Page 1

nasze miejsca spotkań portret

Oksana Predko

Nie chcę zwalniać tempa str. 8-10

lipiec 2014


CHCĘ BYĆ JAK MOTYL

Sandra jest świeżo upieczoną żoną i każdego dnia chce podobać się swojemu mężowi jeszcze bardziej. - Chcę być jak motyl - wyznała pewnego dnia, a ja postanowiłam spełnić to życzenie. Zaproponowałam jej bardzo kobiecą, lekką stylizację, nadającą się idealnie na letnie dni. Spódnico-spodnie, najmodniejszy trend w tym sezonie to powrót do lat 70. Pokochasz je za styl i elegancję. Połączenie z koronkową bluzką tworzy doskonały zestaw. Całość dopełnia skórzana torebka i buty w beżowym kolorze.

Milena Maroszek, stylistka Jest zawsze na czasie z modowymi nowinkami!

1

3 2

STYLIZACJA: MILENA MAROSZEK, MODELKA: SANDRA, FOTOGRAFIE: Tomasz Czachorowski

Sandra

6 4

sprawdź również: 1. Sukienka KAPPAHL 129,00 zł 2. Koszulka CROPP 34,90 zł 3. Bluzka CUBUS 79,99 zł 4. Kurtka MOHITO 159,99 zł 5. Sukienka KAPPAHL 129,99 zł 6. Spódnica MOHITO 99,99 zł

Twoje indywidualne spotkanie ze stylistką BEZPŁATNIE W KAŻDĄ ŚRODĘ. Wejdź na: www.galeriowaszafa.pl

1013314BDBHA

5

Bluzka TALLY WEIJL 59,90 zł Góra od stroju kąpielowego ETAM 104,90 zł Spódnico-spodnie PROMOD 169,00 zł Torebka RYŁKO 349,90 zł Buty VENEZIA 199,00 zł Okulary SIX 34,90 zł Bransoletka ORSAY 29,90 zł Kolczyki SIX 19,90 zł Naszyjnik SIX 34,90 zł


872614BDBRA


kobieca perspektywa

...tam, gdzie chcemy Silna ręka to nadal obraz męskiej dłoni. Jeśli chcesz coś osiągnąć, musisz grać tak, jak sędzia pozwala. A on, po pierwsze często jest mężczyzną, po drugie nie będzie dla wyjątku zmieniał zasad gry. Lucyna Tataruch - redaktorka prowadząca „Miasta Kobiet” Rafał Gorzycki na łamach naszego lipcowego numeru, w niezwykle szczerej rozmowie z Emilią Iwanciw, wprost przyznaje, że boi się kobiet sukcesu. A za takie uważa te, które zmuszone do funkcjonowania w świecie bezwzględnych męskich reguł, stają się jeszcze bardziej brutalne od swoich kolegów. Tylko to gwarantuje im siłę przebicia. Nie da się ukryć, że coś w tym jest. Silna ręka to nadal obraz męskiej dłoni. Jeśli chcesz coś osiągnąć, musisz grać tak, jak sędzia pozwala. A on, po pierwsze, często jest mężczyzną, po drugie, nie będzie dla wyjątku zmieniał zasad gry. Bo choć tych kobiet sukcesu jest coraz więcej, ciągle uważa się je za okazy wyjątkowe. Hybrydy tej męskiej siły, ze stanowczością w kobiecym wydaniu, czyli elegancją działającą na wyobraźnię, często prosto z fantazji o władzy i uległości. Abyśmy mogły rozgościć się w świecie sukcesu na dłużej, musimy więc starać się podwójnie. Dopieścić do granic możliwości powściągliwą kobiecość i przyjąć stereotypowo męską, bezczelną pozę. Poza kontaktami służbowymi niektórych to razi. I jestem przekonana o tym, że w tej grupie są nie tylko mężczyźni. Kobiet sukcesu boją się też inne kobiety. Czy słusznie? Niekoniecznie. Myślę, że esencją kobiety sukcesu jest jej pewność siebie. A ta, poza przyjęciem groźnej męskiej roli, pozwala też zachować pewną równowagę. Prawdziwie pewne siebie kobiety nie muszą niszczyć mężczyzn czy rywalizować z koleżankami. Mogą wzajemnie się wspierać.

To niepoważne Oczywiście sukces niejedno ma imię. Zarządzanie firmą, zespołem, domowym budżetem, podział obowiązków - to wszystko - i jeszcze więcej - zmieści się pod tym pojemnym hasłem. À propos obowiązków… Zdarzyło mi się kiedyś uczestniczyć w zorganizowanym dla kobiet przedwyborczym spotkaniu, z pewnym

4

miasta kobiet

lipiec 2014

znanym lokalnym politykiem. Zapamiętałam z niego dwie rzeczy. Pierwsza - mało konkretów, dużo kokieterii. Druga - ostatnie pytanie z tzw. widowni. Zadała je Bogna Wojciechowska-Blachowska, moja dawna wykładowczyni i bydgoska radna. Brzmiało: „Jak zamierza połączyć Pan karierę zawodową z obowiązkami rodzinnymi, domem i dziećmi?”. Na sali rozległ się gromki śmiech. - Co to za pytanie? Niepoważne! Ale wyskoczyła! - komentowały między sobą panie, kiwając z niedowierzaniem głową. Moja pierwsza myśl? Wspaniale, w końcu ktoś zapytał o to mężczyznę. W końcu ktoś śmiał stwierdzić, że dom i obowiązki rodzinne z automatu mogą być przypisane również Mężczyźnie Sukcesu. Przecież my usłyszałybyśmy to pytanie po minucie takiego spotkania!

Wszystkim się zajmie Muszę przyznać, że nasz lokalny polityk tylko przez sekundę wyglądał na zbitego z tropu. Następną reakcją była całkiem zgrabna odpowiedź o świetnej organizacji czasu, gwarantującej ogarnięcie i tej sfery życia. Oczywiście w gronie kobiet i tak nie wypadałoby powiedzieć, że żona się wszystkim zajmie. O tym, że to już nie czasy na takie męskie wyznanie, można by wspomnieć 10 lat temu. Obecnie wszystkie i (co ważniejsze) wszyscy podskórnie czujemy, jak jest i oswajamy ten strach przed zmianami. Ja mam w głowie bardzo uroczy obrazek: Mężczyzna wręcza kobiecie miotłę, stwierdzając „Wiesz, co masz z tym zrobić”. Ona tę miotłę bierze i… wylatuje na niej przez otwarte okno. Wszystkie lećmy tam, gdzie chcemy!

WYDAWCA: EXPRESS MEDIA Sp. z o.o. Bydgoszcz, ul. Warszawska 13 tel. 52 32 60 733 Prezes Zarządu: dr Tomasz Wojciekiewicz Redaktor Naczelny: Artur Szczepański Dyrektor sprzedaży: Adrian Basa Menedżer produktu: Emilia Iwanciw, tel. 52 32 60 863 e.iwanciw@expressmedia.pl Redaktorka prowadząca: Lucyna Tataruch, tel. 52 32 60 798 l.tataruch@expressmedia.pl Teksty: Lucyna Tataruch l.tataruch@expressmedia.pl Dominika Kucharska d.kucharska@expressmedia.pl Emilia Iwanciw e.iwanciw@expressmedia.pl Janusz Milanowski j.milanowski@expressmedia.pl Jan Oleksy j.oleksy@expressmedia.pl Paulina Błaszkiewicz p.blaszkiewicz@expressmedia.pl Kamil Pik k.pik@expressmedia.pl Jacek Kowalski j.kowalski@expressmedia.pl Lena Kałużna Zdjęcie na okładce: Jacek Smarz Projekt: Iwona Cenkier i.cenkier@expressmedia.pl Skład: Ilona Koszańska-Ignasiak i.koszanska@expressmedia.pl Tomasz Bieńkowski t.bienkowski@expressmedia.pl Sprzedaż: Michał Kopeć, tel. 56 61 18 156 m.kopec@nowosci.com.pl Angelika Sumińska, tel. 691 370 521 a.suminska@express.bydgoski.pl ZNAJDZIESZ NAS NA: www.fb.com/MiastaKobiet.Nowosci.ExpressBydgoski

„Miasta Kobiet” ukazują się w każdy ostatni wtorek miesiąca, jako dodatek do „Expressu Bydgoskiego” i „Nowości - Dziennika Toruńskiego”. Przez cały miesiąc są dostępne również w 91 miejscach w Bydgoszczy i Toruniu. Adresy znajdziesz na stronie www.miastakobiet.pl


ka

8314T4JBA

oski


kultura w sukience FOT. NADESŁANE

Wakacje w mieście nie muszą być gorsze od relaksu na plaży. Seanse filmowe, wystawy i koncerty - na te lipcowe atrakcje warto czekać! Lucyna Tataruch

Wakacyjne impro

Mela Koteluk

Spacery fotograficzne

BYDGOSZCZ, MCK, 13 LIPCA, GODZ. 19, WSTĘP: 5 ZŁ

TORUŃ, MUZEUM ETNOGRAFICZNE 25 LIPCA, GODZ. 20.30, WSTĘP: 30 ZŁ

TORUŃ, DOM MUZ DO 4 LIPCA, GODZ. 18, WSTĘP WOLNY

Zapraszamy na letnie improwizacje teatru wymyWammy! Sześć niesamowitych dziewczyn po raz kolejny przeniesie nas w szalony świat błyskotliwych żartów, luźnych skojarzeń i masy pozytywnych emocji. 13 lipca spotykamy się w kawiarni „Szpulka” Miejskiego Centrum Kultury. Pokaz krótkich form impro to najlepszy sposób na wakacyjne orzeźwienie. Aktorki mówią wprost: „Garść pomysłów mieszamy z pokładami podświadomości i polewamy masą energii”. Kto nie chciałby tego spróbować?

Piosenki Wojciecha Młynarskiego nie tracą swojej mocy. Idealnie udowadnia to Mela Koteluk, laureatka dwóch Fryderyków, która podjęła próbę autorskiej aranżacji utworów artysty. Zaprezentuje je podczas niezwykłego, skrupulatnie przygotowanego widowiska „Przeprowadzki”. Nie będzie to jednak przedsięwzięcie, skupione wokół najbardziej znanych satyryczno-publicystycznych utworów. Koteluk vs Młynarski w lirycznej odsłonie? Tego trzeba posłuchać na żywo.

„Toruń w konwencji RETRO” to inicjatywa członków Stowarzyszenia Toruńskie Spacery Fotograficzne, które od czterech lat co miesiąc organizuje regionalne plenery. Dzięki nim do tej pory grupa pokazała 6 wystaw i wydany dwa lata temu album fotograficzny. Tym razem w Domu Muz zaprezentowane zostaną 34 wybrane fotografie, zarówno amatorów, jak i profesjonalistów. Różnorodność technik połączona jest monochromatyczną tonacją przedstawionego na zdjęciach Bydgoskiego Przedmieścia.

Sprzeciw zaprojektowany

Dziko w obiektywie

BYDGOSZCZ, BWA DO 13 LIPCA, GODZ. 18, WSTĘP WOLNY

TORUŃ, MŁYN WIEDZY LIPIEC, GODZ. OD 10, WSTĘP: 10/15 ZŁ

Warto skorzystać z ostatniej szansy i do połowy lipca zobaczyć wystawę prac Jolanty Wdowczyk, zaangażowanej artystki, która, jak sama zaznacza, chce swoją sztuką krzyczeć. Do tego celu wykorzystuje plakat i materiał. Cykl „Projektowanie sprzeciwu” to kilkanaście czarno-białych prac z pogranicza grafiki i plakatu, oraz siedem instalacji-plakatów z lnianej tkaniny. Wszystkie mają zwracać uwagę na istotne sprawy społeczne i polityczne. Z pewnością zostaną zapamiętane.

Zapraszamy na wystawę fotograficzną dzikiej przyrody, na której można obejrzeć prace z ostatnich 12 edycji najbardziej prestiżowego konkursu fotograficznego na świecie. Uwieczniony na zdjęciach dziki i często tajemniczy świat, nigdy jeszcze nie był bliżej nas. Najlepszą jakość prac zapewniają BBC Worldwide i Natural History Museum w Londynie. Tej okazji nie można przegapić.

Kino Perła BYDGOSZCZ, DM DRUKARNIA LIPIEC, GODZ. 21, WSTĘP WOLNY

6

miasta kobiet

lipiec 2014

455614BDBHA

To już kolejne wakacje z plenerowymi pokazami filmowymi. Zapraszamy na wieczorne seanse przez cały miesiąc, od środy do niedzieli. Każdy tydzień rozpoczyna się filmem dokumentalnym z cyklu Planet+ Doc. W czwartkowe wieczory obejrzymy produkcje poświęcone muzyce i jej twórcom. Piątki to spotkania przy największych hitach kinowych ostatnich lat. Z kolei weekendowe seanse odbywają się pod hasłem „Przekraczanie granic”. Repertuar sobotnich i niedzielnych pokazów wybrał znany krytyk filmowy, Tomasz Raczek. Warto to sprawdzić!

Buntownicy na salonach BYDGOSZCZ, APK OD 18 LIPCA, GODZ. 18.30, WSTĘP WOLNY

Salon i bunt to słowa klucze, które w najlepszy sposób zapowiadają to, co czeka nas pod szyldem „Saloon Rebels” w bydgoskiej Akademickiej Przestrzeni Kulturalnej. Wystawa, prezentująca prace artystów z lokalnego środowiska urban art i graffiti, ma stać się okazją do dyskusji o związkach street artu z instytucjami sztuki i tradycyjnymi przestrzeniami. Wśród prac zobaczymy także dzieła Agnieszki „Paku” Pakosz, zajmującej się przede wszystkim ilustracjami, ręcznym malowaniem ubrań czy projektowaniem plakatu. Sprawdźmy to!

Raz Dwa Trzy TORUŃ, MUZEUM ETNOGRAFICZNE, 4 LIPCA, GODZ. 20.30, WSTĘP: 40/50 ZŁ

„Trudno nie wierzyć w nic”, „W wielkim mieście” czy „Jutro możemy być szczęśliwi” to jedne z najchętniej słuchanych utworów zespołu Raz Dwa Trzy. W tym miesiącu będziemy mieli okazję usłyszeć je podczas toruńskiego koncertu. Zespół niezmiennie od lat przekonuje do siebie bezpretensjonalną formą i szczerością tekstów. To idealny wstęp do wakacyjnego odpoczynku. Polecamy!


zdrowie i uroda

Metoda, która DAJE REZULTATY Nowa technologia ICOONE likwiduje cellulit, tłuszcz, luźną skórę, obrzęki limfatyczne, blizny, sztywność mięśni, zapalenia ścięgien oraz wszelkie objawy starzenia się skóry. cone. W porównaniu z tradycyjnymi zabiegami endermologicznymi, ta metoda daje wyraźniejsze i szybsze rezultaty. Efekt po 5 zabiegach ICOONE jest bardziej spektakularny niż po 20 tradycyjnych, nie tak nowoczesnych zabiegach endermologicznych.

KTO MOŻE SKORZYSTAĆ Z ZABIEGÓW? Są skierowane do wszystkich kobiet i mężczyzn, pragnących znaleźć szybkie, skuteczne, nieinwazyjne rozwiązanie problemów terapeutycznych i estetycznych bez ryzyka. ICOONE jest idealny dla osób, które mają kłopot z luźną skórą, walczą z cellulitem i nadwagą, są po liposukcji, mają problemy naczyniowe i obrzęki. Nadaje się dla kobiet po porodach, a także osób cierpiących z powodu bólów mięśni, pleców i karku. Zabiegi wykonywane są także na okolicach dekoltu, szyi, twarzy, konturów ust i oczu. Dają efekt liftingu bez użycia igły i skalpela.

BADANIA KLINICZNE Badania kliniczne, przeprowadzane na prestiżowych uniwersytetach, potwierdzają efektywność zabiegów ICOONE. W szczególności badania profesora Scuderi wykazały ogromną przewagę skuteczności stymulacji mikrostrukturalnej w porównaniu z innymi podciśnieniowymi zabiegami, polegającymi na masażu mechanicznym. Zdaniem ekspertów to bezinwazyjna metoda, która daje niezwykłe wyniki, nawet w najtrudniejszych przypadkach.

Na zabiegi zaprasza: Kosmetyczny Instytut dr Irena Eris w Toruniu. Adres: Szosa Chełmińska 166 Rezerwacje: 56 655 24 99 pon.-pt. 8.00-20.00, sob. 8.00-16.00

594914TRTHA

T

echnologia, określana przez specjalistów jako wielka rewolucja, działa precyzyjnie i dogłębnie na każdy milimetr skóry, a jednocześnie nie powoduje urazów. ICOONE to jedyne urządzenie medyczne na świecie, które oferuje zabiegi dla wszystkich pacjentów, bez względu na rodzaj skóry oraz wiek. To innowacja w przeciwieństwie do innych urządzeń dostępnych na rynku, których praca oparta jest na zasadzie masażu podciśnieniowego. Tylko w urządzeniu ICOONE są trzy opatentowane rodzaje podciśnienia oraz specjalne głowice do leczenia ciała symetrycznie, w naturalny sposób. - Jako jedyni posiadamy takie urządzenie w regionie kujawsko-pomorskim - podkreśla Barbara Pudelska, właścicielka Kosmetycznego Instytutu dr Irena Eris w Toruniu. - Klientki, które już skorzystały u nas z zabiegów, są zachwy-


jej portret

Nie chcę zwalniać tempa Dostałam bardzo dużo w krótkim czasie, nie byłam świadoma, jak ciężko trzeba na ten sukces zapracować. Nie miałam takiego samozaparcia jak dziś. Teraz pewnie już wycisnęłabym cytrynę do końca, a nie wypuściła w połowie. Z wokalistką Oksaną Predko* rozmawia Paulina Błaszkiewicz ZDJĘCIA: Jacek Smarz

Jesteś typem dziewczyny w dżinsach, takiej jak z Twojej piosenki „Autobus”? Zdecydowanie tak (śmiech). Przypomniał mi się mój pierwszy wywiad, który robił ze mną znajomy z Kętrzyna. Zatytułował go „Nigdy nie włożę sukienki”. Dwa lata później w Opolu występowałam z toruńskim zespołem Toronto. Na scenę wyskoczyłam w jakiejś balerinie, różowych trampkach i śpiewałam „Gdybyś wiedział jak Cię pragnę, nie wiesz jednak…”. Ale tak, jestem dziewczyną w dżinsach i czuję się w nich dużo lepiej niż w sukience. Bezpieczniej? Chyba tak. To taka moja zbroja, w której mimo wszystko jest trochę luzu. Tych sukienek w mojej szafie nie ma zbyt wiele, a może powinno być więcej? Zuzanna Wrońska z zespołu Ballady i Romanse, pisząc ten tekst do piosenki, chyba doskonale trafiła też z tym, że „idziesz sama…”?

8

miasta kobiet

lipiec 2014


jej portret Pojawił się ważny człowiek i opuściłam na jakiś czas kotwicę. To było piękne. Wcześniej moje życie kipiało od muzyki i rock and rolla, aż tu nagle chłopak z innego świata sprawił, że zwariowałam. Normalność była dla mnie wtedy cudowną odskocznią. Później zrozumiałam, że to nie zagra, bo wróciła miłość do muzyki.

Idę sama w wielu kwestiach życiowo-zawodowych. To prawda. To, co pisze Zuza, pasuje do mnie idealnie, ale od jakiegoś czasu nie ukrywam, że bardziej zależy mi na tym, by tych tekstów pisanych dla mnie było mniej. Zrozumiałam, że nawet najlepszy tekst nie będzie miał takiej siły przebicia jak mój własny, nawet grafomański.

Co sprawiło, że zdecydowałaś się spróbować jeszcze raz? Raczej kto. Śmiało mogę powiedzieć, że pojechałam do Warszawy przez producenta - Bartka Dziedzica. To właśnie on powiedział: „Oksana, wpadaj do Warszawy, nie ma sensu żebyś siedziała w Kętrzynie. Wciągnę cię w reklamę”. To mnie ruszyło.

