Page 1

z łatką glam rocka >

str. 4-6

nasze miejsca spotkań

luty 2015


WYDAWCA: EXPRESS MEDIA Sp. z o.o. Bydgoszcz, ul. Warszawska 13 tel. 52 32 60 733 Prezes Zarządu: dr Tomasz Wojciekiewicz Redaktor Naczelny: Artur Szczepański Dyrektor sprzedaży: Adrian Basa Menedżer produktu: Emilia Iwanciw, tel. 52 32 60 863 e.iwanciw@expressmedia.pl

Banalna rzecz: nie wszyscy Czytając najnowsze „Miasta Kobiet”, a przynajmniej ich felietonową część, może Wam się w pewnym momencie nasunąć wymowne pytanie: Co jest z tymi facetami? O tym, że coś jest nie tak pisze i Justyna Król (która na str. 25 zastanawia się, ile w tak zwanych dżentelmenach jest zwykłej chęci, by… no cóż, „zaliczyć”), i Janusz Milanowski (który na str. 30 tłumaczy dlaczego faceci po rozstaniach bywają prawdziwymi… no cóż po raz drugi, „dupkami”). Jakby tego było mało, nawet seksuolog na str. 22-23 przyznaje raz po raz, że mężczyźni tak naprawdę miewają nas i nasze potrzeby gdzieś. Chcielibyśmy przy tej okazji zaznaczyć jedną bardzo istotną i być może banalną rzecz - NIE WSZYSCY. Czasem mam wrażenie, że w tych damsko-męskich relacjach dogadujemy się wzajemnie lepiej niż chcemy przyznać. Opowiadamy o królewiczach, którzy zmieniają się w żaby. Skupiamy się na codziennych różnicach, spotkaniach którym daleko do ideału, rozstaniach bez klasy. Rozstrzygamy, kto z jakiej jest planety i dlaczego ta męska odleciała tak daleko od Słońca. Wyolbrzymiamy i nakręcamy się wzajemnie, urządzając konkursy na dupka roku, zamiast rozejrzeć się dookoła i zauważyć, że nie każdy facet chce być mistrzem w tej kategorii. Obok fałszywych dżentelmenów i dupków, mamy też przed sobą zupełnie inne historie - opowieści naszych dwóch bohaterek ze stron 12-13. Nie w każdym punkcie są one wesołe, ale jednak inspirują do wiary, że chcemy na naszych mężczyzn czekać, nawet wtedy gdy płyną w rejs na kilka miesięcy lub znikają w wojskowej bazie na misji w Afganistanie. Bez nich też damy sobie radę, ale jednak, to nie to samo. Przyznam, że piszemy o tym nie bez powodu - jak wiecie, zbliżają się walentynki. Można ten dzień potraktować, jak kolejną okazję, by spędzić ze sobą miło czas. Takich okazji, nawet gdy ta druga osoba nie pracuje na morzu odległym o pół świata, nigdy nie jest zbyt wiele. Ale tak naprawdę powód znalazłby się i bez święta zakochanych. My po prostu tych facetów (czasem i dupków przez krótką chwilę) lubimy.

LUCYNA TATARUCH redaktorka prowadząca „MIASTA KOBIET”

2

miasta kobiet

luty 2015

Redaktorka prowadząca: Lucyna Tataruch, tel. 52 32 60 798 l.tataruch@expressmedia.pl Teksty: Dominika Kucharska d.kucharska@expressmedia.pl Janusz Milanowski j.milanowski@expressmedia.pl Jan Oleksy j.oleksy@expressmedia.pl Justyna Król j.krol@expressmedia.pl Lucyna Tataruch l.tataruch@expressmedia.pl Lena Kałużna Joanna Shigenobu Joanna Czerska-Thomas Zdjęcie na okładce: Tomasz Czachorowski Projekt: Iwona Cenkier i.cenkier@expressmedia.pl Skład: Dagmara Potocka-Sakwińska Ilona Koszańska-Ignasiak Tomasz Bieńkowski Sprzedaż: Michał Kopeć, tel. 56 61 18 156 m.kopec@nowosci.com.pl Angelika Sumińska, tel. 691 370 521 a.suminska@express.bydgoski.pl

ZNAJDZIESZ NAS NA: www.miastakobiet.pl www.fb.com/MiastaKobiet.Nowosci.ExpressBydgoski

„Miasta Kobiet” ukazują się w każdy ostatni wtorek miesiąca, jako dodatek do „Expressu Bydgoskiego” i „Nowości - Dziennika Toruńskiego”. Przez cały miesiąc są dostępne również w 91 miejscach w Bydgoszczy i Toruniu. Adresy znajdziesz na stronie www.miastakobiet.pl


815T4JBA


ZDJĘCIE: TOMASZ CZACHOROWSKI

temat

NA ZDJĘCIU OD LEWEJ: NATALIA PAWŁOWSKA (skrzypce), JOANNA KREMPEĆ-KACZOR (kontrabas), JOANNA LASKOWSKA (wiolonczela), DOROTA GAJEK (skrzypce), MARTA LUTRZYKOWSKA (altówka)

Przełamujemy klasyczny schemat. Poprzeczka jest wysoko, bo rockowe aranżacje są trudne. Ale możemy się przy tym bardziej otworzyć i wyżyć! Z zespołem Spring Quintet* rozmawia Lucyna Tataruch

4

miasta kobiet

luty 2015


pasja Przepytanie pięciu dziewczyn naraz to nie jest łatwe zadanie… Natalia: Na razie czterech, piąta się spóźni. … na dodatek nie będę ściemniać - o muzyce klasycznej nie wiem nic. Marta: No to dobrze, że nie planowałyśmy wcale o tym rozmawiać (śmiech). Nie? Wszystkie kończyłyście Akademię Muzyczną, gracie w orkiestrach, w filharmonii, operze, udzielacie lekcji gry… Dorota: … i wciąż szukamy nowych zadań, dlatego teraz w Spring Quintet gramy rocka! A jednak przede mną siedzą elegancko ubrane kobiety z instrumentami smyczkowymi. Dorota: Ten wizerunek jest świadomy. Klasyka z pazurem. Przykleiłabym nam łatkę glam rocka. Mimo wspólnej łatki, mam wrażenie, że bardzo się od siebie różnicie. Może powiedzcie najpierw kilka słów o sobie? Marta: To ja może powiem (śmiech). Zacznijmy od Doroty skrzypaczki - jest zdecydowanie najbardziej ambitna z nas wszystkich, wybiera cel i do niego dąży. Jest naszą liderką i dobrze, dzięki temu to wszystko działa. Spring Quintet jest jej inicjatywą. Natalia, druga skrzypaczka… taka uosobiona łagodność, która nie dolewa oliwy do ognia, tylko wręcz przeciwnie, umie wypracowywać kompromisy. Asia kontrabasistka to taka nasza opoka. Męski pierwiastek, oczywiście w tym dobrym znaczeniu. Dorota: Dla mnie Aśka jest jak Ringo Star w The Beatles (śmiech). No i mamy jeszcze póki co nieobecną Joasię wiolonczelistkę. Temperamentna bardzo, estradowy ogień. Zabrakło w opisie Marty altowiolistki… Marta: Ja jestem od wygłupów, jakżeby inaczej.

A płeć? Dorota: To jest raczej przypadek… Chociaż przyznam, że kiedyś żeński skład to było coś oryginalnego. Teraz to już powszedniość, ale na przykład 10 lat temu były przede wszystkim zespoły męskie albo mieszane. Czy kobiety grają inaczej niż mężczyźni? Marta: To jest kwestia osobowości, charakteru i podejścia do tej tematyki. Można by pomyśleć, że ostrzejsze granie jest męskie, ale nie każdy facet ma to w sobie. Muzyka nie ma płci. Ale gdyby tak spojrzeć na orkiestrę symfoniczną, to na przykład na Waszych instrumentach grają przeważnie kobiety. Dorota: W tej chwili to faktycznie sfeminizowany zawód… myślę, że głównym powodem jest ekonomia. Mężczyźni szukają bardziej intratnych zawodów. Asia, jako „męski pierwiastek”, jak widzisz to babskie granie? Asia: (śmiech) No ja myślę, że jednak inaczej gra się z paniami, a inaczej, gdy skład jest mieszany… Tego może nie słychać w końcowym efekcie, bardziej chodzi o rodzaj współpracy. Że niby z facetami lepiej? Asia: Mnie to akurat obojętnie. Ale kobiety postrzegają świat trochę inaczej i czasem są to te lepsze aspekty, a czasem… rzekłabym, że wkradają się w ich relacje elementy rywalizacyjne. Na szczęście nie w naszym gronie, ale tak ogólnie zauważyłam, że się to zdarza. Panowie są bardziej konkretni, może nie zwracają tak uwagi na szczegóły? Może my rywalizujemy, bo czujemy, że musimy coś udowodnić jeszcze bardziej? Asia: Być może. Ale zdaje się, że my jesteśmy z Wenus, a oni są z Marsa (śmiech).

Skrzypaczka, kontrabasistka, wiolonczelistka… OK, te nazwy wszyscy znają. Ale altowiolistka? Wybacz - ludzie wiedzą o czym Ty do nich mówisz, gdy próbujesz powiedzieć, czym się zajmujesz? Marta: (śmiech) Jasne, że nie. Zdarza się, że na przykład w rozmowie z kimś altówka występuje jako instrument dęty. Ale wystarczy powiedzieć „takie większe skrzypce”.

Aha, czyli to po prostu kwestia planety. Marta: (cicho podpowiada) Topografia. Dorota: Ja myślę, że mężczyźni zupełnie naturalnie ustawiają się według hierarchii w grupie. U nas każda z pań jest indywidualnością i chce mieć swój głos. Ważne, aby tego nie gasić. Wymiana pomysłów i odczuć jest konieczna, by się rozwijać.

Nie pomyliłam się, że jesteście zupełnie różne. Uzupełniacie się? Dorota: Tak, każda wnosi czynnik kreatywny. Tworzymy komplet. Mamy taką przestrzeń, w której wszystkie osobowości mogą zabłysnąć.

Dużo rozmawiacie na próbach? Asia: Tylko na temat. Plotkujemy dopiero jak już skończymy próbę. Dorota: To jest mój pierwszy skład, w którym nawet nikt podczas prób nie pyta o przerwy…

Znacie się ze szkoły? Marta: Nie, byłyśmy rozbite rocznikami. Natalia jest najmłodsza. Dorota: Ja Asię znam od czasów studenckich, Martę poznałam w pracy w Operze Nova, a resztę dziewczyn ogólnie w środowisku muzycznym. I tak jakiś czas temu powstał ten skład.

Nagrałyście niedawno płytę „Nexus”, której fragmenty można posłuchać na Waszej stronie www.springmusic.pl. Usłyszymy na niej covery AC/DC, Pink Floyd, Deep Purple i wielu innych. Kto wybierał ten repertuar? Dorota: To wypadkowa propozycji naszego aranżera Dariusza Zbocha i tego, co naszym zdaniem najlepiej brzmi w smyczkowym ujęciu. Pokochałyśmy w tej muzyce ducha wolności, ekspresję, energię i szczerość. Wybrane utwory mają też ciekawą warstwę liryczną - słowa

Jakie były kryteria doboru do zespołu? Dorota: Talent i uroda oczywiście (śmiech). Jest jeszcze jeden element - osobowość.

są natchnieniem naszych instrumentalnych interpretacji. Natalia, czy Ty - jako najmłodsze ogniwo w zespole - podobnie to czujesz? Natalia: Tak… Mnie się w tych naszych aranżach najbardziej podoba to, że przełamujemy klasyczny schemat, gdzie trzeba ciągle się mieć pod kontrolą, nie ma miejsca na własną inwencję. Im mniej się ingeruje w utwór, tym lepiej. Tutaj poprzeczka też jest wysoko, bo te rockowe aranżacje są trudne, ale można być bardziej otwartym, można też się wyżyć. Nawet fizycznie - przy nagrywaniu płyty zauważyłyśmy po jakimś czasie, jak bardzo mocno musimy grać, cięższą ręką. Koncerty chyba też są zupełnie inne niż te w filharmonii czy w operze… Natalia: Jasne, przede wszystkim na koncercie jak jest entuzjastyczna publiczność, to ta energia nas zaraża. Są takie utwory, przy których zawsze pod sceną musi być czad, na przykład wspomnianego AC/DC. Denerwujecie się przed występami? Natalia: Ja czasem tak. Marta: Ja bym się bardziej denerwowała, jakbym miała sama wyjść. W piątkę nie czuję tremy. Jest mały dreszczyk, ale bez tego to w ogóle nie miałoby sensu. Dorota: Publiczność mobilizuje i uruchamia w nas jakieś dodatkowe siły. Ja też czasem czuję przed koncertem lekką tremę, ale jest ona wpisana w ten ogólny, zupełnie wyjątkowy stan. Czujecie się absolutnie pewnie w tym, co robicie? Marta: Tak, ale zawsze jest niedosyt, na przykład przy tej płycie ja jeszcze czasem sobie myślę - a mogłam to trochę inaczej zagrać… Asia: Bo nie ma czegoś takiego, jak skończona perfekcja. W muzyce jednak ciągle szukamy i zawsze, nawet po najbardziej udanym nagraniu czy wykonaniu, można znaleźć jeszcze coś nowego. Czegoś się nauczyć. Marta: Mnie to czasem denerwuje, że tyle lat gram i gram, a gdy pojawia się coś trudnego, znowu trzeba ćwiczyć. To się nigdy nie kończy. Nad formą trzeba pracować, jak w sporcie. Granie wymaga wielu wyrzeczeń? Dorota: Tak i to też jest przy okazji świetny trening cierpliwości, czy wszystkich tych cech, które są potrzebne do osiągania celów, balansowania pomiędzy życiem artysty a zwykłymi obowiązkami. Trudno to czasem zrozumieć innym i ja się nawet nie dziwię. Ludzie myślą może, że wystarczy wziąć instrument i zagrać koncert, a to zupełnie coś innego… Asia: Tak, ile razy ja już słyszałam: „Czym ty jesteś taka zmęczona, przecież tylko sobie grasz”. Dorota: No właśnie. A jednak każdy koncert wymaga procesu przygotowań i nauki. Wyobraźmy sobie, że muzykowi nie płaci się za godzinę koncertu, tylko za 20 lat nauki, umożliwiającej wykonywanie tego zawodu. Ile jest w tym ciężkiej pracy, a ile talentu? miasta kobiet

luty 2015

5


pasja Natalia: Bez talentu praca jest jeszcze trudniejsza. To potem słychać, czegoś brakuje. Ale tak jak Dorota mówiła, aby dojść do poziomu profesjonalnej gry, trzeba poświęcić ogromną ilość czasu. Jednak myślę, że dla każdej z nas granie jest już jak oddychanie, bo robimy to od dziecka, jakby od zawsze. Marta: No właśnie, u muzyków chyba nie ma tych rozterek, co robić, jaką szkołę wybrać, co dalej. Po prostu idzie się tą drogą. (dociera Joasia wraz z wiolonczelą) No i jest w końcu jakiś ogień! Cześć Joasiu wiolonczelistko, będę musiała Cię tak nazywać, żeby odróżnić Cię od Asi kontabasistki. Joasia: Nie ma problemu. Przegapiłaś 3/4 rozmowy, musimy więc jakoś wprowadzić Cię w temat… Łatwo taszczy się tę wielką wiolonczelę? Joasia: Nie (śmiech). Ja zawsze chciałam grać na skrzypcach, ale moja mama stwierdziła, że tego nie wytrzyma. Chciałam też grać na fortepianie, ale nie mieliśmy możliwości kupienia instrumentu. Została więc wiolonczela. Teraz oczywiście nie żałuję i dziękuję mojej mamie za tę sugestię, ale czasem, gdy to targam ze sobą, to w myślach jestem bardzo daleko od podziękowań (śmiech). No właśnie, a czy zdarzają Wam się jakieś kryzysy? Myśli, żeby rzucić już to granie raz na zawsze? (Asia, Marta i Dorota przecząco kiwają głowami) Joasia: Ja miałam taki kryzys. Oczywiście, nie przez wielkość instrumentu. Po prostu dawniej chciałam być weterynarzem, tak bardzo, bardzo. I do tej pory został we mnie sentyment do tego zawodu. Był taki moment, że mogłam wybrać weterynarię, ale przytłoczył mnie nadmiar obowiązków, związanych z nowym tematem. A granie było od dziecka, więc zostałam już przy tym. Natalia, a Ty? Natalia: Ja w czasie studiów miałam taki moment. Męczyła mnie ta presja i muzyka klasyczna, to poczucie, że wszystko musi być takie doskonałe. Zwątpiłam w to, że mogę grać tak świetnie, jakbym chciała. Pamiętam, że nie było to miłe. Te myśli znikały i wracały. Teraz już tego nie mam. Tak mi się skojarzyło - parę dni temu byłam w kinie na filmie „Whiplash”. Historia jest o młodym perkusiście, który chce osiągnąć sukces. „Pomaga” mu w tym muzyk mentor, dość osobliwymi metodami - poniża go, obraża, nieustannie krytykuje. Coś na zasadzie: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Ja tak rozumiem tę presję, o której Natalia powiedziała. Czy to faktycznie jedyna droga?

Mężczyźni zupełnie naturalnie ustawiają się według hierarchii w grupie. U nas każda z pań jest indywidualnością i chce mieć swój głos. Ważne, aby tego nie gasić. DOROTA GAJEK SKRZYPACZKA

Natalia: No właśnie na mnie to nie działa, wręcz tego nie znoszę. Przez tego typu zachowania miałam te swoje zwątpienia. Jak mi jacyś mistrzowie mówią, że nic nie potrafię, no to… Nie ma w tym już żadnej radości. Zaczyna się walczyć ze sobą i z graniem. No ale pewnie są ludzie, na których to działa… Dorota: Myślę, że takie metody kaleczą duszę, osobowość, niszczą pewność siebie. Po drodze traci się też coś bardzo ważnego, nie tylko w sferze muzycznej. Muzycy to wrażliwcy? Asia: Ależ oczywiście. W czym to się objawia na co dzień? Asia: Łatwo nas urazić, zranić. Chyba nie mamy tej skorupy ochronnej. Natalia: W samo granie trzeba włożyć dużo emocji, a przez to też się odkryć, otworzyć… Dorota: Tak jak Natalia mówi, pracujemy od lat szkolnych na emocjach. Ciągłe wyzwania, pokonywanie samych siebie - to z pewnością ma wpływ również na skalę i intensywność naszej emocjonalności. Muzyka może właśnie jest eliksirem szczepu wrażliwców? Czy szczep wrażliwców dogaduje się z innymi ludźmi? Joasia: Jakoś tak niestety wychodzi, że otaczamy się chyba w większości muzykami… Niestety? Joasia: W tym środowisku czasem czuć taką konkurencyjność. Ale oczywiście nie można generalizować, zależy na kogo się trafi. Bywa jednak tak, że ktoś, kto nie gra, potrafi nas bardziej docenić… Marta: Tak „Ojej ty grasz, ale super” (śmiech). Joasia: (śmiech) No tak, ale chciałam tylko powiedzieć, że nie ma reguły. Dorota: Ja lubię spędzać czas z osobami niezwiązanymi zawodowo ze sztuką. Daje to dystans.

