Issuu on Google+

„Kołderka jest za krótka” - rozmowa z Magdaleną Witkiewicz

„Szwedzi - formaliści na luzie” czyli jak się rodzi po drugiej stronie Bałtyku

„Psy i potężna radość” - o kynoterapii albo dogoterapii


A PA

A WSK L O K I P WL A.

J MO OTO F . W W W

ANN

Ta k s z y b k o d o r a s t a j ą . Z a t r z y m a j c z a s w k a d r z e . . .


modelina wrzesień-październik

1

Drodzy Czytelnicy! Witamy Was w pierwszym numerze magazynu „Modelina”. Magazynu rodzinnego w pełnym tego słowa znaczeniu. Po pierwsze dlatego, że rodzinie poświęconemu. Może to dziś myślenie niemodne, ale uważamy ją za wartość podstawową, niezbędną dla pełnego rozwoju człowieka. Owszem, rodziny bywają różne – niepełne, z problemami, zszywane niczym patchwork – ale wszystkie wymagają wsparcia. Bardzo go dzisiaj brakuje. „Po urodzeniu pierwszego dziecka chciałam wrócić do poprzedniego miejsca pracy, ale nie wyszło. Gdy zaszłam w ciążę po raz drugi, byłam na umowie na czas określony i tym samym w dniu porodu pracę straciłam – ot, typowe kłopoty polskich matek” – opowiada jedna z naszych rozmówczyń. Chyba każdy może mnożyć podobne przykłady. Oczywiście nasze skromne pismo nie rości sobie pretensji do rozwiązywania takich problemów. Ale chcielibyśmy przynajmniej stać się miejscem spotkań i wytchnienia dla podobnie nam myślących. Po drugie „Modelina” jest magazynem rodzinnym, ponieważ jest rodzinnym interesem. Proszę się nie bać. Wiemy, że to pojęcie bywa opacznie rozumiane - „rodzinne interesy” tworzą przecież ci, którzy upychają swoich krewnych na każde możliwe stanowisko. My nigdzie nikogo nie upychamy. Po prostu sami – jako rodzina – postanowiliśmy o siebie zadbać. Trawestując hasło z „Ziemi obiecanej”: Ja nie mam nic, ty nie masz nic, zróbmy razem gazetę! Mamy nadzieję, że nam wyjdzie. Mamy nadzieję, że Wam, drodzy Czytelnicy, się spodoba i będziecie trzymać za nas kciuki. I jeszcze coś. Jako jedyny samiec w gronie współautorek i twórców gazety, muszę tu oddać sprawiedliwość: „Modelina” bez pań, ich zaangażowania i talentu, nie powstałaby. Meksykańskie przysłowie mówi: „Dom nie opiera się na ziemi, tylko na kobiecie”. Ten magazyn też. Sebastian Równy redaktor naczelny Czytajcie nas także na

www.modelina.info.pl


2

modelina strona redakcyjna

wewnątrz numeru m.in.: Tak proste jak przepis na szarlotkę, str. 6 Dwie kreski na teście ciążowym po półtora roku oczekiwania (i usilnych starań) wprowadzają w permanentny, kilkudniowy stan euforii. Wreszcie będziemy rodzicami! Dorota Omylska-Bielat Mama pięcioletnich bliźniaczek - Marceliny i Rozalii, plastyk, pasjonatka fotografii, zajmuje się reklamą, PR-em i społeczną odpowiedzialnością biznesu w jednej z firm gazowniczych.

Szwedzi - formaliści na luzie, str. 8 Zanim ja w ogóle poznałam moją położną, spotkał się z nią... mój narzeczony, by dowiedzieć się wszystkiego temat roli ojca podczas ciąży, porodu i wychowania dziecka. Dominika Gunnarsson Mama dwóch chłopców - Tomasa (3 lata) i Marcusa (rok). Od 2008 roku mieszka z mężem Johanem w Szwecji, gdzie urodzily sie ich dzieci. Przed wyjazdem pracowala jako specjalista ds. Public Relations w MTV Networks Polska, gdzie prowadziła również blog MTV jako „PR Girl”.

Kiedy do logopedy, str. 22 Na pewno rodzic musi być zaangażowany w przebieg terapii, tzn. wiedzieć, nad czym dziecko pracuje na zajęciach i w jaki sposób utrwalać to na co dzień w domu. Jeśli takiego zaangażowania ze strony rodziców zabraknie, terapia ciągnie się często bardzo długo, nie przynosząc oczekiwanych efektów. Anna Przerwa Logopeda w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej w Rawie Mazowieckiej, żona i mama czterech dziewczynek (na zdj. od lewej: Kasia, Maja i Emilka).

Wydawca: Wydawnictwo Liberis Redaktor naczelny: Sebastian Równy, redakcja@modelina.info.pl Skład i opracowanie graficzne: Agnieszka Markiewicz-Równy, reklama@modelina.info.pl Reklama: reklama@modelina.info.pl, tel. 534 102 080, 603 554 076. Nakład: 10 000 egzemplarzy

www.modelina.info.pl

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść publikowanych ogłoszeń i reklam. Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych i zastrzega sobie prawo do redagowania i skracania tekstów.


4

modelina rozmawiamy

Kołderka jest za krótka Słysząc o tobie uznałem, że jesteś perfekcjonistką, potrafiącą świetnie organizować sobie czas. W domu pewnie wszystko pięknie uporządkowane, w kalendarzu zaplanowana każda godzina... Ależ ja jestem chaotyczną bałaganiarą! Gdziekolwiek przejdę, zostawiam po sobie ślady i strasznie mnie to wkurza (nie mówiąc o bliskich)! Czas staram się planować, zapisuję wszystko, ustawiam przypominacze i dzięki temu w ogóle jeszcze egzystuję. Jakoś strasznie dużo rzeczy trzeba pamiętać. Szczepienia dzieci, przeglądy samochodu, ZUS-y, podatki, spotkania... Rzadko zdarza mi się położyć dzieci spać, usiąść w fotelu i pomyśleć: „Nic nie muszę”. A skąd w ogóle pomysł, że jestem perfekcjonistką? No jak to skąd? Dwójka dzieci, trzy powieści na koncie, założenie i prowadzenie agencji marketingowej... I to wszystko na raz w ciągu kilku zaledwie lat - imponujące! Jak to się robi? No właśnie ostatnio mam wrażenie, że nie daje się tego wszystkiego pogodzić. Kołderka jest za krótka. Pociągnie się w jedną stronę i brakuje z drugiej. Mam taki okres w życiu, że zastanawiam się, czy nie narzuciłam sobie zbyt dużego tempa. Gdy zdarza mi się (rzadko) bezczynnie siedzieć, mam olbrzymie wyrzuty sumienia. Moje życie po prostu biegnie. Ojej, a już myślałem, że na twoim przykładzie pokażemy czytelnikom, jak świetnie można łączyć pracę zawodową, pasję i rodzinę… Więc z którego z tych elementów będziesz musiała zrezygnować? No chyba… z pisania (śmiech). A mówiąc poważnie, zauważyłam, że inaczej wychodzi pisanie „z musu”, a inaczej, gdy traktuję to lekko. Tworzenie na czas - gdy mam podpisaną umowę z wydawnictwem i zmęczona tłukę tysiące znaków dziennie - nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Muszę zwolnić, odsapnąć, zająć się dziećmi, ukisić ogórki, upiec drożdżówki, po prostu być mamą. Może nawet trochę kurą domową? Chociaż do końca chyba nie potrafię… Na pewno będę pisać, bo to ma się we krwi. Ale teraz muszę trochę odsapnąć. Uważasz, że w życiu można mieć wszystko? Czy jednak zawsze jedno jest kosztem drugiego? Nie można mieć wszystkiego. Ja ostatnio naprawdę ciężko pracowałam. Od rana do godz. 16 firma, potem dzieci, a potem do północy pisanie. Jak skończyłam ostatnią książkę, natychmiast się rozchorowałam. Pewnie organizm sam zadecydował, że muszę poleżeć w łóżku i skoro ja sama nie chciałam, postawił mnie przed faktem dokonanym. Niektórzy mówią, że człowiek nie powinien być tak do końca szczęśliwy, bo zaraz zostanie ukarany przez niebiosa...

Fot. Kamila Wyroślak Tak, to prawda. Czułam, że muszę coś zrobić. No i napisałam książkę. Najpierw kilka stron, a jak się okazało, że podoba się to bliskim (przede wszystkim mojej mamie), kontynuowałam pracę. I udało się! I co, dziecko nie przeszkadzało? Pisałam wieczorami, kiedy Lila - moja malutka wtedy córka - już spała. Tak od 20 do 24, kiedy to ja szłam spać. To była wspaniała przygoda. A teraz kiedy piszesz? Też w nocy?

Też tak myślę. Ale co to znaczy „do końca szczęśliwy”? Każdy ma swoje troski i zmartwienia. Zwykle się o nich nie mówi…

Tak, wieczorami, kiedy dzieci już śpią.

Czy to prawda, że pierwszą powieść - „Milaczka” - napisałaś na urlopie wychowawczym?

Jak to się stało, że wychowując drugie dziecko i pisząc kolejną powieść, postanowiłaś jeszcze założyć agencję marketingową? Nudno ci było?


modelina wrzesień-październik Po urodzeniu pierwszego dziecka chciałam wrócić do poprzedniego miejsca pracy, ale nie wyszło. Gdy zaszłam w ciążę po raz drugi, byłam na umowie na czas określony i tym samym w dniu porodu pracę straciłam – ot, typowe kłopoty polskich matek. Gdy syn Mateusz miał osiem miesięcy, zaczęłam badać możliwości powrotu do pracy – nie było takowych, więc zaczęłam się zastanawiać na czym się znam i... wyszła firma marketingowa. Po drodze chciałam jeszcze zakładać przedszkole, ale wiem, że to byłby bardzo zły pomysł (śmiech). Wracasz więc z pracy, zajmujesz się dziećmi, a wieczorem siadasz do pisania kolejnej powieści. Muszę spytać, jako facet: A w tym grafiku jest pięć minut dla męża? Dla męża? No, ostatnio mi trochę narzeka. Ale muszę się wytłumaczyć! Książki zaczęłam pisać, bo to właśnie on nie miał czasu dla mnie. Mąż zapracowany, to co miałam robić? Znalazłam sobie zajęcie! No i jak już znalazłam, mąż stwierdził, że musi mniej pracować. Ale teraz ja nie mam czasu. Stąd też moje przemyślenia, że trzeba zwolnić. Jak wspominasz swoje dzieciństwo? Dzieciństwo nieodłącznie kojarzy mi się z drewnianym domkiem w małej wsi Amalka na Kaszubach, do którego to jeździłam na każde wakacje. To był istny raj dla dzieci. Wakacje tam spędzałam z moją kuzynką, dwa lata starszą i z moim tatą. Nie było tam (i nadal nie ma) bieżącej wody. Wtedy nie było też prądu. To właśnie z wakacji w Amalce zaczerpnęłam niektóre przygody Zuzanny Wolickiej, jednej z moich bohaterek. W Amalce siedziało się do północy, a spało do południa. Potem przygotowywaliśmy tonę kanapek, które jedliśmy na

5

... dzieciństwo nieodłącznie kojarzy mi się z drewnianym domkiem w małej wsi Amalka na Kaszubach, do którego to jeździłam na każde wakacje. To był istny raj...

Pięcioletnia Magda w karty. Poznałam chyba każdą grę, jaka tylko istnieje. Na kartach nauczyłam się liczyć i logicznie myśleć. Już nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła grać z moimi dziećmi... A po wakacjach wracało się do domu, do mamy, do czystej pościeli, do wanny pełnej ciepłej i czystej wody. Jak dzieciństwo wpłynęło na to kim dziś jesteś i co robisz? Byłam tak wychowywana, że nie boję się teraz podejmować nowych wyzwań, nie boję się rozmawiać z ludźmi, jestem otwarta. To pomaga w prowadzeniu firmy marketingowej. A czy dzieciństwo wpłynęło na to, że zostałam pisarką? Nie potrafię tego określić. W każdym razie dzieciństwo wspominam bardzo, bardzo miło. Chciałabym, by moje dzieci też miały takie wspomnienia. Wyobrażam sobie, że obserwacja własnych dzieci może być inspirująca dla pisarki – jeśli pisze ona bajki dla maluchów. Ale twoja twórczość skierowana jest dla dorosłych. Czy w takim wypadku rodzicielstwo może być jakoś inspirujące?

Pisarka z dziećmi śniadanie. Po śniadaniu czekały na nas jezioro, las, grzyby, poziomki. Gotowałyśmy też obiad. Tata otwierał książkę kucharską i wybierał menu, a my gotowałyśmy. Czasem nawet okazywało się to do zjedzenia. Wieczorem graliśmy

Rodzicielstwo zawsze jest inspirujące. A nawet nie tyle rodzicielstwo, ile dzieci w pobliżu. Czerpię słowa, zwroty od znajomych dzieci, a jestem przekonana, że i moje wkrótce mi coś podpowiedzą. Na przykład sposób liczenia czasu odcinkami „M jak Miłość”, który pokazałam w „Milaczku” zapożyczyłam od pewnej znajomej mi dziewczynki. Poza tym nie piszę tylko dla dorosłych. Mam na koncie kilka wierszyków dla dzieci, a także kilka stron książeczki dla najmłodszych. To, czy ją skończę – się okaże. Na razie, jak już wspominałam, muszę trochę odetchnąć. Życie biegnie zbyt szybko, potrzebuję oddechu, lenistwa i wytchnienia. Pisanie samo przyjdzie z czasem.