Zawsze szłaś sama? Nie, w zasadzie dużo się zmieniło. Kilkanaście lat temu przeżyłam czas niesamowitej beztroski, chłopaki z zespołu Toronto stali za mną murem. Żyłam w takim kokonie i nie do końca wiedziałam, co się wokół mnie dzieje. Oni robili za mnie tzw. brudną robotę. Byliśmy organizmem złożonym z kilku elementów, a ja nie ukrywałam, że czułam się bezpiecznie z czterema facetami wokół siebie. Wcześniej może miałam potrzeby, ale brakowało mi pewnych umiejętności, żeby je zrealizować. Musiałam trochę przeżyć, aby zacząć robić coś po swojemu. W Toronto tak naprawdę nie było mnie, wszystko, co napisałam, wkładałam do szuflady. Ale dużo się działo… Było intensywnie, jak w filmie? Właśnie w ten sposób myślę o tym, co się działo w tamtym czasie, trochę też jak o bajce. Po raz pierwszy spotkaliśmy się w grudniu 2002 roku, a sześć miesięcy później staliśmy na scenie opolskiego amfiteatru i zdobyliśmy drugie miejsce w konkursie Debiuty. Później było już z górki: festiwal TOPtrendy, nominacja do Fryderyków, koncerty na wodzie u boku największych gwiazd polskiej sceny, w końcu współpraca z Lechem Janerką, czy Kasią Nosowską. Wtedy tego aż tak nie doceniałam. Sukces przyszedł do Ciebie za szybko? Dostałam dużo w krótkim czasie, nie byłam świadoma, jak ciężko trzeba na ten sukces zapracować. Nie miałam takiego samozaparcia jak dziś. Teraz pewnie już wycisnęłabym cytrynę do końca, a nie wypuściła w połowie… Nadrabiasz te zaległości? Trochę tak. Wiem, że wszystko dzieje się po coś. Dużo czasu zajęło mi przyznanie się przed samą sobą do tego, że nie radziłam sobie z tym, co się działo. Ciągle ktoś czegoś ode mnie chciał, poprawiał, a ja się na to godziłam. Dziś w życiu bym na to nie pozwoliła. Jest takie przysłowie, że trzeba upaść, żeby potem się podnieść… Ja nie upadłam, ja mocno spadłam. Mój zespół, ten kokon, się rozpadł, pękł niczym bańka, a ja nie potrafiłam podjąć samodzielnie żadnych działań. Musiałam wrócić do rodzinnego miasta, gdzie można fajnie żyć, gdy chodzi się do liceum, można spędzić wakacje, ale nie ma co robić na co dzień, w dorosłym życiu. Wspominałam czasy, gdy przyjechałam do Torunia jako bardzo młoda dziewczyna, która marzyła o śpiewaniu. Znasz utwór Alicii Keys „Empire State Of Mind”? Ona śpiewa w nim o tym, jak

Jakie były te pierwsze chwile w stolicy? Przerażające. Jeszcze przez kilka miesięcy nienawidziłam tego miasta. Męczyło mnie wszystko: hałas, odległości… Żadne miasto nie dało mi tak w kość. Dopiero później zaczęłam dostrzegać jego uroki. Mieszkałam na Woli, gdzie miałam pod nosem teatr i studio, w którym powstał jeden z najważniejszych dla mnie utworów, „Every Little Thing”.

jechała mostem do Nowego Jorku i myślała: „Jeśli mogę to zrobić tutaj, to mogę to zrobić wszędzie”. Ja myślałam tak samo i te marzenia mi się spełniły. Ale nie umiałam na nich zbudować niczego więcej…

Powstał hit, a chwilę później Twój producent zrobił „Grandę” Moniki Brodki. Nie pomyślałaś: A dlaczego nie ze mną? Jasne, że tak, ale ja startowałam z innej pozycji. Wiadomo, że w tej sytuacji przegrałam, takie są zabójcze prawa rynku. Silniejsi mają prawo bytu. To jest niesamowite, ale takich przykładów, gdzie byłam o krok od czegoś, mogłabym podać mnóstwo. Trochę się do nich przyzwyczaiłam. Na szczęście, mam sporo cierpliwości. Wierzę, że coś się wydarzy… ale może mam za mało samozaparcia?

Jak wyglądało życie w Kętrzynie? Nie robiłam niczego artystycznego i właśnie to pomogło mi zrozumieć, jak bardzo śpiewanie jest dla mnie ważne. Studiowałam, uczyłam angielskiego w szkole, nawet miałam brać ślub. Starałam się pokazać, że potrafię ułożyć swoje życie, ale wszyscy wokół wiedzieli, co się stało.

A może nie poświęcasz się tylko temu? Może jest coś jeszcze poza tym śpiewaniem? Niestety, mam chyba dwie natury. Wcześniej myślałam, że to rozdwojenie jaźni, ale dziś to akceptuję. Kiedyś zarzucano mi brak ekspresji i emocji. Im bardziej się starałam, tym gorzej to wychodziło. Stawałam na głowie w studiu, ale cały czas śpiewałam o jakichś wyimaginowanych historiach. Dziś śpiewa mi się wspaniale, bo śpiewam o sobie.

Czyli dobra mina do złej gry? Nie do końca. Po prostu, to był czas, kiedy festiwal w Opolu miał swoją rangę, wystąpiłam na nim z zespołem, w który ślepo wierzyłam, a on się rozpadł. W momencie, kiedy wróciłam do tego małego miasteczka, wszyscy mnie o to pytali, ale nawet nie pamiętam, co odpowiadałam. To nie był łatwy czas, wcześniej żyłam w zupełnie innych realiach i ten powrót był dla mnie wyjątkowo bolesny. Z drugiej strony bardzo tego potrzebowałam, bo w Toruniu nic mnie już nie trzymało.

O miłości też? Muzyka jest moją największą miłością. Bez miłości do mężczyzny też ciężko mi żyć, ale wiem, że nic nie jest w stanie konkurować z pasją. Gdzieś w środku powiedziałam sobie, że nie można mieć wszystkiego. To piękne, kiedy możesz się z kimś podzielić tym, co jest dla ciebie najważniejsze. Ale bywa i tak, że na polu walki zostajesz sama… I masz wrażenie, że wszystko inne też znika, razem z tą osobą. Nie chcę w takich chwilach już zwalniać tempa. To uczucie nie jest tego warte.

Wspomniałaś o tym, że miałaś brać ślub. Mężczyzna był w stanie zatrzymać Cię w Kętrzynie?

Jesteś trudna? Jestem nienormalnie normalna (śmiech). A tak całkiem poważnie to nadal jestem dziewczyną miasta kobiet

lipiec 2014

9


jej portret

1

*Oksana Predko Wokalistka i autorka tekstów, studentka muzykologii w Instytucie Muzykologii na Wydziale Historii Uniwersytetu Warszawskiego. Wraz z zespołem Toronto była nominowana do Fryderyka, zdobyła drugie miejsce w konkursie Debiuty w Opolu w 2003 roku.

z małego miasteczka, która w wielu kwestiach w ogóle się nie zmieniła. W jakich? Kiedy coś dobrego dzieje się w moim życiu, to ja bardzo często w to nie wierzę. Pytam odruchowo: - Naprawdę? Byłam szalonym dzieckiem, dziewczynką z podstawówki i nastolatką. Później wiele wydarzeń, niepowodzeń i krytyki zaczęło mnie gasić. Dziś czuję, że muszę to z siebie wyrzucić. Powoli wracam do siebie. Czy udział w programie „The Voice Of Poland” był dla Ciebie formą terapii? Tak, to była terapia szokowa. Decyzja o wzięciu udziału w tym programie była dla mnie bardzo trudna, bałam się odrzucenia. Długo wierzyłam w to, że jeśli będę sama ryła jak krecik i bardzo się starała, to prędzej, czy później to zadziała. Doszłam do wniosku, że zegar tyka i jeśli nie zrobię tego tu i teraz, to znowu coś stracę. Nabrałaś tam pewności siebie? To nie takie łatwe. Na początku, kiedy stanęłam na tej scenie w trakcie przesłuchań w ciemno, byłam przerażona. Bałam się, co będzie, jeśli nikt nic nie poczuje i się nie odwróci. Powróciły myśli, że może dać sobie z tym wszystkim spokój, skoro śpiewam tyle lat, a nic z tego nie wychodzi. W tym programie bardziej czułam się jak wystraszone zwierzątko, a nie ryba w wodzie. Kobiecie po trzydziestce nie jest już tak łatwo, jak pięknej, młodej nastolatce. Ja tam dla wszystkich byłam taką ciocią Oksaną. To był dalszy ciąg walki o marzenia, czy chciałaś sobie po prostu coś udowodnić? Akurat wtedy w moim życiu osobistym wydarzyło się coś, co mnie zabolało i czego nie byłam w stanie zrozumieć. Pierwszy raz w życiu spróbowałam złapać te emocje. Najgorsze jest to, że postanowiłam to zrobić w mediach, przed wszystkimi. Ale to mi pomogło i mówię o tym

otwarcie. Doznałam kolejnej straty, a jednocześnie coś zyskałam, zrozumiałam, że nikt nie przeżyje mojego życia za mnie. Uświadomiłam sobie, że to ja jestem ważna… …i mogę być sama? I tak też jest pięknie. Zawsze potrzebowałam jakiejś symbiozy, byłam adorowana i to czułam, ale nie umiałam być sama ze sobą. A to jest klucz do sukcesu zawodowego i prywatnego. Teraz mężczyzna nie jest Ci potrzebny do szczęścia... Dobrze jak jest, ale jak go nie ma to też jest OK. Jeszcze rok temu czegoś takiego bym nie powiedziała. Przypomniał mi się film, do którego chętnie wracam, „Niezasłane łóżka”. Tam jest taka rozmowa kochanków o tym, jak postrzegają związek. Porównują go do dwóch baniek mydlanych. Tyle że dla niej te bańki krążą i w pewnym momencie łączą się, zaczynają tworzyć jedność. Dla niego tylko od czasu do czasu się stykają. Może mit dwóch połówek jabłka przesłania oczy, dopóki ktoś się bardzo nie rozczaruje? Potem i ona zacznie mówić o dwóch niezależnych bytach… Coś w tym jest. Ja wierzę w podwójność. Czysta samotność też jest czasami potrzebna i fajna, na pewnym etapie. Wierzę w to, że człowiek powinien być szczęśliwy sam ze sobą. Przekonałam się, że w momencie, kiedy druga osoba odchodzi, ja nadal jestem. W naszym świecie seryjnej monogamii mówi się, że „każda miłość jest pierwsza”… Jest w tym sporo racji. Ja tę przenośnię interpretuję tak, że nie wolno podchodzić do uczuć na zasadzie, że to już koniec i nic mnie w życiu nie czeka. Chyba warto otworzyć się na coś nowego i dać temu szansę. Nic nie jest wieczne… Ale masz rację, te nasze uczucia płyną dziś

jak na taśmie. Żyjemy w wielkim supermarkecie i między jednym przystankiem, a drugim. Nie zdążyłeś, trudno. Autobus odjechał? Tak, czekasz na następną okazję… Albo pojedziesz pociągiem, który może się wykoleić? To właśnie Zuza Wrońska w tekście do utworu „Autobus” nazwała pokolenie współczesnych trzydziestolatków „wykolejonym”. W oczach mojej rodziny jestem wykolejona. Nie mam stabilizacji, której pragną dla mnie bliscy, ale ja inaczej nie potrafię. Wykolejeni trzydziestolatkowie (śmiech) - to idealne porównanie. Myślisz, że chcemy wracać na właściwe tory? Jesteśmy wolni, szczególnie kobiety mogą dużo więcej. Kiedyś uwierały nas gorsety… Wolna - jak ja lubię to słowo. Znam mnóstwo kobiet, które dziś narzekają na brak relacji. Pozbyłyśmy się gorsetów, ale coś też ucierpiało… Te gorsety kojarzą nam się z ograniczeniem swobody, ale też z zupełnie innym typem kobiety, do którego w głębi serca chciałybyśmy wrócić. Współczesna kobieta ma wiele męskich cech, wszystko chce robić sama, nie jest już krucha. Chciałabyś być taką kruchą kobietką? Czasami mam ochotę powiedzieć: Weź tę moją walizkę! Nie chcę wpatrywać się w pana, który siedzi w pociągu i błagać go wzrokiem, żeby mi pomógł z bagażem. Pomóż mi, otwórz drzwi - lubię jak tak jest. A później mógłby zapytać - Pójdziesz ze mną na kawę? Dokładnie - chodź ze mną na kawę, dziewczyno w dżinsach, jak w mojej piosence „Autobus”. Znowu ta podwójność się we mnie odzywa… Kończmy, bo zaczynam za dużo mówić.

Rozmowa z Oksaną Predko we wtorek (24.06) o godzinie 10 i 14 oraz w środę (25.06) o godzinie 9 i 13 na antenie Radia Eska. 94,4 FM (Bydgoszcz) 104,6 FM (Toruń)

10

miasta kobiet

lipiec 2014

1

2


30% RABATU

NA WSZYSTKIE KOSMETYKI DO OPALANIA*

1

2

Trendy z 5

Promocja ważna w dniach 3-9 lipca 2014 r. w CHR Toruń Plaza. *cena na fiszce w sklepie zawiera już rabat

7

4 3

6 10

8 9

12

14 15

17

16

tętni modą

20

19

18 22

23 24

plaża

11

Nieważne czy wyjeżdżasz na egzotyczny urlop czy chcesz się zrelaksować nad pobliskim jeziorem - nie musisz rezygnować z mody! Mimo, że na plaży odsłaniamy ciało, to dodatki i ubrania pozwolą nam być trendy. Tegoroczne kolekcje na plażę zdominowały kwiaty, turkusy, soczyste róże i wszystko to, co kojarzy nam się z wakacjami. Dla odważnych mamy zwierzęce printy i opalizujące materiały, a dla marzących o bezludnej wyspie - seksowne szorty, spódniczki i tropikalne desenie. Do tego delikatne sandałki lub wygodne koturny. Baw się letnią modą!

21

25 26

Anna Deperas-Lipińska stylistka Toruń Plaza

1. Żel łagodzący po opalaniu Stokrotka - 69,95 zł, Toruń Plaza 2. Bransoletka Ochnik - 59,90 zł, Toruń Plaza 3. Bluzka Zara - 169 zł, Toruń Plaza 4. Bluzka Orsay - 119,95 zł, Toruń Plaza 5. Okulary Pull&Bear - 44,90 zł, Toruń Plaza 6. Kolczyki YES - 49 zł, Toruń Plaza 7. Spódnica Massimo Dutti - 299 zł, Toruń Plaza 8. Bransoletka YES - 49 zł, Toruń Plaza 9. Sandały CCC - 99,99 zł, Toruń Plaza 10. Zegarek Adidas ADH2852 YES - 275 zł, Toruń Plaza 11. Strój kąpielowy Bershka - 139 zł, Toruń Plaza 12. Spodenki Bershka - 69,90 zł, Toruń Plaza 13. Torba Big Star - 159,90 zł, Toruń Plaza 14. Oliwka Glowing Body Oil SPF 30 Sephora - 65 zł, Toruń Plaza 15. Sandały Venezia - 199 zł, Toruń Plaza 16. Torba CCC - 119,99 zł, Toruń Plaza 17. Portfel Ochnik - 259,90 zł, Toruń Plaza 18. Spódniczka Stradivarius - 99,90 zł, Toruń Plaza 19. Sukienka Tatuum - 199,99 zł, Toruń Plaza 20/21. Strój kąpielowy Triumph góra - 159,90 zł/ dół - 119,90 zł, Toruń Plaza 22. Sandały Primamoda - 449 zł, Toruń Plaza 23. Strój kąpielowy 4F - góra/39,90 zł, dół/29,90 zł, Toruń Plaza 24. Spódniczka Bershka - 159 zł, Toruń Plaza 25. Spodenki Big Star - 129,90 zł, Toruń Plaza 26. Sandały Deichmann - 79 zł, Toruń Plaza Toruń Plaza: ul. Broniewskiego 90, www.torun-plaza.pl, czynne codziennie od 9 do 21

miasta kobiet

lipiec 2014

11

1013214BDBHA

13


jej pasja

Gadamy o zupkach, kupkach, chorobach. Ale nie jesteśmy głupie. Mamy zainteresowania, czasem nawet takie jak sam pan filozof. TEKST: Lucyna Tataruch ZDJĘCIA: Marta Pawłowska

C

zy widzieliście wózkową czytającą książkę? - retorycznie zapytał kiedyś w felietonie dla „Wysokich Obcasów” Zbigniew Mikołejko, filozof, religioznawca, eseista i pedagog. - Nawet ich rozmowy są o niczym. Magma słów bez znaczenia. Słowotoki - i tyle. Według szanownego profesora „wózkowe” to „najgorszy rodzaj matek”. On zna je doskonale, bo pewnego lata obserwował je przez okno swojego mieszkania. Te wszystkie młode dziewczyny, wychodzące na plac zabaw ze swoimi dziećmi. - To śmieszne. Spróbuj wziąć na spacer z dzieckiem książkę i czytaj ją jednocześnie pilnując małego - komentuje Kasia Wacław*, 28-letnia matka Oli i Jasia. W odpowiedzi na kontrowersyjne słowa profesora, w 2013 roku dziewczyna założyła blog. Panie Mikołejko, komunikat jest jasny - Wózkowe Czytają.

JAK SAM FILOZOF Mikołejko zaznaczył, że jego opis dotyczy tylko pewnej grupy matek, tych niekul-

12

miasta kobiet

lipiec 2014

K Kasia z mężem Maćkiem i dziećmi - Olą i Jasiem.

turalnych, roszczeniowych, czujących się jak wieczne „królowe balu” przez sam fakt macierzyństwa, zainteresowanych tylko sobą. - Tak naprawdę, to każda matka może podpaść pod ten przedstawiony w felietonie obraz - komentuje Kasia. - Po tych słowach przez chwilę zawrzało, głównie w Internecie. Ta burza stała się okazją, by wyżyć się trochę na matkach. Wisienką na torcie tego opisu był zarzut o braku rozwoju intelektualnego matek. - Zakładając swoją stronę internetową chciałam odpowiedzieć na tę zaczepkę - dodaje dziewczyna. - Mimo że faktycznie rozmawiamy o zupkach, kupkach i chorobach, mimo że nie biegamy z dziełami Kanta pod pachą za dziećmi, a nasze maluchy depczą trawniki przed blokiem pana profesora, to nie jesteśmy głupie, mamy pasje, zainteresowania. Czasem nawet takie, jak sam pan filozof. Na początku powstał facebookowy profil „Wózkowe Czytają”, po kilku miesiącach osobny blog o tej samej nazwie. Znajdziemy

w nim opisy pozycji książkowych dla dorosłych i dzieci, konkretne drogowskazy literackie, po co warto sięgnąć. - To nie tylko książki dla rodziców. Opisuję horrory, thrillery, literaturę piękną, erotyczną, powieści historyczne i obyczajowe. Nawiązałam współpracę z wydawnictwem Replika i recenzuję ich książki. Piszę też dla Fundacji Nadzieja dla Rodzin teksty na ich portal internetowy i do wydania papierowego.

PRZEZ DUŻE N Prywatnie Kasia to matka i żona. Jej mąż Maciek jest od niej o 15 lat starszy. - Na początku naszego związku większość ludzi była zdziwiona różnicą wieku - przyznaje. - My się w tym odnaleźliśmy. Myślę, że to dla nas swego rodzaju afrodyzjak. Poznaliśmy się na koncercie w Płocku, skąd pochodzę. Przez jakiś czas byliśmy na etapie internetowych randek. Już wtedy powiedziałam Maćkowi, że będziemy mieli dwójkę dzieci, chłopca i dziewczynkę, oraz psa.

Lu rz ni im Bo

-K bią za jes wi pr Bo jak wy no jak ka ni Ni że at Cz śn się ow bie


592414TRTHA

Kobiety decydują częściej

- Klienci pojawiający się po raz pierwszy, robią wstępny rekonesans, szukają inspiracji, zastanawiają się co warto kupić, co ostatnio jest modne. Nieraz mają już w głowie swoją wizję i nie zważając na trendy pozostają przy swoim pomyśle - wyjaśnia Adam Boniek, właściciel firmy. Trudno powiedzieć, jaki typ mebli się najlepiej sprzedaje. Jedni wybierają meble stylowe, a inni szukają nowoczesności. W tej branży jest podobnie jak w modzie odzieżowej. W obu przypadkach decyduje gust. - Po wyglądzie klienta nie sposób przewidzieć, jakich mebli szuka. Nieraz można się pomylić. Panuje stereotyp, że białe nowoczesne meble biorą młodzi, a tzw. „stylówkę” starzy, ale tak nie jest. Często ludzie po 60-tce chcą mieć nowocześnie, bo całe życie mieli „dąb”, to teraz chcą się „odmłodzić”. Tutaj wiek nie decyduje o wyborze. Jedno jest pewne, z reguły to kobiety decydują co kupić, to one są motorem

zmian i mózgiem aranżacji wnętrz - mówi Adam Boniek, właściciel firmy.

