Page 1

ISSN 1336-104X

Monitor3_2018 5.3.2018 10:47 Page 33

str. 22

WROCŁAW

z tytułem najlepszej europejskiej destynacji turystycznej!

Wielkanocne uciechy str. 4

O reżyserze w rękach innego reżysera str. 8


Monitor3_2018 5.3.2018 10:38 Page 2

arwne kostiumy, ludowe elementy słowiańskie, czerwone korale i kwiaty stanowiły ucztę dla oczu, przygotowaną przez polsko-ukraiński kwartet Daga dana, który 26 lutego wystąpił w bratysławskim teatrze Mała Scena. Potem przyszedł czas na ucztę dla uszu. W skład zespołu, który powstał w 2008 roku w Krakowie, wchodzą Polka Dagmara Gregorowicz i Ukrainka Dana Winnycka oraz panowie – Mikołaj Pospieszalski i Bartosz Naza ruk. Nazwa zespołu to zestawienie imion założycielek – Dagy i Dany.

2

at y

r

Pierwszy utwór rozpoczął się od partii wykonanych na sopili, która została uzupełniona mocnym, ale łagodnym wokalem dziewcząt w języku polskim. I tu wyraźnie można było usłyszeć wpływy polskiego folkloru. Potem jednak przyszła kolej na piosenkę w języku ukraińskim. Ta opowiadała o dziewczynie, która nie chciała wyjść za mąż za niemiłego jej sercu mężczyznę. A kiedy Dana zaśpiewała kompozycję o kijowskim Majdanie, światło zgasło i wszyscy wstrzymali oddech. Przenikliwy, czarujący, smutny głos opowiadał o tragedii i losach Ukrainy.

wB

ZDJĘCIE NA OKŁADCE: STANO STEHLIK

B

Artyści wykonali jeszcze kilka utworów w języku polskim i ukraińskim, by na koniec zabrać publiczność w egzotyczną podróż do Chin. Twórczością tego kraju zainspirowali się do takiego stopnia, że chiń-

skie wpływy słychać było nie tylko w muzyce, ale i w języku – utwór bowiem wykonali po chińsku. Odległy, nieznany i egzo tyczny Wschód w wyko-

s ł aw i e

naniu Dagadany oczarował wszystkich obecnych. Podczas całego koncertu w sali panowała niesamowita atmosfera, dopełniona grą świateł, dobrą akustyką i niesamowitą energią wykonawców. Artyści nawiązali kontakt z publicznością, rozmawiając z nią po ukraińsku lub po polsku. I w końcu namówili wszystkich, by wstali i wzięli się za ręce, kołysząc się w rytm wykonywanego przez nich ostatniego utworu. Po koncercie, który dostarczył obecnym niezwykłych wrażeń, można było porozmawiać z artystami, kupić ich płytę czy zrobić sobie z nimi zdjęcie. To wyjątkowe wydarzenie artystyczne, które zbliżyło nie tylko wykonawców z publicznością, ale wszystkich obecnych między sobą, można było zobaczyć dzięki Instytutowi Polskiemu oraz innym partnerom.

Ciekawe, jakich nowych twórczych impulsów dostarczy słuchaczom ta niezwykła i energiczna grupa. Należy przyznać, że my, Słowianie, lubimy i cenimy artystów, którzy nie zapominają o naszych, słowiańskich tradycjach, łączą je z teraźniejszością, tworząc w ten sposób nowe ślady w muzyce. OKSANA SOPKO, studentka magisterskiego programu studiów środkowoeuropejskich, UK w Bratysławie

ZDJĘCIA: ANDREJ TREBATICKÝ

MONITOR POLONIJNY


Monitor3_2018 5.3.2018 10:42 Page 3

Kiedy zaczyna się marzec, wiemy, że za drzwiami czeka wiosna, a z nią wiele optymizmu. Optymistycznie nastrajają też zbliżające się święta wielkanocne, do których przygotowywać się będziemy pod koniec tego miesiąca. Święta to także czas, by trochę zwolnić, zrelaksować się, zastanowić. Stąd i nasza oferta czytelnicza, którą chcemy nastroić Państwa trochę refleksyjnie. Dlatego też zachęcamy do przeczytania wywiadu z Markiem Tomaszem Pawłowskim, reżyserem filmów dokumentalnych, między innymi „Dotknięcie anioła“, który to film zaprezentował bratysławskiej publiczności (str. 8). Staramy się też nastroić Państwa już świątecznie, publikując opowiadanie wielkanocne (str. 7) czy ankietę, w której pytamy naszych czytelników o wspomnienia związane z lanym poniedziałkiem czy prima aprilis (str. 5). Nie wiem bowiem, czy Państwo zauważyli, że w tym roku te dni będą następować jeden po drugim, co w związku z ruchomym kalendarzem świąt Wielkiej Nocy nie zdarza się często. Jeśli mowa o świętach i związanych z nim relaksem, to może warto już dziś zaplanować wycieczkę do Wrocławia, który w tym roku zyskał tytuł najlepszej europejskiej destynacji turystycznej. Pomóc może nasz reportaż (str. 22). A ponieważ trwa jeszcze kalendarzowa zima, przygotowaliśmy dwa artykuły, które w swoim tytule mają „narty”. Jeden z nich jest adresowany do dzieci (str. 31), a drugi „O tym, jak narty polityków zbliżają“ – do dorosłych i jest początkiem nowego cyklu, który nosi tytuł: „Dyplomacja (nie)codzienna” (str. 18). Ponieważ jeszcze pobrzmiewają echa prezentacji autorskiej płyty Klubu Polskiego „Za górami, za lasami, za Tatrami“, przygotowaliśmy też relację z koncertu, który odbył się w Warszawie na początku lutego (str. 14), oraz występu w TV Polonia (str. 16). Zwracamy też uwagę na rubrykę „Rozsiani po świecie“, która na łamach „Monitora“ gości od 2010 roku. W tym roku udało nam się już pokazać losy Polaków rozsianych po różnych zakątkach świata, którzy mieszkali również na Słowacji. W pierwszych dwóch tegorocznych numerach gościliśmy w Dubaju i Istambule. Tym razem za sprawą pewnej Polki, która wraz z rodziną wcześniej mieszkała przez osiem lat na Słowacji, zajrzymy do Niemiec (str. 30). Oprócz tego oczywiście recenzje książkowe (str. 18), kinowe (str. 19), turystyczne (str. 20), krzyżówka (str. 26) i inne. W związku ze zbliżającymi się świętami Wielkiej Nocy życzymy Państwu, by optymizm, które one ze sobą niosą, gościł u Państwa przez cały rok! W imieniu redakcji

Wielkanocne uciechy

4

Z KRAJU

4

ANKIETA O wyższości prima aprilis nad śmigusem-dyngusem

5

OPOWIADANIE Wielkanocne zbliżenia

7

WYWIAD MIESIĄCA O reżyserze w rękach innego reżysera

8

Z NASZEGO PODWÓRKA

11

Zdziwiony? To fantastycznie!

17

DYPLOMACJA (NIE)CODZIENNA O tym, jak narty polityków zbliżają

18

BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Dilerka emocji

18

KINO-OKO Polskie Hollywood

20

SŁOWACKIE PEREŁKI Książę i freski

21

Wrocław z tytułem najlepszej europejskiej destynacji turystycznej!

22

Dwa deko bycia Eko

25

KRZYŻÓWKA

26

OKIENKO JĘZYKOWE Repetitio…

28

OGŁOSZENIA

29

ROZSIANI PO ŚWIECIE Kiedy zamieni się dobré ráno na guten Morgen

30

MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Narciarskie przygody

31

PIEKARNIK Sernik dla zajączka

32

ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk, Agnieszka Drzewiecka, Katarzyna Pieniądz, Magdalena Zawistowska-Olszewska KOREŠPONDENTI: KOŠICE: Magdalena Smolińska • TRENČÍN: Aleksandra Krcheň JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE: Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik ZAKLADAJÚCA ŠÉFREDAKTORKA: Danuta Meyza-Marušiaková † (1995 - 1999) • VYDAVATEĽ: POĽSKÝ KLUB • ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • IČO: 30 807 620 • KOREŠPONDENČNÁ ADRESA: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel: 031/5602891, monitorpolonijny@gmail.com • BANKOVÉ SPOJENIE: Tatra banka č.ú.: SK60 1100 0000 0026 6604 0059 • EV542/08 • ISSN 1336-104X Redakcia si vyhradzuje právo na redigovanie a skracovanie príspevkov • náklad 550 ks • nepredajné Realizované s finančnou podporou Fondu na podporu kultúry národnostných menšín. Laureat Nagrody im. Macieja Płażyńskiego w kategorii redakcja medium polonijnego 2013

MARZEC 2018

3


Monitor3_2018 5.3.2018 10:42 Page 4

ubicie świąteczne zwyczaje? Kiedyś były one bardzo żywe, wręcz obowiązkowe, umilały chwile przygotowań do świąt, a przy okazji dawały szansę lepiej się poznać. Zimą obrzędy skupiały się głównie wokół domu i wigilijnego stołu, za to wiosną – hulaj, dusza! – po tygodniach mroku i zimna bawiono się głównie na dworze, chociaż pogoda nie zawsze dopisywała (wiadomo – ludzie byli niegdyś bardziej zahartowani). Święta wielkanocne, a właściwie przygotowania do nich, są dosyć rozciągnięte w czasie. Nie na darmo spajamy je

L

wspólną nazwą Wielki Tydzień. Począwszy od Niedzieli Palmowej, na którą trzeba wcześniej przygotować (no, ostatecznie kupić przed mszą) jakąś w miarę oryginalną palmę, poprzez przygotowania kulinarne – ciasta, mięsa i wreszcie pisanki. Na koniec zostaje najlepsze – Wielkanoc to bynajmniej nie obowiązkowe siedzenie za stołem, nic bardziej mylnego! Jeśli chcecie świętować zgodnie ze staropolskim obyczajem, należy uczestniczyć (lub samemu zaproponować) w szeregu inspirujących zabaw. Jeśli o brzasku obudziły was strzały

Wielkanocne uciechy

wszczynanie postępowań karnych za negowanie zbrodni ukraińskich nacjonalistów.

SEJM ZNOWELIZOWAŁ USTAWĘ o IPN 26 stycznia; przewiduje ona, że każdy, kto publicznie i wbrew faktom przypisuje polskiemu narodowi lub państwu polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za zbrodnie popełnione przez III Rzeszę Niemiecką lub inne zbrodnie przeciwko ludzkości, pokojowi i zbrodnie wojenne, będzie podlegał karze grzywny lub pozbawienia wolności do lat trzech. Chodzi m.in. o sformułowania typu „polskie obozy śmierci“. Nowela umożliwia też 4

NOWELA USTAWY spotkała się z krytyką m.in. Izraela, USA, Kanady i Ukrainy. Już 27 stycznia, podczas obchodów 73. rocznicy wyzwolenia Auschwitz, ambasador Izraela Anna Azari zaapelowała o zmianę ustawy. Również Departament Stanu USA wezwał stronę polską do przeprowadzenia ponownej analizy ustawy o IPN z punktu widzenia jej potencjalnego wpływu na wolność słowa i pozostania obu państw realnymi partnerami. NOWELĘ USTAWY O IPN przyjął 31 stycznia bez poprawek Senat, a 6 lutego prezydent Andrzej Du da ją podpisał, kierując jednocześnie w trybie następczym do Try bunału Konstytucyjnego. Kontro -

na rezurekcję, to na pewno z podwójną werwą zasiądziecie do obfitego śniadania. Zwyczajowo podzielicie się cząstką poświęconego jajka i rozpoczniecie ucztę. Nie potrwa ona długo, bo zapewne ktoś wstanie od stołu i zaproponuje zabawę w walatkę, czyli stukanie się jajkami. Wygrywa oczywiście ten, którego jajko nie pęknie. Inną odmianą tego zwyczaju jest stukanie się jajkiem w czoło. W wielu regionach Polski dzieciom zaleca się poszukiwanie prezentów i słodyczy, które ukrył zajączek. Dorośli w tym czasie mogą przyjmować kolejnych gości, bo czas świąt to również czas na odwiedziny najbliższej rodziny. Kiedyś chodzono również z gaikiem, czyli pękiem gałązek ozdobionych wstążkami, śpiewano, a panny mogły zalotnie zerkać na kawalerów – jeśli zainteresowanie okazało się wzajemne, kawaler pojawiał się często u panny już następnego dnia, czyli w lany poniedziałek. Na przełomie ostatnich lat zwyczaj polewania wodą znacząco się zmienił. Kiedyś nie zostać oblanym oznaczało wstyd przed całą wsią, dziś zakusy co odważniejszych kawalerów skutecznie hamują patrole policyjne,

wersyjna ustawa, która wywołała kryzys w relacjach Polski z partnerami, głównie Izraelem, weszła w życie. W WIEKU 83 LAT zmarł 4 lutego jeden z najwybitniejszych polskich aktorów komediowych WOJCIECH POKORA. Aktor zasłynął z ról w licznych filmach i serialach, np. „Kariera Nikodema Dyzmy“, „Alterna tywy 4“, „Czterdziestolatek“, „Poszukiwany, poszukiwana“, „CK Dezerterzy”. Występował też w kabaretach „Owca” i „Dudek” oraz w telewizyjnym „Kabarecie” Olgi Lipińskiej. POLICJA ZATRZYMAŁA 14 lutego po godz. 6 rano opozycjonistę z czasów PRL Władysława Frasyniuka. Został on przesłuchany w prokuraturze w Oleśnicy w charakterze podejrzanego w związku z ubiegłorocznym incydentem

podczas obchodów miesięcznicy smoleńskiej. Prokurator przedstawił mu zarzut naruszenia nietykalności cielesnej dwóch policjantów na służbie i przesłuchał go w charakterze podejrzanego; przesłuchanie trwało 10 minut po czym Frasyniuk został zwolniony do domu. Wcześniej Frasyniuk dwukrotnie nie stawił się w warszawskiej prokuraturze. 15 LUTEGO zmarł reżyser ANTONI KRAUZE, twórca takich filmów, jak „Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł“ czy „Smoleńsk“. Miał 78 lat. 20 LUTEGO zmarła aktorka AGNIE SZKA SAS-UHRYNOWSKA KOTULANKA, znana m.in. z roli Krystyny Lubicz w telenoweli telewizyjnej „Klan“, którą grała do 2013 roku. Miała 61 lat. MP MONITOR POLONIJNY


Monitor3_2018 5.3.2018 10:42 Page 5

a panny muszą się zadowolić „laniem wody” w pogawędkach internetowych, bo dosłowne polewanie odchodzi już powoli do lamusa. Czy szkoda? O to już trzeba zapytać panien, które śmigusa-dyngusa doświadczyły… W tym roku tak się malowniczo składa, że Niedziela Wielkanocna zbiega się z innym, wręcz międzynarodowym zwyczajem. Jest to prima aprilis, czyli dzień żartów, obchodzony ponoć od średniowiecza. Wszyscy starają się wtedy nabrać innych, a same dowcipy są czasami tak wyszukane, że dopiero po czasie okazuje się, jaka była prawda. Przoduje w tym zwłaszcza telewizja. Na przykład kiedyś słynna stacja BBC podała, że w wyniku wyjątkowo łagodnej zimy rolnicy wyhodowali nową odmianę drzewka, które daje plon w postaci spaghetti. Tysiące ludzi dzwoniło do telewizji z pytaniem, gdzie można takie drze wka kupić. Innym razem informowano o górze lodowej, która przypłynęła do wybrzeży Sydney. A zupełnie „odlotową” wiadomością był przekaz, jakoby na skutek rzadkiego układu planet o określonej godzinie zmniejszy się siła grawitacji i każdy będzie mógł spróbować unieść się w powietrze. Wyobrażacie sobie, co się działo na ulicach Wielkiej Brytanii? Jakby nie było, Wielkanoc to czas radości, nie tylko religijnej, również tej zwykłej, ludzkiej. Jeśli pogoda okaże się łaskawa i sprezentuje nam słońce i wiosenne ciepło, będzie to znakomite dopełnienie chwil, które zwykle spędzamy z najbliższymi. Oby upłynęły na zabawach! AGATA BEDNARCZYK

MARZEC 2018

O wyższości prima aprilis nad śmigusem-dyngusem tym roku możemy sobie płatać figle i stroić żarty w oba wielkanocne święta. W niedzielę, czyli 1 kwietnia, możemy zaskoczyć domowników czy przyjaciół niewyszukanym żartem, w lany poniedziałek oczywiście strumieniami wody. Kto kogo zaskoczy? Jak się odegrać za ubiegłoroczne żarty? Jeśli szukacie inspiracji, jak z przymrużeniem oka podejść do codzienności, odsyłamy Was do wypowiedzi naszych czytelników, którzy wzięli udział w ankiecie. Pytając ich o doświadczenia, zostawiliśmy im wybór, które ze świąt opiszą, chcąc – również z przymrużeniem oka – rozstrzygnąć, co ważniejsze: śmigus-dyngus, czy prima aprilis.

