Page 1

nasze miejsca spotkań

styczeń 2015

portret

Katarzyna Gieryn

Wolę pracować w Afryce str. 6-8


WYDAWCA: EXPRESS MEDIA Sp. z o.o. Bydgoszcz, ul. Warszawska 13 tel. 52 32 60 733 Prezes Zarządu: dr Tomasz Wojciekiewicz Redaktor Naczelny: Artur Szczepański Dyrektor sprzedaży: Adrian Basa Menedżer produktu: Emilia Iwanciw, tel. 52 32 60 863 e.iwanciw@expressmedia.pl

Udanych zmian Dziesięć lat temu postanowiłam sobie, że nigdy nie będę dziennikarką. Miałam do wyboru taką specjalność na studiach i od razu odrzuciłam tę opcję. Zamiast dowiedzieć się więcej o tym zawodzie, twierdziłam pretensjonalnie, że nie chcę opisywać cudzych dramatów czy gonić za jakąś sensacją - tak to wtedy widziałam. I w postanowieniu tym, jak w żadnym innym, trwałam długie lata. Do czasu… Wiele zmienił przypadek, czyli luźno rzucona propozycja: - Napisz coś do „Miast Kobiet”. Dziś wiem, że był to jeden z najlepszych przypadków, jaki mógł mnie spotkać. I całe szczęście, że w swoim młodzieńczym postanowieniu nie wytrwałam do końca. Przypominam je sobie za każdym razem, gdy przychodzi ten czas noworocznych obietnic, których dotrzymanie ma zmienić wszystko. A także wtedy, gdy po jakiejś chwili już wiem, że nic z tego nie będzie. Może i tym razem wyjdzie mi to na lepsze? Oczywiście czym innym jest noworoczny plan, pt. „ograniczę czas spędzany przed komputerem”, czy „będę się zdrowej odżywiać”. Te małe kroki z magiczną datą w tle to przecież nic złego. Można się z tego śmiać i udowadniać, że jeśli do tej pory nic nie zmieniłaś, to dlaczego miałoby ci się udać akurat po pierwszym stycznia. A dlaczego nie? Takie punkty graniczne jak Nowy Rok czasem po prostu pomagają nam czegoś spróbować. Co z tego wyjdzie - okaże się z czasem. Moje dawne postanowienie i niechęć do dziennikarstwa poszły w niepamięć dzięki redakcji „Miast Kobiet”. Bo dla całego zespołu jest to prawdziwa praca z pasją - szczególnie w tych chwilach, gdy możemy na naszych łamach przedstawić niezwykłe kobiety z regionu, które robią wyjątkowe rzeczy gdzieś na końcu świata (jak Katarzyna Gieryn str. 6-8, Joanna Shigenobu str. 32) lub tuż za naszymi drzwiami (projektantka MRODSI str. 16-17, dziewczyny z branży IT str. 26-27). I myślę, że właśnie dlatego jeszcze przed końcem 2014 roku „Miasta Kobiet” zostały docenione przez Europejską Unię Kobiet. „Kryształowe Serca” za działania na rzecz kobiet otrzymali Emilia Iwanciw i Janusz Milanowski. Z tym wyróżnieniem, pełni zapału, ruszamy do dalszej pracy. W nowym roku życzymy Wam dobrych przypadków, udanych zmian i tego, by nawet te niedotrzymane postanowienia zawsze wychodziły Wam na lepsze. A przede wszystkim ogromnej pasji, którą niezmiennie inspirują nas bohaterki każdego nowego wydania. Wszystkiego Dobrego!

LUCYNA TATARUCH redaktorka prowadząca „MIASTA KOBIET”

2

miasta kobiet

styczeń 2015

Redaktorka prowadząca: Lucyna Tataruch, tel. 52 32 60 798 l.tataruch@expressmedia.pl Teksty: Dominika Kucharska d.kucharska@expressmedia.pl Janusz Milanowski j.milanowski@expressmedia.pl Jan Oleksy j.oleksy@expressmedia.pl Justyna Król j.krol@expressmedia.pl Kamil Pik k.pik@expressmedia.pl Lucyna Tataruch l.tataruch@expressmedia.pl Lena Kałużna Joanna Shigenobu Justyna Niebieszczańska Zdjęcie na okładce: Jacek Smarz Projekt: Iwona Cenkier i.cenkier@expressmedia.pl Skład: Dagmara Potocka-Sakwińska Tomasz Bieńkowski Ilona Koszańska-Ignasiak Sprzedaż: Angelika Sumińska, tel. 691 370 521 a.suminska@express.bydgoski.pl Michał Kopeć, tel. 56 61 18 156 m.kopec@nowosci.com.pl ZNAJDZIESZ NAS NA: www.miastakobiet.pl www.fb.com/MiastaKobiet.Nowosci.ExpressBydgoski

„Miasta Kobiet” ukazują się w każdy ostatni wtorek miesiąca, jako dodatek do „Expressu Bydgoskiego” i „Nowości - Dziennika Toruńskiego”. Przez cały miesiąc są dostępne również w 91 miejscach w Bydgoszczy i Toruniu. Adresy znajdziesz na stronie www.miastakobiet.pl


SUKCESU

Zapach

KAŻDA Z NAS POTRZEBUJE CZASEM ODMIANY - TAKIEJ, KTÓRA POZWOLI NAM WEJŚĆ W KOLEJNY ETAP ŻYCIA LUB SPROSTAĆ TRUDNYM WYZWANIOM, NA PRZYKŁAD ROZPOCZĄĆ NOWĄ DROGĘ ZAWODOWĄ. PRZED TAKĄ SZANSĄ STANĘŁA PANI ANGELINA WEGNER, UCZESTNICZKA NASZEJ METAMORFOZY.

SŁODYCZ MIODU Aromatyczny miodowy rytuał, połączony z masażem pałeczkami, szczególnie przypadł do gustu pani Angelinie. Miód akacjowy stanowiący odżywczą podstawę zabiegu, został użyty do pierwszego kosmetyku stworzonego przez markę Apis Natural Cosmetics. Zabieg ten rozpoczyna się peelingiem całego ciała, aby perfekcyjnie przygotować skórę do absorpcji cennych składników i witamin zawartych w kosmetykach. Po masażu zostaje wykonany okład z zaaplikowaną maską miodową na całe ciało, a rytuał kończy się nałożeniem serum, które otula niezwykłym zapachem nasze ciało. Zabieg „Słodycz miodu” wykonu-

je się przy suchej i pozbawionej blasku skórze, która bardzo często jest bolączką wielu z nas - szczególnie w zimowym czasie, gdy narażone jesteśmy z jednej strony na niską temperaturę, z drugiej na suche powietrze w ogrzewanych pomieszczeniach. Po miodowej kuracji nasza skóra odzyska swój dawny blask, stanie się nawilżona, odżywiona i przyjemna w dotyku. Tak jak w przypadku pani Angeliny - efekt jest natychmiastowy.

ODBUDOWA BRWI METODĄ 3D Pani Angelina ma piękne brązowe oczy, które zasługują na wyjątkową oprawę. Dlatego jednym z ostatnich z zaproponowanych dla niej zabiegów była odbudowa brwi nowoczesną techniką rekonstrukcji i modelowania łuku brwiowego, możliwa dzięki innowacyjnemu produktowi 3D Brows Building oraz metodzie włoskowej. Zabieg ten doskonale koryguje i poprawia naturalny kształt brwi.

FIRMOWY GABINET KOSMETYCZNY

APIS

85-111 BYDGOSZCZ UL. TEOFILA MAGDZIŃSKIEGO 3 TEL. 531 539 568 www.gabinet-apis.pl

przed

METAMORFOZA

MOC 5 WARZYW Pani Angelinie zaproponowaliśmy także inspirowany medycyną naturalną zabieg oparty o właściwości ogórka, pomidora, dyni, pietruszki i kiełków pszenicy, będący całkowitym rytuałem pielęgnacyjnym twarzy. Zabieg rozpoczyna się demakijażem i peelingiem (w przypadku Pani Angeliny wykonany został peeling kawitacyjny). Następnie wprowadzony zostaje koncentrat z silnie skoncentrowanymi składnikami aktywnymi, a także zaaplikowana enzymatyczna maska algowa. W trakcie zabiegu wykonywany jest relaksujący masaż twarzy, szyi, dekoltu i karku. Zwieńczeniem rytuału jest nałożenie maski żelowej wprowadzonej poprzez ultradźwięki, aplikacja serum i kremu. Wskazaniem do tego typu zabiegu jest cera wymagająca regeneracji. Dzięki kuracji uporamy się także z zaburzeniami funkcji gruczołów łojowych, suchością i utratą jędrności skóry. W trakcie zabiegu skóra otrzymuje zastrzyk naturalnych składników. Dodatkowym efektem będzie zniwelowanie zmarszczek i ogólne odżywienie skóry, co jak przyznaje pani Angelina, wpływa nie tylko na wygląd, ale i na doskonałe samopoczucie.

po Po intensywnej pielęgnacji ciała i twarzy Gabinet Kosmetyczny Apis zadbał również o manicure połączony z malowaniem paznokci i nietuzinkową stylizację, która była zwieńczeniem metamorfozy - wykonany odpowiedni dla Pani Angeliny typu urody profesjonalny makijaż, ubrania marki Nife Fashion, oraz fryzura (wykonana przez specjalistów z Salonu Fryzjerskiego Herisson). A wszystko po to, aby Pani Angelina będąc osobą szukającą zatrudnienia mogła odpowiednio zaprezentować się przed przyszłym pracodawcą. Efekt wszystkich tych działań okazał się olśniewający. Bardzo nam miło, że mogliśmy być częścią tej wyjątkowej przemiany. Pamiętajcie, Wasze samopoczucie i samoocena wpływa na to jak widzą Was inni. Wszystkie Panie chcące nie tylko zadbać o skórę, ale również przejść metamorfozę i zmienić swój wygląd zapraszamy do Firmowego Gabinetu Kosmetycznego Apis, gdzie w wyjątkowej, rodzinnej atmosferze zapewnimy relaks dla ciała i umysłu, motywując do osiągania sukcesów.

1942714BDBHA

N

a miejsce przemiany Pani Angelina wybrała Firmowy Gabinet Apis, który na kosmetycznej mapie Bydgoszczy gości od niedawna, ale już zjednał uznanie klientek. Na powodzenie gabinetu i lojalność klientek wpływa wiele czynników - przyjemna atmosfera, rewelacyjne kosmetyki i pełen profesjonalizm. Zabiegi pielęgnacyjne bazują na kosmetykach istniejącej już od ponad 26 lat bydgoskiej marki kosmetyków naturalnych Apis Natural Cosmetics, które posiadają wyselekcjonowane ekstrakty i składniki aktywne, a ich receptura jest bardzo bogata. Od samego wejścia do zabytkowej kamienicy przy ul. Teofila Magdzińskiego 3 otula nas eteryczny zapach. Zapach sukcesu i zmiany. Pani Angelina korzystać będzie z profesjonalnie wyposażonych gabinetów zabiegowych, w których zostanie poddana pełnej gamie zabiegów pielęgnacyjnych twarzy, ciała, a także dłoni. Warto dodać, iż wszystkie zabiegi przeprowadzane są przy relaksującej muzyce, co pomaga zostawić problemy dnia codziennego za drzwiami gabinetu i odprężyć się, a pielęgnacja ciała odbywa się w zaciemnionym gabinecie przy blasku świec. Metamorfozę naszej czytelniczki rozpoczyna wywiad kosmetologiczny i diagnoza skóry, na podstawie których dobierana jest odpowiednia pielęgnacja, dostosowana do indywidualnych potrzeb skóry. Panie kosmetolog Anna Adamska i Joanna Frieske decydują, że dla pełnej metamorfozy czytelniczka poddana zostanie zabiegom na ciało „Słodycz miodu”, a także autorskiemu zabiegowi na twarz docenionemu w plebiscycie Imperium Urody, laureat głosowania czytelniczek - „Moc 5 warzyw”. Na koniec Pani Angelina skorzysta z innowacyjnego zabiegu rekonstrukcji brwi techniką 3D - co interesujące zabieg ten Firmowy Gabinet Kosmetyczny Apis wprowadził jako pierwszy w Bydgoszczy, będąc pionierem w stosowaniu tej metody w Polsce.


1

2

Trendy z

3

8

7 4

5

9 10

6 11

13 14 12

16

Piękna

15

w karnawale

17 18

19

20

Karnawał to czas zabawy i szaleństwa, na które być możne nie odważyłybyśmy się na co dzień. Po prostu w karnawale można więcej i ma to swoje odzwierciedlenie w modzie. Zajrzyj koniecznie do butików w Toruń Plaza! Zmysłowa czerń, przeplata się ze srebrem i lśniącymi tkaninami. Wysokie szpilki i torebka w cekiny - czemu by nie! Sztuczne rzęsy sprawią, że będziesz wyglądała fantastycznie, a koronkowa bielizna pozwoli Ci poczuć się jak gwiazda wieczoru. Oczaruj wszystkich swoim karnawałowym wcieleniem. Anna Deperas-Lipińska stylistka Toruń Plaza

22

23

25 24

1. Zegarek Michael Kors MK2375 Swiss - 1160 zł, Toruń Plaza 2. Zegarek Michael Kors MK3355 Swiss - 1160 zł, Toruń Plaza 3. Biustonosz Triumph - 129,90 zł, Toruń Plaza 4. Majtki Triumph - 59,90 zł Toruń Plaza 5. Bluzka Tatuum - 69,99 zł, Toruń Plaza 6. Pas do pończoch Triumph - 119,90 zł, Toruń Plaza 7. Bluzka Tatuum - 129,99 zł, Toruń Plaza 8. Kurtka Stradivarius - 399,90 zł, Toruń Plaza 9. Rękawiczki Ochnik - 159,90 zł, Toruń Plaza 10. Bluza Carry - 89,99 zł, Toruń Plaza 11. Torebka CCC - 69,99 zł, Toruń Plaza 12. Lakier do włosów L’oreal Professionnel Infinium Hebe - 37,99 zł, Toruń Plaza 13. Sztuczne rzęsy Catrice Hebe - 16,99 zł, Toruń Plaza 14. Spódnica Ochnik - 899,90 zł, Toruń Plaza 15. Pantofle Kazar - 599 zł, Toruń Plaza 16. Kamizelka Ochnik - 2999 zł, Toruń Plaza 17. Spódnica Tatuum - 99,99 zł, Toruń Plaza 18. Rajstopy Vessa - 29,99 zł, Toruń Plaza 19. Torebka Ochnik - 359,90 zł, Toruń Plaza 20. Buty ECCO - 539,90 zł, Toruń Plaza 21. Torebka Ochnik - 399,90 zł, Toruń Plaza 22. Sukienka Orsay - 159,95 zł, Toruń Plaza 23. Pantofle Kazar - 469 zł, Toruń Plaza 24. Pantofle CCC - 89,99 zł, Toruń Plaza 25. Torebka Świat Torebek - 129 zł, Toruń Plaza

4

miasta kobiet

Toruń Plaza: ul. Broniewskiego 90, www.torun-plaza.pl, czynne codziennie od 9 do 21 styczeń 2015

1173214TRTHA

21


22814T4JBA


jej portret

Wolę pracować

w

AFRYCE

Ludzie w Polsce nie zdają sobie sprawy, że są jeszcze miejsca na świecie, gdzie banalne dla nas choroby są śmiertelne, a ponad 90 procent dziewczynek jest obrzezanych. Nawet w tak cywilizowanych krajach jak Egipt. Z Katarzyną Gieryn* rozmawia Janusz Milanowski

ZDJĘCIA: NADESŁANE


Chciałem niegdyś uciec do Afryki jako pielęgniarz z organizacją British Voluntary Mision. Kierowały mną jednak nieco egoistyczne pobudki, np. chęć przeżycia przygody. A Pani? Dlaczego walczy o życie i zdrowie kobiet w miejscach, gdzie diabeł mówi dobranoc? Zgodziłam się na tę rozmowę, żeby opowiedzieć o sytuacji kobiet w Czadzie, a nie o sobie. Zachęcam do tej opowieści! Chciałbym jednak poznać motywy, bo uważam, że robi Pani coś niezwykłego… Pyta pan, co mną kieruje? Spontaniczność. Pewnego dnia, pięć lat temu, przed pierwszą wizytą w Ugandzie, obudziłam się i pomyślałam: chcę jechać do Afryki. I dwa tygodnie później już tam byłam (śmiech). Dzięki błyskawicznej decyzji milion ludzi nie zdążyło mi wybić z głowy tego pomysłu. Pojechałam sama, w nieznane. Po powrocie byłam zachwycona, wszystko udało się jak najlepiej. Jak to, sama? Sama, bez nikogo. Trafiłam do misji katolickiej. Byłam po piątym roku studiów i traktowano mnie jak lekarza. Żyłam i pracowałam tam przez trzy miesiące. Dlaczego Pani to zrobiła? Chciałam w ten sposób sprawdzić się jako młody lekarz. Chciałam też podróżować i być blisko ludzi. We wszystkich moich przygodach to ostatnie jest najważniejsze. Żaden podróżnik nie jest tak blisko ludzi jak my, lekarze. Ludzie do nas przychodzą ze swoimi problemami. Opowiadają o życiu, codzienności i zapraszają do siebie jak kogoś bliskiego, a nie jak ciekawskiego, wszystko fotografującego turystę. Wydaje mi się, że obecnie młody lekarz myśli o stażu w dobrym szpitalu w Londynie albo Zurychu, a Pani wybiera - przepraszam - kompletne zadupia. To prawda. Kariery się tam nie zrobi. A kto powiedział, że chodzi o karierę? A o co chodzi? O przygodę, o fascynację i… ludzi. Kariera medyczna przyjdzie sama, gdy będziemy potrafili rzetelnie wykonywać swoje obowiązki. A do tego są potrzebne lata nauki i oczywiście doświadczenie międzynarodowe, o czym zdążyłam się też przekonać. Nie wyklucza to jednak faktu, że wolę pracować w Afryce. I uważam, że jest to znacznie trudniejsze niż praca lekarza w krajach rozwiniętych. Niektórzy też robią coś takiego, bo uciekają w ten sposób od szarości i rutyny życia. Pani także?

ZDJĘCIE: JACEK SMARZ

jej portret

(śmiech) Samej trudno mi to ocenić. Na pewno mogę powiedzieć, że lubię tam być i lubię swoją pracę, chociaż jest tam ekstremalnie ciężko: brudno, potwornie gorąco, z niewyobrażalnym poziomem stresu przez cały czas pobytu. Wyjeżdża więc Pani, żeby sprawdzić swoje umiejętności i wiedzę w sytuacjach ekstremalnych? Chyba tak. Musiałam nauczyć się szybkiego podejmowania decyzji i myślenia na zimno w ekstremalnych warunkach. To są cenne umiejętności. Jaki jest teraz Pani zawodowy status? Jestem w trakcie szkolenia w ramach specjalizacji z położnictwa i ginekologii. I co dalej? Po uzyskaniu specjalizacji nie otworzy Pani własnego gabinetu, żeby żyć spokojnie i bezpiecznie? Ta wizja z własnym gabinetem mnie przeraża. Wszyscy mówią, że przyjdzie czas, gdy będę chciała usiąść w wygodnym fotelu za własnym biurkiem i spokojnie przyjmować pacjentki. Dziś sobie tego nie wyobrażam. Ale co będzie za parę lat, tego nie wiem. Niedawno wróciła Pani z Czadu. Proszę opowiedzieć o tamtejszych kobietach. Są biedne, przygnębione i bez żadnych praw, jak w całej Afryce. Rolą kobiety jest rodzenie i wychowanie dzieci oraz zajmowanie się domem. Od jakiegoś czasu mężczyźni coraz częściej przerzucają też na nie obowiązek utrzymania rodziny. W Czadzie obowiązuje poligamia, więc mężczyźni żenią się z kolejnymi kobietami, tłumacząc, że ktoś musi pracować na polu. Dla nich punktem honoru jest posiadanie gromadki dzieci, bo świadczy to o statusie. Gdy tamtejsze żony nabrały do mnie zaufania, zaczęły zwierzać się ze swoich lęków. Okazało się, że wbrew naszym europejskim przypuszczeniom, największym problemem w Afryce jest niepłodność. Kobieta, która nie może mieć dzieci, jest bezużyteczna dla

męża - on może ją wyrzucić z domu, może ożenić się z inną. A ona stanie się marginesem lokalnego społeczeństwa. Nikt nie wspomni głośno, że przecież przyczyna niepłodności równie dobrze może leżeć po stronie mężczyzny! Kobiety mogą też zapomnieć o robieniu kariery i istnieniu niezależnie od męża. Dziewczynek nie posyła się do szkoły, nie uczy się pisać i czytać. Mężczyźni ostro piją, często są brutalni i leniwi, a kobiety nie mają możliwości zmiany swojego życia. Muszę przyznać, że wprawialiśmy w zdumienie miejscowe pielęgniarki, które obserwowały naszą grupę. Dla nich było nie do pomyślenia, że mężczyzna może okazywać szacunek kobiecie, a kobieta może z nim rozmawiać jak równa z równym. Pani nie zmieni ich świata. Nie jeżdżę tam po to, żeby coś zmieniać. Ale dobrze jest o tym rozmawiać. Ludzie w Polsce nie zdają sobie sprawy, że są jeszcze miejsca na świecie, gdzie banalne dla nas choroby są autentycznie śmiertelne, a ponad 90 procent dziewczynek w Afryce jest obrzezanych, nawet w tak cywilizowanych krajach jak Egipt. Miała Pani takie pacjentki? W poprzednim projekcie ginekologicznym przebadaliśmy ponad 800 kobiet. Prawie wszystkie były obrzezane. Dziewczynkom usuwa się wargi sromowe i łechtaczkę. Robi się to oczywiście gdzieś w wioskowej chacie, niesterylnymi „przyrządami”, bo nie można tego nazwać narzędziami… Ile te dziewczynki mają lat, gdy się im to robi? Są około dziewiątego, dziesiątego roku życia. Wtedy też są zaręczane. Rodzina dziewczynki otrzymuje posag, w zamian za podpisanie kontraktu z rodziną narzeczonego. Potem są przyuczane do roli żony: uczą się gotować, młócić zboże, zajmować się dziećmi. W wieku 11 lat, zaraz po pierwszej miesiączce, są wydawane za mąż. I od tego momentu ich celem życia staje się rodzenie dzieci w jak największej ilości, bo to przynosi chlubę mężczyźnie. Ich mężowie są przynajmniej o 20 lat starsi. A czy trafiały do Pani takie dziewczynki zaraz po tym bestialstwie? Bestialstwo to duże słowo. To jest część ich kultury, więc ostrożnie bym podchodziła do oceniania tego. Nieobrzezana dziewczynka nigdy nie znajdzie męża i w ten sposób straci tożsamość plemienną. To dla nich ważne, jakkolwiek straszne się to nam wydaje. Prawdą jest jednak też, że nikt takiej dziewczynki nie przyprowadzi do szpitala, w przypadku powikłania. Ten rytuał odbywa się w tajemnicy. Nawet nie wiadomo, ile z nich tego nie przeżywa. Umierają w bólu i samotności. miasta kobiet

styczeń 2015

7


jej portret A jeśli przeżyją, to jakie są konsekwencje dla ich zdrowia? Wieczny stan zapalny okolic dróg rodnych, dolegliwości bólowe, zakażenia, problemy z płodnością, utrzymaniem ciąży. Z jakich powodów się to robi? Oni wierzą, że we wszystkim co „wisi” jest kumulacją złego ducha. Tak samo traktowany jest języczek w gardle. W niektórych plemionach miażdży się go u noworodków. Swoje lekarskie podróże zaczęła Pani od Ugandy? Lekarskie tak, ale wcześniej jako studentka, podróżowałam do innych miejsc. Byłam na przykład w obozie dla uchodźców w Autonomii Palestyńskiej, gdzie wykonywałam proste, pielęgniarskie czynności. Jak Pani zrozumiała tamten świat? Obserwując z bliska problemy konfliktu palestyńsko-izraeleskiego zrozumiałam, czym jest propaganda, jak się ją tworzy i manipuluje ludźmi. Pracowałam w międzynarodowej grupie i często dyskutowaliśmy o polityce w przekonaniu, że swoją pracą możemy wpływać na to, co się dzieje w świecie. Potem wielu z nas zaangażowało się w różne projekty humanitarne. A co było po obozach? Pracowałam w egipskiej wiosce. Potem Uganda, Nepal i Czad, gdzie postanowiłam stworzyć projekt operacyjny. Operowaliśmy też w Gwatemali i znów w Czadzie. Na tych chirurgicznych wyprawach zależy mi najbardziej. Lekarze w Afryce mają bardzo utrudnione możliwości wyspecjalizowania się w jakiejś dziedzinie medycyny. Muszą wyjechać za granicę, a jak już się czegoś nauczą, to często tam zostają. Dlatego specjalistyczna opieka w krajach rozwijających się w ogóle nie istnieje. Za tym idzie fakt, że choćby w Czadzie, na palcach jednej ręki, można policzyć chirurgów, którzy potrafią przeprowadzić rzetelnie operację. Jak dobrze wiemy, wiele chorób, bez możliwości interwencji chirurgicznej, kończy się zgonem. Dlatego jeździmy do takich miejsc, gdzie nasza specjalistyczna pomoc jest niezastąpiona. Na czym polega wyprawa operacyjna? Kompletujemy zespół specjalistów, pakujemy tony sprzętu medycznego i lecimy. Po wielogodzinnej podróży trafiamy do szpitala, do którego nawet Google Maps nie potrafi znaleźć drogi. Zajmujemy się nie tylko operacjami. Znałam z poprzedniej wyprawy lekarza, który pracował na miejscu. Gdy dowiedział się, że przyjeżdżamy, od razu wziął urlop. Okazało się, że przez ostatnie dwa lata pracował tam bez jakiejkolwiek przerwy. Zostawił mi więc chętnie cały szpital na głowie: sto łóżek, pięćdziesiąt konsultacji dziennie i przygotowywanie do operacji pacjentów, którzy przybywali do szpitala tylko ze względu na naszą obecność.

