Page 1

nasze miejsca spotkań

listopad 2015

Anna Szmyd Dlaczego warto pomagać? FUNDACJA AKTYWIZACJA str. 8-10


Lubię seniorów W ostatnim miesiącu dużo czasu spędziłam w kolejkach do lekarza. Wraz z moją nową, jesienną stylizacją - nogą w gipsie - poznałam też wiele nowych osób. Byli to głównie seniorzy, którzy dopytywali o to, co mi się stało i opowiadali o swoich potknięciach. Podnieść na duchu

Nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile można się dowiedzieć o urazach ortopedycznych, rozmawiając z przypadkowo spotkanymi ludźmi. Takimi, którzy po prostu chcą podnieść kogoś na duchu, polecić rehabilitację lub zwyczajnie potowarzyszyć w tej niewygodzie. Sami z siebie, w pełni spontanicznie i naturalnie. Średnia wieku 60+. Może właśnie dlatego podświadomie na wartość tego typu kontaktów zwróciłam uwagę w rozmowie z Anną Szmyd (str. 8-10) z Fundacji Aktywizacja. Pani Anna pamięta, jak jej ojciec z serdecznością odnosił się do ludzi wokół siebie, nawet tych znanych jedynie z widzenia. I w jej małej rodzinnej miejscowości nie był wyjątkiem. Dzięki temu wszyscy wiedzieli, że łączą ich podobne sprawy, te same bolączki. Nikt nie czuł się samotnie w tłumie anonimowych osób. Bez gipsu

Zastanawiam się, ilu z nas, np. z tych współczesnych trzydziesto- czy czterdziestoparolatków, może tak powiedzieć o sobie? Gdy zdarzało mi się przytoczyć wśród znajomych anegdotki z poczekalni, wielu z nich pytało mnie, czy nie miałam ochoty uciąć krótko: „A co mnie obchodzi, że pani syn złamał rękę?”. Oczywiście, że nie - odpowiadałam. Teraz, gdy biegam już bez gipsu, nawet mi tych rozmów brakuje. Kiedy jednak wchodzę do budynku, w którym miesiąc temu od pani portierki usłyszałam: „Ojej, ja miałam podobnie z lewą nogą”, to obie wymieniamy dużo bardziej przyjazne „dzień dobry” niż dawniej. Dawniej spiesząc się do pracy, na dwóch zdrowych nogach, nie miałam nawet czasu, by witając się z panią spojrzeć na nią dłużej niż pół sekundy.

Wiek się nie liczy

W tekście Dominiki Kucharskiej „Piruety bez metryki” (str. 12-13) animatorka Emilia Malczak pokazuje nam świat seniorów. Dla nich wiek się nie liczy, choć wcale nie udają, że mają znów 18 lat. Nie muszą. Mogą być sobą - uśmiechniętymi ludźmi z werwą, z pasją, ale też i z problemami, na które znaleźli wspólnie receptę w tańcu. Myślę, że my, ci trochę młodsi, zbyt rzadko tak na nich patrzymy. Nie doceniamy ich otwartości i bezpretensjonalnego podejścia do kontaktu z drugą osobą. W głowie pielęgnujemy jedynie różnice. Bo przecież senior na pewno wierzy w co innego niż my, na inną partię głosuje, inne wartości są dla niego ważne, nie widzi nowoczesnego świata przez Internet... Po co więc zawraca nam głowę rozmową o niczym? Co możemy mieć ze sobą wspólnego? „Robimy i lubimy podobne rzeczy, też za kimś tęsknimy, kogoś kochamy, kogoś straciliśmy, umrzemy kiedyś, żyjemy teraz” odpowiada Emilia Malczak. Tyle wystarczy. PS

Pewnego razu w poczekalni spędziłam ponad godzinę. Po 15 minutach zaczęłam uważniej podsłuchiwać toczącą się obok rozmowę. Starszy pan opowiadał o przeszczepie... głowy. - Ciało od jednego człowieka z wypadku, głowa od drugiego. Zagraniczny lekarz planuje to ze sobą połączyć. Czytałem o tym. Jak się uda, to może tak teraz będą ratować ludzi. Ale cuda, no nie? - zapytywał towarzyszkę. Uśmiechnęłam się w myślach, zastanawiając się, jaką to nowinkę pan tak zgrabnie przekręcił. Wróciłam do domu i sprawdziłam. O planie przełomowego przeszczepu pisał „The Guardian”. Starszy pan z poczekalni był zdecydowanie bardziej do przodu z wiadomościami ze świata nauki i medycyny niż ja. Mało tego, ja od razu przy lekturze byłabym bardzo sceptyczna, on zareagował na te wieści z pełnym entuzjazmem i fascynacją dla nowych rzeczy. I sprawił, że po raz kolejny pomyślałam wprost - tak, ja naprawdę lubię seniorów.

WYDAWCA: EXPRESS MEDIA Sp. z o.o. Bydgoszcz, ul. Warszawska 13 tel. 52 32 60 733 Prezes Zarządu: dr Tomasz Wojciekiewicz Redaktor Naczelny: Artur Szczepański Dyrektor sprzedaży: Adrian Basa Menedżer produktu: Emilia Iwanciw, tel. 52 32 60 863 e.iwanciw@expressmedia.pl Redaktorka prowadząca: Lucyna Tataruch, tel. 52 32 60 798 l.tataruch@expressmedia.pl Teksty: Justyna Król j.krol@expressmedia.pl Jan Oleksy j.oleksy@expressmedia.pl Lucyna Tataruch l.tataruch@expressmedia.pl Tomasz Skory t.skory@expressmedia.pl Dominika Kucharska d.kucharska@expressmedia.pl Joanna Czerska-Thomas Zdjęcie na okładce: Tomasz Czachorowski Skład: Ilona Koszańska-Ignasiak Sprzedaż: Angelika Sumińska, tel. 691 370 521 a.suminska@express.bydgoski.pl Michał Kopeć, tel. 56 61 18 156 m.kopec@nowosci.com.pl

CP Jesteś zainteresowany kupnem treści lub zdjęć? Skontaktuj się z naszym handlowcem: Piotr Król, tel. 603 076 449 p.krol@expressmedia.pl

ZNAJDZIESZ NAS NA: www.miastakobiet.pl www.fb.com/MiastaKobiet.Nowosci.ExpressBydgoski

LUCYNA TATARUCH redaktorka prowadząca „MIASTA KOBIET”

2

miasta kobiet

listopad 2015

„Miasta Kobiet” ukazują się w każdy ostatni wtorek miesiąca, jako dodatek do „Expressu Bydgoskiego” i „Nowości - Dziennika Toruńskiego”. Przez cały miesiąc są dostępne również w 91 miejscach w Bydgoszczy i Toruniu. Adresy znajdziesz na stronie www.miastakobiet.pl


Z pazurem i na luzie W

W podróży liczy się wygoda. Niezastąpiona podczas jesiennych dni parka z kapturem i dużymi kieszeniami zapewni modny look i ogrzeje. Połączona z klasycznymi jeansami i wygodnymi butami sprawdzi się idealne podczas weekendowego wypadu za miasto.

P O D R Ó Ż Y

Na imprezie warto błyszczeć! Odważna sukienka z cekinami będzie doskonałą kreacją na andrzejkową noc. Połączona z dopasowanym płaszczem i eleganckimi botkami nadaje kobiecego i szykownego tonu. IMPERIAL sukienka - 429 IMPERIAL płaszcz - 699 VENEZIA buty - 399 UNISONO torebka - 239 NEW LOOK wisiorek - 29,99 TIME TREND zegarek Bulova - 1090

NEW LOOK top - 99,99 NEW LOOK kurtka - 149 NEW LOOK buty - 179 DIVERSE torba - 179,99 MEDICINE spodnie - 149,90 MEDICINE pasek - 29

MAKE-UP

N A

Z A K U P Y

Zapraszamy na zakupy do Focus Mall Bydgoszcz!

FRYZURA

1376115BDBHA

Kultowa ramoneska powinna znaleźć się w każdej szafie, niezależnie od sezonu. Tej jesieni połączona z futrzanym, ciepłym kołnierzem świetnie sprawdzi się w chłodniejsze dni. Dopełnieniem stylizacji jest top w kolorze wina oraz duża torba.

OLAPLEX Rewolucyjna usługa!!! Jeden krok do idealnej dekoloryzacji i rozjaśniania już dostępna w Salonie Jean Louis David w Focusie

Adres: ul. Jagiellońska 39-47, Bydgoszcz

N A

I M P R E Z Ę

NEW YORKER golf - 29,95 NEW YORKER sweter - 79,95 HOUSE jeansy - 99,99 HOUSE kurtka - 299,99 HOUSE buty - 139,99 HOUSE naszyjnik - 14,99 SUMATRA walizka Samsonite - 599 TIME TREND zegarek Guess - 829 TCHIBO kubek termiczny - 39,95


WTOP SIĘ… W FOTEL

HELIOS BYDGOSZCZ - GALERIA POMORSKA KULTURA DOSTĘPNA ZA 10 ZŁ, KAŻDY CZWARTEK, GODZ. 18.00

każdy czwartek

14-21 listopada

Wielkimi krokami zbliża 23. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Autorów Zdjęć Filmowych CAMERIMAGE 2015, a więc coroczne święto każdego miłośnika filmu, podczas którego zobaczymy zarówno zagraniczne produkcje z całego świata, jak i polskie - m.in. film „Demon” w reżyserii tragicznie zmarłego Marcina Wrony. Wśród nich są m.in. filmy krótkometrażowe, pełnometrażowe, wideoklipy, debiuty operatorskie i reżyserskie, a także wiele etiud studenckich. Projekcjom jak zawsze towarzyszyć będą seminaria, warsztaty, spotkania z wieloma osobistościami świata filmu. Prezentowane będą też nowoczesne technologie i sprzęt filmowy. Biletami należy zainteresować się już teraz, bo może ich szybko zabraknąć.

ZDJĘCIE: materiały prasowe, kadr z filmu „Demon”

Polskie filmy to nie tylko kultowe komedie Barei, lecz coraz szerszy wachlarz współczesnych produkcji, z których wiele zyskało uznanie widzów i krytyków filmowych. Właśnie takie doceniane realizacje minionych kilku lat można - oglądać w ramach projektu „KULTURA DOSTĘPNA W KINACH”. Gdzie? We wszystkich kinach Helios w kraju, a więc i w naszym bydgoskim w Galerii Pomorskiej. Dzięki inicjatywie Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, każdy z proponowanych polskich filmów dostępny jest za jedyne 10 złotych! W ramach tego cyklu jeszcze tej jesieni zobaczyć można takie filmy jak „Papusza”, o którym było głośno. Jak to jest wieść prawdziwe cygańskie życie, w dodatku będąc kobietą i poetką? Tego dowiemy się w Heliosie już 5 listopada. Kolejne czwartki listopada i grudnia, to kolejne propozycje, czyli: „Obława” (12.11.), „Baby są jakieś inne” (19.11.), „Być jak Kazimierz Deyna” (26.11.), „Polskie gówno” (3.12.), „Nieulotne” (10.12.) i „Pani z przedszkola” (17.12.). Nikt już chyba nie ma wątpliwości, że jesienne, czwartkowe wieczory warto zarezerwować właśnie dla kina Helios - zwłaszcza, że każdy seans kosztuje tylko 10 zł! Start filmu zawsze o godzinie 18.00.

OPERA NOVA I MULTIKINO, BYDGOSZCZ CAMERIMAGE, 14-21 LISTOPADA 2015

1375915BDBHA

HALA SPORTOWO-WIDOWISKOWA, UL. GEN. J. BEMA 73-89, TORUŃ 29 LISTOPADA 2015, GODZ. 18.00 ORAZ 20.00 Muzyczny powrót do przeszłości? Czemu nie! 29 listopada w toruńskiej hali sportowo-widowiskowej przy ul. gen. J. Bema 73-89 odbędzie się niecodzienny, bo jubileuszowy koncert z okazji 30-lecia słynnej grupy Modern Talking. Lider grupy, Thomas Anders już jako siedmiolatek czuł się na scenie jak ryba w wodzie, a zaledwie dziewięć lat później zdobył swój pierwszy kontrakt płytowy. Debiutancki singel pt. „Judy” ukazał się w 1980 roku. Trzy lata później artysta rozpoczął współpracę z Dieterem Bohlenem i to był początek piorunującej kariery. Kultowe kawałki Modern Talking w wykonaniu Thomasa Andersa usłyszeć można już 29 listopada w Toruniu. Bilety w cenie od 80 do 140 zł są już w sprzedaży.

R

E

K

13

listopada

29

listopada

L

PÓŁ NA PÓŁ? AULA UMK, UL. GAGARINA11, TORUŃ 13 LISTOPADA 2015, GODZ. 19.00 ORAZ 21.00 Na spektakl „Dwie połówki pomarańczy” wybrać się warto do auli UMK w toruńskim miasteczku akademickim na Bielanach. Co może się przytrafić świeżo upieczonej wdowie, która trafia do hotelu, by zidentyfikować zwłoki męża? Sporo, zwłaszcza jeśli w tym samym miejscu i czasie trwa wesele, a pewna dziewczyna nagle podaje się za córkę zmarłego. Przewrotność akcji w niezwykle żartobliwym ujęciu warszawskiego Teatru Capitol spotkała się z bardzo pozytywnym odbiorem publiczności. Zaś sami twórcy zapewniają, że to nie jest grzeczny spektakl - sprawdźcie sami. Bilety w cenie 80 zł już w sprzedaży.

A

M

listopad

Thomas Anders & Modern Talking Band

A

1388815BDBHA

KULTURALNA ZADYSZKA

kultura w sukience


28615T4JBA


KOBIECE

moda

centrum miasta Cztery lata na toruńskim rynku, ponad pięć milionów klientów rocznie, miejsce Dobrych Marek - tak w olbrzymim skrócie można opisać świętujące w listopadzie swoje kolejne urodziny Centrum Toruń Plaza. TEKST: Jan Oleksy ZDJĘCIA: Marcin Szulerecki

R

ozmawiając z kilkoma koleżankami usłyszałem, że lubią tu przyjeżdżać, zwykle, żeby zrobić zakupy, ale często też, aby wypić kawę z przyjaciółką czy pójść do kina. Postanowiłem sprawdzić, co takiego odróżnia to centrum od innych mu podobnych. Z pewnością jednym z powodów jest obecność marek i produktów unikatowych. Razem z toruńską Plazą czwarte urodziny w mieście będą świętowały takie marki odzieżowe, jak: Zara, Bershka, Pull&Bear, Massimo Dutti, Kazar, Mango czy New Yorker. Zwolenniczki autorskich butików przyciągną takie brandy, jak By o la la czy YokoBoko. Klientki szukające marek ekskluzywnych znajdą Tous czy Pandorę. Tylko tu obecne są również popularne multibrandy - od przeszło roku TK Maxx, a od kilku tygodni również Stokki. Ale o sile tego najmłodszego centrum handlowego w Toruniu nie decydują tylko sklepy. Co jeszcze więc przyciąga tu kobiety?

6

miasta kobiet

listopad 2015

NA ZAKUPY ZE STYLISTKĄ Toruń Plaza jest obecnie jedynym centrum handlowym w Toruniu, które udostępnia klientom bezpłatną usługę stylistki i profesjonalną pomoc w zakupach. Skąd pomysł na takie działania? - Coraz mniej mamy na wszystko czasu, również na dobre, przemyślane zakupy - mówi Anna Deperas-Lipińska, stylistka Toruń Plaza. - Za to coraz większe są wymagania otoczenia. Godzimy intensywną pracę z obowiązkami rodzinnymi, chcąc jednocześnie zawsze dobrze wyglądać - tłumaczy. Jak to zrobić, gdy na wizytę w sklepie mamy dosłownie chwilę? Tu właśnie z pomocą przyjdzie stylistka, często nazywana też personal shopperem. Pomoże uniknąć wpadek, doradzi konkretnej osobie, jak zrobić przemyślane zakupy, tak, żeby cały strój był ciekawy kolorystycznie i dopasowany do sylwetki. Na dłuższą metę stylistka pomaga w skomponowaniu doskonałej szafy. Nie znajdziemy w niej później rzeczy, które są dla nas


www.torun-plaza.pl nieodpowiednie, albo wiszą i czekają na lepsze czasy, które dla mody nigdy nie nadejdą.

„MODA PRZEMIJA, STYL POZOSTAJE” - ten cytat Coco Chanel, jak i sama Coco, ponadczasowa ikona elegancji, przyświeca powstałej w tym roku Strefie Stylu w Toruń Plaza (I piętro Centrum). - To przestrzeń, która przybliża ludziom modę, pokazując, że można się nią bawić, że można się świetnie ubrać, nie wydając kroci - zapewnia Anna Deperas-Lipińska. Dwa razy w tygodniu, we wtorki i czwartki między 17-19, udzielane są w Strefie bezpłatne porady stylistyczne. Na spotkanie najlepiej wcześniej umówić się telefonicznie. - W Strefie Stylu mam odpowiednie narzędzia, by przeprowadzić analizę kolorystyczną, czyli powiedzieć, w jakich kolorach najlepiej się ubierać, by osiągnąć spójność z typem urody i sylwetką. Do tego potrzebne jest odpowiednie lustro, specjalne oświetlenie, chusty garderobiane, koła kolorystyczne. Tym wszystkim dysponuję w Strefie. Zawsze najpierw rozmawiam z klientką. Chcę poznać nie tylko jej oczekiwania, ale również ją samą - co lubi, jaki charakter ma jej praca, jak spędza czas wolny, czy ma rodzinę. To wszystko wpływa na to co i jak kupujemy - mówi stylistka Ania. Jedno jest pewne - pomoc personal shopper’a to gwarancja przemyślanych zakupów przy zaplanowanym wspólnie z klientką budżecie i dobrane, indywidualne stylizacje.

1385115BDBHA

CZEGO PRAGNĄ KOBIETY? - Zazwyczaj poszukują ubrań codziennych, takich do pracy - o ile nie obowiązuje ich dress code - i na popołudniową kawę czy nawet na randkę. Ubieram kobiety praktycznie, nie na sesję zdjęciową, komponując ubranie tzw. uniwersalne. Kiedyś istniał podział ubrań na niedzielę i dzień powszedni. Dzisiaj jest to już nieaktualne. Nawet strój „po domu ”też powinien być odpowiedni. Zawsze mamy fajnie wyglądać! Staram

Torunianki coraz lepiej wyglądają, zmiana w ostatnim czasie jest kolosalna. Zaczynają mieć coraz większą świadomość co mogą zrobić, przestaje na nich ciążyć syndrom tzw. prowincji. ANNA DEPERAS-LIPIŃSKA STYLISTKA TORUŃ PLAZA

się, by moje klientki nie musiały się codziennie rano łapać się za głowę, że nie mają co na siebie włożyć - śmieje się stylistka Anna.

