Page 1

nasze miejsca spotkań

październik 2013

kobieta w nauce

dr Angelika Baranowska-Łączkowska

tabu

Historia wibratora

Jej projekt dziecko

str. 24-25

fdfd

jkdfjkdf dfjkfd

str. 10-13 R

E

K

L

str 14

A

M

A


kobieca perspektywa

Na randce z wariografem Powiesz - to desperatki. Ich determinacja jak chmura unosi się nad głowami, kiedy lustrują swoich potencjalnych partnerów. Na pewno są nudne albo brzydkie. Nieprawda. Emilia Iwanciw - redaktorka prowadząca „Miasta Kobiet”

Maksymilian przez rok miał dwa życia. W dzień kochał Ewę, w nocy Monikę. Nim poznałam jego wybranki, byłam przekonana, że podobne historie zdarzają się głównie w tanich romansach za 3,99 sprzedawanych w kiosku. No, może jeszcze w brazylijskich telenowelach. Jak bardzo się myliłam! Kiedy szłam na pierwsze spotkanie z bohaterkami reportażu (str. 4-7), byłam przekonana, że poznam dwie prostoduszne dziewczyny, które niewiele w życiu przeżyły. W swojej własnej naiwności myślałam, że coś z nimi musiało być nie tak, skoro dały się tak potwornie oszukać. Dziś trochę mi za to wstyd. Po wysłuchaniu ich historii, której tylko część opisałam, zmieniłam zdanie. Monika mówi, coś podobnego może się zdarzyć każdej z nas. Myślę, że ma rację. Kiedy przygotowywałam się do spotkania z oszukanymi bydgoszczankami, trafiłam na forum „oszukanych” z tysiącami postów. Okazuje się, że to zjawisko globalne. Dziewczyny ku przestrodze koleżanek wymieniają tam imiona i nazwiska miłosnych oszustów, podają wiek, wygląd, cechy szczególne, lokalizację i charakterystyczne zwroty, którymi oszust wabi swoje ofiary. Co ciekawe, podobnego forum facetów oszukanych przez kobiety na próżno szukać. Panowie mają więcej szczęścia, są bardziej skryci albo… Ale to już inny temat.

Wnikliwy wywiad Mam kilka samotnych od lat koleżanek po trzydziestce. Niektóre, aby nie tracić czasu, umawiają się trzy razy w tygodniu na dwie „pierwsze randki” dziennie. Facetów poznają w Internecie na popularnych portalach. Mają stały zestaw pytań, który ma im pomóc zdemaskować potencjalnych oszustów, krętaczy, zboczeńców, a także odstrzelić tych niezdecydowanych na stały związek. Po randce analizują wszelkie nieścisłości i zbyt długie momenty zastanowienia.

Podejrzewam, że dla większości facetów to brzmi jak przesłuchanie. Nie dziwi mnie więc, że następnego dnia telefony dziewczyn czasem milczą. Już wiem, co powiesz. To desperatki. Ich determinacja jak chmura unosi się nad głowami, kiedy lustrują swoich potencjalnych partnerów. Na pewno są nudne albo brzydkie. Nieprawda. To atrakcyjne babki, z pasją, fantazją, humorem i dużą grupą znajomych, które potrafią cieszyć się życiem w pojedynkę. Do pełni szczęścia brakuje im tylko jednego - faceta, który na nie zasługuje. Choć byśmy były jeszcze bardziej samowystarczalne niż obecnie (o ile bardziej można), każda z nas w jakimś momencie życia czuje zwyczajną potrzebę bycia z kimś. I szuka, choć czasem udaje, że jest odwrotnie.

Miłosne dylematy Znane panie psycholog rzucają frazesami w babskich artykułach: „Jeśli chcesz spotkać drugą polówkę, musisz przestać jej szukać”. Problem w tym, że w XXI wieku połówka nie przyjdzie sama. Nie zapuka do drzwi kobiety, która po zmroku wraca z pracy, a potem zasypia przed telewizorem. Żeby kogoś poznać, w XXI wieku z reguły trzeba się o to choć trochę postarać. Można oczywiście udawać dumnie, że wcale się nie wypatruje. Stojąc w klubie przy barze czytać „Panią Bovary”, licząc po cichu, że przystojny brunet zagai inteligentną rozmowę. Jest to jednak wątpliwe. Rozumiem kobiety, które szukają faceta w sieci. Rozumiem te, które w każdy weekend wystrojone wychodzą do klubów, a potem rozglądają się z ciekawością po sali. Nie dziwię się również tym, którym duma nie pozwala przyznać wprost: szukam miłości, bo brzmi to jakoś kiczowato. Wiele z nich w końcu się zakocha. Pułapki, które czyhają, są jednak upiorne. Jak nie dać się zwieść nieszczerym amorom?

Wywiad środowiskowy Liczba internetowych porad przytłacza. Podczas reaserchu w sieci dowiedziałam się, m.in., że powinnyście patrzeć, czy wasz wybranek nie rozgląda się przypadkiem nerwowo po sali. Należy też zaobserwować, czy czasem nie podobasz mu się tylko po alkoholu. Randki powinny być zaplanowane z wyprzedzeniem, żebyś miała pewność, że facet nie wcisnął cię w okienko pomiędzy jedną a druga zdobyczą. Jak najszybciej powinnaś zobaczyć jego mieszkanie, zajrzeć do szafki w łazience, czy nie czają się w niej damskie perfumy. I przede wszystkim musisz poznać jego znajomych, po cichu wypytać o byłe żony oraz choroby weneryczne. Lista często absurdalnych porad bawi i przeraża zarazem. W czasach, kiedy osobistą wolność stawiamy na piedestale, nadmierna ciekawskość i potrzeba kontroli zdaje się nie być dobrym rozwiązaniem. Co więc zrobić, by nie zostać oszukaną? Podłączyć faceta do wariografu na pierwszej randce? Na drugiej wymusić zaproszenie na obiad u jego rodziców? Zamontować mu GPS’a? Zadałam to pytanie bydgoskiej psycholożce i toruńskiemu psychiatrze. Nie usłyszałam nic nowego. Potwierdzili moje obawy. Ponury scenariusz może przydarzyć się każdej z nas. Prawdziwy wpływ mamy jedynie na to, jak sobie z tym poradzimy. Jeśli sensem życia nie jest dla nas wyłącznie partner życiowy, mamy swoje pasje, przyjaciół i wiarę w siebie, wyjdziemy cało z każdego melodramatu. NAPISZ DO NAS Jak nie dać się oszukać? Napisz do nas, opowiedz swoją historię. Najciekawsze wypowiedzi opublikujemy i nagrodzimy. Przesyłajcie je pod adresem mailowym: miastakobiet@expressmedia.pl. Szukajcie nas też na Facebooku www.facebook.com/ MiastaKobiet.Nowosci.ExpressBydgoski

WYDAWCA: EXPRESS MEDIA Sp. z o.o. Bydgoszcz, ul. Warszawska 13, tel. 52 32 60 733 Prezes Zarządu: dr Tomasz Wojciekiewicz, Redaktor Naczelny: Artur Szczepański, Dyrektor sprzedaży: Adrian Basa, Redaktorka prowadząca: Emilia Iwanciw, tel. 52 32 60 863, e.iwanciw@expressmedia.pl, Teksty: Emilia Iwanciw, Dominika Kucharska, Janusz Milanowski, Lena Kałużna, Jan Oleksy, Lucyna Tataruch Zdjęcie na okładce: Tomasz Czachorowski Projekt: Iwona Cenkier, i.cenkier@expressmedia. pl Skład: Iwona Cenkier, Alicja Fuks, Ilona Koszańska-Ignasiak Fotoedytor: Kamil Mójta Sprzedaż: Angelika Sumińska, a.suminska@express.bydgoski.pl, tel. 691 370 521, Michał Kopeć, m.kopec@nowosci.com.pl, tel. 56 61 18 156

2

miasta kobiet

październik 2013


1123613TRTHA 1782713BDBHA 1129313TRTHA

1133213TRTHA


raportaż

Podwójna magia chwili

Miały tego samego faceta. Z Ewą Maksymilian pił herbatę z cynamonem w dzień. Trzymali się za ręce. Z Moniką pił whiskey z lodem w nocy. Szli do łóżka. Rano znów herbata z Ewą. Tak minął rok. TEKST: Emilia Iwanciw

M

onika: czarne włosy, wyrazisty makijaż, długie rzęsy, dżinsowa minispódniczka, ciemna karnacja, różowe paznokcie, buty na obcasie. Sekretarka w biurze nieruchomości. 40 lat. Szczupła rozwódka z dwójką dorosłych dzieci. Po przejściach. Wesoła, lubi się bawić. Ewa: naturalna blondynka, bez makijażu, jasna karnacja, szara marynarka, biała koszula, dzianinowa spódnica, beżowe rajstopy, płaskie buty. Wysoka prawniczka z własną działalnością. 38 lat. Samotna. Po przejściach. Refleksyjna i poukładana. Przez ponad rok miały tego samego faceta. Nie wiedziały o sobie nawzajem. Maksymilian z Ewą spotykał się w dzień. Codziennie pili herbatę, rozmawiali, snuli plany na przyszłość. Przytulali się, trzymali za ręce. Z Moniką Maksymilian spotykał się po zmroku. Pili whiskey

4

miasta kobiet

październik 2013

z lodem, spędzali razem całą noc. Następnego dnia znów herbata z Ewą. Tak minął rok.

MONIKA Sierpień 2012. Klub Awangarda w Bydgoszczy. Jedna z popularnych imprez pod hasłem „After 30”, na której spotykają się chętni do weekendowej zabawy. W większości samotni. Poszukujący kandydatów na męża, kandydatek na żonę albo rozrywki. Tu Monika poznała Maksa. Kiedy o tym opowiada, głos jej drży. Zakłada nogę na nogę, wstaje, chodzi po pokoju, gestykuluje. Spogląda przez szybę, jakby szukała potwierdzenia, że to, co jej się przytrafiło, nie jest tylko sennym koszmarem. - Wypatrzył mnie w tłumie, tańczyliśmy, ładnie pachniał, było miło. Opowiadał o swoich dzieciach, rozpadzie małżeństwa, rozterkach, jakie wtedy przeżywał. Dużo mówił o magii chwili, nieziemskim dotyku, wzajemnym przenika-

niu, chłonięciu chwili, smaku ust, pokrewnych duszach. Pomyślałam wtedy, że to wyjątkowy facet. Taki refleksyjny, wrażliwy. Potrafi mówić o swoich emocjach. Mało jest takich facetów. Umówiliśmy się znowu. Na kolejnych spotkaniach okazało się, że Maks potrafi też słuchać. - Otworzyłam się przy nim, wyluzowałam. Wyraziłam swoje zdanie na temat mężczyzn, a język mam ostry i jestem babka z silnym charakterem. Nie zraził się. Powiedział, że to go we mnie kręci, że dzięki temu jestem atrakcyjna. Po trzech tygodniach oznajmił, że jest we mnie zakochany. Od tego momentu zaczęły się romantyczne kolacje i namiętne noce.

EWA Wrzesień 2012. Znany portal randkowy Sympatia.pl. Tutaj Maks wypatrzył w tłumie Ewę. Kilkanaście listów, wymiana zdjęć, pierwsze


tabu

1048113TRBRA


reportaż spotkanie w realu i od razu bum. To chyba w końcu ten. Spotkanie w kawiarni „Sowa”. Aromatyczna herbata z cynamonem. Wyznania Maksa o magii chwili, nieziemskim dotyku, wzajemnym przenikaniu, chłonięciu momentów, smaku ust, pokrewnych duszach. - Początkowo miałam duży dystans do tej romantycznej aury - mówi Ewa obracając w dłoniach swój smartfon, kiedy spotykamy się w jej kancelarii prawnej. - Maks opowiadał dużo o sobie, sprawiając przy tym wrażenie niepozbieranego faceta. W trakcie rozmowy potrafił przejść od uśmiechu do łez. Przez pierwsze dwa tygodnie utrzymywała się huśtawka w moich odczuciach, jednak później ustała. Ujęła mnie szczególnie jego znajomość kobiecej duszy. Byłam przekonana, że w końcu poznałam faceta na życie.

Nim się poznaliśmy, długo byłam sama. Pewnie dlatego umiałam docenić zwykłe chwile przepełnione czułością i bliskością. Wierzyłam, że na wielką namiętność przyjdzie jeszcze czas. MONIKA

Po trzech tygodniach Maks powiedział Ewie, że jest zakochany i chce się z nią zestarzeć. Nastąpiły długie miesiące sielanki. Codzienne spotkania. Bez kłótni, bez nieporozumień, bez wątpliwości. Z mnóstwem inspirujących rozmów i sporadycznym seksem. Ewa: - Nim się poznaliśmy, długo byłam sama. Pewnie dlatego umiałam docenić zwykłe chwile przepełnione czułością i bliskością. Wierzyłam, że na wielką namiętność przyjdzie jeszcze czas.

MAKS Rzadkie blond włosy, błękitne oczy, poczciwy uśmiech, delikatne zmarszczki wokół oczu i dołeczki w policzkach. Tatuaż w formie kotwicy na nodze. Styl elegancko-sportowy. Dżinsy, koszula, czarny płaszcz. Wygląda na 37 lat i mówi, że ma właśnie tyle. Naprawdę ma 43. Pracuje w jednym z bydgoskich urzędów. Nie jeździ samochodem. Od 2 lat nie mieszka z żoną. Wynajmuje pokój, bo własne mieszkanie zostawił żonie. Ma dwójkę dzieci, które rzadko widuje. Maksymilian to jego pseudonim na portalach randkowych i społecznościowych: Sympatia, Badoo, eDarling i paru

6

miasta kobiet

październik 2013

MONIKA WSKAZUJE NA WYŚWIETLACZU SMARTFONA WIADOMOŚĆ Z 24 GRUDNIA: „JESTEŚ MOIM ANIOŁEM”. EWA MA W SWOIM TELEFONIE IDENTYCZNĄ Z TĄ SAMĄ DATĄ. JEST JESZCZE WIĘCEJ BLIŹNIACZYCH TEKSTÓW: „CZUJĘ CIĘ BLISKO”, „JESTEŚ WYJĄTKOWA”, „UWIELBIAM PATRZEĆ, JAK JESZ”. innych. Często bywa w bydgoskich klubach: Awangardzie, Kredensie, Starej Babci, Metrze. Poznaje panie w Internecie i w realu. Kochliwy. Z dwiema kobietami spotyka się jednocześnie. W tym czasie miewa też jednonocne przygody. Interesują go panie w wieku od 20 do 40 lat. Lubi gotować. Jego popisowa potrawa to sałatka z rakami. Swoim partnerkom mówi o magii chwili, nieziemskim dotyku, chłonięciu momentów, przenikaniu granic, smaku ust, pokrewnych duszach.

BIG LOVE Z Ewą i Moniką Maks spotykał się przez rok. W ciągu dnia wymieniali czułe SMS-y. Monika pomalowanym na różowo paznokciem wskazuje na wyświetlaczu smartfona wiadomość z 24 grudnia: „Jesteś moim Aniołem”. Ewa ma w swoim telefonie identyczną z tą samą datą: „Jesteś moim Aniołem”. Jest jeszcze więcej bliźniaczych tekstów: „Czuję Cię blisko”, „Jesteś wyjątkowa”, „Uwielbiam patrzeć, jak jesz”. Pierwszy dzień świąt Maks spędzał z Ewą. Drugi z Moniką. Obie znalazły pod choinką identyczne kosmetyki. Podarunki jednak bywały różne. Na urodziny Monika dostała skąpą bieliznę. Ewa praktyczne etui do telefonu. W połowie lata Maks obejrzał z Moniką polski film Barbary Białowąs pt. „Big Love”, w którym namiętne love story zamienia się w toksyczną miłość i prowadzi do dramatycznego finału. Tydzień później głaskał Ewę po włosach podczas tego samego filmu na wakacjach w Zakopanem, nucąc piosenkę Ady Szulc. „Kochanie udawaj, że miłość to nie grzech. Boję się jej. Niech prawda śpi, nic nie mówi mi. Ciii…” W listopadzie Maks trafił do szpitala z powodu problemów z sercem. Monice i Ewie wysłał identycznego MMS-a z widokiem podłączonej kroplówki. Ewę poprosił o odwiedziny. Monice powiedział, że opiekuje się nim kuzynka. - Można powiedzieć, że jego serce z podwójnym „Big Love” nie dało sobie rady - Ewa uśmiecha się ponuro. Powaga wraca po chwili namysłu. - Maks był wyraźnie przerażony swoim stanem. Dzwonił do mnie wtedy kilkadziesiąt razy dziennie. Zmizerniał. Było mi go żal. Wysłał mnie do swojego mieszkania po rzeczy. Codziennie odwiedzałam go w szpitalu, przywoziłam jedzenie, trzymałam za rękę słuchając zapewnień o miłości. WADY Monika spędzała czas z Maksem głównie w nocy. Rozmawiali, wygłupiali się, jedli chińskie jedzenie, opowiadali kawały śmiejąc się do łez, oglądali telewizję. W weekendy

często chodzili razem na dyskoteki. Monika w porównaniu z Ewą wiedziała o wiele więcej o ciemnych stronach osobowości Maksa. Miewał doły, codziennie pił alkohol, brał silne przeciwbólowe leki, od których był chyba uzależniony. Widziałam jego zmienne nastroje. Były momenty, w których chciałam z nim zerwać, ale mijały. Czasami Maks jakby miotał się w sobie, mówił, że jest popieprzony, że wszystko jest takie skomplikowane. Czemu to nie wzbudziło mojego niepokoju? Ja swoje w życiu przeżyłam. Wiem, że nie ma idealnych facetów. Ci, których poznaję, i ci z jakimi żyją moje znajome, mają wady podobnego kalibru. Wydawało mi się, że dobrze robię, nie piętnując wad Maksa, nie spisując go na straty. Mógł być przy mnie sobą. Choć dziś może to brzmieć śmiesznie, doceniałam jego szczerość. Miałam nadzieję, że to właśnie we mnie docenia i dzięki temu zatrzymam go przy sobie.


reportaż NA ZIELONEJ KANAPIE Przy Ewie Maks nie sięgał po kieliszek. Wolał herbatę. Dziwiła ją jedynie duża ilość tabletek przeciwbólowych, jakie połykał. Podczas spotkań Ewa i Maks przez większość czasu rozmawiali siedząc albo leżąc na zielonej kanapie. - Maks uwielbiał mówić o tym, co zrobimy razem w przyszłości. Często zapewniał mnie o swoim oddaniu, chciał wziąć ze mną ślub, kupić mieszkanie, motor, fortepian i zrobić dziecko. Lubił też analizować swoje życie, opowiadać o problemach z byłą żoną, dziećmi, kolegami z pracy. Zawsze mu coś doradziłam. Pomogłam znaleźć nowe mieszkanie do wynajęcia, pożyczałam pieniądze, robiłam dla niego zakupy. Zarabiam więcej niż on, więc nie widziałam w tym żadnego problemu. Były też jakieś mankamenty. Choć spotykaliśmy się codziennie, nie mogłam zostawać u niego na noc. Maks tłumaczył, że właścicielka mieszkania, w którym wynajmuje pokój, nie zgadza się na nocne wizyty. Ja mieszkam z rodzicami, więc po pracy spotykaliśmy się u niego. Czasem wychodziliśmy na obiad do restauracji. Nie bywaliśmy w klubach ani dyskotekach, bo Maks obawiał się spotkać byłą żonę albo jej znajomych. Około 21 wracałam do domu. Maks często prosił wtedy o podwiezienie do mamy. - Jest schorowana, nie lubi być sama - tłumaczył - cytuje Ewa. Pod mieszkaniem

Kiedyś myślałam, że takie rzeczy zdarzają się tylko głupim, naiwnym laskom. Takim, które udają, że nie widzą śladów czerwonej szminki na białym kołnierzu koszuli. Dziś wiem, że taka absurdalna historia może spotkać każdą z nas. MONIKA

mamy był czuły całus na pożegnanie i Maks znikał w obdrapanych, rzeźbionych, brązowych drzwiach zabytkowej kamienicy.

