Issuu on Google+

 ? Z wielu powodów. Przede wszystkim dlatego, że złapałem afrykańskiego bakcyla. Półtora roku temu stałem mniej więcej w miejscu, w którym zwrotnik Raka wcina się w atlantycki brzeg Afryki. Sahara i ocean. Próbowałem sobie wyobrazić przestrzeń, która się przede mną rozciągała. Gdybym mógł tak daleko rzucić okiem, prawdopodobnie oko nie trafiłoby w nic aż do Morza Czerwonego. Spojrzałem w prawo, w stronę południa. Co tam jest? Tam za pustynią? I to pytanie, wtedy zasiane, nie wyleciało z czasem z głowy jak tysiące innych. Wręcz przeciwnie. Rozrastało się, wypychało wszelką możliwą konkurencję, nabierało mocy, by coraz głośniej domagać się odpowiedzi. I tak to, właśnie dlatego Afryka. Zostało  godzin  września . Fermoy, Irlandia. Zostało mi jeszcze siedemdziesiąt godzin do przepracowania. Potem impreza pożegnalna. Lot w jedną stronę Irlandia – Polska. Dwa miesiące w Polsce – przygotowania, szczepienia, zakupy… Jednym słowem kupa biegania, ale mam nadzieję na pooddychanie Polską chociaż trochę i potem… do ciepłych krajów!  października , Gdańsk I tak oto jestem na pierwszym przystanku afrykańskiej podróży – w Polsce. Paskudne choróbsko sprawiło, że radość jest jakaś taka rozwleczona w czasie. Najpierw patrzenie przez okno, potem pierwszy spacer, pierwsze spotkania ze znajomymi, a dziś pierwsze pochlejparty – mam nadzieję. Wyobraźcie sobie, że trochę tęsknię za Fermoy, szczególnie jak pomyślę, ilu ludzi stało mi się bliskimi, gdy tam mieszkałem i ilu, którzy bliskimi byli od zawsze, jeszcze się przybliżyło… Dziękuję!

7

październik 2007 – marzec 2008, więcej na area.media.pl


Maroko i Sahara Zachodnia 11 marca – 14 kwietnia 2008

A więc tak to, siedzę w Khemisset, na zachód od Meknes. Kawiarenka jest na piętrze, wniosłem rower, także spokojnie mogę popisać. Tak naprawdę zaczęło się w niedzielę. Agnieszka (niech Allah ma ją w swej opiece, a ja wiszę jej olbrzymią wódkę), szukając lotu do Niemiec, zdziwiła się, że wylatuję we wtorek, chociaż we wtorek nie ma lotów do Frankfurtu. Okazało się, że wylatuję nie we wtorek, tylko w poniedziałek. Szczegółów tego, co działo się potem, nie pamiętam, działałem jak roboto-maszyna z przegrzanymi po sobocie obwodami. „With a little help from my friends” – śpiewali Beatlesi, ja powinienem śpiewać o olbrzymiej pomocy. Nie da się ukryć, bez Was (w kolejności pojawienia się na ekranie: Wiewióry, Basia, Mielcar, Daniel, Ewa i Marta) nie dałbym rady i umarłbym z pragnienia, odwodniwszy się z nadmiaru wylanych łez. We Frankfurcie odespałem, przeczytałem Cortazara (bardzo mi się podobały opowiadania tułacze, jeszcze muszą we mnie dojrzeć), zacząłem Irlandzką herbatkę (teraz, ze zrozumiałych względów, będę czytał znacznie mniej) i poleciałem, płacąc sześćdziesiąt euro za nadbagaż. Obudziło mnie schodzenie do lądowania, pierwszy raz widziałem Afrykę z góry. Zachodzące słońce rysowało cieniami tysiące zmarszczek jak na twarzy starej, pogodnej kobiety. Króciutka odprawa i bardzo długie składanie roweru. Tarcza hamulcowa się pogięła, błotnik też i w ogóle rower kiepsko zniósł lot w luku bagażowym. Pierwsze kilometry. Nasłuchuję szumów, skrzypnięć, trzasków. Pod ciężarem rower mówi innym językiem, mam nadzieję, że się go szybko nauczę. Przejechałem przez Fez już mocno po północy. Ominąłem legendarną fezańską medynę. Równać się z nią mogą jedynie stare miasta

8


w Kairze i Damaszku. Włóczyłem się już po niej kiedyś. Wjeżdżać w gęsty labirynt uliczek rowerem, po nocy, to kiepski pomysł. Ville Nouvelle, nowoczesna dzielnica zbudowana przez Francuzów. Szerokie bulwary obsadzone palmami, fontanny, wieżowce i pałace. I ani żywego ducha, żeby się spytać o drogę. W końcu jest. Drobny, niewysoki, ciemny. – Czemu jedziesz rowerem w nocy? Ja chodzę po nocach, tak lubię. Dużo myślę, rozmawiam sam ze sobą, dużo widzę i dużo słucham… Maroko to taki kraj, gdzie życie jest tłamszone. Pokazujemy światu i turystom ładną stronę. Ale tak naprawdę życie tu jest uciśnięte, my jesteśmy uciśnięci. Dlatego czasem nie jesteśmy dobrzy, może za mało inteligentni, żeby sobie radzić? Nie wiem, tacy jesteśmy, dlatego tu nie jest bezpiecznie. Ale lubię swoje życie, inaczej bym wziął rower i pojechał z tobą… Byłeś w Nador? Może mnie tam przeniosą w związku z pracą, inshallah… na imię mi Said, masz ? Mail też może być. Napisałem adres na kartce i podałem mu razem z portfelem jako podkładką. – W ogóle mnie nie słuchałeś, mówię ci, że tu jest niebezpiecznie, a ty mi podajesz portfel. Tak, jestem dobrym człowiekiem, ale mógłbym się skusić. Widzisz po oczach, że można mi ufać? Tak – dodał z wyraźną radością – przez oczy można zobaczyć serce. Rozmowę przerwali tajniacy. Jechałem za nimi aż do wylotu w stronę Meknes. Po drodze jeszcze thé à la menthe na stacji, kontrola policji (pas z kolcami w poprzek drogi) i pierwszy nocleg. Gwiazdy błyszczały znacznie mocniej niż u nas, jedna spadła. Długo nie mogłem zasnąć, pewnie się odzwyczaiłem.

