14. wciskanie poglądów 15. z młotem na fladze ZSRR 16. miasto na Ukrainie, przy ujęciu rzeki Kalmius

26

Wśród tych, którzy prawidłowe rozwiązanie prześlą na adres: monitorpolonijny@gmail.co m, zostaną rozlosowane nagrody książkowe. Prosimy zatem także o podanie imienia, nazwiska i adresu pocztowego. T.O., red.

Pionowo 18. opór 20. rosyjski imperator 21. syn Piasta i Rzepichy 23. werwa, wigor 25. Katowice Ukrainy 28. trujący grzyb 29. państwo ze 170 mln muzułmanów 30. esencja z ziół 31. wczuwanie się 32. pijatyka, biba

1. obecnie agresor w Ukrainie 2. Tolek, bohater u Bahdaja 4. urojenie 6. polski półwysep 7. aromat 9. tęsknota za krajem 10. Bodo, Paukszta lub Oniegin

11. exodus zagrożonych 12. pod mostami Kijowa 13. trunek z jabłek 17. literacki wybór 19. port nad Morzem Czarnym 22. wielka jaszczurka z Madagaskaru 24. kraj z Odessą 26. luka pamięciowa 27. filmowy Grek

MONITOR POLONIJNY


poprzednim odcinku Retrohitów opisywałem najbardziej znane czekolady, które produkowano w Czechosłowacji. Tym razem przyjrzymy się czekoladowym smakołykom z Polski.

W

Na dobry humor Czekoladami zachwycali się polscy królowie i cała polska szlachta. Jej wielkim miłośnikiem byli August II Sas oraz ostatni król polski Stanisław August Poniatowski. W ich czasach chodziło o produkt sprowadzany zza granicy, dostępny w kawiarniach, cukierniach lub aptekach, gdzie był sprzedawany jako wyrób mający poprawić humor.

Czekoladowa historia Polski Tokio. Po wojnie zakład został upaństwowiony, nazwę zmieniono na „ZPC im. 22 lipca”. Jednak ze względu na klientów zagranicznych, którym skrót nic nie mówił, na opakowaniach dodawano: „d. E. Wedel”. Te komunistyczne poprawki spowodowały upadek zakładu. Kiedy w 1991 roku po przemianach ustrojowych fabryki nie oddano w ręce spadkobierców jej pierwotnych właścicieli, odbiło się to na znaczącym spadku jakości produktów. Nowi zarządcy nie zawsze rozumieli, na czym polega siła tradycji i historii tej słynnej marki. Na szczęście dziś fabryka znów z powodzeniem eksportuje swoje produkty za granicę.

Imperium Wedla

Słodki Wawel z Krakowa

Przełom nastąpił w 1851 roku, kiedy w Warszawie przy ulicy Miodowej 12 Karol Wedel otworzył sklep, oferujący czekoladę własnej produkcji. Co prawda pierwszą ofertę stanowiły karmelki śmietankowe, ale wkrótce to czekolada stała się jego hitem, a jej popularność spowodowała, że zaczęto ją podrabiać. W związku z tym zdecydowano, że każda czekolada będzie oznaczona nazwiskiem producenta. I do dziś tak pozostało. Dzięki temu logotyp z inicjałami Emila Wedla jest znany na całym świecie. Największy rozkwit fabryka przeżywała w dwudziestoleciu międzywojennym, kiedy eksport polskiej czekolady sięgał Paryża, a nawet

Adam Piasecki, krakowski cukiernik, miał również duży wkład w historię polskiego przemysłu cukierniczego. Kiedy w 1898 roku w Krakowie otwierał swoją małą cukiernię, z pewnością nie liczył na to, że ciągle poszerzająca się produkcja za kilkanaście lat – w 1910 przy ulicy Wrocławskiej – pozwoli mu na otwarcie nowego zakładu produkcyjnego, noszącego nazwę: Krakowska Fabryka Cukrów i Czekolady, który dał początek historii działającej do dziś firmy „Wawel”. Popularność słodkich produktów rosła – w 1914 roku z linii produkcyjnej schodziło codziennie 1500 kg czekoladowych wyrobów. Dwudziestolecie międzywo-

