Issuu on Google+

ISSN 2082-4408

MYSZLICIEL kwartalnik interdyscyplinarny KNS MISH (przy współpracy z KE KUL)

KICZ:

Nr 4-5 (8-9)/czerwiec - grudzień 2013 egzemplarz bezpłatny

„Zaraz budzi się we mnie diabeł”. Kilka słów o konwencji i kiczu w najczarniejszej powieści Konwickiego „Pessimi poetae”. Grafomani w Rzymie Teologia kiczu, czyli krótko o angielskiej powieści katolickiej oraz inne


Zawartość numeru: Literatura 4 „Zaraz budzi się we mnie diabeł”. Kilka słów o konwencji i kiczu w najczarniejszej powieści Konwickiego Elżbieta Binczycka 8 „Pessimi poetae”. Grafomani w Rzymie Krzysztof Mogielnicki

10 Teologia kiczu, czyli krótko o angielskiej powieści katolickiej Aleksandra Słyszewska Historia sztuki 14 Kicz w architekturze Michał Zięba Społeczeństwo

Zadałam sobie pytanie: czym jest kicz? Ach!, jaka mnogość przykładów zaczęła mi napływać do głowy! Białe kozaczki, ogrodowe krasnale, niebieskie powieki i różowe usta, przepych baroku, muzyka disco-polo… Jakby się nad tym zastanowić, określenie czegoś mianem „kiczowatego”, „tandetnego”, tudzież „pozbawionego smaku” przychodzi mi niezwykle łatwo. A gdybym tak spojrzała na siebie? Siedzę przed moim kolorowym laptopem, ubrana w szlafrok w panterkę, słuchając świątecznych amerykańskich szlagierów (tak!, tak!, mam tu na myśli hity pokroju: Last Christmas… i wcale nie wtóruję wykonującym je artystom, śpiewając do „mikrofonu”, którego rolę odgrywa brokatowy długopis…) i starając się napisać coś, no właśnie, o KICZU. I coraz bardziej zaczynam się zastanawiać, czy coś takiego jak kicz w ogóle istnieje? Z tym pytaniem zostawiam Was, drodzy Czytelnicy, życząc zarazem owocnej i inspirującej lektury naszego nowego, „kiczowatego” numeru!

17 „Pamiętaj o mnie, by to się nigdy nie powtórzyło” Katarzyna Dębska

20 Człowiek współczesny woła o mistrza Magdalena Mazur

Varia 22 Rubaszna mitologia, czyli huculskie kłopoty z sacrum Michał Rozmysł Felieton 25 Pink stinks Olga Kosińska

Moja poprzedniczka zwięźle przedstawiła to, co o kiczu powiedzieć (lub przemilczeć) można. Sam ze swej strony pragnę zająć się poważniejszą sprawą – trzymacie, drodzy Czytelnicy, ostatni numer „Myszliciela”. Nieco ironicznie złożyło się, że odchodzi to pismo z tak mocnym hasłem, opatrzone z rozmysłem kontrowersyjną okładką w panterkę. Cała Redakcja żywi nadzieję, że dzięki temu pismo zapadnie Wam w pamięć oraz że będziecie je mile wspominać, jeśli kiedykolwiek z pliku uniwersyteckich notatek wyciągnięcie ten numer. Chciałbym też podpowiedzieć, że niedługo pojawi się nowe czasopismo, o nieco innej formule, więc czekajcie, a w międzyczasie zachęcam wszystkich do lektury.

MYSZLICIEL

kwartalnik interdyscyplinarny KNS MISH

ISSN 2082-4408

nakład: 600 egz.

adres: Katolicki Uniwersytet Lubelski Jana Pawła II Al. Racławickie 14, 20-950 Lublin, pok. CN-P03 e-mail: myszKUL@gmail.com www.facebook.com/myszliciel Redaktor naczelny: Michał Rozmysł (m.rozmysl@gmail.com) Z-ca redaktora naczelnego: Dominika Ptaszek Redakcja: Krzysztof Mogielnicki, Joanna Rymczuk, Bartłomiej Szymkowiak Korekta: Michał Rozmysł Projekt typograficzny: Wojciech Bryda Skład i łamanie: Michał Rozmysł Koncepcja i projekt okładki: Dominika Ptaszek, Michał Rozmysł Dział prawny: Katarzyna Klepacz Numer wydany przy współpracy KE KUL.

Czerwiec – Grudzień 2013

3


Literatura

„Zaraz budzi się we mnie diabeł” – kilk a słów o konwencji i kiczu w naj „Nie jestem w stanie wytrzymać konwencji, bo zaraz budzi się we mnie diabeł”1 – kokietuje Konwicki w rozmowie ze Stanisławem Beresiem i okazuje się tak w istocie, a kolejne powieści stają się dla autora Bohini nieustanną grą, także z odbiorcą, którego autor zmusza do ciągłego zadawania sobie pytań.

D

ziennik? Powieść dla młodzieży? Romans? Kryminał? W Kompleksie polskim milicjanci zwracają się do bohatera „panie Konwicki”, a czytelnik zmuszony jest do przemyślenia raz jeszcze sceny erotycznej z jego udziałem, która rozegrała się na zapleczu sklepu, w Kronice wypadków miłosnych nastoletni bohater spotyka gdzieś w lesie siebie-samego-z-przyszłości, z radiem tranzystorowym i w przeciwdeszczowym płaszczu; granice ulegają zatarciu, gatunki zakwestionowaniu, oczywiste staje się nieoczywiste i ani na chwilę nie można zaufać bohaterom, autorowi, sobie. W tak budowanym świecie przedstawionym konfrontacja z uczuciami kiczowymi stanowi kolejny element gry, jaką jest literatura. Czytelnik musi spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie o wartość własnego wzruszenia historią miłosną z Bohini, przejęcia dramatyzmem postaci Traugutta czy ekscytacji wynikającej z przypuszczenia, że to właśnie sam Konwicki przeżył erotyczne zbliżenie na zapleczu sklepu jubilerskiego. Nie inaczej dzieje się w wydanej po raz pierwszy w 1984 roku w drugim obiegu powieści Tadeusza Konwickiego Rzeka podziemna, podziemne ptaki, której chciałabym poświęcić niniejszy szkic. Krytycy zaliczają ją do tzw. tryptyku politycznego, składającego się również z Kompleksu polskiego i Małej Apokalipsy – dwóch wcześniejszych powieści, które przyniosły Konwickiemu dużą popularność i które także świadomie igrają czy też może raczej flirtują z kiczem. Konwicki wie, podobnie jak Gombrowicz, że „kicz musi się pojawić w dziele sztuki – po prostu dlatego, że jest elementem ludzkiej osoby, aspektem jej przeżywania świata i wartości”1, nie pozwala mu jednak nigdy przejąć nad swoimi powieściami kontroli: bohater-postać historyczna po ludzku niepewny i trapiony wątpliwościami przez co „chwytający za serce”, a jednocześnie odważny, wierny i wzniosły, gotowy do poświęcenia, niezłomny… w sytuacji intymnej ma problemy z eiaculatio praecox. Dyskurs Rzeki podziemnej to kolejny, odważny krok w tę właśnie stronę. W kontrapunkcie do moralizatorskiego tonu książek z tamtych lat Konwicki pyta czytelnika, ile jest on jeszcze w stanie znieść, kontynuując tym samym refleksję z wydanego w 1977 Kompleksu polskiego, w którym czytamy: „Z pełnym grozy zdumieniem przerzucałem powieści patriotyczne swoich kolegów albo nie kolegów, z politowaniem

1 J. Jarzębski, Kicz jest w nas (Gombrowicza romans z kiczem), „Teksty Drugie” 1996, nr 4, s. 56.

4

kartkowałem dziełka traktujące o uświęconej martyrologii własnego narodu […]”2. Na pierwszy plan wysuwa się tu zwykła niechęć do patriotycznej sztampy, ale sedno problemu tkwi jednak o wiele głębiej: w rozdarciu autora Małej Apokalipsy pomiędzy tym, co narodowe, polskie i w tym sensie indywidualne, a tym, co uniwersalne, ludzkie, ponadczasowe. Cały Kompleks polski jest być może wynikiem refleksji nad tym jednym problemem. Refleksji autora, który na wcześniejszym etapie swojej twórczości uważał samego siebie za pochodzącego „z kosmopolitycznego Edenu, z zatopionej Atlantydy pranarodu, prajęzyka, prareligii”3 i niespodziewanie okazał się zupełnie kim innym: Jak to się stało, że jestem autorem polskich książek, złych czy dobrych, ale polskich? […] Kto mnie, Europejczyka, mnie obywatela świata, kto mnie esperantystę, kosmopolitę, agenta obcego mocarstwa Uniwersalności Losów, kto mnie przemienił, jak w złej bajce, w zacietrzewionego, ciemnego, wściekłego Polaczka?4.

– czytamy w Kompleksie polskim. Farsowy heroizm bohatera Rzeki podziemnej, który, jako jedyny w całej twórczości Konwickiego nosi jednoznaczne i czytelne symboliczne imię: „Siódmy”, zakorzenia się gdzieś w tej refleksji. „Siódmy”, jak siódme powstanie powojenne. Czytamy w powieści: „Który to już raz za mojego życia – szepnął Siódmy – Ile tych powstań, nowoczesnych powstań w dobie atomu, elektroniki i zabaw z kosmosem. Rok 1945, 1956, 68, 70, 76, 81”5. Dzięki takiemu imieniu staje się Siódmy niemal personifikacją kiczu narodowego, o którym pisze Andrzej Banach, iż jest on „sumą stanów kiczowych, histerycznych i patetycznych członków danego społeczeństwa”6. Podobnie jak w wielu innych książkach Konwickiego, narracja składa się tu z kilku różnych przestrzeni – czasowych, fabularnych, formalnych. Jak pisze w swojej książce Ja Konwickiego Judith Arlt: 2 3 4 5 6

T. Konwicki, Kompleks polski, Warszawa 1990, s. 80. Tamże, s. 80. Tamże, s. 81. T. Konwicki, Rzeka podziemna, podziemne ptaki, Warszawa 1989, s. 133. A. Banach, O kiczu, Kraków 1968, s. 285. Myszliciel, nr 4-5 (8-9)


Temat numeru

Elżbieta Binczycka

czarniejszej powieści Konwickiego Od powieści Sennik współczesny najwyraźniej nie ma już zharmonizowanej narracyjnej integralności – obok narratorskiego „ja” głos zabiera narratorskie „ty” albo bohater występuje jako „on” i jest zależny od narratora auktorialnego7.

Arlt zauważa również, iż razem ze strukturą narracyjną rozszczepiona zostaje także kondycja bohatera-narratora lub samego bohatera, który nie dysponuje już zharmonizowaną psychofizyczną sprawnością. Tak dzieje się także w Rzece podziemnej: Siódmy jest rencistą. W młodości przebył gruźlicę. Poza tym choruje na serce, cierpi z powodu niewyleczonej rany postrzałowej oraz na, jak sam to określa, „białaczkę świadomości”8. Oprócz tego jest także poetą i suma tych cech sprawia, iż może czuć się – i czuje – ze wszech miar „naznaczony”, wybrany. Ta wyjątkowość bohatera przekłada się także na unikatowość samego świata przedstawionego i, przede wszystkim, niepowtarzalność momentu dziejowego, akcja powieści toczy się bowiem w nocy z dwunastego na trzynastego grudnia 1981 roku, kiedy to Siódmy ucieka przez balkon przed wyimaginowanym pościgiem i schodzi po rynnie, aby z torbą pełną matryc nielegalnych wierszy przemierzać ciemną, jakby surrealistyczną Warszawę. Sytuacja, w której stawia Siódmego Konwicki, jest z jednej strony przejmująca, groźna, niebezpieczna, z drugiej zaś dziwna, absurdalna i śmieszna. Siódmy ucieka, choć nikt go nie goni ani nie szuka, a wiersze, które nosi, są grafomańskie. W końcu naprawdę strzela do niego żołnierz z patrolu. Strzela, ponieważ wziął go za kogoś innego, co więcej trafia w pośladek: – Chyba dostał – powiedział jeden z żandarmów – pod zadkiem cieknie mu krew. – Celowałem w chodnik, kurwa – powiedział drugi. – Ma rozrzut ta maszynka, niech ją szlag trafi. – Panie, co pan tak leży w śniegu? Nie może Pan wstać?9.

W miarę rozwoju akcji fabuła powieści staje się coraz bardziej groteskowa. Milicjanci postanawiają zawieźć Siódmego suką do szpitala, zachęciwszy go uprzednio słowami: „wsiadaj, prezes, do kabiny”, a drogę umilają sobie czytaniem wyszperanych w jego torbie wierszy. Wierszy takich jak: 7 J. Arlt, Ja Konwickiego, Kraków 2007, s. 32. 8 Jak powiada sam bohater: „W naszych żyłach bulgoce świadomość zabarwiona na czerwono. Nasze kości wypełnia straszny szpik fermentującej pamięci. Przecież my jesteśmy braćmi. Dwunogami chorymi na białaczkę świadomości” (T. Konwicki, Rzeka podziemna, dz. cyt., s. 92). 9 T. Konwicki, Rzeka podziemna, dz. cyt., s. 55. Czerwiec – Grudzień 2013

Wiersze pisać trudno Żyć jeszcze trudniej Umierać najtrudniej10.

Przechodząc na chwilę do porządku dziennego nad absurdalno-groteskowym sztafażem powieści, łatwo można zauważyć, iż już od pierwszych stron czytelnik Konwickiego stawiany jest w obliczu sytuacji niemieszących się w codziennym doświadczeniu, które, jak pisze Poprzęcka, w odbiorze „człowieka kiczowego” ulegają zwykle najdrastyczniejszym zniekształceniom. Ojczyzna, śmierć, wojna, wiara, miłość – oto „tematy kiczowe” i zarazem główne problemy Rzeki podziemnej, które zniekształca Konwicki, dodając do nich wciąż przyrastający, „puchnący” element farsowo-groteskowy. W szpitalu podczas zszywania powierzchownej rany na pośladku okazuje się, że Siódmy przechowuje klucz do mieszkania w dość wstydliwym miejscu, poznaje także wampira, który jest pacjentem tej samej placówki. Czytamy: – Ja jestem wampir. Mówią o mnie – nadbużański, choć ja mieszkam w mieście Łodzi […]. Sąsiad zbliżył się wolno do Siódmego. Stanął nad nim, ledwo już widoczny w ciemnościach. – Ja jestem wampir, cholera. Nadbużański. – To znaczy, grasuje pan nad Bugiem? – odezwał się Siódmy, niepewny czy nie urazi sąsiada. […] – Pan się mnie nie boi – domyślił się wampir. […] – Jutro mają mnie kroić. Mówią, że woreczek żółciowy. Ale ja im nie wierzę. Może ktoś im doniósł i chcą mi wyciąć jakiś gruczoł, czy co. A ja mam żonę, troje dzieci, jednak jak to na mnie przychodzi, to wstaję i jadę. Mam trzynaście ofiar11.

Wampir opowiada Siódmemu, iż dusi kobiety „sznurem od żelazka elektrycznego”, okazuje się też nałogowym onanistą. Takich groteskowych historii jest w Rzece podziemnej bardzo wiele, ponieważ chwyty, które stosuje tu autor, odbiegają nieco od typowych dla niego strategii powieściowych. Zamiast trzymać się konwencji tylko po to, aby ją później rozsadzić, Konwicki pozwala sobie na wyborny, ucieszny bricolage: z dostępnych mu szczątków, fragmentów, kawałków, z tego co ma pod ręką, mitów narodowych, tendencyjnych fabuł innych książek tego czasu, okruchów rzeczywistości dostępnych czytelnikowi tworzy przedziwną, absurdalną akcję tej książki, w której odbija się nie tylko kondycja ówczesnej literatury, ale także stan ówczesnej rzeczywistości. 10 Tamże, s. 56. 11 Tamże, s. 66–67.

