Issuu on Google+


Zapowiedzi kulturalne

4

Publicystyka Po prostu nowe

Rozmowa z zespołem Rastabarbar | Iwona Kusiak

Kierunek – kariera

12

Muzyk, który umiał za dużo

14

Urszula Burek

Agnieszka Oszust

Maraton

8

D

Tour de Babel

31

wa lata temu wszystko się zaczęło. Od dwóch lat wspólnie z  zespołem urzeczywistniamy jedno marzenie. Z uśmiechem myślę o tych, którzy pamiętają pierwsze spotkania, emocje związane z ukazaniem się pierwszego numeru. Ewo, Michale, Dziku, Moniko, Ewo eR, Paulino, Magdo O., Kasiu B.–K., Szymonie, Fulu – dziękuję za wytrwałość, cierpliwość, wszystkie pomysły, sugestie i podpowiedzi. Wszystkim osobom obecnie współtworzącym „Kontrast” dziękuję za energię, którą z siebie dają, aby miesięcznik z każdym numerem był coraz lepszy... Dobra, dość tych sentymentów! Do czytania marsz! A w tym numerze dobrych tekstów nie zabraknie: stare, wrocławskie kina czekają na ponowne odkrycie – w wędrówce po mieście prowadzi Was Szymon Makuch, zespół Rabastabarbar w  wywiadzie Iwony Kusiak opowiada o  swojej pierwszej płycie, Urszula Burek zastanawia się, w  którą stronę powinien pójść absolwent, by zobaczyć tabliczkę ze słowem „PRACA”, a Paweł Bernacki szuka odpowiedzi na pytanie, czy istnieje jeszcze takie pojęcie jak poezja zaangażowana. Chcecie więcej? Zapraszam do czytania.

W labiryncie kultury

33

Joanna Figarska

Pod zamkniętymi powiekami

35

Fotoplastykon

16

Kultura Jak kino, to tylko we Wrocławiu, we Wrocławiu... 18 Szymon Makuch

Cierpliwość i upór

Rozmowa z Marcinem Czerwińskim Jakub Kasperkiewicz

Recenzje

20

23

Dział literacki Wyrok albo o potrzebie literatury zaangażowanej 29 Paweł Bernacki

Łukasz Zatorski Joanna Winsyk

Joanna Figarska

Felietony

38

Street Photo

42

„Kontrast” miesięcznik studentów Wydawca: Stowarzyszenie Młodych Twórców „Kontrast” ul. Romualda Traugutta 147 /14 50-149 Wrocław Adres redakcji: ul. Drukarska 35/13 53-311 Wrocław e-mail: kontrast.wroclaw@gmail.com http://www.kontrast-wroclaw.pl/

Redaktor naczelna: Joanna Figarska Zastępcy: Ewa Orczykowska, Michał Wolski Redakcja: Paweł Bernacki, Urszula Burek, Paulina Dreslerska, Adrian Fulneczek, Konrad Gralec, Iwona Kusiak, Szymon Makuch, Paweł Mizgalewicz, Agnieszka Oszust, Paulina Pazdyka, Marcin Pluskota, Barbara Rumczyk, Marcin Rybicki, Agnieszka Szewczyk, Jan Wieczorek, Joanna Winsyk, Fotoredakcja: Łukasz Frejek, Magda Oczadły, Mariusz Rychłowski, Monika Stopczyk Korekta: Katarzyna Bugryn-Kisiel, Magdalena Dziekońska, Alicja Kocik, Eliza Orman, Teresa Raniszewska Grafika: Ewa Rogalska Konsultacja: Studio gRraphique Skład: Robert Rędziak, Ewa Rogalska, Michał Wolski


Kot powraca

Miasto to hałas

A

B

ohaterem Erratum w  reżyserii Marka Lechkiego jest Michał (w  tej roli Tomasz Kot), trzydziestokilkuletni mężczyzna, mąż, ojciec, nieźle zarabiający pracownik. Michał dostaje zadanie, by odebrać samochód szefa. W tym celu jedzie z Warszawy do Szczecina – swojego rodzinnego miasta. Przez wiele lat robił wszystko, by nie wracać do niego nawet pamięcią. Nie spodziewa się, że będzie zmuszony zatrzymać się w  Szczecinie nieco dłużej. Obudzą się wspomnienia i  dawne sprawy. Reżyser postanowił zrealizować zdjęcia we Wrocławiu. Ekipie realizatorskiej udało się wybrać takie zakątki, by przywodziły na myśl miasto nadmorskie. Erratum można oglądać na ekranach kin od 8 kwietnia.

madeus Warnebring, mimo iż wywodzi się z  rodziny przesiąkniętej muzycznymi tradycjami i nosi imię wybitnego Mozarta, z  muzyką nie chce mieć nic wspólnego. Główny bohater jest policjantem i właśnie ten zawód paradoksalnie zbliży go do znienawidzonej muzyki, bo oto Amadeus będzie musiał stawić czoła szajce ekscentrycznych perkusistów i  ich szefowej, Sanny. Perkusiści widzą miasto jako jeden wielki instrument, pogrywają na wszystkim, czym się da, wprowadzając chaos. Za jakie struny szarpie i w co uderza gang muzyków oraz co zrobi Warnebring, będzie można się dowiedzieć oglądając francusko-szwedzką produkcję pod tytułem Nieściszalni. Film zdobył nagrodę publiczności na 26. Warszawskim Festiwalu Filmowym. Na ekrany polskich kin wchodzi 15 kwietnia.

Miss Kicki

kilkanaście lat praKicki, kobieta, która przez ss Mi em raz Tym ie. roc chowanie babci. Do znów o pow którego zostawiła na wy a, syn po aca wr ą, nic ach rozłąki nie może cowała za gra kawe. Teraz po wielu lat łas j nie dla ło by nie ie stanawia zabrać natej pory życ stoletnim dzieckiem. Po sna sze oim sw ze ieć nagrodzenie za brak się porozum jest to jednak tylko wy nie i, pe Tai do ż dró po i mieszka tajwański stolatka w  biera to miejsce. W Taipe wy o ow cel ta bie Ko l. wi romans odmieni jej wspólnie spędzonych ch Miss Kicki wierzy, że ten et. ern int ez prz ała zn po przedsiębiorca, którego era – 8 kwietnia. lla August. Polska premi rni Pe j we uło tyt i rol W  życie.

I

Matura w latach niepokoju

P

4

ierwsze zauroczenia, szkoła, wpływ rówieśników. Kto z  nas nie zna dylematów młodości? Jednak nowy uczeń warszawskiego gimnazjum musi zmierzyć się z poważniejszymi rozterkami, jakie przynosi mu powojenna rzeczywistość. Ludwik po przeprowadzce z Krakowa do Warszawy pragnie zdobyć uznanie nowych kolegów, próbuje więc naśladować tych najbardziej niepokornych. Rośnie w nim bunt przeciwko władzy, jest szargany przeciwnymi emocjami, które wywołują wydarzenia na ulicach stolicy i postawy kolegów. Mała Matura 1947 jest obrazem świata, w jakim przyszło dojrzewać nie tylko ówczesnej młodzieży, ale całemu polskiemu społeczeństwu, próbującemu pozbierać się po wojnie. Premiera filmu Janusza Majewskiego – 15 kwietnia.


Mały M. w Arce

M

ikołajek, książkowy bohater, ulubieniec dzieci i  dorosłych, trafi na deski Teatru Arka. Przedstawienie pod tytułem Przygody Małego M. w  reżyserii Renaty Jasińskiej zostało zainspirowane serią książek o  wesołym chłopcu René Gościnny’ego. To historia dorosłych ludzi wysłanych przez ONZ w kosmos w  ramach pewnego eksperymentu. Spektakl, mimo iż stworzony z  myślą o  dzieciach, dostarczyć może wiele wzruszeń i  uśmiechu dorosłym, którzy, tak jak bohaterowie, będą mogli na kilka kwadransów powrócić do świata najmłodszych. Premiera spektaklu 21 maja.

Teatr krymin a

N

lny

ie tylko książki Ag athy Christie i film y sensacyjne dostar czają wrażeń miło śnikom kr yminał ów. Niebezpieczn a Gra to historia dw ójki nieznajomych, Ricka i  Jane, któr zy przypadkowo spotykają się podc zas zakupów. Pocz ątkowo niewinna rozmowa pr zeradza się jednak w  w ymianę zdań pełną zasadz ek, mrocznych pr aw mocy. Premiera kr d i  prze yminału, którego reżyserem jest Giovanny Castellan os Cabarique, od będzie się na małej scenie Cent rum Sztuki Impart 28 maja. W rolach Ricka i Jane – Grzegorz Wojdo n i M Kałuzińska. ałgorzata

Ad Spectatores dokumentalnie

N

angar Khel w  reżyserii Macieja Masztalskiego jest spektaklem zainspirowanym wydarzeniami w  afgańskiej wiosce, gdzie w sierpniu 2007 roku oddział polskich komandosów oddał serię strzałów w obiekty cywilne, w skutek czego zginęło osiem osób. Kilka miesięcy później dochodzi do brutalnego zatrzymania podejrzanych o zbrodnie wojenne żołnierzy przez Żandarmerię Wojskową. Materiał do stworzenia przedstawienia stanowiły relacje prasowe, telewizyjne i publikacje dotyczące wojny w Afganistanie. Żadne słowo padające na scenie nie jest fikcyjne. Współautorem muzyki do Nangar Khel jest zespół Trzeci Wymiar. Spektakl będzie można zobaczyć na deskach Ad Spectatores od 23 kwietnia.

5


Interpretacje/ Interakcje/ Integracje

Rozpustnik ukarany

W

W

dniach 13-21 maja na terenie Wrocławia odbędzie się czwarta edycja Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Elektroakustycznej Musica Electronica Nova, współorganizowanego przez Filharmonię Wrocławską i Wrocławski Oddział Związku Kompozytorów Polskich. Impreza ta została wyróżniona przez „Tygodnik Powszechny” oraz „Politykę” jako jedno z najciekawszych wydarzeń kulturalnych 2007 roku. Oprócz koncertów, w  tym roku w  przeważającej mierze wykonywanych przez artystów z  Francji, w  ramach festiwalu będą odbywały się warsztaty i  kursy. Z  programu tego wydarzenia jednoznacznie wynika, że każdy oddany fan muzyki elektronicznej, zainteresowany współczesnymi tendencjami w  tym gatunku i  jemu pokrewnych, powinien zaopatrzyć się w karnet.

rocławska premiera jednego z najbardziej rozpoznawalnych dzieł operowych w  historii muzyki – Don Giovanni Wolfganga Amadeusza Mozarta będzie miała miejsce 28 maja. Miłośnicy gatunku będą mieli okazję zrobić sobie powtórkę z  klasyki i  ocenić nowe wykonanie, natomiast dla pozostałych konsumentów jest to szansa na ujrzenie wspaniałego, legendarnego widowiska. W tym roku to już druga, obok Parsifala, premiera, dzięki której mieszkańcy Wrocławia mogą zapoznać się z kanonem operowym. Kostiumy do spektaklu zaprojektował Arkadius, pierwotnie na potrzeby Opery w Los Angeles.

Ogród Marty

I

ntrygujący opis tego dzieła brzmi: „opera kameralna na głos żeński, aktora, media elektroniczne i  instrumenty”. Stworzył je Cezary Duchnowski na zamówienie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Libretto oparte jest na opowiadaniach Piotra Jaska ze zbioru Data Ważności. Wśród wykonawców spektaklu znajdują się m.in. didżej oraz osoba odpowiedzialna za „phonarium” i „projekcję dźwięków”. Nowoczesny i eksperymentalny charakter Ogrodu Marty potęguje fakt, że kompozytor jest, jak głosi informacja na jego stronie, „wielkim orędownikiem muzyki improwizowanej”. Zwolennicy przełamywania barier w muzyce i sztukach scenicznych powinni wybrać się 15 maja do Opery Wrocławskiej.

6


Miłosz, Miłosz, Miłosz

T

ego jeszcze nie było! Już w maju Znak wyda niezwykle obszerną, bo liczącą ponad tysiąc stron biografię Czesława Miłosza pod tytułem Miłosz.Biografia. Jej autorem jest nie kto inny jak Andrzej Franaszek – jeden z najwybitniejszych miłoszologów w Polsce i na świecie. Nie muszę chyba dodawać, że jest to pozycja obowiązkowa nie tylko dla historyków literatury, ale dla każdego, kto ceni dobrą sztukę.

Niebezpieczne związki Fitzgeralda

P

iękni i  przeklęci – jedna z  najważniejszych i  najsłynniejszych powieści Francisa Scotta Fitzgeralda – zostaną wznowieni już w maju przez Wydawnictwo Literackie. Książka jest przejmującą opowieścią o  dwójce kochających się ludzi, którzy z każdym dniem wspólnego pożycia uświadamiają sobie, że zamiast kochać coraz bardziej się nienawidzą. Brzmi romansowo i naiwnie? Może i tak, ale proszę pamiętać – to Fitzgerald, a u niego nic nie jest sztampowe i oczywiste.

Prawicowy Zgred?

W

maju nakładem oficyny Zysk i  S-ka ukaże się kolejna powieść Rafała Ziemkiewicza – Zgred. Akcja tej napisanej w formie dziennika książki toczy się między lutym a kwietniem 2010. Ziemkiewicz jak to Ziemkiewicz – budzi kontrowersje. Można go lubić albo nie znosić, ale przejść obojętnie nie da rady. Może więc warto zajrzeć do jego powieści i sprawdzić, czy jest zaślepionym nienawiścią i zgryźliwością prawicowcem, czy też ma coś mądrego do powiedzenia. Gwarantuje, że wielu czytelników będzie zaskoczonych!

Przeciętny Mariusz Szczygieł

K

olejny zbiór reportaży Mariusza Szczygła ukaże się już w maju, nakładem (a jakże by inaczej!) Wydawnictwa Czarne. Tym razem sławny polski reporter nie będzie zagłębiał się w sprawy Czechów, a zaprezentuje nam książkę o Polsce – polskiej przeciętności i nijakości, jak sam twierdzi. Jej tytuł to Niedziela, która zdarzyła się w środę. Czy sama lektura, podobnie do treści, będzie przecięta? Znając Mariusza Szczygła, ośmielam się wątpić.

7


Po prostu

nowe Marzenia się spełniają i to nawet te duże. Ale żeby tak się stało, często muszą być poprzedzone wieloma godzinami prób, koncertów i… więcej niż łutem szczęścia. O jednym, które spełniło się zespołowi Rabastabarbar, opowiadają jego członkowie: Krzysztof Madej i Marcin Stankowski. Iwona Kusiak

Iwona Kusiak: Rabastabarbar – z czym powinien się kojarzyć? Marcin Stankowski: Nazwa przywołuje na myśl wiele różnych rzeczy. Jednak nasza płyta będzie przywodzić na myśl rockowe, bardzo surowe brzmienie. Poszliśmy w  zupełnie inną stronę niż reggae, z czym jesteśmy zazwyczaj kojarzeni, chociaż pewne elementy wciąż można odnaleźć. I  to właśnie przez nazwę, która do tej muzyki luźno nawiązuje. I  dlatego, jak powiedzieliście w  jednym z  wywiadów, odcinacie się od tego, co można usłyszeć w  jednej z  bardziej znanych waszych utworów Fioletowe słońce? M.S.: W  tej chwili nie ma płyt czystych pod względem gatunku, wszystko się miesza. Nasza muzyka wywodzi się z  różnych stylów. Każdy z nas słucha czegoś innego, od chicagowskiego jazzu do poezji śpiewanej. To wszystko słychać u poszczególnych muzyków. Na przykład basista jest fanem The Clash i  wygrywa melodie zakorzenione w  ich twórczości. Nas to cieszy, że nie można o  zespole powiedzieć „nowy Gentelman” czy „nowe U2”. Chcemy, żeby mówiono „po prostu nowe”, żeby nie było jednego, konkretnego zespołu, który byłby z  nami kojarzony. Mamy swój własny wy-

pracowany styl. Wiadomo, że „wszystko już było”, a jedyne, co możemy zrobić, to w odpowiedni sposób to połączyć. Staramy się stworzyć taki nasz „muzyczny postmodernizm”. W tej chwili nie da się tworzyć muzyki, żeby nie zahaczyć o wtórność. To, że wywodzimy się z różnych korzeni, nam pomaga. Czasami są z  tego powodu starcia, w  którą stronę powinniśmy pójść. Dzięki temu płyta jest zróżnicowana brzmieniowo, ale jednocześnie bardzo spójna jako całość. Jakie więc utwory słuchacze będą mogli tam znaleźć? Są to nowe czy raczej znane kawałki? Krzysztof Madej: Jest parę nowych utworów. Ze starszych piosenek wybraliśmy te, które uważaliśmy, że się nadają i  które ciągle chcemy grać. Nadaliśmy im jednak nowe brzmienie. M.S.: Chcieliśmy, żeby płyta była ciekawostką dla tych, którzy przychodzili regularnie na nasze koncerty; chcieliśmy, żeby się na niej coś interesującego działo. Studio daje większe możliwości. Na żywo nie można zagrać paru partii na raz. Mogliśmy wszystko dopracować, dołączyć efekty, dodatki. Gdzie wydaliście swoją pierwszą płytę i jak się to odbywało?

8

K.M.: Mieliśmy świetnych realizatorów ze studia TONN w  Łodzi: Krzysztofa Tonna i Macieja Stanieckiego. Wspaniali fachowcy, otwarci, bardzo nam pomagali. Analizowali nasze pomysły i razem decydowaliśmy, które są najlepsze. Mieliśmy wizję dotyczącą tej płyty. Wszystko odbywało się w atmosferze dobrej, bezkonfliktowej współpracy. Wydaje mi się, że zrobiliśmy to najlepiej, jak mogliśmy, na miarę naszych możliwości. Jesteśmy z niej bardzo zadowoleni. Dlaczego wybraliście akurat tę wytwórnię? M.S.: Nagrywaliśmy tam singla, dlatego wiedzieliśmy, czego możemy spodziewać się po chłopakach. Wcześniej mieliśmy różne perypetie z  nagraniami, które nie szły po naszej myśli. Teraz wiedzieliśmy, czego oczekujemy. K.M.: Weszliśmy do studia ze świadomością czego chcemy. To nie było tak, jak parę lat temu. Wtedy trafiliśmy do studia i nie wiedzieliśmy, co dokładnie nagrać, nie mieliśmy dopracowanych utworów, wszystko rodziło się na szybko, a realizator robił z nami to, co chciał, bo nie mieliśmy żadnego doświadczenia. Teraz wiemy więcej i  było zupełnie inaczej. Mieliśmy swoje pomysły, nie zdawaliśmy się ślepo na propozycje osób z zewnątrz.


W  jaki sposób pracowaliście nad materiałem? K.M.: Nagrywanie trwało dwa miesiące. Byliśmy tam zazwyczaj razem, ale bywało tak, że pewne partie nagrywaliśmy będąc w  niepełnym składzie. Same miksy trwały dwa, trzy tygodnie, każdy siedział po parę dni, najczęściej dwójkami. Zmienialiśmy się, bo kolejne osoby miały świeże spojrzenie. Realizatorzy działali trochę na podobnej zasadzie. Pierwsze dwie godziny najpierw sami pracowali, a dopiero potem wchodzili nieosłuchani z  materiałem. Wtedy wszyscy mogliśmy ocenić czy nam się podoba, czy nie. To jest niewdzięczna robota, wszystko musi być ustawione idealnie, nie można na coś machnąć ręką, bo odbije się to na końcowym efekcie. M.S.: Dobrze zrealizowana płyta to taka, którą lepiej słuchać na słuchawkach, słychać wtedy wszystkie efekty, dodatki. Wydaje mi się, że nam się to w pełni udało. Nie mieliście dosyć siebie nawzajem po takim czasie? M.S.: Mieliśmy, dlatego nie gramy na razie prób (śmiech). Ale już za tydzień powinniśmy do nich wrócić. A jak to się stało, że płyta w ogóle powstała? K.M.: Najpierw była przygoda ze stroną megatotal.pl. Udało się uzbierać na singiel, jednak to samo już nie wyszło z  płytą. Finansowana jest przez zupełnie niezależną osobę. Nie jest tajemnicą, kto to jest i teraz możemy bardzo podziękować szefowi firmy Insert, dzięki któremu nie dość, że wydamy swoją płytę, bo dzięki jego dotacji możemy zająć inną pozycję w kontaktach z wytwórnią. Przy podpisywaniu umowy licencyjnej płyta jest naszym materiałem. W  tym wy-

padku mieliśmy szczęście, że taki meloman się nami zainteresował, jesteśmy wdzięczni, bardzo nam to pomogło. Płyta nagrana. Jaki jest efekt? K.M.: 12 utworów, 11 premierowych plus singlowy Spacer niesamotny, lekko podrasowany, żeby dobrze komponował się z całością. Wyszło tego trochę ponad 50 minut. Nie wiadomo jeszcze, czy będzie tytuł, ponieważ mamy trudną nazwę (zresztą przez pewien czas zastanawialiśmy się nad jej zmianą). Gdyby nazwać tak płytę, weszłaby ona bardziej do świadomości słuchaczy. Wszystko wyjaśni się na dniach. W pierwszej wersji miała ukazać się na początku czerwca. Tak było jeszcze kilka dni temu, jednak teraz już wiemy, że w sklepach będzie można ją dostać dopiero 12 września. Wszystko przesunęło się z przyczyn marketingowych, wrzesień okazał się lepszym miesiącem wydawniczym. Jakie plany na promowanie płyty? K.M.: Wszystkim zajmuje się Pink Crow Records z  Warszawy. Nie chcieliśmy wiązać się z  żadną dużą wytwórnią, bo one „pożerają” zespoły – mają budżet, który muszą poświęcić na bardzo znanych artystów. Nikt z  tej branży nie poleca rzucanie się w  ramiona na przykład Universalu bez dużego nazwiska, popularności. Zgodnie z  polskim prawem, jako że są wytwórnią zagraniczną, wydają od powiednią liczbę płyt polskich zespołów. Jednak ich później nie promują tak, jak należałoby to robić. Zabierają spory procent dochodu z  koncertów, a  w  zamian nic nie dają. A tak, mniejsza wytwórnia zajmuje się organizacją koncertów, promocją w telewizji czy też w  radiu. Harmonogram mamy poznać dopiero w przyszłym tygodniu.

