Issuu on Google+


42

4

Co warto zobaczyć, czego posłuchać i gdzie się wybrać? Co ominąć z daleka?

Przyjaciele zastanawiali się nawet, pod wpływem jakich narkotyków jest ten, ogarnięty weną, oryginalny młody człowiek. Karolina Waligóra

46

Architektour — człowiek a miasto, miasto a człowiek

8

Publiczność może ewentualnie wybrać nas Wtedy jeszcze nie przypuszczali, że podbiją serca jury i wystąpią w finale Must Be The Music. Monika Stopczyk

16

Różne odcienie bieli i czerwieni

18

Moda na samorealizację

22

Światem rządzi człowiek, a człowiekiem — żądza pieniądza

24

Wydaje się, że mamy do czynienia, jeśli nie z wieloma patriotyzmami, to przynajmniej z jego kilkoma odmianami. Barbara Rumczyk Niewątpliwie dążenie do lepszego obrazu samego siebie wiąże się z urzeczywistnianiem marzeń, a więc z poczuciem szczęścia. Zuzanna Sroczyńska

Ruch — Ciało — Taniec

34

Teorie na zakręcie

38

Osiem i pół bibliografii

Rozmowa z Cezarym Harasimowiczem Renata Nolbrzak

54

Szaleństwo zmysłów, Pokaż mi coś więcej niż błysk, Ruszyła machina po szynach ospale..., Obietnice bez pokrycia, Chłodne oko kamery, Sekret dla wszystkich

60

Prawdziwe kłamstwa — umysł i literatura w Korei Północnej, cz. II

64

City with no children — Dziecko Marii Spiss

32

Heroiczny optymista

All you need is war

Michał Łuczak

Środowisko polskiego tańca współczesnego nie tylko rozwija się we własnych ramach, lecz silnie emanuje pozytywne fale. Zuzanna Bućko

Po obaleniu wszelkich teorii przypisujących sobie licencję na prawdę, stanęliśmy przed otwartym rajem wszystkich możliwości Paweł Bernacki Neurotyk, kobieciarz, chroniczny kłamca? Nie da się napisać o nim artykułu, który podawałby wyłącznie niezaprzeczalne fakty.

Szymon Stoczek

Każdego roku celem warsztatów staje się inne polskie miasto. Dzięki temu, każda edycja to nowe otoczenie i nowe wyzwania. Paulina Kałużna, Jacek Maleszka

52

28

Homo economicus to racjonalny egoista, kierujący się w codziennych czynnościach zasadą maksymalizacji korzyści przy jednoczesnej minimalizacji kosztów. Joanna Michta Świat zachodni stanął twarzą w twarz z terroryzmem i szybko uznano, że konieczna będzie zdecydowana odpowiedź. Alicja Woźniak

Wszystkie grzechy Boba Dylana

Zgodnie z myślą Kim Jong Ila twórczość pisana powinna zawierać w sobie pewien „zalążek”. Karol Moździoch

Dziecko to świat po roztrzaskaniu Kryształowego Pałacu, utrzymującego Europę i świat w iluzji spokoju i dostatku. Łukasz Zatorski

Ziemia, jeż i adidasy Rozważania o wierszu J.M. Rymkiewicza pt. Ogród w Milanówku — palenie gałęzi. Jakie jest miejsce bohatera lirycznego w świecie? 66

Kim jest dla niego Bóg? I wreszcie – dlaczego nosi adidasy? Katarzyna Northeast

70

Magdalena Zięba, Szymon Makuch, Michał Wolski, Marcin Pluskota

74

Łukasz Konieczny

„KONTRAST” MIESIĘCZNIK STUDENTÓW Kamienna 116/10, 50-545 Wrocław

WYDAWCA Stowarzyszenie Młodych Twórców „Kontrast” ul. Romualda Traugutta 147 /14 50-149 Wrocław

eMAIL kontrast.wroclaw@gmail.com

WEB http://www.kontrast-wroclaw.pl/

REDAKTOR NACZELNA Joanna Figarska ZASTĘPCA Ewa Fita REDAKCJA Paweł Bernacki, Zuzanna Bućko, Dominik Kamiński, Wiktor Kołowiecki, Katarzyna Lisowska, Szymon Makuch, Joanna Michta, Karol Moździoch, Katarzyna Northeast, Marcin Pluskota, Barbara Rumczyk, Szymon Stoczek, Monika Stopczyk, Wojciech Szczerek, Alicja Woźniak, Łukasz Zatorski, Magdalena Zięba, Karolina Żurowska FOTOREDAKCJA Bartek Babicz, Katarzyna Domżalska, Magda Oczadły, Agnieszka Zastawna KOREKTA Katarzyna Brzezowska, Magdalena Dziekońska, Joanna Kochel, Iwona Brzezowska, Marcelina Naskręt, Monika Mielcarek, Karolina Słabolepsza, Teresa Szczepańska, Dominika Tokar, Alicja Urban GRAFIKA Katarzyna Domżalska, Joanna Krajewska, Ewa Rogalska, Wojciech Świerdzewski, Julian Zielonka DTP Karol Moździoch, Ewa Rogalska


O.K. Joanna Figarska

C

hociaż skończyłam studia dwa lata temu, czerwiec wciąż kojarzy mi się nie tyle z samą sesją, co zamykaniem pewnego, zazwyczaj bardzo intensywnego, okresu. Mimowolnie ten prawie wakacyjny czas traktuję jako pierwszą część całego roku i nie mogę się oprzeć, by nie podsumować tego, co działo się w samym „Kontraście”. A działo się wiele dobrego. Do zespołu dołączyły nowi dziennikarze, graficy i PR-owcy, wnosząc do Redakcji pewną świeżość i nieco inne spojrzenie nie tylko na sam kształt miesięcznika. Na łamach pisma gościliśmy wielu znakomitych i bardzo zdolnych artystów, poruszaliśmy często kontrowersyjne tematy. Tak też jest i w czerwcowym numerze. Monika Stopczyk rozmawia z zespołem FairyTaleShow, którzy idą jak burza, wygrywając konkurs za konkursem; z Cezarym Harasimowiczem, o tym, czym naprawdę jest kasowy sukces,

dyskutuje Renata Nolbrzak. Nie brakuje też dobrej publicystyki: w swoim tekście Basia Rumczyk pokazuje, czym jest, a czym może być patriotyzm, a Zuzanna Sroczyńska zastanawia się nad fenomenem Mody na samorealizację. Czerwiec zazwyczaj oznaczał ostatnią prostą przed wakacjami. My jednak nie zwalniamy! W lipcu ukaże się kolejny numer naszego miesięcznika. I już teraz mogę Was zapewnić, że jest na co czekać.

„Świeżość i nieco inne spojrzenie nie tylko na sam kształt miesięcznika...”

3


Pozwól się zahipnotyzować

T

rzy lata po realizacji dzieła 127 godzin premierę będzie miał najnowszy film Danny’ego Boyle’a – Trans. To historia pracownika domu aukcyjnego będącego ‘wtyczką’ grupy złodziei mających na celu kradzież obrazu wartego miliony dolarów. W trakcie napadu bohater ukrywa cenne dzieło tak skutecznie, iż nikt nie jest w stanie go odnaleźć. Nawet on sam – wszak podczas

Pecunia non olet

E

rich Maria Remarque powiedział, że „Wszystko, co można kupić za pieniądze jest tanie”. Bohater filmu Żądza bankiera (nagroda specjalna na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w San Sebastian) ceni sobie jednak przede wszystkim materialne aspekty życia – jego zdaniem tylko bogactwo sprawi, że ludzie będą go szanować. Najnowszy film Costa-Gavrasa (Złota Palma w Cannes za film Zagubiony) opowiada o cynicznym prezesie europejskiego banku oraz machinacjach – często na granicy prawa – zawiadujących rynkiem finansowym. Kiedy w 1987 Oliver Stone nakręcił film o podobnej tematyce – Wall Street – mnóstwo osób, będąc pod wrażeniem charyzmatycznej, choć moralnie dwuznacznej postaci Gordona Gekko, zapragnęło pracować na nowojorskiej giełdzie. W  przypadku Żądzy bankiera – z powodu jego przytłaczającej wymowy – z  popularnością zawodu bankiera może być odwrotnie. W kinach od 7 czerwca. Zdj. Materiały prasowe

kradzieży zostaje ogłuszony i traci pamięć. Szef gangu wynajmuje hipnotyzerkę, której zadaniem jest wydobycie informacji o  miejscu ukrycia obrazu. Filmowy język Danny’ego Boyle’a jest prosty, ale sposobem prowadzenia narracji potrafi oczarować widza na tyle, by ten nie miał ochoty opuścić seansu przed końcem. W tym roku sesje z brytyjskim hipnotyzerem kina rozpoczną się 14 czerwca.

Młodzi, piękni i niezbyt szczęśliwi

E

mma Watson znana z serii filmów o Harrym Potterze pierwszy raz w swej karierze gra rolę niegrzecznej dziewczynki – to jedna z popularniejszych fraz, jakie pojawiają się w natłoku informacji dotyczących obrazu The Bling Ring. To kiepska reklama, aczkolwiek swą niezamierzoną banalnością dobrze wpisuje się w specyficzny świat, o którym film opowiada. Fabuła The Bling Ring oparta została bowiem na wydarzeniach, jakie miały miejsce w Los Angeles na przełomie lat 2008 i 2009. To w tym okresie grupa nastolatków zafascynowanych życiem młodych celebrytów, napadała na ich domy, aby poczuć blichtr gwiazdorskiego życia. Prawdopodobnie film umknąłby uwadze niejednego widza, gdyby nie fakt, że za scenariusz oraz reżyserię odpowiada Sofia Coppola – autorka poetyckiego, pełnego subtelności i  wyrafinowania Między Słowami. Premiera 21 czerwca.


Płyta bez królików?

D

avid Lynch, jeden z najbardziej charyzmatycznych reżyserów na świecie, od 2011 zasłynął również jako muzyk, wydając swój debiutancki, dobrze przyjęty w świecie muzyki krążek Crazy Clown Time. Drugi album The Big Dream, na którym usłyszymy autorskie kompozycje Lyncha oraz cover The Ballad of Hollis Brown Boba Dylana, ukaże się 15 lipca. Płytę promuje oniryczny utwór I’m Waiting here z gościnnym występem szwedzkiej wokalistki Lykke Li. Wydawnictwo Mystic Production.

Islandia na ostro

N

owa płyta islandzkiego zespołu Sigur Ros ma ukazać całkiem inne oblicze ich muzyki. Grupa, której znakiem rozpoznawczym są subtelne dźwięki, pokaże swoją mroczną stronę. Siódmy w dorobku artystycznym album studyjny zatytułowany Kveikur będzie zawierał 9 nowych utworów spod znaku cięższych, rockowych brzmień, na półkach sklepów muzycznych pojawi się już 17 czerwca. Warto dodać, że 25 czerwca zespół wystąpi w warszawskim Parku Sowińskiego. Wytwórnia XL Recordings.

Serj Tankian – klasycznie, filmowo, rockowo...?

W

szechstronny Serj Tankian uwielbia zaskakiwać swoich fanów. Na lato 2013 zapowiedział dwie nowe płyty, które będą jego muzycznymi eksperymentami, dalece innymi od tego, co wykonywał dotychczas i solowo, i razem z System Of A Down. Pierwszy z albumów Orca, który będzie miał swoją premierę 25 czerwca, to symfoniczna perełka inspirowana muzyką filmową mistrzów Tankiana - Ennio Morricone i Philipa Glassa. Drugi krążek Jazz-iz Christ to hybryda jazzowo-elektroniczna, z domieszką rocka i etno, zawierający 15 utworów, w tym 11 instrumentalnych. Premiera zapowiadana jest na 23 lipca.

Misz-masz Rity Pax

R

ita Pax to nowy projekt muzyczny Pauliny Przybysz, znanej m.in. z formacji Sistars. Twórcy debiutanckiego krążka z trudem określają jego gatunek – na płycie usłyszymy dźwięki wiolonczeli produkcji radzieckiej, zabawek, szklanek, długopisów i innych przedmiotów codziennego użytku wykorzystanych jako instrumenty perkusyjne. Będzie również nieco popowo, beatlesowo-lennonowo oraz klasycznie. Całość została nagrana w domowym zaciszu i  w  przyjacielskiej atmosferze muzyków znających się od lat. Premiera płyty, zawierającej dziewięć anglojęzycznych kompozycji, już 18 czerwca. Wydawnictwo EMI.

5


Lubiąż znów Alternatywnie

J

uż niedługo w dniach od 9–13 lipca w Lubiążu koło Wrocławia odbędzie się kolejna edycja święta kultury alternatywnej – Slot Art Festival. W ciągu pięciu dni będzie można bawić się przy 8 scenach muzycznych, uczestniczyć w dziesiątkach warsztatów artystycznych, projekcjach filmowych, interesujących spotkaniach i wykładach, a wszystko to przy udziale niesamowitej energii ciekawych ludzi w klimatycznym zamku w Lubiążu. Na Dużej Scenie usłyszymy m.in.: Marikę, Armię, Ściankę, Maleo Reggae Rockers i The Brimstone Days ze Szwecji. Gośćmi specjalnymi będą Litza, czyli Robert Friedrich oraz Krzysztof Czyżewski, animator kultury, dyrektor Ośrodka Pogranicze – sztuk, kultur, narodów w Sejnach. Więcej informacji – www.slot.art.pl

Nie tylko tango

K

to uwielbia magiczny dźwięk akordeonu, ucieszy się na koncert Marcina Wyrostka wraz z  Tango Corazon Quintet w  ramach cyklu OdraNocka Art Festival. Oprócz standardów klasycznych i  jazzowych, usłyszymy kompozycje inspirowane muzyką ludową, bałkańską, cygańską, południowoamerykańską, a  wszystko to okraszone dynamiką i charakterystyczną ekspresją sceniczną. Koncert odbędzie się 4 lipca we wrocławskim Arsenale.

Zdj. Materiały prasowe

Siła sióstr

C

ity Sounds prezentuje kolejną gwiazdę: CocoRosie – amerykański duet sióstr Sierrę i Biancę Casady, łączący w  swojej twórczości indie-rock, trip-hop i folk. Na scenie wrocławskiego klubu Alibi będą promować swój najnowszy album Tales of a Grass Widow. Siostry reprezentują odmienny styl śpiewania i poczucia muzyki, co daje ciekawy efekt. Nie boją się eksperymentów i  nowych artystycznych wyzwań. Warto posłuchać. Koncert już 25 czerwca.

Eksplozja muzyki

Z

espołu Gogol Bordello nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Ta charyzmatyczna grupa pod wodzą jeszcze bardziej charyzmatycznego Eugena Hütza wystąpi na dwóch koncertach w Polsce, 18 czerwca w warszawskiej Stodole oraz 19 czerwca na Stadionie Miejskim we Wrocławiu w ramach kolejnej edycji WrocLove Fest. Gogol Bordello reprezentuje iście wybuchową składankę cygańskiego punku, rocka, reggae, folku i  motywów etnicznych. Szykuje się prawdziwe szaleństwo. Uwaga! Nie dla ponuraków!


Bezcenny jak Rafael

T

rudno o lepszą lekturę na deszczowe lato niż dobry kryminał, sprawiający, że nudny wieczór zmieni się zwariowaną przygodę. Na taką właśnie książkę zapowiada się Bezcenny Zygmunta Miłoszewskiego, który nakładem wydawnictwa W.A.B. trafi do księgarń. Zaginione dzieło sztuki, zespół oryginalnych bohaterów, intryga sięgająca II wojny światowej i, jak zapowiada wydawca, historia łącząca w sobie cechy prozy takich mistrzów jak Eco i Brown. Czego chcieć więcej?

Z olimpiady do okopów

W

ydawnictwo Czarne w serii Proza świata poleca książkę Jeana Hatzfelda Ostatni wyścig. Opowiada ona historie maratończyka Ayanleha Makedy, którego kariera załamuje się po aferze dopingowej. Biegacz w jednej chwili z  salonów trafia w sam środek piekła – do okopów swojej ogarniętej wojną ojczyzny. Książka Hatzfelda jest jednak nie tylko historią złamanego życia, to także przejmująca opowieść o rasowych uprzedzeniach i stereotypach warunkujących naszą egzystencję.

Bauman i inwigilacja

Z

ostajemy niejako przy tematyce kryminalnej, lecz w  zupełnie innym wydaniu. W Płynnej inwigilacji – rozmowach Davida Lyona z  Zygmuntem Baumanem wydanych przez Wydawnictwo Literackie – dwóch słynnych socjologów zastanowi się, jak bardzo nasze życie jest inwigilowane przez różnego rodzaju monitoringi, kamery, serwisy społecznościowe i wiele innych. Kto wie, czy teorie M. Foucaulta o kulturze jako systemie penitencjarnym nie były tylko początkiem...

Świrszczyńska góry

W

swojej świetnej serii 44. Poezja polska od nowa Biuro Literackie postanowiło przypomnieć Anną Świrszczyńską. Autorem wyboru jej poezji Kona ostatni człowiek jest kontrowersyjny wrocławski poeta Konrad Góra. Wydaje się, że książka będzie więc nie tylko zderzeniem całkowicie różnych epok i poetyckich stylów, ale także dwóch, jakże odmiennych temperamentów. Wypada mieć tylko nadzieję, że ten wybuchowy eksperyment wyjdzie jej na dobre.

7


Publiczność Zdj. Bartłomiej Babicz


Z  zespołem FairyTaleShow spotkałam się pod koniec kwietnia, tuż po ich pierwszym akustycznym koncercie. Wtedy jeszcze nie przypuszczali, że podbiją serca jury i wystąpią w finale Must Be The Music. Programu wprawdzie nie wygrali, ale zaproszono ich na Sopot TOPtrendy Festiwal – tam zostali laureatami konkursu „Trendy”, wygrywając kampanię promocyjną w Internecie o wartości 100 tysięcy złotych. W ich życiu ostatnio wiele się dzieje, ale wciąż pozostają niezwykle sympatyczną czwórką chłopaków z Ząbkowic Śląskich. Przed wami FairyTaleShow w rozmowie o muzyce, koncertach, wędkowaniu i męskiej przyjaźni. Monika Stopczyk

może ewentualnie wybrać nas

9


M

onika Stopczyk: Chłopaki, na początek chciałabym, żebyście przybliżyli swój zespół tym czytelnikom "Kontrastu", którzy jeszcze Was nie znają i nie mieli okazji usłyszeć Waszych kawałków. Tomasz Grządkowski: Jesteśmy zespołem rockowym z Ząbkowic Śląskich. Gramy wspólnie półtora roku, a naszą muzykę można określić jako okołobrytolską i ząbkowicką zarazem. Śpiewamy zarówno po polsku, jak i po angielsku. A czy od początku gracie w takim składzie jak obecnie? Michał Mazur: Początkowo byliśmy czwórką kumpli z jednej miejscowości. Spotykaliśmy się przy różnych okazjach, a  że fajnie się dogadywaliśmy, to powstał zespół. T.G.: Tak naprawdę kumplowanie się było znacznie wcześniej niż pomysł na zespół. Każdy z  nas działał w  różnych bardzo amatorskich projektach i w końcu w upalny dzień latem 2011 roku, ubrani we flanelowe koszule, postanowiliśmy połączyć siły i sprawdzić, co z tego wyjdzie. To był świetny czas, bo praktycznie w  ciągu dwóch tygodni nagraliśmy sporych rozmiarów materiał i  większość kompozycji z  tamtego okresu gramy po dziś dzień. Pierwszy koncert wyszedł totalnie na spontanie, bo siedzieliśmy przy piwku i  ktoś rzucił pomysł „zagrajmy koncert”. Pojechaliśmy do pobliskiej miejscowości Kamieniec i tam, w lokalnym barze zapytaliśmy, czy możemy zagrać. Pozwolono nam i jakoś dwa tygodnie później mieliśmy dać tam koncert. Michał Paczkowski: W  międzyczasie musieliśmy wymyślić jeszcze nazwę. Padały propozycje typu Forma nieczysta albo Cyryl Brown. Dlaczego w takim razie FairyTaleShow? M.P.: Hmmm, bo nie Cyryl Brown. T.G.: To jest trochę reakcja na to, że wielu znanych i  popularnych artystów uznałoby nazwę za tandetną i nigdy nie nazwało tak kapeli. FairyTaleShow jest tłumaczone jako jakieś wróżki, magiczne kołnierzyki. Adam Gleń: Ja lubię to tłumaczenie – magiczne kołnierzyki. Wy nie lubicie? M.P.: Nie. T.G.: Nie. Ale Ty jesteś, Adaś, trochę wieśniacki. Powiedzieliście, że u podstaw powstania zespołu jest kumplowanie się, które może stanowić receptę na sukces. A  nie przeszło Wam przez myśl, Zdj. Bartłomiej Babicz

że wspólne muzykowanie i tworzenie pewnej jakości artystycznej może niekoniecznie pozytywnie wpłynąć na Wasze relacje? Historia zna przypadki, kiedy z  czasem dochodziło do rozpadu takich kumpelskich bandów. M.M.: Już nie raz ucierpiało w  mniejszy lub większy sposób, ale jakoś zawsze się po tym razem podnosiliśmy. M.P.: Ale też dzięki tej relacji jak dotąd zawsze udawało nam się to ratować. T.G.: Tu wszystko zależy od tego, czy robi się coś z sercem czy „jobowo”. My preferujemy pierwszy wariant i jak któryś z nas odstaje, wypada słabiej, to nie rezygnujemy, ale staramy się tak wszystko poustawiać, żeby było ok. Gramy w takim składzie i nie przewidujemy zmian. No chyba, że się pokłócimy o pieniądze albo o kobietę. To są trudne tematy. My też dorastamy, każdy z nas szybciej lub wolniej wychodzi z tego dziecięcego świata i  wkracza w  dorosłość. Chłopaki pracują, sami już na siebie zarabiają, ja jeszcze nie, ale ten moment też przecież w końcu nadejdzie. W każdym razie, najważniejsze jest, żebyśmy opierali się na naszej relacji, tym, co udało nam się wypracować. Znamy swoje słabsze i  mocniejsze strony, wiemy, który z  nas ma jakie przywary, ale wychodzimy z założenia, że nad wszystkim da się popracować. Mieszkacie razem, wprawdzie nie we czwórkę, ale podzieliliście się na dwa składy. A.G.: Wkrótce zamieszkamy wszyscy razem – w wielkiej willi. M.P.: Najlepiej nad morzem. Nie obawiacie się, że będzie tego za dużo – wspólne próby, koncerty i jeszcze dzielenie prywatnej przestrzeni? Przecież Wy pracujecie razem. T.G.: Ja się tego obawiam, przyznaję, ale z drugiej strony teraz, nie mieszkając w komplecie, też spędzamy ze sobą ogrom czasu – w pięciu, bo jeszcze jest nasz kumpel – Jacek. M.M.: Ale studia mamy różne, więc w tej sferze funkcjonujemy w pojedynkę. T.G.: Poza tym, zawsze w naszym teamie tworzą się jakieś stronnictwa. Dzielimy się na podgrupy i  w  danym dniu skupiamy na uprzykrzeniu życia jednemu z  nas. Dbamy o to, by nie było nudno. M.P.: Niezwykle często pada na mnie. M.M.: Bo Maniek jest nierobem. Mocny zarzut. Maniek, co Ty na to? M.P.: Ofiarą! T.G.: Ale to jest takie słodkie – Maniek nic

nie robi, Mazurator tam... mazuruje, Adaś to dziad, który też nic nie robi, ja jedyny coś robię! M.M: Ty tylko najwięcej gadasz! T.G.: Ja bardzo dużo myślę. W  zasadzie to nieustannie obmyślam plan. Właśnie ostatnio oglądałem film o  Czesławie Mozilu W  moim maluteńkim świecie i  bardzo mnie zainspirował. Cierpimy na brak autorytetu – ja nie miałem żadnego (nie wiem, czy któryś z Was ma), a tu nagle pojawia się Czesław, który w  bardzo szczery sposób potrafi innym opowiedzieć o sobie, swoich uczuciach, pracy. Jakiś czas temu zdawałem egzamin z  filozofii i  żadna z  proponowanych nie dotarła do mnie w  takim stopniu jak przekaz Mozila. Co ciekawe, spotkaliśmy go niedawno w Opolu – jeszcze przed obejrzeniem tego filmu i wtedy postrzegaliśmy go raczej tyko jako bardzo dobrego muzyka. Teraz wiemy, że ten człowiek ma świetny patent na siebie. Powiedzcie coś więcej o  samym spotkaniu. To było przy okazji Zimowej Giełdy Piosenki, gdzie w  konkursie wykonywaliście utwór z tekstem Czesława Miłosza. M.P.: Czesław przede wszystkim ma świetne podejście do show-biznesu. T.G.: To jest artysta, który mimo tego całego szumu wokół niego ma trochę podobne podejście do naszego. Głównie mam tu na myśli dystans – do samego siebie, ale też do swojej twórczości. My staramy się tak do wszystkiego podchodzić. Maniuś ma dystans, Adaś też, Mazurator nie ma, ale się nauczy. M.M: Jak to nie mam?! Do czego niby?! T.G.: No do siebie nie masz. M.M: Mam! M.P.: No zobaczcie, jaki zdystansowany. Michał, zautoryzujesz to sobie. T.G.: Czesław powiedział nam, że fajnie gramy. Na ile to było szczere, nie jesteśmy w  stanie stwierdzić, ale miło było coś takiego usłyszeć. Jeśli natomiast chodzi o  dzisiejszy występ, to tak się składa, że rozmawiamy tuż po historycznym dla Was momencie, bo przed chwilą daliście pierwszy koncert akustyczny. Było to zupełnie coś innego, niż zwykle prezentujecie na koncertach. Ile zajęło Wam przygotowanie materiału w takiej odmienionej wersji? M.M.: Trochę wstyd mówić, ale łącznie z pięć godzin. T.G.: Jesteśmy dość leniwi. Spotkaliśmy się w środę na próbie w kinie, potem w czwartek drugi raz przegraliśmy utwory i było po spra-


Osoba numeru

11


Fot. Magda Oczadły Zdj. Bartłomiej Babicz


Osoba numeru

wie. Lubimy tak pracować – na spinie, ale jak dotąd zawsze z fajnymi efektami. Dokładnie takim samym systemem robiliśmy piosenkę na Zimową Giełdę. Poświęciliśmy ze dwie, trzy próby i  myśleliśmy, że wyjdzie nam raczej średni niż dobry numer, a  tymczasem efekt końcowy zwrócił uwagę jury i  dzięki temu zagramy na Piastonaliach w Opolu. Jak Wam się dzisiaj grało? Namówię Was na krótkie podsumowanie? M.M.: Fajowo. Atmosfera była świetna. M.P.: Był bardzo fajny luz. T.G.: Mnie się bardzo podobało. Zagraliśmy coś innego, wiesz, zupełnie nowe doświadczenie. Poza tym, mieliśmy świetny kontakt z publicznością. Inny niż na naszych typowych, rockowych koncertach. M.M.: Lubimy nowości, sprawdzać się w sytuacjach, w których dotąd nie mieliśmy okazji się znaleźć. À propos publiczności, obserwowałam uważnie, kto dziś przyszedł Was posłuchać i  poza tym, że tradycyjnie w  przewadze były przedstawicielki płci pięknej, to wiek słuchaczy rozpięty był od jakichś dwóch do pięćdziesięciu, sześćdziesięciu lat. Przygotowując materiał, zakładacie sobie jakąś grupę docelową? T.G.: Akurat ta różnorodność bardzo nas cieszy. Nigdy nie mówimy, że gramy dla takiej czy innej grupy ludzi. Nie klasyfikujemy ich według jakichś wymyślonych kryteriów. Nie wybieramy sobie publiczności, to publiczność może ewentualnie wybrać nas, co stanowi tylko i wyłącznie powód do zadowolenia. Każdy odczuwa muzykę po swojemu, dla mnie to będą takie bodźce, a dla trzynastoletniej dziewczynki zupełnie inne, zawsze jednak prawdziwe. Już totalnie śmieszy nas mówienie przez muzyków, że grają tylko dla słuchaczy wyspecjalizowanych, z  odpowiednim zapleczem merytorycznym czy osłuchanych w konkretnym gatunku. Powiem otwarcie – dla nas to kompletna bzdura. Przykładem tego, że docieracie ze swoją muzyką nie tylko do nastolatków niech będzie fakt, że doceniły Was chociażby takie autorytety jak Piotr Metz czy Ela Zapendowska, której zwłaszcza Tomek przypadł do gustu podczas castingu w  Must Be The Music. Po występie mieliście okazję porozmawiać za kulisami z jurorami? T.G.: Niestety nie, czego bardzo żałujemy, ale mamy nadzieję, że będzie jeszcze ku

temu okazja. Mamy na swoim koncie udział w festiwalach, przeglądach i konkursach, ale przyznam, że pierwszy raz zetknęliśmy się z tak ostrym jury. Na pewno nie bez znaczenia pozostaje fakt, że to telewizyjne talent show, więc w programie musi się coś dziać. Ja w pewnym momencie byłem przerażony, jak usłyszałem, co jurorzy mówią o  niektórych wykonawcach. Widzowie w  TV ostatecznie nie widzą wszystkiego, co działo się na castingach, ale wielu zespołom wylano przysłowiowy kubeł zimnej wody na głowę. Nie jest powiedziane, że my nie padniemy adresatami ostrej krytyki, jeśli będzie nam dane nadal brać udział w programie. Jakie są Wasze przypuszczenia? Widzowie Polsatu zobaczą Was jeszcze w Must Be The Music? M.P.: Ja myślę, że może być dobrze. Dziś w  portalu Interia ukazał się artykuł, z  którego dowiedzieliśmy się, że nasz kawałek Was She Gonna znalazł się w gronie dziesięciu najlepszych piosenek zagranych dotąd w V edycji programu. T.G.: Wszystko się okaże dosłownie na dniach, ale jesteśmy dobrej myśli. Poznaliśmy się w  sierpniu 2012. Od tamtego czasu bacznie obserwuję Wasze poczynania i  muszę przyznać, że kolejne poziomy w  rozwoju kapeli zdobywacie w tempie turbo. Nie chodzi tu tylko o to, by się pokazywać na coraz większej ilości scen, czy co sobotę machać do widzów z telewizora, ale głównie o  rozwój muzyczny i  warsztat. Te pozytywne oceny Marii Peszek, Piotra Metza, Piotra Roguckiego nie są przypadkowe. T.G.: Z  konkursem Make More Music to była ciekawa sprawa. Z jednej strony dostaliśmy świetne oceny i  wyróżnienie, jury wypowiedziało się o nas pozytywnie, ale straszliwie gryzło nas to, że nie udało się zdobyć pierwszego miejsca. Bardzo ambicjonalnie do tego podeszliśmy. Teraz wydaje nam się, że może dobrze się stało. W  międzyczasie pojawiło się kilka równie ciekawych opcji, z których niekoniecznie moglibyśmy skorzystać jako zwycięzcy konkursu Empiku. Okej, szliśmy wtedy ulicami Warszawy w  niezbyt dobrych nastrojach, ale szybko powiedzieliśmy sobie, że skoro te drzwi się zamknęły, to trzeba znaleźć inne i spróbować je otworzyć. Wspominaliśmy, że Tomek zrobił wrażenie na Eli Zapendowskiej, ale z kolei sympatię Marii Peszek zaskarbił sobie Maniek.

