Page 1


preview 4

Co warto zobaczyć, czego posłuchać i gdzie się wybrać? Co ominąć z daleka? publicystyka

8 Wkładamy kombinezon z dystansu i prujemy przez świat Rozmowa z Sekcją Muzyczną Kołątajowskiej Kuźni Prawdziwych Mężczyzn Monika Stopczyk 14

Diabeł w spódnicy Okrucieństwo nie kojarzy się z kobietami. Historia zna jednak przypadki kobiet dokonujących niewyobrażalnych wręcz zbrodni – prawdziwych diabłów w spódnicach. Ewa Fita

16

Polska TV – media i ich odbiorcy

18

Zmotywowani pracownicy – idylla czy rzeczywistość?

21

Królewna rozwoju i dziewięciu krasnoludków

Efekty komercjalizacji gospodarki, rozpowszechnienia sieci oraz metamorfozy obyczaju i tradycji, widoczne dziś w życiu publicznym, stawiają pytania o przyszłość rynku środków masowego przekazu. Aleksandra Drabina

Fakt, iż zainteresowanie motywacją w środowisku pracy wciąż rośnie, nie ulega wątpliwości. Problemem staje się jednak zaprojektowanie takiego systemu motywacyjnego, który byłby zarazem jednolity i dostosowany do każdego z osobna. Zuzanna Sroczyńska

Rozmowa z Emilią Szyszkowską i Katarzyną Kuppe Zuzanna Sroczyńska

uzyskać taki rezultat, jaki uzyskał Cuarón? Małgorzata Anna Jakubowska

34

Śmierć w ozdobnej szacie

36

Gdy postmodernizm czkawką się odbija Filmowcy w nieskończoność będą cytować Janet Leigh zanim zorientują się, że to, co w okresie świetności Briana De Palmy stanowiło zmyślne nawiązanie, dzisiaj staje się jedynie pustym znakiem. Adam Cybulski

O filmach Bryana Fullera.

Karolina Kopcińska

kultura

38

O Mikrofestiwalu i poezji króciutko Mikrofestiwal chyba naprawdę chciał coś osiągnąć. Zaproszono gości z kraju i ze świata. Nagotowano jedzenia, oczywiście bezmięsnego, dużo mówiono, dużo czytano. Ale czy ktoś tego słuchał? Konrad Janczura

41 44

16 godzin, które zmieniło świat Mowa o Live Aid – dwóch koncertach muzyki pop zrealizowanych jednocześnie 13 lipca 1985 roku na Stadionie Wembley w Londynie oraz Stadionie Kennedy’ego w Filadelfii. Wojciech Szczerek Nie da się uwolnić od tradycji Rozmowa z grecką pisarką, Leną Kitsopoulou. Konrad Janczura recenzje

47

Obrazy, które są powieścią; Lew, słonica i gadające krzesło; Chłopiec z plasteliny powraca; Sexy Chocholate; Kolory miasta. felietony

fotoplastykon

25

Radosław Wróbel http:// bizzart.me dział filmowy

28

Krew, łzy i popkultura

31

Współczesne kino atrakcji

Świat bez psychopatycznych morderców nie miałby dla większości kinomanów żadnego sensu. Ewa Kirsz Jakie były początki efektów specjalnych? Czy tylko dzięki komputerom można

52

Magdalena Zięba, Filip Zawada, Michał Wolski, Marcin Pluskota street

54

Bartek Babicz

„KONTRAST” MIESIĘCZNIK STUDENTÓW Gajowicka 119/12, 53-421 Wrocław

WYDAWCA Stowarzyszenie Młodych Twórców „Kontrast” ul. Romualda Traugutta 147/14, 50-149 Wrocław

E-MAIL kontrast.wroclaw@gmail.com

WEB http://www.kontrast-wroclaw.pl/

REDAKTOR NACZELNA Joanna Figarska ZASTĘPCA Ewa Fita REDAKCJA Zuzanna Bućko, Adam Cybulski, Aleksandra Drabina, Konrad Janczura, Aleksander Jastrzębski, Elżbieta Pietluch, Marcin Pluskota, Barbara Rumczyk, Zuzanna Sroczyńska, Szymon Stoczek, Monika Stopczyk, Marta Szczepaniak, Wojciech Szczerek, Mateusz Węgrzyn, Michał Wolski, Filip Zawada, Magdalena Zięba FOTOREDAKCJA Bartek Babicz, Katarzyna Domżalska, Maciej Margielski, Patryk Rogiński KOREKTA Iwona Brzezowska, Katarzyna Brzezowska, Joanna Kochel, Monika Mielcarek, Karolina Słabolepsza, Weronika Szkwarek, Dominika Tokar, Dorota Toman, Alicja Urban PR Agata Karaś Alicja Biaduń, Natalia Rybacka, Monika Sypniewska GRAFIKA Bogumiła Adamczyk, Katarzyna Domżalska, Dawid Janosz, Joanna Krajewska, Ewa Rogalska, Wojciech Świerdzewski DTP Patrycja Wojkowska


Pomyśl (o) sobie Joanna Figarska

Gdy myślę o Kołłątajowskiej Kuźni Prawdziwych Mężczyzn z  Olą, od razu widzę przed oczami plażę, niebieskie niebo i  ławeczkę przed ośrodkiem, w  którym mieszkają uczestnicy Famy. Widzę także uśmiechniętych, fajnych chłopaków i dziewczynę, potrafiącą swoim głosem zaczarować nie tylko jury międzynarodowego festiwalu. Gdy przypominam sobie wywiad z grecką pisarką Leną Kitsoupoulu, autorką świetnego zbioru opowiadań Nietoperze. Aqua velva, która opowiada Konradowi Janczurze nie tylko o literackiej sytuacji Grecji, zaczynam się ponownie zastanawiać, dlaczego współczesna literatura grecka nie jest w  Polsce zbytnio znana. Gdy patrzę na zdjęcia Radka Wróbla, tworzące reportaż z jego podróży do Indii, myślę nie tylko o swojej wyprawie do

Gruzji, ale także na nowo poszukuję swojego miejsca w mojej małej, wrocławskiej rzeczywistości. Tekstów, które mogą być trybikiem zdolnym poruszyć całą machinę, wprawiającą w  ruch refleksję nad danym zagadnieniem czy problemem, jest wiele. Warto wspomnieć także o intrygującym artykule Ewy Fity, która pisze o „prawdziwych diabłach w spódnicy”, czy Ewy Kirsz, ukazującej moc „psychopatycznych morderców” spotykanych na srebrnym ekranie oraz wiele mówiącym tekście Zuzanny Sroczyńskiej o współczesnym rynku pracy, a właściwie sposobach motywacji pracowników. W majowym numerze prezentujemy również osobny dział filmowy, tworzony przez Szymona Stoczka i  młodych, dobrze zapowiadających się krytyków.

kontrast miesięcznik

3


➢➢

preview film

C

Potwór z szafy

hyba nie są nam obce historie o dzieciach bojących się wyimaginowanego potwora z  szafy. Co jednak by było, gdyby on tak naprawdę istniał? Badadook to australijski horror, opowiadający historię Amelii – samotnej

Jaki ojciec, taki syn

13

czerwca wchodzi do kin japoński dramat Jak ojciec i syn. Po 6 latach wychowywania syna rodzice dowiadują się, że nie jest to ich dziecko, ponieważ w  szpitalu dwójka chłopców została ze sobą przypadkowo zamieniona. Mimo że dzieci szybko wracają do właściwych rodzin, emocjonalne rany, które powstały, będą potrzebować dużo czasu, by się zabliźnić. Koreeda Hirokazu stworzył traktat o  ojcostwie i  o  wadze rodzinnych relacji.

Fot. materiały prasowe

matki, której syn po śmierci ojca zaczyna mieć obsesję na punkcie wymyślonego potwora. Nie może spać, jest niespokojny na lekcjach, a nawet tworzy własną broń. Z czasem i mama zaczyna wyczuwać czyjąś upiorną obecność w domu. W kinach od 30 maja.

Coco była, czas na YSL

W

iele kobiet marzy, by mieć w swojej szafie ubrania jego marki. Wiele kobiet chciałoby również mieć na toaletce kosmetyki z jego inicjałami. Teraz będą za to miały możliwość poznać jego historię – historię jednego z  najsławniejszych projektantów na świecie. Yves Saint Laurent to opowieść o pierwszym pokazie mody młodego projektanta, który podczas swojego debiutu poznaje miłość życia. Film wchodzi do kin 30 maja, lecz wcześniej będzie pokazywany przedpremierowo 24 maja w  ramach 5. Przeglądu Nowego Kina Francuskiego w  Kinie Nowe Horyzonty.

Śpiąca królewna z innej strony

A

ngelina Jolie wraca na ekrany po krótkiej przerwie, by wcielić się w rolę Maleficent – okrutnej czarownicy po przejściach. Film wyjaśnia dlaczego niegdyś miła i dobra dziewczyna stała się królową zła ze skamieniałym sercem. Teraz chcąc pomścić swoją przeszłość, rzuca klątwę na Aurorę – nowo narodzoną córkę następcy tronu wrogiego królestwa. Premiera 30 maja.

Red. Agata Karaś


➢➢

Pale Communion

S

zwedzi z Opeth zaprezentują nową porcję progresywnego metalu już 17 czerwca. Na Pale Communion, będącym 11. albumem zespołu, usłyszymy 8 kompozycji, promowanych singlem Cusp of Eternity. Mikael Åkerfeldt – gitarzysta, wokalista i frontman grupy zapowiada, że chciał sprawić, by najnowszy krążek Opeth był bardziej melodyjny. Åkerfeldt zajął się także sferą produkcyjną płyty, a za mix odpowiada Steven Wilson, znany głównie jako frontman Porcupine Tree. Wydawnictwo Roadrunner Records.

J

preview muzyka

Alive

uż 17 czerwca do naszych uszu trafi świeża porcja dźwięków autorstwa Hiromi Uehary – japońskiej pianistki jazzowej i kompozytorki. Na Alive usłyszymy trio uformowane w 2011 roku, z  którym pianistka nagrała płyty Voice i Move. Jego skład, poza Hiromi, tworzy Anthony Jackson. Z  kolei za perkusją zasiada Simon Phillips. Magazyn DownBeat określił to trio mianem najbardziej ekscytującego składu spośród wszelkich gatunków muzycznych. Na krążek składa się dziewięć zróżnicowanych kompozycji. Wydawnictwo Telarc.

Outsider

L

egendarny angielski zespół hard rockowy Uriah Heep powraca w tym roku z 24 studyjnym albumem, zatytułowanym Outsider. Krążek będzie następcą Into the Wild z  2011 roku. Dlatego też nowa płyta jest typowym albumem rockowym w stylu Heep i pokazuje, że muzycy wciąż mają pasję i  energię do tworzenia muzyki. Na Outsiderze zadebiutuje też nowy basista zespołu – Dave Rimmer, który dołączył do formacji zeszłej wiosny po śmierci Trevora Boldera. Za stronę produkcyjną odpowiada Mike Paxman. Krążek ukaże się 6 czerwca nakładem wydawnictwa Frontier Records.

Lazaretto

D

obra wiadomość dla fanów Jacka White’a. Na jego kolejny po Blunderbuss (tą płytą White zadebiutował na pierwszym miejscu listy Bilboard 200, co nie udało mu się z the White Stripes, the Raconteurs ani z the Dead Weather) solowy album przyszło czekać jedynie dwa lata. Lazaretto trafi na sklepowe półki już 9 czerwca. Na płycie usłyszymy 11 kompozycji, promowanych singlem, którym jest utwór tytułowy. Wcześniej opublikowano też utwór High Ball Stepper. Wydawnictwo Third Man Records.

Red. Aleksander Jastrzębski

kontrast miesięcznik

5


➢➢

preview teatr

Jakie są zasady gry?

W

rocławski Teatr Współczesny przygotował prapremierę spektaklu Tajemniczy ogród Agnieszki Jakimiak, inspirowanego popularną powieścią młodzieżową Frances Hodgson Burnett o tym samym tytule. Mary trafia z Indii do Anglii, gdzie musi zmierzyć się z nowymi i całkowicie odmiennymi zasadami życia – regułami gry. Mary ma okazję poznać tajemnicę domu, a  dzięki swojej odmienności i  dystansowi wywrócić na opak zastany, martwy porządek. Spektakl w  reżyserii Katarzyny Szyngiery będzie można oglądać na dużej scenie od 17 do 23 maja oraz w dniach 5-7 czerwca.

Teatr odwrócony

T

eatr im. Juliusza Osterwy w Lublinie przygotowuje spektakl Mistrz i  Małgorzata. Będzie to sceniczna adaptacja słynnej powieści Michaiła Bułhakowa, której akcja rozgrywa się w  latach trzydziestych XX wieku w  Moskwie. Na lubelskiej scenie to właśnie wątek moskiewski powieści stanie się kluczowy dla inscenizacji. Woland ze swoją świtą opanuje przestrzeń teatru, zmieniając ją całkowicie i  zacierając granicę pomiędzy sceną i  widownią. Scenografia zostanie wybudowana na Sali widowiskowej, a  w  jej centrum stanie ogromna karuzela, widzowie natomiast zasiądą na głównej scenie teatru. Premiera odbędzie się 27 czerwca.

Fot. materiały teatralne i prasowe

Współczesny romantyzm

M

ichał Zadara, po sukcesie Dziadów w Teatrze Polskim we Wrocławiu, tym razem sięgnął po niemiecki dramat romantyczny. W  Teatrze Narodowym w  Warszawie wyreżyserował Zbójców Friedricha Schillera – tekst uznawany za symbol sprzeciwu wobec niesprawiedliwości. Główną osią dramatu jest historia Karola Moora, który przez swoje intrygi zostaje wydziedziczony. Może nie jest zbrodniarzem, a  jedynie chce podważyć zastany porządek społeczny? Czy Zbójcy mogą stać się komentarzem do współczesności? Premiera odbyła się 8 maja, spektakle 14 i 15 czerwca.

Machulski w teatrze

T

eatr Stary w Lublinie przygotował wyjątkową premierę! Po pierwsze dlatego, że jest to teatr impresaryjny, a nie dramatyczny, po drugie ponieważ to w Lublinie Juliusz Machulski zdecydował się po raz pierwszy wyreżyserować swoją sztukę. Machia jest opowieścią o pisarzu i filozofie Niccolo Machiavellim. Twórcy zapewniają, że jest to zupełnie nowe spojrzenie na tę postać. Nie zabraknie również odniesień historycznych i politycznych do epoki włoskiego renesansu. Występują Adam Ferency, Piotr Głowacki i Marta Ledwoń. Spektakle zaplanowane są na 6 czerwca. Red. Marta Szczepaniak


➢➢ Norwidowa nałożnica

W

  jaki sposób dorastanie w cieniu chorej psychicznie matki odbiło się na wrażliwości poety? Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki jako mały chłopiec dowiedział się, że jego matka ma romans… z  Norwidem. Liryka Dyckiego wyrasta więc z  autentycznych inspiracji, silnie oddziałujących na jego skomplikowaną osobowość twórczą. Wydany przez Biuro Literackie, 26 maja, nowy tom poetycki Dyckiego Kochanka Norwida obnaża wstydliwe zakątki pamięci.

Sońka Karpowicza

I

gnacy Karpowicz przygotował dla czytelników kolejną niespodziankę. 22 maja odbyła się premiera powieści Sońka, wydanej nakładem  Wydawnictwa Literackiego. To utrzymana w konwencji romansu wojennego, niełatwa opowieść o  staruszce, która spotyka na wiejskiej drodze błądzącego reżysera teatralnego, aby wkrótce powierzyć mu tajemnice o  piekle i  raju pamięci. Historia Sońki kipi emocjami, a jednocześnie jest kameralna i wyciszona.

Ku pamięci himalaistów

J

acek  Hugo-Bader postanowił  zmierzyć się z groźną tajemnicą górskiej wspinaczki i  jej magią. Reporter był jednym z  czterech członków polskiej wyprawy w  Karakorum, którzy wyruszyli na poszukiwanie zaginionych himalaistów. Dzięki staraniom wydawnictwa Znak od 12 maja można nabyć w  księgarniach Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak. Jest to opowieść o lodowych wojownikach, zapachu górskich bitew i  tragicznych zmaganiach z naturą. Red. Elżbieta Pietluch

preview ksiażki

Kronika penisa

Z

okazji zbliżających się wakacji Wydawnictwo Czarne celuje w znacznie lżejszą tematykę. Już 18 czerwca na księgarniane półki trafi Boskie przyrodzenie. Historia penisa autorstwa Tima Hickmana, który z  entuzjazmem opisał wzloty i upadki bohatera swej książki. Swoista kronika penisa, spisana błyskotliwie i  z  humorem, traktuje o  kulturowych, religijnych, medycznych kontekstach Sofoklesowego „przywiązania łańcuchem do szaleńca”.

kontrast miesięcznik

7


Fot. Patryk Rogiński


➢➢

osobowość numeru

Wkładamy kombinezon z dystansu i prujemy przez świat

Sympatię publiczności zaskarbili sobie, śpiewając o beznadziei dnia codziennego, krabach, gołębiach, złych mężczyznach i głupich babach. Uważają, że „lepiej nie będzie”, a „marzenia się nie spełniają”, jednak wszystko wskazuje na to, że Sekcja Muzyczna Kołłątajowskiej Kuźni Prawdziwych Mężczyzn z Olą jest na dobrej drodze, by stać się jedną z czołowych grup wykonujących piosenkę kabaretową w kraju, choć jej członkowie wolą termin „piosenka dokumentalna”, gdyż za kabaret się nie uważają. Monika Stopczyk

kontrast miesięcznik

9


M

onika Stopczyk: Co stoi u celu Waszej działalności? Jesteście w stanie określić, po co funkcjonuje SMKKPMzO? Aleksander Czerkawski: Dla zabawy – naszej i Waszej! Michał Zachariasz: Można zażartować, że robimy to po to, by spełniał się nasz guru kabaretowy – Mateusz. Ale pomagając mu, świetnie się przy tym bawimy. To jest tak jak na świetlicy – ktoś ma pracę domową do odrobienia, a ktoś inny mu pomaga. Ola Pobiedzińska: Dla mnie kluczowa jest idea żartu jako motywu przewodniego w życiu. Myślę, że można to określić tak, że wkładamy kombinezon z  dystansu i  prujemy przez świat. Matełko King: Już samo to, że my gramy na instrumentach, jest pewnego rodzaju żartem. A wracając do samego pytania, to ja na przykład uważam, że to jest świetne miejsce, pole, przestrzeń do samorealizacji, ale też do wyrzucenia z  siebie naszych frustracji. Uważam, że w  tym, co robimy, jest głębsza myśl. Nie trzeba jej tutaj wysławiać, mam wrażenie, że to widać, gdy ogląda się nasz występ. Mamy swoją wrażliwość, swoje pomysły, swoje poglądy i realizujemy ten nienapisany manifest. To może skupmy się na elemencie, który wymieniło każde z Was, czyli na żarcie. W różnych źródłach czy opisach Waszej działalności pojawia się takie pojęcie jak żartcore. To jest termin, który stworzyliście sami, na potrzeby własnej twórczości czy jest on związany z istniejącym już nurtem, w  który wpisuje się SMKKPMzO? M.K.: Żartcore to termin, który odnosi się do zespołów takich jak na przykład TPN 25, to jest ich termin, Zacier z kolei nazywa to twórczością żenującą. To tam można spotkać się z określeniami debilcore czy właśnie żartcore. Z dumą obracamy się też w tym środowisku, występowaliśmy dwa razy na Zacieraliach, dlatego można uznać, że gdzieś tam zaliczamy się do tego nurtu. Ja jestem wielkim entuzjastą takiego uprawiania sztuki. Czy obserwując publiczność podczas Waszych występów, ale także na festiwalach i  przeglądach kabaretowych, jesteście w  stanie stwierdzić, jaki rodzaj żartów obecnie śmieszy Polaków najbardziej? O.P.: Najśmieszniejsze jest – jak to zwykł mawiać Olek – gdy facet stanie na grabiach, a potem ktoś mu rzuci tortem w twarz! Fot. Patryk Rogiński

A.C.: No i to jest żart! M.K.: To jest żart, ale nie to śmieszy Polaków. A.C.: Śmieszy... M.Z.: Ludzi najbardziej bawi polityka, brzydkie słowa, nagość, parodie znanych przebojów czy kłótnie rodzinne. O.P.: Fizjologia! M.K.: Parodie znanych przebojów i wizyty u lekarza. O.P.: Ja myślę, że dla wielu śmieszne jest wchodzenie w świat, z którym nie ma się do czynienia na co dzień. To są żarty dotyczące grup zawodowych, osób, które są bardzo zaangażowane w  swoje hobby. Często śmieszność bierze się właśnie z  nieznajomości tych realiów przez odbiorców. A  czy dostrzegacie tematy, z  których nie wypada czy wręcz nie powinno się żartować? M.K.: Jest całe mnóstwo takich tematów. O.P.: Na pewno jednym z nich są dzieci. To jest dla mnie nietykalny temat. M.Z.: Tak uważasz? My nie żartujemy z dzieci, ale to nie znaczy, że inni tego nie robią. Granica, jaką sobie stawiamy, dobierając tematy to jedno, ale ona wcale nie musi znajdować się w  tym samym miejscu w  przypadku innych. Moim zdaniem nie powinno się żartować ze Smoleńska, bo to była tragedia, a kabareciarze zrobili sobie z niej pole do żartów. O.P.: A z papieża można? M.K.: Ja nie jestem zwolennikiem takich dowcipów, podobnie jak na przykład tych o holocauście. Drażni mnie w nich – i to tyczy się również tych na temat mniejszości narodowych – że nie dość, że kogoś obrażają, to są po prostu tanie. A.C.: Wychodzimy z  założenia, że żartem nie powinno się nikogo krzywdzić. M.K.: Chyba że my siebie nawzajem. A.C.: Ale wtedy już nie mówimy o krzywdzie. M.Z.: Jak kogoś dobrze znasz, przebywasz z  nim, to mówimy o  zupełnie innej sytuacji. Wtedy wiesz, na co możesz sobie pozwolić. O.P.: My sobie, mówią, potocznie, „ciśniemy”, ale dając na to wzajemne przyzwolenie. Co Was w takim razie najbardziej kręci w kabarecie? O.P.: Super ludzie! A.C.: Kabaret jest o  tyle ciekawszy od innych rodzajów sztuk scenicznych, że możesz zrobić absolutnie wszystko i  nadal nazywać to kabaretem. Taki rodzaj występów daje dużą dowolność w  doborze środków. Można zdecydować się na typowy skecz, film, piosenkę, pokaz taneczny, a  mimo to nadal


będzie to kabaret. Na przykład piosenkarz nie ma już aż takiej dowolności. Kabaret jako sztuka multimedialna i interdyscyplinarna – to nas bardzo „jara”. Patrząc na to, co robicie, można odnieść wrażenie, że jesteście na granicy, raz skłaniając się bardziej ku kabaretowi, a  innym razem ku piosence. Któraś ze stron jest dla Was szczególnie pociągająca? A.C.: To zależy od różnych czynników – od dnia, pomysłów, i mówiąc naszym roboczym językiem, od „fazy”, jaką akurat mamy. Mnie ostatnio bardziej ciągnie w  kierunku działalności pseudomuzycznej, ale jeśli humor jest domeną kabaretu, to tego kabaretu zawsze będzie u  nas dużo, bo w  swoich przedsięwzięciach nie jesteśmy w stanie wyzbyć się humoru. M.Z.: Nigdy, przenigdy, nie byliśmy kabaretem. Jesteśmy grupą ludzi, która występując, groteskowo przedstawia swoje życie. Jesteśmy jajcarzami i to nie tylko na scenie, ale również poza nią. M.K.: Tak jest w Twoim rozumieniu. Nie robimy skeczy, ale nie jest powiedziane, że są one warunkiem koniecznym, by mówić o kabarecie. O.P.: A moim zdaniem to wygląda tak, że jesteśmy jednak bliżej muzyki, piosenki, ale świat kabaretowy nas zaakceptował. M.Z.: Ktoś nas kiedyś nazwał kabaretem i teraz trochę się z tym zmagamy – jesteśmy nim, czy może jednak nie jesteśmy. A.C.: Dla mnie nie ma to większego znaczenia, czy występujemy na imprezie muzycznej, kabaretowej, a  może jeszcze innej. Jeśli jest jakaś przestrzeń i publiczność, która chce nas zobaczyć, to my coś robimy. Raz jest to bliższe koncertowi, innym razem skeczowi. Jeszcze niejednokrotnie się zdarzy, a pewnie już wielokrotnie to miało miejsce, że na imprezie kabaretowej zaprezentowaliśmy się bardziej jako zespół muzyczny i  odwrotnie. Świat kabaretu jest nam bliski, lubimy się z nim i jak się okazało, znalazło się w nim dla nas trochę miejsca. O.P.: To jest trochę taka trudna miłość, bo jeśli świat kabaretowy dostrzega w  nas pewne wartości, to bierze nas takich, jakimi jesteśmy. Nie będziemy specjalnie zmieniać profilu naszych działań i nie staniemy się na zawołanie kabareciarzami. M.K.: I  właśnie to jest fajne, bo otworzyła się przed nami pewna publiczność, której przypadły do gustu nasze występy. M.Z.: Ważna jest jej świadomość tego, że w kwestii formy nie wskoczymy poziom wy-