8

miasta kobiet

styczeń 2015

Pracowaliście całą dobę? Od rana do późnego wieczora z krótką przerwą w okolicy południa, kiedy temperatura przekraczała 50 stopni i trudno było się wręcz poruszać. Nieraz wzywali mnie też w nocy. To był taki kilkutygodniowy dyżur bez przerwy. Szalenie ciężka praca, której nieraz pewnie towarzyszy poczucie samotności… Za czym Pani tęskni będąc gdzieś tam? Nieczęsto, ale pod wpływem wielkiego zmęczenia tęskni się za tak zwaną normalnością: ciepłą wodą pod prysznicem, brakiem kąsających owadów, innym zapachem niż ten wszędobylski zapach spoconych i niedomytych ciał. Miło się wtedy myśli o powrocie do nieskazitelnie czystego, toruńskiego szpitala (śmiech). A co Panią najbardziej wstrząsnęło podczas tych wszystkich wypraw? Za każdym razem, obojętnie jak duży zespół ze sobą weźmiemy, zawsze najgorsza jest bezsilność… … gdy ludzie umierają na Pani rękach? Umierają bardzo często. Każdego dnia, tylko w naszym szpitalu w Donomanga umierało średnio dwoje - troje dzieci. Umierają też ludzie z bardzo błahych powodów, jak atak astmy, co w naszych warunkach wydaje się nie do pomyślenia. Nie ma sterydów? Co z tego, że są? Trzeba jeszcze umieć je podać. Co z tego, że mam adrenalinę i mogę ją podać, jeśli adrenalina musi leżeć w lodówce, a lodówki nie ma! Zabiegi, które w naszych warunkach są proste, tam są czymś zupełnie innym. Byłam teraz w Czadzie z zespołem świetnych specjalistów, którzy niejedno widzieli. I oni też rozkładali ręce ze zdumieniem, napotykając problemy w pozornie prostych przypadkach. Nie mówiąc już o sytuacjach, gdy trzeba przeprowadzić nagłą operację ratującą życie, ale nie ma prądu. Owszem, można operować przy latarkach, ale co z monitorem anestezjologicznym, koagulacją? Wtedy jest szalenie trudno. Musiała Pani zmienić podejście do wszystkiego… W naszym świecie zapomnieliśmy o tym, że śmierć istnieje. A gdy już do niej dojdzie, to zawsze szukamy winnego i kogoś musimy oskarżyć o niedopełnienie obowiązków. Ale kiedy wiemy, że w Afryce co trzy minuty z powodu malarii umiera dziecko, 25 procent dzieci umiera przed 5. rokiem życia, a 10 procent kobiet podczas porodu, to uzmysławiamy sobie, jak wielkiego dokonaliśmy postępu cywilizacyjnego. Trudno nam więc zrozumieć, że ta śmierć może przyjść i zabrać dziecko bądź dziadka, a my, jako lekarze, naprawdę nie byliśmy w stanie nic zrobić i nie ma tu winnych. W naszej codzienności nie ma śmierci, a w Afryce śmierć to codzienność.

Dlatego nie mogę tam pracować dłużej niż trzy miesiące, bo zaczynam się przyzwyczajać i gaśnie we mnie bunt przeciwko niej. Kiedy umiera mój kolejny pacjent, a ja mówię: „No dobrze, to koniec. Nic więcej nie dało się zrobić.”, to jest to dla mnie sygnał, że czas wracać. A kiedy jadę tam ponownie wprost z naszej codzienności, to mimo braku leków i innych podstawowych środków, walczę ze wszystkich sił. My w położnictwie śmierć przeżywamy szczególnie.  napisz do autora j.milanowski@expressmedia.pl

*Dr Katarzyna Gieryn Pracuje w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Toruniu. Jest założycielką i prezesem fundacji Medici Homini oraz organizatorką wypraw medycznych do krajów rozwijających się, m.in. ostatniej wyprawy chirurgicznej toruńskich lekarzy do Czadu w dniach 25.1015.11.2014 r. Uwielbia podróże w każdym wydaniu oraz fotografię.


ESTETICMED.PL - JEDNA KLINIKA - WSZYSTKIE TERAPIE & TECHNOLOGIE DR ILONA WNUK-BIEŃKOWSKA ORAZ DR N. MED. MARCIN BIEŃKOWSKI, założyciele i właściciele Klinik Bieńkowscy Esteticmed.pl, od ponad 15 lat specjalizują się w małoinwazyjnych technikach odmładzania, leczeniu blizn, rozstępów oraz zwalczaniu cellulitu i modelowaniu sylwetki. Esteticmed.pl należą do najnowocześniejszych i najlepiej wyposażonych klinik w Europie, a ich wyjątkowość opiera się na niespotykanym i udanym połączeniu kliniki spełniającej najwyższe medyczne standardy jednocześnie zapewniającej pacjentom komfort ultra-ekskluzywnego SPA utrzymanego w nowoczesnym, minimalistycznym klimacie. W codziennej pracy eksperci Klinik Bieńkowscy wprowadzają premierowe rozwiązania estetyczne, wykorzystujące zaawansowany sprzęt medyczny i najbardziej aktualną wiedzę. Takie połączenie zapewnia pacjentom najwyższy poziom bezpieczeństwa i wyjątkową skuteczność terapii. Bezkompromisowa dbałość o najdrobniejsze szczegóły i polityka jakości stanowią podstawę sukcesu oraz licznych nagród i wyróżnień Klinik Esteticmed.pl.

NAJSKUTECZNIEJSZE AUTORSKIE TERAPIE ODMŁADZAJĄCE I REWITALIZUJĄCE SKÓRĘ SPRAWDZONE PROGRAMY MODELOWANIA SYLWETKI, REDUKCJI CELLULITU I NAJNOWOCZEŚNIEJSZA LIPOSUKCJA INFRADŹWIĘKOWA N.I.L. ORAZ TECHNOLOGIA ENDOLASER- SKINTYTE BEZPIECZNE I EFEKTYWNE PRZYWRACANIE SYLWETKI SPRZED CIĄŻY, CHIRURGIA INTYMNA I GINEKOLOGIA ESTETYCZNA NAJSZERSZE SPEKTRUM MAŁOINWAZYJNYCH TERAPII ODMŁADZAJĄCYCH, OPARTYCH NA KOMÓRKACH MACIERZYSTYCH – PRP, LIPOTRANSFER – MICRO I NANOFAT – NOWOŚĆ! MEDYCZNE STANDARDY USUWANIA BLIZN, PRZEBARWIEŃ, TATUAŻY I ROZSTĘPÓW PEŁEN ZAKRES ZABIEGÓW DERMATOCHIRURGII I DERMATOONKOLOGII, DERMATOSKOPIA CYFROWA HD TERAPIE WŁASNYMI KOMÓRKAMI MACIERZYSTYMI LIPOTRANSFER MICROFAT Przeszczep własnej tkanki tłuszczowej - dzięki zawartym w nim żywym komórkom macierzystym, poza odbudową objętości i wypełnieniem ubytków, zapewnia unikalne właściwości regeneracji i rewitalizacji otaczających tkanek. LIPOTRANSFER NANOFAT – siła odmładzania i regeneracji (ADSC) komórkami macierzystymi w nowej, mniej inwazyjnej odsłonie. OSOCZE BOGATOPŁYTKOWE PRP Terapia starzejącej się lub uszkodzonej skóry - stymulacja i regeneracja komórek własnym osoczem bogatopłytkowym - potencjał komórek macierzystych w regeneracji włosów, odmładzaniu i przebudowie wiotkiej skóry i naprawie jej uszkodzeń, takich jak blizny czy rozstępy. NICI – LIFTING I REWITALIZACJA Szeroki wachlarz terapii nićmi wchłanialnymi Silhouette Soft®, Barb 4D, First Lift & Happy Lift PDO. Niechirurgiczny, bezpieczny i małoinwazyjny lifting skóry twarzy, szyi i dekoltu oraz ciała. Leczenie wiotkości i rozstępów. CUTERA EXCEL V® Najnowszy i najskuteczniejszy bezbolesny laser naczyniowy. Podwójna długość fali wiązki laserowej pozwala na terapię popękanych naczyń krwionośnych, naczyniaków, rumienia oraz przebarwień.

ULTHERA® II GENERACJI Najnowocześniejsza kategoria zabiegów bez skalpela. Prawdziwy, nieinwazyjny lifting twarzy i szyi oraz ciała w trzech poziomach skóry. Jeden 60-minutowy zabieg, bezpiecznie i bez żadnej rekonwalescencji zapewnia trwałe efekty, porównywalne z zabiegami chirurgii plastycznej. PELLEVE®, ZAFFIRO® I VENUS LEGACY® Bezbolesny, całkowicie nieinwazyjny lifting i ujędrnienie skóry twarzy i ciała. Zapewnia redukcję zmarszczek i odmłodzenie. Technologie podczerwieni (IR), fal radiowych (RF) i pola magnetycznego (MP)² stosowane są z zachowaniem standardów medycznych. HYALUSTRUCTURE & SOFT FILLING Innowacyjna terapia odmładzająca. Wykorzystuje elastyczną strukturę 3D tworzoną w skórze z nitek czystego kwasu hialuronowego. Doskonale wypełnia oraz poprawia jędrność wybranych partii twarzy, zapewniając bardzo naturalny efekt. NAJNOWSZE LASERY FRAKSYJNE Pierwszy w Polsce unikalny iPixel z inteligentnym laserowym rolerem, Power Pixel Plus, Mosaic eCO2 Plus, Fraxel Dual oraz Micro Fraxel, który odświeża i poprawia kondycję zmęczonej skóry przy minimalnym czasie rekonwalescencji. INNOWACYJNA DIAGNOSTYKA 3D Najnowsza metoda przestrzennej diagnostyki i oceny kształtu twarzy oraz stanu i problemów skóry twarzy.

CHIRURGIA INTYMNA & GINEKOLOGIA ESTETYCZNA Nowa kategoria zabiegów służąca regeneracji i odmładzaniu kobiecych miejsc intymnych oraz przywracaniu ich prawidłowej funkcji i wyglądu po ciąży i porodach. Zabiegi Mona Lisa Touch® oraz Pelleve® poprawiają satysfakcję seksualną oraz zapewniają poczucie pewności siebie. Zabieg z użyciem specjalistycznej nici Vaginal Narrower® zapewnia wzrost komfortu i estetyki miejsc intymnych oraz ich prawidłowe funkcjonowanie. INTRACEUTICALS® – ZABIEG GWIAZD Nowoczesna metoda nieinwazyjnego i bezbolesnego odmładzania oraz nawilżania skóry. Łączy działanie hiperbarycznego tlenu, kwasu hialuronowego i składników aktywnych. Efekty widoczne już po pierwszym zabiegu. Zabieg nadaje skórze zdrowy, młody wygląd oraz jednolity koloryt. MED CONTOUR MEDICAL® Jedyny system medyczny, pozwalający na trwałą, mierzalną i nieinwazyjną redukcję tkanki tłuszczowej oraz błyskawiczną terapię antycellulitową, za sprawą całkowicie bezbolesnej i bezpiecznej kawitacji ultradźwiękowej. LIPOSUKCJA NOWEJ GENERACJI – N.I.L. Najnowsza liposukcja infradźwiękowa - maksymalnie skuteczna, precyzyjna i zarazem najdelikatniejsza dla tkanek. Zabieg chirurgiczny, który nie wyłączy Cię z aktywnego życia na dłużej niż weekend.

dr Ilona Wnuk-Bieńkowska dr n. med. Marcin Bieńkowski Bydgoszcz, ul. Cicha 17, 48 721 666 777 Częstochowa, ul. Wysockiego 39/7, 48 665 601 212

www.esteticmed.pl

1943614BDBHA

-

KLINIKI BIENKOWSCY ESTETICMED.PL


Neonatolog na wagę złota Jeszcze ćwierć wieku temu dzieci ważących mniej niż tysiąc gramów nawet nie ujmowano w statystyce. Dziś z powodzeniem ratuje się nawet te półkilogramowe wcześniaki.

Z dr. n. med. Piotr Korbalem, kierującym Oddziałem Klinicznym Noworodków, Wcześniaków z Intensywną Terapią Noworodka wraz z Wyjazdowym Zespołem „N” Szpitala Uniwersyteckiego nr 2 im. dr. Jana Biziela w Bydgoszczy, rozmawia Justyna Król

Dziś mamy i transport, i oddziały wczesnej terapii noworodków w wielu szpitalach. Jak to się zaczęło? Matecznik neonatologii powstał w Poznaniu. To tam rozpoczęto leczenie wcześniaków za pomocą wentylacji mechanicznej i surfaktantu, ratującego układ oddechowy. Tam też otwarto specjalizację neonatologiczną. W Szpitalu Uniwersyteckim nr 2 im. dr. Jana Biziela w Bydgoszczy powstała mała Intensywna Terapia Noworodka. Później, m.in. właśnie w województwie bydgoskim, pilotażowo wprowadzono program Poprawy Opieki Perinatalnej. Z czasem w naszym szpitalu udało się stworzyć zespół specjalistów, doskonalący umiejętności na stażach krajowych i zagranicznych, m.in. w USA, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji, Czechach a nawet w odległej Nowej Zelandii.

10

miasta kobiet

styczeń 2015 2014

Specjaliści, nowy sprzęt, nowe możliwości… O, tak. Radości z pierwszych uratowanych wcześniaków nie zapomnę nigdy, mieliśmy do dyspozycji niewiele w porównaniu z tym, jak dokładnie dziś badamy noworodki. Stetoskop niemal zastąpiliśmy ultrasonografem, dzięki czemu sprawdzamy, jak wygląda mózg, jak płynie w nim krew, czy narządy, takie jak nerki, wątroba, śledziona, przewód pokarmowy rozwijają się prawidłowo. Monitorujemy ilość oddechów, ciśnienie i saturację krwi. Inkubatory automatycznie kontrolują temperaturę ciała i otoczenia oraz wilgotność powietrza. Otwierają się na czas zabiegu. Są ciche. Nowoczesne respiratory ściśle współpracują z rytmem oddechowym dzieci, kontrolując objętość i ciśnienie podawanych gazów. Standardem stało się też leczenie wziewnym tlenkiem azotu, wentylacja wysokimi częstotliwościami lub oscylacyjna metoda chłodzenia ciała noworodka, zmniejszająca uszkodzenia mózgu przy niedotlenieniu okołoporodowym. Najbardziej nas cieszy, gdy wcześniaki wychodzą do domu bez żadnych powikłań, a zdarza się tak już nawet u tych urodzonych w 24-26 tygodniu. Obecnie stawia się na naturę - naturalne karmienie, kontakt dziecka z matką od pierwszych chwil życia: dotyk, zapach, dźwięki… Dotyczy to także wcześniaków? Tak. Gdy tylko mama czuje się na siłach, może odwiedzić dziecko na oddziale intensywnej terapii. Dotykać je, głaskać, śpiewać - to niezwykle uspokaja maluszka. Zachęcamy też do kangurowania, czyli kładzenia na swoim ciele dzieciątka, zawiniętego w kocyk, zapobiegający wychłodzeniu ciała po wyjęciu z inkubatora. Mogą to robić także tatusiowie!

Również w kwestii karmienia jest coraz lepiej. Wiele mam odciąga pokarm, dzięki czemu to ten naturalny podajemy wcześniakowi przez sondę, a z czasem przystawia dziecko do piersi. Ma to ogromne znaczenie dla późniejszej odporności. Jest dobrze, a czy będzie jeszcze lepiej? Marzymy o tym, by w naszym szpitalu powstało centrum opieki nad wcześniakami, które zajmowałoby się nie tylko leczeniem w pierwszych tygodniach życia, ale zapewniałoby kompleksową opiekę w pierwszych trzech latach życia. Skupiałoby ono specjalistów: kardiologów, audiologów, okulistów, rehabilitantów, terapeutów z zakresu integracji sensorycznej, logopedów, neurologów i wielu innych, aktywnie współpracujących z rodzicami, choćby w grupach wsparcia i wzajemnej pomocy.

*dr n. med. Piotr Korbal Ordynator Oddziału Klinicznego Noworodków, Wcześniaków z Intensywną Terapią Noworodka wraz z Zespołem Wyjazdowym „N”. Staże naukowe w Liverpoolu, Nowym Jorku, Filadelfii i Auckland (Nowa Zelandia). Konsultant wojewódzki.

742714BDBHA

Wiele dzieci rodzi się przedwcześnie? Sześć procent narodzonych dzieci to wcześniaki. Coraz więcej z nich udaje się uratować, często nawet te półkilogramowe. Jeszcze dwadzieścia lat temu umierało 18 na 1000 z nich, dziś ta liczba zmalała do 6. Na początku lat 90. nie było oddziałów intensywnej terapii noworodka, a wcześniak ważący 1000 gramów lub mniej w ogóle nie był ratowany, nawet nie liczył się do statystyki. Jeżeli przeżył 24 godziny, zaczynano coś robić - podawać antybiotyki, kroplówki z żywieniem. Z problemami oddechowymi u takich dzieci próbowano sobie radzić tylko w tych największych szpitalach. Szanse przeżycia w małych szpitalach były znikome, a specjalistyczny transport neonatologiczny wówczas nie istniał.


więzadła

>>> ZERWANIE krzyżowego przedniego

O PEŁNYM SUKCESIE LECZENIA DECYDUJE ZARÓWNO DOBRZE WYKONANY ZABIEG ARTROSKOPII, JAK I REHABILITACJA POOPERACYJNA. Tekst: lekarz specjalista ortopeda treumatolog Michał Kułakowski, mgr fizjoterapii, terapeuta manualny Tomasz Moczyński

NOWOCZESNA FIZJOTERAPIA POZWALA PACJENTOWI PROFESJONALNIE PRZYGOTOWAĆ SIĘ DO ZABIEGU

Na podstawie takiego wywiadu możemy podjąć decyzję o konieczności leczenia operacyjnego. Warto przed zabiegiem zrobić rezonans magnetyczny kolana, wtedy możemy potwierdzić rozpoznanie i również być przygotowanym na naprawę innych uszkodzeń w stawie kolanowym. Dzięki temu nie spotykają nas podczas operacji żadne niespodzianki. Czy zawsze należy operować pacjenta? Tak, ponieważ biomechanika kolana bez więzadła krzyżowego przedniego zmienia się tak bardzo, że w innym przypadku bardzo szybko dojdzie do rozwoju zmian zwyrodnieniowych. Kiedy należy operować? Zdania uczonych są podzielone. W naszej klinice przyjęliśmy zasadę, że operujemy po około 4-6 tygodniach od urazu, gdy kolano nie boli i pacjent ma zgięcie powyżej 90 stopni. Czy można operować od razu po urazie? Tak, niektóre kliniki tak robią, ale pacjenci, których widziałem z kolanem zoperowanym w ciągu pierwszych 48 godzin, prezentowali bardzo ograniczony zakres ruchu przez bardzo długi czas po urazie. Lepiej jest się przygotować do zabiegu z rehabilitantem. Okres przygotowania do zabiegu nie jest czasem straconym, bo dzięki niemu rehabilitacja po zabiegu przebiega dużo sprawniej.