MAMA W lipcu Maks spędził z Moniką siedem dni na Mazurach. Ewie powiedział, że jedzie do kuzynki w Hamburgu i wyłącza telefon, bo połączenia są drogie. Z tą samą walizką, pożyczoną od Moniki, dwa dni później wyjechał z Ewą na tygodniowy urlop w Zakopanem. Monice powiedział dokładnie to samo: jedzie do kuzynki z Hamburga i wyłącza telefon, bo połączenia kosztują. - To były najlepsze wakacje w moim życiu - wspomina dzisiaj Ewa. Oczy jej się świecą i trzęsą ręce, kiedy kończy opowiadać swoją historię. Monika gestykuluje żywo, zapala papierosa. Nerwowo strząsa popiół do kubka po jogurcie. - Kiedy Maks schodził z Ewą z Gubałówki, ja w Bydgoszczy pijąc kawę w biurze, miałam już mieszane uczucia. Zaczęłam domyślać się, że Maks nie jest szczery. Między wierszami, mimochodem opowiadał mi o pewnej kobiecie, z którą się przyjaźni, ale to tylko platoniczna relacja. Zaczęłam drążyć. Skleiłam kilka faktów. Dowiedziałam się, gdzie pracuje i kim jest. Okazało się, że mamy wspólnego znajomego. Zadzwoniłam. Tak poznałam Ewę. Poniedziałek. 12 sierpnia 2013. Godzina 23.30. Ewa parkuje pod domem Moniki. Przed nią obdrapana brązowa brama z rzeźbionym portalem. Zaczyna się trząść. Nie może uwierzyć, że to, co przeżywa dzieje się naprawdę. - To był ten sam dom, do którego podwoziłam Maksa kilka razy w tygodniu po dniach spędzanych ze mną. Ta sama cholerna, brązowa brama jego mamy! Często po nocy „u mamy” również go stamtąd odbierałam. Do dziś nie mieści mi się w głowie, że można przez rok codziennie w dzień wyznawać miłość jednej kobiecie, bezczelnie prosić ją o podwie-

zienie na noc do drugiej. A potem szeptać drugiej do ucha dokładnie to samo. Ewa i Monika przegadały całą noc. Od tamtego czasu się przyjaźnią. Początkowo rozmawiały tylko o Maksie porównując fakty, daty, zdarzenia i słowa. Teraz robią razem zakupy, chodzą do kina, rozmawiają o zwykłych codziennych sprawach. - Łatwiej przeżywać ten koszmar wspólnie i razem powracać do żywych - tłumaczą.

BRĄZOWE DRZWI Jak się czuję? - pyta samą siebie Ewa z goryczą w głosie. - Wykorzystana, oszukana. Po wielu przejściach z facetami nie uważałam siebie za naiwną. Kiedy przewijam w głowie ten związek jak film, szukam niepokojących sygnałów, które przegapiłam. Nie ma ich zbyt wiele. Z perspektywy czasu widzę, że Maks ma niesamowitą zdolność dopasowywania się do ludzi, z którymi przebywa. Wykreował się na takiego mężczyznę, jakiego szukałam, choć nie wiedział, kogo szukam. Monika potrzebowała zupełnie innego faceta i dla niej grał inną rolę. Nie ma co zastanawiać się, z którą z nas był bardziej sobą. Myślę, że w każdym jego obliczu była kropla prawdy i morze kłamstw. Dziś jestem przekonana, że już nigdy nie zaufam żadnemu mężczyźnie i już zawsze będę budzić się ze łzami śniąc jedną z końcowych scen „Przeminęło z wiatrem”. Rhett w progu żegna się ze Scarlett i znika we mgle. Po chwili ona tonie we łzach. Zamyka za nim ciężkie, rzeźbione, brązowe drzwi. Kładzie się na czerwonych schodach i głośno szlocha. Przez chwilę siedzimy w milczeniu. Monika głaszcze Ewę pocieszająco po ramieniu. Siada obok. Bawi się złotą bransoletką. Zaczyna mówić. - Jestem zdruzgotana, choć może po mnie tego nie widać. Staram się nie histeryzować, ale swoje wypłakałam. Kiedyś myślałam, że takie rzeczy zdarzają się tylko głupim, naiwnym laskom. Takim, które udają, że nie widzą śladów czerwonej szminki na białym kołnierzu koszuli. Dziś wiem, że taka absurdalna historia może spotkać każdą z nas. CIII… Kilka dni po burzliwym rozstaniu z Maksem Monika i Ewa wcieliły się w rolę detektywów. - Byłyśmy ciekawe, czy są gdzieś jeszcze jakieś ofiary jego kłamstw - wyjaśnia Monika. - Okazało się, że pomiędzy nocami „u mamy” i herbatką z „kuzynką”, spotykał się z innymi kobietami. Jedną zabrał do MacDonalda. Drugą na spacer w Myślęcinku. Z trzecią spędził noc. Dotarłyśmy też do dziewczyn poznawanych na czatach. Jeszcze będąc z nami w „związkach” Maks związał się z kolejną kobietą pochodzącą z Grudziądza. Widziałyśmy ją. Blondynka w okularach, wysoka, szczupła. Spędziła z nim noc. Tydzień później na Facebooku blondynka z Grudziądza ogłosiła, że jest zakochana. Na swojej tablicy umieściła piosenkę Ady Szulc z filmu „Big love”. „Kochanie udawaj, że miłość to nie grzech. Boję się jej. Niech prawda śpi, nic nie mówi mi. Ciii…” Na prośbę bohaterów reportażu imiona oraz niektóre fakty zostały zmienione.

miasta kobiet

październik 2013

7


focus na modę

TRENDY jesieni

1

2

3

20

18

19

30+

4

21

5 23

22

6 7

20+

8

25

24

9

27

28

26 10 11

12 14

13

29

15

32 16 31 17

30 33

1. Pasek House - 19,99 zł 2. Koszulka Diverse - 39,99 zł 3. Nauszniki Ochnik - 99,90 zł 4. Biustonosz Esotiq - 78,90 zł 5. Figi Esotiq - 35,90 zł 6. Kolczyki I Am - 27,90 zł 7. Zegarek Apart - 370 zł 8. Spodnie New Yorker - 149 zł 9. Sweter House - 119,99 zł 10. Szalik Diverse - 49,99 zł 11. Trampki Heavy Duty - 219,99 zł 12. Rozświetlający puder sypki Inglot - wzór 13. Spodnie Nike - 229,99 zł 14. Kurtka damska 4F - 199,90 zł 15. Spódnica EF Eidos Fashion - 99 zł 16. Torebka C&A - 149 zł 17. Trampki Heavy Duty - 289 zł 18. Sukienka Olsen - 449 zł 19. Oprawki Vission Express - 499 zł 20. Kolczyki Parfois - 19,90 zł 21. Róż Inglot - wzór 22. Biustonosz Triumph - 179,90 zł 23. Bluzka Greenpoint - 79,99 zł 24. Bluzka Gatta - 139,90 zł 25. Buty CCC - 249,90 zł 26. Świeca Home&You - 19 zł 27. Zegarek Apart - 320 zł 28. Bransoletka ze skóry YES - 99 zł 29. Spódnica Camaieu - 129,90 zł 30. Chusta Glitter - 49,90 zł 31. Spodnie EF Eidos Fashion - 119 zł 32. Sukienka C&A - 64,99 zł 33. Buty Ryłko - 329,90 zł Focus Mall Bydgoszcz: ul. Jagiellońska, www.focusmall-bydgoszcz.pl, czynne codziennie od 9-21

8

miasta kobiet

październik 2013


focus na modę Zastanawiasz się, jakie są trendy tej jesieni? Co proponują markowe sklepy? Interesujące propozycje znajdziesz na naszych stronach. Prezentujemy ubrania i dodatki w różnym stylu dla kobiet w każdym wieku. Zaczerpnij inspiracji w Focus Mall Bydgoszcz! 36

50

38

50+

51

34

39

35

52

37

40

54

55 56

40+

41

53

43

58

42 57 44

59 60

47

62

46 45

61 48 63

49 64 34. Kolczyki YES - 109 zł 35. Bodydress Triumph - 279 zł 36. Naszyjnik Parfois - 49,90 zł 37. Sukienka C&A - 149 zł 38. Spódnica Olsen - 499 zł 39. Torba Gino Rossi - 649,90 zł 40. Buty Ecco - 599 zł 41. Marynarka Simple - 500 zł 42. Pasek Kazar - 169 zł 43. Płaszcz Olsen - 2749 zł 44. Bransoletka Apart - od 149 zł 45. Naszyjnik Glitter - 89,90 zł 46. Sukienka Simple - wzór 47. Torba Butik - 69,90 zł 48. Walizka Sumatra - 365 zł 49. Szpilki Kazar - 499 zł 50. Pierścionek Glitter - 49,90 zł 51. Żel pod prysznic Douglas - 39 zł 52. Sweter Olsen - 749 zł 53. Zawieszka srebrna Apart - od 89 zł 54. Buty Wojas - 299 zł 55. Spodnie Olsen - 449 zł 56. Sukienka Olsen - 699 zł 57. Spódnica Simple - 370 zł 58. Sweter Greenpoint - 89,90 zł 59. Płaszcz Olsen - 999 zł 60. Biustonosz Triumph - 189,90 zł 61. Figi Triumph - 149,90 zł 62. Torebka Wittchen - 669 zł 63. Zestaw śniadaniowy serii Mariefleur Gris Basic na 6 osób (21 elementów) Villeroy&Boch - 1517 zł 63. Buty Kazar - 469 zł Focus Mall Bydgoszcz: ul. Jagiellońska, www.focusmall-bydgoszcz.pl, czynne codziennie od 9-21

miasta kobiet

październik 2013

9


kobieca perspektywa

Jej projekt

dziecko

Ku rozpaczy swoich nauczycieli zdecydowała się studiować chemię. Usłyszała, że to trudny kierunek, że nie znajdzie pracy. Stało się odwrotnie. Otrzymała nie tylko pracę, ale też dotację na badania w wysokości 248 tysięcy złotych. Z dr Angeliką Baranowską-Łączkowską*, laureatką programu POMOST rozmawia Dominika Kucharska Gdy dowiedziałam się o Pani dofinansowaniu, pomyślałam sobie - to się nazywa powrót do pracy po urlopie macierzyńskim w wielkim stylu. Niejedna kobieta o tym marzy. W wielkim stylu? Chyba nie. Ja bym to raczej nazwała możliwością pełnego powrotu. Dla każdego naukowca bardzo ważne jest posiadanie funduszy pozwalających na zagraniczne wyjazdy, sympozja, konferencje… Tam możemy spotkać badaczy światowej klasy, a na takiej wymianie doświadczeń zależy nam najbardziej. O sumach jakiego rzędu mówimy? Udział w światowej konferencji, poza granicami naszego państwa, to koszt od 5 do na-

10

miasta kobiet

październik 2013

wet 12 tysięcy złotych. Uczelnia nie jest w stanie pokryć takich wydatków, a niestety bez nich często stoi się w miejscu. Podam przykład. Razem z mężem byliśmy na międzynarodowej konferencji w Hiszpanii, gdzie poznałam profesora ze Stanów Zjednoczonych. Efekt tego spotkania jest taki, że teraz współpracuję z nim nad badaniami w ramach obecnego projektu. Podejrzewam, że jesteście idealnie dobranym małżeństwem. Pani jest teoretykiem, mąż eksperymentalistą. Tak. Poznaliśmy się na pierwszym roku studiów. Oboje wybraliśmy chemię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Współpracujemy razem. Mamy szansę się uzupełniać.

Więc oboje doskonale zdawaliście sobie sprawę, że dziecko oznacza wyjęcie kilku miesięcy z zawodowego życiorysu. Wiedzieliśmy o tym i zdawaliśmy sobie sprawę, że naukowcom bardzo łatwo wypaść z rytmu. Szczególnie, gdy nie ma się czasu na śledzenie tego, co dzieje się w danej dziedzinie. Ważny jest każdy dzień. W takim razie decyzja o zostaniu mamą była trudna? Nie, ponieważ ułożyliśmy sobie wszystko i uznaliśmy, że to jest ten moment. Wcześniej zrobiliśmy studia doktoranckie, obroniliśmy się. Potem wyjechaliśmy na zagraniczny staż i po powrocie postaraliśmy się znaleźć stałe miejsce pracy i mieszkanie.


Trendy z

2

4

3

1

5 6

7 10 9

8

w kolorze

WINA

11

Co warto nosić jesienią? Wcale nie stereotypowe barwy usychających liści. 12 Gorący trend to burgund. Kolor wina możesz znaleźć w prawie wszystkich kolekcjach projektantów. Podkreśla urodę, elegancję, klasę osób, które go noszą. Nie bez powodu nazywany jest kolorem wina. W pochmurne jesienne dni i wieczory popraw sobie nastrój odrobiną 14 winnego luksusu.

13

Anna Deperas-Lipińska stylistka Toruń Plaza

1. Walizka Parfois - 139,90 zł, Toruń Plaza 2. Szal Massimo Dutti - 199 zł, Toruń Plaza 3. Trencz Orsay - 239,95 zł, Toruń Plaza 4. Kapelusz Massimo Dutti - 199 zł, Toruń Plaza 5. Kolczyki Yes - 195 zł, Toruń Plaza 6. Sweter Promod - 149 zł, Toruń Plaza 7. Torba Gino Rossi - 599,90 zł, Toruń Plaza 8. Szpilki Kazar - 499 zł, Toruń Plaza 9. Dekoracja Home&You - 19 zł, Toruń Plaza 10. Spodnie Reserved - 129,99 zł, Toruń Plaza 11. Bluzka Camaieu - 129,90 zł, Toruń Plaza 12. Parasol Sumatra - 75 zł, Toruń Plaza 13. Buty Primamoda - 389 zł, Toruń Plaza 14. Botki Stradivarius - 269,90 zł, Toruń Plaza Toruń Plaza: ul. Broniewskiego 90, www.torun-plaza.pl, czynne codziennie od 9-21

miasta kobiet

październik 2013

11


kobieca perspektywa Jestem pod wrażeniem. Organizacja na ocenę celującą! Tak chcieliśmy do tego podejść. Docierały do Pani głosy, że może lepiej to macierzyństwo odłożyć na później? Że teraz najważniejsza jest kariera? W moim przypadku było wręcz przeciwnie. Ta decyzja przede wszystkim ucieszyła moją mamę, która od razu poparła nasze plany. To w końcu jej pierwsza wnuczka. Radość rodziny to raczej nic nietypowego. A jak reagowali przełożeni, koleżanki i koledzy z pracy? W środowisku zawodowym informacja o ciąży bywa różnie odbierana. Wiem, że zdarzają się niemiłe sytuacje. Całe szczęście ja słyszałam tylko gratulacje. Współpracownicy przyjęli wieści o mojej ciąży bardzo dobrze. Chcieli być na bieżąco. Ogromne wsparcie otrzymałam także od dyrektora instytutu, który powiedział, że wszystko zorganizujemy tak, żebym mogła spokojnie urodzić i z równie dużym spokojem powrócić do pracy. Słuchając o dynamice pracy naukowej i o kosztach związanych z rozwojem w tym zawodzie, myślę sobie, że bez programów typu POMOST bardzo trudno młodym mamom naukowcom wrócić do pracy? Tu płeć nie ma znaczenia. Bez programów powrót do pracy mają utrudniony zarówno kobiety, jak i mężczyźni, którzy zajmują się nauką. Jeżeli nie ma się swojego projektu badawczego, to jakiekolwiek wyjazdy, które umożliwiają rozwój, są utrudnione. W końcu, skąd wziąć na nie środki? Nie wspominam już o sprzęcie, aparaturze do badań. To też nie są tanie rzeczy. Jednak to kobiety „tracą” kilka miesięcy na urlop macierzyński… Dlatego myślę, że największym problemem mam pragnących wrócić do pracy jest znalezienie opieki dla dziecka. Wszystkie młode mamy bardziej niż z projektów ułatwiających powrót do pracy zawodowej ucieszyłyby się z wiadomości o większej liczbie miejsc w żłobkach. My w kolejce czekaliśmy od lutego. Udało się dopiero teraz. W wakacje było łatwiej. Raz ja zostawałam z małą, raz mąż. Czyli typowy układ partnerski? Oczywiście i absolutnie nie wynika to z faktu, że pracuję w takim, a nie innym zawodzie, tylko z tego, że moi rodzice zawsze we wszystkim sobie pomagali. Jeśli od najwcześniejszych lat dziecko widzi współpracę rodziców, jest ona dla niego naturalna i w dorosłym życiu też będzie chciało stworzyć związek, w którym nie ma tak zwanego tradycyjnego podziału na „męskie” i „żeńskie” obowiązki. Moim zdaniem, sytuacja w której dorosły mężczyzna nie umie ugotować prostego obiadu, a kobieta skręcić z gotowych elementów prostej półki, nie jest zbyt dobra dla żadnej ze stron. Zgadzam się w stu procentach, a teraz pomówmy o pieniądzach. Blisko ćwierć

12

miasta kobiet

październik 2013

Pojawienie się dziecka przyniosło mi spokój. Jestem znacznie bardziej zrelaksowana. Nie stresuję się już tak bardzo rzeczami, którymi nie powinnam. Na uczelnię idę z myślą, że to czas, aby spełniać się zawodowo. DR ANGELIKA BARANOWSKA-ŁĄCZKOWSKA UKW

miliona złotych dotacji. Brzmi pięknie, ale czy to wystarczająco dużo z perspektywy naukowca? Zdecydowanie tak. Taka dotacja wystarczy na realizację badań. W tej kwocie przewidziane są środki na wyjazdy zagraniczne i publikowanie prac z opcją Open Access. Dzięki temu każdy, w dowolnym miejscu na świecie, będzie mógł ją ściągnąć i czytać. Część pieniędzy wydam na aparaturę badawczą. Poza tym z dotacji chciałabym wypłacać stypendia trzem magistrantom wyłonionym w ramach otwartego konkursu. Świetny pomysł. W końcu w kraju brakuje umysłów ścisłych, a stypendia potrafią mobilizować.

