Page 1

ISSN 1336-104X

Monitor10:2015 02/10/15 09:16 Page 33

Pomnik Jezusa w Świebodzinie str.26

40

na40 str.22

Fundusz Wyszehradzki to współpraca zamiast konkurencji

str.6


Monitor10:2015 02/10/15 09:14 Page 2

Europejski Dzień Języków C

hoć Europejski Dzień Języków, międzynarodowy projekt Rady Europy, mający za zadanie zachęcić 800 milionów Europejczyków z 47 krajów do nauki języków obcych, obchodzony jest corocznie 26 września, na ulicy Hlavnej, przy Dolnej Bramie w Koszycach, wielojęzykowa atmosfera zapanowała nieco wcześniej. W środowy poranek 23 września 2015 r. w przepięknej koszyckiej scenerii z katedrą św. Elżbiety w tle, na okazałym podium i pod batutą Dyrekcji Generalnej Komi-

sji Europejskiej ds. Tłumaczeń zabrzmiały na żywo piosenki po francusku, angielsku czy słowacku, a wokół zaroiło się od ludzi. Mło dzi uczniowie okolicznych szkół podstawowych i średnich pod nadzorem swoich kreatywnych, poszukujących inspiracji nauczycieli mieli wyjątkową okazję poszerzenia osobistej perspektywy

patrzenia na różnorodność językową w Europie dzięki bogatemu programowi kulturalnemu. Mogli też sprawdzić własne umiejętności posługiwania się językami obcymi, w tym językiem polskim, biorąc udział w dynamicznym konkursie z nagrodami, zatytułowanym „Przetłumacz i zaśpiewaj”. Imprezę, koordynowaną przez Dyrekcję Generalnej Komisji Europejskiej ds. Tłumaczeń w osobie pani Natašy Procházkovej, po krótkim przemówieniu uroczyście zainaugurował burmistrz Koszyc Richard Raši. Na scenie głównej zaśpiewali i zagrali m.in. Chorus Universitatis Šafarikianae, absolwenci koszyckiego konserwatorium oraz uczniowie szkół średnich ze Spiskiej Nowej Wsi i Koszyc. Inicjatywę wsparła również Narodowa Biblioteka Naukowa w Koszycach, w której budynku podczas trwania imprezy wyświetlano krótkometrażowe filmy europejskie w ich oryginalnym brzmieniu, zebrane przez instytuty kulturalne, skupione w związku EUNIC. Klub Polski, jedna z niewielu instytucji promująca naukę języków obcych w regionie koszyckim, za akcentował swoje uczestni -

w Koszycach

ctwo w międzynarodowej inicjatywie językowej, dekorując swoje stoisko symbolami narodowymi, prezentując literaturę polską, wypełniając ulicę intensywnym zapachem świeżo upieczonego sernika. Bardzo duża liczba uczestników imprezy, jak i również przypadkowych przechodniów zatrzymywała się właśnie przy polskim stoisku, po to, aby łamać sobie głowy i języki, wykonując inspirujące i motywujące do nauki naszego ojczystego języka zadania. Quizy, gra Pexeso oraz zadania z zakresu poprawnej wymowy trudnych do wypowiedzenia słów dostarczyły zarówno gościom, jak i organizatorom mnóstwo radości. Bardzo miło było posłuchać ciekawych anegdot związanych z nauką polskiego, które opowiadali odwiedzający stoisko, bądź porozmawiać spontanicznie o wycieczkach do Polski, bynajmniej nie po zakupy. Stefania GajdošováSikorska, prezes Klubu Polskiego Koszyce, która po raz drugi koordynowała uczestnictwo polonijnej instytucji w obchodach koszyckiego Europejskiego Dnia Języków, oceniła tegoroczną imprezę za bardzo

udaną i potrzebną zjednoczonej Europie. To, jak Europejczycy będą się uczyć języków obcych, nie ma najmniejszego znaczenia. Ważny jest zapał i świadomość wynikających z tego korzyści. Prezes Klubu Polskiego zapewniła, że podczas następnego spotkania w roku 2016 na scenie przy Dolnej Bramie pojawią się również artyści z Polski, a język polski rozbrzmiewać będzie w całym mieście. Trzymamy za słowo! MAGDALENA SMOLIŃSKA

ZDJĘCIA: MAGDALENA SMOLIŃSKA

2

MONITOR POLONIJNY


Monitor10:2015 02/10/15 08:57 Page 3

Chęć podejmowania ryzyka z gotowością popełniania błędów. Tylko tyle i aż tyle, by odnieść sukces. W każdej dziedzinie życia. Na to wskazywała moja rozmówczyni, Beata Jaczewska, która miesiąc temu została szefową Funduszu Wyszehradzkiego i z którą wywiad publikujemy w październikowym numerze „Monitora“ na stronie 6. A jak to się ma do kultury, którą wspiera Fundusz? Otóż takich postaw, jak twierdzi nowa szefowa Funduszu, uczą właśnie książki, filmy, muzyka. A tych nie zabraknie też w naszym czasopiśmie, w którym swoje stałe miejsce mają rubryki poświęcone tym dziedzinom kultury: „Kino-oko” (str. 17), „Bliżej polskiej książki” (str. 24) czy „Czułym uchem” (str. 21). Mało tego, w rubryce „Polak potrafi“ prezentujemy nietuzinkową historię, która z pewnością może być inspiracją dla osób chcących odnieść sukces. Mowa o Antonim Cierplikowskim, wybitnym polskim fryzjerze, który karierę zrobił w stolicy mody – Paryżu (str. 20). Skoro o światowej sławie mowa, to zachęcam też Państwa do przeczytania reportażu z ciekawego miasta w Polsce, które zyskało światowy rozgłos dzięki najwyższemu pomnikowi Jezusa. Mowa o Świebodzinie, który odwiedziliśmy w przededniu 5. rocznicy powstania monumentu (str. 26). W numerze nie zabraknie też relacji z imprez kulturalnych Klubu Polskiego, od których we wrześniu aż się roiło: „Przyjaźń bez granic” w Trenczynie (str. 10), organowy koncert w Nitrze (str. 12) czy „Szanty na Dunaju” (str. 14). Oprócz tego wiele innych ciekawych materiałów, do lektury których zachęcam, powołując się na inną wypowiedź Beaty Jaczewskiej: „Kluczem do sukcesu jest otwartość umysłu“. W imieniu redakcji

Dokąd dojdziesz, człowieku?

4

Z KRAJU

4

WYWIAD MIESIĄCA Fundusz Wyszehradzki to współpraca zamiast konkurencji

6

Z NASZEGO PODWÓRKA

9

KINO-OKO Polskie filmy na festiwalu filmowym w Wiedniu

17

SŁOWACKIE PEREŁKI Słowackie Dolomity

18

Kto zawalczy w wyborach parlamentarnych o nasze głosy?

19

POLAK POTRAFI Kapelusze z głów! Polak dyktuje trendy w Paryżu 20 CZUŁYM UCHEM Riverside „Love, Fear and the Time Machine”

21

CO U NICH SŁYCHAĆ? 40 na 40

22

BLIŻEJ POLSKIEJ KSIĄŻKI Polska z drugiej ręki

24

OKIENKO JĘZYKOWE Hejt po polsku

25

Pomnik Jezusa w Świebodzinie

26

Na pociąg z Krakowa do Koszyc jeszcze poczekamy

28

OGŁOSZENIA

29

ROZSIANI PO ŚWIECIE Przenigdy stąd nie wyjadę...

30

MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Wyprawa rowerowa

31

PIEKARNIK Słodka meksykańska jesień

32

ŠÉFREDAKTORKA: Małgorzata Wojcieszyńska • REDAKCIA: Agata Bednarczyk, Agnieszka Drzewiecka, Katarzyna Pieniądz, Magdalena Zawistowska-Olszewska KOREŠPONDENTI: KOŠICE – Urszula Zomerska-Szabados • TRENČÍN – Aleksandra Krcheň JAZYKOVÁ ÚPRAVA V POĽŠTINE: Maria Magdalena Nowakowska, Małgorzata Wojcieszyńska GRAFICKÁ ÚPRAVA: Stano Carduelis Stehlik ZAKLADAJÚCA ŠÉFREDAKTORKA: Danuta Meyza-Marušiaková ✝(1995 - 1999) • VYDAVATEĽ: POĽSKÝ KLUB • ADRESA: Nám. SNP 27, 814 49 Bratislava • IČO: 30 807 620• KOREŠPONDENČNÁ ADRESA: Małgorzata Wojcieszyńska, 930 41 Kvetoslavov, Tel: 031/5602891, monitorpolonijny@gmail.com • BANKOVÉ SPOJENIE: Tatra banka č.ú.: 2666040059/1100 • EV542/08 • ISSN 1336-104X Redakcia si vyhradzuje právo na redigovanie a skracovanie príspevkov • náklad 550 ks • nepredajné Realizované s finančnou podporou Úradu vlády Slovenskej Republiky – program Kultúra národnostných menšín 2015

www.polonia.sk PAŻDZIERNIK 2015

3


Monitor10:2015 02/10/15 08:57 Page 4

Dokąd dojdziesz, człowieku? J

eszcze nie tak dawno podczas letnich podróży wielu z nas przemieszczało się z kraju do kraju, podziwiając jedynie lokalne widoki i planując kolejne etapy wakacji. Któż mógł przypuszczać, że zaledwie kilka tygodni później całą Europę zelektryzują wiadomości o masowym exodusie ludności syryjskiej z opanowanego wojną kraju, o dantejskich scenach, odbywających się na granicach, dworcach i w miejscach, kojarzących się do tej pory jedynie z turystyką. Telewizyjne stacje informacyjne każdego dnia sypią jak z rękawa wielkimi liczbami, pod którymi kryją się historie zdeterminowanych ludzi, pragnących zmienić swoje życie. W filmowych relacjach możemy obserwować często

desperację i rozpacz, zagubienie i strach, ale również ogromną nadzieję, że gdzieś – w miejscu jeszcze niepoznanym – znajdzie się dla uciekinierów spokojny dach nad głową, umożliwiający im zwyczajne życie. Tego typu problem dotyka Europę po raz pierwszy od bardzo wielu lat, chociaż migracja ludności, ekonomiczna lub polityczna, ma miejsce przecież stale. Jednakże sprawa uchodźców z Syrii, głównie poprzez niesłychaną oprawę medialną, wyda-

PODCZAS SPOTKANIA MINISTRÓW spraw wewnętrznych państw UE, które miało miejsce 22 września, Polska zgodziła się na podział uchodźców, co oznacza, że oprócz ustalonych wcześniej 2 tysięcy imigrantów przyjmie ich dodatkowo jeszcze ok. 4,5 tys. Polska 4

pod tym względem przyjęła inne stanowisko niż pozostałe państwa Grupy Wyszehradzkiej. Na temat unijnych ustaleń z szefową MSW Teresą Piotrowską rozmawiał prezydent Andrzej Duda, który – jak poinformował Krzysztof Szczerski z Kancelarii Prezydenta – wyraził swoje zastrzeżenia i negatywnie ocenił decyzje rządu. DECYZJA RZĄDU, który zgodził się na przyjęcie grupy uchodźców, spotkała się ze zdecydowaną krytyką opozycji. Pojawiły się nawet opinie, że polski rząd zdradził Grupę Wyszehradzką.

je się być tematem numer jeden każdej liczącej się stacji telewizyjnej, gazety codziennej, każdej rozmowy w pracy czy tramwaju, wreszcie – ka żdego wystąpienia liczącego się polityka. I według mnie – to dobrze. Pytanie o to, co należy zrobić z uchodźcami, zmusza nas do sięgnięcia w głąb sumienia i poszukania własnego pomysłu na problem, który się pojawił. Oto bowiem mieszkańcy niezbyt bogatych krajów dawnego bloku wschodniego na własne oczy mo-

KANDYDATKA PIS na premiera Beata Szydło uznała decyzję rządu ws. uchodźców za skandal. Według niej decyzja ta została podjęta wbrew bezpieczeństwu i bez zgody Polaków. Szydło oceniła też, że rząd oszukał kraje Grupy Wyszehradzkiej. Przypomniała, że wcześniej polskie władze deklarowały obronę zasady dobrowolności ws. przyjmowania uchodźców, a potem zasadę tę złamały. RÓWNIEŻ SZEF SLD Leszek Miller uważa, że nasza pozycja w rejonie Europy Środkowo-Wschodniej ule-

gła gwałtownej marginalizacji. Jego zdaniem fakt, że polski rząd ws. uchodźców zmienił stanowisko uzgodnione z Grupą Wyszehradzką, będzie miał rozliczne konsekwencje. Premier Ewa Kopacz, odpowiadając na te zarzuty, podkreśliła, że jej obowiązkiem jest przede wszystkim solidarność z własnym krajem i narodem. SZEROKIM ECHEM w kraju odbiła się wypowiedź prezydenta Andrzeja Dudy podczas jego oficjalnej wizyty w Londynie, kiedy to 15 września w rozmowie z polonijnymi mediami stwierdził, iż nie MONITOR POLONIJNY


Monitor10:2015 02/10/15 08:57 Page 5

gą zobaczyć kogoś, kto naprawdę ma mniej niż oni i na kogo w obcym kraju nikt nie czeka, bo przecież dzieli ich wszystko – język, kultura, religia… I choć automatycznie nasuwają się skojarzenia ze znaną nam doskonale zarobkową emigracją do Europy Zachodniej w czasach socjalizmu, to tak naprawdę problemów tych porównać się nie da – bo przecież jeśli dawniej dla dobrze sytuowanego dawnego mieszkańca Zachodu emigrant zza żelaznej kurtyny był po prostu biedakiem, to dziś dla przeciętnego mieszkańca Polski, Słowacji, Węgier czy Chorwacji syryjski uchodźca jawi się jako przybysz z obcej galaktyki, ktoś całkowicie obcy. Rozsądek podpowiada jednak, że ci ludzie w swoim kraju kiedyś też musieli normalnie żyć – chodzić do pracy, szkoły, pielęgnować rośliny czy ro-

ma dziś odwagi powiedzieć: „Wracajcie do kraju“ i podkreślił, że rozwój Polski „jest głównie w statystykach“. FILM „BODY/CIAŁO“ Małgorzaty Szumowskiej otrzymał 19 września Złote Lwy na 40. Festiwalu Filmowym w Gdyni. Za najlepszych aktorów uznani zostali Agnieszka Grochowska za rolę w „Obcym niebie“ oraz ex aequo Krzysztof Stroiński i Janusz Gajos. Stroiński otrzymał nagrodę za „Anatomię zła“, Gajos za rolę w „Body/Ciało“. Nagrodę za najlepszą reżyserię zdobył Szwed PAŹDZIERNIK 2015

zwijać hobby. Ich inność polega na orientalnym wyglądzie, niezrozumiałym języku i nieznanej kulturze. Nie wspominam o wyznaniu, bo to czuły punkt, dotykający niezwykle delikatnej kwestii europejskiego strachu przed muzułmańskim terroryzmem. A zatem co należy zrobić z tymi uchodźcami? Jak pogodzić chrześcijański nakaz opiekowania się bliźnimi

Magnus von Horn za film „Intruz“, zaś Srebrne Lwy festiwalu w Gdy ni przypadły filmowi „Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy“ Janusza Majewskiego. TEGOROCZNY FESTIWAL W GDYNI miał też tragiczny akcent – w czasie jego trwania zmarł Marcin Wro na, autor filmu „Demon“. Reżyser miał 42 lata i był jednym z najzdolniejszych polskich twórców fil mowych młodszego pokolenia. Oprócz „Demona“ wyreżyserował m.in. „Moją krew“ (2009) i „Chrzest“ (2010). Za „Chrzest“ w 2010 roku zdobył w Gdyni Srebrne Lwy.

w potrzebie z obawami o własny byt i strachem przed obcymi? Czy apele papieża Franciszka o przyjęcie jednej rodziny przez każdą katolicką parafię mają sens? Czy odgórne zarządzenia polityków Unii Europejskiej i żonglowanie liczbami przekładają się na autentyczne zaangażowanie w pomoc uchodźcom? Zanim zaczniemy oceniać pomysły innych – bo do krytyki zawsze nam jakoś bliżej niż do uruchomienia własnych szarych komórek – zacznijmy od siebie i postawmy sobie pytanie, jaka byłaby nasza decyzja w tej sprawie, co konkretnie możemy zrobić my, gdy ktoś nas o to prosi. Lepiej mieć czas na przemyślenia, by ustalić z samym sobą poglądy na temat uchodźców, bo jako Europejczycy będziemy stawać przed tego typu wyzwaniami nie tylko dziś, ale i w nadchodzącej przyszłości. I to nieprawda, że politycy zadecydują za nas – bo liczy się tylko zdolność naszych sumień do niesienia pomocy i to, dokąd nas ona zaprowadzi. AGATA BEDNARCZYK

FILM JERZEGO SKOLIMOWSKIEGO „11 minut“ został polskim kandydatem do Oskara w kategorii obrazu nieanglojęzycznego. Akcja filmu, opowiadającego o mieszkańcach współczesnego miasta, których losy przeplatają się ze sobą, toczy się w Warszawie. W filmie przedstawiono te same 11 minut z życia różnych postaci. Wśród wykonawców są m.in. Wojciech Mecwaldowski, Dawid Ogrodnik, Andrzej Chyra, Agata Buzek, Piotr Głowacki, Mateusz Kościukiewicz, Jan Nowicki.

