Issuu on Google+

N

I

E

C

O

D

Z

I

E

N

N

I

K

ANINIANINAMI

PISMO BEZPŁATNE

MIĘDZY N A M I

ISSN 1644 – 6356

ROK XI Nr 2 (73) NIECODZIENNIK LISTOPAD 2010


DNIA 3 LISTOPADA 2010 ROKU ZOSTAŁ UROCZYŚCIE OTWARTY przez panią

HANNĘ GRONKIEWICZ –WALTZ, PREZYDENT WARSZAWY

ANIŃSKI BASEN

OD LAT OCZEKIWANY, OD LAT PLANOWANY. Jego twórcom, projektantom, wykonawcom, którzy wprowadzili nas w XXI wiek

DZIĘKUJEMY

Basen nocą

Fot. Janusz Gałda

Do czytelnika Oddajemy do Twoich rąk, Czytelniku, kolejny numer MNA, wydany w Roku Stulecia Anina. Rok ten był pełen ważnych wydarzeń i nie o wszystkich udało nam się napisać na naszych łamach. Piszemy jednak o ludziach, których warto z okazji jubileuszu wspominać. To ponadto już 10 roczników MNA, jedenaście lat minęło od ukazania się jego pierwszego numeru. Więc wewnątrz – trochę naszej historii. A poniżej – współczesność: W sierpniu b.r. nasza redakcyjna koleżanka zawarła związek małżeński. M. Fryza, na adres mejlowy której przesyłacie swoje artykuły do MNA, nazywa się obecnie Małgorzata Tomaszewska. Gratulujemy! Jednak adres – bez zmian! Jadwiga T. Szymczak - red. prowadzący MIĘDZY NAMI ANINIANINAMI Pismo bezpłatne Redakcja: Maria E. Chodorek (red. naczelny) Alicja Francmann, Katarzyna Nowak, Dariusz Osiński, Orest Pęgierski, Jadwiga Teresa Szymczak (red. prowadzący), Małgorzata Tomaszewska, Katarzyna Urbanek, Antoni Wiweger, Marta Wołodko. Adres redakcji: ul. Trawiasta 10, 04-618 Warszawa; Adres e-mail: mfryza@gazeta.pl; Wydawca: Biblioteka Publiczna Dzielnicy Wawer, ul Trawiasta 10, 04-618 Warszawa (we współpracy z Oddziałem Anin TPW) Skład, łamanie i przygotowanie do druku: Małgorzata Tomaszewska. Fotografia na okładce – Basen, Mirosława Skoczeń; Obrazy na str 7, 9, 19- W. Piotrowski Blog redakcji: (artykuły przed drukiem) http://aninski.blogspot.com Druk: POLAN Jędrzej Kowalski, Glina k/Otwocka, ul. Lubelska 2, 05-430 Celestynów


Maria Ewa Chodorek

Mój Anin - Dom Rodzinny Fot. Marta Kindler

U

rodziłam się we wsi Anin, a moja metryka, sygnowana pieczęcią urzędnika stanu cywilnego parafii Zerzno, była już publikowana w niecodzienniku MNA w związku z reportażem „Historia pewnego domu”. Jej zakończenie nadal jest aktualne: „… Losy naszego domu i jego mieszkańców nie odbiegają od doli innych zasiedziałych obywateli Anina – odzwierciedlają koleje rozwoju osiedla i jego ewolucji. Przed 1939 rokiem – gościnne letnisko, sielski, lesisty zaścianek, lubiany przez aktorów, ludzi pióra, kolejarzy, uczonych. W czasie wojny schronienie, życzliwy kąt, obecnie miejsce zamieszkania jak i miejsce utrzymania rodziny. W naszym domu zawsze mieszkała wielopokoleniowa rodzina, zaś wspomnienie o rodzicach i dziadkach jest żywe i niezniszczalne…” Mieszkam nadal w tym domu, wybudowanym przez Wacława Stankiewicza, leśnika, mego dziadka, przed 1930 rokiem. Moje dzieci, Piotr i Magdalena, przyszły na świat w szpitalu przy ul. Trawiastej również w Aninie. Wiosną 2010 roku syn został dziadkiem, a mój najstarszy wnuk ojcem – dzięki temu rodzina wzbogaciła się o dwie kobiety – jego żonę, Blankę i córeczkę, Zuzankę. Moje wspomnienia z dzieciństwa są głównie związane z Aniniem, po którym chodziłam na spacery z mamą – przyrodnikiem, absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego – opowiadającą mi na tych wyprawach o zwyczajach zwierząt (np. wiewiórek często spotykanych po drodze) lub orientacji w terenie dzięki porostom. W domu zawsze były psy. Przeżycia związane z wybuchem drugiej wojny światowej i okupacją opisywałam we wspomnieniach zamieszczanych kilkakrotnie również w MNA pod tytułami „ A posteriori”, „Pamiętam ten drut kolczasty” oraz „Pierwsza komunia w 1942 roku w nowej anińskiej parafii”. Dane mi było uczęszczać do szkoły powszechnej prowadzonej przez Eugenię Ossowską przy VII Poprzecznej a następnie do szkoły ss. Felicjanek w Marysinie Wawerskim. U sióstr ukończyłam żeńskie gimnazjum, ukoronowane tzw. małą maturą. Świadectwo dojrzałości otrzymałam po ukończeniu koedukacyjnej szkoły średniej stopnia licealnego w pałacyku Więcka przy I Poprzecznej. Studia na Wydz. Ogrodniczym SGGW w Warszawie ukończyłam w 1958 r. i po obronie pracy, której promotorem był prof. Szczepan Pieniążek, nadszedł czas na dzieci i radości macierzyństwa. Powrócił czas spacerów i wyprawy na sanki. W tym czasie oprócz Górki Delmaka były jeszcze 2 małe górki w Aninie, świetne dla zjazdów „na śledzia”: obecnie one nie istnieją. We wrześniu 1964 r. podjęłam pracę nauczycielki biologii w XXVI LO. Inauguracja roku szkolnego była datą otwarcia szkoły w nowym budynku. O XXVI LO pisałam kilkakrotnie – przecież uczyłam w nim ponad 30 lat i dalej czuję się z tą szkołą związana. Moje dzieci i dwóch anińskich wnuków są absolwentami „Kuby”, trzeci wnuk jest tam obecnie w klasie maturalnej. Cieszą mnie sukcesy wychowanków tego liceum „najlepszego w Aninie”, a mają te sukcesy w bardzo różnych dziedzinach! Co do mnie, to zawsze uważałam, że oprócz wiedzy dobrze jest przekazywać młodzieży swoje pasje. Jedną z nich dla mnie jest dbałość o dobre imię Anina.

3


Dariusz Osiński

Pewnego razu do mego domu - w celu przeprowadzenia wywiadu dla Kuriera Wawerskiego - zawitał Andrzej Murat. Rozmawialiśmy długo. Wywiad się ukazał, a dodatkowym rezultatem tej rozmowy była …rekomendacja mojej osoby niejakiej Teresie Szymczak. Brzmiała ponoć krótko: ciekawy człowiek. Doszło do pierwszego z nią spotkania. Energiczna, apodyktyczna, konkretna do szpiku kości, bezceremonialna. Przerażająca. - Jezu! Co ja tutaj robię? W ostrzale pytań ledwo uniknąłem kontuzji. - No tak… Publikuje pan w Internecie… Ciekawostka… I czyta to ktoś? Nie omieszkałem się pochwalić. - Statystki danych wskazują, że tak. - A mógłby pan przynieść mi coś na papierze… Bo wie pan, ja jestem przyzwyczajona do słowa pisanego. Papier, to papier. Odważny jestem. Przyniosłem. I wkrótce zostałem zaproszony do udziału w pracach redakcji MNA. Od początku byłem prowokowany przez Teresę do pisania różnego rodzaju tekstów. Powstał cykl opowiadań wawerskich i cały stos wierszy. Można powiedzieć, że pisałem non stop, cały czas czując doping i oddech na karku. - Niech pan pisze, koniecznie, coś z tego wybierzemy. Poza prozą dostarczałem do MNA liczne „ rymowanki”, ale w niecodzienniku jako pierwsze ukazały się „Wiersze gliniane”. Na moją uwagę, że są one dostępne w Internecie od 2003 roku, usłyszałem: - Internet to Internet. - Tak, a papier, to papier… Jakby trochę gniewu w oczach, ale zauważyłem też coś, co przekonało mnie, że trafiłem w dobre miejsce. Taka jakaś nutka żarciku w twarzy, to, co sobie ogromnie cenię u swoich interlokutorów. Czyli możemy rozmawiać o rzeczach poważnych, ale cenimy sobie, i to bardzo - żart. Szybko pada propozycja: - Mówmy sobie na ty, tak będzie prościej. Czyli pierwsze lody pękły. Nawiązaliśmy współpracę. MNA z moimi wierszami dotarło do Elżbiety Dobrodziej, ta spowodowała wydanie tomiku „Glinianych Wierszy”. Oddział Anin Towarzystwa Przyjaciół Warszawy zorganizował wieczór mojej poezji w Klubie Kultury Anin. Pisałem dalej… Możliwość tej owocnej współpracy zapewnił fakt, że Teresa jest człowiekiem niekonwencjonalnym, twórczym i poszukującym. Otwarta na nowości, czytająca niesamowite ilości książek, archiwizująca istotne dokumenty, a przy tym - pracująca przy pomocy komputera, co w obecnym czasie nie jest bez znaczenia. Jej mieszkanie śmiało można określić mianem jaskini wiedzy. To, co zgromadziła przez swoje pracowite życie, zasługuje na szacunek, zasługuje również na wyrażenie go poprzez powołanie do życia placówki, czegoś w rodzaju Centrum Historycznego Dzielnicy Wawer; gdzie znalazłyby miejsce również dokumenty dokonań innych naszych współmieszkańców. Sposób bycia, cechy charakteru Teresy, o których pisałem wyżej, zaowocowały dziesięć lat temu powstaniem MNA, Bo przecież archiwistka, historyk literatury z zawodu, filozof z zainteresowań, miłośniczka sztuki, a co najważniejsze - ludzkich talentów - musiała stworzyć płaszczyznę do rozmowy ze światem. Przede mną odkryła królestwo przecinków i wszystkich innych

4

Fot. M. Skoczeń

DLACZEGO PRZYJAŹŃ

znaków interpunkcyjnych. Nawet napisałem fraszkę na ten temat: […] Pani Teresso ja bardzo proszę (ja panią na rękach ponoszę) przecinek poprawić i składnię... O! Ładnie. Umiejętność redagowania tekstów, mozolne dążenie do doskonałości, to jeden z jej większych talentów, z których korzysta duża rzesza ludzi. Mnie zaimponowała tym, że może tyle czasu spędzać przy jednym wyrazie, zdaniu, opowiadaniu, przy jednej książce, by w rezultacie czytelnik otrzymał wyszlifowany diament. Umiejętności organizacyjne Teresy wydają się wynikać z techniki budowy zdania, opowiadania, powieści. Musi być wstęp, rozwinięcie i mądre zakończenie. Powiedziała mi kiedyś, że „zbiera” ludzi, których osobowość bywa niezauważana, a ona stara się ich wydobyć na światło dzienne. Czyż to nie jest prawdziwa praca twórcza? Posiada duże umiejętności kierowania zespołem. Potrafi wyprowadzić współpracowników na prostą, by w odpowiednim momencie usunąć się w cień i pozostawić ich w „sławie”. Jej dorobek jest ogromny, ale jak ogromny, to tylko ona sama wie, bo my często nie mamy świadomości, za iloma inicjatywami właśnie ona stoi. To dar wyjątkowego przywódcy, któremu nie zależy na hołdach i sławie, tylko na planowaniu bitew i zwycięstwach. Takim stosunkiem do życia powoduje, że przez jej dom przewija się bardzo wielu ludzi; przychodzą ze swoimi problemami, a ona zawsze gotowa do pomocy, Odbiera dziesiątki telefonów, odpisuje na dziesiątki maili i pomaga. Kosztuje ją to zdrowie, ale jak twierdzi, jest skazana na takie życie z własnego wyboru. Kończąc, muszę powiedzieć, że żeby nie jej młodzieńcze myślenie, wielkie poczucie humoru, to nigdy nie pozwoliłbym sobie na literackie żarty z nią w roli głównej. Ona zawsze potrafi rozróżnić żart od kpiny i nigdy nie przydarzyła mi się z jej strony jakakolwiek krytyka na ten temat.. - Bez śmiechu życie nic nie jest warte. Żart, to właściwa dieta. Tylko dzięki takiemu jej podejściu do życia mogłem napisać poniższy wierszyk: EPITAFIUM ZAJĘTEJ Zwierzyła mi się Teresa Sz…anowna, by kiedy stanie się już niewymowna, kamień ustawić na skraju anińskiego lasu: „Bardzo przepraszam, ale nie mam czasu” Nalegamy w redakcji od dawna, żeby napisała felieton do rubryki Mój Anin. Za każdym razem stwierdza, że nie wypada jej pisać w MNA, w swoim „dziecku”, na swój temat. Przedstawiłem tu własny punkt widzenia naszej z Teresą przyjaźni. W żadnym procencie nie potrafiłbym opisać jej dokonań. Jednoznacznie mogę jednak stwierdzić, że urodziła się ona do spełniania misji i ją spełnia.


