Page 1

nasze miejsca spotkań

lipiec 2016

dr

Katarzyna Lubiewska Rodzina za milion złotych str. 6-8


POLSKA MATKO, SPRÓBUJ ODPUŚCIĆ! Jaka jest współczesna matka - Polka? Czy bliżej jej do koleżanek z Zachodu, czy raczej pielęgnuje w sobie wzorce z krajów bloku postkomunistycznego? Jak często kontroluje swoje dzieci, ile daje im akceptacji? I co ważniejsze - czy ta akceptacja wygląda tak samo, jak u nastawionej na sukces amerykańskiej rodziny? Na te i inne pytania, w rozmowie z Dominiką Kucharską, odpowiada dr Katarzyna Lubiewska (str. 6-8). W tym roku przyznano jej milion złotych na badania poświęcone rodzinom w różnych kręgach kulturowych. Różnice wychowawcze w odległych zakątkach świata wydają się oczywiste, jednak - jak się okazuje - nikt nie poświęcił im do tej pory wystarczającej badawczej uwagi. Mamy tendencję do zakładania, że sukces japońskich lub chińskich dzieci, przy odpowiedniej kontroli i chęciach, byłby możliwy i u naszych pociech. Chcemy też, aby zmierzały prosto do celu, wierząc w swoje siły niczym rówieśnicy ze Stanów. Być może dlatego polska matka, która nie chce być jak jej matka i babcia, z pasją zaczytuje się w zagranicznych poradnikach-bestsellerach. Bardzo się stara i wierzy w moc prostych komunikatów budujących samoocenę. Zamiast „dobranoc” wyznaje „kocham cię” i chwali - nawet wtedy, gdy dziecko niezbyt przykłada się do rysowania. Okazuje się jednak, że te same słowa nie działają tak, jak w relacjach za oceanem. - Nie oszukujmy się, to nie jest nasz kontekst - wyjaśnia bohaterka rozmowy. - Zupełnie inne style wychowawcze sprawdzają się u nas. Poza tym, co zrobi ta matka, gdy będzie chciała przekazać dziecku naprawdę głębokie wyznanie i słowa wsparcia? - Powie: „dobranoc” - zażartował jeden ze studentów dr Lubiewskiej. Polska matka z pewnością często czuje się zagubiona, bo chce jak najlepiej. Być może treść tej rozmowy i późniejsze wyniki badań pozwolą jej sobie trochę… odpuścić? Nie szukać usilnie recept na wszystko, nie pytać o idealne wzory wychowawcze? Poczuć się pewniej i lepiej?

WYDAWCA: EXPRESS MEDIA Sp. z o.o. Bydgoszcz, ul. Warszawska 13 tel. 52 32 60 733 Prezes Zarządu: Marek Ciesielski Redaktor Naczelny: Artur Szczepański Dyrektor sprzedaży: Adrian Basa Menedżer produktu: Emilia Iwanciw, tel. 52 32 60 863 e.iwanciw@expressmedia.pl Redaktorka prowadząca: Lucyna Tataruch, tel. 52 32 60 798 l.tataruch@expressmedia.pl Teksty: Dominika Kucharska d.kucharska@expressmedia.pl Lucyna Tataruch l.tataruch@expressmedia.pl Justyna Król j.krol@expressmedia.pl Tomasz Skory t.skory@expressmedia.pl Jan Oleksy j.oleksy@expressmedia.pl Joanna Czerska-Thomas Zdjęcie na okładce: Tomasz Czachorowski Projekt i skład: Ilona Koszańska-Ignasiak Obróbka zdjęć: SZOK STUDIO Jakub Woźniak Sprzedaż: Angelika Sumińska, tel. 691 370 521 a.suminska@express.bydgoski.pl Anna Lewandowska, tel. 607 370 355 a.lewandowska@nowosci.com.pl

CP Jesteś zainteresowany kupnem treści lub zdjęć? Skontaktuj się z naszym handlowcem: Piotr Król, tel. 603 076 449 p.krol@expressmedia.pl

Mam nadzieję, że tak.

ZNAJDZIESZ NAS NA: www.miastakobiet.pl www.fb.com/MiastaKobiet.Nowosci.ExpressBydgoski

LUCYNA TATARUCH redaktorka prowadząca „MIASTA KOBIET” „Miasta Kobiet” ukazują się w każdy ostatni wtorek miesiąca. Przez cały miesiąc są dostępne w punktach partnerskich w Bydgoszczy i Toruniu. Adresy znajdziesz na stronie www.miastakobiet.pl

nasi partnerzy

Dom Towarowy PDT Rynek Staromiejski 36-38, Toruń


MAKE-UP

FRYZURA

OLAPLEX Rewolucyjna usługa!!! Jeden krok do idealnej dekoloryzacji i rozjaśniania już dostępna w Salonie Jean Louis David w Focusie

u l . J a g i e l l o ń s k a 3 9 - 47

Bądź modna podczas urlopu! Kolorowy strój kąpielowy połączony z wygodnymi szortami w soczystych kolorach - to zestaw bez którego nie możemy się obejść na plaży. Uzupełniony o pakowną torbę oraz kolorowe dodatki tworzy niezwykle modny, wakacyjny look.

Kolorowe naszywki na ubraniach to jeden z najgorętszych trendów tego lata. Jeansy zestawione z kolorową koszulą w kratę i zawsze wygodnymi trampkami tworzą modne, ale niewątpliwie komfortowe zestawienie na wakacyjną podróż.

Lekka, zwiewna spódnica w egzotyczne kwiaty, w połączeniu z bardzo kobiecą bluzką typu carmen świetnie sprawdzi się zarówno na co dzień jak i na romantyczną randkę z ukochanym. Szyku całej stylizacji dodaje piękny, duży kapelusz oraz eleganckie dodatki.

ETAM strój kąpielowy (góra) - 139,90 MEDICINE spodenki - 89,90 MEDICINE torebka - 69,90 PROMOD koszula - 69 NEW LOOK buty - 49,90 NEW LOOK breloki - 2 x 26,99 HOUSE zegarek - 34,99 HOUSE okulary - 39,99 HOUSE bransoletki - 9,99 | 15,99 | 19,99 HOUSE naszyjniki - 19,99 | 24,99 ORSAY kapelusz - 49,90

HOUSE koszula - 49,99 HOUSE jeansy - 129,99 HOUSE pasek - 14,99 HOUSE słuchawki - 9,99 PROMOD koszula jeansowa - 83 OFFICE SHOES tenisówki - 219 TIME TREND zegarek Lacoste Goa - 399 VISION EXPRESS okulary Polaroid - 269 WITTCHEN walizka - 199

ORSAY bluzka - 49,99 ORSAY spódnica - 139,99 ORSAY narzuta - 79,99 NEW LOOK torebka - 99,99 MEDICINE kapelusz - 59,90 PROMOD chusta - 79 PROMOD naszyjnik - 99 VENEZIA buty - 259 SWISS zegarek Bering - 640 LYNX OPTIQUE okulary Prada - 1169 HOUSE bransoletka - 24,99

Zapraszamy na zakupy do FOCUS MALL BYDGOSZCZ!

006484101

R E L A K S

P L A Ż O W O

W Y G O D A

KOLOR WAKACJI


kultura w sukience BLOKADA FILMOWA AL. OSSOLIŃSKICH, BYDGOSZCZ 16 LIPCA, GODZ. 21.00

KINO KOBIET HELIOS BYDGOSZCZ - GALERIA POMORSKA 13 LIPCA, GODZ. 18.30 Już 13 lipca kolejna odsłona Kina Kobiet w Heliosie. Zanim jednak uczestniczki tego wydarzenia na dobre rozsiądą się w wygodnych, kinowych fotelach i obejrzą film „Facet na miarę”, zaleje je fala atrakcji. Jak zawsze będzie się działo, po babsku, tak jak lubimy najbardziej! Nowinki urodowe, kosmetyczne, fryzjerskie, ale też newsy o nowych lokalach w mieście - to wszystko w formie konkursów z nagrodami, tuż przed seansem. Oczywiście punktem głównym wieczoru będzie projekcja filmu. Tym razem zadamy sobie pytanie: czy facet na miarę (oczywiście naszych oczekiwań) w ogóle istnieje? Główna bohaterka komedii Diane wybiera się na randkę z przypadkowym mężczyzną, który znalazł jej zgubiony telefon. Jak sam siebie rekomenduje: „nie sposób go przegapić”, bo jest tak niski, że od razu wyróżnia się z tłumu. O dziwo, mimo to, ich znajomość okazuje się tak owocna, że już pierwsze spotkanie kończy się szalonym skokiem ze spadochronu! Z czasem jednak Diane zaczyna mieć wątpliwości… co je rozwieje? Przekonaj się sama, najlepiej z mamą, siostrą, przyjaciółką i kuzynką, które z pewnością równie chętnie spędzą wyjątkowy wieczór w kobiecym gronie. Serdecznie zapraszamy na kolejne, niesamowite Kino Kobiet - już 13 lipca! Jak zawsze w środę, jak zawsze o godz. 18.30. Bilety za jedyne 23 złote dostępne są w kasie kina Helios oraz w sprzedaży internetowej. Rezerwacja miejsc pod nr tel. 52 5810053.

13 lipca

Już czwarty rok Miejskie Centrum Kultury zaprasza na letnie kino pod chmurką w miejskim otoczeniu. W latach minionych zablokowano już ul. Długą, Cieszkowskiego, Słowackiego i Most Staromiejski. Teraz przyszedł czas, by postawić ekran w kolejnych miejscach centrum Bydgoszczy. W tym roku proponujemy rozsiąść się m.in. na al. Ossolińskich blisko pl. Józefa Weyssenhoffa i obejrzeć w pięknych okolicznościach miasta czeski klasyczny już film „Jazda” w reżyserii Jana Sveraka. To czeskie kino drogi opowiadające o dwóch mężczyznach, którzy kupują kabrioleta, by jeździć po kraju i dobrze się bawić. Po drodze spotykają młodą dziewczynę. Okazuje się jednak, że luksusowym samochodem ściga ją chłopak. Zdobyte podczas podróży doświadczenia przynoszą zastanowienie nad „komunistyczną” przeszłością kraju. Po przebyciu tej drogi mężczyźni nie są tym, kim byli, coś w nich się zmieniło - jak to w klasycznym filmie drogi bywa… Projekcja filmu „Jazda” już 16 lipca o godzinie 21.30. Wstęp wolny.

16 lipca

DRUGA NATURA Już 1 lipca, o godzinie 18.00, w toruńskiej galerii przy ul. Rabiańskiej 20 rozpocznie się wystawa pt. „Druga Natura”, prezentująca dotychczasową twórczość francuskiej artystki Mathilde Papapietro - od prawie dwudziestu już lat mieszkającej w Polsce. Ekspozycja ta ma rys retrospektywny, a prace Francuzki koncentrują się wokół szeroko rozumianej grafiki, instalacji, obiektu i fotografii. Ulubionym motywem twórczyni jest roślinność. Zmienność natury i cykle życia roślin związane z następowaniem po sobie pór roku są elementami łączącymi wszystkie jej dzieła. Ekspozycji towarzyszyć będzie polsko-angielsko-francuski katalog podsumowujący dotychczasowe dokonania artystki.

1-31 lipca

ZAGRAJĄ NA 3 SPOSOBY! MULTIKINO, BYDGOSZCZ LIPIEC

lipiec

ROMANTYCZNIE WIECZOREM DWÓR ARTUSA, TORUŃ 9 LIPCA 2016, GODZ. 20.00 To będzie wyjątkowa sobota w ramach Festiwalu „Nova Muzyka i Architektura”. Dzieła dwóch wybitnych kompozytorów - Ludwika van Beethovena i Piotra Czajkowskiego zaprezentuje nam Płocka Orkiestra Symfoniczna, mająca ponad czterdziestoletnią tradycję. Tego wieczoru solistą będzie wspaniale zapowiadający się wiolonczelista Marcel Markowski, który wykona dwa szlagiery wiolonczelowe, wymagające umiejętności i precyzji w graniu. Po przerwie usłyszymy natomiast jedno z najpopularniejszych dzieł - V symfonię. To właśnie w pierwszej części tego dzieła pojawia się słynny motyw losu znany niemalże na całym świecie. Czy poruszy gości Dworu Artusa? Warto wysłuchać osobiście - zapraszamy!

9

lipca

Lato to czas urlopów. Pogoda jednak nie zawsze rozpieszcza, dlatego Multikino przygotowało ciekawe alternatywy dla plażowania. W lipcu nie ustajemy w sportowych emocjach. W końcu nie tylko panowie kochają piłkę nożną i kibicują biało-czerwonym. Mecze EURO 2016 to wielkie wydarzenia, które najlepiej oglądać na wielkim ekranie w towarzystwie innych fanek i fanów tego sportu. Nie zabraknie stałego już punktu w programie „Sztuki brytyjskiej na wielkim ekranie”. Będzie można obejrzeć spektakl „Hamlet” z Benedictem Cumberbatchem i piękną oprawą wizualną, co sprawia, że kolejna już odsłona tej tragedii jest jeszcze bardziej atrakcyjna dla współczesnego odbiorcy. Jeśli entuzjastom Szekspira byłoby mało, w lipcu Multikino zaprezentuje również inne jego dzieło - „Koriolan” z Tomem Hiddlestonem w roli głównej. Dodatkowo po raz kolejny obejrzeć będzie można „Audiencję” z niesamowitą Hellen Mirren w roli Królowej Elżbiety II. A już 28 lipca zapraszamy na koncert na dużym ekranie - tym razem do czerwoności rozgrzeje publikę grupa The Rolling Stones i ich „Sweet Summer Sun”.

l i p i e c

GALERIA SZTUKI WOZOWNIA, TORUŃ 1-31 LIPCA


006418143


rodzina

Polska matka NA NIBY ZACHODZIE

Sugerując się amerykańskimi poradnikami dla rodziców, mówimy swoim dzieciom „kocham cię” zamiast „cześć” i „dobranoc”. Co im powiemy, gdy naprawdę będziemy chcieli je zapewnić o głębokiej miłości i wsparciu? Z psycholog dr Katarzyną Lubiewską* o wychowawczych dylematach współczesnego rodzica rozmawia Dominika Kucharska.

Przyznano Pani ponad milion złotych na badania poświęcone rodzinie. To imponująca suma! Będziemy badać relacje w rodzinach z różnych kultur. Dopiero teraz zaczyna się zauważać, że w zależności od kultury, te same zachowania rodziców mogą mieć inny wpływ na dzieci. Na przykład w Chinach kontrola rodzicielska sprzyja rozwojowi i nazywana jest przez Chińczyków treningiem. Na Zachodzie te same zachowania określimy tyranią. Jeszcze lepiej widać to w badaniach nad karami cielesnymi. W niektórych tradycyjnych kulturach klaps jest dla dziecka sygnałem, że rodzicowi zależy na dobrym wychowaniu. W naszym kręgu dzieci odbierają to zachowanie jako przemoc. Wcześniej tych różnic w ogóle nie brano pod uwagę? Psycholodzy od lat zakładali, że to, co badają, jest typowe dla wszystkich. Zapominano, że mieszkańcy Zachodu stanowią zaledwie 10 proc. ludzkości. Pozostałe 90 proc. jest z zupełnie innej bajki. W ramach mojego projektu będziemy prowadzić badania we wschodniej Turcji - bo to region bardzo tradycyjny oraz w Holandii - czyli typowo zachodnim, indywidualistycznym kraju. Trzecim miejscem badań jest Polska - niby zachodnia, ale nie do końca. Jaki model wychowania dominuje dziś w Polsce? Jest on coraz bardziej zbliżony do stylu zachodniego. Mamy jednak jeszcze duże różnice międzypokoleniowe i stąd też tarcia. Od transformacji nie minęło wcale tak dużo czasu, natomiast zmiany zaczęły postępować bardzo szybko. To, co mają w głowach babcie i matki, kompletnie różni się od tego, co mają w głowach dzisiejsi nastolatkowie. Brakuje badań skupiających się na tym, jak - pod względem emocji dziecka - w Polsce wyglądało wychowanie - w okresie upadku komunizmu, w porównaniu do współczesności. Wiele wskazuje na to, że rodzice z bloku krajów postkomunistycznych dużo akcentów kładli na kontrolę psychologiczną, to była ich strategia wychowawcza. I do dziś, jak się wydaje, taka strategia jak wycofanie miłości jest dość powszechna.