PREZYDENT ANDRZEJ DUDA złożył 21 września w Sejmie projekt ustawy obniżającej wiek emerytalny do 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn. Podkreślił, że to realizacja jego obietnicy wyborczej. Wyraził też nadzieję, że projekt zostanie uchwalony jeszcze w tej kadencji Sejmu. Marszałek Mał gorzata Kidawa-Błońska poinformowała, że obecny Sejm nie ma możliwości zająć się projektem. Prezydent zapowiedział, że taki projekt złoży także po wyborach parlamentarnych, już w nowym Sejmie. MP 5


Monitor10:2015 02/10/15 08:57 Page 6

Fundusz Wyszehradzki to współpraca zamiast konkurencji Fundusz Wyszehradzki został założony w 2000 roku. Jak jest oceniana jego piętnastoletnia działalność? Fundusz został założony w konkretnym celu, czyli żeby pogłębiać relacje między naszymi społecznościami, i po piętnastu latach wydaje się, że ten cel został osiągnięty. Fundusz ma całkiem sporą rozpoznawalność. Dla mnie to szczególna okazja kierować Funduszem właśnie teraz, bo myślę sobie, że to jest właściwy moment, kiedy można pójść jeszcze dalej. Pomimo zawirowań politycznych będziemy pracować dla przyszłości Grupy Wyszehradzkiej. Położenia geograficznego nie zmienimy. Wydaje mi się, że będę miała dużo pracy przez trzy lata. Pracami Funduszu kierują mianowani na 3-letnią kadencję dyrektorzy, pochodzący kolejno z każdego państwa V4. Teraz przyszła kolej na dyrektora Polaka. Kto podejmuje decyzję o tym, kto nim zostanie? Minister spraw zagranicznych nominuje dyrektora, a pozostali trzej ministrowie – w moim przypadku z Bratysławy, Pragi i Budapesztu – są proszeni o zaopiniowanie i zatwier dzenie tej nominacji. Formalnie zatem mam czterech szefów (śmiech), co jest ciekawym doświadczeniem w moim życiu. Jest Pani z nimi w stałym kontakcie? Dzisiaj miałam okazję wypić kawę z panem ministrem Lajčakiem. Dużo zależy od ministrów, od tego, jaki jest ich stosunek do tej instytucji. Ponie waż Fundusz od początku ma swoją siedzibę w Bratysławie, więc to naturalne, że słowackiemu ministrowi jest najbliższy. I od początku jest bliższy świadomości słowackiej. 6

P

od koniec sierpnia do Bratysławy przyjechała nowa dyrektor Funduszu Wyszehradzkiego. Beata Jaczewska jest szóstym szefem, drugą kobietą (po Słowaczce) i drugim Polakiem na czele tej instytucji (12 lat temu urząd ten obejmował Andrzej Jagodziński) – takie bowiem są zasady zarządzania organem, utworzonym przez państwa Grupy Wyszehradzkiej; chodzi o to, by każdy z krajów członkowskich aktywnie uczestniczył w pracach Funduszu (także sprawując funkcje kierownicze), który z kolei ma promować projekty oparte na wzajemnej współpracy. Musi Pani konsultować swoje decyzje z każdym z ministrów? Jestem w stałym kontakcie z czterema narodowymi koordynatorami wyszehradzkimi. Konsultacje są nie tylko na poziomie samych ministrów spraw zagranicznych. Ponieważ zadań jest dużo, zostali powołani narodowi koordynatorzy współpracy wyszehradzkiej. Z gronem ich współpracowników jesteśmy najczęściej w kontakcie, np. w Pradze jest to dyrektor departamentu europejskiego, w Warszawie naczelnik Wydziału Wyszehradzkiego. To oznacza, że musi Pani ustalać różne sprawy z wieloma osobami? No tak, ale to taka praca (śmiech). Była Pani wiceministrem środowiska. To doświadczenie będzie pomocne w nowej pracy? Oczywiście, że tak. Negocjacje ONZ-owskie to dopiero jest wyzwa nie i grono osób, z którymi się trzeba porozumiewać jest dużo większe! Powiedziałabym, że na poziomie wy szehradzkim mamy małą grupkę. Po za tym pracowałam kilka miesięcy w MSZ i ten trening będzie na pewno pomocny.

Formalnie mam czterech szefów.

Wspomina Pani zawirowania polityczne… Po decyzji Polski na forum europejskim w sprawie uchodźców zarzuca się Polsce, że zdradziła sojuszników z Grupy Wyszehradzkiej. W mediach pojawiają się wątpliwości dotyczące przyszłości tego ugrupowania. Czy to koniec V4? Nie powiedziałabym tak. Wisi na włosku? Zupełnie nie. Mówiła Pani, że dziś spotkała się z ministrem spraw zagranicznych Słowacji. Czy to było wezwanie na dywanik po wydarzeniach w Brukseli? Nie, to było nasze pierwsze spotkanie zapoznawcze. Były jakieś przytyki z jego strony? Nie. Zgodzilismy się, że oboje trzymamy kciuki za naszych szefów (wywiad był udzielany w dniu posiedzenia Rady Europejskiej – przyp. od red.). Jestem przekonana, że Grupa Wyszehradzka przetrwa. Powiedziała Pani, że w zarządzaniu Funduszem chce Pani pójść krok dalej. Co Pani miała na myśli? Nie mam wcale rewolucyjnego podejścia, ale moim założeniem jest usprawnienie niektórych rzeczy, by móc działać szybciej i sprytniej, jestem bowiem wielką zwolenniczką MONITOR POLONIJNY


Monitor10:2015 02/10/15 08:57 Page 7

redukcji obciążeń administracyjnych. Uważam, że administracja mogłaby sobie darować proszenie o 50 kopii jednego dokumentu. W tym aspekcie, czysto organizacyjnym, wydaje mi się, że mamy duże możliwości, by zorganizować się lepiej, pewnie jak każda publiczna instytucja. Jakie priorytety ma teraz Fundusz? Grupa Wyszehradzka powinna kontynuować współpracę na różnych poziomach. To pierwsze niepodważalne zadanie. A drugie, stosunkowo nowe, by z tą naszą wspólną działalnością, naszym dorobkiem wychodzić na zewnątrz, mam tu na myśli Partnerstwo Wschodnie i Bałkany Zachodnie. Będzie Pani kontynuatorką pracy swoich poprzedników? Wszystko, co Fundusz reprezentuje, zawdzięcza swoim pięciu poprzednim dyrektorom. Ja jako szósty z kolei dyrektor mogę i chcę się wpasować w utarte tory. Oczywiście, mam kilka nowych pomysłów. Chciałabym zainicjować współpracę z młodymi przedsiębiorcami, reprezentującymi nowe, ciekawe branże. Pani chce ukulturalniać przedsiębiorców? To także, ale ja też szerzej rozumiem definicję społeczeństwa obywatelskiego. W moim odczuciu dziś reprezentują je nie tylko organizacje pozarządowe, zajmujące się sze rzeniem idei demokra tyzacji. Przecież ludzie nie pracują już tylko w zakładach pracy, ale podejmują różnego rodzaju wyzwania, coraz częściej prowadzą działalność gospodarczą. Niektóre rodzin ne przedsiębiorstwa się rozrastają, a ich szefowie zostają pracodawcami. Ta grupa nowych, zaangażowanych, nowoczesnych obywateli, bardziej świadomych swojego udziału w życiu społe cznym rośnie. Tutaj w regionie PAŹDZIERNIK 2015

Już nie jestem polska czy słowacka, ale wyszehradzka.

mamy dość wyjątkową strukturę przedsiębiorczości w ogóle, bo mamy stosunkowo mało wielkich koncernów, korporacji a dużo z kolei firm rodzinnych. Ma Pani na myśli Słowację? Nie, całą Grupę Wyszehradzką. Ja teraz już nie jestem polska czy słowacka, ale wyszehradzka.

A wracając do tematu, z perspektywy regionu duże firmy to głównie inwestycje zagraniczne. A firmy tu działające, to małe rodzinne przedsiębiorstwa, które można i należy stymulować. W ich przypadku kultura może odgrywać i odgrywa kluczową rolę. Kultura to podstawa. W dzisiej szych czasach najważniejszy wpływ na rozwój społeczny i gospodarczy ma kreatywność. Jej podstawą jest edukacja, nie tylko szkolna, ale i ta, wynikająca z obcowania z kulturą w najszerszym tego słowa znaczeniu. Ale jak trzeba zaciskać pasa, to najczęściej oszczędności szuka się w kulturze... Nigdy nie miałam okazji decydowania o pieniądzach przeznaczanych na kulturę, zazwyczaj miałam do czynienia z przedsiębiorcami. Ale żeby przedsiębiorcom się chciało, to muszą oni posiadać cechy, tak potrzebne do rozwoju innowacyjności zarówno w skali makro, jak i mikro. Ludziom musi się chcieć współpracować, ryzykować. Muszą mieć swobodę w popełnianiu błędów.

Fundusz kładzie duży nacisk właśnie na współpracę, stawiając m.in. wymóg, by wnioskodawca znalazł sobie partnerów z trzech pozostałych państw V4. Dokładnie tak. A w dobie idealnych twarzy, sylwetek, idealnego życia pokazywanego na Facebooku, w czasach zwariowanej gonitwy za wizerunkiem, co może być ważniejsze? Właśnie wzmacnianie w ludziach chęci podejmowania ryzyka z gotowością popełniania błędów. A tego uczą książki, filmy, muzyka. Patrzenie na czyjeś doświadczenia daje nam świadomość, że i my możemy się pomylić, ale i to, że nam też się uda. Próbuję przez to powiedzieć, że ja absolutnie nie widzę sprzeczności między kulturą a biznesem. Tak, jak się uczymy czytać i pisać i nikt nie ZDJĘCIE: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA 7


Monitor10:2015 02/10/15 08:58 Page 8

kwestionuje wagi tych umiejętności, tak potem dla przedsiębiorczości, innowacyjności, bardzo ważna jest umiejętność liczenia pod kreską i planowania przedsięwzięcia biznesowego. Ale na końcu to nie matematyka czy księgowość jest kluczem do sukcesu. Kluczem do sukcesu jest otwartość umysłu. Fundusz wymaga przygotowania projektu przez minimalnie trzech partnerów zagranicznych. Niektórzy twierdzą, że jest to sztuczne zmuszanie do przyjaźni. Przez tych 15 lat powstały prawdziwe przyjaźnie? Chcę wierzyć, że tak. Nadal będziemy tego wymagać. Pewne uczucia trzeba „wymusić”. A ta metoda zadziałała perfekcyjnie. To promowanie współpracy zamiast konkurencji. Gdybyśmy powiedzieli, że mamy ileś tam milionów do rozda-

nia, a wy walczcie o nie, wie pani, co by się działo? To wszystko, co udało się do tej pory osiągnąć, ległoby w gruzach w miesiąc. Byłyby awantury, pomówienia, dlaczego ten projekt dostali ci, a nie tamci? Cała uroda Funduszu to pilnowanie tego formalnego warunku – przyjaźni regionalnej. Każdy projekt musi mieć partnerów wyszehradzkich. I nie jest ważne, czy się lubią na początku, bo powinni się polubić w czasie pracy. Wydaje mi się, że premiowanie współpracy to dobra metoda. Założę się, że wybór partnerów do współpracy nie jest łatwy, może czasami być przypadkowy, ale jest to nasze formalne funduszowe kryterium, które trzeba spełnić. Wie pani, jeżeli jeden projekt na sto zaowocuje bliższą współpracą w przyszłości, to warto. Jakim budżetem dysponuje Fundusz? Oficjalnie zatwierdzanym przez ministerstwa czterech krajów. Obecnie od każdego rządu wpływają rocznie dwa miliony euro. Fundusz ma ograniczenia, jeśli chodzi o własne koszty – nie możemy wydać więcej niż 9,5 % rocznie funduszu

Cała uroda Funduszu to pilnowanie tego formalnego warunku – przyjaźni. ogólnego. Na budżet mają wpływ też tzw. kontrybucje zewnętrzne, które są przekazywane Funduszowi od rządów spoza naszej grupy. Kto decyduje o tym, który projekt zyska finansowe wsparcie z Funduszu? Formalnie ministrowie, natomiast na poziomie operacyjnym jest to decyzja dyrektora Funduszu. To nasi pracownicy oceniają i wybierają najlepsze projekty. Kiedy Fundusz ruszył, projektów było stosunkowo niewiele, dziś jest dużo więcej aplikacji – dwa, trzy razy więcej niż jesteśmy w stanie sfinansować. Czy do Funduszu trafiły już kiedyś jakieś projekty polonijne z Grupy Wyszehradzkiej? Nie wiem. Gdyby pojawiły się projekty na rzecz mniejszości narodowych, to byłby piękny projekt wyszehradzki. Wymyślcie coś! Jakie są Pani pierwsze wrażenia po przeprowadzce do Bratysławy? Jestem zachwycona miastem. Mieszkam w pięknym miejscu, do pracy mam dwa przystanki komunikacją miejską. Koledzy podpowiadają mi, którymi atrakcjami warto się zainteresować. Cieszę się, że wszystko przede mną, bo do tej pory przez kraje Grupy Wyszehradzkiej raczej tylko przejeżdżałam. Nie było czasu na zwiedzanie. Teraz, z racji swojej pracy, wreszcie będę mogła odkryć uroki tego regionu. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

ZDJĘCIE: MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA

8

MONITOR POLONIJNY


Monitor10:2015 02/10/15 08:58 Page 9

Polskie Koszyce i słowacki Kraków K

raków i Koszyce to dwa imponujące miasta, mogące pochwalić się bogatym dziedzictwem historycznym i kulturowym, urzekające swoją architekturą i oryginalnym klimatem. To specyficzne perełki, duma i chluba obu państw. Od kilku lat współpracują ze sobą w różnorodnych międzynarodowych projektach polityczno-gospodarczych i wszel kiego rodzaju inicjatywach kulturalnych. Wystawa fotografii pod tytułem „Moje Koszyce, mój Kraków”, autorstwa Marka Lisánskiego, którą zainaugurowano 7 września 2015 w Muzeum Wschodniosłowackim w Koszycach, miała jednakże odmienny niż zwykle charakter. Nie była tylko i wyłącznie przykładem energicznej i intensywnej współpracy obu miast, ale przede wszystkim zaakcentowała historyczne i kulturowe więzi łączące obie te fascynujące metropolie.