W

Justyna Chovaňáková, Kežmarok ierwsza myśl, która przychodzi mi do głowy, gdy pomyślę o śmi gusie-dyngusie to... tradycyjny, nie bieski syfon, na naboje oczywiście. U nas, w rodzinnym domu, w poniedziałkowe rano zawsze była wojna i wyścigi, kto wstanie pierwszy. Zazwyczaj wygrywał tata, który wymierzał w nas syfonem prosto do łóżka, robiąc nam oryginalną pobudkę. A to był dopiero początek szaleństw. Potem gonitwa z pokoju do pokoju, każdy oblewał każdego. Po południu zaś,

P

kiedy szliśmy do babci na świąteczny obiad, nasza seniorka rodu wyglądała nas z okna drugiego piętra, wylewając na nas wodę. Po przyjeździe na Słowację trudno było mi się przyzwyczaić, że tutaj tylko chłopcy mogą polewać wodą i chłostać korbaczami, a mnie pozostało tylko z uśmiechem na ustach dziękować im za kolejną w tym dniu wizytę, po której nie pozostawili na mnie suchej nitki. Ale czego kobieta nie zrobi, aby przez cały rok była piękna i zdrowa. 5


ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Monitor3_2018 5.3.2018 10:42 Page 6

Jan Komornicki, Veľka Maňa / Zakopane iezwykle rzadko prima aprilis wypada tak blisko śmigusa-dyngusa jak w tym roku. Mam wrażenie, że w moim dosyć długim życiu tylko raz ruchome święto, jakim jest Wiel-

N

Stano Stehlik, Kvetoslavov roku 1 kwietnia byłem zaskakiwany przez żonę. Na przykład o piątej rano budził mnie dzwonek do drzwi, więc pospieszenie coś zarzucałem na siebie i biegłem, żeby otworzyć. Za drzwiami stała oczywiście żona i witała mnie triumfalnym: „Pri ma aprilis!“. Innym razem zaskoczyła mnie wizyta pana z ubezpieczalni, który rzekomo przyszedł skontrolować, czy rzeczywiście jestem na zwolnieniu lekarskim. Podszedłem do furtki z ręką na temblaku, myśląc, jak sprawny system mają obecnie słowackie ubezpieczalnie, że już następnego dnia po moim wypadku narciarskim kontrolują mnie, czy jestem w domu. Kiedy

Co

6

kanoc, zbiegło się niemal dosłownie z 1 kwietnia, kiedy ze śmiertelną powagą można bezkarnie opowiadać głupstwa. Przypominają mi się dwa zdarzenia, które utkwiły mi w pamięci. Pierwsze z dzieciństwa. To były czasy, kiedy z uwagi na brak łazienek dosyć powszechnie korzystano z nocników. Sprawa dotyczyła pewnego starszego wujaszka, który niemiłosiernie lubił żartować ze swoich dwóch znacznie młodszych kuzynek, nie dając im szans na rewanż. Otóż dziewczyny ustaliły, że wujaszek zasiada na swój wielki porcelanowy „tron” między pierwszą a drugą w nocy (oczywiście te „naczynia” były w dzień opróżniane, a wieczorem wracały pod łóżka właścicieli). Zemsta kuzynek została zaplanowana na 31 marca. Do nocnika wujaszka wsypały kilka torebek oranżady w proszku (przypominam, był to proszek z sody oczyszczonej i kwasku cytrynowego). No i 1 kwietnia, około drugiej w nocy cała rodzina dowiedziała się, że jest prima aprilis. Półśpiący wujaszek zasiadł na swoim

otworzyłem furtkę, usłyszałem oczywiście „Prima aprlis!“. I byłem świadkiem, jak moja żona dziękowała przypadkowemu przechodniowi, że ten zgodził się odegrać przed naszym domofonem rolę groźnego kontrolera z ubezpieczalni.

„tronie”. Co było dalej i dlaczego zaczął krzyczeć, to już sobie wyobraźcie sami. I drugie zdarzenie. W połowie lat 70-tych ubiegłego wieku jako ratownik TOPR byłem na wielkanocnym dyżurze w schronisku w Dolinie Chochołowskiej w Tatrach. Pierwszy dzień świąt minął spokojnie. Na dyżurze byłem sam i spać poszedłem dosyć późno. W nocy obudziło mnie natarczywe pukanie do drzwi. Ktoś stojący za nimi informował, że kierownik schroniska pilnie potrzebuje pomocy, ponieważ ma straszny atak boleści. Zaspany, zarzuciłem coś na pidżamę, porwałem apteczkę i otworzyłem drzwi dyżurki. I w tym momencie dowiedziałem się, że jest śmigus-dyngus! Przemiłe dziewczyny z obsługi schroniska wylały na mnie przynajmniej dwa wiadra wody. Ale teoretycznie miały do tego prawo, bowiem było już po północy. I choć alarm miał nieuprawnioną formę prima aprilis, to jednak nie miałem do nikogo żalu. Było mokro i wesoło do samego rana!

W ubiegłym roku postanowiłem się odegrać. Misternie obmyślałem plan razem z sąsiadką. Umówi liśmy się o 5 rano w ogrodzie, by zamienić się miejscami noclegowymi. I tak oto rano zamiast mnie, żonę obudziła leżąca obok niej sąsiadka. Zamianie

towarzyszyło oczywiście mnóstwo śmiechu i dowcipów. Potem wszyscy razem zjedliśmy śniadanie. W tym roku też już obmyślam plan. Po tylu latach, kiedy to ze mnie strojono sobie żarty, przyszedł czas, by przejąć inicjatywę. RED.

ZDJĘCIE: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

MONITOR POLONIJNY


Monitor3_2018 5.3.2018 10:42 Page 7

OpOwiadanie świąteczne arta zdecydowała, że zostanie prawnikiem, kiedy miała 5 lat, czyli wtedy, gdy urodziła się jej siostra Joanna, którą zabrała opieka społeczna, twierdząc, że matka nie ma wystarczających środków do życia, by wychować dwoje dzieci. Ojciec zmarł trzy miesiące przed narodzinami siostry. Stało się to na budowie, na której zarabiał na ich skromne życie. Matka nie miała ani siły, ani pieniędzy, by walczyć o odszkodowanie. Poszła do pracy dwa miesiące po urodzeniu Joanny, aby utrzymać siebie i starszą córkę. Wszystko inwestowała w nią, by mogła studiować. Na studia Marta wyjechała do oddalonego o 300 km Krakowa. Każdą wolną chwilę poświęcała pracy, by zarobić na studia. Każdą złotówkę oglądała dwa razy, nim zdecydowała się ją wydać. Kiedy nie miała pieniędzy na zapłacenie czynszu, zdecydowała się na pracę w hospicjum, w którym mogła też pomieszkiwać. Jeszcze w trakcie studiów poznała Roberta. Po jakimś czasie się pobrali. Po pierwszej fascynacji jej życie znów zdominowała praca. Przed trzydziestką zrobiła z wyróżnieniem aplikację. Wychodziła z kancelarii o drugiej w nocy i wracała kilka minut przed dziewiątą rano. Robert był cierpliwy, kibicował każdej kolejnej sprawie, której Marta oddawała całą siebie. Nie mieli dzieci, ale jeszcze bardziej Marta nie miała czasu, żeby je chcieć. Któregoś dnia odebrała telefon. Obca kobieta głosem, w którym dało się wyczuć wymuszony smutek,

M

poinformowała ją o śmierci matki. Marta, odkąd zaczęła pracować, pomagała matce finansowo, ale pochłonięta pracą odwiedzała ją coraz rzadziej. Teraz została sierotą. Pół roku później z ich wspólnego mieszkania wyprowadził się Robert. Powiedział, że robi to z szacunku do wyborów, których dokonała w życiu. Po tym rozstaniu podjęła kolejną próbę odszukania Joanny, jedynej bliskiej jej osoby, z którą

wcześniej niż zwykle. Na cyklicznym spotkaniu szef przydzielił jej sprawę ws. przyznania samotnej matce opieki nad kolejnym dzieckiem. W ocenie sądu samotna kobieta nie zarabiała wystarczająco, aby je utrzymać… Podjęła się tej sprawy. Poczuła się jak ktoś, kogo nie miała szansy spotkać jej matka trzydzieści lat temu. W mistrzowskim stylu udowodniła przed sądem, że owa kobieta nie jest może w stanie zapewnić swoim dzieciom wszystkiego, co materialne, ale jest jedyną osobą, która będzie w stanie zapewnić im coś, czego nie zapewni im nikt inny. Nie potrafiła jednak nazwać tego uczucia. Po rozprawie wróciła do domu. Następnego dnia zaczynał się weekend. Wielkanoc. Odkąd wyprowadził się Robert, dni świąteczne rozpoznawała po zamkniętych sklepach i trudnościach w zamówieniu jedzenia do domu. Kilka minut po dziesiątej zadzwonił dzwonek u drzwi. Otworzyła. W progu stał Robert, a obok niego nieznana, kilka lat młodsza od niej kobieta. To była Joanna. Marta poczuła się jakby to dla niej ktoś wygrał najważniejszą sprawę na świecie. Nie wiedziała jeszcze, jaki to świat i jak się w nim żyje z odnalezioną po trzydziestu latach siostrą i mężem, który ją odnalazł. Ale nie to było dla niej w tej chwili istotne. Po raz pierwszy od dawna poczuła się szczęśliwa. Przypomniała też sobie słowa kobiety, którą poznała w hospicjum: „Jedyne czego żałuję, to tego, że nie byłam bliżej z moją rodziną”. MATEUSZ KUMOROWSKI

ne c o n lka e i W

MARZEC 2018

a i n e ż i l b z

wiązały ją te same sekwencje kodu DNA. Joannę adoptowało jakieś małżeństwo kilka tygodni po narodzinach. Już jako rodzina z dzieckiem wyjechali do Australii. Akta sprawy adopcyjnej zostały opatrzone wyrokiem sądu klauzulą poufności, dlatego Marta nie mogła uzyskać żadnych informacji na temat ich miejsca zamieszkania. Niestety, kolejna próba odnalezienia siostry okazała się bezskuteczna. Tamtego marcowego poranka pojechała do kancelarii

7


Monitor3_2018 5.3.2018 10:43 Page 8

O reżyserze w rękach innego reżysera arek Tomasz Pawłowski przybył do Bratysławy na zaproszenie Instytutu Polskiego, by pokazać tutejszym widzom film dokumentalny pt. „Dotknięcie anioła“, który na różnych światowych festiwalach zdobył już 35 nagród! I to właśnie ten film stał się pretekstem do naszej rozmowy na tematy dotyczące nie tylko Holocaustu, ale i współczesne. Ciekawy rozmówca zainteresował nas również innymi swoimi projektami.

M

Spotykamy się w dniu, kiedy Pański film „Dotknięcie anioła“ zostanie zaprezentowany bratysławskiej publiczności. Jak Pan sądzi, skąd bierze się obecnie takie duże zainteresowanie tematyką wojenną? Zaskoczyła mnie pani, twierdząc, że jest zainteresowanie taką tematyką. Ja tego zainteresowania w świecie filmu – a mam na myśli film dokumentalny – nie obserwuję. Co innego książki, bo te inaczej oddziałują na czytelników. Film historyczny na festiwalach nie jest traktowany jako film artystyczny, więc często jest lekceważony. Bo prawdą jest też to, że żeby rzeczywiście zrobić dobry, artystyczny film historyczny, trzeba się mocno zaangażować. Mówię o dokumencie, choć z fabułą jest podobnie. Z tego, co widzę, wszystkie duże festiwale unikają filmów historycznych. Dlaczego tak się dzieje? Może dlatego, że większość filmów historycznych mówi o dramacie zbiorowości, a nie człowieka jako jednostki. Ale Panu się udało ten stereotyp złamać. Zrobiłem już wcześniej kilka takich filmów, jak na przykład „Uciekiniera“. Miesiąc temu bohater tego filmu – Kaziu Piechowski – zmarł, ale jego historia oddziałuje na widzów na całym świecie. Proszę sobie wyobrazić, że pewien młody Amerykanin, który jakiś czas temu zobaczył film o Kaziu Piechowskim, zmienił swoje życie. Ów nastolatek był nastawiony na konsumpcję, ale jedna scena z filmu wszy stko zmieniła. Chodzi o scenę, kiedy

czterech uciekinierów z obozu koncentracyjnego w Auschwitz przebranych za Niemców i z bronią w ręku przejeżdża przez bramę w aucie komendanta SS. Uciekinierzy liczą na to, że na widok tego samochodu żołnierz od razu otworzy szlaban. Kiedy tak się nie dzieje, jeden z nich mówi do Kazia, który zna świetnie język niemiecki, by coś zrobił. I to: „Zrób coś!“ w obliczu zagrożenia śmiercią jest momentem zwrotnym. Szturchaniec kolegi mobilizuje Kazia do takiego stopnia, że mężczyzna zaczyna krzyczeć po niemiecku na strażnika, a ten przestraszony otwiera rampę, nie legitymując pasażerów samochodu. Uciekinierzy w ten sposób ratują swoje życie. I właśnie ten moment, kiedy od Kazika zależy los innych, wpłynął na zmiany w życiu tego młodego Amerykanina. Na tyle go inspirował, że i ów nastolatek postanowił coś zrobić. Nawet spotkał się z Kazikiem i poprosił go, by ten odręcznie napisał dla niego polecenie: „Zrób coś!“, które potem wytatuował sobie na przedramieniu. Ta sentencja będzie mu już zawsze towarzyszyć w życiu, by przypominać, że może mieć wpływ na życie swoje i innych. Proszę sobie wyobrazić, że ten człowiek również zaczął kręcić filmy! I właśnie ze względu na takie efekty interesują mnie postawy takich ludzi, jak Henryk Schönker, bohater „Dotknię cia anioła“, czy wspominany Kazik. Jak Pan dociera do takich bohaterów? Temat przyciąga temat. Ja sobie nie założyłem, że będę robił takie filmy, ale raz podjęty temat przyciąga kolejne historie, o których opowiadają mi ludzie.