Magdalena Witkiewicz Gdańszczanka, żona i mama dwójki dzieci: czteroletniej Lilianki i dwuletniego Mateusza. Prowadzi agencję marketingową. W 2008 roku zadebiutowała powieścią „Milaczek”. Była to pierwsza książka z serii „Monika Szwaja poleca” wydawnictwa Sol. W 2010 roku ukazała się kolejna książka pisarki „Panny roztropne”, a w planach na 2012 r. jest „Cofnąć czas” oraz „Ballada o Ciotce Matyldzie”. Więcej można dowiedzieć się na stronie www.magdalenawitkiewicz.pl

Rozmawiał Sebastian Równy


6

modelina refleksje

Damskim okiem

Tak proste jak przepis na szarlotkę Dwie kreski na teście ciążowym po półtora roku oczekiwania (i usilnych starań) wprowadzają w permanentny, kilkudniowy stan euforii. Wreszcie będziemy rodzicami! Po kilku dniach lewitacji lekko opadamy na ziemię i zaczynamy przygotowania do przyjęcia nowego członka rodziny. Kobieta zaczyna wić gniazdo, a mężczyzna zgadza się na wszystko i bez mrugnięcia okiem wykonuje życzenio-zlecenia. Pomiędzy nadzorowaniem prac malarskich w pokoju dziecinnym, a przeglądaniem stu stron internetowych z łóżeczkami i wózkami, kobieta zaczyna wchłaniać wszelką wiedzę na temat wychowania. Wraz z rosnącym brzuchem rosną sterty poważnych poradników i kolorowych magazynów z tysiącem i jedną poradą dotyczącą bobasków i ich przewijania, karmienia, kąpania, ubierania... Bezpośrednimi doświadczeniami dzielą się z nami mamy, ciocie, babcie i sąsiadki. Powstaje z tego niezły szum informacyjny. Jednak jako nowicjusze w materii rodzicielskiej mamy kolorowe widzenie artysty naiwnego i raczej się nie martwimy. Na odczucia paniki na myśl o kształtowaniu nowego człowieka, szybko reaguje potomek. Kopniakiem w nereczki pozawerbalnie zapewnia, że sobie poradzimy. I zwykle sobie radzimy. Zebrane rady przepuszczamy przez pryzmat swojego podejścia do tematu i rodzicielskiej intuicji. Poradniki czytamy nadal, czerpiemy wiedzę od narodowych niań i światowych podróżniczek, ale nie stosujemy bezrefleksyjnie wychowawczych przepisów na swoim dziecku. Rady na temat wychowania mogą się diametralnie różnić, co nie znaczy, że tylko jedna z nich jest prawidłowa. Przykład z poradnika nr 1: „Mój syn ma 7 lat i nie chce spać w swoim łóżku. W nocy przychodzi do nas, bo tak się przyzwyczaił. Mąż traci cierpliwość”. Rada: „Dziecka nie należy przyzwyczajać do wspólnego spania. Niemowlę po karmieniu należy odkładać do łóżeczka, a kiedy dziecko skończy 1,5 – 2 lata przeprowadzić do osobnego pokoju. Od maleńkości uczyć świadomości własnej odrębności i po-

czucia swojego miejsca”. I co? Po trzech latach nie mamy wprawdzie kłopotu ze śpiącym w naszym łóżku maluchem, ale niewykluczone, że przytulając się dłużej do naszego kochania, usłyszymy: - Mamo, może byś już położyła się w swoim łóżku, bo mi ciasno! W poradniku nr 2 na ten sam temat przeczytamy: „Jeśli dziecko chce spać z matką, należy mu na to bezwzględnie pozwolić. Nie należy osłabiać jego poczucia bezpieczeństwa przez oddzielenie i odkładanie w osobne miejsce. Ciągły kontakt z rodzicami, bliskość jest podstawą dobrego stanu ducha. Dziecko obserwując rodziców, w sposób niewymuszony przyswaja sobie zachowania i uczy się. Bycie ciągle razem kształtuje pełny, świadomy siebie byt”. Jak sobie radzimy z tymi – na pierwszy rzut oka – sprzecznymi informacjami? Znajdujemy złoty środek. Jako rodzice intuicyjnie wiemy, co dla naszego dziecka jest najlepsze. Zapewniamy mu miłość i bezpieczeństwo, stymulujemy rozwój, dajemy wolny wybór, pokazujemy świat i pielęgnujemy wrodzone talenty. Wychowując, sami się ciągle uczymy i poznajemy siebie. Bycie rodzicem to najbardziej odpowiedzialny zawód świata. Największy wysiłek człowieka i najmocniejsza, pierwotna zależność. Zażyłość, którą w pewnym momencie musimy osłabić, by dać wolność nowemu człowiekowi. Ten ostatni krok jest najtrudniejszy. Przepis na dobrze wychowane dziecko? Niemowlę dowolnej wielkości wkładamy do przyjaznego środowiska. Zapewniamy idealne warunki bytowe, wzrostowe oraz rozwojowe i przez pierwsze kilkanaście lat obsługujemy. Karmimy, poimy, tulimy, śpiewamy, uczymy, słuchamy, zakazujemy, pozwalamy. Kiedy dziecko jest w stanie samo zadbać o siebie i przeżyć – pozwalamy mu odejść. Proporcje i rodzaje czynności dobrać według potrzeb i uznania. Dotka Om-Bie

Męskim okiem

Różowy kabriolet Barbie - Kiedy ma się dzieci, trudno nie być konserwatystą - rzucił kiedyś jeden z moich znajomych i jego słowa jakoś zapadły mi w pamięć, jakoś często w różnych sytuacjach brzęczą mi za uchem. Może dlatego, że konserwatywna wrażliwość jest dziś narażona na nieustanne ataki ludzi oddanych ideom politycznej poprawności i - chyba - liberalizmu. Mówię „chyba”, bo najwyraźniej słowo „liberalizm” rozumiane jest w bardzo różny sposób. Kilka miesięcy temu media z zapamiętaniem opisywały przypadek pary Kanadyjczyków, która postanowiła nie określać płci swojego dziecka. Nie informują o tym ani samego malucha o wdzięcznym imieniu Storm (zresztą, na razie nie skończył on jeszcze roku i zapewne swą seksualność ma głęboko w nosie), ani rodziny i znajomych. Motywacja rodziców jest następująca: chcą utrzymać dziecko w przekonaniu, że człowiek sam może wybierać sobie płeć – tak jak szkołę i zawód - a natura nie mu tu nic do gadania. „Nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu” - mawiało się za czasów mojego dzieciństwa. Dodałbym dziś: nadgorliwość ideologiczna. Storm jest przecież - powtórzę: jest - albo dziewczynką albo chłopczykiem. Natura nie ma więc nic do gadania? Jak trzeba być zaślepionym, by negować tak podstawowe fakty? Mój półtoraroczny syn na przykład jest facetem. Swą facetowość objawił, kiedy dorwał stertę zabawek swojej starszej siostry i po długich grymasach - wśród lalek Barbie i pluszowych owieczek - wybrał dla siebie tylko różowy (bo należący do Barbie) samochód. Dodam, że jego ojciec samochodami nie interesuje się w ogóle. Ba, jego ojciec nie ma samochodu. A jednak. - Brum, brum – rozlega się po pokoju, syn prowadzi różowego kabrioleta przez wyboje podłogi. Będzie mechanikiem? Oczywiście żartuję. Zresztą, kto wie, może za miesiąc dziecko rzuci samochód w kąt i pokocha lalki Barbie. Choć w sumie afekt do długonogiej blondynki jest bardzo męski... Ponoć moją ulubioną zabawką w dzieciństwie była blondwłosa lalka Tina,

produkcji radzieckiej. Być może, ja pamiętam przede wszystkim szynową kolejkę z dwoma wagonikami. W każdym razie dziękuję niebiosom, że moi rodzice nie ubierali mnie raz w damskie, raz w męskie ciuszki – żebym miał „wolny wybór”. Ale to nie wszystko. Rodzice dzieciaczka z Kanady twierdzą też, że „pozbawiając” Storma (Stormy?) płci, zwalniają go (ją?) z ograniczeń, jakie społeczeństwo narzuca na kobiety i mężczyzn. Rodziców, którzy podejmują decyzje za własne dzieci, nazywają odpychającymi. W ich domu każdy ma prawo głosu i sam decyduje o sobie. - To nasz hołd dla wolności wyboru w miejsce ograniczania. Mamy nadzieję, że podczas życia Storm-a/y świat będzie się zmieniał w tym kierunku - ogłosili dumnie. No właśnie, może o te role chodzi? Może to jest takie bolesne – przyjąć, że każdy ma coś do zrobienia, że nie wszystko wolno? Jakże daleko odeszliśmy od prostej myśli, że jednak jakieś ograniczenia istnieją. Istnieć muszą. Żeby dzieci nie wyrosły na rozpieszczone, samolubne bachory, żeby krzywdy sobie nie zrobiły - muszą zdawać sobie z tego sprawę. Każdy normalny rodzic, widząc że jego niemowlak chce dotknąć gorącego żelazka, zareaguje. Każdy normalny rodzic widząc, że jego dziecko ma problem np. z narkotykami, będzie starał się je przed niebezpieczeństwem uchronić. Nie powie: - A, zaćpaj się synu, w końcu wolność jest, twoja sprawa. Włosi są znani z tego, że nie mogą oderwać się od swoich mam i – już jako dorośli faceci - często z nimi mieszkają. Skandynawowie i mieszkańcy państw Beneluksu ponoć odwrotnie – bardzo szybko usamodzielniają się i bardzo często kontakty z rodzicami ograniczają do minimum. A czy nie dałoby się znaleźć złotego środka? Czy wychowywanie nie powinno polegać na formowaniu człowieka samodzielnego, który jednocześnie doceniałyby i kochał - z wzajemnością - swoich rodziców? Cóż, życzę tego Państwu i Państwa dzieciom. Sebastian Równy


8

modelina z dziećmi dookoła świata

Jak ciąża, poród i rodzicielstwo wygląda w Polsce - wszyscy wiemy. Ale jak jest z tym w innych krajach? Czy warto się z nimi porównywać, czy warto się na nich wzorować? O tym chcemy opowiedzieć ustami tych z nas, które zostały mamami na emigracji. Dziś pierwsza część sprawozdania ze Szwecji.

Szwedzi – formaliści na luzie Każda mama mówi, że kiedy zaszła w ciążę, jej życie zmieniło się o 180 stopni. Mogę się pod tym podpisać. I dodać: w moim przypadku dziecko wiązało się z prawdziwą rewolucją. Miałam dobrą pracę w Warszawie i narzeczonego w Szwecji. Wprawdzie planowaliśmy wspólnie zamieszkać w jego kraju, ale... nie tak od razu. Ciąża wszystko przyspieszyła. Zdecydowałam się, że będę rodzić w Szwecji – a to oznaczało obowiązkowe spotkania z położną. Na początku dojeżdżałam na te wizyty z Polski, a w pewnym momencie przeprowadziłam się do na Półwysep Skandynawski. Szwedzkie podejście do ciąży na początku mnie zaskoczyło, a nawet trochę przestraszyło. Po tym jak przez prawie pięć miesięcy w Polsce regularnie radziłam się lekarza, przechodziłam badania ginekologiczne, oddawałam krew w celu wykrycia dziesiątek potencjalnych chorób i innych ciążowych nieprawidłowości, miałam prawo się zdziwić. Po pierwsze okazało się, że w Szwecji ciążę prowadzi właśnie położna, a nie lekarz. Kiedy podczas pierwszej wizyty ja nieufnie rozglądałam się po pokoju mojej położnej Inger, ona ze zdziwieniem przeglądała gruby plik z wynikami moich badań, zleconych przez lekarza prowadzącego w Polsce. W końcu zapytała mnie na co jestem chora i co mi dolega, bo nie za bardzo rozumie, po co te wszystkie testy. Dla niej istotna była jedynie informacja na temat poziomu hemoglobiny i cukru we krwi oraz obecności przeciwciał na różyczkę. Kiedy tłumaczyłam jej, że to rutynowe badania, jakie przeprowadza się w Polsce, oświadczyła, że w Szwecji ciążę traktuje się jako naturalny stan fizjologiczny i wszelkie kontakty z lekarzami oraz badaniami ograniczane są do niezbędnego minimum. Dowiedziałam się również, że przez całe dziewięć miesięcy przeprowadza się jest tylko jedno – w 18. tygodniu ciąży - badanie USG. W związku z tym, że w Polsce zdążyłam zrobić już dwa takie badania i nie wykazały one żadnych nieprawidłowości, Inger nie widziała powodu, żeby wykonywać kolejne w Szwecji. - To niepotrzebna ingerencja w rozwój dziecka – stwierdziła.

Nieubłagane procedury Jednak nie we wszystkim Szwedzi są tacy wyluzowani. Po pierwsze: ojcostwo. Zanim ja w ogóle poznałam moją położną, spotkał się z nią... mój narzeczony, by dowiedzieć się wszystkiego temat roli ojca podczas ciąży, porodu i wychowania dziecka. Dostał też - w ramach lektury obowiązkowej – całą listę książek na powyższe tematy, które oczywiście wypożyczył i grzecznie przeczytał. Co położna mogła sprawdzić podczas kolejnych wizyt, ponieważ zazwyczaj przychodziliśmy do niej razem. W Szwecji kładzie się duży nacisk na ojcostwo i angażuje się mężczyznę już od początku ciąży . Kolejna wielka różnica w stosunku do Polski: podczas mojej drugiej wizyty

położna zbadała nie tylko morfologię i mocz, ale także pobrała próbkę krwi na sprawdzenie obecności wirusa HIV. To z kolei dla mnie było nowością. Inger wyjaśniła mi, że w Szwecji jest to badanie rutynowe. Ponadto, jeżeli pacjentka odmawia przeprowadzenia testu, to do końca ciąży i podczas porodu jest automatycznie traktowana jak osoba zakażona. Dzięki tej procedurze dzieci chorych matek mają szansę być zdrowe. Kobieta z wirusem HIV powinna mieć cesarskie cięcie, a dziecko powinno dostać zaraz po porodzie specjalne leki. Wtedy ma duże szanse, że nie zarazi się wirusem od matki. Spotkania z Inger odbywały się najpierw co miesiąc, potem co dwa tygodnie, a pod koniec ciąży co tydzień. Podczas każdej z wizyt położna sprawdzała mi ciśnienie, poziom żelaza i glukozy we krwi. Słuchała także rytmu serca dziecka i mierzyła wielkość mojego rosnącego brzucha. Wyniki były prawidłowe, więc zakładała, że z ciążą wszystko jest w porządku, a ja jestem zdrowa… Aż do czasu, kiedy pewnego dnia poziom cukru we krwi przekroczył normę. Na próżno tłumaczyłam Inger, że pół godziny przed wyjściem z domu zjadłam kanapkę i banana (w Szwecji badanie krwi przeprowadza położna podczas wizyt, które odbywają się o różnych porach dnia, więc nie trzeba być na czczo) i poziom cukru podniósł się zapewne tylko dlatego. - Procedury są nieubłagane, a wszystkie informacje lądują w systemie komputerowym i, chcąc nie chcąc, trzeba wykonać test obciążenia glukozą - usłyszałam od położnej. Test polegał na tym, że musiałam wypić kilka szklanek obrzydliwie słodkiego płynu, a po godzinie Inger zbadała mi poziom cukru. Wynik był w normie, ale ja od tej pory przychodziłam do niej z burczącym z głodu brzuchem - nie chciałam ryzykować powtórki z rozrywki.

