Page 1

MIĘDZY NAMI N

I

E

C

O

D

Z

I

E

N

N

I

K

ANINIANINAMI

ISSN 1644 – 6356 PISMO BEZPŁATNE

ROK XI Nr 3 (76) NIECODZIENNIK LISTOPADGRUDZIEŃ 2011


ROK 2012 Przyniesie każdemu z nas, jak zwykle, przypisaną nam porcję radości, uniesień, rozczarowań i smutków. I nie zmienią tego składane dorocznym obyczajem najszczersze życzenia przyjaciół i znajomych, polityków i.. specjalistów od marketingu. Horoskopy, jak zwykle, spełnią się lub nie, przyszłość bowiem jest nieprzewidywalna i lubi nas zaskakiwać, mniej lub bardziej przyjemnie. A zatem nie oczekujcie, że z chwilą wybicia godziny 24-tej coś się zasadniczo zmieni w naszym życiu. Najwyżej przepisy, przygotowane przez urzędników i polityków. Ruszymy w drogę czasu ku nieznanym przypadkom, drogą utartych schematów, uzbrojeni jedynie we własne doświadczenia i wiarę, świadomi, że nic nie wskóramy bez wsparcia rodziny, przyjaciół, a przede wszystkim – zwykłych, życzliwych ludzi. Obyśmy spotykali ich jak najczęściej na swoich ścieżkach. I obyśmy umieli ich szanować i doceniać. Redakcja


WAWER PAMIĘTA Rok 2011. Wsród wiernych na mszy św., odprawianej – jak co roku od dziesięcioleci – w anińskim kościele p.w. MBKP coraz mniej świadków straszliwej tragedii owej nocy 1939 r. Odchodzą naturalną koleją losu. (Niedawno żegnano Stefana Sawickiego, jednego z nielicznych, któremu udało się ujść z masakry z życiem). Coraz mniej też członków rodzin osób zamordowanych w Wawrze. Mniej tych, którzy pamiętają to wydarzenie, którzy byli świadkami. Były jednak córki pana Sawickiego, był Zbigniew Czarski, którego wspomnienie zamieszczone zostało w reprincie książki o zbrodni wawerskiej. (1) Na miejscu straceń i w tym roku są kombatanci, młodzież wawerskich szkół, harcerze, członkinie Towarzystwa Przyjaciół Warszawy z anińskiego oddziału. Są burmistrzowie dzielnicy Wawer. W imieniu Zarządu przemawia burmistrz, Jolanta Koczorowska. Głos zabrał dziekan, ks. Marek Doszko. Była przedstawicielka Rady Warszawy. Złożono kwiaty, zapalono znicze. Wawer nie pozwala zapomnieć. Redakcja MNA – dorocznym obyczajem – i w tym roku nawiązuje do owych tragicznych wydarzeń. Tym razem – we wspomnieniu Andrzeja Szalewicza o jego dziadku, który zginął wśród innych zamordowanych. (T) Fot. Mirosława Skoczeń, Jordan Bulloff (1) W roku 2011 wydano reprint książki Jana Tyszkiewicza EGZEKUCJA LUDNOSCI CYWILNEJ W WAWRZE 27 GRUDNIA 1939 r. Wydawcą był Urząd m-sta. st. Warszawy, Wydział Kultury dla Dzielnicy Wawer. Książka została poszerzona o relacje z obchodów 70. rocznicy i wzbogacona o dotychczas niepublikowane wspomnienia.


Andrzej Szalewicz

MÓJ DZIADEK, STANISŁAW SZALEWICZ (1882-1939)

K

iedy zginął w grudniowa noc 1939 r., miałem zaledwie kilka miesięcy, urodziłem się bowiem w marcu tegoż roku. Znałem go zatem jedynie z opowieści rodzinnych, z fotografii. Przetrwał też w pamięci licznych znajomych, którzy bywali w gościnnym domu jego i jego żony, Marii. Początkowo był dla mnie osobą z tych wspomnień: bardzo lubianym i towarzyskim społecznikiem, zapalonym myśliwym, pięknie śpiewającym mężczyzną.

O

d najmłodszych lat jednak w każdą rocznicę jego śmierci bywałem na placu między ulicami Błękitną i Spiżową w Wawrze, gdzie został rozstrzelany. Wiedziałem, jak zginął.

K

iedy świadomie zająłem się historią, która stała się – obok sportu – największa pasją mojego życia, dotarłem do licznych, jakże dla mnie ciekawych źródeł, które uzupełniły moją opartą na opowieściach wiedzę o dziadku. Pisałem więc już o nim niejednokrotnie (m.in. i na tych łamach), obszernie poinformowałem o tych odkryciach w swojej książce (RODOPIS SZALEWICZÓW). Nigdy nie przestanę go przy każdej okazji wspominać, bowiem jestem dumny z faktu, że był moim dziadkiem.

Z

zawodu i wykształcenia był mierniczym, dziś powiedzielibyśmy – geodetą. Musiał posiadać nieprzeciętną inteligencję i siłę woli, by jako Polak ukończyć Konstantynowski Instytut Mierniczy w Moskwie i zająć wysokiej rangi stanowisko w carskiej Rosji. Jako wysokiej klasy fachowiec piął się po szczeblach kariery i przed powrotem do Polski był starszym geodetą guberni wiackiej. (Drogi jego kariery opisałem we wspomnianej książce). Dowodem na to, jak stale czuł się Polakiem jest m.in. fakt, iż założył tam Chór Polonijny, który z oddaniem prowadził.

P

o wybuchu rewolucji do Polski najpierw wróciła jego żona, Maria, moja babcia, wraz z synem, Bronisławem (moim ojcem) i córką, Heleną. Dziadek przyjechał w dwa lata po niej, zaangażowany w organizację pociągów ewakuacyjnych z Rosji.

W

roku 1921 zamieszkali w Aninie. Dziadek od roku 1934 był mianowanym radcą w Wydziale Rolnictwa i Reform Rolnych Urzędu Wojewódzkiego w Warszawie. Ich gościnny dom (o czym świadczą liczne fotografie z anińskich spotkań towarzyskich) był miejscem spotkań ówczesnej inteligencji, a jeszcze dziś na zachowanych w domowym archiwum zdjęciach aninianie odnajdują swoich przodków.

Z

ginął w bożonarodzeniową noc, wywleczony w brance. Pisał o nim Melchior Wańkowicz, do którego dotarła wieść o masakrze wawerskiej. I była to pierwsza wiadomość o zbrodni na ludności cywilnej, jaką otrzymał Zachód. Fotografie z archiwum rodzinnego Na fotografii po lewej: Chór polonijny


Maria Ewa Chodorek

27 grudnia 2011 roku

Byłam sześcioletnim dzieckiem, kiedy w mroźną i śnieżną noc 26 na 27 grudnia 1939 roku mój ojciec wraz z innymi sąsiadami został wzięty z domu przez hitlerowców w karnej akcji pacyfikacyjnej. Wczesnym rankiem 27 grudnia wrócili do rodzin nasi sąsiedzi: Leon Solnicki (ul. Krótka 3), kapitan Malinowski i mój ojciec, Stanisław Tyszkiewicz (z ulicy III Poprzecznej nr 2 i 3). Według zeznań płk. Maxa Daume w Londynie 6 stycznia 1946 roku zwolniono wtedy 60 - 70 mężczyzn. Kiedy ojciec opowiadał potem o straszliwej nocy, zawsze sławił godność z jaką zachowywali się Polacy czekający na wyrok przed Komendanturą przy ul. II Poprzecznej 3. W tym roku, jak zazwyczaj, uczestniczyłam w obchodach rocznicy mordu wawerskiego. Wspominano bohaterstwo Daniela Geringa, który został rozstrzelany, bowiem w czasie przesłuchania nie chciał potwierdzić swego niemieckiego pochodzenia czując się Polakiem. Ten fakt znany jest większości mieszkańcom Anina i Wawra – ale pojawiły się nowe wątki…