Rzeczywiście, patrząc na liczbę studentów przychodzących co roku na kierunki ścisłe, widać, że tych osób jest wciąż za mało. Zauważam jednak, że gdy już do nas przyjdą, to raczej zostają. Żeby studiować fizykę, trzeba to lubić. Mnie nie było to dane. Zróbmy szybkie zestawienie. Najtrudniejszy projekt badawczy kontra pojawienie się na świecie maleństwa. Co okazało się trudniejsze? Zdecydowanie w tym starciu wygrywa moja córeczka. „Projekt dziecko” to dla mnie największe z dotychczasowych wyzwań. Przoduje ono także pod względem ilości zarwanych nocy (śmiech). Najgorsza sesja egzaminacyjna czy najpoważniejszy projekt badawczy nie mogą się równać z pojawieniem się na świecie maleństwa. A to maleństwo wygląda tak niepozornie i w dodatku widać, że doskonale czuje się w uczelnianych progach. To prawda. Córeczka jest niezwykle towarzyska, radosna. Taki mały człowiek daje dorosłym coś wyjątkowego - uczy, że można się cieszyć z każdej, nawet maleńkiej rzeczy. Nigdy nie wiadomo, co w danym momencie ją rozśmieszy. To może być zwykła kartka. Przedzieranie jej na mniejsze kawałki potrafi bawić małą przez pół godziny. Czyli Pani, idealnie zorganizowana osoba, umysł ścisły, który zawsze dąży do odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”, widzi maleńką istotkę, której nie da się objąć rozumem... Córeczka przewartościowała cały mój świat. Wcześniej realizowałam projekt Homing Plus, finansowany przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej. Pamiętam, że strasznie stresowałam się rozmową z ekspertami, którzy decydowali, czy przyznać środki na moje ówczesne bada-


kobieca perspektywa nia. Teraz, w konkursie Pomost, wyglądało to zupełnie inaczej. Podczas rozmowy w głowie miałam przede wszystkim to, że moje dziecko zostało beze mnie w domu. Zastanawiałam się, czy mała będzie tęskniła, czy będzie się dobrze czuła... Posiadanie dziecka zmienia priorytety. Oczywiście, że praca badawcza jest wciąż dla mnie bardzo ważna, ale to już nie jest pierwszy plan, bo ten zajmuje mała istota, za którą jestem odpowiedzialna. Już nie mogę siedzieć do drugiej czy trzeciej w nocy i zajmować się badaniami. Ona zasypia o 22 i my robimy to samo (śmiech). Ale to zmiana na lepsze? Zdecydowanie tak. Pojawienie się dziecka przyniosło mi spokój. Jestem znacznie bardziej zrelaksowana. Nie stresuję się już tak bardzo rzeczami, którymi nie powinnam. W końcu praca ma być źródłem przyjemności. Na uczelnię idę z myślą, że to czas, aby spełniać się zawodowo. Popołudnie poświęcam bliskim. Uwielbiam patrzeć, jak mała się zmienia. Szkoda byłoby stracić ten czas. Myślę, że gdybym urodziła dziecko na studiach, to znacznie mniej stresowałabym się egzaminami. Czy rodzice namawiali Panią do studiowania ścisłego kierunku? Nikt nigdy na mnie nie naciskał. Ku rozpaczy moich nauczycieli zdecydowałam się studiować chemię. Słyszałam, że nie dość, że to trudny kierunek, to później i tak nie znajdę pracy. Za to mój tata powtarzał „jeśli to lubisz, to spróbuj”. A może nauczycielom chodziło też o to, że jest Pani kobietą? W instytucie, w którym Pani pracuje, dominują mężczyźni. Mam jeszcze dwie koleżanki, ale generalnie jest to kierunek zdominowany przez płeć męską. Kobiety są w tym gorsze? Absolutnie nie. Myślę, że to kwestia predyspozycji. Nie widzę sensu w podejściu „teraz będę na siłę uczyła się na kierunku ścisłym, żeby udowodnić mężczyznom, że kobieta też da sobie radę”. Mamy różne talenty i bardzo dobrze. Jeśliby tak nie było, to wszyscy zajmowaliby się tym samym. To prawda, ale statystyki pokazują, że kobiet, które zostają naukowcami, jest mniej. Wśród grona profesorów większość stanowią mężczyźni. Coś blokuje kobietom nauki rozwój kariery? Zacznę od tego, że wcale nie mam wrażenia, że mało kobiet zostaje naukowcami. Ich procentowy udział zależy silnie od dziedziny wiedzy - są dziedziny zdominowane przez mężczyzn, ale również takie, w których zdecydowanie dominują liczebnie panie. Jeśli chodzi o blokowanie kariery, to nie mogę się wypowiadać w imieniu wszystkich pań zaangażowanych w pracę naukową, ale osobiście nigdy nie spotkałam się z żadnymi nieprzyjemnościami ze względu na moją płeć. W pracy jestem przede wszystkim naukowcem. Moje pomysły

nie mogą stać się lepsze lub gorsze ze względu na to, że jestem kobietą. Jest jeszcze druga strona medalu: oczywiście, że nie chciałabym być dyskryminowana ze względu na płeć, ale też nigdy nie chciałabym być potraktowana w pracy ulgowo, bo jestem kobietą. Obserwując życie, dochodzę do wniosku, że obie płcie mają niełatwo. Jest Pani surowym wykładowcą? To pytanie do studentów. Ja poproszę o kolejne (śmiech). Pytam o to, bo zastanawiam się czy instynkt macierzyński nie przeleje się teraz także na słuchaczy? Jeśli proszę ich o opanowanie danego materiału, to potem tego od nich wymagam, ale jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś przyszedł do mnie w sesji poprawkowej, bo nie zdał egzaminu. Czyli nie jest źle. Mam taką nadzieję. Miłość do nauki pielęgnowała Pani przez lata. Odstawianie jej na boczny tor nie bolało? Nie. To stało się bardzo naturalnie. Przez pierwsze półtora miesiąca po porodzie w ogóle nie było szans na myślenie o pracy. Wbrew obiegowej opinii, że noworodek przede wszystkim śpi, ten mały egzemplarz robił wszystko, żeby nie spać.

KOBIETY W NAUCE Sytuacja kobiet badaczek jest trudna alarmuje Fundacja Kobiety Nauki. Na swojej stronie zamieściła statystyki, które pokazują wyraźną dysproporcję między liczbą kobiet i mężczyzn z wyższym tytułem naukowym. Wśród osób z doktoratem kobiety stanowią około połowę, ale już stopień doktora habilitowanego posiada 26 procent z nich. Znacznie gorzej jest ze zdobywaniem profesury tytularnej - w grupie posiadaczy takiego tytułu kobiety stanowią jedynie 17 procent. Jeszcze mniejszej liczbie kobiet udaje się objąć stanowiska kierownicze w akademickich placówkach naukowych. W przypadku gremiów decyzyjnych w polskiej nauce reprezentacja kobiet kształtuje się w granicach 7 procent. Fundacja stworzyła projekt „Kobiety-Ekspertki”. Jego celem jest stworzenie bazy ekspertek - kobiet naukowców, specjalistów, praktyków, wszelkich dziedzin. Jest to odpowiedź na dominację męskich ekspertów, ale przede wszystkim promocja naukowej i fachowej wiedzy oraz doświadczenia Polek.

Jakieś rady dla zapracowanych mam? Przyszłym mamom mogę sprzedać świetny patent, który znalazłam w Internecie. Polega to na tym, że przed porodem przygotowujemy jedzenie i je mrozimy. Później zostaje tylko rozmrażanie. Nie należę do orłów, jeśli chodzi o przedmioty ścisłe, więc po przeczytaniu, czym się Pani zajmuje, zaniemówiłam. Można to przełożyć na język polski (śmiech)? Postaram się. Przedmiotem moich zainteresowań są właściwości elektryczne, magnetyczne i optyczne cząsteczek. Badam je przy użyciu metod mechaniki kwantowej. Do tego celu potrzebna jest baza funkcyjna, czyli zestaw funkcji matematycznych pozwalających opisać badany układ. Dokładność otrzymywanych wyników zależy od wyboru metody obliczeń oraz od wyboru bazy. Bardzo upraszczając, można powiedzieć, że im większą bazę użyjemy, tym dokładniejsze dostaniemy wyniki. Niestety, wzrost rozmiarów bazy powoduje wzrost czasu (zatem i kosztu) obliczeń. Obecny projekt stawia sobie za cel stworzenie baz, które przy stosunkowo niedużych rozmiarach pozwalałyby na zachowanie wysokiej dokładności wyników. Kiedy to narzędzie będzie gotowe, za jego pomocą będziemy badać szereg układów, wśród nich cząsteczki, które mogą mieć zastosowanie w farmacji czy w optoelektronice.

* dr Angelika Baranowska-Łączkowska Pracuje na Wydziale Matematyki, Fizyki i Techniki UKW. Jest laureatką siódmej edycji programu POMOST Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, skierowanego do rodziców wracających do pracy naukowej po przerwach związanych z opieką nad małym dzieckiem. Na realizację projektu pt. „Wydajne bazy funkcyjne zaprojektowane do obliczeń właściwości molekularnych oraz znaczna redukcja kosztu obliczeń: skręcalność właściwa, dichroizm kołowy i magnetyczny rezonans jądrowy” otrzymała dofinansowanie w wysokości 248 tys. złotych. Mama małej Rebeki, która niebawem skończy roczek. miasta kobiet

październik 2013

13


Płaszcz z historią

Trencz, który gra główną rolę: Camaieu 199,90 zł Lena Kałużna trenerka wizerunku

Jeśli i Ty posiadasz modowe dylematy, w każdą środę możesz skorzystać z bezpłatnych porad stylistek Galerii Pomorskiej. Wystarczy zapisać się za pomocą specjalnej aplikacji na Facebooku Galerii Pomorskiej: www.facebook.com/Galeria.Pomorska

Trencz w roli głównej na spotkanie

sukienka Pretty One 569 zł torebka Tatuum 129 zł /w promocji 79 zł kolczyki SIX 22,90 zł perły SIX 27,90 zł perły SIX 34,90 zł

na luzie

spodnie KappAhl 99,90 zł koszula KappAhl 99,90 zł sweter rozpinany KappAhl 159 zł sweter przewiązany w pasie Camaieu 99,90 zł buty Camaieu 169,90 zł spodnie KappAhl 99,90 zł koszula KappAhl 99,90 zł sweter rozpinany KappAhl 159 zł sweter przewiązany w pasie Camaieu 99,90 zł buty Camaieu 169,90 zł kapelusz Camaieu 79,90 zł torebka SIX 99,90 zł chusta SIX 54,90 zł bransoletki SIX 22,90 zł korale SIX 39,90 zł korale SIX 37,90 zł

W minioną środę wybrałam się z Agatą na zakupy do Galerii Pomorskiej. Poszukiwała jesiennego płaszcza, który będzie pasował na wiele okazji: do pracy, na elegancki wieczór w operze, ale również na luźne wyjścia w gronie znajomych, czy na drogę do klubu fitness. Zaproponowałam jej klasyczny trencz, który świetnie prezentuje się w zestawieniu z każdym stylem. Płaszcz ten ma ciekawą historię. Został zaprojektowany dla brytyjskich żołnierzy, dlatego każdy jego aspekt jest praktyczny. Grubo tkany materiał odporny na przemakanie, dwurzędowe zapięcie, możliwe do ściągnięcia paski na rękawach. Trencz skradł zarówno męskie jak i kobiece serca. Nosili go Audrey Hepburn i Gorge Peppard w filmie „Śniadanie u Tiffany’ego”! Kolor, który wybrałyśmy dla Agaty, jest klasyczny, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby Twój był w radosnej czerwieni lub w szykownym granacie.

do pracy

na trening bluza 4F 129 zł spodnie KappAhl 139 zł czapka SIX 29,90 zł zegarek SIX 99,90 zł

Twoje indywidualne spotkanie ze stylistką BEZPŁATNIE W KAŻDĄ ŚRODĘ. wejdź na: www.galeriowaszafa.pl

MAKIJAŻ

FRYZURA

spodnie Tatuum 219,99 zł koszula Tatuum 149 zł torebka SIX 99,90 zł kolczyki SIX 22,90 zł kolia SIX 34,90 zł bransoletka SIX 29,90 zł

żel crem do układania włosów Brush cream 66 zł lakier do włosów Fix spray 64 zł

MODELKA: Agata Paszylk FOTOGRAFIE: Tomasz Czachorowski STYLIZACJA: Lena Kałużna

stylistka poleca


MODELKA: Agata Paszylk FOTOGRAFIE: Tomasz Czachorowski STYLIZACJA: Lena Kałużna

felieton

Odpalam komputer i wpisuję w wyszukiwarkę „nauczycielka”. Wyniki powinni zablokować nieletnim. Okazuje się, że pani profesor, owszem, chodzi w eleganckiej koszuli, ale zapiętej wyłącznie na dwa ostatnie guziki od pępka w dół. Lena Kałużna*

Miałam poprowadzić warsztaty z wizerunku dla nauczycielek. Bo jak to określił pan dyrektor zleceniodawca: „U nas się panie różnie ubierają. Niektóre normalnie, a inne, że pożal się Boże. Jedną taką mamy... Jak pani, pani Leno, całą grupę zobaczy, to od razu będzie wiedziała, kogo ja miałem na myśli”. Tu rozmówca wzdrygnął się, przeżegnał i podpisał umowę, pozostawiając mnie w zamyśleniu, co to tak właściwie znaczy „normalnie” i „pożal się Boże” w odniesieniu do stroju kobiety belfra. Całą drogę powrotną do biura przypominałam sobie więc nauczycielki z podstawówki i liceum. Pani od fizyki nosiła zawsze jarzeniową frotkę, a od polskiego miała przepiękny otwierany zegarek na długim łańcuszku. Umierałam z ciekawości, czyje zdjęcie jest w środku. Ot, koniec historii. Nic więcej nie pamiętam, bo w tamtych czasach skupiałam się na wszystkim, tylko nie na nauce.

Od pępka w dół… W biurze włączam komputer i wpisuję w wyszukiwarkę „nauczycielka”. Wyniki wyszukiwania powinni zablokować nieletnim. Okazuje się bowiem, że pani profesor, owszem, chodzi w eleganckiej koszuli, ale zapiętej wyłącznie na dwa ostatnie guziki, od pępka w dół. Eksponuje w ten sposób ubrane w seksowną bieliznę jędrne piersi. A biust ma pokaźny i jak wnioskuję z wyników wyszukiwania, od tej zasady nie ma wyjątków.

CIAŁO pedagogiczne dobrze ubrane Nieco rzadziej nauczycielki noszą żakiet. Wówczas pod spód nie zakładają już nic. Rygorystyczny jest również ubiór dolnych partii ciała. Obowiązują minispódniczki, podwiązki, samonośne rajstopy i wysokie szpilki. Zauważam też, że nauczać należy siedząc lub leżąc na biurku, w dłoniach, groźnie niczym pejcz, trzymając wskaźnik. Trzeba „patrzeć spod byka”, a okulary nosić zsunięte na nos. Ewentualnie przygryzać zauszniki wydymając przy tym usta.

Jednak ubrane Sama uczę, prowadzę szkolenia, jednak patrząc na te zdjęcia odnoszę wrażenie, że coś mnie ominęło. Być może świat poszedł do przodu, a ja nadal zapinam koszulę. Na wszystkie guziki. W najbliższej rodzinie mam nauczyciela, co prawda płci męskiej, do tego informatyka, więc wiadomo, zupełnie inna kategoria. Ale na wszelki wypadek dzwonię do niego i upewniam się, że ciało pedagogiczne w nowoczesnej szkole XXI wieku jednak chodzi poubierane. Przyjęło się, że nauczyciel powinien wyglądać tak, by uczniowie nie zwracali uwagi na to, jak wygląda, tylko czego ich uczy. Supermodne kreacje, zbyt krótkie spódnice, głębokie dekolty i niebotycznie wysokie szpilki są nie na miejscu. Taki wizerunek początkowo budzi sympatię wśród młodzieży, ale długoterminowo odbiera wiarygodność i autorytet. Mówi, że można nauczyciela

traktować niepoważnie. Niestety, tak samo działa brak stylu, nuda i staroświeckie garsonki.

Głęboki dekolt Pracownicy oświaty świetnie będą wyglądać w dobrze skrojonych, klasycznych rozwiązaniach. Żakiety, spodnie w kant, spódnice do kolan. Strój musi być przede wszystkim funkcjonalny, konieczne jest wygodne obuwie na niewysokim słupku. Do tego oryginalna apaszka lub zegarek. Zamiast tradycyjnych szarości, brązów i czerni można postawić na kolory pastelowe. Ubieranie się do pracy, takiej czy innej, to żadna filozofia. Wystarczy odpowiedzieć sobie na pytanie, czym konkretnie się tam zajmujesz, z kim się spotykasz i jaki efekt masz uzyskać. W dniu szkolenia rzeczywiście zauważam panią z nieco zbyt głębokim dekoltem, bardziej jednak rażą mnie brudne, zdeptane buty i nogawki wytartych jeansów pana dyrektora. Pożal się Boże....

*Lena Kałużna - socjolożka, trenerka wizerunku. Pomaga kobietom odnaleźć własny styl. Szczegóły na www.kobiecaperspektywa.pl

miasta kobiet

październik 2013

15


kobieta smakuje

Smaki z podróży Dorota Lewandowska na co dzień jest bizneswoman. Przede wszystkim jednak kocha gotować. Mimo to, nie chciałaby się zajmować się kuchnią zawodowo w obawie, że pasja zamieni się w obowiązek. Dorota Lewandowska

D

zięki wyprawom na południe Europy pokochałam owoce morza, do których wcześniej podchodziłam ze sporym dystansem. Zaczęło się od Chorwacji, gdzie po raz pierwszy spróbowałam ośmiornic. Potem były ślimaki jedzone w Portugalii i bajeczne kalmary, które wcześniej sama złowiłam. Za to w Hiszpanii moje podniebienie na dobre zdobyły suszone dorsze, a wieczorem sangria pita na plaży. Uwielbiam kuchnię francuską. Francuskie ciasteczka i mała kawka to dla mnie przepis na śniadanie idealne. W mojej kuchni nie może zabraknąć oliwy z Chorwacji. Widziałam jak,

powstaje i teraz nie mogę się bez niej obejść. Lubię domowe smaki i świeże składniki. W moim ogrodzie rosną zioła. Ich listki zerwane prosto z krzaczka dodają potrawom wyjątkowego aromatu. Jestem perfekcjonistką. Mimo to, w kuchni potrafię zaszaleć i nie trzymać się kurczowo zapisanego na kartce przepisu. Upust swojej fantazji daję szczególnie, gdy przygotowuję sałatki. Za to dominująca cecha mojego charakteru daje o sobie znać, gdy przyrządzam coś po raz pierwszy. Wtedy zamieniam się w kulinarnego chemika. Każdy składnik muszę mieć idealnie odmierzony. W ruch idzie waga, a zaraz za nią menzurki.

Mam małą kolekcję książek kucharskich. Wśród nich jest ta z przepisami Nigelli Lawson. Uwielbiam patrzeć, gdy gotuje. Jej styl, to jak zachowuje się w kuchni, sprawia, że apetyt rośnie. Bardzo podoba mi się także to, że widać po niej, iż jest fanką jedzenia i nie widzi problemu, żeby na bok odłożyć sztućce i jeść rękoma. Sama tak robię. Jakie przepisy obecnie zaprzątają moją głowę? Zdecydowanie te na potrawy dla mojego synka, który niebawem przyjdzie na świat. Poniżej prezentuję trzy letnie, wielokrotnie sprawdzone propozycje. Ulubiona sałatka mojej przyjaciółki, wytrawne babeczki i lekki deser na bazie ryżu. Smacznego!

Kochasz gotować, w kuchni czujesz się jak ryba w wodzie? Napisz do nas! Przedstawimy Twoje przepisy i zarazimy pasją do gotowania kolejne osoby, e-mail: miastakobiet@expressmedia.pl

SAŁATKA PYCHOTKA

PIKANTNE BABECZKI

RYŻOWY KIELICH Z OWOCAMI

Składniki

Składniki

Składniki

1 opakowanie mrożonego ciasta francuskiego mrożony szpinak 1 ząbek czosnku 1 łyżka ziaren sezamu serek brie 10 dkg ulubionej szynki szparagi (poza sezonem sięgnijmy po te ze słoiczka) sos (2 jaja, 2 łyżki kwaśnej śmietany, sól, pieprz, tarta gałka muszkatołowa)

900 ml mleka 300 g ryżu szczypta soli owoce (maliny, truskawki, jagody) 2 torebki cukru wanilinowego cytryna 300 g jogurtu waniliowego 2-3 łyżki cukru świeża mięta do dekoracji

1,5-2 kg wędzonego kurczaka 80 dkg świeżych winogron majonez 20 dkg orzeszków nerkowca 1 jogurt naturalny sól pieprz

Zaczynamy od wyluzowania kurczaka z kości. Oddzielone w ten sposób mięso kroimy w kostkę. Przemyte kuleczki winogron dzielimy na połówki. Owoce wraz z majonezem, jogurtem i orzeszkami nerkowca dokładnie mieszamy ze sobą. Dodajemy pokrojonego kurczaka. Sałatkę doprawiamy wedle uznania solą i pieprzem. Gotowe danie schładzamy w lodówce przez godzinę. Potrawa idealnie komponuje się z chrupiącą bagietką. Jest bardzo dobra na przyjęcia i szybkie kolacje w rodzinnym gronie.