5


Literatura Uciekłszy ze szpitala, Siódmy napotyka między innymi bosego mężczyznę, biegnącego przez park w samej koszuli i spodniach. Żona mężczyzny wyjaśnia Siódmemu, iż jej małżonek zwariował, ponieważ zjadł kotlety schabowe ze swojej kochanki:„– Zabiliśmy ją w nocy. On zabił. On zabił z własnej woli […]. A ja w południe usmażyłam kotlety – szepnęła – Żeby nażarł się jej do syta”12. Większość postaci, które spotyka Siódmy w trakcie swojej wędrówki przez miasto, jest podobnie szokująca. W powieści pojawiają się wariaci i narkomani, a nawet homoseksualista znany z tego, iż „uwiódł kierownika sklepu warzywniczego”, prostytutka czy „prawdziwy hrabia z przeszłością alkoholową”. Siódmy oprócz szpitala trafia także do kościoła, a w końcu do mieszkania swojej dawnej miłości, która tuż przed zbliżeniem seksualnym wyjawia mu, iż urodziła się mężczyzną… Fabuła powieści tylko pozornie prowadzi od „kiczowej polemiki z kiczem narodowym” ku farsowemu pamfletowi na niego. Nawarstwienia tych przedziwnych postaci i zaskakujących okoliczności czynią z powieści swoistą epopeję antyheroiczną: jej bohater ucieka, by ocalić matryce grafomańskich wierszy; ukrywa się, choć prawdę mówiąc, nikt go nie szuka; jeśli zostaje przypadkowo ranny – to w pośladek (zresztą niegroźnie, ponieważ kula odbiła się od matrycy), a w końcu umiera na zawał w końcowych scenach powieści, w trakcie szarży na telewizor emitujący przemówienie generała. Nawarstwienie tych absurdalnych zdarzeń i farsowość fabuły służą Konwickiemu także do jeszcze jednego celu: do wykreowania rzeczywistości literackiej, kiczowej w sposób nieomal absolutny. Rzeka podziemna, podziemne ptaki zawiera w sobie wszystko to, co charakterystyczne dla dzieła kiczowego. Za Banachem są to: nierzetelność, bycie „nie na serio”, pretensjonalność, taniość i w końcu łatwa dostępność formy i czytelność wszystkim znanej treści. Intencja Konwickiego wydaje się w świetle tego twierdzenia stosunkowo jasna: panuje swoista koniunktura na pewien typ prozy, popularny jest także określony typ bohatera, a sytuacja historyczno-społeczna sprzyja niektórym kreacjom literackim. Rzeka podziemna, podobnie jak spora część pozostałych powieści tego czasu, może być odpowiedzią na te właśnie okoliczności, ponieważ jak pisze Poprzęcka: Łatwo natrząsać się lub paternalistycznie rozczulać nad kiczowatymi narodowymi świętościami (mały powstaniec!), okropnymi kościelnymi malaturami, słodkimi obrazami rodzinnej harmonii czy sentymentalnymi wyobrażeniami szczęśliwych kochanków13.

Taka interpretacja byłaby jednak dość powierzchowna, ponieważ Konwickiego „problem z kiczem” jest przede wszystkim pochodną innego problemu, o którym pisze już w Kompleksie polskim: problemu z polskością. Jak czytamy w powieści z 1977: 12 Tamże, s. 101. 13 M. Poprzęcka, O złej sztuce, Warszawa 1998, s. 278–279.

6

Któregoś dnia albo którejś chwili przeczytałem pierwszą recenzję, która nazwała mnie literatem polskim, zatopionym w polskości, ograniczonym przez polski zaścianek. […] Potem przestałem się śmiać. Owa polskość jawiła się już we wszystkich krytykach. Owa polskość zaczęła się obracać przeciwko nieszczęsnemu autorowi. Przez tę polskość niechcianą stawałem się już niezrozumiały, monotonny, irytujący. Zacząłem ją zwalczać w sobie profilaktycznie, zacząłem się jej wstydzić i bać, choć przecie nigdy jej nie użyłem, nie dotknąłem, nawet myślą nie liznąłem. Była dla mnie najgrzeszniejszym tabu14.

Analizowana z takiego punktu widzenia Rzeka podziemna jest tego tabu wyraźnym, wręcz spektakularnym przekroczeniem. Inaczej niż w Kompleksie polskim czy Małej Apokalipsie, gdzie Konwicki mierzy się z tymi samymi kwestiami mamy tu „polskość” wtłoczoną w stereotypowego bohatera drugoobiegowej literatury ówczesnego czasu z bardzo mocno zaakcentowaną wymuszonością i pretensjonalnością jego perypetii. Jednocześnie, co dla samego Konwickiego niezmiernie istotne, Rzeka podziemna nie jest to sztuka „na serio”. Podobnie jak „wytwórca świętych obrazków, górali z drzewa z długimi włosami, ceramik «cepeliowskich», a nawet «ładnej» sztuki abstrakcyjnej, traktuje swą produkcję, przynajmniej wobec samego siebie, niezbyt poważnie”15. Farsowo-ironiczny klimat tej powieści niewątpliwie sprzyja takiemu odczytaniu intencji autorskiej. Pretensjonalność (rozumianą za Banachem jako aspirację do bycia czymś „więcej”) widać w opisach ośnieżonej Warszawy, ciemnej, mrocznej, oniryczno-surrealistycznej, gdzie kondycja świata przedstawionego koresponduje ze stanem psychicznym bohatera: W drugim pokoju spała Wanda, sąsiad za ścianą przetykał zlew, w głębi miasta jęczały tramwaje na zakrętach, duża część miasta pracowała, chlała wódkę, kopulowała, wampiry i ekshibicjoniści czatowali po bramach, w gmachu partii obmyślano plany skuteczniejszego uszczęśliwienia społeczeństwa, a Siódmy zerwał się z tapczana i miotał po mieszkaniu ogarnięty jakimś amokiem samozniszczenia […]16.

Czołgi, samoloty i milicja na ulicach Warszawy to wszystko jeźdźcy Cara Groźnego, o których czytamy: Prawie ocierając końskimi brzuchami o ośnieżone dachy, pędzili jeźdźcy Cara Groźnego. Całe czarne stado przemknęło z łoskotem nad Nowym Światem. To były znowu helikoptery, które kogoś skądś wiozły albo kogoś gdzieś ścigały17.

Patos narodowego mitu, do którego tak karykaturalnie heroiczne przywiązanie wykazuje Siódmy, wykoślawia percy14 15 16 17

T. Konwicki, Kompleks, dz. cyt. s., 80. Tamże, s. 279. T. Konwicki, Rzeka podziemna, dz. cyt., s. 113. Tamże, s. 124. Myszliciel, nr 4-5 (8-9)


mięci”18. Pierwszoosobowa oniryczna refleksja pozornie powaną przez niego rzeczywistość; ta zaś zlewa się płynnie wcale nie koresponduje z trzecioosobową akcją Rzeki podz obrazami dzieciństwa, pejzażem Nowej Wilejki i wspoziemnej. Zarówno rozbieżność tematyki, jak i kontrast w ujęmnieniami ludzi, których kiedyś znał, a których być może ciu i sposobie przedstawiania rzeczywistości grają tu jednak spotyka właśnie ponownie. Być może, ponieważ miejscami niebagatelną rolę. W narracji opisującej wędrówkę-ucieczkę narracja Rzeki podziemnej staje się wyjątkowo oniryczna, sam Siódmego widzimy odbity niczym w krzywym zwierciadle bohater zastanawia się także, czy przypadkiem nie śni. Wyświat naszych (ludzkich, narodowych, literackich) pragnień, raźne rozszczepienie perspektywy narracyjnej na pierwszą upodobań i skłonności. i trzecią osobę liczby pojedynczej potęguje jeszcze ten efekt, „Czy ta erupcja poezji patriotycznej, pełnej krwi i zaklęć, razem z zawartymi w intermediach wizjami Wileńszczyzny która kłębiła się pod wałkami powielaczy w czasie, kiedy i zaświatów. To właśnie w tych miejscach powieść ujawnia, Konwicki pisał swoją powieść, to wszystko lub prawie wszystiż jest czymś więcej niż tylko dziełem kiczowym, a nawet ko kicz? […]”19 – pyta Walc w swojej recenzji Rzeki podziemnej. czymś więcej niż dziełem kiczowym stanowiącym pastisz na Odpowiedź Konwickiego zdaje się być jednoznaczna. Przejadzieła kiczowe. skrawienie, posunięcie się do granic absurdu staje się tu metoBez żadnych wyjaśnień Konwicki nawiązuje w Rzece poddą dotarcia do prawdy o tym, że w rzeczywistości pragniemy ziemnej do innej swojej powieści, zatytułowanej Dziura w niekarmić (i karmimy!) za pomocą literatury nasze „uczucia kibie. Pojawiają się tutaj Polek, a także Wisielec „albo ktoś barczowe”. Chcemy czytać o bohaterstwie, miłości, walce dobra dzo podobny do wisielca”. Sam Siódmy i inni bohaterowie ze złem, poświęceniu, patriotyzmie, bezinteresowności, odsnują rozważania o tym, że „Bóg ukrywa się w Puszkarni”. daniu. Chcemy czytać o polskości, sami szukamy Wielkości Puszkarnia to stara papiernia, w której bawią się nastoletni i Głębi. Ale, jak pisze Kundera bohaterowie Dziury, miejsce bardzo w Nieznośnej lekkości bytu, kicz dla tej powieści istotne, szczególnie wyciska dwie łzy wzruszenia: w świetle jej zakończenia. pierwszą, gdy wzruszamy się Jan Walc autor napisanej w 1984 sami, drugą, gdy robimy to „z roku recenzji Rzeki podziemnej wspocałą ludzkością”. Dopiero ta mina, iż czytelnicy czują się tą druga łza sprawia, że kicz staje książką rozczarowani. Konwicsię kiczem. Dwie narracje Rzeki ki jest dla nich przede wszystkim podziemnej są od siebie zasadniautorem Małej Apokalipsy, fabułą czo różne, ale największy rozRzeki podziemnej są zaś skonfundoziew widać między nimi w miejwani i zawiedzeni. Jej autor potrafi scu, na które wskazuje Kundera. przejmująco opowiadać o WileńszNarracja Siódmego w bardzo jaczyźnie, z dużym powodzeniem sny i czytelny sposób igra sobie prowadzi też dotyczącą Romualda z tym, co wzrusza kolektywnie, Traugutta część narracji Kompleksu a więc, absurdalne czy nie, jest polskiego, byłby więc w stanie nakiczem wręcz z definicji. Narradal z sukcesem uprawiać to, co Jan cja odautorska rozpoczynająca Walc nazywa „literackim grottgerysię od „Ja” to narracja, w której zmem”, zamiast tego kreśli jednak jest miejsce na liczne refleksje w Rzece podziemnej obraz świata groi wiele emocji, miejsce na prawteskowego, ale nie niemożliwego dę i szczerość; ale nie ma miejw jego poszczególnych elementach, sca na kicz. W takiej narracji łamie tabu heroizmu, wprowauczucia dają się przekazać bez dzając bohatera i postacie już nie patosu i zakłamania. Doświadtyle nieheroiczne, ile antyheroicz- Tadeusz Konwicki w 1991 roku, fot. Ela Lempp czenie „polskości” nie jest tu ne i dziwne intermedia niemające patriotycznym cliché, ale ma urok dzieciństwa i domu, zaś auzwiązku z absurdalną ucieczką Siódmego przed nieistniejątor staje tu naprzeciwko pojedynczego czytelnika, tworząc cym pościgiem, tak skupiającą uwagę czytelnika, że wydaje z nim intymną relację: „Ty nim jesteś, który dotknąłeś wzrosię ona główną osią fabularną tej książki. kiem moich słów, otarłeś się przeczuciem o moje myśli, zląkłeś Piszę „wydaje się” ponieważ jednak nie jest. Pomiędzy się raptem mego cienia w biały dzień, albo kiedy staję za czarną kolejnymi rozdziałami, na początku i na końcu powieści szybą twego okna nad ranem”20. ■ niedługie wstawki zaczynane zawsze od „Ja” budują zupełnie inną rzeczywistość, dają całkowicie nową perspektywę, odsłaniają to, co poza Siódmym, poza stanem wojennym, jeźdźcami Cara Groźnego, drugim obiegiem, kiczowością i być może nawet także poza literaturą. Dają one możliwość 18 Tamże, s. 24. wglądu w drugi, niezależny od pierwszego świat, świat wspo19 J. Walc, Wy chcecie pieśni, [w tegoż:], Tadeusza Konwickiego przedstawianie mnień, w którym czas rządzi się zupełnie innymi prawami, świata, Warszawa 2010, s. 192. gdzie na zawsze można „umrzeć w dziecinnym śnie niepa20 T. Konwicki, Rzeka podziemna, dz. cyt., s. 164. Czerwiec – Grudzień 2013

7

http://www.instytutksiazki.pl/autorzy-detal,literatura-polska,82,konwicki-tadeusz.html

Temat numeru


Literatura

„Pessimi poetae” – gr afomani w Rzymie W labiryncie terminów – konstruowanie starożytności

W

przypadku szczególnej epoki, którą jest starożytność (dla piszącego te słowa – z naciskiem na antyk grecko-rzymski), możemy obserwować, w jaki sposób ówcześni ludzie pod wieloma względami opisywali różnymi terminami otaczającą ich rzeczywistość. Badacz, a nawet amator tamtej epoki, może bezpośrednio poznać mentalność, sposób myślenia i wyobraźnię człowieka antyku, śledząc proces ujmowana zjawisk przyrody czy kultury w ramy językowej interpretacji. Wiele z ówczesnych konceptów jest charakterystyczne tylko dla czasów starożytnych, inne pojęcia, czy to przekształcone w czasach późniejszych, czy bez większych zmian znaczenia, dotrwały do naszych czasów. Można jednak także zauważyć, że w interesującej autora epoce występują zjawiska dobrze znane nam obecnie, które przez starożytnych nie zostały odpowiednio nazwane. Przypomina mi się wstępne zdanie z artykułu autorstwa Susan Sontag pod tytułem Notatki o kampie: „Wiele jest na świecie rzeczy nienazwanych i wiele rzeczy, które nigdy nie zostały opisane, jeśli nawet były nazwane”1. Dla potrzeb badań nad starożytnością pokusiłbym się o trawestację: wiele było w antyku rzeczy nazwanych i wiele rzeczy, które zostały opisane, jeśli nawet nie były nazwane. Do takich rzeczy zaliczyć należałoby grafomanię. Pojęcie to rozumiem podwójnie, zarówno jako proces twórczy – pisanie wątpliwej jakości sporej liczby tekstów, a także jako efekt takiego procesu, którym jest gotowy utwór literacki. Często o pewnych zjawiskach czasów antyku jesteśmy zmuszeni wnioskować na podstawie skromnych wiadomości przekazanych przez jakieś źródło. Tak będzie też w przypadku grafomanii w twórczości rzymskiej, ponieważ będę chciał krótko przedstawić bardzo interesujący przykład, który ostatnio odkryłem. Najpierw warto wskazać, jak prezentował się ogólnie stosunek Rzymian do reguł rządzących twórczością literacką i w jaki sposób o tychże zasadach pisali. Starania o dobrą literaturę Z czasów starożytnych posiadamy dwa podstawowe teksty, w których odnajdujemy normy pisania dobrych dzieł literackich. Są to Poetyka Arystotelesa oraz Sztuka poetycka Horacego. Poza tym z utworów teoretycznoliterackich trzeba wymienić dodatkowo kilka podręczników sztuki retorycznej, której rola w kształtowaniu zasad komponowania, stylu i porządkowania treści utworu jakiegokolwiek rodzaju w tamtym okresie była fundamentalna. Wśród nich najistotniejsze to Retoryka Arystotelesa, anonimowa Retoryka do Herenniusza, podręczniki Hermagorasa, O mówcy Cycerona oraz Kształcenie mówcy Kwintyliana. Niemniej ważne od powyższych tekstów o charakte1 S. Sontag, Notatki o kampie, „Literatura na świecie” 1979, nr 9, s. 307.