M.P.: Bardzo mi się podobała jej opinia. Kurcze, nie wiem, co mam powiedzieć, jak ktoś mnie chwali. T.G.: Ale ja wiem! To były naprawdę ważne słowa skierowane do Mańka, bo mało osób zauważa, jaki jest cudowny. Tego może nie widać w telewizji, w wywiadach, ale jest wspaniałą, zabawną osobą. To, że Maria Peszek to zauważyła, świadczy dla mnie tylko o tym, że jest artystką o naprawdę szeroko otwartych oczach. Szczęście i  zarazem nieszczęście Mańka polega na tym, że on jest perkusistą – gościem, który cały koncert siedzi za bębnami, nieco z  tyłu sceny. Mimo że jest równie ważnym członkiem zespołu, to jednak ma ograniczone możliwości poruszania się na scenie, czy nawiązania bezpośredniego kontaktu z  publiką. Tak mi się przynajmniej wydaje. M.P.: Ja mam dobry PR na Facebooku. M.M.: Tam, gdzie była taka możliwość, graliśmy, ustawiając się w jednej linii i wtedy Maniek znajdował się tuż obok mnie. Chcielibyśmy móc się tak rozstawiać podczas jak największej ilości koncertów, ale pewnie nie zawsze warunki będą nam na to pozwalały. Skoro mówimy o  warunkach i  możliwościach, chciałam nawiązać do występu w  półfinale Emergenzy. Jakie wrażenia po tym występie? T.G.: Wiesz co, Emergenza to jest nietypowy przegląd. Jeśli chodzi o sam nasz występ, to spotkała nas pewna przygoda, bo padły nam wszystkie odsłuchy i  graliśmy, praktycznie nic nie słysząc. Ale na szczęście na co dzień, ćwicząc u mnie w garażu, wcale nie mamy lepszych warunków, więc sobie jakoś poradziliśmy. W  każdym razie, cieszy nas, że zostaliśmy docenieni i  przeszliśmy do kolejnego etapu. Mówiliście o wydarzeniach, które nie do końca przebiegają po Waszej myśli, ale w  ostatecznym rozrachunku przynoszą coś dobrego. Do tej grupy chyba można zaliczyć zeszłoroczny Festiwal FAMA, z  którego wróciliście TYLKO z wyróżnieniem, ale mam wrażenie, że jednak to był dla Was ważny moment. T.G.: Dokładnie. M.M.: Ja myślę, że takich punktów czy momentów było wiele i  trochę trudno jest mi ustawić je w jakiejś hierarchii. Nie mogę powiedzieć, który był mniej lub bardziej ważny, bo często efekty, jakie przynoszą, pojawiają się znacznie później, niekoniecz-

13


nie w bezpośrednim następstwie tych zdarzeń. Ale potwierdzam, FAMA na pewno była dla nas ważnym wydarzeniem. T.G.: Dla nas bardzo ważny był klimat panujący podczas tych dwóch tygodni. Robiliśmy świetne rzeczy z fantastycznymi ludźmi, zresztą byłaś tam, więc wiesz, ile tam się dzieje. Na pewno chcielibyśmy wrócić do Świnoujścia, a  wszystkie famowe przygody długo będziemy wspominać – złamanie nogi przez Mańka, nasze potyczki z  pewnym panem taksówkarzem, koncerty i  wiele innych. Na pewno to, co tam przeżyliśmy, miało wpływ na nasze muzyczne poczynania. Okej, pogadaliśmy o  programach, konkursach, koncertach. Kolejny punkt rozmowy, który aż się prosi, żeby o  niego zagadnąć. Wasz debiutancki album. Co macie do powiedzenia na ten temat? T.G.: Z płytą w naszym przypadku jest to trochę zawiła sprawa. Wcześniej nie udało nam się przygotować materiału, który w pełni by nas zadowalał pod względem treści, jakie chcemy przekazywać słuchaczom. Na to nałożyły się również nasze niedostatki warsztatowe, brak odpowiedniego wsparcia realizatorskiego, ale też brak sprecyzowanego pomysłu na siebie. Na dzień dzisiejszy wygląda to znacznie lepiej. Dosłownie kilka dni temu nagraliśmy singiel w  profesjonalnym studiu, a  potem pojechaliśmy do Ząbkowic z  naszym szalonym realizatorem Remkiem Białasem i w takiej starej kanciapie w Ośrodku Kultury, na pożyczonym sprzęcie, zaczęliśmy nagrywać. Mamy poczucie, że będzie z tego coś dobrego i niedługo będziemy mogli efektami tej pracy podzielić się ze słuchaczami. Michał, będziesz śpiewał na tym krążku? Bo dotąd sam wyśpiewałeś może ze trzy kawałki, a zwykle raczej wspierasz Tomka w chórkach. Planujesz jakieś zmiany w tej kwestii? M.M.: Oczywiście będę śpiewać, ale wydaje mi się, że dotąd wystarczająco się udzielałem wokalnie. Nie wiem, jakie zdanie mają na ten temat słuchacze, ale nie mam poczucia, że jest mnie za mało. Czuję się dobrze w takim układzie. Wykonywana przez ciebie Burza wiosenna jest w czołówce faworytów publiczności i  podczas koncertów nie jest trudno to zauważyć. M.M.: Jest to bardzo miłe, na pewno ten kawałek będzie w naszym repertuarze. T.G.: W ogóle, ta piosenka jest autorstwa Mańka i Adasia. To tak w ramach ciekawostki. Zdj. Bartłomiej Babicz

M.P.: Tak, mój jest tekst, który pierwotnie był wierszem, a Adaś przyniósł ten basowy pochód. Można powiedzieć, że odkrywamy nieznane dotąd oblicze perkusisty. To była jednorazowa akcja czy piszesz wiersze? M.P.: Czasami, ale dosyć rzadko. Objawiły nam się skłonności poetyckie Mańka, ale czy Wy znajdujecie jeszcze czas na zainteresowania inne niż muzyczne? M.P.: Ja czytam komiksy – bardzo lubię – i też je kolekcjonuję. M.M.: Ja się spełniam w pracy jako kinooperator. A.G.: Ja... – ja się śmieję z komiksów Mańka. I marzę o rowerze. Kiedyś jeden popsułem i teraz muszę sobie kupić następny. T.G.: A  ja lubię spacerować po różnych zapadłych wsiach, porozmyślać przy okazji, latem posiedzieć na działce z  chłopakami, pogrillować albo pojechać na ryby. Wiem, że to wygląda dziwnie, ale my naprawdę ciągle robimy coś razem. M.P.: Jak jedziemy na ryby, to każdy ma swoje zadanie – Turbomazurator konstruuje grilla, Tomek przebiera się za wędkarza, ja zajmuję się sprzętem, bo jako jedyny mam kartę wędkarską, a Adaś mi pomaga i uczę go łowić. Panowie, wychodzi na to, że Wam nie potrzeba nic więcej do szczęścia poza takim zacisznym domkiem z  działką, miejscem do grillowania, wędkowania i  najlepiej jeszcze ze studiem nagraniowym. No i  jeszcze trzeba zorganizować kino dla Michała, żeby mógł sobie wyświetlać filmy. M.P.: Najlepiej, żeby je sobie sam zbudował! A.G.: Ale jak będzie las blisko, to on będzie ciągle chodził drzewo rąbać. T.G.: To jest Turbomazurator – on się odnajdzie we wszystkim. Właśnie! Skąd wziął się ten pseudonim? Częściowo od nazwiska – to jasne, ale skąd „turbo”? M.M.: Ja nie lubię mówić o  sobie, więc chętnie oddam głos kolegom. T.G.: Turbomazurator to jest archetyp prawdziwego mężczyzny, zresztą tak został określony na FAMIE. Jest twardy, silny... M.P.: ...i każda kobieta chciałaby mieć takiego mężczyznę za męża. T.G.: Twardziel, koks, wyposażony we wszystkie typowo męskie cechy. M.P.: Z miękkim, dobrym sercem. O  Michale i  całym zespole opowiedzieliście już całkiem sporo, a  jeszcze

poproszę Was, żebyście powiedzieli co nieco na temat waszych planów koncertowych w sezonie wiosenno-letnim. T.G.: Na pewno sporo pogramy. Są już zaklepane terminy i mamy nadzieję, że będzie ich wciąż przybywać oraz że uda nam się to wszystko pogodzić z  pracą i  nauką. Łatwo nie będzie, ale jakoś damy radę. Zależy nam, żeby jak najwięcej móc grać dla ludzi i jeśli tylko będą ku temu okazje, będziemy z nich korzystać. Informacje o kon-


Osoba numeru

certach na bieżąco zamieszczamy na naszym fanpage’u, do którego odwiedzenia zachęcamy wszystkich. Już zupełnie na finał naszej przemiłej rozmowy – jakie jest Wasze muzyczne marzenie, cel na najbliższy rok, dwa? M.M.: Ameryka! M.P.: Ja chciałbym wydać płytę. T.G.: A  ja nie jestem właśnie pewien, czy ta płyta jest u  mnie tak totalnie na pierwszym miejscu. Czesław fajnie o  nas

powiedział, że jesteśmy zespołem grajków. Ja uwielbiam kontakt z publicznością i największą frajdę mam z grania na żywo, więc moim celem jest jak najwięcej grać. A.G.: Byłoby fajnie zagrać na Woodstocku. T.G.: Albo na Rock For People w Czechach. M.M.: Generalnie miło byłoby pojawić się na scenach dużych festiwali. Coś mi mówi, że wcale nie będzie Wam tak trudno w  stosunkowo niedługim czasie te cele osiągnąć. Trzymam kciuki.

Specjalne podziękowania dla pani Teresy Malik za pomoc w organizacji sesji.

15


Różne odcienie

bieli i czerwieni Patriotyzm jest pojęciem, które wywołuje skrajne skojarzenia. Jedni widzą w nim przywiązanie do tradycji, inni jedyną słuszną drogę rozwoju państwa. Historyczny patriotyzm łączy się z szacunkiem do przeszłości kraju. Regionalny charakteryzuje duma i troska o dorobek najbliższej społeczności. Jakie inne odmiany można obecnie zauważyć? Barbara Rumczyk

P

atriotyzm może przejawiać się w eksponowaniu symboli. W Stanach Zjednoczonych flaga państwowa jest symbolem dumy i zdobi wiele domostw przez cały rok. W  Polsce blokowiska stają się biało-czerwone na czas świąt państwowych i ważnych meczów. Tym, którzy nie doceniają wagi tych kolorów z przypomnieniem przychodzi prawo – za znieważenie flagi grozi nawet pozbawienie wolności. Prezydent Bronisław Komorowski powiedział, że to symbole narodowe „łączą i skupiają naród wokół siebie”. Profesor nauk socjologicznych Krzysztof Koseła podkreśla także ich rolę w „ułatwianiu pojmowania narodu”, który jest pojęciem abstrakcyjnym. Mają one także podstawową funkcję – są po prostu tym, co odróżnia jeden kraj od innych. To, w jaki sposób Polacy są przywiązani do symboli, pokazują ankiety socjologiczne. Według Instytutu Badania Opinii Homo Homini w 2011 roku 68 procent osób pytanych o to, czy mają w domu flagę, odpowiedziało twierdząco. Jednak zaledwie 37 procent przyznało się do tego, że wywiesza ją podczas świąt narodowych. Mała ojczyzna, wielkie przywiązanie Wspieranie okolicznych szkół i organizacji, promowanie zabytków z rodzimego miasta wśród znajomych z innych zakątków Zdj. Maciej Margielski

Polski, przyłączanie się do akcji związanych ze sztuką, prowadzonych przez najbliższy dom kultury – taką postawę określa się mianem patriotyzmu lokalnego. Przykładowo, na Warmii i Mazurach dostrzega się zwiększenie zainteresowania regionem wśród jego mieszkańców, którzy kupują więcej publikacji związanych z  historią okolicy. Dzieci w szkołach na Warmii uczą się tradycyjnej gwary. Istnieją jednak dwa zagrożenia związane z tą postawą. Patriotyzm lokalny może zostać łatwo pomylony z chęcią zrobienia kariery, na przykład na powiatowych lub gminnych szczeblach władzy. Pod płaszczykiem zaangażowania społecznego czasami kryje się chęć załatwienia własnych interesów. Zaangażowanie w sprawy miasta i rywalizacja z innymi ośrodkami może także rodzić wrogość między ich mieszkańcami, szczególnie, gdy walczą o dominację w województwie. Tak jest w  przypadku Torunia i Bydgoszczy, gdzie zaczęło się od sporów o towary z Gdańska w XIII wieku. Od tamtej pory miasta walczą o udziały w planowanym budżecie lub o przyznanie im istotnej instytucji w województwie kujawsko-pomorskim. Złoty mocny polski Dowodem na to, że patriotyzm lokalny może mieć swoje odmiany, jest serwis patriotyzmekonomiczny.pl, który zrzesza wszystkich zainteresowanych biznesem wspierającym

ich najbliższe otoczenie. Adres strony jest pojęciem określanym przez ekonomistę Andrzeja K. Koźmińskiego jako „dążenie do tego, by dane społeczeństwo się bogaciło”. Ten rodzaj patriotyzmu zakłada, że konsument, oprócz zaspokojenia własnych potrzeb, będzie miał na względzie miejsce i proces wykonania produktu oraz to, jak jego zakup wpłynie na rozwój gospodarczy w regionie. Według Koźmińskiego celem utrzymywania takiej postawy jest zmniejszenie różnic ekonomicznych między poszczególnymi grupami społecznymi – by w rozdzielaniu zysków uczestniczyli nie tylko najbogatsi. Patriotyzm ekonomiczny wymaga od kupujących poświęcenia czasu na poszukiwanie i dokładne przemyślenie nabytku. Ci, którzy chcą wspomagać rodzinny biznes, mogą skorzystać z kilku drogowskazów. Godło „Teraz Polska” od ponad dziesięciu lat przyznawane jest najwyższej jakości produktom i usługom powstającym w kraju. Kampania społeczna „Polski Ślad” ma na celu wzmocnienie przedsiębiorczości krajowej. Uznanie jej koordynatorów otrzymują firmy, „które płacą w Polsce podatki i których zyski pozostają w dyspozycji polskich właścicieli”. Powstają też strony internetowe, będące wyszukiwarkami rodzimych produktów według podziału na kategorie. Przyszłość w muzeum O tym, że pielęgnowanie historii wcale nie musi kojarzyć się z gromadzeniem zbiorów w skansenie przekonują twórcy miejsc takich jak Muzeum Powstania Warszawskiego, gdzie przeszłość łączy się z teraźniejszością. Sceneria rodem z 1944 roku przenosi zwiedzających w rewiry powstańczej Warszawy. Można udać się na spacer tunelami, obejrzeć samoloty i  broń, odwiedzić stylizowane kawiarnie i  przekonać się, jakie hasła malowali na murach rebelianci. Miejsce promowane jest przez nowoczesne środki przekazu. Muzeum wydaje płyty z dawnymi piosenkami w  wykonaniu współczesnych artystów. W sklepie muzealnym znaleźć można także historie żołnierzy przedstawione w formie komiksu Powstanie 44 lub okrągłe przypinki z symbolami powstańczymi. Muzeum Historii Polski, wybiegając w  przyszłość, od kilku lat realizuje program „Patriotyzm jutra” wspierany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Do konkursu mogą się zgłosić


autorzy projektów, które w sposób nowatorski będą propagowały patriotyczne wzorce. Dotacje otrzymują różnorodne pomysły. „Lublin szeptany” zdobył uznanie jako rodzaj nowoczesnego przewodnika po mieście. Dzięki nagraniom mp3 w kilku językach przyjezdni mogą poznać zakątki Lublina ze słuchawkami na uszach. Docenionym projektem okazała się być gra komputerowa, w której gracze wcielają się w najważniejsze postaci urzędujące w XIX wieku na terenie Górnego Śląska. Odcień radykalny „Bóg, Honor, Ojczyzna, Tradycja i Przyjaźń” – takie idee przyświecają współczesnemu Obozowi Narodowo-Radykalnemu. Bazujące na założeniach zapoczątkowanych w  1934 roku stowarzyszenie znane jest z budzących kontrowersje manifestacji i wydawnictw. Członkowie ONR sprzeciwiają się między innymi multikulturowości i ingerencji Unii Europejskiej w sprawy Polski. Uznają chrześcijańskie zasady jako jedyne słuszne, nie przyjmując wpływów innych religii. Tego typu postawę – odbieranie innym prawa do nazywania siebie Polakiem – Jarosław Kurski podsumowuje jako „patriotyzm wykluczenia”. Pikiety, hasła i symbole (falanga), a także mniemanie, że ich pojęcie patriotyzmu jest jedynym słusznym poglądem, łączą członków ONR z Narodowym Odrodzeniem Polski. Organizacja, której głównym założeniem jest nacjonalizm, od 1992 roku jest partią polityczną. Oba zrzeszenia budzą sprzeciw ugrupowań antyfaszystowskich, anarchistycznych i liberalnych. Porozumienie 11 Listopada od kilku lat próbuje stanąć na drodze radykałom, pikietując pod hasłem „Faszyzm nie przejdzie”. W liczbie mnogiej „Patriotyzm czy patriotyzmy?” pyta doktor Jan Chańko z Uniwersytetu Łódzkiego w  tekście przemówienia na temat sposobów postrzegania postawy patriotycznej. Choć w języku polskim nie istnieje liczba mnoga od tego słowa, wydaje się, że mamy do czynienia, jeśli nie z wieloma patriotyzmami, to przynajmniej z jego kilkoma odmianami. Ale może to jedno z  tych pojęć, o którym nie powinno się za dużo debatować – cytując słowa Władysława Bartoszewskiego; „Patriotyzm polski nie polega na mówieniu o patriotyzmie, tylko na służbie”.

17


Moda

na samorealizację Samorealizacja to obecnie bardzo popularne słowo. Coraz więcej młodych ludzi korzysta z dodatkowych kursów, uczestniczy w  warsztatach czy angażuje się w społeczne działania. Wszystko po to, by wciąż się rozwijać. Czy kieruje nimi wewnętrzna potrzeba samospełnienia, a może współczesne trendy zmuszają ich do ciągłego podejmowania nowych aktywności, przeganiając jednocześnie w kąt tych, którzy nie podążają za tą modą?

Zuzanna Sroczyńska

A

by bliżej przyjrzeć się zjawisku samorealizacji, które obecnie znajduje się na “top liście” potrzeb współczesnego człowieka, zacznijmy od analizy definicji tego pojęcia. Termin realizacja oznacza “urzeczywistnienie czegoś, spełnienie, ziszczenie.” Samorealizacja natomiast, idąc tym tropem, będzie dążeniem do spełnienia siebie, czyli swojego potencjału, talentów i umiejętności. Samorealizacja, inaczej samourzeczywistnianie lub samoaktualizacja, jest w psychologii uznawana za ciągły proces budowania ideału własnej osoby. Niewątpliwie dążenie do lepszego obrazu samego siebie wiąże się z urzeczywistnianiem marzeń, a więc z poczuciem szczęścia, co zostało zauważone już w starożytności przez Arystotelesa. Złapać czy gonić króliczka? Istnieje podział pomiędzy teraźniejszym ja, a tym, kim chce się być. Ta różnica powinna motywować nas do zmian i stawania się lepszymi. Co się jednak stanie, gdy osiągniemy nasz cel? W Tarocie karta dziesiątki kielichów opisuje właśnie to zjawisko. Gdy uzyskamy to, do czego nieustannie dążyliśmy, nie ma już nic przed nami. Stan posiadania upragnionej formy jest w rezultacie jej schyłkiem. A więc “nie chodzi o to, by złapać króliczka, ale by gonić go” – śpiewali SkaldoZdj. Patryk Rogiński

wie. Nawet w definicji samorealizacji kluczowym stwierdzeniem jest “ciągły proces”. Czy taka interpretacja jednak jest adekwatna do rzeczywistości? Przecież możemy się łatwo zniechęcić, gdy wciąż nie będzie widać rezultatów naszych działań. Jedna z popularnych technik skutecznego działania głosi, aby podzielić swój cel na mniejsze, przełomowe momenty – tak zwane kamienie milowe. Wtedy poziom naszej motywacji wciąż rośnie. Aby zatem znaczenie dziesiątki kielichów nie manifestowało się w naszym życiu, powinniśmy szukać nowych króliczków, zaraz po tym, jak złapiemy jednego. Samorealizacja jako najwyższa idea Spełnienie samorealizacji jest możliwe jedynie w przypadku osiągnięcia potrzeb niższego rzędu – tak każe nam myśleć piramida potrzeb Abrahama Harolda Maslowa, jedna z najpopularniejszych piramid, zaraz obok Piramidy Cheopsa. Autor tej teorii, samourzeczywistnianie łączy bezpośrednio z pojęciem kreatywności. W swojej pracy dotyczącej motywacji pisze, że potrzeba najwyższego rzędu może zupełnie inaczej przejawiać się u różnych ludzi – dla jednych może być pragnieniem bycia idealną matką dla swojego dziecka, dla innych zaś wyrażaniem się w sporcie, sztuce czy wynalazczości. Według Maslowa, ludzie mogą podejmować twórczą aktywność z wielu po-

wodów – w celu rekompensaty, doskonalenia się czy ekonomicznych pobudek. Umiejętność twórczego myślenia nie jest jedyną cechą gwarantującą samorealizację. Autor piramidy potrzeb wyodrębnia również między innymi umiejętność trafnego spostrzegania rzeczywistości, budowy trwałych i głębokich relacji z innymi czy aktualizacji ocen sytuacji pod wpływem zmieniających się warunków. Wygląda na to, że stan spełnienia jest zarezerwowany dla określonej grupy osób, a więc jest doświadczeniem elitarnym. Czy aby na pewno tak jest? Maslow tłumaczy, że każda z wymienionych przez niego cech nie musi być w pełni realizowana, wystarczy chociażby częściowy jej przejaw. Skoro tak jest, pojawia się pewna ciągłość, którą możemy potraktować jako egalitaryzm. Możecie więc odetchnąć z ulgą – samorealizacja jest dostępna dla wszystkich. Pozostaje kwestia hierarchii. Sięgając do filozofii Platona, już tam odnajdziemy próby uszeregowania idei, wiecznych i doskonałych bytów. To, co łączy Platona i Maslowa, to właśnie znalezienie najwyżej położonej wartości, idei dobra. Maslow wielokrotnie podkreślał w swoich pracach, że czyniąc dobro dla innych, spełniamy swoje moralne potrzeby, co nie prowadzi nas nigdzie indziej, jak do samorealizacji. Kto jest bardziej szczęśliwy – ja czy oni? Dążenie do spełnienia najwyższej idei czyni nas, według Platona, szczęśliwymi. A skoro szczęście, to i samorealizacja, bo przecież co innego, niż osiąganie zamierzonych celów, może przysporzyć nam tyle radości? Oprócz lampki wina oczywiście, która jest, według Michaela Argyle, pobudką do odczuwania tylko chwilowych stanów uniesienia. W psychologii społecznej problematyka szczęścia jest dość obszernie eksplorowana. Z badań wynika, że poczucie zadowolenia z życia jest zależne w większym stopniu od dyspozycji indywidualnych niż od czynników demograficznych. O szczęściu możemy jednak wnioskować jedynie na podstawie porównań – o ile bardziej ktoś jest szczęśliwszy od innych. Tak więc osoby z niską samooceną, neurotyczne i nastawione introwertywnie są mniej szczęśliwe w porównaniu do osób z wysoką samooceną, przystosowanych emocjonalnie i nastawionych ekstrawertywnie. Nie można jednak powiedzieć, że pierwsza grupa osób jest niezadowolona ze swojego życia. Ponieważ lubimy porównywać się do innych pod względem standardu życia, po-


19


Zdj. Patryk Rogiński


przednich doświadczeń i losów, nasze poczucie szczęścia jest zależne nie tylko od nas samych. Porównując się w dół, czyli do ludzi, którzy są w gorszej sytuacji niż my sami, opinia na temat naszego życia jest kształtowana w pozytywnym kierunku. Gdy jednak zestawiamy swoje losy z losami osoby, której wiedzie się lepiej niż nam (porównanie w górę), staramy się za wszelką cenę jej dorównać, a nawet wyprzedzić tę osobę w obszarze, w  którym czujemy się pewniej niż ona. Inni ludzie niejako zmuszają nas do tego, aby wciąż wspinać się wyżej po szczeblach samorealizacji. Czy potrzeba samourzeczywistniania jest zatem wewnętrznym pragnieniem jednostki, czy zewnętrznym przymusem dorównania innym?

pewne są tacy, którzy kierują się w stronę umacniania fałszywego ja, ale i tacy, dla których celem jest odnalezienie prawdziwości w  sobie. Pierwszy schemat zdecydowanie nie świadczy o zdrowiu psychicznym, zatem czy prowadzi do samorealizacji w pełnym tego słowa znaczeniu? Powracając do idei dobra i moralności w  ujęciu zarówno Platona, jak i Maslowa, człowiek o  narcystycznym rysie, traktujący ludzi instrumentalnie w celu budowania nienaturalnie wielkiego ego, nie kieruje się w swoich poczynaniach ideą dobra i zaspokajaniem swojego poczucia moralności. Jego zachowanie, myśli i uczucia nie prowadzą go zatem do samorealizacji w takim znaczeniu, w jakim jest ona opisywana w teoriach psychologicznych.

Dążenie po trupach do celu to też samorealizacja? Zjawisko porównań w górę jest niewątpliwie motywujące. Jeżeli jednak towarzyszy mu poczucie satysfakcji z powodu porażki kolegi, jest przejawem niezdrowej rywalizacji, a co za tym idzie, może prowadzić do wtórnego narcyzmu. Stephen M. Johnson opisuje ten negatywny wzorzec działania jako “używanie innych w celu przydania wielkości i wsparcia fałszywego self”. Samo stwierdzenie “używanie innych” jest de facto nacechowane pejoratywnie, choć w tym wypadku nie powinno kojarzyć się negatywnie. Istotne jest to, co następuje w drugiej części zdania. Zdrowym wzorcem działania będzie zatem “używanie innych w celu odnalezienia i pielęgnowania prawdziwego self”. Za-

Samorealizacja w ujęciu współczesnych pedagogów Pedagogiczne koncepcje samorealizacji uzna­ją, że dążenie do spełnienia swojego potencjału i marzeń trwa całe życie, a wychowanie jednostki ma na celu wsparcie jej rozwoju w tym kierunku. Równie ważną rolę w tym procesie odgrywa też oświata, kultura i działalność społeczna. Twórca zagadnienia kształcenia ustawicznego, Paul Lengrand, jest przeciwnikiem rozdziału życia na okres edukacji i pracy zawodowej. Twierdzi, że edukacja nie powinna kończyć się na szkolnictwie wyższym, lecz trwać również podczas wykonywania zawodu, w  postaci zajęć doszkalających. Celem edukacji ustawicznej jest wychowanie człowieka, który będzie przejawiał twórczy i dynamiczny sto-

sunek do otaczającej go rzeczywistości, będzie potrafił doskonalić nie tylko siebie, ale również warunki życia, czyniąc w ten sposób dobro dla społeczności. Ciągłe kształcenie pozwala aktualizować swoją wiedzę oraz przyczynia się do samorealizacji. System ten funkcjonuje doskonale, co widać po chęci angażowania się w coraz to nowe działania, nie tylko przez młodych ludzi, ale również osoby w średnim wieku. W związku z rozwojem kultury i nauki oraz ze zmianami ekonomicznymi potrzeba rozwoju będzie jeszcze silniejsza. Globalne ujęcie samorealizacji przez pedagogiczne koncepcje stoi w opozycji do indywidualnego podejścia rozwoju osobistego, zależnego od naszych cech osobowości, temperamentu czy preferencji. Sacrum czy profanum? Duży nacisk kładzie się obecnie na skuteczne działania, efektywne planowanie i wyniki pracy. Służą temu różne narzędzia w postaci modeli stawiania celów czy wykresów ułatwiających organizację pracy. Korzysta się również ze spotkań coachingowych, które mają wspierać nas w rozwoju i pomóc w osiąganiu tego, co nazywa się właśnie samorealizacją. Jest to jedna z dróg do samospełnienia w postaci profanum dla szerokiego spektrum odbiorców. Podążając inną drogą zaś, której przyświeca sacrum, przeżywamy i poznajemy głębię tajemnicy ludzkości, pragniemy jednać się z otoczeniem oraz doznawać duchowych uniesień. Cel jednak jest ten sam: samorealizacja.