16

miasta kobiet

październik 2013

Ciasto i szpinak rozmrażamy. Czosnek obrać, posiekać i połączyć z sezamem i szpinakiem. Piekarnik nagrzewamy do tem. 180 st. C. Foremki do muffinek smarujemy tłuszczem i posypujemy mąką. Rozwałkowane ciasto wkładamy do foremek i wypełniamy szpinakiem, szparagami, szynką, serem. Jaja mieszamy ze śmietaną, przyprawiamy do smaku solą, pieprzem i gałką muszkatołową. Sosem polewamy górę babeczek. Wstawiamy je do piekarnika i pieczemy ok. 20 min, aż uzyskają złoty kolor.

Mleko należy zagotować w garnku i dodać do niego ryż i sól. Następnie pod przykryciem gotujemy wszystko na małym ogniu przez ok. 25 min., pamiętając o częstym mieszaniu. W tym czasie owoce posypujemy cukrem wanilinowym i odstawiamy na kilka minut. Cytrynę należy sparzyć. Jej skórkę ścieramy na tarce, sok wyciskamy, a następnie łączymy z jogurtem. Gdy ryż wystygnie, dodajemy do niego jogurt i cukier, wszystko dokładnie mieszamy. Do kieliszków lub szklanek przekładamy warstwami porcje ryżu i owoców. Deser dekorujemy listkami mięty.


W ramach Benefisu Stulecia Tanga w Toruniu Fundacja COTANGO zaprasza... na weekendowe Lekcje Otwarte Tanga Argentyńskiego, które odbędą się 5 i 6 października 2013 r. w Uniwersyteckim Centrum Sportu UMK przy ul. Św. Józefa 17. Organizatorem jest Fundacja Terapii Tangiem CoTango. Lekcje te będą wstępem do Kursu Tanga od podstaw - „Tango dla Każdego”. Warunkiem wzięcia udziału jest zarejestrowanie się na stronie www.cotango.pl i przyniesienie do redakcji „Nowości” wypełnionego kuponu, który ukaże się 27 września i 4 października 2013 r.

1123313TRTHA

5 i 6 października 2013 r. / Uniwersyteckie Centrum Sportu UMK, Św. Józefa 17

1736913BDBHA

miasta kobiet

październik 2013

17


jej pasja

18

miasta kobiet

paĹşdziernik 2013


jej pasja

Byłam dziwakiem Nie jestem dinozaurem. Przeszłam w swoim życiu przez wszystkie nośniki muzyczne. Dzięki temu wiem, że dźwięku z winyli nie da się zastąpić - mówi Dominika Pora, właścicielka Lamminamu, pierwszego w Bydgoszczy sklepu z płytami winylowymi. TEKST: Dominika Kucharska ZDJĘCIA: Tomasz Czachorowski

R

ynek w bydgoskim Fordonie. Każdego dnia swoje stoisko rozstawiała tam pani handlująca winylami. Wśród straganów z warzywami, owocami, firankami i ubraniami, nie zawsze pierwszej jakości, Dominika Pora dostrzegła wtedy magię zamkniętą w czarnym jak smoła krążku. Panią od winyli odwiedzała zawsze w drodze ze szkoły. Kupowała co popadnie, hurtowo. Te gorsze płyty kosztowały 5 złotych. Za te lepsze trzeba było wyłożyć dwa razy więcej. Przynajmniej piątaka Dominika zostawiała swojej ulubionej handlarce codziennie. Swój pierwszy gramofon dostała, gdy miała 13, może 14 lat. Teraz ma swój sklep z winylami przy ul. Gimnazjalnej w Bydgoszczy. Teraz ona stała się magiczną handlarką…

DOMOWE ŁUPY Pod drzwiami do Lamminamu zjawiamy się jeszcze przed godziną otwarcia. Dziewczyna wbiega, przepraszając za spóźnienie. Utknęła w urzędzie skarbowym - chleb codzienny osoby stawiającej pierwsze kroki we własnym biznesie. Prowadzenie sklepu z winylami nie zobowiązuje do stawiania się w pracy w garsonce i szpilkach. Do tego miejsca znacznie lepiej pasują jeansy, koszulka i trampki. - Wybaczcie moją fryzurę. Nie mam czasu, żeby podciąć grzywkę - mówi 26-letnia świeżo upieczona bizneswoman. Dominika otwiera ciężkie drzwi. Wchodzimy do środka. Podłoga wyłożona jest drewnianymi deskami. Po lewej malowniczy kredens znaleziony u babci w piwnicy. Widzę okładkę z młodym Johnem Travoltą. Buty na koturnach i dzwony - kwintesencja „Gorączki sobotniej nocy”. Na stolikach leżą urocze pocztówki z hasłami typu „Powinszowania imienin”. Po prawej dumnie prezentują się dwa fotele wyglądające jak te sprzedawane w sklepach z antykami. Centralne miejsce zajmują skrzynki z płytami. Siadamy na retro leżaczkach (zdrobnienie jest celowe, bo nigdy nie widziałam mniejszych). W adapterze leniwie obraca się winyl z koncertem Fleetwood. Odpływamy w rozmowę. BIZNES WINYLEM SIĘ TOCZY Zaczynała od 1000 płyt. W planach ma potrojenie tej liczby. Sam pomysł na winylowy biznes

zrodził się… z problemów ze znalezieniem pracy. - Może nie do końca ze znalezieniem jakiejkolwiek pracy. Trudniejsze było trafienie na taką, która by mnie satysfakcjonowała mówi. Zawodowym eldorado miała okazać się stolica. Dominika pojechała do Warszawy, ale pobytu tam nie wspomina dobrze. Pracowała jako office menadżer w kancelarii adwokackiej. - Byłam tam nieszczęśliwa i uparłam się, że wrócę do Bydgoszczy. Jednocześnie perspektywa pracy za najniższą krajową nie nastawiała mnie pozytywnie. Pomyślałam o własnym biznesie. I pomysł przyszedł. Siedzę z tatą na kanapie. Tata spogląda na stojący naprzeciw gramofon i mówi: „a dlaczego nie sklep z winylami?”. No i jest. Ludzie przychodzą tu, żeby posłuchać muzyki, podyskutować, dzielić się wiedzą. Jestem kompromisem między pasją a biznesem. To pozwala mi zachować zdrowy rozsądek.

NIEDALEKO PADA JABŁKO… Płyty winylowe były wspólną pasją ojca i córki. Razem je kupowali i razem delektowali się zapisanym na nich dźwiękiem. Wspomniany pierwszy gramofon Dominika dostała właśnie od taty. Winylowego bakcyla złapała też jej siostra. - Z dala od płyt trzyma się tylko nasza mama. Zdarza się jej sprezentować nam jakąś płytę, ale nie jest to jej pasja. Z biegiem lat te hurtowe zakupy na fordońskim rynku ustąpiły miejsca świadomemu kupowaniu. Jedną z pierwszych płyt, która szczególnie zapadła Dominice w pamięć, był krążek The Death Kennedys. Winyl z punkowym graniem kupiła w prezencie dla swojej ówczesnej miłości. - To była jedna z tych droższych płyt, za dychę. Chłopak był zachwycony, a ja niestety nigdy jej nie przesłuchałam. NIE JESTEM DINOZAUREM - W gimnazjum byłam dziwakiem. Teraz jednak do mojego sklepu przychodzą licealiści, którzy zaskakują mnie swoim podejściem. Wiedzą znacznie więcej niż ja, gdy kupowałam pierwsze płyty. Zwracają uwagę na tłoczenia. Ja w ich wieku kierowałam się przede wszystkim tym, czy lubię dany zespół, czy nie. Nie jestem jednak dinozaurem. Przeszłam

przez wszystkie nośniki muzyczne. Dzięki temu wiem, że dźwięku z winyli nie da się zastąpić. Teraz, gdy wracam z pracy, nawet nie włączam radia w samochodzie. Muzyka, której słucham w sklepie, tak mi odpowiada, że nie chce jej psuć niczym innymi - mówi Dominika. Podchodzimy do skrzynek z alfabetycznie ułożonymi płytami. Dominika delikatnie przesuwa palcami po grzbietach kwadratowych kopert. - Jest wśród nich taka, której nie sprzedasz? - pytam się. - Tak. Singiel i longplay Black „Wonderful Life”. Płyta powstała w roku, w którym się urodziłam. Mam do niej sentyment, a poza tym uwielbiam tę piosenkę, jej tekst. Te krążki wystawię na sprzedaż tylko wtedy, gdy znajdę je w lepszej jakości.

W GARNIAKU I W TRAMPKACH Spoglądam na zegarek. Wskazówka pokazuje godzinę 10 rano. O tej porze Dominika otwiera. Co zaskakujące, punktualnie o 10 do sklepu wchodzi pierwszy zainteresowany. Dziś przyszedł głównie po to, żeby wybadać teren. Przez kilkanaście minut dokładnie przegląda zbiory. W międzyczasie przychodzi kolejny pan, który nieśmiało proponuje Dominice kupno płyt ze swojej kolekcji. Kto przychodzi do Lamminamu? Od wspomnianych licealistów, przez pasjonatów, kończąc na eleganckich mężczyznach w krawatach. Gdy biznes wystartował, okazało się, że mnóstwo ludzi kręci klimat muzyki puszczanej z gramofonu lub patefonu. - Na pogawędki o płytach winylowych przychodzi do mnie pan, który pracuje w urzędzie. Ma ogromną wiedzę. Pierwszy raz w sklepie pojawił się z kartką, na której miał wypisane wątki, które chciałby ze mną poruszyć. Tacy ludzie inspirują. Mówił nie tylko o muzyce, ale także o tym, jak prowadzić biznes. To było bardzo cenne spotkanie - przyznaje Dominika. ZNAK STOPU W ofercie sklepu jest także czyszczenie płyt. Stan sprzedawanych w Lamminamie winyli jest różny. - To krążki z drugiej ręki i zawsze mówię o tym wprost. Są tu winyle, których nie da się słuchać, ale zjawiają się klienci, którzy je kupują tak po prostu, żeby je mieć w domu. Może się za późno urodziłaś? - pytam. Nieraz tak myślę, ale nie chodzi tu o muzykę. Bardziej żałuję tego, że obecnie relacje międzyludzkie wyglądają inaczej, że tak pędzimy. A jeśli chodzi o winyle, to wiem, że teraz jest mój czas. Te płyty ciągle gdzieś krążą. Są na strychach, piwnicach. Cierpliwie leżą w szafach starych mieszkań czekając, aż ktoś po nie sięgnie. Dziś wszyscy gdzieś biegniemy, a jednocześnie za wszelką cenę chcemy się zatrzymać. Mój znak stopu to celebracja muzyki. miasta kobiet

październik 2013

19


mama

Macierzyństwo:

swięta sprawa Pracodawcy celowo przeciwstawiają ambicje zawodowe pragnieniu i potrzebie macierzyństwa. Godzi to w godność kobiety. O macierzyństwie jako wartości powinno się mówić tylko dobrze. Z prof. Ryszardem Wiśniewskim* z UMK rozmawia Janusz Milanowski

Już od lat obserwuje się lęk przed macierzyństwem wśród Polek. Myślę, że jest to odprysk strachu, który określa w pewnej mierze relacje między pracownikiem a pracodawcą w naszym kraju. Zacznijmy od kwestii ogólniejszej. Strach jest związany z nieufnością i niepewnością w relacjach społecznych. Nasze panie są częścią społeczeństwa i w ich zachowaniach odzwierciedlają się istotne jego cechy. Z perspek-

tywy etycznej ten lęk przed pracowniczymi konsekwencjami macierzyństwa jest nieakceptowalny. Macierzyństwo jest wartością dla wspólnoty bardzo istotną i we wszystkich społecznych relacjach, także pracowniczych, powinno być wysoko cenione, bezpieczne. Jeżeli tak nie jest, to wskutek zmian społecznych, które doprowadziły do zmiany pewnego elementu systemu wartości i związanej z nim moralności stosunków pracy.

Ciąża nie może być obarczona ryzykiem utraty stanowiska pracy. To kolejny dowód na obłudę moralną w sprawie poszanowania macierzyństwa, a w konsekwencji i szacunku dla wartości życia. PROF. RYSZARD WIŚNIEWSKI UMK

miasta kobiet

październik 2013

Przed naszą rozmową przesłałem Panu wywiad z pracowniczką korporacji, specjalistką HR, a mówiąc po ludzku - kadrową. Ta pani skarżyła się na ”pozbawione ambicji Polki”, które pracują tylko po to, żeby otrzymać etat, zajść w ciążę i wziąć L4. Czy to jest skutkiem tego, co Pan wymienił? To jest bardzo złożony problem... Kobieta ze swej natury zorientowana jest na prokreację. Odczuwa to, jako swoje powołanie życiowe, ale pragnieniem każdego człowieka jest realizacja także w innych sferach. Jest czas prokreacji i jest czas realizacji zawodowych, twórczych ambicji. Oba się schodzą, tworzą czasem konfliktowe sytuacje. Te konflikty łatwiej jest rozwiązywać w otoczeniu, które ma zrozumienie dla wagi obu ludzkich pragnień, które jest

1782813BDBHA

20

Jaki rodzaj wartości uległ zmianie? Można powiedzieć, że poległ dawny system odniesień do wspólnoty, która przy wszystkich swoich wadach ekonomicznych i politycznych stwarzała pełne zatrudnienie, bezpieczeństwo socjalne i poszanowanie macierzyństwa. Ceną za to bezpieczeństwo było ograniczenie wolności i ludzkiej kreatywności. Transformacja ustrojowa przyniosła wolność, ale także uwolniła różne ludzkie wady, nie tworząc wystarczająco silnej infrastruktury prawnej i etycznej, zdolnej ludzką wolność, kreatywność, ambicje wkomponować w proces budowania autentycznych więzi wspólnotowych. Upadła nieco sztuczna wspólnota, oparta na przymusie i indoktrynacji, ale nie ukształtowała się jeszcze wspólnota ludzi wolnych. Na różnych poziomach stosunków społecznych dominuje egoizm, pragmatyzm krótkiego zasięgu, nieufność, lęk o przyszłość. Nawet liberalni etycy głoszą, że moralność zaczyna się za progiem egoizmu, w relacji z drugim człowiekiem. W przestrzeni norm wiążących ludzi powinna funkcjonować przestrzeń dobra wspólnego.


mama stabilne, ma niezmienne reguły prawne i etyczne, przewidywalną przyszłość. Macierzyństwo nie jest tylko dobrem osobistym kobiety i jej partnera, bo jest oczywiste, że jest także dobrem wspólnym. Wszyscy jesteśmy zaniepokojeni ujemnym przyrostem naturalnym.

Kobiecie w ciąży nie ustępujemy miejsca w tramwaju, nie respektujemy przywilejów wynikających z prawa, a w miejscu pracy ona staje się kłopotem organizacyjnym. No cóż, łatwiej jest wartości moralne deklarować niż je realizować.

Odnieśmy się do przykładu. Cytuję opinię pani kadrowej ze wspomnianego wywiadu: „...Zbyt dużo pań w tym kraju ma niskie lub żadne ambicje, idą do pracy, bo z pensji męża na wszystko nie wystarczy”, „ukrywają przed pracodawcą swoje osobiste plany”, „dostając etat zaraz zachodzą w ciążę”, etc. Czy te kobiety postępują nie fair? Kobiety mają przeróżne ambicje, jak wszyscy ludzie. Są więc takie, które traktują pracę jako konieczny środek do rozwiązania swoich problemów bytowych lub realizacji rozwiniętych aspiracji konsumpcyjnych - i praca jest dla nich tylko środkiem. Inne doskonale rozumieją, że praca to sposób życia, źródło budowania własnej tożsamości i przyszłości. Pierwsze - zachodzą w ciążę, drugie - planują ciążę, starając się skoordynować swoje prawo do macierzyństwa z potrzebami firmy i własnego w niej rozwoju. Te dwie wartości: samorealizację w sferze zawodowej i w życiu prywatnym starają się uzgodnić i pogodzić. Znam wiele młodych kobiet, które tak właśnie postępują. Pamiętajmy jednak, że postawy instrumentalnego traktowania zatrudnienia mają również różne przyczyny. Bywa, że obie strony - pracodawca i pracownik - traktują się wyłącznie instrumentalnie i oschle, nie wytwarzając więzi. W każdym społeczeństwie są ludzie, którzy wykorzystują innych i wszelkie instytucje do realizowania wyłącznie własnego interesu. Horyzont własnego interesu pozwala im instrumentalizować wszystko, co w otoczeniu swoim napotykają. Takie pracownice

R

E

nie są rzadkością. Ale postawy instrumentalizowania wszystkiego występują także często w sferze zarządzania zespołami ludzkimi, by nie powiedzieć „zasobami ludzkimi”, bo to określenie pasuje akurat do mentalności zdepersonalizowanych menedżerów. Wypowiedź pani kadrowej poddaje krytyce niskie ambicje zawodowe kobiet, które po zatrudnieniu zaraz zachodzą w ciążę, ale pomija fakt, że ambicją menedżerów powinno być budzenie ambicji i tworzenie klimatu dla rozbudzania potrzeb samorozwoju zawodowego w harmonii z naturalnym prawem do macierzyństwa. Pracodawcy w sposób zamierzony przeciwstawiają ambicje zawodowe pragnieniu i potrzebie macierzyństwa. Godzi to w godność kobiety. O macierzyństwie jako wartości powinno się mówić tylko dobrze. Moja koleżanka, warszawska dziennikarka, zaszła w ciążę, ale postanowiła pracować, jak długo tylko będzie mogła. Skapitulowała, gdy usłyszała od szefowej, że „jak to, nie można napisać reportażu z powodu ciąży”. Wtedy wzięła L4. Inna sprawa, że kobieta w ciąży nie wytrzymuje czasami pewnej stygmatyzacji w pracy; z jednej strony widzi rzekomo życzliwe twarze, ale te same twarze krzywią się za jej plecami, gdyż muszą przejąć część jej obowiązków. To jest nieraz presja nie do wytrzymania. Tu mi się przypomina powiedzenie, że najwięcej kłopotów kobieta ma z drugą kobietą. Jednak nie uogólniajmy, bo z mężczyznami też różnie bywa. Z mojej osobistej perspektywy kobieta w ciąży jest jak… świętość. W tym okresie nie tylko podlega ochronie, ale należy ją traktować ze szczególnymi względami. Moje studentki w ciąży mają wszystkie przywileje (uśmiech). Ale to inny typ relacji niż stosunki pracownicze.

PROF. RYSZARD WIŚNIEWSKI UMK

K

L

A

M

A

1782813BDBHA


mama rozmowie na to, że nie tworzymy społeczeństwa, ale - jak mówią psychologowie społeczni - raczej zbiór indywidualistów, dla których jedyną ważna więzią jest najczęściej rodzina. Rzecz w tym, byśmy czuli się odpowiedzialnymi członkami także innych, szerszych wspólnot.

okazywać życzliwość, ale zniechęcają ich do tego same kobiety, które traktują ciążę jako okazję do uwolnienia się od pracy na koszt pracodawcy i zespołu pracowniczego, przejmującego jej obowiązki. Cały czas mówię o tym, że często obie strony grają nie fair. To jest relacja zwrotna.

W podanym przez Pana przykładzie mamy chyba do czynienia z sytuacją, kiedy nasz deklarowany szacunek dla godności macierzyństwa słabnie w praktyce o tyle, o ile zwiększają się nasze obowiązki zastępstwa. Mówi się, że w naszych postawach moralnych dużo jest obłudy, że absolutyzowaniu wartości macierzyństwa i życia poczętego wcale nie towarzyszy gotowość poświadczenia tego czynami, niezbędną ofiarnością. Kobiecie w ciąży nie ustępujemy miejsca w tramwaju, nie respektujemy przywilejów wynikających z prawa, a w miejscu pracy ona staje się kłopotem organizacyjnym. No cóż, łatwiej jest wartości moralne deklarować niż je realizować.