Aktualny trend Aktualnie modne jest połączenie nowoczesności ze starym stylem, np. prosta bryła, ale z giętymi nóżkami, taki trochę ludwik z kubizmem. Panuje też trend na tzw. naturę, czyli meble olejowane z widocznymi słojami, z wyraźną fakturą. Z wyglądu surowe, ale szlachetne. Podobają się - twierdzi Adam Boniek. W sypialniach dominuje tendencja, by wyposażać je w duże tapicerowane łóżka z obiciami z tkaniny czy skóry oraz zabudowane szafy, niekoniecznie z lustrami. W salonowej ofercie królują fotele do relaksu, które po przyciśnięciu guzika rozkładają się wraz z podnóżkiem. Dużym powodzeniem cieszą się meble wypoczynkowe w pastelowych kolorach. Nie ma już dominacji wszechwładnego kiedyś brązu. - Panowie z radością realizują swoje marzenia o gabinecie w domu. Regały z obrotowymi barkami są idealną propozycją dla biznesmenów z poczuciem humoru. W jednej chwili książki mogą zamienić się w whisky - śmieje się szef Boniek Meble.

Zajrzyjmy do kuchni Idealne piękno, innowacyjna technologia. Takim hasłem określić można kuchnie wystawione w firmie Boniek Meble, która specjalizuje się w zabudowach kuchennych już od lat 90. - Dziś nowoczesne kuchnie przypominają laboratoria, z blatami mineralnymi, z kwarcu czy z granitu, z elektrycznymi szufladami, które same się otwierają, z szafkami, których drzwiczki nie trzaskają... To w pełni inteligentne kuchnie ze świetnymi rozwiązaniami technicznymi - opowiada Adam Boniek. Obok tych, dużym wzięciem cieszą się również kuchnie będące połączeniem nowoczesności ze stylizacją, z efektownymi dekoracjami, drewnianymi blatami oraz... funkcjonalnymi rozwiązaniami. - Klienci zwracają uwagę na funkcjonalność mebli, życzą sobie, by były

one praktyczne, niebrudzące się... Społeczeństwo nie jest aż tak zamożne, by często zmieniać meble - podkreśla Adam Boniek. Klienci zniechęceni odwiedzaniem wielu sklepów rozrzuconych po całym Toruniu, chętnie zaglądają do salonu Boniek Meble, gdzie na ponad 2600 m kw. powierzchni prezentowana jest oferta ponad 30 wiodących producentów. Samych kompletów wypoczynkowych jest tam ponad 50. Transport, wniesienie i montaż jest w cenie. To robi wrażenie. Warto się tam wybrać, to tylko 7 km z Rubinkowa! ul. Warszawska 94 Papowo Toruńskie tel. 56 663 10 00 56 645 90 27 e-mail: sklep@boniek-meble.com.pl

585114TRTHA

Ludzie szukają mebli pięknych, wykorzystujących innowacyjne rozwiązania, mebli funkcjonalnych służących im przez długie lata - mówi Adam Boniek, właściciel firmy Boniek Meble


jej pasja Kasia, Maciek, pięcioletnia Ola i dwuletni Jaś to normalna rodzina. - Taka przez duże N - dodaje dziewczyna. - Obecnie panuje moda na bycie „jakąś” rodziną. Ludzie chcą stosować najbardziej wymyślne metody wychowawcze. My chcemy dać dzieciom dzieciństwo bez zbędnych ideologii. Wychowujemy je zgodnie z naszymi zasadami, uczymy tolerancji, dajemy podwaliny pod przyszłą edukację. Nie mamy ciśnienia na ekozabawki, ekojedzenie, itp. Jemy to, na co nas stać i co lubimy. Nie zmuszamy Jasia do nauki pisania w wieku dwóch lat. Wszystko na luzie - codzienne spacery, jazda na hulajnodze, czytanie książek, ale tych, na które dzieci mają ochotę. Dziewczyna jako swój zawód podaje „family manager”. Od rana do wieczora jest na nogach i zwykle ma tylko parę chwil w ciągu dnia, by usiąść i w spokoju wypić pół kawy. Na całą czasu nie starcza. Ten tryb życia to jednak świadoma decyzja, której nie żałuje. - Godzę się na pewne ograniczenia, które towarzyszą macierzyństwu, wiem, że wypadłam z rynku pracy, ale tak zaplanowałam swoją drogę.

mnie łagodniej dlatego, że spodziewam się dziecka. Jak przyznaje dziewczyna, matematyka to dziedzina, której trzeba się poświęcić. - Ta dziedzina była zmaskulinizowana - komentuje Kasia. - Obecnie możemy już wszystko, ale uwarunkowania biologiczne, ciąża, poród, połóg nadal stanowią trudną barierę. Badania matematyczne to nie jest coś, czym można zajmować się przez chwilę wieczorami, gdy dzieci śpią. Być może wiele kobiet planowało po porodzie powrócić do zgłębiania matematyki, ale pewnie tylko nielicznym się to udaje. Niemniej jednak, na moim kierunku to właśnie chłopaków była tylko garstka. Kasia nie widzi siebie jako szalonej matematyczki, zawsze bardziej odpowiadał jej po prostu porządek, jaki towarzyszył tej dziedzinie. Przekłada się to na życie codzienne. Jak dodaje, ścisły umysł ma ktoś, kto zagadnieniom humanistycznym nadaje cechy matematyczne. - Lubię mieć wszystko zaplanowane, nie znoszę nagłych zmian. Dobrze się czuję, gdy mam nad wszystkim kontrolę - stwierdza.

KRÓLOWA NAUK Początkowo wszystko wyglądało inaczej, jak matematyczna abstrakcja. Dosłownie, bowiem Kasia jest absolwentką studiów matematycznych. - To był czas, w którym żyłam jakby w innej przestrzeni. Nawet sny miałam matematyczne. Ten okres to najbardziej szalony etap mojego życia i bynajmniej nie przez jakieś studenckie libacje. Sama królowa nauk wystarczyła. W tym matematycznym świecie, na czwartym roku studiów Kasi, urodziła się Ola. - Mikołejko powtarzał, że wózkowe wykorzystują dzieci jako alibi, by mieć fory i wszelkie ułatwienia. Ja będąc w ciąży chodziłam na prawie wszystkie zajęcia, pisałam ze wszystkimi kolokwia, a nawet wcześniej niż reszta zdawałam egzaminy. Szło mi całkiem nieźle, czasem nawet łapałam się na stypendia naukowe. Nigdy nie oczekiwałam, że ktoś potraktuje

ROSNĘ Z KSIĄŻKĄ Czy matematyka może funkcjonować razem z miłością do literatury? Kasia się nie zastanawia: - Tu nie ma żadnej sprzeczności, książki lubiłam od zawsze. Jako dziewczyna zaczytywałam się w literaturze detektywistycznej, upodobałam sobie także książki R.L. Steina i Ludluma. Studia to rzeczywiście czas literatury matematycznej. Potem, przy pierwszym dziecku, czytałam raz po raz. Po urodzeniu drugiego, organizacja czasu była już sprawdzona, a więc znalazłam i więcej chwil dla siebie. Dziewczyna przyznaje, że to właśnie książki, które czytała w wieku dorastania, ukształtowały jej gust. Teraz w szczególności lubi literaturę grozy, tę współczesną, jak i XIX-wieczną. A jej ulubionym bohaterem jest Sherlock Holmes, z zagadkami, analizami i logiką. Książki są także obecne w życiu jej dzieci. Ola oglądała tekturowe książeczki, gdy jesz-

cze nie umiała raczkować. Dziś sama wybiera lektury, od dwóch lat należy do dziecięcej biblioteki. Jaśka przez długi czas ten temat nie interesował. Dopiero od kilku miesięcy jest w stanie wysiedzieć dłużej podczas czytania. Chłopiec załapał się na program „Rosnę z książką”. Teraz zdarzają się chwile, gdy dzieciaki leżą razem i Ola czyta Jaśkowi książeczki opowiadając, co jest na obrazkach.

AMBITNIEJ Żadna kobieta, która ma dzieci, nie jest „tylko” matką. Kasia podkreśla, że każda z jej przyjaciółek ma swoje pasje, rozrywki, dba o siebie i o swój rozwój. Urodzenie dziecka to trzęsienie ziemi w życiu, ale, choć brzmi to jak banał, nie można zapominać o własnych potrzebach. - Przyznam, że jedna kwestia powodowała, że czułam się sprowadzona tylko i wyłącznie do roli matki, uzależnionej od dziecka - dodaje. - Chodzi o karmienie piersią. Sam proces karmienia naturalnego mnie odrzucał i powodował niechęć do Oli. Ale na przekór tym wszystkim specjalistom, mówiącym że karmiąc dziecko mlekiem modyfikowanym skazujemy je na gorszy start, przerzuciłam się na butelkę. Usystematyzowało to nasze życie, a ja znowu poczułam się kobietą. Często jednak w codziennych sytuacjach otoczenie z automatu zakłada, że młoda matka to właśnie „wózkowa”. Że nic ambitniejszego jej nie zainteresuje. - Nawet w bibliotece - podaje przykład Kasia. - Kiedyś przyszłam tam z Olą i choć pytałam o co innego, bibliotekarka poleciła mi książkę o dzieciach. Potem pozycje Paolo Coelho i książkę o problemach małżeńskich… DLA CAŁEJ RODZINY - Jeśli chodzi o czytanie dzieciom, myślę, że nie musi być to wcale te „20 minut dziennie” - podkreśla Kasia. - Ważne, by dziecko obyło się z książką i widywało czytających rodziców. Dorośli też mogą znaleźć w dziecięcych książeczkach wskazówki, np. jak wytłumaczyć dziecku pewne frapujące je kwestie. Na mnie ostatnio duże wrażenie zrobiła pozycja „Mała książka o życiu” Pernilli Stalfelt, która ukazuje przebieg ludzkiego życia od narodzin do śmierci. Ta sama autorka napisała także zabawną książkę „Twoje prawa - ważna sprawa”. Ciekawa pozycja, która inspiruje do rozmowy z dzieckiem, to też „Uczucia. Co to takiego?” Oscara Brenifiera. Warto sprawdzić recenzję na moim blogu - dodaje z uśmiechem.

*Kasia Wacław 28-letnia mama Oli i Jasia, absolwentka Wydziału Matematyki UKW, blogerka, założycielka inicjatywy Wózkowe Czytają. Pisze dla serwisów duzarodzina.pl, klubsexymama.pl, mamywsieci.pl, egodziecka.pl, dzielnicarodzica.pl Zajrzyj na facebookowy profil Miast Kobiet. Możesz wygrać niespodziankę z księgarni Matras.

14

miasta kobiet

lipiec 2014

S


1003214BDBHA

...Jantar Spa zaprasza na Wakacje nad morze do Kołobrzegu... Pobyty od 01.06 – 31.08.2014 Letni Relaks – 1 os. już od 1205,- zł Rodzinne Wakacje – 1 os. już od 1105,- zł Weekendowe Lato – 1 os. już od 340,- zł Lato i Zdrowie – rozdajemy zabiegi w gratisie

Pobyty zawierają: nocleg wyżywienie korzystanie z basenu jacuzzi

sauny łaźni parowej zabiegi atrakcje

1003114BDBHA

Szczegóły: www.jantarspa.pl • tel. 94/3522259, 3547396, 3547399

576814TRTHA

akiety Atrakcyjne p dla dzieci!


moda i trendy

na LATO

KOSZULA: 160 ZŁ SPODNIE: 170 ZŁ

Kropki, paski, szorty, topy i wielkie torby - te trendy zdominują upały. Modowe porady Pauliny Wiśniewskiej, projektantki marki Brunoszka. TEKST: Kamil Pik ZDJĘCIA: Brunoszka

16

miasta kobiet

lipiec 2014


moda i trendy Jak zaznacza Brunoszka, obecnie największym hitem są koszule, szczególnie te bardziej casualowe. W kolekcji projektantki znajdziemy taką lekką oldschoolową, z dłuższym tyłem i krótszym przodem. Do tego stójka i półokrągły kołnierzyk. Koszula powinna być obowiązkowo z bawełny, w ciekawym wzorze - kropki, kreski, lekkie motywy kwiatowe. Choć spodnie nadal pozostają ulubioną częścią garderoby wielu pań, Brunoszka od początku kreowania swojej marki posta-

BLUZKA: 150 ZŁ

SPODNIE: 170 ZŁ

W

tym roku pod szyldem Brunoszki ponownie królują pastele. Ta spokojna kolorystyka pozwala idealnie łączyć style. Im bardziej prosta forma, tym mamy więcej możliwości na dodanie rozmaitych elementów. W letniej kolekcji Brunoszki dominują paski, kropki i podobne desenie. Bardzo modnym i nieśmiertelnym każdego lata elementem są również kotwiczki. Te z czerwonymi paskami gwarantują świeżość i lekkość stylizacji. Podobnie jak paleta barw, wykorzystywana przez bydgoską projektantkę - kremy, szarości, mięta, przełamywane klasycznymi odcieniami czerni i granatu. Inspiracją kolekcji jest natura. Wśród tkanin króluje farbowana w pracowni bawełna. Dla wygody w utrzymaniu ubrań, projektantka korzysta czasem także z materiałów z minimalną domieszką poliestrów. SUKIENKA: 165 ZŁ

KURTKA: 230 ZŁ TORBA: 130 ZŁ

wiła na spódnice. Prawdziwym hitem okazała się spódniczka z falbanką, bestseller i znak rozpoznawczy projektantki, który już chyba na zawsze pozostanie w kolekcji. W zimowej odsłonie Brunoszka pokazała płaszcze, na obecną porę proponuje wykonane z lekkich tkanin dresowych kurtki wiatrówki. Wśród nowości znajdziemy szorty z wysokim stanem. Oprócz nich, eleganckie i wygodne bluzeczki zapinane z tyłu, pozostające pomiędzy oficjalną, a luźną formą. Z czasem w projektach Pauliny Wiśniewskiej pojawiło się więcej sportowego luzu, jednak powróciły także czysto kobiece stroje, nawiązujące do stylistyki z pierwszych kolekcji. Do ubrań spod znaku Brunoszki można założyć dobrze dobraną biżuterię - delikatne łańcuszki czy pierścionki - doskonale wkompo-

KOSZULA: 160 ZŁ

nują się one w brunoszkowe outfity. Z biżuterią czy dodatkami nie warto jednak przesadzać. To strój powinien być naszą ozdobą. Już sama biała koszula w czarne grochy stanowi jego clou. Do tego stonowana torebka, dżinsy i trampki.

miasta kobiet

lipiec 2014

17


FOT. TOMASZ CZACHOROWSKI

intymnie

Pamiątka po

O tym, na co zwrócić uwagę podczas wakacyjnych przygód, rozmawiają lek. med. Małgorzata Głogiewicz i lek. med. Radosław Janicki, rezydenci z Kliniki Położnictwa, Chorób Kobiecych i Ginekologii Onkologicznej, Szpitala Uniwersyteckiego nr 2 im. dr. Jana Biziela.

Z

aczął się okres wakacji. Która kobieta nie myślała choć przez chwilę o scenerii jak z romantycznego filmu… Może nawet takiej zwieńczonej upojną nocą w ramionach tajemniczego kochanka? Czas urlopów obfituje w wiele ciekawych doznań, również w sferze seksu. Nieplanowane ciąże i choroby przenoszone drogą płciową to jednak nie najlepsze pamiątki obok gorących wspomnień. Tak, wszystkie wiemy, że najskuteczniejszą ochroną jest „szklanka wody zamiast”. Nie zaszkodzi też mieć w pamięci zacne słowa „jeden, wierny partner przez całe życie”. Zejdźmy jednak na ziemię i zastanówmy się nad tym, co naprawdę możemy zrobić, aby seks, jako to przyjemne zapomnienie, był także bezpieczny. Radosław Janicki: Polacy najczęściej sięgają po prezerwatywę. Ponad 65 proc. naszych rodaków stosuje ją regularnie. Wiesz, że pierwsze udokumentowane doniesienia o wykorzystywaniu prezerwatyw w czasach nowożytnych, „dla ochrony przed brzydkimi chorobami przy-

18

miasta kobiet

lipiec 2014

lek. med. Małgorzata Głogiewicz

wleczonymi przez zamorskich marynarzy” pochodzą z 1554 roku?

ną. W przypadku prezerwatywy wskaźnik ten wynosi od 2 do 8.

Małgorzata Głogiewicz: Tak. Co ciekawe, stosowano wówczas woreczki lniane, skórę bawolą lub… muszle ślimaków!

R.J.: Przyznasz, że to brzmi dość groźnie…

R.J.: Cóż, zostawmy to wyobraźni Czytelniczek. Współcześnie, na szczęście, prezerwatywy trochę się zmieniły. Gwarantują większą wygodę i skuteczność. Głównie są to wyroby lateksowe, poddane rygorystycznym normom i zasadom produkcji. Wg WHO skuteczność prezerwatywy w zapobieganiu zakażeniu wirusem HIV sięga ok. 80-90 proc. Musimy to zaznaczyć - ta metoda zmniejsza ryzyko, ale nie daje 100 procent pewności. M.G.: Zwróćmy jeszcze uwagę na skuteczność w zapobieganiu ciąży. Do tego przyda się wskaźnik Pearla, czyli „złoty standard” oceny w tym zakresie. Wylicza się go na podstawie tego, ile kobiet na sto w ciągu roku zaszło w ciążę, stosując daną metodę antykoncepcyj-

M.G.: Tak, ale wiemy, że nieskuteczność prezerwatyw w dużej mierze wynika z błędów w ich stosowaniu. Pamiętajmy więc o tak, wydawałoby się trywialnej rzeczy, jak okres ważności… R.J.: …przy czym trwałość prezerwatyw jest krótsza w cieplejszym klimacie, np. podczas egzotycznych wakacji… M.G.: …rozmiar, suchość pochwy partnerki, która może powodować pękniecie prezerwatywy, itp. R.J.: Myślisz, że należy podkreślić fakt, iż prezerwatywa jest zawsze jednorazowa? M.G.: Chcę wierzyć, że wszyscy o tym wiedzą (śmiech). Ale dodajmy, że założenie dwóch prezerwatyw naraz nie stanowi lepszego


intymnie jeszcze długo działające i w pełni odwracalne metody antykoncepcji, określane skrótem LARC (long acting reversible contraception), czyli wkładki domaciczne i jeszcze niedostępne w Polsce implanty progestagenne.

R.J.: Wszystko wygląda pięknie w teorii… Ale żyję już trochę na tym świecie i słucham tego, co mówią kobiety, mężczyźni. W naszym kręgu kulturowym można zauważyć pewną niechęć do stosowania prezerwatyw, którą pary często „nadrabiają”, praktykując tak zwany stosunek przerywany. On ma nawet swoją łacińską nazwę - Coitus Interruptus. Wbrew powszechnej opinii, ta „metoda” niesie za sobą duże ryzyko zajścia w ciążę.

R.J.: Wszyscy wiedzą za to o tabletkach antykoncepcyjnych. Jest to produkt przeznaczony dla kobiet, zatem właściwie od tego należałoby zacząć naszą „opowieść wakacyjną” dla Czytelniczek „Miast Kobiet”…

ałg or zat aG łog iew icz

M.G.: Ich stosowanie wiąże się z wysokim poziomem satysfakcji pacjentek. Od niedawna na rynku pojawiła się też wkładka, którą można zastosować u kobiet, które nigdy nie rodziły. R.J.: A co z innymi formami seksu? Mam wrażenie że choroby przenoszone, np. przy uprawianiu seksu oralnego nadal są tematem tabu…

M.G.: Na szczęście te „błędy” można wyeliminować, wybierając metody antykoncepcji hormonalnej o przedłużonym okresie działania, czyli np. plaster transdermalny czy pierścień dopochwowy. Ten sprawdzi się szczególnie u otwartych kobiet, znających swoje ciało. R.J.: I nie ma co się martwić - partner nie wyczuje w pochwie założonego na szyjkę pierścienia do momentu, kiedy mu się o tym powie. Dodajmy

FOT. TOMASZ CZACHOROWSKI

M.G.: Wprowadzenie do obrotu popularnych pigułek zrewolucjonizowało nasze czasy, to M.G.: Tak, generalnie większość ludzi uważa jeden z filarów wyzwolenia. Istnieje ogromna ten rodzaj stosunku za mniej niebezpieczny. różnorodność preparatów dostępnych na rynku, To oczywiście mit. W ten sposób przenosi się każdy rok przynosi nowe. Jest tego tak dużo, że może nie ma sensu skupiać się na tej formie, powiedzmy o tych lek. med. Radosław Janicki najbardziej istotnych sprawach… R.J.: Czyli o tym, że tabletki wymagają bardzo ścisłego rygoru przyjmowania. Systematyczność zażywania przekłada się na ich skuteczność. To właśnie pominięcie tabletki lub kilku jest powodem zdecydowanej większości nieplanowanych ciąż u kobiet stosujących tę metodę.

