Page 1

nasze miejsca spotkań

sierpień 2014

portret

Małgorzata Witkowska

Nieznośna letniość życia str. 10-13

męska perspektywa

Janusz L. Wiśniewski

Facet musi imponować

str. 34-36


WYDAWCA: EXPRESS MEDIA Sp. z o.o. Bydgoszcz, ul. Warszawska 13 tel. 52 32 60 733 Prezes Zarządu: dr Tomasz Wojciekiewicz Redaktor Naczelny: Artur Szczepański Dyrektor sprzedaży: Adrian Basa Menedżer produktu: Emilia Iwanciw, tel. 52 32 60 863 e.iwanciw@expressmedia.pl

R

Redaktorka prowadząca: Emilia Iwanciw, tel. 52 32 60 863 e.iwanciw@expressmedia.pl Teksty: Lucyna Tataruch l.tataruch@expressmedia.pl Dominika Kucharska d.kucharska@expressmedia.pl

M st G

Je z

Janusz Milanowski j.milanowski@expressmedia.pl Jan Oleksy j.oleksy@expressmedia.pl Jacek Kowalski j.kowalski@expressmedia.pl

Burza nad miastami Coraz więcej emocji w naszej redakcji podczas pisania artykułów do „Miast Kobiet”. „Ja się z Tobą nie zgadzam”, „Wcale tak nie jest”, „To szowinistyczne”, a „To populistyczne”. „Ludzie nie chcą o tym czytać”. „Ludzie, czyli kto? Mężczyźni czy kobiety?”. Ona ma przekonanie, że kobiety bardzo chętnie przeczytają o tym, on upiera się, że jego punkt widzenia jest ważniejszy, ciekawszy. Jej zdaniem, on zapomina, że to jest magazyn kobiecy. Drogie Czytelniczki i Czytelnicy! Jest pełnia lata, a my mamy w „Miastach Kobiet” prawdziwą burzę. Burzę damsko-męską, bo spora część naszej redakcji to faceci. Burzę ideologiczną, bo niezależnie od płci, różnimy się poglądami. Burzę w szklance wody, bo tak naprawdę na swój sposób każdy z nas ma rację. Nasze spory postanowiliśmy przekuć w artykuły. Dlatego w tym numerze Lucyna Tataruch polemizuje z Januszem Milanowskim. A Janek Oleksy pozwala wypowiedzieć się pisarzowi Januszowi L. Wiśniewskiemu, mimo, że nie wszyscy zgadzają się z jego poglądami. Nie jest letnio, nijako. Jest barwnie, różnorodnie. Czasem pioruny biją, jak to podczas burzy. Chcemy te emocje przekuć w coś więcej, dlatego zapraszamy Was do udziału w burzliwej dyskusji (str. 6-7) i do pisania listów. Jesteśmy ciekawi, o czym Wy chcecie czytać w kolejnych wydaniach „Miast Kobiet”?

Lena Kałużna Zdjęcie na okładce: Tomasz Czachorowski Projekt: Iwona Cenkier i.cenkier@expressmedia.pl Skład: Ilona Koszańska-Ignasiak i.koszanska@expressmedia.pl Sprzedaż: Michał Kopeć, tel. 56 61 18 156 m.kopec@nowosci.com.pl

4

Angelika Sumińska, tel. 691 370 521 a.suminska@express.bydgoski.pl

Piszcie do nas na adres miastakobiet@expressmedia.pl Autorów najciekawszych listów nagrodzimy. ZNAJDZIESZ NAS NA: www.miastakobiet.pl www.fb.com/MiastaKobiet.Nowosci.ExpressBydgoski

s

1 3 5 7

EMILIA IWANCIW, redaktorka prowadząca „MIASTA KOBIET”

2

„Miasta Kobiet” ukazują się w każdy ostatni wtorek miesiąca, jako dodatek do „Expressu Bydgoskiego” i „Nowości - Dziennika Toruńskiego”. Przez cały miesiąc są dostępne również w 91 miejscach w Bydgoszczy i Toruniu. Adresy znajdziesz na stronie www.miastakobiet.pl

miasta kobiet

sierpień 2014

T w

B


ROZWAŻNA I ROMANTYCZNA

To propozycja dla pań ceniących nowinki modowe i łączenie stylów. Jest pozytywna, optymistyczna, ale przede wszystkim również elegancka i bardzo kobieca. Idealna stylizacja do pracy, na spotkania z przyjaciółmi, a nawet na randkę. Nasza modelka - młoda, ambitna, piękna pani menedżer właśnie to pokochała w zestawie, jaki dla niej wybraliśmy. Stylowa, klasyczna spódnica świetnie współgra z nieco odważniejszą górą stroju. Całość zachwyca, nie tylko naszą klientkę, ale także wszystkich, którzy przyglądali się naszej sesji.

Milena Maroszek, stylistka Galerii Pomorskiej Jest zawsze na czasie z modowymi nowinkami!

3 1

6 2 4

7

sprawdź również: 1. Bluzka Mohito 59,99 2. Bluzka KappAhl 59,90 3. Bluzka Cubus 59,99 4. Spodnie KappAhl 99,90 5. Torebka Mohito 89,99 6. Spódnica Mohito 129,99 7. Szorty Cubus 99,00

Twoje indywidualne spotkanie ze stylistką w Galerii Pomorskiej BEZPŁATNIE W KAŻDĄ ŚRODĘ. Wejdź na: www.galeriowaszafa.pl

Bluza Cropp 79,90 Spódnica Mohito 129,99 Buty Ryłko 329,90 Torba Venezia 359,00 Okulary Vision Express 449,00 Kolczyki Six 14,90 Naszyjnik Mohito 24,90 Bransoletki Claire’s 39,90/35,90 Bransoletki Ochnik 55,92/79,92 1099214BDBHA

5

dgoski

ka

STYLIZACJA: Milena Maroszek, MODELKA: Roma, ZDJĘCIE: Tomasz Czachorowski

Roma


felieton

Beata zostawia swoje parujące danie i odchodzi z krzyczącymi dziećmi od stołu, by nie denerwować Jerzego. On przecież cały rok wypruwa sobie żyły, zasłużył na ten urlop, zapłacił, więc niech się naje chociaż. Emilia Iwanciw* Wakacje. Urlop. Mimochodem przyglądam się innym turystom. Obserwuję, podglądam. Niedaleko nas ona i on: Jerzy i Beata z Częstochowy, dwójka dzieci - kilkumiesięczny bobas i 3-letnia dziewczynka. Jerzy opalony. Codziennie sprawdza, czy już jest wystarczająco brązowy i czy biel szortów wciąż tak ładnie podkreśla opaleniznę. Wstaje rano zrelaksowany, podrapie się po udzie, usiądzie z tabletem na rozklekotanym leżaku. Moja znajoma śmieje się, że Jerzy to na pewno jeden z tych, którzy codziennie smarują się olejkiem i zachwycają rzeźbą swojego ciała przed lustrem. Z prawej, z lewej, z przodu, kaloryfer na swoim miejscu. „Ach! Przystojniak ze mnie!”. Myślę, że to prawdopodobna wizja, bo Jerzy kilka razy dziennie na długo znika w łazience. Szczególnie w chwilach, gdy córka marudzi, że nie ma się z kim bawić, że się nudzi i że jest za gorąco. Wtedy Beata wyciąga grę planszową, a Jerzy wraz ze swoją błękitną kosmetyczką znika. Beata się nie lansuje jak Jerzy. Zgrzebna bawełniana sukienka, blada, szara, sauté i przy tym jakaś taka uciemiężona. Beata wstaje skoro świt, karmi bobasa, przewija, pędzi do sklepu po bułki, karmi starszą córkę, sprząta po śniadaniu, wynosi śmieci, wiesza pranie. Mogłabym tak wymieniać jeszcze długo, bo Beata właściwie cały czas się krząta. Jerzy w tym czasie siedzi na leżaku, uroczym uśmiechem wita sąsiadki-wczasowiczki, jednocześnie prężąc mięśnie i zerkając, czy zauważyły, że jego opalenizna zyskała dziś piękny brzoskwiniowy odcień. Nie słyszałam zbyt wielu rozmów Beaty z Jerzym. Podejrzewam, że oni niewiele rozmawiają. To przecież oczywiste, jakie obowiązki do kogo należą, nie trzeba wcale o tym mówić. On codziennie wypruwa żyły w biurowcu i ma teraz czas na relaks. Ona cały czas tylko siedzi w domu. O czym tu mówić? Jerzy za bardzo nie wie, o czym, bo na co dzień rozprawia głównie o interesach. A co Beata, matka dzieciom, wie na ten temat?

4

miasta kobiet

sierpień 2014

Podejrzewam, że Jerzy może tak myśleć w duchu, choć oczywiście nie jestem pewna. Raz na jakiś czas widzę, jak córka szarpie Jerzego za ramię: „Tata, pograj w badmintona”. Więc Jerzy po kilku takich szarpnięciach ze zbolałym wyrazem twarzy, wznosząc oczy ku niebu, bierze rakietki i w milczeniu odbija lotkę przez piętnaście minut, po czym wraca na leżak. Otwiera piwo i rozgląda się dookoła. Kiedy Jerzy siada do obiadu w restauracji, nie może zrozumieć, dlaczego te dzieci takie nieusłuchane i to właśnie wtedy, kiedy jego krewetki wjeżdżają na stół. Piszczą, kręcą się, nie dają zjeść w spokoju. Wtedy Beata zostawia swoje parujące danie i odchodzi z dziećmi od stołu, by nie denerwować Jerzego. Bo on przecież cały rok wypruwa sobie żyły, zasłużył na ten urlop, zapłacił, więc niech się naje chociaż. Nie słyszałam ani razu kłótni, ani nawet ostrej wymiany zdań pomiędzy Jerzym a Beatą. Nie, żebym oczekiwała rzucania talerzami, ale

chociaż jakaś tam malutka niezgodność, jakieś fuknięcie, delikatne trzaśnięcie drzwiami. A tam, jak widać, wszystko jest na swoim miejscu. Tylko jakiś taki smutek i szarość bije od Beaty, która ze stoickim spokojem, mechanicznie, wykonuje te codzienne czynności. A może tylko mi się zdaje? Może kiedy Beata i Jerzy zamykają drzwi swojego domku letniskowego, gruchają do siebie słodko? A może realizują swoje ukryte fantazje jak Mickey Rurke i Kim Basinger w „9 i ½ tygodnia”? I dlatego Beata wygląda zawsze na taką zmęczoną… Nic nie wiem na pewno. To tylko wakacyjne obserwacje i domysły. Problem w tym, że po prawej, po lewej, na wprost i w drugiej alejce jest niemal dokładnie tak samo. Uciemiężone matki-dzieciom i ojcowie znudzeni, zniecierpliwieni tymi piskami, tym całym urlopem, z komórkami przy uszach i tabletem w dłoni. Pewni siebie byznesmeni i ich potulne pokojówki, opiekunki, animatorki, praczki. Obserwowałam tak mimochodem przez dwa tygodnie, licząc, że może tylko mi się zdaje. Mając cichą nadzieję, że zobaczę któregoś byznesmena z choćby workiem na śmieci, albo wycierającego dziecku umorusaną mordkę, wygłupiającego się z nim spontanicznie, wykradającego żonie namiętnego całusa ze szczypnięciem w pupę, gdy dzieci nie patrzą. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. A może to przegapiłam? Nie powinnam była wyciągać wniosków, bo Beata może być przecież w głębi duszy szczęśliwa. A moje obserwacje to może być tylko taka wakacyjna, genderowa fatamorgana. Może dałam się po prostu ponieść swojej bujnej, feministycznej fantazji?

*Emilia Iwanciw Redaktorka prowadząca „Miasta Kobiet”, dziennikarka, historyczka sztuki. Mama 11-latka.

Ze ny na -O zy -O -O ny na jąc sco niu -O pia sty prz -O op te S ży cz krw bie ty Z pia -O wy prz -E dro kil

Os bie od ko cz lac cji rze Os sty się La któ


PRYWATNE CENTRUM CHIRURGII JACEK WINCZAKIEWICZ - MAREK BORKIEWICZ Ta znana klinika działa na rzecz społeczności Torunia oraz regionu od 1992 roku.

MEDYCYNA ESTETYCZNA - lekarz specjalista medycyny estetycznej.

Osocze bogatokomórkowe -najnowszy naturalny zabieg polegający na wstrzykiwaniu własnego uprzednio odwirowanego z krwi osocza, które stymuluje odnowę komórkową skóry. Terapia ta wykorzystuje bogactwo czynników wzrostu zawartych w preparacie oraz stymulacje komórek macierzystych do regeneracji i rewitalizacji zniszczonej skóry. Pobudza także fibroblasty do tworzenia nowego kolagenu, przez co wygładza zmarszczki. Osocze bogatopłytkowe wstrzyknięte w skórę głowy stymuluje wzrost włosów, co znakomicie wykorzystuje się w leczeniu łysienia. Laser frakcyjny /FRAXEL/ - to nowoczesna technologia, która bardzo skutecznie stymuluje głębokie warstwy

skóry do odnowy komórkowej, a jednocześnie wysoka energia działająca na powierzchowne warstwy skóry niszczy stary naskórek powodując głęboki peeling nieosiągalny żadnymi innymi metodami. W efekcie mamy ujędrnioną skórę pokrytą nowym naskórkiem. W skórze zbyt wiotkiej po kilku zabiegach powoduje napięcie skóry i jej wygładzenie. Laser skutecznie usuwa plamy barwnikowe, blizny potrądzikowe, rozszerzone pory, przerośnięte gruczoły potowe itp. Laser diodowy oraz VPL - stosujemy do zamykania małych naczyń wokół nosa, oczu czy policzków w cerze naczynkowej, usuwania owłosienia tam, gdzie potrzeba oraz leczenia stanów zapalnych skóry czy trądziku. Wypełniacze, botox - przy głębokich bruzdach i zmarszczkach skóry, zanikach tkanek w procesie starzenia stosujemy tzw. wypełniacze czyli związki gęstego kwasu hialuronowego, który wstrzyknięty do tkanek powoduje ich wygładzenie. Natomiast jedyną metodą likwidacji zmarszczek mimicznych jest terapia toksyną botulinową. Botulina blokuje czasowo unerwienie mięśni i zmarszczki ulegają wygładzeniu. Efekt utrzymuje się od 3 do 6 miesięcy i zależy od indywidualnych cech organizmu. Nadpotliwość - botox wstrzyknięty śródskórnie blokuje połączenia nerwowe z gruczolami potowymi radykalnie zmniejszając pocenie - efekt utrzymuje się do 12 miesięcy. Kto ma stale mokre dłonie i pachy, ten wie, co to znaczy. Oczywiście dysponujemy szeregiem innych metod rewitalizacji skóry, usuwania zmian barwnikowych, objawów starzenia i zmęczenia skóry: jetpeel - mikrodermabrazja bezdotykowa - silny strumień płynu i tlenu z prędkością dźwięku złuszcza stary naskórek z odleglości 5-10 mm. Mezoterapia igłowa i bezigłowa - metoda wstrzykiwania w miejsca zmienione substancji leczniczych i odżywczych. W wersji bezigłowej lek jest wprowadzany za pomocą jonoforezy. Doskonała do prawidłowego odżywiania skóry. Znajduje zastosowanie w leczeniu cellulitu oraz w leczeniu wypadania włosów. Chirurgia plastyczna - tu za pomocą skalpela dokonujemy zabiegów korekcji odstających małżowin usznych, plastykę skóry powiek czy plastykę powłok jamy brzusznej. Usuwamy różne blizny i duże ogniskowe zmiany skóry wymagające plastyki lub przeszczepu skóry. Plastyka narządów płciowych – wykonujemy korekcje zbyt dużych lub zniekształconych warg sromowych / labioplastyka/ oraz nadmiernego lub zbyt wąskiego napletka /praeputiplastyka/.

AMBULATORIUM

- Specjalistyczna Poradnia Chirurgii Ogólnej, Gastroenterologicznej, Naczyniowej, Proktologicznej, Ortopedycznej, Chirurgii i Urologii dziecięcej. Poza konsultacjami specjalistów z danej dziedziny wykonujemy diagnostykę: USG Color Doppler - badanie naczyń, tętnic i żył z oceną zmian miażdżycowych czy zakrzepowo - zatorowych. USG - narządów jamy brzusznej, prostaty, tarczycy, piersi - wykrywanie i ocena zmian, guzków - biopsje pod kontrolą USG i badanie mikroskopowe. Diagnostyka bólów brzucha - gastrofiberoskopia, kolonoskopia - pobieranie wycinków, testy Helicobakter Pylori, usuwanie polipów i monitorowanie skuteczności leczenia. Diagnostyka chorób odbytu - sigmoidoskopia, anoskopia oraz USG rektalne - żylaki odbytu, przetoki, szczeliny, diagnostyka krwawień i świądu odbytu. Urologia dziecięca - diagnostyka refluksów moczowodowych, wad wrodzonych, spodziectwo, niezstąpione jądra, stulejki. Diagnostyka ortopedyczna zmian pourazowych, jak i zwyrodnieniowych. USG - narządu ruchu. Kwalifikacja do zabiegów ortopedycznych - artroskopie, endoprotezy stawów biodrowych, kolanowych. Chirurgia ambulatoryjna - leczenie ran i owrzodzeń. Usuwanie zmian skórnych, znamion barwnikowych, kaszaków, tłuszczaków, torbieli, naczyniaków, wrastających paznokci, modzeli, brodawek wirusowych z zastosowaniem skalpela, lasera, krio czy elektrochirurgii.

www.pcc.torun.pl Toruń, ul. Kołłątaja 10A czynne od poniedziałku do piątku w godz.: 9.00 - 20.00 Rejestracja i informacja: tel. 56/ 66 00 907, 66 00 908 e-mail: pcc@pcc.torun.pl

11014T4JBA

Zespół 30 osób, specjaliści różnych dziedzin medycyny, sprawują opiekę nad pacjentami. Wspólnie wykonali dotychczas ponad 20.000 zabiegów. - Operacje kamicy pęcherzyka żółciowego - miniinwazyjna metoda laparoskopowa. - Operacje tarczycy - USG, diagnostyka guzków, biopsje. - Operacje przepuklin - od małych u kilkunastomiesięcznych niemowląt po bardzo duże mosznowe, brzuszne i nawrotowe przepukliny - trudne technicznie i wymagające dużego doświadczenia. Klasyczne metody w miejscowym znieczuleniu oraz laparoskopowe w znieczuleniu ogólnym. - Operacje proktologiczne - żylaki odbytu (skleroterapia), szczeliny, przetoki, poprzedzone dokladną diagnostyką - badaniami endoskopowymi jelita oraz sondą USG przez odbyt. - Operacje żylaków kończyn dolnych z badaniem przedoperacyjnym naczyń w USG Color Doppler. Najnowsze technologie laserowego usuwania żylaków. Sonda laserowa wprowadzona do światła niewydolnej żyły emituje energię, która silnie obkurcza i zamyka naczynie. Ta miniinwazyjna metoda pozwala uniknąć ran, krwiaków i dolegliwości związanych z tradycyjnym zabiegiem. Brak blizn zapewnia najlepszy wynik kosmetyczny. Zamykanie drobnych naczyń, pajączków - skleroterapia piankowa i lasery diodowe. - Operacje ortopedyczne - artroskopie stawów kolanowych, barkowych, rekonstrukcje uszkodzonych ścięgien, przykurczów, koślawych paluchów itp. - Endoprotezoplastyka - protezy dużych stawów biodrowych i kolanowych, poważne zabiegi wymagające kilkudniowego pobytu.


męska perspektywa

Co NAM ZABRAŁY kobiety? Jeszcze niedawno było nie do pomyślenia, żeby kobieta powiedziała partnerowi: „Chłopie, jesteś kiepski w łóżku, idź się leczyć”. TEKST: Janusz Milanowski

P

W KAPCIACH - Zabrały nam wszystko! - odpowiedział 49-letni Artur Kołodziej z Torunia, niegdyś oficer dawnej 6. Pomorskiej Dywizji Powietrzno-Desantowej, uczestnik paru misji na Bałkanach. - Moje małżeństwo rozpadło się, bo nie chciałem być facetem w kapciach. Jeździłem na misje, żeby lepiej zarobić na rodzinę. Gdybym, na przykład, chlał, ale siedział w domu, to wszystko pewnie byłoby dobrze? Tylko ja wiem, jak bardzo tęskniłem za rodziną, tłukąc się nocą na patrolach po obcym kraju.

kompletnie zmieniło stosunki ekonomiczne w małżeństwie. Kobiety przestały być, jak to określają feministki, domowymi niewolnicami i ponoć w końcu stały się szczęśliwsze. Nie zgadza się z tym lekarz Marek Nowicki, toruński ginekolog. - Faceci przestali być zdolni do utrzymania rodziny, kobiety musiały pójść do pracy i straciły radość bycia panią domu, wychowywania dzieci - uważa, powołując się na swoje 33-letnie doświadczenie w pracy z kobietami. Jego zdaniem, kobiety nic nie zabrały mężczyznom, poza fałszywym poczuciem pewności siebie. To jednak bardziej odnosi się do sfery łóżkowej. - Jeszcze niedawno było nie do pomyślenia, żeby kobieta powiedziała partnerowi: „Chłopie, jesteś kiepski w łóżku, idź się leczyć”. Dziś moje pacjentki tak właśnie mówią - dowodzi dr Nowicki.

SPODNIE I GARNITURY Stylistki twierdzą, że męskie stroje kojarzą się z profesjonalizmem i opanowaniem. Spodnie były pierwszą, widoczną rzeczą, którą kobiety zabrały mężczyznom. Nie bez walki - nawet Ojciec Pio wyganiał je za to z kościoła. W 1851 roku Amelia Bloomer, redaktorka pisma „The Lily” i amerykańska feministka, walcząca o równouprawnienie kobiet, zdecydowała się na bardzo drastyczny krok - porzuciła chodzenie w bufiastych sukniach i zaczęła nosić spodnie. W 1907 r. na rynku w Poznaniu poetka Maria Komornicka spaliła swoje sukienki, ścięła włosy i ogłosiła, że od tego momentu jest mężczyzną. Potem Coco Chanel zaczęła ubierać Marlenę Dietrich w męskie stroje. W roku 1966 padła ostatnia reduta męskiej elegancji: Yves Saint Laurent stworzył damski smoking. W szafie ponad połowy Polek największą część garderoby stanowią spodnie.

KULT MĘŻCZYZNY O zaburzeniach pewności siebie mówi wprost Niko Niakas, aktor greckiego pochodzenia z Teatru Wilama Horzycy w Toruniu. - W mojej ojczyźnie był kult mężczyzny. Kobiety w Polsce sprawiły, że przestałem się czuć Grekiem! - mówi z przejęciem. - Równouprawnienie spowodowało zniewieścienie mężczyzn - podkreśla wzburzony. Po chwili spokojniej pointuje: - Kobiety nic nie zabierają. One dają… ale po głowie. Absolutnie spokojnie i konkretnie do sprawy podchodzi dr Sławomir Plaskacz, matematyk z UMK. - W naukach ścisłych kobiety niczego mężczyznom nie odebrały - wyjaśnia. - Na naszym wydziale mamy tylko jedną koleżankę, która jest samodzielnym pracownikiem naukowym. Wiele pań naucza matematyki, ale niewiele prowadzi badania naukowe w tej dziedzinie. Mnie osobiście kobiety nic nie zabrały.