Anińscy goście Stanisława

Zaraz po mszy za poległych jedna ze starszych mieszkanek Anina zwróciła się do mnie z wyrzutem, że nikt do tej pory nie zadbał o umieszczenie tablicy upamiętniającej Daniela Geringa na jego domu – willi Danielewo przy ulicy I Poprzecznej 14. Godzinę potem, po uroczystości na miejscu egzekucji w Wawrze zaskoczyła mnie inna informacja, mianowicie ksiądz prałat Marek Doszko, proboszcz anińskiej parafii brał udział w marszu z pochodniami dla uczczenia ofiar egzekucji zorganizowanym nocą 27.12. 2011 przez Stowarzyszenie Międzynarodowy Rajd Katyński. W tym marszu uczestniczył mężczyzna, który (jak mówił) mając wtedy dwanaście lat (obecnie jest w wieku 84 lat) mieszkał w pobliżu miejsca egzekucji, a dwa domy dalej mieszkał Daniel Gering. Tak wynika z jego relacji. Jeśli czytelnikom MNA znane są takie informacje lub inne fakty dotychczas nieopublikowane, redakcja prosi o kontakt pod numerem telefonu 22 812 11 82. Żyje coraz mniej osób pamiętających tamte czasy, a myślą przewodnią naszego niecodziennika jest utrwalanie i uzupełnianie historii naszych okolic.


Janusz Gałda

Mówi Rada Osiedla Dni stają się coraz krótsze i noc zapada coraz wcześniej. Rok 2011 nieuchronnie dobiega końca. Jest to dobra pora, aby przedstawić W OSIEDLOWYM PIŚMIE, czym się zajmowała Rada Osiedla Anin. Postaram się pokrótce przedstawić najważniejsze sprawy. Rok 2011 - rokiem wyborczym w osiedlu? W marcu miały się odbyć wybory do Rady Osiedla Anin; nie odbyły się, gdyż zostały uchylone przez Panią Prezydent Warszawy statuty wawerskich osiedli, na podstawie których miały się one odbyć. W rezultacie dotychczasowa Rada Osiedla Anin pełni swoje obowiązki. Nowy statut dla osiedli wawerskich jest opracowywany przez doraźną Komisję Statutową Rady Dzielnicy, która swoją pracę ma zakończyć do końca 2011 roku. W trakcie prac komisji nad statutem zgłaszaliśmy swoje uwagi i propozycje zapisów poszczególnych punktów. Jeżeli wszystko ułoży się pomyślnie, to na wiosnę powinny odbyć się wybory, do udziału w których mieszkańców już zapraszam. Co nowego powstało? Członkowie Rady, tak jak i mieszkańcy, a szczególnie najmłodsi aninianie z dużą radością powitali utworzenie placu zabaw przy basenie w Aninie. Cieszymy się, że nasz pomysł na utworzenie w tym miejscu placu zabaw dla dzieci, z którym wystąpiła Rada Osiedla w 2010 roku i na który udało się pozyskać prawie 200.000 tys. zł, został zrealizowany i od czerwca jest wypełniony przez zadowolone dzieci, mające gdzie się bawić. Mamy nadzieję, że w zimie będzie czynna dla dzieci górka do zjeżdżania na sankach i nartach. Na jesieni ruszył (wreszcie) remont ciągu pieszo-rowerowego wzdłuż ul. Wydawniczej, który był już w bardzo złym stanie. O jego remont od paru lat starała się Rada Osiedla. Inną ważną inwestycją realizowaną w Aninie, są inwestycje kanalizacyjne prowadzone przez MPWiK. W tym roku możliwość przyłączenia się do kanalizacji ściekowej uzyskali mieszkańcy Anina południowego, który w infrastrukturę kanalizacyjną, wodociągową jak i drogową był bardzo ubogi. W tym miejscu przypominamy wszystkim mieszkańcom, Anina, że do końca marca 2012 roku istnieje możliwość otrzymania dofinansowania za likwidację szamba i przyłączenia się do kanalizacji ściekowej, dla osób, które zamierzają się podłączyć do kanalizacji ściekowej w 2012 roku. A co bez zmian? We wrześniu wszyscy myśleliśmy, że nasze paroletnie zabieganie o remont ul. Kajki znalazło spełnienie. Niestety, były to tylko płonne nadzieje, gdyż ZDM-owi starczyło zapału tylko na remont fragmentu chodnika między IV i V Poprzeczną i to bez wymiany wygryzionych krawężników. Od jednego z mieszkańców ul. Kajki usłyszałem takie określenie tego remontu – chodnik wyborczy. W tym miejscu nasuwa się refleksja, abyśmy nie musieli tylko czekać na dalszy

remont ul. Kajki do następnych wyborów (oczywiście nie mam tu na myśli wyborów do Rady Osiedla). Natomiast „deweloperzy” działający na terenie naszej Dzielnicy ostatnio bardzo „pokochali” Anin. O bezskutecznych walkach w sprawie inwestycji na ulicy Alpejskiej wie już chyba każdy mieszkaniec Anina; kolejnym miejscem, gdzie miał powstać budynek wielorodzinny (32 lokale mieszkalne) miała być działka przy ul. Zorzy i Zambrowskiej. Planowana inwestycja i wydana decyzja na budowę okazała się niezgodna z zapisami mpzp Anina i została uchylona przez Wojewodę. Na działce przy ul. Stradomskiej, VIII Poprzecznej i M. Pożaryskiego, na tyłach parkingu P+J planowana jest budowa 6 bloków wielorodzinnych, na łączną liczbę 164 mieszkań – obecnie decyzja o ich budowie została zaskarżona do Wojewody Mazowieckiego. A co jeszcze? Odbyły się kolejne w przeciągu dwóch lat konsultacje społeczne w sprawie zmian w układzie linii autobusowych w Dzielnicy Wawer i tutaj Rada zgłosiła swoje stanowisko i zaproponowała propozycje zmian w układzie linii na terenie Anina – konsultacje zakończyły się patem. Wystąpiliśmy z propozycją zmiany organizacji ruchu na ul. Alpejskiej oraz zamierzamy zgłosić kolejne propozycje w sprawie zmiany organizacji ruchu na terenie Anina. Podejmowaliśmy działania w sprawie odwodnienia ulic i napraw cząstkowych ulic i chodników. Natomiast w ostatnim czasie prawie plagą na naszym osiedlu stały się kradzieże włazów do studzienek kanalizacyjnych. Z interwencją w tej sprawie wystąpiliśmy do Dzielnicy, a szczególnie niepokojący jest długi czas oczekiwania na założenie nowego włazu. Mija nawet i dwa miesiące – od momentu zgłoszenia do założenia nowej pokrywy studzienki – i przez ten czas zieje z ziemi dziura i czeka na nieuważnego przechodnia, o zgrozo. Może będzie nowa ulica w Aninie? A dokładniej ulica będzie stara, ale może będzie miała nową nazwę. Rada Osiedla Anin wystąpiła z inicjatywą, by zmienić nazwę z ul. M. Pożaryskiego na odcinku od ul. M. Kajki do ul. Hafciarskiej (ul. Pożaryskiego występuje na naszym osiedlu w trzech fragmentach nie tworząc jednego ciągu komunikacyjnego) i dlatego powyższy fragment, przy którym nie ma nadanych żadnych numerów porządkowych posesji, proponujemy nazwać ulicą im. Ks. Wiesława Kalisiaka. W tym celu członkowie Rady Osiedla jak i osoby popierające nasz wniosek zbierają podpisy pod wnioskiem o zmianę nazwy ulicy. Prosimy mieszkańców o poparcie tej inicjatywy. Życzenia Jak wspomniałem na wstępie, zbliża się koniec roku, a wraz z nim Święta Bożego Narodzenia. Z tej okazji w imieniu Rady składam wszystkim mieszkańcom Anina, jak i czytelnikom MNA. Zdrowych, Radosnych, Pogodnych i Błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia i Szczęśliwego Nowego Roku.