żej, bo tego nie chcemy. Nie czujemy też, że mamy wystarczający warsztat. Nie zrobimy skeczu, bo nie posiadamy odpowiednich umiejętności i efekt końcowy na pewno nie byłby śmieszny. Jak się okazuje, tych umiejętności macie jednak nie tak mało, bo koncertujecie też w  poszerzonym składzie jako SMKKPMzO ULTRA, projekt bardziej zaawansowany muzycznie. Pytanie zatem, czy powstał on dlatego, że formuła akustycznych występów trochę Wam spowszedniała czy po prostu dostrzegliście obszar, gdzie można wcielić w życie kolejny zwariowany pomysł? M.K.: Zanim zaczęliśmy grać akustycznie, występowaliśmy z  perkusją i  gitarą elektryczną. Z tamtego okresu zapamiętał nas Dr Yry i  w  zeszłym roku zostaliśmy zaproszeni do Warszawy na Festiwal Twórczości Żenującej Zacieralia. Stwierdziliśmy, że nasze akustyczne kompozycje nie wpisują się w klimat tej imprezy i  postanowiliśmy zaprosić do współpracy dwóch kolegów – perkusistę Clock Machine Piotra Wykurza i DJ-a Damiana Olka. W  tym składzie nagraliśmy Koniec świata, który wyznaczył kierunek, w  jakim ULTRA podąża do dziś. W  tej chwili mamy nowy repertuar i  o  ile w  wydaniu akustycznym śpiewamy o tym, że jesteśmy nieudacznikami i  mało co nam się w  życiu udaje, to w  ULTRA kreujemy się na mega gwiazdy techno, królów dyskoteki, których występom towarzyszą lasery i  totalne szaleństwo. To jest kolejne nasze sceniczne wcielenie. Bywa, że siedzimy w naszej brudnej kuchni, wszystko jest źle i nic nie wychodzi, a innym razem idziemy na całego zabawić się na imprezie. O.P.: Ja sobie uświadomiłam jakiś czas temu, że w  ogóle nie mam dystansu do postaci, którą jestem na scenie. Podobnie jak kabareciarze gram kogoś i  wchodzę w postać, ale zupełnie nie mam do niej dystansu. Jest to jedno z moich wcieleń, jakaś odsłona prawdziwej mnie – takiej z  pozascenicznego życia. M.Z.: Tu właśnie chodzi o to, o czym wspominałem wcześniej. Jesteśmy jajcarzami i nie potrzebujemy żadnej roli, by to pokazać. Ktoś może nam wierzyć lub nie, ale poza sceną rozmawiamy ze sobą w taki sam sposób, jak podczas koncertów. To jest super. O.P.: No właśnie zastanawiam się, czy to jest takie super. M.K.: Przede wszystkim to jest jakieś i  ja dostrzegam w tym zaletę. kontrast miesięcznik

11


Moim zdaniem właśnie w tym można upatrywać powodu, dzięki któremu zyskaliście sobie sympatię publiczności. Na co dzień jesteście tą samą Kuźnią, którą ogląda się na koncertach. Gdy się Was poznaje, nie dochodzi do rozczarowania typu „na scenie to tacy sympatyczni i śmieszni, a poza nią gburowaci i nieprzyjemni”. Ludzie Was najzwyczajniej w świecie lubią. O.P.: Kurczę, rozgryźliśmy sens tego zespołu! Jeszcze do niedawna było tak, że znaliśmy z imienia i podania graby wszystkich naszych fanów na Facebooku. W pewnym momencie coś się wydarzyło, zaczęliśmy więcej koncertować po całym kraju, występować na większych imprezach, pojawiliśmy się w radiowej Trójce, w TVP2 i nagle okazało się, że na naszym fanpage’u  jest prawie półtora tysiąca fanów. Co więcej, są to osoby, które piszą do nas, są na bieżąco z tym, co się z SMKKPMzO dzieje, chcą, abyśmy zagrali koncert w  ich mieście. Tego się chyba nie spodziewaliśmy. Fot. Patryk Rogiński

Zaangażowaliście się w ostatnich miesiącach w  Krakowski Front Kabaretowy, przedsięwzięcie, które swoją inaugurację miało w  połowie stycznia. Możecie powiedzieć kilka słów o  charakterze tego projektu? M.K.: Chodzi o to, że w każdym większym mieście w Polsce jest jakaś cykliczna impreza kabaretowa, a  w  Krakowie nie. Swego czasu poznaliśmy kabaret 7 minut Po i  Ścibora Szpaka, z  którymi się zakumplowaliśmy. Chociaż robimy zupełnie inne rzeczy, to jednak jest nam wszystkim ze sobą bardzo po drodze. Wspólnie zabraliśmy się za zrobienie takiego wydarzenia. Czegoś, co będzie pewnego rodzaju alternatywą dla występów kabaretowych, jakie dotąd mieliśmy okazję oglądać w Krakowie, ale nie tylko tam. O.P.: Poza tym, w  ramach Frontu szansę na zaprezentowanie się mają nie tylko kabareciarze czy stand-uperzy. Drzwi na scenę otwieramy również młodym muzykom albo formacjom, które zaczynają, jak chociażby zespół Potok Słów, Wąsy, Mariposa Duo i  wiele innych. Mało tego, na Front ściągamy ludzi zupełnie spoza kabaretu i  oni robią naprawdę zaskakujące rzeczy! Gościem, który wszystkich totalnie oczarował, był na przykład, znany, młody wokalista bluesowy – Bartek Przytula, który wystąpił podczas inauguracji projektu. Oprócz tego pojawiają się znane krakowskie postacie, jak Adam Grzanka czy Robert Kasprzycki. M.Z.: Z  założenia program Krakowskiego Frontu Kabaretowego ma być interdyscyplinarny i umożliwiać zaprezentowanie się ciekawym artystom. A.C.: Po prostu liczymy, że uda się stworzyć przestrzeń do dobrej zabawy. M.K.: No i  dzięki temu sami będziemy mieli miejsce regularnych występów i motywację do przygotowywania nowych rzeczy. To jest bardzo ważne i pomocne w pracy. Na zakończenie naszej rozmowy chciałam poprosić, żeby każdy z Was napisał na kartce jedno słowo, które jego zdaniem jest dla działalności SMKKPMzO kluczowe. Tylko bez podpatrywania i konsultacji, każdy podaje swój typ. (...) Cechy, jakie wybraliście, to charyzma, styl i dwa razy przyjaźń. SMKKPMzO: Ojjj... M.K.: A  chciałem napisać wdzięk... Może zamienię charyzmę?


kontrast miesięcznik

13


Diabeł w spódnicy

*

Okrucieństwo nie kojarzy się z kobietami. Zapytani o najbardziej przerażające osobowości wymieniamy Teda Bundy’ego, Charlesa Mansona czy Alberta Fisha – i jakoś zapominamy, że Clyde’owi towarzyszyła Bonnie. Historia zna jednak przypadki kobiet dokonujących niewyobrażalnych wręcz zbrodni – prawdziwych diabłów w spódnicach. Ewa Fita

PIĘKNA I NIEBEZPIECZNA Kleopatra VII, nazywana najpiękniejszą kobietą w  dziejach ludzkości, miała też inny przydomek – "Żmija Nilu". W  wieku mniej więcej 18 lat wyszła za mąż za swojego młodszego brata, Ptolemeusza, i  zaczęła wprowadzać w  życie misterny i  przerażający plan. Jako współwładczyni Egiptu rządziła autorytarnie i  konsekwentnie, co nie przysporzyło jej sympatii koterii. Kiedy jej przeciwnicy zorganizowali zamach stanu, Kleopatra uciekła z  Aleksandrii i  – wykorzystując swoje wdzięki – zdobyła poparcie Juliusza Cezara. Po śmierci Ptolemeusza XIII poślubiła kolejnego ze swych braci, Ptolemeusza XIV; związek z  Cezarem traktowała z kolei jako polityczną dźwignię. Aby zachować władzę, Kleopatra z  zimną krwią wymordowała swoje rodzeństwo i podejmowała kolejne polityczne gierki. Jej siostra, Arsinoe, została uwięziona i ostatecznie stracona w  konsekwencji, wspomnianego wcześniej, zamachu stanu. Ptolemeusza XIV królowa otruła, żeby zapewnić lepszą pozycję swojemu nieślubnemu synowi. Po śmierci Cezara w 44 roku p.n.e. Kleopatra zdawała sobie sprawę, że potęga Egiptu została zagrożona. Mając na względzie korzyści polityczne, po pewnym czasie nawiązała płomienny romans z  Markiem Antoniuszem. Ich hedonistyczna znajomość trwała lata – na oczach i ku oburzeniu Rzymu. Antoniusz darzył Kleopatrę tak Ilustr. Dawid Janosz

wielką miłością, że zaczął przekazywać ich wspólnym dzieciom ziemie prawnie należące do Rzymu. Ostatecznie Senat uznał go więc za wroga Imperium, a Oktawian August wypowiedział mu wojnę. Po przegranej bitwie morskiej pod Akcjum polityczna pozycja kochanków znacznie się pogorszyła. Kleopatra podjęła jeszcze działania mające na celu zapewnienie egipskiego tronu jej synom, jednak był to jej ostatni polityczny akt. Kiedy królowa dowiedziała się, że Oktawian maszeruje na Aleksandrię, postanowiła uknuć kolejną intrygę. Zbudowała mauzoleum, w  którym ukryła swoje skarby i  kazała sługom rozpuścić wieść, że umarła. Nieszczęśliwie plotka dotarła do Marka Antoniusza, który z rozpaczy nadział się na własny miecz. W ten sposób Kleopatra straciła i tron, i  ukochanego mężczyznę. Niedługo potem popełniła samobójstwo. Współcześni bali się Kleopatry, zarzucając jej konszachty z ciemnymi mocami. Bez wątpienia egipska królowa była jedną z najinteligentniejszych i  najbardziej bezwzględnych kobiet w historii. Władała biegle kilkoma językami, była uczoną, filozofem i  alchemikiem. Swoje misterne polityczne gierki dopracowywała w  każdym szczególe, robiąc wszystko, aby zapewnić niepodważalną pozycję sobie i swojemu państwu. Dziś trudno ocenić, czy legendarny urok królowej zapewnił jej więcej miłośników, czy politycznych wrogów.

KRWAWA HRABINA O ile imię Kleopatry przywołuje dziś głównie pozytywne konotacje, o  tyle wspomnienie innej wysoko urodzonej kobiety, Elżbiety Batory, nadal wzbudza dreszcz. Często nazywana "wampirem" czy też "Krwawą Hrabiną", zdradzała chorą fascynację krwią. Przyjmuje się, że niezwykle brutalnie zamordowała blisko 700 młodych kobiet, wierząc, iż w ten sposób zapewni sobie wieczną młodość. Niektóre źródła twierdzą wręcz, że węgierska księżna kąpała się w krwi swoich ofiar. Oznaki niezrównoważenia zaczęła ponoć wykazywać stosunkowo wcześnie – już w  bardzo młodym wieku zdarzały jej się niekontrolowane ataki szału. Co ciekawe, skłonność do okrucieństwa nie wyróżniała jej zbytnio na tle rodziny. Dziś spekuluje się, że praktykowane w  tamtym czasie małżeństwa między krewnymi, mające być sposobem na zachowanie czystości arystokratycznej krwi, zwiększały prawdopodobieństwo występowania dewiacji. Mimo to już w  XVII wieku Elżbietę postrzegano jako niezwykle sadystycznego potwora. Jak pisze Jan Stradling, „popełniała tak ohydne zbrodnie, że nawet w okresie, kiedy brutalność stanowiła normę, a  życie ludzkie nie miało wielkiej wartości, szokowała i przerażała współczesnych”. Elżbietę fascynował seks i  ból. Podobno wraz z  mężem, hrabią Franciszkiem Nádasdym, godzinami konstruowała wymyślne


◉ narzędzia tortur, aby w końcu zacząć wypróbowywać ich działanie na służących. Po jego śmierci nawiązała romans z  Anną Darvulią, a  następnie z  Erszi Majorovą. Obie przyjaciółki hrabiny podzielały jej upodobanie do sadyzmu i wraz z nią dokonywały kolejnych makabrycznych zbrodni. Dopóki Elżbieta mordowała chłopki – nie reagowano. Dopiero, gdy pod pretekstem otwarcia elitarnej akademii zwabiła do swojego zamku ponad 20 szlachetnie urodzonych panien, które później zabiła, zażądano śledztwa. Podobno w zamku natknięto się na tak niemoralne i  odrażające rzeczy, że nikt nie odważył się ich opisać. W konsekwencji Elżbietę uwięziono w jej własnej twierdzy.

CZARNA WDOWA Równie przerażająca jest biografia Mary Ann Cotton, nazywanej "miłośniczką arszeniku". Ta angielska seryjna morderczyni zabiła co najmniej 20 osób. Z każdą z ofiar łączyły ją bardzo bliskie konotacje rodzinne – Mary Ann bezwzględnie mordowała najbliższych, aby uzyskać pieniądze z ich ubezpieczeń. Na długiej liście jej ofiar – oprócz kilku mężów – znajduje się także jej matka, kilkoro własnych dzieci i pasierbów. Cotton była pierwszą kobietą, której nadano przydomek "Czarnej Wdowy". Na jej życie bez wątpienia wpłynęło dzieciństwo spędzone w  nędzy i  strachu. Po tragicznej śmierci ojca sytuacja materialna rodziny była wręcz dramatyczna, dlatego Mary Ann szybko doszła do wniosku, że tylko pieniądze zapewnią jej pozycję i  władzę. Już jako młoda dziewczyna zaczęła wykorzystywać swoją urodę

– dzięki niej poznawała kolejnych mężczyzn, z którymi się wiązała i  których później zabijała. Pewne podejrzenia co do morderczych skłonności żony miał już jej trzeci mąż, szczęśliwie ocalały James Robinson, jednak dopiero wiele lat później "Czarną Wdowę" spotkała kara – 24 marca 1873 roku została uznana za winną 6 morderstw i skazana na śmierć.

DRUGIE DNO Przypadek Mary Ann Cotton nie budzi najmniejszych wątpliwości, jednak nie zawsze postępowanie oprawczyń można jednoznacznie ocenić. Georgia Tann – kobieta, która w pierwszej połowie XX wieku kradła i porywała dzieci, uważana jest równocześnie za twórczynię systemu adopcyjnego w Stanach Zjednoczonych(!). Obecnie szacuje się, że na swojej nielegalnej działalności zarobiła aż milion dolarów – kwotę zawrotną jak na tamte czasy. Porywała dzieci z  biednych domów i  handlowała nimi. Przeważnie sprzedawała je bezdzietnym parom, jednak faktem jest, że nie interesował jej dalszy los „podopiecznych”– ważny dla niej był jedynie zysk. Sama również nie zapewniała porwanym dzieciom należytej opieki. Wiele z  nich było molestowanych seksualnie, a niektóre zmarły, zanim trafiły do nowych rodzin. Co ciekawe, wśród klienteli Georgii znajdowały się najwybitniejsze osobowości tamtych czasów – wiemy na przykład, że dwie dziewczynki sprzedała aktorce Joan Crawford, odtwórczyni roli Mildred Pierce i laureatce Oscara. Podobne wątpliwości wzbudza w  nas historia Mary Mallon. Dziś często mówi się

publicystyka

o przypadkach świadomego zarażania wirusem HIV; na początku XX wieku na ustach całej Ameryki była z  kolei "Tyfusowa Mary". Uznana za nosicielkę śmiertelnej bakterii, nie przyjmowała do wiadomości zagrożenia, jakie stwarza. Mimo zakazu władz, świadomie zatrudniała się jako kucharka, zarażając coraz to nowe osoby. Kiedy wreszcie podjęła pracę w  nowojorskim szpitalu położniczym, w  mieście wybuchła epidemia. Należy mieć jednak świadomość, że kiedy zidentyfikowano ją jako nosiciela, przestano traktować ją jak człowieka. Być może dlatego kobieta zlekceważyła zagrożenie i  podjęła decyzję o tragicznym w skutkach powrocie do pracy.

NA KARTACH HISTORII Przez lata społeczna pozycja kobiet nie pozwalała na dokładne dokumentowanie ich poczynań. Nasze przodkinie nieczęsto zapisywały się na kartach historii. W kronikach przewijają się nazwiska kolejnych władczyń, jednak nawet w ich przypadku nie możemy być w 100% przekonani co do wiarygodności źródeł – autorami wielu przekazów byli mężczyźni, których często cechował mizoginizm. I  choć dawnym historykom zdarzało się podobno przekształcać fakty tak, aby ukazać bohaterki swoich kronik w  niekorzystnym świetle, trudno nie uwierzyć w  krwawe opowieści o  najniebezpieczniejszych kobietach na świecie. A  opisane powyżej postaci to zaledwie niewielka część mrocznej i krwawej plejady. * Niniejszy tekst powstał na podstawie książki Jana Stradlinga Złe kobiety.

kontrast miesięcznik

15


Polska TV – media i ich odbiorcy Począwszy od okresu przemian ustrojowych aż do współczesnego panowania trendów globalizacji, media masowe w Polsce uległy znacznym przekształceniom. Reklamodawcy dyktują warunki, a nowi odbiorcy budują słupki popularności i współdecydują o przekazywanych treściach. Efekty komercjalizacji gospodarki, rozpowszechnienia sieci oraz metamorfozy obyczaju i tradycji, widoczne dziś w życiu publicznym, stawiają pytania o przyszłość rynku środków masowego przekazu. Aleksandra Drabina

T

uż po roku 1989 media w Polsce dostały wiatru w  żagle, zyskując nowe pole rozwoju, którego motorami były pluralizm i  demokracja. Otwarcie na rzeczywistość Zachodu i możliwość czerpania z jego bogatej oferty rynkowej były motorem zmian, które nadal budują świat polskich mediów. Trend ten rozszerza się na gruncie mediów prywatnych, jak i publicznych. Zmianom uległa polityka nadawania przekazu – staje się coraz bardziej elastyczna, wciąż dopasowuje się do zmieniających się oczekiwań odbiorców. Czytelnicy przestali czytać prasę, a zaczęli ją oglądać. Wirtualne media i  ich powszechna dostępność zmusiły te tradycyjne do zbilanIlustr. Joanna Krajewska

sowania oferty i intensyfikacji walki o słupki popularności. Wszystko po to, by utrzymać się na rynku, nadal generować zysk i  ostatecznie nie dać się pochłonąć przez technologiczną rewolucję komunikacji i  jej mobilnych nośników. John B. Thompson, autor społecznej teorii mediów opublikowanej w  książce Media i  nowoczesność, zwraca uwagę na ewolucję komunikacji w  kierunku zgodnym z  globalizacją. Przekaz jest towarem, który podlega reklamie i  sprzedaży. Powstanie międzynarodowych konglomeratów sprzyja rozpowszechnianiu produktów na wielką skalę. Nie wszędzie jednak proces ten przebiega w tym samym tempie i ma ten sam kształt. Według Thompsona przepływ komunikacji nieco róż-

nicuje się lokalnie i zależy od kontekstu historycznego, politycznego i obyczajowego. System mediów w Polsce charakteryzuje dynamiczny rozwój w  okresie po zmianie ustroju oraz stopniowe wchłanianie w  kolejnych latach wzorców zachodnich. Specyficzny obraz, powstały w wyniku złożenia tych okoliczności, jest doskonale widoczny w  przemianach współczesnej telewizji. W efekcie wielkiej reformy w polskim życiu politycznym w 1989 roku narodził się dwusegmentowy model mediów publicznych. Każdy odbiorca bez trudu klasyfikuje programy przynależne do sektora publicznego i  komercyjnego, różnicując stacje Telewizji Polskiej oraz kanały prywatne. Demokratyzacja życia publicznego umożliwiła funkcjo-


nowanie zróżnicowanych struktur komunikacji. Zniesienie cenzury i wprowadzenie wolności w  sferę mediów znacznie zmniejszyły zakres wpływu państwa na charakter rozpowszechnianego przekazu. Chociaż istnieje wyraźnie wyróżniony sektor publiczny, jego oferta znacząco nie różni się od propozycji stacji komercyjnych. Istotny jest fakt, że programy TVP mają obecnie zagwarantowane ustawowo dwie formy finansowania: abonament oraz dochody z reklam. Nadawcy obu segmentów, zmuszeni walczyć o oglądalność oraz zainteresowanie reklamodawców, muszą wykazać się konkurencyjnością. Dlatego efektywność misji telewizji publicznej, która z  założenia ma pokazywać programy ambitne, edukacyjne, prezentujące kulturę wysoką i krzewiące wzorce moralne i  patriotyczne, pozostawia wiele do życzenia. Programy realizujące tę ideę pojawiają się na antenie stosunkowo rzadko, częściej o bardzo wczesnej lub późnej porze, nie zaś w  trakcie najcenniejszych popołudniowych i  wieczornych godzin emisji. Wtedy, gdy przed telewizory zasiada najwięcej widzów, nadawane są seriale, programy typu talent show, filmy zachodnich produkcji czy komercyjny hit ostatnich miesięcy: paradokumenty. Maciej Mrozowski, autor artykułu Media publiczne: dziedzictwo przeszłości – perspektywy rozwoju twierdzi, że obywatel ostatecznie stał się klientem w momencie, gdy segment niekomercyjny zatracił swoją funkcję i  ostatecznie przestał pełnić służbę publiczną. Na pierwszy rzut oka widać szereg podobieństw w ofertach programowych obu sektorów. Wystarczy porównać ramówki w przedziałach czasu antenowego. Okaże się, że TVN i TVP prezentują swój topowy serial, paradokument lub film fabularny dokładnie w tych samych godzinach. Mamy do czynienia także z gwałtownym wzrostem dostępności telewizji cyfrowej, co skutkuje zwielokrotnieniem liczby kanałów, łącznie z  zagranicznymi do około tysiąca na każdej platformie. Komercyjna telewizja w  ostatnich dziesięcioleciach uległa znacznej systematyzacji. Na rynku powstała duża liczba stacji informacyjnych, muzycznych czy lifestylowych, często na nowoczesnych platformach układanych sekwencyjnie. Wszystkie kanały masowo wykupują licencje od zagranicznych producentów, powtarzając te same formuły na polskim rynku medialnym. Programy od Big Brother po X Factor to formaty od pomysłodawców z Europy Zachodniej lub Stanów Zjednoczonych. Zwykle powtarzają

sukces swoich pierwowzorów. Częściej wybierając takie hity zza granicy, odbiorcy widocznie oczekują i wymagają od stacji coraz mniej. Rozrywka wciąż generuje największe zyski i  jest najważniejszym punktem ramówki, także w Telewizji Polskiej. Programy „misyjne” nie mają przy niej żadnych szans. Publiczność sama decyduje o  charakterystyce programów, umieszczając na szczycie słupków popularności tasiemcowe seriale i  różnego rodzaju show, w  których się śpiewa, tańczy i żongluje, czasami jednocześnie. Dominacja tematyki rozrywkowej nad publicystyczną i  kulturalną uwidacznia się też w  prasie i  radiu. Najpopularniejsze stacje nadają łatwo wpadające w  ucho hity, przerywając je krótkimi audycjami informacyjnymi i od czasu do czasu programami tematycznymi, rzadziej wywiadami. Programy Polskiego Radia w rankingach popularności stoją w tyle za topowymi stacjami komercyjnymi. Tych, które stale utrzymują się na rynku i  cieszą się popularnością jest zaledwie kilka. Mniejsze rozgłośnie właściwie nie mają szans z radiowymi gigantami. Według Ryszarda Filasa rozluźniły się kontakty Polaków z radiem i prasą, zarówno pod względem częstości, jak i  systematyczności, o czym wspomina w swoim bilansie Dziesięć lat mediów masowych w  Polsce. Początkowo, tuż po upadku komunizmu, gwałtownie wzrosło zróżnicowanie tytułów i  ich wybór. Zniknęły dzienniki propagandowe, pojawiła się wolna prasa. Niewiele pozycji, powstałych na fali nowych wolnych mediów, utrzymało się do dzisiaj. Zmniejszyło się też znaczenie wydawnictw lokalnych. Na rynku pozostało kilka gazet codziennych od paru lat okupujących szczyt rankingu. Opiniotwórcze dziennikarstwo coraz częściej przegrywa z  prasą bulwarową, która zalewa kioski nowymi tytułami i  wymusza konkurencję chwytliwych podpisów, tytułów i okładek. Trend utrzymuje się głównie w magazynach, zwłaszcza kobiecych. Większość z nich na stronach między tematami mody i makijażu prezentuje pokaźne rubryki plotkarskie. Nagłówki i  zdjęcia mają przyciągać potencjalnego czytelnika, który dobiera periodyki, kierując się wrażeniami wzrokowymi i  emocjami. Kolorowe obrazki, reklamy, duże, pogrubione litery – to przyciąga klienta i skłania go do zakupu. Dodatkowo wybory są często jednorazowe, sporadyczne i  impulsywne, powoli zanika instytucja stałego czytelnika. Proporcje zawartości pism odzwierciedlają oczekiwania nowych odbiorców. Początkowy wzrost liczby magazynów

w ostatnich kilku latach zredukował się, głównie pod wpływem wzmocnienia konkurencyjności. Rynek prasowy jest dziś tematycznie wyselekcjonowany i  wyspecjalizowany. Poza sektorem tabloidowym nie wchłania nowych propozycji wydawniczych. Tak zwane media tradycyjne: prasa, telewizja i radio stoją przed trudnym wyzwaniem walki o  popularność przekazu i  utrzymanie swojego statusu. Doganiają je portale internetowe, oferujące nie tylko szerszy zakres dostępnych informacji, ale też wygrywające rywalizację o koszty. Korzystanie z nich ogranicza nasz wysiłek, a jednocześnie oszczędza czas i pieniądze. Głównym źródłem czerpania informacji o bieżących wydarzeniach jest nadal telewizja – stąd mnogość i  popularność nadających całą dobę kanałów informacyjnych. Odbiorcy selekcjonują przekaz, wybierając to, co jest najbardziej dostępne, aktualne i dopasowane do ich indywidualnych potrzeb. Chcą szybkiego, prostego komunikatu, łatwej rozrywki, kolorowej i  dosłownej dokumentacji. W życiu publicznym zawęża się zakres potrzeb na przejrzystą, rzetelną publicystykę. Dla współczesnego konsumenta czas jest zbyt cenny, by poświęcić go na wysłuchanie kilkugodzinnej audycji radiowej, przeczytanie obszernego artykułu, wywiadu czy nawet obejrzenie w  całości programu telewizyjnego. Oferta odzwierciedla globalne tendencje upraszczania przekazu i  całkowitej komercjalizacji. Również polski sektor mediów publicznych utracił monopol na wiarygodność informacji oraz obywatelską misję kulturalną i  edukacyjną. Według raportów z  badań CBOS, odkąd zaczął otwarcie konkurować z mediami prywatnymi, osłabło społeczne zaufanie do tej instytucji. Procesy globalnych przemian, którym podlega rynek medialny w  Polsce, prowadzą do znacznego upodobnienia do wzorców zachodnich. Ślady lokalności i  tradycji pozostają jedynie w  regulującym prawne kwestie ustawodawstwie oraz nadawanych treściach. W nowoczesnej sieci informacji trendy dyktuje globalna ekonomia. Polska zajmuje w nim miejsce peryferyjne, stopniowo realizując podobny model, choć jest dziś całkowicie otwarta na przyswajanie bezpośrednio z zagranicznych źródeł. Zarówno twórcy mediów, jak i ich odbiorcy, stają się coraz bardziej kosmopolityczni. Świat gospodarki nadaje kierunek przeobrażeniom w  wymiarze komunikacji, starając się sprostać wymaganiom współczesności, która wciąż żąda szybszego tempa, łatwiejszego dostępu i większego zysku. kontrast miesięcznik