Marek Lisánsky, były konsul generalny Republiki Słowacji w Krakowie, rodowity koszyczanin, już podczas swojej pierwszej podróży do Krakowa zauważył, jak bardzo oba miasta są do siebie podobne. I to pod wieloma względami: architektonicznym, historycznym i kulturalnym. Podobieństwa te wydały mu się jeszcze bardziej widoczne i zrozumiałe podczas jego kilkuletniej służby na placówce dyplomatycznej w Krakowie. Jak sam powiada, płynną polszczyzną: „Chodząc ulicami Krakowa i Koszyc ma się wrażenie, że oba miasta tworzą jedną całość”. Idea sfotografowania najbardziej charakterystycznych miejsc, budowli i fasad budynków obu miast, a potem zestawienia tych zdjęć na zasadzie porównania w jednej antyramie, zrodziła się, jak to zwykle bywa z dobrymi pomysłami, bardzo spontanicznie. Sesja zdjęciowa

ZDJĘCIA: MAGDALENA SMOLIŃSKA

PAŹDZIERNIK 2015

trwała trzy dni, podczas których autor fotografował znane już sobie budynki, pomniki, tablice pamiątkowe, fontanny, elementy dekoracyjne itd.

Marek Lisánsky lubi fotografię i potrafi zrobić czarujące zdjęcia. Już przy wejściu do sali, w której zwiedzający mogą podziwiać serię zaskakujących zdjęć, widać symbole miast Krakowa i Koszyc – wieże kościoła Mariackiego oraz katedry św. Elżbiety. Perspektywa, kąt ujęcia oraz światło to elementy fotografii, którymi autor bawił się tak pre-

cyzyjnie, że oglądając zdjęcia obu wież, można ulec złudzeniu, iż tworzą one całość. Podobieństwo jest bez wątpienia elementem przewodnim całej ekspozycji. Spośród kilkudziesięciu zdjęć, wybrano dwadzieścia najbardziej ujmujących podobieństwo obu miast. Wszystkie razem tworzą cenną fotograficzną dokumentację bliskości Krakowa i Koszyc. Wystawa odbywa się w ramach obchodów Europejskich Dni Dziedzictwa, a uroczystego jej otwarcia mieli zaszczyt dokonać przewodniczący samorządu regionalnego Zdenko Trebuľa oraz burmistrz mia-

sta Koszyce Richard Raši w obecności autora Marka Lisánskiego. Będzie ją można oglądać do 31 października 2015 roku. „Moje Koszyce, Mój Kraków” to bardzo ciepły i osobisty w wymowie sposób podzielenia się wrażeniami z życia poza granicami kraju. To bardzo elegancka i dystyngowana forma poradzenia sobie z tęsknotą za krajem ojczystym, a później również za miejscem, które się opuściło. I – jak sam autor dodaje – jest to tylko mała dokumentacja niektórych chwil, które miał szczęście doświadczyć. Dlatego już teraz tli się w jego głowie kolejny, nieśmiały pomysł... MAGDALENA SMOLIŃSKA 9


Monitor10:2015 02/10/15 08:59 Page 10

XII Przyjaźń bez granic K

olorowe stroje ludowe, tańce i śpiewy tradycyjne, znane i nieznane, polskie utwory przy akompaniamencie skrzypiec, harmonii i fletu, Lajkonika, który czarował nie tylko ze sceny, ale i w trakcie przechadzek między widzami – to wszystko zaprezentował nam wielopokoleniowy rodzinny zespół ludowy „Nasz Tata“ z Chrzanowa, który przybył do Trenczyna na zaproszenie Klubu Polskiego, by wystąpić 12 września na Rynku Głównym. Po występach w centrum Trenczyna goście przenieśli się do miejscowego Klubu Seniorów, gdzie ma siedzibę regionalny Klub Polski. Tu miała miejsce wystawa zorganizowana

z okazji cyklicznej uroczystości „Przyjaźń bez granic”. Wystawa polskiej i słowackiej koronki klockowej, którą przygotowały panie z klubu „Lud-Art” przy Muzeum Etnograficznym w Kra kowie, zajmującym się tradycyjnym MONITOR POLONIJNY


Monitor10:2015 02/10/15 08:59 Page 11

i nowoczesnym rzemiosłem artystycznym. Grupa zrzesza członkinie wielu pokoleń, których łączy zamiłowanie do ludowego rzemiosła, rę cznych prac oraz wspaniałe wyczucie i talent. Na wystawie prezentowały tradycyjną koronkę, przygotowaną metodą klockową, która po II wojnie światowej zupełnie w Polsce zaginęła. Dzięki pasjonatkom ze wspominanej grupy klockowy sposób przygotowania ozdób odżył na nowo. Aktualnie przygotowują one nie tylko tradycyjne wzory, ale i ich nowoczesne wersje. Jak przyznały koronkarki wielki podziw i inspiracje czerpią na przykład ze słowackiej koronki klockowej, wystawianych również na wernisażu, autorstwa Kataríny Vozárikovej, która oprócz tworzenia typowych koronek i ozdób wkomponowuje koronkowe elementy do fotografii, obrazów i ubrań.

Tradycyjnie już po wernisażu odbyło się spotkanie przy domowych polsko-słowackich przysmakach, na którym nie zabrakło wspólnych śpiewów przy akom paniamencie gitary i w towa rzystwie zespołu „Nasz Tata”, który zaskoczył wszystkich swoja otwartością i patriotyzmem. Panie z muzeum w Krakowie były zachwycone Słowacją i działalnością Klubu Polskiego. Z dużym zainteresowaniem śledziły losy obecnych Polaków, zaczytywały się w lekturze „Monitora Polonijnego”, nie szczędząc pochwał. Wygląda na to, że na tym jednym spotkaniu się nie skończy! Organizatorzy przedsięwzięcia serdecznie dziękują za udział w nim Robertowi Frelikowi, sekretarzowi ambasady, który po raz pierwszy był obecny na polonijnej imprezie na Słowacji, a także przyjaciołom z Dubnicy na Wagiem, Bratysławy. Dzięku -

ją też Ivetce, Beatce i Agnieszce z Klubu Polskiego w Trenczynie i wszystkim innym, dzięki którym impreza mogła się odbyć. ALEKSANDRA KRCHEŇ

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

PAŹDZIERNIK 2015

Projekt zrealizowany dzięki finansowemu wsparciu z Kancelarii Rady Minis trów RS, Program kultura mniejszości narodowych 2015, Wspólnocie Polskiej oraz Centrum Kultur y „Sihot”.

11


Monitor10:2015 02/10/15 09:29 Page 12

Lirycznie i nostalgicznie w Nitrze J

uż po raz ósmy Klub Polski Nitra zorganizował swoją najważniejszą imprezę, czyli koncert organowy, który odbył się 20 września. Licznie zebrani w przepięknej katedrze mieli okazję wziąć udział w prawdziwej uczcie muzycznej, która nastroiła ich lirycznie i nostalgicznie.

Podczas koncertu zabrzmiały takie utwory, jak „Bogurodzica“, „Ave Maria“, piosenki z musicalu „Skrzypek na dachu“, a także „Życzenie“ i „Wio sna“ Fryderyka Chopina. Program został tak ułożony, by słuchaczy naj-

pierw wprowadzić w nostalgiczny nastrój, by potem ich rozweselić i podnieść na duchu. Pod koniec zabrzmiała znana wszystkim pieśń „Czarna Madonna“, a na pożegnanie – jakżeby inaczej – polonez

MONITOR POLONIJNY


Monitor10:2015 02/10/15 09:30 Page 13

skroiła jego scenariusz muzyczny, ale i go poprowadziła. Do Nitry przybył konsul Jacek Doliwa z małżonką, który tak podsumował przedsięwzięcie: „To wspaniały koncert z wieloma patriotycznymi akcentami. Życzyłbym nam wszy-

„Pożegnanie z ojczyzną“ Michała Ogińskiego. Podczas koncertu zaprezentowało się wielu wykonawców. Byli wśród nich: Marcin Jurczyk i Štefan Jurik – organy, Adam Dodok – trąbka, Patryk Pfeifer – klarnet, a także wspaniałe

trio z Krakowa, które Nitra gościła już po raz trzeci, czyli zespół „Ad libitum“ w składzie: Katarzyna Puch – sopran, Paulina Tkaczyk – flet traverso, Małgorzata Włodarzyk – lutnia, gitara klasyczna. Wysiłki wykonawców docenili gromkimi brawami zebrani w wypełnionej po brzegi katedrze słuchacze, z których większość stanowili Słowacy. „Cieszę się bardzo, że dzięki naszej imprezie docieramy do coraz większej liczby osób i że coraz częściej i liczniej dołączają do nas nasi słowaccy przyjaciele“ – oceniła, nie kryjąc zadowolenia, Romana Gregušková, prezes Klubu Polskiego w Nitrze, główna organizatorka koncertu, która nie tylko odpowiednio

stkim, by na Słowacji odbywało się więcej takich przedsięwzięć“. Po koncercie w hotelu Atrium odbył się mały poczęstunek. Była to świetna okazja do rozmów w przyjaznej atmosferze z nowymi członkami Klubu Polskiego w tym regionie. Zadowoleni byli wszyscy, bo muzyka łączy i łagodzi obyczaje, o czym też doskonale wiedzą klubowicze z Nitry. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, NITRA

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Projekt zrealizowano dzięki finansowemu wsparciu Kancelarii Rady Minis trów RS, program Kultura mniejszości narodowych 2015 oraz Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie” PAŹDZIERNIK 2015

13


Monitor10:2015 02/10/15 09:35 Page 14

WIATR, WODA I PRZYGODA, CZYLI POLSKIE

SzantynaDunaju Po

ponad 2 latach przerwy, w sobotę, 26 września, ponownie na modre fale Dunaju wypłynął z Bratysławy do Čunova statek Martin, zabierając na swój pokład członków Klubu Polskiego Bratysława, ich rodziny i przyjaciół. Wśród obecnych byli również przedstawiciele regionalnych oddziałów Klubu z Dubnicy nad Wagiem, Trenczyna, Nitry i Koszyc, którzy z radością przyjęli zaproszenie na tegoroczną imprezę pod nazwą „Szanty na Dunaju“. Specjalnymi gośćmi byli żona konsula RP w RS Renata Doliwa oraz członkowie czeskiej Polonii z Brna i zaprzyjaźnieni Polacy z Wiednia. Po krótkiej części oficjalnej rozpoczęły się typowe szantowe hulanki i swawole. Na stołach królował oczywiście tradycyjny polski śledź, przygotowany na kilka różnych sposobów

14

przez bratysławskich klubowiczów. Pysznym przekąskom i wypiekom towarzyszyła morska muzyka, która poderwała uczestników rejsu do tańca i wspólnej zabawy. O oprawę muzyczną postarał się prawdziwie szantowy zespół

gody, okazali się prawdziwą gwiazdą tegorocznej imprezy. Zaskoczyli też współbrzmieniem niecodziennych instrumentów: czesko-amerykańskich gitar, egzotycznego ukulele, „Zejman i Garkumpel“, który zabrał wszystkich w muzyczny rejs „Od Cape Horn po Dunaj“. Patentowani żeglarze z wieloletnim doświadczeniem jeziorno-morskim, Mirek Kowalewski, Zbigniew Murawski i Adam Rakowski, którzy od 30 lat działają na estradach spod znaku wiatru, wody i przy-

MONITOR POLONIJNY


Monitor10:2015 02/10/15 09:35 Page 15

szwedzkiej nyckelharpy, irlandzkiej wheastli, niemieckiej harmonijki ustnej i australijsko-kaszubskiego zestawu perkusyjnego.

Nowością tegorocznego rejsu i wielką atrakcją była loteria fantowa, podczas której można było wygrać drobne i śmieszne upominki, wśród których znalazły się m.in. pirackie kości do gry, karty, puszki sardynek i śledzi oraz płyty DVD z najlepszymi polskimi filmami ostatnich lat. Każdy zakupiony los tomboli wziął ponadto udział w losowaniu trzech nagród głównych. Szczęście w tym roku uśmiechnęło się do Władka z Trenczyna, który został posiadaczem

PAŹDZIERNIK 2015

klasycznej harmonijki ustnej marki Hohner wraz z kieszonką turystyczną Magdy z Pezinka, do której trafił odtwarzacz MP3 z wgra nymi już najpopularniejszymi szantami. Natomiast nagrodę główną – piękną, czarną gitarę akustyczna firmy Valencia wraz z pokrowcem i płytą do nauki gry – wylosował Rene z Bratysławy. Wszyscy miłośnicy nie tylko żeglugi, ale także kultury i sztuki mogli podczas postoju łodzi w Čunovie odwiedzić interesujące mu-

zeum sztuki współczesnej Danubiana Meulensteen Art Museum. Impreza integracyjna „Szanty na Dunaju” cieszy się uznaniem i popularnością wśród rodaków i ma na celu promowanie polskiej kultury i tradycji morskich oraz popularyzowanie Bałtyku. Tak też było tym razem. Na pokładzie nie zabrakło humoru, tańców oraz estradowego i muzycznego profesjonalizmu z ogromnym marginesem luzu i zabawy. Tego popołudnia po falach Du-

naju długo niosły się śpiewy i śmiech uczestników polskich szant oraz słowiański dwugłos tenorów szuwarowo-bagiennych Zejmana i Garkumpla. Szanty na Dunaju były w tym roku wyjątkowe. Z pewnością wielka to zasługa samych uczestników oraz niesamowitego zespołu, który tego popołudnia rozśpiewał wiatr, roztańczył fale i zabrał wszystkich Dunajem ku Wyspom Szczęśliwym. MAGDALENA ZAWISTOWSKAOLSZEWSKA ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

Projekt zrealizowano dzięki finansowemu wsparciu Kancelarii Rady Minis trów RS, program Kultura mniejszości narodowych 2015 oraz Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie”

15


Monitor10:2015 02/10/15 09:02 Page 16

”Cygan to Cygan” F

Smakołyki polskiej kuchni w Bratysławie

P

odczas weekendu 26 i 27 września mieszkańcy Bratysławy oraz turyści ją odwiedzający mieli okazję posmakować specjałów kulinarnych z różnych stron świata w ramach imprezy Ochutnaj svet (‘Posmakuj świata’). Celem przedsięwzięcia, które miało miejsce w Starej Tržnicy, była prezentacja zagranicznych restauracji, działających na Słowacji. Przy okazji wybrane ambasady i konsulaty przedstawiały swoje kraje i ich atrakcje turystyczne. Wśród różnych stoisk nie zabrakło oczywiście i tego polskiego, na którym można było posmakować m.in. polskich pierogów z mięsem i kapustą oraz tradycyjnego bigosu, przygotowanych przez szefa polskiej restauracji Med Malina z Koszyc Konrada Schönfelda. Trzeba przyznać, że polskie specjały cieszyły się ogromnym powodzeniem i wszystkim bardzo smakowały! RED.

