Page 1

nasze miejsca spotkań

wrzesień 2013

dziecko w szkole kobieta na żużlu

Poznajcie Jasia

Piękna i bestia

Anita Seidel

str. 12-15

str. 4- 7 R

E

K

L

A

M

A

936713TRBHA


kobieca perspektywa

Matko! Wyluzuj Nie chcesz, by Twoje dziecko znalazło się w grupie dostatecznych. Jesteś przekonana, że trója uczyni z niego w przyszłości przeciętniaka. I tu się możesz mylić. Emilia Iwanciw - redaktorka prowadząca „Miasta Kobiet”

Tym razem nie będzie tylko o nas - kobietach, ani o naszych pogmatwanych relacjach z facetami. To będzie odezwa do matek, ale jeśli nie jesteś matką, nie zniechęcaj się. Może jesteś ojcem. A nawet jeśli nie, ten tekst jest też dla Ciebie. Może planujesz dzieci w przyszłości, a może masz wśród bliskich jakieś zaprzyjaźnione matki, którym czasem szepniesz - wyluzuj.

Dobra mama Wrzesień to czas, kiedy dzieci idą do szkoły. Albo do budy. Może masz to szczęście, że bliski ci młody człowiek chodzi do superfajnej szkoły z radością. Pewniej jednak Twoja Ania, albo Łukasz wracają po wakacjach do budy, by przez większość czasu się nudzić, obmyślając na lekcji w głowie nową strategię w grze PS3. No i się zaczyna. Mamy zaczynają dopingować dzieci, by w szczurzym, szkolnym pędzie nie zostały w tyle. Zaczyna się długie popołudniowe liczenie gramów mąki, które wykorzystała podręcznikowa Ala do upieczenia sernika, albo przepisywanie trzy razy na czysto opowiadania z „polaka”. Może będziesz odpytywać swoje dziecko z lektury, bo choć ją przeczytało, nie pamięta wszystkich imion dzieci z Bullerbyn. A ty się obawiasz, że zamiast piątki, dostanie przeciętną trójkę. Ty, jako dobra mama, nie chcesz pozwolić na to, by twoje dziecko znalazło się w grupie dostatecznych. Jesteś przekonana, że przeciętność nie uczyni z niego w przyszłości dobrego pracownika. Dr hab. Mariusz Zawodniak przekonuje, że tu możesz się mylić (str. 12-15). Wyjechać za linię Wałkujecie więc te wszystkie imiona i fakty szósty raz z rzędu. Jeśli tak jest u Ciebie, najpewniej jesteś na najlepszej drodze

do obrzydzenia nauki sobie i Twojemu dziecku. Obserwuję u wielu dzieci, jak dzień po dniu polska szkoła gasi w nich radość z poznawania świata. U Tomka, małego przyrodnika, zniechęcenie powoduje lekcja, która polega na nużącym wykładzie, prowadzonym monotonnym tonem, bez eksperymentów, dyskusji, możliwości zadawania pytań. Mały przyrodnik na takiej lekcji się nudzi i myślami już strzela gola na przyszkolnym orliku. W żywiołowej Oli lekcja plastyki tłumi chęć do twórczej pracy, kiedy podstawowym kryterium w ocenie jest niewyjeżdżanie za linię. Kiedy po raz enty dzieci rysują kredką ołówkową, zamiast dać upust swojej kreatywności, malując farbami. To ostatnie w większości polskich szkół jest zabronione, bo można przecież pobrudzić siebie, panią, podłogę i znów niechcący wyjechać za linię. I tu pojawia się paradoks. Skoro jedną z podstawowych cech pożądanych na rynku pracy w niemal każdym zawodzie jest kreatywność, to dlaczego szkoła tłumi ją w dzieciach, pilnując, by nie wyjeżdżały za linię? Zapominamy, że to właśnie ci niepokorni, którzy myślą niebanalnie, częściej osiągają zawodowe sukcesy.

Wyręczanie Wiele znanych mi matek, widząc frustracje, jakie przeżywa młody wychowanek, aktywnie włącza się w szkolną pracę. To super. Gorzej jednak, kiedy pomaganie zaczyna polegać na wyręczaniu. I to mnie jednak nie dziwi, kiedy po paru lekcjach okazuje się, że ekoludek Jasia, nieco prymitywny i nieudolnie wykonany oznacza dwóję, a model Krzysia wykonany przez mamę zasługuje na szóstkę. Jeśli jesteś mamą wyręczającą, radzę ci jednak uważać. Znam wielu Krzysiów,

którzy przyznając nauczycielce beztrosko, że w domowej pracy pomagała im mama, w dzienniku zobaczyli dwóję. I wielu Stasiów, którzy milcząc na ten temat, dostali szóstkę. Być może te przykłady są dla Ciebie błahe. Dla wielu młodych to jednak powody poważnych frustracji. I dowód na to, że polska szkoła mimochodem uczy również kłamać.

Rząd trój Po wielu własnych rodzicielskich doświadczeniach, rozmowach z mądrymi nauczycielami i świadomymi rodzicami, wiem jedno. Oceny w szkole podstawowej, gimnazjum, ani liceum niewiele mówią o Twoim dziecku. Superświadectwo nie gwarantuje świetlanej przyszłości, a rząd trój nie skazuje dziecka na bycie życiowym przeciętniakiem. O wiele ważniejsze jest to, co potwierdza w wywiadzie Mariusz Zawodniak, żeby odkryć w każdym małym człowieku indywidualne talenty, potencjały, umiejętności i je rozwijać. Nie ma więc co przejmować się zbyt mocno, kiedy w dzienniku nie widać piątek od góry do dołu. Twoja córka tupie rano nogą, bo sama chce wybierać, co dziś na siebie założy? Może w przyszłości będzie projektantką mody, albo stylistką? Może Twój syn, który rozkłada na części wszystkie elektroniczne urządzenia w domu, zostanie inżynierem? Może to, co Cię najbardziej w Twoim dziecku drażni na co dzień, okaże się jego największym atutem. Bądź czujna. Nie przegap tych subtelnych sygnałów. I przede wszystkim nie stresuj się tak ocenami. Moja złota myśl na początek szkoły jest prosta: wyluzuj.

WYDAWCA: EXPRESS MEDIA Sp. z o.o. Bydgoszcz, ul. Warszawska 13, tel. 52 32 60 733 Prezes Zarządu: dr Tomasz Wojciekiewicz, Redaktor Naczelny: Artur Szczepański, Dyrektor sprzedaży: Adrian Basa, Redaktorka prowadząca: Emilia Iwanciw, tel. 52 32 60 863, e.iwanciw@expressmedia.pl, Teksty: Emilia Iwanciw, Dominika Kucharska, Janusz Milanowski , Lena Kałużna, Jan Oleksy, Kamil Pik, Zdjęcie na okładce: Tymon Markowski Projekt: Iwona Cenkier, i.cenkier@expressmedia.pl, Skład: Ilona Koszańska-Ignasiak, i.koszanska@express.bydgoski.pl, tel. 52 32 60 704 Sprzedaż: Angelika Sumińska, a.suminska@express.bydgoski.pl, tel. 691 370 521, Michał Kopeć, m.kopec@nowosci.com.pl, tel. 56 61 18 156

2

miasta kobiet

wrzesień 2013


1

3

2

Trendy z 5

4

6 8

7 9 10

11 14

13 12 15

17

oficjalna

klasyka Czerń, biel, szarości i granaty. Doskonałe, eleganckie, szykowne. Idealne na co dzień do pracy, na biznesowe spotkania, egzaminy, 20 rozpoczęcie szkoły. Kontrasty ożywione oryginalnym wzorem, drobnym detalem, gustownym dodatkiem, podkreślą Twój temperament. We wrześniu postaw na klasykę!

18

Anna Deperas-Lipińska stylistka Toruń Plaza

16 19

21

1. Figurka Home&You - 49 zł, Toruń Plaza 2. Oprawki Vision Express - 699 zł, Toruń Plaza 3. Sukienka Tatuum - 279,99 zł, Toruń Plaza 4. Kolczyki Yes - 579 zł, Toruń Plaza 5. Bluzka Simple Creative Products - 249 zł, Toruń Plaza 6. Pasek Kazar - 119 zł, Toruń Plaza 7. Naszyjnik Coyoco - 69,99 zł, Toruń Plaza 8. Kardigan United Colors of Benetton - 159 zł, Toruń Plaza 9. Bluzka KaapAhl - 159 zł, Toruń Plaza 10. Kopertówka Ochnik - 199,90 zł, Toruń Plaza 11. Spódnica Tatuum - 169,99 zł, Toruń Plaza 12. Apaszka CROPP - 29,99 zł, Toruń Plaza 13. Szpilki Venezia - 349 zł, Toruń Plaza 14. Zegarek Swiss - 460 zł, Toruń Plaza 15. Płaszcz House - 229,99 zł, Toruń Plaza 16. Koszula Lee Wrangler - 199 zł, Toruń Plaza 17. Torebka Świat Torebek - 120 zł, Toruń Plaza 18. Buty CCC - 199,99 zł, Toruń Plaza 19. Spódnica Big Star - 129,90 zł, Toruń Plaza 20. Torebka Parfois - 99,90 zł, Toruń Plaza 21. Buty Prima Moda - 389 zł, Toruń Plaza Toruń Plaza: ul. Broniewskiego 90, www.torun-plaza.pl, czynne codziennie od 9-21

miasta kobiet

wrzesień 2013

3


jej portret

Piękna i BESTIA Mam jedno życie, ale w dwóch różnych światach. Kiedy zakładam kevlar i wsiadam na motor, to jestem innym człowiekiem. TEKST: Dominika Kucharska ZDJĘCIA: Tymon Markowski

W

arkot silników pracujących na pełnych obrotach, tabuny czarnego kurzu unoszącego się w powietrzu, zapach palonych opon i dziki doping z trybun. To symboliczny początek, choć Anita Seidel nie może go pamiętać. Była wtedy w brzuchu mamy, która nawet w ciąży nie chciała opuścić żadnych zawodów.

ŻUŻEL KRĄŻY WE KRWI Od tego czasu minęło osiemnaście lat. Spotykamy ją przy wejściu na główną trybunę toruńskiej Motoareny. Na trawie wciąż widać kałuże po nocnej burzy, ale żar lejący się z nieba szybko wysusza małe jeziorka. Tor też przypomina bajorko. Słychać dźwięk silnika maszyny wyrównującej nawierzchnię. Anita jest u siebie. - Mogłabym tu mieszkać, tylko że nie ma dachu i te krzesełka są mało wygodne do spania - żartuje dziewczyna z burzą jasnych włosów, rozbrajającym uśmiechem i paznokciami pociągniętymi czerwonych lakierem. Ma

na sobie jasne, dżinsowe rurki, białą, dziewczęcą bluzkę z lejącym się dekoltem i modne trampki. Jeździ w szkółce KST Unibax Toruń, choć doskonale wie, że na pierwszy rzut oka ludziom trudno w to uwierzyć. Nie znalazła się tu przez przypadek. Żużlowa pasja krąży w żyłach członków jej rodziny od dawna. Mama, zagorzała fanka czarnego sportu, jest na każdym treningu. Dwa lata młodszy brat trenuje w tej samej szkółce, co siostra. Wujek jest mechanikiem, który tuneruje maszyny w Grudziądzu. A na pierwsze zawody Anitę przyprowadził jej dziadek. Na stadionie trwa trening. Zawodnicy rozciągają się na trawie, przebierają nogami, zwalniają i znów przyspieszają biegnąc w miejscu. Sami przedstawiciele płci męskiej. - Nie przeszkadza mi to. Chłopcy zawsze się ze mnie śmieją, że nie umiem jeździć. Odpowiadam im, że wiem, ale i tak lubię to robić. Nie potrafię się na nich zezłościć. Mogą mówić, co chcą. Większość z nich na początku jeździła podobnie. Na śmiech odpowiadam śmiechem

i wciąż pamiętam, jak na pierwszym treningu zrobili wielkie oczy, że jeździ z nimi dziewczyna - wspomina Anita. Dziś wie, że docinki to jedno, ale na kolegów zawsze może liczyć. Dokręcą śrubkę, doradzą.

WIĘKSZA MASZYNA, WIĘCEJ MOŻLIWOŚCI Jest jedyną kobietą w Toruniu, która trenuje żużel. Idziemy do stajni po jej motor. Zaczynała na mniejszym, ale jak sama przyznaje - większa maszyna, to więcej możliwości. Pytam, czy drobnej dziewczynie łatwo opanować taką bestię. - Jak ktoś ma siłę i chęci, to jest łatwiej. Co prawda, motor ma dużą moc, więc nie jest to takie hop siup. W tych mniejszych motorach częściej zacina się manetka, więc wolę te większe - wyjaśnia, a ja wciąż jestem pod wrażeniem tego, jak radzi sobie z tym pojazdem. W końcu motor trochę waży. - Rzeczywiście. Nieraz bolą mnie nadgarstki, bo w trakcie jazdy za mocno je ściskam. Potem mama musi mi ściągać rękawiczki, bo sama nie jestem w stanie tego zrobić.