Ja bym tego sam nie wymyślił, ja tu widzę rękę innego reżysera – tego, który czuwa nad nami i wybiera nas do pewnych projektów. 8

To ciekawa droga, którą Pan przemierzył: od reżysera teatralnego do reżysera filmów, dotykających tak trudnych tematów, jakie przynosi wojna. Jak doszło do tej zawodowej metamorfozy? Tak, rzeczywiście, po studiach teatralnych zostałem reżyserem w teatrze, ale w czasie kryzysu gospodarczego zacząłem poszukiwać innych zajęć. Wygrałem konkurs na szefa redakcji w pewnej prywatnej telewizji. A potem zostałem tam producentem i nauczyłem się wielu rzeczy. Przede wszystkim zrozumiałem, że zawsze myślałem obrazem. Zresztą scena teatralna to też pewnego rodzaju obraz. Pański pierwszy film? Najpierw, kiedy odkryłem 5-minutowy archiwalny film na 16-milimetrowej rolce z poszarpaną perforacją, zrobiłem dokument dla telewizji niemieckiej. Tematem był romans polskiej dziewczyny, robotnicy ze Śląska opolskiego, z młodym Niemcem, którego poznała w fabryce. Wojna jest w tle, a na pierwszym planie ludzki dramat. I tak krok po kroku, film po filmie, mimo że tego nie planowałem, wszystko ułożyło się w trylogię wojenną, której hasło tworzą: wiara, nadzieja, miłość. Ja bym tego sam nie wymyślił, ja tu widzę rękę innego reżysera – tego, który czuwa nad nami i wybiera nas do pewnych projektów. Czyli jest Pan reżyserem w rękach innego reżysera? Tak. Jak Pan natknął się na bohatera „Dotknięcia anioła“? Współpracowałem z ośrodkiem „Karta“ w Warszawie i jego szef podsunął mi książkę pewnego Żyda z Tel Awiwu, którą przygotowywali do MONITOR POLONIJNY


Monitor3_2018 5.3.2018 10:43 Page 9

druku. Dostałem maszynopis, który przeczytałem w dwa wieczory. Kiedy Henryk, autor książki, przyjechał do Polski, spotkaliśmy się. Zastanawiałem się, jak się porozumiemy, ponieważ on jest głuchy, ale okazało się, że jest emocjonalnym człowiekiem, mówiącym i myślącym po polsku. Książkę też napisał po polsku. Po tym spotkaniu, wiedziałem, że to będzie świetny film. A jego wielowątkowa historia zasługuje na film fabularny. Jeśli się go uda zrealizować, to – nie boję się tego powiedzieć – będzie to większy hit niż „Lista Schnindlera“! To jest Pana kolejne wyzwanie? Chce Pan wyreżyserować film fabularny? Kusi mnie to. Z Henrykiem mamy plan, żeby zdobyć pieniądze. Promocja tego filmu dokumentalnego jest swoistą kampanią większego projektu, po to, by zainteresować na świecie potencjalnych producentów, którzy by mogli zainwestować swoje pieniądze. Najlepiej, gdyby zainteresował się nim amerykański przemysł filmowy, bo jak się film sprzeda w USA, to sprzeda się na całym świecie. Co jest najważniejszym przesłaniem tego filmu? W dokumencie Henryk zaświadcza, że Polacy uratowali jemu i wielu innym Żydom życie. Pewnie już Pan ma w głowie scenariusz do tego fabularnego filmu? Tak. Właśnie go piszę. Wie pani, sprawa ma też głębsze podłoże, co wyjaśnia, dlaczego tak nam zależy na nakręceniu tego filmu. Otóż Henryk został upoważniony przez swojego ojca do opowiedzenia historii, które ojciec opisał w dziennikach. Jest jeszcze jeden wątek w jego życiu, kiedy przyjaciel jego oj-

W dokumencie Henryk zaświadcza, że Polacy uratowali jemu i wielu innym Żydom życie. ca, Polak żydowskiego pochodzenia, dzieli się z nim historią, która miała miejsce w sierocińcu żydowskim. Otóż dzieci z tego sierocińca rozstrzelali Niemcy, a ów mężczyzna przyglądał się temu z daleka. Potem wziął małego Kazika i pokazał mu to miejsce, prosząc, by – jeśli przeżyje wojnę – opowiedział o tej historii. Ta scena musi się znaleźć w fabule, w dokumencie się nie zmieściła. Jak wyglądał powrót pana Henryka do Oświęcimia? Musieliśmy go na to przygotować. Ponieważ na ten film dokumentalny zdobywałem pieniądze przez kilka lat, więc on miał czas, by się na ten powrót mentalnie przygotować. Kiedy wreszcie zaczęliśmy kręcić, były straszne upały, prawie 30-stopniowe. Po dwóch dniach zaczęło lać. Najpierw rozchorował się dźwiękowiec, potem operator, ktoś jeszcze, a na koniec ja. Najbardziej martwiłem się o zdrowie Henryka, który przecież już ma swoje lata. Proszę sobie wyobrazić, że on przeżył tych 10 dni zdjęciowych w najlepszej formie! Oczywiście, czuwała nad nim jego żona Helenka, ale adrenalina chyba też zrobiła swoje. Bo takie osoby, wracając do swojej przeszłości, wchodzą w inny świat i czują ogromną mobilizację, by o tym świecie nam opowiedzieć.

Chce Pan porzucić dokument na rzecz filmu fabularnego? Nie, ja chcę opowiadać ciekawe historie. Idealnie by było stworzyć nowy gatunek filmowy, czyli połączyć dokument z fabułą. Mnie bardziej kręcą prawdziwe historie niż te wymyślone. Pan już udoskonalił film dokumentalny swoim wynalazkiem, czyli archikolażem. Co to jest? Brak czegoś jest stymulatorem, żeby coś wynaleźć. Nam przy realizacji filmu brakowało zdjęć. Teraz jest taka moda w dokumencie, by wpleść do niego animację. Nie jestem zwolennikiem tego rozwiązania, gdyż w wielu przypadkach animacja staje się jakby bajeczką, przypowiastką, która – w moim odczuciu - ważne fakty bagatelizuje. Już przy „Uciekinierze“ zacząłem bawić się zdjęciami, ich ogrywaniem. Uważam bowiem, że zdjęcie, sekwencja archiwalna jest aktorem w filmie. I już w „Uciekinierze“ robiłem zdjęcie zdjęcia, które można opracować i jedno zdjęcia składa się z 50 fragmentów innych zdjęć. Te sekwencje zawsze robią niesamowite wrażenie. Mam już też naśladowców, co mnie bardzo cieszy, kiedy ktoś, na przykład z Grecji, pisze do mnie, czy mógłby wykorzystać mój pomysł w swoim filmie.

Były łzy? Były. W filmie jest kilka takich momentów, kiedy się wyczuwa, że łzy mu w gardle stoją. Wie pani, nakręciliśmy z nim około 27 godzin rozmowy, a film trwa godzinę. Mam materiał na płytę, którą być może uda nam się przygotować.

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

MARZEC 2018

9


Monitor3_2018 5.3.2018 10:43 Page 10

To duża satysfakcja, kiedy inni zaczynają dzięki temu myśleć o dokumencie historycznym w kategoriach sztuki. Skoro podejmuje Pan tematy wojenne, ma możliwość kontaktu z ostatnimi żyjącymi świadkami tamtych czasów, to nasuwa mi się pytanie, czy dostaje Pan zaproszenia ze szkół na spotkania edukacyjne z młodzieżą? Bo na przykład na Słowacji Veronika Homolová Tóthová, autorka „Dziewczyny Mengelego“ ma swój kalendarz zapełniony tego typu spotkaniami. Nie. Ja w ogóle. Byłby Pan gotów? Tak. Widzi Pan taką potrzebę? Tak. Myślę też o stworzeniu swojego kanału w Internecie, na którym byłyby dostępne materiały filmowe, które mi się udało pozbierać. Mam mnóstwo wypowiedzi bohaterów swoich filmów. Nagrałem na przykład człowieka, który nie był więźniem w Asuchiwitz, ale tam pracował. On opowiadał, jak widział sceny, kiedy ludzi prowadzono do komór gazowych i jak oni reagowali. Tego człowieka już nie ma, jak i wielu innych, których udało mi się sfilmować. Spotkał Pan na swojej drodze kogoś, kto otwarcie mówił, że jest antysemitą? Nie, nie spotkałem, ale jak kręciliśmy film z Heniem i odwiedzaliśmy niektóre z kamienic, ich mieszkańcy, domyślając się, że Heniu jest

W każdym narodzie znajdą się ludzie mądrzy i głupi.

opowiadać o tym, jak twórczość oddziałuje na widza i w jakich momentach, zakrętach życiowych pomaga mu przetrwać.

Żydem, dziwnie reagowali. Potem doszedłem do wniosku, że powód mógł być prozaiczny – oni się mogli bać, że oto wraca właściciel kamienicy, który chce ich wywłaszczyć. Ale powiem szczerze, że przez tyle lat życia nie spotkałem się z otwartym antysemitą. Może gdzieś takie poglądy są. Przecież w każdym narodzie znajdą się ludzie mądrzy i głupi.

To też będzie film dokumentalny? Tak, ale chciałbym też, żeby widz, który przyjdzie do kina, posłuchał w całości piosenek Edyty Geppert. To byłby specyficzny artystyczny dokument muzyczny.

Jak Pan sądzi, z czego to wynika? Młodzi ludzie kompletnie nie znają historii. Żyjemy w czasach, kiedy padają autorytety. Dla młodych każda głośna ideologia jest atrakcyjna. Gdyby pomyśleli, zobaczyliby, że hasła „Niech żyje Hitler” i „Nasza kochana Polska“ wzajemnie się wykluczają. Ale tacy ludzie chyba nie myślą, ale idą za pewną modą. Robią zadymę i według nich jest fajnie. Młodych często można podpuścić w jakiejś niesłusznej sprawie.

Jak na to zareagowała Edyta Geppert? Zgodziła się. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Teraz poszukuję ludzi, których jej twórczość odmieniła. Jak to oddziaływanie się zmieniało, kiedy przechodziliśmy od komuny do otwartego, wolnego rynku. Wie pani, ona cały czas koncertuje. To taka nasza Edith Piaf. W pewnym momencie dostała propozycję, by zrobić karierę na Zachodzie, w paryskiej Olimpii, podobnie jak Ewa Demarczyk. Została jednak w Polsce z chorą matką. I tu pomagała jej, jak i wielu innym, śpiewając swoje przepiękne piosenki. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Nad jakim filmem Pan teraz pracuje? Chciałbym pobyć w innej rzeczywistości i zrobić film muzyczny. Pretekstem do niego jest Edyta Geppert, która śpiewa niesamowite piosenki. Wystarczy spojrzeć na jej funklub i to, jak publiczność odbiera jej utwory. Ten film będzie

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

10

MONITOR POLONIJNY


Monitor3_2018 5.3.2018 10:43 Page 11

Żeby nie wypaść z gry

CZYLI POLSKO-SŁOWACKIE SEMINARIUM TŁUMACZENIOWE W WARSZAWIE ardzo często spotykam się z pytaniem, czy jako polsko-słowacki tłumacz mam w ogóle jakąś pracę, skoro Polacy i Słowacy bardzo dobrze się rozumieją ze względu na bliskość obu języków. Pozory jednak mylą, a zawód polsko-słowackiego tłumacza jest tego najlepszym przykładem. Mimo że język polski i język słowacki to języki pokrewne, można pomiędzy nimi znaleźć dosłownie tysiące różnic – mniej czy bardziej zabawnych. Zdradli we słowa zdradliwymi słowami, ale jak dojdzie co do czego, nawet konwencjonalne wypowiedzi dostarczają prawdziwych dylematów przekładowych. W tłumaczeniu pisemnym sytuacja wygląda nieco lepiej, ponieważ tłumacz ma teoretycznie czas na poszukanie idealnego rozwiązania (chociaż wiadomo, że z terminami różnie bywa). Podczas tłumaczenia ustnego natomiast trzeba w sekundzie zdecydować o wyborze najlepszego słowa, wyrażenia czy całej frazy. Słowniki są wspaniałą rzeczą, międzynarodowe fora internetowe to też świetna pomoc, ale nie ma to, jak osobiste relacje między polskimi tłumaczami na Słowa -

B

LIK

MARZEC 2018

cji i słowackimi w Polsce. I to był główny pretekst do zorganizowania pierwszego spotkania zaprzyjaźnionych polskich i słowackich tłumaczy. Głównym pomysłodawcą i organizatorem była Julka Batmendijnová. Ustaliliśmy termin na 16 – 18 lutego br., a warszawskie koleżanki zarezerwowały salę w Instytucie Słowackim i wspaniałe zakwaterowanie tuż obok niego. Celem spotkania były prezentacje słownictwa i tematów, którymi zajmujemy się w naszej praktyce na co dzień, wymiana doświadczeń, a następnie dyskusja, która w niektórych przypadkach zajęła więcej czasu niż sama prezentacja, bo tyle było pytań, tyle ciekawych opinii i rozwiązań. Ze wszystkich problematycznych przykładów, które pojawiły się podczas spotkania, wspomnę choćby

ten, dotyczący systemu polskiej administracji publicznej, który nieco różni się od tego słowackiego. Ktoś mógłby uznać, że są to sprawy drobne, ale nic bardziej mylnego! W tłumaczeniach ustnych, jak również pisemnych bardzo często napotykamy na problem z ekwiwalencją międzyjęzykową i stosownym nazewnictwem. Na przykład na szczeblu województwa w Polsce mamy do czynienia zarówno z administracją państwową (wojewoda), jak i administracją samorządową (marszałek województwa + sejmik), podczas gdy na Sło wacji na tym samym szczeblu, czyli tzw. kraju samorządowym spotykamy się tylko z administracją samorządową (przewodniczący/ marszałek + rada/sejmik kraju samorządowego). Inaczej wygląda sprawa na szczeblu powiatu, w Polsce

chodzi o administrację samorządową (starosta + rada powiatu), podczas gdy na Słowacji na tym szczeblu mamy do czynienia tylko z administracją państwową w postaci urzędu powiatowego, na czele którego stoi dyrektor. Nie mówiąc już o tym, że polski starosta i słowacki starosta to dwa absolutnie odmienne stanowiska. Po całym sobotnim programie, koncentrującym się na tematach z zakresu tłumaczenia ustnego, nadszedł czas na kulturalną rozrywkę – wieczorem udaliśmy się do teatru na przedstawienie „Emigrantów“. W nie dzielę zaś kontynuowaliśmy nasze seminarium, rozmawiając o tłumaczeniu pisemnym i tematach związanych z osobliwościami, występującymi w tłumaczeniach poświadczonych. Jednak największą wartością całego weekendowego spotkania było - poza wymianą doświadczeń - zacieśnienie kontaktów. Wnioski, wynikające z dyskusji, potwierdziły, że warto pozostawać w bliższym kontakcie i od razu zaczęliśmy planować jesienną odsłonę polsko-słowackiego seminarium tłumaczy, tym razem w Bratysławie. Kto wie, może to spotkanie zapoczątkowało nową tradycję. MARIO KYSEL

ZDJĘCAE: MARIO KYSEL

11


Monitor3_2018 5.3.2018 10:43 Page 12

z Ćmielowa

Czar porcelanowych figurek eszcze jesienią słyszałam od dyrektora Instytutu Polskiego Jacka Gajewskiego, że trwają starania, by do Bratysławy zawitała właśnie ta wystawa. Zabiegi dyrekcji zostały uwieńczone sukcesem i porcelanowe figurki z Ćmielowa pojawiły się 23 stycznia w galerii Instytut Polskiego w Bratysławie. Kiedy wchodzę do galerii, pierwsze moje skojarzenie jest jednoznaczne: dzięki figurkom jest tu przytulnie jak w domu! Na półkach, stolikach

J

przepiękne okazy. Największą uwagę przykuwają te białoczerwone, dumnie prężąc się przed zwiedzającymi wystawę. Przyciągają uwagę nawet tych, którzy przechodząc ulicą, zaglądają przez szyby instytutu do środka. Nic więc dziwnego, że w księdze pamiątkowej tyle pochlebnych opinii, i to nie tylko ludzi z branży ceramicznej. Kiedy pytam kuratorkę wystawy Katarzynę Rij, w czym tkwi tajemnica sukcesu, odpowiedź wydaje się oczywista i banalna – ponadczasowe wzory i prostota. „Dobrze zaprojektowane wzory, stworzone przez ambitnych i zdol-

12

nych artystów, zawsze będą się podobać, budzić zainteresowanie kolekcjonerów i miłośników piękna“ – przekonuje kuratorka i wymienia jednym tchem podopiecznych Wandy Telakow skiej, wielką czwórkę Polskiego Instytutu Wzornictwa Przemysłowego: Henryka Jędrasika, Stanisława Naruszewicza, Hannę Orthwein oraz Lubomira Tomaszewskiego. „To oni stworzyli na tyle nowoczesną i unikatową stylistykę, która wciąż – po kilku dziesięcioleciach – jest atrakcyjna. Ich charakterystyczne cechy to brak detali, ażury, synteza formy oraz charakterystyczna barwna plama, która przywo-

