Page 1

Nr 3 (30)/2012 marzec 2083 - 1322


8

Rozwiązania nie-sztampowe rozmowa z twórcami Teatru Sztampa Paulina Pazdyka

14

Autyzm w zbliżeniu Barbara Rumczyk

18

Parę słów o odpowiedzialnym biznesie Alicja Woźniak

22

Internet i Ty Konrad Gralec

26

Którędy na ulicę Havla? Alicja Woźniak

30

Rewolucje bez rozlewu krwi Agnieszka Oszust

32

Dojrzewanie spojrzenia Szymon Stoczek

36

Somewhere over the rainbow Karolina Żurowska

38

Idolom już podziękujemy rozmowa z Tomaszem Sztonykiem Karolina Żurowska

Zagramy...?

O

statnio przypomniałam sobie czasy, gdy razem z koleżankami i kolegami z bloku bawiliśmy się w grę „podchody”. Pamiętam to uczucie towarzyszące mi podczas zabawy; czas zaczynał inaczej biec. Coraz dłuższe dni, cieplejsze powietrze i mocniej grzejące słońce kusiły i sprawiały, że każdy chciał jak najszybciej odrobić lekcje i wyjść na dwór (tudzież na pole). Nazwy gier bywały różne, czasami dziwne, śmieszne – wystarczy wspomnieć o głupim Jasiu albo palancie... a jak jest teraz? W co grają „duże” dzieci? Czasami zdarza się zebrać ekipę i powygłupiać przy kalamburach, screbble’ach czy popularnych ostatnio karteczkach przylepianych do czoła. Ale przecież słowo „grać” ma też inne znaczenie. Doskonale zna je grupa teatralna SZTAMPA, z którą rozmawiała Paulina Pazdyka, czy aktor Bartłomiej Topa, biorący ostatnimi czasy udział w odważnej, bo poruszającej kampanii, kładącej nacisk na trudności z jakimi muszą się zmagać ludzie chorzy na autyzm. Problem ten analizuje w tym numerze także Basia Rumczyk. Nie zabrakło również tekstu o „zasadach gry”, jakie musi znać użytkownik Internetu, by przepływ jego plików w sieci był całkowicie bezpieczny. Z wiekiem coraz dłużej odpowiada się na zadane pytanie: „Grasz?”. Nagle stało się ważne kiedy, gdzie, po co, dlaczego, z kim. Szkoda. Tej wiosny życzę Wam i sobie, by spontaniczność charakterystyczna dla dzieci chociaż na chwilę zaskoczyła także Was. Joanna Figarska

49

Horror egzystencji według Bergmana Michał Chęciński

51

Teorie na zakręcie Paweł Bernacki

53

Problemy translatologiczne Finnegans Wake Katarzyna Northeast

„Kontrast” miesięcznik studentów Wydawca: Stowarzyszenie Młodych Twórców „Kontrast” ul. Romualda Traugutta 147 /14 50-149 Wrocław Adres redakcji: ul. Drukarska 35/13 53-311 Wrocław e-mail: kontrast.wroclaw@gmail.com http://www.kontrast-wroclaw.pl/ Redaktor naczelna Joanna Figarska Zastępcy Joanna Winsyk, Ewa Fita Redakcja Paweł Bernacki, Konrad Gralec, Jakub Kasperkiewicz, Katarzyna Lisowska, Szymon Makuch, Paweł Mizgalewicz, Agnieszka Oszust, Paulina Pazdyka, Marcin Pluskota, Barbara Rumczyk, Szymon Stoczek, Wojciech Szczerek, Jan Wieczorek, Michał Wolski, Alicja Woźniak, Łukasz Zatorski, Magdalena Zięba, Karolina Żurowska Fotoredakcja Bartek Babicz, Katarzyna Domżalska, Kalina Jarosz, Magda Oczadły, Agnieszka Zastawna Korekta Katarzyna Brzezowska, Magdalena Dziekońska, Alicja Kocik, Iwona Kusiak, Teresa Szczepańczyk, Monika Mielcarek, Alicja Urban Grafika Katarzyna Domżalska, Kalina Jarosz, Ewa Rogalska DTP Ewa Rogalska

Projekt okładki (w oparciu o zdjęcia i ilustracje z numeru) Ewa Rogalska


Geniusz obnażony szarej myszki

E

kshibicjonizm w filmie mieliśmy setki razy, ale jeszcze nie w tak artystycznym wydaniu. Arirang, Arirang, intonuje smętnie reżyser Kim Ki-Duk, a zarazem główny bohater dokumentu. Twórca dzieł takich jak Sen czy Pusty dom już 13 kwietnia obnaży przed widzem swoje najbardziej skryte lęki i kompleksy. Autotematyczny dokument został nagrodzony owacjami na Erze Nowe Horyzonty. Polecany zwolennikom kina autorskiego. Reszta niech się dwa razy zastanowi, bo Kim Ki-Duk nie będzie chciał nikogo męczyć swoją kinową medytacją.

Niekompletne szaleństwo

P

o Króliku po Berlińsku, już 20 kwietnia przyjdzie pora na danie z jeszcze wyższych sfer. Bartosz Konopka w Lęku wysokości nie idzie na łatwiznę i bierze na warsztat historię, którą napisało samo życie. Młody reporter telewizyjny odwiedza swojego chorego psychicznie ojca, powoli samemu zarażając się jego szaleństwem. Będzie typowo polski, depresyjny film czy też wyważona opowieść o życiu? Nie wiem, ale mam cichą nadzieję, że fabuła filmu wcale nie będzie odgrzewaną historyjką postępującego szaleństwa.

Francuski uśmiech

W

iosną dobra komedia jest na wagę złota, i to w tym wypadku złota nietypowego, bo pochodzącego prosto z Francji. Bohater filmu Nietykalni, Philippe, to arystokrata, który ma tyle pieniędzy, że sam mógłby wyprodukować niejeden film. Bogactwo nie idzie jednak w parze z rozsądkiem, bo kiedy Philippe ulega wypadkowi, decyduje się zatrudnić jako opiekuna młodego chłopaka, Drissa, który dopiero co opuścił więzienie. Chłopak ze slumsów i bogacz - z takiego spotkania muszą narodzić się iskry. Schemat akcji co prawda dobrze znany, jednak podany z francuskim smakiem, od 13 kwietnia może być idealną kontrą dla polskich komedyjek w stylu Kac Wawa.

Krzyk

jednego wiersza

A

lana Ginsberga przedstawiać nikomu nie trzeba. Lider pokolenia bitników wywarł niekwestionowany wpływ nie tylko na poezję, ale również na kontrkulturowy przewrót. Skowyt wyreżyserowany przez Roba Epsteina i Jeffa Friedmana opowiada historię tytułowego poematu, który wzbudził kontrowersje w całych Stanach Zjednoczonych. Miło będzie od 30 marca zobaczyć na ekranie surrealistyczne wizje poety i usłyszeć na ekranie poemat o tych, którzy odpalali papierosy w bydlęcych wagonach.

Przygotował Sz. Stoczek

Przygotował: Paweł Mizgalweicz


Blunderbuss

P

ołówka dynamicznego zespołu The White Stripes tym razem solo. 23 kwietnia nakładem Third Man Records/XL Recordings ukaże się album Blunderbuss. Trzynaście utworów to bardzo osobista twórczość muzyka, on też odpowiada za produkcję. Krążek promuje singiel Love Interruption – w którym Jack jest wspierany przez wokal Ruby Amanfu i piękne, proste dźwięki klarnetu. Zapowiada się bardzo klimatycznie.

Sted

B

abu Król to duet muzyków formacji Pogodno – Jacka „Budynia” Szymkiewicza i Piotra ,,Bajzla” Piaseckiego. 16 kwietnia wydadzą interesującą płytę – własne wersje kultowej twórczości Edwarda Stachury. Poczynienie śmiałe, zwłaszcza, że krążek ma być mocny, po „swojemu”, pełny brzmień saksofonu i efektownych muzycznych cudeniek-wspomagaczy. Co ciekawe, płyta ukaże się także w wersji anglojęzycznej (dostępnej tylko w Internecie) w tłumaczeniu Andrzeja Wojtasika.

The Pearl Sesssions

F

ani dobrej muzyki z lat 60. i 70. łączcie się! Oto prawdziwa perełka – album legendarnej Janis Joplin, wokalistki spod znaku psychodelicznego rocka, soulu i bluesa. Dwupłytowy album The Pearl Sessions zawiera ostatni studyjny krążek charyzmatycznej artystki sprzed ponad 40 lat oraz nigdy niepublikowane utwory The Pearl Sesssions, alternatywne wersje piosenek, fragmenty koncertów, różne nagrania z ostatnich lat życia. Album to przypomnienie, że muzyka Janis nie umiera nigdy. Premiera 17 kwietnia. Wydawnictwo Sony Music i Legacy Recordings.

W Krainie Popu ciągłe perturbacje

A

bdykacje, wolne elekcje, a podobno królowa jest tylko jedna – czy jest nią Madonna? Piosenkarka wydaje nową płytę, dwunastą w artystycznym dorobku, zatytułowaną enigmatycznym MDNA. Ostatnio mało się o niej słyszy, choć powinno, bo pretendentek do tronu jest wiele, a Lady Gaga depcze jej po piętach. Czy (i czym) nas zaskoczy – tego możemy się dowiedzieć już od 27  marca. Płyta ukazała się nakładem wytwórni Interscope.

Steczkowska

i alternatywa?

C

zy te pojęcia wzajemnie się wykluczają dowiemy się 2 kwietnia, kiedy światło dzienne ujrzy nowy krążek wokalistki - XV. Płyta podobno zaprezentuje całkiem nową kreację artystyczną Steczkowskiej, ma na to wpłynąć współpraca z młodymi producentami. Będą także stare hity w nowych aranżacjach. Piosenkarka ma ogromny potencjał i jeżeli usłyszymy świetne utwory na miarę Dziewczyny szamana – jestem na tak. Wydawnictwo Licomp Empik Multimedia.

Przygotowała K. Żurowska


Wrocław jeszcze bardziej Etno

E

thno Jazz Festival przyzwyczaił już do koncertów z muzyką z najwyższej półki. Po m.in. występach Leszka Możdzera, Motion Trio i światowej klasy saksofonistki Candy Dulfer czas na kolejną porcję świetnych dźwięków. Już 15 kwietnia w Synagodze pod Białym Bocianem we Wrocławiu odbędzie się koncert Kapeli ze Wsi Warszawa promujący nową płytę NORD. Zespół, który ma na swoim koncie Paszport Polityki oraz dwa Fryderyki, jest jednym z najważniejszych i najlepszych polskich kapel spod znaku szeroko pojętnego etno i folku.

CeZik koncertowo

W

dzisiejszych czasach gwiazdą w Internecie może zostać każdy. Niewielu robi to jednak z taką klasą, jak CeZik. Forfiter Blues (,,Patrz stary jaka franca!”) czy projekt KlejNuty (z którego pochodzi prześmieszny utwór Lubię wypić z udziałem Czesława Mozila ) to wszystko wytwory Cezarego Nowaka, zwanego CeZikiem, który postanowił wychylić nosa zza komputera i gitary oraz ruszyć w trasę koncertową. Ma być akustycznie, ma być klimatycznie. Gratka dla każdego, kto jest maniakiem filmików muzyka i lubi ten typ humoru.

Cały ten

W

Jazz!

dniach 18-24 kwietnia już po raz 48 odbędzie się Wrocławski Festiwal Jazzowy Jazz nad Odrą. W ramach tego jednego z najstarszych festiwali jazzowych w Polsce oprócz koncertów wykonawców polskich i zagranicznych odbywa się także konkurs na Indywidualność Jazzową, którego uczestnikami są młodzi utalentowani muzycy i wokaliści. Na tegorocznej edycji wystąpią m.in.: Branford Marsalis Quartet, Freddy Cole Quartet z Big Festival Band pod kier. Zbigniewa Czwojdy,  Me Myself & I oraz Tuźnik/ Kądziela Quartet (laureaci Grand Prix JnO 2011). Odbędą się również dwa benefisy: z okazji jubileuszu 40-lecia pracy estradowej gitarzysty Jarosława Śmietany i z okazji 30- lecia istnienia zespołu String Connection. Festiwal zakończy się dwoma mocnymi akcentami: koncertem szwedzkiego kontrabasisty Larsa Danielssona (współpracującego m.in.: z Leszkiem Możdżerem) oraz występem (w ostatnim dniu ) świetnego polskiego trębacza Tomasza Stańki w towarzystwie New York Quartet.

Przygotowała K. Żurowska


Była sobie raz królewna…

M

ariusz Sieniewicz – jeden z najzdolniejszych prozaików młodego pokolenia – zabiera się za prześwietlenie relacji damsko-męskich. W swojej najnowszej książce pt. Śpiąca królewna, wydanej nakładem wydawnictwa Znak, opisuje historię Emi: czterdziestoletniej singielki, która po zupełnie niespodziewanym pojawieniu się siostry wyrusza w podróż w poszukiwaniu mężczyzny idealnego. Patrząc na wcześniejsze powieści Sieniewicza, możemy być pewni, że ta swoista kobieca Odyseja nie tylko zapewni nam odpowiednią rozrywkę, ale także nauczy czegoś ważnego…

Co nam zostało z Freuda?

W

ydawnictwo Czarna Owca przygotowało fantastyczną pozycję dla wszystkich, których od dziesiątek lat irytuje wyjaśnianie wszystkiego psychoanalizą. Zmierzch bożyszcza Michela Onfrey’a próbuje obalić wszystkie mity narosłe wokół Freuda i zdemaskować naiwność psychoanalizy. Nie ukrywam, że niezmiernie mnie to cieszy. Was też?

P

Kafka i jego listy

roces, Zamek ­– zniewolenie człowieka, ciągła niepewność, dominacja systemu… Tak, tak, ale przecież Franz Kafka to nie tylko wybitny pisarz i wnikliwy obserwator rzeczywistości, jakiego znamy ze szkół. To również osoba prywatna, która miała swoje pasje, nawyki, a także zdarzało się jej pisać listy. Z tymi właśnie zapoznaje nas publikacja wydawnictwa W.A.B. Listy do rodziny, przyjaciół, wydawców gromadzą niepublikowane dotąd w Polsce listy Kafki. Chyba warto zajrzeć, w końcu nic tak nie cieszy, jak pogrzebanie w cudzej prywatności, a jeszcze jak dodatkowo odkryje się jakieś ciekawostki.

Marian Pilot raz jeszcze

P

rzyznanie danemu autorowi Nagrody Nike stwarza idealną okazję, by raz jeszcze zainteresować się jego twórczością. Tak też dzieje się w przypadku Mariana Pilota. Już niebawem w Wydawnictwie Literackim, po ponad czterdziestu latach od napisania, ukaże się Pantałyk – zbiór trzynastu opowiadań składających się na sagę rodu Dudów, gdzie realizm miesza się z ludową mitologią. To po prostu kawał dobrej prozy okraszony świetnie wplecioną gwarą. Czego chcieć więcej? przygotował P. Bernacki


Roz

nie-sztampo fot. archiwum Teatru Sztampa


a i n a z ą zwi

owe

Teatr wcale nie musi odstraszać nadmiernym symbolizmem i sztucznie wykreowaną powagą. Może stanowić miejsce, które na chwilę pozwoli oderwać się od codziennych spraw. Teatr może być rozrywką, na dodatek niegłupią. O tym, że można go oswoić i zdjąć z wysokich szczudeł, z których nad resztą górował przez wieki i regularnie przyciągać rzeszę oddanych widzów, opowiadają twórcy Wrocławskiego Teatru Sztampa. Paulina Pazdyka

C

zy teatr w ogóle jest trendy? Margot: Nawet pobieżnie patrząc na dzieje teatru można stwierdzić, że, bardzo delikatnie mówiąc, zawód aktora i  działalność sceniczna spotykały się ze znacznie mniejszym splendorem niż obecnie. Dopiero na drodze ewolucji wszelkie zjawiska natury teatralnej zaczęły cieszyć się większym zainteresowaniem i zyskały znaczącą rangę. Historia mówi, że teatr często sprowadzał się do rozrywki w najprostszym tego słowa znaczeniu. Zawód aktora nie nobilitował, nie zapewniał pozycji społecznej, aktor był kimś do wynajęcia. W niektórych wiekach aktorka znaczyła wręcz niewiele więcej niż prostytutka. Z czasem uległo to zmianie, teatr zyskał na znaczeniu, stał się czymś ważnym, bardzo ważnym. I teraz, tak, zdecydowanie teatr jest trendy. Choć my… zajmujemy się formą teatru, która zdecydowanie nie jest modna. Mnie bardziej interesuje wasze osobiste zapatrywanie na tę kwestię. Czy w  czasach, kiedy co drugi Polak sięga po jedną książkę rocznie, jest dla kogo robić ten teatr? Zawsze przecież było tak, że korespondował on z literaturą, która nawet jeśli nie stanowiła bezpośredniej inspiracji czy materii twórczej, pozwalała na zarysowanie określonych kontekstów odbioru. Margot: To, że literatura jest dla nas sprawą fundamentalną, widać po naszym repertuarze! Ponoć współczesny student czyta tylko i wyłącznie swój indeks! (śmiech)

9

A może to jest właśnie sposób, by dotrzeć do ludzi z klasyką, która naprawdę jest warta uwagi, stąd Mrożek, stąd Lem, Kundera i inni. Chociaż wiadomo, że sama literatura nie stanowi dla nas jedynego źródła inspiracji. A wracając do mody - sam fakt, że w naszym kraju od kilku lat funkcjonują teatry, które z powodzeniem radzą sobie bez wsparcia z budżetu państwa, jest chyba dowodem na to, że tego typu działalność cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Jacek: I okazuje się, że jest dla kogo tę klasykę grać! Z moich obserwacji wynika, że studenci stanowią ogromną grupę odbiorców teatralnych i coraz częściej wybierają teatr jako miejsce, które jest dla nich doskonałą rozrywką. Nie bójmy się tego słowa. Rozrywka nie musi być głupia. Jak myślicie, z  czego wynika taka tendencja? Jacek: Ten zwrot ku teatrowi? Każdy szuka czegoś, co powoli mu się oderwać nawet na chwilę od codziennego życia. Teatr jest jedną z opcji, obok kina, kabaretu, opery. Choć nie brakuje też takich ludzi, którzy teatr traktują jako narzędzie do przybrania pewnej pozy. Bardzo mądrej pozy. (śmiech) Karol: Swoistym manifestem w tej kwestii jest nasz spektakl „Duszno”, w którym dotykamy tego tematu. Jan: Jak i w naszym Mrożku! A  czy nie jest przypadkiem tak, że w czasach, kiedy tak bardzo obnosimy się ze swoją prywatnością na portalach społecznościowych, manifestujemy własne „ja”, wszystko dosłownie


nazywamy, klasyfikujemy podświadomie wracamy do korzeni? Chcemy mieć sferę, w której pozostawiony zostaje margines niedopowiedzenia, swoboda odbioru? M: Na pewno. Choć z drugiej strony mamy do czynienia z inną tendencją. Panuje moda na to, aby nadmiernie zapętlać się w rozbudowanej symbolice, która w pewnym momencie traci na swojej wartości. Wielu twórców teatralnych tworzy strukturę sztuki udziwniając ją do granic możliwości i szafując symbolem tak, jakby opowiedzenie jakiejś historii w sposób tradycyjny, było jakąś wielką hańbą, ujmą. Z resztą sam Jacek Głomb, słynący skądinąd z awangardowych pomysłów, wygłosił manifest przeciwko nadmiernej fragmentaryczności przedstawień, eksploatacji symboli, które zaczynają znaczyć wszystko i nic. Nie chcecie takiego teatru? To w takim razie jakie estetyki preferujecie? Margot, Jacek: Sztampowe! K: Po prostu zależy nam na tym, aby prezentować sztukę, która nie będzie naszpikowana symbolami. M: Nie jest tak, że operowanie symbolem, fragmentaryczna forma jest czymś złym, absolutnie nie! Często są to genialne rzeczy! Ale jakoś tak się porobiło, że ten trend stał się jedynym słusznym. Cóż to za awangarda, która stała się zasadą? Wbrew powszechnie panującej opinii, że teatr młody, studencki, amatorski powinien łamać bariery, zajęliśmy się bardzo niemodną jego odmianą teatrem słowa i opowieści. A może właśnie w ten sposób przełamujemy pewną barierę? Czyli stajecie na przekór historycznej tendencji oscylowania teatru studenckiego wokół działań awangardowych? M.: Nasz teatr powstał trochę z buntu wobec takiego przymusu. Uuu, poważnie zabrzmiało. Jan: Mnie się wydaje, że wypełniamy taką lukę pomiędzy pewnym mainstreamem, który jest powszechnie serwowany, jak też pomiędzy tą twórczością awangardową. Zajmujemy przestrzeń, która jest, obrazowo rzecz ujmując, zjadliwa i, mamy nadzieję, wnosi pewną wartość dodatnią. Margot: Wypełniamy lukę – jesteśmy tym wobec teatrów wyrosłych z PWST, czym jest zespół garażowy wobec muzyków z Akademii Muzycznej. Z tym, że, gdy zespół garażowy sięga po klasyczne prądy – jak blues, czy jazz, nikt nie krzywi się tak jak na teatrzyk amatorski sięgający po klasykę. Czy zdajemy Ifot.archiwum fot. archiwumTeatru grupy Sztampa

10


sobie też sprawę, że w forma, którą wybraliśmy jest dla amatorów trudna, bardziej obnaża błędy? Jasne, że tak. Braki w umiejętnościach aktorskich łatwiej ukryć w działaniach happeningowych, czy performancowych. Natomiast kiedy trzeba wyjść na scenę i od początku do końca, twarzą w twarz, zbudować pewną narrację, nie jest łatwo. Nie ma się za czym schować. Forma teatru słowa bezwzględnie uwidacznia braki w warsztacie, ale uczciwie możemy powiedzieć, że zawsze staramy się nadrabiać zapałem! Czym się kierujecie w  wyborze repertuaru? M: Nie mamy świętych zasad wyrytych w skale (śmiech), choć wiemy co chcemy robić. Jacek.: Odbywa się to bardzo po ludzku - po prostu, jeśli któreś z nas ma pomysł na opowiedzenie czegoś, pomysł, którym nas zarazi – zaczynamy go realizować. Tylko tyle i aż tyle. Staramy się też, aby w miarę możliwości, nasz teatr był teatrem autorskim. K.: Naszym głównym scenarzystą jest Margot, zrealizowała najwięcej spektakli, dopracowuje je od strony literackiej, nadała SZTAMPIE pewien ton. M: Ton kształtował się wraz z rozwojem grupy. Robiliśmy w tym roku nabór i byliśmy naprawdę mile zaskoczeni odzewem! Organizując taki nabór, wiecie dokładnie, kogo chcielibyście włączyć w szeregi Waszego zespołu? M.: Absolutnie nie. Natomiast obserwując to, co przygotowują ludzie zainteresowani rozpoczęciem przygody ze SZTAMPĄ, wyczuwa się określony typ osobowości, wrażliwości, ważne, by umieć coś zaproponować, wnieść do zespołu inny rodzaj energii, jakość, której jeszcze nie mamy. Bo teatr to zabawa zespołowa. Jacek: Cały czas trzymamy się konwencji naboru a nie castingu. Zależy nam na poznaniu ciekawych osób. Nie chcemy nic strasznie oceniać, weryfikować, przyznawać not. Pragniemy po prostu natrafić na taki typ osobowości, który pozwoli danej osobie odnaleźć się w naszym zespole, poczuć się swobodnie i wydobyć coś, co będzie jednym z elementów dla naszej działalności. K.: Naszym ostatnim „nabytkiem” jest np. siedzący tu z nami Janek. (śmiech) Jan.: Tak, to prawda. Co ciebie skłoniło, żeby zacząć bawić się w teatr? Jan: Przypadek. Natknąłem się na informację w Internecie i stało się. Na wstępie zaintrygował mnie pomysł na nabór, samo