938113TRBHA

4

miasta kobiet

wrzesień 2013


938113TRBHA


jej portret KAŻDE KÓŁKO MOŻE BYĆ OSTATNIM 10 sierpnia 2011 roku. Tę datę zapamięta na zawsze, bo właśnie wtedy pierwszy raz wsiadła na motor. Miała wtedy piętnaście lat. Na stadion przychodziła jednak od zawsze. - Pomagałam żużlowcom w trakcie treningów, patrzyłam, jak się przygotowują, robiłam im zdjęcia. Najbardziej jednak interesowało mnie, co czują, gdy jadą - mówi. Teraz już to wie. Gdy jedzie, nie myśli o niczym. - Działa adrenalina. W głowie mam tylko jedno - niech maszyna słucha mnie, a nie ja maszyny. Na motorze można się wyżyć. Jak jest się złym, to po trzech kółkach zdenerwowanie całkowicie znika. Potem przychodzi jeszcze radość, że nic się nie stało, że jestem cała. Zdaję sobie sprawę, że każde okrążenie może być moim ostatnim. Przed startem zawsze się przeżegnam. Wszyscy tu tak robimy. Świadomość ryzyka, jakie niesie ze sobą ten sport, nie jest w stanie pokonać w niej chęci do jazdy. - Nie dam sobie tego odebrać. Ja to kocham - mówi z pełnym przekonaniem w głosie. Przeżyła jeden poważny wypadek. Pamięta go jak przez mgłę. Wyleciała kilka metrów w górę. Gdy podbiegł do niej lekarz, to nie mógł uwierzyć, że to dziewczyna. - Zamknęłam oczy. Wiem tylko, że zrobiłam fikołka. Stłukłam sobie rękę i biodro. Założyli mi gips i wtedy dopadły mnie czarne myśli. Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie zrezygnować. Dotarło do mnie, że może się skończyć tragicznie. Później przez jakiś czas bałam się jeździć i osiągać duże prędkości, ale to z czasem przechodzi. Teraz uważam, że co ma być, to będzie. BABA NA MOTORZE TEŻ MOŻE W przeglądarkę wpisuję hasło „kobiecy żużel”. Na forach nie brakuje stwierdzeń, że może i kobiety są silne, bo rodzą dzieci, ale do jazdy na żużlu się nie nadają. - Nie chodzi o to, czy jest się mężczyzną czy kobietą, ale o to, jaką ma się odporność na ból i ewentualne upadki - kwituje Anita. - Dziewczynom może być trudniej przyjąć krytykę. Chłopcy są na to trochę odporniejsi, ale ja nie jestem z tych, które rozpłaczą się, bo usłyszały coś niemiłego. Wiem, jaka jest moja jazda, jakie błędy popełniam i z pokorą przyjmuję uwagi. Po gorszych przejazdach się nie załamuję. Może niedługo też będę startowała z chłopakami, ale na razie trener się nie godzi. Boi się, że coś może mi się stać - dodaje. Trener traktuje cię trochę inaczej niż resztę zawodników? - Czuję, że jest dla mnie milszy. Na chłopaków krzyczy, a do mnie to samo powie, ale ze spokojem w głosie - mówi. A kobiecość? Na torze żużlowym jest na nią miejsce? Anita bez chwili zastanowienia odpowiada, że tak. Dla niej to normalne, że gdy schodzi z motoru, to musi delikatnie pomalować twarz. Na trening też przychodzi z lekkim makijażem. - Problem mam z długimi włosami. Tu muszę liczyć na mamę, która przed założeniem kasku zawsze zaplecie mi warkocz. Do chłopczycy jej daleko. Opowiada, że na co dzień mogłaby chodzić w ładnych sukienkach i bluzkach. - Mam jedno życie, ale

6

miasta kobiet

wrzesień 2013


jej portret w dwóch różnych światach. Kiedy zakładam kevlar i wsiadam na motor, to jestem innym człowiekiem. Gdy kończę jeździć, też jestem inna - wyznaje. Dopytuję się, czy różowe rękawiczki do jazdy to przejaw dziewczyńskiego manifestu. Pudło. Różowy i czarny to kolory dla całego teamu. Jak każdy sportowiec kocha doping. Im więcej ludzi na trybunach, tym jest ciekawiej. - Wtedy można pokazać, co się potrafi. Dopiero po przyjściu na stadion człowiek widzi, jak to wygląda naprawdę. Zdjęcia nigdy w stu procentach nie oddadzą tej atmosfery, adrenaliny, prędkości - zapewnia.

Działa adrenalina. W głowie mam tylko jedno - niech maszyna słucha mnie, a nie ja maszyny. Na motorze można się wyżyć. Jak jest się złym, to po trzech kółkach zdenerwowanie całkowicie znika.

ZDANIEM EKSPERTA

Dlaczego w Polsce nie ma kobiecej ligi żużla? Jacek Woźniak - żużlowiec i trener ekipy skladywegla.pl Polonia Bydgoszcz

Dopiero od trzech sezonów w regulaminie widnieje zapis umożliwiający dziewczynom trenowanie w szkółce. Wcześniej nie mogły starać się o uzyskanie tzw. licencji „Ż”. Teraz jest to możliwe i w lipcu taką licencję zdobyła Klaudia Szmaj. Miałem okazję poznać trzy panie, które próbowały swoich sił w żużlu. Odwaga i niebywała determinacja - to charakteryzowało każdą z nich. Mówiły, że nie widzą problemu, aby konkurować z mężczyznami. Co więcej, to je mobilizowało. Nie jestem zwolennikiem takiego rozwiązania. Myślę, że tak samo jak w boksie, koszykówce czy siatkówce, również w żużlu powinien być podział na kobiety i mężczyzn. Dlaczego zmiany w regulaminie, które pozwoliły dziewczynom trenować w szkółkach, pojawiły się w Polsce dopiero teraz? Na pewno wpłynęła na to mała liczba chętnych. Jeśli jedna osoba chce coś zmienić, to nie jest to proste. Myślę jednak, że stworzenie w naszym kraju ligi kobiecej nie jest rzeczą niemożliwą. Widocznie potrzebujemy na to więcej czasu. R

E

K

L

A

M

A

ANITA SEIDEL KST UNIBAX

998913TRTHA

STADIONU NIE OPUŚCI A jeśli nie żużel, to co? Alternatywy zamykają się w obrębie stadionu. Bez zastanowienia Anita wymienia trzy zawody: mechanik, sędzia, albo osoba, która stoi na wirażu. W innym sporcie się nie widzi. Na razie w Toruniu nie ma konkurencji. W przyszłości myśli o wyjeździe za granicę. - Są jeszcze Dania, Szwecja. Tam są ligi żeńskie. Prawda jest taka, że teraz jeżdżę sama dla siebie. To moja pasja. Czy będę kiedyś na tym zarabiać? Może się uda. Na pewno nie jest to niemożliwe do zrealizowania - mówi. Lubi ekstremalne wyzwania, choć jazda samochodem tak jej nie kręci. Raczej crossy, gokarty, rower. Ważne, żeby być blisko ziemi. Sponsorzy? Brak. Firmy wychodzą z założenia, że nie ma sensu inwestować w zawodniczkę. W końcu stereotyp mówi, że to zabawa dla facetów. To rodzi wiele problemów, bo żużel, jak każdy uprawiany zawodowo sport jest skarbonką bez dna. - Fajnie, gdyby ktoś ze sponsorów mnie dostrzegł. Spraye czy jakieś oleje na pewno by się przydały - mówi skromnie. Kevlar dostała w prezencie od starszego żużlowca. Wychodzimy i zauważam niewielki tatuaż na prawej łopatce Anity. „Do not forget” (nie zapominaj). - O czym masz pamiętać? Żebym zawsze skręcała w lewo. miasta kobiet

wrzesień 2013

7


jej pasja

Vogue

i dziura w palcu Sylwia Grzeszczak w sukience z mojej pierwszej kolekcji poszła na rozdanie muzycznych nagród. To ona była pierwszą celebrytką, którą ubierałam. Z Kamilą Zielińską*, pochodzącą z Bydgoszczy projektantką, właścicielką marki ZAWTRA, rozmawia Dominika Kucharska Mała Kamila ubierała lalki czy wolała kopać piłkę z kolegami? Lubiłam jedno i drugie. Jednak częściej niż lalki ubierałam koleżanki i organizowałam podwórkowe pokazy mody. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że zostanę projektantką, ale myślę, że ta pasja właśnie tam się rodziła. Mieszkałam przy ulicy Zamoyskiego 8, w kamienicy Poli Negri. To było ciekawe miejsce. Mają sąsiadką była Joanna Rajkowska, artystka, która postawiła palmę na rondzie Charles’a de Gaulle’a w Warszawie. Tylko tam zamieszkać, a sukces gwarantowany! Spróbować zawsze warto (śmiech). Może rzeczywiście coś tkwi w tych murach. W każdym razie miałam bardzo twórcze podwórko. Gdy miałam sześć lat, wyrosłam z mojej ukochanej sukienki. To było na tyle trudne, że utkwiło w mojej głowie do dziś. Miałaś kreację, o której nie możesz zapomnieć? Jedna z moich sukienek stała się wręcz legendarna. Zaczęło się od tego, że poszłam do mojej babci, która była krawcową i powiedziałam, że musimy uszyć sukienkę na zakończenie podstawówki. Ubrałam się w nią, mimo że trzymała się jedynie na fastrydze. Była odważna, bo odsłaniała plecy. Pamiętam jej głęboki, wiśniowy kolor. Czegoś takiego nie było w sklepach. Potem wielokrotnie ją przerabiałyśmy. Powiększoną, ubrałam na studniówkę, a cztery lata później moja siostra bawiła się w niej na swoim balu maturalnym. Później po tę sukienkę zaczęły się zgłaszać koleżanki i tak sobie krąży do dziś. Sukienka odważna, ale i babcia niczego sobie. Nie każda zdecydowałaby się uszyć wnuczce kreację odsłaniającą całe plecy. To prawda. Babcia miała ze mną wiele przygód. Skracanie, doszywanie, przerabianie… Od babci uczyłam się podstaw szycia. I z tego twórczego podwórka w Bydgoszczy wyfrunęłaś do Warszawy.

8

miasta kobiet

wrzesień 2013

fotografie Jacek Bielarz

Nie tak od razu. Wcześniej wybrałam się na kosmetologię. W ramach studiów odbywałam praktyki w instytucie urody. W przerwach szłam na zaplecze, gdzie rysowałam, projektowałam. Zauważyła to szefowa i powiedziała, że jeśli nie zdecyduję się poświęcić modzie, to będę żałować przez całe życie. Nie chciałam żałować. Złożyłam dokumenty do Międzynarodowej Szkoły Kostiumografii i Projektowania Ubioru. Wszystko poszło w dobrym kierunku. Dobrym? To chyba mało powiedziane. Nie o każdym młodym projektancie pisze się na stronie Vogue’a. Co się czuje widząc swoje nazwisko w tak zaszczytnym miejscu? To utwierdziło mnie w przekonaniu, że te starania są warte zachodu. Jeśli zawód, który wykonujesz, jest twoją pasją, to czujesz, że wyrzeczenia nie idą na marne. Kiedy uświadamiamy sobie, że udało nam się spełnić swoje marzenia, to chce się więcej. Projektuję, mam pokazy mody, jestem na Mokotowskiej - najbardziej prestiżowej ulicy mody w Warszawie, a apetyt na kolejne wyzwania rośnie. Tak jest do czasu, aż napotkamy przeszkody. Aż coś przykrego wydarzy się w naszym życiu, co ściąga nas na ziemię. Ale taki zimny prysznic chyba też potrafi wyjść na dobre? Na pewno. Wtedy doceniamy to, co mamy. To, co już udało się nam osiągnąć. By w naszym życiu panowała równowaga, to potrzebne są plusy i minusy. Twoje kreacje pokochały gwiazdy. Na liście fanek marki ZAWTRA widnieją, między innymi, Dominika Gawęda, Agata Młynarska, Anna Dereszowska, Patrycja Kazadi... Zdradź mi, przedstawicielce szarego tłumu, jak się z nimi współpracuje? W naszym show biznesie można natrafić na marudne divy? Pozwolę sobie pominąć opowieści o klientkach, które źle wspominam, aczkolwiek takie też się zdarzają. Proszę mi uwierzyć, że jeśli w gazecie czytamy, że Jennifer Lopez zaży-


jej pasja czyła sobie do hotelu najdroższy trunek czy dywan w wybranym kolorze, jest duża szansa, że to prawda. Polskie gwiazdy też mają swoje widzimisię. Opowiem jednak o tych miłych sytuacjach. Pamiętam współpracę z Anią Dereszowską na planie filmu „Ixjana. Z piekła rodem” braci Skolimowskich, gdzie czuwałam nad kostiumami. Wtedy przekonałam się, jak wygląda dzień z życia aktora. Zaczynaliśmy o 6 rano, a pracę kończyliśmy w nocy. Mimo tego wysiłku Ania była bardzo sympatyczna. Wcześniej konsultowałyśmy wspólnie, w co będzie ubrana. Nie było żadnych sprzeciwów czy nagłej zmiany zdania. Ania wystąpiła w wiśniowej sukni w rzymskim stylu. Pierwsza gwiazda, którą ubierałaś to… Zjawiła się u mnie stylistka Edyty Górniak, dla której szyłam suknię na Eurowizję. Przywiozła ze sobą Sylwię Grzeszczak. Zobaczyłam przed sobą chudziutką dziewczynę. Udało nam się wspólnie coś wybrać. Ostatecznie Sylwia w sukience z mojej pierwszej kolekcji poszła na rozdanie muzycznych nagród. Była pierwszą celebrytką, która ubierałam. Co myślisz o modzie na modelki plus size? Ja za nią podążam. Modelki, z którymi współpracuję, nie noszą rozmiaru 34 czy 36. Wybieram te noszące 38, bo wiem, że rzeczy będą na nich dobrze leżeć. Pierwsze ubrania, które szyję w ramach nowej kolekcji, są właśnie w tym rozmiarze. Dla mnie najważniejsze jest stworzenie kreacji, w której klientka będzie się czuła dobrze, bez względu na figurę. Wiadomo, że ta sama rzecz w rozmiarze 36 i 42 nie będzie wyglądać identycznie, ale jestem daleka od rezygnacji z tworzenia większych ubrań. Część moich klientek nosi rozmiar powyżej 40. A do tego pewnie dochodzi bardzo odmienna budowa ciała. Oczywiście, dlatego uwielbiam pracować na dzianinie, która swobodnie rozciąga się na wszystkie strony. Teraz już doskonale wiem, gdzie zrobić drapowania, aby ukryć ewentualne mankamenty sylwetki. Co dla ciebie, jako projektantki, stanowi największe wyzwanie? Kreacja, w którą muszę włożyć najwięcej pracy. Przez trzy miesiące wyszywałam ręcznie suknię ślubną na zamówienie. Zamieściłam na niej 260 maleńkich aplikacji. To było coś niesamowitego. Zresztą dopiero co wróciłam z czteromiesięcznego pobytu na Słowacji. Wyszywałam tam gorset. Poświęcałam na to trzy godziny dziennie. W efekcie mam dziurę w środkowym palcu, ale czuję satysfakcję, że dopięłam swego. To się nazywa poświęcenie dla sztuki. W takich chwilach na nowo przekonuję się, że jest to moją prawdziwą pasją. Zdarza się, że budzę się w środku nocy i rysuję, bo śniło mi się coś inspirującego. Staram się to uchwycić, zanim gdzieś się rozpłynie. Jesteś w stanie wiele poświęcić na tworzenie kreacji dla innych. A co z tobą? Szewc

bez butów chodzi, czy zdarza ci się tworzyć wyłącznie z myślą o sobie? Uważam, że moje nazwisko, mój ubiór są moją marką. Mam na tym punkcie małą obsesję (śmiech). Na jednej z imprez podeszła do mnie Patrycja Kazadi i zapytała, skąd jest ta świetna sukienka, którą mam na sobie. To był mój projekt. Wymieniłyśmy się telefonami i później Patrycja wystąpiła w takiej samej kreacji. Czym nas jeszcze zaskoczysz? Skończyłam dwuetapową kolekcję jesień-zima 2013/14 prêt-à-porter. Tworząc ją chciałam skupić się na swoich klientkach. Moje kreacje noszą różne kobiety - młodsze, starsze, o różnych rozmiarach i profesjach. Sięgnęłam po niezwykle lekki kaszmir, ciekawie połączony ze skórzanymi elementami oraz parzoną wełną. Kolekcja subtelnie przechodzi w historię wieczorową, gdzie w roli głównej pojawiają się koronka oraz wyjściowe suknie i spódnice ze specjalnie nabłyszczanego materiału. Już po użytych materiałach można się domyślić, że będą to produkty z wyższej półki. Moda od projektantów jest droższa, ale mimo to chyba klientela się rozrasta? Tak, społeczeństwo się zmienia. Zaczynamy podążać za tym, co się dzieje za granicą. Coraz częściej zdarza się, że panie nie chcą pójść na uroczystość w sukni kupionej w sklepie sieciowej marki, bo istnieje ryzyko, że spotkają znajomą ubraną w identyczną kreację. Rzeczy szyte na miarę są unikatowe, dlatego wzrasta popularność projektantów. Zauważam, że w tej kwestii w Polsce, a tym bardziej w Warszawie, jest coraz lepiej, chociaż projektant bywa doceniany dopiero po dziesięciu latach. To i tak szybciej niż poeci. Oni muszą czekać do śmierci... O tym nie pomyślałam, ale rzeczywiście nie mamy jednak tak źle (śmiech).