Galeria Na Trawiastej Barbara Szpinda

Ks. Jerzy Wolff i jego sztuka

Wystawa malarstwa księdza Jerzego Wolffa otwarta 18 września 2010 r. w „Galerii Na Trawiastej” to ważne wydarzenie kulturalne w Warszawie. Prezentowane obrazy pochodzą z Muzeum Narodowego. Hanna Benesz, starszy kustosz Muzeum Narodowego przedstawiła zebranym na wernisażu postać księdza Wolffa jako wybitnego artysty malarza. Urodzony w roku 1902 po ukończeniu Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych spędził kilka lat w okresie 1929 - 1933 w Paryżu. Należał do licznego grona malarzy kolorystów. Obrazy Wolffa charakteryzuje wysoki poziom doskonałości malarskiej. Po powtórnym wyjeździe do Francji latem 1948, gdzie w Katedrze w Chartres doświadczył głębokiego przeżycia duchowego, artysta – wówczas już 46-letni – podjął decyzję o wstąpieniu do seminarium duchownego. Święcenia kapłańskie przyjął w 1952 roku. Podjął decyzję o porzuceniu malarstwa jako wotum dla wyższej sprawy. W latach 1952 - 1954 był wikariuszem w parafii w Aninie. Przerwa w twórczości artysty trwała 11 Lat. Wiosną 1959 roku kardynał Wyszyński podjął ważką dla sztuki polskiej decyzję zwolnienia księdza Wolffa z owego duchowego wotum. Zaowocowało to ogromną spuścizną artystyczną tym cenniejszą, iż wiele spośród dzieł Wolfa z lat okupacji spłonęło pod koniec wojny. Ostatnie 27 lat życia spędził w Zakładzie dla niewidomych w Laskach łącząc malowanie z posługą duszpasterską. Zmarł w roku 1985. Antoni Wiweger mówił o swoich spotkaniach z księdzem Wolffem jako wikariuszem parafii w Aninie, skupiając się na opisie trudnych warunków, w jakich przyszło księdzu pracować bezpośrednio po przyjęciu święceń kapłańskich. Była to kulminacja terroru stalinowskiego w Polsce. Radio wciąż nadawało

Hanna Benesz

Antoni Wiweger

Zwiastowanie - ks. Jerzy Wolff

sprawozdania z licznych procesów, w których złamani w śledztwie oskarżeni, często księża, przyznawali się do organizowania podziemnych band oraz do szpiegostwa na rzecz USA lubi Watykanu. Pod podobnymi zarzutami został aresztowany aniński wikariusz ks. Franciszek Różalski i jego następcą został właśnie ksiądz Jerzy Wolff. Represje dotykały nie tylko przedstawicieli kościoła katolickiego… obok uwięzionego prymasa Stefana Wyszyńskiego i biskupa Czesława Kaczmarka w więzieniu przebywał np. generał Marian Spychalski późniejszy marszałek Polski. Antoni Wiweger jest autorem artykułu „Ksiądz Jerzy Wolff – artysta malarz i aniński wikary” zamieszczonego w niecodzienniku „Między Nami Aninianinami” Nr 1(68) 2009 r. str. 12- 13. Artykuł jest dostępny w Internecie pod adresem www.bibliotekawawer.pl/images/stories/wydawn/str12-13marzec09.pdf Maria Chodorek, prezes Towarzystwa Przyjaciół Warszawy Oddział Anin, która była inicjatorką wydobycia z zapomnienia wspaniałej postaci księdza Wolffa, mówiła o wystawie jako części obchodów stulecia Anina, po czym nastąpiła dyskusja i swobodna wymiana poglądów między uczestnikami wernisażu. Wystawa będzie czynna do 10 grudnia br. w godzinach otwarcia biblioteki.

5


Maria Magdalena Tryjarska

Wacław Piotrowski – artysta z ulicy Uroczej Wacław Piotrowski urodził się 4 września 1887 roku na warszawskiej Woli i tam wraz z rodzicami spędzał w skromnych warunkach dzieciństwo i wczesną młodość. Po 1909 roku, gdy ukończył Warszawską Szkołę Sztuk Pięknych i z wytworów swej sztuki zaczynał czerpać pierwsze materialne korzyści, wynajął samodzielne mieszkanie przy ul. Rozbrat 4 i w nim umieścił swą pierwszą pracownię. Odtąd – nieomal przez całe życie – utrzymywał siebie i rodzinę „z pędzla”. Wyjątek stanowiły dwa krótkie okresy pracy pozaartystycznej: przed I wojną światową uczył rysunku i śpiewu w szkołach warszawskich, a po zakończeniu drugiej prowadził Referat Kultury i Sztuki w Starostwie Warszawskim, urzędując w Aninie przy II Poprzecznej. Z Aninem i Wawrem był zresztą związany już od 1934 r., kiedy to nabył w Wawrze domek na kolonii Zastów i w nim zamieszkał wraz z żoną, Lucyną z Kasztelaniców, także malarką, i trójką dzieci. W grudniu 1937 roku małżonkowie wzięli udział w wystawie miejscowych artystów plastyków, urządzonej w „Kasynie”, obok kościoła w Aninie. Wacław Piotrowski miał w Aninie grono przyjaciół, z którymi lubił dyskutować, zwłaszcza o filozofii sztuki – swojej wielkiej pasji źyciowej. Utrzymywał kontakty z Jerzym Zarubą, z Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim, bywał u pp. Jadwigi i Władysława Kociejewskich, u p. Teresy Klonowskiej, u p. Mariana Godziszewskiego i innych. Wielu z nich odwiedzało malarza w jego pracowni przy ul. Uroczej. Niedawno o swojej tam wizycie przypomniał prof. Antoni Wiweger. Znajomość z Jerzym Zarubą nawiązała się jeszcze przed pierwszą wojną światową. Dużo później, bo w 1950r., ten wybitny karykaturzysta i literat dowcipnie opisał i zilustrował w „Przekroju” (cykl opowiadań „Z pamiętników bywalca”; potem wydania 6

książkowe) śmiałą eskapadę malarską Wacława Piotrowskiego z września 1932 roku. Artysta samodzielnie zbudował z dykty coś w rodzaju wozuprzyczepy, zaprzągł do niego zakupionego konia i ruszył w Polskę, malując po drodze pejzaże i fascynujące typy ludzkie. Efektem tej pomysłowej wyprawy był m. in. nagły wzrost popularności artysty, jako że liczne czasopisma odnotowały to wydarzenie, zamieszczając zdjęcia niezwykłego wehikułu i jego właściciela przy pracy. W ciągu sześćdziecięciu lat prowadzil Wacław Piotrowski pamiętnik artystyczny, w którym notował spostrzeżenia dotyczące teorii malarstwa oraz refleksje z obszaru filozofii i psychologii, przetykane z rzadka wydarzeniami z własnego życia. W malarstwie – zarówno zarobkowym, jak i tym, które nazywał swoją „wielką sztuką” – podejmował różnorodną tematykę i stosował różne techniki. Pod koniec lat dwudziestych był bliski tendencjom kubistycznym. Dał temu wyraz w dużej kompozycji „Łobuzy”, za którą w 1928 roku otrzymał nagrodę miasta stołecznego Warszawy, oraz w dwóch obrazach o tematyce sportowej: „Konopacka w rzucie kulą” i „Kostrzewski na płotku”, nagrodzonym na wystawie przedolimpijskiej w 1928 roku. Przede wszystkim jednak był portrecistą, który przy malowaniu poznawał i zgłębiał tajniki charakteru i psychiki modela. Szczególnie bliski był mu autoportret. W latach trzydziestych na kolejnych salonach Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych kilka jego autoportretów uzyskało nagrody (w tym srebrny medal). Niektóre z nich zakupiły Muzea Narodowe w Warszawie i Krakowie. Swą „wielką sztukę” realizował w portretach psychologicznych nawiązujących do intuicjonizmu w sztuce, opartym na filozofii Bergsona, a wspartych ulubioną techniką szybkiego malowania olejem na papierze. Za modele

służyli mu najczęściej bezdomni i ubodzy gnieżdżący się w barakach na Żoliborzu, Annopolu, w noclegowniach i przytułkach. Chętnie malował dzieci. W 1933 roku miał indywidualną wystawę, na której zaprezentował kilkadziesiąt obrazów z tego kręgu, wysoko ocenionych przez krytyków. Ogółem w latach 1910 - 1939 brał udział w przeszło czterdziestu wystawach krajowych, a także w salonach w Paryżu i Londynie w 1920 i 1921 roku. Natomiast po drugiej wojnie światowej prawie już nie wystawiał, załamany śmiercią 22-letniego syna, Wacława, w 1944 roku w obozie koncentracyjnym we Flossenbürgu. Pamięć o synu skłoniła go do podjęcia pracy nad wielką kompozycją „Zbrodnia wawerska” – wizją malarską egzekucji 107 mężczyzn, głównie mieszkańców Anina i Wawra, dokonanej przez Niemców o świcie 27 grudnia 1939 r. Obraz ten ofiarował szkole przy ul. Korynckiej – placówce oświatowej najbliżej położonej miejsca kaźni. Obraz znajduje się obecnie w zbiorach Muzeum Niepodległości w Warszawie. Artysta poświęcał się także malarstwu sakralnemu, w którym nawiązywał do realizmu wielkich mistrzów. Podczas wojny przedstawił projekty herbów dla gminy Wawer i trzynastu sołectw jej podległych. W związku z tym namalował także obraz „Święty Wawrzyniec – patron Wawra”, który obecnie wisi w kruchcie kościoła św. Feliksa w Marysinie Wawerskim. Tuż obok, na cmentarzu „Na Glinkach” Wacław Piotrowski spoczął na zawsze w czerwcu 1967 r., po życiu wypełnionym staraniem o udoskonalenie swej sztuki i ciężką walką o byt. Dwadzieścia lat później została tam również pochowana jego żona Lucyna Piotrowska, która w środowisku wawersko-anińskim przeżyła pięćdziesiąt trzy lata. Przed wojną była działaczką „Akcji Katolickiej” w Aninie, namalowała i przekazała feretron miejscowemu kościołowi. W 1969 roku Związek Polskich Artystów Plastyków zorganizował wystawę pośmiertną Wacława Piotrowskiego. W marcu 2010 roku w „Galerii U” na Ursynowie odbyła się wystawa „Wacław Piotrowski – malarz charakterów ludzkich”.


Katarzyna Nowak

POWRÓT DO ANINA

Galeria „Na Trawiastej” przygotowała na sobotnie popołudnie 24 kwietnia 2010 r. wernisaż malarstwa i rysunku Wacława Piotrowskiego i Lucyny Piotrowskiej z d. Kasztelanic. Tym samym przywróciła postać Piotrowskiego – artysty nieco już zapomnianego – Wawrowi, z którym rodzina Piotrowskich była mocno związana jeszcze od czasów przedwojennych. Oto, czego się dowiedziałam o Wacławie Piotrowskim dzięki wernisażowi. ARTYSTA OSOBNY. Urodzony w 1887 r. w Warszawie był rówieśnikiem Picassa, Bracqe’a, Zbigniewa Pronaszki i Witkacego, jednak nie przynależał ani duchowo, ani artystycznie do żadnej awangardowej grupy twórców. W kilku okresach swego życia malował olejne i akwarelowe pejzaże oraz szkice piórkiem z natury – pejzaże Wenecji i Neapolu. Na płótnie i kartonie utrwalał zakątki i mury warszawskiego Starego Miasta, pałace, pomniki i drzewa Łazienek oraz Wilanowa. MALARZ CHARAKTERÓW LUDZKICH. Przede wszystkim był jednak Piotrowski portrecistą. Z czasem stał się mistrzem portretu psychologicznego. Namalował mnóstwo portretów ludzi ubogich – woźnych, posłańców, praczek, mieszkańców warszawskich domów noclegowych, wdzięczne buzie dziecięce, ale także ludzi kina, sportu i nauki. Po 1928 r. szczególnie znane były i często reprodukowane w prasie dwa portrety sportowe: złotej mistrzyni olimpijskiej z Amsterdamu – Haliny Konopackiej podczas pchnięcia kulą oraz Stefana Kostrzewskiego w trakcie biegu przez płotki, który to portret został nagrodzony na wystawie przedolimpijskiej w Warszawie. Obie te prace zasiliły następnie wystawę „Sport w malarstwie” w muzeum miejskim w Amsterdamie. Portrety były jego pasją twórczą na przestrzeni trzydziestu lat MALARZ-FILOZOF Z ULICY UROCZEJ. Jest w Wawrze taka ulica, przy której niegdyś mieścił się dom i pracownia artysty, opisane w „Słowie Powszechnym” z 26 lipca 1956: Pan Wacław Piotrowski i jego pracownia wywierają dość niezwykłe wrażenie. Już ozdobienie schodów zwykłej willi wawerskiej reprodukcją kartonu witrażowego, jakąś rzeźbą, ramami pustymi, a zawieszonymi jak gdyby coś zawierały – zapowiada, że zbliżamy się do pracowni artysty. Na drzwiach plakietka z nazwiskiem i tabliczka, z kredą do doraźnej korespondencji na wypadek nieobecności gospodarza. „Artysta malarz Wacław Piotrowski” – to tu! O Piotrowskim już wcześniej pisał inny sławny aninianin, Jerzy Zaruba – żartobliwie, ale z przyjacielskim uznaniem – najpierw na łamach „Przekroju”, potem w swych „Pamiętnikach bywalca”: Twarz ascety, rzadka bródka, dwuogniskowe okulary, beret. Wejdźmy na chwilę do jego domku na kolonii Z. pod Warszawą […] W pierwszej chwili robi to wrażenie antykwariatu, ale nie. Są fragmenty pracowni malarskiej i kuchni alchemika […] Na ścianach wśród dobrych obrazów wiszą ręcznie pisane duże sentencje z Marka Aureliusza, Leonarda da Vinci no i samego właściciela lokalu. Bo cóż się dziwić, że jest on też filozofem […] Prócz tego opisania sylwetki twórczej Piotrowskiego i jego barwnego domostwa w Wawrze odnajdujemy u Zaruby także relację tego Jak to malarz obdarowuje gminę świętym i herbami. Te-

Fot. M. Skoczeń

Wernisaż malarstwa i rysunku Wacława Piotrowskiego w Galerii „Na Trawiastej”

mat ten podejmuje również Jan Czerniawski w swojej monografii „Wawer : korzenie i współczesność”. Warto przypomnieć za Zarubą i Czerniawskim, że to właśnie Piotrowski był pomysłodawcą wawerskiego patrona, ARTYSTA PAMIĘCI. U Czerniawskiego znajdujemy też dowody na postawę patriotyczną artysty, który nie unikał oddawania hołdu bohaterom ostatniej wojny przez sztukę. Jest Piotrowski autorem rzeźby orła z rozpostartymi skrzydłami na pomniku żołnierzy z 13. Dywizji Piechoty Wojska Polskiego, którzy 19 i 20 września 1939 r. starli się z Niemcami na polach Zerzenia, Zastowa, Lasu i Zbytków. Ich kwatera znajduje się na cmentarzu zerzeńskim przy ul. Cylichowskiej. Innym dowodem wrażliwości Piotrowskiego niech będzie temat zbrodni wawerskiej popełnionej przez hitlerowskich Niemców na cywilnej ludności Wawra 27 grudnia 1939 r. Czytamy u Czerniawskiego: Wracał doń wprost obsesyjnie. Przypuszczalnie dlatego postanowił uwiecznić ją na płótnie, zatytułowanym „Tragedia wawerska”. Prace nad tym dziełem trwały od 1948 do 1953 r. [...] Dodać należy, iż obraz ten eksponowany przez szereg lat w Szkole Podstawowej nr 86 w Nowym Wawrze, niszczeje obecnie w magazynach Muzeum Niepodległości. Ciekawostką, którą znajdujemy u Czerniawskiego jest fakt, że Artysta opracował również [...] projekt znaczka pocztowego o tytule „Martyrologia Wawra”.