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

16

ani słowackiego wydawnictwa „Absynt” mają kolejne powody do radości. Wydana właśnie książka „Cigán je Cigán” to kolejny zbiór błyskotliwych reportaży uznanego w świecie polskiego autora. Tym razem jest to Lidia Ostałowska, która od wielu lat na łamach m.in. „Gazety Wyborczej” przybliża świat osób wykluczonych społecznie, zepchniętych na margines i naznaczonych stereotypami, szczególnie w odniesieniu do mniejszości romskiej i żydowskiej. Książka, która w Polsce ukazała się 12 lat temu („Cygan to Cygan”, Wydawnictwo Czarne), nie straciła nic ze swojej aktualności. Mimo upływu lat, działalności wielu organizacji i międzynarodowych agencji sytuacja Romów w Polsce i na świecie nadal pozostaje zła. Książka doskonale pokazuje złożoność środowiska romskiego, na którą nakładają się mentalność gadziów i tożsamość narodowa państw, w których żyją Limalo, Marika, Ziutek, Badzio, Romek i wielu innych z paszportem polskim, bułgarskim, serbskim, węgierskim... Warto odnotować, że działalność młodego, ale prężnego wydawnictwa „Absynt” (którego współzałożycielem jest mieszkający w Krakowie Polak Filip Ostrowski) zdążyła także przyciągnąć uwagę głównych słowackich mediów oraz krytyków literackich. Oryginalna idea, by wydawać książki autorów, którzy zdobyli nagrody za swoją twórczość lub byli nagrodzeni przez światowe instytucje za walkę o ludzkie prawa, oraz regularne premiery najlepszych dzieł uznanych (do tej pory głównie polskich) reportażystów powodują, że założyciele wydawnictwa mogą już śmiało mówić o sukcesie na słowackim rynku literackim. Każdy nowy tytuł, wydany przez „Absynt”, jest szeroko omawiany w największych słowackich mediach, a każdej dotychczasowej premierze książki towarzyszy wizyta jej autora na Słowa cji. Nie inaczej było w przypadku dzieła Lidii Ostałowskiej. O swoich zawodo-

wych zainteresowaniach, które doprowadziły do napisania książki, reporterka opowiedziała m.in. dziennikarzom gazety SME: „Na początku często pisywałam o społeczeństwie i były tam również tematy, dotykające różnych mniejszości. W komunizmie wiele się o tym nie mówiło. Potem uświadomiliśmy sobie, że one są wśród nas. Zainteresowało mnie, że nie wszyscy mają do nich pozytywny stosunek, nie wszystkich interesuje ich historia, to, jak powstawały etniczne konflikty i jak się szerzy nacjonalizm. Bardzo mnie ta tematyka pociągała”. Słowacka premiera ksią żki „Cigán je Cigán” wpisała się w szerszą dyskusję na temat pamięci Romów zamordowanych w czasie drugiej wojny światowej w ramach Holokaustu. Dnia 17 września w Centrum Kultury „Dunaj” odbyła się dyskusja z udziałem polskiej autorki, której towarzyszył Roman Kwiatkowski, prezes Stowarzyszenia Romów w Polsce. Gościem spotkania był również Robert Kirchhoff, niezależny słowacki producent filmowy i scenarzysta, który przedstawił publiczności fragmenty przygotowywanego filmu dokumentalnego „Cesta lesom”, poświęconego tragedii ludności romskiej w czasie drugiej wojny światowej. Na spotkaniu obecny był również mieszkający w Czechach niemiecki publicysta Markus Pape, który przedstawił swoje doświadczenia z pracy dziennikarza w krajach Europy Środkowej. Sytuację Romów na Słowacji przybliżyła Zuzana Kumanová z organizacji non-profit „In Minorita”. Polscy goście zgodnie przyznali, że pamięć o tragicznej przeszłości jest szczególnie ważna teraz, kiedy na świecie stale dzieją się podobne rzeczy, jak w czasie Holokaustu. „Rasizm jest ciągle żywy” – podsumował Roman Kwiatkowski. Książka „Cigán je Cigán“ oraz pozostałe wydane do tej pory przez „Absynt” tytuły: „Oči zasypané pieskom“ Pawła Smoleńskiego i „Akoby si kameň jedla“ Wojciecha Tochmana można kupić w księgarniach popularnych słowackich sieci oraz na stronie wydawnictwa: www.absynt.sk. ARKADIUSZ KUGLER MONITOR POLONIJNY


Monitor10:2015 02/10/15 09:02 Page 17

Polskie filmy

D

zięki LET’S CEE Film Festival już po raz czwarty Wiedeń stanie się na dziesięć dni stolicą filmów z Europy ŚrodkowoWschodniej. Redakcja „Monitora” od początku była świadkiem tego wspaniałego przedsięwzięcia, które ma mieszkańcom Austrii przybliżyć traktowane po macoszemu produkcje filmowe wschodnich sąsiadów, także polskich. W tym roku festiwal zapowiada się imponująco – odbędą się projekcje ponad stu filmów, spotkania z reżyserami, aktorami, producentami, workshopy, dyskusje, koncerty, wystawy i spotkania z pisarzami. Polska ma w tym roku wyjątkowo silną reprezentację. W głównym konkursie wystartuje nagrodzony w Berlinie i Gdyni film Małgorzaty Szumowskiej „Ciało”. W konkursie filmów dokumentalnych zobaczymy niezwykle poruszające obrazy: „Mów mi Marianna” Karoliny Bielawskiej oraz „Królową ciszy” Agnieszki Zwiefki. Mnie jednak najbardziej cieszy to, że filmy polskie będzie można

towej” odbędzie się projekcja poruszającego filmu Agnieszki Holland „Europa, Europa”; jej gościem będzie Sally Perel, którego historia życia stanowiła kanwę scenariusza tego filmu. Po raz pierwszy w historii festiwalu odbędzie się tzw. Oskarowa noc, na której zaprezentowany będzie polski zdobywca Oscara, film „Ida” Pawła Pawlikowskiego. Wszystkim rodzicom i ich pociechom polecam pokaz bajek i filmów animowanych kultowego polskiego Studia Filmowego „Semafor”. Filmy, wśród nich m.in. zdobywca Oskara „Piotruś i Wilk”, będą prezentowane bezpłatnie. Jak widać, program festiwalu przewiduje dla każdego coś miłego. Zapraszamy zatem do Wiednia! Będzie się sporo działo! A kinomaniacy będą mieli na pewno wiele okazji do wzruszeń, radości i ciekawych dyskusji. MAGDALENA MARSZAŁKOWSKA

na festiwalu filmowym w Wiedniu obejrzeć nie tylko w ramach konkursu, ale i podczas Polnisches Wochenende, czyli polskiego weekendu filmowego, w ramach którego zaprezentowane zostaną najbardziej nagradzany film roku, czyli „Bogowie” Łukasza Palkowskiego, oraz „Carte Blanche” Jacka Lusińskiego. Oba te filmy miałam przyjemność prezentować Państwu na łamach „Monitora”. Swą austriacką premierę będzie miał również film Urszuli Antoniak „Strefa nagości”. Jeżeli ktoś uważa, że polskich akcentów na festiwalu mogłoby być więcej, mam dla niego dobrą wiadomość – w ramach serii filmów antywojennych „70 lat po zakończeniu II wojny świa-

CARTE BLANCHE

STREFA NAGOŚCI

MÓW MI MARIANNA

CIAŁO

KRÓLOWĄ CISZY BOGOWIE

EUROPA, EUROPA

IDA

Więcej informacji: www.letsceefilmfes tival.com i www.facebook.com/LET SCEE PAŹDZIERNIK 2015

17


Monitor10:2015 02/10/15 09:02 Page 18

Słowackie

Dolomity S

tojąc nad przepaścią w otoczeniu błyszczących w słońcu białych skał i ciągnących się po horyzont czerwonych i złocistych lasów, miałam wrażenie, że to właśnie tu znajduje się brama do zaklętego, dawnego miasta. Występujące w północno-zachodniej części Słowacji i należące do regionu Gór Strażowskich (Strážovské vrchy) Sulowskie Skały (Súľovské skaly) to wapienne i dolomitowe formacje o zróżnicowanej budowie geologicznej i fantazyjnych kształtach, przypominających postacie zaczarowane w kamieniu. To jedyne miejsce pełne takich skalnych. tworów Są tu np. Sowa, Jaszczurka, Mnich czy Trójząb. Występujące w okolicy cuda natury, niezwykle urokliwe widoki, rozległe łąki i bukowe lasy sprawiają, iż wzgórza te są chętnie odwiedzane przez turystów. Znajduje się tu kilka szlaków, które wiodą niekiedy bardzo wąskimi ścieżkami wśród urwistych zboczy. ZDJĘCIA: MAGDALENA ZAWISTOWSKA-OLSZEWSKA

Szlak, którym podążałam wąwozem, z początku łagodny, szybko zmienił się w strome podejście. Po pewnym czasie przede mną rozpościerał się fantastyczny widok na skupisko skał w różnorodnych kształtach. Moją uwagę zwróciła słynna Gotycka Brama (Gotická brána) - olbrzymie okno w 13-metrowej skale, przypominające gotycki portal, powstałe z rozszerzenia szczeliny skalnej. Sulowskie Skały, zwane Słowackimi Dolomitami, to nie tylko formacje geologiczne, ale także jaskinie i wodospady. Smocza Jama (Šarkania diera) to jaskinia znana z wielu archeologicznych znalezisk z epoki neolitu. Warto wybrać się także do Hlbockiego Wodospadu (Hlbocký vodopád), położonego na obrzeżach niewielkiego wąwozu. Byłam oczarowana tym miejscem, jednak to, co najciekawsze, czekało mnie na 660-metrowym szczycie. Wkrótce dotarłam do ruin XV-wiecznego zamku, położonego nad urwistym

zboczem. Uważany jest on za jeden z najbardziej niedostępnych na terenie Słowacji. Sulowski zamek, nazywany w źródłach historycznych Rochaczem (Roháč), był zespolony ze skałami jak orle gniazdo, ulokowane na trudno dostępnym wierzchołku góry. Ze względu na swoje strategiczne położenie wykorzystywany był do obserwacji i nadzoru okolicznych dróg. Po dawnej twierdzy, wybudowanej prawdopodobnie przez husytów, zostały jedynie resztki murów, które kiedyś szczelnie wypełniały przestrzeń pomiędzy trzema blokami skalnymi. Pożary i trzęsienie ziemi w 1858 roku bardzo uszkodziły już wtedy zaniedbaną budowlę, która nigdy nie została odrestaurowana. Zamkowy kompleks składał się z dwóch samodzielnych części: zamku górnego i dolnego. Choć znajdują się tuż obok siebie, z powodu znacznej różnicy wysokości zostały

Słowackie perełki

połączone wybitą w skale galerią tunelową. W zamku dolnym, znajdującym się na północy, pozostał bastion obronny, gdzie mieściły się komnaty pałacowe z wieżą widokową. Zwiedzanie ruin nie jest łatwe i wymaga zwinności. Do górnego zamku dostałam się przez szczelinę wykutą między skałami, a dalej dzięki krótkiej drabince wspięłam się do otworu w ścianie zamkowej, przez który przecisnęłam się na drugą stronę. Otwór jest niewielki, więc musiałam zdjąć plecak i sporo się nagimnastykować. Niestety, do dnia dzisiejszego z zamku górnego zachowały się jedynie fragmenty sklepień dawnych komnat, wieży i zbiornika na wodę deszczową. Z najwyższej części ruin zamkowych rozciąga się bardzo rozległy i malowniczy widok na dolinę oraz masyw Wielkiego i Małego Manina (Velký i Malý Manín), Strażowa (Strážov), Klaku (Kľak), Żibridu (Ži brid) i Martyńskich Holi (Martinské hole). Sulowskie Skały to jeden z najpiękniejszych i najbardziej romantycznych zakątków, fantastyczna kraina skalnych turni i ruiny średniowiecznego zamku. Zdecydowanie zachęcam do odwiedzenia tego wyjątkowego skalnego miasta na Słowacji. MAGDALENA ZAWISTOWSKAOLSZEWSKA MONITOR POLONIJNY