fot. Michał Grzyb

* Kamila Zielińska projektantka mody, stylistka, kostiumograf. Laureatka konkursu „Złota Nitka”. Pisano o niej na stronie internetowej brytyjskiego Vogue’a. Była gwiazdą wydarzenia „II Encuentro de Diseńadores de Castellon”. Hiszpanki wykupiły całą jej kolekcję.  miasta kobiet

wrzesień 2013

9


focus na modę

MODA na każdą okazję klepsydra

gruszka

jabłko

Figura klepsydry jest najbradziej pożądaną przez kobiety. Charakteryzuje ją pełny biust, okragłe biodra i wąska talia. Nogi pani klepsydry są również zgrabne i zwieńczają tę wymarzoną przez większość kobiet sylwetkę.

Kobiety o figurze gruszki mają masywniejszą dolną część ciała. Szerokie, krągłe biodra i masywne uda są dla wielu z nas problemem. Panie o takiej sylwetce mogą poszczycić się płaskim brzuchem i pięknie zarysowanym wcięciem w talii. Małe lub średnie piersi i dosyć wąskie ramiona kontrastują z szerokimi biodrami.

Figura jabłko jest puszysta i niesymetryczna. Charakteryzuje ją średniej wielkości biust, który nie wyróżnia się specjalnie na tle brzucha. Krągłe biodra również nikną przy charakterystycznym braku wcięcia w talii.

kolczyki PARFOIS

649 zł bluzka DIVERSE

19,90 zł

49,99 zł

bransoletka I AM

34,90 zł

koszula OLSEN

399 zł

marynarka OLSEN

sweterek BUTIK

79,90 zł

sukienka SIMPLE wzór

ołówkowa spódnica SIMPLE

370 zł

spodnie SIMPLE

380 zł

torba OCHNIK

599,90 zł

torba WITTCHEN

799 zł torba PARFOIS

139,90 zł buty ECCO buty KAZAR

399 zł

430 zł buty KAZAR

469 zł Focus Mall Bydgoszcz: ul. Jagiellońska, www.focusmall-bydgoszcz.pl, czynne codziennie od 9-21

10

miasta kobiet

wrzesień 2013


focus na modę Szukasz inspiracji? Chcesz wiedzieć, jakie są nowe trendy? Co znajdziesz w aktualnych kolekcjach markowych sklepów? Zastanawiasz się, co pasuje do Twojej sylwetki? Focus Mall Bydgoszcz rozwieje Twoje wątpliwości! W tym miesięczniku znajdziesz interesujące porady dotyczące mody i wizerunku przygotowane przez specjalistów. W aktualnym wydaniu prezentujemy stylizacje na każdą okazję z nowych kolekcji dopasowane do każdej figury. Galeria Focus Mall Bydgoszcz

kolumna

kielich

dzwon

Pani kolumna ma ramiona i biodra tej samej szerokości, dzięki temu jest proporcjonalna. Mimo mało wyraźnie zarysowanej tali, jej sylwetka wygląda dobrze. Pani kolumna ma najdłuższe i najszczuplejsze nogi, ze wszystkich typów sylwetek. To jej zdecydowany atut.

Typ figury kielich charakteryzuje się dużym biustem, wyraźnym brzuchem, szerokimi plecami, wąskimi biodrami i zgrabnymi, długimi nogami. Pani o tym typie figury nie musi ukrywać szerokich bioder. Problemem jest zarówno nadmierna ciężkość górnych partii ciała, jak i brak wyraźnie zaznaczonej talii.

Podstawowymi cechami charakteryzującymi ten typ figury są wąskie ramiona, mały lub średni biust, nieco odstający brzuch, szczupła, ale krótka talia, duża pupa i masywne uda.

naszyjnik I AM

kolczyki GLITTER

54,90 zł

49,90 zł

marynarka SIMPLE

500 zł

kolczyki GLITTER

34,90 zł

marynarka OLSEN

sukienka SIMPLE

449 zł

600 zł

torba WITTCHEN

669 zł

sukienka SIMPLE wzór

bluzka DIVERSE

29,99 zł spodnie OLSEN

torba PARFOIS

119,90 zł

499 zł buty KAZAR

469 zł

buty RYŁKO

buty CCC

329,90 zł

199,99 zł

Focus Mall Bydgoszcz: ul. Jagiellońska, www.focusmall-bydgoszcz.pl, czynne codziennie od 9-21

miasta kobiet

wrzesień 2013

11


tabu

Poznać Jasia Kiedyś zapytałem grupę doświadczonych nauczycieli, jak rozumieją swoje nauczycielstwo - i wtedy zapadła krępująca cisza. Ujrzałem zdziwione miny. Z dr. hab. Mariuszem Zawodniakiem* z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego rozmawia Emilia Iwanciw Już za chwilę w radiu, gazecie i telewizji, jak co roku, pojawią się głosy niezadowolonych dzieci i nastolatków: „znowu do budy”. Dlaczego większość uczniów niechętnie wróci do szkoły? Uczniowie i rodzice zaczną lamentować, bo skończą się wakacje, które z pewnością większości z nich kojarzą się pozytywnie. A szkoła rzadko uznawana jest przez dzieci za fajne miejsce. Zastanawiam się, jaka by musiała być szkoła, by chciało się do niej wracać? Powinna przestać realizować wyłącznie obowiązek oświatowy, co robi obecnie. Musiałaby stać się miejscem rekreacji, zabawy i nauki, która daje olbrzymie możliwości do indywidualnego rozwoju i kreacji. Widzę oczami wyobraźni taką szkołę, w której nauczyciele zamiast egzekwować wiedzę, potrafią nią zarazić. Szkołę, w której dzieci są wspierane w indywidualnym rozwoju, a nie rozliczane z podstawy programowej. Może jednak taka szkoła to utopia? Niekoniecznie! To jest oczywiście możliwe, tyle że trudne w realizacji. Model edukacji musiałby ulec zmianie. Potrzebne byłoby przy tym uwolnienie potencjału wszystkich pracujących w szkole ludzi: począwszy od woźnego, poprzez administrację, skończywszy na nauczycielach. Wychowawca, pedagog, nauczyciel powinien kojarzyć się dzieciom po prostu z fajnym człowiekiem, o ciekawych zainteresowaniach i otwartym na współpracę. Obecnie jednak szkoła koncentruje się na innych zadaniach. Jej celem jest przede

12

miasta kobiet

wrzesień 2013

wszystkim dbanie o realizację tzw. podstawy programowej, o to, by szkoła działała sprawnie administracyjnie. Za tym wszystkim, co Pan wymienia, stoją przecież konkretni ludzie. Ja jako rodzic mogę mieć żal do systemu, do rządu, szkoły, ale głównie mam żal do nauczycieli. Dlaczego tak niewielu jest pedagogów, którzy są lubiani przez uczniów, jednocześnie zachowując autorytet? Problemem jest kształcenie nauczycieli, nie wspominając już o właściwym naborze i selekcji do zawodu. Uniwersytet kształci nauczycieli jedynie na odpowiednich specjalnościach pedagogicznych, np. na tzw. edukacji wczesnoszkolnej. Dlatego, moim zdaniem, edukacja przedszkolna i wczesnoszkolna ma się w Polsce całkiem dobrze. W każdym innym przypadku studenci kształcą się zasadniczo na kierunkach, na biologii, matematyce, geografii… Kończą przecież kurs pedagogiczny… …No właśnie, dzisiaj nazywa się to modułem nauczycielskim. Wszystko obliczone jest zaledwie na dwieście kilkadziesiąt godzin. Wielu studentów zalicza moduł nauczycielski tak na wszelki wypadek. To jednak zdecydowanie za mało, by stać się dobrym pedagogiem. W takich sytuacjach nie unikniemy przypadkowości i zwykłej nieudolności. Kiedyś zapytałem grupę doświadczonych nauczycieli, jak rozumieją swoje nauczycielstwo - i wtedy zapadła krępująca cisza. Ujrzałem zdziwione miny. Dziś większość nauczycieli nie myśli o swojej pracy

w kategoriach misji. To niemodne. Niewiele osób chce nawet o tym rozmawiać. Między innymi dlatego, że edukacja dziś to przede wszystkim chodzenie do szkoły i odrabianie lekcji. Nauczyciele także mają swój biznesplan, którego częścią są podstawy programowe, testy, egzaminy, olimpiady, rankingi…

Nietrudno jest przegapić talenty czy pasje u swoich dzieci i sprawić, że zostaną wtłoczone w schemat, który do nich kompletnie nie pasuje. MARIUSZ ZAWODNIAK DORADCA EDUKACYJNY

To nie do końca ich wina, że muszą gonić za rankingami, wypełniać dokumenty, wyciągać średnie. Tu będę bronić nauczycieli. Tak działa system. Zgoda! To głównie wina systemu! Gdyby uwolnić nauczycieli od przymusu wypełniania masy niepotrzebnych dokumentów i realizowania niepotrzebnych często rzeczy,


1593713BDBHA 979013TRTHA

ewodniku! Nowe kanały w Tele Prz Już od 30 sierpnia y bezpłatne m ia n ż ró y w i y m Wprowadza wizji cyfrowej le te j e n m ie z a n kanały

3a6cji st


tabu a na dodatek, gdyby stworzyć warunki do uwolnienia ich potencjału, to okazałoby się, że mamy mnóstwo wspaniałych, kreatywnych pedagogów. W swoim otoczeniu obserwuję, że coraz więcej rodziców próbuje alternatywnych form nauczania domowego, tworzą fundacje, chcą otwierać szkoły z autorskim programem. Rodzice dzieci, które uczęszczają do alternatywnych przedszkoli, jakie już są w naszym mieście, nie chcą zapisać swoich dzieci do zwykłej, osiedlowej szkoły, jak mówią „oddać na zmarnowanie”. Rozumiem podobne odruchy, bo szkoła - niestety - daje sporo powodów, by tak o niej myśleć. I rodzice nie są w tym bynajmniej odosobnieni. Są całe grupy i środowiska nauczycieli, które otwarcie krytykują obecny systemu nauczania. W Internecie roi się zresztą od portali i stron poświęconych alternatywnej edukacji. Np. na facebooku znajdzie pani fanpage’a „Superbelfrzy RP”. Gorąco polecam! Jakiś czas temu przejęty rodzic zamieścił tam wpis z zapytaniem, czy ma się z tego faktu cieszyć, czy raczej czegoś obawiać, że córka ukończyła gimnazjum ze średnią 5,6? Obawiać? Chyba powinien być dumny. Może dziecko jest doskonałe we wszystkim? To mało prawdopodobne. A ów rodzic boi się właśnie tego, że średnia ta oznacza opanowanie podstawy programowej, nie stoją zaś za nią bardziej pożądane kompetencje. Mogę Pani zacytować fragment tego wpisu. Chętnie posłucham. „Co oznaczają prawie same piątki i szóstki”? Czy najwyższe noty dotyczą także osiągnięć w zakresie ciekawości, dociekliwości, wnikliwości, wątpliwości, poszukiwania różnorodności i sprzeczności, ochoty do zadawania pytań, skłonności do niedowierzania i wyrażania sprzeciwu, odwagi i pokory, nieobojętności, umiejętności słuchania, taktu, finezji, delikatności, okazywania szacunku, umiejętności prowadzenia dialogu? Głupie pytania zadaję, prawda? Te osiągnięcia nie są w zakresie zainteresowania szkoły? Nie są ujęte w podstawie programowej?(…)” Obawiam się, że te umiejętności nie tylko nie są ujęte w podstawie programowej. One nie są doceniane przez większość nauczycieli. Sam miałem podobne doświadczenie. Przeprowadziłem kiedyś eksperyment, rozdając nauczycielom zeskanowane świadectwo. Widniały na nim, od góry do dołu, same oceny bardzo dobre. Zapytałem, co mogą powiedzieć o takim uczniu? Czy na podstawie takiego dokumentu, który zresztą wędruje za uczniem do kolejnej szkoły, powiedzą coś o typie jego umysłowości, o jego predyspozycjach czy możliwościach? Oczywiście, pojawił się problem z udzieleniem odpowiedzi. Wpis owego rodzica i ta sytuacja, o której wspominam, doskonale obrazują to, czego w szkołach brakuje. Nie gromadzimy w żaden sposób wiedzy na temat potencjału

14

miasta kobiet

wrzesień 2013

uczniów. A to mogłoby być bardzo pomocne w edukacji. Rozwijając mocne strony u każdego dziecka, można by uniknąć edukacyjnych porażek i zagubienia, które obserwuję u gimnazjalistów czy maturzystów, a zwłaszcza u tych ostatnich. Wielu z nich nie zdaje sobie nawet sprawy z własnych mocnych stron czy słabości.