Istnieje bardzo wiele gotowych protokołów postępowania po zabiegu rekonstrukcji ACL. Jednak program rehabilitacji powinien zostać opracowany przez doświadczonego fizjoterapeutę i zawsze indywidualnie do każdego pacjenta. Nowoczesna fizjoterapia skupia się nie tylko na poszczególnym problemie. Zawsze patrzymy na pacjenta globalnie. Terapia powinna być wielotorowa oraz poprawiać funkcję całego ciała w tym: układ krążenia, propriocepcję, koordynację mięśniową, reedukację chodu, odbudowę prawidłowych wzorców ruchowych, zmiany w strukturze powięziowej.

ul. Starotoruńska 5A, Toruń » tel. 56 307-01-08

www . ortushospital . pl

1219814TRTHA

Z

tym problemem spotyka się codziennie wielu ortopedów. Czasami wywiad przeprowadzony z pacjentem jest tak charakterystyczny, że już na jego podstawie można z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, iż pacjent ma zerwane więzadło krzyżowe przednie (ACL). Typowy wywiad wygląda następująco: „Panie doktorze, gdzieś rok temu grałem w piłkę i skręciłem sobie kolano. Trochę mi spuchło, ale po 3 tygodniach było dobrze. Lekarz mówił, że nic mi nie jest. Całe lato chodziłem i było OK, ale od około 3 miesięcy trochę mi kolano umyka, wczoraj zeskoczyłem z jednego stopnia i ponownie mi uciekło”. Taki wywiad jednoznacznie wskazuje na zerwanie ACL. ACL możemy sobie zerwać nawet podczas błahego urazu. Najbardziej kuriozalny przykład, który znam, to pacjent, zerwany ze snu w fotelu. Często pacjenci sportowcy mówią, że po skręceniu kolana dograli mecz do końca. Wtedy każdy „lekarz” w drużynie wie, że to nic poważnego. Po około 48 godzinach zbiera się krwiak w kolanie, bo wraz z więzadłem zrywa się naczynie krwionośne, doprowadzające krew do więzadła. Po około 2 dobach kolano puchnie, ponieważ zbiera się w nim krew. Jeśli mamy do czynienia tylko z zerwaniem ACL, to pacjent zazwyczaj bardzo szybko wraca do sprawności. Niestety, brak stabilności doprowadza po czasie do incydentów niestabilności. Wśród objawów u pacjentów zauważamy objaw Lachmana i dodatni test szuflady przedniej.


W 2014 roku na wielu płaszczyznach pokazałyśmy, że płeć piękna to także płeć niezwykle kreatywna, silna, walcząca o swoje prawa i mająca wiele do powiedzenia. A pamiętajcie, apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Pani CZESIA pełna pasji! Dla nas - osób tworzących „Miasta Kobiet” - rok 2014 był bardzo ważny. W kwietniu świętowaliśmy pierwsze urodziny naszego miesięcznika! W każdym numerze prezentujemy niezwykłe kobiety z regionu, a obchodząc roczek postanowiliśmy nagrodzić panie, które trafiały na nasze okładki. Z tej okazji zorganizowaliśmy plebiscyt zatytułowany „Kobieta z Pasją”. Czytelniczki i Czytelnicy oddawali głosy na kandydatki, które urzekły ich swoim talentem, osobowością i wspomnianą pasją. Zwyciężyła pani Czesława Marciniak - niezwykły człowiek, oddana pedagog, specjalistka terapii uzależnień, trenerka interpersonalna, instruktorka programów profilaktycznych, socjoterapeutka. Przez 21 lat była pedagogiem szkolnym, przez 14 lat zastępcą dyrektora Bydgoskiego Ośrodka Rehabilitacji Terapii Uzależnień i Profilaktyki BORPA, od 38 lat jest wykładowcą na bydgoskich uczelniach.

12

miasta kobiet

styczeń 2015

ZDJĘCIE: TOMASZ CZACHOROWSKI

do BIZNESU Mamę ciąg nie Co robią młode mamy w naszym regionie? Oczywiście przede wszystkim opiekują się swoimi brzdącami, ale kto powiedział, że nawet tonąc w pieluszkach nie można wpaść na genialny biznesowy pomysł. Strzałem w dziesiątkę okazały się spotkania Klubu Przedsiębiorczych Mam, organizowane przez Urząd Miasta Bydgoszczy. Biznesmamy spotykały się regularnie, a w czasie, gdy one dowiadywały się jak marzenia o własnej firmie zamienić w rzeczywistość, ich dzieci bawiły się beztrosko pod okiem wolontariuszek. W tym roku dobyło się 7 spotkań, m.in., „Asertywna Mama - wartościowa Kobieta” i „Czy można z sukcesem połączyć bycie idealną mamą z pracą zawodową, pasją, lub prowadzeniem własnej firmy?”. Podsumowaniem projektu był plebiscyt „Przedsiębiorcza MAMA - Bydgoszczanka”. Zwyciężyła Agata Pamuła, założycielka wypożyczalni sprzętu dla dzieci Dziecioteka, Stowarzyszenia Rodzin Bydgoskich Kropka i Fordońskiego Klubu Mam. Liczymy na kontynuację.

Drogie Panie, działamy! Przybywa kobiecych inicjatyw w naszym regionie. Aktywizują i zrzeszają się mamy, bizneswomen i kobiety, które przez długi czas rezygnowały z siebie na rzecz innych - dzieci, partnera, zajęć niedających im satysfakcji. Wydarzenia, które prezentujemy poniżej są jedynie ułamkiem tego, co działo się w Bydgoszczy i Toruniu w mijającym, 2014 roku. Wiecie, co cieszy najbardziej? To, że mieliśmy z czego wybierać. Zaczynamy wspominanie…

ZDJĘCIE: NADESŁANE

ZDJĘCIE: ROBERT SAWICKI

TEKST: Dominika Kucharska

To był

podsumowanie roku

Magdalena Środa o prawach kobiet To temat, o którym trzeba mówić głośno i jak najwięcej. Czemu? Bo prawa kobiet w wielu sferach wciąż bywają spychane na margines. Tegoroczne, dwudzieste już toruńskie spotkanie z cyklu „Colloquia Torunensia” skupiło się właśnie na tym. W jubileuszowej debacie o prawach kobiet, która odbyła się w Ratuszu Staromiejskim, wzięli udział, m.in., prof. Magdalena Środa - filozofka i etyczka, ks. prof. Paweł Bortkiewicz - teolog moralny, dr hab. Aleksandra Derra - filozofka (UMK) i dr Aneta Gawkowska - socjolog feminizmu. „Colloquia Torunensia” to jesienne spotkania naukowe, których tematyka dotyczy dialogu społecznego i międzykulturowego. Cykl nawiązuje do wydarzenia historycznego w Toruniu - Colloquium Charitativum z 1645 r.


podsumowanie roku

babskirok PRZEMOC - ciążący prob lem

ZDJĘCIE: PIOTR ULANOWSKI

ZDJĘCIE: JACEK SMARZ

Zgromadzić sto kobiet i ich sto marzeń w jednym miejscu – takie zadanie postawiły sobie już po raz trzeci organizatorki Charmsów Biznesu. Tegoroczne największe spotkanie kobiet biznesu w naszym regionie odbyło się w październiku. - Razem kompletujemy wymarzone sukcesy, które jak Charmsy wnoszą radość i satysfakcję do naszego życia. Z roku na rok jest coraz lepiej! Dowodem na to jest fakt, że liczba zgłoszeń zdecydowanie przekracza założoną przez nas ilość miejsc dla uczestniczek. W tym roku naszym gościem był profesor Bralczyk. Jeśli ktoś wcześniej uważał go za gwiazdę, to na Charmsach Biznesu mógł się przekonać, że to przede wszystkim przesympatyczny człowiek, który wychodzi, staje przed słuchaczami i przez godzinę czaruje - mówi Joanna Czerska-Thomas, jedna z organizatorek Charmsów Biznesu. „Miasta Kobiet” z dumą patronują tej inicjatywie.

„Więcej (z) Konwencji, mniej przemocy – stanowisko kobiet aktywnych wobec odrzucenia Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej” - to tytuł dyskusji, która odbyła się w listopadzie w Bydgoszczy, a udział wzięła w niej, m.in. Kazimiera Szczuka. Uczestniczki próbowały wypracować stanowisko po odrzuceniu Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet. - To, że konwencja stała się tematem politycznym, jest niebezpieczne - tłumaczyła znana feministka. Sprawa jest bardzo istotna, bo założone tylko w 2014 roku „Niebieskie Karty” policjanci liczą w dziesiątkach tysięcy. Debata została zorganizowana w Międzynarodowym Dniu Eliminacji Przemocy wobec Kobiet przez Nieformalną Grupę Inicjatywną i Ruch Kobiet Twojego Ruchu. W 2014 roku przeciwko przemocy wobec kobiet protestowano także w inny, ale za to bardzo oryginalny sposób. W walentynki Bydgoszcz włączyła się do ogólnoświatowej akcji One Billion Rising. Panie i panowie wytańczyli na ulicy swój sprzeciw wobec przemocy w stosunku do kobiet.

ZDJĘCIE: DARIUSZ BLOCH

Kompletują sukcesy

Małe WAŻNE

rzeczy

Niez wykle miłym akcentem na koniec 2014 roku było Kryształowe Serce - wyróżnienie dla dziennikarzy „Miast Kobiet”, które przyznała Europejska Unia Kobiet. Statuetki wraz z dyplomami wręczono na spotkaniu z okazji 20-lecia sekcji polskiej EUK w Toruniu. Redaktorkę prowadzącą Emilię Iwanciw uhonorowano za „pracę na rzecz kobiet i budowanie społeczeństwa obywatelskiego”, a Janusza Milanowskiego, za cykl rozmów z paniami z różnych środowisk. - Dzięki miesięcznikowi „Miasta Kobiet” w świadomości społecznej zaistniały kobiety, które nieraz robią rzeczy małe, ale bardzo ważne. Bez waszej dziennikarskiej pracy pozostałyby w cieniu - podkreśliła Aleksandra Łukomska-Smulska, przewodnicząca sekcji toruńskiej EUK. Kryształowe Serca wręczała naszym dziennikarzom Barbara Bielicka-Malinowska, przewodnicząca polskiej sekcji EUK w Warszawie. Sekcja toruńska EUK od 13 lat jest najsilniejszą spośród wszystkich polskich sekcji tej organizacji, działającej non profit na rzecz środowisk kobiecych. Realizuje, m.in., projekty wspierające tworzenie społeczeństwa obywatelskiego, a także wspierające kobiecą przedsiębiorczość. Dziękujemy! miasta kobiet

styczeń 2015

13


felieton

WYKIEŁKOWAŁ

KICZ Designerski kotek jest dziwny, taki nieswój, ma w sobie tajemnicę. Choć dziś wolałabym artystycznego kotka od tego z różową kokardką, rozumiem dlaczego Julia woli Hello Kitty. Emilia Iwanciw* Julia ma 5 lat i uwielbia różowy kolor, koronki, serduszka i plastikowe perły. Jej mama żali się, że czasem wstyd chodzić po mieście z córką obwieszoną różowymi gadżetami. Miała plan, że jej dzieci będą wyglądać modnie, oszczędnie, ubrane w markowe rzeczy dobrej jakości. Miały bawić się wyłącznie drewnianymi klockami, doceniać design i funkcjonalny minimalizm. A tu takie rozczarowanie, taki obciach. Teraz ona - artystka - intelektualistka - idzie ulicą z małą dziewczynką obwieszoną jak choinka, w kiepskiej jakościowo koszulce z wizerunkiem Hello Kitty. - Skąd jej się to wzięło? - pyta. - Miłości do kiczu nie odziedziczyła w genach. Nie widzi tego w domu. Czy to wszystko wpływ koleżanek?

Ma w sobie tajemnicę Podejrzewam, że nie tylko obserwacje różowych koleżanek sprawiły, iż u Julii jak niechciany chwast wykiełkował kicz. I nie martwiłabym się na zapas. Większość dzieci go kocha, bo jest dosłowny, łatwy w odbiorze, słodki, pogodny. Kicz sprawia przyjemność. Nie trzeba nic dopowiadać, wyobrażać sobie, wszystko jest podane na tacy. Kiczowata postać Hello Kitty ma nosek, wąsy i różową kokardkę. Jest wesoła i miła. Designerski kotek jest czarny i właściwie nie wiadomo, czy to kotek, czy ponura plama. Aby zobaczyć artystycznego kotka trzeba się wysilić. Designerski kotek jest dziwny, ma w sobie tajemnicę. Choć dziś wolałabym artystycznego kotka od tego z różową kokardką, rozumiem, dlaczego Julia woli Hello Kitty. Zaobserwowałam coś jeszcze: w tandetnych różowych koszulkach Julii wolno jeść lody bez obawy, że się pobrudzi. Mamie nie jest żal bluzki za 15 złotych z osiedlowego bazaru. W tych dobrych jakościowo ubraniach Julia nie może biegać (bo się przewróci i podrze). O łapczywym jedzeniu lodów już w ogóle nie ma mowy.

14

miasta kobiet

styczeń 2015

Symbol „normalności” Przypomina mi się Agnieszka, koleżanka z podstawówki, córka rzeźbiarzy. W piątej klasie spędzała u mnie przerwę świąteczną. Zachwycała się tradycyjną choinką, kolorowymi światełkami, serwetkami w anioły. U niej w domu królowała szarość i biel. Choinka była artystyczna, złożona z sosnowych desek i jak żyrandol zwisała z sufitu. Dziś myślę, że jej tęsknota za połyskliwą tradycją wynikała z potrzeby przytulności, którą dają kiczowate przedmioty. I może też z pragnienia przynależności do wspólnoty. Bo przecież większość ludzi ma tradycyjne kiczowate choinki. Ich urok jest oswojonym symbolem „normalności” i przeciętności, do której jakoś instynktownie dążymy. Moda, dobry gust, nowoczesność, artyzm są zarozumiałe, elitarne, hermetyczne. Kicz jest dla wszystkich. Ma w sobie życzliwość i prostolinijność, jak babcia przy stole nakrytym ceratą, czekająca na wnuczka z parującym talerzem staromodnego rosołu. Przy stole z ceratą, którą można było beztrosko pobrudzić i nikt nie robił z tego kłopotu. Bez trudnych pytań Ponoć umiłowanie kiczu jest charakterystyczne dla społeczeństw dobrobytu. Coraz częściej szukamy zabawy bez trudnych pytań i odpowiedzi. Bez konieczności zastanawiania się, co autor mógł mieć na myśli. Szukamy tego, co już kiedyś gdzieś było. W książce „O kiczu”, Andrzej Banach stwierdza, że wspólnymi cechami każdego rodzaju kiczu są: fałszywość,

pretensjonalność i taniość. A ja sądzę, że dzisiaj pretensjonalna jest częściej tzw. sztuka wysoka. Nie nazwałabym też kiczu fałszywym. Sporo w nim jednak autentyzmu, nieskrępowania, pierwotnych instynktów. Umiłowanie kiczu wynika z naturalnej w większości kultur potrzeby ozdabiania, własnej inwencji twórczej, chęci posiadania „czegoś ładnego”, lecz nie za bardzo odmiennego, od tego co mają wszyscy. Z pewnością w jakimś sensie kicz wywodzi się z twórczości ludowej, która jest przecież autentyczna.

Wieje chłodem… Umiłowanie kiczu w naszych czasach dobrobytu może też oznaczać tęsknotę za czymś więcej. Za brakiem przymusu wyróżniania się z tłumu, za bezwarunkową akceptacją i swobodą, ciepłem, za luzem, za dawnymi czasami, kiedy kiczowate ubranka dzieci nie przeszkadzały większości rodziców. Za czasem, kiedy ważniejsze było zwykłe bycie od bycia w jakiś określony sposób, na określonych zasadach, w określonym opakowaniu. Umiłowanie kiczu dzisiaj może być też rodzajem ucieczki przed doktryną indywidualizmu, która wieje snobistycznym chłodem.  napisz do autora e.iwanciw@expressmedia.pl

*Emilia Iwanciw Redaktorka „Miast Kobiet”, dziennikarka, historyczka sztuki. Mama 12-latka.


felieton

małej

MAGIA

WIELKA czarnej Krótko mówiąc, w czarnej sukience wyglądasz jak zołza. Strach podejść i zagadać, bo prawdopodobnie zainteresowana jesteś tylko czubkiem własnego nosa. Lena Kałużna* „Madame, po kim nosi pani żałobę?” - zapytał któregoś razu Paul Poiret, jeden z najważniejszych kreatorów mody początku XX wieku, samą Coco Chanel. Spotkał ją wówczas ubraną w MAŁĄ CZARNĄ. Sukienkę, która dziś uważana jest za klasyczną. Mówi się wręcz, że powinna znajdować się w każdej kobiecej garderobie. Jednak w latach 20. ubiegłego wieku kobieta, która decydowała się na czarny ubiór, musiała być pogrążona w ogromnym smutku. Ewentualnie akurat sprzątała. Sama rozumiesz, czerń jest praktyczna. Dlatego była traktowana mniej więcej tak, jak dziś wyciągnięty, zniszczony dresik. Dopiero wspomniana Coco Chanel wyniosła prostą, małą czarną sukienkę na piedestały.

Cholerna czerń... Sama forma, jaką jest sukienka, to coś na miarę koła. Jest prosta i skutecznie ułatwia nam życie. Bo oto wkładasz ją przez głowę et voila, już jesteś ubrana! Miny nam rzedną dopiero o tej porze roku, bo trzeba naciągnąć na nogi grube rajtuzy. Mnie jednak nie to martwi. Załamuję ręce i klnę na tę cholerą czerń. Nie wiem jak jest w innych częściach świata, ale Polki z pewnością kochają czarny kolor. Czarne rzeczy kupujemy namiętnie, bo nam się wydaje, że do wszystkiego pasują, nadają się na każdą okazję i jeszcze nas wyszczuplają. W rzeczywistości zgadza się tu zaledwie jedno - że nam się tylko wydaje.

Tak już zostało Przypominasz sobie, w którym momencie czerń zagościła w Twojej szafie po raz pierwszy? Chociaż „zagościła” to zdecydowanie złe słowo. Goście przychodzą i wychodzą. Ona napatoczyła się, umościła swoje czarne dupsko i tak już jej zostało. A kiedy? Prawdopodobnie był to czas dojrzewania, buntu i pierwszych miłości. Bowiem czerń jest kolorem niezwykle emocjonalnym. Wybierają ją kobiety z sinusoidą nastrojów, od wszechogarniającej miłości, którą darzą świat, do wścieklizny, chociażby na niesprawiedliwość losu. Ich każdy nadprogramowy kilogram wytłumaczyć można ogromnym sercem, które nie mieści się w ciele. Aureola lub rogi Czemu złoszczę się na czerń, skoro lubują się w niej dobre duszyczki? Ponieważ życie pędzi, a my mamy tak wiele spraw na głowie, że starając się nadążyć za wszystkim, korzystamy z uproszczeń. Na przykład z pierwszego wrażenia. Dorabiamy ludziom aureolę lub rogi. Jak się zapewne domyślasz, w omawianym przypadku, efektem będzie wizerunek diabelski. Krótko mówiąc, w czarnej sukience wyglądasz jak zołza. Strach podejść i zagadać, bo prawdopodobnie zainteresowana jesteś tylko czubkiem własnego nosa. Wiesz o czym mówię, jeśli zdarzyło Ci się usłyszeć: „Jak Ciebie bliżej poznałam, to okazało się, że jesteś świetną osobą, a myślałam, że jest zupełnie inaczej…”.

Pod warunkiem „Po kim noszę żałobę? Po panu, monsieur.” - odpowiedziała impertynencko Coco Chanel na pytanie Paula Poireta. Odwróciła się na pięcie i odeszła. Znany był jej zadziorny charakter. Osiągnęła wiele, ale za swój buńczuczny wizerunek nieraz musiała srogo płacić. Stać nas na to? Przyjmijmy lepiej, że mała czarna to sukienka doskonała, pod warunkiem, że nie jest czarna.

* Lena Kałużna Socjolożka, trenerka wizerunku. Pomaga kobietom odnaleźć własny styl. Szczegóły na: www.kobiecaperspektywa.pl www.facebook.com/perspektywakobiet

miasta kobiet

styczeń 2015

15


jej pasja

Dla niektórych wykorzystywanie zdjęć w sposób użytkowy zahacza o tandetę. Mnie to cieszy, przynosi dobre myśli, napędza życie bodźcami emocjonalnymi. I chcę tym zarażać innych. TEKST: Justyna Król ZDJĘCIA: MRODSI

K

sywa MRODSI przylgnęła do niej jeszcze w liceum. „Moim zadaniem jest wyciągnięcie fotografii z Waszych szuflad i dysków, i nadanie im nowego, innego życia” - czytamy na jej fanpage’u. Wbrew pozorom, niełatwo ją znaleźć. Z jednej strony Warsztat MRODSI jest na Facebooku, z drugiej, by z jego właścicielką się skontaktować, trzeba pokusić się o sprecyzowanie myśli w formie pisemnej. Numeru telefonu brak. Magdalena Mrozik, trzydziestodwuletnia artystka z podbydgoskich Niw, łączy tradycję z nowoczesnością, nie tylko podczas tworzenia biżuterii. Nie zależy jej na masowym odbiorcy. To, co robi, nie jest dla każdego. - Może zabrzmi to dziwnie, ale wolę jedną osobę, która u mnie coś zamówi i to doceni, niż sto, które kupią coś od niechcenia - przyznaje.

16

miasta kobiet

styczeń 2015

WARSZTAT, NIE PRACOWNIA Z wykształcenia fotografka, absolwentka sztuki rejestracji obrazu na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Dumna mama prawie trzyletniego Antka. Od około roku właścicielka Warsztatu MRODSI. Jak mówi - dopiero się rozkręca. Zaprasza na poddasze, nie do pracowni artystycznej, jak większość dzisiejszych twórców. Nazywa je swoim warsztatem, nie bez powodu. Wióry się sypią, pachnie tu drewnem i lakierem. - Chciałam żeby nazwa była surowa, bo to, co robię, jest połączeniem delikatnej, precyzyjnej kobiecej pracy z męską robotą. Poza nożyczkami i cążkami do drutu, mam skrzynkę na narzędzia jak w każdym warsztacie, maszynę do cięcia, piłę ręczną. Regularnie dostaję od bliskich takie mało kobiece prezenty, co bardzo mnie cieszy - śmieje się.

Wszystko zaczęło się zaledwie rok temu. Bodźcem do działania była przypadkowa porcelana z fotografią. To wystarczyło za pretekst, by fotografii użytkowej nadać nowy, autorski wymiar. Garść elementów do pierwszej pracy pokazała jej przyjaciółka Natalia. Sznurki, łańcuszki, szkiełka… Impuls sprawił, że zaczęła je łączyć z własnymi kadrami. Początkowo tak dla siebie, z czasem jako prezenty dla bliskich. Obecnie realizuje projekty na zamówienie.

Z NAGROBKA NA NADGARSTEK Ukryte za szkiełkiem zdjęcia, zwłaszcza te czarno-białe, kojarzą się przede wszystkim z nagrobkami i nieboszczykami. MRODSI zmierzyła się z tym myślowym stereotypem, nadając im zupełnie inny charakter w swoich


jej pasja biżuteryjnych projektach. - Dla niektórych wykorzystywanie zdjęć w sposób użytkowy zahacza o tandetę. Mnie to cieszy, przynosi dobre myśli, napędza życie bodźcami emocjonalnymi. I chcę tym zarażać innych. Jeżeli ludzie pragną robić coś ze swymi fotografiami, to ja już jestem szczęśliwa - mówi. Z pasją sama fotografuje. Nigdzie nie rusza się bez aparatu. W kadrach zatrzymuje codzienność, fragmenty otaczającej ją rzeczywistości. Dużo też portretuje. Do biżuterii przenosi kawałeczki swoich zdjęć, bawiąc się barwą, strukturą, kształtem… Patrząc na nie, nie od razu widzimy, co było przedmiotem fotografii. Jest w tym jakaś magia. - Największą satysfakcję dają mi te projekty, które wykonuję sama od początku do końca - zapewnia. - Spotykam się wówczas z zainteresowaną osobą. Muszę poświęcić jej czas, by móc ją dobrze sportretować. Najlepsze kadry powstają spontanicznie, bez planu i snucia wizji. Wszystko jednak zależy od otwartości danego człowieka. Fascynuje mnie magia tych pierwszych spotkań. Potem wybrany kadr wywołuję i przenoszę pod szkiełko, umieszczam w elementach biżuterii - na broszce, wisiorku czy też w kolczykach. Już sam klej sprawia, że zdjęcie nabiera głębi, a szkiełko jeszcze ją potęguje.