Rozumiem o czym mówi Joasia. Ostatnio koresponduję z panią architekt, poznałyśmy się podczas mojego koncertu z cyklu Violin & Multimedia. Jej słowa to gotowe, trafne recenzje, coś innego niż koleżeńskie „gratuluję”. Natalia: Ja mam jedną koleżankę, która nie gra… Jedną??? Marta (śmiech): Tak, ja też słyszałam kiedyś o kimś, kto nie gra, legenda głosi, że tacy ludzie istnieją… Natalia: No jedną z tych takich bliższych! I przyznam, że czasem czuję różnicę w sposobie odbierania świata… nie umiem tego tak do końca opisać. Ale nie uwierzę, że Wasz świat to tylko granie. Jak się relaksujecie? Marta: Alkoholem. (śmiech dziewczyn). Nie śmiejcie się, tylko same powiedzcie coś innego! Ja akurat żartowałam, nie mogę pić, bo karmię. Natalia: Dla mnie najlepszy jest seans filmowy z ukochanym. Joasia: No dobra, to ja też się przyznam do tego. Dorota: I ja! Ale lubię też odreagować aktywnie: wycieczki rowerowe, tenis, treningi. A ty Asia? Asia: Ja nie mam czasu na relaks. Poważnie, jak mam wolną chwilę, to idę poćwiczyć. Może mimo wszystko właśnie to mnie uspokaja? OK, życzyć więc Wam jeszcze więcej grania? Dorota: Pewnie! Zamierzamy koncertować, ruszamy na festiwale, 5 marca zagramy ważny koncert w Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku, ponieważ nasze show po raz pierwszy zostanie rozbudowane o elementy aktorsko-taneczne. Będziemy miały gości na scenie, same też bardziej się uaktywnimy. Kolejne wyzwanie przed nami! Marta: Ja tylko od razu mówię, że szpagatu nie zrobię.  napisz do autora l.tataruch@expressmedia.pl Zajrzyj na nasz facebookowy profil 3 lutego. Do wygrania płyta Spring Quintet.

*Spring Quintet kwintet smyczkowy, założony wiosną 2004 roku; w obecny skład wchodzi: Dorota Gajek (skrzypce), Natalia Pawłowska (skrzypce), Marta Lutrzykowska (altówka), Joanna Laskowska (wiolonczela) i Joanna Krempeć-Kaczor (kontrabas); artystki przed końcem 2014 roku nagrały płytę „Nexus”

Rozmowa ze Spring Quintet we wtorek (27.01) o godzinie 9 i 14 oraz w środę (28.01) o godzinie 12 na antenie Radia Eska. 94,4 fm (Bydgoszcz) 104,6 fm (Toruń)

6

miasta kobiet

luty 2015


Trendy z

1 4

2

8

5

6

3

7

zimowe 10

13 12

15 16

szaleństwo

Uhuha, uhuha, nasza zima… modna! Bez znaczenia czy zamierzasz szusować po zaśnieżonych stokach, robić piruety na miejskim lodowisku czy szaleć na sankach - rób to stylowo. W sklepach Toruń Plaza aż roi się od modowych inspiracji. Ciepłe czapki z uroczymi pomponami, puchowe kurtki, wygodne, nieprzemakalne buty - to wszystko idealnie sprawdzi się w trakcie zimowego szaleństwa, a Ty będziesz wyglądała świetnie. Nie zapominaj, aby stylizacje na ten sezon uzupełnić o kosmetyki, które ochronią skórę przed wiatrem i mrozem.

14 18

17

Anna Deperas-Lipińska stylistka Toruń Plaza

1. Narty VARIO FIBER ETL Martes Sport - 799,00 zł, Toruń Plaza 2. Czapka - 104,93 / szal - 83,93 / rękawiczki - 48,93 Ochnik, Toruń Plaza 3. Polar 4F - 99,90 zł, Toruń Plaza 4. Kurtka Sports Direct.com - 519 zł, Toruń Plaza 5. Perfecta - krem ochronny dla narciarzy Hebe - 12,99 zł, Toruń Plaza 6. Paloma - krem ochronny do rąk Hebe - 8,99 zł, Toruń Plaza 7. Kurtka Lee Lee Wrangler - 249 zł, Toruń Plaza 8. Zegarek Diesel DZ1676 Swiss - 645 zł, Toruń Plaza 9. Spodnie 4F - 99,90 zł, Toruń Plaza 10. Nauszniki Ochnik - 111,93 zł, Toruń Plaza 11. Spodnie Sports Direct.com - 349 zł, Toruń Plaza 12. Śniegowce CLIFF SPORT - 99,50 zł, Toruń Plaza 13. Sweter Ochnik - 899,90 zł, Toruń Plaza 14. Spodnie dresowe 4F - 99,90 zł, Toruń Plaza 15. Skarpetki Marilyn - 31 zł, Toruń Plaza 16. Buty Deichmann - 119 zł, Toruń Plaza 17. Buty Trace Ecco - 359,90 zł, Toruń Plaza 18. Kurtka 4F - 499,90 zł, Toruń Plaza Toruń Plaza: ul. Broniewskiego 90, www.torun-plaza.pl, czynne codziennie od 9 do 21

miasta kobiet

luty 2015

7

38315TRTHA

9

11


kobieca perspektywa

Kobiecy poligon Inspirują mnie dziewczyny, które starają się realizować, mimo że pozornie w ich życiu nie ma na to miejsca. To kobiety, które pracują, zajmują się dziećmi, zmagają się z przeciwnościami losu, stawiając mniejsze lub większe kroki do przodu. Taka siła mi imponuje. Z Magdaleną Sikorską-Cupą*, fotografką, autorką projektu fotograficznego pt. „Siła jest kobietą”, rozmawia Dominika Kucharska

Od twierdzenia „siła jest kobietą”, bardziej popularne jest to mówiące, że jesteśmy płcią piękną, ale słabszą. Pani projekt ma to obalić? Wydaje mi się, że bardzo łatwo to zrobić, bo kobiety według mnie są silniejsze od mężczyzn. Musimy być takie, nie mamy wyboru. Każdy nasz ruch jest oceniany, nie ma taryfy ulgowej. Zaczęłam zauważać, że kobiety, które spotykam na swojej drodze, są zupełnie inne, ale jednocześnie w wielu aspektach ich życie jest identyczne. Jeśli na przykład decydujemy się na macierzyństwo, to oczekuje się od nas całkowitego poświęcenia, bez odstępstw. Wcale łatwiej nie mają kobiety, które świadomie rezygnują z bycia matką. W oczach wielu pozostaną egoistkami, wymaga się od nich tłumaczenia się ze swoich intymnych decyzji. Mimo to zaciskamy zęby i idziemy dalej. Tak samo podchodzimy do pracy, pasji. Uważam, że my bardziej niż płeć przeciwna zdajemy sobie sprawę z tego, że trzeba żyć w zgodzie ze sobą. Pod żadnym pozorem nie chcę zaniżać wartości mężczyzn, ale uważam, że kobiety są bardziej waleczne. Chce Pani zamknąć w kadrze 7 kobiecych historii. Kim będą Pani bohaterki? To kobiety, które odpowiedziały na moje ogłoszenie o projekcie. Z myślą o tym przedsięwzięciu chodziłam długo, ale samo wypromowanie go potraktowałam dość spontanicznie. Posłużyłam się Facebookiem. Informację wstawiłam na profilach grup zrzeszających kobiety i tych związanych z naszym regionem. Poprosiłam o nadsyłanie historii, które będą odpowiedzią na moje projektowe założenie pt. „Siła jest kobietą”. Przyznam, że nie spodziewałam się wielkiego odzewu, ale… Ale? Zgłoszenia, które otrzymałam, mnie powaliły, w dobrym tego słowa znaczeniu. Z każdym kolejnym mailem byłam coraz bardziej poru-

8

miasta kobiet

luty 2015

szona. Otworzyły się przede mną osoby, które mnie nie znają. Nie jestem przecież znaną fotografką. Słysząc moje nazwisko ludzie nie myślą: „A to ta Sikorska”. Otrzymałam kredyt zaufania, furtkę do czyjejś prywatności.

nie jest płytka, bo nie chodzi o podobanie się w najprostszym tego słowa znaczeniu. Staram się, aby moje fotografie wydobywały więcej niż tylko powierzchowność. Z aparatem poluję na ciche emocje.

Co to za historie? Każda z tych opowieści jest inna i to bardzo mnie cieszy. Napisały do mnie kobiety z pasją, ale również takie, które zmagają się z cierpieniem, chorobą. Łączy je to, że wszystkie one na swój sposób są niebywale waleczne i wypełnione miłością. Chciałam, żeby ten projekt był prawdziwy i już teraz wiem, że właśnie taki będzie. Szczerość kobiet, które do mnie napisały, zbudowała we mnie ogromną odpowiedzialność. Planuję, rozmyślam o tym. W mojej głowie pojawiają się obrazy, z których urodzi się wizja artystyczna, choć rzeczywistość może się okazać zupełnie inna. Chciałabym zrealizować każdą z historii w warunkach naturalnych, takich, jakie zastanę.

Jak rodziła się w Pani ta pasja? Jestem typowym samoukiem. Generalnie w życiu doceniam bardziej rzeczy, do których doszłam sama. Po aparat sięgałam od dawna, ale świadomie fotografuję od trzech lat. Skupiłam się na tym, bo zaczęło mi brakować jakiegoś elementu, który dopełniałby mój rozwój. Gdy na świecie pojawił się mój syn, chciałam uwieczniać jego początki, odkrywanie świata. Robiłam zdjęcia, ale zdawałam sobie sprawę z braków w warsztacie. Zaczęłam się więc uczyć, uczestniczyć w kursach, warsztatach. Tak trafiłam do społeczności kobiet, które fotografują. Sam projekt „Siła jest kobietą” to składnik, który ma mnie dookreślić jako fotografkę, zadanie, które postawiłam sama sobie. Jestem introwertyczką, nie otwieram się łatwo i wiem, że niestety przez to dużo mnie omija. Chowając się za aparatem jestem odważniejsza. Teraz liczę, że to moje oręże sprawdzi się w zetknięciu z całkowicie obcymi osobami. Nie chcę mówić, że to dla mnie forma terapii, bo trochę bym przesadzała. Wolę słowo wyzwanie.

Czemu właśnie „Siła kobiet”? Jest wiele innych opcji. Nie zamykam się na nie. Być może późnej zrobię kolejne projekty, których bohaterami będzie zupełnie inna grupa osób, jednak w pierwszej kolejności skupiłam się na kobietach. Utożsamiam się z kobiecością, naszą codzienną walką, gonitwą, troskami, szczęściem. Chcę ułamek życia tych siedmiu wybranych zamknąć w fotograficznych obrazach. W realizacji projektu nikt mi nie będzie pomagał, nie zabiorę asystenta. To będzie kobiecy poligon (śmiech). Kobiety fotografuje się inaczej? Na pewno. Jesteśmy zakompleksione, wymagamy od siebie bardzo wiele. Uchwycić moment, gdy kobieta na zdjęciu spodoba się samej sobie, to sztuka, bo to, co podoba się fotografowi, to zupełnie inna sprawa. Ta potrzeba podobania się sobie wcale

Mówimy o sile, ale sama o sobie pisze Pani, że jest pełna obaw… Taka jestem, taką mam naturę. Myślę, że bycie introwertykiem bierze się z jakiejś obawy, bo w końcu nie bez powodu wiele rzeczy chowam głęboko w sobie. To, że chcę to przełamywać, jest moim zdaniem pokazem siły. Jestem i ogniem, i wodą. Jeśli chodzi o artyzm, to raczej płynę. W działaniu bardziej przypominam ogień. Łatwo powiedzieć: „Uwierz w siebie”. Ja się tego uczę. Fotografia to jedyna z pasji, której się poświęciłam i jestem pewna, że będę to rozwijać.


temat

NA ZDJĘCIU MAGDALENA SIKORSKA-CUPA W OBIEKTYWIE TOMASZA CZACHOROWSKIEGO

Mogłaby Pani żyć bez wyzwań? Rozwój jest nie do przecenienia. Jeśli odpuścimy sobie siebie, to w pewnym momencie możemy wpaść w pułapkę nijakości. A gdy już w nią wpadniemy, to trudno jest wyłuskać z życia radość. Sztuką jest mimo wszystko sprawiać, aby nasza codzienność miała smak. Ja mam swoją pasję, mój mąż swoją i wiemy oboje, że dzięki temu jesteśmy szczęśliwsi. Szanujemy tę swoją odrębność, bo czas na samorealizację, jest tym jedynym czasem, gdy robimy coś tylko dla siebie. Nie jest to egoizm, a staranie się, aby to życie było jakieś. Jakie kobiety Panią inspirują? Nie podam listy kobiet-ikon, znanych wszystkim. Najbardziej inspirują mnie dziewczyny, które starają się realizować, mimo że pozornie w ich życiu nie ma na to miejsca. To kobiety, które pracują, zajmują się dziećmi, zmagają się z przeciwnościami losu. Każdego dnia rozwijają się poprzez działanie, niemalże przez całą dobę, stawiając mniejsze lub większe kroki do przodu. Zarówno na polu rodzinnym, jak i zawodowym. Dzięki temu są spełnionymi osobami. Taka siła imponuje mi najbardziej. Z wykształcenia jest Pani politologiem, ale zrobiła Pani także podyplomówkę z dziennikarstwa. Nie chciała Pani pójść w tym kierunku?

To były studia podyplomowe z dziennikarstwa, ale też z PR-u i marketingu, czyli tego, czym się zawodowo zajmuję. Dziennikarką nie mogłabym zostać. Zasmakowałam tego na praktykach i wiem, że nie potrafiłabym pisać obiektywnie o rzeczach, z którymi absolutnie się nie zgadzam. Co Panią tak wkurza w dzisiejszym świecie? To, że jesteśmy pozbawieni refleksji i zapomnieliśmy o wartościach. Gnamy bez zastanowienia, szybko dopada nas rutyna. Wstajemy rano i nawet nie pamiętamy dnia poprzedniego, bo był taki jakich było już tysiąc. I gdy wreszcie mamy chwilę dla siebie, to okazuje się, że już nie ma czego ratować, że innego życia nie znamy, że z osobą obok nie mamy o czym porozmawiać. Pozostała tylko pustka. Kiedy Panią naszła ta refleksja? Takim szokiem, a zarazem punktem zwrotnym, było macierzyństwo. Teoretycznie nie powinnam być zdziwiona, bo byłam dorosłą kobietą, ale zostanie matką zawsze wnosi w życie rewolucję. Całą energię, którą dotychczas wykorzystywałam tak jak chciałam, nagle skumulowałam na synku. Przez pierwsze dwa lata mnie nie było. Pojawienie się w życiu dziecka było tym najważniejszym momentem, dojrzałam i bardziej świadomie stąpam po ziemi. Mam odwagę pokonywać swoje obawy. Myślę o świecie i o wartościach

w kontekście życia i rodziny, chciałabym przekazać synowi to, co najistotniejsze - wrażliwość, otwartość, pasję. Wszystko to jest związane z upływającym czasem, bo czas płynie… Nie za szybko na takie rozważania? Mam 37 lat. Tak na marginesie urodziłam się w 1977 roku, 27 września i stąd też pomysł, aby kobiet w moim projekcie było siedem. Trudno powiedzieć, kiedy jest dobry moment na podsumowania. Ja czuję upływający czas. Tknęło mnie w pewnej chwili, że przecież chciałam coś zrobić, ale wciąż to odkładałam. Młodsza już nie będę, więc czas najwyższy zabrać się do dzieła. Nie chcę już dłużej czekać. Ma Pani w swoim portfolio zdjęcie, którego nigdy Pani nie zapomni? To zdjęcie jest jeszcze przede mną. Marzy mi się sfotografowanie ludzi w kontekście żywiołów. Człowiek i surowość natury. To byłoby to.  napisz do autora d.kucharska@expressmedia.pl

*Magdalena Sikorska-Cupa bydgoska fotografka; w tym roku zrealizuje swój projekt „Siła jest kobietą”; kocha pracę przy świetle zastanym miasta kobiet

luty 2015

9


mama

Jak wygląda ten proces? - odpowiada fizjoterapeutka Anna Talar* z Oddziału Klinicznego Noworodków, Wcześniaków z Intensywną Terapią Noworodka wraz z Wyjazdowym Zespołem „N” Szpitala Uniwersyteckiego nr 2 im. dra Jana Biziela w Bydgoszczy.

R

odzice wcześniaków często nie zdają sobie sprawy z tego, że ich dziecko będzie wymagało rehabilitacji. W naszym szpitalu rozpoczynamy ją bardzo wcześnie.

SAMODZIELNE JEDZENIE Kiedy tylko lekarz prowadzący wyrazi zgodę, wdrażam pierwsze elementy nauki jedzenia. W większości przypadków najpierw zajmuję się odruchem ssania. Masuję i symuluję jamę ustną oraz twarz dziecka, tak żeby maluszek nauczył się przyjmować pokarmy samodzielnie. Ta umiejętność to podstawa, by mógł wyjśc do domu. Stopniowo przystawiam smoczek. Gdy tylko odruch ssania ruszy, a mamie uda się zachować laktację przez okres, gdy dziecko jest w inkubatorze, rozpoczyna karmienie piersią. Włączenie naturalnego karmienia to ogromny sukces. Bliski kontakt ciała matki z dzieckiem jest bardzo ważny, jako rekompensata wcześniejszej separacji. Z czasem włączam rehabilitację wielozmysłową całego ciała dziecka. PRZYTULANIE I KANGUROWANIE Wcześniaczki z reguły mają obniżone napięcie mięśniowe i niedojrzały układ nerwowy. Dlatego też od jak najwcześniejszego okresu stymulujemy nie tylko ruch, ale też sferę integracji sensorycznej. Bardzo ważnym aspektem na początku rehabilitacji jest to, żeby wdrożyć w ten proces rodzica. Musi on wiedzieć, jak prawidłowo nosić, podnosić, trzymać, przytulać czy kangurować. Tak naprawdę to rodzic przedłuża moją pracę, bo prawidłowa pielęgnacja dziecka jest kontynuacją rehabilitacji.