Wychowawca, pedagog powinien kojarzyć się dzieciom po prostu z fajnym człowiekiem. Obecnie jednak szkoła koncentruje się na innych zadaniach. MARIUSZ ZAWODNIAK DORADCA EDUKACYJNY

Stąd całe obecne pokolenie niezdecydowanych, niesamodzielnych, niewiedzących, co chcą robić w życiu? Też! I to jest coraz większy problem społeczny! To już nie tylko kwestia do jakiegoś potraktowania podczas okolicznościowej pogadanki, ale do natychmiastowej realizacji w nauczaniu. To ogromne wyzwanie dla nauczycieli i całego systemu edukacji. Wszelkie badania i prognozy pokazują, że będzie dochodziło do coraz większego zróżnicowania w społeczeństwie. Zjawisko dosięga właśnie szkolnej edukacji i tu należy doszukiwać się przyczyn. Zabrzmi to może brutalnie, ale wygrają Ci, zarówno rodzice, jak i uczniowie, którzy będą po prostu świadomi zmian, jakie nastają, i którzy zmierzą się z wyzwaniami. Cała potężna grupa nieświadomych uczniów, niezdolnych do odczytywania i określania swoich możliwości, będzie mieć poważne problemy w swoim dorosłym życiu

z odnalezieniem się na rynkach pracy, Wielu będzie miotać się w swoim niezdecydowaniu, czasem przekonaniu o swojej bezwartościowości. Rodzice, którym wciąż wydaje się, że dziś wystarczy posłać dziecko do szkoły, a reszta zrobi się sama, są w błędzie. A jednocześnie rodziców, którzy potrafią być dla swojego dziecka również psychologami, pedagogami i coachami, nie ma zbyt wielu… Dlatego moim zdaniem polska szkoła powinna przełożyć akcent z modelu nauczania przedmiotowego na rozpoznawanie potencjału uczniów i umiejętne nim zarządzanie. Zdobywanie wiedzy jest bardzo istotne i tego nie kwestionuję, ale na samych świadectwach kwalifikacyjnych nie da się przygotować młodych do dorosłego życia. W wielu dziedzinach nawet ważniejsze są umiejętności i kompetencje. Tzw. miękkie wartości są obecnie bardzo pożądane na rynku pracy. Na fizyce, geografii czy biologii młodzi ludzie ich nie wykształcą. Zamiast tego zdobywają masę wiedzy encyklopedycznej i muszą robić rzeczy, do jakich ich umysł w wielu przypadkach się nie nadaje. Sama pani, jako rodzic, zna z pewnością sporo takich przykładów. Przykład z życia: chłopiec, który nie ma słuchu muzycznego, musi odśpiewać na muzyce przed całą klasą kilka infantylnych piosenek. Rozumiem, czemu on się przed tym wzbrania. Nie każdy umie i musi umieć śpiewać. Koledzy go wyśmieją. A jednak zaśpiewać trzeba, bo inaczej pała. Dlaczego nie ma alternatywy? Niech śpiewają dzieci uzdolnione muzycznie, a te z talentami w innych dziedzinach niech na przykład piszą opowiadania… Przykład, który pani przytoczyła, doskonale obrazuje, ile czasu i energii dzieci oraz rodziców się marnuje. Taki chłopiec, zamiast po raz dziesiąty ćwiczyć piosenkę na muzykę, mógłby rozwijać się w dziedzinie, w której po prostu jest dobry. Dlaczego jego umysł jest represjonowany koniecznością śpiewania piosenek? Jaką korzyść on osiągnie, jeśli już wiadomo, że nie jest wokalnie uzdolniony? Polska szkoła jest jednak bardzo opresyjna, to kolejny problem.


tabu Nie da się chyba jednak zindywidualizować nauczania na tyle, by każde dziecko mogło podążać za swoimi zdolnościami. Można, ale oczywiście w innym systemie edukacji! Uważam też np. - i tu pewnie wygłoszę kontrowersyjną tezę - że dzieci, które nie są dostatecznie dobre w jednym, dajmy na to w samym pisaniu, w rozumieniu kaligrafowania czy w ortografii, bo mają dysgrafię czy dysortografię, nie powinny spędzać zbyt wiele czasu na próbach doskonalenia tej umiejętności. Dlaczego? Też pani podam przykład z życia. Pewien chłopiec ma dysleksję, co zostało dość wcześnie zauważone. Rodzice chodzili z nim do poradni, regularnie, a poza tym codziennie z nim ćwiczyli. Ta nauka nie przynosiła specjalnych efektów, choć cała rodzina była skupiona wokół tego problemu. W końcu ojciec, na jednym ze spotkań w poradni, zapytał: „A co z mocnymi stronami mojego syna? Kiedy i jak mają się rozwijać jego talenty, skoro każde popołudnie poświęcamy na to, by naprawiać jego „defekty”? Na czym on ma budować swoje poczucie własnej wartości, skoro jest codziennie zmuszany, oczywiście „dla swojego dobra”, do żmudnej pracy, jakiej jego umysł nie jest w stanie sprostać? Czy nie lepiej by było, gdyby inaczej zarządzać tym czasem, bo w takiej sytuacji nie starcza go na nic innego, tylko na odrabianie lekcji i ćwiczenia korekcyjne. A gdzie reszta? Gdzie mocne strony dziecka? Co usłyszał w odpowiedzi? Nic. Zapadła cisza. A w każdym razie nie usłyszał nic konstruktywnego, co by go przekonywało czy namawiało do czegoś. Zerwał więc - by tak rzec - z uporczywą terapią dziecka, godząc się z tym, że jego syn nie będzie mistrzem ortografii, ale zakładając, że z pewnością ma jakieś inne atuty, na których będzie mógł zbudować swoje poczucie własnej wartości i rozwijać swój potencjał w zgodzie ze swoimi predyspozycjami. Po to są autorytety: psycholog, pedagog, logopeda, by mówić rodzicom, co powinni zrobić, gdy pojawia się problem. I troskliwi rodzice wykonują ich zalecenia. Taka samodzielność w myśleniu i odwaga rodzica, jaką Pan opisał, nie zdarza się często. Zdaję sobie z tego sprawę. To dowodzi, że szkoła nie jest dobrze zorganizowana. Nie twierdzę nawet, że ojciec ów postąpił w sposób jedynie słuszny, twierdzę natomiast, że cały system źle funkcjonuje. Całkowicie z pola widzenia znika nam przesłanie ze znanego powiedzenia, że aby Jasia nauczyć matematyki, nie wystarczy znać matematykę, ale trzeba też poznać Jasia. Trzeba chcieć poznawać Jasia! Zmiany są więc konieczne! Ma Pan pomysł na takie zmiany? Dobrym pomysłem byłoby wprowadzenie szeroko pojętego doradztwa edukacyjnego, jeszcze lepszym - wykształcenie i wprowadzenie do systemu nauczania menedżerów

Taki chłopiec, zamiast po raz dziesiąty ćwiczyć piosenkę na muzykę, mógłby rozwijać się w dziedzinie, w której po prostu jest dobry. Dlaczego jego umysł jest represjonowany koniecznością śpiewania piosenek? MARIUSZ ZAWODNIAK DORADCA EDUKACYJNY

edukacji, którzy zajęliby się rozpoznawaniem potencjału u dzieci i młodzieży. Tacy doradcy funkcjonują już na Zachodzie. Usiłowałem nawet przekonywać do takich pomysłów i takich rozwiązań na uniwersytecie, ale moja propozycja nie spotkała się ze zrozumieniem. Usłyszałem, że jest doradztwo zawodowe, a poza tym, że nie ma doradcy edukacyjnego na liście zawodów. A przecież to są dwa różne obszary działania. Zanim młody człowiek zmierzy się z wyzwaniami zawodowymi, ma najczęściej przed sobą jeszcze sporo lat nauki. W podjęciu ważnych edukacyjnych decyzji mogliby pomóc rodzice, jednak niewielu potrafi krytycznie spojrzeć na własne dziecko. A wybór profesji musi oznaczać zdolność do krytycznej oceny możliwości konkretnego dziecka. Myślenie o zawodzie czy zawodach musi poprzedzać myślenie o samym sobie, swoich predyspozycjach i umiejętnościach. Pomoc doradcy zawodowego jest oczywiście wskazana, ale nieco później - w sytuacji, gdy młody człowiek potrafi już rozmawiać o swojej przyszłości i ścieżce kariery, gdy ma jakiekolwiek wyobrażenie o tym, co chciałby w owej przyszłości robić. Gdy ma z tym problem, oznacza to - mówiąc językiem szkolnym - że nie odrobiono z nim innych lekcji. Dlatego najpierw zaprojektowałbym w systemie kształcenia elementy doradztwa edukacyjnego, zwłaszcza gdy nauczanie skoncentrowane jest na kształceniu przedmiotowym. Inna rzecz, że i doradztwo zawodowe jest jakoś nieudolnie wkomponowane w nasz system kształcenia, bo też pojawia się poniewczasie… Wtedy, kiedy już jest często za późno. No właśnie! Gdy zagubiony młody człowiek już skończył nieodpowiednie dla siebie studia i teraz może się najwyżej przekwalifikować. Młodzi ludzie, nawet jeśli sporo wiedzą z obszarów nauczanych przedmiotów, to ciągle najmniej wiedzą o sobie i swoich możliwościach.

Co by musieli zrobić ci młodzi, którzy muszą podjąć decyzję o wyborze liceum, studiów, kursu, szkolenia? Znaleźć dobrego doradcę, to znaczy poprosić o takie doradztwo wychowawcę czy innego nauczyciela, który w jakimś stopniu zna danego ucznia bądź miał okazję go poznawać. Warto pamiętać też o takich rzeczach, o których od dawna nie rozmawiamy albo które są niesłusznie zmarginalizowane czy wręcz lekceważone. A więc np. warto przypomnieć sobie swoje wizje czy marzenia z dzieciństwa. Wiele z nich, które zostały wyśmiane kiedyś przez rodziców, kolegów albo po prostu pominięte, może mieć ogromne znaczenie. Może mamy talent do projektowania, szycia, a może zawsze pociągały nas militaria i doskonale odnajdziemy się w wojsku. Może jako dzieci składaliśmy modele samolotów i świetnie nam szło, więc mamy smykałkę do konstruowania, możemy sprawdzić się jako inżynierowie. I tak dalej, i tak dalej. Wielu z nas zdusiło w sobie takie czy inne marzenia, a warto się do nich odwołać... Dlaczego pani się śmieje? Pomyślałam o moim synu, który nagrywa filmy, ma swój kanał na youtube i marzy, by zostać let’s playerem. Taki ktoś na żywo gra w gry komputerowe, a inni to oglądają. Proszę się z tego nie śmiać, bo to się może przerodzić w przyszłości w coś fajnego, a nawet poważnego. Są takie pasje, których dzieci się wstydzą, bo rodzice się z nich śmieją, machają na nie ręką, mówiąc, żeby zajęły się szkołą, lekcjami, bo to jest najważniejsze. Celujemy w dzieci sloganami, którymi nas wcześniej karmili nasi rodzice. Nie wsłuchujemy się natomiast w sygnały, jakie nam wysyłają. Nietrudno jest przegapić talenty czy pasje u swoich dzieci i sprawić, że zostaną wtłoczone w schemat, który do nich kompletnie nie pasuje. Zachęcam, by nie deprecjonować zmieniających się zainteresowań u dzieci, raczej je na swój sposób kolekcjonować i uważnie obserwować.

* dr hab. Mariusz Zawodniak nauczyciel akademicki, publicysta i doradca edukacyjny, autor projektu Szkoły Nowej Generacji, prowadzi blog zatytułowany „Co z tą szkołą”: www. zawodniak.natemat.pl miasta kobiet

wrzesień 2013

15


Kobieta z klasą

do pracy

stylistka poleca

Kobieca, szykowna, z klasą. Każda z nas chce taka być. Tylko jak to zrobić? Dowiesz się śledząc nowy cykl „Stylistka poleca” w naszym miesięczniku. Na początek, w konsultacji z trenerką wizerunku, wzięła udział sama pomysłodawczyni akcji - Izabella Knitter-Chmara, marketing manager Galerii Pomorskiej.

Była pani na zakupach ze stylistką. Jakie wrażenia? Warto? Zdecydowanie tak. Samej trudno dobrać idealny strój - dopasowany do okazji, figury, koloru oczu, cery. Przed konsultacją ze stylistką, zakupy robiłam intuicyjnie, jak wiele z nas. Raz udało mi się dobrać coś idealnie, innym razem nie byłam do końca zadowolona. Teraz kupuję bardziej świadomie.

marynarka H&M 149,90 zł spódnica H&M 79 zł koszula H&M 99,90 zł chusta KappAhl 64,90 zł buty Badura 339 zł kolczyki SIX 22,90 zł

sukienka Quiosque 169,99 zł buty Badura 339 zł (w promocji 279 zł)

torebka SIX 74,90 zł kolczyki SIX 27,90 zł

Umieram z ciekawości. Cóż to jest? Kiedy nie ma się czasu na dokładny make up, najważniejsze jest, by podkreślić policzki różem. Kobiety, które mają zarumienione kości policzkowe, sprawiają wrażenie, jakby szybciej płynęła im krew w żyłach, jakby były bardziej zainteresowane swoim rozmówcą. To działa szczególnie na mężczyzn. Jak wygląda indywidualne spotkanie z trenerką wizerunku? Na początku jest rozmowa. To potrzebne, by stylistka mogła dopasować strój nie tylko do figury, ale też osobowości klientki, charakteru jej pracy, sposobu spędzania czasu wolnego. Potem przez dwie godziny stylistka wraz z klientką chodzą do sklepów i dobierają ubrania. Nie trzeba jednak nic kupować. Można tylko poprzymierzać, posłuchać rad, a potem jeszcze skonsultować wybór w domu z kimś bliskim. Już po jednej konsultacji, każda z pań nabiera większej pewności przy wyborze garderoby dla siebie. Co powinna zrobić osoba zainteresowana konsultacją ze stylistką? To proste. Wystarczy wejść na naszego facebooka „Stylistki radzą”, wysłać swoje zdjęcie i odpowiedzieć na pytanie „dlaczego właśnie ty powinnaś wziąć udział w zakupach ze stylistką?”. Każda osoba ma do wyboru dwie doskonałe stylistki: Agnieszkę Nijak i Lenę Kałużną.