9

Fot. Magda Oczadły


10


11

Fot. Magda Oczadły


Kierunek — kariera Wysłanie samego CV do pracodawcy to praktycznie nic. Trzeba być mobilnym i kreatywnym – kto myśli inaczej powinien przygotować się na porażkę. Dla osób chcących osiągnąć sukces, wzmocnić swoje kompetencje i wartość na rynku pracy Drogowskazy Kariery przygotowały cykl szkoleń, warsztatów i dyskusji. Urszula Burek

U

Źródło: www.drogowskazykariery.pl

kończenie studiów nie daje gwarancji znalezienia pracy, która chociaż częściowo spełniałaby nasze wymagania. Świadomość tego ma już chyba każdy, ale nie każdy wie, co zrobić, aby mimo kilku lat nauki nie dołączyć do coraz szerszego grona bezrobotnych. – „Sytuacja na rynku pracy, szczególnie w  Polsce, jest trudna. Jestem na administracji. Znajomy niedawno skończył ten kierunek i  jest załamany, bo nie może znaleźć żadnego zajęcia” – mówi studentka pierwszego roku Agata Sobiecka. Mimo że nie brakuje ogłoszeń o  wolnych stanowiskach, najczęściej dotyczą one pracy w  charakterze hostessy, pracownika sklepu czy baru szybkiej obsługi. Jednak osoby aspirujące na wyższe stanowiska nie zawsze wiedzą, jakie kroki poczynić, aby osiągnąć wyznaczony cel. Bywa, że na jedno miejsce pracy aplikuje ponad sto osób. Musimy więc wiedzieć, jak zainteresować pracodawcę swoja osobą, wyróżnić się z  tłumu, udowodnić, że jesteśmy najlepsi. Na szczęście zarówno obecni studenci, jak i  absolwenci szkół wyższych nie są pozostawieni sami sobie.

Trzeci rok wskazywania drogi

We wrześniu 2008 r. swój udział w Drogowskazach Kariery zadeklarowało siedem regionów, a w tym roku ich liczba wzrosła do dziesieciu. We Wrocławiu projekt odbył się już po raz trzeci. Szkolenia przeprowadzono na przełomie marca i  kwietnia na Uniwersytecie Ekonomicznym i Uniwersytecie Wrocławskim.

Od 2008 r. Niezależne Zrzeszenie Studentów organizuje ogólnopolski program edukacyjny pomagający studentom w  kreowaniu swoich ścieżek kariery. Drogowskazy Kariery to stosunkowo nowy projekt, który zrodził się w głowach członków NZS-u  z  Głównej Szkoły Handlowej. Prace nad przedsięwzięciem rozpoczęły się wiosną 2007 r. z inicjatywy czteroosoBądź kreatywny bowej grupy, której przewodniczyła Katarzyna Szołucha. Od tego czasu projekt Jednym z  proponowanych szkoleń we cały czas się rozwija, zyskuje coraz więk- Wrocławiu było kreatywne szukanie pracy, w  którym wzięła udział Katarzyna Starula, absolwentka filologii polskiej i  zarządzania zasobami ludzkimi. – „Jestem osobą poszukującą pracy. Doszłam do wniosku, że jeżeli mam z tym jakiś problem, bo rynek pracy jest dość trudny, to powinnam się doszkolić. Z  jednej strony trzeba kształtować swój wizerunek jako wartościowej osoby na rynku pracy, a z drugiej – trzeba łamać te wszystkie schematy, które zazwyczaj stosujemy, szukając pracy. Nie wiem, czy to szkolenie faktycznie mi pomoże, ale dowiedziałam się kilku fajnych rzeczy. Na pewno postaram się to wykorzystać, żeby poprawić szy zasięg i pomaga coraz większej liczbie swoją sytuację” – opowiada. Takie szkoleosób w  odnalezieniu drogi zawodowej. nia są naprawdę wartościowe, ale szkoda,

12


że ciągle tak mało osób bierze w  nich udział. W  szkoleniu dotyczącym kreatywnego szukania pracy uczestniczyło około 15 osób. Najtrudniejszy pierwszy krok Aby znaleźć dobrą pracę trzeba umieć szukać. – „Wysłanie samego CV do pracodawcy to praktycznie nic. Trzeba być mobilnym i  kreatywnym: pójść do pracodawcy, porozmawiać z nim. Na szkoleniu został poruszony na przykład temat zakładania własnego bloga, na którym trzeba pochwalić się sobą. Nie można być skromnym” – kontynuuje studentka administracji. Każdy, kto kiedykolwiek próbował znaleźć pracę, wie, że nieodłącznym elementem jest odpowiednie CV. Często to ono decyduje, że już na wstępie pracodawca skreśla nas z  listy wymarzonych pracowników. Chociaż jego napisanie wydaje się rzeczą prostą, łatwo popełnić banalny błąd, który wyklucza nas z grona osób branych pod uwagę. Na stronie http://www.drogowskazykariery.pl/ możemy dowiedzieć się, jakich błędów nie popełniać, czego unikać przy pisaniu listów motywacyjnych i jak skutecznie szukać pracy w Internecie. Osoby, które marzą o założeniu własnej działalności, znajdą także informacje na temat pisania biznesplanu. Szkolenia, praktyki, dyskusje Nie wystarczy już ukończenie dobrych szkół, żeby stać się atrakcyjnym pracownikiem. Prawie każdy pracodawca wymaga od kandydata doświadczenia. Jest to dla niego sygnał, że do tej pory nie siedzieliśmy bezczynnie, ale staraliśmy się rozwijać swoje umiejętności i zwiększać naszą wartość na rynku pracy. Dlatego też Drogowskazy Kariery umożliwiają firmom umieszczanie bezpłatnych ogłoszeń w  Internetowej Bazie Praktyk. W tym roku można było odbyć staż m.in. w  dziale księgowości, jako redaktor serwisu internetowego lub wyjechać na praktyki do Sznaghaju. Wachlarz proponowanych szkoleń na Drogowskazach Kariery był bardzo szeroki. Oprócz uzyskania podstawowych informacji o tym, jak efektywnie szukać pracy, jak zachować się na

rozmowie kwalifikacyjnej i stworzyć swoje portfolio zawodowe, można było poznać aspekty firm powstających w sieci i korzyści zawodowe, jakie niesie ze sobą Euro 2012, a  także dowiedzieć się, jak założyć stowarzyszenie albo fundację. Coś dla siebie mogły znaleźć także osoby zainteresowane dziennikarstwem internetowym, ochroną środowiska, a  nawet językiem migowym. Żeby praca nie była dla nas wyłącznie utrapieniem, warto byłoby odnaleźć dziedzinę, która nas pasjonuje. Mimo ukończe-

nia studiów nie zawsze wiemy, co chcemy „robić w  życiu”. Drogowskazy Kariery pomagają odpowiedzieć na to pytanie. Umożliwiają wzięcie udziału w  panelach dyskusyjnych dotyczących m.in. rynku pracy, wyjazdu za granicę i studiów magisterskich. Kolejne Drogowskazy odbędą się za rok i  znów pokażą nam, jak wiele kierunków rozwoju i  kariery stoi przed nami otworem. Wybór ścieżki zależy już jednak tylko od nas. Najważniejsze, żeby nie stać w  miejscu i  odważyć się na stawianie kolejnych kroków na drodze do sukcesu.


Muzyk, który umiał za dużo Czy na dzisiejszym rynku muzycznym można zaistnieć, wykorzystując tylko swój talent? Odnieść sukces nie świecąc gołym tyłkiem, lub zaistnieć bez wpisu na Pudelku? Agnieszka Oszust Dub Fx, australijski muzyk, udowodnił, że można. Nie stoi za nim żadna wielka wytwórnia płytowa, a  nad jego wizerunkiem nie pracuje sztab PR-owców. Młody muzyk z St Kilda sam zajmuje się każdym aspektem swojej kariery: od produkcji i dystrybucji płyt po sprzedaż koszulek na stronie internetowej. Początki O 28-letnim artyście głośno zrobiło się kilka lat temu. Wtedy Dub (właśc. Benjamin Stanford), zaczął występować na ulicach większych europejskich miast. Stawał na skwerach, w  parkach, na ruchliwych deptakach i  tworzył beatbox. Podczas występów korzystał z loop station – urządzenia pozwalającego zapętlić śpiewane

dźwięki i  teksty: tworząc bowiem muzykę z  pogranicza hip-hopu i  drum and bassu, wykorzystywał jedynie swój głos. Po każdym z  takich występów proponował widzom i  przypadkowym przechodniom zakup swoich płyt. Jak utrzymuje, w  ten sposób udało mu się rozprowadzić blisko 20 tysięcy krążków. Uliczne występy dały mu jednak o  wiele więcej: w Manchesterze, podczas jednego z nich, poznał swoją życiową partnerkę, znaną jako Flower Fairy (właśc. Shoshana Sadia). Początkowo Shoshana jedynie pomagała mu w  dystrybucji płyt. Po półtora roku i ona sięgnęła po mikrofon – okazało się, że miłość do muzyki również ma we krwi. Teraz na koncertach występują razem, tworząc wyjątkowy, zakochany do szaleństwa duet.

Źródło: myspace

Jak to na Woodstocku było… Pierwszy studyjny album Duba, Everything’s a Ripple, szybko zrobił furorę w Internecie. To właśnie utwory z tej płyty usłyszeć można było podczas koncertu na Woodstocku w 2009 roku. Muzyk oraz towarzyszący mu Fairy i Mr. Woodnote zostali ciepło przyjęci przez festiwalową publiczność. Z  dnia na dzień muzyka tego genialnego samouka stała się w  Polsce rozpoznawalna. Na tyle, że rok później Dub wrócił tu na minitrasę koncertową. W  sierpniu ubiegłego roku zagrał w  Krakowie, Warszawie, Poznaniu i  Gdańsku. Na scenie wraz ze Stanfordem zobaczyć można było też zaprzyjaźnionych muzyków: Mr. Woodnota i Bonobo Hobos Emcees. Wspólny występ, czyli mieszkanka hip-hopu, reagge i freestylu na saksofonie (to już specjalność Woodnota), dał wyjątkowy rezultat: poznański Eskulap wypełniony był do ostatniego miejsca.

14

… a jak w Eterze będzie? Na oficjalnym profilu Duba na Facebooku wpisało się blisko 277 tysięcy fanów z całego świata. Skąd ten sukces? To chyba oczywiste: Stanford ma nie tylko ogromny talent, ale też pomysł na siebie. Nie jest kolejną pop kalką – tworzy sztukę, która wciąż ma niewielu naśladowców. Do tego dochodzi jego wyjątkowe podejście do swojej twórczości: jak podkreśla w wywiadach, beatbox to trudna sztuka, której uczyć się i  trenować trzeba całe życie. Tę ciężką pracę widać na jego koncertach, na których muzyk daje z  siebie wszystko. Nie ogranicza się do prostego odśpiewania piosenek z  Everything’s a Ripple; podczas swoich występów często tworzy wariacje na temat własnych utworów, dodaje nowe elementy i szuka innych środków wyrazu. Dub FX wierzy, że muzyką można zmienić rzeczywistość. Widać to w  jego tekstach: “It’s possible to change this world revolutionize the boys and girlsit’s possible to educate the next generation ever rule the world someday now” „To możliwe, by zmienić świat, zrewolucjonizować chłopców i dziewczyny. To możliwe, by wyedukować nowe pokolenie do rządzenia światem w przyszłości.” Dla tych, którzy chcieliby usłyszeć te słowa na żywo – mam dobre wiadomości. Pod koniec miesiąca muzyk po raz kolejny odwiedzi nasz kraj. Wystąpi w dwóch miastach: w Łodzi (30 kwietnia, klub Wytwórnia) i  we Wrocławiu (1 maja, klub Eter, dawne XO). Bilety już są w sprzedaży – najtańsze kosztują 45, najdroższe 65 złotych.


15 Źródło: myspace


16


Zdjęcia: Agnieszka Zastawna

17


Jak kino, to… tylko we Wrocławiu, we Wrocławiu… Spacery do kina były niegdyś jedną z podstawowych form rozrywki, szczególnie w czasach, kiedy w telewizji nie dało się wiele obejrzeć, a bilety był stosunkowo tanie. W czasach PRL-u wiele filmów miało kilkunastomilionową oglądalność, co dzisiaj jest nieosiągalne. W przypadku Wrocławia historia działalności kin jest szczególnie ciekawa, ponieważ obejmuje nie tylko polskie, ale i niemieckie dzieje. Szymon Makuch

Kino Capitol w 1929 r., ul. Piłsudskiego, http://wroclaw.hydral.com.pl/37892,foto.html

T

ytuł artykułu jest oczywiście żartem, kin w  Polsce bowiem nie brakuje, a nasze miasto nie jest już miejscem produkcji zbyt wielu filmów, choć oczywiście Wytwórnia Filmów Fabularnych ma nader bogaty dorobek. Warto się jednak przyjrzeć historii sal kinowych we Wrocławiu, począwszy od czasów, gdy miasto znajdowało się na terenie Niemiec. Pierwszy pokaz filmowy w  Breslau odbył się 7 września 1896 r. w niewielkiej sali Domu Koncertowego. Seans przeznaczony był jedynie dla zaproszonych gości. Następnego dnia odbył się komercyjny pokaz.

Zorganizowała go firma Deutsche Automatem-Gesellschaft Stollwerck & Co. z Kolonii, która wykupiła licencję na kinematograf od braci Lumière. Zainteresowanie seansami filmowymi na początku XX wieku na terenie Niemiec było ogromne, czego dowodem jest fakt, że w 1905 r. działało w całym kraju około 40 kin, w 1913 zaś już 3 tysiące. We Wrocławiu funkcjonowały wówczas 23 sale. Co ciekawe, w początkowych latach istnienia kina nie było tam zakazów palenia, można było swobodnie pić piwo i  inne trunki, częstowano także różnymi potrawami, a do seansów przygrywały orkiestry wraz ze śpiewającymi solistami. Filmy były oczywiście krótkie, a ich tematyka była różnorodna. W  1907 r. w  Breslau działało już pięć kin. Za pierwsze wrocławskie kino stacjonarne uchodzi Fata-Morgana, znajdujące w  dawnym domu towarowym Victoria przy dzisiejszej ulicy świętego Mikołaja. Po przebudowie placówki w 1909 r. mogła ona zgromadzić 138 widzów. Zdecydowanie większe było kino Scala, działające od grudnia 1909 roku przy tej samej ulicy co Fata-Morgana, ale mieściło aż 600 widzów. Po przebudowie w  latach 20. seanse mogło oglądać ponad 1000 osób . Co ciekawe, Scala, po wielu zmianach nazwy, działało

18

do 1982 r. (od 1955 r. jako kino Pokój). Budynek został wyburzony w 1999 roku. Jednym z  bardziej popularnych kin w okresie przedwojennym było Palast-Theater, otwarte we wrześniu 1910 roku, przy dzisiejszej ulicy Świdnickiej. Działało ono także po II wojnie światowej (do 1968 r.). Po wyburzeniu na miejscu Palast-Theater postawiono Kino Warszawa. Na terenie dzisiejszego placu Kościuszki mieściło się założone w  sierpniu 1913 r. kino Tauentzien-Theater, które zaprzestało działalności w  1929 r. Naprzeciwko wspomnianej placówki w  1920 r. otwarto kino Ufa-Theater (należące do tego samego koncernu, który wykupił dwa lata wcześniej Tauentzien-Theater). Oba te kina w 1926 r. były najczęściej odwiedzane w całym mieście. Według danych z 1942 r. we Wrocławiu działało wówczas 37 kin. Powojenny Wrocław dość szybko rozwijał się pod względem liczby kin. Jeszcze w 1945 r. istniały trzy takie placówki, a już w  1951 r. – 15. Pierwszym było Kino Warszawa, na miejscu dawnego Palast-Theater. W  latach 50. kino było stosunkowo tanią rozrywką. Najtańsze bilety do kina kosztowały około 1,35 zł, najdroższe zaś – 3,60 zł. Dla porównania, bochenek chleba kosztował wówczas 2 zł, a miesięczna pensja prze-


ciętnego wrocławianina około 850 zł netto. W 1948 r. otwarto znane do dzisiaj Kino Dworcowe. Wówczas miało spełniać funkcję poczekalni dla podróżnych. Liczyło ono 113 miejsc. Poszczególne dzielnice miasta również miały swoje kina (np. Kino Fama przy ulicy Krzywoustego, Kino Pionier przy ulicy Jedności Narodowej, sezonowe Kino Letnie przy ulicy Olszewskiego i  Kino Sygnał przy ulicy Chińskiej na Brochowie). Dość ważną placówką było Kino Pokój na terenie Wytwórni Filmów Fabularnych, gdzie grano przede wszystkim filmy propagandowe. Szybko jednak zostało zamknięte (1953 r.). Powszechnie znane było również Kino Śląsk przy dzisiejszej ulicy Piłsudskiego. Działało ono w budynku obecnego Teatru Muzycznego Capitol, na miejscu przedwojennego kina Capitol. Imponującym dla widza miejscem było Kino Gigant, mieszczące się w  Hali Ludowej. Mogło ono pomieścić 2000 widzów, co czyniło je największym w kraju. Sam ekran miał wymiary 22 na 18 metrów. Warto zauważyć, że na przełomie lat 60. i  70. wyświetlano tam popularne również dzisiaj nocne maratony filmowe, trwające zwykle od 22.00 do 5.00. Można tam było oczywiście oglądać filmy grozy, zazwyczaj produkcji francuskiej. Na przestrzeni lat liczba wrocławskich kin systematycznie spadała, co wiąże się z  rozwojem multipleksów i  wielkich sieci centrów handlowych. W  dzisiejszym Wrocławiu niewiele już działa małych, kameralnych kin. Wśród nich funkcjonują: Kino Warszawa, Kino Lalka oraz Kino Lwów, znajdujące się pod zarządem Państwowej Instytucji Filmowej Odra-Film, posiadającej od 2005 r. status instytucji kultury Województwa Dolnośląskiego. Spacer między budynkami dawnych kin we Wrocławiu pozwala na chwilę zadumy i  refleksji. Z  jednej strony małe kina miały swój urok, niepowtarzalny klimat, były specyficznymi miejscami. Z drugiej jednak, z czasem stały się nierentowne, a zysk jest jedną z  ważniejszych przesłanek funkcjonowania wszelkiej działalności, także kulturalnej. Czasy niewielkich sal kinowych zapewne już nie wrócą, lecz warto czasem przypomnieć sobie, że niemal codziennie przechodzimy obok miejsc, w  których niegdyś gromadziły się setki wrocławian w celu oglądania mniej lub bardziej interesujących filmów.