17


K

adra zarządzająca każdego przedsiębiorstwa, które uwzględnia potrzeby swoich pracowników, prędzej czy później zada sobie kluczowe pytanie: w jaki sposób efektywnie motywować ludzi do pracy? Kiedy pochwały, nagrody i  obietnice awansu okażą się wystarczające, a kiedy należy umożliwiać rozwój zawodowy i zapewniać perspektywę osiągnięć? Podejmując taką decyzję, nie powinno się zapominać o  konsekwencjach wynikających z  podjęcia odpowiednich działań. W  pierwszym przypadku najważniejsze dla pracowników będą korzyści ze zrealizowanego zadania, w drugim zaś praca sama w sobie. Jak przekonuje Piotr Sedlak, najbardziej skuteczne, przybliżające do słusznego wyboru jest systemowe podejście do motywacji, uwzględniające zarówno cechy stanowiska i sytuacji roboczej, jak i cechy indywidualne1.

MOTYWACJA A CECHY STANOWISKA I SYTUACJA ROBOCZA Chcąc dobrać właściwe kroki postępowania w  przypadku różnorodnych stanowisk, najlepiej wyjść z  podstawowego założenia dotyczącego motywatorów zewnętrznych i  wewnętrznych. Te pierwsze, takie jak na przykład okazanie zadowolenia przez przełożonego z  poprawnie wykonanej pracy, będą efektywne przy prostych i  powtarzalnych zadaniach na niższych stanowiskach. W przypadku wyższych stanowisk zaś, szczególnie menedżerskich, to stwarzanie możliwości rozwoju określonych kompetencji zawodowych czy poszerzania swojej wiedzy, będą najwyższą wartością. W sytuacji doboru trudności poziomu zadań, cenne okazują się informacje z badań Roberta Yerkesa i Johna Dodsona – obowiązki łatwe będą sprawniej wykonywane przy wysokim poziomie pobudzenia, trudne zaś przy niskim.

MOTYWACJA A CECHY INDYWIDUALNE Czynników motywujących do pracy może być tyle, ilu jest pracowników. Odwołując się do cech indywidualnych, Edgar H. Schein wyodrębnił 8 tak zwanych kotwic kariery, które opisują związek między potrzebami a  preferowanym rodzajem kariery. Na tej podstawie można zdiagnozować, jakie elementy najbardziej motywują pracownika do działania. Dla przykładu czynnik profesjonaIlustr. Wojciech Świerdzewski


Zmotywowani pracownicy – idylla czy rzeczywistość? Fakt, iż zainteresowanie motywacją w środowisku pracy wciąż rośnie, nie ulega wątpliwości. Problemem staje się jednak zaprojektowanie takiego systemu motywacyjnego, który byłby zarazem jednolity i dostosowany do każdego z osobna. Dlatego niektóre z wprowadzanych zmian organizacyjnych utrzymują się długoterminowo, inna część zaś nie cieszy się powodzeniem. Jaki obrać kierunek i na jakich danych bazować, aby zbliżyć się do ideału? Zuzanna Sroczyńska lizmu, który definiuje specjalistów w określonej dziedzinie, będzie skutecznie zachęcał do pracy tych, którzy są zainteresowani rozwojem własnej specyficznej ścieżki mistrzostwa. W opozycji do tej grupy osób stoją ludzie, których niezależnie od obszaru działań motywuje zdobywanie coraz wyższych pozycji w hierarchii. Jeszcze inaczej zachowują się pracownicy, dla których bezpieczeństwo stoi na pierwszym miejscu – zwracają oni uwagę na korzystność warunków współpracy, często są przywiązani do miejsca pracy i nie lubią zmian. Niektórzy mogliby zarzucić tej koncepcji brak możliwości zastosowania jej w praktyce ze względu na dużą ilość czasu, którą należy poświęcić na indywidualne wsparcie każdego podopiecznego z  osobna. John Adair przekonuje jednak, że nawet najbardziej znamienity przywódca znajdzie czas dla jednostki2. Zarówno zainteresowanie specyficznymi czynnikami działającymi na pracownika, jak i udzielanie konstruktywnej informacji zwrotnej na temat jego pracy, przyczynią się do zwiększenia jego efektywności.

MOTYWATORY FINANSOWE Wśród tak wielu elementów wzbudzających motywację, nadal jednym z podstawowych czynników jest wynagrodzenie. Premia tylko wtedy spełni swoją zasadniczą funkcję, gdy

będzie odczuwalna, a tym samym adekwatna do zarabianych pieniędzy. Podwyżka płacy podstawowej działa natomiast zachęcająco tylko do pewnego momentu. Mówi o tym prawo malejącej użyteczności krańcowej3, według którego każda kolejna podwyżka gratyfikacji finansowej powoduje mniejsze zadowolenie w  zestawieniu z  poprzednią. Ponadto pracownik przyzwyczajony do regularnych podwyżek nagły jej brak najprawdopodobniej odbierze jako karę, dlatego stosowanie nagród odroczonych może okazać się lepszą alternatywą. Niemniej nadal w  wielu przedsiębiorstwach funkcjonuje konserwatywne przekonanie, że najskuteczniej motywuje obniżenie płacy. Wynagrodzenie, oprócz oczywistej funkcji motywującej, reprezentuje symbol sprawiedliwości. Każdy człowiek porównuje swoje wynagrodzenie do sytuacji nie tylko innych pracowników, ale również przedsiębiorstw z  tej samej branży. Różnice w  tym zakresie nie przyczynią się jednak do zmiany poziomu motywacji w pracy. Według Fredericka Herzberga pieniądze decydują bowiem o  poziomie zadowolenia, nie zaś o stopniu motywacji do pracy. Dlatego zapewne pracownikowi bezpieczeństwa, odpowiednich warunków i środowiska pracy oraz wypłacanie mu prowizji wcale nie jest jednoznaczne ze wzrostem jego motywacji. Czynniki te wpływają jedynie

na obniżenie niezadowolenia, czyli odczuwany komfort w miejscu pracy.

RODZAJE ZMIAN TREŚCI PRACY Każdy zainteresowany tematem motywowania do pracy, prędzej czy później spotka się z terminem wzbogacania treści pracy. Pojęcie to znacznie różni się od poszerzania zakresu pracy, które jedynie zwiększa ilość wykonywanych zadań i nie daje możliwości rozwoju. Można spotkać się również z  terminem poziomych i  pionowych zmian treści pracy. Te pierwsze Herzberg określa jako zwiększanie ilości bezsensownych czynności do wykonania, drugie zaś nazywa motywatorami. Pionowe zmiany rządzą się takimi zasadami jak zwiększanie odpowiedzialności pracowników, przyznawanie dodatkowej wagi realizowanym zagadnieniom czy przydzielanie specjalistycznych zadań umożliwiających stanie się ekspertem w swojej dziedzinie.

DECYZYJNOŚĆ, KREATYWNOŚĆ A MOTYWACJA Bardzo często pracownicy wyższego szczebla zwracają uwagę na znaczenie niezależności w podejmowaniu decyzji. Dzieje się tak nie bez kozery, gdyż odgrywa ona ogromną rolę w  kontekście komunikacji między podwładnym a  przełożonym. Steve W.J. Kozlowski i  Michael L. Doherty uważają, że

kontrast miesięcznik

19


kluczem w całym procesie kształtowania się wspomnianej wcześniej relacji jest swoboda i partycypacja w działaniach. Okazuje się, że im wyższa samodzielność ustaleń pracowników, tym bardziej rozumieją oni panujące zasady organizacyjne oraz spostrzegają wsparcie swoich przełożonych i  korzyści wynikające z  pracy zespołowej. Cechują się również większą otwartością na innowacyjne rozwiązania. Kreatywne myślenie związane jest między innymi z  chęcią podejmowania ryzyka. Z  tej perspektywy Alfie Kohn uznaje, że czynnikiem obniżającym poziom twórczych rozwiązań jest system nagradzania oparty o  wyniki. Tak jak w  przypadku niektórych stanowisk stosowanie takiego modelu jest w  pełni uzasadnione, tak przy niektórych pozycjach zawodowych można poddać go w  wątpliwość. Sposób, w  jaki innowacyjne podejście do rozwiązywania problemów Ilustr. Wojciech Świerdzewski

może przyczynić się do zwiększenia rentowności przedsiębiorstwa, to szerokie zagadnienie, stanowiące osobny temat.

HOMOGENICZNOŚĆ W ORGANIZACJI Czy zbudowanie jednocześnie doskonałego i  jednolitego systemu motywacyjnego dla całej organizacji to tylko idylliczna wizja przedsiębiorców? Teoria ASA autorstwa Benjamina Schneidera niejako odpowiada na to pytanie. Według niej ludzie reprezentujący podobne wartości do kadry zarządzającej są przyciągani, a  następnie zatrudniani w  określonej organizacji. Po jakimś czasie takie osoby pozostają w  firmie, natomiast pracownicy, którzy z  pewnych względów respektowali inne zasady, odchodzą. To sprawia, że ludzie pracujący w firmie tworzą homogeniczną grupę, kontrastując równocześnie ze zmieniającymi się warun-

kami rynkowymi. Abstrahując od niebezpieczeństw, jakie może przysporzyć taki schemat działania, być może zjawisko to ułatwia stworzenie spójnej metody zarządzania, w skład której wchodzą ściśle określone kryteria motywacyjne. Niezależnie od trudności, które może przysporzyć budowanie czy modyfikowanie już istniejącego systemu motywacyjnego, warto podjąć się tego zadania. Trzeba liczyć się z tym, że działania w tym kierunku nie od razu będą trafione. Oddziałując jednak na poszczególnych pracowników, zostaną przez nich zweryfikowane, przez co zyskają na trafności. Dlatego wskazane jest, aby wstępna koncepcja była na tyle elastyczna, by zakładała ewentualne przekształcenia w przyszłości. Tylko jedno nie powinno się zmieniać – słuchanie swoich pracowników, którzy są najbardziej rzetelnym źródłem informacji o funkcjonowaniu przedsiębiorstwa.


E

milia Szyszkowska – współpracuje pierwszy i na pewno nie ostatni rok ze Stowarzyszeniem Centrum Edukacji CEL. Ma doświadczenie w  planowaniu i  realizowaniu różnych społecznych inicjatyw, teraz chciała wykorzystać swoje umiejętności w  stowarzyszeniu. Aktualnie jest koordynatorem VI edycji Szkoły Zarządzania Projektami. Ma już plany na nowe edycje szkoły – co zmienić, co pozostawić i co nowego dodać. Katarzyna Kuppe – obecnie koordynator jubileuszowej X edycji Szkoły Trenerów, projektu cyklicznie organizowanego przez Stowarzyszenie Centrum Edukacji CEL. Jej przygoda ze stowarzyszeniem zaczęła się podczas VIII edycji ST od roli uczestnika szkoły. Członek zespołu koordynującego IV edycję Szkoły HRowców, w trakcie której była odpowiedzialna za obszar organizacji szkoleń i trenerów. Na co dzień zajmuje się zawodowo rekrutacjami kadry średniego i wyższego szczebla. Zuzanna Sroczyńska: Zacznijmy holistycznie – od całej organizacji. Stowarzyszenie Centrum Edukacji CEL istnieje już od 8 lat i  oferuje różne projekty swoim beneficjentom. Największym przedsięwzięciem, a zarazem tym, z którego jesteście najbardziej dumni, jest makroprojekt Szkół Rozwoju. W skład SR wchodzą poszczególne około 3-miesięczne kursy dedykowane określonym obszarom biznesowym. Jednym z 9 jest właśnie Szkoła Zarządzania Projektami. Jakie jeszcze? Katarzyna Kuppe: Zgodnie z pierwotnym zamysłem jest to 9 szkół, które startują z różną częstotliwością, w zależności od edycji. W tym roku, na wiosnę uruchomiliśmy pięć kursów – oprócz wspomnianej już wcześniej SZP jest to Szkoła Trenerów, Szkoła Coachów, Szkoła PRowców oraz Szkoła HRowców. Jakie edycje? W  przypadku SZP jest to VI odsłona, podobnie SC. SPR jest z nami trzy, a SHR pięć sezonów. ST ma już 10 edycję, to najstarsze nasze dziecko, od którego wszystko się zaczęło. Jestem ciekawa, jak zatem wyglądały Wasze narodziny. K.K.: Już w  2007 roku powstał zamysł pierwszej działalności edukacyjnej, która miała na celu rozwój umiejętności prowadzenia szkoleń i warsztatów wśród członków organizacji non-profit. Tak narodził się zalążek, który potem przekształcił się w obecną ST.

Królewna Rozwoju

i dziewięciu Krasnoludków Z Emilią Szyszkowską i Katarzyną Kuppe rozmawia Zuzanna Sroczyńska.

Jakie jeszcze szkoły pamiętają karty Waszej biografii? K.K.: W zeszłej edycji mieliśmy okazję organizować Szkołę Fundraiserów, nakierowaną na kształtowanie umiejętności pozyskiwania funduszy i  budowania relacji z  partnerami organizacji pozarządowych. Były też dwa otwarcia Szkoły Konsultantów. W  zależności od tego, kto się do nas zgłasza, uruchamiamy daną szkołę zgodnie z zapotrzebowaniem. Nie tylko fakt ilości edycji poszczególnych szkół, ale również liczby grup – tygodniowej i weekendowej – świadczy o tym, że chętnych nie ubywa. Czy zatem wszyscy mogą uczestniczyć w SR? Do kogo kierowane są te wszystkie projekty? Emilia Szyszkowska: Każdy, kto działa społecznie, może być uczestnikiem szkoły.

Dobierając takie osoby do projektów, realizujemy swój cel – transfer wiedzy i praktyki między różnymi organizacjami pozarządowymi. A  wracając do uczestników, zgłaszają się do nas różne osoby, od studentów po osoby pracujące czy 50+. Nie ma ograniczeń co do przedziału wiekowego. Warunkiem jest motywacja i cel u tych osób, a my wyposażamy ich w  narzędzia i  umiejętności potrzebne im do dalszej pracy. Jak to wszystko przebiega? K.K.: Zajęcia mają zarówno formę szkoleń prowadzonych przez najlepszych praktyków biznesowych i pozarządowych z całej Polski, jak i  czystej praktyki, którą realizują uczestnicy. Na przykład SHR trwa więcej niż trzy miesiące (podobnie jak SPR) i zaczyna się najwcześniej w danym semestrze, ponieważ jej

kontrast miesięcznik

21


uczestnicy w ramach praktyki rekrutują inne osoby do pozostałych projektów. Uczestnicy tej szkoły przeprowadzają również samodzielnie Development Center, czyli ośrodki rozwoju, między innymi dla pozostałych uczestników szkół. SPR wspiera pozostałe szkoły, organizując wydarzenia promocyjne, SC przeprowadza sesje coachingowe dla zewnętrznych beneficjentów, a  ST prezentuje szkolenia i  warsztaty dla innych podmiotów trzeciego sektora. Stawiamy nie tylko na wiedzę merytoryczną, ale również na realną możliwość jej wykorzystania. A  jak to jest z  SZP? Jak tutaj wygląda praktyka? E.S.: Uczestnicy wymyślają, tworzą oraz realizują różne projekty dla określonych grup docelowych. Produktem finalnym jest realne działanie w  stosunku do beneficjentów. Celem nie jest tylko zrealizowanie projektu, ale przede wszystkim faktyczna i umiejętna pomoc tym osobom. Dlatego misją całego stowarzyszenia jest edukacja innych po to, aby mogli oni nieść tę wiedzę w świat i pomagać jeszcze bardziej efektywnie. Powróćmy do SZP. Na Waszej stronie internetowej można przeczytać, że projekt ten jest połączeniem Szkoły Liderów i wiedzy z obszaru Project Management. Na czym to polega? E.S.: SZP to tak naprawdę wcześniejsza Szkoła Liderów. Szkoła ta całkowicie zmieniła formułę – w  SL nacisk kładliśmy na kształtowanie umiejętności liderskich, w  SZP skupiamy się na obszarze Project Management. W  każdej edycji SZP uczestnicy planują i  realizują projekty skierowane do grup zagrożonych wykluczeniem społecznym. W Szkole Liderów większy nacisk kładziony był na pracę zespołową i  rozwój umiejętności liderskich. Dziś koncepcja szkoły opiera się na tym samym fundamencie, dodatkowo została poszerzona o  twarde aspekty zarządzania projektami, co częściej stosowane jest w modelu biznesowym. Niewątpliwie potrzebne są do tego umiejętności liderskie. Co w  przypadku gdy któryś z uczestników nie ma wystarczających kompetencji tego rodzaju? Są inne, równie cenne role zespołowe, bez których nie można mówić o efektywnym zarządzaniu projektem. Czy jest to możliwe, aby samemu opracować projekt? E.S.: Nie jest tak, że osoby pozostawione są same sobie. Jeżeli tylko tego potrzebują, mogą zrekrutować do pomocy wolontariuszy. Fot. Maciej Margielski

Kolejną kwestią jest fakt, że uczestnicy poszczególnych szkół współpracują ze sobą. Na przykład każdy koordynator z SZP jest w kontakcie z uczestnikiem z SPR, który wspiera go w  promocji jego wydarzenia. W  ten sposób też osoby z SPR, tworząc blogi czy fanpage do określonych projektów, rozwijają się w  założonym kierunku. Szkoły wzajemnie się przenikają, co przyczynia się również do świetnej atmosfery współpracy. W  tym wypadku 7 uczestników to nie mała liczba. Wydaje się to trudnym zadaniem, ponieważ każdy projekt wymaga na pewno dużego nakładu pracy i czasu. E.S.: Stawiamy na jakość, nie na ilość. Chcemy, aby osoby, które na co dzień pracują w  swoich fundacjach czy organizacjach, potrafiły zarządzać tym procesem od początku do końca, poprzez zaplanowanie do etapu wdrożenia, monitorowania i  później ewaluacji. Nie każdy wie, że te punkty są tak samo ważne i należy je wszystkie przejść. Jest to nie tyle trudne, co odpowiedzialne przedsięwzięcie. Już na samym początku uczestnicy zaczy-

nają nabierać świadomości powagi wydarzenia, przygotowując dokumentację, która jest niezbędna do sfinalizowania projektu. Co dzieje się w przeciągu tych trzech intensywnych miesięcy? E.S.: W  przypadku SZP początkowo odbywa się wyjazd szkoleniowo-integracyjny, podczas którego nasi koordynatorzy wymyślają swój autorski projekt i  starają się skonfrontować go z  rzeczywistością. Przez to, że uczestnicy mają tylko trzy miesiące, wybierają pomysł w  takiej formie, w  jakiej faktycznie mogą go zrealizować. Następnie prowadzone są szkolenia równolegle z  wykonywaną praktyką. Szkolenia są ułożone w takiej kolejności, aby każda osoba mogła krok po kroku przechodzić przez kolejne etapy realizowania swojego projektu. Koordynatorzy uczą się między innymi diagnozować potrzeby beneficjentów, budować kartę projektu, definiować interesariuszy, określać obszary finansowania projektu, tworzyć oferty i umowy oraz rozmawiać ze stronami zainteresowanymi. Finałem jest oczywiście


zorganizowane przez nich samych wydarzenie. Nie można zapomnieć także o ewaluacji i podsumowaniu projektu. K.K.: Od strony organizacyjnej natomiast zajęcia odbywają się w  godzinach popołudniowych, zazwyczaj dwa razy w  tygodniu, każde po kilka godzin. Ponadto działania związane z przygotowaniem i realizacją projektów wymagają dużego poświęcenia, dlatego też to, co robimy, nazywamy drugim etatem. Wszyscy związani z  CEL-em charakteryzują się dużą aktywnością i  motywacją, ponieważ poświęcają swój dodatkowy czas na tworzenie Szkół Rozwoju. Można zauważyć, że niektóre projekty żyją jeszcze długo po swojej premierze. W  tym roku przykładowo ponownie otwieracie projekt „Mama niezła w pracy”. Jak myślicie, jak to będzie z obecnymi, świeżymi projektami? E.S.: W  tym roku też pojawiły się koncepcje skierowane do mam. Marek, twórca projektu „Super Mama”, chce wesprzeć kobiety na urlopie macierzyńskim, mieszkają-

ce w Brzegu Dolnym w  podniesieniu swojej samooceny. Olena z  kolei aktywizuje osoby 50+ z Kamiennej Góry, poprzez organizowanie dla nich wycieczek czy spotkań coachingowych. Ola realizuje przedsięwzięcie „Jak działa mowa ciała?”, którego celem jest zwiększenie świadomości i  kontroli nad własnymi zachowaniami głównie podczas rozmów rekrutacyjnych. Daria w swoim założeniu „Graffitacja – maluj razem z nami” chciałaby wraz z  dwoma stowarzyszeniami, stworzyć murale na placu Św. Macieja, przeprowadzając tym samym rozwojowe warsztaty dla dzieci i  młodzieży z  wrocławskiego ośrodka szkolno-wychowawczego. Martyna, organizując warsztaty kulinarne „Pozytywne ZaMieszanie”, wychodzi z  inicjatywą, która ma służyć zwiększeniu świadomości i  umiejętności związanych z  przygotowywaniem zdrowych i zbilansowanych posiłków wśród grupy wychowanków Wrocławskiego Centrum Opieki i  Wychowania. Ania poprzez projekt „Fajna Babka” chce zaktywizować babcie, przeprowadzając dla nich warsztaty między innymi z  międzypokoleniowej komunikacji. Agata w  „Operacji Piknik” przygotowuje grupę dziewczyn z obszarów wiejskich do zorganizowania i  przeprowadzenia pikniku rodzinnego. Przy wyborze konkretnego pomysłu wszyscy kierowali się potrzebami danej społeczności. Zatem to, co robią, ma głęboki sens i przyczynia się do poprawy jakości życia tych grup beneficjentów. Co trzeba zrobić, żeby stać się uczestnikiem SZP? Jakie są kryteria doboru do tego projektu? E.S.: Trzeba przede wszystkim chcieć! Oczywiście odbywa się dobór kandydatów, w przypadku SZP, podczas procesu rekrutacji bierzemy pod uwagę umiejętności liderskie. Weryfikujemy to, czy osoby przynajmniej raz uczestniczyły w  prowadzeniu projektu. Niemniej jednak każdy, kto chce się rozwijać i  pomagać innym w  ich rozwoju, ma szansę do nas dołączyć. Powiem z dumą, że w tym roku mamy mocne osoby. Obserwujemy, jak rozwijają swoje skrzydła i potrafimy wspierać ten proces. Wierzymy w  naszych uczestników, w ich rzeczywiste pokłady potencjału. K.K.: Dopowiem jeszcze, że również my, koordynatorzy wszystkich szkół, mamy szansę kształcić się pod kątem przewodzenia. SR ułatwiają przechodzenie w tę rolę, która naturalnie wyzwala sposób myślenia i perspektywę koordynatorską. Żywym przykładem są osoby tworzące stowarzyszenie, które wcze-

