Page 1

ISSN 1336-104X

Monitor2_2018 6.2.2018 18:43 Page 33

. Niech zyje bal… str. 14

Za górami za lasami za Tatrami str. 22

JaBlCo & prZyJaCiele

© 2018 KLUB POLSKI Wszelkie prawa producenta i właściciela nagranych utworów zastrzeżone. Kopiowanie, wypożyczanie oraz publiczne odtwarzanie niniejszej płyty bez zezwolenia jest zabronione.


Tylko i aż 2% na rzecz Klubu

Monitor2_2018 6.2.2018 18:37 Page 2

„To nic nie kosztuje, a może pomóc w organizacji naszych spotkań”, „Te pieniądze nie zostaną w mojej kieszeni, ale wrócą do mnie w innej formie – spotkań klubowych“, „Jestem Polakiem, więc chcę wesprzeć działania słowackiej Polonii“ – to tylko niektóre z wypowiedzi naszych rodaków, którzy zdecydowali się wesprzeć Klub Polski, przekazując na jego rzecz 2 % ze swoich podatków.

Jak to zrobić?

Osoby zatrudnione na podstawie umowy o pracę muszą w swoim (właściwym dla miejsca zamieszkania) Urzędzie Skarbowym przedłożyć potwierdzenie od pracodawcy o zapłaceniu podatku wraz z oświadczeniem o przekazaniu jego 2% na rzecz Klubu Polskiego. Wzory druków znajdują się na stronie internetowej www.rozhodni.sk. Firmy i osoby prowadzące działalność gospodarczą w końcowej części zeznania podatkowego za rok 2017 wpisują tylko nazwę, IČO i adres naszej organizacji – szczegóły także na stronie www.rozhodni.sk. Informacja dla urzędu o odbiorcy 2% Państwa podatku to jego pełna nazwa, IČO i adres, czyli: Poľsky klub – spolok Poliakov a ich priateľov na Slovensku, IČO 30807620, Nam. SNP 27, 814 99 Bratislava. Informacje o zarejestrowanych na rok 2018 organizacjach (w tym o Klubie Polskim) znajdują się na www.rozhodni.sk.

2

Szanowni Państwo, Czytelnicy „Monitora Polonijnego“, Członkowie i Przyjaciele Klubu Polskiego na Słowacji! Klub Polski został zarejestrowany jako organizacja, mogąca przyjmować dotacje 2 % z podatków za rok 2017 od osób fizycznych i prawnych. Działalność klubowa jest realizowana przede wszystkim dzięki wielkiemu zaangażowaniu działaczy i członków Klubu na terenie całej Słowacji. Nasza organizacja otrzymuje dotacje głównie od instytucji rządowych Słowacji i Polski, ale równie ważne jest wsparcie, którego może nam udzielić każdy z Państwa, darując nam 2% swoich podatków. Ta darowizna jest niezmiernie ważna dla nas, bowiem to właśnie ona pomaga nam w realizacji zadań, szczególnie w pierwszym półroczu, kiedy na przyznanie dotacji jeszcze czekamy. Warto podkreślić, że gdybyśmy tych środków nie otrzymali, nie bylibyśmy w stanie zrealizować wszystkich imprez. Wierzymy, że przekazanie 2 % z podatków na rzecz Klubu Polskiego pomoże nam w realizacji jego działań również w roku bieżącym. Mamy nadzieję, że wykorzystają Państwo tę możliwość wsparcia Klubu, która właściwie nic nie kosztuje poza odrobiną czasu, poświęconego na wypełnienie formularzy. Prosimy o te skromne 2%, które przecież i tak oddadzą Państwo wraz z podatkiem. Dziękuję tym wszystkim, którzy na rzecz Klubu Polskiego przekazali środki finansowe ze swoich podatków w latach ubiegłych. Dzięki temu mogliśmy zrealizować projekty, które nie otrzymały wsparcia z dotacji, mogliśmy też pokryć koszty administracyjne naszej organizacji. Z uszanowaniem i pozdrowieniami MONIKA BORKOWSKA Prezes Klubu Polskiego na Słowacji

MONITOR POLONIJNY


Monitor2_2018 6.2.2018 18:37 Page 3

Ten nasz „Monitor“ to samo życie – smutki przeplatają się z radością, optymizm z nostalgią i rozważaniami nad przemijaniem. Bo oto na początku roku dotarła do nas smutna wiadomość o śmierci Jozefa Marušiaka – wybitnego tłumacza literatury polskiej na język słowacki. Wspominamy więc nie tylko jego dorobek, ale i miłe chwile spotkań z tym ciepłym, serdecznym Przyjacielem Polski (str. 8). Wspominamy też wydarzenia sprzed 15 laty, kiedy w Liptowskim Mikulaszu powstawał konsulat honorowy (str. 10). Skocznie i radośnie wkroczyły w nowy rok nasze maluchy, które wzięły udział w balu przebierańców, zorganizowanym przez Klub Polski w Bratysławie (str. 14). A dorośli hucznie świętowali wydarzenie muzyczne, które przygotowywano ponad rok. Mowa o pierwszej autorskiej płycie Klubu Polskiego pt. „Za górami, za lasami, za Tatrami“, która w styczniu została zaprezentowana szerokiej publiczności (str. 18). O innych artystycznych poczynaniach rozmawiamy w „Wywiadzie miesiąca” z naszą rodaczką mieszkającą na Słowacji, Joanną Kożuch, której specjalnością jest film animowany (str. 5). Przynosimy też relację z wykładu zorganizowanego przez Klub Polski na temat dwujęzyczności w rodzinie, który poprowadziła Anna Šírová-Majkrzak (str. 17). Jak co miesiąc zapraszamy do wspólnej zabawy dzieci (str. 30) i dorosłych, czyli do rozwiązania krzyżówki – tym razem z bardzo aktualnym dla słowackiej Polonii hasłem (str. 26). Zwracamy też uwagę na sporty zimowe, w tym na kolejne Zimowe Igrzyska Polonijne, które zbliżają się wielkimi krokami (str. 4). Poza tym polecamy recenzje książkowe, filmowe i inne lubiane rubryki, które systematycznie goszczą na łamach naszego pisma. W imieniu redakcji życzę miłej lektury

Zimowe zmagania (nie tylko olimpijskie)

Z KRAJU

4

4

WYWIAD MIESIĄCA Joanna Kożuch o animacji, czyli jodze dla wytrwałych 5 Odszedł wielki przyjaciel Polski. Jozef Maruśiak (1932 - 2018)

8

Z NASZEGO PODWÓRKA

10

Kiedy ostatnio otrzymałem list?

21

CZUŁYM UCHEM „Za górami, za lasami, za Tatrami, czyli tu?

22

BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Proces zła

22

KINO – OKO Kochajmy Vincenta

24

SŁOWACKIE PEREŁKI Niezdobyty bastion

25

KRZYŻÓWKA

26

Tato, co Ty na to ?

28

OGŁOSZENIA

28

ROZSIANI PO ŚWIECIE Fascinujúca perla dvoch kontinentov. Náhoda alebo osud?

29

MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Nasze małe podróże 31 PIEKARNIK Francja – elegancja

32

ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk, Agnieszka Drzewiecka, Katarzyna Pieniądz, Magdalena Zawistowska-Olszewska KOREŠPONDENTI: KOŠICE: Magdalena Smolińska • TRENČÍN: Aleksandra Krcheň JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE: Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik ZAKLADAJÚCA ŠÉFREDAKTORKA: Danuta Meyza-Marušiaková † (1995 - 1999) • VYDAVATEĽ: POĽSKÝ KLUB • ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • IČO: 30 807 620 • KOREŠPONDENČNÁ ADRESA: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel: 031/5602891, monitorpolonijny@gmail.com • BANKOVÉ SPOJENIE: Tatra banka č.ú.: SK60 1100 0000 0026 6604 0059 • EV542/08 • ISSN 1336-104X Redakcia si vyhradzuje právo na redigovanie a skracovanie príspevkov • náklad 550 ks • nepredajné Realizované s finančnou podporou Fondu na podporu kultúry národnostných menšín.

LUTY 2018

3


Monitor2_2018 6.2.2018 18:37 Page 4

ajważniejsze wydarzenie lutego to zdecydowanie XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Pjongczangu. Korea Południowa to szczególny kraj, można się więc spodziewać, że impreza ta będzie przebiegać na najwyższym poziomie. Sportowcy 89 krajów będą rywalizować w 15 dyscyplinach, które złożą się ogółem na 102 konkurencje. Po raz pierwszy zobaczymy na ekranach takie dyscypliny, jak: Big Air (konkurencja snowboardowa), curling par mieszanych, bieg masowy w łyżwiarstwie szybkim i zawody drużynowe w narciarstwie alpejskim. Na tych igrzyskach zadebiutują reprezentanci Ekwadoru, Erytrei, Kosowa, Malezji i Singapuru. Maskotkami olimpiady będą tygrys Soohorang oraz niedźwiedź himalajski Bandabi. Ciekawie się złożyło, że pod koniec lutego odbędzie się jeszcze jedna impreza – XIII Światowe Zimowe Igrzy ska Polonijne. Polscy sportowcy mieszkający na stałe poza granicami swojej ojczyzny będą mogli (reprezentując kraje obecnego zamieszkania) rywalizować w medalowych konkurencjach. Taka olimpiada to nie nowinka – istnieje od 1934 roku, wspiera ją Polski Komitet Olimpijski, a wieloletnim organizatorem jest Stowarzyszenie Wspólnota Polska.

Zimowe zmagania

N

(nie tylko olimpijskie)

Zmagania sportowe na światową skalę od zawsze przyciągają przed telewizyjne ekrany miliony kibiców. To najprostszy i zarazem bardzo emocjonujący sposób na poznanie wielu gwiazd sportu, ciekawych konkurencji, na podziwianie emocji, towarzyszącym nieoczekiwanym zwycięstwom i wielkim przegranym. Szczególnie mocno wspierają sportowców zimowych te kraje, w których narciarstwo, łyżwiarstwo czy hokej są pasją codzienną, weekendową, popularnym sposobem na spędzanie czasu. Słowem tam, gdzie klimat na to pozwala. Słowacy i Polacy kochają sporty zimowe, a transgraniczny ruch w czasie ferii ożywa z ogromnym natężeniem. Nasłonecznione i bogato wyposażo-

ry zapoczątkowały upadek komunizmu w Polsce. KAMIL STOCH zwyciężył w 66. Turnieju Czterech Skoczni. Jako drugi w historii zawodnik – po Niemcu Svenie Hannawaldzie – triumfował na wszystkich czterech obie ktach. GRAFIK TOMASZ SARNECKI nie żyje. Autor słynnego plakatu wyborczego z 1989 r. zmarł 3 stycznia. Plakat przedstawiał Gary’ego Coopera jako szeryfa z westernu „W samo południe“, na tle napisu „Solidarność. W samo południe. 4 czerwca 1989“, idącego z kartką wyborczą w dłoni i znaczkiem „S“, przypiętym do kamizelki. Wy grane wówczas przez Solidarność pierwsze częściowo wolne wybo4

PREZYDENT ANDRZEJ DUDA na wniosek premiera Mateusza Morawieckiego 9 stycznia dokonał zmian w składzie rządu. Odwołani zostali ministrowie obrony Antoni Macierewicz, środowiska Jan Szyszko, zdrowia Konstanty Radziwiłł oraz spraw zagranicznych Witold Waszczykowski. Nowym szefem MON został Mariusz Błaszczak, fotel szefa resortu środowiska objął Henryk Kowalczyk,

ne słowackie stoki przyciągają tysiące polskich turystów, Słowacy zaś polubili Zakopane i coraz chętniej spędzają tam weekendy. Kraje, w których jeszcze do niedawna panowały zimy z prawdziwego zdarzenia, mogą poszczycić się niejednym medalem w historii zimowych igrzysk olimpijskich. Zanim jednak szczęśliwy sportowiec weźmie udział w olimpiadzie, musi intensywnie trenować – nierzadko od dziecka – by spełnić to największe marzenie młodego człowieka, rozpoczynającego treningi w wybranej przez siebie dyscyplinie. Sanki, narty, łyżwy! Jeśli tylko warunki na to pozwalają, dzieciaki i młodzież na ogół z radością uczestniczą w białym szaleństwie. Czasami, w jakimś jednym

ministrem zdrowia został Łukasz Szumowski, szefem dyplomacji Jacek Czaputowicz. Anna Streżyńska została odwołana z funkcji ministra cyfryzacji. Nowym ministrem spraw wewnętrznych i administracji w miejsce Mariusza Błaszczaka został Joachim Brudziński (dotychczasowy wicemarszałek Sejmu). Ministerstwo finansów objęła Teresa Czerwińska. Ministrem inwestycji i rozwoju został Jerzy Kwieciński, a szefem nowego resortu przedsiębiorczości i technologii została Jadwiga Emilewicz. Andrzej Adamczyk został powołany na ministra infrastruktury. SEJM ODRZUCIŁ 10 stycznia projekt komitetu „Ratujmy Kobiety 2017“, przewidujący liberalizację

obowiązujących obecnie przepisów aborcyjnych. Posłowie skierowali natomiast do komisji inny obywatelski projekt, komitetu „#ZatrzymajAborcję“, zaostrzający prawo dotyczące aborcji. Projekt łagodzący prawo aborcyjne został odrzucony, ponieważ głos w tej sprawie w opozycji nie był jednolity. By wniosek przeszedł dalej, zabrakło 9 głosów. Po tym głosowaniu z klubu PO zostali wykluczeni posłowie Marek Biernacki, Joanna Fabisiak oraz Jacek Tomczyk. Natomiast troje posłów Nowoczesnej Joanna ScheuringWielgus, Joanna Schmidt i Krzysztof Mieszkowski zawiesili swoje członkostwo w swoim klubie z powodu postawy swoich 10 kolegów, którzy nie wzięli udziału w głosowaniu. MONITOR POLONIJNY


Monitor2_2018 6.2.2018 18:38 Page 5

JUŻ PO RAZ 26 w całej Polsce, a także w wielu miastach za granicą zagrała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Celem tegorocznego finału, który odbył się 25 stycznia, było pozyskanie środków dla wyrównania szans w leczeniu noworodków. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zgrała m.in. w Australii, Indonezji, USA, Kanadzie, na Bali, w Polskiej Stacji Polarnej na Spitsbergenie. Jeden z najbardziej ulubionych polskich aktorów, FRANCISZEK PIECZKA, czyli m.in. Gustlik z serialu „Czterej pancerni i pies“, 18 stycznia skończył 90 lat. „Ja już nic nie muszę, ale jeszcze wiele mogę“ – powiedział w wywiadzie dla PAP. Pieczka pochoLUTY 2018

Joanna Kożuch o animacji, czyli jodze dla wytrwałych dzie można się poczuć jak na piedestale ludzkiej głupoty? Jak to jest realizować film wraz z mężem? Ile dzieliło ją od nominacji na Oscara? O tym i o wielu innych sprawach rozmawiałam z Joanną Kożuch – reżyserką i autorką filmów animowanych, uznawanych i nagradzanych na wielu festiwalach, naszą rodaczką od kilkunastu lat mieszkającą w Bratysławie.

G

dzi z Górnego Śląska, ale związany jest z Warszawą. PO EMITOWANYM 20 stycznia w TVN24 programu „Superwizjer“, który ujawnił wyniki dziennikarskiego śledztwa, dotyczącego działalności stowarzyszenia „Duma i Nowoczesność“, rozpętała się burza. Na nagraniu pokazano obchody 128. urodzin Adolfa Hitlera, zorganizowane w lesie niedaleko Wodzisławia Śląskiego. Według premiera Mateusza Morawieckiego organizacje, które gloryfikują niemiecki nazizm czy inne totalitaryzmy i posługują się ich symbolami, powinny zostać zdelegalizowane, a młodzi ludzie zaangażowani w te praktyki powinni zostać ukarani.