21


Światem rządzi człowiek, a człowiekiem — żądza pieniądza Joanna Michta

W

ubiegłym roku w Berlinie powstał projekt BikeSurf­ Berlin, który umożliwia bezpłatne wypożyczenie rowerów. Jednym z jego pomysłodawców, a jednocześnie koordynatorem, jest Graham Pope – Irlandczyk, który w lokalnych mediach zyskał miano Weltverbesserera, czyli kogoś kto naprawia świat. Od tamtej pory Pope stara się zainspirować ludzi do tworzenia kolejnych projektów, mających na celu szeroko pojęty podział dóbr. Ale czy taki pomysł zainteresuje przeciętnego homo economicus? Homo economicus to racjonalny egoista, kierujący się w codziennych czynnościach zasadą maksymalizacji korzyści przy jednoczesnej minimalizacji kosztów. To teoretyczny model człowieka, który jest zarazem wolny i egoistyczny, skoncentrowany na własnym interesie. Chociaż, jak się okazuje, nie jest on tak racjonalny, jak pragnęłaby tego teoria ekonomii; podejmuje decyzje, często ulegając emocjom, wywołanym na przykład reklamą. O homo economicus wspomina Edwin Bendyk w artykule Zielony Nowy Ład – w stronę realistycznej utopii, gdy mówi o liberalnym państwie, które w relacjach międzynarodowych kieruje się racją stanu, polegającą na maksymalizacji własnych interesów. Bendyk stwierdza, że liberalny model państwa i jego podmiotowości prawdopodobnie się wyczerpał. Partykularne interesy nie pozwalają realizować takich wartości jak sprawiedliwość i zrównoważony rozwój. W tym samym tekście autor przytacza myśl Mary Midgley, brytyjskiej filozofki ekologii i rozwoju. Według niej, mimo wysiłków poczynionych jeszcze w oświeceniu, wciąż towarzyszy nam myślenie religijne, zmieniają się tylko przedmioty wiary. Jak zauważa Midgley, najsilniejszą religią jest dzisiaj „najbardziej Ilustr. ER

abstrakcyjna dziedzina nauki – ekonomia. Wyrazem jej siły jest fakt, że na całym świecie ludzie traktują dziś pieniądz jak coś bardziej realnego niż dobra, które za te pieniądze kupują. Nie inaczej jest z politykami i otaczającymi ich ekonomistami, którzy uważają PKB za bardziej rzeczywisty niż to, co się w ich krajach i na świecie dzieje”. Noam Chomsky w przedmowie do książki zatytułowanej Po kapitalizmie. Wizja nowego świata według teorii PROUT zauważa, że „wolny rynek” oznacza system współczesnej dyktatury, w której społeczeństwo nie ma żadnego wpływu na decyzje zapadające w sprawach inwestycji, produkcji i handlu. Za to coraz więcej władzy trafia w ręce ogromnych prywatnych instytucji i ich przedstawicieli, które mają charakter totalitarny, władza rozchodzi się w nich z góry na dół — z wykluczeniem zewnętrznego społeczeństwa. Chomsky wskazuje również na problem bezrobocia, które jest olbrzymie, chociaż istnieje wiele zadań do wykonania, o wysokiej wartości społecznej i humanitarnej. Nie brakuje także chętnych rąk do pracy. Według niego, „oficjalnie forsowana koncepcja »gospodarczego zdrowia« kieruje się potrzebą zysku, a nie potrzebami ludzi. Współczesny ustrój gospodarczy to, krótko mówiąc, totalna katastrofa. Oczywiście okrzyknięto go wspaniałym sukcesem, a to za sprawą wąskiej grupy uprzywilejowanych jednostek, które mają się w nim dobrze i spośród których wywodzą się orędownicy jego zalet i triumfów”. Chomsky zwraca także uwagę na działania Światowego Forum Ekonomicznego, które według niego zagraża przetrwaniu gatunku. „Poważne potraktowanie przyjętych przez nie wytycznych prowadzi do konkluzji, że racjonalne działanie polega na niszczeniu środowiska naszym wnukom, o ile używamy zdobyczy rozumu »do osiągnięcia

jak największego bogactwa« w sensie wychwalanym przez współczesną ideologię”. Kondycję naszej cywilizacji i wolności współczesnego człowieka najlepiej obrazują fakty dotyczące, jak mówi Chomsky, najbardziej bezbronnych. Co kilka godzin umierają tysiące dzieci i kobiet w ciąży z  powodu braku podstawowych lekarstw i opieki medycznej. Chomsky przytacza szacunki organizacji UNICEF, według których wystarczyłaby jedna czwarta rocznych wydatków wojskowych „państw rozwijających się”, około 10% wydatków militarnych USA, żeby zapewnić powszechny dostęp do podstawowych świadczeń socjalnych i uniknąć w  przyszłości podobnych tragedii. „To właśnie w kontekście takiej rzeczywistości można toczyć poważną dyskusję na temat wolności ludzkiej” – podsumowuje Chomsky. Prawdziwej wolności, czyli równości ekonomicznej i społecznej, domagają się członkowie międzynarodowego ruchu Occupy, twierdząc, że wielkie korporacje i globalny system finansowy mają kontrolę nad światem, korzystają z tego uprzywilejowane mniejszości. Badacze tacy jak Immanuel Wallerstein już od dawna wieszczą pewny koniec kapitalizmu. Edwin Bendyk zauważa, że wyczerpały się nie tylko zasoby gospodarcze i polityczne kapitalizmu, ale także jego zasoby psychologiczne. Przytacza on myśli francuskiego filozofa Bernarda Stieglera. Jak się okazuje, ostatni etap rozwoju systemu, zwanego kapitalizmem kognitywnym, polegał już nie tylko na eksploatacji zasobów środowiskowych (zużywamy więcej niż ekosystem może odtworzyć), ludzkiej pracy, ale także na eksploatacji najgłębszych pokładów psychologicznych. „Nowoczesne techniki marketingu zaprzęgły do produktywnej pracy ludzką podświadomość, emocje i pożądanie – potrzebne, by napędzać pragnienie


konsumpcji. Podsumowując, ludzie poddani programowaniu marketingowemu tracą kreatywność, stają się konsumentami – proletariuszami epoki kapitalizmu kognitywnego opartego na hiperkonsumpcji”. Chociaż kryzys kapitalizmu jest bezsporny, nie wiadomo jeszcze, jak będzie wyglądał świat po jego upadku. Nie oznacza to jednak, że nie ma dla niego alternatywy. Jedną z nich jest zakorzeniony w indyjskiej kulturze i duchowości ruch PROUT – Teoria Postępowego Użytkowania (ang. Progressive Utilization Theory). Łączy on działanie z kontemplacją, a materialny rozwój ludzkości z duchowym. Autorem tej społeczno-ekonomicznej teorii jest współczesny indyjski filozof, Prabhat Ranjan Sarkar. Głównym założeniem filozofii, na której opiera się jego teoria, jest wykorzystanie całego potencjału ludzkości i planety, a także traktowanie na równi potrzeb fizycznych, mentalnych i duchowych człowieka. Teoria ta jest alternatywą zarówno dla komunizmu, jak i  kapitalizmu. Co ważne, PROUT kieruje się wspólnym dobrobytem świata, nie wyłączając dobra zwierząt, roślin i materii nieożywionej. Nowy świat nie ma być już ściśle antropocentryczny. Zmiany z antropocentrycznego na ekocentryczny model państwa domagają się także autorzy raportu Zielony Ład. Pole reprezentacji politycznej – jak wspomina Bendyk – powinno zostać rozszerzone na całą ekosferę. Współczesne państwo liberalne powinno przekształcić się w Zielone Państwo, co umożliwi głęboka transformacja kultury, zgodna z duchem Zielonego Nowego Ładu. „Ekologiczne państwo demokratyczne jest więc państwem ekocentrycznym, postliberalnym, sprawiedliwym, refleksyjnym, czyli systemowo zaopatrzonym w zdolność do krytyki własnych działań poprzez odwołanie do rozszerzonej formuły racjonalności, która wykracza poza wąską suwerenność racji stanu”. Na wygląd nowego systemu w dużej mierze będzie miał także wpływ przełom kulturowy, związany z końcem epoki męskiej dominacji. Otwarte protesty, między innymi Ruchu Oburzonych, pokazują wzrost świadomości obywateli, którzy buntują się przed krzywdzącym systemem. Inicjatywy takie jak BikeSurfBerlin pozwalają wierzyć, że ludzie są gotowi na zmiany i naturalnie lgną do projektów, gdzie nie pieniądz odgrywa kluczową rolę, a środowisko naturalne i dobro drugiego człowieka.

23


All you need is

war

Wietnam, Afganistan, Irak i Libia to tylko kilka krajów, które najboleśniej doświadczyły skutków mocarstwowej polityki Stanów Zjednoczonych w drugiej połowie XX i w pierwszych latach XXI wieku. Choć wojny prowadzone przez USA pochłaniają wiele istnień i budzą prawne wątpliwości, trwale wpisały się we współczesną historię świata. Alicja Woźniak

N

ikt w obecnych czasach nie powinien mieć wątpliwości co do potęgi Stanów Zjednoczonych. Choć państwo jest stosunkowo młode, dość szybko stało się jednym z najpoważniejszych graczy na arenie międzynarodowej. Od początku swego istnienia prowadziło politykę imperialną na kontynencie amerykańskim. Powiększanie własnego terytorium przez dziesięciolecia szło w parze z neutralnością i izolacją od działań prowadzonych w Europie. Cezurą stał się udział Stanów Zjednoczonych w II wojnie światowej. Po odniesionym zwycięstwie USA stało się jednym z krajów tworzących nowy porządek na świecie. Podział na dwa przeciwstawne bloki: zachodni (obejmujący część Europy i USA) oraz wschodni (pod wodzą ZSRR), wywołał nowe problemy w stosunkach międzynarodowych. Za sprawą światowej konkurencji o polityczne wpływy, USA uwikłało się w wieloletni konflikt zbrojny w Wietnamie. Początkowo burzliwe wydarzenia dotyczyły tylko kontynentu azjatyckiego, ale Amerykanie w obawie przed ekspansją komunistów na coraz większym obszarze (szczególnie w krajach najbiedniejszych), włączyli się do zimnej wojny. Na początku nic nie zapowiadało tak długich działań. Szybko jednak okazało się, że niezwykle trudno będzie wygrać starcie z przeciwnikiem, który ma bardzo skuteczne rozpoznanie. W konsekwencji przez całe lata 60. stale zwiększano liczebność żołnierzy wysyłanych do Wietnamu. Kryzys na polu walki Fot. Patryk Rogiński Zdj.

pogłębiał się. Pod dużym naciskiem społecznym władze zaczęły szukać sposobu na rozwiązanie sytuacji. Za prezydentury Richarda Nixona rozpoczęto stopniowe wycofywanie się z terenów ogarniętych konfliktem. Pokój ogłoszono jednak dopiero w 1973 roku. Wydarzenia w Wietnamie zostały okupione ogromnym cierpieniem. Tylko po stronie amerykańskiej śmierć poniosło 58 325 osób, a 313 tysięcy zostało rannych (w tym 153 311 z trwałymi uszkodzeniami ciała). Użycie napalmu i broni chemicznej doprowadziło do straszliwych konsekwencji wśród ludności cywilnej. Coraz częściej publicznie wyrażano dezaprobatę dla poczynań wojsk amerykańskich: pojawiło się wiele protestów i głosów oskarżających władze kraju o popełnianie zbrodni. W USA mocno zaktywizował się ruch pacyfistyczny. Naród poczuł się wyczerpany długoletnią wojną, co zniechęciło USA do udziału w jakichkolwiek prowadzonych na większą skalę akcjach zbrojnych. Nie oznaczało to jednak całkowitego spokoju, gdyż dochodziło do „drobniejszych” interwencji np. po puczu wojskowym na Grenadzie w 1983 roku. Nie miały one jednak tak wielkiego wpływu na całe społeczeństwo, jak wojna w Wietnamie. Potężne operacje bojowe Amerykanie mieli bowiem rozpocząć w niedalekiej przyszłości. Równocześnie z początkiem ostatniej dekady XX wieku wybuchła wojna w Zatoce Perskiej. Choć dotyczyła regionu znacznie oddalonego geograficznie od Ameryki, USA wspólnie z kilkoma arabskimi i europejskimi państwami zdecydowało się zareagować na

iracką agresję skierowaną przeciwko Kuwejtowi. Kraj ten został wyzwolony w 1991 roku wskutek przeprowadzenia słynnej operacji Pustynna Burza i jej kontynuacji (Pustynny Miecz). Ceną była śmierć tysięcy irackich cywilów i prawie ośmiuset żołnierzy walczących przeciwko Irakowi. Wielu weteranów dotknęły problemy psychiczne. Mimo wysokiej liczby ofiar, sytuacja polityczna nie ustabilizowała się na długo. Kolejny konflikt na linii Irak – USA miał wybuchnąć już w XXI wieku. Wojna w Zatoce Perskiej zdecydowanie potwierdziła jednak amerykańską pozycję militarną. Wojna z terroryzmem od początku jej trwania budzi wciąż wiele emocji i prowokuje do debaty nad imperialną polityką zagraniczną Stanów Zjednoczonych. Jest to obecnie jedno z ważniejszych zagadnień na arenie międzynarodowej. Bezpośrednim powodem obecnie prowadzonych działań bojowych stały się zamachy z 11 września 2001 roku. Świat zachodni stanął twarzą w twarz z terroryzmem i szybko uznano, że konieczna będzie zdecydowana odpowiedź. Ataki zbiegły się w czasie z początkiem kadencji Georga Busha. Administracja nowego prezydenta prędko odpowiedziała na agresję. Rozpoczęła się wojna z terroryzmem. Na celowniku znalazła się organizacja Osamy bin Ladena – Al-Kaida, słusznie oskarżona przez władze USA o przeprowadzenie aktów terroru. Jesienią tego samego roku siły amerykańskie wspierane przez NATO i Sojusz Północny rozpoczęły bombardowania celów w Afganistanie, co doprowadziło do obalenia władzy talibów.


25


Zdj. Patryk Rogiński


Pomimo tego wojna nie zakończyła się, ale przekształciła w długotrwałą walkę z partyzantami. Duża część społeczeństwa afgańskiego otwarcie uznała armię amerykańską za najeźdźców, którzy chcą podbijać ich region. Niechęć do obcych sił wzmogły skandale, takie jak masakra ludności cywilnej w prowincji Kandahar, bezczeszczenie zwłok rebeliantów i spalenie Koranu przez amerykańskich żołnierzy. Oburzenie na całym świecie wywołały przypadki torturowania więźniów w bazie Guantanamo na Kubie. Wojna w Afganistanie to nie jedyne działanie wymierzone przeciwko krajom realnie lub rzekomo zagrażającym USA. Kolejnym państwem, z którym Amerykanie rozpoczęli walkę, był Irak. Choć stosunki między państwami były napięte od czasu wojny w Zatoce Perskiej, to dopiero w 2003 roku doszło do zaognienia sytuacji. Operacja w Iraku od początku budziła kontrowersje: sprzeciwili jej się stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ (Rosja, Chiny i Francja) oraz sam Sekretarz Generalny. Krytycy wskazywali, że Stany atakują bez zgody ONZ suwerenne państwo, a główną motywację stanowi chęć kontrolowania bogatych złóż ropy. Wojska koalicji, w której uczestniczyli także polscy żołnierze, szybko opanowały terytorium kraju. Inwazja spowodowała również obalenie dyktatury Saddama Husajna. Zakładana stabilizacja i demokratyzacja Iraku stały się czymś niemożliwym w realiach anarchii i krwawych walk partyzanckich oraz

religijnych (doszło do wojny między szyitami a sunnitami) na terenie całego kraju. Operacja w Iraku udowodniła, że wprowadzenie reform i pokojowych przemian jest dużo trudniejsze niż wywołanie wojny. Szybko dostrzegła to opinia międzynarodowa, która nierzadko zarzucała Stanom dopuszczanie się zbrodni. Przez wiele krajów świata przetoczyły się protesty przeciwko inwazji. Wielu obserwatorów dostrzegło podobieństwo do sytuacji, jaka miała miejsce kilka dziesięcioleci wcześniej w Wietnamie. Jeden z wyraźniejszych głosów potępiających współczesne wojny prowadzone przez USA należy do prof. Benjamina Ferencza, prawnika, jednego z oskarżycieli w procesach norymberskich. Profesor wychodzi od definicji wojny sprawiedliwej w prawie międzynarodowym, czyli mającej na celu obronę. Znamion tego rodzaju konfliktu nie odnalazł w opisywanych działaniach, zatem uznał je za agresyjne, niczym nie sprowokowane. Użył bardzo mocnych słów, porównując dzisiejszą amerykańską politykę do czynów nazistowskich Niemiec. Ferencz wskazuje, że zabijanie tych, których nawet się nie zna „nie jest ani logiczne, ani przyzwoite, ani moralne, ani w niczym nie pomoże”. W podobnym tonie wyraził się były Sekretarz ONZ, Kofi Annan: „Podkreślałem, że [wojna ta] nie ma wsparcia ze strony ONZ [...], i z tego punktu widzenia, jest nielegalna.” Oprócz rozmaitych konsekwencji społecznych, jakie przynosi prowadzenie każdej

wojny, nieodłączny staje się wpływ na gospodarkę. Najprościej mówiąc, konflikt generuje ogromne wydatki. Przeciwnicy zwracają uwagę także na ten aspekt, ponieważ inwazje również przyczyniają się do powiększania deficytu budżetowego. Pisarz i publicysta, Fareed Zakaria, stwierdził, że należy zakończyć wojnę z terroryzmem, która pochłonęła już dwa biliony dolarów. Apel wydaje się sensowny, gdyż w drugiej połowie 2012 roku dług publiczny USA przekroczył 16 bilionów dolarów. Warto zadać w tym miejscu pytanie o sens militarnych wydatków w dobie światowego kryzysu ekonomicznego. Niezależnie jednak od kondycji finansowej, Stany Zjednoczone wydają na cele wojskowe najwięcej na świecie. W 2010 roku było to 661 miliardów dolarów. Śledząc historię Stanów Zjednoczonych nietrudno skonstatować, że idea mocarstwowości opiera się także (a raczej przede wszystkim) na chęci podbijania i uzależniania od siebie nowych terytoriów. Sprawdza się stara zasada; duży może więcej. Pytanie brzmi jednak, czy powinien? Wątpliwości natury etycznej pojawiają się wtedy, kiedy w imię wolności, demokracji i bezpieczeństwa zabija się innych. Wojny XXI wieku pokazują, że atak w sytuacji mniej lub bardziej realnego zagrożenia nie rozwiązuje szybko międzynarodowych problemów, lecz przysparza kolejnych. Jest to cena, jaką ponoszą na światowej arenie politycznej najpotężniejsi i najbogatsi.

27


Fotoplastykon

Michał Łuczak

Urodził się n Śląsku w 1 Mieszka w — górnicze cy Katowic głównie w W Od wielu lat tuje Śląsk w regionie ja piły po upad nizmu w 1


na Górnym 1983 roku. Giszowcu ej dzielnic, pracuje Warszawie. t dokumeni  zmiany akie nastądku komu1989 roku.

29


Fotoplastykon


W latach 2008-2009 współpracował z Andrzejem Kramarzem przy projektach fundacji IMAGO MUNDI: Stefania Gurdowa — Klisze przechowuje się. oraz Stefania Gurdowa — Czas niewinności. Od roku 2010 jest członkiem kolektywu SPUTNIK PHOTOS skupiającym fotografów z Europy Środkowo-Wschodniej.

31


Ruch — Ciało — Taniec Drgania, wibracje, ruch, a w końcu taniec i cała energia z nim związana. To proste zdanie podsumowuje wszystko to, co działo się we Wrocławiu w dniach 9 -14 kwietnia w Studiu Na Grobli w Instytucie im. Jerzego Grotowskiego. Bowiem środowisko polskiego tańca współczesnego nie tylko rozwija się we własnych ramach, lecz silnie emanuje pozytywne fale, dla każdego, kto gotów jest się im poddać. Miłośnicy tej formy sztuki mogli się o tym przekonać podczas Festiwalu „Żywe Kultury Ruchu” Cyrkulacje. Zuzanna Bućko

I

mpreza ta poświęcona została przede wszystkim tancerzom. Zarówno profesjonalistom, jak i amatorom. Już od czterech lat Cyrkulacje stanowią niemalże jedyną platformę wymiany doświadczeń, miejsce spotkań i kreatywnych poszukiwań dla każdego, komu bliskie jest jego własne ciało (także jako narzędzie artystycznej ekspresji). Przez pięć dni uczestnicy mieli okazję doświadczyć intensywnych warsztatów ruchowych, ścieżek twórczych, jamów improwizacji i otwartych labów. Odbyły się również otwarte prezentacje spektakli tanecznych i licznych performansów, dyskusje, spotkania z nauczycielami i artystami z Polski oraz z zagranicy. Tegoroczna edycja festiwalu poszerzyła swoją działalność, zapraszając do udziału w zajęciach ruchowych również dzieci. Ich energia i pozbawione szablonów spojrzenie na świat zauroczyły nie tylko prowadzących zajęcia PLANET KIDS (Marta Grabowska, Hubert Żórawski), ale także wszystkich, którzy mogli zobaczyć efekty ich pracy podczas finałowych pokazów. Choć Cyrkulacje to festiwal młody, już stał się wydarzeniem mającym ogromny wpływ na polską scenę tańca. Zorganizowany po raz pierwszy w 2010 roku przez Stowarzyszenie Inicjatyw Twórczych „Momentum” oraz Fundację Teatr Nie-Taki w 2012 roku ewoluował w dwa odrębne wydarzenia festiwalowe: „Żywe Kultury Ruchu” i „Zjednoczone Stany Tańca”. Festiwal wiosenny, w  którym mogliśmy brać udział w kwietniu, to zwieńczenie całorocznych działań członków Stowarzyszenia „Momentum” w zakresie między innymi edukacji ruchowej, prowadzenia zajęć i projektów artystycznych wśród różnych grup społecznych, rozwijania i integrowania społeczności, kontakt improwizacji, organizowania miIlustr. Julian Zielonka

strzowskich warsztatów z form ruchu trudno dostępnych w Polsce, upowszechniania wiedzy na temat sztuki tańca. Na realne wyniki tych działań mógł natknąć się każdy, kto wziął w tym festiwalu udział. Z pewnością najłatwiej przyszło to uczestnikom ścieżek twórczych. Elementem charakteryzującym każdą ze ścieżek z pewnością nie był konkretny cel. Dla tancerzy biorących udział w codziennych zajęciach z wybranym prowadzącym najważniejszym składnikiem pracy był proces sam w sobie. Dopiero jego zrozumienie i próba poddania się jego konsekwencjom może przynieść realne zmiany, otworzyć niepoznane dotąd w ciele przestrzenie. Tym razem uczestnicy mieli do wyboru aż pięć ścieżek. Były to: Fizyka w tańcu. Technika Tańca Współczesnego (Dawid Lorenc), Improwizacja (Jacek Owczarek), Kontakt Improwizacja Istnieje świat przyczepiony do naszych pleców! (Yaniv Mintzer), Objęcia. Dialogi przez ciało i głos (Nini Julia Bang, Przemysław Błaszczak) oraz Świadomość ciała z elementami BMC (Iwona Olszowska). Pierwszy z prowadzących, Dawid Lorenc, starał się spojrzeć na ruch z punktu widzenia fizyki i  anatomii ciała. Bowiem, jak się okazało, nie tak łatwą umiejętnością jest spojrzenie na swoje własne ciało w ruchu z określonej perspektywy. Nad tą pomocną, lecz nie tak prostą do opanowania zdolnością skupił się w trakcie zajęć. Zaskoczeniem mogło okazać się także uświadomienie sobie pędu poszczególnych elementów ciała tancerzy oraz energii, którą mogą posiąść, a następnie wykorzystać i przeistoczyć w ruch. To, zdawałoby się akademickie podejście do tańca, jest bardzo pozorne. Efekty, które osiągali jego uczniowie dla nich samych były zaskakujące. Zajęcia z improwizacji Jac-

ka Owczarka to próba zderzenia się z procesem twórczym, który zbiega się w czasie z jego wykonaniem. Jego niepowtarzalność fascynuje tancerzy współczesnych, co zauważyć można było także w trakcie jamów. Yaniv Mintzer w swojej ścieżce skupiła się na jeszcze innych kanałach postrzegania ruchu. Były nimi wyobraźnia oraz intuicja. Jej uczniowie eksplorowali różne metody uczenia się i poznawania ruchu. Nini Julia Bang oraz Przemysław Błaszczak poszukiwania ciała połączyli z równie ważnym dla wielu tancerzy elementem – głosem. Pracowali nad korsykańskimi i gruzińskimi pieśniami wielogłosowymi, dążąc do osiągnięcia otwartego i naturalnego współbrzmienia. To w połączeniu z dynamicznym ruchem, treningiem indywidualnym, a także elementami treningu partnerskiego, akrobatycznego oraz technikami pracy z ciałem i oddechem dążyło do głębszego zrozumienia i przełamania lęków tancerza jako performera. Ostatnia ze ścieżek to Body Mind Centering prowadzona przez Iwonę Olszowską. Jej celem było poszukiwanie równowagi w ciele i umyśle uczestników zajęć. Skupiła się także na tym, jaką rolę odgrywa równowaga w trakcie procesu rozwojowego i we wdrażaniu się w umysł. Festiwal „Żywe Kultury Ruchu” Cyrkulacje to także otwarte lekcje. W tym roku były to: GAGA (Natalia Iwaniec), Ruch inspirowany metodą Ilan Lev (Yaniv Mintzer), Taniec współczesny (Dawid Lorenc) oraz Partnering (Jacek Owczarek). Cechą coraz bardziej charakterystyczną dla Festiwalu Cyrkulacje jest zapraszanie najbardziej cenionych instruktorów tańca współczesnego. Można nie tylko podejrzeć ich metody pracy, ale samemu wiele się od nich nauczyć. To w połączeniu


z przyjazną i wyjątkową atmosferą, o której wspominają wszyscy uczestnicy, ma swoje odzwierciedlenie w niemałym wpływie na ich dalszy rozwój. Uczestnicy Cyrkulacji nie spędzali jednak całych dni w salach ćwiczeń. Wieczorami odbywały się bowiem jamy (z muzyką na żywo, silent, performatywny czy blind), solówki tancerzy, a także najciekawsze wydarzenie – Open Stage. Widzowie mieli szansę zobaczyć między innymi spektakl Wyrazy dźwiękonaśladowcze Grupy INTROligatornia w choreografii Sebastiana Gębury. Artyści skupili się na interakcji dźwięku i ruchu. Czy ciało jest instrumentem? Czy jedynie czasem może się w niego przeistoczyć? Czy zatańczy tak, jak mu się zagra? Atmosfera, kostiumy oraz ruch tancerzy idealnie korespondowały z dźwiękami akordeonu i skrzypiec. Z pozoru surowy klimat powoli zamieniał się w specyficzną atmosferę

i świat, z którego nie chciało się wychodzić. W podobne odczucie wprawiał fragment spektaklu Wytrzymaj jeszcze dzień Magdaleny Górnickiej. Prosta historia, piękny ruch i wiele emocji. To właśnie stany emocjonalne zostały ukazane nie w formie słów, a  tańca. Nic nie jest jednoznaczne. Zagubiona dziewczynka nie jest tylko zagubioną dziewczynką. W jej wnętrzu dzieje się znacznie więcej, niż możemy zwerbalizować. Z  tą niemocą artyści zmierzyli się właśnie językiem ruchu. Tancerze Anna Kasprzak, Magdalena Bartczak, Katarzyna Baran oraz Filip Wójcik doskonale czują świat, w który zostają zanurzeni. Na scenie pojawiły się także Małgorzata Mielech oraz Zofia Jakubiec jako DanceLab wraz ze spektaklem Sababa. Performance, którego nadrzędnym celem było skupienie uwagi widza na energii i  kontrastach pomiędzy jej wybuchami, nie do końca spełnił swoje zadanie. Artyst-

ki pomimo próby przelania fantazji w ruch, nie wprowadziły w ten świat widza. Jedynie go przedstawiły, pozostawiając odbiorców na widowni. Ostatnią zaprezentowaną pracą było The Tribute to The Art of Beeing Survivor Małgorzaty Antoniny Pianowskiej. Kontynuacja procesu twórczego rozpoczętego pod okiem choreografa Shahara Dor to frapująca, czasem niepokojąca, lecz przede wszystkim poruszająca forma, której warto było poświęcić uwagę. Festiwal „Żywe Kultury Ruchu” Cyrkulacje to wydarzenie, w którym nie tylko warto brać udział, lecz którego ewolucję warto obserwować. Polska scena tańca współczesnego staje się coraz bardziej otwarta i gotowa na pokazanie społeczeństwu całej swej różnorodności, która dotychczas skrywała się za zasłoną zamkniętej społeczności tancerzy. Oni są gotowi, by nam to dać. Czy my jesteśmy gotowi to przyjąć?