11


zadanie, które dostaliśmy. Najprzyjemniejsze w tym wszystkim było to, że miałem pełną swobodę twórczą. Nacisk położony był na kreatywność. Dano mi do przygotowania zadanie aktorskie i po prostu spodobałem się. Jacek: Dobra, dobra – przyznamy się – łapówa była! M: Poza tym, że Janek porwał nas pomysłowością, nie bez znaczenia był fakt, że jest… elektrykiem (śmiech) Jan.: Fakt, stwierdziłem, że nawet jeśli moja propozycja nie okaże się na tyle wystarczająca, aby w pełni uczestniczyć w występach scenicznych, to z chęcią zaangażuję się w cały szereg innych prac, jakie wykonuje się podczas przygotowywania, realizacji i wystawiania przedstawienia. Jest tego naprawdę sporo. Mówisz o działaniach od strony technicznej? Jan: Tak. M.: Zawsze powtarzamy, że SZTAMPA to nie tylko przedstawienia, ale cała masa innych czynności. Jan: Samo granie to wisienka na torcie. M: Teatr trzeba stworzyć od podstaw. Dlatego nie ma u nas ścisłego, niezmiennego podziału obowiązku. Każdy daje coś od siebie. Jeśli umiesz malować, to współtworzysz scenografię. Jeśli grasz na instrumencie, śpiewasz, pomagasz przy aranżacji muzycznej. Kiedy jest taka potrzeba stajesz się szatniarzem lub bileterem. Często bywa tak, że zgłaszają się do nas osoby, które wyobrażają sobie, że przyjdą, przebiorą się, wyjdą na scenę i na tym zakończy się ich działalność. Powtarzamy jak mantrę – żeby móc grać, trzeba mieć gdzie. Jacek.: Mnie zależy też na tym, aby nie klasyfikować nas jako teatru Politechniki Wrocławskiej tylko z takiego powodu, że działamy pod jej strzechami. Widzę, że walczycie z  pewnym stereotypem! M.: Tak, bo SZTAMPA zawiera w sobie tradycje uniwersytecie, politechniczne, Akademii Muzycznej itd. W swoich szeregach mamy ludzi z każdej możliwej uczelni. A Politechnika przygarnęła nas i wsparła. Jesteśmy jej naprawdę bardzo wdzięczni. Jan: Tak, to prawda. Politechnika ma naprawdę dużo do zaoferowania w kwestii działalności zarówno samorządu studenckiego, jak i przeróżnej maści organizacji studenckich. Tutaj naprawdę jest przestrzeń do różnych działań i aktywności, która nie jest fot. archiwum Teatru Sztampa (2)

bezpośrednio związana z samym faktem studiowania czegokolwiek. Jednym słowem - dobrze wam tu jest! Jan.: Wiesz, tak naprawdę to wszystko sprowadza się do tego, na jakich ludzi natrafisz w danym miejscu i czasie. Nam się udało skonsolidować grupę prawdziwych zapaleńców i stąd możliwe było podjęcie działań, których efektem są przygotowane przez nas przedstawienia. M.: Każdy nasz projekt wyrasta z ogromnego zaangażowania, my nie możemy płacić, dlatego wiemy, że najważniejsze jest zarażenie pomysłem , by „sprzedać” pomysł i energię tak, aby ktoś z własnej, nieprzymuszonej woli zechciał się zaangażować i dorzucić od siebie coś. Ostatni ciekawy pomysł, do którego udało się Wam kogoś przekonać to… M.: Phillip Fairweather, który wystąpi na naszym rozpoczęciu sezonu, z recitalem swingowo-jazzowym. W grudniu zadbał o oprawę muzyczną „Mrożkowych Projektów Rozmaitych” w restauracji wegetariańskiej „Złe Mięso”. A wcześniej, choćby siedzący tu Karol, dzięki któremu do spektaklu „Duszno” przygrywa kwartet smyczkowy. Może przybliżcie przygotowane i  odgrywane przez SZTAMPĘ spektakle. Jacek: Jak dotąd większość z nich została przygotowana i wyreżyserowana przez Margot. Na każde z naszych przedstawień zawsze przychodzi tłum bardzo oddanych, zaangażowanych widzów. To bardzo cieszy, jeśli ma się tę świadomość, że występujesz przed kimś, kto autentycznie przyszedł obejrzeć coś z własnej, nieprzymuszonej woli. Przychodząc na studia na Politechnice sam do końca nie wierzyłem, że moje marzenia, plany związane ze stworzeniem grupy teatralnej uda się zrealizować. Jako, że potrzebowałem zgromadzić grupę różnorodnych osób, postanowiłem zamieścić najzwyklejsze ogłoszenia o naborze. Jedną z osób, która w sieci natrafiła na informację o tym, że jest taki plan, była właśnie Margot. Bardzo bałem się, czy uda się przejść przez biurokratyczną przeprawę w dziale studenckim. Ale udało się. Co prawda oficjalnie zarejestrowano nas i „objęto opieką” po pół roku, ale tak naprawdę od samego początku wszyscy działali intensywnie i pracowali. M.: Ja od razu zapałałam entuzjazmem do pomysłu Jacka, ale skłamałabym, gdybym powiedziała, że zakładana liczba odgrywanych spektakli, nie przeraziła mnie. Ale gramy dość intensywnie. W tygodniu

12

potrafimy zagrać od 4 do 6 spektakli i jakoś toczy się to wszystko. Wyjść na scenę, skupić na odgrywanej roli uwagę odbiorcy, pokonać bariery to trudna sprawa. Co tak naprawdę daje Wam taka działalność? M.: Pewnie każdy może wymienić coś innego. K.: Dla mnie to wielka radość, satysfakcja, kiedy mogę zobaczyć osobę wychodzącą z przedstawień SZTAMPY, która posiada wielki uśmiech zadowolenia z tego, co zobaczyła. Gdy słyszysz, że ktoś, kto Cię obejrzał np. w komedii szczerze się uśmiał podczas godziny czy też dwóch, to masz z tego ogromną frajdę. M.: Mnie cieszy fakt, że tak wiele z grających u nas osób nie tworzy wokół naszej działalności żadnej ideologii, są z nami dla takiej zwykłej, ludzkiej radości i potrzeby


współtworzenia czegoś. Zwłaszcza dziś, gdy dorabia się ideologię do dziury w płocie. Czyli gracie, bo po prostu się lubicie, nadajecie na tych samych falach, macie podobny typ wrażliwości… Jacek: Tak, ale jest jeszcze druga strona tego wszystkiego. Niewątpliwie jest nas dużo. I na razie udaje nam się to jakoś ogarnąć! Ile osób liczy obecny skład SZTAMPY? J.: Trzydzieści. Każdy przychodzi z własną intencją. Niektórzy nie poszli do szkół teatralnych, a chcą realizować swoje marzenie dotyczące obcowania ze sceną. Ale w większości przypadków kolejność jest odwrotna. Ktoś zainteresuje SZTAMPĄ, stwierdza, że warto spróbować, a potem nabiera chęci do tego, żeby powalczyć o przejście przez sito selekcji w PWST. W przeszłości mieliśmy do

czynienia także ze studentami aktorstwa, którzy zasilali nasze szeregi. M.: Nam chodzi o frajdę. Mocno zastanawia mnie pewna rzecz - wciąż panuje przekonanie, że teatr powinien być robiony wyłącznie przez zawodowców, a w chwili, kiedy ma on wymiar amatorski, to wręcz należy traktować go protekcjonalnie. Taki pogląd zniknął już z muzyki, malarstwa, poezji, a w teatrze pozostał i ma się dobrze. Fascynuje mnie, dlaczego tak jest. Nikt nie liczy muzykującym amatorom potknięć w półnutach, czy rozłożeniu taktów w utworze. Nie wypomina się, że muzyk-amator jest słabszy, nie zagra Prokofiewa tak jak skrzypek kończący Akademię, prawda? Mimo to potrafimy docenić wartość, którą wnosi. Natomiast aktor-amator, to naturszczyk, to coś wstydliwego. Pewnie,

13

że jesteśmy słabsi, pewnie, że widać to gołym okiem. Nigdy nie pretendowaliśmy do tego, aby równać się z profesjonalistami. Bardzo ciekawi mnie ten pomysł rezerwowania teatru dla profesjonalistów, was nie? Może taki schemat jest słuszny, ale dlaczego zniknął z innych dziedzin? Ciekawe, nie? Jan.: Scena jest naprawdę duża i może pomieścić wielu ludzi. Co stanowi dla was najtrudniejszy element w działalności scenicznej? Jacek: Jak dotąd to jest to elektryka. Nieustannie coś szwankuje. A poza tym – logistyka, pozwolenia, biurokracja, promocja, finanse, sprawy techniczne – i samo prowadzenie teatru – ludzi, prób, organizacji wystawianych spektakli. Sama gra jest autentyczną przyjemnością.


Jak często musicie się spotykać, aby doszlifować przedstawienie? M.: To zależy od danego projektu. Nie ma sztywnych zasad, że widzimy się we wtorki od szóstej do 21.23. – z każdym projektem jest inaczej, według możliwości i potrzeb... Zdarza nam się siedzieć do późnych godzin nocnych. Ile trwa średnio przedstawienie SZTAMPY? K.: To zależy, ale średnio od jednej do dwóch godzin. Ale do tego trzeba także doliczyć czas, jaki upływa nam na przygotowaniu się do samego występu, a także wykonaniu czynności końcowych. J.: Z racji warunków, w jakich wystawiamy przedstawienia, nasza scenografia jest nieustannie składana i rozkładana, dlatego trudno jednoznacznie stwierdzić, jaka jest ta ostateczna ilość wymaganego czasu. M: Jacenty to typ, który mimo że gra to do ostatniej minuty, przed ich rozpoczęciem, biega, podłącza kabelki i ogarnia fot. archiwum Teatru Sztampa (2)

wszystko od strony technicznej. A charakteryzatorka biega za nim. Jacek: Może zabrzmi to nieskromnie, ale sam się zastanawiam nad tym, jak to możliwe, że stać mnie na taką podzielność uwagi. Zdarzają się wam jakieś śmieszne wpadki? M: Jasne! Jacek.: W spektaklu na podstawie Kundery mam jedną swoją scenę, właściwie mini monodram. I raz rozłożyła mnie na przysłowiowe łopatki pewna pani z widowni. Wygłaszałem bardzo poważne kwestie, a wspomniana pani zaczęła się śmiać. A miała tak zaraźliwy śmiech, że po chwili cała widownia się śmiała, łącznie ze mną, choć nie mogłem tego po sobie pokazać! Dopiero jak odwróciłem się na dłuższą chwilę plecami do widowni, udało mi się ponownie skoncentrować i zagrać, ale bardziej przypominało to próbę jak najszybszego uporania się z rolą

14

zanim ostatecznie się nie „ugotowałem scenicznie”. M: A całkowicie aktorzy ugotowali mi się podczas Mrożkowego spektaklu w grudniu, gdy zespół pofolgował sobie TROCHĘ z improwizacją, a publiczność żywo na to reagowała. Gdy w kulminującym momencie nadepnięto na dokładkę statystę Kanarka, zamkniętego obok w klatce, sala wręcz eksplodowała! Ale z dwojga złego – lepsze takie wpadki, podczas których publiczność śmieje się do rozpuku przy inteligentnym absurdalnym humorze, niż inne prawda? Wiem, że SZTAMPA odgrywała w przeszłości happeningi na ulicach. Jak wspominacie to doświadczenie? M.: Przed „Teatraliami” w Centrum Inicjatyw Artystycznych, dwukrotnie odgrywaliśmy przy ul. Świdnickiej happening „czy-ta?-czy-ta?-my!”. Ludzie bywają zabawni podczas takich działań, choć najczęściej uciekają. Ale zdarzają się też i tacy, którzy


szybko podchwytują atmosferę i włączają się do zabawy. Pewien pan uważnie śledził naszą akcję, po czym wyraźnie sygnalizował, który fragment mamy specjalnie dla niego powtórzyć. Staracie się raczej wyjść w świat… J.: Tak, chociaż takie wyjście jest dużą inwestycją czasową i techniczną. Wiele trzeba zorganizować, by móc wystąpić w innym miejscu. Wychodzimy w świat, bo chcemy być alternatywą dla wrocławskiej teatralnej alternatywy. A  czujecie się częścią wrocławskiego środowiska artystycznego? J.: Staramy się wchodzić w nie, ale chyba nadal jesteśmy gdzieś poza. M.: Nadal stykamy się z dużą dozą protekcjonalizmu, w traktowaniu nas jako organizacji, która działa w określonym obszarze kultury. Może warto pomyśleć o  udziale w  jakimś przeglądzie?

M.: Hmm... formuła przeglądów teatrów amatorskich bardzo często nam to uniemożliwia - ograniczenie czasowe samego spektaklu (do 30 min.) oraz przygotowań (montaż i demontaż w kilkanaście minut). A wychodzimy z założenia, że nie ma większego sensu robić coś typowo pod konkursy. J: Ale nasz udział w ubiegłorocznej FAMIE był dla nas bardzo miły – wyróżnienie, miejsce na podium, ale przede wszystkim słowa jurorki Marzeny Sadochy, o tym, że operowanie słowem, dialog jest trudniejszy niż ustawienie spektaklu wizualnego. A co stanie się ze SZTAMPĄ w momencie, kiedy schowacie swoje indeksy do szuflady? Jan.: Jest u nas kilka osób, które odłożyły już indeks do szuflady, a mimo to nadal tworzą SZTAMPĘ. To dobrze wróży! (śmiech) Jesteśmy na tyle zgrani, posiadamy tyle mobilizacji, że na pewno czasu i chęci na SZTAMPĘ nie zabraknie. Jest to dla nas na tyle ważna

15

sfera samorealizacji, źródło pozytywnych emocji, że nie zaprzepaścimy tego. M: Tak naprawdę sami jesteśmy z Jackiem zdziwieni jak bardzo SZTAMPA się rozwinęła, więc niewykluczone, że zdziwimy się jeszcze nie raz. Plany na przyszłość? M.: Najbliższa to pójść coś zjeść, a potem… potem wystawić 3 premiery. J.: To trochę rekompensata za ostatnie miesiące, w których widzowie dopraszali się o nowe przedstawienia. Na razie bez szczegółów. Dajcie się zaskoczyć!


Autyzm w

zbliżen

„Co się stało z Bartłomiejem Topą?” – to pytanie zadawali sobie internauci, którzy widzieli filmy z aktorem dziwnie zachowującym się na ulicach Warszawy i widzowie programu Pytanie na Śniadanie z jego udziałem. Rozkojarzenie, wiercenie się, brak aktywnego udziału w rozmowie i dziwne odpowiedzi nie były, jak domniemywano, stanem odurzenia, lecz częścią kampanii na temat autyzmu. Barbara Rumczyk

A

utyzm wprowadza zmysły w błąd” – to jedno z haseł nowego projektu fundacji Synapsis, w której wziął udział Bartłomiej Topa, wcielając się w osobę chorą. Misją projektu jest pokazanie życia osób dotkniętych autyzmem, ich problemów i reakcji otoczenia, które często nie rozumie istoty odmiennego zachowania. Autyzm jest zaburzeniem rozwojowym. Dotknięci chorobą mają problemy z komunikacją i interakcją społeczną, podają Kirsty Yates i Ann Le Couter w publikacji pod tytułem Diagnostyka Autyzmu. Jakie są przyczyny tej choroby? Pochodzenie: nieznane Można powiedzieć, nawiązując do głównego hasła kampanii fundacji Synapsis, że autyzm wprowadza w błąd także naukowców, a przynajmniej ich zwodzi. Jego dokładne przyczyny wciąż nie są znane ze względu na złożoność genetyczną i różnorodność przebadanej grupy ludzi dotkniętych zaburzeniami. Istnieje wiele szkół, które domniemywają różne podłoża tej choroby. Niektórzy naukowcy wierzą, że problemu należy szukać w biochemii i za odpowiedzialny uznają poziom serotoniny we krwi lub alergenność składników spożywczych. Istnieje też przypuszczenie, że jest to zaburzenie psychiczne, podaje portal healing-arts.org. Innym czynnikiem, który może mieć potężny wpływ na rozwój choroby, są geny. Ale to nie wszystkie domniemane przyczyny, które wciąż się bada. Skoro wróg organizmu jest tak trudny do zdemaskowania, to kogo atakuje, jak go rozpoznać i jak z nim walczyć? Ilustr. Kalina Jarosz

Jedno na sto cię nie zrozumie „Autyzm atakuje jedno na 100 dzieci (…) niezależnie od tego, do której grupy socjologicznej, ekonomicznej czy etnologicznej należą. W większości przypadków autyzm diagnozowany jest u chłopców, ale uważamy, że może się to wiązać z tym, że u dziewcząt jest trudniej wykrywalny” – tłumaczy Carol Povey, ekspert z National Autistic Society dla serwisu nhs.uk. Zdarza się, że objawy autyzmu mogą dostrzec rodzice już podczas swobodnej zabawy z dzieckiem. Povey, jako kryteria potwierdzające istnienie choroby, wymienia trudności w interakcji społecznej i komunikacji oraz brak zdolności do zrozumienia rzeczy z punktu widzenia drugiego człowieka. Przez to osoby dotknięte autyzmem wydają się skoncentrowane na sobie, trudno im wyrazić własne potrzeby. Badane osoby sprawdzane są na podstawie testów. Jednym z nich jest Skala Oceny Autyzmu Dziecięcego, w której dana ilość punktów przesądza o tym, czy dziecko jest chore i w jakim stopniu (brak autyzmu, stopień lekki, umiarkowany oraz znaczne natężenie autyzmu), wyjaśnia profesor Ewa Pisula z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego w wykładzie na temat wykrywalności autyzmu. Jak w przypadku wielu chorób, wcześniejsza diagnostyka gwarantuje lepsze wyniki terapii. Autyzm jest nieuleczalny, chory przez całe życie zmaga się z pewnymi trudnościami, ale „wczesna interwencja terapeutyczna  może sprawić, że  dziecko pokona ograniczenia wynikające z choroby” – opisuje Małgorzata Mikos w pracy o mitach i stereotypach dotyczących autyzmu na portalu dzieci.bci.pl.

16

Nie kupią biletu, ale wymyślą wzór na teorię względności Rodzice dzieci autystycznych muszą uzbroić się w cierpliwość, mieć dużo energii i być stale zaangażowanymi w ich rozwój. To jednak nie wystarczy, walka w pojedynkę nie zaprowadzi daleko, jeśli nie zna się rozwiązań, które mogłyby pomóc. Rodzice nie pozostają zdani tylko na siebie, powstaje coraz więcej placówek i punktów wsparcia, które pomagają w doborze specjalistycznych metod. Każde dziecko traktowane jest indywidualnie. Jedno reaguje negatywnie na najmniejszy szelest, inne tych dźwięków potrzebuje, by się skoncentrować. Priorytetem wymienionym przez profesor Ewę Pisulę jest rozwijanie komunikowania, umiejętności społecznych i umiejętności zabawy. Ogromnie ważny jest trening czystości, ustalenie regularnych godzin porannej i wieczornej toalety oraz odpowiednia dieta. Chorzy na autyzm często nie potrafią wykonać takiej czynności jak zakup biletu w autobusie. Zdarza się jednak, że posiadają zaskakujące umiejętności. O zachowania autystyczne posądza się dziś na przykład Alberta Einsteina. Jak podaje serwis naplesnews.com, Daniel Tammet, sawant (osoba upośledzona o genialnych zdolnościach), potrafi z pamięci wymienić 22514 cyfr po przecinku w liczbie pi.. Zna dziesięć języków. Gdy jest nerwowy, uspokaja się licząc w głowie kolejne potęgi dwójki. Liczby są dla niego drugim życiem, nadaje im faktury, kolory, cechy utożsamiane zwykle z osobami. „Żyję w dwóch domach – jeden to umysł, drugi to ciało. Jeden to liczby, drugi to ludzie” – wyjaśnia Tammet.


niu

17


Takich osób jak on jest jednak niewiele. Jak radzą sobie w późniejszych etapach życia ci, którzy nie posiadają podobnych zdolności? Autyzm a rynek pracy „Wiemy, że z dobrym wsparciem i edukacją tacy ludzie są w stanie pokonać wiele kroków i nadać swojemu życiu sens” – tak rolę nauki w procesie rozwoju osób dotkniętych autyzmem wyjaśnia Povey. Na Dolnym Śląsku jest około 15 placówek zajmujących się dziećmi chorymi na autyzm. Pedagodzy starają się, by dzieci uzyskały także takie umiejętności, które pozwolą im na odnalezienie pracy po ukończeniu edukacji. Przykładem osoby, której udało się spełnić marzenie sceniczne, jest Dariusz Bajorczyk, absolwent Zespołu Szkół Oświatowych nr 2 we Wrocławiu. Dariusz występuje na deskach Teatru Arka, który, jako jedyny profesjonalny teatr integracyjny, skupia artystów niepełnosprawnych. Praca na pełen etat dla osoby autystycznej jest sytuacją rzadką. Fundacja Synapsis próbuje to zmienić, organizując takie akcje, jak Autyzm i praca – nie wykluczam. Przy fundacji powstała Pracownia Rzeczy Różnych, która zatrudnia osoby z autyzmem, zajmujące się rękodziełem. Działa od 2007 r. i zatrudnia osoby, które nie poradziłyby sobie w gąszczu sztywnych reguł rynku pracy. Zadanie na co dzień W filmikach krążących w Internecie Bartłomiej Topa nie zachowuje się jak standardowy przechodzień. W metrze zatyka uszy, by nie słyszeć pisku rozpędzającej się

Ilustr. Kalina Jarosz

18

maszyny. Stojąc na ulicy, natarczywie obserwuje przechodniów, niespodziewanie podskakuje. Ludzie obserwują go tylko ze zdziwieniem i przestrachem. Niecodzienny performance aktora we współpracy z reżyserem Tomaszem Wlazińskim, który nagrywał jego zachowanie i reakcje osób trzecich, to część akcji pod nazwą Autyzm – całe moje życie. Fundacja Synapsis, wspierająca osoby dotknięte spektrum autyzmu i ich rodziny, po raz kolejny pragnie zwrócić uwagę na to, jak zazwyczaj odbierani są przez otoczenie chorzy. „Dla mnie to było zadanie aktorskie, dla wielu to codzienność” – podsumowuje akcję Bartłomiej Topa. Filmy z udziałem aktora można obejrzeć na stronie synapsis.org.pl. To przypomnienie o tym, że osoby te potrzebują wsparcia w nauce codzienności. My także uczymy się od nich, choćby baczniej postrzegać świat. Od rodzin chorych na autyzm możemy brać przykład siły i niezłomności. Próbując się do takich osób zbliżyć, natrafimy na wstyd spowodowany tym, że nie będziemy wiedzieli, jak się wobec nich zachować i strachem, że możemy popełnić jakiś błąd. Wkrótce w takich sytuacjach wspomóc ma publikacja pod tytułem Inaczej mówiąc Stowarzyszenia Dziennikarzy i Dokumentalistów Koncentrat, która będzie stanowić pewnego rodzaju poradnik savoir-vivre’u. To nie wstyd robić błędy, wstyd nie próbować. Dlatego naukowcy nie ustają w poszukiwaniu jednoznacznej przyczyny autyzmu.