ZDJĘCIA: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

przypadku na tysiąc, na osiedlowym lodowisku czy lokalnej górce stawia pierwsze kroki przyszły olimpijski mistrz. Nie jest to łatwa droga, bo w Polsce obiektów, pozwalających młodym i zdolnym doskonalić umiejętności nadal jest zbyt mało. Zimy są coraz cieplejsze, więc koszty utrzymania odpowiednich nawierzchni w ośrodkach sportowych stale rosną. Za to na Słowacji duch sportu od zawsze wydawał się bardziej obecny. Pamiętam, z jakim przekonaniem i radością moi słowaccy znajomi każdą wolną zimową chwilę przeznaczali na rodzinne wypady za miasto – głównie na narty, ale też na łyżwy czy hokej. Wybór był zawsze ogromny. Na szczęście i w Polsce modne ostatnio zrobiły się sezonowe lokalne lodowiska, przy których działają wypożyczalnie łyżew i każdy, niezależnie od wieku, może spróbować swoich sił w tej eleganckiej konkurencji. Lodowiska, zwłaszcza teraz – w czasie zimowych ferii – przyciągają mnóstwo ciekawskich i odważnych. Zanim więc wygodnie rozsiądziemy się na kanapie, by kibicować naszym sportowcom i być świadkami narodzin niejednej sławy, może najpierw sami zmobilizujmy się do aktywności na świeżym, zimowym powietrzu. Chociaż w większości naszych miejscowości póki co śniegu brak, a meteorolodzy wieszczą szybką i ciepłą wiosnę, każda dawka ruchu ma zbawienny wpływ nie tylko na ciało, ale i duszę, wyziębioną z braku słońca i optymizmu. Jeśli więc znów okaże się, że na olimpiadzie nasi reprezentanci zdobyli zbyt mało medali, nie pozostanie nic innego, jak wziąć się za siebie i, przełamując opory, założyć łyżwy lub narty. AGATA BEDNARCZYK

W wieku 64 lat zmarła 21 stycznia reportażystka, dziennikarka LIDIA OSTAŁOWSKA. Była związaną z „Gazetą Wyborczą“, gdzie publikowała m.in. w „Dużym Formacie“. Pisała reportaże o mniejszościach narodowych i etnicznych, o kobietach, osobach wykluczonych, pisała też o młodzieży z subkultur. Zbiory jej reportaży to m.in. „Cygan to Cygan“, „Bolało jeszcze bardziej“ o polskiej prowincji, a także „Farby wodne“ o Dinie Gottliebowej, za którą zdobyła nagrodę Warszawskiej Premiery Literackiej. Film „TWÓJ VINCENT“ w reż. Doroty Kobieli i Hugh Welchmana otrzymał 23 stycznia nominację do Oscara w kategorii

pełnometrażowy film animowany. Na jego potrzeby 125 artystów 15 narodowości namalowało łącznie 65 tys. obrazów. Film jest fabularyzowaną prezentacją malarstwa Vincenta van Gogha i ostatnich dni jego życia. SZEF MSWIA Joachim Brudziński przedstawił 25 stycznia w Sejmie informację na temat osób i organizacji, które można podejrzewać o propagowanie faszyzmu i innych totalitaryzmów. Zapowiedział zero tolerancji dla jakichkolwiek przejawów propagowania, afirmowania, gloryfikowania zbrodniczych ustrojów totalitarnych. MP

5


Monitor2_2018 6.2.2018 18:38 Page 6

Podobno miałaś szansę na Oscara, biorąc udział w 34. Warszawskim Festiwalu Filmowym, który odbył się w październiku? Sam udział w tym festiwalu to już duże wyróżnienie, a o nominacji do Oscara można byłoby marzyć, gdybym ten festiwal wygrała. Startowałam tam z filmem „39 tygodni i 6 dni“, który jest moją i mojego męża opowieścią o oczekiwaniu na dziecko. Kiedy byłam w ciąży z pierwszą córką, postanowiliśmy notować i szkicować to, co w związku z tym przeżywaliśmy. A ponieważ oboje (Boris Šima – przyp. od red.) jesteśmy animatorami, to te obrazy były automatycznie pomysłami na film. Jak wygląda praca nad takim filmem? Trzeba mieć pomysł, pisze się treat ment, czyli tekst, który jest streszczeniem tego, o czym chce się zrealizować film. Przy filmach animowanych trzeba narysować każde ujęcie – nazywa się to storyboard (scenariusz obrazkowy). Robi się go dla każdego filmu animowanego – krótkiego i długiego. Potem jeszcze animatik i scenariusz techniczny, w którym kładzie się nacisk na dane techniczne, jak na przykład ruch kamery. To strasznie dużo pracy! Tak, nasze koleżanki to nazywają jogą dla wytrwałych. A jak zdobywa się fundusze na taki film? Wtedy napisaliśmy krótki tekst do słowackiego Funduszu Literackiego i w ramach konkursu udało nam się pozyskać wsparcie finansowe. Ale większość naszych projektów wspiera słowacki Fundusz Audiowizualny, bez którego nie zrobilibyśmy nic. A potem to już klasyka: szuka się producenta i pracuje. To chyba przyjemne wyzwanie, kiedy nad projektem pracują oboje małżonkowie? Fajnie było, ale już nigdy więcej. Wystarczyło tej współpracy (śmiech). Animacja ma to do siebie, że sporo czasu spędza się samemu czy w tym przypadku z mężem, więc potem to naturalne, że obcowanie z tą samą osobą – i w pracy, i w domu – może 6

być wyzwaniem. I my w pewnym momencie stwierdziliśmy, że fajnie, spróbowaliśmy, cieszymy się z efektów, ale starczy nam tej współpracy na długo. A jak byś opisała efekt tej współpracy? Powstał eksperymentalny film animowany, w którym dziecko i kobieta w ciąży nie pojawiają się ani razu. Ale za to jest sporo zapachów, jedzenia, animacji ognia, wody, czasu i ziemi. Miał to być animowany dziennik. Ja się bawiłam animacją wody, Borisa najbardziej interesował czas. W tym filmie chodziło o to, żeby pokazać niby te same rzeczy, ale przecież każde z rodziców widzi je z innej strony. Chcieliśmy notować emocje. Automatycznie wkradł się tam surrealizm, który ja bardzo lubię i wszędzie go wciskam. Jak długo trwały prace nad filmem? Ciążę przeżywaliśmy 7 lat temu i wtedy powstawały pierwsze szkice, ale potem projekt jakiś czas przeleżał. Kiedy do niego wróciliśmy, kosztował nas rok intensywnej pracy no i dodatkowo poświęciliśmy mu jeszcze pół roku na testach animacji. W międzyczasie realizowaliśmy inne projekty. Och, świetnie by było robić tylko jedną rzecz w danym czasie, ale to tak w tym świecie filmowym nie działa. Obecnie na przykład ubiegamy się o trzy granty, a dopiero wiosną lub w przypadku jednego z nich latem, dowiemy się, czy zyskają one wsparcie finansowe. To nad czym teraz pracujesz? Nad filmem o ludzkiej głupocie. To będzie film, którego polski tytuł brzmi „Było sobie morze...“. Chodzi o Morze Aralskie, które wskutek ludzkiej interwencji wysycha. Chcę po kazać tragedię tych, którzy zostali w mieście, będącym kiedyś miastem portowym. Moim bohaterem jest m.in. były marynarz, którego kuter rybacki nadal stoi na słonym piasku, choć morze znajduje się obecnie ok.

Chcę pokazać tragedie tych, którzy zostali w mieście, będącym kiedyś miastem portowym.

150 kilometrów dalej. W miasteczku działa jeszcze ostatni hotel. Ci ludzie, którzy stamtąd nie uciekli, żyją przeszłością. Kapitan cały czas wraca we wspomnieniach na morze, któremu poświęcił 20 lat swojego życia. Obecnie mieszka w przyczepie kempingowej. Inny człowiek, który nas zawiózł swoim samochodem nad morze, czyli tych 150 kilometrów dalej, postanawia wziąć na ten wyjazd swojego 7-letniego syna. Po co? Żeby zobaczył morze, bo nigdy go jeszcze nie widział, choć codziennie bawi się na słonym piasku! Co Cię ujęło w tej historii najbardziej, że postanowiłaś o niej zrobić film? Ludzie, którzy są cudowni, serdeczni, ale mają w sobie ciszę. W innych miejscach Uzbekistanu turysta jest na wagę złota, o niego biją się sprzedawcy, oferując kilo ryb, garnitur czy miednicę. A tam jest cicho. I biednie. Tam się dokonała jedna z większych katastrof ekologicznych ludzkości, która była zapoczątkowana w latach 60. ubiegłego stulecia poprzez nierozsądne decyzje o stworzeniu na tych terenach mocarstwa bawełny. Jak wpadłaś na ten temat? Czytałam „Imperium“ Kapuścińskiego i doszłam do jednego z rozdziałów, właśnie o Morzu Aralskim. Wtedy poczułam, że muszę tam pojechać. Kiedy tam dotarłam poczułam się jak na piedestale ludzkiej głupoty. Morze wyschło, została słona pustynia, a w pobliżu jest jeszcze wyspa, która była tajnym poligonem, gdzie testowano broń biologiczną! Zapamiętujesz takie obrazy, na podstawie których potem realizujesz film animowany? W to miejsce wróciłam drugi raz w 2014 roku z aparatem fotograficznym. Na podstawie zdjęć będę rysować ludzi – bohaterów filmu. Trochę zmienię ich rysy, żeby nie można ich było tak łatwo zidentyfikować. To będzie film z morałem? Zdecydowanie tak! To klasyczna historia ludzi, którzy są małymi pionkami w historii. Żyją w takich, a nie MONITOR POLONIJNY


Monitor2_2018 6.2.2018 18:38 Page 7

innych warunkach, bo ktoś „u góry“ tak zdecydował. Oni nie mieli tu nic do powiedzenia, nie mają dokąd uciec. Nie mam ambicji zbawiać świata, to by było naiwne z mojej strony. Nie lubię patetyzmu, żeby mówić, iż jesteśmy odpowiedzialni za Ziemię. No, ale jesteśmy!

Nie mam ambicji zbawiać świata, to by było naiwne z mojej strony. zdjęcie w całości. Pomyślałam, że coś musi być uroczego w animacji, kiedy człowiek się tak namęczy, stworzy ileś tam rysunków, a potem puści to w ruch. Zdecydowałam, że chcę to przeżyć! Wybrałam tę pracownię tylko na pół roku, ale zostałam pięć lat i obroniłam się z filmu animowanego.

Skąd Twoje zainteresowanie animacją? Przypadkiem, jak większość rzeczy w moim życiu. Chodziłam do liceum plastycznego i wymarzyłam sobie malarstwo. Dostałam się na Akademię Sztuk Pięknych do Poznania, gdzie oprócz pracowni na swoim wydziale można było korzystać z pracowni na innym wydziale. Zawsze fascynowała mnie fotografia. Czułam magię, kiedy w ciemni wkładałam do chemicznych roztworów papier, a na nim powoli pojawiały się kontury, zarysy, aż wreszcie można było zobaczyć ZDJĘCIA: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

Czyli porzuciłaś malarstwo na rzecz ruchu? Tak, ponieważ tego ruchu mi w malarstwie zaczęło brakować, a animacja okazała się w moim przypadku kombinacją idealną: obrazu i ruchu. I animacja przyprowadziła Cię do Bratysławy na staż? Od koleżanki z Bratysławy, która studiowała w Poznaniu, dowiedziałam się, że wybierając się na staż na tutejszą ASP, mogę jednocześnie studiować przedmioty ze szkoły filmowej. To mnie zafascynowało, bo mogłam dowiedzieć się wszystkiego na temat pracy kamerzystów, operatorów, montażystów, czyli zobaczyć całą profesję filmową, do czego na polskiej ASP nie ma wglądu. Przyjechałam na pół roku, będąc na piątym roku studiów, ale od razu wiedziałam, że przedłużę mój pobyt na rok. Teoretycznie studiowałam na Vysokej škole výtvarných umení u pana profesora Fischera, a jednocześnie na filmówce. I tu na filmówce poznałaś męża? Tak, bo zajęłam jego miejsce przy stole. Kiedy się pojawił, zaczęliśmy się tym stołem dzielić. Dziś dzielimy razem życie. Dla niego zostałaś na Słowacji? Po rocznym stażu wróciłam do Poznania, ale roaming nie był tani, więc

LUTY 2018

rachunki telefoniczne dawały nam do myślenia. Przyjechałam z powrotem, bo Boris kończył film, musiał jeszcze odbyć cywilną służbę wojskową. A potem znalazłam sobie pracę, potem studia doktoranckie. No i jakoś już komunikowałam po słowacku, a Boris w Polsce dziwił się, że ludzie się śmieją, kiedy on w pociągu pytał, czy to już Poznań „gówny“. To „ł“ jednak jest ważne (śmiech). Skoro wspominasz dworzec, a w jednym z Twoich filmów akcja rozgrywa się właśnie na dworcu, zapytam, czy urzekł cię ten bratysławski? (śmiech). Fascynują mnie pociągi. Z Mášą Orogváni, która jest współautorką scenariusza do „Fongopolis“, chciałyśmy zrobić film o człowieku, który się zgubił w labiryncie. Miałyśmy przed oczami muzyka, potem doprecyzowałyśmy scenariusz, że to będzie skrzypek, który gubi się na dworcu. Bo najłatwiej przecież zgubić się w tłumie. Z dworca w Bratysławie jest tylko jedno zdjęcie, większość pochodzi z mostu Lafranconi, do którego dorysowywałam tory kolejowe. Pozostałe kadry to fotografie różnych dworców i zapowiedzi pociągów, które przysyłali mi znajomi, podróżujący do różnych zakątków świata. A gdyby tak chcieć zajrzeć do Twojej pracowni, znalazłabym tam mnóstwo różnych rysunków? Teraz sporo pracy robi się komputerowo, ale wcześniej rzeczywiście było u nas w domu mnóstwo makulatury. Córka w ubiegłym roku zaniosła ją do szkoły i chyba trochę dzięki temu wygrali jakąś nagrodę. Da się wyżyć ze sztuki? Boris pracuje nad animowanymi serialami telewizyjnymi dla dzieci, jak na przykład „Mimi i Lisa“ oraz „Websters“, a to oprócz satysfakcji jest też stała praca, która przynosi pieniądze. Oprócz tego bywają granty, jednak nie zawsze wszystko wygląda różowo. Ale przecież życie w ogóle nie jest proste, każdy musi dokonywać mnóstwo wyborów, kompromisów, o których my sobie nawet nie zdajemy sprawy. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA 7


Monitor2_2018 6.2.2018 18:38 Page 8

Odszedł wielki przyjaciel Polski

Jozef Maruśiak (1932-2018) nowu z Bratysławy dotarła do Polski smutna wiadomość o stracie Jej wielkiego przyjaciela, tym razem Słowaka w stu procentach – Jozefa Maruśiaka. Z życiorysem Pana Jozefa Maruśiaka mogłem zapoznać się po raz pierwszy, kiedy Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej swoim postanowieniem z 1997 roku nadał mu

Z

ardzo sobie ceniłem to, że miałem dwóch kolegów osiemdziesięciolatków. Piszę o kolegach, bo pozwalali na to, żebym zwracał się do nich po imieniu. Oprócz wieku mieli też ze sobą wiele wspólnego: obaj byli związani z literaturą, znali się nawzajem, byli sympatyczni, skromni, pełni życia. I obaj odeszli z tego świata na przełomie 2017 i 2018 roku – najpierw zasłużony słowacki literaturoznawca Vladimír Petrík (1.03.1929 – 19.11.2017), z którym zasiadaliśmy razem w jury nagrody literackiej Anasoft litera, a kilka tygodni po nim wybitny tłumacz literatury polskiej Jozef Marušiak (23.11.1933 – 7.01.2018).