6

miasta kobiet.pl

Wycofanie miłości? Polega ono na tym, że gdy dziecko zrobi coś źle, to rodzic jest przygnębiony. Wysyła sygnał - zrobiłeś coś nie tak, przez co ja czuję się bardzo źle i chwilowo, żeby cię ukarać, nie daję ci wsparcia, uczucia. To forma manipulowania miłością. Oczywiście nie jest to najlepsza strategia. Brakuje polskich badań, za to półki w księgarniach uginają się od zagranicznych poradników. Widząc na półce bestsellery o wychowaniu dzieci, trzeba się pięć razy zastanowić, czy warto wydać na nie pieniądze. Najprawdopodobniej autorami są Amerykanie z tym swoim huraoptymizmem, fasadowym nastawieniem na sukces i rozsyłaniem pozytywnych komunikatów. Nie oszukujmy się, to nie jest polski kontekst. Z drugiej strony w ręce może nam wpaść inny bestseller - „Bojowa pieśń tygrysicy” Amy Chua, która pokazuje chiński model. Tresura zamiast wychowania. Efekty, które przynosi ten model, są kuszące - murowany sukces zawodowy dziecka, gdy dorośnie. No i który rodzic nie chciałby, aby jego dziecko osiągnęło sukces? Co więcej, córka Amy Chua, która najbardziej buntowała się przeciwko tresurze, dziś też mówi: „Kocham grać na skrzypcach”. Dlaczego? Bo lubimy robić to, co robimy świetnie. Ale żeby robić coś świetnie, jak pisze Malcolm Gladwell, trzeba 10 tysięcy godzin ciężkiej harówy, a nie talentu. Zaznaczam jednak, że próby przenoszenia modelu chińskiego na grunt zachodni kończyły się tragicznie. Wyobraźmy sobie, że polska matka wpada na pomysł, by być taką tygrysicą jak Chua. Robi dziecku ostrą tresurę od rana do wieczora - oczywiście w imię sukcesu. Jej dziecko idzie do szkoły i słyszy, że ten kolega gra w taką grę, a tamten ogląda taką bajkę… To nie może skoczyć się dobrze. W drugą stronę również to nie zadziała. Współczujemy np. japońskim dzieciom, które po wyjściu z przedszkola są wiezione na kolejne zajęcia, a na ostatnich siedzą już w pidżamkach. Tylko, że one wcale nie czują się biedne,


ZDJĘCIE TOMASZ CZ ACHOROWSKI

rodzina

Gdy dziecko zrobi coś źle, rodzic jest przygnębiony. Wysyła sygnał: „Jest mi smutno i żeby cię ukarać, nie daję ci wsparcia, uczucia.” To forma manipulowania miłością, nie najlepsza strategia… bo plan dnia ich kolegów i koleżanek wygląda tak samo. Byłyby zestresowane dopiero wtedy, gdyby reszta szła na dodatkowe zajęcia, a one nie. W Stanach był jednak taki przypadek, gdy przeniesienie chińskiego modelu na inny grunt się udało. Jak? Do jednej z amerykańskich szkół - takiej w paskudnej dzielnicy, gdzie uczniowie na lekcje przychodzą z bronią, a nauczyciele boją się o życie - trafił nowy dyrektor z innego miasta. Wcześniej pracował w prywatnej placówce i postanowił coś zmienić. Chciał, by te dzieciaki dostały się kiedyś na studia. Zrobił remont, a później zamknął szkołę na cztery spusty, więc uczniowie nie mogli wyjść na wagary. Na siłę wprowadził im dodatkowe zajęcia - lekcje zamiast o 9 zaczynały się o 7 rano. Nakazał noszenie mundurków i zrobił uczniom taką jazdę, jaką robi się w Chinach. Co najważniejsze, nikogo z tego nie wykluczył, zmiana dotyczyła całej szkoły. Dziś na tej placówce wzoruje się cała sieć, a rodzice marzą o tym, żeby posłać tam swoje dzieci, bo jest to gwarantem dostania się na dobre uczelnie wyższe. A co z nadopiekuńczością, z mamusią dzwoniącą do dziecka co pięć minut? W krajach zachodnich prowadzi to do opłakanych skutków. U dzieci takich matek obserwuje się spadek ufności dotyczącej przywiązania i problemy w relacjach z rodzicami. Z kolei ten sam poziom nadopiekuńczości w Turcji przekłada się na wzrost ufności! Tureckie matki muszą skakać nad dzieckiem, bo w ich kulturze inne zachowanie oznacza brak miłości. Swego czasu prowadzono tam ogólnokrajową kampanię, nakłaniającą matki do posyłania dzieci do przed-

szkola. Z polskiej perspektywy może się to wydawać absurdalne. Rodzice biją się o miejsce w przedszkolu! Za to w Turcji typowe jest, że rodzina kupuje plac pod budowę i stawia nie dom, a bloczek, do którego wprowadza się cała rodzina: dziadkowie, ciotki, wujkowie, kuzynostwo… Gdy polska matka musi iść do pracy, to myśli o przedszkolu dla dziecka. Nie chce obarczać dziadków obowiązkiem opieki, oni zresztą też żyją już inaczej. Natomiast matka turecka ma wokół siebie wianuszek kobiet, chętnych do pomocy. Jeśli mimo to wpadnie na nowoczesny pomysł, by posłać dziecko do przedszkola, to dla kobiet z jej rodziny jest to policzek w twarz. No i polska matka jest w kropce. Czerpać z Zachodu, Azji, a może kontynuować postkomunistyczne wycofanie miłości… Z czerpaniem wzorów jest jak ze wszystkim innym - nie powinno się przeginać. Pewnie nie każdy się ze mną zgodzi… ale spójrzmy na rodziców, którzy kierują się amerykańskimi podręcznikami. Pisze się w nich o tym, by wciąż budować dobrą samoocenę u dziecka i przez to matka kładąc je spać, zamiast „dobranoc” mówi „kocham cię”. Co ona zrobi, gdy naprawdę będzie chciała przekazać dziecku głębokie wyznanie, że je kocha i że zawsze może na nią liczyć? Jeden z moich studentów odpowiedział, że wtedy powinna powiedzieć „dobranoc” (śmiech). Matka w stylu amerykańskim za każdym razem, gdy dziecko przynosi narysowany obrazek, powtarza: „Jaki on cudowny”. Dziecko, nawet to malutkie, głupie nie jest - raz się postara, innym razem machnie coś od niechcenia, a i tak zawsze słyszy, że pięknie mu wyszło. Wtedy właśnie zaczyna wyczu-

wać fałsz. Matka przestaje być wiarygodnym źródłem informacji, znika autorytet eksperta. Przez takie zachowania rodzice na własne życzenie tracą narzędzia wychowawcze. Zatem, odpowiadając na pytanie - zdecydowane „nie” dla wycofania miłości, ale też „nie” dla zalewania nią dziecka na każdym kroku. To może postawić na popularne partnerstwo między rodzicem a dzieckiem? Powiedzmy jasno - dziecko nie potrzebuje następnego przyjaciela. Dziecko potrzebuje rodzica, który będzie wrażliwie dyscyplinował, bo to jedna z ważniejszych strategii wychowawczych. Zasady muszą być. Gdy przeprowadzaliśmy badania w 14 krajach, braliśmy pod uwagę trzy zachowania rodzicielskie, wpływające na przywiązanie i ufność dziecka - akceptację, odrzucenie i kontrolę. Wyniki pokazały coś interesującego. W USA dzieci rozwijają się w sposób ufny, gdy są przez matkę bombardowane akceptacją. Natomiast w krajach niezachodnich, które przeważały w badaniu, taki schemat nie działa. Większy wpływ na emocjonalny rozwój dziecka ma odrzucenie… Co to znaczy? Znaczy to, że gdy matka z takiego kraju przejawia wobec dziecka wrogość, to spada u niego poziom zaufania. Za to akceptacja nie zmienia tego poziomu, nie wpływa na jego wzrost. Inaczej mówiąc, w krajach Zachodnich, w których od dekad promuje się chwalenie i mówienie „kocham cię”, akceptacja ma silniejszy wpływ na przywiązanie niż w innych krajach, gdzie raczej manipulowano wrogością lub wycofaniem miłości. Tak było też w Polsce. Co ciekawe, jedynie w Polsce, Estonii i Rosji, czyli krajach postkomunistycznych, obok odrzucemiasta kobiet

lipiec 2016

7


rodzina nia, drugim czynnikiem wpływającym na dziecko była kontrola psychologiczna.

Najlepszym prezentem dla dziecka jest szczęśliwe małżeństwo rodziców. To największy kapitał, który można mu przekazać. DR KATARZYNA LUBIEWSKA

Z kontroli całkowicie rezygnują rodzice, którzy traktują dziecko jak centrum wszechświata. Nagle przestają być parą, są już tylko rodzicami. Związek zaczyna się sypać, a przecież chcieli jak najlepiej… Profesor John Gottman prowadzi w Seattle„Laboratorium Miłości”, w którym bada przyczyny rozpadu związków romantycznych. Na marginesie dodam, że laboratorium to powstało, bo jemu i jego kolegom po fachu nie szło z kobietami. Postanowili więc zbadać, dlaczego. Wymyślili matematyczny wzór na rozwody. Co takiego?! Przez 15 minut obserwują parę podczas rozmowy o czymś ważnym, np. o wyjeździe. Na podstawie ilości pozytywnych i negatywnych emocji na twarzy, potrafią przewidzieć, czy para się rozwiedzie czy nie, z dokładnością 95 procent! Żona Gottmana, bo w końcu się ożenił, powiedziała: „Chłopcy, dobrze się bawiliście przez 20 lat, ale może zacznijmy tym ludziom pomagać”. Teraz jeżdżą po całym świecie ze swoimi warsztatami. I to właśnie Gottman powiedział, że najlepszym prezentem dla dziecka jest szczęśliwe małżeństwo rodziców. To najlepszy kapitał, który można mu przekazać. Tymczasem częstym dylematem w polskich rodzinach jest to, jak spędzić, np. weekend - siedzimy w domu, wyjeżdżamy z dziećmi czy podrzucamy komuś potomstwo i idziemy na randkę? Co powiedzą ludzie, gdy wybierzemy ostatnią opcję? Pewnie część krzyknie: wyrodni rodzice! A Gottman mówi: Idziecie na randkę! Dzięki temu dzieci będą wyrastały w domu, w którym widzą ciepło, miłość i ufność przywiązaniową. Dbanie o związek jest niezwykle ważne, również jeśli chodzi o relację rodzic-dziecko. Kultura znów daje o sobie znać, bo w Polsce wciąż pokutuje mit matki - Polki czy rodzica, który wszędzie musi ze sobą brać dziecko. Badania jasno pokazują, że w momencie pojawienia się pierwszego dziecka, satysfakcja z małżeństwa leci na łeb na szyję i pozostaje na dnie do momentu, gdy najmłodsze dziecko kończy 18 lat. Pytanie: co potem? Dlatego raz jeszcze podkreślę, że także dla dobra dzieci trzeba dbać o związek.

*Dr Katarzyna Lubiewska adiunkt katedry Psychologii Rozwoju Człowieka Instytutu Psychologii UKW w Bydgoszczy oraz prezeska Polskiego Oddziału Towarzystwa Badań nad Emocjami i Przywiązaniem. Jest inicjatorką I Ogólnopolskiej Konferencji o Przywiązaniu. Prowadzi badania w zakresie rozwoju emocjonalnego. Na realizację swojego najnowszego projektu otrzymała ponad milion złotych.

8

miasta kobiet.pl

Przybywa rodzin patchworkowych. Jest sens troszczyć się o przywiązanie z dziećmi partnera czy partnerki, skoro w jego budowaniu najistotniejsze są najmłodsze lata życia? Zdecydowanie tak! Przywiązanie kształtujemy przez całe życie. Jego sedno to dawanie poczucia bezpieczeństwa w sytuacji zagrożenia. W relacji matka-dziecko sprowadza się to do odpowiedzi na pytanie: czy dziecko, któremu dzieje się coś złego i zaczyna płakać wie, że mama przyjdzie i da mu wsparcie? Mniej więcej do 2. roku życia kształtuje się styl przywiązania, matryca dla późniejszych relacji. Badając te same osoby, gdy mają roczek i 18 lat, w 80 proc. utrzymuje się u nich ten sam styl. Ale są ludzie, którzy byli nieufni, a pod wpływem późniejszych relacji to się zmieniło. Budowanie relacji w rodzinach patchworkowych bywa o tyle trudne, że niekoniecznie partner niebędący biologicznym rodzicem, ma motywację do budowania silnej więzi z dzieckiem. Wyjaśnia to teoria ewolucji i związane z nią przekazywanie genów. Jednak jeśli mamy motywację, to relacja między parterem rodzica a niebiologicznym dzieckiem może być nawet lepsza niż relacja tego dziecka z rodzicem biologicznym. Który styl przywiązania jest najlepszy? Najbardziej korzystnym jest przywiązanie ufne. Występuje ono u około 60-65 procent ludzi. Te osoby wiedzą,

że mają oparcie w innym człowieku. Postrzegają siebie, jako kogoś wartego uwagi i miłości. Przekłada się to na późniejsze zainteresowania, zaradność życiową, wyniki w szkole czy w pracy, funkcjonowanie w związkach. Trzy następne style są lękowymi, ale zaznaczam, że nie są patologią. Pierwszy z nich to styl lękowo-unikający. Kształtuje się, gdy dziecko płacze, a matka nie przychodzi. Takie dzieci z czasem uświadamiają sobie, że nie ma sensu płakać i w sytuacjach problemowych radzą sobie same, to takie zosie samosie. Samodzielność jest w cenie… To trochę mylne. Weźmy typową sytuację na placu zabaw. Gdy dzieje się coś złego, dzieci biegną do mamy czy taty, a jedno siedzi i patrzy. Można pomyśleć: „Super, też chciałabym, żeby moje dziecko było tak samodzielne”. Ale z punktu widzenia teorii przywiązania wiemy, że coś jest nie tak. Dziecko ufne w sytuacji zagrożenia powinno biec do matki. Jeszcze inaczej jest w przypadku stylu lękowo-ambiwalentnego. Kształtuje się on, gdy matka jest nieprzewidywalna, raz przychodzi, raz nie. Dziecko szybko wyuczy się, że jeśli wpadnie w histerię to jest duże prawdopodobieństwo, że mama jednak przyjdzie i da wsparcie. Nie do końca jednak jej ufa, bo co to za wsparcie, które jest wymuszone. Domyślam się, że w dorosłości takiej osobie bardzo trudno jest zbudować związek oparty na zaufaniu? Mało powiedziane. Te dzieci mogą wyrosnąć na tzw. wampiry emocjonalne, które wysysają energię z partnerów, są zazdrosne, każdy problem rozdzielają na pięć, robią awantury. Po co? Po to, aby parter dał wsparcie tak szybko, jak jest to możliwe. Więc zazdrość może brać się stąd, że gdy w dzieciństwie płakaliśmy, to mama reagowała lub nie? Tak. Zazdrość nie zawsze jest wyrazem wysokiego natężenia miłości romantycznej. A ostatni styl przywiązania? To styl zdezorganizowany. On najbardziej podchodzi pod przypadki kliniczne. Takie osoby mogły przejść w dzieciństwie traumę, np. zostały osierocone bądź były molestowane. W dorosłości mają poważne problemy psychologiczne - częściej diagnozuje się u nich depresję czy chociażby problemy z uzależnieniami. Mogą też mieć problem z funkcjonowaniem w bliskich związkach i zdecydowanie potrzebują pomocy. Budowanie przywiązania w relacji rodzic-dziecko wygląda inaczej w zależności od płci? Nie. Kluczowa jest wrażliwość i odpowiedzi na reakcje dziecka, które będą adekwatne do sytuacji. Niektórzy mają z tym duży problemem. Zna pani osoby, które zachowują się jak słoń w składzie porcelany? Oczywiście. U tych osób niezbyt dobrze działa tzw. funkcja refleksyjna. Ostatnio w Internecie widziałam filmik z gatunku „śmieszne”. Mamusia stoi z aparatem i nagrywa scenkę, na której dziecko ma umyć szklankę. Odkręca kran, zaczyna lecieć woda, ale bucha też para. Przerażony maluch zaczyna płakać. A co robi matka? Zaczyna się śmiać i dalej kręci. To właśnie przykład matki, która nieadekwatnie odczytuje sygnały wysyłane przez dziecko albo odczytuje je adekwatnie, ale na nie nie odpowiada. Oczywiście z tym reagowaniem nie można przesadzać. Nie trzeba rzucać wszystkiego, bo dziecko ma nietęgą minę, ale jeśli występuje choroba, ból, zmęczenie czy przerażenie, to zawsze reagujmy.CP


006471466


10

miasta kobiet.pl

RESERVED BIUSTONOSZ 30 PLN | DÓŁ BIKINI 15 PLN

1

T E K S T D O M I N I K A K U C H A R S K A Z D J Ę C I A M AT E R I A ŁY P R A S O W E

SZTUKA ODSŁ ANIANIA

trendy temat

To kolejny sezon plażowy, który utwierdza nas w przekonaniu, że nie ma złych figur do noszenia kostiumu kąpielowego. Wystarczy opanować ABC sztuki odsłaniania ciała i kierując się jej zasadami, wybrać strój idealny dla siebie. Co przynoszą nam letnie kolekcje? Nowe kroje, specjalne usztywnienia, sprytną grę kolorów, która optycznie wyszczupla tam, gdzie trzeba, a gdzie indziej dodaje… Czego chcieć więcej! W te wakacje zaliczamy też wielki powrót lat 90. Pamiętacie plażowy dress code ratowniczek ze „Słonecznego patrolu”? Jednoczęściowe stroje, z seksowymi wycięciami, znajdziemy dziś w większości sieciówek. Namiętnie promują je wielkie gwiazdy i celebrytki, więc dla goniących za modą to model obowiązkowy. 1 Falbanki zarówno przy biustonoszu, jak i matkach dodają krągłości. Dzięki temu sylwetka typu kolum-

na (wąskie biodra i ramiona, brak zaznaczonej talii) zyska bardziej kobiece proporcje.

