Issuu on Google+

MINIMALBOOKS Lipiec 2011 / July 2011


all texts © by the Authors all texts used by kind permission of the Authors edited by Piotr Siwecki & Piotr Grudziński


S P I S

T R E Ś C I

/

C O N T E N T S

PO POLSKU / IN POLISH HANNA BRAKONIECKA………………………………….....Punkt widzenia SCOTT GARSON…………..………………………………………… Kościół TIM HORVATH………………………...……. Plan zagospodarowania miasta JZ………………..…………………………………...........…. Portret rodziców MIRIAM N. KOTZIN………………………………………. Budząc zmarłych KARL KOWESKI......………………………………………….. Duch jej ojca KARL KOWESKI………...…………………………………… Kraj demonów COREY MESLER………………………………………. Najmniejsze dziecko CAROL NOVACK…………………………………………… Cztery wariacje SZYMON SZWARC……………..………………………….. Pociąg i księżyc SZYMON SZWARC…….………………………………… Kot w tympanonie DARIUSZ SZYMANOWSKI…….………………………………. Mężczyzna PO ANGIELSKU / IN ENGLISH HANNA BRAKONIECKA…………………………………….. Point of View O AUTORACH ACKNOWLEDGMENTS & COPYRIGHT INFORMATION


HANNA BRAKONIECKA

PUNKT WIDZENIA Napisz do mnie, Kochany, nawet o tym Świetlickim. Polubię go, zobaczysz. Bo w gruncie rzeczy lubienie czy nielubienie kogoś zależy tylko od punktu widzenia. Czasem z kimś się spotykam i czuję niechęć. Myślę sobie, ciekawe co będzie za kilka dni. I rzeczywiście, poznaję go bliżej, jego smutki, wesołość, talenty. Moje serce się otwiera. Mówię sobie: O! Punkt widzenia. Podobnie jest z miłością. Żeby Cię nie kochać, starałam się spojrzeć na Ciebie z innych punktów widzenia. Dlatego ta miłość tak się we mnie rozlała. Z każdego kolejnego punktu widzenia kochałam Cię jeszcze bardziej...


SCOTT GARSON KOŚCIÓŁ Pewnego poranka podwiozłem dziewczynę do kościoła. Jechała autostopem, a ja się zatrzymałem. Miała załzawione oczy i pachniała papierosami. Była blada i nosiła jasno niebieską koszulę, która była ciemniejsza między jej łopatkami - tam, gdzie jej włosy nadal schły. To były włosy kasztanowe. Układały się w równe fale. Powiedziałem: cześć. Przy krawężniku obok trawnika przed kościołem powiedziałem: jesteśmy na miejscu. trans. Szymon Żyliński


TIM HORVATH PLAN ZAGOSPODAROWANIA MIASTA Mer Morisanii wydał dekret, w którym oznajmiał, że mieszkańcy miasta nigdy więcej nie będą nękani przez deszcz. Fale radiowe przenosiły słowa, które eksperci nazywali „faszystowskimi... ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu”. I głos mera dzwonił wokół, chociaż zniewaga była raczej instrumentem strunowym. Szarpał więc struny, przeciągał po nich smyczkiem, przypadkowo dotykał opuszkami palców. „W jakimże to stuleciu żyjemy „ – grzmiał, – „że przed wyjściem z domu wciąż muszę rozmyślać nad tym, co na siebie włożyć, żeby nie przemoknąć do suchej nitki? Czyż nie mamy dachów nad głowami? Czyż markizy nie osłaniają wejść do naszych domów? Czy wciąż musimy dopasowywać się do kaprysów staroświeckich bogów i bogiń? I od tej chwili zaczęto budować w całym mieście z fanfarami i kolektywnie. Babcie gotowały cudowne zupy wzmacniające kości, chroniące je przed pęknięciem. Drużyny budowniczych wymieniały się brązowymi, odblaskowymi koszulkami z hasłami godnymi zapamiętania. Uliczni performerzy grali na instrumentach ze zdwojoną siłą, w niebiosa pot i sokoły swoje wysyłając. A smugi światła, lśniąc, w niebo szły. Filozofowie obsiedli stoły, przy których medytowali i dyskutowali żywo nad przesłankami i konsekwencjami tych wszystkich wysiłków. Debatowano, na przykład, nad tym czy otwarty, czy też zamknięty parasol jest formą bardziej autentyczną i pierwotną. Forma zamknięta zdawała się być bardziej pierwotna, chociaż jej znaczenie rozpatrywać należało jedynie w kontekście formy otwartej. Nigdy wcześniej intelektualiści nie dyskutowali tak zawzięcie. Szkołę zamknięto, więc który z nauczycieli – nieważne jak bardzo twórczy – mógłby wskazać drogę w tej mgle? Ulice zamknięto dla ruchu, a z poddaszy szybko zniknęły sznurki, płótno i drut – krótko mówiąc wszystko, co chociaż odrobinę


