Page 1


Na XVIII Światowym Forum Mediów Polonijnych triumfowała Słowacja!

P

odczas inauguracji tegorocznego Forum Mediów Polonijnych, czyli zjazdu 150 dziennikarzy z całego świata, która miała miejsce 9 września w Tarnowie, ogłoszono rezultaty Międzynarodowego Konkursu Literackiego im. Henryka Cyganika „Powroty do źródeł“ oraz konkursu na najlepszy reportaż z poprzedniej edycji forum. W obu tych konkursach zwyciężyła Małgorzata Wojcieszyńska ze Słowacji.

Forum jest największym przedsięwzięciem z zakresu mediów, adresowanym do dziennikarzy i wydawców mediów polonijnych. Idea światowych spotkań dziennikarzy polonijnych zrodziła się w Tarnowie i dlatego to właśnie co roku w Tarnowie następuje ich inauguracja. Później uczestnicy udają się w różne regiony Polski, by następnie promować je na świecie. Od 1993 r. uczestnicy forum odwiedzili już 10 regionów naszego kraju. Tegoroczny zjazd trwał od 8 do 15 września, a jego uczestnicy z Tarnowa udali się w długą i malowniczą podróż do Wielkopolski. Jednak jeszcze w Tarnowie, podczas inauguracji forum, jak co roku wręczono nagrody dziennikarzom, którzy wzięli udział w konkursie na najlepszy reportaż i w XVIII Międzynarodowym Konkursie Literackim „Powroty do źródeł” im. Henryka Cyganika. Jury w składzie: Kamil Cyganik, Anna Maliszewska, Stanisław Franczak, zapoznawszy się wnikliwie z dziewięcioma pracami, nadesłanymi na tegoroczny konkurs literacki, postanowiło przyznać pierwsze miejsce Małgorzacie Wojcieszyńskiej (Słowacja), godło ONYKS, za utwór „Historia pewnego pianina”, odznaczający się znakomitym stylem oraz formą ujęcia tematu, którym jest historia kilku generacji pewnej polskiej rodziny. Ciekawą dominantą kompozycyjną jest w zgłoszonej do konkursu pracy przechodzące z pokolenia na pokolenie pianino. Krótka forma opowiadania nie przeszkodziła w przedstawieniu w ciekawy sposób upływu czasu, ewolucji sposobu myślenia i świadomości kolejnych pokoleń przy jednoczesnej zmianie przestrzeni życiowej. W związku z tegorocznymi uzupełnieniami regulaminu należy również zwrócić uwagę na 2

sprawne, choć epizodyczne nawiązanie do Tarnowa. Drugie miejsce w tym konkursie przyznano Beacie ŻółkiewiczSiakantaris (Grecja), trzecie Dorocie Hoffman (Niemcy) i Wojciechowi Grzelakowi (Ukraina). Wyróżnienia przyznano Sławie Ratajczak (Niemcy) i Agacie Lewandowskiej (Niemcy). Jury Konkursu na Reportaż z XVII Światowego Forum Mediów Polonijnych Tarnów-Śląsk 2009 w składzie: Krystyna Latała – przewodnicząca jury, Marek Kołdras i Piotr Kopa – członkowie jury, po zapoznaniu się z dziesięcioma nadesłanymi materiałami postanowiło przyznać pierwszą nagrodę w kategorii tekstów dziennikarskich Małgorzacie Wojcieszyńskiej, redaktor „Monitora Polonijnego“ na Słowacji, za tekst „Śląski underground“. Jury pozostało pod wrażeniem klimatu, sugestywności i wyrazistości relacji, w zwartej formie ukazującej specyfikę niezwykłego charakteru Śląska. Drugą nagrodę zyskała Beata Żółtkiewicz-Siakantaris z „Kuriera Ateńskiego“ (Grecja), trzecią Krystyna Koziewicz z „Kontaktów“ (Niemcy). Natomiast pierwszą nagrodę w kategorii reportażu radiowego przyznano Annie Gordijewskiej z Radia Lwów, a drugą Iwonie Piętak z Radia Rzeszów. Tak brzmiały oficjalne werdykty jury, a całkiem nieoficjalnie, patrząc z punktu wiedzenia nie tylko koleżeńskiego, ale i zawodowego czekaliśmy tylko na ZDJĘCIA: DOROTA HOFFMAN

moment, kiedy to Małgorzata Wojcieszyńska odważy się przystąpić do konkursów. Od wielu lat jako aktywny uczestnik forum obserwuję rozwój prasy polonijnej w Europie i na całym na świecie. Przyznaję przy tym, że „Monitor Polonijny“ na Słowacji już od dawna był jedną z najbardziej interesujących współczesnych publikacji polonijnych. Jednak metamorfozy, którym poddała go Małgorzata Wojcieszyńska – nowy format i layout, skrócona forma artykułów i różnorodna tematyka – plasują go obecnie wśród trzech najlepszych pism polonijnych na świecie. „Monitor Polonijny“ jest najlepszym przykładem tego, w jak dobrym i profesjonalnym kierunku rozwija się prasa polonijna. Z dawnych czarno-białych pisemek parafialnych powstały bowiem biuletyny polonijne, które potem zamieniano na gazety informacyjne. Ale niewiele z nich osiągnęło profesjonalny poziom polskich czasopism, taki, jaki reprezentuje właśnie słowacki „Monitor“. Treściowo spełnia on wymogi wzorcowego miesięcznika, w którym każdy znajdzie dla siebie coś interesującego, przy czym wywiady przeprowadzane przez Małgorzatę Wojcieszyńską z ciekawymi osobistościami polskiego życia publicznego są oryginalnym wzbogaceniem jego zawartości . Dla naszej „forumowej” koleżanki ze Słowacji udział w konkursach był debiutem. „Pierwszy raz zdecydowałam się wysłać swoje prace na konkursy ogłaszane przez organizatorów Forum, dlatego tym bardziej mnie cieszy, że spotkały się one z takim wysokim uznaniem” – komentowała M. Wojcieszyńska. My też się cieszymy, że redaktor Wojcieszyńska, przystąpiwszy do dziennikarskiej rywalizacji, od razu ją wygrała i to podwójnie! Gratulujemy zarówno redaktor Małgorzacie Wojcieszyńskiej, jak i „Monitorowi Polonijnemu“ oraz całej słowackiej Polonii! W imieniu wielokrotnych uczestników Forum Mediów Polonijnych AGATA LEWANDOWSKI, BERLIN Prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Niemczech MONITOR POLONIJNY


Każdy z nas kiedyś zaczynał, stawiał pierwsze kroki. Niektórzy urodzili się na Słowacji, inni tu przyjechali i tu budowali swoje życie od początku. Piętnaście lat temu byłam „nowa“ w Bratysławie. Pamiętam, jak z nieśmiałością przyszłam po raz pierwszy na spotkanie, organizowane przez Instytut Polski. Gościem wieczoru był ówczesny wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego Michał Jagiełło. Podczas dyskusji o głos poprosił siedzący za mną mężczyzna, który przedstawił się jako prezes Klubu Polskiego i zapowiedział, że w przygotowaniu jest pierwszy numer czasopisma polonijnego, za które odpowiedzialna będzie siedząca obok niego pani redaktor. „Ach, móc tak brać udział w tworzeniu takiego pisma!“ – pomyślałam sobie wtedy. Byłam „nowa“, nieśmiała – wyszłam ze spotkania niezauważona. Za jakiś czas los się do mnie uśmiechnął i poznałam pana Ryszarda Zwiewkę oraz panią Danutę Marušiakovą, która jako szefowa pisma powierzyła mi pierwsze redakcyjne zadanie. Starałam się je wykonać jak najlepiej. Zanim napisałam artykuł, rozmawiałam z wieloma osobami, przeczytałam recenzje, dotyczące wystawy artystów plastyków, na którą zostałam oddelegowana… Być może i dziś ktoś siedzi w ostatnim rzędzie na jakimś spotkaniu i czeka na „odkrycie“? Być może ktoś chciałby dołączyć do grona tworzących nasze pismo? Jest ku temu doskonała okazja, bowiem organizujemy szkolenie dziennikarskie, które odbędzie się 16 października (sobota) w Instytucie Polskim. Zainteresowanych prosimy o kontakt z redakcją. Tak, tak, nasze pismo tworzy grono bardzo dobrych współpracowników, fachowców z różnych dziedzin. Przez 15 lat istnienia rośniemy, dojrzewamy… To powód do radości i świętowania. Dlatego już niebawem, by wspólnie cieszyć się z jubileuszu naszego miesięcznika, zaprosimy naszych Czytelników na galowy koncert, podczas którego wystąpią „Czerwone Gitary”. Wówczas też dokonamy prezentacji książki pt. „Polska oczami słowackich dziennikarzy“. Zapowiada się więc gorąca jesień. A tymczasem oddajemy w Państwa ręce kolejny numer „Monitora“, zawierający jak zwykle wiele ciekawych artykułów, do lektury których zachęcamy. W imieniu redakcji

Koniec roku tuż, tuż… Z KRAJU Słownik polsko@polski od kuchni WYWIAD MIESIĄCA Profesor Jan Miodek: „Uprawiam patriotyzm mrożkowskogombrowiczowski” Z NASZEGO PODWÓRKA CO U NICH SŁYCHAĆ? Polak w służbie Słowakom WAŻKIE WYDARZENIA W DZIEJACH SŁOWACJI Przełomowy rok 1932 Polskie Davos ma już 20 lat KINO-OKO A mogło być tak pięknie... Młodzi w Polsce słuchają Sopocki Bursztynowy Słowik odlatuje To warto wiedzieć Mniejszości narodowe i etniczne w Polsce Bliżej polskiej książki Nowa powieść Olgi Tokarczuk SPORT?! Pożegnanie z Afryką. Po mundialu w RPA Bursztynowa wizytówka OKIENKO JĘZYKOWE Cóż tam, panie, w polityce? OGŁOSZENIA ROZSIANI PO ŚWIECIE Holandia bez stereotypów MIĘDZY NAMI DZIECIAKAMI Torvald i jego drużyna we Fromborku PIEKARNIK Jesień kolorowa, pachnąca i smaczna

4 4 6

8 10 14 15 16 18 19 20 22 24 26 26 29 30 31 32

Informujemy, że koszty roczne prenumeraty naszego czasopisma na rok 2010 wynosią 12 euro (emeryci, renciści, studenci – 10 euro). Wpłat należy dokonywać w Tatra banku (nr konta 2666040059, nr banku 1100). Dokonując wpłaty prosimy o napisanie w formularzu bankowym imienia i nazwiska. Nowych prenumeratorów prosimy o zgłoszenie adresu, pod który „Monitor” ma być przesyłany. Kontakt do redakcji: monitorp@orangemail.sk lub nr tel. 0907 139 041.

V Y D Á VA P O Ľ S K Ý K L U B – S P O LO K P O L I A KOV A I C H P R I AT E ĽOV N A S LOV E N S K U Š É F R E D A K T O R K A : M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s k a • R E D A KC I A : A g a t a B e d n a r c z y k , A n d r e a C u p a ł - B a r i c ov á , A n n a M a r i a J a r i n a , A l i c j a Ko r c z y k - C h o v a n e c , I n g r i d M a j e r í ko v á , D a n u t a M ey z a - M a r u š i a ko v á , K a t a r z y n a P i e n i ą d z KO R E Š P O N D E N T I : KO Š I C E – U r s z u l a Z o m e r s ka - S z a b a d o s • N I T R A – Monik a Dik aczowa • T R E N Č Í N – Aleksandr a Krcheň J A Z Y KO VÁ Ú P R AV A V P O Ľ Š T I N E : M a r i a M a g d a l e n a N o w a ko w s k a , M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s k a G R A F I C K Á Ú P R AVA : S t a n o C a r d u e l i s S te h l i k • A D R E S A : N á m . S N P 27 , 814 4 9 B r a t i s l a v a • KO R E Š P O N D E N Č N Á A D R E S A : M a ł g o r z a t a W o j c i e s z y ń s k a , 9 3 0 41 K v e t o s l a v o v, Te l . / F a x : 0 31 / 5 6 0 2 8 91, m o n i to r p @ o r a n g e m a i l . s k P R E D P L AT N É : R o č n é p r e d p l a t n é 12 e u r o n a ko n to Ta t r a b a n ka č . ú . : 2 6 6 6 0 4 0 0 5 9 / 110 0 R E G I S T R A Č N É Č Í S L O : 119 3 / 9 5 • E V I D E N Č N É Č Í S L O : E V 5 4 2 / 0 8 Realizované s Finančnou podporou Ministerstva kultúr y SR - program kultúra národnostných menšín Dofinansowano ze środków Senatu RP dzięki pomocy Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie“

www.polonia.sk PAŹDZIERNIK 2010

3


Koniec roku tuż, tuż…

W

iększość ludzi rytm najbliższych dni i tygodni wyznacza sobie, planując to i owo. Co więcej –zastanawiając się często nad własną kondycją duchową i cielesną, rozważamy rozmaite postanowienia, zadania po to, aby wkroczyć w przyszłość jako lepsi ludzie. Powiedzmy sobie szczerze – to całe planowanie to taka zamydlająca nasze i cudze oczy strategia. W końcu człowiek aktywny jest postrzegany lepiej niż zwykły leniuch, emocjonujący się co najwyżej najnowszym odcinkiem ulubionego serialu lub ligowym meczem. Tak jak wraz z początkiem roku kalendarzowego zazwyczaj obiecujemy sobie odchudzanie, rzucenie palenia czy też bliżej nieokreślone zajęcia sportowe, tak po wakacjach stawiamy głównie na edukację – wybieramy kursy językowe, doskonalące naszą wie-

POLSKI AUTOKAR, wiozący powracających z Hiszpanii turystów, uderzył 26 września na terenie Niemiec w filar wiaduktu. Do wypadku doszło na autostradzie A10 w pobliżu miejscowości Schoenefeld pod Berlinem. Trzynaście osób zginęło, 29 zostało rannych, w tym 15 ciężko. Ze względu na przerażające widoki po katastrofie pomocy psychologicznej potrzebowali także ratownicy. Wypadek prawdopodobnie spowodowała kobieta, prowadząca samochód osobowy na berlińskich rejestracjach, która przy wjeździe na autostradę straciła panowanie nad 4

dzę kluby zainteresowań, a czasami decydujemy się nawet na trochę kontrowersyjne zajęcia, zapisując się na kursy gry na pianinie dla dorosłych, malowania akwarelami na płótnie czy uczęszczając do szkoły znawców win. Twórcy i organizatorzy niezliczonej ilości szkół, klubów i szkoleń znakomicie wiedzą, że edukacyjny boom wiąże się właśnie z rozpoczęciem przez dzieci i młodzież nauki po wakacjach. Skoro bowiem własnym dzieciom planujemy dodatkowy język, basen, tenis czy modną w ostatnim czasie w Polsce szkołę tańca – dlacze-

kierownicą i uderzyła w bok polskiego autobusu. Wtedy kontrolę nad pojazdem stracił również kierowca autobusu. W akcję ratunkową zostało zaangażowanych 250 pracowników ratownictwa z południowej Branderburgii i Berlina i trzy śmigłowce. MIĘDZYPAŃSTWOWY KOMITET LOTNICZY (MAK) w Moskwie przekazał 7 września stronie polskiej dokumenty, dotyczące kontrolerów lotów z lotniska Siewiernyj w Smoleńsku, którzy pracowali tam 10 kwietnia – w dniu katastrofy Tu-154M. Dziennikarze dowiedzieli się, że dokumentacja liczy około 80 stron. Wśród przekazanych materiałów są i te, potwierdzające kwalifikacje zawodowe oraz poziom wyszkolenia ogólnego i specjalistycznego kontrolerów lotów. Cała przekazana przez

go sami nie moglibyśmy zrobić przy okazji czegoś dla siebie? Stąd rosnąca w lawinowym tempie oferta zajęć i kursów dla dorosłych. Uczeń, który ze szkolnej ławki wyrósł już nawet ze sto lat temu, spokojnie może do niej wrócić, żeby uczyć się chociażby języka angielskiego, niemieckiego, nie wspominając o praktycznej obsłudze komputera. I wiecie co? Kursantów w średnim wieku przybywa! Porzucili nikomu niepotrzebny wstyd, a zyskali frajdę z wyjścia z domu i nauczenia się czegoś bardziej lub mniej przydatnego. W Polsce furorę robią tzw. uniwersytety trzeciego

Rosjan dokumentacja trafiła do Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego w Warszawie, która niezależnie od MAK oraz prokuratur obu krajów wyjaśnia przyczyny i okoliczności katastrofy polskiego samolotu. Jej pracami kieruje minister spraw wewnętrznych i administracji Jerzy Miller. POLICJA USUNĘŁA 23 września barierki sprzed Pałacu Prezydenckiego ze względu na brak zagrożeń, które uzasadniałoby konieczność ich pozostawienia. Barierki przed Pałacem Prezydenckim ustawiono na początku sierpnia w związku z obchodami Dnia Wojska Polskiego i rocznicy Cudu nad Wisłą. Odsunęły one od stojącego tam krzyża, ustawionego przez harcerzy w czasie żałoby po ofiarach katastrofy smoleńskiej,

tzw. obrońców krzyża. Tydzień przed usunięciem barierek krzyż został przeniesiony do kaplicy Pałacu Prezydenckiego, skąd, jak zapowiada prezydent, zostanie przeniesiony w inne miejsce. POLSKI ADWOKAT saudyjskiego obywatela Abda al-Rahima al-Nashiriego, oskarżonego przez USA o kierowanie atakiem na amerykański okręt w Jemenie, chce, by warszawska prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie tortur, jakim jego klient miał być poddawany w domniemanym więzieniu CIA w Polsce. Mecenas Mikołaj Pietrzak złożył do badającej sprawę domniemanych więzień CIA w Polsce warszawskiej Prokuratury Apelacyjnej wniosek o wszczęcie śledztwa ws. traktowania Saudyjczyka w Polsce. Na początku września agencja AP podała, że MONITOR POLONIJNY


wieku, czyli miejsca, gdzie seniorzy mogą wzbogacić swoją wiedzę, spędzić mile czas i poczuć się jak studenci – a o tym przecież każdy chyba marzy. Oprócz szkół językowych i „wiedzowych” ogromną popularnością cieszą się kursy tańca towarzyskiego. Telewizyjna widownia popularnego programu „Taniec z gwiazdami”, obserwując jak w kolejnych edycjach śmigają po parkiecie znane aktorki czy piosenkarki, postanowiła spróbować swoich sił – w końcu owe gwiazdy, męcząc się nieludzko, pokazały, że też popełniają błędy, pocą się i miewają chwile zwątpienia, a ich często zaokrą-

funkcjonariusz CIA torturował więźnia w tajnym więzieniu CIA w Polsce. Racja stanu nakazuje maksymalną dyskrecję i powściągliwość – tak premier Donald Tusk skomentował 8 września doniesienia medialne w sprawie torturowania więźnia CIA na terenie Polski. Z CZŁONKOSTWEM PIS w delegacji do europralamentu pożegnał się Marek Migalski, a w prawach członka partii zawieszona została Elżbieta Jakubiak. Joanna KluzikRostkowska i Paweł Poncyljusz są na cenzurowanym. Wszyscy oni należeli do sztabu wyborczego Jarosława Kaczyńskiego podczas wyborów prezydenckich. W dniu 25 września odbyło się posiedzenie Rady Politycznej PiS, na którym omawiano strategię partii w wyborach samorządowych. PAŹDZIERNIK 2010

glone figury wraz z kolejnymi odcinkami smukleją i nabierają gracji. Któż by tak nie chciał? Obecnie prawie w każdej szkole podstawowej popołudniami można uczyć się tańczyć, a jak nie w szkole, to w domu kultury czy klubie osiedlowym. I to nie wszystko – te instytucje zapraszają nas również na kursy plastyczne, rękodzielnicze, kulinarne, na zajęcia sportowe, dostosowane do naszego wieku i umiejętności. Dla osób, które lubią błysnąć towarzysko, idealne mogą się okazać zajęcia z kaligrafii znaków japońskich, tańca brzucha, kursy jogi, odbywające się np. w parku miejskim, czy nauka lepienia glinianych garnków. Aby wykorzystać ten edukacyjny zapał, organizatorzy kursów i szkoleń często kuszą przyszłych uczestników zniżkami, karnetami, by w ten sposób przynajmniej częściowo skłanić nas do dłuższego uczestnictwa w wybranym cyklu zajęć. Jesień jest idealnym momentem na zaplanowanie sobie jakichś dobrze nazywających zajęć. W końcu, jak już wspomniałam, nikt nie chce uchodzić za lenia. Nawet jeśli porzucimy nasz ambitny plan po kilku tygodniach, to przynajmniej będzie-