10

miasta kobiet

luty 2015

Zanim przyjdzie

na własnych nóżkach ZABAWA I STYMULACJA W JEDNYM Rodzice często kontynuują rehabilitację poprzez zabawę, którą ja przeprowadzam przy wykorzystaniu metody NDT-Bobath. Przy metodach neurorozwojowych rehabilitant używa głównie rąk, dlatego rodzice bez problemu mogą się tego nauczyć. Aby zmotywować dziecko, wykorzystujemy różne zabawki. Zachęcamy je w ten sposób do działania, wykonywania i wielokrotnego powtarzania pewnych ruchów. Prowadzimy również m.in. terapię czaszkowo-krzyżową. To wspaniała metoda, która jest szczególnie polecana dla dzieci urodzonych przez cesarskie cięcie oraz dla dzieci bardzo niespokojnych czy płaczliwych. Mniej lubianą przez dzieci, ale bardzo skuteczną rehabilitacją, którą czasem muszę wdrożyć, jest terapia metody Vojty. Polega ona na uciskaniu ściśle określonych stref na ciele dziecka, w celu uzyskania odpowiedzi ruchowych, pobudzania konkretnych reakcji. To z pewnością trudniejsza dla rodziców metoda i dzieci podczas jej stosowania często płaczą. MASAŻ NA WAGĘ ZŁOTA Ważna jest też nauka masażu noworodka. Jednym z najważniejszych jest masaż Shantala - rodzice bardzo często uczą się go przy okazji pielęgnowania dziecka. Zaleca się, aby rodzic codziennie lub co drugi dzień masował swoje dziecko, dzięki czemu malec się wycisza, rozluźnia i poznaje swoje ciało. To działa w dwie strony - rodzic poznaje potrzeby dziecka i jego ruchy oraz nawiązuje z nim więź. Badania wykazują, że stosowanie masażu Shantala przez matkę

w pierwszych tygodniach po porodzie, zmniejsza nawet ryzyko depresji poporodowej.

CZUWAMY W listopadzie ubiegłego roku zorganizowaliśmy pierwszy Tydzień Wcześniaka, podczas którego rodzice mogli spotkać się z najlepszymi specjalistami w regionie, wymienić doświadczenia z innymi, czy nauczyć się np. języka migowego dla niemowląt. To wszystko zupełnie bezpłatnie! Nad naszymi wcześniakami czuwa sztab specjalistów - neonatolog, fizjoterapeuta, neurologopedia, terapeuta integracji sensorycznej, neurolog dziecięcy, okulista, neurolog, pulmonolog. Wszyscy więc mogą się czuć bezpiecznie - i dzieci, i ich rodzice. Najcudowniejsze momenty w naszej pracy to te, kiedy dziecko, które przy urodzeniu miało pół kilograma, pewnego dnia przychodzi do nas na własnych nóżkach w odwiedziny… *mgr Anna D. Talar specjalistka fizjoterapii, certyfikowana terapeutka metod NDT-Bobath, Vojty, PNF, terapii czaszkowo-krzyżowej i in., instruktorka masażu Shantala

10215BDBHA

Kiedy dziecko rodzi się przed terminem, kadra szpitala ma za zadanie otoczyć opieką całą rodzinę, która krok po kroku uczy się jak dbać o swoje małe-wielkie szczęście.


Życie po udarze Pacjent po udarze często uczy się żyć i funkcjonować na nowo. Aby umożliwić mu przynajmniej częściowe odzyskanie utraconych w wyniku udaru funkcji mózgu, konieczne jest zapewnienie mu interdyscyplinarnej opieki. Tekst: dr n. med. Emilia Małecka, neurolg z OrtusMed

JAK WYGLĄDA REHABILITACJA? Rozmowa z mgr fizjoterapii Anną Szakiewicz, dyplomowanym terapeutą PNF z OrtusHospital Co oznacza kompleksowość rehabilitacji? Na pacjenta po przebytym udarze mózgu należy patrzeć holistycznie. Oczywiście ustalamy z pacjentem (lub rodziną, gdy pacjent ma zaburzoną możliwość komunikacji) priorytety usprawniania, np. aktywność całej kończyny górnej lub funkcje manualne dłoni, chód, bieg, czy równowagę. Zwracamy też uwagę na pozostałe problemy dotyczące zaburzeń fizycznych i prosimy o konsultację logopedyczną, psychologiczną czy psychiatryczną jeśli istnieje taka konieczność. Od czego należy rozpocząć pracę z pacjentem ? Rehabilitację należy rozpocząć od nauki aktywności, lokomocji i samoobsługi w łóżku. Stosując metodę PNF rozpoczynamy od wyzwalania napięcia w tułowiu i/lub słabych kończynach. Bardzo dobre rezultaty uzyskuje się przez wykorzystywanie tzw. irradiacji - tzn. zastosowanie odpowiednich ćwiczeń oporowych zdrowych kończyn opartych na wzorcach ruchowych celem uzyskania pracy mięśni słabych.

polega na ustabilizowaniu decydujących dla życia parametrów takich jak ciśnienie krwi czy akcja serca. W określonych przypadkach można podjąć próbę rozpuszczenia skrzepu, który blokuje przepływ w naczyniu (tromboliza). Długość pobytu na oddziale udarowym jest różna i zależy od wielu czynników, jednak w praktyce najczęściej trwa około tygodnia. Już wtedy rozpoczyna się leczenie rehabilitacyjne. Pacjent po udarze często uczy się żyć i funkcjonować na nowo. Aby umożliwić mu przynajmniej częściowe odzyskanie utraconych w wyniku udaru funkcji mózgu (m.in. mowy, zdolności poruszania się, samoobsługi) konieczne jest zapewnienie mu interdyscyplinarnej opieki. Profesjonalna rehabilitacja wymaga współpracy lekarzy specjalistów, fizjoterapeutów, ergoterapeutów, logopedów oraz psychologów. Decydująca dla powodzenia całego procesu jest często motywacja samego pacjenta - im aktywniej jest on wspierany i zachęcany przez otoczenie, tym większe szanse istnieją na to, że będzie robił postępy w odzyskiwaniu utraconych zdolności. Obecnie dysponujemy coraz nowszymi metodami rehabilitacji, które pozwalają uzyskać szybsze i lepsze rezultaty leczenia.

OD CZEGO ZALEŻY SUKCES TERAPII?

1/ OBSZAR ORAZ ROZLEGŁOŚĆ USZKODZENIA MÓZGU 2/ SZYBKA, PRAWIDŁOWO I INDYWIDUALNIE DOBRANA TERAPIA 3/ MOBILIZACJA I STAN PSYCHICZNY PACJENTA 4/ WSPÓŁPRACA RODZINY

ul. Starotoruńska 5A, Toruń » tel. 56 307-01-08

65115TRTHA

U

dar mózgu to jedna z najczęstszych przyczyn niepełnosprawności u osób starszych. Choroba ta przeważnie dotyka ludzi po 65 roku życia, może jednak wystąpić również u pacjentów znacznie młodszych. Objawy takie jak opadanie kącika ust, zaburzenia mowy, osłabienie lub zupełna utrata siły mięśniowej kończyn czy też zaburzenia widzenia i koordynacji ruchów są nierzadko pierwszym objawem choroby. O udarze mózgu mówimy jednak, jeżeli wymienione zaburzenia funkcji mózgu trwają dłużej niż 24 godziny. Udary dzielimy na niedokrwienne (około 80 proc.) oraz krwotoczne (20 proc.). Udary niedokrwienne spowodowane są zamknięciem naczynia, zazwyczaj przez blaszkę miażdżycową lub kawałki skrzepliny, przeniesione przez krew. Rzadziej dochodzi do pęknięcia naczynia, co prowadzi do wynaczynienia krwi w obszarze mózgu. Mówimy wtedy o udarze krwotocznym zwanym również wylewem. W obu wymienionych sytuacjach dochodzi do zablokowania przepływu krwi do mózgu, którego komórki bez tlenu oraz niezbędnych substancji odżywczych umierają. Szybkie podjęcie leczenia w specjalistycznym oddziale udarowym pozwala zwiększyć szanse przeżycia oraz zmniejszyć obszar uszkodzenia mózgu. Pierwszy etap leczenia

Pacjent wychodzi ze szpitala i co dalej? W okresie zdrowienia oprócz rozległości uszkodzenia niezwykle istotna jest kontynuacja usprawniania szpitalnego - wskazana jest intensywna rehabilitacja, ukierunkowana na konkretne cele. Najczęściej spotykanymi przeze mnie zadaniami jest reedukacja chodu oraz usprawnianie kończyny górnej. W obu tych problemach pracę należy zacząć od wzmacniania mięśni posturalnych. Słabe mięśnie tułowia (mięśnie brzucha oraz mięśnie grzbietu) zarówno skutecznie zaburzają prawidłowy wzorzec chodu, ale również wywołują wiele reakcji stowarzyszonych kończyn - górnej i dolnej, co utrudnia ich prawidłowe funkcjonowanie.


historie miłości

ZA - Krzysztofa poznałam dziewięć lat temu, gdy był jeszcze uczniem Akademii Morskiej. Przyznam, że kiedy później mi się oświadczył, wahałam się - wspomina Monika Grot, 31-letnia bydgoszczanka. - Tata koleżanki był marynarzem i nie widywała go miesiącami. Jedynym sygnałem, że żyje, były pocztówki. Druga sprawa to wierność… Kasia Walińska, 36-latka, żona zawodowego żołnierza, opowiada, że ze swoim mężem Mariuszem darła koty jeszcze w podstawówce. Trenowali razem kajakarstwo i przepadali za sobą na zasadzie „Kto się czubi, ten się lubi”. - Przeciwieństwa się przyciągają, a jeśli się dotrą, zaczynają się świetnie uzupełniać. Wszystko można przetrwać i znieść, jeśli idzie za tym troska, możliwość rozmowy czy przytulenia się - wyznaje. Jednak obie nie zawsze mogą się przytulić do swoich mężów. Bywa, że nie widzą ich miesiącami. Przed ślubem wiedziały dobrze, że takie przerwy wpisane będą w te związki. Świadomie przysięgały na dobre i złe.

Czekanie na męża było wpisane w przysięgę małżeńską. Tak samo jak lęk, czy na pewno nic mu się nie stanie, czy wróci. Żołnierz lub marynarz nigdy tego nie wie… TEKST: Justyna Król

du pracy męża do Pruszcza Gdańskiego. Nie płakałam, byłam twarda. Wieczorami, by nie myśleć, przenosiłam się do świata sztuki lub literatury. Miłości międzywojenne były fantastyczne - ludzie tak się wtedy kochali! Razem walczyli, ginęli sobie w ramionach. Tęsknili, czekali na siebie… To takie trochę moje życie, tylko bardziej hardcorowe, bo bez dzisiejszej komunikacji. Mariusz wylądował na wojnie w Afganistanie, wśród bezwzględnych talibów. Zimą nie było tak źle, bo talibowie ukrywali się w górach, latem ostrzeliwali ich niemal codziennie. Po powrocie każde trzaśnięcie drzwiami kojarzyło mu się z wybuchami. Zanim jednak dołączył do Kasi, ją zbombardowały obowiązki. Radziła sobie, bo jak mówi, taka z niej Zosia Samosia trochę. A jednak zaczepiała ekspedientki w sklepie, by się wygadać. - Nie było łatwo. Nagle zaczęło przerastać mnie nawet regulowanie rachunków. Wcześniej mąż się tym zajmował. Kiedy po ośmiu miesiącach wreszcie wrócił, napięcie zeszło i poczułam słabość, na którą wcześniej sobie nie pozwalałam - wspomina. Potem były kolejne cztery kilkumiesięczne misje. Łącznie już trzy i pół roku małżeństwa spędzili osobno. Pomagał stały kontakt mailowy. Każdego dnia przysługiwało im też pięć

ZDJĘCIE: TOMASZ CZACHOROWSKI

MIŁOŚCI MIĘDZYWOJENNE - Podczas pierwszej misji Mariusza nasza starsza córka miała sześć lat - opowiada Kasia. - Zostałam z nią sama w obcym mieście, bo wcześniej przeprowadziliśmy się z powo-

MUNDUREM...

MONIKA I KRZYSZTOF GROTOWIE Z CÓRKAMI, AGATĄ I NATALIĄ

12

miasta kobiet

luty 2015

minut rozmowy przez komórkę i piętnaście przez telefon stacjonarny. Przed wyjazdem zawsze ciepło się żegnali. Potem Kasia czekała już tylko na informację, że Mariusz dotarł na miejsce bezpiecznie.

ROZSTANIA I POWROTY Krzysztof, mąż Moniki, przez telefon dowiedział się o przyjściu na świat maleńkiej Agatki. Po chwili odebrał MMS-a ze zdjęciem córeczki. - Plan był inny, ale rodziłam bez niego. Wypłynął, jak jeszcze nie miałam brzuszka, a wrócił, kiedy maleństwo było w domu. Szybko musiał jechać z powrotem. Było mi bardzo ciężko, zwłaszcza, że córeczka urodziła się z wadą serca, nerek, miała problemy ze słuchem - opowiada Monika. - Musiałam zrezygnować z pracy. Nie przysługiwał mi zasiłek, byłam więc zdana na męża, a to nie jest komfortowe dla kobiety. W dodatku ukradli nam wtedy auto… Zostałam sama z chorym maleństwem. Zima, wózek, szóste piętro i pies, którego, bez względu na to, czy pada deszcz czy śnieg, dwa razy dziennie trzeba wyprowadzić. Gdy Agatka spała, zdarzało mi się lecieć z nim na szybkie siku, z elektroniczną nianią w ręku, po schodach. Winda czasem się zacinała, a nie mogłam tak ryzykować.

Zdarzały się rejsy, gdy mąż był poza zasięgiem przez dwa tygodnie, przebywając w strefie piratów. Potem dowiadywałam się, że strzelali do jego statku. MONIKA GROT ŻONA MARYNARZA


Gdy Krzysztof wracał, zachowywał się jak na urlopie. Jako oficer zaczął lepiej zarabiać. Nabrał ochoty, by cieszyć się życiem, trwonić pieniądze. Od początku jego powrotów drażniło to Monikę, aż w końcu ją to przerosło. Ich miłość została wystawiona na najgorszą próbę - prawdziwą separację. - Odeszłam. Ani przez chwilę nie myślałam: co ja teraz biedna pocznę, bez ojca dziecka. Wiedziałam, że podołam, skoro wcześniej bywałam sama miesiącami. Przyznaję, że chciałam nim trochę wstrząsnąć, żeby przemyślał, co jest w życiu ważne, dojrzał... i tak też się stało. Dotarło do niego, że tą największą wartością są dzieci, rodzina, poczucie bezpieczeństwa - opowiada Monika. Pogodzili się po roku. Wszystko zaczęło się układać, rejsy także się ustabilizowały. Pod nieobecność męża, Monika wybudowała im dom. - Krzysiek wyjeżdżając powiedział tylko, że chciałby mieć kostkarkę do lodu. Resztę zaplanowałam i zrealizowałam z fachowcami - opowiada. Właśnie przyszło na świat ich drugie dziecko. Natalkę rodzili już razem. Gdy tata jest na lądzie, rozpieszcza córeczki. Maluje, lepi z plasteliny, składa modele. - Czasem aż przywołuję go do porządku. Boję się, że mi zepsuje dziewczynki, a jak wyjedzie, ja będę tą złą mamą, która nie ma tyle czasu. Serce mi pęka, gdy on wypływa. Dla Agatki to trudne, zawsze dopytuje, gdzie jest tata i kiedy wróci - mówi Monika.

WYRABIA CIASTO, SZYKUJE FARSZ Kasia z Mariuszem także mają dwie córki. Młodsza, Matylda, ma siedem lat. Czternastoletnia Martyna sprytnie wykorzystuje nieobecności taty, choć teraz są to tylko szkolenia bądź poligony. - Córa zdaje sobie sprawę, że kiedy go nie ma, jest większa swoboda. Tylko on wie, które guziczki ponaciskać, by była bardziej pilna. Zresztą on nas wszystkie zaraża swoją konsekwencją. Nie daj Boże któraś powie głośno, że nie chce czegoś robić regularnie. W naszym domu postanowienia noworoczne są wypełniane rygorystycznie - śmieje się Kasia. Wie doskonale, czego trzeba mężowi. Do bożonarodzeniowej paczki, którą zawsze mu wysyłała na misje, poza domowymi pierniczkami oraz suszonymi, polskimi wędlinami, wkładała też najnowszego „Playboya”. - Żeby wiedział, co się u nas dzieje. Dwa razy wyjechał przed Bożym Narodzeniem i nie zdążył wrócić przed Wielkanocą. Żołnierze bardzo to przeżywają. Siedzą sami w kontenerach bez okien, z wielbłądzimi pająkami i skorpionami. Na co dzień oglądają śmierć, ostrzeliwują się jeśli trzeba. Mąż mi nie mówi takich rzeczy, pewnie chce nas chronić przed stresem, ale przecież tam dzieci z bronią biegają! W święta to aż serce ściska… A oni lepią te nasze polskie pierogi, by poczuć klimat rodzinnych stron. Jeden wyrabia ciasto, drugi szykuje farsz. W minione święta mąż mnie wyręczył. Powiedział: W dziesiątkach lepiłem pierogi, to dla własnej rodziny nie dam rady? - śmieje się Kasia.

ZDJĘCIE: NADESŁANE

historie miłości

KASIA I MARIUSZ WALIŃSCY Z CÓRKAMI, MARTYNĄ I MATYLDĄ

- Mój mąż nie lubi świąt na morzu - wyznaje Monika. - Drażnią go bożonarodzeniowe akcenty, choinki, lampki. Wolałby już w ogóle świąt nie obchodzić, niż je spędzać z obcymi ludźmi.