R.J.: Można kupić takie specjalne chusteczki do seksu oralnego, mające w swoim założeniu zmniejszyć ryzyko zakażenia chorobą przenoszoną tą drogą. Jednak brakuje udokumentowanych badań naukowych, które pozwoliłyby potwierdzić ich działanie…

„ZASADA WE WSZELKICH KONTAKTACH SEKSUALNYCH ZAWSZE JEST TAKA SAMA: NIE SPIESZ SIĘ W RELACJACH Z PRZYPADKOWYMI PARTNERAMI, NIE BÓJ SIĘ PYTAŃ O ICH STAN ZDROWIA I PRZESZŁOŚĆ SEKSUALNĄ.” M

M.G.: Nie wspominając już o przenoszeniu zakażeń między partnerami! Ale opierając się o ten nasz wskaźnik Pearla, na sto kobiet aż 15-28 zachodzi w ciążę. Głównym powodem takich wypadków jest preejakulat, czyli wydzielina zawierająca plemniki, która pojawia się przed wytryskiem. Dodatkowo ryzyko zajścia w ciążę zwiększają, np. zawodny refleks partnera, nieregularne cykle u kobiet oraz fakt, że plemniki żyją dłużej niż kilka minut i są w stanie zapłodnić komórkę jajową nawet do 72 godzin po stosunku. Wystarczy popytać znajomych, niewielu z nich o tym wie!

wiele chorób, poza znanym wszystkim AIDS, nie mniej groźne wirusy HPV i HSV, czyli bakterie Chlamydia trachomatis i Treponema pallidum.

M.G.: Przypomnijmy więc wyraźnie - zasada we wszelkich formach zbliżeń i kontaktów seksualnych zawsze jest taka sama: nie spiesz się w relacjach z przypadkowymi partnerami, nie bój się pytań o ich stan zdrowia i przeszłość seksualną. R.J.: To bardzo ważne, szczególnie biorąc pod uwagę to, że żyją wśród nas ludzie, stosujący zasady barebackingu, słyszałaś o tym?

M.G.: Tak, ci ludzie dysponują pełną wiedzą na temat bezpiecznego seksu i chorób przenoszonych drogą płciową, ale celowo podejmują ryzykowne zachowania, szukając w tym większego podniecenia. R.J.: No dobrze, ale powiedzmy też, co zrobić, jeśli upojna noc skończyła się już gorącym seksem bez zabezpieczenia lub gdy zastosowana metoda zawiodła… M.G.: Współczesna nauka przychodzi z pomocą kobiecie będącej w takiej nieoczekiwanej sytuacji. Można zażyć tabletki postkoitalne, tzw. after pills. Czas na przyjęcie tabletki to w zależności od preparatu od 72 godzin do 5 dni po stosunku. Ich skuteczność jest na poziomie 95-98 proc. R..J: Jednocześnie nie możemy zapomnieć o możliwości przeniesienia chorób. Jedynym sposobem wykluczenia HIV jest wykonanie testu na obecność wirusa. Pamiętajmy jednak o pojęciu „okienka serologicznego”, czyli czasie od zakażenia do możliwości wykrycia wirusa. W przypadku HIV to kilka tygodni. M.G.: Niepokojące jest to, że w Polsce tylko 9 proc. obywateli wykonało test na obecność wirusa, raz w życiu. Warto powtarzać, że nieprawdą jest, iż zakażenie HIV dotyczy tylko osób homoseksualnych, trudniących się prostytucją czy narkomanów. W grupie ryzyka są również osoby dobrze wykształcone i dobrze sytuowane. R.J.: Podsumowując - bezpieczny seks może być przyjemny i może dawać obojgu partnerom pełną satysfakcję. Musimy pamiętać o swoim zdrowiu, zanim będzie za późno. M.G.: Rozsądek może iść w parze z fantazją!

miasta kobiet

lipiec 2014

19

742714BDBHA

zabezpieczenia. Wręcz przeciwnie, zwiększone tarcie lateksu o lateks też może powodować pęknięcie. No i oczywiście, używajmy wyłącznie wyrobów atestowanych. Wśród tych znajdą się nawet takie dla osób uczulonych na lateks. Produkowane są z poliizoprenu.


kobieca perspektywa

Goraczka urlopowej nocy Wakacje to przecież taki trochę inny świat. Jedziesz, wracasz, zapominasz. „What happens in Vegas stays in Vegas”. Tak mówią… TEKST: Lucyna Tataruch

K

laudia wakacyjny wyjazd planowała już od jesieni. Kilka miesięcy wcześniej, dokładnie w dniu, gdy kończyła 27 lat, zerwał z nią chłopak. Bilety na samolot kupiła w promocji, podczas jednego z babskich wieczorów ze swoimi dwiema przyjaciółkami. - To było spontaniczne - przyznaje. - Trochę się wtedy upiłyśmy. Zalewałam żal po złamanym sercu. Dziewczyny namówiły mnie, żeby zabukować lot do Włoch, a co zresztą, to pomyślimy później. Miesiąc przed wyjazdem zarezerwowały hostel w Bolonii. I na tym plany się skończyły. Miały polecieć na dwa tygodnie i w słońcu Italii cieszyć się tym, co przyniesie dzień. - Wyobrażałam to sobie jako nieustającą imprezę, spanie na plaży, relaks bez grama złej myśli. Absolutnie nie zakładałam żadnych miłosnych wątków. To przecież zupełnie nie w moim stylu…

NA PEWNO KOGOŚ POZNAM Wakacyjne romanse nie chodziły też po głowie Sandrze, kiedy siedziała na krześle w biurze podróży i rezerwowała wycieczkę do Chorwacji. Od dawna myślała o takim wyjeździe. Towarzyszką miała być jej siostra, jednak nie dostała urlopu w tym samym czasie. - Miałam do wyboru po raz kolejny siedzieć w domu, a w weeken-

20

miasta kobiet

lipiec 2014

dy jeździć ze znajomymi nad pobliskie jezioro - mówi. - Nie było wiele do stracenia. Jestem dorosła. W tym roku kończę 35 lat. Pojadę sama na zorganizowaną wycieczkę i tam na pewno kogoś poznam - pomyślała. Ten ktoś nie miał być przystojnym, miejscowym brunetem, w ramionach którego można zapomnieć o całym świecie. Sandra liczyła raczej na paczkę nowych znajomych, którzy ją przygarną i razem będą wylegiwać się na plaży. Na miejscu okazało się jednak, że większość osób to

pary lub rodziny z dziećmi. Nikt nie szukał brakującego ogniwa. - Najpierw włóczyłam się sama po mieście, chodziłam na plażę, robiłam zakupy - wspomina. - Któregoś dnia podczas obiadu w uroczej, małej knajpce podszedł do mnie mężczyzna i zapytał skąd jestem. Po angielsku. I choć wyglądał obłędnie, od razu włączył mi się radar - wyczuł, że jestem turystką, może chce mnie okraść? No, ale byliśmy w miejscu publicznym, a ja i tak nie miałam z kim zjeść tego obiadu. Pozwoliłam mu usiąść i tak zaczęliśmy rozmawiać.

DLACZEGO NIE? Klaudia nową znajomość zawarła już w samolocie. - Szybko zwróciłyśmy na siebie uwagę chłopaków, którzy w podobny sposób zaplanowali swoje wakacje. Ten sam cel, to samo miejsce. Zaczęłyśmy z nimi żartować. Wszyscy śmialiśmy się z tego zbiegu okoliczności i postanowiliśmy, że w takim razie spędzimy razem ten urlop - mówi. Jeden z nowo poznanych kolegów wpadł w oko Klaudii. Był absolutnie w jej typie, może trochę mniej przebojowy niż reszta, bardziej uważny, spokojny. - Głupio się przyznać, że zauroczył mnie od razu jakiś obcy facet, ale właśnie tak było. Wtedy nie zastanawiałam się nad tym, bo jechałam się przecież dobrze bawić.


kobieca perspektywa A skoro mogę się bawić z kimś, kto mi się podoba, to dlaczego nie?

IN VEGAS Odpowiedzi na pytania„dlaczego nie?” nie padają zbyt często na wakacyjnych wyjazdach. - Powiedziałabym więcej - ciągnie Sandra. - Jeśli już, to te odpowiedzi zawsze brzmią: TAK!. Wakacje to przecież taki trochę inny świat. Jedziesz, wracasz, zapominasz. „What happens in Vegas stays in Vegas”. Tak mówią. Tak też powiedziała na głos podczas drugiego spotkania z Bruno, Chorwatem poznanym dzień wcześniej na obiedzie. Tym razem umówili się na kolację i spacer. Rozmowa po angielsku szła im doskonale. Najbardziej banalne myśli brzmiały nagle jak intelektualne wywody. - Energia między nami tylko wzrastała, wiedziałam już, że to będzie prawdziwa przygoda. Taka od A do Z. Wiedziałam też, że nie mam nic do stracenia. Nie mam męża, którego zostawiłam w domu, ani innej osoby, której musiałabym się tłumaczyć. Z tą myślą zaprosiła go do swojego pokoju. Został do rana. - Do dziś wspominam tę noc czując mrowienie na skórze. Było wspaniale! NAJWIĘKSZY BANAŁ Klaudia trochę zwlekała z bliższymi kontaktami, choć spotkania z poznanym w samolocie Maciejem zajmowały jej większość czasu. Na początku głównie z resztą znajomych, później już sam na sam. - Wymykaliśmy się na zwiedzanie ruin, spacery po plaży. On umiał słuchać, ja miałam wrażenie, że doskonale mnie rozumie. Nie mówił wiele o sobie, ale myślałam wtedy, że właśnie taki jest: introwertyczny, małomówny… intrygujący. Pierwszy pocałunek wyglądał jak przełamanie lodów dwójki licealistów. - Staliśmy na tej plaży, słońce zachodziło. Największy banał na świecie. A on stał przede mną i patrzył mi w oczy. Zrobiłam krok do przodu, tak by mógł mnie pocałować i stało się. Ale tego wieczoru na tym też się skończyło. Dziewczyna wróciła do pokoju dzielonego z przyjaciółkami i długo zastanawiała się, czy w ogóle im o tym mówić. Przez głowę przebiegały jej myśli, że zachowuje się jak jedna z tych naiwnych kobiet, które w trzy dni się zakochują, tylko dlatego, że ktoś okaże im odrobinę zainteresowania. Z drugiej jednak strony, po prostu czuła się z nim dobrze. No i znała te historie z happy endem. Dlaczego jej miałaby się tym razem tak nie skończyć. A co jeśli odrzuci szansę na coś fajnego? Następnego dnia z bijącym sercem stawiła się na spotkanie z całą paczką. Nie wiedziała, jak się zachować. On też nie wiedział. - Oboje udawaliśmy, że jest jak dawniej, ale przy pierwszej lepszej okazji znowu wymknęliśmy się na bok. I wszystko już było jasne. Tę noc przy pięknej pogodzie spędzili na pustej plaży. - Pamiętam, że śmiałam się w głos, tłumacząc mu, jak straszna jest to klisza tych wszystkich romansideł. Ale on powtarzał, że to przecież nie ma znaczenia. Dałam się przekonać w stu procentach.

ŻADNA KRZYWDA Obie dziewczyny wspominają, że ten urlopowy czas minął jak mrugnięcie okiem. - Po tej pierwszej nocy były kolejne, dni też były jak z bajki - przyznaje Sandra. - I nagle koniec, trzeba wracać do domu. Nie łudziłam się, że znalazłam tu drugą połówkę, ale chciałam jeszcze trochę dłużej przeżywać ten stan, cieszyć się wszystkim, smakować tego świata, z nim u boku. Tu i teraz, nie w związku na pięć lat z dziećmi i domem. Nie znaliśmy się przecież w ogóle. Ostatniego dnia spakowała się i po prostu pojechała na lotnisko. - Mogłam się z nim umówić, urządzić wielkie pożegnanie, wyznać miłość po angielsku… Ale po co? Nie zobaczymy się przecież nigdy więcej. Jasne, jest Internet, telefon, ale to już nie ten czar wakacyjnego romansu. Nie będziemy na Skypie opowiadać sobie takich historii, jak leżąc w hotelowym łóżku tysiąc kilometrów od domu, gdzie można powiedzieć wszystko i nic. To już nie miało znaczenia i tak też chciałam to widzieć. Jemu przecież nie stała się żadna krzywda. ZAPOMNIJMY Klaudia zdecydowanie liczyła na coś więcej. - Najpierw faktycznie próbowałam o tym nie myśleć, ale kiedy zbliżał się czas powrotu, dotarło do mnie, że ja naprawdę nie chcę tej znajomości tracić. Że to przecież coś więcej. Kiedy delikatnie poruszyłam ten temat z Maciejem, pytając w końcu, co dalej, nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Pierwsza myśl - no tak, on po prostu sam nie wie. Pochodzili z różnych miast, ale odległość nie wydawała się aż tak przerażająca. Klaudia zaproponowała, że mogą się spotkać jeszcze w te wakacje. - „Lepiej będzie, jak o tym zapomnimy”, usłyszałam i to było jak cios obuchem w głowę. Dlaczego on tak powiedział, dlaczego tak myśli? Przecież było nam razem dobrze… Przyjaciółki wiedziały już, co się dzieje. Jedna nieśmiało zasugerowała - Słuchaj… A może on ma tam u siebie dziewczynę… - To był kolejny cios, bo nagle wszystko zaczęło składać się w całość - przyznaje Klaudia. - On faktycznie nic o sobie nie opowiadał. Kiedy ja spowiadałam się z tego, jak rzucił mnie chłopak, on komentował jakoś tak ogólnie. Nigdy nie odniósł niczego do żadnej sytuacji ze swojego życia. Nie wiedziałam o nim nic. Równie dobrze mógł mieć żonę, dwójkę dzieci i psa. TAK GŁUPIA Dziewczyny wracały innym samolotem niż poznana podczas podróży w drugą stronę grupa chłopaków. Klaudia chciała tę sytuację jeszcze wyjaśnić, ale numer pod jakim zwykle kontaktowała się z Maciejem, przestał odpowiadać. - Do domu wracałam z kolejnym poczuciem krzywdy i pretensji, ale głównie do siebie - dodaje. - Jak mogłam być tak głupia, naiwna? Śmiałam się z tego przez cały wyjazd i skończyłam jak jedna z tych licealistek. Z wybujałą wyobraźnią i wizją nie wiadomo czego… Ten nastrój utrzymywał się jeszcze kilka dni po powrocie, aż jedna z dziewczyn powiedziała mi w końcu do słuchu.

- Weź się w garść - usłyszała Klaudia. - Na litość boską, przeżyłaś świetną wakacyjną przygodę. Czy ktoś zabierze ci te wspomnienia z plaży? Nie! Nie wiesz, czy koleś miał żonę, męża, czy po prostu chciał mieć tylko chwile z wakacji i nic więcej. Nieważne. Ciesz się tym, co tam przeżyłaś. Te słowa postawiły ją na nogi. - Z przebojowej, pewnej siebie dziewczyny nagle zmieniłam się w jakąś skrzywdzoną królewnę. Bez przesady. Dotarło nawet do mnie, że gdybyśmy mieli kontynuować znajomość, tu po powrocie do Polski, to pewnie i tak zanudziłabym się z nim na śmierć! Tam można było ekscytować się nieznanym, czasem pomilczeć, cieszyć się dotykiem i chwilą. Tu… przeszlibyśmy się na cichy, romantyczny spacer po mojej ulicy? Ludzie zakładają, że jak ktoś jest małomówny, to pewnie skrywa w sobie jakąś tajemnicę. No tak, może on skrywał. A może po prostu nie miał nic do powiedzenia.

Nie mam męża, którego zostawiłam w domu, ani innej osoby, której musiałabym się tłumaczyć. Z tą myślą zaprosiłam go do swojego pokoju. Został do rana. SANDRA

BEZ ŻALU Sandra po powrocie do Polski zgrała sobie na dysk komputera wszystkie zdjęcia z Bruno i z uśmiechem raz na jakiś czas ogląda wspólną galerię. - To by było na tyle - myślałam. Naprawdę nie było mi żal. Miałam same miłe wspomnienia w głowie. Po to przecież jedzie się na wakacje. Na tym pewnie faktycznie by się skończyło, gdyby pewnego dnia nie odebrała tajemniczej wiadomości na Facebooku. To był on. - Jakimś cudem mnie tam znalazł, choć na swoim profilu nie jestem podpisana z imienia i nazwiska. Pewnie po mailu, który mu dałam, żeby przesłał mi fotki. Jego zdjęć nigdy się nie doczekałam, jednak zaczęliśmy regularnie rozmawiać przez Internet. Dziewczyna śmieje się głośno: - Nie, w tej historii nie ma takiego happy endu, jaki można by dołożyć, w jakimś romantycznym filmie. Nie pojechałam tam więcej, on nigdy nie był i pewnie nie będzie w Polsce. Ale raz na jakiś czas odezwiemy się do siebie, dopytując, co słychać. Z wakacyjnego romansu został mi dobry znajomy z Chorwacji. miasta kobiet

lipiec 2014

21


zdrowie i uroda

Bieg po zdrowie w Unisławiu

Zbliżający się półmaraton jest częścią kampanii „Kujawsko-Pomorska Podróż po Zdrowie”, promowanej na łamach magazynu „National Geographic Travel”. ZDJĘCIA: GOK w Unisławiu

Z 562414TRTHA

aplanowany na 28 czerwca XI Półmaraton Unisławski i Dziesiątka Unisławska w Unisławiu to zawody zaliczane do Grand Prix Województwa Kujawsko-Pomorskiego w Biegach Długich.

AKTYWNE WAKACJE Półmaraton Unisławski odbywa się cyklicznie od 10 lat, pod patronatem marszałka województwa, zawsze w pierwszą sobotę wakacji. Zawody skupiają na starcie coraz liczniejsze grono miłośników biegania. W 2013 roku w 13 biegach zaliczanych do Grand Prix wystartowało łącznie 5327 zawodniczek i zawodników, co daje imponującą średnią 409 uczestników na bieg. Półmaraton Unisławski jest jednym z biegów, organizowanych w ramach Maratonów Polskich. - Organizacja zawodów wpływa na promocję biegania, jako formy aktywności fizycznej, a także zdrowego stylu życia. Zawody są szansą na doskonałe

22

miasta kobiet

lipiec 2014

rozpoczęcie aktywnych wakacji - mówi Beata Krzemińska, rzeczniczka prasowa Urzędu Marszałkowskiego.

PODRÓŻ PO ZDROWIE Biegi w Unisławiu są częścią zorganizowanej przez urząd kampanii „Kujawsko-Pomorska Podróż po Zdrowie”. Celem akcji jest promocja regionu oraz aktywnego spędzania wolnego czasu. Jednym z głównych założeń akcji jest również budowanie świadomości zdrowotnej społeczeństwa, m.in. poprzez edukację dotyczącą racjonalnego odżywiania. Podczas imprez sportowych zorganizowane będą na starcie i na mecie stoiska edukacyjne o tematyce zdrowotnej. Ta sportowa impreza, odbywająca się w ramach 7. Święta Województwa, jest w tym roku również częścią kampanii „Kujawsko-Pomorska Podróż po Zdrowie”, promowanej na łamach magazynu „National Geographic Travel”.

TRASA BIEGU XI Półmaraton Unisławski Biegi odbędą się na malowniczej trasie, prowadzącej przez teren Zespołu Parków Krajobrazowych Chełmińskiego i Nadwiślańskiego, drogami o nawierzchni asfaltowej. Trasa Półmaratonu Unisławskiego prowadzi przez tereny gmin Unisław i Kijewo Królewskie, przez miejscowości: Unisław (start), Stablewice, Bągart, Szymborno, Płutowo, Bruki Kokocka, Bruki Unisławskie, Unisław (meta). Prawo startu w półmaratonie mają osoby pełnoletnie, spełniające wymagania określone w regulaminie zawodów.

Dziesiątka Unisławska Trasa o długości 10 km biegnie przez miejscowości: Unisław (start), Stablewice, Gołoty, Unisław (meta). W biegu na dystansie 10 km dopuszcza się udział osób w wieku 16-18 lat wyłącznie po przedstawieniu pisemnej zgody rodziców lub prawnych opiekunów na udział w biegu.


