Page 1

ISSN 1336-104X

Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:37 Page 33

Wielkanocne wspomnienia

str.7

O ponadczasowym „Imperium“ Ryszarda str.9 Kapuścińskiego


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:30 Page 2

25 lat minęło G

dy 15 lutego 1991 roku przywódcy Polski, Czechosłowacki i Węgier spotkali się na wyszehradzkim zamku, by omówić strategię współpracy przy ubieganiu się o członkostwo w strukturach euroatlantyckich, nikt nie przypuszczał, że w tym momencie tworzy się historia. Grupa V4 nigdy nie doczekała się rozbudowanych instytucji (jedyną sformalizowaną strukturą jest Fundusz Wyszehradzki z siedzibą w Bratysławie), wielokrotnie ogłaszano jej koniec, a mimo to przetrwała – i na naszych oczach przeżywa swoją trzecią młodość. Współpraca w ramach V4 nigdy nie była łatwa. Najpierw problemy robiła Republika Czeska – ówczesny premier Vaclav Klaus stał na stanowisku, że Czechy są zdecydowanym liderem przemian i niekoniecznie muszą zmierzać do UE wspólną drogą z mniej zaawansowanymi partnerami. W latach 1992-1995 Klaus forsował pogląd, iż Zachód powinien „odpuścić sobie” wielkie rozszerzenie UE, które na początku lat 90. zdawało się odległą i mało realną perspektywą. Zamiast tego, zdaniem Klausa, UE jeszcze w latach 90. powinna była przyjąć do swojego grona Czechy i Słowenię – reszta powinna czekać. Wkrótce potem hamulcowym wyszehradzkiej współpracy okazała się mečiarowska Słowacja, która stopniowo popadała w międzynarodową izolację. Mniej więcej od 1994 aż po 1998 rok mówiono wręcz o „trójkącie wysze hradzkim”, czyli o Polsce, Cze chach i Węgrzech, bez „problematycznej” Słowacji. I właśnie te trzy kraje przystąpiły w 1999 roku do NATO wraz ze Słowenią i Estonią, jednocześnie rozpoczynając negocjacje o przyjęcie do UE. I tu znów jedność wyszehradzka została poddana próbie: zamiast współpracy po2

szczególne państwa początkowo konkurowały ze sobą, które z nich zamknie więcej rozdziałów akcesyjnych. Gdy współpraca polityczna kulała, w siłę rosła współpraca gospodarcza. W 1992 roku kraje wyszehradzkie powołały do życia – Środkowoeuropejskie Porozumienie o Wol nym Handlu. CEFTA okazała się strzałem w dziesiątkę – dzięki niej zlikwidowano większość barier celnych, co sprzyjało rozwojowi gospodarczemu całego regionu i zwiększyło jego znaczenie w oczach zachodnich partnerów. CEFTA stała się przedsionkiem UE, a o jej znaczeniu świadczyć może fakt, że w jej szeregi wstępowali kolejni członkowie: Słowenia, Chorwacja, Rumunia, Bułgaria, a następnie pozostałe kraje bałkańskie i Mołdawia. Grupa Wyszehradzka kilkakrotnie przeżywała odrodzenie w momencie, kiedy już wszyscy stawiali na niej krzyżyk. Tak było w 1998 roku, gdy po utworzeniu rządu Mikuláša Dzu rindy do aktywnego udziału w V4 wróciła Słowacja. Kolejnym przejawem sensownego działania był końcowy etap negocjacji członkowskich

z UE, kiedy początkową rywalizację zastąpiła współpraca – kraje V4 koordynowały swoje stanowiska i pomagały sobie wzajemnie, dzięki czemu udało im się wynegocjować lepsze warunki członkostwa. Lata 2002-2004 to także pomoc pozostałych członków grupy w nadrobieniu negocjacyjnych zaległości Słowacji. Tu również Grupa Wyszehradzka okazała się skuteczna: Słowacja, która rozpoczęła negocjacje później, weszła do UE razem z Polską, Czechami i Węgrami w 2004 roku i w tym samym roku została członkiem NATO. Wejście do UE i NATO oznaczało realizację głównych celów, dla których V4 powołano. Po osiągnięciu tego współpraca wyszehradzka znów osłabła. Pojawiły się też rozbieżności w polityce zagranicznej, zwłaszcza w stosunku do Rosji. Grupie znów wieszczono upadek. Współpraca odżyła jednak ponownie w związku ze wspólnym stanowiskiem wobec polityki imigracyjnej Unii i chęci zachowania strefy Schengen. Co dalej? Grupie Wyszehradzkiej z pewnością przydałoby się więcej integracji wewnętrznej, np. wymiany młodzieży, lepszych połączeń transportowych, lepszego poznania się na poziomie społeczeństw. Tego brakuje między Polską a Słowacją, ale także między Czechami a Węgrami. Jeśli sytuacja się nie zmieni, to V4 pozostanie stru kturą, ożywającą tylko incydentalnie. Czy głównym spoiwem grupy ma być strach przed uchodźcami? Mimo wszystko byłoby lepiej, gdyby kolejne 25 lat współpracy budować na konstruktywniejszych wartościach. JAKUB ŁOGINOW MONITOR POLONIJNY


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:30 Page 3

Miłośnicy Ryszarda Kapuścińskiego powinni być usatysfakcjonowani, bowiem w tym numerze „Monitora“ publikujemy obszerny materiał, w którym wspominamy mistrza reportażu („Wywiad miesiąca”, str. 9). Wszystko to ze względu na jego książkę, która ukazała się na Słowacji dzięki wydawnictwu Absynt. Chodzi o powstałe ponad 20 lat temu „Imperium“, które jest wciąż aktualne. Jak on to robił, że potrafił zainteresować wtedy i interesuje dziś? Jak pisać wspaniałe, ponadczasowe reportaże? Między innymi o tym rozmawialiśmy z dziennikarzem i przyjacielem Kapuścińskiego, Sławomirem Popowskim, który go gościł niemalże dwa lata w Moskwie, gdy ten zbierał materiały do wspominanej pozycji. Z Kapuścińskim po trosze wiąże się kolejny materiał publikowany w tym numerze. W cyklu „Co u nich słychać?“ rozmawiamy z Jozefem Marušiakiem, który przetłumaczył na język słowacki ponad 60 pozycji książkowych, w tym również reportaże Kapuścińskiego (str.14). Kapuściński jako mistrz słowa zachwycał. O zachwycie nie może być mowy, kiedy śledzimy pełne nienawiści komentarze w Internecie. Tym zagadnieniem, dziś bardzo aktualnym nie tylko w Polsce czy na Słowacji, ale chyba wszędzie na świecie, zajmujemy się w „Okienku językowym“ na str. 22. Nienawiści mówimy zdecydowanie NIE! I przechodzimy do milszych tematów. Jako że to numer marcowo-kwietniowy, a 4 marca imieniny obchodził Kazimierz, publikujemy artykuł o kaziukach (str. 6), ale tych w Gdańsku, a nie na Kresach, skąd zwyczaj pochodzi. Wielkimi krokami zbliżają się święta Wielkiej Nocy. Z tegoż powodu na łamach „Monitora“ publikujemy m.in. ankietę, w której o wielkanocnych zwyczajach opowiadają nasi rodacy mieszkający na Słowacji, pochodzący z różnych zakątków Polski („Ankieta”, str. 7). W tym numerze znajduje się też kilka pozycji, przypominających ciekawe wydarzenia, jak choćby ćwierćwiecze Grupy Wyszehradzkiej (str. 2). Piszemy też o opozycji katolickiej na Słowacji w czasach komunistycznych („Ważkie wydarzenia w dziejach Słowacji”, str. 24) czy o kultowym klubie studenckim „Stodoła“ i jego gwiazdach, które w czasach głębokiego komunizmu bawiły polską publiczność („Wspomnienia (nie)dawne“, str. 25). „Monitor“ tradycyjnie oferuje też recenzje książkowe, muzyczne czy filmowe. A na deser krzyżówkę świąteczną (str. 27) i coś smacznego nie tylko dla tych, którzy dbają o kondycję fizyczną (str. 32). Życzymy miłej lektury oraz wesołych Świąt Wielkanocnych, pełnych miłości i zrozumienia. W imieniu redakcji

Od plaskurów do rękawki 4 Z KRAJU 4 Kaziuki wileńskie w Gdańsku 6 ANKIETA Wielkanocne wspomnienia 7 WYWIAD MIESIĄCA O ponadczasowym „Imperium“ Ryszarda Kapuścińskiego 9 Z NASZEGO PODWÓRKA 12 CO U NICH SŁYCHAĆ? Książkowy świat Jozefa Marušiaka 14 KINO-OKO Komedia o umieraniu 16 SŁOWACKIE PEREŁKI Zagubić się w czasie 17 Niezłomna pani Maria skończyła 101 lat 18 Autostop XXI wieku 20 CZUŁYM UCHEM „Genesis” Ani Rusowicz łączy muzyczne pokolenia 21 OKIENKO JĘZYKOWE „Przed nienawiścią strzeż mnie, Boże…” 22 BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI „Niespokojni” Aliny Kietrys 22 WAŻKIE WYDARZENIA W DZIEJACH SŁOWACJI Opozycja katolicka na Słowacji w czasach komunistycznych (2) 24 WSPOMNIENIA (NIE)DAWNE Czar starej, dobrej „Stodoły“ 25 KRZYŻÓWKA ŚWIĄTECZNA 27 OGŁOSZENIA 28 ROZSIANI PO ŚWIECIE Miasto-świat 29 MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Polskie Święta Wielkanocne w Anglii 31 PIEKARNIK Zdrowie i kondycja w amerykańskim stylu 32

ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk, Agnieszka Drzewiecka, Katarzyna Pieniądz, Magdalena Zawistowska-Olszewska KOREŠPONDENTI: KOŠICE – Magdalena Smolińska • TRENČÍN – Aleksandra Krcheň JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE: Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik ZAKLADAJÚCA ŠÉFREDAKTORKA: Danuta Meyza-Marušiaková ✝(1995 - 1999) • VYDAVATEĽ: POĽSKÝ KLUB • ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • IČO: 30 807 620• KOREŠPONDENČNÁ ADRESA: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel: 031/5602891, monitorpolonijny@gmail.com • BANKOVÉ SPOJENIE: Tatra banka č.ú.: 2666040059/1100 • EV542/08 • ISSN 1336-104X • Redakcia si vyhradzuje právo na redigovanie a skracovanie príspevkov • náklad 550 ks • nepredajné Realizované s finančnou podporou Úradu vlády Slovenskej Republiky – program Kultúra národnostných menšín 2016 a Stowarzyszenia „Współnota Polska“

www.polonia.sk MARZEC - KWIECIEŃ 2016

3


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:30 Page 4

Ś

więta wielkanocne, niezależnie od towarzyszącej im pogody, zawsze są symbolem tego, że kolejną zimę mamy za sobą, a słońce nad naszymi głowami – choć czasami opornie, trzeba przyznać – świeci coraz wyżej, zwiastując powrót ciepła, zieleni oraz chęci do życia. I choć starsi ludzie nieodmiennie narzekają, że kiedyś wszystko było jakieś lepsze i piękniejsze, a święta obchodzono huczniej i z większą troską o detale, to jednak i my lubimy pielęgnować rodzinne tradycje, piekąc wielkanocne baby, malując jajka, doprawiając jak najlepiej świąteczną szynkę. Części z dawnych zwyczajów nie jesteśmy już w stanie dotrzymać – zmieniły się czasy, obyczaje życia codziennego, żyjemy szybciej i nie

Od plaskurów do rękawki mamy tyle wolnego czasu, by np. w Wielkim Tygodniu przeżywać każdy świąteczny dzień jak dawniej. Ale najważniejsze jest chyba przekazywanie tego, co otrzymaliśmy od naszych przodków, naszym dzieciom i wnukom, bo to jedyna gwarancja, że chociaż część z duchowego bogactwa naszej przeszłości trwać będzie jeszcze długie lata. Najwspanialsze smaki wielkanocnych potraw też przecież wynosi się z domu rodzinnego i czasami potrzeba wielu lat, by po wejściu w poważny związek ustalić ostateczne świąteczne menu, uwzględniające to, co podawano w rodzinnych domach obojga partnerów.

PREZYDENT Andrzej Duda 4 lutego podpisał ustawy, dotyczące połączenia funkcji ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego oraz reformy prokuratury. Zmiany weszły w życie 4 marca. Minister-prokurator generalny uzyskał więcej praw. Zlikwidowana została odrębna prokuratura wojskowa. GRZEGORZ SCHETYNA został 26 stycznia przewodniczącym Platformy Obywatelskiej. Był jedynym kandydatem ubiegającym się o to stanowisko. Nowy lider ugrupowania zapowiedział, że PO będzie twardą opozycją. SZEF MSZ Witold Waszczykowski 29 stycznia przedstawił w Sejmie priorytety polskiej dyplomacji na 2016 r. Jak podkreślił, Polska w tym roku będzie musiała zmierzyć się z trzema wielkimi kryzysami, które dotknęły Europę: z kryzysem bezpieczeństwa, sąsiedztwa oraz kryzysem samego projektu europejskiego. Jak ocenił, najwięcej obaw budzi polityka naszego wielkiego sąsiada na wschodzie, która zmierza do rewizji porządku europejskiego. Według ministra priorytetem rządu będzie zapewnienie państwu i obywatelom szeroko rozumianego bezpieczeństwa militarnego i gospodarczego oraz stabilności granic. 4

W WARSZAWIE 5 lutego zmarła Maria Stypułkowska-Chojecka „Kama”, łączniczka i sanitariuszka batalionu „Parasol”, uczestniczka powstania warszawskiego. Pochowana została na Cmentarzu Powązkowskim. Że gnały ją tłumy warszawiaków, żołnierze, reprezentacja harcerstwa i przedstawiciele najwyższych władz państwowych. Siódmego lutego weszły w życie przepisy znowelizowanej ustawy o policji, która m.in. przewi duje kontrolę operacyjną – po uprzedniej zgodzie sądu – polegającą m.in. na podsłuchu, podglądzie osób w śro dkach transportu lub miejscach innych niż publiczne, kontroli korespondencji, w tym elektronicznej. Przy gotowaną przez posłów PiS nowelizację Sejm uchwalił 15 stycznia, przy sprzeciwie całej opozycji. Senat przyjął ją bez poprawek 29 stycznia. Nowela już została zaskarżona przez PO do Trybunału Konstytucyjnego.

Stare poradniki obficie rozpisywały się, w jaki sposób należy przeżyć Wielkanoc. Ogromną wagę przywiązywano do ciszy, obowiązującej od Wielkiego Piątku do niedzielnego poranka, gdy zaspani wierni obowiązkowo spieszyli na rezurekcję. Ta cisza, będąca symbolicznym wyczekiwaniem na zmartwychwstanie, oznaczała dla wielu ścisły lub całkowity post, co naprawdę musiało być wielkim wyrzeczeniem w zestawieniu z kuchnią kipiącą od smaków i różnego rodzaju smakołyków, przygotowywanych na świąteczny stół. Powszechnie wierzono, co dziś może dziwić, że w tym czasie blisko człowieka są wszystkie ubożęta, czyli krasnoludki,

TRZECH AMERYKAŃSKICH SENATORÓW w tym Republikanin, John McCain w liście skierowanym 10 lutego do premier Beaty Szydło wyraziło obawy w związku z przyjętymi ostatnio w Polsce ustawami. Według nich mogą one naruszyć podstawowe wartości, w tym wolność mediów i niezależność sądownictwa. Senato rowie wezwali polski rząd do potwierdzenia poszanowania uniwersalnych praw człowieka oraz przestrzegania zasad rządów prawa i liberalnej demokracji. Beata Szydło odpowiadając na list podkreśliła m.in. że troska senatorów o sprawy Polski jest ważna i cenna, jednak „zainteresowanie i dobra wola amerykańskich polityków nie może przekształcić się w pouczanie i narzucanie działań dotyczących wewnętrznych spraw mojej Ojczyzny”. DNIA 11 LUTEGO komendant główny policji Zbigniew Maj złożył rezygnację, z powodu – jak sam poinformował – przygotowania wobec niego prowokacji przez byłych pracowników Biura Spraw Wewnętrznych. W efekcie PO złożyła w Sejmie wniosek o odwołanie szefa MSWiA Mariusza Błaszczaka, twierdząc, iż nie radzi on sobie z nadzorem nad policją, co grozi obniżeniem bezpieczeństwa.