PERFEKCJONISTA W PRACY Krzysztof wsiadając na statek nigdy nie wie dokąd wyruszają. Pływa z ropą naftową, paliwami, chemikaliami. Jego firma obsługuje cały świat - od Australii, przez Afrykę po obie Ameryki. Kontakt z rodziną jest utrudniony. Często, poza telefonem satelitarnym na statku, nie można uzyskać połączenia przez komórkę czy Internet. - Skypa niezbyt lubimy. Dzięki kamerce można się zobaczyć, ale zakłócenia są duże, człowiek się niepotrzebnie wzrusza i tęskni jeszcze bardziej. Zdarzały się rejsy, gdy mąż był poza zasięgiem przez dwa tygodnie, przebywając w strefie piratów. Stres przeogromny… Potem dowiedziałam się, że akurat piraci zajęli sąsiedni statek. Trzy dni przetrzymywali załogę. Ograbili z laptopów, telefonów. Do statku męża strzelali - mówi Monika. Innym razem Krzysztof był bardzo chory i musiał być hospitalizowany. Miał podawane antybiotyki, mógł dostać zakażenia. Na szczęście akurat byli w porcie. - Zagrożeń jest wiele. Zdarza się przecież, że statek utknie na mieliźnie lub utonie. Czasem ktoś po prostu za burtę wypadnie i nie ma szans w wodzie o temperaturze -10 stopni. Na szczęście mąż w pracy jest perfekcjonistą, dzięki czemu mniej się o niego boję. Wszystko ma poukładane, ciągle się dokształca pod okiem starszych marynarzy. SILNY I WRAŻLIWY - Martwiłam się bez przerwy. Taki śmigłowiec, jakim lata Mariusz, najłatwiej zestrzelić. Były momenty kiedy myślałam: kurczę, już bym się

Martwiłam się bez przerwy. Taki śmigłowiec, jakim lata Mariusz, najłatwiej zestrzelić. Były momenty, kiedy myślałam: kurczę, już bym się z nim rozwiodła, mam tego dość! Ale co dalej, przecież się kochamy… KASIA WALIŃSKA ŻONA ŻOŁNIERZA

z nim rozwiodła, mam tego dość! Ale co dalej, przecież się kochamy… - mówi z kolei Kasia. Długo wstrzymywała się od myślenia o tym, że mąż jest wojskowym. Nie lubiła go w mundurze wyjściowym ani w moro. - Dopiero po latach spojrzałam na niego z dumą i przyszła ta myśl: ale z niego facet! - przyznaje. - Pokochałam go jeszcze mocniej. Doceniłam, że jest silny i wrażliwy jednocześnie. To nie jest tak, że żołnierze nigdy nie płaczą. Może nie wpadają w szloch, ale łzy na pewno spływają po policzkach takich twardzieli. Kasia i Mariusz mogą już cieszyć się sobą. Wrócili w okolice rodzinnej Bydgoszczy, wybudowali dom. Pod ręką mają dziadków. Mariusz dojeżdża do jednostki w Inowrocławiu. Dba o czas z rodziną i o kondycję swoich trzech kobiet. Razem biegają, a codziennie wieczorem ćwiczą tzw. szóstkę Weidera. Ostatnio wojna pojawia się w ich życiu tylko na ekranie telewizora. Gdy w filmie scena wojenna mija się z prawdą, Kasia słyszy od męża: Ale skiepścili, widziałaś?

KOCHAM JESZCZE BARDZIEJ - Czekanie na miłość to trudna rzecz. Nie każda kobieta to udźwignie. Wielu kolegów męża po powrocie z misji otrzymało pozwy rozwodowe - zapewnia Kasia. - Gdy mąż jest na morzu, jeszcze bardziej go kocham… - przyznaje Monika. - Tęsknię straszliwie. Po powrocie chemia cudownie buzuje. Pierwszą noc zawsze spędzamy tylko we dwoje w wyjątkowym miejscu. Całujemy, kochamy. Nasz związek za każdym razem się odradza. Znam wiele małżeństw, które są ze sobą na co dzień, a nie są tak blisko.  napisz do autora j.krol@expressmedia.pl

miasta kobiet

luty 2015

13


COŚ

trendy i moda

Przegląd trendów w makijażu na 2015 rok TEKST i MAKE-UP: Aleksandra Horoszczuk ZDJĘCIA: Tomasz Czachorowski

Gdy słyszę pytanie o trendy w makijażu na dany sezon, zawsze odpowiadam w ten sam sposób : „Przede wszystkim makijaż musi być dopasowany do nas, a potem ewentualnie możemy zasugerować się trendami”. Dlaczego? Dlatego, że każda z nas jest inna i każdego dnia kreuje swój indywidualny, osobisty wizerunek. Ślepe gonienie za trendami w makijażu może skończyć się fatalnie. Nie wszystko to, co stawiane jest na modowym piedestale w danym sezonie, będzie współgrać z naszą urodą. To żaden must-have, jedynie źródło inspiracji. Większość z nas jest świadoma swoich dobrych i złych stron. Każda coś w sobie lubi, a coś by chętnie wyrzuciła przez okno. Namawiam, aby skupić uwagę na swoich zaletach i starać się je podkreślić.

14

miasta kobiet

luty 2015

Pod kreską Ewa prezentuje makijaż, w którym pierwsze skrzypce gra podkreślenie granicy rzęs. To technika znana i modna od kilku sezonów. Czarną kredkę można zastąpić kolorem granatowym, niebieskim lub zielonym. W tym sezonie modny też jest srebrny i złoty.


trendy i moda Mat - wypad To makijaż wieczorowy. Ania ma mocno podkreślone oczy brązem, czernią i złotem. Przeminęła moda na mat, teraz błyszczymy - szczególnie, gdy malujemy się na wyjątkową okazję. Ciekawym pomysłem jest również połączenie dwóch kolorów szminek, jednek o ton jaśniejszej. To sprawi, że poczujemy się wyjątkowo.

Fest brwi W makijażu Agaty występują dwa wyraźne akcenty: mocne brwi, które są hitem, a także podkreślone czerwonym kolorem usta. Jeśli nosicie okulary w ciemnych i grubych oprawkach, to zrezygnujcie z dodatkowego podkreślenia brwi.

Przykazania make-upu Różowo mi Makijaż, który prezentuje Marta, może wystąpić w dwóch wersjach: lekkiej, tzw. make up no make up, albo tak jak na modelce - w wersji mocniejszej. Motywem przewodnim jest kolor różowy na powiekach. Połączyłam go z różnymi odcieniami fioletu po to, aby powieka nie wydała się zbyt płaska.

• Początkujące makijażystki powinny trzymać się zasady - im mniej, tym lepiej. Czasem łatwiej coś naprawić, kiedy na skórze znajduje się mniej produktu. • Konieczne jest malowanie symetryczne, tak aby nie było dostrzegalnych różnic w obu połowach twarzy. • Gdy podkreślasz mocniej usta, zmniejsz intensywność oczu. Działa to w dwie strony. • Czerwone usta są jak rude włosy - muszą być perfekcyjne w rysunku. • Nie ma nic gorszego jak źle dobrany kolor podkładu. Pamiętaj, aby dobierać odcień w świetle dziennym. Oświetlenie sklepowe nie nadaje się do tego.

miasta kobiet

luty 2015

15


kobieca perspektywa

Logistyka w garderobie Jeśli masz szafę pełną ubrań, których nie nosisz, ten artykuł jest dla Ciebie. Ułatwi Ci sensowny przesiew, tak aby w garderobie zostało tylko to, co naprawdę Ci się przyda. Lena Kałużna* Coraz bardziej popularne stają się minimalistycznej szafy. Dzieje się tak za sprawą podbijających serca kobiet książek, takich jak: „Lekcje Madame Chic” czy „Sztuka minimalizmu”. Szczególnie istotna jest ta pierwsza, towarzyszy jej bowiem fascynacja legendarnym paryskim szykiem. Frankofilskiej literatury modowej oraz poradników co i jak nosić, jest w księgarniach całkiem sporo. Nie bez znaczenia jest również trend „slow life”, który mówi, aby BYĆ TU I TERAZ, a nie MIEĆ TO CZY TAMTO. Taka filozofia jest mi bliska, choć nie posiadam prawdziwie kapsułkowej szafy. Dawniej, owszem, moją garderobę stanowił krótki wieszak i kilkanaście podstawowych sztuk odzieży. Aż jedne spodnie trafiły do pralki, a na drugie wylałam z rana pełną filiżankę kawy. Trzecich nie miałam. Nastroju na sukienkę również.

Trudno jest też samodzielnie zaplanować stylowy schemat. Z pomocą przychodzi logistyka i rozwiązania informatyczne, które służą w biznesie do zarządzania sieciowymi łańcuchami dostaw. Brzmi strasznie? Tylko z pozoru. Sprawa jest niezwykle prosta. Zacznijmy od LIFO, czyli metody stosu (z angielskiego Last In, First Out; ostatni na wejściu, pierwszy na wyjściu). Wyobraź sobie, że wszystkie rzeczy rzucasz jedna na drugą. Ubierając się, zawsze bierzesz tę z góry. Widzisz oczywiście, co jest niżej, jednak masz do tego dostęp dopiero wtedy, gdy rzecz z wierzchołka stosu zostanie użyta i np. trafi do prania. Wyprane, pachnące ubrania znów lądują na stosie. W ten sposób na okrągło nosić będziesz to, co znajduje się na górze. Pozostaje zastanowić się, po co Tobie cała reszta, skoro wciąż operujesz tylko wierzchołkiem.

Logiczny schemat Minimalistyczna szafa nie musi oczywiście oznaczać ograniczania się do kilku elementów. To Ty wyznaczasz granice. Tylko jak zdecydować, co zostawić w szafie, a czego się pozbyć? Podążanie za poradami typu „noś klasyki” nie w każdym przypadku się sprawdzi.

W praktyce To doskonała metoda na poznanie siebie, swoich realnych upodobań i potrzeb. Bazując na LIFO łatwo jest odnaleźć swój styl. W praktyce możesz stworzyć w szafie osobną półkę lub przedzielić wieszak na pół. To oddzielne miejsce nazwiemy wierzchołkiem

R

E

K

L

Twojego stylu. Wszystko, co na siebie założysz trafi właśnie tutaj. Po jakimś czasie zauważysz, że pozostałe rzeczy, nawet jeśli są wyjątkowo ładne - zwyczajnie nie są ci potrzebne do życia. Szybko nauczysz się siebie i zaczniesz dokonywać rozsądniejszych wyborów podczas zakupów. Prawdopodobnie okaże się nawet, że zgodnie z zasadą Pareto, przez 80 proc. czasu miałaś na sobie wyłącznie 20 proc. zasobów swojej szafy. Tę metodę możesz zacząć stosować już teraz. W ciągu miesiąca, aż do następnego wydania „Miast Kobiet”, przekonasz się, co jest prawdziwym sercem Twojej garderoby. A jeśli po upływie tego czasu wciąż będzie Ci szkoda nienoszonych ubrań, nie martw się na zapas. Znam drugi sposób, który pomoże Ci zacząć chodzić wreszcie we wszystkich tych pięknych rzeczach, które posiadasz. Podzielę się nim z Tobą następnym razem! *Lena Kałużna socjolożka, trenerka wizerunku; pomaga kobietom odnaleźć własny styl; szczegóły na: www.kobiecaperspektywa.pl www.facebook.com/perspektywakobiet A

M

A

Marzysz o wyjątkowych walentynkach? Weź udział w naszym konkursie! Do wygrania walentynkowy pobyt w dniach 13-15.02.2015 dla dwóch osób w Łazienki II Resort & Medical SPA w Ciechocinku, którego główną atrakcją jest Bal Karnawałowy! 101415BDBHA

Wystarczy ciekawie odpowiedzieć na pytanie konkursowe:

Napisz, dlaczego to właśnie Ty ze swoim partnerem powinnaś spędzić wyjątkowe walentynki w Łazienki II Resort Medical &SPA?

ODPOWIEDZI, SKŁADAJĄCE SIĘ Z MAKSYMALNIE 10 ZDAŃ, PROSIMY WYSYŁAĆ DO 3.02.2015 R. NA ADRES MAILOWY: KONKURS@EXPRESSMEDIA.PL OPRÓCZ ODPOWIEDZI NA PYTANIE PROSIMY NAPISAĆ IMIĘ, NAZWISKO I NUMER TELEFONU UCZESTNIKA KONKURSU W CELACH KONTAKTOWYCH.

SZCZEGÓŁOWE ZASADY KONKURSU ORAZ REGULAMIN ZNAJDUJĄ SIĘ NA STRONACH: WWW.EXPRESS.BYDGOSKI.PL ORAZ WWW.NOWOSCI.COM.PL W ZAKŁADCE „KONKURSY”.


kultura w sukience Najkrótszy miesiąc w roku sprzyja artystycznym doznaniom. Rozsmakujcie się więc w tym, co Wam najbliższe - muzyce, filmie lub poezji… Justyna Król

Wrażliwość z charyzmą

96915BDBHA

BYDGOSZCZ, HELIOS, CENA: OD 12 DO 25 ZŁ

Niewątpliwie, bez względu na płeć czy wiek, warto zimową porą wybrać się do bydgoskiego Kina Helios, które zadbało o propozycje dla każdego. Filmowy relaks możemy zacząć już 29 stycznia. To właśnie tego dnia w ramach cyklu Kino Konesera będziemy mogli zobaczyć film słynnego Davida Cronenberga „Mapy gwiazd”. Dzień później, 30 stycznia zapraszamy na wyjątkowe wydarzenie - Maraton Polskich Filmów, w ramach którego przekonamy się, że krajowa kinematografia niczym nie ustępuje światowym hitom. Zobaczymy cztery filmy: premierowo „Ziarno prawy”, znakomitą adaptację kryminału Zygmunta Miłoszewskiego, największy hit minionego roku „Bogowie” z genialną rolą Tomasza Kota, „Służby specjalne” Patryka Vegi oraz kontrowersyjne „Hardkor Disko”. Szczegółową rozpiskę znaleźć można na facebookowym profilu „Nocne Maratony Filmowe”. Z kolei pierwszy dzień lutego to nie lada gratka dla najmłodszych. Moc wrażeń zapewni Filmowy Poranek ze Scooby-Doo, który zakończy się minibalem karnawałowym z wieloma atrakcjami dla milusińskich. 4 lutego to tym razem dzień dla wszystkich pań. Polecamy Kino Kobiet, czyli konkursy z nagrodami i inne atrakcje w holu kina, a także seans filmu „Dzień z życia blondynki”. 13 lutego proponujemy najbardziej oczekiwany film 2015 roku - „50 twarzy Greya”. R

E

50 twarzy Greya

BYDGOSZCZ, MCK, 21 LUTEGO, GODZ. 20, CENA: 35/40 ZŁ

Domowe Melodie to trójka muzyków, którzy nie stroniąc od trudnych tematów, zarażają swym dystansem do rzeczywistości i poczuciem humoru. Przy tym artystycznie podnoszą poprzeczkę tak wysoko, że nawet Kasia Nosowska nie mogła przejść obojętnie słysząc ich twórczość. A ta powstaje w domowym zaciszu, jak piszą muzycy - razem z płaczem, spalonym garnkiem, gorączką i dziurawą skarpetą… Efekt zachwycający.

JAZZOWO Od Nowa

BYDGOSZCZ, MULTIKINO, OD 13 LUTEGO, CENA: OD 10 ZŁ

Już 13 lutego w Multikinie premierowo pokazany zostanie amerykański film, w reżyserii Sama Taylora-Johnsona, pod tytułem „50 twarzy Greya”. Młoda studentka literatury, Anastasia Steele, przeprowadza wywiad z intrygującym milionerem - Christianem Grayem. Jeszcze wtedy nawet się nie domyśla, że to dopiero pierwsze z ich spotkań. Przystojny, a zarazem inteligentny przedsiębiorca zabierze ją bowiem do krainy zmysłów, otwierając tym samym wrota dorosłego życia. Jeśli podobała Wam się powieść E. L. Jamesa sprawdźcie tę ekranizację.

Poetycko o miłości

TORUŃ, OD NOWA, 25-28 LUTEGO, GODZ. 20, CENA: 30-50 ZŁ, KARNET: 120 ZŁ

Z końcem lutego warto znaleźć czas na jazzowe wieczory, które zapewni toruński festiwal w klubie Od Nowa. Usłyszymy w tym miejscu wielu znakomitych muzyków. Już pierwszego wieczoru zagrają JAN PTASZYN WRÓBLEWSKI SEXTET oraz saksofonista Adam Pierończyk. Z każdym kolejnym jazzowym kęsem będzie jeszcze ciekawiej. Wystąpią: Trzaska, Harnik i Brandlmayr, Przemek Strączek International Group, Włodek Pawlik Trio, Gorzycki&Dobie - Nothing oraz Tomasz Stańko New Band. K

L

TORUŃ, TEATR IM. W. HORZYCY, 9 LUTEGO, GODZ. 19, WSTĘP WOLNY

W kawiarni WEJŚCIÓWKA toruńskiego Teatru im. Wilama Horzycy 9 lutego zbiorą się miłośnicy poezji polskiej. Spotkanie z cyklu „Poczytajmy wiersze”, tym razem w wersji iście walentynkowej, rozpocznie się o godzinie 19.00. W rolach czytających wystąpią nie tylko aktorzy, ale i widzowie. Bezpłatne wejściówki można odbierać od 2 lutego (poniedziałek) w Biurze Obsługi Widzów. A

M

A

77615BDBHA

Nie tylko panie na ekranie


NIE PROWADZIMY SKLEPU Z LALKAMI Pamiętam małżeństwo, które swą prośbę przedstawiło tak: „Chcemy mieć córeczkę, malutką, taką do trzech lat, z nobliwej rodziny, z niebieskimi oczami i z kręconymi włosami”. Odpowiedziałam, że my mamy tylko dzieci odrzucone i niechciane. Z Anną Sobiesiak*, dyrektorką Kujawsko-Pomorskiego Ośrodka Adopcyjnego, rozmawia Janusz Milanowski Znam ludzi, którzy nie powiedzieli dziecku, że jest przez nich adoptowane i nie zamierzają tego robić. Słusznie? Absolutnie nie. Kilka lat temu przyszła do nas pewna 41-letnia pani. Trafiła tu wprost z Urzędu Stanu Cywilnego, gdzie była po skrócony odpis aktu urodzenia. Przez pomyłkę otrzymała zupełny odpis, w którym była adnotacja o adopcji. Inny przykład: 27-letni mężczyzna znalazł sobie na południu Polski wybrankę serca i też potrzebował aktu urodzenia, by tam móc zawrzeć związek. Finał jak wyżej. Znam wiele takich historii. Ci ludzie doznali szoku emocjonalnego, poczuli, że przez całe życie byli oszukiwani. Ta pani prosiła o pomoc w znalezieniu biologicznych rodziców i w tym jej pomogliśmy. Po pewnym czasie ochłonęła z emocji, ale powiedziała mi, że czuje ogromny żal. Choć nadal kocha swych przybranych rodziców, to ten żal gdzieś w głębi niej pozostanie na zawsze. Wiem, że to jest strasznie trudne. Rodzice nie wiedzą kiedy i jak powiedzieć o tym dziecku. Jednak prawdę zawsze trzeba wyznać. W jaki sposób? Są filmy, które można z dziećmi oglądać, na przykład: „Stuart Malutki”, „Pinokio”, „Tarzan”. Na ich przykładzie da się wytłumaczyć, że dziecko może trafić do rodziny w sposób inny niż naturalny. Dzieci trzeba z tym oswajać już od początku adopcji, a kiedy przyjdzie odpowiedni moment w rozwoju osobowościowym, wówczas należy powiedzieć prawdę. Nikt nie lubi być oszukiwany. Przygotowanie dziecka do uświadomienia sobie, że jest adoptowane, jest procesem i musi rozpocząć się już wtedy, kiedy dziecko trafia do rodziny.

