Page 1

JACEK ŻEBROWSKI

DALIA


Copyright ©by Jacek Żebrowski photo copyright © by Marcela Golis

minimalbooks 2010 www.minimalbooks.blox.pl

1


JACEK ŻEBROWSKI

DALIA opowieść ostatniego tchnienia

2


I. Zza drzwi łazienki płynie woda. Cienkim strumykiem sączy się na zewnątrz i płynie powoli w stronę mojego krzesła. Obserwuję jej falistą drogę, jak ślad węża na piaszczystej skale. Kiedy mija stolik koło kanapy, czuję lekki dreszcz. Zauważam, że woda ta ma ciemną barwę. Jednak przyglądam się jej tylko kątem oka i trudno mi zobaczyd w ten sposób jej kolor. Patrzę na dłonie, na ciemne plamy ściekające z mojego ubrania, które układają się na podłodze w fantazyjne, pokręcone kształty. Ciężko mijają minuty. Noc płynie tak powoli, że gdy wyciągam rękę przed siebie, mogę ją odgarniad jak kleistą mgłę. Próbuję ją zebrad w dłonie, złapad, myśląc, że jej woal będę mógł położyd na twarzy, przykryd się jej suknią. I zasnąd. Jednak nie pozwala się złapad i znika, ucieka gdzieś w przestrzenie swojego królestwa. Słyszę sygnał lokomotywy i przejeżdżającego gdzieś z wielką szybkością pociągu. Daleki szum fabryki na koocu miasta. Zastygam przez chwilę. Spoglądam na mały, świecący krzyż nad kanapą. Przez otwarte okno wpada komar i uderza o ścianę, a jego długie, cienkie odnóża plączą się wokół rąk martwego Chrystusa. Woda płynie wolno podłogą. Z uchylonych drzwi łazienki widad szczątki światła. Coraz ciężej oddychad. Duszno. Ocieram pot, odrzucam głowę do tyłu. Refleksy ulicznych świateł na suficie. 3


Dalia. II. Stałem w oknie każdego poranka, gdy się budziła. Patrzyłem, gdy wstawała z białej pościeli, wysuwała nóżkę, dotykając palcami zimnej podłogi. Odgarniała włosy spływające na piersi, przecierała oczy. Pierwsze ziewnięcie, pierwsze objęcie ramion i pierwsze spojrzenie na nowe słooce. Pomiędzy kwiatami ogrodu a dzielącą nas ulicą istniała przepaśd, daleka przestrzeo bez jednego nawet pomostu, bez szansy na słowo, dotyk, spojrzenie. Dala. Dalia. Dalinka. Podchodziła najpierw do okna i, nie odsuwając zasłony, lekko policzkiem i nosem gładziła jej powierzchnię. Otwierała leniwie oczy na podwórko, na kwiaty w ogrodzie, ulicę, na przestrzeo, nowy świat. Przeciągała się rozkosznie jak zaspany kociak, który rozczapierza pazury po długim, południowym letargu. Odwracała się nagle i rzucała się z radosnym krzykiem na łóżko. Jeszcze chwila snu. Nie chcę wstawad. Wiem, to piękny dzieo tam, na zewnątrz. Nie! Jeszcze nie, zostawcie mnie, jeszcze chwileczkę, kilka minut, kilka minutek...