WEŹ UDZIAŁ! Organizowana w ramach Święta Województwa unisławska impreza to nie tylko wielkie sportowe wydarzenie dla miłośników biegania. W tym roku promujemy zdrowy styl życia, zachęcając wszystkich do udziału w bezpłatnych badaniach profilaktycznych oraz skorzystania z porad specjalistów. W programie także wiele innych atrakcji dla starszych i młodszych. Wyjdźmy z domu i przyjedźmy do Unisławia! Dajmy się przekonać, jak ważna dla naszego zdrowia jest aktywność fizyczna! PIOTR CAŁBECKI MARSZAŁEK WOJEWÓDZTWA KUJAWSKO-POMORSKIEGO

Do XI Półmaratonu Unisławskiego można się imiennie zgłaszać za pomocą elektronicznego systemu zgłoszeń poprzez www.sts-timing.pl do 25 czerwca lub ewentualnie w dniu startu. Po przekroczeniu limitu zgłoszeń nie ma możliwości zapisu. Limit startujących w „Dziesiątce Unisławskiej” - 250 osób, w półmaratonie - 400 osób. Wszyscy zawodnicy muszą zostać zweryfikowani w Biurze Zawodów, znajdującym się w hali widowiskowo-sportowej przy ulicy Spokojnej 16 w dniu biegu w godzinach 6.30 - 9.00. Podczas weryfikacji zawodnicy muszą mieć: - dowód osobisty, prawo jazdy, paszport lub inny dokument ze zdjęciem do sprawdzenia daty urodzenia i adresu, - zaświadczenie lekarskie, zezwalające na udział w biegu lub - w przypadku jego braku - pisemne oświadczenie zawodnika o udziale w biegu na własną odpowiedzialność - dowód uiszczenia opłaty startowej. MIEJSCE: Unisław (powiat chełmiński) DATA:  sobota, 28 czerwca, godzina 10.00 DYSTANS: 10 km, 21.097 km TELEFON: 724 654 922

562414TRTHB

WYKŁADY I INNE ATRAKCJE Bieg jest elementem obchodów Dni Unisławia i nie jest jedyną zaplanowaną atrakcją. Impreza rozpocznie się w sobotę, 28 czerwca, o godzinie 10.00 Półmaratonem i Dziesiątką Unisławską. Godzinę później rozpoczną się zajęcia, wykłady i warsztaty. O tym, jak się odżywiać, by długo być sprawnym i zdrowym, opowiedzą wykładowcy Collegium Medium UMK, a o problemach kardiologicznych specjaliści z Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego im. dra L. Rydygiera w Toruniu. Wykład pod hasłem „Jeśli nie palisz, jesteś mniej zagrożony zachorowaniem na tętniaka aorty brzusznej” przygotowali lekarze ze Szpitala Uniwersyteckiego nr 1 im. dra Jurasza w Bydgoszczy, a specjaliści z Wojewódzkiego Szpitala Obserwacyjno-Zakaźnego im. dra Browicza wyjaśnią, jak ustrzec się przed WZW typu B. Kodeks walki z rakiem przybliży Zakład Profilaktyki i Promocji Zdrowia Centrum Onkologii im dra F. Łukaszczyka. Dodatkową atrakcją będzie spotkanie z Omeną Mensah. W ramach akcji pojawi się możliwość wykonania: mammografii, cytologii, badania składu ciała, porady dietetycznej, badania krwi agHBs i anty-HCV. miasta kobiet

lipiec 2014

23


felieton

Waćpanna na Śmiejemy się. Jednak wcale nie z powodu tak wybornego, seksistowskiego żarciku. Lucyna Tataruch*

Codziennie coś niszczy mi miły poranek. Pan Parkingowy. - Waćpanna wjedzie od tyłu. Lubimy od tyłu, co nie? - słyszę i oczyma wyobraźni widzę to pełne ulicznej kindersztuby mrugnięcie okiem. Widzę je tylko w wyobraźni, gdyż na Pana Parkingowego nawet nie patrzę. Przy pierwszym komentarzu „ja bym waćpannie wjechał, oj tak”, spojrzałam. Spotkaliśmy się wzrokiem, ja ze skrzywioną miną, Pan Parkingowy z pełnym satysfakcji uśmiechem. Powinnam pewnie coś odpowiedzieć, upomnieć Pana, wydusić z siebie, że „sobie nie życzę”. Ale nie powiedziałam nic, łudząc się, że ignorowanie tej słownej inscenizacji zakończy akcję rodem z taniego pornola. Pan Parkingowy jednak moje milczenie znosi całkiem dobrze. Jak z rękawa dzień w dzień sypie hasła „specjalnie dla waćpanny tak długo mi stoi… tzn. tak długo tu stoję”. I gdy oddalam się z parkingu powolnym krokiem, słyszę za sobą „ach, będę tęsknił”.

Aż buraka złapała Pan w tym swoim parkingowym świecie jest przecież niegroźny, ot, erotoman gawędziarz. Mało tego, tak dba o mnie. Gdy nie ma miejsca, w mig zorganizuje kierowcę, który przestawi swój samochód specjalnie dla mnie. I przecież zawsze mnie komplementuje. Bo wiadomo, że każda kobieta czuje się doceniona, gdy mężczyzna powie jej, że gdyby tylko mógł, to… Pan Parkingowy jest mistrzem poezji motoryzacyjnej. Metafory zawsze idealnie pasują do sytuacji. „Waćpanna lubi jeździć na ręcznym?”. Pan Parkingowy jeszcze chyba nie zauważył, że nie jestem typem chichotki, którą to bawi. Szczerze mówiąc, nie znam żadnej takiej dziewczyny. Kojarzę za to reakcje związane ze śmiechem. Pierwsza - śmiejemy się, nie z powodu tak wybornego, seksistowskiego żarciku. Śmiejemy się z Pana, Panie Parkingowy. Z Pana wewnętrznego przekonania, że jest Pan zabawny. Druga - śmiejemy się nerwowo, nie wiedząc jak zareagować. Na pewno widzi Pan w oczach nasze zakłopotanie, ale albo nic Pan

24

miasta kobiet

lipiec 2014

sobie z tego nie robi, albo wręcz Pana to kręci. „Tak żeśmy poflirtowali, że aż buraka złapała”.

Powiedzieć cokolwiek Na pierwszy rzut oka jakoś bardziej mierzi, gdy na podłe, seksistowskie odzywki pozwalają sobie mężczyźni, najogólniej mówiąc, nieatrakcyjni dla nas. Jednak chamscy przystojniacy niech się raczej nie łudzą - w ich wykonaniu jest to równie obrzydliwe. Nie jestem jednak śmiałą wojowniczką, która powie Panu Parkingowemu do słuchu. Nie mam też w zanadrzu ironicznych i jasnych dla Pana ripost. Mogę więc a) zmienić parking, choć tu mi wygodnie; b) znosić odzywki i nie reagować; c) mimo wszystko powiedzieć cokolwiek. Masz okres? Powiedziałam więc: - Niech Pan już przestanie. - Ale co? - zapytał tylko lekko zdziwiony. - Te komentarze o wjeżdżaniu, stawaniu, od tyłu, na ręcznym, ile można?? - wysypał się ze mnie worek pretensji. - Oooo, waćpanna ma okres, że taka drażliwa? Wysiadłam z samochodu i w duchu przybiłam sobie piątkę zwycięzcy konkursu na „Królową Naiwności”. Czego się waćpanna spodziewała, jak nie kolejnego seksistowskiego komentarza? Jeśli waćpanna powie, że seksistowska odzywka jej nie bawi, a nawet obraża, Pan Parkingowy uzna, że jest zołzą bez poczucia

humoru. O jego brak jesteśmy posądzane za każdym razem, gdy superluźny żart z podtekstem nas nie uraduje. A wydawać by się mogło, że to już nie te czasy, gdy można było nam wmówić, iż traktowanie nas przede wszystkim jak obiekt seksualny, to zaszczyt. Ani te ubrane w gorsety dzieje, gdy sprośny żart był czymś tak niedozwolonym, że wywoływał tę nutkę uroczego podniecenia. Zresztą, to nie ten poziom żartu. „Jak się popieści…” nie jest żadnym żartem, tylko obleśną odzywką. „Ale bym ci wjechał” nie jest żadnym żartem, tylko wulgarnym komentarzem, pokazującym, jak przedmiotowo można traktować drugą osobę. „Lubimy od tyłu?” nie jest żadnym żartem, tylko bezczelną próbą wciągnięcia kogoś w dialog poniżej jakiegokolwiek poziomu. Co miałabym odpowiedzieć - lubimy/ nie lubimy? Co to Pana w ogóle obchodzi? I dlaczego miałabym akurat z Panem o tym rozmawiać, choćby w żarcie? Jest Pan ostatnią osobą, o której zamierzam w kontekście „od tyłu” myśleć.

Kto by nie chciał? Przy morzu tych niewybrednych odzywek, pamiętam jedną wyjątkowo przykrą sytuację. Parę lat temu moja znajoma została napadnięta w parku. Dwóch młodych chłopaków ją przewróciło, kopnęło i zabrało jej torbę. Krwawił jej nos, więc pojechała na pogotowie. Towarzyszyłam jej, próbując dodać otuchy po ciężkim przeżyciu. Pozwolono mi wejść z nią do gabinetu lekarskiego. Pan doktor ją zbadał, po czym zaczął wypytywać, co się stało. Opowiedziała. - Nie chcieli niczego więcej? - ni stąd, ni zowąd lekarz zadał dziwne pytanie. - Niby czego? - zapytała szczerze zdziwiona znajoma. - No wie pani - obie zauważyłyśmy to mrugnięcie okiem i uśmiech. - Kto by nie chciał się zabawić z taką dziewczyną? *Lucyna Tataruch Socjolożka, kulturoznawczyni, miłośniczka kina, komiksów, parodii i absurdu.


PROSTO Z ŻYCIA: wychowanie

MAMA JEST ZE MNIE DUMNA Chcesz, by Twoje dziecko wierzyło w siebie? Chwal je jak najczęściej. Pedagodzy doradzą Ci, jak to robić.

R

odzic, chcąc wzmocnić u swojego dziecka pożądane zachowanie, ukształtować pozytywną samoocenę, zwiększyć wiarę w siebie i zmotywować do działania, powinien jak najczęściej posługiwać się narzędziem, jakim jest pochwała. Trzeba ją jednak wypowiadać w odpowiedni sposób. By skonstruować poprawnie pierwszą część dobrej pochwały, należy zauważyć, przemyśleć i opisać to, co chwalimy i unikać uogólnień typu: „świetnie”; „jesteś dzielny, mądry”.

PRZYKŁADY DOBRYCH POCHWAŁ: Widzę, że poukładałeś książki i zabawki na półkach. To jest porządek! - dziecko myśli: Jestem pracowity. Przyjemnie wejść do posprzątanego pokoju - dziecko myśli: mama jest ze mnie dumna. Byłeś z psem na szczepieniu. To się nazywa odpowiedzialność - dziecko myśli: można na mnie polegać.

DO POPRAWKI Dziecko nie zawsze wykonuje nasze polecenia w sposób dokładny i sumienny. Co zrobić, gdy się starało, lecz nie do końca wykonało daną czynność i należy coś poprawić? W takiej sytuacji warto opisywać, a nie oceniać, np. Szklanki umyte aż lśnią. Sztuce też umyte. Na stole widzę jeszcze dwa brudne talerzyki. Po takim komunikacie dziecko chętniej je umyje, niż gdyby padły słowa: Nigdy jeszcze nic nie zrobiłeś do końca. Dobrymi komunikatami, oprócz wzmacniania pozytywnych zachowań dziecka, rodzic ma szansę wygasić niepożądane zachowania. Niestety, większość rodziców mówi dzieciom, czego nie mają robić. Nie jest to dobry komunikat, ani do młodszych dzieci, ani do nastolatków. Młodsze wówczas nie wiedzą, co mogą robić, a starsze z tytułu swego dojrzewania zaczynają buntować się lub zupełnie nie zwracać uwagi na nasze słowa. Możemy jednak

w dużym stopniu słowo „nie” wyeliminować z tego typu rozmów. Przykład: kiedy zgodziliśmy się, by dziecko weszło na huśtawkę, to najczęściej mówimy: Tylko nie spadnij. Tymczasem lepszy skutek odniesiemy mówiąc: Trzymaj się mocniej.

CO ZAMIERZASZ ZROBIĆ? Gdy słyszymy, że dziecko ma problem, nie powinniśmy moralizować. Warto jednak odpowiednimi komunikatami zachęcić je do rozmowy z nami: Słyszę, że masz problem. Co zamierzasz z tym zrobić? (dajesz dziecku przestrzeń do samodzielności). Gdy dziecko podaje swoje rozwiązania, słuchaj i kiedy uznasz, że jest bezpieczne, zachęcaj do działania. Gdy dziecko powie: Nie wiem, nie mam żadnego pomysłu, to pytaj: A chcesz, usłyszeć moje zdanie? Jeśli odpowie nie, to powiedz: W każdej chwili możesz do mnie przyjść z tą sprawą. RAFY I BARIERY W komunikacji są też pewne rafy, bariery, które niekorzystnie wpływają na relację i kontakt dziecka z rodzicem. Według Tomasa Gordona są to, m.in. obwinianie i oskarżanie (jesteś

śmierdzącym leniem), moralizowanie, ostrzeżenia (wylądujesz w poprawczaku), postawa rodzica-męczennika (ja się staram dla ciebie, a ty mi tak odpłacasz), sarkazm, ośmieszanie (ty się potrafisz tylko mazgaić), zawstydzanie, nadmierne wypytywanie, rozkazy. Komunikaty z zaimkiem „ty” sprawiają, że dziecko zaczyna się wycofywać się lub zbierać siły, by się bronić, atakując rodzica i w ten sposób dochodzi do kłótni. Gdy zaimek „ty” zamienimy na zaimek „ja”, sytuacja ulegnie zmianie: Czuję się oszukana, jestem zła, gdy wracasz spóźniony, chciałabym, byś przestrzegał naszych umów. W komunikacji nie można pominąć słuchania. Być dobrym słuchaczem, to kolejna wielka i niełatwa sztuka. To duża umiejętność: słuchać i rozumieć, a nie tylko słyszeć. To, że słuchamy dziecka, warto potwierdzać słowami, a nie tylko skinieniem głowy: To wspaniale. Cieszę się razem z tobą, że ci się udało.

PARTNEREM CYKLU JEST:

Bydgoski Ośrodek Rehabilitacji, Terapii Uzależnień i Profilaktyki

POROZMAWIAJ Z NAMI! tel. 52 375 54 05, 52 361 76 82 ul. Przodowników Pracy 12 poniedziałek-piątek: godz. 8.00-20.00

Filia BORPA Fordon, ul. J. Porazińskiej 9 poniedziałek-piątek: godz. 8.00-20.00

miasta kobiet

lipiec 2014

25


mama

Spotkania grupy wsparcia„Calineczki” są okazją do tego, żeby Mariola Jędrusik zobaczyła„swoje” dzieci. Fot. Tomasz Czachorowski

nie chodzą boso Ja jestem z tych, co jak wiedzą, że mają rację, to nie popuszczą. Może nieraz powiem coś za dużo… O swoje dzieci walczę jak lwica. Z Mariolą Jędrusik*, pielęgniarką, założycielką grupy wsparcia dla rodziców wcześniaków „Calineczki”, rozmawia Dominika Kucharska

Dużo ma Pani tych dzieci... Mam cztery córy, a tych szpitalnych dzieci to nie jestem w stanie zliczyć. Na oddziale, gdy odwiedzają nas rodzice z maluchami, to z koleżankami pokazujemy palcem - te urodziłam, tamto urodziłam… W takich chwilach nie umiem powstrzymać łez. Wie pani co się najbardziej pamięta? Te dzieci, po które się idzie na cięcie, albo do skomplikowanego porodu. To są tak silne emocje, że tego się nie zapomina. Mogłabym wymieniać dokładne daty urodzin. Właśnie skończyło się kolejne spotkanie grupy wsparcia rodziców wcześniaków „Calineczki”. Podobno sformułowanie „wszystko będzie dobrze” jest zakazane w rozmowie z nimi. To prawda. Nie mamy prawa robić rodzicom nadziei, skoro sami nie wiemy, co zdarzy się za godzinę. Były przypadki, gdy wcześniak już był odłączony od tej najpoważniejszej aparatury, ale niestety musiał wrócić na rurę (respirator - przyp. red.). Wszystko zaczyna się wtedy od początku. Powtarzam zawsze, że z wcześnia-

26

miasta kobiet

lipiec 2014

kami jest tak, że robimy dwa kroki do tyłu i jeden do przodu. Rodzice muszą zdawać sobie z tego sprawę. Czy tak zrodził się pomysł wcześniejszego programu „Świadomy rodzic”, który stworzyła Pani w szpitalu? Ten program powstał z potrzeby. Para dowiaduje się, że będzie miała dziecko. Pojawia się szczęście. Zaczynają się zakupy. Łóżeczko, wózek, ubranka… Aż nagle mama trafia do szpitala. Zaczyna się przedwczesny poród. Rodzice stają w sali i widzą ich upragnione dziecko, które leży w zamknięciu, ma podłączone rurki, kable, podawane leki. Zdarza się, że nawet nie mogą dotknąć maluszka. Nasz zespół czuwa nad dzieckiem, a co z rodzicami? Tak naprawdę oni potrzebują ogromnej uwagi. Dopiero wchodzą w to „wcześniactwo”, nie wiedzą, co ich czeka. W ramach programu staramy się przekazywać rodzicom to, co dla nas jest oczywiste. Nie ma pytań bez odpowiedzi. Opiekując się wcześniakiem nie można sobie pozwolić na poczucie komfortu. W tym przypadku musimy wiedzieć, że w każdej sekundzie może się coś wydarzyć.