18

miasta kobiet

luty 2015

Ale rodzice często zatajają prawdę w dobrej wierze, z obawy przed stygmatyzacją dziecka wśród rówieśników. Nie chcą, żeby wolano na nie „znajda”. Kiedy jest ten odpowiedni moment do powiedzenia prawdy? Nie wypiszę panu recepty, że trzeba to zrobić w wieku pięciu czy też siedmiu lat. To rodzice znają swoje dziecko, wiedzą, jakie mają z nim relacje, jakie więzi emocjonalne i w którym momencie należy powiedzieć. Zawsze mogą skorzystać z pomocy naszego ośrodka, psychologa, pedagoga czy grup wsparcia, porozmawiać z innymi rodzicami adopcyjnymi. Pamiętajmy o jednym: rodzice muszą być pierwszymi osobami, które mu o tym powiedzą; nie nauczyciele, nie sąsiedzi - tylko rodzice. Wyobrażam sobie, że bez względu na to oswojenie i miłość panującą w rodzinie, dziecko i tak przeżyje szok poznawczy. To prawda. Trzeba mu wtedy poświęcić więcej czasu, uwagi, ciepła i serdeczności. W pierwszym momencie rodzice mogą usłyszeć: „Odejdźcie, nie jesteście moimi rodzicami”. Jednak w kochającej się rodzinie adopcyjnej to i tak będzie reakcja słabsza niż wówczas, gdy dziecko dowie się o tym na podwórku, albo w wieku dorosłym, kiedy pod wpływem szoku może w ogóle ich odrzucić. Czy efektem takiego szoku poznawczego może być trauma na całe życie? W dobrze funkcjonującej rodzinie, jeżeli dziecko od najmłodszych lat jest oswajane, nie powinno tak być. Adopcja jest wyrazem abstrakcyjnym, a myślenie abstrakcyjne zaczyna się mniej więcej w wieku 12 lat, czasami prędzej, a czasami jeszcze później. Dla dziecka to jest naprawdę

trudne pojęcie. Ale jeżeli pozna wzorce i dowie się, jak inne dzieci przyjmowane są do domów, to inaczej wszystko przyjmie, niż wtedy, gdy nastąpi to przez jakiś przypadek. Niech pan wyobrazi sobie sytuację, że po wejściu do mojego gabinetu oświadczam, że właśnie dzwonił do mnie pana szef i powiedział, że pan już nie pracuje w redakcji. I w tym momencie dozna pan traumy i szoku, bo nie był pan przygotowany. Gdyby pracodawca oswajał pana z perspektywą redukcji etatów, to zareagowałby pan spokojniej. Czy procedura adopcyjna w państwa ośrodku przewiduje naukę mówienia tej prawdy? Tak. Jest to tematem jednego ze szkoleń. Oprócz tego zapewniamy rodzicom fachową literaturę, do przemyślenia i wykorzystania we własnej rodzinie. Adopcja nigdy nie będzie w pełni udana jeśli my sami „nie przerobimy” jej we własnej psychice i nie pogodzimy się z faktem, że nie możemy mieć własnego potomstwa, z różnych powodów, nie tylko bezpłodności. Większość ludzi, gdy uzmysłowi sobie, że nie może mieć dzieci, przeżywa to jak żałobę po stracie bliskiej osoby. Wiele par z powodu tej niemożności wpada w poważny kryzys związku i dlatego decydują się na adopcję. Co Pani sądzi o takich motywacjach? Adopcja nie jest lekiem na ratowanie związku małżeńskiego. Nie jest też remedium na bezpłodność. Myślimy, że gdy będziemy mieli dziecko, to wszystko się odmieni i znów będzie dobrze jak dawniej. Wydaje mi się to bzdurą.


rodzina Dobrze się panu wydaje. Adopcja nie jest jakimś lekiem. Do adopcji trzeba dojrzeć, dorosnąć, ale najpierw zaakceptować siebie jako osobę i małżonka. Ludzie, którzy się nie kochają, nie stworzą rodziny. Rozumiem, że potencjalnych rodziców diagnozujecie też pod kątem dojrzałości społecznej? Między innymi. Jak przebiega proces adopcji, gdy zgłosi się do Was rodzina? Jest kilka etapów. Pierwszy jest stricte formalny: badamy, czy kandydaci spełniają tzw. warunki ustawowe. Badamy też, czy związek małżeński jest stabilny. Wejdę Pani w słowo: a jeśli jest to związek partnerski? Co pan rozumie przez „związek partnerski”? Kobietę i mężczyznę żyjących bez papierka. W naszym kraju, w przypadku adopcji obowiązuje Kodeks rodzinny i opiekuńczy. To jest akt, który reguluje przysposobienia. I w myśl jego zapisów, przysposobić dziecko mogą osoby samotne lub żyjące w związku małżeńskim. A my badamy, czy ten związek jest odpowiedni dla dziecka. To podstawowa zasada: rodzina ma być dla dziecka, a nie odwrotnie. I to przede wszystkim muszą zrozumieć rodziny w trakcie procesu adopcyjnego. Co konkretnie badacie? Najpierw spełnienie wymogów formalnych: kodeksowych i ustawowych. Następnie oceniamy motywację rodziny, przeprowadzamy diagnozę psychologiczno-pedagogiczną i wywiad w miejscu zamieszkania rodziny. Tryb życia, alkohol, stała praca? Wszystko. Po tej wstępnej ocenie, powoływana jest komisja kwalifikacyjna, która decyduje o tym, czy dana rodzina może przejść do kolejnego etapu: szkolenia. Trwa ono kilka miesięcy i dopiero po nim jest pełna kwalifikacja, małżonkowie oczekują na dobór do dziecka, że się tak wyrażę. Najpierw przedstawiamy jej dziecko „teoretycznie”: diagnoza psychologiczna, pedagogiczna, sytuacja prawna, informacje o rodzicach biologicznych. Mówimy wszystko, ale bez nazwiska i jeżeli rodzina zaakceptuje bagaż doświadczeń dziecka, to wówczas dajemy jeszcze czas na przemyślenie decyzji. Jeśli się zdecydują, to mogą odwiedzić dziecko w placówce wychowawczej z naszym pracownikiem. Dopiero po cyklu spotkań składamy wniosek do sądu o przysposobienie, a sąd w oparciu o nasze dokumenty i własną analizę bada sytuację tej rodziny. Muszę podkreślić, że my jesteśmy tylko pierwszym ogniwem całego procesu. O przysposobieniu

Adopcja nie jest lekiem na ratowanie związku małżeńskiego, ani remedium na bezpłodność. ANNA SOBIESIAK

decyduje Sąd Rodzinny i Nieletnich. Jeżeli wszystko jest w porządku, to sąd wyznacza najpierw okres kilkutygodniowej osobistej styczności z dzieckiem, a nam powierza nadzór. Potem piszemy sprawozdanie z tego okresu i dopiero wtedy sąd wyznacza termin sprawy o przysposobienie. Jednak miłości nie dostanie się „z urzędu”. To nie jest tak, że gdy dziecko trafi do rodziny, to od pierwszych dni nie schodzi z kolan rodziców. Może być zamknięte, zdystansowane… Może być. Zależy w jakim jest wieku. Mamy adopcje dzieci powyżej szóstego tygodnia, ale był też przypadek czternastolatków. W tym ostatnim przypadku na pewno nie ma miłości od pierwszego wejrzenia. Nie ma. Dziecko w tym wieku jest świadome i musi się zgodzić na przysposobienie. Ale rozmawiamy o tym nawet z przedszkolakami. Najpierw obserwujemy, jak przebiega nawiązywanie relacji z kandydatami na rodziców podczas cyklu spotkań. I wtedy widać, czy dziecko kogoś akceptuje, czy ucieka.

W filmach to ładnie wygląda. On i Ona przychodzą do biednego sierocińca z odrapanymi ścianami, spojrzą na dziecko, dziecko nieśmiało wyciągnie rączkę z zabawką i już jest pięknie. Hmm… Wie pan, filmy na ten temat, a szczególnie amerykańskie, więcej mają wspólnego z fantastyką niż z rzeczywistością. To pomówmy o polskich. Motyw serialowy: On i Ona chcą adoptować dziecko i czekają na wizytację pani z ośrodka. Niespodziewanie się pokłócili. Ona wychodzi, zdenerwowany facet napoczyna flaszkę z barku i takim zastaje go wizytatorka, a gdzieś tam jeszcze stoi jakaś pusta butelka po whisky. No i koniec procesu adopcyjnego. To są sceny kręcone bez konsultantów - fikcja. Może sobie stać ta butelka. Kieliszek wina czy lampka koniaku nie są zabronione, bo dzieci powinny poznać także kulturę picia. Kieliszek do obiadu jest tym, czego nie znają ze swych macierzystych domów, gdzie piło się do nieprzytomności. Wizytacje zawsze są zapowiedziane. Swoją drogą… jak pan myśli, kiedy w ciągu roku ludzie do nas najczęściej dzwonią i przychodzą? Nie wiem. Przed świętami Bożego Narodzenia ściskają się im serca, ale zachciankowo. Argumenty są następujące: jest nam smutno, nie ma komu kupić prezentu, albo przyjedzie rodzina z jednym dzieckiem i nie będzie miało się z kim bawić. W naszych serialach pokazywane są takie właśnie zachcianki. A my jesteśmy po to, żeby je eliminować, żeby dziecko nie było kolejny raz odrzucone, czy, nie daj Boże, porzucone.  napisz do autora j.milanowski@expressmedia.pl

Chcielibyśmy mieć dziecko, ładne, zdrowe, mądre z dobrymi genami? Kaprysy nas nie obchodzą. Szybko wychodzą na jaw podczas diagnozowania rodziny. Pamiętam małżeństwo, które swą prośbę przedstawiło tak... „Pani dyrektor, my chcemy mieć córeczkę, malutką, taką do trzech lat, z nobliwej rodziny, z niebieskimi oczami i z kręconymi włosami”. Odpowiedziałam, że takich dzieci nie mamy. My mamy dzieci odrzucone i niechciane, bo w nobliwej rodzinie znajdzie się babcia bądź ciocia, która dzieckiem się zajmie. Nie prowadzimy sklepu z lalkami. Informujecie o wszystkich patologiach, których dziecko doświadczyło? Na przykład, że matka piła w ciąży? Tak, jeśli mamy o tym informacje. Niczego nie ukrywamy. Informujemy nie tylko o faktach, ale także o podejrzeniach. Mówimy od razu, że mamy dzieci niechciane, odrzucone i najpewniej z zaniedbanych ciąż. Taka jest prawda.

* Anna Sobiesiak dyrektorka Kujawsko-Pomorskiego Ośrodka Adopcyjnego w Toruniu

Rozmowa o adopcjach w sobotę (31.01) i niedzielę (1.02) o godzinie 8.00 w Radiu ZET Gold 92,8 fm oraz na www.zetgold.pl

miasta kobiet

luty 2015

19


zdrowie i uroda

Relaks

Aromat ziół, ekologiczne, naturalne kosmetyki, profesjonalne porady specjalistów, to jeszcze nie wszystkie atuty Herbal Spa w Hotelu Herbarium. Co czyni je tak wyjątkowym i odróżnia od innych SPA…?

ZIOŁA Motywem przewodnim Herbal Spa i całego Hotelu Herbarium są zioła. Myśl przewodnia Herbal Spa brzmi: Esencja natury i luksusu. Wykorzystywane są w nim zioła z hotelowego ogrodu oraz ekologiczne, w 100 procentach naturalne kosmetyki luksusowych francuskich i niemieckich marek. Ich jakość potwierdzona jest najważniejszymi w branży kosmetycznej certyfikatami. - Oznacza to, że kosmetyki są eko nie tylko z nazwy - wyjaśnia Andżelika Sulikowska, SPA manager. - Zawarte w nich naturalne substancje gwarantują zarówno uczucie relaksu, jak i atmosferę luksusu, a także leczą. Kosmetyki te ze względu na ich naturalne pochodzenie, bez zawartości sztucznych konserwantów, parabenów i barwników syntetycznych mogą być wykorzystywane po zabiegach naruszających ciągłość skóry, takich jak mezoterapia mikroigłowa czy makijaż permanentny. W powietrzu unosi się aromaterapeutyczny zapach lawendy i innych ziół, pochodzących z ogrodu Herbarium i Lawendowych Wzgórz. Jednym z polecanych zabiegów jest masaż peelingujący, oparty na naturalnej soli

20

miasta kobiet

luty 2015

morskiej, lawendzie, płatkach róż i oleju, po którym skóra będzie jedwabiście gładka, a świeży zapach ziół koi zmysły. Warty uwagi jest również masaż stemplami Permament Contour® - połączenie masażu manualnego z masażem ciepłymi stemplami. Urządzenie geneeruje parę, dzięki czemu transportuje w głąb skóry wyjątkowe właściwości ziół, zapewniając bogactwo witamin, minerałów i antyoksydantów. Zabieg wykonywany jest na twarzy, a także na całym ciele. - Polecamy też autorski masaż - Herbal Essence na ziołowej oliwce, stworzonej specjalnie dla Herbal Spa. Po zabiegu można ją zabrać ze sobą, by przedłużyć chwile relaksu - podkreśla Andżelika Sulikowska. Po zabiegach Gościom serwowane są ziołowe herbaty, świeżo wyciskane soki oraz dania z Kuchni Wellness, oparte na naturalnych produktach pozyskiwanych z ogrodu Herbarium i z pobliskich gospodarstw agroturystycznych współpracujących z Hotelem.

PROFESJONALIZM W Herbal Spa Hotelu Herbarium pracują osoby z pasją i doświadczeniem. Jest to wyselekcjo-

Sensoryczna Wypoczywalnia Solankowa

medycyna

nowana grupa specjalistów z wykształceniem w dziedzinie kosmetologii, dermatologii, fizjoterapii. - Oznacza to, że indywidualnie, w intymnej, atmosferze fizjoterapeuta dobierze odpowiednie zabiegi, bezpieczny program ćwiczeń oraz udzieli porad, jak prawidłowo dbać o stawy i kręgosłup, by były zdrowe. Z kolei przed zabiegiem kosmetologicznym nasza ekspertka omówi z Gościem podstawowe problemy skóry i wymieni metody działania, które poprawią jej wygląd - mówi Andżelika Sulikowska. - W bogatej ofercie zabiegów na twarz, warto polecić mezoterapię bezigłową, która przy użyciu urządzenia Skeyndor Mesoscience umożliwia dotarcie substancji aktywnych w głąb skóry. Jej efekty widać od razu. To doskonały zabieg przed wielkim wyjściem oraz jako kuracja dająca długotrwałe efekty. W Hotelu można umówić się także na spotkanie z profesjonalną wizażystką. To szczególnie ważne dla Panien Młodych. Oferta Herbal Spa jest dedykowana również dla Mężczyzn. Specjalnie dla nich przygotowaliśmy zabieg pielęgnacji skóry twarzy, który rozpoczyna się od delikatnego masażu pleców, głowy i twarzy.


zdrowie i uroda - Wkrótce rozpoczynamy także współpracę z lekarzem medycyny estetycznej - podkreśla Andżelika Sulikowska. Herbal Spa to nie tylko relaks dla ciał i umysłu, ale również rozwój osobisty. Dla osób prowadzących biznesowo-aktywny tryb życia, w którym stres odgrywa kluczową rolę, pojawia się wypalenie zawodowe, brak motywacji i chęci do działania, przygotowaliśmy specjalny pakiet business. Specjalista - Artur Makieła, trener rozwoju osobistego, certyfikowany trener NLP w kraju i za granicą specjalnie dla Herbarium przygotował nagrania - mityngi, pozwalające pozyskać umiejętność zarządzania emocjami: zdrowie i psychosomatyka, relaks, motywacja.

WYJĄTKOWE MOŻLIWOŚCI Herbal Spa ma ofertę dla par, budując romantyczną oprawę zabiegów i rytuałów. To ważne, szczególnie w zbliżające się Walentynki. W ofercie jest zmysłowy masaż gorącą czekoladą dla dwojga, świecą, aromatycznymi, ziołowymi olejami, a także kusząca kąpiel w płatkach róż oraz ziołowym naparze z odprężającym masażem skóry głowy. W codziennej ofercie coś dla siebie znajdą też rodzice i… niemowlęta. Fizjoterapeuci proponują masaż Shantala dla maluchów do roku życia. - Jego celem jest wyciszenie, ukojenie, złagodzenie kolek - mówi Andżelika Sulikowska. - Uczymy Rodziców, jak samemu wykonywać taki masaż w domu. Zachęcamy do udziału w zabiegach również Rodziców ze starszymi dziećmi. Córka i Mama mogą skorzystać jednocześnie z masażu czekoladą lub owocowej kąpieli. Mamy także propozycje dla młodzieży w postaci zabiegów pielęgnacyjno-leczniczych na twarz oraz masażu pleców.