przypominało brezent lub linkę, wszystko, co można by wykorzystać do konstrukcji zadaszenia. Odłożone na bok tkaniny najbardziej przemakalne przydały się artystom, którzy zaczęli tworzyć swoje wizje Morisanii. Futuryści rysowali kółka i lewarki, przy pomocy których można by rozkładać i składać baldachimy wyrastające z mieszkań i szczytów dachów – konstrukcje miały umożliwiać błyskawiczne rozłożenie baldachimów, z których każdy, z przyszytą doń rynną, pokryty miał być rowkami. A wszystkie te labirynty po to tylko, żeby każdą kropelkę wody odprowadzić na ziemię, a potem do rzeki Longinard i dalej, do morza przez turbiny, które w wizjach artystów miałyby dawać miastu prąd. Wizje surrealistów nie były w jakiś szczególny sposób inspirowane, jednak projektowane prze nich baldachimy miały być robione z małżowin usznych i genitaliów, a krople deszczu w ich wizjach wchłaniane miały być przez niebo. I wtedy zaczęło padać. Więcej – zaczęło lać. I nie był to zwyczajny deszcz. Nie był to ten rodzaj deszczu, z jakim w przysłowiach łączono psy i koty (przecież nie z ich winy, jak myślę). Tak, krople deszczu były jak skrawki masła, mchu i futra szynszyli. I wszyscy zbierali je dopóty, dopóki z nieba nie zaczęli spadać pośrednicy handlu nieruchomościami, gwoździe, przedpokoje. Z czasem krople zaczęły zmieniać się w ulewę klawiszy fortepianowych, pasów do noszenia ciężarów i całych wydziałów do spraw reklamy. Ludzie przemykali chyłkiem, kryjąc się i chroniąc przed opadami. A schronieniem były wnętrza domów oczywiście. A mer, niewzruszony, pewnie wplatał się w ruch na skrzyżowaniu i nadawał przez megafon. Jego glos był trujący, agresywny, wciskał się dosłownie wszędzie. Wszystkich nazywał tchórzami – nikt nie miał pewności czy mer ma na myśli mieszkańców Morisanii, czy bogów. Megafon skierował ku niebiosom i trzymał jak prowizoryczny parasol, ale woda przelewała się przez megafon i zalewała mera, wlewała się w niego, jak w butelkę. Od zawsze był kawalerem i jego geny chciały wyskoczyć z niego, jak kapitan opuszczający statek - w ostatniej chwili, lecz tratwy ratunkowe były stare, nieremontowane i pogryzione przez mole, szczury i inne szkodniki, z którymi słowo „plaga” wiązano niezliczoną ilość razy w dziejach. I oto geny mera ukojenie odnaleźć mogły jedynie w szumie spółgłosek szczelinowych. trans. Piotr Siwecki


JZ PORTRET RODZICÓW Stary ojciec rąbie siekierą zwalone drzewo, Uderza po sam brzusiec. Młode świerki uciekają w popłochu, Stal wygina się, napręża. Po co, tato, dlaczego, dokąd? Pytanie chłopca obsypanego srebrnym igliwiem. „Czeka nas praca, wysokie sosny pytają O punkt spoczynku, czy płynąć już teraz?” „Żywica szumi, śpiewa niby piękna dziewczyna, Czemu więc tak smutno w krainach świata?” Wróćmy do domu ojcze, już zmierzch! „Nawet, gdybym znał na pamięć ruch siekiery, Echo sprawi wrażenie nicości i wróci podwojone.” „No pomóż mi, drzewo, złam się!” By śmierć okazała się wspólnym mianownikiem? Uderz mocniej ojcze i spocznij. „Choć żal drzewa, zrobimy tratwę - podaj piłę! Przeprawię się przez rzekę przeznaczenia.” „Wiatr przynosi westchnienie, Przepłyń mnie teraz -” Wróćmy z lasu, tato, proszę, do jasności kuchni, W której matka niezmiennie zatrzymuje ulotne chwile.


KARL KOWESKI DUCH JEJ OJCA moja żona mówi wiem że nie wierzysz w takie rzeczy ale którejś nocy obudziłam się i zobaczyłam ducha mojego ojca jak stał nad Glorią a ona spała po prostu stał tam patrzył na nią i zmrużyłam oczy i zniknął nie opowiadam jej o moim porannym rytuale przed wyjściem do fabryki na zmianę od 4 rano do 4 po południu jak stoję przy kanapie obserwując córkę jak śpi


przypominam sobie dlaczego nie przestaję zgrzytać zębami zamiast tego kiwam głową uśmiecham się do żony lekko i mówię jej że to dobrze wiedzieć że jej ojciec wciąż jest tu z nami duchem trans. Piotr Siwecki


KARL KOWESKI KRAJ DEMONÓW Kiedy przyrodnia siostra mojej żony powiedziała, że została niedawno ochrzczona w ich kościele, to już wtedy to „bój się boga” powinno było zagrzmieć w mojej głowie. Ostatnio jednak starałem się być nieco bardziej wyrozumiały w stosunku do religii. Zawarłem z żoną umowę. Ja nie będę krytykował ani jej misjonarskiej działalności w Południowym Zgromadzeniu Baptystów, ani tego, że naśladuje dobrego Samarytanina, a ona przymknie oko na mój ateizm i moralną niejednoznaczność poglądów. Nietradycyjne kościoły to takie sympatyczne twory. Wyobrażam sobie katolików i protestantów, muzułman i Żydów, buddystów i satanistów siedzących jeden obok drugiego, modlących się o pokój dla świata. - Nie jest tak, jak myślisz – moja żona powiedziała, korygując moje wyobrażenie przegryzając dwunastego już Twinkie tego ranka. – To znaczy, że piją strychninę i tańczą z wężami. - Że co? Ellen, przyrodnia siostra mojej żony. Już widzę jak pogrąża się w szaleństwie. Kiedyś wysłała numer swojego konta bankowego Umbatu Mustafari z Południowej Afryki, bo ten szukał kogoś, z kim mógłby podzielić się swoimi trzema milionami dolarów pochodzącymi z wygranej. Jej mąż ma z pewnością o wiele więcej rozsądku i nie da się namówić na to mieszanie gadów z religią. Odsłużył jedną zmianę w Iraku. Wciąż nie mogę zrozumieć jak to możliwe, że spędził osiem miesięcy walcząc na pustyni i wrócił do domu o sto funtów cięższy. - Nie jesteś już na Północy – przypomniała mi żona. – Tu, na Południu, ludziska traktują swoją religię i NASCAR dużo poważniej.