Skóra do skóry W Szwecji opieka medyczna jest zasadniczo bezpłatna. Istnieją jednak małe opłaty za wizyty u lekarza, rehabilitanta czy pobyt w szpitalu. Wyjątkiem są wizyty u położnej, której pomoc jest zupełnie darmowa. Położna opiekuje się nie tylko kobietami w ciąży, ale jest także osobą pierwszego kontaktu dla pań, które badają się ginekologicznie. Może też przepisywać środki antykoncepcyjne czy robić badania cytologiczne. I tu uwaga: w Szwecji kobiety mają obowiązkowe badania cytologiczne, na które są wzywane przez swoją przychodnię co dwa lata. Podczas porodu położne są jednymi osobami odpowiedzialnymi za jego przebieg, a lekarz pojawia się tylko w przypadku komplikacji. Również rola ojca dziecka jest znacząca, o ile tylko kobieta życzy sobie, żeby był on obecny przy narodzinach. Partner zajmuje się kobietą podczas pierwszej fazy porodu. Na przykład przynosząc jej napoje i przekąski z bufetu oddziału położniczego - o ile jest ona jeszcze w stanie cokolwiek przełknąć. W czasie akcji porodowej mężczyzna wspiera swoja partnerkę i stara się pomagać położnym, albo przynajmniej im nie przeszkadzać. Na koniec jak to było w moim przypadku - zajmuje się dzieckiem, żeby kobieta mogła odpocząć. I tu ciekawostka: tata może położyć się z maleństwem spać, kładąc je na swoim brzuchu. Wygląda to tak, że ojciec zdejmuje koszulę, a położna kładzie na nim dziecko w samej pieluszce. Pozwala to na


modelina wrzesień-październik

bardzo promowany w Szwecji kontakt rodzica z dzieckiem, zwany „skóra do skóry”. I nie ma przy tym jakiejś przesadnej dbałości o czystość – mój maż położył się na znajdującym się w pokoju worku sako, na nim spał noworodek przykryty ręcznikiem, a na to wszystko położna narzuciła kurtkę męża, która, delikatnie mówiąc, nie była zbyt sterylna. Jednak dzięki temu dziecko od razu miało kontakt z florą bakteryjną, występującą w jego nowym otoczeniu. Był środek nocy, mogliśmy się wszyscy przespać i zregenerować siły, czekając na poranna wizytę lekarza, który po zbadaniu maleństwa... wypisał nas do domu. Od 2010 roku w moim szpitalu matka i dziecko mogą wyjść do domu już sześć godzin po porodzie, o ile lekarz nie znajdzie przeciwwskazań i o ile kobieta nie chce zostać dłużej. Wtedy cala rodzina zostaje w pokoju porodowym do czasu opuszczenia szpitala. Wcześniej, kiedy rodziłam po raz pierwszy, obowiązkowy pobyt w szpitalu trwał kilka dni. Wtedy po porodzie zostaliśmy przeniesieni na oddział noworodkowy, gdzie mieliśmy tzw. pokój rodzinny, w którym mieszkaliśmy we trójkę – ja, maż i nasz synek. Przy drugim dziecku nie chciałam zostawać tak długo i chętnie skorzystałam z opcji wyjścia już po sześciu godzinach. Bez względu na to, jak długo przebywa się w szpitalu, dzieckiem zajmują się wyłącznie rodzice, a maleństwo nawet przez sekundę nie jest od nich zabierane. Warto więc mieć przy sobie kogoś, kto pomoże matce, szczególnie zaraz po porodzie.

Wierzyć intuicji Ciekawostką jest również sytuacja pacjentek z innych krajów, które nie mówią po szwedzku. Przysługuje im tłumacz podczas każdej wizyty u położnej oraz podczas porodu. Ja zrezygnowałam z tej opcji, ponieważ mogłam rozmawiać z Inger po angielsku. W szpitalu podczas obydwu

9

Autorka z mężem i synami : Tomasem (3 lata) i Marcusem (1 rok)

porodów też nie było problemu z komunikacją – nawet jeśli na którejś zmianie (przy pierwszym porodzie przeszłam chyba ze trzy zmiany personelu) trafiały się położne, które nie mówiły po angielsku, to przynajmniej coś rozumiały, a ja z kolei rozumiałam szwedzki, a nawet mogłam już co nieco powiedzieć. Pod koniec ciąży zaczęłam chodzić na bezpłatny kurs szwedzkiego dla cudzoziemców, organizowany przez państwo. Zresztą, w trakcie porodu nie prowadzi się jakichś skomplikowanych konwersacji… Jedyny szwedzki lekarz, który widział mnie podczas ciąży to internista, a jedyny organ, który był badany wewnętrznie to moje gardło. Właśnie ono zaczęło mnie lekko pobolewać na kilka tygodni przed planowanym porodem. Zaniepokojona powiedziałam o tym Inger. Próbowała mnie uspokajać, że w ciąży system odpornościowy jest osłabiony i to jest pewnie jakieś nieszkodliwe przeziębienie. Mnie to jednak nie przekonało i mimo wszystko zgłosiłam się do lekarza. Okazało się, że mam streptokoki. Dostałam dziesięciodniową kurację antybiotykową. Po czterech dniach trafiłam na porodówkę. Położne w szpitalu rutynowo zapytały mnie czy jestem na coś chora. Zbladły, kiedy powiedziałam, że mam streptokoki. Uspokoiły się, kiedy dodałam, że od kilku dni biorę antybiotyki. Dopiero wtedy dowiedziałam się, jak niebezpieczne są te bakterie dla rodzącego się dziecka. Całe szczęście, że posłuchałam intuicji i nie zignorowałam swoich dolegliwości. Po urodzeniu pierwszego zdrowego dziecka, w drugiej ciąży byłam już dużo spokojniejsza i doceniłam naturalne i bezstresowe podejście Szwedów - żadnych badań ginekologicznych, żadnych lekarzy i straszenia. Pamiętałam jednak, że czasem wizyta u lekarza może być zbawienna. Dominika Gunnarsson Z archiwum autorki


10

modelina miastoMama

...potrzebuję kolorów. Szukam żółci i czerwieni, szukam chłodnych błękitów i radosnego różu. Szukam słońca na deptaku. Lusterko – kobiecy atrybut. Puszcza też zajączki. W restauracji zamawiam napój, koniecznie ze słomką – jak w dzieciństwie. Wielkie mydlane bańki wzlatują w niebo. Jestem szczęśliwa. Jestem lekka. Jestem spełniona. Jestem ...

miastoMAMA Na zdjęciach: Justyna Prygiel (mama Matyldy i Melanii) Stylizacje: Justyna Prygiel Zdjęcia: Anna Pawlikowska - www.fotomoja.pl


modelina wrzesień-październik

11


12

modelina miastoMama


modelina wrzesień-październik

13


14

modelina sylwetka

Psy i potężna radość Terapeutyczne cuda Monika Skórnicka jest dla naszego pisma bohaterką jakby szytą na miarę - zrobiła odważny krok w swoim życiu, by łączyć realizowanie swojej pasji i zarabianie pieniędzy z życiem rodzinnym. Do tego pomaga innym.

W jej domu człowiek czuje się jak w baśniowym lesie. Salon to prawdziwy gąszcz doniczkowych kwiatów, wśród których dostrzec można porcelanowe figurki, konia na biegunach i rodzinne zdjęcia w ramkach. Kominek, potężna klatka z wielką, kolorową papugą ara. A na dywanie wylegują się dwa piękne psy – bardzo ważne w całej tej historii. - Zawsze kochałam dzieci i zwierzęta. Mamy jeszcze jednego psa, kocicę, dwa żółwie i legwana zielonego – wylicza gospodyni. - Właśnie planujemy z mężem budowę oranżerii za domem. Będzie w niej miejsce na zajęcia z dziećmi. Pani Monika jest kynoterapeutą. Przetłumaczmy to może tak: uzdrowiciel przez psy. Z uzdrawianiem pani Monika ma wiele wspólnego od lat, bo jest również dyplomowaną pielęgniarką. Pracowała w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym. Na oddziale kardiochirurgii była perfuzjonistą, tzn. zajmowała się krążeniem pozaustrojowym. To ona zatrzymywała, a potem przywracała akcję serca pacjenta podczas operacji. - Miałam udział w ratowaniu życia, pracowałam z fantastycznym zespołem. Tyle tylko, że w pracy byłam na okrągło, często w nocy. I ciągle pod telefonem. W pewnym momencie musiało przyjść to pytanie: A rodzina? Przecież ja nawet najmłodszej córki nie mogłam położyć spać, bo akurat była operacja. Z żalem, ale musiałam zrezygnować – opowiada.

Zrezygnowała i zajęła się domem i czterema córkami. Ale szybko okazało się, że to za mało. Zaczęła szukać ideału czyli pracy, która będzie dla niej jednocześnie przyjemnością i pasją. Aby móc pracować z psem, wspomagając rehabilitację dzieci, ukończyła kurs dogoterapii, prowadzony przez fundację Cze-Ne-Ka w Warszawie. To był dopiero początek. Została również kynoterpeutą. Różnica między jednym i drugim jest trudno uchwytna. W końcu i dog to pies, i kyon to pies – tyle że jeden z angielskiego, a drugi z greki. - W tych terapiach chodzi o to samo. Po prostu ludzie zajmujący się w Polsce kynoterapią kładą większy nacisk na zapisy prawne, normy i standardy. A ja lubię mieć wszystko uporządkowane – wyjaśnia pani Monika. Do dogo - i kynoterapii doszły jeszcze przeróżne warsztaty metod wykorzystywania pracy z psem do kuracji i aktywizacji dzieci. Od 2010 roku pani Monika pracuje z upośledzonymi maluchami z Radomia i okolic. O tym może opowiadać długo i z pasją, wyliczając metody, cele i skutki takich zajęć. - Dla chorych dzieci to jest potężna, z niczym nie porównywalna radość, kiedy pies je słucha i wykonuje ich polecenia. Np. przyniesie piłkę, którą rzuciły. Zwierzę wykonuje polecenia bez komentarza, bez ociągania się, jeszcze radośnie machając ogonem. Dzieci czują wtedy, że mają moc, że coś potrafią. To wspaniale działa na ich psychikę – wyjaśnia. Odpowiednio moderowana zabawa z ciepłym, rozumnym psiakiem otwiera i ośmiela nawet bardzo wycofane maluchy. Upośledzone dzieci w zabawie samoistnie chwytają, ćwiczą koordynację. Proste ćwiczenia – naprzemienne głaskanie psa, dawanie psu ręki do polizania, wkładanie psu skarpetek - potrafią czynić cuda. Podczas zajęć pani Monika wielokrotnie była świadkiem takich małych terapeutycznych cudów: dziecko, które po raz pierwszy wypowiedziało słowo, chcąc rzucić psu piłkę; zamknięty w sobie chłopczyk, który w zabawie z psem nawet się przedstawił; nadpobudliwa, nerwowa dziewczynka, która wyciszała się, leżąc na zwierzęciu. I tak się wyciszała, że na nim usnęła.

... Kilka miesięcy temu Oskar zyskał wsparcie – małą Tośkę. Jej poszukiwania trwały pół roku. Okazuje się, że wyselekcjonowanie psa w sam raz na spotkania z dziećmi, to nie lada sztuka ...


modelina wrzesień-październik

15

...Polacy lubią trzymać psy, ale często tak naprawdę mało wiedzą o ich możliwościach, wadach i traktowaniu. Wiem, że to się zmienia, ale bardzo powoli...

Oskar się szkoli I oczywiście pies przez ten czas ani drgnął. Tak jest szkolony. Gdyby nagle zerwał się – jak to psy potrafią – widząc wchodzącą do pokoju osobę, albo słysząc dzwonek, tylko przestraszyłby dziecko. I tu dochodzimy do Oskara. Oskar jest dwuletnim goldenem retrieverem z rodowodem, który w wieku siedmiu miesięcy zdał egzamin na psa towarzyszącego, a rok później na psa terapeutycznego (tzw. klasa K-I). Już w przyszłym roku czeka go sprawdzian na najwyższy stopień psa terapeutycznego K-II. Znaczy zdolny. A do tego sympatyczne i - można powiedzieć - trochę flegmatyczne psisko. Jednak jego spokój i umiejętność zachowania się w kontaktach z dziećmi to tyleż zasługa charakteru co i tresury. - Zwierzę musi być dobrze szkolone – to pani Monika mówi z naciskiem. – Oskar ćwiczony jest codziennie. Nawet wakacje z nim są pracowite – jeździmy wtedy na obozy i dodatkowe szkolenia. Dlatego nie jest tak, że jeśli ktoś ma w domu psa, od razu funduje swoim dzieciom dogoterapię. To polega na powtarzaniu wypracowanych przez terapeutę i psa ćwiczeń. Ćwiczenia ćwiczeniami, ale charakter też się liczy. Kilka miesięcy temu Oskar zyskał wsparcie – małą Tośkę. Jej poszukiwania trwały pół roku. Okazuje się, że wyselekcjonowanie psa w sam raz na spotkania z dziećmi, to nie lada sztuka. Takie zwierzę nie może być ani zbyt płochliwe, ani agresywne. Trzeba więc

jeździć po hodowlach retrieverów, obserwować zachowanie szczeniaków, sprawdzać ich rodowody. Teraz znaleziona gdzieś koło Bydgoszczy Tośka – piękna ruda goldenka – zaczyna drogę kariery Oskara.