Monitor10:2015 02/10/15 09:02 Page 19

Kto zawalczy w wyborach parlamentarnych o nasze głosy? W

zaplanowanych na 25 października wyborach parlamentarnych wystartuje najpewniej 8 komitetów ogólnopolskich. Są to: PO, PiS, PSL, Zjednoczona Lewica LD+TR+PPS +UP+Zieloni, ruch Kukiz’15 oraz partia Razem, partia KORWiN i Nowoczesna.pl Ryszarda Petru. Główny pojedynek rozegra się jednak między będącą od ośmiu lat u władzy Platformą Obywatelską a największym ugrupowaniem opozycyjnym – Prawem i Sprawiedliwością. Ostatnie sondaże wskazują na znaczną przewagę PiS – w niektórych badaniach różnica między tymi partiami sięga nawet 15 procent. PiS, uskrzydlone zwycięstwem Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich, przygotowuje się do przejęcia władzy w Polsce – kandydatką partii na premiera jest Beata Szydło, która z powodzeniem kierowała kampanią Dudy. Również prezes PiS Jarosław Kaczyński zdecydował o niespodziankach dotyczących kandydatów do parlamentu PiS Zjednoczonej Prawicy; na listach tej partii nie znalazł się dotychczasowy jej rzecznik Marcin Mastalerek ani związany obecnie z PJN Paweł Kowal. Kontrowersji przy konstruowaniu list wyborczych nie uniknęła PO; szefowa partii premier Ewa Kopacz podjęła nieoczekiwane decyzje w sprawie „jedynek“ na listach, detronizując dotychczasowych niekwestionowanych liderów lub przenosząc ich do innych okręgów wyborczych. Tak było np. z dol nośląskim politykiem Grzegorzem Schetyną, który dostał pierwsze miejsce w… Kielcach. Z List PO wystartują także m.in. Ludwik Dorn, który jeszcze kilka lat temu był jednym z najbardziej liczących się polityków PiS (szef MSW, marszałek Sejmu) oraz b. szef SLD, Grzegorz Napieralski, usunięty z tej partii. Polska stoi także przed trudnym dylematem, dotyczącym przyjęcia do Polski uchodźców. Niedawna debata w Sejmie nad informacją rządu na temat kryzysu imigracyjnego w Europie pokazała, jak wielkie emocje budzi ta kwestia. Jarosław Kaczyński oświadPAŹDZIERNIK 2015

czył, że rząd nie ma prawa pod zewnętrznym naciskiem, bez zgody społeczeństwa podejmować decyzji, które mogą mieć negatywny wpływ na życie publiczne i na bezpieczeństwo kraju. Premier Ewa Kopacz, odnosząc się do tej wypowiedzi, oceniła, że PiS pokazało prawdziwą twarz partii antyeuropejskiej i ksenofobicznej. O miejsca w parlamencie w październikowych wyborach będzie walczyć także Zjednoczona Lewica, która dokonała niemożliwego: w jej skład weszły m.in. zwalczające się do tej pory partie SLD i Twój Ruch. Koalicyjny komitet wyborczy ZL ma dodatkowo utrudnione zadanie, bowiem aby wejść do Sejmu, musi przekroczyć 8-procentowy próg wyborczy; dla pozostałych komitetów ten próg wynosi 5 procent. Tymczasem sondaże nie są zbyt przychylne dla Lewicy, choć niektóre pokazują na 11-procentowe poparcie dla niej. ZL postawiła na młodych liderów, wśród których jest m.in. na Barbara Nowacka („jedynka“ w Warszawie), córka Izabeli Jarugi-Nowackiej, która zginęła w katastrofie smoleńskiej. Na granicy progu wyborczego balansuje druga partia rządząca, czyli PSL, która zwykle w sondażach jest niedoszacowana. Sytuacji nie ułatwia Stron nictwu sprawa jednego z czołowych polityków, Jana Burego, któremu prokuratura chce postawić zarzuty. O mandaty poselskie zawalczy komitet Kukiz’15, powołany przez muzyka Pawła Kukiza, który odniósł nieoczekiwany sukces w wyborach prezydenckich, zajmując trzecie miejsce i zdobywając ponad 20 procent głosów jako kandydat antysystemowy; je-

go głównym postulatem było wówczas wprowadzenie jednomandatowych okręgów wyborczych. Do Sejmu startuje także nowe na scenie politycznej ugrupowanie Nowoczesna.pl znanego ekonomisty Ryszarda Petru, które stawia m.in. na polepszenie warunków dla firm i pracowników, a także ugrupowanie europosła Janusza Korwin-Mikkego – KORWiN oraz nowo powstała partia Razem, która dopiero walczy o to, by zaistnieć w polityce W ostatnich dniach największe partie przedstawiły swoje programy wyborcze. PO zapowiedziała likwidację składek na ZUS i NFZ oraz tzw. umów śmieciowych, wprowadzenie jednolitej 10-procentowej stawki podatku od osób fizycznych i minimalnej płacy godzinowej nie mniejszej niż 12 zł. PiS chce wprowadzenia bezpłatnych leków dla seniorów, 15-procentowe stawki podatku dochodowego od małych firm, minimalnej godzinowej stawki za pracę 12 zł brutto, zmian w ubezpieczeniach dla rolników. PSL deklaruje stworzenie 500 tys. miejsc pracy i 150 mld zł inwestycji na wsi, stworzenie 50 tys. nowych miejsc w żłobkach, bezpłatne leki dla seniorów, 1900 zł płacy minimalnej oraz 1200 zł minimalnej emerytury. Zjednoczona Lewica postuluje podniesienie płacy minimalnej do 2,5 tys. zł, minimalną płacę godzinową w wysokości 15 zł, podwyżki emerytur o 200 zł, likwidację bezpłatnych staży, podatek od transakcji finansowych, przywrócenie 40-procentowej stawki podatku dochodowego dla najbogatszych. W dniu 25 października oprócz 460 posłów wybierzemy także 100 senatorów w okręgach jednomandatowych. MP 19


Monitor10:2015 02/10/15 09:02 Page 20

P

amiętają Państwo Maksymiliana Faktorowicza, genialnego wizażystę i twórcę produktów, które zrewolucjonizowały przemysł kosmetyczny? Jego fascynujące losy opisywałam na łamach MP dwa lata temu. Wspominam o Faktorowiczu nie bez powodu. Antoni Cierplikowski, wybitny fryzjer, który będzie bohaterem tego oraz kolejnego odcinka cyklu Polak potrafi, ma z Faktorowiczem więcej wspólnego, niż można by przypuszczać. Obaj urodzili się niedaleko Łodzi – Faktorowicz w Zduńskiej Woli w roku 1872, Cierplikowski w 1884 w Siera dzu. Obaj pochodzili z niezamożnych rodzin i obaj zaczęli pracować w bardzo młodym wieku – Faktoro wicz mając 14, a Cierplikowski 11 lat. Obaj bardzo szybko przerośli talentem i umiejętnościami swoich mistrzów i ruszyli spełniać swoje marzenia daleko od Polski – Faktorowicz najpierw do Moskwy, a w 1904 roku do Los Angeles, Cierplikowski zaś w 1901 do Paryża. Podobieństw jest zna-

20

POLAK POTRAFI

Kapelusze z głów!

Polak dyktuje trendy w Paryżu cznie więcej; mam nadzieję, że po lekturze artykułów o Cierplikowskim pokuszą się Państwo o powrót do te kstu o Faktorowiczu i ich wyłuskanie… Wspomniałam, że Cierplikowski był genialnym fryzjerem. To określenie, choć ze wszech miar słuszne i zasłużone, zdecydowanie nie oddaje całej prawdy o tej wyjątkowo barwnej postaci. Mówiąc świetny fryzjer często mamy na myśli dobrego warsztatowo rzemieślnika, który bez wyrządzenia wielkich szkód na naszych głowach potrafi stworzyć to, o co go poprosimy, ewentualnie zaproponuje nam wyjątkowo twarzową fryzurę. Cierpliko wski oczywiście i to potrafił, ale przede wszystkim był wizjonerem. Był artystą,

którego wyobraźnia sięgała znacznie poza obowiązujące konwencje. Antoine – bo takiego imienia używał w Pa ryżu – nie obawiał się eksperymentów, nie bał się szokować otoczenia. Przekonany do swojego pomysłu, potrafił go przeforsować. Nie brakuje smakowitych anegdot na ten temat. Lily de Moure, kochanka księcia de Ligne, wybierała

się na przyjęcie. Zapowiadało się ono na jedno z najważniejszych wydarzeń towarzyskich sezonu; oczekiwano, że pojawi się tam cała śmietanka Paryża. Pech chciał, że tuż przed przyjęciem zgubiła kapelusz. Bez kapelusza na przyjęcie? Prawdziwej damie to nie przystoi; to nie do wyobrażenia. Cierplikowski, który był świadkiem tego zdarzenia, zaproponował rozwiązanie wydawałoby się nie do zaakceptowania. Po co kapelusz, ma pani piękne włosy – stwierdził i z włosów de Mure misternie uplótł kwiaty. Na przyjęciu de Mure wywołała sensację. Goście nie mogli oderwać wzroku od jej fryzury. Pa nowie patrzyli na nią z niekłamanym podziwem, panie ze zgorszeniem, ale i z zazdrością. Oczywiście, mimo oficjalnych słów potępienia, już następnego dnia przybiegły do pracowni Antoine’a, by prosić go o identyczne uczesanie. Prasa pisała o nim, że wyzwolił kobiety z kapeluszy, on zaś krótko komentował, że zadrwił z mody zupełnie przypadkiem. A to był dopiero początek skandalicznych pomysłów Cierplikowskiego. Najpierw za jego sprawą z kobiecych głów spadły wymyślne rusztowania kapeluszy, później spadły i same włosy.

MONITOR POLONIJNY


Monitor10:2015 02/10/15 09:02 Page 21

Riverside „Love, Fear and the Time Machine” G

W eleganckiej Francji początków XX wieku, w stolicy światowej mody i stylu młody Polak z chłopskiej rodziny, który ledwie kilka lat wcześniej przyjechał do Paryża, mając pięć franków w kieszeni, ośmielił się obciąć kobiece włosy na chłopaka. W czasach, gdy dorosłe kobiety nosiły długie pukle obowiązkowo, a wiara w to, że krótkie włosy oznaczają krótki rozum i powodują anemię (sic!), była to rewolucyjna decyzja. KATARZYNA PIENIĄDZ

O tym, czyje włosy i dlaczego obciął Cierpliko wski, męskich butach na kryształowym koturnie oraz sypianiu w trumnie przeczytają Państwo w następnym numerze MP. PAŹDZIERNIK 2015

rupa Riverside to jeden z nielicznych znanych na całym świecie polskich zespołów. Poruszająca się w klimacie progresywnego rocka grupa jest, jak zwykło się mówić, prawdziwym polskim towarem eksportowym. Ku radości licznie rozsianych po świecie fanów zespołu 5 września ukazała się nowa, już szósta płyta Riverside, zatytułowana „Love, Fear and the Time Machine”. Nie użyję określenia „długo wyczekiwana”, gdyż wciąż jestem pod wrażeniem poprzedniej płyty zespołu, z 2013 roku, „Songs of New Generation Slaves“. Gdyby się uprzeć, to można by rzec, że jak większość fanów grupy jestem na etapie również wcześniejszego krążka „Memories in My Head”. Czas jak widać szybko leci, co przyznają sami członkowie grupy. Zapowiadając nowy album, frontman Mariusz Duda mówił: „Zmieniamy się jako zespół, dojrzewamy, przede wszystkim chcemy jednak nagrywać różne płyty, których się świetnie słucha. A nowy album będzie jak haust świeżego powietrza, kompletnie inny niż wszystko, co było do tej pory”. I tak jest w istocie, gdyż nowy, ciepły jeszcze krążek zaskakuje każdego, kto przyzwyczajony był do dotychczasowych dokonań warszawskiej grupy. Zmianę sugeruje też utrzymana w jasnych kolorach okładka płyty (róż!) – jakże inna od poprzednich. Autorem graficznej koncepcji albumu oczywiście pozostaje nadal ten sam Travis Smith. Czy trzeba zatem obawiać się radykalnych zmian? Zawartość płyty to nadal dobry, liryczny rock, choć podany w nowy, ciut odświeżony sposób. Gdybym chciał krótko scharakteryzować album, to właśnie słowo „świeżość” przychodzi mi do głowy jako pierwsze. Płyta jest krótsza od poprzednich, zbliża się do standardowych 60 minut na głównym krążku, łatwo więc wywnioskować, iż krótsze są też same utwory. Dziesięć piosenek (plus pięć w wersji rozszerzonej wydawnictwa) układa się w spójną całość i swego rodzaju opowieść, której podmiot liryczny ewoluuje. Jest całkiem jasne, iż grupa chce do nas trafić z innym, odmiennym niż do tej pory przesłaniem. „Riverside” i optymizm – to połączenie do tej pory można było traktować jako oksymoron. Słuchając nowego albumu, żywszych i bardziej dynamicz-

nych niż dotychczas melodii, co ważniejsze – otwartych, by nie rzec – pogodnych tekstów, nie odniosłem jednak wrażenia Czulym totalnej zmiany artystycznej uchem tożsamości grupy. Nie można też traktować tej płyty jako swego rodzaju zdrady, jakby niektórzy chcieli. Chłopaki z „Riverside” to nie naturszczycy, zatem nowa wizja sprawnie zagranego albumu nie mogła przesłonić kształtu ich dotychczasowych dokonań. To nadal stary dobry progresywny rock, choć może już bez przydawanego tu zwykle określenia „mroczny”. Moim zdaniem płyta jako całość brzmi rewelacyjnie i, być może ze względu na krótszy czas trwania krążka, pozostawia po przesłuchaniu spory niedosyt. Najkrótszy i najbardziej melancholijny utwór „Promise” trwa niespełna trzy minuty, choć znalazło się również miejsce dla typowych dla zespołu dwóch 8-minutowych kawałków („Towards the Blue Horizon” i „Aether”). Interesująco brzmi również pulsujący basem „Addicted”, będący jakby ukłonem w stronę konserwatywnych fanów, wychowanych na pierwszych płytach „Riverside”. Z kolei „Under the Pillow” oraz „Return” atakują słuchacza najbardziej optymistycznym przesłaniem z wszystkich piosenek na krążku. W momencie premiery płyty zespół odbywał swoje tournée po krajach obu Ameryk (trasa koncertowa zresztą nadal trwa). Nowe utwory jego fani mogli jednak usłyszeć dużo wcześniej. Stało się to zanim grupa weszła do studia nagraniowego na początku tego roku. Czy był to zamierzony cel, by stopniowego ukazywać nowy kierunek płynącej już od ponad dziesięciu lat „rzeki”? Z pewnością dzięki nowej płycie zespół może liczyć na nowych fanów, którzy niekoniecznie muszą się utożsamiać z poprzednim brzmieniem „Riverside”. Ale kto wie, być może stopniowo polubią oni i stare nagrania grupy, dołączając do grona jej zagorzałych fanów. Czy następna płyta będzie kroczyć tropem wyznaczonym przez „Love, Fear and the Time Machine”? W tym temacie jestem pełen – a jakże – optymizmu. Polecam serdecznie! ARKADIUSZ KUGLER 21


Monitor10:2015 02/10/15 09:02 Page 22

40 na 40 Henię, by ona chowała naboje. „Żeby mama się nie zorientowała, chowałam je do buzi“ – opowiada. Na szczęście te zabawy nie skończyły się dla nich tragedią.

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK I ARCHIWUM RODZINNE

Pani nauczycielka

P

ani Henryka Banovská jest ostoją Klubu Polskiego w Trenczynie, choć jest jego najstarszą członkinią. Przed dwoma laty wraz z rodziną – tą z Polski i tą słowacką, przyszywaną, którą tworzą klubowicze – świętowała swoje 80. urodziny. W Polsce przeżyła blisko 40 lat, na Słowacji drugie tyle. O ciekawych momentach swojego życia opowiedziała nam podczas naszej wizyty u niej w domu w Dolnym Srni.

Za mąż wyszła w wieku 19 lat za chłopca z tej samej wsi. „Jego rodzice na początku byli przeciwni naszemu ślubowi, on więc uciekł z domu, by poprosić mnie o rękę“ – wspomina pani Henia. Potem młodzi zamieszkali w Łodzi. Na świat przyszły ich dzieci: córka i syn. Pani Henia w latach 60. pracowała w szkole podstawowej jako nauczycielka matematyki. „Sporo dzieci w tamtych czasach miało duże trudności, część pochodziła z trudnych rodzin, a każdy nauczyciel musiał zrobić wszystko, by te dzieci przechodziły z klasy do klasy, więc popołudniami odwiedzałam je w ich domach, udzielałam dodatkowych lekcji “ – wspomina pani Henia. Pa mięta też sytuacje, kiedy spotykała swoich podopiecznych w sklepiku osiedlowym. Małolaty twierdziły, że przyszły kupić bułki, a za plecami miały butelki alkoholu. Pani Henia wspomina ten okres swojego życia z nostalgią, pomimo że był on bardzo trudny.