Maria Ewa Chodorek

anińskie liceum Jak to było? Już w pierwszym numerze MNA, w marcu 2000 roku, na pierwszej stronie, tak pisaliśmy o XXVI L.O. w Aninie: … Badanie początków tej szkoły, to jakby szukanie źródeł Amazonki. Bo z niejednego źródła złożyła się całość znana dziś jako liceum „Kuby”… Również w 2000 roku, w maju, na zjeździe absolwentów, jego uczestnicy których los rzucił do Kataru, Australii, Anglii czy Niemiec, opowiadali że wszędzie tam spotykali ludzi, którzy wspominając Polskę nagle rzucali hasło: „Chodziłem do Kuby”. Dalsze wątki rozmowy i jej klimat były „czysto” anińskie…. Prawie we wszystkich wydanych dotychczas numerach naszego niecodziennika ukazywały się wiadomości o teraźniejszości, przeszłości i tradycjach szkoły średniej w Aninie. Zamieszczaliśmy młodą poezję i prozę uczniów XXVI L.O. oraz wypowiedzi nauczycieli i dyrektora „na luzie”. Drukowaliśmy teksty Marka Ławrynowicza, Darka Osińskiego, Jana Czerniawskiego i innych uczęszczających w swoim czasie „na Alpejską”. Bywaliśmy na uroczystych Tuwimiadach i kreatywnych Warsztatach teatralnych oraz niepowtarzalnych wieczornicach harcerskich organizowanych przez mistrzynię Danutę Rosner. Szkoła ma bogatą tradycję i ciekawą tożsamość. Na mapie Anina są 3 punkty gdzie funkcjonowała szkoła średnia w naszym osiedlu: pałacyk Więcka, budynek gdzie obecnie mieści się S.P. im. Michała Kajki oraz obiekt przy ul. Alpejskiej 16. Patron Inauguracja roku szkolnego w tej placówce miała miejsce we wrześniu 1964 roku. Wtedy szkoła otrzymała nr XXVI oraz patrona generała Henryka Jankowskiego „Kubę”. Urodził się on w Warszawie, wychował na robotniczej Woli, w 1942 r. mając 20 lat przyjął konspiracyjny pseudonim „Kuba” wstępując do Ruchu Oporu. W czasie powstania warszawskiego walczył na Żoliborzu i Starym Mieście jako dowódca kompanii AL potem z grupą ocalałych powstańców przedarł się przez Wisłę na praski brzeg. Tu wstąpił w szeregi Wojska Polskiego z którym dotarł do Berlina – etapy jego wojennej walki znaczyły liczne medale i odznaczenia za bojowe zasługi. Te wydarzenia z życia młodego Henryka Jankowskiego opisał młody Marcin Wolski w formie elegii czy raczej eposu. W okresie powojennym „Kuba” uzupełniał i zdobywał wykształcenie ogólne i wojskowe, został mianowany generałem brygady w 1958 r., zaangażował się w pracę społeczną Warszawskiego Okręgu Wojskowego. Wkrótce został przewodniczącym Społecznego Komitetu Szkół Tysiąclecia W.O.W. Był jednym z inicjatorów budowy w Aninie liceum

z internatem – 2 wolnostojących budynków. Dzięki finansowemu i rzeczowemu wsparciu W.O.W. powstała placówka w której oprócz miejscowej młodzieży mogły mieszkać i uczyć się dzieci wojskowych z tzw. zielonych garnizonów. Generał położył kamień węgielny pod fundamenty liceum, ale nie uczestniczył w inauguracji szkoły. Po krótkiej i ciężkiej walce z chorobą zmarł na białaczkę w wieku 37 lat. Co dalej? Niegdyś liceum z internatem nosiło miano: Ośrodek Szkolno-Wychowawczy im. gen. H. Jankowskiego „Kuby” obecnie liceum XXVI połączone administracyjnie z gimnazjum 103 nazwano zespołem szkół nr 114. A integracja? Remont i przebudowa budynku (w dawnym internacie gospodarzem jest KĄT) daje ogromne możliwości zespołowi. Proces integracji to w najprostszym rozumieniu wytwarzanie całości z drobnych części i każda placówka oświatowa z prawdziwego zdarzenia zawsze próbowała to osiągnąć. Szkolne boisko unowocześnione, wzbogacone stołami ping-pongowymi, ogrodzone wg wymogów unijnych stanowi dodatkowy walor. Będziemy szczerze i z entuzjazmem kibicować szkołom pod patronatem „Kuby” i księdza Jana Twardowskiego.

Halina Kowalska

Prezes TPW pisze książki Na rynku wydawniczym ukazała się książka pt. „Warszawa - dzieje fortyfikacji” Lecha Królikowskiego. Autor dr hab. jest rektorem Wyższej Szkoły Komunikowania i Mediów im. Jerzego Giedroycia, - przewodniczącym Rady Osiedla Usynów. A od 1993 r. PREZESEM Towarzystwa Przyjaciół Warszawy. Książka jest już 14-tą pozycją autora o Warszawie. Tę zadedykował synowi. Zawiera ona 18 rozdziałów, 32 kolorowe zdjęcia, (200 pozycji bibliograficznych) i opisuje kolejne wały obronne, które otaczały miasto. Jest swojego rodzaju prezentacją fortyfikacji jako przykładu rozwiązań architektoniczno-urbanistycznych. W Marysinie Wawerskim na terenie obecnego „Parku Matki Mojej” był też fort. Autor przytacza słowa fortyfikatora rosyjskiego, który mówi że: „siła twierdzy zależy nie od dział i fortów, lecz od ducha załogi i wartości komendanta twierdzy”. Warszawa odpierając kolejne oblężenia potwierdzała słuszność słów. 25-go.11.11r. dr L. Królikowski otrzymał za tę książkę nagrodę „Klio” przyznaną przez Porozumienie Wydawców Książki Historycznej.