NIE TYLKO O UBRANIACH - Ważne są nie tylko ciuchy, ale także to, co kryje się pod nimi. Jeżeli nie wierzymy w siebie, to ubranie nic nie zmieni. Piękna kobieta to osoba pewna siebie i swoich możliwości. Dlatego wspólnie z Anią wypracowałyśmy szerszą formułę spotkań dla kobiet w Strefie Stylu - mówi Paulina Anikowska, manager marketingu Toruń Plaza. - Chcemy, żeby było to miejsce, gdzie kobiety mogą się spotkać na przykład z trenerkami personalnymi, coachami biznesu, tu planować swój rozwój osobisty i zawodowy - dodaje pani Paulina. CENTRUM PRZYJAZNE KLIENTOM… Klientki centrów handlowych oczekują dziś nie tylko atrakcyjnego zestawu marek odzieżowych i usług, ale również udogodnień dla rodziny i przyjaznych rozwiązań. - Dlatego w Toruń Plaza staramy się dbać o rozwój takich stref, jak komfortowo urządzone Pokoje Rodziców i Dziecka (dostępne na obu poziomach Centrum), bezpłatny Plac Zabaw, prowadzący codziennie zajęcia edukacyjne, strefy Wi-Fi, czy bezpłatne szafki dla klientów - wymienia Paulina Anikowska. Od października tego roku przy Toruń Plaza została też uruchomiona największa w mieście stacja Toruńskiego Roweru Miejskiego. …I NOWYM MARKOM - Rok 2015 zamykamy kilkoma kluczowymi zmianami na mapie Centrum - mówi Katarzyna Hołod, dyrektorka Centrum. - W październiku otworzyliśmy setną restaurację marki Costa w Polsce, do końca tego roku w Toruń Plaza pojawi się też cukiernia Grycan oraz Burgerownia - wymienia pani Katarzyna. - Już wkrótce otworzy się u nas w swojej nowej odsłonie największy w Toruniu salon polskiej marki sportowej 4F i pierwszy w mieście salon odzieży męskiej Pawo. I zmiana najbardziej przez naszych klientów oczekiwana - na początku 2016 roku otwiera się w Toruń Plaza księgarnia Świat Książki - zapowiada Katarzyna Hołod.CP PROMOCJA

1385115BDBHA, B


jej portret

Płyniemy na tym samym statku Jestem głęboko przekonana, że tak naprawdę to osoby niepełnosprawne mają nas czegoś uczyć. Są bardziej potrzebne nam niż my im. Z Anną Szmyd*, dyrektorką bydgoskiego oddziału Fundacji Aktywizacja, rozmawia Lucyna Tataruch ZDJĘCIE: Tomasz Czachorowski

Pani ma w bliskiej rodzinie osobę niepełnosprawną… Tak. W naszej rodzinie jest Zuzia ze znaczną niepełnosprawnością, córka mojego brata. Jestem jej chrzestną. To osobiste doświadczenie sprawiło, że zawodowo zajęła się Pani pomaganiem takim osobom? Nie do końca. Poniekąd zajmowałam się tym już wcześniej w Polskim Towarzystwie Ekonomicznym, głównie przy działaniach animacyjnych na rzecz osób zagrożonych wykluczeniem społecznym. Ale na pewno życie obok Zuzi wiele mnie nauczyło. Przede wszystkim wiem już, że musimy przestać traktować niepełnosprawność jak tragedię nad tragediami. Nie na tym powinniśmy się skupiać. Najważniejsze jest to, że człowiek niepełnosprawny też może być szczęśliwy, tak jak każda inna osoba. Pod tym względem wszyscy mamy bardzo podobne potrzeby. I wszyscy chcemy też czuć się potrzebni… Stąd kierunek działań fundacji, czyli aktywizacja niepełnosprawnych na rynku pracy? Tak. Jeśli mówimy o niepełnosprawnych ruchowo, to praca zawodowa jest dla nich fanta-

8

miasta kobiet

listopad 2015


jej portret styczną terapią. Często te osoby mają świetne umysły. W Warszawie, w naszej centrali, pracuje niepełnosprawna sekretarka - dawno nie poznałam takiej niesamowitej kobiety, zdecydowanej, odważnej… Z pewnością trudniej jest osobom niepełnosprawnym umysłowo, też mamy je pod opieką. Staramy się spędzać z nimi czas, rozmawiać, poznawać ich świat, stawiać jakieś wyzwania. Odwiedza nas na przykład pan, który zawsze przynosi pendrive’a i prosi o nowe zadania z Exela. Koleżanka mu daje dwa lub trzy ćwiczenia, pan je sobie zgrywa i wraca do domu się tego uczyć. Przepraszam, że pozwolę sobie na takie małostkowe porównanie, ale odruchowo mi się nasunęło - ten pan zapewne zna Exela lepiej niż ja. To program, który zawsze przysparzał mi wiele trudności… No widzi pani (śmiech). Wszyscy mamy swoje ograniczenia. Jestem głęboko przekonana, że tak naprawdę to osoby niepełnosprawne mają nas czegoś uczyć. Świat tak funkcjonuje, nie bez powodu. Wszyscy płyniemy na tym samym statku i powinniśmy wzajemnie uwzględniać swoje bariery, ale generalnie to niepełnosprawni są bardziej potrzebni nam niż my im. Proszę rozwinąć tę myśl. Potrzebujemy ich, żeby więcej dostrzec, żeby się zatrzymać, nie zapędzać się w kozi róg w biegu np. po pieniądze. W życiu gramy o coś więcej. Niepełnosprawni uczą nas tych wartości. Już to mówiłam, ale powtórzę - najważniejsze, żebyśmy wszyscy, zdrowi czy chorzy, byli szczęśliwi. To brzmi bardzo idealistycznie… Wszyscy po chwili refleksji podziękujemy za to, że jesteśmy zdrowi, ale jednak nasze pragnienia są większe. Gdy czasem pytam ludzi, czego im brakuje do szczęścia i spokoju, to ci, którzy mają pracę, często odpowiadają, że np. własnego domu, bez pętli kredytu na szyi. Mnie się wydaje, że to kwestia kulturowa. W różnych miejscach na świecie ludzie mieszkają tam, gdzie jest praca i mają do życia podejście bardziej nomadyczne. My chcemy mieć koniecznie coś swojego, to nam się kojarzy z bezpieczeństwem. Tylko że mało kogo na to stać. Mówi się, że jesteśmy nadal na dorobku i pewnie tak jest. Większość z nas nie ma zadowalających pensji. Ale z drugiej strony pojawia się pytanie, czy musimy mieć takie pragnienia, jak ten własny dom. W innych sferach też pielęgnujemy kult własności i to nas gubi. Zaczyna się wyścig albo walka. Każdy walczy o siebie i swoją rodzinę… … czemu oczywiście trudno się dziwić. Jednak - co jest ważne choćby w ekonomii społecznej, której jestem gorącą orędowniczką - nie tylko nasz indywidualny interes jest ważny, bo gdy zatroszczymy się też o sąsiada i o to, by globalnie wszystkim było lepiej, to każdemu z nas się poprawi. Prosty rachunek. Czym jest ekonomia społeczna? Ekonomią z ludzką twarzą? (śmiech). To kierunek, który służy przeciwdziałaniu wyklucze-

niu różnych grup, ale nie tylko. To też odwrót od sytuacji, w której człowiek jest przedmiotem wykorzystywanym dla interesów niewielkiej grupy innych ludzi. Myślę, że ta forma kapitalizmu już się dalej nie sprawdza, więc podejście, nazywane inaczej solidarnością społeczną, jest nieuniknione. Oczywiście - jak to w ekonomii - i tutaj jest przewidziany zysk, ale po drodze do niego uwzględnia się człowieka. Czyli kładziemy nacisk na wspólnotę. Mnie przekonuje w tym to odwołanie się do - paradoksalnie - egoistycznych pobudek. Bo gdy wielu osobom wokół nas źle się żyje, to spada też komfort naszego życia, choćby przez to, że wszyscy się ze sobą spotykamy. Nie można się przecież zamknąć w grodzonym osiedlu na całe życie… Powiem więcej, są badania oparte o wskaźnik rozpiętości między najbogatszymi i najbiedniejszymi, które dowodzą, że rzeczywiście tak jest, dosłownie. Okazuje się, że ci relatywnie bogaci - nawet nie uświadamiając sobie tego - czują tę różnicę i mają silnie zaburzone poczucie bezpieczeństwa. Alarmy i grodzenia nie pomagają tego regulować. Odbija się to na ich zdrowiu, np. na układzie krążenia, co zwiększa ryzyko zawałów. To już nie jest tylko teoretyzowanie, mamy na to jawne dowody. Trzeba więc spojrzeć na kontekst życia całej społeczności. Przekonanie o sile wspólnoty było z Panią zawsze? Już kiedyś miałam okazję do refleksji na ten temat i doszłam do wniosku, że to jest siła mojego dzieciństwa. Jestem z ziemi lubuskiej, z małej miejscowości, gdzie wszędzie było blisko i wszyscy się znali. Wystarczyło, że przebiegłam przez park i już byłam w centrum. Miałam tam swoją ulubioną księgarnię, baśnie Andersena. A obok Państwowe Gospodarstwo Rolne i dużo dzieciaków. Przychodziłam do nich, bawiliśmy się, wszystko robiliśmy razem. I gdzieś to we mnie zostało. A Pani rodzice jacy byli? No właśnie mój tato też mnie tym zaraził. Był ideowcem, żył naszą społecznością. Troszczył się nie tylko o gospodarstwo, ale i o ludzi. Spędzałam z nim dużo czasu i siłą rzeczy przesiąkałam nim. Jego podejście było dla mnie naturalne. Przykro mi, gdy widzę teraz, jak zapominamy, że inni ludzie też są ważni. Fundacje, stowarzyszenia czy spółdzielnie próbują to zmieniać. My w fundacji Aktywizacja też się staramy. Ważne, by nie tworzyć enklaw, np. dla osób niepełnosprawnych, tylko żyć i pracować razem. Jak pracodawcy zapatrują się na zatrudnianie Państwa podopiecznych? Na tle UE nie mamy tu dobrych wskaźników. Z drugiej strony, w dobie funduszy unijnych, wydaje się dużo pieniędzy na projekty dotyczące aktywizacji społecznej i zawodowej tej grupy. Mimo to dużo jest jeszcze do zrobienia, szczególnie w sferze informacyjnej. Pani Zyta, nasza prawniczka, nieustannie pracuje z lokalnymi przedsiębiorcami, uświadamiając im, że warto zatrudniać osoby niepełnosprawne.

Jakich argumentów używa? Cóż, najczęściej mówi o dofinansowaniach. Oczywiście są też firmy, które wiążą się z ideą społecznej odpowiedzialności biznesu i w zgodzie z ich filozofią jest integracja, dlatego zatrudniają takie osoby z innych pobudek. I jak to wygląda dalej? Te osoby wdrażają się do pracy i zostają w firmach na dłużej? Zwykle najpierw są na stażu lub dostają umowę na okres próbny. Obie strony mają czas, by się przekonać, czy to się uda - czy pracownik sobie poradzi i czy będzie przydatny w tej firmie na danym stanowisku, bo to oczywiście ma być normalna praca, a nie litość. I często okazuje się, że wszystko gra. Jedna z firm transportowych, z oddziałem w Toruniu, jakiś czas temu zatrudniła chłopaka - absolwenta administracji i studenta prawa jednocześnie - z niepełnosprawnością wzrokową. Na wstępie przedstawiono mu konkrety, na zasadzie - wiemy, jakie masz ograniczenia, przyjmujemy je, dostaniesz do pracy specjalny monitor, ale nie masz taryfy ulgowej. I Marcin się sprawdził. Jest teraz logistykiem, świetnie mu idzie. Często zdarzają się inne zakończenia? Różnie, jak to wśród ludzi. Niektórzy się nie sprawdzają, bo są leniwi, nadużywają swojego stanu, wykorzystują to. Ale to nie jest domena tej grupy. Takie osoby zdarzają się po prostu wszędzie, wśród pełnosprawnych również. Rozmawiałam kiedyś na ten temat z restauratorem, który miał bardzo pragmatyczną wizję. Otóż teoretyzując uznał, że kelner na wózku inwalidzkim przyciągnąłby mu klientów i podniósł prestiż miejsca. Czy to już nie jest zbyt przedmiotowe traktowanie niepełnosprawności? Zastanawiałam się kiedyś nad czymś takim i doszłam do wniosku, że jednak jest w tym więcej plusów. Na początku pracodawca może mieć tylko ten jeden jawny motyw. Ale po jakimś czasie - gdy widzi jak ta niepełnosprawna osoba się rozwija w pracy - to zaczyna dostrzegać coś więcej. Poznaje pracownika, uczy się czegoś. I motywacja do pomocy się zmienia. Człowiek poszerza swoje horyzonty. Wcześniej pracowała Pani z osobami chorymi psychicznie. To chyba jeszcze inny rodzaj doświadczenia? Tak, chociaż od razu muszę podkreślić, że nie jestem lekarzem, psychiatrą czy psychologiem, więc charakter mojej pracy też był specyficzny. Gdy byłam związana z PTE to zostałam zaproszona do współpracy ze Stowarzyszeniem na rzecz Rozwoju Kobiet Gineka. Pomagałam tam głównie integrować się osobom chorym na schizofrenię. Spotykaliśmy się, rozmawialiśmy, wychodziliśmy do miasta. Moim celem stało się to, aby dostarczyć im jak najwięcej bodźców i wyzwalać w nich odwagę do wchodzenia w świat. Udawało się? Myślę, że tak. Chodziliśmy na różne koncerty, jazzowe czy bluesowe. Bywaliśmy w kinie, ale miasta kobiet

listopad 2015

9


jej portret nie na byle jakich filmach - zwykle brałam pod uwagę repertuar Miejskiego Centrum Kultury, czyli kino dla wybrednych. Te filmy często stawały się dla nas przyczynkiem do dyskusji, bo były w nich wątki i fabuły dotyczące nas wszystkich. Chodziliśmy do opery, filharmonii i czasem zwyczajnie do klubu. Znała Pani dokładnie ich historie? Nigdy nikogo z nich nie zmuszałam do zwierzeń. Założyłam, że każda z tych osób powinna sama zdecydować, czy chce mi o swojej chorobie opowiadać. Stwarzałam jedynie przyjazne warunki. I tak się działo - po czasie się otwierały. To były bardzo różnorodne historie. Zaprzyjaźniali się Państwo? Wierzę, że tak. Do dziś pozostajemy w kontakcie. Z racji obowiązków mam już trochę mniej czasu, więc rzadziej się spotykamy. Niektórzy z nich też zaczęli pracować. Raz na jakiś czas - dwa, trzy razy w miesiącu - udaje nam się wyskoczyć gdzieś na pizzę. Teraz może rzadziej się to dzieje, bo jesień nie jest najlepszą porą roku dla osób chorych na schizofrenię. Za to prawie codziennie dostaję wiadomość od jednego chłopaka, Wojtka, który króciutko zagaduje i zaraz po chwili dodaje: „No ale wiem, że jest późno, jesteś po pracy, nie męczę” (śmiech). Tak sobie czasem gadamy.

być takie same, bez względu na to, czy mieliśmy pecha czy nie. I nigdy nie traci Pani wiary, nie zniechęca się? Wiary nie tracę, ale kryzysy mam bez przerwy! Tydzień temu na przykład miałam ogromny spadek formy. Zżera mnie biurokracja, administracja, setki papierów. Chciałabym poświęcać czas na konkretne działania, a często nie mogę. Ale to jest bolączka wszystkich instytucji, toczy nas jak rak i odbiera tę pożyteczną energię, która przydałaby się do zmieniania świata…

Musimy się wzajemnie wzmacniać, bo jeśli kiedyś trzeba będzie uratować świat, to zrobią to jedynie kobiety. ANNA SZMYD FUNDACJA AKTYWIZACJA

Stawia Pani w tych kontaktach jakieś granice, czy to już są normalne relacje towarzyskie, jak z każdym innym znajomym? Pewną granicę postawiłam już na początku. W grupie byli też ciężko chorzy ludzie, którymi zajmowała się specjalistyczna kadra, bo ja nie mogłam im nic zaoferować. Wchodziłam więc w relacje tylko z niektórymi. Ale gdy np. zaczęli do mnie zbyt często telefonować, to wiedziałam, że muszę otwarcie powiedzieć: „Nie dzwoń do mnie trzy razy dziennie. Jeśli będziesz to robił, to mnie zamęczysz, przestanę cię lubić”. Komunikat podziałał.

Co Pani robi, gdy pojawia się taki kryzys? Rozmawiam z przyjaciółmi. Myślę, że bardzo ważne jest też to, by mieć przynajmniej taką jedną wyjątkową, zaufaną osobę. Ja mam to szczęście - jest to mężczyzna, który dotrzymuje mi kroku, czasem nawet mnie wyprzedza. Mogę z nim omówić wszystko, teoretyzować, a nawet i powiedzieć: „Nie mam siły, zaraz to wszystko rzucę i wyjadę na rok do Afryki na misję, mam dość tego systemu…”. Rozumie mnie. Uspokajam się również dzięki dobrej literaturze. Lubię reportaże, pozycje z kręgu filozofii chrześcijańskiej czy ogólnie duchowości. Wzmacnia mnie to.

Miałam bardzo podobne doświadczenie w swoim życiu. Na przełomie liceum i studiów byłam wolontariuszką w organizacji pomagającej chorym na schizofrenię. I z perspektywy czasu stwierdzam, że to był błąd - po pierwsze, byłam na to za młoda, a taka praca wymaga dojrzałości emocjonalnej; po drugie, trzeba mieć do tego pewne predyspozycje. Dziś myślę, że nie powinno się każdemu pozwalać na taki wolontariat. Być może ma pani rację, pewnie nie każdy powinien to robić i wiek też ma znaczenie. Ja trakcie studiów chodziłam jako wolontariuszka do hospicjum im. Popiełuszki. Wytrzymałam tam trzy miesiące. Najprawdopodobniej stało się tak dlatego, że byłam właśnie za młoda. Bardzo intensywnie myślałam o tym miejscu. Przygniatała mnie myśl, że życie jest takie kruche, że za chwilę wszyscy umrzemy. Przerażało mnie to.

„Sztuka Wojny Pracującej Kobiety” Chu Chin-Ning? Pytam o ten tytuł, bo czytałam Pani esej pt. „Kobieta jako lider”, w którym cytowała Pani fragmenty. Też, choć już tak dobrze nie pamiętam (śmiech). Ten esej napisałam bardzo dawno temu…

Dziś już nie przeraża? Dziś nadal wiem, że życie i zdrowie to krucha materia. Ale skupiam się na tym, że wszyscy jesteśmy tacy sami i nasze chwile też powinny

10

miasta kobiet

listopad 2015

W jakich okolicznościach? Stało się to, gdy jeszcze w ramach działalności animacyjnej zajmowałam się m.in. kreowaniem partnerstw. W jednym z nich były same przedsiębiorcze kobiety, właścicielki firm. Współpracowaliśmy z uczelniami wyższymi i zdaje się, że jedna z nich zaproponowała mi napisanie takiego artykułu. Postanowiłam się z tym zmierzyć. Szczególnie, że w tych kobietach z partnerstwa miałam ogromną inspirację. Kobietom też potrzeba wsparcia? W Pani opinii płeć nas różnicuje, na przykład w życiu zawodowym? Ja osobiście uważam, że nie. Najpierw jest człowiek, potem jego płeć - tak zostałam wychowana. Ale kobiety też mają na swojej drodze różne

bariery. I myślę, że musimy się wzmacniać, bo… no dobrze, powiem to wprost - bo jeśli kiedyś trzeba będzie uratować świat, to zrobią to jedynie kobiety (śmiech). Dlaczego akurat my? Znam wielu fajnych panów… Ale widzę u mężczyzn taką chęć, by wiecznie zdobywać, coś udowadniać… Dziki kapitalizm jest pokłosiem męskich ambicji. To nas nie uratuje. W Pani artykule była taka ciekawa myśl, że gdy pojawia się kryzys i duże ryzyko porażki, to właśnie kobiety dostają szansę i przejmują dowodzenie. Dzieje się tak, bo w kryzysie ludzie zaczynają cenić umiejętności, które stereotypowo przypisuje się kobietom - tzn. większą orientację na interesy innych osób, umiejętność komunikacji, inne podejście do rozwiązywania konfliktów… Tak i to chyba faktycznie znajduje potwierdzenie. Nawet w mniejszej skali - widzę to w gospodarstwach rolnych, którymi się kiedyś zajmowałam przy doradztwie rolniczym. Agroturystyka, jako dodatkowe źródło pieniędzy - w sytuacji, gdy pojawia się kryzys i zaczyna brakować środków do życia - to też domena kobiet. Menedżerki ubóstwa - tak się je niestety określa w socjologii. Zauważono już, że gdy w gospodarstwie domowym jest skrajnie źle, to wtedy przeważnie kobieta podejmuje dodatkowe zadania, stara się o pomoc, staje na głowie, by wygospodarować cokolwiek na potrzeby swoich bliskich. Według mnie tak działa biologia. Troska o dzieci w pierwszej kolejności i generalnie po prostu troska o drugiego człowieka. W mojej dziedzinie też to widzę, przy niepełnosprawności dzieci. Bardzo, bardzo kocham swojego brata, ale chylę jednocześnie czoło przed jego żoną Danusią. To jak ona sobie radzi z naszą Zuzią, jest czymś niebywałym. W ogóle fantastycznie, że oni są razem, bo proszę zauważyć, że często, gdy pojawia się w rodzinie niepełnosprawne dziecko, to kobieta zostaje z nim sama. I daje radę. Bo wie, że nikt za nią tego nie zrobi… No tak, czuje, że musi. Ale obojętnie co by się nie działo, staje na wysokości zadania. To jest ten kryzys, przy którym mężczyzna odpada. I teraz wyjdźmy z tej niepełnosprawności, popatrzmy na to, jak na analogię. Mężczyźni niestety nie będą łatać naszego świata. Dlatego powinnyśmy wzajemnie wspierać się już teraz.CP  napisz do autora l.tataruch@expressmedia.pl

*Anna Szmyd Dyrektorka Oddziału Fundacji Aktywizacja w Bydgoszczy, absolwentka Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy. Zainteresowana zagadnieniami społecznymi, propagatorka ekonomii społecznej - solidarności społecznej, zrównoważonego rozwoju. Bibliofilka. Marzy o większym egalitaryzmie.