CYFROWE NIE ZNACZY LEPSZE Zdjęcia - te własne, jak i te nadesłane - zamawia w punkcie fotograficznym, choć najchętniej wywoływałaby je sama. Brakuje jej ciemni, pachnącej chemią, ale też emocji, związanych z oczekiwaniem na naświetlenie kadru. Zwłaszcza, że nadal fotografuje na kliszach. Chciałaby jak dawniej, zamykać je w koreks, by poczuć ten dreszczyk. Zapewnia, że jeśli tylko czas jej pozwoli, powróci do tradycyjnego wywoływania. - Uwielbiałam ten cały proces przenoszenia zdjęcia na papier lub też błonę fotograficzną, która daje niesamowite efekty - wspomina. - Cyfryzacja nadszarpnęła nieco świat fotografii domowej, osobistej, doprowadzając do tego, ze trzymamy masowo wykonywane zdjęcia na dyskach, nie poświęcając im tyle serca, ile dawniej poświęcało się kadrom zamkniętym w albumach. Mało kto ma dziś w domu fotografie papierowe, a jeśli już, to pojedyncze, sprezentowane przez kogoś. TWÓRCZY BAŁAGAN Zawsze wszystko pakuje w artystyczny sposób. Niebanalnie, z dopiskiem „handmade with love”. Zresztą większość jej zamówień to prezenty. - Ludzie chętnie wybierają prace ze zdjęcia-

mi dzieci, ukochanych osób. Takie realizacje wywołują tę przytulność w sercu. Jeśli chcesz podarować komuś coś wyjątkowego od siebie, musisz na chwilę przystanąć. Włożyć w to energię, myśli, uczucia… I czas. Trzy dni od pomysłu do realizacji to minimum. Potem to czekanie na błysk w oku bliskiej osoby, gdy odpakuje prezent. Bezcenne - zapewnia MRODSI. Produkty biżuteryjne kupuje z różnych źródeł. Łączy je dowolnie, kierując się zmysłem estetycznym i fantazją. A tej jej nie brakuje. Gdy w warsztacie robi się bałagan, jest jeszcze bardziej twórczo. - Wiadomo, lubię uporządkować przestrzeń wokół siebie, bo tak łatwiej się pracuje. Jednak chaos, który mimowolnie się wkrada, także sprzyja tworzeniu. Coś przypadkiem znajdzie się obok czegoś innego i jawi mi się kolejna wizja. Nagle. To bywa niezwykle inspirujące - opowiada.

W ARTYSTYCZNEJ SYMBIOZIE Magda otacza się przyjaciółmi, którzy też kochają tworzyć. W jej głowie roi się od pomysłów, w jaki sposób wspólnie łączyć siły. Część już wcieliła w życie. - Karolina, znana jako Kafka, szyje torby i portmonetki. Moja przyszła szwagierka dzierga etui na telefony. Natalia wykonuje niepowtarzalne notesy. Arek bransoletki ze spersonalizowanymi napisami. Każdy z tych przedmiotów można ozdobić guzikami z fotografią, przemycając w otaczającą nas przestrzeń kadr z tym, co dla nas ważne, niosące dobre emocje - twierdzi. - Niebawem do pracy chcę zaprosić przyjaciółkę, która kapitalnie rysuje. Już nie mogę się doczekać. ZAPACH DREWNA Niewielkim, ale wyjątkowym podarunkiem od MRODSI może być zakładka do książki, także z fotografią. Sama artystka śmieje się, że wiele książek odkłada do przeczytania na starość. Podobnie jak rysowanie i kompletowanie własnych albumów, bo jak wiadomo - szewc bez butów chodzi. Właścicielka warsztatu w swych realizacjach z powodzeniem wykorzystuje także wdzięczny materiał, jakim jest drewno. Jedna z największych prac trafiła jako pamiątka do pewnego podróżnika. - To było bardzo ciekawe zamówienie. Zdjęcia z podróży przenosiłam na płaskie, kwadratowe drewienka, które później połączyłam sznurkiem w całkiem obszerne dzieło ścienne - wspomina. Obecnie przygotowuje stolik pełen kadrów. Tak dla siebie do kawy, której jest wielką fanką i na spotkania z ludźmi, bez których nie mogłaby żyć.  napisz do autora j.krol@expressmedia.pl

Rozmowa z Magdaleną Mrozik we wtorek (30.12) o godzinie 10 i 16 oraz w środę (31.12) o godzinie 12 na antenie Radia Eska. 94,4 fm (Bydgoszcz) 104,6 fm (Toruń)


kobieta przedsiębiorcza

GOTOWA NA BIZNES Kampania Public Relations jest pierwszą rzeczą, którą należy zaprojektować przed jakimikolwiek działaniami marketingowymi. To ogromne oparcie w sytuacjach kryzysowych. Justyna Niebieszczańska*

Jeżeli nie jesteś w stanie opracować kampanii PR dla firmy, produktu czy usługi, to traktuj to jako znak ostrzegawczy. Może to oznaczać brak gotowości na prowadzenie biznesu z sukcesem. Każdy przedsiębiorca toczy bój o spełnienie marzeń - o sukces, o zysk. Wygrywają ci, którzy są bardzo dobrze przygotowani. Jeżeli nie kontrolujesz komunikacji w swojej firmie, to znaczy, że nie jesteś dobrze przygotowana i wystawiasz się na niebezpieczeństwo. Kampania public relations jest pierwszą rzeczą, którą należy zaprojektować przed jakimikolwiek działaniami marketingowymi. Jest jak mapa z wyznaczoną trasą do celu. Uwzględnia też gorsze dni i jest ogromnym oparciem w sytuacjach kryzysowych. Skąd się bierze gotowość na public relations? Oto trzy podstawowe kroki, które przygotują Cię do opracowania kampanii PR!

Krok pierwszy Intrakomunikacja, czyli wywiad z samą sobą w celu uzyskania odpowiedzi na pytania: kim jesteś, jakimi zasadami kierujesz się w życiu, jakie są twoje priorytety. To jest pierwszy warunek prowadzenia udanych działań public relations. Szukamy cudownych rozwiązań na zewnątrz firmy, zupełnie nie dostosowując ich do zasobu własnych możliwości i niepowtarzalnych atutów. Odpowiedź na te pytania uruchamia wiele możliwości, np. wprowadzenie zarządzania przez wartości, wykorzystania swoich mocnych stron, poznanie tego, co nas wyróżnia.

18

miasta kobiet

styczeń 2015

Krok drugi Identyfikacja celu biznesowego i określenie ram czasowych jego realizacji. To nasze podstawowe zadania. Cel powinien ściśle wiązać się z określonym odbiorcą. Nie używam słowa klient, bo w public relations podstawą jest komunikacja i opieranie się na relacji człowiek - człowiek. Im więcej wiemy o swoim odbiorcy, tym mamy większą szansę precyzyjnie do niego trafiać i w konsekwencji osiągać wyznaczone cele. Krok trzeci Komunikacja. To sposób komunikowania się decyduje o tym, że firma rozwija się i umacnia. Nie wystarczy prosty schemat oparty na komunikacie, odbiorcy i nadawcy, bo dzisiaj przede wszystkim liczy się umiejętne budowanie relacji: kontakt z klientem, precyzyjna odpowiedź na jego potrzeby, otwartość na rozmowę. Zadaniem public relations jest projektowanie przyjemnego, niezapomnianego przeżycia podczas robienia zakupu oraz budowanie wiarygodności przedsiębiorcy i firmy. To nie dodatek Często działania public relations są wprowadzane wówczas, kiedy firma ma dodatkowy budżet. Powinnyśmy pamiętać, że w przypadku mikroprzedsiębiorców (szczególnie tych z pasją) rozwiązania PR to najlepsza droga promocji. Tymczasem traktujemy je jak ekskluzywny dodatek, czasami zbytek. Niektóre firmy, organizując jakieś wydarzenie raz na rok i wydając

informacje prasowe, nazywają te działania PR-em. Problem w tym, że PR nigdy nie jest jednorazowy - zawsze jest kompleksowym i skrojonym na miarę realnym pomysłem na udaną komunikację człowiek - człowiek. Jest kampanią nastawioną na odnoszenie zwycięstw w biznesie. Jeżeli nie wiesz, od czego zacząć lub jeżeli czujesz, że biznes wymyka się Tobie z rąk, przystąp do testu gotowości. Już wiesz, jakie są pierwsze kroki. Poznaj siebie. Poznaj public relations.

* Justyna Niebieszczańska Specjalista public relations. Filolog klasyczny i angielski. Właściciel Agencji Public Relations BRIDGEHEAD PR (www.bridgehead.pl), manager kanadyjskiej firmy SciCan na Polskę i kraje nadbałtyckie, współorganizatorka Charmsów Biznesu.


1749814BDBHA 1992414BDBHA

Holistyczne podejście do klienta czyli kompleksowe zabiegi pielęgnacyjno-lecznicze twarzy, dekoltu, okolic oczu oraz ciała, a nawet porady w gabinecie psychologicznym. Truizmem jest stwierdzenie, że dobry wygląd wpływa na poprawę samopoczucia. Dlatego nie zastanawiaj się dłużej, czy warto inwestować w siebie. Odrobina luksusu na pewno się opłaci. Nie jest ważne ile masz lat. W Instytucie Dermokosmetycznym Centrum Słonecznik możesz cofnąć czas. - A z okazji sylwestra oraz karnawału przygotowaliśmy dla Państwa nowe pakiety zabiegowe w przystępnych cenach, aby każdy mógł poczuć się wyjątkowo! - mówi Ewelina Kozłowska, właścicielka Centrum Słonecznik. Kwasy dermokosmetyczne W Instytucie wykonywanych jest wiele zabiegów kosmetycznych odmładzających, ujędrniających, liftingujących skórę, leczących trądzik i niwelujących przebarwienia. Szczególnie polecane są zabiegi z zastosowaniem dermokosmetycznych kwasów terapeutycznych, takich jak kwas glikolowy, salicylowy, pirogronowy, azelainowy i wiele innych terapii na bazie kwasów. Wszystkie służą walce z niedoskonałościami urody. Ale nie tylko chodzi o efekty kosmetyczne. Przy współpracy z lekarzami wspomagamy także leczenie problemów skórnych - wyjaśnia Ewelina Kozłowska. Np. taki kwas azelainowy stosowany w kosmetologii i dermatologii wykazuje niezwykle skuteczne działanie w trudnych do wyleczenia schorzeniach skóry. Charakteryzuje się działaniem przeciwbakteryjnym, więc z powodzeniem znalazł zastosowanie w leczeniu problemów skóry trądzikowej, atopowej, z przebarwieniami, skóry skłonnej do rumienia, trądziku różowatego oraz ze skłonnością do zapalenia mieszków włosowych. Wyjątkowo skuteczny, silnie złuszczający i chemoprewencyjny jest także zabieg Nomelan przeznaczony do leczenia skóry z przebarwieniami a także z problemami trądziku. Działa również na głębokie i płytkie zmarszczki.

Instytut Dermokosmetyczny Centrum Słonecznik Villa na Wzgórzu , Lubicka9 tel. 530 771 716 – dział kosmetyczny tel. 792 002 268 – dział fryzjerski

Zabiegi wyszczuplające - Zabiegi wyszczuplające dobieramy indywidualnie dla każdej klientki zgodnie z jej oczekiwaniami i potrzebami - tłumaczy Ewelina Kozłowska. Instytut dysponuje profesjonalnym sprzętem; I-Lipo – zimny laser, który niweluje złogi tłuszczowe. Stosujemy fale radiowe, które modelują sylwetkę, działają napinającą, uelastyczniają skórę. Skuteczny jest także dermomasaż czyli masaż próżniowy rozbijający złogi tłuszczu, usprawniający krążenie krwi, działający detoksykująco na organizm. Zabieg Body Wrapping jest z kolei połączeniem pielęgnacji gabinetowej ze skutecznymi preparatami kosmetycznymi na bazie aromaterapii. Kawitacja ultradźwiękowa także równie dobrze rozbija tkankę tłuszczową. Natomiast zabiegi „zimne bandaże” nasączone płynem o działaniu hipotermicznym, są alternatywą dla osób, które mają tendencję do pękania naczyń krwionośnych oraz problem z żylakami. Poprawiają napięcie, elastyczność i jędrność skóry. Marokańskie rytuały Zapraszamy do Marokańskiego Spa na zabiegi oczyszczająco-liftingująco-nawilżający na bazie oleju arganowego, oleju opuncji figowej o działaniu anty-aging, dobroczynnych glinek oraz naparu z czarnuszki. Można się oddać rozkoszom relaksującej kąpieli Kleopatry z płatkami róży. Zabiegi na włosy Pracujemy wyłącznie na profesjonalnych produktach ekologicznych. Polecamy Rytuały marokańskie, Day Spa na włosy z bombą witaminową, a także cztery w jednym czyli farbowanie, zabieg zamykający łuskę włosa, regeneracja i ochrona koloru. - Nie ma wyzwań fryzjerskich, strzyżenia, ułożenia i koloryzacji, którym nie umiałybyśmy sprostać. Szkolenie u znanych mistrzów fryzjerskich daje doskonałe efekty - dodaje Ewelina Kozłowska. Atrakcyjna promocja. Zapisz się na upięcie włosów na sylwestra lub w karnawale, a otrzymasz wyjątkowy makijaż gratis!

1193514TRTHA

Przecież jesteś wyjątkowa! Przec

Centrum Słonecznik poleca atrakcyjne bony upominkowe idealne dla Niej i dla Niego na każdą okazję!


kobieta smakuje

Z nutą świeżości Z

KONRAD ZAJĄC - MENEDŻER, DYREKTOR GASTRONOMII W HOTELU HERBARIUM W CHOMIĄŻY SZLACHECKIEJ

20

miasta kobiet

styczeń 2015

pewnością jesteśmy różne i niełatwo sprostać naszym oczekiwaniom. Nie chcemy prostych rozwiązań, gotowców, przewidywalnych propozycji. Banałów unikamy w życiu, na co dzień, a już szczególnie wystrzegamy się ich podczas tego jednego zaplanowanego wieczoru, który pragniemy spędzić w wyjątkowy sposób. Zacznijmy więc od podniebienia... - Czy jeśli chwilę porozmawiamy na różne tematy, to będzie Pan już wiedział bez pytania mnie wprost, czego najchętniej bym się dziś napiła? - pytam Konrada Zając, sędziego międzynarodowych konkursów barmańskich, menedżera oraz dyrektora gastronomii w Hotelu Herbarium w Chomiąży Szlacheckiej, gdzie sprawuje pieczę nad energicznym zespołem pracowników. - Tak naprawdę często wystarczy chwila uważnego spojrzenia - odpowiada specjalista. - Ruchy, mimika, oczy - po tym wszystkim można w jakiejś części odczytać jaka Pani jest lub czego Pani dziś oczekuje. Odpowiedź na te odczucia realizuje cały nasz zespół, który z ogromną pasją dba o każdy, najdrobniejszy szczegół, tak by finalnie odwiedzający to miejsce wiedzieli, że to co proponujemy jest stworzone specjalnie dla nich. Jako przykład mogę podać właśnie koktajle, opracowane według klasyki połączonej z autorskimi pomysłami, nawiązującymi do specyfiki tego miejsca, przesiąkniętego naturą i świeżością, w luksusowym, nowoczesnym stylu. Bardzo ciekawy jest koktajl nawiązujący do włoskiego klasyku caprese martini, z bazylią, pomidorkami koktajlowymi czy mozarellą, której oczywiście nie wkładamy do szklanki, ale serwujemy z innymi dodatkami w postaci małego szaszłyku. Z kolei dla miłośniczek whiskey proponuję coś ze świeżym i wędzonym rozmarynem, a także z wędzonym drewnem jabłoni. Serwujemy to na kuli lodowej… - pan Konrad rozwija myśl, a w tle unosi się już bukiet zapachów.

- Ta propozycja kojarzy mi się z mocnym charakterem - wyznaję chłonąc aromaty. - Tak, często wybierają ją panie o silnej osobowości. Ten koktajl przełamany jest słodyczą, więc idealnie pasuje do istoty kobiecości, osoby z klasą, ale jednocześnie ostrej i twardo stąpającej po ziemi. - Wybrałabym to na wieczór - dodaję. - Czego jednak mogłabym napić się teraz, popołudniu, w trakcie spotkania z koleżankami? - Na takim spotkaniu od razu widzę Herbal Mohito, które zresztą jest bardzo popularne na przykład podczas wieczorów panieńskich, które odbywają się w naszym hotelowym SPA. Piją je młode, aktywne kobiety, czerpiące z życia pełnymi garściami wszystko to, co najlepsze. Koktajl jest lekki, orzeźwiający i dobry na każdą porę dnia. Odeszliśmy w nim od klasycznego wykorzystania rumu, na rzecz ginu, który podkreśla ten wyjątkowy, ziołowy aromat. Zgrywa się to idealnie z naszymi świeżymi ziołami - do standardowej mięty dodajemy też rozmaryn i bazylię. To przeplata się ze słodko-kwaśnymi nutami mandarynki i limonki. Używamy też syropu cukrowego, który jak wszystkie nasze syropy jest robiony tutaj, z naturalnych produktów. Taka jest idea tego miejsca i wszystkiego co tu serwujemy. Pan Konrad tłumaczy, a ja obserwuję go przy pracy nad Herbal Mohito. Razem z nim koktajl przygotowują „podopieczni” i każdy z nich doskonale odnajduje się w tym, co robi. - Tu w powietrzu czuć coś takiego, co sprawia, że każda kobieta która znajdzie się na moim miejscu od razu Państwu zaufa - mówię smakując przygotowany dla mnie koktajl. I wyznaję to w pełni szczerze, bo propozycja stworzona przez cały ten zespół idealnie trafia w mój smak. Jak udało im się tak precyzyjnie odczytać moje upodobania? To nie magia, ani nie myśli odczytane w lodowej kuli zza baru… Każdy powinien przekonać się sam.

1811414BDBHA

Ile prawdy jest w twierdzeniu, że z tego co i jak pijemy, da się odczytać jakie jesteśmy? Profesjonalny barman wie doskonale, że sporo…


1811414BDBHA

WWW.HERBARIUMHOTEL.PL | CHOMIĄŻA SZLACHECKA T: +48 52 30 77 000 | E: INFO@HERBARIUMHITEL.PL


mama

wszystko

NIE

WOLNO Czasami jesteśmy zimni, niecierpliwi. Czasami - nie boję się tego powiedzieć - nie kochamy swoich dzieci. W takiej sytuacji wychowanie niepostrzeżenie zamienia się w hodowanie. Z Anną Ciesielską* z Terenowego Komitetu Ochrony Praw Dziecka rozmawia Jan Oleksy

Za moich młodych czasów, Gwiazdor oprócz worka z prezentami nosił rózgę dla niegrzecznych dzieci. Karał i nagradzał. Opłacało się być grzecznym… Sama w życiu małego człowieczka zaliczyłam rózgę od taty. Myślę, że bardziej dla zasady, a nie z powodu jakichś przewinień. Miał to być mocny, tradycyjny akcent. Mój tata jest dobrym człowiekiem, więc na pewno nie chciał mnie wystraszyć, ani skrzywdzić. Ale pamiętam to do dziś, mimo że minęło dużo lat, a gdybym miała powiedzieć, jaki wtedy dostałam prezent, to nie wiem, uleciało. Dzisiaj rózga nie jest w modzie, ale niektórzy rodzice straszą dzieci: „Bądźcie grzeczne, bo Gwiazdor wam nic nie przyniesie”… Mnie zawsze śmieszy to określenie „grzeczny”. Co to znaczy? To słowo worek, swoisty straszak. Dorosły człowiek nieraz w ten sposób postrzega poprawność dziecka. Zapracowani, zabiegani ludzie uważają, że grzeczne dziecko, to takie, które siedzi w kącie i za wiele od nich nie chce. Da się nakarmić bez problemu, da się łatwo położyć spać, nie przynosi jedynek ze szkoły. Nie epatuje sobą. A kiedy jest niegrzeczne? Często wtedy, gdy pragnie kontaktu i chce, żeby je zauważono. Dlatego nieraz jest kłopotliwe, narzucające swoją wolę, swoje sprawy itd. To może być rozpaczliwe wołanie: „Zainteresuj się mną, zobacz, jaki jestem, chciałbym z tobą porozmawiać, chciałbym się z tobą częściej pobawić”. Niestety, nie zawsze mamy na to czas i ochotę. Chociaż, gdy patrzę na młode pokolenie rodziców, to widzę, że świadomie wychowuje swoje dzieci i doskonale zdaje sobie sprawę, że wychowanie to nie czary i pobożne życzenia. Oni rozumieją,


mama Mając wymagania wobec dzieci, warto zastanowić się, czy my dorośli jesteśmy poprawni, grzeczni i co to znaczy? ANNA CIESIELSKA SOCJOTERAPEUTKA

że to jest długotrwały proces, niełatwy i dynamiczny, ale niestety, nie zawsze dobierają właściwe metody. Sądzą na przykład, że wymagania i konsekwentne rozliczanie stresują dziecko, wpędzają je w kompleksy. To jest źle pojęta swoboda i luz, czyli pierwszy krok do niepowodzeń wychowawczych. Dziecko myśli, że jeżeli nic złego nie robi, to jest grzeczne? Ostrzegam wszystkich dorosłych przed takim klasyfikowaniem ogólnym. Pojęcie „grzeczne” jest pojemne i cieszę się, gdy jest ono jak najrzadziej używane. Każdy człowiek jest indywidualnością, osobnym bytem, więc trudno stosować jedną miarę. Mając wymagania wobec dzieci, warto zastanowić się, czy my dorośli jesteśmy poprawni, grzeczni? I co to znaczy? Można przecież dziecku również zadać pytanie - czy twoja mama i twój tata są grzeczni. Myślę, że odpowiedzi dzieci byłyby niezłym studium spostrzegawczości naszych pociech. A czy my dorośli nie uważamy przypadkiem, że jesteśmy ponad prawem? Dzieci po prostu muszą nas słuchać. Ponad prawem nie ma nikogo. Od razu sięgam retrospektywnie do swojego życia. W moim mniemaniu byłam przeważnie grzeczna, ale jak to odbierano - nie wiem. Pasa prawie nie widziałam, jedynie raz w życiu, za dokuczanie mojej babci. Czy mój syn był grzeczny? Teraz oceniam, że był bardzo grzeczny, nie sprawiał problemów, ale w niektórych sytuacjach myślałam, że jest diabłem wcielonym. Kiedyś napił się szamponu w sklepie! Jak wtedy zareagowałam, to pan się na pewno domyśla. I takich sytuacji zdarza się rodzicom mnóstwo. Bądźmy łagodni w stosunku do dzieci, otwarcie przedstawiajmy im swoje oczekiwania. Dziecko nas zrozumie, a nawet jeżeli nie, to chociaż nas usłyszy i będzie wiedziało, czego się po nas spodziewać. Nawet jeżeli od razu nie zrozumie, to nagra sobie na swój dysk twardy i to mu zostanie? Oczywiście. My też lubimy mieć jasne sytuacje. Jeżeli szef czegoś od nas oczekuje, to chcemy wiedzieć, o co mu chodzi, bo inaczej nie mamy możliwości spełnienia tych oczekiwań. A skąd dziecko ma wiedzieć? Trzeba dziecku to jasno powiedzieć.