33


Teorie na zakręcie Paweł Bernacki

Ż

adnym odkryciem nie będzie stwierdzenie, że dyskurs humanistyczny już dawno porzucił nadzieję na stworzenie jednej, spójnej teorii, która pozwoli opisać, jeśli nie całość ludzkiego doświadczenia, a więc szeroko rozumianą rzeczywistość, to przynajmniej jedną z jej odsłon: literaturę, sztukę czy nauki społeczne. Owe, zakorzenione jeszcze w nowoczesnym myśleniu o świecie, strukturalistyczne próby zastąpione zostały przez cały tabun pomniejszych ideologii, które nie tylko nie roszczą sobie prawa do odsłonięcia obiektywnej prawdy, ale i są z tego dumne. W pewnym sensie rozumiem to zadowolenie z siebie. Odkrycie, że nie istnieje żadna racja „najmojsza”, że każdy z nas, jako istota żyjąca w świecie, nie jest w stanie patrzyć nań inaczej niż przez pryzmat własnego doświadczenia, niesie ze sobą wiele pozytywów. Wydaje się bowiem, że jedną z jego podstawowych nauk jest szacunek i otwarcie na inność, których brak doprowadził w czasach nowoczesnych do największych w dziejach zbrodni. Wypada się jednak zastanowić, czy przyjmując ów hermeneutyczny punkt widzenia, nie poszliśmy kilka kroków za daleko, i czy nie tylko nie pozbyliśmy się starych problemów, ale również nie stworzyliśmy całego mnóstwa nowych. Teoriom, czy szerzej myśleniu nowoczesnemu, zarzucić można było wiele, ale na pewno nie to, że zrzekały się one swojej odpowiedzialności za kształt rzeczywistości. Ich zasadnicza wada polegała, zdaje się, na tym, że w swej pogoni za osiągnięciem idealnego stanu, uległy zaślepieniu i uwierzyły, że można stworzyć szczęśliwy świat, ignorując, a nawet eksterminując jednostki niepasujące do założonych celów. Próbując objąć sobą dosłownie wszystko, paradoksalnie pomijały wiele dziejących się wokół nich spraw, wieZdj. Materiały Ilustr. Joanna Krajewska prasowe

rzyły, że rzeczywistość lub chociaż jej konkretne dziedziny da się opisać zamkniętym zbiorem formuł, a wszelkie elementy niepasujące zasymilować lub eksterminować. Nie trzeba było dużo czasu, by zaczęło dochodzić do zbrodni, a wraz z nimi buntów wszystkich uciśnionych „innych”, którzy chcieli mieć swoje prawo do istnienia i samostanowienia. Działo się to zarówno w sferze praktyki, jak i teorii, choć oczywiście w przypadku tej pierwszej skutki były nieporównywalnie tragiczniejsze. Rzecz w tym, że po obaleniu wszelkich teorii przypisujących sobie licencję na prawdę, stanęliśmy przed otwartym rajem wszystkich możliwości i oczywiście pokpiliśmy sprawę, rozbiegając się w każdą ze stron. Wywalczyliśmy wolność i nic dobrego z nią nie zrobiliśmy. Ba! Kto wie, czy nie zakuliśmy się w znacznie cięższe kajdany. Zrozumieliśmy, że jeden złoty lek na rzeczywistość nie istnieje, że nie ma jednej metody jej opisu. Zaczęliśmy więc tworzyć mnóstwo drobnych półśrodków, służących do dobrania się do niej. Feminizm miał patrzeć na świat od strony kobiecej, postkolonializm oczami pokrzywdzonych imperializmem, ekokrytyka zwracać uwagę na środowisko naturalne, studia kulturowe… i tak dalej i dalej. Z jednej gałęzi wyrastało wiele innych, które różniły się od siebie zasadniczo tym, że kładły większy nacisk na te, nie inne słowa, a w najlepszym wypadku używały po prostu innego języka. Co gorsza, nie stawiały sobie one za cel wyjaśniania świata, a przekonywanie i walkę o jego postrzeganie. Stały się nie tyle teoriami tłumaczącymi jakieś aspekty rzeczywistości, ile ideologiami. To, co miało objaśniać świat, przemieniło się w narzędzie do walki o jego kształt, więc, w mojej opinii, poniosło druzgocącą klęskę. Mało tego, same teorie stały się przedmiotem zainteresowania jakichś teorii wyższego szczebla – one, które

miały służyć do wyjaśniania tekstów, zmieniły się w obiekty badań i dziś powstają analizujące je podręczniki. Choć wciąż żyją i są używane, zdaje się, że równocześnie przeszły do historii. Z jednego prostego powodu – nie mówią już nic nowego. Nie są w stanie tego zrobić, nie są bowiem zwartymi konstrukcjami myślowymi, a ideologiami obracającymi się wokół kilku krzykliwych haseł. Raczej we wrzasku niż dyskursie szukają swego uprawomocnienia. Ten krzyk zamyka je zaś na to, co winno być siłą wszelkiej współczesnej teorii – eklektyzm i poszanowanie dla inności. Trudno mi sobie wyobrazić bardziej rozbity i skłócony dyskurs niż współczesna humanistyka. Jedne teorie-ideologie odbierają innym rację bytu, podważają sens ich badań, kwestionują każde słowo, że o wszechobecnym uczuleniu na szeroko rozumiany strukturalizm (który przecież wcale się jeszcze nie wypalił) nie wspomnę. Aż chce się sparafrazować słynne powiedzenie – wszyscy walczą o  literaturę, aż księgi płoną. Każda z owych teorii-ideologii chce nowej historii literatury, domaga się przewartościowań – a to że Szekspir był rasistą, a to że Faulkner dyskryminował czarnoskórych, a to że Hemingway to szowinista pierwszej wody, a to że to, a to że tamto. Wszystkie one zdają się przy tym zapominać, że przy lekturze takich pisarzy jak Faulkner, Szekspir czy Hemingway żadne wybiórcze spojrzenie nie wystarczy, że najwięksi twórcy domagają się złożonej, wieloaspektowej interpretacji, która chociaż spróbuje stworzyć spójny obraz ich dzieła. Taka zaś egzegeza będzie korzystać zarówno z dorobku szkół strukturalistycznych, jak postmodernistycznych. Zauważmy, że wszystkie współczesne -izmy, chcąc napisać od nowa historię literatury czy nawet świata, patrzą nań wyłącznie od swojej strony i popełniają ten sam grzech, co teorie strukturalistyczne wierzące,


35


Ilustr. Joanna Krajewska


iż każde dzieło da się zamknąć w zamkniętym zbiorze ról i funkcji – grzech pychy. Ów grzech jest tym bardziej zadziwiający, że współczesne teorie-ideologie zrzekły się odpowiedzialności za kształt świata. Nie chcą już odczytywać, świdrować rzeczywistości, bo ta nie jest dla nich ważna. One chcą ją kreować na własną modłę, zamykając się na wszystko inne. Z pozycji badaczy, wyszły na front – stały się wojownikami. Walczą jednak wyłącznie o siebie, bez odpowiedzialności za innych. Zamknęły się w swoich małych przyczółkach i bronią w nich swojej chwiejnej niepodległości, jakby zupełnie nie zauważając tego, jak bardzo rozczłonkowały coś, co strukturalizm chciał zjednoczyć – dyskurs humanistyczny. Jest to tym dziwniejsze, że wszystkie te -izmy wyrosły z jednego pnia – hermeneutyki, a wielu wielkich filozofów owego nurtu wierzyło, że choć jesteśmy zanurzeni w świecie, to przez lekturę dzieł literackich możemy zbliżać się do logosu, odkrywać samych siebie, pokonywać dystans dzielący mnie od innych. Po prostu łączyć, dochodzić do źródła, budować. Tymczasem stwierdzając, że tak naprawdę nigdy nie będę miał dostępu do świata obiektywnego, więc zajmę się swoim małym poletkiem i spróbuję zawłaszczyć sobie jak największe przestrzenie innych poletek, że wyłącznie używam rzeczywistości, a nie ją odkrywam, jest po prostu aktem tchórzostwa. To nic innego, jak poddanie się. Ucieczka od misji,

która stoi przed literatami i ich interpreta«…»postrzeganie rzeczywistości, to musimy mieć torami, która nakazuje im wziąć odpowie- na uwadze, że zasadniczo mówimy o tym sadzialność za otaczający świat i objaśniać go mym: tym drzewie, tej książce, tym człowieku. innym. O ile, jak mi się zdaje, prawodawcy Nie możemy więc pozwolić sobie na popadnowoczesnej hermeneutyki zanurzyli się w nięcie w apatię, na rozczłonkowanie. Musimy rzeczywistość, żeby spróbować ją objąć od wspólnymi siłami gonić uciekającą utopię, innej strony, od wewnątrz, pokazać ludzką a przede wszystkim musimy ponownie wziąć omylność; o tyle współczesne teorie-ideolo- na barki odpowiedzialność za kształt świata. gie zupełnie nie przejmują się tym probleWspomniany Bauman powtarzał za Levimem. Porzuciły odkrywanie świata, na rzecz nasem, że etyka poprzedza ontologię. A skotworzenia go na nowo w języku. ro tak jest, to nim zaczniemy sami tworzyć Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że prawa i nakazy, nim sami zaczniemy wartowiara w obiektywne poznanie świata to mit. ściować – musimy stanąć przed sądem etyki, Jego utopijność nie zwalnia nas jednak z ko- tej prymarnej, zakorzenionej gdzieś w głębi nieczności dążenia doń. Jak często podkreśla jednostki. „Moralności nie da się »ustanowić« Zygmunt Bauman, którego myśl zainspirowa- tak, jak ustanawia się inne ludzkie instytucje. ła mnie do napisania tego tekstu – utopia, jak (…). Moralność jest: nie może, ani nie musi sprawiedliwość, jest procesem w toku. Z każ- wyjaśniać swoich źródeł, ani dowodzić swodym naszym krokiem do przodu, ona ucieka ich praw” – powiada Bauman. Zdaję sobie krok do tyłu. Musimy jednak stąpać dalej, nie- doskonale sprawę z tego, jak mało popularne ustannie, aby poprawiać naszą kondycję, do- jest to stwierdzenie, jak niemożliwe do udoskonalić się. Wszak celem literatury i jej bada- wodnienia. Niepewność jest jednak jednym czy nie jest chyba nic innego, jak pobudzanie z głównych i równocześnie najpiękniejszych do myślenia, budowanie (a może odbudowy- składników naszego jestestwa. Bez przekowanie) tablic wartości. Dialog z rzeczywisto- nania więc o własnej nieomylności, gorąco ścią, który ma na celu wzmacnianie dążenia wierzę w to, że lepiej szukać tej przedontojednostek do autonomiczności. Jakie współ- logicznej etyki i stawać przed jej sądem, niż czesne teorie, jakie ideologie biorą ten cel na produkować tabuny własnych, cząstkowych barki? Zdaje się, że żadne. Większość z nich etyk i spierać się o to, która lepsza. Walcząc zostawiła ludzkość samopas. Kisząc się w swo- o naszą rację„najmojszą” , nie tylko rozszarpieim sosie, porzuciła dialog ze światem, na rzecz my dorobek literatury na strzępy, ale powtókonstruowania dialogu o świecie. Tymczasem, rzymy najgorsze zbrodnie nowoczesności. jak różne nie byłyby nasze stanowiska, nasze Tego zaś historia nam nie zapomni.

37


Zdj. Wikimedia commons


Osiem i pół bibliografii Przykro mi, ale nie możemy opublikować tego tekstu. Uważamy taką formę biografii Federico Felliniego za przejaw złego smaku i nieznajomości reguł dziennikarskich. Artykuł zamiast pokazywać pełen życiorys i twórczą drogę tego wielkiego reżysera skupia się na fragmentarycznym opisie przyzwyczajeń i dziwnego warsztatu tego wybitnego reżysera. Szymon Stoczek

39


S

cena 1 – Nieruchome obrazki. Rozgorączkowany starszy mężczyzna wchodzi do pustego studia Cinecittà numer 5. Zatrzymuje się, porażony nagłą myślą i chwilę kontempluje przestrzeń zajmowaną zwyczajowo przez nadmiar rekwizytów i scenografii. Lubi tę chwilę, kiedy studio jest zupełnie puste – jak czysta kartka papieru. Kreśli wtedy na wymiętym bilecie kilka dziecinnych, byle jakich rysunków, uciekając na moment w enigmatyczny świat własnych wspomnień; do dzieciństwa w Rimini, szkolnych zabaw, kobiet-gigantów i cyrkowej aury obecnej w jego niepokojących artystycznych wizjach – we wszystkich filmach od Świateł Variete, aż po Głos z księżyca. Od kilku komiksowych szkiców, nieraz ocierających się o satyrę i erotykę, Federico Fellini zaczyna pracę nad kolejnym filmem. Ze studia przechadza się do swojego biura. Na jego ścianach wiszą zabytkowe reprodukcje plakatów z filmów. Reżyser niezwykle ceni Ingmara Bergmana, Akirę Kurosawę oraz Braci Marx. Wśród ulubionych filmów znajdują się także pierwsze przygody Agenta 007. Na reżyserskim biurku walają się dokumenty. Jeden z nich dotyczy nieudanej współpracy z Ingmarem Bergmanem nad filmem Love Duet, który miał opierać się na opowiadaniu jego bliskiego przyjaciela, Bernardino Zapponiego. Inny na nigdy niezrealizowanej ekranizacji Ameryki Kafki, której fragmenty wcielił jednak w swój autobiograficzny film Wywiad z 1987. Nominowany wielokrotnie do Oskara, kilka razy był zapraszany do Stanów Zjednoczonych. Wielkie studia zza oceanu oferowały mu realizację King Konga i Piekła Dantego. Z jego słynnego dzieła Osiem i pół z 1963 r. zrobiono na Broadwayu obsypany nagrodami musical Dziewięć. Reżyser nie chciał jednak realizować filmów w Hollywood. Czuł się zbyt przywiązany do włoskiej historii, języka i obyczajów, aby zdecydować się na opuszczenie Włoch. Obok dokumentów na biurku leżą w bezładzie rysunki do słynnej Podróży G. Mastorny, której realizację już kilka razy zarzucał – gdy tylko zasiadał do pracy nad filmem, zawsze czuł potworny ból głowy. Kiedy do filmu wybudowano kosztowne dekoracje, Fellini napotkał w sobie tak silną blokadę psychiczną, że nie bacząc na straty finansowe, zdecydował się zupełnie przerwać projekt. Podobne dolegliwości związane z manią twórczą, która łatwo zamienia się

Zdj. Wikimedia Materiały prasowe Commons


w kompletną bezradność, nękają go i dziś. Jego stan psychiczny był niejako przyczyną realizacji Osiem i pół. W błazeńskich wybrykach Guida odbijają się, jak w zwierciadle, życiowe wątpliwości samego reżysera. Fellini w listach do przyjaciół żalił się, że zupełnie zapomniał, o czym właściwie miało być Osiem i pół. Być może dobrze się stało, że reżyser zgubił gdzieś pierwotną fabułę tego filmu, dzięki temu podarował światu jedną z  najbardziej przejmujących opowieści o kryzysie twórczym. Scena 12 – casting symboli Nie wybiera najlepszych, a tylko tych, których twarze mu się spodobają. Poświęca ogromną ilość czasu kolekcjonując zdjęcia potencjalnych aktorów, jakich być może zatrudni do któregoś ze swoich przyszłych filmów. Przegląda, miesza i tasuje je jak sprytny szuler talię kart. Na jego regałach zalegają teczki z portfolio aktorów: ,,złodzieje”, ,,klowni”, ,,transwestyci”, enigmatyczne ,,twarze wyjątkowe”… Felliniego interesuje głównie ekspresja i mimika postaci. Talent jest sprawą drugorzędną. Bywa, że zaczepia ludzi w autobusie, czy tramwaju, aby zaprosić ich do udziału w swoim filmie. Dużo pieniędzy kosztuje go utrzymanie tych setek postaci, które, jak wspomina Bernardo Zapponi, nieraz upominały się o zapłatę za samą ciągłą gotowość do wystąpienia w filmach klasyka. Być może jest to powód, dla którego mistrz w atakach dziwnej furii czasem niszczy tak skrupulatnie kolekcjonowane atlasy z fotografiami. Niektóre jego działania bardzo trudno racjonalnie wyjaśnić. Fellini, ufny w mistykę, którą zręcznie łączy z teoriami Junga, przykładał sporą wagę do wszelkich znaków. Zachwycony teorią synchroniczności ucznia Freuda, tropił wszędzie tajemne komunikaty. Ta mania nie opuszczała go ani w czasie wolnym, ani tym bardziej podczas castingu. Freddiego Jonesa wybrał do roli Orlanda w filmie A statek płynie z 1983 r. pod wpływem reklamowego billboardu za oknem z napisem Orlando. Swoje umiłowanie do magii i zjawisk paranormalnych przepuszczonych dodatkowo przez pryzmat psychoanalizy Junga najsilniej ukazał w filmie Giullieta i Duchy z 1965 r. Przed rozpoczęciem zdjęć do późniejszego filmu Casanovy przezorny reżyser odwiedził medium, aby upewnić się czy duch weneckiego awanturnika nie zagrozi pracy na planie. Według relacji Felliniego Casanova (którego reżyser nie darzył

zbyt wielką sympatią) nie miał nic przeciw- ulice Paryża wyłącznie od dołu, aby jak najko, aby zostać w filmie potraktowanym jak bardziej go odrealnić – ludne miasto w oku wieczne dziecko, które nie potrafi się wy- Felliniego wydaje się wyjałowioną pustynią. zwolić od wpływu matki. Podczas zdjęć wykorzystuje w tle stare motywy muzyczne: Marsz Gladiatorów czy Scena 20 – Gdzie słowo staje się filmem Titina, aby nadać scenom odpowiednie za„Film rodzi się i przeobraża dzień po dniu, barwienie emocjonalne. Później fragmenty począwszy od wstępnego pomysłu, aż po znanych utworów zastępuje utworami Nino roboczą kopię. Jest jak pucułowata twarz Roty, kompozytora odpowiedzialnego za mumałego dziecka, która przechodzi szereg zykę do większości jego filmów. Poza planem przemian – upodabnia się do twarzy matki, Fellini muzyki nie słucha. Uznaje ją za coś później ojca, a w dodatku ma w sobie coś wstydliwego i melancholijnego, co natychz rysów twarzy cioci Klementyny… I nigdy miast wywołuje w nim silne poczucie winy. Na nie wiadomo, jaki będzie finał” – tłumaczy planie zawsze ma nową dziewczynę, która Fellini członkom własnej ekipy. Jego akto- towarzyszy mu podczas prac. Czasem reżyrzy zazwyczaj niewiele wiedzą o filmach, ser jeszcze w trakcie zdjęć zrywa miłosne w jakich grają. Reżysera irytuje dociekliwość relacje, tłumacząc się, że nie chce skrzywz ich strony. Nie chce, aby udawali swoje po- dzić swojej żony – Gulliety – jego małżonki staci, a raczej odkrywali siebie. Wykorzystu- aktorki i muzy. je ich zagubienie na planie czy niechęć, aby Przybycie innych ekip filmowych po dodać autentyczności charakterom boha- zakończeniu własnych zdjęć traktuje jak terów. Za idealnego aktora uważa Marcello świętokradczy najazd. Całkowicie oddany Mastroianniego, któremu nigdy nie trzeba realizacji materiału, traci nagle całe zainteobjaśniać szczegółów scenariusza. resowanie, kiedy jego dzieło opuszcza salę Fellini, ubrany w długi płaszcz i cha- montażową. ,,Kończę go, oczywiście, że go rakterystyczny szalik na planie bardziej kończę, z coraz większą pedanterią, aby coprzypomina dyrygenta lub nerwowego raz bardziej oderwać się od niego” – mówił prestidigitatora. Rola reżysera jest dla niego w wywiadzie dla Giovanni Grazzini. Wyświepokrewna funkcji despotycznego władcy, tlony na dużym ekranie film reżyser uważa który musi sprawować pełną kontrolę nad za twór autonomiczny – za coś, co już dłużej powstawaniem dzieła. Zastana rzeczywi- nie jest jego. Oglądanie własnego filmu na stość jest dla niego przeszkodą na drodze dużym ekranie uważa za katorgę. realizacji własnych idei. W jego kinie, które karmi się fikcją, nie ma miejsca na fakty. Scena 45 – mistyfikacja, demistyfikacja? Należy je odsunąć na bok, albo nadać im Frederico Fellini nie istnieje poza mitem wławrażenie zupełnej niesamowitości. „Myślę, snej osoby, którą całe życie kreował. Neuroże nie wolno traktować rzeczywistości jed- tyk, kobieciarz, chroniczny kłamca? Nie da nowymiarowo. Ten pejzaż, chociażby, skła- się napisać o nim artykułu, który podawałda się z wielu warstw i najgłębszą z nich, by wyłącznie niezaprzeczalne fakty. Zmarły którą ujawnić może jedynie język poezji, w 1993 r. włoski reżyser pozostawił po sobie nie jest wcale najmniej rzeczywista. Chcę kilkadziesiąt filmów, setki anegdot i sprzeczsięgnąć w głąb zjawisk – pokazać rzeczy nych tropów na temat własnych inspiracji. i ludzi, których przywykło się uważać za Magik oraz mitoman bawiący się z dzienninierealnych” – objaśnia Fellini zupełnym karzami w kotka i myszkę, nie szczędził sił na amatorom, których przyjął na plan powo- opowiadanie zmyślonych historii, gdyż, jak dowany własnym kaprysem. Jego próby mówił, zbyt szanował media, aby karmić je unikania rzeczywistości opierają się na chę- ciągle tą samą prawdą. Jest tajemnicą, która ci kokietowania widzów wyłącznie własną nawinęła się na taśmę, ozdabiając w niepowyobraźnią. Zamiast realizować Casanovę kojący sposób filmy tak różne jak Noce Caw Wenecji, wolał wybudować Wenecję we birii, Miasto Kobiet, A statek płynie splotem własnym studiu. Podczas zdjęć do Toby’ego sprzecznych narracji o sobie samym, kimś Dammita, jednego z segmentów Opowie- uwikłanym we własne dzieciństwo. Jego ści niesamowitych z 1968 r. ustawił wzdłuż podejście do życia każe wątpić w inną biotrasy przejazdu bohatera figurki kucharzy, grafię, niż tą, którą opowiedzieć może sam pomiędzy którymi umieścił prawdziwego proces tworzenia – nieciągły i  niepewny, kucharza. Kiedy parę lat później kręcił pa- i niezdecydowany. Taki jaki jest – bez ubarryskie sceny do Klaunów celowo filmował wień w postaci faktów.

41


Wszystkie grzechy Boba Dylana Karolina Waligóra

P

ół wieku minęło, a on dalej śpiewa. Dalej o nim głośno, dużo i wszędzie. Według niezliczonych definicji jest bardem, pisarzem, poetą, politycznym aktywistą, muzykiem. Urodził się jako Robert Allen Zimmerman, ale od przeszło pięćdziesięciu lat każe się nazywać Bob Dylan. O twórczości tego nietuzinkowego artysty były i będą pisane liczne rozprawy, po raz kolejny interpretujące jego „prawdziwą naturę” i jedyne słuszne motywy, jakimi się w życiu kieruje. Wśród zacnego grona wydanych przez Boba albumów jeden obchodzi w tym roku szczególne urodziny. The Freewheelin’ Bob Dylan – drugi krążek muzyka – po dziś dzień uznawany jest za jedno z jego najważniejszych wydań. 27 maja 2013 roku mija dokładnie 50 lat od jego powstania. Niektórych zastanawia, dlaczego odkopujemy stare, zakurzone płyty i przyszywamy im łatkę aktualności. Są jednak takie albumy, które mimo pięćdziesiątki na karku wciąż zaskakują świeżością i wciąż mają coś do powiedzenia. Właśnie taką płytą niezaprzeczalnie jest The Freewheelin’ Bob Dylan. Od czasów jej wydania na początku lat 60. Dylan dał się poznać nie tylko jako instrumentalista i wokalista o magnetycznej osobowości, ale także jako genialny pisarz i  kompozytor. Dyskusje na temat rzekomego zaangażowania politycznego Dylana zaczęły się, gdy artysta pojawił się na Marszu na Waszyngton w 1963 roku. Na tej płycie znajduje się także jedna z najważniejszych piosenek w jego karierze – Blowin’ in the Wind. The Freewheelin’ określany jest przez recenzentów muzycznych jako literacka perełka, zbiór hymnów o równości społecznej i jeden z najlepszych albumów amerykańskiego muzyka. W 1963 roku artysta idealnie wpasowywał się w nastroje społeczne paZdj. Wikimedia Materiały prasowe Commons

nujące wówczas w Stanach Zjednoczonych. Świadomie czy nie, stał się „rzecznikiem swojego pokolenia”. Sam zawsze obruszał się na to określenie, twierdząc, że nigdy nie miał aspiracji do stania się jakimkolwiek rzecznikiem. Nie mógłby chyba jednak zaprzeczyć, że jego druga płyta wspaniale koresponduje z panującym wówczas klimatem walki o prawa obywatelskie i wyraża niepokoje ludzi w sprawie możliwości wybuchu wojny jądrowej. Przeplatane wypełnionymi tęsknotą za ukochaną dziewczyną piosenkami miłosnymi, okraszone tak bardzo specyficznym dla Dylana niebanalnym humorem, zanurzone w folkowo-bluesowej warstwie muzycznej, utwory nie mogły nie poruszyć słuchaczy. Na początku lat 60. Bob eksplodował mocą twórczą i produkował teksty jak opętany. Jego przyjaciele zastanawiali się nawet, pod wpływem jakich narkotyków jest ten, ogarnięty weną, oryginalny młody człowiek. „One po prostu ze mnie wypływają” – tak o swoich tworzonych wciąż wierszach miał ponoć kiedyś powiedzieć sam Bobby. Jednak jeszcze w 1961 i 1962 roku, gdy wydał swoją pierwszą płytę, Bob Dylan, nic nie zapowiadało tego wybuchu popularności i sukcesu. Po tym ledwo dostrzegalnym krążku Dylan stał niejako na krawędzi porażki i zapomnienia. Pierwsza płyta sprzedała się w nakładzie zaledwie 5000 egzemplarzy, a to i tak w głównej mierze dzięki pomocy producenta Johna Hammonda i  zaprzyjaźnionego z nim Johnny’ego Casha. W 1961 roku Dylan najczęściej kojarzył się ludziom jako utalentowany młody wokalista i instrumentalista, pałający uczuciem do muzyki folkowej, bluesowej i gospel. Wśród 13 utworów tylko dwa były jego autorstwa – Talkin’ New York oraz Song to Woody, stworzone jako hołd oddany jego idolowi, Woody’emu Guthrie. Krytycy zastanawiają się, co takie-

go się stało, że w zaledwie rok po wydaniu swej pierwszej, nieokraszonej sukcesem płyty, artysta wydał na świat tak głośny, nasycony politycznymi znaczeniami i bogaty w nieśmiertelne teksty krążek. Autor biografii muzyka, Clinton Heylin, wysuwa tezę, iż głównym powodem, dla którego Dylan zainteresował się tematem polityki i aktywności społecznej, była… dziewczyna. Nie byle jaka jednak dziewczyna, bo Suze Rotolo, drobna, śliczna, w 1963 roku dwudziestoletnia blondynka, córka członków Komunistycznej Partii Stanów Zjednoczonych. Nie jest tajemnicą, że to właśnie ta ukochana Dylana miała ogromny wpływ na jego twórczość. Jak sam artysta kiedyś powiedział, „Suze siedziała w tych równościowo-wolnościowych klimatach długo przede mną. Uzgadniałem z nią teksty piosenek”. Mimo że Bobby wcześniej nie interesował się polityką, dla swej dziewczyny potrafił się poświęcić i zaczął brać aktywny udział w  wydarzeniach politycznych. Jednym z nich, zdecydowanie jednym z najważniejszych, był Marsz na Waszyngton właśnie w 1963 roku, podczas którego, powitany gromkimi brawami, zaśpiewał kilka piosenek. Towarzyszyła mu tam folkowa piosenkarka Joan Baez, przez wielu fanów uważana do dnia dzisiejszego za „idealną dziewczynę dla Boba Dylana”. Aktywne zaangażowanie Boba w Marszu na Waszyngton niejako zaprzecza postawie muzyka niechcącego angażować się w politykę. Nie da się jednak zaprzeczyć, że od momentu wydania płyty The Freewheelin’ Dylan bezpowrotnie związał się ze światem zaangażowanej politycznie muzyki. Można wysnuć tezę, że od czasów płomiennej fascynacji Guthriem – „wyrazicielem problemów i trosk ludu amerykańskiego” – Bob nieświadomie (bądź świadomie) dążył do czynnego udziału w walce o równość społeczną. Robił to nie


...w zaledwie rok po wydaniu swej pierwszej, nieokraszonej sukcesem płyty, artysta wydał na swiat tak głośny, nasycony politycznymi znaczeniami i bogaty i bogaty w nieśmiertelne teksty krążek...

43


...albo tak umiejętnie „podnosił piosenki z ziemi i spisywał je na papier”, albo zwyczajnie dał upust swemu skrywanemu wcześniej talentowi i pasji literackiej...

Zdj. Wikimedia Commons


poprzez wygłaszanie głośnych przemówień czy wymachując flagą, ale przez teksty swoich piosenek i muzykę, która niejednokrotnie efektywniej przemawiała do młodych ludzi, niż właśnie rozgorączkowane mowy polityków. Jako ciekawostkę można też dodać, że to właśnie Rotolo widnieje na fotografii zdobiącej okładkę albumu – przytulona do trzymającego ręce w kieszeniach młodego Dylana, beztroska blondynka. Kto wie, jak potoczyłaby się twórczość Boba, gdyby nie spotkał na swojej drodze Suze… Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że The Freewheelin’ raczej nie wyglądałoby wówczas tak, jak wygląda obecnie. Potwierdza tę tezę także fakt, że wiele z miłosnych piosenek napisanych przez muzyka w tamtym czasie była ściśle związana z jego tęsknotą za Suze, która po pół roku wspólnego mieszkania wyjechała do Włoch na studia artystyczne. Bobby zaczął więc pisać piosenki. Od momentu, gdy ten nieodgadniony, tajemniczy i piekielnie utalentowany młody chłopak chwycił za pióro, historia rock and rolla zmieniła swój bieg. Muzyk twierdził, że pisanie wcale nie było takie trudne, bo teksty piosenek same leżą na ulicy, trzeba tylko je chwycić i spisać na papierze. „Gdyby nie ja, ktoś inny na pewno by to zrobił” – powiedział w jednym z wywiadów. Trudno obecnie powiedzieć, czy była to fałszywa skromność czy niedocenianie własnego talentu. Bob zawsze był artystą, który nie dał się opisać jedną etykietą. Nie da się jednak zaprzeczyć, że rok 1963 był czasem, gdy ten zakochany w folku i bluesie młody wokalista niemal każdego dnia wybuchał kolejnym genialnym tekstem piosenki. I  to właśnie The Freewheelin’ było miejscem, gdzie mógł je wszystkie umieścić. Niespodziewana erupcja talentu i umiejętności literackich zaskoczyła chyba samego autora. Według pierwotnego planu, podczas sesji nagraniowych w studiu w kwietniu 1962 roku, na płycie miały znaleźć się tylko cztery utwory autorstwa Boba. W rezultacie wydana rok później płyta zawierała aż jedenaście autorskich kawałków wokalisty. Dylan więc albo tak umiejętnie „podnosił piosenki z ziemi i spisywał je na papier”, albo zwyczajnie dał upust swemu, skrywanemu wcześniej, talentowi i pasji literackiej. Zapał do literatury bowiem nie był obecna w życiu Boba dopiero od momentu, gdy nagrywał The Freewheelin’. Już od najmłodszych lat zafascynowany był literaturą i poezją, bliska

jego sercu była także subkultura Beat Generation. Jego idolem był „lewicujący bard” Woody Guthrie oraz właśnie sami beatnicy, razem z autorem biblii owego nurtu (książką W drodze) – Jackiem Kerouaciem. Fascynacja postacią Guthriego przejawiała się już niejednokrotnie wcześniej – w wieku 19 lat Dylan rzucił studia i udał się w podróż śladami swego mistrza. Czytywał poezję Arthura Rimbauda (największy wpływ poety można zaobserwować na wydanej po The Freewheelin’ płycie Another side of Bob Dylan). Od roku 1963 teksty jego utworów ewaluowały w ogromnym tempie – jawiły się jako zjawisko literackie wyjątkowej rangi. Do dziś stanowią przedmiot badań filologów, a  samemu autorowi przysporzyły wielu zaszczytów, jak chociażby honorowy doktorat Princeton University. W późniejszych latach Dylan opublikował tom prozy poetyckiej Tarantula i dwa zbiory piosenek, poematów i  rysunków: Writings And Drawings By Bob Dylan i Lyrics 1962-1985. Pracował nawet nad powieścią Ho Chi Minh In Harlem, nie wydaną jednak aż do końca lat 80. Od The Freewheelin’ zaczęła się także historia piosenki Blowin’ in the Wind. Czternasta na „Liście 500. utworów wszech czasów magazynu Rolling Stone”, nazwana hymnem walk o prawa obywatelskie lat 60., okrzyknięta najsłynniejszym utworem powojennych czasów czy podejrzewana o plagiat. Piosenka ta bezsprzecznie zasługuje na miano numeru jeden na drugiej płycie Dylana. Co ciekawe, sam autor legendarnego kawałka od samego początku nie bardzo zdawał sobie sprawę z tego, co napisał. Tekst, analizowany już od ponad pięćdziesięciu lat przez rzesze fanów, krytyków, recenzentów i filologów, napisał w zaledwie kilka minut, siedząc w kawiarni. „To była po prostu moja kolejna piosenka” – podsumował później. Jak przystało na muzyka zakorzenionego w tradycji folkowej, Bobby oparł swoją kompozycję na temacie pieśni murzyńskiej No More Auction Block For Me. Był to zabieg jak najbardziej dopuszczalny w tym środowisku, dlatego też późniejsze zarzuty co do tego, jakoby utwór Dylana był plagiatem, nie miały racji bytu. Blowin’ in the Wind, dzisiaj uwielbiany przez miliony, w latach 60. nie przypadł do gustu wszystkim krytykom. Uważali, że tekst piosenki jest zbyt chaotyczny i nic nie wnosi dla słuchacza, a do tego jeden wers w żaden sposób nie wiąże się logicznie z następnym. Tom Paxton, amerykański piosenkarz folkowy, powiedział kiedyś nawet,

że nienawidzi tego utworu – „To typowy przykład tego, co nazywamy piosenką-listą zakupów, gdzie jedna linijka zupełnie nie wiąże się z kolejną”. Faktycznie, trudno tak naprawdę jednoznacznie określić, co autor miał na myśli, sam Bob, poproszony kiedyś o zdradzenie wymowy utworu, napisał: „Nie mogę za wiele powiedzieć o tej piosence, poza tym, że odpowiedź rozwiewa się na wietrze.” [ang. blowing in the wind] Jakiekolwiek jednak motywy kierowały twórcą hitu i cokolwiek chciałby nią wyrazić, pozostanie to dla słuchaczy tajemnicą. Nie można jednak się nie zgodzić z Royem Silverem, który stwierdził w latach 60., że Blowin’ in the Wind było kluczem do sukcesu Boba Dylana – „Od tej piosenki wszystko się zaczęło”. Omawiając warstwę tekstową oraz wymowę ideologiczną płyty, nie można zapomnieć o równie ważnym budulcu każdego albumu. Mowa oczywiście o samej muzyce. Drugi krążek Dylana kontrastuje różnorodność tekstów ze spójnością melodii. W większości mamy tu do czynienia z bluesującym folkiem albo folkowym bluesem, z dużą ilością charakterystycznej dla Boba harmonijki i spokojnie rytmicznej, acz zaskakującej gitary. Dają się już jednak usłyszeć, ledwo co prawda dosłyszalne, skłonności Boba do bardziej rockandrollowego grania, od którego tak naprawdę nigdy całkowicie się nie odgrażał. The Freewheelin’ Bob Dylan do dziś jest na ustach i piórach wielu recenzentów i krytyków. Bezsprzecznie był końcem początku wielkiej kariery Dylana, stał się jego przepustką do wielkiego świata muzyki, kamieniem milowym w jego karierze. Dylan przed i po The Freewheelin’ to prawdopodobnie ta sama osoba, ale świat muzyki przed i po tym albumie zdecydowanie nie był taki sam. Bobby dał się poznać jako genialny twórca tekstów, charyzmatyczny i wrażliwy rockandrollowiec, a przede wszystkim poszukujący prawdziwej jakości muzyki artysta – i takim pozostał do dziś. Wiele jest jednak twarzy, których do tej pory nie okazał – ale ta cecha jego osobowości od ponad pięćdziesięciu lat jest jak magnes dla jego słuchaczy. The Freewheelin’ było początkiem wielu elementów jego twórczości, które do tej pory charakteryzują go w największym stopniu. Literackość tekstów, zaangażowanie (lub poza zaangażowanego) w sprawy społeczne, pisanie pod wpływem uczuć do kobiety oraz niezachwiana pewność wraz z tą niewymuszoną, trudną do opisania charyzmą sceniczną – wszystko rozkwitło na krążku z 1963 roku.