Teresa Szymczak, Ksenia Zimna

KAMIENNE ŚLADY PAMIĘCI Różne odmiany gatunku Homo Sapiens zaludniają Anin. (Oczywisty banał). Sentymentalni i ckliwi, z wyobraźnią i pomysłami nie z tej ziemi, wypełzający poza mury swoich kosztownych ogrodzeń i – konkretni, realiści myślący jedynie o własnym interesie, o dobru jedynie własnej rodziny, oschli, schematyczni i przewidywalni. Te „odmiany” niekiedy się krzyżują, spotykając się tu i ówdzie. I czasem z tej krzyżówki rodzi się całkiem sympatyczna postać aninianina – CZŁOWIEKA, KTÓRY CHCE COŚ ZROBIC DLA INNYCH. Z inicjatywy tych ostatnich powstał krąg anińskich kamieni, obarczonych pamiątkowymi tablicami przypominający ważnych dla mieszkańców ludzi: poetów, księży. Wielu jeszcze czeka na upamiętnienie. A tych kamieni jest tylko pięć. A może aż pięć? Pamięci bł.ks.Jerzego Popiełuszki

Tablica pamięci Juliana Tuwima

K. Gałczyńska i M. Nowacki przy odsłonie tablicy K.I.G.

**** Pierwszy kamień stanął – a właściwie legł – przy wejściu głównym do budynku Instytutu Kardiologii dla uczczenia patrona Instytutu, z napisem na tablicy: INSTYTUT KARDIOLOGII IM. PRYMASA TYSIĄCLECIA KARDYNAŁA STEFANA WYSZYŃSKIEGO. GRUDZIEŃ 1990. Postawiony przez władze instytutu był tą iskrą, która wznieciła… pomysł. A gdyby tak przypominać – nie tylko aninianom – że mieszkał tu niegdyś ważny dla wielu i tak lubiany poeta, jak K.I. Gałczyński? Mieszkał w Aninie lat kilka, ale zostawił o nim ślady w swej poezji… Pewnego słonecznego dnia na trawniku ulicy Trawiastej, otaczającym budyneczek Wypożyczalni nr 87 B.W. zgromadził się niemały tłumek wielbicieli poezji K.I.G. Zaproponowano wówczas powołanie Komitetu, który zająłby się upamiętnieniem miejsca, gdzie mieszkała przed wojną rodzina Gałczyńskich. O dziwo, do komitetu zgłosiło się ponad 20 osób! Na pewno sprzyjała temu miła atmosfera spotkania z Kirą Gałczyńską, nastrój kulturalnego bycia ze sobą, uczestniczenia w czymś ważnym i podniosłym.. Wybrano przewodniczącego komitetu, sekretarza, skarbniczkę. Kolejne więc spotkania były oficjalnie protokółowane, a na tablicę i kamień zebrano pieniądze od jego członków. Wiele było dyskusji, sporów, kontrowersji, długo można by o tym pisać. Ślad pozostał w notatkach nieżyjącej już pani sekretarz, dziś znajdują się jej protokóły w archiwum MNA. Nie doszło do jednoznacznego ustalenia, gdzie znajdował się opisany przez Poetę dom przy ul Leśnej. Kamień z tablicą przygarnęła na swoje podwórze wawerska biblioteka, mieszcząca się przy ulicy…Leśnej,


dziś Trawiastej. Tablicę odsłonięto w 2004 r. Napis na niej głosi: KONSTANTY ILDEFONS GAŁCZYŃSKI MIESZKAŁ I TWORZYŁ W ANINIE W LATACH 1936-!939 **** Do Komitetu w międzyczasie wpłynął wniosek Oddziału Anin TPW o upamiętnienie pobytu w Aninie Juliana Tuwima. W rezultacie jego prac na domu przy ul. Zorzy 19, gdzie okresowo pomieszkiwał i gości przyjmował Julian Tuwim, zawisła tablica, a przed gmachem liceum przy ul Alpejskiej stanął kamień z napisem: MIĘDZY NAMI ANINIANINAMI ŻYŁ I TWORZYŁ JULIAN TUWIM W LATACH 1948-1953 Rzec można, samozwańczy, niezarejestrowany nigdzie komitet, kontynuował działalność. Kiedy zmarł ks. Jan Twardowski, odbyło się uroczyste spotkanie w Wypożyczalni nr 121 w Międzlesiu – z udziałem Jerzego Zelnika. Wzruszeni uczestnicy wystąpili z propozycją, by i tego poetę przyswoić Aninowi, Wawrowi, jako że od lat wielu bywał gościnnie w zaprzyjaźnionym domu na ul. Niemodlińskiej, a nawet ostatnio spędzał tam wiele tygodni w czerwcowe dni, odprawiał nawet msze św, na których bywali znajomi aninianie i wielbiciele poezji Księdza-Poety. Komitet, żartobliwie przezywający się kamieniarzami , wniosek podchwycił i niezadługo stanął tam głaz z tablicą – z cytatem z wiersza Poety: KOCHAMY WCIĄŻ ZA MAŁO I STALE ZA PÓŹNO KSIĘDZU POECIE JANOWI TWARDOWSKIEMU, KTÓRY W TYM DOMU W LATACH 2000-2005 UCZYŁ NAS KOCHAĆ BOGA I LUDZI. aninianie 2oo6 Piąty, „kamienny ślad pamięci” postawiony został w roku beatyfikacji ks. Jerzego Popiełuszki, nieopodal anińskiego kościoła, gdzie bł. J. Popiełuszko jako wikary spełniał swą kapłańską posługę. Na tablicy widnieje urywek, wyjęty z Jego słynnych kazań, zaczerpnięty ze zbiorku, wydanego w czasie stanu wojennego w Watykanie: ZBIERZ SIĘ, OGARNIJ, DŹWIGNIJ. ZACZNIJ OD NOWA. JESTEŚ CZŁOWIEKIEM. AŻ CZŁOWIEKIEM. Bł. Jerzy Popiełuszko Swemu wikaremu w roku stulecia – aninianie 13.06.2010. Te „kamienne ślady pamięci” pozostawione zostały dzięki zaangażowaniu i konsekwencji mieszkańców nie tylko Anina. Gromadzą się wokół nich ludzie, czasem w specjalne, uroczyste dni, często odwiedzają je wycieczki szkolne, wycieczki warszawskich przewodników; przyprowadzają do nich swych gości mieszkańcy, gdy chcą coś ciekawego pokazać w Aninie. A przechodnie, podążający ul. Niemodlińską jakże często przystają, uchylając czapki przed kamieniem ze słowami Poety…

Tablica ze słowami ks. Jana Twardowskiego

Pierwsze spotkanie przy kamieniu Księdza-Poety

Kamień przy wejściu do Instytutu Kardiologii Fot. M. Skoczeń, M. Nowacki, arch. Biblioteki Wawerskiej


OSIEDLE POETÓW

Dariusz Osiński Siła wyższa

Maria Ewa Chodorek PIOSENKA o Trzeciej Poprzecznej Ta moja ulica nie wszystkich zachwyca jej infrastruktura to góra i dziura taka jej natura Człowiek nic nie wskóra bo moja ulica istna czarownica ! Na mojej ulicy rosną bezbożnicy nie wierzą że SKANSEN potrzebny Dzielnicy… Nawet chodnik został w zeszłym roku zdjęty! Czy ten mój zakątek wyklęty, zaklęty?

M. Nebula Piosenka o twarzach

No, nie jest biało, choć by się chciało po zaspach dreptać i w szalik szeptać w codziennym biegu… Nie widać śniegu. Taka to zima, w szarościach trzyma, zamiast po lodzie trzyma po wodzie.

Dariusz Osiński Poranek 1 Umyję zęby, głowę, pocieszę się słowem, herbatą, zasmucę się datą, bólem w krzyżu, posłucham o niżu, zatelefonuję, ciasteczko skosztuję, popatrzę przez okno jak drzewa mokną, z leciutkim mozołem usiądę za stołem i sobie na złość opiszę to coś.

W ludzkich twarzach jak w lustrach ujrzeć możesz i dobro, i zło. W każdej - znajdziesz marzenie, w każdej - często pragnienie, Dariusz Osiński żal, nienawiść bądź rozpacz. Trzeba tylko więcej słońca, żeby widzieć coś więcej. Trzeba tylko więcej ciepła, by pokochać coś bardziej. Trzeba ludzi rozumieć, bo ktoś na to tak czeka.