19


Parę słów

o odpowie

Fot. Bożena Rudyk (3)

20


edzialnym biznesie

CSR – skrótowiec, który wydaje się tajemniczy. Nie chodzi jednak o żaden nowy lek, tytuł ustawy ani pseudonim artystyczny. To szlachetna biznesowa idea. Ma ona zapewniać rozwój otoczenia wielkich firm, czyste środowisko i lokalną współpracę. Tutaj jednak także pojawiają się kontrowersje. Alicja Woźniak

S

łowo „odpowiedzialność” często jest odmieniane przez wszystkie przypadki. Odpowiedzialne chcą być instytucje, partie polityczne i pojedyncze osoby. Słowo budzi pozytywne skojarzenia: przywołuje solidność i gotowość poniesienia konsekwencji swoich czynów. Od niedawna idea odpowiedzialności instytucjonalizuje się w biznesie. Pod dość tajemniczym skrótowcem CSR (Corporate Social Responsibility) kryją się działania, których podwaliny stanowiły wydarzenia z lat 50. i 60. XX w. Ich geneza sięgała jeszcze głębiej, aż do początku XIX wieku. Wtedy zaczęły powstawać pierwsze ruchy konsumenckie oraz ekologiczne. W latach 60. zaczął upadać XIX-wieczny stereotyp odpowiedzialności kapitalistów za swoje otoczenie. Tworzono coraz bardziej oddalone od społeczności korporacje międzynarodowe kierowane przez ludzi, którzy czuli się odpowiedzialni jedynie przed akcjonariuszami. Oznaczało to spore pęknięcie w dotychczasowym postrzeganiu wielkich przed-

siębiorstw. Jedną z przykładowych sytuacji opisał Ralph Nader w książce z 1965 r. zatytułowanej Unsafe at Any Speed. Pokazał w niej jak firma General Motors lekceważyła bezpieczeństwo swoich pasażerów. Dzięki podobnym głosom zaczęła wzrastać świadomość konsumencka i obywatelska. Dodatkowo, wskutek niezadowolenia wojną w Wietnamie oraz protestów studenckich w Europie, powstawały nowoczesne ruchy ekologiczne i pacyfistyczne. Wszystko to postawiło firmy w zupełnie nowej sytuacji. Zaczęły mówić o swojej odpowiedzialności za otoczenie. Zwiększały zaangażowanie w filantropię. Mimo tych, wydawałoby się oczywistych, spostrzeżeń dopiero w latach 90. ekonomiści doszli do wniosku, że maksymalizacja zysków za wszelką cenę w korporacjach, wcale nie powoduje zwiększenia dobrobytu społeczności.

go biznesu przywędrowała razem z międzynarodowymi korporacjami. Wtedy też pojawiły się w retoryce przedsiębiorstw takie sformułowania, jak ekologia, ochrona środowiska, współdziałanie ze społecznością lokalną. Pierwsze działania CSR w Polsce datuje się na koniec lat 90., natomiast ich dynamiczny rozwój rozpoczął się na początku XXI w. Do niedawna pracodawcy nie wiedzieli dokładnie, czym jest idea odpowiedzialnego biznesu. Terminowe wypłacanie pensji i przestrzeganie prawa uważali za wystarczające. Dziś okazuje się, że potrafią nie tylko przytoczyć dokładną definicję, ale też w większości przypadków deklarują, że stosują zasady społecznej odpowiedzialności w swoich firmach. W badaniu przeprowadzonym w 2010 r. przez Good Brand i Forum Odpowiedzialnego Biznesu okaz ało się, że tylko 40% największych polskich CSR w Polsce firm angażuje się we wdrażanie reguł Ze względu na warunki polityczno-go- biznesu odpowiedzialnego społecznie. spodarcze w Polsce idea odpowiedzialne- Jako główne przeszkody takich działań

21


podaje się niski poziom wiedzy na temat CSR, brak miejsc, z których można czerpać wzorce prawidłowych praktyk i małe zainteresowanie zarządów omawianą ideą. Dodatkowo przyczynia się do tego presja doraźności łącząca się z krótkoterminow ymi celami. Co znamienne, w Polsce brakuje z d e c yd ow a nyc h l i d e r ów C SR , c z y l i firm pod tym względem wzorcowych. W pierwszej trójce najbardziej zaangażowanych w działania społecznie odpowiedzialne w Polsce można było znaleźć Danone, Procter & Gamble i Kompanię Piwowarską, która należy do koncernu SABMiller. Pierwszą polską firmą na liście jest zajmujący 13. lokatę PKN Orlen. Koncern paliwowy prowadzi działania z omawianego zakresu praktycznie na wszystkich możliwych polach. Wspomaga swoje otoczenie, czyli Płock, w którym znajduje się jego siedziba. Firma stworzyła między innymi system grantów mających na celu edukację mieszkańców, rozwój systemu opieki zdrowotnej, podnoszenie bezpieczeństwa i zapobieganie wykluczeniu społecznemu. Firma współpracuje również z Muzeum Narodowym w Warszawie. W czasie realizowania inFot. Bożena Rudyk (3)

westycji Orlen dba o to, by jego wpływ na środowisko był neutralny. Jednym z celów jest również zapewnienie bezpieczeństwa w miejscu pracy, dbanie o rozwój pracowników oraz integracja w zespołach. Redukcja czasu spędzanego na zwolnieniu powypadkowym i chorobowym, lepsza praca całego zespołu, oraz bardziej efektywne wykorzystanie zasobów całego przedsiębiorstwa, to efekty wcielania CSR. Podobną strategię prowadzi firma Danone, która swoją koncepcję społecznej odpowiedzialności przywiodła z Francji. Oto oficjalne stanowisko koncernu: „chcemy być najbardziej odpowiedzialną firmą w Polsce i dzięki temu zdobywać zaufanie oraz budować przewagę konkurencyjną – to nasza wizja. Do jej realizacji służą systemy, które wspierają zarządzanie przedsięwzięciami we wszystkich wymiarach CSR”. Ta ogólna formułka nie niesie żadnych konkretnych informacji, dlatego lepiej posłużyć się przykładem. Jednym z działań proekologicznych jest Danone Carbon Pact, czyli umowa pomiędzy firmą i dostawcami, na mocy której są oni zobowiązani do monitorowania emisji CO2 związanej z produktami dostarczanymi koncernowi.

22

Na regionalnym podwórku CSR może sprawiać wrażenie działań prowadzonych przez największe firmy, które tworzą w tym celu specjalne jednostki. Jest to jednak pewien stereotyp, ponieważ wiele małych przedsiębiorstw, działając ych na lokalnym r ynku, funkcjonuje zgodnie z zasadami społecznej odpowiedzialności. Bardzo ciekawą akcję prowadzi sklep internetowy industria24pl, wrocławski dostawca elektronarzędzi. Firma odbiera zużyte narzędzia elektryczne poprzez swoją stronę www.ekograty. pl. System jest prosty: trzeba zadzwonić pod wskazany numer, poinformować, jakiego grata chce się pozbyć, a następnie wystarczy już poczekać na kuriera, który odbierze za darmo zepsuty sprzęt. Firma jest również partnerem grupy muzycznej All Sounds Allowed, znanej z gry na narzędziach elektrycznych, takich jak szlifierki i wiertarki. To dopiero nazywa się przetwarzanie! Innym regionalnym przedsiębiorstwem, które realizuje kampanie społeczne jest Mirosław Wróbel Sp. z o. o. - dealer samochodów Mercedes-Benz. W czasie ostatniego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy na wrocławskim Rynku postawiono ciężarówkę Actros, którą


można było okleić serduszkami, a za każde firma oddawała kolejną złotówkę na konto Orkiestry. Zakładem prowadzącym odpowiedzialną politykę, jest również opolska Nutricia. Stanowisko w tej sprawie przekazuje Kierownik ds. Odpowiedzialności Społecznej i Biura Zarządu, Beata Sawicka: „Naszym pracownikom zapewniamy bezpieczne warunki pracy oraz dbamy o ich rozwój i kształcenie. Współpracujemy ze społecznością lokalną, rozwiązując najbardziej widoczne problemy, skupiając się przede wszystkim na dzieciach. Realizujemy między innymi długofalową współpracę z Domem Dziecka w Tarnowie Opolskim. Jednocześnie mamy świadomość tego że nasze produkty trafiają do wyjątkowych konsumentów, jakimi są najmłodsi, dlatego przekazujemy ich rodzicom najlepszy jakościowo produkt”. Pewne wątpliwości Wiele firm chce dzięki swoim działaniom CSR minimalizować negatywny wpływ, który mają na otoczenie. Do takich przykładów można zaliczyć Totalizator Sportowy i Kompanię Piwowarską. Pierwsza z nich prowadzi program o nazwie „Bezpieczna Gra i Odpowiedzialna

Sprzedaż”. Poprzez edukowanie, badania i konferencje naukowe oraz szkolenia sprzedawców firma chce uświadomić klientom szkodliwość hazardu oraz ochronić przed nim dzieci. W 2010 r. została nawet zorganizowana ogólnopolska konferencja dla terapeutów i psychologów. Przyczyniła się ona do lepszego rozpoznania problemu, którym jest hazard. Z kolei Kompania Piwowarska, poza programami związanymi z kształceniem przyszłych kadr, zrównoważonym rozwojem i kształceniem pracowników, prowadzi kampanię edukującą w zakresie odpowiedzialnego spożywania alkoholu. Nie tylko stworzono stronę internetową o negatywnych skutkach picia, ale również przeprowadzono szkolenia z zakresu etyki i polityki firmy dla osób zajmujących się marketingiem. Teraz pojawia się inne pytanie. Na ile szczere są działania firm, które prowadząc podobne kampanie, pośrednio ograniczają własne zyski. Można pomyśleć: „Zmniejszają dochód tylko po to, by chronić środowisko? Wątpliwe”. Nie jest to jedyny konflikt interesów. Pojawiają się też działania, delikatnie mówiąc, moralnie wątpliwe. Dużym problemem jest zjawisko greenwashu (‘zielonego kłamstwa’),

23

czyli ukrywania pod płaszczem ochrony środowiska działań wręcz przeciwnych. Doskonałym przykładem są reklamy produktów, przedstawianych jako ekologiczne, pomimo że prawda jest zupełnie inna. Kwestia głównie dotyczy reklamowania samochodów terenowych o ogromnym zużyciu CO2, jako przyjaznych środowisku. W rzeczywistości nie mają one z ekologią często nic wspólnego. Czasem nawet przemyślane czynności mają na celu odwrócenie uwagi od niekorzystnych poczynań firmy. Można wymienić zorganizowanie przez amerykańskie linie lotnicze proekologicznej kampanii społecznej w czasie, kiedy jednocześnie walczyły w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości o nieobarczanie winą za zmiany klimatu wywołane przez nadmierny ruch powietrzny. CSR jest niewątpliwie mądrą i humanitarną ideą. Jak we wszystkich działaniach, także i tutaj można zetknąć się z nieuczciwością i zwykłym kłamstwem. Może lepsze skutki przynosi zmienianie ludzkiej mentalności niż tworzenie nowych stanowisk i zapisywanie ogólników, które niczego nie zmieniają? Jedno jest pewne: to pierwsze jest zdecydowanie trudniejsze do wykonania.


Internet

i Ty

czyli o zagro偶eniach wymiany plik贸w


Internet – niezmierzone źródło rozrywki, wiedzy i promocji. Dla jednych nauczyciel, dla drugich pracodawca. Oczywistym jest, że stał się także światową praformą wymiany informacji, plików itd. Trzeba jednak pamiętać, że wbrew temu, czym karmią nas różnorakie media (głównie w związku z niesławną umową „ACTA”), nie zawsze ściąganie plików z  Internetu jest równoznaczne z  odpowiedzialnością karną czy cywilną. Konrad Gralec

N

a początku zaznaczyć trzeba, że polskie prawo nie czyni dystynkcji między ochroną plików muzycznych, wierszy czy filmów. Ochroną prawami autorskimi objęty jest każdy utwór własny. Wymiana wszelakich plików może odbywać się w Internecie legalnie, jednakże granica pomiędzy legalnym a nielegalnym rozpowszechnianiem np. muzyki czy filmów jest określona w sposób bardzo niejasny i powodujący problemy. Ustawa o prawie autorskim i prawach  pokrewnych w art. 23 wprowadza pojęcie „dozwolonego użytku osobistego”, którego zakres definiuje się jako „korzystanie z pojedynczych egzemplarzy utworów przez krąg osób pozostających w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub stosunku towarzyskiego”. Problem polega na tym, że polska ustawa o prawach autorskich i prawach pokrewnych powstała przed czasami silnie internetowymi, także o ile w przypadku płyt CD jest jasne, że można ich słuchać ze swoją rodziną i przyjaciółmi, to prawnicy nie mogą jednoznacznie określić, czy w Internecie może być w ogóle coś takiego, jak dozwolony użytek. Przyjmuje się jednak, że: Legalne jest korzystanie z plików zamieszczonych w Internecie nawet w sposób nielegalny. Nie ma tu znaczenia, czy oglądamy wideo na YouTubie, czy korzystamy z plików po pobraniu ich na nasz dysk twardy. Trzeba tu zaznaczyć słowo korzystamy, a wiec nie rozpowszechniamy ich poza krąg osób, z którymi pozostajemy w związku osobistym. Kolejnym problemem jest udostępnianie plików poza wyżej wymieniony krąg osób. Można to robić dwojako, po pierwsze zamieszczając na publicznie dostępnej stronie internetowej linki do plików, które posiadamy nawet legalnie. Po drugie przez

sieci wymiany plików w ogólnodostępnych serwisach przez sieć P2P (już samo ściągniecie pliku wiąże się z jego wysłaniem, a co za tym idzie, z rozpowszechnianiem!), trudno będzie przecież udowodnić, że miliony osób, z którymi podzieliliśmy się naszym plikiem, to nasi przyjaciele i rodzina. W przypadku rozpowszechniania plików narażamy się na odpowiedzialność karną oraz cywilną. Odpowiedzialność karna wynosi do 2 lat pozbawienia wolności, a jeżeli ktoś przy rozpowszechnieniu osiągnął korzyść majątkową (na przykład dochody z reklam na stronie, na której znajdowały się linki do plików) – do 3 lat. Najbardziej dotkliwą formą kwalifikowaną jest uczynienie z rozpowszechniania plików stałego źródła dochodów lub działalności przestępczej, która zagrożona jest karą pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 5 lat. Inaczej jest w przypadku pirackiej wersji programu, np. gry komputerowej czy systemu operacyjnego. Pobranie pirackiej wersji takiej aplikacji grozi więzieniem. W tym przypadku nie możemy bronić się dozwolonym użytkiem osobistym, ponieważ programy komputerowe, chodź to również utwory, są bardziej chronione niż muzyka, filmy czy teksty, gdyż na mocy art. 77 ustawy o prawach autorskich są one wyłączone spod użytku osobistego. Ściągnięcie nielegalnej kopii takowej aplikacji traktowane jest jako kradzież, podlega więc karze od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności.  Poza odpowiedzialnością karną istnieje odpowiedzialność cywilna, niekiedy bardziej dotkliwa z uwagi na swój majątkowy charakter. Wielu prawników spiera się w kwestii odpowiedzialności cywilnej za korzystanie z udostępnianych w Internecie materiałów. Część uważa, że korzystanie z utworów udostępnionych w sieci odbywa się w myśl wspomnianego wcześniej

25

art. 23. Według tego artykułu nagrywanie nadawanych programów w telewizji czy audycji w radiu, a następnie odtwarzanie (niepubliczne) jest dozwolone. Od razu nasuwa się tu podobieństwo z tym, z czym mamy do czynienia w Internecie. Oglądając wideo na YouTubie, nie musimy zastanawiać się nad tym, czy film znalazł się tam za zgodą posiadacza praw autorskich, czy też nie. Przepis określa, że utwór musi być już rozpowszechniony, a wtedy możemy z niego korzystać, w granicach dozwolonego użytku osobistego. Kolejnym przepisem, na który powołują się prawnicy, jest art. 6 omawianej ustawy, według którego zabronione jest korzystanie z utworów rozpowszechnionych bez zgody wydawcy bądź twórcy. Inaczej jest jednak, gdy utwory zostały udostępnione w Internecie, zanim zostały rozpowszechnione przez wydawcę. Za przykład można posłużyć się premierą znanego filmu, gdy jego kopia znalazła się w sieci przed premierą. Osoba, która go pobrała będzie miała trudności w udowodnieniu, że korzysta z dozwolonego użytku osobistego, gdyż film nie został jeszcze rozpowszechniony przez wydawcę. To też korzystanie ponownie jest legalne tak samo, jak na gruncie prawa karnego. Natomiast jeżeli chodzi o odpowiedzialność cywilną za nielegalne rozpowszechnianie plików, to jest ona moim zdaniem dotkliwsza niż odpowiedzialność karna Zgodnie z art. 77 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, od osoby, która naruszyła prawa autorskie, można domagać się dwukrotności stosownego wynagrodzenia, a gdy naruszenie jest zawinione – nawet jego trzykrotności. Należy zaznaczyć, że bardzo trudno będzie tu udowodnić brak winy, ponieważ bezprawne zamieszczenie pliku w Internecie zazwyczaj jest świadome. Ilustr. Ktarzyna Domżalska


Którędy na ulicę Havla?

W

mieście, w którym ulice swojego imienia mają takie postacie jak Kiemliczowie i Balladyna, w przyszłości pojawi się ulica Vaclava Havla. Oczywiście, nie ma żadnego sensu porównywanie bohaterów fikcyjnych i historycznych. Zamiast tego, warto rozważyć zagadnienia łączące się z samą procedurą nadawania nazw wszystkim ulicom, podobne inicjatywy w innych polskich miastach i historyczne przyczyny tego typu przedsięwzięć. Udało mi się skontaktować z pomysłodawcą inicjatywy, Arkadiuszem Ignasiakiem, Konsulem Honorowym Republiki Czeskiej we Wrocławiu. Jak tłumaczy, decyzja o uhonorowaniu w ten sposób Havla była naturalna. Od wielu lat bowiem wiadomo było, że w przyszłości pojawią się ulice jego imienia. W Polsce pierwszym miastem, które zdecydowało się na ten krok, był Gdańsk. Jak dowiadujemy się z internetowego wydania dziennika „Rzeczpospolita”, stolica województwa pomorskiego jest najprawdopodobniej pierwszym miastem na świecie, które podjęło tę decyzję. Nazwę otrzymała nowo wybudowana droga łącząca trzy dzielnice. Na wrocławskiej „giełdzie nazw” pojawiają się różne propozycje ulic, które rzekomo miałyby zostać nazwane lub przemianowane, jak np. rondo na Placu Powstańców Śląskich.

Konsul wszelkie spekulacje ucina: „typowanie miejsc ma charakter dywagacji”. Tajemniczo nie chciał zdradzić, które miejsce byłoby według niego tym najodpowiedniejszym. Jaka zatem ulica spełniałaby odpowiednie kryteria? Mój rozmówca przekonuje, że powinna być na tyle duża, żeby mogły pojawić się adresy, ale żeby nie była to jedna z głównych arterii. Zagadką, jak się okazuje, jest nie tylko wybór miejsca, ale także czas, w którym urzeczywistni się inicjatywa Konsula oraz Solidarności Polsko-Czesko-Słowackiej. W regulaminie istnieje zapis mówiący, że „nazwy pochodzące od nazwisk nie mogą być nadane wcześniej niż po upływie pięciu lat od śmierci upamiętnionej osoby”, jednak mogą zaistnieć odstępstwa „w szczególnie uzasadnionych przypadkach”. Opinie włodarzy miasta są podzielone. Prezydent uważa, że należy przeczekać pięć lat od śmierci postaci, bo jest to dobry czas na refleksję. Chyba jest ona konieczna, ponieważ (zaryzykuję uogólnienie) Polacy wiedzą mało o swoich południowych sąsiadach. Wrocław ma niewiele ulic wiążących się z kulturą czeską, np. Jana Amosa Komeńskiego czy Husycka. Nie wspominając już o samej Czeskiej, która mieszkańcom przeważnie kojarzy się z dzielnicą, gdzie większość ulic ma nazwy krajów. Dlatego przemianowanie ulicy na cześć Vaclava Havla mogłoby się przyczynić do niewielkiego chociaż zainteresowania życiem Czechów. Igna-

26

siak przekonuje jednak, że „nie powinno się zwlekać, to niczego nie zmieni, ponieważ Havel i tak przeszedł do historii, niezależnie czy uczcimy jego zasługi teraz, czy za pięć lat”. O opinię w tej sprawie poprosiłam także przedstawicieli Ośrodka „Pamięć i Przyszłość”. Oto czego się dowiedziałam: „Nie mam najmniejszych wątpliwości, że Vaclav Havel zasługuje na to, aby jego imię nadać wrocławskiej ulicy bądź placowi. Był bardzo ważną postacią dla Polski i dla Wrocławia. Poczynając od Jego zaangażowania w kontakty z polskim ruchem antykomunistycznym, po wielokrotnie deklarowaną życzliwość dla naszego miasta. Sądzę, że władze Wrocławia wytypują odpowiednio godne miejsce, by uczcić Jego pamięć. Uważam też, że w przypadku tak ważnej postaci można skrócić przyjętą ogólnie procedurę postępowania”. Takie stanowisko przekazał rzecznik prasowy Ośrodka w imieniu dyrektora Marka Mutora. Widać zatem, że pomysł spotkał się z aprobatą i teraz wszystko leży w rękach władz. Trzeba przyznać, spora odpowiedzialność. Skoro nie ma głosów przeciwnych inicjatywie, warto dowiedzieć się (albo tylko sobie przypomnieć), co wiązało opozycjonistę i późniejszego prezydenta Czechosłowacji i Republiki Czeskiej z Wrocławiem. Wszystko zaczęło się w czasach antykomunistycznej opozycji, kiedy Havel


Vaclav Havel to postać, której nie trzeba przedstawiać. Niedawno pojawiła się propozycja nadania jego imienia jednej z wrocławskich ulic. Skąd wzięła się inicjatywa, jakie pojawiają się problemy i co sądzą o tym wszystkim mieszkańcy? Alicja Woźniak spotykał się z polskimi działaczami „Solidarności”, najczęściej w górach. W rozmowie na temat kontaktów z Wrocławiem, Konsul przytacza bardzo ciekawą historię o wystawie obrazów niezależnych czechosłowackich artystów, która miała odbyć się we Wrocławiu. „Obrazy zostały zarekwirowane na granicy w Harrachovie, a do sal wystawowych trafiły puste ramy, przekreślone napisem ZAREKWIROWANO. Obejrzały je tłumy, które zdołały przedostać się z Czechosłowacji do Wrocławia”. Jak się później okazało, było to preludium aksamitnej rewolucji. W latach późniejszych, już jako prezydent, Havel wielokrotnie odwiedzał Wrocław: odbierał doktorat Honoris Causa i został honorowym obywatelem miasta. Przede wszystkim jednak ciepło wyrażał się o stolicy Dolnego Śląska i, jak podkreśla Ignasiak, „jego związki z miastem były bardziej prywatne, niż instytucjonalne”. Należy to docenić, bo zawsze bliższa sercu będzie nazwa nadana z sympatii i sentymentu niż z przyczyn ideologicznych. Należy właśnie się w tym miejscu zastanowić, czy rzeczywiście przemianowanie ulicy zawsze spotyka się ze społeczną aprobatą. Wielu twierdzi, że tego typu zmiany jedynie wymuszają zapłatę za wydanie nowego dowodu osobistego z nowym adresem. Trudno nie przyznać im racji, ale jak

twierdzi Konsul: „sprawa dotyczy wspólnego interesu miasta i trzeba to uszanować”. Przeciwnikom pomysłu radzi zgłoszenie protestu władzom, a wtedy będzie można oficjalnie dyskutować. Jakie w tej sytuacji padają wśród wrocławian wypowiedzi? Z forów można dowiedzieć się, że zabrudzone spalinami ronda albo małe uliczki na peryferiach nie są odpowiednimi miejscami na uczczenie prezydenta. Niektórzy proponują parki lub skwery, gdzie można byłoby usiąść i poczytać książkę autorstwa Havla. Pada także propozycja przemianowania Ronda Reagana, motywowana potrzebą uczczenia postaci pochodzących z Europy. Wydaje się, że ilu mieszkańców, tyle pomysłów. Jaka zapadnie decyzja? Tego dowiemy się prawdopodobnie dopiero w przyszłym roku. Pokolenie dziadków i rodziców obecnych dwudziestokilkulatków doskonale pamięta nazwy ulic na cześć radzieckich ideologów i innych socjalistycznych działaczy. Dzisiaj ulice Dzierżyńskiego czy Armii Radzieckiej w ogromnej większości miast są już historią. We wczesnych latach 90. właśnie ich nazwy były zmieniane w pierwszej kolejności. Uśmiech mogą budzić takie zmiany patronów ulic, które różnią się jedynie imieniem postaci. Taka sytuacja miała miejsce w Poznaniu, gdzie ulicę Jana Henryka Dąbrowskiego w czasach PRL prze-

27

mianowano na Jarosława Dąbrowskiego (wodza naczelnego Komuny Paryskiej). Po 1989 r. ulica wróciła do swojej nazwy pierwotnej. Podobnie w Starogardzie Gdańskim ulicę Jana Krasickiego (funkcjonariusza Komsomołu we Lwowie) zmieniono na biskupa Ignacego Krasickiego. Różnica wydaje się niewielka, ale za to skojarzenia są zupełnie inne. Podobne decyzje w czasie przemian ustrojowych są zrozumiałe. Sytuacją o wiele mniej prawdopodobną wydaje się nadawanie imienia na cześć bohatera kultury masowej, znanego jednak nie wszystkim. Ewenementem w skali kraju jest nadanie ulicy imienia Obi-Wana Kenobiego (bohatera Gwiezdnych Wojen George’a Lucasa). Istnieje taka od 2005 r. we wsi Grabowiec w powiecie toruńskim. Czym kierowali się inicjatorzy? Może pomysłowością, oryginalnością albo czymś jeszcze innym? To pytanie należałoby zadać tamtejszej Radzie Gminy. W takim porównaniu nawet stołeczna Kubusia Puchatka wydaje się miejscem o „swojskiej” nazwie. Przytoczone przykłady wskazują na to, że decyzja o powstaniu ulicy Vaclava Havla nie powinna nastręczać problemów. Jest to postać raczej nie budząca kontrowersji, powszechnie ceniona. Oby tylko podczas wyboru konkretnego miejsca nie wzięły góry emocje i antagonizmy wśród władz. W końcu nadawanie nazwy to sprawa polityczna. Fot. Bożena Rudyk


28


Karolina Krawczyk

Absolwentka Akademii Sztuk Pięknych im. E.Gepperta we Wrocławiu. Zajmuję się projektowaniem ceramiki użytkowej i unikatowej oraz grafiką, rysunkiem i ilustracją.