IDŹ SIĘ LECZYĆ Faceci najwyraźniej nie zdawali sobie sprawy, że to symboliczny początek pewnej ekspansji. Początkowo chodziło w niej o wyrównanie szans społecznych, o prawa wyborcze, równe traktowanie. W sukurs przyszedł paniom rozwój wolnego rynku, a zjawisko bezrobocia

KTO DECYDUJE - Mężczyźni stracili wszystko - uważa prof. Roman Bäcker, socjolog i politolog. - Kobiety natomiast wszystko zyskały dzięki technologiom i rozwojowi cywilizacji. Oddaliśmy już kobietom pola kulturowe i obyczajowe, a w tej chwili tracimy też pola polityczne.

ytając różnych facetów o to, co zabrały im kobiety, najpierw słyszę śmiech, że spodnie, a potem poważną odpowiedź: poczucie pewności siebie, godność i siłę. Kobiety najczęściej nie wiedzą o co facetom chodzi.

6

miasta kobiet

sierpień 2014

Według specjalisty rozpoczął się proces nieubłaganie prowadzący do przejścia w matriarchat. Kobiety zaczynają decydować o tym, co najważniejsze, choć stanowiska na szczytach władzy to jeszcze domena starszych mężczyzn. Jednak za 20 lat to kobiety będą już całkowicie dominować. - Można to już zauważyć, patrząc na zdjęcia ministrów obrony krajów skandynawskich, czy prezydentów krajów Ameryki Południowej - dodaje. - Widzimy na nich elegancko ubrane damy, a nie facetów w mundurach.

KONIEC ŚWIATA ROZKAZÓW Technologie zabrały mężczyznom przewagę siły fizycznej, orientacji w przestrzeni, monopol na zapewnienie bezpieczeństwa i zdobywania żywności. Mamy GPS-y, a gdy trzeba zniszczyć przeciwnika, można posłużyć się dronem. - Kobiety mogą więc wykonywać wszelkie prace zastrzeżone dotychczas dla mężczyzn twierdzi prof. Roman Bäcker. Mężczyzn określało coś jeszcze: zdolność do wydawania krótkich, prostych poleceń, dostosowanych do wymogów walki i polowań. - Dzisiaj krótkie rozkazy są nieskuteczne - wyjaśnia prof. Bäcker. - Mężczyźni muszą się nauczyć podsuwać rozwiązania, naprowadzać na drogę, interpretować, wyjaśniać, tłumaczyć, dlaczego tak, a nie inaczej. Muszą więc robić to, co było domeną kobiet. Tak więc matriarchat jest czymś nieuchronnym. Pytanie tylko, kiedy nastąpi i czy mężczyźni w ogóle to zauważą. Czy świat będzie wtedy lepszy? - Będzie po prostu bardziej skomplikowany. Zamiast prostych i jasnych przekazów, będzie się nam sugerowało różne rzeczy. ZAMIAST ZAKOŃCZENIA Otwieram przed kobietą ciężkie drzwi Domu Towarowego przy ul. Szerokiej w Toruniu, przepuszczam ją przodem. - Naprawdę, nie musisz się tak już starać - słyszę sarkazm w głosie eleganckiej pani. Nie liczyłem na podziękowanie, ani na uśmiech. Po prostu tak zawsze robię. - Przykro mi, że ma pani zły dzień - odpowiadam z największym spokojem na jaki mnie stać. - I szkoda, że już nie muszę…


kobieca perspektywa

ZABRAŁAM CI spodnie Panowie, może czas najwyższy nauczyć się dzielić? TEKST: Lucyna Tataruch

Z

abieramy, co się da, męskie ubrania, męski styl bycia, pracę, pewność siebie, wszystko. Zabieramy, a w tle słychać tupnięcie nogą. Tak, jakby to wszystko wcześniej miało swojego jedynego na świecie właściciela. OK, być może bierzemy, co chcemy, ale czy to naprawdę musi oznaczać, że zabieramy to komuś, a konkretnie mężczyznom? Panowie, może czas najwyższy nauczyć się dzielić.

ZABRAŁA MÓJ KULT W Grecji pewnie wszystko jest łatwiejsze. Na przykład relacje damsko-męskie, słońce za oknem, a z nim jasno określony „kult mężczyzny”. Byłam tam kiedyś, ale pewnie za krótko, by poczuć ten lokalny zwyczaj - to coś, co sprawia, że Grek czuje się Grekiem. Gdy aktor z Teatru Wilama Horzycy przywołał to określenie, przetarłam aż oczy. Myślę o przykładowym mężczyźnie, domagającym się kultu... i nic miłego nie przychodzi mi do głowy. Wszystkiemu jest winne równouprawnienie. Przecież od dawna możemy już głosować, pracować, nosić spodnie, dostałyśmy „pola obyczajowe i kulturowe”. O co nam więcej chodzi? ZABRAŁA MI WYBÓR Kiedy kobieta przyjmie męski styl, na przykład zarządzania w pracy, zwykle jest za to chwalona. Gdy mężczyźnie się powie, że coś w nim jest „kobiece”, to trochę jak prztyczek w nos. Szczególnie, gdy powie to kolega z jednego gniazda. Albo tak: „Stary, będziesz to oglądał? Przecież to babski film”. Babski, czyli jakiś taki gorszy? A wydawać by się mogło, że wszyscy mamy wybór. Że z tej wspólnej kulturowej miski możemy po prostu brać. Jak mówią te straszne feministki - mężczyźni nie muszą być już tylko i wyłącznie twardzielami o określonej postawie, wyglądzie i upodobaniach. Mogą wziąć coś od kobiet. Tylko jakoś tak zawsze po chwili wychodzi, że to, co babskie, w męskim gronie wywoła uśmiech politowania. Może panowie mają fajniejsze rzeczy i dlatego nie chcą się wymieniać? Naszego nie chcecie, za swoim tęsknicie. Cóż, rzecz w tym, że nikt tu niczego mężczyznom nie dał raz na zawsze.

ZABRAŁA MI WOJNĘ Wróżą nam matriarchat. Zaraz przejmiemy sferę decydowania o tym, co najważniejsze. Wcześniej najwyraźniej decydowałyśmy o jakichś tam pierdołach - co ubrać, co ugotować. Czekają nas sprawy wagi państwowej, międzynarodowej, w naszych rękach może spocznie los świata! Skąd ta wizja? Bo np. więcej jest nas w szeregach ministrów obrony krajów skandynawskich. Już nawet tam się pchamy, na wojnę. Skoro jest nas więcej, to pewnie niedługo zakażemy pokazywać się tam mężczyznom. Na pewno o to nam chodzi - ze złośliwości postawimy wszystko na głowie. Ostoją męskości jest świat nauk ścisłych, gdzie mało która pani jest samodzielnym pracownikiem naukowym. Skądś to znamy. Jest takie słynne zdjęcie, na którym Maria Skłodowska-Curie jako jedyna kobieta siedzi w towarzystwie kilkudziesięciu najważniejszych naukowców jej epoki. Nasza chluba narodowa, aby w ogóle rozwijać się naukowo, musiała wyjechać do Paryża. Teraz możemy już studiować, co chcemy, ale jak widać, na niektórych wydziałach nic więcej się nie zmieniło. Można odetchnąć z ulgą, matematyki nie zabrałyśmy. ZABRAŁA MI PRACĘ Czasy nie są łatwe, większość par nie może pozwolić sobie na to, by tylko jedna osoba w rodzinie zarabiała. To m.in. przymus ekonomiczny popchnął nas na rynek pracy. I teraz rozgościłyśmy się tam na dobre. W idealnym świecie pewnie byłybyśmy szczęśliwsze, mogąc realizować się w kolejnych zadaniach. W praktyce jednak często z „niewolnicy domowej” zmieniamy się w „niewolnicę na dwóch etatach”. Przez to wiele z nas zabiera mężczyznom coś jeszcze - czas wolny po pracy. My też chcemy go mieć, dlatego upominamy się wprost - domowe obowiązki mają być dzielone. Nie jakoś tak idiotycznie, jak od linijki, typu: wyrzucam połowę śmieci, przybijam połowę gwoździ. Raczej: ja robię jedno, Ty drugie, oboje za coś odpowiadamy i tracimy na to mniej więcej tyle samo czasu. Tylko co z tą utraconą przez nas „radością bycia panią domu”? Żałuję, że nie możemy oddać głosu gospodyniom z amerykańskich przedmieść ubiegłego wieku. Mężatkom, masowo popada-

jącym w elegancki, cichy alkoholizm, na kanapach z lat 50. Zjawisko zbadane i opisane przez Betty Friedan w „Mistyce Kobiecości”. Te „radosne panie domu” jak jedna żona deklarowały: - Czegoś mi w życiu brakuje. Nie spełniam się. To mi nie wystarcza. Dłużej tak nie wytrzymam.

ZABRAŁA MI ŁÓŻKO Współczesna kobieta narzeka też na swoje życie łóżkowe, zabierając mężczyźnie pewność siebie. I, o zgrozo, mówi jemu wprost: - Idź się leczyć, chłopie! A jeszcze niedawno, było to nie do pomyślenia… Tak samo jak to, że kobiety w ogóle mogą mieć w tym temacie coś do powiedzenia. W głowie by się nie mieściło, że ich przyjemność też jest ważna, że seks to nie małżeński obowiązek. A co z tymi męskimi fantazjami o wyzwolonych w łóżku kobietach? To stało się rzeczywistością i teraz trzeba temu sprostać, a czasem jest trudno. Kobiety dobrze kombinują, tak po żołniersku - jest problem, idź do lekarza. ZABRAŁA MI PEWNOŚĆ SIEBIE Panowie, weźcie się w garść. Szczególnie w tych chwilach, gdy przygniata Was to, że życie się zmienia. Że kobieta nie czeka już na partnera z wymianą żarówki, bo w swoich skradzionych przeszło 150 lat temu spodniach może sama wejść na drabinę. Że gdy w domu coś się popsuje, to wezwie fachowca, zamiast zalotnie prosić: „Misiu, naprawisz mi pralkę?”. Potrzebujemy się nadal nawzajem, we wspólnym świecie. Za to, co zabieramy, chcemy dać przekonanie - dobrze nam się z Wami żyje, nie dlatego, że brakuje nam mechanika do samochodu, pieniędzy, kogoś do bójki z bandytą pod monopolowym. Poza związkiem możemy pełnić te same funkcje - to ten bardziej skomplikowany świat, gdzie krótki rozkaz nie wystarczy i gdzie nie płeć rozstrzygnie, kto jest bardziej potrzebny. I tu taki mały paradoks - te proste i jasne przekazy patriarchatu, czasem wcale nie są ani proste, ani jasne. Bo świat też taki nie jest. Ani kobiecy, ani męski. Co zabrałyśmy mężczyznom? Zajrzyj na nasz facebookowy profil 4 sierpnia i weź udział w dyskusji!

miasta kobiet

sierpień 2014

7


zdrowie i uroda

WEŹ T

NA OSTR

Dieta Zinczenki na płaski brzuch, dieta „w rodzinie siła”, OXY, KAPSA, „pięć do dwóch”… Kto zatrzymał się na diecie Dukana, może mieć wrażenie, że zatrzymał się w dietetycznym średniowieczu. Jak Marta - spróbowała wszystkiego, żeby porzucić każdą diet. TEKST: Jacek Kowalski - Nie masz wrażenia, że niektóre z modnych diet jakby już się kiedyś pojawiły? Jakby przemknęły przez horyzont dietetyczny - w pełnej, bądź szczątkowej formie? - pyta mnie podczas spotkania w kawiarni. Ma trzydzieści siedem lat, z czego dwadzieścia jeden spędziła na rozmaitych dietach, coraz to nowszych i nowszych. Poza efektem jo-jo, niczego jej nie dały, więc teraz Marta po raz pierwszy w życiu nie jest wreszcie na diecie.

MARTA NIE JEST GRUBA … ani trochę. To, jak siebie postrzega, zostało ukształtowane przez kolorowe magazyny, przez reklamy środków na odchudzanie, a także przez natrętne wciskanie nowych strojów kąpielowych, bielizny wyszczuplającej, no i oczywiście nowych diet. Bo odchudzanie to

8

miasta kobiet

sierpień 2014

teraz wielki biznes: - Musisz być chuda, żeby wejść w najnowszy strój od Victoria Secret. Musisz zeszczupleć koniecznie, bo inaczej nie zmieścisz się w garsonkę. Albo taki myk: zauważyłam, że w Zarze wszystkie numeracje są dużo szczuplejsze, niż w innych sklepach. Na przykład ich „emka” to normalna „eska”. Przekaz dają jasny: u nas kupują szczuplejsi niż gdzie indziej. Chcesz dołączyć - schudnij. No to Marta chudła. Wypróbowała już chyba wszystkie diety, dlatego z pełnym przekonaniem mówi, że wiele elementów w nich się powtarza. Bo weźmy na przykład dietę opartą na zielonej herbacie. Wszyscy już wszystko o niej wiedzą: ma mnóstwo przeciwutleniaczy, obniża zły cholesterol, zawiera szereg cennych witamin. Przez lata pojawiała się to tu, to tam, jako uzupełnienie.

Teraz jednak modne jest oparcie całościowe diety na tym pochodzącym z Chin napoju. Albo dieta KAPSA: to nic innego, jak wzbogacenie tego wszystkiego, co jemy, o papryczki chili. Zawarta w nich kapsaicyna (stąd skrót: KAPSA), odpowiedzialna za piekący smak papryczek, powoduje także podkręcenie metabolizmu, spalanie tłuszczów i - to już efekt uboczny - poprawienie samopoczucia stosującego dietę. Tak jest: piekąca kapsaicyna wzmaga wydzielanie w mózgu hormonów, odpowiedzialnych za redukcję bólu i wzmaganie uczucia szczęścia. To, że chili działa też antyrakowo, to osobna sprawa. Wystarczy więc tylko do każdego posiłku zastosować papryczki, bądź zawierający je sos tabasco, a będziecie szczuplejsze, szczęśliwsze i odporniejsze.


zdrowie i uroda JUDYTA MALAGOWSKA SŁUCHA MOJEJ RELACJI ZE STOICKIM SPOKOJEM, A NA KONIEC MÓWI, ŻE WCALE NIE DZIWI SIĘ KOLEJNYM I KOLEJNYM DIETOM MARTY, BO SĄ OSOBY, KTÓRE MUSZĄ SPRÓBOWAĆ WSZYSTKIEGO, ZANIM ZROBIĄ TO, CO POWINNY ZROBIĆ OD RAZU, GDY TYLKO ZANIEPOKOI JE ICH WAGA - PO PROSTU PÓJŚĆ DO DIETETYCZKI.

OXY, CZYLI MARTA NIC NIE ROZUMIE Żeby tak zacząć od początku, to Marta - wówczas jeszcze piętnastolatka - zaczęła swoją przygodę z dietami od prozaicznego Dukana, którego dzisiaj nikomu nie trzeba już przybliżać. Potem było coraz więcej wałeczków, niestety, i coraz szybciej zmieniały się diety. Zawsze brała z gazet, z Internetu to, co modne. Więc ostatnio na przykład OXY. - Dieta OXY, ach mówię ci, rewelacja na pierwszy rzut oka - ekscytuje się. - Ale jak się przyjrzysz temu bliżej, no to po prostu tragedia. Marta w porę się nie przyjrzała, więc teraz narzeka na nerki. Bo OXY to dieta czysto białkowa. Dzieli się ją na trzy etapy: w pierwszym zjadamy białko zwierzęce - spalamy tłuszcz. W drugim włączamy w jadłospis białka roślinne - utrwalamy efekt schudnięcia. W trzecim włączamy tłuszcze i węglowodany - stabilizujemy efekty diety. - To teoria. Bo w praktyce… - Marta macha tylko ręką, odwraca głowę. To, co nie chce przejść jej przez gardło, mówi mgr Judyta Malagowska, dietetyk, przyjmujący pacjentki w Bydgoszczy i w Toruniu. - Tragedia, taka dieta to tragedia. Obciąża nerki, wątrobę, zakwasza organizm, powoduje, że w pierwszej fazie chudniemy, ale po odstawieniu diety przybieramy na wadze dwu-, a nieraz nawet trzykrotnie. Zdaniem dietetyczki tyciu podietowemu winne są przyzwyczajenia naszych organizmów: - Generalnie wszystkie te diety nowe, podawane sobie z ust do ust, publikowane w necie, mają jeden wspólny mianownik: eliminujemy jakiś składnik odżywczy, stawiamy na inny. Np. wyrzucamy z diety tłuszcze, czy węglowodany. I owszem, chudniemy w pierwszej fazie - bo organizm jest zdezorientowany. Ale później „nadrabia” to sobie z nawiązką, powraca do tego stanu, jaki zna. Dlatego Marta przytyła gwałtownie po odstawieniu OXY, ale przy okazji nadmiernie obciążyła białkiem nerki . - Nic z tego nie rozumiałam. Przecież w Internecie mnóstwo było głosów zadowolonych, odchudzonych kobiet. A ja akurat przytyłam…

Następny hit: dieta „5:2”. - Już tłumaczę. Przez pięć dni w tygodniu zjadasz wszystko jak leci, przez pozostałe dwa pościsz. No ma to sens, cholera, ale jakoś nie udawało mi się wytrwać w tych postach, jak już sobie pofolgowałam przez pozostałe dni. Judyta Malagowska kręci głową z dezaprobatą: - Ja nawet nie wiem, na czym te nowe diety polegają, proszę mnie o nie nie pytać. Zresztą nie ma sensu się o nich dowiadywać, bo wszystkie mają podobne założenia. Weźmy na przykład modne obecnie odstawianie węglowodanów. Nie ma to sensu. Powinny one stanowić połowę naszej diety, ponieważ są najlepszym źródłem energii. Organizm na ich magazynowanie przeznaczył aż dwa miejsca. Nie można ich wyeliminować z diety, bo grozi to katastrofą energetyczną dla odchudzającego się, a potem ogromnym skokiem wagi. Zdaniem Malagowskiej błąd polega na samym podejściu do diet: - To nie jest odstawianie jednych produktów i dostawianie dietetycznych. To sposób życia, styl bycia. Trzeba jeść regularnie, dostarczać organizmowi wszystkich składników odżywczych, uprawiać sport. No to są przecież ogólnie znane wiadomości. Marta też o nich słyszała: sport, zero fast foodów, jedzenie kilka razy dziennie, a przede wszystkim: jedzenie regularne. A jednak tuż przed spotkaniem ze mną postanowiła zastosować jeszcze jedną dietę: DASH.

Klikam w internetowy opis: oczywiście, jest to najzdrowsza dieta świata, naturalnie: opracowana przez wybitnych amerykańskich naukowców i dietetyków. Jasne, że polecają ją wszystkie kobiety, a specjaliści od żywienia są nią zachwyceni. Tyle tylko, że polega na wyeliminowaniu z diety sodu, co ma powodować spadek ciśnienia. Ale ani słowem nie wspomina się o tym, jak bardzo sód potrzebny jest dla prawidłowej pracy serca. - Już zgłosiłam się do dietetyka on-line, w przyszłym tygodniu mam dostać wytyczne - mówi Marta - Wszystko razem - porady amerykańskich żywieniowców, starter dietowy, segregator z przepisami - kosztował mnie 15 zł, więc mam nadzieję, że wreszcie to zadziała. - Prawdopodobnie skończy się na rozregulowaniu pracy serca i migotaniu przedsionków, na rozregulowaniu pracy wątroby i tak osłabionej już dietą białkową, na ogólnym osłabieniu i zmęczeniu - próbuję przekonać kobietę. Ale ona już nie słucha: zamawia kolejne ciastko i relacjonuje mi opisy zachwyconych pań, które miały schudnąć po DASHU. Judyta Malagowska słucha mojej relacji ze stoickim spokojem, a na koniec mówi, że wcale nie dziwi się kolejnym i kolejnym dietom Marty, bo są osoby, które muszą spróbować wszystkiego, zanim zrobią to, co powinny zrobić od razu, gdy tylko zaniepokoi je ich waga - po prostu pójść do dietetyczki.