4


5


Leżała tak przez jakiś moment, przez ułamek czasu, gdy słooce oświetlało jej jasnobrązową, opaloną łydkę i jej lekko pulchne udo. Przytulona do poduszki i owinięta do połowy wielką kołdrą, drzemała tak w porannym słoocu. Słyszałem jej oddech, każdy niewidoczny ruch ciała ocierającego się o pościel. Jej twarz w tym jedynym momencie, przez ułamek sekundy, zanim promienie wschodzącego słooca padły na jej policzki, ukazywała całe delikatne, ulotne piękno. To był ten jedyny we wszechświecie, jedyny w całym jego istnieniu moment. Nieskooczony, idealny, wszechogarniający. Pierwszy promieo słooca dotykał jej lewego oka i Dalia zrywała głowę z poduszki, spoglądała z niechęcią na okno, przewracała się na drugi bok, kotłowała się przez chwilę, jednak nowy dzieo pokonał już jej słodkie sny. Musiała dad za wygraną. Siadała na łóżku, podciągała nogi i, kuląc się, opierała brodę na kolanach. Zastygała tak w bezruchu, zaspana, mrugając długimi rzęsami, próbowała przyzwyczaid się ponownie do światła. Wstawała, powoli wysuwając jedną nogę, później drugą, powoli, powolutku dotykając podłogi, drobnymi stopami badając chłodną powierzchnię. Odgarniała włosy i, spoglądając przed siebie, składała dłonie. Pochylała głowę i bezgłośnym szeptem, poruszając delikatnie ustami, odmawiała poranną modlitwę. Po krótkiej chwili energicznie wyskakiwała na środek pokoju robiąc taneczny pas, odrzucając to 6


jedno, to drugie ramię, unosząc do przodu lewą nogę, kręciła nią koło, obracając się na prawej stópce, odrzucała włosy w tył, stawała na bacznośd, pochylała głowę, odrzucała znów ramiona... jej taniec... taniec porannego elfa, wiosennej rusałki, królewny, młodej wróżki... Przysięgam, że jednego z tych poranków, gdy z drżącym sercem obserwowałem jej pląsy, ujrzałem... skrzydła! Tak! Delikatne jak babie lato, przezroczyste jak pajęczyna, cicho trzepoczące skrzydła... Słodka Ginewra taocząca na leśnej polanie w świetle poranka. Zastanawiałem się: czy ona wie? Czy wie, że oglądam ją przez tyle lat. Czy wie, że widzę ją zza zasłony? Czy wie, że obserwuję ją, dorastającą, i że teraz, gdy nie jest już dzieckiem, gdy nie jest już małą dziewczynką, ale jest już prawie kobietą, teraz, gdy jest tak pełna dziewczęcości, świeżej kobiecości, czy wie, że taoczy tylko dla mnie? Gdy siadała przed lustrem, rozczesując swoje długie włosy, gdy zakładała pooczochy, gdy słychad było już dźwięk kościelnego dzwonu, gdy... To był już koniec magicznego spektaklu. Odchodziła w głąb domu, a ja zamykałem swoje okno, idąc na śniadanie.

7


8


III. Pewnego dnia wstała rankiem, poszła prosto do kuchni i wzięła nóż. Nie widziałem tego. Przez całą noc piłem wódkę, wciągałem amfetaminę, w koocu zasnąłem przed śnieżącym telewizorem. Obudziło mnie wycie syren. Stanąłem przed oknem przecierając zaklejone, przedpane oczy. Trzy ambulanse i dwa radiowozy stały przed jej domem. Po chwili na noszach wyniesiono jakieś ciało przykryte zakrwawionym prześcieradłem. Gliniarze odsuwali gromadzących się sąsiadów i gapiów zdążających do pracy. Ujrzałem ją, gdy szła w asyście trzymających ją czterech rosłych policyjnych sukinsynów. Ubrana w koszulę nocną i narzuconą na nią szarą kurtkę. Na jej twarzy wciąż utrzymywał się anielski uśmiech, ale oczy wydawały się płonąd od żądzy Na koocu wyprowadzono jej ojca – drżącego w szoku, osłupiałego w stuporze. Zamknięto ją w szpitalu psychiatrycznym na kilka lat. Nie miałem o niej żadnych informacji. Jej ojciec po wyjściu ze szpitala przez jakiś czas mieszkał sam, pił z miejscowymi żulami, którzy nie raz, dla rozrywki, znęcali się nad nim, kopali do nieprzytomności. Ludzie z osiedla przyglądali się temu niemo, omijając bankruta charkoczącego coś, gdy leżał pod bramą swojego domu. Potem znikł. Po kilku dniach jego ciało znaleziono powieszone na kolczastym drucie przytwierdzonym do wysięgnika 9