1356515BDBRA

29115T4JBA

APTEKI w Chojnicach

w Nakle nad Notecią

w Przychodni Medyk ul.Towarowa 2 a tel. 512 239 242 pn. - sb. 8-21

Osiedle B. Chrobrego 16/4 tel. (52) 385 15 36 pn.-nd. 8-21

w Malborku

ul. Zamkowa 19 tel. (56) 474 02 33 pn.-nd. 8-22

w Koninie

ul. Słowackiego 71/1 tel. (55) 247 62 95 pn.-nd. 8-21

-III

w Brodnicy

ul. Chopina 9 tel. (63) 243 70 13 pn.-nd. 8-22

-IV

w Koronowie

ul. Korczaka 10b tel. (55) 279 78 43 pn.-sb. 8-20

w Szubinie ul. 3 Maja 23 tel. (52) 371 63 13 pn.-nd. 8-22

w Bydgoszczy

ul. Grunwaldzka 71 tel. (52) 347 84 90 pn.-nd. 8-22

w Kwidzynie

ul. Kościuszki 4 tel. (52) 382 28 78 pn.-nd. 8-21

w Warlubiu

-V

w Bydgoszczy

Punkt apteczny Alba STOLNO 112 w Urzędzie Gminy tel. (56) 679 20 43 pn.-pt. 8-16

w Turku

ul. 18-tego Lutego 2 tel. (52) 332 64 86 pn.-pt. 8-18, sob. 8-12

ul. Skłodowskiej-Curie 26 / E.LECLERC tel. (52) 346 06 96 pn.-sb. 8-21, nd. 10-16

w Stolnie

w Chełmnie

ul. Konińska 24 tel. (63) 289 22 49 pn.-nd. 8-22

ul. Dworcowa 18 tel. (56) 686 17 25 pn.-nd. 8-21

-VI

w Bydgoszczy

ul. Pielęgniarska 13 (Stary Fordon) w przychodni „Nad Wisłą” tel. (52) 343 98 28 pn.-nd. 8-22

w Bydgoszczy

ul. Wielorybia 109 tel. (52) 349 05 06 pn.-nd. 8-22

Apteki CAŁODOBOWE Apteka „Pod Orłem”

-bis w Bydgoszczy

w Bydgoszczy

w Inowrocławiu

ul. Skłodowskiej-Curie 1 tel. (52) 346 01 11, 346 12 93

ul. Gdańska 140 tel. (52) 345 57 57

ul. Dworcowa 33 tel. (52) 318 39 99

z gr. w Świeciu nad Wisłą ul. Księcia Grzymisława 4 tel. (52) 33 111 80

w Grudziądzu

we Włocławku

ul. Legionów 37 tel. (56) 46 334 99, 517 108 182

ul. Wiejska 18a/4 tel. (54) 236 63 65

I N F O R M U J E MY, I Ż Z AWA RL I Ś MY A K T UAL N E U M O W Y Z N F Z


kobieca perspektywa

Piruety bez metryki - Pędzący kołowrotek codzienności mamy już za sobą. Teraz robimy coś, bo chcemy, a nie dlatego, że musimy. A chce nam się jeszcze i to jak! - mówią seniorki i ruszają do akcji.

SENIORKI CHCĄ SIĘ ROZWIJAĆ. NIE CHODZI IM TYLKO O ROZWÓJ FIZYCZNY, ALE TAKŻE TWÓRCZY

TEKST: Dominika Kucharska ZDJĘCIA: Tomasz Czachorowski

E

milia Malczyk stoi w przedsionku Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Wita wszystkich wchodzących. - Cześć! Tam możesz zostawić kurtkę, u góry jest woda, można się napić - powtarza kolejny raz. Z niektórymi na dzień dobry wymienia serdecznego całusa. Wszyscy są na „ty” i mam wrażenie, że tylko mi z tym dziwnie… Dlaczego? Bo wchodzący są średnio o 30 lat starsi od witającej ich Emilii. Brakuje mi wyuczonego „pani” i „pan”, ale zaczynam rozumieć, że ten podział jest tu niewskazany. I nie dlatego, że gromadzący się w teatrze seniorzy wolą nie przyznawać się do wieku. Chodzi o to, że wiek nie gra tu żadnej roli.

W AKCJI Na pierwsze spotkanie w ramach projektu „Ruszamy w miasto - warsztaty twórcze 60+”* przyszło kilkadziesiąt osób. Płeć piękna zdecydowanie przeważa. Panów można policzyć na palcach jednej ręki. Jest gwarno, komuś zadzwoni komórka, ktoś inny woła koleżankę, panie umawiają się na zakupy. Parę organizacyjnych informacji i do dzieła. Emilia w duecie z drugim animatorem - seniorem Kordianem Kanieckim - mają dziewięć miesięcy na przepro-

12

miasta kobiet

listopad 2015

wadzenie cyklu zajęć. Efektem będzie wyjątkowy film, bazujący na historiach uczestników. Tydzień później w teatralnym foyer obserwuję ich w akcji. Silna grupa seniorek i dwóch rodzynków - nie licząc animatora, Kordiana - stawiła się na miejscu w sportowej odsłonie. Zaczyna się. Każdy z uczestników idzie w inną stronę, patrzą sobie w oczy, nieraz przecinają drogę, choć wyznaczonych torów tu nie ma. Wszyscy przyspieszają. Nagle ktoś staje i w parę sekund zatrzymuje się też cała reszta. Jedna uczestniczka przełamuje bezruch i cała grupa znów powraca do tego improwizowanego układu. Wszystko wygląda jak uliczny performance. Trwa to parę minut - dynamika, ruch, bezruch i tak w kółko. Teraz prowadząca zajęcia Emilia dzieli grupę na pół. Są „jedynki” i „dwójki”. Pani Grażyna dowodzi „jedynkami”. Gdy ponosi do góry prawą rękę - wszystkie jedynki ją naśladują. Tak samo, gdy dostojnie odtwarza chód czapli, podnosząc wysoko kolana. Na czele „dwójek” stoi pani Maria (pań o tym imieniu jest w grupie najwięcej - „taki rocznik” - słyszę). Rozkłada ramiona, jakby chciała kogoś przytulić, potem krzyżuje je na piersiach. Ten sam gest powtarza ekipa „dwójek”. Jest przy

tym mnóstwo śmiechu. I o to właśnie chodzi - o rozluźnienie ciała, oswojenie się z nowymi osobami, odrzucenie tego, co nas blokuje.

NIEMODNA EMERYTKA - Żeby się rozwijać - to najczęstszy powód, jaki podają seniorki, gdy zagaduję je, po co tu przyszły. Nie chodzi im o samo wyjście z domu. To nie typ babć przesiadujących przez cały dzień w czterech ścianach. Bywa, że grafiki ich zajęć są napięte jak lista zadań menedżera w dużej firmie. Wnuki, ogródek, spacer z pieskiem, wizyta u lekarza, wyjazd do sanatorium, próba chóru, parafia, zajęcia na uniwersytecie trzeciego wieku… Wiele z nich angażuje się w różne zajęcia twórcze. - Mamy taką anegdotę. Otóż jedna z pań zadzwoniła do mnie tłumacząc, że niestety nie może brać udziału w tym projekcie, ponieważ jest taką niemodną emerytką i… zajmuje się wnukami. Kiedyś niemodnie było nie zajmować się wnukami, a dziś… - opowiada Emilia. - Na emeryturę przeszłam w 1991 roku - mówi pani Krysia, energiczna, roześmiana seniorka z upiętymi do góry włosami. Kiedyś pracowała jako główna księgowa, dziś jest emerytką z odchowanymi wnukami. - Aktywna jestem


kobieca perspektywa

PĘDZĘ, ALE INACZEJ Kolejny ruch. Tym razem grupa przemieszcza się po sali nie odrywając stóp od podłogi. Wyglądają, jakby jeździli na łyżwach. Obracają się, robią piruety. Trzeba przyspieszyć i na niewidzialnych płozach zgrabnie wyminąć inne osoby. - Za szybko! - krzyczy ktoś pod oknem. Zwalniają. Teraz mają chodzić na ugiętych kolanach. - Jak u Monty Pythona, co? - śmieje się jedna z pań, gdy mnie mija, dzielnie utrzymując narzuconą pozę. Po kolanach, czas na chodzenie na palcach. Podczas rozgrzewki rozlegają się wybuchy śmiechu. - Teraz to dopiero słychać, jak w kolanach nam chrupie! - krzyczą radośnie. - Dla mnie ważne jest to, że mogę się poruszać, ale chciałam się też rozwijać twórczo - mówi elegancka pani Maria, w lokowanych, blond włosach, były bankowiec. - Na emeryturze wciąż jest dużo obowiązków. Teraz, na przykład opiekuję się matką, która jest po udarze, więc codziennie wstaję o świcie i wychodzę rano jak do pracy. Nieraz trzeba też odebrać wnuka, pomóc dzieciom, ale to już nie jest ten pęd, którym się żyło kiedyś - dodaje. - Jak to jest, że paniom tak chce

się działać? Młodzi nie mają tyle energii - dopytuję. - Bo młodzi są zmęczeni pracą, wykończeni codziennym kołowrotem - odpowiada pani Maria. - My już ten kołowrotek mamy za sobą. W tej chwili robimy coś, bo chcemy, a nie dlatego, że musimy. A chce nam się jeszcze i to jak! Film, który ma powstać na koniec projektu seniorki komentują krótko: - Pożyjemy, zobaczymy. To improwizacja, niczego nie da się przewidzieć. W życiu trzeba być giętkim, umieć odnaleźć się w różnych sytuacjach. Wiemy to z doświadczenia - dodają zgodnie.

BEZ FILTRA Emilia pracuje ze starszymi osobami od czterech lat. Dlaczego akurat z nimi? - Sama nie wiem… Nie chciałam pracować z dziećmi, bo mam swoje w domu i tę dziecięcą energię wolę zostawić dla nich. Lubię za to pracować z dorosłymi. Seniorzy w naszym mieście wydali mi się grupą niezagospodarowaną, cztery lata temu oferta skierowana do nich była zdecydowanie uboższa niż w tej chwili. Jak zaczęłam prowadzić zajęcia, to pochłonęły mnie totalnie. Poczułam, że to moje powołanie. Nigdy nie miała utartych wyobrażeń dotyczących osób starszych i to się nie zmieniło. - Wchodząc w nowe sytuacje staram się to robić na czysto, bez filtra. To pozwala szybciej budować relacje. Jak z ruchem - jeśli nasze ciało jest rozluźnione, to szybciej reagujemy. Z wieloma z tych osób znam się już bardzo dobrze. To kolejny mój projekt, w którym uczestniczą, ale zależy mi też, aby wyciągać z domu seniorów, którzy nie są tak aktywni. Zawsze zastanawiam się, gdzie są te osoby, których nie spotykam na warsztatach - mówi. Szybko pojęła, że różnica wieku między nią a osobami, z którymi pracuje nie ma najmniejszego znaczenia. - Od seniorów uczę się spokoju, cierpliwości. Ja dzielę się nimi doświadczeniami

i umiejętnościami, a oni dzielą się ze mną swoją wiedzą. Robimy i lubimy podobne rzeczy, też za kimś tęsknimy, kogoś kochamy, kogoś straciliśmy, umrzemy kiedyś, żyjemy teraz. Podział na starszych i młodszych, z uwypuklaniem różnic, jest chyba tworzony tylko na potrzeby uporządkowania świata. Jesteśmy dokładnie tacy sami.

ZAPOMNIEĆ Gdy żegnam się z uczestnikami, pani Grażyna, nakłania mnie, żebym następnym razem, zamiast tylko się przyglądać, ćwiczyła z grupą. - To antidotum na smutek, gorszy nastrój. Widzi pani tę atmosferę, luz. To pozwala zapomnieć, że coś boli, że są problemy, że jest się samemu. No i uwielbiamy Emilię - mówi. - To co dziewczyny, idziemy gdzieś na kawę? - po skończonych zajęciach jedna z pań pyta grupę. - Na piwo, a nie na kawę! - słyszę odpowiedź.CP  napisz do autora d.kucharska@expressmedia.pl

*Projekt - „Ruszamy w miasto” To warsztaty twórcze dla seniorów. Grupa będzie wspólnie pracować od października 2015 do czerwca 2016 r. spotykając się dwa razy w tygodniu. W programie jest warsztat twórczego rozwoju prowadzony przez animatora seniora i trenera oraz warsztat pracy z ciałem, łączący elementy teatru i tańca. Celem tych działań jest napisanie scenariusza w oparciu o historie uczestników projektu, który posłuży do zbudowania etiud z pogranicza teatru i tańca. Wiosną z sali warsztatowej seniorzy i animatorzy przeniosą się w przestrzeń miasta. Tam właśnie realizowany będzie film. Na jego planie seniorzy pracować będą z młodymi artystami. Wykorzystując swoje predyspozycje i potencjał będą mogli stać się aktorami, operatorami, oświetleniowcami, scenografami, charakteryzatorami. Premiera filmu zaplanowana jest na czerwiec 2016 r. Realizację projektu dofinansowano ze środków programu „Seniorzy w akcji” polsko-amerykańskiej Fundacji Wolności i Towarzystwa Inicjatyw Twórczych „ę”. Współorganizator: Teatr Polski w Bydgoszczy. Organizacja wspierająca: Fundacja Kultury Rozruch. Partnerzy: Wyższa Szkoła Gospodarki w Bydgoszczy, kino „Orzeł”, Miejskie Centrum Kultury w Bydgoszczy.

WARSZTATY W TEATRZE POLSKIM W BYDGOSZCZY SĄ PODWALINAMI DO STWORZENIA FILMU. SCENARIUSZ MA BAZOWAĆ NA HISTORIACH UCZESTNIKÓW miasta kobiet

listopad 2015

13

NA ZDJĘCIU EMILIA MALCZYK I KORDIAN KANIECKI

przez cały czas. Wcześniej siedziałam na działce. Tam się spełniałam, tworzyłam wspaniałe rzeczy, dbałam o kwiaty. W 2002 roku ruszyłam na podbój instytucji kultury. Zanim otwarto Miejskie Centrum Kultury, to działałam w WOK-u. Śpiewałam wiele lat w chórze… Te moje poszukiwania dodatkowych zajęć zaczęły się po śmierci męża. Wtedy zaczęłam żyć inaczej, powiedziałam sobie, że muszę wyjść do ludzi, ruszyć się. Dziś jak to podsumować, to dużo się uzbierało, bo działam też w kościele i zarządzie okręgu inwalidów. Niedawno brałyśmy udział z koleżanką w improwizowanej sztuce teatralnej. Bardzo mi się podobało, że muszę przyswoić tekst, wejść w rolę - wspomina. - Nam wciąż potrzeba wyzwań. Nie chcemy stać w miejscu.


tabu

Nadzieja jest zawsze Ludzie żyją dziś tak, jakby śmierci w ogóle nie było, a potem umierają tak, jakby wcale nie żyli. Nie chcemy mówić o umieraniu, boimy się tych tematów, a przecież śmierć jest nierozerwalnie związana z życiem. Z Janiną Mirończuk*, prezeską toruńskiej Fundacji „Światło”, rozmawia Tomasz Skory ZDJĘCIA: Jacek Smarz

Dość długo zastanawiałem się, czy da się rozmawiać o śmierci unikając zbędnego dramatyzmu, a jednocześnie tak, by nie brzmiało to jak wykład z medycyny. Działając w fundacji pewnie przeprowadziła Pani setki takich rozmów… Gdy dwadzieścia lat temu tworzyłam hospicjum, wiedziałam, że wiele pracy będę musiała włożyć w edukowanie społeczeństwa. Ludzie żyją dziś tak, jakby śmierci w ogóle nie było, a potem umierają tak, jakby wcale nie żyli. Nie chcemy mówić o umieraniu, boimy się tych tematów, a przecież śmierć jest nierozerwalnie związana z życiem. Dawniej, gdy ludzie rodzili się i umierali we własnych domach, byliśmy przyzwyczajeni do jej obecności. Teraz nie ma już prawie rodzin wielopokoleniowych, a żyjąc w ciągłym biegu nie mamy czasu myśleć

14

miasta kobiet

listopad 2015

o przemijaniu. To jednak naturalne zjawisko i tak właśnie powinniśmy je traktować. Chyba trudno jednak nie bać się nieznanego? Proszę wykonać test i prosić grupę znajomych, by przedstawili na kartce, jak w ich wyobrażeniu wygląda śmierć. Jestem pewna, że większość narysuje kostuchę z kosą. W naszej świadomości utkwiło szesnastowieczne wyobrażenie śmierci i zamiast myśleć o niej, jak o spotkaniu z Bogiem, boimy się jej, jak czegoś przerażającego. W rozmowach z chorymi często zadaję pytanie: czy gdyby mieli do wyboru drzwi, w których stoi kostucha i te, w których stoi anioł, to przez które z nich woleliby przejść? Mieszkamy w kraju, gdzie zdecydowana większość ludzi jest wierząca.

