Issuu on Google+


Nie będzie łatwo. Pani redaktor Szymczak Teresa, osoba dobrze w Aninie znana, wczoraj wezwała mnie „na dywanik” świtem, tzn. o ósmej z rana. Spojrzała groźnie (rzecz dla mnie nowa) i rzekła głośno takie to słowa: „rób coś, co każdy numer wzbogaci, mnie zadowoli, a sławę da ci”. Sława rzecz względna i daję słowo lubię być zwykłą kurą domową, lecz obiecuję, na rzęsach stanę, by Między Nami było kochane. By uśmiech często na łamach gościł w myśl hasła - „szczęścia, zdrowia, radości”, żeby tradycji zadość się stało, by wiernych fanów wciąż przybywało. No cóż, westchnęła Pani Redaktor, nie będzie łatwo – myśl, pracuj głową; Ja pamięć jeszcze mam całkiem niezłą, chętnie przypomnę, że dałaś słowo.

80

(Zamiast “Expose” redaktor naczelnej) Barbara Mildner

Od redakcji

Pierwszy numer niecodziennika

Żartobliwa rozmowa dwóch redaktorek z „Expose” nowej redaktor naczelnej, jest zapisem nie tyle słów, ile sytuacji – przekazania MNA w nowe dłonie. Nowy rok, nowy wydawca, wreszcie numer 80-ty na okładce niecodziennika, to dobry czas na nowe treści i lepszą formę, o co będzie się starał cały zespół. I ci, którzy pozostali w MNA od pierwszego jego numeru – Maria Chodorek, Alicja Francman, Teresa Szymczak – i ci, którzy weszli do redakcji nieco później, jak Katarzyna Nowak, Dariusz Osiński i całkiem nowi – jak sama redaktor naczelna Barbara Mildner, Michał Nowacki (przyjaciel pisma od lat) i Joanna Wąsik. Wszyscy nadal za ważne uznajemy, skrócone nieco, credo Horatiusa, pod którym ukazał się pierwszy numer MNA: RIDENTEM DICERE VERUM. Z uśmiechem, bez osobistej wrogości, chcemy pisać o sprawach i ludziach, którzy żyją i pracują wśród nas, nie zapominając o przeszłości wartej pamięci.

JEŻELI LUBISZ NIECODZIENNIK, PRZEKAŻ NA JEGO DRUK 1% SWEGO PODATKU NA KONTO WYDAWCY: WAWERSKIE TOWARZYSTWO UNIWERSYTETU TRZECIEGO WIEKU UL ŻEGAŃSKA 1A O4-713 WARSZAWA KRS OOOO202244 z dopiskiem w informacji: wydawnictwo/MNA


MÓJ ANIN

NAJCHĘTNIEJ DO ANINA Andrzej Grembowicz

Ze stwierdzeniem „urodziłem się w Aninie” zawsze miałem kłopot, ponieważ pewne fałszywe domniemanie się w tym kryje. No bo co to znaczy – urodziłem się w Aninie? Każdy widzi zaraz automatycznie piękną, starą, najlepiej drewnianą willę w cieniu sosen i świerków. Z supozycją równie starego, wielopokoleniowego majątku, prawdopodobnie jeszcze z jakaś bohemą w tle, bo Anin, wiadomo. Tymczasem to było tak: mój tato walczył w Powstaniu Warszawskim, moja babcia miała niewielki sklep na ulicy Podwale, po tej stronie, gdzie dziś jest rekonstrukcja murów. Dziadek, powstaniec wielkopolski, już nie żył. 13 sierpnia 44 w wybuchu czołgu -pułapki mój ojciec został straszliwie poraniony; tak bardzo, że trzy szpitale powstańcze uznały, że nie ma sensu go operować. Babcia odnalazła ojca, uprosiła czterech Żydów, którzy po odbiciu więzienia na Gęsiówce przyłączyli się

do powstania, ale nie mieli broni, żeby nosili ojca w jakimś płaszczu przez gruzy od szpitala do szpitala. To długa i dramatyczna historia, więc będę się streszczał: w końcu jeden chirurg ryzykant się znalazł i operował, a dzięki temu, że babcia świetnie znała niemiecki, dwa razy wyrwała ojca spod ściany, pod którą Niemcy ojca postawili po upadku Starówki. Ale że praktycznie niosła syna na plecach, niczego więcej zabrać nie mogła. Skracając jeszcze bardziej – dwa lata i dziesięć operacji później ojciec wrócił do Warszawy; bez jednego oka, z poszarpaną twarzą i jeszcze paroma odłamkami w ciele, które nosi do dziś. Miał 25 lat i tyle, co na sobie: spodnie, buty i pewnie jakąś kurtkę. Babcia mieszkała kątem u przyjaciół na Nowowiejskiej, bez grosza przy duszy. Więc to domniemanie starej willi w cieniu drzew etc. etc. jest boleśnie nietrafne. Mama wyszła z wojny mniej więcej tak bogata, jak tato; kamienice

dziadków szlag trafił, jednej adres pamiętam, Zwierzyniecka 13, wieżowiec tam stoi, a w nim, traf chciał po wielu latach, rodzice mojego przyjaciela mieszkali. Byliśmy kiedyś u nich na obiedzie z żoną, śmiałem się, że przeproszę na chwilkę i pójdę komorne zebrać. Bardzo historię skracając, żeby koło zatoczyć – w połowie lat pięćdziesiątych ojciec, który jeszcze w międzyczasie kilka sporych mostów przez Bóg i Narew zdążył wybudować, dostał mieszkanie służbowe w Aninie, przy Marysińskiej, pokój z kuchnią konkretnie, gdzie się z moją starszą siostrą rodzice przeprowadzili. I tam ja – no starałem się rodziców naciskać, co też ich skłoniło w pokoju z kuchnią o drugim dziecku myśleć, ale to pokolenie niechętnie o tych sprawach mówi – jakoś się pojawiłem w 1958 roku. Przyjmuję, że w porywie niekontrolowanej namiętności, co mi się podoba i tego się trzymam.

Andrzej Grembowicz, pseudonim literacki Robert Brutter (ur. 1958), polski pisarz i scenarzysta. Członek Polskiej Akademii Filmowej. Były pracownik Sejmu RP (wicedyrektor Biura Informacyjnego) i redaktor naczelny Kroniki Sejmowej. Organizował zaprzysiężenie Lecha Wałęsy na prezydenta, wizytę królowej angielskiej Elżbiety II w Polsce i historyczne przemówienie Jana Pawła II w czerwcu 1999 r. Autor powieści: Parszywy dublet, Rekontra i Spadek na życzenie, tekstów piosenek (do serialu Ranczo), adaptacji filmowych i spektakli telewizyjnych. Scenarzysta wielu najbardziej popularnych seriali: - Ekstradycja, Rodzina zastępcza, Ranczo, Siła wyższa, Duch w dom, Wiedźmy. - filmów fabularnych: Nocne graffiti, Amok, Operacja Samum, Ranczo Wilkowyje, Wszystko będzie dobrze, Wtorek, Fuks. Laureat Nagrody Hartley-Merrill za scenariusz filmu Tam, gdzie żyją Eskimosi. - spektakli telewizyjnych: Krótki kurs medialny, Srebrny deszcz, Blues, Temida jest kobietą, Drugie zabicie psa, Gry przedmałżeńskie. -Andrzej to XXI-wieczny Fredro polskiej telewizji. Nie śmieje się z ludzi, ale z wad, nie obraża, nie wyszydza bohaterów. Piewca życzliwego humoru - uważa reżyser, a prywatnie przyjaciel Andrzeja Grembowicza - Wojciech Adamczyk.