śniej zaczynały swoją przygodę jako uczestnicy czy członkowie zespołów koordynujących naszych programów. Przedsięwzięcie, jakim są Szkoły Rozwoju, nie zyskałoby tak dużego pogłosu, gdyby nie współpraca z partnerami, patronami czy sponsorami. K.K.: Zgadza się. Zarówno całe stowarzyszenie ma swoich patronów medialnych czy sponsorów, jak również każda ze szkół stara się indywidualnie pozyskiwać takie wsparcie związane z danym obszarem wiedzy. W przypadku SZP dodatkowo każdy koordynator nawiązuje współpracę z partnerami dedykowanymi swoim miniprojektom. Można powiedzieć, że jest to praca 3-stopniowa – od stowarzyszenia, poprzez poszczególne szkoły, aż po miniprojekty SZP. A  teraz trochę o  przyszłości. Jakie czekają Was najbliższe wydarzenia? E.S.: W maju będzie dużo się działo. W SZP już w połowie tego miesiąca będą odbywać sie projekty koordynatorów. Również w tym czasie będzie miało miejsce wydarzenie Seminarium Szkoły Trenerów otwarte dla wszystkich, podczas którego uczestnicy ST prowadzą własne szkolenia. Rusza także kolejna edycja projektu „Mama niezła w pracy”, w którym będą uczestniczyć mamy pragnące wejść na rynek pracy. K.K.: 6 czerwca natomiast jest gala kończąca wszystkie projekty wchodzące w skład SR, na którą serdecznie zapraszamy nie tylko obecnych uczestników i  partnerów związanych ze Stowarzyszeniem, ale również każdego, kto chciałby dowiedzieć się nieco więcej na temat naszej działalności. Niebawem pojawi się informacja na ten temat na naszej stronie internetowej, także proszę śledzić aktualności! Wszystko, co razem robimy i  tworzymy, można podsumować jednym hasłem, które towarzyszy nam oficjalnie od tamtego roku: „Z miłości do rozwoju”. Tłumaczenie skrótów: SC – Szkoła Coachów SHR – Szkoła HRowców SL – Szkoła Liderów SPR – Szkoła PRowców SR – Szkoły Rozwoju ST – Szkoła Trenerów SZP – Szkoła Zarządzania Projektami Strony internetowe: http://www.cel.apulengo.pl/ http://www.szkolazp.apulengo.pl/

kontrast miesięcznik

23


◀▷

fotoplastykon

Wróbel – (Radosław Wróbel) opiekun Agendy Kul-

tury SpAF przy Politechnice Wrocławskiej, moderator portalu bizzart.me. Raczej męcząca osoba, która lubi to, co już widziała. Jeżeli chodzi o fotografię, to ze znacznym przekrojem: od ulicznej (dziwnej) do studyjnej (też dziwnej). Robiąc zdjęcia, stara się zachować kompozycję – niestety rzadko zgadzającą się z tą „artystycznie uznaną za właściwą”. Jeszcze nie zrobił najlepszego zdjęcia, z nadzieją że nie zrobi. Współpracuje ze sporą grupą artystów, redakcji i organizacji. Oczywiście dla zdjęć, nie wódki.

kontrast miesięcznik

25


I

ndie to taki kraj, który większość osób chciałaby odwiedzić. Kojarzą się zwykle z kolorami, Tadż Mahalem, kuchnią i tańczącymi do fletu kobrami. I rzeczywiście – wszystko to tam jest. Tylko, że zupełnie inne. Pierwszym, na co trafiasz, jest gorąco, duszno i  śmierdząco (sprawozdanie z początku września, czyli końca monsumu). Każda ulica Patparganj (wymowa: patarngaż – czy jakoś tak), turystycznego centrum New Delhi, ma swój śmietnik (takie miejsce o  powierzchni i  wyglądzie garażu) w którym, dopóki nie zostanie opróżniony, koczują ludzie z  najniższych kast. Bo wszystko może się przydać. Obok zwykle są kramy (lub sklepiki – jak kto woli) z owocami, ciuchami lub przyprawami. Zapach możecie sobie wyobrazić (przypominam: +30oC skwaru). Nota bene; jak już tam będziecie, pamiętajcie: nie kupujcie ubrań zrobionych w Indiach – bierzcie te z  Chin. Mocniejsze (znaczy nie na raz) i  równie tanie, Hindusi tak robią. Głód jest powszechny jak tłok (ktoś mi kiedyś powiedział, że w New Delhi jest tak w ciągu nocy, jak we Wro-

cławiu na Rynku w sobotę – przesadził tylko odrobinę; przesada jest zauważalna pomiędzy 1 a  5 rano). Głód wynika z biedy, a ta jest niewiarygodna. Ludzie zamieszkują na przykład pas zieleni, oddzielający autostradę. Całymi rodzinami, po kilkanaście osób, przez kilkadziesiąt kilometrów. Całkowity szok dla Europejczyka, ale… Oni wydają się szczęśliwi. Zabrzmiało to może patetycznie (w sensie: to słowo tutaj nie powinno trafić, „szczęśliwi” znaczy), ale to jest prawda. I to jest powód, dla którego niektórzy kochają Indie. Mimo smrodu, tłoku, krzyku, ruchu drogowego. Ludzie są szczęśliwi. Pewnie dlatego, że nie wiedzą, jak to może być lepiej. Możliwe. W Manali (punkt wypadowy w indyjskie Himalaje), do którego możecie się dostać „luksusowym autobusem” (takie Volvo sprzed 20 lat z  kompletnie łysymi oponami, za to z rozkładanymi podnóżkami i oparciami, na osoby do 165 cm – genialne miejsce transportu na wysokość 2000 m nad urwiskiem) można się poczuć jak w… Holandii bez (totalnie żadnego) prawa. Stare


Manali opanowała europejska młodzież, głównie obywatele państw Izrael oraz Zjednoczone Królestwo. Zapewne dlatego, że jest to miejsce, gdzie (jak by się mogło wydawać) narodowa roślina indyjska (znana u nas jako wiadomo jakie konopie) występuje dziko i kwitnie cały rok. A może dlatego, że jest to centrum paralotniarstwa. Byliśmy też na Goa. Prawie każdemu wydaje się, że to wyspa, której przynależność i położenie jest bliżej nieznane. Otóż informuję (bez żadnego wywyższającego podtekstu – sam tak myślałem), że jest to półwysep, należący do Republiki Indii. A co do plaż, które większość sobie wyobraża (i  to bez wcześniejszego umiejscowienia Goa na mapie) – tak są rajem. I to takim naprawdę. Do czego to porównać? Do gry Far Cry, a dla tych, co nie wiedzą, o co chodzi – do nie wiem czego. Będąc w Indiach, to trzeba (no dobra – należy, wiem, że niektórzy wolą Bombaj) zobaczyć. Jak zresztą kilka innych miejsc. Nie ma tu miejsca na opisanie wszystkiego. Brakuje czegoś o  kuchni i  zatruciu, pociągach (a  trzy noce tam spędziliśmy – 100 razy bardziej punktualne niż wiadomo co), alkoholu, żmijach, parku narodowym, miejscowym festynie, wizycie w slumsach, na giełdzie komputerowej, w Sturbucksie, w  zboczonych świątyniach (nazwa wymyślona), mieście czekających na śmierć (jak wcześniej), i tak dalej... Kilka stron by to zajęło. W każdym razie – każde 15 minut w Indiach prezentuje coś tak niewiarygodnego, że się to zapamiętuje. Nienawidziłem Indii po trzech tygodniach podróżowania. Minęło kilka miesięcy i chciałbym tam wrócić.

kontrast miesięcznik

27


Fot. Patryk Rogiński


◆ ◆ ◆

K

iedy w 1931 roku Fritz Lang nakręcił swojego M, historia kina nie znała jeszcze wielu seryjnych zabójców. Film, zainspirowany sprawą „wampira z Düsseldorfu”, uznano za jeden z najlepszych obrazów niemieckiego reżysera, a postać dzieciobójcy, wykreowana przez Pete-

ra Lorre’a, przez lata wzbudzała w widzach lęk i odrazę. Lang przetarł szlaki innym filmowcom i dziś każdy szanujący się kinoman potrafi jednym tchem wymienić najsłynniejszych psychopatów X Muzy. Bohaterowie Milczenia owiec czy Siedem to już właściwie postaci kultowe. Traktujemy je z sympatią i przymrużeniem oka – niczym nieszkodliwe maskotki popkultury. Nie zawsze jednak tak było.

ZABIĆ BESTIĘ! Jak stworzyć naprawdę odrażającą postać? Najlepiej zrobić z niej dzieciobójcę i  obdarzyć do tego odpychającą powierzchownością. Wiedział o tym Fritz Lang, który postanowił nakręcić film o  mordercy terroryzującym mieszkańców wielkiego miasta. Hans Beckert to niepozorny, niezbyt atrakcyjny mężczyzna w średnim wieku. Codziennie rano wychodzi z domu i nie zwracając na siebie żadnej uwagi, wędruje ulicami Berlina. Czai się na dzieci wracające ze szkoły, mami je słodyczami i  balonikami, po czym morduje, a ciała porzuca w lesie. Liczba jego ofiar powiększa się z dnia na dzień, a berlińczyków ogarnia prawdziwa psychoza strachu. Beckert to jednak w  gruncie rzeczy człowiek głęboko nieszczęśliwy. Trudno nazwać go wzorcowym czarnym charakterem. Nie snuje planów, nie kalkuluje, morderstw dokonuje pod wpływem chwili i  nie dają mu one właściwie żadnej satysfakcji. W  sytuacji zagrożenia zachowuje się jak schwytane w  pułapkę zwierzę. Jest słaby, pełen kompleksów, doskwiera mu poczucie niższości. Właściwie jest nikim. Gdy staje przed „sądem” złożonym

Wzbudzają całą gamę skrajnych emocji: fascynację, lęk, niechęć, czasem litość. Choć nie chcielibyśmy spotkać ich po zmroku, czujemy przyjemny dreszcz ekscytacji, gdy spoglądają na nas ze srebrnego ekranu. Świat bez psychopatycznych morderców nie miałby dla większości kinomanów żadnego sensu.

Ewa Kirsz

dział filmowy

z obywateli miasta, nieszczęśliwych matek i żądnych zemsty ojców, możemy się nad nim już tylko litować. Ale nie współczuć. Daleko mu do zimnych, cynicznych „nadludzi”, których wykreował thriller lat dziewięćdziesiątych. Zresztą takie było założenie. Beckert nie mógł wzbudzać sympatii czy choćby imponować silnym charakterem. Miał być przede wszystkim antywzorcem, który uprzytomni widzowi, że zbrodnia nie popłaca.

DON’TS AND BE CAREFULS W latach dwudziestych przez Hollywood przetoczyła się istna fala skandali obyczajowych. Przemysł filmowy obarczano główną odpowiedzialnością za upadek moralności. Wtedy na scenę wkroczył Will H. Hays, przewodniczący Stowarzyszenia Filmowców Amerykańskich. Jego nazwisko miało na ponad 30 lat stać się symbolem ostrej cenzury. Hays stworzył surowy kodeks, w którym wyraźnie stwierdzał, co filmowcom wolno, a czego nie. Kodeks Haysa obowiązywał niemal do końca lat sześćdziesiątych. Gdy więc w roku 1960 Alfred Hitchcock, uznany już, ale wciąż kontrowersyjny reżyser, obwieścił, że zamierza zekranizować Psychozę Roberta Blocha, rozpętało się istne piekło. W Psychozie aż roi się od niemoralnych pomysłów. Główna bohaterka jest złodziejką, morderca przechowuje w piwnicy zwłoki, mamy też bardzo brutalną jak na owe lata scenę zabójstwa pod prysznicem. Nawet ukazanie sedesu wydawało się strażnikom dobrych obyczajów rzeczą niewłaściwą. Hitchcock stanął jednak do nierównej walki ze srogimi cenzorami – i zwyciężył. Ale Norman Bates, cierpiący na rozdwojenie jaźni morderca, zagrany znakomicie przez Anthony’ego Perkinsa, to znak czasu, postać typowa dla dość purytańskiego okresu w  amerykańskiej filmografii, jakim były wczesne lata sześćdziesiąte. Wątły, zakompleksiony mężczyzna, dręczony obawą przed kobietami, pod grzecznym sweterkiem ukrywa stłumioną seksualność – mniej więcej tak, jak pod płaszczykiem powojennego american dream mieszkańcy przedmieść ukrywali frustrację i wszelkie „nieprzyzwoite” żądze. Bates to amerykańska wersja Hansa Beckerta. Jeden z punktów Kodeksu Haysa głosił przecież, że jeśli już bohaterem filmu jest złoczyńca, trzeba go przedstawić w  sposób możliwie najbardziej odstręczający. Zbrodnia nie może być dla widza atrakcyjna. Hitchcockowi udało się wprawdzie przeforsować scenę pod prysznicem (i istotną dla fabuły scenę z toale-

kontrast miesięcznik

29


tą również), ale gdyby zechciał zrobić z Normana Batesa pociągającego i pewnego siebie mężczyznę, Psychoza prawdopodobnie nigdy nie ujrzałaby światła dziennego.

„THERE’S A KILLER ON THE ROAD” Kolejne lata niosą ze sobą znaczną zmianę. Zaczyna się era dobrze nam dziś znanych morderców, którzy kolejnych zbrodni dokonują z  niewzruszoną miną i  chłodnym błyskiem w oku. Zwiastunem przemian jest Autostopowicz Roberta Harmona. Kto raz obejrzał ten film, nigdy już nie zapomni mrożącego krew w  żyłach Rutgera Hauera. Jego bohater, dla którego inspiracją miał być podobno utwór Riders on the Storm The Doors, to po prostu zło w najczystszej postaci. John Ryder, który przemierza opustoszałe szosy Ameryki w poszukiwaniu kolejnych ofiar, jest pewnym novum również dlatego, że nie ma w nim woli życia. To swego rodzaju psychopata-nihilista, istota tak dogłębnie przekonana o bezsensie istnienia, że wręcz tragiczna. Ryder poszukuje godnego siebie przeciwnika, osoby, która zada mu śmierć. Podobnie zbudowana jest postać Johna Doe z Siedem – ale motywy obu bohaterów są oczywiście skrajnie różne.

WĄTRÓBKA I CHIANTI Kiedy 55-letni Anthony Hopkins zdążył już niemal pogodzić się z myślą o tym, że nigdy nie zagra w  „dużym hollywoodzkim filmie” i pozostanie na zawsze „ogólnie szanowanym aktorem, który przez resztę życia będzie (…) wykonywał ogólnie szanowaną pracę dla BBC”, zaproponowano mu rolę Hannibala Lectera w Milczeniu owiec. Doktor Lecter jest w zasadzie postacią drugo-, o ile nie trzecioplanową, i gdy Jonathan Demme przystępował do zekranizowania powieści Thomasa Harrisa, nie przypuszczał zapewne, że Hopkins, niezbyt znany brytyjski aktor, który po raz pierwszy zawitał do Hollywood, rok później odbierze za swoją kreację Oscara. Hannibala Lectera można bez większej przesady nazwać najsympatyczniejszym czarnym charakterem w dziejach kina. Ma maniery arystokraty, jest znakomicie wykształcony i piekielnie inteligentny, ale jego magnetyczny urok tkwi w czymś jeszcze. Hopkins, zapytany o to, jak zamierza grać Lectera, odparł: „Ciężko to opisać, ale chciałbym, żeby jego głos brzmiał jak komputer HAL w  2001: Odysei kosmicznej Kubricka. Wiesz, taki bezcielesny głos, który słyszy się we śnie”. Lectera w  hopkinsowskim Fot. Patryk Rogiński

wydaniu pokochali kinomani z całego świata. Zapoczątkował swoistą modę na psychopatów „elitarnych”, cynicznych nadludzi, którzy nigdy się nie wahają i nigdy nie czują lęku. Dwóch amerykańskich psychiatrów, Samuel Leistedt i  Paul Linkowski, postanowiło prześledzić dzieje rozwoju filmów o  psychopatycznych zabójcach i wyłonić spośród nich przypadki najbardziej realistyczne, które mogłyby posłużyć studentom psychiatrii jako pomoc naukowa. Ku rozczarowaniu fanów doktor Lecter uznany został za postać całkowicie nieprawdopodobną. Jego maniery, inteligencja, samokontrola to cechy, które rzadko występują jednocześnie – a na pewno nie znajdziemy ich u seryjnego zabójcy. Za niezwykle realistyczną postać został natomiast uznany bohater M. Dość paradoksalnie – wszak zwykle uważa się, że „stare” filmy cechuje pewna naiwność, a wykreowani w nich bohaterowie zachowują się sztucznie i teatralnie. Tymczasem, jak widać, to właśnie współczesne kino, pozbawione wszelkich ograniczeń, popada nieraz w pewną przesadę.

PYCHA, CHCIWOŚĆ, NIECZYSTOŚĆ… Przykładem trendu na morderców-nadludzi jest Siedem Davida Finchera, reżysera, który znakomicie odnajduje się w tematyce szaleństwa i  wielkich, nieprzyjaznych miast. Psychopata, który terroryzuje deszczową metropolię i  spędza sen z  powiek zmęczonym życiem stróżom prawa, nie budzi już nawet cienia sympatii. Niewątpliwie jednak fascynuje i imponuje: swoją precyzją oraz okrutną skrupulatnością. Niewiele o  nim wiemy, ale pewna literacka otoczka, którą nadaje swym upiornym mordom pozwala wnioskować, że to niesłychanie inteligentny i  oczytany człowiek. W świecie rozchwianych wartości, który toleruje prostytutki, dealerów, homoseksualistów, oszustów potrzeba kogoś, kto zaprowadzi porządek. Tym kimś jest właśnie John Doe. „By ludzie słuchali, nie wystarczy już klepnąć ich po ramieniu – mówi. – Trzeba ich walnąć młotem kowalskim. Wtedy słuchają bardzo uważnie”. Doe nie uważa się za lepszego od innych. Podkreśla, że nie jest nikim wyjątkowym, że nie wybrał, ale został wybrany. W swej krwawej misji nie pomija nikogo – nawet samego siebie. Siedem, daleki krewniak filmu noir, nie pozostawia widzowi żadnych złudzeń – zło jest immanentną cechą tego świata. Każdy z nas nosi w sobie mordercę. Po Johnie Doe przyszli kolejni maniacy ogarnięci

pragnieniem zbawiania świata i kolejni stróże prawa gotowi poświęcić wszystko, co w życiu najcenniejsze, by tych maniaków schwytać. Filmowy psychopata przebył długą drogę. Kiedyś był anonimową figurą, elementem przypowieści o  dobru i  złu, dziś wznosi się na wyżyny swoich możliwości. Nie musimy się już nad nim litować. Kiedyś mordował, bo musiał, bo nakazywał mu to wewnętrzny głos. Dziś robi to dla przyjemności – swojej i widzów. Wracając do domu po ciężkim dniu pracy, z  westchnieniem ulgi zanurzamy się w  fotelu. Popijając kawę, oglądamy kolejny odcinek Hannibala albo Dextera bądź też, jeśli przypadkiem jakaś stacja postanowiła je znów wyemitować, raczymy się po raz setny Milczeniem owiec. A  gdy nasycimy się krwią i szaleństwem, chętnie wracamy do własnego uporządkowanego świata, w którym nic nam przecież nie grozi.


Cisza i spokój „otaczające” próżnię, ciężka praca kosmonautów w stanie nieważkości, momentalnie zamieniona w chaos związany z katastrofą kosmiczną – to siedemnastominutowe ujęcie rozpoczynające Grawitację Alfonso Cuaróna z pewnością przejdzie do historii kina. Reżyserowi udało się przenieść widza na półtorej godziny w stan nieważkości. To wszystko osiągnął dzięki współczesnym technologiom. Jakie były początki efektów specjalnych? Czy tylko dzięki komputerom można uzyskać taki rezultat, jaki uzyskał Cuarón?

Małgorzata Anna Jakubowska

O

d wczesnych lat swojego istnienia, kino miało za zadanie przede wszystkim zaskakiwać widza. Pierwszy podział „gatunkowy” wskazał pewne tendencje, do których dążyła kinematografia: kino atrakcji miało mieć intrygującą oprawę, przyciągającą publiczność do sal kinowych. Reżyserzy od niemalże 120 lat istnienia sztuki filmowej prześcigają się w wymyślaniu nowych efektów specjalnych. Świadome manipulowanie obrazem, tylna czy przednia projekcja to zaledwie kropla w morzu możliwości twórczych dostępnych przy tworzeniu filmów.

ZWYKŁE NIEZWYKŁEGO POCZĄTKI Za prekursora oraz wizjonera efektów specjalnych – zwłaszcza w dziedzinie animacji – uważało się Jamesa Stuarta Blacktona.

W filmie The Enchanted Drawing z 1900 roku, wykorzystał techniki, dzięki którym połączył rysunkową animację z  zarejestrowanym obrazem – bohater filmu na brystolu rysował różne przedmioty, by następnie „wyciągnąć je” do realnej przestrzeni. Blackton w swoich kolejnych filmach (np. Komiczne fazy śmiesznych min z  1906 roku czy Nawiedzony hotel z  1907 roku) wykorzystywał animacje do osiągnięcia groteskowych fizys postaci czy fizycznego przekształcania przedmiotów. Takie tricki mogły już jednak nie robić na publiczności aż takiego wrażenia po 1902 roku, gdy pokazano film Georgesa Mélièsa Podróż na księżyc. Widownia zobaczyła, jak mogłoby wyglądać zdobywanie przez człowieka Srebrnego Globu, a efekty ukazujące walki z selenitami znikającymi lub rozpływającymi się w powietrzu wywołały spektakularne wrażenia. Film, a zwłaszcza księżyc o twarzy Mélièsa z wbitą w oko rakietą, przeszedł już do kanonu popkultury. Méliès bardzo często w  swoich filmach wykorzystywał tak zwaną maskę, inaczej zwaną dorysówką – część obiektywu była zasłaniana po to, by później na „zaciem-

nionej” części dokręcić inny fragment kadru. Dzięki temu możliwe było ukazanie ekspozycji, która nie istniała w rzeczywistości. Innym trickiem, wykorzystywanym przez Mélièsa, było zatrzymanie kamery i  wprowadzenie bądź usunięcie sfilmowanej przestrzeni elementu kadru. Jak głosi znana w historii filmu anegdota, na ten pomysł wpadł francuski reżyser przypadkiem, filmując ulice miasta. W trakcie zdjęć zacięła mu się kamera i w tym czasie w  miejsce konnego tramwaju pojawił się karawan, a mężczyźni „zamienili się” w kobiety. Dla widowni żyjącej na przełomie XIX i XX wieku efekt był piorunujący. W  1927 roku Fritz Lang stworzył Metropolis, dzieło wieńczące epokę ekspresjonizmu niemieckiego. Na użytek filmu powstał efekt Schüfftana, będący protoplastą dzisiejszego blueboxa. Ujęcia tłumu maszerującego po wysoko zawieszonych mostach otrzymano dzięki odpowiedniej grze luster – w rzeczywistości tło, po którym „maszerowali” statyści, było miniaturową budowlą powiększoną poprzez odpowiednie zwierciadło, dzięki czemu tytułowe polis zyskało swój monumentalny charakter.

kontrast miesięcznik

31


Przez kolejne lata rozwój efektów specjalnych nie był tak spektakularny, jak można zaobserwować na początku XXI wieku. W filmie Dona Chaffeya Jazon i Argonauci z 1963 roku do ukazania walki tytułowego mitologicznego bohatera z  kościotrupami wykorzystano znaną już wcześniej metodę poklatkową – zbudowanie iluzji walczącego człowieka z potworami o  monstrualnych rozmiarach stało się o  wiele łatwiejsze i  bardziej realistyczne. W filmach górowała również tylna projekcja, dzięki której możliwe było ukazanie na przykład rozmowy dwójki bohaterów podczas jazdy samochodem, bez niebezpiecznych ujęć oraz kręcenia w  plenerze. Taka scena była nagrywana w studiu – aktorzy usadowieni w  pojeździe poruszanym delikatnie przez techników mogli skupić się na grze, a tło było wyświetlane z  tyłu – stąd tylna projekcja. W dzisiejszych czasach ta metoda jest bardzo rzadko używana, głównie ze względu na wrażenie sztuczności oraz brak głębi. Od końca lat sześćdziesiątych do osiemdziesiątych na ekranach przeważały przede wszystkim filmy science-fiction. W  1968 roku publiczność zobaczyła sceny ukazujące stan nieważkości, monumentalne statki i wreszcie samą przestrzeń kosmiczną dzięki 2001: Odyseja kosmiczna w reżyserii Stanley’a Kubricka. Do uzyskania takich efektów wizualnych wykorzystano między innymi największą przednią projekcję, jaka wówczas powstała, a  tafle szkła podtrzymywały „lewitujące” przedmioty imitujące brak grawitacji. Przednia projekcja stanowi przeciwieństwo tylnej – jednak w tej drugiej realizacja jest o wiele łatwiejsza. Twórcy Odysei wyświetlili wcześniej zarejestrowany obraz tła na dwustronnym, weneckim lustrze, które musiało być ustawione pod odpowiednim kątem, tak, aby „lustrzany” obraz był rzucony na ekran silnie odbijający światło, natomiast kamera filmująca aktorów na wyświetlonym już tle była usytuowana za zwierciadłem. Dzięki takiemu skomplikowanemu zabiegowi, wrażenie trójwymiarowości było bardziej realistyczne niż podczas tylnej projekcji, która budowała wrażenie „płaskiej” ściany.