2 Doskonały krój dla pań o figurze typu jabłko i wszystkich chcących ukryć niedoskonałości w okolicach

brzucha. Do tego wyszczuplająca czerń i ciekawy, zakładany dekolt.

3 Supermodny krój a’la „Słoneczny Patrol" oraz oryginalny, tropikalny wzór. Taki kostium kąpielowy

sprawdzi się przy sylwetce wysportowanej, atletycznej. W innych przypadkach będzie podkreślać niedoskonałości. 4 Klasyczne bikini w neonowych barwach. Strzał w dziesiątkę dla każdej „klepsydry”. Usztywniane miseczki stanika pięknie zaprezentują także większy biust.


MANGO 150 PLN

B R Z O Z O W S K A FA S H I O N 1 3 0 P L N

3

JAK POKONAĆ CELLULIT WODNY? PAULINA SOCHA DIETETYK Z TORUŃSKIEGO CENTRUM DIETETYCZNEGO NATURHOUSE KOŚCIUSZKI

T

4

CALZEDONIA BIKINI GÓRA 95 PLN | BIKINI DÓŁ 95 PLN

2

o problem wielu kobiet. Gromadząca się w organizmie woda powoduje obrzęki i nieestetyczne nierówności na skórze. Objawy nasilają się szczególnie przed miesiączką. Wtedy wiele z nas czuje się opuchnięta i ociężała. Paradoksalnie w walce z cellulitem wodnym najbardziej pomocna jest woda. Powinnyśmy wypijać jej minimum półtora litra dziennie. Jeżeli ktoś nie przepada za smakiem wody, może go urozmaicać, np. dodając sok z cytryny czy listki mięty. Ogromny wpływ na nadmierne gromadzenie się wody w organizmie ma spożywanie żywności przetworzonej - słodyczy i wszelakiego rodzaju fast foodów. Zasada jest prosta - im więcej składników konserwujących i ulepszaczy, tym gorzej. Jeśli więc zależy nam na pozbyciu się cellulitu wodnego, to takie produkty trzeba wyrzucić z diety. Genialnie zastąpią je warzywa i owoce, których mamy teraz pod dostatkiem. Na krążenie doskonały wpływ mają winogrona. Z kolei ananasy zawierają bromelinę, która działając przeciwzapalnie i detoksykująco poprawia wygląd skóry. Uwaga - z ilością owoców nie wolno przesadzać, bo zawierają dużo cukru. Oczywiście mocnym wsparciem w tej walce będzie rezygnacja z używek, takich jak papierosy, mocna kawa czy alkohol. Bardzo ważne, aby o wypijaniu jeszcze większej ilości wody nie zapominały panie, które przyjmują suplementy diety wspomagające drenaż. Organizm broni się przed utratą wody, więc jeśli nie dostarczymy mu odpowiedniej ilości płynów, to działanie takiego specyfiku może mieć odwrotny skutek. Poza dietą, do walki z cellulitem wodnym najlepiej włączyć ćwiczenia oraz masaże, także te wykonywane w domowym zaciszu. Pamiętajmy o kierunku masowania - uciskamy zawsze w stronę serca.CP


mama

JA PRODUKUJĘ MLEKO, A TY JAKĄ MASZ SUPERMOC ?

Na temat karmienia piersią wiemy już chyba wszystko… Maciej Socha: To właśnie jeden z tych tematów, o których powszechnie wie się wszystko i… nic! Ciągle słyszymy jeszcze wiele szkodliwych mitów o karmieniu piersią. Karolina Strzeszewska: Z tymi mitami trzeba nieustannie walczyć, bo mają wpływ na życie praktycznie każdej matki. Obserwacje i badania naukowe pokazują, że prawie każda kobieta - bez względu na wiek, wielkość piersi, rodzaj porodu czy inne czynniki - jest w stanie wyprodukować mleko i wykarmić dziecko. Oczywiście zdarzają się problemy z rozpoczęciem laktacji i nieliczne przeciwwskazania do karmienia piersią, ale liczbę matek, u których jest to niemożliwe, podaje się w promilach… Maciej Socha: „Ja produkuję mleko, a Ty jaką masz supermoc?” - Pani Karolina miała to hasło na slajdzie podczas swojego wykładu na ostatniej konferencji naukowej dla ciężarnych. Świetne! Ciężko znaleźć ma świecie Supermana, ale każda kobieta może być superwoman! Co jest takiego super w tej mocy? Maciej Socha: Żartuje Pani? Wszystko! Mleko matki jest fantastyczne pod każdym względem. Dla dziecka nie istnieje nic lepszego. Na wiele tematów medycznych możemy dyskutować i czasem nawet odpuszczam walkę w jakiejś sprawie, ale nie w tej. Środowisko medyczne jest co do tego w stu procentach zgodne. Karolina Strzeszewska: Żadne modyfikowane mleko, następcze czy zastępcze, nawet to z najbardziej rozbudowanym składem i kampanią reklamową w TV, nie jest w stanie zastąpić karmienia piersią. Skład mleka matki jest niepowtarzalny. Zresztą nie znamy go w stu procentach - nadal jest odkrywany w wielu badaniach. Mówi się, że w tym mleku jest głównie woda… Maciej Socha: …i to nie jest „tylko” woda, ale „AŻ” woda! Ona stanowi rozpuszczalnik dla wielu substancji odżywczych. Wszyscy składamy się z niej w ponad 60 procentach i stale jej potrzebujemy. Podobnie i dziecko, które poza tym najpierw musi się napić, a dopiero potem najeść. I do szóstego miesiąca życia nie trzeba podawać mu niczego innego! Karolina Strzeszewska: Podkreślmy to - żadnej wody, wody z glukozą, żadnych herbatek koperkowych czy rumiankowych, soczków czy jakichkolwiek innych płynów. Trzeba też wiedzieć, że mleko matki - ta niby woda - nie jest ciągle takie samo. Zmienia się zarówno przez te sześć miesięcy, jak i w ciągu doby, a nawet w trakcie samego karmienia. Najpierw, przez pierwsze kilka minut jest bardziej wodniste, ma m.in. około dwa proc. tłuszczu, a dopiero potem ten procent wzrasta do sześciu. Czyli najpierw dziecko je zupkę, potem danie główne? Karolina Strzeszewska: Tak! Karmienie z jednej piersi powinno trwać od 15 do 20 minut, a mleko tej pierwszej fazy wypływa w pierwszych kilku minutach. Organizm malucha wie, czego mu potrzeba - jeśli np. po chwili dziecko odstawia pierś, to znaczy, że chciało mu się tylko pić. Jeszcze większe znaczenie ma to w połączeniu ze zmianami, jakie zachodzą w mleku podczas różnych warunków atmosferycznych…

Mleko matki jest fantastyczne pod każdym względem, nie da się go z niczym porównać. Ciężko znaleźć na świecie Supermana, ale każda kobieta może być Superwoman. Z położną Karoliną Strzeszewską i ginekologiem dr. n. med. Maciejem W. Socha z kliniki LEKARZE Mostowa4 rozmawia Lucyna Tataruch

R

E

J

E

S

T

R

A

C

J

A

+48 781 01 02 03

12

miasta kobiet.pl

Mleko zmienia się ze względu na pogodę? Karolina Strzeszewska: I pory roku - dostosowuje się do nich. Jeśli któraś z karmiących mam-Polek pojedzie jesienią do cieplejszego kraju, to w trakcie wyjazdu ta pierwsza faza mleka będzie trwała dłużej podczas karmienia. Skoro jest ciepło, to dziecku częściej będzie się chciało pić, a nie jeść. Matka biologicznie odpowiada na tę potrzebę, tu i teraz. Maciej Socha: Rodzice niestety często o tym nie wiedzą. Chcą, by dzieciak na siłę siedział przy piersi tyle, ile oni uważają za konieczne i tak samo wiosną, latem, jesienią i zimą. A to tak nie działa. Zimowy misiek będzie jadł rzadziej i dłużej. Letni co pięć minut i tylko przez chwilę. Dla wielu matek to frustrujące… „No bo co ten mały tak krótko pije, dlaczego chce tyle razy? Co to za uparte dziecko, a może coś mu jest, może jest chory?” Karolina Strzeszewska: Na to wszystko przychodzi jeszcze babcia, teściowa, sąsiadka i zaczyna się pouczanie: „Twoje mleko jest za chude, na pewno źle się odżywiasz, nie dbasz o siebie”, w domyśle: „Jesteś beznadziejną matką i temu dziecku trzeba dać herbatkę”. Koszmar… Tak samo jest z wcześniakami? Karolina Strzeszewska: Przyznam, że byłam zdruzgotana podczas przygotowań do swojego ostatniego wykładu na ten temat, gdy szukałam ilustracji do slajdu o karmieniu wcześniaków. W wyszukiwarce wyskakiwały mi tylko mleka modyfikowane! A przecież mleko matki wcześniaka jest specjalnie do niego „przygotowane” i idealnie dostosowane. Ma dużo więcej immunoglobulin, czynniki wzrostu, laktoferyny, czynników przeciwinfekcyjnych, a przy tym zawiera mniej laktozy, która obciąża przewód pokarmowy u takich maluchów…


mama

Mleko zaraz po porodzie różni się też od tego, które wydziela się z piersi później? Karolina Strzeszewska: Mleko zmienia swój skład przez pierwsze dwa tygodnie po porodzie. To dojrzałe jest najbardziej tłuste, ma więcej cukrów i mniej białka - co odpowiada starszemu dziecku. A wracając do tego, co się dzieje po porodzie… Moja mama nie chciała kiedyś, żebym podawała ten przykład (śmiech), ale podam, bo ta historia fajnie pokazuje, czym jest to pierwsze mleko. Otóż mama opowiedział mi kiedyś, że po moich narodzinach naprawdę chciało jej się płakać! „Coś mi wyleciało z tej piersi. Gęste, żółte, wyglądało jak skwaszone. I oni chcieli ci to coś podać…” - wspominała. To była siara (śmiech)! Najcenniejszy pokarm. Totalna bomba substancji odżywczych, immunoglobulin, hormonów, leukocytów i czynników uodparniających. Skondensowany eliksir z wszystkiego, co dobre i potrzebne dziecku w pierwszych dwóch dniach życia. Nie ma tego dużo, ale wystarczająco dla malucha. Jego żołądek po urodzeniu ma tylko 5-7 ml, czyli jest wielkości czereśni lub wiśni. Maciej Socha: Ta mała bombka energii odżywia malucha na kilka kolejnych godzin. Następnie dziecko musi się wyspać, bo jest przecież zmęczone, jak po udziale w maratonie ze swoją mamą. Natomiast, przez różne mity i brak wiedzy lub pomocy, mamy się denerwują, pukają do gabinetu i pytają: „Doktorze, dlaczego on śpi tak długo, nie jest głodny? Przecież tak mało wypił?” Wypił tyle, ile mógł, pamiętajmy o tej czereśni. Kiedy żołądek malucha się powiększa? Karolina Strzeszewska: Po trzech dniach jest wielkości orzecha, po tygodniu małej moreli, brzoskwini, a po miesiącu osiąga 150 ml, czyli jest jak jajko. Maciej Socha: Dopiero wtedy odpowiada mniej więcej pojemności słynnych buteleczek do karmienia dzieci, które, tak swoją drogą, nie są zalecane przez WHO, a UNESCO upatruje w ich rozpowszechnianiu główny czynnik spadku odsetka karmiących piersią. Jeśli już podajemy dziecku jakieś płyny, to powinno pić z naturalnych kubeczków lub kieliszków. Wg WHO dzieci mają być karmione tyle razy ile chcą i na żądanie. Da się to jakoś usystematyzować godzinowo? Nikt nie chce wstawać i karmić w nocy… Maciej Socha: Znane są próby przepajania dzieci wieczorem, po to, by przespały całą noc. Przy piersi nie da się tego zrobić, bo nie przesta-

wimy zegara biologicznego. Często jednak rodzice próbują, karmiąc dziecko czymś sztucznym. Jeśli się uprzemy i dołożymy dziecku wieczorem tyle cukrów, że prawie straci przytomność, no to jasne, będzie spało. Może to i wygodne dla rodziców, ale jednocześnie bardzo złe dla tego malucha! Karolina Strzeszewska: Tą chwilową wygodą sami robimy sobie pod górkę. Podawanie dziecku czegokolwiek poza piersią zawsze zaburza ssanie. Mleko wytwarza się dzięki prolaktynie, a ona wydziela się wtedy, gdy dziecko ssie pierś. Nie ma innej drogi. Z tym związany jest kolejny mit, że należy zwiększać długość przerw między karmieniami, żeby piersi się wypełniły. Absolutnie nie ma takiej potrzeby. Karmienie w ciągu dnia i nocy jest takie samo? Karolina Strzeszewska: Też nie! Przede wszystkim, mleko w nocy jest inne niż to za dnia. Ma m. in. więcej tłuszczów potrzebnych odpoczywającemu dziecku. Okazuje się, że podczas 1 do 3 karmień w nocy maluch zjada 20 proc. swojego całego dziennego zapotrzebowania. Dlatego czasem, gdy widzimy, że dziecko nie przybiera na wadze w trakcie normalnego, regularnego karmienia, to zaleca się dodatkowe nocą. A do którego miesiąca życia dziecko powinno być karmione piersią? Karolina Strzeszewska: Jeśli chodzi o mleko, to ono cały czas będzie miało dobry skład. Decyzja powinna należeć do matki i dziecka. Gdy po pół roku wyłącznego karmienia piersią maluch zacznie dostawać inne pokarmy, to prędzej czy później sam zdecyduje, że pierś nie jest mu potrzebna. Maciej Socha: Oczywiście każdemu przypomną się teraz amerykańskie programy sensacyjnie opowiadające o matkach karmiących piersią 13-letnie dzieci, ale bardzo proszę, ucieknijmy od rozmów o incydentalnej patologii i skupmy się na sytuacjach modelowych. To faktycznie tak jest, że w pewnym momencie mleko matki staje się już tylko dodatkiem do diety, a samo karmienie służy po prostu podtrzymywaniu więzi emocjonalnej. Nie należy tego oceniać - niektóre kobiety karmią 10 miesięcy, inne 18, a jeszcze kolejne do drugiego roku życia dziecka. Nie ma też sensu postanawiać sobie, że dziś czy jutro trzeba odstawić malucha. To się po prostu wydarzy. Wsłuchajmy się w siebie i dziecko. Dzieci karmione piersią są inne, niż ich rówieśnicy z butelkami? Maciej Socha: Wiemy, że są zdrowsze, grzeczniejsze i spokojniejsze oraz mądrzejsze. Mają lepsze zdolności poznawcze, fajniejszy kontakt z rodzicami i ogólnie, ze światem. Karolina Strzeszewska: Statystycznie w dorosłym życiu nawet rzadziej nadużywają alkoholu i mniej jest wśród nich osób ze stwierdzonym ADHD, z otyłością, cukrzycą, astmą oskrzelową i atopowym zapaleniem skóry… Rzadziej dotykają je choroby cywilizacyjne i schorzenia wynikające z autoagresji oraz - co najważniejsze - u dzieci karmionych piersią rzadziej występują przypadki nagłej śmierci łóżeczkowej. Maciej Socha: Tak, a przyczynia się do tych przypadków m. in. używanie butelek ze smoczkiem