Fot. M. Skoczeń

7


Marta Wołodko rozmawia z

Małgorzatą Gutowską Adamczyk

...bo nie umiałam gramatyki! Czym najbardziej Anin przyciągnął Panią do siebie? Chyba mitem „Anina”, z wielką tradycją uzdrowiskową, porośniętego pięknymi sosnami i z wielu wypielęgnowanymi ogrodami. Dla przejezdnych jest on miejscem, gdzie żyją szczęśliwi ludzie. W moim przeświadczeniu w pięknych miejscach ludzie powinni być bardziej szczęśliwi niż np. na blokowiskach. Za każdym razem, gdy mijałam Anin, wzdychałam z zazdrością dla jego mieszkańców. Moje więzi z tym osiedlem zadzierzgiwały się już wcześniej poprzez znajomych z tych okolic. Kiedy mogliśmy już sobie pozwolić na kupno domu, wybór nie pozostawiał wątpliwości. Przedtem mieszkaliśmy na Grochowie, dlatego z tą stroną Wisły jesteśmy bardziej związani. W Aninie mieszkamy już trzy lata. Czy łatwo było się tutaj zaaklimatyzować? W tak pięknym miejscu – oczywiście. Poza tym spotkałam się z ogromną życzliwością sąsiadów. Podczas pierwszego przypadkowego spotkania spędziliśmy na rozmowie dwie godziny, opowiadając sobie całe nasze życie! Mam mnóstwo ciepłych uczuć dla Anina i jego mieszkańców, ponieważ zostaliśmy tu przyjęci z otwartymi ramionami i ogromną sympatią. Co Panią zaskoczyło w Aninie? Wyróżnia go z pewnością aktywność aninian. Od razu po przyjeździe zostałam zaproszona na spotkanie mieszkańców. Tego typu działalności, a przynajmniej tak widocznej, nie spotkałam nigdzie, gdzie dotąd mieszkałam. Znajduje Pani w Aninie natchnienie? Oczywiście, za przykład może służyć mój widok z okna, cudowne drzewa i niebo – to się nie może znudzić - piękne ogrody przechodzące w aniński las. Chociaż Stephen King powiedział kiedyś, że pisarz nie może siedzieć przodem do okna, w przeciwnym razie nigdy niczego nie napisze. Ja nie mogę sobie nawet pozwolić, aby usiąść przodem do zdjęcia mojego męża! (Wojciecha Adamczyka – przyp. red.) Jakie miejsce znajduje Anin w Pani książkach? Pojawia się chociażby w „XIII Poprzecznej”, ale także w drugim tomie trylogii „Cukiernia pod Amorem - Cieślakowie”, której pierwsza część pt. „Zajezierscy” już się ukazała. Pomysł na krótki epizod aniński wywodzi się natomiast z książki „O starym Aninie – inaczej”. Głowna bohaterka przybywa w odwiedziny do znajomych, którzy kupili tutaj działkę w okolicach 1910 r., na której postawili oczywiście „Świdermajera” czy „Willę Andriollówkę”, jak ja to troszkę inaczej nazwałam. Nie wykluczam, że i w trzecim tomie jeden z bohaterów będzie chciał spędzać czas w Aninie. Z którym z wykonywanych przed siebie do tej pory zawodów najbardziej się Pani utożsamia? Nauczycielka, dziennikarka, pisarka? Przygoda z zawodem nauczyciela i dziennikarza to był raczej epizod. Szybko zrozumiałam, że wolę tworzyć fikcję. Pisanie zawsze było moim marzeniem i tylko podstawowe poczucie odpowiedzialności i znajomość literatury powodowały we mnie strach przed tym, jak zostanę odebrana i czy moja propozycja intelektualna będzie dostateczna. Zawsze chciała Pani zostać pisarką? Marzyłam o tym, żeby pisać, od 10 roku życia, ponieważ

8

uwielbiałam czytać i wydawało mi się, że to naturalna droga. Natomiast bardzo długo zajęło mi przekonanie siebie samej, że mam prawo to robić. Traktowałam to z taką atencją, iż stało się do dla mnie niemal świętością. Z pisaniem to było tak, jakby przejść na tę „drugą stronę”, jakby z roli parafianina wejść w rolę księdza na ambonie i zaproponować coś od siebie. Kiedy Pani przeszła na tę „drugą stronę”? Zadebiutowałam dopiero w 2002 r., wcześniej tworzyłam scenariusze do serialu „Tata, a Marcin powiedział”. To otworzyło mi drogę do pisania.. Po takim serialu wydawnictwo zaproponowało mi, oczywiście, książkę dla młodzieży. Stanęłam przed ogromnym wyzwaniem, nie miałam najmniejszego pojęcia, jak się pisze powieść, w końcu ukończyłam teatrologię. To było trochę tak, jakby klienta restauracji postawić w kuchni i kazać mu przyrządzić stek.. Jak się dłużej nad tym zastanowić, to człowiek dostaje gęsiej skórki! Ale miałam w sobie odwagę i wielką potrzebę zrealizowania mojego marzenia. Czy chciałaby Pani czegoś nauczyć czytelników poprzez swoje książki? Tak, my – pisarze zawsze tego pragniemy, choć mam obawy co to skuteczności. Autor ma za zadanie pokazać czytelnikowi, jak ma się stawać lepszym człowiekiem. Uważam, że nie jesteśmy od gładzenia czytelnika po główce, choć nie da się ukryć, że największy sukces odnoszą autorzy literatury lekkiej, odzwierciedlającej pragnienia i marzenia czytelnika. Ale czy to działa? Z jednej strony książka jest nasza przyjaciółką, utożsamiamy się z bohaterem, przeżywamy jego rozterki. Za podstawową zasługę książki uważam to, że uruchamia naszą wyobraźnię. Chociaż jako autorka muszę dostarczyć czytelnikom przygody, to podstawowym założeniem nie jest jak najwyższa sprzedaż, a chęć przekazania jakiejś myśli. Z każdej książki da się wyczytać przesłanie, poglądy autora. Na przykład „Cukiernia pod Amorem” jest zachętą do poszukiwania dziejów swojego rodu, do odnajdywania i archiwizowania historii swojej rodziny dla przyszłych pokoleń. Czy „Cukiernia pod Amorem” jest próbą przełamania etykietki pisarki młodzieżowej, która do Pani przylgnęła? Na pewno tak. Z jednej strony zrozumiałam dopiero po odbiorze „Cukierni”, że w tej szufladce tak naprawdę tkwiłam. Mam teraz plany osadzić się w literaturze dla dorosłych. Do tej pory „stałam” na półkach z powieścią młodzieżową, moje utwory nie były wystawiane „na wierzch”, a w internecie czytelnicy nieoficjalnie rekomendując moje książki, korzystali z nieaktualnych recenzji, powielając utartą etykietkę pisarki młodzieżowej, a nawet „młodej pisarki”! Być może właśnie przyszedł czas na taką książkę. Zresztą moja znajoma przypomina mi, że wychowałam sobie w ten sposób wiele czytelniczek. Poza tym pisanie dla młodzieży było chyba rodzajem misji, co wiąże się z moim charakterem, który odziedziczyłam po mamie – nauczycielce. Pomysł na „Cukiernię” był tak naprawdę moim pierwszym pomysłem pisarskim. Dlaczego właśnie teatrologia, a nie polonistyka? Bo nie umiałam gramatyki, nie znosiłam się jej uczyć! Zresztą do tej pory nie umiem interpunkcji, nie wiem, gdzie się stawia te przecinki...


Z OKAZJI DNIA NAUCZYCIELA LAURKA DLA MAGDY Ile lat można chodzić do liceum? Kiedyś cztery lata, obecnie trzy. Są jednak osoby, które nie rozstają się ze swoją szkołą średnią kilkanaście lub kilkadziesiąt lat. Belfer - absolwent jest specyficznym typem pedagoga, którego charakteryzuje niespożyta inwencja, chęć działania. Los szczęścia uśmiecha się do dyrektora, jeżeli ma nauczyciela powracającego do miejsca, gdzie pobierał nauki. Do takich „wiernych licealistów” należy Magdalena Frąckiewicz-Wiśnioch, nauczycielka historii w anińskim liceum. Dokończenie ze str. 8. Teatr był potęgą pod koniec lat ‘70. Był wtedy tym, co teraz jest polityką. Skupiał w sobie myśl społeczną, miał do odegrania niezwykłą rolę. Czytaliśmy najdrobniejsze aluzje, które mogły paść w stosunku do rzeczywistości społecznej. Teatr przeżywał wtedy swój złoty okres. Dowiedziałam się o nowym kierunku w szkole teatralnej wiedzy o teatrze; postanowiłam startować. Przygotowywałam się przez całą czwartą klasę i udało się. Okazuje się, że nasze wybory nie zawsze prowadzą nas prostą drogą do celu. Ja ani przez 5 minut nie byłam historykiem teatru, ale przydało mi się to jako żonie reżysera. Poznaliśmy się zresztą na studiach. Czy to mąż wciągnął Panią w „świat seriali”? Nie do końca. W latach ‘90 wpadłam na pomysł, aby napisać scenariusz do sitcomu na wzór tych zagranicznych, które oglądaliśmy w telewizji. Dałam próbkę mężowi do przeczytania, a jemu niespodziewanie spodobała się moja praca i postanowił ją wykorzystać w swoim serialu „Tata, a Marcin powiedział”. Myślałam, że wykorzysta może ze dwa zdania… W owym czasie pilnie poszukiwano polskich scenarzystów. Tę prace zaproponowano mnie i tak to się zaczęło. Co drugi odcinek był mój. Pisałam oczywiście więcej, ale część z nich „rzucała się na kosz” (śmiech), czyli nie nadawała się do nakręcenia. Pisałam też próbki scenariuszy do innych seriali, nie spotkały się jednak z zainteresowaniem. Czy tamte materiały zostały „w szufladzie”? Teraz jeden z pomysłów udało się wykorzystać, ponieważ przerabiam go na książkę. Jestem już jednak na takim etapie zawodowym, że nie muszę już uganiać się za wydawcami i swobodnie realizuję pomysły. Chociaż muszę przyznać, że naprawdę nie lubię pisać. Niemożliwe! To jest strasznie męczące i muszę się bardzo przełamywać! Mimo to, doszłam do wniosku, że nie zawsze trzeba lubić wykonywać swój zawód. Ja bardzo lubię mieć książkę już napisaną. Dla momentu docenienia, „odznaczenia” jesteśmy gotowi na taką mordęgę. Naprawdę trudno uwierzyć, jak irracjonalne rzeczy jestem w stanie robić, byle tylko nie usiąść do komputera! Być może wielkie dzieła muszą się rodzić w bólu? O tym się też bardzo często mówi. Znam taką anegdotkę o domu pracy twórczej w Oborach. W toalecie spotyka się dwóch pisarzy. Jeden z nich pierze chusteczkę do nosa. Drugi spogląda na niego z politowaniem i mówi: Co, brak weny? Pranie chusteczki do nosa to było już coś naprawdę irracjonalnego!

Magda nie stwarza dystansu. Bezpośredniość, pogodny wyraz twarzy, energiczne ruchy powodują, że wzbudza sympatię, której nie traci po bliższym poznaniu, zarówno wśród nauczycieli jak i młodzieży. Nieprzypadkowo została wybrana rzecznikiem praw ucznia. Bo jej stosunek do licealistów jest wyjątkowy – charyzmatyczny. Magda może wszystko uczniom powiedzieć, pochwalić, nawet ostro zrugać, a i tak pozostanie ukochaną panią od historii. Co w niej jest tak niezwykłego? Pasja nauczania. Jak Magda przekazuje wiedzę? Całą sobą i za pomocą wszystkich metod, które są opisane w mądrych poradnikach i nie tylko. Ma wiele ciekawych pomysłów, dzięki którym uczniowie poznają przeszłość. Magda odwołuje się do minionych wieków, ale za pomocą nowoczesnych środków: prezentacje multimedialne, filmy, foliogramy. To w jej sali pojawiła się pierwsza tablica interaktywna. To właśnie Magda jest zawsze otwarta na wszelkie nowinki. To ona dzieli się chętnie swoimi umiejętnościami i szkoli także grono pedagogiczne. Nie ogranicza się tylko do prowadzenia lekcji w klasie. Już dwa razy odbyły się w XXVI LO historyczne gry przestrzenne w sali gimnastycznej, w których aktywnie uczestniczy młodzież, rozwiązując zadania dotyczące narodzin II Rzeczpospolitej lub realiów PRL-u. Muzeum Historii Polski, z którym aktywnie współpracuje Magda, dostarcza odpowiednie rekwizyty, gry. Uczniowie poznają historię w twórczy sposób. Wiele rajdów, między innymi ten najważniejszy dla Wawra, związany z egzekucją ludności cywilnej w grudniu 1939 roku, nie może obyć się bez Magdy. Dzięki jej inicjatywie pojawiły się nowe tablice edukacyjne na trasie rajdu, karty pracy do wypełnienia dla uczniów. Magda jest niezawodna. Wszyscy myśleli, że Wieczornica Pamięci z okazji 70. rocznicy Pierwszej Masowej Egzekucji Ludności Cywilnej w okupowanej Warszawie nie odbędzie się z powodu choroby druhny Danuty Rosner. Kto jednak podjął się tego karkołomnego zadania? Magda... Nie ma święta, nie ma imprezy, w której nie uczestniczyłaby ta niezwykła osoba. Warsztaty teatralne, kiedyś almaria – dni kultury starożytnej i nowożytnej, tuwimiady nie mogą obyć się bez Magdy. Jest współautorką profesjonalnych prezentacji promujących XXVI LO, współtworzyła Salę Historii Szkoły. Mobilizuje absolwentów do działania na rzecz szkoły. Obecnie jest też metodykiem nauczania historii – dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem, nie tylko z nauczycielami anińskiego liceum. Skąd w niej tyle energii, charyzmy i chęci do pracy? Magda nie minęła się z powołaniem, a przez los została obdarzona wieloma talentami.