12 LUTEGO w wieku 88 lat zmarła w Warszawie Xymena Zaniewska, uznawana za twórczynię polskiej szkoły scenografii. Była współpracowniczką Mody Polskiej, projektowała odzież; projektowała dla Teatru Telewizji i teatrów. Wielokrotnie współpracowała m.in. z Adamem Hanuszkiewiczem. Została pochowana 26 lutego na warszawskich Powązkach Wojskowych. PREZYDENT podpisał 16 lutego ustawę, wprowadzającą zapowiadany przez PiS w kampanii wyborczej program „Rodzina 500 plus”. Według programu świadczenie wychowawcze w wysokości 500 zł na drugie i kolejne dziecko otrzyma każda rodzina, bez względu na dochody. W przypadku rodzin z jednym dzieckiem obowiązywać ma kryterium dochodowe – 800 zł na osobę w rodzinie lub 1200 zł w przypadku dzieci niepełnosprawnych. Świadczenie ma być wypłacane do ukończenia przez dziecko 18 lat. W DNIU 17 lutego w wieku 76 lat zmarł Andrzej Żuławski, jeden z najwybitniejszych polskich reżyserów filmowych. Jego najbardziej znane filmy to „Trzecia część nocy“ (1971 r.), „Diabeł“ (1972 r.), „Opętanie“ (1981 r.) MONITOR POLONIJNY


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:30 Page 5

opiekujące się domem i obejściem. Dzielono się z nimi okruszynami pokarmów, które specjalnie w Wielkim Tygodniu wypiekano – na przykład plaskurami, czyli postnymi, ubogimi plackami, wypiekanymi z mąki i wody, czasami z odrobiną szafranu. Ważne było, by pieczenie zakończyć przed Wielkim Czwartkiem, bo inaczej nieszczęśnikom, którzy tego zwyczaju nie dotrzymali, groził w przyszłości głód. Dziś trudno jest nam sobie odmówić czegokolwiek. Im silniejszy nakaz postu lub diety, tym bardziej jeść się chce, a w żołądku wszystko wiruje na samą myśl, co by tu przekąsić. Zwyczaje wielkanocne są więc także odzwierciedleniem naszej silnej woli, odporności na pokusy, próbą, czy w tym obfitującym we wszystko świecie potrafimy z czegoś zrezygnować. czy „Szamanka“ (1996 r.). W sier pniu 2015 r. na 68. Festiwalu Filmowym w Locarno otrzymał nagrodę dla najlepszego reżysera za film „Kosmos“. W LA VALLETCIE, stolicy Malty, 17 lutego zatrzymano poszukiwanego listem gończym za brutalny mord w Warszawie 27-letniego Kajetana P.; 26 lutego został on przewieziony specjalnym samolotem wojskowym do Polski. Kajetan P., pracownik jednej z warszawskich bibliotek, jest podejrzany o zamordowanie z zimną krwią swojej nauczycielki włoskiego. Czynu tego miał dokonać na początku lutego w jednym z mieszkań na Żoliborzu. PREZES IPN Łukasz Kamiński 18 lutego poinformował o dokumentach, odnalezionych w domu wdowy po gen. Czesławie Kiszczaku, wśród których była teczka personalna, teczka pracy Tajnego Współpracownika o pseudonimie „Bolek“ i odręcznie napisane zobowiązanie do współpracy, podpisane: „Lech Wałęsa Bolek”. W liczącej 279 kart teczce znajdują się liczne doniesienia „Bolka“ oraz notatki funkcjonariuszy SB ze spotkań z nim. Dokumenty obejmują lata 1970-1976. MARZEC - KWIECIEŃ 2016

W końcu jednak nadchodzi moment, gdy jajka są już pomalowane, potrawy przygotowane, stół odświętnie nakryty. Zaczynają się święta. Dla naszych przodków chwila ta miała bardziej symboliczny charakter – odnowione, pobielone wnętrza, przyniesiony z kościoła świeży ogień, oczyszczone spowiedzią serca, ostat-

LEGENDARNY przywódca Solidarności, b. prezydent Lech Wałęsa, który w tym czasie przebywał w Wenezueli, na swoim mikroblogu oświadczył, że nie współpracował z SB, ale popełnił błąd, dał słowo „sprawcy” i nie może ujawnić prawdy. Doku menty na temat „Bolka”, które trafiły do IPN, wywołały polityczną burzę. Niektórzy historycy oceniają zawartość akt jako porażającą, inni zwracają uwagę, że nie ma żadnej pewności co do ich autentyczności. Wałęsy bronią m.in. dawni działacze „S“, podkreślając, że atak na niego jest atakiem na dobro narodowe. Natomiast zdaniem prezydenta Andrzeja Dudy kwestia Lecha Wałęsy jest w tym przypadku drugorzędna, bowiem najważniejsze jest to, co ta sprawa mówi o podwalinach III RP. W TEATRZE POLSKIM we Wrocławiu 20 lutego odbyła się premiera „Dziadów“ Adama Mickiewicza w reżyserii Adama Zadary. To pierw sze w historii polskiego teatru wystawienie dramatu w całości – spektakl trwał 14 godzin i zakończył się owacją na stojąco. DNIA 26 LUTEGO minęło 100 dni od przejęcia rządów przez premier Beatę Szydło i jej ekipę. Na specjal-

ni post przed uroczystą rezurekcją… Potem już tylko radość, życzenia i biesiada… Tuż po Niedzieli Wielkanocnej i Lanym Poniedziałku w niektórych rejonach obchodzono jeszcze jeden zwyczaj – to, co zostało ze świątecznych stołów, zanoszono ubogim i studentom jako rękawkę. W Krakowie z tej okazji darczyńcy wspinali się na kopiec Krakusa i wysypywali z koszyków pisanki, ciasta i kiełbasy, które toczyły się w dół, wprost pod nogi głodnej biedoty. Przypomnijmy sobie, co było wa żne w okresie Wielkanocy dla naszych przodków i pielęgnujmy to, by święta były nie tylko czasem wolnym od pracy, ale i momentem duchowej wspólnoty z naszymi bliskimi i naszą przeszłością. AGATA BEDNARCZYK

nej konferencji prasowej za największy sukces premier uznała program „Rodzina 500 plus“. Wymieniła też inne zrealizowane obietnice wyborcze: zniesienie obowiązku szkolnego 6-latków oraz wprowadzenie tzw. podatku bankowego. Błędem Szydło nazwała pierwotną wersję projektu w sprawie tzw. podatku od hipermarketów. 27 LUTEGO w Warszawie odbyła się manifestacja Komitetu Obrony Demokracji pod hasłem „My, naród“. Lider KOD Mateusz Kijowski podkreślił, że celem zgromadzenia jest m.in. okazanie solidarności z Lechem Wałęsą, „symbolem zwycięskiej walki o wolność i demokrację, w Polsce, w Europie i w całym świecie“. Według szacunków stołecznego ratusza w manifestacji wzięło udział ok. 80 tys. osób. MANIFESTACJA pod hasłem „Polska murem za Wałęsą” zorganizowana przez KOD odbyła się 28 lutego w Gdańsku na placu Solidarności. W wiecu wzięłą udział żona b. prezydenta Danuta Wałęsa. Jak podkreśliła w swoim wystąpieniu, przyszła, aby zamanifestować swój sprzeciw wobec rządu. „I względem tego małego człowieczka, który

stoi za tymi, których tam wybrał i nawet się nie wychyli, bo się boi, bo on się bał i w stanie wojennym: nie internowali go, zamknął się w czterech ścianach z kotem“ - mówiła. D.Wałęsa broniła też swojego męża: „On rozmawiał z komunistami, ale ja mogę gwarantować, że on nikogo nie skrzywdził, nikogo nie zdradził, nikogo nie sprzedał i nie brał żadnych pieniędzy“. 28 LUTEGO w Tatrzańskiej Łomnicy spotkali się prezydenci Polski i Słowacji Andrzej Duda i Andrej Kiska, którzy podkreślali bardzo dobre relacje obu krajów oraz perspektywy, by stały się one jeszcze lepsze. Jednym z tematów rozmowy prezydentów była kwestia poprawy połączeń komunikacyjnych między obydwoma krajami poprzez wybudowanie tunelu między Zakopanem i Jeziorem Szczyrbskim . Andrzej Duda ocenił, że spotkanie było szczególnie ważne w kontekście prezydencji, które Słowacja obejmie w UE, a Polska - w Grupie Wyszehra dzkiej. Zwrócił też uwagę, że oba kraje mają zbieżne stanowisko w sprawie kryzysu związanego z napływem uchodźców do EuMP ropy. 5


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:30 Page 6

Kaziuki wileńskie

w Gdańsku

Święto radoŚci i życzliwoŚci

„K

upujcie, kupujcie Kazie i Kaziuki piernikowe serca – hurtem i na sztuki!” – tak wołano przez lata właśnie 4 marca. „To szczególny dzień” – mówi Bożena Kisiel z Gdańska, prezes Towarzystwa Miłośników Wilna i Ziemi Wileńskiej. Święto Kaziuków zaczęto obchodzić prawie 400 lat temu, w 1636 roku, ku czci patrona Litwy św. Kazimierza. W XIX wieku były to wesołe pochody o charakterze procesyjno-religijnym i trwały nawet całą oktawę. W kronikach notowano, że „przechodzono przez główne ulice miast, a jeden z najstarszych mieszczan w kontuszu i konfederatce z buławą w ręku poprzedzał przeważnie kapłana, lud postępował za nim, a świat piękny, korzystając ze ślicznej pogody, wysypywał się na bulwary”. Nawoływano, by otworzyć w ten dzień serce przed słońcem, ja-

ko że uznawano, że kaziuki to święto miłości, życzliwości i palm wileńskich. To były dni, w których „przeczuwano wiosenną świeżość”. Warto wiedzieć, że palmy się wiło, a nie wyplatało. Owym wiciem palm zajmowały się od pokoleń panny, co zanotowało wielu etnografów. Żeby palmy były prawdziwe, muszą w nich być „suchotniki, krwawniki, tymotka, a na wet ptasie piórka i malowane kłosy. Są to prawdziwe dywany suszonego zielska: z wplatanymi sercami i dużą literą K, co oznacza Kaziuka” – pisano. „Kaziuki przeniosły się do Gdańska za sprawą ludzi, którzy po II wojnie przyjechali z Wileńszczy zny właśnie do naszego miasta – mówi Bożena Kisiel. – Ale tak naprawdę zaistniał ten zwyczaj i jarmark po 1989 roku. Gdańsk lubi jarmarki, najlepszym tego dowodem jest letni Jarmark Dominikański, znany w całej Europie”.

Kaziuki zaczynają się uroczystą mszą w bazylice mariackiej w samym sercu starego Gdańsku. Poza wiernymi w mszy biorą udział władze miasta. A potem ludzie wychodzą na jarmark. Wokół jest kolorowo i radośnie, nawet jeśli bywa chłodno. Oczywiście w obowiązkowej ofercie są pierniki z pięknymi napisami, pełnymi życzliwości i miłości, obwarzanki, kogutki i wileńskie palmy. A potem kolorowy orszak, wyposażony w te ogromne pierniki i palmy zamiast transparentów, idzie ulicami Gdańska. Jak mówi Bożena Kisiel, cała uroczystość kończy się przemiłym spotkaniem, któremu towarzyszą wspólne śpiewy i opowieści. Jednemu z nich towarzyszyło hasło: „Rozpakuj kresowe walizki wspomnień”. Wówczas to prezentowano stare zdjęcia; zorganizowano też konkurs gwary wileńskiej. W zeszłym roku podczas kaziuków pięknie śpiewał bard Włodzimierz Wotka. Warto nadmienić, że te kaziukowe jarmarki przyjęły się w wielu miastach w Polsce, są z rozmachem organizowane w Poznaniu, Olsztynie, ale i mniejszych miejscowościach, choćby w Kętrzynie. Bo: „Zapamiętajcie! Trud niewielki – Kaziuk koi smutek wszelki!” – to też tradycyjne marcowe zawołanie. ALINA KIETRYS

MONITOR POLONIJNY


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:30 Page 7

Wielkanocne wspomnienia

M

oja koleżanka, pochodząca z południa Polski, bardzo się zdziwiła, kiedy przed laty powiedziałam jej, że na święta Wielkanocne w moim rodzinnym Poznaniu przygotowuje się baranka z masła, natomiast zajączek przynosi drobne prezenty i zostawia je pod poduszką. W wielu regionach Polski przetrwały różne świąteczne zwyczaje i tradycje. Zapytałam więc członków Klubu Polskiego, jak wspominają Święta Wielkanocne w swoich domach i które utkwiły im w pamięci najbardziej.

Magdalena Smolińska, Koszyce

N

ajbardziej utkwiły mi w pamięci moje pierwsze święta wielkanocne, spędzone w Meksyku. Zapamiętam je do końca życia, a to z tego względu, że nie przeżywa się ich w taki sposób, do jakiego przyzwyczajona byłam w moim rodzinnym domu. Po prostu brakuje tam świeckich tradycji wielkanocnych. Nie maluje się pisanek, nie przygotowuje uroczystego śniadania wielkanocnego, nie święci święconki, a jeśli dana meksykańska rodzina nie jest zbyt religijna, to wielkanocne wolne dni spędza w stroju kąpielowym na jednej z przeuroczych

i egzotycznych plaż. Natomiast Meksykanie wierzący i praktykujący przeżywają tajemnicę zmartwychwstania Pana podczas Triduum Paschalnego w kościele. Z moją meksykańską Wielkanocą związana jest też pewna śmieszna anegdota. Otóż w Wielką Sobotę zapytano mnie, której tradycyjnej potrawy nie może zabraknąć na polskim świątecznym stole, odpowiedziałam pewnym głosem, że jajka. Gospodarze obiecali spełnić moje życzenie, bym poczuła się jak w domu. Wyobraźcie sobie moje kompletne zaskoczenie, kiedy następnego dnia rano, odświętnie ubrana zbiegłam do kuchni i zastałam gospodarzy w piżamach, uśmiechniętych od ucha do ucha, a na stole oprócz chleba i porannej kawy parowała jeszcze świeżo usmażona jajecznica.

Teresa Lukačová, Bratysława

P

ochodzę z województwa podkarpackiego, a Święta Wielkanocne w moim domu zaczynają się już w Wielki Czwartek. Od tego dnia przez kolejne trzy dni chodzę do kościoła. W tym czasie też sprzątam i przyozdabiam dom baziami, kwiatami, zajączkami i jajeczkami. Mama z moją pomocą piecze mazurki, babki i serniki. W Wielką Sobotę razem z siostrami od rana malujemy jajka i szykujemy koszyk, w którym znajduje się m.in. baranek cukrowy, wędlina, pisanki, chleb, chrzan, sól. Następnie idziemy do kościoła ze święconką. W Wielką Niedzielę we wczesnych godzinach porannych uczestni czymy w rezurekcji. Potem wszyscy spotykamy się przy świątecznym śniadaniu i składamy sobie życzenie, stuka-

jąc się jajkiem. Na stole króluje żurek z białą kiełbasą oraz poświęcone pokarmy. Jest to dzień, który spędzamy w gronie rodziny. Wieczorem wszyscy szykują butelki z wodą, aby być przygotowanym na lany poniedziałek, gdyż już wczesnym rankiem rozpoczyna sie mokra wojna, trwająca zazwyczaj do wieczora. Wszystkie śpiochy doznają porannego prysznica w łóżku. Gdy jest ciepło, wychodzimy przed dom, gdzie rozpoczyna się prawdziwa bitwa – chłopaki kontra dziewczyny. Zdarzyło się też, że kobiety lądowały w wannie w ubraniach. Przy tej zabawie jest zawsze bardzo dużo śmiechu i nikt się na nikogo nie gniewa. ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

MARZEC - KWIECIEŃ 2016

7


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:30 Page 8

Ilona Wikieł, Bratysława

Co

roku razem z mężem świętujemy Wielkanoc tradycyjnie w różnych zakątkach Polski. Najpierw jedziemy palcem po mapie Polski, planując, który region chcemy zobaczyć, poznać jego kulturę, zabytki, potrawy regionalne i zwyczaje. Zawsze wybieramy jakieś ciekawe, zwykle kameralne gospodarstwo agroturysty czne, gdzie gospodarze oferują swoje wyroby czy wypieki i zapraszają na wspólne wielkanocne śniadanie. Za każdym razem jest inaczej. Do tej pory w czasie Świąt Wielkanocnych udało nam się odwiedzić Karpacz, Kotlinę Jeleniogórską, Dolny Śląsk, Kieleckie, Lubelskie, Roztocze, Podlasie, Białostockie, Warmię i Mazury oraz piękne Kaszuby. Z tych wszystkich wyjazdów mamy fantastyczne wspomnienia, ale najciekawsze były

święta na Podlasiu, który jest niesamowicie ciekawym rejonem. Będąc tam po raz pierwszy, poznaliśmy kulturę prawosławną, wspaniałych ludzi z ich zwyczajami, bogatą różnorodność religijną oraz miasta z ogromną liczbą przepięknych cerkwi. Jest to przede wszystkim region z małymi wioskami, które żyją własnym rytmem, w zgodzie z przyrodą i jej kalendarzem. Najbardziej zapamiętałam Bielsk Podlaski z ponad 500-letnią bogatą historią, Hajnówkę, nazywaną bramą do Puszczy Białowieskiej, Białowieżę, Tyko cin, Supraśl oraz małą wieś tatarską Kruszyniany. A kuchnia litewsko-polska sprawia, że Podlasie pachnie i smakuje wyśmienicie! W tym roku planujemy święta w Beskidzie Żywieckim i zobaczymy, jakie tym razem czekają nas atrakcje.

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Krzysztof Dreczkowski, Trnava

N

ajbardziej pamiętam te Święta Wiel kanocne, kiedy żyli jeszcze moi dziadkowie, ponieważ panowała wówczas typowa śląska, świąteczna atmosfera. Na śniadanie jedliśmy żurek, białą kiełbasę, szynkę, jajka i święconkę. Babcia piekła babki i kołacze, a w specjalnej metalowej formie przy gotowywała baranka z ciasta, którego delikatnie oprószała cukrem pudrem i umie-

szczała w koszyku ze święconką. Podczas śniadania kroiliśmy poświęcone jajko i dzieliliśmy się nim, składając sobie życzenia, a potem razem z rodzeństwem szukaliśmy w ogrodzie zajączka, czyli prezentów ukrytych pod drzewkami i krzaczkami. W Po niedziałek Wielkanocny oczywiście wszyscy cieszyliśmy się ze śmigusa-dyngusa! Dzisiaj w moim domu już nie celebruje się świąt, czasem uda nam się wspólnie zjeść poświęcone jajko.