zamiast karmienia piersią i stosowanie smoczków dla uspokojenia. Wiemy to! Może nie powinienem tutaj aż tak straszyć, ale… te smoczki, nawet te tzw. anatomiczne, powinny być według mnie zakazane. Plusów karmienia piersią jest mnóstwo… Ale czy nie próbujemy przekonywać za bardzo? Słyszeli Państwo na pewno określenie „terror laktacyjny”. Kobiety zaczynają czuć presję. Maciej Socha: Nie chodzi o to, by kogoś do czegoś zmuszać, ale powinniśmy jak najczęściej mówić o wszystkich plusach karmienia i informować na tyle dobrze, aby to kobieta mogła podjąć świadomą decyzję. Karolina Strzeszewska: Pamiętam pacjentkę, która w ciąży cały czas powtarzała, że nie będzie karmić piersią, bo to jest obrzydliwe, bo nie będzie mogła nigdzie wyjść z domu, będzie uwiązana do dziecka i koniec, a na obiad będzie jadła suchy ryż, bo niczego innego nie wolno. Przekonała się dopiero z czasem. Odkryła, że to wygodne, że może też np. odciągnąć sobie mleko, zostawić je mężowi z dzieckiem i gdzieś wyjść. Na kolacje może zjeść ulubione sushi, na deser truskawki. Tak, Drogie Mamy! Możecie jeść owoce podczas karmienia, tylko niekoniecznie zamiast śniadania, obiadu i kolacji (śmiech). Karmienie piersią jest też wygodne, pokarm jest zawsze gotowy…Ważne są odpowiednie argumenty i życzliwe podejście. Nie wolno powiedzieć kobiecie, że musi karmić piersią, bo jak nie, to będzie złą i wyrodną matką! Ale wiele kobiet tak to odbiera. Maciej Socha: Czasem się słyszy, że dziecko nie potrafiło pić, kobieta miała poranione brodawki, nic nie dało się zrobić itp. Najczęściej oznacza to, że maluch był źle przystawiany do piersi. Gdy powiemy coś takiego, to kobieta myśli właśnie, że ją oceniamy i uważamy za złą matkę. Nie temu jednak to służy! My po prostu z doświadczenia wiemy, jak to wygląda. Wystarczy spojrzeć na salę porodową, gdzie mama karmi dziecko i od początku zaczyna kombinować - trzyma palcami otoczkę brodawki, odkleja nosek od piersi, „bo przecież ten sutek byłby aż w gardle, a nosek jest mocno przy skórze, że dziecko nie może oddychać”. To zupełnie niepotrzebne obawy! Dziecku nic nie będzie, zaufajmy Matce Naturze! Karolina Strzeszewska: Większość z tych problemów można łatwo rozwiązać poprzez niewielką korektą przystawiania. Ale nie słuchajmy przy tym rad wszystkich koleżanek dookoła… Tego powinna nas nauczyć dobra położna i doradca laktacyjny. Maciej Socha: …czyli ktoś taki, jak pani Karolina. Swoją drogą, karmienie piersią to jeden z najbardziej naturalnych procesów w życiu. Straszną głupotą są dla mnie też opinie przeciwników karmienia w miejscach publicznych, żądania, by jedzące dzieci z mamami gdzieś się schowały lub zasłaniały… Nie wiem, kiedy nam się tak popsuły głowy w tej kwestii. Przecież nawet w sztuce sakralnej nikt się przed tym nie bronił, a karmiące kobiety były wręcz gloryfikowane. Karolina Strzeszewska: A w Betlejem jest nawet mleczna grota z Matką Boską Karmiącą. Potarcie w niej cegieł podobno zwiększa płodność (śmiech).CP miasta kobiet

lipiec 2016

13

036190974

Czyli biologia wie co robi. Maciej Socha: Tak i to jest absolutnie niezwykłe! Mleko jest inne w zależności od wieku dziecka, pory dnia i roku. Natura reguluje jeszcze więcej sytuacji. Na przykład, co ma zrobić mama, która w okresie karmienia zachoruje, jest przeziębiona? Oczywiście też karmić piersią! W jej mleku pojawi się dużo więcej ciał odpornościowych dla dziecka. Maluch przebywa z mamą i zanim bakterie lub wirusy go zaatakują, dostanie od niej niezbędne przeciwciała. Taki mały misiek sam ich nie wytworzy - i nie musi, bo zrobi to za niego matka, która poda mu je razem z pokarmem. Nie zaszkodzi mu, przekaże siłę do walki!


kobieta w podróży

NA INNEJ

PLANECIE Pomimo tego całego szaleństwa, neonów i kolorów na ulicach, Tokio jest po prostu pełne samotnych ludzi. Z pisarką i poetką Joanną Shigenobu* rozmawia Lucyna Tataruch

Gdy przyleciałam do Tokio, to od razu pomyślałam sobie, że jestem na innej planecie. Też tak miałaś? Tak… chociaż ja przy swojej pierwszej wizycie podpięłam ten widok bardziej pod „Piąty element” Luca Bessona (śmiech). W Japonii wylądowałam wieczorem i od razu gnałam autobusem do hotelu. Te wszystkie światła, neony, ogromne ekrany na budynkach, na których bez przerwy wyświetlają się reklamy lub wideoklipy z japońską muzyką… Na początku to było porażające! Do tego jeszcze ludzie z kolorowymi włosami, poubierani zupełnie inaczej niż w Europie,… Chyba stąd pojawiła mi się w głowie Mila Jovovich w wersji Leeloo.

14

miasta kobiet.pl

Sprowadziła Cię tu miłość, przyleciałaś do Mitsuo, obecnie Twojego męża. Jak to się stało? Poznaliśmy się przez wspólnych znajomych, gdy Mitsuo był w Polsce. To była na tyle niesamowita chwila, że ja - dziewczyna, która nigdy wcześniej nie interesowała się kulturą japońską ani tym bardziej Japończykami - nagle po tym jednym spotkaniu postanowiłam zmienić swoje życie (śmiech). Teraz mieszkam w Tokio już 9 rok. Fajnie, że się znaleźliśmy. Miłość Europejki i Japończyka z Twojej książki „Mr Fugu” to Wasza historia?


kobieta w podróży

Ta treść w dużej mierze wzięła się z obserwacji i - nie będę kłamać - również z osobistych doświadczeń (śmiech). Japonia pod względem społecznym jest bardzo szczególnym miejscem. Pomimo tego całego kolorowego szaleństwa na ulicach i uśmiechniętych tłumów, jest tu po prostu wielu samotnych ludzi. Tym inspirowałam się pisząc historię Isao i jego europejskiej żony. Chciałam pokazać relację, w której dopiero tragedia jest w stanie otworzyć oczy komuś, kto tak bardzo odgradza się od wszystkiego dookoła. To taka trochę bajka z przesłaniem dla Japończyków.

Japonki muszą się przebudzić? Kulturowo Japonki mają w sobie dążenie do perfekcji we wszystkim, więc jeśli prowadzą dom czy wychowują dzieci, to robią to na najwyższym poziomie i nie narzekają. W natłoku codziennych zajęć znajdują jeszcze czas na edukację. Gdy mąż jest w pracy, a dzieci w przedszkolu lub szkole, japońska żona razem z koleżankami uczęszcza na kursy organizowane przez domy kultury. Kiedyś brałam udział w takim kursie ikebany - układania kompozycji kwiatowych. Przewagę wśród uczestniczek stanowiły młode mężatki, w większości dopiero co po ślubie.

Jacy są japońscy mężczyźni? Na pewno zapracowani! I w tej całej swojej pogoni za karierą może nawet trochę groteskowi. Pewnie sama widziałaś te pędzące przed siebie wielkie grupy białych koszul w porze obiadowej.

Nie pracują zawodowo? Rzadkością są tu kobiety na wysokich stanowiskach. Po latach obserwacji widzę wyraźnie, że ich swoboda w wyborze zajęcia jest pozorna. Od kilku lat jednak coraz więcej młodych kobiet decyduje się na podjęcie pełnoetatowej pracy, otwieranie swoich małych biznesów i skoncentrowanie się na swojej karierze zawodowej. Odrzucają tym samym tę tradycyjną rolę, w modelu zachodnim widzą dla siebie więcej możliwości. Japończycy jeszcze boją się takich kobiet.

Przede wszystkim zwróciłam uwagę na to, że są bardzo zachowawczy, unikają nawet kontaktu wzrokowego. Większość taka jest, choć są i tacy, którzy podchodzą z kwiatkiem lub lalką Barbie w prezencie - to taki sposób na rozpoczęcie rozmowy (śmiech). Mimo wszystko jednak damsko-męskie relacje bywają tu trudne. Brakuje w nich symetrii. Co masz na myśli? Chodzi mi o symetrię na poziomie emocji. Nie chcę generalizować, ale dla wielu japońskich panów okazywanie emocji jest czymś trudnym. Przy innych nie pokazują wszystkiego, są bardzo wycofani. Tutaj rozumie się to jako delikatność… Wierzę, że inaczej jest w czterech ścianach, w domu, gdy nikt poza żoną nie widzi. Może wtedy są bardziej spontaniczni? Jak wyglądają japońskie rodziny? Zgodnie z tradycją, w dniu ślubu kobieta przechodzi z domu swojego ojca do domu męża. W Polsce teoretycznie też tak jest, stąd zmiana nazwiska, ale nie traktuje się tego z taką powagą. Tutaj, w momencie przejścia, musisz się stać już po prostu „dobrą żoną i matką”. Do męża zwracasz się z szacunkiem „otosan”, co w przybliżeniu znaczy tata. Mąż do żony mówi „okasan”, czyli mama. To konserwatywny układ - mężczyzna pracuje i zapewnia pieniądze na utrzymanie rodziny. Wychodzi wcześnie rano, wraca późnym wieczorem. Jego pozycja w dużej mierze wynika z historii i kultury tego kraju. Prowadzenie domu, wychowywanie dzieci, dbanie o budżet i bycie pomocną - to zadania żony. Ten model się powolutku zmienia, ale prawdą jest też to, że wiele kobiet nie widzi w nim nic złego. Mówimy przecież o jednym z najbardziej nowoczesnych miejsc na świecie. Rozwój technologiczny nie idzie w parze z przemianami społecznymi? To taka dziwna mieszanka. Pod pewnymi względami Europejkom i Japonkom jest bardzo blisko do siebie, miewają podobne problemy społeczne… Poetka Yosano Akiko napisała taki wiersz: „Nadszedł dzień, gdy ruszyły góry. Mówię, choć nikt mnie nie słucha. Góry po prostu na krótko zasnęły, a przecież dawniej tańczyły z ogniem. Jeśli tylko uwierzysz, wszystkie śpiące dotąd kobiety wstaną i ruszą”.

Wirtualny świat zdaje się nam już podrabiać rzeczywistość. Wylewa się na ulice Tokio wraz z przekazem na telebimach „future, future, future”. JOANNA SHIGENOBU

Mogą mieć wirtualne dziewczyny, avatary, które niczego nie chcą, zawsze idealnie wyglądają… Oj, tak. Przemysł gier wideo non stop wprowadza tu na rynek nowe edycje gier, w których możesz opiekować się wirtualnym pieskiem, kotkiem, króliczkiem, pielęgnować wirtualny ogród, no i mieć wirtualną dziewczynę… Wirtualny świat zdaje się nam już pomału podrabiać rzeczywistość. Mnie to jednak trochę przygnębia, dlatego unikam takich miejsc jak Akihabara. Dzielnica „Elektryczne Miasto”. Tak, największe skupisko sklepów ze sprzętem elektronicznym, grami, komputerami, gdzie ten wirtualny świat wylewa się na ulice wraz z przekazem na telebimach „future, future, future”. To jest właśnie esencja tej innej planety! Wcale nie. Esencją Japonii jest cała jej cudowna kultura, która kryje się pod tym. Wiesz, Japończycy w tej pogoni za nowoczesnością chyba czasem się gubią i zapominają o tym, co mają najpiękniejszego. Ale widać już odwrót! Do łask wracają kimona, coraz więcej ludzi chodzi na spektakle kabuki, nikt nie ucieka też od rodzimej kuchni… Pewnym japońskim symbolem stał się też „las samobójców”… Samobójstwa w Japonii to taki trochę koszmarek tego kraju. Myślę, że to głównie efekt depresji, szykan w szkole, stresu, braku pracy, co jest ogromnym wstydem dla rodziny… Mówisz o lesie Aokihagara, który rozciąga się u podnóża Fuji. Z jednej strony mamy tam symbol, majestatyczną świętą górę, z drugiej przeklęty las, do którego nikt nie chce wejść, a jeśli już, to tylko w jednym celu… Jakiś czas temu w japońskim domu spokojnej starości czytałam pensjonariuszom moje opowiadanie o chłopcu, który żeby uratować życie swojego ojca, musiał udać się aż pod samą górę Fuji w poszukiwaniu lekarstwa, czyli przejść przez las Aokihagara. Już na wstępie zostałam poinstruowana przez panią dyrektor, żeby nie wymieniać nazwy lasu. Być może Japończycy wierzą w to, że opowiadanie o tym miejscu, a tym samym wymawianie miasta kobiet

lipiec 2016

15


kobieta w podróży jego nazwy, rozzłości wszystkie duchy i demony, które po zmierzchu czają się wśród leśnej gęstwiny? Wracając do japońskich mężczyzn, którzy boją się wyzwolonych kobiet… Mitsuo nie bał się Ciebie - europejskiej artystki, pisarki? Chyba od początku było jasne, że nie zatrzyma Cię w domu. Mój „japoński mąż” na szczęście jest trochę inny (śmiech). Na pewno nie trzeba mu usługiwać i podawać jedzenia! Sam świetnie gotuje. Ale przyznaję, że zaczęliśmy wspólne życie od nauki kompromisu, nie było tak łatwo (śmiech). Na początku ta odmienność kulturowa stała nam czasem na drodze. W takich sytuacjach trzeba albo zacisnąć zęby i starać się dać coś od siebie, albo… no cóż, zakończyć związek. Sama musiałam się wiele nauczyć, szczególnie o dziedzictwie mojego męża. Poznawałam japońską kinematografię, czytałam książki. Bez tego z pewnością bym się tu nie odnalazła. W Japonii małżeństwa się rozwodzą? Coraz częściej, szczególnie te z długim stażem, gdy dzieci są już odchowane. To właśnie wtedy małżonkowie zauważają, że nie ma lub nigdy nie było między nimi komunikacji. Tak się często dzieje w momencie, gdy mąż przechodzi na emeryturę. Dwójka ludzi musi nagle zacząć spędzać ze sobą każdy kolejny dzień. Jak to zrobić, gdy okazują się sobie zupełnie obcy? Smutne… Ale jeśli chodzi o emerytów, to jest tu pewien bardzo pozytywny wątek. Zauważyłaś grupy seniorów, np. w teatrze? Przychodzą poubierani w koszulki z ulubionymi aktorami, w dłoniach mają małe chorągiewki i takie specjalne światełka, którymi wymachują (śmiech). Potrafią bawić się jak młodzież na koncercie rockowym. I to jest tutaj normą. A japońskie babcie opiekują się wnukami? Różnie z tym bywa. Znam przykłady babć, które każdy dzień spędzają z wnukami, by rodzice mogli spełniać

się w pracy. Oferują im pomoc finansową i posyłają dzieci na lekcje pianina czy tańca. Ale są też zupełnie inne relacje. Zdarza się, że babcia pojawia się w szpitalu krótko po narodzinach wnuka, pstryka mu zdjęcie telefonem na pamiątkę i tyle, potem to już tylko sporadyczne wizyty. To przykład mamy mojej znajomej. Jeśli chodzi o dzieci… też wyglądają na zapracowane, zupełnie jak ich rodzice. Mogę ci powiedzieć, jak to wygląda z perspektywy mamy drugoklasisty. Trudno jest mi pewne rzeczy zaakceptować, na przykład jeśli chodzi o styl edukacji. W japońskiej szkole na pewno nie znajdziemy miejsca na kształtowanie indywidualności czy przebojowości. Na pierwszym miejscu stawia się dobro całej grupy, nie jednostki. Ale jest też masa pozytywnych aspektów, na które - przyznaję - na początku też patrzyłam z przymrużeniem oka i dużą niepewnością. Chociażby to, że dzieci bardzo intensywnie biorą udział w codziennym życiu szkoły. Angażują się w jej sprzątanie, dbanie o szkolny ogródek, szkolne zwierzęta. Pomagają wydawać posiłki w porze obiadowej. Dzięki temu mój syn po powrocie z zajęć pomaga przy podawaniu kolacji, myje też naczynia, choć ma dopiero osiem lat… Żyjemy jednak trochę na styku dwóch kultur, widzę więc w nim takie ciekawe połączenie - japoński spokój, tradycyjne kłanianie się na przywitanie i do tego polska energia, szaleństwo. Idealnie, prawda? (śmiech). Mam nadzieję, że tego nie zatraci. Ale prawdą jest, że dzieci chodzą tu jak takie małe zegareczki. Dorośli potem też. Dostrzegam w tym jednak jeszcze cały czas tę specyficzną subtelność, pielęgnowaną od wieków. Inspiruje mnie to przy tworzeniu… Niedawno nakładem bydgoskiego wydawnictwa „Pejzaż” wyszedł mój tomik z jedenastoma wierszami, przetłumaczonymi na język japoński. Są o miłości, przenoszą nas do czasów dawnej Japonii, skupiając się na emocjach porzuconej gejszy, która pomimo zdrady cały czas tęskni do swojego kochanka…. CP

*Joanna Shigenobu bydgoszczanka, mieszka w Tokio. Żona Japończyka, mama 8-letniego synka. Napisała książkę o miłości Europejki i Japończyka, która została przetłumaczona na język japoński, wydała tomik wierszy „Ai”. Jest wielką entuzjastką teatru japońskiego. Od lat współpracuje z grupą teatralną Hibiki Family, wystawiającą na scenie m.in. fragmenty jej powieści.