5:2, CZYLI MARTA POŚCI Potem był kolejny hit: dieta paleologiczna. - Możesz jeść wszystko, co nasi przodkowie z jaskiń. Ale np. nie wolno jeść warzyw strączkowych czy cukru. Było mi trudno tak komponować dietę, żeby ich unikać, więc dałam sobie spokój. Tym bardziej, że efektów nie widziałam żadnych. miasta kobiet

sierpień 2014

9


jej portret

` Nieznosna LETNIOŚĆ ŻYCIA

Lubię, gdy coś jest szorstkie, chropowate… Buntuję się przeciwko życiu, które lśni, bo jest nieprawdziwe. Z Małgorzatą Witkowską*, aktorką Teatru Polskiego w Bydgoszczy rozmawia Janusz Milanowski

Aktorzy mają trudne charaktery? Egocentrycy. Myślą, że cały świat kręci się wokół nich. A czym to się objawia? To się tak ładnie mówi, że aktor musi dużo więcej czuć, myśleć, widzieć. W ten sposób usprawiedliwiamy swój egocentryzm. Nasza praca jest pracą zespołową, ale zespół teatralny to zbiór egocentryków. Czy jest Pani rozczarowana, gdy na ulicy ktoś nie rozpoznaje? Nieee… To nie na tym polega. Ten egocentryzm to rodzaj świadomości, sposobu postrzegania świata. Oczywiście wszyscy się zarzekamy, że to nieprawda, że jesteśmy altruistami, działamy - tylko i wyłącznie - w imię sztuki, itd. Po 25 latach pracy już się nie oszukuję: jesteśmy egocentryczni. Wyobrażam sobie, że bycie aktorem to zakładanie i zdejmowanie maski - trywialnie rzecz ujmując. Jak Pani do tego podchodzi? Profesjonalnie, czyli wchodzę na scenę, gram i schodzę? Znam aktorów, którzy w trakcie spektaklu rozgrywają w garderobie pokerka, wchodzą na scenę z kartami w kieszeni, bo jeden nie wierzy drugiemu, wygłaszają wstrząsające kwestie i spokojnie wracają do kolejnego rozdania. Nigdy nikt w czasie spektaklu nie grał u nas w pokera! Poza tym jesteśmy fajnym zespołem. Ufamy sobie i raczej wspólnie skoczylibyśmy na bungee niż grali w karty. Nie, nie podchodzę „profesjonalnie”. Pracując, na przykład, z Majką Kleczewską czy Eweliną Marciniak albo Wojtkiem Farugą, to jest niemożliwe. Jesteśmy bardzo autonomiczni w tym teatrze i wiele mówimy też o sobie. Nie wyobrażam sobie

takiego teatru, gdzie człowiek jest obok. Taki teatr jest teraz niemożliwy. Ile jest z Pani, jako człowieka, w charakterze granej postaci? Dużo, bardzo dużo. Nie jestem matematykiem i nie potrafię określić „ile”! Może nie jest to jak u Grotowskiego „akt całkowity”, ale też nie jest to granie czysto techniczne, warsztatowe. A czy zdarzyło się kiedyś, że w jakimś momencie miała Pani wrażenie, iż właśnie zagrała coś ze swojego życia? To jestem ja, ale tylko ja o tym wiem. Tak. To nieczęsto się zdarza, ale się zdarza. I co Pani wtedy czuje? Spełnienie, dające wiele energii do pracy i życia. To ciekawe. Proszę o tym opowiedzieć więcej… Nie, nie powiem (uśmiech). To są takie mgnienia, flesze. Nie mogę powiedzieć, że cała rola jest w pełni nasycona mną, moimi emocjami, moim buntem, pragnieniami, przemyśleniami. Ale są takie chwile, to się zdarza. A przeciwko czemu się Pani buntuje? W swoim życiu? Tak. Przeciwko letniości. Letniości? Letniości życia. Lubię, gdy coś jest szorstkie, chropowate… Buntuję się przeciwko życiu, które lśni, bo jest nieprawdziwe - żadne… I tak samo w teatrze, sztuce. Buntuję się przeciwko ograniczeniom, narzucaniu mi ideologii jakiejkolwiek. Nawet nie zdajemy sobie sprawy,

ZDJĘCIA: Tomasz Czachorowski

w ile spraw jesteśmy uwikłani. Jednak na tyle, na ile ja jestem tego świadoma, to buntuję się przeciwko indoktrynacjom, brakowi wolności zewnętrznej i wewnętrznej; przeciwko temu, że ma być ładnie i że teatr ma być tylko i wyłącznie miejscem rozrywki. Rozpracujemy to po kolei… (śmiech) …Najpierw letniość życia. Co to znaczy? …że nasza droga życiowa to takie konwenanse, powierzchowność. A czy z tym związane są jakieś Pani wybory życiowe? Kiedyś byłam po tej wygodnej stronie życia. Teraz już nie. Letniość życia, czyli: powierzchowność, wygoda… Tak. Kompromisy? Zdecydowanie. …blichtr, szpanowanie kasą. A to już są pewne namiętności (śmiech). Ale to nie znaczy, że ja to aprobuję. A czy ową letniość wykluczyła Pani ze swojego życia? Nie. Do końca na pewno nie. Niektórzy ludzie to potrafią. I są przez to samotni i źle oceniani. Są uciążliwi, niewygodni, ale… Są. Na szczęście. A jak Pani ją wyklucza? Staram się codziennie, gdy wstaję z łóżka (śmiech). Wie, pan, ja już mam bliżej do drugiej strony… miasta kobiet

sierpień 2014

11


jej portret

Buntuję się przeciwko indoktrynacjom, brakowi wolności zewnętrznej i wewnętrznej; przeciwko temu, że ma być ładnie i że teatr ma być tylko i wyłącznie miejscem rozrywki. MAŁGORZATA WITKOWSKA AKTORKA

No, nie… Proszę Pani… No, co? Nie można się oszukiwać. Mam 49 lat… Ja też. Tak? No to wspaniale i przepraszam bardzo! (śmiech) Ale co z tego? Zastanawia się Pani nad upływem czasu? Zastanawiam się. Pewnie, że tak… I co? Boli? Boli, tak… Ostatnio patrzyłam… na takie kobiety… Nie, to nie jest coś, o czym powinnam tutaj opowiadać. Nalegam… Występowaliśmy na Open’erze. Mieszkaliśmy w dobrym hotelu i tam widziałam takie panie… no, mocno po pięćdziesiątce, takie zadbane, takie… nie wiem… Sztuczne? No właśnie, one nie były jakoś krzykliwie sztuczne… Ale patrzyłam na nie i myślałam, że niezależnie od tego, co człowiek ze sobą zrobi i tak jesteśmy skazani na przemijanie, na śmierć; że ta cała walka, żeby to zatrzymać, to jedna wielka żałość i że to nic nie daje. I że możemy oszukać drugiego człowieka albo siebie, ale jesteśmy skonstruowani jak śmiertelna pułapka… Nie ma przed tym ucieczki… Patrzę na psy, które ledwo mogą chodzić… Ta przemijalność strasznie mnie dopadła tego lata; w letnie, błękitne południe. Mówiąc w ten sposób Pani się z tym godzi, buntuje, czy zwyczajnie uświadamia? Właśnie, gdy patrzyłam na te kobiety, to pierwszy raz w życiu uświadomiłam to sobie aż tak dotkliwie. Jakoś tak poczułam śmierć blisko mnie. Pudrujemy się jeszcze bardziej, gdy ona

12

miasta kobiet

sierpień 2014

zaczyna się zbliżać… Ja kiedyś studiowałam filozofię i ten egzystencjalizm Heideggera wciąż mam w sobie. Odczułam to w pełnym słońcu, nad morzem, na festiwalu będącym apoteozą życia. Aktorka, która studiowała filozofię. Jest takie ironiczne powiedzenie: potrzebne ci to jest jak aktorowi filozofia. Studiowałam filozofię tylko dwa lata we Wrocławiu, przed pójściem do szkoły teatralnej. Filozofia była bardzo ciekawa, bo tak na dobrą sprawę, to był jedyny okres w moim życiu, kiedy musiałam się naprawdę czegoś uczyć. Godzinami w Ossolineum studiowałam te tomy opasłe. Potem już nigdy nie siedziałam w takiej bibliotece. (śmiech) Pani jest wrocławianką? Nie. Urodziłam się w Kłodzku na Dolnym Śląsku. Co Pani dała filozofia? Poznałam profesorów ze Szkoły Lwowskiej i to było bezcenne. Był wśród nich prof. Kubiński, który uczył logiki. Nigdy go nie zapomnę, to była klasa! Studiowałam w siermiężnym socjalizmie. Pamiętam jak pewien marksista powtarzał, że Piłsudski nigdy nie czytał „Kapitału”. I co to oznacza? Że on nigdy nie dorósł do „Kapitału” (śmiech). Na innych zajęciach inny marksista zabraniał mówić „człowiek”, bo uważał że to jest określenie nieostre. Uczył nas, że mówi się albo jednostka, albo społeczeństwo. Człowiek to tyle, co - nic. Kiedyś jeden kolega zagalopował się w swej wypowiedzi i powiedział „człowiek”. Wtedy wykładowca krzyknął: „Precz z człowiekiem!”. Natomiast zajęcia z prof. Kubińskim były taką rajską wyspą. Uczyłam się logiki specjalnie dla niego. Otaczała go jakaś taka aura niezwykłej szlachetności i klasy.

Miała Pani niezwykłe szczęście trafić na wykładowców słynnej Szkoły Lwowskiej. Tak, wiem. Doceniam to do dziś. Ale z filozofii uciekła Pani do szkoły teatralnej. Bo chciałam zostać aktorką. Po szkole trafiłam do Bydgoszczy. Miałam tu zostać rok. I z tego roku zrobiło się 25 lat. To były dobre czasy. Jako studenci byliśmy twórcami kultury. Obecni są tylko konsumentami. Nie można tego generalizować, ale rzeczywiście młodzi ludzie są dziś często bardzo roszczeniowi. My działaliśmy we Wrocławiu w Ośrodku Twórczym „Dom”. Byli wśród nas wykładowcy różnych kierunków, niezwykli, fascynujący ludzie - posthipisi z doktoratami i habilitacjami. Wydawali pismo „Mandragora”. Nie zapomnę naszych spotkań, dyskusji z „ósemkami” (Teatr Dnia Ósmego - J.M.). Sami zdobywaliśmy każdy reflektor, szyliśmy kostiumy do naszych przedstawień. To były niesamowite noce. Zawsze powtarzam, że jestem z offu. Przeszłość teatru studenckiego pozostawiła we mnie dobre piętno. Teraz rozumiem kulturowe źródła buntu Małgorzaty Witkowskiej. I wracam do jego odłamu Pani pn. indoktrynacja. O co chodzi? Krzyża i świętości nie wolno szargać na scenie? Nawiązuję tu do niedawnej demonstracji tzw. narodowców przed Teatrem Polskim, podczas pokazu „Golgota Picnic”. Można protestować, gdy coś nas oburza i ja sobie też przyznaję takie prawo, ale nie można niczego zabraniać. Myślałam, że już nigdy nie wróci cenzura. A jak Pani…


jej portret Mówmy sobie na ty. Jesteśmy rówieśnikami, więc bez paranoi (śmiech). OK. Daje Pani… dajesz jakoś wyraz temu buntowi? W taki sposób, że gram w przedstawieniach, które są ważne. Teatr powinien poruszać tematy kontrowersyjne i wytrącać człowieka z codzienności. Na Open’erze zobaczyłam „Dziady” w reżyserii Radka Rychcika - rewelacja. W tym naszym narodowym dziele Gustaw-Konrad tak się wadzi z Bogiem, że to powinno wywołać protesty. Mówi przecież wyraźnie, że Bóg nie jest Bogiem tylko Carem, skoro dopuszcza do takiej niewoli Polaków. Sztuka zawsze poruszała i porusza trudne tematy. Od tego zresztą jest. Jeśli chcemy, żeby wszystko było ładne, to możemy iść na komedię romantyczną do kina. Nie lubisz komedii romantycznych? Nie, jakoś nie… Chociaż czasami lubię sobie popłakać. Jednak, gdy od teraz myślę, jak mało mam już czasu (śmiech), to wolę iść do teatru. O co ci chodzi z tą śmiercią i przemijaniem. Małgorzata, co Cię dopadło? Bo tak jest. Dla ciebie nie jest to oczywiste? Nie masz tak? Nieee, no… mam. To znaczy wiem, że to jest nieuchronne, ale ja tym nie żyję, bo przestałbym żyć w ogóle, a Ty najwyraźniej tak. Widzisz, ja też bardzo długo tym nie żyłam, ale gdzieś ta heideggerowa trwoga się we mnie obudziła, że to wszystko nie ma sensu, bo zmierza do śmierci. A może bardziej się zasmucasz, niż buntujesz? Może. Dopadło mnie tego lata poczucie beznadziei, ale nie dramatyzuję. Ale co takiego się stało? Nic się nie stało. Ale zaraz, poczekaj… Wróćmy do filozofii. Mój ulubiony Camus napisał, że absurd może człowieka dopaść za rogiem ulicy. Zobaczyłaś kobiety, które bezsilnie chcą zatrzymać czas, jakieś zbite zwierzę na ulicy i… widzisz jakąś alegorię życia. Tak też może być. Jesteś artystką, dostrzegasz więcej… Te kobiety w hotelu wydały ci się żałosne? W tamtym momencie tak. Kobiety w mini, ofiary operacji plastycznych, no wyobraź sobie… Przerażające, smutne i z góry skazane na porażkę. Ta refleksja te efekt jakiegoś Twojego niespełnienia? Może tak, nie wiem, nie myślę o tym. Ale czego nie wiesz? Zapytam wprost: czy jesteś spełniona w miłości? Wiesz, co, pewnie tak.

Jak to „pewnie tak”? W miłości albo się jest spełnionym albo nie! Myślę, że tak. No… tak… Tak… Miłość w różnych okresach życia ma różne dla nas znaczenie. A dla Ciebie teraz? Jakie ma znaczenie? Hmm… (długie milczenie) Miłość w życiu różnie się rozpycha, różną przestrzeń zajmuje. Kwantyfikujesz miłość, dzielisz na porcje i proporcje. Trochę upchniesz jej tu, trochę tam, a tam nieco więcej… Chodziło mi o to, że czasami miłość przesłania wszystko, a czasami po prostu jest. Jesteś jedną z niewielu kobiet, która powiedziała mi, że miłość nie jest najważniejsza. Są różne etapy w życiu. Drążę dalej. Celine w „Podróży do kresu nocy” ustami głównego bohatera wyraził taką myśl: „Miłość to nieskończoność uprzystępniona pudlom, a ja mam swoją godność”. Cha, cha cha. Masz zdroworozsądkowe podejście do zagadnienia. Dobrze, że chociaż w tej jednej kwestii. Tak naprawdę to nie chodzi o zdrowy rozsądek tylko o to, czego ma się w życiu przesyt, a czego ma się jakieś straszne pragnienie. Nie wiem?! Może tak naprawdę tylko miłość tragiczna jest w stanie skupić nas na tym, czym ona faktycznie jest? Poruszam się po miłosnych drogach życia, więcej jest we mnie afirmacji niż sceptycyzmu. A co sądzisz o mężczyznach? Bardzo ich lubię (śmiech)! Widzę jednak, że w tych czasach dziewczyny są dużo bardziej ekspansywne i racjonalne. Ja zdecydowanie dążę do partnerstwa w pracy i w domu, a z drugiej strony sprawia mi wielką przyjemność, gdy mężczyzna otwiera mi drzwi do samochodu. No, proszę?! Nie pozostaje mi nic innego jak zapytać: jaki jest twój ideał mężczyzny? (śmiech) Nie mam takowego. Ale uwielbiam mężczyzn gorących, z pasją. Uwielbiam to, a jednocześnie jestem o to zazdrosna. Męska pasja to moja rywalka. A Twój mąż… Ja nie mam męża. Mam partnera. Partner, a nie „mój mężczyzna”? Ech… Nie obiecywałem, że będzie łatwo w tej rozmowie. Bardzo niełatwo… „Mój mężczyzna” - to takie protekcjonalne. Nigdy nie byłaś mężatką? Nigdy. Nigdy nie chciałam wyjść za mąż.

Wyczuwam w tonie głosu awersję do instytucji małżeństwa. Nie wiem, skąd to we mnie. Odczuwam dużą potrzebę poczucia wolności, aczkolwiek nie korzystam z niej w jakiś szczególny sposób. Piekielnie ważna jest dla mnie lojalność i wierność. Gdybym była racjonalistką, to już dawno wyszłabym za mąż. W moim wieku i z moim niestabilnym zawodem związanie się kimś tak formalnie byłoby właściwym rozwiązaniem. Może w końcu wyjdę za mąż, nie wiem… Czego się boisz? Słowo „żona” brzmi dla mnie przerażająco. Małgorzata, o czym marzysz? …żebym była odważniejsza, żeby wszyscy wokół mnie byli zdrowi, żebym mogła pracować jak najdłużej, żebym była twórcza i miała nowe pomysły, wiesz, takie tam pierdoły… To nie są pierdoły. Nigdy nie chciałaś zostawić teatru? Nigdy. Jeśli chodzi o teatr, to mam ciągle takie poczucie przedtaktu. Wydaje mi się, że dopiero czaję się do wielkiego skoku. A z drugiej strony te kobiety w restauracji, upływ czasu w tym przedtakcie…. Widzę, że te kobiety bardzo dały Ci po głowie. Oj, bardzo… Tak. W jakich postaciach czujesz się najlepiej? W różnych. Teraz gram Trędowatą, ale taką inną. Ona jest dużo starsza od Michorowskiego. Tworzą kompletnie nieakceptowany społecznie związek. Chodzi o taki współczesny mezalians, gdy kobieta jest dużo starsza i w dodatku jako nauczycielka wiąże się ze swoim uczniem. Tak. Kręci mnie to, że gram kobietę rozwalającą system determinacją i wewnętrzną siłą. Przeciwstawia się totalnemu odrzuceniu przez otoczenie. Ma odwagę walczyć o coś, co jest odrzucane i potępiane - o miłość. „Moja” Stefcia Rudecka woli przez dziesięć minut biegać po łące, niż przez 50 lat żyć na kolanach. Krystyna Duniec napisała o tym ciekawy tekst do programu spektaklu: „Stare, brzydkie, pożądane”. To wiele o Tobie mówi. Może to nadinterpretacja, ale najwyraźniej wynika z tego, że miłość jest dla Ciebie najważniejsza. Nie wiem? Może się zastanowię nad tym wieczorem?!

*Małgorzata Witkowska Aktorka Teatru Polskiego w Bydgoszczy. W tym roku obchodzi 25-lecie pracy na scenie. Poza teatrem lub filmy Antonioniego, słodycze u Sowy, ludzi, zwierzęta i strome górskie ścieżki. miasta kobiet

sierpień 2014

13


2

1

Trendy z 5

7

6

4 3 8

relaks na powietrzu 10

9 15 16 17 18

12

14

20

Grill w ogrodzie, impreza pod gołym niebem, romantyczny piknik z ukochanym... Chyba każda z nas w gorące dni, zamiast przesiadywania 19 w czterech ścianach, wybierze relaks na świeżym powietrzu. Co założyć na siebie, żeby przy okazji imprezy pod chmurką, czuć się kobieco, a zarazem swobodnie? Modowych opcji jest wiele. Tryskające kolorem, zwiewne sukienki sprawdzą się, jeśli chcemy zachować elegancki klimat stylizacji. Po seksowne szorty i pastelowe koszulki sięgnijmy w sytuacji, gdy istotna jest dla nas wygoda. Wakacje są krótkie, więc cieszmy się nimi póki trwają! Anna Deperas-Lipińska stylistka Toruń Plaza

1099014BDBHA

13

11

21

22

1. Torba Deichmann - 79 zł, Toruń Plaza 2. Koszula Lee Lee Wrangler - 99 zł, Toruń Plaza 3. Sandały Venezia - 149 zł, Toruń Plaza 4. Strój kąpielowy 4F - góra 34,90 zł / dół 29,90 zł Toruń Plaza 5. T-shirt Lee Wrangler - 79 zł, Toruń Plaza 6. Torba Primamoda - 449 zł, Toruń Plaza 7. Naszyjnik YES - 199 zł, Toruń Plaza 8. Trampki Deichmann - 34 zł, Toruń Plaza 9. Żel odstraszający owady, komary, kleszcze, meszki Hebe - 6,99 zł, Toruń Plaza 10. Szorty denimowe Lee Lee Wrangler - 119 zł, Toruń Plaza 11. Czółenka Primamoda - 369 zł, Toruń Plaza 12. Sukienka Tatuum - 149,99 zł, Toruń Plaza 13. Szczotka do włosów Hebe - 34,99 zł, Toruń Plaza 14. Zegarek ICE WATCH Swiss - 330 zł, Toruń Plaza 15. Torebka Deichmann - 49 zł, Toruń Plaza 16. Pasek Primamoda - 149 zł, Toruń Plaza 17. Spodnie Tatuum - 179,99 zł, Toruń Plaza 18. Top 4F - 34,90 zł, Toruń Plaza 19. Przyspieszacz opalania Hebe - 17,49 zł, Toruń Plaza 20. Bransoletka kolekcja Fiorentina YES - 79 zł, Toruń Plaza 21. Torebka Świat Torebek - 200 zł, Toruń Plaza 22. Sandały Venezia - 99 zł, Toruń Plaza Toruń Plaza: ul. Broniewskiego 90, www.torun-plaza.pl, czynne codziennie od 9 do 21

14

miasta kobiet

sierpień 2014


715114TRTHA

0

1


jej pasja

Miejska wojowniczka Chciała projektować ogrody, a robi bransoletki i gigantyczne torby, do których można zapakować pół dobytku. Z Agnieszką Kopką*, właścicielką marki Kopa., rozmawia Dominika Kucharska ZDJĘCIA: Tomasz Czachorowski, Kopa. Na początku były torebki… Dokładnie. Były mniejsze, większe, kopertówki… Robiłam je z filcu łączonego z materiałami odblaskowymi. Zawsze chciałam robić coś swojego, autorskiego. Przez jakiś czas blokowały mnie bezpodstawne obawy, że nie dam rady, że nie potrafię. Odważyłam się jednak i tak po torebkach przyszedł czas na bransoletki, z którymi jestem głównie kojarzona. To wszystko było bardzo spontaniczne. Długo szukałam materiałów, a kiedy wreszcie je kupiłam, to usiadłam i pomysł przyszedł sam. Zapaliła się żaróweczka i już. Zależało mi na tym, aby moje bransoletki nie przypominały tych, które można kupić w sklepie.

16

miasta kobiet

sierpień 2014

Skóra, metalowe zapięcie, minimalizm formy. To lubisz najbardziej? Jestem ogromną fanką rzeczy ponadczasowych. Nie lubię jak coś jest przekombinowane. Zresztą wystarczy na mnie popatrzeć i zobaczyć, co sama wybieram (śmiech). Biel, czerń, grafit, proste kroje. Zdarza się jednak, że zaszaleję i zakładam na siebie srebrną kurtkę albo srebrno-złote buty. Bo widzisz, minimalizm wcale nie jest nudny. Staram się, żeby moje bransoletki były uniwersalne. Ostatnio kombinuję z zapięciami. Zamiast okrągłych wybieram te kwadratowe. Poza tym zdecydowanie odważniej łączę kolory. Połączyłam też skórę z materiałem. Wzór plus gładka skóra. Widzę, że się rozwijam.

Mało kto słysząc o młodej projektantce, wpadnie na to, że studiowałaś rolnictwo. Co Cię popchnęło na taki kierunek? Teraz, gdybym mogła się cofnąć w czasie, to poszłabym na wzornictwo. Wtedy jednak o tym nie myślałam. Na rolnictwie, jako swoją specjalność, wybrałam kształtowanie środowiska. Marzyło mi się projektowanie ogrodów. Skończyłam nawet dwuletnią szkołę architektury krajobrazu. Zdałam egzaminy, ale nie udało mi się znaleźć pracy w zawodzie. Teraz pracuję w salonie z włoską odzieżą. Rzeczy własnej marki robię po powrocie do domu. To mój sposób na twórcze wyżycie. Najbardziej lubię moment realizacji mojej


jej pasja wizji. Powielanie projektu też jest fajne, ale gdy tworzy się coś po raz pierwszy, to emocje są zupełnie inne. Gdzie szukasz inspiracji? Zestawienia kolorystyczne czerpię z przyrody. Genialną inspiracją są też ludzie i architektura. Nie ukrywam, że robię to, co mi się podoba, w czym ja czuję się dobrze. Nic na przekór własnemu wyczuciu smaku. Takim wyjściem do klienta są za to kolory. Ja - klasyczna - najczęściej wybieram te podstawowe, za to klientki mogą zamówić sobie takie, żeby pasowały im do czego tylko zechcą. Mam ich około 80 do wyboru. Zauważyłam, że zdaniem niektórych pań te bransoletki są za mało kobiece, ale dzięki kolorom udaje mi się je przekonać, że tak wcale nie jest. Są klientki, które zakładają je nawet do wieczorowej sukienki i wygląda to bardzo elegancko. Nie ma też ograniczeń wiekowych. Moje bransoletki nosi zarówno moja siostra, jak i mama. Wydaje mi się, że taka bransoletka - zdecydowanie bardziej niż klasyczna biżuteria potrafi zmienić całą stylizację.