Twoje indywidualne spotkanie ze stylistką BEZPŁATNIE W KAŻDĄ ŚRODĘ wejdź na: www.galeriowaszafa.pl

16

miasta kobiet

wrzesień 2013

Rozmawiała Emilia Iwanciw

MAKIJAŻ

MODELKA: Izabella Knitter-Chmara FOTOGRAFIE: Tymon Markowski STYLIZACJA: Lena Kałużna

na spotkanie

Czego się pani dowiedziała o sobie? Na przykład tego, że powinnam wybierać ciepłe kolory, unikać ubrań w duże geometryczne wzory. Wiem już jaką biżuterię nosić i jaki krój kołnierzyka podkreśla kształt twarzy. Dowiedziałam się też, co jest najważniejsze w kobiecym makijażu.


felieton

Mama w gangu

Dresiarstwo przyjęło nowe oblicze. Przeszło rewolucję. Przejęły je kobiety. Lena Kałużna* Historia dresu podobno sięga francuskiej rewolucji. Nie będę was jednak raczyć genealogią mody. Napiszę tylko, że bluzę z kapturem wyprodukowano z przyczyn praktycznych kilkadziesiąt lat temu dla pracowników chłodni. W latach siedemdziesiątych rozpoczęła się moda na życie fit i aerobik. Wtedy sportowcy z Rockym na czele dołączyli do niej wygodne dresowe spodnie i jakoś tak się stało, że dziś dresiki noszą głównie lekkoatleci, celebryci unikający paparazzi, dresiarze i matki. Na sporcie się nie znam, celebrytów zostawię redakcji Pudelka czy innego yorka. Mnie interesuje przyziemne, prawdziwe oblicze dresiarstwa.

Modne chłopaki Dresiarzom, w kontekście budowania własnego stylu i dobrze zorganizowanej garderoby, należą się ukłony. Zrealizowali nasze babskie marzenia o tym, że wyciągnięte z garderoby, z zamkniętymi oczami, dwie przypadkowe rzeczy zawsze będą do siebie pasowały. Trzeba też przyznać niezłą organizację (skarpetki bielusieńkie i sparowane), regularne śledzenie trendów (wiadomo, ile ma mieć pasków w tym sezonie, jaka marka jest na topie), a także konsekwentną realizację narzuconych sobie norm. Pozostają wierni swoim ideałom. Asertywnie potrafią powiedzieć „nie”, kiedy ktoś sugeruje włożenie spodni od garnituru, bo ważna okazja. Nowe oblicze Tylko czy subkultura dresiarzy w ogóle jeszcze istnieje? „Fura i komóra” kojarzy się

dziś bardziej z wypachnionymi chłopcami z postawionymi kołnierzykami kolorowych koszul od „dolce & babana” i roleksem, kupionym po okazyjnej cenie na podziemnym parkingu. Sportowe zostało już tylko obuwie, chociaż i te czasem zastępują sztifle. Męskie dresiarstwo przeszło wizerunkową metamorfozę, a dresy noszą teraz głównie... kobiety.

Należę do gangu O tej porze roku dresiary z dzielni skupiają się na ogół wokół placu zabaw. Nie piją, nie palą, nawet nie klną. Strzegą dzieci. Współczesną dresiarą jest bowiem matka, a jej fura to wózek z ABS-em. Matka - piękna i inteligentna, do tego szalenie zaradna. Ma intuicję, szósty zmysł, rozwiniętą inteligencję emocjonalną. Potrafi mnożyć się, odnajduje w sobie dodatkowe ręce oraz oczy. Wyczytałam kiedyś, że do momentu osiągnięcia wieku szkolnego, dziecko wymaga uwagi matki mniej więcej co cztery minuty odejmując czas na sen, zajmuje ją ok. 250 razy dziennie. W skali roku to... 91 500 razy („The Buying Brain” dr. A.K. Pradeep, 2010 r.). Godne podziwu. Podstawowa zasada przynależności do dresikowego gangu jest prosta: po porodzie należy natychmiast wyzbyć się radości z piękna zewnętrznego, wbić się w stary, znoszony bawełniak oraz byle co na górę. Nie dbać o siebie, bo jak poświęcasz czas na makijaż, fryzurę i ładny ciuszek, to znaczy, że albo jesteś wyrodną matką i robisz to kosztem dobra dziecka, albo masz pomoc domową. Wówczas na placu zabaw zostaniesz wykluczona ze społeczności matek Polek

dresiarek. Zazdrość, to chyba najgorsza cecha naszego społeczeństwa, a w szczególności kobiet.

Zróbmy to lepiej! Niestety, dresiki nosimy gorzej niż chłopaki z pierwszych akapitów. Oni przynajmniej nadążali za modą. U nas jest odwrotnie, bo szkoda niszczyć. Nawet rozumiem, uleje się i pobrudzi. Tylko tak mija kilka miesięcy, czasem rok, bywa też, że i dwa, trzy, a nawet więcej. Przyzwyczajamy się do dresiarskiego stanu umysłu. Jak zrobisz makijaż i założysz kolczyki, znaczy mamy święto narodowe, jakieś czy rodzinne. Tylko któregoś dnia matka dresiarka staje przed szafą i tonie we łzach. Nie ma co na siebie włożyć. Ale my lubimy narzekać i nic z tym nie robić. Drogie mamy, jest jeszcze coś takiego jak wygodna elegancja. Miękkie dzianiny. Ja nie mówię, żeby od razu na plac zabaw wkładać szpilki. Czasem wystarczy po prostu wybrać coś, w czym będziemy czuć się ładnie. Ciąża nie oznacza końca kwiecistych sukienek. Dresiarze z lat 90. przeszli metamorfozę. Zróbmy to też my, tylko lepiej!

*Lena Kałużna - socjolożka, trenerka wizerunku. Pomaga kobietom odnaleźć własny styl. Szczegóły na www.kobiecaperspektywa.pl

miasta kobiet

wrzesień 2013

17


kobiecym okiem

To ja

lecę Śniłyście kiedyś, że spadacie? Lecicie w dół i nie macie się czego złapać? Mnie często zdarzało się to w dzieciństwie. Aż w końcu nauczyłam się latać… TEKST: Dominika Kucharska ZDJĘCIA: Tomasz Czachorowski

S

łyszę budzik. Podciągam rolety i widzę krople deszczu na szybie. Jeszcze wczoraj był upał i ani jednej chmurki na niebie. - Chyba to całe latanie nie jest mi pisane - myślę sobie, ale nadzieja, że jednak dziś się uda, nie gaśnie. To w końcu drugie podejście. Ostatnio pogoda popsuła nam plany, ale mamy sygnał, żeby wsiadać do samochodu i przyjeżdżać. Śniyście kiedyś, że spadacie? Lecicie w dół i nie macie się czego złapać? Mnie często zdarzało się to w dzieciństwie, ale i w dorosłym życiu nieraz budziłam się zalana potem, z przekonaniem, że już po mnie.

Ten brak kontroli obezwładnia, dlatego na hasło „symulacja swobodnego spadania” w głowie zapaliła mi się żarówka i nieśmiała chęć spróbowania swoich sił. Tunel aerodynamiczny, wybudowany w Prądkach pod Bydgoszczą, od kilku miesięcy przyciąga zaciekawionych amatorów ekstremalnych zabaw. Po drobnych kłopotach z trafieniem na miejsce jestem tam.

PO POWIETRZNEJ DRABINIE - Będziesz jak piórko na wietrze - mówi Dariusz Makowski, właściciel latającej atrakcji, po jednym spojrzeniu w moją stronę. Po tych słowach miękną mi nogi. Działanie tunelu okiem laika przypomina działanie wielkiej suszar-

ki do włosów. Trzy silniki o średnicy dwóch metrów wydmuchują powietrze z prędkością około 200 km na godzinę. Wciąż bezpieczna stoję na dole i patrzę, jak to robią profesjonaliści. Nigdy nie wyobrażałam sobie, że można rękami złapać za powietrze i wspinać się po nim jak po stopniach drabiny. Uwierzcie, jest to możliwe. Po latających fachowcach do przeźroczystego tunelu wchodzi dziewczyna, która próbuje swoich sił po raz pierwszy. Strumień powietrza robi z nią co chce. Jej nogi latają na wszystkie strony, a we mnie odzywa się lęk wysokości. Z ust wyrywa się nerwowy śmiech. Boję się, ale już słyszę swoje imię. Przechodzę szybkie szkolenie. Posłusznie zapinam kombinezon. Okazuje się, że założenie sandałów nie było dobrym pomysłem. Całe szczęście jedna z latających pożycza mi adidasy.

PATRZ NA PALCE, ZGINAJ NOGI! Na trawie leżą piankowe klocki obite materiałem przypominającym skórę. Zgodnie ze wskazówkami kładę się na jednym z nich na brzuchu. Pan Dariusz kuca przede mną, wyciąga ręce i każe nacisnąć dłońmi na jego dłonie. - Czujesz opór? Ten, który wytworzy powietrze w tunelu, będzie nieporównywalnie silniejszy - wyjaśnia. Dwa wyprostowane palce oznaczają, że mam wyprostować nogi. Analogicznie - zgięte palce to zgięte nogi. Pokazywanie na migi jest niezbędne, bo przez hałas panujący w tunelu nic nie usłyszymy. Wątpliwości, zawahanie, myśli o ucieczce... Nie mam na to czasu. Powiedziałam „A”, to powiem i „B”. Zresztą, już wołają, żebym wcho-

18

miasta kobiet

wrzesień 2013


kobiecym okiem dziła po metalowych schodkach na szczyt konstrukcji. Gogle i kask - wszystko na swoim miejscu. Wybucham nerwowym śmiechem i udając, że jestem odważna, wchodzę do tunelu.

TO JA JUŻ LECĘ... Jestem w środku. Czuję się jak w okrągłej szklarni. Hałas, nieustający podmuch i adrenalina, która rozszerza mi źrenice i sprawia, że uderzenia serca przyspieszają. Instruktor pokazuje mi, jak położyć się na powietrzu (?!). Potem energicznie łapie za uchwyty na moim kombinezonie, a ja zaczynam się unosić. Wznoszę się coraz wyżej. Myślałam, że największą panikę wywoła we mnie spadanie. Tymczasem boję się, że odlecę i wiatr wytwarzany przez tysiące koni mechanicznych wywieje mnie daleko stąd. Wiem, że to niemożliwe, bo góra tunelu zabezpieczona jest siatką, ale ja latam, więc na to, co możliwe, a co nie, patrzę z innej perspektywy. Świadomość, że instruktor wciąż jest blisko i nie przestaje mnie trzymać (chociażby za kolano) działa uspokajająco. Na zupełnie samodzielne latanie nie jestem jeszcze gotowa. Po kilku sekundach dociera do mnie, że nie podnosi mnie nic innego jak tylko powietrze i rzeczywiście jestem jak piórko na wietrze... i rzeczywiście latam! Patrzę przed siebie. Na dole stoi grupka ludzi, bo każde odpalenie kosmicznej maszyny przyciąga zaciekawionych mieszkańców Prądek.

Wznoszę się coraz wyżej. Myślałam, że największą panikę wywoła we mnie spadanie. Tymczasem boję się, że odlecę i wiatr generowany przez tysiące koni mechanicznych wywieje mnie daleko stąd. DOMINIKA KUCHARSKA

Oni stają, a ja latam! O czym myślę? O niczym innym poza tym, co przeżywam w tej chwili. Kiedy unoszę się ponad ziemią to co, przyziemne staje się odleglejsze. Jest genialnie i trochę nierealnie.

CHCĘ JESZCZE, CHCĘ WYŻEJ! Największe zaskoczenie? Sam fakt, że się odważyłam. Ja, osoba, która na kolejce górskiej zamyka oczy i modli się, żeby już było po wszystkim. Osoba, która na ósmym piętrze wieżowca nie wchodzi na balkon, bo to zdecydowanie za wysoko i wszystko może się zawalić. I teraz właśnie ja prostuję nogi i zginam, R

E

K

L

wzlatuję wyżej i znów zbliżam się do ziemi. Instruktor przeciąga mnie silnym ruchem i stawia na nogi. Wychodzę z tunelu i wiem jedno, chcę jeszcze! Całe szczęście nie czekam długo, bo wejście znów się otwiera i znów czuję podmuch, który za chwilę uniesie mnie do góry. Instruktor pokazuje, że tym razem mam poszybować na plecach. Przecząco kręcę głową i mówię, choć i tak nikt mnie nie słyszy, że nie ma mowy. I co? Mimo że rozum odradza, po kilku sekundach posłusznie kładę się na plecach. Powietrze wypycha mnie do góry. Nie wytrzymuję długo, bo siła podmuchu mną miota. Znów wybieram pozycję, w której mogę poczuć się jak ptak. Uśmiecham się do fotoreportera i mam nadzieję, że moje poliki nie falują aż tak bardzo jak twarz instruktora. Chłonę każdą sekundę.

NIE SPADNIESZ, UMIESZ LATAĆ Zabawa kończy się i schodzimy na dół. Po chwili szybowania twarde stąpanie po ziemi wydaje się dziwne. Mimo że na głowie miałam kask, to moje włosy sterczą na wszystkie strony. - Jak znów przyśni ci się, że spadasz, to wiedz, że nie spadniesz. W końcu umiesz latać - słyszę na do widzenia. Adrenalina działa długo. Dopiero po dwóch godzinach zauważam, że mam obity łokieć. Musiałam się uderzyć, gdy podmuch powietrza zepchnął mnie na ściankę tunelu. Wcześniej nie czułam bólu. Siadam przed komputerem. Piszę, ale tak naprawdę głowę mam wysoko w chmurach. Dzień jak co dzień? Nie. Ja dziś całkiem odleciałam! A

M

A

1563413BDBHA

miasta kobiet

wrzesień 2013

19


fot. Damian Daszynski › damiany.blogspot.com

jej pasja

Rozsypany bit Staram się oferować określone umiejętności, pomysły, projekty i wierzę, że bronią się one wcale nie dlatego, że jestem kobietą. Z Justyną Ptaszyńską, czyli didżejką Lu, rozmawia Kamil Pik

Jak właściwie powinienem się do Ciebie zwracać? Justyno, Lu, czy może Lucid Fox? Prywatnie oczywiście jestem Justyną. Lucid Fox to jedynie pseudonim wymyślony na potrzeby Facebooka, bo nie lubię podpisywać się w Internecie imieniem i nazwiskiem. Za konsoletą natomiast występuję jako Lu. Skąd ten pseudonim? Jest skróconą wersją wcześniejszego pseudonimu Lucy Fair, który z wiekiem zaczął wydawać mi się śmieszny. Znajomi natomiast często nazywają mnie Lisem. Tych pseudonimów było nawet więcej… Mówisz, że nie chciałaś pojawiać się z imienia w sieci. Ukrywałaś się pod wieloma pseudonimami. Do każdej działalności pod innym. Nie boisz się, że we współczesnym świecie artysty, którego nie ma w mediach, może nie być w ogóle w świadomości odbiorców? Nieobecność w mediach wynika prawdopodobnie z tego, że nie zajmuję się rzeczami, które są w sferze pop. Wpadłam do pudełka „niemedialna”, mimo zajęcia miejsca na podium w ogólnopolskim konkursie didżejek. Poza tym autopromocja nie należała nigdy do moich