Nieważne, czy mówimy o katolikach, świadkach Jehowy czy innych wyznaniach, liczy się to, że wiara pomaga pogodzić się z odejściem. Przez dwadzieścia lat pracy spotkałam tylko jedną osobę całkowicie niewierzącą. W takich przypadkach rozmawia się nie o tym, co będzie działo się z nami po śmierci, ale o tym, co było. Skupiamy się na wartościach, które ten człowiek wniósł w życie innych. Nawet wierzącym nie jest jednak łatwo pogodzić się z wiadomością, że odchodzi ktoś bliski. Proces odchodzenia nigdy nie jest łatwy. Zarówno chory, jak i jego rodzina, zawsze przechodzą przez kilka etapów. Pierwszym z nich jest niedowierzanie. Nie chcemy się pogodzić z tym, że ktoś odchodzi, mówimy, że to


tabu niemożliwe i często w tym okresie popełniamy błędy. Wozimy chorego od lekarza do lekarza, konsultujemy się ze znachorami czy sprowadzamy niedostępne leki, robiąc wszystko, by nie dopuścić do siebie myśli, że zbliża się koniec. Zapominamy o tym, co najważniejsze, czyli o kontakcie z bliskimi, osobą odchodzącą. Poznałam na przykład dwie córki, które bardzo źle zareagowały na wieść, że ich mama umiera na nowotwór. Jedna z nich płakała, druga zamknęła się w toalecie i wymiotowała. W chwili śmierci kobiecie towarzyszył jedynie dziewięcioletni wnuczek. I później te córki zanosiły się płaczem, dlaczego nie było ich przy mamie w tym momencie. Po niedowierzaniu przychodzi… Bunt. Chory buntuje się przeciwko Bogu i lekarzom, pytając, dlaczego spotkało to właśnie jego. Prowadzę zajęcia w seminarium duchowym, gdzie ostrzegam diakonów przed udzielaniem odpowiedzi „widocznie Bóg tak chciał”, bo w tym momencie to pogłębia tylko konflikt i stawia barierę utrudniającą dalsze kontakty. Trzecim etapem jest tak zwane targowanie. Chory mówi, że się zmieni, że zrobi wszystko, by oszukać los. Większość tych działań nie przynosi rezultatu. Jak ktoś palił przez całe życie i ma zaawansowanego raka płuc, to rzucenie palenia już raczej nic nie zmieni. Choć oczywiście nigdy nic nie wiadomo. Czwarty etap to depresja, choć wolimy mówić o nim „wyciszenie”. Jest to okres, w którym chory zdaje sobie sprawę, że jego wysiłki nie przynoszą rezultatu i zaczyna poświęcać czas, by przemyśleć swoje życie, pogodzić się z bliskimi, napisać testament. Ostatni etap to akceptacja, która przychodzi niekiedy bardzo późno. Ludzie odchodzą najczęściej niedługo po tym, gdy już zaakceptują swój los. Sporo osób deklaruje jednak, że raczej wolałoby nie wiedzieć, że nie ma już dla nich nadziei… Nadzieja jest zawsze, jeśli nie na życie, to chociaż na godną śmierć. Każdy chciałby umrzeć szybko, najlepiej w biegu, ale nikt z nas nie ma wpływu na to, co będzie. Pewne jest to, że dopóki żyjemy, powinniśmy z tego korzystać, czerpać z życia garściami, bo życie jest piękne. A jak powinniśmy udzielać wsparcia osobie nieuleczalnie chorej? Większość z nas nie wie, jak się zachować przy umierającym. Najważniejsze jest, by postępować zgodnie z wolą chorego. Jeśli chce mówić - słuchajmy, jeśli potrzebuje ciszy - milczmy. W rozmowach z umierającym człowiekiem powinniśmy przede wszystkim skupić się na sprawach, które pozwolą mu poczuć się spełnionym, zadowolonym z życia. Pamiętam kobietę, która miała czterech synów i odchodząc stwierdziła, że jej życie nie miało sensu. Powiedziałam jej wtedy, że wartości, które przekazała synom, bez względu na to, jak potoczą się ich dalsze losy, już zawsze będą im towarzyszyć. Myśl, że zostawia po sobie takie dziedzictwo bardzo ją wtedy ukoiła.

MIKOŁAJ POD OPIEKĄ JUSTYNY JASIŃSKIEJ I MONIKI SKÓRY Z FUNDACJI „ŚWIATŁO” Część z nas w obawie, by kogoś nie zmęczyć lub nie urazić, odsuwa się jednak od chorych. Podejrzewam, że nie jest to najlepsze rozwiązanie… Pożegnanie się z bliskimi jest bardzo ważne, a możliwość towarzyszenia osobie umierającej to zaszczyt. Sama bardzo żałuję, że nie dane było mi pożegnać się z mężem. Umieranie to jednak też strefa sacrum, a osoba, która odchodzi potrzebuje spokoju. Nadopiekuńcze rodziny, niemogąc pogodzić się z tym, że umiera ktoś bliski, skaczą nieraz nad chorym do tego stopnia, że ten czeka na moment, gdy posną czy nawet wyjdą do toalety, by zaznać spokoju. I często właśnie wtedy odchodzi. A czy powinno się rozmawiać z dziećmi o śmierci i - jeśli tak - kiedy jest na to odpowiedni moment? Czy w sytuacji np. ciężkiej choroby w rodzinie, powinniśmy próbować przygotować dziecko na odejście bliskich? Trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo wiele zależy od dojrzałości dziecka. Nie należy jednak uciekać od tego tematu. Rozmawiając z dziećmi, które utraciły bliskich, mówimy zwykle, że mama czy tata bardzo je kochali, a teraz opiekuje się nimi Bóg. Jeśli dziecko jest dociekliwe i samo zadaje pytania na temat śmierci, spróbujmy mu odpowiedzieć, ale nie bójmy się też przyznać, że czegoś nie wiemy. Przyznanie się do słabości nie jest słabością, to poważne traktowanie dziecka. A gdy to dziecko odchodzi? Dzieci nie powinny umierać przed rodzicami, to burzy naturalny porządek. To bardzo trudne, ale znajdując się w takiej sytuacji, nie powinniśmy płakać przy dziecku, by ono nie czuło się winne, że jesteśmy smutni z jego powodu. Nie powinniśmy też mówić dziecku, że umiera, ale jeśli samo zda sobie z tego sprawę, nie możemy go też okłamywać. Najlepiej jest wysłuchać tego, co ma nam do powie-

dzenia i podkreślać, jakie jest dla nas ważne i że zawsze będziemy mu towarzyszyć. Dobrze taką sytuację obrazuje film „Podążaj w stronę światła”, w którym rodzice starają się przygotować do odejścia ośmioletniego syna. Pani fundacja prowadzi działania wspierające osoby, którym medycyna nie daje szans na wyzdrowienie. Na czym one polegają? Przede wszystkim prowadzimy zajęcia, które wzmacniają psychikę chorego. Mówi się, że w pojedynkę z rakiem mało kto wygrał, dlatego utworzyliśmy w Toruniu i dwunastu innych miastach w Polsce „Akademię walki z rakiem” i pomagamy osobom z nowotworem wyjść z trudnej sytuacji. Oczywiście, nie każdemu się to udaje, ale od początku naszej działalności, a prowadzimy ją od dziesięciu lat, nie brakuje takich, którym się to powiodło. Organizujemy też pomoc dzieciom z rodzin, które po utracie któregoś z rodziców popadły w kłopoty materialne. Kompletujemy wyprawki, kupujemy odzież i wysyłamy na kolonie. Budujące jest to, że dzieci same też się nawzajem wspierają. Zdarza się, że słyszymy na koloniach, jak jedno dziecko mówi do drugiego „Moja mama dalej się mną opiekuje, twoja tobą również”. To bardzo podnosi na duchu.CP  napisz do autora t.skory@expressmedia.pl

*Janina Mirończuk Założycielka i prezes Fundacji „Światło”, laureatka Specjalnej Nagrody TOTUS przyznawanej przez Fundację Dzieło Nowego Tysiąclecia, Kobieta Roku Województwa Toruńskiego, członkini Międzynarodowej Organizacji Ashoka. Z wykształcenia magister pielęgniarstwa, ma blisko 20 lat doświadczenia w prowadzeniu hospicjum. miasta kobiet

listopad 2015

15


kobieta przedsiębiorcza

RYSUNEK NATALKI KUC, LAT 4

HURRRA! SUKCES!!!

CZAS NA PLAN! Nawyk planowania nie ogranicza nas, a wręcz pozwala na spontaniczność! Nie rób rewolucji, zacznij od ewolucji. TEKST: Joanna Czerska-Thomas*

D

o niedawna wychodziłam z domu bez śniadania. Pierwszy posiłek jadłam czasami około trzynastej. Ani to zdrowe, ani mądre. Taki nawyk miałam. Zaczęłam nad tym pracować w kwietniu tego roku i już mam nowy - nie wyjdę z domu bez koktajlu i pudełka z drugim śniadaniem, które przygotowuje mi mój mąż. Zmiana nawyku naprawdę wiele mi dała, ale znalezienie idealnego rozwiązania trwało… kilka lat. Dlaczego o tym piszę? Bo nie znalazłabym rozwiązania, gdybym nie otworzyła się spontanicznie na coś nowego. To bardzo ważne. Co jednak zrobić, by na to „spontanicznie nowe” móc sobie zawsze pozwolić?

ZAPLANUJ SPONTANICZNOŚĆ Dzisiaj zobaczyłam w Internecie, jak wygląda planowanie dnia Natalki Kuc, lat 4. Muszę przyznać, że zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie. Rysunki wykonała sama, a jej mama wytłumaczyła obok, co one oznaczają. Planowanie to podstawa. W marketingu działam zgodnie z zasadą Pareto 80 do 20. Planuję 20 proc. swojego budżetu na działania

16

miasta kobiet

listopad 2015

zapleść warkoczyki kąpać się w basenie ubrać sukienkę zamknąć szafę zgasić światło podlać kwiatki posprzątać pokój! umyć zęby

niezaplanowane. I stawiam na spontaniczność! Dlaczego? Wyobraź sobie, że masz zaplanowane swoje prywatne, codzienne wydatki w tym tygodniu. Co do złotówki. Ale… okazuje się, że ostatnia burza porwała twój parasol, a zapowiadają kolejny dzień z opadami. Z czego rezygnujesz, żeby kupić parasol? Prenumeraty ulubionej gazety, wyjścia ze znajomymi? Planując w budżecie 20 proc. „wolnych środków” możesz je wykorzystać w wyjątkowych okolicznościach lub wydać spontanicznie. Planując budżet marketingowy, planujesz konkretne działania. Masz harmonogram i wg niego działasz. Zdarza się, że trzeba go skorygować. Ale co zrobić, jeżeli rozdysponujesz cały budżet, a spotka cię się nieprzewidziana akcja lub jedno z twoich zaplanowanych działań będzie potrzebowało wzmocnienia? Nawyk planowania nie ogranicza nas, a wręcz pozwala na spontaniczność! Nie rób rewolucji, zacznij od ewolucji.CP Zamknij z nami 2015 rok i zaplanuj 2016! SZCZEGÓŁY NA: www.facebook.com/CharmsyBiznesu

*

Joanna Czerska-Thomas Właścicielka Agencji Reklamowej M4Bizz (www.M4Bizz.pl). Wierzy, że reklama jest dobra na wszystko. Kreatywnie, spontanicznie i indywidualnie podchodzi do pracy z klientami. Specjalistka PR oraz absolwentka nowoczesnego marketingu. Współorganizuje comiesięczne spotkania Biznes dla Kobiet (www.biznes-dla kobiet.org) oraz Konferencję CharmsyBiznesu (www.charmsy-biznesu.pl).


1432215BDBHB 1432215BDBHB

1432215BDBHC 1432515BDBHA

102015BDBHI


męskim okiem

IMPROWIZOWAĆ

MODELKA: AGNIESZKA KONSTANCZAK

nie potrafię

Aga nigdy nie miała obiekcji przed pozowaniem do śmiałych zdjęć. Powstało więc wiele odważnych, także nagich, będących efektem wspólnej pracy małżonków. Sporo z nich nigdy nie ujrzy światła dziennego. To pamiątki wyłącznie dla nich dwojga. TEKST: Justyna Król ZDJĘCIA: Kacper Konstanczak

18

miasta kobiet

listopad 2015


męskim okiem

P

ierwsza sesja fotograficzna była dla nich wielkim rozczarowaniem. A kadry miały być niezapomniane, uwieczniać piękno pochodzącej z Torunia młodej socjolożki, Agnieszki. - Nic z tego nie wyszło. Jeśli się tak dzieje, to nie ma co winić aparatu, trzeba zakasać rękawy i wziąć się do pracy - mówi fotograf Kacper Konstanczak, z pochodzenia bydgoszczanin, na stałe przebywający w Londynie. On typowy umysł ścisły, po zarządzaniu. Ona humanistka z artystyczną duszą. Wspólne działania twórcze i sesje fotograficzne bardzo ich do siebie zbliżyły. Obecnie są małżeństwem.

jest werbalnie skonkretyzowane, ona idzie się malować i ubierać, a on ustawia światło, aparat i ogólnie cały kadr. - W taki sposób, by od pierwszego zdjęcia uzyskiwać dobre efekty. Trochę nam to zajęło, ale całkiem dobrze się przy zdjęciach dogadujemy. Znam Agę przed obiektywem. Wiem, co lubi, a czego nie. Jak ją ustawić, żeby pewne rzeczy podkreślić, a pewne ukryć. Jakiego światła użyć - mówi fotograf. Aga nigdy nie miała obiekcji przed pozowaniem do śmiałych zjęć. Powstało więc wiele odważnych, także nagich, będących efektem wspólnej pracy małżonków. Sporo z nich

nigdy nie ujrzy światła dziennego. To pamiątki wyłącznie dla nich dwojga.

BEZ WSTYDU - Aga nie jest pruderyjna, więc kwestia cielesności nigdy nie stanowiła problemu. Oczywiście zauważa u siebie pewne niedoskonałości, ale to drobiazgi, z którymi można bez trudu pracować. U innych kobiet sytuacja często jest odwrotna. Wstydzą się. Chciałyby mieć zrobione „jakieś” zdjęcia, ale media tak zaberrowały obraz modelki, że wszystkim się zdaje, iż trzeba wyglądać nieskazitelnie, aby w ogóle myśleć o pozowaniu. To błąd - mówi Kacper Konstanczak.

WEDŁUG SCHEMATU Działa szybko, zawsze z konkretnym zamysłem i świadomością. - Dziś modne jest dość skomplikowane oświetlenie plus Photoshop, droga optyka. Ja bardzo szybko zacząłem się zastanawiać, jak zrobić coś zupełnie odmiennego. W prosty sposób, naturalnie, bez obróbki komputerowej i do tego z bliska. Takie podejście jest bardzo trudne, bo narzuca wiele ograniczeń odnośnie perspektywy, czy też wyglądu osoby fotografowanej, ale spróbowaliśmy tego z Agą i nam się to spodobało - mówi. Wcielali w życie nowe pomysły, zwykle działając według schematu. Krótka wymiana myśli: on przedstawia żonie wizję i wspólnie ustalają, jak ona powinna wyglądać. Kiedy wszystko już

MODELKA: AGNIESZKA KONSTANCZAK

KWADRANS PRZED OBIEKTYWEM - Na początku swojej drogi z aparatem zacząłem czytać, zaglądać na fora fotograficzne, co z perspektywy czasu uważam za błąd. Wciskają na nich człowiekowi, ile to musi kupić: aparat, statyw, obiektywy… Okazało się, że wystarczyło uważniej patrzeć, oglądać obrazy, nauczyć się obserwować świat nieco inaczej - opowiada. Umiejętności techniczne przyszły z czasem. Z każdą kolejną sesją kadry były coraz bardziej przemyślane. Powoli wyłonił się z tego konkretny styl i technika pracy. Na początku sesja zajmowała średnio cztery godziny, a jej efektem były setki zdjęć, z których Kacper wybierał najlepsze. Dzisiaj robi 5-10 ujęć i potrafi zamknąć cały proces w kwadransie. - Z fotografią jest tak, że można teoretyzować godzinami, ale dopiero sprawdzenie tego w praktyce czegoś uczy. Dziś raczej nie zdarzają mi się sesje dłuższe niż pół godziny. Do tego oczywiście niezbędne jest opanowanie kwestii technicznych na odpowiednim poziomie. Z Agą nigdy nie miałem dużo czasu na eksperymentowanie, bo ona jest niecierpliwa. Musiałem uczyć się szybko - opowiada. - Dziś to pomaga też osobom przed obiektywem. Nie fotografuję profesjonalnych modelek, tylko dziewczyny, od których nie mogę oczekiwać wielogodzinnych poświęceń. Z amatorkami pracuje się łatwiej, bo nie mają sztucznej, wyuczonej mimiki i pozują po prostu naturalnie. Jestem wymagający, ale zawsze mam w głowie gotowy pomysł i wiem dokładnie, jak go skutecznie zapiąć w kilku zdjęciach. Improwizować już chyba nie potrafię - dodaje.

miasta kobiet

listopad 2015

19


męskim okiem

KOMFORTOWO Granice komfortu podczas sesji zawsze przesuwają się w trakcie. - Dziewczyny mają obawy, a potem same są zaskoczone tym, jak się otwierają. W trakcie sesji przekonują się, że kiedy ja robię zdjęcia, to bardzo daleko jestem myślami od jakichkolwiek erotycznych wizji. Widzą, że ich cielesność jest obecna, ale jednak jakby drugorzędna, bo muszę skupić się na wszystkim, co jest w kadrze, świetle, tle itp. Nie przyglądam się modelkom w sposób, którego mogłyby się obawiać. Kiedy to staje się jasne, plan zdjęciowy jest już bardzo komfortowym miejscem. Zresztą Aga mi pomaga, kiedy tylko może. Wyłapuje detaliki, które mogłyby mi umknąć np., że materiał źle leży, grzywka nie gra. Łatwo coś pominąć, a w kwestii późniejszych manipulacji jestem raczej w obozie tradycjonalistów. Lepiej wszystko kontrolować, zanim naciśnie się spust - twierdzi. Powstałe kadry zawsze budująco wpływają na pozujące dziewczyny, mogą nawet stać się swoistą formą autoterapii. A bywa, że fotografowane długo są namawiane, by w ogóle stanąć oko w oko z obiektywem. - Niektóre dziewczyny z pozoru nie są okładkowej urody, ale ja widzę, jakie będą efekty sesji i chcę im to pokazać. Miałem taką koleżankę w pracy, której mama rozpłakała się ze wzruszenia, że ma tak piękną córkę, oglądając moje kadry. Pamiętam, że zaczęliśmy od jakichś losowych ujęć, w miarę jak kolejne pojawiały się na ekraniku, dziewczyna stawała się coraz śmielsza i zrzucała z siebie kolejne warstwy, aż została w samym prześcieradle - wspomina fotograf.CP  napisz do autora j.krol@expressmedia.pl

20

miasta kobiet

listopad 2015

MODELKA: AGNIESZKA KONSTANCZAK

MODELKA: MAGDALENA OROŃ

Zaczął fotografować też koleżanki. I koleżanki koleżanek… Z czasem zatrzymywał w swych kadrach już nie tylko ludzi. Okazało się, że jest w tym całkiem dobry. Wygrał nawet kilka konkursów fotograficznych i zarobił na kilku kadrach sprzedanych dla świata biznesu. Sam jednak biznesu bazującego na fotografii otwierać nie planuje. - Mówi się, że różnica między rzemieślnikiem a artystą jest taka, że rzemieślnik robi to, za co mu płacą, a artyście płacą za to, co robi. I zdaje się, że ja w tym kontekście jestem artystą, chociaż nie wartościowałbym żadnego z tych podejść jako lepsze. Ja po prostu nie lubię, jak ktoś mi mówi, co mam robić. Ale jak ktoś chce mi się pieniężnie odwdzięczyć za to, co robię, to przecież nie będę się kłócił (śmiech).