MÓJ ANIN Imię – Andrzej – podobAninie, cieplej mi się robi na no dostałem po Kmicicu, sercu. Czy dlatego, że tu się w wyniku fascynacji ojca urodziłem, czy dlatego, że Trylogią. Czego się dowten Anin taki ładny i wyjątiedziałem dużo później, kowy – nie jestem pewien. najpierw w dzieciństwie Karłowate sosny nie do posam się w Trylogii zakodrobienia w każdym razie. I chałem, czytałem ją kilten klimat, który różni Anin kanaście razy przynajmod wszystkich przedmieść, niej, spokojnie w różnych ba, który sprawia, że sama konkursach mógłbym myśl o przedmieściu jest startować, wiem jak miał nietaktem – też. Nie myślę, na imię Bohun i tak dalej. żebym jeszcze kiedyś miał Ale nie startowałem, nie się w życiu przeprowadzać, dla konkursów ją czyraczej nie. Ale jeśli by się tak tałem, tylko z miłości. zdarzyć miało – to naprawdę W 1963 roku chyba najchętniej do Anina. ojciec dostał mieszkanie Aha – historia to nic innego, służbowe na Saskiej Kępie tylko koła i koła. Tych czterno i tyle było mojego ech Żydów, którzy mojego Anina. Podwórko z niego ojca przez gruzy Starówki pamiętam tylko, z owalnieśli. Wiele lat później zunym asfaltowym chodnipełnym przypadkiem, ad kiem, ogromne, którego hoc i z powodów, które są Autor i Konfucjusz - autor z prawej strony samodzielne przejechanie osobną historyjką, pseudonim Wojtka Adamczyka i jego żony na rowerku czterokołowym przybrałem: Robert Brutter. było aktem odwagi, zdaje mi się, że pisarki Małgosi i nagle skonsta- Byłem pewien, że nie ma takiego była tam też jakaś piękna trzyletnia towałem, że jesteśmy przy ulicy nazwiska. I potem tak już zostało. dziewczyna ale wstyd, imienia nie Marysińskiej, a ja się tu przecież Kilka lat temu maila z Australii dopamiętam – za to pamiętam wujka urodziłem! Znaczy nie w tym stałem, w którym miła pani, BarTadka, najstarszego brata mamy, domu, oczywiście, ale na tej ulicy, bara Brutter, delikatnie mnie zażołnierza kampanii wrześniowej, tylko – o hańbo – nie wiem, pod pytała, co też mi przyszło do głowy który niefortunnie się zjawił aku- którym numerem! stare dobre żydowskie nazwisko po rat, kiedy biegając po rzeczonym Następnego dnia zacząłem ner- filmowych czołówkach włóczyć. podwórku za długo, w wieku lat wowo przepytywać wiekowych Zachwyciłem się, przeprosiłem za niespełna trzech pewnie mniej rodziców, ale niestety – numeru samowolkę, poprosiłem o pozwwięcej, pojawiłem się w progu nie pamiętali. Żadne dokumenty, olenie na piśmie, dostałem. Od mieszkania z no… bardzo kło- łącznie z metryką, nie pomogły tej pory jak w rodzinie Brutterów potliwym ładunkiem w spodenk- – tam nie podają adresu. Małgo- nowy wnuk się rodzi, to zdjęcie doach. Widok wujka mnie speszył i sia Gutowska – Adamczyk też staję, jako poniekąd członek rodzwygłosiłem podobno dyplomaty- podsyłała rożne podpowiedzi, ale iny. czny tekst, który wujek do końca nie pasowało. Wreszcie połącze- Zdarzyło się potem, że Pani Barżycia pamiętał i cytował: „Mamo, nie tradycji z nowoczesnością po- bara była w Warszawie, spotkapozwól”. Przepraszam, niestety to mogło: wygooglowałem satelitarne liśmy się na kawie, starałem się, są moje anińskie wspomnienia w zdjęcia Marysińskiej, posadziłem może szarlotka do tej kawy, albo przed nimi tatę i poprosiłem: szu- sernik… Pff.. westchnęła Pani Barkomplecie. Ale zawsze Anin, z jedynymi na kaj. No i znaleźliśmy – bo ja też bara, a może byśmy się Bourbona świecie sosnami i tajemniczy- bacznie pilnowałem, żeby mój napili? To rozwiało moje ostatnie mi willami w tle kojarzył mi się zapamiętany owalny stadion z as- wątpliwości. Rodzina to rodzina. niezwykle ciepło. Trochę mój, tro- faltu tam był – Marysińska 24, przy Podobnie jak z Aninem. Nieważne, III Poprzecznej. chę nie, ale piękny. jak długo razem – ważne, jak blisWiele, wiele lat później usiadłem Długo potem mieszkałem na ko serca. w świeżo nabytym domu reżysera Saskiej Kępie, teraz od wielu lat na Ochocie – ale ilekroć jestem w


PIERWSZE DZIESIĘCIOLECIE ZA NAMI Z TERESĄ BOJANOWICZ , prezesem Wawerskiego Towarzystwa Uniwersytetu III Wieku rozmawia Barbara Mildner Skąd wziął się pomysł założenia uczelni dla seniorów? Pomysł jej zorganizowania pojawił się po raz pierwszy w Komisji Polityki Społecznej i Prorodzinnej Rady ówczesnej gminy Wawer z inicjatywy Stanisława Kaliciuka i mojej. Zostaliśmy poparci przez całą Komisję, której przewodniczyła wówczas Eugenia Pawłowska. Wiosną 2003 r. utworzyliśmy czteroosobową grupę inicjatywną na rzecz zorganizowania uniwersytetu, w której skład weszły: Teresa Janota, Danuta Lipińska, Maria Pusz i ja. Wspólną cechą naszej czwórki było duże doświadczenie w pracy samorządowej oraz, co ważniejsza, wrażliwość na potrzeby społeczne i gotowość pracy do ich zaspokajania. Mniej więcej w tym samym czasie Ewa Perz, nauczycielka nauczania początkowego SP 124 w Falenicy, zorganizowała Dzień Babci i Dziadka w swojej klasie. Pomysł tak się podobał, że seniorzy wyrazili pragnienie stałych spotkań. Ewa podjęła wyzwanie, organizowała regularne spotkania najpierw w szkole, potem w KK Falenica. I postanowiliście połączyć siły? Oczywiście. Grupa podjęła współpracę z Ewą Perz i rychło wspólnie doszłyśmy do wniosku, że rzecz należy rozwijać w kierunku budowania wielokierunkowego programu, znaleźć stałe i odpowiednie miejsce, a zwłaszcza sformalizować to przedsięwzięcie dokonując rejestracji w KRS.

Proszę zdradzić więcej szczegółów na temat Państwa działań. Od wiosny 2003 do grudnia 2003 trwała praca poprzedzająca zebranie założycielskie stowarzyszenia pn. Wawerskie Towarzystwo Uniwersytetu III Wieku. Nazwę wymyśliła Maria Pusz, logo wybrałyśmy wspólnie, znalazłyśmy znakomite miejsce, łatwo dostępne komunikacyjnie dla ludzi starszych - ówczesne Gimnazjum nr 103 przy ul Żegańskiej. Dyrektor Szkoły, Andrzej Jachnik, wyraził pełne poparcie, wręcz radość z naszej inicjatywy i udostępnił szkołę dla uniwersytetu. Nieodpłatnie! Na etapie rozpoczynania działalności, gdy jedyne pieniądze pochodziły z naszych prywatnych kieszeni, była to wielka sprawa, jeden z warunków, żeby rzecz się powiodła. Aż trudno uwierzyć, że kilka osób potrafiło zrobić tak wiele. Dołączyli do nas inni pasjonaci. Na zebraniu założycielskim stowarzyszenia WTUTW, które odbyło się 5 grudnia 2003 r komitet założycielski liczył 18 osób. Podjęliśmy uchwałę o powstaniu stowarzyszenia, przyjęciu statutu i rejestracji w KRS. Ponadto Zebranie wybrało pierwsze władze organizacji - Zarząd : Ewa Perz - prezes, Teresa Bojanowicz, Teresa Janota i Andrzej Jachnik - wiceprezesi, Danuta Lipińska – skarbnik i Maria Pusz – sekretarz; Komisja Rewizyjna w składzie: Orest Pęgierski – przewodniczący, Mieczysław Czarnecki – z-ca i Izabela Konopka – sekretarz. Stowarzyszenie zostało zarejestrowane w KRS dn.31 mar ca 2004. pod numerem 0000202244 Byliśmy czwartym