B

8

Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP za „wybitne zasługi w upowszechnianiu polskiej literatury w Republice Słowackiej”. Kiedy i jak zaczął się Jego romans z Polską? Myślę, że początki sięgają liptowskiej wsi Hybie (Hybe) w pradolinie Wagu, w powiecie Liptowski Mikulasz, gdzie urodził się 22 listopada 1932 roku. Patrząc od dziecka na Tatry z ich południowej strony, z całą pewnością swoją wyobraźnią zaglądał też na ich drugą stronę. W 1952 roku, a więc jako całkiem dorosły człowiek, zdał maturę w stolicy Liptowa – Liptowskim Mikulaszu, po czym w roku 1957 na Uniwersytecie Komeńskiego w Bratysławie ukończył studia na filologii słowackiej i rosyjskiej. Był wybitnym znawcą i tłumaczem literatury rosyjskiej i ukraińskiej na język słowacki, ale w pewnym momencie stał się jednym z najwybitniejszych tłumaczy polskiej prozy i poezji. Czy wpływ na rozwój Jego fascynacji polską literaturą miały także Jego sprawy osobiste? Myślę, że tak. Jego związek z pierwszą redaktor naczel-

ną „Monitora Polonijnego” Danutą Meyza-Maruśiakovą (1936-2013), którą znałem prawie 30 lat, a która według mnie niezwykle dyskretnie wspierała mrówczą i pasjonującą pracę swojego męża tłumacza, nigdy nie był eksponowany przez którekolwiek z nich. On jednak, Jozef Maruśiak, wyznał już pod koniec życia Małgosi Wojcieszyńskiej w rozmowie, że w swojej żonie Danucie zakochał się nie tyle „od pierwszego wejrzenia”, ale od „pierwszego słowa”, które zapewne z jej ust usłyszał. Jozefa Maruśiaka pasjonowała polska literatura. Ale wypełniał też szczególną misję: przekazywania tej pasji swoim rodakom Słowakom.

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Wspomnienie o Jozefie Marušiaku „To było tak dawno, że dokładnie już nie pamiętam” – odpowiedział Jozef Marušiak w rozmowie ze studentami polonistyki z Bańskiej Bystrzycy na pytanie o swoje pierwsze przekłady. Też nie mogę sobie przypomnieć, kiedy i jak poznałem Jozefa Marušiaka, ale na pewno dużo wcześniej, będzie to już niemal dwadzieścia lat temu. Najpierw poznałem jego syna Juraja, historyka i politologa ze Słowackiej Akademii Nauk. Po moim przyjeździe do Bratysławy wiosną 2009 r. spotykaliśmy się dosyć czę-

sto z Jozefem przy różnych literackich i polonistycznych okazjach, parę razy też gościłem u niego w domu. Ostatni raz widzieliśmy się we wrześniu ubiegłego roku, u Jozefa w mieszkaniu, gdzie spotkaliśmy się w trójkę, jeszcze z Jurajem. Jozef posiedział z nami przez chwilę, porozmawiał, był już jednak schorowany, widać było, że z jednej strony cieszy się ze spotkania, a z drugiej, że brakuje mu sił. Najmilej wspominam skromną uroczystość, jaką udało nam się zorganizować w Instytucie Polskim w Bratysławie jesienią 2013 r. z oka-

zji 80. urodzin Jozefa. Był tort i rozmowa z bohaterem wieczoru. Z tego dnia pochodzi też zdjęcie, które darzę dużą sympatią i które pojawiało się teraz w różnych wspomnieniach o Jozefie, także podczas pogrzebu – jak stoi uśmiechnięty obok regału z książkami. Wszystkie znajdujące się na półkach tegoż regału książki przetłumaczył Jozef, a jakby tego było mało, to nie był kompletny jego dorobek, bo nie wszystkie książki mieliśmy wówczas w instytutowej bibliotece! A przy tym warto pamiętać, że pracę tłumacza Jozef Marušiak MONITOR POLONIJNY


Monitor2_2018 6.2.2018 18:38 Page 9

Mógł to robić tylko człowiek czujący i po polsku, i po słowacku, a jednocześnie doskonale piszący w języku słowackim to, co najlepsi twórcy napisali po polsku. Był więc tłumaczem wielkich dzieł i pasjonującej go publicystyki. Tłumaczył Stanisława Lema i Stefana Kisielewskiego, Ry szarda Kapuścińskiego i Adama Michnika. Tłumaczył powieści Wiesława Myśliwskiego, ale także zupełnie inne dzieła Sławomira Mrożka. Z wielkim kunsztem przełożył rozprawy filozoficzne Leszka Kołakowskiego i Józefa Tischnera. W sposób niezwykle interesujący tłumaczył poezję Czesława Miłosza, ale także cudowną, nieśmiertelną Lokomotywę Juliana Tuwima czy wierszyki dla dzieci Jana Brzechwy. Nie jestem literaturoznawcą, ale nie sądzę, aby w czasach nam współ-

łączył przez długie lata z codzienną pracą redaktora w wydawnictwie. – Najpierw były przekłady z rosyjskiego. Pierwszy przekład z literatury polskiej to było Niebo w płomieniach Jana Parandowskiego, a potem to już praktycznie szło bez przerwy przez ponad 50 lat – tak skromnie i bezpretensjonalnie podsumował Jozef Marušiak swoją pracę w rozmowie ze studentami polonistyki. A przecież jego dorobek obejmuje ważne dzieła polskiej literatury. Na liście jego przekładów znajdują się powieści Wiesława Myśliwskie go, którego bardzo cenił jako pisarzai człowieka, podobnie jak Andrzeja Stasiuka. Ze starLUTY 2018

czesnych znalazł się ktoś, kto mógłby choć trochę równać się z tym wszechstronnym i różnorodnym, a przede wszystkim ogromnym dorobkiem, który pozostawił po sobie Jozef Maruśiak; prawie wszystko, co ważne w polskiej literaturze, mogli poznać i pokochać jego słowaccy czytelnicy. Wracam do naszego poznania na początku 1998 roku, a więc 20 lat temu. W Instytucie Polskim w Bratysła wie odbyła się uroczystość wręczenia orderów nadanych przez Prezydenta RP zasłużonym dla polsko-słowackiej współpracy słowackim obywatelom. Miałem ten zaszczyt, że w imieniu Prezydenta RP dekorowałem Pana Jozefa Maruśiaka Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi RP. Ale On miał wówczas dopiero 65 lat! Był „młodym”, niezwykle pracowitym emerytem i było jeszcze wiele przed nim. W 80. rocznicę urodzin uhonorowano w Instytucie Polskim w Bratysławie dorobek twórczy Jozefa Maruśiaka, szacowany wówczas na co najmniej 60 powieści, zbiorów opowiadań i monografii, przełożonych z polskiego na język słowacki (MP nr 1, 2013), doceniony wówczas przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego specjalnym wyróżnieniem. Niestety dwa miesiące póź-

szych dwudziestowiecznych autorów tłumaczył popularnych przed 1989 rokiem Zenona Kosidowskiego i Jana Parandowskiego. Czytelnicy na Słowacji mogli też dzięki niemu czytać prace polskich filozofów, w tym m.in. Władysława Tatarkiewicza, Leszka Kołakowskiego i ks. Józefa Tischnera. Za swoje przekłady Jozef Marušiak był wielokrotnie nagradzany na Słowa cji i w Polsce. Ostatnią pozycją, którą moglibyśmy dziś położyć na półce regału z dziełami zebranymi Jozefa, są wznowione pod koniec roku obozowe opowiadania Tadeusza Borowskiego pt. „Nech sa páčí do plynu”, które przetłumaczył przed laty wspólnie z Jozefem Ger-

niej pożegnaliśmy Panią Danusię, jego małżonkę, od ponad 30 lat najwierniejszego przyjaciela (MP nr 3, 2013). Pan Jozef Maruśiak przeżył jeszcze radość swoich 85. urodzin, co odnotowano w serwisach Słowackiej Agencji Prasowej (TASR). Odszedł jednak na zawsze zaledwie 2 miesiące później. Na szczęście pozostawił po sobie tak wiele miłości ofiarowanej polskiej literaturze, poprzez jej przeniesienie na grunt języka słowackiego, że będziemy Go pamiętać i wspominać z wdzięcznością – rzecz jasna – po obu stronach Tatr. Panie Józefie, dzięki! JAN KOMORNICKI w latach 1997-2003 Ambasador RP w RS

bócem. „Nie zdążyłem mu już przekazać tej książki” – mówił mi dzień po pogrzebie Vladimír Michal, szef wydawnictwa Artforum. Przed pięcioma laty mieliśmy też pomysł, by przygotować okolicznościową publikację pamiątkową. Zebrać bibliografię Jozefa, jego artykuły, rozmowy. Wówczas to się nie udało, ale warto to zrobić, by pamięć o Jozefie Marušiaku nie minęła wraz z ludźmi, którzy go znali. TOMASZ GRABIŃSKI Dyrektor programowy Instytutu Polskiego w Bratysławie w latach 2009-2014 9


Monitor2_2018 6.2.2018 18:38 Page 10

Ciekawy świata, ciekawy książek iedziałam, że jest wybitnym tłumaczem, ale na początku był dla mnie po prostu mężem Danusi. To do niej przychodziliśmy, kiedy Danusia Meyza-Marušiak była redaktorem naczelnym „Monitora Polonijnego“. W jej pokoju prowadziliśmy dyskusje nad czasopismem. Jozef czasami do nas zaglądał. Czasami też wychodziliśmy razem na papieroska na balkon. To on przepisywał na komputerze teksty, które Danusia pisała odręcznie. Był więc filarem „Monitora“, bez którego na początku pismo nie mogłoby egzystować. Ale nigdy się nie wtrącał. Po prostu był pomocny. Był taki serdeczny. I skromny. Gościliśmy Go na łamach „Monitora“ kilkukrotnie. Raz w wywiadzie, który prowadziła Majka Kadleček, wyjaśniał, że tłumacz musi być jak kameleon, bo podczas ZDJĘCIE: STANO STEHLIK wykonywanej pracy przywdziewa inną skórę, aby jak najbardziej zbliżyć się do autora i wczuć w jego świat. I wiem, że On naprawdę tak pracował, przywdziewając tę drugą skórę. Pamiętam, jak któregoś razu zadzwoniła do mnie Danusia z pytaniem, jakie znaczenie ma jedno ze słów polskiej nowomowy. Chciała odciążyć mężą, gdyż widziała, że poszukiwania odpowiedniego tłumaczenia spędzały mu sen z powiek. Jak się domyślam takich słów, dla których gotów był poruszyć niebo i ziemię, byleby oddać jak najlepiej ich znaczenie i sens w języku słowackim, było w jego długoletniej karierze dużo więcej. Podczas naszego ostatniego spotkania przed dwu laty w – jakżeby inaczej – księgarnianej kawiarni opowiadał nad czym pracuje, ale i o tym, że nie może podejmować zbyt wielu wyzwań, gdyż palce mu już czasami odmawiają posłuszeństwa. Mimo to nie stracił nic na pogodzie ducha i serdeczności, z cierpliwością odpowiadał na moje pytania. Najserdeczniej chyba jednak będę wspominać spontaniczne spotkanie z Nim, Danusią i ich synem Jurajem, do którego doszło w Jelce. Wtedy mnie i mojemu mężowi udało się ich namówić na odwiedziny w naszym domu. Nieplanowane, serdeczne spotkanie przy kawie, którym wszyscy się cieszyliśmy. I takich Ich zapamiętam – zrelaksowanych, cieszących się chwilą, ciekawych świata, życia i nade wszystko ciekawych książek. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

W

10

15 lat minęło... Pierwszego stycznia 1993 roku proklamowano powstanie dwóch nowych państw europejskich: Republiki Czeskiej, ze stolicą dotychczasowej Czechosłowacji w Pradze, oraz Republiki Słowackiej, ze stolicą w Bratysławie. Rzeczpospolita Polska była jednym z pierwszych państw (uprzedziły nas tylko Bułgaria i Węgry), które uznało nowe słowackie państwo, przekształcając dotychczasowy Konsulat Generalny RP w Bratysławie w Ambasadę RP. Do momentu podziału Czechosłowacji konsulem generalnym w Bratysławie, a po 1 stycznia 1993 r. pierwszym polskim ambasadorem w Republice Słowackiej był prof. Jerzy B. Korolec (początkowo jako charge d’affaires, potem mianowany ambasadorem przez prezydenta Lecha Wałęsę). Dotychczasowy obszar konsularny, obsługiwany przez Konsulat Generalny, objął swoim nadzorem Wydział Konsularny Ambasady RP, której zadania, z samej natury placówki dyplomatycznej, znacznie się rozszerzyły. Położenie Bratysławy było wyjątkowo niekorzystne do obsługi polskich obywateli, wymagających pomocy konsularnej, którzy np. ulegli wypadkom (w tym śmiertelnym) w górach

i na drogach w pobliżu polskiej granicy. Również słowa cka Polonia – choćby w Koszycach – miała uzasadnione powody do uskarżania się na niedogodności obsługi i opieki konsularnej, z uwagi na odległości dzielące ją od konsulatu. Stąd postulaty, płynące niemal od początku istnienia ambasady w Bratysławie, o utworzenie nowej placówki konsularnej bliżej polskiej granicy. Taki stan zastałem w dokumentach MSZ jako kandydat na ambasadora RP w Bratysła -

MONITOR POLONIJNY


Monitor2_2018 6.2.2018 18:38 Page 11

wie z końcem 1996 r. Dlatego też składając – przed otrzymaniem od prezydenta Kwaśniewskiego nominacji i listów uwierzytelniających – plan pracy i zadań na czas kadencji, wpisałem konieczność utworzenia konsulatu, najlepiej w Koszycach. Od pierwszego też dnia po objęciu ambasady (15 kwietnia 1997), tę konieczną potrzebę podkreślałem. Był to okres szczególny. Powstawały euroregiony: „Karpaty” (już były), „Tatry” (powstawały wbrew woli ówczesnego rządu słowackiego) i „Beskidy” (powstały po upadku rządu V. Mečiara). Niezwykle ważna była polsko-słowacka współpraca transgraniczna i wspólne projekty, finansowane przez europejskie fundusze przedakcesyjne PHARE. To były działania polityczne naszego kraju, który jako jeden z priorytetów polityki zagranicznej uznawał utrzymywanie najlepszych z możliwych stosunków z sąsiadami Polski. Dotyczyło to także Słowacji, która w Europie za rządów V. Mečiara była na cenzurowanym, a Polska była poniekąd szczególnym pomostem pomiędzy narodem słowackim i resztą jednoczącej się Europy... Brak służb konsularnych w pobliżu naszej, wspólnej granicy był bardzo odczuwalny, choć konsulowie za mo-

LUTY 2018

ich czasów musieli coraz częściej wyjeżdżać z Bratysławy, aby wykonywać konieczne czynności, np. wobec rodaków, którzy ulegli śmiertelnym wypadkom kilkaset kilometrów od naszej placówki (decyzje o ich wyjazdach wynikały z moich tatrzańskich doświadczeń i obserwacji dramatu rodzin, które nie dość, że traciły bliską osobę, to potem z jej ciałem musiały jeździć – czasem do 1000 km – aby uzyskać prawo pochówku w Polsce). Starania o utworzenie konsulatu w Koszycach – mimo wielkiej pomocy, jakiej pomysłodawcom udzielał ówczesny burmistrz tego miasta, a później prezydent RS Rudolf Schuster – rozbijały się o brak funduszy, a kiedy zaczęto myśleć o konsulacie honorowym, także o brak kandydata. Okazało się również, że zgodnie ze zwyczajami w Polsce i na Słowacji konsulat honorowy powinien mieć siedzibę w mieście przynajmniej wojewódzkim. W końcu jednak wieloletnie starania znalazły kompromisowe rozwiązanie. Dwaj ministrowie spraw zagranicznych – Eduard Kukan i Wło dzimierz Cimosiewicz – zgodzili się w IV kwartale 2002 roku, że siedziba Konsulatu Honorowego RP może mieścić się w stolicy Liptowa – Liptow skim Mikulaszu, mówiąc żartobliwie, łączącym sentymentalną pamięć podhalańskich i liptowskich górali z osobą bohaterskiego harnasia zbójników – Janosika (który w 1713 roku został stracony właśnie w Liptow skim Mikulaszu). Najważniejsza jednak okazała się kandydatura konsula honorowego, którą jednomyślnie poparły obie zainteresowane strony oraz ówczesny burmistrz Liptowskiego Mikulasza, który wskazał prestiżową siedzibę dla nowego urzędu. Tym kandydatem był

Tadeusz Frąckowiak, współtwórca firmy „Verex”, znany i popularny słowacki przedsiębiorca, obywatel polski, w dodatku wiceprezes Stowarzyszenia Słowackich Pracodawców, pochodzący z Wielkopolski, ale od czasu ukończenia studiów mieszkający i pracujący w tym regionie Słowacji. Tadeusz Frąckowiak był człowiekiem sukcesu, miał szczęśliwą rodzinę – żonę Vierę (od jej imienia pochodzi nazwa firmy) i dwójkę dorastających dzieci. I tak 5 stycznia 2003 roku, w obecności obu ministrów spraw zagranicznych i polskiego ambasadora Tadeusz Frąckowiak otrzymał nominację na Konsula Honorowego Rzeczpospolitej Polskiej, szefa nowej placówki konsularnej w Republice Słowackiej. ZDJĘCIA: ARCHIWUM TADEUSZA FRĄCKOWIAKA

Nie wiem, jak to się stało, ale od tamtego momentu upłynęło już 15 lat! Ile dwustronnych inicjatyw powstało w tym czasie, ile czynności konsularnych lub zwykłej, ludzkiej pomocy – to statystyki, które ze swojej natury są suche. Jestem jednak szczęśliwy, że dane mi było być świadkiem powołania konsulatu i konsula honorowego, a także, że mogłem doczekać ich 15. urodzin. Tadeuszowi Frąckowiakowi i Jego Rodzinie winniśmy nie tylko gratulacje, ale także podziękowanie za lata ofiarnej pracy na rzecz obu naszych narodów, szczególnie górskich regionów, połączonej zapewne z wieloma wyrzeczeniami i zaangażowaniem własnych środków w sponsorowanie wielu inicjatyw. Z okazji Jubileuszu – Tadeuszowi Frąckowiakowi – życzę zdrowia i dalszych sukcesów. JAN KOMORNICKI (Ambasador RP w RS w latach 1997-2003) 11


Monitor2_2018 6.2.2018 18:38 Page 12

Z 15-letniego doświadczenia konsula h Słowacji jest 69 konsulów honorowych. Ten nasz, polski, właśnie świętował 15-lecie swojej działalności. Mowa o Tadeuszu Frąckowiaku, jak na razie jedynym konsulu honorowym Rzeczypospolitej Polskiej na Słowacji, urzędującym w Liptowskim Mikulaszu.