Co najtrudniej jest zrozumieć rodzicom dzieci, które urodziły się przed terminem? Takich rzeczy jest wiele. Na pewno ciężko im pojąć, czemu ich dziecko nie je, czemu ma problemu z oddychaniem albo z oczkami. Staramy się to wyjaśniać w jak najprostszy sposób. Przytłaczający jest ogrom potrzeb takiego malucha. Wcześniaki potrzebują mnóstwa uwagi, znacznie częstszych wizyt u specjalistów, nierzadko również regularnej rehabilitacji i bardzo drogich leków. Kryzysy są też wtedy, gdy dziecko musi jechać na inny oddział, na przykład na chirurgię, z której nie wróci przez dwa tygodnie. Ja też czekam na tego maluszka z utęsknieniem. Odliczamy z koleżankami dni. Pracuje Pani na intensywnej terapii noworodka. To oddział, na którym nie ma spokojniejszych dyżurów. Fakt, tu zawsze jest… intensywnie. Właśnie dlatego w tym miejscu powinien pracować najbardziej oddany personel. Dużym plusem jest także posiadanie własnych dzieci. To pomaga w zrozumieniu rodziców. Ja, niestety, jestem w stanie postawić się nawet w tej najgorszej


mama sytuacji. Moja córka odeszła, gdy miała roczek. W tym roku skończyłaby 22 lata. Zaznaczam, że nie chodzi o umiejętność pocieszania, a najzwyczajniej o zrozumienie tragedii drugiego człowieka. Rodzic, gdy życie jego dziecka jest zagrożone, ma prawo być wściekły, ma prawo na nas nakrzyczeć. Potem często słyszę słowo przepraszam, ale to niepotrzebne, bo ja o swoje dzieci walczę jak lwica. Dzieci są najważniejsze i koniec kropka. Ale, niestety, nieraz nawet najdłuższa walka kończy się przegraną... Dla mnie najgorszym momentem jest ten, gdy muszę zapytać rodziców, czy życzą sobie ochrzcić dziecko, jeśli coś by się stało. Pracuję już tyle lat w szpitalu, ale do tego nie da się przyzwyczaić. Raz umierał chłopiec. Mama przeżywała to tak mocno, że nie wiedzieliśmy, co począć. To, co zrobiłam było z mojej strony bezwiedne. Podeszłam do niej i powiedziałam „Niech pani nie płacze. Moja córcia będzie się nim opiekowała”. Ona usiadła i się uspokoiła. A wygrane? Są wtedy, jak ściągamy maluszka z inkubatora, który nazywamy pierwszym domkiem. Nie uprzedzamy o tym rodziców. Czekamy na ich reakcję. Nieraz stają jak wryci i nie wiedzą, co powiedzieć. Dla nas ich radość jest jak miód na serce. Oczywiście podkreślamy, że to tylko próba. Że może przyjść gorszy dzień i misiek będzie musiał znów wrócić na sprzęt. Jeśli wszystko jest dobrze, dziecko waży minimum 2 kilogramy i oddycha samodzielnie, to rodzice zaczynają się uczyć. Pokazujemy im, jak karmić i przewijać takie maleństwo. Kiedyś uczyły się tego tylko mamy. Dziś tata stara się chłonąć jak najwięcej tej wiedzy. No i wreszcie maluszek może jechać do domu. I wtedy oddział płacze? Płacze ze szczęścia. Cieszymy się, że się udało, ale wiemy, że przed rodzicami jeszcze wiele walk do stoczenia. Czego rodzice szukają na spotkaniach grupy wsparcia „Calineczka”? Zrozumienia i wskazówek, co dalej. Na spotkania przychodzą rodzice, którzy - jak my to mówimy - dopiero zaczynają być wcześniakami i tacy, którzy mają w tym duże doświadczenie. Te osoby wymieniają się telefonami do poradni, polecają sobie lekarzy. Łatwiej jest się im dogadać miedzy sobą niż gdyby trafili do grupy rodziców dzieci urodzonych w terminie. Poza tym udało się nam to wszystko tak zorganizować, że na nasze comiesięczne spotkania przychodzą osoby prowadzące warsztaty i specjaliści. Salę szkoły rodzenia dyrektor szpitala udostępnia nam za darmo. To ważne. Z resztą sobie radzimy. A ja przy okazji mogę zobaczyć swoje dzieci! Tak w ogóle to marzy mi się centrum wcześniaka…

A w nim… Pani sobie to wyobrazi - dziecko wychodzi od nas ze szpitala i od razu dostaje skierowanie do takiego centrum. Tam ma zagwarantowaną rehabilitację i dostęp do wszystkich specjalistów. Niektórym może się to wydawać śmieszne, ale wierzę, że to centrum powstanie. Jak wygram w lotka, sama je wybuduję. To piękne marzenia, bo dziś wcześniak na wizytę u neurologa musi czekać 3 miesiące, a na rehabilitację nawet pół roku. Przecież nie każdego rodzica stać na prywatne leczenie dziecka. Wtedy staramy się pomóc. Organizujemy zbiórkę nakrętek, sprzedajemy coś na bazarze. Trzeba działać szybko. Najgorzej, gdy rodzice długo się

Rodzice widzą dziecko, które leży w zamknięciu, ma podłączone rurki, nawet nie mogą go dotknąć. Czuwamy nad dzieckiem, a co z rodzicami? Oni potrzebują ogromnej uwagi. MARIOLA JĘDRUSIK

nie odzywają. Rośnie we mnie niepokój. Wolę, żeby napisali jedno zdanie, że nie mają czasu, ale żebym wiedziała, że wszystko jest OK. Niepewność jest straszna. Z drugiej strony sama nie chcę dzwonić. Widzi pani, na spotkania grupy „Calineczki” też nie wysyłamy zaproszeń. Po prostu przypominamy o dacie na Facebooku. Robimy to asekuracyjnie. W przypadku rodziców wcześniaków milczenie może oznaczać najgorsze, że dziecko zmarło, albo jego stan jest bardzo poważny. Ja mogę się podenerwować, ale pod żadnym pozorem nie chcę swoim pytaniem dodawać cierpienia. Pielęgniarka to zawód, o którym Pani zawsze marzyła? Tak. Moja rodzina powtarza, że jestem pielęgniarką od urodzenia. Mama wspominała, że jak miałam 4 lata i się rozchorowałam, to przyjeżdżała pielęgniarka robić mi zastrzyki. Oczywiście na początku strasznie płakałam, ale w pewnym momencie powiedziałam, że koniec

z płaczem, a jak dorosnę, to sama będę pielęgniarką. Dla mnie nienormalne byłoby pracować w innym miejscu niż w szpital. Muszę się przyznać, że przed tą rozmową wyobrażałam sobie Panią inaczej. Czyli jak? Spodziewałam się kobiety, która nie przejmuje się makijażem czy fryzurą, że nie znajduje na to czasu. Tymczasem Pani wygląda perfekcyjnie. Do tego te szpilki i sukienka. Takiego rygoru i planowania dnia nauczyły mnie dyżury. Spać chodzę o drugiej, trzeciej w nocy. Nie potrzeba mi dużo snu, więc zazwyczaj mam czas na to, żeby się pomalować (śmiech). A zawsze jest Pani pod telefonem? W szpitalu mamy dyżury i staramy się tego trzymać. Natomiast o każdej porze odbiorę telefon od rodziców moich Calineczek. Mówią o Pani „Mariolka od bucików”, ale wcale nie chodzi o szpilki, a o wełniane bamboszki, które robi Pani własnoręcznie dla dzieci. Te buciki dziergam od dawna, już nawet nie pamiętam, od kiedy. Robię je w domu, jak nie mogę spać. Staram się, żeby każdy maluszek, który wychodzi z naszego oddziału, dostał buciki. Jak nie uda mi się wyrobić z czasem, to przy okazji odwiedzin czy spotkań grupy to nadrabiam. Moje Calineczki nie chodzą boso. Oby jak najwięcej dzieci w tych bucikach wyszło do domu. Są chwile, gdy ma Pani ochotę to rzucić? Nigdy. Częściej myślę, że mnie wyrzucą za głupie gadanie (śmiech). Bo ja jestem z tych, co jak wiedzą, że mają rację, to nie popuszczą. Może nieraz powiem coś za dużo… W każdym razie nie wyobrażam sobie być w innym miejscu. Lubię to, co robię, to moja pasja, coś co dodaje mi skrzydeł. Jak byłam na macierzyńskim, próbowałam pomagać w sklepie. Okazało się, że absolutnie się do tego nie nadaję. Poszłam do taty i powiedziałam, że wracam do szpitala. Dzień później już zaczęłam załatwiać sobie możliwość powrotu. Tak już mam. A ja zastanawiam się, czy Pani córki nie były zazdrosne o mamę? Pewnie, że trochę były. Ale jak podrosły i poznały te dzieci, to też się w nich zakochały.

*Mariola Jędrusik Pielęgniarka z 30-letnim stażem. Pracuje na Oddziale Intensywnej Terapii Noworodka w Szpitalu Miejskim im. dr. E. Warmińskiego w Bydgoszczy. Założycielka grupy wsparcia rodziców wcześniaków „Calineczki”.

Rozmowa o obawach młodych rodziców w sobotę (28.06) i niedzielę (29.06) o godzinie 8.00 w Radiu ZET Gold 92,8 FM oraz na www.zetgold.pl miasta kobiet

lipiec 2014

27


kobieta przedsiębiorcza

Pójdę sobie i DAM RADĘ! Żaden kurs menedżerski nie da tyle, co własna praca z ludźmi. Trzeba potrafić robić to, co oni robią. Myć bezsmugowo okna, przycinać krzaki, kosić trawę kosiarką, jeździć traktorem, odśnieżać. Z Iwoną Hyską* rozmawia Janusz Milanowski ZDJĘCIE: Tomasz Czachorowski

Pani nie używa określeń „moi pracownicy”, tylko „my”. Tak, ponieważ jesteśmy jedną ekipą. Jestem właścicielką firmy, zarządzam i odpowiadam za nią, ale gdy się spotykamy w miejscu zlecenia w jakieś fabryce, to jestem tak samo ubrana jak wszyscy. A pracownicy mówią wtedy „pani prezes”? Nie. Szefowa, albo pani kierownik. Nie cierpię tytułów. Po założeniu firmy sprzątającej, przez pierwszy rok też sprzątałam biura razem z zatrudnionymi dziewczynami. Pracują u nas osoby z różnym wykształceniem; studenci, czy ludzie po studiach, którzy nie mogą znaleźć pracy. Takie czasy… Przyjmuję też ludzi po pięćdziesiątce. Liczy się chęć do pracy. A skąd Pani wie, że ktoś ją ma? Wiele można się dowiedzieć z CV, ale ja mam też intuicję: spojrzę na człowieka i już wiem, czy on będzie dobrze pracował. Jaka jest Pani historia? Jestem mistrzem kaletnictwa po szkole zawodowej; na tamte czasy to był ktoś. Zawsze chciałam być prawnikiem i pomagać ludziom, ale niestety w naszej rodzinie nie wszyscy mogli zdobyć wykształcenie. Pracowałam 18 lat w spółdzielni na Krasickich w Bydgoszczy, która po 1991 roku stała się ajencją. Miałam wypadek, długo leczyłam kręgosłup i straciłam pracę. No i co tu zrobić? Potrafię szyć tylko torebki, tylko te paski, paski i paski… Byłam jedną z pierwszych zapisanych w Biurze Pracy, bo tak to się wtedy nazy-

28

miasta kobiet

lipiec 2014

wało. Po dwóch miesiącach poszłam do samej pani dyrektor i mówię, że ja nie potrafię być na zasiłku, macie kredyty dla bezrobotnych, więc mi dajcie, a ja założę własną działalność. Składałam wnioski, jednak ciągle je odrzucano, więc znowu wkroczyłam z tupetem do jej gabinetu i zażądałam, żeby mój zasiłek wypłacono mi jednorazowo za cały rok jako kredyt, który spłacę. Powiedziałam, że pójdę sobie stąd i dam radę! No i dali mi, tylko musiałam mieć zgodę męża i dwóch poręczycieli. I tak się zaczęło… Zaryzykowałam. Mąż pomógł mi zrobić stół kaletniczy, w Białych Błotach kupiliśmy używaną maszynę, a z hurtowni na Ślusarskiej przywiozłam materiał pod pachą. Mąż pracował w pekaesie jako kierowca między miastami, a potem na liniach międzynarodowych. A ja tak przez 10 lat w piwnicy, nie widząc słońca, klepałam tę swoją własną działalność, aż przyszli Chińczycy i zarzucili rynek swoimi wyrobami. Było rok 2000, 20-procentowe bezrobocie, a ja znowu bez pracy. A co Pani szyła przez te 10 lat? Torebki na handel, dobre i ładne. Sprzedawały je małe sklepiki w Bydgoszczy, Iławie, miałam również stoiska na giełdach towarowych. Dobrze Pani na tym wychodziła? Tak. Zaczynałam od kilku sztuk, a potem wysyłało się do klienta po 50. Wstawałam o piątej rano, a kładłam się o pierwszej w nocy, ale nie narzekałam. Niestety, rynek wschodni

i duże markety wyeliminowały mnie z gry, jak wiele innych małych firm. I wylądowałam jako ochrona obiektu. Portierka? Tak, w jednej z fabryk, w których teraz moja firma sprząta. (uśmiech) W której? Neupack Polska. Po dwóch latach firma zdecydowała się zatrudnić zewnętrzną, profesjonalną ochronę. I znów zagrożenie utratą pracy. Ale ja, gdy już siedziałam na dyżurze, to wszędzie miałam czysto. Gdy w niedzielę zakład nie pracował, to myłam mopem korytarze, bo cóż ja tam miałam robić przez 12 godzin? Krzyżówki rozwiązywać… Nie! To nie ja! Dla mnie mordęgą jest przesiedzieć tutaj kilka godzin! Gdy rozwiązywano portiernię, to zaproponowano mi, żebym została sprzątaczką i zostałam. Nie powiem, żeby mi to odpowiadało. Bolało. Do pracy szłam z płaczem, bo przecież miałam własną firmę, a teraz ktoś mi wydaje polecenia… Pani zrobi to, pani zrobi tamto, a dlaczego tego pani nie zrobiła? No, ale trudno. Zaczęłam uczyć się, jak wytrzeć biurko, jak dyrektorowi z ciekawości czegoś nie podejrzeć… Wtedy na biurkach leżało wszystko: nagana, nagroda, umowy, listy płac. I proszę mi wierzyć, że tej dyskrecji naprawdę trzeba się nauczyć. Wpajam to pracownikom, choć wszystko jest już w komputerach. Tak się zaczęła moja kariera z mopem i szmatą.


kobieta przedsiębiorcza I jak to długo trwało? Kiedyś pod koniec roku była inwentaryzacja i jeden z dyrektorów zapytał: a co pani tu robi? - No, panie dyrektorze, jak po Nowym Roku można przyjść do pracy w bałagan?! A gdzie jest reszta pań, które sprzątają? - No, mają urlop - powiedziałam. Pamiętam do dziś jak ten młody człowiek powiedział, że on z tym zrobi w końcu porządek i wynajmie firmę sprzątającą, bo tak nie może być, że jeden człowiek zasuwa, a reszta się obija. I poszedł. A ja stanęłam jak wryta. Myślałem, że do emerytury tu sobie posprzątam, a tu znów opcja „bez pracy”. Już nie miałam sylwestra, Nowego Roku, koniec zabawy… Po ilu latach? Po pięciu. W Nowy Rok zrobiłam sobie drinka i myślę… Kobieto, jaka ty jesteś głupia, przecież nie masz firmy zlikwidowanej, tylko zawieszoną, wszystkie papiery są, więc drugiego stycznia marsz na Grudziądzką dopisać do działalności: obiekty przemysłowe - sprzątanie. I tak zrobiłam. Wzięłam te papiery w zęby, podeszłam do tego samego dyrektora i powiedziałam: Pan wspomniał o firmie sprzątającej, a ja mam taką firmę. Ofertę mam złożyć? (śmiech) I przyjął tę ofertę? Był zaskoczony. Ale obiecał porozmawiać z dyrekcją w Wiedniu, spodobała mu się moja inicjatywa. Po pewnym czasie podpisano ze mną umowę. Wejdę Pani w słowo: a czy nigdy nie pomyślała Pani - mam męża, który pracuje, co ja się tak bez przerwy będę szarpać, dam sobie trochę luzu? Wiele kobiet tak robi. Hmm… Nie chciała Pani skorzystać z komfortowej sytuacji, że mąż pracuje? Pobraliśmy się, gdy miałam 21 lat, a mąż - 28. Sami, wspólną pracą doszliśmy do wszystkiego. Między nami zawsze było partnerstwo. Pierwsza miłość? Czy ja wiem (uśmiech)? Trochę miłość, trochę rozsądek. Zawsze dzieliliśmy się pracą. Mój mąż też ciężko pracował. Wybudowaliśmy się w Bydgoszczy i kiedy myśleliśmy, że mamy już wszystko, to nagle świat się zawalił. Mąż zachorował i w wieku 41 lat musiał pójść na rentę… Proszę sobie wyobrazić, syn zaczyna szkołę średnią, mąż nie wiadomo, czy będzie chodził, czy wróci do pracy. Musiałam iść do przodu. Gdyby powiedzieli mi, że nie ma żadnej pracy, wzięłabym kij do ręki i sprzątałabym ulice w deszczu w Zieleni Miejskiej. Ja po prostu muszę pracować. Wszystko, zatem spadło na Panią… I wszystkiego się bałam, tylko nie pracy. Np. do 37. roku życia nie miałam prawa jazdy. A gdy zdałam, to bałam się jeździć, żeby nie rozwalić nowego samochodu, który kupiony był na raty. A jakby coś mi się stało, to kto by to spłacił? Mąż miał głodową rentę…

Żyła więc Pani w dużym stresie. Chyba tak mam ciągle... Nie wiem. Może ta adrenalina mi pomaga.

A w domu też ma Pani taki porządek? Przyznam, że nie jestem pedantką, bo nie da się żyć w sterylnych warunkach.

Zaczynała Pani jako firma jednoosobowa? Nie, na początku zatrudniałam trzy osoby. Firma, w której rozpoczynałam, bardzo mi pomogła i do dziś wykonuję dla niej usługi. To, że dzisiaj tak wypłynęłam na rynku, to jest w znacznej mierze jej zasługa. Dostrzeżono we mnie potencjał, otwartość i chęć. Udostępnili mi wtedy swój plac i nadal tam jesteśmy. Potem zaproponowano, żebym zajęła się jej oddziałem pod Warszawą. Kilkakrotnie odmawiałam. Przecież na Mazowszu jest tyle firm sprzątających, weźcie sobie firmę stamtąd, my nie mamy ani zaplecza, ani ludzi - mówiłam. A jej przedstawiciele na to, że mieli już taką warszawską firmę, ale przyjechał sprzątać jeden facet, a szef oczywiście w lakierkach i w mercedesie (śmiech). Dyrektor mnie namówił.

Z firmy nikt nie sprząta u Pani w domu? Nie. Nie wyobrażam sobie tego! Nie lubię bałaganu, ale wszystko tak idealnie to musi być tylko w pracy. Żebym jeszcze w swoje prywatnej przestrzeni musiała być taka?! Nie jestem perfekcyjną panią domu!

Gdyby powiedzieli mi, że nie ma żadnej pracy, wzięłabym kij do ręki i sprzątałabym ulice w deszczu w Zieleni Miejskiej. Ja po prostu muszę pracować. IWONA HYSKA

I tak się rozkręcała Pani firma… Rozkręcała, rozkręcała… Preferujemy duże obiekty, musimy mieć przestrzeń. W tym roku podpisaliśmy umowę z jedną z większych fabryk w Bydgoszczy. Nad ofertą pracowaliśmy osiem miesięcy. Czy Pani korzystała z jakichś kursów, szkoleń menedżerskich? Nie. Żaden kurs nie da tyle, co własna praca z ludźmi. Trzeba potrafić robić to, co oni robią. Nauczyć się myć bezsmugowo okna, przycinać krzaki, kosić trawę kosiarką, jeździć traktorem, odśnieżać. Oczywiście robiłam szkolenia dla pracowników w zakresie profesjonalnego sprzątania, zasad obowiązujących HACCAP lub 5S. Ta wiedza ułatwia pracę na dużych obiektach. Po paru latach działalności skorzystałam ze szkolenia ze standaryzacji pracy w usługach. Mam nawet certyfikat. I traktorem też Pani jeździ? No nie, przesadziłam. Kupiliśmy go w zeszłym roku jako sprzęt do odśnieżania, zima była raczej łagodna i nie miałam kiedy się nauczyć. Nie jeżdżę też na hako-maszynie sprzątającej, ale okna to po mnie nikt nie poprawi. (śmiech)

Nie lubi Pani tego programu? Nienawidzę. To jest po prostu chore. Dlaczego? Gdybym ja miała w białej rękawiczce sprawdzać parapety, to podejrzewam że połowa moich pracowników by się zwolniła. A jak Pani sprawdza pracowników? Moi koordynatorzy mówią tak: jak szefowa wpadnie do kibli i zobaczy, że coś jest nie tak, to was zwolni (śmiech). Jedno, czego wymagam ostro: w toaletach musi być czysto. To kwestia zdrowia i higieny. Na to jestem uczulona. Nie wejdę do restauracji, nawet z najlepszą kuchnią, jeśli wiem, że nie ma czystych toalet. I tu się z panem zgadzam. Gdy jestem w podróży i zatrzymuje się gdzieś na kawę i widzę, że w toalecie jest coś nie tak, to dziękuję i odjazd. A jak sprawdzam pracownika? Ja nie wpadam i nie wrzeszczę, że jest brudno, po prostu rozmawiam i przy okazji, przejadę gdzieś palcem i od niechcenia powiem, że tu mogłybyście dziewczyny przetrzeć. I to wystarczy. Ilu ludzi Pani zatrudnia? Około 70 w dwóch spółkach. Preferuję umowy o pracę. To lepiej motywuje. I nie płacze Pani z powodu ZUS? A płaczę i płacę. Trudno! A jak Pani odpoczywa? Rezerwuję sobie moich wnuków, których i tak rzadko widuję. Świetnie się z nimi bawię. Chodzę też od pewnego czasu sama po górach. Byłam wszędzie, tylko nie w Bieszczadach, bo je z premedytacją omijam. A to moje ulubione. Polecam połoniny kwitnące jesienią. Proszę pana, Bieszczady zostawiam sobie na czas, gdy skończę 60 lat. (uśmiech)

*Iwona Hyska Bydgoszczanka, jest właścicielką firmy sprzątającej oraz współwłaścicielem spółki o profilu metalowym. Babcia dwóch wnuków, miłośniczka polskich gór i piwa.

miasta kobiet

lipiec 2014

29


jej pasja

Nie kończę, lecę dalej Na trasie londyńskiego półmaratonu wyrzuciłam z siebie dużo przekleństw. Toczyłam walkę i z ciałem, i z psychiką. W pewnych chwilach mięśnie nie chcą współpracować z głową. Jeśli udaje się to pokonać i dobiec, to zapewniam - nie ma nic lepszego. TEKST: Dominika Kucharska ZDJĘCIE: Tomasz Czachorowski

D

źwięk budzika przerywa spokojny sen. Jest przed piątą. Okolica tonie w leniwej ciszy. Wstaje, choć nie jest łatwo. Przyjemnie chłodna woda zmywa część porannego zmęczenia z jej twarzy. Zakłada sportowy strój, zawiązuje sznurowadła adidasów, zamyka drzwi. Nocna rosa nie zdążyła jeszcze wyparować z źdźbeł soczystej trawy. Światła w pobliskich domach są pogaszone, a ciszę przerywa jedynie muzyka, płynąca ze słuchawek. Rozciąga zastałe przez noc mięśnie i zaczyna biec. Na początek 100 metrów tą samą ścieżką. Konieczność wyboru pojawia się, gdy dobiega do rozstaju dróg. Wybiera spontanicznie, w końcu każdy wybór jest dobry. W lesie nie ma ludzi. Za to co kilka dni natyka się na uciekającego zająca, zdarza się też, że między gałęziami dostrzeże spłoszoną sarnę czy jelenia. Na drzewach zaczyna się audycja ptasiego radia, a ona czuje coś, co kocha najbardziej - niczym

30

miasta kobiet

lipiec 2014

nieograniczoną wolność. To wciąga, uzależnia jak narkotyk.