***

Dziś obudziłem się po ósmej, zbierałem się bardzo powoli, w końcu ruszyłem. Po drodze prawie każdemu odkrzykiwałem powitania, przechodzące grupki dziewcząt strasznie chichotały na mój widok, zapoznawałem się z innymi rowerzystami (jakże bogate jest rowerowe życie towarzyskie w Maroku). Przez Meknes przejechałem, nie zjeżdżając do

9


medyny (poprzednio spędziłem tam chyba trzy dni). Wszędzie, gdzie się zatrzymywałem, przyjmowano mnie bardzo gościnnie, aż czasem mi głupio było, kiedy starsi ludzie lecieli po wodę albo ustępowali mi miejsca. Jednak wydaje mi się, że moja radość z ich uprzejmości daje im co najmniej tyle samo radości. Tuż za głęboką doliną rzeki, na podjeździe, jakiś chłopaczek malutki zaczął biec równo ze mną. Po drodze porywał z sobą inne dzieci. Dyszał coraz mocniej, jechałem pod górkę tak wolno, jak tylko mogłem bez wywracania się, gratulowałem mu szybkości, a on za nic nie chciał przestać. Zatrzymałem się, myśląc, że może jakiś prezent go zatrzyma, ale zatrzymał go przydrożny handlarz oliwą, krzycząc na niego okrutnie. Zjechałem naprzeciwko do czegoś pomiędzy kawiarnią a karawanserajem – do zajazdu, jakich w Maroku pełno (u nas podobną funkcję pełnią wiejskie sklepy przy głównej drodze). Przywitałem się z gośćmi skupionymi przy jednym stole, zamówiłem herbatę i po raz pierwszy poczułem się obcy. Wszyscy patrzyli na mnie spod byka. Jakiś czas później najwyższy z nich, przeglądając uważnie notatki na pogiętej kartce, wyciągnął bardzo gruby plik eurasów. Najwyraźniej robili coś, w czym obecność obcego zdecydowanie przeszkadzała. Wypiłem herbatę, zagryzając daktylami ze śniadania i tak jakoś mnie brzuch trochę boli. Za doliną trzydzieści kilometrów ciągłego podjazdu. Dojeżdżając do każdego zakrętu, myślałem, że niemożliwe, żeby droga dalej szła w górę, przecież do k . . . . nędzy jadę w stronę morza! I tak to, jestem w Khemisset i piszę do was. .. Nie wiem, czy jutro pojadę przez Rabat (podobno z górki, ale nadkładam potem około stu kilometrów), czy prosto do Casablanki (podjazdy i zjazdy, ale biorąc pod uwagę, że Casa też jest nad morzem, bilans musi być z korzyścią dla mnie). A teraz, żebyście trochę w tych zimnych krajach zazdrościli – dziś termometr zarejestrował dwadzieścia osiem stopni. Jest zielono jak w Irlandii i całość przypomina upalny, ale jeszcze świeży polski czerwiec. Tutaj nazywają to wiosną.

10


Z notatnika :. °. Na przełęczy przed Rommani,  km przejechanych. Zatrzymałem się na noc, wdrapałem się z rowerem pod górę, żeby nie było widać mnie z drogi. Nagle zauważyłem schodzącego z góry dziadka. Przywitaliśmy się po berberyjsku: „la bass, mher la bass, hamdullah”. Usiadł pod drzewem, pokazał, żebym siadł obok. Wyciągnąłem oliwki od mamy Hassana, o którym za chwilę, jedne czarne, drugie zielone w soku z cytryny. On nabił fajkę. Gruby, długi na  cm, sękaty ustnik zakończony malutkim żelaznym cybuchem. Zapiekło w płucach, posiedzieliśmy w milczeniu. Położył rękę na serce, „massalama” i poszedł w dół. Wrócę do tego, co działo się po wyjściu z kawiarenki w Khemisset. Zaczepiło mnie dwóch mężczyzn. Dokąd, skąd, po co? Polska? Lez Waleza, odważny jak Cze Gewara… Zadawali dużo pytań – o politykę, o religię, o Polskę. – Czemu nosisz to na głowie? – Przeciw słońcu.

11


– Ale czemu akurat to? (Mały wtręt, leci Bob Marley, czuję się jak w Afryce.) – A… to pamiątka z Syrii. – Syryjczycy takich nie noszą. Wiem, noszą czerwone – pomyślałem – no dobra, ale w Syrii jest dużo Palestyńczyków. – Tak, od Jasera. Wy Polacy zawsze się interesujecie polityką. Do jakiego kraju po Maroku? – E…. do Mauretanii. Tak naprawdę arafatka jest z Polski. Wydawało mi się, że powiedzenie im, że to souvenir, będzie najbardziej niewinne. Cała rozmowa, nie wiem czemu, kojarzyła mi się z czasami komuny. O tym, co dalej, napiszę rano, bo ciemno się robi. Powyjmuję wystające kamienie – jak se pościelisz, tak się wyśpisz. Jak mrówki pozwolą…