Teresa Bojanowicz

Uniwersytetem w Warszawie i pierwszym po naszej stronie Wisły. To wszystko, to formalności, działania na papierze, a jak pozyskaliście studentów? Od kwietnia do końca sierpnia 2004 roku pisaliśmy i drukowaliśmy materiały informacyjne, rozprowadzaliśmy je po naszej Dzielnicy , na Pradze Płd , w Józefowie, wykładaliśmy wszędzie, gdzie w większej liczbie bywają seniorzy. W lokalnej prasie zamieściliśmy artykuły informacyjne. Ogromnie pomógł nam właściciel drukarni w Radości , pan Piechowicz, który nieodpłatnie wydrukował 3 tys. ulotek i kilkadziesiąt plakatów. Jakie były rezultaty wszystkich tych zabiegów? Pierwszy rok akademicki zaczęliśmy 6. – a może 8 października 2004r. W skromnym wystroju, ale z Gaudeamus! Było nas 157osób z budżetem nieprzekraczającym 5 tys. i planem działania na miarę budżetu. Wykłady, raz w tygodniu,


we czwartki o godz. 17. Cały pierwszy rok opierał się na pracy społecznej – także wykładowców, wśród nich mieszkańców naszej Dzielnicy – Stanisława Kaliciuka , Andrzeja Krasnowolskiego, Ludwika Wardzyńskiego. Nadeszły jednak lepsze czasy? To prawda. Potem było coraz łatwiej i lepiej – pozyskiwaliśmy pieniądze z dotacji i grantów. W 2006 roku uzyskaliśmy status Organizacji Pożytku Publicznego, co przełożyło się na pieniądze z odpisów podatkowych. Mogliśmy rozbudować ofertę programową. Po dwóch latach pracy, w 2006 r zostaliśmy uznani za najlepszą organizację pozarządową i wyróżnieni Medalem Honorowym. Gratulacje! A dzisiaj. Ilu studentów liczy uczelnia? W 10-tym, 2013/2014 roku akademickim jest nas 278 osób. Z pewnością większość kobiet. A panowie? 12 % słuchaczy to panowie. Systematycznie ich przybywa i radość wielka, kiedy zapisują się małżeństwa i małżonkowie ,,starych” słuchaczek. Z tą liczbą zaliczamy się do uniwersytetów średniej wielkości. Nad wielkimi mamy tę przewagę, że ludzie u nas nie są anonimowi, mamy szansę znać się a nawet zaprzyjaźnić. Dla seniorów jest to dość ważne. Z przedziału wieku – od 50-ciu kilku do 90 lat widać, że już jesteśmy dwupokoleniowi. Jakie warunki trzeba spełnić, żeby zostać studentem Wawerskiego Uniwersytetu III Wieku? Nowym członkom nie stawiamy żadnych żądań dotyczących wykształcenia. Słuchaczem może zostać każdy, kto osiągnął wiek emerytalny i wniósł statutowe opłaty. Ile czasu spędza student na Waszej uczelni? Nasz uniwersytecki tydzień obejmuje 38 godzin zajęć stałych plus 6 godz. miesięcznie wykładów realizowanych na zlecenie – w muzeach: Narodowym, Historycznym i w Zamku Królewskim. Do tego: spotkania integracyjne- świąteczne i nie tylko, warsztaty artystyczne - kilkugodzinne na miarę potrzeb i środków. Ponadto wyjazdy turystyczno-krajoznaw-

cze – od marca do października, jedno i kilkudniowe po Polsce ale i poza granicami. Zagranicą najdalej na Zachód byliśmy w Paryżu, na Wschód – nad Bajkałem, na Północ – w Petersburgu, na Południe - w Pradze i Gruzji. Poproszę jeszcze o kilka słów na temat programu uczelni. Program ułożony jest w 4 bloki : edukacyjny obejmuje wykłady, lektoraty – 6 grup j. angielskiego i jedna j. niemieckiego, naukę pracy z komputerem 3 grupy mamy własną mini pracownię. Bardzo dużą wartość edukacyjną mają wyjazdy turystyczne. Blok samorealizacji przez sztukę i aktywność w kulturze – obejmuje : warsztaty malarstwa, warsztaty śpiewu chóralnego, okazjonalne warsztaty decoupage i warsztaty malarstwa tuszem, tzw. chińskiego. Dzięki własnej kolporterce – ulgowe bilety do teatru i na koncerty. Blok prozdrowotny obejmuje: zajęcia ruchowe – gimnastykę, basen i nordic walking oraz wykłady dotyczące problematyki zdrowia ludzi starszych. Blok integracyjno-społeczny obejmuje nasze spotkania integracyjne i program turystyczno- krajoznawczy. Słyszałam, że możecie pochwalić się własnym biuletynem. To prawda. Przed każdym semestrem wydajemy Biuletyn informacyjny Głos Sowy- aktualnie nr 18. Wydaliśmy również dwie większe publikacje, będące efektem konkursów: Moje 50-lecie i Opowieści Rodzinne. W roku 2014 obchodzicie okrągłą – 10 rocznicę istnienia uczelni. Możemy obchodzić X-lecie, bo mieliśmy szczęście do fantastycznych ludzi i spotykaliśmy się z gotowością pomocy – ze strony naszego Urzędu, szkół i klubów kultury. I w tym sensie można powiedzieć, że Wawerski Uniwersytet jest wspólnym dziełem wielu osób pracujących i mieszkających w naszej Dzielnicy. Dziękuję serdecznie za rozmowę. W imieniu redakcji MNA życzę wielu sukcesów przez następne co najmniej 10 lat.


W MALEŃKIEJ, CICHEJ KAWIARENCE

Barbara Mildner W kawiarence na ul Żegańskiej tego wieczoru było niezwykle tłoczno. Kurtki gości nie mieściły się na wieszakach, leżały na stołach w sąsiedniej salce. Wazony nie mieściły bukietów, wiązanek - pękłyby w szwach, gdyby były zszywane. W tłumie trudno było odnaleźć sprawczynię zamieszania, Mirosławę Skoczeń, byłą naczelnik Wydziału Kultury, która właśnie zdecydowała się powiedzieć swoim przyjaciołom „do widzenia, odchodzę za Wisłę, sercem pozostaję z wami”. Nie każdy urzędnik Dzielnicy, przechodząc do innej pracy, budzi żal ludzi, z którymi się stykał, współpracował. Pani Mirosława była jednak nie tylko urzędnikiem, była duszą i inspiratorem wielu zdarzeń, organizowanych przez członków organizacji pozarządowych. Wrastała w środowiska licznych osiedli, z którymi współdziałała. Kultura, to dziedzina, w której pracować zawodowo powinni ludzie z „duchem”, z wewnętrznym ogniem. Empatyczni i inspirujący… A niełatwa to praca, bo trzeba oczywiście podejmować decyzje, które budzą żal, poczucie odrzucenia. Umieć łagodzić to odrzucenie, to Sztuka! Mirosława Skoczeń foto: A. Kraus Że sztukę tę opanowała, świadczyć może fakt, iż na spotkanie z nią w ostatnim, listopadowym dniu jej pracy w Wawrze przybyło tylu ludzi. Były kwiaty, kwiaty, kwiaty… Ale nie tylko, także książki z dedykacjami, był pamiątkowy „order”, zawieszony na szyi urzędniczki, były też zabawne, okolicznościowe wierszyki. Jak te, z których poniżej drukujemy fragmenty: Senatorska niedaleko choć za rzeką. Wisłę przepłyniemy ciebie dopadniemy. Albo: Kto nie lubi naszej Mirki Niech go zjedzą w lesie wilki. Kto używa podłej gęby Winien dostać prosto w zęby. Kto przyjaciel jest na niby Niech go rychło skują w dyby . Albo: Popatrz na nas, Mirko droga, na te zatroskane miny i obiecaj często wpadać do Anina w odwiedziny. Ale były i tego rodzaju: Kto wprowadzi w świat kultury? Kto niechęci zwali mury? Kto pomoże zawsze, wszędzie zagubionym gdzieś w urzędzie? Przychodź do nas i nie zwlekaj – tylu tu na Ciebie czeka.

Wręczenie srebrnego medalu Opiekuna Miejsc Życzymy sukcesów w każdym miejscu pracy, pani Mirosławo. Pamięci Narodowej Ładnych widoków, nie tylko z okna.