45


Zdj. mat. organizator贸w


Architektour człowiek a miasto, miasto a człowiek W terminie 23—27 kwietnia odbyła się IV edycja międzywydziałowych warsztatów architektonicznych Architektour. Tym razem studenci wraz z zawodowymi architektami, którzy prowadzili grupy, zawitali aż do Przemyśla. Paulina Kałużna Jacek Maleszka

47


I

dea warsztatów Architektour powstała w 2010 roku, gdy Samorządy Studentów Wydziału Architektury Politechniki Poznańskiej oraz Politechniki Wrocławskiej zorganizowały spotkanie studentów architektury pod roboczym wtedy jeszcze tytułem Architectour. Miejscem, do którego na kilka dni przenieśli się uczestnicy, było malownicze Międzygórze w Sudetach. Tam zrodził się pomysł na współpracę i organizację wspólnego wydarzenia razem z innymi Wydziałami Architektury w Polsce. Dodatkowo, organizatorzy postanowili nawiązać współpracę z miastami, szczególnie tymi mniejszymi, niedocenianymi, które mają jednak duży potencjał. W  mniejszej przestrzeni studenci stają się bardziej widoczni, a projekty do opracowania są prawdziwymi problemami, z którymi borykają się ich gospodarze, dzięki czemu zaproponowane rozwiązania nie przejdą bez echa. Miejscowości te mają jednak i zagrożenia, wynikające z braku kontaktu z architektami. Bardzo często mieszkańcy uważają typ szlacheckiego dworku, monumentalne pomniki, landrynkowe elewacje albo zaśmiecające przestrzeń szyldy reklamowe za obowiązujący kanon w otaczającej przestrzeni. Praca i zaproponowane przez studentów rozwiązania stają się szansą do uświadomienia lokalnym władzom, ale i samym mieszkańcom, że można inaczej, ładniej tworzyć przestrzeń wokół nas. Każdego roku celem warsztatów staje się inne polskie miasto. Dzięki temu, każda edycja to nowe otoczenie i nowe wyzwania. Warsztaty gościły już – poza Międzygórzem – w Kołobrzegu i Malborku, a w tym roku zawitały w Przemyślu. Wydarzeniu przyświeca motto: „człowiek a miasto; miasto a człowiek”, które oznacza badanie relacji mieszkańców miast i otaczającej ich przestrzeni. Warsztaty mają na celu uświadomić mieszkańcom, jak ważna jest ich rola w tworzeniu tkanki urbanistycznej. Umożliwiają uczestnikom wzięcie udziału w próbie stworzenia koncepcyjnych rozwiązań dla rzeczywistych przestrzeni odwiedzanych miejscowości. Dzięki takiej formie analiza zjawisk i procesów zachodzących w obrazie miast zwraca uwagę na kontekst i ich wzajemne relacje. Łączenie wszelkich dziedzin projektowych jest ważnym elementem podczas cyklu warsztatów Architektour.

dowego Ziemi Przemyskiej. Przez długi czas miasto pozbawione było jednak większych inwestycji. Obecnie władze starają się to zmienić. Rewitalizowane są najważniejsze miejsca i zabytki, wyznaczane obszary pod nowe inwestycje. Niektóre z działań z pewnością powinny być bardziej kompleksowe, z większym oddziaływaniem na otoczenie – jak choćby Galeria Sanowa. Ogólnie jednak widać pozytywne zmiany, które zauważamy tuż po wyjściu z pociągu – na odnowionym dworcu i jego otoczeniu. Również i tym razem warsztaty zorganizowane zostały przy współpracy władz miasta. Działania objął swoim patronatem prezydent miasta Przemyśla – pan Roberta Choma. Ogromny wkład miała także, szczególnie przy przygotowywaniu tematów, pani Alicja Strojny – Architekt miejski. Przez cztery dni uczestnicy mogli wymieniać doświadczenia, poglądy i prowadzić debatę na temat dzisiejszej polskiej architektury, ale przede wszystkim poszukiwać koncepcji i rozwiązań dla powierzonych im rzeczywistych problemów, z którymi boryka się miasto. Do roli prowadzących zaproszono zawodowców z Polski i Ukrainy. W warsztatach wzięło udział niemalże 120 polskich uczestników: studenci architektury z Poznania, Gdańska, Bydgoszczy, Gliwic, Wrocławia, Krakowa i Białegostoku. Do roli prowadzących zostali zaproszeni: Bartosz Haduch (NarchitekTURA – Kraków), Mateusz Adamczyk (BudCud – Kraków), dr hab. inż. arch. Waldemar Wawrzyniak (Wrocław), Eugeniusz Skrzypczak (ARI – Poznań), Andrzej Kurzawski (PPWK architekci – Poznań), Valentyn Sharovatov i Olga Kryvoruchko (Uniwersytet Unikaa – Lwów), Maciej Siuda, Katarzyna Dąbkowska, Adrian Wyparło, Dominik Stempniak (Przemyśl). Ponadto w trakcie trwania warsztatów gościli Tomasz Malkowski i Marcin Szczelina, czyli Snoby Architektury, którzy przeprowadzili wykład na temat współczesnej architektury i przedstawili swój manifest. Była to okazja do szerokiej dyskusji i wyrażenia swoich opinii, Archikektour 2013 – IV edycja zarówno przez studentów, jak i prowadząTegoroczne warsztaty odbyły się w Przemy- cych, którzy zostali zachęceni do zreferowaślu: mieście o tysiącletniej historii, ostatniej nia swojej działalności, a także przekazania stacji najdłuższej trasy kolejowej w Polsce, swojego doświadczenia. stolicy dzwonów i fajek. Obserwujemy tutaj ciekawy przekrój architektury, począwszy Zadania w Przemyślu od zamku wybudowanego przez Kazimie- Studenci zostali podzieleni na 10 grup proOrganizatorzy i cele rza Wielkiego w XIV wieku, poprzez archi- jektowych, każdej z nich przypisany został Organizacja warsztatów jest przede wszyst- tekturę renesansową i barokową, kończąc prowadzący oraz temat. Przekazane uczestkim efektem współpracy Samorządów Stu- na nowoczesnym budynku Muzeum Naro- nikom do rozwiązania problemy dotyczyły Zdj. mat. organizatorów

dentów Wydziałów Architektury (SSWA), których liczba rośnie wraz z kolejnymi edycjami. Obecnie grupę tę tworzą: SSWA z Poznania oraz Samorząd Studentów Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, Samorząd Studentów Politechniki Gdańskiej, SSWA Politechniki Krakowskiej, Uniwersytet Technologiczno-Przyrodniczy (UTP) w Bydgoszczy i SSWA Politechniki Śląskiej. Organizacja wydarzenia wspierana jest przez uczelnie, a  w tym roku również przez Wielkopolską Izbę Architektów. W kolejnym roku z całą pewnością przyłączy się Stowarzyszenie Architektów Polskich, które przy tegorocznej edycji zostało po prostu zbyt późno poinformowane. Partnerstwo z miastami goszczącymi daje obustronne korzyści: doświadczenie, zetknięcie się z realiami projektowymi dla studentów, miasta natomiast otrzymują liczne pomysły na nowe, innowacyjne, świeże rozwiązania przestrzenne. Warsztaty Architektour to nowe perspektywy i kierunki rozwoju miast. Dla studentów jest to możliwość zdobycia doświadczenia, rozwijania pasji w atmosferze innej niż zwykłe zajęcia dydaktyczne. Poprzez tego rodzaju wydarzenie organizatorzy chcą inspirować do działania, eksperymentować z przestrzenią, integrować studentów architektury z różnych ośrodków akademickich. Warsztaty te to także dialog pomiędzy studentami a zawodowcami, którzy na co dzień prowadzą własne pracownie i odnoszą sukcesy. Możliwość konfrontacji różnych szkół architektury to perspektywa wymiany, zarówno doświadczeń, jak i poglądów na temat współczesnego kreowania przestrzeni miejskiej. Do roli tutorów – prowadzących – zapraszani są architekci z całej Polski, w tym roku również z Ukrainy. Interdyscyplinarność kadry oraz różnorodność jej środowisk pracy wpływa na efekty. Dzięki temu projekty, które powstają na warsztatach są świeże i innowacyjne oraz kreują nowe możliwości rozwoju miast.


49


Pomysłodawcami i organizatorami warsztatów Architektour są Paulina Kałużna i Jacek Maleszka.

Zdj. mat. organizatorów


konkretnych przestrzeni miejskich Przemyśla. Uczestnicy poszukiwali rozwiązań dla nadania nowego życia historycznym obiektom, zagospodarowania rzeki San, zastanawiali się nad nowym wyglądem i wykorzystaniem przestrzeni miejskich rynków. Wśród tematów, które opracowywali znalazły się między innymi: • Zagospodarowanie nabrzeża i sąsiadujących bulwarów wzdłuż rzeki San. • Kładki dla pieszych i rowerzystów przez rzekę San. • Zagospodarowanie Zielonego Rynku. • Zagospodarowanie Małego Rynku. • Zagospodarowanie Placu Legionów, w tym jego otoczenia. • Zagospodarowanie Rynku w dzielnicy Zasanie. • Plac Rybi. • „Lodziarnia” – zagospodarowanie obiektu przy Muzeum Ziemi Przemyskiej. Prace nad projektami odbywały się w malowniczej scenerii Zamku Krasickich w Krasiczynie. Atmosfera miejsca, pomysłowość uczestników oraz doświadczenie tutorów przyczyniły się do niezwykłych efektów. Oprócz pracy nad projektami organizatorzy zapewnili liczne atrakcje, na przykład nocne zwiedzanie zamku, zwiedzanie Przemyśla z przewodnikiem. Ponadto podczas warsztatów odbyły się prezentacje firm z branży budowlanej, które pozwoliły studentom architektury zapoznać się z produktami obecnymi na rynku, poznać nieznane im marki, a także powiększyć swoją wiedzę, poprzez możliwość zadawania szczegółowych pytań na temat rozwiązań, możliwości wykorzystania i wielu innych. Ostatecznymi efektami prac stały się makiety, fotografie, schematy, plakaty i  plansze. Równie interesujące okazały się filmy prezentujące założenia. Oficjalna prezentacja projektów, będąca jednocześnie podsumowaniem intensywnej pracy, odbyła się w sobotę 27 kwietnia w Urzędzie Miasta. Przybyli na nią, poza uczestnikami, przedstawiciele władz, mieszkańcy Przemyśla oraz lokalne media. Projekty przedstawione

przez studentów nie przejdą bez echa. Jak powiedziała pani Alicja Strojny – Architekt miejski: „Mam nadzieję, że miasto, inwestorzy i mieszkańcy będą mogli zapoznać się z pomysłami, popatrzeć na te nowości, odkryć to, czego nie zauważyliśmy i wykorzystać w perspektywie. Wierzę, że te inspiracje pozwolą nam na inne spojrzenie na potrzeby i wygląd miasta”. Rezultaty będzie można oglądać na uczelniach, z których przybyli uczestnicy. Zostanie również zorganizowana wystawa w rzeszowskim oddziale Stowarzyszenia Architektów Polskich SARP oraz Urzędzie Miasta Przemyśl. Wszystkie informacje, a  także relacje znaleźć będzie można na profilu warsztatów na portalu Facebook: www.facebook.com/Architektour. W najbliższym czasie powstanie również oficjalna strona internetowa pod adresem www.architektour.pl. Teraźniejszość i przyszłość Architektour 2013 uczestnicy powinni zapamiętać jako miejsce, gdzie nawiązali ciekawe znajomości, zainspirowali się do działania, docenili pracę w grupie, poszerzyli horyzonty. Natomiast miasto, dzięki koncepcjom młodych architektów uzyskało świeże spojrzenie na przestrzeń miasta i  otrzymało zastrzyk inspiracji i rozwiązań dla tkanki urbanistycznej. Podsumowując, warsztaty Architektour to wydarzenie o charakterze interdyscyplinarnym, które w sposób innowacyjny pobudza do twórczego myślenia, jednak nad konkretnymi problemami, rozwija umiejętność pracy w zespole oraz integruje studentów. Jest to doskonały sposób na rozwijanie pasji w atmosferze innej niż standardowe zajęcia na uczelni. Idea warsztatów wychodzi naprzeciw potrzebie rozwijania się uczestników, w twórczej atmosferze z mocnym akcentem na praktyczne ujęcie zagadnienia poruszanego w projekcie. Obecnie trwają intensywne prace nad kolejną, jubileuszową, V edycją warsztatów. Wszystkich zainteresowanych zapraszamy na profil na portalu Facebook po dodatkowe informacje lub w celu nawiązania kontaktu.

51


Heroiczny optymista rozmowa z Cezarym Harasimowiczem Renata Nolbrzak

R

enata Nolbrzak: Jest Pan scenarzystą wielu wybitnych, wielokrotnie nagradzanych filmów, ale także autorem adaptacji dwóch największych bestsellerów wydawniczych ostatnich lat – powieści J.L. Wiśniewskiego Samotność w  sieci oraz książki Katarzyny Grocholi Ja wam pokażę. Trudno napisać niebanalny scenariusz o miłości? Cezary Harasimowicz: Prawdę mówiąc, każda historia, którą do tej pory opowiadałem, była o miłości, takiej czy innej, ale o  miłości. To prawda, ale przychodzi mi do głowy porównanie dwóch pańskich filmów: Ja wam pokażę i Daleko od okna. Który z nich uważa Pan za ważniejsze dokonanie zawodowe? Odpowiem banalnie, obydwa filmy traktuję na równi. Po pierwsze każda historia jest inna, po drugie są to dwa różne gatunki. Daleko od okna jest ciężkim filmem o bardzo trudnych sprawach. Klasyczny węzeł gordyjski. Sprawy ostateczne, których bez przecięcia nie można rozwiązać. Historia Katarzyny Grocholi natomiast pełni zupełnie inną rolę, równie szlachetną, jak opowiedzenie trudnej historii. Ja wam pokażę jest to gatunek popularny, który służy jako terapia. W ogóle zjawisko Katarzyny we współczesnej kulturze w Polsce jest niezwykle ciekawe. Katarzyna jest jedyną w Polsce pisarką, która traktuje rzeczy z wielkim optymizmem, a jednocześnie osadza je w bardzo ciekawych realiach, które każdy z nas zna. To jest gatunek melodramatyczny, komedia romantyczna, która operuje swoistymi zasadami gatunku, ale poznanie i operowanie tymi zasadami jest Zdj. Krzysztof Bieliński

tak samo trudne, proszę mi wierzyć, jak napisanie ciężkiej historii. Powiem więcej, może nie odnosi się to konkretnie do filmu Katarzyny, ale napisać taką stricte komedię jest o wiele trudniej niż ciężki dramat. Trudniej jest zmierzyć refleksję, natomiast bardzo łatwo zmierzyć śmiech. Jeśli na komedii ludzie się nie śmieją, to jest tragedia. Ale jest taki pogląd, że komedie kierowane są do odbiorców mniej wyrafinowanych, takich, którzy nie zrozumieliby przesłań zawartych np. w Daleko od okna. Podziela Pan to zdanie? Podstawowym zadaniem filmu jest wywołanie emocji, wzruszenia. Emocje to pierwszy impuls płynący z ekranu, dopiero później przychodzi refleksja. W gruncie rzeczy najważniejsza jest ta pierwsza warstwa, to, czy ktoś się rozbawi, wzruszy, przestraszy – to jest pierwsze zadanie filmu. Dopiero później może płynąć refleksja. Krótko po premierze Ja wam pokażę brałem udział w programie telewizyjnym, którego formuła polega na intelektualnej (w bardzo dużym cudzysłowie) rozmowie tzw. autorytetów. Krótko mówiąc, ludzie, którzy uważali się za intelektualistów, mieli do mnie pretensje, że podjąłem się współpracy przy takim dziele jak Ja wam pokażę. Zapowiadali, że oni na pewno na ten film nie pójdą, z założenia. Nie rozumiem, dlaczego taki człowiek uważa, że jest lepszy od tego, który pójdzie na ten film. Czy to jest jakiś miernik intelektu? Poza planem podszedł do mnie jakiś młody literat i mówi: „Panie, ja pana zawsze podziwiałem, a co pan teraz zrobił?!” Poradziłem mu, żeby zanim zacznie się wywyższać, zastanowił się, skąd bierze się sukces powieści Grocholi, może nie tylko z łatwego pióra,

może Katarzyna porusza jakiś ważny problem, z którym identyfikują się ludzie. Z jej książek płynie przesłanie: tyle mnie dotknęło, a ja potrafię się śmiać, potrafię się cieszyć, potrafię budować życie od nowa. Przyzna Pan jednak, że dość powszechne jest traktowanie tego rodzaju twórczości, zarówno literackiej, jak i filmowej, jako czegoś podrzędnego. Pan o  którymś ze swoich wcześniejszych filmów powiedział „ambitna komercja”. Czy to się nie wyklucza? Czy da się pogodzić ambitne kino z komercją? Oczywiście, że to się da pogodzić. Przede wszystkim ambitną komercją jest tzw. sztuka popularna. Czymś absolutnie ambitnym jest wykazanie się rzemiosłem w jakimś gatunku. Ja na przykład uwielbiam farsy, które są pogardzane przez krytyków, przez publiczność o tak zwanych wyższych lotach. A  ja na farsach, szczególnie angielskich, świetnie się bawię, podziwiam rzemiosło dramaturgów, pisarzy, aktorów, którzy potrafią to grać. To jest o wiele trudniejsze, proszę mi wierzyć, niż granie Szekspira. Jest pan autorem Nieoczekiwanej zmiany płci, na podstawie której nakręcony został film Zamiana. Dla kogo i po co została napisana ta książka? Dla wszystkich. Ja wiem, że każdy autor tak mówi, ale tym razem to prawda. To generalnie książka o mężczyznach i kobietach. A  tak się składa, że albo jesteśmy mężczyznami, albo kobietami, poza nielicznymi wyjątkami... Użyłem w książce humorystycznego powiedzonka, że my mężczyźni jesteśmy z Marsa, a wy kobiety – ze Snickersa. Już samo to określenie sugeruje komediowo-satyryczny gatunek. Uważam, że dawka świeżej endorfiny w żyłach jest każdemu potrzebna i dlatego polecam książkę wszystkim, którzy chcą się po prostu pośmiać. Nie brakuje w niej jednak także szczypty pieprzu. Utwór jest osadzony w realiach, które nas otaczają, rzecz dzieje się podczas wyborów prezydenckich, a  głównymi bohaterami książki są prezydent i jego żona, którzy w dziwnych okolicznościach zamieniają się płciami. Oboje startują w wyborach prezydenckich. Nie jest to książka polityczna, ale troszkę ośmieszam w niej tę naszą polską rzeczywistość. Co wynika z tej tytułowej zmiany płci? Zmienia się absolutnie wszystko: nastawienie do świata, do życia, do partnera, do ludzi, ogólnie zmienia się poglądy. Nie będę ukrywał, że moim zamierzeniem, prócz tego,


żeby ludzi trochę rozśmieszyć, było przekazanie pewnej mądrości: jeśli się nawzajem nie zrozumiemy, mężczyźni i kobiety, nigdy nie wylądujemy na tej samej planecie. Ale różnice między nami jednak są. W mojej powieści różnice się najpierw zacierają, a potem następuje całkowita i nieoczekiwana zamiana płci. Jedna strona zaczyna rozumieć, dlaczego ta druga zachowuje się tak, a nie inaczej. I po to ta książka została napisana. To próba skłonienia do tego, byśmy się nawzajem próbowali zrozumieć. Mam wrażenie, że dość dobrze rozumiem kobiety, bo sam mam naturę trochę kobiecą. Tylko co to znaczy „kobieca natura”? No na przykład jestem wrażliwy. Ba, czasami nadwrażliwy.

Kobiety uwielbiają wrażliwych facetów. No właśnie! Zazdroszczę Wam wielu rzeczy. Przede wszystkim owej wrażliwości, która związana jest z Waszą naturą, a natura jest związana z ciałem, ergo zazdroszczę ciała. Mimo że niektórzy uważają, że mężczyzna wcale nie jest taki brzydki, to jednak ja się upieram, że piękno jest związane z  wizerunkiem kobiety. Macie w sobie więcej harmonii, a już nie mówię o tych brzydkich szczegółach, które szpecą mężczyzn. Przypominam sobie zapis rozmowy na czacie, podczas której na pytanie internauty, czy woli Pan kobiety ładne czy inteligentne, odpowiedział Pan: ładne. Naprawdę, tak powiedziałem? Teraz odpowiedziałbym: ładne i inteligentne. To

musiała być prowokacja. Poważnie mówiąc, kiedy spotykamy człowieka, przede wszystkim widzimy, jak on wygląda, a inteligencję trzeba w nim odkryć. A zatem to pierwsze wrażenie jest ważne. Wróćmy do Nieoczekiwanej zmiany płci – zakończenie jest optymistyczne. Bardzo! Pan też jest optymistą z natury? Ja jestem heroicznym optymistą. Bardzo się zmuszam do tego, żeby być optymistą, ale dobrze mi z tym, bo świat nie jest kolorową bajką, lecz trzeba robić wszystko, żeby takim był. Jest czymś idiotycznym bycie naiwnym optymistą, ale bycie heroicznym optymistą ma sens. Lubię ludzi. Na tym głównie polega moje podejście do życia.

53


Tytuł Kraina wódki Autor Mo Yan Wydawnictwo W.A.B. Rok 2012

Recenzuje Szymon Stoczek

Szaleństwo zmysłów

D

rogi Panie Mo Yan, Nauczycielu, stoi przede mną butelka średniej klasy wina, którym mieszkańcy Pana Krainy wódki zapewne wzgardziliby z nieskrywaną odrazą. Rozmiłowanie w trunkach i cudownościach alkoholi niezwykłej urody, tak skrupulatnie przez Pana opisywanych, jest w Polsce obce nawet największym smakoszom wysokoprocentowej wódki. Podobnie rzecz ma się z serwowanymi przez całą książkę przysmakami z wszelkich części anatomicznych osła, a nawet z ,,mięsnych dzieci”. Na oś centralną Krainy wódki wybrał Pan proceder egzotyczny i  wysoce niepokojący, a mianowicie śledztwo w sprawie zjadania niemowlaków. Poczynania detektywa Ding Gou’er odmalował Pan z precyzją śledczego, o wiele bardziej rozmiłowanego w  alkoholowych halucynacjach niż w dedukcyjnych rozumowaniach spod znaku Sherlocka Holmesa. Tego rodzaju potraktowanie śledztwa ma jednak, jak rozumiem, swoje silne uzasadnienie. Z pozoru kryminalna zagadka zjadanych dzieci jest u Pana wyłącznie pretekstem do snucia narracji z pogranicza alkoholowego amoku i niewygodnej prawdy o Chinach. Wysokoprocentowy alkohol to dla Pana bohaterów przyjemność zmysłowa – niebezpieczna jak uroki kobiet, ale przy tym niezwykle piękna. Lekkie opisy alkoholowego upojenia uderzają do głowy jak wyborna brandy, przywołując nieraz pokłady rozrzewnienia, innym razem tylko wzruszenie ramion. Przesycone sensualnymi doznaniami realia Alkoholandii są zmysłową ucztą, Zdj. Materiały prasowe

która z czasem zamiast smakować, zaczyna odrobinę męczyć czytelnicze kubki smakowe. Od przepicia ratują czytelnika Krainy wódki głównie opowiadania Li Yidou. Między barwne, delikatne niczym przystawki opisy pijaństwa i, bądź co bądź, bestialskiego kanibalizmu, wplata Pan fragmenty korespondencji z początkującym pisarzem, doktorantem alkohologii, który podsyła Panu próbki własnej twórczości. Wątki ze śledztwa oraz motywy z poszczególnych opowiadań pisarza przeplatają się ze sobą, nakładają lub wzajemnie uzupełniają. Listy Li Yidou wpływają na kształt Krainy wódki – są materiałem, którym posługuje się pisarz, tworząc historię detektywa Ding Gou’era. Dzięki takim zabiegom Pana Kra­ ina wódki nabiera cech powieści autotematycznej, demaskującej proces twórczy. Konstruując historię detektywa Ding Gou’era daje się Pan prowadzić tropom i wątkom zawartym wcześniej w listach Li Yidou. Charakter detektywa zmienia się w Pana Krainie wódki niezwykle gwałtownie nie tylko z powodu kolejnych kieliszków wina, lecz również na skutek otrzymywanej przez Pana korespondencji. Suto zakropiony ironią literacki drink dopełnia galeria osobliwości. Na granicy amoku i trzeźwości porusza się karzeł Yu Yichi, mały demon ze skórą pokrytą łuskami, kucharze przyrządzający ,,mięsne dzieci” i liczni dygnitarze partyjni. Surrealistyczny miszmasz podany raz to językiem naturalistycznym, innym razem przez wymyślne metafory, trzyma czytelnika na ciągłym rauszu. Książka wciąga jak wstydliwy nałóg, nie pozwalając łatwo uciec

od okropnego piękna Alkoholandii. Można odnieść wrażenie, że nie tylko bohaterowie, ale i sam czytelnik pada tutaj ofiarą alkoholowej spirali. Od trunku do trunku, od trunku do historii trunku, pijackiej anegdoty, legendy. Pana dzieło uwodzi jak kobieta, ale także wzbudza w czytelniku neurotyczny niepokój. Mniej więcej po połowie zaczynają pojawiać się pytania o  sens dalszego zgłębiania umysłów zepsutych moralnie mieszkańców Alkoholandii. Akcja nie posuwa się do przodu, a raczej grzęźnie w zaułkach Oślej Uliczki Alkoholandii.W pewnej chwili nie wiadomo już, czy ważniejsze są dzieje Ding Gou’era czy potok listów Li Yidou. Czy rzeczywiście to listy uzupełniają narrację powieści, a  może to powieść jest pretekstem, aby umieścić w niej same listy? Nauczycielu, proszę wybaczyć mi szczerość, ale jest moment, kiedy w pijanym w sztok czytelniku odzywa się prośba o pośpieszny ratunek, a nawet myśl o natychmiastowym udaniu się na odwyk… O nieszczęśliwi, którzy dadzą zwieść się przelotnej chwili zwątpienia, jak wiele rozkosznych przyjemności mogą utracić! Nauczycielu, drogi Panie Mo Yan, ostatnie karty książki są jak długo leżakowane wino o niezwykle intensywnym bukiecie, które potrafi wynagrodzić początkową gorycz trunku. Oczywiście, jak to w  przypadku drogich alkoholi, mogą znaleźć się malkontenci, nie każdy przecież musi cenić sobie sherry czy whisky. W  takim wypadku dobrze trunek powąchać, a  w wypadku książki po cichu spróbować w sklepie, choć kilku stron, aby sprawdzić, jak smakuje Kraina wódki.