Rada wyraziła też zgodę na powrót do PiS polityków Polski Plus. Prezes PiS Jarosław Kaczyński mówił wcześniej, że politycy Polski Plus wracają do PiS m.in. ze względu na „narastające zagrożenie dla demokracji”. Zagrożenia te „polegają m.in. na atakach partii rządzącej na środowiska, które poparły PiS w wyborach prezydenckich”. PREZYDENT BRONISŁAW KOMOROWSKI odznaczył 17 policyjnych lotników Krzyżem Zasługi za Dzielność za przeprowadzone przez nich akcje podczas tegorocznych powodzi. Odznaczenia wręczył 23 września komendant główny Policji Andrzej Matejuk, podkreślając, że działania odznaczonych to „wzór do naśladowania dla wszystkich formacji, biorących udział w akcji powodziowej”.

my mogli sobie dla świętego spokoju powtarzać, że przecież próbowaliśmy. Koniec roku już niedługo, a od stycznia na nowo będzie można zając się wymyślaniem ciekawych postanowień. Spokojnie – nie jesteśmy w tym osamotnieni. AGATA BEDNARCZYK

CAŁA POLSKA przypomniała sobie Cud nad Wisłą, czyli bitwę warszawską, stoczoną w dniach 1225 sierpnia 1920 r. w czasie wojny polsko-bolszewickiej. Bitwa ta ocaliła odzyskaną polską niepodległość i była jedną z trzech najważniejszych bitew XX wieku w dziejach świata; gdyż dzięki niej wojsko polskie na czele z marszałkiem Józefem Piłsudskim zatrzymało i zwyciężyło milionową nawałę Armii Czerwonej, ratując nie tylko Polskę, ale i całą Europę przed sowieckim totalitaryzmem. SEJMOWA KOMISJA Kultury i Środków Przekazu przyjęła 23 września tekst uchwały w sprawie ustanowienia roku 2011 Rokiem Czesława Miłosza. Podczas obrad o całkowite odrzucenie projektu uchwały wnioskowała posłanka

PiS Anna Sobecka, argumentując, że „Miłosz obrażał Polaków”. Rok 2011 ma zostać ogłoszony Rokiem Czesława Miłosza z okazji przypadającej 30 czerwca przyszłego roku 100. rocznicy urodzin poety. W WIEKU 66 LAT w Warszawie zmarł Jarosław Kukulski, kompozytor, autor m.in. takich przebojów, jak Tyle słońca w całym mieście czy Najtrudniejszy pierwszy krok. W latach 60. Kukulski był liderem grupy „Waganci”. Jej solistką w 1969 roku została Anna Jantar, która później została jego żoną i dla której napisał wiele przebojów. Po jej tragicznej śmierci pisał piosenki dla innych znanych piosenkarek, m.in. dla Haliny Frąckowiak, Ireny Jarockiej, Eleni oraz swojej córki Natalii. ZUZANA KOHÚTKOVÁ 5


„Słownik polsko@polski”

od kuchni W niedzielne wrześniowe popołudnie przed gmachem Telewizji Polskiej we Wrocławiu czeka na nas Dariusz Dyner – producent i współtwórca programu. Raz w miesiącu cała ekipa tworząca „Słownik polsko@polski” spotyka się, by nagrać kolejne cztery odcinki. Program tworzy około 30 osób. By wejść do studia na nagranie, potrzebują ok. 10 dni. W tym czasie osoby odpowiedzialne przygotowują stronę merytoryczną, czyli zajmują się wyszukiwaniem cytatów, artykułów prasowych, tekstów i komentarzy dostępnych w sieci. Zawarte w nich błędy komentuje prof. Jan Miodek. „Przed programem przedstawiamy te przykłady panu profesorowi i on praktycznie wszystko akceptuje, bowiem dla niego nie ma trudnych pytań“ – mówi Dariusz Dyner. W studiu, gdzie za niespełna godzinę odbędzie się nagranie, panuje ruch. Kamerzyści i specjaliści od oświetlenia przymierzają się do realizacji programu. Monitory rejestrują każdy ruch. W drzwiach pojawia się prowadząca program Agata Dzikow-

„S

łownik polsko@polski” to program emitowany na antenie Telewizji „Polonia”, w którym profesor Jan Miodek omawia zagadnienia, dotyczące zawiłości językowych. Za pośrednictwem komunikatora Skype pytania mogą zadawać widzowie z różnych krańców świata. Będąc we Wrocławiu, postanowiliśmy odwiedzić tamtejszą telewizję, by zobaczyć, jak powstaje program, cieszący się olbrzymią popularnością również na Słowacji. ska. Dźwiękowiec przymocowuje jej mikroport, a stylistka z lakierem do włosów poprawia fryzurę. Biurko, za którym zasiądzie profesor Miodek jest już przygotowane. Na nim słowniki i kilka egzemplarzy książki pt. „Słownik polsko@polski z Miodkiem“ (pozycja ta to zapis rozmów profesora J. Miodka o polszczyźnie, prowadzonych z widzami). Publikacja jest nagrodą dla jednego z widzów, który, zdaniem profesora, zada najciekawsze pytanie. Opuszczamy studio, by udać się na pierwsze piętro, gdzie znajduje się centrum realizacji programu. Po drodze na korytarzu spotykamy profesora Miodka, który właśnie przybył na nagranie, a który swoim pogodnym nastrojem zaraża wszystkich dookoła. W reżyserce na piętrze znajduje się kilka komputerów i szereg monitorów, które obsługują specjaliści pod okiem reżysera i współautora programu Witolda Świętnickiego. W jego towarzystwie zwiedzamy to pomieszczenie oraz pokój dźwiękowców,

6

MONITOR POLONIJNY


sku. Prowadząca program Agata Dzikowska zapytała go, czy ma polskie korzenie, a on odpowiedział, że żadnego korzenia nie ma. „Ta odpowiedź tak rozbawiała profesora i Agatę, że musieliśmy przerwać nagranie i przeprosić rozmówcę“ – wspomina reżyser. Z kolei Darek Dyner dodaje, że któregoś razu przez Skype’a połączył się pewien mężczyzna, który siedział przed kamerą roznegliżowany, co później wyjaśniał roztargnieniem. W reżyserce czekają przed komputerami fachowcy, którzy obsługują dzwoniących do programu widzów. „Na 15 godzinę mamy dziś umówionych pierwszych skypowiczów: z Ukrainy, Norwegii, Grecji, Portugalii“ – informuje nas Dariusz Dyner. Przed rozpoczęciem nagrania ostatnie próby: czy jest dobra słyszalność, czy dana osoba jest dobrze oświetlona, czy będzie dobrze widoczna na ekranie. „To swego rodzaju casting – wyjaśnia D. Dyner. – Na kilka dni przed nagraniem łączę się z osobami przez Skype’a, rozmawiam i widzę, czy PAŹDZIERNIK 2010

dobrze się wysławiają, jakie mają pytania, czy potrafią je wyartykułować, czy po prostu nadają się do tego, by wystąpić w programie“. Od września „Słownik polsko@polski” jest również na Facebooku, za pośrednictwem którego zapraszane są osoby do udziału w programie. „Po tygodniu naszej obecności na Facebooku ponad 400 osób dodało nasz program do ulubionych, w tym również minister Radek Sikorski!“ – uśmiecha się mój rozmówca. W towarzystwie reżysera Witolda Świętnickiego udajemy się ponownie do studia na parterze budynku, gdzie za chwilę rozpocznie się nagranie. Po drodze rozmawiamy o urozmaiceniach, jakie twórcy programu wprowadzili w nowym sezonie, czyli o sondzie ulicznej, przeprowadzanej wśród mieszkańców różnych miast Polski, a dotyczącej problematycznych zagadnień języka polskiego, które potem omawia profesor Miodek. Przy okazji dowiaduję się, że Witold Świętnicki reżyseruje „ZOO story“, czyli program z wrocławskiego ogrodu zoologicznego, emitowany przez TVP 2, oraz „Skarby nieodkryte“, kręcony dla TV Polonia. „Te programy to odrobina misji w morzu komercji“ – twierdzi mój rozmówca. W studio wszyscy są już na swoich miejscach: prowadząca program rozpoczyna nagranie, witając widzów oraz profesora Miodka. Do programu dzwonią kolejni widzowie, profesor bez tremy, bez chwili wahania odpowiada na kolejne pytania, których treści nie zna przed rozpoczęciem realizacji zapisu. W pewnym momencie na ekranie pojawia się zdjęcie, nadesłane przez widza, które profesor próbuje rozszyfrować. Okazuje się, że to napis w języku czeskim: Směsný odpad. Realizatorzy, widząc zdziwienie profesora, przerywają nagranie, proponu-

ZDJĘCIA: STANO STEHLIK

w którym króluje Artur Kuczkowski – jeden z najlepszych w swej branży, biorący też udział w realizacji znanych seriali telewizyjnych, jak „Tancerze“ czy „Kiepscy“. „To drugi sezon programu Słownik polsko@polski – mówi Witold Świętnicki. – Najtrudniejszy był pierwszy odcinek, ale teraz, jak pani widzi, nikt tu nerwowo nie reaguje, wszystko idzie zgodnie z planem“. Przyznaje też, że zdarzały się „wpadki“. Jedną z nich zaliczyli, kiedy podczas nagrania programu zadzwonił pewien Chińczyk z Ameryki, pasjonujący się muzyką Chopina i mówiący po pol-

jąc wycofanie tej części, ale profesor zwraca się do nas, by się upewnić, czy dobrze rozszyfrował napis na praskim kontenerze na śmieci, i od razu opowiada anegdotę, dotyczącą lapsusów między językiem czeskim i polskim. „Nie wycofujmy tego, niech zostanie. Widocznie ktoś chciał nas rozbawić napisem, sfotografowanym w Pradze“ – mówi profesor Miodek.

Kiedy kończy się nagranie pierwszego odcinka, następuje półgodzinna przerwa, którą wykorzystujemy, by przeprowadzić wywiad z profesorem. Nasza obecność przywołuje jego wspomnienia z pobytu w Bratysławie, gdzie w latach 70-tych uczył się słowackiego. Podczas rozmowy podchodzi zatroskany reżyser, który przypomina, że niebawem nagranie kolejnego odcinka. „Tylko zmienię krawat i zaraz jestem gotowy“ – uspakaja reżysera profesor. Za chwilę rozpocznie się rejestracja kolejnego odcinka „Słownika polsko@polskiego”. W studio pojawia się gospodyni programu Agata Dzikowska w pięknej marynarce malinowego koloru. Dźwiękowcy przypinają mikroporty… Kamery ustawione. Kolejne magiczne spotkanie z polszczyzną czas zacząć… MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA Wrocław

7


Profesor Jan Miodek: „Uprawiam

patriotyzm mrożkowsko-gombrowiczowski“

W programie „Słownik polsko@polski” analizuje Pan błędy, które popełniają Polacy. To swego rodzaju walka z zaśmiecaniem języka polskiego, którego poziom jest często odzwierciedleniem tego, co widzimy i słyszymy w mediach. Czy ta walka jest wyrównana? Z moim nazwiskiem łączone są epitety militarne, choć ja nie walczę, tylko odsłaniam wewnętrzne mechanizmy językowe, które doprowadzają ludzi do jakichś rozterek poprawnościowych. Od początku mojej pracy zawodowej uprawiam szeroko pojętą kulturę języka. W zakresie faktów gramatycznych nie walczę i nawet jeśli ktoś mówi poszłem czy wyszłem, to ja go oczywiście nakieruję na formy poprawne: poszedłem, wyszedłem, ale robię to beznamiętnie. Są jednak wypowiedzi, do których ustosunkowuje się Pan krytycznie. Jeśli człowiek prominentny, z wyższym wykształceniem, człowiek publiczny, który występuje przed kamerami telewizyjnymi czy mówi do mikrofonu, posługuje się konstrukcjami typu: mnie to wisi albo wkurzam się czy kogoś opierdzieliłem, to jasną jest rzeczą, że mnie to razi. Które modne zwroty zaskoczyły Pana ostatnio? Ludzie ulegają modzie językowej zupełnie bezkrytycznie. Pewne formy traktują jak przepustkę do wyższego językowego stylu. Przysłuchując się wypowiedzi pewnego reżysera, zauważyłem, że spontanicznie chciał opowiadać o przedstawieniu teatralnym, ale potem poprawił się i użył okreslenia spektakl. Tak, dziś już nie ma widowisk czy przedstawień, ale musi być spektakl! Albo słyszę, że ktoś komuś nie oddał stu złotych, ale potem ta osoba poprawia się i używa modnego sformułowania: na dzień dzisiejszy mu sto złotych nie 8

W

przerwie między nagraniami kolejnych odcinków programu telewizyjnego „Słownik polsko@polski” udało mi się przeprowadzić wywiad z profesorem Janem Miodkiem, autorytetem z zakresu poprawności językowej w Polsce, dyrektorem Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego, członkiem Rady Języka Polskiego i członkiem Komitetu Językoznawstwa Polskiej Akademii Nauk. Rozmowa dotyczyła oczywiście języka, ale nie zabrakło w niej też sentymentalnej wycieczki w czasie – do Bratysławy, gdzie na początku lat 70. profesor Miodek spędził miesiąc, ucząc się języka słowackiego. oddał, co jest nonsensem językowym. Albo, podsumowując jakąś dyskusję, prowadzący mówi: My tego tematu nie rozwiążemy, zastępując słowo problem modnym tematem. A przecież temat można poruszyć, zaś rozwiązuje się problemy! Czy Pańskie oceny dotyczą również wypowiedzi polityków? Dziennikarze w Polsce bardzo chętnie by ze mną o tym rozmawiali. Powtarzam jak mantrę, że pod względem gramatycznym na ogół nie mam nic do zarzucenia politykom, choć zdarzają się wpadki typu: chodzom, robiom, słyszom. Jak każdy przeciętny Polak ubolewam nad znacznym stopniem agresji w języku, którego używają politycy. Niektórzy mnie pocieszają, że obrady w parlamencie ukraińskim czy włoskim są jeszcze bardziej burzliwe. Czy Polacy, w porównaniu z innymi narodami, dbają o czystość swojego języka? To jest psychologia społeczna. Narody, których historia jest sielanką, z reguły mniej się przejmują językiem, są bardziej otwarte na obce

złoża leksykalne. Natomiast te narody, których historia doświadczała, mają w sobie odruch nieufności względem innych narodów, w tym nieufności językowej i przeciętny przedstawiciel takiego narodu jest skłonny twierdzić, że konstrukcja rodzima jest zawsze lepsza od obcej. Ale czy zawsze tak jest? Sprawozdawcom sportowym mówię, że jak powiedzą dziesięć razy róg, a za jedenastym razem korner, nic złego się nie stanie. Terminologia piłkarska rodziła się w Anglii i szanujący się kibic powinien ją znać. Chodzi tylko o to, żeby znaleźć odpowiednie proporcje. Dziesięć razy możemy użyć określenia spalony, a za jedenastym razem offside. Gdyby sprawozdawca sportowy podczas całego meczu mówił tylko o offsidzie byłoby to nieznośne, snobistyczne. Moim studentom też mówię, by nie liczyli na to, że będę mówił tylko o liczbie pojedynczej czy mnogiej, o rodzaju męskim i żeńskim, czasem powiem o singularis i pluralis, masculinum i femininum, bo co to za filolog polski, czeski czy słowacki, który nie wie, co to jest femininum!

„Jeśli człowiek prominentny (…) posługuje się konstrukcjami typu: mnie to wisi albo wkurzam się czy kogoś opierdzieliłem, to jasną jest rzeczą, że mnie to razi“. MONITOR POLONIJNY


A jak Pan ocenia Polaków mieszkających za granicą, jeśli chodzi o ich dbałość o zachowanie czystości języka? Czasami wychodzą ludzkie słabostki – zdarzają się bowiem tacy, którzy po miesiącu pobytu za granicą, pytają, wskazując na lampę, jak to się nazywa. Jest to groteskowe i snobistyczne. Nie można zapomnieć ojczystego języka. Tak jak nawet po 50 latach przerwy ten, kto nauczył się jeździć na rowerze, będzie na nim jeździł. Ale spotkałem w Stanach Zjednoczonych czy w Kanadzie osoby, które ostatni raz były w Polsce w 1935 roku i nigdy nie było im dane do niej wrócić, a które mówią po polsku jak pani, jak ja.

Z jakim najdziwniejszym pytaniem Pan się spotkał? Wie pani, one mnie wszystkie jakoś dziwią. Dziwi mnie to, że ludzie nagle mogą się zastanawiać nad czymś, co dla mnie jest przezroczyste i oczywiste. Mnie to rozczula, bo okazuje się, że mamy do czynienia z ludźmi o bardzo wysokiej kulturze języka. Dlaczego? Już przed wojną znany językoznawca Stanisław Szober powiedział: „Kultura języka zaczyna się w tym momencie, gdy w rozpędzeniu dnia codziennego jesteśmy w stanie się zatrzymać na moment i zastanowić, dlaczego ja tak mówię?”.

W programie „Słownik polsko@polski” z pytaniami do Pana zgłaszają się Polacy z Polski i z zagranicy. Którzy są lepszymi obserwatorami? Nie da się tego jednoznacznie ocenić. Ci w Polsce czasami szukają dziury w całym, upominają się o logiczność jakiejś konstrukcji, natomiast ci z zagranicy widzą problem natury stylistycznej czy gramatycznej.

Przeczytałam w Internecie, że profesor Miodek to autorytet i skarb narodowy. Co Pan na to? O Boże! Kiedy jadę ze znajomymi samochodem, mówią czasami, że muszą uważać, bo wiozą skarb narodowy. Odbieram to w kategoriach żartu, ale bardzo miłego żartu, co się tu będę krygował przed panią. Ale to zobowiązuje.

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

Jakiej udzieliłby Pan wskazówki nam, Polakom mieszkającym na Słowacji, jak zachować czystość języka polskiego w zderzeniu z drugim językiem słowiańskim?

„Nie można zapomnieć ojczystego języka. Tak jak nawet po 50 latach przerwy, ten, kto nauczył się jeździć na rowerze, będzie na nim jeździł“.

Mogę pani powiedzieć, że umiejętność płynnego mówienia po rosyjsku straciłem przez Słowaków! W 1971 roku pojechałem do Bratysławy na miesięczny kurs Studia Academica Slovaca. Uczyli się tej slovenčiny Kanadyjczycy, Japończycy i inni. Po dwóch tygodniach moi słowaccy przyjaciele stwierdzili, że ja mówię jakimś trzecim, czy czwartym tworem słowiańskim, który nie jest ani polszczyzną, ani slovenčiną, ani češtiną. Co gorsza, później we wrześniu miałem studentów ze Związku Radzieckiego i moja płynna rosyjskość w języku nagle się skończyła. Po miesiącu pobytu w Słowacji miałem ochotę do nich gadać z czeska, ze słowacka. To paradoksalne, ale wam jest trudniej zachować czystość języka niż komuś w Kanadzie czy w Stanach Zjednoczonych.