Na

Jedyny konsul w Liptowskim Mikulaszu Kiedy próbuję go namówić do wspomnień o tym dniu sprzed 15 laty, czyli 5 stycznia 2003 roku, przyznaje, że nie uświadamiał sobie wagi tego wydarzenia. Wtedy do Liptowskiego Mikulasza zjechali się ministrowie spraw zagranicznych Polski i Słowacji, czyli Włodzimierz Cimoszewicz i Eduard Kukan, oraz polski ambasador na Słowacji Jan Komornicki. Uroczystość wręczenia egze-

kwatu odbyła się w urzędzie miasta. To było ważne wydarzenie również dla samego miasta, które stało się miejscem urzędowania jedynego konsula honorowego RP. „Zazwyczaj konsulem honorowym staje się ktoś, kto urzęduje w mieście wojewódzkim,

w tym przypadku zrobiono wyjątek ze względu na liczbę przyjeżdzających tu polskich turystów – ich liczba na Liptowie znacznie przewyższa liczbę turystów w pozostałych regionach Słowacji“ – wyjaśnia Tadeusz Frąckowiak. Jako ciekawostkę dodaje, że być może niedługo będzie mieć w mieście kolegę po fachu, gdyż o tytuł konsula honorowego stara się jego znajomy, który miałby reprezentować Kazachstan. Co ciekawe, Słowacja ma w Polsce aż sześciu konsulów honorowych, a Polska na Słowacji tylko jedynego. Pojawienie się kolejnego w znaczący sposób odciążyłoby Tadeusza Frąckowiaka. „Do moich obowiązków nie należy tylko opieka nad turystami, ale również nawiązywanie kontaktów z przedsiębiorcami po obu stronach Tatr“ – opisuje konsul, który w regionie jest bardzo znany także jako przedsiębiorca. W swojej firmie Verex zatrudnia aż ponad 770 osób!

Na salonach Bycie konsulem honorowym to prestiż, spotkania z głowami państw, politykami, comiesięczne spotkania z pozostałymi konsulami honorowymi na Słowacji. Właśnie dowiaduję się od mojego rozmówcy, że podczas wizyty w Bratysławie spotkał się z ministrem spraw zagranicznych Miro slavem Lajčakiem, a następnego dnia będzie towarzyszył ambasadorowi RP w RS Leszkowi Soczewicy w spotkaniu z prezydentem RS Andrejem Kiską. Z kolei kiedy politycy przybywają na Liptów, wielu z nich odwiedza też konsula honorowego i żywo interesuje się jego działalnością. Kiedy pytam Tadeusza Frąckowiaka, czy otrzymuje też zaproszenia do Polski, by spotkać się z polskimi konsulami honorowymi z całego świata, wspomina jedno takie spotkanie, na które otrzymał zaproszenie od ówczesnego ministra spraw zagranicznych Władysława Bartoszewskiego. Pojawiło się wtedy 150 polskich konsulów honorowych z różnych krajów.

Kosztowne obowiązki Ale pełnienie tej zaszczytnej funkcji to również dużo obowiązków i koszty z tym związane, za które trzeba zapłacić. Kiedy pytam Tadeusza Frąckowiaka o bilans zysków i strat, 12

MONITOR POLONIJNY


Monitor2_2018 6.2.2018 18:38 Page 13

honorowego związany z jego misją, przyznaje, że największą jego inwestycją jest czas, który tej pracy poświęca, często kosztem rodziny. Na jego głowie bowiem jest rozwój stosunków między polskimi i słowackimi miastami, gminami, w sferze komunalnej, gospodarczej i kulturalnej. Przez cały rok służy też pomocą przebywającym na Słowacji polskim turystom. Gdy pytam o najtrudniejszy przypadek, mój rozmówca wspomina polską narciarkę, którą na stoku przejechał ratrak. „Byłem podczas rekonstrukcji tego zdarzenia, potem na długo ciągnących się rozprawach sądowych“ – wspomina i ze smutkiem dodaje, że życia nie da się zwrócić, ale przynajmniej można dopracować przepisy, które zapobiegną podobnym wypadkom.

Kiedy pytam go o wydarzenia radosne, bez wahania opisuje ślub dwóch Polaków, którzy poznali się właśnie na Liptowie i którzy zwrócili się do niego z prośbą o pomoc w zorganizowaniu ich ślubu w Liptowskim Mikulaszu. Tadeusz Frąckowiak był pomocny w nawiązaniu kontaktów ze słowackimi urzędnikami i księdzem. Poza tą parą pomógł kolejnym 16. Zastanawia mnie, czy konsul honorowy, podobnie jak ten urzędujący

w ambasadzie, może udzielać ślubów, ale dowiaduję się, że takiego upoważnienia nie posiada.

Kolejne 5 lat Siedziba konsula honorowego RP dzięki przychylności władz miasta mieści się w tak zwanym Župnym domu, w samym centrum Liptowskiego Mikulasza. Władze miasta na przestrzeni lat się zmieniały, zmieniały się też rządy, prezydenci i dyplomaci urzędujący w ambasadzie w Bratysławie, a Tadeusz Frąckowiak utrzymuje doskonałe kontakty ze wszystkimi i z oddaniem pełni swoją misję. „Moja pozycja nie jest uzależniona od przekonań politycznych, za wszystkie swoje działania płacę sam, a w politykę się nie angażuję“ – wyjaśnia i dodaje, że właśnie otrzymał przedłużenie swojej misji na kolejne pięć lat.

Ciekawostki W ciągu 15 lat działalności konsu latu załatwiono tu około 3000 spraw i interwencji, zanotowano 2200 odwiedzin. „Gościliśmy tu dwóch prezydentów, trzech premierów i ponad dwudziestu ministrów, zaró wno z Polski, jak i ze Słowacji“ wy mienia Tadeusz Frąckowiak.

Co ciekawe, w działalność konsulatu od początku zaangażowana jest Polka, od wielu lat mieszkająca w Liptowskim Mikulaszu, pani Jolanta Drobčo. Współpracę z nią konsul bardzo sobie ceni, chwali też doskonałe kontakty z jej mężem Jánem Drobčą – chirurgiem i ordynatorem szpitala. To w jego ręce często trafiają Polacy, którzy ulegli wypadkom w górach. Nie bez znaczenia jest tu też znajomość języka polskiego, którą doktor Drobčo zyskał podczas studiów w Polsce. Nasz konsul honorowy dzieli się z nami też decyzją warszawskich urzędników, którzy domagają się pisowni nazwy siedziby konsulatu w formie, zapisanej w Urzędowym wykazie polskich nazw geograficznych świata. Od tej chwili w dokumentach wymagany jest zapis Liptowski Mikułasz, co wymusza zamianę wszystkich oficjalnych dokumentów.

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK, ARCHIWUM TADEUSZA FRĄCKOWIAKA

Tytułem podsumowania Kiedy nasza rozmowa dobiega końca konsul dzieli się jeszcze swoimi spostrzeżeniami, dotyczącymi polskich sukcesów ekonomicznych. Te – jako przedsiębiorca – potrafi doskonale ocenić. „Polska to duży kraj małej liczby wielkich fabryk, a dużej liczby drobnych przedsiębiorców, z kolei Słowacja to mały kraj o dużej liczbie dużych fabryk, stąd tu więcej robotników, a mniej drobnych przedsiębiorców, którzy są motorem rozwoju“ – twierdzi Tadeusz Frąckowiak i trudno się z nim nie zgodzić. Ten wybitny Polak, biznesmen, konsul honorowy mógłby wielu obdarzyć swoim doświadczeniem i mądrością życiową. Z pewnością jeszcze nie raz będziemy go gościć na łamach naszego pisma. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA 13


Monitor2_2018 6.2.2018 18:39 Page 14

. Niech zyje bal…

ańce, zabawy, gwar i śmiech – tak wyglądał pierwszy bal przebierańców dla dzieci, przygotowany przez Klub Polski we współpracy z Instytutem Polskim oraz Szkolnym Punktem Konsultacyjnym, który odbył się 13 stycznia w IP w Bratysławie. W sobotnie popołudnie IP ożył barwnymi strojami, kolorowymi balonami, serpentynami, a przede wszystkim grom-

T

kim i radosnym śmiechem około pięćdziesięciorga najmłodszych członków Klubu Polskiego, którzy przebrani m.in. za policjanta, pirata, rycerza, królewnę, wróżkę, aniołka, biedronkę, kotka czy astronautę NASA przybyli ze swoimi rodzicami na karnawałowy bal. Na dzieci i ich rodziców czekały same atrakcje. Aneta Iwan ze Szkolnego Punktu Konsultacyjnego poprowadziła gry i zabawy, wśród

których nie zabrakło piosenek i wierszyków w wykonaniu uczniów ze szkoły polskiej. Tomek Olszewski wyruszył z dziećmi po pomieszczeniach IP w poszukiwaniu skarbu, natomiast nasza rodaczka pracująca w bratysławskim Teatrze Lalek, Beata Westrych-Zázrivec dzięki pokazowi kukiełek zabrała dzieci w świat bajki. Dzieci znane są z tego, że nie wysiedzą długo

na jednym miejscu, więc do tańca nie trzeba było ich namawiać. Gdy tylko z głośników popłynęły pierwsze dźwięki muzyki, na parkiecie zrobiło się tłoczno i kolorowo, a IP zamienił się w

prawdziwą dziecięcą dyskotekę, którą poprowadził Przemek Bochen. Rodzice natomiast mogli w tym czasie wziąć udział w wykładzie o dwujęzyczności w rodzinie, który przygotowała Anna Šírová-Majkrzak.

Na balu obecni byli m.in. konsul RP w RS Jacek Doliwa z małżonką, dyrektor IP Jacek Gajewski, dyrektor Szkolnego Punktu Konsultacyjnego Monika Holzwie-

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK, ROBERT PORADA

14

MONITOR POLONIJNY


Monitor2_2018 6.2.2018 18:39 Page 15

ser, prezes KP Monika Borkowska, prezes KP Bratysła wa Dorota Cibińska, redaktor „Monitora Polonijnego“ Małgorzata Wojcieszyńska oraz główne organizatorki balu Justyna Pilip i Klaudia Korcek. Niebywałą atrakcją balu była loteria ze wspaniałymi nagrodami, wśród których były piękne i ciekawe ksią żki, które Klub Polski pozyskał ze środków ze Stowarzyszenia „Wspólnota Polska“, czapki i bluzy z firmy Kaledi Doroty Cibińskiej, piłka nożna ufundowana przez firmę Indygo decor oraz gry od Anny Porady

spodziankę. Był nią pokaz magika, który przeniósł dzieci do zaczarowanego świata magii. A żeby dzie-

ciom nie było smutno, iż bal dobiegł końca, każdy maluch dostał na pożegnanie mały upominek: puzzle, kolorowanki czy flamastry. Uśmiechnięte i umorusane słodkościami buzie były dowodem, iż impreza bardzo im się spodobała. W imieniu rodziców i dzieci dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do organizacji tej fantastycznej zabawy. Oby takich przedsięwzięć dla dzieci było jak najwięcej! MAGDALENA ZAWISTOWSKAOLSZEWSKA

z Wrocławia. Nagrodę głó wną – wstęp dla 4- osobowej rodziny do śląskiego wesołego miasteczka Le gendii – sprezentowali Ju lek i Barbara Vinter. Przez cały czas trwania balu dzieci mogły zajadać się pysznymi wypiekami i słodkimi przekąskami przy gotowanymi przez nasze klubowiczki. Na koniec karnawałowego spotkania przy gotowano niezwykłą nieLUTY 2018

Projekt realizowany w ramach funduszy polonijnych Minis ter s twa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej oraz ze środków Klubu Polskiego pozyskanych z 2% podatków

15


Monitor2_2018 6.2.2018 18:39 Page 16

Piotr Rubik ponownie w Bratysławie S

łyszałam o nim od jego fanów, zaglądałam na kanał YouTube, ale wciąż nie byłam pewna, czy ten rodzaj muzyki i śpiewu mnie zachwyci do tego stopnia, by wybrać się na jego koncert. Pierwszy raz o nim opowiadał mi mój kolega z pracy, który przed kilku laty był na jego na koncercie w Trnawie. Poszli całą rodziną. I to mnie zaskoczyło. Całą rodziną? Czyżby chodziło o jakąś rodzinną imprezę? Kim jest ten Piotr Rubik? Kim są odbiorcy jego muzyki? Owszem, wiedziałam, że to polski kom pozytor muzyki symfonicznej i popularnej, że komponuje muzykę sceniczną, filmową, teatralną, że studiował na Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w War szawie, że stał się członkiem orkiestry Jeunesses Musicales International, że studiował kompozycję muzyki filmowej w Sienie pod okiem sławnego kompozytora Ennio Morricone. I tak ziarno kiełkowało, ciekawość rosła, aż dojrzałam do decyzji, by wybrać się na koncert Piotra Rubi ka, który odbył się 13 sty 16

cznia na stadionie im. Ondreja Nepeli w Bratysławie. Kiedy wraz z mężem Polakiem oraz słowackimi znajomymi zbliżaliśmy się do stadionu, robiło się coraz tłumniej. Z wszystkich stron byliśmy otoczeni ludźmi – młodymi, starymi, z dziećmi, grupkami młodzieży, siostrami zakonnymi. Hala z 9953 miejscami siedzącymi była prawie pełna. Co ciekawe, ponieważ płyta „Psałterz wrześniowy“ była już wyprzedana, Piotr Rubik przygotował na ten koncert

specjalne jej wydanie, do którego dołączona była broszurka z tłumaczeniem pieśni. Wszystkie zostały wyprzedane jeszcze przed koncertem! Koncert zaczął się z minimalnym opóźnieniem. Przy wielkich owacjach na podium weszła orkiestra, chór mieszany, trzy solistki, trzech solistów, konferansjer, a na koniec – w roli dyrygenta – Piotr Rubik. Wśród publiczności była też jego najbliższa rodzina, czyli jego małe córeczki.