JOANNA SHIGENOBU Z OŚMIOLETNIM SYNEM LAURI

Z D J Ę C I E A N E TA PAW S K A

MAKIJAŻ JUSTYNA HORYD

>

16

miasta kobiet.pl


zdrowie i uroda

NIE TYLKO SKALPEL W PRL-u pogląd był taki, że tylko aktorki z Hollywood poddają się operacjom plastycznym. Dziś nie jest to już temat tabu. Pacjentki myślą: Skoro wszyscy to robią, to czemu ja nie mogę? produkcji kolagenu. Jest też cały zakres laserów, ultradźwięków i radiofrekwencji, których stosowanie poprawia spoistość skóry.

Przed wakacjami wiele osób stara się poprawić swój wygląd i dietetycy mają pełne ręce roboty. A chirurdzy plastyczni? Chcąc się dobrze przygotować do sezonu wakacyjnego najlepiej wszystko załatwić jeszcze wiosną, ale zabiegi z zakresu medycyny estetycznej i chirurgii plastycznej można wykonywać przez cały rok. Mówi się wprawdzie, że rany w wysokiej temperaturze gorzej się goją, ale gdyby to stanowiło przeciwwskazanie, to np. w Arabii Saudyjskiej, gdzie są wyłącznie wysokie temperatury, w ogóle nie można by operować ludzi. Dziś zresztą korekta urody nie musi oznaczać spotkania ze skalpelem… Tak, takim pierwszym zabiegiem z pogranicza kosmetyki i medycyny estetycznej jest już peeling. Potem jest botoks, który poraża mięśnie, ograniczając ruchy mimiczne i zapobiegając tym samym tworzeniu się zmarszczek. Amerykanie zaczęli prezentować nowe podejście do tematu. Dawniej leczono tam zmarszczki dopiero w momencie, gdy już się pojawiały, dziś próbuje się im zapobiec i stąd historie o nastolatkach, którym już wykonuje się zastrzyki. U nas jest to chyba nie do pomyślenia. Jeszcze nie, na szczęście jesteśmy w Europie. Trzeba pamiętać, że w dłuższej perspektywie stosowanie botoksu nie pozostaje bez negatywnych konsekwencji. Tak jak wspomniałem, służy on zwiotczaniu mięśni i z czasem może powodować nasilenie grawitacyjnego opadania twarzy. I pojawia się potrzeba przeprowadzenia innych zabiegów. Ale botoks to niejedyna metoda, jaką mamy do dyspozycji, by oszukać czas… Wiele drobnych następstw procesu starzenia się możemy skorygować takimi preparatami, jak kwas hialuronowy czy tłuszcz własny. Kwas hialuronowy służy do nawilżania oraz wypełniania ubytków powstających w skórze wraz z wiekiem, a tłuszcz może służyć zarówno do wypełniania, ale i rewitalizacji skóry. W preparatach tłuszczowych znajdują się zarówno komórki tłuszczowe, jak i komórki macierzyste, które pobudzają odnawianie się skóry. Duży potencjał ma także osocze pobierane z krwi. Można je wykorzystywać przy rewitalizacji całej twarzy. Kolejną metodą jest nakłuwanie. Na skutek gojenia się mikrouszkodzeń skóry dochodzi do pobudzenia

Jak należy przygotować się do takiego zabiegu? Przede wszystkim przed podjęciem decyzji o poddaniu się jakiemukolwiek zabiegowi należy upewnić się, że dana osoba ma umiejętności i kompetencje w danym zakresie. Na stronie Polskiego Towarzystwa Chirurgii Plastycznej jest lista osób posiadających uprawnienia i to jest jedyna lista, która zawiera nazwiska osób posiadających specjalizacje z chirurgii plastycznej. Oczywiście lekarze niebędący chirurgami plastycznymi powinni się z kolei legitymować odpowiednimi certyfikatami. Brukowce chyba nie pomagają branży publikując nagłówki typu „Szok! Znana aktorka powiększyła sobie usta”? Brukowce chyba nikomu dobrze nie służą. Pokazują kobiety, które padły ofiarami chirurga plastycznego, w myśl zasady, że lubimy patrzeć, jak innym coś nie wyszło. Ale z drugiej strony kolorowe czasopisma ośmielają też trochę ludzi. W PRL-u pogląd w społeczeństwie był taki, że tylko aktorki z Hollywood poddają się operacjom plastycznym. Dziś nie jest to już temat tabu. I pacjentki myślą: Skoro wszyscy to robią, to czemu ja nie mogę? Zwłaszcza, że coraz rzadziej te zabiegi różnią się od wizyty u kosmetyczki… Należy je mniej więcej w tych kategoriach traktować. Ludzie zaczęli bardziej dbać o siebie, przykładają dużą wagę do sposobu odżywiania, chodzą do spa i klubów fitness. Dlaczego więc, przy użyciu metod z zakresu medycyny estetycznej czy chirurgii plastycznej, nie mieliby zadbać o swój wygląd? Tym bardziej że taki zabieg często poprawia nie tylko urodę, ale i kondycję psychiczną. A jak komuś ma to polepszyć samopoczucie, to czemu ma się tego wstydzić?CP P R O M O C J A 006426409

Rozmowa z dr. n. med. Sylwestrem Dratwą, chirurgiem plastycznym z Centrum Medycznego Gizińscy.

A z jakimi życzeniami najczęściej zgłaszają się do Pana pacjentki? Zaczynając od najpoważniejszych spraw, czyli chirurgii plastycznej, to głównie jest to korekta piersi i nosa. Jeżeli chodzi o drobniejsze zabiegi, to przoduje korekta powiek górnych i operacja odstających uszu. Wśród zabiegów z zakresu medycyny estetycznej najczęściej jest to modelowanie ust, wypełnienie bruzd nosowo-wargowych i tzw. doliny łez. No i wspomniany już botoks. Część pacjentek wybiera tzw. oferty pakietowe, czyli decyduje się za jednym zamachem przejść kilka zabiegów. I korzystając ze znieczulenia ogólnego, np. podczas korekcji piersi, wykonuje się jednocześnie zabieg w obrębie twarzy. Jest to o tyle komfortowe, że pacjentkę omija nieprzyjemne znieczulenie miejscowe. Nie irytuje się też w oczekiwaniu, aż chirurg przestanie majstrować jej przy twarzy.

ul. Leśna 9, Bydgoszcz tel. +48 52 345 50 80 fax +48 52 366 50 25 rejestracja@gizinscy.pl www.gizinscy.pl miasta kobiet lipiec 2016

17


E K L A M

006488758

R A 006470005


Kobieta

zdrowie

jest miłością mojego życia Do dziś - choć spędziłem już kilkanaście lat w sali porodowej - ciągle wzruszam się, słysząc pierwszy krzyk dziecka, położonego na brzuch matki. To są emocje, których nie da się wyprzeć, dlatego nie należy się ich wstydzić. Rozmowa z dr. n. med. Szymonem Bednarkiem*, koordynatorem Nowej Ginekologii w Lecznicach Citomed

Kim ginekolog powinien być dla kobiety? Przede wszystkim fachowcem, który szanuje pacjentkę. Ważna jest chęć uczenia się, ciągłego doszkalania i nietraktowanie pacjentki w sposób protekcjonalny. Wydaje mi się, że młodym ginekologom przychodzi to łatwiej. Na mnie kiedyś postawiono, choć byłem bardzo młody. Do dziś staram się nie zawieść swoich szefów. Dlatego też, gdy powierzono mi funkcję koordynatora Nowej Ginekologii, należącej do Lecznic Citomed, pierwszą moją decyzją było zorganizowanie młodego, przyjaznego zespołu. Nastawienie jest bardzo ważne. Ginekolog nie musi bać się wzruszeń i zawsze powinien wspierać kobietę. Ona jest wystarczająco zestresowana wizytą lub chorobą, która ją dotyka, ma w sobie wiele emocji. Nie wolno dokładać jej do tego jeszcze naszych foszków. Wzruszeń? O jakich emocjach mówimy? Każdego dnia widzę szczęśliwe kobiety, ale niestety zdarzają się też smutne. Czasem przychodzą dumne i radosne, a wychodzą załamane. Zawsze trzeba starać się zrozumieć, co czuje druga strona. Poza tym… Do dziś - choć spędziłem już kilkanaście lat w sali porodowej - ciągle wzruszam się, słysząc pierwszy krzyk dziecka, położonego na brzuch matki. To są emocje, których nie da się wyprzeć, dlatego nie należy się ich wstydzić. Czy jako ten „mądrzejszy” narzuca Pan pacjentkom swoje zdanie? Nie sądzę, bym był mądrzejszy, może czasem coś więcej wiem. Ale trochę narzucam, bo chcę dla nich dobrze. Czasem widzę, że pacjentka oczekuje, by zdecydować o czymś za nią. Bywa też tak, że dla dobra sytuacji staram się ją sprowokować - np. otyłą kobietę, która planuje ciążę, by zeszczuplała przed rozpoczęciem starań. To zmniejsza ryzyko niepłodności, nadciśnienia w ciąży, cukrzycy, porodu zabiegowego. Zakładam się więc z nią, kto więcej zeszczupleje - ona czy ja. Dajemy sobie np. 3 miesiące… One zawsze wygrywają (śmiech).

Jakie badania powinna wykonać kobieta planująca ciążę? Stworzyliśmy w Nowej Ginekologii pakiet przygotowawczy. Polega on na ocenie określonych parametrów krwi, wizycie u dentysty, proponujemy w nim szczepienia przeciwko WZW B i przede wszystkim namawiamy do stosowania w odpowiednio wczesnym okresie starań o ciążę kwasu foliowego i preparatu jodu. Często diagnozujemy pary z niepłodnością. Jak widać, przed biurkiem stoi dwuosobowa sofka. Nie bez powodu. Pomimo stereotypowych przekonań o niepłodności kobiecej, u nas niepłodność zawsze dotyczy obojga partnerów - dlatego na wizyty przychodzą razem. Diagnozujemy kobiety i mężczyzn, w ciągu 2 miesięcy jesteśmy w stanie wydać opinię o stanie zdrowia pary i zaproponować leczenie. Potem już tylko czary-mary i oglądamy malucha w brzuszku ze wszystkich stron, na najnowszym sprzęcie USG, naszym cacku 4D HD Live imaging (śmiech). Ma Pan potrzebę bycia potrzebnym? Kobieta jest miłością mojego życia. Wybrałem położnictwo i ginekologię, by jej pomagać. Bez kobiety życie mężczyzny byłoby naprawdę nudne, takie czarno-białe. Spełniam się jako lekarz. Zamykając drzwi gabinetu i tak dalej pracuję. Mam milion przemyśleń na temat słuszności diagnozy i zaleceń, „Czy ona urodzi sama?”, „Czy szybko wróci do zdrowia? Co jeszcze można zrobić?”. Gonitwa myśli. A wieczorem tylko moi najbliżsi, jazz i… telefony, SMS-y, maile z informacjami od szczęśliwych nowych rodziców, przyszłych rodziców z wynikami… Jakie ma Pan plany na najbliższy czas? Lekarze odpoczywają? Za chwilę krótki urlop, wyjeżdżam z najbliższymi, staram się to robić często. Odpoczywam dopiero, gdy mam ich wszystkich przy sobie. A od lipca ruszamy z nową siedzibą Nowej Ginekologii w nowo wybudowanym skrzydle Lecznic Citomed, gdzie swoje miejsce będzie miał również Szpital Cito Care. Zwiększymy w ten sposób dostępność do ginekologów, powstanie poradnia ciąży patologicznej, diagnostyka prenatalna, badania kolposkopowe, pełna diagnostyka niepłodności, ginekologia estetyczna, a przede wszystkim nasze pacjentki będą miały pełny dostęp do operacji ginekologicznych, laparoskopii, histeroskopii, operacji nietrzymania moczu, obniżenia narządu rodnego, diagnostyki ginekologicznej w systemie „jednego dnia”. I to wszystko w najnowocześniejszej sali operacyjnej w Polsce. Fajnie być ginekologiem, prawda?

*Dr n. med. Szymon Bednarek absolwent Wydziału Lekarskiego Collegium Medicum w Bydgoszczy Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. W 2006 roku rozpoczął pracę w Szpitalu Powiatowym w Chełmży, od 2007 roku związany jest z Lecznicami Citomed, od 2008 roku pracuje w obecnej Klinice Medycyny MatczynoPłodowej, Ginekologii i Neonatologii CM UMK. W 2013 roku uzyskał tytuł specjalisty położnictwa i ginekologii. W 2015 roku obronił tytuł doktora nauk medycznych. Następnie rozpoczął specjalizację modułową z perinatologii.

Lecznice Citomed Sp. z o.o. Nowa Ginekologia TORUŃ ul. M. Skłodowskiej-Curie 73 tel. 56 658 44 22 Lubicz Górny 87-162 ul. Paderewskiego 3 tel. 56 674 49 30

w w w. c i t o m e d . p l miasta kobiet lipiec 2016

19

P R O M O C J A 006467771

Jak to jest - gin pije gin? Kiedy? Gin pije gin… z tonikiem i tylko na wakacjach, to taki atrybut urlopu. Kiedyś nie rozumiałem określeń używanych przez pacjentki podczas wizyt: „Witam gina, to mam wskoczyć na samolocik?”. Fotel ginekologiczny kojarzy się z samolotem… ciekawe. Relacje pacjentka i ginekolog - mężczyzna wywołują wiele zabawnych sytuacji, np. „Wie pan, pobolewa mnie tak, jak na miesiączkę”. Jasne, że wiem! (śmiech)


atlas kobiet

NIE MYJ SIĘ, BO PRZYJEŻDŻAM! Kobiety nosiły po kilkanaście warstw spódnic, aby tuszować smród. Może niepotrzebnie - znane są przecież historie mężczyzn, którzy uwielbiali ten odór. TEKST: Justyna Król ZDJĘCIE: Tomasz Czachorowski

20

miasta kobiet.pl

M

ydło istniało już w starożytności, lecz nie każdy chciał go używać. Mężczyźni mieli wątpliwości - straszono ich, że jeśli będą myli się w ciepłej wodzie, to zmienią się w kobiety. Z czasem czystość zaczęto utożsamiać z grzechem, a stan nieumycia ze świętością. Średniowieczni ascetyczni pustelnicy chrześcijańscy unikali kąpieli jak ognia. Podobno święta Agnieszka nigdy się nie umyła, a święta Olimpia zaledwie kilka razy w ciągu całego życia. Za wystarczający kontakt z wodą uważano przyjęcie chrztu i obmywanie zwłok po śmierci. Po epidemii dżumy w piętnastym wieku, całkowicie zakazano kąpieli. Pozamykano wszystkie łaźnie, sądząc, że to na skutek kontaktu z ciepłą wodą do ciała ludzkiego przedostają się zarazki.


atlas kobiet Aż do XIX wieku uważano, że kontakt z wodą może być nawet śmiertelny. Wierzono, że kołtuny tworzące się pod włosami mają magiczną moc. Kobiety wręcz je pielęgnowały, by raz do roku móc ściąć i wykorzystać do wróżb. Powszechnie używano zasypki, kowadełek i młoteczków do zabijania robactwa, które lęgło się na głowach.

BRUD NASZ POWSZEDNI Tak zaczął się najbrudniejszy okres w historii ludzkości. Nie myto się przez ponad dwieście lat! Największymi brudasami byli Francuzi i Hiszpanie, Słowianie natomiast uchodzili za czyścioszków. W czasach tych uważano, że trzeba zakładać na siebie jak najwięcej ubrań, by pot i smród nie wydostawały się spod spodu. - Kobiety nosiły po kilkanaście warstw spódnic, aby tuszować smród, a co jeszcze ciekawsze, znane są historie mówiące o tym, że mężczyźni ten smród lubili! Na przykład Jan Trzeci Sobieski pisał do Marysieńki, żeby się nie myła, bo zamierza do niej przyjechać - opowiada Daria Kieraszewicz, założycielka bydgoskiego Muzeum Mydła i Historii Brudu. DLA KOCHANKI BIDET Dlaczego francuskie perfumy są tak mocne? Ponieważ powstały właśnie po to, by kamuflować odór, który towarzyszył kobietom w tym okresie. Francuzki wylewały na siebie całe flakony, zaczynając od głowy, a na stopach kończąc. Nosiły peruki z finezyjnymi fryzurami, bo przez panującą wszawicę mało która trzydziestolatka posiadała jeszcze swoje włosy. Aż do XIX wieku uważano, że kontakt z wodą może być nawet śmiertelny. Wierzono, że kołtuny tworzące się pod włosami mają magiczną moc. - Kobiety wręcz je pielęgnowały, by raz do roku móc ściąć i wykorzystać do wróżb. Powszechnie używano zasypki do wyczesywania włosów, kowadełek i młoteczków do zabijania robactwa, które lęgło się na głowach - opowiada założycielka muzeum. Do mniejszości należeli ci, którzy woleli świeżość. Zawdzięczamy im jednak wynalezienie bidetu. - Jako pierwsze z bidetów korzystały francuskie kochanki. Otrzymywały je od swych oblubieńców, by podmywać się przed ich przyjazdem. Wymyślono nawet bidet tandem, by kochankowie mogli razem oczyszczać swoje ciała. Nazywano je gitarami czystości - mówi Daria Kieraszewicz. DESZCZ FEKALIÓW „Uwaga! leeeeeeci” - słyszeli często francuscy przechodnie, jeszcze w osiemnastym wieku, po czym chowali się w popłochu… o ile ten, który wyrzucał przez okno fekalia z nocnika nie zapomniał uprzedzić. Wylewanie nieczystości prosto na głowy spacerujących osób było wówczas powszechną praktyką, stąd taka popularność francuskich parasoli. Przed powstaniem kanalizacji załatwiano się bowiem do naczyń, które umieszczano m.in. w fotelach czy pokojowych pufach - wystarczyło podnieść klapę i siedzisko zamieniało się w toaletę. Nie bez powodu załatwianie potrzeb fizjologicznych do dziś nazywa się „siadaniem na tronie”.