UDANE SPOTKANIA 2013 r. Z LUDZKĄ RZECZĄ w anińskiej Wypożyczalni im. K.I. Gałczyńskiego. Zatrzymamy w pamięci nie tylko autora, ale i widowiskowe jego powitanie - chlebem i solą; i pytania, zadawane przez znakomicie do tego przygotowaną, prowadzącą spotkanie Małgorzatę GutowsWarto mieć w pamięci ten bardzo ką-Adamczyk, i jego odpowiedzi, udany debiut” - napisał w Gaze- i rozmowy przy kawie, wreszcie cie Wyborczej Dariusz Nowicki wiejski stół z pysznym chlebem (na stronie z 25-cioma najlepszymi (ogromny był ten bochen!). Warksiążkami 2013 roku –„bez których to było przyjść, choćby po to, by przeczytania nie dacie rady”). Wie- pospierać się z „debiutantem”, lu aninian miało szczęście nie tylko krztusząc się pajdami razowca ze przeczytać LUDZKĄ RZECZ, ale i smalcem własnej roboty. o niej porozmawiać osobiście z jej A „debiutant” to przecie nie byle autorem, Pawłem Potoroczynem,

BYŁO INNE

Według zamysłu inicjatorów i organizatorów spotkania z dyr. Jarosławem Klejnockim głównym celem miało być zainteresowanie aninian jego poezją (wiadomo – obsesja OSIEDLA POETÓW) . Nasz gość jest autorem m.in.kryminałów, a ciekawa autobiografia „Jak nie zostałem menelem” czyta się wręcz sama, ale POEZJA! Bogata, kunsztowna, z tyloma odniesieniami do polskiej ( i nie tylko) kultury, pełna przerzutni, metafor - nie dla wszystkich jest zrazu zrozumiała. To oczywiste. Więc… Zdobyto i powielono wydruki z jego publikowanych w internecie wierszy, pożyczano sobie nawzajem nieliczne egzemplarze biblioteczne. Czytano je wspólnie w domowych pieleszach, dociekając ukrytych sensów trudniejszych metafor i nawiązań do innych poetów. To była dobra zabawa… Na dodatek reżyser, Wojciech Adamczyk, ofiarował pewien sobotni poranek na przesłuchanie odważnych ochotniczek, które zdecydowały się głośno, w obecności Autora odczytać wybrane przez siebie wiersze. To nie miały być popisy recytacji, to miał być hołd dla autora: oto widzisz, staramy się ciebie zrozu-

kto, bo dyrektor Instytutu Adama Mickiewicza, dyplomata, menadżer kultury, wydawca, publicysta, producent muzyczny i filmowy. Dziękujemy anińskiemu Towarzystwu za tę biesiadę. Na str …. publikujemy recenzję Ludzkiej rzeczy, która ukazała się w miesięczniku „Książki, magazyn literacki” nr 7/2013 (202), (na przedruk uzyskaliśmy zgodę redakcji). Miło nam donieść, że jej autorką jest inicjatorka spotkania, wyżej wspomniana pani Małgorzata, prezes Oddziału Anin TPW, który spotkanie przygotował.

mieć. Wojciech Adamczyk zobowiązał się sam przeczytać ofiarowane przez autora dla MNA trzy utwory. I odczytał… Po nim czytały ochotniczki - nie bez tremy. Spotkanie, prowadzone zgrabnie przez przywykłą do występowania M. Gutowską -Adamczyk przebiegło jak zwykle: pytania moderatora, odpowiedzi gościa. Mankamentem był brak mikrofonu, przez co dobrze przygotowane pytania były słabo słyszalne. Jarosław Klejnocki odjechał, nie zostawiając nam nadziei na rychłe udostępnienie budynku Muzeum w Aninie. Jego poezja zostanie z nami niezapomniana…


Maria Pusz Sekretarz Wawerskiego Towarzystwa Uniwersytetu III Wieku. Z Uniwersytetu Wieku Trzeciego gościliśmy sekretarza pewnego. Zgłębili goście socjologii trendy, poznali jej zgubne błędy I stali się mniej pewni swego. Prof. dr hab. Lech Królikowski Prezes Zarządu Głównego TPW Od Przyjaciół Warszawy przybył Prezes bardzo żwawy. W faktografii super sprawny, omawial wciąż temat dawny. I nawet kreposti sprawy.

Prof. dr Wiesław Wilczynski Dyrektor Instytutu Elektrotechniki Z Instytutu prądów badacz był to całkiem niezły gadacz. Twarz i postać miał liryczną, a strukturę amorficzną. Voltów i amperów składacz. Hanna Benesz Historyk Sztuki Historyk smukła niczym Las Picas dała obrazów pokaźny wykaz. „Kwiaty i żyjątka małe” rozczuliły całą salę, a przecież to wszystko Vanitas.

Mirosława Pietniczek – Załęcka Dr otolaryngologii Laryngolog z Międzyleskiej Kliniki, Z twarzą robi fiki – miki. Szczęki kroi, nerwy zszywa, aż się w człeku żywot zrywa. I dostaje dziwne tiki. Autor limeryków - Mirosław Perzyński


HOMOLEGENS

ANIŃSKIE ŚLADY W TAJNYM DZIENNIKU Maria Chodorek, Katarzyna Nowak Lektura Tajnego dziennika jest procesem. Długim, wnikliwym, niełatwym. Nasza redakcyjna koleżanka [M.E. Chodorek, przyp. red.] odrobiła to zadanie niezwykle skrupulatnie. Idąc jej tropem postawiłam sobie pytania. Kim był „Człowiek Miron”? poeta Miron? Czy określał siebie poprzez ludzi, z którymi się stykał, poprzez miejsca, w których bywał? Zapewne. Przed czytelnikiem przesuwają się „dziesiątki postaci, znanych i nieznanych, uchwyconych w ruchu, detalu, dialogu, w drobnym geście” – pisze we wstępie Tadeusz Sobolewski, przyjaciel Białoszewskiego. Warszawę znaczą ślady poety. Miejsce urodzenia – ulica Leszno na Woli, potem było „kołchozowe” mieszkanie na Poznańskiej, w centrum Warszawy, dalej plac Dąbrowskiego, ulica Tarczyńska. Wreszcie słynne „Chamowo” – mrówkowiec na Saskiej Kępie, przy ulicy Lizbońskiej. Gdzieś w tle – ulica Hoża, Grochów, Anin. Skąd Anin? Otóż, tu mieszkała Anula – Anna Żurawska – anglistka, tłumaczka, nauczycielka angielskiego, joginka. To u niej pomieszkiwała Agnieszka Petelska (z d. Kostrzębska) , późniejsza bliska przyjaciółka poety. Była polonistką, nauczycielką licealną. Na warszawskiej polonistyce, pod kierunkiem dr hab. Artura Sandauera, pisała pracę magisterską o twórczości Białoszewskiego. Jej przyjaźń z poetą datuje się na 1970 r., kiedy to – została mu zaprotegowana przez Jana Józefa Lipskiego. To ona wprowadziła w jego krąg Malinę Gamdzyk i Tadeusza Sobolewskiego – przyjaciół ze studiów, którzy dla Białoszewskiego staną się niejako najbliższą rodziną. Anin pojawia się też w drugiej