Fot. M. Skoczeń

Beata Lewicka

9


Ksenia Zimna

LUDZIE OTWARTYCH SERC

W ogrodzie p.p. Samsonów

Wprawdzie zakrojona na szeroką skalę impreza w planie obchodów stulecia Anina nosiła nazwę ANIŃSKIE OTWARTE OGRODY - były to raczej spotkania z Ludźmi o Otwartych Sercach. Pragnących podzielić się z innymi tym, co mają najlepszego. Ofiarowali swój czas, swoją pracę, przedstawili rodziny, przygotowali ogrody na wizyty, a na stoły - często pyszności. Cieszyli się ludźmi, którzy do nich zawitali. Otwierali szeroko bramy dla wszystkich. Cierpliwie odpowiadali na pytania. Wzbogacali swą ofertę „otwartego ogrodu”, zapraszając doń twórców i artystów, muzyków, śpiewaków, poetów, malarzy, rzeźbiarzy. Demonstrowali swoje kolekcje, dzielili się opowieściami o pasjach i zainteresowaniach. Z tej okazji wydano specjalny, kolorowy przewodnik, który informował, gdzie, kiedy i u kogo Ogród będzie otwarty. I kogo w nim można będzie spotkać. Przewodnik trafił do KRONIKI STULECIA. Tu jednak wymienimy na wieczną rzeczy pamiątkę tych, którzy uświetnili Stulecie Anina swymi OTWARTYMI SERCAMI: Krystyna i Michał Nowaccy, Ewa i Marek Samsonowie, Barbara Sułkowska, Teresa i Antoni Wajznerowie, Piotr Chodorek, Aldona Kraus, Jadwiga i Andrzej Szalewiczowie, Bożena i Marek Janowscy, oraz kierownictwo Klubu Kultury Anin. ONI UATRAKCYJNIALI SWĄ OBECNOŚCIĄ OGRODY: Magda Koczyńska-Nowacka, Barbara Wołodźko-Maziarska, Dariusz Osiński, Alicja Francman, Aleksander Figiel, Wojciech Adamczyk, Małgorzata Gutowska-Adamczyk, Barbara Haberzak, Judyta Halska Le Mounnier, Janina Zdanowicz, Michał Bimbach, Maria Hoffman, Andrzej Rejman, Maria Świąder. (Patrz też Kurier Wawerski nr 12/67 z czerwca b.r.)

Klub Kultury Anin - instalacja

Barbara Sułkowska ze swym ulubieńcem

10

Aldona Kraus czyta swoje wiersze


Teresa Szymczak

JAK SKARB NAJDROŻSZY Blisko 20 lat spoczywała niepozorna broszurka w pudełku Aldony Kraus z pamiątkami pierwszej SOLIDARNOŚCI: znaczkami, opaskami, ulotkami, wycinkami z gazetek, okolicznościowymi pierścionkami. Jak skarb najdroższy przechowywała w nim doktor Aldona to wspomniane wyżej broszurowe wydanie kazań ks. Jerzego Popiełuszki, zatytułowane CENA MIŁOŚCI OJCZYZNY. Dedykacja na nim brzmi: KAPŁANOWI OBROŃCY OJCZYZNY BOHATEROWI PRAWDY I NARODOWEJ SOLIDARNOŚCI KSIĘDZU JERZEMU POPIEŁUSZCE TEN ZBIÓR HOMILII SKŁADAJĄ W HOŁDZIE RZYMSCY PRZYJACIELE Listopad Roku Pańskiego 1984

Odpowiedni głaz znaleźli jednak w Stoczku Łukowskim. Zakupu dokonała Aldona Kraus po starannym namyśle i licznych konsultacjach. Bo kamień najpierw został ze wszystkich stron sfotografowany i zestawiony z innymi. Poszukiwaczy czekał teraz niemały trud przetransportowania kamienia o wadze 3,5 tony do Anina. Proboszcz, ksiądz Doszko wskazał już miejsce przy kościele, gdzie miano go złożyć, by oczekiwał na tablicę. Problemem było odpowiednie osadzenie go w podmurówce w taki sposób, by wyeksponować jego naturalne piękno, by dobrze widać było tablicę i...żeby przypadkiem nie runął. Tym zajął się (pracowicie doglądając budowy) Michał Nowacki. Nad napisem na tablicę głowiła się Aldona. Projektów było kilka, ale okazało się, że część z nich, to cytaty w kazaniach bł. ks. J. Popiełuszki z Ewangeli, z wypowiedzi naszego Papieża, bądź Prymasa Tysiąclecia. A Aldonie marzyło się coś, co byłoby oryginalną niezaprzeczalnie myślą Błogosławionego ks. Jerzego. I wtedy właśnie sięgnęła do pudła swoich skarbów, wyciągnęła wspomniane wyżej kazania. Czytała je ze wzruszeniem, ale uważnie. Znalazła. Napis na tablicy, pochodzący ze zbioru, to oryginalny cytat: Zbierz się, ogarnij, dźwignij. Zacznij od nowa. Jesteś człowiekiem. Aż człowiekiem. Ks.Jerzy Popiełuszko

Fot. M. Skoczeń

Ukrywając tę otrzymaną z Watykanu pamiątkę przez długie lata, nie przypuszczała, że wydobędzie ją z pudła, by wybrać z kazań cytat na tablicę, poświęconą już…Błogosławionemu! ****************** Kiedy stulecie Anina zbiegło się z beatyfikacją ks. Jerzego, marzeniem doktor Kraus stało się upamiętnienie pobytu Jego w Aninie, jako wikariusza w kościele MBKP. Pobyt, jak wiadomo, nie był długi, ale ks. Jerzy pozostawił w Aninie grono przyjaciół, bo miły to był ksiądz i serdeczny. Aldona Kraus zwykła swe marzenia realizować. Tak było i tym razem. Na poszukiwanie głazu, godnego dźwigać pamiątkową tablicę, udała się z synem, Sergiuszem i Michałem Nowackim. Z błogosławieństwem nowego proboszcza ruszyli w Polskę samochodem Michała. Zahaczyli o miejsca, gdzie ks. Jerzy spędził młodość, oglądali kamienie, na których według relacji mieszkańców niegdyś przysiadał .

Odsłonięcie tablicy przez Aldonę Kraus i Michała Nowackiego

Aldona Kraus, Michał Nowacki i biskup Stanisław Kędziora

Warta harcerzy

11


ANIN – PERŁA W KORONIE WAWRA

12

Nie lękając się Falenicy równie dobrze pretendującej do tego tytułu jak Anin - odważnie wygłosił to zdanie burmistrz Jacek Duchnowski na sesji z okazji stulecia Anina, która odbywała się w Muzeum Historycznym m.st. Warszawy na Starym Mieście. Sesję planowano wcześnie, dyskutowano o niej na wielu różnych spotkaniach już 2009 r., a o ostatecznym jej kształcie zdecydowała propozycja Mirosławy Skoczeń, naczelnika wydziału kultury Dzielnicy, która zauważyła, że tej miary impreza odbyć się powinna w odpowiedniej oprawie i w centrum Warszawy. Zgodziła się z tym również inicjatorka sesji, Maria Chodorek dokładając sił, aby pomysł doszedł do skutku. Pokonanie biurokratycznych przepisów, oczekiwanie na decyzje warszawskich urzędów było - nie da się ukryć - drogą przez mękę. A to urlop decydentów, a to służbowa delegacja dyrektorów… Jednak po wielu staraniach, spotkaniach, dyskusjach, rozmowach - przy wydatnym wsparciu Muzeum Historycznego w osobie dyrektora A. Sołtana - aninianie znaleźli się w pięknym otoczeniu zabytkowej kamienicy - siedzibie historyków Warszawy. Pod hasłem „Jubileusze Warszawy - Stulecie Anina” na sesji w dniu 27 maja referaty wygłosili wybitni varsavianiści. Sesji przewodniczył dyr. A. Sołtan. W programie przewidziano referaty prof. Kwiryny Handke (Nazewnictwo lokalne w Dzielnicy Wawer), mgr Jacka Skorupskiego (Przyrodnicze aspekty planowania przestrzennego odnośnie Osiedla Anin), dr Lecha Królikowskiego (Związek początków Anina z rosyjskimi fortyfikacjami), mgr Marka Gettera (Anin i Międzylesie w latach 1939-1944) i Tomasza Urzykowskiego (Powroty do miejsc ciekawych ze Spacerownikiem). Dobrym uzupełnieniem programu sesji było krótkie wystąpienie burmistrza dzielnicy Wawer, Jacka Duchnowskiego. Użyte przezeń wyrażenie: „ANIN - PERŁA W KORONIE WAWRA” zapadło w pamięć obecnych. Mówił o współczesnym Aninie i ludziach, którzy kultywują najlepsze tradycje tego osiedla. Mieszkali tu tacy klasycy polskiej literatury, jak Gałczyński, Tuwim, Zaruba, przebywał ks. Jan Twardowski. Ale to współcześnie działający ludzie nie pozwalają o tym zapomnieć, tworząc nowe wydarzenia godne upamiętnienia. I to oni sprawiają, że o Aninie się pamięta, że wciąż zyskuje on na popularności. Po wysłuchaniu referatów goście dosłownie poszli z torbami (z logo Anina), przygotowanymi dla nich przez Wydział Kultury Dzielnicy, aby wziąć udział w wernisażu wystawy o Aninie, przygotowanej w Sali Tylmanowskiej Muzeum Historycznego. (Tesz)


Maria Ewa Chodorek

Anińska Wystawa na Starym Mieście Aranżacja wystawy zatytułowanej wstępnie „Anin Warszawie” w Muzeum na Starym Mieście, stała się dla nas od początku ogromnym wyzwaniem. Dyrekcja Muzeum przeznaczyła na nią salę Tylmanowską na 1. piętrze. Po sąsiedzku znajdowała się wystawa związana z rokiem chopinowskim. Godzinami prowadziłam rozmowy, zbierałam opinie, robiłam notatki, konferowałam z dyrektorem Andrzejem Sołtanem i pracownikami Muzeum z wydziałów organizacji i ikonografii… We dwoje z Januszem Gałdą opracowaliśmy scenariusz, nad którego ostateczną formą trwały dalsze narady i ustalenia. Ważna była część dotycząca początków naszego Osiedla – dysponowaliśmy ciekawymi materiałami kartograficznymi. Były to m.in. plany parcelacji Starego i Nowego Anina, ustawa miejscowa z 1921 r., plan naszych okolic ze starymi nazwami ulic. Ten plan w skali 1:10 000 przechował się u Macieja Galewskiego. Skoncentrowaliśmy się na materiałach literackich i pamiątkach dotyczących poetów odpoczywających i mieszkających w Aninie, który dzięki nim nosi miano Osiedla Poetów. Na wystawie mieli więc swoje miejsce Konstanty Ildefons Gałczyński, Julian Tuwim, ks. Jan Twardowski oraz Jerzy Zaruba znany głównie jako rysownik, karykaturzysta – ale jakże trafnie w swoich „Pamiętnikach Bywalca” charakteryzujący Anin! Bardzo ciekawie zaprezentowana została twórczość rzeźbiarska Anitoniego Szalla – pierwszego sołtysa w Aninie, szanowanego społecznika. Eksponaty stanowią rodzinne pamiątki Wojciecha Przyłuskiego, który wzbogacił również materiałami ze swoich bibliofilskich zbiorów gabloty poświęcone wymienionym wyżej poetom. Rewelacyjne były eksponaty, które udostępnił z okazji wystawy Jerzy Zbigniew Golski – kolekcjoner pierwodruków, wydawca Biblioteki Anińskiej JZG. Pierwszy tomik tej oficyny Anińskiej jest zatytułowany „Zaruba. Pamięci przyjaciela.” Wśród prezentowanych unikalnych rękopisów znajdował się również napisany przez Tuwima „Lament aniński” dedykowany Jerzemu Zarubie ze znaną nam wszystkim frazą: „Niech to zostanie między nami – między nami aninianinami”. Inne, znaczące eksponaty zostały wypożyczone przez Aldonę Kraus, kultywującą poezję ks. Jana Twardowskiego, przez Bibliotekę wawerską w Aninie, której zawdzięczaliśmy rysunki Zaruby ze stałej galerii jego imienia, oraz Klubowi Kultury Anin. Klub przekazał na wystawę artystyczne fotografie drewnianych budynków w Aninie. Ta dokumentacja jest tym bardziej cenna, że liczba świdermajerowskich obiektów zmniejsza się na naszych oczach! Czwartym – ostatnim tematem na wystawie był dział piśmiennictwa – publikacje w formie książek, pism i gazet. Znalazł się wśród nich reprint Kolki anińskiej z 1936 r., Na straży z lat 1937-39 oraz współcześnie wydawane Między Nami Aninianinami. Transportem eksponatów, ich zebraniem a potem oddaniem wypożyczającym zajął się Janusz Gałda. Samochodu do przewozu użyczył Urząd Dzielnicy Wawer. Wystawę otwartą w dniu sesji, 27 maja 2010 r. można było zwiedzać do 12 czerwca. Wystawa spełniła oczekiwania, wzbudziła duże zainteresowanie, nawet apetyt na powtórkę. Może w trochę innej formie, może w przyszłym roku, kiedy jubileusz 100-lecia Anina dobiegnie końca. Fotografie: Dział Ikonografii Muzeum Historycznego

13


OSIEDLE POETÓW Alicja Francman

Bolesław Bryński

MOŻE WYŁĄCZ TELEFON

*** Wyszedłem w letni wieczór podochocony na Anin, by szukać Ani, a tu Ani ani, ani, ani, ani. Cóż, wyszła z domu, proszę pani, bo wiedziała, że wrócę na bani, ale to przecież raz, tylko raz, no raz… proszę pana i proszę pani. No, nie wstawiam się wszak często, o rany! mimo tego moja Ania za to mnie gani, a to, że popijam, że czasami popijam, wie już cały Anin, cały Anin, pachnący lasem Anin. Och, do diaska, czy nie mogę się odstresować czasami i spotkać się na mieście z kolegami, by popatrzeć na dziewczęta z długimi nogami, no nie, proszę pana i proszę pani! No tak, mówią państwo, żem łajdak i wtórują w tym Ani, żem niecnota, obibok i drań! W porządku, to państwa sprawa, proszę panów i proszę pań. Dzisiaj przychodzę, pukam, Ania mi nie otwiera… Lecz raptem się obudziłem, więc okazało się, że historię tę tylko śniłem! Jestem w Aninie, jestem też z moją Anią. Jakie to szczęście, proszę pana i proszę panią! sierpień – wrzesień 2008

Może wyłącz telefon niech nie niepokoi umilkną dobre rady i obcych i swoich w ciszy sobie posłuchaj niewiele masz czasu co wolisz najpierw koncert rowerem do lasu możesz w książkach utonąć zgubić się w Powsinie przy kominku znajomym pomilczeć w Aninie możesz Traktem Królewskim z Zamku do Łazienek przejść niespiesznie ze zwykłym uniesieniem

Aldona Kraus TREN LXXVII

22 sierpnia 2010 Niedziela, Łazienki, pomnik Chopina, letnia, muzyczna warszawiaków scena. Pan we fraku nie odczuwa braku odwagi i pełen powagi siada przy fortepianie, zaczynając granie… Młodzież, dzieci, panie, panowie, o różnej cerze i różowej mowie, zielona trawa, kwiatów dywany, i ten polonez mocno rozedrgany, co to do uszu na pieszczoty wpada, coś podśpiewuje, coś podpowiada… Wiatr delikatnie muska włosów końce, raz cień po nas pląsa, a raz pląsa słońce… Kiedy tak doznajemy od muzyki łaski, nagle ona cichnie i budzą się oklaski…

Te malwy przed domem wystrzeliły w niebo, barwami krasząc sierpień, pod stopami trawa piekła raki na słońcu lata, nas ciekawa. Wszystko tu, tak dobre, bo całkiem znajome. Słonce pali. Burza przebiegła nad domem. Wiatr stargał bicze kwietne, twoje czułe ręce przyniosły je z ogrodu i malwowe kwiaty patrzyły już z wazonu, nie z kwietnej rabaty na nasze pocałunki, a ich cudny płomień wplótł się w burzę naszych oszołomień, w ten żar, w słodycz i ciche westchnienia. To lato było w Aninie, ta pełnia istnienia .