BRUDNA STARA PANNA - Proszę sobie wyobrazić, że jeszcze w XIX wieku kobiety chodzące na rehabilitację w Bydgoszczy były na tyle brudne, że powstał specjalny gabinet balneologiczny zajmujący się wyłącznie myciem tych pań przed gimnastyką. Ponoć nie szło wytrzymać w tym smrodzie - opowiada pani Daria. Na szczęście z początkiem dwudziestego wieku młode kobiety zaczęły traktować używanie mydła bardzo poważnie. Dlaczego? Bo straszono je, że jeśli będą śmierdzieć, to ani ponętne ciało, ani ładna buzia nie pomogą im znalezieniu męża. Rezultat w był taki, że w każdym szanującym się przedwojennym domu znajdował się kącik służący do dbałości o higienę, a w nim m.in. miednica i naczynie do przechowywania wody. Frapuje też historia higieny kobiet podczas menstruacji, zwłaszcza, że aż do XX wieku nie istniał żaden przemysł produkujący środki na „te dni”. Za to pierwsze opisy bielizny przeznaczonej do użytku podczas okresu pojawiły się w XIX stuleciu. Wcześniej panie radziłyśmy sobie na własną rękę, używając rozmaitych podkładek, gąbek czy nawet trawy. Wykorzystywano w tych celach także ligninę i watę. Gdy pojawiły się pierwsze podpaski, mocowano je na specjalnych pasach, które reklamowano w piśmie „Dobra Gospodyni” z XX wieku. MYDŁO Z TRADYCJAMI - Ludzie uwielbiają nasze muzeum, co nie ukrywam cały czas mnie zadziwia. Okazuje się, że to, co jest trochę obrzydliwe, bardzo nas interesuje, chcemy to zgłębiać… A ja wcale nie stawiałam na kontrowersję, otwierając to miejsce. Nie sądziłam też, że będzie aż tak popularne, nagradzane i że znajdzie się w topowej dziesiątce polskich muzeów. Po prostu szukałam pomysłu, by zatrzymać turystów w mieście na dłużej. Przypadkiem okazało się, że bydgoskie tradycje mydlarskie są bardzo długie i mocno osadzone w lokalnym przemyśle. Zainspirowała mnie też książka pt. „Historia brudu”. Teraz, poza warsztatami z wyrobu mydełek, to właśnie o historii higieny i jej braku najwięcej opowiadamy odwiedzającym, bo to ich najbardziej ciekawi - zdradza Daria Kieraszewicz. - Pytała pani czy można robić dziś biznes w muzeum. Jak widać tak! Myślę, że w takich działaniach liczy się pasja, ona zawsze wygrywa i się sprzedaje. A kobieta potrafi bardziej z sercem zająć się taką placówką. Wpadnie na to, by zawiesić firanki, nada odpowiedniego charakteru, dostrzeże każdy detal. Szczerze mówiąc, sama nie sądziłam, że będzie o dochodowy interes, a stworzyłam już 11 etatów - dodaje bydgoska przewodniczka.CP

miasta kobiet

lipiec 2016

21


BYCIE RODZICEM JEST FAJNE! To nie jest tak, że każda mama od razu po urodzeniu dziecka wie, jak się nim zająć, zaopiekować. Rodzice czasem po prostu są zagubieni, potrzebują wsparcia i rzetelnej pomocy. Rozmowa z Krystyną Mazek (pielęgnacja, opieka, wychowanie), Katarzyną Przybysz-Krawczuk (psychologia, seksuologia) i Piotrem Krawczuk (bezpieczeństwo i pierwsza pomoc) z „Być Rodzicem” - bycrodzicem.com.pl

Pedagog, psycholog-seksuolog i specjalista do spraw pierwszej pomocy - skąd takie nietypowe połączenie sił w doradztwie dla rodziców? Krystyna Mazek: Tak naprawdę to pomysł na współpracę zrodził się po rozmowach i spotkaniach z innymi rodzicami. Sama mam dwójkę cudownych dzieci i w pewnym momencie zauważyłam, jak wiele rozterek dzielą ze mną inne mamy. Czuły się zagubione i niepewne, choćby w takich sprawach jak pielęgnacja niemowląt. Co ciekawe, były to osoby, które mogłyby szukać informacji w internecie czy w książkach. Potrzebowały jednak pomocy kogoś, kto ma podobne doświadczenia. Wtedy poczułam, że powinniśmy się wspierać jako rodzice, korzystając przy tym z naszej wiedzy zawodowej. Na początku myślałam tylko o współpracy z Kasią, jako z psychologiem, ale szybko uświadomiłyśmy sobie, że to właśnie takie tematy, jak pierwsza pomoc, są bardzo często pomijane - stąd Piotr, mąż Kasi, w naszym składzie (śmiech). Prywatnie znamy się długo, przyjaźnimy się, ufamy sobie i wiemy, że idealnie się uzupełniamy. To, że się przyjaźnicie i uzupełniacie widać od razu! Ale zacznijmy od Piotra - w jakich sytuacjach przydaje się Twoja pomoc? Piotr Krawczuk: We wszystkich, związanych z bezpieczeństwem dziecka. Każdy rodzić działa intuicyjnie w sytuacji zagrożenia, ale intuicja może zawieść - na przykład gdy maluch się zakrztusi, zachłyśnie, oparzy,

22

miasta kobiet.pl

zje proszek do prania, czy napije się mydlin. Rodzice w takich chwilach nie wiedzą, jak reagować. Chcą jak najlepiej, ale są przerażeni. Boją się, że zaszkodzą. Piotr Krawczuk: Pomóc mogą im konkretne wskazówki, wręcz takie szablony zachowań, których można się wyuczać i dzięki temu pokonać trochę te emocje. Czasem to są proste rzeczy, jak choćby wystawienie dziecka na balkon zimą, po tym, gdy napije się czegoś podrażniającego przełyk - chłodne powietrze ukoi ból. Zwykle nie myślimy o tym na co dzień. A jeśli już, to raczej pod kątem tego, by do takich sytuacji nie dochodziło. Oczywiście, powinniśmy im zapobiegać, jednak nie jesteśmy w stanie kontrolować wszystkiego. Podkreślę tylko, że nie chcemy straszyć, raczej uzmysłowić rodzicom, że warto odpowiednio reagować - szczególnie w takich momentach, których nigdy byśmy sobie i tym bardziej swoim ukochanym dzieciom nie życzyli! Czyli można się do Was zgłosić po to, by dowiedzieć się, jak zapewnić bezpieczeństwo maluchowi. Dołączacie do tego od razu poradnictwo psychologiczne i pedagogiczne? Piotr Krawczuk: Niekoniecznie, wszystko zależy od rodziców. Każdy z nas odpowiada za inną specjalizację i faktycznie możemy stanowić taki uzupełniający się zespół, ale czasem wystarczy pomoc tylko jednego z nas.


rodzina BEZPIECZNI NAD MORZEM

Dlaczego w ogóle takie usługi są potrzebne? Rodzice nie wiedzą, gdzie szukać tych informacji? Krystyna Mazek: Na pewno nie pomaga im szum informacyjny. Bardzo trudno jest się w tym odnaleźć, szczególnie przy pierwszym dziecku. Sama pamiętam, jak na początku po urodzeniu synka myślałam, że ze wszystkim sobie poradzę. Potem zaczęły pojawiać się wątpliwości, pytania... Brakowało mi kogoś, kto na spokojnie pomoże mi przez to przejść, rzetelnie doradzi, podpowie bez emocji - choćby w sprawach dotyczących pielęgnacji maleństwa czy opieki. Informacje, które możemy zdobyć np. w internecie, często są ze sobą sprzeczne. Rady babć, mam czy teściowych nie zawsze się sprawdzają, bo czasy też się zmieniają. Poza tym, nikt nie chce czuć się oceniany i krytykowany przez najbliższych. Dlatego w niektórych sytuacjach bardziej sprawdza się podpowiedź fachowca, kogoś niezwiązanego emocjonalnie z rodziną. Tak właśnie chcemy działać - dawać rodzicom wsparcie, podpowiadać rozwiązania, ale też niczego nie narzucać i absolutnie nie oceniać. Z czym młodzi rodzice najczęściej mają problemy? Krystyna Mazek: Długo można by wymieniać... Są to takie sprawy jak pielęgnacja, różne dolegliwości u maluszka, problemy z usypianiem, z karmieniem, rozszerzenie diety dziecka. czy wspomniana wcześniej pierwsza pomoc… Potem problemy wychowawcze, własne emocje, relacje w związku. Na samym początku trudnością bywa nawet zakup wyprawki. Wystarczy spojrzeć na te wszystkie reklamy produktów dla dzieci - skąd młodzi rodzice mają wiedzieć, co wybrać? To akurat chyba można sprawdzić w internecie... Krystyna Mazek: Oczywiście, ściąg z wypisanymi podpunktami jest mnóstwo, ale jedna rodzina będzie potrzebowała dwunastu rzeczy z tej listy, a inna trzech. My pomagamy dobrać wszystko do aktualnej sytuacji rodziców i do potrzeb tego konkretnego maluszka. Bardzo często przecież na takich zakupach wydaje się mnóstwo pieniędzy, a potem te przedmioty leżą nieużywane. Bo „na dziecku się nie oszczędza, a koleżanka polecała”… Katarzyna Przybysz-Krawczuk: Oczywiście, każdy chce dla swojego malucha wszystkiego, co dobre, rodzice mają zwykle jak najlepsze intencje. Dlatego nie dziwimy się tym trudnościom. Krystyna Mazek: Właśnie przez to, że każdy chce być jak najlepszym rodzicem, po jakimś czasie często zaczyna czuć się bezradny. Wiele moich znajomych przyznaje, że przez taką bezsilność i zagubienie tracą całą radość z tego najpiękniejsze okresu życia dziecka. Dookoła ciągle słyszą, że robią coś źle albo mogłyby lepiej… To nie jest tak, że gdy mama urodzi dziecko, to od razu

wie, jak się nim zająć, zaopiekować. Nie zawsze tak jest i nie ma w tym nic złego. Wszystkiego można się nauczyć i odzyskać spokój.

- podpowiada Piotr Krawczuk

Czyli dajecie rodzicom tę przestrzeń do bycia bezradnym, ale jednocześnie wychodzicie naprzeciw, pokazując, jak to pokonać. Katarzyna Przybysz-Krawczuk: Tak. Chcemy, żeby rodzice czuli się dobrze i czerpali satysfakcję ze swojej roli. Bycie rodzicem jest wspaniałe! Dlatego pokazujemy, m.in., czego unikać, jak sobie radzić i w jaki sposób zbudować niepowtarzalną więź z dzieckiem. Mamy to przetestowane na sobie (śmiech). Widzimy też wiele przykładów na to, że małymi kroczkami można dużo zmienić w życiu rodziny - oczywiście na lepsze!

Zdarza się nam wyjeżdżać z dziećmi, np. do Chorwacji, nad morze. Warto pamiętać, że oprócz bezpiecznego przebywania na słońcu i w wodzie, powinniśmy mieć na uwadze również… meduzy!

Swój przekaz adresujecie do rodzin, czyli nie wykluczacie z tych porad ojców? Katarzyna Przybysz-Krawczuk: Oczywiście, że nie wykluczamy. Rola taty bardzo się zmieniła, to ogromnie ważna osoba w życiu dziecka. Chętnie więc doradzamy też mężczyznom, jak zajmować się maleństwem i jak w ogóle odnaleźć się w tej nowej roli. Dlatego łączymy siły psychologiczne i pedagogiczne. W czym pomagacie rodzicom starszych dzieci? Katarzyna Przybysz-Krawczuk: Tu też bierzemy pod lupę szeroki wachlarz problemów dotyczących również nastolatków. Zacząć możemy już w tej chwili, gdy w rodzinie kilkulatka pojawia się rodzeństwo. U starszego zwykle rodzi się wtedy chęć rywalizacji, ujawniają się zachowania czy emocje, których rodzice wcześniej nie obserwowali. Ich reakcja ma ogromne znaczenie dla późniejszych relacji między rodzeństwem. Jak powinno się zareagować? Katarzyna Przybysz-Krawczuk: Na pewno nie można odseparować takiego kilkulatka od noworodka, bo to jedynie nastawi go negatywnie do młodszego rodzeństwa. Jeśli starsze dziecko będzie czuło, że rodzice nie są nim zainteresowani, to zacznie ich uwagę wymuszać - na przykład celowo postępując źle. Podpowiadamy więc, jak można włączyć starsze dziecko do opieki nad młodszym, na tyle, na ile pozwala jego wiek. Tak, by czuło się nadal kochane przez rodziców oraz potrzebne i ważne jako brat czy siostra. Takie ciepłe i pełne opieki relacje zostają potem na zawsze. Pomagacie nie tylko w relacjach z dziećmi, ale też między dwojgiem rodziców. Tutaj przydaje się seksuologia? Katarzyna Przybysz-Krawczuk: Tak. Pojawienie się dziecka w rodzinie wywraca życie do góry nogami, również w sypialni! Pary często nie chcą zwracać się z tym problemem do lekarza, bo to oznacza szukanie specjalisty, pytanie znajomych, czy ktoś kogoś poleci, stanie w jakiejś kolejce i generalnie pokazywanie wszystkim dookoła, że coś tu u nas nie gra... To krępujące. Chcemy wyjść temu naprzeciw. Przypomnieć rodzicom, że kiedyś byli też po prostu parą, cieszącą się swoim towarzystwem. Podpowiadamy, m.in., jak rozpalić na nowo tę więź, kiedy można wrócić do współżycia, co zrobić, by było tak jak kiedyś, albo nawet i lepiej. Życie w związku i bycie rodzicem nie wykluczają się!

Jeśli to zwierzę poparzy dziecko, zawsze kontaktuj się z najbliższym ratownikiem i wezwij pogotowie! Gdy nie ma objawów alergicznych, każdy rodzic jest w stanie początkowo poradzić sobie z takim oparzeniem, będąc jeszcze na plaży. Przede wszystkim, pomoże słona woda. Należy oblać nią miejsce oparzenia, a nawet zanurzyć tę część ciała w morzu. Nie polewaj jej wodą słodką, to jedynie podrażni skórę! Nie usuwaj kawałków meduzy gołymi rękoma - zawsze powinny być osłonięte! Przytrzymaj na oparzeniu piasek ze słonej wody. Po kilku minutach ściągnij go czymś sztywnym i twardym. Pamiętaj o odkażeniu rany alkoholem, amoniakiem! (słona woda nie odkaża). Chroń oparzenie przed słońcem, ale nie zakrywaj go plastrami i bandażami. Zastosuj maść.

miasta kobiet

lipiec 2016

23

P R O M O C J A 006450390

Zawsze, gdy umawiamy się z rodzicami, to na samym początku ustalamy, czego potrzebują - czy dopiero spodziewają się dziecka i chcieliby profilaktycznie przygotować się do tej nowej roli czy może maluch już jest na świecie. Nie ma też reguły co do ilości spotkań. Bywa tak, że jedno wystarczy, a w innym przypadku będą to cykliczne wizyty. Zawsze dopasowujemy się do konkretnych potrzeb.


jej pasja

I LU S T R A C J A G A G A

ZAMIAST ZDJĘĆ

24

miasta kobiet.pl


temat

Jej prace zobaczyć można nie tylko w kolorowych magazynach, ale i galeriach. Wystawiane były m.in. w Wiedniu, Wilnie, Porto, a nawet w Australii. Słowa uznania płyną do niej z Chin, Japonii, Tajlandii. - To dopiero początek drogi - wyznaje ilustratorka Martyna Wójcik-Śmierska. P L A K AT D Ż U N G L A 1

WIĘCE J ILUSTRACJI NA MIASTAKOBIE T.PL

TEKST: Tomasz Skory

Z

aczynała jak wszyscy: od papieru, farb i kredek. Z komputera i programu graficznego mogła korzystać w bydgoskim liceum plastycznym, ale wszystkie plakaty i prace w ramach szkolnych zajęć i tak wykonywało się jeszcze ręcznie. - W tamtych czasach, gdy zrobiło się błąd albo kleksa, to już nie dało się tego naprawić - wspomina Martyna Wójcik-Śmierska, ilustratorka, której prace pojawiają się na okładkach wielu znanych magazynów, nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Od dzieciństwa czuła potrzebę, by realizować się artystycznie, więc naturalnym wyborem był dla niej Wydział Sztuk Pięknych UMK w Toruniu. Jeszcze wtedy nie wiedziała, że na początku czeka ją bolesne zderzenie z rzeczywistością. - W szkołach kładzie się duży nacisk na „artyzm”, na poszukiwanie interesujących form. Zaraz po skończeniu edukacji człowiek jest jeszcze pozytywnie nakręcony twórczo. Niestety, po szkole na świeżo upieczonego grafika czekają przeważnie komercyjne projekty, które ze sztuką nie mają zbyt wiele wspólnego. Buntując się przeciwko zastanej sytuacji założyła własną działalność i zaczęła słać w świat swoje pomysły. Wiedziała, że najpierw musi zdobyć zaufanie wydawców i niejednokrotnie publikowała swoje prace za darmo. Zmagała się też z panującym przekonaniem, że projekty graficzne może wykonać każdy, kto potrafi korzystać z komputera - w związku z tym nie ma sensu wynajmować do tego specjalisty. - Praca grafika to nierzadko ciężki kawałek chleba. Dużo firm wciąż zleca wykonanie projektów graficznych swoim informatykom i dlatego często to, co widzimy później na banerach, jest tak nieestetyczne. Każdą realizację można przygotować naprawdę ciekawie, potrzebny jest do tego jednak ktoś z odrobiną wyczucia i ze zmysłem artystycznym - tłumaczy Martyna Wójcik-Śmierska.