Zmienić zwyczaje Jeszcze o czymś pani Monika mówi z dużym zaangażowaniem – stosunek ludzi do psów w ogóle. W szkołach i przedszkolach prowadzi zresztą zajęcia również dla dzieci zdrowych, na których pokazuje maluchom jak bawić się ze zwierzętami i jak je traktować, co zrobić, kiedy pies jest agresywny, jak postępować, żeby nie ugryzł. - Pole do popisu jest spore, jest o czym mówić. Polacy lubią trzymać psy, ale często tak naprawdę mało wiedzą o ich możliwościach, wadach i traktowaniu - opowiada. - Wiem, że to się zmienia, ale bardzo powoli. Dam panu przykład. Moje psy załatwiają się na komendę przed spacerem (tak, to można wypracować). Czasami jednak zdarza się, że i na ulicy. No to ja oczywiście sprzątam to z chodnika po swoich psach. I zawsze ludzie się strasznie dziwią. Proszę powiedzieć: dlaczego? Sebastian Równy Z archiwum Moniki Skórnickiej

Terapia z udziałem psa (kynoterapia lub dogoterapia) to metoda wzmacniająca efektywność rehabilitacji, w której głównym motywatorem jest wyselekcjonowany i wyszkolony pies, prowadzony przez wykwalifikowanego terapeutę. Do rehabilitacji idealnie nadają się psy, ponieważ posiadają naturalną umiejętność nawiązywania bliskiego kontaktu z człowiekiem. Metoda stosowana w Polsce od 1987 r., w 2004 r. powołano Polski Związek Dogoterapii, a dwa lata później Polskie Towarzystwo Kynoterapeutyczne, które opracowało Kanon Kynoterapii, Kodeks Etyczny Kynoterapeuty i system egzaminowania psów terapeutycznych w 3 klasach: K-A (adept), K-I (klasa pierwsza) i K-II (klasa druga). Kynoterapia obejmuje rehabilitację zaburzeń strefy psychicznej, fizycznej, intelektualnej, społecznej. Więcej na stronach: www.kynoterapia.eu, www.pzd.free.ngo.pl


16

modelina o rodzinie

Tatą być

Polscy ojcowie ponoć otwierają się emocjonalnie i chcą w pełni angażować się w życie rodzinne i opiekę nad dzieckiem. Jednak w większości polskich domów nadal prawie cały ciężar opieki nad potomstwem spada na kobietę.

Po 1989 roku instytucja polskiej rodziny i ojca uległy dramatycznym przewartościowaniom. Z jednej strony – wzorem państw Zachodu, gdzie tego rodzaju przemiany zaczęły się już po II wojnie św. – przyjęliśmy model związku, w którym mężczyzna to dla kobiety partner we wszystkich sferach życia. Z drugiej - twarde reguły budującego się kapitalizmu każą temu samemu mężczyźnie poświęcać czas i energię na budowanie kariery lub po prostu walkę o byt. Kosztem rodziny.

Walka modeli

W świetle najnowszych badań i analiz socjologicznych trudno jest jednoznacznie określić współczesny model ojca. Wielu naukowców twierdzi, że wciąż przeważa obraz taty „nieobecnego” w życiu dziecka i szerzej – całej rodziny. Powody są różne: przedwczesna śmierć (Polska jest krajem młodych wdów), alkoholizm, emigracja zarobkowa czy sukces zawodowy, który sprawia, że tata spędza więcej czasu w pracy. Inne badania dowodzą, że odsetek ojców zaangażowanych w życie rodziny jest w Polsce znaczący. Socjolog Paweł Kubicki potwierdza, że obecnie w polskim społeczeństwie ścierają się dwa modele ojcostwa: tradycyjny, „katolicki”, w którym kobieta zajmuje się dzieckiem, a mężczyzna zarabia oraz oparty na idei partnerstwa – „świecki” . Przy czym model tradycyjny również ewoluuje i wizerunek ojca nie przybiera już oblicza XIX-wiecznego srogiego wychowawcy. - Obie formy ojcostwa cechuje emocjonalna wieź z dzieckiem, potrzeba miłości i wzajemnego zrozumienia w rodzinie. Jednak w modelu „katolickim” nadal dominuje tradycyjny podział ról, gdzie mężczyzna utrzymuje rodzinę pracując, natomiast kobieta odpowiada za dom i opiekę nad dzieckiem. W partnerski model rodziny wpisuje się ojcostwo „świeckie”, które cechują nowe wzory zachowań ojca, takie jak opiekun i partner dziecka, osoba zainteresowana wychowaniem dziecka, począwszy od momentu ciąży, zafascynowania jej przebiegiem i porodem – twierdzi Kubicki.

Kobiecie trudniej

Dziś – jak wynika z ankiet - aż 65 procent kobiet i 60 proc. mężczyzn uważa, że mężczyzna na równi z kobietą powinien angażować się w opiekę nad dziećmi, bez względu na sytuację. Te deklaracje wydają się być jednak dalekie od rzeczywistości. Z badań zrealizowanych w ramach projektu „Godzenie ról rodzinnych i zawodowych kobiet i mężczyzn” wynika, że to kobiety dbają przede wszystkim o codzienne funkcjonowanie potomstwa, w tym przygotowują posiłki, ubierają dzieci, chodzą z nimi do lekarza, a także pomagają w nauce. Również kobiety ponad dwukrotnie więcej czasu niż mężczyźni poświęcają na zabawę i przebywanie z dzieckiem (patrz: tabela). Tak więc w zdecydowanej większości polskie rodziny funkcjonują na zasadach modelu typowego, w którym oboje małżonkowie pracują zawodowo, ale to kobieta poświęca więcej czasu na obowiązki domowe i opiekę nad dziećmi. Do utrwalania takiego modelu przyczynia się przede wszystkim ekonomia. Kobiety borykają się na rynku pracy z różnego rodzaju problemami. Zdarza się, że

nierówne traktowanie widać już na etapie rozmowy kwalifikacyjnej oraz negocjowania wynagrodzenia. W swojej karierze zawodowej napotykają na tzw. „szklany sufit”, czyli niewidzialne bariery, które uniemożliwiają im zajmowanie wysokich stanowisk, a tym samy lepiej opłacanych. Kobiety przeważają w grupie osób biernych zawodowo. W dużej mierze spowodowane jest to konsekwencjami urodzenia dziecka, co w naturalny sposób ogranicza aktywność zawodową mam na krótszy lub dłuższy czas. Polscy pracodawcy patrzą na kobiety poprzez pryzmat ich obowiązków związanych z macierzyństwem i prowadzi to do dysproporcji w zarobkach kobiet i mężczyzn (kobiety zarabiają średnio 21 proc. mniej ), zajmowanych stanowiskach oraz dostępie do kształcenia i podnoszenia kwalifikacji. Pracodawcy często z góry zakładają mniejszą wydajność i dyspozycyjność kobiet związaną z opieką nad dziećmi (zwolnienia na chorobę dziecka), tym samym zaniżają ich wartość jako pracownika.

Tworzyć więź

Wszystko wskazuje więc na to, że jeszcze długo polscy mężczyźni będą ustawiani w roli – nieobecnych w domu - głównych żywicieli rodziny. Dobrze chociaż, by pamiętali o uwagach psychologów i socjologów, którzy dowodzą, że stała obecność ojca przy dziecku zdecydowanie korzystnie wpływa na jego rozwój psychofizyczny i przyspiesza zdobywanie umiejętności społecznych. Eksperci podkreślają, że bliskość ojca przyczynia się do zrównoważenia emocji noworodka: w tym okresie rodzi się więź pomiędzy rodzicem a dzieckiem, które odczuwa jego obecność poprzez dotyk. Rodzice, a zatem także ojciec, największy wpływ na rozwój dziecka mają w ciągu pierwszych sześciu lat jego życia. - W okresie pierwszych czterech lat przebiega najistotniejsza część rozwoju emocjonalnego, a więc widzimy, że niezbędna jest wtedy obecność obojga rodziców. Natomiast w przedziale drugi – piąty rok życia tworzy się osobowość społeczna, która decyduje czy dziecko będzie śmiałe albo nieśmiałe, kreatywne czy niekreatywne – mówi Michał Wroński, psycholog i trener umiejętności psychospołecznych. - Największy wpływ na wychowanie dziecka mamy do szóstego roku jego życia. Wtedy dla niego największym autorytetem są rodzice. Potem wpływ na rozwój zaczyna wywierać już środowisko i grupa rówieśnicza – choćby szkoła. W tym czasie ojcowie mogą mieć ogromny wpływ na wypracowanie przez dziecko umiejętności podejmowania decyzji, samodzielności, asertywności i zbudowanie poczucia własnej wartości – dodaje Wroński. Duże pole do popisu mają ojcowie, których dzieci są w wieku przedszkolnym i szkolnym. Najczęściej na zebrania do przedszkola czy szkoły chodzi mama, a tata tłumaczy się brakiem czasu, zmęczeniem po pracy. Tymczasem okazuje się, że to właśnie ojcowie lepiej radzą sobie w kontaktach z przedstawicielami instytucji oświaty. Jeśli ojciec się zaangażuje, wymaga zmian i jest w stanie te zmiany wyegzekwować. Co ważne: jeśli dziecko odczuje, że mężczyzna jest reprezentantem jego interesu wobec instytucji przedszkola czy szkoły, z ojca stanie się prawdziwym tatą – wsparciem, przyjacielem, człowiekiem, z którym ma silną, pozytywną więź. Ojca się szanuje, a tatę kocha. Wspólne odrabianie lekcji to jedna z najbardziej twórczych części rodzicielstwa. Ojcowie powinni wykorzystać tę okazję, by objaśnić dziecku, jak funkcjonuje otaczający nas świat, pokazać mu, że trudności można pokonać, a problemy – wspólnie rozwiązać.


Specjaliści w dziedzinie godzenia ról kobiet i mężczyzn wskazują cztery proste zadania, dzięki wypełnianiu których ojcowie będą mogli w pełni uczestniczyć w życiu swoich dzieci: - nie należy izolować się od reszty rodziny; - gdy w domu coś nie funkcjonuje tak jak powinno, mężczyzna powinien przystąpić

modelina wrzesień-październik 17 sam do działania, zamiast robić uwagi; - należy pamiętać, że rodzina to wspólnota, w której każdy ma swoje prawa, w tym do wyrażania własnych opinii; - nie należy być dla dzieci groźnym egzekutorem, ale silnym opiekunem, do którego można zwrócić się z problemem.

Dla taty w Internecie Ojcostwo:

www.tato.net.pl www.dobrytato.pl www.mezczyzni.net www.fathers.com www.fatherhood.org

Prawa ojca:

www.prawaojca.org.pl www.wstroneojca.pl www.ojcowie.pl/

Badanie gospodarstw domowych w ramach projektu systemowego: „Godzenie ról rodzinnych i zawodowych kobiet i mężczyzn”, Warszawa 2009 r.

Informacja powstawała w ramach kampanii społecznej, realizowanej na zlecenie Centrum Rozwoju Zasobów Ludzkich przy współpracy merytorycznej z Ministerstwem Pracy i Polityki Społecznej. Opracował ROW A. Markiewicz-Równy

Rodzina, małżeństwo:

www.magazynfamilia.pl www.rodzinka.net.pl www.bycrodzicem.pl www.szansaspotkania.net www.miastodzieci.pl


18

modelina edukacja

Kreatywna beztroska czyli nauka języków obcych dla dzieci Dwujęzyczność, podobnie jak nauczanie języka obcego dzieci i niemowląt, stało się tematem badań i dyskusji już na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego stulecia. Rozpoczęto wtedy cykl badań sprawdzający wpływ edukacji języka obcego na rozwój intelektualny dziecka. Neurolodzy Penfield, Roberts i Lennenberg naukowo dowiedli, że pierwsze dziesięć lat życia człowieka to najlepszy okres na rozpoczęcie nauki języka obcego. Jak stwierdzili autorzy badań, w tym okresie dziecko jest w stanie nauczyć się języka obcego w sposób naturalny i bez większych trudności. Wpływ na to ma fakt, iż dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym posiadają wyjątkowe i niepowtarzalne w późniejszym okresie życia zdolności intonacyjno - artykulacyjne. To właśnie dzięki nim dziecko może opanować bezbłędną wymowę języka obcego. Potwierdziły to wyniki badań przeprowadzonych w Cornell University w stanie Nowy Jork. Według nich dzieci w początkowych latach swego życia wykorzystują do przyswajania języka obcego jedną część przedniej partii mózgu (tzw. ośrodek Broki), dorośli natomiast muszą przy nauce nowego języka tworzyć najpierw pamięć dodatkową, w której mogliby przetwarzać nowe informacje językowe, przez co uczą się wolniej. „Z badań wynika, że okres wczesnoszkolny to u dzieci czas dużej swobody i łatwości intonacyjno-artykulacyjnej, który ułatwia opanowanie prawidłowej wymowy w języku obcym. Później wpływ języka ojczystego i nawyki językowe są znacznie silniejsze, zanika również okres bezakcentowy i zaczyna dominować akcent języka ojczystego” – pisze doktor Ewa Wieszczeczyńska w artykule „Dlaczego warto rozpoczynać naukę języka obcego w okresie wczesnoszkolnym?”. Za wczesną nauką języka obcego przemawia również otwartość dziecka i ciekawość świata, radość eksperymentowania i potrzeba komunikowania się z otoczeniem. Bardzo istotne jest, że dzieci nie boją się popełniać błędów językowych. Profesor Thomas Bliesener nazywa to zjawisko „kreatywną beztroską”, bezcenną w trudnych sytuacjach komunikacyjnych. Do pedagogicznych czynników wczesnej nauki języka obcego zaliczamy satysfakcję, jaką wytwarza w dziecku możliwość komunikowania się i motywację, która jest podstawą do dalszej nauki. W perspektywie kolejnych faz rozwoju dziecka, znajomość więcej niż jednego języka pogłębia otwartość i tolerancję kulturową oraz pozytywnie wpływa na rozwój intelektualny młodego człowieka. Oprócz większych możliwości zawodowych, swobody w podróżach oraz radości z poznawania nowych ludzi i kultur, opanowanie języka obcego może zapewnić większą sprawność naszego mózgu na starość. Uczeni z York University

Czy maluchy warto posyłać na lekcje obcego języka? Jaki ma to sens? Co mówią na ten temat specjaliści?

w Toronto ogłosili w 2004 roku wyniki badań dowodzących, że proces starzenia się zdrowych osób dwujęzycznych w mniejszym stopniu pogarsza możliwości poznawcze ich mózgów niż u osób monojęzycznych. W najnowszym cyklu badań przeanalizowano akta 400 pacjentów chorych na Alzheimera, z których połowa była dwujęzyczna. Wynika z nich jasno, że u osób dwujęzycznych diagnoza choroby następowała średnio 4,3 roku później niż u osób monojęzycznych, a zauważalne objawy dotykały chorych przeciętnie pięć do sześciu lat później. Dwujęzyczność nie uchroni nas zatem przed demencją, ale może znacznie spowolnić jej proces. Dwujęzyczne osoby odnoszą też inne korzyści. Między innymi lepiej radzą sobie z wielozadaniowością. Uczeni mówią wprost, że dwujęzyczność jest jak sala gimnastyczna dla mózgu. W tym samym cyklu doświadczeń oceniano dodatkowe możliwości jakie daje dwujęzyczność. Badaniom poddano 5-6 - letnie dzieci, którym stawiano pytanie o gramatyczną poprawność zdania ”Jabłka rosną na nosie”. W większości dzieci monojęzyczne udzielały odpowiedzi nie związanej z zadanym pytaniem. Skupiając się na sensie zdania, uznawały że nie ma ono sensu i na tym kończyły swoją wypowiedź. Dzieci dwujęzyczne odpowiadały, że zdanie nie ma sensu, ale jest zbudowane poprawnie. Naukowcy podsumowali badania wnioskiem, iż dzieci dwujęzyczne mają większą umiejętność skupienia się na informacji ważnej i ignorowaniu mniej istotnej. Wniosek ten nabiera niebagatelnego znaczenia w dobie natłoku informacji, kiedy znalezienie tych najbardziej istotnych stwarza coraz większy problem. „Przeskakiwanie z jednego języka na drugi działa stymulująco, to jak wykonywanie przez mózg ćwiczeń, które zwiększają poziom czegoś, co nazywamy rezerwą poznawczą mózgu. Działa ona trochę tak, jak rezerwa w baku samochodu. Kiedy kończy się paliwo, można jeszcze przez jakiś czas jechać, bo w baku znajduje się jeszcze trochę paliwa” - twierdzi prowadząca badanie dr Ellen Bialystok. Zmiany społeczne, ruchy migracyjne, powstanie społeczeństw wielonarodowościowych oraz proces globalizacji to codzienność młodego człowieka. Wymaga ona nie tylko znajomości języków obcych ale także otwartość na obcowanie i poznanie ludzi innych kultur. Najlepsze efekty przynosi nauka języków w dzieciństwie, ale równie ważne jest też ich częste wykorzystywanie. Współczesny świat daje nam na to wielkie możliwości. Małgorzata Kazana - mgr sztuki, arteterapeuta, od 2007 r. dyrektor Centrum Helen Doron w Radomiu. Z archiwum Centrum Helem Doron w Radomiu.