Ja jestem przekonana, że dodaje ona charakteru. Moim zdaniem rockowy pazur zawsze działa na plus. To coś, co ożywia, sprawia, że jesteśmy lepiej widoczne w tłumie, nawet jeśli mamy na sobie zwykłą koszulę i dżinsy. Jak udało Ci się przebić do klientów? Głównie dzięki targom modowym. Jeżdżę na nie kilka razy do roku i wtedy mam okazję porozmawiać z kupującymi, nawiązać z nimi bezpośredni kontakt. Jak spotykam osoby, które ode mnie coś kupiły, to wypytuję się czy wszystko jest OK. Czuję dużą odpowiedzialność za to, co robię i oferuję innym. Jak coś wychodzi spod mojej ręki, to chcę, żeby było

to perfekcyjne. W tym roku miną dwa lata od stworzenia marki, ale sklep internetowy otworzyłam dopiero w tym miesiącu. Wiem, że jeszcze długa droga przede mną, choć nie ukrywam, że marzy mi się, aby kiedyś móc się z tego utrzymywać.

pod nią jakieś wyjątkowe znaczenie. Po prostu ona wyglądała najładniej. Dziewczyny z Otwartej Pracowni Sitodruku przyznały mi rację. Robię także torby obszyte siatką, przypominającą punkowe koszulki oraz torby z mocnego drelichu w motyw moro.

Czy wiedząc to, co wiesz dziś, zrobiłabyś coś zupełnie inaczej? Całe szczęście nie ma rzeczy, której bym żałowała. Pewnie, że przez ten czas bardzo wiele się nauczyłam. Jestem samoukiem szycia na maszynie. Odkopałam starą maszynę mamy - niezniszczalnego „Łucznika” - i z instrukcją obsługi stawiałam pierwsze kroki. Krótkim epizodem był kurs kroju i szycia, którego nie skończyłam, ale i tak dało mi to dużo. Nie tworzę rzeczy, które wymagają trudnej konstrukcji. Przy torebkach opracowałam już sobie pewną technikę. Nieraz siadam do maszyny po pracy i działam do trzeciej w nocy. Ta pora mi sprzyja. Może to kwestia ciszy w domu? Sama nie wiem… Ale właśnie w nocy do głowy przychodzą mi najlepsze pomysły. A jako, że jestem niecierpliwa, to jeśli już coś zacznę, muszę też to skończyć od razu.

O! Tym ostatnim mnie zaskoczyłaś. Bardzo lubię moro. Dla mnie to taki symbol miejskiej wojowniczki. Dla odważnych, nowoczesnych kobiet. Niekoniecznie twardych, ale takich, które wiedzą, czego chcą.

W ofercie marki Kopa. są jeszcze torebki giganty. Tak, to torby wielkoformatowe. Są na tyle pojemne, że z własnego doświadczenia wiem, że nadają się nawet na dwudniowy wyjazd. Duża torba jest dla mnie dopełnieniem stroju. Idę ja i ona (śmiech). Zakładając mniejszą torebkę już nie czuję się dobrze, czegoś mi brakuje. Być może kiedyś znów uszyję kopertówki, ale obecnie te duże rządzą! Jakie wzory znajdziemy na torebkach Kopa.? Są takie z materiału pikowanego, w granacie i beżu. Jeszcze inne mają nadrukowaną cyfrę 93. Wyjaśniam od razu, że nie kryje się

A Ty sama jesteś taką miejską wojowniczką? Bardzo bym chciała (śmiech). Może niedługo wyłonię się znienacka i zaprezentuję ten pazur. Co polecisz naszym Czytelniczkom na lato? Połączenia białego ze srebrem lub ze złotem. To genialnie lśni w słońcu. Poza tym latem królują pastele. Bardzo modne są także kropki z intensywnym turkusem albo seledynem.

*Agnieszka Kopka Bydgoszczanka, rocznik 1985. Od blisko dwóch lat jest właścicielką marki Kopa. Ukończyła rolnictwo na Uniwersytecie Technologiczno-Przyrodniczym. Pracuje w salonie z włoską odzieżą. Pasji projektowania i szycia oddaje się w każdej wolnej chwili. miasta kobiet

sierpień 2014

17


felieton

Pudełko lodów

NA POCIESZENIE

D

Ch

śni gan sow dzi Mó czo my np wa nie ład jes

Ni

mo zap po det ws ści pu do żad ma

Wy

czy i in ko po usł cze ko tw spo wy ba

Odszedł i jakoś tak zżarłam wszystko. Wszystko, co było słodkie i cudem uchowało się w domu. Praliny, trufle, nutellę łyżeczką prosto za słoika… Lena Kałużna* I taka gruba poszłam do sklepu po ukochane różowe wino i lody. W zamrażalniku, oczywiście, miałam pudełko. To znaczy, tak mi się wydawało. Ale otwieram, a tam kurki z ubiegłego roku, co je razem po lesie zbieraliśmy. Zawyłam, wytarłam nos i wyszłam do spożywczaka. Ledwie podeszłam do lodówki, a sprzedawca do mnie, że „chyba smutna jesteś pączuszku”. No to wzięłam owocowe lody, żeby nie było, że się słodkim obżeram.

Dietę szlag trafił Takie sytuacje znasz Ty, znam i ja. Może tylko z obserwacji, ale bywa, że są to doświadczenia własne. Mój znajomy stwierdził kiedyś, że jak kobieta jest smutna, to można ją przytulić. Zwykle troszkę pomaga. Ale jak jest smutna i jednocześnie zła, to należy szybko rzucić w jej stronę tabliczkę czekolady i czym prędzej ewakuować się z domu. Znalazł się znawca kobiet - pomyślałam z odrobiną pogardy. Jest w tym jednak nieco prawdy i to udowodnionej naukowo. Historycznie oraz kulturowo. W zamierzchłych czasach, kiedy mężczyźni wyruszali na polowanie czy

18

miasta kobiet

sierpień 2014

wojny, kobiety zostawały w obozowiskach same. I co wtedy robiły? Wybierały się na poszukiwanie jagód czy korzonków! Szukały tych najbardziej słodkich, bo słodycz oznaczała dojrzałość pożywienia. I tak nam jakoś w genach zostało, że kiedy czujemy się odrobinkę samotne, musimy zjeść coś pysznego.

Pidżama party Smuteczki wynikające na przykład z utraty pracy, wiążą się również z imprezą i to nie byle jaką, bo taką, co trwa 24 godziny na dobę. Wyjaśnijmy od razu, że migających świateł i głośnej muzyki do niej nie potrzeba, bo mowa o pidżama party. Ty, Twoja pidżamka i wspomniane pudełeczko lodów. Dla towarzystwa może jakiś film. Nie musisz go oglądać, wystarczy, żeby coś w tle gadało. Taka wizja byłaby nawet uroczą, ale pod jednym warunkiem - gdy byłaby wynikiem pragnienia, a nie nieszczęśliwych okoliczności. Wykwintna kolacja Nie będzie tym razem żadnych złotych rad w stylu „weź się ogarnij i wyjdź do ludzi”, ani

„jak ukryć brzuszek po kuracji czekoladowej”. Opowiem Wam natomiast historię Agaty, którą poznałam jako samotną babkę bez pracy, za to ze sporą nadwagą. Agata imprezowała od dłuższego czasu (wspomniane pidżama party w towarzystwie ciastek). Któregoś dnia szurnęła ciacha i pidżamę w kąt. Włożyła swoją najlepszą sukienkę, buty na wysokim obcasie, upięła włosy w zgrabny koczek i zaprosiła siebie samą na wykwintną kolację. Nie muszę wspominać, że to historia z happy endem, prawda?

*Lena Kałużna Socjolożka, trenerka wizerunku. Szczegóły na: www.kobiecaperspektywa.pl www.facebook.com/perspektywakobiet


Podsłuchane w pralni

Dobrych rad udziela Katarzyna Nath, właścicielka Pralni Chemicznej Combinath działającej w Toruniu od 1996 roku.

Wypierzemy derkę dla konia Zjawił się kiedyś u nas klient z pytaniem czy pierzemy derki, czapraki, nauszniki i inne końskie akcesoria. Czemu nie?! Wykonaliśmy to zlecenie bez zarzutu, więc postanowiliśmy rozszerzyć ofertę o niszowe usługi. Teraz specjalizujemy się w czyszczeniu odzieży niestandardowej: akcesoria końskie, odzież motocyklowa, pianki płetwonurków, odzież do wspinaczki, odzież sportowa. Podejmujemy się wszystkich wyzwań. Nieraz ograniczają nas tylko gabaryty.

Kołdry, pościel i dywany U nas można wyprać kołdry wełniane oraz z pierza, poduszki i pokrowce na materace, a także białe obrusy i pościel, które są pożółkłe albo poszarzałe. Te rzeczy lepiej oddać w ręce specjalistów. My wypierzemy, wybielimy, wykrochmalimy, wymaglujemy lub wyprasujemy. Dysponujemy także profesjonalnym sprzętem i odpowiednimi środkami piorącymi do czyszczenia dywanów, kożuchów, futer, skór licowych. Delikatne jak jedwab Ta tkanina wymaga szczególnie starannej pielęgnacji. Chcąc przedłużyć jej żywotność, nie należy stosować żadnych środków wybielających, unikać silnego nasłonecznienia, podczas prasowania po lewej stronie nie używać wody oraz nigdy nie spryskiwać jedwabiu dezodorantem czy perfumami, gdyż pozostaną plamy nie do usunięcia. Tkanina jedwabna wychodząca z naszej pralni pozostaje miękka i delikatna, zachowując swój pierwotny wygląd. Jak wykąpać misia? Mięciutkie i pachnące pluszaki po pewnym czasie stają się siedliskiem kurzu. Jeżeli jest to ulubiona zabawka dziecka, to warto ją odświeżyć. Pluszowe zabawki,

Katrzyna Nath w swoim królestwie które nie mają w środku trocin, ziarenek gorczycy, czy pozytywki - pierzemy w pralce, wkładając je do specjalnych woreczków. Taki zestaw pierzemy w 40 stopniach (z wirowaniem włącznie) z użyciem specjalnych środków do pluszowych zabawek. Zabawki suszymy wyłącznie w suszarce bębnowej, dzięki czemu są one ciągle puchate i miękkie.

sażu handlowym “Piotr i Paweł” przy ul. 800-Lecia Inowrocławia 27. Klientów obsługujemy w Toruniu od poniedziałku do piątku w godz. od 8.00 do 19.00, w soboty od 8.00 do 14.00, a w Inowrocławiu od poniedziałku do soboty od 9.00 do 20.00, a w niedzielę od 10.00 do 15.00.

Zapewniamy opierunek W Toruniu zapraszamy do Pralni Chemicznej Combinath przy ul. Rydygiera 43, a komu bliżej do Inowrocławia, to podajemy adres naszej drugiej pralni o nazwie „Luna”, która mieści się w pa-

Zapraszamy na naszego Facebooka: www.facebook.com/COMBINATH, www.facebook.com/INOWROCLAWPRALNIA (jo) 702914TRTHA

711314TRTHA

Nie dajemy plamy Są plamy, które trudno wywabić domowymi sposobami, więc warto oddać zaplamioną odzież w ręce fachowców. Dysponujemy specjalnymi środkami i stołem detaszerskim. Jeżeli wiemy od czego powstała plama, to mamy już 80 proc. pewności, że usuniemy ją bez śladu. Jeżeli nie chce puścić, to pierzemy trzy razy, oczywiście bez dodatkowej dopłaty. Zdarza się, że czasami żadne zabiegi nie pomagają. Cudów nie ma!

Ten modny Gore-Tex Pod wpływem czasu i noszenia nawet odzież z Gore-Texu traci swoją trwałość. Jak temu zaradzić? W naszej pralni do impregnacji odzieży wodoodpornej stosujemy produkty Surfchimica wykorzystujące najnowszą technologię. Dzięki temu z łatwością przywracamy odzież do pierwotnego stanu.

FOT. SŁAWOMIR KOWALSKI

Chemią czy wodą? Nasza pralnia dysponuje najnowocześniejszym sprzętem. Chcąc sprostać wymaganiom klientów, wprowadziliśmy zaawansowane technologicznie pranie wodne, działające w nowoczesnym systemie IBW. Mówiąc wprost - to co dotychczas przeznaczone było do chemicznego czyszczenia, my możemy wyprać w wodzie. Dotyczy to np. wełny, garniturów itp. W tym procesie ważne jest właściwe suszenie, by odzież się nie skurczyła. Po praniu wodnym jest ona ładniejsza, świeżutka, milsza, ale ta usługa jest niestety droższa.


zdrowie

In vitro w praktyce Problem niepłodności, według statystyk z naszego regionu, Polski i Europy, dotyka co piąty związek. Teraz otworzyły się drzwi dla wszystkich, którzy chcą mieć dzieci. Jest to ogromny sukces. Z dr. n. med. Rafałem Adamczakiem* z Kliniki Położnictwa, Chorób Kobiecych i Ginekologii Onkologicznej Szpitala Uniwersyteckiego nr 2 im. dr. Jana Biziela w Bydgoszczy rozmawia Lucyna Tataruch

Załóżmy, że przychodzi do Pana na oddział lub do kliniki para, która od dwóch-trzech lat stara się o dziecko i nic jej z tego nie wychodzi. Zdążyła się już przebadać, stosowała się do zaleceń lekarza, jednak nadal nic się nie zmienia. Co dalej - czy tak po prostu może zacząć myśleć o in vitro? Jeśli ma udokumentowaną historię leczenia niepłodności, to tak, nic nie stoi na przeszkodzie. Nawet koszty? Już nie. Dawniej faktycznie na tę metodę mogły pozwolić sobie tylko niektóre pary. Ludzie z ogromnej chęci posiadania dzieci brali przecież nawet kredyty. Teraz każdy ma szansę z tego skorzystać. Co się zmieniło? Od tego roku realizujemy program ministerialny, który pozwala refundować cykle in vitro. Kontakt do ośrodków objętych tych programem można znaleźć na stronie www.invitro.gov.pl. W naszym regionie są dwa takie miejsca, od lipca refundacje na dwa lata otrzymała również Klinika Zdrówko, którą prowadzę. Pracujemy pod nadzorem naukowym prof. Marka Grabca, kierownika Kliniki Położnictwa, Chorób Kobiecych i Ginekologii Onkologicznej Szpitala Uniwersyteckiego nr 2 im. dr. Jana Biziela. Ściśle współpracujemy z klini-

20

miasta kobiet

sierpień 2014

ką, dzięki czemu nasze pacjentki mają kompleksową opiekę, pomoc doświadczonych w tej dziedzinie lekarzy wielu specjalności, nie tylko ginekologicznych. W niektórych przypadkach, gdy zajdzie taka potrzeba, nie zapominamy o wsparciu psychologa. Jak długie jest to doświadczenie? Chciałbym przypomnieć, że profesor Robert Edwards, twórca metody in vitro, otrzymał za to Nagrodę Nobla. Wbrew pozorom, to już kawał naukowej historii i sukcesów. Pierwszy na świecie poród po zapłodnieniu in vitro to rok 1978. Urodziła się wtedy Louise Brown, która w lipcu skończy 36 lat i sama ma już dzieci. W Polsce pierwszy sukces odnotowaliśmy w Białymstoku w 1987 roku. W latach dziewięćdziesiątych klinika w Bydgoszczy była trzecim ośrodkiem, zajmującym się leczeniem niepłodności metodą in vitro. Prof. Marek Grabiec również był w tym zespole lekarzy, dzięki którym 9 sierpnia 1995 roku urodziło się nasze pierwsze dziecko. Teraz już studiuje, świetnie sobie radzi. Skąd więc te wszystkie kontrowersje wokół uznanej i w pełni naukowej metody? Z niewiedzy oczywiście. In vitro nazywane jest często sztucznym zapłodnieniem, „zabawą w Boga”, ale tak naprawdę my dokonujemy

jedynie zapłodnienia w warunkach podobnych do tych, jakie są w organizmie kobiety. Czyli jak to wygląda w praktyce? In vitro to zapłodnienie pozaustrojowe, czyli cała procedura połączenia gamet męskich i żeńskich odbywa się w laboratorium. Oczywiście wszystko poprzedzone jest wywiadem lekarskim, pacjentka ma wykonane niezbędne badania, a następnie otrzymuje leki stymulujące jajeczkowanie. Lekarz nadzoruje pacjentkę, monitoruje jej cykl i kontroluje wzrastanie pęcherzyków, w których znajdują się komórki jajowe. W naturalnym cyklu pęcherzyk po osiągnięciu odpowiedniej wielkości pęka i uwalnia komórkę jajową. My przed pęknięciem pęcherzyków podajemy zastrzyk w celu wywołania tak zwanego piku LH, po czym po 36-38 godzinach wykonujemy punkcje jajników. Za pomocą dopochwowej sondy USG nakłuwamy pęcherzyk i pobieramy z niego płyn z komórkami jajowymi. Wszystko odbywa się w znieczuleniu, pod opieką anestezjologa. Dalej zaczyna się część laboratoryjna. I co tam się dzieje? W laboratorium komórki jajowe są odpowiednio przygotowane. W tym samym momencie musimy mieć też gamety męskie, czyli nasie-


zdrowie

Jaka jest szansa na to, że test wyjdzie pozytywny? Zapłodnień w części laboratoryjnej jest dużo, jednak nie wszystkie podane zarodki się przyjmą. Podobnie jak podczas naturalnego zapłodnienia, może na przykład dojść do poronienia. W związku z tym skuteczność szacujemy oczywiście po liczbie urodzonych dzieci. Jest to ok. 32 procent. Zarodków powstaje kilka, kobieta dostaje jeden? Co dzieje się z resztą? Zamrożone zarodki para może wykorzystać, są one przechowywane. Przy skuteczności 32 procent to bardzo ważne. W takich sytuacjach kobieta nie przechodzi już skomplikowanej stymulacji farmakologicznej, a zarodki ma podawane prawie w naturalnym cyklu. Udowodniono naukowo, że z tych tak zwanych zamrożonych zarodków, jak i z całej metody in vitro, rodzą się zdrowe dzieci. Nie mają żadnych „bruzd”, nie ma żadnych charakterystycznych wad dla ciąż z in vitro, nie ma możliwości rozpoznania, że dziecko urodziło się dzięki tej metodzie. Zdarzają się jakieś powikłania po zabiegu? U mniej niż jednego procenta kobiet może wystąpić zespół hiperstymulacji jajników. W wyniku stosowanej farmakoterapii dochodzi wtedy do tworzenia się wielu pęcherzyków w jajniku i on powiększa się nawet do 10-15 centymetrów. Ale nie jest to częste. Przy punkcji mogą też wystąpić krwawienia. Jednak my na podstawie obserwacji i badań laboratoryjnych możemy wytypować wcześniej grupę pacjentek, która jest na te powikłania narażona, dzięki czemu podajemy np. mniejsze dawki leków, niwelując w ten sposób ryzyko. A czy przy takim kontrolowanym zapłodnieniu mogą urodzić się nam „niespodziewanie” bliźniaki? To też jest problem, bo wiąże się to z dużym ryzykiem przedwczesnego porodu, aż 40 proc. mnogich ciąż tak się niestety kończy. Dlatego podajemy kobietom tylko jeden zarodek. Dwa można podać tym paniom, które ukończyły 35 lat, wtedy jest większa szansa na ciążę. Wiek jest istotnym czynnikiem, kobiety po 40. roku życia nie mogą skorzystać z programu Ministerstwa Zdrowia. Czy jest coś jeszcze, co może nas zdyskwalifikować?

Trzeba spełnić określone kryteria, ale nie są to jakieś straszne obwarowania. Dawniej mieliśmy więcej niepłodności żeńskiej, teraz ta kwestia w równym lub większym stopniu dotyczy też mężczyzn. Do Programu Ministerstwa Zdrowia kwalifikowane są też pary z tzw. czynnikiem męskim. Panowie czasem nie przyjmują tego do wiadomości i nie chcą się badać. Ale jeśli mamy narażać kobietę na dość inwazyjne procedury, to nie może być takiej sytuacji, że nie wykluczyliśmy i tego czynnika. Co więc powinno znajdować się w tej teczce z wcześniejszymi badaniami? Zacznijmy od badań mężczyzny. Badanie nasienia. Mężczyzna oddaje je po trzech dniach wstrzemięźliwości seksualnej, nasienie jest badane manualnie lub komputerowo. Przeliczamy plemniki, ich koncentracja powinna wynosić powyżej 15 milionów. Kiedy obserwujemy koncentrację poniżej normy, to znaczy, że mamy problem. Wtedy proponujemy próbę leczenia farmakologicznego, konsultację andrologiczną i urologiczną. Jeżeli parametry się nie poprawiają, a koncentracja plemników jest bardzo niska, to pozostaje nam in vitro. A u kobiet co sprawdzamy? Przede wszystkim robimy wnikliwy wywiad lekarski i badanie ginekologiczne, oczywiście hormony, drożność jajowodów, ocenę jajeczkowania i inne, np. tarczycę, poziom cukru. Diagnostykę możemy przeprowadzić w niecałe dwa miesiące. Brzmi groźnie... Kobiety często boją się sprawdzania drożności jajowodów ze względu na ból, towarzyszący temu badaniu. Myślę, że po odpowiednim przygotowaniu pacjentki zabieg można przeprowadzić bezbólowo. Sprawdza się to ultrasonograficznie lub metodą HSG z wykorzystaniem promieniowania rentgenowskiego. W niektórych sytuacjach metodą rozstrzygającą jest laparoskopia. Jak pani widzi, ten etap wymaga pełnego zaangażowania i jest dość absorbujący dla kobiety. Czy zdarza się tak, że po serii badań nadal nie znamy przyczyny niepłodności? Tak, wtedy mówimy o niepłodności idiopatycznej, ale to nie znaczy, że nie wiemy, co dalej robić. Proponujemy takim paniom cykle stymulowane, czyli farmakologiczne pobudzanie jajnika do produkcji pęcherzyków i komórek jajowych. No i oczywiście dalsze próby zajścia w ciążę. Od lipca leki, których używamy do stymulacji jajeczkowania, są refundowane, niektóre kosztują kilka złotych. Na dodatek są wygodne w użyciu, mogą przypominać takie peny, którymi pacjentka sama sobie robi zastrzyk, jak przy cukrzycy. Kiedy możemy uznać, że te wspomagane starania po prostu nic nie dają? Zwykle po trzech cyklach stymulowanych, zamiast naturalnych starań proponujemy inseminację, czyli wprowadzenie do jamy macicy odpowiednio przygotowanego, oddanego w tym samym dniu nasienia. Robimy to jesz-

cze 3-4 razy. I to jest cały ten etap przed in vitro. Zakłada się, że u kobiet do 35. roku życia może on zająć 12 miesięcy, u starszych dwa lata. I te granice obowiązują ściśle? Nie zawsze, leczenie niepłodności to nie musi być dwuletni ciągły, regularny cykl badań. Można to zsumować, para może mieć przerwy. Są też przypadki kobiet z wyciętymi jajowodami i tu już wiadomo od razu, że nie ma szans na urodzenie dziecka inną metodą niż in vitro. Warto też zaznaczyć, że pierwszeństwo udziału w programie mają też tzw. pacjentki onkologiczne, które oczekują na chemioterapię lub onkologiczne zabiegi chirurgiczne. Kobiety chore na raka myślą o zajściu w ciążę? W chwili walki z chorobą pewnie nie. Często są to też młode kobiety, nie wszystkie mają partnerów. Ale niestety po leczeniu bywa tak, że mają już znacznie, nieodwracalnie zniszczoną płodność. Dzięki naszym metodom mogą przed terapią zamrozić swoje komórki i po rekonwalescencji mają szansę na ciążę, na urodzenie swojego dziecka. To bardzo ważne, powinno się o tym mówić. Czy dużo par zgłasza się do Pana kliniki? Ponieważ refundacja u nas zaczęła się od lipca, jesteśmy teraz na etapie rejestracji pacjentów. Przyjeżdżają do nas pary z różnych regionów Polski, jest ich coraz więcej. Ogólnie w Polsce rocznie 24 tysiące par zgłasza zapotrzebowanie na tę metodę, jesteśmy jednym z 12 krajów o najwyższej liczbie przeprowadzonych procedur in vitro. W zachodnich krajach refundacja odbywa się już od dawna, u nas dopiero startuje, więc prawdopodobnie teraz tych par będzie jeszcze więcej. Szczególnie, że problem niepłodności, wg statystyk z naszego regionu, Polski i Europy, dotyka co piąty związek. Otworzyły się więc teraz drzwi dla wszystkich, którzy chcą mieć dzieci. I jest to ogromny sukces.