POZA GRANICAMI KRAJU W okresie PRL-u polska ilustracja święciła triumfy na międzynarodowych konkursach, jednak na początku lat 90. praca grafików zaczęła tracić na znaczeniu. Dopiero teraz, po latach przerwy, wracają oni do łask wydawców, a ich twórczość zaczyna się ponownie liczyć poza granicami naszego kraju. - Cieszymy się coraz większym zainteresowaniem i to napawa optymizmem. miasta kobiet

lipiec 2016

25


jej pasja GRAFIKI MARTYNY WÓJCIK-ŚMIERSKIEJ POJAWIAJĄ SIĘ NA OKŁADKACH WIELU MAGAZYNÓW

W obecnych czasach, przy powszechnym dostępie do internetu, nie ma tych barier, co kiedyś i zdarza się, że ktoś z drugiego końca świata pisze do mnie, że podobają mu się moje prace lub że chciałby coś zamówić. Przez kilka lat Martyna realizowała różne projekty, ale największą radość sprawiała jej ilustracja prasowa, z którą związała się na dobre. Jej charakterystyczny styl mieli okazję poznać czytelnicy Newsweeka, Magazynu Pani, Tygodnika Powszechnego, Wysokich Obcasów, Twojego Stylu i wielu innych. Grafiki jej autorstwa pojawiają się też w zagranicznych wydawnictwach, m.in. brytyjskim Monocle, niemieckim Novum czy francuskim Le Particulier. - W prasie wciąż przeważają fotografie, ale coraz częściej zdarza się, że nawet na okładkach zamiast zdjęć pojawiają się ilustracje. Mam takie podejrzenia, że niektóre zamówienia na nie powstają, gdy brakuje materiałów do zobrazowanie tematu zdjęciem. I wtedy muszę się głowić, jak z tego wybrnąć w ciekawy, ilustratorski sposób. A tematy potrafią być naprawdę surrealistyczne! - tłumaczy.

* Martyna Wójcik-Śmierska graficzka i ilustratorka. Absolwentka Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Bydgoszczy i projektowania graficznego na Wydziale Sztuk Pięknych UMK w Toruniu. Mieszka i pracuje w Warszawie. Projektuje plakaty, okładki i nadruki. Specjalizuje się w ilustracji prasowej.

26

miasta kobiet.pl

ILUSTRACJE PACHNĄCE CYNAMONEM Zwykle wydawnictwa przesyłają jej całe artykuły, w których szuka głównych wątków i słów-kluczy, nasuwających pomysł na obrazek. Zdarza się jednak, że otrzymuje tylko tytuł lub same wytyczne, co powinno się znaleźć na ilustracji. Czasem musi połączyć kilka zupełnie niezwiązanych ze sobą elementów - tak, by wszystko było spójne i atrakcyjne. W ten sposób powstała, m.in. okładka niemieckiego Novum, którą graficzka uważa za jeden ze swoich najważniejszych sukcesów. - To było spore wyzwanie, bo dotyczyło grudniowego wydania. Przysłano mi papier pachnący cynamonem i ciasteczkami. Drukowano na nim okładkę. Mój projekt miał połączyć tematykę świąteczną z raportem podsumowującym rok i do tego jeszcze współgrać z zapachem papieru - wspomina Martyna. Prace graficzki zobaczyć można nie tylko w kolorowych magazynach, ale i galeriach. Wystawiane były m.in. w Wiedniu, Wilnie, Porto, a nawet Australii. Słowa uznania płyną do niej z Chin, Japonii, Tajlandii. - Jestem dopiero na początku drogi, którą wybrałam. Cały czas się rozwijam i nie jest to punkt, w którym mam zamiar się zatrzymać. Chcę dalej projektować i nawiązywać współpracę z kolejnymi magazynami i klientami - zdradza ilustratorka. - Mam wiele szczęścia, mogąc powiedzieć, że to, co robię zawodowo, jest moją pasją. Gdy mogę zobaczyć swoją gotową realizację lub kupić magazyn z własnymi ilustracjami, to czuję coś, co rekompensuje mi wszystkie nieprzespane i przepracowane noce.CP


moda i trendy

temat

DO BYDGOSZCZY

Z WŁOCH

Zaczęło się od wspaniałych włoskich tkanin… Arek: To prawda. Każdy, kto choć raz miał okazję obejrzeć je i dotknąć, doceni prawdziwy artyzm w kompozycjach kolorystycznych ich projektantów. I oczywiście doskonałe rzemiosło włoskich tkalni. Kamila: Istotna jest też niezwykła wrażliwość włoskich designerów na współczesny styl i jednocześnie ogromny szacunek, jaki mają do tradycyjnych metod pracy. To daje fenomenalne na skalę światową efekty. Arek: Włosi długo na to pracowali. Pamiętajmy, że uznali modę za najlepszą drogę do wyjścia z kryzysu i zniszczeń wojennych. Państwo tak mocno wspierało raczkujący przemysł tekstylny, że doszli do absolutnej perfekcji. Dzisiaj produkcja włoska jest synonimem najwyższej klasy gatunkowej i nowoczesnego wzornictwa. A Wy od wielu lat sprowadzacie ją z Włoch i dostarczacie polskim klientom… Kamila: Tak. Niesamowicie ekscytujące jest wybieranie spośród tych wszystkich wspaniałości zgromadzonych we włoskich magazynach. Ale największą frajdę mamy, oglądając klientów zachwyconych nową dostawą. Arek: W tego typu działalności nie chodzi tylko o zysk, ale o udział w tworzeniu pięknych rzeczy: odzieży, toreb itp. O inspirowanie i podsuwanie autorom tworzywa do ich kolejnych projektów. W końcu wszystko zaczyna się od tkaniny. Kontakt z młodymi polskimi projektantami zaowocował stworzeniem showroomu w Bydgoszczy przy Dworcowej 56, w którym można kupić ich projekty. Kamila: … a połączenie włoskich tkanin z oryginalnym stylem polskich projektantów to mieszanka wybuchowa. Powstające modele to prawdziwe petardy modowe. Arek: Współpracujemy z projektantami, którzy przykładają ogromną wagę do detalu: jakości materiałów, przemyślanego projektu, precyzji wykończenia. To ma ogromny wpływ na efekt końcowy. Chcemy, żeby tylko doskonałe projekty znalazły się w naszej ofercie. Dlatego współpracujecie tylko z wybraną grupą projektantów? Kamila: Tak, chodzi o ostrą selekcję i zaprezentowanie klientom tylko tych najlepszych, jak Jarosław Ewert, Marta Kuszyńska, Marita Bobko, Czarny…

Arek: Ale jesteśmy otwarci na współpracę i nadal poszukujemy projektantów, których pomysły poszerzą ofertę Jazz & Silk. … i którzy szyją z Waszych tkanin? Arek: Przynajmniej niektóre projekty. Dzięki temu klienci Jazz & Silk mogą kupić gotowy model, odszyty w szwalni projektanta. Ale mogą też, zainspirowani ich projektami, kupić jedną z pięknych włoskich tkanin dostępnych w sklepie i stworzyć własny projekt. Włoskie tkaniny, polscy projektanci… i Bydgoszcz. Dlaczego akurat to miasto? Jesteście przecież firmą poznańską. Kamila: Będąc kiedyś przejazdem w Bydgoszczy, postanowiliśmy rozejrzeć się po mieście. I absolutnie zachwyciła nas jego energia, nowoczesne rozumienie przestrzeni miejskiej, tworzenie miasta przyjaznego wspólnemu spędzaniu czasu. Wyspa Młyńska jest tego doskonałym przykładem. Arek: Uznaliśmy, że ludzie, którzy tak rozumieją tworzenie swojego miejsca na ziemi, będą doskonałymi odbiorcami współczesnego designu najwyższej klasy. I nie zawiedliśmy się. Kamila: Stąd właśnie Bydgoszcz i ulica Dworcowa, z jej lokalnym kolorytem, specyficznym klimatem i mnóstwem ciekawych ludzi. Pozostaje nam tylko zaprosić wszystkich do Jazz & Silk, do kamienicy numer 56 na spotkanie z nowoczesnym designem i prawdziwą sztuką tworzenia. Kamila i Arek: Zapraszamy serdecznie! Do zobaczenia w showroomie! P R O M O C J A 016388619

Moda i sztuka od zawsze idą w parze. Doskonałym przykładem takiego połączenia jest Jazz & Silk - nowoczesny concept store tekstylno-modowy. Przyjaźń między kulturoznawczynią Kamilą Łazarczyk i muzykiem zespołu Moving Reef, Arkiem Boguszewskim, została przekuta w dobrze prosperujący biznes.

B Y D G O S Z C Z , U L . D W O R C O WA 5 6 miasta kobiet

lipiec 2016

27


28

miasta kobiet.pl


uroda

Lato pachnie piwonią i frezją

J

uż trzeci rok cykliczne kobiece spotkania w Galerii Pomorskiej przyciągają jak magnes panie w różnym wieku. Czasem przybierają formę wykładu, częściej warsztatową. Ostatnie warsztaty pt. „Moja własna garderoba zapachowa” odbyły się w czerwcu.

Z ZAPACHEM NA CO DZIEŃ - Lubimy okrywać się zapachem. Nie wyobrażam sobie dnia bez pięknie pachnącego skarbu, jakim jest mały flakonik ulubionej wonności - powiedziała prowadząca ostatnie ze spotkań Barbara Szutowska, ekspertka ds. zapachów z Galerii Douglas. - W letnie dni dobrze poczujemy się w jedwabistych, delikatnych, rześkich nutach kwiatów z subtelnym dotknięciem słodyczy. Szukajmy perfum z piwonią, frezją, różą i osmantusem w roli głównej, delikatnie dopełnionych bazą drzewną - radziła uczestniczkom, które jak zawsze nie tylko zdobyły wiedzę praktyczną, ale również otrzymały kobiece podarunki od organizatorów. Panie uczyły się wąchać, analizować zapachy, jak również dobierać je do osobowości i okazji. PACHNĄCY PREZENT - Przyszłam tu dzisiaj z mamą, która świętuje swoje urodziny, by spędzić razem czas w kobiecym gronie. Ogólnie jestem już trzeci raz na takim spotkaniu, uwielbiam je! Wcześniej udało mi się uczestniczyć w rewelacyjnych warsztatach osobowościowych z psycholożką, a w minionym sezonie dowiedziałam się tutaj, jak z głową spakować walizkę na wakacje - mówi Pani Dorota, stała bywalczyni.CP

CZY WIESZ, ŻE… • Lepiej skrapiać perfumami ramiona, włosy lub ubranie zamiast nadgarstków, punktów za uszami i szyi. Wydzielający się w tych drugich miejscach kwas mlekowy powoduje, że zapach bardzo szybko wietrzeje. • Wybierając perfumy w drogerii nie powinno się wąchać więcej niż czterech nut zapachowych za jednym razem. Po takiej ilości zatracamy właściwe odczuwanie zapachu, efekt ten można zneutralizować, np. wąchając ziarna kawy. • To, jakie zapachy są naszymi ulubionymi, warunkują pozytywne wspomnienia zapachowe z dzieciństwa. To dlatego panie wychowane na wsi chętniej wybierają nuty roślinne, nawiązujące do przyrody, a kobiety pochodzące z miasta np. słodkie nuty przypominające przyjemne zapachy z ukochanej piekarni.

miasta kobiet

lipiec 2016

29


relaks

POZNAJ GO W SIEDEM MINUT T E K S T L U C Y N A TATA R U C H

Na szybkie randki panowie ubierają się, jak na rozmowę o pracę i recytują wyuczone formułki. O żartach i flirtach możemy zapomnieć. Te spotkania są dla nich ogromnie istotne. Przyszli tu znaleźć partnerkę życia i mówią o tym otwarcie. „Nie wiem, czy wiesz, ale przeciętny singiel wydaje rocznie ok. 3 tys. złotych na szukanie partnera lub partnerki” - czytam przypadkiem na pewnej stronie internetowej. „Wchodzą tutaj w grę abonamenty na portalach randkowych, różnego rodzaju wyjścia, imprezy, wyjazdy. Jeśli chcesz zaoszczędzić swój czas i pieniądze, przyjdź do nas”. Do nas, czyli na „szybkie randki”, powszechnie znane raczej z amerykańskich filmów. Chodzi o te spotkania, gdzie kilkanaście osób rozmawia ze sobą w parach - każdy z każdym - przez siedem minut, a potem ocenia z kim zaiskrzyło. Do miłości ponoć tyle czasu wystarczy, według teorii o wadze pierwszego wrażenia. Czy to faktycznie tak działa? Czy da się w ten sposób poznać drugą połówkę? Skoro speed dates odbywają się w tym miesiącu w Bydgoszczy, postanawiam to sprawdzić. Wysyłam maila i czekam na potwierdzenie mojego udziału. Dostaję je dopiero w dzień spotkań. Organizatorka tłumaczy, że zawsze mają podobny problem: - Zgłasza się więcej kobiet niż mężczyzn, dlatego czekamy… - przyznaje. - Ale teraz mamy już wszystkich po równo. Zapraszam panią serdecznie. Dziś będzie 18 osób, od 30 do 50 lat.

CZEŚĆ, JESTEM LUCYNA Do wyznaczonego klubu docieram przed czasem. W sali panuje półmrok, uczestnicy w większości pozajmowali już miejsca, kilku osób brakuje. Dostaję numerek i mam czekać na start. Dosiadam się do ludzi przy moim stoliku - ja jako „jedynka” do pana z tą samą liczbą. Obok kręci się „dwójka”, trzydziestoparoletnia blondynka, jeszcze bez przyszłego towarzysza rozmowy. Od oficjalnego rozpoczęcia randki dzieli nas 10 minut. Jest cicho i dość niezręcznie. Bez sensu - myślę, patrząc na innych.

30

miasta kobiet.pl

Przecież mamy się poznać. Dlaczego nikt nie korzysta z bonusowego czasu i nie zagaduje sąsiadów od razu? - Cześć, byliście już wcześniej na takich randkach? - zaczynam… ale nikt mi nie odpowiada. - Fajnie tu jest? - próbuję raz jeszcze. - Może już się poznamy? Jestem Lucyna - zwracam się do pana jedynki. On ewidentnie nie chce mną rozmawiać. Nawet nie podniósł wzroku. Dlaczego? Co robię nie tak? Aż tak mu się nie spodobałam? - Ja jestem Ania… - dwójka niepewnie ratuje sytuację. - I jestem tu pierwszy raz… Wygląda na sympatyczną osobę i już żałuję, że to nie z nią będę spędzać te siedem minut. Bo na miłą damsko-męską wymianę zdań w pierwszej parze mi się nie zapowiada. Kiedy wszyscy docierają na swoje miejsca, słyszymy dzwonek oznaczający, że randki startują. Nie wiem, co dalej… Wtem pan jedynka nachyla się do mnie. Podaje mi rękę i pełnym sympatii głosem zaczyna: - Cześć, jestem Mariusz. Co u ciebie słychać? Jak się dziś czujesz? Jak masz na imię? Patrzę na niego dość zbita z tropu. No bo przepraszam cię, Mariusz, ale czy ty włączyłeś jakiś magiczny guziczek? Coś się zresetowało i zaczynamy od nowa? Przecież od kilku minut próbowałam do ciebie zagadać! Tłumię w sobie chęć wyjaśniania sytuacji. OK, taka konwencja, może nie znam zasad, może przed dzwonkiem nie wolno rozmawiać? Nieważne. - Cześć, jestem Lucyna - przedstawiam się po raz drugi. I czekam na pasjonującą przygodę.