29


e j c u l o w Re W Legnicy trwa rewolucja. Na ulicach zawisły manifesty, słupy obwieszone są propagandowymi hasłami. Szykuje się bardzo kulturalny przewrót. Agnieszka Oszust

30


bez rozlewu krwi

N

ie chcemy i nie będziemy tworzyć teatru, który odrzuca i uznaje za banał historie z początkiem, środkiem i końcem, posiadające bohatera i uchwytny rozumowo sens. (...) Będziemy mówić o człowieku, nie używając medialnej nowomowy czy naukowych zawiłości. (...) Nie chcemy ani teatru łatwego i przyjemnego, ani łatwego i nieprzyjemnego. W czasach, gdy zewsząd feruje się wyroki na Złego albo wygłasza peany na cześć Dobrego Polaka, chcemy pokazać Polaka (Nie) Zwykłego: nieoczywistego, barwnego, skomplikowanego.” To tylko fragment manifestu, który ogłosił dyrektor legnickiego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej, Jacek Głomb. Cały dokument zapowiada rewolucyjne zmiany, które obejmą prawie każdy szczebel teatralnej drabiny. Będzie więcej premier, więcej imprez kulturalnych, warsztatów i zajęć dla najmłodszych i więcej promocji. Gdy wszystko „jest na sprzedaż”, sztuka także musi umieć się sprzedać. Do blisko 40 tysięcy legniczan trafiły już recepty z zaleceniem „oglądaj przedstawienia przynajmniej raz w miesiącu. Teatr to zdrowie” a na ulicach wiszą plakaty z hasłem: „Masz najlepszy teatr w Polsce. Czemu jeszcze w nim nie byłeś?”. Przemiany rozpoczął prawie trzyletni cykl artystyczny… …„Teatr opowieści” w ramach którego przewidziano aż dwanaście premier. Udział w nich wezmą najwięksi reżyserzy polskiej i zagranicznej sceny m.in. Leszek Bzdyl, założyciel gdańskiego Teatru Dada von Bzdülow, jednej z najważniejszych alternatywnych scen w Polsce oraz Linas Zaikauskas, litewski reżyser, odpowiedzialny za sukces ponad 40 spektakli, w tym głośnego Wujaszka Wani w Lubuskim Teatrze w Zielonej Górze. Głomb twierdzi, że „za każdym z tych nazwisk stoi cały świat opowieści, różnych przeżyć. Wszystkie te nowe, świeże emocje wprowadzimy do naszego teatru”. Pierwszą premierę już można oglądać na legnickiej scenie. To Inny chłopiec przekład bestselleru brytyjskiego pisarza Williama Russella. Bohaterem historii jest kilkunastoletni Raymond Marks. Chłopiec zostaje niesłusznie oskarżony o wywiera-

nie podstępnego i zgubnego wpływu na „nieświadomych i niewinnych” kolegów. Zabawy, którym miał przewodniczyć, dyrektor szkoły określił jako „karygodne praktyki o charakterze seksualnym, obejmujące ekshibicjonizm, zbiorową masturbację i sadobestializm”. W ten sposób przyległa do niego łatka zboczeńca. Pod presją rodziny chłopiec opuszcza dom i wyrusza w pierwszą i najważniejszą podróż swojego życia. Podczas eskapady pisze listy do swego ulubionego piosenkarza – Morrisseya. Opowiada w nich swoją smutną historię i to, w jaki sposób stał się „innym”. Mariola Hotiuk odpowiedzialna za PR legnickiego teatru tłumaczy: „w spektaklu występuje cały zespół aktorski legnickiego Teatru – na scenie zobaczymy aż 17 aktorów. Inny chłopiec to pełna życiowej mądrości sztuka. Opowiada nie tylko o odrzuconym przez otoczenie chłopcu. To historia o nas, ferujących na co dzień łatwe wyroki, które niekiedy łamią życie innym” : W marcu zobaczymy Iwanowa w reżyserii Zaikauskasa, w maju Trzy zapałki kolejno Łukasza Czuja, a w październiku – lalkowego Don Kichota w reżyserii Adama Walnego. Mali czarodzieje w teatrze Na tym nie koniec zmian. Projekt „Teatr opowieści” połączony jest z szeregiem działań społecznych. Cel jest prosty: dotarcie do nowego odbiorcy i „zarażenie” go miłością do teatru. Ciekawie zapowiadają się projekty edukacyjne dla najmłodszych m.in. „Szkoła czarodziejów wyobraźni” dla dzieci w wieku 5-10 lat. To cykl twórczych zabaw plastycznych i muzycznych, podczas których poruszane są „dorosłe” tematy: miłość, odpowiedzialność, przyjaźń. Dziadkowie, którzy przyprowadzą na zajęcia swoje pociechy, też mogą skorzystać z oferty programowej – w teatrze ruszają warsztaty dla seniorów, które mają doprowadzić do powstania amatorskiego teatru. „Rewolucjoniści” pomyśleli też o tych, którzy na co dzień maja utrudniony dostęp do teatru. Niedługo na ulicach Legnicy zobaczymy „Autobus Modrzejewskiej”. Będzie to stałe połączenie komunikacyjne między Legnicą a okolicznymi miejscowościami m.in. Głogowem, Złotoryją i Lubinem.

31

Mariola Hotiuk, zdradza: „liczymy, że dzięki temu liczba potencjalnych odbiorców teatru znacznie się zwiększy, a mieszkańcy mniejszych miejscowości będą mieli możliwość dotarcia na spektakle i bezpiecznego powrotu”. Będzie gorzej…? Sam manifest wzbudził niemałe zainteresowanie w środowisku artystycznym. Dyskusję z Jackiem Głombem podjął m.in. dyrektor Teatru Polskiego we Wrocławiu Krzysztof Mieszkowski. W rozmowie z Magdaleną Piekarską („Gazeta Wyborcza”) przyznał: „ Nie wiem, czy dziś początek, środek i koniec w sztuce ma sens. Ten świat się rozpada na naszych oczach, a my go sklejamy z fragmentów. Mamy do czynienia raczej z cząstką niż z całością. I wszystko zmienia się w ekspresowym tempie, a twórcy próbują te zmiany uchwycić. Wydaje mi się, że ten powrót do historii z czytelną konstrukcją jest marzeniem, które nie może się spełnić. Teatr zmaga się z potworem, jakim jest nasz kompletnie nieprzewidywalny świat. Nie możemy sztuki zamykać, doprowadzać do sytuacji, kiedy będzie głupsza od rzeczywistości, bo ona musi tę rzeczywistość weryfikować, uderzać w nią, a nie jej schlebiać”. Zawrzało w Internecie. Na stronie konserwatyzm.pl, publicysta Konrad Rękas słusznie zauważył: „«Manifest...» to nie wszystko – trzeba jeszcze wiedzieć, jak i kto ma go realizować”. Pesymiści piszą: „Będzie gorzej”, optymiści wierzą, że starania Głomba o nową jakość teatru mają sens. Oczywiście, można się kłócić, na ile rewolucyjne są te rewolucyjne zmiany. Jedno jest pewne – dobrze, że coś się dzieje. Dobrze, że teatr wychodzi do widza, szuka nowych środków wyrazu, stara się go przyciągnąć. Bo przecież, jak słusznie zauważył Jacek Głomb, „w teatrze najważniejsza jest opowieść”. „Od wielu lat tworzymy w Legnicy teatr konsekwentny, uczciwy i obojętny na mody. Zaufanie widzów dowodzi i utwierdza nas w przekonaniu, że podążamy właściwą drogą. Nowego otwarcia dokonujemy w obronie czterech wartości - wspólnoty, opowieści zapomnianych, człowieka pojedynczego i artystycznego kunsztu. Zapraszamy do krainy opowieści. Niezblazowani widzowie z całej Polski łączcie się!”. My się przyłączymy. Fot. jacek.glomb.blogspot.pl; nowe-peryferie.pl


Dojrzew a n i Dojrzew a Dojrzew

spojrzeni

Kino zmienia się na naszych oczach, ewoluuje lub cofa się w rozwoju. Przyszłość X muzy spowija mgła tajemnicy, ale jedno jest już dziś pewne, to w znacznej mierze od nas widzów zależeć będzie kształt ,,dziecka maszyny i sentymentu”. Szymon Stoczek

32


ia

33

Ilustr. Kalina Jarosz


W

spółczesne kino to medium, w którym od dzieciństwa jesteśmy zanurzani, z którym oswoiliśmy się tak bardzo, że wizytę w multipleksie traktujemy raczej jak przelotną przyjemność, niż jako coś wyjątkowego i niepowtarzalnego. W dobie reprodukcji cyfrowej każdy film można wyświetlić wielokrotnie, zatrzymać obraz, by kontemplować ulubioną scenę. X muza dawno opuściła mury kina i przenika dziś niemal każdą cząstkę powietrza: ekrany w zadymionym pubie, telewizory w hipermarketach, publiczne pokazy na dachach galerii. Powszechność filmu to banał, o którym wstyd mówić publicznie. O gustach się nie dyskutuje, o powietrzu podobnie. A o ,,magii szklanego ekranu”? Tego typu frazes może wywołać tylko litościwy uśmiech. Jaka magia? Dziś nikt nie panikuje, widząc jadący w jego stronę pociąg, nikt nie krzyczy do bohatera, aby uważał na ukrywającego się w krzakach bandytę. Całujące się pary z ostatniego rzędu Cinema Paradiso odeszły w przeszłość tak samo, jak polityczne filmy propagandowe Pudowkina i Leni Riefenstahl. Pomysły edukowania i dawania pouczeń moralnych poprzez kino na dłuższą metę również okazały się być ślepą uliczką. Cenzura upadła, a kino wkroczyło na zupełnie nowe tory: szybkich efektów specjalnych, przemocy braku tabu… jednak czy tylko? Po-postmodernizm i nowa prędkość Pokawałkowana fabuła z rozbitą chronologią bez jasnych związków logicznych i z symboliką, która bynajmniej nie ułatwia rozeznania się, czy to jawa, czy to sen – oto obraz kina współczesnego, który powinien wyłonić się z postmodernistycznych fascynacji. Taki radykalizm w podejściu do kina jest dosyć rzadkim zjawiskiem. Młody Luc Besson ze swoim filmem Subway i Steven Spielberg z etapu Pojedynku na szosie po krótkiej przygodzie z kinem postmodernistycznym zwrócili się ku bardziej mainstreamowym produkcjom (wspomnijmy chociażby Leona zawodowca i kino nowej przygody z Indiana Jonesem na czele). Dawna czystość gatunkowa odeszła do lamusa. Zastąpiły ją rozmaite gry z konwencjami, cytaty, silne przemieszanie narracji i głębi typowej dla kina artystycznego z banalną codziennością (pod tym względem nieusta-

nie przodują Jim Jarmush, bracia Coen i Quentin Tarantino). Tempo w filmach nieustannie przyśpiesza. Szybki montaż, do tej pory będący domeną kina akcji, nagle zaczyna jednak przenikać do produkcji cechujących się nieśpiesznym tempem, takich jak Szpieg Tomasa Alfredsona czy Dziewczyna z  tatuażem Davida Finchera. Rwane i krótkie ujęcia dynamizują fabułę i jednocześnie pozwalają dostosować estetykę filmu do wymogów percepcyjnych współczesnego odbiorcy. Droga zwiększania prędkości nie jest jednak jedyną, którą porusza się kino. Równolegle grona reżyserów takich jak choćby Giorgio Lanthimos (Kieł), Lars von Trier (Melancholia), Athina Rachel Tsangari (Attenberg), zachęcają do nieśpiesznego śledzenia akcji. Dłuższe ujęcia, kamera ręki lub bardzo ascetyczny montaż sprzyjają ukazywaniu dramatów psychologicznych, które balansują nieraz pomiędzy kinem fabularnym a sfingowanym dokumentem; świetnym przykładem jest tutaj Wyjście przez sklep z  pamiątkami Banksy’ego. Znikające tabu Utarło się posądzać współczesne kino o głęboką zapaść moralną i degrengoladę. Charaktery współczesnych bohaterów nie są już dziś wyłącznie czarno-białe, lecz uległy rozmyciu w chwili, kiedy krystalicznie czyste księżniczki i szlachetnych pozbawionych skazy rycerzy kino odesłało do lamusa… Nie dajmy się jednak oszukać utyskiwaniom poprzednich pokoleń. Kryształowy charakter mało kogo kiedykolwiek interesował. Skandale obyczajowe i brutalność towarzyszyły historii filmu od samego początku. Próżne łzy, kiedy za przemocą stoi psychologiczna głębia, a erotyczna scena służy za coś więcej niż tylko za kilkuminutową pauzę w nawale akcji. Gorzej jeśli filmy traktują okrucieństwo i nagość jako kolejny, po efektach specjalnych, wabik na widzów. Taka strategia w o wiele większym stopniu dotyka dziś jednak seriali niż kinowych hitów. To one stanowią poletko do śmiałych eksperymentów formalnych i obyczajowych, pozwalając przy tym także na większą swobodę twórczą. Nic więc dziwnego, że wielosezonowe produkcje to prawie kilkunastogodzinne filmy kinowe, robione przez grono reżyserów pokroju Martina Scorsese (producenta Zakazanego imperium) czy Agnieszki Holland (kilka odcinków Dochodzenia).

34


Efekt głupca Filmy wysługują się efektami komputerowymi, aby ukryć niedociągnięcia scenariusza, wiele czerpiąc z technik montażowych typowych dla gier komputerowych (jak na razie jednak ze średnim powodzeniem). W efekciarstwie, jak i w dziurach logicznych, niestety przodują współczesne amerykańskie filmy science-fiction i fantasy. W dziełkach takich jak Wyścig z czasem i Kod nieśmiertelności logika kuleje na takim poziomie, że błąd z Gwiezdnych Wojen dotyczący dźwięku w przestrzeni kosmicznej wydaje się być tylko niewinnym przeoczeniem. Jeśli jednak wysłużone, stare jak taśma celuloidowa schematy dobrze się sprzedają, a widzowie ignorują niedociągnięcia to po co cokolwiek poprawiać? Byłoby przy tym zbytnią naiwnością obwiniać tylko publiczność o niskie gusta. Nie ma nic złego w rozrywce i odrobinie śmiechu. Nie wymagajmy też od kina, by zawsze kurczowo trzymało się logiki, dobrze jednak kiedy filmy, nawet te najbardziej fantastyczne, są zbudowane z poszanowaniem inteligencji widza.

Lubimy tylko to, co znamy? Polski weekendowy Box Office z pierwszego tygodnia lutego zadaje kłam tej maksymie i dosyć poważnie zaskakuje. Na pierwszym miejscu bowiem pod względem frekwencji uplasowały się dwa polskie filmy: Róża Wojciecha Smarzowskiego, a także W ciemności Agnieszki Holland, deklasując choćby Rzeź Romana Polańskiego i  Dziewczynę z  tatuażem Davida Finchera. Skąd taki wynik, skoro raczej trudno zrzucić go na karb popularności naszych rodzimych produkcji? Nie ma co nawet zgadywać. Warto, aby z tej frekwencji wyciągnęli wnioski rodzimi dystrybutorzy i uświadomili sobie, że oryginalne filmy poruszające trudne tematy też mają szanse na spory sukces. Mimo upływu lat, wciąż pokutuje u nas niestety uproszczony model myślenia o kinie, gdzie za potencjalny przebój

35

uważa się albo komedie romantyczne, albo polskie patetyczne do bólu dziełka historyczne. Nie jest przy tym prawdą, że polskie kino jest słabe – jego problemem jest dystrybucja, mała liczba kopii ambitniejszych filmów będących w obiegu. Do wielu kin, szczególnie tych poza dużymi miastami, sporo filmów polskich (i nie tylko) w ogóle nie trafia, ich widzowie nie mają, co paradoksalne, możliwości zapoznać się z rodzimymi produkcjami, wybierają więc przeboje zagraniczne lub kolejne rodzime komedyjki. Lubią je, bo je znają? Raczej są zmuszeni polubić to, co akurat grają w ich kinie. Wymiary przyszłości Po głośnym Avatarze wieszczyło się rychły wysyp produkcji na podobnie wysokim poziomie technicznym. Niestety, filmy takie jak Shrek Forever czy Alicja w Krainie Czarów raczej zaszkodziły nowej technice niż pomogły jej się wybić. Efekt 3D upodobnił się dziś do kuglarskiej sztuczki. Dopiero w zeszłym roku Pina Wima Wendersa i Jaskinia zapomnianych snów Herzoga przywróciły niejako wiarę w artystyczny potencjał trzeciego wymiaru. Może jednak na szeroką ekspansję 3D jest już za późno? Do głosu dochodzą bowiem inne warianty przyszłości X muzy: ekspansja filmów interaktywnych, na bieżąco współtworzonych przez użytkowników, czy radykalny pomysł na filmy dostosowujące się do zaangażowania widza, proponujące takie rozwiązania estetyczne i fabularne, który wywoływałyby jak najsilniejszą reakcję emocjonalną. Czy więc czeka nas wkrótce kolejna rewolucja? Szybkie zmiany w kinie niepokoją wielkich twórców. Jeszcze w tym roku na ekrany wejdzie dokument Keanu Reevesa Side by side o zmianach we współczesnym przemyśle filmowym i o tym, co myśli o nich tuza reżyserów z Fabryki Snów. Jest więcej niż pewne, że nie zabraknie tam ani optymistycznych prognoz, ani apokaliptycznych proroctw co do kierunku, w jakim zmierza X muza. Przyszłość kina nie zależy jednak tylko od reżyserów i umiejętności technicznych, ale spoczywa w rękach widzów. Obecnie talent nie jest istotny tylko przy tworzeniu filmów, ale także przy ich oglądaniu.

Ilustr. Kalina Jarosz


Somewhere

over the czyli jak aktorem musicalowym zostać można

B

oa, konfetti, cekiny – to lata 20. i filmowy Cabaret z Lizą Minelli. Wygimnastykowane ciała aktorów bezszelestnie przemykające po scenie w Kotach. Świetne muzycznie Hair, czy nasze rodzime Metro, których piosenki stały się kultowymi. Dla niezorientowanych, choć nie wierzę, że tacy istnieją, przypominam, czym jest musical. To gatunek teatralny, który poprzez stosowanie środków scenicznych takich jak: śpiew, gra aktorska i taniec oraz swoją oryginalną estetykę robi niesamowite wrażenie na widzach. Różnorodność tematyczna, praktycznie żadnych ograniczeń (jeżeli już to ekonomiczne), czyni teatr muzyczny bardzo modnym, a także dającym duże pole do ekspresji. Warunek jest jeden: musi być zrealizowany na bardzo wysokim poziomie. Bez profesjonalizmu, którego brak wyczuje nawet laik teatralny, musical siada i robi się ciężkostrawnym flakiem. Tłumy, które przychodzą na spektakle muzyczne, jak również ogromne zainteresowanie nimi, które obserwuję na stronach internetowych czy portalach społecznościowych dowodzą, że jest popyt na taki typ teatru. W Polsce mamy mnóstwo adaptacji brodwayowskich hitów: z tego królestwa musicalu zaczerpnęliśmy m.in.: Hair (Wrocław), Koty (Warszawa – Roma), My Fair Lady (Gdynia), chociaż rodzimych, oryginalnych pomysłów nie bra-

kuje – wspomniane Metro (Buffo), Tuwim dla dorosłych (Roma) czy ostatni wrocławski Frankenstein. Oczywiście to tylko wybrane tytuły. A skoro jest potrzeba na musicale, jest też popyt na aktorów musicalowych. Bo artysta musicalowy to aktor wszechstronnie uzdolniony. I takich właśnie ma za zadanie wyszkolić wrocławskie studium działające przy Capitolu. Let the Sunshine! Aktorstwo musicalowe to niewątpliwie trudna sztuka wymagająca odpowiedniego przygotowania. W Polsce istnieje niewiele szkół kształcących aktorów scen muzycznych, a niełatwo odróżnić też dobrą uczelnię od wyższej szkoły „lansu i bansu”, gdzie tylko zostawimy sporą sumę pieniędzy i wyjdziemy z kwitkiem. Właściwie szkoły jako takiej nie ma, istnieją wydziały wokalno-aktorskie na Akademiach Muzycznych i raczej warsztatowe studia działające przy teatrach. Niektóre z nich stały się renomowanymi ośrodkami. Najstarszą polską ,,szkołą musicalową” jest Studium Wokalno-Aktorskie działające już od lat 60. przy Teatrze Muzycznym im. Danuty Baduszkowej w Gdyni. Absolwentami gdyńskiego studium są m. in.: Tomasz Steciuk, Jakub Szydłowski (związani z TM Roma w Warszawie) oraz Cezary Studniak (aktor i reżyser wrocławskiego Capitolu). W stołecznych teatrach: Romie odbywają się