1407415BDBHA


1432215BDBHA


zdrowie i uroda

DWA PROBLEMY - DWIE PORADY Rozpoczynamy cykl porad eksperckich, w ramach którego wraz z Marią Minicz i zespołem profesjonalistów z toruńskiego Feminarium odpowiadać będziemy na pytania związane urodą. Jeśli masz problem takiej natury, napisz do nas: feminarium@expressmedia.pl

Agata, 44 lata Taki problem często występuje u osób ze skórą atopową, ale też genetycznie suchą. Można działać od środka i na zewnątrz. Suchość skóry jest głównie wynikiem zaburzonej gospodarki lipidowej w naskórku i  niedoboru ceramidów, które zachowują w nim wilgoć. Moim klientkom polecam suplementację kwasami omega 6 (GLA gamma-linolenowy), pochodzącymi z roślin. Zawierają one olej z wiesiołka i z ogórecznika, które dają substrat do wytworzenia ceramidów i prawidłowego funkcjonowania naskórka całego ciała. Kapsułkowane preparaty można dostać w sklepach zielarskich, aptekach i dobrych salonach kosmetycznych. Efekt nawilżenia pojawi się już po 3 tygodniach stosowania. Drugim sposobem jest pielęgnacja zewnętrzna, oparta na preparatach silnie regenerujących, jak np. kosmetyki bazujące na aloesie, o czym informuje nas skład INCI danego preparatu, a więc wymienienie kolejno, którego składnika jest najwięcej w kosmetyku. Jeśli aloes nie pojawia się do trzeciego czy czwartego miejsca, to preparat nie będzie koił i regenerował dłoni, a jedynie nawilżał do pierwszego mycia, bo jest on kremem z aloesem tylko z nazwy i nie wykazuje działania tej substancji. Preparaty oparte na wazelinie i parafinie (również wykazane w składzie INCI) będą działały okluzyjnie, tzn. jak opatrunek: są na wierzchu i zabezpieczają skórę, ale nie pobudzają jej do regeneracji. Działaniem SOS są zabiegi w salonie kosmetycznym, np. te parafinowe, połączone z intensywnym działaniem kolagenu i elastyny, w formie delikatnego peelingu i masażu dłoni, wykonywane na ciepło, najlepiej wieczorem. Osobiście bardzo chętnie się im poddaję.CP

Zastanawiam się nad makijażem permanentnym, boję się jednak, że będzie on tak samo bolesny jak tatuaż. Na dodatek słyszałam, że po kilkunastu miesiącach efekt może nie być już taki, jak na samym początku - wyblakną kolory, zmienią się kontury itp. Czy to prawda? Chciałabym w szczególności podkreślić swoje usta (mają ładny kształt, jednak są dość blade). Czy ich poprawiony makijażem permanentnym kolor nie będzie wyglądał nienaturalnie, w kontraście do całej, niepomalowanej twarzy? Kasia, 32 lata Pani Kasiu! Cieszę się, że poruszyła Pani temat owiany mitami. W dobrych salonach stawia się przede wszystkim na bezpieczeństwo i komfort klienta, a więc również ograniczenie bólu do minimum. Jego poziom zależy od znieczulenia, jakiego użyje linergistka - te najlepsze metody stosowane są pod nadzorem lekarza. Nadwrażliwość pojawia się w niektórych okresach cyklu menstruacyjnego, dlatego odradzam wykonywanie tego typu zabiegów tydzień przed i w trakcie miesiączki. Trwałość kolorów jest sprawą skóry klientki, jakości pigmentów i umiejętności linergistki - ta doświadczona po diagnozie cery jest w stanie hipotetycznie przewidzieć trwałość barwnika u danej osoby. Planując makijaż permanentny należy się udać na konsultację do wybranego salonu, zapytać linergistkę o portfolio, o to, jak długo wykonuje ten zawód, ile zabiegów przeprowadziła i na jakich barwnikach pracuje. Osobiście zajmuję się makijażem permanentnym od 8 lat, wykonałam ponad 2600 zabiegów i stawiam na wysokiej jakości pigmenty. Odnośnie konturów, wielokrotnie widziałam rozlany makijaż, gdzie barwnik migrował poza obszar pigmentacji, najczęściej na skutek jej zbyt agresywnego wykonania. O samej intensywności i wyglądzie makijażu decyduje przede wszystkim klientka. Makijaż permanentny ma podkreślać naturalne piękno i ułatwiać życie. Utrzymuje się kilka lat, a od wyboru linergistki zależy, czy będzie zdobił, czy szpecił. Osoba z odpowiednim doświadczeniem z pewnością wykona go dokładnie tak, jak Pani sobie tego życzy. Bez ryzyka przerysowania.CP 745315TRTHA

Moje dłonie szybko się przesuszają i muszę poświęcać sporo uwagi ich nawilżaniu. Nadejście zimy jest dla mnie zawsze stresującym momentem, bo skóra dłoni wówczas przesusza się do tego stopnia, że zaczerwienia się i pęka w przestrzeniach między palcami, co nie tylko nieestetycznie wygląda, ale również jest nieprzyjemne, a nawet momentami bolesne. Zastanawiam się, czy mogę tej sytuacji jakoś zapobiec? Może Pani coś podpowiedzieć?

miasta kobiet

listopad 2015

23


kontrowersje

Seks bez sensu Reklama, która bazuje na tanich skojarzeniach seksualnych, to nie nowoczesny, profesjonalny ekspert. To rubaszny wujaszek, który podszczypuje siostrzenice przy stole i rechocze, aż mu bigos spadnie z wąsów. Kto chciałby być taką marką? Z Ewą Gutmańska-Gralak* rozmawia Lucyna Tataruch Na początek powiedzonko: „Nieważne, jak mówią, byleby mówili”. Czy w branży reklamowej ktoś faktycznie jeszcze w to wierzy? Może właśnie to popycha twórców do wymyślania reklam z podtekstem seksualnym? Myślę, że „nieważne, jak mówią, ważne, by nazwy nie przekręcali”, to jeden z najstarszych mitów branży reklamowej i PR. Prawdę mówiąc, nie znam nikogo profesjonalnie zajmującego się marketingiem i reklamą, kto proponowałby klientowi kampanie z nagą kobietą czy dwuznacznym hasłem, powołując się jedynie na zasadę sex sells - seks sprzedaje. Cóż z tego, że odbiorca zapamięta nazwę firmy, jeśli będzie ją kojarzył z banałem, koszarowym dowcipem lub seksizmem? A jednak seks wciąż pojawia się w reklamach w niezrozumiałych kontekstach. Zdaje się, że w kuluarach mówi się na to… „szczucie cycem”. Rozwiniemy to określenie? Proszę bardzo: chodzi o wykorzystanie nagości czy motywów związanych z seksualnością bez związku z marką, dla płytkiej prowokacji. O sprowadzenie kobiet do roli obiektu seksualnego

24

miasta kobiet

listopad 2015

RYSUNEK: Ewa Gutmańska-Gralak

w prymitywny, pseudodowcipny i często wulgarny sposób. O efekciarskie, podszyte figlarnym rechotem slogany reklamowe i grafiki. O taki seks bez sensu. To chyba nie jest nowe zjawisko? W polskiej branży reklamowej nurt seksistowski ma równie bogatą historię, jak szkoła nazewnictwa Mietex i Szwagropol. Myślę, że odkąd istnieje reklama, nie tylko w Polsce, znajdują się spryciarze przekonani, że oszukają system wklejając nagą pierś w środek billboardu. Jakie branże królują w tego typu przekazach? Najłatwiej znaleźć przykłady seksu bez sensu w budowlance. Atrakcyjne kobiety bywają ornamentem blachodachówek, kostki brukowej, tynków czy sprzętu BHP. W jednej z reklam dziewczyna z wyeksponowanym dekoltem tuli opakowania kleju, chwaląc się: „Mam nowe silikony!”. Moda na podteksty kwitnie także w segmencie warsztatów samochodowych, ale nie tylko tam. Inne przykłady z życia? Reklama pizzerii z dwiema rozebranymi kobietami i sloganem: „Mamy ochotę na trójkącik… hawajskiej”.

Slogan: „Weź mnie na raty!”, a na fotografii dziewczyna i kanapa. Plakat promujący szkołę jazdy, na którym kobieta w bikini leży na jezdni - która z nas w cieplejsze dni nie wypełza kokieteryjnie na asfalt? - a nad nią widnieje hasło: „Pozwolimy ci szybko skończyć”. Ulotka z subtelną zachętą: „Lubisz jak ci się ciągnie… ser na zapiekance?”. I wisienka na torcie, choć powinnam raczej powiedzieć, warzywo na torcie - reklama nawozów, prezentująca nagą kobietę i hasło: „Chroń swojego buraka!”. Wiele z tych kampanii jest tak absurdalnych, że nie sposób nie wybuchnąć śmiechem… Zgadza się. A później nasuwa się pytanie, kto to wyprodukował i przede wszystkim - kto świadomie chciałby kojarzyć swoją firmę z tak grubo ciosanym przekazem? O dziwo, decydują się na to również i znane marki. Zupki błyskawiczne Vifon? Tak, ich zeszłoroczną kampanię otwierały plakaty ze zdjęciem zmysłowo rozchylonych, kobiecych ust i hasłem „Jeszcze nie miałam tego w ustach”. Subtelny dowcip, prawda? Pamiętam też rekla-


kontrowersje mę sieci Media Expert, w której zdjęciu piersi towarzyszyła zachęta: „Weź towar na wakacje” Zupkom dostało się za ten pomysł, szczególnie w Internecie. Z tego, co pamiętam, ludzie wzajemnie namawiali się, by zgłaszać masowo tę kampanię do Komisji Etyki Reklamy. A czy z kolei nie jest tak, że małym firmom wybaczamy więcej? W najgorszym wypadku ktoś wrzuci ich lokalną reklamę do sieci i wszyscy się śmieją. Chyba tak. Mnie samej łatwiej zrozumieć to, że na reklamowe manowce sprowadza kogoś niewiedza. Właściciel baru z zapiekankami może nie mieć wokół siebie nikogo, kto doradziłby mu, jak stworzyć sensowną reklamę. Korzysta z własnych domysłów albo nietrafionych podpowiedzi ze strony, życzliwych w gruncie rzeczy, znajomych. Jednak gdy po perły aluzyjności typu „Jeszcze nie miałam tego w ustach” sięga marka, która od lat prowadzi regularną aktywność reklamową i z pewnością dysponuje działem marketingu, to w mojej ocenie zwiększa zasięg żenady. Przeszkadza nam to, bo te reklamy to esencja uprzedmiotowienia kobiet? Też, oczywiście. To powielanie stereotypów. Ale mnie razi jeszcze coś poza tym - kampania, która bazuje na trywialnych seksualnych podtekstach, jest po prostu amatorska i pozbawiona kreatywności. Jasne, można ją przeprowadzić. Można także wykorzystać dziś hasło: „Nowoczesne kobiety kupują proszek Lanza” i oczekiwać, że ten komunikat zbuduje prestiż albo uwiedzie błyskotliwością. Tylko, że to nie zadziała. A zadziała autoironia? Na mniejszą skalę widzę to notorycznie - gdy ktoś chce się przebić na Facebooku z jakimś drobnym ogłoszeniem, wkleja dla żartu wielkie zdjęcie biustu. Niby obśmiewamy konwencję… Tak, zdarza się, że właściciele mniejszych firm z tego korzystają - właśnie w takim przeświadczeniu, że zademonstrują swój dystans do praktyk reklamowych. Pamiętam ulotkę ze zdjęciem biustu, ogromnym napisem SEX i hasłem dopisanym mniejszą czcionką: „Wyprzedaż telefonów”. To trochę jak w dawnych ogłoszeniach w prasie - anons: „SEXXX. Sprzedam opla”. To też nie trafia w punkt? Być może dowcip zadziała raz, ale w profesjonalnym planie komunikacji reklamowej już się nie sprawdzi. No i zawsze będzie przaśny. Ale dla sprzedawcy opla jednorazowo mógł okazać się skuteczny. Skoro ten trend - seks bez sensu - i tak raczej nie działa, to dlaczego mimo wszystko nadal jest w przestrzeni reklamowej obecny? Nie mogę powiedzieć, że taka reklama w żadnym przypadku nie zadziała. Jednak mam głębokie przekonanie, że zawsze będzie kompromitująca dla marki, prymitywna, świadcząca o braku wyobraźni i wrażliwości. Jasne, obecność nagiej piersi na wielkoformatowym billboardzie przykuwa uwagę. Ale jaki to ma związek z wizerunkiem marki, który chcemy stworzyć? W filmie „Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie”

Woody'ego Allena bohater uciekał przed gigantyczną piersią - ona też zwracała uwagę. Ale czy mogłaby być intrygującą reklamą mobilną producenta biżuterii? (śmiech) Skuteczność reklamy jest jedynym kryterium? Nie powinna być! Nie z punktu widzenia jej twórców czy zamawiających. Oczywiście, możemy założyć, że istnieją ludzie, których naga pupa w reklamie blachy falistej zachęci do wyboru blachy. Może nawet są tacy, którzy wierzą, że dzięki tej pupie dach przez lata będzie funkcjonalny. Ale zachowań, które istnieją w społeczeństwie jest mnóstwo, co nie znaczy, że wszystkie warto promować. Miejmy ambicję, nie ignorujmy etyki reklam i tego, że ich rozległa obecność w mediach wpływa na sposób postrzegania kobiet i relacji międzyludzkich. OK. To teraz druga strona barykady - przy wytykaniu tego typu kontentu w reklamie, często pojawiają się też głosy odwołujące się do rozluźnienia obyczajów. Sprzeciw wobec takiej nagości odczytywany jest jako przesadne umoralnianie. Przytoczę przykładowy, jak sądzę ironiczny, komentarz: „Nie pierwszy raz okazuje się, że żyję w głębokim średniowieczu lub w państwie arabskim, rządzonym wg prawa szariatu, gdzie nagość jest zbrodnią przeciw ludzkości!”. Co Ty na to? To nieporozumienie. W protestach przeciw prymitywnemu posługiwaniu się nagością nie chodzi o zgorszenie. Przyznam zresztą, że mnie nagość w reklamie zupełnie nie przeszkadza - o ile jest uzasadniona kreatywnym konceptem lub specyfiką branży. Nie przekonują mnie głosy sugerujące, że billboard z kobietą w bieliźnie zagraża moralności dzieci. Nagość nie jest bulwersująca czy niezdrowa, ale jej bezsensowne wykorzystywanie, bez pomysłu, bez logicznego powiązania z marką, to po prostu komunikacyjny paździerz. Co ma cycek do wiatraka? Czy przedstawiciele branży reklamowej są tego wszystkiego świadomi? Z tym bywa różnie. Większość moich kolegów i koleżanek po fachu - choćby z agencji, w której pracowałam - to ludzie, u których kreatywność łączy się z wrażliwością społeczną. Jednak wśród wykpiwanych w sieci przykładów, sporo jest ogłoszeń promujących właśnie usługi firm kreatywnych. Łatwo znaleźć anonse copywriterów, którzy reklamują się hasłem: „Robię dobrze ustami”. Billboard lubelskiej agencji outdoorowej obiecuje: „Pokażemy twoje atuty” i ilustruje to modelką, która rozpina bluzkę. Serio? Gdy sypiesz tymi przykładami jak z rękawa, mam po prostu ochotę stwierdzić - seks jest wszędzie! (Śmiech) Tak, bo problem o którym mówimy, dotyczy nie tylko reklam, ale i wszelkich form komunikacji w przestrzeni publicznej. Świeży przykład z kina - „Młodość” Paolo Sorentino. To nostalgiczna, wysmakowana wizualnie i muzycznie opowieść o przyjaźni, poszukiwaniu akceptacji. Także o trwałości - lub kruchości - więzi międzyludzkich i tęsknotach, które nigdy

nie wygasają. Główni bohaterowie, świetnie zresztą zagrani przez Michalea Caine'a i Harveya Keitela, mieszkają w luksusowym sanatorium w Alpach, gdzie spędzają czas na spacerach, koncertach, dyskusjach o sztuce filmowej etc. W jednej ze scen do basenu, w którym wypoczywają, wchodzi naga kobieta. I teraz zagadka - który z wymienionych kadrów podbił serce dystrybutora? Który znalazł się na plakacie? Nie da się nie zgadnąć - oczywiście naga kobieta. Oczywiście. Co samo w sobie nie jest niczym złym, to kadr jak każdy inny. Tylko, że w naszej praktyce dystrybutorskiej to nie jest kadr jak każdy inny. To właśnie wyświechtany patent na krótkotrwałe zwrócenie uwagi. Dlatego ostrzegam - zwykle, gdy na plakacie widzimy nagą pupę lub pierś, możemy spodziewać się, że w filmie będą one obecne przez jakieś 0,7 sekundy (śmiech). Niektóre plakaty filmowe są przynajmniej w miarę estetyczne. Z okładkami pism bywa już gorzej… I na dodatek w ten nurt taniej sensacji wpisują się z coraz większym zamiłowaniem redakcje opiniotwórczych w zamyśle tygodników. Artykuł o prostytucji? Naga pierś. Artykuł o seksie nieletnich? Rozebrana dziewczyna. Czy widzisz jakąkolwiek nadzieję na to, że ta tendencja przestanie się rozwijać? Wierzę, że - wraz z pozytywnymi zmianami kulturowymi - w przypadku prymitywnie dwuznacznych reklam coraz powszechniejsze będzie po prostu poczucie żenady. Że rosnąca wrażliwość na kwestie równości płci czy choćby profesjonalnego budowania wizerunku, będzie zniechęcać do promowania się przez podtekst seksualny. Taka kampania to strzał w stopę. W prawie każdym briefie (wytyczne do projektu - przyp. red.), z którym miałam styczność przez 10 lat pracy w branży, wśród pożądanych cech firmy widniał „wizerunek marki nowoczesnej i profesjonalnej”. Reklama, która bazuje na tanich skojarzeniach seksualnych, to nie nowoczesny ekspert. To rubaszny wujaszek, który podszczypuje siostrzenice przy stole i rechocze, aż mu bigos spadnie z wąsów. Kto chciałby być taką marką? Ku przestrodze jeszcze jeden przykład. Klasykiem gatunku jest reklama, bodajże, hurtowni elektrycznej, która olśniewa hasłem: „Za darmo dajemy CI PUSZKI”. To billboard, który wygrał chyba we wszystkich rankingach złych reklam.CP  napisz do autora l.tatruch@expressmedia.pl

*Ewa Gutmańska-Gralak Od 10 lat związana z branżą reklamową. Pracowała jako copywriterka i dyrektor kreatywna w agencji reklamowej, obecnie kieruje własną firmą - Ewenement. Prowadzi zajęcia z kreacji reklamowej i warsztaty z copywritingu. W wolnych chwilach dzieli się obserwacjami z codzienności na fanpage'u: facebook.com/kieszenie. miasta kobiet

listopad 2015

25


kobieta smakuje

Słodka pasja mistrzyni Jak przyniosłam swoje ciasto na pierwszy konkurs, prawie zostałam zdyskwalifikowana, bo nikt nie chciał uwierzyć, że przygotowałam je sama! Rozmowa z Weroniką Stimma, cukiernikiem w Cukierni SOWA i Mistrzynią Polski Uczniów Szkół Cukierniczych. Masz zaledwie 19 lat, a już sporo sukcesów na koncie. Skąd u Ciebie taka cukiernicza pasja? Mama jest piekarzem, więc gdy byłam mała, to nieraz towarzyszyłam jej w pracy i obserwowałam, jak wypieka chleb. Pamiętam te wizyty jak przez mgłę, bo miałam wtedy może ze trzy lata, ale do dziś mam zdjęcia, jak trzymam wielki bochenek, który podobno pomagałam jej wkładać do pieca. Postanowiłam pójść w ślady mamy i zapisałam się do Zespołu Szkół Spożywczych w Bydgoszczy do klasy cukierniczej.