*dr n.med. Rafał Adamczak Pracuje w Klinice Położnictwa, Chorób Kobiecych i Gineologii Onkologicznej w Szpitalu Uniwersyteckim nr 2 im. dr Jana Biziela W Bydgoszczy. Od 2008 roku prowadzi Klinikę Zdrówko - Centrum Leczenia Niepłodności w Niemczu koło Bydgoszczy. miasta kobiet

sierpień 2014

21

742714BDBHA

nie. Klasyczne in vitro polega na tym, że łączymy komórki jajowe z nasieniem i czekamy, aż nastąpi samoistne zapłodnienie. Druga metoda to ICSI, czyli to, co często widzimy w telewizji jeden plemnik wstrzykiwany jest bezpośrednio do komórki jajowej. Na drugi dzień obserwujemy, czy są już pierwsze podziały komórkowe. W trzecim lub piątym dniu podajemy zarodki do jamy macicy - ten zabieg jest bezbolesny, nie wymaga znieczulenia. Pacjentka otrzymuje zalecenia po embriotransferze i po pół godziny wraca do domu. Za dwa tygodnie może zrobić test ciążowy.


zdrowie

Ma pani raka Nie wiem, czy pani mi uwierzy, ale wcale nie bałam się operacji. Nie mogłam się jej doczekać! Tak bardzo chciałam, by wycięli mi już to coś. Brzydziłam się dotykać swojej piersi, czułam się, jakby siedział we mnie jakiś pasożyt. TEKST: Lucyna Tataruch

O

koło 10 tysięcy kobiet rocznie słyszy diagnozę: rak piersi. Połowa z nich umiera. Wykrywalność nowotworu wzrasta każdego roku, jednak nadal dla 1/3 pacjentek jedyną szansą na dalsze życie jest całkowita mastektomia lub częściowe usunięcie piersi. O życiu „z rakiem” opowiadają dwie bydgoskie amazonki, Aneta i Maria.

ANETA, PRAWA PIERŚ. Moje ciało mnie lubi - mówiłam nieraz z przymrużeniem oka. Nigdy nie miałam powodów do narzekania. Może pani mi wierzyć, figurę zawsze miałam w porządku. Gdy tyłam, to tam, gdzie chciałam, w tyłek i piersi. Moja skóra była gładka, jędrna, naturalnie śniada. Tak było nawet, gdy skończyłam 40 lat. Jak każda z nas poprawiłabym coś tu i tam, ale to raczej jakieś fanaberie. Ja i moje ciało nigdy się nie sprzeczaliśmy. Ponieważ ono dawało z siebie wszystko, ja też starałam się o nie dbać. Ruch na świeżym powietrzu, dobra dieta, a co wieczór balsam wcierany jako relaks, dla mnie i dla niego. Ten cholerny balsam... Nigdy nie zapomnę tej chwili - był luty, wróciliśmy z mężem z wizyty u teściów w Inowrocławiu. Wesoły wieczór, wszyscy w rodzinie bardzo się lubiliśmy. Stałam w łazience i wcierałam w ciało ten cholerny balsam, aż nagle przesuwając palcami po piersi poczułam, że coś w niej jest - wyraźne zgrubienie. Nie potrafiłam ocenić, czy jest duże, pamiętam jedynie, że było jakieś takie dziwne. Ręka od razu mi odskoczyła. Sprawdziłam jeszcze raz - był

22

miasta kobiet

sierpień 2014

tam, twardy, jak obce ciało, wszczepione mi poprzedniej nocy, gdy spałam.

CO TO JEST?? - zapytałam od razu męża, wychodząc z łazienki. Jak pani widzi, jestem dość ekspresyjna, ekstrawertyczna, szybko i głośno mówię, więc to głośne pytanie brzmiało jak jedno z wielu codziennych. Może dlatego mąż spokojnie dopytał tylko: - Co takiego? - TO! - wskazałam palcem, podstawiając mu pierś dwa centymetry od oczu. Dotknął, spojrzał na mnie: - Boli? - Nie. - Umów się do lekarza. Dziękuję, panie dobra rada - pomyślałam zdenerwowana na niego. Nie wiem, skąd to uczucie, on przecież nic nie zrobił. To był mój pierwszy irracjonalny, emocjonalny nerw. Potem było ich jeszcze kilka. Tak naprawdę zezłościłam się na nie, na to ciało, które nagle zaczyna sprawiać mi jakieś niespodzianki. Zostawia prezenty, pod skórą, bonusowe paczuszki, szczelnie zapakowane. Jakby pytało z przekąsem - chcesz rozwiązać kokardkę? U ginekologa byłam kilka dni później, stamtąd od razu trafiłam na USG i na biopsję w szpitalu onkologicznym w Bydgoszczy. W piersi poczułam igłę. - Zobaczymy zaraz, co tam się chowa - chyba zażartował lekarz. Potem już nie starał się być zabawny. - Ma pani raka powiedział wprost. A co ja na to? Boże, jakie to głupie... Powiedziałam mu wtedy - Tak, jasne, raka sraka. Co jeszcze? O diagnozie poinformowałam wszystkich, męża, rodziców, ludzi z pracy. Nie było co ukry-

wać, szczególnie, że - jak usłyszałam w szpitalu - czeka mnie długi etap leczenia, operacja. Wszystko już było jasne. To ustrojstwo trzeba było wyciąć.

ZA CZTERY TYGODNIE, taki termin operacji dostałam. W tym czasie przechodziłam rentgeny, mammografie, biopsje z igłami wielkości rakiety. Chodziłam do pracy, próbowałam po prostu czekać. Czekać, nie myśleć. Tak chciałam, ale myślałam mimo to. Nie wiem, czy pani mi uwierzy, ale wcale nie bałam się operacji. Nie mogłam się jej doczekać! Tak bardzo chciałam, by wycięli mi już to coś. Brzydziłam się dotykać swojej piersi, czułam się, jakby siedział we mnie jakiś pasożyt. - To pani komórki - wyjaśniał mi kiedyś lekarz. - Wcale nie. Moje ciało mnie lubi i ono by mi tego nigdy nie zrobiło! - kłóciłam się jak małe dziecko. Na blok operacyjny wjechałam w szampańskim nastroju. Po kilku dniach pobytu w szpitalu po prostu cieszyłam się, że to się już dzieje. Że za chwilę będzie po wszystkim. - Utnijcie mi wszystko, ręce, głowę, obojętnie, byle tego czegoś już tam nie było - mówiłam niby żartem do ekipy na oddziale. Ale ja wcale nie żartowałam. Razem z lekarzem zdecydowaliśmy, że wystarczy operacja oszczędzająca. Przekonał mnie, że nie ma potrzeby usuwać całej piersi. Zgadzałam się na wszystko, on przecież wiedział, co robi. Pamiętam zakładaną mi maskę na twarz, a potem już tylko moment przebudzenia. - Pani Aneto? - rozległ się znajomy


1189514BDBHA

939414BDBHA


zdrowie głos gdzieś nad moją głową. Kto to, coś mi świta, mąż, brat, Bóg? - zastanawiałam się. Przez tę chwilę chyba zapomniałam, co ze mną się dzieje. A działo się dużo, ale wszystko się udało. Obudził mnie lekarz. Po kilku dniach wyszłam ze szpitala, przez kolejne dwa tygodnie czekałam na wyniki. Dwa tygodnie zaprzyjaźniania się z doktorem Wikipedią i innymi stronami internetowymi, na których szukałam podstawowych informacji, o które zapomniałam zapytać się wcześniej. Dwa tygodnie bólu i przeklinania. Mąż znosił to dzielnie, tylko raz powiedział, że wolałby chyba, gdybym płakała, zamiast ciągle kląć. Już nawet nie będę pani tego przytaczać, ale klęłam jak szewc, bo wmówiłam sobie, że wytną mi to coś i koniec... A wiedziałam już, po internetowej lekturze, że będzie inaczej.

CHEMIOTERAPIA, jak mogłam o tym zapomnieć? O tym, że wypadną mi wszystkie włosy, brwi, rzęsy? O tym, że będą wymioty, bóle głowy, kości, brak snu, podrażniony język, usta, wątroba do kitu. Między seansami z chemią próbowałam odpoczywać, wyjeżdżać. Mąż zabrał mnie nawet na urlop. Proszę sobie wyobrazić - mnie, prawie bezwładny, osłabiony, marudzący worek nienawiści. Mąż kiedyś przyłapał mnie w łazience, jak syczałam do lustra: - Jak mogłaś sobie na to pozwolić? Jak ono mogło ci to zrobić? Dlaczego? Zaczęłam spotykać się z psychologiem, kazano mi walczyć z tą złością, kazano mi przestać szukać odpowiedzi na pytania „dlaczego?”. Może przestałam. Nawet nie wiem, po każdej chemii byłam coraz słabsza, nie było więc siły na zastanawianie się. Ale nie trwało to wiecznie. Wrzesień, ładny początek jesieni i moja ostatnia chemia. I koniec. Tak naprawdę i po prostu koniec. Od tego dnia zaczęłam czuć się coraz lepiej, a moje ciało zaczęło wracać do normy. Powoli i z bólem, ale do normy. Nadal mam jednak problem z tym, żeby mu to wybaczyć. Zrobiło mi tę przykrość, choć się starałam. Nie mogę mu ufać, wiem, że muszę już sprawdzać wszystko, do końca. MARIA, PIERŚ LEWA. Pani redaktor, zna pani na pewno te wszystkie kampanie, plakaty, namawianie dziewczyn, żeby się badały, sprawdzały. Bardzo dobrze. Kiedyś się o tym nie mówiło tyle. Gdy moja matka umarła na raka, miałam 18 lat i nikt mi wtedy nie mówił o jakimś wadliwym genie BRACA1, który można wykryć wcześniej podczas testów DNA, a potem usunąć piersi i zmniejszyć ryzyko zachorowania do jednego procenta. Wiedziałam jednak, że jestem w grupie ryzyka, dlatego badałam się regularnie. I dzięki temu teraz jeszcze w ogóle jestem i z panią rozmawiam, choć gdy podczas mammografii wykryto u mnie guza na lewej piersi, wcale nie byłam taka pewna tego, że jeszcze kiedyś gdzieś będę na dłużej. Ja już nie potrzebowałam żadnych biopsji, które mi

24

miasta kobiet

sierpień 2014

potem robiono. Byłam przygotowana na tę diagnozę. I taką też dostałam - Ma pani raka.

WYKRYTO GO WCZEŚNIE, jednak pan doktor z bydgoskiego szpitala onkologicznego uznał, że najbezpieczniej będzie usunąć całą lewą pierś. Po tym przeszłam przez serię rekonwalescencji, czyli bólu, niewygody, czekania w niepewności na kolejny wyrok. O tym chyba nie muszę pani aż tak dużo opowiadać. Wszyscy wiemy, choćby z filmów czy telewizji, jak wyglądają osoby po chemioterapii, radioterapii. Jak trudna i mozolna jest ich walka, i jaki to sukces dla wszystkich, gdy uda się im ją wygrać. Ja właśnie taką walkę wygrałam i wszyscy mi gratulowali. Powtarzali, że byłam dzielna i dałam radę. Że teraz już nic mnie nie pokona. Trudno było mi powiedzieć komukolwiek, że nie umiem się cieszyć z tej wygranej. Że to, co widzę w lustrze i to, co czuję na co dzień fizycznie, nie pozwala mi docenić tego wypominanego mi na każdym kroku daru, jakim jest druga szansa. Tak to widziałam - wypominany dar. Dusiłam to w sobie, bo bałam się ocen, niezrozumienia. Nie sądziłam, że ktokolwiek będzie w stanie pojąć, że nagle przestałam czuć się sobą, pełnowartościową kobietą. Że bez tej piersi nie umiałam już spojrzeć na siebie inaczej, niż jak na wybrakowanego człowieka, nieokreślonej płci, który do końca swojej drugiej szansy będzie wzbudzał już tylko litość. Wie pani przecież, że ludzie kochają symetrię i tak też określają piękno. Podoba im się to, co jest równe, kształtne, normalne. Ja już taka nie byłam. REKONSTRUKCJA PIERSI - to obecnie proponuje się każdej kobiecie po mastektomii, ale ponoć mały procent z nas się na to decyduje. Boimy się powikłań, kolejnego okresu dochodzenia do siebie. Ja dodatkowo czułam, że już nie warto. Kiedy uporałam się z rakiem, miałam 47 lat. Powinnam się na nowo odrodzić, ale tak naprawdę czułam, że nie mam już nic przed sobą. Dzieci mam dorosłe, z mężem rozstałam się przed diagnozą. W trakcie leczenia wszyscy bardzo mi pomagali, ale później, kiedy przekonali się już, że wszystko jest OK, zostawili mnie samą. Co dałaby mi rekonstrukcja piersi? Powie pani, że może szansę na nowy związek, zainteresowanie mężczyzny? Wydawało mi się to śmieszne i nie na miejscu. Uznałam, chyba podświadomie, że skoro nie mam tej piersi, to nie warto w ogóle się starać. Przestałam zastanawiać się nad tym, jak wyglądam, nie malowałam się, wybierałam duże i luźne stroje, które mogłyby przykryć to coś, co nosiłam w staniku - średnio dopasowaną protezę. Może aż tak się nie różniła od prawej piersi, ja jednak wmówiłam sobie, że każdy to widzi. TAK MIJAŁY TE DNI, a ja powoli przyzwyczajałam się do tego, jak jest. Pewnego dnia, może ze dwa lata temu, wracając z zakupów zauważyłam na jednej

z ulic billboard z reklamą firmy sprzedającej pończochy. Stanęłam przed tą ogromną planszą i po raz pierwszy od dawna tak naprawdę się rozpłakałam. Bo była na niej kobieta bez jednej piersi. Kojarzy pani tę reklamę? Firma połączyła kampanię produktu z akcją społeczną. Nie wiem, czy było to wymierzone w większy zysk, pewnie tak, przecież to działania komercyjne, ale co z tego? Patrzyłam na ten billboard, który krzyczał do przechodniów: Są też takie kobiety! To takie proste, a jednak… W tym świecie, gdzie każdy gdzieś biegnie, łatwiej jest przecież udawać, że wszystko jest w normie, że nie mijamy codziennie chorych, niepełnosprawnych, upośledzonych i okaleczonych. To nas odrzuca, bo przypomina, że nie wszystko jest pod naszą kontrolą. Na tym plakacie dziewczyna bez jednej piersi prezentowała bajeczne nogi. Dopiero po chwili można było dostrzec coś poza wyeksponowanymi kolanami. Tak jakby była jedną ze zwykłych, regularnych modelek. I cóż mogę pani powiedzieć - po prostu była piękna.

JEST MŁODA i wszystko przed nią - pomyślałam od razu. Ja przecież byłam w innej sytuacji. Ale w tej właśnie chwili coś pękło. Kiedy później natknęłam się na ogłoszenie fundacji Rak’n’roll - Wygraj Życie, która pewnej jesieni organizowała w Bydgoszczy warsztaty dla kobiet chorych na raka, zwyczajnie się zapisałam. To były zajęcia z makijażu, stylizacji. Mówiono na nich jak dobrać perukę po chemioterapii, z czym akurat już nie musiałam się mierzyć, bo jak pani widzi, moje włosy dawno odrosły. Ale dowiedziałam się przy okazji, w czym dobrze wyglądam, co powinnam podkreślać. Przeszłam swoją małą metamorfozę. A przede wszystkim porozmawiałam z kobietami, które były w takiej samej sytuacji jak ja. To one uświadomiły mi, że nie muszę się wstydzić tego, co czuję. I że może być jeszcze inaczej. Spotykamy się regularnie, sprawdzamy, co się u nas dzieje, pilnujemy, żeby żadna nie przestała myśleć o sobie. Bo to tak wyszło, że dopiero, gdy skończyłam 50 lat, zaczęłam tak naprawdę myśleć o sobie. Dopiero trzy lata po wygranej walce z rakiem poczułam, że zrobiłam to dla siebie, żeby żyć tak, jak chcę. Teraz mam lepszą protezę piersi - proszę spojrzeć, odróżniłaby pani tę prawdziwą pierś? Na pewno nie. Na rekonstrukcję się nie zdecydowałam, choć czytam o nowych technikach, takich jak podawanie zastrzykiem tkanki tłuszczowej, zamiast wszczepiania implantu. Cieszę się, że dziewczyny, często młodsze ode mnie, nie są z tym same i że mają coraz więcej możliwości. Jedno powinny wiedzieć od samego początku - wygrają tę walkę dopiero wtedy, kiedy przegonią raka nie tylko ze swojego ciała.

w


704214TRTHA

RYTUAŁ AUSTERIA SPA

677614TRTHA

Specjalny, firmowy zabieg, na bazie soli Himalajskiej, mający na celu rozluźnienie i pobudzenie zmysłów. Sól ta jest najzdrowszą i najczystszą solą dostępną na ziemi. Główną atrakcją „Rytuału Austeria” jest specjalny masaż wykonywany na rozgrzanym łóżku z solą Himalaya.

Hotel Austeria Conference&Spa

455614BDBHA

723714TRTHA

ul. Bema 32, 87- 720 Ciechocinek tel.54231 70 00

czytaj nas na

1199314BDDWB

w w w. MIASTAKOBIET. p l


kobieta przedsiębiorcza

Ta wizja

MNIE kusiła Magazyn „Businesswoman & Life” nagrodził Panią tytułem Businesswoman Roku 2013 w kategorii lider w produkcji kosmetyków minerałami z Morza Martwego. Można powiedzieć, że jest Pani naszą bydgoską Heleną Rubinstein! Pozostaję przy byciu po prostu Krystyną Arcabowicz, do pani Heleny nie śmiem się porównywać. Jest ona dla mnie wielkim autorytetem. Natomiast, jeśli chodzi o nagrodę, to była ona dla mnie ogromną niespodzianką. Początkowo nie planowałam nawet jechać na galę finałową, ale jak okazało się, że jestem jedną z laureatek, to oczywiście pojawiłam się na miejscu. Było mi bardzo miło, ale do nagród zawsze podchodzę z dystansem. Od początku największe znaczenie mają dla mnie głosy klientów. Pamięta Pani z dzieciństwa kosmetyki, które używały kobiety w Pani domu? Doskonale, bo od zawsze ciągnęło mnie do tych słoiczków i flakoników, które mama trzymała w łazience. Pamiętam tłuste kremy do twarzy, zostawiające na skórze grubą warstwę. Oczywiście nie mogło zabraknąć też niebieskiego pudełeczka z kremem NIVEA. Natomiast w szkole średniej już na dobre interesowałam się pielęgnacją. Zaczęłam chodzić do kosmetyczki. To było to miejsce. Wypytywałam się o składniki, chciałam wiedzieć, co i jak działa. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że w przyszłości to właśnie będzie moje życie. Ale od początku widziała Pani, że chce się rozwijać w kierunku technologii... Tak, co do tego nie miałam wątpliwości, chociaż mój polonista powtarzał, że widziałby mnie na filologii… Ja jednak wiedziałam, czego chcę się uczyć. Zaczęłam studiować technologię żywności oraz biotechnologię. Te dziedziny idealnie się uzupełniały. Po tacie odziedziczyłam naukową ciekawość. Magią było dla mnie otrzymywanie substancji zapachowych. To, że mogę sama to stworzyć, było genialne. Ciekawił mnie postęp. Nakłaniano mnie, abym zostałam na uczelni. Ta wizja mnie kusiła, ale wiedziałam też, że wtedy moje pomysły zostaną teorią, a ja

26

miasta kobiet

sierpień 2014

Opinie innych są dla mnie cenne. Nie cieszy mnie wcale, jak na dzień dobry słyszę „to jest wspaniałe”. Wolę, jak ktoś zauważy słabe strony.

chciałam widzieć namacalne efekty, robić coś dla ludzi. I robi to Pani już 26 lat. Trudno buduje się własną markę kosmetyczną? Firmę założyłam razem z mężem. On był elektronikiem, ale śmieję się, że przez te lata stał się technologiem. Początek był trudny z jednego powodu. Chciałam mieć surowce najlepszej jakości, co w tamtych czasach wiązało się z szukaniem ich za granicą. Sprowadzaliśmy je z Francji, Niemiec, Włoch. Ich zdobycie graniczyło nieraz z cudem. Trzeba było się nagłowić, kombinować. Czy gra była warta świeczki? Gdy wiem, że coś jest trudne do zrealizowania, to interesuję się tym jeszcze bardziej. W jakimś sensie jestem uzależniona od wyzwań. Nas to tak pasjonowało, że nie było odwrotu i miejsca na zwątpienie. Ten optymizm towarzyszy nam od początku. Oczywiście, nie zawsze było różowo, ale się udawało. Obecnie produkujemy 230 rodzajów kosmetyków, z czego aż 33 produkty wprowadziliśmy tylko w tym roku.

Z Krystyną Arcabowicz*, właścicielką firmy Apis Natural Cosmetics, rozmawia Dominika Kucharska ZDJĘCIE: Tomasz Czachorowski

że przecież my możemy sprowadzić surowce do kraju i produkować kosmetyki na możliwości portfeli Polaków. Ciekawi mnie jak wydobywa się te surowce? Tak naprawdę to proste zadanie. Morze Martwe leży 400 metrów poniżej poziomu morza, w depresji. Tam jest jak w kociołku. Woda ma około 33 procent zasolenia. Jej skład jest tak bogaty, że znajdziemy w niej prawie całą tablicę Mendelejewa! Nad brzegiem Morza Martwego działa mnóstwo małych fabryczek. Pracownicy odparowują wodę - a robią to naturalnie, na słońcu - i uzyskują zagęszczony surowiec. To proces kilkuetapowy. Na końcu otrzymuje się czystą sól. Niezwykle ciekawe jest również błoto z Morza Martwego, które też znajduje się w naszych kosmetykach. Jest to silnie zmineralizowany szlam, który odkłada się na obrzeżach morza. To błoto wnika głęboko w pory skóry, oczyszcza z toksyn. Poza tym uzupełnia minerały i pełni funkcję peelingu. Uwielbiam odkrywać możliwości nowych surowców.

Co było pierwszym kosmetykiem sygnowanym marką Apis? Krem z mleczkiem pszczelim. Stąd wzięła się też nazwa firmy. Cała linia bazowała na produktach parapasiecznych. Zafascynował mnie propolis. Zaczęłam robić badania i okazało się, że niszczy on nie tylko bakterie, ale i wirusy. Byłam w swoim żywiole. Kolejne linie bazowały na ekstraktach ziołowych i owocowych. A później przyszedł czas na te z minerałami z Morza Martwego.