Czy jest jakaś szansa na postęp, na wypracowanie takiej sfery stosunków, w której pracująca kobieta nie będzie odczuwała lęku przed macierzyństwem, ponieważ po urodzeniu dziecka nie zniknie jej stanowisko pracy? Zawsze się oburzam, gdy słyszę o takich sytuacjach. Ciąża nie może być obarczona ryzykiem utraty stanowiska pracy. To kolejny dowód na obłudę moralną w sprawie poszanowania macierzyństwa, a w konsekwencji i szacunku dla wartości życia.

Firma to nie ochronka. Trudno się dziwić niechęci pracodawcy do kobiet w ciąży, ale z drugiej strony dzieci nie rodzi się na emeryturze. Jeśli więc firma tylko deklaratywnie, dla dobrze widzianego PR, ogłasza że jest mother friendly, a faktycznie wywiera taką presję, że ciężarna sama rezygnuje z przywilejów BHP, to nie dziwię się, że panie idą na L4. No tak. Te ograniczone do wizerunkowych potrzeb praktyki pracodawców sprawiają, że kobiety ciężarne czują się dyskryminowane i tracą nadzieję na harmonijne ułożenie sobie stosunków w pracy w okresie macierzyństwa. Są jednak pracodawcy gotowi respektować wszystkie prawa kobiet w ciąży i szczerze R

22 1108713TRTHA

E

miasta kobiet

październik 2013

Innymi słowy, wracamy do początku naszej rozmowy: zjawisko nadużywania ciąży jest odpryskiem zaniku wspólnotowych więzi? Nadużywania i dyskryminowania. Nie tyle zaniku, co znaczącego deficytu. Wymaga to jednak uzupełniania. Dobra wspólnota ludzi wolnych potrzebuje dobrego prawa skutecznie chroniącego fundamentalne wartości społeczne, stwarzającego dobre warunki dla kształtowania się postaw życzliwości, ufności, poszanowania godności. Dopiero na tej podstawie uformuje się szacunek do wspólnoty jako systemu więzi społecznych. W przeciwnym razie wszystko zawęża się do ochrony własnego interesu, także w tej świętej sprawie macierzyństwa.

Ale te zachowania biorą się z lęku przed pracodawcą, a nie ze słabości prawa. Nie tylko z lęku, tu chyba różnimy się w tej rozmowie. Moralność kobiet jest częścią moralności ogólnospołecznej. Wadą moralności naszego społeczeństwa jest rzucający się w oczy egoistyczny instrumentalizm w traktowaniu innych ludzi oraz szczególnie instytucji dobra wspólnego. Roszczeniowe myślenie postsocjalistyczne nadal chyba odgrywa tu swoją rolę. Starałem się położyć akcent w tej K

L

* Prof. Ryszard Wiśniewski Filozof, kierownik Zakładu Aksjologii i Etyki Społecznej w Instytucie Filozofii UMK. A

M

A


tabu

1

2

3

4

Magiczne Lilou w Bydgoszczy

1 Salon Lilou przy ul. Gdańskiej 14 w Bydgoszczy 2 Anna Dereszowska wybrała skórzane bransoletki w klasycznymi koniczynkami na szczęście 3 Aleksandra Kwaśniewska nie rozstaje się z kolczykami z kolekcji Les Trésors de Lilou 4 Edyta Herbuś lubi eksperymentować i tworzyć własne kompozycje.

D

elikatne, eleganckie, odzwierciedlające osobowość, a nawet nastrój noszących. Są efektowne, dodają kobietom charakteru. Mają klasę, a także istotną przewagę nad całą resztą dostępnej na rynku biżuterii - doskonale pasują do indywidualnej właścicielki, która może dowolnie zmieniać i łączyć ze sobą poszczególne elementy. Biżuteria Lilou jest pomysłowa, modna, niepowtarzalna, kreatywna. Dokładnie taka, jak współczesne kobiety.

ZACZĘŁO SIĘ… Niepozornie. Początkowo była to mała manufaktura. Na pomysł stworzenia spersonalizowanej biżuterii wpadła Magdalena Mousson-Lestang, założycielka marki. Pierwszymi klientami byli jej bliscy znajomi. Pomysł od razu znalazł potężne grono miłośników. Pierwszy salon powstał przy malowniczej Mokotowskiej w Warszawie. W ciągu zaledwie czterech lat kolejne butiki zostały otwarte w największych

Niepowtarzalna, subtelna, a zarazem z charakterem. Taka jest biżuteria marki Lilou, która swój butik otworzyła przy najbardziej reprezentacyjnej ulicy w Bydgoszczy. polskich miastach, a także w prestiżowej dzielnicy Paryża. Nowoczesny salon odwiedzany jest tłumnie również w internecie pod adresem www.lilou.pl. W maju elegancki butik Lilou powstał także w Bydgoszczy - w samym jej sercu, w urokliwej kamienicy „Hotelu pod Orłem” - przy Gdańskiej 14. Piękna witryna komponująca się doskonale z architekturą okolicy, wysmakowane wnętrza, pobudzająca wyobraźnię atmosfera sprawiają, że obok tego miejsca nie da się przejść obojętnie.

POLKI POKOCHAŁY LILOU Biżuterię uwielbiają tysiące kobiet, wśród nich gwiazdy. Bransoletki noszą m.in. Anna Dereszowska, Anna Mucha, Małgorzata Kożuchowska, Aleksandra Kwaśniewska i Edyta Herbuś. Za co kochają Lilou? Pasuje do każdej okazji. Podkreśla osobowość. Nie jest pretensjonalna, nie powiela utartych biżuteryjnych wzorów, pasuje do każdej stylizacji. Nadaje się na co dzień, a także na czerwony dywan. Forma nie jest przypadkowa. Pracują nad nią cenieni

twórcy. Projektanci dbają o to, by biżuteria była zgodna z trendami panującymi w modzie, a zarazem kreowała nowe rozwiązania.

POZYTYWNA ENERGIA Mówiąc o atutach marki, panie wymieniają przede wszystkim oryginalność, indywidualność, możliwość „dodania czegoś od siebie” i dowolnego łączenia ze sobą poszczególnych detali. Biżuteria Lilou jest nie tylko po to, by ją nosić. Umożliwia posiadanie czegoś niepowtarzalnego, zabawę modą, tworzenie własnych stylizacji. Lilou pobudza kreatywność, bo każda kobieta może tworzyć własne kompozycje. Jest jeszcze jeden bardzo ważny element. Dzięki możliwości personalizacji i nanoszenia osobistego grawerunku, bransoletki stają się dla kobiet amuletami. To biżuteria z duszą. Zawiera osobisty przekaz, którego znaczenie może być znane jedynie samej właścicielce. Służy do pielęgnowania wspomnień, emocji albo stanowi swoisty talizman, pełen pozytywnej energii. miasta kobiet

październik 2013

23


tabu

Diletto

znaczy przyjemność Młodemu lekarzowi palce odmówiły posłuszeństwa, dostał bolesnych skurczów nadgarstka i wyleciał z roboty. Na szczęście jego przyjaciel wynalazł elektryczny wibrator i wszystko skończyło się szczęśliwie.

„Kobieta żyje pieszczotą jak grzyb wilgocią” Maksym Gorki

TEKST: Janusz Milanowski

K

waśna Landrynka jest autorką erotycznego bloga (www.blog.centrumerotyki. com.pl), badaczką erotyki w kulturze. Pracuje też w branży erotycznej. - Wiele osób ma bardzo niezdrowy stosunek do mojej pracy - wyjawiła na początku rozmowy, prosząc o zachowanie nazwiska do wiadomości redakcji. Landrynka twierdzi, że „współcześnie wciąż się myśli o wibratorze jako oznace zepsucia obyczajów. Ludziom się wydaje, że powstał 10 lat temu i teraz szturmem zdobywa rynek. Jak jest naprawdę?

24

miasta kobiet

październik 2013

KLĄTWA TEORII HIPOKRATESA Mężczyźni bardziej niż ognia i wojny bali się kobiecej histerii (gr. histera - macica). Hipokra-

tes dla medycyny stał się ojcem, a dla kobiet? Przekleństwem. Poczciwiec ów wyobrażał sobie, że macica to ruchliwe, wiecznie pragnące wilgoci zwierzątko. W porze suchej przemieszcza się w jej poszukiwaniu, dociera do wątroby, blokując drogi oddechowe, a jak jest zawzięte, to dotrze do serca. Stąd duszności, białka oczu wywracają się, kobieta staje się zimna, a nawet sina, ślina spływa jej do ust, a zęby zaciskają i przypomina epileptyczkę. Jest na to jedno remedium: stosunek płciowy. Niestety - wróg u bram i mężczyzna musi iść na wojnę, zostawiając swej bogdance ów olisbos, żeby nieboga nie udusiła się w oczekiwaniu na remedium. Hipokratesem myślano bardzo długo, bo jeszcze staruszek Freud przychylał się do jego intrygującej teorii histerii. W jednej z tragedii greckich kobieta skarży się, że jej przyjaciółka bez przerwy pożycza

1795613BDBHA

SZTUCZNY CZŁONEK Najpierw był masażer kojarzony z funkcją medyczną, ale po debiucie w pierwszych filmach pornograficznych w latach 20. ubiegłego wieku przemianowano masażer na wibrator. Tymczasem „Tomcio Paluch” był już znany 28 tysięcy lat

temu. Mierzył 20 cm długości, a grubość jego wynosiła 3 cm. Znaleziono go w okolicach Ulmy w Niemczech. Jego historia to także historia kobiecej seksualności. Wiadomo, że w starożytności stworzyli go mężczyźni, ale bynajmniej nie powodowani troską o jakość kobiecych doznań, bo kobieta była wówczas istotą bez własnej seksualności. „Tomcio” był z drewna powleczonego skórą, ot takie realistyczne odwzorowanie. Z angielska mówi się, że było to pierwsze dildo (sztuczny członek). Dildo pochodzi od włoskiego słowa diletto (przyjemność). Grecy, potrafiący nazwać wszystko, nazwali go olisbos (odwzorowanie męskiego penisa, ocierać się, podrażniać).


tabu Obejrzyjcie komedię romantyczną sprzed dwóch lat „Histeria. Romantyczna historia wibratora” (reż. Tanya Wexler). Widać tam, że tę metodę stosowano na gigantyczną skalę. Głównemu bohaterowi, młodemu lekarzowi, po miesiącach takiej pracy palce odmówiły posłuszeństwa. Biedaczek dostał bolesnych skurczów nadgarstka i wyleciał z roboty. Na szczęście jego przyjaciel wynalazł elektryczny wibrator i wszystko skończyło się szczęśliwie: sława, pieniądze i miłość od pierwszego pocałunku. - Panowie lekarze strasznie się wtedy męczyli, skurcze nadgarstka były ich chorobą zawodową - potwierdza Kwaśna Landrynka.

we! Pierwsze wibratory napędzane elektrycznie były piątym wynalazkiem do domowego użytku - podkreśla nasza rozmówczyni. - Wymyślono je przed żelazkiem i odkurzaczem, i to też świadczy o ich roli kulturotwórczej. Spokój w domu liczył się bardziej niż czystość i wyprasowane ubrania. „Wprawi cię w młodzieńcze kołatanie serca”, „Twój Najbliższy Przyjaciel”, tak subtelnie przedsiębiorcy zaczęli „Tomcia” reklamować. To oni pierwsi wyczuli, że to nie jest narzędzie medyczne jak stetoskop. Pod cichym przyzwoleniem „Tomcio” szalał na masową skalę w sprzedaży wysyłkowej. Problem pojawił się dopiero, gdy zadebiutował w pierwszych pornolach na począt-

HIPOKRATES DLA MEDYCYNY STAŁ SIĘ OJCEM, A DLA KOBIET? PRZEKLEŃSTWEM. POCZCIWIEC ÓW WYOBRAŻAŁ SOBIE, ŻE MACICA TO RUCHLIWE, WIECZNIE PRAGNĄCE WILGOCI ZWIERZĄTKO. od niej olisbos, przez co sama nie może zaznać przyjemności, a mąż jest na wojnie opowiada Kwaśna Landrynka.

INTYMNA HOMEOPATIA W wiktoriańskiej i edwardiańskiej Anglii też nie szukano w psychice klucza do tajemniczej kobiecej seksualności. Rozkojarzenie, zdenerwowanie, fantazje erotyczne, brak łaknienia to wciąż były objawy histerii choroby macicy. Dżentelmeni, którzy zawsze bronią spraw przegranych, nie dopuszczali myśli, że są zwyczajnie kiepscy w łóżku, a ars amandi wyniesiona z burdeli nie była żadną sztuką (nie to co dziś!). Histerię leczono metodą „to samo przez to samo”. Stosując masaż intymny doprowadzono panie do apogeum histerii. Żaden tam orgazm: apogeum histerii (orgazm w ludzkim słowniku wówczas nie istniał), a chodziło wyłącznie o to, żeby kobieta nie była nieprzyjemna dla otoczenia. R

E

FIZYK NADCIĄGNĄŁ Z RATUNKIEM Masaż sromu nie zawsze skutkował, podobnie jak zalecana jazda konna, czy strumieniowy prysznic, a z tych zabiegów korzystało aż 75 proc. Angielek (nawiasem mówiąc, dziś 75 proc. kobiet nie ma orgazmów pochwowych). W ostateczności usuwano chirurgicznie macicę. Bóg jeden wie, ile kobiet ów zabieg przeżywało z braku aseptyki i antyseptyki. I nie wiadomo, jak długo trwałaby owa ciemna historia „męskiej medycyny”, gdyby nie wynalazek elektrycznego wibratora. W 1888 r. brytyjski fizyk Weiss zaprojektował pierwszego elektromechanicznego „Tomcio Palucha”, którego wkrótce wyposażono w baterię. Eureka! W DOMU NAJWAŻNIEJSZY JEST SPOKÓJ Pierwszy „Tomcio” napędzany był parą wodną. Wyglądał jak… perwersyjna ciuchcia - opowiada Landrynka. Sapał i warczał. Był też „Tomcio” na korbkę, ale wymagał asystentury. - Co ciekaK

L

ku XX w. Przecież to jest urządzenie do masturbacji kobiet, a nie leczenia - zagrzmieli moraliści i nasz bohater zszedł do podziemia. Na szczęście marketingowe sztuczki sprawiły, że występował jako urządzenie do masażu karku, pleców i twarzy.

PIERWSZA POLSKA RAKIETA Polski wibrator powstał w czasach PRL, gdzieś w latach 60. lub 70. Był, duży, biały plastikowy i przypominał rakietę. Reklamowano go również do masażu innych części ciała, ale wyraźnie dając do zrozumienia, że wibruje. W naszym kraju urządzenie to nazywało się „masażerem turystycznym” i można je było dostać jedynie u zaprzyjaźnionych sprzedawców. Nie wiadomo, kto był producentem. Współcześnie większość tego typu zabawek erotycznych wymyślają kobiety i nie mają one bynajmniej kształtu penisa. Są to urocze gadżety, nieraz kolorowe kwiatki, albo robaczki. A

M

1795613BDBHA

miasta kobiet

A

październik 2013

25


jej pasja

Wolę latać sama Kobieta musi mocno się starać, żeby wzbudzić szacunek u kolegów niedowiarków. Jak facet popełni błąd, to nikt tego nie drąży, ale jak kobiecie się coś przytrafi, to jest wyśmiewanie. TEKST: Jan Oleksy ZDJĘCIA: Janusz Milanowski, Katarzyna Osowska

M

artyna Małoń* ma 22 lata, subtelną urodę, długie jasne włosy, promienną cerę i prawie cały czas się uśmiecha. Jej pasją jest latanie. Mimo młodego wieku już niedługo sama będzie szkolić przyszłych pilotów. Karierę w powietrzu zaczęła od szybowców jako szesnastolatka. Rodzice bez oporów zgodzili się na szkolenie. Tata rozumiał pasję, bo sam jest pilotem. Zimą rozpoczął się kurs teoretyczny, który wyglądał mniej więcej tak, jak na prawo jazdy. Przy dobrej pogodzie, na przełomie maja i czerwca zaczęło się szkolenie podstawowe. W lipcu już pierwszy samodzielny lot. - Po kursie zrobiłam licencję szybowcową, a rok później zaczęłam szkolenie samolotowe częściowo w Wyższej Szkole Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie, cywilnie, ale w ramach szkolenia z MON-u -opowiada Martyna.

STUDIOWANIE I LATANIE Nadeszła matura, a po niej wybór studiów. Martyna była przekonana, że chce latać zawodowo. Złożyła papiery na dwie uczelnie lotnicze: do Dęblina i do Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Chełmie - jedynej uczelni w Polsce, która szkoli na śmigłowcach. Na bezpłatną specjalizację dostało się 10 osób z całej Polski. Wśród nich Martyna. - Na pierwszym roku było nas 155 osób, później rozpoczął się „wyścig szczurów” - wspomina. - Szkolenie do licencji śmigłowcowej kosztuje jakieś 450 tysięcy złotych, więc rywalizacja była zażarta. Aktualnie jestem w trakcie szkolenia na śmigłowcach i zdaję egzaminy państwowe w Warszawie. Został mi jeszcze jeden semestr na uczelni i wyjdę z tytułem inżyniera mechaniki budowy maszyn o specjalności pilotaż

26

miasta kobiet

październik 2013

Aby latać, przede wszystkim trzeba być odpornym psychicznie, niewrażliwym na stres, być w miarę poukładanym, stanowczym i… asertywnym. MARTYNA MAŁOŃ PILOTKA

śmigłowcowy - mówi z dumą pilotka. Równolegle Martyna kontynuuje latanie samolotami, a przez zimę chce zrobić kurs instruktorski, by już na wiosnę szkolić ludzi na samolotach.

MARZENIA O AKROBACJI - Ubolewam nad tym, że teraz rzadko siedzę za sterami szybowców, bo to jest najprzyjemniejsze latanie - mówi Martyna. - W ostatnim czasie skupiam się głównie na uczelni, na tym, żeby skończyć studia i szkolenie śmigłowcowe. Cały czas biorę udział w treningach na samolotach. Jestem w kadrze narodowej juniorów w lataniu precyzyjnym. Mamy zgrupowania średnio raz w miesiącu. Na przełomie sierpnia i września wystartuję w mistrzostwach Polski w Jeleniej Górze - cieszy się Martyna. Na razie latała na małych samolotach typu cesna, moran, takie jakie są w toruńskim aeroklubie. - W przyszłości chciałabym zrobić uprawnienia i brać udział w akrobacjach

samolotowych, ale to jest, niestety, tak drogi sport, że na razie moje marzenia się oddalają. W wyszkolenie musiałabym włożyć jakieś 60 tysięcy złotych.