36

liczne warsztaty, a przy Studio Buffo działa Studio Artystyczne Józefowicza. Początki wrocławskiego Studium Musicalowego Capitol to rok 2006 i cztery adeptki na roku. Trzy z nich już grały w Capitolu, a ostatnio na stałe do zespołu teatru dołączyła absolwentka Ewa Szlempo, która zaczynała od chórków w Hair, a teraz gra w widowisku Frankenstein. Edukacja w Studium trwa trzy lata i kończy się egzaminem dyplomowym. W zeszłym roku w ramach egzaminu powstał bardzo dobrze przyjęty przez publiczność spektakl Kopciuch Janusza Głowackiego w reżyserii Cezarego Studniaka, w tym – będzie to muzyczna adaptacja opowiadań Pedro Almodovara – Patty Diphusa w reżyserii Konrada Imieli. Po ukończeniu szkoły można również ubiegać się o egzamin państwowy dla aktorów dramatu przed Państwową Komisją Egzaminacyjną Związku Aktorów Scen Polskich, który otwiera dodatkowe możliwości dla tych, którzy na scenie muzycznej nie chcą poprzestać. W Studium odbywają się zajęcia ze śpiewu, kształcenia słuchu, dykcji, tańca (klasycznego i współczesnego), gry aktorskiej i piosenki. Ta ostatnia jest niewątpliwie najważniejszym składnikiem musicalu. I, jak przyznaje dyrektor Teatru Muzycznego Capitol Konrad Imiela, najtrudniejszym, bo jest ona tworem dramatycznym w „pigułce”, a skondensować takie emocje, uczucia i technikę aktorską to


rainbow Kiedy weszłam w bramę przy ulicy Piłsudskiego 72 poczułam ogarniające mnie podekscytowanie. Na poszczególnych poziomach budynku rozlegało się mnóstwo różnorodnych dźwięków – ktoś śpiewał, ktoś rozgrzewał gardło, ktoś naliczał „raz, dwa, trzy, cztery”. Tak, znalazłam się we właściwym miejscu. To Teatr Muzyczny Capitol i działająca przy nim kuźnica wrocławskich talentów – Studium Musicalowe. Karolina Żurowska

nie lada wyzwanie. A jak wygląda technika i Rafała, rocznik 92. W czasie rozmowy aktorska u słuchaczy, przyszło mi się dowie- przyznali, że scena muzyczna nie była ich dzieć bardzo szybko. priorytetem – oboje są po egzaminach do państwowej szkoły teatralnej. Trafili All that jazz! do Studium przypadkiem, ale są zachwyTomasz Sztonyk oprócz tego, że jest ceni, zarówno poziomem nauczania, jak dyrektorem Studium, wykłada również i panującą tam atmosferą. Widać, że to co przedmiot: gra aktorska. Zaprosił mnie na robią sprawia im niesłychaną satysfakcję zajęcia pierwszego roku, które polegają na – mówią dużo, chętnie i mądrze, mają ten przygotowywaniu w podgrupach krótkich „błysk w oku”. Zapytałam, czy jest ,,wycisk”: etiud i będą zakończone semestralnym eg- ,,Zajęć jako takich, w porównaniu ze szkozaminem. Cicho i niespokojnie zasiadłam łą teatralną jest mniej, ale jeżeli samemu w kącie i obserwowałam popisy pierwszej sobie narzucasz dyscyplinę, pracujesz ingrupy. Mój entuzjazm gwałtownie opadł. dywidualnie i dołączysz do tego ćwiczenia Poczułam się rozczarowana, a moje odczu- tutaj – to tak, jest wycisk” – mówią zgodnie. cia podzielił ze mną Sztonyk – po zakoń- Przyznają również, że cieszą ich widoczne czeniu scenki zapytał retorycznie resztę postępy, a są dopiero po pierwszym semegrupy: ,,Kochani, co to było? Powiem wam strze. Podoba im się to, że już mają styczco to było, to było gówno.” I szczegółowo, ność z teatrem: „Jeden chłopak z naszego krok po kroku, zanalizowali etiudę, roz- roku dostał się do obsady nowego musikładając ją na czynniki pierwsze. Młodzi calu Jerry Springer – The Opera w reżyserii adepci metodą prób i błędów, z milionem Jana Klaty, który będzie miał premierę na powtórzeń, wreszcie wyglądali na zmęczo- Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, kilka osób nych, ale łapią, dochodzą małymi kroczka- będzie śpiewało w chórkach w ramach mi, o co w tym wszystkim chodzi. Niektórzy Przeglądu” – mówi Rafał. Potem okazuje szybciej, niektórzy mają z tym duży pro- się, że on sam weźmie w nich udział. Miblem.. Sztonyk krzyczał, biegał, poprawiał, nusy? Wiadomo – wysokie czesne i mało grał – jest w tym naprawdę świetny. Mimo sal, na których można ćwiczyć. Budynek trudności, na sali panowała fajna, luźna, zajmują wspólnie i Studium, i Teatr Capitol, więc muszą się dzielić. Innych opcji wręcz rodzinna atmosfera. Po wyczerpujących zajęciach z gry ak- nie widzą. „Jeżeli chcesz to robić, wiążesz torskiej zaczepiłam słuchaczy I roku – Adę przyszłość z teatrem muzycznym, to jest

37

najlepsze rozwiązanie. Zwłaszcza, że Capitol kładzie duży nacisk na aktorstwo, a na przykład w Gdyni, gdzie studiuje mój kolega, raczej stawia się na śpiew i taniec” – podsumowuje Rafał. Na pytanie, czy taka szkoła przyciąga snobów, odpowiada Ada: ,,Przyznaję, że na początku trochę się tego obawiałam. Wiadomo, żeby studiować tutaj musisz mieć pieniądze, ale nikt się z tym nie obnosi. Raczej głównym wyznacznikiem jest to, czy masz talent, czy ciężko nad sobą pracujesz, czy nie”. To co mnie zachwyciło w ludziach z Capitolu to otwartość i chęć dialogu. Z dyrektorami, ze Sztonykiem i Imielą, oraz z pracownikami studium rozmawiałam o kondycji polskich szkół teatralnych, o studentach i specyfice zawodu aktora. Ale to temat na następny artykuł i parę niezłych stron rozkładówki. Wychodząc z teatru mam poczucie niedosytu. Uśmiecham się szelmowsko. Myślę, że jeszcze nieraz odwiedzę to miejsce.

m ły o sze ma m szk o T e atru z r a o w rekt ji Te mo y ol. c Roz iem, d unda Capit F o k em neg ony Szt prezes uzycz tr. 38 S i M


m o l o o d p I juĹź

38


odzięku jem y Jeżeli sądzisz, że praca aktora w teatrze muzycznym to bajka i wygibasy na scenie to się grubo mylisz. O tym, że śpiewać nie każdy może rozmawiałam z Tomaszem Sztonykiem, dyrektorem szkoły i prezesem Fundacji Teatru Muzycznego Capitol. Karolina Żurowska

39

Ilustr. Agnieszka Zastawna


W

ydaje mi się, że nazwa „studium” kojarzy się teraz nieco negatywnie, bo oferta naukowa roi się od różnych policealnych „uczelni” kształcących aktorów. Czym wyróżnia się studium Capitolu na ich tle? Tomasz Sztonyk: Tym, że kształcimy profesjonalnie. Nie ściemniamy, że udajemy, że uczymy. Nie jesteśmy nastawieni na zarobek, bo studium prowadzone jest przez fundację Teatru Muzycznego Capitol i jest dotowane przez Miasto, a wszystkie pieniądze, które dostajemy z czesnego od słuchaczy i dotacji miejskich wydajemy na działalność studium. To jest dla nas interes – im więcej studentów wykształcimy tak, żeby mogli pracować w naszym teatrze, tym lepiej dla teatru. To jest najważniejsze w działalności studium i dlatego musimy ich kształcić jak najbardziej profesjonalnie. Nie pozwalamy sobie na to, żeby nasi słuchacze wychodzili od nas i nie potrafili śpiewać, grać czy tańczyć. Bo nie znajdą pracy, jeżeli będą niedokształceni. Czy studium jest dobrą alternatywą dla ludzi którzy nie dostali się do PWST?

To zależy od tego, co ludzie, którzy przychodzą do studium, chcą robić w życiu. Jeśli chcą być aktorami stricte dramatycznymi, to oczywiście nie. Lepiej, żeby byli w PWST i kształcili się pod kątem aktora dramatycznego. My szukamy artystów do teatru muzycznego, ludzi specyficznych, którzy będą śpiewali, grali i tańczyli. To jest szalenie trudne, bo gatunek teatru muzycznego jest najtrudniejszy z teatrów. Czy zajęcia i model absolwenta idealnego różnią się znacząco od wymagań szkoły teatralnej? Cel studium to kształcenie aktora scen muzycznych. Drugi cel równorzędny to wykształcenie aktora do naszego teatru, co już nam się udaje, bo nasi absolwenci albo słuchacze będący na studiach biorą udział w przedstawieniach. Analizując systemy kształcenia, doszliśmy do wniosku, że w szkołach muzycznych i teatralnych jest dużo przedmiotów, które niekoniecznie są potrzebne do zawodu w teatrze muzycznym. To na przykład psychologia, filozofia, które odciągają od głównej rzeczy, czyli kształcenia zawodowego. Dlatego to jest studium, a nie szkoła wyższa, ponieważ uważamy, że w tych czasach papier ukończenia szkoły nie jest aż tak istotny do działania w zawodzie, ważne są umiejętności. Skupia-

40

my się przede wszystkim na tych rzeczach, które będą potrzebne w pracy na scenie: na aktorstwie, na tańcu klasycznym, tańcu współczesnym, na śpiewie. Ważne są też na przykład zajęcia pomocnicze w zespole wokalnym, aby potrafić śpiewać w wielogłosie i kształcenie słuchu. Gdy dostanie się nuty i tego przysłowiowego „dżoba” na ,,jutro”, kiedy ma się 12 godzin do wyjścia na scenę, to trzeba umieć się samemu profesjonalnie przygotować . To, co Pan powiedział zazębia się z moim następnym pytaniem: jak postrzegany jest dyplom po studium w świecie artystycznym, jakie drzwi otwiera? Mnóstwo osób funkcjonuje w teatrze, w filmie bez jakiegokolwiek dyplomu. Są to ludzie, którzy gdzieś, kiedyś pojawili się na castingu i zostali zauważeni z powodu swoich zdolności. Dyplom niekoniecznie jest tutaj ważny. Najważniejsze są umiejętności, z jakimi przychodzi się na przesłuchania, bo odchodzi się coraz częściej od teatrów etatowych – teatry stają się coraz bardziej impresaryjne, więc robią nabór do obsad na konkretne przedstawienia. Często pojawiają się, choćby na stronie Capitolu, ogłoszenia: potrzebujemy osoby do spektaklu o takiej aparycji, o takich zdolnościach…


Tak, jak jest robione przedstawienie, często jest ogłaszany casting. Ludzie przychodzą, może przyjść Pani Kazia, która szła sobie ulicą… …i okazuje się, że jest dobra. I akurat pasuje do danego przedstawienia, ma potrzebne warunki sceniczne i gra. Oczywiście nasi absolwenci, oprócz swoich warunków, tego emploi, które jest potrzebne do spektaklu, mają umiejętności śpiewu, tańca, gry i profesjonalne przygotowanie, są w znacznie lepszej sytuacji. Tak się przyczepię do tego PWST: co z  tymi dalekosiężnymi planami, aby sprofilować studium jako jeden z wydziałów szkoły teatralnej? Na razie to zawiesiliśmy. Nie idziemy w tym kierunku z tego względu na ogrom pracy biurokratycznej. Nie chciałbym tak od razu podporządkowywać się PWST, ponieważ musielibyśmy wejść w jej rygory, w ich system edukacji i myślenia o tym, jak kształcić ludzi do teatru muzycznego, a tak, jak mówiłem, jest to bardzo specyficzny teatr. A szkoła teatralna ma też swoją ścisłą określoną specyfikę. Mogłyby wynikać z tego jakieś nieprzyjemne kolizje. Porozmawiajmy o studentach. Ile osób zostaje przyjętych na rok, a  ilu jest kandydatów?

Mamy takie założenie, że powinno być 10 osób na roku. Dlaczego tak mało? Musimy być uczciwi: rynek pracy nie wchłonie większej liczby absolwentów. Możemy przyjąć 30 osób, co spowoduje, że skończy szkołę 20, a w zawodzie będzie funkcjonowało 8-9. A reszta będzie musiała szukać czegoś innego, bo nie ma takiego zapotrzebowania na rynku. Czy oblężenie jest tak potężne jak do szkół teatralnych? Jest znacznie mniejsze. Świadczy o tym głównie specyfika, bo szukamy ludzi uzdolnionych w miarę równomiernie we wszystkich trzech dyscyplinach artystycznych. Tak, jak do szkoły teatralnej jest 800 kandydatów, u nas jest 80. Z czego 30 % to ludzie, którzy zachowują się, jakby przyszli na przesłuchanie do Idola, część jest taka, która nie dostała się do szkoły teatralnej i chce przeczekać. Takie osoby też odrzucamy, bo nie zależy nam na przyjęciu człowieka, który nam ucieknie po roku, ze stratą dla kogoś innego, kto byłby dobry i chciałby w tym kierunku się kształcić. Czy zjawisko „wyścigu szczurów”, takiej niezdrowej rywalizacji, niestety charakterystycznej dla szkół artystycznych, jest znane studium? Nie, chyba nie… Może to dlatego, że tych studentów jest tak mało i raczej się wspiera-

41

ją. Sama praca słuchaczy, jak Pani zauważyła wczoraj na zajęciach, jest pracą grupową. Jeśli pracują nad sceną w trzy osoby i jedna z nich zawala, to szkodzi nie sobie, ale całej grupie. Oni siłą rzeczy muszą funkcjonować razem i być zgrani. Chyba że są to indywidualne zajęcia ze śpiewu. Wiadomo, że element egoizmu musi być, bo każdy chce być najlepszy, chce być zauważony i mieć pracę. Ale to zdrowy egoizm. Studium jest odpłatne, a  młodzi ludzie uczący się w  szkołach prywatnych mają tendencje do myślenia „płacę, wymagam i  mogę nic nie robić”. Jak jest z dyscypliną w studium? Niestety, jest to problem. To są zazwyczaj młodzi ludzie, świeżo po maturze (teraz na pierwszym roku mamy sporo 19-latków) i rzeczywiście, w świecie konsumpcyjnym panuje takie przekonanie, jakaś chora mentalność, że jeśli zapłacę, to nie dość, że wymagam, ale też zapłacę – to znaczy, że już umiem. Czyli ja nic z siebie nie dam – a ty mnie ucz. Były takie przypadki, że ktoś tak właśnie wyleciał ze szkoły? Tak. Dużym problemem jest zmiana myślenia u tych młodych ludzi – to, że płacę nie jest równoznaczne z tym, że już umiem albo pozwalam się uczyć. Chodzi o to, że płaIlustr. Agnieszka Zastawna (2)


cę i chodzę do tej szkoły po to, by wycisnąć z niej jak najwięcej i jak najwięcej się nauczyć. Ludzie, przychodząc do studium, mogą myśleć „o, fajna szkoła - umiem śpiewać, tańczyć, grać, zapiszę się”, ale w  teatrze przecież stawia się na pracę psychologiczną. Jak wygląda u  słuchaczy zderzenie z  faktem, że praca aktora to nie bajka? To zależy od indywidualnego studenta. Wczoraj miała Pani najlepszy dowód na to, że ludzie pracują różnie. Są na pierwszym roku adepci, którzy są świadomi, po co tutaj przyszli i widać od początku ich trudną pracę nad sobą. Przychodzą o szóstej rano, wychodzą po drugiej w nocy, czerpią jak najwięcej. Jednak są też tacy, którzy… boją się, że będą mieli zakwasy, bo muszą się nabiegać po scenie. Jest to kwestia zmiany mentalności. Oni zaczynają widzieć, że ciężka praca procentuje. Mamy chłopaka na trzecim roku, który już na drugim grał w teatrze, jedna z dziewczyn gra główną rolę w Pewnym małym dniu Andrzeja Gałły. Bez ciężkiej pracy i zaangażowania nie dostaną żadnej roli, skończą szkołę artystyczną i zostaną panią bufetową. Wśród wykładowców studium była m.in. Kinga Preis, a  większość grona pedagogicznego to ludzie związani z  TM Capitol. Często bywa tak, że w  prywatnych szkołach aktorskich uczą świetni aktorzy, ale kompletnie bez przygotowania pedagogicznego. Czy ich wybór jest przypadkowy? U nas uczą ludzie związani z teatrem muzycznym, bo przedmioty takie, jak chociażby piosenka aktorska muszą prowadzić artyści, którzy są czynni w zawodzie. Nie wyobrażam sobie prowadzenia zajęć, przygotowania dyplomu przez kogoś, kto nie miał styczności z teatrem muzycznym. Kinga, kiedy jeszcze miała na to wolną chwilę, pracowała u nas, bo jest po pierwsze świetną aktorką, po drugie mega autorytetem dla studentów, a przy okazji bardzo dobrze funkcjonuje w teatrze muzycznym. Współpracowała z Capitolem, z Wojtkiem Kościelniakiem przy jego produkcjach, jest stale związana z piosenką aktorską. Dlatego Kinga Preis, dlatego Konrad Imiela, dlatego Czarek Studniak – świetni aktorzy, reżyserzy i ludzie związani z teatrem. Chcemy, żeby Wojtek Kościelniak u nas też uczył, kiedy już przestanie wreszcie reżyserować po całym świecie.

Czy po pięciu latach funkcjonowania studium można już dokonać jakichś podsumowań? Co się udało, co wyszło, a co nie, nad czym trzeba popracować? Trudne pytanie… Wie Pani, my się też cały czas uczymy. W trakcie wychodzą nam sytuacje, kiedy musimy pomagać studentom. Czasami bywają jakieś sprawy życiowe, na przykład ludzie nie mają pieniędzy na naukę, bo coś się tam w ich życiu źle potoczyło, muszą te pieniądze zarobić. Jesteśmy pod tym względem elastyczni, idziemy zawsze na rękę. Pomagamy, dajemy urlopy dziekańskie. A czy nam wyszło… Cel, który sobie założyliśmy osiągamy. Ludzie, którzy od nas wychodzą funkcjonują w Polsce w różnych teatrach muzycznych i mamy świetnych aktorów w naszym teatrze. To wszystko brzmi tak pięknie… Bo to jest piękne!

42


43

Ilustr. Agnieszka Zastawna (3)


Tytuł: Słodko-gorzka ojczyzna. Raport z serca Turcji Autor: Necla Kelek Wydawnictwo: Czarne Rok: 2011

recenzuje: Katarzyna Lisowska

Gorzka teza zamiast tabu

C

o mówi tytuł książki Necli Kelek Słodko-gorzka ojczyzna. Raport z serca Turcji? Choć Wydawnictwo Czarne opublikowało zbiór w serii Reportaż, więcej tu statystyk, definicji i danych historycznych – rzeczywiście zatem mamy do czynienia z raportem. W relacjach jednak zdecydowanie przeważa to, co gorzkie. Cechy te wynikają z jasno określonego założenia światopoglądowego autorki, które pozwala jej na odważne formułowanie poglądów, ale też skazuje na pewną, nieco naiwną, ideologiczną nachalność. Kelek chce bowiem odważnie zabrać „głos w sprawie” i to się jej udaje. Mieszkająca w Niemczech socjolożka tureckiego pochodzenia jest w pełni uprawniona do wygłaszania kontrowersyjnych sądów na temat swej pierwszej ojczyzny. Sięga po kluczowe zagadnienia pojawiające się w dyskusjach na temat miejsca Turcji w Europie. Pisze więc między innymi o sytuacji kobiet, wieloetniczności państwa, konfliktach religijnych, braku sekularyzacji i niewydolności gospodarczej. Punkt wyjścia stanowią obowiązujące na Kontynencie wartości, które, według autorki, „zawdzięczamy zasadniczo chrześcijaństwu i oświeceniowemu humanizmowi” (s. 256), czyli na przykład wolność słowa, niezależność jednostki, równouprawnienie płci. Bardzo szybko okazuje się, że są to normy dalekie od zasad obowiązujących Turcji. Nie dziwią zatem „gorzkie” i nieprzychylne sądy Kelek, dotyczące

niemal każdej przywołanej dziedziny życia. Dlatego jej książka zamienia się w monotonny wykład, a raport, zamiast zaskakiwać, zaczyna irytować przewidywalnością wniosków. Co więcej, autorka, dostrzegając odmienność kulturową dwóch bliskich jej rejonów świata, wikła się w sprzeczność, stale przykłada europejskie miary do tureckich warunków. Za dowód niech posłużą, umieszczane obok nawiązań do Koranu i innych tradycyjnych, islamskich tekstów, cytaty z pism Maxa Webera i Róży Luksemburg. Odwołania do prac filozoficznych, socjologicznych i politologicznych nie poszerzają horyzontu relacji ani nie wzmacniają argumentów. Przeciwnie, są raczej obcymi, osłabiającymi spójność wypowiedzi, elementami narracji. Tego rodzaju zabiegi zmniejszają, niestety, wartość literacką książki. Owszem, znajdziemy w niej kilka sprawnie skomponowanych, zbeletryzowanych fragmentów (por.: historia Fatmy) oraz mnóstwo barwnych i sensualistycznych opisów (przede wszystkim potraw), ale w całym zbiorze, jak już wspomniałam, przeważa ton raportu, któremu zawdzięczamy między innymi zarys historii gospodarczej Turcji (s. 230-240) czy analizę tamtejszego systemu edukacji. W dodatku raport często przeradza się w rozprawkę, ukierunkowaną na jasno określony cel, co skłania autorkę do raczenia czytelnika nader prostymi (by nie powiedzieć: łopatologicznymi) puentami (np.: „Tureckie państwo finansuje zatem meczety

44

i imamów, urząd ogłasza fatwy, wydaje opinie prawne i decyduje o tym, co jest islamem, a co nim nie jest. Oznacza to, że religię organizuje i utrzymuje państwo. «Diyanet-islam» jest więc faktycznie religią państwową, a Republika Turecka nie jest świecka”). Choć nie podejrzewam Kelek o erystyczne manipulacje, to muszę przyznać, że taki sposób wnioskowania budzi we mnie pewien niepokój. Oczywiście, krytyczna moc książki pozostaje bezdyskusyjna. Odważne odkrywanie tematów tabu w europejskim dialogu z Turcją to bardzo cenne dokonanie. Szkoda tylko, że nie dokonało się ono w nieco bardziej wyrafinowany sposób. Chyba jednak nie o wyrafinowanie chodziło autorce. Czy intentio lectoris powinno zatem zdominować intentio auctoris? Szczególnie, gdy zamiar piszącego został bardzo dobitnie określony? Zdajmy się na sam tekst i zobaczmy, w którą stronę nas poprowadzi. Z przykrością stwierdzam, że mnie zawiódł w ślepą uliczkę.


Tytuł: Drive Reżyseria: Nicolas Winding Refn Wytwórnia: Universal Rok: 2011

recenzuje: Paweł Bernacki

Film niebezpieczny

N

ajlepszą chyba rekomendacją dla Drive’a Nicolasa Windinga Refna, będzie to, że choć niezwykle przypadł mi do gustu, nie mam pojęcia, jak o nim napisać. Zaczynam ten tekst już enty raz i ciągle nie wiem, co takiego sprawia, że to właśnie ten film nie daje mi spokoju, pulsuje gdzieś tam z tyłu głowy. Z jednej strony przedstawił mi on pozornie banalną, jakby westernową opowieść o samotnym jeźdźcu, który przyjeżdża do miasta niewiadomo skąd, robi w nim porządek i odjeżdża w siną dal, a między czasie zakochuje się w niewłaściwej kobiecie; z drugiej, dostrzegałem w nim ową bożą iskrę, czyniącą z tej prostej historii film genialny. Oglądając obraz Refna od początku czujemy się, jakbyśmy mieli do czynienia z dobrym horrorem. Coś jest nie tak, coś trzyma w napięciu, coś wisi w powietrzu. Nie pasuje nam ten małomówny bohater o niewinnej, acz interesującej twarzy, doskonale wykreowany przez Goslinga. Zamknięty w sobie, milczący, nieśmiały, a jednocześnie niosący jakąś tajemnicę, zawadiacki. Niby jest dobry, niby wszystkim pomaga, ale gdy na niego patrzymy, w głowie pojawia się niepokojąca myśl, że mógłby roztrzaskać człowiekowi czaszkę  obcasem i nawet powieka by mu nie drgnęła. Ów bezimienny Driver przypomina bohaterów westernów Sergio Leone i Clinta Eastwooda – ani dobry, ani zły, nie można go jednoznacznie ocenić, właściwie nie da się wartościować. Choć

bywa okrutny, ba, bestialski, wzbudza tę dziwną sympatię, jaką ma się dla złych chłopców, chowających gdzieś pod grubą skórą wrażliwość i dobro. Gosling to oczywiście nie jedyna siła Drive’a. Większość postaci została tu genialnie wykreowana. Część z nich jest obecna dosłownie w kilku scenach, a jednak każda zawiera w sobie pewne charakterystyczne elementy, które za pomocą paru słów i ujęć potrafią stworzyć spójną i intrygującą osobowość, błyskotliwe zagrać ze wszystkimi szablonami i schematami. Tymi zresztą Refn bawi się nader sprawnie. Poza wspomnianym już westernem znajdziemy tu mnóstwo odwołań do innych gatunków, szczególnie horrorów: Drivera, który w masce wygląda jak połączenie Jasona Voorheesa i Mike’a Myersa; jego kulejącego opiekuna kojarzącego się Whistlerem z Blade’a, lubującego się nożach gangstera i tak dalej, i tak dalej. Co jeszcze lepsze – ten konwencjonalny misz-masz został genialnie przygotowany od strony technicznej, tak jakby forma filmu miała idealnie współgrać z jego nieprzewidywalną treścią. Taka kinowa liberatura. Sporo tu urywających się nagle ujęć, niedopowiedzeń. Równie dużo jednak dosłowności, scen naturalistycznych do bólu. Świetne ujęcia w małych, ciasnych pomieszczeniach korespondują z ukazanym z lotu ptaka nocnym miastem symbolizującym wolność i mnogość dróg do wyboru. Pozornie spokojne fragmenty nagle przyśpieszają. Właściwie ani przez moment nie ma się pojęcia, czego można

45

spodziewać się w dalszej części. Do banalnej historii wkradają się komplikacje: zarówno fabularne, jak techniczne. Zmieniają ją one w coś zupełnie nowego, nieznanego. Ze zużytych elementów tworzą w pełni świeżą konstrukcję. Sprawiają, że gubimy się pośród miejsc, które przecież doskonale znamy, a co za tym idzie musimy szukać nowej drogi wyjścia, kolejnych rozwiązań. To hipnotyzuje. I dlatego właśnie Drive to film niebezpieczny. Ani przez moment nie pozwala się rozluźnić, ani na sekundkę nie daje wytchnienia. Cały czas oglądamy go w napięciu, z pulsującą w głowie myślą, że coś tu nie gra, coś nie pasuje. Obraz Refna rozbija nasze kinowe przyzwyczajenia, a miast nich proponuje ciągły niepokój. I takich właśnie produkcji chcę więcej. Chcę chodzić do kina, żeby czuć nieustanne zagrożenie. Chcę oglądać filmy, które budzą mój lęk. Na inne szkoda czasu.


