Monitor Polonijny 2022/1

Page 1

ISSN 1336-104X

Święta, święta i po świętach... str. 15

str. 7

Czesko-słowackie gadu-gadu szefredaktorów

str. 16

Słowem

i mieczem


Zwycięstwa

Karoliny Frąckowiak Klub Małego Polaka online G

rudzień oprócz śniegu przyniósł dzieciom z Klubu Małego Polaka zajęcia w formie online zamiast tych na żywo. Mimo to wszystkim ich uczestnikom udało się zachować radosny nastrój, a podczas spotkania mikołajkowego wyczarować prawdziwie świąteczną atmosferę. Prowadząca zajęcia Bożena Miczek-Majka dwoiła się i troiła, by z twarzy członków tego klubiku nie schodził uśmiech. Zadawała zagadki, śpiewała z dziećmi piosenki, prezentowała filmy o tematyce świątecznej, zadbała nawet o to, by miały one przygotowane w domach tematyczne kolorowanki. Jeżeli dodać do tego fakt, że powitała maluchy w mikołajowej czapce na głowie i czerwonym sweterku niczym prawdziwa Pani Mikołajowa, można mieć pewność, że wśród uczestników co chwilę rozbrzmiewały okrzyki zachwytu. I choć spotkania zdalne nie zastąpią w pełni tych odbywających się w formie stacjonarnej, to jednak pozwalają na podtrzymanie kontaktu, poznawanie przeróżnych pouczających treści i obcowanie z językiem polskim nie tylko we własnym domu. A dzieci potrafią to docenić. NATALIA KONICZ-HAMADA

ZDJĘCIA: NATALIA KONICZ-HAMADA

2

„Moim celem jest zawalczyć o Puchar Świata i wystąpić na olimpiadzie. Zrobię wszystko, by to to osiągnąć“ –

napisała Karolina Frąckowiak na facebookowej stronie Máme plán #pridajsa. Ta Słowaczka z polskimi korzeniami to 17-letnia utalentowana narciarka z Liptowskiego Mikulasza, która krok za krokiem realizuje swoje marzenia sportowe, o czym pisaliśmy na łamach „Monitora“ w ubiegłym roku (MP 3/2021). Jeszcze przed świętami Bożego Narodzenie poinformowała swoich fanów o sukcesach, które osiągnęła podczas międzynarodowych zawodów FIS w Polsce, rozgrywanych w dniach 21-22 grudnia w ra-

mach programu PolSKI Mistrz. Zawodnicy i zawodniczki z Polski, Słowacji, Czech, Ukrainy, Litwy i Łotwy zmierzyli się w slalomie i slalomie gigancie na trasie Palenica 1 w ośrodku PKL w Szczawnicy. W rywalizacji kobiet „nasza“ Karolina zwyciężyła w slalomie, a na trasie slalomu giganta wywalczyła drugie miejsce. Brawo! Gratulujemy! Trzymamy kciuki za kolejne zmagania i wypatrujemy dobrych wieści. RED.

ZDJĘCIA: FACEBOOK

MONITOR POLONIJNY


I oto mamy rok 2022! Tyle w nim dwójek, ale czy będzie szczególny? Przedstawieniem tego, co nas może czekać w nowym roku, otwieramy styczniowy numer „Monitora“ (str. 4). Oddajemy też głos naszym czytelnikom, którzy mówią o swoich noworocznych postanowieniach i planach (str. 5). Tak trochę do tych postanowień nawiązuje też wywiad miesiąca, w którym mój rozmówca dzieli się z czytelnikami m.in. tym, jak zrzucił 30 kilogramów. Zaciekawiło to Państwa? A może zdziwiło? Że taką rozmowę z zakresu zdrowego trybu życia tu prezentujemy? A dlaczego nie? Tym bardziej, że tym rozmówcą jest Tomasz Wolff – redaktor naczelny „Głosu“, gazety Polaków w Republice Czeskiej. Oczywiście, rozmawiamy z nim także o gazecie, którą redaguje, i o Polakach na Zaolziu. Warto więc zajrzeć na sąsiednie podwórko, tym bardziej, że dla niektórych naszych czytelników to ich rodzime podwórko (str. 7). Wielkie wydarzenia, rozpalające emocje miłośników sportu, zaplanowano w tym roku już na styczeń. Na Słowacji rozgrywane będą mistrzostwa Europy w piłce ręcznej mężczyzn, na których nie zabraknie też Polaków – więcej na ten temat na str. 20. Wielu z nas chętnie podróżuje, zatem tym, którzy szukają inspiracji, dokąd się wybrać, polecamy rubrykę „Słowackie perełki“, w której tym razem jej autorka zabierze nas na wyprawę śladami templariuszy (str. 25). O innych podróżach zarówno tych dalekich, na inne kontynenty, jak i tych w głąb siebie przeczytają Państwo w rubryce „Co u nich słychać“, której bohaterem jest niekonwencjonalny ksiądz. I to nie tylko dlatego, że wykuwa miecze (str.16). Podróż w czasie czeka nas z kolei w recenzji filmu Najmro. Kocha, kradnie, szanuje, dzięki jego głównemu bohaterowi, złodziejaszkowi, działającemu w czasach komuny (str. 24). Zerkając jeszcze na nasze podwórko, zachęcamy do przeczytania relacji z przedsięwzięć, związanych z minionymi świętami i nie tylko. Owszem, ze względu na nasilenie się pandemii przebiegły one w formie online, ale mimo to nie straciły nic na swojej atrakcyjności. Mowa o mikołajkowych zajęciach Klubu Małego Polaka (str. 2), otwarciu wystawy Agaty Siemaszko (str. 12) czy bożonarodzeniowym programie artystycznym, nakręconym przez „naszych“ w Polsce (str. 14). W „Monitorze“ nigdy nie brakuje smaczków i smaków, a ponieważ rubryka „Piekarnik“ po trwającej rok podróży kulinarnej po krajach europejskich, w ramach której prezentowaliśmy na naszych łamach przepisy od Polaków tam mieszkających, wraca na nasze słowackie podwórko, prezentujemy przepis, przesłany z Żyliny. A przepis to nie byle jaki, ponieważ dzięki niemu nasza czytelniczka skradła serce swojemu chłopakowi (str. 32). Słodkie smaki pojawiają się także w rubryce „Retrohity”, w której mowa o kasztanach (i kasztankach) jadalnych (str. 27). Zrobiło się słodko? Zatem z nowym rokiem życzymy Państwu, by rok 2022 nie przynosił cierpkich smaków, ale był pogodny, pełen optymizmu. W imieniu redakcji „Monitora Polonijnego“

Wyjątkowe daty, drożyzna, koniec pandemii? Trendy i wyzwania na nowy rok

4

Z KRAJU

4

ANKIETA Nowy rok – nowe cele

5

WYWIAD MIESIĄCA Czesko-słowackie gadu-gadu szefredaktorów Z NASZEGO PODWÓRKA

7 11

ROZMOWY Z NINĄ Święta, święta i po świętach... 15 CO U NICH SŁYCHAĆ? Słowem i mieczem

16

Już rok bez transgranicznej linii autobusowej. Ma powstać nowa, ale nie wiadomo kiedy 19 Szczypiorniak zawita do Bratysławy

20

CZUŁYM UCHEM Coma – trudne Pierwsze wyjście z mroku

22

BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Mickiewicz też człowiek

22

KINO-OKO Najmro – król złodziei, mistrz ucieczek

24

SŁOWACKIE PEREŁKI Śladami templariuszy

25

KRZYŻÓWKA

26

RETROHITY Kasztany i kasztanki

27

OKIENKO JĘZYKOWE Młodzieżowe słowo roku

28

OGŁOSZENIA

29

MY SŁOWIANIE Słowackie nazwy miesięcy

30

MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Upiekło nam się!

31

PIEKARNIK Karnawał w szlafrokach

32

ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk, Alina Kabele, Basia Kargul, Natalia Konicz-Hamada, Arkadiusz Kugler, Katarzyna Pieniądz, Magdalena Zawistowska-Olszewska KOREŠPONDENTI: KOŠICE: Magdalena Smolińska TRENČÍN: Aleksandra Krcheň • JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE: Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Stehlik ZAKLADAJÚCA ŠÉFREDAKTORKA: Danuta Meyza-Marušiaková † (1995 - 1999) • VYDAVATEĽ: POĽSKÝ KLUB ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • IČO: 30 807 620 • KOREŠPONDENČNÁ ADRESA: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel: 031/5602891, monitorpolonijny@gmail.com BANKOVÉ SPOJENIE: Tatra banka č.ú.: SK60 1100 0000 0026 6604 0059 • EV542/08 ISSN 1336-104X • Redakcia si vyhradzuje právo na redigovanie a skracovanie príspevkov • náklad 550 ks • nepredajné • Realizované s finančnou podporou Fondu na podporu kultúry národnostných menšín • „Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach konkursu Polonia i Polacy za Granicą 2021”. Publikacja wyraża jedynie poglądy autorarów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów oraz Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie”. Laureat Nagrody im. Macieja Płażyńskiego w kategorii redakcja medium polonijnego 2013 Vydané 3. 1. 2022

STYCZEŃ 2022

3


W Y J ĄT KOW E DAT Y , D RO Ż Y Z N A , KO N I E C PA N D E M I I ?

Trendy i wyzwania na nowy rok

K

iedy ucichnie sylwestrowy zawrót głowy, podsumowujemy miniony rok i zastanawiamy się, co przyniesie kolejny. Składamy sobie noworoczne życzenia i postanowienia, wyznaczamy nowe cele. Zgodnie z przysłowiem „Nowy Rok nastaje, każdemu ochoty dodaje” robimy plany na najbliższe miesiące, mając nadzieję, że będą one szczęśliwe i pełne cudownych chwil. Kolejny rok na pewno będzie obfitował w kilka wyjątkowych, lustrzanych dat, które czyta się identycznie od przodu, jak i od tyłu – 2.2.2022 oraz 22.02.2022. Także data 20.02.2022 jest osobliwa, bo zawiera aż pięć dwójek i trzy zera. Na początku nowego roku w mediach i kolorowych magazynach roi się od horoskopów, a wróżbici i wizjonerzy snują różne teorie, przepowiadając, co nas czeka w najbliższym czasie. Przepowiednie zawsze wzbudzają wiele emocji, a nawet i dreszcz niepokoju. Często stra-

szy się nas wojnami, kataklizmami czy końcem świata, a tymczasem wystarczy spojrzeć na lokalne podwórko, by włosy stanęły nam dęba. Eksperci twierdzą, iż w XXI wieku nie było w Polsce wyższej inflacji niż obecnie, a to nie koniec podwyżek. Wysoka inflacja zostanie z nami również w nowym roku. Zarówno w Polsce, jak i na Słowacji czeka nas wzrost cen prądu, a po zmniejszeniu przez Rosję eksportu gazu do Europy, którego tranzyt jest na historycznie niskim poziomie, zdrożeje także i to paliwo. Kosmiczne podwyżki, jak wielu uważa, odbiją się na rosnących cenach usług i żywności. Zdrożeć ma także elektronika, sprzęt AGD i raty kredytów. Możliwe są dalsze wzrosty cen mieszkań, o czym informują analizy HRE Think Tank. Tygodnik „Economist” na razie wstrzymał się z przedstawieniem solidnych prognoz gospodarczych ze

województwa lubelskiego. Ten sam obszar był wcześniej objęty stanem wyjątkowym, wprowadzonym ze względu na panującą tam presję migracyjną. Zgodnie z nowymi przepisami komendant placówki Straży Granicznej może zezwolić, aby na tym terenie przebywali dziennikarze, którzy wcześniej uzyskali specjalne akredytacje. Od 1 grudnia obowiązuje nowelizacja ustawy o OCHRONIE GRANICY; zakłada ona, że do 1 marca w 183 miejscowościach przy granicy z Białorusią obowiązuje zakaz przebywania. Zakaz obejmuje 115 miejscowości województwa podlaskiego i 68 miejscowości 4

8 grudnia we Wrocławiu w wieku 91 lat zmarł SYLWESTER CHĘCIŃSKI, reżyser filmowy, twórca kultowej trylogii o rodzinach kresowych repatriantów Pawlaków i Kargulów: „Sami swoi“ (1967 r.), „Nie ma moc-

względu na groźny wariant koronawirusa Omikron, który stanowi poważne zagrożenie dla światowej gospodarki. Optymiści jednak twierdzą, iż wiele gałęzi gospodarki wróci do tempa wzrostu gospodarczego sprzed pandemii. A co będzie z koronawirusem i czy ten rok upłynie także pod znakiem walki z COVID-19 i jego konsekwencjami? To pytanie z pewnością zadaje sobie wielu z nas. Obecna sytuacja nie wygląda ciekawie, ale Bill Gates w swoim wpisie na blogu, przedstawiającym prognozy na 2022 rok, stwierdził, że właśnie w tym roku koronawirus przestanie być globalnym zagrożeniem, a tamę pandemii stanowić będzie łatwy dostęp do szczepionek i leków. I chociaż podwyżki uszczuplą nasze portfele, to będziemy bogatsi o wydarzenia kulturalnie, gdyż rok 2022 ogłoszono rokiem Władysława Bartoszewskiego (w 100. rocznicę urodzin), Marii Konopnickiej, Marii

nych“ (1977 r.) oraz „Kochaj albo rzuć“ (1978 r.). Był też twórcą innych cieszących się wielką popularnością filmów, jak np. „Wielki Szu“ czy opowiadająca o stanie wojennym komedia „Rozmowy kontrolowane“. Pierwszy swój film, „Historię żółtej ciżemki“, wyreżyserował w 1961 r. Pośmiertnie został odznaczony Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski. 8 grudnia we Wrocławiu, w wieku 89 lat zmarł ANTONI GUCWIŃSKI, dyrektor wrocławskiego ZOO w latach 1966-2006. Przez wiele lat wraz z żoną

Hanną Gucwińską prowadził popularny program telewizyjny „Z kamerą wśród zwierząt“. 13 grudnia obchodzono w Polsce 40. rocznicę wprowadzenia STANU WOJENNEGO. Uroczystości rocznicowe odbyły się m.in. na terenie Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL w Warszawie. Wziął w nich udział prezydent Andrzej Duda, który wręczył Medale Stulecia Odzyskanej Niepodległości działaczom NSZZ „Solidarność“ i innym przedstawicielom opozycji demokratycznej w PRL. MONITOR POLONIJNY


16 grudnia minęła 40. rocznica pacyfikacji katowickiej KOPALNI WUJEK. Tego dnia w roku 1981 do protestujących strzelali funkcjonariusze ZOMO; zginęło wówczas dziewięciu górników, a kilkudziesięciu zostało rannych. Była to największa tragedia stanu wojennego. 20 grudnia amerykańska agencja ASSOCIATED PRESS podała, że działająca przy Uniwersytecie w Toronto grupa Citizen Lab poinformowała, że za pomocą opracowanego przez izraelską spółkę NSO Group oprogramowania Pegasus inwigilowani byli STYCZEŃ 2022

NOWY ROK - NOWE CELE

Z

początkiem nowego roku otwieramy się na nowe wyzwania, cele i marzenia. Planujemy kolejne przedsięwzięcia, projekty, podejmujemy noworoczne postanowienia. O plany na kolejne dwanaście miesięcy zapytałam kilkoro członków Klubu Polskiego na Słowacji.

W

przyszłym roku planuję nareszcie pozwiedzać z rodziną kraje nadbałtyckie. Planujemy to już od trzech lat; niestety w ciągu ostatnich dwóch musieliśmy odwołać wyjazd z powodu pandemii, ale mam nadzieję, że trzeci raz nam się uda. W tym roku moja najstarsza córka będzie zdawała maturę, a potem wybiera się na studia, więc jestem ciekaw, jak to wszystko się ułoży. Nie mamy w rodzinie zaplanowanych w tym roku żadnych jubileuszy czy wesel, chociaż nie mogę być tego pewien, mając dwie pełnoletnie córki. Wierzę jednak, że niczym nas nie zaskoczą. Mam też sporo planów związanych z Klubem Polskim. Latem chcę zorganizować mnóstwo różnych wydarzeń i projektów i wierzę, że pandemia mi w tym nie przeszkodzi.

adwokat Roman Giertych i prokurator Ewa Wrzosek; później poinformowano, że inwigilowany w 2019 roku był także senator KO Krzysztof Brejza, będący w tym czasie szefem kampanii wyborczej KO. Według Citizen Lab do telefonu Brejzy włamywano się 33 razy od 26 kwietnia do 23 października 2019 r. 20 grudnia w wieku 71 lat zmarł ANDRZEJ ROZPŁOCHOWSKI, działacz opozycji w okresie PRL, w 1980 r. przywódca strajku w Hucie Katowice i sygnatariusz porozumienia katowickiego, internowany w stanie wojennym.