***

Dzień dobry, co za noc. Straszne sny. Niebo się zachmurzyło. Dobrze, spieczony jestem jak rak. :. ,°. Odwykłem od słońca w tej Irlandii. Nie mam po co się spieszyć do Casy. W weekend nic nie załatwię w konsulacie. Prawie u wylotu z Khemisset dogonił mnie na rowerze chłopak, mniej więcej w moim wieku. – Ça va – powiedzieliśmy jednocześnie. – Hassan. – Paweł. Był strasznie przejęty spotkaniem, aż się wywrócił z rowerem na chodnik. Po długiej namowie odwiódł mnie od pomysłu jechania drogą na Rommani i zaprosił na noc do domu. Opowiedział, że też podróżuje, zjeździł całe Maroko na   (model yamahy). Tak że dla niego to normalne, że mnie zaprasza. Mieszka z rodzicami i ciotką-babuszką. Ojciec, typ inteligenta, płynnie mówiący po francusku. Matka, przemiła, wiecznie uśmiechnięta kobieta (popełniłem faux pas, chcąc ją pocałować w rękę). Babcio-ciotka z wymalowaną henną twarzą. Prysznic, bosko. Z salonu dochodzą

12


podniesione głosy. Kłócą się o to, że Hassan mnie zaprosił? Kiedy wyszedłem, okazało się, że to coś pomiędzy telenowelą, kabaretem a teatrem telewizji. Salon z arabskim przepychem, wzorzyście, arkadowo, nisko. Na kolację tajine, jejku, jaki dobry, nic tłustego, pychota. Do tajine sałatki, pomidory z papryką, cebulą i ogórkiem, marchew z papryką w śmietanie, coś na parze gotowane z oliwkami, oliwki domowej roboty i wypiekany w domu chleb na zakwasie. Potem domowe wypieki cukiernicze i marokańska herbata. Jadłem jak król. Ojciec wypytywał o Polskę, czy dużo tam emigrantów z Maroka? Nie, Polacy sami emigrują, do Polski się nie opłaca. Jeden z braci Hassana mieszka w Belgii, drugi w Kanadzie. Hassan był tam w odwiedzinach, ale zostać nie chciał, kocha Maroko. Zresztą tu mu się powodzi, jest menedżerem przy autostradach. Poszliśmy do jego pokoju. Komputer, nagłośnienie, dużo przewodników po Maroku, zdjęcie Hassana z długimi włosami. – Uwielbiam Metallicę, Megadeath, Iron Maiden, a ty? Puściłem mu Kult z YouTube’a, chyba mu się podobało, bo zapisał nazwę. Poznałem jego kumpla, Mustafę, dla przyjaciół Stafa. Chłopaki zabrali się do picia marokańskiej whisky, podziękowałem, alkohol by mnie rozwalił. Nie odmówiłem tabaki, dziwili się, że na Kaszubach też się wciąga. Gadaliśmy do czwartej, aż się spili, a ja padłem ze zmęczenia. Z tego, co mówili, w Maroku ostatnio prosperita, dużo się buduje, inwestycje, łatwiej się żyje. Sahara? Nie, polityką się nie interesują. Sztuką też nie. Tylko przyroda i heavy metal. Staf namawia, żebym następną noc spędził u niego, ale chyba pojadę dalej, gdyby jednak, inshallah… Śpię do południa. Śniadanie, zdjęcia na pamiątkę. Było naprawdę bardzo miło. Przed Maaziz spotykam kolarza. Jedziemy obok siebie i gadamy. W Maaziz herbata. W telewizji tancerki, wszyscy faceci wgapieni. Hamza jest operatorem koparki, jego hobby to kolarstwo i kung fu Bushu. Na pamiątkę dostaję ksero dyplomu za zdobycie pomarańczowego pasa. W Marrakeszu są piękne konie. Nie był. Widział w telewizji i na zdjęciach. Dobra, szybki przegląd techniczny i ruszam.

13

1 Wróbla okradziono podczas podróży trzykrotnie. Stracił karty pamięci z zapisanymi na nich zdjęciami. Przetrwały tylko te, które przed kradzieżą zdążył wysłać mailem.


Wysyłając fotografie pocztą elektroniczną musiał je „odchudzać”. Zachowały się zdjęcia, które ze względów technicznych nie mogły stać się ilustracjami. W związku z tym Wydawca zdecydował się umieścić wszystkie zdjęcia z podróży na swojej stronie internetowej: area.media.pl. Wybrane zdjęcia w internecie oznaczone są numerami, te same numery zostały przywołane w książce i oznaczone ikonką aparatu. W ten sposób czytając książkę, czytelnik może odnaleźć w internecie fotografię odnoszącą się do konkretnego fragmentu tekstu.

***

Wyjaśniło się, o co chodzi z tym niebezpieczeństwem. Wyłożył mi to facet przy drodze, którego poczęstowałem papierosem. – Ta droga nie jest bezpieczna, bo mało wzdłuż niej domów. Dużo pustkowi. Mało ludzi. Wszystko wciąż po bożemu, pomysł, że człowiek człowiekowi wilkiem, nie dotarł tu jeszcze. Śniadanio-obiad w Rommani. Znów uczta. Pomidory, papryka, chleb z oliwą, zsiadłe mleko i świeży sok pomarańczowy na deser. W telewizorze Al Dżazira, program o ludobójstwie w Rwandzie. Z tego, co łapię, mocno podkreślają udział Francji,  i  w ludobójstwie. – Jesteś Europejczykiem? – Tak, z Polski. – E, to takim pół-Europejczykiem, Polska jest mocno za Ameryką. Chciałem odpowiedzieć, że Maroko też stara się o posadę pupilka , ale ugryzłem się w język. Zrobiło się niemiło, dojadłem i pojechałem. Kolejna herbata  km dalej. Pełno dymu z palenisk, nad którymi opiekają się barany. Kobiety przy ziemnym piecu wypiekają chleb. Obok leniwie poleguje pies. Rusza tylko oczami. Pić, pić, pić. Spotykam w dolinie chłopaka z Rabatu. – Uważaj w miastach, tam niebezpiecznie, w dużych miastach zawsze pełno złodziei, tu nie, tu ludzie dobrzy. Tak sobie myślę, że trochę to na zasadzie: my z Przymorza boimy się Dolnej Oruni, ci z Oruni boją się Przymorza. A duże miasta rzeczywiście są niebezpieczne. Mam zamiar ich unikać, jak się da. Po drodze jeszcze zjadłem kolację u Mohammeda. Siedzieliśmy przed domem, na horyzoncie Atlas. Mógłbym tak siedzieć do jutra, do czego zresztą namawia Mohammed. Ale się zbieram. Jak dojadę do Ben Slimane, to napiszę maila. Mohammed pociesza, że został jeszcze tylko jeden duży kanion do pokonania, potem góry się kończą.

