Issuu on Google+


MAJOWE ZAMIERZENIA Kiedy w maju tego roku zostałam wybrana przewodniczącą Oddziału Anin Towarzystwa Przyjaciół Warszawy, wiedziałam, czym będę chciała zająć się podczas trwania mojej kadencji. Chciałabym przede wszystkim kontynuować to, co zrobiono dla kultury Anina w minionych latach, czyli dbać o nasze anińskie święta, związane z mieszkającymi tu kiedyś poetami: Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim (Święto Zielonego Konstantego), Julianem Tuwimem (Tuwimiada) oraz ks. Janem Twardowskim (Święto Przyjaciół Księdza Jana). Przy tych spotkaniach Oddział Anin będzie aktywnie współpracował z organizującymi je podmiotami: Biblioteką Wawerską, Zespołem Szkół nr 114 oraz panią Aldoną Kraus. Pragnę dbać o to, by nie zabrakło aninianom możliwości rozmów z ciekawymi ludźmi; spotykaliśmy się z nimi dotychczas w Klubie Kultury Anin pod hasłem: prezentujemy Ludzi Wawra. Ten cykl będzie kontynuowany. Naszą specjalnością są ogrody, toteż członkowie Oddziału Anin namawiają mieszkańców osiedla do udziału w dorocznym konkursie Warszawa w kwiatach i zieleni, w którym mamy już swoich laureatów. Postaramy się utrzymać bliskie stosunki z redakcją naszego ściśle anińskiego periodyku: Między nami aninianinami, dodając do komunikacji z mieszkańcami jeszcze blog aniński (Co słychać w Aninie – www.oddzialanintpw.blogspot.com), a także konto na Facebooku. Blog ma charakter informacyjno-poznawczy, albowiem do kolejnych zamierzeń związanych z pracami Oddziału Anin zaliczam również indeksowanie wyróżniających się mieszkańców naszego osiedla: artystów, lekarzy, naukowców, prawników, a także przedsiębiorców, którzy prowadzą działalność gospodarczą na naszym terenie. Aby aninian poinformować o naszej działalności, zorganizowaliśmy akcję ulotkową, prowadzimy też uliczne rozmowy z mieszkańcami, chcąc ich namówić do poświęcenia odrobiny czasu lokalnej społe­czności. Wszystkie te zamierzenia mają jeden zasadniczy kierunek: podtrzymywanie lokalnej tożsamości. Dlatego promujemy wszystko, co anińskie, od przedszkoli poczynając, na basenie kończąc. Oddział Anin pragnie wpisać do kalendarza tradycyjnych świąt mieszkańców nowe: święto osiedla, które zamierzamy zorganizować w weekend najbliższy 26 lipca (imieniny Anny); w 2014 dzień ten przypada w sobotę. Nie ograniczamy się jednak w naszej działalności do spraw kulturalnych, jako aktywni członkowie lokalnej społeczności członkowie OA TPW interweniują w różnych sprawach u burmistrza dzielnicy Wawer. Kwestie te, to: nierówne chodniki, rozmieszczenia koszy na śmieci, dbałość o zieleń i czystość na osiedlu. Sami dajemy przykład takiej dbałości, zbierając śmieci i zrywając nielegalne reklamy. Służymy również mieszkańcom, jeśli chodzi o pośrednictwo między nimi, a Urzędem Dzielnicy. Zapraszam do wspólnego działania nie tylko członków Oddziału Anin TPW, ale również wszystkich, którzy się w taką działalność zechcą włączyć.

Małgorzata Gutowska-Adamczyk - listopad 2013


ICH ANIN

PODAROWALI ANINOWI LOGO Nad ranem 20 marca 2013 roku zmarł nagle znany, warszawski architekt, Jerzy Andrzej „Kuba” Nowakowski. To On podarował aninianom z okazji stulecia ich osiedla projekt logo, które do dziś znajduje się w niektórych anińskich domach na wielu przedmiotach jako pamiątka owego 2010 roku. A jest to podarunek godny wdzięczności, bowiem jego twórca był autorem bądź współautorem warszawskich osiedli mieszkaniowych, jako Generalny Projektant Pasma Południowego i wieloletni pracownik KBM Północ oraz Mia­ sto-projekt Warszawa. W swoim pracowitym życiu był kolejno dyrektorem Biura Planowania Rozwoju Warszawy oraz Wy­ działu Urbanistyki i Architektury Gminy Centrum. Znalazł czas na przekazywanie swej wiedzy młodym, przyszłym architektom jako nauczyciel akademicki na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. W Aninie stoi kilka willi zaprojektowanych przez Jerzego „Kubę”, między innymi dom przy ul. Homera. Zamieszkał w Aninie w 1963

Projekt J. Nowakowski

roku w domu swojej żony, Lidii; tu przyszła na świat ich córka, Joanna, dziś już doktor, nauczyciel aka­ demicki na Wy­ dziale Architektury Politechniki Warszawskiej. Ona wraz z mężem i córeczką, Jagną - uwielbianą przez dziadka Jurka wnuczką, nazywaną przez Niego „Puszkiem”, mieszkają również w Aninie. Jerzy całe swoje życie zawodowe oddał Warszawie, ukochał to mia­ sto. Był człowiekiem wrażliwym o szerokich horyzontach; życzliwy ludziom, zawsze pełen humoru. Przebywanie z Nim było prawdziwą przygodą intelektualną - wszystkim przynosiło wiele radości. W swoim dorobku zawodowym miał także obiekty sakralne . To Kaplica przy Sanktuarium p.w. Św. Ojca Pio w Warszawie przy ul. E. Fildorfa, Kaplica p.w. Władysława Górala w Lublinie przy ul. ks. Jerzego Popiełuszki. W Wąwolnicy zaprojektował Dom Dziecka - dla dzieci, którymi opiekują się siostry Kapucynki NSJ. O Jego osiągnięciach zawodowych pisał obszernie prezes Oddziału Warszawskiego SARP, którego Jerzy był członkiem. Pogrzeb Jerzego „Kuby”

Lidia i Jerzy Nowakowscy fot. Aldona Krauz

odbył się 26 marca 2013 roku w przepełnionym Kościele Św. Ojca Pio - żegnali Go liczni przyjaciele, znajomi, przedstawiciele władz Warszawy i organizacji, do których należał oraz Jego wieloletni współpracownicy. Jurek „Kuba” pozostawił po sobie wiele ciepłych wspomnień. W gazetach po Jego śmierci ukazało się wiele nekrologów. Jego żona, Lidia, ze wzruszeniem opowiedziała nam, że dopiero po wysłuchaniu opowieści przyjaciół o zasługach Jerzego dla Warszawy zdała sobie sprawę, jak ważną rolę odgrywał.

Przypomnijmy, że udział w powstaniu ostatecznej wersji logo, szykowanego z okazji stulecia Anina, miała Lidia Nowakowska. Spotkaliśmy się w gronie przyjaciół w gościnnym domu Aldony Kraus, by pochylić się nad licznymi propozycjami, przedsta­ wionymi przez pana Jerzego. Wszystkim najbardziej podobała się wersja z dużą literą A. Ale była jakaś smutna. To pani Lidia zaproponowała, by ożywić ją gałązkami sosny i zielenią, niejako symbolami Anina. Jerzy wykonał kolejne projekty z uwzględnieniem propozycji żony. I tak oboje stali się twórcami znaku, który do dziś cieszy nasze oczy w wielu anińskich domach. I na anińskim blogu. Nie zapomnimy o panu Jerzym, pani Lidio. H.W.K. J.T.S.


ROK J. TUWIMA Tekst poniższy pochodzi z książki, wydanej przez Uniwersytet Trzeciego Wieku. Książka ta zawiera materiały, nadesłane na konkurs, zainicjowany przez Marię Pusz, sekretarza Zarządu UTW. Jego celem była nie tylko aktywizacja twórczości osób starszych, lecz także upamiętnienie zdarzeń, ważnych dla naszego środowiska. Anna Suchecka wspomina o pewnych nieznanych faktach z życia Tuwimów w Aninie, wzbogacając przez ZAPISANIE historię ich tu pobytu.