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Grzegorzewskiej, Wandy Rutkiewicz, Ignacego Łukasiewicza, Józefa Mackiewicza, Brunona Schulza i Bronisława Geremka. W tym roku przypada też 200. rocznica śmierci Józefa Wybickiego. Z pewnością wielu z nas pocieszy zapowiedź kilku ciekawych wydawnictw literackich i długo wyczekiwanych premier filmowych, m.in. biografii króla rock and rolla „Elvis”, „Mission Impossible 7” czy historii Marilyn Monroe „Blondynka”, nakręconej na podstawie bestsellerowej powieści Joyce Carol Oates, jednej z najsłynniejszych amerykańskich pisarek, wielokrotnie nominowanej do Nagrody Pulitzera. Fani serialu „Stranger Things” będą mogli cieszyć się w lecie 4. sezonem. Z kolei kibice piłki ręcznej już w tym miesiącu mogą kibicować Polakom i Słowakom podczas mistrzostw Europy w piłce ręcznej mężczyzn, które odbędą się na Węgrzech i Słowacji. Za miesiąc czekają nas emocje związane z Zimowymi Igrzyskami Olimpijskimi w Pekinie, zaś pod koniec roku odbędą się mistrzostwa świata w Piłce Nożnej w Katarze. Jaki będzie ten rok, czas pokaże. Wiele zależy od nas samych. Które drzwi otworzymy, a które zamkniemy. Którego klucza użyjemy i czy wystarczy nam sił, odwagi i determinacji, by nie utknąć w labiryncie własnej wyobraźni. Jak mawiają Włosi: Che sará, sará (‘co będzie, to będzie’). MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

Marek Berky DUBNICA N AD VÁHOM

27 grudnia prezydent Andrzej Duda poinformował, że ZAWETOWAŁ NOWELIZACJĘ ustawy medialnej, tzw. lex TVN. „Odmawiam podpisania nowelizacji ustawy o radiofonii i telewizji i kieruję ją do Sejmu do ponownego rozpatrzenia. To znaczy, że ją wetuję. Tym samym zamykam ten temat. Oddaję to Sejmowi z powrotem do rozważenia“ – oświadczył prezydent. Nowelizacja budziła liczne kontrowersje nie tylko ze strony opozycji. Przeciwko niej protestowali też licznie zwykli Polacy, ponad 2 miliony osób podpisało się pod apelem w obronie stacji TVN.

Zaniepokojenie ewentualnym przyjęciem nowelizacji wyraziły też administracja USA, Komisja Europejska i Parlament Europejski. 28 grudnia w Polsce poinformowano o 9843 nowych zakażeniach KORONAWIRUSEM, zmarło 549 osób z COVID-19. W pełni zaszczepionych dwiema dawkami preparatów firm Pfizer/BioNTech, Moderna i AstraZeneca lub jednodawkową szczepionką Johnson & Johnson było niemal 21 mln osób, dawkę przypominającą przyjęło już ponad 6 mln 200 tys. osób. MP 5


Magdalena Smolińska J KOSZYCE

oje plany na rok 2022? Zrobić to wszystko, czego nie zdążyłam zrealizować w ubiegłym roku. Niestety, w minionym roku nie udało mi się wyjechać za granicę. Moją pasją są podróże. Od kiedy pamiętam, zawsze podróżowałam – z ukochaną babcią, mamą i najlepszą przyjaciółką – w różne ciekawe miejsca byłej Czechosłowacji i do licznych uzdrowisk. Moja dusza pragnie podróży i tęskni za nimi. W zeszłym roku nie mogłam podróżować, gdyż najpierw nie byłam zaszczepiona, a potem otrzymałam stanowisko nauczycielki w nowej prywatnej szkole w Bańskiej Szczawnicy, gdzie pracowałam nawet podczas wakacji, współtworząc zupełnie nowy model edukacji, oparty na skandynawskich metodach nauczania. Dziś nasza szkoła jest przykładem dla in6

Tatiana Drímaj Recká nych. Otrzymaliśmy liczne nagrody. Często mamy wizytacje z ministerstwa szkolnictwa. Z utęsknieniem czekam już na tegoroczne podróże. Ta pierwsza w tym roku będzie do Polski. Chcę odwiedzić moich polskich rodziców, których nie wiZDJĘCIA: STANO STEHLIK

M

uż od dwudziestu lat niezmiennie co roku planuję zrzucić zbędne kilogramy, przestać obgryzać paznokcie, być bardziej cierpliwa i milsza dla najbliższych. Mimo najlepszych chęci oraz masy energii, włożonej w realizację noworocznych planów, nigdy, przenigdy nie udało mi się ich w pełni zrealizować. Czas zatem zmienić taktykę i zacząć stawiać sobie takie cele, które przyniosą mi radość życia i dodadzą energii. Nie tylko w tym roku, ale na stałe pokocham siebie taką, jaką jestem, zaakceptuję dobre i złe strony swojego charakteru i będę wdzięczna za całe dobro, które dotychczas mnie spotkało. Chcę posłuchać się uważniej, tego, co mówi mi wewnętrzny głos, i codziennie sprawiać sobie różne drobne, podszeptywane przez serce przyjemności

– pójść w deszczu na spacer z psem (jeśli pies oczywiście będzie tego chciał), zjeść lody przy -20 °C, stojąc boso w śniegu, czy spontanicznie wyjechać z mamą na weekend do Barcelony. Usłyszałam ostatnio definicję, określającą nas samych i w jakimś stopniu tłumaczącą, dlaczego tacy jesteśmy. Otóż każdy z nas jest sumą wszystkich momentów, przeżytych z wszystkimi ludźmi, napotkanymi na swojej drodze. To właśnie te przeżycia i spotkane osoby kształtują nasz charakter. Dla mnie to twierdzenie jest szalenie prawdziwe. Dlatego będę przyglądać się uważniej temu, co podsuwa mi życie, łapać nareszcie wszystkie okazje i całym swoim ja przeżywać chwile z ludźmi, którzy są dla mnie ważni.

BELUŠA

działam już prawie trzy lata, od kiedy rozpoczęła się epidemia COVID-19. Marzę o Bałtyku, Gdańsku i spotkaniach z polskimi przyjaciółmi. Nie myślę o nowym samochodzie, nowych ubraniach, których nie potrzebuję, tylko o tym, by przytyć.

W tym roku minie 10 lat, od kiedy razem z mężem zostaliśmy właścicielami zabytkowego domu, byłego probostwa ewangelickiego, z gospodarstwem. Z tej okazji chciałabym urządzić dużą imprezę. Zapraszam na nią wszystkich, którzy jeszcze u nas nie byli. Razem z kolegami planuję w Bańskiej Szczawnicy kolejną edycję festiwalu teatralnego pod nazwą „Ampli un”. Kilka spektakli po raz kolejny zostanie pokazanych u nas na probostwie. Ponadto chciałabym spędzić trzy tygodnie w uzdrowisku w Bardejovie. Wszystkim czytelnikom „Monitora Polonijnego” życzę udanego roku 2022. Niech nie zabraknie wam miłości, radości, nadziei, wiary i spokoju oraz okazji do licznych spotkań z tymi, których kochacie i którzy kochają was, bo miłość jest najważniejsza. MONITOR POLONIJNY


Anna Jarina

MARIANKA

W

naszej rodzinie w pierwszy dzień stycznia wspólnie robimy podsumowanie starego roku. Rozmawiamy o marzeniach i planach na kolejny rok i do specjalnej kroniki rodzinnej zapisujemy swoje noworoczne postanowienia. Każdy musi określić, jak konkretnie chciałby się rozwijać pod względem intelektualnym, fizycznym artystycznym, rodzinnym i duchowym. Zanim jednak te postanowienie zapiszemy, czytamy ubiegłoroczne i sprawdzamy, czy udało nam się je zrealizować. Zawsze jest przy tym dużo śmiechu, zwłaszcza gdy wymyślamy wymówki, dlaczego nie udało nam się czegoś zrobić.

Czesko-słowackie gadu-gadu szefredaktorów

Z

Tomaszem Wolffem, redaktorem naczelnym „Głosu”, gazety Polaków w Republice Czeskiej, rozmawiamy o tym, jak często dojeżdża do pracy z Polski na Zaolzie, dlaczego zmienił nazwę jednej z najstarszych gazet, czego nauczyli go Zaolziacy i kiedy uronił łzy. Mój rozmówca zdradza też, jak mu się udało zrzucić 30 kilogramów. Możemy zacząć rozmowę od TEGO pytania? Którego? Tego, dotyczącego Twojej metamorfozy, związanej ze znaczną utratą wagi. Ty tu decydujesz, ty jesteś mistrzynią ceremonii.

Niekiedy nasze postanowienia powtarzają się przez kolejne lata – dotyczą zwykle czynności, które byśmy bardzo chcielibyśmy wykonywać, ale ciągle nie znajdujemy na nie wystarczająco sił i motywacji. Myślę, że jest to bardzo ważny moment, kiedy mamy okazję spojrzeć wstecz, ale i rozwinąć skrzydła naszych marzeń. Dzięki temu, że nasze postanowienia robimy wspólnie, możemy się wzajemnie inspirować, dodawać sobie sił przy ich realizacji i dodawać otuchy, gdy coś nie wyjdzie. Czasami dowiemy się z mężem o naszych dzieciach czegoś, czego nie mieli wcześniej odwagi powiedzieć na głos. Celem tej rodzinnej zabawy jest być lepszym człowiekiem, tworzyć lepszy świat wokół siebie, być bardziej wrażliwym na potrzeby innych. Rok 2022 jest dla mnie wyzwaniem, aby ten cel osiągnąć. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA STYCZEŃ 2022

Wiem, że to może trochę nietypowy początek rozmowy z poważanym panem šefredaktorem. A propos, tutułują Cię tak na Zaolziu? Bywa i tak, ale mnie krępuje, kiedy ktoś tak do mnie mówi. Ja jestem po prostu Tomek Wolff. A funkcja dziś jest, za chwilę może jej nie być.

Czemu pół żartem, pół serio? Myślę, że to dobry pomysł. Ale do rzeczy, jak do tego doszło? Ponad pięć lat temu, w sierpniu wyrzuciłem z diety słodycze. Wszystkie cukierki, ciastka, ciasta, torty, słodkie przekąski. Zrobiłem to z dnia na dzień. Co było tego przyczyną? Byliśmy z rodziną na wczasach w Beskidzie Sądeckim. Podczas mszy w Wierchomli ksiądz zaczął mówić o zbliżającym się sierpniu, miesiącu bez alkoholu, chcąc nakłonić wiernych do rezygnacji z niego. Wtedy sobie pomyślałem, że mógłbym zrezygnować ze słodyczy. Na począ-

No to przejdźmy do TEGO tematu. Ile zrzuciłeś kilogramów? Od najgoszego momentu, kiedy ważyłem 118 kilogramów, zrzuciłem około 30! Nie od razu, ale stopniowo. I tę wagę trzymam od kilku lat. Jak Ci się to udało? Podejrzewam, że w styczniu, po świętach sporo osób szuka odpowiedzi na pytanie, jak schudnąć. A wiesz, że coraz więcej osób mi podpowiada, żebym – wzorem gwiazd – napisał książkę, jak schudłem. Bo moje rady mogą być cenniejsze niż te celebrytów. Ale to tak pół żaretm, pół serio. 7


tku było ciężko. Ale jakoś wytrzymałem dzień. Potem tydzień, miesiąc. Jak doszedłem do roku, to zauważyłem, że mam coś takiego zakodowanego w głowie, że gdybym teraz poszedł do kuchni po ciastko czy batonik, to miałbym kaca moralnego. Fatalnie bym się z tym czuł, że wytrwałem tyle lat bez słodyczy i byle pokusa mnie zmogła. A jak do tego podchodzi Twoja rodzina? U mnie w domu wszycy jedzą słodycze. Żona się trochę ogranicza, ale czasami jednak coś tam słodkiego zje. Zdarza się, że siadam z nimi i na żarty udaję, że jem te frykasy. Powącham ciasto, cukierek, ale tak naprawdę nie robią na mnie wrażenia, bo ja już nie mam takiej potrzeby, żeby jeść słodkie. Masz bardzo silną wolę! Myślę, że to splot okoliczności. Kiedy się okazało, że mam gorsze wyniki badań i że jestem na granicy cukrzycy, to jeszcze bardziej się utwierdziłem w przekonaniu, że podjąłem dobrą decyzję. Gdybym się nie wziął za siebie, może dziś byłoby źle ze mną. To był kolejny element tej układanki. Wtedy też zacząłem się bardziej ruszać, chodzić po górach. Dla zdrowia. Wiem, że biegasz. Codziennie? Nie, mniej więcej cztery razy w tygodnu. Od czterech lat. Byłem ze znajomymi w górach i jeden z nich zapytał mnie, czemu nie biegam. Na drugi dzień ubrałem byle jakie buty, przebiegłem kilometr. Potem dwa. Po miesiącu byłem w stanie przebiec 8 kilometórw. Nie w szaleńczym tempie, ale jednak. I tak to się potoczyło. W ciągu kilku miesięcy, od kiedy zacząłem biegać, zszedłem do wagi prawidłowej. Teraz, już od kilku lat mam właściwe BMI i nie wyobrażam sobie, żebym nie poszedł cztery razy w tygodniu pobiegać. Niezleżnie od pogody – tak naprawdę im jest gorzej na dworze, tym dla mnie lepiej. Uwielbiam na przykład biegać w zimie, deszcz także nie jest mi straszny.

A co, jak Cię najdzie leń i nic się nie chce? Rada jest taka, żeby mieć koło siebie dobre duszki, które motywują. To nie muszą być ludzie z bliskiego otoczenia. Ja dużo inspiracji czerpałem od osób z mojej wsi, które też biegają. Spotykałem je po drodze, wymienialiśmy się uwagami. Działały na mnie ich pochwały, że fajnie chudnę. Teraz biegam też w celach charytatywnych. Co w tym procesie jest najważniejsze? Konsekwencja. Myślę, że wielu osobom się wydaje, że nie są w stanie schudnąć, a to nieprawda. Każdy może coś zrobić dla siebie! Takie jest moje zdanie. A co z pokusami? Człowiek ma różne pokusy, ja też czasami zajadam stres. Ale waga łazienkowa to najważniejszy przedmiot. To może wydawać się śmieszne, że niemalże obsesyjnie spoglądam na nią. Na przykład kiedy byłem w maju razem z dziećmi na wyjeździe, poprosiłem gospodarza, u którego bylismy zakwaterowani, o wagę. Zaczęły się jej poszukiwania. Specjalnie dla mnie. Ale ja po prostu musiałem sprawdzić, czy nie przekroczyłem swojej granicy. To taka samokontrola. Porównałbym to do kontroli, którą każdego dnia robi sobie cukrzyk, sprawdzając poziom cukru we krwi. Ja, kontrolując wagę, mogę szybko zareagować. Co robisz, jak waga idzie w górę? Wiem, że muszę się poruszać, pobiegać. Jakie dystanse pokonujesz? Średnio 8-10 kilometrów. Minimum to 5 kilometrów, ale zdarza się też 15! Tych 8-10 to dystans, który pozwala mi normalne funkcjonować. Przychodzę wówczas po biegu do domu, wypijam szklankę wody z witaminą C i po 15 minutach jestem gotowy na kolejne wyzwania. Nawet nie odczuwam jakiegoś dużego zmęczenia, czuję się tak, jak bym przyszedł ze sklepu.