SAMA W KABINIE Głównie lata dla przyjemności, czasami z kimś na zdjęcia do folderów… Dopóki nie będzie miała licencji zawodowej, nie może wykonywać lotów usługowych. - Wsiadam sama do samolotu jak do samochodu i lecę - opowiada. - Jazda autem jest bardziej niebezpieczna od latania, w powietrzu jest mniejszy ruch, a ci ludzie za kierownicą bywają nieobliczalni. Bezpieczniej w przestworzach. Piloci mają cały czas łączność z organem zarządzającym ruchem, lot jest ciągle monitorowany, transponder pokazuje naszą pozycję na radarze. Wszystko jest przemyślane, a przez to jest bardzo bezpieczne, o ile oczywiście stosuje się pewne procedury - wyjaśnia młoda pilotka. NIKT SIĘ NIE DZIWI Jej latanie już nikogo nie dziwi. Wszyscy się przyzwyczaili. Jej tata też jeszcze ciągle „buja w przestworzach”. - Mama nie lata, ze mną nie chce wsiąść do samolotu. Pewno się denerwuje, ale nie mówi tego. Myślę, że już przywykła do tego naszego latania. Nie widać po niej, że się boi o nas. Ale jak jej opowiadam o incydentach lotniczych, to przerywa, twierdząc, że jak mniej wie, to się tak nie denerwuje. Dlatego właśnie nie śledzi nowinek o katastrofach w powietrzu. NERWY NA SKRZYDŁACH Sama przeżyła już chwile grozy związane z pogodą albo z usterkami samolotu. Raz lecąc w górach wpadła w burzę, ciężko było się z niej wydostać, wokół dolinki nie było


A M

POTRZEBA ADRENALINY Martyna potrzebuje silnych wrażeń. - Jak nie latam przez dłuższy czas, to zaczynam popadać w depresję. Siedzę w domu, leżę w łóżku, a jak przyjdzie zima, to jest męczarnia. Lubi też jeździć samochodem. Na studia dojeżdża 450 km w jedną stronę. Jeździ szybko i dynamicznie. - Muszę sobie jeszcze zrobić prawo jazdy na motocykl, to mnie kręci - dodaje. Martyna ma młodszą siostrę Sylwię. - Ona się nie nadaje do latania, ma inny charakter, często się boi wielu rzeczy, szuka swojego powołania, ale na pewno nie będzie to latanie - tłumaczy nasza rozmówczyni.

A L K

* Martyna Małoń Mieszka w Toruniu, studiuje w Chełmie. Członek Aeroklubu Pomorskiego. Liczne sukcesy, m. in. złoty medal na Ogólnopolskich Toruńskich Zawodach Samolotowych w 2013 r. Nominowana do ogólnopolskiego plebiscytu „Lotnicze orły”.

1788613BDBHA

JAKA JESTEM? - Aby latać, przede wszystkim trzeba być odpornym psychicznie, niewrażliwym na stres, być w miarę poukładanym, stanowczym i… asertywnym. Jak założymy sobie jakiś cel, to musimy go zrealizować. Potrzebne jest samo-

PO CO TO LATANIE Kobiecie w lotnictwie nie jest łatwo. - Kiedy przylatuję na lotnisko, na którym mnie nie znają i wysiadam z samolotu, to niektórzy mężczyźni mają miny, jakby jakiegoś ufoludka zobaczyli. Wysiada jakaś baba, do tego blondyna, wymalowane paznokcie, to mój znak rozpoznawczy. To im nie pasuje. Pytają: „do kina się panienka wybiera?” - mówi ze śmiechem. Kobieta musi mocno się starać, żeby wzbudzić szacunek u kolegów niedowiarków. Jak facet popełni błąd, to nikt tego nie drąży, nie rozpamiętuje, ale jak kobiecie się coś przytrafi, to jest wyśmiewanie „a ta głupia baba nie potrafi latać, po co zabrała się za latanie” - podaje przykład. Słyszała wielokrotnie sądy, że kobiety szkolą się tylko po to, by znaleźć sobie męża pilota. Gdy zabiera do samolotu któregoś z kolegów, to nieraz słyszy złośliwe komentarze: „czy ten chłop nie bał się lecieć z babą?”. - O kobietach za sterami samolotu mówi się podobnie, jak o przysłowiowych babach za kierownicą pointuje Martyna. - Mnie to jednach nie zniechęca ani trochę.

E

AWARYJNE LĄDOWANIE W samolotach nie ma spadochronów, są jedynie w szybowcach. Dlatego, że samolotami lata się stosunkowo nisko na wysokości 300 - 500 metrów i jakby coś się zaczęło dziać, to człowiek nie miałby czasu wyskoczyć. Jak silnik zacznie się dławić, to po prostu pilot musi szukać miejsca do wylądowania. Zawsze jest odrobina niepewności, co się będzie działo w powietrzu. Dlatego Martyna woli latać sama, bo wtedy odpowiada tylko za siebie. Nigdy nie wiadomo, jak pasażer, który nie ma doświadczenia w lataniu, będzie reagował. Czasem ze strachu może panikować, łapać za stery, zrobić sobie i pilotowi krzywdę. Co wtedy robić? - Po prostu walnąć go pięścią w nos, by stracił przytomność, albo zajął się swoim bolącym nosem - stwierdza krótko.

zaparcie - wylicza Martyna Małoń. Na co dzień do samolotu nie zakłada stroju pilota, zwykle lata w dżinsach i koszulce. Co innego na uczelni, tam nosi mundur, taki jak piloci w liniach lotniczych.

R

gdzie wylądować. W ostatniej chwili udało jej się wrócić na lotnisko. Innym razem miała wyciek oleju podczas lotu i gdyby leciała jeszcze 10 minut, to by jej się zatarł silnik. Nerwowych momentów było więcej. - Ostatnio w Toruniu przy lądowaniu urwał mi się zaczep od klapy, która zablokowała lotki. Nie miałam sterowania. Na szczęście wylądowałam bezpiecznie, ale incydent został zgłoszony do Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Tak jak samochody się psują, tak samo jest z samolotami - oznajmia nasza pilotka.

miasta kobiet

październik 2013

27


kultura w sukience W jesienne wieczory nie siedź w domu. Idź do teatru, na koncert, wystawę. W Bydgoszczy i Toruniu dużo się dzieje!

Rusałka nad Brdą 1 października, godz. 19.00 Na październikowe wieczory proponujemy wizytę w bydgoskiej Operze Nova. Na szczególną uwagę zasługuje opera „Rusałka” Antoniego Dvoraka. Bydgoska wersja znanej opery zdobyła doskonałe recenzje nie tylko lokalnej prasy, ale przykuła uwagę również ogólnopolskich mediów.

11. Bydgoszcz Jazz Festival

Domowe melodie 10 października, godz. 20 Zdecydowanie największy fenomen ubiegłego roku. Pojawili się znikąd, publikując kilka utworów nagranych we własnym mieszkaniu i szturmem podbili serca słuchaczy - od małych do dużych. Inteligentne teksty, niepowtarzalne emocje, niesamowity głos Justyny Chowaniak z Teatru Buffo, która jest autorką tego muzycznego projektu. Warto zobaczyć i posłuchać.

Fantazje Izoldy wystawa czynna do 12 października Kim była artystka, co zostawiła po sobie? Właśnie Izoldzie Kotlarczyk zajmującej się rysunkiem, grafiką i malarstwem, która przez wiele lat związana była z „Grupą Toruńską” poświęcona jest wystawa w toruńskim Domu Muz. O oryginalności jej sztuki świadczą związki formy plastycznej z życiem i naturą. Prace udostępnił Andrzej Lubawy, znany toruński kolekcjoner sztuki.

11 października - 1 listopada Gwiazdą festiwalu będzie Mike Stern Band, amerykański muzyk wystąpi 11. października w Operze Nova o godzinie 19.00. W 11 edycji tej imprezy pojawią się również m.in. Krystyna Stańko, Agnieszka Ekiert Band, Mulica Jazz Trio, Fortuna-Lemańczyk-Hornby Trio, Ananke, Eljazz Quintet. Szczegóły na eljazz.com.pl.

Bawię się świetnie - Ania Tour 12 Października, GODZ. 20 „Od Nowa na obcasach” to cykl wyjątkowych, kobiecych koncertów w klubie Od Nowa. Raz w miesiącu toruńską scenę opanują śpiewające kobiety o oryginalnych głosach. W ramach cyklu wystąpią zarówno solistki jak i zespoły prezentujące różnorodne gatunki muzyczne, ale wyróżniające się charyzmatycznymi i oryginalnymi wokalistkami. W tym sezonie cykl zainauguruje koncert Ani Dąbrowskiej. Gorąco polecamy.

Teatr Polski zaprasza 28 września - 6 października Początek października na deskach bydgoskiej sceny to Festiwal Prapremier. Potem na scenie będziemy mogli zobaczyć m.in. „Ślub” Witolda Gombrowicza (23, 24 i 25 października) i głośną sztukę „Popiełuszko” (10 i 12 października). Warto również wybrać się na „Historie bydgoskie”. Jest to cykl spektakli, które odkryć mają wielowymiarową tożsamość miasta (25, 26, 27 i 30 października).

Maestro w Filharmonii 18 października Pod tym hasłem odbędzie się w bydgoskiej Filharmonii Pomorskiej koncert pod dyrygenturą Jerzego Maksymiuka. Mistrz batuty zaproponuje do posłuchania własną kompozycję „Liście gdzieniegdzie spadające” oraz „Koncert na dwa fortepiany” Francis’a Poulenc’a i „III Symfonię c-moll Organową” Camille’a Saint-Saëns’a.

28

miasta kobiet

październik 2013

Pogoda na suma

Mikroutopie codzienności

20 października, godz. 16.00 i 19.30

11 października - 12 stycznia

Nowe skecze, których nie było w telewizji, nowe piosenki, których nie puszczają w radiu, i... nowe posiedzenie rządu, czyli premiera na żywo. Tak zapowiadają swój najnowszy program „Pogoda na suma” artyści Kabaretu Moralnego Niepokoju. W hotelu Filmar pojawi się też nowa postać - Magdalena Stużyńska i zupełnie nowa scenografia autorstwa mistrza Bohdana Butenki. Można przyjść z dziećmi, też będą się śmiały! Dobre na jesienne smutki.

Poznaj różne formy życia: prywatnego, publicznego, organicznego, postludzkiego, lokalnego oraz artystycznego. Ekspozycja w toruńskim CSW zwraca uwagę na znaczenie sztuki, która kreuje rzeczywistość w sposób niekonwencjonalny, rozwija naszą wyobraźnię, zmusza do krytycznego myślenia. Sztuka wydobywa różnorodność poglądów, ale zarazem uczy, „jak różnić się pięknie”. Godne obejrzenia.


1133413TRTHA

MASZYNY DO SZYCIA

szwalnicze, domowe oraz części zamienne 1779413BDBHA

Toruń, ul. Białostocka 6, tel. 56 648 37 22

1763513BDBHA

1072113TRTHA 1634613BDBHA

miasta kobiet

październik 2013

29


Ludzie we mgle

Życie w rodzinie alkoholowej jest poligonem do ćwiczeń trudnych zachowań. Takie osoby w dorosłym życiu bardzo dobrze radzą sobie w wielu trudnych sytuacjach. Z Danutą Janowską*, specjalistą psychoterapii uzależnień, rozmawia Jan Oleksy Zupełnie niedawno pojawiły się opinie, że dorosłe dzieci alkoholików (DDA), to wymyślony problem, że takiego zjawiska nie ma… Pacjenci, których się dzisiaj nazywa DDA przychodzili do gabinetów psychoterapeutycznych i psychologicznych już znacznie wcześniej, choć nie byli wtedy tak nazywani. Po prostu zwracali się z różnymi trudnościami w teraźniejszym życiu. Lata pracy, bliższe poznanie tych problemów, pozwoliły na wyodrębnienie pewnego zespołu zachowań, które miały jedno źródło. Dopiero później nazwano to syndromem DDA, nadal zastrzegając, że nie jest to jednostka chorobowa, która nie występuje w klasyfikacji chorób. U takich pacjentów diagnozujemy to zjawisko jako zaburzenia adaptacyjne. Dzisiaj, po kilku latach badania problemu, bardzo ostrożnie stosuje się termin „syndrom”. Najczęściej mówi się o zespole zaburzeń wynikających ze śladów przeszłości, które w teraźniejszości człowieka wywołują różnego rodzaju trudności, głównie w życiu społecznym, rodzinnym czy partnerskim. W jaki sposób można zdiagnozować, czy ktoś jest dorosłym dzieckiem alkoholika lub alkoholików, czyli DDA? Kiedy pacjent przychodzi do poradni leczenia uzależnień, to naszym wymogiem jest zrobienie wywiadu i poznanie, z jakim problemem się zgłasza. Jeżeli osoba taka określa, że jest dzieckiem pochodzącym z rodziny alkoholowej, to od razu wiadomo, jakie jest podłoże problemu. Do nas najczęściej trafiają ludzie młodzi. Przeważnie już znają problem, są wyedukowani, czytali wiele materiałów. Rozpoznali, że to, o czym czytali, właśnie ich dotyczy. Z czym mają problem? Ich kłopoty dotyczą relacji z drugim człowiekiem, zaniżonego poczucia własnej wartości, własnej tożsamości i ogólnie zaburzonej hierarchii wartości. To są również różnego rodzaju lęki związane z traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa, które objawiają się

30

miasta kobiet

październik 2013

w dorosłym życiu. Lęki, obawa, niepokój. Są to też zaburzenia psychosomatyczne, które też bywają pośrednim skutkiem tego, co się działo w przeszłości. A czy to nie jest przypadkiem tak, że ktoś się o tym naczytał i potem sam „dorabia sobie” teorię i doszukuje się przyczyn swoich problemów? Tak też się zdarza. Ale już sama świadomość faktu, że jest się dzieckiem pochodzącym z rodziny, gdzie jedno z rodziców albo oboje byli alkoholikami - rodzi potrzebę terapii. To, że osoba sama przychodzi do terapeuty, już definiuje jakąś dysfunkcję, bo jeżeli sprawnie funkcjonujemy, to nie musimy korzystać z pomocy drugiej osoby. Jesteśmy wówczas samodzielni. Zdarza się, że w historii dzieciństwa pacjenta nie ma jakichś znaczących wydarzeń, które mogłyby zaburzyć psychikę, ale pewien niepokój, obawa, lęk czy ciągłe niedowartościowanie jest jednak problemem i stąd wizyta w poradni. Czyli niedowartościowanie, lęki, trudności w kontaktach i porozumieniu. Z czym jeszcze taka osoba sobie nie radzi? Badacze wyszczególniają cały szereg, nawet kilkadziesiąt, symptomów. Osoby definiowane

Terapia to tylko proteza na pewien czas, a nie na całe życie. Człowiek nie może być przy wsparciu terapeutycznym „holowany” przez całe dalsze życie. DANUTA JANOWSKA PSYCHOTERAPEUTKA

jako dorosłe dzieci alkoholików często skrajnie reagują na podobny bodziec. Są to dwa typy osób. Jedni w wyniku braku bezpieczeństwa w rodzinie pierwotnej w późniejszym życiu reagują nadkontrolująco w związkach bądź planują wszystko niemal perfekcyjnie, a drudzy (też z podobną historią) działają wprost przeciwnie - niczego nie planują, żyją z dnia na dzień, niekiedy w chaosie. Przykłady te pokazują, w jak różny sposób ludzie się adaptują, jak odmiennie funkcjonują, nie mając wzorca. Badając symptomy, specjaliści mówią o archetypach DDA i tworzą klasyfikacje. Znam takie literackie określenie „dziecko we mgle”… Oprócz „dziecka we mgle” istnieją także inne typy: „dziecko kozioł ofiarny”, „dziecko bohater” czy „błazen”, ale w pracy terapeutycznej DDA nie posługujemy się tą klasyfikacją, bo pokazuje ona jedynie różnice osobowościowe i różnice adaptacyjne. To rozróżnienie pokazuje też, w jaki sposób dzieci się adaptują w podobnej sytuacji. Jeden stanie się bohaterem opiekującym się rodziną, a inny zostanie kozłem ofiarnym, buntowniczo i dramatycznie występującym przeciw rzeczywistości życia rodzinnego. Będzie przysparzał problemów, mając nadzieję, że ktoś go zauważy. Ale w czystej postaci te typy rzadko występują. Najczęściej są to mieszanki. Czyli życie każdego dziecka alkoholika to pasmo nieszczęść? Wcale nie musi tak być. DDA mające bardzo złe doświadczenia z dzieciństwa są bardziej zahartowane. Mówi się nawet, że warunki dzieciństwa w takiej rodzinie można porównać do holocaustu. Życie dziecka w klimacie rodziny alkoholowej jest poligonem do ćwiczeń trudnych zachowań. Takie osoby w dorosłym życiu bardzo dobrze radzą sobie w wielu trudnych sytuacjach. Na podstawie ich życia zawodowego można stwierdzić, że jest bardzo wiele sprawnie działających. dorosłych dzieci alkoholików, które osiągają duże sukcesy, zajmu-


Kiedy kończy się terapia? Po czym można poznać, że jest już pora, by pacjent „wyleciał z gniazda”? Kiedy powie: ja już pani dziękuję, bo jestem na tyle silny, że nie potrzebuję pomocy? Mówimy wszystkim pacjentom, że terapia ma swój początek i koniec, że istnieje porządek terapii i pewne stałe elementy procesu. Pod koniec terapii sprawdzamy, czy postawiony na początku cel został osiągnięty. Pacjent musi potwierdzić, że przeszłość jest dla niego zamkniętym rozdziałem. Są nieraz przypadki, że pacjenci nie chcą się z nami rozstać, gdyż sytuacja terapeutyczna jest dla nich bezpieczna. Tłumaczymy wtedy, że terapia to tylko proteza na pewien czas, a nie na całe życie, że nie może być przy wsparciu terapeutycznym „holowany” przez całe dalsze życie, bo wtedy stworzy się kolejna współzależność, a terapeuta stanie się tą kulą, na której pacjent będzie chciał się wspierać. Oczywiście pewnych deficytów nie jesteśmy w stanie „przepracować”. To nie jest tak, że wychodzi od nas nowy, idealnie funkcjonujący człowiek.

A M A

1100113TRTHA

Jaką metodę Pani stosuje? Terapii indywidualnej czy grupowej? Najpełniejszą formą terapii DDA jest terapia grupowa. Proces, w którym powraca się do dzieciństwa, przeżywa emocje na nowo w warunkach grupowych jest optymalny. Grupę określamy mianem „rodziny zastępczej”, w której spotykają się ludzie, którzy doświadczali podobnych emocji. To ich scala i łączy, pozwala na łatwiejsze przebrnięcie przez problemy. Oczywiście, część osób podejmuje też terapię indywidualnie. To nie znaczy, że jest ona gorsza, ale „płaszcz rodziny zastępczej” pozwala na korzystanie z większej liczby narzędzi terapeutycznych, bycia w grupie w różnych rolach. W terapii grupowej istnieje wspólnota losów.

L

Jakie są warunki przyjęcia na terapię? I jak długo ona trwa? Jeżeli pacjent jest w przełomowej chwili życiowej, np. kobieta w ciąży, ważna sesja egzaminacyjna, to nie jest to dobry czas na bolesną terapię. Na terapię nie kwalifikują się również osoby, które są w czynnym uzależnieniu. Muszą być po leczeniu odwykowym i mieć za sobą okres około dwóch lat abstynencji. Osoba kwalifikująca się do terapii powinna być niezależna ekonomicznie i psychicznie, najlepiej, by nie mieszkała już z pijącymi rodzicami, bo wówczas „przepracowywane” doświadczenia będą eskalowały w bieżących relacjach. A przecież osoba powinna się od tych złych przeżyć uwolnić, nabrać dystansu! Proces terapeutyczny jest długoterminowy, najczęściej jest to okres pół roku, niekiedy osiem miesięcy.

ATALAN

Toruń, M.C. Skłodowskiej 19 tel. 56/659 17 14

GODZINY OTWARCIA: pon.-pt. 10.00-20.00 / sob. 10.00-18.00 / nd. 11.00-17.00

NOWE KOLEKCJE JESIEŃ-ZIMA 2013/2014 K

ją eksponowane stanowiska, bardzo dobrze realizują się, osiągając kolejne szczeble kariery. One są bardziej odporne, bardziej wytrwałe, bardziej konsekwentne, bo mają „trening” z dzieciństwa. Niestety trudniej jest im w życiu prywatnym, kiedy muszą być nie zadaniowi, tylko naturalni. Kiedy muszą dokonywać własnych wyborów, wtedy pojawiają się trudności. Wtedy zjawiają się na terapii.