Taka dociekliwa jest Pani także w życiu prywatnym? Oj, nie. Spraw prywatnych nie można rozpatrywać w kategoriach naukowej zagadki. Uważam, że jestem bardzo tolerancyjna. Mam wielki szacunek dla ludzi. Jedyne, czego nie znoszę, to rozpychania się łokciami i dążenia po trupach do celu. To daje krótkotrwały efekt. Będzie, co ma być. Mimo że współczesny świat trochę na nas to wymusza, to nie wyzbywajmy się pokory. Absolutnie nie potrafię się odnaleźć w wyścigu szczurów.

Na pomysł czerpania z bogactwa Morza Martwego wpadli Państwo przy okazji egzotycznych wakacji? Nie, nie. Pojechaliśmy nad morze w poszukiwaniu surowców. Tam rośnie awokado, którego właściwościami się interesowałam. To było jakieś 17 lat temu. Spełniałam swoje marzenia. Kosmetyki z minerałami z Morza Martwego produkowane przez firmy z Izraela były wtedy szalenie drogie, więc od razu pomyśleliśmy,

To nietypowe we współczesnym biznesie. Może i tak, ale moja dobra przyjaciółka powiedziała kiedyś, że nie bez powodu Apis od 26 lat utrzymuje się na rynku. To świadczy o tym, że wygrywamy czymś innym i to mnie cieszy. Od początku założyliśmy, że się nam uda. Nie przeliczaliśmy tego na zyski, chociaż to oczywiście jest też ważne. Każdy robi swoje i to u nas funkcjonuje. Fantastycznie, gdy praca jest pasją, a jeśli można na tym zarobić, to jeszcze lepiej,


ale to już rzecz wtórna. Tak uważam i tego nie zmienię. Był pomysł, aby marka Apis pojawiła się na półkach w marketach? Zastanawialiśmy się nad tym. To daje szansę, żeby być wszędzie. Wiąże się to też z dużymi zyskami, ale i kosztami oraz pewnymi ustępstwami. Gdy pojawiają się propozycje, aby zrobić kosmetyki niższej jakości, za symboliczną złotówkę, to ja wiem, że tego nie potrafię. Wolę działać na mniejszą skalę, niż stracić to, na co tyle lat pracowaliśmy. Za to zdecydowaliśmy się wpuścić nasze dwie linie kosmetyków do Rossmanna, w łódzkiej Manufakturze. To największy oddział tej sieci w Europie. Sklep sam się do nas zgłosił i ta współpraca układa się bardzo dobrze. Poza tym nasze kosmetyki są dostępne za granicą, m.in., w Skandynawii, Holandii, Anglii, Czechach i we Włoszech. Dokąd zmierza branża kosmetyczna? Czeka nas era kosmetyków ekologicznych? Naprawdę trudno jest odpowiedzieć na to pytanie. Równocześnie dzieje się bardzo dużo. Z jednej strony popularność zyskują kosmetyki naturalne, a z drugiej strony w laboratoriach uzyskujemy nowe, rewolucyjne substancje. Obawiam się tylko sytuacji, gdy marketingowcy uznają, że społeczeństwo nasyciło się chemią i w odpowiedzi na to pod hasłem „eko” będą chcieli sprzedać wszystko. Jeśli rzeczywiście będą to kosmetyki naturalne, co będzie potwierdzone badaniami, to nie powinno to zaszkodzić. Gorzej, jeśli będzie to jedynie tani chwyt. Kosmetyki naturalne są mniej skuteczne od tych ze składnikami syntetycznymi?

Moim zdaniem pod tym względem kosmetyki muszą być wyważone. To tak jak z perfumami. Na moje ulubione Chanel w iluś procentach składają się naturalne olejki, ale i składniki syntetyczne. Dopiero z tego połączenia powstaje coś wspaniałego. Bazując na samej naturze nie uzyskamy takiego efektu. Musimy się posłużyć chemią, także z tego względu, że wiele substancji naturalnych zawiera alergeny. Jest ich tyle, że naukowcy nie nadążają z publikacjami na ten temat. Dzięki chemii można wyeliminować uczulający składnik z naturalnej substancji. Chciałabym, żeby ludzie byli coraz bardziej świadomi i tak samo wybierali kosmetyki. Na co powinnyśmy zwracać uwagę, kupując, na przykład krem do twarzy? Oczywiście na to, żeby był on przeznaczony do potrzeb naszej skóry. Niestety wiele pań wchodzi do sklepu i jest kompletnie zagubionych. Dlatego uważam, że osoby sprzedające muszą mieć wiedzę na dany temat. Czasami, jak słyszę odpowiedzi sprzedawczyni, to sama mam ochotę się odezwać. W innych krajach ta świadomość już jest większa i w Polsce to także zmierza ku lepszemu. Jaką jest Pani szefową? Mam nadzieję, że dobrą (śmiech). Zatrudniam około 30 osób. Produkcja mieści się w Bydgoszczy. Bardzo lubię pracę w grupie, burzę mózgów, dyskutowanie o pomysłach. Opinie innych są dla mnie niezwykle cenne. Nie cieszy mnie wcale, jak na dzień dobry słyszę „to jest wspaniałe”. Wolę, jak ktoś zauważy słabe strony. Sama pracuję tak długo, aż mam pewność, że składniki są idealnie zbilansowane. Trochę szukam dziury w całym, ale z reguły te moje wątpliwości okazują się

trafione. Bardzo cenię sobie także współpracę z Katedrą Kosmetologii i Dermatologii Estetycznej Collegium Medicum UMK w Bydgoszczy. Powstają nawet prace magisterskie w oparciu o badania naszych kosmetyków. Oferta firmy poszerzyła się w tym roku o gabinet kosmetyczny, który prowadzi jedna z Pani córek. Co jest kolejnym wyzwaniem? Marzą mi się kolejne kosmetyki profesjonale, z których byłabym jeszcze bardziej dumna. Mam troje dzieci - dwie córki i syna - i wszyscy razem pracujemy. Jeździmy na sympozja kosmetyczne. Jak na nich patrzę, to utwierdzam się w przekonaniu, że było warto. Poza tym na początku przyszłego roku po raz trzeci zostanę babcią. To dopiero wyzwanie. Pani jest chyba romantyczką… Chyba tak (śmiech). Lubię, gdy w życiu ten romantyzm występuje. Mam swoją filozofię, wartości, których się trzymam. To, co dajemy innym, prędzej czy później do nas powróci. Przekonałam się o tym wielokrotnie.

*Krystyna Arcabowicz Biotechnolog, technolog żywności. Od 26 lat prowadzi w Bydgoszczy rodzinną firmę kosmetyczną Apis Natural Cosmetics. W konkursie magazynu „Businesswoman & Life” została nagrodzona statuetką Businesswoman Roku 2013 w kategorii lider w produkcji kosmetyków minerałami z Morza Martwego. Apis produkuje 230 rodzajów kosmetyków. miasta kobiet

sierpień 2014

27


Powróżyć?

kontrowersje

Irena nie ma poczekalni, bo trudno dobudować poczekalnię do piwnicy. Wróżka Sabina ma co prawda poczekalnię, ale zdecydowanie upomina: „Proszę przyjść na umówioną godzinę, żeby nie spotkać się z klientkami”. Jasne, że nie posłuchałem. TEKST: Jacek Kowalski

I

rena przyjmuje w Inowrocławiu. Nie ma nawet telefonu komórkowego; jeśli chcecie umówić się na wizytę, musicie poprosić jakiegoś znajomego o numer stacjonarny. - Ja nie chcę kojarzyć się z wróżbitą Maciejem z telewizji - mówi stanowczo. Dlatego owszem, mam komórkę, ale owszem, nie podam jej panu. I niech pan napisze, że nie mam.

STREFA „A” Gdy wyjdziecie z gwaru gorącego miasta, zanurzycie się w spokój uzdrowiskowej dzielnicy - to tak zwana „strefa A”. Tutaj w początkach XX wieku stawiano wille, w których przyjmowano gości na kameralnych warunkach. Tutaj stoją kamienice z mniej więcej tego samego okresu, witające was studziennym chłodem wysokich, ciemnych klatek schodowych, zielonymi poręczami, z których obłazi farba, i solidnymi drzwiami. W jednym z mieszkań w takiej kamienicy na ulicy Solankowej przyjmuje Irena - niewysoka, szczupła kobieta po pięćdziesiątce. Mocno wymalowane oczy, koszulka na ramiączkach, bo upał przecież straszny, a wróżka też człowiek i może się spocić nawet w chłodnej piwnicy. Ta wróżka ma dużą, dwukomorową piwnicę: w jednej trzyma kompoty, ogórki, w drugiej postawiła małe biurko, dwa krzesła, na gołym betonie położyła dywanik. - Kogo pani tu przyjmuje? Jak będzie pan za dużo pytań zadawał, popsuje pan sobie aurę i nic nie wyjdzie z wróżenia. Grzecznie siadam, patrzę, jak kobieta rozkłada karty na biureczku. Jej telefon dostałem od znajomej, która sama radzi się jej w każdej życiowej sprawie - począwszy od wyboru koloru ścian w trakcie remontu („Powiedziała, że do mojej aury pasują bordo”), skończywszy na rozstrzygnięciu dylematu, czy rozejść się z mężem („nie”).

28

miasta kobiet

sierpień 2014


kontrowersje Jest tarocistką, czyli wróży z rozkładanych kart tarota, chociaż - jak się przekonałem - odpowiedzi jej bywają ciemne jak samo jądro wróżb. - Pan ma w życiu niejeden kłopot - mówi, stukając palcem w kartę. Nie mówi konkretnie, jaki, ale sugeruje, że finansowo-sercowo-zdrowotny. - Coś z tego na pewno, coś na pewno - mruczy. Ta wyglądająca zupełnie przeciętnie kobiecina skończyła prywatną szkołę parapsychologii w Poznaniu (kierunek psychotronika z naciskiem na hipnozę i sny), a potem kilka razy brała jeszcze udział w organizowanych przez tę szkołę warsztatach o pracy z emocjami. Na ścianie piwnicy wisi oprawna w antyramę licencja ukończenia tej bliżej nieznanej mi uczelni. - Jeśli jest pan ciekaw moich kwalifikacji, powiem, że mam 25 lat doświadczenia w stawianiu tarota, plus do tego dokładam intuicyjne prowadzenie przez aniołów Sarima i Uriela. No, nie wspominając o uczelni w Poznaniu, gdzie nauczyłam się odczytywać nie tyle przyszłość ludzi, co ich emocje i ustanawiać nad nimi władzę. - Z dużym prawdopodobieństwem powiem teraz, że jest pan lekko przestraszony i zagubiony natłokiem nowych informacji i wrażeń - tajemnicze karty, dyplom, aniołowie - w takim stanie nie mogę panu powiedzieć zbyt wiele o pana przyszłości - mówi. - Oczywiście, jakaś telewróżka wykorzystałaby ten stan i naciągnęła pana. Ja jednak odpuszczam. Czterdzieści złotych i kończymy seans - mówi stanowczo.

JUŻ NIE ZMYŚLAM Daję pięćdziesiąt. - Nie wydam reszty, bo taki mam zwyczaj, a poza tym moi przewodnicy duchowi zakazują jakiegokolwiek rozdrabniania w życiu. Dorzucę jednak za to panu poradę: proszę zapisać się na warsztaty chodzenia po żarze. To pana ustawi w życiu, nada mu sens. Nauczy się pan kontrolować strach i emocje. Za tego rodzaju porady inowrocławska wróżka bierze jednorazowo od 40 do 150 złotych. Zależy od wagi problemu, z jakim się przychodzi i od tego, jak bardzo Irena musi angażować przewodników duchowych w śledzenie przyszłości klientki. Klientki, bo - jak wskazują badania, a i reklamy salonów wróżbiarskich - z usług przepowiadania przyszłości korzystają głównie kobiety. Inowrocławska wróżka przyjmuje w tym samym miejscu już od ponad 25 lat i ma stałe, wierne klientki. Zaczęła jeszcze pod koniec PRL, gdy źle zaczęło się dziać w Hucie Szkła „Irena” (nomen omen), w której pracowała jako zdobiąca szklane wyroby. Pierwsze karty (jeszcze nie tarot) postawiła znajomej z pracy: - Pamiętałam parę chwytów z kartami, które pokazywała mi babcia. Wywróżyłam koleżance, że straci pracę. To znaczy trochę oszukałam, bo nic tam nie widziałam, ale słyszałam, że mają ją wyrzucić z pracy. To jej powiedziałam. A ona najpierw w płacz, potem wzięła urlop, poszukała nowej roboty. I wyszło tak, że gdy ją wylewali, ona była już zabezpieczona. Przyleciała z kwiatami, koniakiem, dziękowała. Pomyślałam sobie: „Ira, jak ty możesz mieć taki wpływ na ludzkie życie, to przestań kłamać, że coś widzisz w kartach, tylko naucz się ich od podstaw”. Babcia jeszcze żyła, pokazała mi, jak czytać tarota, dała pierwszą talię. Potem już

nie kłamałam, że coś widzę. Widziałam. - Pani naprawdę w to wierzy? Że coś widzi, że może przepowiedzieć przyszłość? - pytam. - Inaczej bym tego nie robiła. Mam setki przykładów, że moje przepowiednie się sprawdzały co do joty. Wie pan, co mu powiem: to jednak duża odpowiedzialność - rzuca mi na odchodnym. - Ludzie ufają temu, co powiedziałam, budują wokół tego swoje życie. Gdybym nie miała pewności, nie otwierałabym ust. Moja znajoma chodzi do Ireny od 17 lat przynajmniej raz w miesiącu, a jeśli coś się w życiu sypie - przychodzi częściej. Ma stałą taryfę, niezależnie od angażowania (bądź nie) Sarima i Uriela: 50 zł za wizytę.

BIZNES PATRZY W SZKLANĄ KULĘ Podejrzewałem, że Sabina to nie jest prawdziwe imię tej kobiety po 40., przyjmującej w wysokich, jasnych pomieszczeniach kamienicy na bydgoskich Garbarach. Ale okazuje się, że taką wizytówkę ma na drzwiach: Sabina. Stukam w jasne, orzechowe, niepasujące do tej ciemnej klatki schodowej drzwi. Czekam. Wcześniej rozmawiałem z nią krótko przez telefon. Stacjonarny. Bo - jak twierdzi - komórka jest dla partnera, rodziny i dla przyjaciół, reszta - czyli klientki - nie powinny dzwonić ani esemesować. - Bardzo cenię sobie swoją prywatność. Nie chcę, żeby o każdej porze dnia i nocy klientki dzwoniły, esemesowały. Po co? Kto chce - może mnie znaleźć. Mój numer jest przekazywany pocztą pantoflową. Raz na jakiś czas ogłaszam się też w bydgoskich dziennikach. Wystarczy. A co do klientek, bardzo proszę, żeby pan z żadną nie rozmawiał. Proszę przyjść dokładnie na umówioną godzinę. Jasne, że nie posłuchałem. Stukam w drzwi dwa kwadranse przed umówioną rozmową. W poczekalni siedzi już jakaś klientka. Atmosfera - jak u dentysty - na szklanym stoliku leżą kolorowe gazety, w tym także te ezoteryczne („Wróżka”, „Czwarty wymiar”). Ale jest jeszcze coś - wyczuwalne napięcie, unoszące się między nami. - Pani pierwszy raz? - zgaduję. Zadbana pięćdziesięciolatka, pachnąca diorem nerwowo kręci się na krześle. - Widać, prawda? - pyta wreszcie. - Nie - odpowiadam, modulując uspokajająco głos. - Po prostu ja jestem pierwszy raz u wróżki, więc się trochę denerwuję i pewnie widzę swoje nerwy u pani. - A ja już myślałam, że pan mnie poznał - oddycha z ulgą kobieta. Pewnie, że tak, to szefowa jednej z największych bydgoskich hurtowni ze sprzętem elektronicznym. Nie będę jednak mówił, że ją rozpoznaję. - Wie pan - zaczyna się otwierać. - Jestem tu po raz pierwszy. Mam niewielką firmę - mówi ostrożnie, sprawdzając moją reakcję. - Teraz będę miała do zrealizowania naprawdę duży kontrakt, na bardzo duże pieniądze. Ale to interes z ludźmi zza wschodniej granicy. Nie wiem, czy można im ufać. Nie stać mnie na wywiadownię gospodarczą, poza tym oni niewiele wiedzą o tych ze Wschodu. Więc zwierzyłam się koleżance, która ma większą firmę, a ona mi mówi: „Co się będziesz, słuchaj, zastanawiała, idź do wróżki”. To dość powszechne wśród średniego biznesu - przekonuje mnie. - Czego pani oczekuje? - pytam zaskoczony. - Niech zajrzy

na drugą stronę rzeczywistości i powie mi, co to za ludzie, czy mi zapłacą, czy nie. I tyle. Za to „tyle” bizneswoman będzie musiała zapłacić Sabinie 250 zł.

SABINA, CZYLI „CO SŁYCHAĆ W BRANŻY”? Kiedy przychodzi moja kolej, drzwi otwiera mi całkiem ładna czterdziestolatka - tak na oko. - Co słychać w branży? - pyta, mrużąc oko. - W czyjej? Mojej, czy pani? - odpowiadam przytomnie. - W naszej. Wróżką zostałam przez przypadek. Najpierw piętnaście lat produkowałam newsy do jednej z olsztyńskich lokalnych gazet. - No i jak pani trafiła do branży szarlatanów? - żartuję, cytując Gałczyńskiego. Ale żart trafia w próżnię. Kobieta się jeży: - Ma mnie pan za szarlatankę? Jest pan w błędzie. Z początku istotnie, nie wierzyłam w to, co robię. Naczelny kazał mi pisać horoskopy. Więc siadałam i wysysałam z palca. Miałam z tego naprawdę niezły ubaw. Ale gdy zlikwidowali moje stanowisko, już nie było wyjścia. Jedyne, co umiałam robić, to pisać. Ale miejsca w gazetach nie było. Więc zlikwidowałam to, co miałam tam i wróciłam do Bydgoszczy, do mieszkania po ciotce. Pomyślałam, że tu spróbuję szczęścia. Tu się jednak nie udało zaczepić w żadnej gazecie. Wtedy Sabina przypomniała sobie, że przecież ma niejakie doświadczenie w pisaniu horoskopów. - Pierwsze horoskopy stawiałam znajomym, w kawiarni u Sowy, za kawę i drożdżówki. Wstydziłam się brać za to pieniądze. Ale jak się paru ludziom sprawdziło, zaczęli przysyłać do mnie znajomych. Musiałam przenieść się z kawiarni i zaczęłam przyjmować w domu. Z początku nie wiedziała, jak to rozliczać, ile brać pieniędzy. W końcu jednak założyła firmę, zatrudniła księgową, ustaliła stawki, zaczęła płacić podatki. - Przez księgową znaleźli mnie ludzie z biznesu. I to był przełom. Zaczęli radzić się w drobniejszych i poważniejszych sprawach. A ja mogłam ustalić wyższe ceny. - Biznes u wróżki? - nie dowierzam. Ale Sabina tylko się śmieje: - Oficjalnie się nie przyznają, bo to siara. Ale podają sobie mój numer telefonu i często się radzą. Głównie kobiety, chociaż wśród stałych klientów mam też paru panów. O co pytają? - Czy warto podpisać duży kontrakt, jakie będą z niego profity, czy warto wejść w spółkę z konkretną osobą. W grę wchodzą zwykle duże pieniądze, a biznesmeni obawiają się odpowiedzialności. Którą zresztą potem - w razie niepowodzenia - starają się i tak przerzucić na Sabinę. - Ale do sądu nie idą, chociaż straszą - mówi wróżka. Statystycznie rzecz biorąc wróżki mają u nas wciąż dużo roboty. „Polityka” napisała niedawno, że w ciągu ostatnich 18 miesięcy do telewróżek zadzwoniły trzy miliony Polaków. Ile przychodzi do tych, które przyjmują w domach? Nie ma statystyk. Ale kobiety, z którymi rozmawiałem, mówią, że przyjmują miesięcznie od dziesięciu do 30 klientów. - To mi pozwala przeżyć. Mam jeszcze rentę, wiec jak jest słabszy miesiąc, daję radę - mówi Irena. A Sabina, pytana o pieniądze, uśmiecha się tylko tajemniczo. Jak to wróżka.

miasta kobiet

sierpień 2014

29


kontrowersje

Rzucasz jak dziewczyna Kobieta, wbrew panującym patriarchalnym wzorcom kulturowym, nieprzychylnej promęskiej socjalizacji, polityce kolesiów, dyskryminującej edukacji - daje z siebie wszystko. Z Anną M. Kolą*, doktor nauk humanistycznych w zakresie pedagogiki, rozmawia Lucyna Tataruch

Czy sześcioletnia Lucyna albo Ania może być niegrzeczna? Może, ale będzie za to inaczej oceniona niż jej koledzy. Społeczeństwo czego innego od niej oczekuje… Czego? Tego, że będzie spokojna, usłużna, pilna i właśnie grzeczna. Chłopcom uchodzą na sucho różnego typu agresywne występki, bójki, zaczepki słowne czy wulgaryzmy. Dziewczynki się tak nie zachowują, bo od małego wiedzą, że nie powinny… Mogą za to parę innych rzeczy. Mogą np. być schludnie ubrane, mogą sobie pozwolić na nadmierną troskę o wygląd, co od najmłodszych lat stanowi ważny fundament budowania ich tożsamości. Skąd się biorą te reguły? Z kultury, w jakiej żyjemy, z tego, w jaki sposób jesteśmy socjalizowani, co chłoniemy od małego, co dalej przekazujemy dzieciom.

30

miasta kobiet

sierpień 2014

Warto jednak pamiętać, że to wszystko się zmienia. Wzory kulturowe, które przyjmujemy, są bardzo uzależnione od miejsca i czasu. Zwyczaje z XX wieku w szalenie interesujący sposób opisuje np. kulturoznawczyni Małgorzata Szpakowska w książce „Obyczaje polskie. Wiek XX w krótkich hasłach”. To rzecz o wpływie różnych urządzeń czy technologii na strukturę społeczną. Wie pani, jakie hasła i elementy życia codziennego kobiet z lat PRL-u były w stanie wywołać wówczas rewolucję obyczajową?

I nie ma w tym niczego, co jest naturalnie „kobiece” od zawsze i na zawsze? Zapytałabym raczej, czy w ogóle możemy powiedzieć, że określone zachowania i cechy są naturalne? Kiedyś uważano, pewnie i nadal są tacy, którzy tak uważają, że naturalny jest nie tylko instynkt macierzyński, ale i wypełnianie codziennych obowiązków domowych. Kobieta, która od pierwszego spojrzenia na dziecko nie czuła bezwarunkowej miłości, oceniana była jako zła matka, kobieta bez serca, kobieta-potwór.