Na początku było ciężko. Ale jakoś wytrzymałem dzień. Potem tydzień. Miesiąc. 8

Kondycji potrzebujesz, bo redagujesz gazetę, a – wiadomo – praca dziennikarza jest wymagająca. Jesteś pracocholikiem? Kiedyś byłem. Teraz czerpię przyjemność z pracy. Myślę, że jestem mediocholikiem. Nie wyobrażam sobie życia poza mediami, jestem na tym punkcie zakręcony. To jeden z najciekawszych zawodów, które można uprawiać. Może poza medycyną. Wiem, co mówię, bo jestem dziennikarzem od 1998 roku. Zgadzam się! Tu nigdy przecież nie wiadomo, co się wydarzy, z kim będzie okazja się spotkać, porozmawiać. Czasami są takie spotkania, które człowiek pamięta latami. Które spotkanie ostatnio zrobiło na Tobie wrażenie? Z prof. Stanisławem Czudkiem, który mieszka w Mostach koło Jabłonkova, a pracuje w Szpitalu Powiatowym w Zawierciu. Specjalzuje się w chirurgii małoinwazyjnej i jest jednym ze stu lekarzy, wyznaczonych przez NASA do operowania kosmonautów na odległość. Jak Polacy z Zaolzia postrzegani są w Polsce? Myślę, że są zaniedbywani przez Warszawę, choć mniej niż kiedyś. Ciągle się mówi o naszych rodakach z Litwy, Łotwy, Białorusi, ale w tej retoryce nie ma ani Czech, ani Słowacji. Ty mieszkasz w Polsce i do pracy dojeżdżasz na Zaolzie. Zdecydowałeś się na to dlatego, żeby zrobić coś dla Polaków na Zaolziu? Ta misyjność, o której mówisz, przyszła później. Na początku powodowała mną chęć zmiany środowiska. Od 1998 do 2006 roku pracowałem w „Dzienniku Zachodnim”. To był największy dziennik regionalny, a ja byłem najzwyczajniej w świecie zmęczony tempem pracy, gonitwą za tematami. Pierwszy z tego dziennika odszedł Wojciech Trzcionka, który dostał propozycję pracy w ówczesnym „Głosie Ludu”. Po jakimś czasie namówił mnie, bym został jego zaMONITOR POLONIJNY


stępcą. Kiedy po roku odeszdł, wystartowałem w konkursie na naczelnego i nim zostałem. Od 2011 roku, szczególnego dla mnie, bo wtedy urodził się mój syn Maksymilian (Tomasz ma jeszcze 18-letnią Maję i 9-letnią Emilię – przyp. red.), stoję na czele gazety Polaków w Republice Czeskiej. Jakby nie patrzeć jesteś kimś z zewnątrz, dojeżdżającym do pracy. Jak Cię przyjęli Zaolziacy? Tak, to prawda, dojeżdżam do pracy kilkadziesiąt kilometrów, ale mieszkam na Śląsku Cieszyńskim, który rozpoczyna się na rzece Białej w Bielsku-Białej, a kończy na Ostrawicy w Ostrawie. To tak naprawdę jeden region kulturowy, w którym mieszają się języki. A jednak przedzielony granicą. Nie spotkałeś się z nieufnością? Zaolziacy przyjęli mnie z lekkim dystansem jako osobę z zewnątrz, no ale to trwało rok, dwa, może trzy. Dziś to już nie ma znaczenia, czy ja dojeż-

Nie wyobrażam sobie życia poza mediami dżam do pracy z polskiej strony, czy z czeskiej. Jestem traktowany jako Zaolziak. Mam ogromną satysfakcję z tego, że mieszkam w jednym kraju, a wykonuję pracę w innym kraju. Znajomi byli zdziwieni, że jeździsz do pracy do Czech? Tak. Dla wielu z nich to był szok, kiedy dowiedzieli się, że na Zaolziu mieszkają Polacy, że działają, mają swoją gazetę. Czyli na Twoich barkach misyjność po obu stronach granicy. Wrócmy jednak do tej na Zaolziu. Odnajdujesz się tam w tej roli? Pierwsza moja myśl o misyjności pojawiła się w 2011 roku, kiedy odbywał się spis powszechny. Startując w konkursie na redaktora naczelnego, przygotowałem kampanię pod hasłem „Postaw na polskość”. Kongres Polaków, który jest wydawcą „Głosu”, wciągnął w to Ewę Farną. I wtedy po raz pierwszy pojawiła się ta misyjność we mnie. A im dalej w las, tym więcej drzew. Co tu dużo mówić, człowiek coraz bardziej nasiąka tą atmosferą, ma świadość tego, jak ważny jest język polski dla zachowania kolejnych pokoleń na Zaolziu. Czego nauczyli Cię Polacy z Zaolzia, o czym nie miałeś wcześniej pojęcia? Podam ci przykład: w Polsce rodzice, chcąc zapisać swoje dzieci do szkoły, po prostu idą do sekretariatu szkolnego. Dziecko zapisane i po temacie. Robią to w beznamiętny sposób. Natomiast na Zaolziu to jest święto. Wiadomo, im więcej dzieci w polskich

szkołach, tym większa szansa, że te szkoły będą istniały. Podobne emocje towarzyszą tam Polakom podczas spisu powszechnego. Tymczasem w Polsce mało kto się zastanawia nad narodowością. Na Zaolziu widać więc tę dbałość o szczegóły. Większy szacunek do Polski? Tak, bo mieszkając w Polsce, nad pewnymi sprawami się nie zastanawiamy, dopiero ta perspektywa zza granicy rzuca inne światło na sprawy polskie. Jacy są Polacy na Zaolziu? Jak byś ich scharakteryzował? To jest bardzo dobrze zorganizowana grupa i bardzo aktywna. Kilkanaście tysięcy z nich skupia się w Polskim Związku KulturalnoOświatowym. Organizują mnóstwo imprez, takich jak dożynki, bale szkolne itd. Oczywiście nie wszyscy są bardzo aktywni, bo czasami za zwykłym członkostwem kryje się tylko wykupienie znaczka członkowskiego. Na pewno jest to grupa trochę hermetyczna. Nie lubi nowości. Bardzo dobrze integrują się z Czechami. Na Polskę niektórzy się nie otwierają, niestety. Niekoniecznie ta Polska jest im po drodze. Natomiast młodsze i średnie pokolenie, urodzone w latach 80. i 90., to Polacy, Europejczycy. Otwarte granice sprawiły, że podejmują pracę w Bratysławie, Pradze, Wiedniu czy Londynie. W ich przypadku tożsamość regionalna trochę się rozmywa, co wcale nie znaczy, że ich serce nie bije po polsku. Potrafisz jeszcze patrzeć na Zaolziaków z dystansem? Ten dystans z każdym rokiem coraz bardziej się zmniejsza. Gdyby ktoś mnie zapytał, czy jestem ŚląskoCieszyniakiem, to bym powiedzaił, że jestem Zaolziakiem. Moje ciało jest większość czasu po polskiej stronie, ale głowa na Zaolziu.

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

A serce? Serce jest rozdarte. Kiedy na początku pandemii był lockdown i przez kilka tygodni nie mogłem przyjechać na Zaolzie, STYCZEŃ 2022

9


to pamiętam, jak poszedłem na most Wolności w Cieszynie i tam z tej bezsilności, że nie mogę przekroczyć granicy i wrócić do pracy, rozpłakałem się. Do Czech mogłem pojechać dopiero po trzech miesiącach. Wtedy to serce było strasznie rozdarte. Pandemia chyba trochę jednak zmieniła system pracy. Jak często teraz dojeżdżasz do redakcji? Teraz co najmniej dwa razy w tygodniu, w te dni, które poprzedzają ukazanie się naszej gazety. „Głos” wychodzi dwa razy w tygodniu. Jest klasyfikowany jako dziennik czy tygodnik? Według terminologii dziennikarskiej nie może to być tygodnik, bo ukazuje się częściej niż raz w tygodniu. Jest to więc wychodzący dwa razy w tygodniu dziennik. Wspominałeś już wcześniej, że Zaolziacy są dobrze zorganizowani, czego dowodem jest zapewne właśnie „Głos”, który posiada swoją siedzibę i zatrudnionych na etatach ludzi. Ilu Was jest? Tak, mamy redakcję, a w niej zatrudnionych jest dziewięć osoby. Widziałam, że przyjechałeś samochodem, na którym widnieje logo gazety. Mamy trzy samochody służbowe. Z czego się „Głos” utrzymuje? Ma zyski ze sprzedaży, dotacje czy jakiś kapitał zagraniczny? Przede wszystkim pozyskuje dotacje od Republiki Czeskiej z puli dla mniejszości narodowych. W Czechach tych mniejszości jest sporo, a na ich tle zwarta grupa Polaków nie może być pominięta. Dla nich nasza gazeta jest bardzo ważna. Jest taką kartą przetargową, wizytówką. Poza tym nie wszystkie mniejszości wydają gazety, więc „Głos” może dostać większą dotację, przeznaczoną na media. Oprócz tego dostajemy dotacje z Polski, z Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie“. 10

Moje ciało jest większość czasu po polskiej stronie, ale głowa na Zaolziu. W prenumeracie sprzedajemy 8090 procent wydania, ale lwią część kosztów pochłania dystrybucja gazety. Z prenumeraty więc ta gazeta by się nie utrzymała. To znaczy, że Czesi są dla polskiej mniejszości hojni? To jest też zasługa dobrego wydawcy, jakim jest Kongres Polaków, który ma bardzo dobrego prezesa Mariusza Wałacha. Bardzo ważną rolę spełnia także Marek Słowiaczek, prezes spółki Pol-Press, która wydaje naszą gazetę. On nawet w gorszych czasach, kiedy Praga przysyłała bardzo ograniczone wsparcie, potrafił tak gospodarować pieniędzmi, że byt gazety nigdy nie był zagrożony. „Głos” to już staruszek, ale za Twoich czasów przeszedł lifting, zmienił nazwę. Te zmiany mu służą? Historia gazety sięga roku 1945, czyli powoli zbliżamy się do osiemdziesiątki. Wciąż się jakoś trzymamy w tym zwariowanym świecie rozwoju mediów elektronicznych. Udaje nam się dwa razy w tygodniu sprzedawać około czterech tysięcy egzemplarzy, co przy około 30 tysiącach Polaków na Zaolziu jest krzepiącym wynikiem. Czyli zmiany, które wprowadziłeś, nie zniechęciły czytelników, a wręcz przeciwnie? Kilka lat temu, po wielu latach przygotowań, dyskusji, debat zdecydowaliśmy się na krok rewolucyjny. Odeszliśmy od tytułu „Głos Ludu”, który – nie ukrywajmy – trochę ciążył nie tylko nam, ale i tym młodszym czytelnikom. Oni chcieli widzieć w tej gazecie nowoczesne medium, a nie kojarzące się z socjalistyczną „Trybuną Ludu”. ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Wraz ze zmianą nazwy zmieniliśmy layout i częstotliowść ukazywania się gazety: z trzech na dwa razy w tygodniu przy zachowaniu tej samej liczby stron. O czym piszecie? Bardziej się skupiacie na aktualnej sytuacji politycznej w Czechach, w Polsce czy raczej na tym, co na Zaolziu? To prawda, że pandemia przyniosła nowe tematy i niejako unosimy się na tej fali pandemicznej. Wiadomo, że jak przychodzi wzorst zakażeń i sytuacja w szpitalach się pogarsza, to piszemy więcej o COVID-19 i restrykcjach. Ale głównie skupiamy się na tematach dotyczących Polaków z Zaolzia, w mniejszym stopniu z Brna, Pragi czy z innych ośrodków. To Zaolzie stanowi centrum naszego zainteresowania. Do jakiego stopnia interesują Was Polacy na Słowacji? Są wśród nich także Zaolziacy. Mamy rubrykę „Wieści polonijne”, w której niejednokrotnie przedrukowywaliśmy materiały na temat tego, co się dzieje u naszych rodaków na Słowacji. Jesteśmy otwarci na współpracę. Kiedyś nawet odwiedziłem Klub Polski w Dubnicy nad Wagiem na zaproszenie pana Zbyszka Podleśnego. Zdaję sobie sprawę, że pomimo bliskości nie piszemy o was jakoś więcej niż o Polonii z innych krajów. A może moglibyśmy? No w sumie chyba tak, bo przecież wielu starszych czytelników dzisiejszego „Głosu” czy „Monitora Polonijnego” mieszkało w jednym kraju – w Czechosłowacji. Czy są siebie ciekawi po blisko 30 latach po rozpadzie wspólnego kraju? Może warto przyjrzeć się temu tematowi z bliska i opublikować taki materiał i u Was, i u nas? Myśle, że ta rozmowa będzie początkiem współpracy na większą skalę. Jestem otwarty na współpracę w przyszłości. Wierzę, że pandemia koronawirusa w końcu się skończy, i wrócimy do dawnego świata. Dawnego, między innymi w tym sensie, że będziemy mogli swobodnie podróżować i się odwiedzać. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA MONITOR POLONIJNY


Polskie ślady na czterech kółkach P

rzedostatni dzień roku poprzedniego był roboczy, ale była to bardzo przyjemna praca, bliska memu sercu, ponieważ dotyczyła motoryzacji. W Żylinie kręciliśmy kolejny odcinek serialu „Polskie ślady“, który realizujemy w ramach działań Klubu Polskiego. Razem z Tomášem Durisem znawcą starych samochodów wybraliśmy się na poszukiwanie śladów polskiej motoryzacji na Słowacji. Nie uwierzycie, ale znaleźliśmy ich dużo więcej niż sądziliśmy. W tę trasę wyruszyliśmy pięknym fiatem cinquecento. Wiedzieliście, że ten samochodzik został stworzony z myślą o polskim rynku automobilowym i przez całą jego karierę był produkowany tylko w Polsce, w fabryce FSM w Tychach? To MAREK BERKY prawdziwie polski „maluch“.

ZDJĘCIA: MAREK BERKY

Szkoła Polska gotuje

AD A CIE D JĘ H A M I I Z NICZO ĄŻK KSI ALIA K T D KI KŁA EJ: NA I TO JEK NA N PRO TANE ZYS

STYCZEŃ 2022

Polskiej w formacie PDF lub też dostosowanym do wydruku i oprawy i zaglądać do niej co roku, by poczuć ciepło i jedność, bijącą z jej kart, a może też zainspirować się, gdy w kuchni powieje lekką nudą. NATALIA KONICZ-HAMADA

K OR

grudniu grono pedagogiczne Szkoły Polskiej przy Ambasadzie RP w Bratysławie stanęło przed nie lada wyzwaniem. Jak podtrzymać ducha wspólnoty, mozolnie odbudowywanego w szkole od września, gdy znowu trzeba funkcjonować wyłącznie w przestrzeni internetowej? Jak być razem, choć osobno?

draty orzechowo-dyniowe, realizowanych co roku na święta w domach nauczycieli i uczniów Szkoły Polskiej, zebranych na prawie 30 kolorowych stronach i ozdobionych zdjęciami z rodzinnych archiwów. To wyjątkowa, ponadczasowa pozycja, którą można pobrać na stronie Szkoły

WY

W

Na szczęście zaprawieni w bojach nauczyciele wraz z uczniami i uczennicami nie zamierzali się poddawać. Połączyli siły i w ten sposób z okazji Bożego Narodzenia powstał wyjątkowy projekt pod nazwą „Świąteczna książka kucharska”. Doskonale wpisał się on w akcję organizowaną przez Ministerstwo Edukacji i Nauki „Razem na Święta”, której celem było właśnie budowanie wspólnot i więzi międzypokoleniowych. „Świąteczna książka kucharska” to aż 17 wspaniałych rodzinnych polsko-słowackich przepisów, m.in. na rybę w grzybach, knysze z cebulą czy kwa-

11


Agaty

M

iało być głośno, radośnie, w obfitości gości, bo i wydarzenie niecodzienne. Oto wspaniała wokalistka pokazuje światu swoje... obrazy. I śpiewa. I to jak śpiewa!