Spotkanie z Walentiną Tierieszkową Dzieciństwo nad Pilicą Jej dzieciństwo przypadło na okres wojny. Pamięta, jak w 1945 roku, kiedy w okolicy przesuwał się front, chodziła przez las z koszyczkiem, niosąc jedzenie dla ojca, który był na froncie. „Czasami miałam poranione do krwi stopy, ponieważ ściągałam buty, by Niemcy nie usłyszeli mnie, jak idę po lesie“ – wspomina pani Henia. Pa mięta też, jak z rodzinnej wsi Pru 22

cheńsko, gdzie się urodziła, uciekali do sąsiedniej wsi, maszerując 3 km wzdłuż rzeki Pilicy. Zginęło tam mnóstwo żołnierzy, a pola były usiane łuskami. „Po wyzwoleniu, latem, jak paśliśmy krowy, razem z innymi dzie ćmi zbieraliśmy te łuski, potem umie szczaliśmy je w dołkach, by podziwiać wybuchy“ – opisuje moja rozmówczyni. Mama zabraniała im takich zabaw, dlatego często przeszukiwała kieszenie brata. Ten prosił więc

Wybawieniem okazała się propozycja sąsiada, którego co rano spotykała po drodze do szkoły. Ten pracował w radzie wojewódzkiej i to dzięki niemu pani Henia podjęła pracę w wojewódzkim dziale gospodarczym jako sekretarka, później w księgowości, gdzie była m.in. odpowiedzialna za fundusz reprezentacyjny wojewody. Pracy miała sporo, ponieważ bardzo często odbywały się różne uroczyMONITOR POLONIJNY


Monitor10:2015 02/10/15 09:03 Page 23

Spotkanie z pół Słowakiem, pół Francuzem

stości, wręczano odznaczenia, w związku z czym trzeba było zamawiać kwiaty, rezerwować restauracje… Dzięki temu pani Henia miała okazję bycia w centrum lokalnych wydarzeń. Do pomocy miała kierowcę. Jednym z wydarzeń, które przyszło jej organizować, było spotkanie z Walentiną Tierieszkową! „Och, Walentinę przyjmowaliśmy jak generała! Wymagało to mnóstwa przygotowań“ – wspomina moja rozmówczyni, która w Łodzi asystowała przy wręczaniu odznaczeń około 300 osobom. Ponieważ miała dryg organizacyjny, przygotowywała też z kilkoma osobami zabawy sylwestrowe. Praca na takim stanowisku wymagała też odpowiednich ubrań. „Bez kapelusza i rękawiczek nie wychodziłam do pracy“ – opisuje.

Czechosłowacja Pierwszego męża wspomina dobrze, ale ponieważ zaczął się spotykać z inną, rozwiedli się po blisko 20 latach małżeństwa. Mniej więcej w tym samym czasie doszło do nowego podziału terytorialnego w Polsce, w wyniku czego rada wojewódzka w Łodzi uległa likwidacji. Pani Henia mogła co prawda podjąć pracę w nowo powstałej radzie miejskiej, ale koleżanka zaproponowała jej kierownicze stanowisko... za granicą. „Po rozwodzie zostałam sama w domu, syn poszedł do wojska,

córka studiowała na AWF, więc pomyślałam sobie, czemu nie? Potrzebuję zmiany“ – wyjaśnia powody podjęcia decyzji o wyjeździe do Czechosłowacji. Tu pracowała jako kierowniczka Polek pracujących w zakładach pracy, najpierw koło Mladej Boleslav, potem w Jihlavie. „Pilnowałam wypłat, żeby nikt ich nie skrzywdził, żeby przyszły na czas do pracy; czasami budzono mnie w nocy, bo jak któraś zabalowała, musiałam interweniować“ – wspomina moja rozmówczyni.

To właśnie dzięki swoim podopiecznym w 1974 roku poznała swojego przyszłego męża. Na 1 maja w miasteczku odbywał się wielki pochód, w którym brały udział też dziewczęta z Polski. „Poubierałam je w piękne czerwone spódnice, białe bluzki, a ja na dużym balkonie miałam przemówienie. Potem były wpisy do księgi pamiątkowej, uroczysty obiad, a tu nagle dziewczyny mówią, że mają dla mnie chłopa: pół Słowaka, pół Francuza“ – opisuje nasza bohaterka. Poszła więc na spacer z dziewczętami, które zapoznały ją z siedzącym na ławeczce Jozefem. Na pytanie, czy wpadł jej w oko, zdecydowanie odpowiada: „Wpadł! Był wielkim przystojniakiem!“ – wspomina. Potem był spacer, a potem dwa lata narzeczeństwa. Kiedy Jozef wyjechał do innego zakładu pracy, aż pod niemiecką granicę, nadal się spotykali, odwiedzali. „Pamiętam, jak przed Bożym Narodzeniem dostałam od niego list, w którym pisał, że nie będzie mógł przyjechać na święta, bo nie dostał zaliczki“ – wspomina nasza bohaterka. Pani Henryka nigdy łatwo się nie poddawała. Wsiadła więc do pociągu i po wielu godzinach podróży z kilkoma przesiadkami dotarła do miasteczka, gdzie pracował jej wybranek serca. Była noc, nie wiedziała, dokąd się udać. Po drodze przypałętał się do niej pies, którego się bała, ale zgubiła go, chowając się w pobliskim domu. Szła w kierunku świateł. Kiedy dotarła do hoteli pracowniczych, na stróżówce zapytała o Jozefa. Portier powiedział jej, że został jakiś mężczyzna. „Pamiętam, jak weszliśmy na piętro, cichutko grało radio... a z pokoju wyszedł Jozef, który bardzo się ucieszył na mój widok“ – wspomina. „Przecież nie zostawiłabym chłopa samego na święta“ – wyjaśnia z uśmiechem. 23


Monitor10:2015 02/10/15 09:03 Page 24

Radości i smutki W roku 1976 nasi bohaterowie pobrali się w Jihlavie. Rok później mieszkali już w Dolnym Srni, gdzie Jozef miał rodzinny dom, który zaczęli remontować już wspólnie. Po ślubie pani Henia zaczęła się zmagać z problemami zdrowotnymi, zachorowała na osteoporozę, w efekcie czego przeszła na rentę. Dziś cieszy się sukcesami wnuków i prawnuków. Jej córka ma 62 lata i mieszka w Łodzi, syn, niestety, siedem lat temu, będąc w Norwegii, zmarł na zawał. „Wciąż trudno mi o tym mówić“ – wyznaje pani Henia, więc zmieniamy temat. Pokazuje mi, że jeszcze niedawno odwiedziła ją wnuczka z rodziną, która spędzała u niej niemalże każde wakacje i nauczyła się słowac-

kiego. „Nawet miała tu chłopaka, który za nią jeździł do Polski, kilku się w niej podkochiwało“ – zdradza moja rozmówczyni.

Klub Polski jak rodzina Czasami dopada ją nostalgia, tęskni za Polską, Wie, że kiedykolwiek może ZDJĘCIA: STANO STEHLIK I ARCHIWUM RODZINNE

tam pojechać, ma do kogo. Ale kiedy tęsknota za językiem ojczystym zaczęła jej bardzo doskwierać, zadzwoniła do ambasady z pytaniem, czy mogłaby mieć dostęp do polskiej prasy. I tak dowiedziała się o istnieniu naszego miesięcznika „Monitor Polonijny“, którego jest wierną czytelniczką od 1999 roku. „To z Monitora właśnie dowiedziałam się, że ma się odbyć pierwsze spotkanie Polaków w Trenczynie, na którym nie mogło mnie zabraknąć“ – opowiada. Pojechali więc z mężem do miasta, ciekawi rodaków. Tu poznali się z kilkoma osobami, m.in. z Renatą Strakovą, która cały projekt powołania do życia Klubu Polskiego w Trenczynie wzięła w swoje ręce. Od tego czasu pani Henia z mężem bierze czynny udział we wszystkich przedsięwzięciach klubowych. Dwa lata temu to właśnie z rodakami z Trenczyna i rodziną z Polski świętowała swoje 80. urodziny. Bo w trenczyńskim Klubie Polskim jest jak w rodzinnym gronie, co niewątpliwie jest też zasługą naszej bohaterki, która już dziś planuje kolejną imprezę i żartobliwie zwraca się do męża: „Jak będziesz mnie słuchać, to z okazji naszej 40. rocznicy ślubu też przygotuję jakąś uroczystość“. Bliscy wiedzą, że czasami miewa cięty język, ale jest bardzo serdecznym człowiekiem, który każdemu życzy dobrze. I, co najważniejsze, z optymizmem patrzy w przyszłość. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, Dolne Srnie

Polska z drugiej ręki Joanna Fabicka to znana w środowisku filmowym montażystka oraz autorka książek o życiu nastolatka Rudolfa Gąbczaka. Tym razem podjęła się nakreślenia obrazu polskiej prowincji. Powieść „Second hand”, wydana przez Wydawnictwo WAB w serii „Z Miotłą” to karykaturalny obraz Polski B, przesiąknię24

K

iedy powieść reklamowana jest przez samą Agnieszkę Holland słowami: „Ta książka to polski Almodovar”, a Marcin Dorociński mówi, że chciałby zobaczyć film oparty właśnie na niej, to trudno przejść obok niej obojętnie. tej smutkiem, zepsuciem i beznadzieją. Bohaterkami są reprezentantki trzech pokoleń kobiet, których ży-

cie jest z góry skazane na przegraną. Ich niepowodzenia są niejako wpisane w pejzaż zabitej dechami

dziury, jaką jest Podlewo. Bohaterki same nie doświadczyły w życiu miłości, MONITOR POLONIJNY


Monitor10:2015 02/10/15 09:03 Page 25

Hejt po polsku W

związku z plagą hejterskich komentarzy pod artykułami i wpisami internetowymi na temat uchodźców, którzy ostatnio zalali Europę, redakcje polskich gazet zdecydowały się na blokadę publikacji jakichkolwiek opinii niepochodzących od nich. Hejt zdominował jakiekolwiek dyskusje na temat nielegalnych imigrantów i przekroczył chyba wszelkie granice przyzwoitości (także językowej). Mało, wydaje się, że wyszedł poza Internet, co widać na transparentach, pojawiających się w trakcie różnych protestów. I nie ważne jest, przeciw czemu jest protest, ważne, że towarzyszy mu hejt. A czym tak naprawdę hejt jest? Hejt to spolszczona wersja angielskiego słowa hate, czyli ‘nienawidzić’. Ale polski (i nie tylko) hejt wyszedł poza to podstawowe znaczenie. To już nie tylko zwykła nienawiść, to mieszanka złości, agresji i nienawiści, to wszelka forma uderzania w kogoś (lub coś) nie tylko słowem (choć głownie nim), często wulgarnym, ale i grafiką czy filmem. Hejterzy piszą nienawistne, obelżywe komentarze, poniżające i szykanujące innych, negujące wszystko; oni nie krytykują i nie dyskutują, bo hejt nie jest rodzajem wyrażania poglądów; chodzi w nim tylko o to, by kogoś obrazić, zranić, za wszelką cenę dotknąć. Niektórzy twierdzą, że hejterzy często sobie nie uświadamiają efektów swoich działań, że są to ludzie z niską samooceną, którzy w ten sposób rekompensują ciepła rodzinnego i poczucia bezpieczeństwa, przez co są upośledzone emocjonalnie. Przez prowincjonalną mieścinę przewija się korowód świetnie nakreślonych postaci, często przedstawionych w sposób karykaturalny; są tu niespełnione talenty, porzuceni ko chankowie, ksiądz, transwestyta, pedofil i całe stado pijaków. Jednym z głównych bohaterów jest też alkohol, który naznacza swą obecnością wszystkie osoby dra-

PAŹDZIERNIK 2015

swoje kompleksy. I pewnie tak po części jest. Ale hejt się rozrasta. Jeszcze nie tak dawno hejterzy byli najczęściej anonimowi (o co w sieci nie jest trudno), bo anonimowość zapewnia bezkarność. Na ich celowniku najczęściej pojawiali się przeróżni celebryci, osoby z pierwszych stron gazet. Przykładem typowego hejtu niech będą zupełnie przypadkowo znalezione wpisy, stosunkowo delikatne, pod informacją na temat pewnego znanego i, jak by się wydawało, lubianego polskiego aktora, spotykającego się z o wiele młodszą od siebie kobietą, córką innego celebryty, z którą to ostatnio się ponoć ożenił (pisownia oryginalna): ~czyjaś żona: jesteś starym, żałosnym, brzuchatym dziadem. Podejrzewam, że straciłeś szacunek u ludzi bezpowrotnie. ~Zoska: Ale brzydka dziewczyna! I ciagle tak samo ubrana! Kupilby jej ojciec jaka sukiennczyne. I po co sie tak promowac na sile! Nic nie ma do pokazania ! ~Nikita: Zaczadziały POlszewik Obleśny stary bęcwał pozujący na intelektualistę. Więcej cytatów tym razem nie będzie, jako przejaw mojego sprzeciw wobec panoszącego się hejterstwa. Hejt dotknął też polityki. Przekonał się o tym były już polski prezydent Bronisław Komorowski, o którym mówi

matu. „Wóda” jest towarzyszką niedoli, jej zapach czuć zawsze i wszędzie. Powieść jest wielowątkowa, ma liczne retrospekcje, ale jej zawiłość w sferze fabularnej nie utrudnia czytania. Fabicka wykazała się niezwykłym talentem pisania o rzeczach głęboce smutnych z ironią, dystansem i czarnym humorem. Potrafi też płynnie przechodzić od groteski do tragedii. Powieść „Second hand” nie jest ani lekka, ani przyjem-

się, że ostatnie wybory przegrał właśnie przez internetowych hejterów. Jego konkurent, czyli obecny prezydent Andrzej Duda, niestety nie ma powodów do radości, bowiem teraz to on jest hejtowany, często przez tych samych ludzi, którzy na niego głosowali. Krążą też plotki, że niektóre partie nasyłają na inne hejterów, by ci obrażali ich przeciwników w sieci. Niekiedy nie muszą nawet tych hejterów wynajmować, bowiem ich przedstawiciele zieją nienawiścią na prawo i lewo i tę nienawiść rozsiewają wkoło, co szybko podchwytują media, bo, proszę Państwa, nic się tak dobrze nie sprzedaje jak właśnie hejt. Hejterem może być każdy. Często są nimi osoby na co dzień przemiłe i kulturalne, które w sieci w mało wybredny sposób hejtują innych. Pewnie gdyby przyszło im spotkać się ze swoimi ofiarami w świecie realnym, to nie posunęłyby się do takich zachowań, ale... kto wie... Hejt oczywiście nie jest polskim wymysłem. Komentarzy pod wiadomościami na temat uchodźców nie publikowały też niektóre gazety słowackie, czeskie, słoweńskie, niemieckie, francuskie... W kontekście powszechnego hejtu rozumiem Marka Zuckerberga, szefa i twórcy Facebooka, który tak bardzo nie chce wprowadzania na swoim portalu przycisku „nie lubię”, uznając go za narzędzie mogące sprawić innym przykrość. Po co to wszystko piszę? Aby uświadomić sobie i Państwu, że hejt drzemie w każdym z nas. Uważajmy zatem, by nie budzić bestii. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA

na, ale trzeba przyznać, że bywa momentami, szczególnie w sferze językowej, przezabawna. Na twarzy

czytelnika bez wątpienia pojawi się uśmiech po jej przeczytaniu, choć będzie on bardzo gorzki. Gorąco polecam Państwu czytelniczą wycieczkę do Podlewa, gdzie: „(…) nikt nie ma ważnych spraw, niecierpiące zwłoki jest tylko napicie się, nim złapie telepka”. I mimo że spotkają tam Państwo samych życiowych rozbitków, to naprawdę warto zajrzeć do „Second handu”. MAGDALENA MARSZAŁKOWSKA 25


Monitor10:2015 02/10/15 09:03 Page 26

Pomnik Jezusa w Świebodzinie

J

eszcze niedawno był powodem do drwin, dziś nawet sceptycy z dumą pokazują go innym. Mowa o pomniku Jezusa, który powstał pięć lat temu w Świebodzinie. Niedawno to miasto odwiedziliśmy i teraz przedstawiamy relację z pobytu w tym ciekawym miejscu.