części dziennika, którą Białoszewski opatrzył tytułem: Nadawanie. W notatce z niedzieli [20 grudnia 1982 r.] poeta wspomina swój pobyt u Anuli Żurawskiej w Aninie, skąd wracał na piechotę do domu na Saskiej Kępie. Białoszewski o Żurawskiej pisał z podziwem, że „uczy obok w szpitalu iluś docentów angielskiego […]”, mało tego – sama „uczy się francuskiego i chodzi na ciężkie kursy astrologii” Pozostają jeszcze Listy do Eumenid stanowiące trzecią część Tajnego dziennika. Z przypisów redaktor tej monumentalnej edycji, Marianny Sokołowskiej, dowiadujemy się, że owe Listy do Eumenid pisał Białoszewski podczas swoich pobytów w szpitalach, na oddziale reanimacyjnym rejonowego Szpitala Grochowskiego, na ulicy Grenadierów oraz pozawałowej rehabilitacji w Instytucie Kardiologii w Aninie. Kolejny to aniński, acz smutny, ślad w życiu poety. Adresatkami listów, „Paniami Profesor Eumenidami”, były: Maria Janion, Maria Żmigrodzka oraz Małgorzata Baranowska. Listy zostały opublikowane pośmiertnie w „Tekstach Drugich” (1991, nr 6). Datują się na rok 1983 – rok odchodzenia i śmierci poety. Zawierają wiersze ostatnie, jak tango dla Kici Koci z Listu 1, z 16 lutego, tuż po zawale – pisane na oddziale reanimacyjnym szpitala przy Grenadierów. W kwietniu [1983] Białoszewski trafia do Anina, do kliniki rehabilitacji, o czym pisze w Liście 10 z 4 maja. Odwiedza go tutaj Anula Żurawska, aninianka. Pobyt w Aninie przypada na piękny, kwitnący maj, o czym poeta wspomina w listach. Jednak jednocześnie konstatuje: „[…] nie mam w sobie radości życia”. Ową klinikę rehabil-

itacji, pawilon G, opisuje Białoszewski: „stoi na krańcu terenu sercowego, prawie w lesie. Zbudowany na wzór klasztorku. Kwadrat wirydarza w środku. Dokoła tego kwadratu korytarz”. Tam powstają kolejne teksty poetyckie. Potem przychodzi obrzęk płuc, o którym wspomina Białoszewski w Liście 12, z 20 maja. W tym i następnych opisuje codzienny pobyt, swoje dochodzenie do stabilniejszej formy, znajomości poczynione w czasie anińskiej rehabilitacji, m.in. z księdzem Kazimierzem Orzechowskim; lektury, programy telewizyjne, rozmowy. Drobiazgi codzienne, cenne dla spadkobierców spuścizny twórczej i dla potomnych. I, mimo całego zmęczenia – pogodzenie, nawet humor. W ostatnim zapisie – z 28 maja [1983] – znajdujemy taki ustęp: „Hasło dla siebie: obejrzałeś kawał świata? / to się z niego wyprowadzaj!”. Zbierał się Białoszewski do tej „wyprowadzki ze świata” jeszcze przez ponad dwa tygodnie po powrocie z Instytutu Kardiologii w Aninie. Zmarł nagle, w nocy z 17 na 18 czerwca 1983 roku. Tak czasami odchodzą poeci. Po cichu, ni z tego, ni z owego… Ów osobliwy pamiętnik Mirona Białoszewskiego został wydany po 30 latach od śmierci poety. Tak późno zapewne ze względu na jego szczerość, otwartość, improwizatorską formę. Jakie to szczęście dla czytelników, że przyjaciele poety podjęli trud edytorski. Miron Białoszewski jest bowiem dzisiaj zjawiskiem kultury i zaprawdę warto nad tym zjawiskiem się pochylić, do czego zachęcają, wędrujące śladami poety, aninianki. Miron Biaoszewski: Tajny dziennik. Znak, Kraków 2012


LUDZKA RZECZ

– ARCYPOWIEŚĆ PAWŁA POTOROCZYNA Małgorzata Gutowska - Adamczyk Okładka nie epatuje. Biała, zdystansowana, intryguje chłodem i znikomością ozdób, z których jedyna to szpadel bez styliska, zastępujący literę „u”. Tyle okładka, a w środku? Nim rozejrzymy się po Piórkowie, trafiamy na nabożeństwo żałobne. Jest rok 1944, trwa okupacja, podczas której piórkowscy starają się jakoś żyć. Tylko główny bohater leży w trumnie. Niemal cała wieś zjawiła się w kościele. To ostatnia posługa wobec Jasia Smyczka, partyzanta, amanta i miejscowego artysty, który grywał na weselach, a teraz zginął nie wiadomo jak i nie wiadomo z czyjej ręki. Już kopią mu dziwny, pionowy grób, bo kazał się pochować na stojąco, a ksiądz Morga, spoglądając z ambony na swoje owieczki w tej zapomnianej parafii, wygłasza kazanie. Msza za partyzanta tuż pod bokiem Niemców, to ukoronowanie jego posługi księdza katolickiego, po matce żyda, który wcale nie chciał być księdzem, tylko żołnierzem. Jest tu jeszcze ktoś. Siedzi w ławce, podpiera ścianę pod chórem albo nudzi się w bocznej nawie. Nikt na niego nie zwraca uwagi, bo to tylko bezimienny wiejski głupek. On właśnie opowiada nam tę historię. I jak to głupek, wie więcej niż wiejscy mądrale, zna przeszłość i przyszłość. Kapryśny i niesforny, ani chronologia, ani poczucie sensu nie mają dlań znaczenia, mieszając powagę i śmieszność, potrafi się nagle przerzucić się od wzniosłości do groteski, a snucie opowieści jest dla niego wartością samą w sobie. I plecie, aż zapiera dech. Brawurowo, zachwycająco, z wdziękiem gada, co mu ślina na

język przyniesie, uwodząc czytelnika-słuchacza. Nagle chronologia oraz fabuła przestają być potrzebne. Przymuszając się, ułożymy ze szczątków informacji biografie bohaterów, czasem dość zawikłane, bo wiatr pognał ich w różne odległe strony świata, ale i tak wszyscy wylądowali w końcu w Piórkowie, które istnieje i którego jednocześnie nie ma, bo jak każdego opisanego miejsca, jego ranga jest symboliczna. Piórków i piórkowscy, czy też msza, podczas której nie sposób się skupić, wyzwalają w narratorze potrzebę opowiedzenia świata. Socjologia, geografia i biologia dają się usystematyzować chociażby poprzez opis wiatrów puszczanych przez poszczególne nacje. Aż dziw, że nikt wcześniej nie wpadł na tę ciekawą koncepcję, bo gazy to ludzka rzecz i „Ludzka rzecz, czyli Wstęp do nauki o wiatrach” to jedno z zabawnych nawiązań do tytułu. Ludzkimi rzeczami są też: śmiech, literatura, grzech, miłość, pomoc w potrzebie, cisza, modlitwa, pomyłka, kobieta, powroty, obyczaj, błoto, legenda. Wreszcie dwie są

rzeczy arcyludzkie, czyli boskie: wolność i wiara. Narrator długo w powadze mszy nie wytrwa, jego uwaga znów ucieka na manowce i już pełnym wiejskich błędów językiem snuje kolejną prześmiewczą dissertację, dotyczącą sztuki i artystów, natury błota, kurzu, starości. Czasu mierzy się pustką w chłopskim żołądku, a wojnę, antycypują w swych gabinetach zamawiający ordery i odznaczenia wojskowi. O przyszłej Polsce pisze w pożegnalnym liście z Japonii kamikadze, syn dziedzica Piórkowa, Stanisław Kato Radecki. I nie myli się wcale, choć przyszło mu zginąć po drugiej, tej niewłaściwej stronie. Ale to przecież ludzka rzecz, a ci, co nam do głowy porządek świata przez lata wbijali, nieoczekiwanie dla samych siebie również gotowi byli zmienić zdanie. Pochyleni nad trumną Smyczka, patrzymy na jego na odwyrtkę założone buty, słuchamy wiejskiego głupka, który wie więcej niż niejeden filozof i myślimy z żalem: jak długo przyjdzie nam czekać na kolejną powieść Pawła Potoroczyna? ­

Wiadomość z ostatniej chwili

Miło nam donieść, że książka wyżej recenzowana została uznana przez prestiżowy magazyn Literacki KSIĄŻKI jedną z sześciu KSIĄŻEK ROKU 2013. Autorzy, zgromadzeni na dorocznym święcie rynku wydawniczego, które odbyło się 29 stycznia 2014 r. spotkali się w Bibliotece Narodowej, gdzie wygłoszono laudacje na ich część. Autorką jednej z nich była nasza recenzentka.