KWIECIEŃ 2022

Retro

Hity

jenne również w przypadku tej firmy zapisało się jako czas rozkwitu. Powstała wówczas m.in. ciekawa w smaku czekoladka z grylażowym wypełnieniem, nazwana „Danusią” na cześć ukochanej Piaseckiego. Po wojnie sukces produkcyjny nie został zahamowany, wręcz przeciwnie: w 1951 roku z taśm produkcyjnych zeszła pierwsza nowa czekoladka „Malaga” – formowana ręcznie i znana do dziś, następnie czekoladki „Tiki Taki” oraz „Kasztanki”, również pozostające na rynku po dziś dzień. Zapotrzebowanie na słodycze z biegiem czasu rosło, zatem rosła i produkcja, zlokalizowana w trzech krakowskich zakładach. Zmiana ustroju w latach 90. ubiegłego wieku przyniosła również prywatyzację Wawelu i jego przejęcie przez kapitał zagraniczny.

w mieście powstała fabryka czekolady Anglo-Asiatic Company Ltd., zwana później „Anglas”, w której ruszyła produkcja czekolad mlecznych, deserowych, gorzkich i orzechowych. Produkcja ta trwała do 1944 roku. W 1949 roku powstały Gdańskie Zjednoczone Fabryki Cukrów i Czekolady, a w 1951 roku z przedwojennych fabryk „Anglas, „Kosma” i „Baltic” utworzono Zakłady Przemysłu Cukierniczego „Bałtyk”. Stały się one jednym z najbardziej znanych przedsiębiorstw na Pomorzu. Po zmianach ustrojowych w latach 90. doszło do podziału zakładu i zamknięcia dwóch jednostek produkcyjnych. Na szczęście produkcja Bałtyku przetrwała, chociaż jej część przeniesiono do Włocławka. Dziś marka „Bałtyk” cieszy się dużą popularnością.

Luna i Goplana

Bałtyk – nie tylko morze, ale i czekolada Na Wybrzeżu, w Gdańsku kultura picia czekolady rozwinęła się jeszcze w XIX wieku. Już w 1923 roku

Początek XX wieku to rozwój przemysłu cukierniczego w Polsce. Ekspansja ta spowodowała powstawanie fabryk cukierniczych w różnych regionach, a więc i w Poznaniu. To tu w 1911 roku zarejestrowano spółkę pod nazwą Poznańska Fabryka Czekolady „Luna”. Jednak już w grudniu tegoż roku nazwę zmieniono na „Gonda”, by ostatecznie w listopadzie 1913 roku prze27


mianować ją na „Goplana”. I ta nazwa obowiązuje do dziś. Z początku nie była to duża fabryka, mieściła się na jednym piętrze budynku przy ulicy Warszawskiej i zatrudniała około 30 osób. I choć pracowały tu maszyny, to jednak większość produkcji odbywała się ręcznie. Produkowano głównie czekoladę w tabliczkach i wyroby marcepanowe. Z biegiem czasu produkcja rosła, asortyment się powiększał. Częściowa zmiana produkcji i jej zahamowanie spowodowane kryzysem gospodarczym nie miało znaczącego wpływu na los Goplany. Zatrzymanie produkcji i częściowe przebranżowienie przyniosła wojna, lecz po jej zakończeniu produkcja została wznowiona. Lata 50. i 60. XX wieku przyniosły potężną rozbudowę zakładu i wzbogacenie asortymentu o batoniki, kruche ciasteczka czy czekoladki nadziewane. Chociaż marka „Goplana” istnieje do dziś, to nie należy już do polskich koncernów. Okres PRL był pełen paradoksów – z jednej strony produkcja czekolady rosła, a z drugiej – wciąż jej brakowało w sklepach. Z tego okresu w świeżej pamięci mam firmowy sklep Goplany w Koninie, mieszczący się przy ulicy Dworcowej. Zawsze przechodząc obok niego, przypominam sobie charakterystyczny zapach czekolady, unoszący się w jego pobliżu. ANDREJ IVANIČ