Małgorzata Krupińska-Nowicka wiersze mnie znajdują najczęściej w autobusie taki świat nie wolno przecież tracić czasu późną nocą nad ranem ścigają mnie każą się zapisywać na marginesach gazet świstkach karteluszkach

14

Dariusz Osiński

nie zapisane już nie wracają giną w otchłani świata i myśli

Katarzyna Nowak NON-FICTION Drapieżnie chwytasz w dłonie rozpostarte skrzydła gazet. Gdzieś kołacze się nadzieja, że czarne rzędy liter coś znaczą, że mogą wiernie oddać wczorajsze dramaty, krew przemienić w gorzki smak farby drukarskiej łatwy do przełknięcia. Ale nie potrafisz opanować dławiącego lęku, że pogłoski o okrągłej ziemi są grubo przesadzone, a świat kończy się płasko już na następnej stronie. 05.04.2010


HOMO LEGENS

Katarzyna Nowak

Z OSIEDLA POETÓW W ŚWIAT Poeci czasem są jak kolorowe motyle – zachwycają barwą swego talentu na krótko, przelotnie. Poeci anińscy również, bo jest Anin swoistą ich kolebką. Dzięki dyrekcji Klubu Kultury ANIN i red. Beacie Lewickiej talenty te ujawniły się i zostały przychwycone na dłużej niż chwilę w wydanej przezeń Antologii Poetów Anińskich ANINIANIE ANINIANOM. Publikacja ta stała się – rzec by można – wisienką na torcie anińskim. Torcie nie byle jakim, bo jubileuszowym – z okazji 100-lecia osiedla Anin przypadającego właśnie na rok bieżący 2010. Publikacja pomieściła 24 twórców związanych z Aninem życiem twórczym i odtwórczym – ludzi, którzy zaznaczyli swój ślad w tym środowisku. Wszyscy on na zawsze już będą „stąd” i będą mogli powtarzać za Tuwimem: „między nami aninianinami”. Są to ludzie – trzeba dodać – w różnym wieku i z różnym bagażem doświadczeń. O tej poezji można napisać wiele dobrego, z uznaniem. Można również krytycznie, by nie wpaść w próżne zachwyty. Najistotniejszym kryterium jest jej różnorodność, bo każdy poeta ma swój osobny świat na co dzień zamykany na osobisty klucz. Jedni w swoich wierszach kochają się, inni smucą, zachwycają się przyrodą, snują egzystencjalne rozważania. Opowiadają nam historie ze swoich snów, swoje doświadczenia przekuwają w piękne słowa, utrwalają chwile i dzielą się nimi z czytelnikiem. Poeta bowiem zawsze jest ekshibicjonistą. Ale kiedy już wychodzi spoza ram własnej szuflady winniśmy mu odrobinę uwagi i uznania, choćby za tę właśnie odwagę. Nie mniej Anin poezją stoi – nie od dziś wiadomo. To istna kuźnia talentów. Anińscy animatorzy potrafią je wyłuskać, zachęcić do pisania. Swoją wdzięczność Aninowi poeci antologii wyrazili w sposób szczególny. Każdy z nich bowiem – na miarę swego talentu i uczucia – napisał wiersz o Aninie, dla Anina, bądź dla ulubionego aninianina. Wiersze te – jedne liryczne, inne satyryczne – stanowią klucz do antologii ukazującej się w tym szczególnym dla naszego osiedla czasie. To aninianie aninianom ten prezent darowują, z głębszą wszakże nadzieją, że inni te „śpiewy anińskie” usłyszą i docenią.

Spotkanie promocyjne prowadził Tadeusz Woźniakowski

W oczekiwaniu na książkę... Fot. Andrzej Sachanowski

Autorzy antologii

...potem tańce na miarę jubileuszu

15


HOMO LEGENS

Beata Lewicka ANIN W KILKUDZIESIĘCIU ODSŁONACH…, rzecz o tomiku Aniniana Aldony Kraus

Aniniana Aldony Kraus - tomik wierszy, zaprasza czytelnika do ciekawej podróży po osiedlu, na spotkania z wieloma mieszkańcami i sympatykami Anina. Okładka jest tak wysmakowana, tak do perfekcji estetyczna, że nie sposób się oprzeć i nie zajrzeć do środka. Czytelnik nie zawiedzie się, przeglądając tomik. Piękny kredowy papier, reprodukcje licznie przeplatające utwory zachęcają do lektury. Anin zatopiony w różne pory roku, Anin zasypany kwiatami, raczej niewyszukanymi, typowym drzewostanem, wzbogacony o ptasi śpiew i życie zwierząt tych nieudomowionych i domowych. Przyroda ukazana za pomocą prostych środków wyrazów tworzy tło do stworzenia bezpretensjonalnego wizerunku Anina – miejsca bliskiego, w którego centrum jest dom. Przede wszystkim jest to posesja Autorki, ale czasem Poetka „wkrada się” do innych mieszkań, aby ukazać piękno codziennych czynności. Z satysfakcją aninianie odnajdą na kartach tomiku nazwy bliskich im ulic w splocie poetyckich metafor. Rzeczownik „Anin” i wyrazy pochodne występują w różnych przypadkach. Tytuł tomiku sugeruje, że jest to zbiór utworów poświęcony naszemu osiedlu. Fakt pozostaje faktem – miły jest tak oczywisty dowód istnienia Anina w poezji. Niektóre teksty nawiązują do bardzo istotnych i ważnych wydarzeń związanych z historią osiedla. Pojawiają się wiersze patriotyczne na przykład Męczennikom z Wawra – liryk odwołujący się do wydarzeń z grudnia 1939 roku, ale dzięki dopiskowi pod tekstem – „Boże Narodzenie 1988” wiersz nabrał aktualnej wymowy w czasach, kiedy nie było jeszcze III Rzeczpospolitej. Niejednokrotnie trafnym posunięciem okazało się umieszczanie dat pod tekstami. Dzięki temu tomik zyskał cechy kroniki. Poetka nie tylko bez zbytniego kamuflażu ukazuje miejsca, wydarzenie i osoby (nazwiska oraz imiona pojawiają się w licznych dedykacjach oraz w tekstach), lecz również odkrywa swój świat, w którym istnieje Opatrzność Boża roztaczająca opiekę nad ca-

Elżbieta Smykowska

MYŚLENIE NIEBANALNE

Leży przede mną tomik wierszy: Jadwiga Teresa Szymczak, Myśli o poranku o zmierzchu. Warszawa-Anin 2010 – w szacie graficznej projektu Macieja Szymczaka, która trafnie oddaje i ilustruje zawartość tomiku. Na szarym tle drzewo. Jego splątane gałęzie gorączkowo pną się ku górze. Zaraz padnie na nie światło i nagie konary ożyją. Właśnie. Uderza mnie kolorystyka tych wierszy. Smuga światła wydobywa się zza zapętlonej szarości. Życie codzienne, zwykłe, stąpające po ziemi, które staje się niezwykłe, niepowtarzalne, świetliste. Życie ciągle uciekające przed szarością dnia i ciemnością nocy. Życie, które chce określić siebie, skoncentrować w swoim jądrze wszystkie nagromadzone doświadczenia; te dawno minione, i te, dziejące się teraz, pochwycone zaraz przez pióro. Przesuwają się twarze: rodziców, męża, kogoś ukochanego, jakiegoś przechodnia na ulicy. Przesuwają się książki, przyjaźnie, przedmioty, skrawki pejzaży, spotkania, wydarzenia. A za tym wszystkim lub w tym wszystkim słychać wykrzykniki i pytania, stawiane życiu o jego sens i cel, o naszą wolność, o miłość i samotność, cierpienie i przemijanie. Domagają się odpowiedzi. A odpowiedzi i tak nie będą ani jed-

16

łym Aninem. Interesujące jest przenikanie sacrum w życie osiedla. W wierszu Na trzeci dzień pojawia się Chrystus, ale pod postacią Ogrodnika wtopionego w aniński krajobraz. Jest też cykl pastorałek, które (zgodnie z cechami gatunki) mają charakter ludyczny, w tym przypadku aniński. Widzimy także, jak wydarzenia rodzinne – tak osobiste i kameralne – wiążą się z miejscem zamieszkania. Dzięki językowi poezji Autorka potrafiła ukazać, że przeżycia, spotkania z bliskimi, zwykłe czynności wtapiają się w anińską rzeczywistość, ale osnutą aurą niezwykłości. Najlepiej oddaje tę myśl fragment wiersza: „Taka zwyczajność – nasz dom w ogrodzie. Tak niecodzienne to nasze co dzień”. Tę intymność i niezwykłość podkreślają ilustracje – zdjęcia prac plastycznych znajdujących się w domu Poetki. Dzięki nim zostajemy „zaproszeni” do jednej z anińskich posesji. W niezwykły i różny sposób Poetka pokazuje też swoich przyjaciół, znajomych związanych z Aninem. Pojawiają się refleksje, opisy ważnych wydarzeń (patrz stawianie kamieni poetom) oraz spotkań towarzyskich, ironiczno – satyryczne aluzje i żarty, nawet autoironiczne. Cała stylistyczna gama, raczej w tonacji durowej niż minorowej, zagościła na kartach tomiku. Istny popis wirtuozerii można zauważyć w tekstach poświęconych Gałczyńskiemu, Tuwimowi i ks. Twardowskiemu. Poetka nie przebiera w środkach artystycznego wyrazu, aby odbrązowić poetów. I co ciekawe, najwięcej w tych tekstach jest odwołań do Zielonego Konstantego. To może trochę dziwić, ponieważ znana jest życzliwość Aldony Kraus wobec ks. Jana Twardowskiego. Poetka niejednokrotnie gościła w swoim domu Księdza Piszącego Wiersze. Dlaczego zatem na końcu tomiku pojawił się podrozdział Dies Aninenses? Czy przeważyła miłość do Anina nad uwielbieniem okazywanym ks. Twardowskiemu? To chyba dobre pytania na wieczór autorski. Czekam więc na spotkanie z Autorką.

noznaczne, ani jasne, bo samo życie nie jest jednoznaczne. I pojawia się coś jeszcze; klucz lub szyfr do lepszego zrozumienia tych różnorakich doświadczeń codzienności. Myślę o wierszu, poświęconym Wisławie Szymborskiej – Przewaga. To Szymborska inspiruje Autorkę duchowo, intelektualnie, warsztatowo. Podobają mi się kolory w tych wierszach: biel, błękit, szarość. Podobają mi się te wiersze, bo one zmuszają do myślenia, tworząc swoisty paradoks: zamykają powszedniość życia w jego niepowszedniości i odwrotnie: niepowszedniość w powszedniości. Poezja to nie tylko refleksja i przetwarzanie rzeczywistości, ale jak pisze Autorka - to proces (w wierszu zatytułowanym Proces): Zmusić spłoszone myśli /do wychylenia się/z zakamarków mózgu/ Odszukać zagubione słowa…. A poeci, jak pisze w wierszu Poeci:,,... zmuszają ciszę do mówienia i słowom zwykłym wydzierają ukryte ich znaczenia....” Podoba mi się forma tych wierszy, bo adekwatna do treści, tożsama z treścią. Oszczędność słowa, lakoniczność. Można powiedzieć ascetyzm. Nie są przegadane, nie są przeładowane poetycką stylizacją. A nawet więcej – są pozbawione banalnych poetyckich figur. c.d. str.17


Fot. M. Skoczeń

Polubiłam festyny Festyn – zabawa (ogrodowa, ludowa); uroczystość, bal, bankiet, uczta, biesiada. Od łacińskiego festum – „święto”. Nie ukrywam: miałam nieco pogardliwy stosunek do tego rodzaju spotkań. Dziwiłam się przyjaciołom, że lubią na nich bywać. Do czasu… Tradycyjny, doroczny festyn dzielnicy Wawer odbył się w roku naszego stulecia na granicy dwóch osiedli: Międzylesia i Anina. Festyny w Wawrze organizowały od niepamiętnych czasów najrozmaitsze instytucje, stowarzyszenia, szkoły. Ich organizacją po raz pierwszy zajął się Urząd Gminy Wawer w 1995 roku. Był on wówczas świętem dla uczczenia faktu reaktywowania Gminy. Na międzyleskim stadionie ZWAR zaroiło się wówczas od ludzi pragnących uczestniczyć w niecodziennych wydarzeniach. Ukoronowaniem bogatego programu był pokaz musztry i gra wojskowej orkiestry. Kolejne festyny z mnóstwem pomysłowych imprez, występów, zabaw, kiermaszy odbywały się w Marysinie Wawerskim. Na jednym z nich nawet pani prezydent Warszawy, Hanna Gronkie-

wicz-Waltz wręczyła pierwsze egzemplarze książki „Wawer i jego osiedla”, wydanej w ramach Biblioteki Wawerskiej – jej współautorom. Dwa ostatnie festyny mogły się już odbyć w pobliżu gmachu Urzędu Dzielnicy – znów w Międzylesiu. Tłumnie zgromadzona publiczność mogła podziwiać przeistoczony w bajkową krainę „Kolejki do kultury” utwardzony parking urzędu. Co ważne – festyn, popularnie nazywany teraz Przystanek Międzylesie – gromadzi ludzi w różnym wieku, o różnym wykształceniu. Spotkać tam można leciwe damy obok dzieciaków, dźwiganych na ramionach ojców. Przewijający się przez plac tłum pokazuje świetnie film, nakręcony na ostatnim festynie. Miło jest tam spotkać znajomych, wraz z nimi uczestniczyć w tak różnorodnych zabawach. Zjadłam zafundowane przez przyjaciół kiełbaski. Kupiłam książkę. Ulepiłam z gliny swój autoportret, który nasz redakcyjny kolega Darek wypalił na oczach zgromadzonych widzów. Polubiłam festyny. A one przybliżyły gmach Urzędu do ludzi. I może ludzi do urzędu. (TESZ)