PROMOCJA

Tam się wszystkiego nauczyłaś? W momencie, w którym zapisujemy się do szkoły, musimy zdecydować się, czy będziemy uczęszczać na praktyki w szkole, czy sami znajdziemy zakład pracy, w którym chcemy się szkolić. Szkolne pracownie są jednak ubogie w porównaniu z tym, co oferują zakłady pracy, więc już na wiele miesięcy przed rozpoczęciem nauki zaczęłam też poszukiwania cukierni, która by mnie przygarnęła. I od razu skierowałaś się do Cukierni SOWA? Właśnie nie! Bałam się, że to tak duży i znany zakład, a ja nie mam się czym pochwalić. Próbowałam najpierw szczęścia w mniejszych cukierniach. Nigdzie jednak nie chciano mnie przyjąć. NA CO DZIEŃ WERONIKA DEKORUJE TORTY, ALE CHĘTNIE TWORZY TEŻ MARCEPANOWE FIGURKI.

Słyszałam, że nie ma miejsc dla praktykantów, więc przyszłam w końcu do Cukierni SOWA i okazało się, że właśnie tu dostanę swoją szansę! Pewnie nie żałujesz, że spróbowałaś… Oczywiście! Początki nie były łatwe, bo takie praktyki są zdecydowanie bardziej wymagające od tych szkolnych, ale dzięki temu znacznie szybciej można się nauczyć zawodu. Zaczęłam składać torty już w pierwszej klasie, podczas gdy większość moich znajomych uczyła się tego dopiero na trzecim roku. Z 32 osób, które rozpoczęły naukę, tylko 10 zdecydowało się na praktyki poza szkołą. A gdy w ostatniej klasie jeden z nauczycieli zapytał, kto z nas planuje dalej pracę w wyuczonym zawodzie, tylko ja poniosłam rękę. I zaraz po skończeniu szkoły dostałam propozycję pracy w dekoratorni Cukierni SOWA. Dość szybko zaczęłaś odnosić też zawodowe sukcesy. W pierwszych konkursach brałaś jeszcze udział jako praktykantka? Gdy byłam w pierwszej klasie, w szkole zorganizowano konkurs wielkanocny na najlepsze ciasto. Można było je przygotować albo w domu, albo w miejscu praktyk, więc ze względu na dostępność materiałów wybrałam zakład. I jak przyniosłam swoje ciasto

na konkurs, prawie zostałam zdyskwalifikowana, bo nikt nie chciał uwierzyć, że przygotowałam je sama! (śmiech) Potem były turnieje międzyszkolne, wojewódzkie i w końcu ogólnopolskie, do których przygotowywałam się bardzo intensywnie. W trzeciej klasie prawie nie było mnie na zajęciach w szkole, bo albo byłam w pracy, albo ćwiczyłam przed konkursami. Pod okiem swojego kierownika trenowałam po osiem, a czasem dwanaście godzin dziennie. I w ubiegłym roku udało mi się zająć pierwsze miejsce na Mistrzostwach Polski Uczniów Szkół Cukierniczych. Na początku tego roku byłam natomiast we Włoszech na Mistrzostwach Świata. Spośród dziewięciu zespołów skończyłam zawody na piątym miejscu, co też uważam za duże wyróżnienie. To z takim doświadczeniem pewnie wyręczasz teraz w domu mamę w pieczeniu ciast na rodzinne uroczystości? (śmiech) Oj, nie! Uwielbiam swoją pracę i życzę każdemu, kto stoi przed wyborem życiowej ścieżki, by kierował się swoją pasją i trafił w tak przyjazne miejsce, ale oddzielam życie zawodowe od prywatnego. Nawet jak dzwoni do mnie kuzynka i pyta, czy jej czegoś nie upiekę, to mówię, że ma dzwonić do mamy. Albo zajrzeć do Cukierni SOWA!.CP


1414215BDBHA, 1414315BDBHA


Zszywam sny Czy wyobraża sobie mnie pan na przykład w pastelowej garsonce i z gładko uczesanym koczkiem? Bo ja nie… Gotyk to stan duszy, nie tylko suknia. Z projektantką Julią Widlińską* rozmawia Jan Oleksy ZDJĘCIA: Aneta Pawska MODELKA: Silverrr Jest Pani propagatorką stylu gotyckiego w modzie. Widzę Panią w pięknej koronkowej, ciemnofioletowej sukni, a na nogach… glany. Mnie ten styl kojarzy się właśnie z ciężkimi butami. Czy słusznie? Słusznie pan tak kojarzy. Dawniej glany były jedynym obuwiem na stałe przypisanym do tej subkultury. Jednak w ostatnich latach pojawiły się różne ciekawe propozycje z obcasem, spełniając potrzeby kobiet, które chcą wyglądać elegancko i jednocześnie dopasować się do klimatu sukni. Martensy wieczorowe?! Tak, choć nie chcę reklamować żadnej marki. Jest wiele pięknych, ciekawie zdobionych butów innych producentów. Chodzi o to, że teraz można kupić rozmaite obuwie wpisane w styl gotycki. Czyli glany nie są nieodzowne. Jakie inne cechy charakteryzują ten styl? To zależy o jakim dokładnie stylu mówimy, bo alternatywa daje nam szeroki wachlarz możliwości. Dla przykładu stroje noszone przez klasyczne gotki, to często ubiory w ciemnej tonacji kolorystycznej (czarny, fioletowy, purpura, burgund…), zwiewne i powłóczyste, z rozszerzonym rękawem, ozdobione koronką. W stylu steampunk mamy zaś inspirację modą z epoki wiktoriańskiej, gorsety, obfitość falban. Biżuteria to misternie udziergane kolie, dekoracyjne kolczyki, bogato zdobione pierścienie. Jest to estetyka piękna, hipnotyzująca, przywołująca nostalgię i tęsknotę za tym, co minęło. Wszystko raczej w tonacji mrocznej? W tonacji magicznej, tajemniczej, mistycznej. Skąd takie dziwne zainteresowania? Dlaczego dziwne? A która pasja nie jest dziwna? Got lubi kontemplować ciszę, lubi filozoficzne rozważania i historię wieków minionych. Jest zafascynowany tym, co tajemnicze, niesa-

mowite, z nutą grozy… Pociągają go nieodgadnione ruiny średniowiecznych zamków, strzeliste gotyckie katedry, stare domostwa, miejsca nastrojowe, spokojne, ciche… Jeszcze w latach szkolnych zafascynowałam się muzyką gotycką i symfoniczną. Wówczas w Polsce dostępność do Internetu była bardzo ograniczona i zespoły, które lansowałyby ten trend, nie były tak popularne, jak to miało miejsce na Zachodzie. Dlatego dla nas „gothic” był czymś niezwykłym, niszowym. Z muzyką związane były stroje. Bardzo podobały mi się koronki, gorsety, cały ten majestatyczny styl. Chciałam wyglądać podobnie, ale takich strojów nie można było w Polsce kupić, dlatego sama zaczęłam szyć kreacje dla siebie. A potem dla innych? Tak i wkrótce to stało się moją pasją. Za namową przyjaciela - Adama - założyłam pierwszą w Polsce stronę internetową dedykowaną modzie gotyckiej: gotwear.pl, na której prezentowałam własne projekty. Na przestrzeni lat nawiązałam współpracę z różnymi modelkami alternatywnymi, z fotografami, innymi projektantami. I tak w ubiegłym roku, przy pomocy przyjaciół, zorganizowałam pierwszy pokaz różnych stylów w modzie - Alternative Fashion Show. Celem było pokazanie naszych umiejętności oraz przybliżenie ludziom, niezwiązanym z jakąkolwiek subkulturą, bogactwa i różnorodności takiej mody. Pokaz cieszył się dużym zainteresowaniem publiczności, więc w tym roku zorganizowaliśmy kolejną edycję. Środki na organizację pozyskaliśmy m.in. dzięki zbiórce w Internecie oraz od sponsora. Czy na co dzień też chodzi Pani tak ubrana jak dzisiaj? Do pracy oczywiście nie, bo zatrudniona jestem w instytucji publicznej, natomiast po pracy - tak jak lubię. Jeżeli spotka mnie pan gdzieś na mieście, ze znajomymi w pubie czy na impre-


II Alternative Fashion Show, zorganizowany w siedzibie Fundacji Tumult, zbiera wiele pozytywnych opinii. Nadal żyję tymi emocjami, będę kontynuować to dzieło. Na ten efekt pracowało kilkadziesiąt osób, z których najbardziej pomogła mi inna toruńska projektantka - Joanna Przygodzka z Unicorn. Publiczność, która odwiedziła nasz pokaz, mogła zobaczyć kreacje w stylu gothic, victorian, steampunk, cybergoth, stroje historyczne, fantasy. Nie zabrakło także ulubionego elementu damskiej garderoby - gorsetów. Projektanci wykazali się ogromną pomysłowością. Wystarczy wspomnieć kolekcję ślubną „Odważna i romantyczna”, zaprezentowaną przez Steampunk & Fantasy, „Amethyst Collection” autorstwa Płaszcz i Suknia lub „Kobiety niedalekiej przyszłości” przygotowaną przez Pracownię Gedeona, czy nawet moją kolekcję „Układ Słoneczny”, będącą tak naprawdę mieszanką wielu różnych stylów. Jak Pani sądzi, czy z tej niszowości moda alternatywna wypłynie na szerokie wody? Wydaje mi się, że zawsze będzie niszowa i właśnie dlatego jest taka interesująca i podniecająca. Dla jakiej grupy wiekowej jest ten trend? Trudne pytanie. Jestem już po 30. Ta fascynacja, która zaczęła się kilkanaście lat temu, ciągle trwa. Towarzyszą mi głównie moi równolatkowie, ale są i młodsi ludzie. A najstarsza osoba, która się tak nosi? Ile ma lat - pięćdziesiąt? Trudno powiedzieć, ale znam bardzo interesującą osobę, która jest właśnie w tym wieku. Osobiście uznaję ją za ikonę stylu gotyckiego. Na pewno jest też wielu starszych od niej, ale Anja Orthodox, bo to właśnie ją mam na myśli, jest doskonałym przykładem, świetnym wzorem dla osób ceniących swoją indywidualność. Mnie interesuje, jak to wygląda pokoleniowo. Mam rozumieć, że Pani za jakieś 20 lat też będzie nadal gotycka? Czy wyobraża sobie mnie pan np. w pastelowej garsonce i z gładko uczesanym koczkiem? Bo ja nie… (śmiech). Gotyk to stan duszy, nie tylko suknia. Tego się nie da przeszczepić. Na pewno spotykam ludzi, którzy na mój widok myślą: „O rety, jaka dziwaczka” - ale to już kwestia ich tolerancji. Natomiast chciałabym, żeby wszystko to, co jest w każdym z nas ciekawe, niezwykłe, związane z indywidualną pasją, zostało jak najdłużej. Pielęgnujmy dziecięce marzenia o księżniczkach, królewiczach, smokach i czarownicach…Wszystkie te postaci mają w każdej bajce ważną rolę do odegrania. W realnym życiu również nie spotykamy samych księżniczek, prawda? Zatem pozwólmy innym na tę różnorodność. A co na to mówi mama? Wie pan… jestem w takim wieku, że mama niewiele może w tej sprawie powiedzieć

ZDJĘCIE: Aneta Pawska

zie, to zazwyczaj będę ubrana w taki sposób, jak teraz.

MAGICZNY, TAJEMNICZY, MISTYCZNY - TAK SWÓJ STYL OKREŚLA PROJEKTANTKA JULIA WIDLIŃSKA

(śmiech), ale gdy byłam jeszcze w wieku szkolnym, niepokoiła się, czy za moimi strojami nie kryje się coś więcej. To naturalne. Z upływem czasu nie zauważyła niczego niepokojącego, więc zaakceptowała mój styl. W szkole byłam wzorową uczennicą, dostawałam świadectwa z paskiem. To zapewniało mi dużą swobodę w realizacji swoich zainteresowań. Pełna zgoda najbliższych? Muszę powiedzieć, że rodzice zawsze bardzo mnie wspierają, choć sami nigdy by się tak nie ubrali. Nie są znawcami stylu, ale podchodzą do tematu technicznie - jak coś uszyłam, to zawsze mnie chwalili, że efektowne, ładnie wykonane, dobrze uszyte. Było to zachętą do dalszego działania. Tak samo jest z moją siostrą Olimpią. Ona również jest dla mnie ogromnym wsparciem. W zasadzie to od niej przechwyciłam tę fascynację. Olimpia z tego wyrosła, a ja nie. Śnią się Pani te stroje? Często. Wykorzystuje Pani sny do realizacji? Wstaje Pani rano i przelewa je na papier? Sny są inspirujące, ale nie umiem rysować, bardzo brzydko szkicuję… To w jaki sposób powstaje projekt? Mam go w głowie, chwytam za nożyce, siadam do maszyny i szyję. Tak, zszywam sny. (śmiech) Gdzie jeszcze - poza snami - szuka Pani inspiracji? Natchnienie czerpię z muzyki, książek, filmów historycznych, fantasy, ze świata stworzonego przez Tolkiena. Ale tak naprawdę nigdy nie wiadomo, co jeszcze może stać się ciekawym pomysłem. W tym roku wymyśliłam, że uszyję Układ Słoneczny. Czy da się to zrobić? W sobotę udowodniłam, że jest to możliwe! To taki toruński akcent kopernikański. Jako faceta, interesuje mnie, czy moda alternatywna jest tylko dla kobiet? Nie, realizuję też projekty męskich strojów gotyckich, steampunkowych, historycznych oraz fantasy.

Ale bez koronek? Akurat w moich stylizacjach koronka u faceta pojawia się jedynie jako żabot, w swojej dziedzinie nie wyobrażam sobie innego zastosowania. (śmiech) Czy rodzice, którzy się tak noszą, również ubierają swoje dzieci w tym stylu? Znam takich rodziców, ale powiedzmy sobie jasno - nie ubierają tak dzieci do zabaw w domu czy w piaskownicy, tylko na szczególne wydarzenia. Uważam, że jeżeli dziecku coś takiego się podoba, to można je tak od czasu do czasu wystroić. Ale na pewno nie należy malucha zmuszać do czerni, bo to może go tylko skrzywdzić. Niemowlę w czarnych śpioszkach? To koszmar! A co pan powie na modne w ostatnich latach świętowanie Halloween? Widziałam takie „urocze” czarne śpioszki z kościotrupkiem. Jest to zabawa dla rodziców. Niemowlę przecież nie jest tego świadome. Ale skorupka nasiąka? Czy ja wiem… Widuję tak ubrane dzieci na imprezach gotyckich, np. na koncertach lub na Castle Party w Bolkowie. Dziewczynki wystrojone w piękne tiulowe suknie, chłopcy w małych eleganckich frakach. Myślę, że takie wykwintne przebranie od czasu do czasu to dla dzieci ciekawa zabawa - nic więcej. Chociaż wolę się nie wypowiadać w ich imieniu.CP  napisz do autora j.oleksy@expressmedia.pl

*Julia Widlińska Projektantka i wykonawczyni strojów z Torunia, właścicielka galerii internetowej Gotwear, pomysłodawczyni oraz realizatorka Alternative Fashion Show. Jako pierwsza w Polsce założyła stronę internetową z modą dedykowaną subkulturze gotyckiej. Poza szyciem pracuje w Urzędzie Marszałkowskim i śpiewa w zespole Alauda Arvensis. miasta kobiet

listopad 2015

29


Nie musisz być idealna

kobieca perspektywa

Kobieta w biznesie ma dziś większe szanse niż facet, ponieważ biznes w obecnych czasach jest niesamowicie relacyjny. Nam o wiele łatwiej zbudować te relacje. Z Anną Urbańską*, master trenerem Structogram Polska - metody badań nad mózgiem - rozmawia Justyna Król

Jak to w końcu jest - ludzki mózg ma płeć czy nie? Według stereotypów ma. Mówi się, że mózg kobiety jest bardziej emocjonalny, a mózg mężczyzny bardziej racjonalny. Badania naukowe jednak tego nie potwierdzają. Moje doświadczenie również pokazuje, że absolutnie tych różnic nie ma. Poznaję bardzo różne kobiety i bardzo różnych mężczyzn. Jakbym przyklejała im łatki zgodnie ze stereotypami, to okazałoby się, że wiele pań ma mózg typowo męski, a wielu panów typowo żeński. Structogram, którym się zajmujesz, nie dzieli na płeć? Nie. Ta metoda badawcza mówi, że mózg ludzki składa się z trzech podstawowych części: pnia mózgu, śródmózgowia i kresomózgowia, a każda z nich odpowiada za coś innego - inne emocje, inną sferę życia. I każdy z nas ma określoną biostrukturę… Tak, mamy ją od urodzenia, jest niezmienna. Dzięki metodzie Structogram opisujemy ją, posługując się kolorami - czerwonym, niebieskim i zielonym. Zielony, za który odpowiada pień mózgu, to nasza wrażliwość, intuicyjność, wielowątkowość, relacyjność, empatia, nastawienie na przeszłość i wspominanie. Czerwony, o którym decyduje międzymózgowie, to tzw. tu i teraz, szybkie tempo życia, energiczność, spontaniczność, emocjonalność, działanie. Zaś niebie-

30

miasta kobiet

listopad 2015

ski, za który odpowiada kresomózgowie, to nastawanie na przyszłość, planowanie, organizacja, racjonalizowanie, logiczne myślenie, optymalizowanie. Te trzy kolory składają się na naszą biostrukturę. Jakie są proporcje tych kolorów? Dziesięć procent populacji ma dominantę potrójną, czyli wszystkie trzy części mózgu podobnie rozwinięte, ale wówczas też silnie ze sobą rywalizujące. Spora grupa ma dwa dominujące kolory, a jeden wygaszony. Mnóstwo ludzi ma też tylko jedną bardzo silną dominantę, a dwa kolory poniżej wartości. Ci ostatni mają największą świadomość tego, gdzie jest ich siła i mogą z tego czerpać wiele korzyści. Czyli de facto nie różnimy się aż tak od siebie? Różnimy i chyba faktycznie my, kobiety, bywamy częściej emocjonalne i wielowątkowe, ale to jakie jesteśmy, nie jest wyłącznie kwestią naszego mózgu. Znaczenie ma także wychowanie, nawyki i to jakie role życiowe są nam kobietom przydzielane. Twoja pierwsza książka „Otrzep kolana i biegnij” jest skierowana do osób po przejściach. Właśnie ukazała się kolejna „Mózg - fabryka sukcesu”. Komu ją dedykujesz? Ludziom, którzy chcą wykorzystać wiedzę o mózgu do swoich działań zawodowych. To zupełnie inna książka, niż ta pierwsza, choć

obie bazują na Structogramie. Znajdziemy w niej wiedzę stricte naukową, opis Strutogramu, ale też mnóstwo wiedzy praktycznej, dotyczącej m.in. wystąpień publicznych, marketingu, budowania wizerunku, sprzedaży, a nawet pieniędzy. Zawarłam w tej publikacji najskuteczniejsze strategie ludzi biznesu - uczmy się od tych, którym już się udało. Są wśród nich oczywiście i kobiety. Wizerunek polskiej bizneswoman ewoluuje w ostatnim czasie? Mam wrażenie, że jeszcze kilka lat temu kobieta w biznesie była postrzegana w nieco pobłażliwy sposób. Myślało się na zasadzie: sympatyczna babeczka otworzyła firmę, zobaczymy, jak sobie teraz poradzi. Dziś jest już dużo więcej zaufania społecznego do przedsiębiorczych pań. A i mężczyźni zaczęli na nie patrzeć z szacunkiem, często nawet z podziwem. Jednak niestety trochę jest też tak, że my w biznesie musimy mieć to wszystko, co faceci - wiedzę, błyskotliwość, kompetencje - a oprócz tego jeszcze zawsze dobrze wyglądać. Mężczyzna nie musi. I chyba często nie zdejmujemy sobie z barków dawnych obowiązków, tych stereotypowo kobiecych? Dokładnie. To my rodzimy dzieci, wiadomo, ale oprócz tego, stąpając po ścieżce kariery, często nadal cały czas dbamy, by nasze latorośle i partnerzy byli najedzeni, by dom posprzątany, ubrania uprane, a lodówka pełna…