A jeżeli nie możemy się dogadać i dziecko jest według nas niegrzeczne, to sprawiamy lanie? Jestem ogromnym, wręcz ortodoksyjnym przeciwnikiem fizycznego karania dzieci. Bicie zawsze jest przemocą, aktem agresji. Ja sama nie ustrzegłam się przed błędami. Mój syn dostał w życiu kilka klapsów. Wstydzę się tego. Też raz sprawiłem swojemu synowi lanie. Miał 5 lat i coś narozrabiał. Ja to pamiętam, on to pamięta. Długi czas uważałem, że przegrałem proces wychowawczy… Tak, chwilowo pan wtedy przegrał! To nasza porażka, słabość. Mam nadzieję, że był to jednorazowy epizod. Zupełnie inaczej wyglądają klapsowania w domu, gdzie przemoc jest metodą wychowawczą, którą traktuje się jako zwyczajową normę. Niestety, mnóstwo jest takich domów i nie zawsze są to środowiska dysfunkcyjne czy patologiczne. Z biegiem lat sobie myślę, że może nic takiego strasznego się wtedy nie stało. Może to nie było takie bez sensu, skoro on do dziś to pamięta? To było bez sensu! Cóż to dało? Jedynie rozładował pan swój stres. Wtedy, kiedy mój syn dostał tych parę klapsów, też rozładowałam swój stres. Dobrze, jeżeli przychodzi po tym refleksja. Dziecko po laniu zachowuje się nieswojo, lubi się obrazić lub jeszcze mocniej narozrabiać w formie odwetu. Czuje się skrzywdzone, poniżone, ma takie same odczucia jak dorosły. To jest tak samo, jakby nam ktoś przyłożył. To bezmyślny impuls, do którego uciekamy się w chwilowej furii. Jeśli przychodzi refleksja, jak w pana przypadku, to dobrze - wtedy klaps jest pierwszy i ostatni. Tak było. Ale warto kiedyś dziecko za to przeprosić, szczególnie teraz, gdy już jest dorosłe i sytuacja temu sprzyja. Ja taką rozmowę z synem odbyłam… Niedawno z synem się z tego śmialiśmy… Szczerze się śmialiście? Syn szczerze się śmiał? Należałoby to sobie wytłumaczyć. Bardzo ważny jest ten moment, kiedy dziecko dojrzewa, czyli gdy ma 12-16 lat. To dobry okres na poważne rozmowy. Wtedy mamy jeszcze szanse zniwelować nasze brzydkie reakcje w stosunku do małego dziecka. To taki czas, kiedy ono burzy swój stary dom, żeby zbudować nowy, silniejszy, na lepszych podstawach. Właśnie wtedy można wiele rzeczy po dorosłemu wyjaśnić. I po prostu wytłumaczyć się ze swoich błędów? Tak, choć i wcześniej uważajmy, by nie zrywać nici porozumienia, kiedy dziecko jest małe i nam podległe. Np. opresyjnym zachowaniem, czy brakiem uczuć, czułości. Czasami jest tak, że dziecko przez całe dzieciństwo nie dostaje nawet pół klapsa, a jest hodowane w chłodzie emocjonalnym i uczuciowym.

To gorsze? Gorsze może nie jest, ale bardziej się utrwala, kształtuje niewłaściwą postawę. Nie wiem, czy człowiek dorosły jest w stanie to później nadrobić i czy te relacje mają szansę się kiedykolwiek poprawić. Nawet jeżeli w nas dorosłych coś się poprawi. Czasami jesteśmy zimni, obojętni, czasami - nie boję się tego powiedzieć - nie kochamy swoich dzieci! Wmawiamy sobie, że mamy jakąś powinność społeczną, bo tego oczekuje od nas środowisko. Jednak w takiej sytuacji wychowanie niepostrzeżenie zamienia się w hodowanie. I tak samo okaleczają nas relacje choleryczne, jak i te zimne? Stawiam to na równi. Obie skrajności powodują podobne szkody, podobną krzywdę dla psychiki młodego człowieka. Jak to wypośrodkować? To trudne. Niech pan pomyśli - gdy kupuje pan jakiekolwiek urządzenie, nawet prostą elektryczną szczoteczkę do zębów, to dostaje pan instrukcję w kilkunastu językach, a do najbardziej skomplikowanego urządzenia, jakim jest człowiek, nie ma żadnej instrukcji obsługi. I nikt jej jeszcze nie opracował. Mamy jedynie wzorzec ze swojego domu. Często działamy też intuicyjnie. Dlatego jeżeli pojawią się jakieś trudności, to należy poszukać rady w najbliższym otoczeniu. Może to być pani w przedszkolu, w szkole, życzliwa sąsiadka. Nie musimy od razu udawać się do psychologa czy psychiatry. Spróbujmy sami sobie wypracować te instrukcje wychowania. Połączmy to, czego dowiedzieliśmy się od życzliwych i doświadczonych, z tym, co wynieśliśmy z domu oraz z własną, rodzicielską intuicją. To nam pozwoli wytyczyć własną, indywidualną drogę wychowawczą. Nie mamy instrukcji obsługi, ale też nie dostajemy żadnej gwarancji. To duże ryzyko. Gwarancji nie mamy, dlatego starajmy się i walczmy o to, by dziecko stało się przyzwoitym, dobrym człowiekiem. Starajmy się podsuwać dziecku nasze propozycje. Z niektórych skorzysta, inne odrzuci, a jeszcze innych nie zrozumie, ale to nic. Wychowujmy głównie przez dobry przykład? Ten element własnego przykładu jest bardzo ważny. To niemalże strategiczna sprawa przy naszym obcowaniu z dzieckiem. Dzieci są świetnymi obserwatorami. Zauważą fałsz, gdy mówię tak, a robię zupełnie inaczej? Jest w tym dużo racji. Dziecko widzi pewne zachowania rodziców i może ich jeszcze dobrze nie rozumieć, ale nimi nasiąka, jeśli są pewną prawidłowością. Oczywiście nie od razu. Gdy zobaczy, że tata nie wykorzystuje męskiej siły, jest uprzejmy, dotrzymuje słowa, szanuje ludzi, a mama jest uśmiechnięta, wyrozumiała i zawsze można na nią liczyć - to z dużym miasta kobiet

styczeń 2015

23


Jeśli ten kontrakt z dzieckiem zawrzemy na początku roku szkolnego, wiedząc, że poprzedni rok nie był specjalnie udany, to nie jest to demoralizujące. Dziecko ma marzenie, chce zwiedzić Akropol, odpocząć nad morzem, obiecuje poprawę i konsekwentnie dąży do celu - to dlaczego nie? To jest po prostu zrealizowanie jakiejś umowy.

ANNA CIESIELSKA, PRZEWODNICZĄCA TERENOWEGO KOMITETU PRAW DZIECKA. 

prawdopodobieństwem można przewidywać, że w dorosłym życiu zechce takie postawy zastosować, przyjmie je za wartościowe. Moja mała wnuczka często się uśmiecha, bo wszyscy się do niej uśmiechają. Uśmiech za uśmiech - tak to działa? Uśmiech jest z natury rzeczy sygnałem czegoś dobrego. Dziecko doskonale rozpozna złą twarz. Widząc uśmiechniętego człowieka, odwzajemnia sympatię. Ciekaw jestem, co sądzi Pani o trochę zapomnianej kindersztubie? Samo słowo jest straszne, ale niesie pozytywne treści. To zespół wypracowanych zachowań, które pozwalają funkcjonować wśród określonych norm, najpierw w środowisku przedszkolnym, szkolnym, uniwersyteckim, potem w pracy. Jeżeli pan widzi młodego człowieka, z poprawnymi relacjami wśród ludzi, empatycznego i wzbudzającego zaufanie, to ma pan czytelny komunikat: świetnie go wychowano! Lubimy obcować z takimi ludźmi. Czy przeciwieństwem kindersztuby jest bezstresowe wychowanie? Włosy mi się jeżą, gdy słyszę o dzieciach wychowywanych bezstresowo. Często są one wychowywane na małych tyranów. Wszystko im wolno. Sam starałem się wychowywać syna bezstresowo. Nie zawsze to wychodziło, szczególnie, gdy nie chciał się podporządkować… … czyli gdy eksponował swoją wolę, narzucał swoje zdanie, sygnalizował bunt czy sprzeciw. To częsta sytuacja. Wówczas bezradność rodziców - zwolenników bezstresowych metod wychowawczych - zaczyna być początkiem dużych, sukcesywnie nawarstwiających się problemów.

FOT: JACEK SMARZ

Dzieciak nie może przecież realizować wszystkich swoich szalonych pomysłów, nie możemy na wszystko pozwalać… … nie może być utrapieniem dla otoczenia i sam dla siebie. A często zachowuje się jak mały terrorysta. Z tym, że bezstresowe dziecko ma prawo się tak zachowywać, bo nikt mu nigdy nie wytłumaczył, że tak nie wolno. Ostatnio lecąc samolotem obserwowałam pewną parę z takim bezstresowym egzemplarzem. Współczułam tym rodzicom, choć oni specjalnie się tym nie przejmowali. Obserwuję, że rodzice te swoje bezstresowo wychowywane dzieci szalenie kochają, są dla nich najważniejsze. Jednakże tak realizowana i źle pojęta miłość rodzicielska przynosi więcej szkody niż pożytku. I to obu stronom. A możemy stosować nagrody? Czy to nie jest kupczenie? Nagradzanie to jedna z metod wychowawczych, ale to nie może być tylko na zasadzie kija i marchewki. Zawsze mnie bawi, że w każdym regulaminie jest pozycja „Kary i nagrody”. Nigdy nie jest odwrotnie. Zawsze najpierw eksponujemy element kar i związanych z tym konsekwencji, minimalizując akcent związany z nagradzaniem poprawności. Nagrody jednak nie powinny być elementem kupczenia, jak pan powiedział. Np. „Wyniesiesz śmieci - dostaniesz dwa złote!”. Czyli trzeba uważać, żeby nagroda nie stała się przedmiotem handlu… … zarobkowania, świadczenia usług we własnej rodzinie. Niebezinteresownie. Ale to są rzadkie przypadki. Nie wierzę, że jest ich dużo. Ale mogę powiedzieć dziecku, że za dobre świadectwo, np. za 6 szóstek, poleci na wakacje do Grecji?

A jeżeli się nie uda, to mam się obrażać na dziecko, tak jak dorośli, którzy mają ciche dni? Czasami warto pokazać naszą dezaprobatę, mniej radosne zachowanie. Nie chodzi o to, żeby z dzieckiem nie rozmawiać i zrobić mu 10 cichych dni, ale może pan powiedzieć, że czuje się pan rozczarowany. To dużo bardziej boli niż lanie, daje dziecku do myślenia. Dorosły oczekuje, że dziecko się przełamie, przyjdzie i przeprosi… To naturalna rzecz. Dziecko, uczy się przepraszać. Przecież widzi, że jak rodzice się posprzeczają, to zawsze któraś ze stron przeprasza i to powoduje poprawę relacji. Nie zawsze zwykłe słowo „przepraszam” wystarcza, ale dziecku zawsze trzeba dać szansę, bo ma prawo do pomyłki i do błędu. Nie wolno odmawiać mu tego prawa, tylko dlatego, że jest małe i stoi niżej w hierarchii rodzinnej. Trzeba głośno powiedzieć: „Ja ci daję szansę poprawy, masz u mnie carte blanche”. To naprawdę skutkuje. Skutkuje poprawą? Zachęca do podjęcia próby naprawienia błędu. My dorośli też jesteśmy omylni. Kiedyś pisano w publikacjach, że małe dziecko jest materiałem na człowieka. To ewidentna bzdura! Dziecko jest człowiekiem! Przeżywa podobnie stany radości, smutku i strachu, objawia swoje uczucia i emocje. Mały człowiek postrzega jedynie świat trochę inaczej niż dorosły, bo ma mniejsze doświadczenia życiowe, wiedzę i umiejętności. Ale nie możemy przecież dziecka traktować jak dorosłego!? Mogę poważnie rozmawiać z moją dwuletnią wnuczką? Oczywiście, że pan może!  napisz do autora j.oleksy@expressmedia.pl

*Anna Ciesielska Socjoterapeutka, mediator rodzinny, przewodnicząca Terenowego Komitetu Ochrony Praw Dziecka w Toruniu, długoletnia dyrektor Ogniska Pracy Pozaszkolnej „Dom Harcerza”.

Rozmowa o rozmowa o wychowaniu dzieci w sobotę (10.01) i niedzielę (11.01) o godzinie 8.00 w Radiu ZET Gold 92,8 fm oraz na www.zetgold.pl

24

miasta kobiet

styczeń 2015


felieton

Tak po prostu odeszła Odeszła, bo inaczej by się zabiła, w pięknym salonie, w pięknej sukni, przy grzecznym dziecku, zanim dobry mąż wróci z pracy. Później w tym filmie ktoś mówi o niej cicho: „Kobieta potwór”. Lucyna Tataruch* Niedawno odświeżyłam sobie film z lat 70., „Sprawa Kramerów”. Młody Dustin Hoffman, młoda Meryl Streep i ich siedmioletni, filmowy syn. Cała trójka to zwyczajna rodzina, jakich wiele. Taka, w której nikt nikogo nie zdradza, nie bije. Pani Kramer opiekuje się dzieckiem w domu, a pan Kramer ciężko pracuje w branży reklamowej. I pewnego dnia, kiedy wraca do domu po wielu godzinach biznesowych negocjacji, zastaje swoją żonę spakowaną do wyjścia na zawsze. Pani Kramer odchodzi, niewiele mówiąc, mało tłumacząc. Pamiętam, że gdy oglądałam ten film jako dziecko, to ten początek bardzo mną wstrząsnął. Wychowałam się w szczęśliwej, kochającej rodzinie, z mamą, tatą i bratem. Innych relacji wtedy nie znałam i nie mogłam zrozumieć, że tam na ekranie, ona, ta matka, tak po prostu od swojej rodziny odchodzi…

To nie ten temat Pani Kramer odchodzi i nie ma jej przez prawie dwa lata. W tym czasie pan Kramer układa sobie życie z synem. Uczy się robić śniadania, spędzać czas na placu zabaw i przede wszystkim łączyć pracę z życiem rodzinnym. I w tym momencie, kiedy wszystko toczy się dobrze, wraca pani Kramer. Zaczyna się walka o dziecko w sądzie. Ta walka jest nierówna, bo choć pan Kramer jest już świetnym ojcem, to sąd chce mu zabrać dziecko tylko dlatego, że chłopiec oprócz ojca ma jeszcze matkę. Co z tego, że nieobecną przez ostatnie miesiące? Matka to matka. Ojciec na sali sądowej pyta: „Czy kobieta jest lepszym rodzicem? To kwestia płci? (…) Oczywiście miłość też jest ważna. I nie wiem, skąd wiadomo, że mężczyzna ma tego uczucia mniej?”. To temat na inny, poważny tekst. Ja mogę jedynie odpowiedzieć krótko, tak jak uważam - nie wiadomo, czy mężczyzna ma tego uczucia mniej. Zależy, jaki mężczyzna. To nie kwestia płci. Jeden z najpiękniejszych dni Pan Kramer jest na wskroś przejmujący, mądry, troskliwy i wyrozumiały. Nawet gdy musi synowi wytłumaczyć ich rodzinną sytuację, to nigdy nie mówi źle o swojej byłej żonie, choć przecież wiemy, że go skrzywdziła. Odeszła, a od takiego

mądrego i wrażliwego faceta się nie odchodzi. Takiego męża i ojca dla swoich dzieci chciałaby mieć niejedna z nas. Oglądamy to i jest nam go żal. Czytałam na portalu filmowym komentarze Internautów i niejeden przyznaje tam otwarcie, że od pierwszych minut pani Kramer jest irytująca. Pierwsze minuty filmu to te, w których bohaterka mówi synowi, że go kocha, pakuje się i czeka na męża, by odejść. Jest zdenerwowana, ma czerwone oczy. Pan Kramer po fakcie nic nie rozumie. W rozmowie z sąsiadką nie wytrzymuje i wyrzuca z siebie: - Od pół roku haruję, by zdobyć dla firmy kontrakt. O piątej go podpisałem. O ósmej wicedyrektor obiecał mi awans. Przychodzę, by z żoną uczcić jeden z 5 najlepszych dni mego życia… a ona mówi, że odchodzi! Rozumiesz, co ona mi zrobiła? - Zepsuła ci jeden z najlepszych dni - odpowiada sąsiadka.

Ludzka solidarność Dokładnie przy tym dialogu poczułam to ukłucie wewnątrz, dużo większe, niż uprawnione przejęcie, gdy Dustin Hoffman brawurowo odgrywa rolę idealnego ojca przez resztę filmu. Po słowach sąsiadki Kramer odpowiada ironicznie: „Wielkie dzięki za wsparcie. Kobieca solidarność…”. Widocznie też ją poczułam, choć chciałabym, by tak samo, jak przy późniejszym współczuciu dla Kramera w sądzie, była to zwyczajnie ludzka solidarność. Jednak mam wrażenie, że kobietom takich rzeczy się nie wybacza. Nie wybacza się im tego, że gdy wejdą już raz w świat bycia żoną i matką, to czasem dochodzą do ściany - takiej, za którą nie ma już nic. Pamiętam to też z filmu „Godziny”, w którym postać grana przez Julianne Moore odeszła z idealnego domu, od męża i dziecka. Odeszła, bo inaczej by się zabiła, w pięknym salonie, w pięknej sukni, przy grzecznym dziecku, zanim dobry mąż wróci z pracy. Później w tym filmie ktoś mówi o niej cicho: „Kobieta potwór”. Na wprost tej ściany Oczywiście, że w idealnym świecie nikt nie powinien odchodzić od swoich bliskich, porzucać dzieci i krzywdzić rodzin. Ale

w idealnym świecie ludzie powinni zauważać też, że coś jest nie tak, jakąś dłuższą chwilę przed tym, zanim spakowana żona popsuje im jeden z najlepszych dni w życiu. Powinni czasem myśleć o tej drugiej osobie, zanim ona przekroczy ten moment, gdy będzie już myśleć tylko o sobie. Nikt nie jest dodatkiem do czyjegoś dobrego samopoczucia i sukcesu. To nie są jedynie filmowe historie. Nieraz widziałam już kobiety, które tu i teraz stały na wprost tej ściany, a świat krzyczał do nich: „Przecież macie wszystko”. I czułam, że u nich za chwilę wszystko pęknie, a ten sam świat, który tak nieświadomie je dopingował w przebiciu ściany, obwini je o całe zło, o egoizm i brak serca. To serce najwyraźniej wcześniej utłukły młotem z lodu, by zabić bezpowrotnie miłość do swojej rodziny. Po dwudziestu paru latach „Sprawa Kramerów” wstrząsa mną inaczej, niż wtedy gdy oglądałam ten film jako dziecko. Bo wiem już, że nikt „tak po prostu” nie odchodzi.

*Lucyna Tataruch

Socjolożka, miłośniczka kina, redaktorka Miast Kobiet.

miasta kobiet

styczeń 2015

25


kobieca perpektywa

IT

W BRAKUJE

KOBIET Wiele dziewczyn boi się zająć informatyką, nie wspominając już o jakiejś aktywności w tej społeczności. Podobnie było ze mną. Na początku studiowałam ekonomię, dopiero później przekonałam się, że informatyka jest fajna. Z Pauliną Rhone* rozmawia Kamil Pik

Co to jest Geek Girls Carrots? Pod tym hasłem kryje się organizacja, która stara się promować dziewczyny w branży IT. Gromadzimy programistki, graficzki, project menedżerki, właścicielki start-upów. Właśnie rozkręcam bydgoski oddział Geek Girls Carrots. Kobiet w branży informatycznej jest za mało? Jest widoczny brak dziewczyn. Wystarczy pojechać na jakiś hackathon, czyli taką imprezę masową dla programistów, podczas której tworzy się nowe programy, aplikacje itp. Będą tam prawie sami mężczyźni. Zresztą oni też zauważają, że brakuje w tym środowisku pań. A one nie garną się do tego, czy nie mogą się przebić? Wiele dziewczyn chyba po prostu boi się zająć informatyką, nie wspominając już o jakiejś aktywności w tej społeczności. Podobnie było ze mną. Na początku studiowałam ekonomię, ale później przekonałam się, że informatyka jest fajna. Wciągnęła mnie i postanowiłam inaczej pokierować swoim

26

miasta kobiet

styczeń 2015

życiem - zrezygnowałam ze studiów ekonomicznych i przeniosłam się na informatyczne. Czego dziewczyny się boją? Nadal pokutuje stereotyp, że informatyk to męski zawód? Boją się tego, że ktoś im wytknie błędy, powie, że się nie nadają do tej roboty. Mężczyźni mają chyba nieco luźniejsze podejście do tych kwestii. Zakładają: „Nie udało się, a to trudno, nic się nie stało, uda się przy kolejnej próbie”. Ale proporcje pod względem płci już się powoli wyrównują na studiach informatycznych. Wkrótce zatem i na rynku IT będzie nas dużo więcej. Dlaczego Ty zainteresowałaś się informatyką? Bo jest ciekawa i daje olbrzymie możliwości. Niemal wszystko, co nas dziś otacza jest z nią związane, nie tylko tradycyjnie postrzegane programy pisane na komputer. Są to też portale społecznościowe, aplikacje na smartfonach i tabletach. Oprogramowanie wykorzystuje się dziś w każdej działalności, od zaawansowanej medycyny po prowadzenie kawiarni, jak i w wielu przypadkach dla samej przyjemności i rozrywki.