***

Teraz jestem w Ben Slimane, jutro nad morze, w poniedziałek do Casy po wizę.

14


Z notatnika Spało się dobrze, jak na miejsce znalezione po ciemku – całkiem niezłe. W nocy trochę popadało, ale nie aż tak, żeby wyciągać namiot. Siedzę w małym sklepiku, kupiłem sól, mydło i pomarańcze. Herbata gratis. Na śniadanie jem to, co dostałem od Mohhameda. Tylko jajka się potłukły, myślałem, że są ugotowane. Dziś pochmurno i wieje chłodny wiatr od Atlantyku, miła odmiana. Po ostatnich dwóch dniach jazdy w górach zrobiło się płasko. Jedzie się bez wysiłku, ale jakoś smutniej.  km od Casy, zacztynają się place budów, zmęczeni, smutni robotnicy, bałagan i marazm. Pamiętasz Tefliku (jeśli to przeczytasz), jak jechaliśmy z gór na Mazury, jaka nas nostalgia chwyciła na płaskim Mazowszu?

***

:. .°. Dojechałem nad ocean. Siedzę na plaży w Mohammedii. Zatoka. Na redzie dwa statki. W dali grają w piłkę. Prawie pusto, jeszcze wcześnie. Kilku chłopaków oporządza sieci przy wyciągniętym z wody pontonie. Ktoś jogginguje. Dwóch nurków – niosą harpuny, ale ryb nie widać. Dziewczyny spacerują, a właściwie ledwo idą po piasku w butach na szpilkach. Na modłę irlandzką, tył bluzek nie sięga spodni i wystają obfite oponki. Uśmiechają się zalotnie. Razem ze mną na plażę przyjechał rowerzysta. Stoi nieruchomo za mną i mnie obserwuje. Jak tylko się obejrzę, odwraca wzrok. Jest jeszcze pies. On tylko od czasu do czasu rzuca spojrzenie. Posiedzę tu jeszcze… Przed Mohammedią ładny las, dobry na nocleg. Inaczej niż w górach, nikt otwarcie nie zwraca na mnie uwagi. W sezonie pewnie pełno tu Europejczyków. Przejeżdżałem obok lady fitness klubu. Hasło reklamowe: „ lady fitness klubów w Europie,  w Maroku”. Słońce przebija się przez chmury, znów robi się upalnie. Melancholia kurortu po sezonie, martwe hotelowce przy plaży, zamknięte budki. Sopot po sezonie żyje własnym życiem, Mohammedia przesypia zimę. Woda jest cieplejsza, niż myślałem, w bardziej odpowiednim miejscu się wykąpię.

15


Ludzie mają jasną cerę, są europejscy z wyglądu, większość to Arabowie, a nie Berberowie, jak w górach Maghrebu. Na powitanie z oceanem litrowa cola, a co tam, zrobi dobrze na żołądek, jak - na rdzę. Rodzina Francuzów z psem. Pierwsi Europejczycy od spotkania z Niemcami na lotnisku w Fezie. Pies zasypał mnie piaskiem, wytarzał się na mnie, oblizał całego. Oni nic. Ani uśmiechu, ani dzień dobry, ani przepraszam za psa. Marokańczycy są bardzo uprzejmi, szczególnie Berberowie. Podczas powitania kłaniam się, powtarzam wszystkie konwencjonalne gesty, jakie poznałem, prawie karykaturalnie. Oni odpowiadają tak samo. Szczególnie w górach, spotkać kogoś i nie pozdrowić – nie do pomyślenia. Czasem przy ostrym zjeździe puszczałem na chwilę kierownicę, żeby pomachać kierowcy naprzeciwko. Po okazaniu szacunku traktują mnie bardzo serdecznie. Zapraszając mnie na herbatę, Mohammed powiedział: – Teraz jesteś częścią rodziny. I tak się wtedy czuję, nie jak turysta, obcy, tylko jak dawno niewidziany członek rodziny, przypadkiem przejazdem w tych stronach. W zamian zaspokajam ich ciekawość, opowiadam o Polsce, o śniegu, o Europie… Facet niesie ryby – białe, pękate, długości przedramienia. Może dziś zaproszę się na smażoną rybę. Podszedł francuski chłopiec. – Może pan zrobić zdjęcie mojemu zamkowi z piasku? Przyjechał do Maroka z rodzicami na weekend. Młodzież z Mohammedii. Wylansowana, ciemne okulary, włosy na żel, zapach Hugo by Hugo Ross, na piersi olbrzymi napis: „Klein”. Dwóch Berberów z okolic Marrakeszu. Nie mówią po francusku. Dużo radości daje takie dogadywanie się, satysfakcja ze wspólnego wysiłku. Przy okazji dowiaduję się, że mój telefon może działać, jeśli kupię kartę international,  dh. Chcę jeszcze wrócić do przestróg przed niebezpieczeństwem. Ostrzegają mnie: tam jest niebezpiecznie, dużo złych ludzi, nie tak jak tu.