Gabinet dla Dwojga Mandragora

Strefa Saun

Strefa Wellness z panoramicznym basenem

1811414BDBHC

LUKSUSOWA CEREMONIA Wszystkie zabiegi i rytuały w Herbal Spa odbywają się w luksusowych, jasnych wnętrzach. Dobór materiałów i kolorystki oddaje atmosferę wyciszenia i relaksu jak na łonie natury. Podgrzewane stoły do zabiegów przykryte ręcznie robionymi pledami z motywem haftów pałuckich idealnie komponują się ze starymi murami Chomiąskiego Dworu. Wyjątkowym miejscem jest Strefa Wellness z jacuzzi i basenem z panoramicznym widokiem na park i jezioro. Pływając można odnieść wrażenie, że wpływa się do pobliskiego jeziora. Warto skorzystać z ziołowej sauny fińskiej, infared, a także parowej z możliwością łaźni błotnej. - Godna polecenia jest niecodzienna Ceremonia Saunowania w saunie fińskiej - opowiada Andżelika Sulikowska. - W powietrzu czuć zapach ziół. Mistrz ceremonii za pomocą bambusowego wachlarza i ręcznika rozprowadza gorące powietrze. Zabieg poprzedzony jest peelingiem. Na końcu aplikujemy lód z fontanny lodowej bądź bierzemy zimny prysznic. Ciało smarujemy naturalnym olejem migdałowym. Podczas zabiegu uwalniają się endorfiny, ciało jest oczyszczone, a dusza szczęśliwsza. Czuć po niej pozytywne zmęczenie. Wszyscy Goście są nią zachwyceni.

miasta kobiet

luty 2015

21


Kapłanki

ŚWIĄTYNI WESTY Kobiety nie chcą się zadowalać byle czym, do czegoś zmuszać i jeszcze przy tym udawać, że jest im fajnie. No i, co oczywiste w seksie, każda kobieta chce mieć orgazm. Z seksuologiem Zbigniewem Fronczkiem* rozmawia Lucyna Tataruch

Wydaje mi się, że w Pana specjlizacji jest więcej mężczyzn niż kobiet… Tak, wśród lekarzy seksuologów chyba faktycznie tak jest.

Nie powinni. Jeśli zależy im na partnerce, a we wspólnym życiu seksualnym pojawia się problem, to co stoi na przeszkodzie, by pomóc i sobie, i jej? To podwójna motywacja.

Może kobietom nie wypada być specjalistkami od seksu? Pani Lucyno, kobietom wypada tak samo jak mężczyznom. Lekarze kierują się prawdą naukową i jakiś subiektywizm płci nie powinien odgrywać tu żadnej roli. W okresie, gdy ja się uczyłem, ogólnie więcej mężczyzn szło na studia i może stąd ta różnica. Innych obiektywnych przyczyn nie znajduję.

Ale jednak nie zawsze to jest takie proste. Mówi się przecież, że kastrujemy mężczyzn swoimi oczekiwaniami. Prawdą jest, że narobiło to trochę zamieszania u chłopów. Nagle z pozycji pana i władcy, realizującego tylko swoje potrzeby, spadli do pozycji kogoś, kto ma reagować też na drugą stronę. Dla takiego mężczyzny sam fakt, że kobieta ma jakieś oczekiwania, oznacza już to, że ona go krytykuje. Wcześniej przecież taki facet zakładał, że wszystko robi świetnie, a jego gotowość do seksu już jest wyznacznikiem stuprocentowej męskości i bycia maczo.

Zapytałam trochę prowokacyjnie, bo jednak wiem, że wielu ludzi nadal negatywnie postrzega zainteresowanie kobiet seksem… To się bierze z dawnych stereotypów społecznych. Pani jest młoda, więc mam nadzieję, że pani już tego nie doświadcza, ale kiedyś kobieta miała służebną rolę wobec mężczyzny. Jeśli chodzi o sferę seksu, to chłop był tam królem i panem. Gdy miał potrzebę realizacji swoich potrzeb, to nie pytał kobiety o zgodę, nie zwracał uwagi, czy ona ma na to ochotę, czy jest przygotowana i tak dalej. Nikogo nie interesowało jej zdanie, przyjmowało się, że ono właściwie nie istnieje. Kobiety buntowały się, ale głośno nie oponowały, bo to i tak byłby krzyk wołającego na puszczy - nikt by ich nie usłuchał… Współczesna kobieta już sobie na to nie pozwoli. Jaka jest ta współczesna kobieta? Ta wyedukowana absolutnie wie jakie ma potrzeby i jak może je realizować. To oczywiście dobry skutek rewolucji seksualnej, edukacji, mediów, zmian kulturowych. Przyznam nawet, że dzięki takim kobietom trafia do mnie wielu mężczyzn. One nie dostają tego, czego chcą, potrafią to zdefiniować i zdarza się tak, że w końcu w związku pada do mężczyzny zdanie - pozwoli pani, że ujmę je kolokwialnie - „albo idziesz do seksuologa, albo spadaj”. Mężczyźni się tego boją?

22

miasta kobiet

luty 2015

Ja bym nie powiedziała, że mężczyźni spadli, tylko że kobiety wyrównały… Tak, podkreślam jednak, że dotyczy to tych wyedukowanych, pewnych siebie i świadomych. Bo nadal jeszcze w niektórych układach funkcjonuje ten dawny mit, że kobieta ma być potulna, nawet wbrew sobie. I bywa też tak, że ona się na to godzi. Bo nie ma świadomości, że może być inaczej? Albo ze strachu, co to będzie jak odważy się zasygnalizować swoje potrzeby. Boi się na przykład oceny, że skoro jest taka zorientowana w tych tematach, to znaczy, że miała wielu partnerów, że jest rozwiązła. Te oceny czasem pojawiają się ze strony mężczyzn, jako reakcja obronna podszyta prostym strachem o to, że nie staną na wysokości zadania. Zdeprecjonowanie kobiety, która ma swoje pragnienia, łatwiej przychodzi niektórym mężczyznom, niż sama próba sprostania wymaganiom. A te wymagania wcale nie są jakieś niewyobrażalne czy niedorzeczne. Kobiety przecież tak samo jak mężczyźni, chcą robić to, co sprawia im przyjemność. Nie chcą się zadowalać byle czym, do czegoś zmuszać i jeszcze przy tym udawać, że jest im fajnie. No i, co oczywiste w seksie, każda kobieta chce mieć orgazm.

Można więc powiedzieć, że mamy takie same potrzeby? Co do zasady, tak. Ale mamy inną konstrukcję psychiczną. Uważam, że kobiety mają bardziej złożoną psychikę i ich życie seksualne często jest tego konsekwencją. To znaczy, że czasem nad zaspokojenie swoich potrzeb seksualnych kobiety przedkładają inne rzeczy - takie jak wartość związku, dzieci, bywa że i pieniądze lub chęć uniknięcia ocen, o których już mówiłem, a do których dołożę też nadal spotykaną stygmatyzację rozwódek czy singielek, nazywanych starymi pannami. Kobiety z wielu powodów mogą nie sygnalizować swoich problemów. Te, które to robią, na co się skarżą, z jakimi problemami do Pana przychodzą? Żeby o tym mówić, musimy najpierw wspomnieć, że popęd seksualny jest prawem biologicznym, które wymaga pełnej realizacji, bo inaczej wpływa to negatywnie praktycznie na każdą sferę naszego życia. Aby móc się realizować seksualnie, konieczne jest przejście przez fazy od pożądania czyli libido, do orgazmu i okresu wyciszania. Każda z tych faz może być zaburzona, przez co kobieta może być na przykład oziębła, nie osiągać satysfakcji, całkowicie lub częściowo itp. Marzeniem każdego seksuologa są porady partnerskie, właśnie po to, by przekonać się czy to problem z jednej czy dwóch stron… Nawet pani sobie nie zdaje sprawy z tego, jak wielu mężczyzn, których spotykam w gabinecie, nie ma pojęcia, co to jest gra wstępna. Jeszcze gorzej, że część wie, ale nie chce im się tym zajmować. To, że im się nie chce, jest bardzo przykre… Ale tak jest. Część mężczyzn się tym w ogóle nie zajmuje, bo im samym nie jest to potrzebne. Wynika to z uwarunkowań biologicznych, takich jak ich poziom testosteronu, który wpływa na gotowość i możliwość osiągania pełnej satysfakcji seksualnej. U kobiet nie ma tak łatwo, bo orgazm jest nie wrodzony, ale wyuczony. Wiele moich pacjentek nigdy się


tabu Współczesna kobieta potrafi zdefiniować, czego chce. Gdy tego nie dostanie, to może zdarzyć się tak, że w końcu w związku mężczyzna usłyszy - albo idziesz do seksuologa, albo spadaj. ZBIGNIEW FRONCZEK SEKSUOLOG

tego nie nauczyło, musimy się cofać do samego początku. I tu najlepiej działać zespołowo, na wizytach partnerskich. Czego mężczyźni mogą się nauczyć? Najlepiej ilustruje to takie powiedzenie, że seks otwiera męskie serce, za to serce kobiety trzeba otworzyć, żeby cieszyła się seksem. Ale nie musimy przy interpretacji wchodzić w sferę jakichś wyznań miłosnych. Tak naprawdę mam na myśli całe przygotowanie do seksu, przed samym seksem. Ułatwia nam to biologia. Zarówno u mężczyzn, jak i u kobiet istnieją strefy zmysłowe na ciele. U mężczyzn zajmują około trzy procent ciała, a u kobiet od 15 do 25. Mogą to być bardzo różne miejsca, czasem zupełnie nieoczekiwane, w zależności od doświadczeń seksualnych, wieku i wielu innych czynników. Kobieta sama je poznaje, może nauczyć tego partnera, mogą też odkryć je wspólnie. Odpowiednia stymulacja to właśnie gra wstępna. Warto pamiętać też, że do seksu przygotowujemy się cały czas, nie tylko w momencie, gdy już znajdziemy się w łóżku. Dajemy sobie poczucie sympatii, bezpieczeństwa, komfortu i przekonania, że tego chcemy. To szczególnie kobietom pomaga później w osiągnięciu satysfakcji. Przy czym też nie można zapomnieć, że kobiecie nie każdy bliski kontakt musi kojarzyć się z kontaktem seksualnym. Ma Pan na myśli taką typową bliskość, jak chęć przytulenia się? Tak, szukanie spokoju, ukojenia, bezpieczeństwa w ramionach partnera. Mężczyźni czasem tak to odbierają. Ci niepewni siebie, którzy czują, że mają jakieś problemy w sferze seksualnej, wręcz mogą się tego bać. Myślą, że kobieta zmierza do seksu i czegoś od nich oczekuje, dlatego automatycznie zmieniają się w słup soli. Sztywnieją… tyle że nie tam gdzie, by chcieli. Broniąc się przed takimi sytuacjami sami w ogóle nie wychodzą z inicjatywą lub znajdują inne zajęcia, na przykład długo pracują, zamiast iść do łóżka. Znajdują sobie takie parawaniki psychologiczne i się za nimi chowają.

Dojrzali ludzie mogliby po prostu ze sobą porozmawiać - o swoich obawach, oczekiwaniach… Oczywiście, ale brak rozmów wnika z tego wszystkiego, o czym mówiłem wcześniej - część kobiet nie wyraża wprost swoich potrzeb, a część mężczyzn nie przyznaje się, że coś tu nie gra, bo odbiera to jako ocenę swojej męskości. Każde tłamsi coś w sobie i wszystko narasta - mężczyzna nie może odbyć stosunku, jest przerażony i najchętniej by uciekł, ma poczucie niskiej wartości. Kobieta za brak kontaktu z nim wini siebie, myśli: nie podniecam go, nie jestem atrakcyjna, czy - znów mówiąc kolokwialnie - on ma jakąś inną babę na boku. I parawanik zmienia się w mur nie do pokonania. Tak. Mogłoby się wydawać, że wszystko na około bombarduje nas seksem i jesteśmy z tym oswojeni, ale mimo to czasem czerpiemy z tego złe wzorce, takie jak wizje mężczyzn, którzy są zawsze sprawni i kobiet, które są zawsze seksowne i chętne do współżycia. Przez to wpadamy w kompleksy, zamykamy się. Wbrew temu, co nas otacza, bywamy też jeszcze pruderyjni? Bywamy. I na dodatek przerzucamy to na swoje dzieci. Tak się zatacza koło, które na szczęście już pęka, ale nie wszędzie. Często też dzieci zupełnie nieświadomie dla rodziców wchłaniają negatywne skojarzenia związane z seksem. Wystarczy, że dziecko jest świadkiem sytuacji, w której matka pogardliwie wyraża się o kontaktach seksualnych na przykład w rozmowie z koleżanką. Zohydzanie seksu zapada dziecku w pamięć. Bywa też tak, że w całkiem normalnych rodzinach, gdzie nie ma zbyt wiele przestrzeni, a co za tym idzie intymności, rodzice współżyją ze sobą wtedy gdy myślą, że ich dziecko śpi. Ono nie śpi, a to, co słyszy, utożsamia z krzywdą, jaką ojciec wyrządza matce. To szeroki temat na długą rozmowę. Dodałabym do tego jeszcze zohydzanie własnego ciała, choć to może zbyt mocno powiedziane. Mam na myśli sytuacje, w których ludzie od małego uczą się, że nagość wśród najbliższych jest czymś bardzo wstydliwym. Że mała dziewczynka nie może zobaczyć nawet przez przypadek nago swojego taty, bo to chore, nieodpowiednie. Te wszystkie histeryczne reakcje z zasłanianiem oczu itp… Tak, wiem, co pani ma na myśli i w pełni się z panią zgadzam. Dziecko nie zna pojęcia erotyzmu, zachowuje się naturalnie, zgodnie ze swoim rozwojem psycho-intelektualnym. Nie ma więc potrzeby budowania jakiegoś napięcia wokół tego tematu. Jeśli człowiek nie eksponuje czegoś specjalnie, nie zwraca na to dziecku uwagi, tylko zachowuje się swobodnie, to ono przyjmuje taki stan rzeczy. Chodzi właśnie o to, żeby nie wulgaryzować, nie pobudzać wyobraźni dziecka w niewłaściwy sposób, a jednym z takich niewłaściwych sposobów są te reakcje, o których pani wspomniała. To później odbija się na wielu sprawach, choćby takich, jak stosunek do własnego ciała, pewność siebie, także w kontaktach z przyszłym partnerem seksualnym.

Czy wstyd towarzyszy także Pana pacjentom, gdy przychodzą na wizytę? Przy pierwszym kontakcie prawie zawsze, ale kobiety dużo lepiej sobie z tym radzą. Może jest tak przez to, że są bardziej oswojone na przykład z potrzebą badania przedmiotowego narządów płciowych, które przechodzą za każdym razem u ginekologa. Dla wielu mężczyzn to nowość. Ja zaczynam zawsze rozmowę od uświadomienia pacjentom, że musimy być ze sobą szczerzy, tak jakby rozmawiali sami ze sobą. Przychodzą w końcu do kogoś, kto się trochę na tym zna i chce im pomóc. Ale penis w naszej kulturze jest nadal synonimem męskości, więc jego badanie może być odebrane jako pełne obnażenie problemu z tą tak rozumianą męskością. A co jest synonimem kobiecości? Można by powiedzieć analogicznie do penisa, podając inne pierwszorzędne cechy płciowe, ale tak naprawdę, kiedy myślimy o kobiecości, to raczej chcemy ją definiować w kontekście kulturowym, nie biologicznym. Nie podejmę się tego, bo musiałbym odnieść się do jakichś przykładów, a to jest złudne. Dziś będzie aktualne, a jutro już może nie być. Dla niektórych w pierwszej myśli kobiece będzie macierzyństwo i oddane rodzinie, dla innych obcasy i czerwona szminka… … i wiele wiele innych rzeczy, też takich które sto lat temu byłyby absurdalnym wymysłem. Dlatego powiem tak - tak naprawdę nikt nigdy nie zgłębił tajników kobiecej natury. Jej odmienność psychiczna, fizyczna i uczuciowa sprawia, że kobiety mężczyzn fascynują, zaskakują i wyzwalają pragnienie, by być razem. Ja, mówiąc o kobietach, zawsze wracam w swoich myślach do starożytnego Rzymu, gdzie niektóre z nich były wyróżniane jako kapłanki strzegące świętego ognia w Świątyni Westy. Dla mnie, współczesne mądre kobiety właśnie takie są.  napisz do autora j.milanowski@expressmedia.pl

* Zbigniew A. Fronczek specjalista ginekolog położnik, seksuolog kliniczny, prowadzi indywidualną praktykę lekarską w Bydgoszczy i Toruniu, w zakresie leczenia zaburzeń seksualnych u kobiet i mężczyzn; www.seksuolog.bydgoszcz.pl; pasjonat podróży, miłośnik muzyki operowej miasta kobiet

luty 2015

23


kobieta przedsiębiorcza

Przekuj w

to PASJĘ Sukces to lepszy samochód, wyższe stanowisko, suma na koncie w banku... tylko czy to doceniają w nas najbliżsi? Czy o tym będą mówić podczas mowy pożegnalnej na naszym pogrzebie? TEKST: Joanna Czerska-Thomas

Początek roku to czas planowania. Napisano już chyba wszystko na ten temat, ale z jednym się zgodzicie - motywacji nigdy nie za wiele. Od kilku lat jest to dla mnie nie tylko konstruktywny, ale też cudowny okres. Planuję kolejny rok działania w biznesie i planuję ulepszenie siebie. A do tego z półki uśmiechają się do mnie książki, które święty zostawił mi pod choinką. W tym roku dostałam od przyjaciółki „Spełnienie” autorstwa Arianny Huffington, założycielki jednej z wpływowych firm branży medialnej i informacyjnej. Nie wszystko, co autorka chciała przekazać, do mnie trafia - mój syn nie ma szofera, w domu nie mamy gosposi, a weekendy spędzamy rodzinnie. Jedno dało mi jednak do myślenia. Podzieliłam się już tym z przyjaciółmi, więc i Wam to opiszę.

Pędzimy za sukcesem... … ale czym on dla nas jest? Sukces to lepszy samochód, wyższe stanowisko, suma na koncie w banku… tylko czy to doceniają w nas najbliżsi? Czy o tym będą mówić podczas mowy pożegnalnej na naszym pogrzebie? Hm… próbuje sobie to wyobrazić: „Nigdy nie robiła przerw. Pracowała non stop kilkanaście godzin dziennie. Drugie śniadanie jadła przy komputerze, by nie tracić cennych minut. Jej prezentacje zawsze były na najwyższym poziomie. Zawsze na czas oddawała raporty, a na maile odpowiadała nawet w niedzielę o północy”. Nie, raczej będą wspominać osobę, która się realizowała, szanowała drugiego człowieka i to, że potrafiła pasję przekuć w sukces. Jak to zrobić? Pracować nad sobą! Każdy powinien znaleźć swoją drogę. Dla jednego będzie to praca z coachem czy doradcą, w cztery oczy, dla drugiego wymiana

24

miasta kobiet

luty 2015

doświadczeń i energii podczas warsztatów oraz szkoleń.