W OGRODZIE PAŃSTWA TUWIMÓW Do spisania tych wspomnień namówiły mnie Niestety, kiedy w 1953 roku Julian Tuwim zmarł, wnuczęta. (…). jego żona z Ewą przyjeżdżały do Anina tylko na waka­ Prawie całe moje życie związane jest z Aninem. cje. W 1948 roku ciocia, pracująca w Związku Literatów Moje dzieciństwo, to Tuwim i Lokomotywa, Polskich, dowiedziała się, że Julian Tuwim poszuku- a dorastanie – Kwiaty polskie. Pod koniec lat osiemje ogrodnika. Dzięki temu mój ojciec, który właśnie dziesiątych Ewa, która na stałe mieszkała za granicą, nim był, został zatrudniony przez poetę. W tym też będąc w Warszawie, napisała do mojego ojca list, roku zamieszkałam z rodzicami i starszą siostrą w którym do najmilszych wspomnień z dziecinnych w Aninie na ulicy Poniatowskiego, obecnie Zorzy. lat zalicza przebieranie się przez niego za św. MikołaRok później do swojej willi, ja i rozdawanie prezentów. którą podobno otrzymał od Ja byłam za mała, żeby Uśmiech aniński. rządu, sprowadził się Tuto zapamiętać. W liście wim. Ojciec opowiadał, jak pozdrawiała też Niusię, czyli O, nie będzie raczej smutno mi w Aninie, bardzo poeta cieszył się, że mnie, bo tak na mnie mówili bowiem wielu zakochanych tu w Tuwimie! nie będzie już musiał nigdzie państwo Tuwimowie. Ojciec Mnogość wielka jest w Aninie rymów łowców wyjeżdżać na wakacje. wyjaśnił mi, skąd wzięło się i Tuwima rymów godnych naśladowców. Dla nas też było to miejsce to imię. Otóż, kiedy przedBy poetów zliczyć wszystkich nie mam głowy, ukochane. Piękny, bardzo stawiałam się Tuwimowi, tylu ich tu na kilometr kwadratowy. duży ogród. W jednej jego powiedziałam, że nazywam Pisze Kasia, Darek, Ala oraz Ania części był naturalny lasek, się Niusia Grotowska za­ i Teresa tworzy wiersze od zarania. w drugiej – drzewka owomiast Anusia i tak już zosCzasem wena łapie nawet starszą panią, cowe i - największa część tało. która nie chce, by mówiono Mania na nią. kwiatowa z altanką, fontanW roku 1965 willa Jest też Basia z poetyckim, krótkim stażem, ną i basenem oraz pięknym w Aninie została odebrapieszczotliwie zwana pierwszym sekretarzem. trawnikiem i mnóstwem róż. na rodzinie Tuwima i dana Moim ulubionym zajęciem Piotrowi JaroszewiczoInni mają polityków i atletów, Anin zawsze był Osiedlem dla Poetów. było zrywanie bratków, które wi. Tym samym my nie Tu pisania mania nigdy nie przeminie! pani Tuwimowa wstawiała mogliśmy tam mieszkać. Niech przybywa wciąż poetów nam w Aninie ! do wazonu. Wiem, że rodzice dostaWyjeżdżając na waka­ li trzy propozycje mieszB.M. 2013 cje, na wieś, zabieraliśmy kań w różnych dzielnicach ze sobą Ewę, córkę Tuwii musieli w ciągu jednego ma. Dla nas, dzieci, pobyt dnia się zdecydować, bo jak na wsi był prawdziwą frajdą, kiedy na żywo widzieć nam powiedziano: gdy wróci premier z zagranicy nas mogliśmy krowy, konie, owce. Mieliśmy też uciechę, ma już nie być w Aninie. Rodzice wybrali mieszkanie kiedy do wsi przyszedł nakaz wydelegowania z każ- niezbyt ładne, za to najbliżej Anina i blisko „terenów dego domu jednej osoby do szukania na polu stonki zielonych”, przy ulicy Kinowej (wtedy nie było jeszcze ziemniaczanej. Za znalezienie jej była nagroda. Nie Trasy Łazienkowskiej). Mieszkanie to miało jedną zasłyszałam, żeby ktoś ją znalazł. Moja siostra, ja i Ewa letę – widną kuchnię. często chodziłyśmy z wiejskimi dziećmi paść krowy. Pamiętam, że gdy już mieszkaliśmy na nowym Dla nas była to zabawa, dla nich – przykry obowiązek. miejscu, a willa Tuwima była w remoncie, ktoś przed Na łąkę braliśmy ze sobą „kanapki” – świeży chleb Bożym Narodzeniem wyciął z ogrodu dwa świerprosto z pieca, polany śmietaną i posypany cukrem. ki. Dla mojego ojca zaczęły się sądne dni. Co kilka Nigdy nie jadłam lepszych. Ich smak pamiętam do dni wzywany był na Komendę MO na ulicy Grenadziś, to była pychota. dierów. Najpierw jako podejrzany, a potem pytano go,


czy on kogoś podejrzewa. Oczywiście, złodzieja nie znaleziono. Z willi Tuwima obecnie nie zostało nic, po przebudowie stoi zwykły, nieciekawy domek, a wisząca na nim pamiątkowa tablica jest zupełnie niewidoczna. Ja niedługo mieszkałam na Grochowie. Po dwóch latach wyszłam za mąż za aninianina i wróciłam do Anina, gdzie mieszkam do dziś. Na ślubie cywilnym była pani Tuwimowa i Tadeusz Breza z żoną. Zdjęcia z tymi ludźmi to dla mnie cenna, sentymentalna pamiątka. Miałam szczęście, że mogłam wrócić do Anina, bo po przepro­ wadzce na Grochów bardzo tęskni­ łam i nie mogłam się odnaleźć w Warszawie. Tu została moja szkoła podstawowa numer 218, do której

chodziłam od 1954 roku. Miałam też szczęście chodzić jeden rok i zdawać maturę w nowo wybudowanym liceum na ulicy Alpej­ skiej. Często, gdy idę na spacer z wnukami, opowiadam im, jak wyglądał Anin mojej młodości. Słuchają tego z niedowierzaniem. Na mojej ulicy (obecnie Zorzy) były tylko 3 domy, dwa na począ­ tku, nasz i już zaczynał się las. Przy ulicy VIII Poprzecznej mieszkała pani prof. Lisikiewicz, do której chodziłam na korepetycje z mate­ matyki. Jej domek kojarzył mi się z małym dworkiem. Niestety, obecnie to rudera do rozbiórki. Gdy przechodzę obok, mam przed oczami panią profesor, niziutką osóbkę pochyloną nad moją

PO TAMTEJ STRONIE Gdy płonęło getto, miałam dwanaście lat. Mieszkaliśmy wtedy dość daleko od tego piekła, bo na Kolonii Staszica przy Al. Niepodległości. Mimo to byłam świadoma tego, co się dzieje, bo wszyscy wokół mnie mówili o powstaniu Żydów w getcie. A na dodatek - byłam bezpośrednio, bardzo osobiście zaangażowana w tę sprawę. Bowiem… Pewnego kwietniowego poranka wyszłam, jak zwykle bardzo wcześnie, aby wyrzucić śmieci. Z ogromnym zdziwieniem zauważyłam na podwórku, przy pojemniku, chłopaka grzebiącego w odpadkach. Był w moim wieku, ostrzyżony na zero, ubrany w nędzną koszulinę, mimo że było jeszcze chłodno. Zrozumiałam od razu. I tak zaczął się mój udział – pośredni – w tragedii Żydów. – Szukasz chleba? – zapytałam. – Ty wiesz, kto ja jestem? – odpo­ wiedział pytaniem, wystraszony. Rozpoczęliśmy rozmowę. Nazywał się wówczas Staszek, był synem żydowskiej mleczarki, która od lat sprzedawała mieszkańcom naszego domu mleko, przywożone wprost ze wsi. Staszek pomagał matce w roznoszeniu tego mleka, stąd dobrze znał okolicę. Przed pójściem do

getta jego rodzicom udało się umie­ ścić syna u zaprzyjaźnionego chłopa na wsi. Został pastuchem krów. Gdy wieść o powstaniu w getcie dotarła do jego wioski, Staszek postanowił pieszo dojść do Warszawy i przyłączyć się do walczących. Nie wiedział, gdzie jest to getto, ani jak się tam dostać, więc przyszedł pod znany sobie adres i czekał, co przyniesie los. – Ty głupku – wymyślałam mu. – Getto już prawie spalone, wracaj na wieś, ocal chociaż swoje życie – przekonywałam. Ukrywał się śpiąc na trawniku koło byłego Pomnika Sapera. W jego tajemnicę wprowadziłam dzieci z podwórka. Oddawaliśmy mu swoje szkolne śniadania, resztki wyniesione z domu, moja mama czasem zapraszała go na talerz zupy i pozwalała się umyć. Choć tyle, bo w naszym mieszkaniu już ukrywała się „ciocia” bez dokumentów. Nie pomagały słowne perswazje. – Oni walczą z Niemcami, chcę być z nimi – powiedział po prostu. Postanowiliśmy więc - ja i zaprzyjaźniony Mirek Miłosz, o rok starszy kolega z podwórka – pojechać ze Staszkiem pod mury getta. Niech zobaczy. Niech się przekona…Wypra-

książką do algebry. Obrazowo i barwnie opowiadam wnukom o „górce Delmacha”, gdzie, w zimie, schodziły się chyba wszystkie dzieci z Anina. Teraz została namiastka góry otoczona willami. Myślę, że czasem każdego nachodzą wspomnienia. Moi synowie, którzy nieraz żartują sobie ze mnie, że wspominam, jak bym już była prababcią, sami już zaczynają wspominać. Chętnie opowiadają o szkole, wojsku, a starszy syn nawet o stanie wojennym(...) Julian Tuwim mawiał, że trzeba tak pisać, by słowom było ciasno, a myślom przestronnie. Robię to z przekonaniem i ulgą, że zostawi­ łam wnukom coś, co będą mogły opowiadać swoim dzieciom. Anna Suchecka

wa tramwajem była ryzykowna, choć Staszek raczej wyglądał jak chłopek ze wsi, niż Żydek. Udało się; stanęliśmy przed murami… Ja wówczas też po raz pierwszy zobaczyłam getto. I nigdy nie zapomniałam tego widoku. Płomienie buchały ze wszystkich okien budynków po tamtej stronie muru. W jednym z nich, na trzecim piętrze, stała kobieta z małym dzieckiem, tuląca je do piersi, jakby chroniąc je przed płomieniami. Stała dobrą chwilę, zanim na naszych oczach …skoczyła. Czy ten widok przekonał Staszka? Chyba nie, skoro tam się rozstaliśmy. Nie wrócił z nami w Aleje. Czy zginął ze swoimi? Czy zdołał się uratować? Nigdy się tego nie dowie­działam. Kilka lat później wraz z rodziną zostałam wyprowadzona pod eskortą Niemców z powstańczej Warszawy. Mój dom też spłonął i Staszek, nawet gdyby ocalał, nie mógłby mnie tam odnaleźć. Może mnie szukał. Może żyje już tylko w mojej pamięci. Może teraz zaistnieje w Waszej pamięci. Może. J. T Szymczak


CO SŁYCHAĆ W ANINIE? Co było i co będzie

Spełniło się dawne nasze marzenie – adres w Internecie, pod którym znaleźć można informacje o aktualnych wydarzeniach anińskich. Tych, które MAJĄ SIĘ ZDARZYĆ i tych ciekawych, które już się zdarzyły. To adres Oddziału Anin Towarzystwa Przyjaciół Warszawy, bloga, który prowadzi jego prezes, Małgorzata Gutowska-Adamczyk. Blog ma podtytuł codziennik, co należy rozumieć, że informuje nie tyle co dnia, ile o sprawach codziennie nas zajmujących. Różnorodna tematyka, nie koncentrująca się na opowieściach o zebraniach organizacyjnych Oddziału, a podejmująca tematy ważne, lub interesujące dla mieszkańców osiedla, na którym Oddział działa – to chyba istotna cecha tego bloga. Jego atrakcyjność zwiększa niebanalna oprawa graficzna, ładnie wkomponowane w teksty liczne fotografie. Duża czcionka ułatwia czytanie. Cieszymy się bardzo z takiej „ niecodziennej rywalizacji” z niecodziennikiem. Zachęcamy wszystkich jego czytelników do wejścia na blog: oddzialanintpw.blogspot.com, lub po prostu - zajrzenia do wyszukiwarki z próbą znalezienia słów CO SŁYCHAĆ W ANINIE Poniżej zamieszczamy ściągnięty z bloga wywiad Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk z Bogusławem Różyckim, prezesem WSS „Społem” Praga Południe. T.S.