PAŹDZIERNIK 2010

Z pewnością są też osoby, które w Pańskiej obecności czują się stremowane. Tak. I mnie to zawsze peszy, bo to jest taka mantra obyczajowa. Czasami ktoś mnie wypatrzy podczas konferencji i twierdzi, że nic więcej nie powie, ponieważ na sali jest Miodek. To taka kokieteria towarzyska. Ja to w pewnym sensie rozumiem, bo pamiętam, że, kiedy w pokoju przebywał któryś z moich dawnych nauczycieli, to nie miałem odwagi rozpocząć egzaminu i robiłem wszystko, żeby on sobie poszedł. Inaczej prowadzi się egzamin w obecności własnego ucznia, a inaczej w obecności własnego nauczyciela.

9


Czy jest dziś ktoś taki, w czyjej obecności czuje się Pan stremowany? W obecności syna, kiedy mam mówić po niemiecku. Byłem jego pierwszym nauczycielem niemieckiego, mówię w tym języku nieźle, ale ja jestem tylko polonistą, a on tę germanistykę skończył i nie ulega wątpliwości, że mówi ode mnie sto razy lepiej i brutalnie mi wytyka błędy. W jego obecności milczę i proszę, by mi tłumaczył. W latach 70-tych przez jakiś czas mieszkał Pan w Niemczech. Potrafiłby Pan sobie wyobrazić, że mieszka za granicą na stałe? Pobyt w Niemczech był gościnnym pobytem. Nie, raczej nie potrafię sobie wyobrazić siebie na stałe za granicą. Walę w tę Polskę jak w bęben, denerwuje mnie, jestem bardzo krytyczny wobec Polski, wobec rodaków, uprawiam patriotyzm mrożkowsko-gombrowiczowski. Nie znoszę zadęcia bogoojczyźnianego, ale kocham tę Polskę! Mam takie uczucie, które Niemcy nazywają Haßliebe (niemieckie słowo, oznaczające jednoczesną miłość i nienawiść – przyp. od red.), czyli takiej nienawiściomiłości. Nie mógłbym bez tej Polski żyć! MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA Wrocław

„Nie znoszę zadęcia bogoojczyźnianego, ale kocham tę Polskę! Mam takie uczucie, które Niemcy nazywają Haßliebe, czyli takiej nienawiściomiłości. Nie mógłbym bez tej Polski żyć!“

List do Fundacji „Semper Polonia”

K

lub Polski wystosował do Marka Hauszylda, prezesa Zarządu Fundacji „Semper Polonia”, list z prośbą o ponowne rozpatrzenie kryteriów przyznawania stypendiów dla studentów polskiego pochodzenia zamieszkałych na Słowacji, bowiem na rok akademicki 2010/2011 Słowacja nie została objęta programem stypendialnym, który przez wiele lat pozwalał na korzystanie z tego typu wsparcia dla młodych przedstawicieli Polonii w ich kraju zamieszkania. Jak się dowiedzieliśmy, w semestrze letnim roku akademickiego 2009/2010 takie stypendia otrzymywało ośmioro studentów, przedstawicieli naszej Polonii. W tym roku nie zostali oni objęci pomocą stypendialną ze strony Fundacji „Semper Polonia”. Działacze Klubu Polskiego, zwracając się o ponowne rozpatrzenie kryteriów przyznawania stypendiów na Słowacji, argumentowali tę potrzebę w taki oto sposób: „Ta forma pomocy dla wielu z nich była wsparciem w trudnej sytuacji rodzinnej, co pozwalało tym młodym ludziom na podjęcie i niejednokrotnie kontynuację kształcenia na wy-

ższej uczelni. Była to również namacalna więź z krajem ojczystym ich przodków – w ten szlachetny sposób państwo polskie podkreślało ich pochodzenie, opiekując się nimi. Dla działaczy organizacji polonijnej, takiej jak Klub Polski, przyznawane stypendia stanowiły dodatkowy atut do stymulowania tych młodych ludzi w działalności na rzecz polskości i uaktywnienia w strukturach organizacji polonijnej. Wiemy, że Słowacja postrzegana jest jako kraj szybko rozwijający się, podobnie jak Polska, zwłaszcza, że należymy do elitarnego klubu, jakim jest Unia Europejska. Pragniemy zaznaczyć, iż pomimo tego standardy życia na Słowacji odbiegają od poziomu życia w starych krajach członkowskich UE, jak chociażby w sąsiedniej Austrii. Dlatego bylibyśmy wdzięczni, gdyby władze Fundacji zechciały ponownie rozpatrzyć sprawę przyznawania stypendiów studentom ze Słowacji, których w porównaniu z innymi krajami jest niewielu, tylko ośmiu, a dla których nierzadko ta forma pomocy może okazać się decydująca red o ich przyszłości“.

Po drugiej stronie klasztornego muru

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

U

10

roczy pobernardyński klasztor z XVII wieku na rozległym kieleckim wzgórzu Karczówka, gdzie słychać tylko ciszę... Brzmi romantycznie, prawda? Czy takie miejsce może tętnić życiem? Pewnie! Latem Karczówka gościła delegacje dosłownie z całej Europy, m.in. ze szwedzkiego Malmö, Paryża, Hamburga, włoskiego Morciano di Romagna, Warszawy, Bratysławy, Lwowa, Kijowa, Wilna, Grodna. Wymieniłam zaledwie część zakątków, z których pochodziła młodzież, którą miałam zaszczyt poznać na zjeździe,

zorganizowanym przez ks. rektora Jana Oleszkę. Od pierwszego momentu, kiedy ujrzałam księdza Jana, wiedziałam, że to naturalny autorytet. „Szczęść Boże“ – podałam mu rękę. „Strzałeczka, młoda!“ – odpowiedział. Na mojej twarzy zagościł uśmiech i wiedziałem, że nie będzie drętwo! Program zjazdu był starannie przygotowany, tak, byśmy zdążyli zwiedzić co ciekawsze miejsca, jak np. Kielce, Świętokrzyski Park Narodowy, klasztor pokamedulski w Rytwianach, Jasną Górę w Częstochowie, jaskiMONITOR POLONIJNY


ZDJĘCIE: DOMINIKA GREGUŠKOVÁ

Pomysł na prezent dla słowackich przyjaciół

J

Szkółka polonijna w Nitrze

Po

wakacyjnej przerwie dzieci ze szkółki polonijnej w Nitrze spotkały się 6 września, by rozpocząć nowy rok szkolny. Do ich licznego grona w tym roku dołączyła dwójka dzieci, których rodziców do Nitry sprowadziły obowiązki zawodowe. I tak oto nasza 14-osobowa grupa ponownie zasiadła w polonijnych ławach szkolnych, by zgłębiać znajomość języka polskiego. O tym, że zajęcia prowadzone są w sposób

przystępny i dostosowany do wieku dzieci i młodzieży, świadczy fakt, że nasi najmłodsi z utęsknieniem czekali na nowy rok szkolny. „To zupełnie inna forma nauczania niż w szkole słowackiej – komentowały podczas rozpoczęcia zajęć Wikinka i Magdalenka. – Jest czas na naukę, ale i na żarty, naukę w formie gier i zabaw“.

nię Raj, kopalnię Krzemionki, obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau, królewski zamek w Chęcinach... Niektórzy uczestnicy znali się już ze spotkań z poprzednich lat, ale byli też nowicjusze, tacy jak ja. Ksiądz Jan przygotował dla nas wszystkich warsztaty, na których całkiem sporo dowiedzieliśmy się o sobie. Zadawaliśmy sobie nawzajem pytania, dyskutowaliśmy.

PAŹDZIERNIK 2010

Zajęcia odbywają się w co drugą środę w Centrum Wolnego Czasu „Domino“ od 16.15 do 18.15. Wszystkim dzieciom życzymy dużo sukcesów w nowym roku szkolnym! DOMINIKA GREGUŠKOVÁ

Od razu było widać różnice miedzy nami – duże i fascynujące. Ale co ciekawe, one nas nie dzieliły, lecz łączyły. Wśród gości, którzy nas odwiedzili na Karczówce, był też burmistrz Kielc, od którego dostaliśmy zadanie: przedstawić państwo, w którym mieszkamy. Niektórzy zrobili to w formie teatrzyku, inni za pomocą piosenki lub opowiadania. Dzięki wizycie grupy dziennikarzy na kieleckich stronach „Gazety Wyborczej” pojawił się artykuł o nas – „młodych Polakach z całej Europy“! Tydzień spędzony na Karczówce

eśli chcemy obdarować naszych słowackich przyjaciół, mających małe dzieci, polską książką, podsuwamy pomysł: na półkach słowackich księgarni pojawiła się pozycja, zatytułowana „Psotny piesek“ (słowacki tytuł Nezbedný psíček) autorstwa Urszuli Kozłowskiej. Ta bogato ilustrowana książeczka (ilustracje: Monika Stolarczyk) z pewnością ucieszy najmłodszych czytelników, dla których lektura opowieści o psotnym piesku może stanowić ciekawą propozycję spędzenia wolnego czasu podczas długich jesiennych wieczorów. Książeczkę na język słowacki przetłumaczyła Táňa Pastorková. red

na długo pozostanie w naszych wspomnieniach. A zanim spotkamy się ponownie, możemy kontaktować się ze sobą przynajmniej wirtualne na Facebooku. Chcemy przejąć organizację zjazdów i już teraz planujemy poszerzenie grona uczestników, by w przyszłym roku odbyć podobne spotkanie na większą skalę. Tymczasem w imieniu tegorocznych zjazdowiczów bardzo serdecznie dziękujemy dotychczasowym organizatorom, wspaniałym księżom, za wszystko, co dla nas zrobili. LINDA RÁBEKOVÁ 11


Oldtimer Rallye Tatry P

od koniec sierpnia w rejonie przygranicznym Polski i Słowacji odbyła się wspaniała impreza – Międzynarodowe Zawody Zabytkowych Samochodów i Motocykli Oldtimer Rallye Tatry. Po raz trzeci weterani szos spotkali się w otoczeniu przepięknej tatrzańskiej przyrody, w najbardziej znanych i atrakcyjnych słowackich i polskich ośrodkach turystycznych. Przygotowano ciekawą trasę, obfite posiłki i bezpłatne wstępy do interesujących miejsc w miastach odpoczynku. Oldtimer Rallye Tatry 2010 to czterodniowy rajd historycznych samochodów i motocy-

Najstarsze modele samochodów uczestniczących w rajdzie

kli, należący do najbardziej ekskluzywnych Międzynarodowych Zawodów Zabytkowych Samochodów i Motocykli (jako część Słowackiego Pucharu Samochodów Zabytkowych). Znaczna część imprezy odbyła się na terenie Polski. Składała się ona właściwie z dwóch samodzielnych etapów. Dnia 19.08.2010 odbył się Oldtimer Rallye Tatry – Slovak race, a w dniach 20-22.08.2010 Oldtimer Rallye Tatry – International race. W obu zaprezentowano bardzo cenne ze względu na wartość historyczną samochody z Niemiec, Polski, Czech, Austrii i Słowacji. Początek rajdu miał miejsce na rynku w Liptovskim Mikulášu. Pierwszego dnia trasa prowadziła przez Liptov, z i do Liptovskiego Mikuláša. Kolejnego dnia uczestnicy rajdu wyruszyli z Liptovskiego Mikuláša, a ich

celem było Zakopane, gdzie wszystkich witał burmistrz Zakopanego Janusz Majcher. Ciekawym etapem rajdu był również etap, prowadzący z Zakopanego do Nowego Targu, gdzie tamtejszy burmistrz Marek Fryźlewicz podjął wszystkich uczestników uroczystym obiadem. Honorowy patronat nad rajdem sprawowali ambasador RP w Bratysławie Andrzej Krawczyk oraz Juraj Blanár – marszałek województwa żylińskiego, Wiesław Wojas – konsul honorowy RS w Polsce, Tadeusz Frąckowiak – konsul honorowy RP w Słowacji i burmistrzowie miast Wysokie Tatry, Zakopane, Nowy Targ. Podczas trwania rajdu ambasadora RP reprezentował Tadeusz Frąckowiak, który przeczytał list od niego, a następnie w jego imieniu podczas uroczystego podsumowania imprezy, mającego miejsce 22 sierpnia na rynku w Liptovskim Mikulášu, wręczył puchar zwycięzcom w głównej kategorii samochodów zabytkowych. jd

Gwiazdy polskiego i słowackiego hip-hopu na jednej scenie

P

iąty listopada 2010 to data, którą miłośnicy hiphopu już teraz powinni w szczególny sposób zaznaczyć w swoich kalendarzach. Właśnie wtedy w bratysławskim klubie „Babylon” na jednej scenie wystąpią przedstawiciele tego gatunku muzyki z Polski i Słowacji. „Na koncert zapraszamy fanów muzyki hip-hop z obu tych krajów” – mówi Daniel Kowal, pomysłodawca i organizator wydarzenia. – Naszym celem jest zbliżenie polskiej i słowackiej kultury hip-hopowej. Przekonanie polskich wykonawców do udziału w koncercie nie było trudne. Wręcz przeciwnie, ucieszyli się, że zostali zaproszeni na Słowację”. 12

Znad Wisły przyjadą niekwestionowani ulubieńcy polskiej publiczności, artyści o ugruntowanej pozycji – Doniu i poznańska grupa „52 (czyt. pięć – dwa) Dębiec”. Doniu, a właściwie Dominik Grabowski, jest weteranem polskiego hiphopu. Od debiutu w 1998 roku dał się poznać jako wszechstronny kompozytor, raper i producent. Dużą popularność zdobyły wyprodukowane przez niego i nagrane z grupą „Ascetoholix”

(której jest współzałożycielem) utwory Suczki, Na spidzie i Przestrzeń. Nie mniejszym uznaniem cieszyły się solowe dokonania Donia – w 2005 roku za płytę Monologimuzyka został uhonorowany Superjedynką. Uznano go też wtedy Artystą Roku. Z powodzeniem próbował sił jako kompozytor muzyki filmowej – stworzył zapadającą w pamięć ścieżkę dźwiękową do filmu „Czas surferów”. Wspierał też innych – nie tylko hip-hopowych – artystów, m.in. Gosię Andrzejewicz, Sylwię Grzeszczak, „Kombii” i „52 Dębiec”, która to grupa, przypomnijmy, również wystąpi w „Babylonie”. Równie ciekawi artyści

będą reprezentować Słowację. Na scenie pojawią się Denis Domaracký, czyli Moloch Vlavo (na słowackiej scenie hip-hopowej od 1997 roku, znany również z występów w grupie „Druha straná”), i DJ Hajtkovič. Jeszcze niepotwierdzony, ale bardzo prawdopodobny, jest występ artysty, znanego jako Rišo zo Žužulety. „Koncert rozpocznie się około godziny 20-tej od występów słowackich artystów. Po nich jako goście zaprezentują się polscy wykonawcy – mówi Daniel Kowal, który nie wyklucza, że któraś z piosenek zostanie wykonana wspólnie przez polskich i słowackich raperów. Listopadowy koncert może być począMONITOR POLONIJNY


Podsumowanie etapu do Zakopanego przeprowadził burmistrz Zakopanego Janusz Majcher w asyście konsulów honorowych – Wiesława Wojasa i Tadeusza Frąckowiaka.

Konkurs elegancji wygrał olbrzymi samochód prezydencki typu cadillac z Austrii. tkiem zakrojonej na szerszą skalę współpracy muzyków z Polski i Słowacji. „Dominik Grabowski (Doniu) i Denis Domaracký (Moloch Vlavo) jeszcze w tym roku wspólnie nagrają polsko-słowacką piosenkę. Teledysk do niej będzie kręcony w Bratysławie i Poznaniu” – zdradza Daniel Kowal. Na jaką frekwencję liczą organizatorzy? Daniel Kowal liczy się z tym, że „Babylon” nie będzie pękał w szwach, ale jest dobrej myśli.

„Sala mieści około tysiąca osób. Jeśli zostanie wypełniona w połowie, będzie to dla mnie sukces” – mówi. Podkreśla, że listopadowy koncert na pewno nie będzie ostatnim i nawet jeśli zainteresowanie nim nie spełni oczekiwań, kolejne próby będą podejmowane sukcesywnie w następnych latach. W planach jest zaproszenie artystów reprezentujących także inne nurty muzyczne. Bilety na koncert w „Babylonie” w cenie około 6 euro będzie można kupić na stronie sieci Ticketportal (www.ticketportal.sk; www.ticketportal.pl). KATARZYNA PIENIĄDZ

Świat bajek według Zdzisława Witwickiego

K

iedy powie się krasnal Hałabała albo wróbelek Elemelek, dzisiejsi dorośli rozmarzają się i zaczynają wspominać cudowne bajki i jeszcze cudowniejsze ilustracje do nich, które im upiększały dzieciństwo. Autor tych dwóch postaci i setek innych ilustracji do książek dla dzieci Zdzisław Witwicki pokazał we wrześniu wybór swoich prac w Instytucie Polskim. Pod koniec miesiąca wystawa została przeniesiona do Pieszczan. Zdzisław Witwicki spędził dzieciństwo w Kole nad Wartą, w malowniczym krajobrazie, co być może miało wpływ na jego twórczość. Już przed wojną ilustrował sobie sam lektury szkolne, a po wojnie zaczął studiować na ASP w Warszawie. Stąd trafił prosto do wydawnictwa „Nasza Księgarnia”, w którym pracował 34 lata. Ilustrował bajki i książki dla dzieci autorstwa polskich i zagranicznych pisarzy. Wśród nich były też wiersze Bolesława Leśmiana, Adama Mickiewicza i Juliusza Słowackiego. Według niektórych krytyków właśnie liryka odpowiada mu najbardziej, ale najwięcej wielbicieli mają na pewno jego krasnale, królewny, księżniczki i diabły. Wszystkie te ulubione postacie z literatury można zobaczyć na ponad osiemdziesięciu rysunkach, prezentowanych w ramach retrospektywnej wystawy ich autora. Między nimi są ilustracje zarówno z początku lat sześćdziesiątych, jak i lat późniejszych, a nawet stosunkowo

nowe prace, pochodzące z początku tego wieku, namalowane do różnych bajek, wierszy, kalendarzy dla dzieci i czasopisma „Świerszczyk”. Wszystkie wydają się wesołe, miłe, kolorowe, proste, a jednocześnie przemyślane. Ilustracje Witwickiego podobały się też słowackim dzieciom z kilku szkół podstawowych i kółek plastycznych, które przyszły do Instytutu Polskiego na warsztaty. Każde z nich wybrało sobie jeden obrazek i próbowało do niego dorysować ciąg dalszy. W ten sposób powstały bardzo ciekawe i pomysłowe kolaże, akwarele i rysunki. Zdjęcia z warsztatów można obejrzeć na stronie internetowej Instytutu (w części: Blog). Dlaczego Zdzisław Witwicki osiągnął taki sukces, a jego obrazki są lubiane już przez kilka generacji? Większość ludzi myśli, iż do tego, by tworzyć dla dzieci, trzeba posiadać dużą umiejętność wczucia się w duszę dziecka, należy wyczuć, co mu się podoba, a co nie. Zdzisław Witwicki jednak twierdzi, że to rodzice wybierają książki dla dzieci, więc trzeba się dopasować do ich gustu. Dziecko natomiast wymaga tylko rzetelności i tego, żeby rysunki trzymały się prawdy, tj. zgadzały się z tekstem. Zapraszamy więc na spotkanie z bajkowym światem dzieciństwa. Od 27 września do 24 października wystawa będzie prezentowana w Pieszczanach w Bibliotece Miejskiej. MILICA URBANÍKOVÁ

13


Polak w służbie Słowakom

P

ierwszy raz spotkaliśmy się ponad dziesięć lat temu w Lewoczy, jednak do dłuższej rozmowy doszło w sierpniu tego roku w Bratysławie w Karlovej Vsi, gdzie franciszkanie mają swoją siedzibę. Na ich czele stoi nasz rodak z Piwnicznej ojciec Lucjan Bogucki, który na Słowację przybył w 1993 roku, by niemalże od podstaw budować zakon franciszkanów w tym kraju.