8

Krzysztof Mogielnicki

rze normatywnym są także uwagi zawarte w treści dzieł autorów starożytnych. Zazwyczaj w tekstach możemy odnaleźć krytykę stylu (rzadziej doboru treści) innego twórcy. W Żabach Arystofanesa opisany jest znakomity pojedynek (agon) dwóch tragików, Ajschylosa i Eurypidesa, którzy wypominają sobie potknięcia stylistyczne czy rozwiązania fabularne. Polibiusz na przykład w swoich Dziejach krytykuje swoich poprzedników – przedstawicieli historiografii retorycznej – za przesadne wykorzystywanie środków sztuki wymowy, co miało nawet powodować przeinaczanie faktów historycznych. Dostało się nawet Liwiuszowi, autorowi monumentalnego dzieła o historii Rzymu Od założenia miasta, któremu Azyniusz Pollion, inny dziejopisarz okresu augustowskiego, zarzucał patavinitas. Prawdopodobnie należy rozumieć to pojęcie jako prowincjonalność stylu – odstępstwo od reguł poprawnego pisania i wysławiania się obowiązującego w Rzymie, które nazywano urbanitas („miejskość”). Wiele uwag o pisaniu godnym naśladowania lub unikania czynią Cicero w Brutusie (traktat o historii wymowy w Rzymie) oraz wspomniani wyżej Kwintylian w swoim traktacie retorycznym czy Horacy w wielu wierszach. Katullus z kolei, autor, do którego zamierzam zaraz się odwołać, również zawarł w dwóch swoich utworach treści polemiczne. W jego carmina jednak można dostrzec coś więcej – nie jest to tylko wytknięcie jakiegoś nagannego elementu pod względem formy. Katullus, nowy poeta. Wypada najpierw napisać kilka słów o autorze, w którego wierszach znaleźć można wiadomości o grafomańskiej twórczości w Rzymie I wieku przed Chr. Gajusz Waleriusz Katullus pochodził z prowincjonalnej Galii Przedalpejskiej, z miasta Werony. W Rzymie związał się, dzisiaj można by powiedzieć, z awangardową grupą młodych poetów, których nazwano „neoterykami” („młodszymi”). Odrzucili oni typową dla Rzymian twórczość epicką i za wzór postawili sobie twórców aleksandryjskich. Widać to wyraźnie w wierszach Katullusa, które są mistrzowsko skomponowane w kilkunastu metrach oraz często odwołują się do mniej znanej tematyki mitologicznej. Wytworność i erudycja to jednak tylko jedno oblicze poezji Katullusa. Wśród stu szesnastu jego carmina dominuje tematyka miłosna (słynne utwory dedykowane Lesbii), sentymentalna, a obok niej funkcjonują lekkie formy ironiczne, obscenicznie, wulgarne i rubaszne. Słusznie można określać twórczość Katullusa, jedynego tak dobrze zachowanego neoteryka, mianem amare et ludere, które wskazuje na warstwę uczuciową wierszy poety z Werony (amare) i sferę zabawy (ludere) – gier literackich, sztuki nawiązań i dwuznaczności, zgryźliwości i inwektywy, dobrego i wyszukanego humoru, który odczytać mogli jego znajomi. Bo właśnie do nich, jako głównych odbiorców, kierował wybrane wiersze, wyśmiewające znane w Rzymie osoby (nie oszczędził Katullus nawet samego Cezara!) i panujące wówMyszliciel, nr 4-5 (8-9)


Literatura czas obyczaje oraz mody. Wśród tej grupy skierowanych do przyjaciół poety wierszy krytykujących określone postawy i zwyczaje należy umieścić dwa utwory traktujące o natrętnym pisaniu 2 . Katulla inwektywa na grafomanów Pierwszym wierszem traktującym bezpośrednio o tendencji do nadmiernego komponowania wątpliwej wartości utworów jest carmen XIV, które powstało z powodu pewnego prawdziwego wydarzenia. Poniżej przytaczam wiersz w tłumaczeniu Grzegorza Franczaka:

5

10

15

20

Podmiot liryczny, którego można i należy utożsamiać z autorem (wers 14), żali się swojemu przyjacielowi Licyniuszowi Kalwusowi na nietrafiony upominek z okazji grudniowego święta Saturnaliów. Prezentem były wiersze nieznanego twórcy, jak dowiadujemy się z treści carmen być może klienta Kalwusa. Przyjaciel Katullusa albo znał się na dobrej poezji i chciał poecie dać specjalnie złośliwy podarunek, albo nie był za dobrze literacko wykształconym Rzymianinem i prezent nie okazał się trafiony. Reakcja osoby mówiącej jest bardzo ostra i zdecydowana. Grozi on, że, gdyby nie długa znajomość z przyjacielem, zachowałby się jak jego przeciwnik 2 Ograniczyłem się w telegraficznym wręcz skrócie do podstawowych wiadomości o Katullusie i jego twórczości. Po więcej informacji o tym wyjątkowym poecie, którego wiersze odznaczają się prawdziwym mistrzostwem formy i treści, poruszającymi emocjami i skomplikowaną wielowarstwową problematyką, zainteresowanych odsyłam do nowego polskiego t��umaczenia wraz z doskonałym komentarzem: Katullus, Poez je wsz ystkie, tłum. G. Franczak, A. Klęczar, wstęp A. Klęczar, Kraków 2013. Czerwiec – Grudzień 2013

http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Catull_Sirmione.jpg

Gdybym cię bardziej nie kochał niż własne oczy, Kalwusie, za podarek taki w twarz bym ci rzygnął watyniańskim jadem. Co ci zrobiłem albo powiedziałem, że mi podrzucasz grafomańskie wersy? Niech diabli porwą twojego klienta, który ci przysłał podobne herezje! Jeśli to Sulla o tobie pamięta i uszczęśliwia nowym znaleziskiem, snadź, erudyta, chciał ci się odwdzięczyć, że go skutecznie wybroniłeś w sądzie. Dobrzy bogowie, co za straszna książka! Co cię skusiło, by ją w darze wysłać Katullusowi? Żeby cierpiał męki w dniu Saturnaliów, w karnawale uciech? To ci, figlarzu, nie może ujść płazem: o bladym świcie oblecę księgarzy, pozbieram z półek Akwinów, Cezjuszy, i Suffenusów, jadowity bukiet złożę, odpłacę pięknym za nadobne! Zgiń i przepadnij, wracaj do otchłani, skąd między ludzi wypełzłaś nie w porę, zarazo wieku – podli grafomani!

Współczesne popiersie poety w Sirmione

polityczny Watyniusz, z którym Kalwus walczył w sądzie. Bardzo negatywnie opisani zostają twórcy i ich dzieła, przez które Katullus zmuszony jest cierpieć – w wersach 5 i 25 w oryginale znajduje się przymiotnik malus oraz stopień najwyższy od niego na określenie „grafomanów” z tłumaczenia (tytułowi pessimi poetae – najgorsi poeci), wers 12 „straszna książka” to po łacinie horribilis libellus. Możemy dowiedzieć się, że takich poetów w Rzymie było sporo, skoro podmiot liryczny mógłby bez problemu znaleźć w mieście jeszcze więcej przykładów złej poezji. „Jadowity bukiet” w oryginale brzmi równie mocno, ponieważ Katullus użył słowa venena czyli „trucizny”. Są to wszystko więc dość silne i pejoratywne epitety. Co więcej, dla jeszcze bardziej zdecydowanej krytyki zjawiska słabej poezji utwór kończy się niemal magiczną inkantacją odpędzającą uroki. Drugim wierszem jest carmen XXII, które uzupełnia poprzedni tekst. Utwór uzupełnia obraz zjawiska, które można by nazwać bardziej współcześnie grafomanią. Cytuję również w tłumaczeniu Franczaka: Suffenus (znasz go z widzenia, Warusie: miły, wymownym, z obyciem światowca),

9


Literatura ma problem: pisać hurtowo zwykł wiersze. Z dziesięć tysięcy napłodziło mu się! Gdybyż po starych papirusach skrobał! Nie! Świeża karta i królewska jakość, Zwoje oprawne w pergamin najlepszy, linie z ołowiu, gładzone pumeksem! Lecz gdy przeczytać, wnet się przeistacza z gwiazdy salonów w brudnego koziarza lub hreczkosieja – nie poznasz go zgoła. Jak to tłumaczyć? Kto przed chwilą zdał się miejskim trefnisiem (albo i kimś więcej), oto prostactwem przewyższa prostaka, starczy, by dotknął pióra. Nic go bardziej nie uszczęśliwia niż klecenie wierszy: tak się sam sobą zachwyca i cieszy. Morał: wszak błędy popełniamy przecież, każdy Suffenem zda się w jakimś względzie. I chociaż każdy na swój sposób grzeszy, nikt z nas nie widzi worka na swym grzbiecie!

5

10

15

20

Tym razem podmiot liryczny zwraca się do bliżej nieznanego Warusa, któremu opisuje przypadek równie enigmatycznego poety Suffenusa. Ów pojawia się w wyżej zacytowanym carmen XIV. Wymieniony jest pośród autorów nazwanych pessimi poetae. W carmen XXII zaś otrzymujemy wytłumaczenie, z czego wynika słabość Suffenusa. Pisze on wiersze, bardzo dużo wierszy ( plurimi versus), które niestety są marnej jakości. Tym gorzej jeszcze świadczy to o bohaterze tego utworu, że zdaje się on być człowiekiem wykształconym, który powinien rozumieć poezję. Wystawia sobie fatalne świadectwo, ponieważ tylko on sam zdaje się być odbiorcą swojej może twórczości, którą z taką namiętnością tworzy i próbuje publikować3 . Podsumowanie – lekcja Katulla Wydaje się, że wiersze zawierają spójny obraz zjawiska, które dziś moglibyśmy nazwać grafomanią. W obu cytowanych utworach odnajdujemy podwójne rozumienie interesującego nas pojęcia. Wspomniałem o tym we wstępie. Katullus pisze zarówno o grafomanii w kontekście procesu twórczego, to jest jako o nadmiernym tworzeniu wierszy. Ale także rozprawia i o efekcie takiego pisania – nędznych i tandetnych utworach, które w sporych ilościach kurzą się na półkach. Można pytać, czy aby ta ocena poety z Werony nie jest przesadzona czy podkoloryzowana. To właśnie jego carmina zachowały się i były czytane. Sam, co wiemy z jego twórczości, dysponował dobrym gustem i znakomitym stylem. Jego krytyka była uzasadniona. Wszystko wskazuje, że opisał autentyczne zjawisko z Rzymu I wieku przed Chrystusem. ■

3 Ciekawe są cztery końcowe wersy, w których zmienia się ton i autor przechodzi do pouczenia odbiorcy na wzór rzymskiej satyry.

10

Kicz, zwłaszcza ten związany z miejscami kultu i przedmiotami o charakterze dewocjonalnym, jest uważany za zjawisko tak powszechne, jak niepożądane. Tymczasem, angielscy pisarze wypracowali dla niego szereg zastosowań, dzięki którym stał się integralną częścią świata przedstawionego katolickich powieści, od połowy XIX wieku po czasy współczesne.

T

ekst The Pen and the Cross autorstwa Richarda Griffithsa jest jedną z najciekawszych prac ostatnich lat poświęconych skomplikowanym relacjom literatury i wiary katolickiej. Autor podejmuję próbę analizy tekstów znanych i pomniejszych autorów angielskich, którzy kreację świata literackiego opierali, w  różnym stopniu i  różnymi sposobami, na katolickich wartościach, dogmatach i symbolach1. Griffiths upatruje inspiracji tych zjawisk w podobnych, zachodzących w  tym samym czasie we Francji; podkreśla jednak unikatowość rozwiązań angielskich, wynikających, między innymi, z bardzo silnej tendencji do akcentowania różnic między wiarą rzymskokatolicką a anglikanizmem2. Jedną z cech dystynktywnych katolickiej powieści w Anglii jest głębokie zainteresowanie liturgią i wykorzystanie jej elementów jako kluczowych dla zrozumienia tekstu. Zwłaszcza liturgia prowadzona zgodnie z tradycją przedsoborową, po łacinie, miała silnie oddziaływać na wyobraźnię. Innym chętnie poruszanym zagadnieniem jest podział społeczny, głęboko zakorzeniony w  angielskiej tradycji i  kulturze, w przeszłości często będący podstawą tożsamości narodowej. Wreszcie, Griffiths koncentruje się na przedmiotach i miejscach kultu, stwierdzając jednoznacznie, że ich główną cechą jest nieatrakcyjność i brak estetyki. Tym samym przyjmuje kicz jako jedną z  głównych cech wyróżniających angielską powieść katolicką spośród innych zjawisk literackich. Kicz a sprawa angielska – początki Rzeczywiście, kicz towarzyszył katolickim pisarzom przez długi czas. Jego obecność została zaakcentowana bardzo wcześnie, bo już w 1866 roku, przez Gerarda Manleya Hopkinsa, który w listach do ojca zaprzeczał jakoby powodem jego wstąpienia do Kościoła Katolickiego była prosta zachcianka i potrzeba doznań estetycznych: „mógłbym je lepiej zaspokoić w Kościele Anglii, jako że zły smak zawsze czyha w  katolickich bibelotach”3. Świadomość obecności tandety potwierdziła też Josephine Mary Ward w swojej powieści One Poor Scruple z 1899 roku. Zamieszczony jest w niej opis kaplicy przynależącej do posiadłości arystokratycznej 1 Trzeba w tym miejscu podkreślić, że zarówno Griffiths jak i inni badacze szczególną uwagę poświęcają pracom powstałym po roku 1850 w wyniku tzw. odrodzenia się literatury katolickiej w Anglii. 2 R. Griffiths, The Pen and the Cross, Londyn 2010, s. 9-10. 3 List G.M. Hopkinsa do ojca z dn. 16/17 października 1886 r. (G.M. Hopkins, Poetry and Prose, Philadelphia 1998, s. 130). Ten, jak i inne cytaty zaczerpnięte z publikacji anglojęzycznych zostały przetłumaczone przez autorkę artykułu. Myszliciel, nr 4-5 (8-9)


Literatura

Teologia kiczu, czyli krótko o angielskiej powieści k atolickiej http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Liche%C5%84_Stary-fontanna.jpg

Aleksandra Słyszewska

rodziny Riversdale’ów, której członkowie kreowani są jako ludzie pobożni i bogobojni. Czytelnik poznaje wnętrze i wystrój świątyni oczyma agnostyka, Marka Fieldes’a, człowieka uchodzącego za inteligentnego i obytego w kręgach kulturalnych4. Sposób przedstawienia kaplicy nie pozostawia wątpliwości: Minęło kilka chwil zanim Fieldes zdał sobie sprawę z  [jej – A.S.] brzydoty… Prezbiterium było małe i  kwadratowe. Narożniki były ozdobione pilastrami z  imitacji marmuru, a  drzwi prowadzące do zakrystii miały ciężkie podpory i belki poprzeczne tego samego łososiowego koloru… Nad ołtarzem znajdowała się apsyda wypełniona olbrzymim przezroczem przedstawiającym Zmartwychwstanie. Sprytnie zakamuflowany palnik, teraz wyłączony, uwydatniał wyjątkowo nieudaną kolorystykę tego przedstawienia. [Fieldes – A.S.] był na wpół zafascynowany swoistą brzydotą jaką przedstawiała całość5.