16


Gdzieś o tym czytałem. Ludzie znają świat za pośrednictwem mediów, które pokazują świat niebezpieczny, zły. Mieszkaniec Rommani przez całe życie nie zobaczy tyle zła, ile przez jeden dzień oglądając  Al Dżazira w kawiarni (swoją drogą chciałbym, żeby polska telewizja pokazała czasem takie dokumenty jak ten o Rwandzie). Rano w sklepiku rozmawiałem o tym z policjantem. Pytał się, gdzie już byłem w Maroku (byłem tu dwa lata temu). – Jesteś super, większość Marokańczyków nie widziała tyle Maroka, co ty. – Maroko jest super, aż chce się podróżować. – Ludzie tylko patrzą w telewizor. A widzieć w telewizji i widzieć naprawdę to nie to samo. – Dlatego podróżuję. Pokiwał z uznaniem. Skończyła się cola, pojadę poszukać cyber-cafe. Może czeka jakiś mail. Dobrze wiedzieć, że myślicie tam o mnie. Zabawne, prawie każdy, kto wchodzi na plażę, najpierw staje w cieniu wielkiej tablicy. Postoi, popatrzy i zwalnia miejsce następnemu… Fajnie mi się czyta te komentarze od was. Robi się blisko. Z notatnika Dalej w Mohammedii, sprawdziłem w internecie, przenieśli konsulat do Rabatu. Muszę się cofnąć na północ. Lonely Planet pisze, że wizę można też dostać na granicy, ale lepiej już mieć to z głowy, niż wracać potem  km.

***

Niedziela palmowa. Wczoraj po południu, jedząc szawarmę, siedziałem przy stoliku z pewnym prawnikiem. Zaczęło się od zwyczajowego „uważaj”. Po chwili rozmowa bardzo mnie wciągnęła ze względu na od dawna interesujący mnie temat sytuacji na Saharze Zachodniej. Rozmawialiśmy po angielsku.

17


s. 408 Po powrocie do kraju Wróbel udzielił kilku wywiadów, w tym również Wydawcy. Wybrane wypowiedzi Wróbla zostały umieszczone w drugiej części książki. Ikonka mikrofonu i numer strony wskazują fragment wywiadu, gdzie Wróbel odnosi się do spraw, ludzi, sytuacji, o których pisze.

– Uważaj na Polisario na Saharze. Wiesz, co to? Terroryści. Przez nich odwołano Paryż–Dakar. – Przez Francuzów zabitych w Mauretanii? – Nie wiadomo, kto ich zabił, może Mauretańczycy przeciwni rządowi, a może Polisario. Nie wiadomo. – Jak atakują, skoro Polisario są za murem? (Za najdłuższym murem na świecie, dłuższym od chińskiego.) – Od środka, mają marokańskie paszporty, udają zwykłych ludzi, a potem spod ubrań wyciągają broń i strzelają do ludzi. Teraz może być tam spokojniej, bo w Ameryce trwają pertraktacje. Ludzie pytają Busha, co zrobił dla świata arabskiego, dla Afryki. Nic, tylko bałagan w Iraku. Dlatego teraz chce się pokazać i zorganizował rozmowy. Czy to coś zmieni? Może, Maroko proponuje im pewien rodzaj autonomii, na nic więcej nie mogą liczyć, albo się zgodzą, albo zginą. Autonomia to bardzo dużo, poprzedni król Hassan II nigdy by im tego nie zaproponował, chciał problem rozwiązać siłą. Ale nie wiem, czy rozmowy coś dadzą. Jak się spytasz jakiegoś wojskowego, to ci powie, że to nie problem Sahrawi, tylko Algierii, która wspiera Polisario, żeby nam szkodzić. W Algierii za wszystkim stoi wojsko, nie ma demokracji. Tu też nie ma, ale tu jest lepiej. Zmienia się powoli. Dobrze, że powoli, szybkie zmiany niosą ryzyko bałaganu. Tak jak w Algierii, tam chcieli za szybko i co wyszło? W Ameryce też nie ma demokracji, pracowałem tam przez cztery lata jako kucharz, zarabiałem na studia. Poznałem polską dziewczynę, „jaksiemaszkochanie”. Tam telewizja pierze im mózgi, nie wiedzą, co się dzieje na świecie, myślą, że  to ich stolica. Nic nie wiedzą, bo pracują cały czas, tam życie nie jest lekkie. Jak jesteś biedny, to umrzesz biedny. Nie pozwolą ci się dorobić, rząd, mafia. Ameryka robi ranking państw demokratycznych, Maroko na tym miejscu, Algieria na tym, Arabia Saudyjska raz jest dobra, raz zła. Kto im dał prawo nas oceniać? Bo są najsilniejsi, najbogatsi? Upadną, wszystkie imperia upadają. Po nich może przyjdą Chińczycy. Kto wie. Ale jeśli chodzi o walkę z Polisario, Ameryka nas popiera, Francuzi też. Ich popierał Związek Radziecki, teraz tylko Algieria, Szwecja i Norwegia. Myślą, że Polisario walczy o wolność, więc dają im pieniądze, oni