„Po co ja tu przyjechałem?“ „Idź i zyskuj powołania na Słowacji“ – usłyszał ojciec Lucjan od swoich przełożonych w Polsce. W ten sposób 25 sierpnia 1993 roku znalazł się w Lewoczy. „Przywiózł mnie mój przełożony z Legnicy“ – wspomina. Klasztor w Lewoczy wtedy jeszcze był zajęty przez spółdzielnię inwalidów, dlatego nasz bohater zamieszkał w starym domku w sąsiedztwie Romów. „W Legnicy służyłem wśród 15 zakonników i 70 studentów, teraz znalazłem się sam jak palec w obcym kraju, w obcym mieście“ – opisuje. Do dziś pamięta pierwszy samotny wieczór i wyzwania, do których nie był przyzwyczajony: trzeba było napalić w piecu, zagrzać wodę do mycia, ugotować posiłek. „Przez pierwsze tygodnie zadawałem sobie pytanie: co ja najlepszego narobiłem? Po co ja tu przyjechałem?“.

Powołanie Od najmłodszych lat służył jako ministrant. „Miałem bardzo dobrych katechetów i od dzieciństwa zastanawiałem się, jakby to było, gdybym stanął za ołtarzem“ – wyznaje ojciec Lucjan. Już w trzeciej klasie szkoły podstawowej podjął decyzję, że po skończeniu podstawówki podejmie naukę w seminarium w Legnicy, które prowadzi zakon franciszkanów. Rodzina, czyli matka, ojciec, dwaj bracia i siostra, przyjęła jego decyzję ze zrozumieniem. Seminarium było twardą szkołą życia w trudnych latach 80tych, ale nie zniechęciło go to i wstąpił do zakonu. Nowicjat odbył w Kalwarii Pacławskiej, dwa lata pracował 14

w seminarium w Legnicy. Na początku lat 90-tych przyjechał do Czechosłowacji, gdzie po upadku komunizmu była widoczna potrzeba pomocy w odbudowywaniu wiary katolickiej i ta potrzeba, by służyć w tym kraju, zrodziła się w jego sercu.

Krok za krokiem Krok po kroku wykonywał swoją misję na Słowacji w asyście dwóch braci Słowaków. Po upadku komunizmu było sporo do zrobienia, by pozyskać przede wszystkim wiernych, księży oraz budynki, należące wcześniej do zakonu. Tak było również w przypadku klasztoru w Lewoczy. „Rozpoczęliśmy starania, by poprzez naciski wiernych na miejscowe władze odzyskać budynek, w którym znajdowały się warsztaty spółdzielni inwalidów, w których produkowano bezpieczniki“ – wspomina. Stary barokowy klasztor niszczał, dach przeciekał, a użytkownicy nie inwestowali w jego naprawę. Na moje pytanie o najszczęśliwszy dzień w życiu, ojciec Lucjan odpowiada: „Ten, w którym udało nam się odzyskać klasztor w Lewoczy. Pamiętam jak z pewnym onieśmieleniem pierwszy raz wchodziłem do tego budynku“. Ten przełomowy moment nastąpił po półtorarocznych staraniach. Potem rozpoczął się remont klasztoru, podczas

którego ojciec Lucjan pracował jako pomocnik murarzy. W sumie na Spiszu franciszkanie mieli cztery klasztory i wszystkie wróciły w ich posiadanie.

W służbie Słowakom Na Słowację ojciec Lucjan przybył, by służyć Słowakom, więc od początku pobierał lekcje słowackiego, choć, jak sam twierdzi, najwięcej nauczył się poprzez kontakt z młodzieżą. Już tydzień po przybyciu stanął przed wiernymi, by wygłosić swoje pierwsze kazanie w języku słowackim. Z początku były to kazania „z kartki“, ale potem kierował się wewnętrzną potrzebą serca. „Łamanym słowackim przemawiałem do wiernych, ale oni to przyjmowali ze zrozumieniem“ – ocenia i dodaje, że zawsze spotykał się z ciepłym przyjęciem, kiedy wierni dowiadywali się, że przybył z Polski.

Rozwój W Bratysławie sytuacja franciszkanów była zupełnie inna niż na Spiszu, bowiem tu nie posiadali oni żadnego swojego budynku. Dlatego też w 1995 roku arcybiskup Sokol zaproponował zbudowanie kościoła w dzielnicy Karlová Ves. Ojciec Lucjan przybył do słowackiej stolicy w 2003 roku, kiedy MONITOR POLONIJNY


Prełomowy rok 1932

J

ZDJĘCIE: STANO STEHLIK

esienią 1929 roku świat stanął przed wielkim wyzwaniem. Rozpoczął się światowy kryzys gospodarczy. Do dzisiaj historycy i ekonomiści analizują, dyskutują i starają się opisać mechanizmy zjawiska, które rozpoczęło się 24 października 1929 roku na giełdzie nowojorskiej.

na Słowacji powstała wiceprowincja zakonu (wcześniej słowaccy franciszkanie mieli zwierzchników z prowincji krakowskiej), i stał się jej pierwszym przełożonym, nazywanym w języku zakonnym kustoszem. Przez lata zdobywał nowe powołania i w ten sposób liczba zakonników wzrosła z trzech do 28 braci, z czego ośmiu to Polacy, pozostali zaś są Słowakami. Na moje pytanie, czy to sukces, że na czele słowackiego zakonu stoi Polak, ojciec Lucjan skromnie odpowiada, że sukcesem jest to, że dzięki braciom w Polsce udało się wybudować struktury zakonne na Słowacji. Cieszy go również fakt, że dzięki wspólnej pracy powołali wspólnotę w Albanii, gdzie z misją ruszyli dwaj bracia Słowacy i jeden Polak. Kiedy mojego rozmówcę pytam o najbliższe plany, odpowiada, że przygotowuje się do przekazania w przyszłym roku zarządzania wiceprowincją godnemu następcy. Widząc moje zdziwienie, szybko wyjaśnia, że to naturalna kolej rzeczy. „Zarządzam tu drugą kadencję, ale to nie jest pozycja na stałe – wyjaśnia. – To mój następca zdecyduje o moim losie, a ja stanę się szeregowym zakonnikiem. Teraz ja oczekuję, że bracia będą mnie słuchać, potem to ja będę musiał się podporządkować zwierzchnikowi“. MAŁGORZATA WOJCIESZYŃSKA PAŹDZIERNIK 2010

Świat ze zdumieniem i niedowierzaniem przyglądał się fali bankructw, inflacji, kryzysowi nadprodukcji, masowemu bezrobociu. Kryzys trwał kilka lat – skończył się dopiero w latach 1933-1934 roku. Jego konsekwencje były jednak ogromne. Polityka się zradykalizowała. Wszędzie znaczenia nabierały ruchy niepogodzonych z rzeczywistością, dążących do rozbicia istniejących układów politycznych, marzących o budowie „nowego ładu”. Dramatyczna sytuacja gospodarcza sprzyjała takim tendencjom, zmuszając niejako do poszukiwań lepszych rozwiązań. Czechosłowacja nie była wyjątkiem. Kryzys ekonomiczny i bezrobocie spowodowały z jednej strony wzrost siły i znaczenia komunistów, z drugiej zaś wzrost separatyzmu Niemców sudeckich, którzy odczuwali niesprawiedliwe ich traktowanie przy zwalnianiu z pracy, rozdzielaniu pomocy publicznej i oskarżali Pragę o transfer pieniędzy z ich podatków na ziemie czeskie. Nastrój rozgoryczenia silny był również na Słowacji. W sytuacji kryzysu nierównowaga czesko-słowacka była odczuwana ze wzmożoną wrażliwością, a każda niezręczność czeskich urzędników na Słowacji odbierana jako próba świadomej czechizacji. Sprzyjała temu państwowa ideologia „narodu czechosłowackiego”, którą wielu Słowaków traktowało jako próbę wynarodowienia. Oczywiście nie wszyscy Słowacy widzieli rozwiązanie problemów w zwiększeniu odrębności narodowej i w walce o autonomię. Spora grupa utożsamiała się z nowym państwem czechosłowackim i doceniała awans cywilizacyjny kraju w nowych realiach. Pewna

WAŻKIE WYDARZENIA W D Z I E JA C H S Ł OWA C J I część widziała dla siebie osobiście atrakcyjną drogę kariery w czechosłowackiej administracji państwowej i ceniła sobie możność przeniesienia się do stolicy. Na Słowacji nazywano ich z przekąsem „praskimi Słowakami”. W czerwcu 1932 roku do Trenčianskich Teplic zwołano Zjazd Młodej Inteligencji Słowackiej. Przyjechało około 400 osób, co można ocenić jako sukces, zwłaszcza, że reprezentowani tam byli przedstawiciele wszystkich środowisk politycznych: socjaldemokraci, agraryści, narodowcy (národniari) i ludacy od księdza Hlinki, komunistów reprezentowali Vladimír Clementis i Ladislav Novomeský. Spodziewano się, że zjazd stanie się jedną wielką kłótnią polityczną, tymczasem, ku zaskoczeniu, zakończył się zgodnym wezwaniem do… słowackiej autonomii. W październiku w Zwoleniu odbyły się jednocześnie zjazdy narodowców i ludaków, na których zdecydowano o zjednoczeniu obu partii. Rezolucja zjazdowa głosiła: „Chcemy być narodem nie tylko wyzwolonym, ale i wolnym. Przez wieki byliśmy Słowakami i chcemy nimi być w przyszłości. Ogłaszamy, że nie uznajemy narodu czechosłowackiego, ponieważ czechosłowacki naród nie istnieje”. Zjazd żądał też, aby Słowacy reprezentowani byli w administracji państwowej proporcjonalnie do swojej liczebności oraz by państwo zaprzestało walki z religią. W pełny i wyraźny sposób program autonomii dla Słowacji i walki z praskim 15


centralizmem sformułowany został na zjeździe w Trenczynie, który odbył się w dniach 28-29 grudnia. Autonomiści i reprezentacja polityczna Słowaków niezadowolonych z czechosłowackiej rzeczywistości stali się ważną siłą polityczną w kraju (a nie można, przecież, zapominać, że największą partią polityczną w państwie była partia mniejszości niemieckiej). Symbolem ich znaczenia było to, że jedynie dzięki poparciu ludaków Edvard Beneš mógł w 1935 roku zostać wybrany na prezydenta (posłowie niemieccy byli przeciwko i gdyby ludacy nie zagłosowali na niego, nie zostałby wybrany). Wielką konfrontacją centralistów i autonomistów były uroczystości na cześć Pribiny, władcy księstwa nitrzańskiego od około 825 roku, wygnanego w roku 833 przez Mojmíra, twórcę Państwa Wielkomorawskiego. Pribina zbudował kilka kościołów, m.in. konsekrowany w roku 828 przez biskupa z Salzburga kościół w Nitrze, który jest najstarszym kościołem na terenie całej Słowiańszczyzny i jest dumą Słowaków. Dowodzi także wysokiego poziomu kultury i przynależności do świata chrześcijańskiego ludności Nitry przed przybyciem Węgrów. Uroczystości, które miały miejsce właśnie w Nitrze w dniach od 13 do 15 sierpnia 1933 roku (jako gość honorowy uczestniczył w nich ówczesny prymas Polski kardynał Hlond), przygotowywane były przez trzy lata i miały być największą demonstracją słowackiej tożsamości. Zarówno rząd w Pradze, jak i partia Hlinki mobilizowały swoich zwolenników. Do Nitry przybyli premier, przewodniczący parlamentu, kilku ministrów oraz tysiące czechosłowackich Sokołów. Do małej konfrontacji doszło jeszcze przed rozpoczęciem uroczystości, podczas spotkania dwóch, zdążających na uroczystości pochodów: jeden prowadził ks. Hlinka, drugi poseł agrarysta Juraj Slávik, szef nitrzańskiego Sokoła. Slávik, miał powiedzieć: „Ja reprezentuję tutaj państwo”, na co Hlinka krzyknął w stronę tłumu: „Tak, ty reprezentu16

jesz władzę państwową, ale ja reprezentuję naród”. W obawie przed niepokojami społecznymi władze zakazały Hlince wystąpienia publicznego (mógł jedynie wystąpić w sali urzędu wojewódzkiego, do której wstęp był ograniczony – tylko z zaproszeniami). Ale zebrany na łąkach koło zamku wielotysięczny tłum autonomistów skandował: „Chcemy Hlinki!”. Aby uroczystości nie zakończyły się fiaskiem, obecny na trybunie premier Czechosłowacji wydał zgodę na przemówienie Hlinki. Ten przemówił do rozentuzjazmowanego tłumu: „To jest nasz dzień i nasza historia. To my jesteśmy dziedzicami Pribiny, pierwszym chrześcijańskim narodem w Europie Środkowej”, a następnie odczytał rezolucję: „Chociaż republikę czecho-słowacką traktujemy jako jedyną akceptowaną przez nas formę naszej państwowości […] domagamy się, aby zarządzanie sprawami suwerennego narodu słowackiego w wyzwolonej Słowacji (czytaj: wyzwolonej od Węgrów) powierzone było Słowakom, co się nam słusznie należy i co było obiecane w umowie z Pittsburga”. Walka o autonomię Słowacji była w latach 30. drugim co do znaczenia problemem – po Niemcach sudeckich – w życiu politycznym Czechosłowacji. Andrej Hlinka, twórca ruchu autonomii Słowacji, którego nazwiskiem została ochrzczona cała formacja polityczna, zmarł 16 sierpnia 1938 roku. Kilka tygodni później doszło do sprowokowanego przez Niemców kryzysu państwa czechosłowackiego, zakończonego konferencją monachijską i przyłączeniem Sudetów do III Rzeszy w zachodniej części państwa oraz uzyskaniem autonomii przez Słowację w części wschodniej. Pół roku później powstało niezależne państwo słowackie (Prvá slovenská republika), niestety z woli i na żądanie Hitlera. Hlinka już nie żył, te wydarzenia związane są symbolicznie z jego następcą – księdzem Jozefem Tiso. Ale o tym w następnym numerze. ANDRZEJ KRAWCZYK

Polskie Davos

ma ju˝ 20 lat

Ch

odzi oczywiście o Forum Ekonomiczne w Krynicy, które właśnie tak często nazywają gazety europejskie. W tym roku Forum odbyło się po raz dwudziesty i jak na jubileuszowe przystało, było największe. Do Krynicy przybyło 2350 gości, którzy brali udział w 130 dyskusjach panelowych i 5 sesjach plenarnych. Jak zwykle było to przede wszystkim spotkanie polityków i biznesmanów, ale nie zabrakło też wybitnych ekonomistów, publicystów, a nawet przedstawicieli sztuki i sportu. Tematyka XX Forum Ekonomicznego została bowiem wzbogacona. Obok tradycyjnych paneli nt. makroekonomii, zarządzania, energetyki oraz spraw międzynarodowych i unijnych pojawiły się nowe m.in. o ochronie zdrowia publicznego i piłki nożnej (Euro 2012 już blisko). Na tegorocznym Forum dominowała tematyka unijna, związana przede wszystkim z traktatem lizbońskim. Pierwsza sesja plenarna też temu była poświęcona. Na temat „Europa po Lizbonie – strategie dla przyszłości” wypowiadali się m.in. przewodniczący Komisji Europejskiej M. Barroso i przewodniczący Parlamentu Europejskiego J. Buzek oraz prezydenci Polski – B. Komorowski i Estonii – T. Il-

Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, biorących udział w konkursach ogłaszanych na łamach „Monitora“.

MONITOR POLONIJNY


ves. W specjalnych panelach brali udział komisarze UE J. Lewandowski i M. Šefčovič, a także tak znamienici eksperci, jak M. Boni (szef Zespołu Doradców Strategicznych Premiera) i M. Monti. Manuel Barroso (laureat Nagrody XX FE, pierwszy spoza EŚW) przekonywał przede wszystkim do reform i jedności europejskiej, mówiąc m.in. iż razem możemy pokonać kryzys, ale osobno możemy tylko utonąć. Z kryzysu – jego zdaniem – trzeba wyciągać praktyczne wnioski. To się właściwie już robi, bo przecież wcześniej nie można było nawet mówić o paneuropejskim nadzorze finansowym, a teraz już są zapowiedziane przeglądy budżetów poszczególnych krajów UE przez organy unijne. Dzięki temu uniknie się kryzysów podobnych do greckiego. Jednocześnie Jerzy Buzek (wielokrotny uczestnik krynickiego Forum) dodawał, że Unia Europejska musi działać sprawniej i odpowiadać na oczekiwania obywateli. Natomiast Mario Monti (włoski profesor ekonomii i doradca KE) stwierdził, że UE będzie drugim światowym centrum biznesu, jeśli zdoła połączyć idee państwa socjalnego, unijnej polityki spójności i wyrównywania szans z zasadami wolnego rynku. W tym kontekście ważne było stwierdzenie prezydenta RP Bronisława Komorowskiego, który powiedział, że konieczne jest zachowanie równowagi pomiędzy impulsami innowacyjnymi, globalizacją i solidarnością energetyczną. Z zainteresowaniem przyjęto też wypowiedź Toomasa Ilvesa, prezydenta Estonii, bowiem właśnie w tym kraju wdrażane są niełatwe reformy i już od początku 2011 roku PAŻDZIERNIK 2010

znajdzie się on w strefie euro, a mimo tego ponad 54 % społeczeństwa popiera działania rządu. W Unii Europejskiej trwają już prace nad nową perspektywą finansową na lata 2014-2020, która ma wspierać europejską Strategię 2020. Jej realizacja ma doprowadzić do modernizacji i zwiększenia zdolności konkurencyjnej całej UE. Według G. Verheugena, b. wiceprzewodniczącego KE, kluczem do przyszłości gospodarki (i społeczeństwa) UE są innowacje. Powinna temu służyć unijna polityka innowacyjna, ale takiej nie ma, trzeba ją dopiero wypracować. Dlatego nic dziwnego, że w ramach krynickich dyskusji wiele uwagi poświęcono właśnie różnym aspektom innowacji. Najciekawsze były te, które dotyczyły energetyki (odnawialnych źródeł energii) oraz finansów. W tej ostatniej dziedzinie do największych problemów należy podział środków z przyszłego budżetu UE na infrastrukturę i innowacje. Rozstrzygnięcia w tym zakresie będą miały praktyczne znaczenie – nowe kraje członkowskie UE mogą otrzymywać mniej środków na projekty infrastrukturalne. Uczestniczący w debacie plenarnej J. Bauc, b. minister finansów RP, argumentował jednak, że wydatki na infrastrukturę i innowacje nie muszą być ze sobą sprzeczne. Nastąpi to w przypadku rozbudowy infrastruktury, która służy innowacjom. Tak należy traktować rozwój szerokopasmowego Internetu, telefonii bezprzewodowej, linii światłowodowych itp. Infrastruktura to nie tylko autostrady (chociaż bardzo potrzebne), ale również infostrady. W XXI wieku trudno sobie bez nich wyobrazić modernizację jakiegokolwiek europejskiego kraju – podkreślono w panelowych dyskusjach. Polska na Forum Ekonomicznym była bardzo widoczna. Nie tylko z racji gospodarza (goście przybyli z blisko 60 krajów świata, warto dodać, że w 1990 r. na I FE reprezentowane były tylko 4 państwa). Nasz kraj, zwła-

szcza jego gospodarkę doceniano głównie za to, że „nie traciliśmy czasu i z powodzeniem potrafiliśmy się znaleźć w warunkach trudnej konkurencji międzynarodowej”. Dobrze były też oceniane polskie perspektywy, chociaż obecny tam prezes NBP M. Belka (również wielokrotny uczestnik FE) wykluczył pośpiech we wchodzeniu do strefy euro. Jego zdaniem nie spełniamy jeszcze wszystkich kryteriów przejścia na euro, ale trzeba też przeczekać wewnętrzny kryzys w niektórych krajach tej strefy. Przedstawiciele Słowacji byli uczestnikami Forum od samego początku, chociaż z kilkuletni przerwą. Mikuláš Dzurinda i Ivan Mikloš otrzymali nagrody Forum, przyznawane corocznie od 2000 r. wybitnym osobowościom, a niektóre panele dyskusyjne były przygotowywane przez słowackich partnerów (SFPA, IVO, Uniwersytet Ekonomiczny). W obradach XX FE również aktywnie uczestniczyli Słowacy – obecni byli m.in. prezes NBS J. Makuch, minister sprawiedliwości L. Žitňanská, przedstawiciele regionów oraz słowacki komisarz UE M. Šefčovič. Zabrakło natomiast słowackich przedsiębiorców. Wcześniej także nie stanowili oni pokaźnej grupy, ale na XX Forum było ich szczególnie mało, chociaż do Krynicy mają przecież najbliżej. Aby w przyszłym roku było ich w Krynicy więcej, potrzebne będzie prawdopodobnie wywołanie większego zainteresowania przez słowackie organizacje biznesowe – SOPK, Klub 500, RUZ itp. ANDRZEJ KUPICH, (wielokrotny uczestnik Forum Ekonomicznego w Krynicy) Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na potrzeby Klubu Polskiego.