Tytuł: Mózgi i inne nowele Autor: Gottfried Benn Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy Rok: 2011

recenzuje: Joanna Winsyk

Wyzwanie

W

ielokrotnie zastanawiałam się, jaka jest relacja pomiędzy pisarzem a czytelnikiem. Czego oczekiwać od książki, kim jest modelowy czytelnik, wreszcie, jaka jest moja modelowa literatura. Sformułowanie oczekiwań wobec tekstu jest jednym z podstawowych zadań budowania „ja” krytycznego. Czasami jest to proste, wręcz banalne, czasami jednak pojawiają się schody, zdarza się także literatura, w obliczu której „ja” przekształca się, ewoluuje w dziwnym kierunku. Takie „starcie” przeżyłam, z pozornie nierokującą ciekawie książką Mózgi i  inne nowele Gottfrieda Benna i muszę przyznać, że ta niecodzienna literatura „dała mi w twarz”. Niemiecki autor z początku ubiegłego wieku stworzył skromny, ale jednocześnie niecodzienny tom opowiadań. Pierwsza część – Mózgi - to nowele, których treść skupia się wokół 29-letniego lekarza, Werffa Roennego. Bohater po doświadczeniu pracy w prosektorium, obcowaniu ze śmiercią, przenosi się do innego ośrodka, by tam w spokoju i otoczeniu natury, praktykować medycynę bliższą życiu, poświęcając się jednocześnie rozmyślaniom nad filozoficzno-egzystencjalnymi kwestiami. Druga część to nie powiązane ze sobą fabularnie teksty. Pozornie proste historie opowiedziane są niezwykłym językiem i to właśnie stanowi wyznacznik tej prozy. Narrator tkwi między światem zewnętrznym, rzeczywistością, a bardzo odległymi i onirycznymi

refleksjami bohatera. Zmienna jest perspektywa narracji – monolog pierwszoosobowy Werffa, nieoczekiwanie zmienia się w wypowiedź osoby pełniącej funkcję zewnętrznego, niezorientowanego obserwatora, dla którego głębokie i dalekie refleksje bohatera są tajemnicą. Czytając, poruszamy się w płynnym, niepewnym i dynamicznym literackim świecie pełnym przeskoków i zmian, napięć pomiędzy rozbudowaną metaforą, a banałem. Gottfried Benn był także poetą. Ta strona jego artystycznej osobowości chyba przeważała, bo prozatorskie teksty autora są silnie nacechowane poetyckim językiem. Metafory, obrazowość, gęste, wirtuozerskie stylistycznie zdania powodują, że Mózgi i inne nowele jest jedną z trudniejszych książek, jakie miałam w reku. W gąszczu porównań, oksymoronów, antropomorfizacji z pogranicza oniryzmu trudno się odnaleźć, a uwaga z chęcią odpływa w przestrzeń własnych refleksji. Jednak przeciwstawia mu się nieustanne przywoływanie się do porządku, niecodzienny język opisuje bowiem intrygujące historie. Fabuła, choć zawoalowana, przyciąga uwagę i trzyma w skupieniu. W cyklu Mózgi, który dominuje w tej niewielkiej książeczce, czytelnik staje się świadkiem przemiany głównego bohatera. Roenne wypalony ciągłym kontaktem ze śmiercią, zagłębia się w swoim skomplikowanym świecie wewnętrznym. Poruszając się w stronę tego, co nazywa samorozowjem i samopoznaniem, odcina się od rzeczywistości. Pogrąża się we wcielaniu w życie idei nowego

46

człowieka, ale czy przy tym nie odchodzi od człowieczeństwa? Szuka sedna świadomości, istoty „ja”, próbując analizować mózg, niezależnie, człowieka, czy zwierzęcia. W „bardzo płynnych mózgach mężczyzn i kobiet, gnijących i pełnych krwi” nie odnajduje jednak odpowiedzi na zadawane pytania. Poszukuje jej więc w sobie samym, nowych miejscach czy innych ludziach. W efekcie rozważań Roennego powstaje złożone, fizjologiczno-filozoficznosensualno-psychologiczne studium badań nad fundamentalnymi kwestiami. Studium nadal otwarte, dekonstrukcyjne w swej formule i niepokojące w wymowie. Lektura Mózgów i innych nowel jest szczególnym doznaniem, zwłaszcza dla czytelnika przyzwyczajonego do raczej prostej i często przyjemnej literatury współczesnej, pełniącej w znacznej mierze funkcję rozrywkową. Przyzwyczajenie do współczesnej prozy powoduje, że książka Gottfrieda Benna stawia opór i jest prawdziwym wyzwaniem, które warto podjąć. Przypomina bowiem, że pisarstwo to też sztuka, przede wszystkim sztuka słowa, a literatura czasami przestaje być rozrywką, a zaczyna przybierać formę intelektualnych zmagań.


Tytuł: Born to Die Autor: Lana Del Ray Wytwórnia: Interscope, Polydor, Stranger Rok: 2011

recenzuje: Wojciech Szczerek

Alternatywne indie

K

iedy słyszę o muzyce indie, alternatywie, czy „niezalu” to, oczywiście oprócz jakichś ogólnych skojarzeń stylistycznych, ideologicznie jawi mi się ona głównie jako przeciwieństwo wstrętnego potwora, pozbawionego głębi, smaku i uczuć, szerzej znanego jako pop. Gdy jednak okazuje się, że nagle każdy wykonawca jest alternatywny, a o komercji i popie nie słychać nic, zaczyna być to dla mnie podejrzane. Obecna tendencja sprawia, że twórczość kolejnych artystów opatrywana coraz bardziej wymyślnymi mianami: mamy już nie tylko „alternatywny hip-hop” (którego uliczne pochodzenie każe sądzić, iż jego przesłanie z zarabianiem pieniędzy i mainstreamem ma niewiele wspólnego), ale też „alternatywny pop”. Tyleż to groteskowe, co bezsensowne, bo muzyka z założenia komercyjna (i POPularna) nie może być alternatywą dla samej siebie. Artyści pokroju Lany Del Rey taką właśnie etykietką nazywają swoje dziełka i, jak na razie, nie narzekają na brak zainteresowania, bo ich motywacją jest zapewne właśnie popularność. W przypadku płyty Born to Die, pierwszej dostępnej dla szerszej publiczności, można nawet mówić o relatywnym sukcesie. Magnesem jest sama wokalistka – nieco wycofana, subtelna, ale w swojej subtelności dziwna i lekko dzika. Samą siebie definiuje jako wypadkową inspiracji Nancy Sinatrą, Britney Spears, Elvisem i Kurtem Cobainem. Z wymienionych

nazwisk, pod względem muzycznym, najbardziej pasuje do niej pierwsze, choć ja osobiście doszukiwałbym się też wpływów Björk. Umiejętności wokalne samej artystki nie powalają na kolana, lecz słychać, wbrew słowom krytyki, że Lana śpiewać umie. Świetnie przedstawia się to w Video Games, w którym wzrusza subtelna głębia jej głosu, i w Million Dollar Man, gdzie z kolei wibrująca barwa przyprawia o dreszcze. Na szczęście brak wielkich walorów głosowych Lana nadrabia wszystkim innym – niebanalnym frazowaniem i interesującymi aranżacjami kawałków. I właśnie najciekawiej sprawy mają się jeśli chodzi o stylistykę muzyczną w ogóle. Tej nie chcę nazywać wspomnianym już „alternatywnym popem”, choć takie sformułowanie jest stosowane najczęściej. Łatwiej będzie mi powiedzieć, że każdy utwór jest inny. Są tu zarówno te zbliżone do elektro-popu, te z rapem i lekko hip-hopowym beatem czy samplami, jak i wspomniane Video Games z fortepianem i skromnymi smyczkami. Ważne jest to, że wśród tej różnorodności nie napotkamy tu zbyt głośnych, agresywnych brzmień – beaty są obecne, ale niezbyt mocne i to chyba czyni pop Lany dość wyjątkowym. Oczywiście jak na (alternatywny) pop przystało, piosenki opowiadają głównie o miłości, choć nie tylko, a ich teksty są bardziej ambitne niż te pokazywane niegdyś w programie O co kaman?. Born to Die to płyta dobra, przyjemna w słuchaniu, a przy tym ciekawa i nowatorska, bo, choć popowa, to trochę inna niż

47

wszystko, co zwykle wpada nam jednym, a wypada drugim uchem. Sama artystka roztacza wokół siebie ciekawą atmosferę, ale na płycie nie da się tego wyczuć tak dobrze, jak podczas występów. I znów krytyka sugeruje, że Lana tak naprawdę nie umie śpiewać i pozbawiona jest umiejętności estradowych. Jednakże to, czy styl i talent Lany zdadzą egzamin, zależy od słuchaczy, nie od krytyków. Kończąc, dodam tylko, że odróżnienie stylistyki płyty od typowego popu jest tu oczywiście zauważalne, ale niewystarczające, by postawić je w opozycji do popu. Zastanawia mnie też, na ile sformułowanie „alternatywa” jest trafne pozamuzycznie: płytę wydaje Polydor, single lądują na komercyjnych listach przebojów, a sama artystka występuje w programie Saturday Night Live (zresztą nie bez kontrowersji) – nieźle, jak na alternatywę.


Tytuł: Le Voyage Dans La Lune Autor: Air Wytwórnia: EMI Rok: 2012

recenzuje: Jakub Kasperkiewicz

W 31 minut na Księżyc i z powrotem

F

ilm Georgesa Méliésa Podróż na Księżyc był, jak wiele jego produkcji, dystrybuowany w wersji czarno-białej i ręcznie kolorowanej. Prawdopodobnie jedyna istniejąca kolorowa kopia została odnaleziona w 1993 roku w bardzo kiepskim stanie. Po gruntownym odrestaurowaniu film wyświetlono na Festiwalu Filmowym w Cannes w 2011 roku. Nowym barwom i nowej jakości towarzyszyła ścieżka dźwiękowa autorstwa francuskiego duetu Air. Ze swoim zainteresowaniem tematyką kosmiczną, a zwłaszcza księżycową, panowie Godin i Dunckel zdradzili się już w roku 1998, kiedy ukazał się ich pierwszy album Moon Safari. To pozornie „niegroźne” dzieło, będące w istocie opus magnum w dziedzinie muzyki chilloutowej – mam na myśli oczywiście to „dobre” znaczenie słowa „chillout” – zrobiło ogromną furorę zarówno wśród krytyków, jak i słuchaczy na całym świecie. Air wysunęli się na czołową pozycję, jeśli chodzi o tworzenie muzyki „ładnej”. Od tamtego czasu mieli swoje wzloty i upadki, jednak wciąż często patrzy się na nich przez pryzmat ich pierwszego albumu. Duet, zapewne zdając sobie z tego sprawę, wraz z wydaniem Le Voyage Dans La Lune zastosował coś na kształt klamry kompozycyjnej – równo po czternastu latach od wielkiego sukcesu powrócił na swoje ulubione ciało niebieskie, ze wsparciem pierwszego czarodzieja kina. Air nigdy nie byli specjalistami od przecierania nowych szlaków czy przesuwania granic w dziedzinie muzyki. Nadzwyczaj

dobrze szło im jednak tworzenie atrakcyjnych melodii i przepięknych aranżacji. Na tym chyba polega fenomen Moon Safari – niby nic takiego, a jednak nie można się oderwać. Pod tym względem niewiele się zmieniło w ich twórczości, dlatego osoby nastawione na kolejną porcję bardzo dobrze brzmiących, przyjemnych dla ucha, zaaranżowanych z finezją kompozycji będą usatysfakcjonowane. Natomiast polujący na nowe zjawiska niczym kuzyn Chucka Berry’ego w Powrocie do przyszłości, nie mają na Le Voyage Dans la Lune czego szukać. Na szczęście sam film, do którego muzyka jest soundtrackiem, dostarcza Francuzom pewnego alibi. Obraz jest przecież z 1902 roku! To oczywiste, że niewiarygodnie się zestarzał, kino było jeszcze wtedy w początkowym stadium raczkowania, techniki narracyjne powoli zaczynały się rozwijać. Jednak dzieła takie jak to, pierwszy w historii film science-fiction, pod pewnymi względami są nieśmiertelne. Taki klasyk wymaga ścieżki dźwiękowej, która jest co prawda nowoczesna, oddaje w jakiś sposób brzmienie nowego stulecia, ale jednocześnie posiada cechę „stabilności”. Zawiera w sobie tylko sprawdzone muzyczne patenty, które dają gwarancję, że oprawa powstała sto dziesięć lat później nie zestarzeje się szybciej niż sam film. Może to trochę naciągane, ale gdybym był adwokatem Godina i Dunckela, taka byłaby moja główna linia obrony. A co tworzy tę „stabilność”? Powtórzę się: aranże i piękne melodie. Moją uwa-

48

gę, jako osoby zawsze uważnie śledzącej pracę sekcji rytmicznej, zwracają również wspaniałe linie basu – chodzi mi tu zarówno o brzmienie, jak i harmonię. Pojawia się też kolejny stały element ich twórczości, czyli proste, acz bardzo ładne piosenki przyozdobione delikatnymi wokalami. Wszystko jest skąpane w delikatnym klimacie psychodelii, ale – co niektórych może zadowolić, innych zasmucić – jest to psychodelia wydestylowana i raczej „niegroźna”. O Air mówi się często, że to duet tworzący muzykę elektroniczną, przy czym ich kompozycje brzmią bardzo organicznie, może wydawać się wręcz, że elektronika odgrywa w nich jedynie rolę ozdobnika. Wszystko tak naprawdę opiera się na starych, dobrych: perkusji, basie, pianinie i gitarze. Stereotypowe „kosmiczne” brzmienie muzyki do filmów sci-fi zdefiniowano dopiero w latach pięćdziesiątych, więc po raz kolejny nie sposób winić Air za stosowanie zachowawczych metod, chociaż wszyscy wiemy, że tak czy inaczej pewnie by się nimi posłużyli. Jeżeli ktoś chce odbyć podroż na Księżyc w starym stylu z Georgesem Méliésem i Air, będzie zadowolony. Jeżeli ktoś woli mroczniejsze zakątki kosmosu, zawsze może posłuchać Merzbowa.


Horror egzystencji według Bergmana

S

Michał Chęciński

zepty i krzyki to film Ingmara Bergmana z 1972 roku, w którym można znaleźć wiele charakterystycznych dla tego reżysera motywów, a jednocześnie jest to obraz nieco inny. Znów problematyzowana jest niemożliwość dotarcia do drugiego człowieka, ale inaczej niż w Personie, niemożliwość ta ukazana została w kontekście umierania. Często słyszy się o dwóch perspektywach w kinie szwedzkiego reżysera: o wertykalnej, w której kluczowa jest relacja człowiek – Bóg, i horyzontalnej, w której ważne są relacje międzyludzkie. Zawsze miałem wrażenie, że taki podział jest nie do końca zrozumiałym uproszczeniem. Po obejrzeniu Szeptów i  krzyków wrażenie w zasadzie nie uległo zmianie, ale rozgraniczenie to w tym przypadku zdaje się coś wnosić. Pokazuje bowiem, z czego Bergman rezygnuje. Głównym tematem filmu jest nieuleczalna choroba Agnes i jej agonia. Widzimy kobietę umierającą po ludzku, bardzo fizycznie. Bóg jest nieobecny, a jeśli już doszukiwać się Jego udziału, to gra On trzecioplanową rolę. Ważny jest natomiast zegar, głośno wybijający każdą sekundę. Dla Agnes oznacza on przede wszystkim trwanie i nieraz w nieskończoność ciągnące się godziny męczarni. Stały operator szwedzkiego reżysera ­ Sven Nykvist pokazuje nam na samym początku ładne obrazy ogrodu, zgrabnie chwytając w kamerę światło przebijające przez korony drzew, następnie prowadzi nas do równie urokliwej posiadłości, która ze swymi bajecznie czerwonymi wnętrzami przypomina domek dla lalek. Urocze są dwie siostry Agnes: Karin i Maria – piękne, młode, zamężne kobiety, pełne apetytu na życie, dobrze wychowane panie, znające dobre maniery. Maria długo śpi ze swoją lalką, słodko ssąc palec niczym niemowlę, pod opiekuńczym spojrzeniem nieco starszej Karin. Trochę niezręczna jest tylko obecność umierającej Agnes. Siostry razem z służącą Anną pomagają, podają jej wodę, zmieniają pościel i ubrania, dużo się uśmiechają. Zresztą Anna sprawia wrażenie nieco obłąkanej, zdarza jej się w nocy słyszeć płacz, pewnie nie pozostaje to bez związku ze śmiercią jej dziecka. Bliskość śmierci zaczyna wpływać na Karin i Marię, podejmują one trudną próbę porzucenia krępującego konwenansu życia codziennego, by dotrzeć do siebie. Wyjście z bezpiecznego kącika dobrych manier równa się dla Karin z wyznaniem nienawiści do własnej siostry. Chwilę później siostry toną we wzajemnych objęciach, jest to jedna z niewielu scen, w której pojawia się muzyka. Nie słyszymy o czym rozmawiają, możemy się tylko domyślać, że przeżywają coś w rodzaju metafizycznego uniesienia, jakiegoś głębokiego doświadczenia obecności drugiego człowieka. Film otwiera się na perspektywę wertykalną, gdy pojawia się pastor, który modli się nad ciałem Agnes. Dowiadujemy się od niego,

że była ona osobą bardzo wierzącą. Narrator wspomina o pogodzeniu głównej bohaterki ze swoją chorobą, mimo to trudno oprzeć się wrażeniu, że ładnie brzmiące religijne frazesy w zestawieniu z przeraźliwym krzykiem umierającej wydobywającym się z wnętrza gnijących trzewi, brzmią jak pokraczna kakofonia.

49

Ilustr. Ewa Rogalska


W ogóle mowa pastora zabarwiona jest gorzkim zwątpieniem: „Pomódl się za nas pozostawionych w ciemności. Zostawionych na tej marnej Ziemi. Z niebem ponad nami, ponurym i pustym”. Bergman zdaje się mówić przez usta pastora, że niezależnie od kwestii istnienia Boga i Jego Opatrzności, człowiekowi dany jest tylko skończony świat ziemski. Pewny jest ludzki, fizyczny wymiar umierania i tylko nim reżyser tutaj się zajmuje. W obliczu skończoności, braku wyższego sensu będącego usensowieniem cierpienia, człowiek zostaje skazany na obcowanie z drugim człowiekiem, zawsze będącym Innym. Choćby ten Inny był nam najbliższy, to wobec umierania wychodzi na powierzchnię z całą mocą niemożliwość zrozumienia tego, przez co przechodzi umierający. Bergman przeraża samotnością odchodzącego. Najbardziej problematyczna jest dla widza perspektywa nie samego umierającego, ale perspektywa świadka. Niewdzięczność tej roli polega na tym, że my z naszym ­– by posłużyć się terminem Heideggera –­„jeszcze-nie umieraniem”, ciągle będziemy żyli, w jednej z bohaterek wywołuje to poczucie winy za własne życie. Heidegger pisze, że „nawet gdyby w towarzyszeniu można było uwyraźnić sobie »psychologiczne« umieranie innych, to i tak nie zostałby wcale uchwycony sposób bycia, o który tu chodzi, tzn. dobieganie-kresu”. Umieranie otwiera przepaść między odchodzącym a pozostającym. Na nic zdadzą się tutaj wyuczone zachowania i uśmiechy bohaterek. Skuteczność pomocy wyraża się w tym, że zmienia ona sytuację osoby, której pomagamy. Wobec nieodwracalności zbliżającej się śmierci Agnes (niemalże już tu-obecnej) jedyna pomoc może polegać na samej obecności, na samym byciu. Dlatego wymagana „czystość bycia” czyni niezręczną, pokraczną wszelką pozę, cokolwiek związanego z zakłamaną mieszczańską kulturą. Niemożliwe jest też uśmierzenie fizycznego cierpienia umierającej. Kiedy ta podczas napadu bólu z wyrzutem pyta, czy nikt nie może jej pomóc, przerażona Maria może jedynie odwrócić twarz zakrywając ją rękami. „Nikt nie może odebrać innemu jego umierania” , pisze Heidegger. Z każdym atakiem bólu Agnes, coraz bardziej męczy nas jej cierpienie, jest niewygodne, jej popękane usta, blada twarz, podpuchnięte oczy, tłuste włosy sprawiają, że chcemy odpocząć, choć na chwilę kierując wzrok na piękną buzię Marii i jej obfity, wylewający się z bluzki biust. Niezwykle bezpośrednie i silne jest doświadczenie, którego dostarcza nam Bergman swoim surowym obrazem. Nie wiem, czy w jakiś sposób wytworzył iluzję prawdziwości tego, co widzimy na ekranie, czy w samym umieraniu jest coś takiego, co sprawia, że nawet po obejrzeniu napisów końcowych nasze wyschnięte gardło z trudem przełyka ślinę.