20

miasta kobiet

wrzesień 2013

zainteresowań. Zdaję sobie jednak sprawę, że takie postępowanie w niczym mi nie pomoże. Staram się więc ujednolicić wszystkie pseudonimy pod którymi tworzyłam. Szukałem innych kobiet, zajmujących się didżejką i wygląda na to, że jesteś jedyną liczącą się w Bydgoszczy w tym fachu. Trudno zaistnieć w tak męskim środowisku? Faktycznie jestem dość osamotniona w tej branży. Nie uważam jednak, aby moja kobiecość była jakimś utrudnieniem. Myślę, że jako jedynej kobiecie wśród mężczyzn było mi nawet łatwiej. Bycie rodzynkiem sprawia, że często możesz nawet robić coś słabiej, a i tak usłyszysz „wow”. Ja staram się jednak oferować określone umiejętności, pomysły, projekty i wierzę, że bronią się one wcale nie dlatego, że jestem kobietą. Czytając nieliczne wywiady, których udzieliłaś, odniosłem wrażenie, że jesteś skryta. Nie przeszkadza to w tym, czym się zajmujesz? Coś w tym jest. Możemy mówić o pewnej mojej skromności i powściągliwości. To cechy, które wręcz pielęgnuję w życiu codziennym. Nie dotyczą mojej pracy twórczej i jej efektów,

tylko mówienia o nich. To wynika z tego, że wierzę w ciągłe samodoskonalenie, zachwyt nad sobą jest mi obcy. Nie służy, moim zdaniem, żadnej twórczości. Kiedy jesteś sobą zachwycona, przestajesz się rozwijać. Na scenie jednak, nie ma miejsca na skromność - trzeba działać na full. Skoro już decydujemy się wystąpić publicznie, nielogicznym byłoby wstydzić się tego. Tańczysz i występujesz jako didżejka. Po którą z tych form sięgnęłaś wcześniej? Pasja do muzyki była we mnie od zawsze i gdziekolwiek była możliwość dzielenia się nią, to w to wchodziłam. Na początku, w podstawówce, były to głównie dyskoteki, na których puszczałam muzykę z kaset. Nie traktowałam jednak tego poważnie. W latach szkolnych kazano mi również uczyć się gry na gitarze, co w praktyce bardzo mi przypadło do gustu. Taniec pojawił się w moim życiu w poważniejszej formie. Było to w czwartej klasie podstawówki. Uczyłam się wówczas modern jazzu, który wraz z rozwojem naszej pani choreograf przeszedł w taniec współczesny. Po drodze pojawiła się też odrobina break dance’u i electro. Pod koniec szkoły średniej wpadłam na pomysł, aby zająć się didżejką. Mój znajomy


jej pasja chciał sprzedać płyty, które należały do moich ulubionych. Postanowiłam je kupić i przetrzymać do czasu, aż mu przejdzie i będzie chciał je odkupić. Jemu jednak nie przechodziło, a ja w międzyczasie wsiąkłam w didżejowanie.

Dźwięki popularnego techno przypominają mi remont u sąsiada i przyprawiają mnie o ból głowy. JUSTYNA PTASZYŃSKA

Szukając informacji o Tobie stykałem się z takimi określeniami jak didżejka, producentka, tancerka, choreografka, poetka. Strasznie dużo tego. Musisz być niezwykle zapracowana i mieć wciąż głowę pełną pomysłów. A do tego w pierwszej kolejności jestem etatowym grafikiem. Cała twórcza sfera odbywa się po godzinach. Mam nadzieję, że pomimo mojego zabiegania, rzeczy, które upubliczniam, bronią się. Liczę, że nie jest to wypluwanie czegokolwiek z siebie, a tworzenie, którego efekty mają pewną wartość artystyczną. Wiele z inicjatyw pojawia się całkiem spontanicznie i nie są przeze mnie planowane, jak np. wystąpienie z Tirvyous Wagon w ramach Letniego Prania Mózgu. Dostałam propozycję godzinnej improwizacji tanecznej na dwa tygodnie przed wydarzeniem i nie mogłam sobie odmówić. Staram się jednak trzymać zasady, że weekend to dni święte i powinny być wolne. Nie zawsze jednak to tak wychodzi. Jak wyglądały pierwsze grane przez Ciebie imprezy? Muzycznie były osadzone w takich nurtach jak oldschool hardcore czy szerzej rave. Pierwszym klubem w Bydgoszczy, w którym poprowadziłam imprezę, był nieistniejący już Los Desperados. Było to, jeśli dobrze pamiętam, w 2000 roku.

To fakt. Dźwięki, którymi lubię częstować ludzi na imprezach, nie należą do najpopularniejszych. Staram się jednak zarażać ich tym, co mi się podoba, co sama uważam za naprawdę dobre. Z jakim efektem, to już nie mnie oceniać. A to, co gram, ewoluuje tak jak rozwija się rynek muzyczny. Jeśli pojawiają się nowe nurty, które zaczynają mi się podobać, to staram się je wkomponowywać w swój repertuar. Obecnie najistotniejszym dla mnie kierunkiem jest tak zwany IDM - Intelligent Dance Music. Zaczynałam natomiast od wspomnianego oldschoola, potem miałam okres zachłyśnięcia się drum and bassem, dubstepem, otarłam się też o digital hardcore.

Jednak ambitna muzyka klubowa, o której cały czas mówimy, to na regionalnej scenie margines. Myślę, że to nie tylko specyfika Bydgoszczy. Ludzie często dzisiaj przychodzą do klubu posiedzieć, pogadać, napić się. Nie chce im się słuchać muzyki i skupiać na niej. Na przykład w bydgoskim Mózgu wciąż są realizowane świetne projekty, ale spora część gości siedzi w tym czasie na zewnątrz. Myślę, że może być to wynikiem dzisiejszego życia w pośpiechu i dużej liczby bodźców, które często nieświadomie wchłaniamy na co dzień. Jesteśmy zmęczeni. Trudno wówczas przyjmować nowe i jednocześnie niełatwe rzeczy.

Czym się różni muzyka elektroniczna przez Ciebie preferowana i grana przez wielu didżejów, od nurtu określanego popularnym mianem techno? Prawie wszystko, co związane jest z muzyką elektroniczną, wrzucane jest do worka „techno”. Te brzmienia dotyczą najbardziej popularnego obecnie klubowego nurtu, w którym nieodłącznym elementem jest jednostajny bit, który nazywam „umcy, umcy”. W odróżnieniu od muzyki, którą serwuję jako dj Lu, przypominają mi remont u sąsiada i przyprawiają mnie o ból głowy. To, co ja proponuję, najczęściej posiada większe ilości bitu, który jest „rozsypany” i bardziej połamany. Do moich mistrzów w tym gatunku zaliczyłabym Aphex Twina, Mike’a Paradinasa, Chrisa Clarka czy Venetian Snaresa.

Konsumpcyjny styl życia polega, w dużej mierze, na unikaniu trudnych emocji. Wolimy więc coraz częściej to, co jest przyjemne i niewymagające. Czyli produkty kultury z głównego nurtu. Może to też wynikać po prostu z nieosłuchania się - w przypadku muzyki. Albo też braku doświadczenia w odbiorze w przypadku form teatralnych czy tanecznych, sięgających po narzędzia bardziej abstrakcyjne. Mamy do czynienia z odbiorcą, który najczęściej dość szybko się zniechęca, bo nie potrafi danej formy odpowiednio zinterpretować i tym samym jej przyjąć. Odrzuca to, co nieznane, nowe.

Takie połamane rytmy serwujesz także w audycji „Idzie Lis” w Radiu Kultura, prowadzonym przez MCK? Między innymi. Audycję prowadzimy wspólnie z Kubą Ignasiakiem i oboje czerpiemy z tego ogrom satysfakcji. Proponujemy w niej muzykę nie tylko elektroniczną, ale każdą, która naszym zdaniem jest warta wysłuchania. Oprócz muzyki rozmawiamy o wszelakich wydarzeniach artystycznych, książkach, teatrze i innych formach sztuki, z którymi się zetknęliśmy. Często serwujemy słuchaczom duże dawki abstrakcyjnego humoru i najwyraźniej podoba im się wynik naszej pracy, bo „Idzie Lis” ma coraz większe grono słuchaczy.

Pracujesz w tej chwili nad jakimś nowym projektem? Obecnie bardzo ważną sprawą jest dla mnie nagranie płyty z trio Chmara - Janicki - Węgłowski. Zostałam zaproszona przez nich do współpracy, która ma polegać na tworzeniu tekstów, a następnie wyśpiewaniu ich na płycie. Jest to dla mnie duże wyzwanie i nie mogę doczekać się efektu końcowego.

INTELLIGENT DANCE MUSIC Nazwa gatunku muzyki elektronicznej. Obecnie obejmuje wiele różnorodnych, eksperymentalnych stylów elektroniki, wywodzących się z elektronicznej muzyki tanecznej, jak również inne style muzyki, ściśle związane z cyfrowym brzmieniem (np. glitch).

Słyszałem, że muzyka, którą grasz, nie jest łatwa do zrozumienia dla przeciętnego odbiorcy. Nie są to hity z radia. Ani nawet popularne elektroniczne dźwięki, znane z masowych imprez tanecznych…

fot. Jaap Sneirra › jaaparriens.eu miasta kobiet

wrzesień 2013

21


zdrowie i uroda

Skóra

nie lubi

wakacji

Lato bez opalania się? Nie ma mowy! - odpowiada chórem większość z nas. W wakacyjnym ferworze na dalszy plan schodzi rozmyślanie o tym, jaki może mieć to wpływ na kondycję naszej skóry. TEKST: Kamil Pik

C

zęste wystawianie skóry na słońce bez odpowiedniej ochrony może wywołać niepożądane skutki, które łatwo nie dadzą o sobie zapomnieć. - Posłoneczne zmiany skórne możemy podzielić na ostre i przewlekłe. Ostre to oczywiście poparzenia słoneczne, reakcje skórne u osób uczulonych na słońce oraz chorych na choroby, które się zaostrzają pod wpływem słońca - tłumaczy dr Paweł Skory, dermatochirurg, właściciel gabinetu Fenomed. - Słońce może mieć też działanie immunosupresyjne, czego objawem jest nawrót opryszczek pod wpływem opalania się.

CZYM SKORUPKA ZA MŁODU... Przewlekłe zmiany skórne często pojawiają się dopiero po latach. Są efektem skumulowanej dawki promieni słonecznych. - Tak naprawdę to powinniśmy się przed nimi chronić już od dziecka. Niestety jest to tym bardziej trudne, że opalanie się to współcześnie element stylu życia, choć jeszcze kilkadziesiąt lat temu wzorem atrakcyjności była blada skóra - tłumaczy lekarz. Zmiany przewlekłe możemy podzielić na dwie grupy. Pierwsza to fotostarzenie się skóry. - Pojawiają się na niej zmarszczki, traci ona swoją elastyczność, występują zmiany barwnikowe - wymienia specjalista. - Dokładnie już nie pamiętam, czy to amerykańska, czy fran-

22

miasta kobiet

wrzesień 2013

cuska prasa opisała przypadek doskonale obrazujący ten proces. Mianowicie pewien kierowca ciężarówki jeżdżący przez lata w słonecznym klimacie zwykł nie zamykać szyby w drzwiach po swojej stronie. Po latach skóra na prawej stronie twarzy była w kondycji odpowiadającej jego wiekowi, a ta po lewej stronie twarzy była postarzona o wiele lat, pełna zmarszczek, pofałdowań, wysuszona. Druga grupa zmian to zmiany nowotworowe, które ponownie można podzielić na dwie grupy: nieczerniakowe raki skóry i czerniaki. - Dolegliwości z pierwszej z nich na początku sygnalizowane są pojawiającymi się zrogowaceniami. Skóra staje się szorstka, co widać i czuć w dotyku. Dotyczy to głównie twarzy, szyi czy łysiny u mężczyzn. Zrogowacenia są stanem przednowotworowym, który dopiero może przerodzić się w raka i stosunkowo łatwo je wyleczyć wyjaśnia dermatochirurg. Konieczne jest jednak niezwłoczne zgłoszenie się do dermatologa, a ten do wyboru będzie miał zastosowanie terapii chirurgicznej lub fotodynamicznej. Jeśli chodzi o czerniaka, to zaalarmować nas powinno pojawienie się zmian na skórze, szczególnie barwnikowych, np. znamion. Zaobserwowanie jakichkolwiek spośród tych objawów powinno od razu skierować nas do lekarza dermatologa, który profesjonalnym okiem oce-ni problem.

ELIKSIR MŁODOŚCI? Po wakacjach możemy sięgnąć po zabiegi, które nieco spowolnią starzenie się skóry, a w niektórych przypadkach nawet na trochę zatrzymają ten proces. - Najprostszym zabiegiem regeneracyjnym jest pilling chemiczny (koszt to od 150 do 500 zł) - mówi Paweł Skory. Pozwalają one złuszczyć zniszczone komórki i pobudzają regenerację skóry. Można również sięgnąć po retinol, który stosowany długoterminowo, co dowiedziono w badaniach klinicznych, przywraca prawidłowe rogowacenie skóry, odmładza ją. Stosować można go samemu w domu, ponieważ jest to składnik wielu dostępnych kosmetyków, ale ma jedną wadę - działa drażniąco i nie każdy może go używać. - Proponuję zatem stosować krem z retinolem i krem z filtrem, co pozwoli utrzymać lepszą kondycję skóry - radzi nasz ekspert. Wśród zabiegów poprawiających kondycję skóry znajdziemy również te laserowe z ostatnio modnymi laserami frakcyjnymi (od 500 złotych w górę). - Można również wykorzystać, stosowany do tej pory tylko jako wypełniacz, kwas hialuronowy. Dowiedzono, że wstrzykiwany regularnie co rok, półtora może trwale spowolnić proces starzenia. Pamiętajmy jednak, że procesu starzenia się skóry nie da się odwrócić ani ostatecznie zatrzymać - kończy dermatochirurg z Fenomedu.


1481113BDBHA

ATALAN

Toruń, M.C. Skłodowskiej 19 tel. 56/659 17 14

GODZINY OTWARCIA: pon.-pt. 10.00-20.00 / sob. 10.00-18.00 / nd. 11.00-17.00

983013TRTHA

OFERUJEMY:

• wózki • mebelki • foteliki • rowerki • odzież MAYORAL • obuwie • zabawki

Fachowa, mi³a obs³uga

977613TRTHA

www.atalan.com.pl

miasta kobiet

wrzesień 2013

23


tabu

Orgazm

TO NIE WSZYSTKO Sięganie po erotyczne gadżety może skutecznie przełamać rutynę. Czyha tu jednak pewna pułapka. Z dr Magdaleną Grabowską* z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego rozmawia Kamil Pik Czy podejście Polek do seksu zmieniło się w ostatnim czasie? Przede wszystkim stają się coraz bardziej otwarte na seksualność, przyznają sobie prawo posiadania potrzeb seksualnych. Potrafią też coraz częściej przyjść do gabinetu, powiedzieć „coś jest nie tak z moją satysfakcją seksualną” i prosić o pomoc w tym zakresie.