Styczniowy wieczór

Ot, taka pora zwykła jak wczoraj… Piąta, a ciemno, żona jest ze mną, z pracy wróciła, zmęczona lecz miła… Bądź człowiekiem, człowiekiem, - Zakupy może? nie udawaj człowieka. Ciemno na dworze, ot, taka pora zwykła jak wczoraj…

Jan Czerniawski JESZCZE JEDNA PIOSENKA O ANINIE Ref. W Aninie życie płynie raz szybko, raz leniwie. Bywa tu nierealnie, bywa tu też prawdziwie. Idziesz ulicą Leśną, melodia cię zachwyca - w ogrodzie mistrz Ildefons słucha nut Albeniza. Wkrótce siądzie za biurkiem piękną poezję tworzyć. Natalio, znów konwalię do garnka musisz włożyć! Ref. W Aninie życie płynie… W pokoju stół dębowy, na stole obrus świeży. Za stołem siedzą społem T. Julian i Z. Jerzy. I głośno rozpaczają, stół zalewają łzami, bo nikt ich nie nazywa aninianinami. Ref. W Aninie życie płynie… Ulicą Niemodlińską z miną zafrasowaną idzie mały staruszek I szuka Polski z raną. Lecz czasem się uśmiecha, gdy obok ptak przeleci. Ktoś palcem go wskazuje - Patrz: ksiądz od głupich dzieci! Ref. W Aninie życie płynie... Zapytajcie Aldony: Nie kłamię, daję słowo. Widziano „Batorówkę” Nad stacją kolejową. A teraz idzie burza… Lecz któż to z nieba leci? To desant z „Batorówki: anińscy wierszokleci. Ref. W Aninie życie płynie...


JAN CZERNIAWSKI

ANIN NIENAMALOWANY Barbara Wołodźko-Maziarska napisała i wydała w roku 2009 własnym sumptem książkę o Aninie. Już sam tytuł („O Starym Aninie inaczej. Przewodnik towarzysko-historyczny”) zachęca czytelnika do lektury. Książka przytłacza wprawdzie ogromną ilością szczegółów, ale czyta się ją wyśmienicie. Autorka zebrała w niej historie utrwalające lokalny, aniński koloryt. Znalazł się wśród tych opowieści epizod poświęcony pewnemu piłsudczykowi: „Nastał rok 1921. Na jego początku znów napłynęły do Anina wielkie ilości wojska, ale tym razem było to nasze, zwycięskie wojsko polskie. Rozlokowano je po wszystkich willach. Po wielu trudach wojennych nastał okres bezczynności. Żołnierze trochę ćwiczyli, trochę musztrowali, ale więcej łazikowali. (…) W połowie (…) roku wojsko w większości opuściło Anin. Pozostało jeszcze tylko kilka willi zajętych przez oficerów kawalerii, których szwadrony były rozlokowane w okolicznych wsiach. Sztab mieszkał w „Kazimierówce”. Mieściło się tam dowództwo 1 Pułku Szwoleżerów z pułkownikiem Gustawem Orliczem-Dreszerem na czele.” (Barbara Wołodźko Maziarska, „O Starym Aninie inaczej”, 2009, s. 8990) Dalej uwaga piszącej skupia się na postaci Dreszera: „Jak wiadomo Dreszer później, w maju 1926 r., już jako generał odegrał niezwykle czynną rolę przy organizowaniu spisku i rewolty Piłsudskiego, którego był jednym z najbliższych i najbardziej zaufanych oficerów. Na razie jednak w okresie anińskim nie myślał jeszcze o spiskach, był zajęty reorganizacją swego pułku, który w walkach okrył się chwałą oraz swoją niedawno poślubioną żoną, Wandą Filochowską, uroczą aktorką. Pani Filochowska dysponująca przemiłym sopranem, przez pewien czas była primadonną Operetki Warszawskiej. Mieszkańcy Anina bardzo często widywali państwa Dreszerów, jak odbywali spacery konne. Uroczo wyglądała p. Dreszerowa na koniu w męskim ubraniu lub w czarnej amazonce, a obok niej pięknie zbudowany, w mundurze szwoleżerskim pułkownik. Te przejażdżki odbywały się także w licznym gronie. Pani Dreszerowej towarzyszyła często jej koleżanka z operetki, wysoka i urodziwa pani Horbowska, a pułkownikowi towarzyszyło zazwyczaj kilku oficerów. Widok takiej pięknej kawalkady konnej (…) budził zaciekawienie i wywoływał z domu mieszkańców (…)”. (Barbara Wołodźko Maziarska, „O Starym Aninie inaczej”, 2009, s. 89-90) Kim był ów imponujący mężczyzna, o którym pisze autorka? Gustaw Konstanty Orlicz-Dreszer urodził się w 1889 r. w Jadowie koło Wołomina. Uczył się w częstochowskim gimnazjum, udzielał się w niepodległościowym „Zecie”. Aresztowany przez carską policję, odsiadywał wyrok więzienia. Po maturze studiował prawo we Lwowie, a w Liège i w Hawrze handel. Podczas I wojny światowej został wcielony do armii rosyjskiej. Po dwóch tygodniach razem ze swoim szwadronem zdezerterował i trafił do I Brygady Legionów. Przez pewien czas był zastępcą dowódcy słynnego patrolu Beliny. W 1917 roku internowany przez Niemców. W 1918 dowodził okręgiem wojskowym w Chełmie. Zorganizował 1 Pułk Szwoleżerów, którym następnie dowodził podczas wojny polsko-bolszewickiej. W latach 1921-1923 był inspektorem kawalerii. W 1923 r. mianowano go generałem brygady. Dowodził oddziałami piłsudczyków podczas zamachu majowego w 1926 roku. W 1930 r. został prezesem Zarządu Głównego Ligi Morskiej i Kolonialnej. W latach 1930-1936 piastował stanowisko inspektora armii. W roku 1931 mianowany generałem dywizji. Przypisuje mu się hasło: „ubierzmy Gdynię w las masztów”. Popierał harcerskie drużyny żeglarskie. Jego dewiza życiowa brzmiała: „nie ma rzeczy niemożliwych”. Zginął śmiercią tragiczną 16 lipca 1936 roku, w katastrofie lotniczej samolotu RWD-9 nad wodami Zatoki Gdańskiej. Został pochowany na Cmentarzu Marynarskim na Oksywiu w Gdyni. Jego imieniem nazwano park na warszawskim Mokotowie. Wpatrzony bezkrytycznie w dowódcę I Brygady. W wyreżyserowanym przez Ryszarda Filipskiego filmie „Zamach stanu” w jego rolę wcielił się Krzysztof Chamiec. Oglądamy w filmie taką scenę: przed dworkiem w Sulejówku odbywa się manifestacja oficerów. Domagają się powrotu Piłsudskiego do czynnego życia politycznego. Tą grupą oficerów dowodzi generał Orlicz-Dreszer. Faktycznie, to on w listopadzie 1925