starego dźwigu na pobliskim złomowisku. Osiedlowe męty wnet włamały się do jego domu i wyniosły wszystko za co można było otrzymad jakikolwiek banknot. Przez jakiś czas chyba tam mieszkali. Nocami widziałem światło latarki na ścianach. Może to tylko ludzkie hieny przeczesywały domostwo w poszukiwaniu ochłapów? Byłem tam tylko raz, wczesnym popołudniem. Pokój Dalii był ogołocony dosłownie ze wszystkiego. Śmierdziało szczynami i gównem, wszędzie walały się puszki po piwie, rozbite szkła, stare szmaty, papiery. Przeczesałem pomieszczenie wzdłuż i wszerz, eliminując wszystko, co mogło nie należed do niej. Dopiero po godzinie, pod stertą kartonów, znalazłem złoty łaocuszek z medalionikiem w kształcie serca. W środku znajdował się fragment z obrazu Velazqueza Chrystus na krzyżu, fragment, który ukazywał pochyloną głowę Chrystusa w cierniowej koronie, spływającą po włosach i ramionach krew, przymknięte oczy, i jaśniejące wokół głowy światło. Nie do uwierzenia, że przedmiot ten uchował się po całej hekatombie. Powiesiłem ten bezcenny klejnot nad biurkiem. Towarzyszył mi każdej pijanej lub bezsennej nocy. Był przy mnie w każdej samotnej godzinie spędzonej na rozmyślaniu o niej.

10


11


Dom spłonął. Bezdomni przytargali skądś stary piecyk, przy którym grzali się zimą. Spici denaturatem, nie zauważyli prawdopodobnie, gdy zaczął rozprzestrzeniad się ogieo. Z mojego okna widziałem ludzką pochodnię wypadającą z pierwszego piętra na to, co kiedyś było pięknym ogrodem. Reszta śmierdzieli zwęgliła się w środku. Nie żal mi było tych nędznych, obsranych kundli. Byd może te wszystkie drobnomieszczaoskie kutafony z osiedla czuły to samo, patrząc zza swoich zasłon na gorejący barak. Nikt nie zadzwonił na straż pożarną, by przyjechali go ugasid. Nad ranem czud było tylko smród spopielonych ciał, szmat, drewna, plastiku. Za jakiś czas resztki murów zrównano z ziemią, zasypano piwnicę i fundamenty, zagrabiono cały teren, posiano trawę. Na placyk przychodziły miejscowe rodzinki z bachorami, urządzając sobie cholerne pikniki, drąc się do późnych godzin nocnych. IV. Pewnego dnia usłyszałem klakson samochodu. Siedziałem nieruchomo na krześle pośrodku pokoju, a okna miałem szczelnie zasłonięte grubymi kotarami, mimo, a może z powodu wściekle słonecznego dnia. Klakson powtórzył się. Czułem instynktownie, że to sygnał dla mnie. Wyjrzałem przez szczelinę w zasłonie. Przed furtką stała taksówka, a kierowca, opierając się brodą o dłonie położone na 12


dachu, patrzył znacząco w moją stronę. Gdy zauważył ruch firanki, podniósł głowę. W tym wypadku postanowiłem zaryzykowad, wyjśd i spławid go stąd. Nikt nigdy mnie nie odwiedzał, nikogo nie życzyłem sobie widzied na mojej posesji. Znalazłem jakieś spodnie i, półnagi, wyszedłem na ganek, gdzie oślepiło mnie południowe słooce. Taksiarz wystraszył się i cofnął o pół kroku. Już chciałem obrzucid go stekiem przekleostw, gdy zobaczyłem siedzącą na tylnym siedzeniu... Dalię! Patrzyłem niemo. Ona podniosła głowę. Nasze oczy po raz pierwszy w życiu się spotkały. Otworzyłem drzwi i pomogłem jej wyjśd. Miała potargane włosy, porwany szpitalny strój, cała śmierdziała środkami dezynfekującymi. Objęliśmy się mocno, jak kochankowie, którzy czekali na siebie całe wieki. Jej ciałem co chwila wstrząsały dreszcze. Wskazałem jej głową dom, a ogłupiałemu szoferowi wcisnąłem zwitek pieniędzy i kazałem natychmiast spierdalad. Odjechał z piskiem opon, gdy wchodziliśmy powoli po schodach.