WOLNOŚĆ Tak wygląda każdy poranek Marty Frąckowiak bieg na minimum 10 kilometrów, choć nierzadko dziewczyna podwaja ten dystans. Deszcz czy śnieg nie robią na niej wrażenia. Ma 29 lat. Biegać zaczęła 4 lata temu i tym samym dołączyła do ciągle rosnącej w siłę grupy osób, zakręconych na punkcie tej dyscypliny. Jest niewysoką, roześmianą blondynką. Przez sportowe legginsy widać wyrzeźbione mięśnie nóg. W zeszłym roku te nogi przebiegły blisko 2,5 tysiąca kilometrów. Cel? Przebiec w tym roku tyle, żeby dobić do okrągłych 10 tysięcy. Brakuje stosunkowo niedużo, bo „zaledwie” 1,2 tysiąca kilometrów. W kwietniu napisała na swoim profilu na Facebooku - „Moje nogi świętują 4 lata w biegu! Przez ten czas nazbierało się, 534 biegów nakreślonych na mapie, 8604 km przy-

gody, mnóstwo poznanych ludzi, którzy mają tego samego bzika, co ja. Jednego jestem pewna - na tym nie kończę i lecę dalej!”. Kiedy wraca rano z lasu niektórzy sąsiedzi wyruszają z domów i do dziś robią wielkie oczy, gdy widzą, że ona już jest po treningu. Bierze prysznic, je śniadanie, wsiada na rower i jedzie do pracy w eleganckim sklepie z biżuterią. Trening jej nie męczy. Wręcz przeciwnie - napełnia ją mocną dawką energii. - Ja to nazywam moim rannym wybieganiem - mówi.

OSZALAŁAŚ? Pierwsza była jej siostra Magda, która mieszka w Londynie. - Nieraz łapałam się za głowę. Pytałam ją, czy oszalała. Męczy się tylko i po co? - wspomina Marta. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że za jakiś czas, w chwilach zwątpienia, sama będzie zadawała sobie dokładnie to samo pytanie. Nie byłoby tak, gdyby nie postanowiła przekonać się na własnej skórze, co w tym bieganiu


jej pasja

ŚMIGNIESZ Siostra kusiła ją dalej. - Skoro dałaś sobie radę w półmaratonie i jesteś w stanie pokonać ciągiem 30 kilometrów, to śmigniesz cały maraton - powtarzała. To był dopingujący kopniak. Zawsze biegały razem. Marta ma cukrzycę, więc z siostrą u boku czuje się pewniej. Choroba motywowała ją do biegania? - Niekoniecznie, chociaż ten wysiłek genialnie poprawia wyniki. Dla mnie najważniejsze było to, że mimo cukrzycy mogę biegać, że to nie stoi na przeszkodzie. A skoro dodatkowo jest tyle korzyści, to głupio byłoby z tego nie czerpać wyjaśnia.

jest takiego wciągającego. - Magda przebiegła maraton. Zazdrościłam jej wytrwałości - wspomina. Siostra namówiła Martę na półmaraton, czyli bieg na 21,97 kilometra. - Przygotowywałam się we własnym zakresie. Najpierw był marszobieg. Założyłam spodnie, bluzkę i buty, nie jakieś specjalne, a zwykłe, takie jak na wuef. Pokonałam jedno okrążenie, ale nawet nie wiem, ile ono liczyło. Biegłam tak długo, jak mogłam, a jak brakowało sił, to szłam. Jasne, że siostra dawała mi jakieś wskazówki, a ja chwaliłam się jej postępami, ale jej główna rada brzmiała - „wsłuchaj się w swój organizm”. Zaczęłam więc pilnie nasłuchiwać, co moje ciało ma mi do powiedzenia.

TO JEST TYLKO MOJE Przy pierwszej próbie pojawiła się myśl, że to wcale nie takie proste. - Co więcej, ja nie lubiłam biegać, szczególnie na krótkie dystanse, a tu nagle zaczynam to robić z własnej woli. Przed poddaniem się uchronił mnie wrodzony upór. Powiedziało się A, to trzeba powiedzieć B. Sprawiało mi to frajdę dlatego, że robiłam i wciąż robię to tylko i wyłącznie dla siebie. Nie chcę komuś udowadniać swoich możliwości, nie biegam, bo to modne i tak wypada, żeby być trendy. Chodzi o mnie i moją satysfakcję. Po przygotowaniach przebiegła londyński półmaraton. - Pamiętam to dobrze. Na trasie wyrzuciłam z siebie dużo przekleństw. Toczy-

MARATON Pewnego dnia stała w kolejce w kiosku. Wzięła do ręki magazyn dla biegaczy. W jej głowie krążyły słowa siostry. Przekartkowała gazetę. Na końcu znajdował się kalendarz maratonów. - Wybiorę jakiś najbliższy - pomyślałam. Padło na ten z Bydgoszczy do Torunia. Zadzwoniłam do Magdy. Powiedziała, że przyjedzie. - Zapisałyśmy się i stanęłyśmy na mecie. Okropnie lało, a do pokonania były 42 kilometry. Dałam radę - mówi z zadowoleniem. W tym roku zaliczyła też pełen maraton w Londynie. Każde wyjście na trening to swojego rodzaju przygoda. - Nigdy nie wiem, gdzie pobiegnę. Kilka razy w tym transie, ze słuchawkami na uszach po prostu się zgubiłam. I wtedy też jest fajnie, bo trzeba tak kombinować, żeby wreszcie wrócić - mówi wybuchając śmiechem. Zdarza się, że biega też po pracy. - To mój reset. Każdy, kto uprawia sport, chyba się ze mną zgodzi, że trening pozwala wyrzucić z siebie wszystkie złe emocje. Razem z potem wychodzi z człowieka napięcie. W ubiegłym roku zamiast urlopu na rozgrzanej plaży wybrała obóz biegowy w Tatrach. Cztery dni maksymalnego wysiłku. Treningi prowadzili wyczynowcy biorący udział w zawodach lekkoatletycznych. - Jak potem zeszłam na niziny, to szło jak po maśle - śmieje się. STO BASENÓW W PREZENCIE Gdy nie biega, to pływa (prezent na Boże Narodzenie - 100 basenów kraulem!), gdy nie pływa, to jeździ na rowerze. - Marzę, żeby te rzeczy połączyć. Dużo osób pyta mnie, kiedy wezmę udział w triatlonie. Na razie nie odpowiadam konkretnie. Być może za jakiś czas się na to zdecyduję - mówi. Bieganie nazywa swoim osobistym bzikiem, który prędzej czy później musiał ją dorwać. Miłością do biegania zaraziła ją siostra, za to pływanie zaszczepił w Marcie tata. - Ono bardzo pomaga w bieganiu. Uczy kontrolować oddychanie. Rozwija mięśnie. Pływanie mnie ratowało, gdy miałam przerwę w biega-

niu. Złapałam zająca i nabawiłam się kontuzji kolana. Opcji leżenia na kanapie w ogóle nie brałam pod uwagę. Rano wsiadałam na rower i jechałam do Osielska na basen. Wkładałam deskę do pływania między nogi i pokonywałam długości. Na początku było skromnie, na przykład 36 basenów. Potem dobiłam do 50, jeszcze później do 75… No, a potem stuknęła setka. - Nie uważam, że przez te cztery lata zrobiłam coś wyjątkowego. Wiesz, ja zakładam buty i idę. Fajnie, gdy ktoś jest pod wrażeniem tych moich osiągnięć. Jeszcze lepiej, gdy kogoś to zmotywuje do działania. Jestem dowodem na to, że można zacząć w każdej chwili. Wystarczy chcieć, a radość z tego dogoni nas sama.

*Marta Frąckowiak Rocznik 1985. Bydgoszczanka. Absolwentka kierunku marketing i zarządzanie na UMK. Pracuje w sklepie z biżuterią. Od czterech lat jest uzależniona od biegania. Startuje w maratonach. Marzy się jej triatlon.

ZDJĘCIA: Marta Frąckowiak

łam walkę i z ciałem, i z psychiką. W pewnych chwilach mięśnie nie chcą współpracować z głową. Jeśli udaje się to pokonać i dobiec, to zapewniam - nie ma nic lepszego. Uczucie po dobiegnięciu na metę? Coś nie do opisania. Najwyższy poziom satysfakcji.


felieton

Uśmiechnij SIĘ.

Poważnie Aby wyglądać lepiej i czuć się pewniej, uśmiechaj się i to niezależnie od tego, czy jesteś szczęśliwa czy nie. Będzie Ci się żyło lepiej. Lena Kałużna* Aby zrobić dobre pierwsze wrażenie, mamy zaledwie kilka sekund. Jeśli wyglądamy nieodpowiednio, w tym czasie zdążymy powiedzieć jedynie „dzień dobry” i… „przepraszam”. Bardzo ważne jest to, jak prezentujemy się w każdej sytuacji i o każdej porze dnia. Drugi raz pierwszego wrażenia nie da się przecież zrobić. Tylko co, jeśli akurat „nie wyglądamy”? Mam dobrą wiadomość. Ogromnie pomóc może nam UŚMIECH. Rozpromienia twarz sprawia, że od razu wyglądamy sympatycznie, serdecznie. Pod szczerym, szerokim uśmiechem ukryć można wszelkie niedoskonałości. Brzmi banalnie, ale nawet Robert Cialdini, uznany psycholog, posługując się terminem „efekt aureoli”, zauważa, że jedna wyraźna, pozytywna cecha potrafi przyćmić swym blaskiem wszystkie pozostałe. Również te zdecydowanie negatywne.

Śmiejąc się szybciej oddychamy, przez co zwiększa się ilość tlenu we krwi, mamy lepsze krążenie. Dodatkowo rozszerzają nam się naczynia krwionośne przy powierzchni skóry (właśnie dlatego robimy się czerwoni na twarzy). Śmiech wpływa pozytywnie na każdy narząd w naszym ciele. Stanowi doskonałe ćwiczenie dla przepony, gardła, brzucha, twarzy i ramion. Może nawet sprzyjać spalaniu kalorii!

Bez zgrzytów Osoba, do której się uśmiechniesz, niemal zawsze odwzajemni Twój uśmiech. Wywoła to obustronne korzyści i doskonale podbuduje relacje. W takiej chwili pojawia się w nas odczucie bycia lubianym, a to podnosi samoocenę i pozytywnie nastraja. Dlatego, jeśli radosna mimika twarzy wejdzie ci w nawyk, twoje spotkania z innymi ludźmi będą przebiegały bez zgrzytów. Niestety, im bardziej się starzejemy, tym poważniej podchodzimy do życia. Dorosły człowiek śmieje się średnio 15 razy dziennie. Natomiast dziecko w wieku przedszkolnym 400 razy.

Lek na depresję W jednym ze swoich licznych badań na temat śmiechu Richard Davidson, profesor psychologii i psychiatrii na uniwersytecie w Madison, udowodnił, że ludzie, którzy się uśmiechają, uruchamiają gwałtowną aktywność elektryczną w „strefie szczęścia” ich lewej półkuli mózgowej, nawet wtedy, kiedy nie czują się wcale szczęśliwi, a do uśmiechu próbują się zmusić! Potwierdziły to obserwacje aktywności fal mózgowych osób z depresją, podczas seansu z filmami komediowymi. Uśmiechanie się wpłynęło u nich na realne poczucie szczęścia i rozluźnienia. Skąd taka reakcja? Wymuszanie aktywności mięśni, zaangażowanych w radosne otwarcie ust, wysyła do mózgu sygnał o szczęściu. Oznacza to, że nie musisz czekać, aż zewnętrzne okoliczności cię

Dla zdrowia Z medycznego punktu widzenia, serdeczny śmiech poprawia zdrowie i przedłuża życie.

32

miasta kobiet

lipiec 2014

Gdy nie jest do śmiechu… Nawet jeśli wyda Ci się to dziwne, zrób mi drobną przyjemność i chwyć za długopis czy ołówek. Włóż go w poprzek między zęby, tak aby dotykał obu kącików Twoich ust. Spróbuj teraz oddychać przez usta. Odsłonisz w ten sposób zęby i wyglądać będziesz jakbyś się uśmiechała. Wytrzymaj tak do końca lektury tego tekstu.

uszczęśliwią. Zamiast tego możesz wspierać swoje samopoczucie najzwyklejszym na świecie udawaniem uśmiechu. Wciąż trzymasz ten ołówek między zębami? Może czujesz się nieco głupio, ale bądź pewna, że Twój organizm jest Tobie ogromnie wdzięczny. Wystarczy mu jedna lub dwie minuty takiej terapii dziennie, aby widzieć świat w jaśniejszych barwach. Dowody naukowe świadczą o tym, że uśmiechy i śmiech wzmacniają układ odpornościowy organizmu. Przedłużają życie, przyciągają przyjaciół i pomagają w nauce. Aby wyglądać lepiej i czuć się pewniej, uśmiechaj się i to niezależnie od tego, czy jesteś szczęśliwa czy nie. Będzie Ci się żyło lżej. Poważnie.

* Lena Kałużna Socjolożka, trenerka wizerunku. Pomaga kobietom odnaleźć własny styl. Szczegóły na: www.kobiecaperspektywa.pl www.facebook.com/perspektywakobiet


597114TRTHA

1011014BDDWB


kobieta w podróży

na lawendowych polach

Pola lawendy zobaczyliśmy w drodze do Roussilion. Widok niezapomniany. Będąc na tym polu pachniesz wszystkim tym, co widzisz. Ciało chłonie ten zapach. TEKST: Jan Oleksy ZDJĘCIA: Anna Wyrzykowska

34

miasta kobiet

lipiec 2014


kobieta w podróży - Skoro lawenda jest symbolem Prowansji, to wszyscy pewnie myślą, że musi kwitnąć wszędzie i zawsze... Niespodzianka, wcale tak nie jest! Tych prawdziwych pól lawendy trzeba poszukać i co więcej, pojechać tam w czasie kwitnienia, gdy ich zniewalający zapach unosi letni wiatr - zaczyna swoją opowieść podróżniczka Anna Wyrzykowska, która w ubiegłym roku dwa wakacyjne miesiące spędziła właśnie w Prowansji.

FIOLETOWE DYWANY Francuzi uważają, że prawdziwa lawenda rośnie tam, gdzie rozwiewa ją mistral, czyli w górnej Prowansji, od zboczy górskich Vercors po Alpy Wysokie i Drôme. Ta rosnąca w tym rejonie, posiada certyfikat kontrolowanego pochodzenia A.O.C, który potwierdza najczystszy olejek eteryczny, destylowany w sposób naturalny, z lawendy zbieranej na polach powyżej 800 metrów n.p.m. - Pojechaliśmy szukać lawendy i podziwiać najpiękniejsze miasteczka: Gordes, Ménerbes, Roussilion, Lourmarin, Lacoste, Bonnieux w rejonie Luberon. Pola lawendy zobaczyliśmy w drodze do Roussilion. Widok niezapomniany. Będąc na tym polu pachniesz wszystkim tym, co

jeżdżą samochodem. Jednak niektóre wyprawy byłyby dla nich męczące. Jeżeli wiemy, że nocować będziemy na wsi, w winnicach, nad morzem, to je zabieramy - mówi podróżniczka. Długi pobyt w dużych miastach, dla psów przywykłych do przebywania w lesie, nie będzie żadną przyjemnością, a pani Ania chce, by wszyscy na wakacjach dobrze się czuli.

POMYSŁ NA CAMPERA Chęć podróżowania bez ograniczeń, bez noszenia bagaży i zamawiania noclegów - to jedne z głównych powodów zakupu domu na kółkach. - Sprawcie sobie campera - kusili sąsiedzi, widząc, jak pakujemy się na długie wakacje. Daliśmy się przekonać. Sprzedaliśmy osobówkę i staliśmy się właścicielami dużego auta - wspomina pani Anna. Wkrótce cała rodzina odkryła uroki podróżowania camperem. W Polsce ten typ turystyki nie jest jeszcze popularny, nie ma infrastruktury, nie ma serwisów. - U nas, jak zobaczymy camperowca, to cieszymy się wykrzykując: „O wreszcie camper, oni też gdzieś jadą!”. Za granicą, we Francji czy we Włoszech, takie wycieczki nie są niczym niezwykłym. Podróżujący tymi autami mają fantazję.

za darmo. W katalogu stowarzyszenia znajdziemy namiary na to, co i gdzie można kupić. Miód naturalny, kozie sery, wino… - I tak, korzystając z GPS, znaleźliśmy się w posiadłości, która zdawała się wyrastać wprost z przeszłości. Właściciel siedemnastowiecznej winnicy, gdy tylko nas zobaczył, w odruchu serdeczności zaprosił na degustację swego wina. „Na dobry sen” - powiedział z uśmiechem. I rzeczywiście dobrze się spało w winnicy wśród winogron. Tego wieczoru poczuliśmy się w tej winnicy jak długo wyczekiwani goście - z rozmarzeniem opowiada podróżniczka.

PIAF NA ULICY Do Francji pani Ania wzięła skrzypce, Mikołaj gitarę. Pogrywali na ulicach. Mieli kapelusz, ale wcale nie chodziło o pieniądze, tylko o frajdę, że ludzie ich słuchają. Przechodnie zatrzymywali się i zagadywali. - Rozmawialiśmy o wszystkim, skąd jesteśmy, co robimy we Francji…. Graliśmy dla samej radości występowania. Czy to nie piękne? Móc stanąć na ulicy i zagrać jedną piosenkę Edith Piaf „Nie żałuję niczego”… „Ani dobra, które mi uczyniono, ani zła…” Ja też niczego w życiu nie żałuję! - zwierza się pani Anna. Zagranie piosenek Edith

Nebra gotowa do drogi w rodzinnym camperze

widzisz. Ciało chłonie ten zapach. W pobliskim miasteczku rozsmakowaliśmy się w niebieskich lawendowych lodach, a w Moustiers-Ste-Marie skusiliśmy się na naleśniki z miodem lawendowym. Jadąc w te strony, koniecznie kierujcie się zapachem - zachęca pani Anna.

W PIĄTKĘ To właśnie romantyczne pola lawendy zainspirowały panią Anię i jej rodzinę do wyprawy do Francji. Bardzo chcieli porównać dwie przesławne krainy, Toskanię i Prowansję. Dodatkowym argumentem był fakt, że syn Mikołaj uczy się francuskiego i chciał na żywo skonfrontować swoje umiejętności językowe. Myśl o Lazurowym Wybrzeżu spowodowała, że cała trójka nie musiała się długo zastanawiać. W zasadzie nie trójka, a piątka, bo uczestniczkami wyprawy były również Nebra i Lalka, dwa owczarki szkockie collie - matka z córką. GOTOWE DO DROGI Psy równie chętnie podróżują. Wystarczy otworzyć samochód, a już do niego wskakują, gotowe do drogi. - Niestety, nie w każdej wyprawie uczestniczą, choć żaden z pięciu owczarków nie ma choroby lokomocyjnej. Od małego

Spotykaliśmy campery przerobione z cystern, z dostawczaków, z wozów strażackich… - wylicza podróżniczka.

RADOŚĆ ODKRYWANIA - Wybieramy regiony, w które chcemy pojechać, interesujemy się, co ciekawego się tam wydarzyło, poznajemy historię. Czasami dopiero na miejscu dowiadujemy się od ludzi, co warto zobaczyć - mówi pani Ania. Są to informacje, których nie można znaleźć w przewodnikach. Podróżnicy chcą, by wyprawy nie były bezsensownym przejechaniem się, zrobieniem zdjęć i gonitwą dalej. - Jak po drodze jest coś pięknego, to się zatrzymujemy i wysiadamy. Nie lubimy mieć wytyczonej trasy. Podróż to nie są tylko zaliczone miejsca, to są przede wszystkim wrażenia i ludzie spotkani po drodze. To refleksje i uczucia, które po powrocie zostają przesiane przez czas i… wtedy dopiero wiem, co było najważniejsze - dodaje. NOC W WINNICY „France Passion” to stowarzyszenie promujące współpracę pomiędzy producentami rolnymi, a posiadaczami camperów. Właściciele gospodarstw zapewniają camperowcom jedną noc

Piaf we Francji były dla obojga marzeniem, a przecież w życiu o to chodzi, by spełniać marzenia… - I nie ma w tym obciachu. W końcu nie na darmo jesteśmy „Kudłaczami” - śmieje się pani Anna.