MONITOR POLONIJNY


Monitor3_2018 5.3.2018 10:43 Page 13

dzi na myśl Pieta Mondriana czy Jana Miró“ – opisuje Rij. Kiedy pytam ją, które porcelanowe rzeźby cieszą się największym zainteresowaniem, od razu wymienia projekty Lubomira Tomaszewskiego, szczególnie te, powstałe po 2011 roku, zwane dynamicznymi kobietami w ruchu, czyli Sento i Amara. Ponadczasowe to też Kiwi, Arabka, Dziewczyna w spodniach. Manufaktura AS Ćmielów to jedna z dwóch fabryk porcelany w Ćmielowie, która powstała po sprzedaży i podzieleniu Zakładów Porcelany Ćmielów w latach 90. XX w. W AS Ćmielów porcelana produkowana jest tylko ręcznie, według tradycyjnych, najstarszych receptur i przy wy-

pytam ją o jej ulubione wzory, Katarzyna Rij wskazuje na te, które zostały wprowadzone do produkcji w ostatnim czasie oraz na Tukana Tęczowego, a ostatnio na czele jej listy jest serwis Matylda. Zawsze jednak lubiła i lubi ponadczasowy serwis Dorota. W ocenie kuratorki bratysławska wystawa, którą udało się stworzyć we współpracy z Martą Miarą z Instytutu Polskiego w Bratysławie, jest jedną z ciekawszych ekspozycji, jakie ma na swoim koncie. Katarzyna Rij z zaangażowaniem opowiada też o kilku przykładach dzieł rzeźbiarskich i malarskich Lubomira Tomaszewskiego, które są również pokazywana na ekspozycji. Obraz dowiaduję od Katarzyny Rij, porcelanowe figurki ćmielowskie podobają się nie tylko w Polsce i w Europie, ale i w Dubaju czy Tokio, gdzie prestiżowa ćmielowska porcelana jest sprzedawana. I nie ma się co dziwić, gdyż w Ćmielowie porcelana figuralna stanowi znaczną część ręcznej, tradycyjnej produkcji, podczas której wiele godzin, czasu i wysiłku poświęca się estetyce, nie bacząc na funkcję,

korzystaniu wzornictwa lat 50. i 60. W Bratysławie pokazywane są best of the best. Co ciekawe, na zakup niektórych projektów, np. Flaminga, wykonanego z różowej porcelany, czy carskiego serwisu Matylda sporządzono listę osób chętnych je zakupić. Cykl wyrobu i trudność wykonania powodują, że produkcja trwa nawet do kilku miesięcy. W 2010 roku Lubomir Tomaszewski ku uciesze Adama Spały, właściciela manufaktury AS Ćmielów, rozpoczął z nią ponowną współpracę, dzięki czemu powstało kilkanaście nowych wzorów, będących obiektem dużego zainteresowania klientów. Jak się

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

którą mają spełniać wyroby. „Każda figurka ma swój indywidualny, niepowtarzalny numer, który zostaje wpisany do certyfikatu autentyczności, bo tylko taki wyrób jest oryginalny i autentyczny“ – wyjaśnia kuratorka. Kiedy MARZEC 2018

św. Sebastiana, stworzony w autorskiej technice ognia i dymu budzi zainteresowanie zwiedzających. Nie mniejsze zainteresowanie budzi dużych rozmiarów praca Prometeusza ofiarującego pokój, stworzona też w tej unikatowej technice. Cała wystawa jest więc wielkową tkowa. Nas – Polaków mieszkających na Słowacji – też cieszy fakt, że porcelanowe figurki z AS Ćmielowa są znakiem rozpoznawalnym made in Poland na Słowacji. MW

13


Monitor3_2018 5.3.2018 10:44 Page 14

Muzyka na zwykłe (i niezwykłe) dni onoć taki, jak pierwszy dzień miesiąca, będzie cały miesiąc. Pierwszego lutego w czwartkowe popołudnie w ślimaczym tempie przemieszczałam się na war szawskie Stare Miasto, by zdążyć na wyjątkowy koncert. Oto w Instytucie Słowackim na Krzywym Kole zagrać miała grupa JABLCO w składzie: Janko Morávek fortepian, Miroslav Kyselica

P

łom nie tylko z Warszawy. Sala wypełniona była po brzegi. Humory dopisywały, bo w końcu spotkali się ci, których łączy sympatia do słowackiej kultury, miłość do muzyki lub dawno niewidziani znajomi. Zaczęło się! Słowo wstępu wygłosił dyrektor Instytutu Słowackiego Milan Novotný, a po nim mikrofon przejęła Małgorzata Wojcieszyńska, redaktor naczelna „Monitora Polonijnego”, tym razem występująca w roli autorki większości tekstów piosenek i dobry duch całego przedsięwzięcia. Każdy utwór został poprzedzony jej komentarzem, anegdotą, słowem zachęty. I tak dowiedzieliśmy się, że pierwszy koncert odbył się niedawno w Bratysławie, a warszawskie spotkanie to jakby następne ogniwo pomysłu - by stworzyć wspólną płytę z polskosłowackimi tekstami i pokazać, jak wiele nas łączy. Małgorzata napisała więc teksty, jej mąż Stano Stehlik

- gitara, Tomáš Letenay perkusja, Viktor Vlasák - gitara basowa, Stano Stehlik flet. Grupie towarzyszyć mieli Przyjaciele: Ewa Sipos oraz Andrea i Łukasz Cupałowie. Muzycy i wokaliści przyjechali z premierową płytą „Za górami, za lasami, za Tatrami” i owoce swojej pracy chcieli zaprezentować warszawiakom, miłośnikom Słowacji i przyjacio-

14

MONITOR POLONIJNY


Monitor3_2018 5.3.2018 10:44 Page 15

skomponował muzykę, a grupa Jablco, do której Stano należy, ochoczo podjęła się aranżacji muzycznej całości. Stronę finansową zabezpieczyły polskie i słowackie instytucje państwowe i w ten sposób wymyślony spontanicznie gdzieś między kuchnią a salonem pomysł, zaczął się urzeczywistniać. Prezentowane piosenki rozgrzewały coraz bardziej. Stopy rytmicznie postukiwały, ciała zaczynały się kiwać. A było do czego! Ze sceny płynęła muzyka dynamiczna i żywiołowa, chociaż różnorodna. Na przykład utwór tytułowy - „Za górami, za lasami…” mocno nawiązuje do tradycji ludowych, ale już „Latino Balti co” przenosi w zdecydowa-

nie gorące południowoamerykańskie klimaty. Na płycie nie brakuje bluesa, nastrojowej bossanovy - choćby piosenka „Bossanova z Kwiatuszkowa”, czyli miejsca zamieszkania autorów płyty. Uwagę przyciąga również klimatyczny utwór „Chce się żyć”, pięknie zaśpiewany przez Ewę Sipos. Z kolei piosenka „Dworzec główny” sprawia, że przez chwilę możemy poczuć się jak podróżni. Każdy kolejny muzyczny kawałek mile zaskakuje - mnie bardzo spodobały się „Cztery pory roku w wykonaniu Andrei i Łukasza Cupałów. Jednym słowem - czternaście piosenek jak czternaście muzycznych przygód. Nie zdradzę jednak wszy-

stkiego, bo przecież najlepiej sprawdzić samemu, kupując płytę. Powiem jedynie, że koncert był fantastyczny! Artyści profesjonalnie, ale z dużą lekkością podarowali nam godzinę wyśmienitej zabawy. Słowa polskie mieszały się ze słowackimi, współgrając idealnie, a zarazem umożliwiając publiczności wspólne nucenie. Gwarantuję, że gdy już kupicie płytę, od-

najdziecie szybko swój ulubiony kawałek, który będzie towarzyszył wam od rana do wieczora. W wieczór koncertu w Warszawie padał deszcz, a miasto grzęzło w korkach. Gdy by nie ten koncert, byłby to zwykły początek lutego. A dzięki tak solidnej dawce optymistycznej muzyki i spotkaniu z dawno niewidzianymi przyjaciółmi nie tylko ja zapewniłam sobie świetny początek kolejnego zimowego miesiąca. A płyta? Wzbogacona o autograf Stana leży blisko odtwarzacza, bo klimatyczno-energetyczne piosenki grupy Jablco i Przyjaciół zupełnie zasłużenie znalazły sobie miejsce w moim domu. AGATA BEDNARCZYK

ZDJĘCIA: ARKADIUSZ BARTNICKI, ANNA PORADA I STANO STEHLIK

MARZEC 2018

15


Monitor3_2018 5.3.2018 10:44 Page 16

Ach te błyski fleszy, już dziś nas to cieszy!

iby dzień jak co dzień czwartek 1 lutego rozpoczął się jak zawsze: ranna pobudka całej rodziny, szybkie śniadanie i pędem do szkoły i przedszkola, żeby dzieci zdążyły na czas. Następnie jednak poszłam w zupełnie innym kierunku niż zazwyczaj: na dworzec PKP, skąd wyruszyłam do Warszawy. Już w pociągu czułam lekki dreszczyk emocji. Wiedziałam, że za chwilę spotkam się z niezwykłą ekipą z Bratysławy.

N

Jechałam bowiem na koncert zespołu Jablco & Przyjaciele, który tym razem przybył do Warszawy zagrać w Instytucie Słowackim i promować płytę „Za górami, za lasami, za Tatrami“. Fantastyczna muzyka niosła się po salach Instytutu i brzmiała doskonale, czemu sprzyjała panująca tu

bardzo przyjazna atmosfera. Tę stworzyli pracownicy Instytutu oraz licznie przybyli goście. Ale na tym jednym koncercie się nie skończyło, bowiem tego samego wieczoru muzycy wystąpili jeszcze w telewizji. Miałam zaszczyt towarzyszyć członkom zespołowi w drodze do gmachu Tele-

wizji Polskiej przy ul. Woronicza, gdzie wzięli udział w programie TV Polonia „Halo Polonia“. Dostaliśmy się tam transportem zorganizowanym przez pracowników telewizji, a sympatyczny kierowca zawiózł nas bezpośrednio pod wejście główne i zaprowadził do wielkiego holu ze sławnymi już ruchomymi schodami. Na miejscu przywitali nas organizatorzy programu, wskazali pomieszczenia do naszej dyspozycji i zapoznali z panującymi tu zasadami. Ci, którzy mieli

wystąpić w programie, zostali zaproszeni na fotele do makijażystek. Podczas próby programu, jak i samej transmisji, z racji powierzonego mi zadania robienia zdjęć, mogłam wejść do studia, które imponowało ładnym jasnobłękitnym wystrojem z akcentami czerwieni i dużą ilością wspaniale dobranych świateł. Podczas samego nagrania na planie musiała panować idealna cisza. Wszystko prze-

ZDJĘCIA: ANNA PORADA, STANO STEHLIK

16

MONITOR POLONIJNY


Monitor3_2018 5.3.2018 10:44 Page 17

Zdziwiony? To fantastycznie! egar tyka. Wszystkich“. Stanisław Jerzy Lec bez wątpienia był mistrzem aforyzmu. W trzech słowach zdołał wyrazić coś, co wszyscy podświadomie czujemy: starzejemy się. Z każdą godziną, minutą, sekundą nasz czas nieubłaganie mija. Właściwie starzeć zaczęliśmy się tuż po narodzinach... Stop! Nie, to wcale nie jest takie oczywiste. Mam na ten temat swoją własną teorię. Naszego wieku z pewnością nie możemy łączyć ze zmieniającym się wyglądem. Starzenie się to nie pierwsze zmarszczki wokół oczu, siwy włos czy gorsza kondycja. Dojrzałego wieku nie określa też fakt, że zmieniają się nasze przyzwyczajenia i upodobania. Że lubimy spokojniejszą muzykę, a wakacje spędzamy w wygodnych hotelach, zamiast wędrować z plecakiem po górach, gorsza kondycja, powtarzane jak mantra „kiedyś było lepiej“ i upodobanie świętego spokoju. Nie, to byłoby zbyt proste. Starzejemy się, gdy przestajemy się dziwić. Gdy z jakiegoś powodu przestajemy robić to, co jest naturalne dla dzieci. Tak jak beztrosko się bawią, podobnie beztrosko odkrywają otaczający je świat. A odkrywanie bierze się przecież ze zdziwienia. A my, dorośli? My przecież wiemy już wszystko. Nic nas nie jest w stanie zdziwić. Przynajmniej łudzimy się, że tak właśnie jest. I chociaż życie co rusz udowadnia nam, jak bardzo się mylimy, my zachowujemy kamienną twarz. W wirze codziennych obowiązków nie mamy czasu na zdziwienie. Błądzić jest rzeczą ludzką, ale dziwić się? Ani trochę. Lecz jeśli się zastanowić, zdziwienie powinno być naszym chlebem powszednim. No właśnie – weźmy chociażby chleb, który jemy na śniadanie. Za sprawą natury z maleńkiego ziarna wyrasta kłos, który daje jeszcze więcej ziaren. Po ich zmieleniu otrzymujemy mąkę, którą wystarczy zmieszać z wodą, drożdżami czy zakwasem, by po upieczeniu otrzymać aromatyczny bochen. Proste, ale jakże genialne. Zdziwiony zapewne był człowiek, który chleb upiekł po raz pierwszy. No właśnie – człowiek. Każdy z nas jest jedynym i niepowtarzalnym cudem. Każdy z nas był kiedyś maleńką,

„Z

biegało według ściśle określonego scenariusza i miałam wrażenie, że pilnowany był każdy nasz ruch. Może właśnie dzięki temu całość wypadła bardzo profesjonalnie. Małgosia Wojcieszyńska jako rzecznik Klubu Polskiego na Słowacji opowiadała o integracji słowackiej Polonii za pośrednictwem „Monitora Polonijnego“, jak i o tym, gdzie i jak zrodził się projekt polsko-słowacki, burzący nie tylko językowe bariery, którego owocem jest płyta „Za górami, za lasami, za Tatrami“. Na pytania prowadzącej program Joanny