20

modelina poczytaj mi

robaczki z Sandomierza swojej mamie nie dowierzał, że kiedyś żukiem się stanie. A ona: - Zjedz drugie śniadanie! Jeszcze będzie z ciebie Mały żuczek

kawał zwierza!

Żył gruby pająk pod dywanem, w domu ze starszym, cichym panem. A ten zawezwał raz sprzątaczkę, dezynsektora oraz praczkę. Rzekł pająk: - No to mam pozamiatane!

Raz wieczorem, nad jeziorem wymyśliła chuda ważka: - Wzlecieć w niebo, ponad chmury to dla mnie jest fraszka! Stojąc przy pomyśle murem, wzbiła się natychmiast w górę. I co? Została kolacją dla ptaszka.

Grupa krwiożerczych komarów z Bytomia przeprowadziła się aż do Radomia, bo tu powietrze jest świeże. Stąd w Radomiu tyle komarów się bierze. Więcej jest tylko wokół Strzegomia. Martwiły się bardzo motyle, Że życie ich trwa tylko chwilę. Aż na swoje pocieszenie dały w prasie ogłoszenie: Przynajmniej jesteśmy ładniejsze niż długowieczne goryle!


modelina wrzesień-październik

o jednym brzdącu Raz pewien brzdąc, nabroić chcąc, motyle nakłuwał na szpile, świetliki łapał w słoiki, komary zabijał bez miary, a muszki upychał do puszki. Zebrały się więc owady, by szukać na brzdąca rady. - Trzeba ukarać łobuza i nabić tęgiego mu guza! - tak powiedziały szczypawki, dostając z emocji czkawki. Niech pluskwy zagryzą malucha - to pomysł był karalucha. Giez za to chciał dzieciaka wytarzać w kolczastych krzakach. Wniosek też przeszedł gładko, by zbić go na kwaśne jabłko. Żuk poparł nawet mrówkę, by zrobić z chłopca surówkę. I już nie czekając ni chwili, na wroga się wszyscy rzucili. Rój pszczół go ze złością kłuł ( trutnie też cięły okrutnie ). Skorek gryzł niczym Azorek, sto much obsiadło mu brzuch, a jeszcze męczyły go kleszcze! Na skutek takiego lania chłopiec spuchł cały jak bania i trafił na oddział szpitalny, by wygląd odzyskać normalny. Lecz odtąd (to chlubny wyjątek!) nie męczył już żadnych zwierzątek, a nawet pokochał robale, nie brzydząc się nimi wcale. Nad ranem chadzał na łąki, podziwiać na kwiatach bąki, wieczorem - z zachwytu blady - wsłuchiwał się w śpiew cykady. Przygarnął nawet jelonka, bo żuk bez domu się błąkał. Zaś w szafie, tam gdzie wieszaki, hodował dwa patyczaki. Sebastian Równy Karolina Równy - Markiewicz Agnieszka Markiewicz - Równy

21


22

modelina radzimy

Kiedy do logopedy? Czy z każdym dzieckiem trzeba chodzić do logopedy? Proszę określić powody, dla których należy pójść z dzieckiem do specjalisty. Jeżeli rodzice dziecka nie zaobserwują żadnych niepokojących objawów, a psychoruchowy rozwój dziecka był dotychczas prawidłowy, nie ma sensu składania wizyty logopedzie. Ale sygnałów, które powinny budzić niepokój, jest sporo. Do logopedy, czyli osoby, która zawodowo zajmuje się prawidłowym rozwojem mowy i języka, należy wybrać się z dzieckiem, jeżeli jego mowa jest niewyraźna; kiedy podczas mówienia dziecko wkłada język między zęby (jest to deformacja, która musi zostać skorygowana przez specjalistę); kiedy zaobserwujemy objawy niepłynności mówienia (jąkanie); jeśli występuje półroczne opóźnienie rozwoju mowy w odniesieniu do normy wiekowej; kiedy dziecko ma kłopoty z rozumieniem mowy, np. nie rozumie poleceń, ma kłopoty z wyciąganiem wniosków podczas czytania bajek, itp.; jeśli dziecko nie potrafi wypowiadać się gramatycznie poprawnie, np. mówi: „Dwa żyrafy jest”; jeśli notorycznie ma zachrypnięty głos, mówi szybkim tempem lub ma kłopoty z dobieraniem powietrza podczas mówienia (brakuje mu tchu) i wreszcie, jeśli dziecko nie mówi lub mówi bardzo mało, a ukończyło dwa lata. Logopeda bardzo może też pomóc, kiedy u dziecka zdiagnozowano niedosłuch lub istnieje podejrzenie, że słuch może być uszkodzony (np. dziecko przechodziło zapalenie ucha środkowego); kiedy dziecko urodziło się z jednym z zespołów genetycznych np. Downa albo z rozszczepem wargi, podniebienia twardego lub miękkiego, a także jeśli u dziecka stwierdzono dziecięce porażenie mózgowe, upośledzenie umysłowe, autyzm lub zespół Aspergera. Powiedziała pani: „Kiedy mowa dziecka jest niewyraźna”. Ale przecież wszystkie dzieci mówią niewyraźnie, niegramatycznie! Jest jakaś granica wiekowa, kiedy powinno to się zmienić? Specjalisty najlepiej poradzić się, kiedy martwi nas brak rozwijającego się języka u małego dwu-, trzyletniego dziecka. Podczas spotkania z maluchem logopeda zbada podłoże opóźnionego rozwoju mowy. Jeśli uzna to za konieczne, zleci wykonanie szeregu diagnoz np. audiologicznej, laryngologicznej, neurologicznej czy psychologicznej. Wszystko po to, aby profesjonalnie poprowadzić terapię. Jedno jest pewne: im wcześniej dziecko z kłopotami w rozwoju mowy trafia do gabinetu logopedy, tym lepiej. Młodsze dziecko, ze względu na szybko rozwijający się mózg, szybciej przyswaja to, co nowe, a dobrze prowadzone łatwiej wypracowuje prawidłowe nawyki. W konsekwencji szybciej dogania swoich prawidłowo rozwijających się rówieśników. A i często terapia jest znacznie krótsza, niż w sytuacji, kiedy dziecko z opóźnionym rozwojem mowy zgłasza się zbyt późno (zbyt późno czasami oznacza już czwarty - piąty rok życia). Dlatego zachęcam do wizyty u logopedy, jeśli w rozwoju mowy malucha cokolwiek nas niepokoi. Lepiej dowiedzieć się, że się przesadzało, niż nic nie zrobić dla przyszłości dziecka. Nie muszę chyba nikogo przekonywać, jak ważne w dzisiejszych czasach jest sprawne posługiwanie się językiem. Począwszy od nauki w szkole po pracę na najwyższych urzędach. No właśnie, znajomi, babcie, a nawet lekarze pediatrzy uspokajają rodziców, że dziecko wyrośnie z niewłaściwego sposobu mówienia lub że nie należy się martwić, jeśli dziecko w wieku trzech lat prawie nie-

W każdym z numerów „Modeliny” znajdą Państwo artykuły, w których specjaliści doradzać będą w sprawach dotyczących zdrowia i wychowania dzieci. Dziś rozpoczynamy cykl rozmów z logopedą Anną Przerwą.

mówi. Czy dzieci wyrastają z wad wymowy i każde z nich prędzej czy później nauczy się mówić? Nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Każdy problem i każde dziecko są inne. Czasem zdarza się, że pomimo ukończenia szóstego roku życia dziecko nie mówi głoski „r” lub głosek szeregu szumiącego: „sz”, „ż”, „cz”, „dż”. Mija kilka miesięcy i dziecko dojrzewa do realizacji i używania tych dźwięków bez pomocy logopedy. Częściej jednak brak tej pomocy we właściwym czasie skutkuje utrwaleniem się złych nawyków. Każdy zapewne zna osoby dorosłe zniekształcające ww. głoski (wielu polskich polityków ma kłopoty z właściwą realizacją właśnie „r”). Z pewnych wad można więc wyrosnąć, ale nigdy nie ma pewności, że tak się stanie. Są też pewne okresy graniczne dla rozwoju mowy (wiek dziecka), których przekroczenie uniemożliwia poprawę mowy. (O tzw. normie wiekowej więcej w następnym numerze – przypis red.) W jakich miejscach przyjmują logopedzi? Gdzie szukać pomocy? I czy potrzebne są skierowania od lekarza rodzinnego? Logopedzi są zatrudniani w zakładach opieki zdrowotnej czyli przychodniach zdrowia, w poradniach psychologiczno - pedagogicznych oraz coraz częściej w przedszkolach i szkołach podstawowych. Do logopedy zatrudnionego w przychodni zdrowia trzeba mieć skierowanie od lekarza pediatry (lub w przypadku dorosłych - lekarza internisty). Logopedzi zatrudnieni w poradniach psychologiczno-pedagogicznych przyjmują tylko dzieci i młodzież na wniosek rodziców. Praktyka pokazuje, że zarówno w przychodniach, jak i poradniach czeka się na pierwszą wizytę nawet kilka miesięcy. Istnieją też poradnie i gabinety prywatne, gdzie za pierwszą wizytę (diagnozę) zapłacimy ok. 100 - 150 zł, a za kolejne od 50 do 90 zł. Wspaniale jest, jeśli dziecko uczęszcza na zajęcia logopedyczne w przedszkolu lub w szkole, pod warunkiem, że rodzic jest obecny na tych zajęciach lub utrzymuje stały kontakt z logopedą. W przeciwnym razie terapia nie przynosi efektów. Czy to znaczy, że rodzic musi zawsze uczestniczyć w zajęciach logopedycznych? Rodzic nie zawsze musi być obecny na zajęciach logopedycznych. O tym, czy jest to z korzyścią dla przebiegu ćwiczeń, decyduje zazwyczaj logopeda w porozumieniu z rodzicem. Na pewno rodzic musi być zaangażowany w przebieg terapii, tzn. wiedzieć, nad czym dziecko pracuje na zajęciach i w jaki sposób utrwalać to na co dzień w domu. Jeśli takiego zaangażowania ze strony rodziców zabraknie, terapia ciągnie się często bardzo długo, nie przynosząc oczekiwanych efektów. Jak długo trwa terapia logopedyczna? Bardzo różnie, czasem kilka, czasem kilkadziesiąt spotkań, a w przypadku osób z niedosłuchem może trwać całe życie. Ilość i częstotliwość spotkań zależy od rodzaju trudności, z którą zgłosi się pacjent. Jeszcze raz podkreślę, że niezwykle ważne są tu dwie sprawy: jak najwcześniejsze rozpoczęcie terapii i codzienne ćwiczenia z rodzicami w domu. Anna Przerwa, Sebastian Równy Agnieszka Markiewicz - Równy


modelina wrzesień-październik

23


24

modelina radzimy

Szkoła bezpieczeństwa

W „Modelinie” będziemy zamieszczać również teksty dotyczące narodzin dziecka i jego pierwszych miesięcy życia. Dziś pytamy o szkoły rodzenia. Rozmawiamy z Haliną Frynas, dyplomowaną położną z 26-letnim stażem.

Zajęcia w takiej szkole dają przyszłym matkom przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa – w ciąży, zwłaszcza pod jej koniec, w trakcie porodu i podczas pielęgnacji dziecka. Po zajęciach kobiety po prostu wiedzą czego mają się spodziewać i jak zachować w danej sytuacji.

że kobieta jest rozluźniona. A kiedy spada napięcie mięśniowe, dziecko jest dotlenione. W szkole można się też nauczyć jak prawidłowo przeć. A także dowiedzieć o pozycjach w jakich można rodzić, o tym że kobieta może pić, że może jeść, korzystać z przyrządów i sprzętów, które znajdują się na trakcie porodowym (takich jak wanna, prysznic, piłka), co powoduje dodatkowe rozluźnienie i porodu nie odczuwa tak boleśnie.

Pytam, bo często nasze babcie uważają to za jakąś fanaberię: - Czego tu się uczyć? Przecież dziecko i tak się urodzi...

Rozumiem, że na zajęcia przychodzą tylko te mamy, które w ciąży są pierwszy raz.

No tak, ale proszę zwrócić uwagę, jak dużo noworodków umierało dawniej przy samym porodzie czy zaraz po nim. Kobiety doskonale wiedzą – właśnie dzięki babciom i mamom - że kiedyś rodziło inaczej. Przykłady? Kiedyś poród odbywał się w - narzucanej przez personel - pozycji leżącej. Dziś się jej unika, bo może być zagrożeniem dla dziecka. Dziś w trakcie porodu kobiety mogą chodzić, kucać, siedzieć w wodzie. Mogą do końca pić i jeść, uczą się rozluźniać. I dzięki temu mają siłę rodzić. Dlatego też w ostatnich latach znacznie zmniejszyła się ilość porodów zabiegowych. Zresztą w szkole rodzenia nie zajmujemy się tylko porodem.