28

ostatnim czasie przez Polskę i Słowację przechodzi olbrzymia fala pomocy uchodźcom z Ukrainy, którzy są zmuszeni uciekać przed wojną. Trudno jest w takiej sytuacji porównywać skalę zaangażowania, byłoby to wręcz nie na miejscu – po obu stronach Tatr jest ona olbrzymia. To, co jednak różni w tym kontekście Polskę od Słowacji, jest stopień znajomości naszego wspólnego sąsiada. Dla wielu Słowaków Ukraina była do niedawna sąsiadem tylko w teorii. Odczucie było takie, że jest to gdzieś bardzo daleko, dokąd się raczej nie jeździ, a tym bardziej nie uczy powszechnie języka ukraińskiego (oczywiście, nie mówimy tu o mieszkańcach terenów przygranicznych, którzy mają inną perspektywę). Dla Polaków Ukraina była i jest natomiast dużo bliższa – i nie mówię tu nawet o doświadczeniach historycznych, ale rzeczywistości zwykłych ludzi z ostatnich kilkunastu lat.

Lwowa, który w ciągu ostatnich dziesięciu lat mocno się zmienił na plus – przeistoczył się z zaniedbanego postkomunistycznego miasta w prawdziwie europejską, pełną turystów metropolię. Jeszcze kilka tygodni przed wojną w centrum Lwowa słychać było języki z całego świata – oprócz ukraińskiego i polskiego również angielski, niemiecki, hiszpański, a nawet węgierski. Sporo mieszkańców Krakowa i Warszawy regularnie jeździło do Lwowa na wycieczki typu city-break. Zmienił się również ich charakter – nie były to już tylko sentymentalne wycieczki na Kresy śladami polskości, ale wypady typowo rozrywkowe, na podobnej zasadzie, jak jeździ się do Wiednia, Pragi, Budapesztu czy Londynu. Lwów był zresztą doskonale skomunikowany ze światem (tanie linie lotnicze i dogodne międzynarodowe pociągi). Tętniące życiem i pełne zagranicznych turystów były też Kijów i Odessa.

Totalna nieznajomość Ukrainy dotyczy zwłaszcza mieszkańców Bratysławy i całej Zachodniej Słowacji, ale nie oszukujmy się – również mieszkańcy graniczącego z Ukrainą Kraju Preszowskiego, a konkretnie Popradu, Tatr Wysokich i okolic, bardzo rzadko (jeśli w ogóle) tam jeździli. Przyklejony do słowackiej granicy Użhorod, piękne i zadbane turystyczne miasto, jest dla przeważającej większości Słowaków oraz Polaków na Słowacji terra incognita. A szkoda, bo stolica Zakarpacia oraz cały ten region miały wszelkie atuty ku temu, by masowo odwiedzali je słowaccy turyści. Wspaniała zabytkowa architektura, piękne górskie widoki, średniowieczne zamki nad czystymi rzekami, podobny język, a przede wszystkim bardzo niskie ceny, dobre jedzenie i naprawdę wysoki, europejski poziom usług hotelowych i gastronomicznych. Miejmy nadzieję, że wojna szybko się skończy i będzie jeszcze okazja tam pojechać. Takie wyjazdy turystyczne będą mocnym wsparciem dla odbudowy powojennej gospodarki i konkretną pomocą doświadczonemu sąsiadowi. W odróżnieniu od Słowaków w Polsce wyjazdy turystyczne na Ukrainę były modne i popularne już od kilkunastu lat, chociaż oczywiście nieprawdą jest, że każdy Polak tam był. Polacy jeździli głównie do