Kino Fama, ul. Krzywoustego, http://www.tubylokino.pl/web/kino/bylo_nie_ma/wroclaw-kino_fama

Kino Przodownik (obecnie Kino Lwów) w 1953 r., http://wroclaw.hydral.com.pl/8664,foto.html

Kino Pionier, ul. Jedności Narodowej, http://wroclaw.hydral.com.pl/8664,foto.html


Cierpliwość i upór Rozmowa o granicach człowieka, goliźnie, nieregularnikach i dinozaurach humanizmu z poetą, wykładowcą i redaktorem naczelnym czasopisma literacko-artystycznego „Rita Baum”, Marcinem Czerwińskim. Jakub Kasperkiewicz Jakub Kasperkiewicz: W  filmie Anny Jadowskiej, Konrad Góra, znajduje się scena spotkania kilku wrocławskich poetów, w  którym Pan uczestniczy. Dwóch Pańskich kolegów mówi o tym, że poezja, a więc także sztuka jako całość, jest towarem i  trzeba się z  tym pogodzić, zaakceptować zło konieczne. Czy jako poeta i redaktor naczelny „Rity Baum” czuje się Pan handlarzem? Marcin Czerwiński: Nie, nigdy nie czułem się handlarzem, przynajmniej starałem się robić wszystko, żeby tak się nie stało. Moje czasopismo oczywiście publikuje poezję najnowszą, drukujemy młodych autorów i nigdy nie miało to charakteru handlu. Staramy się po prostu patrzeć niezależnie na to, jak się pisze i mieć możliwie jak największą swobodę, nie łączyć tego z żadnymi zależnościami natury ekonomicznej. W  wywiadzie dla „Cegły”, do którego będę się parę razy odwoływał, powiedział Pan, że redakcja „Rity” jest pod tym względem bardzo subiektywna, publikuje tylko to, co jej się spodoba, nie zważając na obiektywne wskaźniki, trendy. W  naszym czasopiśmie redaktor działu poetyckiego ma całkowicie wolną rękę, co zresztą nie jest żadnym wyjątkiem, bo w wielu czasopismach literackich osoba pełniąca tę funkcję buduje dział zgodnie ze swoimi upodobaniami, swoją „poetyką”. Tak jest na przykład, by odwołać się do wrocławskiego podwórka, w „Odrze” już długie, długie lata. Myślę, że zawsze byliśmy oddaleni od tych wszystkich hierarchii literackich i poetyckich, mieliśmy własne zdanie. W  tym samym wywiadzie powiedział Pan, że zawartości „Rity” najbliżej jest do myślenia lewicowego. I  faktycznie na okładce aktualnego numeru widnieje słowo „transhuman”. Prawica generalnie nie lubi słów zaczynających

się od „trans”: transseksualizm, Transatlantyk… Rzeczywiście. Prawica nie lubi też projektów, które wiążą się zarówno z  utopiami społecznymi, jak i  z  myśleniem o  człowieku w innych kategoriach niż tradycyjne normy. Ten numer, Transhuman, stara się „wybadać” przyszłość, z racji na przemiany, które zachodzą w  kulturze, cywilizacji, towarzyszących nam technologiach i nowych mediach. Stara się nas w jakiś sposób uwrażliwić na to, co się dzieje aktualnie w tych dziedzinach. To może wyglądać zupełnie niegroźnie, ale naprawdę jesteśmy poddani dużemu ciśnieniu zmian. Na co dzień tego nie widać. Siedzimy przy biurku i rozmawiamy, tak jak rozmawiano kilka wieków temu, a jednak równocześnie wokół następują takie przemiany cywilizacyjne, których w ogóle nie jesteśmy świadomi. I ten numer o tym mówi. Jest on nie tylko liberalny w podejściu do granic człowieka, ich przekraczania, rozwijania definicji bycia człowiekiem we współczesności i  wśród techniki, ale też w jakiś sposób nas przed nią przestrzega. To podejście bardzo otwarte, bez względu na wyznawany pogląd – lewicowy czy prawicowy. Czyli nie jest to hurraoptymistyczne rzucanie się w  „wir nauki”, tylko podejście wyważone, ze świadomością zagrożeń? Oczywiście pojawiają się w tym numerze nazwiska osób hołubionych przez lewicę, takich jak Giorgio Agamben i są tam teksty pełne przestróg przed tym, co może nas czekać w  niedalekiej przyszłości. Zresztą sam Agamben przestrzega nas przed tym, jak funkcjonuje liberalna demokracja, która wydaje się tak bardzo komfortowym i  nie budzącym niepokoju systemem politycznym. A jednak Agamben pokazuje nam, że jest bardzo wiele różnych obszarów, które mogłyby nas niepokoić. Czy w takim razie uważa Pan, że da się

20

mówić i  pisać o  kulturze z  perspektywy prawicowej, pozostając otwartym i  „na czasie”? Czasami można odnieść wrażenie, że etos konserwatywny jeszcze nie dopuścił pewnych form artystycznego wyrazu. Ostatnio mieliśmy przecież sprawę komiksu o  Chopinie. O mało nie doszło do rytualnego zniszczenia nakładu. Komiks był bardzo radykalny (śmiech), ale na szczęście nie doszło do zniszczenia. Też zastanawiam się nad tym, czy dzisiaj polska prawica jest ideologią „nośną” na tyle, by móc w ogóle mówić o przyszłości. Może zabrzmi to konwencjonalnie albo potocznie – nie jestem teoretykiem polityki – ale mam wrażenie, że prawica generalnie jest nakierowana na przeszłość i  zachowanie pewnych wartości, które się z  nią wiążą. Oczywiście, można mówić w  jakiś sposób o  literaturze, kultywując te wartości, szukając ich na przykład w  nowej, młodej literaturze. Jednak to chyba jest, tak jak Pan powiedział, właśnie paradygmat pewnego zamknięcia, który się żywi lękami przed tym, co nowe, co nieznane. Zarówno na terenie społecznym – myślę tutaj o  przemianach społecznych, które są proponowane przez lewicę jako utopie – jak i w sferze obyczajowej czy w sferze eksperymentu artystycznego. Czy Pana zdaniem polskie społeczeństwo jest bardziej otwarte na sztukę niż kiedyś? W  aktualnym numerze „Rity” pojawia się golizna. Czy nagi aktor w  teatrze wciąż może wywołać oburzenie, które przekreśli w oczach widza cały spektakl? Na pewno mamy do czynienia z ewolucją, jesteśmy dalej niż w  latach dziewięćdziesiątych. I te artystyczne posunięcia są znacznie bardziej akceptowalne. Oczywiście drogę przetarła tutaj polska sztuka krytyczna. A jednak postawy zamknięcia bądź niezrozumienia, chociażby golizny w sztuce, o której pan


Fot. Joanna Winsyk

mówi, zdarzają się. Najnowszy numer „Rity” też takie głosy zaczyna wywoływać. Zupełnie tak, jakby golizna nigdy nie funkcjonowała w sztuce. A przecież ciało jest obecne w sztuce od najdawniejszych czasów, właśnie to nagie ciało – ono nie powinno budzić naszego zaskoczenia. Dla mnie to jest zupełnie niezrozumiałe. Oczywiście to także kwestia gustu – jedni wolą ubrane ciała, inni dopuszczają myśl o nagości. Jeśli pomyślimy o tym tak, że nagie ciało jest wolne od hipokryzji, do której może prowadzić zakrywanie wszystkiego, to w tym nie ma chyba nic złego. „Rita Baum” jest dofinansowywana przez miasto Wrocław. Jak to się stało, że czasopismo tak ambitne i  bezkompromisowe uzyskało pomoc od miasta? Czy starał się Pan o to, czy ktoś to Panu zaproponował? Nikt nigdy w  zasadzie nie zaproponował nam finansowania sam z siebie. Od początku staraliśmy się uzyskać jakieś zaplecze finansowe, bo inaczej oczywiście nie ma mowy o wydawaniu pisma literacko-artystycznego. Na samym początku czasopismo było przedsięwzięciem prywatnym, działało dzięki wydawnictwu, które zgodziło się przyjąć nasz tytuł pod swoje skrzydła. Zaczęliśmy ukazywać się dzięki firmie Romualda Lazarowicza,

który był pierwszym wydawcą naszego pisma. Później występowaliśmy o różne dotacje. Finansowało nas wiele instytucji: od Fundacji Batorego i Ministerstwa Kultury i Sztuki, po Fundację Otwarty Kod Kultury, Urząd Marszałkowski i w bardzo dużej mierze – gminę Wrocław. I tak jest do dzisiaj, kiedy to gmina Wrocław jest naszym głównym mecenasem i nie bylibyśmy w stanie ukazywać się bez tej poważnej dotacji, o którą też nie było łatwo. Niemniej mamy teraz podpisaną trzyletnią umowę i  na razie możemy się ukazywać, przynajmniej w tym okresie, bez obaw. W przytaczanym już wywiadzie powiedział Pan, że woli pozostać poza modą i  aktualnością. Czy to nie jest tak, że przez sięganie do tekstów specjalistycznych, często obcojęzycznych, tak naprawdę jesteście „do przodu”? Z tym bywa różnie. Jeżeli chodzi o nasze czasopismo, to pojawiają się różne wpływy i  sytuacje. Ono jest cały czas żywym organizmem, jeżeli mogę użyć takiej metafory. W  redakcji ścierają się różne koncepcje, pomysły – zarówno „aktualne”, jak i „nieaktualne”. Pracujemy zespołowo, każdy z naszego grona może „wypromować” swoje zdanie i w związku z tym tematy numerów są w zasadzie ustalane kolegialnie. Dlatego mój za-

21

mysł, który pojawił się w  tamtej rozmowie, żeby mówić o „Ricie” jako o piśmie niewczesnym, nie pędzącym za aktualnością, dotyczył tego, żebyśmy sięgali głębiej do różnych kwestii, nawet jeśli one są rozpatrywane na bieżąco przez wiele czasopism, a także – gdy w ogóle nie są rozpatrywane. Oczywiście nie jest tak, że jesteśmy zupełnie odseparowani od rzeczywistości. Aktualia cały czas się pojawiają, chociażby w nowych tekstach, które do nas docierają, bieżącej „produkcji” poetyckiej lub prozatorskiej młodych autorów. Myślę, że nie podejmując czegoś, co jest omawiane przez wszystkich, można sobie pozwolić też na stosunkowo dużą niezależność w  wyborze tematów. Ale jak mówiłem, bywa różnie. Na pewno czasem są to zagadnienia, które dotykają tego, co jest aktualnie omawiane przez prasę literacką czy filozoficzną. Początkowo „Rita Baum” była postacią, rodzajem bohaterki, która miała, przynajmniej ja to tak rozumiem, nadawać spójność, wiązać wszystko w jedną całość. Skąd taki pomysł, jak się sprawdzał i dlaczego od tego odeszliście? „Rita Baum” powstała w  latach dziewięćdziesiątych, kiedy do Polski docierały różne ciekawe pomysły związane na przykład ze


sztuką ciała. Częściowo stąd przyszedł pomysł na pismo, które wiąże się z  postacią kobiety. I  pamiętam z  tamtego czasu różne kontakty, na przykład poznałem wtedy pewną niemiecką artystkę, która wymyślała fikcyjne postacie i  później budowała wokół nich różne akcje, zdarzenia, o  wymiarze artystycznym i społecznym. Wciągała w to publiczność, w pewien sposób nakłaniając ludzi do wspólnego tworzenia tych fikcyjnych postaci. Czasem miało to wobec publiczności brutalny charakter, bo ci ludzie wierzyli, że te postacie naprawdę istnieją. I do pewnego stopnia tak było w przypadku „Rity” – próbowaliśmy stworzyć tego typu fikcyjną postać, która byłaby wspólnym projektem czytelników i redakcji. Ale życie zaprzeczyło naszym pomysłom, bo okazało się, że Rita Baum żyje. Istnieje taka osoba i co więcej, niejedna. Przekonałem się o  tym dzięki Facebookowi. Nawet nawiązaliśmy kontakt z  kilkoma takimi Ritami. Akurat te, które znalazłem, żyją w Stanach. Jedna jest performerką i  miała wielką ochotę na nawiązanie z nami współpracy artystycznej, co może zdarzy się w przyszłości. Koncepcja Rity Baum jako postaci, bohaterki, odeszła na drugi plan, bo staliśmy się kwartalnikiem, a to wymaga dużo pracy. Nie jesteśmy instytucją, dotacja nie wystarcza nam na żadne etaty, więc właściwie wszyscy pracujemy po godzinach. To właśnie nie pozwala bardziej rozwinąć naszych działań i  dlatego też ten projekt nie do końca się powiódł. Jednak gdybyśmy mieli takie możliwości, na pewno byśmy go uruchomili. Można powiedzieć, że jest uśpiony. Z  jakiego pan startował „pułapu”, zakładając „Ritę Baum”? W  roku 1998, kiedy wszystko się zaczęło, nie mieliśmy żadnych środków, nakład był bardzo niski – rzędu trzystu egzemplarzy – i rozchodził się tylko na Dolnym Śląsku. Dopiero później mogliśmy, dzięki dotacjom, rozwinąć działalność zarówno pod względem nakładu, jak i nowych wydawnictw, czyli pozycji takich, jak płyty czy książki. Pod swoje skrzydła wzięło nas stowarzyszenie o  wiele mówiącej nazwie „Nikt”. Po kilku latach okazało się jednak, że będzie potrzebny kolejny podmiot, już wyłącznie zajmujący się Ritą. I to właśnie Stowarzyszenie Rita Baum, w którym pismo jest wydawane od dobrych kilku lat. Co na tle tych doświadczeń mógłby Pan poradzić młodemu dziennikarzowi lub grupie dziennikarzy chcących założyć i zacząć drukować czasopismo, na przykład miesięcznik? Od czego trzeba za-

cząć i na co zwracać uwagę? Może zabrzmi to zniechęcająco, ale nie polecałbym startować z  pułapu miesięcznika. Wydawać by się mogło, że to jest bardzo łatwa sprawa, ale z  drukowaniem i kolportażem wiąże się cały szereg różnych dodatkowych spraw, najzwyczajniej w świecie wymagających roboty biurokratycznej. Samo pisanie i redagowanie tekstów to tylko jeden z drobnych elementów tworzenia czasopisma wydawanego na papierze. Proponowałbym zacząć nawet od nieregularnika i  z  czasem narzucać sobie coraz poważniejsze restrykcje, żeby skończyć na miesięczniku z prawdziwego zdarzenia. Stopień trudności przy periodyku, takim jak miesięcznik, jest naprawdę bardzo duży. Nie chcę tym samym zniechęcać, ale lepiej jest zacząć od czegoś mniej zobowiązującego i skończyć na czymś bardzo zobowiązującym, niż żeby zdarzyło się odwrotnie. Czego jeszcze by Pan radził szczególnie się wystrzegać? Hurraoptymizmu. Czasopismo to przede wszystkim cierpliwość. I  upór. Na przykład wydanie książki to zdarzenie jednorazowe. Państwo macie doświadczenie z cyklicznym wydawaniem czasopisma w  sieci. Na papierze to wymaga jeszcze większego uporu i cierpliwości. Pozostaje jeszcze pytanie, czy takie czasopismo powinno być rozprowadzane bezpłatnie, np. jak wspomniana „Cegła”, czy też w sposób płatny. Studenckie magazyny są chyba w większości rozprowadzane za darmo, np. „Gazeta Młodych” czy „Universal.info”. Tak, studenckie magazyny rzeczywiście. Ale znowu, jeżeli miałbym radzić, to nie próbowałbym utrzymywać pułapu pisma studenckiego, bo jest to pułap, który może… …ograniczać? Ludzie kończą studia i co wtedy? Tak. Może to się również wiązać z rotacją. Lepiej sobie postawić szerszy, ale konkretny cel, od razu ustalić profil pisma i  rynek odbiorców, bo dzięki temu można zorganizować zespół ludzi, którzy nie zakończą współpracy, kiedy tematyka studiów przestanie ich interesować. Czyli posiadanie zgranego i zorganizowanego zespołu jest bardzo istotne? Na pewno. Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak megalomania, ale myślę, że najbardziej istotna jest osoba redaktora naczelnego. Czasopisma związane z kulturą, literaturą, sztuką, nie są łatwym rynkiem. Mówiąc najogólniej – nie przynoszą zysków. To chyba najtrud-

22

niejszy segment rynku i w związku z tym po pewnym czasie ludzie, którzy tworzą takie czasopisma, wypalają się albo odchodzą do zajęć, z  których mogą się utrzymać. Bardzo prozaiczna sprawa. Tak więc powinno się znaleźć taki zespół, choćby kilka albo przynajmniej jedną osobę, która cały czas będzie to wszystko trzymała w garści. Czy na rynku czasopism kulturalnych, zajmujących się sztuką, istnieje coś takiego, jak twarda konkurencja? Czy raczej jest to jedna wielka rodzina? Nie odczuwa się presji konkurencji, bo czasopism kulturalno-literackich czy artystycznych jest na rynku tak niewiele, że dla wszystkich starcza miejsca. Myślę, że jako rodzina na pewno, mimo braku faktycznych koligacji – w tym sensie, że wszyscy zmagają się z podobnymi problemami i w jakiś sposób odnoszą się do wartości, które w dzisiejszym świecie liberalnego kapitalizmu są jednak czymś anachronicznym. Czytanie, pisanie wierszy, prozy, humanistyka w ogóle to są rzeczy, które łączą takich trochę ludzi-dinozaurów. Więc ostatecznie te relacje między czasopismami są raczej kumpelskie, co zresztą widać na różnych zjazdach literackich. Chyba nie jest to rywalizacja ani twarda konkurencja. Jakimi partnerami do rozmów są sponsorzy? Oczywiście trudnymi, bo pieniądze są trudną kwestią. Często humaniści, którzy wydają czasopismo, nie potrafią w odpowiedni sposób zagwarantować zaplecza finansowego, na przykład ze środków prywatnych. Tutaj by się przydali absolwenci szkół ekonomicznych, którzy potrafiliby tak opracować strategię pisma, żeby te środki zdobywać. Do przedsiębiorców i biznesmenów nie przemawiają te wszystkie formuły dotyczące humanistyki, książki, literatury. To w ogóle nie działa, nie ma się co łudzić. Czy szykują się jakieś zmiany w związku z „Ritą”? Dotychczas chyba od nich nie stroniła. Pierwotnie stawialiśmy sobie za cel ciągłą ucieczkę od schematu czasopisma, stąd te wszystkie przemiany wizualne. Tematyczne też, bo za każdym staramy się pokazywać inne zagadnienia. A  jednak przez najbliższe półtora roku, może dwa lata, nie zmieni się formuła kwartalnika, chociaż życie pisze różne scenariusze. W  każdym razie Rita nadal pozostanie niezależną kobietą.


autor: Laszlo Krasznahorkai tytuł: Wojna i wojna wydawnictwo: W.A.B. data wydania: 2011 recenzuje: Joanna Winsyk

P

W poszukiwaniu ucieczki

owieść Wojna i  wojna Laszla Krasznahorkaia jest historią o  historii, książką o  książce, ale także o rodzeniu się obsesji, samotności, szukaniu swojego celu, próbie zrozumienia i  osiągnięcia nieśmiertelności, znalezienia siebie, bliskości, czy miłości... i tak wymieniać można jeszcze długo. Przenikają się tu liczne głosy, dominuje monolog głównego bohatera, ale także pojawiają się opowieści osób, z  którymi przypadkowo miał kontakt podczas swojej pielgrzymki. Ta nierówna polifonia przemienia się w  opowieść, którą zawiera tajemnicza „księga” – przyczyna i  początek wszystkich wydarzeń. Plątanina historii, perspektyw, fabuł przemienia się w dziwną, niezwykle plastyczną całość, zawieszoną pomiędzy rzeczywistością, szaleństwem a fikcją literacką. Opowieść węgierskiego autora zaczyna się od sceny na kolejowej kładce. Mężczyzna po czterdziestce i  siedmiu chłopców siedzą naprzeciwko siebie, rozmawiają. Mężczyzna to Korim, archiwista, który popadł w  szaleństwo i  jest właśnie w  trakcie wędrówki po rodzinnym kraju. Jego celem jest dotarcie na lotnisko, wykupienie biletu na samolot i  udanie się do centrum świata, czyli Nowego Jorku, by tam, spełniając swą misję, zakończyć życie. Chłopcy są członkami młodocianego gangu, napadli Korima, a ten ze strachu lub potrzeby, zaczął opowiadać im swoją historię. Tak oto rozpoczyna się pierwsza opowieść. Korim kontynuuje ją na lotnisku, potem w Nowym Jorku, mieszkając u przypadkowo poznanego tłumacza i jego kochanki. Zwierza się jej ze swojego szaleństwa, obsesji, mani prześladowczej. Mówi, jak jego życie splotło się z historią opowiedzianą w tajemniczym rękopisie, który wykradł z ar-

chiwum, przemycił w połach płaszcza przez granicę i  u  kresu zmagań w  Nowym Jorku, próbuje uczynić nieśmiertelnym, poprzez umieszczenie w Internecie. „Uratowanie” od niebytu opowieści o  czterech mężczyznach podróżujących w  czasie i  przestrzeni, uciekających przed zagładą, staje się celem życia archiwisty, traktującym to jako swoją ostatnią misję. Paradoksalnie, unieśmiertelnienie opowieści przedłuża jego życia. Korim, zagłębiając się w opowieść o wiecznych uciekinierach poznaje siebie, a  przybliżając ją swojej współlokatorce, nawiązuje z  nią bliską, niemal intymną więź. Stabilizacja, którą osiągnął jest jednak pozorna, bo z labiryntów świata lub szaleństwa nie ma ucieczki. Wraz z  głównym bohaterem – narratorem – czytelnik odbywa podróż przez wiele światów, wiele niestabilnych przestrzeni. Nie jest to łatwa droga. Korim w swojej opowieści błądzi, plącze, jego zmagania ze światem zewnętrznym, strach przed ludźmi powodują, że snuta opowieść przypomina chwilami pełną absurdów, przerażającą wizję świata, antyutopię, czy może rzeczywistość, w  której żyjemy. Bohater, szczególnie w początkowych rozdziałach powieści, postrzega świat zewnętrzny jako pełen zagrożeń i mrocznych zakamarków. Ulice są tu labiryntami, ludzie – szpiegami, procedury – pułapkami. Koszmar, szaleństwo, czy może coś innego? W tej gęstej, czarnej masie są jednak jasne punkty: jedynym bezpiecznym i  stałym elementem jego życia jest rękopis, jedynym sensem – tajemnicza historia mężczyzn wiecznie w  chwili przed zagładą, ale i  w  zachwycie pięknem dorobku ludzkości, jedyną bliską osobą – milcząca współlokatorka. Nad Korimiem, podobnie jak nad bohaterami „księgi”, zawisła jednak klątwa niestabilności. Jedynym stałym elementem jest zmienność i  strach. Fabuły splatają się