Większość tak, ale jedna czwarta to panie, które spodziewają się kolejnego dziecka.

Po co w ogóle są szkoły rodzenia?

Po co? Przecież one wszystko już wiedzą... Ale na przykład rodziły pierwsze dziecko 10 czy 15 lat temu, a od tego czasu wiele się zmieniło. Bo podejście do urodzin i pielęgnacji dziecka zmienia się stale. Np. od dwóch lat nie używa się spirytusu do pielęgnacji kikuta pępowinowego, od czterech lat nie zabiera się dziecka od razu po porodzie, tylko kładzie się je na brzuchu mamy... Kolejny raz do szkoły rodzenia przychodzą też panie, które zmieniły partnerów życiowych. No tak, szkoła rodzenia to również sposób na integrację par... Właśnie! Bardzo mnie cieszy, że na zajęcia przychodzi coraz więcej panów. Mężczyźni w ogóle coraz aktywniej uczestniczą w rozwoju dziecka, coraz częściej chcą pomagać partnerkom. Ba, ostatnio w sprawie szkoły rodzenia jest więcej telefonów od panów niż od pań. Na zajęciach to mężczyźni częściej dopytują o poród, fizjologię, ćwiczenia, o to, kiedy jechać do szpitala... Oczywiście udział w szkole rodzenia to nie jest od razu wymóg bycia razem z partnerką na porodzie. Nie każdy pan jest przygotowany na kilka, kilkanaście godzin porodu czy widok krwi. Ponoć lekarze i położne nie lubią porodów rodzinnych.

No właśnie, czego konkretnie można tu się nauczyć? Kobiety zapisują się do szkoły rodzenia, żeby umieć się zachować na trakcie porodowym, w czasie skurczów porodowych; żeby dowiedzieć się jak prawidłowo oddychać w pierwszym i drugim okresie porodu, co robić po porodzie. Dowiadują się też, jak zachować kiedy występują jakieś niepokojące objawy - żeby pojawić się na oddziale szpitalnym jak najszybciej, żeby nie przegapić jakiegoś ważnego sygnału w czasie ciąży. Przez dziewięć miesięcy ciąży ciało kobiety bardzo się zmienia – mamy chcą być na to przygotowane. W szkole rodzenia uczymy się też karmienia piersią oraz prawidłowej pielęgnacji noworodka – żeby się nie bać dotknąć dziecka, żeby mu nie zrobić krzywdy, jak postępować z dzieckiem kiedy się np. zachłyśnie - co jest olbrzymim stresem dla rodziców. Kiedy to przećwiczą na lalce, wiedzą później jak reagować. Rodzice są żądni wiedzy, chcą wiedzieć co i jak rozbić, że by dziecko urodziło się zdrowe. W co lepiej noworodka ubierać, w czym go kąpać, kiedy pierwszy spacer – prowadzący szkołę odpowiada na setki takich pytań. Szkoła może pomóc w samym porodzie? Tak, bo prawidłowe oddychanie w poszczególnych okresach porodu powoduje,

Nieprawda. Świadomy mężczyzna, który uczestniczy w porodzie - choćby trzymając partnerkę za rękę, podając jej kubek wody - jest ważny dla kobiety, a wsparcie psychiczne jest tu nieocenione. Personelowi to nie przeszkadza. Zresztą mężczyzna jest z rodzącą cały czas, a położna od czasu do czasu musi wyjść z sali. Przyznaję, że kiedyś, kiedy porody rodzinne się zaczynały, panowie często nie byli na to przygotowani, zachowywali się bardzo różnie, niekiedy przychodzili na poród najwyraźniej... rozweseleni. To było drażniące. Ale z czasem to się poprawiło. Samotne mamy przychodzą w ogóle na szkołę rodzenia? Zdarzają się. Przyjeżdżają np. panie z Anglii czy Irlandii. Ich mężowie pozostają na emigracji w pracy i dojeżdżają tylko na poród. Taki znak czasów. Co poradziłaby pani mamom w czasie porodu? Pewnie słuchać położnej? Tak jest. Słuchać położnej, koncentrować się na tym co mówi i próbować stosować się do jej zaleceń. Każda położna chce, żeby kobieta szybko i sprawnie urodziła. Proszę mi wierzyć.

Sebastian Równy


26

modelina rodzinne podróżowanie tak należy traktować te wioski, patrząc na ilość turystów) kwatera posiadając normalny sedes ze spłuczką to luksus. Masakra!

2 sierpnia, wtorek

Z manelami przez Ukrainę czyli wakacyjny pamiętnik matki, żony i wariatki (fragmenty)

Idziemy do najbardziej obleganej restauracji, zgodnie z zasadą, że skoro wszyscy tam jedzą, to musi być smacznie i nikt się nie zatruł. W menu jest sześć dań z ryb. Próbuję zamówić jedno z nich, ale pani mówi, że niestety tego nie mają. Kolejne? Też nie. Po sprawdzeniu w kuchni okazuje się, że nic z rybą nie dostaniemy, nawet solanki rybnej, która jest jedną z najbardziej znanych ukraińskich zup. Kilka pytań eliminuje z menu kolejne potrawy. Co w końcu zamawiamy??? Dla mnie solankę mięsną (bardzo smaczna) i sałatkę grecką (!!!). A dla reszty FRYTKI, bo na pierogi z ziemniakami nie dali się namówić...

4 sierpnia, czwartek 27 lipca, środa

Hm, wciąż nie bardzo w to wierzę ale wygląda na to, że jedziemy. Po trzech latach marzeń „jak to będzie fajnie” wyruszyliśmy na Ukrainę. Plan na drogę brzmi: dwie noce jazdy, w dzień postój – głównie ze względu na naszą pannę „daleko jeszcze?”, która jak zwykle swoją śpiewkę rozpoczęła tuż po zamknięciu drzwi samochodu. [...] W kolejce w Dorohusku stanęliśmy o 23.44, a ukraińską odprawę zakończyliśmy o 1.05. Więc źle nie było. Ruszyliśmy w ciemność. I to nie jest niestety przenośnia. Przed nami nieoświetlona droga, od czasu do czasu rozjaśniona światłami stacji benzynowej. Na szczęście mąż daje radę, mimo tego, że droga okazuje się usiana dziurami nie tylko na poboczu, ale czasem dokładnie po środku! Zamieramy, kiedy po pół godzinie jazdy zaczyna nas mocno zarzucać w prawo. Matko! Urwaliśmy koło! Czemu już po tej, ciemnej, stronie granicy? Sprawdzamy. Uff... to tylko zwykła „guma”. [...] Decydujemy, że będziemy jechać w dzień, bo w nocy dziury straszą, a dzieciaki i tak zmęczone jakby i ciche. Dopiero koło południa stwierdzamy, że to nie była dobra decyzja. Potwory na tylnym siedzeniu nie chcą czytać, kolorować ani bawić się zabawkami. Nie bawi ich wizyta w wulkanizacji ani oglądanie stoisk z arbuzami. Chcą wiedzieć KIEDY dojedziemy, chcą jeść, pić, siusiu i rozprostować nogi mniej więcej co 5 minut. Aaa...

31 lipca, niedziela

Zaczynamy rozglądać się za kwaterą. Mąż odwiedza chyba ze 30 domów i wraca z nosem zwieszonym na kwintę. Nic z tego nie będzie. Wszędzie informują go, że tutaj to sami „swoi” przyjeżdżają (tzn. Ukraińcy, Rosjanie, Białorusini i Mołdawianie) i kwater LUX nie mają... Opadły mi ręce. Wciąż ciężko mi uwierzyć, że w XXI wieku, w nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej (bo

Jak co dzień, wracając z plaży podjeżdżamy do sklepu po zakupy. Ukraińskie masło i śmietana to po prostu niebo w gębie, za to chleb niestety tylko raz udaje nam się kupić świeży. No i nie mają tutaj bułek, więc moje bułkolubne dzieciaki cierpią przy śniadaniu :) Zamiast wody wszyscy piją tu kwas. My też próbujemy kilku rodzajów i zosta-

jemy fanami kwasu chlebowego, który - gdy jest zimny - gasi pragnienie jak nic innego. Nic innego bezalkoholowego ma się rozumieć. My z mężem oprócz kwasu raczymy się wieczorami ukraińskim piwem Obołoń, które bardzo nam zasmakowało. Uwielbiamy też tutejsze arbuzy, których smak nie daje się porównać z tymi jedzonymi w Polsce; jednak nic nie zastąpi dojrzewania w takim słońcu jak tu! Jest jeszcze jedna rzecz, która ma w nas fanów – wafle z zaguszczionką - kruche, zwinięte w rurkę, wypełnione mocno skondensowanym mlekiem. Pychota sprzedawana na plaży i najsmaczniejsza, gdy jest jeszcze ciepła. Dzieciaki biegają za każdym sprzedawcą i zaglądają do koszyków aby sprawdzić, czy to znów ich przysmak niosą. A jest za kim biegać. Sprzedawcy roznoszą warieniki (rodzaj pierogów), gorącą kukurydzę, raki i krewetki MROŻONE - do zjedzenia na miejscu i oczywiście wariacje waflowe: rurki, trójkąty, kółeczka, przekładane słodką masą. Pychota!

5 sierpnia, piątek

Poranek na plaży, potem pakowanie walizek i ruszamy w drogę do Odessy. Zmieniamy lokum, bo dzieciaki mimo ciągłego zachwytu plażą i morzem coraz częściej wspominają o domu. Odessa ma być sposobem na międzyplażową nudę. Jedzie się nawet dość dobrze, bo samochodów na drogach mało, a im bliżej miasta, tym droga lepsza. Stajemy na przejeździe kolejowym. Z ciężarówki przed nami wybiega kierowca i bardzo głośno kłóci się z dróżniczką - że mogła poczekać, aż on przejedzie, że jemu się śpieszy, a ona utrudnia. Patrzę na jego samochód - to szambiarka :D


modelina wrzesień-październik

27

Muzeum mieści się w lasku na peryferiach Odessy. Wstęp jest bezpłatny. Zaraz przy wejściu dzieciaki schowały się w okopach.

11 sierpnia, czwartek

Pakujemy się, wracamy do domu. O wiele wcześniej niż zamierzaliśmy, a jednak nikt nie ma wątpliwości. Wygląda na to, że nie doceniliśmy upału, robaczków i cen. Jeszcze tylko zakup zapasów Obołonia, kwasu, kilku koniaków do sprezentowania i o 15.15 wyruszamy w drogę. Jedziemy piękną, kilkupasmową drogą w stronę Kijowa. Aż przyjemnie się jedzie. Dzieciaki szczęśliwe, że wracamy, siedzą spokojnie. Kilometr za kilometrem jesteśmy coraz bliżej domu. Według GePeSa (jak nazywa go córcia) mamy szansę być na miejscu już w piątek koło południa. Więc jedziemy. O 21, kiedy robimy przystanek na stacji benzynowej, mamy za sobą już prawie 600 km. Rozprostowanie nóg, kanapka, siusiu, zapinamy dzieciaki w pasy i w drogę. Prawie. Bo samochód nie chce zapalić...

6 sierpnia, sobota

12 sierpnia, piątek

Wczoraj rozlokowaliśmy się w pokoju u pani Swietłany. [...]Troszczy się o nas właściwie w każdej chwili, podpowiada jak i gdzie dojechać, przynosi warzywa ze swojego ogródka, spray antykomarowy, a córce daje śpiewającą lalę swojej wnuczki, która Młodą zachwyciła rosyjskimi piosenkami. [...] Ze względu na dość swobodne traktowanie przepisów drogowych przez miejscowych, nasze auto zostawiamy w garażu i poruszamy się tylko środkami komunikacji publicznej. Do delfinarium wybieramy się tramwajem. U chodzącej po pojeździe bileterki kupujemy bilety po 1,25 hrywny, czyli niecałe 50 groszy za osobę (dzieci do lat 7 bezpłatnie). Dojeżdżamy do końcowego i wyruszamy na poszukiwanie plaży. Jakieś 20 minut trwa dopasowywanie rosyjskich nazw z planu z ukraińskimi nazwami na tabliczkach plus rozpytywanie przechodniów. Dzięki Bogu, że mąż dobrze zna rosyjski! W końcu docieramy na miejsce. Bilety po 100 hrywien (35 zł) dostajemy jeszcze 20 minut przed występem. Siadamy na swoich miejscach i córcia od razu wpada w zachwyt, bo delfiny już pływają w basenie i wyskakują z wody mimo, że przedstawienie jeszcze się nie zaczęło.

07 sierpnia, niedziela

Dziś w planach coś dla chłopaków. Jedziemy do otwartego muzeum wojskowego. Przy okazji poznajemy najbardziej popularny w Odessie sposób poruszania się czyli marszrutkę. Marszrutka to autobus, który zatrzymuje się machnięciem ręki. Wsiadamy i jedziemy zgodnie z trasą, a gdy chcemy wysiąść płacimy kierowcy 2,5 hrywny i prosimy o zatrzymanie w wybranym miejscu. Taka duża taksówka jeżdżąca konkretną trasą, bardzo wygodna sprawa.