Aneta Adamczyk, Bratysława

Ś

więta to tradycja i symbole. Dla mnie takim symbolem Wielkanocy jest cukrowy baranek. W dzieciństwie, kiedy na półkach sklepowych brakowało słodyczy, baranek był wyjątkowy. Mama wkładała go do koszyka ze święconką, a po wielkanocnym śniadaniu lądował na moim talerzyku. Zrobiony był z bardzo słodkiej masy cukrowej, tak twardej, że można było sobie na niej zęby połamać. Dziś sklepy pełne są czekoladowych zajączków i marcepanowych jajeczek, ale ja co roku kupuję cukrowego baranka – moje wspomnienie smaków dzieciństwa. Kilka lat temu spędzałam Wielkanoc na Dominika nie. Oczywiście i tam nie mogło zabraknąć

8

baranka, więc zabrałam go ze sobą. Na Dominikanie, podobnie jak w większości krajów Ameryki Łacińskiej, najważniejszym dniem świąt jest Wielki Piątek. Tego wieczoru w hotelowej restauracji wystawiono ogromny tort w kształcie wzgórza Golgoty i całe mnóstwo czekoladowych pisanek. W niedzielny poranek zabrałam baranka do restauracji i jak co roku postawiłam przed talerzem. Po kilku minutach do stolika podeszli kucharz i kelner. Obydwaj z zaciekawieniem próbowali baranka i z pewnością zapamiętali małą, cukrową figurkę z drugiego końca świata. Nie obyło się więc bez historii z dzieciństwa, która nie zniknęła wraz z wiekiem, ale trwa po dziś dzień. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

MONITOR POLONIJNY


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:31 Page 9

O ponadczasowym „Imperium“ Ryszarda Kapuścińskiego Jak Pan wspomina swoje pierwsze spotkanie z Ryszardem Kapuścińskim? Poznałem go w 1971 roku na studium podyplomowym dziennikarstwa: Rysiek był wtedy wykładowcą i prowadził z nami zajęcia z reportażu. Potem bardzo szybko trafiłem do pracy w Polskiej Agencji Prasowej, gdzie pracował również Ryszard. Spotykaliśmy się na korytarzu, czasami piliśmy razem kawę i rozmawialiśmy. W 1977 roku, kiedy byłem na stażu dla korespondentów zagranicznych w Moskwie, redakcja prosiła mnie, żebym koniecznie odszukał Ryśka, który wtedy krążył gdzieś tam po Związku Radzieckim. Udało mi się go odnaleźć i poinformować, że ma przygotowaną wizę do Etiopii, do Addis Abeby. A potem powstał „Cesarz“. Jakim człowiekiem był Kapuściński? Ryśka nie należy postrzegać jak macho. Wydawać by się mogło, że facet, który zaliczył 25 rewolucji i ileś tam wojen, musi być twardzielem. A to był cudowny, wspaniały, niezwykle ciepły człowiek. W swojej karierze dziennikarskiej poznałem trzy takie osoby, w tym dwie w Rosji. Jedną z nich był Bułat Okudżawa, drugą Michaił Gefter, a trzecią właśnie Ryszard. Poza tym on miał jedną niezwykłą cechę – znakomicie pamiętał ludzi, z którymi rozmawiał, i pamiętał, o czym z nimi rozmawiał. Dla mnie to wtedy było budujące, bo ja przecież byłem młodym, początkującym dziennikarzem, a on wielką sławą. Nigdy nie gwiazdorzył? Nigdy. Tak samo rozmawiałby z kró lową angielską i Pigmejem z buszu. I pamiętałby treść jednej i drugiej rozmowy. Potem pojawił się w Moskwie, gdzie był Pan korespondentem PAP. Zamieszkał u Pana na niemalże dwa lata. MARZEC - KWIECIEŃ 2016

Na

prezentację książki „Imperium“ Ryszarda Kapuścińskiego, wydanej przez wydawnictwo „Absynt“ w tłumaczeniu Jozefa Marušiaka, do bratysławskiego KC Dunaj przybył tłum. Co ciekawe, większość to młodzi ludzie. Sława polskiego reportera dotarła na Słowację dużo wcześniej, a spotkanie, które miało miejsce 11 lutego, tylko jego pozycję ugruntowało. O nieżyjącym już królu polskiego reportażu opowiadał jego redakcyjny kolega i przyjaciel Sławomir Popowski, który zgodził się także udzielić wywiadu dla naszych czytelników.

No tak, to było naturalne, przecież przyjmowałem mojego kolegę redakcyjnego. W efekcie tego dwuletniego pobytu powstała książka „Imperium“. Podobno proponował mu Pan, że spróbuje mu załatwić wywiad z Gorbaczowem, ale on nie był zainteresowany. Dlaczego? Rysiek nie wiedział, o czym by miał z nim rozmawiać. On by z nim chętnie porozmawiał o kobietach, miłości, książkach, które przeczytał, ale nie o polityce. A Gorbaczow nie byłby zainteresowany rozmową o kobietach i literaturze? Po tym, jak przestał być generalnym sekretarzem, a stał się zwyczajnym człowiekiem, to pewnie by chę tnie z Ryszardem porozmawiał o kobietach czy literaturze. Gorbaczow według mnie nie miał pod tym względem żadnych zahamowań. Wie pani, przeprowadziłem z Gorbaczowem dwa wywiady i z żadnego nie byłem zadowolony. Pierwszy, kiedy był u szczytu sławy. Pamiętam, wpro wadzono mnie wtedy do jego gabinetu, zadałem mu pięć czy sześć pytań, on na nie odpowiadał, nie patrząc na mnie. Zero emocjonalnego kontaktu. Spotkanie jak

przez szkło. Drugi wywiad przeprowadzałem z Gorbaczowem w lutym 1992 roku, czyli w miesiąc po tym, jak przestał być pierwszym i ostatnim prezydentem Związku Radzieckiego. Pytałem go o dokumenty katyńskie, a on zaczął się bronić, tłumaczył się za całą pieriestrojkę. Wywiad, który miał trwać maksymalnie godzinę, trwał trzy godziny. Znalazłem się w głupiej sytuacji, bo zabrakło mi taśmy, udawałem, że wkładam jakieś kasety i nagrywam.

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

9


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:31 Page 10

Takich spotkań obawiał się Kapuściński? Myślę, że on miał zupełnie inny pomysł na opisanie tego, co się wówczas działo w Związku Radzieckim. My to teraz wiemy, bo znamy efekt tego pobytu, czyli książkę „Imperium“. Tak, ale powiem pani, że to dla nas, korespondentów pracujących w Moskwie, żyjących codzienną gorączką polityczną, demonstracjami, w których brało udział 250 tysięcy ludzi, jego podejście wtedy było niezrozumiałe. Kapuściński był obojętny na te wydarzenia? Ryszard, kiedy był w Moskwie, chodził ze mną na te demonstracje. Nawet zrobił mi znakomite zdjęcie podczas jednej z nich. Natomiast sam wybrał sobie zupełnie inny sposób na opisanie tego, co się wtedy działo w Związku Radzieckim. Zdziwiło to Pana? Wtedy tak. Dziwiło mnie to, przecież cały świat żył tym, co się tam działo! Co interesowało Kapuścińskiego? Jego interesowało to, co się dzieje z ludźmi, wolał jechać na prowincję. Przemierzył 60 tysięcy kilometrów... To tylko czysta statystyka. W „Imperium“ tylko część tych podroży została uwieczniona i opisana. Ważne jest to, że on rozmawiał z tymi ludźmi, szukał odpowiedzi na pytanie, co się dzieje w ich duszy. Był Pan tego świadkiem? Nie, Ryszard był samodzielny. Moja rola polegała na tym, że pomagałem w organizacji jego podróży. My sobie dzisiaj nie zdajemy sprawy z tego, że jeszcze w 1990 roku, kiedy to Ryszard przyjechał do Moskwy, całe obwody Związku Radzieckiego były zamknię-

Rozmawiał z tymi ludźmi, szukał odpowiedzi na pytanie, co się dzieje w ich duszy. 10

te. My jako dziennikarze i korespondenci mieliśmy zakaz wyjazdu poza Moskwę. Kiedy wyjeżdżałem samochodem na urlop do Polski, musiałem uzyskać specjalne zezwolenie i nie wolno mi było zboczyć z trasy. Żeby Ryszard mógł podróżować, udało mi się załatwić dla niego specjalny status tymczasowego korespondenta PAP. Dla takiego korespondenta mogłem załatwić bilety przez UPDK, czyli obsługę korpusu dyplomatycznego. Tam przepustką była wódka, którą kupowałem w Baltonie za 60 centów, czyli za śmiesznie niską cenę jak na ówczesne warunki radzieckie, kiedy obowiązywała prohibicja. Wtedy odgłos dźwięczących butelek w siatce otwierał wiele drzwi. Załatwił Pan też Kapuścińskiemu fałszywe dokumenty pilota, by mógł podróżować samolotem? To jest nadinterpretacja. Byłem zaprzyjaźniony ze środowiskiem ówczesnej opozycji demokratycznej i dzięki tym kontaktom Ryśkowi udało się raz dostać z Galiną Wasiliewną Starowojtową do samolotu, który leciał do Górnego Karabachu. Wzięła go w przebraniu pilota, żeby nikt się o nic nie pytał, bo wtedy byłoby krucho. Górski Karabach był wtedy jednym z najbardziej zapalnych punktów, tam toczyła się prawdziwa wojna. Czego się Pan nauczył od Ryszarda Kapuścińskiego? Najważniejszego przekazu dla dziennikarza – dystansu. I otwartości. Święta zasada, którą Ryszard powtarzał wielokrotnie swoim uczniom i mnie, brzmiała: pamiętaj, byłeś, widziałeś, tego ci nikt nie odbierze! Jeżeli chcesz coś pisać, to pojedź, zobacz, porozmawiaj. Są jeszcze inne zasady, które widać w jego książkach, a mianowicie: jeżeli chcesz napisać jedno zdanie, to najpierw przeczytaj 10 tysięcy innych. W jego pracowni, gdzie pisał, stał długi stół, na którym były porozkładane książki, fiszki, teczki, artykuły na tematy, które mogłyby go zainteresować. Pod oknem były książki, teksty ważne pod kątem ksią żki czy reportażu, nad którym właśnie pracował. I to było dla mnie cie-

kawe, przeglądałem dokładnie jego biblioteczkę. Byłem zdziwiony tym, co się tam znajdowało – na przykład publikacje dotyczące teologii ikony, historii rosyjskiego prawosławia itp. To świadczy o tym, jak podchodził do pisania. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że miał rację. Jego diagnozy, opinie, sprawdzają się dzisiaj. Co na przykład? Dla niego to było oczywiste, powoływał się na rewolucję w Iranie, którą opisywał w „Szachinszachu“. Zaczyna się jak zwykle: rodzi się rewolucja, jest bunt, ruchy demokratyczne, budowanie nowego świata. Ale potem okazuje się, że do głosu dochodzi na przykład fanatyzm religijny albo nacjonalizm. Ryszard znakomicie to wyczuwał. Był świadkiem tego, kiedy jechał do Gruzji, Azerbejdżanu czy na Łotwę. Mógł Pan podpatrywać mistrza podczas pisania, kiedy mieszkał u Pana? Kiedy był u mnie, nie pisał. On te dwa lata nie pisał tylko, a może aż, przeżywał i chłonął wszystko, co wokół? Mnie się to bardzo podobało, ale nie zawsze mógłbym to zrealizować w dziennikarstwie codziennym. Ryszard bowiem nie zapisywał swoich rozmów. Uważał, że skoro rozmowy nie zapamiętał, nie była ona ważna, nie miała znaczenia. Czasami podglądałem, jakie robi notatki. Zawsze przywoził całą stertę zeszytów, pociętych kartek, na których zapisywał pojedyncze słowa. W ten sposób przypominał sobie też rosyjskie słówka. Ale sama praca pisania książki odbywała się w Warszawie. Z tygodnia na tydzień. Jak to wyglądało? Książkę miał zapisaną w głowie, niektóre notatki gdzieś na fiszkach. Wykonywał katorżniczą pracę dziennikarską. Całe „Imperium“ było pisane z tygodnia na tydzień, ponieważ kolejne jego odMONITOR POLONIJNY


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:31 Page 11

cinki ukazywały się w weekendowych wydaniach „Gazety Wyborczej”. To oznaczało, że na napisanie kolejnego rozdziału miał tydzień i nie było zmiłuj się, nie było bankietu ani czasu na chorobę. Tekst musiał się ukazać w weekend. Dobra strategia? Ja bym się na to nie odważył. Trzeba było mieć doświadczenie i talent Ryszarda, żeby coś takiego robić. Był Pan pierwszym czytelnikiem „Imperium“? Nie, pierwszym czytelnikiem Ryśka była zawsze żona. Muszę pani powiedzieć, że im dalej, tym bardziej cenię sobie tę książkę. Kiedy czytał Pan ją pierwszy raz, nie spodobała się Panu? W „Imperium“ w ogóle nie było polityki bieżącej. Byłoby wielkim błę-

dem, gdyby ktoś próbował czytać tę książkę jako zapis historii. Jak powinniśmy ją czytać? Próbować zrozumieć to, co się wtedy działo. To książka ponadczasowa? Zdecydowanie tak. Gdyby była napisana na zasadzie zwykłej dziennikarskiej relacji, to przeżyłaby 4-5 lat. Ale ta publikacja cały czas żyje, bo mówi dużo więcej o tych społecznościach, które tworzyły Związek Radziecki, aniżeli nam się wydaje. Ryszard zawsze powtarzał, by stawiać na wydobywanie tego, co uniwersalne. Teraz, czyli 25 lat później, ukazuje się jej tłumaczenie na język słowacki. Czy ta książka dziś jest w stanie wpłynąć na słowackiego czytelnika? Mogę polecić Słowakom tę książkę, jeżeli chcą zrozumieć, jacy są Rosjanie, co się u nich działo kiedyś i co się tam dzieje dzisiaj. Jak by się odniósł Ryszard Kapuściński do tego, co się stało z Krymem i co dzieje się w stosunkach rosyjsko-ukraińskich? Byłby po stronie Majdanu. Jestem pewien.

Uważał, że skoro rozmowy nie zapamiętał, nie była ona ważna, nie miała znaczenia. Rosjanie nadal myślą, że strach zapewnia im szacunek? To słynna pagaworka rosyjska. Używa pani zbiorczego określenia, budując stereotyp Rosjanina. Tak, duża część Rosjan tak uważa, ale jest 13-20 procent ludzi, którzy myślą zupełnie inaczej. „Imperium“ Kapuścińskiego ukazało się w Rosji dopiero w 2010 roku. Jak zostało przyjęte? Nie wywołało większego rozruchu. Nazwisko Ryszarda Kapuścińskiego nie było i nadal nie jest znane w Rosji. Książek o Związku Radzieckim ukazało się tam naprawdę dużo. Nie podobała się Panu publikacja „Kapuściński non fiction“ Artura Domosławskiego, która ukazała się po śmierci mistrza. Dlaczego? Nie tylko mi się nie podobała. Zeznawałem jako świadek na procesie przeciwko jej autorowi. Jest to książka z gruntu nieuczciwa, nieprawdziwa. Co Pana najbardziej w niej raziło? Książka Domosławskiego zaczyna się od opisu uśmiechniętego Ryszarda. Ten uśmiech powoduje, że każdy rozmówca unosi się parę centymetrów nad ziemią. Ale autor książki stawia pytanie, co skrywa ten uśmiech. To próba wyciągnięcia najczarniejszych rzeczy budowanych w oparciu o plotki. To myśl przewodnia tej książki.

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

MARZEC - KWIECIEŃ 2016

Czyli z góry założona teza? Tak. To od początku do końca nieuczciwa książka. Mam na jej temat jednoznaczną opinię, którą wyrażałem już wiele razy – książka ta została napisana dla pieniędzy. Zdania na ten temat nie zmieniłem. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA 11


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:31 Page 12

Między Mnichem a S

Retrospektywa Piotra Apolinarskiego

O

bok żadnej z jego fotografii nie można przejść obojętnie; każda to historia ludzkiego życia. Zdjęcia wojenne – przejmujące, obnażające strach, pokazujące pozornie kolorowy świat w zderzeniu z bronią i krwią. To chyba najbardziej wstrząsające pokazuje żołnierza z dziecięcym rysunkiem w ręku – może to laurka… Wystawę fotografii Piotra Apolinarskiego otworzył 4 lutego w obecności autora Jacek Gajewski, dyrektor programowy Instytutu Polskiego w Bratysławie.

Apolinarski na co dzień mieszka w Londynie. Jego prace fotograficzne i filmowe były prezentowane między innymi w ubiegłym roku w Warszawie na 3. edycji festiwalu filmowego Emigra. Za swoje prace został nagrodzony, między innymi przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. „Kiedy dowiedziałem się, że coś zaczęło się dziać na ulicach Kijowa, od razu zareagowałem i kilka godzin później wylądowałem w stolicy Ukrainy“ – wspominał Apolinarski. Owocem pobytu w Kijowie, bezpośredniej obserwacji wydarzeń, które rozegrały się na tamtejszym Majdanie, są mocne, emocjonalne zdjęcia, tworzące część wystawy. Druga część to fotograficzna relacja z pogranicza Syrii. Z podróży Apolinarski przywiózł nie tylko zdjęcia, ale też nowe przyjaźnie. Przyjazne relacje udało mu się nawiązać także ze Słowakami. A tak w ogóle to tego wieczoru w Instytucie Polskim przyMW jaźni nie brakowało!

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

12

Tatrzańskie światłocienie „M

iędzy Mnichem a Szatanem. Tatrzańskie światłocienie” to tytuł osobliwej, subtelnej i poruszającej wystawy, której otwarcie odbyło się 11 lutego w Instytucie Polskim w Bratysławie. Wystawa fotografii Krzysztofa Wojnarowskiego to swoisty eksperyment z pogranicza impresji i fotoreportażu. Niecodzienne zdjęcia powstały między dwoma szczytami – Mnichem i Szatanem – w ciągu zaledwie kilku godzin, pewnego jesiennego wieczoru 2013 roku na Koprowym Wierchu, po słowackiej stronie Tatr Wysokich. Autor uchwycił nie tylko majestat i magię gór, ale przede wszystkim niepowtarzalną grę światła i cienia na granicy dwóch światów – jasności i mroku, przemijalności pędzonych wiatrem chmur i statyczności wspaniałych grani, twardością surowych skał i delikatnością śnieżnobiałego puchu pokrywającego tatrzańskie turnie. To także, jak wspomina autor ,„wyprawa duchowa na pograniczu odwiecznych przeciwieństw, które leżą u podstaw istnienia wszechświata”. Piękno i tajemnice groźnego świata gór, prezentowanego na fotografiach, doskonale dopełniła poezja Michała Jagiełły z alMONITOR POLONIJNY


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:32 Page 13

a Szatanem

„Michał pozostawił po sobie stopnie, po których można się wspinać, wiele cennych książek i wiedzę, jak można godnie przejść przez życie mimo wszelkich trudności i problemów” – wspominał przyjaciela. Na monitorze zaś można było zobaczyć zdjęcia obu autorów z ostatniej wyprawy w Tatry, która miała miejsce 29 grudnia 2015 roku. Krzysztof Wojnarowski urodził się w 1964 roku w Krakowie, gdzie na Uniwersytecie Jagiellońskim ukończył filologię angiel-

SZATAN W POŁOWIE CZERWCA „Ptaki zachłysnęły się burzą wodospadu. Kosówka karłowacieje z każdym oddechem. Jeszcze strzępy murawy odurzonej rosą i harde dusze sasanki białej powbijane w granit. Krwawię”. M. Jagiełło bumu poetyckiego „Tatry. Koncert na dwóch”, którą obaj panowie opublikowali w 2012 roku. Krzysztofa Wojnarowskiego i Michała Jagiełłę połączyła pasja gór. Razem mieli otworzyć wystawę w Instytucie Polskim, jednak nagła śmierć drugiego z nich, poety i taternika, niewątpliwie zmieniła charakter wernisażu. Krzysztof Wojnarowski sam musiał opowiedzieć o wystawie. Odczytał też kilka wierszy, oddając w ten sposób hołd towarzyszowi wspólnych wypraw, poruszając serca przybyłych gości zarówno magią swoich fotografii, jak i nastrojem prezentowanych wierszy.