HOMO LEGENS

roku przewodził delegacji kilkudziesięciu wojskowych, którzy chcieli ubłagać Komendanta, aby zaprowadził porządek w kraju. To on wygłosił do Piłsudskiego słynne przemówienie: „Gdy dzisiaj zwracamy się do Ciebie, mamy także bóle i trwogi, do domu wraz z nędzą zaglądające. Chcemy, byś wierzył, że gorące chęci nasze, byś nie zechciał być w tym kryzysie nieobecny, osierocając nie tylko nas, wiernych Twoich żołnierzy, lecz i Polskę, nie są tylko zwykłymi uroczystościowymi komplementami, lecz, że niesiemy Ci prócz wdzięcznych serc i pewne, w zwycięstwach zaprawione szable”. (wikipedia, hasło „Gustaw Konstanty Orlicz-Dreszer”) Dreszer towarzyszył też Piłsudskiemu podczas słynnego spotkania z prezydentem Stanisławem Wojciechowskim na moście Poniatowskiego. Sprawdził się w ciągu trzech trudnych dni majowych 1926 r. Po śmierci marszałka, w maju 1935 roku, to on poprowadził na Polach Mokotowskich defiladę wojskową na cześć zmarłego. Czy wtedy, w 1921 roku, zdawał sobie sprawę, że wędruje po Aninie śladami swego ukochanego wodza? Przecież w gorących dniach sierpniowych 1920 roku Józef Piłsudski mieszkał w Aninie, w niezidentyfikowanej dotąd „rezydencji z ogrodem”. Przebywał tu najprawdopodobniej od 2 do 5 sierpnia. Noc z 5 na 6 spędził już w Belwederze. Według relacji świadków był w tych dniach przygnębiony, apatyczny i małomówny. Nosił się nawet z zamiarem popełnienia samobójstwa. 6 sierpnia podpisał jednak rozkaz o manewrze znad Wieprza. Wyboru koncepcji odparcia ofensywy bolszewickiej dokonał najprawdopodobniej w Aninie. Być może Dreszer nie zaprzątał sobie tym głowy. Bardzo możliwe, że wśród zawodowej i domowej krzątaniny nie miał specjalnie czasu, aby wspominać wydarzenia roku 1920. Wróćmy do jego anińskich przejażdżek. Zamieszkiwana przezeń willa „Kazimierówka” mieściła się przy skrzyżowaniu Alei Leśnej (dziś: Trawiasta) i późniejszej ulicy Kościelnej (obecnie: Bosmańska). Zażywając konnej rekreacji mogli wraz z małżonką kierować się Leśną do V Poprzecznej, potem tą ulicą w lewo, do torów kolejowych. Nie chcąc forsować torów musieli za każdym razem skręcać w Aleję Warszawską (współcześnie: Wydawnicza). A może raczej podążali Kościelną na wschód, przecinając Aleję Środkową (dzisiejsza Stradomska) i dojeżdżając do świeżo wybudowanej, drewnianej kaplicy, by następnie skręcać w Aleję Parkową (obecna Rzeźbiarska). Ile czasu trwały te przejażdżki? Kilka miesięcy? Rok? Nie wszystkie z podanych tu nazw ulic funkcjonowały na początku trzeciej dekady XX wieku. Podobno Poprzeczne pojawiły się dopiero w 1925 roku. Niezależnie od tych nazw, topografia Starego Anina ukształtowała się już wtedy. Kto mógł przewidzieć, że w drugiej połowie lat 30. Parkowa stanie się ulicą księdza Ignacego Skorupki, Środkowa ulicą generała Władysława Beliny Prażmowskiego, a Warszawska ulicą samego marszałka Józefa Piłsudskiego? Po śmierci Piłsudskiego szata informacyjna polskich miast i mniejszych miejscowości mocno się upolityczniła. Ofiarą tego zjawiska padł neutralny dotąd politycznie – przynajmniej jeśli idzie o nazwy ulic – Anin. Zmiana nazwy Alei Środkowej na Beliny Prażmowskiego musiała nastąpić niedługo przed wybuchem wojny: zdobywca Wilna zmarł w październiku 1938 roku. Przedwcześnie zmarły Dreszer, choć piłsudczyk, nie doczekał się w Aninie własnej ulicy… Drewniane domy. Większość z nich jeszcze w budowie. Wszechobecne sosny, piaszczyste drogi nazywane szumnie ulicami. Kiedy pułkownik pojawił się w Aninie, osiedle to istniało zaledwie od jedenastu lat i ciągle było w powijakach. Sceneria przejażdżek była więc bardziej leśna niż miejska. Parskanie koni, tumany kurzu, rosłe sylwetki kawalerzystów, piękne panie: każda taka eskapada musiała przedstawiać się wyjątkowo malowniczo. Trzeba żałować, że wśród świadków tych spacerów zabrakło któregoś z Kossaków: niechby był to Wojciech albo choćby Jerzy. Portretując tak barwną grupę jeźdźców w tak pięknym otoczeniu mógłby utrwalić przy okazji obraz Anina z lat 20. ubiegłego wieku. Przyczyniłby się w ten sposób do rozwoju anińskiej legendy. Tak się jednak nie stało.


Darek Osiński

Przypadki małego człowieka MIKOŁAJ

Wprawdzie wierzę w Świętego Mikołaja, ale czasami moja wiara wystawiana jest na poważne próby. Na przykład w tym roku nie dostałem nawet rózgi. Pewne wątpliwości miałem już w przedszkolu, kiedy niektórzy z moich rówieśników dostawali bardziej obfite prezenty. Nie wiązałem tego z zamożnością ich rodziców, bo przecież święty, to święty. Poza tym paczka ze słodyczami wydawała mi się bardziej przydatna od lalki, szabelki czy rowerka. Na takie niejadalne przedmioty można sobie popatrzeć w sklepie, ale taszczyć je w śniegu z przedszkola do domu to nieporozumienie. Szczodry Mikołaj z czasem okazał się ojcem kolegi. Prawda wyszła na jaw w trakcie pogrzebu, kiedy wśród zasług głównego bohatera ceremonii wymieniono niesienie posługi mikołajowej okolicznym dzieciom. Ten epizod nie zachwiał mojej wiary, bo przecież niezależnie od przedszkola, pod poduszką i choinką zawsze znajdowałem ekscytujące drobiazgi. Trochę mnie bolała niesprawiedliwość świętego, który starszemu bratu zawsze dawał coś lepszego. Jeśli ja dostawałem małego misia, to brat oczywiście musiał dostać wielkiego. Jeśli ja dostałem łyżwy, śniegulki, to brat wytaszczał spod choinki największe zawiniątko, czyli narty. E, szkoda mówić, wyczucia to ten święty nie ma. Kiedyś obudziło mnie łaskotanie w twarz. Narobiłem wrzasku nie mogąc w ciemnościach ustalić co się dzieje. Dopiero w uciekającej postaci rozpoznałem Mikołaja. W ręku została mi broda z papierową maską. Dziwna rzecz, facet, a używał perfum i to takich samych jak moja mama… W warszawskim Centralnym Domu Dziecka (dzisiaj Smyk), urzędował święty, który trochę różnił się od tego w moim domu, czy w przedszkolu. Przede wszytki miał na pierwsze Mróz, kazał mówić na siebie Dziadek i inkasował piątaka za wzięcie na kolana. Nie przepadałem za nim, bo miał dziwnie zmrożony oddech. W dodatku wypytywał rodziców o takie intymne szczegóły w rodzaju, czy grzeczny jestem, czy chciałbym chodzić do szkoły, a potem bezczelnie je wykorzystywał żeby się chwalić, że wie o mnie wszystko. Miał sanie, ale to były sanie papierowe. Obciach. Kiedy dorosły moje córki i musiałem się porozumieć z Mikołajem co do szczegółów jego wizyty, stała się rzecz dziwna. Z relacji córek wynikało, że wyglądając Świętego przez okno wraz z innymi dziećmi, zobaczyły na niebie ogromne torby, które zatoczyły krąg i runęły na taras. - Mikołaj! Mikołaj! Zrzucił nam prezenty! W rzeczywistości Mikołaj dostarczył prezenty sporo wcześniej do naszego domu. W Wigilię postanowiłem niewidocznie przetransportować dary do mieszkania obok, gdzie świętowaliśmy. Umocowałem tobołki na sznurku, opuściłem z balkonu i huśtając chciałem nimi wylądować w pobliżu drzwi. Sznurek nie wytrzymał a wszystko zwaliło się jak wyżej. Może to z tego powodu Święty Mikołaj nie daje mi teraz nawet rózgi.