Widoczny z daleka Zbliżamy się drogą szybkiego ruchu do Świebodzina. „Jest!“ – wykrzykujemy, dostrzegając z daleka olbrzymi pomnik, stojący na usypanym sze snastoipółmetrowym kopcu. Docieramy pod figurę – jest tu kilka osób, robiących sobie zdjęcia. Nie są to tłumy, ale pogoda też tego dnia nie najlepsza, więc to sporo wyjaśnia. Uda jemy się do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, gdzie na plebanii czeka na nas ksiądz Damian, który opowie nam o historii powstania monumentu.

Zielone światło dla Jezusa W Świebodzinie, leżącym w województwie lubuskim niedaleko niemieckich granic, zamieszkałym przez ponad 20 tysięcy osób, zawrzało. Tu w 1999 roku zrodził się pomysł, by zbudować najwyższy na świecie pomnik Chrystusa. „Pomysłodawcą był ksiądz Sylwester Zawadzki, który zmarł rok temu, a który był wielkim budowniczym w Świebodzinie“ – 26

mówi ksiądz Damian i wskazuje na sanktuarium, obok którego się spotykamy, jako na jedno z dzieł księdza Zawadzkiego. Kolejnym jest Dom Pielgrzyma, który wciąż jest rozbudowywany. Jednakże pomysł wybudowania olbrzymiego pomnika miał wielu przeciwników, którzy krytykowali megalomańskie zapędy księdza. „Jak każda kultowa postać miał swoich zwolenników i przeciwników“ – ocenia mój rozmówca i dodaje, że zanim rozpoczęto budowę, ksiądz Zawadzki powierzył swój projekt modlitwom. Modlono się więc w tej intencji we wszystkich trzech parafiach świebodzińskich, co zaowocowało zielonym światłem dla księdza budowniczego, który zajmował się niemalże wszystkim związanym z budową. Także zbiórką pieniędzy. „Wszystkie pieniądze pochodziły od wiernych ze Świebodzina, z Polski, ale i od Polonii, głównie amerykańskiej“ – wyjaśnia ksiądz Damian.

6 milionów złotych? Budowę rozpoczęto w 2000 roku. Projektantem pomnika był rzeźbiarz Mirosław Kazimierz Patecki z Przyby szowa. „Z tego, co wiem, projekt zmieniał się kilkukrotnie, ale o wszy stkim decydował ksiądz Zawadzki, który zabiegał o każdy detal“ – informuje nasz rozmówca. Jak podejmo-

wano decyzje, czy odbywały się jakieś przetargi, ile kosztowało to przedsięwzięcie nie dowiemy się już nigdy, bowiem ksiądz budowniczy nikogo nie dopuszczał do spraw związanych z tym projektem. Podawane koszty szacunkowe oceniane są na około 6 milionów złotych. Najbardziej intensywne prace odbywały się pięć lat temu, kiedy finalizowano budową. „W październiku odbyła się pierwsza próba scalenia głowy i torsu, ale na placu budowy pojawił się nieodpowiedni dźwig. Dopiero druga próba okazała się udana i 6 listopada prace zakończono, zaś poświęcenie pomnika miało miejsce kilka dni później“ – wspomina ksiądz Damian.

Najwyższy Jezus na świecie W przededniu piątej rocznicy powstania pomnika pewne jest jedno: figura Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata jest nadal najwyższą figurą Jezusa na świecie, choć Rosjanie zapowiadają, że polski rekord pobiją, a w czerwcu 2011 roku w Limie w Peru stanęła podobna, licząca 37 metrów figura Chrystusa Pacyfiku. Tam jednak 22 m mierzy statua, a 15 m podstawa pomnika, czyli sama statua w Świebodzinie pozostaje nadal najwyższa na świecie. Całkowita wysokość żelbetowej figury Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata wynosi 36 m, z czego 33 m przypadają na figurę Jezusa, a 3 m na wieńczącą pomnik pozłacaną koronę. „33 metry to nawiązanie do ziemskich lat Chrystusa“ – wyjaśnia ksiądz Damian. Masa konstrukcji szacowana jest na ponad 440 ton. MONITOR POLONIJNY


Monitor10:2015 02/10/15 09:03 Page 27

Rio de Janeiro – Świebodzin Forma rzeźby nawiązuje do pomnika Chrystusa Odkupiciela z Rio de Janeiro, od którego jest o 3 metry wyższa. Wysokość samej statui wraz z koroną jest aż o 6 metrów większa (pomnik w Rio de Janeiro liczy 38 metrów, z czego 8 metrów stanowi cokół). Czy inspiracją dla księdza Zawadzkiego był właśnie ten najbardziej znany na świecie brazylijski pomnik, już się nie dowiemy, ale od kiedy pomnik stanął w Świebodzinie, nawiązano kontakt właśnie z Rio. „W tamtym roku, kiedy papież odwiedził Rio de Janeiro, odbył się diecezjalny telemost podczas mszy polowych, które odbywały się jednocześnie właśnie w Rio, Krakowie i u nas“ – wspomina ksiądz Damian. Na moje pytanie, czy często odbywają się takie msze pod pomnikiem, dowiaduję się, że raczej sporadycznie, jedynie w obecności biskupa, ale kto chce wziąć udział we mszy, zawsze znajdzie drogę do pobliskiego sanktuarium. W przyszłym roku, kiedy Polskę odwiedzi papież Franciszek, Świebodzin też będzie ważnym miejscem na mapie pielgrzymki wiernych – tu bowiem będzie dla niektórych z nich baza noclegowa na trasie do Krakowa.

Krytycy kontra zwolennicy

figurę z Rio de Janerio“ – to tylko niektóre z krytycznych komentarzy, które pojawiły się pięć lat temu, kiedy o pomniku zrobiło się głośno. Niektórzy mocno krytykowali to przedsięwzięcie, inni chwalili, czuli dumę, a jeszcze inni podchodzili do sprawy pragmatycznie, oczekując korzyści finansowych dla miasta z racji większego zainteresowania turystów. I to rzeczywiście się ziściło, co potwierdza ksiądz Damian. „Nie prowadzimy statystyk, ale rzeczywiście obserwujemy dużo więcej turystów w mieście. Jedni to wierni, którzy chcą się pomodlić pod pomnikiem, inni tylko go oglądają“ – opisuje nasz rozmówca. Według niego najbardziej szczodrymi zwiedzającymi są Polacy, którzy najczęściej wrzucają pieniądze do znajdującej się pod pomnikiem skarbonki. Oni też zatrzymują się w sklepie z pamiątkami czy kawiarence. „Są też tacy, którzy wykorzystują fakt, że zwiedzanie pomnika jest bezpłatne, podobnie jak pobliski parking, na którym rozkładają się ze swoim prowiantem, a nam zostawiają tylko śmieci do posprzątania“ – cierpko ocenia ksiądz. Z zagranicznych turystów najczęściej pojawiają się Niemcy, ale podczas wakacji byli tu też pielgrzymi z Ameryki Południowej czy – za pośrednictwem Charitas z Berlina – 120 dzieci z Iraku.

Jezus z szalikiem na szyi

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

„Chrystus gigant, zwrócony twarzą w kierunku Tesco“, „Pomysł uważam za wtórny, bo zbyt mocno przypomina

PAŹDZIERNIK 2015

Za tajemniczymi drzwiami, które są u stóp pomnika, znajduje się wejście dla konserwatora. „Wewnątrz figury jest tylko

olbrzymia drabina, po której można się wspiąć na górę“ – opisuje ksiądz Damian. No i właśnie raz z niej skorzystali... kibice klubu żużlowego Falubaz z Zielonej Góry. „Nie wiadomo, jak uśpili czujność stróża, ale udało im się i dostali się do środka“ – wspomina ksiądz. Pewnego październikowego poranka w 2011 roku Świebodzin obudził się i ujrzał nieoczekiwany obrazek: figurę Chrystusa Króla z ogromnym szalikiem w barwach zielonogórskiego klubu.

Świebodzin w elicie Trochę się wypogadza, więc ponownie udajemy się pod pomnik. W kawiarence ruch, zamawiamy coś do jedzenia, by potem udać się pod pomnik i zrobić kilka zdjęć. Figura rzeczywiście jest olbrzymia i robi duże wrażenie. „Zanim powstała figura takich pielgrzymek tu nie było. Dzięki niej Świebodzin dostał się do elity“ – ocenia ksiądz. Najwięcej osób przyjeżdża tu w sezonie letnim. „Zimą, z racji pogody, co oczywiste, zainteresowanie maleje, więc kawiarenkę trzeba zamykać“ – mówi nasz rozmówca i uściśla, że sezon trwa od kwietnia do października, listopada. Na koniec dodaje „Zyska liśmy duże zainteresowanie, ale oczywiście dla Polaków głównym sanktuarium zawsze będzie Częstochowa“. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA, Świebodzin 27


Monitor10:2015 02/10/15 09:03 Page 28

Na pociąg z Krakowa do Koszyc

jeszcze poczekamy W

latach 90. między Polską a Słowacją jeździło codziennie kilka bezpośrednich pociągów. Stałym elementem rozkładu jazdy krakowskiego dworca był międzynarodowy pociąg do Bukaresztu przez Koszyce i Budapeszt, kursujący w szczytowym okresie dwa razy dziennie. Połączenie do Koszyc później zlikwidowano, ale jeszcze w 2011 roku dało się pojechać bezpośrednim pociągiem osobowym na trasie Kraków – Katowice – Bielsko-Biała – Żylina. Zdezelowany skład wlókł się niemiłosiernie, trasę pokonywał w ciągu koszmarnych 5 godzin i 40 minut, regularnie się przy tym spóźniał, ale był. Od kilku lat przez polsko-słowackie kolejowe przejścia graniczne nie przejeżdżają żadne pociągi pasażerskie. Jedynym wyjątkiem jest Zwardoń, skąd odjeżdżają składy do Żyliny. Przejścia Łupków – Medzilaborce na wschodzie oraz Muszyna – Plaveč na trasie z Krakowa do Koszyc są zupełnie niewykorzystane. Dlaczego i czy jest szansa, by to się zmieniło? „Komunikacja kolejowa z Polską była i stale jest dla Republiki Słowackiej ważna, ale nasze działania spotykają się z ograniczeniami po polskiej stronie” – tłumaczy tę sytuację Martin Kóňa, rzecznik słowackiego Minister stwa Transportu i Rozwoju Regional nego. Problemem jest fatalny stan infrastruktury w polskich Karpatach, który spowodował, że pociągi jeździły coraz wolniej i przestawały być atrakcyjne. „Dalszym negatywnym aspektem były permanentne opóźnienia praktycznie każdego pociągu jadącego z Polski na Słowację. A ponieważ te pociągi były w Żylinie i Pre -

28

szowie skomunikowane z naszymi, ta sytuacja była obiektem krytyki ze strony przewoźników. Mimo wszystko uważamy, że polsko-słowackie połączenia kolejowe mają potencjał. Pod koniec zeszłego roku pojawiła się propozycja uruchomienia letniego połączenia z Krakowa przez Muszynę do Popradu, co strona słowacka poparła. Niestety, polscy partnerzy zdecydowali, że ten projekt nie będzie realizowany” – dodaje Kóňa. Możliwość uruchomienia połączeń na Słowację na bazie istniejącej infrastruktury odrzucają polscy przewoźnicy. Jak poinformowali rzecznicy krakowskiego i rzeszowskiego oddziału Przewozów Regionalnych, uruchomienie takich połączeń byłoby możliwe jedynie w przypadku, gdyby dofinansowały je samorządy wojewódzkie. Jak twierdzą, przy obecnym stanie infrastruktury i związanym z tym długim czasie przejazdu połączenia kolejowe w stronę Słowacji byłyby nieopłacalne, również na odcinkach krajowych. „W najbliższym czasie nie bierzemy takiego dofinansowania pod uwagę. Na razie Wojewó dztwo Małopolskie koncentruje się na wprowadzeniu Kolei Aglomeracyj nej w Krakowie i okolicach, dopiero w dalszej kolejności można byłoby pomyśleć o połączeniach na Słowa cję, ale na pewno nie w najbliższych latach” – informuje zespół prasowy Urzędu Marszałkowskiego Wojewó -

dztwa Małopolskiego. Sytuację zmienić mogłoby zbudowanie dawno oczekiwanej linii kolejowej Podłęże – Piekiełko, która ma być częścią magistrali łączącej Kraków ze Słowacją (a konkretnie z przejściem granicznym Muszyna – Plaveč). O tej inwestycji mówi się od lat 90., do tej pory jednak ciągle brakowało na nią pieniędzy. Ostatnio o linii Podłęże – Piekiełko znów zrobiło się głośno za sprawą kampanii społecznej „Pociąg – autobus – góry”, obecnej w mediach i na Facebooku. Jej autorzy namawiali do zgłaszania uwag w ramach konsultacji społecznych, prowadzonych przez Ministerstwo Transportu, i wpisywania w niej wspomnianej linii, tak, by znalazła się ona na liście projektów dofinansowanych przez UE. Ostatecznie jednak decyzją rządu inwestycja ta została wpisana na listę rezerwową. Podczas wyjazdowego posiedzenia rządu w Krakowie premier Ewa Kopacz obiecała, że w przypadku znalezienia oszczędności w inwestycjach drogowych zaoszczędzone środki pójdą właśnie na tę trasę. Gdyby udało się zrealizować ten projekt, czas przejazdu z Krakowa do Zakopanego i Muszyny skróciłby się z obecnych niemal czterech godzin do półtorej. W takim przypadku uruchomienie pociągów np. relacji War szawa – Kraków – Muszyna – Preszów – Koszyce wydaje się dość realne – zainteresowanie takimi przewozami wyraża PKP Intercity. Niestety, na szybką realizację tej inwestycji się nie zanosi, chyba że coś się zmieni po październikowych wyborach. JAKUB ŁOGINOW MONITOR POLONIJNY


OBWIESZCZENIE

Monitor10:2015 02/10/15 09:03 Page 29

Na mocy art. 16 ust. 3 Kodeksu wyborczego (ustawa z dnia 5 stycznia 2011 r.) podaję do wiadomości, iż na podstawie rozporządzenia Ministra Spraw Zagranicznych z dnia 22 września 2015 r. w sprawie utworzenia obwodów głosowania w wyborach Sejmu i Senatu Rzeczypospolitej Polskiej dla obywateli polskich przebywających za granicą (Dz.U. z 2015 r. poz. 1459) utworzony został obwód głosowania nr 152, obejmujący swoim zasięgiem terytorium Republiki Słowackiej. Lokal wyborczy Obwodowej Komisji Wyborczej mieścić się będzie w Ambasadzie RP w Bratysławie przy ul. Hummelovej 4 i będzie dostosowany również dla osób niepełnosprawnych. Oprócz możliwości głosowania bezpośredniego w lokalu wyborczym istnieje także możliwość głosowania korespondencyjnego. Termin wyborów został wyznaczony na niedzielę 25 października 2015 r. Głosować można będzie zgodnie z art. 39 ust 6 Kodeksu wyborczego, od godziny 7.00 do 21.00 czasu miejscowego. Konsul RP w Bratysławie

Życzenia

Dorocie Chmiel i Kamilowi Cibińskiemu z Bratysławy, którzy 26 września zawarli związek małżeński, składamy serdeczne życzenia – niech się spełniają Wasze marzenia! Przyjaciele z Klubu Polskiego

20-lat MONITORA POLONIJNEGO Redakcja „Monitora Polonijnego“ planuje uroczystość jubileuszową z okazji 20-lecia działalności wydawniczej. Przedsięwzięcie odbędzie się 21 listopada (sobota) o godz. 19.00 w Domu Kultury przy ul. Vajnorskiej 21 w Bratysławie. Gościem wieczoru będzie Polski Teatr XYZ z Wiednia, który zaprezentuje spektakl pt. „Okno na świat“. Po części artystycznej nastąpi nieformalne spotkanie twórców pisma z czytelnikami oraz zagranicznymi gośćmi, połączone z drobnym poczęstunkiem. Zaplanujcie więc sobie Państwo już dziś wolny listopadowy wieczór, by móc z nami świętować nasz jubileusz.