NASZ BOROWIK Sklep spożywczy Borowik to w Aninie miejsce kultowe. Czy wie Pan, skąd wzięła się ta nazwa? Borowik został wybudowany w połowie lat sześćdziesiątych . W tych czasach był taki trend w „Społem”, aby większym sklepom nadawać imiona własne. Okolica, w której powstawał ten sklep, nie była jeszcze tak zabudowana jak obecnie. W pobliżu działki, na której go budowano, był las, obfitujący w prawdziwki. Borowiki. Stąd nazwa

Ostatnio Borowik przeszedł face-lifting, z czego my, klienci bardzo się cieszymy. Widać, że Pańska firma dotrzymuje kroku europejskim standardom. Dyskutowałbym, czy tylko face-lifting. Został postawiony na nowo. W tym miejscu pozwolę sobie na troszkę historii. Spółdzielczość społemowska liczy ponad 140 lat. W pierwszej połowie lat 70-tych decyzją rządu zostaliśmy wyznaczeni jako „odpowiedzialni” za handel żyw­ nością w mias­tach, mimo że nie byliśmy przecież przedsiębior­ stwem, ani organizacją, będącą

własnością państwa. W wyniku decyzji rządowych przejęliśmy skle­ py spożywcze od handlu państwowego i spółdzielczości wiejskiej. Z kolei sklepy tzw. przemysłowe przekazaliśmy do handlu państwowego. W rezultacie zostaliśmy praktycznie monopolistami i z nami kojarzono niedostatki, braki towarowe i później kartki. A mogliśmy przecież sprzedawać tylko to, co przemysł dostarczał, nie ukrywaliśmy towarów. W rezultacie znacznej części społe­ czeństwa i nowym władzom źle się kojarzyliśmy. Po zmianach ustrojowych i w czasach reprywatyzacji gwałtownie traciliśmy poszczególne sklepy. Spadały przychody, a rosły koszty związane z przekazywaniem skle­ pów nowym i starym właścicielom. To był dla nas czas walki o przetrwanie. Ponadto pojawiła się jeszcze olbrzymia konkurencja zachodnich sieci handlowych. Udało się nam przetrwać i nastąpił czas na inwestowanie. Borowik to jakby zwieńczenie tego procesu. Proszę zwrócić uwagę, jak zmieniły się nasze inne placówki na ternie Dzielnicy Wawer i innych. Proszę też zauważyć, jaka jest architek-

tura budynku w porównaniu z pawilonami, budowanymi przez Lidla i Biedronkę. Chcieliśmy wkomponować się w architekturę otoczenia, a nie budować taniego „baraku”. Czy zauważają Państwo jakąś specyfikę handlu w Aninie? Czego kupujemy dużo, czego mało, jakie mamy preferencje i gusta? Mógłby je Pan pokrótce scharakteryzować? W zasadzie nie ma istotnej różnicy i specyfiki handlu w Aninie i innych osiedlach. W strukturze sprzedaży dominują u nas tzw. „produkty świeże” t.j. wędliny na wagę, mięso, nabiał i pieczywo. Jako jednostkowa grupa, i to naj­ większe zaskoczenie, to papierosy Osiedle takie, jak nasze, gdzie jest mała, prawie żadna konkurencja, to dla handlowców chyba sytuacja najlepsza z możliwych? Tutaj też pozwolę sobie na polemikę. Obecnie, przy powszechnej motoryzacji i modzie na dokonywanie tzw. tygodniowych za­ kupów nie można mówić o braku konkurencji. Proszę zwrócić uwagę


jak dużo obiektów handlowych wybudowano w bliskiej odległości Anina w samej dzielnicy Wawer. WSS „Społem” posiada w Aninie dwa pawilony. Czy ceny w obu tych placówkach są jednakowe? Panuje opinia, że w Borowiku jest drogo. W obu placówkach ceny mogą się czasem minimalnie różnić. Naszym kierownikom sklepów w bardzo określonych ramach dajemy możliwość stosowania ograniczonej i własnej polityki cenowej. Czy w Borowiku jest drogo? Jest to bardzo szeroki temat do dyskusji. Jest i drożej niż w Biedronce czy Lidlu, ale jednocześnie wiele towarów jest tańszych. Choćby w czasach promocji. Nie zawsze jednak da się porównać ceny na wprost. Trzeba zwracać uwagę i na pojemność, i na wagę. Obie organizacje z uwagi na swoją siłę wywalczyły dla siebie inne pojemności i gramatury. Ważniej­ szym zagadnieniem, a dla mnie problemem, jest jednocześnie skład surowcowy oferowanych towarów. To co nastąpiło w osta­ tnich latach jest wprost nieprawdopodobne. Kiedyś np. szynką był produkt, gdzie z 1 kg mięsa otrzymywano 0,90 dkg wyrobu. Obecnie „wydajność” sięga do 1,80 kg i to też nazywa się szynką. Te różnice, cenowe i składu surowcowego, występują przy tzw. marce własnej. My staramy się sprzedawać wyroby standardowe i dobre jakościowo. Poza tym wzbogacamy naszą ofertę o wyroby tradycyjne, produkty lokalne i regionalne: nabiał z OSM Garwolin i Siedlce, pieczywo z PSS Garwolin i produkowane na zakwasie, bajgle, kołacze staropolskie, wędliny regionalne z firmy Taurus, przetwory z owoców leśnych firmy Fungopol, ciastka Agaty wyrabiane ręcznie itp.

Mamy też w ofercie produkty z certyfikatem ekologicznym oraz produkty PDŻ (Poznaj Dobrą Żywność) W każdym naszym sklepie są tzw. stoiska serwisowe, w których oferujemy towary świeże i na wagę. Zatrudniamy też relatywnie więcej personelu. Na pewno w naszych sklepach klienci mogą uzyskać pomoc i doradztwo. Oferta towarowa naszych sklepów jest szersza niż w dyskontach. Czy kupi w nich pani m.in. takie pozycje jak np. drożdże czy bułkę tartą? Generalnie, staramy się budować jak najszerszą ofertę, aby jak najlepiej zaspokoić potrzeby naszych lokalnych klientów i w przeciwieństwie do wielkich sieci, nie ograniczmy jej do listy towarów najlepiej i najszybciej sprzedawalnych.

zakup o równowartości 5 zł klient otrzymuję 1 pkt. Po uzbieraniu 200 punktów klient otrzymuje talon o wartości 30 zł, , za który może dokonać zakupu w innych naszych sklepach i w wielu sklepach „Społemowskich” w kraju, tj. w spółdzielniach, które przystąpiły do tego programu. Ankietę do wypełnienia i tzw. kartę lojalnościową można otrzymać w Borowiku.

Chciałabym zapytać jesz­ cze o bardzo przydatną ogólnie dostępną tablicę ogłoszeniową, która stała na rogu Kajki i V Poprzecznej. Obecnie stoi na tym miejscu Wasza, zamykana na klucz tablica. Jej funkcja społecz­ na jest o wiele mniejsza. Jesteśmy oczywiście otwarci na propozycje celem umieszczania w niej ogłoszeń społecznościowych Jestem klientką WSS „Społem” Tablica obecna stoi na naszym Praga Południe od wielu lat, ternie i ma służyć jako możliwość mam kartę rabatową, która ob- umieszczania informacji dla niża moje zakupy o 5% (?) może naszych klientów. należałoby wyjść z akcją informacyjną do klientów, promującą Rozmawiała używanie tej karty? Małgorzata Gutowska Adamczyk Zrezygnowaliśmy z tej formy pro- Od redakcji. mocji. Wprowadziliśmy tzw. pro- Prośba o wycięcie suchych drzew gram lojalnościowy, który ma przy Borowiku została spełniona. bardziej „przywiązać” klientów Na fot - zespół Borowika do naszych placówek. Za każdy


NIE CAŁY GINĘ….

W dniu odsłonięcia tablicy przy Wypożyczalni nr 87: Z. Górzyńska, M. Nowacki (przewodniczył Komitetowi Upamiętnienia K.J.G.) oraz Kira Gałczyńska.