Różnica pomiędzy Polakami a Słowakami dotyczy również języka. Na Słowacji na palcach jednej ręki można policzyć osoby, które uczyły się języka ukraińskiego jako obcego. I znów, nie mówimy tu o mieszkańcach przygranicznych powiatów, których wschodniosłowacki dialekt jest zbliżony do języka ukraińskiego i którzy się tego języka nauczyli dzięki kontaktom z Ukrainą, które akurat tam na wschodzie są i zawsze były (np. w Michałowcach czy Humennem). Tymczasem Polacy już po Pomarańczowej Rewolucji dostrzegli, że Ukraina ma swój język i że nie należy traktować całego Wschodu jako jednego wielkiego rosyjskojęzycznego monolitu. Nauka języka ukraińskiego wśród Polaków nie była oczywiście powszechna, ale tego języka i tak uczyło się sporo osób. Większość z nich dla przyjemności, aby móc się nim porozumiewać podczas wyjazdów turystycznych i zaimponować znajomym. Dziś wzajemna znajomość języków przyda się bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Słowacko-ukraińska wymiana językowa napotyka jednak na przeszkodę w postaci braku materiałów do nauki, ale – jak po-

W

Jak Polacy Ukrainę i język ukraińskipoznawali

kazuje przykład polsko-ukraińskich relacji – jest to do nadrobienia. JAKUB ŁOGINO MONITOR POLONIJNY


W Ukrainie czy na Ukrainie? W

raz z atakiem rosyjskim na Ukrainę ożyły w Polsce dyskusje językowe, dotyczące wyrażeń przyimkowych: w Ukrainie czy na Ukrainie? do Ukrainy czy na Ukrainę? O tym problemie pisałam już w „Monitorze” w roku 2014 (MP, 2014/4), kiedy to Rosja siłą zajęła ukraiński Krym. Okazuje się, że pod względem językowym od tamtej pory prawie nic się nie zmieniło, tzn. jeśli chcemy pozostawać w zgodzie z oficjalną, słownikową normą językową, mówiąc i pisząc o Ukrainie, powinniśmy stosować przyimek „na”: na Ukrainie / na Ukrainę, gdyż to ta forma uznawana jest powszechnie za poprawną. Ale… zmieniła się sytuacja polityczna i dziś na pytanie, jak powinno się mówić, językoznawcy odpowiadają trochę wymijająco. Najczęściej dopuszczają możliwość użycia obu połączeń, zarówno w Ukrainie, jak i na Ukrainie. Profesor Jerzy Bralczyk stwierdził nawet: Nie możemy mówić tu o poprawności. To jest sprawa zmienna. W przypadku Ukrainy starsi ludzie pewnie będą mówili „na Ukrainie”, tak jak ja mówię, ale jestem za tym, żeby młodzież mówiła już „w Ukrainie”. Skąd takie stanowisko? Sprawa użycia małych przyimków na czy w dla samych Ukraińców ma charakter polityczny i wynika z sytuacji językowej w tym kraju. Przypomnę, że językiem urzędowym Ukrainy jest język ukraiński, ale głównie na wschodzie i południu kraju używany jest (przynajmniej do wybuchu wojny) język rosyjski, w którym właściwymi formami są на Украину, на Украине, с Украины (odpowiednio: na Ukrainę, na Ukrainie, z Ukrainy). Natomiast normatywne ukraińskie wyrażenia przyimkowe to: в Украину, в Украине, из Украины. W rosyjskim też mogą być używane typowo ukraińskie połączenia, co powszechnie odbierane jest jako wyraz poparcia dla antyrosyjskich dążeń Ukrainy. Oczywiście może to też być „tylko” akceptacja ukraińskiej modyfikacji gramatyki rosyjskiej, ale zwykle i owa akceptacja ma podłoże polityczne. Jak ważne jest rozróżnienie obu połączeń widać choćby w wystąpieniach prezydentów Rosji i Ukrainy – Putin konsekwentnie używa określenia на Украине, z kolei Zełenski mówi в Украине. Jeden mały przyimek w kontekście ukraińskich wydarzeń znaczy bardzo wiele. W języku polskim na postać normatywną – na Ukrainie, na Ukrainę – wpłynął zwyczaj językowy, który ukształtował się pod wpływem czynników politycznych, historycznych i geograficznych, m.in. długi okres braku suwerenności Ukrainy na przestrzeni dziejów (i ujmowanie jej w języku jako nazwę regionu) czy odzwierciedlone w etymologii nazwy Ukraina postrzeganie terenów dzisiejszej Ukrainy jako peryferyjnych, krańcowych, znajdujących się na skraju (u kraja). Każdy zwyczaj można jednak zmienić, tym bardziej językowy. Dlatego też namawiam do używania w języku polskim połączeń bliskich Ukraińcom, czyli w Ukrainie, do Ukrainy, gdyż w ten sposób możemy okazać solidarność z ofiarami rosyjskiej agresji i szacunek dla ich języka i narodowej tożsamości. I nie będzie to błąd językowy, bo błędem językowym może być tylko innowacja funkcjonalnie nieuzasadniona, a ta swoje uzasadnienie ma. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA KWIECIEŃ 2022