Pewnie antykoncepcja? Też, ale nie tylko. Pralka „Frania”, tabletka przeciwbólowa, topless, przedszkole, depilacja, świadome macierzyństwo, czy ogródki działkowe - to hasła określające styl życia ówczesnych kobiet, ogromne zmiany w ich świecie. Dla nas to codzienność. Mówię o tym, by pokazać, jak zmienne w społecznej ocenie są zjawiska i zachowania ludzi. I to są zmiany, które same jeszcze możemy pamiętać.

Ale bardzo często oceniają tak same kobiety. To też one, jako matki, mówią do swoich córek „broisz jak chłopak” i nie jest to komplement, raczej przywołanie do porządku… Tak, bo to trochę błędne koło. Zacznijmy od początku - człowiek najpierw socjalizuje się w rodzinie, nasiąka określonymi wzorcami, uczy się realizować społeczne oczekiwania. Jeśli chodzi o rodziców, to muszę przyznać, że


kontrowersje wiele się zmienia, bo zmienia się sam model rodziny. Małżeństwa się rozchodzą, kobiety przestają być bierne, pasywne, uzależnione od mężczyzn, są lepiej wykształcone. Zmieniają się ich role w społeczeństwie. I to też wpływa na zmiany wzorów kulturowych, jakie przekazują swoim dzieciom. Ale oczywiście nie jest jeszcze jakoś zupełnie różowo i można by wiele powiedzieć na temat trudności i barier, jakie mamy przed sobą. Zostańmy jednak przy dzieciach i wychowaniu - w którym momencie my, dorośli, zaczynamy dzieciom zwracać uwagę na to, że dziewczynki od chłopców mają się różnić, nie tylko biologicznie? Od początku. Podkreślają to stroje, zabawki, kreskówki w telewizji, nawet żywność, a więc rzeczy, które naprawdę nie musiałyby być profilowane pod płeć. To się nazywa separatyzm rodzajowy. Dla chłopców i dziewczynek są osobne gry, ubrania, słodycze. Znam dziewczynki, które piją soki tylko z kartonika ze zdjęciem znanej wszystkim amerykańskiej lalki-supermodelki. Stoi za tym oczywiście ogromny biznes, wspierany przez kochających rodziców, gotowych wiele zainwestować w dziecko (najczęściej jedno, niewielu decyduje się na drugie). To się dzieje w domu, przedszkolu, szkole, które wzajemnie się uzupełniają i podtrzymują w różnopłciowej socjalizacji. Lucyna, lat 7, idzie do szkoły i tam trafia na panią nauczycielkę. Też będzie inaczej traktowana niż kolega z ławki? Przede wszystkim nie będzie kolegi z ławki. To jest bardzo ciekawe, ale usadzenie razem chłopca i dziewczynki traktowane jest dla obu stron jako kara. Dziewczynki zwykle zajmują pierwsze ławki w klasach, chłopcy zwykle siedzą z tyłu. Nauczycielki, przeważnie kobiety, które też wyrastają w patriarchalnej kulturze, godzą się na to, wskazując jednocześnie cel pobytu dzieci w szkole. Swoboda i niesubordynacja chłopców na lekcji są czymś przyjętym i akceptowanym. Dziewczynek już nie. Czy to prawda, że chłopców i dziewczynki inaczej się też ocenia za te same zadania? Nie tylko inaczej się ocenia, ale też zwraca się na nich większą uwagę. Na szczęście to również się zmienia. W latach 70. i 80. odkryto, że nauczyciele na lekcjach poświęcają aż 2/3 czasu chłopcom. Dziś te proporcje to 56 do 44 procent. Większe różnice widoczne są na zajęciach z fizyki czy matematyki, czyli na tych przedmiotach, które stereotypowo uważane są za dziedziny męskie. Prof. Lucyna Kopciewicz, jedna z pierwszych badaczek gender w edukacji, przytacza badania, w których wyliczono, że na tych zajęciach ścisłych nauczyciel poświęca na kontakt z chłopcami dodatkowe 36 godzin w semestrze, czyli cały jeden przedmiot. Rodzice dziewczynek płacą takie same podatki na publiczną edukację, a ich córki otrzymują z tego mniej. Wokół tego podziału narastają stereotypy. A potem poja-

Na zajęciach ścisłych nauczyciel poświęca na kontakt z chłopcami dodatkowe 36 godzin w semestrze. Rodzice dziewczynek płacą takie same podatki na publiczną edukację, a ich córki otrzymują z tego mniej. ANNA M. KOLA

wiają się pytania, np. dlaczego tak mało kobiet studiuje na politechnikach, zgłębia kierunki przyrodnicze czy inżynierskie. Czyli z jednej strony, chłopcy mogą jawnie nie słuchać nauczyciela, a z drugiej warto poświęcać im więcej czasu na lekcjach? Istnieje głębokie przekonanie nauczycieli, a szczególnie nauczycielek, że to właśnie chłopcy mają wyższe kompetencje i wiedzę. Ocenia się ich w sposób merytoryczny. Dziewczynki powinny za to mieć zawsze pozytywny stosunek do zadań, chętnie wykonywać polecenia, nie sprzeciwiać się i godzić się na różne szkolne nonsensy. Dziewczynki stają się bierne opiekuńcze, nastawione na relacje interpersonalne, chłopcy zaś są „skazani na sukces”. Ukryta szkolna norma nakazuje traktować ich z większym szacunkiem i uwagą. Skutki tych zachowań są bardzo łatwe do przewidzenia - taka socjalizacja prowadzi do większej uległości w dorosłym życiu, pokory i niekiedy zupełnego braku oporu u kobiet. Negatywne efekty tego typu zachowań widać szczególnie w mojej drugiej specjalizacji naukowej, czyli w pracy socjalnej. Uległe kobiety godzą się na złe traktowanie przez pracodawców i partnerów. Istnieje jednak spora grupa ludzi, którzy bronią tych tradycyjnych wzorców, widzą w nich coś dobrego, może szansę na jakiś porządek społeczny. Bo tak naprawdę, co jest złego np. w tym, że dziewczynki i później kobiety stają się bardziej opiekuńcze? Obie jesteśmy kobietami nastawionymi na rozwój osobisty. Jestem od pani starsza i moja socjalizacja przebiegała nieco inaczej. Ale wszystko to i tak jest skutkiem szerokich przemian, uczestniczymy teraz w tak skomplikowanych procesach społeczno-kulturowych, że nie możemy niczego przewidzieć. Bauman nazywa to „płynną rzeczywistością”. Jedno jednak jest pewne - należy mieć świadomość tego, w czym uczestniczymy. Do tej pory były-

śmy socjalizowane w rodzinach, szkołach, instytucjach zawodowych do pełnienia określonych społecznych ról. A wśród nich nie było np. roli prezeski klubu piłkarskiego. Była za to właśnie rola opiekunki, sekretarki, nauczycielki i przede wszystkim matki… …i nagle odkrywamy, że nie każda kobieta chce pełnić te dawniej oczywiste role... Tak. Gdy wgłębimy się w temat, odkryjemy, że kobiety skazane są na zupełnie marginalne miejsce w kulturze, języku, nauce. Chciałabym, żeby każda z nas mogła sama zdecydować o swoim miejscu. Myślę jednak, że poza naciskiem na wolność, kluczowa jest tu odpowiedzialność społeczna. Do tej idei jestem bardzo przywiązana. Co to znaczy w praktyce? Uczmy dzieci i pozwalajmy im nasiąkać wolnością, indywidualizmem, ale także przygotowujmy do myślenia w kategoriach wspólnotowych czy odpowiedzialności za coś, co filozofowie określają „dobrem wspólnym”. Dobro drugiego człowieka i szacunek do inności powinny stanowić podstawę współczesnej edukacji. Ważne jest, żeby nie kształtować tylko konkretnych kompetencji, z podziałem na stereotypy płciowe, ale by kłaść nacisk na „naturalną” chęć rozwoju i potrzeby poznawcze. Zachęcać dziewczynki do grania w piłkę i nie mówić chłopcom „rzucasz jak dziewczyna”? W tym temacie mam taki przykład. Ostatnio w Internecie krąży bardzo dobry film, w którym ludzi różnej płci i w różnym wieku, prosi się, by pokazali jakąś konkretną czynność w sposób, w jaki „robią to dziewczyny”. Oczywiście chodzi o to, by pokazać jak niezdarne i powolne są dziewczyny. Innymi słowy, dziewczyna jawi się tam jako ofiara losu. Jest to obraźliwe i stereotypowe. Gdy reżyserka filmu wyjaśnia, dlaczego taka prośba się pojawiła, aktorzy od razu zaczynają imitować te czynności w zupełnie inny sposób - dając z siebie wszystko. Kobiety, wbrew panującym patriarchalnym wzorcom kulturowym, nieprzychylnej promęskiej socjalizacji, polityce kolesiów, dyskryminującej edukacji - dają z siebie wszystko.

*Anna M. Kola Mgr socjologii, filologii polskiej, dyplomowana logopedka, dr nauk humanistycznych w zakresie pedagogiki, specjalizuje się w socjologii edukacji oraz pracy socjalnej, felietonistka „Zadry”. Feministka z rozsądku, obywatelka z wyboru. miasta kobiet

sierpień 2014

31


kobieta w podróży

To jest miłość od pierwszego zanurzenia. Głębia oceanu, adrenalina, poczucie wolności i… absolutna cisza. To uzależnia jak narkotyk. TEKST: Jan Oleksy ZDJĘCIA: Joanna Pociżnicka

D

robna dziewczyna, która po założeniu skafandra, dociążającego balastu, butli z powietrzem i dodatkowego sprzętu waży aż 30 kilo więcej. Tak wygląda „płetwonurczyni” Joanna Pociżnicka, przygotowana do zejścia pod wodę. Och, przepraszam, to zajęcie nie ma niestety żeńskiej formy. - Przez długie lata nurkowanie przypisane było wyłącznie facetom, ale w tym męskim sporcie pojawia się coraz więcej kobiet. - Męska dominacja wynika z faktu, że nurkowanie wywodzi się z wojska. W tej dziedzinie kobiety zwykle są postrzegane jako kategoria płetwonurków tzw. egipskich, czyli ciepła woda, ładne skafandry, nurkowanie płytko, kolorowe rybki, piękne rafy koralowe. Potem wyjście z wody, parę uśmiechów, kilka pamiątkowych fotek i na tym koniec - opowiada żartobliwie pani Joanna. Ale ta etykietka nie jest prawdziwa. Elżbieta Benducka dwa lata temu ustanowiła nowy kobiecy rekord Polski, zanurzając się na Synaju na głębokość 191 metrów. - Wyjście trwało około cztery i pół godziny. Widać, że kobiety też nurkują ekstremalnie, ale niestety prym wiodą mężczyźni, albo mają przynajmniej o sobie takie mniemanie - mówi z uśmiechem Joanna.

ILE WAŻY PŁETWONUREK? Człowiek ma określoną wyporność i wcale, jak wejdzie do wody, to od razu nie opadnie na dno. Czasem zanurzyć się wcale nie jest tak łatwo. Pianka, kamizelka bardzo mocno wypierają, więc trzeba się obciążać… ołowiem. W kamizelkach ratunkowo-wypornościowych jest specjalne miejsce na balast, tzw. kieszenie balastowe. Nurek musi się odpowiednio „wyważyć”. Każdy określa to indywidualnie, w zależności od wagi ciała, konfiguracji sprzętu. - Z całym systemem, który mam na sobie, ważę około 80 kg - to duże obciążenie dla kobiety. Mężczyznom na pewno jest lżej. W nurkowaniu nie jest niebezpieczne to, że można się utopić - niebezpieczne jest zbyt szybkie wyjście z wody z pominięciem przy-

32

miasta kobiet

sierpień 2014

stanków bezpieczeństwa - wyjaśnia amatorka podwodnych wypraw.

OTOCZONE ZŁĄ SŁAWĄ - Najgłębiej zeszłam na 47 metry, było to w Egipcie. Nurkowałam w turystycznej miejscowości Dahab na wybrzeżu Zatoki Akaba. Rafy ciągną się tam przez całą długość wybrzeża, ale do najbardziej popularnych wśród nurków należy Blue Hole, czyli Błękitna Dziura, gdzie zaledwie kilka metrów od brzegu znajduje się szerokie na około 50 m zagłębienie, mające głębokość 102 m. Miejsce to otoczone jest jednocześnie złą sławą, bo wielu nurków tam zginęło, próbując przedostać się z głębi do ściany rafy poprzez tunel na głębokości około 55 m. Ciekawymi miejscami dla nurkujących są też Canyon czy Bells. ZANURZENIE Z ZAUROCZENIEM Zainteresowanie podmorskimi przygodami zaczęło się kilka lat temu w Kenii. Pierwszy był prosty snorkeling w Oceanie Indyjskim. Maska, płetwy, rurka i oglądanie raf koralowych z powierzchni wody… Zobaczyłam podwodny świat na własne oczy i czułam, jak rozszerzają mi się źrenice. To była miłość od pierwszego zanurzenia - śmieje się Joanna. W momencie, gdy wyszła z wody, powiedziała mężowi, że po powrocie do Polski muszą zapisać się na kurs nurkowy i tak też się stało. Na kursie nauczyła się bardzo dużo, począwszy od nauki oddychania przez automat, oddychania z jednego automatu z partnerem, aż po wszelkie procedury bezpieczeństwa i najważniejsze - osiąganie doskonałej pływalności zerowej, czyli neutralnej. PARTNER PŁYNIE OBOK Nurkowanie jest sportem partnerskim, samemu nie można schodzić pod wodę, chyba że jest się nurkiem technicznym, ale to już zupełnie inna sprawa. - Zawsze trzeba mieć partnera nurkowego. Moim jest mąż Paweł. Płyniemy razem, ja z przodu, bo robię zdjęcia, a Paweł z tyłu. Woli mieć mnie na oku - wyjaśnia amatorka nurkowania.


kobieta w podróży Sporty ekstremalne niestety, albo stety, są nałogowe. Mam taki charakter, że potrzebuję sprawdzania się, rywalizowania z samą sobą i... z mężczyznami. JOANNA POCIŻNICKA

W KOLOROWYM ŚWIECIE Pani Joanna lubi ciepłe morza. Nurkowała w Egipcie, w Chorwacji, na Andamanach, gdzie są piękne plaże, a woda ma nawet 28 stopni. Świetnie się tam nurkuje, a pianka ma chronić ciało jedynie przed skaleczeniem na ostrych rafach. W krajach tropikalnych rafy koralowe są bardzo blisko powierzchni i wcale nie trzeba schodzić głęboko, by zobaczyć coś fajnego. Najładniejsze kolory i najładniejsze ryby są na głębokości do 5 m, poniżej woda zabiera kolory i krajobraz staje się niebieski. ŁAWICE BARRAKUD - Jak fotografuję, to skupiam się na szukaniu kadru, poluję na srebrzyste ławice barrakud, żółwie, kolorowe skrzydlice i inne bajeczne ryby tropikalne. Miałam okazję spojrzeć w oczy delfinowi. Podpłynął do mnie, przyjaźnie się przywitał i… na pożegnanie machnął ogonem. Spotkałam też małego rekina. Był trochę nieśmiały. Tylko nieliczne osobniki są w stanie atakować człowieka, podobno nawet mięso ludzkie niespecjalnie im smakuje. Wystarczy nie prowokować - ostrzega pani Joanna. NIE BAWIĆ SIĘ Z MURENĄ Na Andamanach pani Joanna spotkała małego węża w paski. Podobno jego jad zabija człowieka w kilka sekund. Całe szczęście, że osobnik jest bardzo malutki i ma tak niewielki otwór gębowy, że nie jest w stanie ugryźć płetwonurka. Pod wodą trzeba stosować zasadę, by nie dotykać nieznanych ryb, zachowywać się ostrożnie, bo na przykład zabawa z drapieżną mureną może skończyć się odgryzieniem palców. SZCZUPAKI POZUJĄ DO ZDJĘCIA Fotografia fascynowała Joannę od dawna. - Sprzęt do fotografowania, a zwłaszcza do robienia zdjęć pod wodą, jest drogi, więc trochę trwało, zanim go skompletowałam. W ogóle lubię robić zdjęcia, nic więc dziwnego, że chętnie utrwalam obrazki z podwodnego świata. To oczywiste - stwierdza pani Joanna. W polskich wodach najwdzięczniejsze do foto-

grafowania są ryby drapieżne. Szczupaki, które nie mają naturalnych wrogów, wdzięcznie pozują. Zatrzymują się w bezruchu i wtedy jest „chwila dla fotoreporterów”.

NAJFAJNIEJSZA W NURKOWANIU… …jest absolutna cisza i poczucie zawieszenia w toni, jakby grawitacja nie istniała - mówi bez zastanowienia. - Stan nieważkości i lekkości. Myślę, że podobnie czują to skoczkowie spadochronowi. W czasie wynurzania czuje się lekkie strzelanie w uszach i trzeba pamiętać o wydychaniu powietrza. Ale w tych momentach jestem szczęśliwa - wyznaje pani Joanna. Twierdzi, że w nurkowaniu najważniejsza jest głowa. Trzeba opanować złe myśli, które nachodzą szczególnie w polskich mrocznych wodach. Na 43 metrach w Bałtyku jest totalnie ciemno, widać tylko tyle, co pokazuje latarka, a woda ma trzy stopnie. - Nieraz myślę, co by było, gdyby… np. zepsuł się automat oddechowy. Ale panuję nad emocjami, bo panika jest najgorsza - dodaje. PO CO JA TO ROBIĘ? - Takie pytanie zadałam sobie raz po penetracji Bałtyku - mówi pani Joanna. - Sporty ekstremalne niestety, albo stety, są nałogowe. Mam taki charakter, że potrzebuję sprawdzania się, rywalizowania z samą sobą i… z mężczyznami. Udowadniam, że nurkujące kobiety wcale im nie ustępują. Zachęcam wszystkie panie do uprawiania tego sportu. Nie bójcie się wody, zróbcie coś dla siebie. Naprawdę warto! - zapewnia miłośniczka podwodnego świata.

* Joanna Pociżnicka Z zawodu analityk, pracuje w Dziale Analiz Toruńskich Zakładów Materiałów Opatrunkowych, z zamiłowania nurek, podróżniczka, fotografka, utrwalająca podmorskie obrazy. Posiada stopień nurkowy CMAS P2, w podwodnych wyprawach partneruje jej mąż Paweł. W sierpniu będą nurkować w Chorwacji, a w listopadzie w Meksyku. miasta kobiet

sierpień 2014

33


męska perspektywa

Facet musi

imponować fot. Ilona Weistand, Frankfurt am Main, 2013

Powinien być dla kobiety czymś najlepszym. Nie chcę tego strywializować, ale żeby chociaż najlepiej na osiedlu grał na organkach. Z pisarzem Januszem L. Wiśniewskim* rozmawia Jan Oleksy Słyszałem taką opinię od redakcyjnej koleżanki, że jest Pan raczej szowinistą. Nie zgadzam się z tym, wręcz przeciwnie, w każdej mojej książce jakąś kobietę stawiam na piedestał. Moje postacie męskie są generalnie negatywne, oprócz tej jednej wymyślonej, ekstremalnie wyidealizowanej postaci Kuby z „Samotności w sieci”. Złożyłem tę postać jako puzzle z cech wielu mężczyzn. Ma jednego wrażliwość, drugiego mądrość, trzeciego szlachetność, czwartego niesamowitą delikatność, piątego bogactwo i ułożył się z tego Jakub, z którym ślub chciałyby zawrzeć i matki, i córki jednocześnie. To po prostu ideał. Tacy mężczyźni po ulicach nie chodzą. Jeszcze więcej namąciłem w głowach rosyjskich młodych kobiet, gdzie „Samotność w sieci” to niemalże książka kultowa. Znam Rosjanki, które mi pisały w mailach, że uczą się polskiego z powodu tej książki. Wiele z nich uważa, że wszyscy Polacy są tacy jak Jakub i wystarczy przyjechać, i zagadać po polsku na ulicy… A musi pan zrozumieć, że rosyjskie kobiety nie są najlepiej traktowane przez swoich mężczyzn. Każdy, który jest w miarę dobry, nie wszczyna awantur jest idealną postacią, więc stąd chyba ta popularność. Pełni Pan misję polityczną jednoczenia zwaśnionych narodów…

34

miasta kobiet

sierpień 2014

Nieświadomie… Sądzę, że kilka autobusów albo samolotów z powodu tej książki przypędziło do Polski, żeby tę Polskę zobaczyć. O tym wiem… Ale wracając do tych kobiet - wiele Rosjanek uwierzyło, że wystarczy przyjechać do Polski, by spotkać takich Jakubów. Wciąż mnie zastanawia to, że pana koleżanka nazwała mnie szowinistą. Może miała na myśli, że ja popieram poligamię mężczyzn, czy ich tłumaczę, czy rozkładam nad nimi parasol usprawiedliwiający? I tłumaczę chemicznie i ewolucyjnie, dlaczego są poligamiczni. To nie jest szowinizm! Tak po prostu jest! Mężczyźni są bardziej poligamiczni od kobiet. Przepraszam, że użyję teraz bardzo ekonomicznego i brutalnego stwierdzenia, bo jeśli pan porówna nieprawdopodobną podaż spermy nad bardzo małym popytem, to nie ma lepszego rozwiązania. Genetycznie też im więcej genów rozprzestrzenimy, tym dla przetrwania gatunku będzie to lepsze, a rozprzestrzeniając je między różnymi samicami, zyskujemy większe szanse na przeżycie potomstwa i to jest oczywiste. Genetycznie i z punktu widzenia przetrwania gatunku poligamia mężczyzn jest uzasadniona. Natomiast od momentu zajęcia się aktami seksualnymi najpierw przez Kościół, a później przez różnych filozofów i etyków, nałożono na to moralne zwierzę (bo człowiek jest zwierzęciem moralnym) różne kajdany i mężczyźni w tych kajdanach żyją. Co wcale gatunkowi nie sprzyja…