23

i  czasem trudno określić, który ze światów jest prawdziwszy: „realny”, fikcji literackiej czy szaleństwa. Nie wiadomo, kto jest mu bliższy: współlokatorka, której codziennie przez kilka godzin opowiada treść tajemniczego rękopisu, czy mężczyźni balansujący na granicy światów. Korim pozostaje w  ciągłym zawieszeniu, rozszczepieniu pomiędzy fikcjami, w których funkcjonuje. Przedstawiona w książce sytuacja wymusza wręcz pytanie o to, czym jest rzeczywistość, jakie są jej wyznaczniki? Kto decyduje o  tym w  co wierzymy? I  czy to, co postrzegamy jako norma na prawdę nią jest? Świat opisywany przez Korima jest chory: gang chłopców terroryzujących miasto „dla zabawy”, tłumacz, który bije swoją kochankę, kobieta niepotrafiąca uwolnić się od tyrana, anonimowe osoby handlujące narkotykami to chyba wystarczające symptomy. Gdzie tu piękno i dobro? W  tym bagnie, paradoksalnie szalony Węgier wydaje się najnormalniejszą osobą, a jego życie literaturą, ucieczką od bagna, w jakim przyszło mu żyć. Krasznahorkai projektuje w swojej książce niezwykły świat. Czy to próba stworzenia opozycji do rzeczywistości, czy też ukazania wartości, których powoli zaczyna nam brakować, a  może historia zderzenia człowieka z opowieścią lub bełkot szaleńca? Możliwości interpretacji jest wiele. Niezależnie od tego, którą z  nich wybierzemy, warto otworzyć szkatułkę Wojny i wojny , by samemu znaleźć swoją drogę ucieczki.


autor: Haley Tanner tytuł: Vaclav i Lena wydawnictwo: W.A.B. data wydania: 2011 recenzuje: Katarzyna Lisowska

Magia bestsellera

D

ebiutancka powieść amerykańskiej pisarki Haley Tanner pretenduje do miana bestsellera. Nie bez powodu polski wydawca informuje czytelników, że prawa do publikacji wykupiono w  kilku krajach, zanim jeszcze książka się ukazała. Vaclava i Lenę można więc czytać jako aktualizację schematu prozy popularnej, sprawdzając, w  których miejscach autorce udało się zrealizować postawiony sobie wymóg, a w których nie. Podstawą powieście popularnej powinna być interesująca i  sprawnie skonstruowana fabuła. To założenie udało się Tanner spełnić. Mamy do czynienia z historią miłosną rozgrywającą się na przestrzeni kilkunastu lat – Vaclav i Lena, mieszkający na Brooklynie potomkowie rosyjskich imigrantów, przyjaźnią się w  dzieciństwie. Potem, na skutek owianej tajemnicą tragedii, zostają rozdzieleni, by ponownie spotkać się jako nastolatkowie. Nietrudno domyślić się, jakie łączą ich uczucia. Kontrast między dziecięcą niewinnością a  późniejszym wybuchem emocji prawie dorosłych ludzi dodaje akcji dynamiki. Opowieść zresztą rozwija się płynnie, stopniowo odkrywając nagromadzone zagadki. Dobrym zabiegiem jest zastosowana w trzeciej części książki retrospekcja, która odsłania przed czytelnikiem sporą części biografii Leny. Sposób przedstawienia bohaterów przekonuje bowiem znacznie mniej niż konstrukcja fabuły. Mało wiarygodna wydaje się przemiana chłopca z zakompleksionego marzyciela, w  najpopularniejszego ucznia elitarnej szkoły. Jego zainteresowanie magią wynika nie tyle z  oryginalnych pasji poznawczych, co z  prostolinijnego i  nieco sentymentalnego podejścia do życia. Autor-

ka próbuje nakreślić jego złożony stosunek do matki, Rasii, ale wszelkie przejawy buntu i budzącego się pragnienia samodzielności, giną w  czułostkowym przywiązaniu. Nieco barwniej wypada Lena – najpierw jako bezbronna, osaczona przez zło świata dziewczynka, a potem jako porywcza, neurotyczna nastolatka. Zastanawia jednak łatwość, z jaką radzi sobie z traumą, wywołaną przez wizytę w domu Vaclava (wystarczyła podróż metrem i wypłakanie się w ramionach macochy). Uderzająca jest stereotypowa opozycja między racjonalną i zorganizowaną postawą Vaclava a chaotycznym, od początku naznaczonym piętnem, sposobem bycia Leny. Najciekawszą postacią jest Rasia. Autorce udało się oddać rodzicielską determinację, zagubienie i  wzruszającą prostotę matki Vaclava, choć momentami zacofanie i  naiwne zachowania zachowania przekraczają normy prawdopodobieństwa. Natomiast pozostali bohaterowie to raczej nieskomplikowane realizacje popkulturowych typów, a  nie literackie kreacje. Oleg, ojciec Vaclava, jest przerysowanym amatorem wódki, Emily, opiekunka Leny – wyidealizowaną zastępczą matką, a  ciotka, Ekaterina – doświadczoną przez los emigrantką. Należy teraz zapytać, co nam mówią losy bohaterów? Tanner starała się wzbogacić swoją powieść o  socjologiczne tło, kreśląc portret środowiska zamieszkałych w Nowym Jorku Rosjan. Mamy zatem wspomnienia trudnego życia w  rodzinnym kraju i  opisy wcale nie łatwiejszych procesów adaptacyjnych, a  do tego analizę różnych warstw tej społeczności: od mozolnie bogacących się rodziców Vaclava, po żyjących w konflikcie z prawem „znajomych” Ekateriny. Jednak te obserwacje są przede wszystkim zbiorem obiegowych sądów na temat losów imigrantów i pełnią funkcję kolejnego

24

elementu uatrakcyjniającego fabułę. A przesłanie? Czy Tanner raczy nas głębszymi refleksjami? Tak, ale jest to głębia właściwa popularnym literaturze . Magiczne próby wpływania na rzeczywistość przeradzają się zatem w kilka myśli na temat nieprzewidywalności fortuny. Z  perspektywy postulatów stawianych przez literaturę popularną autorka odnosi zatem sukces. Z perspektywy nieco bardziej wymagających czytelników – zdecydowanie nie. Podobnie jest z językiem, którym została napisana książka. Nie można odmówić mu przejrzystości i  komunikatywności (zakładając, że polski przekład wiernie oddaje styl oryginału), ale nie ma w nim polotu. Tanner stara się być błyskotliwa, opatrując poszczególne rozdziały podsumowującymi tytułami, ale brzmią one raczej jak proste sentencje, a nie jak dowód inwencji twórczej. Czy jednak spodziewamy się inwencji twórczej po bestsellerze? Twierdzę, że nie. I  właśnie dlatego zaproponowałam lekturę Vaclava i Leny jako realizacji (intuicyjnie przyjętego) schematu literatury popularnej. Debiut Tanner, uznany wyraz aspiracji do osiągnięcia „czegoś więcej”, wywołuje irytację, ale widziany przez pryzmat komercyjnego oblicza współczesnej literatury ma szansę zyskać pewną rację bytu. Czy warto mu tej racji nie odmawiać? Może odpowiedzi na to pytanie udzielą nam kolejne książki autorki.


autor: Konstandinos Kawafis tytuł: Jeśli do Itaki wybierasz się w podróż... wydawnictwo: Znak data wydania: 2011 recenzuje: Paweł Bernacki

Poeta Pangrecji

T

akich wierszy poeta współczesny nie napisze. Ba! Nie napisze ich nikt, kto nie jest Grekiem. Właśnie takie myśli przychodziły mi do głowy podczas lektury Jeśli do Itaki wybierasz się w podróż – wyboru wierszy Konstandinosa Kawafisa dokonanego przez Antoniego Liberę. Ten urodzony w  Aleksandrii twórca to poeta dosłownie wszechgrecki, pangrecki, w Grecji zakochany bez pamięci i do Grecji przywiązany. Taka też jest jego liryka – wielka i  piękna pieśń pochwalna na cześć Hellady, co doskonale wychwycił i pokazał w swoim wyborze Antoni Libera. Helleńskość Kawafisa objawia się już w przestrzeniach, w których osadza on swoje wiersze. To niemal zawsze miasta i krainy związane historycznie z Grecją: Aleksandria, Antiochia, Tesalia, Itaka, Troja… Można by wymieniać bez końca. To w  nich żyje on i  bohaterowie jego wierszy, to z  nich czerpie inspiracje, to na ich przykładzie uczy nas o  pięknie, ale i  kruchości ludzkiego życia. „I  nie chcę się odwracać, aby stwierdzić ze zgrozą/ jak szybko rośnie rząd ciemny/ jak szybko przybywa świeczek, które zgasły mi już” – powiada jego podmiot w jednym z  wierszy. I  rzeczywiście, bohater nie chce patrzeć w przeszłość, woli żyć teraźniejszością – jest uosobieniem hasła carpie diem! To epikurejczyk z krwi i kości. Ktoś lubujący się w  uciechach życia: zmysłowej miłości, ucztach, kawiarnianych wieczorach spędzonych na humanistycznych dysputach, pisaniu wierszy… To ktoś, kto pragnie chłonąć teraźniejszość i ubogacać się każdym przeżytym dniem. Jednocześnie jednak Kawafis niezmiernie często sięga do historii Grecji i  helleńskiej mitologii. Czerpie z  niej egzempla

ilustrujące prawdy, które chce przekazać. Wspomniane wcześniej miasta i  krainy nigdy nie są osadzone w  jakiejś konkretnej epoce. To miejsca uniwersalne, przestrzenie-symbole – skarbnice prawd i  historii, z których można i z których należy czerpać, by za ich sprawą mówić o  sprawach aktualnych. Pod tym względem dostrzegalna jest specyficzna więź łącząca Kawafisa i Zbigniewa Herberta. Obaj poeci, jak mało kto, potrafili czerpać z historii tak, by mówić za jej pomocą o  współczesności, albo szerzej – o rzeczywistości. I jeden i drugi wiedział, że mimo że zmieniły się czasy, ludzka natura pozostała taka sama. „Nasze starania, ludzi skazanych na klęskę,/ Są jak starania Trojan” – powiada najsłynniejszy grecki poeta, podkreślając powtarzalność mechanizmów kierujących biegiem dziejów. Jednocześnie jednak (podkreślam z naciskiem) to, że jesteśmy skazani na klęskę nie oznacza, że mamy się zamartwiać i  biadać nad swym losem. Gorzko nas opłakują – Priam i  Hekuba – to wystarczy. My miast płakać, winniśmy cieszyć się czasem, który jest nam dany. Tylko w  ten sposób uda nam się zachować własną młodość, choć wspomnienie szczęścia. Powiada Kawafis o  dwóch miłujących się młodzieńcach: „(…) Chociaż może to Los/ okazał się artystą, rozdzielając ich wtedy,/ zanim zgasła namiętność, zanim odmienił ich czas:/ bo pozostaną dla siebie już na zawsze, kim byli:/ dwudziestoczteroletnimi pięknymi młodzieńcami”. Tylko żyjąc pełnią życia możemy tę pełnię zachować na zawsze, nawet mimo świadomości końca. Ów cytat wskazuje jednak na jeszcze jeden niezwykle istotny motyw tej poezji – homoseksualizm. Nie jednak ten wyuzdany, opierający się na cielesności, który znamy choćby z tekstów Witkowskiego. U Kawafisa zjawisko to jest postrzegane znacznie głę-

25

biej – po platońsku, a  więc jako całkowite połączenie ciał, umysłów i dusz. Jego bohaterowie zawsze są młodzi, piękni, hołdujący swoim zmysłowym potrzebom, także tym duchowym. Piszą razem wiersze, kontemplują sztukę, cieszą się wspólną rozmową. Są ze sobą w pełni zespoleni. Ich związek to utworzenie z dwóch osób doskonałej jedni. W  całym swoim epikureizmie nie gubi jednak Kawafis etyki i  moralności. Doskonale wie, że nie można budować własnego szczęścia na cudzej klęsce. Współczuje tym, którzy przegrali: zapomnianym greckim bogom, podbitym miastom i państwom, poległym herosom. Spokój jego bohaterów, zawsze pięknych, zawsze dwudziestoletnich młodzieńców, burzą więc momenty smutne: wspomnienia o  podbiciu Grecji przez Rzym, oglądanie okrętów przywożących łupy z Hellady, brak zrozumienia dla innych kultur i  religii. Czytając wiersze Kawafisa, aż słyszy się wyłaniające się z nich wołanie o szacunek dla wolności i inności jednostki, o to, by pozwolić ludziom być szczęśliwymi ich własną miarą. Tak właśnie odbieram Kawafisa – jako poetę wszechgreckiego, przesiąkniętego Grecją i manifestującego swoją poezją najpiękniejsze cechy Hellenów. Zalety, które powinniśmy odkrywać i  pielęgnować. Wybór poezji ich najlepszego współczesnego poety będzie doskonałym początkiem, by to uczynić. Od Kawafisa bowiem warto i powinno się uczyć, tak jak on uczył się od swoich przodków.


Blackfield Welcome to my DNA wytwórnia: Kscope data wydania: 2011 recenzuje: Monika Stopczyk

Smutni panowie dwaj

S

ą płyty, które mają cudowną moc rozkochania w  sobie słuchacza już przy pierwszym odsłuchaniu. Z  każdym dźwiękiem umacniają szczególny rodzaj więzi między muzyką a  jej odbiorcą. Jest też drugi rodzaj albumów, które na naszą sympatię muszą czekać całymi miesiącami, czasem nawet latami. Początkowo niedoceniane odrzucane w  najbardziej zakurzony kąt regału z  płytami, potrafią w  stosownym momencie powrócić i zdobyć serce słuchacza – aczkolwiek nie zawsze tak się dzieje. Blackfield II (2007) – drugi krążek Stevena Willsona i  Aviva Geffena to przykład miłości od pierwszego słyszenia. W  moim odczuciu to jedna z najsmutniejszych płyt pierwszej dekady XXI wieku – doskonała w  warstwie instrumentalnej, tekstowej, wreszcie wokalnej. Naprawdę jest się przy czym dołować! Dlaczego pozwoliłam sobie na podróż sentymentalną w  stronę Blackfield II? Po pierwsze, do tego albumu warto powracać i zawsze czynię to z niekłamaną przyjemnością, a po drugie, 21 marca premierę miał trzeci wspólny krążek Willsona i Geffena zatytułowany Welcome to my DNA. Po czterech latach specjaliści od nostalgii i  smutku powracają z  materiałem, wobec którego można na starcie mieć naprawdę wysokie oczekiwania – przynajmniej ja takie miałam. Welcome to my DNA to jedenaście kompozycji, które urzekają bogactwem aranżacji, a jednocześnie stanowią twór bardzo przestrzenny. Muzycznie dzieje się tu niesamowicie dużo, a mimo to poczucie przesytu nam nie zagraża. Gitarom Willsona i Geffena towarzyszy Londyńska Orkiestra Smyczkowa, wzbogacając takie utwory

jak Dissolving with the Night czy Far Away. W  pierwszej z  wymienionych kompozycji mamy okazję usłyszeć fortepian, który wspólnie z  sekcją smyczkową stopniuje napięcie utworu. Ta z  kolei w  Far Away doskonale współgra z  gitarą akustyczną, dając w  efekcie jedną z  bardziej wzruszających piosenek na Welcome to my DNA. Za to z  zupełnie innej bajki jest singlowy Waving, zapadający w pamięć zapewne za sprawą nagłej zmiany tempa około 01:45, kiedy to na pierwszy plan wychodzi perkusja, a  gitary pobrzmiewają nieco w  tle. Poza tym, utwór ten kontrastuje z sąsiadującymi kompozycjami – wymienionym już Far Away i Rising of the Tide, który wykazuje bardzo bliskie pokrewieństwo z piosenkami na Blackfield czy Blackfield II. Natomiast zagadką jest dla mnie drugi na płycie Go to Hell. Zachodzę w głowę, co skłoniło Geffena i  Willsona, do nagrania tak odstającej od pozostałych piosenki – tak prostej (w  złym słowa znaczeniu) i  pozbawionej jakiejkolwiek głębi. Ubóstwa treści (utwór opiera się głównie na frazach „fuck you all, fuck you” oraz „go to hell”) nie rekompensuje tu nawet warstwa muzyczna, a całość jest mocno drażniąca. Na szczęście pozostałe dziesięć kompozycji reprezentuje naprawdę dobry poziom. Zwłaszcza druga część płyty wydaje się bardzo spójna i  warta tego, by szczególnie wnikliwie się w  nią wsłuchać. Jestem pewna, że Blood czy Zigota znajdą niejednego zwolennika i raczej nie grozi im zapomnienie. Opierając się na rozróżnieniu, które popełniłam na początku tekstu, zaliczę jednak Welcome to my DNA do grona albumów potrzebujących czasu, by zjednać sobie słuchacza. Jestem przekonana, że muzycy z  Blackfield dali tu świadectwo swojego talentu, jednak by wywołać doznania, jak

26

te towarzyszące recepcji drugiego krążka, czegoś zabrakło. Tym razem Blackfield nie sprawili, że poczułam się najsmutniejszą osobą na tym globie, a takie kompozycje z poprzednich wydawnictw, jak The Hole in me lub End of the World pokazują, że Willson i Geffen są do tego zdolni. Gdyby jakiś zespół zadebiutował takim materiałem to pewnie byłabym pełna uznania, ale Blackfield przyzwyczaili mnie do muzyki z  najwyższej półki i  takiej też od nich oczekuję. W żadnym wypadku nie powinni wstydzić się Welcome to my DNA, ale nie będzie to raczej płyta ich życia. Mojego też nie, niemniej jednak zachęcam do posłuchania.


Pinnawela Renesoul wytwórnia: Penguin Records data wydania: 14. marca 2011 gatunek: neo-soul recenzuje: Wojciech Szczerek

Moving your money maker like Josephine Baker!

C

hoć postrzeganie artysty solowego przez pryzmat jego przeszłej przynależności do takiego czy innego zespołu jest często przyjmowane z  niechęcią (szczególnie z  jego strony), muszę podkreślić, że twórczość Pinnaweli to godna swoich poprzednich inkarnacji kontynuacja praktykowania soulu (a  raczej neo-soulu, bo tak artystka opisuje swój styl), który polskiemu mainstreamowi jest nadal obcy. Artystka, znana lepiej jako Paulina Przybysz, jedna z wokalistek nieobecnego już zespołu Sistars, powróciła po dłuższej przerwie ze swym najnowszym albumem pt. Renesoul. Fani doskonale wiedzą, że poprzedni album Pinnaweli, Soulahili, przepadł i może to grozić również jego następcy. Skąd mój pesymizm? Stąd, że już po pierwszym przesłuchaniu Renesoulu postawiłem na utwór Przeczucie jako na świetny singiel. I  jakież było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że piosenka wydana została w 2009 roku i nie zyskała wtedy rozgłosu. Artystka umieściła go na płycie, i  dobrze, bo jest to jeden z mocniejszych akcentów. Choć tekst piosenki nawiązuje do trudnego okresu w  życiu Pinnaweli, bije z  niego optymizm, a muzyka do niego skomponowana, wprost urzeka. Niestety nie przekonało to polskiej publiczności. Główną wadą płyty jest to, że stanowi swoisty kalejdoskop. Utwory są za krótkie, co nie pozwala słuchaczowi do końca wczuć się w  każdy z  nich. Naturalną konsekwencją tego faktu jest to, że album ma niewiele ponad pół godziny, a  chciałoby się usłyszeć zdecydowanie więcej. Powyższy feler sprawił, że po pierwszym przesłuchaniu płytę odłożyłem na półkę. Szybko jednak uznałem, że może warto dać jej

więcej czasu, mimo że ona dała mi go niewiele. Absolutnie nie żałuję. Na albumie artystka występuje w  kilku rolach: wokalistki, współproducentki oraz autorki tekstów i  muzyki do wszystkich utworów. Każdy z nich jest inny i w każdym wciela się w inną postać, np.: mamy (Prenatal Conversation, sympatyczna refleksja nad dziecięcym optymizmem, odwagą oraz dorastaniem), porzuconej (nieco narkotyczno-obłąkańcza ocena tego, co zamierzchłe w  Digital Quality), obrończyni środowiska (Pszczoły, pierwszy faktyczny singiel z  płyty) czy pałającej erotyzmem tancerki (dynamiczna Josephine). Z  różnorodnością kawałków ściśle związana jest również przemyślana poligrafia, którą stanowią jedynie kartonowe pudełko i wkładka-plakat, zawierająca teksty oraz rysunki autorstwa Pauliny korespondujące z  powyższymi przeobrażeniami artystki. Styl muzyczny płyty (poza ogólnym stwierdzeniem, że jest to neo-soul) można opisać jako „przyjemny w  słuchaniu”. Jest oparty na pomysłowych, lekkich aranżacjach (często wykorzystujących smyczki), nie stroni od elektroniki, a przede wszystkim eksponuje wielki talent wokalny artystki. Przede wszystkim słychać w  nim precyzję, która nie zabija naturalności. Jak już wspomniałem, artystka trwa konsekwentnie w promocji soulu w Polsce. Problemem jest tu wyraźna niechęć do tego typu muzyki wśród naszej publiczności, co skutkuje jej praktyczną nieobecnością na rynku. Mimo że zagraniczni artyści okazjonalnie podbijają nasze serca (Ayọ, Erykah Badu), mało kto pośród nas chce słuchać „czarnej” muzyki, a  już na pewno nie w  polskim wydaniu. Przykładem jest tu Kasia Cerekwicka, jednak jej „R&B”, jak wiadomo, bardzo daleko do tego prawdzi-