JUŻ W SPRZEDAŻY

Fachowa, mi³a obs³uga

E

Ile lat mają najczęściej dorosłe dzieci alkoholików? Najmłodsi, którzy przychodzą do poradni, mają po 18 lat, a najstarsi są około czterdziestki. Jest wiele osób z DDA między 20 a 40 rokiem życia, które mimo swoich dysfunkcji, radzą sobie się w dorosłym życiu. A są i takie, które nadal funkcjonują w schematach z dzieciństwa i choć nie jest to dla nich satysfakcjonujące, to jednak w tym stanie trwają, nie podejmując zmiany.

* Danuta Janowska R

1110613TRTHA

Specjalista psychoterapii uzależnień, pracownik Wojewódzkiej Poradni Terapii Uzależnień i Współuzależnienia w Toruniu.

www.atalan.com.pl

miasta kobiet

październik 2013

31


kobieta przedsiębiorcza

Meble na ramię Ja jestem człowiekiem surowym, a nie różowym. Chciałam projektować bardziej po męsku. Surowa skóra, drewno, metal... To mój pomył na torebkę idealną. Z Moniką Jaworską*, właścicielką marki Javore, rozmawia Dominika Kucharska

Jak Ci idzie biznesowe raczkowanie? Założyłam firmę w styczniu. Raczkowanie? Ja już zaczęłam latać (śmiech). Samo założenie firmy to nie problem, ale żeby miała ona ręce i nogi, o skrzydłach nie wspominając, trzeba się trochę natrudzić. U mnie to był impuls. Miałam inne plany, pomysły na siebie. Na przykład? Biznes ślubny. Zaproszenia, dekoracje... Dość szybko stwierdziłam, że to nie dla mnie. Może to głupio zabrzmi, ale wydało mi się to zbyt słodkie. Ja jestem człowiekiem surowym, a nie różowym. Lubię wracać do korzeni, do tego, co pierwotne. W Internecie natrafiłam na fajny pokrowiec z filcu. Pomyślałam, że chcę robić takie rzeczy. Wtedy w Polsce było już dużo dodatków wykonywanych z tego materiału, ale nie do końca odpowiadających mojej wizji. Klimaty folkowe absolutnie nie są w moim stylu. Chciałam to robić bardziej po męsku. Zawsze marzyłam, żeby projektować meble. Do dziś mam potrzebę przerabiania starych rzeczy, ciągłego zmieniania. Surowa skóra, drewno, metal... To był mój pomysł na torebkę idealną. Co się stało, że dziewczyna z męskim spojrzeniem na przedmioty, marząca o robieniu mebli, zaczyna szyć torebki? To rzeczywiście zaskakujące. Dodam, że nie mam bzika na punkcie torebek. Nigdy nie spędzałam godzin chodząc po sklepach, szukając nowego modelu do swojej kolekcji. Dla mnie torebka to przenośna szafa.

32

miasta kobiet

październik 2013

Czyli można powiedzieć, że robisz niestandardowe meble? Trochę tak do tego podchodzę. Każda torebka to mały mebelek, którego projekt urodził się w mojej głowie. Robię tylko to, co jestem w stanie zrobić sama. Taka prostota, z cząstką mnie. I teraz twoje przenośne meble na ramię sprzedają się jak świeże bułeczki. Niedawno wystawiłam 125. rachunek. Tylko w zeszłym miesiącu sprzedałam 40 torebek. Zdarza się, że nie nadążam z zamówieniami.

Każda torebka to mały mebelek, którego projekt urodził się w mojej głowie. Robię tylko to, co jestem w stanie zrobić sama. Taka prostota, z cząstką mnie. MONIKA JAWORSKA PROJEKTANTKA

A start? Zazwyczaj, żeby zacząć zarabiać, trzeba sporo zainwestować, wziąć kredyt. Postarałam się o dotację z Urzędu Pracy. To około 20 tysięcy złotych. Za to kupiłam trochę sprzętu, komputer, ploter. Ploter? Już pokazuję. To takie narzędzie do wycinania literek. Przydaje mi się do robienia metek. Pieniądze z dotacji wystarczyły na wszystko? Niestety, nie było tak pięknie. Maszynę do szycia musiałam kupić już z własnych funduszy. Tak samo jak wszystkie materiały, farby, nity, narzędzia. To dość kosztowne. Z firmą ruszyłam mieszkając w 37 - metrowym mieszkaniu. Był jeden duży pokój, w którym się spało, żyło i pracowało. Po przeprowadzce mam dużo więcej przestrzeni.


kobieta przedsiębiorcza Skoro idzie tak dobrze, to może warto kogoś zatrudnić do pomocy? Założyć małą manufakturę? Myślę o tym bardzo poważnie. Napędza mnie jeszcze bardziej to, że chcę projektować. Teraz nie mam na to czasu, bo realizuję zamówienia. W głowie mam kolejne pomysły na nowe modele torebek, które wciąż muszę odkładać na później. Potrzebuję kogoś, kto by mi w tym pomógł. Najlepiej, żeby to była krawcowa lub kaletnik. Od nich mogłabym się wiele nauczyć. Jak zaczynałam, to nie potrafiłam szyć. Jak zobaczyłam maszynę, to krzyknęłam „o matko!”. Nie wiedziałam jak się za to zabrać. To był skok w przepaść - nie potrafię szyć, a chcę robić torby. Tym bardziej chciałam się tego nauczyć. Skoro wcześniej nie szyłaś, to kto Ci doradził jaki sprzęt kupić? Internet. Na forach i blogach szukałam ludzi, którzy mają w tym większe doświadczenie i czerpałam z ich wiedzy. Ludzi, którzy coś

tworzą, szyją, projektują, robią biżuterię, jest mnóstwo. Wielu z nich myśli: „może i komuś się to podoba, ale na pewno nie na tyle, żeby zacząć na tym zarabiać”. Ty dopiero zaczynasz, jesteś na początku drogi zawodowej, ale pani, która przepracowała 20 lat w biurze, na pewno trudniej stworzyć własną markę. Ale jestem przekonana, że warto zaryzykować. Jeśli coś daje nam satysfakcję, to nie ma się nad czym zastanawiać. Nie wyobrażam sobie pracy, gdzie odbębniam 8 godzin, wracam do domu i ta praca nie jest moim życiem, tylko czymś obok. Tworzenie zajmuje cały mój umysł. Jakieś wątpliwości, wizje czarnego scenariusza...? To mnie ominęło. Wiedziałam, że chcę robić coś innego. Rynek jest tak duży, że musiało się tam znaleźć miejsce dla mnie. Ale nie uwierzę, że nikt Ci nie powiedział, że to zbyt ryzykowne, że lepiej znaleźć „normalną” pracę? Często słyszałam, że torebek z filcu jest mnóstwo i na tym nie zarobię. A można się z tego utrzymać?

Tak. Gdyby tak nie było, to o przeprowadzce do większego mieszkania i urządzeniu pracowni z prawdziwego zdarzenia mogłabym jedynie marzyć. Wszystko robisz sama? Tak i dlatego jest to dość czasochłonne. Najpierw lakierowanie i woskowanie skóry. Potem tnę to na paski i muszę sfazować brzegi specjalnym narzędziem. Potem biorę się za materiał, który trzeba zdekatyzować, wyprać, wysuszyć i wyprasować. Następnie skroić i uszyć. Jest w tym też dużo czekania. Trudno odpowiednio wycenić swoją pracę. Czym kierowałaś się ustalając ceny rzeczy, które sprzedajesz? Nie starałam się celować w najwyższą półkę. Jednocześnie nie mogłam dać zbyt niskiej ceny, ze względu na koszt materiałów. Używam bardzo drogiej skóry, chyba najdroższej, jaką można dostać. Za metr kwadratowy płacę 240 złotych, jednak taką

marzeń. Każdy człowiek jest w stanie zrobić coś wartego miliony. Po torbach przyjdzie czas na... Myślę o paskach, biżuterii. Mam pomysły na kolie ze skóry. Możliwości jest mnóstwo, ale niestety brakuje mi czasu. Sama sobie jesteś szefem, więc na pewno jakoś to sobie zorganizujesz. Oby. Wszyscy mi mówią, że jestem pracowita, a ja jestem leń śmierdzący. Uwielbiam długo spać. Za to nie lubię pracować w bałaganie. A głosu wołającego ze stolicy nie usłyszałaś? Większość moich klientów to warszawiacy, więc ktoś tam woła. W Warszawie ludzie stawiają na oryginalność, nie wstydzą się wyjść na ulicę z czymś, co jest zupełnie inne. U nas też to się zmienia, ale wciąż mamy opory.

sobie wybrałam i nie chcę tego zmieniać. Jakość ma dla mnie ogromne znaczenie i dzięki temu mam klientów, którzy do mnie wracają. A tych nowych szukasz czy sami Cię znajdują? Dużo daje mi współpraca ze sklepami internetowymi. Działa też poczta pantoflowa. Poza tym prowadzę bloga, który również przeradza się w sklep internetowy. No i oczywiście bardzo pomocny okazuje się Facebook. Do sklepów sprzedających rzeczy od młodych projektantów chyba nie tak łatwo się dostać? Też tak słyszałam, ale mi poszło jak z płatka. Nie sądzę, że to dlatego, że wszyscy zachwycili się moimi rzeczami, bo na początku nie były one wcale takie super. Może ktoś pomyślał, że w przyszłości będę robić coś lepszego, i uznał, że warto mnie zostawić (śmiech). Podobno każdy człowiek raz na rok wpada na pomysł wart miliony. Myślisz, że wpadłaś? Na pewno wpadłam, tylko pytanie, jak go wykorzystam. To, czy osiągniemy sukces, zależy od nas samych, naszego zaangażowania,

* Monika Jaworska Absolwentka wzornictwa przemysłowego na UTP i kulturoznawstwa. W styczniu założyła firmę Javore. Tworzy torby, pokrowce na gadżety oraz inne akcesoria. Wykorzystuje głównie filc oraz skórę naturalną. Jej dzieła można zobaczyć na stronie: javoredesign.blogspot.com

miasta kobiet

październik 2013

33


kobieta w podróży

Lalki w Dubaju Anna Behring z toruńskiego Teatru „Baj Pomorski” trzykrotnie odwiedziła Emiraty Arabskie, uznawane za raj na ziemi, gdzie benzyna kosztuje półtora złotego za litr, a samochody, elektronika i ubrania są o połowę tańsze niż u nas. TEKST: Jan Oleksy ZDJĘCIA: Krzysztof Szydłowski

J

ak się zaczęło? Teatr „Baj Pomorski” otrzymał zaproszenie do współpracy od pół-Polki pół-Włoszki, która na terenie Dubaju zajmuje się organizacją festiwali. Początkiem kontaktów była wystawa lalek teatralnych i warsztaty dla dzieci.

NA POWITANIE SKANOWANIE… OKA Pierwsze wrażenie z egzotycznego Dubaju było dla Anny Behring zaskakujące. - Na lotnisku po wyjściu z samolotu trafiliśmy do sali odpraw - wspomina pani Ania. - Nie jest to Unia Europejska, więc swoje musieliśmy stać w długiej kolejce wraz z tłumem turystów ze wszystkich możliwych zakątków świata. Zdziwiły mnie bardzo restrykcyjne procedury bezpieczeństwa. To jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie skanuje się siatkówkę oka. Ściągają tu nie tylko turyści. Sporą grupę stanowią ludzie poszukujący pracy. Dubaj oferuje duże możliwości zarobkowania, jest otwarty dla imigrantów. Obcokrajowcy stanowią tu aż około 70-80 procent mieszkańców. TO NIE JEST KRAJ DLA PIECHURÓW Między występami jest czas na zwiedzanie. Nie ma potrzeby korzystania z usług przewodnika. Emiraty to bardzo bezpieczny kraj, świetnie funkcjonujący, doskonale zorgani-

34

miasta kobiet

październik 2013

zowany. - Zazwyczaj mieszkamy w ścisłym centrum miasta, albo w miejscach, skąd jest blisko do metra czy do komunikacji miejskiej - relacjonuje Anna Behring. - Dubaj zwiedzamy na własną rękę, przewodnik w garści i... w miasto. Bywa to sport ekstremalny, bowiem nie jest to kraj dla piechurów. Odległości są ogromne, przecznice warszawskie to przy tym mały spacerek. Podstawowym środkiem komunikacji jest metro i taksówki, które tam są bardzo tanie. Jest ich dużo, wszystkie mają równe stawki.

PIERWSZE KROKI W DUBAJU Każdego interesuje coś innego, ale nie ma turysty, który nie trafiłby pod Burdż Chalifa, czyli pod najwyższy budynek na świecie. Robi piorunujące wrażenie zarówno z dołu, jak i z góry. Anna wspomina: - Skusiłam się na wjazd na taras widokowy, który mieści się mniej więcej na 4/5 wysokości. Nie warto tam wchodzić „z marszu”, bo przyjemność zwiedzania kosztuje wtedy 400 dirhamów, czyli mniej więcej 400 zł. Jeśli zarezerwuje się bilet z wyprzedzeniem lub kupi w przedsprzedaży, to kosztuje tylko 150 dirhamów. Turyści są prowadzeni korytarzem do wind, wjeżdżają na taras widokowy, na którym mogą siedzieć do woli.

POŚRÓD DRAPACZY CHMUR Z tarasu podziwiać można dużą część miasta - wysokościowce, szkło i stal. Widoczność zależy od pogody. Dodatkowo w tej części świata, przy bardzo dużej wilgotności, nad miastem unosi się mgła. Wielu obiektów, mimo wysokości, po prostu nie widać. - Mnie nie udało się zobaczyć z tarasu widokowego gołym okiem słynnego żagla - hotelu Burj al-Arab (Wieża Arabów). Spoglądając z góry, można przekonać się, jak świetnie zorganizowana jest ta wielka metropolia. Wrażenie robią 14-pasmowe autostrady, które biegną przez centrum, w którym prawie nie ma skrzyżowań, tylko same estakady usprawniające ruch. Z góry dobrze widać największe centrum handlowe na świecie, czyli Dubai Mall, w którym znajduje się ogromne publiczne akwarium. Centra handlowe stanowią o sile tego miasta. Ten Nowy Jork Bliskiego Wschodu stał się idealnym miejscem do wydawania pieniędzy dla ludzi z całego świata podsumowuje wrażenia. PIĘKNE SZALE W SZALE UPAŁÓW Ania w Dubaju zawsze kupuje oryginalne przyprawy, bo jest ich wielką wielbicielką. - Szukam miejsc, w których można jeszcze dotknąć pewnej autentyczności, poznać charakter kultury arabskiej. Mnie najbardziej pociąga


A M A L

MUSIELI UBRAĆ SYRENKI Jeżeli jest taka potrzeba, to lalki mówią po angielsku głosem Anny, ale zwykle spektakle są grane bez słów. Historie opowiadają aktorzy jedynie gestami, teatralnymi środkami wyrazu, bez tekstu. Dla międzynarodowej publiczności dziecięcej jest to najlepsze rozwiązanie. Warsztaty natomiast muszą się opierać na interakcji, na dialogu i wówczas prowadzone są w języku angielskim, zrozumiałym bez problemu dla większości dzieci powyżej trzeciego roku życia. - Nie wchodzimy w zawiłości techniczne kukiełek, chcemy pokazać dzieciakom, że teatr lalkowy to naprawdę wielka frajda. Postacie z naszych bajek są dobrze odbierane przez arabskie dzieci. Jednak syrenkom pochodzącym z Andersena musieliśmy uszyć kostium, by nie występowały gołe na scenie - wspomina ze śmiechem nasza bohaterka dubajskich podróży.

K

PANOWIE NA BIAŁO, PANIE NA CZARNO Kobiety chodzą w abajach, a mężczyźni w diszdaszach. Wszyscy dbają o tradycyjny strój. Połowa pań ma zasłonięte tylko włosy, a druga połowa całą twarz. - Tylko na pierwszy rzut oka wydaje się, że wszystkie kobiety wyglądają tak samo - opowiada o arabskim szyku. - Tak nie jest. Abaje też są bardzo różne. Kobiety na całym świecie szukają sposobów, by się wyróżnić i podkreślić swoją urodę, więc można zaobserwować pewne mody również w abajach. W jednym sezonie królują abaje z elementami koronek, z kryształkami w określonym kolorze (np. różowe czy niebieskie), abaje podkreślające talię… Panowie ubrani są na biało. Na głowach mają ghutry - chusty w kolorze białym z podtrzymującymi je galami, czyli czarnymi podwójnymi kółkami, często ozdabianymi frędzlami. Ostatnio widuje się

PLUSZOWE MASKOTKI Zabawne sytuacje, które wydarzył się w Dubaju, miały zazwyczaj związek z pracą. - Pracujemy głównie z dzieciakami arabskimi, hinduskimi i z Dalekiego Wschodu. Są spontaniczne, wesołe i uśmiechnięte. Jednak pod pewnymi względami są inne niż nasze dzieci - mówi Anna. O ile europejskie maluchy są przygotowywane do posłuszeństwa i zachowywania dyscypliny w miejscach publicznych, tak tamte nie czują specjalnego dystansu, są bardziej otwarte, chętne do rozmowy, do zabawy. Częstokroć nie są w stanie odróżnić człowieka w kostiumie od dużej lalki i traktują aktorów jak pluszowe maskotki, do których można się przytulić, pociągnąć za rękaw, pocałować i uwiesić się na szyi. Zdarzają się śmieszne sytuacje. - Na przykład raczkujące dziecko wchodzi za parawan sceniczny, przewraca go i… demaskuje aktorów.

*Anna Behring Socjolog i italianistka. Główny specjalista ds. kultury w Teatrze „Baj Pomorski”. Zajmuje się pisaniem projektów, pozyskiwaniem środków zewnętrznych, współpracą międzynarodową. Podczas tournée w Dubaju z organizatora zamienia się w animatora.

E

SZAŁARMA Z ULICZNEGO BARU Anna: - Jestem wielką smakoszką kuchni indyjskiej - wyznaje. W Emiratach nie ma problemów ze znalezieniem dobrej indyjskiej restauracji, bo wielu emigrantów pochodzi z subkontynentu indyjskiego - z Indii, Bangladeszu czy Pakistanu. Równie smaczna jest kuchnia libańska. Potrawy kosztują niewiele, a porcje są spore. Do tego świeżo wyciskane soki z egzotycznych owoców, z mango czy melona za dosłownie parę groszy. - Obowiązkiem każdego turysty jest zjedzenie szałarmy z najbardziej podłego baru na ulicy. Nie miałam obaw, jedzenie jest całkowicie bezpieczne, a „zemsta faraona” nikomu się nie przydarzyła. Poziom czystości i higiena są na wysokim poziomie, w przeciwieństwie do innych krajów arabskich - podkreśla z przekonaniem.

Arabów w czapkach z daszkiem - mówi ze zdziwieniem.

1133113TRTHA

R

stara dzielnica, gdzie mieszczą się suki, czyli targi z wszelakim dobrem - wyznaje Anna. Tam zaopatruje się w perfumy, esencjonalne i ciężkie, ale niepowtarzalne. Słabością mieszkańców są samochody. Duże krążowniki, mocne silniki, wszystkie z automatycznymi skrzyniami biegów, przyciemnianymi szybami i oczywiście z klimatyzacją. Auta są także schronieniem przed upałem. Mieszkańcy Emiratów przemykają jedynie od klimatyzacji do klimatyzacji. Nawet przystanki autobusowe są klimatyzowane, można na nich posiedzieć, odpocząć i ochłodzić się.

miasta kobiet

październik 2013

35


kultura w sukience

Co za cudny świat! Ciągle poszukuję siebie. Jeżeli przestajesz szukać, to jesteś już skończona, zaczynasz powielać, a nie tworzyć. TEKST: Jan Oleksy i Janusz Milanowski

J

oanna Milewicz* jest uznaną malarką, która artystyczną pasję odkryła w sobie w Toruniu. Miała na UMK wielu doskonałych mistrzów, jednak dopiero bezpośrednie spotkania z Aborygenami ukierunkowały jej twórczą drogę. W rysunku cienka kreska przypomina trochę ryciny skalne, a w malarstwie grają barwy i symbole. Jej malarstwo urzeka, budzi skojarzenia, pozwala naszej wyobraźni na wędrówkę do krainy dzieciństwa obcych kultur.

poszukiwała pierwotnych znaków magicznych, odkrywała, jakie miejsce w tamtejszym makrokosmosie zajmują ludzie, drzewa, zwierzęta. Zauroczona była światłem, jakiego nie spotkała nigdzie indziej. - Z góry Wellington patrzyłam na rozświetlone miasto, bezmiar oceanu wciskający się w ląd tysiącem zatok i spadający deszcz gwiazd, chłonąc zapachy i ciszę. Zrozumiałam, co znaczy słowo „bezmiar” i jak mały jest człowiek. Była to ważna dla mnie nauka i szczęście zarazem - konkluduje artystka.