Gdzie poznałaś GGC? Studiuję w Poznaniu i tam spotkałam po raz pierwszy dziewczyny z GGC. Koleżanka mnie zaprosiła na jedno ze spotkań. Na początku usłyszałam wiele nowych dla mnie wyrazów, ale zaczęłam dopytywać się i próbować zrozumieć, o co w tym chodzi. Wszyscy byli bardzo życzliwi, cierpliwie wyjaśniali mi te nowe rzeczy. I tak połknęłam bakcyla. Jak wyglądają takie spotkania? Zaczynają się od oficjalnej części, podczas której odbywają się prelekcje. W Bydgoszczy jedna z nich dotyczyła np. darmowej promocji na Facebooku na przykładzie różnych, inspirujących działań. Inna z kolei była zatytułowana „Web Development w Bydgoszczy”. Potem następuje druga część - networking. Tutaj jest okazja do nawiązywania nowych znajomości, prowadzenia rozmów. A na koniec robimy after party. Na jakim etapie rozwoju są bydgoskie marchewki? W naszą lokalną komórkę powoli angażują się kolejne osoby. Myślę też już o pierwszych warsztatach. Na początek może z podstaw


kobieca perpektywa Nadal pokutuje stereotyp, że informatyk to męski zawód. Kobiety boją się tego, że ktoś im wytknie błędy, powie, że się nie nadają do tej roboty. Mężczyźni mają chyba nieco luźniejsze podejście do tych kwestii. PAULINA RHONE

HTML, na których zarówno dziewczyny, jak i chłopacy będą mogli spróbować z czym to się je. Zaczynamy też zdobywać przychylność i wsparcie dla naszej działalności ze strony władz miasta. Wszystko się rozkręca. Myślę, że marchewek w Bydgoszczy będzie coraz więcej. W styczniu planujemy spotkać się po raz kolejny. Szczegółów można szukać na stronie internetowej geekgirlscarrots.pl albo na naszym koncie fejsbukowym. Widziałem, że marchewki oferują też pomoc w zdobywaniu kwalifikacji. Tak, dwa razy w roku organizujemy szkolenia z programowania w Django, to jest framework od języka programowania Python. Stworzył go autor Dropboxa, z którego pewnie wiele osób korzysta. W poszczególnych miastach, w których działamy, organizujemy też liczne warsztaty. Można się na nich nauczyć np. programowania od podstaw, czy tego, jak prowadzić własny projekt IT. Łatwo dziś stworzyć nowy projekt i odnieść sukces w IT? Czy rynek jest już mocno nasycony? Myślę, że cały czas będą powstawać nowe start-upy i będą pojawiać się nowe pomysły. Ciągle rozwijają się kolejne przestrzenie do działania. Chociażby druk 3D, z którym sama chciałabym się związać i mam już nieśmiałe pomysły na własny start-up. Interesuje mnie też język programowania Ruby. Przez przypadek dowiedziałam się, że w Bydgoszczy działa firma, która korzysta z popularnego frameworku Ruby on Rails. Myślałam, że tu takiej nie znajdę, a jednak. Nasze miasto jest przyjazne branży IT? W Bydgoszczy są zarówno firmy, które zatrudniają bardzo wielu informatyków, jak i mniejsze, indywidualnie realizowane start-upy. Brakuje jednak imprez branżowych, czy miejsca spotkań dla osób z IT. Na pierwsze zorganizowane przez nas bydgoskie spotkanie przyszli

głównie mężczyźni, na drugim było już więcej kobiet. To sugeruje, że wszystkim brakuje takich okazji. Od początku zajmowania się bydgoskimi marchewkami zauważyłam, że trafiamy na osoby, które do tej pory były schowane w domach i tam zajmowały się fantastycznymi tematami. Chcemy im pomóc spotkać się w szerszym gronie podobnych pasjonatów, tak by mogły podzielić się swoją wiedzą i umiejętnościami. Powoli coś się w Bydgoszczy w tej kwestii rusza nie tylko z udziałem marchewek. Na UKW powstał kierunek humanistyka 2.0. To na nim studiuje Klaudia Krawczyk, organizatorka spotkania pod hasłem „Pogradajmy”, adresowanego do osób, które chciałyby spotkać się w szerszym gronie, pograć i pogadać. To może czas na jakiś bydgoski start-up gastronomiczny z przeznaczeniem dla pracowników IT? Może. To nawet ciekawy pomysł. W dużych miastach są przecież specjalne kluby dla geeków, wypełnione konsolami i komputerami. Można tam wpaść ze znajomymi, wypić piwko czy drinka, pogadać i np. pograć na konsoli czy komputerze. Bydgoszcz jeszcze się nie doczekała takiego lokalu. Geek lub nerd to stereotypowe określenia ludzi z IT, sugerujące m.in. brak prawdziwego życia towarzyskiego. Ale z tego, co mówisz wnioskuję, że to nie są wcale tacy aspołeczni ludzie. Oczywiście, że nie. Dzięki tej grupie zmienił się mój pogląd na to, jak funkcjonuje informatyk. Mam znajomych programistów, którzy mają takie pasje jak nurkowanie, windsurfing. Prowadzą życie towarzyskie, spotykają się ze znajomymi w klubach. Nie są to osoby siedzące z nosem przy ekranie i mające problem z nawiązaniem relacji społecznych. Ciekawym przypadkiem jest

@

np. pani stomatolog, którą poznałam na spotkaniach GGC. Na co dzień leczy zęby, a po godzinach pasjonują ją rozwiązania informatyczne. Domyślam się, że wcale nie idzie takiego pasjonata rozpoznać na pierwszy rzut oka? A czy ja wyglądam jakoś dziwnie lub inaczej? Chyba nie. Ale pewnie częściej mamy przy sobie jakieś urządzenia. Mnie, jak każdemu, stale towarzyszy komórka. Może wyróżniam się tym, że bardzo często noszę przy sobie także laptop. Z kolei mój kolega, który przebywa od jakiegoś czasu w USA, nie wyobraża sobie, że mógłby nie założyć swoich Google Glass. Nosi je nawet po przyjeździe do Polski. Twoja pasja nie odstrasza mężczyzn? Często na początku są zaskoczeni i zdziwieni, że istnieją dziewczyny, które mają takie zainteresowania. Najgorzej, gdy zacznę mówić, używając niezrozumiałych dla nich słów. Część z nich, jak czegoś nie rozumie, to odpuszcza, ale niektórzy dopytują się z zaciekawieniem i starają się dowiedzieć czegoś więcej. Bywa to intrygujące. Co zrobić, aby być dobrym w tej dziedzinie? Trzeba się ciągle uczyć i być na bieżąco z nowościami. Warto w tym celu śledzić amerykańskie serwisy branżowe. To centrum informatycznego wszechświata. Zanim jakaś nowa aplikacja czy projekt ze Stanów pojawi się u nas, może upłynąć jeszcze sporo czasu. Dlaczego więc nie korzystać z takiej okazji, nie znajdować tych innowacji, aby być pionierem w naszym kraju? Warto też być na bieżąco z tym, co ogólnie dzieje się u nas w kraju. Na przykład jeden z informatyków krótko po podpisaniu przez lekarzy deklaracji sumienia napisał aplikację, pozwalającą sprawdzić, którzy lekarze są na tej liście. W efekcie miał naprawdę dużą liczbę pobrań swojej apki. Trafił w dziesiątkę.  napisz do autora k.pik@expressmedia.pl

> GEEK GIRLS CARROTS - SPOŁECZNOŚCI KOBIET KOCHAJĄCYCH NOWE TECHNOLOGIE. ICH MISJĄ JEST PROMOWANIE KOBIET W IT I ZWIĘKSZENIE ICH UDZIAŁU W BRANŻACH ZWIĄZANYCH Z NOWYMI TECHNOLOGIAMI.

> GEEK - CZŁOWIEK, KTÓRY DĄŻY DO POGŁĘBIANIA SWOJEJ WIEDZY I UMIEJĘTNOŚCI W JAKIEJŚ DZIEDZINIE, W STOPNIU DALEKO WYKRACZAJĄCYM POZA ZWYKŁE HOBBY.

* Paulina Rhone Bydgoszczanka, studentka Informatyki i Ekonometrii na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu. Pasjonuje się programowaniem i grą Muggle Quidditch. Zaangażowała się w stworzenie bydgoskiego oddziału Geek Girls Carrots. Marzy o utworzeniu European Quidditch Association. miasta kobiet

styczeń 2015

27


kobieca perspektywa

Mijając

studentów,

CZUŁAM ZAZDROŚĆ „Że ci się chce…” słyszę najczęściej, gdy ktoś dowiaduje się, że po czterdziestce poszłam na studia. A mnie się wiele rzeczy chce! I jeszcze znajdę na nie czas. TEKST: Justyna Król

BRAKOWAŁO CZASU Obie po raz pierwszy w życiu udały się po indeks. Jak mówi Dorota: w dzisiejszych czasach wypada mieć wykształcenie na papierze, bo lata pracy i zdobyte doświadczenia już nie zawsze wystarczają do odnalezienia

28

miasta kobiet

styczeń 2015

W dzisiejszych czasach wypada mieć wykształcenie na papierze, bo lata pracy już nie zawsze wystarczają do odnalezienia się na rynku pracy, z którym nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie się zmierzyć. DOROTA GRUSZKA STUDENTKA POLITOLOGII ZDJĘCIE: TOMASZ CZACHOROWSKI

- Ofertę znalazłam przypadkiem, w sieci. Obok niej były komentarze, jak się mogę domyślać zamieszczone przez młodych ludzi: „studia dla obiboków i oszołomów”, „trzeba było się uczyć w młodości…” . Żenujące, ale zniechęciły mnie. Długo się wahałam - opowiada 58-letnia Wioletta Papurzyńska, obecnie studentka pierwszego roku studiów wschodnich na Wydziale Politologii i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Z pochodzenia jest bydgoszczanką, a od niemal 30 lat mieszka w Toruniu. Zapisy zaczęły się w lipcu, ale Wioletta dopiero w sierpniu złożyła świadectwo maturalne do konkursu. Na jego podstawie rekrutowano przyszłych żaków z różnych roczników, według specjalnego systemu przeliczania punktów. Zmieniły się przecież i egzaminy dojrzałości, i przedmioty, i same oceny. Dostała się. Tej jesieni na UMK, jako drugi kierunek dla grupy „40 plus”, ruszyła politologia. W tym samym czasie utworzono go także w Bydgoszczy, na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego. - Od października jestem pilną studentką politologii - opowiada bydgoszczanka Dorota Gruszka, lat 46. Na co dzień jest koordynatorką Działu Marketingu Polskiego Radia PiK. - Kiedy przeczytałam w „Expressie” o studiach na UKW dla osób po czterdziestce, od razu pomyślałam, że to najlepszy moment dla mnie. Dziecko dorosłe, w domu wszystko ogarnięte. A studia to też świetny sposób na przedłużenie młodości - dodaje.

się na rynku pracy, z którym nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie się zmierzyć. Ale zrobiła to nie tylko dlatego. Decyzję podjęła przede wszystkim dla siebie. Dorota pracuje zawodowo od siedemnastego roku życia. Zaczynała jako goniec stacji radiowej, roznosząc dokumenty do urzędów i program radiowy do lokalnych gazet. Regularnie odwiedzała też cenzurę. Te czasy wspomina z uśmiechem. - Robiłam za faks, w czasach, gdy nawet o nim nie słyszano. Nie mówiąc już o Internecie, bez którego dziś trudno wyobrazić sobie pracę. W ogóle nie w głowie było mi wtedy studiowanie, projektowanie przyszłości. Zaraz po liceum miałam co robić, potem

urodziłam córkę. Pierwsza myśl o zdobywaniu wykształcenia przyszła przy zmianach ustrojowych w 1989, ale wówczas brakowało czasu, by zacząć tę przygodę - tłumaczy. Polityką interesuje się od zawsze. Z pasją pochłania kolejne wydania wiadomości, analizując je i wypośrodkowując, by jak mówi, nikt nie narzucał jej punktu widzenia. Chce mieć swoje zdanie.

INTELIGENCJA BEZ INDEKSU Wioletta o studiowaniu zawsze marzyła. Interesowała ją archeologia lub konserwatorstwo. Życie to jednak zweryfikowało. - Zdałam na studia, ale mnie nie przyjęto, bo jako osoba


kobieca perspektywa

MŁODYM JEST ŁATWIEJ? - Nasza grupa to mieszanka ludzi pracujących w różnych firmach, urzędach, mających własne działalności. Głównie z Bydgoszczy, ale też dojeżdżających z Szubina czy Inowrocławia. Podziwiam ich determinację i w ogóle cieszę się, że poznałam tyle nowych, interesujących osób - mówi Dorota. - Dogadujemy się świetnie. Pracujący na zmiany starają się być chociaż na ćwiczeniach, reszta robi frekwencję na wykładach. Wykładowcy są bardzo wyrozumiali, doceniają naszą pilność, zarażają optymizmem, mobilizują. Na zajęciach sporo dyskutujemy. Każdy już coś w życiu przeżył i ma coś powiedzenia niemal na każdy temat. Teraz uczymy się jak to łączyć z różnymi teoriami - opowiada Dorota. Potwierdza to Wioletta: - Na studiach doświadczenie życiowe i wiedza ogólna bardzo się przydają. Przecież nie wystarczy przeczytać dwóch książek filozoficznych, by mieć pole do manewrowania teoriami. Aby filozofia nie była martwa, trzeba odnieść ją do życia. Bardzo mnie cieszy, że wiele przedmiotów opiera się na historii, którą uwielbiałam. W średniej szkole była moją mocną stroną. Zawsze byłam na bieżąco ze sprawami międzynarodowymi, ale świat, o którym się teraz uczymy, przeszedł tyle transformacji, że geopolityka jest dla mnie wyzwaniem. Tu na pewno młodym osobom, zaraz po maturze, jest łatwiej się odnaleźć - mówi. Dorota obecnie za swą piętę achillesową uważa zagadnienia prawne. Pomaga jej mąż, który ma wykształcenie prawnicze i chętnie koryguje jej notatki. Córka też bardzo ją wspiera, podzieliła się z tatą większością domowych obowiązków. Mąż Wioletty ucieszył się, że żona

Na studiach doświadczenie życiowe i wiedza ogólna bardzo się przydają. Przecież nie wystarczy przeczytać dwóch książek filozoficznych, by mieć pole do manewrowania teoriami. WIOLETTA PAPURZYŃSKA STUDENTKA STUDIÓW WSCHODNICH

ZDJĘCIE: GRZEGORZ OLKOWSKI

o korzeniach inteligenckich nie dostałam punktów za pochodzenie. Zaproponowano mi naukę w Białymstoku, tylko kogo było wtedy stać na stancję? Zaczęłam pracę, założyłam rodzinę, ale mijając studentów, zawsze czułam szczyptę zazdrości - wspomina. Lata minęły, a w Polsce ruszyły studia zaoczne, wieczorowe, uczelnie prywatne… Opcji pojawiło się wiele. - Brałam je pod uwagę, ale wiązały się z kosztami, które mnie przerastały. Dopiero teraz pojawiła się szansa na normalne, stacjonarne, bezpłatne studia. W dodatku na pełnych prawach studenckich! Dostałam legitymację, która uprawnia do zniżki w komunikacji miejskiej mimo wieku, oraz prawo do stypendium naukowego. Nie spodziewałam się tego - mówi Wioletta. Od poniedziałku do piątku w godzinach 7.30-15.30 jest w pracy, a od 16.45 na uczelni. Zdążyłaby wrócić do domu przed szkołą, ale nie traci czasu. Zawsze może jeszcze pozałatwiać jakieś sprawy w mieście. Jeśli pogoda sprzyja, Wioletta siedzi z książką na ławce w parku i nadrabia zaległości. Lista zadanej literatury jest długa. Po powrocie do domu jest ciepły posiłek i przygotowywanie się do kolejnego, długiego dnia.

dostała się na studia, ale do tematu podchodzi sceptycznie - pogratuluje, gdy zobaczy dyplom.

WSZYSTKO TRZEBA PRZEKLIKAĆ Dorota i Wioletta muszą radzić sobie także z nowymi mediami, a przede wszystkim korzystaniem z dobrodziejstw Internetu. Bez niego obecnie ani rusz. - Każdą sprawę teraz załatwia się elektronicznie. Indeks jest w sieci, szkolenie biblioteczne i BHP też trzeba „przeklikać”. Zajmuje to niemało czasu, ale np. książek bez tego nie wypożyczysz. Dawniej pisało się referaty, dziś ich rolę spełniają prezentacje, łączone z pokazem multimedialnym, puszczanym przez rzutnik na dużym ekranie - mówi Wioletta. - Ale tutaj też wbrew pozorom łatwiej może być tym starszym studentom. Osobom, które mają już za sobą wiele kontaktów z otoczeniem, są otwarte i potrafią opanować stres, towarzyszący wystąpieniom publicznym - przyznaje. Sama przez większość życia zawodowego pracowała z ludźmi. W jej grupie jest tylko kilka osób z przedziału „40 plus”, reszta poniżej trzydziestki. - Tak wyszło, ale okazało się, że wiekowo fajnie się uzupełniamy. Młodzi dają nam energię, my im opanowanie. Wykładowcy chwalą sobie ten mezalians. Studia wschodnie to unikatowy kierunek i niezwykle interesujące, wciągające przedmioty. Żartujemy sobie czasem z wykładowcami, że kapitalnie byłoby wsiąść razem do pociągu i wybrać się w podróż na Wschód - dodaje z uśmiechem.

korespondowała z uczennicą ze Wschodu, a później nawet odwiedziła ją na Syberii. - Chętnie przypomnę sobie słownictwo. Do wyboru, poza obowiązkowym angielskim, mamy właśnie rosyjski i japoński. Dodatkowo można zapisać się też na indonezyjski, ale nie starczy mi czasu na takie atrakcje - śmieje się. Dorota stawia na angielski. Co roku sprawdza swoją komunikatywność w tym języku podczas wakacyjnych wyjazdów, więc i na studiach na tym polu czuje się dość pewnie. Europę zwiedza z ogromną ciekawością i zaangażowaniem. W tym roku wybrała Grecję, bilety są już kupione. - Śladami Platona i Arystotelesa. Kolebka myśli politycznej Europy na pewno usystematyzuje wiedzę po pierwszym roku studiów - żartuje. Po wakacjach powoli będzie pora zacząć zastanawiać się nad tematem pracy licencjackiej. Jako specjalizację chce wybrać reklamę i PR, z którymi styka się od lat. A po obronie - może magisterka? - Że ci się chce… - te słowa najczęściej słyszę, gdy ktoś dowiaduje się, że poszłam na studia. A mnie się wiele rzeczy jeszcze chce! Studiuję z przyjemnością. Pewnie, mogłabym w tym czasie przeczytać dobrą książkę. Chodzić, jak dawniej, na mój ulubiony aerobik wodny dwa razy w tygodniu, ale na to jeszcze będzie czas. Zresztą w trzecim semestrze czeka mnie WF - mam go w rozpisce jak każdy student - śmieje się Wioletta.  napisz do autora j.krol@expressmedia.pl

INDONEZYJSKI NA DOKŁADKĘ Ważne są też języki obce. Wioletta we wczesnej młodości pasjonowała się rosyjskim, najpierw miasta kobiet

styczeń 2015

29


zdrowie i uroda

s a z K & a

o a d r r osna m oż nk

a

Zimowa aura serwuje nam depresyjny nastrój, a my co? W nagrodę sięgamy po to, co słodkie, tłuste… i dietę piorun trzasnął. TEKST: Dominika Kucharska

S

łyszałam kiedyś, że zimno odchudza. Przecież człowiek to istota stałocieplna - połowa kalorii ze spożywanych przez nas pokarmów jest przeznaczona na utrzymanie stałej temperatury. Logiczne więc, że im zimniej, tym lepiej. Można sparafrazować Goethego krzycząc ochoczo: „Trwaj zimo, jesteś taka piękna!”. No tak, ale żeby nie było za łatwo, to ta piękna zima usiana jest OKAZJAMI. A to święta i stół zastawiony po brzegi, a to sylwester i karnawał z koreczkami i procentowymi, bardzo kalorycznymi napojami. A czekolada? No tak, ona w chłodne dni patrzy na nas tak słodko... Koniec końców wychodzi, że zimą łatwiej przytyć niż schudnąć. Pokrętna ta ludzka natura. Fakt, ale przecież babcia powtarzała, że kilo czy dwa więcej na mrozy jak znalazł. To prawda z tym, że nie ma co gromadzić tłuszczyku, jeśli pracujemy w biurze, a do pracy jedziemy autem, które zostawiamy na podziemnym parkingu. Gdy nasz organizm nie musi gromadzić zapasów, aby termometr wskazywał 36,6, to niestety nie mamy już usprawiedliwienia dla zimowego obżarstwa.

30

miasta kobiet

styczeń 2015

NAJPROSTSZA LINIA OPORU Mechanizm zimowego tycia jest banalny. - Szaro za oknem, słońce pojawia się tylko na parę godzin, nic nam się nie chce i tak w łatwy sposób serwowany jest nam depresyjny nastrój. W odpowiedzi wielu z nas idzie po najprostszej linii oporu i pocieszenia szuka w jedzeniu. Po co sięgamy? Zimą mamy apetyt na to, co tłuste i słodkie - przyznaje dietetyk Katarzyna Wawrzyniak z toruńskiej poradni Dobry Dietetyk. - Aby nie przytyć w tym okresie, musimy, po pierwsze, trzymać się standardowych zasad, czyli jeść 4-5 niewielkich posiłków w regularnych odstępach czasu. W diecie nie może zabraknąć niezbędnych składników - tłuszczy, białka, węglowodanów. Inną sprawą jest to, że powinniśmy przestać postrzegać święta czy karnawałowe imprezy głównie przez pryzmat jedzenia do pełna - zaznacza. ZAJRZYJ DO ZAMRAŻALNIKA Katarzyna Wawrzyniak radzi, aby zimą postawić na kasze. - Mają one mnóstwo mikroelementów i dają nam uczucie sytości na długi czas. Jedzmy je do obiadu, zamiast ziemniaków, jako samodzielne danie, albo na deser. Sama w domu bardzo często przyrządzam kaszę jaglaną na słodko, z owocami. Polecam. A co z dzikim apetytem na słodkie? Jeśli naprawdę zależy ci na dobrej figurze, to zamiast czekolady sięgaj po owoce i kolorowe warzywa, zawierające dużo błonnika, bez którego nasz metabolizm nie będzie dobrze działał. Ważne jednak, aby nie przesadzić z zajadaniem się mandarynkami czy pomarańczami, bo niestety owoce zawierają dużo cukru i od jedzenia ich w nadmiarze też można przytyć. 2-3 owoce na dzień wystarczą.