Fot. T Szymczak

Dokończenie ze str. 16 Są czasami chropowate. Ale to dobrze! Poprzez tę ich chropowatość mocniej wyczuwa się te przesuwające się kadry życia zanurzone w poranki i zmierzchy. W tej chropowatości wyczuwa się również wyraźnie d y s t a n s Autorki do siebie. Cenny dystans! Zacytuję tu wiersz zatytułowany Refleksje: Skąd potrzeba wyrażenia własnymi słowami tego co ktoś już wyraził piękniej i dostatecznie jasno po co drepczę ubitym gościńcem wydeptanym przez wielkich czyżbym sądziła że powiem coś mądrzej zaskoczę niebywałą metaforą wprawię świat w osłupienie skąd ta pycha Red. Dariusz Osiński - na festynie i w życiu - ceramik


ZIELONY KONSTANTY Dzień Zielonego Konstantego był w Aninie dniem uroczystym i świątecznym na długo przed tym, nim poczęto tak go nazywać. Pierwsza sobota czerwca od roku 1996 była rok rocznie świętem bibliotekarzy, na które zapraszała na ul. Trawiastą pracowników, czytelników i przyjaciół biblioteki jego organizatorka, dyrektor Barbara Szpinda. Ponieważ w kolejnych spotkaniach przy Wypożyczalni nr 87 uczestniczyła córka poety, ulubienica aninian – Kira Gałczyńska, opowiadająca o ojcu, o jego poezji, prezentująca swoje książk i - na łamach MNA ukazał się w 2000 r artykulik proponujący, aby ten miły dzień stał się Dniem Zielonego Konstantego i wszedł na stałe do kulturalnej tradycji (ówczesnej) gminy Wawer. Za zgodą organizatorki tych spotkań przywykliśmy tak ten dzień do dziś nazywać. W roku stulecia w gmachu biblioteki w Aninie poezję K.I.G. prezentował mini teatr- Studencki Teatr Literacki, działający przy Domu Literatury w Warszawie. Studentki (i studenci) byli sprawni i sympatyczni, jednak bezsprzecznie gwiazdą spotkania, wspaniale interpretującą trudną lirykę Gałczyńskiego była Aleksandra Ford, aktorka o dużym dorobku, kierująca zespołem. Po raz pierwszy od wielu lat Dzień Zielonego Konstantego upłynął w Bibliotece bez Kiry Gałczyńskiej, której choroba nie pozwoliła przybyć do Anina. (TESZ)

Jan Czerniawski

U BOKU POETY Żony poetów to te co mają Jakby jeszcze jednego świętego na głowie Który jednak nic gratis z nieba nie dostaje A na widok szynki robi oczy krowie Żony poetów wyganiają spod łóżka kurzu myszkę W balii Pegaza myją ryżową szczotką Księgę poety jak ministrant za nim noszą Resztką ze stołu poety dzielą się z kotką Żony poetów to są amazonki spod Pegaza znaku Co walczą dla poety o atrament i cukier i papier Żony poetów są między obłokiem a podłogi myciem Ich rajski chleb jest piołunu obsypany makiem (…) (Jerzy Harasymowicz, Żony poetów, 1962) - pisał pół wieku temu Jerzy Harasymowicz. Ciekawe, czy miał na myśli również swoją żonę? Konstanty Ildefons Gałczyński i Gruzinka, Natalia Awałow, byli małżeństwem od 1930 roku. Interesuje mnie, jak wyglądało anińskie życie tej pary. Może ich historia jest zarazem uniwersalną opowieścią o poecie i jego żonie? Konstanty bardzo kochał swoją Natalię. To dla niej pisał piękne wiersze, chociażby List jeńca czy Rozmowę liryczną. Powstawały one w późniejszych niż aniński okresach życia poety. Ale w 1938 roku, jeszcze w Aninie, poeta przypominał swej żonie: Już kocham cię tyle lat na przemian w mroku i w śpiewie, może to już jest osiem lat, a może dziewięć – nie wiem. (…) (Konstanty Ildefons Gałczyński, Już kocham cię tyle lat, 1938) 18

Anin stał się dla młodego jeszcze stosunkowo małżeństwa pierwszą poważną próbą. Po kilku latach koczowniczego życia, utkanego z korowodu barwnych zdarzeń, trzeba było zmierzyć się z koniecznością utrzymania i prowadzenia domu. Natalia miała przekonać się: jak to jest: żyć dzień po dniu z poetą? Rąbka tajemnicy w kwestii anińskiej codzienności Gałczyńskich uchyla ich córka Kira w swej książce Srebrna Natalia (2006). Nie była to łatwa codzienność. Po pierwsze: trzeba było zająć się dzieckiem. Konstanty, owszem zachwycał się swą córeczką. Poświęcał jej dużo czasu. Kira była jednak dzieckiem niegrzecznym i hałaśliwym. A to już znosił znacznie gorzej. Gałczyńscy mieli służącą o wdzięcznym imieniu Flora. Flora nie bardzo radziła sobie z domowymi obowiązkami. Nie potrafiła też dobrze zająć się dzieckiem. Natalia musiała sprostać większości domowych wyzwań sama. W konsekwencji była ciągle zmęczona. Zasypiała wiele razy w ciągu dnia. To jej zmęczenie rodziło irytację męża, który chciał nieustająco rozmawiać z nią o swej twórczości, chciał w niej mieć przede wszystkim muzę. Przed przeprowadzką do Anina bywała dlań słuchaczką, doradczynią, koleżanką i kochanką. W nowej sytuacji kiepsko sobie z tymi rolami radziła. Dom przy ulicy Leśnej przypominał nieco obraz Wiliama Hogartha: poeta pisze, dziecko płacze w kołysce, żona łata spodnie. Sfrustrowany Konstanty powtarzał żonie: Jaka się z ciebie zrobiła nudna, banalna baba. Trudno uwierzyć, aby takich słów słuchało się jej przyjemnie! Czasy były trudne również z powodów od małżonków niezależnych. W 1937 roku zmarł brat Natalii, Mikołaj. Utalentowany konstruktor lotniczy odszedł nagle w wieku lat 30 - był to straszny cios dla najbliższych. Po jego śmierci matka Natalii przeniosła się do Anina. Konstanty starał się okazywać jej dużo serca. Sam urządził dla niej pokój. Z przejęciem opowiadał jej o swoich wierszach. Teściowa


skiego tłumaczenia psalmu Marcina Lutra Potężną twierdzą jest mój Bóg, redaktor zabronił swemu poecie pisać pozytywnie o liturgii prawosławnej Wypomniał mu prawosławne wyznanie żony, brak katolickiego ślubu oraz dokonany w cerkwi chrzest córki. Groteskowo wypadła historia scenariusza do filmu o świętym Andrzeju Boboli. Ten scenariusz jezuici zamówili u Stanisława Piaseckiego, ten zaś zlecił go poecie z Anina. W grę wchodziło honorarium w wysokości kilku tysięcy złotych! Ta suma zachęciła Gałczyńskiego. Podjął się tego zadania, tym bardziej, że pryncypał płacił mu – jak dotąd – raczej nieregularnie. Konstanty jako hagiograf? To, co napisał zakrawało raczej na parodię hagiografii. Jego Bobola nawracał Kozaków na katolicyzm aż mu wypruli kiszki. Jak można było to przewidzieć, jezuici scenariusz odrzucili. Nadzieje na większy zarobek się nie spełniły. Piasecki, o dziwo, wydrukował scenariusz. Różnic między nim a autorem Skumbrii w tomacie było jednak coraz więcej. Kroplą, która przepełniła kielich goryczy stała się awantura o getto ławkowe. Oburzony Gałczyński bezskutecznie domagał się, aby jego szef potępił atakujących Żydów pałkarzy. Jedynym efektem tych zabiegów było odebranie mu stałej rubryki Lajkonik w Prosto z Mostu. Rubrykę przejął Karol Zbyszewski, a Gałczyński pozostał bez stałych dochodów. Współpraca z narodowymi radykałami zamknęła mu drogę do wiodących pism liberalnych. Pozostały słuchowiska radiowe i współpraca z pomniejszymi czasopismami. Coraz częściej brakowało mu pieniędzy. Musiał pożyczać je od swego serdecznego przyjaciela, Jerzego Zaruby. Przez cały okres pobytu w Aninie młodej rodzinie nie brakowało trosk materialnych, trwała walka o codzienny chleb, ciągle brakowało gotówki. Pewnie niejedna kolacja przy Leśnej 18 musiała ograniczać się do przywołanego jeszcze w okresie wileńskim dzbanuszka z konwalią. Zdarzały się jednak i małe radości: ogród, las, pite z przyjaciółmi wino… Życie z poetą okazało się ciężkie. Wkrótce miały jednak nadejść czasy jeszcze gorsze. 25 sierpnia 1939 roku przybyły z gminy Wawer chłopiec przekazał mieszkańcowi domu przy ulicy Leśnej kartę mobilizacyjną. Gałczyński spakował do małej walizeczki Fausta Goethego. Skończyły się jego anińskie wakacje. Natalii pozostały łzy, które mąż zapisał jej w testamencie.

Fot. M. Skoczeń

nie darzyła go jednak sympatią ani – tym bardziej – szacunkiem. Był dla niej wyzutym z odpowiedzialności za najbliższych dziwakiem. Nie cierpiała jego poezji. Biedny Konstanty, kompletnie nie zdawał sobie z tego sprawy! W roku 1938, w Boże Narodzenie zmarła jego matka. Przeżywał to rozstanie boleśnie, zadręczał się myślą, że był złym synem. Żona próbowała go pocieszać. Pomimo tych tragedii dom przy Leśnej wciąż tętnił życiem. Pojawiali się licznie goście. Trafiali się też wśród nich dawni i aktualni adoratorzy pięknej Natalii. Gałczyński był o żonę chorobliwie zazdrosny, a jej wielbicieli nie trawił. Nie mogąc znieść ich widoku, znikał – na znak protestu – z domu. Ten szantaż skutkował: pani domu musiała dawać adoratorom odprawę. Poeta, jak się zdaje, lubił litować się nad sobą. W Nocnym testamencie zapisał Natalii łzy. Zapytany o powód, dla którego to zrobił, odpowiedział dość egocentrycznie: Bo będziesz płakać po mnie. I wtedy najgorsze chwile ze mną wydadzą ci się rajem. Okresy nieobecności w domu były też związane z nawrotami depresji, na jaką cierpiał. Tracił wtedy na jakiś czas wiarę w swą poetycką moc. Zdarzało się to zwykle wiosną. Raz robił się smutny i milczący, kiedy indziej kłótliwy. Nie mógł znaleźć sobie miejsca w mieszkaniu. Urywał się wtedy na kilka dni do Warszawy. Włóczył się po knajpach, pijąc na umór. Pamiątką po tych eskapadach były rachunki z rozlicznych lokali. Poeta wystawiał w ten sposób na wielką próbę cierpliwość małżonki. Trudno się w tej sytuacji dziwić, że Natalii przybywało kolejnych srebrnych włosów. Przezwyciężywszy depresję wracał do regularnego życia. Dużo czytał. Co ciekawe: z zasady omijał w lekturze poezję. Uczył się języków obcych (włoski). Intensywnie pracował. Okres aniński to czas ożywionej współpracy z redaktorem Stanisławem Piaseckim i jego pismem Prosto z Mostu. Już za podjęcie tej współpracy Konstanty zapłacił wysoką cenę. Zwrócono mu wspomniany już tomik poezji, który miał się ukazać w wydawnictwie Przeworskiego. Recenzenci (Julian Tuwim i Antoni Słonimski) uznali bowiem autora za niebezpiecznego prawicowca. Próba umieszczenia Gałczyńskiego w sztywnych schematach ideowych podziałów była może i dowcipna, ale dla autora wykpiwających marszałka Piłsudskiego wierszy (Skumbrie w tomacie) niezbyt bezpieczna. Tomik ujrzał światło dzienne w 1937 r., ale w wydawnictwie Prosto z Mostu. I tu cena była wysoka. Redaktor naczelny (okrzyczany wcześniej przez Gałczyńskiego zbawcą literatury polskiej) zabawił się w cenzora. Zażądał usunięcia ze zbiorku wiersza Do Stanisława Marii Salińskiego, dopatrując się w nim… homoseksualnego nastroju. Bal u Salomona (a przynajmniej jego fragmenty) wydał mu się znów zbyt nihilistyczny. W poemacie Koniec świata redaktor wykreślił fragmenty o świętych figurach i papieżu. Polecił zmienić zakończenie w Ulicy szarlatanów. Domagał się też przeróbek w wierszu Serwus madonna. Madonna to Matka Boska, nie wolno więc obrażać jej zwrotami typu kochanka - argumentował. Natalia, która od samego początku żywiła do Piaseckiego niechęć, była przekonana, że jej mąż stawi mu opór. Ten jednak zgodził się na wszystkie poprawki. Uprzedzenie Natalii do Piaseckiego okazało się zasadne, gdy ten bezpardonowo zaatakował Gałczyńskiego w trakcie jednej z redakcyjnych dyskusji. Odmawiając publikacji pol-