ZDJĘCIA: MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

MARZEC - KWIECIEŃ 2016

ską. Obecnie jest redaktorem, tłumaczem i fotografikiem. zrzeszonym w Związku Polskich Artystów Fotografików. Od najmłodszych lat fascynował się Tatrami i fotografią pejzażową. Do dziś interesuje się historią taternictwa, uprawia letnią i zimową turystykę wysokogórską, a nade wszystko próbuje uchwycić ulotną grę światła w górskim krajobrazie. Wystawa „Między Mni chem a Szatanem. Tatrzań skie światłocienie” to piękny album dwóch artystów, z których jeden jest mistrzem obrazu, drugi słowa. MAGDALENA ZAWISTOWSKAOLSZEWSKA

3 razy

Berger w Berlinie W

stolicy Niemiec przez półtora miesiąca (od 19 stycznia do 4 marca) można było podziwiać sztukę naszych rodaków, czyli rodziny Bergerów z Bratysławy. Przedsięwzięcie zatytułowane „3malBerger“ zainicjowała dyrektor Instytutu Słowackiego w Berlinie Viera Polakovičová. Podczas wernisażu 19 stycznia zabrzmiała muzyka kompozytora i filozofa Romana Bergera (1930) w interpretacji solistki Słowackiego Teatru Narodowego w Bratysławie Denisy Šlepkovskiej. Przy fortepianie towarzyszył jej Ivan Buffa. O wizualne doznania postarali się natomiast Ján Berger (1944) oraz jego córka Xenia Bergerová (1977). Na połączony z koncertem wernisaż przybyło wielu znaczących gości, osobistości berlińskiego świata kultury i sztuki, Słowaków mieszkających w Berlinie. Obecny był też ambasador Słowacji w Niemczech Peter Lizák, który RED. patronował przedsięwzięciu.

Połączenie lotnicze Koszyce – Warszawa

S

ześć razy w tygodniu będą latały samoloty na linii Koszyce-Warszawa – informuje biuro prasowe Polskich Linii Lotniczych LOT. Już od 29 marca samoloty marki Bombardier będą wylatywały z Koszyc o godz. 5.35, zaś z Warszawy o 22.35. „Gazeta Wyborcza” podaje, że najtańsze bilety w jedną stronę w pierwszym tygodniu funkcjonowania nowej linii można kupić już od 230 zł. Lot będzie trwać ok. godziny, zaś lotnisko w Warszawie będzie miało szansę stać się miejscem przesiadkowym słowackich podróżnych w drodze do miast Europy Zachodniej, Ameryki Północnej RED. i Azji. 13


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:32 Page 14

Książkowy świat Jozefa Marušiaka

J

ak na miłośnika książek przystało, na miejsce naszego spotkania zaproponował kawiarnię w jednej z nowoczesnych księgarni w centrum Bratysławy. Tu, otoczeni książkami, rozpoczynamy rozmowę przy filiżance kawy. Rozmowę o książkach oczywiście, gdyż świat Jozefa Marušiaka, tłumacza polskiej literatury, przesiąknięty jest właśnie literaturą i historią. Wspominamy też Danusię, jego żonę, która zmarła trzy lata temu.

vue svetovej literatury”. Od 1971 roku do chwili przejścia na emeryturę w 1992 roku pracował jako redaktor i korektor w wydawnictwie „Slovenský spisovateľ”. Tyle kolejne etapy kariery zawodowej naszego bohatera w skrócie. Kariera ta wcale nie była usłana różami, bowiem przypadała na trudne czasy komunizmu.

Rusycysta-polonista

Kariera zawodowa Gdyby chcieć zrelacjonować jego drogę zawodową, należałoby zacząć od wykształcenia. Mój rozmówca ukończył w 1952 roku gimnazjum w Liptowskim Mikulaszu, a potem, w 1957 roku, słowacystykę i rusycystykę na Uniwersytecie Komeńskiego w Bratysławie. Po studiach przez rok pracował jako asystent w Katedrze Języka Słowackiego i Literatury. Ko lejne trzy lata to praca redaktora w wydawnictwie „Tatran”, a do 1963 r. w „Slovenským spisovateľu”. Na lata 1964-1966 przypada jego praca naukowa w Instytucie Literatury Słowa ckiej w Słowackiej Akademii Nauk. Od 1967 roku był redaktorom, potem zastępcą redaktora naczelnego „Re 14

Najpierw, w1959 roku zajął się tłumaczeniami z języka rosyjskiego i ukraińskiego (V. Bogomolov, P. Nilin, A. Grin, A. Jugov, V. Kaverin, V. Katajev itp.). „Tłumaczy z rosyjskiego było wielu, mnie zawsze interesowała Polska, więc zacząłem coraz częściej sięgać po tę literaturę“ – wspomina Jozef Marušiak. W wywiadzie dla naszego pisma, opublikowanym w 2004 roku, wyjaśniał: „W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych polska literatura współczesna była śmielsza, bardziej krytyczna niż w pozostałych krajach naszego bloku. [...] od dzieciństwa byłem zafascynowany Sien kiewiczem. Ponieważ wyrastałem pod Tatrami, odczuwałem bliskość geograficzną Polski. To ciekawość tego, co jest po drugiej stronie gór, spowodowała, że częściej sięgałem po literaturę polską”. („Monitor Polonijny“ marzec, 2004 r., Tłumacz musi być jak kameleon). No i ponieważ w wydawnictwie „Tatran” było sporo rusycystów, ale brakowało fachowca, który zająłby się literaturą polską, to Jozef Marušiak zajął się wypełnianiem tej luki. Najpierw zgłosił się na letni kurs języka polskiego w Warsza wie. W ten sposób doszlifował swój

polski i zaczął tłumaczyć z tego języka na słowacki. Zamiłowanie do literatury polskiej spowodowało, że otworzyły się przed nim nowe horyzonty zawodowe i... prywatne, bowiem dzięki temu poznał swoją drugą żonę – Danutę.

Miłość od pierwszej rozmowy Poznali się w 1967 roku na zamku w Smolenicach, który należy do Sło wackiej Akademii Nauk. „Danusia pracowała wtedy w Katowicach, gdzie w Śląskim Instytucie Naukowym zajmowała się językami słowiańskimi“ – wspomina mój rozmówca. W 1968 roku byli już razem, coraz bliżsi sobie, choć każde z nich mieszkało w swoim kraju. Podczas pamiętnych dni w sierpniu 1968 roku Danusia przebywała w Pradze na językowej szkole letniej. „Byliśmy umówieni, że kiedy skończy kurs, przyjedzie do Bratysławy, ale już się nie dało, bo nie było połączenia“ – wspomina Jozef Marušiak. Danucie udało się wsiąść do jedynego jadącego wtedy do Polski pociągu, którym bezpiecznie dostała się do Katowic. Kolejne ich spotkanie, choć niosło ze sobą wiele komplikacji, nastąpiło we wrześniu – spotkali się w Tatrach. W 1969 roku pobrali się i zamieszkali w Bratysławie. „Mnie się wtedy poszczęściło, bowiem jeden kolega podczas sierpniowych dni wyjechał do Francji i zostawił mieszkanie i to zdecydowało, że zamieszkaliśmy tutaj“ – opisuje. Potem na świat przyszedł ich syn Juraj. Kiedy podrósł, Danusia podjęła pracę w Instytucie Polskim, gdzie pracowała do emerytury. MONITOR POLONIJNY


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:32 Page 15

Pod cudzym nazwiskiem Pierwsza polska książka, którą przetłumaczył, to „Niebo w płomieniach“ Jana Parandowskiego. Jak sam twierdzi, był to skok na głęboką wodę. Dziś na swoim koncie ma około 60 przetłumaczonych pozycji książkowych. Wśród nich są eseje Leszka Kołakowskiego, Czesława Miłosza, Józefa Ti schnera, Witolda Gombrowicza, Stefana Kisielewskiego, Adama Michnika. Z przełożonej przez niego prozy warto wymienić dzieła wielu cenionych pisarzy, klasyków literatury XX i XXI w., np. Tadeusza Borowskiego (Pożegnanie z Maria), Ryszarda Kapuścińskiego (Heban), Stanisława Lema (Golem XIV), Stanisława Dygata (Disneyland; Jezioro Bodeńskie), Ireneusza Redlińskiego (Konopielka), Sławomira Mrożka (Opowiadania i donosy 1980—1989. Utwory zebrane), Wiesława Myśliwskiego (Kamień na kamieniu; Widnokrąg; Traktat o łuskaniu fasoli), a z pisarzy współczesnych m.in. Jerzego Pilcha (Pod mocnym aniołem), Andrzeja Stasiuka (Dukla; Opowieści galicyjskie), Antoniego Libery (Madame), Krzysztofa Wargi (Gulasz z Turula) czy Janusza Leona Wiśniewskiego (Bikini). Nie sposób nie wspomnieć o jego przekładach polskich dramatów. Dzięki niemu z powodzeniem wystawiane były na słowackich scenach np. Antygona w Nowym Jorku Janusza Głowackiego, Miłość na Kry mie Sławomira Mrożka czy Narty ojca świętego Jerzego Pilcha. Jeśli chodzi o poezję, na szczególna uwagę zasługuje jego przekład znanej wszystkim Lokomotywy Ju MARZEC - KWIECIEŃ 2016

liana Tuwima oraz poezji Jana Brzechwy. To pokaźny dorobek. Nie wszyscy jednak wiedzą, że w latach 70. zakazano mu tłumaczenia. Musiał pracować jako korektor, ale miłość do literatury polskiej była silniejsza. „Owszem, tłumaczyłem wtedy, ale pod innymi nazwiskami, których użyczali mi koledzy, co trwało około roku“ – wspomina.

Przyjaźnie z autorami Praca tłumacza przyniosła mu też znajomości z autorami przekładanych książek. Najserdeczniej wspomina spotkania z Wiesławem Myśliwskim, który wraz z żoną przyjechał do Bratysławy na prezentację słowackiego wydania książki „Kamień na kamieniu“. „Zaprzyjaźniliśmy się i my, i nasze żony, potem nie raz odwiedzaliśmy się w naszych domach“ – opowiada. Gościł go Parandowski. „Było to spotkanie ze starszym panem, który zaprosił mnie do siebie do domu, co było dla mnie wyróżnieniem, podziękowaniem za moją pracę“ – opisuje. Kiedy proszę go o opisanie relacji z Andrzejem Stasiukiem, którego niemalże wszystkie książki tłumaczył na słowacki, mówi krótko: „Zakolegowaliśmy się“.

Sto stron na miesiąc Jozef Marušiak przyznaje, że ostatnią książką Stasiuka „Wschód“ nie jest zachwycony, więc nie będzie jej tłumaczył, zajmie się tym ktoś inny. Jak

się przekonuję, mój rozmówca najchętniej tłumaczy te pozycje, które go interesują. I zazwyczaj miał to szczęście, że tłumaczył to, co mu się podobało. W lutym światło dzienne ujrzała pozycja, którą tłumaczył wiele lat temu i która długo przeleżała na półkach. Teraz upomniało się o nią wydawnictwo „Absynt”. Mowa o „Imperium“ Ryszarda Kapuścińskiego. „Po latach mnie odkryli, co mnie cieszy“ – kwituje z wrodzoną skromnością. Dziś trochę narzeka na to, że nie jest w stanie pracować tak szybko jak dawniej. „Bawiłaby mnie ta praca nadal, ale człowiek traci zręczność, palce już mnie tak nie słuchają“ – wyjaśnia. Tłumaczenie jednej książki zajmowało mu kiedyś najczęściej ok. trzech miesięcy. Zajmując się tylko pracą tłumaczeniową, rezerwował sobie miesiąc na przekład stu stron.

Tłumacz doceniony Często pojawia się pytanie, czy praca tłumacza jest doceniana, bowiem największa chwała należy się autorowi, ale gdyby nie mrówcza praca dobrego tłumacza, jego dzieło nie ujrzałoby światła dziennego poza granicami kraju, w którym tworzy. Jozef Marušiak za swoją pracę był wiele razy nagradzany i wyróżniany, np. przez prezydenta Polski Aleksandra Kwaśniewskiego Krzyżem Kawalerskim czy Bogdana Zdrojewskiego Nagroda Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za popularyzację polskiej literatury na Słowacji. Wielokrotnie go też uhonorowali Słowacy, m.in. nagrodami Mateja Bela, Jana Hollyego czy Zory Jasenskej. A dwa lata temu na Uniwersytecie Śląskim Marta Buczek napisała pracę naukową pt. „Jozef Marusiak – tłumacz-komparatysta idealny?“. Mój rozmówca to skromny, elegancki pan, z którym znamy się już długie lata. Ja i wielu innych nie mamy wątpliwości, że dane nam jest spotykać tłumacza idealnego i wspaniałego człowieka. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA ZDJĘCIA: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

W 1995 roku w domu państwa Marušiaków powstawał nasz miesięcznik, którego Danuta była pierwszą redaktor naczelną, a Jozef często był angażowany w przepisywanie tekstów. Na moje pytanie, czy miłość do Danusi, była miłością od pierwszego wejrzenia, Jozef odpowiada: „To była miłość od pierwszej rozmowy“.

15


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:32 Page 16

Komedia o umieraniu D

ługo czekałam na polski film, który w sposób niebanalny podejmie się mariażu komedii z tragedią. Ileż to już mieliśmy filmów „na ważny temat“, które tak nas dołowały swoim przekazem, że po wyjściu z kina mieliśmy ochotę popełnić harakiri? A ile było już komedii, które próbowały rozbawić nas w sposób tak żenujący i wymuszony, że zamiast szczerego śmiechu powracała nam ochota na skok na główkę do basenu bez wody? Dla tych kinomaniaków, którzy porzucili już nadzieję na szczery i poruszający śmiech przez łzy, mam dobrą wiadomość: film „Moje córki krowy” Was nie zawiedzie! Nie wiem, gdzie do tej pory ukrywała się reżyserka Kinga Dębska, ale rok

16

2015 należał do niej. Najpierw rewelacyjny dokument „Aktorka” o Elżbiecie Czyżewskiej (artykuł na ten temat ukazał się w styczniowym numerze „Monitora“), a teraz film fabularny „Moje córki krowy”, który nie tylko wyreżyserowała, ale do którego też napisała scenariusz na podstawie własnej książki. Dębska to taka kobieta-orkiestra, która ostatnio czego się nie dotknie, zamienia w filmowe złoto. Historia opowiedziana w „Moich córkach…” jest stara jak świat i dlatego bliska nam wszystkim. Jest to rodzinna opowieść o rywalizacji rodzeństwa, o dokonywaniu trudnych wyborów oraz o tym, że w obliczu śmierci bliskich, wszy stkie nasze plany i ambicje nie są nic warte. Marta (Aga-

ta Kulesza) to kobieta sukcesu, znana aktorka serialowa, której udało się osiągnąć zarówno popularność, jak i pieniądze. Nie poprzewracało się jej w głowie, nie gwiazdorzy, twardo stoi na ziemi, lecz nie udało się jej ułożyć sobie życia prywatnego. Jej siostra Kasia (Gabriela Muskała) jest jej przeciwieństwem: niestabilna emocjonalnie, rozedrgana, pozornie mająca poukładane życie osobiste, męża (Mar-

cin Dorociński), syna i masę kompleksów na punkcie siostry. Ich konflikt i niechęć są jawne i obie czterdziestolatki nawet nie udają, że się rozumieją. W obliczu śmierci jednego z rodziców kobiety odkrywają na nowo siebie i siłę, którą daje rodzina. Marta i Kasia są niemal zmuszone do zbliżenia się i wspólnego działania w sytuacji kryzysowej. Jest to film prawdziwie wzruszający i bawiący jednocześnie. Dębska wykazała się niezwykłą wrażliwością w odnajdowaniu nieoklepanego komizmu w sytuacjach tragicznych.