Taki był plan, kiedy rok temu ustalano, jak będzie wyglądać kolejna odsłona cyklu „Sztuka z naszych szeregów“. Przypomnijmy, że cykl ten organizuje Klub Polski we współpracy z Instytutem Polskim w Bratysławie już od kilkunastu lat, a jego celem jest prezentacja twórczości plastycznej Polaków mieszkających na Słowacji. Co roku w okresie przedświątecznym okna Instytutu Polskiego kuszą licznych przechodniów dziełami „naszych“ ludzi, by weszli do galerii. Tak było i tym razem, ale początkowo na kuszeniu trzeba było po12

Siemaszko przestać, ponieważ wprowadzony lockdown uniemożliwił jakiekolwiek działania kulturalne na żywo. Wystawa, owszem, zawisła. Mało tego, została pięknie otwarta, co zarejestrowały

kamery. W ten sposób można było pokazać światu „Impresje Agaty Siemaszko”. Powstały więc trzy odcinki filmowe, zrealizowane przez Klub Polski. Z rozmowy, którą z artystką przeprowadziła Małgorzata Wojcieszyńska, dowiadujemy się, że Agata maluje od dawna to, co jej w duszy gra. Czasami gra na wesoło, czasami na smutno, stąd i niektóre obrazy bardziej pochmurne. Ale są wśród wystawianych dzieł i te raZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Muzyczne i plastyczne impresje

MONITOR POLONIJNY


Projekt realizowany z finansowym wsparciem Funduszu wspierającego kulturę mniejszości narodowych, we współpracy z Instytutem Polskim w Bratysławie

dosne, które Agata... wypożyczyła od ich właścicieli. Ci otrzymali je wcześniej od artystki jako prezenty z okazji urodzin bądź zawarcia związku małżeńskiego. Na jednej ze ścian wiszą prace, które powstały jako ilustracje do książki Aniny Botošovej „Čarovné príbehy“. Kamery zarejestrowały także występ muzyczny Agaty Siemaszko, której na cymbałach towarzyszył Miroslav Rajt. Muzyczne dokonania artystki były w Polsce i na Słowacji nagradzane wielokrotnie. Kilka lat temu Agata wystąpiła także na prestiżowej scenie Bratysławskich Dni Jazzu, towa-

rzysząc znanej słowackiej skrzypaczce Barborze Botošovej. Takiego uznania muzycznego nie otrzymał chyba jeszcze żaden z Polaków mieszkających na Słowacji. Ale wróćmy do występu podczas otwarcia wystawy – ten był czarujący, bo cóż to za temperament, co za muzykalność! To trzeba zobaczyć, tego trzeba posłuchać! Filmy, o których mowa, dostępne są na kanale YouTube „Monitora Polonijnego“. Powstała też audycja radiowa „Na slovíčko“, w której mowa o wystawie i twórczości artystki, oprawiona muzycznie jej nagraniami. Ów

program wyemitowała w grudniu RTVS - Radio Regina (dostępny w archiwum). Z kolei Słowacka Telewizja, której sztab także był obecny na wernisażu, przygotowuje materiał filmowy na styczeń. Organizatorzy przedsięwzięcia „Sztuka z naszych szeregów“ mają nadzieję, że w styczniu sytuacja epidemiologiczna ulegnie poprawie i że będą mogli zaprosić

gości na uroczyste zamknięcie wystawy, planowane na 28 stycznia. Prezentacja „Impresji Agaty Siemaszko“ to na pewno jedno z wydarzeń, obok których nie można przejść obojętnie. Szczególnie będąc w centrum Bratysławy, gdzie wywieszone na wystawie obrazy Agaty kuszą i zapraszają do odwiedzenia galerii. Wstąpcie tam RED. koniecznie!

O wydarzeniach związanych z wystawą Agaty Siemaszko informujemy na bieżąco na stronie www.polonia.sk oraz w mediach społecznościowych.

G

Wieczór galowy, operetkowy odbył się 23 listopada w Słowackim Radio. Na scenie pojawili się soliści: Ilona Becse Szabó (Słowacja), Elżbieta Cabała (Polska) oraz Zsolt Vadász (Węgry). Ujmujące wykonania znanych arii operetkowych, piękne kreacje oraz duża dawka magii scenicznej spowodowały, że

ten wieczór stał się szczególny dla zebranych gości, wśród których był także ambasador RP w RS Krzysztof Strzałka. A ponieważ był to jeden z ostatnich wieczorów przed wprowadzeniem na Słowacji lockdownu, zapewne na długo pozostanie w pamięci. RED.

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

alowy wieczór Grupy Wyszehradzkiej przyniósł spory ładunek artystyczny, ale i emocjonalny. Zorganizowały go trzy działające w Bratysławie instytucje kulturalne: Instytut Liszta, Węgierskie Centrum Kultury, Czeskie Centrum oraz Instytut Polski. Koncert operetkowy z udziałem znakomitych śpiewaków, którym towarzyszyła Symfoniczna Orkiestra Dunakeszi z Węgier pod batutą Pála Farkasa,

STYCZEŃ 2022

13


Hej, kolęda, kolęda!

P

lan był taki, że goście z Polski pojawią się na jarmarku bożonarodzeniowym w Dubnicy nad Wagiem, ale pandemia plany pokrzyżowała. „Skoro polscy kolędnicy nie mogą przyjechać do nas na Słowację, to my pojedziemy do nich“ – wspomina swoją decyzję Marek Berky, prezes Klubu Polskiego, który wraz ze Slávką Gajdošíkovą, stojącą na czele dubnickiego Klubu, wybrał się do Polski, by zrealizować świąteczny projekt. Pojechali więc oboje do Węgierskiej Górki, konkretnie do mieszczącej się tam Odlewni Kultury. „Nie wiedzieliśmy, co to jest ta odlewnia, dopiero na miejscu wyjaśniono nam, że tu, gdzie dziś ma swoją siedzibę prywatny klub kultury, była kiedyś odlewnia miedzi“ – opisuje Marek. Na miejscu czekała już Ewa Nowak, która przy-

gotowała program alternatywny, by w ten sposób Klub Polski mógł wyczarować bożonarodzeniową atmosferę dla swoich widzów. „Nasi polscy przyjaciele, czyli Ewa i jej zespół, najpierw zaprezentowali kilka kolęd i winszowań. Atmosfera była świetna“ – wspomina Slávka Gajdošiková, która stanęła za kamerą, by zarejestrować występ. Zdradza, że nie obyło się bez powtórek czy drobnych potknięć w czasie kręcenia, ponie14

waż sprzęt odmawiał posłuszeństwa. I Marek, i Slávka chwalą świetną atmosferę, którą stworzyli gospodarze. „Miejsce było przepięknie ozdobione“ – zachwyca się Slávka. Po koncercie przyszedł czas na rozmowę z Ewą Nowak, właścicielką Odlewni Kultury i etnografką, którą przeprowadził Marek Berky. „Mieliśmy tyle nagranego materiału, że aż ponad dwa dni go cięłam, łączyłam i obrabiałam tak, by powstał ciekawy film“ – opisuje Slávka. Efekt końcowy miał swoją premierę 23 grudnia na kanale YouTube „Monitora Polonijnego“. Film oczywiście jest dostępny nadal, więc każdy we własnym domu może poznać magię świątecznej atmosfery polskiego Bożego Narodzenia. „Zaskoczyło mnie to, że kolędnicy w Węgierskiej Górce kolędują w Wigilię, a potem dopiero po świętach“ – opisuje Marek. Ewa Nowak podkreślała, jak ważne było i jest Boże Narodzenie dla górali z Żywiecczyzny, gdzie święta obchodzone są hucznie. „Dziadek przez cały rok upatrywał sobie choinkę w lesie, którą ścinał w Wigilię“ – wspomina właścicielka klubu. Dodaje też, że ozdoby choinkowe były przygotowywane już wcześniej, podczas długich jesiennych wieczorów. Na świątecznym drzewku wieszano także orzechy. Choinkę zdobiono wspólnie, ze śpiewem na ustach. Po wigilijnej wieZDJĘCIA SLÁVKA GAJDOŠIKOVÁ

czerzy kolędnicy odwiedzali sąsiadów, śpiewając, grając na harmonii i skrzypcach. Te odwiedziny trwały do pasterki. „Święta spędza się w gronie rodzinnym, ale zaraz po nich, w dzień świętego Szczepana kolędnicy ruszają w swój obchód, który trwa aż do Trzech Króli“ – opisuje polska etnografka. Grupy kolędnicze nie tylko śpiewają i grają, ale także opowiadają różne historie, często humorystyczne, tworząc miniprzedstawienia teatralne z wykorzystaniem kukiełek. Występujących postaci jest 8-9, wśród nich generał, rzeźnik, piekarz, policjant, Żyd, Cyganka. „Kiedyś kolędnicy tworzyli różne grupy, na przykład kawalerów, którzy chodząc od domu do domu, wyszukiwali sobie żony“ – opisuje Ewa Nowak. Dziś tradycja jest nadal bardzo żywa, kolędnicy odwiedzają domy, często przemieszczając się samochodami.

Trzeba przyznać, że pomysł zastępczy, realizowany online w czasie pandemii, który wymyślono w Klubie Polskim w Dubnicy nad Wagiem, to ciekawa forma nie tylko kolędowania, ale także porównywania zwyczajów i tradycji w Polsce i na Słowacji, co może zainteresować także słowackich widzów, dla których przygotowano słowackie napisy. „Na Słowacji kolędnicy chodzą z szopką bożonarodzeniową i grają na instrumentach, w Polsce natomiast, co mnie zaskoczyło, w każdym regionie przygotowywane są gwiazdy betlejemskie, które stanowią nie tylko ozdobę, ale i nieodłączne wyposażenie kolędników“ – mówi Marek Berky. A na co Państwo zwrócili uwagę, porównując zwyczaje polskie i słowackie? RED. Hej kolęda, kolęda! Film dostępny na kanale YouTube „Monitora Polonijnego“ oraz na Facebooku Klubu Polskiego i „Monitora“

Projekt realizowany z finansowym wsparciem Funduszu wspierającego kulturę mniejszości narodowych

MONITOR POLONIJNY


Rozmowy

z Niną

Święta, święta i po świętach... Uff,

pozostaje mi tylko westchnąć, że wreszcie jest po świętach. Jak ja ich nie lubię! Ani Bożego Narodzenia, ani Sylwestra, ani karnawału. No bo niby co tu jest do lubienia? Takie święta to przecież siedzenie w domu. Dla mnie to bez różnicy, czy w nim siedzę, bo lockdown, czy też święta. Jako rodzina nie mamy aż tylu wspólnych zajęć, no bo przecież nie oglądamy razem filmów świątecznych ani nie pieczemy ciastek, ani nie gramy w gry towarzyskie. Ze mną się tego nie

da robić. Ja do tego po prostu nie zostałam stworzona!

Tylko krecik Nie rozumiem, co w tym fajnego, że co roku w telewizji puszczają te same nudne filmy? Jeżeli to nie jest mój ukochany „Krecik“, to po prostu nie ma o czym mówić! Dopóty będę dawała rodzicom pilota do ręki, dopóki mi mojego kultowego „Krecika“ nie puszczą. No, ale jeszcze a propos tych świąt, zastanawiam się, dlaczego musimy zostawać w domu aż dwa tygodnie? Przecież święta trwają tylko dwa dni.

na imię Ewa! Biedna mama. Mnie się jednak wydaje, że Bogu to w ogóle nie przeszkadza i że się z mamą chętnie tym dniem dzieli. Bo przecież On z tym dzieleniem się problemu nie ma. Ale mama? To tylko człowiek i ona ten problem naprawdę ma!

Maski

Migocące światełka

Żadni przebierańcy ani żadne tańce! To nie w moim stylu. To po prostu nie moja bajka! Bo po co i dla kogo mam się przebierać? Ja masek nie lubię. Nie rozumiem, po co takie śmieszne kreacje? To dla mnie abstrakcja. Ja lubię być sama sobą.

Jest jednak coś, co w świętach lubię! To światełka! Migocące, kolorowe, piękne!!! Mamy ich bardzo dużo. Tato dekoruje nimi dom na zewnątrz, a mama wewnątrz. Bardzo lubię na nie patrzeć, bo z nich powstają takie migające cienie, z którymi mogę się bawić. Kiedy w moje ręce trafi świecąca zabawka, chodzę z nią po całym domu i przyglądam się, jak jej światło odbija się na różnych rzeczach. Najlepiej to sprawdzić w szafie z ubraniami. Niestety, muszę wtedy wyrzucić wszystkie ubrania, abym mogła zdecydować, na którym z nich światło najlepiej się odbija. Co do tych świateł, to muszę przyznać, że karnawał dla mnie to też głównie światła i muzyka. Ale nic poza tym!

Tylko muzyka mnie wabi i woła. Potrafię godzinami stać z uchem przyłożonym do głośnika, bo wtedy czuję, jak tony we mnie wibrują. Po prostu wchłaniam je całym ciałem i duszą. To lubię. A jak to jest u was z tymi maskami? Lubicie je nosić? NINA

ZDJĘCIA: EWA SIPOS

Biedna mama Mama mówi, że ta cała Wigilia to jest właściwie wieczór przed faktycznym świętem. A ten wieczór przecież powinien należeć do niej, bo wtedy są jej urodziny. To nie jest fair, że się musi dzielić tym dniem z samym Bogiem! No bo jak na to nie spojrzeć, to ona nigdy nie będzie ważniejsza od samego Boga. No i na dodatek ma STYCZEŃ 2022

15


Słowem

Ś

lązak. Pracował w kopalni. Potem była Angola, Brazylia i Portugalia. W Bratysławie można go spotkać m.in. na złomowiskach albo w warsztacie, gdzie kuje żelazo. Z niego robi miecze. O kogo chodzi? Nie zgadniecie! O księdza! Oto niebanalna historia Leonarda Pawlaka.

Już na początku mnie zaskakuje, proponując, by zwracać się do niego po imieniu. „Leonard. Po prostu Leonard“ – mówi. I tak oto chwilę po poznaniu się jestem na ty z proboszczem parafii pw. św. Margity w bratysławskiej dzielnicy Lamač, gdzie służy od pięciu lat. Lubi bezpośredniość, bo to skraca dystans, a jemu zależy na tym, by być blisko ludzi. „Nie wszyscy są na to gotowi, ja to szanuję i zwracam się do nich oczywiście tak, jak sobie tego życzą, do niektórych więc mówię: pán inžinier czy pani doktorka“. Część parafian wie, że ksiądz ma szczególne hobby – wykonuje miecze. „Zobacz, czy tak wyglądają ręce księdza?“ – pokazuje swoje dłonie, uśmiechając się. Rzeczywiście, to ręce człowieka zapracowanego. Może właśnie dzięki takim dłoniom – niewymuskanym, nie elegancko zadbanym – dociera do wiernych? A nawet do niewiernych? Kiedy pytam, czy do kościoła przychodzą też Polacy, wzdycha: „Jakoś ta polska tożsamość jest rozmyta. Nawet z Polakami rozmawiamy tu po słowacku, choć kaleczymy ten język“. Ale nie narzeka. „Jako ksiądz już 30 lat głoszę Ewangelię i rzadko kiedy miałem możliwość głosić ją po polsku“. Życie Leonarda, rzec by można, jest burzliwe, pełne zwrotów akcji. 16

i mieczem Ciężkiej pracy się nie bał. Już od dzieciństwa był do niej przygotowywany przez dziadka kowala, któremu pomagał w kuźni. Poszedł do pracy w kopalni, a stamtąd jakoś bliżej mu było do kapłaństwa. Jest nietypowym księdzem – bez koloratki, bez sutanny. „Po co? Po święceniach zrzuciłem sutannę. Ta przecież nie jest potrze bna do głoszenia Słowa Bożego“.

Pod baobabem Rozmawiamy o życiowych poszukiwaniach, pytam więc Leonarda, gdzie czuł się najbardziej wolny. W tym względzie nasz bohater nie ma żadnych wątpliwości - tym miejscem dla niego była Afryka! „To nie tylko wspaniała przestrzeń, ale i mentalność ludzi, z jednej strony prosta, a z drugiej taka cudowna i wolna, nieograniczona normami kulturowymi, którymi my, tu w Europie, żyjemy“ – opisuje z ożywieniem i wspomina, jak z wiernymi siadali pod baobabem i rozmawiali. „Czytaliśmy Biblię, a tubylcy dotykali jej stron, jakby pieścili każde słowo. Nie tylko słuchali Słowa Bożego, ale go dotykali“ – wspomina z nostalgią lata spędzone w Angoli, mimo że to nie było bezpieczne miejsce. „To, że gdzieś toczy się wojna, nie znaczy, że cały czas do człowieka strzelają. Owszem, były chwile gorsze i lepsze“ – opisuje.

Cięcie mieczem Bez koloratki, bez sutanny „Zawsze było mi bardziej po drodze z tymi owieczkami, które się zgubiły, nie zauważyły, że całe stado już się oddaliło“ – wyjaśnia mój rozmówca. Interesują go ludzie z krwi i kości, nawet ci porywczy, ze skomplikowanymi charakterami. „Może dlatego, że sam w młodości byłem buntownikiem?“ – zastanawia się na głos i wspomina, jak w latach 80. został usunięty ze szkoły za niepokorne zachowanie.

„Po przygodzie z miną przeciwpiechotną, która prawie nauczyła mnie fruwać, wróciłem do Polski na leczenie, na rekonwalescencję. Przy tej okazji wykryto u mnie raka“ – wyrzuci z siebie nagle. Tu płynąca opowieść się kończy, jakby ktoś dokonał cięcia mieczem. „To był palec boży“ mówi i wyjaśnia, że ma na myśli minę, nie dlatego, że spowodowała uszczerbek na jego zdrowiu, ale dlatego że uratowała go przed śmiercią z powodów onkologicznych. Próbuję MONITOR POLONIJNY


dopytać, jak to przeżył, ale wspomnienia są zbyt bolesne, choć dotyczą dość odległych czasów, bo roku 2005. „Ta mina dodała mi sił, ale z drugiej strony też odjęła. Było to bardzo trudne, bo zmieniła moje plany życiowe, przerwała to wszystko, co robiłem, co było mi bliskie“ – opisuje. Do dziś nie wie, co Bóg mu chciał w ten sposób powiedzieć. I jakby z nostalgią dodaje: „Byłem młodym facetem, silnym, pełnym wigoru“. Przyglądam się dokładniej mojemu rozmówcy, który od razu wydał mi się silną osobowością. „Myślę, że było mi to potrzebne do osobistego dorastania i dojrzewania. Dotknęło mnie to bardzo głęboko“ – wyznaje. Przewartościował swoje życie. Dziś ważniejsze są dla niego stawiane pytania niż odpowiedzi.