Ogłoszenia

Poznajmy się, proszę Klub Polski oraz Instytut Polski w Bratysławie zapraszają na kolejny odcinek spotkania z serii

Celem tej serii jest prezentacja interesujących Polaków i Słowaków polskiego pochodzenia. Tym razem gospodyni wieczoru Małgorzata Wojcieszyńska przedstawi Polaków, którzy pokochali Bratysławę do tego stopnia, że stali się przewodnikami turystycznymi po tym mieście. Jej gośćmi będą Beata Wojnarowska, Ilona Wikieł-Sobek oraz Arkadiusz Kugler, którzy opowiedzą m.in. o swoich ulubionych trasach i o tym, jakimi ścieżkami dotarli na Słowację. Spotkanie odbędzie się we wtorek, 26 kwietnia, o godz. 17.00 w Instytucie Polskim.

Życzenia Mili Czytelnicy, nie wiem, jak to się dzieje, ale ostatnimi czasy życie przyspiesza. Dopiero co świętowaliśmy ubiegłoroczną Wielkanoc, którą – podobnie jak i poprzednią – byliśmy zmuszeni spędzać w domach w cieniu pandemii. Ta tegoroczna też będzie szczególna, choć zupełnie inna. Wszyscy przeżywamy tragedię na Ukrainie, niektórzy z nas stamtąd pochodzą, mają tam rodziny lub przyjaciół. Nie pozwólmy solidarności z krzywdzonymi zastąpić gruboskórną niewrażliwością spowodowaną dezinformacjami. Nie zapominajmy, że po ukrzyżowaniu i śmierci przychodzi zmartwychwstanie. Alleluja! Życzę Państwu spokojnych świąt Wielkiej Nocy MAREK BERKY, prezes Klubu Polskiego na Słowacji

POdziękOwanie za POmOc dla Ukrainy Dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w zbiórce środków finansowych z przeznaczeniem ich na pomoc humanitarną dla Ukrainy. Zbiórka odbyła się w czasie polskiej mszy 13 marca 2022. Zebrana kwota została przekazana na rachunek bankowy (wskazany przez Wydział Konsularny Ambasady Polskiej w Bratysławie) Ministerstwa Polityki Społecznej Ukrainy.Potwierdzenie przelewu umieszczone zostało na stronie internetowej www.polonia.sk ilona wikieł-Sobek 29


Pisanki, kraszanki Kolejną ciekawostką, związaną z pisankami, jest ich nazwa. Ta polska pochodzi od czasownika „pisać”, który dawniej oznaczał ‘rysować; malować’. Powszechność

30

Pisanka w kulturze przodków

MY

OWIA SŁ

kres drugiej połowy kwietnia jest współcześnie silnie związany z najstarszym i najważniejszym świętem chrześcijańskim – Wielkanocą. W Polsce i na Słowacji jej obchody są do siebie bardzo zbliżone, a zwiazane z nią zwyczaje są ogólnie znane. Jak jednak ten czas świętowali nasi przedchrześcijańscy przodkowie?