Skąd natomiast w środku zimy wziąć kolorowe warzywa? - Z zamrażalnika - odpowiada pani dietetyk. - Mrożone nie są wcale gorsze od swoich świeżych, sezonowych odpowiedników. A już na pewno będą zdrowsze niż te świeże sprzedawane w markecie zimą - dodaje. A skoro jedzenie ma służyć jako nagroda za dzielne funkcjonowanie w te szare, zimowe dni, to kasza w towarzystwie pięknego zielonego brokuła, pomarańczowej marchewki i wesołego groszku bez wątpienia poprawi nam humor. Poza tym pamiętajmy o chudym mięsie i rybach - najlepiej przyrządzanych na parze, bądź pieczonych w folii. Jeśli zdecydujemy się na smażenie, to uwaga, sięgnijmy po smalec albo masło, olej zostawmy do sałatek. - Wiele osób to zdziwi, ale najnowsze badania pokazują, że oleje pod wpływem wysokiej temperatury, jaka potrzebna jest do smażenia, zamieniają się w szkodliwe tłuszcze trans. Za to z tłuszczami pochodzenia zwierzęcego nie dzieje się nic złego, nie zmieniają swojej struktury - mówi Katarzyna Wawrzyniak.  napisz do autora d.kucharska@expressmedia.pl

REGUŁY:

1. 2. 3. 4.

UMIAR I MAŁE, REGULARNE POSIŁKI DANIA UROZMAICONE MROŻONYMI WARZYWAMI JEDZ KASZĘ ZJADAJ 2-3 OWOCE DZIENNIE


1535214BDBHA

BIURO PODRÓŻY Pełna oferta! 24h online 10 LAT DOŚWIADCZENIA www.alfamar.pl Gajowa 43, Bydgoszcz

2004214BDBHA

tel. 52 321 67 03

1218414TRTHA

Wielkie Greckie Wakacje

SETKI SPRAWDZONYCH HOTELI Ogólnopolska sieć biur podróży

APTEKI w Chojnicach w Przychodni Medyk ul.Towarowa 2 a tel. 512 239 242 pn. - pt. 8-18

w Nakle nad Notecią Osiedle B. Chrobrego 16/4 tel. (52) 385 15 36 pn.-nd. 8-21

w Malborku ul. Słowackiego 71/1 tel. (55) 247 62 95 pn.-nd. 8-21

w Brodnicy ul. Zamkowa 19 tel. (56) 474 02 33 pn.-nd. 8-22

w Koninie ul. Chopina 9 tel. (63) 243 70 13 pn.-nd. 8-22

-III w Bydgoszczy ul. Grunwaldzka 71 tel. (52) 347 84 90 pn.-nd. 8-22

w Kwidzynie ul. Korczaka 10b tel. (55) 279 78 43 pn.-sb. 8-20

w Szubinie ul. 3 Maja 23 tel. (52) 371 63 13 pn.-nd. 8-22

-IV

w Koronowie

w Stolnie

ul. Kościuszki 4 tel. (52) 382 28 78 pn.-nd. 8-21

Punkt apteczny Alba STOLNO 112 w Urzędzie Gminy

tel. (56) 686 51 17 pn.-pt. 8-16

w Warlubiu

w Turku

w Chełmnie

ul. 18-tego Lutego 2 tel. (52) 332 64 86 pn.-pt. 8-18, sob. 8-12

ul. Konińska 24 tel. (63) 289 22 49 pn.-nd. 8-22

ul. Dworcowa 18 tel. (56) 686 17 25 pn.-pt. 9-18, sob. 9-14

-V

w Bydgoszczy

ul. Skłodowskiej-Curie 26 / E.LECLERC tel. (52) 346 06 96 pn.-sb. 8-21, nd. 10-16

-VI

w Bydgoszczy

ul. Pielęgniarska 13 (Stary Fordon) w przychodni „Nad Wisłą” tel. (52) 343 98 28 pn.-nd. 8-22

w Bydgoszczy

ul. Wielorybia 109 tel. (52) 349 05 06 pn.-nd. 8-22

Apteki CAŁODOBOWE ul. Skłodowskiej-Curie 1 tel. (52) 346 01 11, 346 12 93 w Inowrocławiu ul. Dworcowa 33 tel. (52) 318 39 99

-bis w Bydgoszczy ul. Gdańska 140 tel. (52) 345 57 57 Apteka „Pod Orłem” z gr. w Świeciu nad Wisłą ul. Księcia Grzymisława 4 tel. (52) 33 111 80

w Grudziądzu ul. Legionów 37 tel. (56) 46 334 99, 517 108 182 we WłocŁawku ul. Wiejska 18a/4 tel. (54) 236 63 65

INFORMUJEMY, IŻ ZAWARLIŚMY AKTUALNE UMOWY Z NFZ

1859214BDBRA

w Bydgoszczy


kobieta w podróży

Japoński mąż czeka na kąpiel

Czy pod skorupą zimnego, bezwzględnego samuraja, znajdziemy coś z romantyka lub gentlemana? Odpowiedź będzie krótka - I tak, i nie. Joanna Shigenobu* Bydgoszcz to bardzo bliskie mojemu sercu miasto, w którym się urodziłam i dorastałam. Co roku odwiedzam je z wielką radością i… nadbagażem. Od ośmiu lat mieszkam bowiem w Japonii. Czy to długo, czy krótko? Nie wiem, mogę tylko odpowiedzieć, że na tyle długo, aby zdążyć polubić Kraj Samurajów i Gejsz, i na tyle krótko, żeby nie przestać się go cały czas uczyć…

Kwiatów nie dostaniemy Kraj Kwitnącej Wiśni, pomimo swojego niezaprzeczalnego piękna, które inspiruje na każdym kroku, dla nas cudzoziemców pozostanie tak naprawdę wieczną zagadką. Inna kultura, wierzenia, ludzie, jedzenie, muzyka, sposób ubierania… inne wszystko wokół. No i mężczyźni, temat, który zaciekawi każdą z nas. Jacy są ci japońscy panowie? Czy pod skorupą zimnego, bezwzględnego samuraja, znajdziemy coś z romantyka lub gentlemana? Odpowiedź będzie krótka - I tak, i nie. Zapytacie, ale co to dokładnie oznacza? Już tłumaczę. Kwiatów nie dostaniemy, chyba że kupimy je same lub same sobie wyślemy. Romantycznego śniadania do łóżka też się nie doczekamy. Nikt nam nie otworzy drzwi, ani tym bardziej nie przepuści nas przez nie. W walentynki to my będziemy musiały kupić czekoladki dla naszego zapracowanego Walentego. Są i plusy. Bardzo szybko nauczymy się technik karate, kendo, judo (oczywiście tych najprostszych, czyli ukłon na przywitanie i pożegnanie). Następnie dowiemy się, jak zostać mistrzynią w robieniu sushi, co przy odrobinie szczęścia może skończyć się naszym występem w Masterchef lub osiągnięcia perfekcji w śpiewaniu karaoke, do tego stopnia, że zawojujemy kolejny program telewizyjny. Ale tak na poważnie Ostatnio znajoma Japonka zadała mi bardzo osobiste pytanie. Było to o tyle dziwne, gdyż

32

miasta kobiet

styczeń 2015

większość tubylców nie rozmawia na takie tematy, a tym bardziej nie z cudzoziemcami. Cichym, prawie że niesłyszalnym głosem spytała, czy sama robię zakupy, zajmuję się dziećmi - mam 6 letniego syna - i domem? Czy sama gotuję, sprzątam, przygotowuję kąpiel dla zmęczonego pracą męża - bo wiadomo, że Japończycy spędzają w pracy większą część dnia, kiedy więc japoński mąż wraca do domu, pierwsze, o co pyta, to właśnie o wannę z ciepłą wodą, w której spędza niekiedy i godzinę. Odpowiedziałam, że większość staramy się robić po prostu wspólnie. Spojrzała na mnie zdziwiona i szybko dodała: - Ach, jakież to szczęście, że twoim mężem nie jest Japończyk… Wyobraźcie więc sobie jeszcze większe zdziwienie na jej twarzy, gdy dowiedziała się, że no właśnie… mój mąż jest Japończykiem. Do czego zmierzam - myślę, że choć zabrzmi to troszkę bezwzględnie, to pozycja kobiet w Japonii nadal sprowadza się tylko i wyłącznie do roli żony i matki. I to na dodatek takiej pod komendę męża. Panowie dominują, a panie, no cóż, cichutko niczym myszki pod miotłą czekają na swoją kolej. Na szczęście gdzieś tam po drodze ulega to już zmianie, i pojawia się światełko w tunelu.

Twarde serce samuraja Usłyszałam kiedyś, że tych spraw do których jesteśmy przyzwyczajeni nie warto nawet próbować zmieniać… a może na przekór lepiej zacząć właśnie od nich? Od roku zaangażowana jestem w przygotowania spektaklu teatralnego, opowiadającego o miłości pomiędzy Japończykiem a dziewczyną z Polski. O miłości trudnej, niezrozumiałej dla otoczenia, żeby nie powiedzieć niebezpiecznej. On jest szefem potężnej firmy w Tokio, a ona tylko jego blondwłosą żoną z Europy. To taki mój głos, być może i w imieniu Japonek, a w szczególności jednej, której dedykowałam całą tę historię. Reakcja japońskiej publiczności

jest niesamowita, wiele osób na samym końcu nie kryje łez wzruszenia. Nieśmiało na widowni zauważam także i panów, a to już coś. W akcie trzecim padają słowa, które trafnie pomogą mi zakończyć ten felieton: „Jest jeszcze miłość, tak silna i gorąca, która potrafiła odmienić zimne i twarde serce samuraja…" I chyba warto w to wszystko wierzyć.

* Joanna Shigenobu Bydgoszczanka, która od 8 lat mieszka w Tokio. Jej mąż jest Japończykiem. Mama 6-letniego synka. Napisała książkę o miłości Europejki i Japończyka. Współpracuje z grupą teatralną Hibiki Family.


Kobiety dużą wagę przywiązują do kolorów dominujących we wnętrzu. W łazienkach często decydujemy się na tonację białą, czarną, czerwoną i fioletową.

2002514BDBHA

Łazienka ma płeć

Wnętrza, które urządzamy i przestrzenie, w których spędzamy wiele czasu, są odzwierciedleniem naszej osobowości. To całkowicie naturalne, ponieważ podczas aranżacji kierujemy się własnym gustem i poczuciem estetyki. Często mówi się, że wnętrza mają określoną płeć. Ta zasada dotyczy także łazienki. Kobiety dużą wagę przywiązują do kolorów dominujących we wnętrzu. W damskich łazienkach królują żywe, barwy. Często połączone są dwa kontrastujące odcienie. Najczęściej wybieramy tonację białą, czarną, czerwoną i fioletową. Łazienki te nie mogą się obejść bez wielu różnorodnych dodatków - świec, kadzidełek i innych drobiazgów. Dzięki mnogości koszyczków i pojemników panuje tam porządek, a każdy element ma swoje miejsce. Łazienka nie jest dla nas wyłącznie miejscem do wykonywania zabiegów higienicznych. Ma stać się także domowym SPA. Pomieszczenia kąpielowe urządzone przez panie mają zazwyczaj dekoracyjne, ozdobne wyposażenia. Nieodłącznym elementem jest wanna, gdyż kobiety uwielbiają długie, relaksujące kąpiele przy blasku świec. W damskiej łazience bardzo ważne jest też światło. To ono nadaje klimat i sprzyja odpowiedniej atmosferze. Jeśli jednak nie można pozwolić sobie na światło dzienne, trzeba pomyśleć o dodatkowym oświetleniu, które ułatwi nam wykonywanie makijażu.


tabu

Z trójkątem to było tak… Na początek zaprosili do swojego łóżka kobietę, bo układ: on i one dwie to „społecznie bardziej akceptowana wizja”. Wieczór we trójkę, wino, muzyka, rozmowa o seksie… i ona rozebrała się pierwsza. TEKST: Janusz Milanowski

M

aja niebawem skończy 40 lat. Jest bardzo atrakcyjna, ma duże czarne oczy, zamyślone i kipiące. Faceci boją się tych oczu i pewnie dlatego przeważnie patrzą w jej biust podczas rozmowy. Maję to drażni, zwłaszcza w pracy, choć jest dumna ze swojej figury. Adam i Ewa są uśmiechnięci, a ich dłonie czasem muskają się wzajemnie nad blatem kawiarnianego stolika. I tak już od 14 lat. Weronika jest o 10 lat młodsza od Mai. Oczy ma wyzywające, mocno podkreślone, podobnie jak usta. Jej uwadze nie ujdzie żadne męskie spojrzenie. Mówi, że lubi seks, bardzo. Łączy ich jedno: w pewnym momencie poczuli, że duet w łóżku to jednak za mało.

DRĘCZĄCE MARZENIE MAI Kiedyś na babskiej imprezie Maja obejrzała porno: dwóch na jedną. Nie mogła oderwać oczu. Widok ten zmienił się w marzenie, które nigdy w określony sposób nie zostało zrealizowane. Było i jest tym samym, co wyobrażenie podróży do egzotycznego miejsca, by choć raz doświadczyć niezwykłego otoczenia. Swojemu partnerowi zdradziła je po wielu latach od tamtej babskiej imprezy. - Czasami chciałabym, żeby obok ciebie był inny, nagi mężczyzna - wyznała mu kiedyś w łóżku. Jej facet zaniemówił, a po chwili powiedział, że bardzo go zaskoczyła. - Kiedyś niespodziewanie on sam wrócił do tego tematu. Może dlatego, że chciał ratować nasz coraz bardziej oziębły łóżkowo związek - przypuszcza Maja. Pamięta dokładnie, co jej powiedział: - Wiesz, kochanie, jeśli o tym marzysz, jeśli dzięki temu będziesz bardziej R

1199314TRTHA

E

K

szczęśliwa, to ja się zgadzam. Ale muszę go najpierw poznać. Maja czuła, że on mówi to wbrew sobie, ale te słowa zagnieździły się w jej głowie. Przypadkiem, w knajpie podczas weekendowego melanżu, poznała faceta, który spodobał jej się do tego stopnia, że od razu wylądowała z nim w łóżku. Nowo poznany był singlem, a jej chłopak był wtedy w delegacji. Zaczął się romans, który Maja skrywała. On się w niej zakochał, ona twierdziła, że kocha ich obydwu. Podczas tajemnych randek, prosiła, żeby pokazywał jej porno: dwóch na jedną. Nie widział w tym problemu, aż do momentu gdy Maja zaproponowała, że chce go poznać z swoim dotychczasowym partnerem. Kochanek odmówił i postawił ultimatum: albo on, albo partner, bo nie chce się dzielić i źle się czuje, gdy ona przechodzi z łóżka do łóżka. Maja nie chciała wybierać, więc on zrobił to za nią. - Zapomnij o mnie - powiedział krótko. To była jedyna próba spełnienia marzenia. W jej związku jest coraz gorzej. Maja nie chce już szukać spełnienia swojej fantazji. A fantazja? - Mam ją nadal i staje się coraz bardziej dręcząca.

WERONIKA WZRUSZA RAMIONAMI - Bardzo się podobasz mojemu chłopakowi i… mi również - wyznała kiedyś Weronice Małgosia, jej koleżanka ze studiów. - OK, to zróbmy coś z tym - odpowiedziała. Pamięta, że zaczęły się strasznie śmiać. Ten śmiech był maską niepokoju, który tamtego dnia wkradł się w jej życie na stałe, razem z nieznaną dotychczas fantazją. Weronika żyje z kimś siłą inercji, bo mają dziecko. Jej życie się toczy jak wagonik odczepiony od lokomotywy w biegu. Kiedyś była jakaś „powiedzmy miłość, ale się skończyła”. - Nawet L

A

nie zapłakałam z tego powodu. Gdy zrozumiałam, jak jest, raczej zachciało mi się korzystać z przyjemności - wyjaśnia spokojnie. Z trójkątem to było tak… Po wyznaniu koleżanki, umówiły się, że tego spróbują. Kolejna impreza, trochę wina podawanego z ust do ust i zabawa w doktora. Pacjentem był mąż Małgosi i zbadały go bardzo dokładnie. Potem były kolejne spotkania. Miały swoją dramaturgię i spontanicznie tworzone role: policjantek, recydywisty, tancerza, etc. Najbardziej lubili „pacjenta na stole”. Po którejś zabawie, zadzwonił mąż koleżanki. - Przepraszam cię, kończymy to. Małgosia stała się zazdrosna i uważa, że bardziej reaguje na ciebie niż na nią. Gdy próbujemy sami, to wciąż mi robi wymówki, że dla ciebie bardziej się staram. Weronika wzruszyła ramionami. Dla niej była to tylko rozrywka i odkrycie nowych podniet. I co teraz? Patrzy poważnie. - Chciałabym się zakochać, ale tak do szaleństwa i bez żadnych trójkątów, żeby facet był mój i tylko mój. Małgosia już nie jest koleżanką Weroniki.

ADAM DIAGNOZUJE, EWA UŚMIECHA Lata temu Adam i Ewa siedzieli przy ognisku po przejściu Połoniny Caryńskiej. Piwo się skończyło, gitara przestała brzdąkać. - Bardzo bolą mnie stopy - powiedziała głośno Ewa, wtulając się w Adama. - Robię świetny masaż - zaoferował ktoś z ogniskowego kręgu i zapadła krępująca cisza. Tamtej nocy Adam nie mógł zasnąć. Wyobrażał sobie siebie, ją i jego. Czuł niepokój, złość… i podniecenie pomieszane ze wstydem. - Nad ranem postawiłem sobie surową diagnozę - przyznaje Adam, a Ewa się uśmiecha, jak na wspomnienie letnich wakacji. - Jestem zboczeńcem i dewiantem, bo tylko kogoś takiego M

A


tabu

Bez moralnych ocen - rozmowa z seksuologiem i doradcą rodzinnym prof. Zbigniewem Izdebskim* Czy Polacy często współżyją w trójkątach? Wg danych z książki „Seksualność Polaków na początku XXI wieku” relatywnie rzadko. Jednak gdybyśmy przyjrzeli się marzeniom Polaków, a szczególnie mężczyzn, to w grupie marzeń pt. „Czego chciałbyś doświadczyć” jest to najczęstsze pragnienie: chciałbym doświadczyć seksu w układzie trójkąta. To znaczy: dwie kobiety i on jeden.

mogłaby podniecić wizja własnej wybranki z innym facetem. Czasami wyobrażał sobie trójkąt, ale zawsze tylko tak: one dwie i on. To normalne. Taką fantazję ma niemal każdy mężczyzna, ale Ewa, on i ten trzeci?! Po jakimś czasie ochłonął, szczególnie, gdy przeczytał, że według statystyki co czwarty mężczyzna fantazjuje o swojej kobiecie w akcji z innym. - To ta seksualność człowieka w ujęciu ewolucyjnym i ta poligamiczna natura, z którą tak dziarsko walczymy w cywilizowanych i religijnie oświeconych społeczeństwach - Adam drwi w sposób typowy dla przedstawiciela nauk społecznych.

PANI „BI” ROZBIERA SIĘ PIERWSZA Ewa kiwa głową ze zrozumieniem, ale gdy swego czasu Adam zaczął sondować jej podejście do tego tematu, to nie okazała entuzjazmu. Jednak szczere rozmowy i „naukowe podejście do wolnego związku”, zrobiły swoje. Postanowili, że na początek zaproszą do swojego łóżka kobietę, bo „to społecznie bardziej akceptowana wizja”. Przyjaciółka Ewy, zadeklarowana „bi” nieraz żartowała, że ma ochotę na Ewę. Wieczór, wino, muzyka, rozmowa o seksie i Pani „Bi” rozebrała się pierwsza… Spotykali się z nią przez kilkanaście miesięcy „eksplorując wzajemnie swoją seksualność”. - Odkryliśmy zakamarki przyjemności, w które żaden język czy para dłoni w pojedynkę nie dotrze - Ewa odzywa się po raz pierwszy. - Nie było między nami scen zazdrości, ani kłótni z tego powodu. Mieliśmy do siebie zaufanie, kochaliśmy się na zabój. Żaden uczestnik naszych zabaw nie stanowił zagrożenia dla naszego związku, a tym bardziej dla naszej miłości - przekonuje poważnie. TO NIE JEST STYL ŻYCIA Kolejne przygody z kobietami i mężczyznami traktowali jak jedną z przyjemności w życiu; jak

jedzenie, spanie, dobrą książkę, muzykę, czy dyskusje do świtu. Dziś już nie chcą skazywać się na przypadkowych partnerów. Zarejestrowani są na kilku stronach internetowych dla ludzi o podobnych upodobaniach. Tak jest wygodniej. - Teraz spotykamy się z parami, panami, kobietami, ale już nieco mniej spontanicznie i niestety rzadziej. Stała praca i bycie rodzicami nieco nas ograniczają. Jednak raz w miesiącu staramy się znaleźć czas na takie spotkanie - opowiada Adam, podkreślając, że to nie jest ich styl życia, ani rzecz w nim niezwykle ważna. - To pojawiająca się od czasu do czasu frajda, urozmaicenie nieco już zesztywniałego po 14 latach pożycia małżeńskiego. Od czasu do czasu, pojawia się jakaś iskra zazdrości w rodzaju: „Na pewno wystarczy ci mój całkiem średni, a nie tak wielki, jak u tamtego faceta z wczoraj?”, „Momentami czułam się trochę zaniedbana, dziewczyna była młodsza i ładniejsza ode mnie”. Ale dzieje się tak rzadko. - To są bzdury - Adam i Ewa przyznają zgodnie. - Po 14 latach razem mamy ważniejsze powody do kłótni niż czyjś penis, czy młodsze piersi. Tylko raz rozmawialiśmy o zaprzestaniu naszych praktyk seksualnych. Po bardzo krótkiej wymianie zdań uznaliśmy, że nie zmieniamy nic. Po dekadzie związku nasze łóżko kwitnie i ma się dobrze. Adam i Ewa nie twierdzą, iż wszyscy powinni tak żyć. Im to po prostu odpowiada. -„Fizyka jest jak seks: pewnie, że może dawać jakieś praktyczne rezultaty, ale nie dlatego to robimy” - Adam cytuje Richarda Feynmana na koniec, a ich dłonie nadal nie przestają się muskać. (imiona bohaterów zmieniono na ich prośbę)

 napisz do autora j.milanowski@expressmedia.pl

Bohaterowie mojego tekstu, Adam i Ewa, stwierdzają zgodnie, że dzięki trójkątowi ich łóżko kwitnie. Czy to może być remedium na nudę? Może. To, co niewątpliwie jest podstawą tego typu relacji seksualnych, to kwestia związana z normą partnerską. To znaczy, musimy mieć poczucie, że w relacjach seksualnych między kobietą a mężczyzną może dochodzić do takich praktyk, które są akceptowane przez jedną i drugą stronę bez przymusu. Adam i Ewa mieszczą się w tej normie, dlatego że razem to akceptują, pożądają i czują się z tym dobrze. I to wszystko jest dobre, dopóki ma się nad tym kontrolę i kiedy to rzeczywiście tylko urozmaica życie seksualne, a nie zastępuje życia seksualnego. Problem pojawi się wtedy, gdy ci ludzie nie będą mogli współżyć ze sobą bez tej trzeciej osoby - to jest niebezpieczeństwo, z którym powinni się liczyć. Po 14 latach małżeństwa namiętność może zacząć wygasać. Ludzie przyjmują różne strategie, żeby temu zaradzić. Niewątpliwie podstawą zdrowia seksualnego, poza fizjologią związaną z seksem, jest proces komunikowania, a pańscy bohaterowie rozmawiali i rozmawiają ze sobą. I widać, że jedna i druga strona ma podobne oczekiwania. Zastrzegam, że ja w żaden sposób nie dokonuję oceny moralnej tego i innych przypadków. Marzenie Mai stało się dla niej dręczące. Czy fantazje mogą być niebezpieczne? Mogą, kiedy trudno je zrealizować. Myślenie o drugim penisie nie jest jakieś niebezpieczne i niejedna kobieta o tym myśli, tylko nie każda potrafi to wyartykułować. Ujawnianie fantazji, to jedna z najtrudniejszych kwestii w związku. Zawsze uczulam ludzi: zanim zaczniecie spełniać swoje fantazje, zastanówcie się, jak to może wpłynąć na wasze relacje. Czy powinniśmy dążyć do uwalniania swoich fantazji? Jeżeli te fantazje nikomu nie szkodzą i dotyczą tylko dorosłych, to… Co komu do domu, jak chata nie jego? *Zbigniew Izdebski Pedagog i seksuolog, specjalista w zakresie poradnictwa rodzinnego, profesor nauk humanistycznych, wykładowca akademicki. miasta kobiet

styczeń 2015

35


męska perspektywa

… to znaczy kochać miłością nieszczęśliwą, niespełnioną. Generalnie smutno jest wokół tego tematu. Z Andrzejem „Kobrą” Kraińskim* rozmawia Jan Oleksy