27

wego. Czytelnicy są na pewno ciekawi, jak twórczość Pauliny Przybysz ma się do tego, co robi jej siostra, Natalia (a  raczej Natu). Tu jednak nie będę wyrokować, bo skoro one same nie traktują swojej działalności jako rywalizacji, a wręcz nawzajem się wspierają, to zostawię pole do popisu fanom. Album polecam, nie tylko fanom soulu. Sam do nich zresztą nie należę i  to tylko kolejny dowód na to, że Renesoul to dzieło udane. Mam nadzieję, że mimo przeciwności losu odniesie należyty sukces komercyjny. W artystyczny nie wątpię.


reżyseria: Sofia Coppola tytuł: Somewhere. Między miejscami dystrybutor: Forum Film Poland data premiery: 2010 data polskiej premiery: 2011 recenzuje: Paweł Mizgalewicz

P

Przekleństwa obfitości

atrząc na polski repertuar kinowy, nieraz załamuję ręce. Och Karol 2 emitowany przez kilka miesięcy, podczas gdy zdobywca Złotej Palmy i inne pyszności w ogóle do kin nie wchodzą? Jak to możliwe? Odpowiedź otrzymuję czasami, gdy jakiś film artystyczny przez przypadek dostanie się do multipleksu i  zostanie puszczony niczego nieświadomej widowni, która chciała po prostu dostać normalny Hollywood na piątkowy wieczór. Tak jak teraz. Projekcja Somewhere. Między miejscami była dla mnie najbardziej denerwującą od czasu Antychrysta. Śmiechy, nieustanne rozmowy, złośliwe komentarze tych, którzy nie wyszli w trakcie – mam wrażenie, że każdy widz absolutnie nienawidził tego (całkiem niezłego!) filmu. Czemu? Bo „nic się nie dzieje”, bo „przez pięć minut pokazują, jak koleś siedzi”. Tak, to prawda, w  tym filmie często bywa, że przez pięć minut statyczna kamera pokazuje, jak „koleś siedzi”. Albo jedzie autem. Albo pali papierosa. Normalne, współczesne, festiwalowe „slow cinema”. Tyle że nakręcone w Los Angeles przez Sofię Coppolę. Przeraża was myśl o filmie, w którym mało mówią i nic ciekawego nie robią? Nie oglądajcie. Nie przeraża? Oglądajcie. Ach, gdyby wszystkie rekomendacje były tak proste! Skoro zostaliśmy już w węższym gronie, zobaczmy, jak wygląda nowa Coppola na właściwej sobie półce, czyli tej z np. Wimem Wendersem. Nie jest to awangarda, ale na pewno coś oryginalnego: otóż film, choć niby alternatywny, ma bardzo popowy temat, którym jest Hollywood. Tematyka „sceny celebrującej samą siebie”, bezruch, subtelność, ciepły klimat – Somewhere najłatwiej porównać do muzyki shoegaze, takiej jak Sonic Youth, Ride czy My Bloody

Valentine. Nie podglądamy, jak zazwyczaj w kinie festiwalowym, życia drwali z ciemnej wioski, tylko gwiazdy filmowej, Johnny’ego Marco (Stephen Dorff). To trzeci taki film z  rzędu i  chyba trzeba założyć, że Coppola już zawsze będzie robić filmy o bogatych ludziach, którym nudzi się ich bezproblemowe życie. Tym razem nuda jest dosłowna jak nigdy. Johnny to persona tak zblazowana, jak wszyscy bohaterowie Antonioniego razem wzięci. Wyleguje się w hotelach, zalicza piękne kobiety, ma w życiu relaks i luzik. Aż za bardzo. Coś by chciał ze sobą zrobić, ale co? Dokądś chciałby dojechać swoim luksusowym autem, ale co to za miejsce? Nieokreślone. Tak więc jeździ i jeździ dokoła. Nieruchoma kamera, samochód jedzie donikąd... Słowa padają rzadko (w  mniej więcej połowie scen) i nie mają wielkiego znaczenia. Ba! Dialogi są słabą stroną filmu. Zabieg to celowy, ale i  tak zirytować się można, gdy bohater po raz kolejny nie potrafi wyrazić, co go dusi. Powiew świeżego powietrza wnosi w jego życie córka (Elle Fanning). Johnny po rozwodzie praktycznie nie zajmuje się dzieckiem aż do momentu, kiedy jest zmuszony. Pierwszy od dłuższego czasu ciężar odpowiedzialności nieco go ożywia. To główny wątek filmu. Można odnieść wrażenie, że zrujnowana duchowość bohatera jest budowana od początku. Przebywając z  córką, gwiazdor uczy się na przykład, że kobieta to nie tylko obiekt seksualny, ale i osobowość. Proste rzeczy, ale ukazane nieco ciekawiej niż zazwyczaj. Film jest naturalistyczny, więc żadnych nagłych momentów olśnienia tu nie ma, ale tak jak każdy z nas, Marco dokądś jednak zmierza – choć nie wie dokąd, choć z  zewnątrz wygląda to statycznie. Coppola to naprawdę uważna obserwatorka, która – jeśli patrzymy – pokazuje nam wiele drob-

28

nych zmian zauważalnych w gestach, rekwizytach, zachowaniu. Oczywiście film nie jest przeładowany treścią i oglądanie nie przypomina „polowania na znaczenia”. Mamy do czynienia z dziełem po pierwsze realistycznym, a po drugie – ładnym. Dlatego w tym świecie przebywa się przyjemnie. Coppola użyła starych obiektywów odziedziczonych po ojcu, nadając obrazowi miękkość. Jest on więc i  rozkoszny, i pozbawiony wyrazistości – właśnie tak, jak tutejsze Los Angeles, wykadrowane jako miasto niemalże pustynne, trochę wręcz upiorne. Powtarzając za Shawem, nieustanne szczęście to piekło na ziemi – autorka, zdaje się, próbuje nam takie pokazać. Ale Somewhere to też duża dawka humoru, które wynika choćby z odwagi reżyserki do kolejnych ujęć. Na początku dostajemy nietypową scenę tańca erotycznego, która nie jest może ekscytująca, ale za to dowcipna, estetyczna i  obdarzona niezwykłą wrażliwością na ruch, ciało, fakturę. W każdym razie takiej sceny chyba jeszcze nie widziałem, a  dla mnie to zawsze synonim zabawy. W  tym przypadku zabawy na niezłym poziomie. Coppola stworzyła film specyficzny, który definiuje ją jako autorkę, jest esencją jej stylu. Mamy do czynienia z  kinem zmysłowym, cichym. Pogodnym w formie, acz ironicznym w  treści. Bohaterowie są niezdefiniowani, brak tu głębszych tez społecznych, co może zniechęcić. Tak samo jak fakt, że Coppola, choć doskonale śledzi swoje postaci, robi to zawsze z  zewnątrz. Gdy film się kończy, nic tak do końca nie wiemy. Cóż, w życiu tak bywa. W kinie też, ale może nie w  tym dobieranym na piątkowy wieczór w multipleksie.


Wyrok albo o potrzebie literatury zaangażowanej Paweł Bernacki

B

yłem ostatnio w  księgarni Tajne Komplety, gdzie z  okazji ustanowionego przez UNESCO Światowego Dnia Poezji, zebrało się wrocławskie środowisko literackie. Czołowi wrocławscy poeci czytali swoje wierszyki, licytowali różne gadżety – ogólnie było wesoło. Utwory zgrabne, autorzy elokwentni, ogólnie wszystko pięknie. No prawie wszystko, bo gdy siedziałem tam na widowni, a  potem stałem koło wyjścia, naszły mnie smętne myśli. Ci nasi poeci, choć zgrabni i  powabni, zupełnie nie są zaangażowani. I proszę nie zrozumieć mnie źle – nie chodzi mi o zaangażowanie w rozumieniu socrealistycznym i wygłaszanie haseł w stylu „Pokażcie wielkość naszych czasów!”. Raczej o coś głębszego – o próbę wejścia w  rzeczywistość. Na wspominanym wieczorku wyczułem to tylko u dwóch poetów: Kamila Zająca i Bartka Sadulskiego. Dla reszty, miałem dziwne wrażenie, poezja stała się zawodem, pewną pozą, która zakłada pisanie zgrabnych tekścików, obracanie się w określonych kręgach i przesiadywanie w tych, a nie innych knajpach. A to przecież nie tak... Przynajmniej tak mi się wydaje, ja ciągle chciałbym postrzegać bycie literatem, jako poczucie posiadania misji. Potem moje myśli wybiegły z Tajnych Kompletów. Zastanowiłem się nad całą współczesną polską literaturą i mało za głowę się nie złapałem. Bo kto tak naprawdę jest w  niej zaangażowany? Myśliwski? Chwin? Owszem, ale to pisarze już wiekowi. A ci młodsi? Tokarczuk? Autorka przyjemnych powieści o niczym? Witkowski? Toż to bardziej celebryta niż pisarz. Sosnowski? Sendecki? Chyba tylko oni sami wiedzą, co chcą przekazać swoimi wierszami… Można by wymieniać tak długo. Tylko po co? Lepiej spojrzeć na powieść, która ukazała się dosłownie kilka tygodni temu i jest ich zupełną odwrotnością. Mam tu na myśli Wyrok Mariusza Zielke – książkę, którą większość naszych krytyków zapewne wzgardzi, uważając ją za niegodną ich wysublimowanych gustów. A szkoda, bo Wyrok, mimo iż pozornie wygląda na thriller jakich wiele, ma w sobie dużo więcej, niż początkowo mogłoby się wydawać. Jest to bowiem pozycja, która chce nam powiedzieć coś o rzeczywistości, w której żyjemy, angażuje się w nią bardzo mocno. Zielke proponuje swojemu czytelnikowi polskie Wall street – tekst, który otworzy mu oczy na rodzimą rzeczywistość polityczną i  biznesową. Opisze, jak funkcjonuje system finansowy w naszym kraju i z jakimi machlojka-

mi mamy do czynienia na co dzień, choć nic o nich nie wiemy. Mało tego! On zrobi to w przystępny sposób, przy wciągającej fabule – tak, że książkę będzie się czytało jednym tchem. Krótko mówiąc – dostajemy świetny thriller, jeden z najlepszych, jakie ukazały się w Polsce na przestrzeni ostatnich lat. Thriller, który może otworzyć inteligentnemu odbiory oczy na wiele spraw i w końcu thriller, który będzie… niezauważony i zapomniany. Dlaczego? Co najmniej z  dwóch powodów. Po pierwsze, dlatego że zdecydowana większość krytyków literackich uzna, że thrillerem, w dodatku zanurzonym w świecie biznesu i finansów, nie ma się co zajmować. Oni wszak latają na pegazach i brudnej ziemi swoją stopą nie dotkną. Po drugie, i ważniejsze, jest to książka niepoprawna politycznie. Obnaża wiele patologicznych mechanizmów, które zachodzą na najwyższych szczeblach władzy. Pokazuje, jak polityka i media są zależne od giełdowych krezusów oraz jak Ci krezusi wykorzystują nas – obywateli – do napełniania swoich i tak przepełniających się sakiewek. I choć Zielke nie podaje żadnych autentycznych nazwisk, wystarczy odrobina inteligencji i chwila poszukiwań, by zrozumieć, o kogo chodzi. Brzmi, jak kolejna teoria spiskowa, prawda? A my przecież nie lubimy teorii spiskowych, wykrywania układów, szperania. To kojarzy nam się źle z  pewnym niepopularnym politykiem… Cóż, wielu muszę zawieść – Zielke z żadną frakcją w parlamencie związany nie jest i pod tym względem jego Wyrok jest kompletnie apolityczny. On tylko pokazuje, jak działa nasz wolny rynek, a że jako uznany i dociekliwy dziennikarz śledczy oraz wytrawny analityk wie o nim naprawdę dużo, staje się tym bardziej wiarygodny. Niestety także niewygodny. Mówiąc krótko – swoją książką Zielke wydał sam na siebie tytułowy wyrok. Widać to już teraz. Powieść, mimo swoich wartości, poziomu i przyjemności, z jaką się ją czyta, powinna być bestsellerem, tymczasem prawie się o niej nie mówi! Recenzje pojawiają się niemal wyłącznie na blogach, a pod każdą z nich mnożą się komentarze, że niby zapowiada się ciekawie, ale nie przeczytam, bo za trudna, bo o finansach, bo nie romans, bo nie wiadomo co. Żadnej recenzji na Onecie, Wirtualnej Polsce, w ważniejszych gazetach, a przecież mamy do czynienia z książką, która z powodzeniem mogłaby wywołać skandal i lawinę następujących afer. Cóż, opcje są dwie: albo nasi dziennikarze i krytycy są zbyt głupi, by zwrócić na nią uwagę, albo zwyczajnie wolą milczeć, by nie podpaść osobom, które mogłyby im zaszkodzić lub po

29


prostu tym, którzy im za to milczenie zapłacili. Z tego, co wiem, w grę wchodzi ta druga opcja. I tak oto spełnia się to, o czym pan Zielke pisał w Wyroku. Mechanizm, który opisał zostaje wdrożony w życie i to najlepszy dowód na jego prawdziwość. Dlaczego jednak tyle piszę o  tym Wyroku i  tyle żali przezeń wylewam? Z  jednego prostego powodu – uważam, że takich książek jak ta i takich autorów jak Zielke – zaangażowanych – brakuje. Tych, którzy nie boją się podjąć aktualnej tematyki, zmierzyć z problemami rzeczywistości. Naszej rzeczywistości. Jak powiedziałem na wstępie – podczas spotkania w  Tajnych Kompletach zaimponował mi Kamil Zając, który nie bał się mówić wprost o  trudnej sytuacji pracowników jednego z hipermarketów, o nadużyciach, jakich dopuszczają się pracodawcy, o  głodowych pensjach i  wielu innych nieprzyjemnych kwestiach. Większość uczestników zbyła go machnięciem ręki, ale on miał rację – pokazywał, że poeta jest dla ludzi, a nie dla innych poetów i krytyków. Co komu z tomiku, który przeczytają tylko Ci, którzy mają

Bycie pisarzem to naprawdę nie zawód czy zabawa. To służba rzeczywistości.

przeczytać, to jest kilku kolegów po fachu. Moim zdaniem nic. Pisarz to nie zawód. To misja. Wspomniałem też, że zaimponował mi Bartek Sadulski. On także był zaangażowany, choć w inny sposób, może nawet głębszy, bardziej metafizyczny. Przeczytał wiersz o Polsce: wiersz cyniczny, pełen gorzkiej ironii, ale ważny, bo ilustrujący absurdy tego kraju, gdzie (cytuję z pamięci) „wydaje się źle pieniądze i kobiety za smutnych mężczyzn”. Odwołał się nie tyle do konkretnego zjawiska, ile istoty rzeczy. W jego wierszu, sposobie czytania było słychać zaangażowanie, chęć powiedzenia czegoś ważnego. To nie była tylko wesoła językowa gra, składanie słów, żeby ładnie brzmiały, co czyniła większość zgromadzonych poetów. Ten wiersz Bartka, to była poezja. Prawdziwa, niewyuczona. Rzemieślnikiem może wszak być każdy… Pisał pewien mądry poeta: „Sferą działalności poety, jeśli ma on poważny stosunek do swojej pracy, nie jest współczesność, przez którą rozumiem aktualny stan wiedzy społeczno-politycznej i naukowej – ale rzeczywistość, uparty dialog człowieka z otaczającą go rzeczywistością konkretną, z tym stołkiem, z tym bliźnim, z tą porą dnia, kultywowanie zanikającej umiejętności kontemplacji. A przede wszystkim

30

– budowanie wartości, budowanie tablic wartości, ustalanie ich hierarchii, to znaczy świadomy, moralny ich wybór z wszystkimi życiowymi i artystycznymi konsekwencjami, jakie są z tym związane – to wydaje mi się podstawową i najważniejszą funkcją kultury”. Te słowa wyszły oczywiście spod pióra Zbigniewa Herberta, poety, na którego młode wierszoklectwo ma alergię. A szkoda, bo mogłoby się wiele odeń nauczyć. Do meritum jednak. Dialog z rzeczywistością i budowanie tablic wartości jako dwa podstawowe zadania poety. Niby niedużo, a jednak mało kogo na to stać. Na to, by kiedy trzeba „wziąć na chude barki sprawy publiczne”, a gdy ma się nieco swobody, drążyć otaczający nas świat, próbować go zrozumieć, kontemplować. Dotknąć głębi i istoty rzeczy, a nie uciekać w kabotyńskie pozy czy sztucznie budować swoją odmienność. Spójrzcie, jak wygląda nasze środowisko poetyckie. Kilka grupek, które za sobą nie przepadają. Wróćmy jeszcze raz na chwilę do spotkania w Tajnych Kompletach. Gdy świętuje się w nich dzień poezji, dyrektor położonego dosłownie nad księgarnią najważniejszego poetyckiego wydawnictwa w Polsce przechodzi obok, nie racząc nawet spojrzeć w stronę miejsca, w którym zebrali się niemal wszyscy wrocławscy lirycy. Cóż z tego, że cała szyba jest oszklona i wszystko dokładnie widać. Duma i ego nie pozwalają. Przypomina się słynna fraza „Paweł i Gaweł w jednym stali domu…” Mamy więc nieliczne skłócone ze sobą środowisko, które pisze wiersze i wydaje tomiki. Te czytają zaś tylko przedstawiciele owej społeczności. Przeciętny obywatel, inteligent, a nawet student kulturoznawstwa czy polonistyki nic a nic o nich nie słyszeli. Dziwne? Dziwne! I  wina za ten stan rzeczy nie leży tylko i  wyłącznie po stronie odbiorców. Owszem możemy narzekać, że się nie interesują, że chamy, nie czytają, prostaki, bydlaki, plebs. Jednak czy i my, jako osoby zajmujące się pisaniem literatury i o literaturze, nie jesteśmy tu winni? Owszem, jesteśmy. Przestaliśmy się angażować, zamknęliśmy się w kalamburach własnych nieczytelnych wierszy i szkicach o nich. Większość z nas ma głęboko w nosie rzeczywistość. O tym, czy ktoś jest uważany za poetę decyduje środowisko, w jakim się obraca, a nie jego sztuka, nie odbiorca. I nie, nie chcę, żeby mu się narzucać, pisząc grafomańskie rymowanki. Chcę tylko żeby wyciągnąć do niego rękę, żeby pokazać mu, że poezja może być także dla niego, że może mówić o sprawach dla niego ważnych i o jego świecie. Tadeusz Peiper wiele lat temu mówił o sztuce dla dwunastu – dwunastu apostołów – którzy przekażą ją społeczeństwu: uwrażliwią je i wykształcą. Ten trudny przecież w odbiorze poeta nie chciał się zamykać, pragnął być czytanym i rozumianym. Dlaczego współcześni poeci tego nie chcą? Wolą kisić się we własnym sosie, którego i tak jest coraz mniej oraz przekonywać się nawzajem o swojej wyjątkowości. Żadna to sztuka… Pozwolę sobie na jeszcze jedno odwołanie do Herberta: „niewiele, naprawdę niewiele zostanie z poezji tego szalonego wieku”. Podejrzewam zresztą, że z prozy także. Chyba że pojawi się więcej Wiesławów Myśliwskich, Mariuszów Zielke, Eugeniuszów Tkaczyszynów-Dyckich – autorów zaangażowanych nie tylko w  swoją twórczość, ale także w otaczającą ich rzeczywistość, chcących odkryć jej tajemnice i te najgłębsze, i te powierzchowne. Bycie pisarzem to naprawdę nie zawód czy zabawa. To służba rzeczywistości. Chyba że dla kogoś rzeczywistością jest wyłącznie jego poetycki, środowiskowy bulionik… Gotowany oczywiście na kostce rosołowej, bo przecież nie na mięsistej kości – jeszcze od mięsa życia byłaby odrąbana… a fe!