Parę lat po publikacji One Poor Scruple inny autor, Frederic Rolfe, w  swojej powieści przedstawił podobną charakterystykę świątyni i uwidocznił kicz jeszcze dobitniej, mówiąc wprost o jej „tandetnej wyniosłości”6. Maurice Baring poszedł o krok dalej, w swojej powieści C nie tylko użył elementów tandety w kreacji rzeczywistości katolickiej ale też, słowami jednej z bohaterek, starał się wytłumaczyć ich obecność. Unzał je za próby ukazania tego, co niepojęte, w sferze symboli: […] tam gdzie przedmiot przedstawiany należy do kategorii boskich i jest niemożliwy do opisania w  kategoriach ludzkich, przy pomocy ludzkich środków, wizerunek nie jest gorszy ze względu na swoją dziecinność. W końcu nawet najlepszy obraz najlepszego artysty na świecie przedstawiający ukrzyżowanie jest tak samo nieadekwatny jak obraz dziecka, a obraz dziecka jest często bardziej przekonujący – nie jako sztuka, ale jako przedstawienie boskiego, gdzie piękno jest poza ludzkim zasięgiem; im bardziej bezpretensjonalna i naiwna jest próba przedstawienia tym lepiej; staje się wtedy symbolem7.

4 Wybór punktu widzenia jest tu oczywiście celowy i może być traktowany jako pewien rodzaj konwencji. Opis miejsca kultu przekazany jest oczyma osoby niewierzącej; w ten sposób podkreśla się jej brak zrozumienia dla wyobrażeń i przekonań religijnych. Podobny ��������������������� zabieg stosowany jest w pracach późniejszego okresu. 5 J.M. Ward, One Poor Scruple, Padstow, Cornwall 1985, s. 121. 6 F. Rolfe, Hadrian the Seventh,, New York 2005, s. 42. 7 M. Baring, C., London 1986, s. 518. Czerwiec – Grudzień 2013

Tzw. „fontanna anioła” w Licheniu

Wszystkie te przykłady przytacza także Griffiths, a na tym jego analiza zjawiska kiczu się kończy; w kolejnych sekcjach jego książki nie ma już mowy o elementach tandety. Zdaje się więc, że temat został przez pisarzy na dobre porzucony i dawno zapomniany. Nic bardziej mylnego. Kicz nadal towarzyszył powieści katolickiej, a właściwie nie tyle jej towarzyszył, co przemieszczał się coraz bliżej centrum, zyskując na znaczeniu i dobitnie podkreślając odrębność katolickiej wiary. Punktem kulminacyjnym tego procesu jest jedna z najpopularniejszych powieści XX wieku – Znowu w Brideshead – autorstwa Evelyna Waugh. Dylemat artysty Paradoksalnie, powieść w  dużym stopniu jest o  sztuce i  pisana przy pomocy wielu odwołań do świata sztuki. Obrazy Rafaela, Guercino, Van Gogha czy Tintoretta, książki Johna Ruskina, Clive’a Bella i Rogera Frya to tylko niektóre z wielu elementów świata przedstawionego. Nic w tym dziwnego, skoro akcja powieści koncentruje się wokół Charlesa, młodego człowieka, który odkrywa w sobie silne pragnienie przeżyć estetycznych i zamiłowanie do malarstwa. Jego rozwój, jako artysty, postępuje jednak równocześnie z rosnącą świadomością życia religijnego zaprzyjaźnionej rodziny katolickiej, która zdaje się wpływać destrukcyjnie na jego twórczość. Charles napotyka elementy kiczu już podczas pierwszych odwiedzin w rezydencji Flyte’ów, w ich rodzinnej kaplicy: Anioły w drukowanych bawełnianych fartuszkach, pnącza róż, ukwiecone łączki, brykające baranki… święci w zbrojach pokrywający ściany wyraź-

11


Literatura nymi, jaskrawymi wzorami… Schody na ołtarz przykryte były dywanem w kolorze trawy z porozrzucanymi białymi i złotymi stokrotkami8.

Kolejne odkrycia następują w  pokojach Lady Marchmain i  niani Hawkins. Pomieszczenia te pełne są figurek, oleografów i rozmaitych tandetnych dewocjonaliów. Dla Charlesa, jako artysty, te braki estetyczne są szczególnie widoczne i  bolesne. Ostatnia scena powieści prezentuje jednak jego nieoczekiwany i  wzruszający powrót do zniszczonej już posiadłości i do kaplicy, gdzie dokonuje się jego ostateczne nawrócenie. Wiara, choć dekorowana kiczem nie przedstawiającym żadnej wartości estetycznej, zwycięża nad estetycyzmem i wpływa na człowieka znacznie silniej niż piękno zamknięte w dziełach sztuki. Waugh zdaje się nawiązywać w  ten sposób do rozwijającego się w  literaturze angielskiej na początku XX wieku nurtu katolickiego estetycyzmu i  przekonania, że poprzez piękno sztuki sakralnej człowiek może dostąpić szczerego nawrócenia. Pogląd taki podzielało wielu pisarzy takich jak Joris-Karl Huysmans czy Oskar Wilde, których wpływ jest widoczny także w  powieści Waugh. Bardzo ważnym, jeśli nie kluczowym, poruszanym przez niego zagadnieniem jest krytyka takiego podejścia i prezentacja konfliktu piękna uosabianego przez sztukę z wiarą katolicką, której częstą reprezentacją jest właśnie kicz. Te dwa systemy wartości pozostają w opozycji i są powodem wewnętrznego konfliktu głównego bohatera. Ostatecznie sztuka nie jest jednak w stanie zapewnić mu niczego poza chwilowym poczuciem zachwytu. Charles zwraca się, pomimo swojej estetycznej wrażliwości, ku tandecie – a raczej ku wartościom, które ta sobą reprezentuje. W słabości siła Nieco inne podejście do zagadnienia kiczu prezentuje Graham Greene. Kreowany przez niego świat jest unikalny w  swojej złożoności, charakteryzuje go brak wyraźnych granic między wartościami i rozróżnienie między dobrem, złem, tym co właściwe i  tym co niewłaściwe. Następuje wymieszanie i  przewartościowanie takich elementów jak ofiarność i  egoizm, zbrodnia, niewinność miłość i  nienawiść. Taki stan rzeczy jest wyraźny w  Brighton Rock, gdzie Greene dodatkowo prezentuje dwa skrajnie różne światopoglądy i podkreśla brak zrozumienia ludzi niewierzących, pochłoniętych zaspokajaniem swoich fizycznych potrzeb, dla moralnych dylematów ludzi wychowanych w tradycji katolickiej. Elementy kiczu pojawiają się sporadycznie i koncentrują się wokół postaci Rose, młodej dziewczyny, która przez swoją naiwność zostaje wplątana w świat zbrodni i okrucieństwa. Ze względu na swoją osobowość i przekonania religijne traktowana jest przez innych z dużą pobłażliwością i lekceważeniem, choć jej zeznania stanowią śmiertelne niebezpieczeństwo dla Pinkiego, członka gangu. Rose cechuje przede wszystkim chęć przypodobania się Pinkiemu, z którym łączy ją skomplikowana i niebezpieczna relacja. Jej 8

12

E. Waugh, Brideshead Revisited, London 1951, s. 33.

ubóstwo i przeciętna uroda sprawiają, że próby poprawienia swojego wyglądu dają raczej mizerny efekt i są wyszydzane, tak jak w przypadku dnia ślubu: Wystroiła się… pozbyła się kapelusza, którego nie lubił: nowy płaszcz, odrobina pudru i  tania szminka. Wyglądała jak jedna z  małych pstrych statuetek w brzydkim kościele: papierowa korona nie wyglądałaby na niej dziwnie, ani malowane serce: mogłeś się do niej modlić, ale nie oczekiwać odpowiedzi9.

Porównanie dziewczyny do kościelnej statuetki wiele mówi o  sposobie, w  jaki Pinkie traktuje swoją towarzyszkę oraz związane z nią wartości, wedle których sam z resztą został wychowany. Przypisuje im tandetę, lekceważy je i zdaje się ich nie akceptować. Pomimo tego są mu niezbędne i  nie potrafi lub nie może (nie chce?) się od nich uwolnić. Niezdolny do rozwiązania tego dylematu ponosi porażkę – nie udaje mu się do końca zdeprawować Rose i namówić jej do samobójstwa; przypadkowo wylewa sobie na twarz butelkę żrącego vitriolu i umiera na jej oczach. Utożsamianie postaci Rose i  wartości, które wyznaje, z  kiczem i  tandetą wyraźnie pokazują, że są one poddane w  wątpliwość, a  ich zbawienny wpływ na człowieka jest kwestionowany. Rose nie jest silną postacią i  łatwo ulega złym wpływom Pinkiego. Warto jednak podkreślić, że łącząca ich więź oparta jest na wspólnej wierze i wychowaniu. Pinkie, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo, zamiast zabić dziewczynę, żeni się z nią. Czuje, że pomimo dzielących ich różnic, Rose stanowi jego dopełnienie i w  pewnym sensie bohater podziela jej przekonania, choć ze wszystkich sił stara się zdusić w sobie przejawy współczucia i sympatii, uznając je za słabość. Wyśmiewanie dziewczyny i  wyszydzanie jej wiary jest więc rodzajem mechanizmu obronnego, który jest odpowiedzią na trudne doświadczenia chłopca zmuszonego do ciągłej walki o  przetrwanie w  brutalnym świecie dorosłych. Prawda dnia codziennego Evelyn Waugh i  Graham Greene uznawani są za autorów, którzy w  swoich powieściach w  mistrzowski sposób ujęli dotychczasowe trendy obecne w  literaturze katolickiej, a także zastosowali szereg nowych rozwiązań i tym samym przyczynili się do dalszego rozwoju tego gatunku. Jest on widoczny między innymi w  powieściach Davida Lodge’a, który z dużą dozą humoru podejmuje tematykę zmagań katolików z trudnościami jakie stawia przed nimi ich wiara w starciu z codziennym życiem. Dotyczy to w szczególności problemu antykoncepcji i  związanych z  nią dylematów moralnych, barwnie przedstawionych w  Gdzie leż y granica. Elementy kiczu są tu również obecne i wpływają na sposób kreowania świata. Akcja powieści rozpoczyna się w małym londyńskim kościele, gdzie grupa młodych ludzi bierze udział w nabożeń9 G. Greene, Brighton Rock, London 2004, s. 183. Myszliciel, nr 4-5 (8-9)


Literatura stwie z okazji dnia św. Walentego. Otoczenie, w którym się znajdują, jest opisane ze szczegółami: We wnętrzu kościoła Najświętszej Panienki i  św. Judy […] wciśniętego między bank i magazyn meblowy, równie dobrze mogłaby być noc. Światło zimowego świtu jest zbyt słabe, by przebić się przez okienne witraże, podwójnie i potrójnie zmętnione przez sadzę i ptasie odchody, obrazujące scenę z życia Najświętszej Panienki, ze św. Judą, patronem od spraw beznadziejnych, widocznym na pierwszym planie sceny Koronacji w niebie. […] świece wotywne kapryśnie oświetlają gipsowe figury świętych sparaliżowanych w gestach modlitwy lub napomnienia. Są tu elektryczne światła, zwisające z ciemnego dachu na niezmiernie długich przewodach, jak lampy zawieszone nad studnią lub kopalnianym szybem; ale, dla oszczędności, włączono tylko kilka z nich10.

Następuje tutaj przewartościowanie elementów wystroju, które powinna cechować wzniosłość i majestatyczność, a zamiast tego drwi się z nich i sprowadza do przyziemnych, fizycznych cech. Kicz jest wynikiem działania podobnego mechanizmu. W dalszych częściach powieści różne elementy dotyczące katolickiego dorobku materialnego i duchowego są ukazywane w nowym świetle, często tracąc znamiona niezwykłości, nabierając cech tandety i tracąc swoją autentyczność. Ta ujma nie jest wyrazem kpiny z religii czy wartości duchowych, ale raczej ich niepraktyczności w zderzeniu z  problemami dnia codziennego. Grupa bohaterów, mło-

dych katolików, boryka się ze swoją seksualnością, próbując zachować przykazania Kościoła i  jednocześnie korzystać z  wolności, jaką daje im współczesny świat. Opis wnętrza kościoła nadaje ton całej powieści, wprowadza element humoru i jednocześnie pokazuje, że czytelnik ma do czynienia nie ze światem górnolotnych idei i wzniosłej duchowości, ale ze światem zwykłych ludzi mających swoje plany, nadzieje i wątpliwości. Wnioski W pewnym sensie kicz można nazwać zjawiskiem powszechnym w angielskiej literaturze katolickiej. Choć wyszydzany z powodu swojej prostoty i naiwności, dla ludzi wierzących jest wartością uniwersalną pokazującą, że cenne wartości często kryją się w  przedmiotach bardzo niepozornych; jest też dowodem na to, że prawdziwej wiary należy szukać w sobie samym, a nie w pięknych i imponujących dziełach sztuki. Kicz stał się też sposobem prezentacji tego, co nieosiągalne dla ograniczonej ludzkiej percepcji, upraszczając i przenosząc wyobrażenia do sfery symbolicznej. Wreszcie, kicz posłużył angielskim pisarzom do przewartościowania literackiego świata i sprowadzenia go z duchowych wyżyn do prostej, pełnej poświęceń codzienności. We wszystkich tych przypadkach kicz należy traktować jako element pozytywny, raczej wzbogacający ludzkie doświadczenie, niż je ograniczający. ■

http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Lichen_stary_Poland.jpg

10 D. Lodge, How Far Can You Go, London 1981, s. 1.

Sanktuarium w Licheniu, uznawane za szczyt kiczu w architekturze sakralnej w Polsce Czerwiec – Grudzień 2013

13


Historia sztuki

Kicz w architekturze Jednym z największych problemów współczesnej architektury Polski jest Michał Zięba jej kiczowatość. Jak jednak rozumieć kicz w architekturze i jakie są jego źródła?