24

miasta kobiet

wrzesień 2013

Czy rozmowa z partnerem o swoich potrzebach seksualnych jest dla kobiet kłopotliwa? Bywa to jeszcze problemem - widzę to także w moim gabinecie. Wiele moich pacjentek dopiero podczas wizyty przekonuje się, że o seksie partnerzy mogą rozmawiać ze sobą tak jak o wszystkich innych tematach. Z moich obserwacji wynika, że kobietom łatwiej przy-

chodzi mówienie o zagadnieniach związanych z fizjologią, jeśli natomiast przychodzi do mówienia o preferencjach czy fantazjach, to pojawia się problem. Przyczyną trudności w takich rozmowach jest podeście do tematyki seksu. Jeśli zdamy sobie sprawę, że to coś zupełnie normalnego i naturalnego, to dużo łatwiej będzie nam mówić o tym.


tabu Jak kobiety reagują, gdy okazuje się, że problem z osiągnięciem satysfakcji to „wina” mężczyzny? Zazwyczaj niestety przystosowują się do sytuacji. To mężczyźni, których partnerka ma problem z osiągnięciem rozkoszy, częściej próbują przyprowadzić ją do gabinetu specjalisty. Kobiety nadal godzą się z brakiem orgazmu. Jeśli mężczyzna sam nie podejmuje działania, to nierzadko przyjmują postawę „no trudno, bez tego też można żyć”. Jak najlepiej podjąć ten drażliwy dla mężczyzny temat? Przede wszystkim nie robić z tego dramatu, nie mówić o tym jako o porażce. Można zacząć od tego, że jest to problem tego związku, a nie tylko mężczyzny. Nie obarczajmy już na wstępie partnera winą mówiąc: „bo ty masz problem”, „bo ty zawodzisz”. Lepiej powiedzieć: „My chcemy funkcjonować dobrze”, więc „my” zróbmy coś z tym - razem”. To słowo „my” jest kluczowe, bowiem zdejmuje poczucie winy z partnera. Gra wstępna to wśród Polaków ciągle tradycyjny schemat czy już finezyjna zabawa? To bywa coraz bardziej rozbudowana forma zabawy. Sięganie po różnego rodzaju urozmaicenia czy gadżety staje się skutecznym przełamaniem rutyny. Ale czyha tu też pewna pułapka. Musimy pamiętać, że w seksie chodzi przede wszystkim o relacje między partnerami. W przypadku związków opartych na uczuciach pamiętajmy, aby pogoń za gadżetami nie przysłoniła nam prawdziwego obrazu partnera i jego emocji. Coraz częściej dzisiaj spotyka się pojęcie „sex for fun”, czyli seks dla zabawy. W takim układzie ta gra może skupić się tylko i wyłącznie na zabawie. W rozmowach o seksie jednym z bardziej mitycznych pojęć jest tzw. punkt G. Co kobiety powinny o nim wiedzieć? Mityczny punkt G został nazwany od nazwiska naukowca, który go „znalazł”, Ernsta Gräfenberga. Jest to punkt zmysłowy w górnej ścianie pochwy. Oczywiście różnice anatomiczne sprawiają, że może on być nieco wyżej lub niżej umiejscowiony u różnych kobiet.

R

E

Nie dla wszystkich kobiet jest on równie istotny, jeśli chodzi o wzmaganie doznań. Jego poszukiwanie może jednak być bardzo fajną rozrywką. Szukać go można z pomocą partnera lub samemu. Z tą drugą okolicznością wiąże się jednak seksualne tabu. Masturbacja to temat ciągle wstydliwy i postrzegany negatywnie? Zgadza się, ale niesłusznie tak jest. W wielu kulturach masturbacja kobiet była i jest łagodniej traktowana niż męska z tego powodu, że w przypadku pań nie dochodzi w jej trakcie do „marnowania” nasienia. W Polsce kobieta była jednak przez lata postrzegana jako niemająca potrzeb seksualnych i to ciągle trochę pokutuje. Masturbacja to nikogo niekrzywdzący sposób zaspokajania własnych potrzeb seksualnych. Nie ma w niej nic złego i nie musi być utożsamiana z samotnością. Dzięki niej kobieta może lepiej poznać swoje ciało i następnie poprowadzić mężczyznę w jego łóżkowych dokonaniach. Może też być doskonałym rozwiązaniem, np. dla związków, w których potrzeby seksualne są na różnym poziomie, czyli gdy np. parter potrzebuje seksu rzadziej niż partnerka. Samozaspokojenie w takiej sytuacji to znacznie lepsze rozwiązanie niż zdrada. Masturbację wykorzystuje się również jako element terapii w przypadku niektórych problemów w związkach. Może to być także po prostu ciekawy element urozmaicenia gry wstępnej. Wspomniała Pani o przesądach z marnowaniem męskiego nasienia. Kobieta również może mieć wytrysk w trakcie orgazmu? Rzeczywiście u części kobiet istnieje zjawisko podobne do wytrysku - bardzo gwałtowna lubrykacja. Jest to dla kobiecego organizmu doświadczenie bardziej intensywne z punktu widzenia fizjologicznego niż „tradycyjny” orgazm. Pamiętajmy jednak, że doświadczenie rozkoszy rodzi się w głowie, a nie tylko w ciele. Istnieje nawet takie pojęcie jak dysocjacja orgazmu. Rozdziela ono orgazm psychiczny od fizycznego. W takim przypadku kobieta doświadcza wszystkich objawów fizycznych orgazmu (np. skurcze), ale nie przeżywa rozkoszy psychicznej. Istnieją również wschodnie

K

L

techniki seksualne, które pozwalają osiągnąć orgazm psychiczny bez objawów fizycznych. Nie mitologizujmy zatem tylko fizycznego orgazmu. Postrzegajmy rozkosz jako stan psychiczny podparty fizycznymi doznaniami. Aby zadbać o fizyczną część doznań, wiele poradników zaleca kobietom ćwiczenia tzw. mięśni Kegla. Słusznie? Precyzując, są to ćwiczenia Kegla mięśni łonowo-guzicznych. Są one wskazane zarówno dla mężczyzn, jak i kobiet. Dla pań są one ważne nie tylko ze względu na satysfakcję seksualną, ale są też doskonałą receptą na problemy z nietrzymaniem moczu. W trakcie seksu dzięki tym ćwiczeniom można bardziej obkurczyć pochwę, co dostarcza przyjemności obojgu kochankom. Jak ćwiczyć? Najprostszy sposób to wstrzymywać strumień moczu w trakcie siusiania. Wstrzymujemy na 2-3 sekundy i wykonujemy kilka takich powtórzeń. Pamiętajmy jednak, że każdy mięsień można przetrenować. Polecam ćwiczyć regularnie, ale nie przy każdej wizycie w toalecie.

* dr Magdalena Grabowska jest naukowcem Katedry Psychologii Rozwoju Człowieka Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy oraz seksuologiem.

A

M

A

1582013BDBHA

miasta kobiet

wrzesień 2013

25


Stylowa

kobieca perspektywa

a w y s n e f o Kia ewoluowała, by dzisiaj kusić i zadziwiać. Dwa modele auta przekazaliśmy w kobiece ręce, by sprawdzić, czy to nie tylko słowa. TEKST I ZDJĘCIA: Kamil Pik

J

eszcze na początku XXI wieku większość spośród kierowców nie szukała swoich wymarzonych samochodów wśród koreańskich produkcji. Rozwój i zmiany, jakie zaszły w pojazdach spod znaku kia w ostatnich latach, sprawiły jednak, że mogą one skutecznie konkurować z najbardziej uznanymi markami. Ewolucja kii zaczęła się w 2006 roku od zatrudnienia Petera Schreyera na głównego stylistę koncernu. Wcześniej pracował on dla Audi i Volkswagena odpowiadając za stworzenie, m. in. audi TT i golfa IV.

SZTANDAR KONCERNU Postanowiliśmy więc przekonać się, jak w praktyce sprawdzają się auta sygnowane tym znanym nazwiskiem, a produkowane w Azji. Na pierwszy ogień poszła kia cee`d drugiej generacji. Cena tego modelu zaczyna się od 49 990 złotych w przypadku najniższej wersji wyposażenia auta ze stukonnym silnikiem DOHC o pojemności 1,4 litra. - Na testową jazdę otrzymałam jednak pojazd w wersji wyposażenia L z silnikiem 1,6 GDI o mocy 135 KM - wyjaśniła

26

miasta kobiet

wrzesień 2013

Aleksandra Rubczak-Grzegorzewska, wcielająca się w rolę testerki. - Już na pierwszy rzut oka cee`d uwodzi swoją linią. Smukła sylwetka z szeroko rozstawionymi przednimi reflektorami skojarzyła mi się z przyczajonym kotem, mrużącym oczy. Stoi on spokojnie, by już po chwili dynamicznie ruszyć do ataku - dzieli się wrażeniami Ola. - Tak też było z cee`dem. Już po przejechaniu kilkuset metrów przekonałam się, że 135 koni mechanicznych pozwala na naprawdę dynamiczną jazdę. Zanim jednak ruszyliśmy w trasę, mieliśmy okazję przyjrzeć się dokładnie wykończeniu wnętrza i bagażnikowi. Jeśli chodzi o ten pierwszy element, to Koreańczycy nie pozostawili niczego, do czego można by się przyczepić. Rozwiązania stylistyczne w kabinie są proste, ale zadbano o wszystkie detale tworząc wrażenie skromnej elegancji. Bagażnik całkiem pojemny jak na auto klasy C - 380 l lub po złożeniu tylnej kanapy 1380 l. Dodatkowa niespodzianka została schowana pod wyściółką dna bagażnika. Podnosząc ją

nie od razu widzimy koło zapasowe. Najpierw docieramy do sprytnie zaprojektowanego pojemnika z wieloma przegródkami, w którym możemy schować sporo niewielkich rzeczy. Aktualnie sprzedawany model cee`da w testowanej wersji wyposażono również w system KiaSmartKey, pozwalający otwierać i uruchamiać auto bez użycia kluczyka, podświetlane klamki zewnętrzne, dwustrefową klimatyzację z filtrem przeciwpyłowym i jonizatorem powietrza. Warto również zwrócić uwagę na system wspomagania kierownicy kiaflexsteer z trzema trybami pracy Komfort, Normal i Sport. - Test odbywał się przy bardzo intensywnie święcącym słońcu, co pozwoliło wychwycić kolejny plus tego auta. W wielu autach przy takich warunkach pojawia się problem z odczytaniem informacji z zegarów, szczególnie jeśli są to wyświetlacze elektroniczne. W tym przypadku zegary są tak wyraźne i czytelne, że mogą posłużyć za wzór - zwraca uwagę kierowca. Jak samochód sprawdza się w kobiecych dłoniach? - Auto prowadzi się stabilnie i przewidywalnie. Przyjemnie też obsługuje


kobieca perspektywa

WYGODNE I ZE SMAKIEM WYKOŃCZONE WNĘTRZE ORAZ KOMFORTOWE PROWADZENIE AUTA SPRAWIAJĄ, ŻE MOŻE TO BYĆ DOBRY WYBÓR, JEŚLI SZUKAMY MAŁEGO SAMOCHODU. DWA PRZETESTOWANE MODELE SPOD ZNAKU KIA ORAZ ROSNĄCA SPRZEDAŻ TEJ MARKI POZWALAJĄ WYSNUĆ WNIOSEK, ŻE KONKURENCJA MOŻE OBAWIAĆ SIĘ O SWOJĄ POZYCJĘ NA RYNKU.

W 2006 ROKU KIA NA GŁÓWNEGO STYLISTĘ KONCERNU ZATRUDNIŁA PETERA SCHREYERA. WCZEŚNIEJ PRACOWAŁ ON DLA AUDI I VOLKSWAGENA ODPOWIADAJĄC ZA STWORZENIE M. IN. AUDI TT I GOLFA IV.

się 6-biegową skrzynię manualną. Podczas jazdy zauważyłam też, że auto lubi działać na wyższych obrotach. Sprawuje się wówczas znacznie lepiej. Myślę jednak, że kia cee`d znajdzie bardzo wielu fanów szczególnie w wersjach z silnikami 1,6 litra - konkluduje Ola. - Dojedziemy nią wygodnie i na zakupy, i na wakacje z dzieckiem.

RIO DE KIA Mniejszym i o innym przeznaczeniu autem jest kia rio reprezentującą segment B. - Rio jest nieduże, bez potężnego silnika pod maską, ale zaprojektowane w bardzo dobrym guście i pieczołowicie wykończone. To idealne rozwiązanie, jeśli chcemy jeździć po mieście, do pracy i na zakupy - komentuje Ola Rubczak-Grzegorzewska. - Doskonale sprawdziło się również przy parkowaniu. Niewielki promień skrętu i asystent parkowania w połączeniu z gabarytami rio sprawiły, że mogłam wcisnąć się w nawet bardzo małe miejsca parkingowe. Testowana kia rio ma silnik 1,2 litra DOHC CCVT o mocy 85 KM i w wersji wyposażenia XL kosztuje 52 490 złotych. Jednak najtańszą

wersję możemy kupić już za 39 990 złotych. W rio nie dostaniemy systemu SmartKey, ale np. na klimatyzację z systemem chłodzenia schowka możemy jak najbardziej się zdecydować. W standardzie otrzymamy systemy odpowiadające za bezpieczeństwo (ABS, EBD - rozdział siły hamowania, ESC - stabilizacja toru jazdy, czy HAC, wspomagający ruszanie na wzniesieniu). Cee`d to najważniejszy model w gamie koreańskiego koncernu i jego rozwój podąża w jak najbardziej słusznym kierunku. Już dogonił część konkurencji w segmencie C i nie zatrzymuje się w postępie. Rio natomiast to typowy, niewielki miejski pojazd. Nieduży silnik pozwala na oszczędną jazdę po ruchliwych arteriach miast. Wygodne i ze smakiem wykończone wnętrze oraz komfortowe prowadzenie auta sprawiają, może to być dobry wybór, jeśli szukamy małego samochodu. Dwa przetestowane modele znaku kia oraz rosnąca sprzedaż tej marki pozwalają wysnuć wniosek, że konkurencja może obawiać się o swoją pozycję na rynku. miasta kobiet

wrzesień 2013

27


kobieta w podróży

Matka na Antypodach Każda wyprawa z dzieckiem to wyzwanie, szczególnie gdy jej celem jest odległa Australia. Odkrywanie świata tubylczych Aborygenów hipnotyzuje. TEKST: Jan Oleksy ZDJĘCIA: Edyta i Zdzisław Presiner

W

yprawa do Australii to fascynująca podróż, marzenie niejednego turysty. Jednych pociąga tajemniczy ląd czerwonych piasków i skał z zadziwiającymi gatunkami flory i fauny, a innych odkrywanie świata tubylczych Aborygenów. Są również tacy, którzy chcą zobaczyć, jak żyje się dzisiaj w jednym z ekonomicznych rajów. - Prawie każde marzenie można kiedyś zrealizować, jeśli się tego bardzo pragnie - przekonuje Edyta Preisner*, podróżniczka. Doświadczenia nabyte w pracy pilota wycieczek, a także prywatne wyjazdy z mężem podróżnikiem pozwoliły jej bez większych obaw wybrać się z małym dzieckiem do odległej Australii.