No i zabrzmiały: „Psalm Kochania“, „Psalm dla Ciebie“, „Niech mówią, że to nie jest miłość“, „Most dwojga serc“, „Psalm dla Ciebie“, „Nie wstydź się mówić, że kochasz“ i wiele innych. A jako bonus, specjalnie dla słowackiej publiczności – utwór pt. „Świat się nie kończy“ po słowacku, czyli „Svet sa nekončí“, czym sobie nas Piotr Rubik jeszcze bardziej zjednał. Klaskaliśmy nie tylko dlatego, że klaskanie jest wpisane w utwory Rubika, ale dlatego, że nam się podobało. Mieli rację ci, którzy już wcześniej mówili o jego fenomenie. Niezapomniane przeżycie. I to nie tylko moje odczucie. To był piękny wieczór! Jestem przekonana, że na kolejny jego koncert wybiorę się ponownie. Tak jak dobra książka, obraz, sztuka teatralna czy taniec, również muzyka może nam pokazać piękno i głębię życia. Piotr Rubik swoją muzyką zaprosił moją duszę, by ta wzniosła się wyżej i przeżyła niesamowite chwile miłości, zapisane w dźwiękach. ELENA GLEBOVÁ

MONITOR POLONIJNY


Monitor2_2018 6.2.2018 18:39 Page 17

Dwujęzyczność życiowym darem?

Warto być wielojęzycznym?

Trudności Mogą rzecz jasna pojawić się trudności związane z dwujęzycznością. O ile małe dzieci przyjmują ją sponta-

nicznie, nastolatkowie nie chcą odstawać od grupy rówieśników, zaczynają się wstydzić, że rodzice mówią inaczej, a buntując się, mogą odmawiać komunikowania się w sposób inny niż otoczenie. Mogą uznać, że inne rzeczy – sport, muzyka, inny język i zainteresowania – są dla nich ważniejsze niż poświęcanie czasu na język ojczysty. Co robić? Specjaliści polecają poczekać. Mówić konsekwentnie jak dotychczas i nie poddawać się. Ideałem byłoby, aby język kojarzył się z przyjemnie spędzonym czasem z mamą i tatą, z rozmową, książkami, podróżami i przyjaźnie nastawionym otoczeniem.

Bliskość słowackiego i polskiego W warunkach słowackich bliskość Polski, geograficzna i kulturowa, na pewno pomaga w utrzymaniu i pielęgnowaniu języka polskiego. Ale ta bliskość często bywa zdradliwa. Potykanie się o homonimy i językowe interferencje wymaga uwagi i czujności, aby nie zaśmiecać języków. Trzeba uwagi i delikatności, aby pielęgnowanie mowy ojczystej nie było odbierane jako swoisty atak na kulturę otoczenia. Wsparciem mogą być blogi i internetowe grupy dyskusyjne, na których ludzie dzielą się swoimi doświadczeniami i wiedzą. Najważniejsze jest jednak postrzeganie dwujęzyczności jako niezwykłego życiowego daru, którym można dziecko obdarzyć i pomóc mu go rozwijać. ANNA ŠÍROVÁ-MAJKRZAK ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

lub Polski zorganizował 13 sty cznia w Instytucie Polskim wykład na temat dwujęzyczności, na który zaprosił wszystkich zainteresowanych. Prelegentka Anna Šírová-Maj krzak zarysowała w nim najważniejsze zagadnienia związane z tematem. Oto krótki opis, o czym była mowa, a być może punkt wyjścia do kolejnych spotkań i dyskusji. Dwujęzyczność przez wiele lat postrzegana była jako zjawisko niepożądane, niebezpieczne dla rozwoju człowieka. Pierwsze badania na temat dwujęzyczności pojawiły się na Zachodzie w latach 20. XX wieku. Badano dzieci emigrantów w Szkocji i USA, które słabo znały język i nie rozumiały poleceń. Zaniedbane finansowo i kulturowo jawiły się jako opóźnione w rozwoju i tak też je traktowano. Problemu upatrywano właśnie w tym, że posługują się w domu innym językiem. Ogłoszono, że winna jest dwujęzyczność. Dzieci miały być skazane na problemy logopedyczne, słabiej się rozwijać i mieć zaburzenia osobowości, związane z niejednoznaczną tożsamością. Od lat 60. psycholodzy obalają te, nie mające pokrycia w rzeczywistości tezy, których popularność do dziś jest zadziwiająca. Często też nie pomaga zwyczajny chłopski rozum – jeżeli w głowie mieści się jeden język, to żeby zmieścił się ten drugi, pierwszy musi się skurczyć, a więc musi to być ze szkodą dla człowieka.

K

I nie chodzi tu wyłącznie o czysto praktyczne korzyści, których jest mnóstwo – możliwość lepszej pracy i płacy, staży, stypendiów, podróży i kontaktów w świecie, dostępu do literatury pięknej i fachowej w oryginale itp. Dwujęzyczność jako proces bezustannego przełączania miedzy dwoma kodami językowymi, ćwiczy pamięć, koncentrację i umiejętność selekcji informacji. Rozwija kompetencje komunikacyjne, jedne z najważniejszych w życiu. Uczy otwartości, poszerza horyzonty umysłowe i rozwija krytyczne myślenie, pomaga uczyć się kolejnych języków. Ale nie ma co ukrywać, wszystkie te dobra nie są za darmo. Wymagają pracy i cierpliwości. I może dlatego zwolenników dwujęzyczności jest mniej, niż mogłoby być w sposób naturalny. Naturalny, czyli taki, że jako nosiciel swojego języka przekazuję go dziecku od urodzenia i posługuję się nim w kontaktach z dzieckiem zawsze i w każdych okolicznościach, szczególnie tam, gdzie język otoczenia jest inny. Strategia OPOL (one person one language) sprawdza się doskonale i warto ją polecić. Tak samo jak czytanie dziecku, systematyczne, od urodzenia, a najlepiej jeszcze i przed. Prosta czynność, która jest niezwykłym narzędziem, dającym lepszy start w nauce szkolnej i życiu.

Z drugiej strony truizmem jest dziś stwierdzenie, że warto być wielo języcznym, bowiem to wie każdy. Trudno byłoby znaleźć kogoś, kto żałowałby, że zna dobrze język obcy. LUTY 2018

17


Monitor2_2018 6.2.2018 18:39 Page 18

Stano gra, stał się filarem muzycznym nagrań i ciekawej aranżacji. Repertuar ulegał modyfikacjom, a jego autorzy poszukiwali kolejnych utalentowanych wokalistów i muzyków, którzy mogli ich projekt wzbogacić swoimi pomysłami. W ten sposób dołączyła do niego Ewa Sipos, wzbogacając warstwę tekstową nagrań, ale przede wszystkim interpretując ją wokalnie. A trzeba

‘ Gdy sukceszagosci C Z Y L I J A K RO D Z Ą S I Ę Ś W I E T N E P O M Y S Ł Y

romkie oklaski, podzię kowania, gratulacje, uśmiechy, a przede wszystkim dużo dobrej muzyki – to wszystko tworzyło 19 sty cznia atmosferę wyjątkowego spotkania rodaków i ich słowackich przyjaciół w Instytucie Polskim w Bratysławie. Tego dnia połączył nas koncert i długo oczekiwana promocja, czyli po słowacku „chrzciny”, pierwszej au-

G

18

torskiej płyty, wydanej przez Klub Polski i noszącej tytuł: „Za górami, za lasami, za Tatrami”. Małgosia Wojcieszyńska, prowadząc koncert, stopniowo uchylała przed nami kulisy realizacji tego wyjątkowego projektu. Pomysł zrodził się w domu jej i jej męża Stana Stehlika. Kompozycje Stana – świetnego flecisty – natchnęły Małgosię do napisania do nich tekstów. Te powstawały na przykład podczas podróży po Polsce czy degustacji ulubionych potraw.

Wyjątkowo trafne okazało się nie tylko połączenie polsko-słowackich tekstów, ale również słowackich muzyków, mających różne powiązania z Polską. Powstał dzięki temu jedyny w swoim rodzaju projekt muzyczny, mówiący wiele o współpracy i rodzących się przyjaźniach. Zespół JABLCO, z którym

przyznać, że głos to ona ma! Zaproszenie do udziału w nagraniach przyjęli też inni śpiewający członkowie Klubu Polskiego – Łukasz Cupał z małżonką Andreą, Tomek Olszewski i Renata Straková (czyli autorka niniejszego artykułu, która korzystając z okazji dziękuje wszystkim

MONITOR POLONIJNY


Monitor2_2018 6.2.2018 18:39 Page 19

W projekcie wzięli udział: Ewa Sipos, Renata Straková, Dominika Moravková, Andrea Barica Cupał, Tomek Olszewski, Łukasz Cupał, Janko Moravek, Miroslav Kyselica, Tomáš Letenay, Viktor Vlasák, Stano Stehlik, Juraj Griglak, Marian Jaslovský, Richard Danel, Marek Berky, Christian Deeters, Adam Kováčik, Roman Kovács, Rastislav Dubovský, Juraj Lehuta. • Muzyka: Stano Stehlik, Viktor Vlasák • Słowa: Małgorzata Wojcieszyńska, Ewa Sipos, Viktor Vlasák, Dominika Moravková, Tomek Olszewski Projekt graficzny: Stano Stehlik • ilustracje: Karolinka Baltazarovičowa, Julia i Justyna Chovaňákowie, Anna Gleb, Benio i Hubert Poradowie, Ania i Majka Cupałowe, Barbora, Tereska i Ondrej Berkyovie, Tatiana i Daniel Deákovie

za zaproszenie do udziału w projekcie), którzy dołączyli do członków zespołu – Janka Morávka z małżonką Dominiką (znaną słowacką aktorką i śpiewaczką) i Viktora Vlasáka, bez których nie zabrzmiałyby przepiękne duety na płycie. Do współpracy udało się ponadto pozyskać znanych

nie tylko na Słowacji wspaniałych multiinstrumentalistów, mających polskich przodków czy choćby polsko brzmiące nazwisko: Juraja Griglaka, Mariana Ja słowskiego, Marka Berky’ego, Richarda Danela. Efektem współpracy człon ków zespołu JABLCO oraz wszystkich pozostałych zaangażowanych w projekt jest niezwykle ciekawy i ró żnorodny gatunkowo album. Słuchając go, można zatań-

LUTY 2018

czyć w rytmie bluesa, bossa novy, walca czy motywów ludowych. Podczas koncertu byliśmy też świadkami wręczenia nagród dzieciom, których ilustracje zdobią teksty piosenek dołączonych do CD.

Na koncercie w wypełnionym po brzegi Instytucie Polskim bawili się nie tylko dorośli, ale i dzieci, których rodzice występowali na scenie. Jestem przekonana, że obecni tam dziennikarze z polskiego i słowackiego radia, słowackiej telewizji, czy różnych czasopism oraz znawcy muzyki nie będą szczędzić słów pochwały twórcom płyty – za dobry pomysł, bogatą instrumentalnie muzykę i świetne efekty artystyczne. A ja jeszcze raz dziękuję pomysłodawcom oraz wszy stkim, którzy im pomagali, za ich ponadroczną pracę

Najważniejszym punktem programu był jednak sam „chrzest” płyty, czyli uroczyste wprowadzenie jej na rynek muzyczny. Rolę ojców chrzestnych przyjęli Jacek Doliwa, polski konsul, oraz Rastislav Dubovský, reżyser i właściciel studia nagrań, gdzie CD się zrodziło, którzy płyty nie „ochrzcili” wodą, lecz posypali bursztynem z Bałtyku, o którym śpiewa się w jednej z piosenek.

Projekt realizowany z finansowym w sparciem Kancelarii Rady Minis trów RS, program Kultura mniejszości narodowych 2017 oraz w ramach funduszy polonijnych Minis ter s twa Spraw Zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej.

ZDJĘCIA: ROBERT PORADA, PALI KOVÁČ, MARTIN DRIENSKY

i wysiłek twórczy. Tak rodzi się sukces. Oboje – i Małgosia, i Stano – udowodnili, że są nie tylko wspaniałą parą małżeńską, ale od teraz również i zgraną parą autorską. Wierzymy też, że to nie koniec ich pracy twórczej i że wkrótce doczekamy się kolejnej, równie dobrej płyty. RENATA STRAKOVA, KP Trenczyn

19


Monitor2_2018 6.2.2018 18:40 Page 20

wy? Oj, to będzie wesoło, jak zawsze! Bo wy Polacy jesteście spontaniczni!“ – witali nas Lenka Šóošová i Roman Juraško, prowadzący program Tele ráno w słowackiej telewizji Markiza, oraz jego realizatorzy. Był styczniowy poranek, godzina 5.30! A my już na nogach i to w pełnej formie! Tak wyglądał jeden z poranków, spędzonych rodzinnie, czyli z synami, na Słowacji, w odwiedzinach u cio-

„To

Bajka telewizyjna

ci Gosi i wujka Stana, którzy właśnie przygotowywali się do dużego wydarzenia, jakim była prezentacja nowo wydanej autorskiej płyty Za górami, za lasami, za Tatrami, nagranej przez nich i ich przyjaciół. Występ w telewizji był częścią promocji tego wydarzenia, w którym i my mogliśmy uczestniczyć. Trochę się obawiałam, jak 5- i 7-latek zareagują, kiedy budzik zadzwoni około 4 rano, ale ku mojemu zaskoczeniu chłopcy wstali bez żadnego problemu i szybko przygotowali się do wyjścia. Wiedzieli, że czeka ich coś wyjątkowego – wizyta w telewizji! Po miłym przywitaniu przez ekipę programu poczęstowano nas kawą i wskazano wygodne miejsca, gdzie czekaliśmy na pozostałych członków zespołu JABLCO & Przyjaciele, biorących udział w projekcie. Okazało się, że moi synowie nie byli tego dnia jedynymi dziećmi, 20

towarzyszącymi swoim rodzicom. Również Dominika i Janko Morávkovie, którzy współtworzyli płytę, przyjechali ze swoją półtoraroczną córeczką. Ta, podobnie jak moi chłopcy, tańczyła potem na wizji w rytm dobrze już jej znanych utworów z płyty.

jące nas kamery, światła, mikrofony. I jak to dzieci, były też zadowolone, że mogą swobodnie się przemie szczać, wychodzić i wchodzić do studia w dowolnym momencie. Wszystko to sprawiło, że po krótkim czasie poczuliśmy się bardzo swobodnie, bez skrępowania

Chwilę później dołączyła też Justyna Pilip, która tego dnia miała za zadanie przedstawić specyfiki polskiej kuchni i na oczach widzów upiec sernik z rosą. Kiedy weszliśmy do studia, byłam zaskoczona, że nikt nas nie instruuje, którędy dokładnie przechodzić, kiedy można wyjść, co powinniśmy w danym momencie robić, a czego raczej unikać. Za chwilę przekonałam się, że taka właśnie jest formuła tego programu – na luzie, żywiołowo i bezstresowo. Dzieci z wielkim zainteresowaniem oglądały otacza-

tańczyliśmy, dołączając do zespołu, który zaprezentował się w trzech wejściach muzycznych, wykonując utwory: Ranný let, C’est La Vie, Funky Monkey. O całym projekcie opowiedzieli

MONITOR POLONIJNY


Monitor2_2018 6.2.2018 18:40 Page 21

Małgosia Wojcieszyńska i Stano Stehlik, prezentując płytę i zapraszając widzów na jej premierę do Instytutu Polskiego. Tak po krótce można by opisać prawie trzygodzinny udział w słowackim programie telewizyjnym Teleráno. Zmęczeni emocjami, ale zadowoleni i pełni wrażeń wracaliśmy do domu, myśląc, że

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

bajka już się skończyła. Jakie było moje zdziwienie, kiedy jeszcze tego samego dnia przyjaciele i znajomi dzwonili do Gosi i Stana z gratulacjami, a ekspedientka w sklepie opowiadała nam o miłym poranku, który „spędziła z nami“, oglądając telewizję. Wtedy dotarło do mnie, że to nie była bajka, my naprawdę byliśmy w tym programie i zagościliśmy na chwilę w domach wielu słowackich widzów. ANNA PORADA