WYPRAWA NA PLAN RANCZA

To zdarzyło się pewnego pięknego dnia lipcowego 2013 roku. Kilka samochodów, wypełnionych po brzegi rozgadanymi, podekscytowanymi członkiniami TPW ( I nie tylko) wyjechało z miejsca zbiórki szosą brzeską ku wsi Jeruzal. Jechaliśmy na plan zdjęciowy kolejnego odcinka znanego chyba wszystkim serialu RANCZO. Małgośka i Wojtek, czyli państwo Adamczykowie – oboje członkowie Zarządu Oddziału Anin TPW - zgotowali nam wydarzenie, w którym udziału zazdrościć nam będą długo znajomi bliscy i

dalecy, czego doświadczyłam osobiście. Zadziwiające, że ten serial tak zatarł różnice w przynależności do różnych kręgów społecznych: podoba się zarówno profesorowi T. jak rolnikowi M. To socjologiczne spostrzeżenie mogłam wysnuć, bowiem obaj mieli do mnie pretensję, że nie przywiozłam im …MAMROTA!

DO JERUZALA

Jedziemy kolumną pięciu samochodów za Małgosią, inicjatorką i organizatorką zdarzenia. Nas wiezie Aldona, nucąc coś pod nosem, jak to ma w zwyczaju. My gadamy, jak baby (te, co wyszły właśnie ze wspólnej celi). W Mińsku – przerwa w podróży. Przed rodzinnym domem naszej pani prezes anińskiej wita nas urocza, starsza pani; to jej matka. Objedzone zakupionymi dla nas jagodziankami, wdzięczne za poczęstunek, ruszamy w dalsza drogę. Dojeżdżamy do legendarnego Jeruzala. Stale przekręcam tę nazwę. – Ile razy mam ci powtarzać, że to nie JARUZAL! – karci mnie nader surowym tonem pani Prezes. Posłusznie powtarzam w myśli: Jeruzal, Jeruzal, Jeruzal. Zwykła, a przecież już niezwykła wieś. Kościół dominujący nad okolicą, nieopodal pawilon ze sklepikiem, a w nim mamrot, po którego zakup rzucają się wszyscy z wyjątkiem mnie, (czego potem nie mogę odżałować, bo bliscy mają pretensję). Sadowimy się,


oczywiście, na znanej ławeczce, uszczęśliwione nie tylko pogodnym dniem, perspektywą uczestniczenia w nagrywanym w kościele odcinku serialu, ale i miłą, przyjacielską atmosferą, panująca wśród PRZYJACIÓŁEK ANINA . Postarała się o nią pani M., scalając grupę serdeczną, pogodną rozmową. Więc oczekiwanie na nagranie nam się nie dłuży.

DWA OBLICZA

Wchodzimy wreszcie do kościoła; tam na ławkach przygotowane kartki, wskazujące nasze miejsca: TPW, TPW,TPW. Sadowię się przy kartce, przede mną otyła, zakolczykowana blondyna z dzieckiem na kolanach. Aktorka jakże znana… Pojawia się Wojciech Adamczyk. Skupiony, wygląda zupełnie inaczej niż ten przemiły, wesoły, ciepły pan Wojtek, którego znam z Anina: tu groźny, apodyktyczny, rozsadza bez dyskusji źle usadowione osoby. Bo zasłonią kamerzystom jakiś przewidziany widok. A potem zaczyna się kręcenie odcinka. Co to za męka! Jak ci aktorzy to znoszą! Chyba z 10 razy powtarzają jedną scenę, w kółko to samo… Nie zdawałam sobie sprawy, że migawka, w telewizorze ledwie dostrzeżona, wymaga tyle pracy, wysiłku wielu ludzi, takiej wnikliwości reżysera, który zauważa niedoróbki tam, gdzie wg mnie ich nie ma. Całkiem nowe dla mnie doświadczenie. A więc ta wyprawa to nie tylko przyjemność bycia razem, jeszcze nauka…. Po nagraniu, szczęśliwe także dlatw, że wystąpiłyśmy w roli statystek, robimy sobie zdjęcia z aktorkami. Zmęczone, ale szczęśliwe, pobrzękując mamrotami, docieramy do Anina ciemnym wieczorem. (Ta bez MAMROTA…)m


Sikor w zalotach...

Jakiś czas temu o świcie wędrowałam smętnie na przystanek, aby komunikacją miejską pomknąć radośnie do pracy. Skąd taka rozbieżność nastrojów pomiędzy pokonywaną drogą, a zajęciem miejsca w autobusie? Otóż stąd, iż w życiu każdego pracownika nadchodzi taki moment, gdy rankiem dokonuje wielkiego wysiłku umysłowego, fizycznego i emocjonalnego, aby wykrzesać z siebie radość z faktu istnienia i zarabiania na chlebek powszedni. Oczka zaspane, na policzku czuć jeszcze ciepło poduszki, w głowie kołaczą się niedokończone sny, a my z uśmiechem na ustach stawiamy mężnie czoła pokusom łóżka

Joanna Wąsik i poduszki... No dobrze, z tym uśmiechem to małe fałszerstwo, ale jak optymistycznie brzmi... A zatem wędrowałam sobie... Tłumaczyłam sobie... Przekonywałam siebie, że to wcale nieprawda, iż październik to głupi miesiąc, a listopad jeszcze gorszy. Że to nieprawda, iż niedźwiedzie mają lepiej, bo ten najgorszy czas przesypiają i nikomu nie przychodzi do głowy ich budzić. Że wcale nie jest lepiej wyprowadzić się na całą zimę do ciepłych krajów razem z bocianami, tudzież innymi mądrymi ptakami, bo przecież... cztery pory roku mają tyle uroku... Gdy tak wędrowałam, nagle z zamyślenia wyrwał mnie znajomy dźwięk. O zgrozo... Głos stworzenia, który wiosenną porą napełniał mnie nienawistnymi uczuciami, pełnymi mściwych zakusów na jego życie i zdrowie, wyzwalające we mnie groźną bestię, której istnienia nigdy w sobie nie podejrzewałam... Tego mglistego, jesiennego poranka wzbudził jednak wręcz przeciwne uczucia... Ojej... sikorka... Kochana, malutka, słodka... Tak, tak, owym stworzeniem, któremu niegdyś życzyłam jak najgorzej, była istotnie sikorka. A ściślej ujmując - sikor. On. Pan. Samiec. Samiec w zalotach. Począwszy od pierwszych majowych dni prześladował mnie bezwzględnie i systematycznie. Co noc usadawiał się ok. godziny czwartej każdego nowego dnia pańskiego, na gałęzi drzewa rosnącego przy moim oknie i zaczynał miłosne trele, aby żadna powabna sikoreczka nie przeoczyła aby jego obecności na tym łez padole. A głos miał iście operowy. Wydzierał się na całe gardło, ile sił w maleńkich płucach. I przyznam, musiałaby sikorza panna mieć poważną wadę słuchu, by go nie usłyszeć... Fiu fiu, fiu fiu, fiu fiu... I tak w kolejnych seriach.. Nabieramy oddechu i... z całego serca i dzioba: fiu fiu, fiu fiu, fiu fiu... Usłyszałam i ja. (Niewykluczone, iż usłyszano także w Aninie) Ja, która dawniej, gdy burza z piorunami szalała na całego, spałam snem


sprawiedliwego, a zapytana rano, czy bałam się piorunów i grzmotów, pytałam: jakich piorunów... ??? Te dobre czasy bezpowrotnie minęły. Obecnie budzą mnie kroki kocich łap, a co dopiero wrzaski zakochanego krzykacza… Jedna poduszka na głowie, dwa jaśki, kołdra... hm... może jeszcze trzeci jasiek... gorąco... ale przynajmniej trochę ciszej się zrobiło... Kiedyś udało mi się go wypatrzeć między gałązkami... ha, siedzi drań... byłam zbyt zaspana, by się na nim zemścić. Plan opracowałam dopiero, gdy oprzytomniałam. Następnego ranka postanowiłam wprowadzić go w życie... rzucę w niego butem... i spróbuję trafić... Niestety, jakby przejrzał moje nikczemne plany, schował się dobrze. Postanowiłam poszczuć go kotem... Pojawił się problem ze współpracą. Kot, jako wybitny indywidualista, godziny nocne uważa za swój czas prywatny, którym może dysponować wg swojej woli i wykorzystać na włóczęgi w tylko sobie znanym kierunku i sprawach. Nic mi do tego i mam się nie wtrącać, a już na pewno nie mieszać go w moje przestępcze knucia. Dał mi to wyraźnie do zrozumienia. Próbowałam jeszcze sikora wystraszyć groźnymi minami i budzącymi grozę, jak mi się wydawało, odgłosami. Pozostał niewzruszony...