INSPIRACJE Z ANTYPODÓW Lubi podróże, a jej ulubioną krainą jest Australia. - Pierwszy raz wylądowałam w Sydney na początku lat 90., z wizą na trzy miesiące. Po 28 godzinach lotu stanęłam umordowana u szczytu schodków, z rurą hydrauliczną pod pachą, w której upchnęłam zwinięte w rulon płótna - opowiada artystka. - Owionęło mnie upalne powietrze o niesamowitym zapachu, zalało światło, jakiego nie znałam. W ogrodzie brata, na obrzeżu parku Turramurra, od rana wrzeszczały wielkie kakadu i maleńkie papużki faliste oraz kukabura - chichoczący zimorodek. Co za cudny świat! - wspomina z rozmarzeniem.

PĘDZLE I CHANEL Zawsze podróżuje z walizką farb, pędzli, z aparatem fotograficznym i wygodnymi ciuchami. - No i perfumami, to podstawa. Coco Chanel mawiała przecież: „Możesz być goła, wystarczy, że ubrana w dobry zapach” podkreśla Joanna Milewicz.

ŚWIAT Z GÓRY WELLINGTONA Siódmy kontynent widzi w barwach, które wykorzystuje w swojej sztuce. Na przykład zadaje sobie pytanie, czy Blue Mountains są naprawdę błękitne? - Porastają je eukaliptusy, a wydzielane przez nie olejki eteryczne tworzą błękitną, pachnącą mgłę. Misie koala nie są w stanie pozjadać wszystkich liści. Zieleń drzew zamienia się w przydymiony, szaroniebieski woal, z którego wyłaniają się słynne granie Three Sisters - mówi artystka. W Australii

PROSTA KRESKA Drugą miłością jest Afryka. Wielu wielkich artystów, takich jak Modigliani czy Picasso, miało czas fascynacji tym kontynentem. Intrygowała ich skrótowość przekazywana z pokolenia na pokolenie i sposób przedstawiania postaci. Europejczycy też dochodzą do takiej skrótowości, ale osiągają ją pracą i intelektem. - Trochę czuję się tak, jakbym pochodziła z Australii albo Afryki, z odległych światów wyznaje malarka.

stce w znalezieniu nowych form i treści. Teraz interesuje ją wszystko, co się wokół niej dzieje i dotyczy kondycji ludzkiej. - Jestem obserwatorem tu i teraz. Obrazy są „wyczyszczone” i proste. Inspiruje mnie współczesność, informacje z gazet, ważny film. Mam dokument i artystycznie go przetwarzam. Absorbuje mnie np. współczesny problem głodu czy rozpasany konsumpcjonizm. My już pomału sami siebie zjadamy - zauważa Joanna Milewicz. - Ciągle poszukuję siebie. Jeżeli przestajesz szukać, to jesteś już skończona, zaczynasz powielać, a nie tworzyć.

SAMI SIEBIE ZJADAMY Jej obecne prace, po cyklach fantastycznych, to obrazy społeczne. Tytuły „Kuszenie”, „Tęsknota” czy „Zmęczenie” mówią same za siebie. Świat widziany z góry Wellingtona, choć odszedł bezpowrotnie, to jednak pomógł arty-

* Joanna Milewicz Zajmuje się malarstwem, rysunkiem, scenografią i wzornictwem artystycznym. Tworzy instalacje i plakaty teatralne, ilustruje książki, np. „Byłoniebyło” Krzysztofa Daukszewicza. „Pisze” obrazy, które są komentarzem do otaczającej rzeczywistości. Wystawiała swoje prace m.in. w Düsseldorfie, Lille, Sydney, Cassel.

36

miasta kobiet

październik 2013


felieton

mam problem Pierś nie przeszkadza, gdy na billboardzie sprzedaje samochód lub kredyty. Razi podczas innej najbardziej naturalnej czynności Lucyna Tataruch* Bez przerwy wraca pewien problem związany z przestrzenią publiczną. Przynajmniej raz w miesiącu ktoś znów jest zszokowany i zbulwersowany tym, że kolejna bezwstydna matka nakarmiła piersią swoje dziecko w restauracji, w parku, na ławce. Argumenty ciągle te same. Chodzi o estetykę. Kto by pomyślał, że tak wielu ludzi urazi widok wysuniętej piersi. Co dziwne, pierś nie przeszkadza wtedy, gdy na billboardzie sprzedaje samochód lub kredyty. Razi podczas najbardziej naturalnej czynności. Cóż, moje poczucie estetyki cierpi bardzo często, przez wielu różnych ludzi, także bezdzietnych. Jakoś nie mam śmiałości domagać się, by zniknęli z miejsc, w których razem spędzamy czas. Może powinnam?

Jedzenie w toalecie Nie jestem matką, ale miałam okazję pobyć chwilę przy głodnym, małym dziecku. Tak, to prawda, że nic mu nie będzie, jeśli nie dostanie jeść od razu. Współczuję jednak wszystkim dookoła. Naprawdę karmiąca matka jest gorsza niż krzyczący na całe gardło dzieciak? To nie jest stworzenie, które da się wytresować, ani taki mniejszy człowiek, który zrozumie, gdy mu się wytłumaczy, że zje za 15 minut. Zje,

jak tylko mamusia schowa się… no właśnie gdzie, w toalecie? To miejsce do karmienia zaproponowano żonie pewnego belgijskiego dyplomaty, gdy całkiem niedawno rodzina odwiedzała amerykańską restaurację. Odważna wizytówka - Gościu, w naszej knajpie będziesz jadł przy muszli klozetowej.

Matka przeszkadza Może rzecz w tym, że matki z małymi dziećmi nie powinny w ogóle wychodzić z domu? Tu już pretensje idą dużo dalej poza karmiącą pierś. Według niektórych rzeczywiście nie powinny, bo zwyczajnie przeszkadzają. Zagradzają drogę z tymi wózkami, na chodniku, w komunikacji miejskiej, w kolejce. Przeszkadzają tym, którzy wiedzą, że powinni je przepuścić, ale nie mają na to ochoty. „Ma dziecko, nie mój problem, ja też tu stoję.” No dobrze, przecież nikt cię nie wygoni. Ludzi, którym można by ustąpić, jest więcej. Najogólniej mówiąc, są oni w mniej komfortowej sytuacji, z różnych powodów. Niekoniecznie trzeba to robić z litości, bo są gorsi i słabsi. Można po prostu wyobrazić sobie, jak to jest stać gdzieś godzinami z małym dzieckiem. Wyobraźnia, empatia, bywa z tym trudno.

Dlatego w niektórych miejscach to inni przewidują za całą resztę. Wywieszają karteczki upominające o pierwszeństwie. Trzeba jakoś z tym żyć. Może to tak denerwuje tych wszystkich, którzy chcieliby pozamykać się w uprzywilejowanym, estetycznym domu?

To nie przedstawienie Kiedyś natknęłam się na tytuł programu, chyba telewizji śniadaniowej. „Karmienie piersią, oburza czy wzrusza?”. To dość ograniczony wybór reakcji. Nie może być po prostu obojętnie, neutralnie? Dziwi mnie bardzo, ile uwagi karmiącej matce potrafi poświęcić ktoś, kto bardzo nie chce na to patrzeć. Wydawałoby się, że łatwiej jest się odwrócić. Ze wzruszeniem też mam problem. To przecież normalna czynność. Głupio bym się czuła wpatrując się w pierś matki swoim pełnym życzliwości wzrokiem. To nie jest przedstawienie. Szopkę robią ci, którzy nie potrafią reagować na ten widok inaczej niż niezdrową ekscytacją. *Lucyna Tataruch Kulturoznawczyni, blogerka, czarownica. Miłośniczka absurdu i parodii.

miasta kobiet

październik 2013

37


męskim okiem

CELIBAT GORSZY

od cellulitu Niech w końcu do was dotrze, że skórka pomarańczowa naprawdę facetom nie przeszkadza. Janusz Milanowski* Na urodzinach koleżanki zjawiłem się przed chłopakami. Siedzę w otoczeniu kilku kobiet, a twarz grzeją mi spojrzenia tak ciepłe, że aż szron z kieliszka paruje. Kobiety, jak to kobiety… Dietowy newsletter krąży w powietrzu i jest też trochę o truciźnie czasu. Z rozmowy wynika, że czas wymyślił jakiś zdradzony facet. Muszę im powiedzieć coś miłego, bo zaraz się zacznie - pomyślałem nie tyle ze strachu przed postulatami kastracji facetów, co przed nudą, bo zaczęły o cellulicie. Mówię więc: - Niech w końcu do was dotrze, że cellulit naprawdę facetom nie przeszkadza! Zapadła cisza. Patrzą na mnie zdumione oczy dziewcząt, a nie matek i żon i rozwódek. I to wydaje się być piękne. Usłyszałem, że jestem… I dostałem jeszcze więcej znieczulenia i troski. - Janusz… nie pij tak na czczo, zaraz będzie zapiekanka.

Oczyma mężczyzn W sprawie cellulitu przeprowadziłem sondę wśród moich kolegów, dojrzałych mężczyzn z tzw. długoletnim pożyciem w różnych odcieniach. Pytanie brzmiało: czy przeszkadza wam widok cellulitu? Marek (39 l., były ksiądz, inżynier od okrętów z wykształcenia): - A niby w czym? Ze zjawisk na „c” przeszkadzał mi tylko celibat. Lech (52 l., grafik z mediolańskim wąsem): - Pisanie o cellulicie umila życie! Zyga (46 l., socjolog, biznesmen, bokser): - Moja matka jest profesorem polonistyki, a ja nie wiem jak to się pisze?!

38

miasta kobiet

październik 2013

Jan (60 l., dziennikarz w typie Jamesa Deana): - Cellulit kojarzy mi się z Grechutą, bo tak jak on lubię mandarynki i pomarańcze. Jarek (50 l., aktor w typie szwedzkiego drwala): - Błagam cię! Nie pie...

Drogie Panie… Nie będę truł o tych głupich pismach, gdzie cellulit jest kolejnym tematem bez tematu. Powiem krótko: widok cellulitu w żaden sposób nie obniża naszych pragnień „w tych sprawach” i innych. Wielki Mistrz polskiego malarstwa Franciszek Starowieyski powiedział kiedyś przy wódce: - Nie maluję młodych kobiet, bo ich ciała nic mi nie mówią! Są nudne, bez śladów życia! A z tekstu Picassa o kubizmie (w dawno temu wydanej antologii „Artyści - myśli o sztuce”) zapamiętałem jedno zdanie: „Jeżeli mężczyzna kocha kobietę, to nie sięga po narzędzia do mierzenia jej kształtów”. Wiem, że pospolitych chamów na tym świecie nie brakuje i smuci mnie, że ich opinie w tej kwestii działają na Was jak krojona cebula. Spójrzcie na siebie oczyma takich mężczyzn jak Leonard Cohen, Jacques Brel, Puszkin, który oddał życie za żonę, Stanisław Grochowiak („bo kochać kobietę potrafię i z rana/ gdy śpi cicha z odklejoną rzęsą”), a nie oczyma tych chirurgów plastycznych, którzy są tylko przyjaciółmi szmalu. I zapamiętajcie słowa Picassa. A gdy cham się odezwie, to stanie za Wami szwedzki drwal i poeta.

* Janusz Milanowski Dziennikarz, publicysta, fotograf. Miłośnik długodystansowego pływania i jazzu.


Claire Dux

atlas kobiet

Diva z pustyni surrealisty „Melancholia. Portret śpiewaczki Claire Dux”. Tak jeden ze swoich obrazów zatytułował sam Salvador Dali. Zanim jednak do tego doszło, bohaterka dzieła pierwsze lekcje śpiewu odebrała w Bydgoszczy. TEKST: Lucyna Tataruch

W

„CHARYTATYWNIE, OWSZEM” W tym czasie zdążyła już dwukrotnie wyjść za mąż. Pierwszym wybrankiem był pisarz Alfred Imperatori, drugim Hans Albers, niemiecki aktor znany z niemych filmów i ról u boku Marleny Dietrich. Oba związki nie trwały zbyt długo. W 1921 roku, po niekwestionowanych sukcesach na kontynencie, Klara zdecydowała się wyjechać do USA. Publiczności spodobała się już przy pierwszym występie. Scena opery w Chicago należała do niej. Zachęcona ciepłymi recenzjami, postanowiła zostać w Stanach na dłużej. Jak się okazało, na dłużej znaczyło do ostatnich swoich dni, które nadeszły w 1967 roku. Gdy kończyła 40 lat, wzięła udział w pierwszym przełomowym nadaniu opery przez radio w Niemczech. Rok później po raz trzeci wzięła ślub. Jej ostatnim mężem został przed-

sierpniu urodziny obchodziłaby Claire Dux, uznana sopranistka, która przez prawie 20 pierwszych lat swojego życia mieszkała w Bydgoszczy. Na świat przyszła w 1885 roku pod Gnieznem, lecz krótko po tym, za sprawą pracy jej ojca, rodzina przeprowadziła się do domu przy dzisiejszej bydgoskiej ulicy Grottgera. I choć stuletni budynek w oparach miejskiego skandalu właśnie został zburzony, młodość przyszłej divy zapisała się na stałe w historii miasta nad Brdą.

GWIAZDA OPERY Nie była to zwyczajna uzdolniona śpiewaczka. Jej sława sięgała największych scen całego globu, najgłośniejszych dzieł, najważniejszych arii sopranowych z klasycznego repertuaru. Obracała się w gronie znamienitych artystów pierwszej połowy XX wieku, przez amerykańską prasę okrzyknięta została prawdziwą gwiazdą opery. Za mąż wychodziła trzykrotnie. „Melancholia. Portret śpiewaczki Claire Dux” - tak jeden ze swoich obrazów zatytułował sam Salvador Dali. Zanim jednak do tego doszło, bohaterka dzieła pierwsze lekcje śpiewu odebrała w Bydgoszczy. Skończyła Seminarium Nauczycielskie, jednak największą radość sprawiały jej występy wokalne dla miejskiej publiczności. Muzyka nie była obca w jej rodzinie. Dziadek od strony matki uczył śpiewu i gry na fortepianie, starannie kształcona muzycznie ciotka poślubiła kompozytora Roberta Schumanna. U BOKU „KRÓLA TENORÓW” Klara zadebiutowała w wieku 12 lat, grając tytułową rolę żeńską w wystawionej charytatywnie operze „Hansel and Gretel”. Bydgoska publiczność pokochała jej wyjątkowy głos. Barwa zapadała w pamięć po kilku sekundach. Młoda artystka przekonana o tym, co jest jej prawdziwą pasją, wyjechała z Bydgoszczy uczyć się śpiewu. Z niesamowitym uporem docierała do najlepszych europejskich trenerów. Pierwsze lekcje odebrała w Berlinie, wkrótce przeniosła się do Mediolanu. Debiu-

Gazety prześcigały się w konstruowaniu dalszych scenariuszy kariery Klary. Wszyscy zastanawiali się, czy jako żona milionera nadal będzie śpiewać. „Charytatywnie, owszem”, brzmiała odpowiedź. tem na prawdziwej scenie była partia Pamiry w „Czarodziejskim flecie” Mozarta. Zaśpiewała ją na deskach opery w Kolonii, gdy miała zaledwie 21 lat. Występ ten otworzył jej drzwi do światowej kariery, choć przełomową rolą okazała się Mimi z „Cyganerii” Pucciniego. To właśnie jej fragment w 1909 roku wykonała u boku Enrico Caruso, włoskiego króla tenorów początków XX wieku. Dwa lata później podpisała kontrakt z Operą Berlińską, gdzie pracowała do 1918 roku. Podczas występóu w „Kawalerze srebrnej róży” Straussa, jej głos zachwycił jednego z najbardziej wpływowych brytyjskich dyrygentów, Thomasa Beechama. Dzięki temu wystąpiła w londyńskim Royal Opera House. Przez trzy lata gościła też na deskach Opery Królewskiej w Sztokholmie.

siębiorca Charles Swift, 17 lat starszy od niej milioner. Poznała go kilka lat wcześniej jako kuratora opery. Para od razu zajęła pierwsze miejsce popularności wśród ówczesnych celebrytów, opisywanych w amerykańskiej prasie. Gazety prześcigały się w konstruowaniu dalszych scenariuszy kariery Klary. Wszyscy zastanawiali się, czy jako żona milionera nadal będzie śpiewać. „Charytatywnie, owszem”, brzmiała odpowiedź sopranistki. Miała wszystko, kochającego męża, przyjaciół, talent, sławę, pieniądze. I własny portret namalowany przez Salvadora Dalego. Na tle surrealistycznej pustyni, chmur, aniołów bez twarzy, zza szafy wychyla się lekko uśmiechnięta kobieca postać. Bydgoszczanka, Claire Dux.

miasta kobiet

październik 2013

39


PRYWATNY GABINET LEKARSKI MACIEJ JACKOWIAK Zakres konsultacji:

GA ABINET FIZYKOTERAPII: C C C C C

Elektroterapia Laseroterapia Ultradźwięki Magnetoterapia Ćwiczenia indywidualne

C Ortopedia dziecięca C Ortopedia dorosłych C Traumatologia (urazy narządów ruchu)

Wykonywane zabiegi operacyjne:

C korekcja operacyjna palucha koślawego i innych deformacji palców stopy (metoda bezgipsowa) C deformacje w obrębie ręki (zapalenie ścięgien, przykurcz Dupuytrena, zespół cieśni kanału nadgarstka, gangliony) C artroskopia stawu kolanowego i ramiennego 891813TRTHA

Projekt numer: RPKP.05.02.01-04-456/10 jest współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Kujawsko-Pomorskiego na lata 2007-2013 oraz ze środków budżetu państwa.

PRYWATNE GABINETY ONKOLOGICZNO-ORTOPEDYCZNE

SPECJALISTYCZNY GABINET LEKARSKI EDWARD KRAJEWSKI Zakres konsultacji: DIA AGNOSTYKA - USG: jamy brzusznej ślinianek piersi węzłów chłonnych tarczycy blizny pooperacyjnej jąder dołów pachwinowych dołów nad i podobojczykowych dołów pachowych

Wykonywane zabiegi operacyjne:

opracowywanie ostrych i przewlekłych ran opracowywanie zmian troficznych skóry elektrokoagulacja i elektrodyssekcja zmian skóry i błon śluzowych usuwanie zmian łagodnych, podejrzanych i złośliwych skóry usuwanie radykalne i biopsje chirurgiczne zmian tkanki podskórnej, węzłów chłonnych i piersi C anoskopia i rektoskopia z pełną diagnostyką zmian C C C C C

Rejestracja czynna: od poniedziałku do piątku od 10:00 do 18:00 ul. Broniewskiego 4/2, Osiedle Sztuk Pięknych, Toruń tel. 56 622 40 46, kom. 782 975 558 rejestracja@novamed.torun.pl, www.novamed.torun.pl

891913TRTHA

C C C C C C C C C C

C chirurgia ogólna C chirurgia onkologiczna C poradnictwo w zakresie medycyny paliatywnej

Miasta Kobiet październik 2013  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you