Pracuj z pasją Kiedyś każdy młody człowiek musiał stanąć przed wielkim wyzwaniem - jak wybrać coś, co będzie pasją przez całe zawodowe życie? Na szczęście te czasy już minęły. Odkrywając pasję, możesz ją przekuć w sukces, bez względu na swój wiek. Obserwuję od jakiegoś czasu naczelną trenerkę kobiet - Ewę Chodakowską. Prawie półtora miliona fanów na Facebooku, jej posty osiągają oszałamiającą liczbę lubisiów, udostępnień i komentarzy. Ona osiągnęła swój sukces i wykorzystuje to, że jest na fali. Cały czas jest zaangażowana w dialog i ciężko pracuje. Można ją kochać albo nienawidzić, ale należy szanować za to, jak swoją pasję przemieniła w sukces nie tylko swój, ale i wielu kobiet. Czyń dobro Organizując coroczne spotkanie „Charmsy Biznesu” czy comiesięczne „Biznes dla Kobiet” zakładałyśmy ze współorganizatorkami, że kobiety dostaną od nas wsparcie. I dostają, ogromne. Merytoryczne, networkingowe i szkoleniowe. To ostatnie realizujemy w ramach Charmsów przez cały rok, także w 2015. Planujemy szkolenie z bloga, z mediów społecznościowych, z szycia na miarę (PR i marketingu) i współpracy z mediami - tak, by każda znalazła coś dla siebie, a przede wszystkim, by dzielić się z Wami wiedzą, doświadczeniem i pasją. Wyznajemy zasadę, że jeżeli skutecznie chcesz robić biznes, należy robić też coś dla innych. Mów i nawiązuj kontakty Nawet największa pasja i najcięższa praca nie przyniosą efektów bez odbiorców. Opowiadaj o tym, co robisz i komunikuj to

światu. Często nie doceniamy networkingu, czyli długofalowego, systematycznego i zbudowanego na zaufaniu procesu. Chwal się i opowiadaj, bo 70 procent z nas ufa opinii rodziny, a aż 78 procent bierze pod uwagę ocenę znajomych, dotyczącą konkretnego produktu.

Ty i świat Dbaj o siebie, swój rozwój i równowagę. Zweryfikuj mowę pożegnalną i zadbaj, by znaleźć czas na książkę, którą dostałaś trzy lata temu. I wybierz się na warsztaty. Dla siebie. >>> W ramach Charmsów Biznesu zapraszam na darmowe webseminarium - 30 stycznia o godz. 20.00. Zgłoszenia: kontakt@charmsy-biznesu.pl

* Joanna Czerska-Thomas właścicielka Agencji Reklamowej M4Bizz (www. M4Bizz.pl), specjalistka PR oraz Nowoczesnego Marketingu; współorganizuje comiesięczne spotkania Biznes dla Kobiet (www.biznes-dla kobiet.org) oraz Konferencję Charmsy Biznesu (www.charmsy-biznesu.pl)


felieton

Zgrywasz dżentelmena?

Jak facet tak biegnie, że mało zębów sobie nie wybije, żeby tylko kobiecie drzwi od auta otworzyć, to na kilometr podpada… A my to łykamy, jak tabletki szczęścia. Justyna Król* Trafiłam ostatnio na zabawny, choć jak dla mnie totalnie oderwany od dzisiejszej rzeczywistości blog. Wymowna nazwa „Czas Gentlemanów” rozśmieszyła mnie do łez, a treść przeniosła w zamierzchłe czasy. Blog prowadzi młody mężczyzna z charakterystycznym wąsem. Zafascynowany ideą dżentlemeństwa w każdym wpisie próbuje dowieść, że ten wyjątkowy typ mężczyzn to nie gatunek na wymarciu.

Jeszcze zgrywasz? „Powinno być jasne, że prawdziwy mężczyzna nie omawia z kolegami czy też koleżankami swoich podbojów miłosnych, ani nie komentuje zachowania swoich partnerek. I nie dotyczy to wyłącznie sypialni” - czytamy na blogu. „Bez wypracowania sobie empatii, nie ma co w ogóle pretendować do miana dżentelmena” - dowiadujemy się dalej. I to wcale nie jest napisane z przekąsem. Tego typu wskazówek znajdziemy tu bez liku. Tymczasem mi od razu przypomniały się teksty odzwierciedlające nasze realia. Nieraz obiło mi się o uszy: „Jeszcze zgrywasz dżentelmena czy już zaliczyłeś?” lub „Tą bym wziął…” - rzucone między facetami, niby żartem. Kto jest prawdziwy? Powiało jednak i realizmem. Autor bloga przywołuje bowiem też słynny „Klub Pickwicka”. Pisze: „Dżentelmeni Dickensa to osoby z wieloma słabościami, z których dwie wiodą prym: alkohol i miłość do kobiet. One również są motorem napędowym przygód, w które wplątują się nasi bohaterowie”. To już

bardziej trąci dzisiejszymi mężczyznami. Mnie zastanawia jedno: Ilu z tych dżentelmenów jedynie się zgrywa? Czyż nie każdy przedstawiciel tej (brzydszej jeszcze tylko przez chwilę) płci, jest (z pozoru!) dżentelmenem, gdy ma taką potrzebę? Ustąpi miejsca starszej pani w autobusie (gdy z boku zerka biuściasta blondyna), zakupy wniesie sędziwej sąsiadce (która ma seksowną wnuczkę), w drzwiach przepuści (a potem zaprosi na drinka) lub rzuci takim komplementem, że numer telefonu wybranki na celowniku w kilka sekund znajdzie się na jego mobilnej liście podrywu.

Nie słodź, pozmywaj Bliska przyjaciółka miała kiedyś to „szczęście” spotkać na swej drodze takiego dżentelmena. Piękna szukał w jej spojrzeniu i zarzekał się, że jest pierwszą i jedyną, dla której chce mu się żyć. A wkroczył w jej życie niczym książę na białym rumaku. Inteligentny, lubiany przez wszystkich, życiowo w miarę ogarnięty. Gdy dostał kosza, dalej się starał. Pan przykładny, czekający na prawdziwą miłość. Podobno nawet książką z zasadami savoir-vivre’u lubił wymachiwać, gdy go coś obruszyło. Pamiętam jak pewien zaprzyjaźniony fotoreporter z długim stażem i świetny obserwator życia zarazem, patrząc na tę relację, szepnął mi wtedy z uśmiechem na ucho: Widzisz? Jak facet tak biegnie, że mało zębów sobie nie wybije, żeby tylko kobiecie drzwi od auta otworzyć, to na kilometr podpada… Wy to łykacie jak tabletki szczęścia. Kwiaty, prezenty, kolacje przy świecach i romantyczne

słówka rozkładają was na łopatki. Kiedy mężczyzna ma cel, wszystko zrobi, by go osiągnąć. Ale gdy kocha, to nawet po latach powie do żony: „Usiądź, odpocznij, ja pozmywam”- bez względu na to, jak będzie tego dnia wyglądała! Tylko która to doceni?

Nie będzie końca Śmiałam się wówczas. A przyjaciółka omamiona chemią mózgu, gdyby to usłyszała, tylko by się w czoło popukała. Dalej - z serduszkami w oczach - krocząc drogą donikąd. Po latach, tenże jej wyśniony, przykładny dżentelmen, wydzierając się, wyrzucił ją z tegoż samego auta na środku ulicy. Ten sam dżentelmen - furiat, nazywał ją szmatą, gdy nie mógł znieść, że ma inne zdanie. A kiedy przynosił kwiaty, dzień po szarpaninie kipiącej agresją, mówił: „To było niepotrzebne, ale sama wiesz, że sytuacja tego wymagała”. Nigdy nie przepraszał. Zawsze usprawiedliwiony. Prowokowała przecież ona. Docenić nie umiała, że złapała pana dżentelmena (Boga?) za nogi. Więc poszedł dalej, pewien swoich racji. Ze spokojem i niedrgającą powieką. Obdarowując świat kobiet swym dobrym spojrzeniem i ciepłym uśmiechem. A jego szarmanctwu nie będzie końca… Amen.

*Justyna Król dziennikarka, specjalistka do spraw public relations, od niedawna florystka, dumna mama czteroletniej Halinki miasta kobiet

luty 2015

25


kobieta w podr贸偶y

26

miasta kobiet

luty 2015


korespondencja z Tokio

Zakaz picia kawy, niebieskie laczki i szef zwany Wielkim, w stroju Ewy Chodakowskiej… Nie śmiejcie się, tak się po prostu pracuje w Japonii. Joanna Shigenobu* W Japonii mieszkam od ośmiu lat, ale jak wspominałam w ostatnich „Miastach Kobiet”, ten kraj nie przestaje mnie zaskakiwać. Inne wierzenia, język czy moda to nie wszystko. Często mam wrażenie, że nawet sami Japończycy nie potrafią wyjaśnić niektórych specyficznych zachowań. Idealnym przykładem na to jest moja japońska koleżanka Emi, która opowiada mi czasem o tym, jak wygląda jej praca, w dużej, wydawałoby się podobnej do europejskiej korporacji.

Ruszamy Emi do firmy wchodzi punktualnie o ósmej rano, normalna sprawa. Dzień zaczyna od ukłonów na przywitanie i wymiany kilku grzecznościowych słów ze współpracownikami. Trudno wyobrazić sobie te ukłony w polskich biurowych realiach, jednak nie to jest najdziwniejszym stałym elementem każdego poranka. Najlepsze następuje po chwili. Oto zastrzyk na kolejne kilka godzin pracy, czyli codzienna, poranna gimnastyka z szefem! Wszyscy potulnie wchodzą do dużego, jasnego pokoju konferencyjnego. Każdy z dwudziestu pracowników zajmuje swoje miejsce, na starannie przygotowanej macie. W skupieniu, bez żadnych rozmów, cierpliwie czekają. Wchodzi Wielki Gdy Emi opowiada o swoim szefie, zawsze zaczyna chichotać. Nazywamy go Wielkim, choć nie wiem, czy ksywa ta ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Wielki wchodzi na salę w stroju, który opisać można jedynie stwierdzeniem „bardziej niż profesjonalny”. Zaskoczona byłaby nawet sama Ewa Chodakowska. Strój jest inny każdego dnia, nikt jeszcze nigdy nie przyłapał Wielkiego na powtórzeniu zestawu. Gimnastykę poprzedzają ponownie ukłony powitalne. Jestem pewna, że gdyby zliczyć te wszystkie ruchy od początku dnia, niejednemu Polakowi już to wystarczyłoby za solidne ćwiczenia. Japończycy jednak zaraz po nich zaczynają swój poranny trening. Pośpiewajmy - I co, tak ćwiczycie w ciszy? - zapytałam kiedyś Emi ostrożnie, bo nadal trudno mi było

wyobrazić sobie ten cały rytuał. - Przecież tak na sucho to chyba niefajnie? Oczywiście, że nie. Wszystko jest idealnie zorganizowane. Dzień wcześniej, do specjalnej puszki każdy z pracowników wrzuca swoją propozycję muzyczną. A potem Wielki losuje. Z namaszczeniem wybiera tylko jedną karteczkę i już wiadomo, w jakich rytmach będą podskoki, przysiady i wymachy rękoma. Najlepsze zostawiają na sam koniec. Gdy muzyka już cichnie, pracownicy zaczynają śpiewać. Nie byle co, tylko ich firmową, doskonale znaną każdemu pieśń. Po tym wszyscy mogą rozejść się do swoich zajęć. Emi już przy pierwszej opowieści o swojej pracy zaznaczyła na wypadek jakichkolwiek moich wątpliwości, że zarówno ona, jak i pozostali pracownicy, uwielbiają te poranne ćwiczenia z szefem. To świetna integracja zespołowa, na dodatek z samym Wielkim. Spotyka ich wielki zaszczyt!

W laczuszkach W jej firmie wszyscy ubrani są w kolorystycznie dobrane uniformy. Co więcej, po biurze nie wolno chodzić w butach - każdy ma swoje osobiste niebieściutkie laczuszki. Pracownicy przechadzają się w nich po pokojach obstawionych ogromną ilością roślin doniczkowych. Te, choć wyglądają jak najprawdziwsze, są w stu procentach sztuczne. Wielki ma duże problemy alergiczne, nikt więc nawet nie śmie zaproponować wstawienia do pokoju żywego kwiatu. Emi jako jedyna w firmie perfekcyjnie włada językiem angielskim, w związku z tym zajmuje się utrzymywaniem kontaktów z zagranicznymi kontrahentami. Każdego dnia walczy z tysiącami maili, telefonów i listami. Niekiedy musi też osobiście złożyć wizytę w firmie partnerskiej i wtedy jeździ po całym Tokio. Przyznaję, że w tym akurat nie ma nic dziwnego - tak też przecież czasem wygląda praca w Polsce. Zaskakujące jest jednak to, dlaczego Emi tak bardzo lubi te wizyty w firmach partnerskich… Otóż u niej w pracy nie można pić kawy! Wszelkiego rodzaju herbatki, owszem, ale kawy już nie. Kiedy więc przyjdzie jej spędzić

cały dzień poza murami biura, w końcu może pozwolić sobie na ulubione latte.

Na swoich barkach Pracę kończy o osiemnastej, ale musi odhaczyć jeszcze zebranie podsumowujące dzień. Wydawać by się mogło, że zaraz po nim wszyscy grzecznie rozchodzą się do swoich domów. Nic bardziej mylnego. Większość zostaje dłużej, niekiedy i na całą noc, tłumacząc się niedokończoną pracą. Nikt się nie sprzeciwia, bo nie ma czemu - przecież Wielki wcale ich do tego nie zmusza. Tak po prostu już jest. Może to podświadomy lęk przed jego gniewem, gdyby nie skończyli swoich zadań na czas? Nie wiem, Emi też nie, obie więc zakładamy, że wszyscy po prostu tak bardzo kochają to, co robią i trudno im się z tym rozstać. Jedno jest pewne - tutaj wszyscy są jak te małe dzielne mróweczki, codziennie biorące na swoje barki wszystko, co tylko się da. Tak jak w wierszu Brzechwy: Mrówka Nie mówiąc nikomu ani słówka Chociaż nie była zbyt rosła Wzięła stół (na plecy sama) i do szkoły zaniosła.

* Joanna Shigenobu bydgoszczanka, która od 8 lat mieszka w Tokio; żona Japończyka; mama 6-letniego synka; napisała książkę o miłości Europejki i Japończyka; współpracuje z grupą teatralną Hibiki Family miasta kobiet

luty 2015

27


Z Katarzyną Śmigielską* prezeską fundacji Feniks, rozmawia Jan Oleksy

Od czego zaczniemy? Chyba od tamtych dramatycznych wydarzeń… Przepraszam, ale inaczej nie można… Wtedy wszystko się w moim życiu zmieniło. To geneza tego, że jestem tu i teraz, z tymi ludźmi. Czy to Cię w jakimś sensie ukształtowało? Na pewno. Zawsze twierdzę, że miałam szansę, by w jednym życiu żyć dwukrotnie. Raz, gdy urodziłam się z metrykową datą, a drugi raz 24 stycznia 1996 roku. Nie cierpię tej daty. Wtedy w pożarze straciłam dwóch synów i męża. Zostałam sama z córką Karoliną. Świat mi się zatrzymał, a na głowę spadły wszystkie możliwe galaktyki. Los zabrał mi tak wiele. Czy możesz już teraz o tym normalnie mówić? Często ludzie mnie oskarżają, że o trudnej do pojęcia tragedii mówię bardzo spokojnie. Uważam, że moje cierpienie i moje łzy są tylko dla mnie. Nie będę reżyserowała ich na potrzeby obcych. Ludzi to nie obchodzi… Płaczę wyłącznie dla siebie. Miałam normalny dom, męża, troje dzieci… Naraz wszystko zmieniło się w kosmos. Powstały rany w sercu i na ciele, bo wypadek przyniósł niepełnosprawność - mnie i córce, która prawie całkowicie straciła słuch. Płakałam przez pierwsze lata, moje życie to były wyłącznie łzy. W tej chwili to jest we mnie w środku. Nauczyłam się żyć z tym bólem, z tęsknotami, które nigdy

28

miasta kobiet

luty 2015

Jak z popiołów się nie zrealizują… z rozpaczą. Mogłam jeszcze strzelić sobie w łeb, ale co bym powiedziała mojej córce, gdybym ją kiedyś gdzieś tam po śmierci spotkała… Ale życie toczy się dalej… … i buduje każdego dnia nową historię. Ciągle odkrywam nowe karty o mnie samej, uczę się, jakim jestem człowiekiem, kim się staję… Wewnętrznie jestem przeogromnie melancholijną i smutną osobą, a na zewnątrz zbudowałam człowieka, który jest dynamiczny, który nie może zmarnować w życiu ani jednego dnia. Wiedziałam, że jestem w stanie unieść ludzkie losy i że po moich cierpieniach jestem na tyle silna, by móc pomagać innym. A pomaganie jest jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie człowiek może wziąć sobie na głowę. To nie jest wrzucenie pięciu złotych do skrzynki na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, choć to też jest ważne. Ja od wielu lat tworzę ludziom miejsce do pracy, miejsce do mieszkania, uczenia, współistnienia. Czy po takich przeżyciach wszystko ulega przewartościowaniu? Wszystko! Zaczynając od tego, jak myje się naczynia, kończąc na tym, jak kocha się ludzi. Po tym chce się w maksymalny sposób wykorzystywać poranną kawę, nie marnować ani jednej chwili z życia, szczególnie na złe emocje, bo takie też mam. Wypadek nie czyni z człowieka chodzącego anioła. Jestem piekielnicą, bardzo wymagającą - także od siebie. Ale zaczęłam też więcej widzieć,

więcej odczuwać, mam wyostrzoną wyobraźnię, przeczuwam, co może się stać. To jest jeden z większych ciężarów. Jakich ludzi spotkałaś na swojej drodze? Czy ktoś szczególnie się Tobą zajął? Zawsze była przy mnie moja rodzina, moja mama, fantastyczne rodzeństwo - to jeden z największych darów w życiu. Oni przy mnie trwali. Napotkałam także innych cudownych ludzi, którzy są ze mną do dzisiaj. Ludzie traktują Cię jak terapeutkę? Mają poczucie, że ja przez taką tragedię i przez swoje doświadczenia mam nieograniczoną możliwość emocjonalnej pomocy. Uważają, że mam jakieś antidotum na życie, na ludzkie sprawy. Chcą się zwierzać, opowiadać o sobie. Czy była też grupa ludzi onieśmielonych Twoim nieszczęściem? Nie spotkałam się z onieśmieleniem, raczej z naturalną chęcią przeżywania sensacji… bo jest to rodzaj takiej społecznej sensacji. Widzimy to wszędzie dookoła, w telewizji, w magazynach. Ludzie lubią dramatyczne historie… Na początku ten typ zainteresowania był męczący, ale po latach zrozumiałam, że ludzie mają taką naturalną skłonność do sensacji. I trzeba to ludziom dać, albo powiedzieć: „Nie, dziś wam nie opowiem tej historii”. Moja jest nośna. Teraz mogę już o tym opowiadać, bo nie jestem wyłącznym właścicielem tej histo-

ZDJĘCIE: JACEK SMARZ

Robię to, co lubię, tworzę cudowne rzeczy, otoczona jestem fantastycznymi ludźmi, których kocham... Wydaje mi się, że jestem szczęściarą, mimo że przeżyłam straszną tragedię, którą będę opłakiwać przez kolejne 28 wcieleń.


prosto z życia Pomaganie jest jedną z najtrudniejszych rzeczy, jakie człowiek może wziąć sobie na głowę. To nie jest wrzucenie pięciu złotych do skrzynki na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, choć to też jest ważne. Ja od wielu lat tworzę ludziom miejsce do pracy, miejsce do mieszkania, uczenia, współistnienia. KATARZYNA ŚMIGIELSKA PREZESKA FUNDACJI FENIKS

rii i uważam, że powinno się takimi historiami dzielić. Gdybym myślała inaczej, to siedziałabym dzisiaj na bezludnej wyspie pod palmą, z jedną małpką na drzewie. A ja jestem wśród ludzi, w stadzie. Myślę, że ten balast doświadczeń bardzo pomaga w kontaktach. Znam to z autopsji. Od 24 lat jestem AA i bardzo łatwo mi rozmawiać z ludźmi, którzy piją, zwierzają się z problemów, proszą o radę. Jestem dla nich wiarygodny. Twoje doświadczenia też oswajają innych? Podobnie to działa… Czy czujesz, że masz prawo ingerować w ich życie? Oni pozwalają na to, chcą tego. To jest podobnie jak z alkoholizmem - to też jest rodzaj sensacji, szczególnie, jak się z uzależnienia wychodzi. Bo zapija się wielu, ale niewielu udaje się z tego dziadostwa wyjść. To są doświadczenia, którymi powinniśmy się dzielić. Ale nie zawsze jest to łatwe… Nie jest to proste, zwłaszcza gdy mówię o tragicznej śmierci w płomieniach dwójki moich dzieci i męża. Nagle młody trzydziestokilkuletni facet umiera w momencie, gdy dopiero zaczyna życie z rodziną. Nagle życie się kończy. Na tych zgliszczach, na tym popiele, ktoś inny musi budować coś od nowa. To bardzo trudna droga, którą pokonuję do dzisiaj.