Tour de Babel Łukasz Zatorski

P

odczas dyskusji, ktra odbyła się z  okazji premiery Parafraz Pawła Demirskiego w  CK Nowy Wspaniały Świat, sam autor ustosunkował się do dyskursu krytycznego, który usiłuje oswoić fenomen duetu Strzępka – Demirski za pomocą zbutwiałych kategorii debaty kulturalnej: „Publicyści poświęcają nam czas i miejsce w swoich gazetach, posługując się takim językiem, jakby opisywali artystów modernistycznych z  przełomu wieków. Takich zbuntowanych, szalonych, którzy najchętniej by gdzieś podłożyli bombę”. Wszak wiadomo, że w dzisiejszych czasach i stosunkach społecznych nie ma nic bardziej zachowawczego od formy „buntownika” czy „skandalisty”, etykietek, którymi system naznacza wybrane podmioty w  celu wzmocnienia ich atrakcyjności rynkowej bądź katalizowania zbiorowych frustracji. Proceder ten odpowiada za przeformułowanie pierwotnych intencji artysty, prowadząc do deprecjacji jego artystycznych działań produkujących wiedzę i  modyfikujących partykularne habitusy. Osłabienie i neutralizacja przeciwnika skutkują utrzymaniem hegemonii nad społecznym status quo. Oddajmy znów mikrofon Demirskiemu: „Interesujące jest natomiast to, co z tego starego języka wynika: otóż według niego tak zwani artyści niezależni nie powinni się za bardzo bratać ze sferą publiczną. Powinniśmy się sami z niej wycofać. I to jest kompletna brednia”. Spróbujmy się przez chwilę zastanowić nad sposobem, w jaki stary idiom krytyczny mógłby nakazywać wspomnianemu małżeństwu wycofanie się poza – no właśnie, co? Przebojowej parze na przestrzeni ostatnich lat z pewnością nie brakuje obecności w szeroko pojmowanej sferze publicznej i jej dyskursie kulturalnym. Proces „bratania ze sferą publiczną” może być również odniesieniem do politycznej roli artysty i jej delegitymizacji ze strony piewców modernistycznych celów sztuki. Można wreszcie uściślić rozumienie sfery publicznej jako tzw. salonu, elit czy establishmentu, przeciwstawianych zarówno „ciemnemu ludowi”, jak i alternatywnym kanałom kultury; otworzy się wówczas przestrzeń dyskusji co do relacji Strzępki i Demirskiego do tak definiowanego towarzystwa, trzymającego „rząd dusz”. Wybór określonej opcji rozumienia sfery publicznej determinuje w moim przekonaniu strategie interpretacyjne towarzyszące krytycznej recepcji tego duetu, formułowane zarówno w  odniesieniu do wspólnych spektakli jak i  dramatów Demirskiego, stanowiących podstawę ich inscenizacji. Wydane na początku bieżącego roku Parafrazy zawierają wybór sześciu teksów dramatopisarza. Przed przystąpieniem do analizy tomu sztuk Demirskiego, warto przypomnieć tezy jego manifestu artystycznego Teatr dramatopisarzy, opublikowanego w  13. numerze „Krytyki Politycznej”. Autor Padnij! rozpoczyna od postawienia diagnozy: polskie życie teatralne ogniskuje się wokół osoby reżysera, o statusie gwiazdy i przodownika, wytłuszczanego na afiszu największą czcionką, traktowanego najpoważniej z całej ekipy pracującej przy spektaklu i ponoszącego główną odpowiedzialność za tryumf bądź klęskę wyczekiwanej premiery. Podstawowym miernikiem jego talentu i umiejętności jest zmierzenie się

z kanonicznym dziełem polskiego lub światowego dramatu, czego środowisko teatralne wyczekuje z napięciem właściwym dla ciszy ponad okopanymi pozycjami. Cechujące polski teatr „muzealnictwo” w sposobie myślenia i  działania, powoduje alienację tej dziedziny kultury zarówno od współczesnej dyskusji ideowej, jak i wobec publiczności. Jednym z przykładów zaśniedziałego uzusu stanowią nagminne próby uwspółcześniania klasycznych dramatów, pragnące, za pomocą ich dramatycznej materii, dotknąć w jakikolwiek sposób kondycji człowieka ponowoczesnego. Skutkiem czego „duża część pracy reżyserskiej skupia się tym samym na odczarowaniu tekstu, a nie na jakości komunikatu”. Wykonanie „gestu przekroczenia”, czyli wystosowanie programu odnowy teatralnego języka, Demirski umieszcza w  kontekście teatru zaangażowanego, przylegającego do tkanki społecznej i czerpiącego z niej siły do walki o nowy język polityczny, służący rozbiciu opozycyjnych alternatyw i  narracji. Teatr powinien stanowić część większego projektu społecznego, prowadzącego dialog z  członkami wspólnoty i działanie na rzecz podważenia wadliwych urządzeń zbiorowości. Wystawianie tekstów sprzed kilkuset lat tylko reprodukuje formy zastanego świata politycznego, społecznego, ekonomicznego i kulturowego; chodzi zaś o to, aby je zmienić. Demirski proponuje zastąpienie dotychczasowej dominacji teatru inscenizatorów – teatrem dramatopisarzy, których współczesne teksty trafniej sformułują i odpowiedzą na problemy oraz pytania rozwijającego się społeczeństwa. Jednakże reżyserzy i dyrektorzy teatrów często z przekąsem patrzą na dokonania młodych autorów sztuk, nieufni wobec nadprodukcji kiepskiej jakości tekstów. Zdaniem Demirskiego, przeszkodą w rozwoju nowej dramaturgii może być również ona sama, a raczej właściwy jej bagaż kodyfikacji, blokujący możliwość transgresyjnych i  odważnych gestów ze strony twórców. Utarte historycznie sposoby konstrukcji sztuk spod znaku realizmu psychologicznego czy pièce bien faite, z silnie zarysowanymi postaciami, linearną fabułą i piramidą Freytaga, nie są adekwatne dla procesu komunikowania nowych idei, domagających się użycia nowatorskich rozwiązań formalnych. „Fabuła bowiem to nic innego niż rekonstruowanie tak powszechnej, że aż niedostrzegalnej narracji kulturowej, organizującej wszystkie elementy świata a tym samym determinującej możliwości poruszania się w nim.” Autor Tykocina wymienia na koniec trzy główne chwyty kolektywu krytycznego, dokonujące sterylizacji na wyrazistym politycznie komunikacie, poddając go społecznej kwarantannie: 1) poszukiwanie Arcydzieła (odwołanie do wartości uprzednio założonych przez recenzenta); 2) atak na „medialny zgiełk”, który przesłonił wyczekiwaną jakość spektaklu; 3) zarzut doraźnej, wykreślnej publicystyki, rozmijającej się z prawdziwą funkcją teatru. Jak deklaruje Demirski, znacznie ciekawsze niż reinterpretacja tekstów klasycznych jest „wykolejanie”, czyli obnażanie ich nieprzystawalności do deskrypcji polityczno-społecznego obrazu współczesności. A może tytułowe parafrazowanie, łączące tych sześć tekstów, przechyla je bardziej w stronę rekontekstualizacji aniżeli wykolejania? Albo

31


też anuluje tę binarność i stawia przed nami powinność zupełnie nowej egzegezy? Igor Stokfiszewski we wspomnianej już dyskusji nazwał dramaty Demirskiego „katalogiem bolączek”: Dziady. Ekshumacja przedstawia polską tożsamość jako ufundowaną na martyrologii i antysemityzmie; Diamenty to węgiel, który wziął się do roboty to wiwisekcja człowieka wrzuconego w stosunki ekonomiczne, który w żaden sposób nie potrafi tak pokierować swoim życiem, aby być „przydatnym” i „opłacalnym” dla społeczeństwa; Ifigenia. Nowa tragedia o cenie, jaką płacą kobiety, gdy rusza wojenna machina; Opera gospodarcza dla ładnych pań i  zamożnych panów obala mit charytatywności regulującej rozwarstwienie społeczne, generowane przez kapitalistyczną gospodarkę i jej neoliberalne oprogramowanie, gdyż wpływa wyłącznie na dobre samopoczucie darczyńców; Niech żyje wojna! wskazuje agrarystycznym gestem sytuację chłopów, których nie obejmuje polska

Demirski wkracza na plac budowy polskiej Wieży Babel nie po to, aby oczyścić go z  pomieszania języków, pojęć i  fantazmatów, lecz by przemówić z  jego centrum za pomocą (anty)struktury własnego dramatycznego idiomu.

tradycja ze względu na właściwą jej zdolność do alienowania poszczególnych warstw społecznych; wreszcie Był sobie Andrzej, Andrzej, Andrzej i Andrzej to odpowiedź na serwowaną polskiemu społeczeństwu w  okresie transformacji „inżynierię dusz”, polegającą na wskazaniu pocztu polskiej inteligencji, której głosu wypada słuchać i potakiwać, a myśl reprodukować dalej za cenę bycia światłym i światowym. Proces parafrazowania dotyka kolejno: Mickiewicza, Czechowa, Racine’a, Brechta, serialu Czterej pancerni i pies oraz persony Andrzeja Wajdy. Odsyła w ten sposób w prostej linii do uniwersum języka, badania aktów mowy oraz ich mocy sprawczej. Język debaty publicznej wpływa na kształt i  zakres sporu symbolicznego, polegającego na starciu podmiotów o ambicji oddziaływania na układ społecznych relacji. Problem w tym, że polskiemu społeczeństwu po okresie zmiany ustrojowej przez wiele lat oferowano dyskurs o znacznie zawężonych warunkach brzegowych. Założenia implementowanego systemu ekonomicznego, określonych form polskości i europejskości czy konkretnych wytycznych sposobu pamiętania naszej historii, służyły pod pozorem obiektywności i  racjonalności zdobyciu władzy oraz wpływów przez tych, którzy je forsowali (środowiska, ośrodki medialne, partie etc.). Żaden komunikat walki politycznej nie transmitował obrazu ceny, jaką Polacy będą musieli mentalnie i życiorysowo zapłacić

32

za reorganizację stosunków społecznych. Paweł Demirski, uposażony w lewicową wrażliwość, dopomina się w swoich sztukach o upodmiotowienie tych, którzy przez całe lata byli zagłuszani przez eksperckie pojęcia, żachnięcia inteligentów czy pełne litości spojrzenia przechodniów. W  tym celu zaludniania scenę teatralną postaciami, które dotychczas nie mogły się przebić przez opowieść o polskiej transformacji bądź też funkcjonują w społecznej wyobraźni jako leniwi, niedołężni, nieudolni i ciemni. Odrabia za naszą zbiorowość zaległą lekcję solidarności społecznej i  demokracji deliberatywnej, a  może nawet personalistycznego rytu nauczania Jana Pawła II, głoszącego nadrzędność osoby ludzkiej wobec uwarunkowań społeczno-ekonomicznych, który – podobno – pomagał Polakom w budowie odmienionego oblicza „tej ziemi”. Demirski wkracza na plac budowy polskiej Wieży Babel nie po to, aby oczyścić go z pomieszania języków, pojęć i fantazmatów, lecz by przemówić z jego centrum za pomocą (anty)struktury własnego dramatycznego idiomu. Postulowana we własnym manifeście dekonstrukcja tkanki fabularnej służy w każdym z tych tekstów wzmocnieniu demaskacji ideologii, które po dziś dzień rządzą naszą świadomością, prześwitując w tak niepozornych formach, jak np. wypowiedź prowadzącego Fakty po faktach – Grzegorza Kajdanowicza do Leszka Balcerowicza, że istota ekspertów tkwi w  ich obiektywności. Nie oznacza to jednak sprowadzania Demirskiego tylko do roli dekonspiratora ukrytych założeń projektów społecznych, ale także kogoś, kto silnie się samookreśla pod względem politycznym, przemawiając przez teatralne medium jako składowy głos zespołu „Krytyki Politycznej”. Myślę, że właśnie to zapośredniczenie rodzi pytania, które spędzają sen z powiek wielu krytykom. Część analiz roztrząsa w zjawisku Strzępka – Demirski zderzenie empatii wobec kombatantów, bezrobotnych i moherów czy buntu przeciw elitom oraz towarzystwu, z przynależnością do największego aktualnie środowiska intelektualno-ideowego w Polsce, co zostaje wpisane w publicystyczną kliszę pochylania się „lewicy kawiorowej” nad słabymi i upośledzonymi. Jak więc pogodzić druki sztuk, kolejne spektakle, wyróżnienia „Rzeczpospolitej”, „Przekroju”, „Tygodnika Powszechnego”, „Polityki” i nagrody festiwalowe z wizerunkiem buntowników i anarchistów bądź po prostu ludzi niechętnych blichtrowi i  zgiełkowi, lecz szukających wciąż nowych sposobów na „nagłaśnianie” wykluczonych i spuszczenie zasłon rzeczywistości, w której żyjemy? Jak wytłumaczymy odebranie przez nich nagrody w świetle jupiterów, a następnie roztrząsanie w felietonie tego, jak źle się czuli w tamtym miejscu, stąd Strzępka dla przekłucia Formy musiała wyjść na scenę w dresie? Jeżeli są jednymi z  najpopularniejszych twórców na współczesnej polskiej scenie, to dlaczego wciąż narzekają na własną sytuację finansową? Czy chcą być w dyskursie publicznym uważani za soczewkę kondycji polskiego artysty? A może ta soczewka odbija już tylko ich własne twarze? Odpowiedź zostawię każdemu z was, natomiast we własnym imieniu pozwolę sobie sformułować prośbę do Pawła Demirskiego. Jeżeli podtrzymuje to, co powiedział kiedyś „Dialogowi”, że popiera Davida Hare’a, który „jest starym socjalistą, chodzi w wytartej koszulce i powtarza, że trzeba robić teatr o tym, co nas wkurwia”, to biorąc pod uwagę to kryterium, zamawiam parafrazę zbiorowego seansu hipnotycznego, jaki myśleniu Polaków funduje każdego dnia włączenie TVN-u. Przyklaskuję w tym jednocześnie Igorowi Stokfiszewskiemu, który podobną diagnozę sformułował podczas dyskusji w krakowskim teatrze Łaźnia Nowa. Więc jest to także podszept kolegi.


W labiryncie kultury Joanna Winsyk

O

statnio oglądałam specyficzny film, Oponę w reżyserii Quentina Dupieuxa. Jest to kultowa już opowieść o krwiożerczej oponie, która wędrując przez bezkresne drogi Stanów Zjednoczonych, zabija wszystko, co napotka na drodze (a  także: ogląda telewizję, bierze prysznic i  podgląda zgrabną „laseczkę”, gdy ta rozbiera się przed snem). Nie sam film, a jedynie jego początkowa scena idealnie pasuje jako myśl przewodnia tego tekstu. Film zaczyna się od długiego ujęcia, w którym na pierwszym planie ustawiony jest wychudzony mężczyzna z ogromną liczbą lornetek w ręku. Za nim na pustynnej drodze poustawiane są, jak do slalomu, krzesła. Przyjeżdża samochód, płynnie wchodząc w  zakręty, strąca wszystkie krzesła, z  bagażnika wyskakuje umundurowany czterdziestolatek ze szklanką pełną wody. Spogląda głęboko w oko kamery. Zaczyna pytać o  przyczyny postępowania bohaterów filmów poruszających dość poważne tematy, m.in. Szpilmana z  Pianisty. Za każdym razem pada identyczna odpowiedź: bez powodu. Podczas lektury kilku pierwszych stron Pierrota i Arlekina Piotra Czekańskiego-Sporka towarzyszyło mi to samo pytanie, pobrzmiewała podobna odpowiedź. Powieść ta trafiła do mnie przypadkiem. Znalazłam ją lub dostałam, kupiłam – nie pamiętam. Książka na pierwszy rzut oka nie robi piorunującego wrażenia. Mała, w miękkiej oprawie, przypomina wymięty, bezkształtny, stary notatnik. Jednak po wczytaniu się w tą splątaną prozę, uległam jej urokowi, a na czerwono-burą okładkę powieści (czy na pewno jest to ten gatunek?) spoglądam teraz zupełnie inaczej, z fascynacją, a nawet z zachwytem i oczekiwaniem, na jakie tropy zaprowadzi mnie ponowna lektura. Dziełko liczące trochę ponad sto stron jest bowiem przykładem tekstu, którego nie można „przeczytać”, można w zamian czytać je wielokrotnie, za każdym razem odkrywając coś nowego. Nie sposób zrozumieć go dwa razy tak samo. Czytanie opowieści Czekańskiego-Sporka jest niemal podróżą, chwilami mozolną wędrówka po Labiryncie Minotaura, a  każde kolejne rozpoczęcie lektury (bo do Pierrota i Arlekina powracać można wielokrotnie) prowadzi czytelnika do innego finału, w postaci odmiennych refleksji czy rozumienia całości tekstu. O czym jest ta książka? Na to podstawowe pytanie nie potrafię niestety jednoznacznie odpowiedzieć. Streszczenie jej fabuły nie jest możliwe, bo nie jest ona linearnie poukładaną opowieścią. Nie obowiązuje tu czas, jakiekolwiek ramy czy granice, obszary przestrzeni, a  rzeczywistość plącze się ze wspomnieniami i  wyobrażeniami. By rozwiać odrobinę tę enigmatyczną atmosferę, przytoczę kilka nagłych zmian miejsc, atmosfery lub czasu, które na kartach tej powieści są wręcz pospolite. Akcję otwiera scena w  średniowiecznej katedrze. Gotyckie, ciemne i  naznaczone mistyką wnętrza płynnie zmieniają się w  przestrzeń zwykłego kina, w  którym na ekranie wyświetlany

jest bliżej nie określony film, następnie wraz z narratorem przenosimy się do luksusowego czarnego Mercedesa jadącego przez pola – a to tylko kilka pierwszych stron. Ta powieść jest, przypominającym strumień świadomości, monologiem. Narrator czasami coś opowiada czytelnikowi, czasami próbuje z nim rozmawiać, czasami, stosując odpowiednie formuły, niemal czyni go elementem tekstu. Lektura jest naprzemiennie rozmową bezimiennego ze sobą, swoimi demonami, marzeniami i czytelnikiem. Wydarzenia są raczej obrazami, niż wątkami. Wnikanie w ten specyficzny świat wewnętrzny sprawia, że mogę wiele powiedzieć o  wewnętrznym życiu narratora, jego sposobie postrzegania świata, odczuciach, lękach pragnieniach lub

Dziełko liczące trochę ponad sto stron jest bowiem przykładem tekstu, którego nie można „przeczytać”, można w zamian czytać je wielokrotnie, za każdym razem odkrywając coś nowego.

traumach, ale o nim samym, jego „realnym” życiu nie wiem nic. Intymne wyznania, opowieści o ciężkich doświadczeniach z dzieciństwa (tragiczna śmierć matki z rąk ojca, czy późniejsze zamordowanie „rodziciela”1), marzeniach, nawet tak intymnych, jak erotyczne (podglądanie dorastającej dziewczyny, fantazje o młodziutkiej autostopowiczce jadącej z  nim mercedesem), łączą się tu z  wyobrażeniami średniowiecza, wizjami inspirowanymi programami telewizyjnymi, książkami, fascynacjami Marylin Monroe. Bohater jest tu jakby częścią fikcyjnego świata tworzonego przez pozapowieściowych autorów rozmaitych tekstów kultury, mitów i współczesnych legend. Wprawdzie nie obcuje z nimi bezpośrednio, ale postaci i elementy fikcyjne są w jego opowieści tak samo 1

W książce z ust narratora wielokrotnie pada wątpliwość, czy urodziła go matka, czy ojciec.

33


rzeczywiste, jak sąsiad czy mijana na ulicy osoba. Tekst zaczyna się od swoistej deklaracji, owego „bez powodu” przywoływanego na początku. Narrator otwiera swój wielki monolog słowami: „wiadomości te nie mają ze sobą żadnego szczególnego związku, ale autor dobrał je starannie w ten sposób, aby widziane jednocześnie składały się na obraz piękny, zaskakujący i  głęboki (...)”. W  dalszej części autor wypowiada się w  imieniu nieokreślonego „my”. Kim są osoby będące „my”? Nie wiadomo. Postać ta pojawia się jeszcze kilkakrotnie, co jest szczególnie interesujące we fragmentach, w których „my” zaczyna prowadzić dyskusję z  czytelnikiem, zaczyna go do czegoś namawiać lub przekonywać. Zwielokrotniona perswazja działa! A  przecież to tylko fikcja literacka, ale niezwykle sugestywna i obrazowa. Jedno z  pierwszych wyobrażeń zabiera czytelnika do średniowiecza, w  sam środek obchodów świąt wielkanocnych. Wśród pospólstwa zebranego w  kościele jest zielonooki trubadur, który wzrusza się rzeczywistością, dostrzega głębię uczuć, przeżyć i, jednocześnie, płytkość odbierania ważnych spraw przez większość. Jest wolny od schematów, spogląda na otaczający go świętujący tłum z  odmiennej perspektywy. Co stanowi wartości, świętość dla trubadura, pozostaje tajemnicą. Sam pieśniarz wzbudza zainteresowanie, szczególnie, że narrator kreuje go jako obcego i  samotnego. Średniowieczny trubadur jest też doskonałym punktem wyjścia do tytułowych figur pojawiających się w tekście: Pierrota i Arlekina. Obie postaci wywodzą się z  włoskiej comedii dell’arte, dzięki której do tej pory są obecne w  kulturze, także popularnej. Choć często ze sobą łączone, są swoimi przeciwieństwami. Pierrot delikatny, smutny i romantyczny, najczęściej przedstawiany w bieli ze łzami wymalowanymi na policzku jest przeciwieństwem sprytnego Arlekina ukrywającego się za czarną maską. Wrażliwość zazwyczaj przeciwstawia się sprytowi? To, co przeciwstawne, w świecie miedzy okładkami łączy się ze sobą i plącze. Tytułowe postaci nie są tu przypadkowe, nie są tu nawet w swoich tradycyjnych, przeciwstawnych rolach. Arlekin i Pierrot są w  narratorze. Ujawniają się w  nim dość zaskakująco. Scena, w  której się pojawiają, jest chwilą gwałtownej i  niezrozumiałej przemiany narratora. Wygląda ona następująco: bohater idzie jedną z ulic Paryża, spotyka staruszkę taszczącą ogromną torbę, proponuje jej pomoc, zanosi torbę pod drzwi na piętrze kamienicy, ale na nieszczęście potyka się i ją upuszcza. Staruszka okazuje się znaną aktorką Simone, partnerką życiową Fourniera, a w owej torbie ma przeróżne stroje karnawałowe. Bohater zbiega na dół, klęka przy otwartej walizie i  gwałtownie rzuca się w  kierunku kolorowych przebrań, niecierpliwie poszukuje „czegoś”. Owym „czymś” jest strój Pierrota, który zakłada na siebie i pośpiesznie odchodzi z miejsca „zbrodni”. Uciekając, zaczyna płakać, nie zna jednak przyczyny łez. Kilka stron dalej natrafiamy na kolejny obraz z Pierrotem w roli głównej. Chłopiec obchodzi swój pierwszy w  życiu karnawał. Rano, po śniadaniu, matka wskazuje mu szafę, w której wisi wspaniały strój Pierrota. Chłopiec wspaniale przebrany idzie popołudniu na zabawę, co zaskakujące, do domu starców, gdzie nie on, ale właśnie jego przebranie w jakiś tajemniczy sposób powoduje nagłe ożywienie pensjonariuszy. Tajemnica tylko pozornie zostaje wyjawiona. Niejasne pozostaje bowiem, dlaczego wydarzenie z  dzieciństwa było dla narratora tak istotne. Nie wiemy także,