17


W telegraficznym skrócie – Poza tym film Wojtyszki na tle dwaj bracia: Leszek (Piotr Adamkręconych ostatnio w Polsce koczyk) i Janek (Adam Woronomedii (np. „Ciacho”) wypada całwicz) po latach życia na własny kiem nieźle. Poziom humoru, mirachunek wracają do rodzinnej mo że wciąż nie najwyższych lowsi na pogrzeb ojca. Krezusatów, jest akceptowalny i podczas mi nie są, wielkie kariery nie oglądania widzom nie towarzyszy stały się ich udziałem, więc nieustający uśmiech niedowierzaspadek przyjęliby bardziej niż nia pomieszanego z zażenowachętnie. Szkopuł w tym, że ojniem. Twórcy „Świętego intereciec wolał pozostawić swoje su” w opisywaniu rzeczywistości oszczędności fundacji papiewsi i sposobie kreowania postaci skiej niż synom, z którymi nie podążają nieco w kierunku „Sapozostawał w najlepszych stomych swoich” (1967) Sylwestra sunkach. Co zatem zostało dla Chęcińskiego, choć to niestety zubraci? Niewiele – rozpadająca pełnie inna liga. się stodoła, a w niej nadający Co zatem w filmie złego? Krysię raczej na złom niż do jazdy tyka polskiej fasadowej wiary i zasamochód Warszawa M-20. Jak miłowania do często absurdalsię jednak okaże, ów samonych relikwii jest zdecydowanie chód jest niezwykły, bo miał zbyt łagodna, nawet na tak lekki nim jeździć nie kto inny, jak tyli rządzący się własnymi prawami ko sam biskup Karol Wojtyła. gatunek, jakim jest komedia. Ten fakt nadaje staremu autu Trafnym, mocniejszym scenom status kultowego i świętego, często brakuje wyrazistego zaod koniec sierpnia na ekrany ba, poczciwa Warszawa staje kończenia; pointy zbyt często zopolskich kin trafiła wyreżyserowana stają rozmyte, złagodzone – tak, się relikwią. Bracia nie są w ciemię bici i posiadanie cudowneby przypadkiem nikomu za mocprzez Macieja Wojtyszkę komedia go samochodu zamierzają wyno nie dopiec, nikomu się nie na„Święty interes”. O tym filmie, bez korzystać bardzo prozaicznie – razić, nie sprowokować niewygodo zdobycia dużych pieniędzy. dnej dyskusji. wątpienia wartym uwagi, chciałabym Brakuje tej satyrze ostrości Problem w tym, że i mieszkaPaństwu parę słów opowiedzieć. i nie chodzi mi tu o gorzkie i bońcy wsi roszczą sobie prawa lesne diagnozy społeczne na do „świętego” samochodu miarę świetnego skądinąd „Dnia i mają wobec niego własne plany. Co miast zagrał ks. Jerzego Popiełuszkę świra” (2002) Marka Koterskiego, dalej? Tego Państwu zdradzać nie w „Popiełuszko. Wolność jest w nas” ale o odrobinę emocji, o zagłębiebędę, ale, jak się zapewne Państwo (2009). Powierzenie im ról braci nie się w problem, a nie tylko podomyślają, to właśnie konflikt na linii Rembowskich jest takim porozuwierzchowne dotknięcie go. Za dubracia – reszta wsi jest główną osią filmiewawczym mrugnięciem do wiżo jest tu ostrożności i pobłażliwomu. Filmu niezłego, ale mocno niedzów. Na pochwałę zasługuje też ści, zbyt wiele asekuranctwa. Film równego. wzięcie na filmowy warsztat temaWojtyszki bez szkody dla końcoweCo w nim dobrego? Sporo. Bardzo tyki trudnej, bo dotyczącej polskiej go efektu mógł trafniej punktować dobrze obsadzeni są aktorzy, grający pobożności i religijności, które nieprzywary Polaków, wyśmiewać ich role braci. Obaj dobrze znani są polrzadko są kiczowate, płytkie, bezrefpodszytą pogaństwem, a nierzadko skiej publiczności z ról świętych – leksyjne, sprowadzające się – zwłai zawiścią, naiwną religijność. Adamczyk wcielał się w postać Jana szcza na wsiach i w małych miejscoNiestety, tylko je sygnalizuje, przedPawła II w filmach „Karol – człowiek, wościach, ale przecież nie tylko tam stawiając je z dobrodusznym uśmiektóry został papieżem” (2005) i „Ka– do czczenia martwych przedmiochem. Szkoda. rol – papież, który pozostał człowietów i traktowania Boga jak maszyny KATARZYNA PIENIĄDZ kiem” (2006), Woronowicz natodo spełniania życzeń.

knie ę i p k a t ć y ...mogło b

P

18

MONITOR POLONIJNY


Sopocki Bursztynowy Słowik odlatuje

J

eśli lato, to tylko w Sopocie. Piaszczysta plaża, uroki kurortu, widok na morze, molo i wspomnienia z lat szkolnych.

Agnieszka Osiecka pisała o nim: „Adieu, Zatoko Snów, good bye, Riviero Marzeń, za rok zobaczę znów mój stolik w cocktailbarze”. Poetka uwielbiała Sopot i jego plażę za niepowtarzalną atmosferę i legendarny Grand Hotel, w którym mieszkały największe międzynarodowe gwiazdy, odwiedzające sopocki festiwal piosenki. Koniec sierpnia to był czas, kiedy cała Polska zapadała na gwiezdną gorączkę. Ja również z niecierpliwością czekałam na imprezę, którą uważałam za jedną z największych muzyczno-towarzyskich wydarzeń lata. Wiedziałam, że sopocka Opera Leśna jest w rekonstrukcji, że za chwilę będzie to najpiękniejsza Opera Leśna, niepowtarzalne molo i najpiękniejsze hote-

PAŹDZIERNIK 2010

le. Takiej możliwości nie ma żadne miasto. Ostatnio zrobiło się jednak wokół Sopot Festivalu cicho. Prezydent Sopotu przyznaje, że błędem było pozwolenie na organizację aż trzech festiwali w Operze Leśnej. Bywało, że śpiewały na nich te same gwiazdy i prawdopodobnie nastąpił przesyt. A przecież sopocki festiwal i Bursztynowy Słowik to marki, na które pracowano latami. Szkoda, bo była to świetna wakacyjna impreza w środku lata z tradycją, historią, no i widownią. Co prawda TVP próbowała się zagnieździć w Sopocie ze swoim Hit Festiwalem, ale władze miasta nie wyraziły na to zgody, w związku z czym Hit Festiwal przygarnęła w tym roku Bydgoszcz. I tak w konkursie na polski hit lata 2010 na bydgoskim Hit Festiwalu zwyciężył polski zespół „Volver” z piosenką Volveremus. Liderem zespołu jest Tomasz Lubert, były lider formacji „Virgin” i „Video”. Tym razem Gdynia wyprzedziła totalnie Sopot ze swoim Open’er Festivalem. Pewną rekompensatą za Sopot Festival stało się inne wielkie wydarzenie na Targu Węglowym w Gdańsku, czyli Festiwal Solidaryty of Arts. To nie był zwykły koncert z okazji jubileuszu 30. rocznicy powstania Solidarności. Było to wydarzenie bez precedensu, a bohaterem tego najbardziej spektakularnego wydarzenia był Leszek Możdżer, pochodzący z Gdańska kompozytor i pianista,

jeden z najwybitniejszych polskich muzyków jazzowych, który sam twierdzi, że jest dzieckiem Stoczni Gdańskiej, ponieważ urodził się i wychował w Gdańsku. W trakcie koncertu „Możdżer+” muzyk przemieszczał się pomiędzy trzema scenami, na każdej z nich grając z innym instrumentalistą czy formacją. Wśród artystów zaproszonych do udziału w gdańskim koncercie nie brakowało gwiazd światowego formatu. Żadna z zaproszonych gwiazd nie zawiodła.

I choć dominowali muzycy zagraniczni, to w finale zabłysła Gaba Kulka, kolejny wielki polski talent muzyczny silnie związany z Gdańskiem. Ale nie samym Możdżerem i Kulką żył Gdańsk podczas obchodów wydarzeń sierpniowych. W programie tegorocznego festiwalu wolności odbył sie wielki festyn plenerowy, przygotowany przez jednego z najwybitniejszych twórców teatralnych Amerykanina Roberta Wilsona. Na terenach należących do niedawna do Stoczni Gdańskiej pokazano spektakl teatralny „Solidarność. Twój anioł Wolność ma na imię”, w którym wystąpili m.in. Krystyna Janda i Jerzy Radziwiłowicz. Widowisko zakończyło się prawykonaniem symfonii Pawła Mykietyna VIVO XXX. Reasumując, takiego przedstawienia w rocznicę Sierpnia w Gdańsku nie było. Okazuje się, że solidarność można okazać na wiele sposobów. URSZULA SZABADOS

19


Mniejszości narodowe i etniczne

K

bliżający się termin spisu powszechnego w Republice Słowackiej wywołuje coraz większą aktywizację nie tylko słowackiej Polonii, ale także innych mniejszości narodowych, które są szczególnie wrażliwe na to, by dotyczące ich dane liczbowe w pełni odzwierciedlały stan faktyczny. Równocześnie w wielu środowiskach (nie tylko mniejszościowych) wzrasta zainteresowanie liczebnością i statusem mniejszości w ich krajach rodzimych – i tym, w odniesieniu do Polski, zajmiemy się w niniejszym artykule. Państwo polskie od swych początków miało wieloetniczne korzenie. Już w XIV wieku Rzeczpospolita liczyła ok. 30 proc. ludności obcej, głównie ruskiej. Późniejsze przesunięcie granic państwa na wschód i północ wyraźnie wpłynęło na zmianę stosunków narodowościowych; odsetek narodowości obcych powiększył się w połowie XVII wieku dwukrotnie, osiągając 60 proc. Badania składu wyznaniowego ludności u schyłku Rzeczpospolitej, prowadzone przede wszystkim przez Irenę Gieysztorową, pozwalają zorientować się w przybliżeniu w stosunkach narodowościowych. W 1790 roku Rzeczpospolitą zamieszkiwało 53,3 proc. ludności wyznania rzymskokatolickiego (głównie Polacy i Litwini), 29,5 proc. greckokatolickiego, 3,4 proc. prawosławnego, 1,7 ewangelickiego, 10,5 proc. żydów i 1,6 proc. innych wyznań. W Słowniku historii Polski z 1973 roku wspomniana Irena Gieysztorowa podaje, że w 1900 roku odsetek ludności wyznania rzymskokatolickiego w trzech zaborach wynosił 62,7 proc., greckokatolickiego 16,8 proc., prawosławnego 3,2 proc., ewangelickiego 5,3 proc., żydów 11,7 proc., innych wyznań 0,3 proc. Natomiast statystyka językowa z tego roku odnotowuje ok. 65 proc. ludności mówiącej po polsku, ok. 20 proc. używającej języków rosyjskiego, białoruskiego i ukraińskiego oraz ok. 7 proc. mówiących po niemiecku; pozostałe 8 proc. stanowiła ludność innojęzyczna, głównie żydowska, która nie była wyodrę20

bniona językowo w statystykach austriackich i pruskich. Państwem wieloetnicznym była także przedwojenna Rzeczpospolita. W spisie powszechnym z 1931 roku na ok. 32 mln mieszkańców aż 10,5 mln (t j. ponad 32 proc.) deklarowało narodowość inną niż polską. Byli to Białorusini (1 mln osób), Czesi (38 tys.), Karaimi (1 tys.), Kaszubi (200 tys.), Litwini 80 tys., Łemkowie (1,2 mln), Niemcy (800 tys.), Ormianie (6 tys.), Romowie (50 tys.), Rosjanie (140 tys.), Tatarzy (13 tys.), Ukraińcy (3 mln), Żydzi (3 mln). Słowaków w tym spisie nie uwzględniono. Na około jednej trzeciej terytorium państwa polskiego mniejszości oraz osoby, które nie potrafiły zidentyfikować swej przynależności narodowej i najczęściej określały się jako „tutejsi”, miały przewagę liczebną nad Polakami. Waśnie narodowościowe trwały przez całe dwudziestolecie międzywojenne, szczególnie jednak nasiliły się po roku 1930, a ich skutki odczuwane są i dziś. Za czasów rządu Stanisława Grabskiego (1923-1925) wydano bardzo ważne ze względu na wielonarodowościowy charakter państwa polskiego ustawy językowe, które ustalały język polski jako urzędowy, dopuszczając jednocześnie na terenach zamieszkałych przez mniejszości narodowe używanie ich języków. Ustawy te wprowadzały też szkoły dwujęzyczne, zwane utrakwistycznymi, co w efekcie spowodowało drastyczny spadek liczby szkół ukraińskich, białoruskich i litewskich. Działania te

przez mniejszości zostały uznane za dążenie do realizacji polityki polonizacyjnej. Alternatywą tej polityki była koncepcja asymilacji państwowej, zakładająca swobodę rozwoju narodowego w zamian za lojalność wobec państwa polskiego. Jej zwolennikiem był Józef Piłsudski, ale po dojściu do władzy realizował ją właściwie tylko na Wołyniu. Mniejszości miały swych przedstawicieli w Sejmie i Senacie. W pierwszych wyborach do Sejmu w 1922 roku zyskały 89 mandatów poselskich, stanowiąc 20 proc. Sejmu, mimo to ani prawica, ani centrum nie wzięły pod uwagę możliwości wytworzenia z nimi koalicji wobec czego zostały zepchnięte na margines. W wyborach do Sejmu w 1928 roku, określanych przez historyków jako ostatnich w międzywojennej Polsce, które „odbywały się bez nacisków administracyjnych i cudów nad urną”, mniejszości straciły trzy mandaty, zdobywając ich 86, a w wyborach do Senatu zyskały 24 miejsca. W tzw. wyborach brzeskich w 1930 roku, gdy kampania wyborcza odbywała się w atmosferze dalekiej od demokratycznej, a w wielu wypadkach złamano zasadę tajności, wzywając – szczególnie na Kresach Wschodnich – do jawnego głosowania jako przejawu lojalności wobec państwa, mniejszości zyskały tylko 33 mandaty poselskie i 7 mandatów do Senatu. Ostatnie w II Rzeczpospolitej wybory, które odbyły się 6 listopada 1938 roku, wyłoniły Sejm o następującym składzie narodowym: 182 Polaków, 19 Ukraińców, 50 Żydów i po jednym Rosjaninie i Bałorusinie. MONITOR POLONIJNY


w Polsce Olbrzymie straty ludnościowe w czasie II wojny światowej, a po niej zmiana granic i wielkie migracje ludności zmieniły całkowicie stosunki etniczne w Polsce. Oficjalna statystyka pierwszego powojennego spisu ludności podaje, że w lutym 1946 roku Polacy stanowili 88,6 proc. ludności (20,9 mln), Niemcy 9,7 proc (2,3 mln), a innych narodowości było 1,7 proc. (0,4 mln) z tym, że 0,3 proc. ludności nie uwzględniono w tym podziale. W czasie lat powojennych trwała w Polsce wędrówka ludów; wracali Polacy i Żydzi z zachodu i wschodu. Do sierpnia 1946 roku na teren Związku Radzieckiego wysiedlono, w większości pod przymusem, blisko pół miliona Ukraińców, ok. 40 tys. Białorusinów i ok. 15 tys. Litwinów. Obliczano, że na terenie Polski pozostało jeszcze od 15 do 20 tys. Ukraińców, którym w różny sposób udało się uniknąć wysiedleń. W rzeczywistości pozostało ich ponad 140 tysięcy. Z terenów odwiecznie przez nich zamieszkałych przesiedlono ich w ramach akcji „Wisła” na Ziemie Odzyskane. Podobny los spotkał Łemków. Największą akcją wysiedleńczą było wysiedlenie, zgodnie z decyzjami konferencji w Poczdamie, ludności niemieckiej z Ziem Odzyskanych, rozpoczęte w połowie lutego 1946 roku; w ciągu dwu lat wysiedlono z Polski do radzieckiej i brytyjskiej strefy okupacyjnej ok. 2,5 mln Niemców. Oficjalne dane wykazywały, że pozostało ich ok. 3 tys., w rzeczywistości było to ponad 200 tysięcy.