Stowarzyszenie Właścicieli Nieruchomości, zawiązane przez pierwszych właścicieli w Aninie w latach dwudziestych ubiegłego stulecia, zostało reaktywowane w 1996 roku. Nastąpił okres, w którym odgrywało w życiu anińskiej społeczności istotną rolę. Skupiając w swoich szeregach ponad stu dwudziestu właścicieli miejscowych posesji, aktywnie działając wespół z Radą Osiedla – decydowało w ważnych dla Anina sprawach – o kanalizacji, utwardzeniu dróg, oświetleniu ulic, budowie wodociągów. Angażowali się w te sprawy jego kolejni prezesi. Pierwszym z nich był śp. dr Stanisław Kaliciuk, następnie - Jędrzej Dmowski, śp. Karina Stolarska i ostatni - Michał Nowacki. Nie oszczędzali swego czasu takze członkowie Komisji Rewizyjnej i Zarządu. W ciągu dziewiętnastoletniej działalności aktywnie uczestniczyli w pracach i władzach Stowarzyszenia tacy nasi mieszkańcy Anina jak: Zofia Górzyńska, Elżbieta Józefowicz, Andrzej Szalewicz, Krzysztof Brożyna, śp. Eugeniusz Mucho, Leonia Kalinowska, Mariusz Jaworski, Wiesław Marczak, Stanisław Borowy, śp. Józef Glowacki i inni. Współpraca z anińskim pismem

MNA była ważną formą podnoszenia prestiżu Anina jako środowiska pisarzy, artystów, naukowców i umożliwiała pokazanie osiedla, jako środowiska przywiązanego do tradycji i sensownych działań społecznych. Stowarzyszenie w czasie swego istnienia czynnie współuczestniczyło we wszystkich inicjatywach organizowanych w naszym Osie­dlu przez Radę Osiedla, Towarzystwo Przyjaciół Warszawy, Fundację Rozwoju Anina. Wspólnym osiągnięciem –rezultatem ta­ kiego działania było upamiętnienie ważnych postaci żyjących w Aninie twórców - K.I. Gałczyńskiego, J. Tuwima, ks. J. Twardowskiego. Znaczący był udział Stowarzyszenia w obchodach Stulecia Anina i Roku Jerzego Zaruby, jak również

- upamiętnienie pobytu ks. Jerzego Popiełuszki w Aninie. Niezapomniane pozostaną wspólne „wigilie” , na których to spotkaniach mogli wymienić poglądy nie tylko aktywni członkowie Stowarzyszenia, lecz także zaproszeni goście z organizacji współ­ działających ze Stowarzyszeniem. W sierpniu 2013 r. redakcja MNA otrzymała list, podpisany przez Michała Nowackiego, komunikujący, iż „ na Nadzwyczajnym Walnym Zebraniu SWN w dniu 13.01.2013 roku - wobec wyczerpania się możliwości dalszego realizowania celów statutowych podjęto uchwałę o rozwiązaniu i likwidacji Stowarzyszenia Właścicieli Nieruchomości w Aninie. Likwidatorem został Michał Nowacki. A więc nastąpił koniec pięknego rozdziału w społecznym życiu Anina A jednak nie całkiem... Kwota z likwidacji Stowarzyszenia decyzją Walnego Zebrania i Zarządu została przekazana specjalną umową do Stowarzyszenia Uniwersytetu Trzeciego Wieku, jako wsparcie dla wydawnictw związanych z Aninem – przede wszystkim na kontynuowanie wydawania MNA. Mamy nadzieję, że Redakcja spełni pokładane w niej nadzieje. ( M.N) Pierwszy z prawej - Jędrzej Dmowski


Zielony Konstanty ocalony dla Anina Jak co roku 1 czerwca 2013 r., w Wypożyczalni nr 87 uroczystym złożeniem kwiatów pod tablicą upamiętniającą pobyt K.I. Gałczyńskiego w Aninie, rozpoczęło się święto ZIELONEGO KONSTANTEGO. Gościem honorowym była córka Poety. Biblioteka gościła Kirę Gałczyńską już po raz siedemnasty. – Czuję się tutaj jak u siebie, nie jak gość – wyznała, czym na nowo podbiła serca przybyłych na to spotkanie. Przywiozła ze sobą, jak zwykle, garść rodzinnych wspomnień, barwnych opowieści o sławnym ojcu i o własnych działaniach oraz nową książkę autorstwa Jana Rodzima: A BAŁWAN CIĄGLE STOI. Jest to zbiór satyr autorstwa Gałczyńskiego.

Kirą w latach 1936 - 1939. Począ­ tkowo przy ul Legionów (obecnie Homera), a następnie zajmował dom przy ul Leśnej pod nume­ rem 18, niedaleko miejsca, gdzie obecnie znajduje się wawerska Biblioteka. Nazwa ulicy została zmieniona z Leśnej na Trawiastą po przyłączeniu Anina do Wiel­ kiej Warszawy w roku 1951. Dom przy Leśnej spłonął w czasie woj­ ny, we wrześniu 1939 roku. Dziś trudno byłoby ustalić z całą pewnością miejsce, w którym stał, gdyż Anin uległ poważnym przeobraże­ niom, ale pamięć o zamieszkiwaniu rodziny Gałczyńskich przy tej ulicy pozostała i – zobowiązuje..

W trakcie spotkania wręczono nagrody III edycji Turnieju Jednego Wiersza: ANIŃSKIE NOCE KONSTANTEGO. Ślad pierwszego pobytu Kiry Gałczyńskiej MISTRZA w Aninie po 57-letniej przerwie Dyrektor Wawerskiej BiblioteCieszy bardzo duże zainteresoki, Barbara Karniewska przywiwanie młodzieży. tała gości, wśród których byli przedstawiciele Urzę- Jury przyznało nagrody: du Dzielnicy: z-ca burmistrza - Łukasz Jeziorski W kategorii: „Młodzież do 18 lat”: oraz Mirosława Skoczeń - naczelnik Wydziału Kul- Miejsce I – MAREK MORYC, za wiersz pt. JESIENIĄ tury. Oddział Anin Towarzystwa Przyjaciół Anina MALOWANE reprezentowała jego nowa prezes - Małgorzata Gu- Miejsce II – ANDRZEJ JAGIEŁŁOWICZ, za wiersz towska-Adamczyk, dobrze już znana wszystkim - nie pt. DEMETER TĘSKNIĄCA tylko czytającym aninianom - pisarka. Miejsce III – KACPER MIRIUK, za wiersz Tegoroczne obchody DNIA ZIELONEGO KON- pt. ZIMOWY WIECZÓR STANTEGO stanowiły imprezę otwierającą Letnisko Wyróżnienie dla ALEKSANDRY DĘBSKIEJ, z Artystami. Kulminacja Letniska miała miejsce we za wiersz pt. MELODIA UŚMIECHU wrześniu br. Wyróżnienie dla BARBARY ALKI, za wiersz pt. PIÓRO Goście Biblioteki w Aninie mogli zobaczyć przed­ W kategorii: „Dorośli”: stawienie pt. BAL U PROFESORA BĄCZYŃSKIEGO, Wyróżnienie dla BEATY LEWICKIEJ, oparte na tekstach TEATRZYKU ZIELONA GĘŚ za wiersz pt. NATALII K.I. GAŁCZYŃSKIEGO, w wykonaniu grupy teatralnej z KK Falenica pod opieką Szczepana Szczykno. Imprezą towarzyszącą tegorocznemu spotkaniu był Przedstawienie wywołało salwy śmiechu i spory aplauz rodzinny piknik z okazji Dnia Dziecka oraz warsztaty widowni. Oto wielkość Poety – teksty Gałczyńskiego plastyczne. wciąż bawią, wciąż są aktualne. Katarzyna Nowak. Cieszy jednak fakt, że zaniechano pomysłu przeniesienia obchodów Dnia Zielonego Konstantego do Międzylesia,. Zielony Konstanty i Anin to jedno – nierozerwalnie od siedemnastu lat. To święto osiedla osadzone w tradycji. Przypomnijmy – Gałczyński mieszkał w Aninie z żoną Natalią i maleńką córką


OTÓŻ I WALNE…

Było to wydarzenie ważne nie tylko dla członków TPW. Bo głos tego w sumie niezbyt licznego, anińskiego towarzystwa liczy się w Aninie i owocuje pozytywnie w wielu dziedzinach, o czym świadczą liczne, zrea­ lizowane w ciągu wielu lat działania Koła, a następnie Oddziału tej organizacji. Pisać o nich nie ma sensu, bowiem o wszystkim informowaliśmy na bieżąco. Więc o WALNYM… Dowództwo nad przygotowaniem Walnego Zgromadzenia Członków O.A. TPW, (które odbyło się 26 maja 2013 r.) objęła sekretarz ustępującego Zarządu. Z właściwym sobie talentem wciągnęła do współpracy mnó­ stwo osób i to nie tylko członków Oddziału. Furorę zrobiły np. wymyślne, gustowne zaproszenia, przygotowane przez Grażynę Mordzon, znaną w Aninie malarkę; na uwagę zasługuje także przygotowana przez K. Zimną sala obrad. Dopisali goście – m. inn.szefowie dzielnicy i przedstawiciele Z.G TPW. Zebranie otworzyła ustępująca prezes, Maria Chodorek, ze swym ostatnim w tej roli przemówieniem. Wspomniała w nim o tych, którzy – już nieobecni - przed laty tworzyli podwaliny Towarzystwa. Prowadziła je sprawnie wybrana jednogłośnie przewodnicząca spotkania – Małgorzata GutowskaAdamczyk. Po niespełna dwóch godzinach wybrano nowy Zarząd, Komisję Rewizyjną, wręczono laudacje i odznaczenia. Uchwalono program działania na następne lata. Oby udało się go zrealizować i wzbogacić nowymi pomysłami! Tesz

W skład nowego Zarządu weszli:

Małgorzata Gutowska-Adamczyk - prezes Jadwiga Wołoszka - zastępca Agnieszka Buksińska - zastępca Barbara Mildner – sekretarz Halina Woźniak - skarbnik Wojciech Adamczyk – członek zarządu Maria Chodorek - członek zarządu Teresa Szymczak - członek zarządu Ksenia Zimna - członek zarządu

W skład Komisji Rewizyjnej weszły: Stanisława Cyngot - przewodnicząca Halina Kowalska Joanna Kuncewicz-Urban

Złotymi Odznakami TPW wyróżnieni zostali:

Alicja Francman, Halina Kowalska, Aldona Kraus, Joanna Kuncewicz-Urban, Ryszard Paszkiewicz, Danuta Pyrzyńska, Henryk Solnicki, Dariusz Osiński, Małgo­ rzata Tomaszewska, Jadwiga Wołoszka, Halina Woźniak, Antoni Wiweger, Cecylia Zimna.