Można z tego wyjść? Jak ktoś mówi, że wychodzi - to bzdura! Z alkoholizmu też się nie wychodzi, można jedynie nie pić. Znam wielu AA, którzy powtarzają „Kasiu, jedyną rzeczą o jakiej marzę, to się napić, ale wiem, że nie mogę”. To są traumy, które każdy z nas nosi. Pamiętasz ten moment, kiedy postanowiłaś działać, powiedziałaś dość roztkliwiania się nad sobą, zamykam ten dramatyczny rozdział? Chciałaś stworzyć sobie nową, liczną rodzinę? Wiedziałam, że coś muszę zrobić. Zaczęłam obserwować świat wokół siebie i zastanawiałam się, co temu światu mogę dać? Kiedyś siedzieliśmy z fotografikiem Jackiem Szczurkiem i wymyśliliśmy wystawę „Byłam kim jesteś, jestem kim być możesz”, pokazującą niepełnosprawność w innym świetle. Ja z oparzeniami, i zdrowa, piękna dziewczyna. Objechaliśmy z tą wystawą całą Polskę. Tak zaczęła kiełkować myśl o społecznej misji, którą mam do spełnienia. I tak powstał Feniks. Trudno o lepszą nazwę dla tej fundacji! To wyniknęło z potrzeby chwili. Pierwszą osobą, której postanowiłam pomóc, była nasza dzisiejsza wiceprezes Sylwia, która jeździła na zdezelowanym wózku. Pomyślałam, „Boże, jaki chory system, 5 lat czekać na wózek?!”. Jak tu nie pomóc dziewczynie, która jest aktywna, która chce działać. Z przyczyn typowo formalnych nie mogliśmy jej przekazać pieniędzy. Tak zapadła decyzja o powołaniu fundacji Feniks. Przebrnęliśmy przez wszystkie procedury i działamy już od prawie 10 lat. Przez ten czas przewinęło się u nas bardzo dużo ludzi - coś dostali od fundacji, coś pozostawili w niej i poszli dalej… Podziwiam Cię, że wzięłaś na siebie olbrzymie jarzmo odpowiedzialności. Olbrzymie. Pomaganie ludziom to działanie wymagające odpowiedzialności. Mam poczucie, że jakaś magiczna siła mnie do tego pchnęła. Bo rzadko który logicznie myślący człowiek chciałby brać na swoje barki tyle ludzkich istnień. Nie tylko dać jeść, ale z nimi być. Zaczynasz żyć ich życiem… … a oni moim. To fajni ludzie, z którymi się spieramy, kłócimy, zdarzają nam się karczemne awantury, ale są też i łzy, przytulanie, radości, śmiech. Takie ludzkie życie. Poznając losy swoich podopiecznych, widzisz, że Twój problem nie jest najważniejszy? Czegoś się od nich uczysz? Pokory! Moja niepełnosprawność ma swoje konsekwencje, ale problem osoby siedzącej na wózku jest zupełnie inny. To uczy mnie pokory i cierpliwości. Uczy też przeżywania porażek, bo one pozwalają się dźwignąć i zbudować coś nowego. Zawsze to mówiłam mojej córce Karolinie, która ma już 22 lata. Ona jest jednym

z moich największych cudów życiowych. Fenomen, dzieciak niesłyszący, który przebrnął edukację w normalnych szkołach, a teraz studiuje biochemię na UMK. Jest bardzo pogodnym człowiekiem, nie jest smutna, choć trauma w niej siedzi. W jaki sposób ludzie do Ciebie trafiają? Nie ma telewizyjnej reklamy fundacji Feniks z hasłem: „Kasia zaprasza”. Nie mam pojęcia, skąd oni się biorą. To jest magia. Jakoś mnie znajdują. Myślę, że przyciąga ich jakaś energia, która porusza się w przestworzach. Ludzie chcą być akceptowani, chcą godnie żyć. Znajdują tu dom i pracę. Przyciągam ich tyle, ile ich jestem w stanie obrobić (śmiech). To się samo dzieje. Każdy w inny sposób tutaj trafił. Są przestraszeni, nawet nie tyle zagubieni, co samotni. Mają różne relacje ze swoimi rodzinami, zatracone przez wiele lat. Gdzie można Was znaleźć? W „Ranczu Zygmuntówka” w Kijaszkowie niedaleko Torunia, w Krzywej Wieży i Galerii „Przydasię”. Te miejsca są integralnie ze sobą powiązane, żyją w symbiozie. Ranczo jest domem i miejscem pracy, warsztatem i pracownią. Tam malujemy obrazy, rzeźbimy, tworzymy piękne przedmioty, które trafiają do Galerii „Przydasię”, zasilając budżet fundacji, która sama musi się utrzymać. Wykorzystujemy materiały recyklingowe. Jesteśmy w pewnym sensie królami na tej górze śmieci. Nasze prace przekroczyły już granice kontynentu. To o czym jeszcze można marzyć? Chyba tylko o tym, żeby nie zabrakło pomysłów. Jesteś szczęśliwa? Dzisiaj jestem, ale jutro mogę nie być! To zupełnie naturalne. Szczęściem jest… moja córka. Jak patrzę w oczy mojej 80-letniej mamy, to też widzę szczęście. Ale jak wspominam moje nieżyjące dzieci, to jestem totalnie nieszczęśliwa, że nie przeżywam z nimi życia. Jak pomyślę, że moi synowie byliby teraz dorosłymi facetami… Mogłabym być już babcią… To byłoby cudownie. To takie gdybanie… Jednak mimo wszystko wydaje mi się, że jestem szczęściarą, robię, co lubię, tworzę cudowne rzeczy, otoczona jestem fantastycznymi ludźmi, których kocham, mimo że przeżyłam straszną tragedię, którą będę opłakiwać przez kolejne 28 wcieleń. Ale ta tragedia dała mi bardzo wiele. Nie wiem, kim byłabym, gdyby to się nie wydarzyło.  napisz do autora j.oleksy@expressmedia.pl

*Katarzyna Śmigielska prezes Fundacji Feniks, twórca nieszkolony, współautorka projektu „Byłam, kim jesteś - jestem, kim być możesz”

miasta kobiet

luty 2015

29


męskim okiem

Y N A K S A Z R T PO KRÓLEWICZ Dlaczego facet staje się dupkiem po rozstaniu z kobietą? Janusz Milanowski*

Siedziałem raz sam z kotką (leasing od kumpla, który wyjechał służbowo pić na Ukrainę) na warszawskiej Białołęce. Mimo próśb, kotka Zalotka nie chciała stać się kobietą, ulubiony „Słoneczny brzeg” się skończył, a do szyldu „24 h” daleko jak cholera i leje. I nagle na ekranie błysnęło: „Masz wiadomość”. Pomyślałem, że to znowu ten wkurzający spam pt. „Poznaj datę swojej śmierci”, bo co innego można dostać, gdy deszcz wali o parapet. Ale nie. Nadszedł list od Doroty, koleżanki z Bordeaux, która nie ma z kim „popłakać po polsku”…

Słucham, jak ten i ów Dlaczego facet staje się nieraz dupkiem po rozstaniu z kobietą? Bo nikt mu nie wytłumaczył, że mężczyzna powinien wówczas przez jakiś czas być sam; że teoria klina dobra jest na kaca po wódzie, a pragnienie po kobiecie można ugasić tylko rozmawiając samemu ze sobą. Słucham, jak ten i ów głosi przy piwie ową teorię o klinie, snuje wizje nowej wybranki, będącej oczywiście zaprzeczeniem tej, z którą spędził wiele lat życia, wychował dzieci, etc. Słucham jak, ten i ów nie ma sobie nic do zarzucenia, tylko ona go nie rozumiała, więc teraz znajdzie taką, która będzie go rozumiała. - To znaczy, że jak ja będę miał ochotę poleżeć na kanapie z pilotem przed telewizorem, to po prostu będę to robił i nie usłyszę żadnych uwag - wyjaśniło mi pewne Potrzaskane Serce. Na uwagę zasługują składniki tej alegorii: ja, pilot, kanapa, telewizor. Inne Potrzaskane Serce chce, żeby kobieta rozumiała, co przeszedł w zakończonym właśnie związku, jeszcze inne zgłasza listę sierpniowych postulatów w sferze bzykania.

Trzy lata temu… - Żyję ostatnio jakby „zupa była za słona”, ale sińce wyryte są w sercu - czytam. - Okazuje się, że po trzech latach życia razem mój Królewicz przemienił się w ropuchę. Dziś pierwszy raz postraszył mnie przemocą fizyczną i to mi otworzyło oczy. Bo od roku szukałam mu wytłumaczeń, że miał ciężkie dzieciństwo, że tata ich opuścił, ale złych słów nic nie tłumaczy. Trzy lata temu zostawiła go dziewczyna, był załamany i ja wzięłam go sobie z takim potrzaskanym sercem. A teraz?! Jeszcze nigdy w moim życiu nie przeryczałam tylu dni i nocy… Pomiędzy atakami przeprasza, mówi, że musi iść na terapię, że zdaje sobie sprawę ze swojej agresji. Już nie mogę… A najgorsze jest, że nie mam siły odejść… Teraz to mam tak K

L

*Janusz Milanowski dziennikarz, publicysta, fotograf; miłośnik długodystansowego pływania i jazzu A

M

A

czytaj nas na 102315BDBHC

E

Ofiara i konfesjonał Potrzaskane Serce nie szuka partnerki, szuka terapeutki i prywatnej prostytutki zarazem.

102015BDBHA

R

Szuka ofiary i konfesjonału, by wziąć rewanż za własną niemożność, wciskać gadki o trudnym dzieciństwie i cytować: „Bo to zła kobieta była”. Nie ma aspiracji do wolności, pracy nad sobą i nie chce nauczyć się czegoś nowego. Poradziłem Dorocie, zwyczajnie, jak stary kumpel: „Kopnij go w dupę i żyj! Jesteś piękna i żadne sińce tego nie zmienią”. Po czasie odpisała, że Królewicza zaprowadziła na terapię i ma nadzieję, że wszystko będzie dobrze (oczywiście, on sam nie raczył ruszyć tyłka do gabinetu). Nie pamiętam już, który z francuskich bardów napisał taką piosenkę: Wolności moja broniłem zawsze cię, bezcenny mój talizman. Wolności moja, ty nauczyłaś mnie, odchodzić jak mężczyzna. Szanowne Czytelniczki. Zanim jakieś Potrzaskane Serce rozczuli Was potrzaskanym sercem, ustalcie najpierw, jak odszedł. Po co Wam później płakać?  napisz do autora j.milanowski@expressmedia.pl

rozrypaną psychikę, że to ja będę musiała iść na terapię.

w w w. MIASTAKOBIET. p l


102315BDBHB

65715TRTHA

60615TRTHA

65315TRTHA


APTEKI w Chojnicach w Przychodni Medyk ul.Towarowa 2 a tel. 512 239 242 pn. - pt. 8-18

w Nakle nad Notecią Osiedle B. Chrobrego 16/4 tel. (52) 385 15 36 pn.-nd. 8-21

w Malborku ul. Słowackiego 71/1 tel. (55) 247 62 95 pn.-nd. 8-21

w Brodnicy ul. Zamkowa 19 tel. (56) 474 02 33 pn.-nd. 8-22

w Koninie ul. Chopina 9 tel. (63) 243 70 13 pn.-nd. 8-22

-III w Bydgoszczy

w Szubinie ul. 3 Maja 23 tel. (52) 371 63 13 pn.-nd. 8-22

-IV

ul. Grunwaldzka 71 tel. (52) 347 84 90 pn.-nd. 8-22

w Kwidzynie ul. Korczaka 10b tel. (55) 279 78 43 pn.-sb. 8-20

w Koronowie

w Stolnie

ul. Kościuszki 4 tel. (52) 382 28 78 pn.-nd. 8-21

Punkt apteczny Alba STOLNO 112 w Urzędzie Gminy

tel. (56) 686 51 17 pn.-pt. 8-16

w Warlubiu

w Turku

w Chełmnie

ul. 18-tego Lutego 2 tel. (52) 332 64 86 pn.-pt. 8-18, sob. 8-12

ul. Konińska 24 tel. (63) 289 22 49 pn.-nd. 8-22

ul. Dworcowa 18 tel. (56) 686 17 25 pn.-pt. 9-18, sob. 9-14

-V

w Bydgoszczy

ul. Skłodowskiej-Curie 26 / E.LECLERC tel. (52) 346 06 96 pn.-sb. 8-21, nd. 10-16

-VI

w Bydgoszczy

ul. Pielęgniarska 13 (Stary Fordon) w przychodni „Nad Wisłą” tel. (52) 343 98 28 pn.-nd. 8-22

w Bydgoszczy

ul. Wielorybia 109 tel. (52) 349 05 06 pn.-nd. 8-22

Apteki CAŁODOBOWE

ul. Gdańska 140 tel. (52) 345 57 57 Apteka „Pod Orłem” z gr. w Świeciu nad Wisłą

w Inowrocławiu ul. Dworcowa 33 tel. (52) 318 39 99

ul. Księcia Grzymisława 4 tel. (52) 33 111 80

w Grudziądzu ul. Legionów 37 tel. (56) 46 334 99, 517 108 182 we WłocŁawku ul. Wiejska 18a/4 tel. (54) 236 63 65

96815BDBRA

-bis w Bydgoszczy

w Bydgoszczy ul. Skłodowskiej-Curie 1 tel. (52) 346 01 11, 346 12 93

INFORMUJEMY, IŻ ZAWARLIŚMY AKTUALNE UMOWY Z NFZ

Nie masz pomysłu na prezent walentynkowy? Masz dość pluszowych misiów, czekoladek i kolacji w zatłoczonych restauracjach? Chcesz abyście byli piękną i zadbaną parą?

Instytut Dermokosmetyczny Centrum SŁONECZNIK specjalnie dla par przygotowało propozycję WALENTYNKOWĄ - 2 zabiegi w cenie 1

PAKIETY KOSMETYCZNE

PAKIETY FRYZJERSKIE DLA NIEJ: koloryzacja (na dowolną długość włosów) + strzyżenie + modelowanie DLA NIEGO: strzyżenie i stylizacja męska CENA 100 zł zamiast 200 zł DLA NIEJ: strzyżenie + modelowanie + zabieg regeneracyjny Q3 DLA NIEGO: strzyżenie i stylizacja męska CENA 60 zł zamiast 120 zł DLA NIEJ: balajage + strzyżenie + modelowanie + day spa dla włosów DLA NIEGO: strzyżenie i stylizacja męska CENA 150 zł zamiast 300 zł

Instytut Dermokosmetyczny Centrum Słonecznik Villa na Wzgórzu, Lubicka9 tel. 530 771 716 - dział kosmetyczny tel. 792 002 268 - dział fryzjerski

57615TRTHA

PAKIETY DO WYBORU: Zabieg z kwasami dermokosmetycznymi Niech skóra będzie piękna - terapia skór problematycznych Cel zabiegu: leczenie problemów skórnych-trądzik pospolity, rożowaty, przebarwienia, zabiegi liftingujące, odmładzające, niwelujące rumień oraz podrażnienia np. po goleniu. CENA ZABIEGU 160 zł zamiast 320 zł Oxygen pure - moc czystego tlenu z infuzją tlenową Niech skóra znowu zacznie oddychać - zabieg odpowiedni dla wszystkich rodzajów cery bez względu na wiek. Cel zabiegu: poprawa mikrocyrkulacji, dotlenienie, detoksykacja skóry, stymulacja optymalnego funkcjonowania komórek skóry, odmłodzenie, zweżenie porów, oczyszczanie, wyrównanie kolorytu,łagodzenie podrażnień CENA ZABIEGU 100 zł zamiast 200 zł Collife - zabieg bankietowy na bazie collagenu i stymulacji skóry RF (falami radiowymi) Niech skóra odzyska elastyczność, gładkość. Cel zabiegu: wygładzenie zmarszczek, opóźnienie procesu starzenia, głębokie nawilżenie skóry, wyrównanie kolorytu skóry i stymulacja naturalnej opalenizny, regeneracja,regulacja wydzielania sebum, redukcja zmian trądzikowych, zmniejszenie widoczności blizn i rozstępów. CENA ZABIEGU 100 zł zamiast 200 zł

Miasta Kobiet luty 2015  
Miasta Kobiet luty 2015  
Advertisement