K

icz. Określenie to stało się jedną���������������������� z ������������������� najprostszych „szufladek”, w których umieszcza się budynki uważane za brzydkie, tandetne, zaprojektowane bez gustu, często rażące przepychem nieprzystającym do ich rozmiarów, funkcji, otoczenia czy jakości użytych materiałów. Warto jednak zauważyć, że kicz jest kategorią estetyczną, która w ubiegłym (najbardziej do tej pory heterogenicznym pod względem architektury) stuleciu nie zawsze niosła ze sobą tak pejoratywne skojarzenia. Budynki, które stają się finalistami corocznych plebiscytów na tzw. „makabryłę” – najgorszą realizację architektoniczną ubiegłego roku1, mają swoje kilkadziesiąt lat starsze pierwowzory. Często nieświadomie odwołują się one do rozwiązań postmodernistycznych, powielając je (zwykle w ���������������������������������������������������������� mniejszej skali)������������������������������������������ i ��������������������������������������� na nowo wprowadzając do architektonicznego krajobrazu naszego kraju. Od postmodernizmu… U źródeł narodzin postmodernizmu w historii architektury jest krytyka budownictwa ruchu nowoczesnego, której pod-

2 Hasło to nawiązuje do minimalizmu form modernistycznych, które charakteryzowały się m.in. ograniczeniem architektonicznych detali czy rodzajów tworzących je materiałów. Por. Diane Ghirardo, Architektura po modernizmie, Toruń 1999, str. 17. 3 Jej przeciwstawieniem jest zasada Louisa Sullivana „form follows function” („funkcja podąża za znaczeniem”).

whistleforthewind.blogspot.com

1 Pojęcie popularyzowane od 2007 r. przez portal bryła.pl w organizowanym przezeń konkursie „Makabryła roku”.

stawę stanowią dzieła Roberta Venturiego (Complexity and Contradictions in Architecture, 1956), Jane Jacobs (The Death of Great American Cities, 1961) oraz Aldo Rossiego (L’archittetura della citta, 1966). Pierwszy z nich uznał architekturę modernizmu za oderwaną od uwarunkowań społecznych������������� i ���������� ekonomicznych, stając się zwolennikiem projektowania zgodnie z zasadą „both-and” („jedno����������������������������������������� i �������������������������������������� drugie”) zamiast „either-either” („albo-albo”)2. Zabawnie ujął ją Venturi w zdaniu „less is bore” („mniej znaczy nudniej”), nawiązując do maksymy van der Rohe’a (jednego����������������������������������������� z �������������������������������������� najwybitniejszych architektów niemieckiego modernizmu) „less is more” („mniej znaczy więcej”). Zainteresowania pozostałej dwójki badaczy skupione były na analizie funkcjonowania tkanki miejskiej: żywotności niesionej przez różnorodność rejonów miejskich i starych budowli w �������������������������������������������������������� kontraście���������������������������������������������� z ������������������������������������������� uśmiercającą je regularnością modernistycznych osiedli (Jacobs) oraz na zasadzie projektowania zgodnie ze specyfiką geohistoryczną danego miasta i w nawiązaniu do niej (Rossi)3. Krytykując dokonania i założenia architektury

Dom Franka Gehry’ego

14

Myszliciel, nr 4-5 (8-9)


Historia sztuki modernizmu, trójka ta proponuje również nowe zasady – eklektyzm, historycyzm, bogactwo form i detali, odrzucenie prymatu funkcji nad formą, a zatem cechy, które najczęściej krytykuje się współcześnie������������������������������ w ��������������������������� budynkach uznawanych za kiczowate. Analiza projektu stworzonego przez Venturiego pozwala na skonkretyzowanie jego teoretycznych koncepcji. Zaprojektował on w Chestnut Hill (Pensylwania) dom dla swojej matki zwany od jej imienia Vanna Venturi House (1962-64). Jego fasada sprawia wrażenie monumentalnej dzięki formie rozciętego w połowie klasycznego greckiego frontonu. Już na niej widać realizację zasad kompleksowości�������������� i ����������� przeciwieństwa. Centralnie ułożone wejście formie wyciętego kwadratu zwieńczone jest cienkim łukiem, tworząc symetryczną kompozycję, którą burzy układ okien po jej dwóch stronach.�������������������������������������������������� Z ����������������������������������������������� jednej dwa kwadratowe, lecz różniące się wymiarami okno, z  drugiej jedno podłużne w  kształcie wstążki, jakby przeniesione z przedwojennej, modernistycznej Willi Savoye Le Corbusiera. Również wnętrze budynku gra kontrastami form i  wielkości (np. nieproporcjonalna wobec pomieszczenia wielkość kominka podkreślająca, iż jest on centralnym elementem domu). Vanna Venturi House jest kompozycją linii prostych��������������������������������� i ������������������������������ krzywych, które przeciwstawione sobie tworzą kompleksową całość, spójną z założeniami Complexity and Contradictions in Architecure. Trzeba podkreślić, że projekt tworzony był wspólnie�������������������������� z ����������������������� matką architekta, zgodnie z jej wskazówkami i postmodernistycznym założeniem, że każdy budynek jest w swym rodzaju indywidualny, jego forma wynika z wyobraźni twórcy i inwestora4.

Skrajnym przejawem postmodernizmu w  architekturze stał się nurt zwany dekonstruktywizmem. Nawiązując do filozofii Jacquesa Derridy, charakteryzują go takie cechy jak nieciągłość, rozproszenie i  fragmentacja. Symbolem dekonstruktywizmu stał się dom jednego����������������� z �������������� jego najwybitniejszych i najbardziej rozpoznawalnych twórców – Franka Gehry’ego, którego kontrowersyjne projekty wciąż szokują różnorodnością form i  materiałów, przypominających bardziej gigantyczne trójwymiarowe realizacje abstrakcjonistycznych obrazów niż budowle. Kolonialny dom, który kupił������������������������������������������������ w ��������������������������������������������� latach siedemdziesiątych��������������������� w ������������������ Santa Monica������ w ��� Kalifornii poddał zaskakującej metamorfozie, otaczając go fantazyjnym murem o  fakturze blachy falistej, na którym opierają się przypominające porozrzucane pudełka geometryczne formy ze szkła, stali i drewna. Przebudowa sprawia wrażenie niezaplanowanej��������������������������������� i ������������������������������ nieukończonej,���������������� a ������������� jej chaotyczny charakter kontrastuje������������������������������ z ��������������������������� pozostawionym�������������� w ����������� nienaruszonym stanie domem znajdującym się wewnątrz tej struktury. Radykalność rozwiązań Gehry’ego widać również w innych projektach budynków zbudowanych w całości od podstaw. Jedną z nich jest „Ginger i Fred” w Pradze (zwany też „Tańczącym domem”), do którego kończącej się wieżą bryły doczepiona jest druga, pokryta szkłem i zwężona w środku, nawiązując do tańczącej pary z filmu Felliniego. Całość dopełniają charakterystyczne dla tego amerykańskiego architekta elementy jak krzywizna fasad czy „wystające” przed nie ramy okien������������������������ w ��������������������� formie wąskiego wykuszu. Do jego najsłynniejszych budowli należy też Muzeum Guggenheima w  Bilbao. Prawie całkowicie pozbawione z ������������������������������������������������������ zewnątrz kątów prostych, składa się������������������� z ���������������� kilku warstw powyginanych metalowych brył, połyskujących swym meta-

http://commons.wikimedia.org/wiki/File:V_Venturi_H_720am.JPG?uselang=pl

4 Wyobraźni nieskrępowanej wymogiem poszukiwania maksymalnej funkcjonalności, którą miały zapewniać określone przez modernistów elementy architektoniczne.

… do dekonstruktywizmu

Vanna Venturi House Czerwiec – Grudzień 2013

15


Historia sztuki lowym pokryciem. Jest ono triumfem formy nad funkcją, budynkiem-symbolem, który zapada w pamięć dzięki swej oryginalności i niepowtarzalności. A w Polsce?

http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Moderne_wolkenkrabber_Warschau_0875.PNG

W������������������������������������������������������� łaśnie do twórczości Gehry’ego ���������������������������������� zdaje się odwoływać Czesław Bielecki, twórca jednego z najbardziej kontrowersyjnych budynków ostatnich lat – nowej siedziby Telewizji Polskiej w Warszawie. Oparty na planie półkola, z zewnętrznej strony posiada bardzo prostą fasadę������������������������������ z ��������������������������� regularnymi rzędami kwadratowych okien, jedynym nietypowym elementem są wieńczące je łuki, które historyzując nawiązują do rzymskich akweduktów. W wewnętrznej części bryły panuje zaś chaos form, ze zwężającą się ku górze wieżą w  formie zwijającej się muszli czy olbrzymim, pokrytym szklanym dachem pawilonem gdzie znajduje się wejście. Obie części budynku kontrastują nie tylko formami, ale również materiałami –������������������������ z ��������������������� zewnątrz użyto kamienia������������������������������������������������������ w ��������������������������������������������������� stonowanym, zielonkawym kolorze, wewnątrz zaś������ w ��� całości pokryty jest niebieskim szkłem. Budynek Bieleckiego, krytykowany za niefunkcjonalność������������������������ i ��������������������� koszty jego wybudowania, sytuuje się na granicy współcześnie rozumianego kiczu i  postmodernizmu. Choć nie reprezentuje sobą klasycznych wartości estetycznych, gra formami�������������������������� i ����������������������� odwołuje się do najważniejszych założeń architektury Venturiego czy Gehry’ego. Tak jak ich budynki, można interpretować go w kategoriach „kiczu samoświadomego”, odmiany sztuki awangardowej, która w kampowej interpretacji Susan Sontag nabiera wartości właśnie przez swoją sztuczność i brzydotę. Niestety, dominujące w polskiej architekturze zjawisko kiczowatości, ma nie tylko swój wymiar estetyczny, ale����������� i �������� społeczny. Mam tu na myśli pragnienie inwestorów, zarówno przed-

siębiorstw jak�������������������������������������������� i ����������������������������������������� budujących domy rodzin, by poprzez architekturę podwyższyć swój status, podkreślić swoją zasobność (lub sprawić wrażenie takowej). Jego głównym przejawem jest bardzo częste historyzowanie budynków – domów jednorodzinnych, osiedli, siedzib firm����������������������������� i �������������������������� ich fabryk poprzez wprowadzanie elementów „z innej epoki”. Najczęściej są to kolumny, pilastry, tympanony, przez co nawiązują swą formą do staropolskich dworków, a  pośrednio do świątyń starożytnej Grecji i ����������������������������������������������� Rzymu. Te najbardziej prymitywne nawiązania pozbawione są jakiegokolwiek kontekstu, zarówno otoczenia jak i w samej bryle budynku, stając się jego „ubogacającymi” ozdobnikami. Radykalną odsłoną historyzmu jest budowane pod Poznaniem „Osiedle Rzymskie”, które w każdym detalu stara się nawiązywać do antycznego Koloseum. Otwierać je będzie przypominająca łuk triumfalny brama, której strzegą kamienne lwy, zaś fasady szeregowo ustawionych domów stanowić będą antyczne perystazy – rzędy kolumn połączonych łukami arkadowymi, w ���������������������������������� których umieszczone będą okna. Pokryte belgijskim klinkierem beżowe elewacje mają nadawać rezydencjom luksusowy charakter, podkreślając zamożność ich właścicieli. Zdaniem autora, osiedle to może stać się symbolem kiczu w  polskiej architekturze. Kiczu rozumianego jako negatywna ocena estetyki budowli pretendującej do roli bogatszej i piękniejszej niż jest, nie zaś tego, który świadomie ukazuje wolność twórcy i oryginalność jego dzieła. Pozostaje wyrazić nadzieję, że tak częste zjawisko kiczowatości jest przejściowe�������������������������������������������������������� i ����������������������������������������������������� ulegnie marginalizacji dzięki obserwacji przez architektów i inwestorów współczesnych tendencji architektury na świecie. Ta bowiem tylko w niewielkim stopniu odwołuje się do postmodernistycznego eklektyzmu������������������������ i ��������������������� historyzmu,���������� a w ����� przeważającej mierze szuka prostoty, estetyki i  funkcjonalności, tak bardzo potrzebnych���������������������������������� w ������������������������������� polskim krajobrazie architektonicznym. ■

Gmach TVP S.A. przy ulicy Jana Pawła Woronicza w Warszawie

16

Myszliciel, nr 4-5 (8-9)


Społeczeństwo

„Pamiętaj o mnie, by to się nigdy nie powtórzyło” Katarzyna Dębska

Drwina czy przestroga? Pamięć o Zagładzie

na Facebooku – studium przypadku

N

owe media umożliwiają tworzenie nowego rodzaju przekazów medialnych, stawiających odbiorcę przed wzywaniem, z  którym dotąd nie musiał się mierzyć. Jednym z nich bez wątpienia jest Facebook. Można odnieść wrażenie, że FB stał się dla niektórych przestrzenią działań, mających na celu wywołanie w odbiorcach czegoś, co  moglibyśmy określić jako „uczucia moralne”. Zdjęcia okaleczonych zwierząt czy dzieci z  widocznymi oznakami choroby na ciele, opatrzone często informacją, iż FB płaci określoną kwotę na rzecz dziecka/zwierzęcia przedstawionych na zdjęciu; z  jednej strony mają zapewne wzbudzać w odbiorcy współczucie, z drugiej jednak nierzadko wywołują uczucie niesmaku, epatują brzydotą, jakby nie zauważając, że ocierają się tym samym o niebezpieczny ekshibicjonizm. Trudno przyznać się do tego, iż odwracamy wzrok od  fotografii chorego malucha. Albo  odwrotnie: że  właśnie owa patologiczna fizjonomia natrętnie przyciąga nasz wzrok, kusi, by przyjrzeć się jej dokładniej. Co jest w tym kiczowatego? Nie wzruszenie, współczucie, lecz wzruszenie własnym wzruszeniem, głaskanie samego siebie po głowie w  geście samopocieszenia; specyfika aktywności w  serwisach społecznościowych dodaje do  tego jeszcze jeden aspekt: odbywa się ona de facto publicznie. Nieznośna lekkość bytu Kundery przynosi nam pomocną definicję: Kicz wyciska dwie łzy wzruszenia. Pierwsza łza mówi: jakie  to piękne, dzieci biegnące po trawniku! Druga łza mówi: jakie to piękne, wzruszać się wraz z całą ludzkością dziećmi biegnącymi po trawniku! Dopiero ta druga łza robi z kiczu kicz1.

Facebook jest jednym z tych narzędzi, dzięki którym użytkownik może tworzyć własny profil, czyli swego rodzaju własną wizytówkę; obecnie wiele kont przyjmuje już formę biografii, pozwalającej prześledzić, być może nie historię życia danej osoby, ale przynajmniej historię jej aktywności w serwisie. Taka opcja techniczna, podobnie jak mechanizm „lubienia czegoś”, pozwalają wpisać cierpienie czy współczucie we własną – wirtualną – biografię. Teza, iż kicz stanowi klucz do zrozumienia problemu Szoah2 , zdaje się być już dość powszechnie uznana w środowisku naukowym; książka Saula Friedländera pod tytułem 1 M. Kundera, Nieznośna lekkość bytu, tłum. Holland Agnieszka,

Warszawa 1985, s. 78. Czerwiec – Grudzień 2013

Refleksy nazizmu, opublikowana niedawno w języku polskim, stanowi jedną z ważniejszych prac rozwijających tego rodzaju koncepcję. Jednak zabieg łączenia kiczu i nazizmu czy też Zagłady nie jest oczywiście czytelny dla wielu osób; budzi nierzadko niezrozumienie, sprzeciw, poczucie niestosowności. Czy można mówić o kiczu w przedstawieniach Zagłady, w przedstawieniu ideologii, która do niej doprowadziła? Czy można przykładać do owych przedstawień kryterium estetyczne? I dalej: jakie kryteria można stosować do oceny działań w sferze publicznej, które legitymują się chęcią upamiętnienia tragicznej historii czy też zapobieżenia powtórzeniu się takich zdarzeń w przyszłości? Czym jest jednak kicz? Clemente Greenberg w  swoim eseju pt. Awangarda i kicz zauważa: Kicz sprzyja brakowi wrażliwości oraz go kultywuje. To stępianie wrażliwości jest źródłem jego powodzenia. Kicz działa w sposób mechaniczny, operuje gotowymi formułami. Kicz to namiastka przeżycia. Kicz streszcza w sobie wszystek fałsz naszych czasów3.