Wyróżnienie statuetkami Zasłużony Przyjaciel Anina:

Halina Woźniak, Dariusz Osiński, Maria Chodorek, Marzena Grochowska. Rys. z zaproszenia - Grażyna Mordzon


Sala obrad przygotowana przez B. Mildner i K. Zimną; zniosły stoliki z całego Klubu Kultury

Na tle okna stoi przewodnicząca zebrania, M.G.A Po prawej stronie głosuje J. Wołoszka, H. Kowalska, S. Maziarska

Od lewej: B. Mildner, A. Buksińska, Z. Kamińska, M. Gutowska-Adamczyk

Wręczanie wyróżnienia Zasłużony Przyjaciel Anina Od lewej: T. Szymczak, M. Grochowska, A. Kraus, ks. D. Marczak, H. Woźniak

Oto nowi Zasłużeni Przyjaciele Anina. Przed chwilą otrzymali “pucharki”: H. Woźniak, D. Osiński, M. Chodorek (składa podziękowanie), M. Grochowska (V-prezes ZG TPW).

Oni otrzymali Złote Odznaki TPW: J. Kuncewicz-Urban, H. Woźniak, J. Wołoszka, M. Grochowska, K. Zimna, D. Osiński, A. Francman, H. Kowalska, A. Kraus foto Andrzej Sachanowski


10 lat minęło ... Był rok 2000... Grupa studentów

zaprosiła nas - rodziców z dziećmi z niepełnosprawnością na spotkanie. Kilka rodzin, już wcześniej, na początku lat osiemdziesiątych, należało do wspólnot „Wiary i Światła”. Zainspirowani duchowością tego ruchu i myślą jego założyciela – katolickiego filozofa Jeana Vanier’a ,że każda osoba niepełnosprawna jest niepowtarzalnym darem i ma innym wiele do ofiarowania, zaistnieliśmy jako wspólnota w Aninie. Tworzyły ją osoby niepełnosprawne, ich rodziny i grupa młodych przyjaciół. Spotykaliśmy się raz w miesiącu na Mszy Świętej w salkach parafii MB Królowej Polski. Potem było świętowanie, rozmowy, zabawy lub spacery. Opiekę duszpasterską w tym czasie sprawował nad nami ks. Dar­ iusz Marczak , później ks. Artur Szajko, następnie ks. Krzysztof Abramowski. Okres ten wspominamy radośnie - jako czas tworzenia wspólnoty, poznawania się, służenia sobie. Dla wielu osób z niepełnosprw­ nością otworzyła się możliwość uczestniczenia we Mszy Świętej , przebywania w grupie , wyjścia z domu. Rodzice mieli możliwość nawiązywania kontaktów, wymiany myśli, wypowiedzenia swoich trosk , czerpania radości z wzajemnych kontaktów . W wyniku tych spotkań zrodziła się myśl sformalizowania i rozszerzenia działań naszej grupy. I tak, w końcu 2002 roku odbyło się zebranie założycielskie przyszłego Stowarzyszenia. Następnie - przy­ gotowanie dokumentów, wybór zarządu i prezesa. Został nim pan Andrzej Kamiński , który szybko podjął działania zmierzające do rejestracji Stowarzyszenia w sądzie.

Już marcu 2003 roku uzyskaliśmy osobowość prawną i tym samym uprawnienia do pro­ wadzenia dzia­łalności. Z dużą determinacją rozpoczęliśmy szukanie pomieszczenia dla naszych działań. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności o naszych staraniach dowiedział się śp. ks. proboszcz Wiesław Kalisiak. Zaprosił nas do pomieszczeń w budynku dawnego kina Wrzos należącego do parafii Anin. Szybko przystąpiliśmy do

CHAT AZ POMY SŁAM I

odnawiania i dostosowywania do naszych potrzeb bardzo zniszczonych pomieszczeń. Nie mając żadnych funduszy, prace remontowe prowadziliśmy siłami własnymi i zaprzyjaźnio­ nych z nami osób. Od 2004 roku zaczęły odbywać się, raz w tygodniu, zajęcia pro­ wadzone przez wolontariuszy – studentów Akademii Teatralnej i pedagogiki specjalnej z APS. Jednocześnie staraliśmy się o fundusze, uczestniczyliśmy w konkursach organizowanych przez urzędy

centralne. Udało nam się uzyskać dofinansowanie na pierwszy nasz wyjazd - warsztaty ceramiczne w Kapkazach w Górach Świętokrzyskich. Nasze pracownie stawały się coraz ładniejsze, kolorowe, ozdabiane przez uczestników. W „Pracowni Działań Twórczych” dominowały zajęcia muzyczne, plastyczne i teatralne. Powstał Teatr Klamra. Po pewnym czasie zajęcia odbywały się trzy, a potem pięć dni w tygodniu – nadal prowadzone własnymi siłami. W tym czasie realizowaliśmy wiele ciekawych projektów jak : „Niecodzienne Spotkania Codzie­nnych Twórców”, „Dialog przez Sztukę”, „Wakacyjny Plener Artystyczny” ,” Muzyka przez Dia­ log” , a grupa muzyków skupiona w zespole „ Czadu Zośka , czadu” nagrała płytę. Brak stałego zabezpieczenia finansowego utrudniał naszą pracę. Pracowaliśmy w oparciu o projekty krótkoterminowe. W 2006r. pan Andrzej Kamiń­ ski i zarząd zostali upoważnieni do podjęcia starań o stworzenie placówki działającej przez pięć dni w tygodniu w oparciu o stałe finansowanie z funduszy urzędów centralnych.


Zwróciliśmy się o pomoc do „Ośrodka Pomocy Społecznej Dzie­ lnicy Wawer”. Uzyskaliśmy ją od pani dyrektor Renaty Staruch, która organizowała u nas spo­tkania władz z urzędu woje­ wódzkiego, urzędu miasta, dzielnicy i radnych różnych szczebli oraz zaproponowała pomoc przy napisaniu projektu w celu utwo­ rzenia Środowiskowego Domu Samopomocy dla osób z niepełnosprawnością. Takiej placówki nie było w dzielnicy Wawer, Rembertów i Wesoła. W listopadzie 2008 roku, zostaliśmy poinformowani o zleceniu nam przez Mazowiecki Urząd Wojewódzki prowadzenia Środowiskowego Domu Samopomocy dla 25 osób. Radość nasza była ogromna .

odbywają się w kilku praco­wniach – rehabilitacji ruchowej, umie­ jętności społecznych, cerami­ cznej, rękodzielniczej, kulinarnej i muzycznej. Z powodzeniem działa zespół muzyczny „Tikaua Band”, który nagrał płytę pt. Jedziemy na Śląsk na cześć pierwszych instruktorów. Do stałych naszych działań należą wakacyjne wyjazdy, na których nie tylko atrakcyjnie spędzamy czas, ale poznajemy ciekawe zakątki Polski jak : Jura Krakowsko-Częstochowska, Nałęczów, Tolkmicko , Gołdap, okolice Ełku. Organizujemy jednodniowe wycieczki-pielgrzymki - „Śladami bł. księdza Popiełuszki”, „Szlakiem św. siostry Faustyny”, do Czerwińska , Sochaczewa , Łowicza. Co roku, w czerwcu, bawimy się na „Święcie Chaty”. Zapraszamy Mamy stałe zespoły muzyczne, wystawiamy finansowanie! nasze prace, tańczymy, biesiadujemy z naszymi gośćmi. PielęgZ otrzymanych nujemy świąteczne tradycje. funduszy mogliśmy Korzystamy z bliskości kościoła uczestniczymy w Mszach wyremontować nas- iŚwiętych m. in. na „Dzień Choretępne pomieszczenia go”. Gościliśmy na poczęstunku przez parafialny – pracownie, szatnię, przygotowanym Caritas. Przed Świętami organizutoaletę. jemy Dni Skupienia z możliwością Przyjęliśmy nowych uczestników, spowiedzi. Opiekę duszpasterską zatrudniliśmy kierownika i tera- nad naszą organizacją sprawuje ks. peutów stosownie do ilości uczest- Adam Kurowski. ników. Zajęcia terapeutyczno - rehabilitacyjne mogły odbywać się zgodnie z projektem – codziennie od godz . 8:00 do 16:00. W 2012 roku rytm naszych codziennych zajęć ponownie urozmaiciły prace remontowo -budowlane. Wykonywaliśmy zadania związane z likwidacją barier architektonicznych - zakupiliśmy schodołaz do łatwiejszego pokonywania schodów, zabudowaliśmy konstrukcją szklaną taras, wyremontowaliśmy kolejne pomieszczenia. Obecnie zajęcia terapeutyczne

Cieszymy się , że uczestnicy chętnie przychodzą do Chaty na zajęcia. Mają poczucie przynależności do grupy , są radośni i wykazują się coraz większą aktywnością. Niektórzy redagują gazetkę „ Czym Chata bogata”, piszą artykuły , opisują wydarzenia wspólnie przeżyte, robią zdjęcia. Inni pomagają w pracach porządkowych wokół budynku i w pracowniach, przygotowują stół do posiłków, prowadzą modlitwy w grupie, biorą udział w zajęciach komputerowych w bibliotece, pielęgnują kwiaty. Wszyscy czują się współgospodarzami Chaty. Radością z naszego dzieła staramy się dzielić z przyjaciółmi, których zapraszamy na nasze świętowania. Są to osoby, które trwają z nami od początku - jak pani Dyrektor OPS Renata Staruch i radna Komisji Spraw Społecznych Dzielnicy Wawer , pani Hanna Chodecka. Szczgólne słowa wdzięczności kierujemy do naszego Proboszcza ks. dziekana Marka Doszki za użyczenie nam pomieszczeń. Bardzo się cieszymy pracą i obecnością wolontariuszy w naszej grupie. Dziękuję wszystkim przyjaciołom, którzy pomagali nam w ciągu tych 10 lat, byli z nami w radosnych i trudnych chwilach -warto było. Zofia Kamińska Fot. z archiwum Chaty z pomysłąmi