- Możliwe. Mam tylko nadzieję, że ten ich kościół zaakceptuje homoseksualizm. BJ będzie się czuł jak w domu mogąc trzymać w dłoniach węże. Żona rzuciła mi znaczące spojrzenie, ale nie odezwała się ani słowem. Przy narodzinach BJ przeszedł przez kanał rodny i obiecał sobie, że nigdy więcej nie będzie miał do czynienia z waginą. Przez kolejne trzynaście lat przygotowywał się na ssanie fiutów i walenie w dupę przyszłości. Poza tym urodził się bez kości w nadgarstkach. Nikt w północnej Alabamie nie miał problemów ze zrozumieniem, że BJ wkrótce dorośnie do swojego imienia. Ellen i Jerry zdawali się nie zwracać na to uwagi. Ignorowali jego seplenienie, nie przejmowali się tym, że nie umie rzucać piłką bejsbolową, nic złego nie widzieli też w tym, że BJ na swoje czternaste urodziny zażyczył sobie zestaw narzędzi kuchennych. - Nie bądź taki niemiły – powiedziała moja żona, odwijając z papierka kolejne ciastko. Zawsze myliła bycie niemiłym z prawdomównością. Tydzień po duchowym przeobrażeniu Ellen, jej matka, Lovella, mieszkająca w przyczepie tuż za naszą przyczepą, doświadczyła boskiej obecności w zupełnie inny sposób. O pierwszej nad ranem do drzwi naszej przyczepy zaczęli dobijać się policjanci. Po spuszczeniu trzech uncji meksykańskiego zioła w toalecie i odwiązaniu dzieci od kaloryfera, mogłem otworzyć drzwi z odwagą dobrego obywatela, jakim się na chwilę stałem. Poziom mojej odwagi zmalał nieco, kiedy policjanci poprosili, żebym wyszedł na zewnątrz. Chociaż tyle, że nie towarzyszyła im kamera telewizyjna. - Czy jest pan zięciem Lovelli Sampson? - No… wyszła za mąż za ojca mojej żony kilka lat temu zanim mu się zmarło. - Ok. Przykro nam poinformować pana, że dziś w nocy chciała odebrać sobie życie. - I co? – spytałem. Ja cięgle rozmyślam o samobójstwie. To stały element mojego sposobu zarabiania na życie. - Udało nam się odebrać jej pistolet. Czy przetrzyma go pan bezpiecznie u siebie? - A dlaczego? Przecież bez niego się nie zastrzeli. - O to właśnie chodzi, proszę pana. - A, do diabła, dajcie mi tę spluwę. Dorzucę ją do tego arsenału, który przygotowuję na zbliżającą się rewolucję. - Umówiliśmy już jej spotkanie u doktora Harpera na rano. Do spotkania mogłaby resztę nocy spędzić u pana. Twierdzi, że nie musi tego uzgadniać z córką.


- Na miłość boską, ja mam już tu paru świrów i wcale mi jej nie potrzeba. Koniec końców to moja żona musiała zdecydować czy pozwolić Lovelli zanocować u nas. W związku z tym, że Lovella dała wiele radości mojemu teściowi w ostatnich latach jego życia, moja żona uważa, że powinna być w stanie obdarować nas równą ilością nieszczęścia. A Lovella wcale nie chciał umrzeć. Po prostu nie chciała żyć. Bardziej niż czegokolwiek innego pragnęła móc porozmawiać z kimś, z kim nie byłaby spokrewniona. A to naprawdę zadanie dla Herkulesa, jeśli mieszka się w Alabamie. Ponieważ była zbyt leniwa, a na dodatek z natury była ignorantką, nie chciało się jej szukać numeru telefonu zaufania i po prostu zadzwoniła pod numer alarmowy i powiedziała dyspozytorowi, że właśnie przyszło jej do głowy, żeby strzelić sobie w łeb. Kolejne półtorej godziny spędziłem całkowicie bez pomocy zioła. Życie wróciło do normy. Kiedy mówię „do normy” mam na myśli pracę/spanie/drzemkę/TV/użeranie się z dzieciakami, czyli to wszystko, w czym może się człowiek zatracić. A, zapomniałbym dodać, że Lovella marzyła o ucieczce z Południa szlakiem kolejowym świętego Piotra aż do godzin popołudniowych, kiedy przybiegłem do jej przyczepy, żeby pożyczyć trochę mleka, bo dzieciaki nie miały czym zalać płatków Lucky Charms na obiad. Samochód Ellen stał zaparkowany na żwirowym podjeździe przed przyczepą Lovelli. Rozejrzałem się po podwórku, sprawdzając czy nie zobaczę jak BJ ćwiczy swoje czirliderskie sztuczki. Nic z tych rzeczy. Dotarłem aż do werandy i wtedy usłyszałem płaczliwe krzyki Ellen. - Demony, nie macie władzy nad duszą tej chrześcijanki. Idźcie precz, demony! Co do cholery? Tak, jak robiłem to już wiele razy przedtem w tak wielu różnych miejscach, cichutko zbliżyłem się do frontowego okna i zajrzałem do środka. Lovella, blada i trzęsąca się, siedziała na futonie. Ellen klęczała między rozchylonymi nogami swojej matki ręce przyłożywszy do jej czoła. Na szczęście obie były ubrane. - Idźcie precz, demony! - Nie praw mi kazań. Nie waż się mnie pouczać – zawarczała Lovella. Ci, którzy nigdy nie słyszeli jak Lovella przeklina z powodu zawieszenia emisji „Strażnika Teksasu”, nigdy pewnie nie powiedzieliby, że ten, wydobywający się z trzewi, głos jest głosem Lovelli. Niektórzy powiedzieliby wręcz, że została opętana przez demona.