I dlatego pana koleżanka widzi we mnie szowinistę, że rozpościeram nad mężczyznami parasol usprawiedliwiający, ale generalnie piszę o cierpieniu tych kobiet, które doświadczają poligamii. Żyjemy w czasach modelu romantycznej miłości, absolutnej wierności, a wszyscy wiemy, że tak się po prostu nie dzieje. Kobieta spełniona w dzisiejszych czasach, to… Wie pan, co, ja na ten temat rozmawiałem z feministką Szczuką, nawet się z nią kłóciłem. Ona bardzo krytykowała moją książkę „Intymną teorię względności”, że przekonuję kobiety, że będą spełnione tylko wtedy, gdy stoją u boku mężczyzny. Szczuka twierdziła, że wprowadzam je w błąd, że kobieta może być samodzielna, szczęśliwa, robiąca karierę, osiągająca cele… Ja intencje Szczuki rozumiem, a nawet popieram, ale fakty mówią co innego. Czyli? Jak się przeczyta najróżniejsze ankiety socjologiczne, począwszy od seksualnego Instytutu Kinseya, a skończywszy na bardzo poważnym niemieckim instytucie socjologicznym GEWIS, na pytanie, co jest najważniejsze w życiu kobiety, to ponad 80 procent kobiet twierdzi, że dobra, szczęśliwa relacja z mężczyzną. Mówią to kobiety, które nawet nie skończyły podstawówki i mówią to kobiety, które mają tytuły profesorskie. Relacja i życie rodzinne jest dla nich priory-


męska perspektywa tetem. Nie ma co się oszukiwać, najlepiej byłoby, gdyby udało się spełnić obydwa warunki, że kobieta jest spełniona zawodowo, spełniona w swoich namiętnościach, pasjach, a jednocześnie ma szczęśliwe życie rodzinne. Sami wiemy, że często to się nie udaje ze względu na to, że biologicznie jesteśmy różni. Kobiety w którymś momencie czują zew macierzyństwa i z różnych powodów muszą z kariery rezygnować. Czyli my, mężczyźni, nie będziemy nigdy zbędni… Wie pan, ja nie jestem taki pewny. Napisałem książkę „Czy mężczyźni są światu potrzebni?”. To prowokacyjne pytanie. Na razie jesteśmy potrzebni do prokreacji, ale już są robione badania, żeby przy tym akcie wykluczyć samców. Na razie udało się to na knurach. Jest to stworzenie nie jednokomórkowe czy kilkunastokomórkowe, ale genetycznie bardzo zbliżone do człowieka. Genom knura nie różni się specjalnie od genomu Homo sapiens. Kobiety coraz częściej narzekają na nas, że jesteśmy coraz mniej męscy. W pewnym sensie to jest taki paradoks. Wszystko zależy, do jakiego modelu to się porówna, jeśli do modelu rodziców, dziadków, to pewno jesteśmy coraz mniej męscy. Teraz współczesnemu facetowi trudno wyczuć, gdzie ta granica się znajduje. Jeśli w ogóle nic nie mówi, to jest nieemocjonalny, niewrażliwy, nieczuły, zamknięty w sobie, a jeśli zaczyna za dużo mówić, to staje się dla kobiety niebezpieczny, bo przestaje pasować do tego modelu męskości, twardego faceta, który powinien połykać pewne cierpienia i się za bardzo nie uzewnętrzniać. Nie jest lekko… Teraz mężczyzna nie ma łatwo, szczególnie w czasach kobiet alfa, alfa samic, które mają coraz większe sukcesy. Z ostatnich badań robionych w Niemczech, wynika, że dziewczynki prawie we wszystkim prześcigają chłopców, mają lepsze wyniki na maturach, więcej ich dostaje się na studia. Mówię o Niemczech, ale podejrzewam, że statystyki dla Polski są podobne. Kobiety zaczynają odnosić coraz większe sukcesy i mężczyźni są trochę w tym zagubieni. Moje pierwsze opowiadanie z najnowszej książki „Grand” mówi o takim właśnie związku warszawskiej dziennikarki, która jest porzucona przez mężczyznę, bo ten nie może się pogodzić z jej sukcesem. On ją prawdopodobnie kocha, ona go na pewno kocha. To prawdziwa historia. Z tego powodu bohater robi nieprawdopodobne awantury, używa przemocy, rezygnuje ze związku z nią, bo jest niepogodzony z jej pozycją, osiągnięciami. Coraz więcej mężczyzn ma ten problem. Ostatnio przygotowuję nową książkę, wspólnie z seksuologiem Zbyszkiem Izdebskim, który mi opowiadał, że pojawiło się nowe zjawisko. Przychodzą do niego młodzi mężczyźni, którzy mają zaburzenia erekcji. Nie mają dysfunkcji z powodów biologicznych, ale z powodów psychologicznych. I co się okazuje? Oni mają te epizody impotencji

z powodu sukcesów swoich kobiet. To zjawisko dotyka nie tylko mózgu, ale przenosi się na czynności fizjologiczne. Sorry, że użyję tego terminu - im nie staje z tego powodu, że ciągle są niedowartościowani swoją pozycją w domu. Szczególnie dotyczy to tych mężczyzn, którzy byli jedynakami, pielęgnowanymi przez mamusie, często wychowywanymi przez samotne matki, albo z normalnych domów, w których panował patriarchalny model. Nie jest to jeszcze masowe zjawisko, mówi Izdebski, ale kiedyś tego nie było. Ona jest awansowana, a on jest bezrobotny. Wyciąga wnioski. Okazuje się, że mężczyźni z tymi kobietami sukcesu mają coraz większe problemy. Także ze swoim penisem. A z kolei coraz więcej tych kobiet sukcesu nie może sobie znaleźć faceta, bo ci, którzy się trafiają, im nie odpowiadają. Kobiety mają określone oczekiwania. To też wynika z pewnego wychowania. One chciałyby mieć mężczyznę, choć się do tego nie przyznają, który przynajmniej dorównuje im wykształceniem, poziomem finansowym. Trudno, żeby jakaś menedżerka z dobrej firmy wymagała, że nauczyciel po doktoracie w polskiej szkole będzie zarabiał tyle co ona, ale z drugiej strony ten nauczyciel po doktoracie imponuje jej wiedzą, pozycją i respektem społecznym. Sytuacja staje się coraz bardziej skomplikowana w przypadku mężczyzn zagubionych w tym świecie. Mówimy tu niestety o dużych miastach, dlatego, że cała polska prowincja jest pełna kobiet, które są całkowicie uzależnione od mężczyzn. Tu jest związek finansowy i bardzo często te małżeństwa trwają na zasadzie „co ja zrobię”, mimo że ten facet jest dla niej niedobry, nie szanuje jej, nie respektuje jej potrzeb, jest niewrażliwy, nieczuły itd. A co można poradzić tym kobietom z pozycją i z silną osobowością, które nie mogą znaleźć sobie mężczyzny? Na pewno trzeba doradzić, żeby w akcie desperacji nie godziły się na jakiekolwiek kompromisy i brały… Byle co? No właśnie, bo prędzej czy później… Problem polega na tym, że kobiety przestają szanować swoich mężczyzn i przez to, że ich nie szanują, tracą do nich pożądanie. Mężczyzna musi być dla kobiety czymś najlepszym. Nie chcę tego strywializować, ale żeby chociaż najlepiej na osiedlu grał na organkach (śmiech). Musi być w czymś naprawdę dobry, czymś imponować. Bo jeśli ona ma w domu niedorajdę, a idzie do biura, gdzie jest otoczona mężczyznami sukcesu, to nawet jeżeli jest na tyle uczciwa i nie wda się w żadne związki, to i tak porównuje kolegów z pracy z facetem, którego spotyka codziennie rano w kuchni. Prędzej czy później ten ktoś, kto nie oferuje czegoś, co kobiecie imponuje, doprowadzi do utraty szacunku. A jeśli szacunek zostanie utracony, to jest to pierwszy krok do tego, by szukać kogoś innego. I wtedy dupa.

Były robione ciekawe badania socjologiczne, z których wynika, że mężczyźni bezrobotni są o wiele częściej porzucani przez kobiety niż niebezrobotni i to w związkach, które kiedyś zostały zawarte z miłości. Seksuolog Izdebski opowiadał mi, że nawet ilość aktów seksualnych tych mężczyzn jest mniejsza. Tracą wartość w oczach kobiet, tracą atrakcyjność… Są mało atrakcyjni, nie imponują. Kierowca mercedesa ma o wiele więcej partnerek seksualnych niż kierowca lanosa (śmiech). Mężczyźni mający wyższą pozycję społeczną mają też większy dostęp do kobiet. Są bardziej szanowani. To też jest ciekawe - kobiety będące w związkach z bogatymi mężczyznami zdradzają ich niezwykle rzadko. Nie mówię tu o Hollywoodzie czy o show-biznesie, tylko o normalnym świecie.

Im dłużej żyję, tym dokładniej wiem, że w związku mężczyzny z kobietą najważniejsza jest rozmowa, gdy chce się biec do kogoś, by coś opowiedzieć. JANUSZ LEON WISNIEWSKI PISARZ

Relacje z matką są ważne dla mężczyzny. Pan to potwierdził, poświęcając swojej matce dużo miejsca w twórczości. W jaki sposób relacje z matką odbijają się na facetach? Byłem najlepszym uczniem w podstawówce, najlepszym w technikum i najlepszym studentem. Nie mogę powiedzieć, że robiłem to wszystko wyłącznie dla matki, ale nie wyobrażam sobie, bym mógł ją rozczarować. Ona nie wymagała tego, w moim domu nie było przymusu, by się uczyć. Myśmy to wiedzieli z bratem… Jak robiłem habilitację, to zastanawiałem się po jasną cholerę, bo mieszkam w Niemczech, pracuję w korporacji, w której żadnego kutasa nie interesuje, czy będę miał jakąś polską habilitację czy nie. Ani jednej marki nie dostałem więcej za to. Strasznie dużo czasu podarowałem temu, poraniłem żonę, zaniedbałem dzieci, żeby tę habilitację zrobić. Ale była to obietnica złożona kiedyś matce. Szczególny prezent. Kobiety mają niezwykłe oddziaływanie na nas. Tą pierwszą najważniejszą w moim życiu jest matka - Irena Wiśniewska, która otoczyła mnie nieprawdopodobną adoracją, miłością, rodzajem pewnego uwielbienia. W wieku 15 lat wyjechałem do Kołobrzegu do technikum, a jak pan wie, nie były to czasy telefonów, więc jedynym miasta kobiet

sierpień 2014

35


męska perspektywa

I nie chcą nam uwierzyć, że często nie przeszkadza nam niezbyt jędrny biust… To jest straszna presja. Przeczytałem świetną książkę niejakiej Nancy Etcoff „Przetrwają najpiękniejsi”, która jako socjolog, psycholog społeczny i antropolog zajmuje się fenomenem urody, jak bardzo wpływa ona na nasze życie, jak ona decyduje o szczęściu albo nieszczęściu. I ona powtórzyła za kimś, że istnieje seksizm, rasizm i… atrakcjonizm. Po angielsku to się nazywa lookism. Traktujemy ludzi niesprawiedliwie, dokonujemy ich segregacji ze względu na ich wygląd. Ładni mają po prostu lepiej i stąd ta fobia poprawiania się, by być ładnym. Wszyscy podlegamy procesowi habituacji, tzn. przyzwyczajmy się do wyglądu, dlatego nie możemy pojąć, że jakiś piękny dżentelmen o nazwisku Clooney zmienia te kobiety z jednej ładnej na drugą ładną.

Związek dwojga ludzi nie jest związkiem chemicznym, a może jest? Czym dla naukowca chemika jest miłość? Jak Pan to wytłumaczy? Chemia czy nie? W swych książkach piszę bardzo melodramatyczne teksty poetyckie na temat miłości, ale również piszę i tłumaczę to chemicznie. Znana jest kolekcja substancji, które pojawiają się w mózgu osób, które deklarują, że są zakochane, ale nikt nie wie, dlaczego właśnie te substancje pojawiają się w mózgu. Zaczyna się od prostej 11-atomowej substancji, która się nazywa fenyloetyloamina i należy do grupy śladowej amin, czyli amfetamin. Miłość tak naprawdę zaczyna się od amfy. Fenyloetyloamina występuje w ogromnym stężeniu, bo ponad 1500 procent większym niż u osób, które nie doświadczają takiego uczucia. Ta substancja wywołuje określone reakcje i pobudza receptory opiatowe, a te z kolei przyjmują opiaty, a opiaty to morfina, heroina i wszystkie inne substancje z tej grupy. Tak, u ludzi zakochanych w ich

Wróćmy do kobiet, bo one głównie będą czytać tę rozmowę. Ktoś kiedyś porównał wnętrze kobiety do układu scalonego, a mężczyzny do… cepa. Jest to obrazowe, ja znam inne porównanie, które bardziej jest związane ze współczesnym światem informatycznym i sieciowym, że faceci są jak Bluetooth, to znaczy tak na 10 metrów działają, a jak się kobieta oddali to podłączają się do najbliższego urządzenia, natomiast kobiety są jak Wi-Fi, odbierają wszystkich, a podłączają się do najsilniejszego. (śmiech) Jakie to aktualne. A wracając do współczesności, zastanawiam się, jak młode pokolenie, które skypuje, czatuje, gadające innym językiem, będzie nawiązywać bliskie relacje. Pan sporo miejsca w swojej twórczości poświęcił temu tematowi. Oczywiście, że będą wykorzystywali do tego nowoczesne technologie. Dla nich poznanie kogoś w sieci nie jest żadnym ewenementem, K

L

*Janusz Leon Wiśniewski Urodzony w 1954 w Toruniu, absolwent fizyki UMK, magister ekonomii, doktor informatyki i doktor habilitowany chemii, naukowiec i pisarz, autor powieści „Samotność w sieci”, „Los powtórzony”, „Zespoły napięć”, „Bikini“, „Na fejsie z moim synem“. Ostatnio ukazała się jego najnowsza powieść pt. „Grand” oraz zbiór esejów „Ślady”. Ma swoją Katarzynkę w Piernikowej Alei Gwiazd w Toruniu. A

M

A

1149514BDBHA

JANUSZ LEON WISNIEWSKI PISARZ

E

Jakie kobiety Pan lubi? To się zmieniało w moim życiu. Zbliżam się do 60., jestem mężczyzną, który już inaczej patrzy na świat niż 30-latek. Im dłużej żyję, tym dokładniej wiem, że w związku mężczyzny z kobietą najważniejsza jest rozmowa, gdy chce się biec do kogoś, by coś opowiedzieć. Ludzie przestają się kochać, jeżeli nie chcą z sobą rozmawiać. Lubię mądre kobiety. Mądrość jest seksy… Wyolbrzymianie piękna i urody jest niebezpieczne. Wielu mężczyzn zakochuje się we wgłębieniu na policzku, ale potem żeni się z całą dziewczyną. Na świecie jest około 7 procent kobiet, które mają wygląd modelek, ale tylko przez 2 procent swojego życia, bo potem się starzeją.

Czyli forma nie ma tu znaczenia, liczy się wyłącznie treść? Uniwersytety w Jenie i Oxfordzie badały metodą rezonansu funkcjonalnego mózgi osób, które są zakochane. Jedna grupa zakochała się w realu, a druga twierdziła, że się zakochała w Internecie. I co? Obrazy mózgu były identyczne, przynajmniej z punktu widzenia fizjologicznego, substancji chemicznych, które pojawiają się w mózgu człowieka zakochanego. Byłem pierwszy, przynajmniej w Polsce, który pisał w „Samotności w sieci” o miłości w Internecie. Nie chcę twierdzić, że Internet jest jednym wielkim biurem matrymonialnym, a dla innych wielkim burdelem, ale przechodzi on do codzienności, podobnie jak kiedyś wkradł się do niej telefon. Nie ma co demonizować, że coś złego stanie się z tego powodu. I tak na końcu ludzie będą chcieli się poznać, posmakować, powąchać i dotykać.

To nie jest szowinizm! Tak po prostu jest! Mężczyźni są bardziej poligamiczni od kobiet.

R

mózgach pojawiają się naturalne opiaty. Zakochani ludzie są naćpani.

nie degraduje tego rodzaju nawiązywania kontaktów. Dla młodego pokolenia poznanie kogoś w Internecie jest tak samo ważne jak poznanie kogoś na dyskotece czy w sklepie, na spotkaniu, czy na przyjęciu. Jakość emocji w Internecie wcale nie jest gorsza od jakości, która jest w realu.

komunikatem były listy. Ona straszliwie przeżywała to rozstanie ze mną. Te pięć lat wzmocniło jeszcze to uwielbienie dla mnie. Nie wyobrażałem sobie, żebym jakimś niegodnym zachowaniem mógł ją zranić. Nie uczyć się? Albo nie być dobrym uczniem? Podświadomie robiłem wiele rzeczy dla niej. I to była ta najważniejsza osoba, która mnie ukształtowała. Ważna też była babcia, a później oczywiście ukształtowała mnie moja żona, która urodziła mi dwie córki. Tak naprawdę stałem się mężczyzną, gdy zostałem ojcem, wtedy poczułem, że ciąży na mnie szczególna odpowiedzialność.


1149514BDBHA

718814TRTHA

666314TRTHA


relaks

S

wego czasu przyszło mi spędzać noc na lotnisku w Londynie. Były to najdłuższe godziny w moim życiu, mijające w towarzystwie rozweselonych Hiszpanów, których dowcipów nie rozumiałem, bez dostępu do gorącej herbaty, Internetu itd. Krótko mówiąc ubawiłem się jak pies w studni.

WALIZKA W SIECI Inaczej wyglądałaby ta noc, gdybym miał ze sobą walizkę Tablet Stand Carry On, firmy Hammacher Schlemmer. Patrząc na nią wydaje się, że na tak prosty pomysł powinno się wpaść już wcześniej. Jest to prosta walizka z kółkami i wysuwaną rączką, której jedyną innowacją jest wmontowany w całość uchwyt na tablet lub smartfon. Siedzisz sobie na lotnisku i oglądasz film z walizki, ręce masz wolne, możesz klaskać, machać... Walizeczkę można zakwalifikować jako bagaż podręczny. W internetowych sklepach kosztuje około 150 dolarów. KAWA CZY HERBATA? Gdy myślę o tamtej nocy, dochodzę do przekonania, że wyglądałoby to wszystko lepiej, gdybym mógł napić się gorącej herbaty. W takiej sytuacji pomocą służy gadżet HeatStick. To mobilna grzałka z termosem: dwa w jednym. Do pojemnika nalewamy wodę, umieszczamy w niej górną część, zaopatrzoną w nabój z propanem-butanem, który nagrzeje metalowy element. Po 9 sekundach (jak zapewnia producent) woda wrze. Do wykopania na Ebayu i w sklepach internetowych. Cena: około 400 dolarów. MIĘCIUTKO Znacznie tańsza jest ręcznie szyta poducha - rogal, którą podkłada się pod kark w trakcie dłuższych wojaży. Można ją uczyć samemu, więc zawsze będzie zawsze niepowtarzalna. Ręcznie szyte poduchy propaguje autorka bloga beva-handmade.blogspot.com, gdzie znajdziecie potrzebne wykroje do jej wykonania. ZAPAKUJ PRL A jeśli już jesteśmy przy gadżetach niebanalnych i z pomysłem, to trudno przejść obojętnie obok nowej kolekcji toreb lnianych, dostępnych w Empiku za niewielkie (15 zł) pieniądze. Torby te zostały przyozdobione grafikami nawiązującymi do herbów polskich miast. Jest więc np. Poznań z koziołkami, jest Kraków w lajkonikiem, Łódź z - wiadomo - łódką itd. Nie ma niestety Torunia ani Bydgoszczy, ale wszystko przed nami. PIELĘGNACJA W WERSJI MINI Do takiej torby wejdzie też z pewnością minikomplet kosmetyków - nowość w perfumerii Galilu.pl. Schludne, plastikowe etui mieści w sobie żel pod prysznic w wersji mini, mleczko do ciała, szampon i odżywkę do włosów. Zestaw nazywa się Holliday Travel i kosztuje 155 zł.

38

miasta kobiet

sierpień 2014

Z gadżetami na wakacje Czasy, gdy ruszając w podróż należało zabrać ze sobą owiniętego w gazetę dorsza, termos i jajka na twardo, minęły bezpowrotnie. TEKST: Jacek Kowalski


męskim okiem

Pocałuje

i po sprawie Szkoda, że niektóre kobiety rywalizując, z mężczyznami, stają się szorstkie i bezpostaciowe. Janusz Milanowski*

R

E

I proszę mi nie wciskać kitu, że kobiety wcale nie oczekują jej okazywania, gdyż przeczy temu cała historia mody. Po co te wszystkie odkryte ramiona, krótkie spódniczki, krótkie spodenki, szpilki? Nie mówiąc już o tym, że dłonie kobiet są zwyczajnie piękne. Sposób, w jaki mężczyzna je całuje, wiele mówi o jego naturze, o emocjach, sposobie przeżywania uniesień, kulturze osobistej. Na przykład Jarosław Kaczyński aż cztery razy w ciągu kwadransa pocałował w dłoń moją rzymską przyjaciółkę, gdy ta podczas beatyfikacji Jana Pawła II robiła mu make up przed wejściem na wizję. Pocałunek to pierwszy znak, że zrobiła na mnie pani ogromne wrażenie. Sygnałów można odczytać mnóstwo; również i tych wskazujących na naturę chama. Przyznam, że całowanie w rękę jest nonsensem w wielu miejscach, np. w pracy. Czynię tak tylko w wyjątkowych sytuacjach i nigdy, gdy witająca się ze mną kobieta sama nadstawia dłoń jak do wasala, co jeszcze jest dość częste. Zauważyłem, że wiele kobiet jest uzbrojonych, gdy witają się z mężczyzną. Podają sztywno rękę, żeby tylko facetowi do łba nie strzeliło całowanie. Jednak większość czyni to w sposób elegancki, pozostawiający mężczyźnie wybór, K

L

bo jeśli ten - jak Janusz L. Wiśniewski - ma taki zwyczaj, to nie ma sensu robić z tego tragedii. Pocałuje i po sprawie. Ja zawsze będę przepuszczał kobietę w drzwiach i odsuwał krzesło w restauracji, bo tak z kolei mnie wychowano. Tymczasem nawet z powodu tych prostych gestów spotyka mnie czasami agresja. Szkoda, że niektóre kobiety, rywalizując z mężczyznami, stają się szorstkie i bezpostaciowe. Podobnie jak toruński pisarz nie daruję im tego, że pocałunek to dla nich tylko wymiana płynów. Zagadałem raz panią profesor przed nudną lekcją chemii. - Co jest ważniejsze: sztucznie przeprowadzona i udana biosynteza białka, czy pocałunek? - zapytałem. Siwa pani spojrzała uważnie spod okularów. - Proszę państwa. Ludzkość nie potrafi przeprowadzać tak doskonałych biosyntez białek, które byłyby w stanie sprostać naturze pocałunku - odpowiedziała poważnie. - A ty, Milanowski, chodź do tablicy.

*Janusz Milanowski Dziennikarz, publicysta, fotograf. Miłośnik długodystansowego pływania i jazzu.

A

M

A

1129514BDBHA

Pisarz Janusz L. Wiśniewski w interesującej rozmowie z Janem Oleksym wspomina o tym, jak na zawsze obraziła go Kazimiera Szczuka. Pisarz pocałował ją w rękę podczas programu telewizyjnego. Szczuka feministka zrewanżowała mu się tym samym. Wiśniewski (60 lat) został w ten sposób wychowany - jak przyznaje. Taki był savoir-vivre jego pokolenia. Pocałunek w dłoń był więc w tym ujęciu okazaniem szacunku kobiecie. Szczuka feministka zadrwiła z niego boleśnie. Błazeńskim rewanżem wdeptała w ziemię coś, do czego był przywiązany w głębi duszy, pewną tradycję i kulturę. - Tego jej nie przebaczę. Strasznie mnie ośmieszyła stwierdził. Już w PRL uznano, że całowanie kobiet w rękę jest passe. Znaleziono na to nawet określenie: cmok nonsens. Potem sprawę cmoka feministki tzw. pierwszej fali zdemonizowały do granic absurdu, uznając go za przejaw ślinienia się samca, traktującego kobietę jak obiekt erotyczny. Tylko, że w ten sposób można obrzydzić pocałunek jako taki w ogóle. Pocałunek w dłoń często jest spontanicznym wyrazem fascynacji kobietą, którą mężczyzna chce zwyczajnie okazać.


1185314BDBHA

Miasta Kobiet sierpień 2014  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you