HOMO LEGENS CZYNNE, CZYNNE, ZAPRASZAMY

tych, którzy mieszkają obok nas. Autorami tej powieści są lekarze weterynarii, Iwona i Piotr Chodorkowie oraz historyk nauki, Anna Trojanowska, którzy zapowiadają, że na wiosnę 2014 r. ukaże się druga część książki o przygodach Wojtka i jego brata. (ESKA) Tyle informacji o bardzo interesującej - zwłaszcza dla aninian – książce. A teraz trochę pytań i nie ukrywam – zachwytów nad tą zwykłą – wydawało by się –relacją z życia wziętą. Jak się pracuje, pisząc we troje? Kto scalił w jedną zręczną opowieść tak różne doświad­czenia piszących? Bo ta powieść o pracy weterynarzy, ich troskach przy diagnozie (w sytuacji, kiedy przecież pacjent nie umie powiedzieć, co mu dolega), o sposobach leczenia, rozterkach i radoś­ ciach - tchnie niezwykłym realizmem i znajomością psychiki ludzi, o których się pisze. Jest dobrze napisana. Perypetie rodzinne przedstawione są w zręcznych, naturalnych dialogach, co czyni powieść łatwiejszą w czytaniu; opisy zabiegów weterynaryjnych budzą zaufanie do fachowości lekarza zwierząt. A klienci - bywają różni; świetne są ich charakterystyki. Mnie się książka po prostu podoba. Dziękuję Autorce rekomendacji na ostatniej stronie okładki, że mi ją - pożyczyła. Czekam na tom drugi. Tesz

PANIE JAROSŁAWIE - NIE ROZUMIEM

Adamczykom) tomiszcza w formacie A4, autorstwa wyżej wymienionego poety p.t w proch. Pożyczam ten skarb i wytrawnym znawcom poezji, i tym, którzy uczą się ją rozumieć. I cieszę się, jakbym była autorką tych strof, kiedy słyszę w końcu – to przecież o mnie! To moje myśli , to moje wątpliwości. A znawcy zachwycają się np. ARS POETICA. Osobiście nie mogę zdecydować się, który z tych wierszy jest najbardziej MÓJ. Wszystkie moje… Czytając Klejnockiego podziwiam jego zdolność nawiązywania dialogu z twórcami różnych epok, różnych przestrzeni. Śledzenie tych odniesień sprawia mi swoistą przyjemność. Swobodnie i subtelnie pro­ wadzi dialog z Białoszewskim, Szymborską, Kochanowskim, z autorami Biblii; wszystkich napomknięć nie wyliczę. Z dumą jedynie stwierdzić mogę, że w Aninie jestem niewątpliwie najwytrwalszą czytelniczką poezji Klejnockiego i jej nieustającą propagatorką. Przypominam, że w numerze 77 z 2012 roku MNA drukowane były trzy jego podarowane Aninowi wier­ sze. W tym o miłości - Ach miłość (quasi centon), który uważam za jeden z najpiękniejszych wierszy autora. Może jeszcze coś nam podaruje? Tesz

Gdzieś na linii otwockiej, z dala od wielkiej Warszawy, ale jeszcze w Warszawie, gdzie wysokie sosny rosną w ogrodach, a wiosną kwitną bzy i jaśminy - całkiem w pobliżu, może na sąsiedniej ulicy, toczy się akcja książki Nieczynne do odwołania (Katowice 2013, Wydawnictwo Szara Godzina, 318 s.) . Głównym bohaterem tej powieści jest absolwent weterynarii, Wojtek, który po śmierci rodziców próbuje odnaleźć się w nowej, trudnej rzeczywistości i odbudować swój pokiereszowany świat. Pomagają mu w tym: młodszy brat, Miki, babcia Ina, przyjaciele i domowe zwierzęta, oni mu przypominają, że życie toczy się dalej. Przy ich wsparciu Wojtek decyduje się na otwarcie lecznicy, którą prowadzili jego rodzice. Poznaje nowych ludzi, poznaje też dziewczynę i przeżywa miłość. Odzyskuje wiarę w siebie. A gdy problemy z pracą ma już za sobą, spostrzega, że czeka go jeszcze wyjaśnienie rodzinnej tajemnicy. Nieczynne do odwołania to książka o dorastaniu i poszukiwaniu swojego sposobu na życie, o sprawach trudnych i o sprawach zwykłych, codziennych, czasem zabawnych. To książka o ludziach, dla których zwierzęta są ważną cześcią życia, i o zwierzętach. O

Byłam zdumiona, kiedy w WIADOMOŚCIACH LITERACKICH przeczytałam felieton Jarosława Klej­nockiego, dyrektora Muzeum Literatury przewidujący nieuchronny koniec książki drukowanej, tej papierowej, pachnącej farbą… On sam , jak przyznaje, publikuje swoje poetyckie tomiki już tylko w formie cyfrowej i zachęca niejako do czytania ich na ekranie monitora, bądź do ściągania ich sobie przy po­ mocy drukarki. To ściąganie jest konieczne, bo komu wystarczy jednokrotnie przeczytać wiersz, który nie jest prostą, pozbawioną skojarzeń rymowanką? Kto zdoła rozszyfrować wszystkie subtelne metafory, odniesienia do innych poetów bez wielokrotnego, powiem: czułego czytania… Chyba tylko polonista, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego może tego dokonywać bez trudu. Ale wielu nowych czytelników zdobędą autorzy powieści dzięki możliwości słuchania ich książek, czytanych przez świetnych lektorów… Słuchać ich można jadąc w autobusie, na spacerze, obierając ziemniaki, gotując obiad. Tylko z poezją trochę to trudne. Ja jestem szczęśliwą posiadaczką (dzięki p.p.


Kanapki DARJUSZ OSIŃSKI Najbardziej smakowały mi te wyżebrane, czyli np. chleb ze smalcem z przydziału, przyniesione przez przyszywanego dziadka. Dziadek kładł kromkę na desce, smarował ją wolno i grubo. Prószył solą, kroił w półtoracentymetrowe paski i przecinając w poprzek uzyskiwał pajdkę pociętą w pyszne kwadraciki… Czekał, zerkając na mnie, czy już intensywnie przełykam ślinę. Przełykałem. – Chcesz, wnusiu? Wbity na nóż pachnący sześcianik stawiał przed moim nosem prowokując mnie do otwarcia ust i maksymalnego zeza. Chłap. Podarek był już mój, a w kolejce czekał jeszcze pies z kotem. Na nic zdały się tłumaczenia rodziców, że dziadek nie ma pie­ niędzy i ten przydziałowy smalec powinien zostać w całości dla niego. Co miesiąc powtarzał się ten sam rytuał. Na podsiedleckiej wsi wszystko smakowało bardziej - u wielodzietnej, niezbyt zamożnej, rodziny. Ciotka proponowała chleb z miodem, powidłami, albo ze śmietaną i z cukrem, mnie bardziej smako­ wał chleb polany wodą i oprószony cukrem przez moich nie najbogatszych przyjaciół. Kanapki do szkoły w specjalnej torebce śniadaniówce szykowała mi babka. Trafiały się nawet smakowite rogale z masłem. Pewnego razu zapodziałem taki skarb i wydało mi się, że stało się to w ciężarówce ojca kolegi, który podwoził nas kawałek. Brak rogala tak mnie pognębił, że w jego poszukiwaniu szwendałem się do zmroku i tylko cudem odszukało mnie rodzeństwo. Konkretne kanapki pojawiały się na stole wraz z nowalijkami zebra-

nymi w przydomowym inspekcie. Na kromkach białego pieczywa posmarowanych masłem uśmie­ chał się wiejski biały ser zmieszany ze szczypiorkiem, albo rzodkiewką. W czasach intensywnych młodzieńczych spotkań towarzyskich przygotowywanie i jedzenie kanapek było pretekstem do nowalijkowych flirtów. Po jednej z głośniejszych prywatek w moim domu, pyszne kanapki, finezyjnie komponowane na różnego rodzaju pieczywie z pumperniklem włącznie, przykleiły się do moich ukochanych płyt. Najwyraźniej komuś spodobała się ich jazda na gapę w rytm rokowej muzyki pod ramieniem gramofonu. Winnych nie ustaliłem, choć miałem swoje typy… W latach siedemdziesiątych, wieczorami, w sztabie Marynarki Wojennej w Ustce robiliśmy sobie tajne kolacyjki. Kiedy zgłosiłem się na ochotnika do zrobienia kanapek, jeden z Kaszubów jęknął: - Znowu te warszawskie sznytki… Poprosiłem o wyjaśnienie. - No, pewnie kromki będziesz kroił na drobne i załadunek zasypywał w kostkę pokrojoną cebulą, zamiast po Bożemu zostawić pajdy w całości. Miał rację, bo ja wolałem małą

DOBRA PROZA kanapkę na trzy kęsy od takiej na pięćdziesiąt… W latach osiemdziesiątych swoim córkom szykowałem kanapki, których podobno koleżanki im zazdrościły Nic dziwnwnego. Byłem kiedyś u kolegi w pracy gdy ten, zrozpaczony, stwierdził, że zapomniał swoim ośmioletnim synom dać do szkoły śniadanie… – Trudno, sam zjem. – I wyciągnął z szarej, papierowej torebki najpierw kromkę chleba, potem dziesięciocentymetrowy kawałek kiełbasy… Przypomniał mi się wtedy rosyj­ ski dowcip, że najlepiej smakuje chleb posmarowany nożem. Wydaje mi się, że kanapki znik­ nęły z naszych stołów. Ja czasami biorę kromkę chleba, smaruję smalcem, kroję w paski, przecinam w poprzek, nadziewam sześcianik na nóż i zanim zjem, patrzę nań, jakbym sobie coś przypominał... Musi to dziwnie wyglądać, bo pies z kotem aż przysiadają z wpatrzo­ nymi we mnie oczyma. Pewnie robię zeza.