„TO KONIEC, CHYBA JESTEM SKAZANY NA WYMARCIE” Obecnie znaczna część produkcji filmowych korzysta z udogodnień, jakie daje technika komputerowa. W  Gladiatorze Ridleya Scotta po raz pierwszy zastosowano możliwość wykreowania cyfrowego tłumu ludzi. Współcześnie nie są już potrzebni statyści, by pokazać Ilustr. Bogumiła Adamczyk

mieszkańców uciekających przed pożarem czy potopem (jak było w klasycznych filmach historycznych, takich jak Quo Vadis Mervyna LeRoy’a z 1951 roku czy Dziesięcioro przykazań Cecila B. DeMille’a z 1956 roku). Momentem przełomowym dla efektów wizualnych otrzymanych za pomocą komputera był początek lat dziewięćdziesiątych – to wtedy powstały filmy takie jak Otchłań z 1989 roku czy Terminator 2: dzień sądu z 1991 roku Jamesa Camerona. Te dwie produkcje były zalążkiem rewolucji, do której doszło w 1993 roku za sprawą Stevena Spielberga. Reżyser kultowych Szczęk postanowił zekranizować powieść Michaela Crichtona Park Jurajski. Autorzy filmu liczyli się z tym, że wcześniejsze filmy o Godzilli i  King-Kongu kojarzyły się widzom bardziej z komicznym przedstawieniem niż z prawdziwymi potworami. Nic więc dziwnego, że początkowa praca z  mechanicznymi miniaturami nie dawała pożądanego efektu. Na pomoc przybyli technicy Camerona, którym udało się stworzyć wirtualne potwory. Spielberg w wielu wywiadach podkreślał słowa, które padły z  ust animatora odpowiedzialnego za ruchy miniaturowych figurek: „to koniec, chyba jestem skazany na wymarcie”, a zdanie wykorzystano w  barwny sposób w  filmie – jako reakcję jednego z  paleontologów na „wynalazek”, który wskrzeszał dinozaury. Wbrew pozorom nowoczesne możliwości animacji komputerowych nie zabrały specjalistom pracy, a wręcz ją pomnożyły. Dzięki komputerom wyobraźnia twórców przestała być ograniczona względami technicznymi, które wcześniej często utrudniały pracę na planie filmowym. W 1994 roku Pixar Animation Studios wyprodukował Toy Story, film w  całości animowany komputerowo, dzięki czemu kreskówki oraz inne bajki filmowane metodą poklatkową, powoli zaczęły odchodzić do lamusa. Następne produkcje Pixara Dawno temu w trawie z 1998 roku, Potwory i spółka z 2001 czy WALL•E z 2008 roku to tylko część „bajek”, które zyskały już miano „kultowych”. Jednak rozwój kinematografii nie zatrzymał się na komputerowej animacji bajek. W  1997 roku powstał Titanic Camerona. Film należy do skromnego grona rekordzistów, które otrzymało największą liczbę, bo aż 11, oscarowych statuetek – wcześniej osiągnął to Ben-Hur Williama Wylera z 1959 roku. W 2003 roku do dwójki rekordzistów nagrody Akademii Filmowej dołączył film Petera Jacksona Władca Pierścieni: Powrót Króla. Widownia oniemiała, oglądając na ekranie postać Golluma oraz scenogra-


fię, w większości stworzoną przez komputer. W 2009 roku Cameron powrócił z Avatarem – filmem, który wreszcie udowodnił sens noszenia okularów ukazujących trójwymiarowość w  kinie. Reżyser podkreślał wielokrotnie, że z realizacją tego filmu czekał, aż technologia pozwoli mu na osiągnięcie wymarzonych efektów.

KOSMICZNE KINO Ubiegły rok pod względem efektów wizualnych należał do Grawitacji Alfonso Cuaróna. Na tegorocznym rozdaniu Oscarów film zdobył 7 statuetek. Proces powstawania filmu trwał prawie pięć lat. Twórcy wielokrotnie w wywiadach podkreślali, że jedyną prawdziwą rzeczą, występującą na ekranie, jest twarz głównej bohaterki granej przez Sandrę Bullock – resztę wykreowano komputerowo. Stan nieważkości ukazano dzięki linkom, do których aktorka była przywiązana i  podciągana tak, aby urealnić brak grawitacji. Nowością, wykorzystaną specjalnie do stworzenia kosmicznego obrazu, był tak zwany lightbox – pomieszczenie w kształcie sześcianu o długości trzech metrów, które było wyłożone żarówkami typu LED. Dzięki temu można było wyświetlać tło akcji – obraz Ziemi czy zniszczonego promu kosmicznego. Grawitacja udowodniła ludziom, że w  dzisiejszych czasach przy tworzeniu filmów nie ma ograniczeń technicznych, jedynym ograniczeniem staje się wyobraźnia reżysera. Dawniej efekty specjalne miały za zadanie przede wszystkim zaszokować widza, pokazać coś nowego. Wczesne manipulacje obrazem dziś wywołują bardziej salwy śmiechu niż przerażającego krzyku, pomimo to wiele mówią o  czasach, w  których zostały stworzone. Współczesny odbiorca jest przyzwyczajony do wspomagania rzeczywistości komputerowym obrazem. Paradoksalnie, gdy coś w  kinie jest naturalne, nieraz przestaje być atrakcyjne wizualnie. Twórcy filmowi prześcigają się w  kolejnych „udogodnieniach”. Najnowsze dzieło Jacksona – trylogia Hobbita – oprócz trójwymiarowości, wykreowanego komputerowo smoka, prezentowało się i promowało niezwykłą jakością – wyświetlane było z prędkością 48 klatek na sekundę, czyli dwa razy szybciej niż „zwyczajny” film. Taka metoda znajduję zarówno zwolenników, jak i  przeciwników – pewne jest jedno, ludzkie oko nie jest w stanie „wyłapać” wszystkich szczegółów w tak krótkim czasie. W takich wypadkach dobrze jest pamiętać o różnicy, jaka jest pomiędzy efektami specjalnymi a efekciarstwem. kontrast miesięcznik

33


P

ierwsza ofiara roztopiła się na latarnianym reflektorze; drugą zabił sedes, będący kosmicznym śmieciem ze stacji kosmicznej; trzecią pozbawiono życia poprzez poderżnięcie gardła i umieszczenie w nim szyjki od wiolonczeli. Jak pokazuje historia kina, nie są to jedyne przypadki niecodziennych zgonów, wystarczy sięgnąć po popularne ostatnimi czasy horrory typu gore, czy nawet kultową Martwicę mózgu Petera Jacksona, by napotkać wymyślne zejścia z  tego świata. Wymienione powyżej przypadki śmierci łączą się jednak ze sobą w szczególny sposób – wszystkie trzy występują w serialach, których twórcą i producen-

względem nietypowości sposobu opuszczenia ziemskiego padołu, jak i wyglądu. Twórcy nie szczędzili starań, by zwłoki wyglądały odpowiednio realistycznie, nie wychodząc przy tym poza ramy umowności i konwencji serialowej groteski. W  efekcie otrzymujemy scenki takie jak ożywiony mim, gestami przekazujący, kto go zabił, czy też wspomniana wyżej latarniczka, wyglądająca wdzięcznie niczym jajko na patelni wystukujące kodem Morse’a informacje o sprawcy. Fuller jest co prawda autorem scenariuszy tylko trzech odcinków, łatwo jednak poznać jego rękę w całych dwóch sezonach. Spektakularne, na swój ponury sposób, okoliczności

ki w poszukiwaniu permanentnego haju, nieszczęśliwego wypadku na planie Przeminęło z wiatrem, czy też pożarcia przez wygłodniałego niedźwiedzia. Podobnie jak Gdzie pachną…, także i ten serial zakończono po dwóch sezonach. Fuller był aktywnie zaangażowany jedynie w pierwszy z nich, co znacząco odbiło się na spadku jakości. Jednak tam, gdzie Fuller miał coś do powiedzenia, łatwo zauważyć charakterystyczne dla niego motywy – nietypowe zgony, życie pozagrobowe, symbolikę i  gry słowne. Także i  tutaj ponura tematyka śmierci i radzenia sobie z nią zestawiona jest z absurdem i komizmem. Serial nie jest może tak mocno wystylizowany jak Gdzie pachną

Śmierć w ozdobnej szacie tem jest Bryan Fuller, mający na swoim koncie między innymi uwielbiany przez nielicznych, ale wiernych fanów serial Wonderfalls.

Karolina Kopcińska

WĄCHAJĄC KWIATKI OD SPODU Sprawę latarniczki przybliża serial Gdzie pachną stokrotki, których głównym bohaterem jest Ned, cukiernik o magicznych palcach, które przywracają do życia zmarłych. Jak w  przypadku każdego nietypowego daru, także i  w  tym tkwi haczyk – ożywiony trup musi w  ciągu minuty zostać ponownie dotknięty przez cukiernika i powrócić do zaświatów, inaczej umrze przypadkowa osoba znajdująca się akurat w  pobliżu. Bilans rachunków i  strat musi się bowiem zgadzać. Ned oczywiście łamie zasadę i  przywraca do życia swoja miłość z  dzieciństwa, jednak od tej chwili nie dane im będzie nigdy się dotknąć. Oprócz tego, w  wolnych chwilach Ned pomaga prywatnemu detektywowi rozwiązywać zagadki nietypowych morderstw, zgarniając przy tym sowity procent od oferowanej zazwyczaj nagrody. Serial to istna eksplozja barw i  silnie nasyconych kolorów okraszonych mnogością wzorków na kostiumach bohaterów. Nic więc dziwnego, że morderstwa i sceny zbrodni musiały także wpasować się w ogólną tendencję do przejaskarwiania. Widz otrzymuje zatem ofiary usmażenia w głębokim tłuszczu, masowego ataku roju pszczół, zanurzenia w kadzi z toffi, czy przebicia metalową rurą od piecyka. Każdy przypadek jest inny, zarówno pod Fot. Patryk Rogiński

śmierci i wszechobecna stylizacja, poczynając od kostiumów bohaterów przez wygląd zwłok po tytuły odcinków, to w  zasadzie elementy charakterystyczne, które łatwo rozpoznać w  produkcjach, nad którymi pieczę sprawował lub sprawuje Fuller. Nie inaczej jest w przypadku serialu Trup jak ja.

ŻNIWIARZE SĄ WŚRÓD NAS Wyprodukowany przed Gdzie pachną stokrotki, serial Trup jak ja przedstawia historię 18-letniej, mrukliwej Georgii Lass, która w wyniku nieszczęśliwego splotu okoliczności ginie trafiona fragmentem wyposażenia stacji kosmicznej. Śmierć to jednak nie koniec przygody dla Georgii, staje się ona bowiem ponurym żniwiarzem, czyli niskiego szczebla pracownikiem terenowym Śmierci, którego zadaniem jest zabierać duszę ofiary na chwilę przed planowanym zgonem. Musi przy tym zmierzyć się nie tylko ze świadomością własnej śmierci i  wieczną rozłąką z  pogrążoną w  żałobie rodziną, ale także z  takimi bolączkami życia codziennego jak znalezienie pracy czy mieszkania. I  choć samych zgonów jest w  Trupie jak ja mniej niż w  Gdzie pachną… i są one mniej spektakularne, to i tu trafiają się smaczki w postaci przewiercenia sobie czasz-

stokrotki, tak pod względem kolorystyki, jak i charakteryzacji, zauważyć można jednak pewne zaczątki tych aspektów twórczości Fullera, które rozwinięte zostały później w Gdzie pachną… oraz Hannibalu.

DANIE GŁÓWNE NA GORĄCO To właśnie Hannibal, najnowsza produkcja Bryana Fullera w pełni ukazuje wszystko to, co dla niego charakterystyczne. Oparty na powieści Czerwony smok pióra Thomasa Harrisa, serial, którego drugi sezon wystartował z końcem lutego, skupia się na relacji pomiędzy agentem specjalnym FBI Willem Grahamem i  doktorem Hannibalem Lecterem, tym samym, który w Milczeniu owiec pomagał agentce Clarice Starling schwytać Buffalo Billa. Tak jak dwie pozostałe produkcje Fullera, także Hannibal nie stroni od nietuzinkowych sposobów pokazywania śmierci. Jednak w porównaniu do Gdzie pachną… i Trupa…, często są to obrazy dużo bardziej brutalne i szokujące czy nawet obrzydliwe, jak sceny przedstawiające ciała służące jako nawóz dla grzybów, czy paleta kolorów ułożona z  pozszywanych ze sobą ludzi. W Hannibalu Fuller nie łagodzi śmierci humorem, bo i nie musi – klimat tego serialu jest dużo cięższy niż w  Gdzie pachną stokrotki i  Trup jak ja. Niezależnie jednak od tego, sposoby przenoszenia się na tamten świat są w  Hannibalu równie wyrafinowane jak w pozostałych dwóch serialach. Zmianę tonu widać również w  kolorystyce. Podobnie jak w przypadku Stokrotek do-


minuje pewna tonacja, tym razem są to jednak barwy ciemne, przydymione. Świetnie widać to na przykładzie kostiumów noszonych przez bohaterów czy też kolorów, w jakich utrzymana jest scenografia. Nawet jeśli gdzieś pojawi się plama czerwieni, to z reguły są to przygaszone odcienie bordo, wiśni, czy szkarłatu. Kolejnym powtarzającym się elementem charakterystycznym dla Fullera są tytuły odcinków, tym razem nawiązujące do jedzenia. Mamy więc Sorbet, Buffet froid oraz Kaiseki, subtelnie zachęcające do przystąpienia do serialowej uczty.

DO WYBORU, DO KOLORU Bryan Fuller nie jest oczywiście jedynym twórcą, który w swoich dziełach nie stroni od wymyślnego pokazywania scen zbrodni. Wystarczy wspomnieć Siedem, gdzie każde morderstwo dopasowane zostało do jednego z grzechów głównych. Każda z 7 scen zbrodni została nie tylko pieczołowicie dopracowana przez mordercę, ale przede wszystkim zaprezentowana przez reżysera – Davida Finchera – z dbałością o szczegóły i oryginalność. Nieco luźniejsze podejście do nietypowych śmierci reprezentują Quentin Tarantino i  Roberto

Rodriguez, bawiący się kinem i konwencjami, czego rezultatem często jest wybuchowa mieszanka suto okraszona przerysowaną przemocą, a co za tym idzie, także niecodziennymi sposobami pozbywania się niechcianych osobników i odsyłania ich na tamten świat. Kolejna zapadająca w  pamięć scena wystylizowania zwłok wyszła spod ręki Petera Greenawaya i  znalazła się w  Kucharzu, złodzieju, jego żonie i  jej kochanku, gdzie postać grana przez Helen Mirren serwuje przyrządzone ciało kochanka swojemu mężowi. Tak jak w przypadku Bryana Fullera, i tutaj mamy motyw gastronomiczny, symboliczny oraz kolorystyczny. Między innymi dzięki tej pamiętnej scenie genialny obraz Greenawaya wpisał się w kanony kina i do dzisiaj wywiera ogromne wrażenie na kolejnych pokoleniach widzów. W  kwestii prezentowania niecodziennych sposobów opuszczania padołu ziemskiego nie sposób pominąć filmów w typie serii Oszukać przeznaczenie, które przecież opierają się właśnie na jak najbardziej spektakularnych, ale też czasami zahaczających o  niedorzeczność scenach śmierci bohaterów, by wymienić chociażby zmiażdżenie przez wannę lub rozerwanie przez eksplodujący grill. Kreatywność twórców zdaje się nie mieć tutaj granic, zapewne ku uciesze licznej grupy fanów serii i zniesmaczeniu nieco wrażliwszych widzów.

RĘKA, NOGA, MÓZG NA ŚCIANIE Śmierć na ekranie przedstawiać można na różne sposoby. Można o niej tylko wspomnieć, rozegrać poza kadrem lub przeciwnie – zalać ekran posoką i  fruwającymi kończynami. Ile koncepcji, tyle sposóbów. Nie da się jednak zaprzeczyć, że w obecnych czasach, przy tak dużym stężeniu bombardującej nas zewsząd przemocy coraz trudniej jest wstrząsnąć widzem. Twórcy sięgają więc po różne środki, by wywrzeć wrażenie. Być może właśnie tym dążeniem do mocnych przeżyć kinowych należy tłumaczyć rosnącą w ostatnich latach popularność filmów spod znaku torture porn, czy powracające dyskusje na temat tzw. snuff movies. Trudno jednak wyzbyć się wrażenia, że taka dosadność, czy nawet przesada, często nie idą w  parze z  wysoką jakością filmu. Jak pokazują powyższe przykłady, stylizacja śmierci i  miejsca zbrodni najlepiej sprawdza się, jeśli ma solidne uzasadnienie fabularne, wpisuje się w  wybraną przez twórców konwencję i, przede wszystkim, nie jest tylko i wyłącznie celem samym w sobie, ale raczej adekwatnym środkiem wyrazu.

kontrast miesięcznik

35


Gdy postmodernizm

czkawką się odbija

N

iemoc i apatia, o  których pisał Jean-François Lyotard, mają dziś więcej wspólnego z  filmowym postmodernizmem aniżeli w czasach jego rozkwitu, gdy powstawały najważniejsze dzieła braci Zucker, Petera Greenawaya, Davida Lyncha czy francuskiego neobaroku. W filmach takich jak Czy leci z nami pilot? (1980), Zet i dwa zera (1985) czy Dzikość serca (1990) zuchwałe odtwarzanie tego, co w  kinie opowiedzieli już poprzednicy, fascynację śmiercią jako metaforą schyłku sztuki czy mariaż kultury wysokiej z masową często charakteryzowała samoświadomość autorów. Obecne „kino cytatu i obróbki” ma się znacznie gorzej. Pastiszowe dokonania braci Wayans, Scotta Glossermana czy Jasona Friedberga pozostają zawieszone gdzieś pomiędzy rozpaczliwą niemocą, nostalgią a współczesnym chaosem popkulturowych symboli. Realizacje wychodzące spod rąk filmowców, których można wrzucić do worka dzisiejszej postmoderny, to często mało wyszukane, swoiste metafilmy utkane ze skrawków przetrawionych już dawno przez Brzuch architekta (1987) albo z takich, których spożywać nikt nie chce.

SLASHER OD KUCHNI Niechlubnym pars pro toto postmodernistycznego filtru na obszarze kina grozy wydaje się kult Sama Loomisa. Postać psychiatry próbującego powstrzymać psychopatycznego Michaela Myersa najbardziej kojarzona jest z serią Halloween (1978–2002) zainaugurowaną

Ilustr. Ewa Rogalska

Można odnieść wrażenie, że w filmowej ponowoczesności ostatnich lat na każde Holy Motors (2012) czy na każdy Dom w głębi lasu (2012), słowem – na każde dzieło kreatywnie przetwarzające to, co X muza zdążyła do tej pory powiedzieć, przypada co najmniej 10 trawestacji wysłużonych i błahych. Filmowcy w nieskończoność będą cytować Janet Leigh wyziewającą ducha pod prysznicem czy ekwilibrystykę Keanu Reevesa z Matrixa (1999), zanim zorientują się, że to, co w okresie świetności Briana De Palmy stanowiło zmyślne nawiązanie, dzisiaj staje się jedynie pustym znakiem. Adam Cybulski

przez klasyk Johna Carpentera. Lekarz, swym zachowaniem przypominający raczej obłąkanego, domorosłego stróża prawa, grany przez Donalda Pleasence’a – jednego z ulubieńców mistrza horroru, funkcjonuje jako dobrze znany cytat filmowy. Carpenterowski Loomis to nic innego jak hołd złożony jednemu z bohaterów Psychozy (1960) oraz przejaw konkurencji dla De Palmy, który w latach siedemdziesiątych i  osiemdziesiątych również lubował się w  nawiązaniach do dorobku Alfreda Hitchcocka. Nazwisko to powróciło także w  autoironicznych Krzykach (1996–2011) Wesa Cravena, który w pierwszej części tetralogii chętnie przypominał widzowi tak o  domostwie Batesów, jak i o zamaskowanym mordercy z Haddonfield. Można by pomyśleć, że na twórcy Koszmaru z  ulicy wiązów (1984) przerwie się ten łańcuszek aluzji i oglądania się za bohaterem zrodzonym pod piórem Roberta Blocha. Za wygraną nie dał jednak młody Glosserman i  w  debiutanckim Behind the Mask: The Rise of Leslie Vernon (2006) postanowił raz jeszcze, śladem Carpentera i  Cravena, puścić zmęczone oko do widza. Zespół młodych dokumentalistów, dzięki uprzejmości tytułowego mordercy, od kulis przygląda się działalności pogromcy rozpasanej młodzieży, kultywującego dokonania Jasona i  Myersa. W  filmie dekonstruującym klisze slashera oraz parodiującym estetykę mockumentu pojawia się Robert Englund, wieloletni odtwórca Freddy’ego Kruegera, wyraźnie pogrywający – zresztą nie po raz pierwszy – ze swoim filmowym emploi.


W roli polującego na swe złowieszcze utrapienie, zagadkowego, łysiejącego psychiatry w  prochowcu był on nazbyt oczywistym nawiązaniem do Loomisa w wydaniu Carpentera, wpisującym się we wtórny dowcip filmu.

SPARTAŃSKI KRZYK PIŁĄ CARMEN ELECTRY Filmowy cytat i trawestacja najsilniej manifestowane są na gruncie parodii. Na drodze jej ewolucji – od Młodego Frankensteina (1974), przez Hot Shots! (1991), do kabotyństwa Austina Powersa i Komedii romantycznej (2006) – usłyszeć można, jak śmiech przechodził w krępującą ciszę. Kluczem, jaki przyjął Mel Brooks – niekwestionowany pionier gatunku, było sięganie po dzieła-dogmaty i komediowe odwracanie ich do góry nogami. Płonącymi siodłami (1974) dowcipem udekorował westernowe saloony, Lękiem wysokości (1977) oddał hołd „mistrzowi suspensu”, a  w  Kosmicznych jajach (1987) Dartha Vadera zamienił na Lorda Hełmofona. Choć brał na warsztat utwory co najmniej kanoniczne, humorystyczne aluzje wobec pierwowzoru nigdy nie dominowały nad zachowującą swą tożsamość fabułą. W nowy wiek wprowadził widownię Straszny film (2000), będący epigonem stylu Szklanką po łapkach (1996) i  Ści(ą)ganego (1998) – filmów, które w jednym utworze beztrosko integrowały nawiązania do ówczesnych liderów box office’ów. Szydera Wayansów (oryginalny tytuł: Scary Movie), w której Krzyk spotkał się z Szóstym zmysłem (1999), Blair Witch Project (1999) i  Matrixem, zainaugurowała w mainstreamowej komedii prąd „filmów-movie”. Przez najbliższą dekadę powstały: Not Another Teen Movie (2001), Date Movie, Epic Movie (2007), Disaster Movie (2008), czy Spanish Movie (2009). O ile niepotrzebnej parodii Krzyku należy oddać względne pozostanie w obrębie kina grozy, o tyle na utwory Aarona Seltzera i  Friedberga, którzy lekką ręką mieszali wszystko, co w  danej chwili uchodziło w popkulturze za modne, należałoby nałożyć intertekstualne embargo. O  dysonansie nawiązań we współczesnych realizacjach tego gatunku zaczynają świadczyć same tytuły. W 2008 roku na ekranach kin pojawił się kolejny owoc współpracy wspomnianego wyżej duetu – Poznaj moich Spartan (2008). Komedia, łącząca – jak można rozszyfrować – 300 (2006) z  dylogią o  rodzinach Fockerów i Byrnesów, ze smutkiem poinformowała, iż filmową parodię zdobi dziś nie nobliwe oblicze Lesliego Nielsena, ale poprawiona botoksem twarz Carmen Electry. Podobną krzyżówką po-

służył się Josh Stolberg w Igrzyskach na kacu (2014), paradoksalnie rozpoczynających się od słów: „W ramach pokuty za brak kreatywności Hollywood zostało zmuszone zaproponować hołdy i cytaty. Każdy okręg panteonu popkultury wysłał reprezentantów, którzy wezmą udział w  walce na śmierć i  życie”. Wzięcie dowcipu w cudzysłów metaforycznego autotematyzmu i satyry bynajmniej nie zamaskowało braku wyczucia formy oraz bezwiednego posługiwania się intertekstem. Reżyser upodobał sobie głównie trawestowanie remake’ów. Widz odnajdzie tutaj Carrie White, wylansowaną nie przez Sissy Spacek, ale przez Chloë Grace Moretz; nie spaghetti Django, ale Django – czarnego niewolnika; Willy’ego Wonkę z Burtonowskiej adaptacji powieści Roalda Dahla; w końcu – zapoczątkowaną niedawno serię Igrzyska śmierci (2012–?), skrojoną na amerykański rynek, zachodnią wersję japońskiego Battle Royale (2000). Eksplicytność nawiązań sięga tutaj ekstremum: korzenie uczestników tytułowych zawodów zostają wypunktowane w dialogach, a imiona trójki protagonistów pokrywają się z imionami gwiazdorów trylogii Kac Vegas (2009–2013) – Coopera, Galifianakisa i  Helmsa. Pozostaje zastanawiać się nad tym, ile zyskałaby Naga broń 2 i  ½ (1991), gdyby porucznik Frank Drebin, dopingowany swą chucią, rzucił w stronę ukochanej Jane: „Chcesz odegrać tę scenę z kołem garncarskim z Uwierz w ducha?”.