O

tego określenia może świadczyć o popularności malowania na skorupie jajka w celach zdobniczych na terenach polskich. W niektórych regionach Słowacji można się spotkać ze znajomo brzmiącym określeniem zdobionych jajek wielkanocnych – písanka. Słowacka kraslica pochodzi od przymiotnika krásny (‘piękny’) albo czasownika krášliť (‘upiększać, zdobić’).

Podobne źródło ma też synonim nazwy polskiej – kraszanka. Krásny, krása (‘piękny’, ‘piękno’) pierwotnie oznaczały kolor czerwony, co mogłoby również świadczyć o tym, że dawniej pisanki zdobiono czerwonym barwnikiem.

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie... Według wiary naszych słowiańskich przodków przesilenie letnie i zimowe było czasem, gdy granica między światami się zacierała. Oznaczało to, że dusze zmarłych mogły wtedy nawiedzać świat żywych i przebywać ze swoimi bliskimi. W okresie przesileń odbywały się też dziady, w kulturze polskiej bardzo spopularyzowane przez Adama Mickiewicza. Do powszechnych zwyczajów należało

N IE

W drugiej połowie kwietnia Słowianie świętowali zakończenie zaślubin nieba i ziemi, początek wiosny i przygotowanie ziemi do siewu. Innymi słowy były to uroczystości związane z płodnością. W tym czasie tańczono na polach i wypiekano kołacze, mające symbolizować płodność. Wiele ze współczesnych wielkanocnych zwyczajów ma swoje korzenie w tradycji naszych słowiańskich przodków. Dotyczy to między innymi śmigusa-dyngusa, bazi czy jajek wielkanocnych, nazywanych ogólnie pisankami. Pisanki, czyli słowackie kraslice, mają wielowiekową historię ozdabiania i symboliki – są bowiem częścią naszej kultury od setek lat. Najstarsza pisanka odkryta na terenie Polski powstała w X wieku; jej twórcy nanieśli na nią wzory przy użyciu wosku i zabarwili ją na brunatnoczerwono, gotując jajko w wywarze z łupin cebuli lub ochry.

ZDJĘCIA: PXHERE

Festiwal płodności

odwiedzanie miejsc pochówku przodków i spożywanie tam posiłków w ich spirytualnej obecności. Na grobach zostawiano wtedy jedzenie oraz pisanki. Wierzono, że pisanki posiadają właściwości lecznicze i są symbolem życia.

Pisanka albo kocham cię W niektórych regionach pisanki miały również oznakowania miłosne. Dawniej, kiedy powszechnym zwyczajem oprócz śmigusa-dyngusa było również smaganie dziewcząt gałązkami brzozy, wszyscy młodzieńcy w nagrodę dostawali od nich kraszanki, ale tylko wybrani otrzymywali te z miłosnym wyznaniem. Jeżeli obdarowany chłopiec odwzajemniał uczucie, kilka tygodni później stawiał dla swojej ukochanej maj i para sią zaręczała. Zwyczaj miał ważne podłoże symboliczne – chłopak poprzez smaganie ofiarowywał dziewczynie płodność, a ona w zamian dawała mu swoje uczucie. VELESLAVA OPUK i FILIP LEON OPUK PolishSlovak.eu MONITOR POLONIJNY


Otóż chciałabym wam zaproponować ich… porównanie. Oczywiście to cały czas to samo dobrze znane w naszej części świata święto chrześcijańskie, ale religia religią, a tradycja tradycją. A ta jest w obu naszych krajach nieco odmienna. Dlaczego warto się tym zainteresować? Może dlatego, że jest to część naszego dziedzictwa? Albo dlatego, że w przeróżnych polskich i słowackich zwyczajach tkwi pamięć o naszych przodkach i życiu, które było ich udziałem przed nami?