Racewicz błyskotliwe odpowiadali również Stano Stehlik, muzyk i kompozytor, oraz Ewa Si pos, wokalistka. W programie zespół zaprezentował dwie piosenki „C’est la Vie“ i „Gdyby zmysły prysły“. Obserwując muzyków w studio, przypomniałam sobie słowa innej piosenki „Gdy sukces zagości“, która na płycie znalazła się jako pierwsza, a która doskonale oddaje nastrój tego wieczora: „Ach te błyski fleszy, już dziś nas to cieszy! Będą też wywiady, kwiaty, czekolady...“. I w taki oto sposób, przywołując słowa innej piosenki z płyty, „mój zwykły dzień zmienił się w niezwykły”. ANNA PORADA MARZEC 2018

niedostrzegalną komórką, dzisiaj jest istotą pełną uczuć, marzeń, doświadczeń i planów. Czyż to nie zadziwiające? Jako ludzie jesteśmy w stanie dokonywać niezwykłych rzeczy. Latamy w kosmos, zdobywamy najwyższe szczyty, budujemy najwyższe wieżowce i superdokładne komputery. Niestety, jesteśmy też zdolni do rzeczy najgorszych, co dobitnie udowadniają nam podręczniki historii. Nie da się zaprzeczyć, że dzisiejszy świat nie sprzyja refleksji. Mało w nim czasu na kontemplację, a co za tym idzie, na zadziwienie. Zdarza się jednak, że ulegam temu uczuciu. Zaskoczeniu, jakie to wszystko, co nasz otacza, jest niezwykłe. Ot, weźmy typowy bieg dnia. Budzę się rano i wyglądam za okno. Ulica oświetlona słońcem. No tak, przecież jest dzień. A przecież nie dalej jak kilka godzin temu była noc. Spoglądałem na to samo miejsce pogrążone w ciemności, którą musiały przeganiać uliczne latarnie. Za kilka godzin znów będzie podobnie. Czyż to nie zadziwiające? Potem ruszam w miasto, mijam stare domy, które ktoś zaprojektował i wybudował setki lat temu. Ci architekci już odeszli, domy nadal trwają, a w nich toczy się zwykłe ludzkie życie. Ileż historii, zdarzeń, losów widziały te mury? Materia nadal będzie trwać, a ludzie przemijać. Naturalne, a jednak zaskakujące. Przyznaję, że teza o tym, jak ważne jest zdziwienie, nie jest do końca moja. Już przecież niezapomniany Jonasz Kofta pisał w swoim wierszu: „I nic we mnie i nic koło mnie / Kiedy się dziwić przestanę / Kiedy się dziwić przestanę / Będzie po mnie“. Ryszard Kapuściński, którego wszędzie gnała ciekawość, również nie miał wątpliwości na ten temat. W „Podróżach z Herodotem“ podsumował: „Człowiek, który przestaje się dziwić, jest wydrążony, ma wypalone serce. W człowieku, który uważa, że wszystko już było i nic nie może go zdziwić, umarło to, co najpiękniejsze – uroda życia“. Cóż, na szczęście z jakiegoś powodu wiedza o najważniejszych rzeczach nieobca jest jeszcze poetom i pisarzom. I to mnie akurat nie dziwi. ARKADIUSZ KUGLER 17


lomacj yp

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

na

(ni

e)

a

d

Monitor3_2018 5.3.2018 10:45 Page 18

cod zie n

wyznania i wspomnienia po latach

Moi drodzy, Czytelniczki i Czytelnicy „Monitora Polonijnego”! Nie da się ukryć, że mimo upływu lat – w lipcu minie 15 lat (!) od czasu, kiedy zakończyłem pełnić zaszczytną funkcję Ambasadora Nadzwyczajnego i Pełnomocnego Rzeczypospolitej Polskiej w Bratysławie – czuję się ciągle bardzo z Wami związany. Zawdzięczam to pewnie Klubowi Polskiemu, w tym mojemu macierzystemu oddziałowi w Nitrze, a także wieloletniej przyjaźni i współpracy z redakcją „Monitora”. Z tego też powodu wraz z redakcją naszego pisma doszliśmy do przekonania, że nadszedł odpowiedni czas, abym podzielił się z Wami wspomnieniami o tym, jak przez ponad 6 lat wykonywałem pracę polskiego dyplomaty w Republice Słowackiej, wykorzystując do niej różne narzędzia: niektóre typowe dla świata dyplomacji, inne mniej. I o tych narzędziach właśnie chciałbym JAN KOMORNICKI opowiedzieć.

nietypowe narzędzie. Mnie było o tyle łatwiej, że od wielu lat, jako ratownik górski, a później naczelnik GOPR-u, nie mogłem w zimie obejść się bez choćby krótkich wakacji, poświęconych białemu szaleństwu. Kiedy w Polsce z końcem 1997 roku władzę objęła AWS „Solidarność” (III kadencja Sejmu 1997-2001), marszałkiem Sejmu został Maciej Płażyński (1958 – 2010), b. wojewoda gdański, polityk o poglądach centroprawicowych, jak to często bywało z ludźmi pochodzącymi z wybrzeża, kochający góry. Na Słowacji w 1998 r. władzę przejęła Słowacka Koalicja De mokratyczna (SDK), a funkcję przewodniczącego Słowackiej Rady Narodowej powierzono Jozefowi Migašovi, przewodniczącemu słowackiej lewicy (SDL), wcześniej (i do dziś) związanemu z dyplomacją. Istniała pilna potrzeba poznania i spotkania się obu polityków w celu zacieśnienia współpracy naszych parlamentów (wszak Słowacja obierała nowy, proeuropejski i proatlantycki kurs). Nie było to jednak proste, jak zwykle kiedy chodzi o porozumienie osób o wyraźnie odmien nych poglądach politycznych

To

O tym, jak (prawica – lewica). Sprzyjające okazały się jednak okoliczności: Maciej Płażyński ze swoją rodziną (żoną i synami), chcąc uniknąć zakopiańskiego tłoku, zapewne za radą naszego MSZ, wybrał się na zimowe ferie w 1999 roku do Jaworzyny Tatrzańskiej, gdzie zamieszkał w obiektach hotelowych, których gospodarzem była Słowacka Rada Narodowa. Na polance obok ślicznego zabytkowego kościółka p.w. św. Anny w Jaworzynie Tatrzańskiej działał i do dziś działa niewielki wyciąg orczykowy, który stał się miejscem codziennych narciarskich ewolucji rodziny pp. Płażyńskich, a także – przynajmniej na początku – piszącego te słowa, który zarówno ze względów protokolarnych, jak i zamiłowania do nart rodzinie pana marszałka i jemu samemu towarzyszył. I tu właśnie drugiego albo trzeciego dnia pobytu dołączył do nas kolejny znakomity narciarz, Jozef Migaš, przewodniczący RN RS. Spotkanie na nartach miało charakter zupełnie nieoficjalny i niemal przypadko-

Dilerka emocji zy jest sens pisać na nowo już raz napisany kryminał? Jak się jest odważną, pewną swego pisarką, to wszystko jest możliwe i wszystko ma sens.

C

Agnieszka Lingas-Łonie wska to wrocławska pisarka, która uważnym czytelnikom kojarzy się z ciekawym przemieszaniem gatunków. Pani Agnieszka stworzyła bowiem mocny kryminał z romansem w tle lub też hi18

storię miłosną z psychopatycznym mordercą w roli wisienki na torcie. Po latach od pierwszego wydania kryminału „Szósty” autorka postanowiła przeprowadzić eksperyment literacki. Do czytelników właśnie trafiła

książka „Szósty. Po latach” (Wydawnictwo Novae Res 2018), która traktuje o tym samym seryjnym mordercy, tym razem w wersji popra-

wionej przez autorkę i rozszerzonej o dodatkowe wątki, nowych bohaterów i trzymające w napięciu całkiem nowe zakończenie. MONITOR POLONIJNY


Monitor3_2018 5.3.2018 10:45 Page 19

narty polityków zbliżają wy (w dyplomacji takie „przypadki” się zdarzają). Wymiana doświadczeń i pokazy umiejętności na stoku zakończyły się wspólnym roboczym obiadem. Już później, zaproszeni przez pp. Migašów pojechaliśmy do Rużbachów Wyżnych, gdzie w wielkiej wannie jacuzzi zrelaksowaliśmy trochę zmęczone mięśnie, słuchając opowieści o historii uzdrowiska, ściśle związanej z polskimi rodami Lubomirskich i Zamoyskich. To niewinne i niemal przypadkowe spotkanie na nartach zaowocowało w niedługim czasie oficjalną wizytą Jozefa Migaša w Warszawie, znakomitą współpracą międzyparlamentarną i serdeczną przyjaźnią obu panów i ich rodzin. Wszystko miało niestety swój nieoczekiwany kres. Maciej Płażyński zginął 10 kwietnia 2010 r. w katastrofie pod Smoleńskiem, a Jozef Migaš odszedł z polityki i wrócił do dyplomacji (w 2009 roku został ambasadorem RS w Moskwie). Raz jeszcze wykorzystałem narty, aby pogłębić polsko-słowacką współpracę, tym razem transgraniczną. Na czele wspólnej Międzyrządowej Polsko-Słowackiej Komisji ds. Współpra cy Przygranicznej postawieni zostali

Inspektor Marcin Langer znów wyjdzie na ulice Wrocławia i będzie robił wszystko, co w ludzkiej mocy, aby złapać mordercę zielonookich blondynek. Mor derca jest oczywiście psychopatą, nierespektującym żadnych zasad, a ukochana inspektora jest zielonooką blondynką, natomiast motorem działania niemal wszy stkich postaci wydaje się być obłęd. Autorka bardzo sprawnie przeprowadziła dwutorowość gatunkową powieści i połączyła policyjny krymiMARZEC 2018

wiceministrowie spraw wewnętrznych: z RS Ivan Budiak, wcześniej wieloletni burmistrz Dolnego Kubina, i z RP Zenon Kosiniak-Kamysz, zawodowy dyplomata i mój przyszły następca w Bratysławie. Obydwaj panowie jeździli na nartach, więc znowu białemu szaleństwu zawdzięczaliśmy poznanie się współprzewodniczących, a następnie znakomity patronat rządowy dla rozwoju starych i nowych euroregionów. Pod koniec mojej misji na Słowacji w 2003 roku uczestniczyłem w dużej konferencji prasowej z okazji wspólnej akcesji do UE. Mityng odbył się w Szczyrbskim Jeziorze, przynajmniej częściowo na nartach, z czego zachował się dowód w postaci fotografii.

nał z romansem, z naciskiem na ten pierwszy. Kryminał prowadzony jest standardowo, wykorzystuje wszystkie sprawdzone elementy gatunku: morderca ma obsesję na punkcie jednej kobiety, wiec morduje ile wlezie ku naszej, czytelniczej uciesze. Więcej od kryminału wymagać nie można, no może poza dobrym tempem akcji, a tego autorce nie zabrakło. Agnieszka Lingas-Łonie wska zwana jest przez swoich czytelników Dilerką Emocji. Autorka napisała

I na zakończenie, choć może znawcy protokołu dyplomatycznego uznają, że powinienem był od tego zacząć. Pasja narciarska zbliża ludzi i może być skutecznym narzędziem dyplomacji, która stawia sobie za cel właśnie zbliżanie przedstawicieli różnych narodów. W ostatnich dwóch latach zaobserwować możemy serdeczne i zapewne owocne spotkania narciarskie naszych prezydentów Andrzeja Dudy i Andreja Kiski. Wspólnie przed rokiem zjeżdżali z Kasprowego, a ostatnio – również na nartach – cieszyli się ze słowackich inwestycji w Szczyrku. No i co myślicie? Mogą narty służyć w dyplomacji? Osobiście jestem tego pewien. JAN KOMORNICKI

ponad dwadzieścia powieści, zaangażowana w propagowanie czytelnictwa założycielka projekt „Czytajmy Polskich Autorów” oraz „Pisarka czyta”. Angażuje się też w pomoc zwierzętom i wspiera liczne schroniska, zbierając na spotkaniach autorskich karmę w akcji „Karma zamiast kwiatka”. Pani Agnieszka jest bardzo ciekawą postacią i wszystkim, którzy jej dotychczas nie poznali, polecam jej twórczość i talent. MAGDALENA MARSZAŁKOWSKA 19


Monitor3_2018 5.3.2018 10:45 Page 20

pisa, narkomana w peerelowskiej Legnicy, pakującego się w konflikty z prawem. Jak to jest możliwe, że taki obibok staje się mistrzem świata najbardziej morderczej dyscypliny sportu? Jak bohater dokonał przemiany w swoim życiu? Oczywiście morderczą pracą, treningami i… morderczą pracą. A że lubimy, gdy inni się za nas na ekranie pocą i przełamują swoje słabości, chętnie kitakie polskie filmy jak „Najlepszy” czekam zawsze z utęsknieniem. „Takie”, czyli historie rzemieślniczo dobrze osadzone w tradycji hollywoodzkiej. Ma się to chcieć oglądać, ma mieć tempo i przy okazji trochę wzruszyć, trochę zmusić do refleksji nad życiem. Przepis

Na

ło się coś nadzwyczajnego w polskim kinie. Po „Jestem Bogiem” o Magiku, po „Bo gach” o Relidze czy choćby „Sztuce kochania” o Michalinie Wisłockiej mamy kolejny film, bazujący na prawdziwej historii. Po raz kolejny okazuje się, że życie jest ciekawsze od fikcji i nie ma co wymyślać, skoro to właśnie

Polskie HOLLYWOOD prosty jak budowa cepa, dawno przez scenarzystów i reżyserów zza wielkiej wody opracowany, więc aż dzi wne, że Polakom tak trudno sięgnąć po sprawdzone wzorce, jakby się bali, że ktoś ich oskarży o zżynanie. I tak to ambitny Polak wymyśla koło na nowo i sam odkrywa odkrytą Amerykę, tworząc nieśmieszne i nieromantyczne komedie. Tym czasem w dziale „filmy biograficzne” wydarzy20

życie pisze najlepsze scenariusze. I tak oto, przy okazji mamy kolejny kinowy hit, a może nawet hicior! Najbardziej inspirujące są dla nas życiorysy ludzi, którzy musieli przejść prywatną drogę krzyżową, upadać i podnosić się, aby wreszcie dojść do upragnio nego celu. Reżyser Łukasz Palkowski („Bogowie“) sięgnął tym razem po historię Jerzego Górskiego, polskiego triathlonisty i zdobywcy

tytułu podwójnego ironmana. Scenarzyści Agata Dominik i Maciej Karpiński w hollywoodzkim stylu opowiedzieli klasyczną historię „przez ciernie do gwiazd“, biorąc pod uwagę to, że bohater wciąż musi mierzyć się ze swoją mroczną stroną, każde zwycięstwo jest zagrożone porażką, a klęski i tryumfy układają się w opowieść o przemianie bohatera. Jerzego Górskiego poznajemy jako długowłosego blond hi -

bicujemy takiemu bohaterowi w jego walce o marzenia. Dobrze się to ogląda, a opowieść o ciągłym wstawaniu po upadku życiowym, prawie zawsze wciąga. Tak też jest w przypadku filmu „Najlepszy”, a zasługa, oprócz reżysera i scenarzystów, leży po stronie odtwórcy głównej roli, Jakuba Gierszała. Jego bohater jest jak nadwiślański Rocky. Aktor mimo młodego wieku stworzył bardzo krwistą i mięsistą rolę. Jerzy Górski z pierwszej sceny „Najlepszego“ to zupełnie ktoś inny niż Jerzy Górski ze scen ostatnich. To zasługa aktorstwa Gierszała i to jego bohaterowi kibicujemy, z nim przeżywamy dramaty i za niego trzymamy kciuki i wygrywamy. No i ten pozytywny przekaz: możesz być kim chcesz, możesz osiągnąć wszystko. Musisz tylko mieć odwagę i być konsekwentny. Musisz walczyć. Gorąco polecam MAGDALENA MARSZAŁKOWSKA MONITOR POLONIJNY


Monitor3_2018 5.3.2018 10:45 Page 21

biegłoroczne święta wielkanocne spędziłam na środkowej Słowacji. Po śniadaniu razem z rodziną wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Postanowiliśmy jednak zatrzymać się po drodze w kościele, by uczestniczyć w świątecznej mszy świętej. Będąc zaledwie kilka kilometrów od Zwolenia, na stacji benzynowej, bardzo uprzejma pani poleciła nam parafię w Zolnej. I tak oto trafiliśmy do jednego z najstarszych i najładniejszych kościółków na Słowacji. Zolna to niewielka wieś, położona ok. 8 km od Zwolenia, która dzisiaj uważana jest za jego administracyjną część. To właśnie tu, na wzniesieniu stoi otoczony murem mały rzymskokatolicki kościółek pod wezwaniem św. Mateusza. Pierwsze wzmianki o świątyni pochodzą z 1311 r., kiedy to w dokumencie, wydanym przez ówczesnego arcybiskupa, synowie zwoleńskiego wojewody Bychor i Zubrata uzyskali pozwolenie na wybudowanie na swojej ziemi kościółka z cmentarzem, który poświęcili św. Szczepa nowi. Historycy jednak pochodzenie budowy datują na drugą połowę XIII wieku, prawdopodobnie między 1260-1280 r. Kiedy przestąpiłam próg świątyni, znalazłam się w jednonawowym, małym wczesnogotyckim pomieszczeniu z prezbiterium i wieżą, w której znajdują się dwa dzwony: gotycki z 1514 r. oraz barokowy z 1700 roku. Od razu zwróciłam uwagę na przepiękne, kolorowe, najprawdopodobniej włoskie freski nieznanego autora, znajdujące się na ścianach, pochodzące z drugiej połowy XIV w., częściowo zachowane do dziś.