PAŹDZIERNIK 2010

W latach 1968-1969 wyemigrowało z Polski ok 15 tys. osób, byli to przede wszystkim Żydzi, a wśród nich pracownicy naukowi (ok. 500), studenci (ok. 1000), pracownicy wydawnictw, aktorzy, pisarze, dziennikarze. Ich wyjazd był dla Polski niewątpliwą stratą. Z tą falą emigracyjną opuściło też Polskę ok. 200 byłych pracowników bezpieczeństwa i informacji wojskowej, współodpowiedzialnych za zbrodnie stalinowskie. Spis powszechny ludności z 1946 roku był pierwszym i jednocześnie ostatnim spisem w PRL, w którym mieszkańców Polski pytano o ich przynależność narodową. W myśl zasady, że każdy obywatel PRL ma prawo do określenia swej przynależności narodowej na zasadzie własnego poczucia narodowego i zgodnie z propagandą, głoszącą jedność moralno-polityczną narodu polskiego, nie prowadzono oficjalnej statystyki narodowościowej. Od czasu do czasu pojawiały się jednak dane szacunkowe, dotyczące liczebności podstawowych grup narodowościowych, i tak np. dane szacunkowe, dotyczące stanu z końca 1971 roku, wykazywały, że Polskę obok Polaków zamieszkuje ok. 200 tys. Ukraińców, ok. 180 tys. Białorusinów, ok. 25 tys. Czechów i Słowaków, ok. 15 tys. Żydów, ok. 9 tys. Litwinów, ok 8 tys. Rosjan i ok. 3,5 tys. Niemców. Konstytucja PRL gwarantowała mniejszościom wszystkie prawa obywatelskie, prawo swobodnego krzewienia swej kultury i tradycji narodowych, kształcenia we własnym języku i członkostwa w narodowościowych stowarzyszeniach kulturalno-społecznych, działających w ramach Frontu Jedności Narodu. W III Rzeczpospolitej sprawy mniejszości narodowych i etnicznych zostały ustawowo uregulowane. Z pomysłem takiej regulacji jako pierwszy wystąpił już w 1990 roku Jacek Kuroń, który potem przez lata walczył o prawa narodowościowe. Podstawowym aktem prawnym jest Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej, której art. 35. gwarantuje oby-

watelom, należącym do mniejszości narodowych i etnicznych, wolność zachowania i rozwoju własnego języka, obyczajów i tradycji oraz rozwoju własnej kultury, w tym prawo do tworzenia własnych instytucji edukacyjnych, kulturalnych i służących ochronie tożsamości religijnej oraz do uczestnictwa w rozstrzyganiu spraw, dotyczących ich tożsamości kulturowej. W latach dziewięćdziesiątych przyjęto m.in. ustawy, dotyczące obowiązków instytucji oświatowych wobec mniejszości, obowiązków publicznego radia i telewizji, o ochronie i zakazie przetwarzania danych osobowych, ujawniających pochodzenie etniczne. Ustawa z dnia 6 czerwca 1997 roku – Kodeks karny – przewiduje penalizację przestępstw, popełnionych na tle etnicznym, a ustawa z 7 października 1999 roku o języku polskim zawiera deklarację, że zawarte w niej

przepisy nie naruszają praw mniejszości oraz że nazwom polskim miejscowości, w których występują zwarte środowiska mniejszościowe, mogą towarzyszyć wersje w przekładzie na język mniejszości. Przyjęta 12 kwietnia 2001 roku Ordynacja Wyborcza do Sejmu i Senatu RP (mająca charakter ustawy) zwalnia komitety wyborcze, utworzone przez organizacje mniejszości narodowych, z wymogu przekroczenia pięcioprocentowego progu wyborczego. Po 56 latach, które upłynęły od pierwszego spisu powszechnego w PRL, w Narodowym Spisie Powszechnym w 2002 roku znów zapytano o przynależność narodową. W spisie tym ponad 96 proc. ankietowanych zadeklarowało narodowość polską, a tylko 1,23 proc. (471,5 tys. osób) przynależność do innej narodowości, 21


natomiast 2,03 proc. (774,9 tys. osób) nie określiło swej narodowości. Te wyniki zaskoczyły przede wszystkim działaczy mniejszości narodowych i etnicznych, którzy w roku 2000 szacowali, że mniejszości stanowią co najmniej 5 procent z 39 milionów mieszkańców Polski. Interesujące zestawienie oczekiwań działaczy z realnymi danymi spisu powszechnego zamieścił w swym artykule Rzeczpospolita dziesięciu narodów Jan Dziadul („Polityka” 2005 nr 17), za którym cytujemy:

Mniejszości narodowe i etniczne Białorusini Czesi Karaimi Kaszubi Litwini Łemkowie Niemcy Ormiane Romowie Rosjanie Słowacy Ślązacy Tatarzy Ukraińcy Żydzi

2000 r.

2002 r.

(wg szacunku działaczy)

(spis powszechny)

200-300 3 200 300-400 20-25 60-70 300-500 5-8 20-30 10-15 10-20

50 0,8 43 5,1 5,8 5,8 153, 1,1 12,7 6,1 2 173 450 31 1,1

5 200-300 8-10

dane w tysiącach

Jan Dziadul poszukiwał też wytłumaczenia tych rozbieżności u niektórych działaczy mniejszościowych. Ukraińcy, żyjący po powojennej akcji przesiedleńczej w rozproszeniu,

przyczyny słabej reprezentacji widzieli w postępującej, zdaniem niektórych wymuszonej, polonizacji. Białorusini obawiali się jednoznacznej identyfikacji narodowościowej i etykiety kacapów, nie chcą także, by kojarzono ich z wydarzeniami w ich własnym państwie. Natomiast mała obecność Niemców w spisie „to ich zdaniem efekt zabiegów politycznych i socjotechnicznych: wprowadzono mianowicie nieistniejącą »narodowość śląską«, co diametralnie uszczupliło niemiecki stan posiadania”. Żydzi nie wiedzieli, dlaczego według spisu wyszło, że jest ich tylko ponad tysiąc. Wszyscy za słabe wyniki winili metodologię spisu. Udało mi się dotrzeć do jeszcze jednej przyczyny rozbieżności między spisem a oczekiwaniami działaczy. Na internetowej stronie Ormian w Polsce znajduje się uwaga, że starsi Ormianie, pochodzący z rodów dawno osiadłych w Polsce, nie mogąc podać dwu narodowości, z pobudek patriotycznych wybierali narodowość polską. Czy mogło stać się podobnie przynajmniej u części respondentów innych narodowości – trudno powiedzieć, ale nie można też wykluczyć, wychodząc z założenia, że każdy człowiek ma prawo do swobodnej decyzji o traktowaniu go jako osoby należącej lub nienależącej do mniejszości. Warto wiedzieć, że w czasie tego Narodowego Spisu Powszechnego, nie istniało jeszcze ustawowo sprecyzowane pojęcie mniejszości narodowej i etnicznej. Definicje mniejszości

narodowej i etnicznej pojawią się dopiero w Ustawie z dnia 6 stycznia 2005 roku „o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o językach regionalnych”, ustawie, którą niektórzy określają jako konstytucję mniejszości. Potwierdza ona ustawowe przywileje narodowościowe i dodaje nowe. Nad ustawą pracowano długo; przez lata walczył o nią Jacek Kuroń, a ostatecznego kształtu nabrała pod koniec 2004 roku. Ówczesny poseł sprawozdawca Eugeniusz Czykwin z SLD, reprezentant Białorusinów, cytowany przez J. Dziadula, mówił: „Cudem udało się zakończyć prace, bo w finale ujawniły się takie pokłady ksenofobii, tak wielkie pretensje do mniejszości, że wydawało się, iż stanęliśmy przed barierami nie do pokonania” , a potem dodał: „Gdybyśmy w komisji nie złamali kilku posłów z Platformy Obywatelskiej, to ustawa dalej byłaby w powijakach”. Ustawa za mniejszość narodową lub etniczną uznaje grupę obywateli polskich, która jest mniejsza od pozostałej części ludności Rzeczypospolitej; w sposób istotny odróżnia się językiem, kulturą lub tradycją; dąży do zachowania swojego języka, kultury i tradycji; ma świadomość własnej

Nowa powieść Olgi Tokarczuk

O

lga Tokarczuk, autorka takich bestsellerów, jak „Prawiek i inne czasy”, „Dom dzienny, dom nocny”, „Ostatnie historie”, laureatka wielu prestiżowych nagród, w tym Nagrody Literackiej „Nike” 2008 za powieść „Bieguni”, swoją nową książką zaskoczyła nie tylko krytyków, ale także swych wiernych czytelników. Jej najnowszą powieść Prowadź swój pług przez kości umarłych (Wydawnictwo Literackie, Kraków 22

2009) wydawca określił prowokacyjnie jako „thriller moralny”. Równie prowokacyjnie można ją naz-

wać po prostu kryminałem. Ale ani jedno, ani drugie określenie gatunku nie jest w tym przypadku ade-

kwatne; wydaje się, że autorka wykorzystuje niestosowane dotąd przez siebie środki formalne, charakterystyczne dla literatury z niższej półki, by przekazać czytelnikowi ważne treści etyczne i ekologiczne. I tym zaskakuje. Nie zaskakuje natomiast obecnym w tej powieści, a charakterystycznym dla Tokarczuk realizmem magicznym. Czy połączenie tych tak różnych elementów jest szczęśliwe? Na to pytanie czytelnik muMONITOR POLONIJNY


historycznej wspólnoty narodowej i jest ukierunkowana na jej wyrażanie i ochronę; jej przodkowie zamieszkiwali obecne terytorium Rzeczypospolitej od co najmniej 100 lat. Warunkiem uznania za mniejszość narodową jest jej utożsamianie się z narodem zorganizowanym we własnym państwie. Natomiast mniejszości etniczne nie mają własnych państw. Zgodnie z tą definicją ustawa uznaje następujące mniejszości narodowe w Polsce: białoruską, czeską, litewską, niemiecką, ormiańską, rosyjską, słowacką, ukraińską i żydowską. Na jej podstawie mniejszości etniczne to: karaimska, łemkowska, romska i tatarska. Ani Ślązacy, ani Kaszubi nie są uznawani za mniejszość. Ustawa daje osobom należącym do mniejszości m.in. prawo do pisowni swoich imion i nazwisk zgodnie z zasadami ich języka, nauki języka mniejszości i swobodnego posługiwania się nim w życiu publicznym i prywatnym. W gminach, w których mniejszość przekracza 20 proc. ogółu mieszkańców, jej język może być językiem pomocniczym w urzędach oraz używanym w nazwach miejscowości, obiektów i ulic (z wyjątkiem nazw nadanych w latach 1933-1945 przez III Rzeszę i Związek Radziecki). Aktualnie mamy w Polsce 42 gminy narodowościowe. Według stanu na dzień 16 sierpnia 2010 roku dodatkowe nazwy w języku mniejszości narodowej lub w języku regionalnym (Kaszubi) ustalono dla 527 miejscowości i ich części w 33 gminach, z tego

uznawania mniejszości, któ286 nazw w języku niere mówi o co najmniej mieckim, 255 w kaszubstuletnim zamieszkiwaniu skim, uznanym za język przodków w Polsce. Przy regionalny, 30 w litewskim i 1 w łemkowskim. jego zachowaniu np. WieZgodnie z ustawą np. nikt tnamczycy prawa mniejnie może być zobowiązany szości narodowej mogliby do udowodnienia swojego pochodzeuzyskać najwcześniej w 2057 roku, nia, języka mniejszości lub religii. a tymczasem już dziś Polska jest po Ustawa nie tylko gwarantuje mniejFrancji i Niemczech trzecim najszościom prawa, ale równocześnie większym skupiskiem ludności wietw trosce o zachowanie ich tożsamonamskiej w Europie. Wietnamczycy ści zabrania np. stosowania środków stanowią ponadto największą grupę mających na celu asymilację osób nacudzoziemców, która w Polsce chce leżących do mniejszości, jeżeli środki pozostać. Ich liczebność szacuje te stosowane są wbrew ich woli, i – Teresa Halik, wietnamistka PAN, na co ważne – zabrania stosowania środ90 tys., a ks. Edward Osiecki werbista, ków mających na celu zmianę produszpasterz polskich Wietnamczyporcji narodowościowych lub etników, na 60 tys. Polscy Wietnamczycy cznych na obszarach zamieszkanych mają własną inteligencję, najczęściej przez mniejszości. wykształconą w Polsce, wydają kilkaUstawa o mniejszościach narodonaście gazet, posiadają własne aktywwych i etnicznych oraz językach - nie działające partie polityczne i orgaregionalnych jest niewątpliwie donizacje społeczne, w tym najstarsze, kumentem, który wniósł jasność do założone w 1986 roku Stowarzyszenieprostej problematyki mniejszonie Wietnamczyków w Polsce „Soliściowej i rozładował wiele napięć. darność i Przyjaźń”, liczące ponad W jaki sposób wpłynie ona na wyni800 rodzin (kilkanaście tys. członki kolejnego spisu powszeków), intensywnie działachnego, przekonamy się jące na rzecz integracji ze w 2012 roku. społeczeństwem polskim. Jednocześnie pojawiły Czy w przyszłości, jeśli bęsię głosy, że ustawa ta bardą tego chcieli, będzie modziej jest zapatrzona w hiżna im odmówić praw mniejszościowych tylko storię niż we współczedlatego, że w porównaniu sność. Odczytując ją pod tym ogólnie sformułowanym z innymi spóźnili się z przykątem widzenia, zaczęłam byciem do Polski o kilka powątpiewać, czy próbie stuleci? DANUTA MEYZA-MARUŠIAK czasu oprze się to kryterium

si sobie odpowiedzieć sam. Jedno jest pewne – niezależnie od tego, jak byśmy Prowadź swój pług... zakwalifikowali z punktu widzenia konwencji literackiej, powieść wciągnie nas swą tajemniczą fabułą. Akcja toczy się w małej wsi, a właściwie w osadzie domków letniskowych, leżących na skraju Doliny Kłodzkiej. W spokojnej osadzie, otoczonej piękną przyrodą, umiera nagle człowiek. Jego śmierć ma jednak całkiem PAŹDZIERNIK 2010

prozaiczną przyczynę – po prostu udławił się kością sarny. Ale ta śmierć jest początkiem całego łańcucha następnych, bardziej tajemniczych zgonów. Ofiarami są myśliwi. W czasie wyjaśniania przyczyn tych śmierci najważniejszą rolę odgrywają nie stróże porządku, ale bohaterka powieści Janina Duszejko, kobieta w wieku, gdy staje się „przeźroczysta”, emerytowana nauczycielka, była inżynier dróg i mostów. Nasza bohaterka,

wegetarianka, z zamiłowania astrolożka, jest nosicielką idei ochrony przyrody i harmonijnego współżycia z nią człowieka. Usiłuje przekonać otoczenie, że zgony myśliwych są zemstą zwierząt na ludziach za ich ekologiczną obojętność. Czy ta fantastyczna teoria Janiny Duszejko ma coś wspólnego z rzeczywistością, przekona się czytelnik, przeczytawszy lekturę do końca. DANUTA MEYZA-MARUŠIAK 23


W

akacje już dawno za nami. Mistrzostwa świata w piłce nożnej (MŚ), rozegrane w Republice Południowej Afryki to już też historia. Nasza kolejna szansa na medal, a raczej na występ spełzła na niczym. Mundial odbył się i zakończył bez naszej reprezentacji. Johannesburg, w którym w czerwcu i lipcu rozegrano 15 z 64 spotkań, był bez wątpienia piłkarską stolicą świata. Piłkarzy gościły również Kapsztad, Port Elizabeth, Durban, Rustenburg, Bloemfontain, Pretoria, Polokwane i Nelspruit. Zakładano olbrzymie zainteresowanie i przyjazd 450 tys. turystów. Przygotowano ok. 3 mln biletów w czterech kategoriach cenowych: najtańszy bilet na mecz finałowy kosztował 270 EUR, najdroższy 600. Zagraniczni kibice mogli kupić karty wstępu na mecze eliminacyjne już od 50 EUR. Najtańsze bilety, czwartej kategorii (między 13 a 100 EUR), przewidziano dla miejscowych (najtańszy bilet na MŚ 2006 w Niemczech kosztował 35 EUR). Kibice południowoafrykańscy, by obejrzeć towarzyski mecz międzynarodowy u siebie, musieli liczyć się z wydatkiem od 3 do 50 EUR. FIFA (Międzynarodowa Federacja Piłkarska) przekazała 120 tys. darmowych biletów dla RPA. Jak było, wiemy. W dniu 11 lipca 2010 roku w Johannesburgu mistrzami zostali Hiszpanie, którzy golem, zdobytym w 116. minucie dogrywki, pokonali Holandię 1:0 i pierwszy raz w historii sięgnęli po Puchar Świata. Nocna fiesta w Hiszpanii trwała do białego rana. W centrum Madrytu świętowało ponad 200 tys. kibiców. Nie obeszło się bez tragedii – kilka osób poniosło śmierć w wypadkach, a jedna zaraz po meczu wypadła z balkonu. W pałacu królewskim król Juan Carlos udekorował piłkarzy odznaczeniami państwowymi. Większość członków monarszej rodziny, z królową Zofią na czele, ubrała czerwone koszulki, w których zwykle występuje „La Furia Roja”. Premier Jose L. R. Zapatero przyjął piłkarzy w ogrodach siedziby rządu. I pomyśleć, że Hiszpanie przed MŚ uważani za jednego z faworytów do mistrzostwa, zaczęli od przegranej 0:1 ze Szwajcarią w pierwszym meczu. 24

Pożegnanie z Afryką Po mundialu w RPA Wtedy fala krytyki spadła głównie na bramkarza Ikera Casillasa i jego partnerkę Sarę Carbonero. Zdaniem m.in. hiszpańskich i brytyjskich mediów piękna dziennikarka stacji TeleCinco, relacjonując mecz zza jego bramki, miała rozpraszać i jego, i innych piłkarzy. Przed mundialem Hiszpanie byli optymistami – aż 83 proc. stawiało na złoty medal! Po pierwszym przegranym meczu w sukces przestało wierzyć aż 81 proc. fanów! Mistrzostwo przyniosło hiszpańskiej federacji piłkarskiej premię w wysokości 23,7 miliona EUR! Holandia otrzyma 19 mln EUR. Pokonani w półfinałach, czyli Niemcy i Urugwaj, muszą się zadowolić kwotami po 15,8 mln EUR. Ćwierćfinaliści (Brazylia, Argentyna, Ghana i Paragwaj) dostaną z kasy FIFA po 14,2 mln EUR, pokonani w 1/8 finału po 7,1 mln EUR. Pozostali zarobili po 6,3 mln EUR. Srebrni medaliści, Holendrzy, powrócili do kraju w eskorcie pomalowanych na pomarańczowo wojskowych myśliwców. Zostali przyjęci przez królową Beatrix. Podczas MŚ nie zabrakło też sensacji. Największą była prawdopodobnie gra Francuzów, których określono mianem „wielkiego przegranego”. Francja odpadła już w fazie grupowej po remisie z Urugwajem (0:0), przegranej z Meksykiem (0:2) i gospodarzami (1:2). Zawiedli też Włosi. Piłkarze i trenerzy, tłumacząc kompromitującą grę,

często znajdują szereg wymówek. Przeszkadzać może wszystko, ale Włoch Fabio Capello był zły na… paradujące na trybunach roznegliżowane fanki. Widział w tym zagrożenie: „Piłkarz musi być przez 90 minut skoncentrowany na poczynaniach rywala. (…) Naga kobieta na trybunach może zniweczyć wielomiesięczne przygotowania”. Trener wydał rozporządzenia, w którym kierunku piłkarze mogą patrzeć, a w którym nie! Inna sensacja to przegrana Korei Północnej z Brazylią – tylko 1:2! Gorsza była jej przegrana z Portugalią. Dla kibica wynik meczu 7:0 to ogromna atrakcja. Nikt jednak nie myślał, że przegrała drużyna z kraju, w którym „ukochany przywódca” traktowany jest jak bóg. Mecz transmitowano na żywo (pierwsza zagraniczna transmisja w historii komunistycznego kraju!) i taką klęskę władze mogły uznać za zdradę, potraktować jako upokorzenie i ukarać graczy. Pojawiły się informacje o możliwym zesłaniu ich do kopalni węgla. Symbolem mistrzostw stały się vuvuzele, długie trąbki wydające głośne, przenikliwe dźwięki, które od razu wdarły się do świadomości kibiców na całym świecie. Pojedyncza vuvuzela robi hałas na poziomie 127 decybeli, czyli wyższym niż czynią to brazylijskie bębny do samby! Według instytutu Hear of The World, utratę słuchu może powodować dłuższe przebywanie w otoczeniu, gdzie poziom hałasu jest wyższy niż 85 decybeli, a na każdym stadionie takich vuvuzeli może być nawet kilkadziesiąt tysięcy! Po konsultacjach lekarzy klubu Tottenham Hotspur z angielskiej Premier League z laryngologami zakazano używania ich na stadionie zespołu. Powód: zagrożenie dla słuchu. Vuvuzeli zakazano już w kilku krajach i uznano je za niepożądane na tegorocznym turnieju tenisowym w Wimbledonie. UEFA zakazała ich używania podczas wszystkich swoich rozgrywek. MONITOR POLONIJNY