Stworzyła ciepłą, głęboką i świetnie zagraną (przez wszystkich aktorów) opowieść o trudnych relacjach rodzinnych. Bez egzaltacji, sztuczności, tanich chwytów, znanych z wyciskaczy łez, bez sentymentalnych przegięć. Tak mądrego filmu o rzeczach zwykłych nie było w Polsce już dawno. Za dodatkową rekomendacje niech posłużą fakty, że „Moje córki krowy” na 40. Festiwalu Filmowym w Gdyni były przez ponad pięć minut oklaskiwane na stojąco. Na tymże festiwalu film otrzymał Nagrodę Dziennikarzy, Nagrodę Sieci Kin Studyjnych i Lokalnych oraz, chyba najważniejszą dla każdego reżysera, Nagrodę Publiczności. MAGDALENA MARSZAŁKOWSKA MONITOR POLONIJNY


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:33 Page 17

B

ędąc w miejscowości Humenné, odwiedziłam prawdziwie sielski skansen, będący częścią Muzeum Wyhorlackiego. Mieści się on w pobliżu renesansowego pałacu i stanowi urokliwe miejsce spacerów oraz źródło wiedzy na temat architektury i stylu życia ludzi, mieszkających dawniej na terenach Górnego Zemplina. Skansen w Humennem powstał w latach 1974-1982, a dwa lata później został udostępniony zwiedzającym. Tworzy go 18 ludowych obiektów z różnych części regionu, przeniesionych z obszarów, które zostały zalane wodą, by można było wybudować zaporę wodnej Starina. Uwielbiam takie miejsca jak to, gdyż zachwycają nie tylko architekturą i prostotą, ale i tym, że można się w nich rozkoszować ciszą i atmosferą dawnego, wiejskiego życia. Z zaciekawieniem przyglądałam się architekturze regionu wschodniokarpackiego, zaglądałam do pięknie malowanych wnętrz zrębowych chat, zbudowanych z drewna, gliny i słomy. To typowe chałupy, stawiane w tym regionie w drugiej połowie XVIII wieku i spotykane w różnych miejscach Beskidów do lat 50. XX wieku. Dociekliwie przyglądałam się ich wystrojowi oraz narzędziom i strojom mieszkańców tej części Słowacji. Rozmyślałam, jak biednie żyli chłopi bez współczesnych wynalazków i technicznych nowości, a jednocześnie w jak wspaniałej harmonii blisko byli z naturą, jak świętowali wesela i narodziny dzieci, jak spędzali długie wieczory i wspólnie cieszyli się ze zbioru plonów. Oprócz typowych chat mie szkalnych zwiedziłam warsztat kowalski z różnego rodzaju kowadłami, młotami i podkowami oraz warsztat ceramiki, a także budynki gospodar-

Zagubić się w czasie cze – stodołę, spichlerz i młyn wodny. Z dużą starannością prezentowane są w skansenie stare narzędzia: pługi, cepy, brony, motyki, grabie, młynki do czyszczenia ziarna, a także piły, frezarki i sprzęt do wyrabiania kół. W jednej z chat prezentowana jest ciekawa ekspozycja tkactwa. Z zainteresowaniem przyglądałam się wielkim wrzecionom i przęślicom, podziwiając kobiety, które kiedyś na nich pracowały, za ich siłę i cierpliwość. Ze lnu szyto bieliznę osobistą i pościelową, a także powrozy, worki i kilimy. Ciekawa jest też pasieka z krzywymi ulami, przypominającymi domki leśnych skrzatów. Największą moją uwagę zwróciła jednak najstarsza i najpiękniejsza bu-

Słowackie perełki

dowa, stojąca na niewielkim wzniesieniu w centralnej części skansenu. To drewniana cerkiew łemkowska św. Michała Archanioła, zbudowana bez użycia gwoździ w 1754 roku w miejscowości Nowa Siedlica. Trójdzielna kryta gontem świątynia w swoim niziutkim barokowym wnętrzu kryje ikonostas, z barwnymi ikonami z XVI - XVIII wieku, od których aż trudno oderwać wzrok. Usiadłam w ciężkiej ławie, wyobrażając sobie tłum modlących się tu dawno temu wieśniaków, którzy w odświętnych strojach po ciężkim tygodniu pracy szukali u Boga zrozumienia, szczęścia i miłości. To interesujące muzeum architektury ludowej co roku przyciąga turystów ciekawych historii słowacko-rusińskiej kultury. Odbywa się tu wiele atrakcyjnych spotkań plenerowych, np. coroczne występy zespołów folklorystycznych dzieci i dorosłych oraz pokazy rzemiosła ludowego, m.in. kowali, tkaczy i rzeźbiarzy, którzy wyrabiają tradycyjne przedmioty bezpośrednio przed oczami zwiedzających. Warto zagubić się w czasie i atmosferze tego miejsca. Serdecznie polecam. MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

ZDJĘCIA: MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

MARZEC - KWIECIEŃ 2016

17


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:33 Page 18

N I E Z Ł O M N A PA N I M A R I A S KO Ń C Z Y Ł A 101 L AT

Pseudonim: N

iewysoka, siwiuteńka, o radosnych oczach i stanowczym głosie, zawsze nieskazitelnie ubrana w ciemny kostium lub garsonkę i jasną bluzką, z torebką w ręku, niesłychanie punktualna i nigdy nie skarżąca się, że jest zmęczona. Pani Maria Mirecka-Loryś. Trudno wprost uwierzyć, że można mieć tyle siły i taki charakter w tym wieku. Kiedy się poznałyśmy, pani Maria miała już ponad 90 lat. Na kolejne Światowe Forum Mediów Polonijnych przyjechała jako dziennikarka z Chicago, felietonistka. Nie od razu opowiedziała mi o sobie. Wiedziałam jedynie, że od lat pomaga Polakom na Wschodzie – szczególnie opiekuje się dziećmi, organizuje zbiórki pieniędzy, żywności, książek – i że jest w swych działaniach niezwykle skuteczna. Pani Marii trudno było odmówić, o czym wiedziałam właściwie od początku naszej znajomości, bo o sprawach dla niej ważnych mówiła spokojnie, ale stanowczo, absolutnie przekonana, że ma rację. Bardzo szybko też dowiedziałam się, że studiowała prawo, jak kilku jej braci, że była aktywną działaczką Związku Akademickiego Mło dzieży Wszechpolskiej, a w czasie wojny działała w konspiracji. Awanso wała do stopnia kapitana po scaleniu Narodowej Organizacji Wojskowej z Armią Krajową i była komendantką Wojskowej Służby Kobiet. Ale szcze18

Marta

góły jej życiorysu dotarły do mnie później, przede wszystkim ze spisanych przez panią Marię wspomnień, zatytułowanych „Odszukane w pamięci. Zapiski o rodzinie, pracy, przyjaźni”. A potem z rozmów, które starałam się prowadzić z nią przy każdej nadarzającej się okazji. Spotykałyśmy się trzy razy – rok w rok zawsze we wrześniu. Jej książkę przeczytałam z wypiekami na twarzy. Pani Maria w dedykacji napisała mi: „Obyś nigdy nie musiała dokonywać najtrudniejszych wyborów i zawsze mogła być wierna sobie i Ojczyźnie”. Marię Mirecką-Loryś w 2006 roku Krzyżem Komandorskim Orderu Od rodzenia Polski odznaczył prezydent RP Lech Kaczyński. A w lutym 2016 roku pani Maria uhonorowana została przez prezydenta RP Andrzeja Dudę Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski za wybi tne zasługi w działalności polonijnej, społecznej i charytatywnej w Polsce i Stanach Zjednoczonych Ameryki, w szczególności za działania na rzecz polskiej mniejszości na Ukrainie. Prezydent podkreślił, że to odznaczenie „za wspaniałe życie dla Polski i dla Polaków” jest również dla rodziny pani Marii. „Życie

Pani do tej pory było życiem niezwykle pięknym, związanym ze wspaniałą patriotyczną kartą – mówił prezydent Duda w czasie uroczystości w Pałacu Prezydenckim. – Od wczesnej młodości Pani i Pani rodzeństwo byliście związani z działalnością propaństwową i niepodległościową. Nigdy nie zapominała Pani o swoich rodakach, tych w najtrudniejszej sytuacji, a to świadczy nie tylko o wielkim sercu, ale i o wielkości człowieczeństwa, o niezwykłym patriotycznym wychowaniu, niezwykłej miłości bliźniego, niezwykłej miłości Ojczyzny i wielkim patriotyzmie, czego Rzeczpospolita nigdy Pani nie zapomni”. A pani Maria, wzruszona, uśmiechała się, dziękowała. Wydawała się nawet przez chwilę bardzo zamyślona, jakby rzeczywiście cofnęła się do rodzinnych wspomnień i niezwykłych wydarzeń, które dotknęły w XX wieku ją i całą rodzinę Mireckich. Ich losami można by tak naprawdę obdzielić wielu ludzi, bo w jakimś sensie to była rodzina wybrana, choć trudno uznać, że uprzywilejowana. Historia ubiegłego stulecia zgotowała wszystkim Mireckim trudny, dramatyczny często los, ale oni nigdy się nie poddali, walcząc do końca, zachowując niezłomność i odpowiedzialność. Pani Maria miała czterech braci i trzy siostry. Mama, Paulina ze Ścisłowskich, szlachcianka, była osobą niezwykle religijną i znakomicie wychowaną, oddaną całym sercem rodzinie. Dziadek pani Marii był sybirakiem. Ścisłowscy posiadali znaczne majątki na Podolu i ziemi tarnopolskiej. Ojciec pani Marii, Dominik Mirecki, herbu Szeliga, należał do drobnej szlachty. Był synem powstańca styczniowego i niezwykle prawym człowiekiem. Matecznik Mireckich to wieś Mircze. Rodzice pani Marii pobrali się w 1898 roku. Najstarsza siostra, Waleria, urodziła się dwa lata później w Przeworsku. Potem rodzina przeniosła się wpierw do MONITOR POLONIJNY


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:33 Page 19

Krakowca koło Jaworowa, a następnie do Ulanowa nad Sanem, gdzie 7 lutego 1916 roku jako siódme dziecko z ośmiorga rodzeństwa urodziła się pani Maria. Wielokrotnie podkreślała, że atmosfera rodzinnego domu miała ogromny wpływ na jej wychowanie. Relacje z rodzicami i rodzeństwem określiły jej późniejszy stosunek do świata i ludzi. Wspomniana już najstarsza siostra Waleria była nauczycielką, a od 1933 roku kierowniczką szkoły w Racławicach koło Leżajska i wielkiego serca działaczką społeczną. W czasie okupacji hitlerowskiej w domu rodzinnym Mireckich w Racławicach, w tym samym, w którym pani Maria teraz mieszka, Waleria prowadziła punkt kontaktowy dla działaczy podziemia narodowego i angażowała się w tajne nauczanie. Była dwukrotnie aresztowana przez Niemców, drugi z powodu młodszego brata, Kazimierza, komendanta Okręgu Rzeszowskiego Narodowej Organizacji Woj skowej. Kazimierz w czasie wojny został zaprzysiężony przez Komendanta Głównego AK Stefana Roweckiego, a po wojnie był poszukiwany przez UB. Pod fałszywym nazwiskiem opuścił Polskę i ostatecznie osiadł w Chicago, tam, gdzie pani Maria spędziła potem ponad 50 lat. Najstarszym bratem pani Marii był Bronisław, który został księdzem. Wcześniej walczył jako 17-letni ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej. W latach 30. studiował teologię na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. W czasie wojny był kapelanem. W 1944 roku został skazany przez UPA na karę śmierci. Ocalał niemal cudem w czasie nocnego napadu banderowców. Po wojnie został ze swoimi parafianami na Wschodzie. Grożono mu zsyłką, a nawet śmiercią, o czym wspomina w swej książce pani Maria. I to do niego i jego ubogich parafian pani Maria z najmłodszą siostrą Heleną jeździły z pomocą finansową i rzeczową także po rozpadzie „imperium zła”, czyli Związku Radzie ckiego. „Nazywano nas przemytniczkami Bożymi” – wspomina pani Maria w swojej książce. Trzecim z rodzeństwa był brat Leon. Skończył stuMARZEC - KWIECIEŃ 2016

dia prawnicze w Lublinie, był zwolennikiem Romana Dmowskiego. Walczył w powstaniu warszawskim, po wojnie kilka razy go aresztowano, a potem osadzono na siedem lat w więzieniu. Po wyjściu na wolność został przewodnikiem turystycznym w Krakowie i należał do tzw. seniorów ruchu narodowego. Zmarł w rodzinnych Racławicach 16 lat temu. Potem była siostra Janina, zwana Kandyjką, bowiem wyjechała do Kanady. W czasie wojny działała aktywnie, pomagając więźniom obozów koncentracyjnych. Aresztowana

przez UB ponad dwa lata przesiedziała w więzieniu. W 1957 roku zdecydowała się wyjechać do Kanady, do męża, żołnierza armii Hallera, i syna. Wróciła do kraju w latach 80. i zmarła w Racławicach. Niezwykłą postacią był jeszcze brat Adam, zwany Rycerzem bez Skazy. „Małomówny, opanowany, typ dowódcy, dzielny człowiek i żołnierz” – tak o nim mówili przyjaciele. Adam był kilkakrotnie aresztowany przez gestapo, trafił do obozu koncentracyjnego. Po wojnie, męczony w więzieniach UB, skazany został na karę śmierci. Zamordowano go w więzieniu na Mokotowie w 1952 roku. Pani Maria Mirecka-Loryś o losach swoich najbliższych mówi z dumą. O swojej pracy konspiracyjnej w czasie okupacji i działaniach powojennych w Związku Polek w Ameryce czy w zarządzie Kongresu Polonii Amerykańskiej wspomina trochę mimochodem. Wszyscy, którzy ją znają, mogą zaświadczyć, że ponad wszystko cechuje ją skromność i poczucie misji. Może nawet misji dziejowej. I na pewno życzliwość oraz otwartość. To wspaniale, że dzięki Światowemu Forum Mediów Polonijnych, które odbywało się przed laty, także wydawany w Bratysławie „Monitor Polonijny“ uczestniczył w rozmowach i spotkaniach z panią Marią. Niezłomna – taką ją zapamiętamy. ALINA KIETRYS

19


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:33 Page 20

Ciekawi ludzie

„R

ozglądaj się za dziewczyną w różowej bluzce” – powiedział do mnie mąż, kiedy podjechaliśmy samochodem na umówione miejsce spotkania. Po kilku minutach pojawiła się wysoka, ciemnowłosa dziewczyna z walizką. Miała na imię Lidia, była Włoszką, a my mieliśmy ją zabrać z Bratysławy do mojego rodzinnego Poznania.

Wspólne podróżowanie. Jak to działa? BlaBlaCar to oparty na zaufaniu serwis społecznościowy, łączący kierowców, dysponujących wolnymi miejscami w swoich samochodach, z podróżującymi w tę samą stronę pasażerami. Zasada jest prosta – kilka osób podróżuje razem samochodem i dzieli się kosztami. Osoba zainteresowana loguje się w serwisie BlaBlaCar, wyszukuje miejsce docelowe oraz datę planowanej podróży, a następnie wybiera kierowcę, który na tej trasie oferuje miejsce(a) w swoim samochodzie. O tym fakcie ów kierowca jest informowany SMS-em, zaś pasażer otrzymuje numer telefonu lub e-mail kierowcy, aby móc omówić szczegóły wspólnej podróży. Kierowca wskazuje miejsce wyjazdu, przyjazdu, datę i godzinę oraz wyznacza cenę za przejazd. Po wspólnej podróży pasażer płaci kierowcy umówio-

20

Autostop XXI wieku ną wcześniej kwotę i wystawia w serwisie opinię kierowcy. Również kierowca ocenia swoich pasażerów.

Wiarygodność i zaufanie To właśnie wzajemne oceny członków społeczności BlaBlaCar, udostępniane wszystkim użytkownikom, oraz potwierdzone dane osobowe powodują, że ser wis jest bezpieczny i godny zaufania. Użytkownicy BlaBlaCar występują pod swoimi prawdziwymi nazwiskami, a dane kontaktowe są zwrotnie weryfikowane przy rejestracji. System ocen oparty jest na skali pięciostopniowej: odradzam, nic specjalnego, w porządku, fajnie, rewelacja i ma ogromny wpływ na wybór kierowcy. Ponadto każdy użytkownik posiada przypisany mu poziom doświadczenia, który wzrasta w zależności od intensywności i czasu trwania jego aktywności w serwisie i który jest wskazówką przy wyborze towarzysza podróży. Istnie je pięć takich poziomów: nowicjusz, adept, doświad-

czony, ekspert, ambasador. Ponadto BlaBlaCar posiada Zespół Wsparcia, do którego można kierować pytania i prośby o pomoc. Dzięki temu w bezpieczny sposób można korzystać z tej formy transportu. Dla kobiet, które obawiają się podróży z osobami płci przeciwnej, stworzono możliwość podróżowania tylko z kobietami.

Ekonomia dzielenia się kosztami Za niewielkie pieniądze można w łatwy, wygodny i przyjemny sposób przemieszczać się nie tylko z miasta do miasta, ale i po całej Europie. Pasażer dorzuca się do paliwa, a to nieporównywalnie mniejszy koszt niż zakup biletu na pociąg czy autobus. Wysokość opłat jest ustalana odgórnie – ważne, by cena przejazdu pokrywała koszty podróży, a nie stanowiła dodatkowego przychodu kierowcy.

Zaletą BlaBlaCar jest możliwość poznania interesujących ludzi i nawiązania ciekawych znajomości, a nawet przyjaźni. Wspólne podróżowanie sprzyja rozmowom i wzajemnemu poznawaniu się. Nasza pasażerka, pochodząca z Mediolanu, przez kilka godzin jazdy opowiadała nam o sobie, o pracy w wielkiej firmie informatycznej, wizycie w Bratysławie i fascynacji Polską. Kiedyś zdarzyło nam się zabrać studentkę filologii czeskiej, podziwiającą tłumaczenia byłego dyrektora IP Andrzeja Jagodzińskiego, innym razem fryzjerkę, jadącą na zlot rodzimowierców, a jeszcze innym mówiącą po polsku Czeszkę, która jechała na Oleśnicki Festiwal Cyrkowo-Artystyczny, by szkolić swój warsztat w akrobacjach z ogniem. BlaBlaCar funkcjonuje już w 22 krajach, skupiając 25 milionów sympatyków tego ekonomicznego transportu. W Polsce działa od 2012 roku – polską stronę co miesiąc odwiedza ponad milion użytkowników. Od stycznia tego roku serwis dostępny jest także na Sło wacji. Tanie, wygodne i ciekawe podróżowanie – tak wygląda forma autostopu XXI wieku, z której warto skorzystać. To po prostu się opłaca! MAGDALENA ZAWISTOWSKAOLSZEWSKA

MONITOR POLONIJNY


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:33 Page 21

P

odobno rock and roll umarł. Jeśli ktoś miałby podobne zdanie na temat bigbitu, spieszę donieść, że oba gatunki mają się świetnie – przynajmniej w Polsce. Miłośnicy muzyki spod znaku kwiatowych koszul i butów na wysokich koturnach mają od kilku lat nową gwiazdę. Mowa o Ani Rusowicz, córce Ady Rusowicz i Wojciecha Kordy, pamiętnych członków zespołu Niebiesko-Czarni. Ania muzykę ma we krwi, ale jej dojrzewanie do tego, by pójść drogą rodziców, trwało dość długo. Dla młodej wokalistki największym problemem było rozliczenie się z niełatwym dzieciństwem i tragiczną śmiercią matki. Na szczęście dzisiaj po bolesnych wspomnieniach nie ma już śladu. Pamiętny debiut na festiwalu piosenki w Opolu w 2011 i brawurowe wykonanie piosenek z repertuaru Ady Rusowicz zaowocowało szybkim wydaniem płyty, zatytułowanej „Mój Big-Bit”. Krążek odniósł niespodziewany sukces, zatem tylko kwestią czasu było wydanie kolejnego. I właśnie o wydanej w 2013 roku płycie „Genesis” chciałbym dzisiaj opowiedzieć. Mówi się, że druga płyta jest zawsze najważniejszą w dorobku wykonawcy. Sukces pierwszego wydawnictwa można zawsze tłumaczyć szczęściem i zbiegiem okoliczności, a dopiero utrzymanie dobrego poziomu przy kolejnej płycie dowodzi prawdziwego talentu. W przypadku Ani Rusowicz jest to o tyle ważne, że pierwsza płyta składa się w połowie z piosenek z repertuaru jej mamy. I choć znałem już pojedyncze utwory, emitowane przez stacje radiowe, byłem ciekaw, jak pierwsza, w pełni autorska płyta Ani Rusowicz brzmi jako całość. Po przesłuchaniu „Genesis” muszę przyznać, że oczekiwania się potwierdziły. Płyta jest absolutnie wyjątkowa, a wszystkie utwory dorównują poziomem granym w radiu singlom. W tra kcie przesłuchiwania krążka przyszła mi do głowy refleksja, że oto wreszcie możemy dowiedzieć się, jak brzmieliby wykonawcy, tacy jak Breakout, Nie biesko-Czarni, Czerwone Gitary czy Trubadurzy, gdyby mogliby skorzystać z dostępnych dzisiaj technik nagraniowych. Ale wróćmy do Ani MARZEC - KWIECIEŃ 2016