Po pięciu minutach postanowiłem się wycofać. To, co działo się w przyczepie, było jak patrzenie na samochód wypełniony klownami, który został zgnieciony przez ciężarówkę wiozącą obdarte z piór kurczaki. Było tak, jakbym miał śmiać się z tego, że tragedia została doprowadzona do granic absurdu. Dziesięć minut później, gotując zupę Ramen z makaronem, opowiedziałem żonie o tym, czego byłem przed chwilę świadkiem. - Ellen pewnie po prostu kładła na niej dłonie, żeby odegnać demony – stwierdziła nonszalancko moja żona. - A to nie wystarczy, żebyś pomyślała, że to szaleństwo? - No tak, jasne. Ale oni ciągle tak robią. - Chryste, a ja myślałem, że picie trucizny na szczury to coś złego. - Rozumiem cię. Pamiętasz co mówiłam ci o BJu? - Chodzi ci o to, że zaprasza chłopaków z drużyny koszykówki, żeby grali z nim w butelkę? - Nie. Chodzi o to, że BJ nazwał czarnoskórego dzieciaka w autobusie bambusem. - O tym nie słyszałem. - Ze szkoły zadzwonili do Ellen i opowiedzieli o tym, co się stało. Nie byli dla BJa zbyt surowi, bo wzięli pod uwagę to, że wszystkie dzieciaki nazywają go pedałem. - Założę się, że miała atak histerii. - Ona nikomu nie wierzy. Powiedziała, że to na pewno nieprawda. - Chcesz powiedzieć, że to, że BJ prosił o zestaw kuchenny Emerila LaGasse na urodziny nie dało jej do myślenia? - Pewnie, zaczęła się zastanawiać. Tym bardziej, że w komputerze BJa sprawdziła historię odwiedzanych stron i znalazła wiele stron z pornografią gejowską. Było tego naprawdę dużo. „To… wspaniale” – pomyślałem i przypomniałem sobie o stronach porno z zombie i spółkującymi czarnymi i białymi, które przeglądałem ubiegłej nocy. – „Czy usunąłem cookisy?” - A co Jerry na to? – spytałem. - Nic. Zgłosił się na kolejną zmianę do Iraku. Jakby nie było, Ellen zatrudniła całe komando egzorcystów ze swojego kościoła, żeby wygnali te wszystkie dziwne demony z BJa i jego komputera. - Założę się, że to wcale go nie przestraszy. - Z tego, co słyszałam od Ellen, został uzdrowiony. Chce, żeby nazywano go Bobby Joe i umie rzucać piłką na 60 jardów. - Cud. - Ale wciąż chce być szefem kuchni.


Nim makaron się zagotował, przyszły, nieproszone, Lovella i Ellen. Lovella pogwizdywała, uśmiechała się i żartowała jakby nic się nie stało. Ellen promieniała. Duchowe oświecenie albo psychotyczna iluzja. Nie potrafiłem wybrać. Pomyślałem jednak, że może naprawdę coś w tym jest. Być może następnym razem, kiedy poderwę kasjerkę z Wal-Martu, moja żona i elitarny oddział kobiet egzorcystek położy dłonie na moim penisie i wygna zeń demony, uwalniając mnie od nich i od odpowiedzialności za moje czyny. Ach, jaki piękny to byłby świat. trans. Piotr Siwecki


MIRIAM N. KOTZIN BUDZĄC ZMARŁYCH Mój ojciec zadławił się i zmarł. Nie było nas tylko przez chwilę, a tu nagle telefon. Wiosną posadziłyśmy z matką fiołki, które nigdy później nie zakwitły. Na cmentarzu obowiązuje zasada: żadnych kwiatów. Poznałyśmy ją, gdy, pochylone, wyrywałyśmy chwasty wokół nagrobka ojca. Po zimie twarda ziemia nie rodzi. A teraz grunt jest miękki, kiedy idę po cmentarzu, ostrożnie, żeby niczego nie zdeptać. Moja matka zatelefonowała uprzedzając o swojej śmierci. Zmarła, kiedy właśnie do niej jechałam. Padało przez całą noc, kiedy kupowałam dla niej trumnę. Była taka, jak wymaga rytuał, sosnowa pudło zbite kołkami. Obce moim dłoniom jej pierścionki pokaleczyły mi palce, kiedy odprowadzałam ją, ja, jej córka, niosąc kir, mówiąc do niej spokojnie, chociaż była już martwa. Grabarze opuścili trumnę. Usłyszałam plusk . Widziałam jak odpływa. Pompa, ta przemyślna maszyna, Pracowała dopóki leżała w łóżku. Poszłam do lasu, ścieżką ku wyschniętemu cedrowemu strumieniowi, a krzaki jeżyn zieleniły się – poczuły oddech wiosny. trans. Piotr Siwecki