Na Słowację przez Brazylię i Portugalię

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Po traumatycznych przeżyciach Leonard wyjechał na dłuższy odpoczynek do przyjaciół do Brazylii, w pobliże Amazonii, zamieszkałej w 70 procentach przez czarnoskórych. „Czułem się tam jak w mojej ukochanej Afryce – ze względu na przestrzeń wokół siebie, ludzi, język, ciepło, afrykańskie potrawy, z tą różnicą, że tam nie strzelano“ – wspomina południowoamerykański etap życia. Potem przyszedł kolejny – dziesięć lat w Portugalii, gdzie obsługiwał 24 kościoły. Centrum jego posługi kapłańskiej stanowiło Aveiro, nazywane portugalską Wenecją. Kiedy rozmawiamy o atrakcjach tego kraju, wiem,

że Leonard byłby wspaniałym towarzyszem podróży, potrafiącym pokazać miejsca niebanalne, o czym zresztą mówi otwarcie. Dzieli się też spostrzeżeniami dotyczącymi mentalności tamtejszych katolików, porównując ich z tymi polskimi i słowackimi. „My tutaj jesteśmy ukierunkowani na posługę sakramentalną, a tam nikt nie robi tragedii, jeśli nie odbędzie się msza święta. Tam najważniejsze jest Słowo Boże“ – ocenia i dodaje, że ani sakramenty, ani kościół nie zbawią człowieka, ale to Bóg zbawia!

W drodze do Ziemi Obiecanej Dopytuję Leonarda, jak po tylu latach, spędzonych w innych kulturach, odnalazł się na Słowacji. „Pewien znajomy też mnie pytał, co ja robię na Słowacji z moją latynoską mentalnością. Nie, nie odnalazłem się. Jestem tu już pięć lat i wciąż się próbuję odnaleźć“ – kwituje. Kto zdecydował o tym, gdzie pracuje? Teoretycznie miejsce posługi może sobie wybrać sam zainteresowany, ale w ostateczności to biskup inkardynuje, czyli ustala przynależność duchownego do konkretnej diecezji. Leonard wyjaśnia, że o losie księdza nie decyduje to, czy się sprawdził w danym miejscu, czy mu upłynęła jakaś kadencja. „Nie, to nie korporacja“ – mówi z uśmiechem. Zastanawiam się więc na głos, czy mój rozmówca jest w Bratysławie szczęśliwy, ale dla niego to zbyt intymne pytanie. „Jestem zadowolony, to mój kolejny etap życiowy“ – opisuje i powołuje się na rozmowy ze swoim autorytetem, arcybiskupem Grzegorzem Rysiem z Łodzi, które to zaowocowały dogłębnym poszukiwaniem w Biblii odpowiedzi na różne pytania. „Odnalazłem w niej słowa dla mnie, zapisane w Księdze Rodzaju, rozdział XII, wiersz 1., w którym Bóg mówi do Abrahama, by opuścił ziemię swojego ojca i dotarł do Ziemi Obiecanej“.

Kuje żelazo, póki gorące W drodze do tej Ziemi Obiecanej Leonard kuje miecze. Każdą wolną chwilę temu poświęca. „Ktoś odma-

wia różaniec, a ja ciągnę pilnik, uderzam młotkiem i wtedy moje myśli idą ku Bogu, wchodzę bardziej w siebie i tak mogę towarzyszyć ludziom, myśląc o nich“ – opisuje swoje niemal metafizyczne doznania podczas pracy w warsztacie, który zaraz odwiedzimy. Jeszcze pytam o jego najpiękniejsze dzieło. Okazuje się, że podarował je wspominanemu już arcybiskupowi z Łodzi. Był to miecz dwuręczny z krzyżem jerozolimskim na głowni z jednej strony i napisem „Żywe bowiem jest Słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny“ z drugiej. Leonard ma już na swoim koncie kilka mieczy szczególnych, które podarował innym. Zazwyczaj spotyka się ze zdziwieniem, może czasami niedowierzaniem, że tak nietypowe dzieło wyszło spod jego ręki. Mnie pokazuje trzy miecze, nad którymi obecnie pracuje i które już wyglądają imponująco, choć Leonard wskazuje niedociągnięcia, wymagające korekty. To koronkowa robota. Nie dziwię się, że wymaga wyciszenia i pomaga w kontemplacji.

Miłość w czasach zarazy Z takim rozmówcą czas płynie szybko, a przecież chcemy jeszcze zahaczyć o warsztat. Zanim się tam udamy, pytam mojego rozmówcę o aktualne podziały między ludźmi, związane z pandemią i szczepienia17


mi. Mojej uwadze nie uszedł bowiem napis na drzwiach parafii, że do środka mogą wejść tylko osoby zaszczepione lub ozdrowieńcy. Ksiądz mówi, że w takich czasach szczególnie trzeba stawiać na miłość i powołuje się na powieść Gabriela Garcíi Márqueza „Miłość w czasach zarazy“. To w niej znajduje motywację do poszukiwania czułości i miłości do drugiego człowieka, inspiracji, jak akceptować inaczej myślących. „Odpowiedzi na te pytania jest tyle, ilu jest ludzi. Każdy musi odkryć w sobie to coś, co powinien zrobić, by uchronić drugiego człowieka przed chorobą czy śmiercią“ – mówi i przyznaje, że często są to dyskusje bardzo trudne, bowiem niekiedy do rozmówców nie docierają żadne logiczne argumenty. Okazuje się, że nawet parafialna skrzynka mailowa bywa zasypywana korespondencją, w której księża, a nawet sam papież Franciszek, nazywani są arcyheretykami. „Wtedy zastanawiam się, czy istnieje jeszcze choćby mizerna nić, łącząca te owieczki ze stadem“ – zastanawia się na głos. Nadziei upatruje właśnie w miłości i wraca do książki Marqueza, w której autor pokazuje, że warto czekać na pojednanie.

Skarby ze złomowiska Nasza rozmowa w domu parafialnym dobiega końca. Teraz muszę już tylko przekonać Leonarda, by pokazał

ku. A tak w ogóle to Leonard swoich skarbów poszukuje na różnych złomowiskach. Z kolejnego przedmiotu, który zwraca moją uwagę, powstanie husarska szabla. Sporo białej broni czeka na wykończenie. W kolejnym pomieszczeniu znajduje się palenisko do hartowania mieczy. Atmosfera jest iście twórcza, Leonard okrasza ją jeszcze recytacją fragmentu „Zemsty“ Aleksandra Fredry, w którym mowa o mieczach, Papkinie i pani Barskiej szabli rejenta. Czyżby to był też ksiądz recytator? „Nie, nie, czasami uczę się wierszy na pamięć, żeby ćwiczyć szare komórki“ – wyjaśnia.

Sami swoi

mi miejsce swoich medytacji. Trochę się zasłania bałaganem, ale wiadomo przecież, że bałagan świadczy o zaangażowaniu w pracę. Nie mylę się. Już przy wejściu Leonard ukazuje przedmioty, które trudno zidentyfikować. „Wiesz, co to jest? To resor z ciężarówki, z niego potem powstanie miecz“ – wyjaśnia. Wszędzie widzę różne noże. „O! A to jest śrubokręt zrobiony z ruskiego traktora“ – pokazuje Leonard. Tak, tak, znalazł go na czyimś podwór-

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

18

Skoro tak wokół literatury krążymy, to pytam go jeszcze o film, a konkretnie o „Samych swoich” w reżyserii Sylwestra Chęcińskiego. Leonard się uśmiecha. „Tak, tak, pytasz o moje nazwisko. A wiesz, że ten film znam na pamięć, bo w Angoli wraz z kolegą, innym księdzem, oglądaliśmy go setki razy? Cztery godziny jechałem do niego przez busz, a mój kolega witał mnie w kamizelce, jak Pawlak z filmu. No i odpalał generator, byśmy mogli pooglądać klasykę polskiej kinematografii“ – wspomina z uśmiechem. Pytam Leonadra, czy zdarza mu się spotykać osoby o nazwisku Kargul, noszonym przez drugiego filmowego bohatera. „Pewnie, że tak. Nawet tutaj w Bratysławie. Zadzwoniłem do ambasady, a tam w telefonie przedstawił się pan o nazwisku Kargul, więc ja mówię: Pawlak! W pierwszej chwili obaj podejrzewaliśmy siebie o żart“ – wspomina z uśmiechem. Wygląda na to, że moglibyśmy z Leonardem rozmawiać godzinami. I na poważnie, i na żarty. Żegnamy się, obiecując sobie kolejne spotkania. Bo to wielki przywilej przebywać z tak niebanalnym i inspirującym człowiekiem. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA MONITOR POLONIJNY


D

okładnie 1 stycznia 2021 roku z dnia na dzień przestała kursować popularna transgraniczna linia autobusowa Bukowina Tatrzańska – Dolny Kubin, uruchomiona i finansowana przez marszałka Województwa Małopolskiego. Linia była efektem wieloletnich starań różnych środowisk i miała być pierwszą spośród sieci kilku samorządowych połączeń pomiędzy Małopolską a Słowacją. Zawieszenie funkcjonowania linii było kontrowersyjną decyzją, negatywnie ocenianą przez polskich i słowackich pasażerów. Województwo Małopolskie i Kraj Żyliński pracują co prawda nad nowym systemem połączeń transgranicznych z przesiadką pośrodku pola między Suchą Horą a Chochołowem, ale projekt się opóźnia i jest krytycznie oceniany przez pasażerów.

Jakie były plany? Linia Bukowina Tatrzańska – Suchá Hora – Oravice – Roháčská dolina – Dolný Kubin była efektem prac, prowadzonych w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Małopolskiego w latach 2017-2019. Przeprowadzono wówczas serię konsultacji, czego efektem było opracowanie optymalnej siatki transgranicznych połączeń lokalnych, które według ówczesnych planów miały ruszyć w latach 20182019. Oprócz wspomnianej linii miały też powstać następujące: Zakopane – Starý Smokovec – Podbanské, Nowy Targ – Poprad oraz Trstená – Jabłonka. Następnie połączenia te miały być intensywnie promowane i w dalszej kolejności miały powstać kolejne STYCZEŃ 2022

linie autobusowe: Orawa – Kraków, Poprad – Kraków, linia wokół Babiej Góry oraz autobusy łączące Sądecczyznę ze Słowacją. Linia została uruchomiona w listopadzie 2019 roku, a jej funkcjonowanie przypadło na trudny czas pandemii. Mimo to, zwłaszcza w okresie letnim w 2020 roku, cieszyła się ogromną popularnością. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów turyści mogli pojechać w słowackie Tatry Zachodnie, wejść na graniczne szczyty w rejonie Rohaczów,

czący Suchą Horę z Oravicami oraz Oravice z Zubercem i Roháčską doliną. Przedtem i dziś nic tam nie jeździ.

Kraj Żyliński nie chciał autobusów transgranicznych Linia mogła funkcjonować dalej na dotychczasowych zasadach, ale władzom Małopolski zależało, by do połączenia dokładał się finansowo Kraj Żyliński. Władze w Żylinie nie chciały o tym słyszeć i zaproponowały, że jedyne, na co

Już rok bez linii autobusowej

Na temat dalszego funkcjonowania linii toczył się spór także w Małopolsce. Nie brakowało głosów, iż połączenie jest na tyle potrzebne i popularne, że należałoby je kontynuować nawet bez partycypacji finansowej Słowaków. Byłoby to co prawda trochę nieuczciwe i nieeleganckie (dlaczego tylko Małopolska ma za nie płacić, a Kraj Żyliński nie), ale jak najbardziej dopuszczalne prawnie i realizowane często w praktyce. Często jest tak, że transgraniczną linię autobusową

MA POWS TAĆ NOWA, ALE NIE WIADOMO KIEDY

Grzesia i Wołowca i zejść na polską stronę do Doliny Chochołowskiej, w razie konieczności wieczorem wrócić autobusem na Słowację. Wcześniej i obecnie takie wycieczki są niemożliwe, nawet gdy mamy samochód – nie weźmiemy go przecież do plecaka; musimy wrócić w to samo miejsce. Z linii korzystali również Słowacy, dojeżdżający polskim autobusem do pracy czy w innych celach na słowackim odcinku. Po raz pierwszy bowiem pojawił się jakikolwiek autobus, łą-

mogą się zgodzić, to wydłużenie już istniejących połączeń do granicy z Polską i skomunikowanie ich tam z polskimi autobusami, nad czym obecnie oba regiony pracują. Nowym autobusem nie pojedziemy jednak w słowackie Tatry Zachodnie, a jedynie na odcinku Chochołów – Trstená. Słowackie Oravice i Roháče nadal będą odcięte komunikacyjnie od świata i dostępne jedynie dla samochodów, co w dobie kryzysu klimatycznego budzi olbrzymie kontrowersje.

w całości organizuje i finansuje samorząd jednego państwa (tego, któremu bardziej zależy), a druga strona nie dokłada się do tego finansowo. Żeby daleko nie szukać, na tej zasadzie funkcjonuje popularna linia transgraniczna Bratysława – Hainburg. Jest ona w całości finansowana przez stronę słowacką, a Austriacy się do niej nie dokładają. Nikomu to jednak nie przeszkadza i nikt nie myśli o likwidacji linii, ale raczej o jej rozwoju. JAKUB ŁOGINOW 19


Kobiecej drużynie do tej pory nie udało się zakwalifikować do rozgrywek olimpijskich. Ale w ostatnich latach nasze panie dwukrotnie (2013 i 2015) zabłysnęły w finałach mistrzostw świata, zajmując 4. miejsce. W grudniu 2021 roku na rozgrywanym w Hiszpanii kolejnych czempionacie globu nasze panie zajęły 15. miejsce. Największe sukcesy polskiej piłki ręcznej wiążą się z okresem gry męskiej reprezentacji po wodzą trenera Bogdana Wenty.

Szczypiorniak zawita do Bratysławy

S

zczypiorno to obecnie dzielnica Kalisza, ale do 1976 roku była to oddzielna miejscowość, której początki datują się na XV wiek. Jaki to ma związek ze sportem? Aktualnie praktycznie żaden, ale to tam swoje początki na polskich ziemiach miała bardzo popularna dziś dyscyplina sportowa – piłka ręczna. Z racji swego położenia na granicy zaborów rosyjskiego i pruskiego Szczypiorno stanowiło doskonałą lokalizację dla garnizonów wojskowych. W 1914 w koszarach i barakach wojskowych władze niemieckie utworzyły tam obóz jeniecki dla cudzoziemców, który później został zamieniony na obóz dla 4000 internowanych żołnierzy Legionów Polskich. Ulubionym ich zajęciem była gra w popularną wówczas w Niemczech i północnej Europie 11-osobową piłkę ręczną, którą od nazwy miejscowości nazwano szczypiorniakiem. A już niedługo nasi współcześni szczypiorniści zawitają do stolicy Słowacji…

Urania Historia piłki ręcznej ma swoje korzenie w starożytności. Już Grecy rozgrywali mecze w dyscyplinie podobnej do obecnej piłki ręcznej, którą nazywali urania. W starożytnym Rzymie gralno w herpastum, a w średniowiecznych Niemczechz w fangballspiel. Współczesna piłka ręczna uformowała się pod koniec XIX wieku 20

w północnej Europie, przede wszystkim w Danii, Niemczech, Norwegii i Szwecji. Zasady gry ciągle ulegały zmianom, przez dłuższy czas równolegle rozgrywano mecze drużyn 11-osobowych (do 1976 roku, głównie w Niemczech), jak i 7-osobowych (wersja duńska).