Akwarela G. Mordzoń - Jesień nad kanałkiem.


Z dorobku wydawniczego Towarzystwa Uniwersytetu Trzeciego Wieku

Zachęcamy do przeczytania wydanej w 2012 roku książeczki ze wspomnieniami wawerczan, nadesłanymi na konkurs, przez to Towarzystwo ogłoszony. Są wśród nich aż cztery niezmiernie ciekawe opowia­ dania o przeszłości autorstwa aninian. Poniżej – wstęp do książki historyka, Jana Czerniawskiego – też aninianina. Opowieści rodzinne opracowała (i ich powstanie zainicjowała) Maria Pusz, sekretarz Zarządu Towarzystwa.

Autorzy wspomnień, twórcy historii Przychodzili na świat, rośli i doj­ rzewali. Ich miłość niejedno miała imię. Stawali przed ołtarzem. Rodziły im się córki, przychodzi­ li na świat synowie. Wyprawiali chrzty i wesela, urządzali pogrzeby. Wiele godzin spędzali na rozmowach i zabawach z dziećmi, przeżywali ciężkie chwile pochyleni w szpitalach nad łóżkami schorowa­nych rodziców. Nie mają jednak poczucia zmarnowanego czasu. Niczego nie żałują. Na kartach prawie wszystkich zawartych w tej książce wspomnień odnaleźć można przekonanie o ogromnej wartości rodziny. Autorzy doceniają życie rodzinne, nawet jeśli przyniosło im więcej utrapień i goryczy niż radości. Jest to zresztą zgodne z ogólnopolską tendencją: badania socjologiczne dowodzą regularnie, że rodzina jest dla Polaków najistotniejszą wartością. Przeżyli wiele dni. Wypełnili je prozaiczną krzątaniną. Ktoś musi przecież pójść na targ, ugotować obiad i po nim pozmywać. Mieszkanie się samo nie sprzątnie. Brudna bielizna nie wskoczy do balii. Dzieci też mają swoje wymagania. Żeby je wykarmić, ubrać i posłać do szkół, potrzeba całej masy pie­ niędzy. Nie ma większego znaczenia czy będą to ruble, marki polskie czy złotówki. Trud rolnika z Zagoździa czy Julianowa nie jest wart więcej niż praca robotnika z Międzylesia czy Marysina. Czy są oni bardziej zmęczeni niż urzędnik z Radości, który jedzie codzie­ nnie zatłoczonym pociągiem do Warszawy? Mozolnie budowali własną po-

myślność, marząc przy tym o lepszych warunkach życia dla następnych pokoleń. Nie czuli się wyjątkowi. „Moja rodzina nie należy do wybitnych, nie jest godna zaszczytów i wyróżnień. Przeciwnie, jest przykładem przeciętnej rodziny, której przyszło żyć w takich, a nie innych czasach.” – pisze Grażyna Roguska. Jeśli nawet zdarzało się im podej­ mować heroiczne decyzje, nie traktowali (i nie traktują) tego jako zasługi. Bożena Adamczewska i jej mąż adoptowali chłopca, którego rodzice przedwcześnie odeszli z tego świata. Wychował się razem z ich biologiczną córką. Poszedł studiować dziennikarstwo. Po jakimś czasie państwo Adamczewscy znów przyjęli pod swój dach dzieci. Były to cztery dziewczynki, których matka zmarła na białaczkę. Rodzina okazała się dla tych dzie­ ci oparciem. W tym przypadku była to rodzina zastępcza. Chyba wszyscy chcielibyśmy być do pań­ stwa Adamczewskich podobni. Ale nawet jeśli nie mamy w sobie ta­ kiego heroizmu i tak dajemy swoim bliskim to, co im bardzo potrze­ bne. Bywało też, że do ich drzwi pukała historia przez duże H. Mam tu na myśli wydarzenia dramatyczne, chociażby zbrodnię wawerską z 27 grudnia 1939 roku. Ale nie tylko. Rodziny robotnicze i rolnicze borykały się z trudnościami codzien­ nego życia. Tak było na przykład podczas Wielkiej Depresji (lata 30. XX wieku). Potem przyszła groza wojny i niemieckiej okupacji. Liczne uciążliwości przyniósł też

realny socjalizm i stan wojenny. Dokuczliwa była powojenna polityka kwaterunkowa. Mieszkańcy rolniczych osiedli podwarszawskich (o ile nie „uciekli” do miasta) nie widzieli wtedy dla siebie żadnych perspektyw. Drobni przedsiębiorcy i rzemieślnicy byli z kolei niszczeni podatkowym “domiarem”. Uczestniczyli (często biernie) w wydarzeniach opisanych później w podręcznikach historii. Publikację ich wspomnień można zatem potraktować jako kapitalną ilustrację podręcznikowej narracji. Często nie mają tej świa­ domości. Krystyna Pełka Flej­ szerowa stwierdza (niesłusznie): „To, co napisałam, nie ma rangi historycznej prawdy.” Lepiej jest powiedzieć – w ślad za Grażyną Roguską –: „Nie dokonaliśmy wielkich rzeczy w życiu, ale na pewno nikt nie został przez nas w jakiś sposób skrzywdzony czy oszukany. Sumienie i ręce mamy czyste, a to, jak myślę, bardzo wiele.” Dzięki nim otrzymujemy też możliwość podziwiania – często już zapomnianych – elementów wawe­rskiego krajobrazu. Pojawiają się w ich relacjach nadwiślańskie plaże, pola piątej i szóstej klasy, piaszczyste drogi, sosnowe lasy. Można się też dowiedzieć, jak wyglądały domy, sklepy, szkoły, parki, kościoły i cmentarze. Wobec zachodzących w naszym otoczeniu zmian, utrwalenie dawnego krajobrazu, choćby poprzez słowo pisane, wydaje się być bardzo ważne. Powiększa „historyczną wartość dodaną”, która może stać się udziałem czytelników.


W książce znalazło się kilkanaście wspomnień. Tylko dwa z nich zostały napisane przez mężczyzn. To rzecz bardzo ciekawa. W czasach zaborów zagrożona była polska tożsamość narodowa. Kobiety dbały nie tylko o spójność rodziny, ale i o podtrzymanie tej tożsamości. Śpiewały swoim dzie­ ciom polskie pieśni. Prowadziły szkół­ ki niedzielne dla innych dzie­ ci. Współczesny świat przynosi odmienne zagrożenia. Tempa zmian nikt już nie jest w stanie wytrzymać. Rozluźniają się więzi rodzinne. Rozmywa się łączność między

pokoleniami. Modne stają się alternatywne w stosunku do rodziny modele życia codzien­nego. Często jest to życie bez odpowiedzialności za innych. Utrwalanie rodzinnych wspomnień może ten proces, choćby częściowo, spowolnić. Wszystko wskazuje na to, że jako pierwsze zauważyły to kobiety. Potrzebę zapisania dziejów rodziny dostrzegają też coraz częściej młodsi. Tak jest w przypadku rodziny Anny Sucheckiej: „Do napisania choćby w skrócie swoich wspomnień namówiły mnie wnuki.” Lektura zawartych w tej książce wspom-

nień nie pozostawia żadnych wątpliwości: autorzy i ich najbliżsi to prawdziwi twórcy historii. Bo czym innym jest historia, jak nie sumą ludzkich marzeń, dążeń i działań? To od nich rozpoczynają się wielkie procesy społeczne, to od nich bierze swój początek wielkość narodów. Czytajmy te wspomnienia. Możemy się w nich przeglądać jak w zwierciadle. Jan Czerniawski

OŻYWIĆ KAMIENIE HONOS HABET ONUS W grudniu 2013 r. upływa 60 lat od śmierci dwóch poetów często wspominanych w Aninie. 6 grudnia 1953 r. odszedł w zaświaty Konstanty Ildefons Gałczyński, 27 grudnia 1953 r. zmarł w Zakopanem Julian Tuwim. Okoliczności jego wyjazdu nie są komentowane przez Zarubę, lecz niechęć do podróżowania poety – tak. W jego Pamiętniku bywalca na str. 159 pan Jerzy pisze: „ Kiedy mu powie­ działem kiedyś, że jadę na jeziora mazurskie, objechał mnie. – Ty stary wariacie, gdzie będziesz miał lepiej niż tu. Wszelkie wyjazdy tyl­ ko męczą, to koszmarny nonsens! –Trochę racji w tym może jest…” Z Lamentu anińskiego, którym Tuwim obdarował Zarubę w dniu jego imienin 23 kwietnia 1953 r. pochodzi tytuł naszego pisma. Do polnych kamieni, którymi społeczny Komitet, (potocznie zwany kamieniarzami) zawiązany 7 czerwca 2003 r. postanowił upa­ miętnić pobyt w Aninie obu poetów, wszyscy zdążyli się przyzwyczaić. W MNA (nr 76 z 2011 r.) zamieszczony został artykuł ilustrowany zdjęciami wszystkich pięciu Kamieni w Aninie.