Słowackie perełki

U

Książe i freski Zostały one wykonane techniką malarską fresco-secco, w której farbę łączono z podłożem dzięki różnym środkom wiążącym, jak np. wosk pszczeli, żywica, żółtko lub białko jajka czy różnego rodzaju oleje i kleje. Freski przedstawiające sceny biblijne oraz bitwę św. Jerzego ze smokiem są zachwycające i niezwykle rzadkie, dlatego zostały uznane za narodowy zabytek kultury. Odkryto je w 1937 roku pod warstwą białej farby, ale w czasie II wojny światowej ponownie zamalowano. Kolejny raz zostały odsłonięte dopiero w 1961 r. Ich renowacja zakończyła się w latach 90. ubiegłego wieku. Sama kaplica natomiast została przebudowana w XV w., a prezbiterium otrzymało nowe sklepienie żebrowe. W czasie reformacji kościół stał się własnością ewangelików, katolicy odzyskali go w 1709 roku. Świątynia na przestrzeni stuleci była kilkakrotnie przebudowywana, ale znaczącą przemianę przeszła tylko raz. Podczas II wojny światowej granaty moździerzowe uszkodziły kościół tak bardzo, że groziło mu całkowite zawalenie. Został jednak odremontowany w 1968 r., a ponownie pod koniec ubiegłego wieku. W ciągu kilku

ostatnich lat Ministerstwo Kultury SR przyznało na rekonstrukcję kościółka kilka grantów. Podczas badań archeologicznych odkryto tu grób ze szkieletami dwóch osób dorosłych i dwojga dzieci, a także dwie monety: srebrną z 1582 r. oraz miedzianą z 1703 r. Udział w liturgii w miejscu, gdzie od setek lat ludzie powierzali swoje prośby i składali podziękowania Bogu, był dla mnie wyjątkowym duchowym przeżyciem. Atmosfera tego miejsca jest niezwykła i zdecydowanie różni się od tej panującej w nowoczesnych, opływających przepychem świątyniach. Kiedy po mszy zafascynowana wnętrzem robiłam zdjęcia, podeszła do mnie staruszka i zapytała, skąd jestem. Potem pochwaliła się, że był tu brytyjski książę Karol. Z początku nie dowierzałam, lecz później natrafiłam na informację o wizycie następcy tronu Zjednoczonego Kró lestwa w tym miejscu na początku listopada 2000 roku. Kościółek w Zolnej jest najbardziej godnym uwagi przykładem wczesnogotyckiej architektury sakralnej, prostoty i bogatej historii. Naprawdę warto do niego zajrzeć. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

ZDJĘCIA: MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

21


Monitor3_2018 5.3.2018 10:45 Page 22

WROCŁAW W związku z tym postanowiliśmy Państwa zapoznać ze zwycięzcą bliżej. Nasze nietypowe „zwiedzanie” Wrocławia zaczynamy z poziomu piwnicy.

W kierunku Mostu Zakochanych „Nie chcecie z nami popłynąć jachtem? Klient, który za ten rejs zapłacił, nie dotarł“ – przekonuje parę młodych ludzi, spacerujących nad Odrą po wrocławskiej marinie, Kasia z jachtu „Manuela”. Dziewczyna i chło-

pak korzystają z okazji i wsiadają na jacht. Ona jest szczęśliwa, bo przypa dkiem znalazła się na jachcie, a w dodatku wszystko tu jest tak, jak ona lubi: gra przyjemna muzyka, obsługa podaje wino i serwuje dobre jedzenia. A Wrocław jest taki piękny! Och! Kasia zwraca uwagę pasażerów, że oto właśnie zbliżają się do Mostu Zakochanych. Ten most na Ostrowie Tumskim zna chyba każdy. Któż by zliczył wszystkie kłódki, które na nim zawisły jako symbol miłości. Już, już są prawie koło mostu, więc Kasia wycofuje się do kajuty. Na pokładzie pozostają ona i on plus kapitan, ale kto 22

z tytułem najlepszej e

lutym świat obiegła informacja, że Wrocław zwyciężył w międzynarodowym konkursie European Best Destination 2018. Był to jedyny reprezentant Polski w tegorocznej edycji konkursu i otrzymał głosy ze 146 krajów. W rywalizacji brało udział 20 miast. Za Wrocławiem znalazły się między innymi hiszpańskie Bilbao, francuski Colmar, chorwacki Hvar, łotewska Ryga czy też Mediolan, Amsterdam, Ateny i Paryż.

W

by teraz zwracał na niego uwagę. Kiedy łódź znajduje się pod mostem, on prosi ją o rękę. Ona jest taka szczęśliwa! Odpowiada: tak! Wtedy znów pojawi się Kasia z szampanem i kieliszkami. Wszystko było umówione, by zrobić dziewczynie niespodziankę. „Aktorzy“, czyli obsługa jachtu, spisali się na medal. Niespodzianka idealna, będą mieli co wspominać przez całe życie. Tak wyglądają niektóre rejsy jachtem „Manuela”. Ale nasz rejs ma trochę inny charakter.

Z poziomu piwnicy Najczęściej, jeśli turyści chcą obejrzeć miasto z innej perspektywy, wybierają rejs statkiem. My zdecydowaliśmy się na jacht „Manuela”, który jest kameralny, gra tu dobra muzyka, obsługa jest przyjemna i serwuje pyszne przekąski. „Wrocław, który teraz zobaczycie, to jakby spojrzenie na miasto z poziomu piwnicy“ – wyjaśnia Kasia, kiedy wyruszamy w rejs po Odrze. Przepływamy obok imponującego gmachu Uniwersytetu Wro cławskiego. Na niego zwraca uwagę inny mieszkaniec tego miasta, Tomasz Grabiński, były dyrektor programowy Instytutu Polskiego w Bratysła wie. „Barokowy budynek Uniwersy tetu Wrocławskiego jest piękny nie tylko z zewnątrz, ale kryje przepiękne sale: Aulę Leopoldina i Oratorium

Marianum“ – opisuje. Budynek wydaje się jeszcze większy niż w rzeczywistości, gdyż z poziomu rzeki, w której się odbija, nabiera nowych rozmiarów. Kiedy przepływamy obok Wyspy Słodowej, znajdującej się w samym sercu miasta, widzimy tłumy młodych ludzi, którzy tam odpoczywają, bawią się, czytają książki. Zaraz potem po prawej stronie widzimy młyn, a obok niego hotel. Dochodzimy do wniosku, że mieszkańcy Wrocławia wspaniale wykorzystują wodne możliwości miasta. „Dziesięć, dwanaście lat temu takiego ruchu wodnego tu nie było“ – wspomina Kasia.

Ostrów Tumski Zbliżamy się do Ostrowa Tum skiego. Po drodze jeszcze obejrzymy imponujący duży budynek. „Hala targowa została wybudowana na początku XX wieku i do dziś pełni tę samą funkcję“ – informuje Tomasz. Później odwiedzimy ten piękny budynek, w którym znajdują się różnorodne stragany z warzywami, serami, rybami, mięsem, a na piętrze – z ubraniami, płytami, pamiątkami. Podczas rejsu musimy szybko odwracać głowę, by zdążyć wszystko zobaczyć. Właśnie podziwiamy kolejną MONITOR POLONIJNY


Monitor3_2018 5.3.2018 10:45 Page 23

europejskiej destynacji turystycznej! perłę, która kiedyś była wyspą, ale później jedną odnogę Odry zasypano. „Ostrów Tumski to najstarsza część miasta, kilka kościołów z katedrą na czele. Najstarszy został wybudowany w IX wieku. Ciekawostką jest dwukondygnacyjny kościół św. Krzyża i św. Bartłomieja“ – mówi Tomasz. I nie ma się co dziwić, że to miejsce stało się kulisą pewnego przedstawienia operowego. Kilka lat temu opera wrocławska przedstawiła niesamowity spektakl – „Aidę“ na wodzie. „Jak będziecie tu spacerować, postarajcie się odnaleźć mały wiszący most, który można rozhuśtać. Nazywa się Żabia Kładka i znajduje się między Ostrowem Tumskim a ulicą Drobnera“ – poleca Tomasz.

10.10.10. Płyniemy dalej i zbliżamy się do Mostu Grunwaldzkiego. „Nie jest prawdą to, co głosi legenda, jakoby jego twórca popełnił samobójstwo“ – mówi Kasia i wyjaśnia, że to był pierwszy wiszący most w okolicy. Legenda głosi, że główny konstruktor – Richard Plüddemann odkrył błąd i obawiał się, że most nie wytrzyma obciążenia, dlatego też odebrał sobie życie. „Architektem był miejski radny, który zaprojektował go, kiedy miał już 60 lat. Był już na emeryturze i otwarcia mostu nie doczekał, ponieważ zachorował i zmarł“ – wyjaśnia Kasia. A most wisi do dziś. Otwarto go 10 października 1910 roku, czyli 10.10.10, w obecności cesarza Wilhel ma II. Na początku nosił nazwę Ce sarski (Kaiserbrücke), później Wol-

wiła się flaga „Solidarności” – powiesił ja tam jakiś anonimowy bohater tamtych czasów. Kiedy w 2007 roku Iglicę ozdobiono bożonarodzeniowymi ozdobami, stała się największą choinką w Europie. Całe lato odbywają się tu multimedialne wodne show: gra muzyki, światła i fontann.

Breslau ności (Freiheitsbrücke). W sumie we Wrocławiu jest aż 117 mostów, dlatego miasto zyskało nazwę Wenecji Północy.

Hala Stulecia Za mostem Grunwaldzkim zbliżamy się do ciekawej dzielnicy, oddalonej od centrum 4 kilometry. Tomek opisuje ją jako miejsce dobre na odpoczynek. By podziwiać jego uroki, trzeba zejść z pokładu jachtu. „Hala Stulecia została wybudowana w 1913 roku według planów architekta Maxa Berga i jest wpisana na Światową listę UNESCO“ – mówi Tomasz. To tu organizowane są różne imprezy sportowe, kulturalne czy wystawiennicze. „Nie ma tu żadnych specjalny loży, ponieważ powstała jako miejsce sztuki i kultury dla wszystkich warstw i dlatego długie lata była nazywana Halą Ludową“ – wyjaśnia Tomek i zwraca uwagę na przyległy park, w którym znajduje się ogród japoński, ale i inne obiekty, na przykład Pawilon Czterech Kopuł czy Iglica. Iglica to słup, mierzący 96 metrów, wybudowany w 1948 roku. Po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego w 1981 roku właśnie na Iglicy poja-

Jachtem dostajemy się aż na tereny, gdzie panuje absolutna cisza. Dopiero kiedy wracamy do nocnego miasta, widzimy tam światła. Oświetlają fantastyczne budynki, które robią niesamowite wrażenie. Pierwsi słowiańscy osadnicy pojawili się tu już w VI wieku. Miasto wraz z pierwszymi budynkami, powstało około 940 roku i zyskało nazwę Vratislav, od założyciela, czeskiego księcia Vratislava I. W średniowiecznej kronice, która powstała na początku XI wieku, Wro cław jest wspominany jako jedno z trzech najważniejszych miast Polski. W 1335 roku miasto ponownie przypadło czeskim królom, w 1526 roku Habsburgom, a potem stało się miastem pruskim. Po zdobyciu miasta w 1806 roku przez Napoleona, rok było pod panowaniem francuskim, by ponownie powrócić do Prus. W ten sposób historia i mieszkańcy Wrocławia się zmieniali. Niemiecka historia przyniosła też inną nazwę miasta – Breslau. Po II wojnie światowej miasto wróciło do Polski. Było w 70 procentach zniszczone. Wypędzono stąd Niemców, którzy pozostawili po sobie wiele ciekawych budynków i... podobno podziemne miasto, do tej pory

ZDJĘCIA: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, STANO STEHLIK

MARZEC 2018

23


Monitor3_2018 5.3.2018 10:45 Page 24

nieodkryte. Podczas prac rekonstrukcyjnych na Dworcu Głównym odkryto korytarze, mogące prowadzić aż do Rynku. Również Dworzec Główny jest perłą, którą koniecznie trzeba zobaczyć. Wybudowany w 1857 roku, modernizowany kilkukrotnie, ostatnio sześć lat temu, przed mistrzostwami Europy w piłce nożnej, przypomina raczej zamek, w środku ZDJĘCIA: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, STANO STEHLIK

którego, dzięki imponującym kafelkom, można się poczuć jak w tureckich łaźniach. Ciekawostką jest też to, że od 1947 roku na dworcu było kino, które przez 60 lat działało non-stop, by podróżnym uprzyjemnić czas oczekiwania na pociąg.

Krasnoludki „Szukajcie we Wrocławiu krasnoludków, co roku ich przybywa“ – uczula nas Tomek. Kiedy jacht się zbliża do mariny, jednego, piorącego ubrania w rzece, pokazuje nam Kasia. Małe rzeźby są rozmieszczone po całym mieście i okolicy już ponad 10 lat. Ich historia sięga czasów komunistycznych, kiedy na ścianach budynków pojawiały się jako graffiti, by ośmieszyć system komunistyczny. Po upadku komuny zapomniano o nich. W 2005 roku ich istnienie przypomniał rzeźbiarz Tomasz Moczek, który na ulicy wystawił pierwszych pięć krasnali. „Tych podstawowych jest ponad 40, ale są też nad wodą, jak ten, którego właśnie widzieliśmy, czy ten karmiący ptaki lub puszczający statki“ – mówi Kasia. Podczas niektórych weekendów w mieście organizowane są spacery z przewodnikami po krasnoludkowym szlaku. Powstała też specjalna aplikacja na smartfony, pokazująca miejsca, w których można spotkać te sympatyczne postacie. A we wrześniu we Wrocławiu odbywa się festiwal krasnoludków!

205 na 175 m Kawałek Afryki Podczas rejsu płyniemy wzdłuż ogrodu zoologicznego – największego, najpiękniejszego i najbardziej znanego w Polsce. „Stąd w czasach socjalizmu był nadawany bardzo popularny program telewizyjny poświęcony zwierzętom, który prowadzili małżonkowie Gućwińscy“ – wspomina Kasia, a Tomasz dorzuca jeszcze jedną informację: „Jako jedyne w Polsce wrocławskie ZOO w 2015 roku otworzyło afrykarium, czyli duży kompleks, w którym prezentowane są zwierzęta z Afryki. Cieszy się ono olbrzymią popularnością, odwiedzają je miliony osób!“. 24

„Kiedy zejdziecie z pokładu jachtu, powinniście pospacerować po Ryn ku“ – namawia Tomasz Grabiński, który radzi zacząć historyczną przechadzkę już od ulicy Włodkowica „Tam można obejrzeć odnowioną synagogę Pod Białym Bocianem, dalej przejść przez plac Solny do Rynku, gdzie znajduje się imponujący gotycki Ratusz. A potem urokliwymi uliczkami dojedziecie do olbrzymiego ko-

ścioła świętej Elżbiety“ – podpowiada. Nie ma się co dziwić, że Rynek przyciąga tłumy turystów – to jeden z największych placów centralnych w Europie, mierzący 205 x 175 m. Tu odbywają się ważne imprezy. „Oprócz Ratusza zwracam uwagę na stylowe pięknie odmalowane kamienice, jak ta Pod Złotym Dzbanem, U Złotego Pasterza i wiele innych“ – dodaje Kasia.

Polska Ludowa Będąc na Rynku, wchodzimy do kultowej kawiarni „PRL”, nawiązującej stylizacją do czasów komuny. Tu można zamówić dania jak za dawnych lat – przysłowiowa seta i galareta to standard. Lokal zdobią stare pla-

katy, na których prężą się dyktatorzy pracującego ludu. Wieczorem odbywają się tu dyskoteki z muzyką z tamtej epoki.