COREY MESLER

NAJMNIEJSZE DZIECKO Znalazłem ją w popiele z kominka najmniejsze dziecko, jakie kiedykolwiek widziałem. Trzymam ją przy sobie, w łóżeczku z pudełka po zapałkach. Czasami rano budzi się tak powoli, że ja niemal przestaję oddychać. Przed snem opowiada mi o tym, co jedynie zmarli wiedzą. Mówi, że ja jestem olbrzymem o nieśmiertelnym sercu. Mówi, że przypominam jej Boga. trans. Piotr Siwecki


CAROL NOVACK

CZTERY WARIACJE I. Syzyf Chwycił za róg nieba i zdarł je ze ściany świata, by dostać się tam, gdzie żaden człowiek przed nim nie dotarł. Za niebem było to samo niebo, te same, hipnotyczne, wciąż zmieniające kształt chmury (suche/mokre, błękitne/szare). Życie i nicość, niezmiennie, życie i nicość. „Czy jest coś więcej?” – spytał, zdzierając ze ściany kolejne warstwy nieba, wciąż tego samego nieba. II. Puszka Pandory Lekarz poradził, żeby nie otwierała urny z prochami matki: “Prochy zmarłych są dla żywych szkodliwe”. Pomyślała, że to nonsens, że to ględzenie starej baby. I otworzyła urnę, wsypała prochy do stawu swojej matki, bo rybka Matkę kochała. Najpierw zdechła rybka, potem nadeszły deszcze – deszcze wściekłe i dzikie i dom spłynął do stawu. A kiedy próbowała odpłynąć i dom opuścić, dom płynął za nią aż do ścian świata. Dom z wody, dom jej zmarłej matki zniszczył wszystko na swej drodze – nawet Biały Dom; połknął prezydenta, gdy ten oglądał właśnie „Przeżyliśmy w Syrii”. Zbyt późno było, by zrozumieć mogła, że lekarze nie zawsze się mylą. Pioruny uderzały w nią dopóty, dopóki nie stała się kupką prochu.


III. Diana i Akteon Pośród sekwoi i sosen, w kręgu oświetlonym blaskiem księżyca przez milisekundę poczuł zapach bogini, mocną woń niebiańskiej manny i krwi miesięcznej. Zwrócił się do swojej matki, mówiąc: „W lesie pachnie boskością. Wyśledzę tę boginię”. Lecz matka ostrzegła: „Nigdy, przenigdy nie próbuj usidlić istoty boskiej, mój synu. Bogowie nie chcą, by ludzie ich widzieli i dlatego nagość i lasy tchną boskością, chociaż bogów nie widać. Zapoluj na jelenia raczej; one zjadają nasze winogrona”. (A on, rzecz jasna, nie słuchał. Któż matek słucha?) Powrócił do kręgu w lesie. Powracał co noc i podchodził coraz bliżej, żeby poczuć jej zapach. Chwilami zapach był mocny, kiedy indziej znów subtelny, ledwo wyczuwalny. Trudny był do uchwycenia, jak dźwięk światła. Zapomniał, że polować ma na dziki i jelenie. Zapomniał o matce swej, zapomniał o piwie. Coraz bledszy był i duchem nieobecny. Schudł tak, że jego urodziwa narzeczona uciekła z siłaczem o płaskim nosie i oczach wąskich jak kreski. Stał się tak cichy, że sokoły wzbijały się ze strachu w powietrze. Stał jak opuszczony dom – dom o dziurawych ścianach. Strzała w jego kołczanie drżała, łuk wygiął się z żalu po nieuchwytnej śmierci, która jeszcze nie nadeszła. I stało się. Pewnego razu zapach był tak przejmujący, że zaprowadził go wprost do bogini. Zażywała właśnie kąpieli w rzece zwanej Ruską. Ot, po prostu kobieta w wodzie. Srebrzyste włosy otaczały jej jednowymiarową twarz jak długi skład wagonów ślubnego welonu. Po prostu doskonała nioska, która pragnie być sama. Jej oczy zamknięte. Śniła o Panu, tym starym koźle, o jego doskonałych szyderstwach, cuisse de cannard confit en croute. Stał za krzakiem jak sparaliżowany. Ledwo trzymał się na dygoczących nogach. Myślał: „Nie zmarnowałem czasu, oto życie!” Myślał: „Piersi jak owoce granatu, skora jaśniejąca jak wschodzący księżyc”. Ledwo stał, a po chwili padł na ziemię, robiąc przy tym nie więcej hałasu niż upadająca gałązka. Westchnął z głębi smutku i nadziei. Westchnął jak chory wiatr w sezonie tsunami. Usłyszała jego westchnienie i zanurzyła się pod wodę. Po chwili pojawiła się nimfa o siedemdziesięciu ramionach, by go nimi opleść. Potem z wody wynurzyła się bogini w zbroi i z łukiem, przebiła jego serce i połączyła