CHRUPKI DO ŻUCIA - Moje przygotowania do wyjazdu nie wymagały zbyt wiele czasu - twierdzi Edyta Preisner. - Tym razem jednak chciałam zabrać ze sobą również mojego synka Kubusia - kontynuuje wspomnienia. Ekwipunek dziecka wymagał dobrego przemyślenia i przewidywania. Pampersy na czas podróży, trwającej ponad dwadzieścia godzin, pieluszka tetro-

28

miasta kobiet

wrzesień 2013

wa, mokre chusteczki, dwa komplety ciuszków na zmianę, chrupki do żucia w trakcie startu i lądowania - to podstawa. Do tego odpowiednie ulubione zabawki, słoiczek z jedzeniem i picie. Stewardessy w samolocie w wolnych chwilach zabawiały dziecko. - Najwspanialszą zabawką dla dziecka podczas podróży okazały się kubki wkładane jeden w drugi oraz klocki z obrotową figurką w środku. Kuba nie zapłakał ani przez chwilę, a mama była dumna, kiedy stewardessy zgodnie oświadczyły, że tak bezproblemowego malucha nie miały na pokładzie.

MALUCH NA KOLANACH W samolocie ulgę stanowią specjalne gondole dla niemowląt, przymocowane do ścian przed pierwszym rzędem foteli lub foteliki dla nieco starszych dzieci. - Dla mojego smyka najważniejszy był kawałek wykładziny między ścianką a siedzeniem, gdzie maluch bawił się zabawkami. Spał na wygodnym „łóżku polowym”, skonstruowanym z moich nóg, opartych o wspomnianą ściankę - wyjaśnia mama Kuby. Do Australii nie wolno przywozić żadnych roślin, owoców, warzyw, zwierząt itp., aby

nie wprowadzić jakiegoś zagrożenia dla środowiska naturalnego odosobnionego kontynentu. Wyszkolone psy wywęszą każdy zasuszony kwiatek w książce, czy jabłko w bagażu podręcznym troskliwej mamy… Także z tego powodu każda wyprawa z dzieckiem to nie lada wyzwanie dla rodziców. W pierwszej części wyprawy podróżniczka miała możliwość przebywania w domu gościnnej rodziny Polaków, mieszkających w Adelajdzie, którzy pomogli zorganizować produkty, do jakich maluch był przyzwyczajony. - Tam właśnie dotarł do nas mąż, który zakończył wyprawę z grupą 18 osób, podróżujących przez sześć tygodni trzema campervanami - opowiada Edyta.

NAJLEPSZY SPOSÓB Świetnym sposobem podróżowania po kontynencie australijskim jest wędrówka camperem. Wynajęcie takiego auta dla dwóch - trzech osób to koszt około 250 zł za dobę plus paliwo. - Mieliśmy zapewnione wygodne spanie, kuchnię do przygotowywania posiłków, bieżącą wodę oraz możliwość swobodnego przemieszczania się po wielkich przestrzeniach - mówi podróżniczka. - Moż-


A L

A

M

PAMPERSY NA CZAS PODRÓŻY TRWAJĄCEJ PONAD DWADZIEŚCIA GODZIN, PIELUSZKA TETROWA, MOKRE CHUSTECZKI, DWA KOMPLETY CIUSZKÓW NA ZMIANĘ, CHRUPKI DO ŻUCIA W TRAKCIE STARTU I LĄDOWANIA - TO PODSTAWA.

E 991613TRTHA

*Edyta Preisner geograf, pilot wycieczek, podróżnik, żona Zdzisława, znanego globtrotera, mama 10-letniego już Kuby.

R

ŚWIĘTA GÓRA I WIELKA RAFA Cisza i spokój, niezwykłe kolory, zmieniająca się szata roślinna, fantastyczne formacje skalne, pojawiające się kangury, strusie czy koale to niezwykły obraz południowego kontynentu. - Bardzo sympatyczne bywają spotkania z otwartymi, pełnymi radości Australijczykami, którzy często wybierają się w podróż na wiele miesięcy - wspomina podróżniczka. - Święta góra Aborygenów Uluru, Skała Fala, Park Narodowy Nambung, formacja skalna Dwunastu Apostołów, największa struktura organiczna na świecie, czyli Wielka Rafa Barierowa i dziesiątki obiektów o wartości światowej czyni przyrodę Australii szczególnie fascynującą i zadziwiającą. Można ją pokochać podczas takiej wycieczki mimo rodzicielskich niedogodności, podróżując z malutkim dzieckiem i chętnie tam powracać - wyznaje Edyta Preisner.

K

na też oczywiście podróżować samolotem między oddalonymi od siebie miastami, ale wtedy nie da się podziwiać wszystkich uroków kontynentu. Ciekawie można również przemierzać Australię jadąc tysiące kilometrów autobusami.


męskim okiem

Szpilki i metalurgia

B

Kasia zajmuje się silnikami samolotów. Woli jednak powiedzieć, że pracuje w banku albo w „Biedronce”, bo wtedy ma spokój. Janusz Milanowski* „Mam jedno życie, ale w dwóch różnych światach” - wyznaje Anita Seidel, bohaterka reportażu „Piękna i bestia” zamieszczonego w tym numerze „Miast kobiet”. Anita ma 18 lat i trenuje na żużlu. Ta poruszająca refleksja może z powodzeniem służyć za motto wszystkim kobietom, które z pasji pracują w tzw. męskich zawodach, bądź uprawiają dyscypliny niejako zastrzeżone dla facetów. Słowa Anity trafiają w sedno, zasadnicza trudność nie polega na tym, że kobieta w takim przypadku musi rywalizować z facetami, musi sprostać im fizycznie i wykazać się równym hartem ducha (a z tym i u nas bywa różnie!?). Już podczas wojen panie udowodniły, że można im powierzyć fabryki broni i nie wyjedzie z nich szmelc. Anita wskazała na koszt osobisty, który kobiety płacą za swoją męską pasję: życie w dwóch światach. Nie ma chyba nic trudniejszego ponad to właśnie!

Piękność z Doliny Lotniczej - Mężczyźni zawsze dziwnie reagują, gdy wyjawiam czym się zajmuję zawodowo wyznała mi znajoma Katarzyna, 36-letnia inżynier pracująca od 10 lat w Dolinie Lotniczej w Rzeszowie. Kasia zajmuje się

30

miasta kobiet

wrzesień 2013

silnikami lotniczymi, jest smukła i równie dobrze mogłaby zostać modelką, gdyby nie ten ścisły umysł i pasja: maszyny, silniki, stal i metalurgia. Zadzwoniłem kiedyś do niej z gdańskiego lotniska, informując że nareszcie wylądował samolot, na który czekałem. - Hmm... ciekawe czy na moich silnikach odpowiedziała. Kasia nie mówi w męskim towarzystwie, że pod jej pieczą są nasze F16, a gdy słyszy silnik startującej maszyny to od razu wie, że wszystko gra lub nie gra. Kasia woli powiedzieć, że pracuje w banku, albo w „Biedronce”. - Bo wtedy mam spokój i nie przechodzę testów wiedzy, no i przede wszystkim nie muszę wykazywać facetowi, że g... się zna na lotnictwie. Jej dwa światy się przenikają. W tym męskim walka trwa. - Nie czuję radości, gdy dokopię chłopom w robocie, gdy udowodnię, że się mylą, gdy widzę wściekłość na ich twarzach, bo znów baba wie lepiej. Czuję wtedy jakiś smutek, że wciąż coś muszę udowadniać, ale gdy po południu założę taaaakie szpilki, to mam to gdzieś.

Komandos w białym fartuchu Autorzy i autorki rozważań o kobietach w męskich zawodach zapominają jednak o kobietach w „kobiecych zawodach”. A tymczasem te drugie tak samo i nieraz muszą wykazać się odwagą i opanowaniem godnym komandosów. Przykład? Agnieszka jest delikatną brunetką o śródziemnomorskiej urodzie. Pracuje jako pielęgniarka w toruńskim psychiatryku, a tam się nie śpi w nocy. Nad ranem policja przywozi faceta w kajdankach i z pianą na ustach, który godzinę wcześniej bawił się siekierą. Wprowadza go dwóch silnorękich. - Po pierwsze, panowie - mówi do nich siostra Agnieszka - proszę zdjąć mojemu pacjentowi kajdanki. - Jest pani tego pewna? - pytają zdumieni gliniarze. - Po drugie, proszę zostawić mnie samą z moim pacjentem - odpowiada, specjalnie akcentując „moim pacjentem”. Agnieszka ryzykuje, bo wierzy w empatię, a nie w środki przymusu bezpośredniego. Podobnie jak funkcjonariuszki straży więziennej,

które poznałem w areszcie śledczym na warszawskim Grochowie. Na pytanie o strach, uśmiechają się tylko. - Osadzeni na ogół łagodnieją przy nas - wyjaśniły lakonicznie. Nie trzeba chyba nic pisać o godnej pozazdroszczenia wierze w siebie, która każdego dnia powoduje niezwykłe rzeczy.

O co tu chodzi? Życie, to nie amerykański film, gdzie w finale kompania marines salutuje kruchej kobiecie, pilotującej śmigłowiec za ocalenie tyłków na pustyni. Dziś kobieta wygra, ale jutro wszystko zaczyna się od nowa. Dlaczego faceci tak bronią swoich pozycji? Nie wiem, czy chodzi o zabawki z dzieciństwa zabierane przez starszą siostrę, czy o ten etap rozwoju istoty ludzkiej, w którym chłopiec wyciska pryszcze, a dziewczyna już umawia się na randki ze starszymi od niego? Czasami przybiera to śmieszne formy i wówczas można tylko zacytować Novalisa: „Każdy kogut czuje się panem na własnej kupie gnoju”. A one? Mają tylko jedno życie i dwa światy...

7

o

T

C

* Janusz Milanowski Dziennikarz, publicysta, fotograf. Miłośnik długodystansowego pływania i jazzu.

B

G

R

o

z

w w w


BADAM SIĘ, WIĘC MAM PEWNOŚĆ BEZPŁATNE BADANIA CYTOLOGICZNE co 3 lata dla kobiet w wieku 25-59 lat 1058413BDBHA

Wojewódzki Ośrodek Koordynujący Populacyjne Programy Wczesnego Wykrywania Raka Piersi oraz Profilaktyki i Wczesnego Wykrywania Raka Szyjki Macicy. Centrum Onkologii w Bydgoszczy ul. Dr. I. Romanowskiej 2, 85-796 Bydgoszcz

Telefon kontaktowy: 52 374 34 36 Internet: www.wok.co.bydgoszcz.pl

targi edukacja praca kariera

7-8 IX 2013 od 12.00 do 19.00

Toruń

CHR TORUŃ PLAZA

Bydgoszcz Galeria Pomorska

Różnorodną ofertę edukacyjną

od przedszkolaka do seniora znajdziesz w jednym miejscu. więcej informacji na: www.express.bydgoski.pl www.nowosci.com.pl

ZAPRASZAMY WSZYSTKICH ZAINTERESOWANYCH ROZWOJEM,

a w szczególności: uczniów, studentów, pracowników, pracodawców, bezrobotnych, seniorów, dzieci.


PRYWATNY GABINET LEKARSKI MACIEJ JACKOWIAK Zakres konsultacji: GA ABINET FIZYKOTERAPII: C C C C C

Elektroterapia Laseroterapia Ultradźwięki Magnetoterapia Ćwiczenia indywidualne

C Ortopedia dziecięca C Ortopedia dorosłych C Traumatologia (urazy narządów ruchu)

Wykonywane zabiegi operacyjne:

C korekcja operacyjna palucha koślawego i innych deformacji palców stopy (metoda bezgipsowa) C deformacje w obrębie ręki (zapalenie ścięgien, przykurcz Dupuytrena, zespół cieśni kanału nadgarstka, gangliony) C artroskopia stawu kolanowego i ramiennego 891913TRTHA

Projekt numer: RPKP.05.02.01-04-456/10 jest współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Kujawsko-Pomorskiego na lata 2007-2013 oraz ze środków budżetu państwa.

PRYWATNE GABINETY ONKOLOGICZNO-ORTOPEDYCZNE

SPECJALISTYCZNY GABINET LEKARSKI EDWARD KRAJEWSKI Zakres konsultacji: DIA AGNOSTYKA - USG: jamy brzusznej ślinianek piersi węzłów chłonnych tarczycy blizny pooperacyjnej jąder dołów pachwinowych dołów nad i podobojczykowych dołów pachowych 32

miasta kobiet

wrzesień 2013

Wykonywane zabiegi operacyjne:

opracowywanie ostrych i przewlekłych ran opracowywanie zmian troficznych skóry elektrokoagulacja i elektrodyssekcja zmian skóry i błon śluzowych usuwanie zmian łagodnych, podejrzanych i złośliwych skóry usuwanie radykalne i biopsje chirurgiczne zmian tkanki podskórnej, węzłów chłonnych i piersi C anoskopia i rektoskopia z pełną diagnostyką zmian C C C C C

891813TRTHA

C C C C C C C C C C

C chirurgia ogólna C chirurgia onkologiczna C poradnictwo w zakresie medycyny paliatywnej

Rejestracja czynna: od poniedziałku do piątku od 10:00 do 18:00 ul. Broniewskiego 4/2, Osiedle Sztuk Pięknych, Toruń tel. 56 622 40 46, kom. 782 975 558 rejestracja@novamed.torun.pl, www.novamed.torun.pl

Miasta Kobiet wrzesień 2013  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you