Greenberg wyraźnie zaznaczał rozdział tzw. kultury wysokiej od kultury masowej, w  ramach której plasował się kicz. Jakkolwiek z tezami Greenberga można polemizować, cytowany fragment jego tekstu podsuwa ciekawy trop: kicz dobrze oddziałuje na stępioną wrażliwość, operuje kliszami, gotowymi wzorcami, które są łatwo rozpoznawalne i  są zdolne poruszyć odpowiednie struny w  jednostkach niezdolnych czy też niechcących oprzeć się jego przemożnemu wpływowi. Wątpliwości dotyczące „odpowiedniości” języka i  sposobu przedstawiania bardzo wyraźnie rysują się właśnie w  kontekście projektów dotyczących Zagłady. Ponad rok temu na portalu Facebook pojawił się profil zatytułowany: „Pamiętaj o mnie, by to się nigdy nie powtórzyło”, opatrzony zdjęciem młodego mężczyzny w mundurze SS. Wysoki, dobrze zbudowany, o  jasnej karnacji i  błękitnych oczach; trzyma ręce w kieszeniach, jego postawa jest swobodna i nieco nonszalancka. Niepokojące wydaje się na pierwszy rzut oka to, że zdjęcie bez wątpienia zostało zrobione współcześnie, a postać na nim uwieczniona nie harmonizuje z tym, co uznajemy za „dopuszczalne” w przedstawianiu II wojny światowej. Mężczyzna pozuje na tle białej ściany, znajduje się poza kontekstem wydarzeń, w  których, jak głosi informacja, miał uczestniczyć. Drugie zdjęcie zamieszczone na tym profilu również przedstawia bardzo młodego mężczyznę (nie jestem w stanie rozpoznać, czy na obu fotografiach 3 C. Greenberg, Awangarda i kicz, tłum. i opr. C. Miłosz, Paryż 1959, s. 37.

17


Społeczeństwo uwieczniono tych samych modeli), pozującego w  bardzo nieoczekiwany sposób: jedna ręka skierowana jest ku górze, druga ku dołowi; nastolatek uśmiecha się do skierowanego nań obiektywu. Zdjęcia nie zostały wykonane w konwencji historycznej, nie mają przypominać fotografii z lat 40. XX wieku, lecz wyraźnie odnoszą się do tu i teraz. Z obu tych zdjęć zdaje się przezierać coś w rodzaju drwiny z oglądającego. Kiedy w latach 70. XX wieku Leni Riefenstahl fotografowała Nubijczyków, zarzucano jej, że powielała wzorce, na których opierała się jej praca w III Rzeszy. Ideologia przemawia przez fotografie, estetyka realizuje postulaty ideologiczne, a przez to o jej kształcie decyduje właśnie idea etyczna. Niektórzy autorzy piszą wprost, że kicz jest złem; projekt „Pamiętaj…” rządzi się logiką kiczu, zatem odwołuje się do podobnych wzorców, skojarzeń, uczuć co ideologia, którą – pozornie – stara się obnażać i dyskredytować. Tekst zamieszczony obok zdjęcia również jest problematyczny: jego autor zaczyna od  pytania o  sprawców, sugerując, że zazwyczaj uwaga skupia się wyłącznie na ofiarach. Co to znaczy? Nie zostaje to do końca sprecyzowane, „Opowiem Wam jego historię – „Nie lubił wcześnie wstawać. Tego dnia jednak musiał. Czekało na niego 40 osób. W  pośpiechu wypił kawę, zjadł jajecznicę i  wyszedł. Godzinę później zamordował 40 osób. […] W tym miesiącu to był jego najlepszy wynik (przez 6 lat on i jego koledzy zabili 6  milionów osób)”. Przytoczony fragment z pewnością ma za zadanie zszokować odbiorcę, pokazać, że zbrodniarzami byli „normalni ludzie” – zatem każdy może nim się stać. Autor nie pozostawia odbiorcy zbyt wiele czasu na refleksję, gdyż już w  kolejnym akapicie prowokuje: „Wyobraź sobie taką sytuację – dziś to Ty po zjedzeniu śniadania masz «w ramach swoich obowiązków» zamordować 40 osób. Ile osób było w Twojej klasie? 20, 30? Zatem Twoje zadanie na dziś to zabić 1,5 klasy w Twojej szkole. Czy ruszysz do «pracy» i  spełnisz swoją powinność?” Wypowiedź ta stanowi już swego rodzaju zarzut, odbiorca może poczuć się urażony tym, iż ktoś dopuszcza myśl o tym, że mógłby on dokonać takiej zbrodni. Szczególną uwagę zwraca wspomniana wcześniej niespójność tekstu informacyjnego zamieszczonego na tym profilu: sprawia ona bowiem, że odbiorcy osadzają siebie na  zróżnicowanych pozycjach wobec tego tekstu. Niektórzy negatywnie oceniają cały projekt, inni wchodzą w dyskusję na tematy historyczne i polityczne z pozostającym anonimowym autorem profilu, są także tacy, którzy dostrzegają w tej akcji godny pochwały zamysł zapobieżenia takim zdarzeniom jak Zagłada. Takie zróżnicowanie poziomów komunikacji może brać się z tego, że autor tekstu informacyjnego wypowiada się w pierwszej osobie, zwraca się („Co Ty byś zrobił na miejscu tego pięknego, młodego mężczyzny? Czy po zjedzeniu śniadania zamordowałbyś 40 osób”) bezpośrednio do osób, które wejdą na stworzony przez niego profil. Taki sposób ukształtowania wypowiedzi nie funkcjonuje jedynie jako chwyt retoryczny, lecz ma za zadanie sprowokować odbiorców do odpowiedzi. Autor na końcu dodaje zdanie: „Tak tylko pytam”, co w  potocznej konwersacji traktowane jest właśnie jako zaczepka mająca raczej prowokować do

18

wypowiedzi niż skłaniać partnera interakcji do milczenia. Taki sposób sformułowania komunikatu sprawia, że osoba go nadająca stawia się powyżej tych, do których jest on kierowany. Co więcej, można odnieść wrażenie, iż nadawca czuje się wyższy moralnie, ponieważ pozwala sobie zadawać innym tego rodzaju pytania. Ponadto zastanawiające jest to, że tytuł Pamiętaj o mnie, by to się nigdy nie powtórz yło stanowią słowa mężczyzny ze zdjęcia, czyli żołnierza Wehrmachtu, natomiast w tekście informacyjnym mówi – jak można sądzić – już zupełnie kto inny. Taką niespójność można złożyć na karb braku spójności autora projektu lub stwierdzić, iż jest to jego zamierzony cel. Wydaje się jednak, że taki zabieg jest poniekąd podejrzany, ponieważ pozwala nadawcy komunikatu skryć się za wieloma maskami, nie mówiąc de facto, po której stronie sporu się znajduje i którą opcję ideologiczną tak naprawdę popiera. Autor obsadza samego siebie w roli autorytetu moralnego, któremu wolno oceniać innych i udzielać im wskazówek. Tych kilka refleksji na temat tego, jak kultura popularna wykorzystuje motyw Zagłady, z pewnością nie udziela odpowiedzi na nurtujące współczesnych badaczy społecznych pytania. Być może udało mi się powtórzyć, mniej lub bardziej świadomie, pytania, na które wciąż próbujemy sobie odpowiedzieć, nie licząc jednak na uzyskanie jednej jedynej właściwej odpowiedzi. Estetyka kiczu stanowi ciekawy trop w  rozważaniach m. in. nad właśnie takimi projektami jak

Myszliciel, nr 4-5 (8-9)


Społeczeństwo Komentarz do zdjęć: Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holocaustu Piękny człowiek prawda? Chciałbyś być taki jak on? Pewnie tak – z takim wyglądem kariera na okładkach kolorowych pism gwarantowana. Opowiem Wam jego historię – Nie lubił wcześnie wstawać. Tego dnia jednak musiał. Czekało na niego 40 osób. W pośpiechu wypił kawę, zjadł jajecznicę i wyszedł. Godzinę później zamordował 40 osób. Zajęło mu to niecałe 10 minut. W tym miesiącu to był jego najlepszy wynik (przez 6 lat on i jego koledzy zabili 6 000 000 osób). Dziś jest Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holocaustu. Nie zamknięto supermarketów i biur, więc życie wokół nas toczy się dalej. Nic nie zmusza nas do refleksji. Pamiętamy o ofiarach, ale kim byli ich mordercy? Wyobraź sobie taką sytuację - dziś to Ty po zjedzeniu śniadania masz "w ramach swoich obowiązków" zamordować 40 osób. Ile osób było w Twojej klasie? 20, 30? No więc Twoje zadanie na dziś to zabić 1,5 klasy w Twojej szkole. Czy ruszysz do “pracy” i spełnisz swoją powinność?

ten zatytułowany „Pamiętaj o mnie, aby to się więcej nie powtórzyło”. Deklarowane intencje autora mogę zwieść nas na  manowce, jeśli  bezrefleksyjnie wszystko weźmiemy za dobrą monetę. Być może projekt „Pamiętaj o  mnie, by to się nigdy nie powtórzyło” rzeczywiście opracowany został w celu, jaki deklarowany jest w zaprezentowanym na profilu tekście. Jednak kiczowatość tego projektu, wyrażająca się m. in. pomieszaniu wątków, których bezmyślnie łączyć nie należy, niepokojącym sposobie przedstawienia modeli na fotografiach oraz nietransparentne intencje autora sprawiają, że trudno traktować ten profil jako głos zabrany w dyskusji na temat upamiętniania Zagłady i  zapobiegania ludobójstwu. ■

Dziś jest Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holocaustu. Dzień w którym warto o tym pomyśleć. Co Ty byś zrobił na miejscu tego pięknego, młodego mężczyzny? Czy po zjedzeniu śniadania zamordowałbyś 40 osób? Tak tylko pytam... Źrodło: http://www.facebook.com/pages/Pami%C4%99taj-o-mnie-by-to-si%C4%99-nigdy-nie-powt%C3%B3rzy%C5 %82o/315851678467500?sk=info [dostęp on-line: 3.04.2012 r.]

Bibliografia: Beylin P., Fenomenologia kiczu, [w:] Ideał praktyka. Szkice i kroniki, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1966. Friedländer S., Refleksy nazizmu, tłum. Szuster ������������������� Marcin, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2011. Greenberg C., Awangarda i kicz, tłum. i opr. Miłosz Czesław, Instytut Literacki, Paryż 1959. Kundera M., Nieznośna lekkość bytu, tłum. Holland Agnieszka, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1985.

Czerwiec – Grudzień 2013

19


Społeczeństwo

Człowiek współczesny woła o mistrza Magdalena Mazur

Nad człowiekiem samotnym w obliczu nieznanego czy niewyjaśnionego zawisa groźba zwątpienia i nihilizmu – chyba że uświadomi on sobie potrzebę posiadania specjalnego przewodnika, czyli mistrza.

N

ie ulega wątpliwości, że dzisiejszy świat dotknięty jest szeregiem kryzysów, z  których naczelny to ten, który rozgrywa się na płaszczyźnie wartości. Gloryfikując swą osobistą wolność, mamy tendencję do odgórnego odrzucania autorytetu i wszelkich form zależności, by nierzadko zbyt późno przekonać się, że nie tędy droga. W rzeczywistości wciąż naturalnym pragnieniem pozostaje znalezienie odpowiedzi na życiowo doniosłe pytania, dążenie do wtajemniczenia i ostatecznie – prawdy. Uniwersytet zaś jest miejscem, gdzie ideały te możemy realizować. Pytanie tylko, czy wciąż tego potrzebujemy. Dlaczego nie? Nurt krytyczny analizy instytucjonalnej1 zakłada nieodpowiedniość wprowadzania w formalne struktury uniwersytetu relacji opartej na osobowym, emocjonalnym przywiązaniu. Ta odgórna formalizacja stosunków między pracownikami naukowymi a  studentami nie tylko wyklucza możliwość wzajemnego poznania��������������������������������������� i ������������������������������������ nawiązania współpracy, ale też buduje asymetrię większą niż tylko wynikającą z tak naturalnych czynników, jak nierównomierny rozkład kompetencji, autorytetu czy doświadczenia2. Podłożem tej krytyki klasycznej relacji mistrz-uczeń są przemiany kulturowo-społeczne. Za jedną z najważniejszych przyczyn kryzysu uważa się powszechne porzucenie kategorii doskonałości, wynikłe z niespójnej koncepcji współczesnego człowieka3. Wartości, jakie znajdują się dziś powszechnie na piedestale – wolność����������������������������������������� i �������������������������������������� równość – również nie sprzyjają współpracy opartej na niekwestionowanej zależności.�������������� Z ����������� kolei autorytet mistrza podważany jest ze względu na poszerzającą się w ��������������������������������������������������������� każdej dziedzinie specjalizację, która powoduje kształtowanie się ekspertów4, lecz jednocześnie kwestionuje szeroką kompetencję mistrza, jaką powinien się on charakteryzować w wydawaniu sądów5. Wreszcie należy zauważyć, że nie zawsze epigonizm będzie stanowić zjawisko pozytywne. Dla przykładu sztuka ceni najwyżej indywidualizm���������������������������� i ������������������������� nowatorstwo, co���������� w ������� przełożeniu na konkretne postulaty będzie znaczyło nieustanne 1 Mistrz-uczeń. Wyobrażenia cz y rzecz ywistość, cz yli o tworzeniu szkół naukowych, red. E. Marynowicz-Hetka, Łódź, 1997, s. 12. 2 Główne wyznaczniki asymetryczności relacji wg J. Piekarskiego. Tamże, s. 20. 3 [dostęp on-line: 10.03.13] http://gu.us.edu.pl/node/194851. 4 Warto przytoczyć sentencję A. Blocha, brzmiącą dość gorzko w tym kontekście: „Ekspert to ktoś, kto ma coraz większą wiedzę w coraz mniejszym zakresie, aż wreszcie wie absolutnie wszystko o niczym”. 5 Mistrz-uczeń, s. 20.