KWIECIEŃ 2022

Pewnie każdy z nas podtrzymuje w swoim domu określone tradycje. Warto się dowiedzieć, skąd się wzięły, jak rozwijały się przez lata, ile Wielkanocy przetrwały. Wiecie, że pierwsze wzmianki o polewaniu wodą na Wielkanoc pochodzą aż z XIV wieku? To znaczy, że śmigus-dyngus liczy sobie już dobre 700 lat! Szmat czasu, prawda? Wróćmy jednak do zadania, od którego zaczęłam niniejszy tekst. Dużą kartkę papieru podzielcie na dwie części – po jednej stronie narysujcie flagę polską, a po drugiej stronie słowacką. Na górze dużymi literami napiszcie „WIELKANOC/VEĽKÁ NOC”,

Siła tradycji

a pod spodem zacznijcie wypisywać poszczególne obrzędy. Zacznijcie od tych, które znacie ze swojego domu, potem przejdźcie do tych, które pielęgnują wasi dziadkowie, a na koniec wymieńcie jeszcze inne, znane w polskiej i słowackiej tradycji, z których jednak wasi rodzice już zrezygnowali. Co widzicie? Ile jest poszczególnych tradycji w każdej kategorii? Które zwyczaje są wspólne, a które zupełnie inne? Jak świętowali wasi praprapradziadkowie, a jak świętujecie wy? I czego udało wam się z tego doświadczenia dowiedzieć? Wierzę, że to spotkanie z historią was wzbogaci! NATALIA KONICZ-HAMADA

ZDJĘCIE: NATALIA KONICZ-HAMADA

am dziś dla was zadanie, do którego będzie potrzebny Polak, Słowak, kartka papieru i kredki lub pisaki. Tak, tak, dobrze rozumiecie. Wymieniam jednym tchem Polaka i Słowaka jako niezbędne składowe naszego przygotowania, bowiem dziś zajmiemy się tematem Wielkanocy – tej polskiej i tej słowackiej.

M

31


Czas wiosny i świąt wielkanocnych nastraja nas bardzo kolorowo. Pragniemy przecież otaczać się optymistycznymi, pastelowymi barwami, by ostatecznie pożegnać mroki zimy. Takie tendencje widać również w kuchni, w ozdabianiu

stołu, w dekorowaniu potraw. Pani Maria Očkaiová z Koszyc przedstawia dziś swoją wersję popularnej babki, w sam raz na ten świeży, kolorowy czas. Oj, będzie przyciągać wzrok i zachęcać do próbowania!

Babka w wiosennej sukni SKŁADNIKI: • 175 g masła • 175 g cukru • 1 torebka cukru

waniliowego • starta skórka z 1 cytryny • 6 jajek • 200 g mąki • 50 g mąki ziemniaczanej • 3 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia • 4 łyżki galaretki porzeczkowej

• 4 cl winiaku • 1 opakowanie

kremu w proszku o smaku cytrynowym • 1/8 l mleka • sok z 1/2 cytryny • 60 g masła lub margaryny • 1–2 krople esencji pistacjowej • kilka kropli czerwonej esencji owocowej • kwiatki z cukru

SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA: Miękki tłuszcz, cukier i skórkę z cytryny ucierać, dodając stopniowo jajka, mąkę, mąkę ziemniaczaną i proszek do pieczenia. Włożyć do natłuszczonej, posypanej mąką formy i piec 50 minut w temperaturze 175°C. Po wystudzeniu przekroić w poprzek na pół i posmarować galaretką porzeczkową wymieszaną z winiakiem. Krem w proszku ubijać według przepisu z mlekiem i sokiem z cytryny, dodając stopniowo

roztopiony tłuszcz. 2 łyżki kremu zabarwić na zielono, resztę na różowo. Babkę posmarować różowym kremem, ozdobić zielonym, wyciśniętym za pomocą lukrownicy, i kwiatkami z cukru, na wierzchu ewentualnie położyć cukrowe lub wafelkowe kwiaty. Sekret tej babki polega na przełamaniu delikatnego smaku odrobiną kwasku, a jej oryginalny kolor sprawi, że będzie prawdziwą ozdobą stołu wielkanocnego i niejednego wiosennego przyjęcia.

Przy dobrym jedzeniu, w otoczeniu wesołych barw i optymistycznych akcentów można odsapnąć od niepokojów świata i po prostu cieszyć się chwilą. Smacznego! AGATA BEDNARCZYK