Całkiem spokojnie pijemy drugą kawę… Kiedyś siedzielibyśmy przy czymś innym. Kobranocka znana była z szalonych imprez, aniołkami to wy nie byliście… No, nie byliśmy! Przez 29 lat się z tego tłumaczę. Wszystko kręciło się wokół chlania, to było nierozerwalne z muzyką. Ale się zmieniło. Może to kwestia wieku? Generalnie to cała kapela znormalniała. Kiedyś się nie przejmowaliśmy tym, co działo się w trasie. Teraz wiemy, że raz na jakiś czas można dać sobie w palnik, ale trzeba pamiętać, że następnego dnia jest sztuka do zagrania. Ten rozsądek rzeczywiście przychodzi z wiekiem. Myślę inaczej i troszkę inaczej postępuję niż 20 czy 30 lat temu, ale też inaczej niż dwa czy trzy lata temu. Skończyłeś zupełnie niedawno 50 lat. Czy czujesz jakiś niepokój w związku z przekroczeniem tej magicznej granicy? Cały czas mam poczucie Matriksu - tak jak bym się budził i miał znowu 30 lat. Zresztą ciągle czuję się, jakbym miał mniej i ta piątka z przo-

36

miasta kobiet

styczeń 2015

du jest dla mnie jakąś abstrakcją. Nie ukrywam, że ciężko mi to przyszło. To przyjmijmy, że znowu masz trzydziestkę i latają za Tobą tabuny fanek, jak za każdą kapelą rockową… Zawsze wokół kapel rockowych kręciły się fanki. Z Kobranocką było podobnie, ale nigdy to nie były tabuny. Na pewno nie wykorzystywaliśmy tego w wiadomy sposób. Te nasze tabuny fanek raczej ograniczały się do kilku, kilkunastu dziewczyn i to nie takich jeżdżących za nami, tylko pojawiających się na koncertach tam, gdzie mieszkały… Widok kapel otoczonych fankami bardziej pasuje do Ameryki niż do Torunia. Ale jednak były… Trzeba odróżnić fanki od tak zwanych groupies, którym zazwyczaj chodzi tylko o jedno - żeby pozaliczać jak najwięcej kapel. To zjawisko znane od lat. Fanki niekoniecznie chciały od razu wchodzić do łóżka… A czego chciały?

Głównie pokazać swoje uwielbienie dla kapeli, być blisko niej. Nigdy tego nie wykorzystywałem. Co Cię hamowało? Masz taką silną organizację wewnętrzną? Nigdy nie byłem zainteresowany tzw. wyrywaniem dziewczyn, nie mówiąc o tym, że od 26 lat jestem w związku małżeńskim. Jakoś za bardzo Ci nie wierzę. Nie ufam facetom, którzy mówią, że piękne kobiety ich nie interesują. To jest to fałsz. Nie, jasne, zawsze mnie interesowały, ale jak zobaczyłem jakąś piękną kobietę, to w żaden sposób jej nie podrywałem… zawsze to się samo działo… Wystarczył jeden gest? Nie potrafię bajerować, jak gość, któremu wystarczy pięć minut, albo ten, który idzie tańczyć z dziewczyną. Nienawidzę tańca. Jestem niezdolny do takich spraw, ale czasem wystarczy jedno spojrzenie. Podobno mam taki wzrok, że dziewczyny…


FOT.: MARIUSZ SKIBA

męska perspektywa A jakie kobiety Ci się podobają? Oj, mnóstwo… (śmiech) Co najbardziej w nich cenisz? Połączenie urody z mózgiem. Jeżeli kobieta jest tylko ładna, a głupia, to dziękuję. Wskazane jest harmonijne połączenie. Czyli piękna i mądra, ale nie musi umieć gotować? Lepiej, żeby to też świetnie robiła… „Kocham cię jak Irlandię” - spytam jak przymuł - to piosenka o miłości? O co chodzi w tej „Irlandii”? To jest o dwóch rodzajach miłości. Z jednej strony o miłości patriotycznej do ojczyzny i tu autor tekstu patrzy na Polskę przez pryzmat Irlandii, ponieważ oba kraje mają podobną historię walk o niepodległość. Z drugiej strony jest o miłości do kobiety. Pojawia się konkretna ulica Fabryczna we Włocławku, na której autor piosenki widywał swoją miłość. W związku z tym „Kochać jak Irlandię” znaczy kochać miłością nieszczęśliwą, niespełnioną. Generalnie smutno jest wokół tego tematu. Jak myślisz, miłość wpływa depresyjnie, jak w tej piosence, czy raczej nakręca? Mówi się, że najbardziej nakręcająca jest nowa miłość. Miłość jest nieprawdopodobną siłą, ale u mnie jest odwrotnie niż u wielu artystów. Mam totalny dołek, nie jestem w stanie czegokolwiek - mówiąc górnolotnie - tworzyć. Miłość potrafi Cię zdołować? Totalnie. Generalnie huśtawki nastrojów nie są mi obce, delikatnie mówiąc, ale to już jest sprawa dla psychiatry. Oj, jesteś trudnym facetem? Tak, zawdzięczam to mojemu nieświętej pamięci ojcu. Na jednej z naszych płyt śpiewałem nawet piosenkę: „Więc mi zdejmij z czoła znamię, jeśli umiesz spraw, zepchnij w przepaść straszny kamień, niewidoczny garb”. W brzydkich słowach wyrażałem się o nim, mimo że był moim ojcem i że o zmarłych źle się nie mówi… Nie od dzisiaj widzę, że wszystko, co złe we mnie, zawdzięczam jemu. Uważasz, że jakieś jego cechy przeszły na Ciebie? Wiem, że tak jest! Wiele razy słyszałem: „teraz, to jakbym twojego ojca widziała”. I boję się, że mój syn może mieć to samo. Wierzysz w przekaz genetyczny? Na szczęście syn ma mniej cech z dziadka niż ja, ale jednak jakieś ma. Podobno jestem nieporównanie lepszym człowiekiem od ojca. Natomiast mama była osobą spokojną, chodzącym dobrem, przeciwieństwem ojca. A jakim ojcem jesteś dla syna - guru czy postrzelonym gościem? W końcu rockman żyje trochę inaczej…

Mój syn widział zawsze, że ma innego ojca niż jego koledzy, że jego stary nie chodzi do pracy w garniturze i z teczką… Myślisz, że mu to przeszkadzało? Mamy bardzo dobry kontakt. Miłosz ma 22 lata, czyli tzw. trudny okres już jest za nim, a jego trudny okres w połączeniu z moimi nerwami, dawał mieszankę wybuchową. Ale zawsze się dogadywaliśmy… Imponowałeś mu? Podejrzewam, że fakt bycia rozpoznawanym miał znaczenie. Może w jakiś sposób to wykorzystywał, ale szybko z tego wyrósł. Kiedyś też grał na gitarze i miał ambicje bycia „Kobrą” juniorem, ale mu to przeszło, poszedł swoją drogą. Jest kilkukrotnym mistrzem Polski, Europy i świata w piłkarzykach stołowych. Zajmuje pierwsze miejsce w ogólnopolskim rankingu, a ostatnio został mistrzem Czech. I nigdzie nie podpiera się nazwiskiem, nie wykorzystuje resztek mojej popularności. Jestem z niego dumny. Wiem, że jest dobrym człowiekiem. Czyli jakim? Co dobry człowiek musi sobą prezentować? Musi mieć energię, która pozwoli funkcjonować zarówno jemu, jak i jego bliskim. Ważne są dla niego pieniądze? Wiadomo, że bez pieniędzy trudno żyć. Mam świadomość, że jako osoba znana i twórca kilku przebojów, mam za mało zer na koncie. Często jest to jedno zero! (śmiech) Tak czy siak, wracając do faceta, pieniądze są ważne, ale nie są najważniejsze. Liczy się energia. Tę energię miałeś zawsze? Czułem ją już od przedszkola. Od zawsze wiedziałem, co chcę robić w życiu. Miałem takie wyobrażenie, że stoję z gitarą z przodu, tam, gdzie jestem dzisiaj, a trzej pozostali to moi wujkowie, od których zresztą nauczyłem się muzyki. W ogólniaku bardziej byłem zainteresowany chodzeniem do Od Nowy, gdzie mieliśmy próby, niż na lekcje. A mając lat 20, to już wszystko postawiłem na jedną kartę. Innej opcji nie było. Masz energię, a czego Ci brak? Jestem masakrycznie zazdrosny, potrafię wyciągać jakieś rzeczy sprzed 30 lat, sam nie będąc w porządku. Będę się za to smażył w piekle na maksa! Czepiam się o głupstwa, a sam jestem miliard razy gorszy. Wiesz o tym, że jeżeli jesteś przesadnie zazdrosny, to prawdopodobnie postępujesz tak, jak sądzisz o drugiej osobie? Ale jesteś z siebie zadowolony? Wiem, że nie jestem święty, ale lubię siebie, gdybym wykorzystał jedną z wahnięć huśtawki nastrojów, to już dawno by mnie nie było. Raz euforia, a raz dołek. Trudno się żyje artyście? Większość ludzi myśli, że to świetne życie…

Nie wiem, musiałbyś o to spytać prawdziwego artystę (śmiech). Zależy, co masz na myśli. Jeżeli to, że nie muszę na siódmą wstawać do roboty, to tak! Rzeczywiście, możesz pospać dłużej. Ale po koncercie chyba sen nie przychodzi łatwo. Nie szumi Ci w głowie? Po koncercie zawsze długo dochodzę do siebie. Przychodzimy do hotelu, chłopaki idą spać, a ja rozwieszam mokre rzeczy po występie, bo się pocę jak świnia. Nie zasnę, dopóki tego nie zrobię. Nieraz przez godzinę krzątam się, robię porządki, włączam telewizor, potem siadam wygodnie, przypalam fajeczkę. Dopiero wtedy schodzi ze mnie napięcie i kładę się spać. A przed koncertem jest luz? Nie, zawsze mam tremę. Ludzie mi nie wierzą, że po tylu latach na scenie… Ale trema musi być. Potwierdzali to znakomici aktorzy, nie bracia Mroczkowie, tylko Holoubek, Zapasiewicz - że jeżeli ktoś nie ma tremy, to jest rzemieślnikiem, a nie artystą! Podobno nawet wielki, znakomity Jan Świderski trząsł się przed wejściem na scenę. Ty też się trzęsiesz? Nie, ja na dwie godziny przed koncertem cały czas ziewam. I tremę mam taką samą, niezależnie od tego, czy na widowni jest 40 czy 40 tysięcy osób. To nie ma znaczenia. Nerwy przedtem i potem… Co więc daje Ci granie? Daje mi wszystko, daje kopa, spełnienie, satysfakcję, pieniądze… Nie mogę żyć bez grania, nawet wracając mocno zmęczony po trzech, czterech koncertach, myślę już o następnych… To jest moje życie! Jesteś facetem spełnionym? Człowiekiem sukcesu? No dobra, tak. Jestem człowiekiem sukcesu. Nie zgromadziłem żadnego majątku, ale też nie umieram z głodu, jestem znany, ale nie jestem celebrytą, który musi unikać paparazzi. Gram cały czas, nigdy tyle koncertów nie zagraliśmy co w tym roku. Zespół bardziej młodnieje niż się starzeje! Cieszę się z tego co mam, co osiągnąłem. To czego Ci jeszcze można życzyć? Jest takie stare komunistyczne nowomowowe powiedzenie: „Szczęścia w życiu osobistym i zawodowym”. Tego bym sobie życzył. (śmiech) Dobrze, masz to załatwione!  napisz do autora j.oleksy@expressmedia.pl *Andrzej „Kobra” Kraiński Kompozytor, wokalista, lider Kobranocki, zespołu, który ma swoją Katarzynkę w Piernikowej Alei Gwiazd. Gra i śpiewa także w  zespole Atrakcyjny Kazimierz.

miasta kobiet

styczeń 2015

37


męskim okiem

Nie ma grania bez

bzykania Bzykanie to pojęcie worek - jest w nim zdrowie, szczęście, pomyślność i chęć spełnienia dobrego uczynku. Janusz Milanowski*

natychmiast twarze ścięte mrozem, wódką i ciężką pracą. I każdy myślał o muzyce i cieple domowego ogniska, a żaden cholerny odwiert nie był już straszny. Potem, wśród marynarzy z marynarki wojennej nie było już tak sielankowego słownictwa, no, ale jak świat światem, tak wojsko wojskiem i nie ma zmiłuj.

E

Bez uzasadnień Naukowo dowiedziono, że ludzie, którzy regularnie oddają się (sic!) graniu są szczęśliwsi. Bo już w „Kupcu weneckim” Szekspir napisał, że „człowiek, który w swych piersiach nie ma muzyki (…) do zdrad i podstępów jest zdolny”. Nie ma sensu mnożyć tych uzasadnień. Zatem w Nowym Roku serdecznie życzę przede wszystkim dobrej komunikacji, a także zdrowia, szczęścia i czynienia wielu dobrych uczynków. W skrócie: dużo bzykania!

Podstawa szczęścia Tak sobie myślę o tej muzyce rozświetlającej letnie łąki w kontekście noworocznych życzeń, tudzież zawsze tych absurdalnych postanowień. Bzykanie to pojęcie worek, bo jest w nim zdrowie, szczęście, pomyślność, chęć spełnienia dobrego uczynku. Właściwie stało się tak za sprawą Adama i Ewy, bohaterów mojego tekstu o trójkątach seksualnych. Prof. Izdebski, komentując ich przypadek, zauważył, że między nimi jest coś, co jest podstawą - jak to określił - seksualnego zdrowia: komunikacja. Należałoby dodać, że jest to także podstawa szczęścia. Moi rozmówcy udowadniają, że fantazje nie są złe, że ich ekspresję tłumi wyłącznie kultura społeczna bądź

O muzyce Gdy pracowałem w 2. Grupie Sejsmicznej Przedsiębiorstwa Geofizyki Morskiej i Lądowej w Toruniu, to nafciarze wokół wyrażali się o tym z prawdziwie salonową estymą. W naszej zapomnianej przez Boga bazie, przy niemieckiej granicy, obowiązywał termin - granie. Na przykład: „Fajny koncert wczoraj miałem”, albo „Pięknie wczoraj zagraliśmy z kelnerką Lidką i fryzjerką Lusią”. Na to dictum rozjaśniały się R

religia. I nie chce mi się już powtarzać tego freudowskiego banału o kulturze jako źródle cierpień.

K

L

 napisz do autora j.milanowski@expressmedia.pl

*Janusz Milanowski Dziennikarz, publicysta, fotograf. Miłośnik długodystansowego pływania i jazzu. A

M

A

1261414BDBHA

Najpierw trochę niezdarnej analizy językowej, żeby nie było, że wulgaryzuję. Bzykanie to jedno z przyjemniej brzmiących, choć mniej grzecznych, polskich słówek (po litewsku - zirzesys, po duńsku - summen, po angielsku - buzzing, ot tak dla ciekawostki). Właściwie cała natura to jedno wielkie bzykanie. Na przykład: pocisk przecinający powietrze - bzyka, owady na łące - bzykają, a ludzie - się bzykają. Gdy spojrzeć na synonimy tego czasownika, to jest ich co najmniej 13 i wszystkie są wulgarne - z wyjątkiem staropolskiego - chędożyć.


BADAM SIĘ, MAM PEWNOŚĆ BEZPŁATNE BADANIE MAMMOGRAFICZNE

BEZPŁATNE BADANIE CYTOLOGICZNE

co 2 lata dla kobiet w wieku 50–69 lat

co 3 lata dla kobiet w wieku 25–59 lat

www.wok.co.bydgoszcz.pl Populacyjne Programy Wczesnego Wykrywania Raka Piersi oraz Profilaktyki i Wczesnego Wykrywania Raka Szyjki Macicy Wojewódzki Ośrodek Koordynujący Centrum Onkologii im prof. Franciszka Łukaszczyka w Bydgoszczy 85-796 Bydgoszcz, ul. Romanowskiej 2 | tel./fax: 52 374-34-36

Mammografia

Cytologia

Mammografia jest rentgenowskim badaniem piersi i obecnie najlepszym sposobem wykrywania wczesnego raka. Wczesne wykrycie zmiany nowotworowej pozwala zastosować leczenie oszczędzające (bez konieczności amputacji piersi) i daje szanse na pełne wyleczenie. Ucisk stosowany w czasie mammografii nie uszkadza piersi i jest konieczny w celu uzyskania zdjęć wysokiej jakości. Idąc na badanie pamiętaj:  jeśli ma Pani wcześniej wykonane badanie mammograficzne, prosimy przynieść ze sobą wynik

Badanie polega na pobraniu i ocenie wymazu z szyjki macicy za pomocą specjalnej szczoteczki i jest bezbolesne. Cytologia pozwala wykryć stadia przedrakowe oraz wczesne postacie raka szyjki macicy, kiedy nie dają jeszcze objawów. Rak szyjki macicy wykryty odpowiednio wcześnie jest całkowicie wyleczalny. Na cytologię najlepiej zgłosić się: nie wcześniej niż 2 dni po zakończeniu miesiączki i nie później niż 2 dni przed miesiączką co najmniej 4 dni po użyciu globulek dopochwowych co najmniej 1 dzień po badaniu przez ginekologa w dniu badania nie należy wykonywać irygacji

1737114BDBHA

Populacyjny program wczesnego wykrywania raka piersi / Populacyjny program profilaktyki i wczesnego wykrywania raka szyjki macicy finansowany przez ministra zdrowia w ramach Narodowego programu zwalczania chorób nowotworowych.


Teraz i Ty możesz cieszyć się bezkompromisowo pięknym ciałem! Dowiedz się co na temat przełomowej metody LPG wyszczuplania i modelowania ciała mówią uznani eksperci:

Kinga Wasilewska mgr fizjoterapii

Doktor Artur Markowski

specjalista dermatolog

Zawód fizjoterapeuty oraz praca w zakresie kosmetologii i medycyny ny estetycznej, utwierdziły mnie w przekonaniu o holistycznym modelu podejścia do człowieka i wielokierunkowym systemie m zgłębianiem tajników pracy nad ciałem. Dzięki kilkunastoletniej nauce, popartej empirycznym zy pozwalający mi na pracy w odniesieniu do urządzeń HI-TECH, zgromadziłam zasób wiedzy sprawne, interdyscyplinarne poruszanie się w obszarze remodelingu ciała iała . Relacja, jaką nanej współpracy, popartej wiązuję z osobą pragnącą poprawić swoją figurę, opiera się na aktywnej maksymalnym zaangażowaniem, ukierunkowanym na uzyskanie wyznaczonego aczonego celu. Jedną z metod pracy, którą posługuję się w terapii cellulitu, korekcjiji newralgicznych, miejscowo otłuszczonych partii ciała oraz niwelowaniu oznak starzeniaa się skóry, jest Endermologie® firmy LPG. Metodologia pracy na najnowszym urządzeniu eniu Integral ksowego 2 M6 jest bezpieczna i w 100% naturalna. Daje możliwość bezkompleksowego wyeksponowania atrybutów kobiecego ciała poprzez poprawę gładkości, ści, zwarrzyjmując tości i jędrności skóry oraz wyrównanie wszelkich niedoskonałości, przyjmując yjność jednocześnie relaksacyjną, odprężającą formę masażu. Bezkonkurencyjność tej konwencji pracy nad ciałem została potwierdzona przeze mnie osobibiście. Wraz z spersonalizowaną, trwałą zmianą sposóbu odżywiania sięę oraz usystematyzowaną aktywnością fizyczną uzyskałam polisę na piękne ciało. Traktując Endermologie ® jako jeden z elementów zdrowego stylu życia, zachowasz harmonię zdrowego, pięknego ciała i witalnego umysłu. Jako lekarz zawsze poszukiwałem możliwie najskuteczniejszych i najbezpieczniejszych metod i urządzeń dla moich pacjentów. Wiele lat temu poszukując najlepszego urządzenia do swojego gabinetu sprawdziłem dostępne sprzęty na rynku porównując ich parametry, skuteczność oraz badałem poziom komczalnie fortu dla pacjenta podczas zabiegu. W wyniku moich badań niezaprzeczalnie teczniejstwierdziłem, ze urządzenie LPG i metoda Endermologie ® jest najskuteczniejadczonego szym narzędziem z dostępnych urządzeń na rynku, a w rękach doświadczonego fizjoterapeuty lub kosmetologa zadziwia spektakularnymi efektami. ksie Metoda Endermologie ® od 10 lat dostępna jest w naszym kompleksie as jej efekdermatologiczno- kosmetologicznym PCME i obserwując przez ten czas tywność mogę jednoznacznie stwierdzić, że jest to najskuteczniejsza bezinwazyjna, w pełni naturalna metoda modelowania i wyszczuplania ciała. Obecnie ych sobie LPG pozostaje światowym liderem w swojej dziedzinie i nie ma równych nia, w zabiegach ujędrniania skóry twarzy (Endermolift ®) oraz modelowania, wyszczuplana ciała (Lipomassage ®). ć, najskuRekomenduję wszystkim tym, którzy cenią sobie najwyższą jakość, teczniejsze, sprawdzone rozwiązania.

Dla pierwszych 10 osób, które wykupią karnety Endermologie ® na ciało dodajemy BONUS o wartości 500 zł - 10 zabiegów Endermolift ® na twarz zupełnie za darmo!

Zadzwoń i zapisz się już dziś! 793 017 636

Salon Urody Feminarium PCME | www.feminarium.com Szosa Chełmińska 84/86 (Dom Zdrowia) | Toruń

855214TRTHC

Śpiesz się, promocyjne karnety z Bonusem rozchodzą się bardzo szybko! ko!

Miasta Kobiet styczeń 2015  
Miasta Kobiet styczeń 2015  
Advertisement