18


kochają demokrację. Tam, w Skandynawii, jest prawdziwa demokracja, wszyscy są bogaci. – Czemu Maroko nie pozwoli Saharze Zachodniej być niepodległą, skoro tak bardzo chce? – A jakby ktoś zabrał wam kawałek Polski, to co, pozwoliłbyś? Tak, Sahara zawsze należała do Maroka, jeszcze zanim przyszli Hiszpanie. Wtedy nie było państw jak dziś, ale wszyscy tam służyli królowi Maroka. Na Saharze, w Mauretanii, w Mali, wszystko to było Maroko. – Słyszałeś o Mussolinim? – Tak, to było jeszcze przed nim. – Mussolini uważał, że kraje, które kiedyś były pod panowaniem rzymskiego imperium, powinny być włoskie. To trochę jak Maroko? – Nie, Mussolini był przecież faszystą. – Ale skoro oni chcą być niepodlegli? – Nie chcą, sześćdziesiąt procent woli być Marokańczykami, może i więcej. Ci, co mówią, że chcą niepodległości, są zmuszani przez Algierczyków i Izrael. Izrael chce, żeby tu były problemy, żeby odwrócić uwagę od Palestyny. Gdyby nie Sahara, Irak, Sudan, cały świat patrzyłby na Izrael. To są syjoniści. Chcą rządzić całym światem. W Londynie to zaplanowali. Cały plan, żeby zniszczyć nas, Arabów. Wiesz, że najpierw chcieli zrobić Izrael w Maroku? Ale jak się przyjrzeli naszej historii, zrozumieli, że nie dadzą rady. Wybrali Palestynę. Żyjesz, masz dom, ziemię. Przychodzą obcy i cię wyganiają. Potem patrzysz, na twojej ziemi nowy dom, w oknach widzisz Żydów, siedzą na progu z karabinami, żebyś się nie zbliżył. To są syjoniści. Nie wszyscy Żydzi ich popierają, mamy nawet Żyda w rządzie. Syjoniści to co innego, to sposób myślenia. Są wszędzie, stoją za wszystkim. Zaplanowali, że zmienią rządy w Iranie, potem w Iraku i w Syrii. Ale  września popsuł im plan, Iran miał być pierwszy. Teraz układają nowy plan, jak nas zniszczyć.

***

Chcecie wiedzieć, jak wygląda gorączka sobotniej nocy w Mohammedii? Trzech młodych mężczyzn. Dwóch w dresach, jeden w stylu buntownika bez powodu. Idą na plażę, tam patrzą na zachodzące słońce. Gitarzysta

19

s. 410


uczy się w konserwatorium. W jego grze słychać, jak dużo flamenco zawdzięcza arabskiej muzyce Maghrebu. Palą. Robi się ciemno, szukają na wydmach reszty znajomych. Duża grupa, druga gitara, piwo i bimber. Gitary dają andaluzyjski posmak, beatboxer udaje hip-hopowe, tłuste bity, kilku rapuje, a ja dogrywam na klarnecie. Marokański hip-hop. Koło północy rozchodzą się po domach coś zjeść. Spotykają się znowu w salonie gier. Partyjka baby football’a. Wykruszają się. Ktoś wystawia krzesła na ulicę, siedzą, rozmawiają, wyśmiewają się z Marokańczyków, którzy, chcąc być bardziej dystyngowani, rozmawiają ze sobą po francusku. Kiedy zostaje ich tylko dwóch, gospodarz wynosi do ogrodu komputer. Gipsy Kings, Fugees, marokański Bigg. Nad ranem idą spać. A gdzie dziewczyny? W domach, nie wolno im chodzić po nocy z chłopakami. Teraz i tak jest lepiej. W latach dziewięćdziesiątych Kerim, u którego nocuję, widział, jak brodaci zabili dziewczynę na ulicy. Kerim ożenił się z mieszkającą w Austrii Bułgarką. Muszą poczekać pięć lat, zanim będzie mógł do niej pojechać. Nie rozumie dlaczego. Urodził się we Francji, tu przyjechał w wieku siedmiu lat. Ale do Francji pojechać nie może. Ojciec mu mówi, żeby dał sobie spokój z Europą, tam wcale nie jest jak w bajce, ale on chce. Marzy o mroźnej, śnieżnej zimie w Alpach. Jak jego żona przyjechała tu po raz pierwszy, a wtedy jeszcze nie byli małżeństwem, zatrzymała ich policja. Tysiąc dirhamów grzywny za seks na ulicy. Żadnego seksu na ulicy nie było, ale w sądzie słowo jednego policjanta jest warte tyle, co zeznania jedenastu świadków. Policja przecież nie kłamie. Skończyło się na stu dirhamach łapówki. Nie wolno też pić alkoholu, palić haszyszu. Za posiadanie niewielkiej ilości –  godzin. Albo  dirhamów łapówki. Za dużą ilość – rok albo dwa. Policja żyje z handlu haszyszem. Zbierają haracze od producentów, od handlarzy i na koniec – od konsumentów. Bardzo dużo pieniędzy. – Jak będziesz miał tu kłopoty z policją, daj łapówkę. Łatwo jest kupić marokańskiego policjanta. Włócząc się po mieście, co jakiś czas natykaliśmy się na budki mniejsze od toi-toia. W środku każdej siedział staruszek. To policyjni obserwatorzy. Całe dnie tak siedzą. Pilnują.

20


***

:. Rabat , °. Od Mohammedii ciągle jechałem pod wiatr. Padam. Nie lubię dużych miast. Siedzę w kawiarni przy jednej z głównych ulic Rabatu. Tłum przechodniów. Do wyboru, do koloru. Od bieli Francuzów po czerń z subsaharyjskiej Afryki.

Kobiety ubrane w burnusy, okutane chustami, ale i wyzywające, w spódniczkach, dekolty i szpilki, dostojni dżentelmeni w garniturach, brodaci talibowie (znaczy studenci madres) i dredziaści rastamani. Limuzyny i motorowery. Klaksony przekrzykują się z gwizdkami policjantów. Ludzie mówią podniesionym głosem, żeby się słyszeć nawzajem. Stolica.