12

KOT Czasy, kiedy koty i psy domowe jadły resztki z pańskiego stołu, już chyba minęły. Przynajmniej w miastach. Mój pierwszy kot „Maciek” radził sobie bez problemu w naszym domu z przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Chodził swoimi ścieżkami, ale zawsze był na posterunku i żadnej myszy nie przepuścił. W albumie rodzinnym jest jego zdjęcie. Pozuje na wysokim słupku tuż przy domu. Przebieraliśmy go czasami za pacjenta przychodni dziecięcej. Pozwalał założyć sobie niemowlęcą czapeczkę i kaftanik, ale w wózeczku nie dawał się wozić. Miał swoją godność. Czmychał w krzaki i wracał dopiero wieczorem, już bez czapeczki, i z kawałkiem kaftanika na szyi. Był jak z elementarza. Można powiedzieć, że dzięki temu łatwiej było mojemu starszemu rodzeństwu i mnie uczyć się alfabetu. Ostatecznie mieliśmy swoją wtyczkę w pierwszej poważnej książce. Ala ma kota… To chyba tak się zaczynała... Siostra dla ułatwienia musiała udawać Alę, a kota, jak wspomniałem, mieliśmy autentycznego. Może to on był naszym prawdziwym nauczycielem… W każdym razie przebrnęliśmy naukę czytania i pisania na tyle dobrze, że niektórzy z nas tę wiedzę przekazują już wnukom. Maciek lubił mleko. Miał swoją miseczkę, ale przetworzone pokarmy wynosił na dwór w nieznane nam miejsca. Taki był delikatny. Pewnie uśmiałby się „gdyby zobaczył kuwetę, całą gamę żwirków i spryskiwaczy” łagodzących zapachy. Mam wrażenie, że przysmakami reklamowanymi w TV też by wzgardził. Telewizję znał, ale wolał słuchać radia, albo patefonu nakręcanego precyzyjnie przez dziadka. Z dziadkiem trzymali sztamę. Chyba najlepiej się rozumieli. Może dlatego, że jeden i drugi miał sumiaste wąsy… Pamiętam ich ostatnie, wspólne chwile… To był czas umierania w domu… Maciek szybko zorientował się, że jego przyjaciel, uczestnik wojny rosyjsko-japońskiej odchodzi i to bardzo daleko. Siedział przy jego łóżku i chyba pilnował, żeby dziadek niczego nie zapomniał… Jeszcze kilka tygodni po pogrzebie siadywał w tym samym miejscu wspominając serdeczne głaskanie starszego pana. Sam nie miał tyle szczęścia. Przed wakacjami, kiedy jechaliśmy całą rodziną w odwiedziny do wujka w północnej Anglii, został wywieziony do ciotki na wieś. Podobno wyszedł na drogę za odjeżdżającym samochodem, popatrzył, posiedział, poszedł w krzaki i też odjechał, ale już na zawsze. Teraz mamy w domu kotkę, która przeżyła z nami 17 lat. Świetnie się trzyma. Dalej potrafi wskakiwać na wysokie meble. Kocha sztuczną karmę, ale kawałkiem mięsa też nie pogardzi. W takie jesienne wieczory, jak teraz, siaduje na naszych kolanach, jakby wyczuwała, że ceny paliw idą w górę i trzeba oszczędzać. Daje nam dużo ciepła. Czy tyle, co Maciek? Pewnie tak, bo koty już takie są.


DOBRA PROZA

KRWAWA ZEMSTA Kiedy przyjeżdżałem na wieś, mówili, żebym uważał na gęsi. Jestem większy niż one, nic mi nie mogą zrobić… Jednak ten syk, trzepot piór, gonitwę i uszczypnięcie w tyłek do dzisiaj pamiętam. Polały się łzy pięciolatka. Poczułem się na tyle dotknięty, że przysięgłem zemstę. Miałem tam kolegę Szymka. Mieszkał po sąsiedzku. Był ode mnie starszy o ponad dziesięć lat. Pomagałem mu czasami przy codziennych pracach, których latem na wsi nie brakowało. Wpatrywałem się pilnie, kiedy nadziewał siano na widły i niósł do obory. Jeśli tylko zsunęło się jakieś źdźbło, zaraz je zgarniałem i taszczyłem zgubę za Szymkiem. Pomagałem mu nabierać wodę ze studni. Siadałem jako balast na końcu żurawia spoczywającym na ziemi, a on ściągając żuraw z drugiej strony ku dołowi, windował mnie w górę… Prawdziwa adrenalina i dla mnie, i dla niego. Szczęśliwie nikt nie widział, a ja nigdy zbyt wcześnie nie odpiąłem się ze swojego stanowiska. Naszą przyjaźń postanowiłem wykorzystać do zemsty na gąsiorze… Pewnego razu namówiłem Szymka do zrobienie łuku. W leszczynie za stodołą wycięliśmy odpowiednią gałąź. W drewutni naciągnęliśmy cięciwę. - Wiesz, ale strzałę zrobimy prawdziwą, indiańską. Wziął trzcinę, piórka i gwóźdź kowalski. Zmontował wszystko precyzyjnie i poszliśmy oddać pierwszy strzał w stuletnią lipę przy domu. Sprzęt pracował nienagannie. Szymka zawołali do pomocy. Jeszcze zdążył krzyknąć: - Tylko nikomu nie mów, że to ja ci zrobiłem i nie strzelaj do ludzi! Jasne, że nie będę strzelał do ludzi, oni mnie w tyłek nie szczypali…

Znalazłem gąsiora pilnującego swego stadka na górce. Przykucnąłem za porzeczką. Przymierzyłem i siuuuu… Cięciwa zagrała, piórka zafurgotały. Złowieszczy nabój pomknął w kierunku wroga. Dostał w szyję. Jak oparzony zaczął ganiać po ogrodzie razem z moją strzałą. Zemsta się dokonała, ale jednocześnie pojąłem, że straciłem strzałę i muszę się pilnie ewakuować z miejsce potyczki. Konieczność wyniknęła z ogromnej wrzawy, jaką mój cel spowodował. Czmychnąłem do stodoły. Zamaskowałem w sianie łuk i przykleiłem oko do szpary w ścianie. Z domu wybiegły zdezorientowana babka z ciotką. Rozpostarły fartuchy i zaczęły ganiać gąsiora. Młodsza potknęła się o jakieś drewno, wyrżnęła jak długa, ale starsza biegła dalej, aż gąsior zaczął wyraźnie zwalniać i w pobliżu studni wyzionął ducha. - Zobacz! Strzała! Nie mam siły na te chłopaczyska! Dochodzenie trwało długo. Mnie, najmłodszego, nikt nie podejrzewał. Wreszcie stanęło, że to pewnie dzieciaki z PGRu. Zemsta zemstą, ale pieczona gęsina jakoś do dzisiaj mi nie smakuje. Z Szymkiem zaprzyjaźniliśmy się jeszcze mocniej. Taka tajemnica jednoczy. Za każdym pobytem na wsi obowiązkowo go odwiedzałem. Nasze kontakty oziębły, kiedy trafił do wojska, a potem na studia, aż wreszcie stał się wysoko wykształconym rolnikiem. Od tego momentu widywałem go tylko w TV. Wygrywał jakieś turnieje, albo coś nowatorsko uprawiał. Przypomniałem sobie o nim niedawno, gdy spokrewnione dzieciaki zażyczyły sobie nauki lepienia cudów z gliny. W tej uroczej gromadce jest nadzwyczaj utalentowany chłopczyk, o bardzo ekspresyjnym temperamencie. Rodzina już dawno dopatrzyła się podobieństwa fizycznego i psychicznego między nami. Przyznam, że to celne spostrzeżenie, ale bardziej frapuje mnie fakt, że jego rodzice nigdy nie słyszeli o moim koledze sprzed pół wieku, a swojego syna nazwali… Szymon.