LUTY 2018

Kiedy ostatnio otrzymałem list? K iedy sam ostatnio taki list napisałem? Takie oto pytania przyszły mi do głowy, gdy po raz kolejny wyciągałem ze skrzynki stos reklam i faktur. Znają to Państwo, prawda? Takiej chwili zawsze towarzyszy nutka niepewności i nadziei. Może tym razem jednak ktoś napisał? Jakiś krewny pamiętał o naszych urodzinach, a dawny znajomy ze szkolnej ławy postanowił przypomnieć o swoim istnieniu? Niestety, za każdym razem jest tak samo. Nadzieja ustępuje miejsca rozczarowaniu. Kolorowe koperty kryją najczęściej zachęty do kupna materaca lub rachunek za korzystanie z Internetu... Chyba każdy z nas tęskni dzisiaj trochę do czasów, gdy na białej kopercie wyjętej ze skrzynki brakowało logo firmy, adres był napisany odręcznie, a znaczek – nawet, gdy krzywo naklejony – był prawdziwy, a nie w postaci masowej pieczątki. W środku, na papierze wyrwanym z zeszytu, tak samo prawdziwy był list. Myśli przelane na papier. Skrawek czyjegoś życia, opis codziennych czynności, czasem tęsknoty, a w tle – poświęcony temu czas. Dzisiaj czasu nam brakuje. Zgoda, wysłanie wiadomości (czy można ją nadal nazywać listem?) pocztą elektroniczną lub SMS-em jest szybkie i wygodne. To wszystko jednak sprawia, że sztuka międzyludzkiej komunikacji, a dokładniej sztuka pisania listów (kto pamięta jeszcze słowo „epistolografia”?) zanikła już całkowicie. W zamian za to mamy maile, zapychające przestrzeń z rzadka tylko na swoim wirtualnym dysku. Albo SMS-y, o których nikt nie pamięta, bo są kasowane natychmiast po przeczytaniu. I choć nie odcinam się całkowicie od tych nowocze snych wynalazków, to jednak trudno pogodzić mi się z takim traktowaniem wiadomości. Przyznam się, że usuwam je po przeczytaniu, starając się nadal traktować jak papierową korespondencję. W przypadku internetowej skrzynki jest to łatwiejsze; dzisiejsze pojemności dysków są praktycznie nieograniczone. W przypadku SMS-ów trudność sprawiały wcześniejsze modele telefonów, gdy nie były kompatybilne z komputerami. Ograni czonej pojemności nie sposób było rozszerzyć, stąd... stare telefony trzymam w szufladzie pod kluczem. Ot, taki dziwny rodzaj „technologicznych” kopert z zapisanymi w ich wnętrzu „listami”. I tak jak lubię powracać do starszych e-maili i SMS-ów, tak jedną z moich ulubionych

czynności jest czytanie otrzymanych kiedyś papierowych listów. To kolejny z moich świątecznych rytuałów. Świątecznych, bo właśnie przy okazji świąt odwiedzam rodzinny dom, gdzie zgromadzone są wszystkie rodzinne pamiątki. Tak, to z całą pewnością rytuał: najpierw parzę sobie dobrą herbatę lub kawę, z szafy wyciągam lekko przykurzone pudełko i wraz z podniesieniem jego wieka przenoszę się w czasie. Listy pisane do rodziców z kolonii, do rodzeństwa, które długo przebywało w szpitalu. Życzenia od kolegów z klasy. Oraz pamiątki, związane z pierwszymi miłościami. Można tak wspominać godzinami.

I choć do noworocznych postanowień mam stosunek ambiwalentny (gdy chcę coś zrobić, to po prostu to robię, bez oglądania się na datę), powyższe przemyślenia podsunęły mi pewien pomysł. Zamiast czekać, aż ktoś przyśle mi list, postanowiłem sam takowy napisać i wysłać komuś bliskiemu. Poświęcić trochę swojego czasu, by pokazać, że warto. Wiem, że adresat też tak to odbierze. Pomyślę nad wyborem papieru, dobiorę pióro, trochę czasu spędzę w sklepie z papeterią. Pomyślę, o czym chciałbym napisać, z czego się zwierzyć, o co zapytać. W pytaniu tym zawarta będzie również nadzieja, iż któregoś dnia w odpowiedzi otrzymam podobny list. A gdy do tego dojdzie, będę celebrował moment otwierania koperty, rozkładania złożonej kartki, przebiegania wzrokiem po odręcznym piśmie... Najlepsze jest to, że potem będę mógł wracać do tej chwili wielokrotnie, kiedykolwiek zechcę. I jest szansa, że mimo upływu czasu, emocje temu towarzyszące nadal będą takie same. Zachęcam Państwa, drodzy czytelnicy, do tego samego. Chwyćcie za pióra, długopisy i skreślcie choć kilka słów swoim bliskim. Z tym nie warto czekać do końca kalendarzowego roku. A przy tym wszystkim – niech listonosze znowu, tak jak kiedyś, mają zasłużone poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Obowiązku, a może raczej przysługi: zbliżania ludzi do siebie. ARKADIUSZ KUGLER 21


Monitor2_2018 6.2.2018 18:40 Page 22

„Za górami, za lasami, za Tatrami, czyli tu? Na tle utrzymanej w błękitnej tonacji okładki wyróżnia się tytuł: „Za górami, za lasami, za Tatrami”. Czyli właściwie gdzie? W Polsce czy na Słowacji? I tu, i tu. Jak się bowiem okazuje, o ile Tatry mogą nas – Polaków i Słowaków – dzielić, to łączy muzyka. Po przesłuchaniu płyty nie mam co do tego wątpliwości. Projekt sygnowany jest przez grupę JABLCO & Przyjaciele, wśród których nie mogło zabraknąć słowackich muzyków (zarówno członków samej kapeli z liderem Stanem Stehlikiem, jak i innych artystów, w tym światowej sławy gitarzysty basowego Juraja Griglaka), polskich i słowackich wokalistów oraz twórców tekstów. O tym, czego możemy spodziewać się na albumie, wiele mówi nam już pierwsza piosenka („Gdy sukces zagości/Funky Monkey”). To najprawdziwszy funk, zabarwiony dźwiękiem saksofonu i soczystym basem gitary. Potężny głos Łukasza Cupała uderza swoją rockową barwą i udowadnia, że wokalista bardzo dobrze czuje się w tego typu utworach (co pokazują kolejne dynamiczne piosenki na płycie, np. „Latino Baltico” i „Bossa Nova z Kwiatuszkowa”). Tekst piosenki jest lekki,

przyjemny i nastraja do beztroskiej zabawy. Jednym z założeń całej płyty była wielojęzyczność tekstów – słyszymy zatem tak polski, jak i słowacki, w mniejszym stopniu też angielski. Pomysł ten doskonale się sprawdził dzięki autorom: Małgorzacie Wojcieszyńskiej, Viktorowi Vlasákowi, Ewie Sipos, Tomkowi Ol szewskiemu i Dominice Morávkovej. Oprócz funku piosenki utrzymane są również w pogodnych rytmach bluesa, bossa novy i latino. Nie znaczy to jednak, że podczas słuchania nie będzie chwili marzycielskiego oddechu. Tak, jak w przypadku drugiego w kolejności „Walca dla motyla” z urzekającym głosem Ewy Sipos. Od pierwszej nuty słychać, że Ewa fantastycznie czuje się właśnie w takich jazzujących i kołyszących rytmach. Niedosyt po przesłuchaniu „Walca...” będą nam próbowały wynagrodzić kolejne nastrojowe utwory z udziałem Ewy („Chce się żyć”, „Gdyby zmysły prysły” i genialnie zaaranżowany „C’est la vie”), lecz moim zdaniem będzie to próba nieudana. Mogę się bowiem założyć, że jedynym wyjściem będzie po prostu odtworzenie całej płyty od początku...

Czulym uchem

Mam słabość do piosenek, które opowiadają o relacjach. Najczęściej są to relacje damsko-męskie i cieszę się, że dla tego typu utworów również znalazło się miejsce na tej płycie. Jak oddać złożoność takich relacji? Najle piej za pomocą dialogu dwojga ludzi! Jestem pod wrażeniem, w jaki sposób „rozmowę” przeprowadzili Tomek Olszewski i Dominika Morávkova w piosence „Ranný let”. Napięcie między dwojgiem zakochanych podkreślają nie tylko niski głos wokalisty i śpiewny, delikatny głos wokalistki, ale również fakt, iż cały dialog prowadzony jest na zmianę po słowacku i po polsku. Na trochę podobnej zasadzie powstał nie mniej fascynujący utwór „Good morning”. Tutaj z kolei zaskoczeniem jest kołyszący rytm bluesa, który – jak się okazuje – również może służyć za tło miłosnych konwersacji. Fantastyczna aranżacja stanowi o atrakcyjności utworu tylko w połowie; trzeba bowiem wspomnieć również o uwodzących swym głosem Ewie Sipos oraz Viktorze Vlasáku. Wspomniany rytm elektrycznej gitary przenosi nas w klimaty amerykańskich klubów, stąd chyba utwór wykonywany jest po polsku i angielsku.

Proces zła Gdzie zaczyna się zło? Który moment jego kiełkowania jest tym ostatnim, by móc jeszcze zatrzymać machinę nienawiści? Jakie procesy doprowadzają człowieka do momentu, w której nie tylko życzy drugiemu człowiekowi śmierci, ale ją powoduje?

G

Warszawa 1937 roku to miejsce, które pod lupę bierze Szczepan Twardoch w swojej powieści „Król” 22

(Wydawnictwo Literackie 2016). Jest to Warszawa podzielona, z podzielonym w niej społeczeństwem.

Dwa miasta w jednym. Pierwsze to miasto z drogimi autami, kobietami w futrach, dobrymi re-

stauracjami, miasto zamożne, ekskluzywne, jasne i katolickie. Drugie to miasto skupiające się wokół MONITOR POLONIJNY


Monitor2_2018 6.2.2018 18:40 Page 23

Niski głos Tomka Olszewskiego usłyszymy jeszcze w jednej piosence. „Piosenka kulinarna” to z jednej strony trochę pastisz, a z drugiej poważne podejście do jednej z największych ludzkich słabości. Ręka w górę, kto z nas nie czuł kiedyś potężnego głodu i nie ślinił się na widok suto zastawionego stołu? A jeśli już mamy się najeść, to tak jak w piosence, niech będzie to połączenie kuchni polskiej i słowackiej. Przed przesłuchaniem utworu zatem krótkie ostrzeżenie: jeśli jesteście przed obiadem, zapewnijcie sobie łatwy dostęp do lodówki. Będzie potrzebny, zanim piosenka się skończy! O życiu trochę z innej perspektywy opowiada również dynamiczny i bardzo rockowy „Dworzec Główny”. Kto nie zaznał kiedyś jazdy pociągiem i pośpiechu związanego z przeciskaniem się przez tłumy podróżnych? Tego typu impresje w funkowym klimacie najlepiej wyśpiewać mógł tylko Łukasz Cupał. Wypada jeszcze wspomnieć o absolutnym faworycie, gdy chodzi o cały album. „Cztery pory roku”, zaśpiewane przez małżeństwo Łukasza i Andreę Cupałów to delikatny aranż wsparty dźwiękiem skrzypiec, fantastycznie podkreślający klimat mijających pór roku. A tak naprawdę mijającego czasu, z którym musi zmierzyć się każdy z nas. „Wiosna, lato, jesień, zima...” – sło-

Nalewek, biedne, szare, zaniedbane, starozakonne. Oba miasta szczerze się nie znoszą i pielęgnują etniczne i kulturowe różnice. To pierwsze miasto chętnie zrobiłoby wszystko, by to drugie zniknęło, wiec karmi się i fascynuje włoskim faszyzmem, niemieckim nacjonalizmem i produkuje nowych człon ków ONR-u. Na tle kiełkujących znanych nam wydarzeń historycznych rozgrywa się opowieść kryminalno-gangsterska. LUTY 2018

Za górami za lasami za Tatrami JaBlCo & prZyJaCiele

wa, recytowane w rytm muzyki, zostają w głowie na długo po przesłuchaniu utworu. Brawo! Słowacja, Polska i Tatry w kontekście muzyki (oraz wspomnianych skrzypiec) nieodmiennie nasuwają nam temat góralskiego folkloru. I co wydaje się zrozumiałe, właśnie w takich klimatach utrzymana jest tytułowa piosenka (umieszczona na płycie jako trzecia w kolejności). To potężna dawka popularnego w obu krajach góralskiego folkloru: oprócz dźwięku skrzypiec, fujary i drumli znajdziemy tu dynamiczną sekcję rytmiczną (perkusja i gitara basowa), a przede wszystkim refren, wyśpiewywany w gwarze góralskiej, w czym zasługa głównie Renaty Strakovej i Janka Morávka. To także utwór, który

Bohaterowie mordują się, biorą narkotyki, ich życiem są bójki i prostytutki. Atmosfera jak z najlepszych historii o Al Capone z dodatkiem naszego lokalnego kolorytu i historii Europy. Warszawa w czasach międzywojennych udała się Twardochowi, jak mało komu. Autor zadbał o detale historyczne, głębokie portrety psychologiczne i niespotykany, mroczny, ale fascynujący obraz półświatka ówczesnej Warszawy. Trudne

w ramach bonusu znajdziemy na płycie w krótszej, instrumentalnej wersji. Podsumowując, płyta już od pierwszej zagranej nuty robi niesamowite wrażenie, które nie przemija przez kolejnych czternaście piosenek. Słuchając jej, odkryłem ciekawą zależność: im częściej album się odtwarza, tym bardziej ma się ochotę usłyszeć go jeszcze raz, od początku. Zasłyszane melodie zostają zresztą w głowie na długo, w czym, jak podejrzewam, niemała zasługa charakterystycznego dźwięku fletu i grającego na nim Stana Stehlika (na przykład melodia z „Walcu motyla”). Na uznanie audiofilów zasługuje również doskonały montaż dźwięku na płycie. Duże wrażenie zrobiła na mnie też szata graficzna wydawnictwa. Okładka i dołączona książeczka z tekstami utrzymana jest w kolorowym, radosnym stylu. Sympatycznym dodatkiem jest fotorelacja z nagrywania płyty oraz... rysunki przygotowane przez dzieci twórców projektu. To wszystko to również zasługa Stana Stehlika, który wcielił się w rolę producenta całości. Z czystym sumieniem polecam ten niezwykle udany polsko-słowacki album. I po cichu czekam już na kolejny, który połączy Polaków i Słowaków „ponad Tatrami”. ARKADIUSZ KUGLER

przedwojenne realia sprzyjają literackiemu kryminałowi, który gdyby go sfilmować, mógłby należeć do gatunku kino noir. Do tego zaskakująca narracja, mistrzowski styl i umiejętność poprowadzenia wartkiej, gangsterskiej akcji to główne zalety Twardocha. „Król” jest połączeniem rozrywki z ważną treścią, jest książką, którą każdy powinien przeczytać. Polecam. MAGDALENA MARSZAŁKOWSKA

23


Monitor2_2018 6.2.2018 18:40 Page 24

ydarzyło się niemożliwe: polski film zdobył nominacje do najważniejszych nagród filmowych świata! Od brytyjskich nagród BAFTA, poprzez Złote Globy, Critics Choice aż po nagrody Europejskiej Akademii Filmowej i rodzime Złote Lwy. Jak to się stało, że w zalewie żenująco nieśmiesznych komedyjek i wulgarnego kina „męskiego” pojawiła się produkcja nie tylko na światowym poziomie, ale też ten świat zachwycająca? Recepta jest prosta – trzeba znaleźć zdolną kobietę (tak, tak, nastały czasy, że zdominowana przez mężczyzn branża filmowa potrzebuje zdolnych, kreatywnych kobiet, bo panowie chyba się wypalili). Bierzemy tę zdolną białogłowę i łączymy ją w profesjonalną parę z kimś z kina zachodniego, czyli świeżość spojrzenia z doświadczeniem z wysokiej półki. Proste? Może zbyt proste, aby ktoś wcześniej na to wpadł. Cieszę się

W

y m j a K o c hi nce nta V

lazł się koproducent z Wielkiej Brytanii. Do pani Doro ty dołączył Hugh Welchman, który nie tylko razem z nią reżyserował, ale też wspólnie z Kobielą i Jackiem Dehnelem napisał scenariusz. Pani Dorota miała wspaniały pomysł, aby malarsko przedstawić historię życia jednego z największych malarzy wszechczasów Vincenta van Gogha. To, co okazało się strzałem w dziesiątkę,

to wykorzystanie obrazów mistrza. Cała opowieść ilustrowana jest bowiem obrazami jego autorstwa, które dzięki sztabowi artystów malarzy dostały nowe życie. Ogromne rzesze ludzi zatrudnionych przy produkcji pracowało około dekady nad tym filmem! To widać, tu nic nie jest na szybko, na skróty. Wirtuozeria każdego kadru, który równocześnie jest obrazem van Gogha,

wciąga widza w czarodziejski świat malarstwa. Sama treść filmu zaskakuje, autorzy scenariusza nie wykorzystali największych kontrowersji z życia szalonego Vincenta, nie poszli na łatwiznę, pokazując wariata odcinającego sobie, nie wiedzieć czemu, ucho. Twórcy rozprawili się z krzywdzącymi, sensacyjnymi stereotypami na temat van Gogha – w ich opowieści nie jest on ani szaleńcem, ani pijakiem, a po prostu nadwrażliwym, samotnym introwertykiem.