kobieca perspektywa Czyż nie na własne życzenie? Trochę tak. Czasem w ogóle nie próbujemy się z naszymi partnerami dogadać w tych kwestiach. A można - proszę mi wierzyć! Oni też potrafią uprać, ugotować, zrobić zakupy, zająć się dzieckiem. Mało tego, potrafią być naprawdę dumni z sukcesów swojej ukochanej. Pod warunkiem, że ona na to pozwala… Bierzemy na siebie za dużo? Tak. Chcemy nadal pełnić wszystkie role naraz. Tymczasem od mężczyzn bardzo często wymaga się tylko tego, by chodzili do pracy i zarabiali pieniądze. Gdy kobieta osiąga sukces, otoczenie tego nie widzi? Widzi, ale zamiast pochwały, pada komentarz: „No tak, ale twoje dziecko lata z kluczem na szyi… Jak tak dalej pójdzie, przegapisz to, co w życiu najważniejsze”. Facetowi, który robi karierę, nikt by czegoś takiego nie powiedział. A przecież dziecko ma dwoje rodziców. Równouprawnienie nam nie służy? Coś w tym jest. Z jednej strony to trochę nasza wina i tego podejścia: „Jak to, ja nie dam rady? Właśnie, że będę świetną matką, żoną i bizneswoman! Koszulę uprasuję, chleb upiekę, a podczas wystąpienia publicznego nie zadrży mi powieka i będę w pełni profesjonalna”. Z drugiej strony nikt nas nie wyprowadza z błędu. Rzadko kto mówi: „Nie musisz być idealna”. Ile trwa doba takiej kobiety biznesu? Nieświadomej jakieś 25 godzin. Mało śpi, nieregularnie jada, nie dba o siebie, bo nie ma na nic czasu. Doba kobiety świadomej może trwać tyle, ile ona chce. Ta świadomość jednak przychodzi wraz z zaakceptowaniem faktu, że równowaga, tzw. life work balance, nie istnieje. Czegoś takiego nie ma. Sama też kiedyś biłam się z tymi myślami, by wszystko zagrało jak należy. Teraz pracuję wtedy, kiedy chcę i robię dokładnie tyle, ile sobie zaplanowałam. Zdarza się, że np. zabieram się do pracy w sobotę albo niedzielę, bo mam na to ochotę. Nie trzymam się sztywnych zasad. Jak mam urlop, to regeneruję się całe trzy tygodnie, ale też zabieram książkę branżową ze sobą - bo mnie to kręci. Akceptuję nierównowagę. Jeśli nie lubię całymi dniami leżeć plackiem na plaży lub przed telewizorem, dlaczego mam to robić? Ale jak mi się chce spać, to po prostu idę spać. Potrafię odłożyć biznes na półkę. To mamy szanse się przebić na rynku czy nie? Mówi się, że kobieta w biznesie ma dziś większe szanse niż facet, ponieważ biznes w obecnych czasach jest niesamowicie relacyjny, a nam, kobietom podobno o wiele łatwiej zbudować relacje. Jest też teoria, która mówi, że istnieje coś takiego jak trust q, czyli inteligencja zaufania. Składa się na nią to, jakie mamy kompetencje i to, na ile można nam zaufać, tak po ludzku, np. przyjść i się wyżalić. Te dwa parametry, moim zdaniem, podzielić należy przez nasze ego i tę chęć bycia idealną. Jeśli potrafimy w pewnych kwestiach odpuścić, mamy szanse na sukces. Możemy być

mniej terminowe, nie umieć tak dobrze planować, ale np. potrafić tworzyć kapitalne projekty lub fenomenalnie pracować z ludźmi - i jesteśmy wygrane. Akceptacja tej nieidealności jest moim zdaniem drogą do lepszego jutra. Zdarza się też, że kobiety po latach, po odchowaniu dzieci, zaczynają myśleć o zdobywaniu dodatkowych kwalifikacji, rozwijaniu się, także na płaszczyźnie zawodowej. Są różne programy aktywizujące panie po 50. … Zawsze jest dobry czas na zmiany. Analiza biostrukturalna może w tym pomóc, bez względu na to, ile mamy lat. W 18 roku życia robi się ją, by pomóc sobie w wyborze kierunku studiów i dowiedzieć się, jak pokierować życiem, żeby nie wykonywać pracy, której się nie znosi. Znam dojrzałe kobiety, które boją się sprzeciwić szefowi, boją się utraty posady, ale znam i takie, które po wielu latach w jednej firmie, gdy tracą etat, biorą życie w swoje ręce i zakładają biznes zgodny z zainteresowaniami. Niektóre nawet same odchodzą z korporacji, urzędów, rzucają wszystko z dnia na dzień i dalej świetnie sobie radzą. Nasze biostruktury mogą sprzyjać wspólnym biznesom? Tak, mogą się doskonale uzupełniać. Podczas moich szkoleń poznałam panie prowadzące biuro księgowo-prawne. Jedna z nich jest czerwona, czyli skoncentrowana na działaniu, energii, chętnie rozmawia z klientami, uwielbia sprzedawać. Druga zaś jest typowo niebieska, najchętniej siedziałaby w swoim gabinecie, przeliczała, robiła słupki, statystki. Mając wiedzę o tym, jakie są, dokładnie tak podzieliły się zadaniami w pracy, by żadna nie musiała się do niczego nie zmuszać! To przykład babskiego biznesu, który się genialnie sprawdził. Czyli wcale nie chodzi o to, aby podnosić kompetencje w tej najsłabszej sferze? Ja jestem najmniej niebieska, najmniej planująca, racjonalna, logiczna. Mam najmniejszy poziom samoświadomości. Miałam dwie opcje - albo się przez resztę życia naprawiać i dopasowywać, albo otaczać ludźmi, którzy mnie uzupełniają. Wybrałam tę drugą drogę, żyję w zgodzie ze swoją biostrukturą. Otaczam się osobami, które mają lepiej rozwiniętą tę sferę, ale jednocześnie jestem bardziej skrupulatna w notowaniu, precyzyjniej uzupełniam kalendarz i staram się nie podejmować decyzji pod wpływem emocji. My, kobiety, często współdziałamy w biznesie? Częściej widzi się biznes typowo kobiecy, firmę dwóch lub trzech pań lub też typowo męski, niż takie mieszane działalności. Kobiece biznesy są subtelniejsze, bardziej sensoryczne. My, budując biznes, bardziej bazujemy na zaufaniu, przyjaźni, pozytywnych relacjach. A przy tym pamiętamy, że mamy dzieci, którymi trzeba się zająć, wiemy, jak się czujemy przed miesiączką. Nie bagatelizujemy tych tematów między sobą, bo po prostu się w tych kwestiach rozumiemy. Czyli nikt nie zrozumie kobiety tak jak inna kobieta?

Mężczyzna rozumie to na swój sposób. Zauważyłam też, że biznesy kobiece są bardziej skoncentrowane na ludziach, nie są nastawione tylko na zarabianie pieniędzy. Nawet te twarde bizneswoman przy bliższym poznaniu okazują się zupełnie inne, niż mężczyźni. Często robią coś, bo tak trzeba, a potem cierpią, bo podjęły zbyt radykalną decyzję. Ale, żeby było jasne, ja lubię pracować z mężczyznami. Nawet bardzo. (śmiech) Tylko te nasze emocjonalne dobra nie kojarzą się ze światem biznesu… Ogólnie czasem za bardzo kombinujemy, zamiast po prostu wykorzystać swoje naturalne umiejętności - nawet te, które z pozoru kojarzą się z domem, jak pieczenie ciast czy szycie. Umniejszamy sobie. A jakiż jest w nas potencjał! Tak, ale przecież mężczyźni są najlepszymi kucharzami, krawcami, kierowcami… Skąd brać siłę, by się przebijać przez takie stereotypy? Nie do końca tak jest, nawet policjanci często przyznają, że to my, kobiety, jesteśmy lepszymi kierowcami. Stereotypy należy włożyć do szuflady. Kobieta może być równie dobrym mechanikiem samochodowym, co facet, jeśli jest to jej pasją. Co łączy dobrego fryzjera i dobrą fryzjerkę? Miłość do tego zawodu! Tak należy myśleć. I kropka. Niestety, gros zdolnych kobiet nigdy nie wychyli nosa z domu z powodu braku wiary we własne możliwości. Jest też jeszcze wiele domów, w których panie są zahukane przez mężów, nieszanowane przez własne dzieci, a ich potencjalne robienie kariery jest wręcz wyśmiewane przez najbliższych. By wyjść z takiego schematu potrzeba ogromnej siły, ale można! Nie słuchajmy tekstów w stylu : „Twoje miejsce jest przy rodzinie”. Nasze miejsce jest tam, gdzie my chcemy!CP  napisz do autora j.krol@expressmedia.pl

* Anna Urbańska Grudziądzanka, dyrektorka Centrum Edukacyjno Consultingowego CONCRET w swym rodzinnym mieście, neurocoach, mastertrenerka Structogramu, autorka książek „Otrzep kolana i biegnij” oraz „Mózg - fabryka sukcesu”, laureatka Lwicy Biznesu. Prywatnie mama dorastającego syna, partnerka i córka. miasta kobiet

listopad 2015

31


historie miłości

DŁUGI POWRÓT

do

DOMU Są małżeństwem od 36 lat, ale swoje życie zaczynają od początku. Przez długie lata Teresa Bukir wraz z mężem Hamidem pędzili spokojny żywot w Jemenie. Naraz wojna przerwała wszystko. Od kwietnia mieszkają w Toruniu. TEKST: Jan Oleksy ZDJĘCIE: Jacek Smarz

P

oznali się w powietrzu, a dokładniej w samolocie lecącym z Moskwy do Warszawy. Było to jeszcze w czasach, gdy nie stosowano numerowanych miejsc, każdy siadał, gdzie chciał. Miejsce obok Teresy było wolne i po chwili zajął je przystojny chłopak. - To już tyle lat minęło, jednak dobrze pamiętam, jaka była ładna, więc tym chętniej obok niej usiadłem - wspomina po rosyjsku Hamid. Teresa, wówczas nastolatka, wracała z Moskwy, gdzie była w odwiedzinach u koleżanki. Hamid natomiast leciał z wycieczką uniwersytecką do Polski. Urodził się w Jemenie, ale w tamtym okresie studiował w Moskwie medycynę. Cały lot przegadali. Oczywiście po rosyjsku, bo ani on nie znał polskiego, ani ona arabskiego. Po wylądowaniu w Warszawie wymienili się adresami.

32

miasta kobiet

listopad 2015

Poza listami nie mieli wtedy innej możliwości utrzymywania kontaktu.

latach zdecydowaliśmy, że się pobierzemy - oznajmiła Teresa.

WYPATRZYŁ JĄ W TŁUMIE Korespondencyjna znajomość rozwijała się coraz intensywniej, by wkrótce przerodzić się w coś więcej. Po jakimś czasie umówili się na spotkanie. Teresa słabo znała Moskwę, więc wybrali oczywiste miejsce - Plac Czerwony. - Miałam obawy, czy poznam Hamida, bo nie za dobrze go pamiętałam, a na olbrzymim placu tysiące turystów… Dla Hamida okazało się to niezbyt trudne. To on mnie wypatrzył w tłumie, choć stałam do niego odwrócona tyłem - śmieje się Teresa. Może już wtedy czuła, że będzie to mężczyzna jej życia? Po spotkaniu na Placu Czerwonym nadal utrzymywali kontakt korespondencyjny, spotykając się sporadycznie od czasu do czasu. - Po dwóch

NIE BYŁO PRESJI Hamid przyjechał do Polski i poprosił Teresę o rękę, a jej mamę o zgodę. Ślub cywilny odbył się w Toruniu. - Braliśmy go dwukrotnie: pierwszy raz po polsku, a po latach po islamsku - dodaje Hamid. Ten drugi wzięli dopiero wtedy, gdy na stałe zamieszkali w Adenie. - Myślałam, że będę musiała przejść na islam, by zostać żoną Araba. Tego bardzo nie chciałam, bo mam swoją wiarę - wyznaje Teresa. Jednak nigdy nie spotkała się z presją rodziny męża w kwestii wiary. Została przez nich bardzo miło przyjęta. Okazało się, że zmiana religii nie była konieczna. Hamid poszedł do duchownego islamskiego i dostali oficjalne pozwolenie. - U nas Koran pozwala żenić się


historie miłości Mieliśmy wielu przyjaciół i stabilne życie. Piękny dom, zaledwie 100 metrów od morza. Robiliśmy plany na przyszłość. I nagle wszystko się zmieniło, wybuchła wojna, zaczęły się naloty, posypały się bomby. Najpierw na klinikę męża, potem na nasz dom. TERESA BUKIR

z kobietami, które są wyznawczyniami islamu, chrześcijaństwa bądź judaizmu, czyli tych religii, które pochodzą od Boga. Stawiane są na równi. Ważne, aby ich wyznawcy czynili dobro. Dotyczy to tylko mężczyzn. Kobiety nie mogą wyjść za chrześcijanina - wyjaśnia Hamid.

TA JEDYNA - Mąż nigdy nie narzucał mi swoich poglądów, zachowaliśmy swoją religijną odrębność. Nasze dzieci mają polskie imiona - opowiada Teresa. Dwie pierwsze córki Monika (ur. 1980) i Jaśmina (ur. 1984) są ochrzczone i przez jakiś czas wychowywały się w Toruniu. - Hamid jest bardzo tolerancyjny, nowoczesny. Na pewno nie tyran! - śmieje się Teresa. Czy Hamid może mieć parę żon? - Może, ale musi się na to zgodzić pierwsza żona i musi być ku temu powód, np. choroba, albo fakt, że małżonka nie może mieć dzieci - odpowiada Teresa. Argument, że przestała się podobać, nie jest zbyt przekonujący, choć i takie przypadki się trafiają. W dzisiejszych czasach rzadko który mężczyzna bierze sobie drugą żonę. - Inaczej ta sprawa wygląda u radykalistów w Państwie Islamskim. Oni hołdując tradycji mają po kilka żon - dodaje Hamid. SIELSKO AŻ DO WOJNY W latach 90. rodzina przeniosła się do Jemenu. Zamieszkała w Adenie nad Morzem Arabskim. Hamid był już po studiach, zrobił specjalizację w słynnej klinice prof. Fiodorowa, eksperta w chirurgicznym leczeniu wad wzroku. Na świat przyszły kolejne dzieci: 20-letnia dziś Diana i o dwa lata młodszy Kamil. Teresie od samego początku spodobało się w Jemenie. - To przyjazny kraj, dobrzy ludzie. Mieliśmy wielu przyjaciół i stabilne życie. Piękny dom, zaledwie 100 metrów od morza. Robiliśmy plany na przyszłość. I nagle wszystko się zmieniło, wybuchła wojna, zaczęły się naloty, posypały się bomby. Najpierw na klinikę męża, potem na nasz dom. Oba budynki stały w sąsiedztwie lotniska i rosyjskiej ambasady. Lotnisko, jak stało, tak stoi, a nasz dom w gruzach - mówi z żalem Teresa. - Od wyjazdu z Jemenu zależało nasze życie. W marcu podjęliśmy decyzję, że jedziemy do Polski, do Torunia, do mojej mamy. To było tak jakbym po 30 latach wróciła do domu. Na szczęście Hamid też uważa Polskę za swój kraj, z którym związany jest przez rodzinę.

- Tu się rodziły moje dzieci. Tylko Jemen albo Polska, nigdzie indziej - tłumaczy Hamid z satysfakcją w głosie.

W SANDAŁACH NA ŚNIEGU Wyjechali tak jak stali. Na spakowanie mieli zaledwie pięć minut. Co zabrać w pośpiechu, jak się umyka przed śmiercią? Na pewno paszport i dokumenty… Samoloty już nie latały, Arabia Saudyjska zamknęła przestrzeń powietrzną. Dzięki naszej ambasadzie udało im się wydostać z ogarniętego wojną Adenu. Chińskim okrętem wojennym dotarli do Dżibuti, skąd dzięki pomocy konsula polskiego, rezydującego w Etiopii, polecieli do Turcji, a stamtąd do Warszawy. Natomiast córkę Monikę ewakuowali z Sany Rosjanie. Wszyscy spotkali się w Warszawie. - Koniec marca, w Polsce śnieg, a my w sandałach na nogach, bo w Jemenie gorąco - wspomina Teresa. Zastanawiali się, jak będą funkcjonować, zaczynając wszystko od nowa. Na szczęście Teresa znalazła pracę w MOPR. Wkrótce dostali mieszkanie. Hamid na razie nie pracuje, za to pilnie uczy się polskiego. Dzieci są porozrzucane po całym świecie. Monika skończyła medycynę i od kilku miesięcy wraz z mężem i dziećmi mieszka w Warszawie. Niezamężna Jaśmina pracuje w Anglii w banku, najmłodszy syn, Kamil, uczy się w college'u w Anglii, a Diana mieszka z nimi i studiuje w WSB. POGODNY JAK JEMEŃCZYK - Hamid jako mąż i jako ojciec jest wspaniały. Najbardziej cenię w nim to, że zawsze wspiera mnie we wszystkich działaniach, podtrzymuje na duchu i akceptuje małe dziwactwa. Mam bzika na punkcie przestawiania mebli. W Jemenie takie przemeblowania robiłam często. Gdy mąż przychodził z pracy, to nie mógł się nadziwić ciągłym zmianom… - opowiada Teresa. Hamida nie opuszcza poczucie humoru. Co jakiś czas żartuje: „może coś poprzestawiamy”? Śmieją się z tego, bo specjalnie nie ma czego przestawiać w tym niedużym toruńskim mieszkaniu. - Mąż rzadko się irytuje, nawet jeżeli zdarzy się drobna sprzeczka, to po niej tylko trochę pomilczymy. Dla dzieci Hamid jest przyjacielem, ale one wiedzą, że jak tata coś powie, to nie ma dyskusji! - dodaje Teresa. O mężu mówi „urodzony optymista”. Zawsze pogodny i życzliwy, podobnie jak większość Jemeńczyków. W Toruniu zdążył polubić siłownie osiedlowe, codziennie ćwiczy, biega. Stara się nie patrzeć za siebie i wierzy w happy end. KAMIEŃ NA KAMIENIU Rosyjski jest pomostem językowym w ich domu. Hamid także ze starszymi córkami rozmawia w tym języku. Z Kamilem po arabsku, czasami przechodzą na angielski. Dzięki temu dzieci znają arabski, rosyjski i oczywiście polski. - Z rosyjskim miałam kontakt od dziecka, co roku wyjeżdżałam na wakacje do babci do Wilna, gdzie nauczyłam się tego języka. Ponadto moja mama była nauczycielką rosyjskiego - wyjaśnia Teresa. Państwo Bukirowie świetnie się rozumieją. Hamid podkreśla, że w Teresie najbardziej podoba mu się to, że konsekwentnie dąży do celu. Ceni jej intelekt, inteligencję i… urodę. - Trzeba być dla siebie przyjaciółmi, wtedy wszystko idzie gładko. Budowaliśmy rodzinę, stawiając kamień na kamieniu, pnąc się w górę powoli. To procentuje - tłumaczy Hamid. Wszystkie problemy rozwiązują wspólnie, co powie Hamid, to Teresa potwierdza, i odwrotnie. Zresztą 36 lat spędzonych razem są tego najlepszym dowodem. - Gdyby było inaczej, to już dawno uciekłabym z Jemenu - dodaje Teresa.CP  napisz do autora j.oleksy@expressmedia.pl miasta kobiet

listopad 2015

33


Oferujemy: - Niepowtarzalne alejki - Dekoracje klęczników - Dekoracje krzeseł - Dekoracje ławek - Dekoracje ołtarza - Bukiety ślubne - Dekoracje sali - dekoracje auta i śluby plenerowe