34

dlaczego postać Pierrota była tak ważna dla tych starszych osób. Od tej sceny we wszystkich opowieściach dostrzec można jednak nową cechę: ścieranie się ze sobą tych dwóch osobowości. Pierrot i Arlekin jest książką niezwykle mocno osadzoną w dorobku kulturowym, a  w  szczególności w  literackim. Pisarz przywołuje między innymi Jamesa Joyce’a, Kurta Voneguta, Franka O’Harę i Jacka Londona. To tylko kilka z padających tam nazwisk autorów, do których twórczości można znaleźć jawne lub zawoalowane odwołania. Dołączają do tego aluzje do filmów, piosenek i  obrazów. Atmosfera intymnego wyznania zaczyna budzić wątpliwości. Jakim, a może lepiej zapytać, czyim językiem mówi bohater? Nawiązuje z nami tak bliskie relacje, które buduje jednak przy pomocy ciągłych odwołań do kultury, a  więc obcych języków. W  tym momencie wyłania się podstawowe pytanie dotyczące nie tylko świata fikcji literackiej: porozumiewamy się językiem swoim czy obcym? Gdy mówimy cytatami, gdy posługujemy się językiem innych, utartymi formułami, czy mówimy szczerze? Czym jest nasz język i do kogo należy? Idąc dalej, skoro myślimy słowami, to czyje są nasze myśli i czy należą do nas? W literaturze legalne pożyczki i cytaty są tak częste, że intertekstualność stała się zjawiskiem powszechnie badanym i szeroko omawianym, rozpatrywanym w wielu kontekstach. Jej rozwój nastąpił do tego stopnia, że niektórzy postrzegają literaturę jako ciągłe przetwarzanie, stały proces zapożyczania i  komponowania w oparciu o „chmurę tekstów”. Pierrot i Arlekin jest w dużym stopniu utkany właśnie z „nitek z chmury tekstów”. Pomimo polifonicznego charakteru książki obecne jest w opowieści to „coś”, co pozwala w nią uwierzyć. Intymna atmosfera, klimat wyznania i  dziwna szczerość słów składających się na ten niewielki tomik prozy przyciągają, a może wręcz hipnotyzują. Spróbujmy jednak odnaleźć się w  tym dziwnym labiryncie słów. Odnajdźmy choć zarysy tego, co wyznaje czytelnikowi bohater. Wsłuchajmy się w jego słowa. Nawarstwienie niezrozumiałych wydarzeń daje jeszcze jedną istotną informację. Maski, kulturowe figury były w  biografii bohatera obecne od dzieciństwa. Ten moment w  prozie pozwala nam, choć częściowo, zrozumieć źródło tak licznych „przebrań”, cytatów, a raczej obcych języków, którymi posługuje się narrator, by powiedzieć coś o sobie. Czy takie wyznania mogą być szczere? Tu pojawia się skojarzenie z niedawno wydaną powieścią Janusza Głowackiego Good night, Dżerzi. Kosiński, główny bohater, pisarz, wokół biografii którego prowadzona jest narracja, w  kreowaniu swojego wizerunku posługuje się maskami, wciela się w swoiste role. W  przypadku Dżerziego, mówiąc oczywiście w  dużym uproszczeniu, maski, obce języki, kulturowe schematy, były sposobem na samoobronę, przystosowanie się, zbudowanie siebie dla wielkiego miasta. W Pierrocie i Arlekinie jest odwrotnie, języki kultury, literatury, pewne schematy są drogą do wyrażenia siebie, sposobem na intymne wyznanie, które zawoalowane, będzie jego bezpieczniejszą formą. Może, paradoksalnie, będzie prawdziwsze? Czym więc jest ta książka? Otwarta formuła, atmosfera wyznania, pozornie niekontrolowanego ciągu skojarzeń, przemyśleń, wspomnień wciąga, intryguje i powoduje, że czytelnik czuje się chwilami jak w ciemnym, skomplikowanym labiryncie. Czy jednak nie taka jest nasza psychika? Narrator buduje w tekście ogromną liczbę ścieżek, czasami, jak się zdaje, zapoczątkowanych przez


przypadkową inspirację. Niektóre ze sobą splata, niektóre pozostawia bez logicznych dowiązań. Pierrot i  Arlekin jest pozycją wyjątkową, tajemniczą zarówno w swojej anonimowości, jak i w treści. Powieść posklejana z tysiąca fragmentów, odwołań i inspiracji przypomina dziwny, literacki

kolaż, który stanowi jednocześnie niezwykle intymne wyznanie człowieka, tkwiązego w samym centrum tej przedziwnej plątaniny, którą jest on sam. A my z czego jesteśmy zbudowani? Po co się nad tym zastanawiam? Bez powodu...

Pod zamkniętymi powiekami

A jeśli byliśmy tylko obrazem odbitym w lustrze? Farabeuf

Joanna Figarska

P

ora na dobranoc, bo już księżyc świeci...” – ilekroć słyszę tę piosenkę, od razu przypominają mi się czasy, gdy wystarczyły pierwsze takty piosenki z pewnej popularnej bajki, by posłusznie, niczym owieczki idące za pluszowym pasterzem, udać się do swoich małych, dziecięcych łóżeczek. Sen przychodził nagle i był ukojeniem, nagrodą za pracowite, wypełnione ciągłym odkrywaniem rzeczywistości dni. Zastanawiam się, dlaczego z biegiem czasu, sen staje się dla wielu złym omenem, kluczem do innego niezbyt wesołego świata, w którym brak miejsca na odpoczynek i  ulgę. Jak to się dzieje, że zdarzają się noce, przepełnione nie tylko gwałtownymi snami, ale również wizjami, a rano w głowie jest więcej pytań niż przed zaśnięciem? Zastanawiając się nad rolą snu w dzisiejszym świecie, tak bardzo racjonalnym, skomputeryzowanym, pełnym gotowych odpowiedzi na najbardziej zagmatwane pytania, przychodzi mi na myśl literatura iberoamerykańska. Jednak nie ta wypromowana w czasie wielkiego boomu na powieść Marqueza, ale ta, która z  różnych powodów jest nawet dzisiaj polskiemu czytelnikowi mniej znana. Światy przedstawione w tych książkach często balansują na granicy snu i jawy. Ich autorzy odważniej i z większą swobodą niż twórcy europejscy brną w krainy, których istoty są ulotne i niestałe jak „nieuchwytna przestrzeń między palcami”. Książka Salvadora Elizondo – Farabeuf – powstała w  Meksyku w roku 1965. W tym czasie znane były już teorie i Freuda, i Junga na

temat roli snu. Nie wiem, czy autor tej bardzo zdezintegrowanej pod kątem materii powieściowej książki znał którąkolwiek z  nich. Faktem jest, że jego podejście do tak popularnego w XX wieku tematu, który wyszedł z ram zabobonów i stał się jednym z najciekawszych zjawisk, jest oryginalne. Pierwszym pytaniem, na które nie potrafię odpowiedzieć jest: o czym traktuje ta książka? Mogę tylko bezradnie wzruszyć ramionami, tak samo, jak wtedy gdy staram się komuś wyjaśnić mój sen, a jedynym efektem jest rezygnacja wyrażona od niechcenia machnięciem ręki. Farabeuf to dzieło, jakich mało, jest jedną z najważniejszych powieści prozy meksykańskiej i jedną z niewielu książek opowiadających o Meksyku w sposób, mimo wszystko, uniwersalny. Wróćmy jednak do motywu, który przenika całą strukturę dzieła, jest jego niewidzialnym spoiwem. Sen. Właściwie sen na jawie. Zacznę jednak od początku. Tytułowy bohater to lekarz, całkowicie zafascynowany chińską torturą leng-cz’y (tortura stukrotnego rozdarcia). Struktura tekstu, jej całkowita dezintegracja wytwarza poczucie złudzenia, że czytelnik uczestniczy w czyimś śnie, który doprowadza do śmierci. U meksykańskiego pisarza, śmierć i sen traktowane są jako dopełnienie życia. Objawia się to również w motywie lustra spotykanym także u innych iberoamerykańskich twórców. Nic w  powieści Elizondo nie jest pewne, każde zdanie jest zaprzeczeniem poprzedniego. Stałe – o ironio – jest jedynie przekonanie, że bohaterowie oraz czytelnik śnią na jawie. W  samym tekście akcja bardzo szybko przenosi się z jednego miejsca w drugie: raz jesteśmy

35


w pięknym domu, by za chwilę znaleźć się nad morzem. Bohaterowie mówią jednym głosem, chociaż mają tak wiele twarzy. Czytając tę książkę, wielokrotnie miałam ochotę ją odłożyć, był to bowiem jedyny sposób, by wyrwać się z  tego przerażającego literackiego snu. Od razu przypomniałam sobie o osobach, dla których sen jest mrocznym pomieszczeniem bez wyjścia, walczących, by wydostać się z zakamarków koszmarów do rzeczywistości. Ciekawe, czy po przebudzeniu muszą odpowiadać sobie na pytanie: „Może to wszystko było tylko snem. Snem, z którego nie budzimy się aż do chwili, gdy ktoś lub coś odpowie nam na pytanie stawiane sobie noc w noc: kim było ciało, które tak bardzo kochaliśmy?”1. Znów kolejna niewiadoma – jakie ciało? Nasze? Kogoś bliskiego? Ciało we śnie czy może to namacalne, fizyczne? Sen, paradoksalnie, może też być dowodem na nasze istnienie. Jeśli bylibyśmy jedynie odbiciem w  lustrze, kimś, na kogo jedynie patrzymy, czy moglibyśmy się z  czegokolwiek obudzić? Elizondo pokazuje, że śnienie, to drugie, często zapomniane zaraz po przebudzeniu życie, jest naszą jedyną szansą na określenie samego siebie. Wspominałam już motyw lustra – w powieści pełni on kluczową rolę. Niezależnie od miejsca akcji, od momentu, w  którym wypowiada się bohater, lustro też występuje. Stanowi tę cienką granicę między jawą a snem, między prawdą a złudzeniem. Jest widocznym obiektem przeźroczystego przejścia: ze świata wspomnień do salonu, symbolizującym świat realny Wydaje się, że tylko ten przedmiot jest pewną stałą w  rzeczywistości ciągłych zmiennych. To w  nim przegląda się lekarz, kobieta, mężczyzna, by jeszcze raz sprawdzić, czy to, co się dzieje, jest prawdą, czy już (jeszcze?) snem. Jednak sen to nie tylko chaos lub potwierdzenie naszego jestestwa, to także przyczynek do gwałtownych działań, do niespodziewanych spotkań i ich konsekwencji. Ileż to razy pod wpływem snu zdarzyło mi się zmienić postanowienie, dać komuś szansę, odezwać się do tych, których już dawno przykryłam całunem zapomnienia. Sen jako impuls do podjęcia decyzji może mieć dobre konsekwencje i  wywołać pozytywne emocje. Co jednak wtedy, gdy senna mara, złudzenie, śnienie na jawie budzi w nas najgorsze instynkty? Szukając odpowiedzi na to pytanie, przypomniałam sobie książkę Marqueza pt. Jesień patriarchy. Bohater tej powieści, bezlitosny dyktator pewnego kraju, budzi się pewnego razu i widzi kobietę: „(...) położył się twarzą do ziemi, zasnął na podłodze od razu, nie śnił, była za piętnaście trzecia, gdy obudził się mokry od potu, przerażony pewnością, że gdy spał, ktoś mu się przyglądał, ktoś, kto ma moc dotarcia tu bez odsuwania sztab (...), nie było nikogo, zamknął oczy, znów poczuł, że przyglądają mu się, otworzył oczy, by zobaczyć wystraszony, i wtedy zobaczył (...), to była Manuela Sanchez(...)”2. Obraz wywołany sennym marzeniem staje się przyczynkiem do fanatycznej walki z rozbudzonym dzikim uczuciem. Dyktator robi wszystko, by zdobyć Manuelę. O  dziwo, jest to jedyna osoba, której nie potrafi i nie chce skrzywdzić. Wyrządza więc szkody dookoła, wierząc, że drastyczne kroki spowodują, że kobieta odwzajemnijego uczucia. Niespodziewany przypływ dobrych emocji w  tym zgorzkniałym, starczym sercu nie zmienia jednak bohatera. Wciąż jest bezwzględnym, okrutnym dyktatorem, który posunie się do wszystkiego, by tylko utrzymać władzę. Nawarstwianie się niewyjaśnionych, a  właściwie niewytłuma1 2

S. Elizondo, Farabeuf , Kraków 1976, s.60. G.G. Marquez, Jesień patriarchy, Warszawa 1997 s. 66

36

czalnych zjawisk, sprawia, że czytelnik nie wie już, co jest prawdą, a  co jedynie wyobrażeniem bohatera. Niespodziewane zniknięcie Manueli, wpędza w ślepą uliczkę nie tylko dyktatora, ale także każdego odbiorcę. Kobieta nie ucieka, nie ukrywa się przed starcem, tylko po prostu znika, rozpływa się na oczach szalejącego z dzikiej miłości mężczyzny. Tutaj pojawia się kolejne pytanie: co jest snem? Jego miłość? Manuela? Księżyc w pełni? Poszukiwania kobiety nie doprowadzają do żadnych rezultatów, siejąc wokół zniszczenie i śmierć niewinnych ludzi. Widać więc, że tak jak w książce Elizondo, sen łączy się ze śmiercią, jest jej przedsionkiem. Senna mara okazała się przyczynkiem do dramatu podwładnych nieobliczalnego dyktatora. Co ciekawe, sen jest też silnie połączony z... miłością. Jest łącznikiem między Erosem a Tanatosem. Nie może więc przynieść ulgi, bo miłość zawsze połączona jest z walką. W Farabeufie jedyną rzeczą potwierdzającą istnienie bohaterów było lustro, w powieści Marqueza jedynym pewnikiem było bijące serce dyktatora. Bijące tak mocno, że zostało zauważone przez jego współpracowników. Było oznaką słabości. Sen na jawie okazał się jedyną podnietą w życiu długowiecznego dyktatora, który myślał,

Jeśli bylibyśmy jedynie odbiciem w lustrze, kimś, na kogo jedynie patrzymy, to czy moglibyśmy się z czegokolwiek obudzić?

że nawet śmierć nie jest w stanie go zaskoczyć. Po raz kolejny pojawia się pytanie: kim byłem przed, a kim jestem po tym śnie? Czy mara senna może determinować moją rzeczywistość w sposób tak znaczący? W  powieściach iberoamerykańskich sen ma dwojaką naturę: z  jednej strony jest naturalnym dopełnieniem życia, czymś stałym, ludzkim, z drugiej jednak – stawia bohaterów w niespodziewanych sytuacjach, które dookreślają ich jako jednostki złożone, niejednoznaczne. Przejście z  życia do śmierci jest często tak oczywiste, jak przejście z jawy w sen. I odwrotnie. Sen nie tylko może stać się jawą, może się nią po prostu okazać. Co jednak wtedy, gdy śmierć staje się snem śnionym na jawie? Do tego pytania skłoniło mnie jedno z opowiadań Marqueza pt. Trzecia rezygnacja. Historia ta wprawiła mnie w  zakłopotanie: „Pani syn jest ciężko chory: nie żyje. Niemniej zrobimy, co w na-


szej mocy, by przeciągnąć jego życie poza śmierć. (…) O tym, że żyje, będzie świadczył fakt, że nie przestanie normalnie rosnąć. To po prostu «żywa śmierć». Chociaż całkowicie rzeczywista”3. Czy zatem bohater nie śni świadomego snu? Dzisiaj porównalibyśmy żywą śmierć ze śpiączką. Stan, który jest gdzieś na granicy trwania i odejścia. Co ważne, całą historię poznajemy z perspektywy bohatera śniącego żywą śmierć już jedenaście lat. Przestał zastanawiać się, ile z jego myśli jest stanem faktycznym umysłu, a ile z nich to wynik specjalistycznego leczenia. Jego jedynym kontaktem z matką jest fizyczny fakt dorastania. Kontrastem dla życia 18-latka jest to, że wszystkie te lata spędził w trumnie. Sam zadaje sobie pytanie: „Czyżby całe to pośmiertne życie było tylko koszmarem sennym?”4. Szybko jednak dochodzi do wniosku, że: „To nie był sen. Był pewien, że gdyby był to sen, nie zawiódłby go ten ostateczny wysiłek powrotu do rzeczywistości. Nie przebudzi się więcej”5. Znamienne jest również to, że opowiadanie Trzecia rezygnacja jest umieszczona w  cyklu opowiadań zatytułowanych Dialog lustra. Po raz kolejny pojawia się ten motyw i po raz kolejny szukam elementu stałego dla tej nienaturalnej i nierzeczywistej sytuacji. Ową „stałością” wydaje się... trumna. Miejsce, w którym bohater spędził wiele lat. To jest jego rzeczywistość, kontrapunkt dla niedającej się sklasyfikować sytuacji. Ona go dookreśla. Nieważne, czy bohater jest świadomy, czy nie, skoro umarł już dawno – świadczy o tym przecież fakt ułożenia go w trumnie. Jest już w niedotyczącym żywych świecie sacrum. Z kim jednak prowadzi ów dialog? Przecież nie z matką, dla której umarł wraz z osiągnięciem dorosłości, kiedy jego ciało przestało

rosnąć. Nie z istotami pozaziemskimi, bo przecież wciąż żyje. Prowadzi rozmowę ze swoim odbiciem, z kreacją, którą jest sam dla siebie. Z biegiem czasu rezygnuje także z tego, uświadamiając sobie, że czas pozostawi swoje ślady także na jego, już prawie martwym ciele. Ma jednak nadzieje, że owe ślady rozkładu i przemijania będą jego przebudzeniem. Światełkiem w  tunelu jest powieść W  poniedziałek wieczność wreszcie się zaczyna Eliseo Alberta. To jedna z najbardziej fascynujących historii, którą miałam okazję przeczytać. Dla bohaterów sen jest radością, ucieczką od zbyt bolesnej rzeczywistości. Jest siłą i tajemnicą, którą posiedli, by ich życie nie było jedynie szarym wspomnieniem. Cyrkowcy potrafią śnić zawsze i wszędzie, niezależnie od pory dnia czy sytuacji, w jakiej się znaleźli. Tu jednak także warto się zastanowić, co w takim razie jest życiem, a co jedynie marzeniem sennym? Sny pomagają im zmieniać rzeczywistość: „zmieniali rzeczywistość tak, aby odpowiadała ich pragnieniom: z  tęsknoty za tym, co kochali”6. „To jak sen, kochanie, jak sen...” – te słowa także wciąż krążą wokół mnie zawsze wtedy, gdy w iberoamerykańskich historiach odnajduję zaproszenie do gry, którą jest oddzielanie tego, co jest snem od tego, co nim nie jest. Pytanie tylko, czy taka zabawa ma sens, czy taka próba podziału nie jest jedynie wmawianiem sobie, że jest on możliwy? Co jeśli jest zupełnie odwrotnie? Gdy rzeczywistość jest za zamkniętymi powiekami? Czyż świat nie kreował i nie powstawał właśnie dzięki snom? Nie czas, by przywoływać przykłady z Biblii, mitologii czy ze świata nauki. Teraz wiem tylko jedno: „Pora na dobranoc, bo...”

BIBILOGRAFIA: Literatura podmiotu: Alberto Eliseo, W poniedziałek wieczność wreszcie się zaczyna, Warszawa 2008. Elizondo Salvador, Farabeuf, Kraków 1976. Marquez Gabriel Garcia, Opowiadania, Warszawa 1998. Marquez Gabriel Garcia, Jesień patriarchy, Warszawa 2007.

3

G.G. Marquez, Trzecia rezygnacja, w: Opowiadania, Warszawa 1998, s. 9. 4 Ibidem, s.16. 5 Ibidem.

6

E.Alberto, W poniedziałek wieczność wreszcie się zaczyna, s.238.