Akcja kręci się wokół jego ta jemniczej śmierci i choć wszystko wydaje się być kryminałem, otrzymujemy coś na kształt antykryminału, bo im bliżej końca, tym mniej wiemy. Film „Mój Vincent” jest nie tylko piękny wizualnie, ale ma intrygującą, wciągającą fabułę. Twórcom należy pogratulować cierpliwości, bo w czasach trójwymiarowych animacji komputerowych ktoś miał ambicję, aby zaangażować się w syzyfowe malowanie olejami. Gorąco polecam! MAGDALENA MARSZAŁKOWSKA

niezmiennie, że taki mariaż się wydarzył. Naszą zdolną Polką okazała się Dorota Kobiela, która niemal dekadę temu wpadła na pomysł zrealizowania filmu animowanego, opartego na prawdziwych obrazach olejnych, a nie animacjach komputerowych. Projekt okazał się na tyle nowatorski, że zna24

MONITOR POLONIJNY


Monitor2_2018 6.2.2018 18:41 Page 25

zliśmy lasem i łąkami, pokonując mniejsze i większe wzniesienia terenu. Czas upływał nam na pogawędkach, śmiechu i wygłupach. Razem z mężem byliśmy młodzi i zakochani. Nie zwracaliśmy uwagi na otoczenie, dopóki nie wyszliśmy na rozległą polanę. Tam stanęliśmy z wrażenia, gdyż naszym oczom ukazał się malowniczy widok na ogromne, majestatyczne ruiny zamku Lietawa (słow. Hrad Lietava) wznoszące się na zboczach pasma Gór Sulowskich (Súľovské skaly). Kiedy dotarliśmy do celu naszej wyprawy – na strome skalne wzniesienie (635 m n.p.m.) około 11 km na południe od Żyliny, pomiędzy wioskami Lietava i Lietavská Svinná – byliśmy zaskoczeni ogromem dawnej fortecy, którą uważa się za drugi co do wielkości zamek na Słowacji. Nazwa tej potężnej średniowiecznej twierdzy pochodzi od słowiańskiej bogini młodości, której świątynia mieściła się kiedyś właśnie tutaj. Początki zamku sięgają końca XIII wieku, choć odnaleziono tu ślady po Celtach i Wi-

Słowackie perełki

S

Niezdobyty bastion blikowanej przez amerykański fundusz World Wide Fund (WMF) liście najbardziej zagrożonych zabytków świata. Stałam na murach dawnej twierdzy i próbowałam ogarnąć jej wielkość. Podstawy zamku tworzyła masywna kwadratowa, czteropiętrowa wieża. Forteca składała się z górnego i dolnego pałacu, kapliczki, dzwonnicy, ufortyfikowanego dziedzińca, 43 armat i mostu zwodzonego. Dostrzegłam pozostałości wież, bram, półokrągłe attyki, widoczne w zwieńczeniu murów, oraz podzamcze, zakończone podkówkową wieżą i walcową basztą działową. Według zapisów zamek

ZDJĘCIA: MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

kingach. W przeciągu pięciuset lat zamek był w rękach różnych rodów szlacheckich: Balašovców, Bebeków, Matúša Čáka, Mikołaja Kostka, Zygmunta Luksemburskiego, jednej z najpotężniejszych i najzacniejszych dynastii węgierskich Thurzo czy Pavla Kinižy, który w XV stuleciu dokonał najroz leglejszej jego przebudowy. Około 1698 roku ogromny gotycko-renesansowy zamek został opuszczony. Po setkach lat niszczenia w 1999 roku w celu jego ratowania zostało założone Towarzystwo Ochrony Zamku Lietawskiego, które rozpoczęło prace rekonstrukcyjne i konserwatorskie. W 2010 roku zamek znalazł się na opuLUTY 2018

ne przejścia i korytarze, w których dynastia Thurzów ukrywała pieniądze i kosztowności. Najbardziej jednak zachwycające są niezapomniane widoki na okolicę, uzmysławiające doskonałe strategiczne położenie dobrze ufortyfikowanej warowni, która mimo licznych najazdów i ataków nigdy nie została zdobyta. Wejście na teren zamku jest bezpłatne, a możliwość swobodnego poruszania się i przyglądania ruinom czyni je jeszcze bardziej ciekawymi. Z wielką ekscytacją i zaciekawieniem zaglądałam do ukrytych miejsc i najciemniejszych zakamarków. Upajałam się niesamowitym klimatem, historią i tajemniczością tego miejsca. Chodziłam między ruinami, próbując jednocześnie wyobrazić sobie, jak wyglądał zamek za czasów swej świetności, kiedy jego korytarzami przechadzała się szlachta, która urządzali tu bale, polowania, knuła intrygi i spiski. Zamek Lietawa to świetna lekcja historii oraz interesujące miejsce na romantyczną eskapadę i fajną przygodę. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

miał 90 pomieszczeń, a komnaty były urządzone z wielkim przepychem. Każda z nich miała ściany i podłogi wyłożone drewnem, dywanami i gobelinami. Wielkie łoża z baldachimami, zdobione meble, obrazy i wytwo rne naczynia dopełniały całości. Zamek ogrzewano, paląc w piecach i kominkach. Znajdowała się tu również piekarnia, pralnie, warsztaty, kuźnia, stajnie, zbrojownia, pomieszczenia dla pracowników oraz liczne piwnice i ma gazyny do przechowywania zapasów żywności. Jako jeden z niewielu zamek Lietawa miał własną studnię, ponoć o głębokości aż 104 metrów. W jego wnętrzu znajdowały się taj25


Monitor2_2018 6.2.2018 18:41 Page 26

26

MONITOR POLONIJNY


Monitor2_2018 6.2.2018 18:41 Page 27

Oddajemy w Państwa ręce kolejną krzyżówkę przygotowaną specjalnie z myślą o naszych czytelnikach, sprawdzającą wiedzę dotyczącą również życia słowackiej Polonii. Jednocześnie informujemy, że hasło poprzedniej krzyżówki brzmiało: Do siego i zabawnego nowego roku. Nagrodę za prawidłowe jego rozwiązanie otrzymuje pani Gražyna Zimnicka-Michalička z Myjawy. Wszystkich miło śników krzyżówek zapraszamy do nowej zabawy! Hasło zostało ukryte w polach oznaczonych numerami w następującej kolejności: 14 – 29 – 31 – 27 – 10 – 41 – 53 – 51 – 32 – 45 – 5 – 37 – 25 – 11 – 6 – 17 – 1 – 50 – 9 – 15 – 58 – 10 – 21 – 49 – 43. Rozwiązanie prosimy przesłać pod adresem: mwobla@gmail.com do 20 lutego. Spośród autorów tych poprawnych wylosujemy zwycięzcę, któremu nagrodę prześlemy pocztą. Prosimy nie zapominać o podaniu swojego imienia, nazwiska i adresu pocztowego. Miłe j zabawy! Red., TO

Poziomo 4 klucz stosowany dla zapisu instrumentów i głosów 6 góralska, wyróżnia się dźwiękami gęślików 9 imię słowackiego perkusisty lub po włosku imię Masaccio 11 obszar polarny wokół bieguna północnego 12 po angielsku poranek 13 cudowny drink 14 miasto nad Nysą Łużycką, naprzeciw Gorlitz 16 odłam partii, stronnictwa 17 ojczyzna Nehru 19 muzyka improwizowana 20 Antonio, kompozytor 24 miarowość, rytmiczność 25 Stehlik, znany muzyk, kompozytor i aranżer oraz grafik „Monitora Polonijnego“ (zdrobniale) 28 sekciarz, fundamentalista, pryncypialista 29 śpiewały „Kapitańskie tango“ 30 mleczko kauczukowe 31 zdrowa zaprawa

32 34 38 39 41 42 43 44 48 49 51 52 53 54

56 57 58

59

Grek z filmu płyta kompaktowa skrótem z kolejką na Gubałówkę imię muzykanta z noweli Sienkiewicza region autonomiczny w Hiszpanii obramowanie stolarki najmłodszy monoteizm zdrobniale imię redaktorki „Monitora Polonijnego“ styl muzyki brazylijskiej dziewczyna ratownika z piosenki bizantyjski obraz oznacza „dobrą nowinę“ imię słowackiego gitarzysty potocznie lub Joan, kolega Picassa imię słowackiego gitarzysty basowego i śpiewaka lub imię włoskich królów raj ziemski potocznie zwana pompą imię Polaka opiewającego Słowację lub bohater książek Szklarskiego (zdrobniale) takie jest życie po francusku

Pionowo 1 2 3 5 7 8 10 15 18 21 22 23

niejadowity, chroniony wąż „Takie ...“ Budki Suflera stolica z Arbatem głowa wilka zanik, ubytek robi z łez perły, w powiedzeniu ludowy taniec z Kuby bez muzyki, sam śpiew wynalazek, bajer, gadżet dezorganizacja zaraza, plaga imię polskiego wokalisty mieszkającego na Słowacji lub Luc we Francji 26 imię polskiej wokalistki mieszkającej na Słowacji, nie Bem LUTY 2018

27 czarna bila 28 polski taniec ludowy 33 muzyka z którą kojarzą się Tadeusz Nalepa, Irek Dudek, JABLCO 35 dwór po staropolsku 36 przygoda miłosna 37 literacki wybór 40 książka …, czyli o gotowaniu 45 znak diakrytyczny 46 imię Morávkovej, słowackiej aktorki i śpiewaczki, świętuje imieniny 6. 7. 47 muzyka latynoamerykańska 50 à la skrzypce 55 moda sprzed lat 27


obowiązujących w Polsce, gdzie urlop macierzyński i rodzicielski wciąż pozostaje domeną kobiet. W Polsce ojciec może przejąć jedynie niewykorzystaną przez kobietę część urlopu macierzyńskiego. Jeśli jednak matka dziecka wybierze urlop w pełnym wymiarze, wówczas ojciec nie może już z niego skorzystać. Właśnie ten mało dogodny przepis w porównaniu ze słowackim prawem prawdopodobnie powoduje, że to słowaccy tatusiowie chętniej decydują się zostać tatą na domowym etacie. Często też panie, które sprawują wysokie, dobrze płatne stanowiska

lub realizujące się zawodowo, decydują się na wcześniejszy powrót do pracy, podczas gdy mężczyzna zostaje z dzieckiem w domu. Ale czy tylko o odpoczynek od pracy zawodowej i aspekt ekonomiczny chodzi? To przecież wyjątkowy czas dla dziecka i taty, który od najwcześniejszych miesięcy maleństwa może aktywnie uczestniczyć w jego życiu, budując z nim jedyną w swoim rodzaju więź. O tym, jak ważny dla rozwoju dziecka jest bliski kontakt z ojcem, mówi się od dawna. Psychologowie podkreślają, że to właśnie okres niemowlęctwa decyduje o relacji dziecka z rodzicami, a miłość ojca wpływa równie dziećmi ze swoimi żonami i partnerkami. Na Słowacji urlop dla ojców cieszy się z roku na rok coraz większą popularnością. Z ubiegłorocznych badań wynika, że co dziesiąty mężczyzna korzysta z opcji urlopu dla tatusiów, a jeszcze trzy lata temu jeden na stu ojców decydował się podjąć całodzienną opiekę nad swoim maleństwem. Dlaczego tak się dzieje? Na pewno jest to ciekawa opcja finansowa dla obojga rodziców, kiedy to najpierw z płatnego urlopu macierzyńskiego w wymiarze 34 tygodni może skorzystać matka dziecka, a następnie przez 28 tygodni ojciec. Przepisy te zdecydowanie różnią się od tych, 28

K

iedy w niedzielne popołudnie zmierzałam na umówione spotkanie w Bratysławie, po drodze minęłam kilku mężczyzn, z których każdy spacerował z dziecięcym wózkiem. Ach, kobiety mają dziś dzień dla siebie, pomyślałam. Sama zresztą zostawiłam synka pod opieką męża. Nie tylko niedziela jest zarezerwowana dla ojców, by po całym tygodniu pracy mogli oni spędzić czas ze swoimi pociechami. Coraz więcej panów zamiast być niedzielnymi tatusiami wybiera urlop tacierzyński, zamieniając się rolami w opiece nad

Tato, co Ty na to?

Monitor2_2018 6.2.2018 18:41 Page 28

MONITOR POLONIJNY

➠ Polskie gwiazdy sportu w okresie międzywojennym • 15 lutego – 2 marca, Bratysława, Instytut Polski, Galeria Nieformalna, ul. Klobučníka Wystawa zaprezentuje historię międzywojennego polskiego sportu. Na tle wydarzeń społecznopolitycznych przedstawi polskie gwiazdy sportu, m.in. Bronisława Czecha (narciarstwo), Janusza Kusocińskiego (lekkoatletyka) i Helenę Marusarzównę (narciarstwo).

➠ VIII Międzynarodowy Festiwal Gitarowy Prešovské dni klasickej gitary 8 – 9 lutego, Prešov, PKO Čierny orol, Hlavná 50 • W tym roku kursy mistrzowskie poprowadzi ceniony na całym świecie polski gitarzysta i profesor Ryszard Bałauszko z Akademii Muzycznej im. F. Chopina w Warszawie i Białymstoku.

PROGRAM INSTYTUTU

mocno, a czasem nawet mocniej na rozwój dziecka, niż miłość matki. Wśród zalet urlopu tacierzyńskiego uczeni wymieniają przede wszystkim wzmocnienie więzi rodzinnych i silniejszy kontakt emocjonalny ojca z dzieckiem. Obcowanie z małym człowieczkiem to wspaniałe doświadczenie, ale też praca i zmęczenie, a często prawdziwa szkoła przetrwania. Tata odkrywa inną, nową stronę życia, i każdodziennie zmierza się z nowymi problemami, dostosowując się do nieznanych wcześniej sytuacji, bo bycie ojcem to nie tylko radości, ale także odpowiedzialność i obowiązki. Zwłaszcza w obecnych czasach ojcostwo jest wyzwaniem dla niejednego mężczyzny, gdyż wymaga poświęcenia, sił, serca i cierpliwości. Czasami kiedy wracam do domu, mam wrażenie, że przeszedł przez niego tajfun. Wszędzie porozrzucane zabawki, pieluszka na środku pokoju, a zawartość szaf na podłodze. Przymykam jednak oko i cieszę się, że mały jest nakarmiony, przewinięty i w doskonałym nastroju, bo wiem, że to ich czas – taty i syna – a to, co razem przeżywają, to niepowtarzalna przygoda. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

P


Monitor2_2018 6.2.2018 18:41 Page 29

Za górami za lasami za Tatrami JaBlCo & prZyJaCiele

Zainteresowanych nabyciem płyty, wydanej prze Klub Polski, a wykonanej przez zespół JABLCO & Przyjaciele pt. „Za górami, za lasami, za Tatrami“, prosimy o przesłanie zamówienia z podaniem adresu pocztowego na mail: monitorpolonijny@gmail.com lub o kontakt telefoniczny pod numerem telefonu: 0907139041. Płyta zostanie wysłana za pobraniem (po słowacku na dobierku) w cenie 10 euro.