Wyjaśniła to wolą ochrony europejskiej kultury kibicowania, która jest różna od afrykańskiej. Nieformalną maskotką tegorocznego mundialu stał się bijący na głowę wszystkich ekspertów Paul – mieszkająca w ogrodzie zoologicznym w Oberhausen ośmiornica, która przepowiadała zwycięzców, wyciągając swymi mackami nazwy drużyn. Mundial zasłynął też, niestety, z przestępczości i specjalnych sądów mundialowych – FIFA World Cup Courts (będą u nas na Euro 2012). RPA to jedno z najniebezpieczniejszych państw świata, a wykrywalność sprawców przestępstw jest znikoma. Według ekspertów w kraju tym cudzoziemcom grozi niebezpieczeństwo porównywalne z pobytami w Iraku i Afganistanie! Przykłady? Dwaj obywatele Zimbabwe okradli w hotelu zagranicznych dziennikarzy, a Portugalczykowi, którego obudził hałas, przystawili pistolet do głowy. Sprawców sąd skazał po 24-godzinnym postępowaniu na 15 lat więzienia! Ich nigeryjski kompan dostał cztery lata za posiadanie kradzionego aparatu fotograficznego. W luksusowym hotelu okradziono trzech greckich piłkarzy. Mieszkaniec Soweto, który ukradł… dwie puszki Coca-Coli i dwie wody ze stanowiska marketingowego sponsora, musiał zapłacić wysoką grzywnę. Obywatel Nigerii, który był w posiadaniu 30 biletów, dostał trzy lata więzienia! Kibicowi z Wielkiej Brytanii, złapanemu, jak wchodził do szatni reprezentacji Anglii (twierdził, że pomylił drzwi, a potem skierowano go w tamtą stronę) grozi rok więzienia! Władze sądowe nie cofnęły się przed podłączeniem innych spraw pod „szybkie” prawo mundialowe. Złodziejowi, który ukradł komórkę turyście, groziło od 10 do nawet 15 lat więzienia – ile dostał naprawdę, media nie podają. Z kolei złodziej kilku butelek alkoholu musiał czekać na wyrok w areszcie, bowiem sąd nie zgodził się na wypuszczenie go za kaucją. Ale tylko 200 EUR grzywny zapłacił hiszpański kibic, który przed finałem wtargnął na murawę stołecznego Soccer City i próbował porwać Puchar Świata. Krążyła też wieść, choć brak dowodów na jej potwierdzenie, że na miPAŹDZIERNIK 2010

strzostwa do RPA przyjechała nie tylko ogromna liczba kibiców, ale i prostytutek. Miało ich być 40 tys. Przyjechały nie tylko z Afryki, ale i z Chin, Indii czy Wenezueli. Miały zarabiać po 270 USD za noc… Z tegoż powodu zaproponowano nawet legalizację (na czas mundialu) zakazanej w RPA prostytucji. Już w marcu prezydent RPA, zdeklarowany poligamista i przeciwnik prezerwatyw, poprosił rząd Wielkiej Brytanii o dostarczenie prezerwatyw dla fanów piłki, pięknych kobiet i niezobowiązującego seksu. Dotarło 42 mln kondomów! Interpol podał, że podczas miesięcznej operacji policyjnej, wymierzonej w nielegalne zakłady bukmacherskie związane z MŚ, wykryto i przeszukano blisko 800 szulerni w Chinach, Hongkongu, Makao, Malezji, Singapurze i Tajlandii, przesłuchano ponad 5 tys. osób i zarekwirowano 10 mln USD! Według Interpolu obroty nielegalnych domów gry podczas MŚ w RPA mogły sięgnąć nawet 155 mln USD. Najgłośniejszym pozaboiskowym wydarzeniem była „afera sukienkowa”. Na mecz Dania - Holandia wynajęte modelki weszły jako fanki Danii, na trybunach zdjęły jednak stroje duńskie i okazało się, że są w króciutkich pomarańczowych sukienkach z logo browaru, będącego konkurentem głównego sponsora mistrzostw Budweisera, należącego do belgijskiego giganta Anhauser-Busch. Panie na kilka godzin zatrzymano. Dwie organizatorki akcji trafiły nawet do aresztu. Groziło im po pół roku więzienia, bo zagrażały interesom jednego ze sponsorów FIFA. Przedstawiciele Bavarii zapłacili za nie kaucję 10 tys. randów, ale paszporty tych pań policja zatrzymała. Oburzyło to zachodnie media, protestowały władze Holandii. Ostra reakcja wynikała

z przepisów prawa, narzuconych przez FIFA gospodarzom. Browar Bavaria próbował „pasożytniczego” marketingu już wcześniej, na poprzednich wielkich imprezach w Europie, tym razem zaatakował w RPA. Zdziwienie budzi to, że FIFA doprowadziła do tego, iż złamanie przepisów związanych z ochroną marki jest przestępstwem kryminalnym, za które grożą ciężkie kary więzienia. Nawet władze Chin nie posunęły się tak daleko przed igrzyskami olimpijskimi w 2008 roku! Poza tym w czasie mistrzostw na każdym kroku szokował brak organizacji. Panował powszechny bałagan, problemy sprawiał dojazd na stadiony, a do tego nikt nie zawracał sobie głowy względami bezpieczeństwa. Zdaniem Dariusza Szpakowskiego kontrole były iluzoryczne – w kieszeni można było mieć wszystko, bowiem bramki do wykrywania niebezpiecznych narzędzi tylko były. Symbolem południowoafrykańskiej piłki nożnej zostały buty, w których Siphiwe Tshabalala w 55. minucie inauguracyjnego meczu RPA Meksyk (1:1) zdobył pierwszego gola mistrzostw. Zostaną one wystawione w siedzibie federacji RPA jako eksponat muzealny. Za specjalną „złotą piłkę” (Jo’bulani), którą grano w finale, anonimowy nabywca zapłacił na aukcji internetowej aż 74 tys. USD. Jej nazwa nawiązuje do miejsca finału – Johannesburga, określanego w języku zulu Jo’Burgiem, czyli „miastem złota”. Dochód otrzyma fundacja b. prezydenta RPA Nelsona Mandeli, która zajmuje się m.in. kampanią przeciw AIDS i pomocą dla biednych dzieci. Piłka nożna i inne zjawiska okołomundialowe za nami. Przed nami, już niedługo, Euro 2012. Liczymy na mistrzostwa, w których nie będzie brakowało emocjonujących meczów, pięknych bramek czy chwil, które przejdą do historii piłki nożnej. A może będzie i sukces? Zobaczymy! ANDRZEJ KALINOWSKI Zgodnie z życzeniem autora jego honorarium zostanie przekazane na nagrody dla dzieci, biorących udział w konkursach ogłaszanych na łamach „Monitora“.

25


Bursztynowa

wizytówka

Ch

yba każdemu z nas pobyt nad polskim morzem kojarzy się ze zbieraniem bursztynowych kamyków, wyrzuconych na plaże przez sztorm. Bursztyn jest z pewnością jednym z symboli, które śmiało mogą reprezentować Polskę na międzynarodowych targach i wystawach – ten unikatowy kamień występuje tylko w kilku krajach na całym świecie. Jednak mało kto wie, że polska branża bursztyniarska (jubilerstwo) zmaga się z wieloma problemami, a sprzedawane w Gdańsku jantarowe naszyjniki w przeważającej mierze pochodzą z... Ukrainy i Rosji. Bursztyn bałtycki to skamieniała żywica, występująca na obszarze Polski,

Obwodu Kaliningradzkiego oraz sporadycznie na Litwie (Sambia) i we wschodnich Niemczech. Oprócz tego pokaźne złoża bursztynu występują na ukraińskim Polesiu. Ukraiński (równieński) bursztyn z reguły jest zaliczany do bursztynu bałtyckiego ze względu na podobne pochodzenie i właściwości, czasem jednak jest klasyfikowany oddzielnie. Patrząc na piękne wyroby z bursztynu, wię-

kszość z nas jest przekonana, że surowiec do ich produkcji został wyłowiony z morza lub znaleziony na plaży. Nic bardziej mylnego. Chociaż na Pomorzu wielu mieszkańców zajmuje się poławianiem bursztynu (zwłaszcza na Wyspie Sobieszewskiej i Mierzei Wiślanej), to w ten sposób pozyskuje się jedynie 5% masy surowca, zużywanej przez polskich jubilerów. Przyczyna jest prosta: bursztyn z podwodnych złóż, wymywanych przez wzburzone fale Bałtyku, kończy się, a morze wyrzuca na brzeg przeważnie niewielkie bryłki „złota Północy”. Natomiast naprawdę istotne zasoby jantaru zalegają w ziemi w rozległych złożach, przeważnie na Pomorzu, ale również w mniejszych ilościach na Mazurach, Kurpiach, a nawet na Lubelszczyźnie (rejon Hrubieszowa). Problem w tym, że nasze największe złoża bursztynu bezmyślnie zabetonowaliśmy. Jak twierdzą pomorscy geolodzy, na najlepszych żyłach bursztynonośnych powstał gdański Port Północny, rafineria „Lotosu” i wschodnie osiedla Gdańska. Co więcej, ta niekorzystna tendencja jest

Cóż tam, panie, w polityce?

Oj,

dzieje się, dzieje! Za przyczyną różnych wydarzeń politycznych (i nie tylko) społeczeństwo polskie wyraźnie się podzieliło. Ponoć jednak, jak donoszą rozmaitego rodzaju sondaże, nie na równe części. Media zaś jakby czyhają na co ciekawsze polityczne wystąpienia, wcale nie najważniejsze, by móc je odpowiednio wykorzystywać, interpretować i zwiększać swoją oglądalność, poczytność czy słuchalność. Szczególnie interesujące są w tym zakresie niektóre wypowiedzi niektórych polityków. Niekiedy wydaje się, że ci wybrańcy ludu 26

zabierają głos publicznie, byleby zaistnieć, byleby to właśnie nimi zajęły się media. Często chodzi też im o to, by sprowokować przeciwnika, pogrążyć go w oczach wyborców i pokazać im, że wybierając tych drugich, wybrali niewłaściwie. Konkretnych przykładów nie podaję, by nie oskarżano mnie o stronniczość.

Zbyt często jednak ci właśnie politycy, zarówno z prawicy, jak i ze środka czy lewicy w swych wypowiedziach posługują się językiem niezrozumiałym dla odbiorcy – używają wymyślnych słów, rozbudowanych metafor, w przedziwny sposób zmodyfikowanych frazeologizmów. Nierzadko też wykorzystują wyrazy obce lub książko-

we albo tworzą nowe okazjonalne formacje słowotwórcze. Te elementy językowe najpierw przejmują dziennikarze, którzy często analizują je pod każdym kątem, a potem zwykli użytkownicy języka. Ostatnio dużą karierę zrobiło słowo „kondominium”, które odmieniane było przez wszystkie przypadki we wszystkich polskich programach telewizyjnych, radiowych i tytułach prasowych. Wyraz to jednak rzadko używany współcześnie w słownictwie politycznym, a w słownictwie codziennym właściwie w ogóle. W związku z tym na co niektórych użytkowników języka padł MONITOR POLONIJNY


kontynuowana: wbrew protestom jubilerów Port Gdańsk nadal realizuje inwestycje na działkach, które prawdopodobnie kryją w sobie ogromne ilości jantaru, bez uprzedniego przeszukania terenu i wydobycia cennego kamienia. Przyczyną tego postępowania jest nieżyciowe prawo: legalne wydobycie bursztynu wiąże się z wieloma biurokratycznymi przeszkodami, dlatego Zarząd Portu Morskiego woli je sobie odpuścić, obawiając się, iż procedury geologiczne wstrzymałyby inwestycje w porcie na dobre 5-10 lat. Tam, gdzie zawiodły przepisy, tam doskonale radzą sobie bursztynowi kłusownicy. Pod osłoną nocy na gdańskie bursztynonośne wyspy Stogi i Sobieszewo regularnie udają się zorganizowane grupy, które wydobywają nielegalnie ten cenny surowiec. blady strach, no bo niby co miał autor wypowiedzi na myśli, określając współczesną Rzeczpospolitą Polską „kondominium rosyjskoniemieckim”? A że autor wypowiedzi to lider liczącego się dużego ugrupowania politycznego, człowiek albo przez wyborców uwielbiany, albo znienawidzony, no to rozpętała się dyskusja. I pewnie część osób, zanim zajęła w niej głos, sprawdziła w słownikach znaczenie owego „kondominium”, zaś część od razu, na wszelki wypadek, zaczęła takiemu określaniu Polski zaprzeczać. Na internetowym serwisie społecznościowym Facebook pojawiła się nawet strona przePAŹDZIERNIK 2010

Wydobycie wygląda tak: na miejsce przyjeżdża samochód wyposażony w motopompę i wąż strażacki, następnie do piaszczystej gleby pod wysokim ciśnieniem wtryskiwana jest woda, która wymywa w podłożu kilkumetrowy dół. Bursztyn, jako lżejszy od wody, wypływa na powierzchnię, dzięki czemu można go zebrać. Jednej nocy można w ten sposób wydobyć kilkadziesiąt, a nawet kilkaset kilogramów! Przy wjeździe do lasu zawsze stoją na czatach zaufane osoby, które w razie potrzeby ostrzegają kolegów przez komórkę. Jeżeli na horyzoncie pojawia się samochód policji lub Straży Granicznej, motopompa jest porzucana, a uczestnicy nielegalnego procederu uciekają. Mimo wysiłków służb porządkowych, bardzo trudno jest złapać kogoś na gorącym uczynku. Drugim sposobem pozyskania surowca jest przemyt, przeważnie z Ukrainy. Jednak w ostatnich latach podjęto wiele działań, aby te wszystkie problemy rozwiązać: w Gdańsku ruszył pilotażowy projekt prywatnego legalnego wydobycia bursztynu, a samorządy z Polski i Ukrainy podpisały porozumienie o współpracy, dzięki któremu część wydobywanego na Polesiu bursztynu legalną

ciwników nazywania naszego kraju w ten sposób (zainteresowanym podaję adres: http://www.facebook.com/pages/Polska-niejest-kondominiu/10702103 2691872), zaś znany showman, prezenter radiowy i telewizyjny, satyryk Szymon Majewski w swoim prześmiewczym programie „Szymon Majewski Show” połączył leksem „kondominium” z innym, podobnym brzmieniowo „kondomem”. Oczywiście świadomie zrobił to, co część Polaków robiła nieświadomie. Ale czym w końcu jest to „kondominium”? To wyraz przejęty z niemieckiego (niem. Kondominium), ale tak napraw-

drogą trafi do pomorskich zakładów jubilerskich. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, problemy nielegalnego wydobycia i przemytu „złota Północy” zostaną rozwiązane do 2012 roku – istnieje koncepcja, by bursztyn stał się jednym z oficjalnych symboli polsko-ukraińskich mistrzostw Europy w piłce nożnej. JAKUB ŁOGINOW

dę wywodzący się z łaciny: con- = ‘współ-’, dominium = ‘panowanie’, oznaczający albo ‘wspólne rządy dwóch lub kilku państw nad jakimś krajem’, albo ‘terytorium znajdujące się pod wspólną władzą dwu lub kilku państw’. No i wszystko jasne!!! A czy Polska jest kondominium rosyjsko-niemieckim czy nie, nie mnie się tutaj wypowiadać, bo miejsce ku temu nieodpowiednie, choć oczywiście jakieś tam zdanie na ten temat mam. Wydawałoby się, że politycy, zwłaszcza wobec zbliżających się wyborów samorządowych, będą mówić prostym, zrozumia-

łym językiem, ale nie. Zbyt często musimy się zastanawiać nad tym, co powiedzieli, a niekiedy po prostu zgadywać, co mieli na myśli, wypowiadając te, a nie inne słowa. Oczywiste jest, że każda taka interpretacja uzależniona jest od opcji politycznej autora wypowiedzi i jej interpretatora. Najważniejsze jest jednak, abyśmy nie bali się i nie wstydzili pytać, nawet publicznie, o co chodzi, jeśli jakichś fraz czy pojedynczych słów nie rozumiemy. Ciekawe, czy nasi politycy będą potrafili na te pytania odpowiedzieć. MARIA MAGDALENA NOWAKOWSKA 27


Redakcja „Monitora Polonijnego” przygotowuje jubileuszowy koncert z okazji 15-lecia czasopisma, na którym wystąpi legendarny zespół

CZERWONE GITARY 20 listopada 2010 w Teatrze Arena w Bratysławie Podczas uroczystości zostanie zaprezentowana publikacja

W październiku w Galerii umelcov Spiša w Spiskiej Nowej Wsi ( ul. Zimná 46) będzie można podziwiać wystawę, zatytułowaną „Serce w wieży”, której autorem jest Gabriel Petraš – nasz rodak z Trenczyna. Redakcja „Monitora Polonijnego“ oferuje zakup roczników naszego pisma z lat 2005-2008, oprawionych w twarde okładki. Cena jednego tomu wynosi 15 euro plus koszty przesyłki (na terenie Słowacji to koszt 1 euro, do Czech – 5,50 euro, do pozostałych krajów UE – 6,90 euro).

pt. „Polska oczami słowackich dziennikarzy”. Zainteresowanych prosimy o zgłaszanie zamówień pod adresem e-mail: monitorp@orangemail.sk bądź pod numerem telefonu: +421 907 139 041

Patronat nad przedsięwzięciem przyjął J. E. Ambasador RP w RS Andrzej Krawczyk.

ILOŚĆ EGZEMPLARZY OGRANICZONA!

Więcej informacji w listopadowym numerze „Monitora”

P A Ź D Z I E R N I K ➨ CRAZYCURATORS BIENNALE III 1-22 października, Bratysława, Dom umenia, Nám. SNP 12 • Prezentacja twórczości Tomka Wendlanda wg koncepcji kuratorskiej Sławomira Sobczaka Więcej na: www.crazycurators.org lub www.crazycuratorsbiennale.org ➨ SATYRYKON – Wystawa karykatur 1-15 października, Bańska Bystrzyca, Štátna vedecká knižnica, Lazovná 9 • Na wystawie są prezentowane najlepsze prace w historii festiwalu „Satyrykon” ➨ JAZZOVÝ FESTIVAL KOSZYCE 2 października, godz. 19.00, Koszyce, Agentúra GeS, L. Novomeského 13 • Koncert P. M. (Paweł Mazur) Elektric Quartet w składzie: Paweł Mazur – bas, Piotr Smoleń – gitara, Mariusz Dziekan – keyboard, Bartłomiej Rojek – perkusja (www.pmeq.pl) • Więcej na: http://www.jazzfest.ges.sk/ ➨ FESTIVAL MULTIKULTURALNY BARBAKAN 2 października, godz. 16.00, Bańska Bystrzyca, Klub 77, Horná 54 • 3 października, godz. 15.30, Bańska Bystrzyca, Divadlo Ivana Palúcha • Prezentacja polskich filmów offowych • Więcej na: www.barbakanfest.sk ➨ KONCERT CHOPINOWSKI 5 października, godz. 18.00, Bańska Bystrzyca, Koncertná sala ZUŠ J. Cikkera, Štefánikovo náb. 6 Koncert pianistyczny Zuzany Niederdorfer-Paulechovej w ramach festiwalu Hommage a Chopin - Hommage a Schumann. 28

W

I N S T Y T U C I E

➨ FESTIVAL ARS POETICA Udział polskich poetów i artystów w międzynarodowym festiwalu poezji w Bratysławie 7 października, godz. 17.00, Bratysława, Instytut Polski • Prezentacja projektu filmowego Ewy Zadrzyńskiej Poezja łączy ludzi - Mój ulubiony wiersz 8 października, godz. 20.00, Bratysława, Klub 35 mm • Projekcja filmu Andrzeja Wajdy Tatarak (2009) 10 października, godz. 20.00, Bratysława, Klub 35 mm • Projekcja filmu Xawerego Żuławskiego Wojna polsko-ruska (2009) Ponadto - codziennie projekcje w Instytucie Polskim o godz.17.00 • Szczegółowy program na: www.arspoetica.sk ➨ SWOJĄ DROGĄ 7 października, godz. 19.00, Bratysława, Divadlo Meteorit, Čulenova 3 • Koncert grupy muzycznej „Swoją Drogą” ➨ DJ MENTALCUT 7 października, godz. 1.00, Bratysława, klub MMC, Karpatská 2 8 października, godz. 1.00, Koszyce, priestory kulturparku Kasárne, Kukučínova 2 • Koncerty zespołu na festiwalu NouveauNu 2010 • Program na www.vresk.sk.