37


Ja, brudas Ewa Orczykowska

I

le razy w  tramwaju lub autobusie poczuliście charakterystyczny zapach stęchlizny, połączony z  potem i  zbutwiałą gumą? Mnie zdarza się to dosyć często. Najczęściej rozglądam się wówczas w  poszukiwaniu lokalizacji zapachu. Zazwyczaj znajduję go tam, gdzie nie ma zbyt wielu ludzi, siedzi za to jeden taki z głupkowatą miną i reklamówką, w  której taszczy cały swój dobytek. Wtedy sprawa jest jasna. Co jednak, jeśli zapach się utrzymuje, a  winnego rozpoznać po wyglądzie nie sposób? Otóż odkrycie – potencjalnie może to być każdy z nas. Przeciętny Polak w  dzisiejszych czasach kąpie się średnio dwa razy w  tygodniu, a  codziennie myje tylko stopy i  dłonie. Zęby? Najwyżej raz dziennie. Ręce po wyjściu z toalety? Mało kto – szkoda wody i  mydła. W  naszych uszach potrafią zadomowić się pająki, w mieszkaniach – mrówki. Kobiety używają kosmetyków nawet kilka miesięcy po upłynięciu ich terminu ważności. Jako naród z  niewiadomych przyczyn żywimy też przekonanie, że w  dżinsach można przechodzić cały boży miesiąc, a  dopiero później ewentualnie je wyprać. Nie wspominając o  płaszczach, które takiemu procederowi w ogóle nie podlegają czy o przepoconych butach, które rzadko kto raczy regularną wewnętrzną dezynfekcją. Owszem, higiena nigdy nie była mocną stroną ludzkości – żeby wspomnieć rzymskie ulice, które ponoć śmierdziały niemiłosiernie, podobnie jak francuski Wersal. Ale w czasach, kiedy posiadanie włosów w innych miejscach niż na głowie uważane jest za niesmaczne, moglibyśmy zdobyć się na coś więcej niż higieniczną hipokryzję. Wszyscy chcemy być piękni i  nie ma w  tym niczego złego pod warunkiem, że pracujemy u podstaw. A o to jest nad wyraz trudno. Łatwo za to przy użyciu pomocy drogeryjnych zamaskować efekty naszego lenistwa. Nieumyte włosy? Wystarczy (w przypadku kobiet) zwinąć w kucyk i dorzucić dodatkową warstwę lakieru. Na zęby

pomoże na pewno guma do żucia, stopy widać w sumie tylko latem. W tym sezonie za sprawą amerykańskiej aktorki Mo’nique do łask wróciły nieogolone nogi. Aktorka podczas ceremonii rozdania Złotych Globów z  dumą prezentowała soczyście owłosione łydki, które, jak sama przyznała, „hoduje” dla męża – fana zwierząt futerkowych. Z  kolei lutowy numer brytyjskiego Vogue’a  podejmuje ważki temat owłosienia łonowego: dziennikarka (po czterdziestce) zszokowana depilacją bikini swojej 15-letniej córki robi wywiad środowiskowy wśród znajomych w  swoim przedziale wiekowym i uspokaja – pubes są jak najbardziej acceptable, a  jej mąż który prefers rather the 70s trends, gdy zobaczył ją completely shaved, odwrócił się plecami i zapowiedział że się obróci z powrotem, jak co nieco odrośnie. Może to efekt wychowania w innych czasach. Może – bo trudno mi uwierzyć w to, że dzisiejszy mężczyzna wybiera opcję z włosem. Ich pełna akceptacja nie jest jednak anomalią. Wystarczy wyjść na polską plażę, aby bez pogłębionej obserwacji przekonać się, jak wielu jest pewnych siebie futrzaków. Fakty, jak to zwykle bywa, kłócą się jednak z  wewnętrznym przekonaniem. Wydawać by się mogło, że my Polacy za higienicznych uważamy się od zawsze. Gdyby jednak nie generał Felicjan Sławoj Składowski, być może do dzisiaj zamiast do toalety chodzilibyśmy do wychodka. Przedwojenny premier-czyścioch postanowił ukrócić zwyczaj załatwiania potrzeb naturalnych w polu za stodołą i nakazał przy każdym gospodarstwie postawić drewnianą latrynę. Ubawieni Polacy żartowali z nowomodnego wynalazku, a nowoczesny generał przeszedł do klozetowej historii, bo na wsiach wychodki do dziś są nazywane „sławojkami” (dla ciekawostki można tutaj dodać, że w  Wielkiej Brytanii podobne zasługi przypisuje się Thomasowi Crapperowi – wynalazcy spłuczki, dzięki któremu dziś możemy w  trudnych chwilach mruknąć z  angielska crap). Skok techno-higieniczny nastąpił więc u nas dopiero około 70

38

lat temu. Dużo to czy niewiele? Wydaje się, że wystarczająco, żeby historia zatoczyła koło. Bo dziś – wracając do myśli przewodniej – cofamy się w higienicznym rozwoju. A już na pewno cofają się w nim kobiety – może znudzone ciągłą presją „wyglądania”. Mężczyźni mają łatwiej – ci dopiero stosunkowo niedawno zreflektowali się, że dbanie o siebie to nie tylko woda i mydło i  nieśmiało walczą o  miejsce na półkach z  kosmetykami, rezerwują terminy u  kosmetyczki. Jakież było moje zdziwienie, gdy podczas pedicure’u  do salonu wpadł roztrzęsiony pan w  średnim wieku i  niemalże na kolanach błagał o maseczkę z alg, bo wieczorem ma ważne wyjście a  „niech pani popatrzy, jak moja cera dramatycznie wygląda”. Panie – nie twierdzę, że wszystkie – lubią w takich sytuacjach zamalować zmęczoną twarz kolejną warstwą „wygładzaczy” łudząc się, że ktoś, kto popatrzy im na policzek, nie spojrzy na okolice szyi i nie dostrzeże różnicy. Może nie „pachniemy” jeszcze jak tramwajowi odświeżacze powietrza, ale chcąc nie chcąc – jesteśmy brudasami. Życie w  pośpiechu nie zachęca do poświęcania czasu na dbanie o  wizerunek, który łatwo można zafałszować, a  jego materialne elementy – wymienić na nowe. Dlatego apeluję – myjmy się codziennie. Zęby rano i wieczorem. Panowie – myjcie ręce po wyjściu z toalety. Jeżeli wnętrza mamy już zepsute przez konsumpcjonizm, niech czyste będzie chociaż ciało.


Bajka o bobrze Stefanie Michał Wolski

B

ył sobie raz bóbr o  imieniu Stefan. Żył sobie z dnia na dzień razem ze swoimi rodzicami – mamą Bóbr i  tatą Bobrem – w  zbudowanym z  gałęzi domu nad jeziorem. Codziennie rano wstawał do szkoły, do której chodził z  najlepszymi przyjaciółmi: lisem Markiem i  szczurkiem Bogdanem. Potem wspólnie szli nad jezioro i grali w różne przyjacielskie gry. Stefan najbardziej lubił tenisa. Odbijał wtedy piłkę swoim ogromnym, płaskim ogonem i śmiał się z Marka i Bogdana, że potrzebują do tego paletek. Pewnego dnia koledzy powiedzieli mu: – Stefanie, nie śmiej się z nas. To nieładnie. – Dobrze, nie będę – obiecywał Stefan. Parę dni później jednak zagapił się i powiedział Markowi: – Marku, po co ci taka duża kita, skoro jej nie używasz? Nie pływasz, nie chlapiesz wodą, tylko się za tobą ciągnie. Bez sensu. Wtedy Marek obraził się na Stefana i więcej się do niego nie odzywał. Kilka dni później szczurek Bogdan umówił się z  bobrem Stefanem na lody. Szli sobie brzegiem jeziora i rozmawiali o ulubionych smakach. Bogdan najbardziej lubił lody wiśniowe, Stefan – karmelowe. – Nic dziwnego, że wolisz lody wiśniowe – powiedział Stefan. – Sam trochę przypominasz wiśnię. Jesteś malutki i masz długi, chudy ogon... Od tej pory Bogdan też przestał się odzywać do Stefana. Stefan nie rozumiał, dlaczego jego przyjaciele się na niego obrazili. Próbował pytać raz jednego, raz drugiego, ale żaden z  nich mu nie odpowiedział. Postanowili sobie przecież, że nie będą się odzywać. A  lisy i  szczury to stworzenia bardzo pamiętliwe. Stefan pomyślał sobie, że skoro Marek i  Bogdan się na niego obrazili, to on też się na nich obrazi. Jak pomyślał, tak zrobił. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że nic to nie daje. Co z tego, że nie odzywał się do

swoich przyjaciół, skoro oni też się do niego nie odzywali? Stefan pomyślał, że to przykre, ale ponieważ nie lubił się martwić, zaczął myśleć nad rozwiązaniem swojego problemu. Starzy przyjaciele nie chcą się ze mną bawić – pomyślał. Może to czas znaleźć sobie nowych? – Będę miał nowych przyjaciół! – ucieszył się Stefan i z uśmiechem wyruszył na ich poszukiwanie. Szukał, szukał i  szukał, nigdzie jednak nie mógł znaleźć nikogo, kogo by jeszcze nie znał. W  końcu zdecydował się poszukać po drugiej stronie jeziora. Niewiele myśląc, wszedł więc do wody i popłynął. Nie musiał długo szukać. Gdy przepłynął przez środek jeziora, poczuł, że coś otarło mu się o łapkę. – A kto to tu do mnie przypłynął? – coś zabulgotało spod wody. – Nazywam się bóbr Stefan i  szukam przyjaciela – odpowiedział zaskoczony Stefan. Nie spodziewał się, że można kogoś spotkać na środku jeziora. – A  ty kim jesteś? – Jestem sumem – odparł nieznajomy. – Mam na imię Franek. Powiedz mi, gdzie zgubił się twój przyjaciel, skoro szukasz go aż na środku jeziora? – Szukam nowych przyjaciół, bo starzy już mnie nie lubią – odparł Stefan. – Myślisz, że mógłbyś zostać moim przyjacielem? – Bardzo bym tego pragnął, Stefanie – zabulgotał Franek. – Zanurz się proszę w wodzie i dołącz do mnie, będziemy mogli się bawić i grać w różne gry i już zawsze będziemy razem. Stefan był wprawdzie małym, ale bardzo bystrym bobrem i od razu się zaniepokoił. – Ale... jeśli zostanę z tobą na zawsze, to czy zobaczę jeszcze mamę i tatę? – Zanurz się, a  się przekonasz – kusił głos Franka. – Ale... czy wtedy nie utonę? – Oj głuptasie – zaśmiał się brzydko sum. – Jesteś mały, włochaty, masz ogrom-

39

ne zęby, a  twoi rodzice gryzą drewno. W dodatku nie masz przyjaciół. Co innego ci pozostało? Stefan bardzo się przestraszył strasznego głosu i strasznych słów suma. Odwrócił się szybko i zaczął płynąć w stronę brzegu, byle dalej od bulgoczącego głosu suma. Bardzo szybko znalazł się na brzegu, drżąc z zimna i wyczerpania. Takich przyjaciół to ja nie chcę – pomyślał. Od tej pory Stefan chodził smutny i zatroskany. Przestał jeść i  nie wychodził już z  domu bawić się z  innymi zwierzętami. W pewnej chwili zauważyła to jego mama. – Stefanku, dlaczego nie jesz i  nie bawisz się z kolegami? – zapytała. Stefan bardzo kochał swoją mamę i mówił jej o wszystkim, co się działo w szkole i na podwórku, więc opowiedział jej o Marku i  Bogdanie oraz o  spotkaniu z  sumem Frankiem. – Stefanku – powiedziała mama. – Każdy z  nas jest inny. Ty masz ogon, dzięki któremu pływasz, i  zęby, którymi ścinasz drzewa. Lisy mają silne łapy i  wrażliwe nosy. Szczury duże uszy i  długie ogony. Nawet sum Franek jest wyjątkowy. Ale czy to znaczy, że któreś z was jest gorsze? – Chyba nie... – odpowiedział Stefan. – Dlatego od dzisiaj bądź miły dla innych i  nie wyśmiewaj się z  nich, bo będziesz potem jak sum Franek: brzydki, zły i samotny. Stefan pokiwał łebkiem i obiecał sobie, że następnego dnia pójdzie przeprosić Marka i Bogdana i już nigdy, nigdy więcej nie będzie się z nikogo śmiał.


Nawet bardzo mądre kobiety Adrian Fulneczek

W

pierwszym rozdziale Rzeźni numer 5 Kurta Vonneguta pojawia się bardzo mądra kobieta imieniem Mary – żona weterana wojennego Bernarda O’Hary. O’Hara przeżył bombardowanie Drezna, ukrywając się razem z  Vonnegutem (i  pozostałymi amerykańskimi jeńcami wojennymi) w bunkrze pod ogromną rzeźnią. Teraz, 20 lat po wojnie, gościł kolegę z wojska w  swoim domu. Vonnegut przyjechał do niego razem ze swoimi córkami, które Mary zaprowadziła na górę, gdzie bawiły się z jej równie małymi dziećmi. Córki Vonneguta podobały się Mary – zwerbalizowała ten prosty komunikat, gdy tylko je zobaczyła. Pisarz wyczuwał jednak, że od kiedy przyjechał, coś zdecydowanie się jej nie podobało. W  nim czy w  tym wieczorze – tego nie wiedział, bo żadnego komunikatu nie otrzymał. W  Rzeźni... pisał o  swoich domysłach: „Czym mogłem wtedy tak urazić Mary? Byłem przykładnym ojcem rodziny. Nie byłem pijakiem. Nie zrobiłem jej mężowi żadnego świństwa na wojnie”. Spytał o to w końcu jej męża, ale O’Hara przekonywał, że Vonnegut nie musi się przejmować i  zapewniał, że tu wcale nie chodzi o  niego. Oczywiście chodziło. W końcu, po kilkunastu, a może i kilkudziesięciu minutach ostentacyjnego i  hałaśliwego przemieszczania się po domu, Mary wróciła do kuchni, w  której wcześniej zostawiła obu panów. Gdy kilkukrotnie mijała ich wcześniej, np. wyciągając jeszcze więcej lodu do coli, w której pływało już przecież kilka kostek, mamrotała nieustannie, ale nie powiedziała im nic. Wreszcie odwróciła się do Vonneguta tak, żeby widział jak bardzo jest zła i że jest zła na niego i powiedziała: – „Byliście wtedy tylko dziećmi!” Pisarz nie zrozumiał. – „Na wojnie byliście jeszcze dziećmi – jak te na górze!” Pisarz przytaknął. – „Ale tego pan nie napisze, prawda?” Pisarz jeszcze nie wiedział, czy napisze.

– „Ale ja wiem. Będziecie udawać, że byliście mężczyznami, a nie dziećmi, i w filmie będą was grali Frank Sinatra i John Wayne albo któryś z  tych wspaniałych, zakochanych w wojnie obleśnych staruchów. I wojna będzie wyglądać tak cudownie, że zapragniemy nowych wojen. A walczyć będą dzieci, jak te na górze”. Jest w pierwszym rozdziale Rzeźni numer 5 bardzo mądra kobieta... Niestety (i tutaj przejście będzie drastyczne) nawet tak bardzo mądre kobiety nie są wolne od jednej z  najgorszych przywar, pułapek i cech charakterystycznych kobiecości zarazem. Na domiar złego opisana powyżej sytuacja jest tej przywary świetnym przykładem. Literackim ucieleśnieniem odwiecznego pytania mężczyzn: „Kobieto, czy zamiast bez słowa snuć się podejrzanie po domu, trzaskać niby-to-przypadkiem drzwiami, oknami i kubełkami z lodem, nie mogłabyś po prostu powiedzieć nam o co ci chodzi?” Moglibyśmy pomóc. Docenić mądrość. Poprawić się... A tak? PS. Rację mają ci, którym wydaje się, że przytoczenie fragmentu filozoficznych niemal rozważań z filozoficznej niemal książki, służące wyprowadzeniu tego, o co naprawdę nam chodzi (czegoś dającego się zresztą zamknąć w jednym zdaniu) nie jest najlepszym pomysłem. Ale... czyż i to nie jest właśnie wyjątkowo kobiece?

40


Rakieta Marcin Pluskota

P

rzy ulicy Powstańców Śląskich jakiś czas temu stał sobie budynek, nazywał się Poltegor. Był to wysoki wieżowiec. Teraz już go nie ma. Nie pozostał po nim nawet ślad, na jego miejscu rośnie SkyTower. Pamiętam jak Poltegor znikał. Jak zainstalowano dźwigi, jak z każdą moją podróżą do centrum ubywało piętro po piętrze . Przez jakiś czas ostał się po nim przystanek „Poltegor”, jeszcze głos w  tramwaju obwieszczał, że zatrzymujemy się przy Poltegorze, ale była to nieprawda i  brzmiało to dziwne. Później zmieniono też nazwę przystanku, teraz nazywa się „Wielka – Urząd Pracy”, chociaż głos w  każdym tramwaju jadącym na południe, wymawia nazwę tego przystanku jakoś tak inaczej. Głos mówi: „przystanek: Sztabowa”, „przystanek: Rondo”, a później „WIELKA” (brzmi grubo i nieprzyjemnie), to wyraźnie nie pasuje. Raz, gdy jechałem tramwajem, mała dziewczynka spytała taty, dlaczego tak jest i on odpowiedział, że tu stał kiedyś Poltegor, pamiętał to. Dziewczynka musiała uwierzyć na słowo, tylko to słowo miała. Podobnie sprawa wyglądała z  osiedlem Piaskowa Góra w Wałbrzychu. Babcia mówiła mi, że kiedyś jej blok był ostatnim blokiem w mieście, za oknem ciągnęły się tylko pola. Niezwykle ciężko było mi w to uwierzyć, za oknem jest teraz tyle budynków, tyle dróg i  urbanizacji, że nawet do zdjęć podchodziłem sceptycznie. Mówiłem, że „niesamowite”, że „łał”, ale wbrew wszystkiemu, jakoś w  to nie wierzyłem. Czy dziewczynka uwierzyła? Przecież Poltegoru już nie ma, tak jak nie ma pól i rolnika z Piaskowej Góry. I takich sytuacji jest naprawdę, naprawdę wiele. Wystarczy, że wyjdę na balkon i  spojrzę w  prawo – rzędy żurawi, rozrastające się budynki trawią łąkę. I ta łąka zniknie i już jej nie będzie. Niezwykle dziwnie chodzi mi się po tej łące. Wydano już wyrok, łączka się kiedyś skończy, z każdym kolejnym dniem znikają potencjalne kierunki i  kroki. Tu ogrodze-

nie, tu kolejny dół. Staram się docenić to, co mam, spacerując z  radością i  uśmiechem, ale majaczy mi już kres tego spaceru i zastanawiam się, kiedy pierwszy raz znajdę się w podobnej sytuacji co moja babcia, kiedy powiem komuś: „tu była łączka, taka ładna łączka”, a  ten ktoś spojrzy na nowe osiedle i  patrząc na mnie z  niedowierzaniem, zapyta: „naprawdę?” Można się śmiać z  mojej nostalgii, że tak wspominam, pochylam się nad tym, co było, a nie myślę o przyszłości, o zmianie. To nie prawda. Nostalgia ma swój urok, swoje zalety, można się w niej troszkę rozpuścić. Pobawić się tym, co było i  co jest. Poltegor miał swój czas, pokój jego duszy, teraz czas na SkyTower – koniec i  kropka. Niebezpiecznie zaczyna robić się, kiedy nie dzieje się nic. Teraz opowiem wam o Wałbrzychu. Wałbrzych jest miastem tych samych budynków, kiedy autobus „Guliwer” mija rogatki miasta to niezmiennie, od kiedy wracam z  Wrocławia do Wałbrzycha, mijam TE SAME budynki. Zmian brak. No może raz coś się zmieniło – przy wjeździe stała kiedyś wiata, ostatniej zimy mieliśmy moc śniegu i  nikt tej wiaty nie odśnieżał, więc się zawaliła. W Wałbrzychu burzy się budynki, bo są stare i mogą stanowić zagrożenie dla ludzi, nie po to, by zwolniły miejsce pod nowe. Kiedy ciężarówki wywożą gruzy, zostają puste miejsca – dużo jest takich pustych miejsc. Ludzie przechodzą obok nich, pamiętają że było, a teraz nie ma. Zdarza im się o  tym pomyśleć. Nad Wałbrzychem wisi nostalgia – ciężka i  brudna. Jest za mało nowego, nie ma się o co zaczepić, by wspominać powiedzmy ostatnie dziesięć lat. Pytając wałbrzyszanina, co się wtedy działo, usłyszysz niezmienne: „przyszli, pokradli i  poszli”. Dlatego wałbrzyska nostalgia uciekła daleko w  przeszłość, sięga w  głąb szybu Thoreza czy Victorii, zamyka się w całkiem innych czasach. Wszyscy pamiętają jak Piaskowa Góra była tylko polem, jak wielka płyta pięła się ku niebu, a młode rodziny wprowadzały się do swo-

41

ich wymarzonych M3. Mężczyźni chodzili do kopalni, kobiety zajmowały miejsce w kolejce po chleb, ogródki jordanowskie pękały w szwach. Było o czym dyskutować i  o  czym opowiadać. Opowieści zostały. I stare zabawy, kiedy nie ma nowych. Wałbrzyszanie dalej kopią dziury. Wrocław patrzy daleko, ze szczytu SkyTower widać więcej i lepiej. Wałbrzych patrzy w ziemię. Wrocław myśli o przyszłości, technologii i rakietach, a Wałbrzych… też myśli o rakietach! W  ogródku jordanowskim przy ulicy Dunikowskiego stała metalowa rakieta – była całkiem spora, miała parę połączonych drabinami pięter, na które można było wchodzić i  zjechać z  zamontowanej zjeżdżalni. Rakieta dotrwała do moich czasów. Metalowa konstrukcja pokryła się wprawdzie rdzą i zawsze po zabawie musiałem dokładnie myć ręce, niemniej, wycelowana w  niebo, rakieta stała dumnie. Pewnej nocy zniknęła i  nikt nie wiedział co się z nią stało. Tak przynajmniej mówili dorośli. Dzieci poczuły się zawiedzione, w  pozbawionym rakiety ogródku zostały tylko drabinki i  jedna huśtawka. Później, naprawdę dużo później, byłem chyba już w gimnazjum, dowiedziałem się, że rakieta – zabawka, frajda dla dziecka, była równie cenna dla dorosłego. Rakietę pocięto i sprzedano na złom.


Street Photo

Fot. Magda Oczadły


Kontrast nr 21