Jeszcze w Odessie rozmawialiśmy z polskimi współlokatorami, którzy odradzali nam przejście w Dorohusku. Mówili, że są tam kosmiczne kolejki i że 30 godzin stania to norma. Dlatego jedziemy do Zosina i o 23 mamy przed sobą jeszcze tylko 150 km do granicy. Prawem serii, tak jak przy wjeździe, łapiemy gumę. Nasz zapas, po poprzedniej wymianie, nie czuje się najlepiej. Powyżej 50km/ h zaczyna telepać. Więc jedziemy pięćdziesiątką. Na każdej stacji benzynowej pytamy o wulkanizację otwartą całą dobę. Otrzymujemy kolejne adresy. Pierwszą zauważamy od razu, z dużym świecącym neonem i szeroko otwartą bramą - SZYNOMONTAŻ. Podjeżdżamy pod same drzwi i dzięki temu dowiadujemy się, że warsztat otwarty jest od 9 do 19 i że zapraszają. W kolejnym miejscu mechanik oznajmia, że niby ma napisane, że koła naprawia, ale tak naprawdę to on tego nie robi. W trzecim rzęsiście oświetlonym warsztacie, z dzwonkiem zamontowanym specjalnie dla klientów, nikt nie otwiera. [...] Wreszcie Polska. Mamy do przejechania jeszcze 255 km, a mąż od czwartku rano spał jakieś osiem godzin i to w odcinkach. Jesteśmy bardzo głodni i zmęczeni. Szukamy restauracji i wulkanizacji. Pierwsza restauracja ma napis „Przepraszamy. Remont”; każda mijana wulkanizacja otwarta do godz. 13. To jakieś fatum. Kiedy w końcu udaje nam się coś zjeść, niebo zaczyna się chmurzyć. Przed Puławami zaczyna lać. Chociaż to chyba kiepskie określenie. To dzika burza z oberwaniem chmury. Wycieraczki nie nadążają ze zbieraniem wody, córa na cały głos śpiewa “My muzykanci, konszabelanci”, a my jedziemy, bo mąż stwierdził, że jeśli staniemy, to nocować będziemy w samochodzie. Wciąż poruszamy się max. 50 km/ h i każdy kolejny kilometr zdobywamy z trudem. Ale w końcu docieramy do domu. Parkujemy auto o 18.30. Koniec drogi, wreszcie. Monika Fijałkowska Cały tekst na: www.ciutciutukrainy.blox.pl


28

modelina kap kap kap

2

1

3

4

5

6

7

Artykuły dostępne na: 1,16 - www.ence-pence.pl; 2,12,15 - www.kaloszedzieciece.pl; 3,4,5,6,7,8,10,11,14 - www.babyhana.pl; 9,13 - www.berney-toys.pl


modelina wrzesień-październik

8 11

9

10 12

13 14

16

15

29


30

modelina

design

Zorganizuje przewijanie

Prezenty z troczkami

Wygodny, podręczny i ładnie zaprojektowany organizer na akcesoria do przewijania. Pojemnik mieści kilka pieluszek oraz wszelkie dodatki: chusteczki, kremy, maści... Wszystko będzie pod ręką, łatwo dostępne i uporządkowane. To nie tylko sposób na czystość i wygodę, ale także na sprawniejsze i bardziej komfortowe, a w konsekwencji bezpieczniejsze przewijanie. Przezroczysty materiał bez trudu wkomponuje się w każde dziecięce wnętrze. Organizer występuje w dwóch wersjach: do postawienia i do zawieszenia (np. na ramie przewijaka czy łóżeczka - szczególnie praktyczne, kiedy rodzice korzystają z przewijaków nakładanych na łóżeczko).

Oto produkty idealne na prezent dla malucha. Dwustronny mięciutki kocyk wypełniony puszystą, antyalergiczną włókniną. Zabawka - przytulanka wielkości idealnej do tulenia podczas snu. I wreszcie kołderka i poduszka z lekkim antyalergicznym silikonowym wypełnieniem, obszytym najwyżej jakości bawełną - nie wymagają poszewek. Tkaniny projektowane są przez najlepszych designerów, barwne, na czasie i z humorem. Wszystkie produkty zaopatrzone są w wystające wstążeczki, które zapewnią zajęcie małym rączkom na długi czas - dzieci uwielbiają bawić się takimi pętelkami. Każdy z przedmiotów pakowany w ekologiczną, płócienną torbę z uroczym serduszkiem - zawieszką.

MamaGama - www.mamagama.pl

La Millou - www.lamillou.com

Śniadanie w szkatułkach Jak szybko przygotować smaczne i zdrowe przekąski, które dadzą dziecku energię na cały dzień? Bardzo pomogą w tym wesołe pojemniki. Rodzicom ułatwią przygotowanie posiłków, a maluchy na pewno zachęcą do jedzenia. W pudełku z biedronką zmieści się pożywna kanapka z pełnoziarnistego pieczywa z plastrem żółtego sera lub wysokiej jakości wędliny, liściem sałaty, plastrem pomidora czy jajkiem. Pudełko z pszczołą pomieści kawałek domowego ciasta, wafelki ryżowe albo kawałek chrupkiego pieczywa i kilka kukurydzianych chrupków; pokrojone w słupki warzywa: marchew, kalarepkę, zielonego ogórka czy ogórka kiszonego; porcję naturalnego jogurtu z dodatkiem świeżych owoców sezonowych albo owocowy mus. W pojemniku z motylem mogą się znaleźć suszone owoce: morele, banany, daktyle, kilka orzechów albo zbożowych ciasteczek. W najmniejszym - ze ślimakiem - aktywny maluch może 2 - 3 razy w tygodniu dostać kostkę gorzkiej czekolady, która szybko dostarczy mu energii i magnezu. Akcesoria nie zawierają bisfenolu, ftalanów ani PVC. Można bez obaw myć je w zmywarce. Pudełeczka zmieszczą się w wesołej termicznej walizce. Tum Tum - www.homesys.pl


modelina wrzesień-październik

Rodzice fotografują

Zgadnijcie gdzie jesteśmy? Zimno. Ciepło, cieplej ...

Dorota Omylska-Bielat Schowane: Marcelina i Rozalia

31


32

modelina na popołudnie Z początkiem roku szkolnego otwiera się też gama propozycji zajęć dodatkowych dla dzieci i młodzieży. Wybierajmy je mądrze, w zależności od wieku, predyspozycji, chęci naszych pociech. Oto oferta niektórych radomskich ośrodków i domów kultury w Radomiu.

Fot. MDK

Fot. S. Równy

Młodzieżowy Dom Kultury im. Heleny Stadnickiej ul. Słowackiego 17 i Daszyńskiego 5 www.mdk.radom.pl

Ośrodek Kultury i Sztuki „Resursa Obywatelska” ul. Malczewskiego 16 www.resursa.radom.pl

Klub Osiedlowy “Ustronie” ul. Sandomierska 14 tel. 385 74 15, e-mail: dkustronie@op.pl

Dział Nauki, Techniki i Rekreacji Akademia zdrowia: ćwiczenia w wodzie, ćwiczenia w sali gimnastycznej, rekreacja ruchowa „MTB”; koła komputerowe; akademia dziecięca - gry, zabawy edukacyjne i ruchowe z elementami gimnastyki korekcyjnej; sekcje szachowe; gry i zabawy rekreacyjne; tenis stołowy; klub środowiskowy; gimnastyka z elementami akrobatyki; gimnastyka przy muzyce; zespół „Pajęczarki”; koło fotograficzne; sekcja judo; sekcja karate; taniec sportowy; język angielski; język niemiecki; język włoski; biblioteka.

Zajęcia teatralne pon., godz. 16.00 - 20.00 – zajęcia z grupą teatralną wt., godz. 16.00 - 20.00 – zajęcia Teatru Poszukiwań pt., godz. 16.00 - 20.00 – zajęcia Teatru Poszukiwań i grupa recytatorska

KO „Ustronie” Nauka gry na gitarze, zajęcia wokalne, zajęcia plastyczne, zajęcia taneczne, koło szachowe, koło teatralne, ogólnorozwojowy klub malucha dla dzieci 4-5-letnich - poniedziałek-piątek godz.10.00-12.00.

Dział Muzyczny Nauka gry na keyboardzie; nauka gry na pianinie; nauka gry na gitarze; zespół poezji śpiewanej; zespół gitarowy; studio piosenki „Fermata”; zespoły wokalne dziecięce i młodzieżowe; nauka gry na perkusji; zespół instrumentów perkusyjnych; dziecięcy świat gitary; zespół piosenki turystycznej; zespół „Radomiś”; Spirituals&Gospel - próby chóru. Dział Artystyczny Zespół taneczny „Piruecik”; zespół taneczny „Look”; zajęcia taneczno-umuzykalniające; zajęcia baletowe; zespół taneczny; koło fotograficzne; plastyka młodzieżowa; plastyka dziecięca; batik; grafika; rysunek; malarstwo; teoria sztuki; teatr literacki „Scena 05”; teatr lalki i aktora; koło recytatorskie; interpretacja tekstu literackiego z elementami inscenizacji „Uśmiech”; pracownia rękodzieła artystycznego „Zręczne ręce”; Akademia Dziecięca „Pędzelek i nutka”; Akademia Dziecięca „Bajkowy kufer”; sobotni kącik malucha. Radomska Młodzieżowa Orkiestra Dęta „Grandioso” Werble, tamburmajorki, majoretki, musztra; saksofony; sakshorny, puzony, tuby; próba orkiestry / podstawy gry orkiestrowej; waltornia; flet; klarnet; trąbka; perkusja. Więcej informacji: tel. 360-62-02 lub 364-72-35

Zajęcia muzyczne pn., godz. 16.00 – konsultacje muzyczne, zespół, pracownia muzyczna wt., godz. 16 - pracownia muzyczna czw., godz. 16.00-18.00 - konsultacje muzyczne, pracownia muzyczna pt., godz. 15.30-17.30 - zespoły Zajęcia taneczne pn., godz. 16.00 – zajęcia taneczne 7 – 10 lat; godz. 18.00 - zajęcia taneczne od lat 13 wt., godz. 15.30 – zajęcia choreograficzne z wokalistami śr., godz. 18 – zajęcia Grupy Kuglarskiej „Akadram” czw., godz. 16.00 – zajęcia taneczne 7 – 10 lat; godz. 18.00 - zajęcia taneczne od lat 13 pt., godz. 16.00 - zajęcia choreograficzne z wokalistami Zajęcia wokalne pn., godz. 16.00 – konsultacje wokalne, zajęcia wokalne dla początkujących wt., godz. 16.00 – zajęcia Grupy Wokalnej „Resursa” czw., godz. 16.00 – konsultacje wokalne, zajęcia Grupy Wokalnej „Resursa” pt., godz. 16.00 – zajęcia Grupy Wokalnej „Resursa” Kontakt w sprawie zajęć: Andrzej Przybylski, tel. 362 85 90 w. 23 lub 502 152 428. Pierwszy nabór do zespołów zainteresowań muzycznych, tanecznych, wokalnych, teatralnych 15-16 września w godz. 17.00- 19.00.

Fot. KO „Ustronie”

Pracownia Muzyczna ul. Sandomierska 14, tel. 385 74 15 Spotkania zespołu muzycznego “Bra-de-li”, próby zespołów muzycznych. Świetlica “Kubuś” ul. Osiedlowa 28, tel. 385 74 12 Codzienne zajęcia świetlicowe w godzinach 8.00 – 16.00, język włoski, język niemiecki. Świetlica “Młodzik” ul. Świętokrzyska 25, tel. 385 74 11 Codzienne zajęcia świetlicowe w godzinach 9.00 – 17.00, koło szachowe. Świetlica “Sputnik” ul. Gagarina 21/23, tel. 385 74 14 Codzienne zajęcia świetlicowe w godzinach 8.00 – 16.00, klub turystyczny “Bra-de-li”, spotkania drużyny harcerskiej. Bliższe informacje i zapisy na zajęcia od września od poniedziałku do piątku w godzinach 10.00 – 20.00 w Klubie Osiedlowym “Ustronie”. Godziny i dni zajęć zostaną dopasowane do potrzeb uczestników. Inne ośrodki: Stowarzyszenie Centrum Młodzieży „Arka”, ul. Chrobrego 7/9 i Plac Stare Miasto 2, tel. 360 69 51, www.arka.radom.pl; DK Borki, ul. Sucha 2, tel. 331 24 46, www.dkborki.radom. pl; DK Idalin, ul. Bluszczowa 4/8, tel. 365 27 17, www.dkidalin.republika.pl; Klub Igrek, ul. Chałubińskiego 12/14, tel. 362 33 79; CK Południe, ul. Czarnoleska 17, tel. 384 65 87.


34

modelina teatr i kino

Kopciuszek autor: Marta Guśniowska reżyseria: Petr Nosalek scenografia i lalki: Eva Farkasova Życie Kopciuszka nie przypominało bajki... Smutny los, złe siostry, wróżka, która na moment odmienia jej świat, wielki bal na królewskim dworze, piękna suknia, zgubiony w pośpiechu pantofelek. I zakochany w dziewczynie książę, który postanawia za wszelką cenę ją odnaleźć… „Kopciuszek” to mądre, dowcipne, barwne, zrealizowane z wielką wyobraźnią przedstawienie z piosenkami i pięknymi lalkami. Nie tylko dla maluchów. Z recenzji: „Nareszcie spełniło się jedno z moich największych dziecięcych marzeń teatralnych! Spektakl od samego początku zachwyca swoją stroną plastyczną. Jest barwnie, wesoło i trochę tajemniczo. W pierwszej scenie - znienacka, zza wielkich luster wyłonią się bohaterowie baśni. Ubrani w piękne, kolorowe stroje i z perukami na głowach od razu wciągną najmłodszą widownię do swojego baśniowego świata. Wystarczy urocza (wpadająca od razu w ucho) piosenka „Czary mary”, by Wróżka niepostrzeżenie zaczarowała nie tylko dzieci”. (Paulina Borek-Ofiara „Teatralia”, 1.06.2010)

Tygrys Pietrek autor: Hanna Januszewska reżyseria: Krystian Kobyłka scenografia: Eva Farkasova Marian Strudziński

„Tygrys Pietrek” to pełna przygód opowieść o małym strachliwym tygrysku, który próbuje nauczyć się odwagi. Z powodu lęku pozbawiony przez inne tygrysy pasków, zawstydzony i ośmieszony, za wszelką cenę chce pokonać strach. Niestety, wszystkie podejmowane próby kończą się klęską. Dopiero ciężka choroba mamy sprawia, że Pietrek zapomina o własnej słabości. Trudne doświadczenie powoduje, że mały tygrysek, który ciągle miał „pietra”, staje się odważny, samodzielny i odpowiedzialny. Dorasta. Czy jednak uda mu się odzyskać swoje paski? Zapraszamy na uroczy, mądry, zabawny i wzruszający spektakl o pragnieniu akceptacji i uznania, o sile marzeń. I o tym, że ograniczenia są w każdym z nas, a cała sztuka polega na ich pokonywaniu… Z recenzji: „Dzieciaki zachwycone, dorośli zakładają Klub Miłośników Bajki o Tygrysku. „Tygrys Pietrek” (…) może być wzorem teatru dla najmłodszych. Dydaktyczną zdawałoby się opowieść o strachliwym tygrysku reżyser zamienił w piękne, nawet wzruszające przedstawienie. Mamy po prostu hit! (Barbara Koś. „Echo Dnia”, 14.02.2011)