Pojawiał się regularnie przez trzy tygodnie. Zaczynał śpiewy o czwartej, kończył o szóstej, czyli o godzinie, gdy czas był najwyższy, aby wstać do pracy... Wtedy zapadała błoga cisza... Uuuufff... jak dobrze..., jak cicho... Nareszcie można spokojnie zasnąć... Ależ nie... radosna melodia w telefonie już wzywa do rychłego powitania nowego dnia... Ratunku! Tak więc zapałałam do rodu sikorzego mściwą nienawiścią. Osłabła ona nieco, gdy po jakimś czasie ujrzałam przypadkowo mojego prześladowcę, jak wraz z rodziną wchodził do swojego mieszkanka nieopodal mojego drugiego okna. Pani sikorowa i małe sikorzątka. Ładnych dzieci się dochowali trzeba przyznać... Wspaniałomyślnie mu wybaczyłam. Powróćmy jednak do poranka na przełomie października i listopada, gdy ze spuszczoną głową, powoli szłam w porannej mgle na przystanek. Znienawidzony dźwięk przypomniał wiosenne, radosne poranki, wypełnione słońcem i pląsem wesołych promieni na ścianach pokoju, gdy gałęzie drzew pokrywały znowu młodziutkie liście, soczyście zielone. Przypomniał, że nie zawsze już będzie szaro, ponuro, zimno i buro, ale wkrótce znowu wszystko się odrodzi do nowego życia. Sikorze fiu fiu, fiu fiu, fiu fiu, zabrzmiało jak najpiękniejszy słowiczy śpiew. I rozczuliłam się nad malutkim stworzonkiem.

To co zwykłe... Halina Kowalska

W roku 1991 r. dr Aldona Kraus, lekarz- okulista pisząca wiersze, jak mówi sama o sobie, stworzyła cykl wzruszających TRENÓW. Są one wyrazem jej przeżyć po śmierci męża, też lekarza. Treny mają bardzo wysoką ocenę wśród czytelników. W 2013 roku Jerzy Cembrzyński napisał do nich muzykę. Aninianie mieli możliwość wysłuchania koncertu pt. „To co zwykłe, takie święte”, który odbył się 24 listopada, po wieczornej mszy w anińskim kościele MBKP. Wybrane Treny wyśpiewała artystka Justyna Reczeniedi, ubrana w dystyngowaną czerń, obdarowując słuchaczy pięknym, doskonale brzmiącym głosem. Artystce towarzyszył grający na trąbce Krzysztof Bednarczyk, chór Ars Chori oraz zespół Con Passione. Muzyka wspaniale oddawała nastrój trenów. W trakcie koncertu jeden z nich przeczytała sama autorka. Słuchacze zachwyceni trenami, muzyką i wykonawcami nagrodzili ich długimi brawami na stojąco.. Autorka i solistka otrzymały dużo kwiatów, a wnuki Autorki-Poetki obdarowały czerwonymi różami wszystkich wykonawców. Blog fotograficzny z koncertu można obejrzeć w internecie pod adresem www.parafiaanin.pl

foto M. Masłowski


ZNAJOMI A NIEZNANI

Nie tylko fotografik

Czyje zdjęcia najczęściej oglądacie na łamach MNA ? Zapewne mało kto potrafi odpowiedzieć na to pytanie. Nawet redaktor od lat prowadzący to pismo tego zapewne nie powie. Wiec zdradzę tajemnicę. To fotografie Andrzeja Sachanowskiego, pracownika Klubu Kultury. Widzą go wszyscy, którzy oglądają slajdy na pokazach tamże. Towarzyszy, milcząc, wszelkim występującym mówcom, którzy prezentują swoje fotografie, filmy. Fotografuje uczestników zdarzeń kulturalnych. Jego fotografie świdermajerow prezentowaliśmy na wystawie z okazji stulecia Anina w Muzeum Historii Warszawy. To on projektuje i wykonuje zaproszenia, które kuszą nas do odwiedzin Klubu. I prezentowane są na naszych blogach, forach. Błyskotliwy w dyskusji, ciekawy w zwykłej rozmowie, rzadko głośny. Mówią za niego jego zdjęcia, wystawy, prace plastyczne. Andrzej Sachanowski. Zapamiętajcie. (J.K)

Zauważony… na Bielanach Bywalcy KLUBU KULTURY ANIN znają go dobrze. Ten „złotousty” gospodarz spotkań wszelakich, Mirosław Perzyński, decyzją Kapituły Nagrody Bielańskiego Wolontariusza otrzymał tytuł Bielańskiego Wolontariusza Roku 2013. Potwierdzający tytuł dyplom wraz ze statuetką wręczony mu został przez Burmistrza Dzielnicy Bielany, Adama Miastowskiego podczas Gali Wolontariatu w Urzędzie Dzielnicy Bielany.

TPD “Helenów”, Klubie Kultury “Anin”, w Szpitalu Dziecięcym w Dziekanowie Leśnym oraz w szkołach specjalnych i przedszkolach. Mirosław Perzyński jest wolontariuszem, czynnym członkiem Fundacji CZENE-KA, a obecnie pełni również funkcję w Radzie Nadzorczej tej organizacji.

Gratulujemy Mirosławowi tytułu WOLONTARIUSZA ROKU 2013. Wiemy dobrze, że należy on do grona ludzi, którzy z przyjemnością dbają o innych. Co może łączyć Bielany z Aninem poza faktem bycia Barbara Mildner częścią Warszawy? Otóż Mirosław Perzyński jest współzałożycielem i członkiem Rady Nadzorczej Fundacji Przyjaźni Ludzi i Zwierząt CZE-NE-KA. Fundacja ta wraz z Klubem Kultury “Anin” przez 7 lat organizowała wyścigi psów zaprzęgowych wokół Górki Delmaka. Uczestnikami tych wydarzeń były zarówno dzieci niepełnosprawne jak i wysportowani dorośli. Fundacja CZE-NE-KA zajmuje się dogoterapią i jest prekursorem w Polsce tej formy pomocy dla osób niepełnosprawnych. Oprócz zawodów, członkowie Fundacji przeprowadzali zajęcia dogoterapeutyczne w Centrum Zdrowia Dziecka,


LEŻAKOWANIE, SPANIE, SNY… Darek Osiński

Moja młodsza córka będąc w wieku przedszkolnym przyniosła do domu poufną wiadomość: - Kwiatkowski na leżakowaniu pocałował mnie… - I co? - I usnął. Moje przeżycia z wczesnego dzieciństwa polegały na tym, że w momentach ciekawej fabuły sennej nie chciałem wstawać do przedszkola. Bywało tak między innymi, gdy śniła mi się piękna księżniczka z baśni opowiadanych przez dziadka. Kwiatkowski dryfował pomiędzy jawą a snem w podobnej sferze uniesień co ja, z tą różnicą, że on miał sposobność do małego tete a tete w rzeczywistości, a ja nie. Z wiekiem i sny poważniały. Z płci pięknej przechodziły na obiekty mechaniczne w rodzaju traktora, samochodu czy czołgu. Oczywiście wątek niewieści uporczywie wracał. Czołgu jednak jak nie miałem, tak nie mam. Z bratem zaczytywaliśmy się Starym Testamentem, tzn. on czytał, ja słuchałem. Z tego rodziły się specyficzne sny o potędze. Biblijny