Z DYSTANSEM Ksywka „Kudłacze” przylgnęła do nich na stałe. Pasuje idealnie. I nie chodzi tu tylko o bujne włosy członków rodziny Wyrzykowskich, czy bujną sierść owczarków. Przede wszystkim o to, że nie lubią ułożonego trybu życia, nienawidzą schematów. Cenią wolność, mają dystans do siebie. Przypominają dawnych hipisów. W te wakacje ruszają na kolejną dwumiesięczną wyprawę. - Nazwaliśmy ją „Francja z pasją”, chcemy być w miejscach, które zachwycają, ale także zmieniają. Mam nadzieję, że spotkamy ludzi, którzy podzielą się z nami swoimi pasjami. O swoich przeżyciach pisać będziemy na blogu www.kudlaczewpodrozy.pl - dodaje pani Anna.

*Anna Wyrzykowska Pasjonatka podróży i fotografii, autorka wielu publikacji, gra na skrzypcach, organach, gitarze.

miasta kobiet

lipiec 2014

35


FOT. PIOTR GRUCHAŁA

Mój feminizm Osobiście boję się kobiet sukcesu, bo one są o wiele bardziej bezwzględne niż faceci. Z Rafałem Gorzyckim* rozmawia Emilia Iwanciw Co pomyślałeś, kiedy usłyszałeś, że chciałabym pogadać z Tobą o kobietach, a nie muzyce? Ucieszyłem się, nudzą mnie już pytania o muzykę. Po to zajmuję się muzyką, by nie wyrażać jej poprzez słowa. Ale jednocześnie trochę się obawiam, że powiem za dużo, bo słowa mają większą moc… Obawiasz się, że kobiety z Twojego życia się obrażą? Trochę tak. Musisz mieć o nich dużo złych rzeczy do powiedzenia. Nie, wcale tak nie jest. Mam jednak w ostatnim czasie sporo myśli na ten temat. O kobietach, o związkach. Rozwiodłem się po raz drugi i tymczasowo mieszkam z rodzicami. Obserwuję ich sposób funkcjonowania. I wtedy zdaję sobie sprawę, że my 40-, 30-latkowie jesteśmy już w zupełnie innym miejscu. Nasz model życia w parze jest o wiele bardziej partnerski. A zarazem trudniejszy. Dla nich było jasne, kto gotuje, a kto robi karierę. Dziś to nie jest takie oczywiste… To fakt. Czytałem, że co drugie małżeństwo kończy się rozwodem. Sam zawyżam tę statystykę. Ludzie są bardziej nastawieni na siebie, własny rozwój, przestają nawet czasem walczyć o rzeczy wartościowe. Sam się w pewnym momencie pogubiłem i rozpocząłem terapię. Dzięki niej w bardziej świadomy sposób potrafię teraz funkcjonować. Jestem w nowym związku i wykorzystuję to, czego nauczyłem się podczas psychoterapii.

36

miasta kobiet

lipiec 2014

Podoba mi się, że mówisz o tym w taki otwarty sposób... Nie mam z tym problemu. Polecam takie rozwiązanie. Można dzięki temu odkryć to, co drzemie w środku każdego z nas. Nie ma co udawać, że jesteśmy doskonali, a wina leży poza nami. Tobie życie dało w kość? Życie uczuciowe na pewno tak. Trudno dziś być szczęśliwym w klasycznym związku monogamicznym. Takim bezwarunkowym i bezterminowym. Najczęściej w kryzysie ma się ochotę powiedzieć: biorę walizki i wypier…… Ja staram się dziś złapać ten złoty środek. Mnóstwo ludzi ma z tym dziś problem. Ze znalezieniem złotego środka. Dlatego nie ma co udawać. Dobrze jest zmagać się z demonami i mówić prawdę. Masz jakąś kobiecą idolkę? Duże wrażenie zrobiły na mnie słowa, wypowiedziane niedawno przez Justynę Kowalczyk. Podziwiam ją. Nikt głośno nie mówi, że sport wyczynowy jest aż tak dużym, niebezpiecznym obciążeniem, i że właściwie ze wszystkiego, trzeba zrezygnować. Podoba mi się jej odwaga, biorąc pod uwagę pozycję w sporcie i jej interesy promocyjno-reklamowe. Czytając jej słowa, po raz kolejny uzmysłowiłem sobie, że kobiety mają trudniej. Bo? Bo wciąż w patriarchalnym, katolickim kraju kobieta, która poświęca się karierze albo pasji, jest uważana za zimną sukę, taką która „zaniedbuje” dzieci, dom, męża… A mężczyzna,

który poświęca się pasji i pracy, jest człowiekiem sukcesu. On jest mile widziany, doceniany. Pod tym względem jestem feministą, zupełnie nie zgadzam się z takim podejściem. To jednak nie jest jedyny powód tego, że kobiety mają trudniej. Nie zazdroszczę im też presji związanej z ciągłym dbaniem o wygląd, figurę, ciuchy. Kobieta wciąż postrzegana jest przez pryzmat ciała. Tak. Choć ja osobiście nie mógłbym być z kobietą, która byłaby tylko atrakcyjna fizycznie, przy tym mało inteligentna i płytka. Byłem kiedyś na dyskotece. Poznałem piękne kobiety. Po kilku wypowiedzianych przez nie zdaniach, ich czar pryskał całkowicie. Okazały się… hmmm… Głupie? Szukam odpowiedniego słowa… Okazały się tępe. To jest chyba trafne określenie. Mógłbyś być z kobietą mądrą, interesującą, acz, mówiąc nieładnie, brzydką? No właśnie tu się chyba mój feminizm kończy. Pod tym względem jestem jak większość facetów. Do tego jeszcze jestem… estetą. Podobają mi się więc kobiety piękne. Nie byłem na przykład nigdy z otyłą kobietą i chyba nie mógłbym być. Jestem wrażliwy na piękno, interesuję się malarstwem, architekturą i rzeźbą. Myślę, że w związku z tym nawet Brada Pitta bym z łóżka nie wywalił, mimo że jestem heteroseksualny. Jak myślisz, czemu ostatnio tyle się mówi o kobiecości, męskości? Czemu debaty


męska perspektywa

Mój redakcyjny kolega zastanawiał się niedawno, co kobiety zabrały facetom. Dużo tego wyszło. Też tak to widzisz? Coś w tym jest, ale nie patrzę na to z żalem i nostalgią, tęskniąc za dawnymi czasami. Akceptuję te zmiany, choć trochę też się ich obawiam. Czego konkretnie? Osobiście boję się kobiet sukcesu, bo one są o wiele bardziej bezwzględne niż faceci. I rzeczywiście, zabierają trochę przestrzeni mężczyznom. Unikam kobiet władczych, tyranizujących. Unikam też takich facetów. Ale to te kobiety najczęściej osiągają sukces. Muszą być bardziej bezwzględne niż faceci, by twardo trzymać dziadów za ryja. Podobno takie kobiety są skazane na samotne życie, bo wy zawsze będziecie szukać dziewczyny, po pierwsze - miłej, po drugie - dobrej, po trzecie - wyrozumiałej. Takiej o profilu przewidywalnej gospodyni z przedmieścia. No coś w tym jest. Facet czuje się dziś tak generalnie mniej potrzebny, bo kobiety są bardziej samowystarczalne. Czuł się dobrze, jak wrócił do jaskini z upolowanym wołem. Myślę, że moja i większości mężczyzn postawa wynika z pewnego atawizmu, czasów prehistorycznych. Te wzorce nie powstawały przez przypadek, kreowały się przez tysiąclecia. Teraz mamy ogromne zamieszanie, bo z jednej strony jesteśmy feministami, a z drugiej wciąż jaskiniowcami. To rzutuje na wszystkie sfery, na przykład wychowanie dzieci. Masz na myśli Twojego syna? Tak. Moja była żona ma zupełnie inny pomysł na wychowanie niż ja. Taki nadopiekuńczy, chroniący przed światem. Byliśmy nawet u psychologa w tej sprawie, bo nasz syn po oderwaniu się od mamy zaczął być agresywny w stosunku do innych dzieci. Teraz usiłujemy znaleźć kompromis. Myślę, że te wszystkie kwestie dotyczące modelu kobiecości, męskości, wychowania będą się ciągle zmieniać. A kiedyś pewnie zejdziemy znów do jaskiń i zaczniemy od początku. Mówi się, że kobiety w głębi duszy pragną takiego troglodyty z jaskini… No właśnie! Ostatnio obserwuję nowe środowisko ludzi… i mam interesujące wnioski. Słyszę, jak kobiety mówią, że facet powinien być empatycznym partnerem, ale jak widzą prze-

pakowanych, spoconych kolesi z kaloryferem na brzuchu, to twierdzą, że chciałyby takiego mieć w łóżku. Z jednej strony szukają niańki, a z drugiej Arnolda Schwarzeneggera. To zupełnie, jak wy - szukacie madonny i ladacznicy. Tak, coś w tym jest. Facetowi podoba się kobieta inteligentna, ale zawsze odwróci się za niekoniecznie mądrą, ale zgrabną dupą. Kobieta, która eksponuje swoje wdzięki, rzadko bywa jednak materiałem wymarzonym na żonę i matkę. Bo? W głowie faceta odzywa się stereotyp, że ona daje znak, jest otwarta i można się z nią zabawić. Kiedy jesteś z nią na stałe, to istnieje ryzyko, że ona się nie zmieni. Pojawi się paranoja, obawa o zdradę. Mężczyźni szukają dziś takich samych kobiet, jakich szukali wczoraj czy sto lat temu. Oczekują, podświadomie nawet, że ona będzie dobrą matką, zajmie się domowym ogniskiem, ugotuje. A zarazem szukają kobiety namiętnej, sexy…, więc szukają kobiety, jakiej nie ma. Myślę jednak, że warto spróbować poza swoimi wybujałymi oczekiwaniami zbudować coś realnego. Rzeczywistość od naszych oczekiwań różni się diametralnie. Chcemy wiele, sami nie mając wcale tak dużo do zaoferowania. Łatwo oceniamy innych, a nie dostrzegamy w sobie całego brudu. W związkach mamy przez to konflikty interesów. Ty jesteś w związku mężczyzną dominującym czy raczej uległym? No właśnie mam z tym kłopot, bo jestem raczej dominujący i moja partnerka również. Samiec alfa z samicą alfa mają ciężkie życie. Intensywność i namiętność jest duża, ten ogień grzeje, ale też parzy. Zaczyna to momentami ciążyć. Skończyłeś 40. Czujesz kryzys wieku średniego? Myślę, że go właśnie przeżywam. W jaki sposób? Nie pamiętam, abym kiedykolwiek tak intensywnie zajmował się swoim ciałem, jak teraz. Zacząłem chodzić na siłownię, rzuciłem alkohol, papierosy. Jestem teraz lepiej zbudowany niż gdy miałem 20 lat. Kobiety częściej na mnie patrzą. Kiedy wrzuciłem na Facebooka swoje zdjęcie w obcisłej koszulce przy grobie Franza Kafki, dostałem 90 lajków, głównie od kobiet. Kiedy wrzuciłem swoją muzykę, dostałem 7 lajków. Nie będę ukrywał - to że podobam się kobietom łechce moje ego… Czym jest męskość dla Ciebie? Łatwiej by mi było powiedzieć, co nie jest męskie. Niemęski jest facet, który nadmiernie zwraca uwagę na ciuchy i stylizacje. Moim zdaniem facet musi trochę śmierdzieć, być trochę spocony. Czujesz się spełniony jako facet? Bardzo się cieszę, że mam w życiu pasję. Fajnie, że ona przy okazji daje mi satysfakcję. Każdy artysta lubi być pieszczony. Nie wierzę w to, że

artysta ma gdzieś recenzje. Czasy są takie, że aspekt rynkowości jest bardzo ważny. Trzeba być menedżerem samego siebie. Wojtek Mazolewski jest tego dobrym przykładem. Co jakiś czas oglądam plotkarskie brukowce i widzę go to na pokazie mody, to w „Dzień dobry TVN”. On zobaczył jako pierwszy, że dobry image pomaga również muzykowi jazzowemu. Powinien jednak uważać, by nie obrać wyłącznie drogi celebryckiego blichtru i doczesnych rozkoszy. Ja mam nadzieję, że nie zboczę ze swojej ścieżki. Jesteś w tym sensie fenomenem, bo potrafisz promować siebie i swoją niekomercyjną twórczość. Wielu ludzi Cię zna, choć wcale nie słucha Twojej muzyki. Myślę, że bardzo wielu artystów związanych z ambitną, niszową twórczością gardzi PR-em. Zanim zdecydowałem się na karierę muzyczną, byłem szefem reklamy i marketingu w firmie ojca. Dla mnie muzyka jest takim samym produktem jak każdy inny. Nie zgadzam się z kolegami artystami, że wystarczy dobra płyta i można zarobić kasę. Aspekt promocyjno-marketingowy jest nie do przecenienia. Konsekwentnie od 10 lat tę wiedzę wykorzystuję.

FOT. ANITA ANDRZEJCZAK

z niszowych spotkań feministek przeniosły się do większości domów? Przerabiamy to, co Europa sobie już dawno przerobiła. Laska z brodą wystąpiła na Eurowizji i pojawił się temat do takich dyskusji. Spodobało mi się to, że ktoś na nią głosował, że komercyjne lobby telewizyjne to puściło. Eurowizja jest najbardziej tandetnym zjawiskiem, jakie znam. Myślę, że ogląda ją jednak masa polskich rodzin, właśnie przez tę kiczowatą estetykę. I te rodziny dziwią się, że dziewczyna ma brodę, dyskutują, że to promowanie dewiacji, a zarazem coś się w ich myśleniu zmienia. Ludzie stają się bardziej tolerancyjni. Przełamują bariery.

Czym jest dla Ciebie kobiecość? Duże piersi i czerwone paznokcie (śmiech). Kobiecy może być głos i zapach. Subtelne i drobne rzeczy są kobiece. Jak się spódniczka układa, kiedy kobieta siada, albo kształt szpilki, ramiączko stanika, kiedy się obsuwa w tańcu. Kobieta w kuchni jest też dla mnie wdzięcznym widokiem. Czyli stereotypowo... W stu procentach. Może więc jestem szowinistą? Być może tak, choć uważam, że świat nie byłby taki zły, gdyby składał się z szowinistów mojego pokroju. Zawsze nam, facetom, będą się podobały kobiety w miniówce i w wysokich szpilkach. I to jest smutna puenta tej rozmowy.

*Rafał Gorzycki Muzyk, perkusista, związany m.in. zespołami: Ecstasy Project, Sing Sing Penelope, Dziki Jazz. W duecie Gorzycki/Gruchot - Experimental Psychology nominowany do nagrody Fryderyki 2010 w kategorii Debiut Roku.

miasta kobiet

lipiec 2014

37


męskim okiem

Po czterdziestu latach przerzucenia setek bajeranckich magazynów z męską modą okazało się, że nic o niej nie wiem. Jacek Kowalski* Upały są gargantuiczne; gorące powietrze, niczym kawa w łapach niezdarnego kelnera, wlewa się, wdziera w każdy zakamarek pod koszulą. Garnitur klei się do ciała jak kraken do pirackiego okrętu i wreszcie rozumiem, dlaczego mówi się, że jest zbroją mężczyzny. Garnitur, nie kraken. Tak samo jak zbroja jest teraz niewygodny, parzący i utrudnia poruszanie się. Z zazdrością zatem spoglądamy - my mężczyźni w wieku wczesno średnim na przewiewne sukienki kobiet, na bluzeczki lekkuchne niczym portfel przed wypłatą, na te haleczki, pantofelki. Poza oczywistym powodem spoglądania na kobietę w wersji „summer”, jest jeszcze i ten: zazdrość, że Wam tak lekko, tak przewiewnie. My każdego upalnego dnia musimy brać się na nowo za bary z rozgrzewającymi nas do białości marynarami, koszulami, długimi spodniami. Oczywiście celowo pomijam tu mężczyzn, ubierających się do pracy jak do piaskownicy. Są i tacy, lecz spuszczamy na nich zasłonę miłosierdzia. Nie z powodu wyższości, lecz zazdrości. Wydawało mi się, że o letniej męskiej modzie wiem już wszystko, do chwili, gdy podsłuchałem rozmowę dwóch nieznanych mi kobiet w parku. Był środek pracodnia i nie pytajcie, co ja tam robiłem; ten felieton czyta też moja szefowa. Siedziały na ławeczce - całe w cytrynowych zwiewnościach, kanarkowych powiewach, pudrowych różach i orzeźwiających miętach. To, co przypadkiem usłyszałem, na zawsze zmieniło moje życie. O czym panie rozmawiały, o tym rozmawiały; Wy wiecie najlepiej, o czym rozmawia się z koleżanką w parku we wczesne letnie popołudnie. Wkrótce zeszły na mężczyzn, a dokładniej na to, co też oni (my) na siebie ubierają latem. Furda tam sandał ze skarpetą; tego klasyka obśmianego w najbardziej podrzędnych kabaretach nie nosi już nikt od Łomży po Kalisz. Rozmowa szła o „żonobijkach”, wymiennie zwanych też „ojcówkami”. I ja z początku się wzdrygnąłem, słysząc żonobijka. Co za nazwa, skąd ona i dlaczego tak wali po uszach. Ale z czasem wszystko stało się jasne. Mówiły mniej więcej tak: - I wtedy mnie zaprosił na kawę do siebie, zapytał, czy może się przebrać, a kiedy się zgodziłam - no, bo

38

miasta kobiet

lipiec 2014

upał - to on za moment wrócił w tej żonobijce. - A miał na sobie przedtem…? - Vistulę, koszula w różach, stylowy granat spodni… A tu nagle wraca i ta ojcówka. Noż… (tu padło słowo, które zastąpię omówieniem)… Noż lekko prowadząca się kobieta jego matką była! Tu już moja ciekawość sięgnęła zenitu. Żonobijka zwana wymiennie ojcówką to dla mnie enigma. Wrzuciłem więc w Google i… ech, co za dramat. „Żonobijka” mianowicie to - jako podaje „Miejski słownik slangu i mowy potocznej” - „męska podkoszulka z dzianiny z szerokim dekoltem i na wąskich ramiączkach”. Oczywiście jest też wersja hard, tzw. siatkówa. Sądząc po wszelkiego rodzaju wpisach na Facebooku, ojcówka i siatkówa to tego lata najmodniejszy strój męski! Wygodny, przewiewny. Mało w tym klasy, ale za to powietrzne prądy mogą hulać pod pachami jak młode zebry po sawannie (to z gorąca biorą mi się takie porównania). Panowie: nie będę tutaj występował w roli arbitra elegancji. Jak chcecie sobie nosić żonobijki, droga wolna. I na tym kończę słowo do was. Drogie panie: nie miejcie dla nas litości. Mężczyznę, który założy ojcówkę na spacer z Wami, na randkę, na mazurski wypad gońcie, niczym PiS Platformę w sondażach! Bezlitośnie obnażajcie braki w stylu, chłoszczcie drwiną i szyderą. Ja nie podlizuję się Wam - ja mam po prostu w pamięci genialny „Upał” Kazimierza Kutza, Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego. Tam panowie w piekielny gorąc wykazywali klasę - spodnie, koszula, marynarka, frak. Był też jeden w ojcówce szalenie mało sympatyczny, jeszcze mniej rozgarnięty. Klasa i styl - oto najprostsze herby, pod którymi mężczyźni winni występować o każdej porze roku. Także w smoliste, upalne czerwce, lipce i sierpnie. Naturalnie mówię to z perspektywy felietonisty. Ktokolwiek mnie zna, z łatwością wykaże, że często daleko mi do jednego i drugiego. Natomiast należy się starać, dążyć, aspirować. Mężczyźnie z klasą często uchodzi na sucho znacznie więcej, niż takiemu w żonobijce. Tyle już wiem na pewno. *Jacek Kowalski Reporter trzykrotnie nominowany do nagrody Grand Press, domorosły muzyk i barista. Ojciec na pełen etat.


1011014BDDWA

939414BDBHA


1011814BDBHA

Miasta Kobiet lipiec 2014  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you