20

przekraczanie nie tylko siebie i własnych możliwości, ale też tego, co reprezentuje sobą mistrz6. Homo viator Wbrew złożonej krytyce narosłej wokół problemu relacji mistrz–uczeń wciąż żywe��������������������������������� i ������������������������������ mocne wydają się głosy przemawiające za tradycyjnym rozumieniem zagadnienia. Jan Andrzej Kłoczowski, pisząc������������������������������������� o ���������������������������������� mistrzu, już���������������������� z ������������������� samej definicji wywodzi elementarną jego zdolność – działanie���������������� w ������������� sferze wartości oraz umiejętność przekazania tej sprawności uczniowi7. To dzięki przebyciu długiej drogi, według filozofów dialogu, mistrz zdolny jest „uczyć, jakby nie uczył”8, to znaczy pozwalać uczniowi dojrzewać poprzez sam fakt przebywania w jego obecności i w kontakcie z nim. „To, co mistrz myśli, jak postępuje, stwarza perspektywę działania, myślenia czy mówienia dla tych, którzy za nim pójdą”9. Istotny wydaje się powtarzany często czasownik „pójść”, „podążyć” za kimś, także������������������������������������������������������ w ��������������������������������������������������� refleksji ks. Józefa Tischnera, prowadzonej�������� w ����� oparciu o filozofię Schelera10. Uczeń rozumiany jest tu jako naśladowca (niem. Nachfolger), czyli ktoś, kto znajduje się na czyichś śladach i za nimi podąża. Ujmując więc rzecz metaforycznie, perspektywa, którą stwarza nauczyciel, stanowi jak gdyby szlak, po którym wędruje uczeń. Narodziny ucznia W trwającej debacie jedną������������������������������� z ���������������������������� najczęściej poruszanych kwestii jest przygarnięcia ucznia pod skrzydła mistrza������� i ���� roztoczenie nad nim swego rodzaju ojcowskiej opieki. Dla przykładu Kłoczowski pisze o  „poczuciu bezpieczeństwa, które […] wyzwala”11. Pojawia się w  tym kontekście także koncepcja zakładająca swoisty imperatyw biologiczny, porównująca proces formowania ucznia przez mistrza do spłodzenia i  opieki nad dzieckiem, jednak proces wzbogacony o pragnienie wychowania świadomej osoby12. Anna Karoń6 [dostęp on-line: 10.01.13:] http://www.patocka.eu/sympozja-i-plenery/ i-sympozjum-artystyczne/o-potrzebie-mistrza/219-komu-potrzebny-jestmistrz.html. 7 [dostęp on-line: 10.03.13] http://mateusz.pl/czytelnia/jak-mistrz.htm. 8 [dostęp on-line: 10.03.13] http://gu.us.edu.pl/node/194851. 9 [dostęp on-line: 10.03.13] http://mateusz.pl/czytelnia/jak-mistrz.htm. 10 [dostęp on-line: 10.03.13] http://tygodnik.onet.pl/32,0,25715,8,artykul.html. 11 [dostęp on-line: 10.03.13] http://mateusz.pl/czytelnia/jak-mistrz.htm. 12 [dostęp on-line: 10.03.13:] http://www.patocka.eu/sympozja-i-plenery/ i-sympozjum-artystyczne/o-potrzebie-mistrza/219-komu-potrzebny-jestmistrz.html. Myszliciel, nr 4-5 (8-9)


-Ostrowska, powołując się na naukę Karola Wojtyły, posługuje się terminem „rodzenia duchowego”13 jako symptomu dojrzałości duchowej mistrza����������������������������� i �������������������������� pragnienia przekazania innym pełni w sobie, przelewając w nich nie tylko konkretną wiedzę czy mądrość, ale ten szczególny rodzaj miłości, charakterystyczny dla uczucia rodzica do dziecka.

Mimo tak często podkreślanej������������������������������ w ��������������������������� stosunkach ucznia���������� i ������� nauczyciela asymetrii,�������������������������������������������� w ����������������������������������������� wielu przypadkach wydaje się ona być tylko pozorna. Marek Kornecki, odnosząc się do wzajemności jako jednej������������������������������������������������������� z ���������������������������������������������������� cech tej relacji, tak ją opisuje: „to przede wszystkim wzajemna, osobista i bezpośrednia więź emocjonalnointelektualna, która jest źródłem kształtującym tak ucznia, jak i mistrza”14. Mistrz ma całe spektrum tego, co może ofiarować, poczynając od zawodowej kompetencji, przez dojrzałość������������������������������������������������������� i ���������������������������������������������������� doświadczenie, aż po cierpliwoś��������������������� ć i ����������������� otwartoś��������� ć. Z ���� drugiej strony uczeń, co oczywiste, wnosi we wzajemną relację młodzieńczą energię i  świeżość, a  niekiedy przez to także nowe spojrzenie na problem, jednak najważniejsze, co może zaoferować swemu przewodnikowi, to potwierdzenie jego mistrzostwa15. Podobnie prof. Jacek Piekarski charakteryzuje mistrzostwo jako cechę nie tyle osoby, co relacji16, podkreślając, że to właśnie uczeń ma prawo ustanowić mistrza. Na tym tle bardziej jeszcze pokrzepiające wydają się słowa ks. Tischnera, który określa więź między uczniem i mistrzem jako czyste i  bezinteresowne uczucie miłości do drugiego człowieka, która „uniewinnia z jakiejś pierworodnej winy”17. W ��������������������������������������������������������� efekcie tegoż uniewinnienia oboje, mistrz���������������� i ������������� uczeń, stanowią dla siebie ocalenie czy też – językiem biblijnym – wybawienie. Wołanie człowieka współczesnego Podsumowując, należy przede wszystkim uwyraźnić swoisty dualizm rozgrywający się we współczesnym rozumieniu relacji mistrz-uczeń. Charakterystyczne są bowiem dwa nurty w �������������������������������������������������������� dyskusji. Pierwszy, określmy go jako tradycyjny czy konserwatywny, charakteryzować się będzie przede wszystkim: dużym autorytetem mistrza, zatem������������������������ i ��������������������� pewną asymetrią (jednak) rysując��������������������������������������������� ą�������������������������������������������� się między mistrzem������������������������ a ��������������������� uczniem; silnym utożsamieniem się ucznia z nauczycielem, ale też specyficznym rodzajem obustronnego indywidualizmu, opierającym się na 13 [dostęp on-line: 10.03.13:] http://laboratorium.wiez.pl/teksty.php?mistrzuczen_czyli_milosc_niejedno_ma_imie&p=6. 14 [dostęp on-line: 10.03.13:] http://www.patocka.eu/sympozja-i-plenery/ i-sympozjum-artystyczne/o-potrzebie-mistrza/219-komu-potrzebny-jestmistrz.html. 15 Tamże. 16 Mistrz-uczeń, s. 18. 17 [dostęp on-line: 10.03.13] http://tygodnik.onet.pl/32,0,25715,8,artykul.html. Czerwiec – Grudzień 2013

wzajemnym poznaniu. Natomiast nurt przeciwstawny, który możemy wyodrębnić spośród zajmowanych wobec problemu stanowisk, to nowoczesny pogląd związany ze zmianami������������������������������������������������������ w ��������������������������������������������������� systemie szkolnictwa, wynikającymi����������������� z �������������� ewolucji sytuacji rynkowej. W świetle jego założeń następuje zatarcie się indywidualności pracownika naukowego i studenta, relacja mistrz-uczeń traci na znaczeniu, podobnie jak rola autorytetu, natomiast gloryfikacja wartości takich jak równość zakłada nowy rodzaj współpracy badawczej, opartej na grupowych projektach nowoczesnych szkół naukowych. Mimo tej znaczącej dychotomii zdaje się, że słowa wypowiedziane przez Durkheima w  XIX w. wciąż nie tracą na aktualności. Człowiek współczesny nadal potrzebuje mistrza i bez wątpienia woła o taką relację, a dzieje się tak być może dlatego, że naszym naturalnym dążeniem jest odkrywanie prawdy, o czym mówił ks. Tischner: To jest tajemnicze w  tej relacji mistrz–uczeń. […] Wtedy ma się smak prawdy w duszy, prawdy, która przyszła od mistrza. Ale tak przyszła, że ani mistrz o tym nie wie, ani najczęściej uczeń o tym nie wie18. ■

18 [dostęp on-line: 10.03.13] http://tygodnik.onet.pl/32,0,25715,8,artykul.html.

21

http://www.flickr.com/photos/stephen_downes/125208373/sizes/z/in/photostream/

Mistrz i uczeń


Varia

Rubaszna mitologia, czyli kłopoty z sacrum Michał Rozmysł

W

Słowniku Jęz yka Polskiego PWN odnaleźć można trzy znaczenia leksemu przekład. Dwa pierwsze z nich zazębiają się, odnosząc do gałęzi szeroko pojętego językoznawstwa jaką jest translatoryka: 1. „tłumaczenie tekstu, utworu z jednego języka na drugi” oraz 2. „tekst, utwór przełożone z jednego języka na drugi”. Pierwsze znaczenie odnosi do czynności, drugie do efektu przeprowadzenia tej czynności. W poniższym tekście interesować będzie mnie jednak znaczenie trzecie, mianowicie: „wyrażanie czegoś za pomocą środków właściwych innej dziedzinie niż pierwotna”1. Pragnę bowiem zastanowić się nad problemem stosowania pewnych kategorii naukowych, w tym wypadku religioznawczej opozycji sacrum/profanum, do opisu rzeczywistości kultur typu ludowego na przykładzie wierzeń Hucułów, plemienia górali, które zamieszkuje tereny Karpat Wschodnich, Pokucia i Bukowiny2. Sacrum i profanum to jedne z bazowych kategorii opisu rzeczywistości, skonstruowane na zasadzie binarnej opozycji. Jak pisze Barbara Walendowska: Podział ten uwzględnia dwie sfery, z których pierwsza, sacrum [sic], obejmuje kategorię rzeczy i działań wydzielonych przez określoną społeczność jako święte i z tej racji podlegające religijnej czci; druga, profanum [sic], będąca jej przeciwstawieniem, obejmuje całą rzeczywistość świecką, a więc to, co powszednie, zwykłe, nieuświęcone3.

W najprostszym rozumieniu sprawę rozstrzyga teoretyk tego zjawiska – Mircea Eliade – „Pierwsza jego [sacrum] definicja brzmi: stanowi przeciwieństwo profanum”4. Spieszę także zaznaczyć, iż poruszany tutaj problem sacrum określić można nie bez kozery mianem pojęcia-worka. Nadużywa się go współcześnie, przenosząc je z rodzimej przestrzeni religioznawstwa na obszary nauk o muzyce, filmie, sztuce czy literaturze, wykorzystując je do określania tego co sakralne, święte, nadprzyrodzone. Zaznaczam jednak, iż nie będę poruszał tutaj tego problemu (a mianowicie przekształcania i wykorzystywaniu pojęć z jednej dziedziny na gruncie drugiej, na przykład na linii religioznawstwo–literaturoznawstwo), a skupię się na problemie używania pojęć, opisywania nimi pewnych struk1 [dostęp on-line 13.01.2013] sjp.pwn.pl/szukaj.przekład. 2 Por. P. Zając, O zaświatach niedalekich i cudach niendzwyczajnych. „Nadprz yrodzone” w kulturze ludowej na prz ykładzie Huculszcz yzny, Kraków 2004, s. 13. 3 B. Walendowska, Sacrum/profanum, w: Z. Staszczak (red.) Słownik etnologiczny, Warszawa–Poznań 1987, s. 323. Wszystkie dodatki w nawiasach kwadratowych pochodzą ode mnie, o ile nie będzie zasygnalizowane inaczej. 4 M. Eliade, Sacrum a profanum. O istocie sfery religijnej, Warszawa 2008, s.7. Pozostawiam podkreślenia autora.

22

tur kulturowych5, choć nie oddają one całkowicie charakteru określanych nimi zjawisk – opowiem zatem pokrótce o nieprzekładalności tychże kategorii. W tytule zasygnalizowałem pokrótce problem, który pragnę naświetlić w niniejszym tekście. Dotyczy on „rubasznej mitologii” Hucułów. Zbiór mitów, jako „system personifikacji, alegorii i symboliki, które wyrażały stosunek człowieka do świata”6, pełniąc rolę katalogu wątków kosmo-, teo- czy antropogonicznych, przekazywany z pokolenia na pokolenie, jako element podstawowej wiedzy o świecie, niewątpliwie przynależy do dziedziny sacrum. Zwracam także uwagę, iż świadomie używam określenia „rubaszna mitologia”, które ma niejako nacechowanie oksymoroniczne, skoro mity pełniły tak ważna rolę w interpretowaniu i wyjaśniania prawideł rządzących naturą i traktowano je z pełną powagą. Do mitologii huculskiej zakradają się jednak pewne „niepoważne” pierwiastki, które mają cechy profaniczne. Podczas lektury mitów huculskich7 niejeden raz na ustach pojawia się wyraz rozbawienia czy nawet… zażenowania. Podobnych reakcji raczej nie sposób oczekiwać, gdy na warsztat brane są szerzej znane mitologie Greków bądź Rzymian. Ale przejdę do sedna. Pierwszy wątek, na który zwrócę uwagę, dotyczy wizji Boga. Huculi przyjmując religię chrześcijańską stworzyli własną, specyficzną jego sylwetkę, nie mającą wiele wspólnego z biblijnymi koncepcjami surowego Sędziego lub miłościwego Ojca. Huculski Bóg jest, owszem, potężnym kreatorem świata, jednakże pomaga mu w tym jego adwersarz Tryjuda-Aridnyk, który „tak jak sam Bóg był od początku”8. Niejednokrotnie to właśnie przeciwnik Boga wykazuje się większą pomysłowością w tworzeniu – to jemu ludzkość zawdzięcza w ogóle istnienie lądów na Ziemi, gdyż to on dostarczył Bogu z dna morza garść gliny. Później Tryjuda stworzył pierwsze zwierzęta – owce i kozy, a także skrzypce (również i inne instrumenty9), które służyły do przygrywania stadom zwierząt i utrzymywaniu ich w spokoju. Pomysły Tryjudy bardzo spodobały się Bogu, więc ten postanowił… ukraść je swemu 5 Podejście polegające na aplikowaniu zewnętrznych kategorii, z pozycji zewnętrznego obserwatora nosi miano etic, z kolei próba ujęcia zjawisk „od wewnątrz”, z miejsca uczestnika danej kultury, to perspektywa emic. 6 A. Gieysztor, Mitologia Słowian, Warszawa 1986, s. 23. 7 Wydane w dwujęzycznym (wersje: huculska i polska) zbiorze U. Kalita, B. Bracha (red.) Mitologia huculska. Opowieści Hucułów z Żabiego, Hołow, Jaworowa, Roztok i Berwinkowej, Lublin 1992. Wydanie oparto na przekazach zgromadzonych w monumentalnej monografii dotyczącej kultury Hucułów, zob. W. Szuchiewicz, Huculszcz yzna, Lwów 1908, t. IV. 8 U. Kalita, B. Bracha, dz. cyt., s. 7. Tryjuda-Aridnyk, to nie kto inny niż szatan. Pojawia się on pod różnymi imionami: Tryjuda, Aridnyk, Czort, szatan, diabeł i innymi. 9 Za wyjątkiem instrumentów takich jak trembita i floryja, których dźwięk ma charakter apotropeiczny. Myszliciel, nr 4-5 (8-9)


Varia towarzyszowi. W tym miejscu zakrada się pierwszy element profaniczny – zdobywanie dóbr przez Boga (który sam nie był w stanie ich wytworzyć) i zdobywał je przez kradzież niewinnemu pomysłodawcy. Inne działanie Boga, które można uznać za negatywne to oszukiwanie i pokpiwanie z Tryjudy10, mające na celu wyzyskanie różnych jego dzieł. Tak jest w przypadku chaty – diabeł zapomniał o zbudowaniu okien, zapytał o pomoc Boga, a ten zgodził się, jeśli w zamian dostanie dom, po czym zwyczajnie wyciął w ścianach otwory. Szatan zbudował kolejny wynalazek – wóz, nad którym, jak się złożyło, pracował w środku przegranej chaty, a po skończeniu nie mógł wyprowadzić go na zewnątrz. Udaje się to oczywiście Bogu, który żąda zapłaty w postaci wozu, a wynosi go w następujący sposób – rozbiera pojazd na części i po kolei przenosi je na zewnątrz, po czym składa go w całość, a Tryjuda znowu zostaje bez niczego i oszukany. Aridnyk buduje młyn, nie potrafi znaleźć jednak dla niego napędu, co czyni Bóg i wygrywa kolejny wynalazek, tak rzeczy między nimi mają się w kółko. Poniżej przedstawię fragment kolejnej historii, w którym szatan znowu przegrywa z szczwanym Bogiem: Spadł pierwszy śnieg. Zmarznięty Aridnyk myślał, co zrobić, aby się jakoś ogrzać. Wymyślił ognisko. Wtedy było ono jeszcze bez dymu. – A to co to

Ten cytat wprowadza także na kolejny trop – mianowicie czynność o charakterze bezczeszczącym, która ma funkcję kreacyjną – chodzi mianowicie o spluwanie. W powyższym przykładzie plwocina diabła stała się przyczyną, przez którą nieodłącznym elementem ognia jest dym. W innym podaniu wyjaśnia się dlaczego ciało ludzkie jest tak szpetne od wewnątrz – otóż po stworzeniu Adama Bóg pozostawił go na jakiś czas samego przy płonącym ogniu. W tym czasie napotkał go Aridnyk, który, wściekły na Boga, opluł jego przyjaciela i nie obyło się to bez negatywnego efektu – 11 U. Kalita, B. Bracha, dz. cyt., s. 15.

http://de.wikipedia.org/w/index.php?title=Datei:Huzulen_beim_musizieren.jpg&filetimestamp=20080525181916&

10 Warto zwrócić uwagę, iż kradzieże i kpiny to działania typowe dla bóstw, które kwalifikuje się do archetypu trickstera, choć jest to skojarzenie odległe. Na dobrą sprawę trudno porównywać greckiego Hermesa czy skandynawskiego Lokiego z huculskim Bogiem.

takiego? – zapytał Bóg zaciekawiony. – To ognisko – oznajmił diabeł. – Bardzo dobrze jest się przy nim grzać. – Co byś chciał za nie? – O, co to, to nie! – Tryjuda był stanowczy. – Ogniska nie dam. Wszystko ode mnie wycyganiłeś lub ukradłeś, ale ognia Ci się nie uda! Bóg odszedł. Odłamał z buka hubkę i gałązkę i wysuszył ja słońcu. Wziął kij, rozłupał jeden koniec i w szczelinie ukrył hubkę. Podszedł znów do Tryjudy. Siadł przy ogniu i rozmawiając sobie z Aridnykiem podsuwa kij do ogniska. Gdy hubka się zatliła, wstał i podpierając się swoim kijem odszedł. Tryjuda zasnął. Spał smacznie i długo. W tym czasie Bóg nazbierał drewna i rozniecił ogień. Aridnyk przebudził się i zobaczył zdziwiony drugie ognisko, a przy nim Boga. Rozeźlił się, podbiegł i plunął w ogień, aż się zadymiło. – Jeśli już się pali, to niech i dym z tego będzie – zgodził się Bóg. Od tej pory zawsze nad ogniem unosi się dym11.