50


Teorie na zakręcie Paweł Bernacki

Ż

adnym odkryciem nie będzie stwierdzenie, że dyskurs humanistyczny już dawno porzucił nadzieję na stworzenie jednej, spójnej teorii, która pozwoli opisać, jeśli nie całość ludzkiego doświadczenia, a więc szeroko rozumianą rzeczywistość, to przynajmniej jedną z jej odsłon: literaturę, sztukę, nauki społeczne. Owe, zakorzenione jeszcze w nowoczesnym myśleniu o świecie, strukturalistyczne próby zastąpione zostały przez cały tabun pomniejszych ideologii, które nie tylko nie roszczą sobie prawa do odsłonięcia obiektywnej prawdy, ale i są z tego dumne. W pewnym sensie rozumiem to zadowolenie z siebie. Odkrycie, że nie istnieje żadna racja „najmojsza”, że każdy z nas, jako istota żyjąca w świecie, nie jest w stanie patrzyć nań inaczej niż przez pryzmat własnego doświadczenia, niesie ze sobą wiele pozytywów. Wydaje się bowiem, że jedną z jego podstawowych nauk jest szacunek i otwarcie na inność, których brak doprowadził w czasach nowoczesnych do największych w dziejach zbrodni. Wypada się jednak zastanowić, czy przyjmując ów hermeneutyczny punkt widzenia, nie poszliśmy kilka kroków za daleko, i czy nie tylko nie pozbyliśmy się starych problemów, ale również nie stworzyliśmy całego mnóstwa nowych. Teoriom, czy szerzej myśleniu nowoczesnemu, zarzucić można było wiele, ale na pewno nie to, że zrzekały się one swojej odpowiedzialności za kształt rzeczywistości. Ich zasadnicza wada poległa, zdaje się, na tym, że w swej pogoni za osiągnięciem idealnego stanu uległy zaślepieniu i uwierzyły, że można stworzyć szczęśli-

wy świat, ignorując, a nawet eksterminując, jednostki niepasujące do założonych celów. Próbując objąć sobą dosłownie wszystko, paradoksalnie pomijały wiele dziejących się wokół nich spraw, wierzyły, że rzeczywistość lub chociaż jej konkretne dziedziny da się opisać zamkniętym zbiorem formuł, a wszelkie elementy niepasujące zasymilować lub eksterminować. Nie trzeba było dużo czasu, by zaczęło dochodzić do zbrodni, a wraz z nimi do buntów wszystkich uciśnionych innych, którzy chcieli mieć swoje prawo do istnienia i samostanowienia. Działo się to zarówno w sferze praktyki, jak teorii, choć oczywiście w tej pierwszej skutki były nieporównywalnie tragiczniejsze. Rzecz w tym, że po obaleniu wszelkich teorii przypisujących sobie licencję na prawdę, stanęliśmy przed otwartym rajem wszystkich możliwości i oczywiście pokpiliśmy sprawę, rozbiegając się w każdą ze stron. Wywalczyliśmy wolność i nic dobrego z nią nie zrobiliśmy. Ba! Kto wie, czy nie zakuliśmy się w znacznie cięższe kajdany. Zrozumieliśmy, że jeden złoty lek na rzeczywistość nie istnieje, że nie ma jednej metody jej opisu. Zaczęliśmy więc tworzyć mnóstwo drobnych półśrodków, służących do dobrania się do niej. Feminizm miał patrzeć na świat od strony kobiecej, postkolonializm oczami pokrzywdzonych imperializmem, ekokrytyka zwracać uwagę na środowisko naturalne, studia kulturowe… i tak dalej, i dalej. Z jednej gałęzi wyrastało wiele innych, które różniły się od siebie zasadniczo tym, że kładły większy nacisk na te, nie inne słowa, a w najlepszym wypadku używały po prostu innego języka. Co gorsza nie stawiały sobie one

51

Ilustr. Ewa Rogalska (2)


za cel wyjaśniania świata, a przekonywanie i walkę o jego postrzeganie. Stały się nie tyle teoriami tłumaczącymi jakieś aspekty rzeczywistości, ile ideologiami. To, co miało objaśniać świat przemieniło się w narzędzie do walki o jego kształt, więc, w mojej opinii, poniosło druzgocącą klęskę. Mało tego, same teorie stały się przedmiotem zainteresowania jakichś teorii wyższego szczebla – one, które miały służyć do wyjaśniania tekstów, zmieniły się w obiekty badań i dziś powstają analizujące je podręczniki. Choć wciąż żyją, są używane, równocześnie przeszły do historii. Z jednego prostego powodu – nie mówią już nic nowego. Nie są w stanie tego zrobić, nie są bowiem zwartymi konstrukcjami myślowymi, a ideologiami obracającymi się wokół kilku krzykliwych haseł. Raczej we wrzasku niż dyskursie szukają swego uprawomocnienia. Ten krzyk zamyka je zaś na to, co winno być siłą wszelkiej współczesnej teorii – eklektyzm i poszanowanie dla inności. Trudno mi sobie wyobrazić bardziej rozbity i skłócony dyskurs niż współczesna humanistyka. Jedne teorie-ideologie odbierają innym rację bytu, podważają sens ich badań, kwestionują każde słowo, że o wszechobecnym uczuleniu na szeroko rozumiany strukturalizm (który przecież wcale się jeszcze nie wypalił) nie wspomnę. Aż chce się sparafrazować słynne powiedzenie – wszyscy walczą o literaturę, aż księgi płoną. Każda z owych teorii-ideologii chce nowej historii literatury, domaga się przewartościowań – a to, że Szekspir był rasistą, a to że Faulkner dyskryminował murzynów, a to że Hemingway to szowinista pierwszej wody, a to że to, a to że tamto. Wszystkie one zdają się przy tym zapominać, że przy lekturze takich pisarzy jak Faulkner, Szekspir czy Hemingway żadne wybiórcze spojrzenie nie wystarczy, że najwięksi twórcy domagają się złożonej, wieloaspektowej interpretacji, która chociaż spróbuje stworzyć spójny obraz ich dzieła. Taka zaś egzegeza będzie korzystać zarówno z dorobku szkół strukturalistycznych, jak postmodernistycznych. Zauważmy, że wszystkie współczesne –izmy, chcąc napisać od nowa historię literatury czy nawet świata, patrząc nań wyłącznie od swojej strony, popełniają ten sam grzech, co teorie strukturalistyczne wierzące, iż każde dzieło da się ująć w zamkniętym zbiorze ról i funkcji – grzech pychy. Ów grzech jest tym bardziej zadziwiający, że współczesne teorie-ideologie zrzekły się odpowiedzialności za kształt świata. Nie chcą już odczytywać, świdrować rzeczywistości, bo ta nie jest dla nich ważna. One chcą ją kreować na własną modłę, zamykając się na wszystko inne. Z pozycji badaczy, wyszły na front – stały się wojownikami. Walczą jednak wyłącznie o siebie, bez odpowiedzialności za innych. Zamknęły się one w swoich małych przyczółkach i bronią w nich swojej chwiejnej niepodległości, jakby zupełnie nie zauważając tego, jak bardzo rozczłonkowały coś, co strukturalizm chciał zjednoczyć – dyskurs humanistyczny. Jest to tym dziwniejsze, że wszystkie te –izmy wyrosły z jednego pnia – hermeneutyki, a wielu wielkich filozofów owego nurtu wierzyło, że choć jesteśmy zanurzeni w świecie, to przez lekturę dzieł literackich możemy zbliżać się do logosu, odkrywać samych siebie, pokonywać dystans dzielący mnie od innych. Po prostu łączyć, dochodzić

52

do źródła, budować. Tymczasem stwierdzając, że tak naprawdę nigdy nie będę miał dostępu do świata obiektywnego, więc zajmę się swoim małym poletkiem i spróbuję zawłaszczyć sobie jak największe przestrzenie innych poletek, że wyłącznie używam rzeczywistości, a nie ją odkrywam, jest po prostu aktem tchórzostwa. To nic innego, jak poddanie się. Ucieczka od misji, która stoi przez literatami i ich interpretatorami, która nakazuje im wziąć odpowiedzialność za otaczający świat i objaśniać go innym. O ile, jak mi się zdaje, prawodawcy nowoczesnej hermeneutyki zanurzyli się w rzeczywistość, żeby spróbować ją objąć od innej strony, od wewnątrz, pokazać ludzką omylność; o tyle współczesne teorie-ideologie zupełnie nie przejmują się tym problemem. Porzuciły odrywanie świata, na rzecz tworzenia go na nowo w języku. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że wiara w obiektywne poznanie świata to mit. Jego utopijność nie zwalnia nas jednak z konieczności dążenia doń. Jak często podkreśla Zygmunt Bauman, którego myśl zainspirowała mnie do napisania tego tekstu – utopia, jak sprawiedliwość, jest procesem w toku. Z każdym naszym krokiem do przodu, ona ucieka krok do tyłu. Musimy jednak stąpać dalej, nieustanie, aby poprawiać naszą kondycję, doskonalić się. Wszak celem literatury i jej badaczy nie jest chyba nic innego, jak pobudzanie do myślenia, budowanie (a może odbudowywanie) tablic wartości. Dialog z rzeczywistością, który ma na celu wzmacnianie dążenia jednostek do autonomiczności. Jakie współczesne teorie, jakie ideologie biorą ten cel na barki? Zdaje się, że żadne. Większość z nich zostawiła ludzkość w samopas. Kisząc się w swoim sosie, porzuciła dialog ze światem na rzecz konstruowaniu dialogu o świecie. Tymczasem jak różne nie byłyby nasze stanowiska, nasze postrzeganie rzeczywistości, to musimy mieć na uwadze, że zasadniczo mówimy o tym samym: tym drzewie, tej książce, tym człowieku. Nie możemy więc pozwolić sobie na popadnięcie w apatię, na rozczłonkowanie. Musimy wspólnymi siłami gonić uciekającą utopię, a przede wszystkim musimy ponownie wziąć na barki odpowiedzialność za kształt świata. Wspomniany Bauman powtarzał za Levinasem, że etyka poprzedza ontologię. A skoro tak jest, to nim zaczniemy sami tworzyć prawa i nakazy, nim sami zaczniemy wartościować – musimy stanąć przed sądem etyki, tej prymarnej, zakorzenionej gdzieś w głębi jednostki. Moralności nie da się „ustanowić” tak, jak ustanawia się inne ludzkie instytucje. (…). Moralność jest: nie może, ani nie musi wyjaśniać swoich źródeł, ani dowodzić swoich praw. Powiada Bauman. Zdaję sobie doskonale sprawę z tego, jak mało popularne to stwierdzenie, jak niemożliwe do udowodnienia. Niepewność jest jednak jednym z głównych, i równocześnie jednym z najpiękniejszych, składników naszego jestestwa. Bez przekonania więc o własnej nieomylności, gorąco wierzę w to, że lepiej szukać tej przedontologicznej etyki i stawać przed jej sądem, niż produkować tabuny własnych, cząstkowych etyk i spierać się o to, która lepsza. Walcząc o naszą rację „najmojszą”, nie tylko rozszarpiemy dorobek literatury na strzępy, ale powtórzymy najgorsze zbrodnie nowoczesności. Tego zaś historia nam nie zapomni.


Problemy translatologiczne

Finnegans Wake Katarzyna Northeast

Od 2 lutego 1939 roku, to znaczy od dnia ukazania się książki, nie tylko że nikt nie przetłumaczył jej, ale także nikt jej nie zrozumiał. […] nikt nie jest w stanie czytać FW. Czytać, to znaczy przesuwać oczyma po zadrukowanym papierze, rozumiejąc, co zawiera oglądany tekst1.

T

ymi słowami Maciej Słomczyński w 1973 roku opisał ostatnią powieść Jamesa Joyce’a. Tekst obejmujący cztery księgi dojrzewał przez siedemnaście lat2 i do dzisiaj nie doczekał się pełnego tłumaczenia na język polski. Specyficzny charakter dzieła, czyli cykliczna struktura3, antysystemowy język oraz ciągłe odkrycia dotyczące ukrytych znaczeń, sprawiają, że jest ono tekstem wyjątkowo trudnym, adresowanym wręcz do elitarnego grona odbiorców. Przez to również zyskał miano utworu nieprzekładalnego. Poniższe rozważania dotyczą problemów translatologicznych, z którymi muszą mierzyć się tłumacze FW. Pierwszym chronologicznie badaczem dzieła był Jerzy Strzetelski – w 1959 roku w „Twórczości” ukazał się przekład fragmentu pt. „Anna Livia Plurabelle”. Następnie w latach siedemdziesiątych Maciej Słomczyński przetłumaczył balladę o Persse O’Reillym, hymn na cześć Izoldy oraz obszerny fragment ALP4, później zaś – końcowe strony FW. Spolszczenia pierwszych akapitów dokonane przez Jacka Malickiego oraz Adama Królikowskiego ukazały się odpowiednio na portalu internetowym i w „Magazynie Literackim”. W książce wydanej w 1998 r. pod red. Katarzyny Bazarnik i Finna Fordhama pt. Wokół Jamesa Joyce’a opublikowano tłumaczenia sześciu pierwszych akapitów wraz z objaśnieniami Tomasza Mirkowicza. W zeszłym miesiącu ukazał się przekład całej książki dokonany przez Krzysztofa Bartnickiego pod tytułem „Finneganów tren” Każdy z wyżej wymienionych tłumaczy zmagał się z dziełem Joyce’a, pokonywał trudności lingwistyczne, które w tych rozważaniach zostaną zarysowane na przykładzie realizacji tytułu oraz ostatnich słów Księgi IV.

1

M. Słomczyński, Klucze otchłani, „Literatura na Świecie 1973”, nr 5, s. 14. 2 W literaturze przedmiotu można znaleźć różne liczby określające czas powstawania dzieła. Decyduję się jednak na wersję podaną przez samego autora na stronie 628. 3 Por. J. Strzetelski, Finnegans wake w oczach krytyki, „Literatura na Świecie” 1973, nr 5, s. 64-65 . 4 Por. K. Bazarnik, O polskich przekładach Finnegans Wake, [w:] Wokół Jamesa Joyce’a, red. K. Bazarnik, F. Fordham, Karków 1999, s. 196.

53

Ilustr. Ewa Rogalska (2)


Sens tytułu, czyli złośliwość apostrofu Ze względu na cykliczny charakter dzieła trudno zacząć od początku, niech zatem otwarciem niniejszych rozważań będzie tytuł. Część tłumaczy pozostawia go w wersji oryginalnej, trzech zaś dokonuje przekładu. Zarówno interpretacja Jerzego Strzetelskiego: „Noc opłakiwania Finnegana”, jak i Jacka Malickiego: „Przebudzenie Finnegana” jedynie z pozoru oddają sens tytułu. Interpretując wersję oryginalną, można odkryć o wiele więcej znaczeń niż te dwa. Przede wszystkim znajdujemy wyraźną aluzję do znanej ballady irlandzkiej pod identycznym fonetycznie tytułem: ”Finnegan’s Wake”. Piosenka opowiada o murarzu, który traci życie, spadając z drabiny. Zgodnie z tradycją przed pogrzebem urządza się biesiadę (ang. wake), w której uczestniczy rodzina, przyjaciele oraz ciało tytułowego Finnegana ułożone tak, jakby on również brał udział w zabawie. Podczas biesiady dochodzi do bójki, w trakcie której whiskey wylewa się na ciało Finnegana, co wywołuje jego przebudzenie5 (ang. wake). Już tu widać dwuznaczność sformułowania. Rytuał pogrzebowy z jednej strony stanowi pożegnanie ze zmarłym, wspólne wypicie ostatniego kieliszka, z drugiej – zdradza pewną naturalną nadzieję na przebudzenie. W tytule i refrenie ballady imię głównego bohatera jest w formie dopełniacza saksońskiego6. Joyce jednak nie używa tej samej formy fleksyjnej. Brak apostrofu świadczy o tym, że całe wyrażenie pełni zupełnie inną funkcję syntaktyczną i semantyczną. Mamy do czynienia z wieloma Finneganami. Chodzi tu albo o różne wcielenia tej samej postaci lub też o rodzinę Finneganów. W kontekście całej powieści jedno i drugie ma uzasadnienie. Głównym bohaterem powieści7 jest HCE (Humpfrey Chimpden Earwicker8), utożsamiany z Finneganem, który spadł z drabiny, ale także z Humptym Dumptym, Tristianem, Napoleonem oraz z Każdym (Here Comes Everybody)9. Z drugiej strony, główne postaci pojawiające się w dziele to członkowie rodziny HCE – jego żona (Anna Livia Plurabelle), synowie (Shem i Shaun) oraz córka (Issy). W kontekście takiego odczytania pierwszego członu tytułu, zmienia się także znaczenie i funkcja składniowa drugiego wyrazu: wake. Nie jest już w formie rzeczownika oznaczającego przebudzenie lub rytuał związany z opłakiwaniem zmarłego, lecz staje się czasownikiem w trybie oznajmującym lub rozkazującym: „Finneganowie przebudzają się” albo „Finneganowie, przebudźcie się”. Zarówno wersja Strzetelskiego, jak i Malickiego są zatem tłumaczeniami zawężającymi pole interpretacji. Odnoszą się do skojarzenia związanego jedynie z balladą, pomijając natomiast fakt, że Joyce poszerzył znaczenie tytułu poprzez zwykłe usunięcie apo

5

6

7

8

9

Jako ciekawostkę można dodać, że angielski wyraz whiskey pochodzi z irlandzkiego określenia oznaczającego wodę życia. W FW woda stanowi istotny i bardzo częsty motyw. Całe wyrażenie można żartobliwie przetłumaczyć jako „Pogrzebowa biesiada Finnegana”. Wyrazu „powieść” używam dla uproszczenia, wiadomo jednak, że w przypadku FW jest to raczej rzecz sporna i niejednoznaczna. J. Joyce, Finnegans Wake, London: Penguin Books , s. 33; W całym dziele znaleźć można więcej określeń, np. Haroun Childeryk Eggeberth (4.32), czy też Hung Chung Egglifelli (374.34). J. Strzetelski, op. cit., s. 65.

54

strofu. Forma fleksyjna (dopełniacz, l. poj.) ogranicza możliwości interpretacyjne. Co jednak można powiedzieć o przekładzie wyrazu „wake”? Strzetelski wykorzystuje określenie „noc opłakiwania”, które odnosi się do zwyczaju pogrzebowego. Przy okazji jednak tkwi także w treści dzieła Joyce’a. Sam autor twierdził, że „jeżeli Ulisses był dniem człowieka, to FW jest jego nocą”, a elementy oniryczne wyeksponowane w tekście dodatkowo potęgują wrażenie, że „akcja” trwa w nocy. Bardzo interesujący jest przekład Bartnickiego: „Finneganów Tren”. Katarzyna Bazarnik podkreśla, że oba wyrazy w tytule zawierają joyce’owską wieloznaczność10. Tren jest z jednej strony utworem żałobnym, z drugiej zaś – częścią kobiecej sukni (być może odnoszącym się do pierwiastka kobiecego, który według pewnych badaczy, stanowi bardzo ważny element dzieła). Forma fleksyjna: „Finneganów” także posiada więcej znaczeń. Na pierwszy rzut oka jest to dopełniacz w liczbie mnogiej. Ukryto jednak w nim rzadszą formę, staropolskiej odmiany przymiotnikowej z formantem –ow. Mamy zatem w tytule bohatera indywidualnego oraz zbiorowego. Pozostali tłumacze nie spolszczyli tytułu. Pozostawienie angielskiej wersji w nienaruszonej formie posiada jednak swoje zalety. Przede wszystkim nie pozbawia się czytelnika szerokiego zakresu interpretacyjnego, istotnego dla treści dzieła. Ponadto uzasadnieniem takiej pozornej bierności translatologicznej jest wielojęzyczny charakter FW. Skoro cały tekst stanowi zlepek mnóstwa języków, a czytelnik został skazany na godziny spędzone ze słownikami, czy

10

Por. K. Bazarnik, rzecznarzeczy, „Literatura na Świecie” 2004, nr 7-8, s. 109.


konieczne jest tworzenie polskiego tytułu, który byłby semantycznie uboższy od oryginału? Przekład (przed)ostatnich słów ALP Jak już zostało wspomniane, nie sposób zacząć od początku. Raczej sensownym i logicznym rozwiązaniem będzie otwarcie rozważań dotyczących pierwszego akapitu od ostatnich słów książki: A way a lone a last a loved a long the11 Zdanie wypowiadane przez Annę Livię Plurabelle urywa się w połowie, by znaleźć kontynuację w akapicie otwierającym pierwszy rozdział. Całość zatem brzmi następująco: A way a lone a last a loved a long the riverrun, past Eve and Adam’s, from swerve of shore to bend of bay, brings us by a commodius vicus of recirculation back to Howth Castle and Environs.

na rzecz treści, jednak w tym wypadku związek opisu rzeki z płynnością brzmieniową jest tak widoczny, że być może warto zacząć przekład od ostatnich słów dzieła, by tę płynność zaakcentować. Trudności stwarzają różnice strukturalne języka angielskiego i polskiego. Jak Strzetelski podkreśla w swoim artykule „Finnegans Wake w oczach krytyki”, język angielski daje możliwość wprowadzenia płynnej melodii ze względu na krótkie formy leksykalne oraz na brak fleksji13. Jednak tłumacz sam pada ofiarą długich form, dokonując przekładu ostatnich słów dzieła następująco: Droga, samotna, ostatnia, ukochana, wzdłużna.14 Z pewnością oddaje leksykalny sens ostatnich słów ALP, ale czy odzwierciedla całkowity przekaz tekstu? Bez wątpienia Joyce nie ogranicza się do semantyki leksykalnej; w tym wypadku szczególnie wyraźnie widać istotę melodii, która staje się jednym z nośników znaczenia. Ze względu na prozodię języka polskiego, trudno skonstruować melodię opartą na stopie jambicznej. Słomczyński zatem w swoim przekładzie w dużej mierze wykorzystał amfibrach: o stąd, o sama, ostatnia, o słodka, o senna15. Poza oddaniem rytmu i sensu słów ALP, tłumacz wprowadza kolejny motyw – sen. Monolog żony Earwickera ma miejsce w nocy. Monotonny rytm może więc przywoływać skojarzenia nie tylko związane z wodą, lecz również z motywem onirycznym. Zarówno jedno, jak i drugie stanowi istotny motyw w powieści. Warto również zaznaczyć, że tłumacz nie zmienia znacząco struktury oryginalnego tekstu. Każda kolejna „fala” zaczyna się od jednej słabo brzmiącej głoski – w wersji Joyce’a jest to głoska shwa, a u Słomczyńskiego – o. Po niej następuje sylaba akcentowana. W oryginale na plan pierwszy wysuwają się wydłużone samogłoski, natomiast w przekładzie elementem kluczowym nie są samogłoski, lecz spółgłoska s, która jako bezdźwięczna i szczelinowa może wprowadzać atmosferę ciszy nocnej i senności. Tłumaczenie Bartnickiego (A wyjść a lecieć a lubić a wiec, że) z kolei utrzymuje połączenie głosek a-l16, oddaje rytm oparty na jambie i amfibrachach, a przede wszystkim stanowi pewne novum z powodu przekładu słowa the , które sam Joyce określał jako ostatnie tchnienie ALP. Bartnicki kończy swój ciąg wyrazów spójnikiem że. Zarówno Bartnicki, jak i Słomczyński koncentrują się na strukturze rytmicznej, dbając o oddanie płynności ostatnich słów Anny Livii Plurabelle. Finnegans Wake to „dzieło-rzeka” nie tylko pod względem wątków i intertekstów, ale także przez bogactwo lingwistyczne. Jeżeli tyle kłopotu sprawia przekład dwóch tytułowych wyrazów czy niedokończone zdanie z 628 strony dzieła, to jak tłumacz ma podejść do całego tekstu? Lub chociaż do dwóch pierwszych akapitów? Ryzyko utonięcia w „dziele-rzece” jest ogromne! Szczęśliwie jednak znalazł się „śmiałek”, dzięki któremu doczekaliśmy się tłumaczenia nie tylko dwóch pierwszych akapitów, lecz całego tekstu: od początku do końca i znów od początku do końca i jeszcze raz od początku do końca, etc.

Wydaje się rzeczą trudną tłumaczenie pierwszego akapitu bez uwzględnienia ostatnich słów dzieła. Przede wszystkim nadają one Por. J. Strzetelski, op. cit., s. 58. rytm i melodię, które potem determinują brzmienie pierwszego 13 J. Strzetelski, Słopiewnie Jamesa Joyce’a „Twórczość” akapitu. Melodia oparta jambach przypomina ruch fal, płynność 14 rzeki Liffey12 i ciągnie się do słów „bend of bay”. Naturalnie tłumacz 1959, nr 12, s. 60. wielokrotnie musi dokonywać wyborów, poświęcając często rytm 15 K. Bazarnik, O polskich przekładach Finnegans Wake [w:] Wokół Jamesa Joyce’a, red. K. Bazarnik, F. Fordham, 11 J. Joyce, op. cit., s. 628. Karków 1999, s. 195. 12 Badacze identyfikują topografię, opisaną w pierwszym 16 Tak twierdzi Katarzyna Bazarnik, nie uwzględnia jednak, iż akapicie jako okolice rzeki Liffey płynącej przez Dublin. w praktyce polskie a różni się znacznie od angielskiego shwa.