je ze swoim – osobliwie ostrym, jak na księżyc. A on zmienił się w jelenia, zmienił się w dzika, zmienił się w sól, którą rzeka uniosła do morza. IV. Edyp 1. Trzymała go mocno, tak mocno, jakby miał się na powrót do niej wślizgnąć, gdyby tylko mu na to pozwoliła. Trzymała go tak mocno, jakby nigdy więcej nie miała go zobaczyć. Przerażenie przepowiednią paraliżowało ją. Był tak drobniutki, że bała się, że jej oddech mógłby go zdmuchnąć. Jego oczy były wciąż zamglone, lecz jego usta były soczyste, jak gdyby karmiony był piersią na jakiejś tropikalnej planecie, jakby wysysał mannę, mamę, mannę mamy. Trzymała go przy sobie tak blisko, że sąsiedzi zaczęli szeptać między sobą. „Zachowuje się jak bestia” – stwierdzały matki przesiadujące w parkach ze swoimi dziećmi, na które nie zwracały uwagi, gdy te zjadały brudne robaki. „Nie jest normalne, kiedy matka nie odstępuje swojego dziecka na krok. Musimy o tym poinformować władze. Dla dobra dziecka.” Urzędnicy przyszli niezapowiedziani w asyście policji w środku nocy i zastali ją w łóżku. Ona i dziecko „in fragranti delecto”. Diagnoza: początkowe stadium matkomanii. Zalecane rozwiązanie: usunąć. Więc zabrali ją, zamknęli w zakładzie, sklasyfikowali jako przypadek niezgodny z naturą i niebezpieczny. Trzymali ją w zamknięciu, a ona żyła, nie będąc już taką, jaką była. „Zabrali go i dadzą sępom na pożarcie” – powiedziała. – „Takie było proroctwo”. I powtarzała tak raz za razem. Z jej pamięci na stałe usunęli wszystkie wspomnienia. Najpierw słowa, dotyk języka, wspomnienie prawdziwej miłości, potem wspomnienie ciepłego dotyku dziecka, jego ciche myśli, jego ciche pomrukiwania – jego ciało z jej ciała. Trzymała się kurczowo wspomnień o dziecku tak długo, aż stały się jak martwe drzewo w zapomnianym lesie. Dopiero całe lata później, już kiedy została wypuszczona z kliniki, okruchy wspomnień zaczęły do niej wracać.


2. Zobaczył ją na nabrzeżu jak rzucała mewom szprotki. - Znam cię – powiedział. - Więc powiedz mi, kim jestem – odrzekła, dokładnie wiedząc kim on jest, chociaż nie wiedziała wcale, że wie to, co wie. Zaczął mówić, a usta mając pełne ryby, powiedział coś, co zabrzmiało jak „mer”. Być może pomylił ją z morską syreną, mimo że jej włosy były siwe, a piersi jak dwie wyschnięte główki kapusty. A przecież wszyscy wiedzą, że syreny się nie starzeją. - Nie rozumiem tego, kim jestem – powiedziała. – Nie wtedy, kiedy mówisz mając usta pełne ryby. Więc, proszę, przełknij najpierw. Zauważyła, że jego wydatny brzuch zwisa aż do stóp, a stopy są bose. - Jest zimno – powiedziała. – Nakryj, proszę, stopy moim kapeluszem, bo aż mnie stopy marzną. Kiedy wziął od niej kapelusz i schylił się, by wsunąć w niego stopy, dowódca strzebli wychynął spod jego swetra. Teraz wydał się wątły i zawstydzony. - Powiem ci, kim jesteś, jeśli ty powiesz mi, kim ja jestem – powiedział. Jego rude bokobrody zadrżały, kiedy uniósł ręce, by poczochrać loki. - Jesteś mężczyzną, który nerwowo tarmosi swoje rude bokobrody i mówi, że mnie zna – odpowiedziała. – Jesteś bosonogim mężczyzną mówiącym z ustami pełnymi ryby. Udławisz się ością, jeśli nie będę wystarczająco czujna. Jesteś liryczny, ale głupi. Masz rude włosy, jak moja pierwsza wielka miłość i oliwkowo zielone oczy, jak ja, choć ślepe. Jesteś chyba moją drugą prawdziwą miłością. - Och, matko! To naprawdę ty! – wykrzyknął, podskakując ze stopami wciąż w jej kapeluszu. I tak oto odnaleźli się. trans. Piotr Siwecki


SZYMON SZWARC POCIĄG I KSIĘŻYC Pociąg nie przyjedzie – będzie odtwarzało mp4. Spóźni się księżyc, wysiądą baterie w pociągu. Księżyc spóźni się. A potem nie przyjedzie księżyc. A potem rozleci się pociąg. A potem mp4. będzie odtwarzało pociąg. Będzie odtwarzało księżyc: słowo daję


SZYMON SZWARC

KOT W TYMPANONIE

Grabarze, ci nieludzko pijani grabarze, rachują nasze kości, dzieci bawią się w chowanego; nie pytajcie po co cyrk przyjechał, cyrk i tak pojedzie dalej; byleby dupa słonia nie przesłoniła rzeczywistości; byleby klimat umiarkowany był i nastrojowy; byleby spadł po nas deszcz i nie dał się prognozom pogody (lecz jeśli nie spadnie, to niech ktoś po niego zadzwoni); miejsce naszego rozejścia się przetarte jak w kroku spodnie, barok się ciśnie jak wesz pod perukę, ser pleśniowy marnuje się w duszy