Rozgrywki międzynarodowe Pierwszy mecz międzynarodowy został rozegrany w 1925 roku (Niemcy – Austria, wynik 6:3). Pierwsze mistrzostwa świata mężczyzn rozegrano w 1938 roku, a kobiet w 1957 roku. Od 1972 roku męska piłka ręczna została włączona do dyscyplin olimpijskich, a drużyny kobiece wystartowały na olimpijskich arenach cztery lata później w Montrealu. Polscy szczypiorniści pięciokrotnie uczestniczyli w igrzyskach olimpijskich. W debiucie w Monachium zajęli 10. miejsce, a w kolejnych igrzyskach, w 1976 roku w Montrealu, odnieśli swój największy do tej pory sukces – zdobyli brązowy medal. Cztery lata później w Moskwie było tylko 7. miejsce, a potem nastąpiła długa przerwa, bo aż do 2008 roku. W Pekinie mimo doskonałej postawy Orłów Wenty udało się zająć tylko 5. miejsce. Podobnie było w Rio de Janeiro w 2016 roku, gdzie po minimalnej porażce w półfinale z Duńczykami (28:29) w meczu o 3. miejsce Polacy przegrali z Niemcami (25:31).

Orły Wenty Bogdan Wenta w listopadzie skończył 60 lat. Większość swojego życia poświecił piłce ręcznej. W latach 1981-1994 aż 191 razy wystąpił w reprezentacji Polski i zdobył dla niej 763 gole. Grał również w reprezentacji Niemiec (50 razy w latach 19972000). Ale największe sukcesy odniósł jako trener, głównie męskiej reprezentacji Polski (2004-2012), która była wówczas czołową drużyną na świecie i którą nazywano Orłami Wenty. Grali w niej tacy znakomici zawodnicy, jak Sławomir Szmal, Karol Bielecki, Marcin i Krzysztof Lijewscy, Bartosz i Michał Jureccy, Damian Wleklak, Bartłomiej Jaszka, Mariusz Jurasik, Patryk Kuchczyński, Mariusz Jurkiewicz, Artur Siódmak czy Grzegorz Tkaczyk. Drużyna ta zdobyła srebrny (2007) i brązowy (2009) medal na mistrzostwach świata. Na igrzyskach w Pekinie Orłom Wenty nie udało się zdobyć medalu (5. miejsce), do kwalifikacji olimpijskiej do Londynu w 2012 roku zabrakło im naprawdę niewiele – gorszy współczynnik bramkowy od Serbii w przedolimpijskim turnieju kwalifikacyjnym. To niepowo- Bogdan Wenta dzenie zakończyło karierę Wenty jako trenera polskiej kadry. W 2008 roku zaczął on prowadzić najlepszą polską drużynę klubową – Vive Kielce. Z nią również odniósł sukcesy: 4 razy mistrzostwo Polski, 5 razy Puchar Polski i 3. miejsce MONITOR POLONIJNY


w Lidze Mistrzów w 2013 roku. Z ławką trenerską rozstał się w 2014 roku, zamieniając ją na ławę poselską w Parlamencie Europejskim, gdy z listy Platformy Obywatelskiej wystartował w okręgu małopolsko-świętokrzyskim i zdobył 38 960 głosów. Nie dokończył swojej kadencji, bo w 2018 roku wystartował w wyborach samorządowych jako kandydat na urząd prezydenta Kielc i znowu odniósł zwycięstwo. Dnia 22 listopada 2018 roku został zaprzysiężony i rozpoczął urzędowanie w kieleckim ratuszu. Następcą Wenty na ławce trenerskiej polskiej reprezentacji został Niemiec Michael Biegler. Pod jego wodzą (2012-2016) Polacy zdobyli kolejny brązowy medal na mistrzostwach świata (Katar, 2015). W 2016 roku mistrzostwa Europy były rozgrywane w Polsce. Wówczas to polscy kibice mieli bardzo duże oczekiwania medalowe. Mimo niezłej gry skończyło się na 7. miejscu, co było sporym rozczarowaniem i trener podał się do dymisji, a wielu z Orłów Wenty zakończyło karierę reprezentacyjną. Od tej pory Polacy nie należą do światowej czołówki i z trudem kwalifikują się do imprez mistrzowskich.

Jedna wenta króla Artura Z czasami, gdy Wenta prowadził reprezentację Polski, wiążą się liczne anegdoty. Szczególne pod tym względem były mecze w ramach mistrzostw świata rozgrywanych w Chorwacji w 2009 roku, a zwłaszcza mecz z Norwegami o prawo gry w półfinale. Obie drużyny musiały wygrać to spotkanie, aby awansować; w przypadku remisu obydwie odpadały, a w półfinale zagraliby Niemcy. W końcówce spotkania Norwegowie prowadzili już trzema bramkami, ale w naszej bramce znakomicie spisywał się Sławomir Szmal (pseudonim Kasa). W 35 sekundzie przed końcem meczu Polacy doprowadzili do remisu. Gdy do zakończenia zostało 15 sekund i Norwegowie rozgrywali piłkę, ich trener poprosił o przerwę. W jej trakcie Wenta tłumaczył swoim zawodnikom, co zarejestrowały kamery telewizyjne, że jest jeszcze bardzo dużo czasu na przeSTYCZEŃ 2022

chwycenie piłki i zdobycie zwycięskiej bramki, co później przyjęto jako jednostkę miary czasu w piłce ręcznej, zwaną wentą. Polski trener dodał także, że gdy przeciwnicy zdejmą z boiska bramkarza i w jego miejsce wprowadzą zawodnika z pola, to bramka będzie pusta i należy wykonać rzut z daleka. Słowa „pusta bramka” jako jedyne utkwiły w głowie Artura Siódmaka, który po odebraniu piłki Norwegom nie podał jej lepiej ustawionym kolegom, tylko bez zastanowienia skierował piłkę w kierunku bramki przeciwnika. Na cztery sekundy przed końcem meczu, Polacy zyskali przewagę i wygrali mecz, a strzelec sławetnej bramki, nazwany potem królem Arturem, zniknął w objęciach kolegów, a w zasadzie został przez nich przygnieciony do parkietu, a to przecież potężnie zbudowani i łącznie ważący ponad tonę gladiatorzy. Od tego czasu w Polsce zaczęło funkcjonować określenie „rzut Siódmiaka”, oznaczające rzut z bardzo dużej odległości do pustej bramki.

Słowacko-węgierskie potyczki z polskim udziałem W dniach 13-30 stycznia 2022 roku na Słowacji (Bratysława, Koszyce) i Węgrzech (Budapeszt, Debreczyn, Segedyn) zostaną rozegrane XV Mistrzostwa Europy w Piłce Ręcznej Mężczyzn. Polacy swoje mecze w grupie D rozegrają w hali sportowo-widowiskowej w Bratysławie (Zimný štadión Ondreja Nepelu) kolejno z Austrią (14 stycznia, godz. 20:30), Białorusią (16 stycznia, godz. 20:30) i Niemcami (18 stycznia, godz. 18:00). Jeśli zajmą pierwsze lub drugie miejsce w grupie, to awansują do kolejnej rundy, która również zostanie rozegrana w Bratysławie (20, 21,

Byle nie PZPR Inna ciekawa historia łączy się z nazwą polskiej federacji piłki ręcznej. Większość polskich organizacji, zrzeszających sportowców danej dyscypliny, w swojej nazwie posiada stały trzon „Polski Związek...”, czyli na przykład Polski Związek Piłki Nożnej, czyli PZPN. Z piłką ręczną jest trochę inaczej. Zaczęło się w 1925 roku od Polskiego Związku Palanta i Gier Ruchowych (PZPiGR). Rok później nazwę uszczuplono o „palanta”, w rezultacie czego został Polski Związek Gier Ruchowych, który w 1928 roku zmieniono na Polski Związek Gier Sportowych. W 1936 roku znowu zmieniono nazwę na Polski Związek Piłki Ręcznej, czyli… PZPR. W czasach komunistycznych, gdy powstała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, federacja sportowa została przemianowana na Polski Związek Koszykówki, Siatkówki i Szczypiorniaka (PZKSS), a w 1956 na Związek Piłki Ręcznej w Polsce (ZPRP). Ta ostania nazwa funkcjonuje do dziś.

23 i 25 stycznia). Ich kolejnymi przeciwnikami mogą być najlepsze dwie drużyny z grupy E (Bośnia i Hercegowina, Czechy, Hiszpania, Szwecja – mecze w Bratysławie) oraz grupy F (Norwegia, Litwa, Słowacja, Rosja – mecze w Steel Aréna w Koszycach). Dwie najlepsze drużyny z drugiej rundy zagrają w półfinałach, a zespoły z trzecich miejsc zagrają o 5. miejsce. Ta faza rozgrywek odbędzie się w Budapeszcie (28 i 30 stycznia). Tak więc jest możliwe, że w Bratysławie dojdzie do polsko-słowackiego pojedynku – wszystko w rękach naszych zawodników. Trzymajmy mocno kciuki i za Polaków, i za Słowaków. Za kogo mocniej, to już decyzja każdego z czytelników. Emocji z pewnością nie zabraknie! STANISŁAW KARGUL 21


COMA

to zespół, który się kocha albo nienawidzi. W każdym razie zajęcie postawy neutralnej w stosunku do niego wydaje się głęboko niestosowne. To grupa końca lata i początku jesieni. Wybitnie wrześniowa i arcypaździernikowa. Misternie utkana z ołowianych nici babiego lata. Jest niczym drapieżna pajęczyca, czyhająca na skraju utkanej sieci na nieuważnych. Trafiają do niej ludzie z napiętą do granic struną emocji, która rezonuje w świecie Comy tonem czystym i pierwotnym. Coma nie ma fanów. Coma ma ofiary. Jeden z najlepszych polskich zespołów rockowych powstał w czerwcu 1998 roku w Łodzi. Ale na jego debiutancki album przyszło czekać długich sześć lat. W tym czasie muzycy wydali własnym sumptem EP w nakładzie 3000 egzemplarzy, a w rodzinnym mieście skompletowali całą rzeszę wiernych fanów, a raczej – trzymając się przyjętej konwencji – rzeszę ofiar, oczywiście. Były to bowiem czasy, gdy słuchaczy zdobywano, grając prawdziwe klubowe koncerty. Nie było YouTube’a ani Facebooka, wyreżyserowanych klipów, tworzonych

Czulym uchem

trudne Pierwsze wyjście z mroku za pomocą najnowocześniejszego sprzętu na domowych komputerach jeszcze przed pierwszym koncertem. Były to czasy, gdy na scenie liczyły się pot, krew, łzy i charyzma, a reszta należała do poczty pantoflowej. Prawdziwa kariera zespołu Coma zaczyna się od jednego z takich właśnie koncertów, na którym pojawił

się Paweł Jóźwicki, przedstawiciel wytwórni BMG Poland. Pod klubem, na którego fasadzie wisiało prześcieradło z napisem COMA, zastał tłumek ponad 100 osób. Postanowił wykorzystać fakt bycia „grubą szychą” i wejść jako VIP. Bardzo się zdziwił, gdy się okazało, że w środku znajduje się już ok. tysiąca osób, a stojący

Mickiewicz też człowiek

K

iedy usłyszałam, że Sejm ustanowił najbliższe dwanaście miesięcy Rokiem Romantyzmu Polskiego, pomyślałam o tych wszystkich biednych uczniach, którzy jeszcze bardziej doświadczą trudów zrozumienia tej szczególnej dla Polski epoki.

Nie ulega wątpliwości, że dorobek artystyczny i literacki polskiego romantyzmu jest szczególnie wartościowy – każdy chyba czytał Mickiewiczowskie „Dziady” czy „Pana Tadeusza”, zaśmiał się nad „Zemstą” Fredry, zamyślił, słuchając utworów Chopina. No właśnie – wybitne dzieła, po wielokroć omawiane w szkole, wyuczone na pamięć i najczęściej nie22

lubiane za młodu. Ich zrozumienie przychodzi dopiero z wiekiem, podobnie jak ciekawość, jacy to byli naprawdę nasi narodowi wieszcze, jak radzili sobie w życiu, co ich inspirowało. Postanowiłam to sprawdzić i niezwłocznie kupiłam najnowszą książkę Iwony Kienzler „Mickiewicz. Miłości i romanse”. I to był bardzo dobry wybór.

Chociaż tytuł sugeruje, iż tematem publikacji jest życie uczuciowe wieszcza, Iwona Kienzler zadbała, byśmy z zaciekawieniem śledzili pełne zawirowań losy Adama Mickiewicza od narodzin aż do niespodziewanej śmierci. Jest więc nie tylko o miłościach i miłostkach, ale przede wszystkim o zwykłym życiu naszego romantycznego poety, o jego zmaganiach

z biedą, depresją, o reakcji na wybuch powstania listopadowego i nudnym życiu w Lozannie. Czyta się te historie szybko i z zainteresowaniem, może dlatego, iż autorka ma dar opisywania tylko najistotniejszych szczegółów, pozwalając czytelnikom „domalować” sobie resztę w wyobraźni. Mnie zainteresowały szczególnie dwa okresy z życia Mickiewicza. Pierwszy to MONITOR POLONIJNY


przed klubem po prostu się nie zmieścili. Jóźwicki był pod tak wielkim wrażeniem, że z miejsca podpisał z chłopakami kontrakt. Dla Piotra Roguckiego (wokal), Rafała Matuszaka (bas), Dominika Witczaka (gitara), Marcina Kobzy (gitara) i Tomasza Stasiaka (perkusja) oznaczało to osiągnięcie upragnionego celu. Samo nagranie płyty było już jednak drogą przez mękę. Coma była już dojrzałym zespołem i muzycy doskonale wiedzieli, jaki album chcą nagrać. Niestety, przedstawiciele wytwórni mieli własną wizję produktu, chcąc ulepić z niego kolejny sezonowy wytwór pop-bandu. Sytuacja była bardzo napięta, warunki tragiczne, arogancja wytwórni sięgała zenitu. Było to o tyle smutne, że osoby, pod których opieką znalazł się zespół, należały do polskiej czołówki producentów, którzy mieli na swoim koncie najlepsze rockowe płyty lat 90. Po prostu nikt nie chciał na poważnie zająć się zespołem z Łodzi. Rogucki, załamany sytuacją i fatalnymi warunkami, w których przyszło mu nagrywać partie wokalne, namówił Dominika Witczaka, aby nagrać okres młodości, kiedy zaangażowany w działalność wileńskich stowarzyszeń dopiero wypływał na szerokie wody literackich osiągnięć. Ze spostrzeżeń Iwony Kienzler wynika, że niełatwo mu było rozwinąć skrzydła – pochodził z niezamożnej rodziny i niedostatek towarzyszył mu przez większość młodzieńczego życia. Pierwsza praca nauczyciela w Kownie również nie poprawiła jego sytuacji – Adamowi było tak ciężko – także psychicznie – iż najbliżsi przyjaciele nie powiadomili go nawet o śmierci matki. Z wielu opresji ratowały poetę kobiety, zauroczone może nie tyle urodą autora „Dziadów”, co jego elokwencją i oczytaniem. Musiał być Adam STYCZEŃ 2022

wszystko jeszcze raz w garażu, w którym odbywały się próby zespołu. Witczak zajął się również miksem materiału, który Jóźwicki przedstawił wytwórni jako lepszy, jednak ta odpowiedziała stanowcze „nie”. Zespół był zdruzgotany. Finalnie okazało się jednak, że na płytę trafił tylko jeden utwór zmiksowany w pierwszym podejściu, tj. Pasażer. Przedstawiciele wytwórni musieli pokornie uznać, że chałupnicza praca Witczaka brzmi rzeczywiście rasowo i lepiej oddaje charakter zespołu.

dobrym towarzyszem do rozmów i długich spacerów, bowiem potrafił wytworzyć z partnerkami szczególne więzi. Drugi etap życia wieszcza, który zwrócił moją uwagę, to miesiące tuż przed śmiercią i sama śmierć. Kilka hipotez, dlaczego Mickiewicz zmarł przedwcześnie, do dziś nie znalazło ostatecznego potwierdzenia. Autorka opisuje je z dużą wnikliwością, byśmy sami mogli przyjrzeć się tej niejasnej karcie z biografii autora „Ballad i romansów”. Czy pokonała go zakaźna choroba? Czy ktoś maczał w tym palce? A może Mickiewicz był szpiegiem i dla kogoś stał się po prostu niewygodny?