Tytuł Mitologie Autor Tomasz Jękot Reżyseria Paweł Świątek Rok 2013

Recenzuje Marta Szczepaniak

Pokaż mi coś więcej niż błysk*

Z

apowiadało się naprawdę ciekawie. Spektakl łączący w sobie pokaz mody i pogrzeb papieża, świat modelingu i życie zakonnic, sakralne show i funeralne trendy to kusząca propozycja teatralna. Próba odpowiedzi na pytanie, czy da się jeszcze wytyczyć granicę pomiędzy sacrum i profanum, kończy się na interesujących zapowiedziach, a realizacja niestety rozczarowuje. Scena na Świebodzkim została przekształcona w nowoczesny wybieg dla modelek, pośrodku którego stoi drewniana trumna otoczona sztucznymi roślinami. W sceniczny świat wprowadza nas dwóch mężczyzn – Michał (Michał Chorosiński) i  Adam (Adam Szczyszczaj) to projektanci mody, wygłaszający przed widzami tyrady na temat współczesnego świata, którym rządzą media. Opowiadają o uroczystości pogrzebowej papieża Jana Pawła II jako najbardziej medialnym pogrzebie w historii telewizji, świetnie wyreżyserowanym spektaklu, którego punktem kulminacyjnym było przekartkowanie i zamknięcie Biblii przez wiatr. Wprowadzają także porównanie modelek do zakonnic – jedne i drugie oddały swoje ciało na służbę (Bogu/modzie). Spektakl składa się z sekwencji monologów modelek i prezentacji kolejnych kolekcji ubrań jako tła do narracji mężczyzn. Julia Kornacka zaprojektowała świetne kostiumy, które doskonale odzwierciedlają trendy ostatnich sezonów, a właściwie wyobraże* Recenzja spektaklu, który odbył się w Teatrze Polskim we Wrocławiu.

nie o nich przeciętnego widza niezwiązanego z branżą mody. Widzowie mogli obejrzeć kolekcje strojów codziennych i wieczorowych, czarnych sukien przypominających habity, bielizny oraz futurystycznych ubrań jak z pokazów Alexandra McQueena. Spośród wszystkich monologów na uwagę zasługuje przede wszystkim jeden – Małgorzata (Małgorzata Gorol) opowiada o swojej reakcji na śmierć papieża i okolicznościach, w jakich dotarła do niej ta wiadomość (sesja zdjęciowa do kalendarza Pirelli). To wspomnienie jest punktem wyjścia do wyrzucanych z siebie wypowiedzi na temat własnej duchowości – zgodnej z aktualnym trendem bycia „eko, bio, pro”. Dziewczyna usiłuje przekazać to, co dla niej ważne, jednak próby wyrażenia własnej duchowości giną w sieczce utartych formuł rodem z  modowych magazynów. „Moja dusza to na pewno sprawnie działający Greenpeace” – stwierdza Małgorzata w kolejnej, mechanicznie ustawionej pozie. Szybko zmienianym pozom towarzyszy niezmienny wyraz twarzy i puste spojrzenie, kontrastując w ten sposób z monologiem dziewczyny i wzmagając efekt komiczny. O ile kreacje-kostiumy doskonale prezentują się na scenie i tworzą spójną, wizualną całość, o tyle kreacje aktorskie wypadają znacznie gorzej. Oprócz wspomnianego powyżej monologu nie można mówić o rolach poruszających czy zapadających w pamięć. Choć bohaterem zbiorowym spektaklu są modelki, nie odnajdziemy tu, po części ze względu na strukturę samego tekstu, budowania na scenie relacji między postaciami. Wydaje się, że każdy

tutaj gra sobie, zwłaszcza Ewa Skibińska, momentami nieznośnie panosząca się na scenie. W Mitologiach Tomasza Jękota można dostrzec garść trafnych i błyskotliwych wniosków z obserwacji współczesnego świata. Sam spektakl wywołuje wrażenie wysłuchiwania scenicznego bełkotu, a tekst w konfrontacji z efektami wizualnymi po prostu ginie. Upadek na wybiegu podstarzałej modelki, którą zniszczyła branża, czy rozbrzmiewająca z głośników Litania do Wszystkich Świętych śpiewana zmutowanym głosem rodem z egzorcyzmów należą do najbardziej nietrafionych, a przez to spłycających sens całości, chwytów. Przez większość czasu przedstawienie, które miało wyśmiać popkulturową papkę, stało na podobnym poziomie, co wyszydzana materia, wielokrotnie ocierając się o banalność czy schematyzm. Mitologie to całkiem udany pokaz mody w teatrze, jednak to za mało, żeby nazwać je także dobrym spektaklem.

55


Tytuł Delta Machine Wykonawca Depeche Mode Wytwórnia Columbia Records Rok 2013

Recenzuje Wojciech Szczerek

Ruszyła Machina po szynach ospale...

D

epeche Mode rozpoczął działalność ponad trzy dekady temu, ale pomimo takiego stażu, nadal spełnia oczekiwania fanów oraz konkuruje z młodszymi od siebie formacjami w  swoim gatunku. Mimo doświadczenia wydaje się jednak podejmować decyzje nie do końca oczywiste – zarówno te muzyczne, jak i te dotyczące wizerunku.To ciekawe, że choć zespół wciąż nagrywa płyty, to jednocześnie jego intensywne trasy koncertowe oparte są jednak na starszych, bardziej udanych przebojach. W nowszych utworach daje się odczuć niezdecydowanie stylistyczne, które sprawia, że w „misji” zespołu coraz łatwiej jest się pogubić. Czy Depeche Mode jest legendą elektroniki, rocka czy obydwu stylów naraz? Jeśli elektroniki, to czemu kojarzeni są głównie z Personal Jesus i czemu ostatnie elektroniczne utwory zespołu wypadały słabiej niż dokonania młodszych grup? Jeśli rocka, to czemu nie nagrali kolejnej płyty do tego stopnia rockowej, jak choćby rewelacyjna Ultra? Ale wróćmy do teraźniejszości. Nowa płyta zatytułowana Delta Machine ukazała się po pięciu latach przerwy i jak zawsze wiąże się to z wielką presją i oczekiwaniami ze strony fanów. Na albumie przede wszystkim widać lekki odwrót stylistyczny od elektroniki, której martwa odsłona na poprzednim krążku nie przypadła do gustu fanom. Nie tyle jest jej mniej, co styl został bardziej zróżnicowany i jest mniej surowy. Tak jak na Sounds of the Universe Zdj. Materiały prasowe

brakowało odrobiny rocka i bluesa, tak na Delta Machine zespół odpracował braki. Jest więc przystępniej i bogaciej. Może się to wydawać rozczarowujące, ale na albumie nie znajdziemy drugiego Personal Jesus czy Enjoy the Silence. Jest za to trochę przebojów na skalę „depeszową”, a więc takich, które zapamiętają fani i nikt poza nimi. To jednak specyfika Depeche Mode, dla którego sukces komercyjny był zawsze mniej istotny od rosnących rzesz „depeszowców”. Album rozpoczyna Welcome to My World, w którym po spokojnym wstępie naznaczone są dynamiczne beaty dominujące w „machinie”. Po nim następuje dobre instrumentalnie Angel oraz pierwszy singiel z płyty – Heaven, bardzo przypominający nastrojem ostatnie solowe dokonania Dave’a. Piosenka jest dość emocjonalna i wydaje się być do przełknięcia mimo swojej ociężałości. Pełnię elektronicznego szaleństwa Depesze osiągają w Secret to the End – ciekawie jest ponownie w części instrumentalnej, mniej w wokalnej. Blues i gitary wracają w harmonicznie i wokalnie bardzo udanym Slow. Innymi słowy – jest tu sporo utworów dopracowanych instrumentalnie, ale nie przejawiających cech piosenki. Wyjątkiem w paśmie zdominowanych przez instrumenty utworów jest The Child Inside, zaśpiewane, jak zawsze rewelacyjnie, przez Martina. W przeciwieństwie do wielu utworów w których nacisk kładziony jest na różnorodność brzmieniową, to chyba najlepsza, pełnowartościowa piosenka na płycie. Za udany uznać trzeba napisany

przez Gahana Should Be Higher – świetnie zgrany i najbardziej przebojowy utwór od czasów albumu Playing the Angel. Równie świetnie i zaskakująco wypada Alone oraz całkiem nieźle, choć nieco remiksowo Soothe My Soul. Cała płyta z utworu na utwór nabiera kształtów i robi się coraz bardziej wyrazista, dopiero pod sam jej koniec pozwalając słuchaczowi uzyskać pełen obraz rozmaitego stylu, jaki prezentuje na niej zespół. Dobrym zabiegiem było postawienie na dłuższe momenty muzyczne bez wokalu. Co ciekawe, po raz pierwszy od dłuższego czasu czuje się, że do utworów dałoby się też zatańczyć (oczywiście mówimy tu o tańczeniu „dave-dance” na „depotece”, czyli imprezie opartej wyłącznie na muzyce Depeche Mode). Warto zauważyć, że na całej płycie głos Martina słyszymy częściej niż zwykle (choć rzadko solo). Niestety głos Dave’a nie brzmi tu zbyt dobrze – wystarczy obejrzeć występ grupy w programie Davida Lettermana. „Rozgrzewka” to najbardziej delikatne sformułowanie, jakiego można tu użyć, bo Gahan zaprezentował bardzo przeciętną formę wokalną. Na samej płycie jego wokal nie przekonał mnie ani razu. Ale pomimo tego wszystkiego, Depeche Mode nagrało całkiem dobry album – lepszy od poprzedniego, ale nieporównywalny z Violator czy Songs of Faith and Devotion. Do pełni szczęścia brakuje tu jednego przeboju, który popchnąłby całość do przodu. Na wielki powrót niestety przyjdzie nam jeszcze poczekać – miejmy jednak nadzieję, że nie kolejnych pięć lat.


Tytuł Promised Land Reżyseria Gus Van Sant Dystrybutor ITI Cinema Rok 2012

Recenzuje Dominik Kamiński

Obietnice bez pokrycia

D

ekadę temu Gus Van Sant nakręcił film Słoń – dzieło poruszające i niejednoznaczne, oparte na autentycznej historii, której finał był doskonale znany, a mimo to obraz trzymał w napięciu i autentycznie niepokojące. W  przypadku ostatniego filmu Van Santa – Promi­ sed Land – tej finezji w budowaniu nastroju zabrakło. Częściowo winę za to ponosi scenariusz, wszak oparty został na wyświechtanych motywach – jeden bohater dynamiczny, jedna złowieszcza intryga, jedna fabularna wolta i na dokładkę jeden wątek proekologiczny. Przede wszystkim jednak zawiódł reżyser. Promised Land to kino nijakie, bez smaku i emocjonalnie jałowe. Jednym z najbardziej mdłych składników filmu jest główny bohater, Steve Butler (Matt Damon) . Ten młody i ambitny protagonista zostaje zatrudniony przez potężną korporację, w celu przekonania mieszkańców niewielkiego amerykańskiego miasteczka do sprzedaży swych gruntów pod eksploatację gazu łupkowego. Sytuacja się komplikuje, gdy pewnego dnia pojawia się tam przebojowy i charyzmatyczny przedstawiciel ekologicznego ugrupowania, który w działaniu wspomnianej firmy dostrzega ogromne niebezpieczeństwo dla środowiska. Wyznając zasadę, że cel uświęca środki, Steve gotowy jest na wiele nieczystych zagrywek, byle odnieść sukces. O efektach jego korporacyjnej pracy mówić nie zamierzam, ale zdradzę inną tajemnicę: sromotną klęskę ponosi on podczas próby przekonania widzów, że warto mu podczas filmu towarzyszyć.

Paradoksalnie Steve jest postacią psychologicznie dynamiczną – jest niejednoznaczny, ma swoje rozterki, waha się, a jego poglądy ulegają zmianie. Ale kogo to właściwie zainteresuje, skoro cały proces jego psychologicznej metamorfozy jest oklepany oraz mało interesujący, i tak samo zostaje przedstawiony. Nieomalże od początku wiadomo, jak bohater się zachowa, kiedy zaczną targać nim moralne rozterki oraz w którym momencie wygłosi swą płomienną przemowę demonstrującą wewnętrzną przemianę. Nie jest tak, że winę za to ponosi aktor, który nie sprostał wymogom roli, jest wręcz przeciwnie. Matt Damon spisał się wyśmienicie – otrzymał po prostu wyjątkowo nieciekawą postać do zagrania. To jakby dać uzdolnionemu malarzowi paletę różnobarwnych farb i poprosić, by namalował czarno-białą tęczę. W kontekście powyższego aktor zrobił co mógł, aby uczynić swą postać jak najbardziej prawdziwą i naturalną, ale nadać jej atrakcyjnego kolorytu nie był już w stanie. Antagonistą głównego bohatera jest Dustin Noble (John Krasinski),wspomniany wcześniej ekolog stojący na straży matki natury. Jego obecność ma budzić niepewność, mylić fabularne tropy, siać domysły oraz sprawić, że oglądający nieustannie będzie się zastanawiał, po czyjej stronie leży prawda. Na to pytanie, jak i wiele innych, reżyser łaskawie odpowiada na końcu filmu, ale jego akt łaski jest całkowicie zbędny. Mimo, iż Gus Van Sant nie gra z widzem w otwarte karty, to jednak trzyma je tak swobodnie – jakby od niechcenia, jakby nie do końca szanował swego oponenta – że ten bez problemu do-

strzega, co kryje się w jego dłoni. Bez większych problemów jest w stanie domyślić się, jaki będzie następny ruch rozgrywającego. Przez to, nawet gdy następuje ten finałowy, „niespodziewany” zwrot akcji, widz jest na niego przygotowany. Właśnie to stanowi największą bolączkę Promised Land – jego przewidywalność. Przypomina to nieco sytuację, kiedy Gus Van Sant zdecydował się nakręcić remake Psychozy Alfreda Hitchcocka, w którym dosłownie skopiował scena po scenie pierwowzór mistrza suspensu. Tutaj wygląda to podobnie – z tymże kopiowane są przede wszystkim najbardziej podręcznikowe chwyty filmowe. W ten sposób można stworzyć dzieło pod każdym względem poprawne, ale ani przez moment ponadprzeciętne. Na domiar złego w filmie zbyt mocno rzuca się w oczy dualizm ideologiczny. Reżyser ostentacyjnie i jednoznacznie wyraża swoją opinię na dany temat, nie dając przy tym stronie przeciwnej żadnych argumentów do obrony. Jego poglądy są irytująco spolaryzowane: świat jest czarno-biały – zdaje się mówić Gus Van Sant.

57


Tytuł Mniejsze niebo Reżyseria Janusz Morgenstern Dystrybutor Media Way Rok 1980

Recenzuje Agnieszka Barczyk

Chłodne oko kamery

P

o codziennej porcji sensacji, którą serwują tabloidy, przerażenie ustępuje miejsca przyzwyczajeniu i obojętności. Mamy XXI wiek – wiek znieczulicy. Zapowiedź medialnej pogoni za sensacją można jednak odnaleźć już w 1980 roku – w adaptacji powieści Johna Waina Mniejsze niebo w reżyserii Janusza Morgensterna. Bohaterem filmu jest czterdziestokilkuletni Artur Gutner (Roman Wilhelmi), mikrobiolog, który z dnia na dzień porzuca pracę, rodzinę i całe swoje dotychczasowe życie, by zamieszkać w hotelu dworcowym. Równolegle toczą się losy Marka Webera (Jan Englert), dziennikarza, który kiedyś znajdował się „na szczycie”, lecz spoczął na laurach i teraz za wszelką cenę, chcąc uniknąć zwolnienia z pracy, próbuje odzyskać swoją pozycję zawodową. Jego życie to dryfowanie między redakcją telewizyjną, w której się nudzi a salonami i bankietami, gdzie zyskuje kolejne dowody uwielbienia. Oba wątki – połączone montażem synchronicznym – krzyżują się podczas bankietu, na którym żona buntującego się przeciw światu naukowca – Elżbieta (Beata Tyszkiewicz), spotyka Marka – swojego dawnego znajomego. Kiedy dziennikarz dowiaduje się o historii Artura, nagle zyskuje zainteresowanie przyjaciółką z młodzieńczych lat. Zamawia ekipę filmową, wyciąga informacje od dzieci Artura i ma już gotowy pomysł na program... Reprezentujący zupełnie różne podejścia do świata bohaterowie od początku skazani są na konfrontację, zaś konflikt interesów staje się nieunikniony. Marek doskonale wie, że Zdj. Materiały prasowe

nie ma żadnych szans nakręcenia programu w sposób uczciwy, więc decyduje się użyć ukrytej kamery i dyktafonu. Artur jednak nie daje się nabrać na telewizyjne sztuczki – czuje, że to kolejny sposób zaszczucia go przez świat, w jakim żyje. Bohater, rezygnując z pułapki, jaką była dla niego tłumiąca każdy przejaw indywidualności rzeczywistość, odrzucił wszystko to, co dotąd było dla niego ważne. Dzięki temu stworzył sobie swój własny świat – swoje mniejsze niebo. Okazuje się, że również tu nie może być bezpieczny. Intruzem, który wkracza w dopiero co stworzony świat, jest ekipa telewizyjna. W toku rozwoju historii Weber przestaje być dziennikarzem, nie jest już nawet człowiekiem. Bohater, niczym zwierzę, tropi, szuka ofiary. Nawet kiedy się uśmiecha, to jest to uśmiech przebiegły i chytry – niczym mina chichoczącej hieny. Kiedy zauważa swojego bohatera, biegnie, pobudza ekipę do akcji. Wstrząsająca gra spojrzeń, która toczy się między bohaterami rozdzielonymi tylko szybą pociągu –przypomina wymianę spojrzeń między polującą hieną i jej płochliwą ofiarą. Z kolejnymi sekundami scena ta zaczyna przypominać polowanie, któremu przewodzi kamera, bezlitośnie rejestrująca ucieczkę bohatera. Weber to obserwator – on nie goni, on niczym król stada spokojnie czeka na rezultaty. Operatorzy kamer „bawią się” z Arturem: pozwalają mu uciekać, lecz jednocześnie – gonią go. Ujęcia ucieczki bohatera są zmontowane naprzemiennie z  ujęciami ekipy kręcącej tę ucieczkę. Nie bez znaczenia jest przestrzenne usytuowanie bohaterów w opozycji binarnej: góra – dół. Góra kojarzo-

na z tym, co boskie, wskazuje na wzniosłość, wyższość, jest bardzo pozytywnie wartościowana. Na dole znajdują się dziennikarze – cieleśni, prymitywni, gorsi. Fragment ten doskonale pokazuje, co się liczy dla telewizji – sensacja i rozrywka. Pogoń za sensacją i owo zezwierzęcenie udzielają się całej ekipie, która zamienia się w stado drapieżników, żerujących na ludzkim nieszczęściu. Upadek Artura nagrywany jest kamerą z ręki, wyraźnie widać zmiany głębi ostrości. Sprawia to wrażenie, jakby scena była kręcona przez ekipę telewizyjną (w konwencji reportażu telewizyjnego). Kamera „goni” spadające ciało – próbuje je schwytać „na gorąco”. W Polsce premiera filmu przeszła bez echa. Nie pomogły nagrody na festiwalach w Panamie i Poitiers (1983). Szkoda. Nie tylko ze względu na wiele zasługujących na uwagę elementów formalnych: ciekawe zabiegi inscenizacyjne (obraz filmowego dworca powstał na skutek połączenia zdjęć z trzech dworów – we Wrocławiu, Budapeszcie i Lipsku), interesującą ścieżkę dźwiękową autorstwa Zygmunta Krauzego (fenomenalne wykorzystanie dźwięku i  ciszy w scenie upadku Artura) czy sięgnięcie po poetykę reportażu telewizyjnego w końcówce filmu. Film Morgensterna można porównywać z Chłodnym okiem (1969) Haskella Wexlera. On również wpisuje się w kontekst rosnącej na przełomie lat 60. i 70. roli telewizji. W  tym samym czasie Marshall McLuhan pisze o zimnych mediach, zaliczając do nich telewizję. Zarówno Chłodnym okiem, jak i Mniejsze niebo, pokazują oko kamery – bezduszne i bezlitosne.


Tytuł Sekret Księgi z Kells Reżyseria Tomm Moore Dystrybutor Gutek Film Rok 2009

Recenzuje Mateusz Żebrowski

Sekret dla wszystkich

N

iezwykłe arcydzieło mnichów iryjskich, bezcenny irlandzki zabytek, przez kilkana­ście wieków opuszczał zieloną wyspę zaledwie kilkukrotnie. Dopiero w 2009 r., za sprawą Tomma Moore’a, twórcy Sekretu Księgi z Kells, przepięknie iluminowany manuskrypt na stałe zagościł poza granicami Irlandii, jednocześnie ich nie opuszczając. Spełniły się więc słowa brata Aidana, bohatera filmu – księga dotarła do ludzi. Dokonała tego animacja, która przeło­żyła piękno i kunszt Księgi z Kells na opowieść inspirowaną jej historią. Małoletni mnich, Brendan, którego wujem jest Cellach, opat Kells, nie może opuszczać terenów grodzonych przez wielki mur, mający chronić ludzi przed najazdem okrutnych Norma­nów. Cellach wychowuje chłopca w sposób surowy, a ukończenie muru traktuje prioryte­towo, ponieważ uważa, że zbudowanie go jest jedynym sposobem na zapobieżenie nieszczęściu. Niestety, Cellach, bezgranicznie wierzący w swoje przedsięwzięcie, traci rzeczywi­sty ogląd sytuacji. Dopóki w Kells nie pojawia się Aidan, wielki iluminator z Iony, doszczętnie zniszczonej przez Normanów, Brendan wierzy w sensowność działań wuja. Aidan otwiera chłopcu oczy. Mur nie oprze się Normanom, za to dokończenie księgi, którą mnich zabrał ze sobą, wleje w ludzkie serca nadzieję. Konflikt od początku oscyluje wokół różnicy w rozumieniu tożsamości kulturowej. Opat uważa, że zostanie ona ocalona, jeśli obroni się ziemie wyznaczające jej granice. Iluminator Aidan twierdzi zaś, że ratunkiem

będzie noszenie wartości kulturowych w sobie, a także pielęgno­wanie dóbr umysłowych. Aidan, otwarty na otaczającą go rzeczywistość, staje się mentorem Brendana. Zachęca chłopca, by wydostał się poza mur i  poznał świat za nim. Iluminator rozbudza także w mło­dzieńcu pasję, która pozwala Brendanowi dokończyć księgę. Urok tej niezwykłej opowieści nie byłby tak silnie oddziaływujący, gdyby nie wysiłki animato­rów, którzy prawie w całości ręcznie odmalowali historię pokazywaną na ekranie. Stylizując każdy kadr na ilustracje zdobiące karty Księgi z Kells, dokonali rzeczy naprawdę imponującej – w miarę zagłębiania się w historię, granice pomiędzy filmem a  iluminacjami pochodzącymi z manuskryptu zacierają się. Wszystko staje się geometrycznym rysunkiem wykonanym przez Brendana. Harmonia w obrazie przekłada się na harmonię w fabule. Nawet okrutne zło, którego ucieleśnieniem są Normanowie oraz bóstwo celtyckie Crom Cruach, służą ostatecznie do tego, żeby wygenerować dobro. Nie sposób nie zauważyć również niezwykłej zgodności zdarzeń opisywanych w  Se­ krecie Księgi z Kells z faktami historycznymi. Mnisi, wyglądający niczym stereotypowi przedstawi­ciele różnych nacji, nie pojawiają się jedynie po to, by ubarwić opowieść. Klasztory zakładane na Wyspach Brytyjskich w okresie wczesnego średniowiecza były schronie­niem dla uciekinierów sprzed jarzma barbarzyńskich najeźdźców, którzy podbili Cesarstwo Rzymskie. Wiernie odtworzono również architekturę okresu kultury iryjskiej. Została ona narysowana, nawiązując do ilu-

stracji Księgi z Kells, świetnie oddając atmosferę tamtych czasów. Twórcy nie zapomnieli również o tym, by odmalować krajobraz kultury celtyckiej, na czele z Aisling, przypominającą jedną z przedstawicielek legendarnej boskiej rasy Tuatha De Danaan. Sekret Księgi z Kells to niezwykła animacja w bezpretensjonalny sposób reklamu­ jąca Irlandię oraz samą Księgę z Kells. Dzieci powinny być zachwycone barwnością opowie­ ści, dorośli docenią kunszt, z jakim została wykonana, a wszyscy, bez względu na wiek, obejrzą piękną opowieść o istocie przechowywania tradycji we własnym sercu. Nie można przy tym nazwać filmu Moore’a naiwnym, ponieważ ukazuje on wagę podejmowa­nia decyzji, przestrzegając, że nawet te właściwe mogą nieść ze sobą ofiarę. Se­ kret Księgi z Kells, to dzieło wielowymiarowe, szczególnie jak na animację, która na pierwszy rzut oka, sprawia wrażenie skierowanej do najmłodszych.

59


Eseje

Prawdziwe kłamstwa — umysł i literatura w Korei Północnej, cz. II Karol Moździoch

W

raz z rewolucją przemysłową i rozwojem imperializmu Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii rozpoczęło kolonizację oraz eksploatację słabszych narodów Azji w celach ekonomicznych i politycznych. Cesarzowa Myeong­seong1, znana również jako Królowa Min, w 1873 roku zakazała wymiany handlowej między Królestwem dynastii Joseon2 i innymi krajami –­ wtedy zrodziło się znane określenie „pustelni” (hermit kingdom3), opisujące Koreę i powstały tam izolacjonizm, który przetrwał do dnia dzisiejszego. Prowadziła ona przyjazną politykę z Imperium Rosyjskim w celu zmniejszenia japońskich wpływów na kontynencie. Odpowiedzią niedawno powstałego Imperium Japońskiego na brytyjski imperializm była inwazja oraz utrzymanie protektoratu w latach 1910–1945 na Półwyspie Koreańskim, który w roku 1948 został podzielony wzdłuż trzydziestego ósmego równoleżnika na dwa państwa. Rozłączone wówczas zostało społeczeństwo, rodziny, małżeństwa ale również szeroko rozumiane środowisko artystyczne i jego swoboda twórcza. Po stronie północnej pozostała, lub została później sprowadzona z południa, niemal cała generacja pisarzy właśnie z  epoki japońskiego kolonializmu4. Według B.R. Myersa, w przeciwieństwie do Związku Radzieckiego, gdzie funkcjonował przecież „samizdat”, podziemie literackie w Korei Północnej nie istnieje5. Ha-yun Jung, przygotowując teksty do antologii Literature from the „Axis of Evil” mogła skorzystać zaledwie ze zbiorów biblioteki Ministerstwa Reunifikacji w Seulu, gdzie jedynymi źródłami były północnokoreańskie periodyki. W przedmowie do rozdziału, prezentującego współczesną literaturę Północy, stwierdza, że „jeśli istnieje podziemna sieć dysydenckich

pisarzy sekretnie utrzymujących w obiegu swoje utwory pod czujnym wzrokiem Partii Pracy, to świat jeszcze o nich nie usłyszał”6. Wsparty jest więc pogląd o totalnej ingerencji państwa w życie intelektualne oraz sztukę, a więc w sposób myślenia obywatela. Propaganda dzierży w swoich dłoniach kontrolę nad umysłowością poprzez określone organy rządowe – w przypadku literatury jest to Sojusz Pisarzy Choson, który na łamach miesięcznika „Choson Munhak” wydał Wskazówki co do literatury Dżucze. Każdy pisarz, chcący publikować, musi należeć do tej organizacji oraz stosować się do wspomnianych wyznaczników „literackich”7. Jest to jedyna droga do publikacji w państwie. Bezprecedensowa uciekinierka, należąca do Sojuszu Pisarzy, zbiegła do Korei Południowej przez Chiny w roku 19978 poetka Choi Jin-i, nie wspomina i zdaje się nie wiedzieć nic o drugim obiegu literatury9. Zgodnie z myślą Kim Jong Ila twórczość pisana powinna zawierać w sobie pewien „zalążek”. Ma zaszczepiać idee poprzez ogólną, nierozwiniętą koncepcję, która zmusi do refleksji i skłoni do wiedzenia swojego życia według pryncypiów Dżucze. Jest ona „studium człowieka”, ale nie odnosi się do prawdziwej codzienności, tylko ją kreuje – tematy problemów z elektrycznością, suszy czy niedoboru żywności nie mogą się jednak pojawiać –demonstracja siły i dobrobytu, a nie słabości, jest elementem niezbędnym. W zamian osnową jest nacjonalizm ukryty w postaciach weteranów, genialnych naukowców i wzorowych robotników – każdy z nich jest „małym Kim Il Sungiem”10. Początkowo sztuka miała być tworzona na modłę socrealizmu, lecz wraz z odejściem od socjalizmu oraz rozwojem ideologii niezależności głównym tematem stał się Wielki Wódz i żaden inny temat historyczny nie powinien być użyty z uwagi na to, że „historia jego rewolucji sama w sobie wystarczająco poru-

1

6 7 8

2 3

4 5

Wszystkie koreańskie nazwy osobowe podawane są według transkrypcji anglosaskiej. Ówczesna nazwa Królestwa Koreańskiego, obowiązująca w latach 1392–1897. Sformułowania po raz pierwszy użył William Elliot Griffis w książce Corea, the Hermit Nation, Nowy Jork 1881 (książka dostępna jest w Internecie na stronie: http://archive.org/details/ jstor-196456). Literature from the ‘Axis of Evil’: Writing from Iran, Iraq, North Korea, and Other Enemy Nations, Nowy Jork 2006, s. 99. B.R Myers, The Cleanest Race. How North Koreans See Themselves – And Why It Matters, Nowy Jork 2010..

Ilustr. Katarzyna Domżalska

9 10

Literature from the ‘Axis of Evil’, dz. cyt., s. 100. Literature from the ‘Axis of Evil’, dz. cyt., s. 100. Choi Ji-n-I penetrates two Koreas with her magazine, Imjingang, [w:] Ewha Voice [online], [dostęp 15.05.2013], dostępny w Internecie na stronie: http://evoice.ewha.ac.kr/news/articleView. html?idxno=2860. An interview with Hayun Jung, [w:] Words Without Borders [online], [dostęp 15.05.2013], dostępny w Internecie na stronie: http:// wordswithoutborders.org/article/an-interview-with-hayun-jung. North Korea’s Literary Theory, [w:] The Korea Times [online], [dostęp 15.05.2013], dostępny w Internecie na stronie: http://www. koreatimes.co.kr/www/news/opinon/2010/07/246_22987.html.