DARIUSZ SZYMANOWSKI MĘŻCZYZNA Ein heiteres Kind: soviel wissen wir. Być może. Co innego – Mężczyzna. Bezpretensjonalny, pewny siebie, jak początek i koniec. Jak sam początek. Czasami wyobrażam go sobie jak stworzenie (niemal) doskonałe. Idealne w swej wrodzonej ułomności. Mężczyzna szczęśliwy? Nie istnieje coś takiego jak Mężczyzna szczęśliwy. Wiecznie niezaspokojony. Gdy się uśmiecha, wydaje się, jakby ten prosty gest miał być ostatnim, jaki w życiu wykona. Usta lekko uniesione ku górze, tuż przy kącikach ust. I oczy. Prawdziwy Mężczyzna śmieje się właściwie tylko oczami. Nie da się tego pomylić. Nie będę tu, jak niektórzy, pisał jak trudno mu było być Mężczyzną. I nie ma w tym żadnego wybiegu. Ot, uważam, że są rzeczy o wiele trudniejsze jak wierność czy umiejętność trzymania języka za zębami. Lubię patrzeć na jego dłonie. Grube, odmierzone przez czas równymi zmarszczkami. Chciałbym pamiętać to, co one. Te wszystkie kobiety, butelki: pełne, eksportowe, deficytowe. Znam wielu ludzi, którzy oddaliby wszystko, aby mieć takie dłonie. W odróżnieniu od reszty Mężczyzny te dłonie żyją. Żeby to zrozumieć nie trzeba być Mężczyzną. Wiem, Mężczyzna, jak nikt inny, udowadnia, że całe życie mądrzejemy nie dając potem dowodu tej mądrości. Popełnia błędy, których nigdy później nie zapomina. Pielęgnuje je. Chce pamiętać każdy z nich. I choć przychodzi mu je powtarzać, Mężczyzna wie, jak ważna jest pamięć. W takim kraju jak na przykład Niemcy, Mężczyzna ma dwa razy trudniej. Tu nie Ameryka ani nawet Francja czy Włochy, gdzie bycie Mężczyzną sprowadza się do prostego równania: chcieć plus mieć równa się być i jeszcze to: zapamiętaj, że mieć nie pochodzi od umieć. Ale z drugiej strony nie musisz


podobać się wszystkim, występować we wszystkich klasyfikacjach, raportach, na pomnikach. Więc co robić? Wystarczy zająć się szczegółami. Dzięki nim stajesz się 100% Mężczyzną. Jelinek jest stuprocentowym Mężczyzną. Mann jest początkiem Mężczyzny. Goethe jest jego końcem. Zgoda, ale jest coś jeszcze. Każde słowo, które przedstawia nam cały świat. Marionetki. Archeologię. Tortury i przemysł. Wreszcie, halucynację. Ruch. A Mężczyzna, przyznajmy się, wciąż szuka dziury w całym. I łata, łata. Miliony Mężczyzn handlują raz danym słowem. To pospolite. W każdym razie - spotykane. To wszystko ze strachu przed utratą swojej pozycji. Najświeższe badania i statystyki dowodzą, że coraz więcej Mężczyzn – z powodzeniem – przejmuje role dotąd powierzone kobietom. Czy dziwi cię to? Potrafisz wyobrazić sobie dzień, w którym w twojej głowie pojawi się myśl, że tak naprawdę nigdy nie byłeś Mężczyzną, a cała ta rewolucja zmieniła odwagę w nadwagę, upór w opór, Mężczyznę w mieliznę. I stoisz tak, nic nie mówiąc, po czym przyznajesz, że to prawda. Wszystkie twoje decyzje nie są twoimi decyzjami. Jesteś już tylko Mężczyzną na wszelki wypadek. Niepotrzebnym. Choć byłeś narodem wybranym, teraz nie różnisz się niczym od menstruacji. Pojawiasz się raz na jakiś czas. A przecież masz duszę. - Czy ty w ogóle masz duszę? I nawet teraz słyszę głos Mężczyzny. - Dajcie mi wreszcie święty spokój.


PO ANGIELSKU / IN ENGLISH


HANNA BRAKONIECKA

POINT OF VIEW Write me, Darling. It could even be something about Świetlicki. Write me. I will like him, you’ll see. As it seems to me, to like or dislike someone is the matter of point of view. Sometimes I meet someone and I bear this someone illwill. I wonder, what will happen next. Few days pass. I start to know him better: his sorrows, his joys and gifts he was gifted with. My heart opens. I tell myself: O! The point of view. The same is with love. I’ve been trying to look at you from different points of view to start to love you less. This is why this love has spilled out inside me. From each and every point of view I’ve been loving you more and more... trans. Piotr Siwecki