55

Ilustr. Ewa Rogalska


56


Karolina Krawczyk 57


Wrocław, mon amour Magdalena Zięba

N

igdy nie sądziłam, że napiszę te słowa: „Wrocław, moja miłość”. Miłość trudna, nie wiem, czy odwzajemniona, pełna wzlotów i upadków. Z taką miłością to tylko do psychologa na ostrą terapię. A jednak to miłość. Trudno się od niej uwolnić i trudno o lepszą. Tyle razy powtarzam sobie, że niebawem opuszczę to malaryczne miasto, pełne brudnych gołębi i studentów o średniej wzrostu 1,45 cm, jednocześnie zastanawiając się, dlaczego tego dotąd nie zrobiłam? To chyba naprawdę miłość – silniejsza nawet od miłości do kogoś, kto już dawno pozostawił dla mnie puste ulice i miejsce przy stoliku w kawiarni. Siedem lat, w których mieszczą się wszystkie emocje, jakie tylko można sobie wyobrazić, siedem lat i tak dużo ludzi, którzy byli, którzy zostali albo wyjechali. Kiedyś napisałam pełen egzaltacji esej o symbolice liczby siedem w kulturze i sztuce, oceniony przez moją panią z historii sztuki na szóstkę; teraz myślę, że to wszystko bujda, za to dowiedziałam się, że jestem numeryczną dziewiątką – chcecie wiedzieć o mnie coś więcej? – poczytajcie sobie o dziewiątce na portalach ezoterycznych. Wiem na pewno, że, czy ktoś tego chce czy nie, po tych latach mogę nazwać siebie wrocławianką. Z okazji Walentynek powinnam była zatem wyrysować na Rynku ogromne serce, wysmarować je swoją krwią i wyskoczyć topless z napisem „WROCŁAW I love you 4ever”. Sytuacja idealnie oddałaby stan mojego kiczowatego uczucia, a przy okazji nawiązywałaby do różnorodnych inwestycji władz miejskich, mających nadać miastu „europejskości”. Wymieńmy chociażby fontannę przy Hali Stulecia albo nudną architekturę powstającą jak grzyby po deszczu. Cała ta miłość jest niczym masochizm. Kocham jeździć po Wrocławiu rowerem, kocham spacery, uwielbiam siedzieć na trawie nad rzeką... Tymczasem muszę pokonywać wielgachne krawężniki, bo ścieżki rowerowe kończą się zawsze w najmniej spodziewanych momentach (lubię sobie wyobrażać, że to sprawka równoległej rzeczywistości), kiedy zaś idę chodnikiem wykonuję nieludzki wysiłek jednoczesnego robienia slalomu i trzymania się w postaci wyprostowanej (na obcasach), byle tylko przejść bez wysmaro-

wania sobie obuwia psią kupą. A na trawie już dawno nie siedziałam, i to wcale nie dlatego, że była zima, ale z powodu nader prostego: zazwyczaj nie siedzi się przecież na trawie, tylko na patchworku z petów. Pytanie o zasięg spojrzenia władz miasta wydaje się bezsensowne, bo zasięg jest wszak „europejski”! Tylko czy nie lepiej spojrzeć czasem na to, co mamy pod stopami i przed nosem? Posiadanie niezliczonej ilości fontann i sadzawek (o co im chodzi z tą wodą?!) naprawdę nie zrekompensuje nikomu komfortu życia w miejscu nastawionym przyjaźnie do zwyczajnych (i bardziej niezwyczajnych) mieszkańców. Kluczowym słowem w projektowaniu użytkowym i graficznym jest prostota, dzięki niej

można osiągnąć maksimum ergonomii, przy jednoczesnym wykorzystaniu dobrych jakościowo materiałów, nie obciążonych jednak formalnym bagażem. I chciałabym, żeby w mieście, które darzę miłością, wszystko działo się w sposób prostszy. To chyba naprawdę nie jest nic trudnego. Tymczasem nadal tu jestem – ogarnięta tęsknotą, na skraju szaleństwa, miotająca się w objęciach butelki wódki, w papierosowym dymie. Po kolei uciekają stąd ludzie, dla których byłam czymś więcej niż tylko imieniem i nazwiskiem na fejsbuku. Skąd więc czerpać siłę do miłości? Nie mam tu wszystkiego, ale mam to coś, co czyni Wrocław moim domem. To coś trudnego do nazwania, ale jednak jest. „Run away fast as you can„- chciałabym uciekać, ale nie wiem, dokąd. Czy ktoś kiedykolwiek powiedział, że miłość do miasta to ta jedyna i niepowtarzalna? A może lepiej poszukać miejsca, które odwzajemni bardziej, lepiej i pełniej? Po co brodzić po błotnistych

58

ścieżkach, kiedy można po czystym bruku? Chyba po nic, a jednak po coś. Może zamiast napisu głoszącego moje wielkie uczucie, powinnam wypisać sobie na piersiach postulaty, ale przecież prawdziwa miłość nie czeka na spełnienie (nigdy nie wypowiedzianych) obietnic. Wydaje się, że tkwię w toksycznym związku z miastem. Nie wiem sama, o co mi chodzi, mam pretensje o drobnostki, a ono milczy, obojętne na moją szamotaninę. Tyle że w tym chaosie i nieuporządkowaniu, w niedoskonałościach i naznaczeniu wspomnieniami tkwi jego urok. Mogę iść przez Park Staszica i dowolnie modelować przestrzeń i związane z nią konteksty, mogę wziąć do ręki mapę i zaznaczyć kolorami momentalne skojarzenia, dobre, złe, obojętne. Potrafię czasami wciąż się zgubić i wtedy na nowo zauważam, jak piękne są jego zakątki. Niedawno spotkałam na przystanku amerykańskiego chłopca z Teksasu, zachwyconego atmosferą miasta, otwartością ludzi i jego niepowtarzalnym urokiem. Czy mi się zdawało, czy wrocławianie wciąż mają kompleksy w stosunku do Krakowa czy Warszawy? Otóż, okazuje się, że Kraków jest zaściankowy, a Warszawa napuszona i zamknięta na przybyszów z zewnątrz. Bądźmy więc sobie wrocławianami, trochę wydartymi historii, w poniemieckim malarycznym mieście, tak fascynującymi w całej swojej różnorodności i szaleństwie! Nawet przypadkowo spotykani ludzie jawią się wtedy jak objawienie (z małym wyjątkiem Włochów w średnim wieku, poszukujących mieszkania). Stwierdzam, że świeże spojrzenie i odrobina obcego języka zmienia perspektywę. Wczoraj wyjechał ode mnie hiszpański znajomy – pokazując mu miasto, sama przekonałam się do tego, że tak naprawdę jest ładne i zwyczajnie fajne. Można tu spotkać nudziarzy, ale i totalnych dziwolągów, łącznie ze starszym panem głoszącym wiarę w niesamowity wynalazek fizyki, który doprowadzi nas do samego kosmosu, a następnie do Boga. Pomijając dyskusje o Jego istnieniu/ nieistnieniu, warto spotkać tego gorliwego głosiciela fantazji i podpisać się pod petycją, którą rozdaje w tramwajach. Spotkałam go jakiś czas temu, ale mam nadzieję, że wciąż krąży gdzieś w miejskiej komunikacji, wprawiając ludzi w absurdalne poczucie sensu w bezsensie. I to jest właśnie mon amour.


Młody „soszialista” i jego rozterki

A

daś był zwykłym studentem z prowincjonalnej mieściny. Z Internetem kontakt miał dzięki kafejkom. Zanim podłączył sieć w  swoim mieszkaniu, jego życie było nieco puste, pozbawione doznań, jakie daje szerokopasmowe łącze. Kiedy jednak na drugim roku studiów udało się znaleźć mieszkanie z  dostępem do Internetu, Adaś zaczął nowe życie. Postanowił zostać „soszialistą” i regularnie udzielać się w mediach społecznościowych. Założył konto na Gronie. Nie, świat nie wiedział jeszcze, czym jest nasza-klasa, a statystyczny Polak pod pojęciem Facebook mógł rozumieć co najwyżej dziwne skrzyżowanie słów „twarz” i „książka”. Adaś zawsze lubił aktywność, więc jego gronowe forum wręcz furczało od ilości udzielanych odpowiedzi i  rozpoczynanych wątków. Ale w  pewnym momencie coś w  nim pękło. Banalność wynurzeń na publicznych forach tak bardzo go zmęczyła, że postanowił szukać alternatywy. Być ambitnym, nie pisać o  głupotach, założyć konto na portalu, który znaczy coś więcej. I  wtedy właśnie na przystanku maleńka karteczka krzyczała „Nie daj się anonimowości!”. Nie dał się więc i  założył konto na Studentixie. Bijąca ze strony czerwień, koszulki z  krzykliwymi napisami przesyłane przez administratorów – to było coś! Po pewnym czasie przybyli jednak wstrętni Niemcy, zamykając portal i  zakładając na jego zgliszczach germańskojęzyczne coś, co wzbudzało jedynie odrazę. „Szoszialista” wiedział, jak używać Google, ale nic go wciąż nie urzekało w  zawartości Internetu. Postanowił więc z  nudów zajrzeć do telewizji, a tam akurat reportaż o nowym projekcie. Nazwali to „nasza-klasa.pl”. Co by nie mówić, swojsko i przyjaźnie. Jako że Adaś pochodził z  niewielkiej miejscowości, postanowił sprawdzić czy ktoś oprócz niego ma tam jeszcze konto. Nie miał nikt. Duma bycia prekursorem rozparła młodzieńca, stwierdzającego, że gdyby był tam jedyny, to będzie się czuł naprawdę wyjątkowo. Los chciał jednak inaczej – z  jednej strony dorastający Adam

Szymon Makuch widział potrzebę poszukiwania nowych rozrywek, śledzenia kultury wyższej i słuchania muzyki alternatywnej, z drugiej zaś przyjmował do znajomych kolejną piętnastolatkę, z którą nie zamienił w życiu słowa, ale skoro jest z tego samego miasteczka, to mogą być znajomymi. Ot, urok mediów społecznościowych. W  pewnym momencie biedak jednak nie wytrzymał. Zaproszenia od „Wszystkich miłośników parówek” oraz „Wyślę ci nagie fotki za doładowanie telefonu” sprawiły, że Adam podjął trudną decyzję – przestał używać konta, pozostawiając potomnym krótką, acz treściwą informację o jego przyszłym położeniu – „Moved to Facebook”.

Tak, Facebook to dopiero alternatywa, to nie jakiś moloch dla cieląt ze szkół podstawowych, ale poważny portal, w którym można mieć znajomych z  całego świata i  szpanować znajomością angielskiego. To właśnie lubił alternatywny Adam. On nie mógł już dłużej hańbić swego imienia na skomercjalizowanym i  „zeszmaconym” polskim portalu. Setki linków do filmów i  tekstów, pisanie o  tym, co właśnie robił oraz walka w Mafii z przeciwnikami z Chin – w tym „soszialista” był naprawdę dobry. Ale momencik… Adam zatrzymał się i  pomyślał. „Czy Facebook to nie jest przypadkiem najczęściej odwiedzana strona w  wielu krajach?”, „Czy nie dostałem właśnie zaproszenia od kuzynki koleżanki, która widziała mnie raz, nie odbyła ze mną nigdy rozmowy, a do tego napisała, że ma 17 lat, choć w rzeczywistości ma 13?”, „Czy 25-latek

59

podlewający ogórki na kwadratowej farmie nie jest komiczny?”. Tak, tak, tak. Nasz biedny bohater uświadomił sobie, że znów stał się obiektem manipulacji wstrętnego, masowego portalu. Czas więc na zmiany. Nieprzespane noce i godziny myślenia wreszcie przyniosły efekt. Pojawiła się ona – Quora. Tam nie zarejestruje się byle kto – trzeba mieć zaproszenie, a Adam je zdobył. Tam nie ma zbyt wielu obrazków i fajerwerków, nie pograsz tam w  gry. Uczestniczą w  tej zabawie prawdziwi profesjonaliści. Quora to narzędzie do wymiany wiedzy. Tutaj spełnią się marzenia Adama – żaden głupi Polaczek nie będzie pisał, gdyż strona jest tylko anglojęzyczna. Ale co z  głupimi Anglikami i  Amerykanami? Zapewne ktoś ich będzie moderował. Adam rozsiadł się wygodnie, wpisał kilka pytań, uzyskał kilka odpowiedzi. „Wreszcie w domu” – pomyślał. Precz z Facebookami i inną hołotą, oto i wreszcie odkryte Eldorado. Liczba użytkowników wciąż jednak rosła. Adama ogarniał niepokój. Iluż bowiem specjalistów i  inteligentów jest na świecie? A  co jeśli 90% społeczeństwa uważa się za takich i  zaśmiecą ukochany portal? Wtedy znów trzeba będzie szukać nowych miejsc, trzeba będzie znaleźć „social media” prawdziwie alternatywne. „Ale nie, z  Quorą tak nie będzie, to niemożliwe” – uspokajał się nasz bohater. „Hej, jakie jest waszym zdaniem najgłupsze filmowe imię bohatera? Bo ja myślę, że Moby Dick, przecież kojarzy się z k… He He He” – napisał Andrew z Illinois w języku angielskim. Adaś przeczytał to zdanie, opuścił głowę, wziął głęboki oddech… W  pokoju rozległ się głośny trzask. Rzucony o  ścianę laptop leżał na podłodze w kawałkach. „No, chyba muszę wreszcie iść na spacer…”

Ilustr. Kalina Jarosz (2)


Doświadczenie pokoleniowe Michał Wolski

T

o nie ma sensu, pomyślałem, kiedy usiadłem przed komputerem z zamiarem napisania felietonu o ACTA i związanych z tą umową kontrowersjach. Wszyscy przecież tę sprawę znamy, wszystko o niej przeczytaliśmy; a nawet jeśli nie, to Internet (póki co) nie gryzie i można z niego korzystać. Jeśli nie o kontrowersjach, to o czym? Może o tym, co w tej całej sprawie z ACTA jest pozytywne? Wystarczyło pójść na manifestację parę tygodni temu, żeby się przekonać, że ruch przeciwko ACTA to nie kaczka dziennikarska, banda chuliganów ani konwent nerdów, ale naprawdę potężny, masowy i powszechny zryw ideologiczny. Choć z tą ideologią to trochę inaczej niż zwykle: nie mamy jednego, homogenicznego zrywu ideologicznego, ale zryw przedstawicieli chyba wszystkich ideologii, które odstawiły na bok swoje różnice w walce o coś wspólnego. Trudno mi powiedzieć, że jest to walka o wspólne dobro, bo pewnikiem – jeśli zostanie wygrana – wszystkie frakcje wrócą do swoich okopów i znów będą się nawzajem obrzucać, tym samym co zawsze, błotem. Teraz jednak mogliśmy zaobserwować zupełnie „odjechaną” i niesamowitą wizję będącą zdumiewającym, jak na nasze czasy, sprzężeniem: oto narodowcy organizują marsz dla anarchistów, dzieci Neostrady idą ramię w ramię z ONR, młodzi intelektualiści skaczą wspólnie z mechanikami samochodowymi, a wychowani na popkulturze zwolennicy ruchu Anonimowych odśpiewują z oddaniem hymn Polski. Za tym idą absurdalne okrzyki i – często podszyte nienawiścią – mało wyszukane hasła i transparenty. Równie dużo jest jednak postulatów cynicznych czy wręcz ironicznych, którym towarzyszą proporce błyskotliwe i przewrotne w swej wymowie. Konkluzja pierwsza: to na pewno coś więcej niż tylko sprzeciw wobec aktualnej polityki. Tomasz Lis – zanim go wyrzucili, skąd go wyrzucili – napisał, że protesty przeciwko ACTA to reakcja na brak ruchu Oburzonych w naszym kraju. Państwo się nami nie interesuje, nie chce nam dać pracy, zasiłków, warunków, bezpieczeństwa, opieki? To niech się cho-

ciaż odwali od nas i od naszych komputerów – pisał Lis. Czy naprawdę tak jest? W pewnym sensie – i w pewnym stopniu – tak. Myślę jednak, że ograniczanie tego poczucia i tego buntu li tylko do postulatów Oburzonych wydaje się straszliwym niedopatrzeniem. Ruch przeciwko ACTA walczył bowiem nie tylko o święty spokój, ale o styl życia, do którego przyzwyczaili się jego uczestnicy. O prawo do tego, do czego dostęp – w ich mniemaniu – jest czymś normalnym, zwyczajnym i oczywistym. A tu nagle ktoś chce ich z tej normalności i oczywistości odrzeć. Naturalnym następstwem tej sytuacji jest bunt. Gwałtowny, masowy, niedoprecyzowany, ale także niepowstrzymany.

Konkluzja druga: to walka o świat, do jakiego się przyzwyczailiśmy. Symbolika ruchu Anonimowych – tej efemerycznej, kapryśnej i niepowstrzymanej podświadomości Internetu – wypada tutaj szczególnie obiecująco, zwłaszcza w porównaniu z nieporadnymi i mało precyzyjnymi działaniami rządu Donalda Tuska. Wszyscy politycy bowiem zgodnie i całkowicie się w temacie ACTA skompromitowali. Janusz Palikot jest największym przegranym tej sytuacji. Jako domniemana „świeża krew” w Parlamencie (nie liczą się teraz fakty, ale wizerunek), sympatyzująca z nowoczesnymi ruchami lewicowymi, mógł stać się twarzą protestów przeciwko ACTA i zbić na nich kolosalny kapitał polityczny. Tymczasem w piątek, kiedy wypłynęła cała sprawa i Internet zawrzał, Janusz Palikot popełnił błąd, oddając pole podczas prowokacji z marihuaną w Sejmie. Był w defensywie i nie

60

zdążył przerzucić sił i środków na wsparcie ruchów przeciwko ACTA, skupił się na legalizacji i innych „modnych” hasłach, które w danej chwili nikogo już nie obchodziły. Oczywiście pozostali politycy też się błaźnili – zwłaszcza biedny Michał Boni i nieco mniej biedny Stefan Niesiołowski – a największa krytyka dotknęła samego premiera Tuska, który wprawdzie kazał ACTA podpisać, ale zawahał się przed deklaracją ratyfikacji. I nie mógł zrobić inaczej: po atakach personalnych na blog jego córki i po dziesiątkach (o ile nie setkach) protestów musiał coś z tym wszystkim zrobić. Teraz dopiero zaczyna odzyskiwać twarz, ale co PO straciło, tego nie odzyska. Najwięcej zyskali natomiast enigmatyczni Anonimowi, za którymi idzie epicka, holistyczna i czysta ideologia wolności. Dokładnie ta, do której przyzwyczaiła nas zachodnia popkultura. Każdemu sympatykowi ruchu Anonimowych gdzieś z tyłu czaszki grają hasła Guya Fawkesa o tym, że to rządy powinny bać się ludzi, w ich uszach pobrzmiewa okrzyk „Freedom!”, będący ostatnim tchnieniem Williama Wallace’a, a przed oczami mają Jacka Sparrowa, opowiadającego o swojej miłości do „Czarnej Perły”, wyobrażającej – a jakże – wolność. Zachodnia popkultura wykształciła tym samym pragnienia i mechanizmy, które – paradoksalnie – obracają się przeciwko włodarzom zachodniej polityki: rządom i korporacjom. A te nie są jeszcze w stanie (i miejmy nadzieję, że nigdy nie będą) sprawować władzy wbrew obywatelom. Konkluzja trzecia: obywatele Zachodu ostatecznie opierają swoje światopoglądy na zbliżonych ideałach, których chcą bronić. Protesty przeciwko ACTA to walka o wolność. Jasne, że nie ma ona nic wspólnego z tym, co się dzieje w Czeczenii, Tybecie i wszędzie tam, gdzie mamy do czynienia z realnym ciemiężeniem. Ale to cały czas walka o wolność: taką, jak ją rozumieją ludzie Zachodu w XXI w. Zaryzykuję stwierdzenie, że walka z ACTA (do której przyłączyli się przecież i inni obywatele Europy) to nasza mała i wyczekiwana rewolucja. Porozumienie ponad podziałami. Doświadczenie pokoleniowe.


Recenzja gry komputerowej Marcin Pluskota

D

ość nałogowa ta gra. Praktycznie gram w nią od początku. Wielu grało już wtedy, wielu przestało grać. Interfejsu chwilę się uczyłem, na początku zdziałać potrafiłem niewiele, potem powoli, krok po kroku wszystko stawało się jaśniejsze (ale nie jasne). To taka forma sandboxu – takie GTA czy Red Dead Redemption. Mamy swobodę w przemieszczaniu się: można w prawo, można w lewo, czasami – jak np. są schody można też do góry. Do tego rozliczne środki lokomocji: parowóz, maszyny latające, koń. Widok FPP, chociaż nie do końca, patrzenie przez oczy to troszeczkę inna sprawa, ale na upartego to FPP by można było to nazwać. Wykonanie lokacji bardzo porządne – wszystkie tekstury w wysokiej jakości, prawidłowo oświetlone, przedmioty dobrze reagują na fizykę. Czasami zdarzają się zaskakujące kombinacje. Tutaj deweloper spisał się doskonale, nie szczędził kasy na grafę, to dobrze, jesteśmy wzrokowcami. Udźwiękowienie też nienajgorsze – zwłaszcza odgłosy środowiska zasługują na uwagę – piękne, realistyczne, dobrze rozmieszczone w przestrzeni. Z muzyką troszkę gorzej, raczej nie jest ilustracyjna, bardziej wynika z gameplayu, sami musimy coś na uszy zarzucić, czasami zdarza się, że pasuje do otaczających nas wydarzeń. NPC. Bardzo dużo, bardzo różnorodni. Pojawia się wrażenie dużego realizmu – wielu bohaterów niezależnych sprawia wrażenie żyjących, oddychających istot! – brawo deweloper. Chociaż z czasem, kiedy zaliczysz więcej plansz, masz wrażenie, że wyraźnie dzielą się na typy. Brak fizycznego podobieństwa ukrywa podobne myśli, większy skill w retoryce pozwala wykorzystywać te cechy na własną korzyść. Bardzo przydatne. Gameplay. Zdecydowanie wymyka się prostej klasyfikacji. Raczej mieszanka gatunków, praktycznie wszystkich, można powiedzieć dość chaotyczna nawet. Niby podobne do Simów ale znacznie bardziej rozbudowane. Potrafię wyjść z basenu kiedy

nie ma drabinki i zwykle nie odkładam talerza na ziemię. Podobnie jak w strategii gromadzimy surowce (nazywają się dość głupio pieniądze – nie mogło być po prostu złoto?), są bardzo ciężkie do zdobycia, poświęca się na to dużo czasu. Masz jednak motywację, za pieniądze nabywasz. Część z nich to wydatki stałe: lokum (olbrzymi wybór – zaczynasz od pokoju w domu rodziców, skończyć możesz w luksusowym apartamencie [podpowiadam kod: jeżeli wybierzesz narodowość włoską – możesz mieszkać z rodzicami do 50 roku życia]) czy pożywienie (świetny system smaków, duża różnorodność potraw do spożywania). Przede wszystkim kupujesz

jednak przedmioty (zatrważająca ilość kupców i gildii kupieckich). Przedmioty działają podobnie jak w grach typu RPG. Zyskujesz dzięki nim nowe zdolności, poprawia się twój status – pozwala to np. na nowe opcje dialogowe z częścią NPC-ów. Przedmioty zużywają się z czasem, trzeba kupować nowe, nie wymieniane obniżają twój status i mogą narazić cię na drwiny ze strony innych (umiejętne wykorzystanie opcji subkultur pozwoli czasami na przekucie szmaciastego stroju w swój atut – niesamowite!). Co więcej na wartość posiadanych rzeczy nie wpływa tylko zużycie ale losowy składnik, który twórcy określają jako „moda”. Algorytm ten raz na miesiąc – dwa dodaje atrakcyjności losowo wybranym przedmiotom, a ich posiadanie to kolejne ułatwienia w interakcji z postaciami niezależnymi. Warto postępować jednak rozważnie. Kombinacje przedmiotów, jak

61

w serii Diablo, tworzą sety. Nieumiejętnie dobrany może skutkować statusem „bezguścia”, zbyt ostentacyjny – „lansera”, zbyt niepasujący – „dziwaka”. Oczywiście ważne pytanie – czy gra jest „miodna”, czy daje satysfakcję? Tu niestety bywa różnie. Całość raczej nie jest liniowa (choć niektóre elementy, tzw. rutyny mogą świadczyć inaczej), mamy dość sporą swobodę. Czasami ilość opcji i możliwości jest tak absurdalnie duża, że nie za bardzo wiadomo za co się chwycić. Za każdym razem jest ryzyko. Nigdy nie wiesz do czego doprowadzi Cię gotowanie jajka czy przycięcie grzywki. Wielu NPC-ów powie inaczej, uspokoi, ale w ten sposób chcą tylko uśpić uwagę, zniwelować napięcie. Można ich słuchać, to także wpisuje się w szeroką kategorię swobody. Kłopotliwy pozostaje cel gry. Realizujesz różne zadania (zlecają je NPC-e, dużo spraw możesz robić z własnej inicjatywy), jednak są raczej doraźne, długofalowe wytyczne są niejasne. Można skorzystać z kilku instrukcji, podpowiadają ci co robić, różne bywają jednak sprzeczne. Część się wyklucza, cześć sformułowano tak ogólnie, że liczba interpretacji zniechęca do jakiegokolwiek działania. Nie ma czasu na wypróbowanie wszystkich, gra przymusza ostatecznie do podjęcia jakiejś decyzji i obligacji, ostatecznie cementuje wszystko przyzwyczajenie. Gra jest bardzo wymagająca. Nie ma minimampki ani podpowiedzi, mamy tylko jeden pasek życia, dodatkowo trawić mogą nas choroby i inne dolegliwości. Leczenie jest długie, nie ma apteczek ani potionów. Nie ma pauzy, nie można zrobić przerwy na odpoczynek czy siusiu.

Ilustr. Kalina Jarosz (2)


Street Photo Fot. Magda Oczadły

Kontrast 3/2012  

Kontrast, marzec 2012

Kontrast 3/2012  

Kontrast, marzec 2012

Advertisement