ŚLUBNE inspiracje

www.alejkislubne.pl 1414715BDBHA

Planowanie ślubu i wesela to trudne zadanie. Całe szczęście nie musisz robić wszystkiego sama. Pomogą Ci profesjonaliści. Poznaj najlepsze oferty i propozycje na ten magiczny i wyjątkowy dzień!

alejkislubne.pl tel. 501 207 804

Polub nasz profil na

MILUSIN - DWOREK BIESIADNY - ZIELONKA, BIAŁE BŁOTA OKOLICE BYDGOSZCZY

Dworek Biesiadny „Milusin” w Zielonce k/Bydgoszczy, ul. Zielona 52 to idealne miejsce na wszelkiego rodzaju przyjęcia i uroczystości.

tel. 505-010-449, 509-328-300

1422815BDBHA

WESELA, BANKIETY, IMPREZY OKOLICZNOŚCIOWE, KOMUNIE, STYPY

1403415BDBHA


1415315BDBHA

1415115BDBHC

1406815BDBHA


męska perspektywa

Dandysów nie obsługuję Nie rozumiem dzisiejszych mężczyzn. Strasznie zdurnieli, jeśli chodzi o wygląd. Nie dbają o spacery z żoną, które dobrze wpływają na zdrowie i kondycję, a w zamian za to lecą do siłowni, by katować się trzy godziny. Z Karolem Włodarskim* rozmawia Justyna Król

Skończył Pan technikum mechaniczne, potem szkołę muzyczną w klasie akordeonu, a jest Pan krawcem… Gram też na gitarze, a tata namawiał mnie, bym studiował budownictwo. Na szczęście mając trzy lata pierwszego dnia w przedszkolu skręciłem aferę. Dostałem kanapkę z dżemem, a chciałem z kiełbasą i odesłano mnie do mamy, która była krawcową. Odtąd zacząłem spędzać czas w szwalni, odkrywając tajniki szycia. To w szufladzie mamy, wśród igieł i nici, znalazłem pierwszy w życiu naparstek. Dziś mam ich tyle, że boję się o tym mówić, by nie uznali mnie za wariata. Kolekcja godna wyeksponowania? Tak, przywożę je z każdego wyjazdu. Ponad 500 mam od przyjaciół i te darzę szczególnym sentymentem, pamiętam, który jest od kogo i z jakiego miejsca na ziemi. W planach mam umieszczenie ich w gablotach. Mama zaraziła Pana szyciem, a jaką spuściznę otrzymał Pan po swoim ojcu? Tato, budowlaniec z zawodu, jest troszkę z innego świata, daję głowę, że nigdy w życiu nie skłamał i mnie to również wpoił. Przekazał mi też szacunek do ludzi i poczucie odpowiedzialności za moją rodzinę i bliskich. Chwilami go za to nie lubię, bo to ogromny ciężar, a obecnie jako szef firmy mam pod swoimi skrzydłami dwadzieścia pięć rodzin. Nie zatrudniam już nikogo

36

miasta kobiet

listopad 2015

spoza, a ponadto obiecałem moim pracownikom, że już nigdy nikogo nie zwolnię. Przecież to mało realne. Nie wierzę, że nigdy nikogo Pan nie zwolnił… Zwolniłem i było to dla mnie niesamowicie trudne przeżycie, nie chcę nigdy więcej tego doświadczać i zrobię wszystko, bym już nie musiał. Obiecałem. Otacza się Pan w większości kobietami, w bardzo różnym wieku… Tak, poza życiową partnerką, są to mama, córki, a w zakładzie choćby moje cudowne krawcowe - często bardzo dojrzałe, z dożywotnimi umowami współpracy. Od początku swojej kariery zawodowej pracuję głównie z paniami, nie umiałbym bez nich żyć. Chyba mogę powiedzieć, że wolę towarzystwo kobiet i trzymam się tylko z mężczyznami, którzy je szanują, tak jak ja. Walka płci to nie dla mnie. Uważam, że życie powinno polegać na jednym wielkim kompromisie. Cenię mężczyzn, którzy świadomie stają się pantoflarzami, nie bronią się przed taką łatką rękoma i nogami - dla zasady. Mnie się podobało, że kiedy mój tato wchodził na budowę, to był stanowczy i zdecydowany, całkowicie panując nad pracownikami i swoimi zadaniami, a gdy wracał do domu stawał się encyklopedycznym pantoflarzem. Opowieść o głowie i szyi to historia moich rodziców. Bardzo pozytywna.

Zatem jest Pan pantoflarzem? Nic złego w tym nie widzę. Jako człowiek szanujący dobre obyczaje, także dałem się władować pod pantofel. Po ślubie sprzedałem motor, ale po latach powiedziałem do żony, że chcę kupić kolejny. Odpowiedziała zdecydowanie: po moim trupie. A ja na to: nie, moja droga, dzień po naszym rozwodzie. I tak się stało. Rozwiedli się Państwo… Co nie zagrało? Przychodzi taki moment, gdy dzieci nie chcą już jeździć z rodzicami na wakacje i jest to taka trochę chwila prawdy o związku dwojga ludzi. Niby nagle mamy czas tylko dla siebie, możemy robić na co mamy ochotę. Lecimy więc spontanicznie do Rzymu. Ja biegam od sklepu do sklepu, macam krawaty, robię sobie zdjęcia z manekinami, jakby to byli najlepsi aktorzy włoscy. Moja żona już drepcze zniecierpliwiona, czekając, kiedy odhaczymy zwiedzanie Watykanu. Ewidentnie coś nam nie gra i oboje to czujemy. Po co się męczyć? Irenka nie jeździła ze mną na koncerty AC/DC, nie była w stanie znieść takiego łomotu. Ja zaś, rokrocznie chodząc z nią na festiwal operowy, snułem się w smokingu i muszce, nucąc: „Co ja robię tuuuuu…”. Nie do końca moje klimaty, choć przyznaję, mam kilka ulubionych operetek, a nawet testuję tak wrażliwość znajomych. Jak ktoś się nie zryczy na „Madama Butterfly”, to się z nim nie zadaję.


męska perspektywa Mówi Pan o byłej żonie z taką serdecznością… Znamy się od trzeciego roku życia. Nasi rodzice się przyjaźnili, a my bawiliśmy się razem pod stołem. Potem jedno przedszkole, szkoła podstawowa… Irena kujon, ja łobuz. Ona humanistka, ja kończyłem technikum mechaniczne. Byłem dzieciakiem, kiedy braliśmy ślub, takie to były czasy. Wychowaliśmy wspaniałe córki, które długo przygotowywaliśmy na nasze rozstanie. Nadal się przyjaźnimy. Irenka ma nowego partnera, przy którym ma stada motyli w brzuchu, a ja znalazłem Izunię, swoją drugą połówkę, która jeździ ze mną na motocyklu. Zresztą obie panie pracują w mojej firmie i się lubią. Dziwne? Może, ale mam to gdzieś. Najważniejsze, że jesteśmy szczęśliwi. Kiedy poczuł się Pan mężczyzną po raz pierwszy? Kiedy urodziła się Asia, moje pierwsze dziecko. Nie w wojsku, nie pijąc pierwszy kieliszek wódki, nie podczas pierwszego zbliżenia erotycznego, a właśnie widząc tę małą istotkę, która ode mnie zależy. Taaaak, wtedy przyszła ta odpowiedzialność i lęk przed nią. Miałem 23 lata i zacząłem emocjonalnie dojrzewać. Dziś ta granica znacznie się przesuwa. Wiem, co mówię, bo przez swoją pracę przyglądam się mężczyznom. Przez moje palce, nożyczki i nitki przewinęło się ich ponad sto tysięcy. Znam wielu trzydziestolatków, którzy są dużymi chłopcami, ale bywa też, że rozmawiam z mężczyzną dużo młodszym ode mnie, a już bardzo dojrzałym… Dojrzałym, czyli jakim? Takim, przy którym będę się krępował wyjąć swój akordeon i zagrać skoczną poleczkę. (śmiech) Dużo jeszcze w Panu jest z chłopca? Ależ tak, dzięki czemu świetnie się dogaduję z młodszymi pokoleniami. W sumie chciałbym spoważnieć. Czasem mówię do siebie: Karol, uspokój się, przecież jesteś tu szefem. Ale co zrobić, lubię się powygłupiać. A spotyka Pan jeszcze prawdziwych dżentelmenów? Podobno jest to gatunek na wymarciu. Niestety, zgodzę się z tym. Wśród pięciuset moich stałych klientów, jest jednak niewielka grupa stuprocentowych dżentelmenów. Jaka jest najważniejsza cecha dżentelmena? Jego potrzeby są zawsze drugorzędne w stosunku do potrzeb innych ludzi, w szczególności kobiet. To, że ktoś wie jak opowiadać o winach, potrafi zapalić cygaro czy umie zawiązać ascota, nie czyni go dżentelmenem. Mężczyzna do krawca powinien chodzić zawsze sam? Ja nie lubię, gdy klient przychodzi z kimś. Moje przymierzalnie są celowo niedużych rozmiarów,

aby nie wchodziły tam osoby trzecie. Nie znam mężczyzn, którzy lubiliby siedzieć przed przymierzalnią, kiedy ich kobieta przymierza sukienki. Dlaczego panie tak bardzo chcą towarzyszyć swoim partnerom? To wbrew pozorom bardzo intymna wizyta. Zawsze krępuje mnie mówienie o nieidealnej sylwetce, ale garnitur ma ją wyrównać, więc wszystko należy wziąć pod uwagę. Potrzebny jest też czas. Jeśli ktoś myśli, że obsłużę go w dwadzieścia minut, to nie ma po co przychodzić.

Po ślubie sprzedałem motor, ale po latach powiedziałem do żony, że chcę kupić kolejny. Odpowiedziała: po moim trupie. A ja na to: nie, moja droga, dzień po naszym rozwodzie. I tak się stało. KAROL WŁODARSKI KRAWIEC

Nie obsługuje Pan wszystkich? Moje usługi są dla normalnych mężczyzn, którzy potrzebują pomocy w dopasowaniu stroju do ich postury. Jabłko, gruszka, klepsydra… To jakieś bzdury. Sylwetki są nietypowe. Założę się z panią o moją kolekcję naparstków, że jak pojedziemy teraz w miasto, nie znajdziemy garnituru pasującego na mnie. W salonach sieciowych szyje się dziś dla anorektyków. Mężczyźni noszą się jak panie. Nie lubię tego kierunku, świat wariuje. Odmawiam dandysom, którzy chcieliby mieć coś od Włodarskiego. Nie obsługuję też chamów i typu macho. Mam za to takich klientów, którzy przychodzą do mnie od dwudziestu lat i zaglądają choćby po to, żeby się przywitać. Ludzi o takiej kulturze osobistej można jeść łyżkami. A co my, kobiety, lubimy w mężczyznach? Uśmiech, pośladki i dobre buty. Bardzo przystojny mężczyzna w dobrze skrojonym garniturze, ale w kiepskich lub - co gorsza - brudnych butach, nie zrobi dobrego wrażenia. Plus straciłem dwa lata życia, aby dopasować linię kroju w moich spodniach tak, aby męskie pupy wyglądały sympatycznie dla pań. Mężczyźni dbają o to, by się nam podobać?

Ja nie rozumiem dzisiejszych mężczyzn. Jeśli chodzi o wygląd strasznie zdurnieli. Nie dbają o spacery z żoną, które - proszę mi wierzyć - dobrze wpływają na zdrowie i kondycję, a w zamian za to lecą do siłowni na trzy godziny, by się katować. Dziwny jest męski świat. Ja na przykład lubię piłkę nożną i emocje z nią związane, ale idąc na mecz Zawiszy, zastanawiam się czy zakładając szalik oberwę czy też mnie on ochroni. Uszyję mundur dla myśliwego, ale sam nie rozumiem idei polowania. Siedzi przed panią facet, który znajdując potrąconego psiaka, zabierze go do domu. Jak jestem zaproszony na męskie spotkanie, zawsze punkt piąta rano jestem w domu i parząc kawę, celowo robię wokół trochę hałasu, aby rozbudzić moją ukochaną i sprowokować do rozmowy o minionym wieczorze. Koledzy to rozumieją? Kiedy wyciągają mnie na mecz i zabieram Izabelę, komentują: ale przecież mieliśmy potem iść na piwo. Odpowiadam: W czym problem? Iza też lubi piwo. Nauczyłem Izę jeździć na motocyklu, ale gdy zabieram ją na zloty, są tacy, którzy pukają się w czoło, mówiąc: kto zabiera drewno do lasu? A ja nie izoluję się od mojej partnerki. Irytuje mnie wszechobecny brak zazębiania się męskiego i żeńskiego świata. Te grupki damskie i męskie, które się tworzą na imprezach. Wyselekcjonowałem grono znajomych, którzy nie mają takiego podejścia i z nimi się trzymam. Nie boję się odmówić kolegom spotkania, kiedy mamy z Izunią w planach wspólne sprzątanie mieszkania. Lubię żyć razem. Mam takie wspomnienie z dzieciństwa: festyn, siedzę w parku, klejący się od waty cukrowej i patrzę, jak moi rodzice tańczą ze sobą, cieszą się tą obecnością. Właśnie tak chcę żyć, po partnersku. Oni do dziś lubią jeździć wszędzie razem. Klienci pytają Pana jak się ubierać? Tak, chcą wiedzieć, co będzie modne w tym sezonie. A ja potrafię wskazać palcem dobrą pracownię krawiecką w każdym państwie Europy, opowiedzieć o zasadach dobrego noszenia się, ale moda nie jest dla mnie priorytetem. Lubię być elegancko ubrany, ale niekoniecznie modny. Kiedyś kupiłem sobie takie pomarańczowe jeansy na topie, kompletnie się w nich nie czułem i założyłem tylko raz. Nie lubię na siebie zwracać uwagi. Tak naprawdę to chciałbym być po prostu krawcem u Karola Włodarskiego….CP  napisz do autora j.krol@expressmedia.pl *Karol Włodarski Prawie pięćdziesięciolatek, urodzony w Gniewkowie, od ponad 30 lat prowadzi pracownię krawiecką w Bydgoszczy. W chwilach, gdy nie włada nożycami, trzyma się kierownicy swojego motocykla, gryfu gitary lub po raz setny czyta książkę Bernharda „Gentleman. Moda ponadczasowa.”

miasta kobiet

listopad 2015

37


felieton

LICZNIK BIJE Kobiety szykanuje się, wyliczając ich przygody łóżkowe niczym turlanie się w kierunku dna, z którego już nie da się podnieść. Podobno złoto dotykane zbyt wiele razy przestaje błyszczeć. Tylko, ile razy to zbyt wiele? Jeśli masz trzydzieści lat z hakiem, mieszkasz na Manhattanie i jesteś seksualnie aktywna, to oczywiste, że gromadzisz pewną liczbę partnerów. Ilu mężczyzn to „za dużo mężczyzn”? Szukamy miłości czy po prostu jesteśmy dziwkami? - rozprawiała Carrie Bradshaw w „Seksie w wielkim mieście” jakieś... piętnaście lat temu! Co prawda Bydgoszcz to nie Nowy Jork, ale mamy XXI wiek. Kobiety są coraz bardziej wyzwolone życiowo i mniej pruderyjne, także w temacie swojej otwartości na doznania seksualne.

Justyna Król Dziennikarka i PR-owiec, w życiu stroni od skrajności, wychodząc z założenia, że nic nie jest po prostu czarne lub białe.

Z ŁATKĄ ŹDZIRY Masz dwa wyjścia: możesz walić głową w mur i w końcu znaleźć faceta na stałe albo traktować seks tak jak mężczyźni - proponuje bohaterka „Seksu w wielkim mieście”. Od walenia głową w mur można co najwyżej dostać silnego bólu (choć i na takowy seks jest zalecany). Zaś w kwestii iście męskiego spojrzenia na te sprawy okazać się może, że zjeżdżamy po równi pochyłej - w stronę łatki ździra. W świecie testosteronu szykanuje się kobiety, między innymi na forach internetowych, wyliczając ich przygody łóżkowe niczym turlanie się w kierunku dna, z którego już nie da się podnieść. Na jednym z nich czytamy: Złoto dotykane zbyt wiele razy przestaje błyszczeć. Tylko, ile razy to zbyt wiele? W większości męskich wypowiedzi (i to tych najmniej skrajnych...), pada magiczna liczba 10. Lepiej jej nie przekraczać lub... przy dziesiątym kochanku po prostu przestać liczyć. Panowie chyba wolą nie znać prawdy. ZALEŻY KTO LICZY Rozmawiałam kiedyś z przyjaciółką o jej kolejnych, potencjalnych ukochanych. W każdym z nich coś jej nie pasowało, więc choć zahaczali o łóżko, szukała dalej. Typowy facet na jedną noc, tzw. poimprezowy śniadaniowicz, też się jej w trafił, jednak nie z zamysłem takich łowów brodziła w samczym świecie. Jak większość z nas chciałaby tego jedynego, odpowiedniego do tzw. tańca i różańca... a gdyby przy okazji był dawcą orgazmów, nie miałaby nic przeciwko. Warto więc zawczasu to

1384415BDBHA

R

E

K

L

sprawdzić. Cóż w tym dziwnego? Faceci robią tak od lat! Mało tego - u nich bijący licznik zawsze działa na korzyść. W świecie kolegów każda dyszka w górę stawia pana na piedestale. Tam wyrażenie „zbyt wiele” nie istnieje.

ONA BĘDZIE CZYJĄŚ MATKĄ Zapytałam więc kolegi: jaka liczba u nich brzmi dumnie? - W świecie informatyków czy didżejów? - odparł. Inny, zbulwersowany faktem, że tak jest, powiedział: Kobiety mają prawo tak samo czerpać przyjemność z seksu, jak my, a zdzirą jest ta, która ma dwóch mężczyzn naraz (brawo dla tego pana!). Jeszcze inny, równie zniesmaczony moim zarzutem, skomentował: Ale nam to, ilu było przedtem, absolutnie nie przeszkadza! Dodając po chwili... Oczywiście, dopóki nie zaczynamy o kobiecie myśleć, jak o przyszłej matce naszych dzieci... Panowie podkreślają też, że przecież nie wiadomo, co od „takiej panny” można złapać, skoro tylu ją miało. Oni zaś nieskazitelnie przechodzą przez kolejne akty seksualne, bo pewnie - jak na porządnych mężczyzn przystało - zaliczają same dziewice. POWRACAJĄCY TEMAT Z jednej strony większość jest taka niby przezorna, ale zwykle nikt nie pyta o stan rzeczy na początku. Można by nawet pokusić się o stwierdzenie, iż udają, że ich to nie obchodzi, czekając, aż kobieta sama zapyta o eks i będą mogli zwyczajowo odbić piłeczkę. Prędzej czy później temat się pojawia i wówczas to nam nie wypada się boczyć o „byłe” - choćby mogły same zapełnić Sejm i Senat. W męskie ego (bo myślę, że o nie tu tak naprawdę chodzi) ugodzić jednak nietrudno. Sama kiedyś usłyszałam od chłopaka, chwilę po tym, jak wyliczył swoje seksualne przygody: Dobrze, że ty nie masz tyle na liczniku, bo by my mnie to zabiło. A liczba wcale nie była imponująca... Tak więc dziewczyny, zostaje tylko jedna opcja: nóżki razem, rączki na kolanka i żarliwa modlitwa, by książę - jednak tradycyjnie - sam w odpowiednim momencie przyjechał na białym rumaku.CP A

M

A


836615TRTHA


800815TRTHA

Miasta Kobiet listopad 2015  
Miasta Kobiet listopad 2015  
Advertisement