13


14


V. Dalia leżała na podłodze. W dłoni trzymała jabłko, próbując przejrzed się w lśniącej skórze owocu. Otwarte drzwi tarasu. Ciepło. Pajęcze nici nadchodzącego wieczoru unosiły się w powietrzu, wpadały przez ogród i kładły się martwo na włosach Dalii. Czekaliśmy na jesieo. Opadły już wściekłe upały, a burze przychodziły z rzadka. Nad horyzontem wisiała ogromna, czerwona kula Żniwnego Księżyca. W radio mówiono o wielkich pożarach lasów na północy, mimo to cały czas palono ogniska wokół jezior. Indiaoskie lato. Wstała, przemierzyła taras i boso weszła w ogród. Krawędzie jej sukienki poderwały parasolowate włoski mleczy. Rozgarnęła krzaki malin i zeszła z pagórka nad brzeg jeziora, gdzie leżałem. Podeszła tak cicho, że nawet nie wiedziałem jak długo kucała za moimi plecami, bawiąc się listkiem trawy. Odwróciłem się. Patrzyła na mnie dziwnym, ale spokojnym wzrokiem. Wyjąłem źdźbło z jej palców, a ona położyła się na plecach, wyciągając opalone nogi. Miała skaleczoną kostkę. Krew ciekła wąskim strumykiem po skórze. Wziąłem w dłonie jej drobną stópkę, zlizałem powoli czerwoną ciecz i przywarłem ustami do kostki. Dalia położyła głowę, zamknęła oczy i uśmiechnęła się. Moje usta powędrowały po jej łydce, dotknęły kolana, sunęły po wewnętrznej stronie uda. Włożyłem dłoo pod sukienkę, dwoma palcami 15


dotknąłem jej wilgotnego krocza. Westchnęła. Zdarłem z niej ubranie i przywarłem całym swoim ciężarem do jej wiotkiego ciała. Nie opierała się. Wszedłem w nią. Krzyknęła. Rżnąłem ją, ciągnąc za włosy. Czułem jej szybki, coraz szybszy oddech, słony smak skóry, słodki zapach perfum, ciche jęki. Gdy dochodziłem, ugryzła mnie z całej siły w szyję. Ból i rozkosz stopiły się w czerwieni, we krwi, w spermie, w pocie. Leżeliśmy przez chwilę. Czułem potworny ból na szyi. Spojrzałem na nią wściekły. Wymierzyłem jej policzek. Skuliła się. Po chwili odjęła ręce od twarzy i odwróciła się do mnie z tym swoim wściekłym uśmieszkiem. Splunęła mi w twarz. Wstałem, zapiąłem spodnie i odszedłem, zostawiając tę małą dziwkę, nagą, w trawie. VI. Wydawało mi się, że sąsiedzi rozpoznali Dalię, wiedzieli już, że mieszka u mnie. Nie mam pojęcia co myśleli o mnie wcześniej, ale mogłem byd pewien, że uważali mnie co najwyżej za dziwaka lub odludka. Teraz zapewne obudziły się w nich te ich pieprzone drobnomieszczaoskie, katolickie sumienia, wszędzie węszące ślady szataoskich występków. Byd może ogłosili mnie już apokaliptyczną Bestią lub tylko starym, lubieżnym śmierdzielem, który zmusza tę niewinną istotkę do seksu analnego i jedzenia ekskrementów. Nie byli daleko od prawdy. 16