61


Eseje

Ilustr. Katarzyna DomĹźalska


sza ludzkie serca”11. Wszelkie inne elementy i postaci muszą więc orbitować wokół jego osoby (Myers na podstawie północnego słownika języka koreańskiego zauważył, że przywódca postrzegany jest jako hermafrodytyczne połączenie ojca i matki; słowo „matka” utożsamiane jest przede wszystkim z partią, pieczołowicie połączone z jej pożądanymi cechami, natomiast słowo „ojciec” posiada definicję najwyraźniej wielokrotnie spierwiastkowaną: „mąż matki”12). Co więcej, według badaczy publikowani twórcy poza podaniem imienia i nazwiska nie powinni ujawniać żadnych informacji o swej osobie – ma to więc być typowa twórczość ad gloriam. Opowiadanie A Tale of Music, autorstwa Kang Kwi-mi, wydane w roku 2003 na łamach wspomnianego „Choson Munhak”, odwołuje się do sytuacji koreańskich emigrantów przebywających po wojnie w Japonii – prześladowani i żyjący na skraju ubóstwa piszą petycję proszącą Kim Il Sunga o zgodę na repatriację – do 1967 roku powróciło ich do KRLD około 88 tysięcy. Jest to przypowieść o artyście i jego dobrowolnym wyrzeczeniu się talentu dla Wodza-Partii-Kolektywu, gdzie narratorka, siostra dwóch muzycznie uzdolnionych braci, opowiada dość zręcznie historię swojej ubogiej rodziny mieszkającej na wybrzeżu japońskim. Młodszy brat, trębacz, wygrywa państwowy konkurs muzyczny. Znajomy rodak nakłonił rodzinę do powrotu do Korei, argumentując, że w ojczyźnie potrzebne są takie talenty – życie od tej pory stało się ukraszone samymi sukcesami i dobrobytem, jednak utalentowany brat, ku zdziwieniu rodziny, zamiast iść do szkoły muzycznej postanawia wstąpić do Koreańskiej Armii Ludowej – nakłoniło go do tego niedawne przejęcie amerykańskiego okrętu marynarki wojennej i wynikająca z tego troska o ojczyznę. Ojciec chłopca z dumą stwierdza: „Jakiż byłby pożytek z muzyki, jeśli nie mielibyśmy państwa? (…) W mojej rodzinie powinien być co najmniej jeden żołnierz Armii Ludowej, ponieważ odkąd przybyliśmy do ojczyzny, wykorzystywaliśmy ją jedynie dla własnego dobra.”13 Tego typu patriotyzm nie odbiegnie dramatycznie od literatury europejskiej i nie będzie niedorzeczny, dopóki nie pojawi się skrajny kult jednostki – po wstąpieniu do wojska podczas parady bohater, grając na trąbce, uświadamia sobie, że Kim Il Sung jest „słońcem jego życia” – postanawia zrezygnować z instrumentu i zatrudnia się w kamieniołomie, za co otrzymuje później najwyższe odznaczenie w państwie wręczone przez Kim Jong Ila. To Kochanemu Wodzowi zawdzięcza on natchnienie, a rezygnując z gry na instrumencie wcale nie odchodzi od muzyki – zawiera on ją w wykutych przez siebie kamieniach, i „przykładając ucho do wzniesionych przez niego pomników można bez trudu ją usłyszeć, prawda?”14. Podobnie do realizmu socjalistycznego osnową fabuły jest praca i poświęcenie dla ogółu, jednak centrum w przypadku opowiadania, słońcem, jest lider narodu tworzący na swój sposób „religię” państwową. W Europie natomiast, po tajnym co prawda referacie Nikity Chruszczowa z 1956 roku O kulcie jednostki i jego następstwach, skupienie na jednym przywódcy zostało przeniesione na liczbę mnogą – bohaterów wojennych, robotników, stachanowców czy dzieci przykładnie naśladujące wzorce marksizmu-leninizmu. Zdeprecjonowanie wyżej wspomnianego kultu uważa się jako pewien początek upadku Związku Radzieckiego. W kolejnym opowiadaniu The Fifth Photograph winę klęski ZSRR Korea widzi w zaszczepionym przez USA kapitalizmie, a metodę obrony przed nim 11 12 13 14

Literature from the ‘Axis of Evil’, dz. cyt., s. 100. B.R. Myers, dz. cyt. Literature from the ‘Axis of Evil’, dz. cyt., s. 119. Tamże, s. 128.

Koreańczycy północni widzą tylko jedną – w wierności do idei socjalistycznej. Główna bohaterka podczas podróży do Moskwy początku lat 90. natyka się na transparent z napisem „Rodzinna historia głupców, produktu socjalizmu”. Pewna dziewczyna, Katia Sinzow, zachęca w ten sposób turystów do kupienia rodzinnych pamiątek, zjawisko dość popularne po upadku komunizmu. Nie jest to jednak handel, ale manifestacja jej nienawiści do minionego ustroju, co niechybnie budzi oburzenie w młodej Koreance – „na sprzedaż” ma ona zaledwie cztery zdjęcia, przedstawiające członków rodziny na tle tego samego budynku partyjnego na ulicy Sadowej. Parę lat później Katia, zwabiona przez Amerykanina McCunly’ego i obietnicę zachodniego blichtru, staje się ofiarą obłudnego kapitalizmu i przeciwników socjalizmu – McCunly okazuje się być potomkiem prawnego właściciela budynku sprzed rewolucji, mszcząc się za krzywdy wyrządzone jego rodzinie przez partię, wzbudza w Katii nienawiść do reżimu i własnej rodziny. Bohaterka nie dość, że traci nogę w wypadku, zostaje następnie umieszczona przez Amerykanina w domu publicznym w Monachium. Tam zrobiono jej zdjęcie, które jest tytułową piątą fotografią – pierwsze trzy pochodzą kolejno z lat 1919, 1945, 1955, gdy idee nie były jeszcze zniszczone przez imperializm. Natomiast czwarte zdjęcie z 1986 roku przedstawia rodzinę podczas pierestrojki, a ostatnie Katię w zamtuzie – ostateczny symbol upadku jej rodziny tożsamej socjalizmowi. „Pozytywnym” bohaterem jest Sierioża, jej brat, który nie dał się omamić Zachodowi i z dumą pisze artykuł chwalący Koreę Północną i jej oddanie sprawie – „Miejsce narodzenia Deklaracji Pjongjańskiej oświeca naszą przeszłość, rozświetla naszą przyszłość”. Dumny naród koreański stał się więc wzorem i ostoją wspomnianej idei. Poza literaturą rodzimą mieszkańcy mają również kontrolowany dostęp do twórczości zagranicznej (od lat 60. do roku 1984 obowiązywał jej zakaz). Okazuje się, że to nie twórczość partyjna cieszy się największą poczytnością, ale historie miłosne i sagi rodzinne, a  nawet kryminały byłego ZSRR. Przypuszcza się, że istnieje lista stu dopuszczonych książek – wśród autorów wymienia się Dumas, Twaina, Marqueza czy Charlotte Brontë15, a ulubioną książką Koreańczyków z północy ma być Przeminęło z wiatrem, z uwagi na podobieństwo wątków do powojennej historii kraju16. Fabuła literatury północnokoreańskiej musi się niestety rządzić swoimi prawami. Wydaje się, że zdecydowanie trafia ona nie tyle w gusta tamtejszego odbiorcy, ale w jego światopogląd, który notabene jest uprzednio zaprojektowany i przygotowany do idealnego z nią zazębienia. To, jak widzimy tę literaturę w naszej kulturze, gdzie sztuka jest wolnością, która pozwala na elastyczność oraz innowacyjność, świadczy przede wszystkim o naszej odmienności, innych priorytetach, znajomości „prawdy” oraz historii. To dlatego twórczość Północy jest w naszym odczuciu wyraźnie płytka i zagrażająca samodzielnemu myśleniu, ale nie dla jej mieszkańców. Sztuka nie jest tam autoteliczna, przez co staje się pewnego rodzaju wyrobnictwem i produktem, który jest dla nas jedynie ciekawostką socjopolityczną. Zjawiskiem, ale nie literaturą piękną. 15 16

Literaty Scene in N. Korea, [w:] The Korea Times [online], [dostęp 15.05.2013], dostępny w Internecie na stronie: http://www. koreatimes.co.kr/www/news/opinon/2010/06/166_18633.html. E. Nawotka, Frogs in a Well: Literary Life in North Korea, [w:] Publishing Perspectives [online], [dostęp 15.05.2013], dostępny w Internecie na stronie: http://publishingperspectives. com/2010/02/frogs-in-a-well-literary-life-in-north-korea/.

63


Eseje

City with no children — Dziecko Marii Spiss Łukasz Zatorski

B

rak dla nich tła, rekwizytów, nawet imion. Skurczeni do słabnącej obecności i skazani na mówienie, które pozwoli uciec przed gęstą, krępującą ciszą. Szybko wychwycimy znajome słowa, rozpoznamy w nich naszych współczesnych. Wydaje się na pierwszy rzut oka, że Maria Spiss wrzuca ich w sytuację typowej diagnozy erozji międzyludzkich relacji. Faktycznie: rozmowa zamiast akcji, urywane, krótkie zdania, emocjonalny chłód i senność – małżeństwo (lub związek) na skraju załamania nerwowego, tuż o krok od rozstania i niepamięci. Minimalizm tekstu i gestu z pieczęcią Jona Fossego i Jeana Luca-Lagarce’a. Nie odrzucajmy tego wrażenia, lecz przygotujmy się na to, że dramatopisarka każe nam je w przemyślny sposób uzupełnić. Nauczy reguł gry, abyśmy dostrzegli, że owszem, idzie nam świetnie, jesteśmy czujni i wszystko pojmujemy, ale cała rozgrywka może toczyć się o zupełnie inną stawkę, aniżeli założyliśmy na początku. „Jaki miałaś dzień?”. „Jakiś”. W resztkach słów i resztkach sił ciężko o konkret. Pozostają drobne inicjatywy, trudno jednak rozsądzić, na ile to pusty rytuał, a na ile wołanie o pomoc. Wpadają na siebie prawdopodobnie przy drzwiach, wpuszczając nas do świata, z którego sami nie potrafią wyjść. W tej rzeczywistości On podsumowuje dzień słowem „biznes”, mieszczącym wszystkie ludzkie wysiłki i nadzieje. Wyjeżdża w interesach i nie będzie go jakiś czas w domu. Może zabrać ją ze sobą, mogliby wreszcie znaleźć czas, aby porozmawiać dłużej, głębiej, pełnymi zdaniami. Ona nawet nie wie, czy chce na niego czekać, chociaż nie opuszcza jej przeświadczenie, że zawsze żyje „beze mnie”. Nie wiemy, czy przejmują się sobą nawzajem, czy po prostu potrzebują kogokolwiek zaspokajającego potrzebę zainteresowania, podziwu, bliskości. Mógłby ich zbliżyć wspólny obiad, ale leży do odgrzania w mikrofalówce. Wychodzą i wracają z pracy o różnych porach, nie mają kiedy razem zjeść, zresztą i tak każde lubi co innego. Na pozostałe rzeczy też nie wystarcza czasu. „Tutaj jestem ja albo jesteś ty”. Złączyć ich mogą zakupy w hipermarkecie, limity na karcie kredytowej, dyskusja o zmianie samochodu, wyjście do klubu, na fitness, siłownię czy squasha. Chociaż nie dzwonią, nie pamiętają i nie troszczą się o siebie, usilnie pragną, aby druga osoba wiedziała, co robią, co myślą i jak się czują. Nawet jeśli umawiają się na kontakt, to i tak bezcelowo, gdyż nie wydarza się nic, co byłoby warte wspomnienia. Kiedy już wydaje się, że jedno z nich się zbliża, przerywa łańcuch pretensji i chłodu – drugie zapada się w sobie i nie reaguje. „Napisz trzy cholerne słowa: jestem, dobrze, wracam”. Nie piszą. Inni ludzie służą im do oceniania i porównywania. Współzawodniczą z koleżankami i kolegami, którzy nieustanne na nich patrzą Ilustr. ER

i osądzają. Chodzą w każdą sobotę na imprezę do znajomych, ale to z przyzwyczajenia, gdyż i tak ich nie lubią. Wychodzą na premiery, wernisaże, koncerty, ale wszystkie są nijakie, ludzie są wszędzie tacy sami i mówią zawsze to samo. Ona ma pretensje, bo nie chce iść sama, ale nie ma to znaczenia. Równie dobrze role mogłyby się odwrócić, i gdyby ona się nie zgodziła, to on byłby skrzywdzony, że musi iść sam. „Tak, bo ty nie chcesz”. „Później ty nie chcesz”. Dostrzegamy dziwne przebłyski w tej relacji. Potrafiła dla niego ugotować coś sama, lecz w odpowiedzi słyszy: „To badziewie daj kotom”. Przyjmuje upokorzenie za prawdę, mogłaby w jednej sekundzie cały obiad zawieźć do schroniska. Może również dlatego, że pomaganie zwierzętom jest teraz w modzie i z chęcią przygarnęłaby do domu maltretowanego kotka. Dla niego zwierzę śmierdzi, ślini się i sika. Trzeba się nim opiekować i troszczyć, nie to, co z człowiekiem. Ale gdyby On był na tak, Ona byłaby na nie. Wyrzucane jak przedmioty słowa nie składają się na dramatyczną progresję. Poruszają katalog codziennych, drobnych spraw, obnażających przepaść pomiędzy nimi, która raz odkryta, zawsze pozostaje tak samo głęboka. W pewnym momencie jednak następuje znaczące przesunięcie. Słyszymy coraz wyraźniej, jak na pierwszy plan wysuwają się sprawy finansowe, a ich słowa zawłaszcza język ekonomii. „Przesuną mnie do innego działu. Szef mówił o redukcji”. To nic, Ona zostanie w domu, nauczy się w końcu gotować, zagospodaruje czas, którego nikt nie chce jej wynagrodzić. Zdają sobie sprawę, że mogą utracić nawet to, co mają teraz. Nieważne, jak wielki jest to koszmar, ogarnia ich lęk i tęsknota. „Będzie lepiej, tylko trzeba gonić”. „Dokąd?”. „Do końca”. „Jak długo?”. „Ile należy”. Jest jej obojętne, czy On wróci za tydzień czy jutro. Ważne, aby to było w innych okolicznościach, innej sytuacji. „Chciałabym coś zmienić”. Żeby nie musieli się codziennie mijać, pracować do późnych godzin, wracać do domu tylko na kolację i sen, podlizywać się szefom, nadstawiać karków. Na odmianę przyjdzie czas później, w niejasnej przyszłości. Wtedy nareszcie wyjadą na urlop, odpoczną, zaproszą znajomych, i to bez wstydu, że „tak się nie mieszka”. Wspominają czasy, gdy się poznali. Wracając do chwili pierwszego spotkania, Ona snuje alternatywne scenariusze, w których usiadłaby naprzeciw Niego, i mogliby poznać się od nowa, ale już w innych czasach, innym państwie i innym systemie. Gdzie nie będą musieli kupować słoika dżemu 20 procent gratis, taniej śmietanki oraz kawy, która nie ma zapachu i smaku. Spiss oto wbija klin w porządek naszej percepcji, każąc wielokrotnie oglądać się wstecz. Może wszystko to, co usłyszeliśmy do tej pory, to wielka symulacja? Że wszystko, co braliśmy za wydrążenie


z emocji, jest tak naprawdę wydrążeniem z materii? Wariacje na temat zmiany mieszkania, zamówienia projektanta wnętrz, remontu łazienki, nowych krzeseł, lampy i szafy – to tylko bezsilna fantazja i zaklinanie rzeczywistości. Bohaterzy mogą co najwyżej poprzestawiać stare meble. Nie mają czasu wypaść na miasto, bo ich zwyczajnie na to nie stać. Do przyjaciół wstydzą się chodzić, bo trzeba tam opowiadać, co słychać w pracy, co się kupiło i gdzie się było. „Cena nie gra roli” to puste zaklęcie, pozbawione mocy, chociaż koi. Na chwilę. „Mogłabym odejść z pracy”. Zapewne musi odejść, ale mówi „mogłabym”, żeby osłabić śmiertelny cios losu. Może oboje są bezrobotni, a tylko wychodzą codziennie rano, punktualnie jak kiedyś, włóczyć się po mieście w ostatnich eleganckich ciuchach, żeby tylko zrobić coś ze sobą, poudawać przed przechodniami. Powiedzielibyśmy kiedyś, że to aspiracja bycia klasą średnią. Dziś powinniśmy zamazać to pojęcie i powiedzieć: dołączyć do tych, którym się udało. Oboje nie chcą mieć dziecka. Najpierw muszą zostać „tymi, którym się udało”, aby dopiero wtedy wydać je na świat, dając mu szansę bycia dumnym ze swoich rodziców. Rodziców, którzy przecież sami są „dziećmi” swej epoki, tak jak sytuacja ukazana przez Spiss jest „dzieckiem” ich społecznej pozycji. Obserwują dookoła pary żyjące na poziomie, potrafiące cieszyć się sobą, słuchać, wygłupiać. A oni są razem od 10 lat, pewnie co roku albo nawet codziennie powtarzają sobie, że już niedługo wszystko się zmieni. „Wszyscy tak żyjemy. Trzeba zasłużyć. Jeszcze nie czas”. Ich rozsta-

nie łatwo przewidzieć: zostają „przyjaciółmi”, dzielą mieszkanie, obiecują kartki na święta. To późna nauczka, że byt określa emocje. Dziecko to świat po roztrzaskaniu Kryształowego Pałacu, utrzymującego Europę i świat w iluzji spokoju i dostatku. To nie szaleńcza konsumpcja, ale właśnie jej brak czyni z rzeczywistości miejsce przepełnione niespełnieniem i frustracją. Kryzys ekonomiczny, rozpad idei wspólnotowych, konflikty pokoleń – wszystkie te „systemowe” problemy, o których codziennie słyszymy z mediów, wlewają się do naszych domów, naznaczając na długie lata życiorysy i relacje. Pozbawiają szans na godne życie kolejne rzesze młodych, tworzą podglebie dla populistów i szowinistów, zamykają ludzi w domach. Wyobrażam sobie, że w klimacie tej sztuki wcale nie musi dominować senność i marazm. Byłoby bardziej przerażająco zagrać ją dynamicznie, beztrosko, bez wagi wypowiadanych słów, podczas codziennej krzątaniny po domu, parzenia wody i poprawiania zasłonek. W pastelowym, kanciastym świecie mieszczańskiego wnętrza, z upiornymi uśmiechami na twarzach à la teledysk Black Hole Sun Soundgarden czy przedmieść, gdzie trafił Edward Nożycoręki. Dramatopisarka streszcza się i zawsze celuje w ekstrakt. Nie przedstawia rozwoju relacji, przeszłości, pomocnych nam sytuacji do pełniejszego zrozumienia. Liczą się tylko najważniejsze zdania. Tak jakby nie mogła czekać z ukazaniem nam przerażającej śmierci współczesnych komiwojażerów. Zwołuje czym prędzej na pogrzeb, abyśmy nie musieli już dłużej ukrywać łączącego nas pokrewieństwa.

65


Eseje

Ziemia, jeż i adidasy Rozważania o wierszu J.M. Rymkiewicza pt. Ogród w Milanówku — palenie gałęzi Katarzyna Northeast

S

kąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Tytuł obrazu Paula Gaugina stanowi przełom w rozmyślaniach natury egzystencjalnej. Człowiek od dawna dążył do rozwiązania tej zagadki i każda epoka proponowała różne odpowiedzi, czasem niepokojące i  pozbawiające złudnych nadziei. Postać znajdująca się w ogrodzie w Milanówku stoi w obliczu pewnego mikrokosmosu, w którym te pytania nie tracą na wartości, lecz przeciwnie – wzmagają się. Bohater patrzy na świat jak przez lupę – widzi każdy element: od milczącego jeża po równie milczącego Boga, a jednocześnie niczego nie widzi, bo jego egzystencją kieruje nie-widzenie. W wierszu Jarosława Marka Rymkiewicza pt. Ogród w Milanówku – palenie gałęzi1 czytelnikowi stawia się pytanie o status ontologiczny różnych bytów, ale przede wszystkim człowieka. Jakie jest miejsce bohatera lirycznego w świecie? Kim jest dla niego Bóg? I wreszcie – dlaczego nosi adidasy? Przemijanie Tytuł wiersza zarysowuje sytuację liryczną i problematykę wiersza. Ogród w Milanówku – tak jak w przypadku większości wierszy w tomie rzecz dzieje się w mikrokosmosie ogrodu, który stanowi alegorię świata. Druga część: palenie gałęzi okazuje się istotną informacją, określa porę roku, w której ma miejscesytuacja liryczna – jesień. W  kontekście całego tomu poetyckiego pory roku są niezwykle istotne. Wyznaczają one rytm życia w ogrodzie, decydują o pewnej harmonii, która daje człowiekowi punkt oparcia. Istnieją w życiu fenomeny, których możemy być pewni i jednym z nich jest następstwo sezonów – kosmiczny porządek. Jesień jednocześnie łączy się nierozerwalnie z osobą starca grabiącego liście. Powszechność metafory „jesień życia” jednoznacznie nasuwa skojarzenia z przemijaniem i śmiercią. Nie jest to jeszcze zima, ponieważ bohater jest w stanie grabić liście, a więc pozostaje sprawny fizycznie. Z czasem jednak ślepnie – świat i życie stają się przez to coraz mniej widoczne, ciemniejsze. Co do wszechobecności śmierci w wierszu nie ma najmniejszej wątpliwości. W ogrodzie wszystko umiera (ślepnie) – od palonych gałązek, które spadły z drzewa, poprzez ziemię i czas, aż po wielkie oko Opatrzności. Ślepota jednak ma też drugie znaczenie, silnie zaznaczone w tekście, a mianowicie niemożność poznania. Nikt, nawet Bóg, nie wie dokąd zmierza świat. Również czas, który stano1

Jarosław Marek Rymkiewicz, Zachód słońca w Milanówku, Warszawa 2002.

Ilustr. Katarzyna Domżalska

wi przecież teraźniejszość, przeszłość i przyszłość, nie wie. Wydaje się, że to zaprzeczenie poznawalności jest wyraźniejsze niż aspekt umierania. Człowiek, zgodnie z myślą stoicką, umiera przez całe swoje życie, próbując jednocześnie znaleźć jakiś sens. W wierszu tymczasem wyraźnie zaznacza się, że nikt i nic nie zna odpowiedzi na nasze pytania: „Ślepa jest ziemia ogień życie twe przemierza”, ani Bóg zatem ani ziemia nie milczą z powodu kaprysu czy przez upór. Dźwięki w ogrodzie Jaki więc jest świat ogrodu? Poza wszechpanującym agnostycyzmem, na plan pierwszy wysuwa się obraz ziemi – ślepej, ciągle dającej o sobie znać, bo aż pięć razy podmiot liryczny powtarza ten epitet w refrenie. W naszym kręgu kulturowym wydaje się, iż jest to prawda oczywista. Ziemia jako byt biologicznie nieożywiony nie może widzieć ani fizycznie, ani transcendentnie, to Bóg jest „wielkim okiem”, opatrznością. Ziemia jednak jawi się w wierszu jako byt o wiele istotniejszy od Stwórcy. Nie tylko stanowi kolejne odniesienie do śmierci, jako ziemia wołająca starca, proch, w który ciało się zmienia oraz miejsce, gdzie człowiek zostaje pogrzebany. Przede wszystkim jest ona tym bytem, który „pamięta niepamiętne czasy”. Ten oksymoron antropomorfizuje i waloryzuje materię reprezentowaną przez ziemię. Staje się ona odwiecznym bytem. Jednocześnie jednak jest ślepa – widzi jedynie przeszłość, a w przyszłość spojrzeć nie może. Ślepota w tym wypadku jest stałą cechą ziemi. Nie mamy więc do czynienia z procesem, lecz niezmiennym stanem. Inną właściwością ogrodu jest harmonia, o której była już mowa, a którą wyrażają dwie kategorie: muzyka i geometria. Pierwsza zostaje przywołana bezpośrednio w aluzji do ósmego kwartetu smyczkowego Dymitra Szostakowicza. W jaki sposób dzieło wpisuje się w treść wiersza? Z jednej strony dedykacja ofiarom faszyzmu i wojny, jaka została dołączona do utworu, przywołuje temat śmierci, jako kary bez zbrodni (czyli takiej, której, według niektórych egzystencjalistów, podlega człowiek). Z drugiej strony tonacja ósmego kwartetu – c-moll – nadaje ogrodowi odpowiedni nastrój: nie tylko melancholii, ale też grozy. Przede wszystkim jednak ósmy kwartet jest odzwierciedleniem ładu panującego w świecie. Osiem stanowi podwojenie czterech, zatem widać pewną symetrię w tym pozornym chaosie świata. Pośrednim sygnałem ładu jest z kolei rytmika i muzyczność tekstu. Układ akcentów (wielokrotnie padających na co drugą sylabę) przypomina nawet metrum czterech czwartych w utworze Szostakowicza. Muzyczność i taneczność wyraźnie widać


Eseje

w zawołaniach do gałęzi: „Do ognia gałązeczko! W ogień suche wino! (…) Gałązeczki listeczki rzuć to na ognisko (…) Na te grusze derenie sosenki kochane”. Skoczność i lekkość dodatkowo potęgują formy zdrobniałe. Innym odwołaniem do harmonii jest struktura tekstu – klamra kompozycyjna, do której wrócimy w dalszej części rozważań. Kolejną cechą naszego mikrokosmosu jest poznawanie go sensualnie. Chodzi tu głównie o zmysł wzroku, ale także słuchu i węchu. Ten ostatni jest ledwo zasygnalizowany w wierszu, a odczuwany w sytuacji palenia liści. Wielokrotnie przywoływane ognisko buduje atmosferę wiersza i nadaje ogrodowi zapach dymu, charakterystyczny jesienią dla ogrodów. Dźwięki z kolei ujawniają się w przywoływanej wyżej rytmice i melodyjności tekstu, ale również w retorycznych chwytach dźwiękonaśladowczych. Dzięki nagromadzeniu głosek /sz/, /s/, /ś/, /c/ (np. w wersie: „Z gałązek z liści jesteś tutaj cały” lub „Jeszcze przyjrzyj się światu popatrz się z wysoka”) niemal słyszymy szelesty gałęzi, liści, suchej trawy, w której ukrywają się jeże. Ponadto znaczące jest połączenie zmysłu wzroku ze słuchem - „Ślepnące wielkie oko patrzy w głąb milczenia”. Panująca cisza staje się wymowną ciemnością, którą reprezentuje głębia. Zatem milczenie również symbolizuje ślepotę. Przede wszystkim jednak na plan pierwszy wysuwa się zmysł wzroku, jako narzędzie poznawania świata. Niewidzenie kontrastuje z widzeniem i mimo że starzec traci wzrok, to obraz ogrodu jest dla niego wyraźny. Podmiot mówiący nie tylko wzywa go do „przyjrzenia się światu”, lecz także do „popatrzenia się z wysoka”. Bohater może więc zobaczyć świat z różnych perspektyw. Dużą rolę w poznaniu naocznym odgrywa kolorystyka. Poza barwami jesiennymi (susz, liście, gałęzie), mamy wyraźnie zaznaczoną biel kapelusza i opozycję światła i mroku. Im bardziej człowiek zbliża się do śmierci, tym ciemniejszy staje się świat. Jego metaforyczna wada wzroku wydaje się być kurzą ślepotą – coraz silniejszym zaciemnianiem otoczenia. „Ślepnące twoje oko czego w mroku szuka/ /Światło cię oszukało noc cię nie oszuka” – podmiot zdaje się wykazywać, że dopiero w ciemności, a więc w chwili śmierci, człowiek pozna prawdę. Kim on jest? Gdy już omówiony został przedmiot, świat ogrodu, warto skoncentrować się na podmiocie-starcu, jeżeli rzeczywiście można go określić podmiotem. Podstawowe pytanie brzmi: kim jest i jakie zajmuje miejsce w świecie przedstawionym? Żeby z kolei na to pytanie odpowiedzieć, należy zatrzymać się przy sytuacji lirycznej. Wyżej wspomniano o specyficznej strukturze tekstu. Ów ład polega na wprowadzeniu klamry kompozycyjnej niewidocznej na pierwszy rzut oka, a dzielącej tekst na korpus i ramę tekstu. Ten podział z kolei powoduje, że mamy do czynienia w wierszu z dwoma głosami mówiącymi. Pierwszy wypowiada się w ramie, czyli w pierwszych dwóch i ostatnich (też dwóch) dystychach. Występuje on także w pierwszej strofie korpusu, ale tej strofy nie przyłączam do ramy. Skąd taki podział? Otóż pierwsza strofa stanowi paralelę ostatniej, a druga – przedostatniej. Są one symetryczne i wzajemnie się uzupełniają. Podmiotem ramy jest osoba spoza ogrodu, przezroczysty obserwator. W korpusie mamy do czynienia z inną sytuacją liryczną – nadawca zwraca się bezpośrednio do odbiorcy. „Do ognia gałązeczko! W ogień suche wino” – te słowa wskazują, iż podmiotem może być starzec, śpiewający piosenkę do palonych przez siebie gałęzi. Refleksja: „Nawet nie wiesz kim byłeś chłopcem czy dziewczyną” jest drwiną, ironicznym stwierdzeniem. Stawia ona starca na poziomie