O AUTORACH / ABOUT AUTHORS

Hanna Brakoniecka - nauczycielka i bibliotekarka, rysowniczka i pisarka. Rysuje zabawne historyjki, które umieszcza na blogu (habra.bolg.pl). Rysuneczki będące zapisem małżeńskich relacji z Kazimierzem Brakonieckim (poetą, prozaikiem, animatorem kultury)ukazały się w książce KabraHabra. Publikowała w „Bluszczu”, „Variarcie”, „Kurierze Szczecińskim”. Scott Garson – autor zbioru krótkich próz American Gymnopedies (Willows Wept Press, 2010). Publikował w magazynach literackich, m.in.: „elimae”, „Everyday Genius”, „Hobart”, „Juked”, „The Collagist”. Tim Horvath – amerykanski pisarz, autor książki Circulation, (Sunnyoutside Press). Wykłada literaturę w Chester College of New England, Grub Street Writers oraz University of Massachusetts-Lowell. Publikował w magazynach literackich: „Conjunctions”, „Wigleaf”, „Camera Obscura”, „Diagram”. JZ - autor Miriam N. Kotzin – amerykańska pisarka; wykłada literaturę i creative writing na Drexel University w Filadelfii; wraz z Billem Turnerem współredaguje magazyn literacki “Per Contra”; trzy razy nominowana do Pushcart Prize; autorka książek poetyckich: Reclaiming the Dead (New American Press, 2008), Weights & Measures (Star Cloud Press, 2009). Jej wiersze i teksty prozą publikowane były w m.in.: “The Iron Horse Literary Review”, “The Painted Bride Quarterly”, “Boulevard”, “Small Spiral Notebook”, “Drexel Online Journal”, “The Vocabula Review”, “Three Candles”, “The Poetry Super Highway”, “For Poetry.com.”, “Word Riot”, “Eclectic Literary Forum”, “Slow Trains”, “Smoke Long Quarterly”, “Littoral”, “Storied World”, “The Glut”. Karl Koweski – amerykański poeta, prozaik, felietonista. Autor cyklicznej kolumny "Observations of a Dumb Pollack" publikowanej w magazynach „Zygote in my Coffee” oraz „Red Fez”. Autor książek: Playthings (Future Tense Books, 2001); Internet Killed the Mimeo Starr (Hemispherical Press); Casualty of the Industrial Revolution (Liquid Paper Press, 2004); Can't Kill a Man Born to Hang (Bottle of Smoke Press, 2005); Demon Country (Showcase Press); Diminishing Returns (Sunnyoutside, 2007); Industrial Strip (Covert Press); Blood and Greaspaint (Epic Rites Press, 2010)


Corey Mesler - amerykański pisarz i księgarz. Autor tomów prozy i poezji: Talk.A Novel in Dialogue; Listen:29 Short Conversations;Some Identity Problems; Before the Great Troubling; The Heart Is Open; The Narcoleptic Therapist; The Tense Past; Grit; Overtime; The Chloe Poems; Dark on Purpose; . Publikował w magazynach literackich, m.in.: „Elimae”, „H_NGM_N”, „Juked”, „Quick Fiction”, „Hobart”, „Drawn in My Own Fears. Carol Novack – amerykańska pisarka. Pracowała jako adwokat. Publikowała w pismach literackich, m.in.: “Anemone Sidecar”, “Big Bridge”, “Cellar Door”, “Diagram”, “Elimae”, “Journal of Modern Post”, “Mindfire Renewed”, “Muse Apprentice Guild”, “Newtopia”, “Opium”, “Pindeldyboz”, “Ravenna Hotel”, “Skive”, “SmokeLong”, “Unlikely Stories”, “Wild Strawberries”, “Word Riot”. Jej teksty znajdują się w antologii The Penguin Book of Australian Women Poets. Wydała tom wierszy Living Alone Without a Dictionary oraz tom prozy Giraffes in Hiding:The Mythical Memoirs of Carol Novack (Sputen Duyvil Press 2010). Wydaje i redaguje magazyn Mad Hatters' Review. Szymon Szwarc - debiut. Dariusz Szymanowski – ur. w 1984 r. w Olsztynie. Wiersze i opowiadania publikował m.in. w „Kresach”, „Pograniczach”, „Opcjach”, „Kwartalniku Artystycznym”, „Portrecie”. W roku 2011 ukaże się jego debiutancki tom poezji Album. Mieszka w Świętochłowicach na Górnym Śląsku.


ACKNOWLEDGMENTS & COPYRIGHT INFORMATION All texts used by kind permission of the Authors. Hanna Brakoniecka, Punkt Widzenia; Point of View both texts (original and translation) first appear in this edition. Copyright © by Hanna Brakoniecka. Scott Garson, Church, first appeard in “Unsaid Magazine” (http://www.unsaidmagazine.com/display_lit.php?issue=4&file_url=garson_c hurch.html). Copyright © by Scott Garson. Tim Horvath, Urban Planning was originally published in “Sein und Werden” (http://soundzine.org/index.php?option=com_content&task=view&id=79&Ite mid=99999999). Copyright © by Tim Horvath. JZ, Portret rodziców first appears in this edition. Copyright © by JZ. Miriam N. Kotzin, Reclaiming The Dead first appeared in “Poetry Superhigway” (http://poetrysuperhighway.com/ppa/ppa348.html#fp1). Copyright © by Miriam N. Kotzin. Karl Koweski, Her Father’s Ghost first appeared in “Scythe Literary Journal” (http://scytheliteraryjournal.yolasite.com/karl-koweski.php). Copyright © by Karl Koweski. Karl Koweski, Demon Country first appeared in “Anti Muse” (http://www.antimuse.org/cgibin/pageserver.cgi?page=06100103). Copyright © by Karl Koweski. Corey Mesler, The Tinniest Child first appeard in “Used Furniture Review” (http://usedfurniturereview.com/2011/01/11/four-poems-by-corey-mesler/). Copyright © by Corey Mesler. Carol Novack, Four Variations first appeared in “Necessary Fiction” (http://necessaryfiction.com/stories/CarolNovackFourVariations). Copyright © by Carol Novack. Szymon Szwarc, Kot w tympanonie; Pociąg i księżyc both texts first appear in this edition. Copyright © by Szymon Szwarc. Dariusz Szymanowski, Mężczyzna first appears in this edition. Copyright © by Dariusz Szymanowski.


minimalbooks lipiec 2011/july 2011