WSZYSCY JESTEŚMY POSTMODERNISTAMI Obecne nadużywanie strategii odniesień do klasyków-przedmówców zauważalne jest nie tylko w filmie gatunkowym, ale również w obszarze kina z autorskim zacięciem. Przytoczyć należy w  tym miejscu przykład z  rodzimego podwórka. Big Love (2012), pełnometrażowy debiut filmoznawczyni Barbary Białowąs, to dobrze znana przypowieść o  toksycznej miłości, która w  rękach twórczyni wychodzącej z  offu stała się osobistą próbą wskrzeszenia tradycji francuskich nowofalowców piszących dla „Cahiers du cinéma”. Praktyka w  wykonaniu teoretyczki, przerysowywanie szkiców gatunkowych, abstrakcyjna psychologia młodocianych bohaterów – wszystko jest tutaj na swoim miejscu. Widz odnajdzie strumień językowych i  treściowych odwołań nie tylko do twórczości Jeana-Luca Godarda i Françoisa Truffauta, ale również do Dzikości serca (1990) czy Urodzonych morderców (1994) Olivera Stone’a. Zadurzenie autorki we własnej erudycji filmowej, przecenienie możliwości artystycznych cytatu oraz chęć górowania nad widzem

niezaznajomionym z dziełami twórców zrzeszonych przez André Bazina popchnęły Big Love w stronę zarozumiałego teledysku, który wszyscy już niejednokrotnie widzieli. „Żyjemy w kulturze postmodernizmu, ja jestem zdecydowanie przedstawicielką tego postmodernizmu, bo inaczej się już teraz nie da”, stwierdziła Białowąs w apologii swojego filmu, wyrażając chęć przynależności do klubu Greenawaya, Lyncha i Brooksa.

WĘGIERSKA ELEGIA DLA KINA? Obawy związane ze śmiercią X muzy świetnie wyraża kompilacyjne dzieło Panie, panowie -– ostatnie cięcie (2012). Autor projektu, György Pálfi, biorąc sobie do serca autokrytyczne słowa gwiazdora granego przez Gene’a Kelly’ego w  Deszczowej piosence (1952) – „Jeśli wdziało się jeden film, to tak, jak zobaczyć je wszystkie” – dokonał ich dosłownej, filmowej interpretacji. Eksperyment węgierskiego reżysera to historia pewnej miłości złożona z fragmentów pożyczonych z 450 realizacji z różnych rewirów kina – od niemieckiego ekspresjonizmu, przez rodzimą klasykę, po najnowsze dzieci CGI. Panie, panowie… to kinematograficzny recykling, w którym Lester Burnham dzieli łazienkę z J.J. Gittesem, Forrest Gump wpada w uwodzicielskie sidła Jessiki Rabbit, a Marty McFly zabiera Morticię Addams na nocny seans Potwora z Czarnej Laguny (1954). Projekt reżysera Czkawki (2002) nie jest rzecz jasna pierwszą w  historii kina realizacją posługującą się techniką, którą francuski teoretyk filmu, Guy Debord, nazwał niegdyś „przechwytywaniem”. Zabieg kompilowania found footage’u z wyimkami klasyki filmowej i odwracania ich pierwotnych znaczeń można odnaleźć choćby w  – wpisującym się w  amerykańską awangardę – A Movie (1958). Pálfi swoim filmem idzie o krok dalej od krótkiego metrażu Bruce’a Connera. Panie, panowie… to niezobowiązujący, intertekstualny quiz o dużym stężeniu kinofilskiej uciechy oraz – jednocześnie – kolejny manifest głoszący, iż 7 sztuka już dawno powiedziała to, co miała do powiedzenia. Aby ustrzec się kinematograficznej śmierci przez powielenie, parodystom oraz filmowcom zawzięcie przytaczającym kanon i  dekonstruującym gatunki powinno się chociaż wskazać ścieżkę wydeptaną na nowo przez pogodzonego od niedawna z kinem Leosa Caraxa czy początkującego, ale wywiązującego się póki co z zobowiązań narzuconych przez nazwisko, Drew Goddarda. Wątpliwym jest przecież to, że sami o klasyce przypomną sobie w sposób inny niż dotychczas. kontrast miesięcznik

37


O Mikrofestiwalu

i poezji króciutko Konrad Janczura

P

rzed laty Edward Stachura naiwnie mawiał „wszystko jest poezją” i porywał w ten sposób całe gromady wrażliwców i nadwrażliwców, by nadać kształt ich nudnemu życiu, życiu pośród wszechobecnej w  Polsce prowincjonalnej bylejakości, z której nie sposób wysupłać artystyczne inspiracje, jeśli nie chce się popadać w  sielskość, ludowość i  pochwałę poczciwego człowieka. Swoimi melodyjnymi wersami oczarowywał dziesiątki marzycielek zakładających powyciągane swetry i kaleczących gitarowe chwy-

Fot. Patryk Rogiński

ty. Wszystkich uczynił wędrowcami, „bo nowy dzień wstaje”. Dziś dzień już nie wstaje (choć w powyższym wypadku może to i dobrze). Współczesna kultura odebrała poezji odbiorcę naiwnego, dla którego słowo staje się chlebem, a chleb staje się ciałem. Ot, problem. Pytanie, czy należy na nowo sobie odbiorcę wychować, czy też kształtować mu nowy typ wrażliwości, tej, która udźwignęłaby ciężary dzisiejszych poetyk. Bo właśnie, wrocławski Mikrofestiwal trwał w  tym roku pod hasłem „Kryzys i awangarda”, ale nasuwał pewną wątpliwość... Czy jest dziś poezja nieawangardowa?

Wszechobecna noc poezji trwa od lat, a kształt jej jest nieokreślony. Mnóstwo sprzeczek, dyskusji, pretensji. Podzieleni estetycznie, politycznie i  towarzysko poeci poszukują punktu zaczepienia, który dawałby im coś więcej poza samozwańczą misją, jaką wypełniają we własnym, hermetycznym środowisku. Nie wiedząc nawet, czy są jeszcze literatami, walczą o coś (bądź nie) lub też walczą z walczącymi. Odnieść można wrażenie, że to już nie „skłócona gromadka, bez której świat mógłby się obejść”, jak mawiał Herbert, ale stale (o  dziwo!) powięk-


kultura

szająca się zbieranina, którą ktoś powinien się zaopiekować. Bo jeśli wszystko przeżywa swój kryzys, na czele z ludzką wrażliwością, jeśli miejska egzystencja w  swoim kształcie obrasta w  nieznośnie widoczne, nieznośnie nachalne konwencje, a wiejska tym bardziej, jeśli wszelkie próby językowego wyrażania Ja kończą się fiaskiem i  mówieniem o impotencji, niewyrażalności, owszem, wypada zapytać „co tu robić?”, ale czy wypada pytać w nieskończoność? Mikrofestiwal chyba naprawdę chciał coś osiągnąć. Zaproszono gości z kraju i ze świata. Nagotowano jedzenia, oczywiście bezmięsnego, dużo mówiono, dużo czytano. Ale czy ktoś tego słuchał? W  efektownie na pierwszy rzut oka prezentującym się programie zakładano owóż spotkanie kontekstów „kryzysu i awangardy”. Jadąc pociągiem do „miasta Breslau”, przeglądałem najnowszą „Odrę”, by sprawdzić, co w trawie piszczy. Organizatorzy wypowiedzieli się całkiem finezyjnie – chcieli festiwalu z wigorem, młodzieńczym tchnieniem, eksperymen-

tami i rozbuchaną nowoczesnością, która byłaby alternatywą dla dosyć powszechnego dziś widzenia spotkań poetyckich jako takich, w których uczestniczą jedynie osoby od 50 roku wzwyż. „We wspomnieniach wszystko wygląda pięknie. Mimo niewielkich nakładów finansowych i  zerowego z  początku doświadczenia udało nam się stworzyć imprezę, która coraz mocniej wpisuje się w mapę literacką nie tylko Wrocławia, ale i Polski. „Wystąpili u nas w ciągu czterech edycji między innymi Justyna Bargielska, Darek Foks, Szczepan Kopyt, Konrad Góra, Kira Pietrek, Edward Pasewicz, Robert Rybicki (…)” – tak wylicza Przemysław Witkowski, dyrektor artystyczny festiwalu. W tym momencie mu przerywam, ponieważ z tego, co zobaczyłem, można tu właściwie skończyć. Istotnym problemem wrocławskiej imprezy jest olbrzymia dysproporcja między „wielkimi nazwiskami” a ich realnym zaistnieniem na deskach festiwalowej sceny. Jak inaczej bowiem określić sytuację, kiedy występy poetów prezentują

się niemym, niedbałym skrzeczeniem, którego nikt nie słucha. Kiedy dyskusje krytyków przerywane są w zasadzie zanim na dobre się rozpoczną, gdyż brakuje czasu na porządne ich przeprowadzenie. Wreszcie, gdy reagowanie śmiechem na wiersz Szczepana Kopyta zostaje upomniane i uzupełnione groźbą wyrzucenia z sali. Bo jak to tak, to są poważne rzeczy, prawda? Wszyscy wiemy, że w mediach ostatnio dyskusja. W  niedawno opublikowanym, głośnym tekście Andrzeja Franaszka znajdujemy kilka tez o  niepopularności dzisiejszej poezji, które skupione są głównie wokół nadmiernej dominacji świata tekstualnego nad światem rzeczywistym. Dla artystów zaangażowanych powinno być to szczególnym problemem, zwłaszcza gdy sprawy, których bronią, przenoszone są z realności do wirtualności. Nie wkraczając na razie w  rzetelność krakowskiego krytyka, wypada przyznać rację choćby Przemysławowi Witkowskiemu, który to w polemice z Franaszkiem opi-

kontrast miesięcznik

39


suje współczesny humanitaryzm (obronę życia, praw zwierząt) jako jeden z tematów autentycznie istotnych, którymi poezja może i  powinna się zająć. Nie będzie to jednak miało żadnego sensu, jeśli czytelnik poezji będzie osobnikiem elitarnym, kapryśnym do tego stopnia, że żadne słowo nie będzie w  stanie go zaktywizować (bo chyba o to chodzi artyście zaangażowanemu?). A zatem rozszerza nam się problem, sięga właściwie do aspektu, który ostatnimi czasy zajmuje całe grono akademickie – chodzi o powtórne zjednanie humanistyki z humanizmem, o przywrócenie jej sensu istnienia wśród ludzi. Czy to jest na rzeczy? Wracając jednak na razie do Franaszka, który pisze: „Jakby zapanował nieledwie powszechny wstyd uczuć, strach przed powtórzeniem, dławiący lęk przed oskarżeniem o  staromodność, sentymentalizm, zbytnią prostolinijność, a może i niedostateczną uczoność, o to, że wiersz będzie zbyt prosty, nie da się doń przyłożyć interpretacyjnych narzędzi wziętych z  aktualnie modnego filozofa”. Igrałby sobie z tym zdaniem wiersz Konrada Góry pod tytułem Epigramat: Pozwoliwszy sobie zostać najsmutniejszym słowem w wierszu Zamiast poszukać drugiego jednako mówiłeś do innych: że inni Nie przyszli zwróciłeś się do przeszłych Ci przeszli przez ciebie

Gdyby czytać treść tego wiersza jako pamflet na słynnego krytyka, mógłby on obnażyć mechanizm sięgania po stare, kiedy nowe zawodzi. To bardzo kuszące, zwłaszcza dla obrońców świętości słowa, czy też ich poszukiwaczy (a tacy właśnie bywają czytelnicy Miłoszów, Herbertów i  innych bóstw przywoływanych przez Franaszka). Dzisiejsza awangardowość może zatem być ciekawa, pod warunkiem, że awangardowa będzie także jej prezentacja. Jest z  tym niestety spory problem. Ogrom wizualizacji albo ogrom wygłupów nie zastąpią czytelności przekazu. W sztuce brakuje dziś bardzo istotnych cnót ze

Fot. Patryk Rogiński

świata technologii – szlifu i wykończenia. Zamiast tego są po prostu... nazwiska. Przywiązanie do nazwisk, które proza na szczęście z  siebie nieco wyparła (być może przez zaraźliwy kult Witolda Gombrowicza), funkcjonuje w środowisku poetyckim jako relikt przeszłości. Festiwale stały się miejscem wypasu osobników wielkich i większych. Z dziecinną naiwnością pomnażane są błędy rozumowania, błędy zbytniego przywiązania do poetów jako pionków-celebrytów, którym rzekomo wszystko się należy, bo wszystko jest częścią ich fantastycznie nowatorskiej twórczości. Albowiem, choć nie mają publiczności, mają siebie. Ale czy naprawdę publiczność jest poza czyimkolwiek zasięgiem? O  czytelniku współczesnej poezji Konrad Góra mówi jako o poszukującym „różnych form nadziei”. Może to i racja. Bo jednak on istnieje, choć już tylko szczątkowo. Czytelnik wyparty został przez autora, któremu narcyzm nie pozwala na czytanie. Poezja również, dziw-

nie mylona z awangardą, nie pozwala komukolwiek na jej zrozumienie (bo to prostactwo przecież). Mówiąc o nadziei, niewątpliwie Góra myśli humanizmem, ale nie można wyrażać jej form, popadając w  beznadzieję. Beznadzieję formalną. Beznadzieję wyrażalności. Warto zwyczajnie się czasem postarać. Nie wypada mówić o śmierci poezji, a  o  zaniku kultury z  nią związanej. Ta też czyniła wiersze istotnymi, czy to te greckich aojdów, czy więźniów obozu w Oświęcimiu. Człowiek nie musi wstydzić się potrzeby słowa, które jest w stanie rozrosnąć się w  swoim znaczeniu. W ludzkiej naturze leży przeżywanie języka, taki już widocznie jest, cokolwiek nie mówiliby teoretycy. Pogratulować należy Łukaszowi Podgórniemu, który szuka nowych form prezentacji poezji. Pogratulować należy Marcie Marciniak, dla której twórczość poza sceną nie istnieje. Dlaczego bowiem dzisiejszy poeta na scenie przeprasza za czytanie? No dlaczego?


16 godzin,

które zmieniło świat Wojciech Szczerek

L

ata osiemdziesiąte to dekada, w której rozwinęły się nowe nurty muzyczne i  pojawili się liczni nowi artyści. Jednak oprócz tego, ważnymi wyznacznikami tamtych czasów okazały się widowiskowe występy stadionowe oraz ostateczne zagoszczenie wizji w promocji muzyki – zarówno za sprawą startu MTV, pierwszej muzycznej stacji telewizyjnej, jak i dzięki postępowi technologicznemu, który pozwolił twórcom klipów szerzej realizować swoje pomysły, a same ich dzieła można było w końcu nazwać pełnoprawnymi teledyskami.

Obydwa czynniki pozwoliły na realizację przedsięwzięcia, które zapamiętano jako jedno z najbardziej udanych, a  zarazem karkołomnych wydarzeń artystycznych w  historii współczesnego świata. Mowa o  Live Aid – dwóch koncertach muzyki pop zrealizowanych jednocześnie 13 lipca 1985 roku na Stadionie Wembley w  Londynie oraz Stadionie Kennedy’ego w Filadelfii. Transmitowane drogą satelitarną do 150 krajów i przypuszczalnie obejrzane przez niemal 2 miliardy ludzi pozwoliły na zebranie nawet 150 milionów funtów na ratowanie głodujących w Etio-

pii. Wydarzenie to okazało się sporym sukcesem pomimo kontrowersji artystycznych oraz politycznych. Wszystko to zawdzięczać możemy działalności wieloosobowego zespołu pod wodzą Boba Geldofa i Midge’a Ure’a. U  genezy Live Aid leżał pomysł Ure’a (wokalisty świętującego szczyt popularności Ultravox) oraz Geldofa (wokalisty podupadającego The Boomtown Rats), aby nagrać singiel charytatywny Do They Know It’s Christmas? Nieoczekiwany sukces piosenki (8 milionów funtów przychodu) zachęcił charyzmatycznego i  kontrowersyjnego Geldo-

kontrast miesięcznik

41..


fa do wizyty w Etiopii, bo właśnie dla Etiopczyków singiel ten został nagrany. Podróż odbyła się w  atmosferze skandalu, który wybuchł za sprawą bardzo ostrych słów artysty skierowanych do prezydenta Etiopii, krytykujących go za bierność – oraz jeszcze bardziej zaszczepiła u Boba chęć zrobienia czegoś więcej wobec bezradności polityków. Wspomniana osobliwość organizacji koncertów wynika z  tego, że czas na ich realizację był po prostu absurdalnie krótki – trzy miesiące od przedstawienia pomysłu potencjalnym realizatorom. Jeszcze bardziej niedorzeczne okazały się ambitne oczekiwania Geldofa wobec realizacji koncertów w dobie raczkującej technologii satelitarnej: wizja 16-godzinnej transmisji dwóch koncertów na cały świat była w zasadzie nierealna. To tak, jakby dzisiaj wymyślić sobie występ na Marsie z transmisją na Ziemi! Samo planowanie odbywało się więc w  ekspresowym tempie, co widać było po produkcie finalnym. Problem był w zasadzie ze wszystkim: ze znalezieniem producentów, negocja-

Fot. Patryk Rogiński

cjami ze stacjami telewizyjnymi (ABC oraz BBC), pozyskiwaniem ludzi i sprzętu (w tym obrotowej sceny, która miała przyśpieszyć następujące po sobie sety artystów), czy w końcu z wymyśleniem formuły programu telewizyjnego – wtedy zupełnie pionierskiego. Jednak to, co spędzało Geldofowi i  spółce sen z  powiek, to oczywiście sami wykonawcy. Można było sądzić, że mało który artysta przepuści taką okazję do autopromocji. Nic bardziej mylnego – nie dość, że wielu z nich kompletnie ignorowało propozycję występu, to inni zmieniali zdanie kilkukrotnie, co jeszcze bardziej utrudniało sprawę organizatorom. Nie ma się co dziwić, bo stawka była dość wysoka – można było albo zasłynąć na całym świecie, albo ponieść najbardziej spektakularną klęskę w  swojej karierze. Dość powiedzieć, że na konferencji prasowej w maju 1985, zapowiadającej Live Aid, Geldof kłamał, część line-upu po prostu wymyślając! Tak więc nie tylko blefował w negocjacjach z zespołami (podając listę innych, rzekomo zadeklarowanych wykonawców), ale też część

z nich dowiedziała się o swoim światowym występie na Live Aid z telewizji. Pomimo wszystkich zawirowań (aż do ostatniego momentu U2 chciało zrezygnować), ujawnionego sabotażu w amerykańskiej ekipie Live Aid (gdzie producent Bill Graham zdawał się bardziej celowo odstraszać artystów niż zachęcać do udziału) i kłopotów technicznych (scena obrotowa psuła się bezustannie) rankiem 13 lipca 1985 bramy stadionu Wembley otworzyły się, wpuszczając około 70 tysięcy ludzi, którzy kupili bilety, nie wiedząc nawet, kogo będą słuchać. Line-up okazał się bardzo zróżnicowany, co oczywiście było całkowicie do przewidzenia. Nie można oczekiwać, że możliwe jest zebranie samych dobrych scenicznie artystów w jednym miejscu, a już tym bardziej, że przybyłej publiczności wszyscy spodobają się tak samo. Warto jednak wymienić najlepsze i najciekawsze momenty przeszło 16-godzinnej transmisji. Mimo że koncerty Live Aid nie miały absolutnie charakteru rywalizacji,


spośród wykonawców prasa szybko wybrała zwycięzcę. Był nim zespół Queen, którego 20-minutowy set przeszedł do historii jako prawdopodobnie najlepszy występ zespołu muzyki rockowej w ogóle. I  choć rozpoczęło go nieśmiało kilka pierwszych fraz Bohemian Rhapsody, to następujące po tym utworze Radio Gaga (70 tysięcy rąk w górze klaszczących rytmicznie), Hammer to Fall, Crazy Little Thing Called Love i wreszcie We Will Rock You oraz We Are The Champions okazały się nie do pobicia. W szczycie formy, Queen osiągnął tu swój największy estradowy sukces. Nie tylko oni jednak zaprezentowali się świetnie. Dla wschodzącej wówczas irlandzkiej gwiazdy, jaką była grupa U2, miał to być pierwszy występ przed stadionową widownią. Właśnie dzięki swojemu świetnemu kontaktowi z publicznością (a i pewnie za sprawą Bono zeskakującego z estrady, aby uratować przygniataną przez tłum fankę) grupa zyskała światowy rozgłos. Kolejnym, pamiętnym momentem okazał się występ samego prowodyra imprezy wraz z  The Boomtown Rats. Obraz, jaki utkwił w pamięci milionów ludzi, to uniesienie ręki Geldofa w trakcie I  Don’t Like Mondays (dokładnie w momencie „The lesson today is »How to die?«”, co zostało odczytane symbolicznie). Sam Geldof podczas Live Aid udzielał się cały czas, między innymi towarzysząc parze książęcej Karolowi i  Dianie w  trakcie kilku pierwszych występów i pojawiając się w loży telewizyjnej imprezy. Tam znów wywołał kontrowersje, kiedy to wściekły na beznadziejne wyniki zbiórki pieniędzy pomimo tego, że koncert trwał już od kilku godzin, zbył prezentera słowami „Fuck the address!” i  wykrzyczał do telewidzów słynne „Give us your money!” Dziś wiadomo, że właśnie ten moment oraz przedstawienie klipu obrazującego ofiary tragedii w  Etiopii miały skutecznie sięgnąć do kieszeni telewidzów, którzy w końcu zaczęli dzwonić i przekazywać pieniądze. Live Aid po obu stronach Atlantyku, poza momentami dziś już kultowymi, miał sporo innych dobrych występów, między innymi koncerty Dire Straits, Davida Bowie’go, Spandau Ballet, zre-

aktywowanego tylko na tę okazję The Who, czy Ultravox. Ale były też wpadki, na przykład, efektowny „kogut” w A View To A Kill w wykonaniu Simona Le Bona, frontmana chylącego się wówczas ku upadkowi Duran Duran, Let It Be zaśpiewane przez Paula McCartney’a, w którym przez dwie minuty mikrofon był wyłączony, czy w  końcu liczne awarie w transmisji. Klęską okazał się występ zreaktywowanego Led Zeppelin z udziałem Phila Collinsa, podczas którego niedogranie muzyków dało się we znaki na tyle, że jedna z piosenek po prostu się posypała, a zespół, obwiniając między innymi Collinsa, zakazał odtwarzania tego koncertu w przyszłości. Sam Collins, oprócz udanego solowego występu, zapisał się w historii Live Aid jako jedyny uczestnik, który wystąpił po obu stronach Atlantyku za sprawą błyskawicznej podróży Concordem między występami. Wobec tego jak wielu dobrych artystów wystąpiło na koncercie, warto nadmienić, że było też sporo rozczarowań w związku z nieobecnością niektórych zapraszanych muzyków – zabrakło Bruce’a  Springsteena, Steviego Wondera, Deep Purple, czy w końcu Prince’a i Michaela Jacksona. Ten ostatni w zasadzie zignorował całe wydarzenie, mimo że był jedną z  głównych postaci związanych z singlem We Are The World, będącym amerykańską odpowiedzią na Do They Know It’s Christmas? Jego piosenkę wykonano zresztą na zakończenie amerykańskiej części, ale rezultat tego był naprawdę mierny. Pomimo wszelkich niedociągnięć, różnic i trudności, Live Aid doszedł do skutku i  pozwolił Geldofowi i  spółce osiągnąć zamierzony cel, mocno przerastając ich oczekiwania. Widzom z całego świata, wykonawcom oraz organizatorom udowodnił, że nawet najbardziej szalone pomysły, realizowane w dobrej wierze, mogą przynieść rezultat wbrew oporom wielu środowisk. Niestety rzeczywistość nie wyglądała tak różowo wobec krytyki, na jaką skazywali Live Aid nawet sami jego uczestnicy. Komentarz Boba Dylana w  trakcie występu, sugerujący zbiórkę pieniędzy na pomoc zadłużonym farmerom, uznano za niestosowny, ale

znacznie gorzej zabrzmiały słowa Adama Anta, mówiącego, że „całe przedsięwzięcie było największą piep**oną pomyłką na świecie”. Była też jednak krytyka bardziej konstruktywna, którą wyraziło zarówno sporo pojedynczych osób, jak i organizacji, wskazując na brak na Live Aid choćby jednego artysty z  Afryki oraz dyskryminację artystów czarnoskórych. Ostatecznie oczywiście krytykowano samego Geldofa za posługiwanie się wyższą sprawą w  celu wzbogacenia się i zdobycia sławy, której brakowało mu z pewnością jako muzykowi. Uwagę zwracano na to, że w większości sytuacji występował on w imieniu całej organizacji, na czele której stał, a  w  której pracowało przecież mnóstwo innych ludzi. Osobą, która najbardziej przegrała z charyzmą Geldofa był Midge Ure – współautor i  producent Do They Know It’s Christmas? oraz drugi filar Live Aid. Zostawiając jednak wszystkie sprawy polityczne i organizacyjne, artystycznie, w  wymiarze przesłania, Live Aid było wielkim sukcesem. Zarówno zagorzali fani inicjatywy, jak i  niechętni wobec niej krytycy, muszą przyznać, że było to jedno z najpotężniejszych przedsięwzięć showbiznesu, w  trakcie którego masa różnorodnych artystów wielu generacji i gatunków zagrała kilkadziesiąt godzin muzyki na żywo. Odzew mierzony w  liczbach włączonych w  tym dniu telewizorów oraz w  entuzjazmie obecnej na stadionach publiczności pokazał, że był to strzał w dziesiątkę. Ostatecznie każdy występ, większy lub mniejszy, ma swoje lepsze i gorsze momenty, ale chyba najważniejszy jest pozytywny odbiór i, w przypadku Live Aid, przesłanie o potrzebie pomocy, które dotarło do całego świata. Live Aid w liczbach (opracowano na podstawie programu BBC Two, Live Aid, Against All Odds, 2010): – 1,9 miliarda osób na całym świecie oglądało transmisję; – 140–150 milionów funtów przypuszczalnie zebrano w wyniku Live Aid; spodziewano się zebrać milion funtów; – w 150 krajach transmitowano program; – 58 zespołów wystąpiło na koncertach; – 16 godzin trwała transmisja Live Aid.