21


– Nie, największy meczet wcale nie jest w Casie, tylko tu, u nas, w Rabacie. Rabat jest wspaniały… Obok mnie grupa pięciu dziewcząt. Jedna z nich ma odsłoniętą głowę. Najbardziej odważna, zerka na mnie co chwilę. Śmieją się głośno, rozmawiają przez komórki jak dziewczyny w Warszawie.

***

:. , °. Jutro o piętnastej odbieram paszport z wizą mauretańską. Wczoraj posiedziałem przy kawie z Igorem z Moskwy. Może się spotkamy w Guelmim. Dziwił się, że jeden z Arabów nie wiedział, gdzie jest Rosja. Jak to? Poszwendam się po mieście do jutra, spróbuję coś zrobić z telefonem. Trzymajcie się tam na północy.

2

3

Zostałem bratem bossa souku (targu) Zakupy na śniadanie, matesza min filfil (pomidory i papryka). Zapach smażonych ryb, nie da rady się oprzeć. Pierwszą porcję dostaję za darmo, drugą już kupuję, bo mi głupio. Sprzedawca obok daje mi pomarańcze. Chcę zrobić fotkę, stoję z aparatem przy oku, żeby każdy, kto ma coś przeciwko, miał okazję mi powiedzieć, zanim zrobię zdjęcie. Czekam, aż coś ciekawego znajdzie się w kadrze. Mały chłopiec na trójkołowym rowerku. Przewraca się. Nie spuszczam migawki, bo za mną ktoś krzyczy. – To mój syn, mój syn! Zrób mu zdjęcie! Ajla ma  miesięcy. Said, nazywany tu kurczakiem, ma  lat. Duży i głośny. Wystają mu mocno zepsute przednie zęby. Jest tu kimś w rodzaju bossa. Kontroluje sprzedaż haszyszu na souku. Inni traktują go z szacunkiem. Sprzedawca, który dał mi ryby za darmo, to jego starszy brat. Prosi, żebym obfotografował Ajlę. Na rowerku, na moim rowerze, z kciukiem w ustach – z tego Said cieszył się najbardziej. Przedstawia mi sprzedawców, robi się tłum. – To jest dziadek. Nic nie robi, nie ma pieniędzy, tylko je, pije i sra – rubasznie się śmieje. – Dziadkowi też zrób zdjęcie. Nic się nie bój o rower, nie ukradną ci, obcinamy ręce złodziejom.

22


Na potwierdzenie, że nie żartuje, podciągnął koszulę do góry. Brzuch pokryty brzydkimi bliznami. – Teraz jesteś jak mój brat, nikt ci nic nie ukradnie. Said raczej krzyczy niż mówi, mały Ajla chyba się przestraszył. Ja trochę też. Grzecznie odmawiam skorzystania z propozycji noclegu, prysznica czy haszyszu. Mężczyźni oglądają się za wolno idącą, długowłosą dziewczyną w bardzo obcisłych rybaczkach. Kiwam głową z uznaniem, Marokanki bywają bardzo ładne. Na pożegnanie całujemy się w policzek. Ajla nie chce mnie pocałować, pewnie dlatego, że schodzi mi skóra. – Nie martw się, za dwa tygodnie będziesz ciemny jak ja. Dzielnica ambasad. Najładniejsza jest ambasada Iranu. Bardzo udane połączenie nowoczesności z tradycją. Przyciemnione lustrzane szkło i błękitno-różowe, pełne szczegółów mozaiki. Budynek nie chowa się jak inne ambasady za płotem, wprost przeciwnie, dumnie pręży się ku głównej ulicy. Kawałek za nim drogowskaz do ambasady Konga. Nierówne, odręcznie kreślone litery. Kabir Z górki z bagażem jedzie się szybciej, pod górkę wolniej niż inni rowerzyści. Kilkakrotnie mijam się z Kabirem. Obok drogi piękny las, zatrzymujemy się na odpoczynek. Kabir pedałuje do sklepiku po colę, ja robię kanapki. Uczy mnie arabskiego. Zapisuję wszystko w zeszycie. Cieszymy się z każdego poprawnie skleconego zdania. Jest ogrodnikiem na królewskich polach golfowych. Kocha rośliny, każdej nadaje ludzkie imię. Robi się późno, zaprasza mnie do domu na nocleg. Skręcamy z głównej drogi na wieś. Dom przykryty blachą falistą, pomalowaną od środka na różne jaskrawe kolory. Ogródek z mnóstwem młodych roślin w malutkich doniczkach. Żona pochodzi z Rachidii, z pustyni, pustynia jest piękna. Pracuje jako kucharka w domu bogaczy w dzielnicy ambasad. Jest bardziej śmiała i otwarta niż inne kobiety na wsi. – Ludzie z pustyni są bardzo dobrzy, bardziej otwarci.