W Y B Ó R Z P R O G R A M U I N S T Y T U T U P O L S K I E G O PA Ź D Z I E R N I K 2 015 Ë 5-11 października, Bratysława, IP

FESTIWAL LITERATURY: warsztaty poetyckie z udziałem poetów z Polski, Słowacji i Turcji, połączone z promocją książki Zbigniewa Macheja oraz promocją twórczości Magdaleny Tuli Ë 6 października - 5 listopada, Koszyce, Kunsthalle

WYSTAWA DZIKIE POLA – historia alternatywnego Wrocławia – promocja Wrocławia jako Europejskiej Stolicy Kultury 2016 Ë 7, 14, 21, 28 października,

Bańska Bystrzyca, kino Muzeum SNP Projekcje filmów o POWSTANIU WARSZAWSKIM 7 października, godz. 19.00, KANAŁ (1956), reż. Andrzej Wajda 14 października, godz. 19.00, EROICA (1957), reż. Andrzej Munk 21 października, godz. 19.00, MIASTO 44, (2014), reż. Jan Komasa 28 października, godz. 18.30, POWSTANIE WARSZAWSKIE 1944, (2014), produkcja Muzeum Powstania Warszawskiego /Jan Komasa, Piotr C. Śliwowski oraz 5 min. dokument Miasto ruin (2010), reż. Damian Nenow – po projekcji spotkanie z autorem filmu. PAŹDZIERNIK 2015

Ë 8-31 października, Bratysława, IP

Wystawa malarstwa OLGI WOLNIAK z udziałem kuratora Zbigniewa Olkiewicza Ë 9-10 października, Bratysława, DK Ruzinov

FESTIWAL PERKUSYJNY i world music z udziałem polskiej grupy Sango Ë 12 października, Lewocza

Koncert polskiego pianisty TOMASZA KAMIENIAKA w ramach festiwalu muzycznego Indian Summer Ë 17 października, Bratysława NuSpirit Club

Koncert KAROLINY CZARNECKIEJ Ë 21–23 października,

Bratysława, Stará tržnica Udział polskiej projektantki DOMI GRZYBEK w Bratysławskim Festiwalu Mody Fashion LIVE! Ë 21-23 października, Bratysława, Słowacka Galeria Narodowa Międzynarodowe SYMPOZJUM NAUKOWE Conjunctions of Curating and Art Education z udziałem dr hab. Izabeli Kowalczyk z Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu

Ë 22-23 października, godz. 18.00,

Preszów, sala Čierneho Orla PKO Koncert zespołu BARTOSZ DWORAK QUARTET w ramach festiwalu muzycznego Jazz Presov 2015 Ë 26 października, Bratysława, IP Ë 27-28 października, Nitra

SPOTKANIE DYSKUSYJNE nt. historii Żydów w Polsce i na Słowacji z udziałem dr Tamary Sztymy z Muzeum Historii Żydów Polskich oraz jej udział w Międzynarodowej Konferencji O Żydach w Europie Środkowej Ë 27 października,

Bratysława, Stará tržnica Koncert zespołu GRZEGORZ KARNAS QUARTET w ramach Bratysławskich Dni Jazzowych Ë 27-30 października, Bratysława, VŠMU

MIĘDZYNARODOWE SYMPOZJUM naukowe Paradygmaty kompozycji wczoraj, dzisiaj i jutro z udziałem prof. Wojciecha Widłaka i studentów z Akademii Muzycznej w Krakowie 29


Monitor10:2015 02/10/15 09:03 Page 30

N

igdy nie chciałam wyjeżdżać z Polski. Miałam dwadzieścia sześć lat, swój Kraków, wynajęte mieszkanie w centrum miasta, dobrze płatną, twórczą pracę w telewizji, przyjaciół i góry na wyciągnięcie ręki. A jednak od dziecka ciągnęło mnie w świat i w nieznane.

Przenigdy stąd nie wyjadę...

Z telewizji do... mopa i wiadra I zdarzył się jakiś taki dzień sierpniowy i nadwiślany, kiedy siedzieliśmy z moim dobrym kumplem nad rzeką, sącząc wino, dyskutując o sensie życia i snując marzenia. Zrodziła się idea wyjazdu, postanowiliśmy wyruszyć w nieznane. Wyjechaliśmy do Dublina szukać pracy i szczęścia (czego nam przecież w Polsce nigdy nie brakowało), z jedną walizką, bez żadnego planu. Z telewizyjnych korytarzy trafiłam do szpitalnych korytarzy, dostałam mopa, wiadro z wodą, uniform przypominający piżamę i ruszyłam do pracy. Kilka tygodni później znalazłam zatrudnienie jako pokojówka w Bed & Breakfast.

Kiedy drogi się rozchodzą Początkowo zakładaliśmy, że popracujemy rok, żyjąc oszczędnie i odkładając pieniądze na naszą podróż życia. Plany były piękne – od Ame ryki Południowej przez Północną, Indie, Syberię, światy odmieńców, wizjonerów i dziwaków, rozdroża pełne kurzu i przygód. Nigdy nigdzie nie pojechaliśmy. Drogi szybko nam się rozeszły, życie nas wyprostowało, odrębne nurty poniosły za inne horyzonty. Po roku pracy w Irlandii miałam jednak na tyle oszczędności, by w świat wyruszyć.

Blondynka za kółkiem? Ilonę Girzewską poznałam kilka lat wcześniej w Gdańsku na Forum Me diów Polonijnych. Zrobiła na mnie 30

niezwykłe wrażenie – silna, piękna, roześmiana dziennikarka z zupełnie abstrakcyjnej dla mnie Kanady, redagująca magazyn „W Drodze”, dedykowany kierowcom ogromnych ciężarówek, które znałam jedynie ze świątecznych reklam coca-coli. Polubiłyśmy się, przez kolejne lata utrzymywałyśmy kontakt mailowo-telefoniczny. Pisałam dla niej co miesiąc felietony Blondynka za kółkiem, a ona wysyłała mi paczki na święta pełne kanadyjskich skarbów. To Ilona zaproponowała, bym tę swoją podróż zaczęła od Kanady. Wiz już nie było, kupiłam więc bilet i jesienią 2008 roku, po kolejnym Forum, do Toronto poleciałyśmy razem.

W międzyczasie Miało być na kilka miesięcy. Wspól ne występy kabaretowe, trochę chałturzenia, grzybobranie, kanadyjska jesień. Miałam zimą popracować w stadninie koni, gdzieś w okolicach Calga ry, wtedy tam jeszcze mieszkał, też poznany na dziennikarskich zjazdach, Marek Mańkowski. Plan miał się natomiast wykrystalizować w szeroko pojętym międzyczasie – Ameryka Północna, Południowa, rok może dwa lata w drodze, a potem się zobaczy, co los przyniesie, choć w zasadzie chcia-

łam wrócić do domu, do pracy, do siebie, zacząć to dojrzałe, dorosłe życie, którego podobno wszyscy w końcu muszą doświadczyć.

Człowiek z ułańską fantazją Los chciał inaczej. Rzucił mnie w wir podróży, o jakich wielu mogłoby pomarzyć – wielobarwny, rozedrgany, oszałamiająco piękny kalejdoskop zdarzeń, miejsc, ludzi, zapachów, smaków i dźwięków. Poznałam mężczyznę po przejściach, człowieka z wielkim sercem i ułańską fantazją, miłośnika podróży i przygód. Poznałam go dzięki Ilonie. Zaczęliśmy pracować dla polonijnego biura podróży i przez sześć lat organizowaliśmy wycieczki grupowe po świecie dla Polaków mieszkających w Kanadzie i USA. Udało nam się wypracować pewną markę, zdobyć zaufanie klientów, objechać pół świata. Udało nam się stworzyć pozornie idealne życie, którego wszyscy nam zazdrościli. Prowadziłam stronę internetową, pisałam blogi i reportaże z wypraw, robiłam zdjęcia, zajmowałam się graficzną i merytoryczną kwestią reklam i promocji, pilotowałam grupy. KAJA CYGANIK, Kanada Dalszy ciąg w następnym numerze „Monitora Polonijnego“ MONITOR POLONIJNY


Monitor10:2015 02/10/15 09:04 Page 31

Wyprawa rowerowa A

hojte! Cześć! Mam na imię Kubuś i razem z mamą będę prowadzić tę rubrykę. Chodzę do drugiej klasy słowackiej i polskiej szkoły (więcej napiszę o tym w jednym z kolejnych numerów). Moja rodzina to mama, tata, brat Filipek i dwa kotki – Uhlik i Gulko. Z mamą się zastanawialiśmy, o czym moglibyśmy napisać, i w końcu zdecydowaliśmy, że opiszę naszą ostatnią wyprawę rowerową.

na świecie. Już w latach 80. XIX w. powstał w tym miejscu kamieniołom, który zapoczątkował działanie obecnej firmy. Zastanawialiście się, jak powstaje cement? Otóż z ziemi wykopuje się wapień i margiel, które najpierw się rozdrabnia, a później w wielkim piecu wypala z dodatkiem różnych potrzebnych składników. Następnie powstaje klinkier, który razem z dodatkiem gipsu tworzy cement. Cement po zmieszaniu z wodą tworzy beton, z którego buduje się domy, płoty czy drogi. Cementownia nie była jedynym zabytkowym miejscem na naszej trasie rowerowej. Na krótką przerwę zatrzymaliśmy się też w bunkrze, który wybudowali w czasie II wojny światowej Niemcy, używając cementu ze

wspomnianej już cementowni. Jadąc dalej, zobaczyliśmy gąsienicę, z której wyrośnie zapewne piękny motyl. Sprawdziliśmy z mamą jak długo potrwa, zanim z gąsienicy powstanie poczwarka, a potem motyl. Okazuje się, że najpierw samica motyla składa zapłodnione jaja, z których wylęgają się gąsienice. Gąsienice żyją 2-3 tygodnie, by potem przemienić się w poczwarki, które po 11-16 dniach przemieniają się w piękne motyle. Nasza krótka wyprawa szybko dobiegła końca. Mam nadzieję, że relacja z niej spodobała się Wam. Ja już teraz się cieszę na kolejne spotkania za Wami na łamach „Monitora”. KUBUŚ KRCHEŇ z mamą ALEKSANDRĄ KRCHEŇ

Na rowerach jeździmy często, ponieważ bardzo to lubimy i blisko naszego domu prowadzi ścieżka rowerowa do Czech. Właśnie w ostatnią niedzielę przed obiadem postanowiliśmy się trochę przejechać. Jadąc drogą, trudno przegapić olbrzymią budowę pobliskiej cementowni w Hornym Srni. Podobno to jedna z pierwszych PAŹDZIERNIK 2015

31


Monitor10:2015 02/10/15 09:04 Page 32

Pora zaszaleć! Tak jak liście na drzewach potrafią mienić się całą paletą żółci, rdzawości i czerwieni, tak i w kuchni mozaika smaków, aromatów i odrobiny ryzyka może nas przenieść gdzieś bardzo daleko od domu, w ciepłe kraje, na przykład do Meksyku. Pani Magdalena Smolińska z Koszyc, towarzysząca

w codziennej życiowej podróży mężowi Meksykaninowi, nadesłała do „Piekarnika” przepis na flan – pyszny deser z bogatą przeszłością, znany we Francji, Hiszpanii, Ameryce, popularny również w Meksyku.

Składniki: • 1 szklanka cukru • 3 jajka • 200 g serka naturalnego do smarowania • 1 puszka mleka skondensowanego słodzonego (400 ml) • 1 puszka mleka skondensowanego niesłodzonego (400 ml) • 1 łyżka aromatu waniliowego

Sposób przyrządzania: W niedużym rondelku roztapiamy na średnim ogniu cukier, aż stanie się płynny i złocisty. Następnie ostrożnie przelewamy go do naczynia żaroodpornego (o średnicy ok. 25 cm) tak, aby równomiernie pokrył dno i boki. Czekamy, aż karmel ostygnie i popęka.

W tym czasie nagrzewamy piekarnik do 180 stopni, przygotowujemy blaszkę większą niż żaroodporne naczynie z karmelem i wlewamy do niej wodę. Wkładamy blaszkę do piekarnika. Jajka, serek i 2 puszki mleka oraz aromat miksujemy dokładnie i wlewamy do naczynia z popękanym karmelem. Przykrywamy pokrywką lub folią aluminiową (bardzo dokładnie), wkładamy naczynie do blaszki w piekarniku i obserwujemy – od momentu zagotowania się wody liczymy godzinę pieczenia w wodnej kąpieli. Po godzinie deser wyjmujemy i odstawiamy do wystygnięcia. Przed podaniem flanu gościom naczynie żaroodporne nakrywamy głębszym talerzem i odwracamy do góry nogami – wtedy flan wypadnie na talerz, a karmel kusząco rozleje się wokół. Pozostaje jedynie zaparzyć aromatyczną kawę i degustować. W Meksyku „smacznego” to buen provecho, a my mówimy muchas gracias, pani Magdaleno! AGATA BEDNARCZYK

Monitor polonijny 2015/10  
Monitor polonijny 2015/10  
Advertisement