15 na 114 m Posileni możemy udać się z Rynku do Rotundy, okrągłego budynku, ukrywającego unikatowy obraz. Panoramiczne dzieło o rozmiarach 15 na 114 metrów przedstawia bitwę pod Racławicami z 1794 roku, kiedy Pola cy pokonali wojska rosyjskie. Płótno, stworzone przez zespół malarzy pod kierunkiem Jana Styki i Wojciecha Kossaka, wystawiono najpierw we Lwowie, ale po wojnie, kiedy Lwów przypadł Związkowi Radzieckiemu, MONITOR POLONIJNY


Monitor3_2018 5.3.2018 10:45 Page 25

przywieziono je do Wrocławia. „Wizy ta w Rotundzie to obowiązek! Polecam wszystkim turystom“ – mówi Kasia i wspomina, jak na przełomie lat 80. i 90. widziała obraz po raz pierwszy. „Czułam się, jakbym była w centrum bitwy. Ciarki przechodziły mi po plecach także na myśl o tym, że ten unikat przeleżał kilkadziesiąt lat schowany przed publicznością“ – dodaje. Wrażenie robi nie tylko gigantyczny obraz, ale i wszystkie przed mioty – rekwizyty, stanowiące jakby przedłużenie obrazu, obok których widz przechodzi i dzięki którym czuje się jakby był w centrum wydarzeń.

49 piętro Na dokładne zwiedzanie miasta potrzeba dobrych kilka dni. Na koniec Tomek uzupełnia opis Wrocławia, zwracając uwagę na nowoczesną architekturę. Szczególnie poleca stadion miejski, dokończony w 2012 roku, czyli przed mistrzostwami Europy w piłce nożnej, oraz Narodowe Forum Muzyki, czyli filharmonię, którą otwarto w 2015 roku. „A żeby obejrzeć miasto z góry, najlepiej wjechać windą na 49 piętro budynku Sky Tower, który jest jednym z najwyższych w Polsce“ – dodaje. Według niego Wrocław oferuje różnorodność. „Od gotyki po budynki, które powstawały na naszych oczach i właśnie ta różnorodność architektury i wielonarodowościowa historia miasta stanowią niezmiernie ciekawe oblicze miasta“ – mówi na koniec Tomek. Rocznie stolicę Dolnego Śląska odwiedza ok. 4 – 5 milionów turystów. Po takich rekomendacjach i zdobytych tytułach zainteresowanie zapewne jeszcze wzrośnie. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, Wrocław

MARZEC 2018

Dwa deko bycia eko iosna sprzyja porządkom. Po zimie chętniej niż zwykle pozbywamy się zużytych i niepotrzebnych rzeczy, odświeżamy mieszkania, zmieniamy dietę i zaczynamy ćwiczyć, by do lata zrzucić zbędne kilogramy. A może tak zmienić nie tylko nawyki żywieniowe, ale i stać się bardziej ekologicznym? Zrobić coś nie tylko dla siebie, ale i dla środowiska. Kiedy pytam kogoś czy jest eko, najczęściej słyszę: „Segreguję śmieci”. Brawo! To pierwszy krok, ale czy wystarczający? Segregacja śmieci jest bardzo ważna, od czegoś trzeba zacząć. Tym bardziej, że śmieci corocznie przybywa, a według GUS w 2016 roku na jednego mieszkańca Polski przypadało średnio 303 kg zebranych odpadów komunalnych, czyli o 20 kg więcej niż rok wcześniej. W Pezinku oprócz standardowych pojemników na szkło, plastik, papier i odzież pojawiły się ostatnio specjalne kontenery na bioodpady oraz zużyty olej. Są też pojemniki na zużyte baterie, żarówki i lekarstwa. Kiedy ostatnim razem przechodziłam koło śmietnika, stały tam pralki, opony samochodowe i dwa rozbite telewizory. Widać trudno było właścicielowi zawieźć je do punktu, w którym bezpłatnie przyjmowany jest zepsuty sprzęt AGD. Wiele osób poprzestaje tylko na segregacji śmieci, a co z wszędobylskim plastikiem? W Polsce i na Słowacji reklamówki są płatne, a na światowym forum ekonomicznym w Davos, które skupia polityków, prezesów najbogatszych firm, ekonomistów oraz dziennikarzy, wyraźnie ostrzega się, iż do 2050 r. w oceanach, które oblewają Ziemię, więcej będzie plastiku niż ryb. Mimo to stale chętnie zaopatrujemy się w reklamówki. Pamiętam, jak moja babcia chodziła na zakupy z wiklinowym koszem. Może warto wrócić do tradycji, a także materiałowych toreb i torebek wielokrotnego użytku

W

w różnych ciekawych wzorach i kolorach. Kupując rzeczy w sklepach, zwracajmy uwagę, czy ich opakowania zostały wykonane z materiałów biodegradowalnych. Można je rozpoznać po charakterystycznym logo. Inne zdawałoby się oczywiste nawyki bycia eko to używanie żarówek energooszczędnych, odłączanie od prądu nieużywanych sprzętów, gaszenie światła i zakręcanie kranu. Można też rachunki płacić przez Internet, a zamiast drukowanych gazet i czasopism korzystać z ich wersji online. A skoro już nie chcemy zamienić auta na rower lub komunikację miejską, to stosujmy eko-jazdę (z ang. eco-driving), czyli ekonomiczny i ekologiczny sposób prowadzenia pojazdu. Warto także kawę zamawiać do własnego kubka termicznego, a papierowe ręczniki kuchenne zastąpić ściereczkami z bawełny lub mikrofibry. Życie ekologiczne to również kupowanie produktów dobrej jakości, zarówno sprzętu, kosmetyków, jak i środków chemicznych oraz niemarnowanie żywności. Często słyszę: „Ochrona środowiska? Mnie to nie dotyczy. Niech przejmują się przedsiębiorcy i właściciele fabryk – najwięksi truciciele planety”. Tak naprawdę jednak każdy z nas jest odpowiedzialny za środowisko, w którym żyje i w którym dorastać będą nasze dzieci i wnuki. Kładźmy nacisk na edukację właśnie tych najmłodszych i dawajmy dobry przykład nie tylko swoim dzieciom, ale rodzinie, znajomym i sąsiadom Bycie eko to życie w równowadze z naturą i ochrona środowiska, która nie jest wcale trudna. Zmieniając choć trochę nasze nawyki możemy zrobić dla natury i naszej planety więcej, niż nam się wydaje. Wystarczy tylko chcieć i mieć o tym pojęcie, najlepiej ZIELONE. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA 25


Monitor3_2018 5.3.2018 10:45 Page 26

26

MONITOR POLONIJNY


Monitor3_2018 5.3.2018 10:45 Page 27

Z myślą o naszych czytelnikach została przygotowana kolejna krzyżówka, która z pewnością wszystkich nastroi świątecznie. Jednocześnie informujemy, że hasło poprzedniej krzyżówki brzmiało: Za górami za lasami za Tatrami. Nagrodę za prawidłowe rozwiązanie otrzymuje Renata Straková z Trenczyna. Wszystkich miłośników krzyżówek zapraszamy do nowej zabawy i życzymy wesołych świąt! Hasło zostało ukryte w polach oznaczonych numerami w następującej kolejności: 43 – 35 –12 – 8 – 31 – 20 – 3 – 27 – 29 – Ą – 21 – 32 – 42 – 45 – 41 – 33 – 37 – 46 – 5 – 9 – 28 – 25 – 19 – 13 – 39 – 4 – 1 – Ą – 15 – 44 – 7. Rozwiązanie prosimy przesłać pod adresem: mwobla@gmail.com do 20 marca. Spośród autorów tych poprawnych wylosujemy zwycięzcę, któremu nagrodę prześlemy pocztą. Prosimy nie zapominać o podaniu swojego imienia, nazwiska i adresu pocztowego. Miłej zabawy! Red., TO

Poziomo 4 7 8 10 13 14 15 16 19 20 24 26

skrywa małżeńskie tajemnice jądro sprawy gąski w zalewie kompozycja muzyczna w poważnym tonie mechaty kwiat wiosenny nie zawierający wielu słów prawy dopływ Odry do sprostania do bielenia ścian chaty imię pisarki z Grodna zaloty Dziewoński lub Gierek

27 30 33 34 36 38 41 44 45 46 47

szermierz w masce nieznajomość tematu ujście bez szwanku premia, bonus bicie karty przeciwnika młodszą kartą z niebiesko-czarno-białą flagą mijają bezpowrotnie typ teatru zagłada wielkiej liczby ludzi przestrzega wiary traktat o „tych“ sprawach

Pionowo 1 2 3 5 6 9 11 12 13 17 18 21 22 23 MARZEC 2018

gazowany napój gdy małżonek się żeni nazwa stadionu w Warszawie reguluje ciepło i wilgotność uliczne lub utwór muzyki klasycznej stwór lub auto Skoda zdanie w monologu podkład do wyszywania surowica krwi szwedzkie sklepy z meblami wyrób włókienniczy drapieżnik z rodziny kotów, lampart góry z Sokolicą zamożny, bogacz

25 pierwiastek w błękicie 28 nazwa kolei przez Rosję 29 ulica w Warszawie lub zabawa poza miastem 31 z Propylejami 32 lotnia z miękkiej tkaniny, bez usztywniających prętów 35 natchnienie 37 osoba, która bezprawnie przejmuje władzę 39 krzew o czerwonych owocach 40 znieczulenie miejscowe 42 w komplecie z praktyką 43 pryszcz 27


Monitor3_2018 5.3.2018 10:45 Page 28

Repetitio … est mater studiorum, czyli ‘powtarzanie jest matką nauki (uczenia się)’. Niestety, zwykle dzieje się tak, że te najbardziej rażące błędy językowe są najpowszechniejsze, najczęściej powtarzane. Przykładem niech będzie choćby szeroko zakrojona kampania, piętnująca koszmarne wręcz formy *wziąść (zamiast wziąć) czy *szłem (zamiast szedłem) czy nieprawidłową wymowę włączać *[vłanczać] (zamiast [vłonczać]). W ramach tej kampanii można sobie nawet kupić różne gadżety (koszulki czy kubki), promujące poprawność językową. I co z tego! Norma normą, a użytkownicy języka tejże normy i tak nie uznają albo – chyba nawet częściej – jej po prostu nie znają, w efekcie czego używają form niepoprawnych. Jak zatem walczyć z błędami? Nie zrażać się porażkami, konsekwen tnie te błędy wytykać i przypominać zasady. I taki właśnie moment nadszedł w „Okienku”. Moment powtórki. Niedawno było Boże Narodzenie, zbliża się Wielkanoc, a oba te święta łączy nie tylko rodzinny charakter, ale i pewne trudności w zapisie. No bo czego mamy życzyć? Wesołych Świąt Wielkanocnych / świąt wielkanocnych / świąt Wielkano cnych? Czy czwartek tuż przed Wielkanocą to Wielki Czwar tek, czy wielki czwartek? Czy drugi dzień Wielkanocy to śmigus-dyngus, czy ŚmigusDyngus, a może śmigus dyngus czy Śmigus Dyngus? Czy 1 kwietnia to Prima Aprilis czy prima aprilis? Problem – jak widać – dotyczy pisowni małą i wielką literą i był już poruszany przeze mnie na łamach „Monitora”. Było to jednak dość dawno, a ponieważ pamięć ludzka jest zawodna, w tym numerze postaram się wyjaśnić ponownie, jak to jest z wielką i małą literą, by nie mieli Państwo proble28

mu przy pisaniu wielkanocnych życzeń (i nie tylko ich). Wydawałoby się, że zasady pisowni wielką i małą literą są wręcz banalne i znać je powinien każdy, kto skończył edukację na poziomie podstawowym. Praktyka jednak wskazuje, że zarówno przeciętnemu Polakowi, jak i temu bardziej wykształconemu zdarza się wpaść w pułapkę ortograficzną. Nie mamy raczej problemu z zapisem pierwszych liter imion i nazwisk czy nazw geograficznych, ale w innych sytuacjach często gubimy się w gąszczu szczegółowych zasad, zadając sobie pytanie: jakiej litery użyć? Małej czy wielkiej? I niestety bardzo często dokonujemy złych wyborów. Najczęstszym błędem w tym zakresie jest użycie wielkich liter zamiast małych. Mam czasami wrażenie, że Polacy najchętniej zapisywaliby wszystkie nazwy i wszystkie rzeczowniki wielką literą. I może nie byłoby to takie złe, bo dzięki temu problem by zniknął. Jednak polskie zasady mówią wyraźnie, że np. nazwy świąt i dni świątecznych piszemy wielkimi literami, czyli np. Boże Narodzenie, Nowy Rok, Wielki Czwartek, Wielki Piątek, Wielka Sobota, Niedziela

Wielkanocna, Poniedziałek Wielkanocny, Wielkanoc, Święta Wielkanocne. Ale jeśli wyrazy „święto“ czy „dzień“ nie stanowią integralnej części nazwy, zapisujeme je małą literą, czyli np. dzień Wszystkich Świętych, święta Bożego Narodzenia. Z kolei nazwy zwyczajów, zabaw i obrzędów piszemy literą małą, np. andrzejki, mikołajki, walentynki, śmigus-dyngus (z łącznikiem!), prima aprilis. Małą literą (z małymi wyjątkami) zapisujemy też nazwy wydarzeń historycznych czy aktów dziejowych, np. bitwa pod Grunwaldem, traktat wersalski, II wojna światowa, powstanie listopadowe, powstanie warszawskie. Wielka litera, gdy nie wymaga jej ortografia, może się jednak pojawić ze względów grzecznościowych, szacunkowych i emocjonalnych w ogóle. Obserwując teksty pisane przez Polaków po polsku, można dojść do wniosku, że jesteśmy nad wyraz grzeczni i do wszystkiego mamy ogromny szacunek, bowiem zwykle wielkich liter nadużywamy. Stosujemy je nie tylko w tekstach okolicznościowych czy korespondencji, ale też w artykułach czy to naukowych, czy publicystycznych, zwykłych notatkach informacyjnych i innych. Tylko po co? Mnie to nadużywanie wielkich liter, ich stosowanie gdzie się tylko da, razi. Zastanawiam się, czy rzeczywiście zapis, np. Powstanie Warszawskie zamiast powstanie warszawskie, świadczy o szacunku piszącego do wydarzenia, czy jest po prostu zwykłym przejawem niewiedzy na temat ortografii. Zatem w sytuacjach użycia wielkich liter ze względów uczuciowych, używajmy też głowy! A w związku ze zbliżającą się Wielkanocą, życzę Pań stwu (tu pisownia wielką literą uzasadniona!) wesołych świąt! MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA MONITOR POLONIJNY


Monitor3_2018 5.3.2018 10:46 Page 29

2 % z podatków dla Klubu polskiego

Przypominamy, że Klub Polski został zarejestrowany jako organizacja, mogąca przyjmować dotacje 2 % z podatków za rok 2017 od osób fizycznych i prawnych. Osoby zatrudnione na podstawie umowy o pracę muszą w swoim (właściwym dla miejsca zamieszkania) Urzędzie Skarbowym przedłożyć potwierdzenie od pracodawcy o zapłaceniu podatku wraz z oświadczeniem o przekazaniu jego 2% na rzecz Klubu Polskiego.

Za górami za lasami za Tatrami JaBlCo & przyJaCiele

Wzory druków znajdują się na stronie internetowej www.rozhodni.sk. Firmy i osoby prowadzące działalność gospodarczą w końcowej części zeznania podatkowego za rok 2017 wpisują tylko nazwę, IČO i adres naszej organizacji – szczegóły na ww. stronie www.rozhodni.sk. Informacja dla urzędu o odbiorcy 2% Państwa podatku to jego pełna nazwa, IČO i adres, czyli: Poľsky klub – spolok Poliakov a ich priateľov na Slovensku, IČO 30807620, Nam. SNP 27, 814 99 Bratislava.

Zainteresowanych nabyciem płyty, wydanej przez Klub Polski, a wykonanej przez zespół JABLCO & Przyjaciele pt. „Za górami, za lasami, za Tatrami“, prosimy o przesłanie zamówienia z podaniem adresu pocztowego na mail: monitorpolonijny@gmail.com lub o kontakt telefoniczny pod numerem telefonu: 0907139041. Płyta zostanie wysłana za pobraniem (po słowacku - na dobierku) w cenie 10 euro.