Nieznośka i Kmieć autor: Marta Guśniowska reżyseria: Petr Nosalek scenografia i lalki: Eva Farkasova W niedzielę 16 października „Scena Fraszka” radomskiego teatru zaprasza na premierę spektaklu „Nieznośka i Kmieć”. To historia o kapryśnej, nieznośnej Królewnie, która przysparza wszystkim zmartwień, a swoim zachowaniem budzi powszechną niechęć. Każdy dzień rozpoczyna w złym humorze, nigdy się nie uśmiecha, niczego i nikogo nie lubi. Tymczasem królestwo przeżywa kryzys, ponieważ z powodu dotkliwego braku baraniny (w której zdecydowanie ponad miarę gustuje Król) nie nakarmiony pozostaje zamieszkujące te tereny Smok. W tej sytuacji pojawia się myśl, by poszukać śmiałka, który zgładzi Smoka, a w nagrodę (?) poślubi nieznośną Królewnę. Śmiałków jednak jak na lekarstwo… Na szczęście na ogłoszenie odpowiada pewien sprytny, odważny, pewny siebie młody Kmiotek, który - jak to zwykle w bajkach bywa – śpiewająco poradzi sobie i z groźnym Smokiem, i z fochami Królewny. A przy okazji okaże się być nie do końca tym, za kogo się podaje…


modelina wrzesień-październik

Twoje urodziny w kinie Helios

Zrób frajdę swojemu dziecku - przeżyjecie niezapomniane chwile! przyjęcie urodzinowe gry i zabawy z animatorami projekcja filmu Regulamin oraz szczegóły oferty urodzinowej dostępne są w kinie i na stronie www.helios.pl

Filmowe Poranki w kinie Helios

Filmowe Poranki to najlepsza propozycja na spędzenie niedzielnego przedpołudnia z ukochanymi filmowymi bohaterami. spotkania co druga niedziela o godz. 10.30 konkursy, gry i zabawy z animatorem filmy dostosowane dla dzieci w wieku 3-6 lat projekcja przystosowana dla najmłodszych widzów - delikatne światło i wyciszony dźwięk bilet tylko 10zł. dla każdego Szczegóły na www.helios.pl

Akademia Filmowa kina Helios 2011/12

Wyjątkowy edukacyjny program filmowy dla wszystkich poziomów nauczania - od przedszkolaka do maturzysty. Akademia Filmowa to: cykl 6 spotkań wykłady i prezentacje projekcje filmów i dyskusje spotkania z gośćmi Przyjmujemy zapisy na czwartą edycję zajęć. Szczegóły na www.helios.pl/20,Radom/AkademiaFilmowa/ Helios

Rezerwacja tel. 48 340 07 89 www.helios.pl Kino Helios, ul. Poniatowskiego 5, 26- 610 Radom, e-mail: radom@heliosnet.pl

35


36

modelina nasze rekomendacje

Przyznajemy - jesteśmy zachwyceni książkami dla dzieci warszawskiego Wydawnictwa Dwie Siostry. To prawdziwe edytorskie arcydzieła, ilustrowane przez wybitnych grafików. W tym numerze polecamy oryginalną serię edukacyjną. Wszystkie książki wydawnictwa można obejrzeć i kupić przez Internet. Wystarczy wejść na stronę www.wydawnictwodwiesiostry.pl ROW

„D.O.M.E.K.”

„D.E.S.I.G.N.”

„M.O.D.A czyli Metki Obcasy Dżinsy Adidasy”

Tekst i ilustracje: Aleksandra Machowiak, Daniel Mizieliński Przedział wiekowy: 6+ Format: 20 x 20 cm, oprawa twarda Objętość: 156 stron

Tekst: Ewa Solarz Ilustracje: Aleksandra i Daniel Mizielińscy Przedział wiekowy: 6+ Format: 20 x 20 cm, oprawa twarda Objętość: 168 stron

Tekst: Katarzyna Świeżak Ilustracje: Katarzyna Bogucka Przedział wiekowy: 7+ Format: 20 x 20 cm, oprawa twarda Objętość: 148 stron

Pierwsza polska książka dla dzieci o współczesnej architekturze. Pomysłowa i zabawna. Młodzi czytelnicy dowiedzą się z niej, jak bardzo różne mogą być ludzkie domy i jak fascynującą sztuką jest architektura. Dowcipne, soczyście kolorowe rysunki i zwięzłe, przystępne opisy prezentują – zgodnie z podtytułem książki – „doskonałe okazy małych i efektownych konstrukcji” czyli niezwykłe domy stworzone przez najwybitniejszych architektów świata, ewentualnie amatorów-zapaleńców. Mamy tu i dom - orzeszek z Kanady, i holenderski dom na dachu, i dom zbudowany w wieży ciśnień w Belgii. I dziesiątki innych. „D.O.M.E.K.” uczy wyobraźni przestrzennej. Otwiera oczy na kształty, kolory i estetykę architektury - nie tylko niezwykłych budowli, ale też budynków, które otaczają nas na co dzień. Książka otrzymała nagrodę główną w kategorii graficznej konkursu „Książka Roku 2008” Polskiej Sekcji IBBY oraz nagrodę główną w konkursie „Świat Przyjazny Dziecku”.

„D.E.S.I.G.N.” to przyprawiający o zawrót głowy, bogato ilustrowany przegląd najciekawszych projektów wzornictwa przemysłowego z ostatnich 150 lat – od tych klasycznych po te najbardziej zwariowane: łóżko w kształcie ringu bokserskiego, trawiastą sofę, lustro - kościotrup czy fotele z odpadków. W książce prezentowane są przede wszystkim meble, ale także inne domowe przedmioty. Oczywiście musiały się w niej znaleźć również projekty opracowane specjalnie z myślą o dzieciach, takie jak słoniowe krzesło Charlesa i Ray Eamesów czy domek do zabawy i dziecięca kolekcja mebli Javiera Mariscala. Poprzez lekkie i dowcipne opisy, barwne anegdoty i zwariowane ilustracje „D.E.S.I.G.N.” bawi, zadziwia, uwrażliwia na estetykę i formę otaczających nas przedmiotów. Uświadamia też młodym czytelnikom, że właściwie wszystko, co nas otacza, zostało przez kogoś zaprojektowane, i że wygląda właśnie tak, a nie inaczej z jakichś konkretnych powodów.

Skąd w ogóle wzięły się jeansy i adidasy? Czy można w jednych butach chodzić i latem i zimą? Kto zaczął szyć sukienki z plastiku? – na takie pytania odpowiada „M.O.D.A.” czyli nowość w przebojowej serii edukacyjnej Dwóch Sióstr. Pasjonująca książka o tym, co najciekawsze w modzie ostatnich 100 lat. Dzieci dowiedzą się z niej, co to jest moda i do czego służy. Przeczytają o związanych z nią miejscach, osobach i wydarzeniach. Poznają najciekawsze i najbardziej zwariowane pomysły projektantów mody. Dowiedzą się, skąd wzięły się ubrania, bez których dziś nie wyobrażamy sobie życia, np. spódniczka mini czy buty na obcasie. I przekonają się się, że o ubraniach i ubieraniu się można myśleć na tysiąc różnych sposobów. Skąd się wziął styl „na chłopczycę”, kto zaczął używać różowego koloru, skąd się wzięła najsłynniejsza sukienka świata czyli „mała czarna” – ta książka zachęca do wspólnej lektury dzieci i rodziców.


modelina wrzesień-październik

37

Z biblioteki nastolatki Marta ma 12 lat i wielką pasję - czytanie książek. Gdyby zostawić ją na tydzień na bezludnej wyspie i otoczyć fantastycznymi i przygodowymi powieściami, na pewno by przeżyła - po prostu podczas lektury nie zauważyłaby nawet, że jest głodna i spragniona. Poprosiliśmy ją więc by - jak nastolatka nastolatkom - zarekomendowała innym kilka swoich ulubionych lektur.

„Królestwo” Autor: Darek Mól Pewnego bardzo mroźnego dnia pod dom Kacpra - głównego bohatera - przychodzi ruda kotka. Rodzina chłopca przygarnia ją. Gdy Kacper próbuje zasnąć, kotka przenosi go do innego wymiaru – Królestwa. I już wcale nie jest kotką, tylko śliczną dziewczyną o imieniu Mirai. W Królestwie chłopiec poznaje króla Hagara i jego inżynierów, a wśród nich Goro, który okaże się niezbyt miłą postacią.... Kacper wyrusza z Mirai i Goro na wyprawę w poszukiwaniu dawno zaginionego królewskiego berła. Kto przechowuje berło? Dlaczego jest ono takie ważne? Czy Kacper pozna prawdę i uratuje Królestwo? Nieoczekiwane zwroty akcji, barwne postaci, dużo humoru – to największe zalety tej historii. Polecam! „Amor z ulicy Rozkosznej” Autorka: Liliania Fabisińska Książka ta wcale nie jest dziecinna, pomimo tego, że główny bohater ma tylko dziesięć lat. Oprócz dość oryginalnego imienia – Amor – chłopiec wyróżnia się też tym, że ma... całkiem szalonych rodziców. Właśnie kupili oni dom, którego uprzednio nawet nie obejrzeli. Podczas przeprowadzki zaginął im fortepian po prababci, a gdy cała rodzina dojechała na miejsce, dowiedziała się, że kupiła wielką rezydencję z marmurowymi podłogami. Ale najlepsze dopiero się zaczyna. Pojawiające się na lustrze napisy, dziwne odgłosy w łazience – Amor zauważa, że nowy dom ma wiele tajemnic... Chłopiec poznaje bardzo inteligentną dziewczynkę z sąsiedztwa Kunegundę Brzuchacz. I razem z nią udaremnia kradzież zabytkowego ołtarza, pokonuje Pływalca, odnajduje fortepian i co najważniejsze... wygrywa w scrabble z rodzicami. Książka jest świetna pod każdym względem. Doczekała się kontynuacji (trzeciej części wciąż nie mogę znaleźć w żadnej księgarni :-) Otrzymała – zupełnie słusznie – wyróżnienie w konkursie na książkę młodzieżową pod hasłem „Uwierz w siłę wyobraźni”. „Kroniki Spiderwick. Księga I - Przewodnik terenowy” Autorzy: Tony Di Terlizzi i Hollly Black Historia rozpoczyna się, gdy Jared Grace wraz ze swoją mamą, bratem Simonem i siostrą Mallory przeprowadzają się do domu swojej już niemłodej ciotecznej babki Lucindy. Ta przebywa akurat w szpitalu psychiatrycznym. W swoim nowym mieszkaniu rodzeństwo odnajduje ukryty gabinet doktora Spiderwicka, a w nim książkę „Przewodnik terenowy Arthura Spiderwicka po fantastycznym świecie wokół nas”. Mimo ostrzeżeń Jared otwiera książkę i tym samym budzi do życia różne fantastyczne istoty... Czyta się jednym tchem. To pierwsza część wspaniale ilustrowanej serii. Więcej można się o niej dowiedzieć na stronie www.kronikispiderwick.pl. Marta Równy

KLASYKA DLA SMYKA Naukowcy dowodzili kiedyś, że słuchanie przez noworodki muzyki klasycznej - przede wszystkim utworów Mozarta znacznie podnosi iloraz ich inteligencji. Dziś uważa się to twierdzenie za mit, ale... co z tego? Nawet jeśli puszczając maluchom Bacha i Beethovena nie kreujemy nowych geniuszy, to i tak uczymy dzieci odróżniać hałas od muzyki i uwrażliwiamy je na piękno. Dlatego polecamy serię sześciu płyt „Klasyka dla smyka”, zawierających utwory najsłynniejszych chyba kompozytorów: Bacha, Beethovena, Chopina, Mozarta, Vivaldiego i Straussa. Na każdym albumie usłyszmy najbardziej znane ich dzieła, wykonane przez międzynarodowe sławy sceny klasycznej. Płyty – jak dobry cukierek – opakowane są w piękne, kolorowe okładki. Dziecko zasypiające przy „Czterech porach roku” Vivaldiego czy „Dla Elizy” Beethowena, albo tańczące przy „Walcu cesarskim” Straussa... – piękna wizja. I do urzeczywistnienia. ROW


38

modelina zrób to sam modelina wywiad

Ciasteczka z dynią, słonecznikiem i migdałami

Pieką: Basia (rok) z bratem Dominikiem (3 lata) pod czujnym okiem mamy

Przy okazji pieczenia ćwiczymy nowe umiejętności: chwytanie szczypcami przesypywanie

Składniki: - 60 g masła - 60 g smalcu - 300 g mąki pszennej - pół szklanki cukru - 1 jajko - 2- 3 łyżki jogurtu naturalnego - płatki migdałowe - nasiona dyni - nasiona słonecznika Wykonanie:

zagniatanie

Wszystkie składniki zagniatamy szybko na kruche ciasto, na końcu dodając

przelewanie

ziarna i migdały. Chłodzimy pół godz. w lodówce. Urywając kawałki ciasta formujemy ciasteczka. Układamy na blaszce. Pieczemy do zrumienienia w temperasmacznego

precyzję

www.smykowysmak.blox.pl

turze 180 stopni.


modelina modelina wrzesień-październik

39

Filcołaki Krok 1 Weź dziurawe spodnie. Krok 2 Przygotuj: filc w różnych kolorach, nożyczki, kolorowe tasiemki, grube nici, igłę, naparstek. Krok 3 Wytnij ogólny kształt Filcołaka. Krok 5 Przyszyj kolejne elementy grubą nicią. Krok 4 Wytnij pozostałe elementy: oczy, uszy, kawałek tasiemki na usta.

Krok 6 Jeszcze uszy i gotowe. Naszyj na dziurę w spodniach.

To nie koniec... ...stwórz całą kolekcję Filcołaków :-)

Pomysł i wykonanie: Dorota Borycka - MammaLeo

Agnieszka Markiewicz - Równy


40

modelina do serca przytul psa

do serca przytul psa

Mania Wiek 1-1,5 roku, przyjazna, bardzo łagodna, ładnie chodzi na smyczy. Będzie wysterylizowana.

Frotek Jamnik, wiek około 5 lat. Bardzo źle znosi pobyt w schronisku. Uroczy i wzruszający. Będzie wykastrowany.

Kaman Wiek 2-3 lata, jest zachipowany, wykastrowany, posiada paszport i pełną historię szczepień. Radosny i przyjazny.

Megi Amstaff, wiek 1-1,5 roku. Piękna i wesoła, będzie wysterylizowana. Pies raczej nie dla dzieci.

Wszystkie psy czekają na swoich nowych właścicieli w Schronisku dla Bezdomnych Zwierząt w Radomiu, ul. Witosa 96, telefon: (48) 384 77 73 lub 504 310 383, 534 033 224. www.zwierzeta-w-potrzebie.pl

Fagut Wiek około 3,5 roku, jest zaszczepiony i wykastrowany. Bardzo wesoły i przyjazny.

Laki Wiek 1 rok i 3 mies. Cudowny i bardzo przyjazny. Cudem żyje. W dniu adopcji będzie już wykastrowany.



Modelina - nr1 / wrzesień - październik