23


4

Kabir mówi o swojej żonie z dumą. Córka ma zapalenie migdałków, jejku, jak jej współczuję. Mówią, że to się powtarza co chwila, bez szpitala się nie obejdzie. Wspaniała kolacja – kurczak, frytki, bakłażany, papryka, ogórki, pomidory, pieczona marchew, wszystko dzięki przyprawom ma zupełnie inny smak niż ten, który znam. W końcu przygotowane przez zawodową kucharkę. W trakcie kolacji jest wesoło i swobodnie. Po jedzeniu Kabir gra na skrzypcach kermenge, muzykę z Rommani. Próbujemy grać razem. Proste powtarzane tematy z dużą ilością ozdobników, głównie w jednej tonacji. Paniom się podoba, proszą o jeszcze. Przed snem wychodzimy z Kabirem do lasu. – Zawsze spaceruję wieczorem, jak się nawdychasz powietrza, to potem lepiej śpisz. Księżyc świeci mocno, las przypomina nasze lasy nad morzem, między drzewami prawie sam piasek. Rozmawiamy o życiu i innych sprawach. Czasem mimo braków językowych spotykasz kogoś, z kim bardzo dobrze możesz się zrozumieć. Rano Kabir jedzie do Rabatu do pracy, a ja do ambasady. To był piękny wieczór. Z głowy (nie miałem czasu dziś zapisywać w notatniku) Jakieś  km na południe od Casy, droga na Jadidę. Jechałem na północ do Rabatu, było pod wiatr. Teraz jadę na południe. A wiatr złośliwiec zawrócił. Czasem ledwo jadę. W Casablance pierwsza kolizja. Przeciskam się w korku między samochodami, motorower przeciskał się w poprzek ulicy. Zobaczyliśmy się za późno. Jemu pospadały bagaże, a obładowany był niemiłosiernie, mi się nic nie stało. Ruch w miastach arabskich to wolna amerykanka. Z jakiegoś powodu musisz jechać pod prąd? Proszę bardzo. W Rabacie był wielki korek, z daleka wydaje się, że spowodowany przez autobusy. Z bliska okazało się, że na skrzyżowaniu zaparkował nowiutki mercedes. W środku na siedzeniu pasażera spokojnie siedzi kobieta. Miejsce kierowcy puste. Skądś to znam.

24


Właśnie kierowcy super-ekstra samochodów są najgorsi. Wszystko im wolno. I rzeczywiście, na prawie każdym skrzyżowaniu stoi policjant i ani drgnie. Jeździ też tu mnóstwo petit taxi. Fiaty uno, małe peugeoty. W każdym mieście w innym kolorze. Ludzie zatrzymują je kiwnięciem ręki w dowolnym miejscu na ulicy. Wtedy petit taxi staje na środku i blokuje ruch, aż pasażerowie wsiądą. Najwięcej zamętu wprowadzają motorowery. Ktoś trafnie nazwał sztandarowy wyrób Rometu Komarem. Te tutaj, wszelkiej maści, pochodzenia i wieku, bzyczą okrutnie, wciskają się w każdą szparę, wiozą niesamowite ilości towarów, ludzi. Niektóre, na trzech kołach i z platformą, robią za małe ciężarówki. I to wszystko mniej niż  cm sześciennych pojemności silnika. Czasem na szerszych ulicach potrafią się zrobić dwa rzędy stojących samochodów. Jak na te warunki, ruch jest w miarę płynny. Może dzięki wrodzonej uprzejmości i cierpliwości Marokańczyków. Klakson nie znaczy: „co robisz idioto!”, raczej: „uwaga, jadę”. Trąbią też na tych, którzy na skrzyżowaniu stanęli jako pierwsi tak daleko, że nie widzą świateł. Klakson znaczy wtedy: „już zielone, jedź”. Bidon ville Tak tu nazywają dzielnice slumsów. Ciągną się kilometrami wokół dużych miast. Poznać je można po lesie wystających anten satelitarnych. Od reszty świata zasłonięte są murami. Nie mogą przecież psuć widoku pięknych miast. Tylko czasem uda się zajrzeć do środka. Zabudowa maksymalnie zwarta, szeregowa, dom przy domu. Budowanie osobnych ścian to przecież strata materiału. Buduje się je ze wszystkiego. Glina, kamienie, kawałki blachy, plastiku, folia, dykta i wszelkiego rodzaju śmiecie. Jakoś nie mogę otwarcie zrobić zdjęcia. Ludzie jakby wstydzą się przede mną, że mieszkają w takim miejscu. Robię zdjęcie z ukrycia.

25


Artysta Wystawia obrazy na murze w bogatej dzielnicy. Średnio przędzie, w Maroku nie ma rynku sztuki. Uwielbia taszyzm (popularny po drugiej wojnie, głównie we Francji, malarstwo gestu, grubo nałożona farba tworzy w miarę jednolitą barwną strukturę), ale ludzie tego nie kupują. Maluje więc arabskich jeźdźców na rozpędzonych koniach, tradycyjne martwe natury czy sentymentalne pejzaże. Nie ma strony w internecie, słyszał, że jest coś takiego. Na pożegnanie rysujemy, on dla mnie szarżę kawalerzystów arabskich, ja dla niego portret. Tak między nami, nie jestem zachwycony jego malarstwem, dużo bardziej zaciekawił mnie nietypowy – jak na to, co tu widuję – murales.

***

W końcu na południe, w paszporcie wbita wiza Mauretanii, w ciągu tygodnia pewnie dojadę na pustynię. Nie mogę się doczekać. Mam dosyć zatłoczonego wybrzeża. Atak Każdy ma jakąś fobię, jedni boją się pająków, inni zamkniętych pomieszczeń, jeszcze inni ciemności. Ja mam ślimakofobię. Noc była deszczowa, spałem więc w namiocie. Rano patrzę, a ściany zasypane jakimiś kulkami. To pewnie z tych kolczastych krzaków. Przyglądam się cieniom kulek… i nagle zgroza! Te kulki mają główki zakończone różkami. Są ich miliony! Tylko spokojnie, nie wpadaj w panikę. Zaczynam spstrykiwać je od środka. Całe szczęście, na mokrym namiocie ich śluz nie trzyma jak cement. Po drugiej ścianie bolą mnie już palce. Kiedy zabieram się za ostatnią, na pierwszej znów ich pełno. Nie wierzcie powiedzeniu: „powolny jak ślimak”. Kiedy atakują, są szybkie jak mgnienie oka. Pozorna powolność tylko dla zmylenia przeciwnika. Są podstępne, nieustępliwe i okrutne. Ja też taki potrafię być, nie dam im się! Gołota, Gołota, Gołota!

26


Do ciepłych krajów