➨ ORANŻADA 7 października, godz. 15.00-18.00, Preszów Prezentacja grupy w Preszowskim Radiu 7 października, godz. 20.30, Preszów Klub Christiania, ul. Hlavna 10 8 października, godz. 22.00, Svidník, Klub Holicstvo, Centralna ulica /hotel Rubin/ 9 października, godz. 21.00,Bratysława , Klub A4 (na festiwalu Ars Poetica) Tourne koncertowe grupy ORANŻADA na Słowacji Więcej na: www.oranzada.com ➨ ARE YOU FREE MUSICFESTIVAL 9 października, godz. 18.00, Dunajská Streda, MsKS, Korzo Bélu Bartóka 1 • Koncert grupy muzycznej „100nka” • Więcej na: www.100nka.pl ➨ MEDZYNARODOWY FESTIWAL AKORDEONOWY Udział czołowych przedstawicieli polskiej akordeonistyki 9 października, Dunajská Streda • Kursy mistrzowskie z udziałem Dariusza Baszaka i Piotra Chololowica 10 października, godz. 18.30, Dunajska Streda, Evanjelicky kostol • Koncert Marcina Wyrostka 12 października, godz. 19.30, Pieszczany, Sála Slovenských liečebných kúpeľov • Koncert Dariusza Baszaka i Bogdana Dowlasza ➨ LEWOCKIE BABIE LATO 10 października, godz. 15.00, Lewocza, Kongresová sála Koncert pianistyczny Tomasza Kamieniaka. Więcej na: www.lblfestival.eu MONITOR POLONIJNY


Redakcja

ŻYCZENIA Panu Dyrektorowi Instytutu Polskiego Tomaszowi Grabińskiemu i Jego Małżonce Katarzynie z okazji zawarcia związku małżeńskiego, które to wydarzenie miało miejsce we wrześniu w Bratysławie, życzymy wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia! Redakcja „Monitora Polonijnego” oraz przyjaciele z Klubu Polskiego

KLUB POLSKI NITRA uprzejmie informuje, że msze święte w języku polskim odbywać się będą w nitrzańskiej katedrze w każdą pierwszą niedzielę miesiąca o godz.15.00. ROMANA GREGUŠKOVÁ PREZES KLUBU POLSKIEGO W NITRZE

UWAG A!!! Informujemy, że koszty roczne prenumeraty naszego czasopisma na rok 2010 wynosą 12 euro (emeryci, renciści, studenci – 10 euro). Wpłat należy dokonywać w Tatra banku (nr konta 2666040059, nr banku 1100). Dokonując wpłaty prosimy o napisanie w formularzu bankowym imienia i nazwiska. Nowych prenumeratorów prosimy o zgłoszenie adresu, pod który „Monitor” ma być przesyłany. Kontakt do redakcji: monitorp@orangemail.sk lub nr tel. 0907 139 041.

„Monitora Polonijnego“

ogłasza nabór współpracowników Jeśli lubisz pisać, masz ciekawe pomysły, zapraszamy do współpracy! Poszukujemy też korespondentów z regionów Żyliny i Martina. W dniu16 października (sobota) w Instytucie Polskim w Bratysławie odbędzie się szkolenie dziennikarskie, które poprowadzi mgr Alina Kietrys – publicystka, nauczyciel akademicki z Instytutu Filozofii, Socjologii i Dziennikarstwa Uniwersytetu Gdańskiego. Zainteresowanych prosimy o zgłaszanie się po numerem telefonu: 0905 623 064 lub pod adresem e-mail: monitorp@orangemail.sk

P O L S K I M ➨ SPEKTAKLE TEATRALNE DIVADLA KONTRA 9 i 10 października, godz. 19. 00, Spiska Nowa Wieś, Dom Matice Slovenskej, Zimná ul. 68 23 i 24 października, godz. 19.00 Najnowsze spektakle w reżyserii polskiej reżyserki Klaudyny Rozhin • Žena v čiernom (The Woman in black) i Conor McPherson Sv. Mikuláš ➨ FESTIVAL MOON RIDE 5 11-16 października, Koszyce • Udział polskich artystów na festiwalu sztuki współczesnej w Koszycach: 11 października, godz. 21.30, Koszyce, Tabačika Kulturfabrik, Gorkého 2 • Koncert zespołu NAPSZYKLAT: DR. MABUSE - DOBRODRUH Więcej na: www.myspace.com/napszyklat 12 października, godz. 17.00, Koszyce, Múzeum Vojtecha Löfflera, Alžbetina ul. 20 • JACEK FRAS • Więcej na: www.jacekfras.com 12 października, godz. 20.30, Koszyce, Mestská krytá plaváreň, Protifašistických bojovníkov 4 PRAWATT & KIEGŐ IZZÓK • Więcej na: www.prawatt.com i www.kiegoizzok.com 12 października, godz. 21.30, Koszyce, Tabačka Kulturfabrik, Gorkého 2 • Koncert zespołu NAPSZYKLAT: DR. MABUSE - DOBRODRUH • Więcej na: www.myspace.com/napszyklat 13 października, godz. 20.00, Koszyce, kostol dominikánov, Dominikánske námestie Koncert JACASZEK + SELFBRUSH • Więcej na: www.jacaszek.com, www.myspace.com/jacaszek, www.myspace.com/selfbrush PAŹDZIERNIK 2010

14 października, godz. 19.30, Koszyce, Tabačka Kulturfabrik, Gorkého 2 • Autorski spektakl Romana Woźniaka SEKSTET, TRZY DUETY I SPINKA 14 października, godz. 19.30, Koszyce, Tabačka Kulturfabrik, Gorkého 2 • Koncert zespołu NEWEST ZEALAND • Więcej na: www.newstzealand.net 16 października, godz. 18.00, Koszyce, Kasárne Kulturpark, Kukučínova 2 • JOANNA ZIMEMCZYK & YANIV MINTZER: IMPRESSIONS 16 października, godz. 22.30, Koszyce, Tabačka Kulturfabrik, Gorkého 2 • Koncert zespołu 3MOONBOYS Więcej na: www.myspace.com/3moonboys ➨ EKOTOPFILM 11-15 października 2010, Bratysława • Prezentacja polskich filmów w ramach 37. Międzynarodowego Festiwalu Filmów Ekologicznych Ekotopfilm 2010 • Więcej na: www.ekotopfilm.sk ➨ BIENÁLE ANIMÁCIE BRATYSŁAWA 12 – 16 października, Bratysława • Prezentacja kolekcji młodej polskiej animacji wg wyboru Mariusza Frukacza pod tytułem Tradycja i eksperyment 14 października, godz. 9.30, kino 35 mm na Filmovej a televíznej fakulte VŠMU 15 października, godz. 17,00, kino Mladosť Projekcja filmów z udziałem Ewy Sobolewskiej i Jerzego Moskowitza

➨ SIETE 2010 16 października 2010, Bratysława, Hudobný klub U Očka, Karpatská 3 • Prezentacja twórczości poetyckiej Zofii Bałdygi • Więcej na: wwww.literackie.pl. ➨ JAZZ PRESZÓW 21 października, godz. 18.00, Preszów, sála Čierneho orla Parku kultúry a oddychu, Hlavná 50 Koncert zespołu PAWEŁ KACZMARCZYK AUDIOFEELING ➨ BRATISLAVSKE JAZZOVE DNI 22 października, godz. 19.00, Bratysława, PKO, Nábr. arm. gen. Ludvíka Svobodu 9 • Koncert Agi Zaryan (www.zaryan.com) Więcej na: www.bjd.sk ➨ TRENCZYŃSKA JESIEŃ MUZYCZNA 24 października, godz. 18.00,Trenczyn, Galéria M. A. Bazovského • Koncert chopinowski pianisty Waldemara Wojtala i śpiewaczki Jadwigi Rappe ➨ CHOPIN, SZYMANOWSKI - KONCERT JOANNY DOMAŃSKEJ 25 października, godz. 18.00, Bańska Bystrzyca, Koncertná sala Akadémie umení • Koncert wybitnej polskiej pianistki Joannay Domańskej 29


Holandia bez stereotypów

H

olandia – jeden z najbardziej znanych i... nieznanych krajów europejskich. Przybyszowi z zewnątrz wydaje się, że po zwiedzeniu Amsterdamu, Madurodamu, tj. miniaturowej Holandii w Hadze, Keukenhofu – największej wystawy kwiatowej w Leiden, posmakowaniu sera w Volendam i wypiciu grolscha po meczu Ajaxu na stadionie Arena wie o niej już wszystko. Do tego dochodzą rozpowszechniane stereotypy: tulipany, narkotyki, eutanazja, homoseksualizm, prostytucja.... Aż ciarki przechodzą. A ja wołam: „Turyści, opanujcie się! Jedźcie na wieś, zajrzyjcie do kościoła, odwiedźcie przedszkola i domy opieki! To ułożone, stabilne i konserwatywne społeczeństwo. Może nawet czasami za bardzo...”. No właśnie, a co ja tutaj robię od prawie trzydziestu lat? Będąc jeszcze studentką, na międzynarodowym obozie w Finlandii poznałam Holendra, swojego przyszłego męża. Przez dziesięć lat korespondowaliśmy ze sobą, a ton tych listów robił sie coraz bardziej romantyczny. Gdy w kilka dni po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce zjawił się mój rycerz w szoferce TIR-a pierwszego konwoju z pomocą humanitarną, nastąpiły najpiękniejsze oświadczyny. W kilka miesięcy później w Poznaniu wzięliśmy ślub. Mój mąż po kilku dniach wyjechał, bo nie stać go było na przedłużenie wizy. Na każdy dzień pobytu musiał wymieniać sporą sumę marek zachodnich, co dla studenta, nawet zachodniego, było majątkiem. I tak przez dwa lata odwiedzaliśmy się co kilka miesięcy. Fokko kończył w Delft elektrotechnikę, a ja próbowałam zrobić w Poznaniu doktorat. No ale służbom paszportowym nasze wycieczki przestały się podobać. Otrzymałam paszport w jedną stronę z komu30

O AUTORCE: Prywatnie: mąż Holender i dwoje dzieci: syn – lekarz, córka – studentka fizjoterapii. Z urodzenia poznanianka, absolwentka socjologii, w latach 1975-1984 wykładowca na uczelniach artystycznych, związana najdłużej z poznańską Akademią Muzyczną. Od 1984 roku mieszka w Holandii, gdzie w 1992 roku założyła stowarzyszenie Pools Podium Scena Polska, a od 1994 wydaje kwartalnik „Scena Polska”; dziennikarka i animatorka kultury. Więcej: www.scenapolska.nl

nikatem, że albo wyjeżdżam teraz na stałe, albo nie wyjadę już nigdy z kraju. Był rok 1984. Holandia przyjęła mnie z otwartymi ramionami. Zaczęło się codzienne życie. Przez kilka lat mieszkaliśmy w akademiku, gdzie urodził się nasz syn. Potem pierwsza praca mojego męża, drugie dziecko – córka i pierwszy wymarzony domek o szerokości 4 i dłu-

gości 10 metrów. No i pierwsze zetknięcie się z różnicami pomiędzy zwyczajami wyniesionymi z Polski i tymi, tutaj zastanymi. Zapalenie ucha – przykładam dziecku namoczony w alkoholu kompres rozgrzewający i jadę z nim na rowerze do lekarza. Jest grudzień. Dostaje mi się – zdjąć wszystko i do domu na rowerze z gołą główką, bo potrzebny jest zimny, a nie ciepły kompres. Gorączka? Wyrzucić pierzynę, przykryć dziecko prześcieradełkiem. Ale nie odpuszczałam i zapalenie oskrzeli leczyłam syropem z czarnego bzu, własnej zresztą produkcji. Najważniejsze to umieć połączyć mądrości życiowe obydwu narodów. I tak to jest do dzisiaj. Życie w rodzinie dwukulturowej jest bardzo interesujące. A co z Polską? Założyłam stowarzyszenie „Scena Polska”, aby sprowadzać do Holandii teatry i organizować przeglądy filmowe. Od lat organizuję też wianki, andrzejki i nawet jeden raz sylwestra. I po co to wszystko? Nie wiem, chyba z egoizmu. Chcę w tym wszystkim brać udział. Ale też z wielką przyjemnością od czasu do czasu uda mi się zorganizować coś holenderskiego w Polsce. Najważniejsze, żeby Holendrzy i Polacy rozumieli swoje upodobania i zwyczaje oraz aby szanowali sie nawzajem. Bo wiele nas łączy. Jak już wcześniej wspomniałam, przeciętni Holendrzy niewiele się od nas różnią. Są otwarci, rodzinni, mają poczucie humoru i lubią tanio kupować! Czym się na pewno różnimy, to tym, że my Polacy uwielbiamy narzekać. A Holender ma na wszystko jedną odpowiedź: prima! Jeszcze tolerancja, oni ją mają, a my niestety nie. Ale proszę, bądźcie tolerancyjni dla autorki tego artykułu. Tyle chciałabym Wam opowiedzieć, a już przekroczyłam limit znaków. A może redaktor naczelna „Monitora Polonijnego” da mi jeszcze w przyszłości szansę? Pozdrawiam z Holandii! ZOFIA SCHROTEN-CZERNIEJEWICZ MONITOR POLONIJNY


Torvald i jego ´ drużyna we Fromborku B

ył piękny wietrzny dzień. Na południowym brzegu wyspy Gotlandii drużyna wikinga Torvalda przygotowywała się do morskiej wyprawy. Dziesięciu dobrze zbudowanych mężczyzn ładowało rybackie sieci na pokład drewnianego drakkaru. Każdy wiking ubrany był w ciepłą niedźwiedzią skórę, na głowie miał hełm z rogami, za pasem jednoręczny miecz, a na plecach drewnianą tarczę i kolczugę oraz łuk i strzały. Wikingowie słynęli ze swej walecznej natury i rozbojów. Wielu z nich wypływało w morze w poszukiwaniu przygód. W morskich portach wymieniali focze skóry, morskie kły, żelazną broń na inne towary. Tym razem wypływali, by napełnić rybackie sieci rybami i zapewnić żywność mieszkańcom Gotlandii na czas ostrej zimy. Niebo było czyste, a morze spokojne. Nic nie zapowiadało zbliżającego się sztormu. Nagle zrobiło się ciemno, zerwał się porywisty wiatr. Załoga musiała walczyć ze wzbierającymi falami. Deszcz padał coraz mocniej, a łódź powoli ulegała gniewowi morza. Torvald obudził się na mokrym piasku. Trząsł się z zimna. Rozejrzał się i zobaczył rozbitą łódź oraz grupę zbrojnych żołnierzy. Ucieczka czy walka nie miały sensu. Wraz ze swoją drużyną został pojmany i odprowadzony do siedziby tutejszego władcy. Okazało się, że morze wyrzuciło wikingów w pobliżu Fromborka. Gród ten usytuowany był na wzgórzu, z którego w dole widać było brzegi Zalewu Wiślanego i pola uprawne. Otaczały go wały ziemne i drewniane PAŹDZIERNIK 2010

palisady. Torvald od razu stwierdził, że taka fortyfikacja nie jest wystarczająca, by ochronić mieszkańców przed wrogimi napaściami. Wraz z drużyną stanął przed obliczem księcia Gościmira. – Witaj, Torvaldzie! Bóg morza zesłał was na brzeg Fromborka. Jakie były wasze zamiary? – Gościmirze, nasz drakkar rozbił się podczas połowów morskich – odrzekł Torvald. – Nie oszukasz starego lisa. Wyłowiliśmy wasze miecze i łuki – spojrzał groźnie Gościmir. – Książę, słyniesz ze swej mądrości, więc wiesz, że wiking nie rozstaje się ze swoją bronią. Na morzu jest wiele potworów. Wypłynęliśmy, by zapewnić naszym kobietom i dzieciom żywność na zimę. Proszę, byś pomógł mnie i moim rybakom zbudować nową łódź, byśmy mogli powrócić do Gotlandii. Gościmir zwołał naradę starszyzny. Wikingowie słynęli jako wspaniali budowniczowie łodzi. Książę postanowił zatem złożyć Torvaldowi pewną propozycję. – Torvaldzie, ty i twoja drużyna będziecie naszymi gośćmi i otrzymacie drewno na budowę nowej łodzi,

pod warunkiem, że zbudujecie jeden szybki drakkar także dla nas. – Zgoda, Gościmirze – przytaknął rudą głową wiking. I tak od rana do wieczora wikingowie wraz z pomocą fromborskich cieśli budowali na brzegu Zalewu Wiślanego dwa piękne drakkary, a kobiety szyły dla nich kolorowe żagle. Gdy łodzie były gotowe, drużyna Torwalda z radością szykowała się do żeglugi powrotnej. – Gościmirze, twój drakkar jest już gotowy. Czy zgadzasz się na nasz powrót do Gotlandii? – Torvaldzie, płyńcie szybko do domu i niech wasze sieci będą ciężkie od ryb! – odrzekł na pożegnanie książę Gościmir. Wikingowie w spokoju wypłynęli na otwarte morze. Gościmir z oddali obserwował ich oddalającą się łódź i przyglądał się tej, którą pozostawili dla niego w porcie. Zastanawiał się, czy Torvald powróci kiedyś po szybki drakkar, czy zbudowany przez wikingów statek wzmocni obronę portu… Różne myśli kłębiły się w głowie księcia. A ty, mały wikingu, już śpij spokojnie… KASIA GREGUŠKA

31


Nie ulega wątpliwości, że w październiku na targu można kupić jeszcze sporo świeżych warzyw i owoców. To znakomicie, bo dni już takie krótkie, a złota jesień

czasami zamienia się w dżdżystą, szarą porę roku, która nie zachęca do niczego. Zanim zupełnie się zniechęcimy, zanim zabraknie nam witamin, skorzystajmy

z przepisów, jakie przesłała do „Piekarnika” pani Anna Mogilnicka.

Piersi kurczaka faszerowane szpinakiem Składniki: • piersi kurczaka • szpinak (może być mrożony) • odrobina masła

• ser feta • sos pesto • 2 ząbki czosnku

• sól, pieprz • Vegeta • tymianek

Sposób przyrządzania:

Zupa z cukinii

Szpinak podsmażamy na łyżeczce oliwy i maśle, wrzucamy do niego posiekany czosnek, a gdy masa wystygnie, dodajemy ser feta i pozostałe przyprawy do smaku. Mieszamy aż do uzyskania jednolitej konsystencji farszu. Piersi kurczaka kroimy na jak największe filety, które delikatnie rozbijamy tłuczkiem. Następnie z jednej strony cienko smarujemy je sosem pesto, doprawiamy solą

i pieprzem a potem, nałożywszy farsz z jednej strony, zawijamy filecik w roladki. Na patelni rozgrzewamy oliwę, kładziemy nasze roladki zakończeniem do dołu i podsmażamy na rumiano. Następnie przekładamy je do naczynia żaroodpornego i pieczemy w piekarniku (temp. 180 stopni) około 30-40 minut. Roladki są wyśmienite na gorąco, ale gdy wystygną, można je pokroić na kanapki jako oryginalny dodatek.

Składniki: • • • •

cukinia cebula marchew pietruszka

• • • •

czosnek bekon serek topiony natka pietruszki

• sól, pieprz • Vegeta • majeranek

Sposób przyrządzania: Na odrobinie oliwy podsmażamy cebulę, dodajemy do niej pokrojony w kostkę boczek i posiekany czosnek, po czym doprawiamy ulubionymi przyprawami. Następnie dodajemy startą na tarce marchew i pietruszkę oraz cukinię (startą na plastry lub pokrojoną). Gdy cukinia puści sok, dodajemy wody i gotujemy około 10 minut. Uważamy, by cukinia się nie rozpadła. Następnie wrzucamy do zupy serek topiony, całość miksujemy chwilę i zupa gotowa. Podajemy ją z natką pietruszki lub startym parmezanem. Ani, Mikołajowi i Krystianowi smakuje zawsze. Wy też spróbujcie! AGATA BEDNARCZYK

Monitor Polonijny 2010/10  
Monitor Polonijny 2010/10  
Advertisement