Album, nomen omen Pierwsze wyjście z mroku, został wydany 17 maja 2004 roku. Promowały go utwory Leszek Żukowski, Spadam oraz Czas globalnej niepogody. Wydawnictwo okazało się sukcesem i rozpoczęło trwającą do 2019 roku bogatą karierę zespołu. Jeśli słyszałeś już Comę, na pewno masz już wyrobione zdanie o niej. Jeżeli nie, zacznij od początku. Zacznij od Pierwszego wyjścia z mroku. Kto wie, może wpadniesz w sieć i staniesz się jedną z jej ofiar. ŁUKASZ CUPAŁ Muszę powiedzieć, że po lekturze książki Iwony Kienzler zupełnie inaczej spojrzałam na naszego narodowego wieszcza. Łatwiej zrozumieć czasami zawiłe meandry twórczości poety, gdy za linijkami

tekstu widzi się człowieka z krwi i kości, mężczyznę żywo reagującego na przyrodę, muzykę i kobiece wdzięki, ale miewającego zarazem okresy zniechęcenia i depresji. Zaciekawiło mnie też, jak bardzo potomkowie Mickiewicza próbowali zacierać ślady jego niedoskonałości – rozmaite listy do kochanek, fragmenty pism itp. Wieszcz miał być nieskazitelny, idealny. Dobrze się stało, że badacze odnaleźli jednak dowody na to, że Adam oprócz oczywistego talentu miał przywary zwykłego śmiertelnika – lektura jego uczuciowej biografii staje się jeszcze bardziej pasjonująca. AGATA BEDNARCZYK 23


K

łaniam się z radością wszystkim entuzjastom i krytykom polskiego kina w nowym roku. Proszę przyjąć najlepsze życzenia, nie tylko filmowe. Liczę wszak, że filmy będą jak najlepsze, bo przecież konkurencja nie śpi. Natomiast dla widzów, w tym przypadku dla Państwa, najważniejsze jest jak zwykle zdrowie, pogoda ducha, dystans do niemrawej i czasami mało atrakcyjnej rzeczywistości oraz przekonanie, że jednak to, co chcą Państwo oglądać, mogą Państwo wybrać sami. Albo z moją podpowiedzią. Dzisiaj obiecany Najmro. Kocha, kradnie, szanuje, komedia jak się patrzy, dobra na początek roku. Trochę szaleństw i przypomnienie, jak to ongiś przestępców ścigano, ale nie tych najgroźniejszych, lecz takich, którzy potrafili Milicji Obywatelskiej napsuć krwi. Kim był ów Najmro? Używając dzisiejszych słów, był celebrytą w PRL-u. Zbigniew Najmrodzki to autentyczny,

urodzony w roku 1954, a działający ostro w latach 70. i 80. ubiegłego stulecia złodziejaszek, który okradał pewexy, czyli takie sklepy, gdzie towarów było w brud, tyle że za dolary albo za udające dolary bony. Co jakiś czas pojawiały się na jego temat sążniste oskarżycielskie artykuły w gazetach i choć czasy były raczej szare i mało 24

KRÓL ZŁODZIEI, MISTRZ UCIECZEK w nich było miejsca dla pełnego fantazji rozrabiaki, czytano je z wypiekami na twarzy. Doniesienia o Zbigniewie Najmrodzkim rozpalały wyobraźnię. Mówiono, że żyje kolorowo i z fasonem. Bo Najmro kochał dobrą zabawę i swobodę w kontaktach nie tylko z kobietami. Król złodziei i ucieczek z więzienia wymykał się PRL-owskim organom ścigania w różnych okolicznościach łącznie 29 razy. I zawsze robił to po mistrzowsku, zwodząc z wdziękiem tych, co go ścigali. Z faktografii warto przypomnieć, że po ostatnim wyroku w roku 1994 ułaskawiony został przez ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsę. W filmie Mateusza Rakowicza na rozbrajającego kryminalistę Najmro nie ma mocnych, dopóki na jego drodze nie stanie kobieta. Czy to ta jedyna, wymarzona? Czy taki wolny ptak,

kręcący każdym w każdych okolicznościach, mógłby się ustatkować? Tytułową rolę w tym filmie brawurowo i z ogromnym wdziękiem gra Dawid Ogrodnik. Jest wystarczająco przystojny, dobrze ucharakteryzowany na playboya tamtych czasów, lekkoducha, który tak samo dobrze wygląda w eleganckim garniturze, jak i w więziennym pasiaku. Ogrodnik wyraźnie bawi się rolą, traktując swojego bohatera z lekką nonszalancją. To zupełnie nowa twarz aktora. Okazuje się, że w komedii czuje się równie dobrze jak w dramacie. Partneruje mu plejada świetnych aktorów: Dorota Kolak – dojrzała i przebiegła, Sandra Drzymalska – urodziwa i intrygująca, Robert Więckiewicz – jak zawsze umiejętnie zwracający uwagę, Jakub Gierszał – świadomy talentu atrakcyjny blondyn. Bardzo udany w tym filmie

jest równie debiut Maszy Wągrockiej, wokalistki i aktorki, która studiowała w Akademii Muzycznej w Gdańsku i skończyła Akademię Teatralną w Warszawie. To ciekawa nowa, utalentowana i atrakcyjna aktorka na polskim ekranie. Warto na nią zwrócić uwagę. Reżyserem filmu jest Mateusz Rakowicz, gdańszczanin, co podkreślam z dumą, bo to miasto, w którym ciągle mieszkam. Najmro to jego bardzo udany debiut fabularny, zrealizowany z ironicznym dystansem. Ten film ma w sobie klimat głośnego „Vabank” z Janem Machulskim w roli gangstera Henryka Kwinty. Przed 36 laty ten film wyreżyserował Juliusz Machulski i był to jego debiut. Wydaje się więc, że Rakowicz storyboardzista, czyli autor scenopisów obrazkowych do filmów zwanych też scenorysami, który jest zawodowym rysownikiem (absolwent ASP w Warszawie), scenarzystą i reżyserem (po Szkole Filmowej im. Andrzeja Wajdy) idzie w dobre ślady. To nazwisko w polskim kinie też niebawem stanie się popularne. Najmro. Kocha, kradnie, szanuje jest przed wprowadzeniem na platformę VOD. Mam nadzieję, że zapamiętają Państwo ten tytuł i obejrzą film z radością. ALINA KIETRYS

MONITOR POLONIJNY


W

śród pól, z dala od wsi, w cieniu starej rozłożystej lipy stoi niewielki i skromny kościółek. Niepozorny na pierwszy rzut oka skrywa wiele tajemnic, bezcenne średniowieczne malowidła, a według najstarszej legendy nawet wielki skarb templariuszy. Zakon templariuszy zawsze mnie fascynował, dlatego kiedyś trafiłam na wzmiankę o kościółku w Ludrowej (Ludrová), małej wsi położonej ok. 5 km na południowy wschód od Rużomberku. Ten zabytkowy kościół pw. Wszystkich Świętych wybudowano w drugiej połowie XIII wieku. Architektonicznie jest to budowla gotycka, w której zastosowano również

elementy romańskie. Pierwotnie składała się z pojedynczej nawy z kwadratowym prezbiterium. Czworoboczna wieża, południowa nawa i mur zostały dobudowane znacznie później. Pomimo reformacji kościół pozostawał w rękach katolików w ciągu całego wieku XVI i początków XVII. Protestanci przejęli go dopiero w 1617 roku i utrzymywali przez ponad 60 lat. Ostatecznie do rąk katolików powrócił w 1709 roku. Kościół od zniszczenia uratował Moric Rakowski z Liptowskiej Szczawnicy. Legenda głosi, że po gruntownym remoncie kościółka stara, zupełnie wyschnięta już lipa ponownie zakwitła. W 1954 roku świątynia została zakupiona przez państwo i oddana pod zarząd Muzeum Liptowskiego w Rużomberku. Po długim okresie renowacji w latach 70. kościółek został udostępniony zwiedzającym. Przez wieki z miejscem tym związanych było wiele legend i opowieści. Jedna z najstarszych mówi, że pod kościołem pochowany został wraz ze skarbem mistrz zakonu templariuszy Johann Gottfried von STYCZEŃ 2022

Słowackie perełki

Śladami templariuszy Herberstein. Kilka innych wspomina o skarbie zakonu, ukrytym pod ołtarzem. Z kolei starzy mieszkańcy znają opowieści o duchach zmarłych przodków, mieszkańców okolicznych wiosek, które w dzień Wszystkich Świętych o północy gromadzą się w kościele. Kiedy weszłam do środka, zrozumiałam, że prawdziwym skarbem tego miejsca jest zupełnie coś innego. Moim oczom ukazały się przepiękne freski, zdobiące ściany prezbiterium, sklepienie oraz okienne glify. Stanowiące je 34 obrazy zostały namalowane ok. 1420 roku przez nieznanego autora i przedstawiają unikatowy cykl chrystologiczny. Dostrzec też można najstarsze malowidła w stylu późnoromańskim, wykorzystujące wzory krzyża, rombu, trójkąta i lilii. Uwagę zwraca łączenie przez artystę poszczególnych scen, poprzez nakładanie na siebie części ciała lub ubioru postaci. Malarz nie przestrzegał ścisłego układu poszczególnych scen ani ich treści. Zamiast pięciu mądrych i głupich panien umieścił tylko trzy, zaś scena ostatniej wieczerzy została połączona ze sceną mycia nóg, tak więc na jednym obrazie Jezus Chrystus pojawia się dwukrotnie. Warto także zwrócić uwagę na rzadko przedstawianą scenę powieszenia Judasza. ZDJĘCIA: MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

Wpadające do prezbiterium światło przez dwie szczeliny i jedno okrągłe okno romańskie w cudowny sposób wydobywa barwy z doskonale zachowanych malowideł. Są one najobszerniejszym cyklem średniowiecznych fresków z życia Chrystusa na Słowacji. Przyjmuje się, iż nie zostały nigdy zamalowane ani pokryte tynkiem, nawet w okresie reformacji. Pierwotnie także nawa główna pokryta była polichromiami z 1400 roku, należącymi

do włosko-bizantyjskiego stylu malarstwa ściennego. Warto także zwrócić uwagę na znajdujące się w południowym portalu liczne zadrapania, które według legendy miały pozostawić szable szlachciców, witających w ten sposób Boga. Największą rysę miał pozostawić polski król Jan Sobieski, wracający do domu po zwycięskiej bitwie z Turkami pod Wiedniem w 1683 roku. Kościół w Ludrowej to zdecydowanie perła regionu i najważniejszy zabytek gotyckiego malarstwa ściennego na Słowacji. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA 25


Kto z nas nie jest ciekawy, jaki będzie ten nowy rok? Częściową odpowiedź znajdziecie Państwo w rozwiązaniu naszej krzyżówki. Życzymy przyjemnej zabawy i wszystkiego najlepszego w 2022 roku! Hasło krzyżówki zostało ukryte w polach, oznaczonych numerami w następującej kolejności: 23 - 31 - 15 - 5 - 18 - 10 - 3 - 2 - 14 - 19 - 25 - 28 - 29 - 27 - 17 24 - 8 - 16 - 12 - 22 - 13 - 9 - 20 - 15 - 11 - 30 - 4 - 7 - 21 - 1 - 26 - 6.

Poziomo 3. 5. 8. 9.

grzyb bezwstydnik osiąganie dorosłości siekierka kucharza barani lub z dziczyzny 10. samochód na podwoziu pobiedy 12. krwiopijca 15. samowystarczalny kawałek przyrody

26

Pionowo 21. bilet z propozycją spotkania 22. balansujący artysta cyrkowy 26. bulwa, roślina warzywna i pastewna 28. XVI-wieczny wizjoner 29. pat w debacie 30. penetracja, przenikanie 31. korzenna bylina

1. Martin - samochód 2. jedno z imion Toeplitza 4. dostojnik chiński 6. szmaciarz, dziad, biedak 7. wełna otrzymywana z lam 11. syn Piasta i Rzepichy 13. imię w Biblii, obok Rut i Judyt 14. dowódca ataku na Pearl Harbor 15. z niebiesko-czarno-białą flagą

Wśród tych, którzy prawidłowe rozwiązanie prześlą na adres: monitorpolonijny@gmail.com, zostaną rozlosowane nagrody książkowe. Prosimy zatem o podanie również imienia, nazwiska i adresu pocztowego. Hasło grudniowej krzyżówki brzmiało: W grudniu zielny czas w ukropie, kiedy Szymon siedzi w szopie. T.O., red. 16. przepisy, zarządzenia wzmagające surowość jakichś praw lub zakazów 17. brat Bolka 18. homo sapiens czy fantom 19. łojotokowe, miękkie strupy na owłosionej skórze głowy niemowląt 20. pogląd na wszystko 23. zawiązana wstążka 24. towar na niby 25. magicznie ożywiony 27. i realna, i celna

MONITOR POLONIJNY


zwiastunem jesieni, dojrzewają w październiku. Ich pieczeniu towarzyszy wyraźny aromat, kuszący zmysły. Są swoistymi heroldami zimy. Nie mogą się bez nich obejść centra większych słowackich miasta ani jarmarki bożonarodzeniowe. Mowa o kasztanach, tych jadalnych, choć wszyscy znamy też ich niejadalną wersję.

Zwiastun jesieni Kasztan jest przyjmowany jako niekwestionowany król jesieni. Nie ma dziecka, które by nie tworzyło kasztanowych ludzików. My jednak skupimy się nad tymi kasztanami, którymi możemy się zajadać jesienią i zimą. Są one owocami ka-

Retro

Hity

Kasztany i Kasztanki Kasztany kochają ciepło, dlatego u nas dojrzewają stosunkowo późno, w Polsce zaś można je spotkać na Pomorzu Zachodnim czy Dolnym Śląsku.

Na Słowacji można też spotkać kasztanowe purée, będące częścią składową różnych deserów, ciast i ciasteczek oraz tortów. Podobnie to wygląda na Węgrzech, gdzie owo purée jest uważane za smakołyk węgierski.

Zdrowe owoce

sztanowca, jednego z najstarszych drzew, pochodzącego z Azji Mniejszej, gdzie pojawiło się w epoce brązu. Do Europy kasztanowce dotarły głównie za sprawą Greków i Rzymian. Na Słowacji zaczęto je uprawiać pod koniec XVII wieku. Dawniej, gdy ludzie cierpieli z powodu kiepskich zbiorów, to właśnie owoce tych drzew, czyli kasztany jadalne, stanowiły podstawę wyżywienia – robiono z nich owsiankę, zastępowano nimi zboże. STYCZEŃ 2022

Towarzysze spacerów Od XVIII wieku kasztany pieczono w metalowych piecykach, na ruszcie, w żarze węgla drzewnego, ułożonego na wózkach, a następnie owinięte w papier sprzedawano spacerującym mieszczanom albo na sztuki, albo na wagę. Dzięki temu te pieczone smakołyki stały się nieodłącznym elementem krajobrazu miast nie tylko byłej monarchii austro-węgierskiej. I tak zostało do dziś.

Warto wspomnieć, iż kasztany mają liczne wartości odżywcze. Zawierają w sobie lecytynę, błonnik pokarmowy, witaminę C, A, a dodatkowo sporą ilość witamin z grupy B. Ich regularne spożywanie dostarcza ciału wapnia, potasu i żelaza, wzmacnia wątrobę, pracę serca oraz układu odpornościowego. Pozytywnie też oddziałuje na układ nerwowy.