Rodzina huculska Czerwiec – Grudzień 2013

23


Varia Huculszczyzny, podkreśla, iż plucie jest diabelskim sposobem kreacji świata, a w związku z tym, iż wydzieliny ciała są czymś nie do końca określonym przyporządkowuje je do kategorii „nieoswojonego”. Badacz ten, analizując materiał zbierany przez lata na temat Hucułów, a także na podstawie własnych badań terenowych postawił hipotezę, iż powszechnie używane pojęcia sacrum oraz profanum nie są wystarczająco precyzyjne. Dlatego właśnie zaproponował w cytowanym już dziele własną, oryginalną kategorię, właśnie owo „nieoswojone”14 . Być może w przypadku mitologii trudno mówić, by działania bohaterów stanowiły element „nieoswojonego”, są jednak pewnym zgrzytem, przez który pod warstwą sacrum przemyca się elementy desakralizujące. W tym miejscu mogę przejść do trzeciego elementu, który miałem na myśli, pisząc, iż lektura huculskich mitów może zażenować czy być obsceniczna. Chodzi mianowicie o… puszczanie gazów. Spieszę wyjaśnić – w wierzeniach Hucułów ważne miejsce zajmuje święty Mikołaj, w jednym z mitów dowodzi on swej wielkiej świętości, większej niż jeden z popów. Kolejną z jego ważnych cech jest też powaga, dzięki niej nie trafia na listę grzeszników diabła, na której zapisane są nazwiska wszystkich tych, którzy się z diablich żartów zaśmiewali. Niestety, także i na świętego w końcu spadła pułapka: 3

Parę razy [diabeł] i do Mikołaja podchodził, wykrzywiał twarz, szczerzył zęby, aby go rozśmieszyć, ale nic nie wskórał. […] aż stęknął i tak się wysilił, że pierdnął, a wtedy Mikołaj nie mógł powstrzymać się od śmiechu. Czart zapisał go na listę grzeszników15 . 4

Bóg, gdy powrócił, ujrzał swoje dzieło całe szpetne i pokryte nieczystościami. Z ciała Adama unosiła się para. Odwrócił go na drugą stronę tak, że wszystkie nieczystości znalazły się w środku. Od tej pory wnętrze człowieka jest paskudne, a jego trzewia parując dymią jak watra12.

Opozycja czystość/nieczystość w kontekście antropogonii pojawia się także w innej wersji mitu, w której to diabeł próbuje stworzyć człowieka – najpierw lepi jego model z gliny, po czym charka i pluje na ulepioną konstrukcję, zastaje go przy tym Bóg i tłumaczy, że nie będzie on w stanie w ten sposób dać tworowi życia, przegania swego adwersarza, po czym odwraca przyszłego Adama na drugą stronę, ukrywając to, co obrzydliwe wewnątrz, następnie ożywia go13 . Paweł Zając, antropolog badający wierzenia z terenów 2

12 Tamże, s. 17. 132 Por. P. Zając, dz. cyt., s. 90.

24

14 Zauważył Zając, iż obok uporządkowanego świata (w którym rozróżnia się to, co sakralne i to, co profaniczne) przejawia się także coś, co wymyka się spod kontroli i nie daje się łatwo przyporządkować, przejawia się to głównie przez sny, fantazje, wstrząsy emocjonalne i śmierć, które mają status „sytuacji granicznych”. Por. tamże, s. 34-35. 154 U. Kalita, B. Bracha, dz. cyt., s. 89. 3

Myszliciel, nr 4-5 (8-9)

http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Polska1930.jpg

Huculi grający na trembitach

Wątek ten Zając ocenia jako próbę zracjonalizowania ambiwalentnego charakteru świętego Mikołaja, który w wierzeniach Hucułów pełni między innymi rolę przewodnika zmarłych, nabierając charakteru chtonicznego. Właśnie powyższy fragment jest przyczyną, dla której ukułem określenie „rubaszna mitologia”. W niniejszym tekście pokrótce chciałem ukazać tylko jeden z możliwych problemów. Dosadne zachowanie obecne w micie jest doskonałym przykładem na desakralizujące (czy wręcz przyziemne) podejście do świętej sfery wierzeń. Jest także dowodem na nieskrępowaną obyczajem czy rygorem powagi wyobraźnię, która nie poddaje się łatwo opisowi uczonych, zewnętrznych obserwatorów oraz ich prób klasyfikacji odmiennych światów. ■


Felieton

PINK STINKS M

uszę przyznać, że nigdy nie byłam fanką różu. Ba, wręcz przeciwnie – nie tak znowu odległy czas dorastania upłynął mi na nieznoszeniu („nienawiść” to takie duże słowo, nieprawdaż?) tego koloru oraz większości jego nosicielek. Ubierałam się często w ciemne rzeczy (czego nie należy utożsamiać tylko z czarnym) i wypisywałam gdzieniegdzie „kill Barbie, love chocolate”. Ot, taki łagodny przejaw buntu. Teraz, rzecz jasna, trochę już złagodniałam, ale mój opór antyróżowy bywa ciężki do pokonania, i to pomimo faktu bycia blondynką, której różowy podobno pasuje do urody. Gdy mój młodszy brat był mały szybko doszłyśmy z mamą do wniosku, że pampersy różowe dla dziewczynek, a niebieskie dla chłopców to jakiś absurd. Powinny być żółte i zielone dla wszystkich albo coś w ten deseń. Problem wynikł z  faktu, że moim ówczesnym ulubionym kolorem był niebieski, i nie pasowało mi nijak, że miałabym nosić pampersy opakowane w ten drugi kolor … Być może gdyby moja mama była młodsza albo ja trochę starsza (ze wszelkimi dalszymi konsekwencjami), mogłybyśmy ratować nasze córki i przyłączyć się do brytyjskiej kampanii Pink Stinks. Założona przez bliźniaczki Abi i Emmę Moore, Pink Stinks walczy z zalewem świata dziewczynek przez różowe i „dziewczęce” zabawki, ubranka czy ukierunkowane na nie „śliczne” reklamy. Siostry Moore sprzeciwiają się tym samym wychowywaniu „kobietek”, podstawianiu dziewczynkom wzorców kobiecości niemających wiele wspólnego z byciem silną kobietą, seksualnej segregacji zabawek, ubranek i tym podobnych, uprzedmiotawianiu kobiet, wpychaniu ich w  narzucone role ślicznych laleczek. Jeden różowy, tyle interpretacji… Trudno, bądź co bądź, odmówić siostrom racji. Pomińmy już nawet Dodę, Paris Hilton, Jolę Rutowicz czy Ashley Tisdale. Spójrzmy na amerykański show Toddlers & Tiaras, program o konkursach piękności dla kilkulatek. O pięciolatkach próbujących wiwijać bioderkami w kusych kowbojskich kostiumach i w słodziutkich loczkach sztywnych od lakieru. Na Toddles & Tiaras, niezwykle popularnym w  Stanach Zjednoczonych (a jakże) karierę zrobiła niejaka Alana Thompson, znana zapewne niektórym jako „Honey Boo Boo Child”. Mała Alana, ubrana w niesamowicie różowe i pełne falbanek sukienki, ze swoimi złotymi loczkami, makijażem i matką, na temat której (oraz wszystkich jej koleżanek i  kolegów posyłających swoje córki do takich konkursów) dyskusja bywa ognista, dorobiła się już własnego reality show na kanale TLC. Nieprzyzwoitością zapewne byłoby wspominanie, ile podobno tysięcy dolarów zarabia na jednym odcinku, a zastanawianie się nad tym, co

Czerwiec – Grudzień 2013

będzie się działo z tym dzieckiem za jakieś dziesięć lat może być aż niebezpieczne. Jakie to wszystko jest? Kiczowate. Inaczej się chyba nie da tego nazwać (z wyjątkiem „przerażające” oraz wszystkich jego synonimów, ale to trochę inna kwestia). Gdy jednak zapytać, co w zasadzie to „kiczowate”, które pierwsze przychodzi na myśl, znaczy, trzeba się przez moment zastanowić. Nie odrywając się więc od różowego koloru (który niebezpiecznie często łączy się z  tlenionymi blond włosami, i  to bez względu na wiek) uściślamy: tandetny, pusty, płytki, stereotypowy, nieniosący ze sobą żadnych wartości. „Jak plastik”, stwierdził (wzruszając ramionami) mój brat i trudno odmówić mu racji. Bo czym innym jak sztucznym, sztywnym, kolorowym materiałem są nasze „małe kobietki”? A przecież na blondynkę z wielkim biustem w różowej obcisłej sukience mówimy właśnie „plastik”. Plastik uobecnieniem kiczu? Nie, proszę państwa, nie do końca. Różowy plastik – o, to już bliżej. Plastic fantastic Mówiąc o plastiku należy wspomnieć o jeszcze jednym show, tym razem na MTV (kiedyś muzycznej telewizji, kto to jeszcze pamięta…?), pod tytułem Operacja: stylówa. Nie tak dawno temu rozpoczęto nadawanie także polskiej wersji z  Aleksandrą Szwed w  roli prowadzącej. Chodzi o  to, że

http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Yuko_Shimizu_20100702_Japan_Expo_2.jpg

Brytyjska kampania antyróżowa ma zmienić świat dziewczynek. Szkoda, że dla niektórych ich mam i sióstr już na to za późno…

Olga Kosińska

Yuko Shimizu, twórczyni postaci Hello Kitty

25


Felieton wiająco często jakieś idiotki, co prawda nie zawsze różowe, ale trzeba mieć pewne uwarunkowania do tego, żeby wpaść na pomysł zgłoszenia się do takiego programu… „Księżniczka na pokładzie” Co jednak z dziewczynkami, które „po prostu” lubią różowy, podrabiane lalki Barbie (którym zadziwiająco często urywają się nogi), wolą różowe cukierki od zielonych, różowe plecaki od niebieskich i są zakochane w Hello Kitty? Bo różowy jest słodki, niewinny, śliczny, etc.? Przyzwoitość każe powiedzieć, że to nic, dopóki nie żądają różowych płatków śniadaniowych i  ogłaszają, że nic innego jeść nie będą – nie jest najgorzej. Nie chodzi przecież o to, żeby ubierać je tylko na szaro albo bić po głowie, gdy chcą kostiumu księżniczki. (Inną kwestią pozostaje, o  jakiej księżniczce mówimy. W końcu taka Mulan to chyba nie najgorszy model, twarda babka, do tańca i do różańca. Ale już taki nieco bierny i  jękolący disneyowski Kopciuszek może nas nieco zastanowić.) Przesada w  żadną stronę nie jest, oczywiście, dobra. Ale kiedy spod falbanek i loczków trudno wygrzebać ludzika, a – jak w wypadku Honey Boo Boo Child i jej koleżanek – aspiracje rodziców niebezpiecznie zaczynają odbijać się na ich dzieciach, gdy cekinki na plecach dziewczynek zbliżają się do ułożenia w wielki napis „kicz”, można chyba powoli się zastanawiać. Hasło Pink Stinks? „There’s more than one way to be a girl”, czyli „jest więcej niż jeden sposób bycia dziewczynką”. Powiem wam, że sposoby zielony i żółty też są niezłe, a jakby jakieś takie samotne… ■

http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Delft_Nld_the_GiYu_Hello_Kitty_Store.jpg

niejaki POD, czyli Prywatne Oko Doradcze (niby maszynka do zmieniania uosobień sztuczności w naturalnie piękne dziewczęta i chłopców – choć tych drugich jakoś rzadziej, dziwna sprawa) ocenia, udowadnia delikwentkom sztuczność ich wyglądu i  „wydobywa z  nich naturalne piękno”, robiąc im klasyczny makeover, a więc przede wszystkim zmywając z  nich tony podkładu, samoopalacza, kosmetyków, sztucznych rzęs i włosów. Dobry pomysł? Teoretycznie tak, w końcu ma nam pokazać, jak ważne i wartościowe jest „naturalne piękno”, i że nie ma sensu przykrywać go tysiącem warstw makijażu. I  być może nawet ktoś takie przesłanie wyłapuje, jednak fascynacja tym, ile i  jakich rzeczy można na siebie nałożyć niejednokrotnie przerasta potencjalnie pozytywny wydźwięk programu. „Poczekam tylko, co z  nią zrobią, i  uciekam” albo „Tylko zobaczę, jak wygląda pod spodem”, oba te zdania zdecydowanie za często słychać w moim mieszkaniu, gdzie żyją cztery dziewczyny. Poczucie marnowania czasu i odmóżdżania się przy tym jest ogromne. Fascynacja tym, jak źle, kiczowato i sztucznie można wyglądać – nieraz nie do objęcia. W tej konkurencji w  pierwszej trójce jest także z  pewnością również wyprodukowany przez MTV Szał ciał. Pięć dziewczyn prezentuje się trzem chłopakom, którzy oglądają je zza lustra weneckiego i  oceniają, ustawiając ranking. A więc na przykład ustalamy, że panowie oceniają stan naszych tyłków, i musimy zgadnąć, w jakiej kolejności nas ustawili. Za każde miejsce ustawione zgodnie z tym, co orzekli panowie, dostajemy jakieś pieniądze. A na koniec panie oceniają panów i znów muszą zgadnąć, w jakiej tamci kolejności się ustawią. Jakby już sam opis nie był wystarczająco straszny, należy zauważyć, że występujące tam panie to zastana-

Sklep z gadżetami marki Hello Kitty

26

Myszliciel, nr 4-5 (8-9)



Myszliciel