19


Jan Czerniawski

ZASŁUŻONA EMERYTURA Ksiądz Marceli Godlewski urodził się w 1865 roku w Turczynie (łomżyńskie). Pochodził z rodziny drobnoszlacheckiej. Gimnazjum ukończył w Suwałkach, następnie studiował w sejneńskim seminarium. Odbył też studia w Rzymie, gdzie w roku 1893 uzyskał doktorat z teologii. Pierwszą jego parafią było Jedwabne. Organizował tam dysputy teologiczne z miejscowymi rabinami. Od 1894 r. był wikarym w Szymanowie, a potem w Mieleszkach pod Łodzią. Pracował też jakiś czas w samej Łodzi. W 1896 roku trafił do Warszawy, początkowo jako wikary kościoła świętokrzyskiego. Wykładał w warszawskim seminarium (1895-1902). Był więziony przez Rosjan. Od roku 1906 pracował jako rektor kościoła świętego Marcina na Starym Mieście. W 1915 r. podjął obowiązki proboszcza parafii Wszystkich Świętych. Pełnił je przez 30 lat! Publikował sporo w prasie katolickiej, napisał też polemikę z ewangelickimi pastorami. Wydał własny modlitewnik. Jego opus magnum stanowiły wydane na przełomie XIX i XX wieku dwa tomy Archeologii biblijnej. Tak w okresie łódzkim, jak i warszawskim prowadził ożywioną działalność społeczną. Opierał się w niej na encyklice Rerum novarum. Występował z pozycji antysocjalistycznych i antysemickich, propagując jednocześnie nacjonalizm. Podróżował po Europie (Niemcy, Belgia, Holandia, Dania), znał też nieźle Włochy i Szwajcarię. Wszędzie studiował praktyczne rozwiązania zagadnień socjalnych. W pamiętnym roku 1905 założył Stowarzyszenie Robotników Chrześcijańskich. Rozwinęło się ono na bazie funkcjonującego przy parafii świętego Krzyża Towarzystwa świętego Józefa. Zainicjował też działalność Towarzystwa Terminatorów, Związku Rękodzielników Dźwignia, Stowarzyszenia Służby Domowej oraz Stowarzyszenia Wspólna Praca. Działał na rzecz kobiet i dzieci. Najważniejszym jego dziełem okazało się jednak Stowarzyszenie Robotników Chrześcijańskich. Stawiało ono sobie za cel obronę robotników i rzemieślników przed wyzyskiem ze strony fabrykantów i w ogóle kapitalistów, głównie niepolskiego pochodzenia. Duchowny ze społecznikowskim zacięciem zabiegał też - jako

20

jeden z pierwszych - o udział robotników w zyskach przedsiębiorstw. Badacze katolickiego ruchu społecznego uważają, że ksiądz Godlewski wpłynął znacząco na rozwój instytucji spółdzielczych. Jeszcze w Łodzi doprowadził do powstania pierwszej spółdzielczej tkalni robotniczej. Stanowiła ona wyłom w kapitalistycznym systemie gospodarczym. W Łodzi SRCh zorganizowało 120 spółdzielczych sklepów, w całym Królestwie Polskim - przeszło 500. Działalności na tę skalę nie zdołali rozwinąć nawet socjaliści! Przed I wojną światową stowarzyszenie liczyło 25000 płacących składki członków. Organizowało kasy zapomogowe i oszczędnościowo-pożyczkowe, zakładało szkoły i domy robotnicze, prowadziło własne biblioteki i czytelnie. Energiczny duchowny zyskał sobie wrogów w szeregach socjalistów, którzy zarzucali mu rozbijanie jedności ruchu robotniczego. Z kolei integrystyczny Związek Katolicki oskarżał go wobec biskupów o sprzyjanie modernizmowi. Tak się jednak złożyło, że działalność SRCh wsparł sam Pius X. Kiedy w roku 1916 powstało Polskie Stronnictwo Chrześcijańskiej Demokracji, SRCH weszło w sferę jego wpływów. Ksiądz Godlewski nie chciał tego faktu uznać. Stało się to powodem jego odejścia ze stowarzyszenia. W dwudziestoleciu międzywojennym nie podjął działalności w chrześcijańskospołecznym ruchu związkowym. Działał natomiast w Związku Ludowo-Narodowym, a następnie w Stronnictwie Narodowym. Jako działacz endecki sprzeciwiał się ekonomicznej ekspansji środowisk żydowskich. Był antysemitą. Podczas II wojny światowej ksiądz Godlewski nadal piastował urząd proboszcza parafii Wszystkich Świętych. Kiedy w 1940 roku utworzono w Warszawie getto, jego kościół znalazł się po niearyjskiej stronie muru. Ksiądz Godlewski bez namysłu zaangażował się w pomoc dla mieszkańców getta. Ludwik Hirszfeld, światowej sławy hematolog, znalazł schronienie na jego plebanii. Ocalał. Po latach pisał: Prałat Godlewski. Gdy wspominam to nazwisko ogarnia mnie wzruszenie. Namiętność i miłość w jednej duszy. Ongiś bojowy antysemita i kapłan wojujący w piśmie i słowie. Ale gdy los go zetknął z tym

dnem nędzy, odrzucił swoje nastawienie i cały żar swego kapłańskiego serca poświęcił Żydom (…) (Encyklopedia Białych plam, t.7, s. 77) Hirszfeld przytaczał również swoją rozmowę z Adamem Czerniakowem: Prezes opowiadał, jak się prałat rozpłakał w jego gabinecie, gdy mówił o żydowskiej niedoli i jak się starał tej niedoli ulżyć. I mówił prezes Rady Żydowskiej, że ten ksiądz, były antysemita, więcej serca okazywał Żydom niż kler żydowski, któremu obca była rola pocieszyciela ogółu. (Encyklopedia Białych plam, t.7, s. 77) Być może, autor Archeologii biblijnej rzeczywiście łatwo się wzruszał. Ale był też człowiekiem konkretnym i odważnym. Niech zaświadczy o tym jego przygoda z Aninem. Jeszcze w początkach historii osiedla wytyczono parcelę nr 23. W latach 20. ubiegłego wieku jej właścicielem był Karol Gosławski. W 1936 r. parcela została podzielona na dwie części. Działkę narożną z numerami Aleja Leśna 5 (dzisiejsza Trawiasta) i VI Poprzeczna 3 kupił nie kto inny, jak ksiądz Marceli Godlewski. W 1937 r. rozpoczął budowę domu. Planował wystawić solidny, murowany budynek (w przyszłości będzie on znany pod nazwą: willa Sosnówka). W jego zamyśle miał być on zabezpieczeniem jego kapłańskiej starości. Chciał tu zamieszkać, przekazując jednocześnie część domu krewnym. Jednak w roku 1938 zmienił zdanie. Spędzając urlop w Studzienicznej miał okazję zapoznać się z ofiarną działalnością sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi, które prowadziły tu dom dziecka i szkołę dla najuboższych dzieci. Wyobraźnię duchownego poruszyły zwłaszcza problemy starszych i chorych zakonnic. Sam też w końcu zbliżał się do emerytury. Na podstawie umowy z przełożoną prowincji warszawskiej tego zgromadzenia, matką Matyldą Getter, oddał siostrom pomieszczenia na pierwszym piętrze swego domu, dla siebie przeznaczając parter. Liczył na dożywotnią opiekę ze strony zakonnic. W maju 1939 r. w Aninie, w niewykończonym jeszcze budynku, zamieszkały dwie siostry. Ksiądz doglądał pracujących przy budowie robotników, a w końcu miesiąca dokonał poświęcenia kaplicy i pierwszego piętra. Wojenna historia domu przy ulicy Leśnej


5 przyniosła dramatyczny zwrot. Tę historię opisuje siostra Teresa Antonietta Frącek w książce Siostry Rodziny Maryi z pomocą dzieciom polskim i żydowskim w Międzylesiu i Aninie (2006). Już we wrześniu 1939 r. matka Getter ulokowała w anińskim domu, za zgodą księdza Godlewskiego, dziesięciu chłopców z ewakuowanej placówki w Ciechanowie. Wkrótce dołączono do nich dwudziestkę wychowanków z Ciechocinka. Tak w nieplanowany sposób powstał dom dziecka. Do końca wojny przebywała tu czterdziestka dzieci. Opiekowało się nimi pięć sióstr, a właściciel posesji podjął obowiązki kapelana. To jednak nie wszystko. Schronienie znalazło również w Aninie kilkanaścioro dzieci żydowskich. Część dzieci przywiozły z Warszawy siostry. Przynajmniej kilkoro eskortował z getta, narażając się na wielkie niebezpieczeństwo, ksiądz Godlewski. A był już wtedy blisko osiemdziesiątki! Wyobrażam sobie te wędrówki z getta, przejścia przez śródmieście Warszawy, podróże pociągiem elektrycznym do Anina. Wyobrażam sobie, jakie musiało im towarzyszyć napięcie. Napięcie towarzyszyło również anińskiej codzienności. Spokój podwarszawskiego osiedla okazał się raczej pozorny. Niemcy często nachodzili dom prałata. Mieli najwyraźniej ochotę na przejęcie solidnego, murowanego budynku na własne cele. Podczas tych wizyt dzieci żydowskie bandażowano i kładziono do łóżek jako chore, dla innych organizowano szybkie

zabawy. Warto wiedzieć, że w odróżnieniu od dzieci ratowanych w innych placówkach zgromadzenia, nie miały one katolickich metryk. Zdarzało się, że dom odwiedzali żydowscy rodzice, ściągając na mieszkańców dodatkowe zagrożenie. Trafiali się też polscy szantażyści. Ksiądz Godlewski musiał wykazywać się talentami dyplomatycznymi, a nieraz umiejętnością skutecznego wręczenia łapówki. Po wybuchu powstania warszawskiego, przy Leśnej zorganizowano punkt sanitarny. Myślano też o ewentualnej obronie budynku. Jednak 16 sierpnia 1944 r. mieszkańców ewakuowano. Ten dzień zapamiętał Antoni Gosławski: Na dziedzińcu sierocińca panowało wielkie zamieszanie, wyprowadzano chorych i rannych, wynoszono toboły. Wśród obecnych na dziedzińcu znajdował się ksiądz Godlewski. Z rozwianym włosem stojąc pod figurą Matki Boskiej protestował przeciwko ewakuacji. - Tu jest moja kaplica, tu są moje sieroty, ja stąd nie pójdę… - wołał wzburzony. Księdza starali się uspokoić obecni ranni i zdrowi, którzy schronili się w lazarecie przed wcześniejszą ewakuacją. W pewnej chwili zaroiło się wyjście ze schronu, który znajdował się w podziemiach budynku. W białych i niebieskich fartuszkach wysypywały się parami dzieci sierocińca. Wszystkie, pomimo trudnych warunków były czysto ubrane i pomyte. Dzieciarnia trzymana w schronie z radością wychodziła na świeże powietrze i słońce. Przyglądając się tym ucieszonym,

radośnie roześmianym twarzom, zauważyłem wśród nich sporo o wybitnie semickich rysach. To były te sieroty żydowskie, które przechowywał w swoim sierocińcu ksiądz prałat. (…) Pomimo tylu różnych niebezpieczeństw wojennych udało się księdzu Godlewskiemu szczęśliwie przeprowadzić przez lata okupacji wszystkie swoje dzieci, a więc i dzieci żydowskie, które potem przekazał żydowskim organizacjom charytatywnym. (Barbara Wołodźko Maziarska, O Starym Aninie inaczej, 2009, s. 73) Sam właściciel domu i dwie zakonnice zostali w Aninie, aby strzec dobytku. Przeżyli ciężkie walki o Międzylesie i Anin. 10 września Sowieci i Polacy byli już w Międzylesiu, a Niemcy w Aninie. Trwał wzajemny, morderczy ostrzał. Siostry i ksiądz pozostawali w korytarzu suteryny. Siostra Maria Charyton wspominała później spadające niemal na głowę pociski, brzęk tłuczonych szyb, latające fragmenty muru. Podczas tej całej zawieruchy stary prałat stał bez ruchu i się modlił. Zupełnie jak Mojżesz. W wyniku działań wojennych budynek został zniszczony w 75%. Zakonnice przystąpiły wkrótce do remontu. Ksiądz Godlewski mógł tu wrócić. Nie znalazł już jednak czasu na spokojną emeryturę. Zmarł 26 grudnia 1945 r. W swoim domu. W domu, który dla tak wielu ludzi stał się schronieniem.

21


J. Teresa Szymczak

DZIESIĘĆ ROCZNIKÓW MNA PREHISTORIA Dowcipne, świetnie napisane felietoniki pod tytułem MIĘDZY NAMI ANINIANINAMI, „wyjętym” z wiersza Juliana Tuwima, ukazywały się w latach siedemdziesiątych w zakładowym piśmie IBJ – REZONANSIE. Pisywała je pani K.J. pracownik naukowy Instytutu Badań Jądrowych, mieszkanka osiedla tegoż instytutu. Zaangażowana w obronę anińskiej przyrody, z pasją i humorem poruszała w swych artykulikach bolączki, nękające mieszkańców - pracowników IBJ. Niezwykle ceniliśmy jej pióro. Zapadała w pamięć jej pasja. Nic więc dziwnego, że kiedy w 2000 roku – za namową znajomych postanowiłam powołać do życia anińskie pismo, sięgnęłam po tytuł, który ona wprowadziła (za Tuwimem) na szpalty dziennikarskie. Na pierwsze „przedredakcyjne” zebranie skrzyknęłam kilkoro przyjaciół z Rezonansu, by zasięgnąć ich opinii o pomyśle. Omówiliśmy koncepcję, zaakceptowano tytuł. Miało być anińsko, przyjaźnie, dowcipnie. Trzeba było pokonać „tylko” kilka trudności: brak funduszy, komputera, papieru, telefonu, pracowników technicznych, lokalu no i – dziennikarzy. ZACZĘŁO SIĘ GOTOWANIE ZUPY NA GWOŹDZIU Nie byłoby pisma, gdyby nie bezinteresowna pomoc pana Zdzisława Jastrzębskiego, który zaoferował papier i powielanie. Pierwsza przeszkoda pokonana. Ale jak ogarnąć „cały Anin”, który wg koncepcji – miał nas obchodzić? I tu wkracza na scenę Maria Chodorek, którą poznałam dzięki Krystynie Brzezek, kierowniczce wypożyczalni nr 87 na ul. Trawiastej. Krysia nas „sprzyjaźniła”, mówiąc o nas – do każdej z osobna – same dobre rzeczy, jak to Krysia. Więc kiedy niejaka Teresa na rogu ul. Zambrowskiej i Zorzy zwróciła się do spotkanej tam przypadkowo pani prezes Koła Przyjaciół Anina, Marii Chodorek z prośbą: - Pani Mario, chcemy wydawać anińskie pismo. Czy zgodziłaby się pani współpracować z redakcją? Bez pani pomocy nie będzie to pismo ogólnoanińskie – stało się. Chwile rozmowy, trochę namysłu i – pani Maria zaoferowała pomoc – nie pieniężną wprawdzie, ale ludzką, przyjazną, okraszoną na dodatek podarkiem cennym – własnym adresem, jako adresem do korespondencji. I co ważniejsze - kontaktami z ludźmi Anina. Tak więc, rzec można – miejsce narodzin „dziesięciolatka”– MNA, to ul. Zambrowska róg Zorzy. I początek trwającej dziesięć lat współpracy Marysi i Teresy. AUTORZY I REDAKTORZY Właśnie wtedy anińskie XXVI Liceum, obchodzące 55-lecie istnienia szkoły średniej w Aninie, wydało książkę, o korektę której poprosił mnie jeden z redaktorów. Tuż przed jej drukiem miałam okazję poznać pióra niektórych późniejszych filarów MNA, m.in. Antoniego Wiwegera, którego artykulik znalazł się już w pierwszym numerze jakże zgrzebnego MNA. Trzeba podkreślić, że artykuły A. Wiwegera ukazywały się w każdym kolejnym numerze, choć nie brał on udziału w spotkaniach zespołu. Na pierwszej stronie pierwszego numeru ukazał się wiersz aniński K. I. Gałczyńskiego, na druk którego uzyskałam zgodę pani Kiry Gałczyńskiej. Nad krótkim tekścikiem „Do czytelni-