67 53


Eseje

wyższym (zgodnie z drabiną bytów świętego Tomasza) niż winorośl, która straciła życie i ma być właśnie zamieniona w proch. Starzec wobec gałęzi pełni funkcję Boga. Decyduje o tym, że zostaje spalona. Ponadto przewagą starca, jeśli rzeczywiście wypowiada te słowa, jest jego określoność. Wino – rodzaj nijaki – zostaje zdegradowane wobec starca, który wie, że jest chłopcem (a przynajmniej nim był). Kolejna jednak strofa wprowadza cień wątpliwości, co do osoby mówiącego. Pojawia się kolejne szyderstwo: „Byłaby niespodzianka – gdybyś ty miał duszę”. Można powiedzieć, że starzec ponownie próbuje ośmieszyć winorośl. Ale tutaj pojawia się rodzaj męski w  formie czasownika „mieć”. Gdyby słowa były rzeczywiście kierowane, jak wcześniej, do wina, czasownik powinien przybrać formę rodzaju nijakiego: „miało”. Zaznacza się więc pewien dwugłos w  tekście – z  jednej strony starzec śpiewa piosenkę gałęziom palonym w  ognisku, z drugiej zaś do starca odzywa się… Ktoś. Im bardziej rozwija się „piosenka”, tym wyraźniejszy staje się ten drugi głos i tym samym – starzec milknie. Kim jest ów Ktoś? Z pewnością stanowi głos immanentny, drwiący ze starca, tak jak bohater ośmiesza gałąź. Nie jest jednak Bogiem, a raczej kimś spoza mikrokosmosu, jakim jest ogród. Starzec zatem w sytuacji lirycznej posiada zarówno podmiotowość, jak i przedmiotowość. Tę pierwszą względem liści i gałęzi (czyli tu nadal stoi drabina bytów świętego Tomasza), drugą zaś wobec rzeczywistości. Owa rzeczywistość z kolei dowodzi, że człowiek tak samo zamieni się w proch jak gałęzie; tak samo się spali – od początku swojego życia jest skazany na śmierć, płonie „w ogniu życia”. Dlatego też nazwany zostaje „bliźniakiem starej sroki” i „młodszym bratem jeża”. Wobec marności świata staje na równi z każdym bytem w ogrodzie. Elementami spajającymi są: rozkład i ślepota. Dlatego też jako byt niczym nie różni się od ziemi czy Boga. Właśnie przez wrzucanie gałęzi do ognia staje się alegorią Absolutu, można by rzec „senex-Deus”. Jednocześnie susz odzwierciedla jego własną egzystencję. W tym sensie dualizm charakteryzuje bohatera. Nie jest to barokowy podział na ciało i duszę, gdyż człowiek „ma tylko ciało i kapelusz biały”, lecz raczej trwanie na pograniczu podmiotowości i przedmiotowości. W tym kontekście warto też zatrzymać się przy słowach: „Jeszcze przyjrzyj się światłu, popatrz się z wysoka”. Pozorna niepoprawność gramatyczna wynika z połączenia wyrazów: „popatrz” z „się”. Pierwszym odruchem czytelnika jest myśl, że powinno być „przypatrz się”. Ale może chodzi o ukazanie perspektywy – „popatrz się z wysoka” w znaczeniu: „popatrz na siebie z wysoka”. Mieszkańcy, lub jedynie bywalcy, ogrodu Tę sytuację także reprezentują: jeż i sroka. Z jednej strony motyw ptaka i jeża powtarza się niczym refren w całym tomie, z drugiej jednak istotne jest to, że właśnie te zwierzęta pojawiają się w analizowanym wierszu. Dlaczego nie, na przykład, kot? Zestawienie ptaka z jeżem stanowi kontrast – pierwszy lata ponad ziemią, drugi do niej przylega. W trzeciej strofie utworu ukazują się analogiczne bieguny: kapelusz i adidasy, co potwierdzają słowa: „I twój kapelusz biały - jest jak stara sroka”. Nie ma tu jednak wartościowania. Adidasy bowiem są równie dziurawe, jak kapelusz. Co oznacza ta biegunowość? Być może życie. Człowiek im bliżej jeża i adidasów, czyli ziemi, tym bardziej chyli się ku śmierci. Istota ludzka, póki żyje, pozostaje między kapeluszem a adidasami. Jest bliźniakiem sroki, ale zarazem młodszym bratem jeża, czyli dojrzewa do wieku, w którym, podobnie jak jeż, złączy się z ziemią. Ilustr. Katarzyna Domżalska


Wołanie Boga Kim jest Bóg w ogrodzie w Milanówku? Najlepiej na to pytanie odpowiada klamra kompozycyjna tekstu. Wyżej wspomniano o paralelności strof. Żeby ją ukazać, trzeba połączyć odpowiednie wersy. Zacznijmy więc od drugiej i przedostatniej strofy: W ogrodzie ślepy starzec w starym kapeluszu/  W ogrodzie ślepy starzec pot ociera z czoła/ Grabi liście – w ognisko rzuca garstkę suszu/  Woła go ogień ziemia ślepy Bóg go woła/ Powyższe zestawienie potwierdza tezę o przenośnym znaczeniu gałęzi – są one metaforą ludzkiego życia. Ślepy starzec rzuca susz w ognisko, jednocześnie sam jest tak wrzucany przez ślepą ziemię, ślepego Boga. Woła go ogień ziemia ślepy Bóg go woła – widać tu pewien porządek chronologiczny rozkładu człowieka. Z początku ciało, już za życia, ulega stopniowemu rozkładowi, po czym trafia do ziemi, żeby ostatecznie dotrzeć do Boga. Tu jednak ta hierarchia jest nieco zaburzona z powodu braku znaków interpunkcyjnych. Statusy ontologiczne Boga, ziemi i ognia zostają ujednolicone. Ślepy czas ślepa ziemia ślepe są istnienia/  Ślepa jest ziemia patrzy na swe ślepe dzieci/ Ślepnące wielkie oko patrzy w głąb milczenia/  Tam w mroku trochę światła tam okienko świeci/ Wszelkie istnienia są „dziećmi” ziemi, a nie Boga, który ukrył się gdzieś poza ogrodem i starzec nie może go znaleźć. Już w strofie otwierającej wiersz zastanawia nas hierarchia: czas, ziemia, istnienia i oderwane od reszty ślepnące wielkie oko w drugim wersie. Czy jest to oko opatrzności? W wielu tekstach czyta się, że Zachód słońca w Milanówku usuwa Boga z ogrodu, jako byt, którego nie można poznać. Czy tak jednak rzeczywiście jest? Jeżeli pójść tropem zaproponowanych wyżej paralelizmów, to można dojść do wniosku, że odpowiednikiem wielkiego oka (jednoznacznie kojarzącego się z Opatrznością, Bogiem) jest okienko, które świeci. Być może więc jest jakaś odpowiedź, którą oczywiście człowiek otrzyma dopiero po śmierci. Ostatni wers daje starcowi odrobinę nadziei. Odrobinę, bo w mroku może odnaleźć trochę światła, małe okienko. Skąd przychodzimy? Kim jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Ostatecznie w utworze nie pada jednoznaczna odpowiedź. Bo z jednej strony, świat ogrodu jest światem zlewania się statusu ontologicznego poszczególnych istnień, z drugiej zaś każdy byt żyje swoim własnym życiem. Jest jeden jeż i jedna sroka, jedna ziemia, jeden czas – wszystko wydaje się utrzymywać swój indywidualizm. W powyższych rozważaniach wielokrotnie wskazywano na ład świata, tak silnie zaznaczanym zarówno w treści, jak i w formie. Pojawia się jednak jeden element burzący ten ład – adidasy. Dlaczego nie buty, półbuty lub kalosze, które, swoją drogą, o wiele bardziej oddałyby charakter jesieni. Adidasy swoją sztucznością, nowością wprowadzają pewien zgrzyt do tekstu, stanowią „fałszywą nutę w kwartecie”. Są one tylko raz przywoływane, ale tak silnie wyróżniają się, że nie sposób przejść obok nich obojętnie. Być może ich biel wprowadza podobieństwo butów do kapelusza i przez to skraca odległość między biegunami. Nie da się jednak ukryć, że motyw adidasów burzy barokowy porządek tekstu i tym samym – ład mikrokosmosu, jakim jest ogród w Milanówku.

69


Jest fajnie, bo wszyscy jesteśmy nienormalni Magdalena Zięba

N

iedawno spostrzegłam, że mieszkając w Oxfordzie, jestem odcięta od jako takiego „prawdziwego” świata, a moje problemy sprowadzają się do spraw przyziemnych i jakże dalekich od ponurych dyskusji na temat losów świata. Oddalona od znajomych, będących zawsze podstawowym źródłem wszelkich informacji (tak, nie ma to jak mieć wielu przyjaciół, zajmujących się skrajnie różnymi rzeczami), jestem otoczona bańką nieświadomości, a jednocześnie staję się naczyniem absorbującym najdziwniejsze wiadomości. Na tym jednak się nie kończy, bo zmieszanie ich z zewnętrznymi bodźcami w postaci brytyjskich freaków doprowadza do wrzenia i bulgotania w mojej podświadomości, wyczyniającej cuda w snach i na jawie. Zatem, podążając za słowami Kurta Vonneguta: „Życie jest zabawne, kiedy się tylko przestać nad nim zastanawiać”, przytoczę kilka opowiastek z życia wziętych, nad którymi raczej nie warto się zastanawiać, należy je natomiast wziąć za żarcik (bynajmniej, nie zawsze dobry). Jak to w kiepskich opowieściach, wszystko zaczęło się od pewnej szalonej nocy. Była to noc, która na zawsze zmieniła mój obraz Oxfordu, miasteczka dotąd kojarzącego mi się tylko z domami w kolorze skóry oraz jeżdżącymi na rowerach studentami w czarnych, powiewających togach. Owej nocy wybraliśmy się z T. na tańce, żeby trochę pomachać rękami i nogami, a przy okazji się nieco uspołecznić. Zupełnie nieświadomi trafiliśmy do przedziwnego miejsca – dwa dancefloory, na obydwu tak samo transowa muzyka, będąca pomieszaniem techno, psy, drum’n’bassu, Ilustr. ER

reagge i Bóg wie, czego jeszcze. Po pierwsze, nigdy nie słyszałam tak dziwacznej (a jednocześnie cudownej!) mieszanki muzycznej; po drugie, kto to widział, żeby człowiek z dredami do pasa podskakiwał rytmicznie i niemal aerobowo do mocnego techno?! Uwielbiam takie niejasne połączenia, dlatego czym prędzej dołączyłam do podskakującej gromady, nie przejmując się „niedopasowaniem”. Prędko okazało się, że w miejscu, do którego trafiliśmy, nie obowiązywała na szczęście żadna etykieta, a wręcz uprawnione było wyróżnianie się z tłumu – chociażby neonowożółtymi podkolanówkami naciągniętymi na męskie spodnie oraz bezpardonowym sączeniem herbaty i spożywaniem herbatników na środku opanowanego przez gawiedź umiłowanego danceflooru. Tam właśnie, jakiś czas później, spotkaliśmy też młodą Rosjankę, wydającą się  uwielbiać wszystkich i wszystko, a to dzięki magicznym substancjom, które skrywała w swej malutkiej torebeczce. Kiedy już ochłonęłam po przeżyciach weekendowych, okazało się, że na Polskę spadła Bomba w postaci książki Karoliny Korwin-Piotrowskiej, którą emocjonują się blogerki, dziennikarze i przerażeni celebryci. Ja nie czytałam, bo chyba nie dystrybuują tego zacnego dzieła w Anglii, ale nawet gdyby, to raczej bym się nie skusiła. Może tylko mi się wydaje, ale czy to jest „literatura” z rodzaju „moje zwierzenia, moje cynizmy, mój ubaw, bierzcie i jedzcie z tego wszyscy”? Nie wiem, dlaczego zewsząd atakują mnie kolejne opinie na temat tej książki. Mam tylko nadzieję, że choć trochę przyczyni się do pozytywnej zmiany w celebryckim światku. K.K.P. nie lubi podobno Kuba Wojewódzki, a ten, jak się okazuje, ma ponoć predyspo-

zycje do uprawiania polityki. Nie wiem, jakie to predyspozycje, ale najważniejsze, że to on właśnie jest zatroskany o losy naszego kraju. Chyba jego zatroskanie objawia się między innymi narodzinami nowych pasji, w tym fotografii o tematyce „Akt”. Zgrabnie przechodząc od nagości do tego, co się na nią zwyczajowo nakłada, moje kolejne najnowsze odkrycie to tak zwane blogerki modowe. Tutaj też pojawia się pewna wątpliwość związana ze słowem „modowy”, bo czy coś takiego w ogóle istnieje? Na czym ta ich modowość polega, też nie jest dla mnie zbyt jasne, bo jak zaglądam na ich strony to patrzą się na mnie one, w różnych pozach i  z  różnymi minami, choć zazwyczaj przeważa obojętność na twarzach. Zawsze sądziłam, że moda jednak na czymś innym polega… Po raz kolejny okazuje się jednak, że mało wiem albo po prostu całkiem przez to techno otępiałam, bo Robert Kupisz mówi, że modą jest „to, co się sprzedaje”. Doprawdy, a co z haute couture, której istotą jest, że się raczej nie sprzedaje? A może po prostu moda to moda ulicy, trendy na szmatki, farbowane skarpety, turbany na głowie lansowane na „feszyn” weekach, moda od Rihanny w Top Shopie, Beyoncé w reklamach H&M, a haute couture to sztuka już elitarna i z wyższej półki? Czuję się tym wszystkim lekko zakłopotana, a najbardziej bym chciała, żeby mi to wszystko ktoś ładnie wytłumaczył, może rozrysował na diagramie… Cieszę się tylko, że w Anglii, oprócz ganiających po londyńskich ulicach szaleńców z tasakiem, są też muzułmanie z Bull Lane w Yorku witający nacjonalistów herbatą. Śmiać się czy płakać – oto jest pytanie. Najważniejsze, że wszyscy jesteśmy trochę nienormalni.


Między komizmem a rasizmem Szymon Makuch

N

a rynku muzycznym co jakiś czas pojawiają się jednostki czy zespoły kontrowersyjne. Czasem wynika to ze stylu bycia, wizerunku artystów, innym razem z powodu tekstów. Jednych bulwersuje Doda wygadująca bzdury na temat Biblii, kogoś innego Nergal ową księgę targający. Kukizowi i Piersiom sądowo zakazano śpiewania piosenki ZChN zbliża się, Krzysztofowi Skibie z Big Cyca natomiast na jakiś czas zakazano publicznych występów za pokazanie tylnej części ciała ówczesnemu premierowi Jerzemu Buzkowi podczas jednego z koncertów. Jak można się było spodziewać, ktoś w końcu skierował do prokuratury sprawę piosenek popularnego ostatnio zespołu Bracia Figo Fagot. Muzycy, a może właściwie „muzycy”, robią w naszym kraju furorę, między innymi wśród środowisk studenckich – występowali ostatnio w wielu miastach na imprezach juwenaliowych. Generalnie idea funkcjonowania zespołu sprowadza się do parodiowania disco polo przy pomocy ostrych, wulgarnych i prymitywnych tekstów. Jeżeli bliżej się wczytać, to można znaleźć tam słowa teoretycznie urażające różne grupy społeczne. Czy jednak należy to brać na poważnie? Bartosz Walaszek i Piotr Połać znani są z dość specyficznego humoru już od dawna. To oni są współodpowiedzialni za kreskówki typu Kapitan Bomba czy Poradnik prawdziwego mężczyzny. Cechą wspólną wszystkich tych produkcji jest właśnie rubaszność, wulgarność, przewijający się szowinizm czy homofobia. Tytułowy Kapitan Bomba podróżuje przez kosmos, w którym niemal wszystkie miejsca mają nazwy oparte na wulgaryzmach, kosmici wyglądem przypominają

genitalia, a sam bohater ciągle nazywa innych tępymi ch… W Poradniku prawdziwego mężczyzny bohater udziela natomiast rad na temat relacji z kobietami, które są sprzeczne z  jakimikolwiek zasadami savoir-vivru i opierają się na szowinistycznych poglądach o wyższości mężczyzn nad kobietami. Niektórych produkcje tych panów drażnią, mało kto jednak brał je dotąd na poważnie, gdyż dało się dość jasno dostrzec, że ostrze satyry jest tam dwustronne. Muzyka Braci Figo Fagot również porusza się w podobnej tematyce, na przemian wskazując na kwestie relacji damsko-męskich (przekonując szczególnie o większej opłacalności korzystania z domów publicznych niż trwania w związkach), alkoholu (jak w ostatniej piosence Wóda zryje banię traktującej o dyskotekowym podrywaczu), seksu czy stosunku do innych narodowości. Aktualny szum medialny wiąże się z protestami Stowarzyszenia Romów, którzy dopatrują się w tekstach rasizmu i nawoływania do nienawiści. Media przerzucały się cytatami typu: „A nie mówiłem moja kochana, wyskrob proszę tego Cygana”, „Cygan to złodziej i tak już zostanie”, „Nikt tak nie kradnie jak Cygan z cygańskiego taboru”. Postuluje się zakaz śpiewania tego rodzaju utworów w obawie przed... pogromami Romów. I właśnie w  tym miejscu człowiekowi włącza się czerwona lampka absurdu. Prymitywną muzykę można lubić lub nie. Kto nie przepada, ma prawo nie słuchać. Przypisywanie autorom tekstów przymiotów szowinistów, rasistów i tym podobnych wydaje się lekko przesadzone, zwłaszcza że wszystkie występy, teledyski, nawet wywiady z nimi, dość wyraźnie sugerują, że Połać i  Walaszek posługują się konwencją pasti-

szu, drwiąc zarówno z muzyki disco polo, jak i pewnych typów myślenia, charakterów czy właśnie rasistowskich uprzedzeń. Skąd więc ten problem? Czasem mam wrażenie, że nasze społeczeństwo ma chyba duży problem z odczytywaniem ironii. I nie dotyczy to wyłącznie osób, które pałają świętym oburzeniem do takich zjawisk jak muzyka Braci Figo Fagot. Chodzi również o ich sympatyków, którzy czasem odbierają to wszystko na poważnie, krzycząc potem na koncertach „jebać Cygana”, co niestety przekracza już pewne granice. Generalnie jednak sądzę, że niektórzy powinni sobie nieco schłodzić głowy. Kiedyś już bulwersowano się, gdy Media Markt w reklamach wołał „Nie dla idiotów!”, co zdaniem niektórych miało sugerować, że osoby kupujące gdzie indziej są idiotami (skąd ten wniosek, do dziś nie wiem, ale skończyło się w Sądzie Ochrony Konkurencji i Konsumentów). Teraz pada argument o zachęcaniu do pogromów na tle narodowościowym. O ile zgodzić się można, że teksty o Romach można uznać za obraźliwe, o tyle twierdzenia o potencjalnych aktach przemocy spowodowanych juwenaliowymi koncertami discopolowych parodystów zakrawają już na groteskowy żart. Wiemy dobrze, że w naszym kraju uprzedzenia do różnych nacji były, są i będą, mniej lub bardziej nasilone, ale akurat trudno uwierzyć, że ich źródłem czy katalizatorem będzie kilka banalnych piosenek. Bracia Figo Fagot nie są wieszczami narodu, nie są grupą, która ma zamiar przekonywać Polaków, co należy robić. To jedynie pewien dowcip muzyczny, który przeminie za rok, dwa, jak wiele innych zespołów. Czy jest sens robienia wokół nich takiego szumu?

71


Orzeł może? Michał Wolski

P

atriotyzm trzeba wspierać. O patriotyzm trzeba dbać, o polską świadomość kulturową walczyć, z  polskimi chimerami rozprawiać się zażarcie i metodycznie. Nie jestem może jakimś szczególnie gorliwym patriotą, każdy – przy odrobinie wysiłku – może zarzucić mi antypolskość i przekonania godzące w patriotyczny tradycjonalizm. Ale nawet ja – maleńki żuczek, listek na wietrze historii, pyłek wobec tych wszystkich wielkich spraw – zdaję sobie sprawę, że patriotyzm jest ważny. Uświadamiają to sobie też włodarze radiowej „Trójki” i „Gazety Wyborczej”, którzy 2 maja zorganizowali fantastyczną pod każdym względem, wyjątkową i na długo pozostającą w pamięci akcję „Orzeł może!” Cóż to był za event! Latające nad miastem helikoptery zrzucające kilogramy ulotek z nowoczesnym, postmodernistycznym, wręcz luzackim orłem, propagujące takiż właśnie nowoczesny i postmodernistyczny patriotyzm. Oczywiście, jak ogólnie wiadomo, zrzucanie na miasto ulotek jest powszechnie uznanym i skutecznym środkiem aplikowania ludziom postaw patriotycznych, wszak to właśnie robili niemieccy żołnierze w 1939 roku, zrzucając tony materiałów propagandowych na polskich żołnierzy. W obu przypadkach efekt przerósł najśmielsze oczekiwania. I jeszcze treści na tych ulotkach. Po co malować luzackiego orła na czerwonym, flagowym tle, które zgodnie z ustawą o godle, barwach i hymnie Rzeczypospolitej Polskiej z 31 stycznia 1980 roku powinno mieć trójchromatyczną wartość kolorystyczną rzędu 0,5700–0,305–16,0 z możliwością odchylenia 8,0? Tego przecież nikt nawet nie rozumie! Lepiej dać orła (sic!) na wściekłym różu. Różowy Ilustr. ER

jest bardziej modny, częściej występuje na wszelkiego rodzaju dyskotekach, spodoba się dziewczynkom, a i łatwiej go uzyskać bez odwoływania się do niezrozumiałych i archaicznych układów trójchromatycznych. No i nie mogę nie wspomnieć o treściach tych ulotek. „Czy to góry, czy to morze, zapamiętaj: Orzeł może!” Toż to czysta poezja, czuć w tym boski palec, Różewicz z Zagajewskim i Krynickim by tego nie wymyślili, to szczytowe osiągnięcie polskiej literatury patriotycznej, teraz poeci powinni zgodnie i na sygnał odłożyć pióra i zająć się uprawą rzepy, bo w polskiej mowie wiązanej więcej już powiedzieć się nie da. Oczywiście prawdziwy polski patriota na jednej ulotce nie poprzestanie, polski patriota jest maksymalistą, za punkt swojego polskiego patriotycznego honoru postawi sobie zebranie jak największej ilości ulotek, wszak na każdej nadrukowane jest inne dzieło przełomowe dla polskiej literatury. Rzuci się więc polski patriota na ulicę w te pędy, by rzeczone ulotki zbierać, przyciągnie też ze sobą rodzinę i dzieci, bo prawdziwy patriota o niczym innym nie marzy, niż by w środku majowego weekendu kultywować swój patriotyzm. I co z tego, że akurat 2 maja padał deszcz? My, Polacy, nie mamy z deszczem problemu, my na deszcz uwagi nie zwracamy, my deszcz ignorujemy, czy to mecz reprezentacji Polski, czy zbieranie ulotek patriotycznych. Nasz patriotyzm nie jest z cukru, deszczu się nie boi. A że większość sypiących się z nieba ulotek została na dachach, bo gęstość zabudowy Wrocławia (oczywiście, tej poniemieckiej) nie sprzyja działaniom patriotycznym – tym lepiej! Z biegiem czasu wiatr rzeczone ulotki zwieje i będzie metodycznie obsypywał nimi przechodniów na wrocławskich ulicach,

bezustannie przypominając im o ich patriotyzmie. Minął już niemal miesiąc od całej akcji, a do dziś w niedomiecionych kątach wrocławskiego rynku czają się hałdy różowej, nowoczesnej polskości. To jednak jeszcze nie koniec. Prawdziwi patrioci, którzy uzbierali naręcza ulotek, mogli je wymienić na fantastyczne, patriotyczne gadżety. To jest właśnie to! Dziś o patriotycznym gadżecie marzy przecież każdy. Prawdziwy patriota to przecież ten, który dumnie nosi koszulkę z logo „Orzeł może”, który z orlego kubka pije kawę, w ręku ma orli balonik, a na głowie orlą czapkę. Tak! Po tym poznasz, że człek na ulicy spotkany ma polskość w sercu: po czapce i baloniku. Czapka i balonik od zawsze nieodłącznymi są atrybutami polskości. Czapka i balonik stanowią najczystszą syntezę polskiego ducha, wszak Mickiewicz, Narutowicz, Sikorski, Wałęsa – a co tam, nawet Kazimierz Wielki i Frycz Modrzewski – wszyscy do swoich działań o niewątpliwie patriotycznym charakterze przystępowali w czapce i z balonikiem. To czyni Polaka, to z Polaka czyni patriotę, a z patrioty – patriotę nowoczesnego. Czapka i balonik. I nic więcej nie trzeba. Taka luzacka, młodzieżowo szpanerska kampania to oczywiście strzał w dziesiątkę, wszyscy chcieliśmy takiego orła. Uśmiechnięty, rozluźniony orzeł to było to, czego Polsce potrzeba, na takiego orła czekaliśmy i  swoje zadanie spełnia on znakomicie. Pomyślcie, ile zyskałby Kościół katolicki, gdyby zaczął się reklamować hasłem np. „Jezus krezus”. Albo jakby to polepszyło obraz islamu, gdyby postawił na kampanię „Prorok twój ziom”. To jest przyszłość wielkich instytucji i wielkich idei. Aż od tego całego luzu kręci się w głowie. I chce się wymiotować.


Zginąć z ręki Skorpiona Marcin Pluskota

S

KORPION: Nazywam się Skorpion i to mój teren jest. Poprzedni właściciel zniknął. Masz z tym problem, co? Tak myślałem. Idź stąd, zanim się zdenerwuję. Ja dużo wiem o świecie. Ja wszystko widzę i wszystko słyszę. Dlatego… JA: Szanowni czytelnicy muszą mi wybaczyć. On się wprosił i teraz mi grozi. Nie pozwala napisać felietonu. Nie pozwala podzielić wiedzą… SKORPION: Cichaj ciulu, bo ci zaiwanię! Myślisz, że się nie znam? Oglądam telewizję, gazety i Internet. Gospodarka pada, ludzie pracy nie mają. Perspektyw brak. To wina Tuska jest. Rozkrada ten kraj. To pies jest obcych sił. JA: Pozwoli pan, że się wtrącę. On za dużo nie może. Wie pan Skorpion, co to są naczynia połączone? Pan wie, jak działa kryzys? To jest kwestia globalna. SKORPION: Cichaj ciulu, bo ci strzelę z  liścia! Jakby chciał, to by zrobił. Opozycja to ma miliard pomysłów, by żyło mi się lepiej. Da mi zasiłek, pracę, płacę, mieszkanie, żonę, trójkę dzieci, samochód. Dbać o mnie będą. To jest sprawiedliwe. Te zbóje tuskowe to mi dłużej pracować każą! JA: Pozwoli pan, że się wtrącę. Opozycja może mówić, co chce. Nie rządzi. Nie działa. Więc mówi. Wiek emerytalny podnieść było niestety konieczne. W porównaniu z innymi krajami, Polacy pracowali bardzo krótko. Nic w tym dziwnego, że w czasie kryzysu, trzeba było to rozciągnąć. SKORPION: Cichaj ciulu, bo ci z dyńki zarąbię! I jeszcze te podatki! Flaki sobie wypruwam, pięćset godzin na dobę robię, a chciwa łapa Tuska wszystko mi zabiera. Zostawia tylko, żeby na chleb było. Żebym zjadł, nie zdechł i dalej pracował. Zbrodnia! Zbrodnia!

JA: Pozwoli pan, że się wtrącę. Ja rozumiem pana bóle. Ale to tylko tak na razie. Prognozy są dla Polski sprzyjające. Recesji nie ma. Pan proszę spojrzy w perspektywie. Polska się rozwija i będzie się rozwijać. Pan tego nie zobaczy, ale pana dzieci już tak. Czy nie robi się panu cieplej na sercu? SKORPION: Cichaj ciulu, bo ci zrobię pokrzywkę! Jakie dobrze? Polska chyli się ku upadkowi! To jest prawda! Czytam tylko gazety, które mówią prawdę i słucham tylko ludzi, którzy nie kłamią. To są moje autorytety. Syna, córkę, psa na ich cześć nazwę. Oni wiedzą, co się dzieje w tym kraju. Wiedzą, co się dzieje na świecie! Prawda jest taka, że dzieje się źle. JA: Pozwoli pan, że się wtrącę. Żyjemy w  świecie wielu prawd. To, co dla pana jest prawdą, niekoniecznie jest prawdą dla mnie. Wielu kwestii nie jesteśmy w stanie udowodnić. Wiele musimy wziąć na wiarę. Dla wzmocnienia siły naszej argumentacji i  ogólnej ekonomii wypowiedzi, przedstawiamy te niepewne kwestie jako prawdy. Tak jest naprawdę. Ale trudno. Czy nie możemy się pięknie różnić? Co pan myśli? Sztama? SKORPION: Ja cię zaraz ciulu zniszczę! Na strzępy cię rozerwę. Będziesz mi tu tak gadał i idiotę ze mnie robił! Ja wychowałem się w rodzinie heteroseksualnych tradycji! Wiem, co to prawda, wiem, co to dobro, wiem, co to zło! Nie będzie mi tu twoje chore lobby zgiłozachodnich rewelacji serwowało! U nas jest dalej najwyższa kościelna wieża! Choć tu, podejdź, z głowy ci wybiję te pomysły! Źle bym skończył. Zginął z ręki Skorpiona. Na szczęście to tylko literki są. Mogę więc napisać dalej tak. SKORPION: Ma pan sporo racji. Pewniejszy jestem tego, co mówię, ale szanuję pana

zdanie, proszę pana. Pan rozumie, że jestem podenerwowany, cała sytuacja odbija piętno na mojej psychice. W środku jestem delikatny. Te bicepsy i dres to tylko poza. Chronię się przed światem. JA: Rozumiem pana, proszę pana. Ostatecznie, tak bardzo się nie różnimy. Ostatecznie, to wszyscy w tym siedzimy. Ha, ha! SKORPION: Ha, ha! JA: Może skusi się pan, proszę pana, na odrobinę alkoholu? Może jakieś piwo? W Żabce, w promocji, czteropak Kasztelana można nabyć. Co pan na to, proszę pana? SKORPION: Z przyjemnością się skuszę, proszę pana. Proszę nie wyciągać portfela, ja płacę. PAN POLICJANT: A co tu obywatele wyprawiają? Tu jest miejsce publiczne, tu alkoholu pić nie można! JA I SKORPION: Pan się dzisiaj zlituje. Bratamy się. Szanujemy się nawzajem. PAN POLICJANT: O to ważna sprawa jest. To już nie przeszkadzam. Miłego dnia. SKORPION: Pan jest spoko człowiek, proszę pana. JA: Pan też jest równy koleś, proszę pana. SKORPION: Tyle we mnie gniewu siedzi. Mam sporo wad. Bywam paskudny. JA: A ze mną jest inaczej? Wszyscy mamy swoje gorsze dni. Zdrowie? SKORPION: Zdrowie! Następnego dnia razem ze Skorpionem założyliśmy firmę świadczącą usługi z zakresu mechaniki pojazdowej. Odnieśliśmy sukces na rynku polskim. Wszyscy nasi pracownicy mieli umowę o pracę. Ja się ożeniłem. Skorpion się ożenił. Mieliśmy razem szóstkę dzieci. Spokojni o przyszłość, grillowaliśmy co niedzielę do spokojnej starości.

73


Street photo

Zdj. ナ「kasz Konieczny


75


Kontrast czerwiec