kontrast miesięcznik

43


Nie da się uwolnić od tradycji Z grecką pisarką, Leną Kitsopoulou, rozmawia Konrad Janczura

K

onrad Janczura: Zbiór Pani opowiadań ukazał się niedawno i podobnie nie od dawna znana jest nam grecka literatura. Właściwie to kojarzymy ją jedynie z  Grekiem Zorbą i wtłaczaną tu i ówdzie tradycją antyczną. W związku z tym pytam: kim się Pani czuje na tle tradycji literatury greckiej? Lena Kitsopoulou: Myślę, że grecka literatura jest podstawą wszystkiego, co zaistniało w Europie. Choćby teatr, opierający się na niej, świadczy o tym, jak bardzo związani jesteśmy z tradycją antyczną. Podobnie rzecz ma się à propos nowoczesnego pisarstwa – chcąc czy nie chcąc, zawsze stajemy się komentarzem do Iliady, Odysei czy Orestei. Czy w greckiej nowoczesnej literaturze widoczne są chęci wchodzenia w spór z tradycją starożytną, próby jej przezwyciężenia? Nie da się uwolnić od tej tradycji, a wszystko, co w niej zaistniało, jest i dziś. Nie będzie nic więcej. Pani twórczość zdaje się na nowo interpretować wiele starożytnych tematów. To prawda, aczkolwiek nie robię tego świadomie. Istniejące w kulturze tematy, archetypy, portrety nie są czymś wymyślonym – stanowią pewną prawdę na temat tego, co siedzi w głębi człowieka. W Pani opowiadaniach często pojawia się motyw przechodzenia z  dzieciństwa w  dorosłość, specyficzne zjawiska, zazwyczaj irracjonalne, które są Fot. Maciej Margielski

z tym związane – pomyślałem zatem o Pani jako o fascynatce psychoanalizy. Czy to dobry trop? Nie jestem bardzo zaprzyjaźniona z psychoanalizą, ale interesuje mnie bardziej „przejście” jako przekroczenie tego, co nieosiągalne. W  takim razie specyficzny język, jaki stosuje Pani w  prozie, jest też rodzajem pewnego przekroczenia? Nigdy o tym podobnie nie myślałam, ale racja – tak. Jak Pani twórczość jest odbierana w Grecji? Różnie. Ludzie z szeroko pojętego środowiska artystycznego bardzo szanują moją literaturę, podchodzą do niej należycie i z krytycznym okiem. Greccy faszyści jednak potrafili mnie prześladować, grozili mi śmiercią, zwłaszcza, kiedy w jednym z artykułów napisałam wprost: „czy podobałoby ci się, gdyby twoją córkę jebał czarny”. Potem w Internecie pojawiło się wiele naprawdę straszliwych komentarzy pod mym adresem, wyzywano mnie od antygreckich kurew i tak dalej. Właśnie. Jak odnosi się Pani do sytuacji w Grecji, do kryzysu, radykalizacji nastrojów społecznych – czy ma to wydźwięk w Pani twórczości? Nie piszę na polityczne tematy, ale w jakiś sposób jestem nieustannie z nimi powiązana, ponieważ żyję w tym kraju i to, co czuję, jest tym wywołane. Z Pani pisarstwa jasno wynika, że interesuje Panią również feminizm.

Nie jestem aktywną feministką, ale wierzę w równouprawnienie, a przede wszystkim w  wolność jednostki. Kobieta jednak potrzebuje mężczyzny. To, jak bardzo siebie potrzebujemy, powinno być podstawą równouprawnienia w moim mniemaniu. Często porusza Pani temat tabu. Czy jest to reakcja na kryzys, czy greckie społeczeństwo uchodzi za pruderyjne, konserwatywne? Można często odnieść takie wrażenie, zwłaszcza w  tych trudnych czasach, ale wśród wielu młodych ludzi obserwuje się pozytywne tendencje, dające nadzieję na przyszłość. Jak w ogóle odnosi się Pani do sytuacji w Grecji? Ma Pani poczucie niesprawiedliwości w spojrzeniu zachodu Europy na Waszą sytuację? To duży i trudny problem, trudno powiedzieć, czy jesteśmy winni, czy nie, ale, fakt faktem, pieniądze gdzieś się zagubiły, zostały rozkradzione. Nie można twierdzić, że Niemcy kłamią. W  jednym z  Pani opowiadań pojawia się Polak albo Rumun (narratorka sama nie wie), który zostaje ukazany jako osoba desperacko poszukująca pracy. Podobne stereotypy w Grecji są silne? Kreacja tej postaci, będącej również narratorką, jest kreacją greckiej prowincjuszki. Na wszystkich prowincjach, we Włoszech, w Grecji, w Niemczech – wszędzie myśli się stereotypami. U nas, przykładowo, Rosjanka to dziwka, Ukrainka to sprzątaczka, Polak,


Rumun – robotnik czy budowlaniec. Świat jest bezlitosny w przyczepianiu łatek, ale trudno temu zaradzić. Skoro jesteśmy znowu wokół Pani twórczości, w  Nietoperzach zdecydowanie wyróżnia się historia cichego samobójcy. Skąd ten pomysł?

Właściwie pisałam to opowiadanie wówczas, kiedy mój kolega ni stąd, ni zowąd położył się spać. Tyle. Kiedy tak Pani mówi, od razu przypomina mi się właśnie wspomniana wcześniej postać Greka Zorby. Trudno jednak o jej obecność wśród postaci

tworzonych przez Panią – czy odnosi się Pani do tego sielskiego modelu, modelu Greka rozśpiewanego, roztańczonego i rozpitego w winie, negatywnie? Nie wierzę w  rozróżnienia istniejące w amerykańskich filmach: zły czy dobry. Myślę, że zawsze – w myśleniu, w działaniu, w ocenianiu – zło i dobro występują jednocześnie. U moich bohaterów są różne nastroje, raz śmiech, raz rozpacz, raz przyjemność, raz dewiacja, ale najważniejsze, że potrafię przejrzeć się w ich lustrze. Czy uważa Pani, że Grecja ma coś wspólnego z  tym, co nazywa się dziś kulturą krajów środkowoeuropejskich? Z Polską, Rumunią, Czechami, Węgrami? Właściwie tylko Grecja nie pasuje do Europy Środkowej, a może nawet i Europy w  dzisiejszym jej rozumieniu. Wciąż jest ona zakorzeniona w kulturze południa, blisko jej do Włoch, Hiszpanii, a nawet mogłabym powiedzieć, że jest ona najbardziej południowym państwem europejskim. Zna Pani jakichś artystów z Polski? U  nas, przykładowo, w  czasach PRL-u gwiazdą piosenki była spolonizowana Greczynka – Eleni. O  Eleni nie słyszałam, również nie znam polskich pisarzy. Za to kojarzę wielu znakomitych reżyserów z Waszego kraju: Wajdę, Polańskiego, Warlikowskiego, Holland. Bardzo cenię również koncepcje teatru Grotowskiego. Oprócz krótkich form ma Pani w  perspektywie najbliższych lat plan wydania jakiejś... powieści? Dłuższego utworu? Choć piszę również scenariusze dla filmów, dla teatrów, w procesie twórczym nie robię planów odnośnie formy. Zawsze myślę, że kiedy zacznę, to po prostu coś z  tego wyjdzie. Może i  chciałabym napisać jakąś powieść, ale obecnie nie mam jak, to wymaga miejsca i czasu, którego nie mam. Lubię żyć aktywnie. Wypada mi już tylko podziękować za miłą rozmowę i życzyć powodzenia w dalszej karierze. Dziękuję, było mi bardzo miło. Chciałam zaznaczyć, że nigdy nie mogłabym sobie pozwolić na powiedzenie tego wszystkiego co tutaj w  Grecji. Od razu dorwałby mnie Złoty Świt. Jeszcze raz dziękuję.

kontrast miesięcznik

45


Tytuł Międzyczasy Autor Arnau Vidal Casalló Wydawnictwo Ośrodek Postaw Twórczych Rok wydania 2014

Recenzuje Joanna Figarska

Obrazy, które są powieścią

Z

apadanie w obrazy bywa czasami łatwiejsze niż wchodzenie w sens napotkanych słów. Szczególnie, jeśli zarówno jedne, jak i drugie, tworzą książkę. Międzyczasy hiszpańskiego fotografa Arnaua Vidala Casalló to zbiór zdjęć, które pokazują nie tylko jego spojrzenie na miejsce, w którym przyszło mu żyć, ale też widoczne świadectwo przestrzeni, w jakiej my, Polacy, przywykliśmy egzystować. Arnau przyjechał do stolicy Dolnego Śląska w 2011 roku. Od samego początku pracuje i uczy fotografii w Ośrodku Postaw Twórczych. Wydanie jego debiutanckiej książki fotograficznej zbiegło się z wernisażem zatytułowanym „Bielmo”, który towarzyszył otwarciu I filii ośrodka, galerii i pracowni graficznej „Miejsce Przy Miejscu”, która jest nowym punktem na kulturalnej mapie Wrocławia. Zarówno na wernisażu, jak i w samej książce, znajdziemy cykl czarno-białych fotografii, których tematyka krąży wokół przestrzeni, rzeczy i (rzadziej) człowieka. Mogłoby się zdawać, że autor porusza klasyczne wątki charakterystyczne dla współczesnej fotografii, dodając utrwalanym miejscom fragment własnego spojrzenia na polską rzeczywistość. A jednak jego prace niosą ze sobą nie tylko jego osobistą historię, którą świetnie udaje mu się zamknąć w jednym kadrze, ale przede wszystkim wydobywają z naszej, wydawałoby się, szarej rzeczywistości pierwiastek magiczności, który mógłby być Fot. Materiały prasowe

kojarzony jedynie z południowymi państwami czy miastami, jak na przykład Barcelona, z której pochodzi artysta. Na pierwszy rzut oka na fotografiach nie ma nic, na co warto byłoby zwrócić uwagę. Ot, drzewo, ukochana, wakacyjny czas, świecące miasto, śnieg, ludzie na śniegu, pies. Czy to wszystko warte jest wydawania książki fotograficznej? Autor udowadnia, że tak, konsekwentnie pokazując, że to właśnie w tych pozornie powszednich zjawiskach ukrywają się tytułowe Międzyczasy. Czym bowiem jest zima bez śniegu? Stara ulica bez monumentalnego budynku? Łóżko bez ukochanej osoby? Miasto bez światła? Jaki sens ma ogrodzenie, gdy nie opiera się o nie stare drzewo? Vidal w hiszpański sposób przemienia codzienność, nadając każdej sytuacji nowego znaczenia a to przecież one determinują naszą przestrzeń. Jedną z fotografii, która zapadła mi w pamięć, jest zdjęcie ukazujące las, a właściwie polanę znajdującą się tuż obok niego. W centrum leży i opala się kobieta. Mimo iż obraz jest czarno-biały, od razu można stwierdzić, że tego dnia było upalnie, z nieba lał się żar. Jasna kobieta, na którą pada światło, i ciemniejsze otoczenie, stworzone z dojrzewających traw i przepełnionych południowym słońcem drzew. Lewa strona zdjęcia u góry jest zbyt ciemna, a na dole przepalona. Jej niedoskonałość może urzekać najbardziej. Odbiorca w jednej chwili staje się niewinnym podglądaczem, który, będąc w centrum tego samego upału, chłonie zastaną sytuację.

Takich fotografii u Arnaua jest wiele, a fakt, że wszystkie zostały wywołane w sposób tradycyjny, przez samego fotografa, daje odbiorcy dodatkową przestrzeń do ich interpretacji. Autor, pracując nad każdą z nich od początku do końca, świadomie wykreował obraz, z jakim mamy się zmierzyć. Precyzja, z jaką zdjęcia są wykonane, czy świadomość, jak mają wyglądać, dokładnie określa świat, w jakim żyje „hiszpański chłopak w polskim mieście”. Fotografie artysty nie są też idealnie wyretuszowane, widać na nich ślady pracy w ciemni i daleko im do nieskazitelnych obrazów, do których przyzwyczaiły nas media, a szczególnie fotografia związana ze światem mody. Wszelkie niedoskonałości mogą być zatem (paradoksalnie) dowodem na wytrwałość fotografa i jego misternie wymyślony plan. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że Arnau przedstawia swoją najbliższą rzeczywistość z niemalże rzemieślniczą dokładnością. Międzyczasy to nie książka, którą ogląda się raz, by potem bezmyślnie odłożyć ją między dzieła przeszłych i obecnych mistrzów pióra. Jest to zbiór historii, właściwie pocztówek, w które wchodzi się całkowicie, mając jedynie wrażenie, że zna się miejsca i sytuacje, bo przecież codziennie mija się te same, i wciąż te same, obrazy. Arnau Vidal Casalló w posłowiu pisze, że robił te zdjęcia na oślep. Jeśli tak, to każdemu fotografowi życzę takiej „ślepoty”. A sobie odpowiedzi na pytanie, w jakim Międzyczasie właśnie jestem.


Tytuł Kąpiąc lwa Autor Jonathan Carroll Wydawnictwo Rebis Rok wydania 2013

Recenzuje Elżbieta Pietluch

Lew, słonica i gadające krzesło

S

ą takie amerykańskie powieści, których szyk i fason z  pogranicza jawy i snu nie przyśniłby się nawet Salvadorowi DalÍ, jakkolwiek zostały one skrojone na miarę jego wyobraźni. Gdyby tak rozstawić sztalugi, wyjąć z  opakowania arkusz papieru i  zapełnić go malunkiem przedstawiającym pięcioro zdezorientowanych postaci na tle ogromnego krzesła, którego oparcie wznosi się nad nimi jak gigantyczne wzgórze, to stanęlibyśmy przed obrazem burzącym realistyczne wyobrażenie rzeczywistości. Pójdźmy dalej tym tropem, zamiast Płonącej żyrafy na drugim planie zwizualizujmy sobie – pojawiającą się niczym deus ex machina – czerwoną słonicę Mubę, która bynajmniej nie porusza się jak słoń w składzie porcelany, ale pędzi jak kot z  pęcherzem, ponaglana uporczywym tykaniem zegarka na przedniej lewej nodze. Jeśli więc Jonathan Carroll zamalowuje karty swej najnowszej powieści słowami, czyni to z  wprawą i  wyczuciem surrealistycznego artysty, który nie przekalkowuje konturów rzeczywistości, ale przekształca ją twórczo do granic absurdu. Mimo że akcja rozgrywa się w  amerykańskim stanie Vermont, częściowo również w Wiedniu, to dominujące znaczenie z  punktu widzenia rozwoju akcji przypisuje właśnie przestrzeniom wyśnionym. Do interpretacji tego typu onirycznych przedstawień bezskuteczne okazałyby się narzędzia opisu wypracowane przez pokolenia psychoanalityków, nie wspominając już o  kontynuatorach myśli Jungowskiej, do tego zadania należałoby raczej oddelegować

Ericha Fromma z ukutą przez niego koncepcją języka symbolicznego, będącego pasem transmisyjnym w  przekładzie doświadczeń wewnętrznych na znaki ze świata zewnętrznego. W  tym miejscu Jonathan Carroll mógłby przesłać szelmowski uśmiech trzem nieżyjącym już badaczom marzeń sennych, którzy bezradnie opuściliby ręce na wieść, że ten sam sen, powstały z przypadkowych zlepków jaźni i tajemnic, przyśnił się jednocześnie pięciorgu jego bohaterom. Dochodzi bowiem do niekontrolowanego współśnienia, pociągającego za sobą zacieranie granic obu światów oraz burzenie struktury temporalnej, wyrwanej spod żelaznych prawidłowości chronologii. Autor kultowej już Krainy Chichów po raz wtóry uraczył czytelników fabularną nieprzewidywalnością, najeżoną wieloma zagadkami odnoszącymi się do logiki, chronologii i  motywacji działań bohaterów. Symboliczną wisienką na torcie jest natomiast obecność czegoś w rodzaju królującego nad światem przedstawionym fatum, reprezentowanego przez sztab mechaników, którzy w pocie czoła zarządzają alternatywną wersją rzeczywistości. Model wizji twórczej wygląda znajomo dla fanów urban fantasy, ale warto wspomnieć, że sam autor odżegnuje się stanowczo od wszelkich gatunkowych klasyfikacji, wskazując w  swym dotychczasowym dorobku na zaczerpnięte pełnymi garściami elementy powieści psychologicznej, obyczajowej, elementy grozy i fantastyczne. Trudno nie przyznać mu racji, ponieważ pierwsze trzy rozdziały Kąpiąc lwa zwiastują tematykę żywcem wyjętą z dramatu obyczajowego z elementami komedii o dużym potencjale scenicznym. Przed

naszymi oczyma toczą się tragifarsowe sceny z życia małżeńskiego w schyłkowej fazie związku, Dean zebrał się na odwagę, aby w  końcu porozmawiać z Vanessą o odejściu. Rozwścieczona żona ciska w niego filiżanką kawy, a on jak gdyby nigdy nic wybiera się na sanki. Dalej następuje eksplozja kotła z magiczną miksturą, z jej oparów materializują się niespotykane dotąd cuda i dziwy. Oszczędnie uchylając rąbka tajemnicy, zdradzić mogę jedynie, że w  zastępstwie zakochanych duchów i kobiet ślubujących wierność chmurom tym razem mamy do czynienia z innymi udziwnieniami rodem z baśni i fantastyki; niech więc do galerii osobliwości dołączy dziewczynka w  żółtej sukience biegająca nocami po dachach, ożywiona figurka zapaśnika sumo, a  także krzesło przemawiające ludzkim głosem. Synteza magii i  realizmu zdaje się hasłem wywoławczym dla twórczości amerykańskiego prozaika, znanego polskim czytelnikom od późnych lat osiemdziesiątych. W  postpeerelowskich czasach wielu pryszczatych licealistów snobowało się na czytanie powieści wiedeńczyka z wyboru, dorabiając mu tym samym gębę pisarza popularnego szczególnie wśród młodzieży, aczkolwiek narosłe stereotypy trzeba z korzyścią dla siebie przełamywać. Autor sprytnie zastawia wnyki na czytelnika, któremu wydaje się, że swobodnie przechadza się po lesie fikcji, a literacka fatamorgana nigdy nie zwiedzie go na manowce. Jeśli lektura najnowszej powieści Carrolla przypomina zwariowaną przejażdżkę kolejką górską, to po chwilowym nadmiarze wrażeń wypatruje się z nadzieją kolejnych. Kontrast miesięcznik

47


Tytuł Składam się z ciągłych powtórzeń Wykonawca Artur Rojek Wytwórnia Kayax Data premiery 04 kwietnia 2014

Recenzuje Monika Stopczyk

Chłopiec z plasteliny powraca

J

eśli chodzi o premiery płytowe tegorocznej wiosny na rodzimym rynku, to bez wątpienia pierwszy solowy krążek Artura Rojka należy do grona tych wydawnictw, które już na długo przed tym, zanim trafiły na sklepowe półki, wywołały w  słuchaczach niemałą ciekawość. Kiedy po 20 latach grania w Myslovitz, Artur Rojek ogłosił, że rozstaje się z grupą, stawiano sobie dwa pytania – co dalej z zespołem i jakie będą dalsze losy jego frontmana? Wielu przypuszczało, że wokalistę całkowicie pochłonie organizacja OFF Festivalu i nieprędko zagra dla publiczności. To był kwiecień 2012. Mijają dwa lata i  w  kalendarzu odnotowujemy sceniczny powrót oraz solowy debiut Rojka. Debiut ważny, który, w moim odczuciu, jest poparciem tezy, że nie zawsze to zespół czyni artystę. Krótko po premierze znajomy dziennikarz muzyczny zapytał mnie, czy materiałowi na Składam się z ciągłych powtórzeń bliżej jest do, legendarnego już, krążka grupy Lenny Valentino, czy może raczej do nagrań, które Rojek wydał z Myslovitz. Zapewne, siłą rzeczy niejeden słuchacz będzie próbował dociec, w  którym wypadku można mówić o  bliższym pokrewieństwie, ja jednak z upływem czasu, po koncercie i  kilkunastu przesłuchaniach płyty dochodzę do wniosku, że mamy do czynienia z wypadkową tego, co zawierało się gdzieś na marginesie dorobku płytowego obu mysłowickich kapel. Zwłaszcza muzycznie, bo tekstowo Rojek zdobył się na bardzo osobisty album i  jestem pewna, że znajdzie się równie wielu jego orędowników, co osób zarzucających

Fot. Materiały prasowe

artyście odsłonięcie się, zakrawające o łzawy ekshibicjonizm. Na późniejszych krążkach Myslovitz coraz częściej pojawiały się pojedyncze kompozycje nawiązujące do dzieciństwa artysty, braku ojca, na który z  czasem zaczął spoglądać przez pryzmat własnego ojcostwa. Przykładem niech będzie chociażby 21 gramów, jeden z  ciekawszych numerów na ostatnim nagranym pod szyldem Myslo longplay’u  Nieważne jak wysoko jesteśmy. Również krążek Uwaga! Jedzie tramwaj to sentymentalna wycieczka i  wyciąganie ręki po sprawy z przeszłości. Składam się z ciągłych powtórzeń stanowi kompleksową realizację tego, co niegdyś pojawiało się tylko epizodycznie. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że Rojek jako songwriter nie zszedł poniżej całkiem przyzwoitego poziomu i pośród 10 piosenek, które trafiły na płytę, można znaleźć partie naprawdę dobrze skrojonego tekstu. Jednak na tym krążku znacznie ciekawsze rzeczy dzieją się w  sferze instrumentalnej. Promujący go singiel Beksa okazał się być jedynie namiastką zestawu mocno zróżnicowanych kompozycji, jaki były lider Myslovitz oddał w  ręce słuchaczy. Przede wszystkim zwraca uwagę wysmakowane połączenie nowatorskich brzmień z nawiązaniami do klasyki gatunków. Rojek funduje słuchaczom przegląd tego, co w muzyce minionych dekad było godne uwagi i zapamiętania. A że gość zna się na rzeczy i  zaprosił do współpracy wyśmienitych muzyków oraz piekielnie zdolnego producenta, Bartka Dziedzica, nie powinien dziwić fakt, że efektem końcowym jest płyta, która z każdym kolejnym kawałkiem zaskakuje. Obok

subtelnej kompozycji Kot i pelikan znajdziemy Czas, który pozostał z bardzo przyjemnymi syntezatorami i nagłymi zmianami tępa. Ten z kolei poprzedzony jest przez prawdopodobnie jeden z najszybciej zapadających w pamięć numerów, Krótkie momenty skupienia – spowinowacony z  R&B, ale z  bardzo zgrabnie wplecionymi partiami elektroniki i  z  Arturowym wysokim wokalem, jaki pamiętamy chociażby z  takich piosenek jak My czy Ukryte z repertuaru Myslovitz. Dużym zaskoczeniem jest z całą pewnością szósty na trackliście Kokon. Tym razem Rojek zwraca się całkowicie w  kierunku elektroniki – gitarowych riffów słuchacz tu nie uświadczy, ale milkną one tylko na moment, bo następny w kolejce jest To co będzie – kawałek z zupełnie innej bajki. Wyrazisty bas na starcie, Artur grający na przeszkadzajakach i  tamburynie, wreszcie dziecięce chórki, a  wszystko to opakowane w  sympatyczny dla ucha retro-klimat. Najbardziej żywiołowa kompozycja na całym albumie. Czy drugi singiel? Całkiem możliwe. Składam się z  ciągłych powtórzeń to płyta pełna kontrastów, opozycji, a mimo to utrzymana w  ryzach i  wyznaczająca bardzo ciekawy kierunek dla dalszych poczynań Rojka. Na koniec dwa słowa o samym wydawnictwie, które jako produkt zostało naprawdę dopieszczone. Tak wydaną płytę po prostu warto mieć w swoich zbiorach – w tym miejscu ukłony dla warszawskiego studia Full Metal Jacket. Polecam też wybrać się na koncert, bo materiał na żywo robi świetne wrażenie, a utrzymany w nieco mrocznym, intymnym klimacie występ daje powody, by sądzić, że Artur Rojek muzycznie ma nam jeszcze wiele do powiedzenia.