22

ków”, zawierającym wykładnię zasad pisma deliberowaliśmy krótko w gronie rezonansowych przyjaciół. Wśród nich była Marysia Suska-Klink, która w kilka dni po ukazaniu się 1. numeru znalazła się w szpitalu w Otwocku. Jeździliśmy tam potem do niej, zawożąc materiały następnych numerów i odbierając od niej ostatnio napisane wiersze… Znajdziecie je w MNA. Marysia zmarła w 2000 roku. Przy drugim numerze – obok Marysi Chodorek już pracowała Alicja Francman, Hania Orkisz. Spotkania zespołu redagującego odbywały się w gościnnym domku na ul. Trawiastej. A autorów przybywało co raz więcej. Jedni przychodzili, inni odchodzili… Wszyscy pracowali nieodpłatnie PRZYGOTOWANIA DO DRUKU Skład, łamanie – bardzo różnie to bywało: na rodzinnym komputerze, bądź należącym do liceum, bądź - do przyjaciół. (Tak to bywa do dziś). Nigdy nie zapomnę pedanterii Alicji przy naklejaniu wydrukowanych szpalt na papier do powielania. Bo tak się odbywało „łamanie”. Ręcznie, przy pomocy kleju i nożyczek na moim domowym stole. Pomoc w postaci komputerowego łamania zaoferował dopiero w 2001 r. wnuczek Alicji Francman. Niestety – na krótko. Nie sposób nie wspomnieć też nieżyjącego już Bohdana Czarneckiego, który „wstukał” w MNA tak wiele artykułów…Potem problem składu i druku rozwiązał ktoś, kto do dziś pragnie pozostać anonimowym dobroczyńcą Anina, Pracę nad MNA pragnęła wynagrodzić jakoś ówczesna pani burmistrz, Teresa Janota, uroczyście (w obecności mego wnuka) wręczając mi … telefon z faksem i „sekretarką”. Od 2001 roku ten aparat do dziś służy mi przy pracy nad niecodziennikiem. REJESTRACJA Przy okazji tej darowizny (miałam wątpliwości, czy mogę ja przyjąć) zapoznałam się z ustawą, dotyczącą wydawania czasopism. Z przerażeniem stwierdziłam, iż działamy nielegalnie, wydając pisemko przez dwa lata bez sądowej rejestracji! A zatem w styczniu 2002 r. postanowiliśmy zgłosić redakcję do rejestru sądowego. Wówczas Maria Chodorek za zgodą zespołu - i swoją - została redaktorem naczelnym pisma. Jego wydawcą – nadal Stowarzyszenie Zwykłe Koło Przyjaciół Biblioteki przy Wypożyczalni nr 87, którego byłam przewodniczącą. Rejestracja pisma nastąpiła 15 marca 2002 r. Przy wydawaniu pisma wsparcia udzielało nam Stowarzyszenie Właścicieli Nieruchomości w Aninie oraz – przede wszystkim Koło Przyjaciół Anina TPW, co zaznaczano w stopce redakcyjnej. 1 lipca 2004 roku wydawcą została zarejestrowana oficjalnie Fundacja Rozwoju Anina, która likwidując swą działalność, przekazała uprawnienia wydawnicze Bibliotece Wawerskiej. A zatem od 2007 roku druk pięknie wydawanych niecodziennikow finansuje jako wydawca Biblioteka Wawerska. Ale to już teraźniejszość, nie prehistoria… Autorzy, współpracownicy, redaktorzy pracują nadal na zasadzie wolontariatu.


Barbara Wizimirska

Okiem gościa… w Yorku Retoryczne pytania to nie tylko moja specjalność. Wiele osób po powrocie z męczącej podróży ma ochotę spytać: i po co mi to było? Mogłabym więc zacząć tak: „I po co było latać do Anglii, jeżeli można było przykładnie smażyć się w lipcu w Falenicy, albo jeszcze lepiej: odwiedzać cienisty Anin i delektować się postępami w budowie basenu, a zwłaszcza lodowiska?” Cóż, w Aninie nie ma jeszcze misteriów, na które zaprosił mnie (i mego męża) nasz bardzo angielski powinowaty. Dziś starszy pan, kiedyś uczeń tradycyjnej szkoły w Yorku, dokąd chciał odbyć swoją sentymentalną podróż w krainę młodości. Dzięki temu mogliśmy poznać jedno z najbardziej niezwykłych wydarzeń kulturalnych, które co cztery lata ściągają tam wielu turystów. Sięgająca XIV w. tradycja została przywrócona w 1951 r., i chociaż na obecne misteria składa się tylko 12 z pierwotnych 48 sztuk, wystarcza to na pięć godzin kontemplacji. Pierwotny zamysł był bardzo ambitny, ale adekwatny do ówczesnego znaczenia Yorku. Miasto szczyci się tym, że założone w I wieku n.e. przez Rzymian, trzynaście wieków później było ważnym centrum gospodarczym Anglii i siedzibą arcybiskupa. Liczne jego cechy i gildie zaczęły wtedy wystawiać poszczególne sztuki opowiadające o dziejach Boga i człowieka. przybliżając widzom najważniejsze epizody w dziejów zbawienia. Cechą przedstawień była dosłowność, naturalizm tylko trochę maskowany skromnością – splot grubych żartów i powagi tworzył konwencję groteskowo-tragiczną. Miały te sztuki widza bawić i uczyć, a także umoralniać. Przedstawieniom towarzyszyła muzyka, podkreślająca dramatyczne zwroty akcji. Misteria, znane też w innych krajach europejskich, a w Polsce wystawiane przez jezuitów, były dla wszystkich. Grano je więc w wielu miejscach miasta, na świeżym powietrzu. Proszę sobie teraz wyobrazić średniowieczny York, otoczony bardzo grubymi murami z jego wąziutkimi uliczkami i małymi placykami, do których zmierzały ciągnione przez woły wielkie platformy. Muzykanci i aktorzy szli wokół, pomagając przepchać ładunek po nierównym bruku, a potem budowali scenę na oczach widzów i odgrywali wybraną sztukę. Wszystko to w cieniu ogromnej, przepięknej gotyckiej katedry (Minster), największej w Anglii i najbardziej urokliwej ze wszystkich oglądanych przeze mnie, łącznie z Notre Dame w Paryżu. Gorąco polecam! Obecnie misteria odbywają się co cztery lata w czterech różnych miejscach Yorku, ale tylko jedno miejsce jest miejskim placem. Reszta wystawiana jest w parkach, gdzie widzowie mogą się wygodnie rozsiąść, lub położyć na trawie. Dla cudzoziemca, nawet nieźle znającego angielski i z tekstem na kolanach, to doświadczenie niełatwe z wielu względów. Bo albo się czyta i stara zrozumieć staroangielski tekst, albo się patrzy i słucha, rozumie nic zgoła, domyślając się tylko o co chodzić może. W końcu Biblię się zna, można się więc skupić na podziwianiu scenografii sztuk nadal granych na platformach przerobionych na sceny. Uderza prostota i pomysłowość scenografii i kostiumów. Kiedyś, w teatrze elżbietańskim mężczyźni grali role kobiece. Dziś jest na odwrót – aktorki zdecydowanie przeważały we wszystkich

12 sztukach, co nieraz budziło uciechę widzów. Gdy ładne studentki grały role sędziwego Abrahama, jego syna Izaaka, a także Pana Boga, to choć odgrywały historię dramatyczną, śmiech polatywał po widowni. Także aktor w roli Stwórcy pozwalał sobie na niewybredne żarty, nie mówiąc już o straszno-śmiesznych postaciach w opowieściach o męce i śmierci Chrystusa. Tutaj żarty aktorów i śmiechy na widowni przybyszowi z Polski wydawały się wręcz bluźniercze, choć rozsądek podpowiadał, że na prawdziwej Golgocie pewnie tak było oprawcy natrząsali się przecież ze skazańców. Aż trzy sztuki dotyczyły męki Jezusa. Były wstrząsające i świetnie grane przez różnych aktorów, ale dla mnie było to zbyt naturalistyczne. A już końcowy Sąd Ostateczny z przerażającymi diabłami na szczudłach, którzy pastwili się okrutnie nad grzesznikami, był tak przerysowany, że nawet ateiści musieli się poczuć nieswojo. W sumie mieliśmy wielka powtórkę ze znajomości Biblii, a gdyby to porównywać ze współczesną i popularną polską obrzędowością – misteria przypominały zarazem jasełka i drogę krzyżową. Koniec występów przyjęłam z prawdziwą ulgą i dopiero potem przyszła refleksja, jak niezwykłe było to widowisko. Długi, bezkarny powrót do średniowiecza bez jego smrodu i niewygód. Wzruszenie, za które warto zapłacić męczarnią podróży samolotowej tanimi liniami...! Trudno się jednak dziwić, że po tych podróżnych emocjach spokojny spacer po Aninie roi się jako upragniona i jedynie rozsądna rozrywka dla starszej pani. Co było do udowodnienia.

ZŁOTA STALÓWKA STATUETKA PROJEKTU DARIUSZA OSIŃSKIEGO, PRZYGOTOWANA DO WRĘCZANIA Z OKAZJI 10 ROCZNIKÓW MNA DLA NAJDŁUŻEJ WSPÓŁPRACUJACYCH Z NIECODZIENNIKIEM AUTORÓW.

23


ANIŃSKIE DRZEWO ŻYCIA 13 października b.r. w parku, otaczającym Instytut Kardiologii, w trzydziestą rocznicę jego istnienia – posadzono czwarte w Polsce DRZEWO ŻYCIA. To klon okrągły. Na pozór zwykłe drzewo – ale symbolizujące niezwykłą sprawę: wolę walki wielu ludzi o prawo do ratowania życia chorym i oczekującym na śmierć. O prawo do transplantacji organów od dawców – dla potrzebujących ich chorych. Wydarzeniu temu towarzyszyła sesja, zorganizowana w Instytucie z inicjatywy firmy NOVARTIS. Wzięli w niej udział wybitni lekarze oraz organizatorzy procesu przeszczepów. Omówimy szerzej bogaty plon dyskusji związany z donacją i transplantacją w następnym numerze MNA.

Jolanta Zaręba-Wronkowska

Radość ni z tego, ni z owego W tytule motto Piątego Anińskiego Spotkania Przyjaciół ks. Jana Twardowskiego, hasło pogody ducha mimo kłopotów, bólu, codziennych trudów, aby zawsze odnaleźć w sobie zieloną, uśmiechniętą nadzieję. 16 czerwca przybyliśmy do Aldony Kraus, pod jej taras przy ulicy Niemodlińskiej w Aninie. Już piąty raz i to w stulecie tej dzielnicy pe��nej kwiatów. Trudno wyobrazić sobie Warszawę bez anińskich ogrodów, a tych letnich kolorów bez wierszy ks. Jana. Usiedliśmy, jak co roku, choć zawsze jest inaczej. Ta sama jest jednak atmosfera biedronkowej filozofii, w której nawet „deszcz jest uśmiechem niepogody”, a wielkie myśli są przekazywane językiem zachwyconego dziecka, prostym słowem, kolorową i znaną wszystkim metaforą, która kołysze się na wietrze motylą lekkością. Na tarasie, który co roku staje się sceną poetycką, siedział kiedyś autor tych strof i cieszył się sielskim spokojem, życzliwością ludzi wrażliwych. To tu jego sędziwość mogła liczyć biedronki i ważyć słowa ostatnich wierszy. Jest wiele osób, które dobrze pamiętają jego słowa, żarty, bo trzeba wiedzieć, że ksiądz Twardowski miał wspaniałe poczucie humoru. Spotkanie otworzyła gospodyni, czyli Aldona Kraus, następnie przywitała nas prezydent m. st. Warszawy Hanna GronkiewiczWaltz, trzecim mówcą był burmistrz Wawra Jacek Duchnowski. Potem już rozśpiewało się to, co Twardowskie. Były recytacje laureatów, śpiewanie piosenek ze słowami księdza poety, wspaniała, aktywna młodzież prowadzona przez twórczych pedagogów. Koncert miał wiele barw i każdy z uczestników mógł znaleźć ulubione zdanie, czy cały ukochany wiersz. Ukoronowanie koncertu był występ Jerzego Zelnika, który zaprezentował nam kilka wierszy Twardowskiego. Aktor przyjaźnił się z księdzem Janem. Cieszy, że Anin tak pięknie obchodzi swoje stulecie i tak godnych wybiera idoli. Ksiądz Twardowski zamieszkał tu na stałe, w klimacie domu Aldony, przy tablicy pamiątkowej przed wej-

Hanna Gronkiewicz-Waltz prezydent m.st. Warszawy gości nie pierwszy raz w ogrodzie A. Kraus

ściem na posesję, tu, gdzie wartę pełnią harcerze, gdzie prężą się poczty sztandarowe. Z podziwem patrzę na aktywność aninian, na piętnastoosobowy zespół organizatorów spotkania na czele z Aldoną Kraus i jej synem Sergiuszem. Co roku spotkanie kończy się przy ognisku. Jest wspólne śpiewanie i rozmowy przyjaciół, trochę po harcersku, ale przede wszystkim po Twardowsku. Było też „coś na ząb” i gorąca kawa przeciw chłodowi wieczoru. Dziękujemy naszej przyjaciółce doktor Aldonie Kraus za rozkręcenie pięć lat temu zaczarowanego koła poezji Twardowskiego, tu, w Aninie, i stałe doskonalenie koncepcji tego szczególnego koncertu. Gratulujemy zapału i sukcesu wszystkim, którzy rozumieją tę ideę i trwają w tej pracy. Wyjątkowa jest pani doktor Aldona, matka czterech dorodnych synów, babka szalejących „Krausiątek”, specjalistka od chorych oczu, szczególnych wierszy oraz pamięci o poezji i osobie księdza Jana Twardowskiego. „Kiedy myślimy o kimś, zostając bez niego.” Przedruk z miesięcznika Okręgowej Izby Lekarskiej „Puls”


mna1110