Autorki: T. Szymczak i K. Zimna napisały: …Te „Kamienne ślady pamięci” postawione zostały dzię­ ki zaangażowaniu i konsekwen­ cji mieszkańców nie tylko Anina. Gromadzą się wokół nich ludzie, czasem w specjalne, uroczyste dni. Często odwiedzają je wycieczki szkolne, wycieczki warszawskich przewodników, przyprowadzają do nich swych gości mieszkańcy, gdy chcą coś ciekawego pokazać w Aninie…. Ale - Honos habet onus. Pierwszy nasz kamień, dedykowany autorowi „anińskich nocy” został przyjęty przez Wypożyczalnię książek dla dorosłych im. K.I.Gałczyńskiego. Kamień przeniesiony z miejsca, gdzie stał w Aninie pierwotnie – z powodu budowy wewnętrznego parkingu i nowego budynku biblioteki – pozbawiony postumentu, zapadł się jakby i wygląda teraz niepozornie i melancholijnie. Corocznie obchodzony w pierwszą sobotę czerwca w Bibliotece Dzień Zielonego Konstantego bywał zawsze tłumnie odwiedzany. Warto pomyśleć o jego podwyższeniu i „ożywianiu” go nie tylko

na święto. Drugi w kolejności posadowio­ny w Aninie kamień z tablicą, głoszącą, że Julian Tuwim mieszkał „Między nami aninianinami” został zaakceptowany również przez placówkę państwową – XXVI L.O. przy ul. Alpejskiej 16. Obecnie mieści się tam Zespół Szkół nr 114. Kamień otoczony zielenią jest mało wido­ czny od ulicy – przestrzeń dookoła niego, często zwana jest skwerkiem Tuwima. Tam zwykle zaczynały się Tuwimiady – imprezy kulturalne, poświęcone wierszom Juliana. Nadanie szkolnej bibliotece imienia Juliana Tuwima w czasie pierw­szej Tuwim­iady skłania również do pomysłu, by czytelnicy książek biblioteki włączyli się do projektu „Ożywić kamienie”, tak, jak czyni to Aldona Kraus, opiekująca się kamieniem z tablicą ku czci ks. J. Twardowskiego M.E.CH.


Wspomnijmy Hannę Orkisz ANINIANKA

JUBILEUSZ Ty pierwsza, Haniu, prowadzałaś mnie piaszczystymi bezdrożami Anina, A wraz z nami po wertepach wędrował „niecodziennik”. Szłyśmy nieznanymi mi ulicami, jakąś Marysińską, do jakiejś Pierwszej Poprzecznej. po drodze mijałyśmy Trzecią. -To tutaj mieszka Marysia –wyjaśniałaś mi cierpliwie. - A w tym domu, na Stradomskiej przed wojną zamieszkał Zaruba. Patrz, tam był basen, ale się nigdy w nim nie kąpałam. Dom był piękny, a jaka to teraz ruina… Ale rosną, jak grzyby po deszczu nowe, piękne domy w osiedlu. Nasz Anin zawsze będzie sławny, toż to Anin poetów! I Twój, Haniu, najwierniejsza jemu mieszkanko Anina 27.06.08, Klub Kultury Anin (T.Sz.)

25 września 2013 roku odeszła od nas na zawsze Hanka Orkisz. Miała 91 lat. W Jej pamięci tkwiło mnóstwo barwnych opowieści o ludziach i wydarzeniach w Aninie . Hania z rodzicami i bratem zaczęła tutaj przyjeżdżać z Warszawy „na letnisko” w latach 20. ubiegłego wieku… Poznaliśmy dzięki Jej doskonałej pamięci wiele opowieści o ludziach związanych z Aninem. W MNA publikowaliśmy cykl dotyczący starych anińskich domów z historią niejednej rodziny w tle, pióra Hanki. Zamieściliśmy również Jej wspomnienia dotyczące zbliżania się niemieckich wojsk do Warszawy w 1939 r, kiedy to wędrowała pieszo ze swym psem z ul. Wileńskiej do Anina, dokąd wcześniej wyekspediowała swoją matkę. Były już tylko we dwie –Jej ojciec, Władysław Orkisz, zmarł przed samą wojną. Hanka z mamą zostały już w Aninie, w willi Sokolica przy VIII Poprzecznej. Tu była do końca swego życia. Ostatnia notatka w Jej kalendarzu leżącym na stole brzmi: zatelefonować do Marysi Chodorek. Myślę, że chciała mi złożyć życzenia urodzinowe, jak co roku… Ogromne zaangażowanie Hani w reaktywowaniu przedwojennego Towarzystwa Przyjaciół Anina, zaowocowało powstaniem terenowego Koła Przyjaciół Anina przy Oddziale Grochów TPW. Hania była w tym Kole archiwistką, przewodniczącą Komisji Rewizyj­ nej, pełniła funkcję łącznika z Oddziałem Grochów, aktywnie uczestnicząc we wszystkich spotkaniach . Kiedy uzyskaliśmy w 2004 roku status Oddziału Anin TPW, Hania zajęła się w Aninie prowadzeniem Konkursu Zarządu Głównego „Warszawa w kwiatach” i z zaangażowaniem prowadziła go przez trzy lata. Wiele dyplomów i podziękowań zdobi Jej biurko i regały. Oficjalnie nosiła imię Anny Władysławy, ale większość Jej znajomych o tym nie wie… Ulubiony nauczyciel zamiast Orkisz nazywał Ją „Ziarenko”. W naszej pamięci zostanie na pewno jako aninianka Maria Ewa Chodorek

Hania wśród zasłużonych dla Anina


WAŻNA INFORMACJA W dniu 29 listopada 2013 roku formalnie i definitywnie zakończył swą społeczną pracę zespół redakcyjny niecodziennika MIĘDZY NAMI ANINIANINAMI, pisma, powołanego do życia w marcu 2000 r. Redagowany był przez grupę wolontariuszy przy współpracy Koła, a następnie Oddziału TPW, Stowarzyszenia Właścicieli Nieruchomości w Aninie, Stowarzyszenia Przyjaciół Biblioteki, Fundacji Rozwoju Anina i Biblioteki Wawerskiej. Jego współtwórcą , a od roku 2002 redaktorem naczelnym była Maria Chodorek, która zrezygnowała z funkcji we wrześniu. Kontynuować tradycję anińskiego pisma zamierza Wawerski Uniwersytet Trzeciego Wieku. Jego Zarząd, (wsparty dotacją SWN w Aninie po samorozwiązaniu), wystąpił o rejestrację pisma. Jako WYDAWCA powołał na funkcję redaktora naczelnego Barbarę Mildner. Będzie ona – zgodnie z prawem – organizować nowy zespół. Dziękuję wszystkim, którzy wraz ze mną przez wiele lat tworzyli pismo, zwłaszcza tym, którzy pracowali nad jego pierwszymi numerami i wytrwali do dnia dzisiejszego. Mam nadzieje, że spotkamy się w nowym zespole. 30.11.2013 Jadwiga Teresa Szymczak - redaktor prowadzący

Od redakcji Minął kolejny etap wspólnej pracy: odchodzi z redakcji z przyczyn rodzin­ nych Małgorzata Tomaszewska, która przez długie lata swą wyjątkowo owocną pracą umożliwiała nam wydawanie MNA - w czerni i kolorze; była trudną do zastąpienia osobą. Dziękujemy za wszystko, Małgosiu… Również z przyczyn rodzinnych nie może nam poświęcać czasu Katarzyna Urbanek, na której współpracę z nami jednak liczymy, kiedy wnuczę podrośnie. Pożegnała się z nami pięknie Marta Wołodko, listem już z Wrocławia, w którym rozpoczęła samodzielne bytowanie. Był zwyczaj w pierwszych latach ukazywania się MNA, że w ostatnim numerze roku dziękowaliśmy za społeczną pracę i pomoc wszystkim DOBRODZIEJOM. Tu po latach dziękujemy tym wszystkim, którzy przy nas Zdzisław Jastrzębski trwają, mimo zmieniających się ciągle warunków wydawania pisma. Do naj­wytrwalszych należy niewątpliwie pan Zdzisław Jastrzębski, dzięki któremu MNA ukazywało się nieodpłatnie przez dwa lata w wersji powielanej, i który pomaga nam w trudnych sytuacjach do dziś. Dziękujemy pani Kirze Gałczyńskiej za wspieranie nas od 1 numeru, szczególnie - w Roku J. Zaruby, za ułatwianie dobrych kontaktów, cieszenie się pismem wraz z nami. Nieocenionej pani Krystynie Brzezek, która nas wszystkich, pierwszych redaktorów sprzyjaźniła, kłaniamy się z wdzięcznością. Dziękujemy państwu Tołoczko, panu Jędrzejowi Kowalskiemu, który przeobraził MNA w pismo drukowane, członkom organizacji anińskich, którzy za część swych składek finansowali druk niecodziennika. Dziękujemy wreszcie wytrwałym autorom, którzy pisząc, nie upominali się o wierszówki, i instytucjom, dzięki uprzejmości których mogła spotykać się bezdomna redakcja. Następne wydanie MNA - mamy nadzieję - ukaże się jako numer OSIEMDZIESIĄTY. Będzie to zapewne powodem świętowania dla wolontariuszy, którzy pismo tak długo wydawali, pisząc doń i je redagując – nieodpłatnie.

MIĘDZY NAMI ANINIANINAMI NICODZIENNIK - PISMO BEZPŁATNE

Redaguje zespół społeczny w składzie: Barbara Mildner (redaktor naczelna), Dariusz Osiński (redaktor wyd. cyfrowego), Teresa Szymczak (redaktor prowadząca), Katarzyna Nowak (sekretarz redakcji), Alicja Francman, Michał Nowacki, Joanna Wąsik, Ksenia Zimna; Wydawca: Wawerskie Towarzystwo Uniwersytetu Trzeciego Wieku; adres: Warszawa, ul. Żegańska 1A; Adres redakcji: 04-637, Warszawa, ul. X Poprzeczna 8; adres e-mail: ja.aqua@gmail.com; Czytajcie: aninski.blogspot.com; Okładka: fot. Alicja Rabenda; Druk: SOWA; sp.z o.o. Warszawa ul. Hrubieszowska Nakład: 500 egz.



Mna5