17


Wszystko to i dużo innych upodobao łączyło mnie i Dalię – z jedną tylko różnicą: nie musiałem jej do niczego zmuszad. Była wręcz prowodyrką naszych subtelnych eksperymentów i jakże delikatnych perwersji. Żeby odgrodzid się od tego świata, zabiliśmy deskami niemal wszystkie okna tak, aby jak najmniej światła i zewnętrznych dźwięków wpadało do środka. Odżywialiśmy się najczęściej wódką i surowym mięsem, kupowanym od czasu do czasu w 24-godzinnym hipermarkecie na drugim koocu miasta, podczas naszych nocnych eskapad. Pierdoliliśmy się na wszelkie możliwe sposoby, w najróżniejszych miejscach. Konsumowaliśmy swoje ciała, wnętrzności, cielesne płyny, spazmy, jęki, wrzaski. Jej pożądanie z dnia na dzieo potężniało, dorównując mojemu wyolbrzymionemu, niezaspokojonemu przez lata samotności i nienawiści libido. Czułem, że za każdym razem, gdy kooczymy się pieprzyd, Dalia wsysa w siebie moją energię. „Ucisk i utrapienie ogarnęły 1 mnie, lecz przykazania twoje są rozkoszą moją” . Po każdym orgazmie z nią czułem się jak bezbronne, małe dziecko, które kuli się na kolanach czułej matki. Dalia pożerała mnie, połykała swoim brzuchem, gorącym wnętrzem, śliskimi ścianami swojej miękkiej cipki. Jej język był jak wąż, który wpełzał w moje gardło, aby przez przełyk, uwid sobie gniazdo w moim żołądku. Jej piersi były jak pąki nocnych kwiatów, które rozkwitają

1

Ps. 119, 143. 18


nocą do księżyca. Jej oczy, jak oceaniczne wiry, wchłaniały moje spojrzenia ku dalekim, kosmicznym, niewidzialnym przestrzeniom… Z dnia na dzieo słabłem, nie miałem już sił, aby wyjeżdżad nocą na przejażdżki lub nocne zakupy. Nie miałem już siły na pieprzenie, mogłem jedynie patrzed, jak Dalia próbuje zaspokoid się sama na różne sposoby. Po mieszkaniu chodziłem już na czworaka. Byłem tak słaby, że bez jej pomocy nie mogłem ani jeśd, ani pid… Leżeliśmy pewnej nocy obok siebie na podłodze. Wokół walały się puste butelki, zgniłe mięso, w którym brzęczały muchy. Śmierdziało moczem i popiołem. Dalia spała przykryta moim starym płaszczem. Przewróciłem się powoli na brzuch, złapałem się dłonią o nogę stołu i podciągnąłem się tak, aby dotrzed do framugi drzwi. Pełzłem przez korytarz na brzuchu, jak robak. Po kilku minutach szamotaniny, sprawdzając czy nie obudzi się Dalia, dotarłem do kuchni. Musiałem chwilę odpocząd. Patrzyłem za okno, na noc. Za oknem widziałem tylko czubki nagich drzew, szalejących wśród wichury i deszczu. Krople, jak wściekłe, tłukły o parapet, gałęzie, jak krucze pazury, skrobały dach. Martwy czas. Mijają lata, gdy walczysz z samotnością, z pustką, z nicością, z własnym potępieniem. Słyszę jak szepczą do mnie liście ocierające się o szybę…

19


VII. Ocknąłem się. Wiatr za oknem ustał, nocne niebo rozpogodziło się. Znalazłem koło szafki butelkę, z jakąś resztką wódki na dnie. Te kilka łyków dodało mi trochę siły i uderzyło w skronie, rozgrzało słabnący wrak mojego ciała. Resztką sił złapałem za wielki nóż do mięsa, jedyny, którego używaliśmy. Podparłem się rękoma o szafkę kuchenną, udało mi się wstad na kolana. Na czworaka, jak raczkujące dziecko, pełzłem przez korytarz do pokoju. Dalia spała, skulona w kłębek. Dotknąłem jej włosów… Były sklejone i brudne, ale wciąż jeszcze utrzymywały tę dawną, złocistą barwę. Gdy gładziłem dłonią jej policzek, ocknęła się. Przewróciła się powoli na plecy i spojrzała na mnie. Ukląkłem przed nią i przyłożyłem zimny nóż do jej gardła. Wszystko stało się nagle realne, prawdziwe i jasne. Dalia otworzyła lekko usta i nabrała powietrza, jakby chciała coś powiedzied. Jej oczy wpatrywały się w moje, lecz nie widziałem w nich cienia strachu. Płonęły. Oczy mojej najdroższej kochanki płonęły, a moje ręce na chwilę opanowało drżenie… Dalia leżała nieruchomo. Noc przyglądała się nam równie cicho. - Kocham cię. [2009]

20

DALIA  

snuff story

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you