13


CZYJ TO POKÓJ?

Ludzie, których rzekome pokoje tu oglądacie, istnieją naprawdę; jest wśród nich m. in. prawniczka, polonistka, historyk, psycholog … Pokoi rysownik raczej nie widział, próbował tylko odmalować osobowość, zainteresowania, pasje osób, które bądź znał osobiście, albo o których nasłuchał się opowieści … Nie wszystkie „izby” publikujemy, ale może wśród zaprezentowanych traficie na pokój, który wam kogoś przypomina, z kim się kojarzy… Poszukajcie!

A oto złote myśli, które padały w tych pokojach. ***

Jeśli jest tak źle, że gorzej być nie może, to może być już tylko lepiej! *** Jeśli jest tak źle, że gorzej być nie może - to tylko tak Ci się wydaje! *** Precz z łososiem! Niech żyją ziemniaki które sprowadziła królowa Bona! (po spożyciu placków nych)

ziemniacza-

***

14

Mądrość przychodzi wtedy, kiedy nie jest nam do niczego potrzebna. ***


PSYCHOZABAWA NA ŚWIĄTECZNE DNI

Trzeba podać dalej, to, co się otrzymało. ***

Nie próbować pod żadnym pozorem. Wtedy nie ma niepowodzenia! ***

Sprzeciwiam więc jestem!

się

*** Nic się nie dzieje za sprawą poezji. ***

Amicus Plato, sed magis amica veritas. ***

Pamiętacie, był czas, że nie było radia, telewizji, komputera... Wtedy ludzie czytali książki....


Barbara Wizimirska

Okiem gOścia - Piórkiem gOścia Gość tym razem występuje w charakterze cioci-dobra-rada. A brzmi ta rada tak: nigdy, przenigdy o aninianinie nie zabieraj się do pisania sztuki teatralnej! Choćby honor Anina wymagał posiadania własnego teatru amatorskiego, choćby zebrała się tu chętna amatorska trupa, choćby kuszono Cię propozycjami i obiecywano sławę – pamiętaj! Czeka Cię tylko zgryzota: przed, w trakcie i po akcie tworzenia. Po pierwsze, każą Ci na napisać sztukę łatwą i przyjemną (łatwą do grania i do zrozumienia), najlepiej śmieszną, koniecznie ze wstawkami tanecznymi, piosenkami (które powinny się stać szlagierami) i rolami adekwatnymi do możliwości aktorów. A te z pewnością będą niewielkie. Najpierw więc będzie zgryzota z wymyślaniem tematu i czekaniem na natchnienie, które przychodzi lub nie. Potem wypełnianie treścią pomysłu, który może się okazać taki sobie. A gdy już nieszczęsny autor dobrnie do finału i wydaje mu się, że spłodził arcydzieło, czeka go przykra niespodzianka: opinia reżysera, że może to i niezłe, ale trzeba gruntownie przerobić. Za długie, przegadane, niesceniczne – ale może się uda, jak autor popracuje. Zwykłe grymasy profesjonalisty, który może pognębić amatora. Więc ten nieszczęśnik – zakładnik włożonej już pracy – siada i skraca oraz przerabia, skraca i wydłuża na życzenie. Kiedy jego dzieło wezmą do czytania aktorzy, czeka go inny rodzaj męczarni. Już po paru próbach ma przekonanie, że jego sztuka zostanie zmarnowana, a w ogóle jest do niczego, zwłaszcza w tej obsadzie aktorskiej. W miarę prób sytuacja nieco się poprawia, nadzieja na wystawienie rośnie, ale dopiero wtedy autor doświadcza w pełni nędzy swojej autorskiej pozycji. Aktorzy przekręcają, reżyser znów wykreśla albo proponuje nowe wątki. Aktorzy chorują, albo się obrażają. Niby to zmartwienie reżysera, ale to nie teatr profesjonalny, o zastępstwo trudno, w końcu ile osób ma warunki, aby występować na scenie? A ile osób ma czas na niedochodowe zajęcia? Chętną emerytkę trudno ucharakteryzować na supermęskiego amanta, ale i do tego może dojść z braku odpowiednich mężczyzn. Autor się gryzie, czas leci, nieuchronnie zbliża się premiera. Autor ma już wszystkiego dosyć, przeklina dzień, w którym pomysł napisania sztuki przyszedł mu do głowy. Bo głowę ma już pustą, wymiecioną z pomysłów, nadwyrężoną przez wymagania reżysera. Schowałby się do mysiej dziury w przewidywaniu klapy. Już wie, że nawet klaka rodziny i przyjaciół nie pomoże. Tylko na chwilę przynosi mu ulgę przypomnienie klapy wzniosłej sztuki Henry Jamesa, którą przyćmił sukces lekkich sztuk Oskara Wide’a (mnie to zawsze pociesza). Idzie się więc na premierę jak na ścięcie, przeżywa każdą wpadkę aktorów, niewłaściwą intonację, słabe zgranie, niedobrany strój... Ale siedzi do końca, odbiera gratulacje wraz z reżyserem i aktorami, stara się nie słyszeć sztuczności w zachwytach. Cieszy się, jak głupi, oklaskami i kwiatami. I ta krótka chwila wynagradza wszystko, bo zaraz potem opadają go wątpliwości, czy to się nadaje, czy jeszcze zagrają i gdzie? Widzisz więc drogi czytelniku-aninianinie, że nie warto. Odpędź pokusę, nie pisz sztuk, przyjdź raczej do Klubu Kultury w Falenicy aby obejrzeć „Operę Żebraczą”, w rewelacyjnej adaptacji, z rewelacyjnymi piosenkami. Szczegóły – do poszukania w zaproszeniu.

MIĘDZY NAMI ANINIANINAMI NIECODZIENNIK PISMO BEZPŁATNE

Redakcja: Maria Chodorek (redaktor naczelny), Alicja Francman, Katarzyna Nowak, Dariusz Osiński, Jadwiga T. Szymczak (redaktor prowadzący), Małgorzata Tomaszewska, Katarzyna Urbanek, Antoni Wiweger, Marta Wołodko, Ksenia Zimna Adres e-mail: mfryza@gazeta.pl, Czytajcie: http://bibliotekawawer.pl/, http:// aninski.blogspot.com, Wydawca: Biblioteka Publiczna Dzielnicy Wawer, ul. Trawiasta 10, 04-618, Warszawa we współpracy z Oddziałem Anin TPW i Stowarzyszeniem Właścicieli Nieruchomości w Aninie, Okładka fot. Mirosława Skoczeń, Przygotowanie do druku: Małgorzata Tomaszewska, Druk: POLAN Jędrzej Kowalski, Glina k/Otwocka, ul. Lubelska 2, 05-430 Celestynów


MNA 2011_3  

pismo społeczne

Advertisement
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you