Tytuł Kiss Me Once Wykonawca Kylie Wytwórnia Kylie Minogue/Sia Furler et al Data premiery 14 marca 2014

Recenzuje Wojciech Szczerek

Sexy Chocolate

K

ylie Minogue żyje. Mało tego: ma się znakomicie i przeżywa swój wielki powrót do światła jupiterów, chyba pierwszy raz od czasu pamiętnego disco szału, kiedy swoim Can’t Get You Out of My Head wryła się w  uszy radiosłuchaczy z całego świata. Najnowsza płyta australijskiej piosenkarki zatytułowana Kiss Me Once prezentuje się całkiem dobrze – prawie tak dobrze jak niegdysiejsze bestsellery artystki. Kylie nie należy do osób, które odcinają kupony od popularności – raczej śmiało kroczy do przodu i  choć część takich posunięć okazuje się błędna, jak w  przypadku krążka Body Language, artystka nie poddaje się. Nie poddała się też, kiedy wykryto u niej raka piersi, niemal natychmiast pozbierała się i wróciła do branży szybciej, niż się tego spodziewano. Dziś niegdysiejsza gwiazda młodzieżowa z  lat osiemdziesiątych nadal zachwyca swoim wigorem i  seksapilem, co tym razem poskutkowało wydaniem dość frywolnego, jak na Kylie, albumu. Kiss Me Once to pierwszy album artystki po zakończeniu długoletniej współpracy z  jej menedżerem Terrym Blamey’em oraz zmianie wytwórni, a  także pierwszy, przy którym zarówno produkcja, jak i  samo pisanie piosenek rozłożone były na tak sporą rzeszę osób. Słychać to na albumie, którego różnorodność kontrastuje z poprzedzającym go Aphrodite, również napisanym przez różnych autorów, ale wyprodukowanym przez Stuarta Price’a, twórcę między innymi Confessions on a Dancefloor Madonny.

Z jednej strony mamy tu trochę starej, przaśnej Kylie rodem z  teledysku do I  Should Be So Lucky, co łatwo usłyszeć w  utworze tytułowym, ale mamy też sporo nowoczesnych i  często dość odważnych, jak na naszą australijską „grzeczną dziewczynkę”, utworów (Sexercize, Les Sex). Do żadnych z  nich nie można jednak zaliczyć udanego pierwszego singla z  albumu pod tytułem Into the Blue ani nadchodzącego singla I Was Gonna Cancel, który artystce napisał nie kto inny jak gwiazda z  najwyższej półki, Pharrell Williams. Sam utwór chyba lepiej brzmiałby w  jego wykonaniu, niż w  wykonaniu białej Australijki o  barwie głosu zbliżonej do wrzasku zniecierpliwionej księżniczki, ale efekt, unikatowy jak na Kylie, i  tak jest wart posłuchania. Całkiem ładnie, choć może mało porywająco, zaprezentował się również gościnnie śpiewający Enrique Iglesias w duecie Beautiful. Aż łezka kręci się w oku, że taka współpraca, w niektórych kręgach zwana „ficzuringiem”, doszła do skutku, bo oboje artystów przemawia do podobnego odbiorcy docelowego i  przyjąć można, że piosenka jest rezultatem lat oczekiwań. Szkoda, że tak późno, ale warto było poczekać. Obok duetu z Enrique, nielicznymi spokojniejszymi momentami, często jednak okraszonymi beatem, są Feels So Good oraz If Only, które świetnie pokazują, że styl Kylie zawsze w jakiś sposób odbiegał od tego, co zwykle słyszy się w tym samym czasie w radio. I  choć określenie „niszowy” jest tu nieodpowiednie, to pop Kylie jest gdzieś lekko obok tego, co dzieje się dookoła.

Kylie Minogue to jeden z pierwszych w  historii oryginalnych produktów wytwórni płytowej i  producentów. Przez lata, mająca niewiele do powiedzenia, w zasadzie bardziej występująca na pierwszych stronach gazet niż śpiewająca Kylie zapracowała jednak na miano gwiazdy i mimo że trudno porównać ją z potęgą podobnych artystek jak Madonna, to zasługuje na miano „self-made-woman”. Kiss Me Once to drugi taki zryw w karierze artystki (po dobrze przyjętym albumie Kylie Minogue z  1994 roku), w  którym znów chce się ona oderwać od tego, co było i pokazać od innej strony. I  choć nie wyzbędzie się dziedzictwa ani świetnych hitów swojej disco ery (Spinning Around, Can’t Get You Out of My Head, In Your Eyes, Love at First Sight), ani brzemienia koszmarków z przełomu lat osiemdziesiątych i  dziewięćdziesiątych pokroju I  Should Be So Lucky i Locomotion, to za każdym razem, gdy wydaje płytę, dodaje coś nowego. Album jest odrobinę odważny, a  trochę zachowawczy. Słucha się go dobrze, ale daleko mu do głośnego sukcesu. Ale ani Kylie, ani fanom sprzedaż płyt chyba nie robi różnicy – jej trasy koncertowe są sprzedawane na pniu, koncerty świetnie się ogląda, a  samej postaci Kylie jest w  mediach chyba więcej niż przez ostatnią dekadę, a to za sprawą jej sędziowskiego udziału w The Voice – edycjach brytyjskiej i  australijskiej jednocześnie. Nie przeszkadza w tym i to, że przecież, nie oszukujmy się, głos Kylie jest charakterystyczny, ale daleko mu do profesjonalnie wyszkolonej barwy. Tak samo jest z Kiss Me Once – jest tu wszystko, czego potrzeba do sukcesu, a mimo to czegoś brakuje. Kontrast miesięcznik

49


Tytuł Inside City Wykonawca Sławek Dudar Quartet Wytwórnia Luna Music Data premiery 02 lutego 2014

Recenzuje Aleksander Jastrzębski

Kolory miasta

N

iemal cztery lata minęły odkąd we wrocławskiej Klubokawiarni Mleczarnia miałem okazję posłuchać po raz pierwszy Sławka Dudara, na koncercie promującym jego poprzednią płytę Brand New World. Występ był tak energiczny i czarujący, że bez namysłu kupiłem tamten krążek. Nie oddawał on w pełni energii, której doświadczyłem na koncercie, ale i  tak był bardzo dobry. Tym większą ciekawość wzbudziła we mnie wieść o Inside City – kolejnym wydawnictwie  wrocławskiego  saksofonisty jazzowego, pochodzącego z Lubina. Wkładając krążek do odtwarzacza, czułem się trochę tak, jakbym wracał do miasta, którego nie odwiedzałem przez cztery lata. Niby wiadomo, czego się spodziewać, ale jednocześnie nie można uciec od myśli, że coś się pewnie zmieniło. I rzeczywiście – najnowsze wydawnictwo Dudara niesie ze sobą sporo zmian. Przede wszystkim rzuca się w oczy to, że w kwartecie, poza liderem, nie ma nikogo z grających na Brand New World. Nie stanowi to jednak powodu do zmartwień, bowiem jeśli na płycie pojawiają się nazwiska Roberta Jarmużka (klawisze), Wojciecha Bulińskiego (perkusja) czy Adama Kabacińskiego (bas), to można mieć pewność, że nie ma się do czynienia z fuszerką. Do zmian należy zaliczyć też fakt, że na Inside City nie uświadczymy coverów, a  jedynie autorskie kompozycje Dudara. Ponadto utwory są krótsze i na próżno szukać ponad dziewięciominutowych kompozycji w  rodzaju Mood of Life, a należy się spodziewać utworów oscylująFot. Materiały prasowe

cych w granicach pięciu – sześciu minut, z jednym wyjątkiem: to zamykająca album siedmioipółminutowa kompozycja o enigmatycznym tytule EST, będąca hołdem dla tria szwedzkiego pianisty Esbjörna Svenssona, który w 2008 roku zginął w wieku 44 lat w wyniku wypadku podczas nurkowania. W przypływie wolnego czasu warto też posłuchać tego artysty. Jednak najważniejszą różnicą, w porównaniu z poprzednią płytą, jest w moim odczuciu energiczność i  dynamizm kompozycji. Może wynika to częściowo z czasu trwania utworów albo z  samego doboru muzyków, ale najprawdopodobniej jest to efekt muzycznych poszukiwań saksofonisty-kompozytora, o  których sam zresztą wspomina w  wywiadach. Wyraźnie słychać, zwłaszcza w  ciekawych i  niezwykle ekspresyjnych, a  czasem nawet zaskakujących improwizacjach Dudara, że to wszystko jest jeszcze dojrzalsze niż na Brand New World. Weźmy chociażby otwierający krążek utwór tytułowy, zaczynający się od dynamicznego wejścia sekcji rytmicznej z  ciekawą partią klawisza wspieraną basem w  unisonie. Po chwili przyłącza się saksofon z  oszczędnym tematem, opartym na długich dźwiękach, granym jednocześnie przez pianistę. Nagle bas i  klawisz milkną, a  na placu boju pozostaje jedynie perkusja oraz szybka i  zadziorna solówka saksofonu, po której do akcji wkracza klawisz. We wszystkich utworach jest jasno zarysowany temat i forma, lecz mimo to w kompozycjach dominują improwizowane solówki i to one są głównym atutem i siłą płyty. A  skoro już o  atutach mowa, to warto wspomnieć, że należy do nich też zróżnicowa-

nie utworów, przez które przekrada się odmienny nastrój i cała gama emocji. I  tak mamy kompozycje żywiołowe, pełne pędu i  mocy, napędzającej groove, jak między innymi wspomniany wcześniej utwór tytułowy czy Way of Life. Pojawiają się też kompozycje spokojniejsze, wręcz odprężające, w  których dźwięk saksofonu płynie po falach harmonii budowanej przez klawisz, co ma miejsce w Red Man. Z innych wypływa czysta, niczym nieskrępowana radość (P.M.A.), a  EST swoim minimalizmem, przestrzenią i  hipnotyzującym basem wprowadza zadumę. Należy też zaznaczyć, że Inside City nie jest płytą jednego bohatera. Dudar daje muzykom mnóstwo miejsca na popisy, dzięki czemu odnosi się wrażenie, że żaden z  nich nie jest jedynie tłem, lecz wszyscy są ważni. I bardzo dobrze, bo są świetnymi instrumentalistami. Na krążku ponownie nie zabrakło gości. W  tytułowym utworze swoim wokalem podzielił się Jacek Zamecki, przy czym naprawdę trzeba się wysilić, by go usłyszeć, co jest efektem zamierzonym i ciekawym, bo chwilami nie byłem pewien, czy naprawdę go słyszę, czy to wyobraźnia płata mi figla. Ponadto w  trzech utworach można usłyszeć popisowe solówki gitarowe Artura Lesickiego, nadające utworom bardziej charakter fusion. Inside City jest bardzo dobrą i  zróżnicowaną płytą, prowadzącą słuchacza przez rozmaite odcienie emocji, ukazując przy tym niepozbawione uczuć mistrzowskie umiejętności techniczne, okraszone świetnym brzmieniem i  dużą dawką udanej improwizacji. Trzeba posłuchać.


Kontrast miesięcznik

51


C

Psy, Sofy i Ekonomia

Szanuj widza swego

Magdalena Zięba

Michał Wolski

hciałabym napisać o entropii. Mając na względzie tę właściwość materii, powinnam być pogodzona ze wszelkimi przejawami nieuporządkowania świata, również z  faktem, że bezmyślni ludzie swój osobisty chaos postanawiają transportować do lasu znajdującego się nieopodal domu moich rodziców w miejscu, które niegdyś było wsią o nazwie Wesele. Dzisiaj jest nadal wesoło, ale tylko wtedy, kiedy omija się uroczy dotąd lasek, gdzie tak miło szumią drzewa i śpiewają ptaki. Obok uroków przyrody są tam też pozostałości ludzkiej bytności, zwyczajowo mające swoje miejsce na wysypisku. Przyznacie, że widok to oku niemiły, zwłaszcza że ostatnio w okolicy pojawił się też zestaw wypoczynkowy – sofa i fotel koloru beżowego w stylu napompowanych lat dziewięćdziesiątych. Przy okazji tych napotkanych niespotykanych bytów, przypomniała mi się praca francuskiego artysty, Pierre’a Huyghe’a, pokazana na Documenta 13. w Kassel. Mówiąc kolokwialnie, facet oszalał i stworzył instalację w parku Karlsaue – człowiek, który nie daj Boże trafiłby tam przypadkowo, nie wiedziałby nawet, że właśnie znalazł się w wyszukanej konstrukcji artystycznej, której elementy stopiły się z parkiem, jednocześnie zwracając uwagę odbiorcy na jego „kulturowe” ukształtowanie, na to, że nawet natura w pewnym stopniu uczestniczy w kulturze i że człowiek wywiera na nią nieustający wpływ. Był to kompost, betonowe płyty, krzaki marihuany, trujące owoce, a także gniazdo pszczół zastępujące głowę kamiennej rzeźbie w stylu antycznym. Po obszarze zajętym przez instalację pałętały się również dwa psy: biała suczka Human z pomalowaną na neonowy róż nogą i jej mały psi przyjaciel o imieniu Señor. Ta humanizacja zwierząt dokonana poprzez nadanie im imion o wymiarze wręcz magicznym ma ogromne znaczenie w kontekście posthumanistycznej myśli, jaka przyświecała całej wystawie w Kassel. Chodzi generalnie o uznanie równości wszelkich bytów, bez tego całego niezasłużonego antropocentryzmu. Wracając jednak do wesołego lasku odpadów, to właśnie tam trzy lata temu ktoś pozbył się również żywego stworzenia, małej słodkiej suczki. Widocznie została przeznaczona entropii, bo ktoś nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni wyobraził sobie, że mały las w dawnej wsi Wesele jest taką jakby czarną dziurą. Według fizyków ma ona entropię równą zeru i pochłania bezpowrotnie różne obiekty. Ale nasz ulubiony lasek takich właściwości nie posiada i suczka, nosząca obecnie imię Mimi, dzielnie czekała aż ją ten ktoś, kto ją zostawił, zabierze z powrotem. Psia nadzieja była silniejsza od twardej i zimnej rzeczywistości, którą postanowiłam nieco ogrzać i wymieszać (jak miesza się ręką kamyki na drodze) i uwolniłam Mimi ze stanu zawieszenia. Co zatem z tą entropią? Podobno nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę – stwierdził to już Ockham w XIV wieku. Szkoda więc, że w naszej współczesnej schizofrenii zapominamy, że zgodnie z zasadami fizyki każdy proces ekonomiczny również ma charakter jednokierunkowego wzrostu entropii. Pogrążeni w morzu przedmiotów, jesteśmy coraz bardziej skłonni skazywać je na śmierć tak bezmyślnie.

Ilustr. Ewa Rogalska

N

ic chyba w kinie nie jest tak istotne, jak szacunek do widza. Film jako taki jest dziełem totalnym, potknięcia mogą zdarzyć się na wielu poziomach i często ich eliminacja oznacza znaczne wydłużenie czasu produkcji, że o kosztach nie wspomnę. Innymi słowy, wpadki zdarzają się i zdarzać się będą. Ale jeżeli reżyser, producenci i cała rzesza ludzi pod nimi nie podzielają elementarnego szacunku do widza, nie będą się nawet starali eliminować błędów. A jeśli będą, to niechlujnie i widz to z pewnością dostrzeże. Filmy blockbusterowe powstają w  zawrotnym tempie, przy ogromnych budżetach i  nakładem pracy setek osób. Stąd też bardzo często epatują one miernotą wykonania (i nie chodzi o to, że nie są widowiskowe, bo na to akurat kładzie się nacisk; myślę tu raczej o  takich drobiażdżkach, jak gra aktorska, scenariusz, montaż, fabuła...). Pierwszym przykładem z brzegu jest seria Transformers Michaela Baya, zawierająca kolosalną wręcz ilość bajerów, za którymi jednak nic się nie kryje. Wielu twierdzi, że nie powinno się za tym nic kryć. Że tego typu filmy nie bez powodu nazywane są letnimi akcyjniakami. Oczywiście, bardzo często tak jest. Ale dlatego tym bardziej cieszy fakt, że są wyjątki. Wesprę się kinem superbohaterskim, utożsamianym wręcz z definicją kiczowatego akcyjniaka (po mojemu niesłusznie, zwłaszcza jeśli spojrzeć na takie „arcydzieła”, jak G.I. Joe: Czas Kobry Stephena Sommersa). Filmy o przygodach superbohaterów bardzo wcześnie zaczęły stawiać na coś więcej niż rozrywkę. Przypomnijmy sobie Batmana Tima Burtona, budującego fantastyczny, oniryczny klimat głęboko zanurzony w  tradycjach kinematografii. Nie można też powiedzieć, że Bryan Singer w X-Men 2 nie próbował mówić o emancypacji mniejszości seksualnych, a  Christopher Nolan – uczynić z  filmu Batman: Początek alegorycznej opowieści o  ludzkich lękach. Dopiero jednak kontynuacja trylogii Nolana, Mroczny rycerz z  2008 roku, okazała się czymś więcej niż letnim blockbusterem. Niepokojąca, wielopoziomowa i pesymistyczna opowieść o walce z ciemną stroną ludzkiej natury, połączona z pytaniami o słuszność łamania zasad w imię bezpieczeństwa, okazała się strzałem w dziesiątkę. Do tego stopnia, że wielu wielbicieli komiksów odżegnywało Nolana od czci i  wiary za to, co zrobił z  Batmanem. Niestety, w  wieńczącym trylogię Mroczny rycerz powstaje reżyser ugiął się i wrócił do bardziej przewidywalnej, mniej niepokojącej formuły. Mleko się jednak wylało i – o dziwo – zaczęły powstawać filmy coraz lepsze, bardziej szanujące widza i stawiające na błyskotliwą rozrywkę. Wyśmienity, wciągający Iron Man, zaskakująco dojrzały Incredible Hulk czy wreszcie fenomenalny Avengers postawili przede wszystkim na szacunek do widza. I tym właśnie – ośmielę się stwierdzić – przekonali do siebie znaczną część widowni. Najnowszy film z  superbohaterem, Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz, podnosi poprzeczkę jeszcze wyżej. Jak – o tym następnym razem.


••• Brawo Marcin Pluskota

W

związku z informacjami o  pracach nad kolejną częścią Gwiezdnych Wojen powiadomiłem moich kolegów, że z niecierpliwością czekam na nowy rozdział Gwiezdnej Sagi. Koledzy mieli podobne odczucia. Czekaliśmy. Po raz kolejny. Wielokrotnie zawiodłem się na finalnym produkcie, na który czekałem miesiącami. Kolejne odsłony matrixowych przygód budziły we mnie niesmak, epizody Gwiezdnej Sagi 1–3 rodziły złość, a zakończenie ostatniego sezonu Lostów skłoniło, po raz pierwszy w życiu, do poważnego rozważania samobójstwa. Patrzyłem, jak bohaterowie, których ceniłem, o których myślałem częściej niż o rodzinie, pogrążają się w beznadziei scenariuszowego bagna, a wątki, których konkluzji wyczekiwałem z niezwykłymi emocjami, wybrzmiewały w banalny, niewarty ogromu czekania sposób. Oj, jak mi wtedy smutno było. Jestem jednak bezbronny wobec przekazu reklamowego. Przecież machina marketingowa obwieszcza rychłe przybycia kolejnego mesjasza. „Większego, lepszego, bardziej emocjonującego” niż poprzednie części. Do tego prezentuje nam króciuchne trailery, z  których zwykle

felietony

niewiele wynika, ale które stanowią wystarczająco energetyczne paliwo dla czekających. Człowiek ogląda więc te trailery, chłonie informacje spod znaku „naj” i czeka. Czeka i myśli. Myśli o najlepszych scenach, najlepszych postaciach i dialogach. Kiedy następuje godzina zero, nie obcuje tylko z wyczekiwanym filmem czy odcinkiem serialu. Porównuje to, co widzi na ekranie, z tym, co rozrosło się w głowie przez miesiące oczekiwania. Wyniki tego porównania bywają różne. Zwykle cenimy bardziej własne produkcje: „Spodziewałem się czegoś lepszego” – mawiamy po seansie. Ale bilet kupiony. Zespole marketingowy – zadanie wykonane! Brawo! Spełnić oczekiwania widowni bywa równie straszne, jak je zawieść. Twórcy pokazali, że potrafią, dzieło odniosło sukces, no to robimy filmową sagę, dokręcamy serial, mnożymy merchandising. Nie jest tak łatwo sprostać wymogom dobrej (obowiązkowo „wspaniałej, niespotykanej”) kontynuacji. Bądź ostrożny i serwuj część dalszą w oparciu o sprawdzoną wcześniej recepturę – zarzucą Ci pójście na łatwiznę, przewidywalność i dreptanie w miejscu, eksperymentuj i za wszelką cenę pokazuj nowe, obśmieją Cię – stwierdzą, że powinno być ewolucyjnie, a nie rewolucyjnie. „Spodziewałem się czegoś lepszego” – powiedzą po seansie. Ale bilet kupiony. Zespole marketingowy – zadanie wykonane! Brawo! Ale to jeszcze nie koniec. Z czasem złość na twórców mija i przychodzi zrozumienie do wyborów, pobłażliwość dla podjętych decyzji, racjonalizacja sytuacji. Z lekkim niesmakiem sięgamy po pieniądze i stajemy się posiadaczami wydań DVD/blue-ray zmarniałych części drugich, trzecich czy n-tych. A przy piwie, w towarzystwie, kiedy ktoś nam to wytknie, wzdychamy i odwołujemy się do dobrze znanego stwierdzenia: „no jak miałem nie kupić? Przecież od złej kolekcji o wiele gorsza jest kolekcja niepełna!”. Zespole marketingowy – zadanie wykonane! Brawo! Brawo! Brawo! •

Fotografia portfelowa Filip Zawada

F

otograf za jednym zamachem drukuje sześć zdjęć legitymacyjnych. Trzy z nich są przeznaczone do prawa jazdy, paszportu lub legitymacji szkolnej. Reszta trafi do portfeli. Przy każdym otwarciu portmonetki najbliższa naszemu sercu osoba patrzy na nas. Mąż patrzy z wyrzutem na żonę nabywającą kolejną parę butów, bo przecież tyle ich już ma; córka na ojca kupującego kolejną wędkę i przypomina, że tydzień temu odmówił jej niewielkiej ilości pieniędzy na najpiękniejszą sukienkę na świecie; brat patrzy na siostrę i puka się w głowę, kiedy widzi, na jakie głupoty dziewczyny wydają pieniądze. I tak dalej, i tak dalej. Kieszonkowcy, przeglądając łupy, nigdy nie spoglądają w oczy osobom na fotografii. Nie chcą, by śniły im się koszmary. Cokolwiek by nie mówić o istotach ludzkich, koniec końców okazuje się, że to ludzie są talizmanami dla innych ludzi. • kontrast miesięcznik

53


Fot. Bartek Babicz


street

kontrast miesięcznik

55


źródła

Tajniki HR. Najlepsze praktyki wynagradzania i rekrutacji, red. K. Sedlak, Kraków 2010, s. 168. 2 J. Adair, Anatomia biznesu. Motywacja, Warszawa 2000, s. 206. 3 Tajniki HR., dz. cyt., s. 176. 4 F. Herzberg, One More Time: How Do You Motivate Employees?, “Harvard Business Review”, January 2003. 5 Tamże, s. 95. 6 Tamże. 7 Identyfikacja potencjału twórczego. Teoria, metodologia, diagnostyka, red. M. Karwowski, Warszawa 2009. 8 Tajniki HR., dz. cyt., s. 181. 9 B. Schneider, The people make the place, Personnel Psychology, Autumn 1987, Vol. 40, p. 437-453. 1

Kontrast maj 2014  

Majowy numer magazynu "Kontrast", a w nim rozmowa z niezwykłą Sekcją Muzyczną Kołłątajowskiej Kuźni Prawdziwych Mężczyzn z Olą, relacja z M...

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you