Czulym uchem

G e n e s i s Ani Rusowicz łączy muzyczne pokolenia Rusowicz i jej płyty. Big-Bit był swego czasu na tyle popularny, że naturalne są skojarzenia (podobieństwa?) z innymi artystami owych czasów. Nie jest to zarzut – styl Ani, głównie za sprawą barwy jej głosu, jest oryginalny i nie do podrobienia. Nie będzie też przesadą, jeśli napiszę, że utwory, takie jak „Polne kwiaty”, „Anioły” czy „Nie uciekaj”, mogłyby być częścią repertuaru światowych gwiazd, jak Janis Joplin, The Doors, Jimy Hendrixa czy Led Zeppelin. Ta sama energia, riffy przesterowanych gitar, od czasu do czasu organy Hammonda, a do tego polski tekst i magiczny głos Ani. W wywiadzie dla Polskiego Radia piosenkarka powiedziała, że płyta „Genesis” jest bardziej psychodeli czna od „Mojego Big-Bitu”. Jest w tym sporo prawdy, bo niektóre utwory mogą się po pierwszym przesłuchaniu wydawać – mimo szybkiego

rytmu i bijącej z nich energii – monotonne w mantrowy sposób. Nie myślę tu tylko o utworze zatytułowanym dosadnie „Mantra”; takie są również najsłabsze według mnie „Tango śmierci” i bardziej popowe niż rockowe „Ptaki”. O wspomnianej psychodeliczności świadczyć może również utrzymana w żywych kolorach okładka płyty, nawiązująca do filozofii „flower power”. Wydana w 2013 roku płyta odniosła wielki sukces; można powiedzieć, że Ania Rusowicz zdała egzamin drugiej płyty śpiewająco. Zapewne zasługa w tym też odpowiedzialnego za produkcję Emade, czyli Piotra Waglewskiego. Ten genialny muzyk i kompozytor od pewnego czasu z sukcesem wydaje pływy innych wykonawców. I nie ogranicza się do jednego gatunku – po wcześniejszych albumach – hip-hopowym i elektronicznym – najmłodszy członek rodziny Waglewskich doskonale poradził sobie z produkcją albumu rockowego. Ciekawe, czy skusi się na wydanie kolejnego krążka Ani Rusowicz, bo w to, że taki pojawi się już wkrótce, nie wątpię. Polecam „Genesis” każdemu miłośnikowi muzyki, niezależnie od tego, do którego pokolenia należy. Starsi z pewności chętnie wrócą do czasów swojej młodości, młodsi zaś być może odkryją, że muzyka ich rodziców i dziadków nie była taka grzeczna. ARKADIUSZ KUGLER 21


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:33 Page 22

J

est niedziela. Walentynki. Święto zakochanych. Na jednym ze znanych polskich portali właśnie opublikowano sondę, co o tymże święcie myślą internauci. Przeczytawszy odpowiedzi, przeżyłam szok. Nie, nie dlatego, że jedni uznają to święto, inni nie. Przyczyną mojego zdumienia był język, którym co niektórzy wyrazili swoje opinie. I często były to opinie zupełnie nie na temat. No bo co wspólnego z walentynkami ma wypowiedź: Kwiczące zawszone platfusy POjadą odwiedzić w tworkach swojego krzykacza psychicznego szczawia niesioła PO lewatywie, w nagrodę psychiczny wyczyści im kominy [pisownia oryginalna!]. Jasne, ktoś może nie lubić którejś z partii politycznych, ale dlaczego wyraża to w taki sposób i przy takiej okazji? Wracam do przeglądu informacji internetowych… Czytam o tym, że BBC wyemituje film o Janie Pawle II, mający pokazać jego kontakty z kobietami, a w komentarzach m.in. Cały Watykan powinien być zrównany z ziemią, żeby kamień na kamieniu się nie ostał, bo to czarna zaraza, która wpierdala się wszędzie, ale spoko nie ma nic wiecznego.

„Przed nienawiścią

Zmieniam temat. Tym razem moją uwagę przykuwa artykuł o psie, wyrzuconym przez pseudoopiekuna z samochodu, skomentowany przez czytelników m.in. w ten sposób: Wieszać, na najbliższej gałęzi takich „ludzi”, a przy tym przypalać. Komentarzy do artykułów na tematy czysto polityczne już nie czytam, z daleka omijam zwłaszcza te, dotyczące migracji, bowiem skoro wydawałoby się stosunkowo zwykłe tematy wzbudziły tak negatywne komentarze, to wiem, czego mogę się spodziewać w przypadku tych kontrowersyjnych, a nie chcę sobie psuć nastroju. Zainte resowało mnie jednak, kto dokonuje wpisów tego rodzaju. Przejrzałam w związku z tym na Facebooku profile autorów tych wybranych – więk-

szość komentarzy podpisana była oczywiście nic nie mówiącymi nikomu nickami – i… zmartwiłam się. Oto bowiem zobaczyłam profil mężczyzny w średnim wieku, który mile się uśmiecha na zdjęciu, a poniżej niego się chwali, iż pozostaje w związku małżeńskim i ma dwoje wspaniałych dzieci… Przyjrzałam się też profilowi starszej pani, tej, która chciałaby spalić Watykan, a która na Facebooku prezentuje swoje zdjęcia w otoczeniu rodziny i wnuków… Nie omieszkałam zajrzeć też na stronę autorki wpisu, nawołującego do wieszania i przypalania ludzi, którą okazała się ładna dziewczyna, chyba lubiąca zwierzęta, gdyż na swoim profilu zamieszcza całą gamę zdjęć swego psiaka… A zatem autorami cytowanych wyżej wypowiedzi okazali się zwykli, normalni ludzie, tacy jak my… Skąd zatem tyle nienawiści w ich wypowiedziach? O tzw. mowie nienawiści (ang. hate speech), którą definiuje się jako używanie języka w celu znieważenia, pomówienia lub rozbudzenia nienawiści wobec pewnej osoby, gru-

„Niespokojni” Aliny Kietrys

Z

awód dziennikarza z pewnością sprzyja niezwykłym spotkaniom. Bohaterowie ostatniej książki Aliny Kietrys „Niespokojni” stanęli na drodze, głównie zawodowej, tej znanej gdańskiej dziennikarki kulturalnej. Jak mówi sama autorka, jej pokolenie było świadkiem przetaczania się przez Polskę walca historii. Cho dzi oczywiście o lata kształtowania się ruchu „Solidar ności” oraz wszystkie wydarzenia wcześniejsze (np. strajki na polskim Wybrze żu w 1970 roku czy działalność Komitetu Obrony Ro botników). Działalność zawodowa Aliny Kietrys siłą rzeczy nie mogła skupiać się tylko na tematach kultu22

ralnych. Autorka we wstępie tak pisze o przyczynach powstania książki: „Byłam w miejscach, o których dzisiaj tworzy się legendy, spotykałam ludzi, którzy dla mnie i dla moich rówieśników stanowili wzorzec zachowań i postaw. I właśnie o tych NIESPOKOJNYCH chciałam napisać (...). Każ de spotkanie zostawiało trwały ślad”. Kim byli owi „niespokojni”? Autorka przybliża nam

sylwetki sześciu osób „z jednego pokolenia (...), które historia traktowała bez taryfy ulgowej”. Lech Bądkowski był pierwszym rzecznikiem „Solidarności”, dzisiaj jego postać wydaje się zapomniana. Jan Karski to człowiek legenda, bohater budzący wciąż kontrowersje za sprawą swojej bezkompromisowości. Stefana Kisielewskiego, czyli wielbionego i podziwianego „Kisiela”, bała się nie tylko

PRL-owska władza. Marian Kołodziej to słynący z perfekcjonizmu artysta i scenograf, twórca ołtarzy, przy których msze odprawiał Jan Paweł II podczas pielgrzymek do Polski, zaś Jacek Kuroń był człowiekiem instytucją, opozycjonistą, wielbionym, a zarazem przeMONITOR POLONIJNY


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:33 Page 23

strzeż mnie, Boże…” py osób lub innego wskazanego przez mówcę podmiotu (…) sporo się mówi ostatnio. Jest ona przejawem agresywnego nacjonalizmu i etnocentryzmu, dyskryminacji i wrogości wobec mniejszości etnicznych, wyznaniowych i seksualnych. Ale nienawiść w sieci (i nie tylko) spotkać może każdego i przy każdej okazji. Hejt (od ang. hate ‘nienawidzić, nienawiść’) jest bowiem wszędzie. Mają z nim problem tak Polacy, jak i Słowacy, zwłaszcza przed wyborami parlamentarnymi, kiedy to najwyżsi rangą politycy publicznie obrzucają się inwektywami, a ich zwolennicy dają upust swojej nienawiści do konkurentów na forach internetowych, używając języka rynsztoku. I tak sobie myślę, że dziś trzeba być naprawdę bardzo silnym psychicznie, wręcz gruboskórnym, by wchodzić w jakiekolwiek internetowe dyskusje i spory, w których królują nienawiść, agresja i chamstwo. Czy można się przed nimi bronić? Niby tak, niby są na to paragrafy, choćby art. 256 i 257 Kodeksu karnego, które za znieważanie lub nawoływaklinanym. I w końcu Kazimierz Moczarski, Polak katowany w powojennym więzieniu przez Polaków, który nie doczekał sławy swoich wspomnień. Po „Niespokojnych” sięgną łem z tym większą ochotą, że lubię książkowe biografie. Są doskonałą okazją, aby przez pryzmat prezentowanych bohaterów poznać czasy, w których żyli. Ale „Niespokojni” nie są typową literaturą biograficzną – nie pozwala na to z jednej strony ograniczona objętość książki, z drugiej przebogate życiorysy bohaterów. Autorka zatem zaledwie szkicuje sylwetki prezentowanych osób, głównie na podstawie spotkań z nimi i z ich bliskimi. KażMARZEC - KWIECIEŃ 2016

nie do nienawiści na tle narodowościowym, rasowym, etnicznym i wyznaniowym grożą grzywną lub ograniczeniem wolności. Kłopoty można też mieć, jeśli pomówiło się, czyli zarzuciło się komuś coś, co nie jest prawdą, bądź znieważyło słowem lub czynem. Przestępstwa te ściga się w drodze oskarżenia prywatnego na podstawie art. 212 i 216 Kodeksu karnego. Prawda jest jednak taka, że tak naprawdę niewiele osób udało się ukarać za tego typu zachowania w sieci. Oczywiście w ramach walki z hejtem można ograniczyć wolność słowa, która uznawana jest dziś za standard norm cywilizacyjnych, ale nie o to chodzi, bowiem koniec wolności słowa, oznaczałby koniec wszelakiej innej wolność. Nie wolno jednak zapominać, że wolność słowa nie jest równoznaczna z samowolą. A zatem może zamiast penalizować hejt i jego wszelkie przejawy, należy po prostu zacząć sza-

demu z bohaterów poświęca jeden rozdział. Prezentuje ich w kolejności alfabetycznej, co powoduje, iż publikacja stanowi rodzaj małego leksykonu. Można zatem zacząć lekturę od dowolnie wybranego ustępu, ale nie można pominąć osobistego wstępu autorki. Formę poszczególnych roz-

nować siebie i innych. Tak, wiem, to chyba jednak utopia… Zatem pozostaje nam chyba modlić się słowami niedawno zmarłego Natana Tenenbauma, autora „Modlitwy o wschodzie słońca”, do której muzykę napisał Przemysław Gintrowski, a którą śpiewał Jacek Kaczmarski: Każdy Twój wyrok przyjmę twardy Przed mocą Twoją się ukorzę Ale chroń mnie, Panie, od pogardy Przed nienawiścią strzeż mnie, Boże. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA

działów narzucają przywoływane nieustannie wspomnienia autorki oraz przeprowadzane rozmowy z bliskimi bohaterów. Wypowiedzi wielu osób, nagłe zmiany miejsca i czasu, przeplatające się często z refleksjami autorki na temat opisywanych postaci, utrudniają trochę płynność lektury, ale zastosowane zabiegi usprawiedliwiają wysiłki autorki, starającej się przybliżyć czytelnikowi motywy działania „niespokojnych”. I właśnie to stanowi chyba największą wartość tejże książki. Choć znałem wcześniej życiorysy Jacka Kuronia i Jana Karskiego, inne poznałem dzięki lekturze, to z wszystkimi prezentowanymi w książce osoba-

mi spotkałem się jakby osobiście, dzięki wielogodzinnym rozmowom przeprowadzonym przez autorkę. Liczącą 296 stron książkę wydawnictwo PWN wydało w ładnej, twardej oprawie. Treść wzbogaca kilkustronicowa, kolorowa wkładka ze zdjęciami oraz bogaty indeks osób. Czytelnik, chcący poszerzyć wiedzę na temat wspomnianych w książce wątków, ma do dyspozycji również przypisy i załączoną bibliografię. Polecam lekturę „Niespokojnych” nie tylko miłośnikom biografii. Myślę, że Alinie Kietrys udało się udowodnić, że prawdziwi bohaterowie żyją też w naszych czasach. ARKADIUSZ KUGLER 23


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:33 Page 24

Opozycja katolicka na słowacji w czasach komunistycznych ❷

W

ielką barierą dla rozwoju Tajnego Kościoła WAŻKIE WYDARZENIA był brak księży i możliwości odprawiania W DZIEJACH mszy. Felix Davídek, duchowny z Brna SŁOWACJI (więziony w latach 1951-1964; zmarł w 1988 r.), w połowie lat 60. zaczął więc na własną rękę przygotowywać młodych ludzi do kapłaństwa i ich wyświęcać. Dużą część wychowanków Davídka stanowili Słowacy, którzy później działali na Słowacji. W większości nie mieli oni wykształcenia teologicznego, a czasem popadali w konflikt z miejscowymi oficjalnymi księżmi przy próbach nawiązania kontaktu z nimi. Tajni księża na co dzień pracowali, najczęściej jako robotnicy fizyczni. Zdarzało się, że zakładali rodziny. W swoich poglądach często rozchodzili się z nauczaniem Kościoła katolickiego. Fascynował ich zwłaszcza Kościół prawosławny – ortodoksyjny i mistyczny, do tego słowiański. Davídek wyświęcił około 160 księży, a 15 nadał tytuł biskupa. Kiedy na początku lat 90. do Europy Środkowej przyszła wolność, Kościół katolicki starał się uporządkować dziedzictwo Tajnego Kościoła. Watykan, przy całym szacunku dla siły, wiary i zasług jego członków, stał na stanowisku, by nieformalnych

24

księży ponownie wyświęcić, aby mogli oni uzyskać status kapłana zgodnie z prawem kanonicznym. Zażądał też od nich głoszenia zasad wiary zgodnie z nauczaniem Kościoła. W 1992 r. ponownie wyświęcono ok. 120 księży. Ci żonaci, których było 22, dostali specjalną zgodę Jana Pawła II na formalne wyświęcenie w obrządku greckokatolickim i zostali w Kościele. Kilkunastu księży Taj nego Kościoła nie podporządkowało się jednak Kościołowi instytucjonalnemu. Zdaniem Watykanu popadli w herezję. W połowie lat 70. młody wówczas prawnik Ján Čarnogurský (późniejszy pierwszy premier Słowacji) próbował założyć w Bratysławie – na wzór warszawskiego – Klub Inteligencji Katolickiej, a dopiero w połowie lat 80. zaczęto myśleć o ujawnieniu się Tajnego Kościoła. Wybór Karola Woj tyły na papieża i powstanie „Solidar -

ności” w sąsiedniej Polsce dodało słowackim katolikom otuchy. W czerwcu 1983 r. dwaj matematycy, zaangażowani w działalność Tajnego Kościoła, František Mikloško (w wolnej Słowacji został przewodniczącym parlamentu) i Rudolf Fiby podczas wizyty Jana Pawła II w Krakowie przekazali mu za pośrednictwem redakcji „Tygo dnika Powszechnego” memoriał o sytuacji katolików na Słowacji. Kiedy w połowie lat 80. Tajny Kościół rzucił hasło pielgrzymek do Levočy, organizowanych pod postacią wędrownych obozów turystycznych, potrafiło w nich brać udział po kilkadziesiąt tysięcy osób! Efekt cichej i niewidocznej wieloletniej pracy był widoczny. Katolicy słowaccy mieli swój słaby punkt – była nim pamięć o ścisłym związku Kościoła z Państwem Słowackim, które było sojusznikiem III Rzeszy i wydało na śmierć kilkadziesiąt tysięcy swoich żydowskich obywateli. Komuniści wykorzystywali ten fakt, oskarżając każdą inicjatywę publiczną katolików o klerofaszyzm. W tym kontekście należy zrozumieć starania najważniejszej osoby w słowackim Kościele katolickim tamtego czasu, bp. Jana Chryzostoma Korca, o powstrzymanie wierzących od jakiejkolwiek innej działalności niż uczestnictwo w obrzędach religijnych. Należy również odnotować wsparcie, jakie katolicy słowaccy dostawali z Polski. Te polsko-słowackie kontakty były wielorakie i oczywiście w żaden sposób niekoordynowane, trudno więc dokładnie ocenić wymiar tej pomocy. We wspomnieniach pojawiają się jacyś księża z Gdańska czy tak nietypowa instytucja jak Seminarium Duchowne w Nysie. Wymienić warto zapomniane i nieznane dzisiaj nazwiska Polaków, którzy w komunistycznej Słowacji zostali skazani za dostarczanie (przemycanie) z Polski literatury katolickiej. Edward Kalinowski został skazany 9 listopada MONITOR POLONIJNY


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:33 Page 25

1981 r. przez sąd miejski w Bratysławie na 16 miesięcy więzienia. W marcu 1985 r. ukarano Alojzego Gabaja i Bronisława Borowskiego 14 miesiącami więzienia oraz Tomasza Konca 12 miesiącami. Może warto byłoby dziś odnaleźć tych ludzi i jakoś ich uhonorować? Siła katolicyzmu w Czechosłowacji ujawniła się dość nagle, dokładnie 7 lipca 1985 roku podczas pielgrzymki do Velehradu na Morawach z okazji 1100. rocznicy śmierci świętego Metodego, patrona Słowian. Władze państwowe usiłowały wykorzystać uroczystości do propagandy „wkładu Czechosłowacji w światowe dziedzictwo kulturowe”. Zgodzono się więc na uroczystości, w tym mszę na otwartej przestrzeni, i nie czyniono przeszkód w organizacji wyjazdów. Po mszy zaplanowano kilka wystąpień zarówno dygnitarzy

rządowych, jak i duchownych. Rzeczywisty przebieg wydarzeń zaskoczył tak władze, jak i katolików. Na wezwanie Silvestera Krčmerego i Vladimíra Jukla do Velehradu przybyły tysiące młodych Słowaków – ich liczbę szacuje się na 50-70 tysięcy – którzy stanowili większość uczestników uroczystości. Kiedy przedstawiciele rządu chcieli zabrać głos, wygwizdano ich i uniemożliwiono przemawianie, a po zakończeniu części oficjalnej przez wiele godzin śpiewano pieśni religijne. Władze nie odważyły się interweniować. Po raz pierwszy od dziesiątek lat katolicy w Czechosło wacji poczuli swoją siłę. ANDRZEJ KRAWCZYK Dalszy ciąg w kolejnym numerze „Monitora“ MARZEC - KWIECIEŃ 2016

Czar starej, dobrej

„Stodoły“ Wspomnienia

(nie)dawne

„S

todoła“ to kabaret, założony przez studentów Politechniki Warszawskiej, w którym występowali również studenci innych warszawskich szkół. Był on w czasach gomułkowskich i późniejszych trybuną młodzieży studenckiej, reakcją na wydarzenia polityczne i okazją do wyrażenia własnych poglądów w sytuacji działania surowej cenzury i propagowania „jedynie słusznych poglądów“ w polskiej prasie. A co najważniejsze, był okazją do robienia sobie żartów i prześmiewek z oficjalnych sytuacji. Jak wiadomo, satyra była i jest najgroźniejszym orężem w walce z każdym reżimem.