© 2018 KLUB POLSKI Wszelkie prawa producenta i właściciela nagranych utworów zastrzeżone. Kopiowanie, wypożyczanie oraz publiczne odtwarzanie niniejszej płyty bez zezwolenia jest zabronione. Wyprodukowano na Słowacji SOZA 2905-001-2

Życzenia Z radością witamy kolejną pociechę w rodzinie Bogny Zając i Milana Reski. Ich córka Zosia przyszła na świat 31 stycznia br. Rodzicom i dziecku życzymy samych szczęśliwych dni! Przyjaciele z Klubu Polskiego

P R O G R A M I N S T Y T U T U P O L S K I E G O W B R AT Y S Ł AW I E N A M A R Z E C ➠ 5 marca – 6 kwietnia, Bratysława, Instytut Polski, Klobučnícka ul. • Wystawa Kobiety niepodległości, o aktywności i działaniach kobiet na rzecz niepodległości Polski, demokracji i emancypacji kobiet na terytorium Polski ➠ 6 marca, godz. 17.30, Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 • Spotkanie Polska – niestały członek Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych z udziałem Rafała Tarnogórskiego, analityka i głównego eksperta Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, oraz przedstawicieli Ministerstwa Spraw Zagranicznych RS ➠ 13 marca, godz. 16.00, Bratysława, Instytut Polski, Biblioteka, Nám. SNP 27 Biblioteka blisko nas - oficjalne ponowne otwarcie biblioteki i czytelni Instytutu Polskiego ➠ 15 marca – 6 kwietnia, Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 Wystawa Jerzy Kawalerowicz. Malarz X muzy ze zbiorów Muzeum Kinematografii w Łodzi z okazji 90. urodzin i 5. rocznicy śmierci reżysera Jerzego Kawalerowicza MARZEC 2018

➠ 15-21 marca, Bratysława, Kino ➠ 22 marca, godz. 17.00, Bratysława, Instytut Polski , Nám. SNP 27 • Wieczór dyskusyjny Lumiere • Projekcje filmów polskich: ÚPN na temat manifestacji świeczkowej na „Cicha noc“ , reż. Piotr Domalewski, placu Hviezdoslava w Bratysławie 25 marca „Opera o Polsce, reż. Piotr Stasik 1988 z udziałem dr. Michała Przeperskiego „Rękopis znaleziony w Saragossie“, z IPN, który przedstawi sytuację na scenie reż. Wojciech Jerzy Has politycznej i społecznej w Polsce przed „Ptaki śpiewają w Kigali“, reż. Joanna Okrągłym Stołem. Kos-Krauze - w ramach Międzynarodowego festiwalu ➠ 24 – 25 marca, Bratysława, Fresh Market, Rožňavská 1a • Festiwal gastronomicznofilmowego FebioFest 2018. podróżniczy Ochutnaj a vypi svet, oferujący Szczegóły: poznanie mało znanych atrakcji turystycznych http://febiofest.sk/program-2018/ i możliwości aktywnego odpoczynku ➠ 20. marca, godz. 17.30, Sereď , w Polsce. Múzeum Holokaustu, Kasárenská 1005 Otwarcie wystawy Rada Pomocy Żydom „Żegota” oraz wykład dyrektora Muzeum Holokaustu dr. Martina Korčoka o Polakach i Słowakach, którym przyznano tytuł Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. Po wykładzie odbędzie się projekcja filmu Azyl / Úkryt v ZOO (reż. Niki Caro).

➠ marzec 2018, Bratysława, Instytut Polski oraz Uniwersytet Mateja Bela w Bańskiej Bystrzycy Wykłady prof. Czesława Brzozy z Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego na temat historii Polski XX w. po 1918 r z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości ➠ marzec 2018, Żylina, Teatr Lalkowy Premiera przedstawienia lalkowego M. Guśniowskiej pt. Niech to gęś kopnie.

29


Monitor3_2018 5.3.2018 10:46 Page 30

Kiedy zamieni się

dobré ráno na guten Morgen

naszą ulicę w Čiernej Vode koło Bratysławy wjeżdża ogromna ciężarówka. Jak ona się tu zmieści? Czy to naprawdę do nas? Obserwujemy ją z okien domu sąsiadów, bo właśnie u nich spędzam razem z dziećmi, wtedy pięcio- i dwulatkiem, naszą ostatnią noc przed wyprowadzką. Mąż śpi na dmuchanym materacu w domu, który właśnie opuszczamy. Mam łzy w oczach. I wtedy, i teraz, gdy to wspominam.

Na

Pożegnanie ze Słowacją Gdy przeprowadzaliśmy się z Polski na Słowację, to w planach były cztery lata pobytu w tym miłym kraju, a potem powrót do Warszawy. Te cztery lata przedłużyły się o kolejne cztery. Osiem lat – to dużo czy mało? Na początku nie znaliśmy tu nikogo, a gdy wyjeżdżaliśmy to płakaliśmy my i wszyscy z naszej ulicy. Na Słowacji poznaliśmy mnóstwo bardzo fajnych ludzi – Słowaków i Polaków. Z niektórymi jesteśmy do dziś w bliskim kontakcie. I jak tu wyjeżdżać? Smuto nam, smutno im, a w głowie kołaczą się pytania, dotyczące przyszłości. Jak będzie w nowym miejscu? Czy ja na pewno chcę jechać do Niemiec? Jak długo tam zostaniemy? Tym razem to będzie pobyt stały. Tym razem to zmiana nie tylko dla nas, ale i dla naszych dzieci, z których młodsze urodziło się właśnie w Bratysławie.

wiązałam kontakty. I choć poziom języka niemieckiego nie za wiele się u mnie poprawił, to do dziś się odwiedzamy i wspieramy nawzajem.

Słowacki i niemiecki na poziomie

raczej trudno pracować na pełny etat. Zresztą wiele mam zostaje w domu nawet do czasu, gdy dziecko pójdzie do szkoły.

Jak dobrze mieć dzieci! W niemieckim przedszkolu Zaczęło się od szukania mieszkania i miejsca dla dzieci w pobliskim przedszkolu. I tu nas niemiecki system socjalny zaskoczył. Jak usłyszałam, że dostaniemy miejsca dla obojga dzieci w przedszkolu, ale nie są to miejsca na cały dzień, to nie wiedziałam, o co chodzi. Okazało się, że przedszkole ma ograniczoną liczbę miejsc na cały dzień (kontyngent - niemalże jak w wojsku!), kiedy to dzieci zostają w placówce również na czas obiadu. Oprócz tego przyjmuje też dzieci, które mogą zostać do godziny 12:00, a potem mogą znów być przyprowadzone o 14:00 i być tam do 16:00. Na szczęście od kolejnego roku szkolnego zwolniło się parę miejsc na cały dzień i nasze dzieci zostały przyjęte. Mogłam ubiegać się o pracę – uff! Wróciłam na pół etatu. Ze względu na godziny otwarcia przedszkola i szkoły 30

Jak się ma dzieci, to dużo kręci się wokół nich. Niemcy, których poznałam, są naprawdę bardzo aktywni. Ja, znając ich język tylko trochę, byłam nieśmiała w nawiązywaniu kontaktów. Jednak naszym dzieciom brak umiejętności językowych w tym nie przeszkodziło. Szybko zostały zaakceptowane w grupie przedszkolnej i zaczęły otrzymywać zaproszenia do odwiedzin u innych dzieci. Mimo że w naszej miejscowości, liczącej około 30 tys. mieszkańców, jest kilka placów zabaw, to zazwyczaj bywają one puste (nie tak, jak na Słowacji, gdzie jest giełda informacji między mamami). Praktykuje się tu raczej wzajemne odwiedzanie się w domu. Okazało się to dla mnie bardzo korzystne, bo dzieci były jeszcze małe i potrzebowały, by w odwiedziny iść razem z mamą. Dzięki temu i ja na-

Pamiętam, jak rozpoczynałam pracę w Bratysławie. Miałam wtedy indywidualny kurs języka słowackiego dwa razy w tygodniu. Później już tylko raz w tygodniu, aż w końcu stwierdziłam, że mój kontakt z koleżankami w pracy na co dzień jest na tyle owocny, że żadnego kursu już nie potrzebuję. Bardzo mi pochlebiało, jak ludzie chwalili mój słowacki, twierdząc, że prawie nie słychać, że jestem cudzoziemką. Niestety, tego poziomu wciąż nie udało mi się osiągnąć w języku niemieckim. Mimo że miałam przez jakiś czas możliwość indywidualnej nauki, to jednak brak aktywnego mówienia w czasie prywatnym ograniczył mój rozwój. Pewnie teraz rodzi się pytanie, dlaczego. Po pierwsze oboje z mężem jesteśmy Polakami, więc w domu rozmawiamy tylko po polsku. U dzieci też pielęgnujemy mowę ojczystą – starszy syn ma nawet możliwość uczęszczania na lekcje polskiego raz w tygodniu. Do tego mocno rozwinął się kontakt z Polakami, którzy mieszkają w naszym mieście. Jest ich tu zaskakująco dużo! Nie jest to zorganizowana Polonia, tak jak to było na Słowacji, ale trzymają się razem. Panowie regularnie kopią piłkę w niedziele, organizuje się karnawałowe imprezki, są i „babskie” wyjścia na koncerty, do kina itp. Nawzajem polecamy sobie fryzjera, lekarza, opiekunkę do dziecka. MAGDALENA KULMA, Niemcy Dokończenie w kolejnym numerze „Monitora“ MONITOR POLONIJNY


Monitor3_2018 5.3.2018 10:46 Page 31

narciarskie przygody astanawiałem się, o czym wam dziś opowiem, bo chociaż zima się już kończy, to długo jeszcze będę wspominał te najlepsze tegoroczne zimowe dni. W tym roku długo nie było śniegu, więc równie długo czekaliśmy, by móc założyć narty. Dopiero na początku lutego, gdy już myśleliśmy, że zimy się nie doczekamy, rodzice zabrali nas do ośrodka Martinky. Jest to wyjątkowe miejsce, do którego prowadzi jednokierunkowa droga. Rano można jechać tylko w górę, a po południu tylko w dół. Ponadto droga jest stroma, także przed wjazdem kontroluje się, czy samochody mają na przednich kołach założone łańcuchy albo czy auto jest przystosowane do jazdy po górach. Mój tata nigdy wcześniej nie zakładał łańcucha, także ucieszyliśmy się, gdy kierowca innego samochodu pokazał nam, jak to zrobić. On założył jeden łańcuch w 2 minuty, my potrzebowaliśmy na to dużo więcej czasu. Potem pojechaliśmy, wyżej i wyżej. Pomiędzy drzewami widzieliśmy Tatry po drugiej stronie. Na szczycie się okazało, że trasy były bardzo dobrze przygotowane i mogliśmy wreszcie sprawdzić, jak się jeździ na naszych nowych, dłuższych nartach. Kolejną niespodzianką była dla nas wspaniała panorama Tatr, które widzieliśmy jak na dłoni. Bardzo się nam podobał nowoczesny wyciąg krzesełkowy. Gdy udało się nam rozjeździć, szusowaliśmy po wszystkich stokach. Do domu wracaliśmy

Z

MARZEC 2018

zmęczeni, ale bardzo zadowoleni. Po niedługim czasie mieliśmy możliwość poznania nowego stoku. U mamy w pracy organizowano wyjazd autobusem do Austrii, do ośrodka Stuhleck Semmering. Dla nas oznaczało to podwójną atrakcję, bo nigdy jeszcze nie jechaliśmy autokarem tak długo i nie byliśmy za granicą na nartach. W dniu wyjazdu obudziliśmy się bardzo wcześnie, bo o 6 rano wyjeżdżaliśmy z Nowego Miasta nad Wagiem. Po załadowaniu całego naszego sprzętu udało nam się zająć dobre miejsca w autobusie. Siedzieliśmy przed automatem na kawę, dzięki czemu mieliśmy dużo miejsca na nogi. Po drodze było nam bardzo wesoło – planowaliśmy, którymi trasami będziemy zjeżdżać i co tam będziemy robić. Na miejsce przyjechaliśmy wcześniej, niż planowaliśmy, dlatego mieliśmy więcej czasu na jazdę na nartach. Kolejka zabrała nas w długą podróż w górę. Podczas tego wjazdu zobaczyliśmy, jak duży jest ten ośrodek narciarski. Na górze, gdy wsiadaliśmy do kolejnego

wagonika, okazało się niestety, że jest duża mgła i bardzo mało widać. Dlatego też większość dnia jeździliśmy na niżej położonych trasach. Ale wierzcie mi, było ich tak dużo, że nie udało nam się wszystkich wypróbować. Gdy byliśmy już zmęczeni, zrobiliśmy sobie przerwę na obiad. W restauracji pracowali Słowacy, którzy chętnie polecili nam najlepsze dania. Po przerwie wjechaliśmy

na samą górę, bo pogoda trochę się poprawiła. Po całym dniu jeżdżenia na nartach zmęczeni, ale szczęśliwi wróciliśmy do autobusu. W drodze powrotnej bawiliśmy się z bratem w kelnerów. Pytaliśmy się pasażerów, czy nie mają ochoty na kawę, i podawaliśmy im ją na niby. To był bardzo fajny dzień. JAKUB KRCHEŇ z mamą OLĄ

Rozwiąż krzyżówkę a dowiesz się, jaki jest mój ulubiony sprzęt zimowy

1. Czym jeździsz na torze saneczkowym? 2. Musisz go kupić, by móc jeździć wyciągiem cały dzień 3. Polsie i słowackie góry 4. Niebieska jest dla początkujących narciarzy 5. Kolejka linowa, która zabiera narciarzy na górę 31


Monitor3_2018 5.3.2018 10:47 Page 32

Święta wielkanocne to kulinarnie udane zestawienie potraw ostrych, jak chrzan, i słodkich, lekkich ciast. Obok imponujących drożdżowych bab najchętniej pieczemy wtedy serniki. Przepis, który widzą Państwo poniżej, jest nie byle jaki,

był już nawet w Telewizji Markiza, a nosi niezwykła nazwę – sernik z rosą. Przygotowywała go tam pani Justyna Pilip przy okazji prezentacji płyty Klubu Polskiego „Za górami, za lasami, za Tatrami“. Pani Justynie serdecznie dziękujemy!

Sernik z rosą Składniki:

Na bezę: • 4 białka i pół szklanki cukru

Sposób przyrządzania: Jajka i żółtka utrzeć z cukrem, następnie – stale ucierając – dodawać twaróg, później mleko ze Złotym Kłosem, a na końcu olej. Można doprawić wanilią. Masę przelać do formy i piec najpierw 15 minut w 180 stopniach, a potem godzinę w 160 stopniach. Pod koniec pieczenia sernika zabieramy się za masę bezową – białka ubijamy z cukrem na sztywną pianę. Gdy sernik się upiecze, polewamy pianą wierzch ciasta i z powrotem wkładamy do piekarnika na około 20 minut (już w temperaturze 150 stopni).

Po tym czasie wyjmujemy i odstawiamy minimum na 4 godziny, najlepiej na całą noc. Jeśli ktoś chce mieć ciasto wyższe lub lubi serniki na spodzie, może przed przygotowaniem masy sernikowej ugnieść kruche ciasto maślane: 30 dag mąki, 20 dag masła, 10 dag cukru w proszku, 1 żółtko i odrobina soli. Całość należy dobrze wyrobić, rozwałkować, nakłuć widelcem i piec około 15 minut w 180 stopniach. Mając taki spód, dopiero na to wylać masę serową. ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

• 2 całe jajka • 4 żółtka (białka odłożyć do bezy) • 1 szklanka cukru (szklanka = 225 ml) • 1 kg twarogu sernikowego w wiaderku • 3 szklanki mleka • 1,5 opakowania Złotego Kłosa • pół szklanki oleju rzepakowego

Delikatna beza na serniku może przypominać rosę. Niektórzy przed upieczeniem „wyciągają” ubijakiem w górę takie delikatne kopczyki, które – gdy już ciasto jest gotowe – dają efekt artystyczny. Zatem do dzieła! Niech świąteczny zajączek ma co jeść. AGATA BEDNARCZYK

Monitor Polonijny 2018/3  
Monitor Polonijny 2018/3  
Advertisement