© 2018 KLUB POLSKI Wszelkie prawa producenta i właściciela nagranych utworów zastrzeżone. Kopiowanie, wypożyczanie oraz publiczne odtwarzanie niniejszej płyty bez zezwolenia jest zabronione. Wyprodukowano na Słowacji SOZA 2905-001-2

Z okazji życiowego jubileuszu życzymy długoletniej członkini naszego Klubu Jance Polakovej z Trenczyna długich i szczęśliwych lat aktywnego życia, niegasnącej, pozytywnej energii i jak najwięcej dobrych ludzi wokół siebie. Jednocześnie dziękujemy za aktywne wspieranie naszej działalności. Przyjaciele z Klubu Polskiego w Trenczynie

Życzenia

Fascinujúca perla dvoch kontinentov Náhoda alebo osud?

U

P O L S K I E G O W B R AT Y S Ł AW I E N A L U T Y ➠ Wieczór dyskusyjny ÚPN: „Víťazný február 1948“ - kiedy komuniści przejęli władzę • 22 lutego, godz. 17.00, Bratysława Instytut Polski, Nám. SNP 27 • Drugie tegoroczne spotkanie w ramach wieczorów dyskusyjnych, organizowanych przez słowacki Instytut Pamięci Narodowej, skupi się na temacie przejęcia władzy przez komunistów i procesów, które do niego doprowadziły. W dyskusji weźmie również udział polski ekspert z Pamięci Narodowej dr hab. Mirosława Szumiło, który opowie o polskim widzeniu tych wydarzeń na tle przejęcia władzy komunistów w Polsce. ➠ Dagadana • 26 lutego, godz. 19.30, Bratislava, Divadlo Mala scéna • Polskoukraiński zespół Dagadana powstał w 2007 roku. Dagadana w składzie: Daga Gregorowicz, Dana Vynnytska, Mikołaj Pospieszalski oraz Bartosz Mikołaj Nazaruk, porusza się na falach różnych gatunków - od muzyki klasycznej po jazz, muzykę światową i elektronikę. LUTY 2018

➠ Żołnierze wyklęci. Polska działalność antykomunistyczna po 1944 r 28 lutego, godz. 17.00, Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 Wykład polskiego eksperta na temat problematyki podziemia niepodległościowego, walczącego o wolność w powojennej Polsce, w związku z Narodowym Dniem Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, obchodzonym 1 marca. W ramach spotkania zostanie przedstawiony również komiks Inka, przygotowany w 2016 roku przez Muzeum Wojska w Białymstoku o historii antykomunistycznego ruchu oporu w Polsce po 1944 roku. ➠ 1 marca o godz. 17.00 w bratysławskim kinie Mladosť (Hviezdoslavovo nám. 18) odbędzie się projekcja spektaklu telewizyjnego Inka 1946. Ja jedna zginę z 2006, autorstwa Wojciecha Tomczyka.

V spomienkach na štúdium na Pedagogickej Fakulte sa mi často vybaví, aké to všetko bolo náročné na čas a ako sa skúšobné obdobie bez konca ťahalo. Veľmi dobre mi preto padlo, keď som dostala ponuku zúčastniť sa na sprievodcovskom kurze a spestriť si leto cestovaním. Mojou prvou destináciou bol turecký Istanbul, ktorý ma naučil, že akokoľvek by sa človek na cestu do tohto gigantického veľkomesta pripravil, aj tak to nikdy nestačilo. Môj prvý zájazd bol veľmi zaujímavý a hlavne skomplikovaný mojou neskúsenosťou a skúškou trpezlivosti so skupinou novinárov, ktorí sa zaujímali o každý detail a do všetkého „vŕtali“. Avšak s každou daľšou návštevou môj obdiv k fascinujúcej metropole na dvoch kontinentoch rástol viac a zakaždým ma presvedčil, ze raz sa tam opäť určite zasa vrátim.... 29


Monitor2_2018 6.2.2018 18:41 Page 30

Prvý návrat Kamarátka z Viedne mi do Anglicka napísala, že sa chce stretnúť v nejakom veľkomeste, kde sa dá dobre nakúpiť, donekonečna obdivovať históriu a vychutnávať dobré jedlo. Ako prvý mi samozrejme napadol Istanbul, ktorý na pokrytie všetkých týchto kritérií postačoval. Stretli sme sa o pár dní na centrálnom námestí Taksim pulzujúcom denným aj nočným životom. Hneď sme sa vybrali na prechádzku po vychýrenej ulici Istiklal hemžiacou sa stovkami ľudí, ktorí sem prišli, aby si len tak pokecali s kamarátmi v malebných reštauráciách, alebo zahrali „tavlu“ (veľmi obľúbenú starodávnu hru na šachovnici, ktorej preklad na Googli len tak ľahko nenájdete!). Suvenírové obchody a turistami vždy preplnené voňavé bazáry len dopĺňali magickú atmosféru, do ktorej som sa opäť neváhala vrátiť.

Jedna náhoda prináša ďaľšiu Ako sme tak trávili čas popíjaním čaju a návštevou múzeí, náhodou som si všimla, že Istanbul je preplnený jazykovými školami. „Aké by bolo zostať tu dlhšie?“ A tak som sa ihneď po návrate rozhodla skontaktovať s dvoma súkromnými jazykovými školami. Úspech! Pozvali ma na pohovor, čo bola vlastne dalšia dobrá náhoda a zámienka vrátiť sa do Istanbulu. Pohovor prebehol úspešne a jedna z dvoch škôl mi ponúkla kontrakt na dva roky. „Ako to všetko teraz doma zvládnem? Ako dám takto nečakane výpoveď? A čo ak sa mi v Istanbule učenie angličtiny nebude pozdávat a vrátiť sa spät na svoje teplé mies -

tečko do Anglicka už bude neskoro?“ Všetky tieto otázky mi pred mojim odchodom vírili v hlave. Našťastie môj šéf mal pochopenie, ba dokonca prisľúbil, že ma príjme naspäť, ak sa rozhodnem vrátiť. S touto myšlienkou sa mi rozhodne ľahšie konalo, a bez problémov som sa presťahovala do svojej srdcovej záležitosti – mesta Istanbul.

Druhý veľký návrat Môj prílet bol v pohode. Nemala som pocit, že idem do neznáma. Ubytovala som sa v slávnej štvrti Cihangir odkiaľ sa mi z balkóna prestieral nádherný výhľad na modrý Bospor a jeho svetoznámy most. S úľavou som ďaľší deň zavítala do školy, kde ma čakali študenti, ktorí sa svojou dobrou znalosťou angličtiny chceli zatriediť do medzinárodnej komunity. Zaplatili si za to a ja som cítila obrovskú zodpovednosť. Naše hodiny angličtiny boli super. Malé skupiny študentov, obrovská motivácia do učenia a všadeprítomný zmysel pre humor. Našla som nové priateľstvá s kolegyňami z rôznych krajín kde nechýbalo ani Poľsko. Agnieszka ma vždy ubezpečovala, ze dvojročný kontrakt sa mi bude zdať krátky a mala pravdu. Z dvoch rokov sa stali štyri! Stretla som niekoho, pre koho sa oplatilo zostať. Naše spoločné záujmy viedli k obdivovaniu histórie, navštívili sme palác Topkapi, chrám Ayia Sofia, ktorý je jeden zo siedmych divov sveta, magickú Modrú Mešitu a často sme sa na jar prechádzali po tulipánovom Gulhane parku. Naku povali sme spolu v Egyptskom bazáre, kde to neodolateľne voňalo čerstvou

kávou a kde sme ochutnávali tú naj lepšiu ‘bakhlavu’. Najviac nás však bavilo cestovať loďou z Európskej časti do Ázie. Dali sme si vždy sezamový ‘simit’ s čajom a rozoberali Osmanskú kultúru. Z nášho priateľstva sa vyvinulo manželstvo presne 12. 12. 2012.

Symbol poľsko -tureckého priateľstva Polonezkoy - táto malebná poľská dedinka v ázijskom predmestí Istanbulu bude mať vždy špeciálne miesto v mojom srdci. Adampol, ako ho nazývajú miestni obyvatelia, bol inšpirovaný a založený princom Adamom Czartoryskim v roku 1842, keď sa tam usadila malá skupinka poľských emigrantov. Tá sa do roku 1918 rozvinula na významnú komunitu a hoci mnohí sa po tomto roku vrátili späť do Poľska, tí čo sa rozhodli zostať, dnes spestrujú miestnu kultúru poľskými tradíciami. Dedinka má mnoho hotelov, reštaurácií a piknikových parkov, kde sa dá skvele oddychovať. Navštívilo ju mnoho významných osobností, napríklad Franz Liszt, Gustave Flaubert, Mustafa Kemal Ataturk, Papez Jan XXIII, Adam Rapacki, Lech Wałesa, či Aleksander Kwaśniewski. Ja som vždy rada navštevovala poľský festival, kde som sa zoznámila s Poliakmi, ktorí hovoria plynulou poľštinou aj perfektnou turečtinou. Dnes ich tam žije okolo 1000 a Turecko sa stalo ich domovom. Festivalmi si pripomínajú svoju rodnú krajinu a mne keď sa zacnelo za domovom, našla som tam vždy balzam na dušu.

Návraty do seba Človek si cestovaním spestruje život a objavuje miesta, kam sa vždy oplatí vrátiť. Pre mňa každý návrat do Istanbulu znamená „návrat do seba“, pretože ma v retrospektíve prinúti zamýšlať sa nad tým, ako toto 20-miliónové veľkomesto dokázalo nenúte ne a prirodzene skĺbiť Východ a Západ. Istanbul pre mňa predstavuje svedectvo úcty a rešpektu k histórii a iným kultúram. To je presne to, čo ma k nemu priťahuje, čo by sme v ňom mali všetci hľadať BEATA CIGÁŇOVÁ

30

MONITOR POLONIJNY


Monitor2_2018 6.2.2018 18:42 Page 31

Nasze małe podróże Ahoj! Tym razem chciałbym wam opowiedzieć, które miasta udało się nam ostatnio odwiedzić. Zdecydowaliśmy się na krótkie jednodniowe wycieczki, ponieważ pogoda jeszcze nie sprzyja dłuższym wędrówkom, a czas w domu już się nam dłużył. Dlatego pewnej niedzieli rodzice postanowili, że pojechadziemy do Wiednia.

Droga nie była bardzo długa, ale ponieważ jeszcze szybko robi się ciemno, wyruszyliśmy wcześnie rano. Po przyjeździe do stolicy Austrii zatrzymaliśmy się na parkingu podziemnym pod samym ratuszem. Akurat odbywały się tam targi, na których widzieliśmy olbrzymie pączki. Stamtąd poszliśmy zwiedzić centrum miasta. Najpierw podziwialiśmy budynek parlamentu, potem przeszliśmy przez park miejski, gdzie znajduje się XIII-wieczny zamek Hofburg, kiedyś zamieszkały przez austriackich cesarzy. Następnie udaliśmy się do centrum, gdzie szliśmy razem z konikami i karetami. Podziwialiśmy też kościoły, a do jednego

LUTY 2018

udało nam się wejść. Była to olbrzymia gotycka katedra św. Szczepana. A gdy już mieliśmy dość zwiedzania miasta, rodzice zaproponowali, by pójść do największego lunaparku, który znajduje się w parku Prater. Jego największą atrakcją jest wielki diabelski młyn. Ja najbardziej zapamiętałem przejażdżkę pociągiem w tunelu strachu i katapultę, która toczyła nas we wszystkie strony. Wycieczka do Wiednia bardzo się udała i na pewno tam wrócimy, bo atrakcji, których nie widzieliśmy, jest tam jeszcze sporo. Kilka tygodni później, gdy znów zaczęło się nam dłużyć, wybraliśmy się do niedalekiego uzdrowiska. Pojechaliśmy do Pieszczan. Pieszczany znajdują się pomiędzy Trenczynem a Bratysławą. Legenda głosi, że pierwsi ludzie osiedlili się tam, gdy zauważyli, że płynie tamtędy rzeka, która nawet w zimie jest gorąca. Jest to możliwe, ponieważ pod ziemią znajdują się bardzo gorące źródła, zawierające dużo minerałów, leczących różne choroby. Dlatego na wyspie nad Wagiem wybudowano

uzdrowisko, które pomaga ludziom. Jego symbolem jest rzeźba umieszczona na moście – chory, łamiący i odrzucający kule. My biegaliśmy po parku i nad rzeką, podziwiając rośliny z różnych krajów i karmiąc łabędzie i kaczki. Najbardziej nas zaskoczyło, że nawet w środku zimy rosną tu piękne kolorowe kwiaty. Jest też małe gorące jeziorko, gdzie oprócz rybek i żab pływała rodzinka żółwików. Naszą wycieczkę zakończyliśmy spacerem po centrum miasteczka i jedząc charakterystyczne pieszczańskie wafelki. Zobaczymy, dokąd pojedziemy następnym razem! JAKUB KRCHEŇ z mamą OLĄ

31


Monitor2_2018 6.2.2018 18:42 Page 32

Przepisów, dzięki którym możemy zabłysnąć w towarzystwie, nigdy dość. Zwłaszcza takich, których przygotowanie nie wymaga umiejętności mistrza kuchni. A jeśli na dodatek autor przepisu to zakonnik – cóż, kulinarny sukces

murowany! Z tym większą przyjemnością prezentuję dziś w „Piekarniku” przepis od brata Rafała, urodzonego w Grecji w polsko-słowackiej rodzinie. Jego piersi kurczaka w kaftaniku z ciasta francuskiego są po prostu palce lizać!

Piersi kurczaka w kaftaniku Składniki: • 6 piersi z kurczaka • 1 paczka mrożonego szpinaku • 2 łyżki kwaśnej śmietany • 3 opakowania ciasta francuskiego • 6 plastrów sera • 4 ząbki czosnku • 1 łyżka masła • sól, pieprz, gałka muszkatołowa • jajko • mleko • 2 serki topione ZD

JĘC

IA:

BR

AT R

AFA

Ł

Sposób przyrządzania: Szpinak przesmażamy na maśle tak długo, aż odparuje z niego woda. Dodajemy starty czosnek, sól, pieprz i gałkę muszkatołową do smaku. Zabielamy śmietaną. Pierś kurczaka nacinamy tak, aby uzyskać kieszonkę. Ostrożnie wsuwamy do niej porcję szpinaku. Na wierzch szpinaku nakładamy plaster sera. Całą pierś solimy. Każde opakowanie ciasta francuskiego dzielimy na dwie części. Układamy na nich piersi dokładnie na środku, a oba boki nacinamy w paski, dochodząc do piersi, ale nie krojąc już pod spodem. Następnie paski zawijamy

na górze piersi na przemian, tworząc przeplatany kaftanik. Zlepiamy brzegi, by ładnie wykończyć całość. Tak przygotowane piersi ostrożnie układamy w naczyniu wyłożonym papierem do pieczenia. Piekarnik nagrzewamy do 200 stopni, wierzch ciasta smarujemy roztrzepanym jajkiem i wszystkie porcje pieczemy ok. 40 minut. Dodatkiem może być sos serowy – do gotującego się mleka dodajemy topiony ser i mieszamy cały czas, aż się roztopi. Doprawiamy solą, białym pieprzem i odrobiną vegety.

To iście niebiańskie danie smakuje wyjątkowo. Elegancko wygląda i z pewnością zrobi furorę nie tylko podczas niedzielnego obiadu, ale też na niejednej imprezie. Smacznego! AGATA BEDNARCZYK

Monitor Polonijny 2018/2  
Monitor Polonijny 2018/2  
Advertisement