W baraku Skąd wzięła się nazwa kabaretu? Powstał on w baraku, w którym wcześniej mieściła się stołówka radzieckich budowniczych Pałacu Kultury i Nauki, a który przekazano studentom. I to oni nadali obiektowi nazwę. Oprócz występów kabaretowych odbywały się tu koncerty jazzowe. Na scenie występowali tu najsławniejsi ówcześni muzycy jazzowi, jak Andrzej KuryleAndrzej Kurylewicz z Wandą Warską

wicz z Wandą Warską, Duduś Matuszkiewicz i inni. W „Stodole“ odbywały się potańcówki (odpowiednik dzisiejszych dyskotek), a na parkiecie królował rock and roll. „Stodoła“ stała się szybko miejscem spotkań nie tylko młodzieży, ale nietuzinkowych osób – dziennikarzy, literatów i aktorów scen warszawskich – które coś znaczyły w kulturze tamtych czasów. Władze szybko zorientowały się, że zwalczanie tego zjawiska (bo „Stodoła” to nie tylko kabaret) nie ma sensu, objęły go opieką i włączyły w system rozrywki, nie spuszczając z niego czujnego oka. W okresie późniejszym sprowadzano do „Stodoły“ oficjalnych gości z Zachodu, by pokazać, że w Pol sce istnieje wolność słowa.

Z tęsknoty za margaryną Kabaret reagował na wszystkie ważne wydarzenia polityczne. Gdy braki na polskim rynku dawały się coraz bardziej we znaki, a Gomułka na którymś plenum KC oświadczył, że Polacy jedzą za dużo masła, a to jest niezdrowe i powoduje sklerozę, w związku z czym powinni przejść na margarynę, na reakcję w „Stodole“ nie trzeba było długo czekać. Już wieczorem tego samego dnia, kiedy zabrzmiały wyżej wspomniane słowa, Janek Stanisławski wystąpił z piosenką, której słowa brzmiały tak: „Margaryno, ty najwspanialszy z tłuszczów w naszym kraju, o boski raju. Margaryno, ciebie wszyscy w naszym kraju 25


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:33 Page 26

podziwiają i wychwalają. Bo chociaż masła mamy w bród za margaryną tęskni lud. Margaryno, och, jedyna najwspanialsza z naszych narodowych cnót“.

i z okrzykiem „Tata!“, ku uciesze widowni, wskakiwała mu na kolana. Chimanienko przeszła potem do kabaretu „Dudek“ na Krakowskim Przedmieściu. Wystąpiła też w wielu polskich filmach.

Sława Przybylska

Powrót Kiepury Podobnych przykładów żartów kabaretowych można by przytoczyć wiele. Jak choćby ten, kiedy po wielu latach nieobecności wrócił z Ameryki „chłopiec z Sosnowca“, czyli Jan Kiepura. Naród oszalał. Jaś znowu śpiewał swoje przeboje z balkonów i platform samochodów. Teraz już trochę podtatusiały i przykrywający łysinę kapeluszem, ale z tym samym tupetem. Wielki Kiepura został zaproszony na przedstawienie i nie wiem, czy później tego nie żałował. Jan Kiepura

Jeden z naszych kolegów, trochę podobny do Kiepury, wszedł na scenę dziarskim krokiem, uciszył publiczność słowami „cichojta, ciarachy“ i zaczął śpiewać przeboje wielkiego tenora, zmieniając tekst. I tak w obecności wielkiego Kiepury zabrzmiały te słowa: „Nino, ach uśmie chnij się, bo za granicą już mnie nie chcą, nie“. Piosenkę zakończył słowami: „Bo gdy za granicą zabraknie sławy, pracy, znów mnie zobaczycie, kochani rodacy”. Kiepura śmiał się i bił brawo.

Sława Przybylska i inni zdolni Na deskach „Stodoły“ rodziły się wielkie talenty, o których potem słyszała cała Polska. Do najzdolniejszych osób, które wyszły ze „Stodoły“, należała przede wszystkim niezapomnia26

Złoty wiek reżysera Jana Biczyckiego

na szansonistka Sława Przybylska. Warto dodać, że przez pewien czas przebywała ona w Pradze, jako żona dyrektora tamtejszego Ośrodka Kultury Polskiej, i w tym właśnie czasie wystąpiła też w Ośrodku w Bratysławie. Innym artystą „Stodoły“ był nie żyjący już Jan Stanisławski, autor wielu monologów i piosenek. Po odejściu ze „Stodoły“ występował w kabarecie Jana Pietrzaka jako profesor mniemanologii stosowanej.

Krystyna Chimanienko Wspominając wielkich, nie można zapomnieć o tragicznie zmarłej Kry stynie Chimanienko – piosenkarce satyrycznej. Ta chłopczyca, łudząco podobna do Julietty Masiny, wykonująca zresztą piosenkę z filmu „La Strada” Felliniego, podbiła serca publiczności. Niezapomniane były jej przeboje: „Bo ja nie mam nikogo“ czy „Gdzie jest twój tata, smarkata“. Koń cząc tę drugą piosenkę, zawsze wyszukiwała na widowni owego tatę

Mówiąc o „Stodole“, nie sposób nie wspomnieć reżysera Jana Biczyckiego. Ten po odejściu ze „Stodoły“ pracował przez pewien czas w radio, a potem wyemigrował do Niemiec. Ostatnio widziałam go w roli lekarza Mozarta w niemiecko-słowackim filmie „Zapomnijcie o Mozarcie“.

Jan Biczycki Czasy pod jego kierownictwem były złotym okresem kabaretu. Między innymi dzięki niemu pokolenie pełne entuzjazmu i planów na przyszłość, mimo że żyło w siermiężnych czasach i mogło liczyć tylko na symboliczne honoraria, robiło to z pasją. Agnieszka Osiecka napisała o nich piosenkę „My, łatwopalni“. W czasach Gierka barak „Stodoły“ zburzono, ponieważ w tym miejscu rozpoczęto budowę Dworca Centralnego. Kabaret przeprowadził się w nowe miejsce, ale moja przygoda w charakterze piosenkarki na deskach „Stodoły“ skończyła się jeszcze przed przeprowadzką. STANISŁAWA HANUDELOVÁ Agnieszka Osiecka

MONITOR POLONIJNY


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:34 Page 27

Poziomo

świąteczna

Po raz kolejny zapraszamy Państwa do zabawy, czyli rozwiązania krzyżówki, przygotowanej z myślą o słowackiej Polonii. tym razem tematem są święta wielkanocne i zwyczaje z nimi związane. aby uzyskać hasło wpisz litery z kolorowych kratek

rozwiązanie prosimy przesłać pod adresem: mwobla@gmail.com do 27 marca. Spośród autorów poprawnych rozwiązań wylosujemy zwycięzcę, któremu nagrodę prześlemy pocztą. Prosimy, by nie zapomnieli Państwo podać swoich danych: imienia, nazwiska i adresu pocztowego. Miłej zabawy! Red., TO

Pionowo

2. Nie brak ich na 1. Święcona wielkanocnym stole 3. w nim święconka 6. tradycyjne ciasto 4. Piątek, tego dnia ukrzyżowano Jezusa wielkanocne 5. typowy, słodki wypiek wielkanocny 8. zwierzątko, symbol 6. wielkanocny, zwykle z cukru wielkanocy 7. trwające 8 dni obchody 11. Jajka wielkanocne zmartwychwstania Jezusa 12. określenie czwartku, 9. Niesiesz ją w koszyczku do kościoła dnia ustanowienia dwóch 10. dzień zmartwychwstania Pańskiego 11. wielki przed wielkanocą trwa 40 dni sakramentów 13. Symbol ofiary z baranka paschalnego 14. …. Poniedziałek w koszyczku ze święconką 15. Symbol ciała chrystusa 16. Poranna msza wielkanocna 17. Niesiesz ją do kościoła w Niedzielę Palmową

informujemy, że rozwiązaniem poprzedniej krzyżówki muzycznej, opublikowanej w lutowym numerze „Monitora“ było hasło: „Pan Kleks w kosmosie”. Nagrodę – odtwarzacz MP3 – przesyłamy pani Grażynie zimnickiej-Michaličce z Myjawy. MARZEC - KWIECIEŃ 2016

27


Nad Dunajem po polsku!

Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:34 Page 28

Klub Polski Bratysława we współpracy z Instytutem Polskim w Bratysławie i Ambasadą RP w RS, pod patronatem ambasadora RP w RS Leszka Soczewicy organizuje czwartą edycję imprezy promującej Polskę pod hasłem

Z Polską na Ty W ramach tej imprezy 1 maja (od godzin popołudniowych po wieczorne) na nabrzeżu Dunaju pod Euroveą odbędą się, między innymi: występy zespołów muzycznych i tanecznych, warsztaty plastyczne dla dzieci, wspólne odtańczenie poloneza oraz inne atrakcje. Wszystkich, którzy chcieliby pomóc w realizacji projektu, prosimy o kontakt z organizatorami: Kasia Rzentarzewska: 09488574460, rzentarzewska.katarzyna@gmail.com Do współpracy zapraszamy też osoby młode, które zechciałyby w tym dniu wystąpić w charakterze hostess czy innych pomocników. Szczegółowe informacje na temat spotkania będą aktualizowane na bieżąco na stronie www.polonia.sk oraz na Facebooku

Koncert zespołu Levi w Bratysławie Klub Polski w Dubnicy nad Wagiem zaprasza na tradycyjną imprezę z okazji DNIA KOBIET, która odbędzie się 12.03 o godz. 15.00 w siedzibie klubu przy ul. Partizanskiej 151/3 (pawilon B). Przedsięwzięcie umilą występy dzieci miejscowych klubowiczów oraz kwartet muzyczny z Bratysławy MPAP.

Wszystkich Polaków, ich rodziny oraz słowackich przyjaciół zapraszamy na koncert krakowskiej grupy Levi, który odbędzie się 18 marca (piątek) o godz. 20.00 w Bratysławie (Múzeum obchodu, Linzbothova 16). Próbki muzyki polskich gości można posłuchać na You Tube, wyszukując hasło „Levi Kraków”.

2 % z podatków dla Klubu Polskiego Przypominamy, że Klub Polski został zarejestrowany jako organizacja, mogąca przyjmować dotacje 2 % z podatków za rok 2015 od osób fizycznych i prawnych. osoby zatrudnione na podstawie umowy o pracę muszą w swoim (właściwym dla miejsca zamieszkania) Urzędzie Skarbowym przedłożyć potwierdzenie od pracodawcy o zapłaceniu podatku wraz z oświadczeniem o przekazaniu jego 2% na rzecz Klubu Polskiego. wzory druków znajdują się na stronie internetowej www.rozhodni.sk. Firmy i osoby prowadzące działalność gospodarczą w końcowej części zeznania podatkowego za rok 2014 wpisują tylko nazwę, iČo i adres naszej organizacji – szczegóły na ww. stronie www.rozhodni.sk. informacja dla urzędu o odbiorcy 2% Państwa podatku to jego pełna nazwa, iČo i adres, czyli: Poľsky klub - spolok Poliakov a ich priateľov na Slovensku, iČo 30807620, Nam. SNP 27, 814 99 Bratislava.

P R O G R A M I N S T Y T U T U P O L S K I E G O W B R AT Y S Ł AW I E N A M A R Z E C 2 016 Ë ČERVENÝ KAPITÁN | PREMIERA Ë PIESOK V PRESÝPACÍCH HODINÁCH / PIASEK 9 marca, Bratysława, Eurovea W KLEPSYDRZE • 16 marca, godz. 17.30, Cinema City, Pribinova 8 Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 Film w reżyserii Michala Kollára, Zbiór esejów polskich pod nazwą Piasek zrealizowany w koprodukcji w klepsydrze (antologia polskich esejów słowacko-polsko-czeskiej. literackich XX wieku) został opublikowany przez Główną rolę detektywa Richarda wydawnictwo Kalligram. Zaprezentuje go Krauza zagrał polski aktor literaturoznawca, pisarz i tłumacz Adam Bžoch Maciej Stuhr, a za kamerą stał z Instytutu Literatury Światowej. Kacper Fertacz. Obaj artyści Dyskusję z udziałem tłumaczy antologii Karola będą obecni na premierze. Chmiela i Józefa Marušiaka poprowadzi Rudolf Chmel. Ë JAK POWSTAWAŁ „CZERWONY KAPITAN”? Ë SKOMPLIKOWANE LOSY POLAKÓW RATUJĄCYCH Od 12 marca, Bratysława, ŻYDÓW PODCZAS II WOJNY ŚWIATOWEJ Instytut Polski, okna od strony 17 marca, godz. 17.00, Bratysława, Instytut Polski, ul. Klobučníckiej. Wystawa Nám. SNP 27 • Dyskusja z okazji otwarcia obrazów i zdjęć z planu Muzeum Polaków Ratujących Żydów - muzeum filmowego rodziny Ulmów w Markowej z udziałem Dariusza Żuka-Olszewskiego z Katedry Religioznawstwa Ë M. TRZASKA – E. HARNIK UKF w Nitrze, Eduarda Nižňanskiego z Katedry – M. BRANDLMAYER Historii Powszechnej UK w Bratysławie. Moderuje 14 marca, godz. 19.00, Jaroslav Daniška. Wstęp tylko na zaproszenia. Bratysława, Malá koncertná sieň SRo, Mýtna 1 Ë KONCERT WIELKANOCNY: STABAT MATER Koncert jazzowy polskiego 17 marca, godz. 19.00, Košice, Dom umenia, muzyka i kompozytora Mikołaja Moyzesova 66 • Koncert wielkanocny Trzaski, austriackiego perkusisty poświęcony pamięci ofiar Holokaustu. Martina Brandlmayra i pianistki W programie Stabat Mater wybitnego polskiego Elisabeth Harnik kompozytora XX wieku Karola Szymanowskiego. 28

Ë FEBIOFEST 2016 17-23 marca, Bratysława BODY/TELO | Body/Ciało, reż. Małgorzata Szumowska, 2015, 89 min. KÚZELNÁ HORA | Czarodziejska góra, reż. Anca Damian, 2015, 95 min. KARBALA, reż. Krzysztof Łukasiewicz, 2015, 115 min. ČERVENÝ PAVÚK | Czerwony pająk, reż. Marcin Koszałka, 2015, 98 min. Konkurs filmu krótkometrażowego W centrum Europy“: filmy fabularne, dokumentalne i animowane krajów V4. Polską kinematografię prezentują: Podróż, reż. Michał Wójcicki, Ameryka, reż. Aleksandra Terpińska. Powidok, reż. Piotr Dudak, Opowieść o niczym, reż. Grzegorz Jaroszuk. Ë ROCK W MUZEUM: LEVI • 18 marca, godz. 19.00, Bratysława, Múzeum obchodu, Linzbothova 16 Koncert polskiego zespołu Levi, w składzie: Ewa Novel (wokal), Bartek Łuczyński (harmonijka), Grzegorz Skoczylas (gitara), Tomasz Budek (bas), Andrij „Vedomyr” Wołynko (perkusja) Ë POŁSŁOWO: MAREK PIAČEK • 30 marca, godz. 17.00, Bratysława, Instytut Polski, Nám. SNP 27 • Gościem spotkania autorskiego Dušana Junka z cyklu Półsłowo będzie Marek Piaček, słowacki kompozytor i flecista. MONITOR POLONIJNY


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:34 Page 29

Bratysława i Preszporok to to samo? Dlaczego właściwie Przywitajmy Czy Bratysława została Bratysławą? Co wspólnego ma bratysławski w Bratysławie zamek ze stolarzami? Kto był najbardziej lubianym władcą wiosnę inaczej w starym Preszporku? Czy Bratysława była miastem świętych, czy miastem grzeszników? Jakie było najlepsze wino starego niż zwykle! Preszporka i czy zawsze trzeba było za nie płacić? Co w Bratysławie polubili Albert Einstein i Alfred Nobel, a co nie spodobało się Napoleonowi i Hitlerowi? Dlaczego tramwaje w Bratysławie od zawsze były wyjątkowe? I dlaczego tak wyjątkowe jest samo miasto? Jeśli nie znacie odpowiedzi na choć jedno z tych pytań, zapraszam w niedzielę, 20 marca, na spacer po Bratysławie, który przygotowałem specjalnie dla członków Klubu Polskiego na Słowacji oraz jego sympatyków. Biletem wstępu niech będzie dobry humor i otwarty na wiedzę umysł. Podczas zwiedzania miasta opowiem o jego niesamowitej historii, przybliżę losy jego słynnych mieszkańców i najcenniejszych zabytków. Mam nadzieję, że będzie to wyjątkowa okazja, aby przywitać już prawdziwą wiosnę nad Dunajem. Przewidywany czas zwiedzania - 3 godziny z opcją przedłużenia w razie wyjątkowo dobrej pogody. Zbiórka pod budynkiem słowackiego parlamentu, (w pobliżu tzw. wiedeńskiej bramy) 20 marca (niedziela). Wycieczka zaczyna się punktualnie o godz. 13.00. (dojazd trolejbusami 203 i 207, najbliższy przystanek "Hrad" lub "Zámocká"), prosimy zatem o wcześniejsze przybycie! Do zobaczenia :) PS. Spóźnieni goście, którzy chcieliby dołączyć do grupy już na trasie, proszeni są o "awaryjny telefon" pod numer 0944 598 200.