Samson bywał powodem mocno wyczerpujących nocnych urojeń. Zmagałem się z głazami wielkości Pałacu Kultury… Po takim wysiłku było oczywiste, że iść do szkoły na naukę kaligrafii mijało się z celem. Musiałem poddać się nagłej gorączce wymuszonej na termometrze włożeniem do świeżo ugotowanego mleka. Z początkiem ogólniaka, kiedy przybyło nauk mobilizujących do nocnych posiedzeń, sny również stawały się jakby bardziej skomplikowane. Przy pomocy praw fizyki opanowałem umiejętność odbijania się od ziemi coraz wyżej i wyżej, aż do widoku zapożyczonego od Gagarina. Kangurze biegi też bywały formą zmierzania się z senną rzeczywistością. Czasami było i strasznie. Wojenny krajobraz przenikał z filmów do młodzieńczej wyobraźni. Szczęśliwie reżyserzy z upodobaniem wplatali jakieś wątki miłosne, więc dramaturgia czasami zyskiwała na pikanterii… Już w prawdziwym wojsku, styrany poligonowym babraniem się w błocie, cudem znalazłem czas, by

zasnąć w apartamencie z widokiem na morze. Znajdował się on na drugim piętrze i składał się z luksusowego konaru drzewa, do którego przypiąłem się pasem marynarskim. Okoliczności były na tyle finezyjne, że już wizji sennych nie zamawiałem. Tak samo było i następnego dnia, gdy zdrzemnąłem się w marszu na stołówkę… Od zarania wojska bywałem plastykiem. Któregoś razu zmęczony nocnym malowaniem planszy propagandowej, o wielkości dwa metry na metr, zasnąłem na podłodze kanciapy. W środku nocy obudziło mnie nieodparte wrażenie, że ktoś mi się przygląda. Otworzyłem oczy… Dwadzieścia centymetrów ode mnie stała z wybałuszonymi w moją stronę pięknymi oczyma… mysz polna. - Co jest? – spytałem. A ona wzruszyła pyszczkiem, zarzuciła ogonkiem i zniknęła w ciemnościach. Może to była księżniczka z dziadkowych opowieści?

Anin – Osiedle Poetów to zobowiązuje!

DRODZY CZYTELNICY, Redakcja „MNA” ogłasza konkurs na wiersz o Aninie. Ludzie, miejsca, zdarzenia – aż proszą się o uwiecznienie w poetyckiej formie. Wszystkie utwory umieścimy na blogu - aninski.blogspot.com, a najciekawsze opublikujemy na łamach naszej gazety. Wiersze prosimy zgłaszać do sekretarza redakcji, Katarzyny Nowak ja.agua@gmail.com. MIĘDZY NAMI ANINIANINAMI NIECODZIENNIK – PISMO BEZPŁATNE Redaguje zespół społeczny w składzie: Barbara Mildner (redaktor naczelna), Teresa Szymczak (redaktor prowadząca), Katarzyna Nowak (sekretarz redakcji), Dariusz Osiński (redaktor wyd. cyfrowego), Maria Chodorek, Alicja Francman, Michał Nowacki, Joanna Wąsik, Ksenia Zimna; Wydawca: Wawerskie Towarzystwo Uniwersytetu Trzeciego Wieku; adres: 04-713 Warszawa, ul. Żegańska 1 A; adres redakcji: 04-637 Warszawa, ul. X Poprzeczna 8; adres e-mail:ja.aqua@gmail.com. Czytajcie:aninski.blogspot.com. Druk: SOWA; sp.z.o.o. Warszawa ul. Hrubieszowska Nakład:500 egz.


WARSZAWA W KWIATACH I ZIELENI PO RAZ XXX Jadwiga Wołoszka

Trudno w to uwierzyć: Idea konkursu sięga okresu przedwojennego. W roku 1938 nagrodzono pierwsze balkony, nagrody zdobyły: Mira ZimińskaSygietyńska i Zofia Wójcicka. Wznowiony w 1983 roku jest udanym działaniem w trosce o miasto i jego wygląd. Obecnie mamy jubileuszową 30-tą jego edycję. Gala rozdania nagród i dyplomów dla osób wyróżnionych nagrodą prezydencką odbyła się w dniu 6 grudnia 2013 r. w Teatrze Kamienica przy Al. Solidarności. Z Anina na wniosek Od­działu Anin TPW nagrodzona została Elżbieta Jaworska-Gorczyca, mieszkająca na ulicy Rzeźbiarskiej. Mieszka ona od trzydziestu lat w Aninie. Od zawsze hodowała kwiaty - nawet wtedy, kiedy mieszkała w mokotowskim bloku, kwiaty dominowały w jej mieszkaniu. Do Anina przeprowadziła się razem z nimi i utworzyła dla nich ogród zimowy. Obecnie kwiaty uprawia głównie w ogrodzie. Ogród ten wygląda jak wielki kolorowy bukiet. Rośliny są różnorodne, w każdym sezonie kwitną inne gatunki. Wolny czas w okresie wiosenno-letnim pani Elżbieta poświęca roślinom. Własnoręcznie podlewa, nawozi, ścina przekwitłe kwiatostany, kosi trawę. Przyznaje jest to ciężka praca fizyczna, ale dająca wiele radości. I smutku, kiedy aura jest nieprzychylna. Wtedy cierpią kwiaty i ich właścicielka - trzeba odbudować to, co zostało zniszczone. Wiosną w jej ogrodzie kwitną liczne hiacynty – upajają zapachem i urokiem. Potem pelargonie, sur - finie i lobelie, które wyglądają jak błękitny obłok na tle świeżej, zielonej trawy. Ścianka kwiatowa z różnokolorowych odmian pnączy z gatunku ,,milion b ­ ells” stwarza piękną kompozycję, od której nie można oderwać oczu. Pasja to dość kosztowna, ale za chwile spędzone z filiżanką kawy w pięknym ogrodzie można oddać wiele.. Kolejna laureatka – Aldona Kraus otrzymała wiele nagród, choćby za wielokrotny udział

w konkursie ,,Warszawa w kwiatach”. Skwerek ks. Jana Twardow­skiego jest zawsze ukwiecony od wczesnej wiosny do jesieni. Własnoręcznie sadzi ona kwia­ty i oczywiście o nie dba. Ogród też, choć zdeptany przez licznie przybyłych gości z okazji ,,Święta Jana”, ma swój niepowtarzalny urok: są tam kwiaty, krzewy oraz leciwe sosny, żyjące ze sobą w symbiozie . Wielu mieszkańców Anina nagrodzonych zostało w poprzednich latach, nie sposób o wszystkich napisać . Nagrodzeni przez Zarząd Główny TPW odebrali 14 grudnia 2013 swoje nagrody w Pałacu w Wilanowie. Przyznano nagrody Agnieszce Więsyk – studentce, uprawiającej nieco zapomniane gatunki kwiatów (malwy , dziewanny, narcyze); Krystynie Skadorwa – za pięknie ukwiecony ogrodu, a także za piękny balkon; Janinie Adamczyk, mieszkance Osiedla IBJ, która przed blokiem uprawia dużą rabatę kwiatową, zawsze zadbaną; Mirosławie Skoczeń – za pielęgnowanie ogromnego, niezwykle urozmaiconego ogrodu. Komisja Kwiatowa pracowicie działała pod przewodnictwem Grażyny Dworakowskiej – sekretarza ZG TPW. Nie można nie pochwalić ogromu pracy, włożonej w przygotowanie Gali przez ZG TPW. Należy również zauważyć, że znaczny był wkład Oddziału Anin w przy­gotowanie pięknych zaproszeń wg projektu zaprzyjaźnionej z nami, Grazyny Mordzon Moda w ogrodach spowodowała, że niedawno nazwa konkursu została nieco zmieniona, aktualnie brzmi Warszawa w kwiatach i zieleni. W ostatnich latach w ogrodach zaczęły dominować iglaki i ładnie wy­ pielęgnowana trawa, zdecydowanie mniej jest kwia­ tów. Przyczyna jest prosta – takie urządzanie ogrodu jest mniej pracochłonne, ale daje równie piękne efekty. Wszystkich, którzy kochają kwiaty i zieleń, namawiamy do zgłaszania swoich obiektów w przyszłym roku bezpośrednio do ZG TPW. Aninianie mogą zgłaszać chęć udziału w konkursie w Oddziale Anin TPW wprost do prowadzącej konkurs - na adres ; j.woloszka@onet.pl. Osoby niekorzystające z Internetu mogą kontaktować się telefonicznie z numerem 22  613 00 37. Zachęcamy.


Mna1 2014