Czekoladki kasztanopodobne

piącymi wafelkami i orzechami lub migdałami, zamkniętymi w deserowej czekoladzie. Ten rodzaj słodyczy z impetem wkroczył na polskie salony lat 70. ubiegłego wieku. Mimo upływu czasu receptura kasztanków nie uległa zmianie; nadal są lubiane przez młodych i starych. Ciekawostką jest fakt, że ich forma i produkcja są zastrzeżone – wyrabiane są tylko w Krakowie przez firmę Wawel. Wszystkim życzę miłych spacerów z garścią kasztanów w ręku, które przeniosą nas w czasy dzieciństwa. A ponieważ styczeń sprzyja towarzyskim spotkaniom, życzę, by były one smaczne, z dobrą kawą i deserem z kasztanami w roli głównej. ANDREJ IVANIČ

W Polsce kasztany zyskały rozgłos dzięki legendarnym już kasztankom, czyli czekoladkom z kakaowym nadzieniem, chru27


Młodzieżowe słowo roku K

oniec roku przynosi całe mnóstwo podsumowań, rankingów i plebiscytów. Wybiera się najlepszego sportowca minionego roku, aktora, piosenkarza, nauczyciela, youtubera, najpopularniejszy przebój muzyczny, film, serial, książkę, najważniejsze wydarzenie itp., itd. Wśród tych przeróżnych głosowań na „naj-” są też plebiscyty, związane z językiem. Jednym z nich jest głosowanie na młodzieżowe słowo roku, organizowane przez Wydawnictwo Naukowe PWN we współpracy z projektem „Słowa klucze” w ramach programu „Ojczysty – dodaj do ulubionych”. Jego celem jest wyłonienie najbardziej popularnych wśród młodych ludzi słów, określeń lub wyrażeń w danym roku. Nie muszą one być nowe, slangowe ani najczęściej używane. Ich propozycje mogą zgłaszać internauci. W zeszłym roku, w związku ze zmianami w regulaminie, lista takich wyrazów była najpierw oceniona przez specjalne jury, które do drugiego etapu zakwalifikowało 20 słów, najczęściej zgłaszanych i zgodnych z regulaminem. Na liście nie mogą się bowiem znaleźć słowa czy określenia wulgarne, obraźliwe, zawierające treści niezgodne z prawem, nawołujące do nietolerancji i przemocy, należące do mowy nienawiści

28

bądź naruszające dobre obyczaje. Z konkursu eliminowane są też wyrazy wyróżnione w poprzednich edycjach. Ubiegłoroczny plebiscyt zakończył się 7 grudnia. Młodzieżowym Słowem Roku 2021 został… śpiulkolot. Tak, proszę Państwa, ja też długo się zastanawiałam, co to takiego. Wyjaśniła mi to dopiero wypowiedź członkini jury, prof. Anny Wileczek z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. To po prostu „żartobliwy wyraz, oznaczający sen, czynność spania, samo udawanie się na spoczynek lub nawet łóżko i inne przyjemne miejsca do spędzania czasu w objęciach Morfeusza”. Krótko mówiąc, to wyraz pochodny od śpiulkać, czyli potocznego synonimu czasownika spać. Rozpowszechnił się wraz z popularnymi memami, przedstawiającymi sympatyczne zwierzęta, zachęcające do zrobienia sobie drzemki. Drugie miejsce przypadło słowu naura, czyli przekształconemu nara, które jest skrótem od na razie. Naura (tak jak i nara) to nic innego jak ‘na razie, do zobaczenia’. Na trzecim miejsc znalazła się fraza twoja stara, będąca dezaprobującą odpowiedzią na pytanie: kto?, uznawana za uniwersalną odpowiedź na wszelkie zaczepki. Tyle wyniki. Spotkały się one z ró-

żnymi komentarzami w mediach nie tylko społecznościowych. Jedni chwalili, drudzy krytykowali. Oj, dostało się przede wszystkim śpiulkolotowi. Dyskusje internetowe na jego temat spowodowały, iż – o dziwo! – wyraz ten krytykowany jako marginesowy okazjonalizm zauważony przez jury plebiscytu zaczął naprawdę żyć. Podważano też zasadność wpisania na listę drugiego etapu plebiscytu twojej starej, która formalnie jest już rzeczywiście stara, a nawet bardzo stara, bowiem w języku potocznym funkcjonuje od lat. Ponadto jest ona swoistym synonimem określenia julka, które z głosowania zostało wyeleminowane przez jury ze względu na negatywny wydźwięk tego słowa. Tym, którzy julki nie znają, wyjaśniam, że tak najpierw określano dziewczyny o bardzo lewicowo-liberalnych poglądach, odczuwające ciągłą potrzebę ich prezentacji w mediach społecznościowych. Obecnie słowo to służy dyskredytacji jakichkolwiek kobiet z dyskusji. Wracając jednak do twoje starej – w niej też tak naprawdę trudno znaleźć cokolwiek pozytywnego, a jednak głosować na nią było można. Cóż, podobne kontrowersje dotyczą też innych głosowań i rankingów. Nigdy bowiem nie jest tak, by zadowoleni byli wszyscy. Ważne jest jed-

MONITOR POLONIJNY


Ogłoszenia K LU B P O L S K I Z A P R A S Z A N A

Spotkanie oplatkowe

nak, że plebiscyt na młodzieżowe słowo roku daje corocznie młodym użytkownikom polszczyzny możliwość wprowadzenia do polszczyzny nowych wyrazów (np. śpiulkolot, zodiakara ‘dziewczyna, która wierzy w moc znaków zodiaku i często o tym mówi’ czy kseroboj ‘osoba naśladująca innych i upodabniając się do nich’), reaktywować stare (np. twoja stara, klawo ‘wybornie, świetnie’ czy git ‘super, luzik, spoko), a tym obecnie funkcjonującym nadać nowe znaczenia (np. mrozi ‘reakcja na coś żenującego’, oddaje ‘opłaca się’ czy koks ‘substancja anaboliczna’ lub ‘osoba trenująca na siłowni, zażywająca takie substancje’). Jeśli chcą Państwo sprawdzić, na ile język młodzieży nie jest Państwu obcy, wystarczy skorzystać z linku i rozwiązać test: https://kultura.onet.pl/wiadomosci/mlodziezowe-slowo-roku-wieszco-znacza-te-slowa-quiz/2mp1wfm Dokładnie 31 grudnia zakończył się plebiscyt na słowo roku 2021. Organizuje go od wielu lat Instytut Języka Polskiego Uniwersytetu Warszawskiego wraz z Fundacją Języka Polskiego, propagując w ten sposób język polski i jego poprawność. Wybrane przez internautów słowo roku nie musi być słowem najczęstszym ani takim, które pojawiło się dopiero w danym roku. Chodzi o wyraz i pojęcie (wydarzenie, przedmiot czy myśl), które skłonni jesteśmy traktować jako najważniejsze. Wśród tegorocznych faworytów znalazły się: cnota niewieścia, granica, lex TVN, (polski) ład, mutacja (wirusa), reasumpcja (głosowania) czy szczepienie. Jak Państwo myślą, który z nich zwyciężył? MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA STYCZEŃ 2022

w Koszycach, które pierwotnie miało odbyć się w grudniu. Sytuacja pandemiczna plany pokrzyżowała. Kolejna próba realizacji tego wydarzenia planowane jest na 15 stycznia (sobota). Podczas spotkania odbędzie się występ muzyczny, a także kameralna wystawa prac Stefanii Gajdošovej. Prosimy o obserwowanie naszej strony www.polonia.sk, gdzie informacje będą aktualizowane.

F I N I S A Ż

Impresji

Agaty Siemaszko

Klub Polski na Słowacji i Instytut Polski w Bratysławie zapraszają na uroczyste zamknięcie wystawy z cyklu „Sztuka z naszych szeregów“, które zostało zaplanowane na 28 stycznia (piątek), godz. 18.00, w siedzibie Instytutu. Do tego czasu w instytutowej galerii prezentowane są obrazy Agaty Siemaszko, która żyje i tworzy na Kysucach. Finisaż z udziałem gości odbędzie się oczywiście tylko wtedy, gdy pozwoli na to sytuacja pandemiczna. WSTĘP WOLNY – zgodnie z aktualnymi obostrzeniami epidemiologicznymi dla osób zaszczepionych. Więcej na stronie www.polonia.sk oraz w mediach społecznościowych, gdzie będziemy informacje uaktualniać i gdzie dostępne są filmy z otwarcia wystawy.

Kondolencje W pierwszą niedzielę adwentu, w wieku 86 lat opuścił nas na zawsze Jožko Spaček z Drietomy, ukochany mąż Joli Travnikovej, nasz dobry przyjaciel, długoletni, aktywny członek Klubu Polskiego w Trenczynie. Wszystkim nam będzie Go bardzo brakowało. Odpoczywaj w pokoju, Jožko! Twoi klubowi przyjaciele z Trenczyna 29


Słowackie nazwy miesięcy

Ł

30

MY

MÁJ, czyli maj, pochodzi z łacińskiego Māius, oznaczającego ‘miesiąc Mai’. Maja w mitologii rzymskiej była boginią przyrody. Odpowiednikiem mógł być kveten, który wywodzi się z prasłowiańskiego květn oznaczającego ‘kwitnienie’. JÚN, czyli czerwiec, w języku łacińskim miał postać Iūnius i był miesiącem bogini Junony. Junona w mitologii rzymskiej była opiekunką kobiet. Słowacki odpowiednik – lipen – blisko ma do naszego lipca i oznaczał miesiąc, w którym kwitną lipy.

E

JANUÁR, czyli styczeń, w języku łacińskim oznaczał ‘miesiąc boga Janusa’. Janus w mitologii rzymskiej był bogiem m.in. początków. Słowackim odpowiednikiem mógł być veľký sečeň, który wywodzi się z prasłowiańskiego czasownika sěťi ‘ciąć; kosić’. FEBRUÁR, czyli luty, w łacinie oznaczał ‘miesiąc februy’. Februa była świętem, przypadającym na 15 lutego, kiedy to składano ofiary bogom w ramach oczyszczenia za złe uczynki. Odpowiednikiem mógł być malý sečeň. MAREC, czyli marzec, wywodzi się z łacińskiej nazwy Mārtius, która oznaczała ‘miesiąc boga Marsa’. Mars był rzymskim bogiem wojny. Odpowiednikiem mógł być brezen, nawązujący do zieleniących się w tym miesiącu brzóz. APRÍL, czyli kwiecień, swoje źródło ma w łacińskim Aprīlis (aperire ‘otwierać”) i był poświęcony bogini miłości Wenus (w języku greckim Aphrodítē). Odpowiednikiem mógł być duben, który wskazuje na okres wzrostu dębów.

NI

acińskie nazwy miesięcy zawitały na teren Słowacji po OWIA SŁ raz pierwszy wraz z przyjęciem chrześcijaństwa przez Księstwo Nitrzańskie w 833 roku i powoli zastąpiły nazwy rodzime. Jaka jest etymologia nazw miesięcy w języku słowackim i jakie są ich słowiańskie odpowiedniki, które zestawił w 1845 roku Ľudovít Štúr, chcąc zastąpić nimi te pierwsze, przedstawiamy poniżej.

JÚL, czyli lipiec, pochodzi z łacińskiego Iūlius i był poświęcony Juliuszowi Cezarowi. Rodzimym odpowiednikiem mógł być znajomo brzmiący červenec. Nazwa nawiązuje do okresu nasilonego występowania czerwi, które były wykorzystywane do pozyskiwania czerwonego barwnika. AUGUST, czyli polski sierpień, swoją dzisiejszą nazwę zawdzięcza Oktawianowi Augustowi, który zmarł 19 sierpnia. Słowiańskim odpowiednikiem mógł być klasen, pochodzący z prasłowiańskiego kols ‘kłos’ i oznaczający miesiąc, w którym zaczynają się żniwa.

SEPTEMBER, czyli wrzesień, pochodzi z nazwy łacińskiej September, oznaczającej ‘siódmy miesiąc’. Odpowiednikiem mógł być malý rujen. Rujen wywodzi się z prasłowiańskiego wyrazu ruja ‘ryczenie, ryk; czas ryczenia w okresie rui’. Okres rui jeleni i łosi był dla naszych przodków czasem obfitych łowów. OKTÓBER, czyli październik, w łacinie miał postać Octōber i oznaczał ‘ósmy miesiąc’. Słowackim odpowiednikiem mógł być veľký rujen. NOVEMBER, czyli listopad, pochodzi od łacińskiej nazwy November, która oznaczała ‘dziewiąty miesiąc’. Teraz miła niespodzianka – słowacki odpowiednik wywodzący się ze słowiańszczyzny byłby identyczny z polską nazwą! Listopad wywodzi się z prasłowiańskiego słowa listopad, oznaczającego ‘okres opadania liści’. DECEMBER, czyli grudzień, w łacinie miał postać December i oznaczał ‘dziesiąty miesiąc’. Odpowiednikiem mógł być prosinec, pochodzący z prasłowiańskiego prosinc. Prawdopodobnie nazwa ta pochodziła od czasownika sijati ‘lśnić; świecić’ i nawiązywała do promieni słonecznych, których po przesileniu zimowym było z każdym dniem coraz więcej. A dlaczego cztery ostatnie miesiące nie pasują do kolejności w kalendarzu? Dlatego, że dla Rzymian pierwszym miesiącem w roku był marzec. VELESLAVA OPUK i FILIP LEON OPUK PolishSlovak.eu MONITOR POLONIJNY


W

ubiegłym miesiącu chyba w każdym domu coś się upiekło. Pytanie tylko, ile z tego upiekliśmy my sami. Wprawdzie miło, gdy gotuje dla nas mama lub tata, ale zapewniam, że wspólne lub samodzielne gotowanie czy pieczenie może być jeszcze milsze! Pewna bardzo znana kucharka amerykańska, Julia Child, napisała w jednej ze swoich książek: „Taka zawsze była moja rada: ucz się gotować, a więc próbuj nowych przepisów, wyciągaj wnioski z własnych błędów, bądź nieustraszony i przede wszystkim miej z tego zabawę!”. I to właśnie chcę dziś nam wszystkim zaproponować.

ZDJĘCIE: PXHERE

Upiekło się nam!

ły ten proces przynosi. Nie musi być czysto, smacznie i perfekcyjnie. Ma być wesoło, nawet jeśli z zakalcem, zbyt rzadkim sosem lub przesoloną pastą. To jak? Komu z nas się w tym miesiącu upiecze? Albo raczej kto z nas upiecze coś lub przygotuje w tym miesiącu? Zapewniam, że choćby to były najzwyklejsze sandwicze albo nawet kakao z piankami marshmallows, wspólne kucharzenie z rodziną może być źródłem niesamowitej frajdy. I jeśli nawet nie odkryjemy w sobie talentu na miarę Julii Child, zostaną nam niesamowite wspomnienia. NATALIA KONICZ-HAMADA

ZDJĘCIE: NATALIA KONICZ-HAMADA

STYCZEŃ 2022

czasem tylko można trafić na rozdroże lub ślepy zaułek. Efekt naszych eksperymentów nas nie usatysfakcjonował? Nic nie szkodzi, zawsze możemy przecież zacząć od nowa. W kuchni jest za duży bałagan i rodzice kręcą na ten widok nosem? Przecież wystarczy sięgnąć po ścierkę i wszystko powycierać. Bo w gotowaniu to nie efekt jest najważniejszy, ale droga, która do niego prowadzi. I radość, którą ca-

ZDJĘCIE: PXHERE

Zamknijmy się w kuchni – sami lub z rodzicami – i zanurzmy się w magiczny świat smaków i zapachów. Powąchajmy różne przyprawy, sprawdźmy, jak smakują, skrzywmy się, posmakowawszy czegoś gorzkiego, wypijmy szklankę wody po czymś ostrym, uśmiechnijmy się, gdy w naszych ustach rozpuści się słodycz cukru pudru. Niech gotowanie będzie przygodą i zabawą, wędrówką, w której nie ma dobrych i złych ścieżek,

31


Niektóre potrawy wygrywają wyścigi popularności nie dlatego, że są wyjątkowo wykwintne, ale z powodu prostoty wykonania, która daje wysmakowany i zaskakujący efekt. Taka idea zapewne przyświecała komuś, kto wymyślił słynne jabłka w szlafrokach –

niezbyt pracochłonne, a zarazem przyciągające uwagę danie. Przepis na nie przysłała do „Piekarnika” pani Silvia Subiak Wtoreková, która zaznaczyła, iż tym właśnie deserem oczarowała swojego chłopaka, dziś już męża. Przepis pochodzi od mamy pani Silvii.

Jabłka w szlafrokach ZDJ ĘCI A: S

SKŁADNIKI: 2 cukry cynamonowe 2 porcje ciasta francuskiego 6 jabłek 1 twaróg półtłusty o smaku jabłkowo-cynamonowym (250g) • jagody zaprawiane • żółtko do posmarowania • opcjonalnie cukier puder do posypania

ILV IA

SU BIA K

WT

OR

EK O VÁ

• • • •

SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA: Wybrać małe jabłuszka, obrać je starannie i wydrążyć. Następnie otoczyć w cukrze cynamonowym, a środek napełnić twarogiem i jagodami. Przygotować ciasto francuskie i pokrajać w kwadraciki takiej wielkości, by wystawały

nieco ponad owoc. Do tych kwadracików powkładać jabłka, zawijając wszystkie cztery rogi na górze. Ułożyć na blasze uprzednio wyłożonej papierem do pieczenia w taki sposób, by złożenie ciasta znalazło się pod

spodem, po czym posmarować żółtkiem. Jabłka piec w 180 stopniach przez 45 min. Po wyjęciu z piekarnika posypać cukrem pudrem.

Jak widać, pomysł na słodziutkie jabłuszka nie wymaga kuchennej maestrii, a jedynie odrobiny cierpliwości. Już czuję ten obłędny szarlotkowy zapach, wobec którego absolutnie nikt nie może przejść obojętnie. Jabłka, cynamon, francuskie ciasto – trio idealne. A gdyby tak do każdego ciepłego jabłuszka dodać gałkę lodów? Och, ile trzeba tańczyć na karnawałowych zabawach, by zrzucić te wszystkie kalorie! Na szczęście czas spotkań przed nami, a jabłuszka w szlafrokach będą doskonałą przekąską na niejedną imprezę. Smacznego! AGATA BEDNARCZYK