Święcenie pokarmów

Serdecznie zapraszamy do Marianki – sanktuarium Matki Bożej na tradycyjne święcenie pokarmów, które odbędzie się w Wielką Sobotę, czyli 26 marca o godz. 14.00. Ojciec Michał Krzysztofowicz CCG

Szanownym Rodakom, słowackim Przyjaciołom życzę zdrowych, pogodnych świąt, niech będą one okazją do spotkań szczególnych, tych duchowych, tych w gronie rodzinnym i tych z przyjaciółmi. w imieniu Klubu Polskiego na Słowacji Tomasz Bienkiewicz

II. amatorski Turniej gry w tenisa stołowego o puchasrula RP Kon W sobotę, 16 kwietnia, o godz.14.00 w sali gimnastycznej Gimnazjum La Salle przy ul. Čachtickiej w Bratysławie (dzielinica Rača). W turnieju mogą wziąć udział wszyscy, bez względu na poziom umiejętności gry, gdyż zostaną utworzone grupy zarówno dla zawodników zaawansowanych, jak i początkujących. Zapraszamy też chętnych z innych miast do udziału w turnieju, zaś ich rodziny i przyjaciół do kibicowania! Podczas zawodów zapewnione będą: woda, kawa, herbata. O przekąski czy słodycze należy postarać się samemu. Przy wejściu prosimy o uiszczenie symbolicznej opłaty w wysokości 2 euro za osobę. Informacje o turnieju będą na bieżąco aktualizowane na stornie facebookowej Klubu Polskiego Bratysława oraz www.polonia.sk. Zapisy i ewentualne pytania prosimy kierować pod adresem: branislav.zudel@gmail.com P A M I Ę T A J M Y, N A J W A Ż N I E J S Z A J E S T Z A B A W A W D O B R Y M T O W A R Z Y S T W I E ! P R Z E D K O N G R E S E M K L U B U P O L S K I E G O w związku ze zbliżającym się Kongresem Klubu Polskiego, podczas którego odbędą się między innymi wybory prezesa organizacji, redakcja „Monitora Polonijnego“ oferuje możliwość prezentacji kandydatów oraz ich programów na łamach majowego numeru pisma. zainteresowane osoby prosimy o przesłanie materiałów do 15 kwietnia pod adresem redakcji. MARZEC - KWIECIEŃ 2016

Miasto -świat

P

odobno Paryż niejedno ma imię. Kroniki tego miasta wypełnia po brzegi cała plejada pisarzy, artystów, muzyków, aktorów... Jednym słowem sztuka i natchnienie wszędzie, no i może jeszcze szampan i ostrygi. Nie dziwi więc obraz Woody’ego Allena „O północy w Paryżu”, będący powrotem do paryskiego mitu i bohemy, która go zaludniała. Do dziś miasto wciąż przyciąga podróżników z najodleglejszych zakątków świata; wielu z nich przyjeżdża i pozostaje na zawsze. Miasto-świat. Owszem wizja Paryża według Allena niejednokrotnie ociera się o kicz, jednak zanim tu przyjechałam, Paryż był allenowsko żywy w mojej wyobraźni. Dorastałam w Warszawie, pochłonięta historią malarstwa francuskiego końca XIX wieku. Wyobrażałam sobie kurtyzany, uwiecznione po wielokroć przez Toulouse-Lautreca, bary pełne intelektualnych oparów i absyntu, bulwary przepełnione szykownymi panami i szykownymi paniami, przemykającymi z laseczkami i parasolkami, aż po tych anonimowych, wylegujących się w słońcu na tarasie kawiarni, pogrążonych w lekturze, popijając kawą croissanta. Mieszkam w Paryżu od ośmiu lat. Mityczne miasto ma niewiele wspólnego z obrazem, którym żyłam, ale miastem-światem pozostaje. Tutaj, jadąc metrem, obserwując pasażerów, można odbyć swego rodzaju mentalną podroż dookoła świata, jego tysiącami lat tradycji, kultur i historii. Jak każde miasto, Paryż ma swoje zasady. Każda klasa społeczna czy etniczna ma swoje ustalone miejsce na mapie. Zatem lewobrzeżna część od Montparnasse na północ należy do bogatej 29


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:34 Page 30

burżuazji, a prawobrzeżna, od stacji metra République na wschód, należy do klasy najbiedniejszej. Artyści mają swoje dwa stałe miejsca po obu stronach Sekwany – okolice Place d’Italie i stacji metra Belleville, najbardziej zróżnicowane kulturowo. Tak zwanych hipsterów spotkamy w okolicach kanału świętego Marcina czy Marais. Paryżanina nigdy nie spotkamy przy Notre-Dame ani wieży Eiffla, ani też na Polach Elizejskich, na zakupach w Galerii Lafayette czy w kolejce do Luwru – typowych miejscach, które w pierwszej kolejności poznajemy, przyjeżdżając do miasta. Jeśli Allen nie opowiada prawdy, a kultywuje legendę, czego się można spodziewać po dzisiejszym Paryżu? Ja natknęłam się na wiele światów, żyjących razem ze sobą. Istny folklor, bez którego nie wyobrażam sobie już swojej codzienności. Dlatego najlepiej czuję się na Belleville, mimo iż jego niedalekie okolice naznaczone są dramatycznymi wydarzeniami. Ostatnie osiem lat tutaj spędzonych nauczyło mnie jednego: nie zawsze jest tak, byśmy to MY wybierali miejsce, w którym żyjemy. Czasami jest tak, że miejsce wybiera nas. Tak było ze mną i Paryżem, kiedy zamieniłam legendę na rzeczywistość. Podobnie zresztą nie wybieramy miejsca, gdzie się rodzimy i dorastamy, ale to miejsce zawsze żyje w nas. Wiem, że żyjąc w Paryżu, żyje we mnie także Warszawa, w której się urodziłam. Od zawsze sztuka była moją pasją. Zupełnie nieświadomie od małego zgłębiałam jej arkany, jeżdżąc z rodzicami po Włoszech. Wyjeżdżaliśmy latem samochodem i zwiedzaliśmy skarby kultury europejskiej – od Wenecji po Amalfi. Wybierając liceum, najważniejsze było dla mnie, by po jego ukoń czeniu dostać się na porządne studia. Klamka zapadła. Liceum Mickiewicza, profil biologiczno-chemiczny. Posta nowiłam kształcić się na farmaceutę! Już po roku intensywnego programu wiedziałam, że biologia interesuje mnie tyle, co barwne ilustracje, jawiące się w podręczniku. Ot i co. Po maturze zamiast iść na farmację, poszłam na historię sztuki. Instytut Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego jest intrygującą instytucją, zrzeszającą 30

pasjonatów. Szczególnie profesor Antoni Ziemba i Jolanta Talbierska byli pomocni w kształceniu mojego oka oraz uważnego przyglądania się. To dzięki nim wyrobiłam sobie odruch zgłębiania tego, co wzrok przynosi. Także IHS (jakże sakralnie) dał mi możliwość rozwijania wiedzy, a dzięki programowi Erasmus oraz stypendium rządu francuskiego przeniosłam się na rok do Paryża. Ów rok przemienił się w dziewięć lat, przerywanych wyjazdami naukowymi w poszukiwaniu ruin kreślonych czarną kredką i tuszem XVI-wiecznego włoskiego artysty Giovanniego Antonia Dosia. Przyznam, że pierwszy rok w Paryżu nie był łatwym. Wiele przyzwyczajeń trzeba było zastąpić nowymi, wiele rzeczy, wcześniej traktowanych jako nabyte, trzeba było nauczyć się od nowa. Taki los. Gorzko-słodki czas, który przyniósł wiele zmian: nowe rytuały żywieniowe, nowo oswajane miejsca, a co najważniejsze nowe przyjaźnie. Nie ma lepszego sposobu na sprawdzanie siebie, jak doświadczenie wyobcowania. Tak zdobywany teren pozwala nabrać dystansu do wielu przekonań i racji, w których dorastamy i których nie kwestionujemy, pozwala również zobaczyć nowe perspektywy. Tak właśnie po roku, jeszcze przed rozpoczęciem doktoratu, przez trzy miesiące przygotowywałam wystawę w Luwrze, prezentującą twórczość graficzną manierysty włoskiego Domenica Beccafumiego pod kierunkiem kustosza Luwru Dominique’a Cordelliera oraz jego asystentki Laury Angelucci. Niezwykły okres, który pozostawił moje nazwisko w katalogu wystawy. To pierwsze doświadczenie muzealne zaostrzyło we mnie zainteresowanie rysunkiem i grafiką włoskiego renesansu. Stąd szybko pojawił się projekt zajęcia się problemem badawczo. Podobnie szybko pojawił się też Giovanni Antonio Dosio, bohater mojego doktoratu, dzięki któremu podróżowałam przez cztery lata po Europie, wykonując kwerendy, zbierając materiały i... zawsze wracając do Paryża. Najczęściej jeździłam do Florencji, gdzie w Gabinecie Rysunków Uffizi znajduje się największa

cześć rysunków Dosia. Na tak potężny projekt trzeba było znaleźć dofinansowanie, gdyż poza Florencją rysunki Dosia znajdowały się w Rzymie, Modenie, Fermo, Berlinie, Stuttgarcie i Londynie. Ogłoszono konkurs na uczestnictwo w nowej inicjatywie europejskiego programu studiów doktoranckich Europa a/i wynalezienie nowoczesności, zorganizowanego za pośrednictwem pięciu uczelni z czterech krajów (Francja, Węgry, Włochy, Niemcy). Pierwszym etapem było dossier, drugim rozmowa kwalifikacyjna przed 15-osobową komisją. Zgłosiło się 325 kandydatów na 4 stypendia! Po pierwszym etapie pozostało 100. Po rozmowie kwalifikacyjnej znalazłam się wśród czterech wybrańców. Tak zaczęła się moja akademicka przygoda: seminaria dzielone z profesorami, m.in. z historykiem Paolem Prodim, bratem znanego Romana Prodiego, oraz trzema pozostałymi „towarzyszami broni”: Chinką Huiyi (zajmującą się jezuitami w XVII wieku w Chinach), Argentynką Michi (zajmującą się piratami w XVII wieku) oraz Włochem Guillaumem (zajmującym się ruchami reformacji na terenie Włoch w XVI wieku). Byłam jedynym historykiem sztuki w tym gronie, co bardzo uwrażliwiło moich kolegów i koleżanki na rolę sztuki w dziejach Europy, także tej traktowanej z perspektywy Europy Środkowej. Powrót do Paryża. Po owocnych badaniach przyszedł czas MONITOR POLONIJNY


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:34 Page 31

na redakcję pracy i obronę. Także w tym czasie została mi zaproponowana praca na polonistyce sorbońskiej, gdzie do dzisiaj prowadzę zajęcia ze sztuki polskiej. Na tzw. Złych Trawach (od bulwaru Malesherbes, przy którym znajduje się oddział Sorbony) znalazłam wspaniałą ekipę profesorską, złożoną niemalże z samych kobiet (Agnieszka Grudzińska, Kinga SiatkowskaCallebat, Małgorzata Smorąg-Goldberg, Katarzyna Bessi re, Magdalena Renouf, Anna Ciesielska, Małgorzata Pierre-Mattei i Leszek Kolankiewicz), z impetem udzielających się naukowo oraz wszechstronnie promujących kulturę kraju nad Wisłą. We wrześniu 2014 zostałam ponownie poproszona o współpracę z Luwrem przy organizacji nowej wystawy, tym razem włoskiego XVI-wiecznego artysty Parmigianina. I tak ośmioletni epizod mojego paryskiego życia zatoczył krąg – od Luwru rozpoczęłam pracę badawczą, a po jej zakończeniu powróciłam tam na nowo, by uczestniczyć w kolejnym projekcie wystawienniczym. Pod koniec 2015 roku zorganizowałam w Paryżu wystawę, zatytułowaną „Tajemniczy ogród”, do udziału w której zaprosiłam sześciu polskich artystów oraz projektantów, by pokazać Paryżowi świat, który mnie ukształtował. Wśród zaproszonych byli malarka Katarzyna Klon, ilustratorka pracująca z ceramiką Malwina Konopacka, plakacistka eksperymentująca z wieloma dyscyplinami wizualnymi Małgo rzata Gurowska, projektantka biżuterii Marzena Krupa, projektanci dizajnu z Siesta Studio oraz papeterii artystycznej Papierniczeni. Ce lem wystawy było uwrażliwienie paryskiej publiki na młode środowisko artystyczne, stworzenie platformy wymiany między instytucjami, galeriami oraz prywatnymi kolekcjonerami. Projekt, który zrealizowałam, odsłonił nowe oblicze stolicy Francji, otwartej na sztukę Europy Środkowej. W końcu Paryż, miasto-świat, niejedno ma imię. AGNIESZKA WIATRZYK, Paryż MARZEC - KWIECIEŃ 2016

Polskie Święta Wielkanocne w Anglii W

zeszłym roku święta wielkanocne spędziliśmy w Londynie, u mojego wujka Piotrka. Nigdy u niego wcześniej nie byliśmy, więc była to dla nas wielka przygoda. Cieszyliśmy się nie tylko na lot samolotem, zwiedzanie stolicy Anglii, ale również na święta, spędzone w rodzinnej atmosferze w innym kraju. W sobotę rano zaczęliśmy przygotowywać święconkę. Razem z mamą ugotowaliśmy jajka; część z nich w cebuli, aby nabrały pomarańczowego koloru. Resztę pokolorowaliśmy różnymi farbami. Każdy kolor znaczy co innego, np. czerwony to miłość Chrystusa, a zielony czy żółty to radość z budzącej się wiosny. Oprócz jajek do koszyczka mama z babcią włożyły chleb, baranka, szynkę, kiełbasę, sól i pieprz oraz chrzan. Ze względu na nas, dzieci, dodały tam jeszcze babkę i czekoladowe jajeczko. Następnie pojechaliśmy do polskiego kościoła, by to wszystko poświęcić, a potem udaliśmy się na typową w Anglii wielkanocną zabawę szukania jajek. W różnych miejscach parku – w trawie, pod krzakami czy za drzewami – ukryto czekoladowe jajeczka, które dzieci starały się znaleźć. Wszyscy razem biegali i śmiali się, bo każdy chciał znaleźć jak najwięcej słodyczy. Nam

też udało się znaleźć kilka jajeczek. W niedzielę po mszy rezurekcyjnej siedliśmy do świątecznego śniadania. Najpierw jednak podzieliliśmy się jajeczkiem, symbolem nowego życia. W poniedziałek natomiast urządziliśmy śmigus-dyngus, by – według tradycji – zmyć zimowy brud i zachować zdrowie. Spytaliśmy wujka o angielskie tradycje wielkanocne. Okazało się, że Anglicy mają mniej zwyczajów związanych z tymi świętami. Jednym z nich jest szukanie jajek, czyli Easter Egg Hunt, w którym braliśmy udział. Mają też swój Morris Dancing, podczas którego panowie w białych spodniach z czerwonymi szelkami i w słomianych kapeluszach tańczą, odganiając złe moce zimy. Przypomina to nasze topienie marzanny. Ponadto w Wielkanoc wszyscy zdobią swoje kapelusze różnego rodzaju zajączkami, kwiatkami czy zieloną trawą – to tzw. Easter Bonnet. Fajnie było spędzić Wielkanoc w innym kraju i poznać jego zwyczaje. Przyznam jednak, że wolę święta w domu. I już nie mogę się doczekać tegorocznego zdobienia pisanek i lanego poniedziałku. KUBUŚ KRCHEŇ z mamą ALEKSANDRĄ KRCHEŇ

31


Monitor03:Monitor03 07/03/16 11:37 Page 32

Wiosną wszystko wydaje się prostsze, nawet założenie, że wraz z dłuższymi dniami każdą wolną chwilę wykorzystamy na poprawę kondycji – marsze, biegi, nordic walking itp. A zdrowy pomysł na życie to przede wszystkim przemyślane i dobrze skomponowane posiłki. Osoby poważnie

traktujące swoje treningi stają się zarazem ekspertami od zdrowej kuchni, choć przepisy, które proponują, czasami zaskakują. Ich ogromną zaletą jest jednak idealne wyważenie proporcji składników odżywczych. Pani Pavlina Počajová z Kvetoslavova podzieliła się z czytelnikami „Piekarnika” przepisem na proteinowe

kuleczki, specjał przywieziony z USA, który chyba najbardziej zasmakuje wszystkim miłośnikom zdrowego stylu życia, bo jest idealnym uzupełnieniem diety przed lub po ćwiczeniach i treningach. A tym, co ćwiczyć nie lubią, doda po prostu energii do innych aktywności.

Cieciorkowe kulki Składniki: • 1 puszka lub słoik gotowanej ciecierzycy • 100 g mielonych migdałów • 3 czubate łyżki masła orzechowego • 3 łyżki miodu

• 1/2 łyżeczki esencji waniliowej (do kupienia w sklepach z kuchniami świata lub samodzielnego przygotowania – laski wanilii moczymy przez tydzień w mocnym alkoholu) • czekolada do rozpuszczenia

Sposób przyrządzania:

ZDJĘCIA: PAVLINA POČAJOVÁ

Cieciorkę odsączamy z zalewy i dobrze miksujemy. Następnie dodajemy pozostałe składniki i dokładnie mieszamy. W rękach formujemy małe kuleczki (powinno ich wyjść około 30) i zanurzamy w rozpuszczonej czekoladzie. Odstawiamy do lodówki, by stężały.

Przekąska prosta, zdrowa i dość nietypowa, ale zaskakująco pyszna. Amerykanie wymyślili już tyle diet, że można im zaufać. W końcu najlepsza nagroda dla łasucha, który musi zwiększyć swoją aktywność fizyczną, to całkowicie legalna porcja czekoladowych kulek. Życie od razu robi się piękniejsze, a trening milszy. Czyż nie? AGATA BEDNARCZYK

Monitor Polonijny 2016/3  
Monitor Polonijny 2016/3  
Advertisement