A LUBISZ DZIECI? Od początku bardzo się staram. Może za bardzo? Odpowiadam pełnymi zdaniami i zadaję zwrotne


relaks

pytania. Próbuję być po prostu normalną dziewczyną, która chce poznać normalnego faceta. Szybko jednak wychodzi na jaw, że ja i Mariusz nie mamy ze sobą zbyt wiele wspólnego. Każdy temat kończy się po dwóch zdaniach. Dowiaduję się, że mój towarzysz jest zawodowym kierowcą. Nie pogadamy jednak o podróżach, bo twierdzi, że prawie nie ogląda świata za szybami samochodu. Nie rozwiniemy też wątku samej jazdy autem, bo ja mówię, że lubię jeździć, a Mariusz jednak nie bardzo. Przeciwieństwa się nie przyciągają i coś się nie klei. Co teraz? Przypominam sobie wskazówki ze strony organizatora: „Podczas randki możesz od razu zapytać o rzeczy, które dla Ciebie są najistotniejsze”. Co by to mogło być…? - A lubisz dzieci? - wypalam nie wiedzieć dlaczego, bo ani to nie jest dla mnie istotne ani jakoś specjalnie mnie nie interesuje. Chyba podświadomie uznałam, że to będzie takie miłe pytanie. Może tak właśnie objawia się stres? Mariusz odpowiada, że lubi i chciałby mieć dwójkę. Pyta, co ja o tym sądzę. No cóż… Nawet nie wiem, dlaczego zaczynam kłamać. Mówię, że lubię, że też dwójkę i w ogóle - dzieci są super. Po co ja to wymyślam? To musi być jakiś dziwny tik - wyrzucam z siebie to, co mi ślina na język przyniesie, żeby tylko rozmowa nie przestała znów płynąć. Wiem już, że nie zaznaczę „Tak” przy Mariuszu i zaczynam modlić się w duchu do jego krzyża na szyi, by te siedem minut jak najszybciej minęło.

LUBISZ CHODZIĆ PO JASKINIACH? Wiem już, że te randki wcale nie są takie łatwe. Szczególnie, gdy od początku widać, że siedzący przed tobą mężczyzna nie będzie wybrankiem twojego serca. Może nie zawsze uświadamiasz to sobie już podczas przywitania, jednak jest duża szansa, że wyczujesz brak chemii po pierwszych dwóch zdaniach. Wtedy rozmowa staje się sztuczna i trudna. Tak chyba miała Ania, która w pewnym momencie randki z Mariuszem po prostu wstała i powiedziała, że musi wyjść gdzieś zadzwonić. Już nie wróciła. Ja siedzę dalej. Rozmawiam kolejno z Andrzejem, Tomkiem i Kacprem. Każdy z nich jest inny, ale jednak jakoś całkiem podobny do reszty. Pogawędki toczą się jedna za drugą. Niektóre płyną sprawniej, inne wloką się tak, że mimochodem rozmyślam o względności czasu. Jak sprawić, by siedem minut było wiecznością? Andrzej to wie. Siedzi z przyklejonym uśmiechem i wygląda dość sympatycznie w czerwonej koszulce z kaczorem Donaldem. Na stoliku położył czapeczkę z daszkiem - taką jakie nosiło się w latach 90. Mimo słabości do kreskówek ma chyba grubo powyżej czterdziestu lat. Zagajam rozmowę: Co lubisz? Czym się zajmujesz? Kogo szukasz? Jakie lubisz kobiety? Odpowiada jedynie półsłówkami, nie dowiaduję się prawie niczego, pewnie zadaję beznadziejne pytania. A właściwie, dlaczego tylko ja je zadaję? - Jest coś, czego chciałbyś się o mnie dowiedzieć? - zachęcam.

- Czemu nie… - podłapuje niepewnie. - Lubisz chodzić po jaskiniach? Wspaniale! Jest jakiś wątek, Andrzej pewnie jednak ma hobby. Bardzo podoba mi się ta niespodziewana reakcja. - Raz próbowałam - wyznaję. - Mam kumpla, który to lubi i kiedyś zabrał mnie na taką wyprawę. Miałam wrażenie, że te głazy za chwilę mnie ścisną i już nigdy się stamtąd nie wydostanę. Ale może warto jeszcze raz spróbować? Kto wie… A ty? - kończę z uśmiechem. - Ja? Nie, ja nie lubię - wzrusza ramionami. I koniec. Siedzimy w milczeniu, jednak nie wytrzymuję: - Czemu spytałeś o te jaskinie? - Byłem ciekawy - oznajmia.

CZY TRUMP WYGRA WYBORY? Już przy trzeciej rozmowie czuję, jak wchodzę na Mont Everest swojej wytrzymałości. Przekonuje mnie o tym roztrząsany z pasją wątek „Jakie lubisz zwierzęta?” i siedmiominutowa rozmowa o pupilach Tomka, szczególnie o jednym, który zginął kilka lat temu. Po chwili Kacper opowiada mi, jak wydzierżawił działkę za miastem. Żaden z nich mnie o nic nie pyta. Słucham też historii, które brzmią niczym wyuczone formułki. Mam wrażenie, że niektórzy długo je trenowali. Panowie wyglądają jak na rozmowie o pracę. O flirtach możemy zapomnieć. Te randki są dla nich bardzo istotne. Przyszli tu znaleźć poważną partnerkę i mówią o tym otwarcie. Wytrzymuję, ale mam pełną świadomość, że to nie mój świat i nie moje sprawy. miasta kobiet

lipiec 2016

31


relaks JUŻ PRZY TRZECIEJ ROZMOWIE CZUJĘ, JAK WCHODZĘ NA MONT EVEREST SWOJEJ WYTRZYMAŁOŚCI. PRZEKONUJE MNIE O TYM ROZTRZĄSANY Z PASJĄ WĄTEK „JAKIE LUBISZ ZWIERZĘTA?” Nie jest jednak możliwe, bym nagle nie umiała odbyć ani jednej ciekawej rozmowy. Co się ze mną dzieje? Przecież robię to na co dzień i za to mi płacą - rozmawiam z ludźmi, wyciągam z nich to, co najlepsze, a potem piszę o tym w gazecie. Czemu tym razem miałoby być inaczej i to jeszcze dziewięć razy pod rząd? Gdy do stolika dosiada się Marek, w moim odczuciu całkiem przystojny blondyn, postanawiam nadać tej sprawie ciut inny bieg. - Jak myślisz, kto wygra wybory w Stanach, Trump? - pytam i jest mi wszystko jedno, kogo mój towarzysz wybierze. Chcę po prostu w końcu porozmawiać o czymś innym niż „co słychać u ciebie?”. - Myślę, że nie, ale gdyby wygrał, to chyba nie byłoby dobrze… - zastanawia się chwilę. - Interesujesz się polityką? Czym jeszcze? - Lubię kino - wybieram neutralny wątek… i rozmowa zaczyna się kleić. Omawiamy nowego Batmana, rzucamy kilka zdań o komiksach. Żadna to emocjonująca wymiana podtekstów, raczej kumpelska pogawędka, ale bawię się nieźle. Przy okazji słyszę, że Marek jest radcą prawnym i przyszedł tu dzisiaj, bo chce znaleźć żonę. Koledzy już mają, a on za dużo pracuje. To chyba pierwsza normalna randka tego wieczoru, Marek wygląda na zadowolonego. Podejrzewam, że zaznaczy przy moim numerku „Tak”.

MÓWIŁAŚ JUŻ INNYM? Po Marku zdecydowanie wracają mi siły. Jestem gotowa na kolejne spotkanie i w głowie obmyślam z jakim pytaniem wyskoczyć. Nie muszę jednak nawet próbować. Adam podchodzi i sam postanawia wyłożyć karty na stół: - Słuchaj, jestem tu w bardzo konkretnym celu - zaczyna, a mnie otwierają się szerzej oczy. Siedzi przede mną wysoki brunet w typie hiszpańskiego kochanka. Frywolnie rozpięta koszula, fala z włosów na głowie. - Nie jest mi łatwo znaleźć partnerkę, bo mam swoje zasady. Na pierwszym miejscu jest Bóg. Przyznaję, tego się nie spodziewałam. - Kobiety wokół ciebie mają inne zasady? - podpytuję ostrożnie. - Pfff... - parska lekceważąco. - Zupełnie inne, nie szukają tego, co ja. Nie szanują siebie i drugiego człowieka. Chodzi im tylko o przyjemność, zabawę. Byłem w związku kilka lat, ale nie wyszło, więc teraz próbuję... A ty? Jesteś rozwódką? - Nie… - odpowiadam zdziwiona. Wyglądam jak rozwódka? Tzn. jak wyglądają rozwódki? Skąd w ogóle takie pytanie? - To dobrze, rozwódki nie wchodzą w grę. Żadnych rozwódek - wyrzuca z siebie. - … czyli rozumiem, że ważne są dla ciebie też takie zasady, jak czystość przed ślubem? - pytam z najszczerszym zaciekawieniem. - Tak. Tego się trzymam - odpowiada stanowczo. - Czyli jak byłeś w tym kilkuletnim związku, to wy nie… - Wtedy jeszcze nie miałem takich zasad - przerywa mi szybko. - Ale od czasu, gdy odnalazłem Boga i mówię o tym otwarcie, mój najdłuższy związek trwał kilka dni. A ty? Do jakiej parafii należysz? Wiem już, że za chwilę rozmowa się skończy, choć nie będzie to moja inicjatywa. - Jestem ateistką - postanawiam być szczera. A nuż zacząłby przepytywać mnie z Biblii? Ryzyko jest zbyt duże, by ściemniać. - Naprawdę? Jak to możliwe?! - dziwi się bardzo. - Jak ty z tym żyjesz? Jesteś chyba jedyną ateistką, jaką w życiu poznałem! Oboje wiemy, że nic z tego nie będzie. Adam jednak postanawia jeszcze dopytać: - Mówiłaś tu innym, że nie wierzysz w Boga? - Nie, nie pytali - przyznaję. - Ale może chcieliby wiedzieć. - Skoro nie pytali, to widocznie nie chcieli. - Myślę, że powinnaś to mówić. - Myślisz, że powinnam zaczynać od tego rozmowy? - A dlaczego nie? Ja mówię od razu jak jest.

32

miasta kobiet.pl

Widzę, że na swojej kartce z numerkami ma obszerne notatki do każdej odbytej randki. Co wpisze przy mnie? Wielkie, drukowane NIE. Robi to przed upłynięciem naszych niezręcznych siedmiu minut. I nawet się z tym nie kryje.

ŻYCZĘ CI JAK NAJLEPIEJ Podczas kolejnych dwóch randek jest tak, jakby panowie zatoczyli koło i drugą szansę dostał Mariusz lub Andrzej. Albo Tomek czy Kacper. Ze zmęczenia przestaję rozróżniać osoby. Gdy podchodzi do mnie ostatni mężczyzna, pytam go wprost: - Też masz już dość? Te randki zabierają energię! Miłosz jednak jest tak zdenerwowany, że ledwo wydusza z siebie prośbę, bym powtórzyła. Nawet na mnie nie patrzy, co chwilę poprawia kołnierzyk koszuli i rozgląda się dookoła. Jego kartka z ocenami kobiet wygląda, jakby wyjął ją z wody - tak bardzo pocą mu się dłonie. Robi mi się głupio, bo nie wiem, jak mogę mu pomóc. Udaje mi się ustalić, że ma 46 lat, jest trochę nieśmiały, mieszka z mamą i psem. Przyjechał tu spod Bydgoszczy, bo chciałby kogoś poznać. Próbował w internecie, jednak potem, gdy umówił się już dziewczyną w realu, to ona nie przyszła. - Nie martw się, to już prawie koniec - mówię, gdy minuty dobiegają tej ostatniej siódemki. Widzę, że każde słowo sprawia mu trudność. Ta forma poznawania miłości zdecydowanie nie jest dla niego. Wygląda, jakby zdawał najważniejszy egzamin w życiu. Czy zda? Ile będzie miał punktów? Trudno powiedzieć, niektóre kobiety przecież lubią nieśmiałych i skromnych facetów… Słyszę dzwoneczek i żegnając się z Miłoszem w duchu życzę mu jak najlepiej. Sama czuję się, jakbym przebiegła maraton, wychodzę ostatnia. Do wszystkich ocen dokładam swoją niewypełnioną kartkę. Nikogo nie zaznaczyłam. - Będę mogła wysłać pani w mailu jedynie liczbę panów, którzy wpisali przy pani „Tak”. Nie wolno mi wymienić waszych telefonów. Tak robimy tylko wtedy, jeśli obie osoby zaznaczą się zgodnie - tłumaczy organizatorka. - W porządku. Nie znalazłam nikogo dla siebie, ale to było bardzo ciekawe doświadczenie. Ciekawe i stresujące… - przyznaję. - Ale musi pani wiedzieć, że w zeszłym roku skojarzyliśmy dwa małżeństwa. Mamy zdjęcia z ich ślubów. Ludzie się tu naprawdę dobierają w pary. - Nie wątpię, na pewno tak jest. Ja chyba po prostu akurat nie trafiłam na swoją grupę… Ale to nic, cieszę się, że już wiem, jak to wygląda. Dziękuję, będę czekać na maila. Wychodzę na powietrze i oddycham z ulgą. To jednak nie dla mnie. Wspominam poszczególne rozmowy i uzmysławiam sobie, że można było poprowadzić je jakoś ciekawiej… Tylko że moi partnerzy w większości wcale mi nie pomagali! No i prawie wszyscy mieli zupełnie inne oczekiwania niż ja - szukali tu kogoś, z kim mogliby od razu założyć rodzinę… Mimo to zastanawiam się, który z nich mnie zaznaczył. Mam swoje typy i chyba jest to już kwestia ambicji - fajnie jakby ktoś uznał, że miło mu się ze mną gadało. A jeśli nikt mnie nie wybrał? To też jest możliwe. Wszak siedzieliśmy tam razem i skoro ja czułam, że nic nas nie łączy, to moi rozmówcy musieli mieć chyba podobne wrażenia. Poza tym, nie wiem z jakiego grona mnie wybierano. Nie miałam okazji rozmawiać ze swoją dzisiejszą konkurencją. Inne kobiety widziałam jedynie przy wyjściu i wszystkie wyglądały w mojej ocenie naprawdę dobrze. Szczerze mówiąc, chyba lepiej niż męska część sali. Ciekawe, ile par dobrało się tego wieczoru? Ile osób umówiło się na kolejne spotkania? Co ich urzekło w sobie nawzajem? To temat na kolejny odcinek. Po dwóch dniach dostaję obiecanego maila z werdyktem. Sześć razy „Tak”.CP Imiona bohaterów zostały zmienione.


Gagarina 152, 87-100 Toruń pn.-pt. 7:00-16:00, sob. - 7:00-14:00

www.budzikcoffe.pl R

E

K

L

A

M

046126044

006470353

(podwórko w kwadracie naprzeciwko UMK)

A

w Żninie ul. Plac Wolności 13 tel. (52) 302 04 50 pn.-nd. 8-22

006427686

ul.Kossaka 23 tel. 515 979 046 pn.-nd. 8 – 21

E

K

L

A

M

A

Największy w regionie wybór bielizny i odzieży erotycznej. Sex Shop Bydgoszcz* ul. Śniadeckich 40 tel. 52 322 99 35

Sex Shop Toruń* ul. Jęczmienna 15 tel. 56 62 00 401

Sex Shop Włocławek* Sex Shop Grudziądz ul. 3 Maja 3 ul. Kosynierów Gdyńskich 16 tel. 54 232 55 65 tel. 56 462 60 60

* Sex Shop Poznań ul. Głogowska 63 tel. 618 617 420

006452766

R


Start do wymarzonego celu

S

zukamy sekretu, przepisu, a może nawet zaklęcia. Zapominamy czasem, że odpowiedź jednak może być blisko. To właśnie nauka jest najlepszą inwestycją w naszą przyszłość. Analizując potrzeby rynku, w  Bydgoskim Zakładzie Doskonalenia Zawodowego Stowarzyszeniu Oświatowo-Technicznym staramy się spełniać wszelkie wymogi naszych klientów. Jako placówka oświatowa posiadająca liczne certyfikaty, stwarzamy szansę na zdobycie kwalifikacji, udoskonalenie warsztatu własnych umiejętności bądź przekwalifikowanie zawodowe. W swojej ofercie prezentujemy szeroką gamę kursów przydatnych do pracy w różnych zawodach. Akademia Piękna proponuje kursy przyuczające do pracy w  zawodzie kosmetyczka, fryzjer, masażysta. Kurs Art Visage & Stylizacja to idealny sposób na poznanie tajników kreowania wizerunku, stylizacji, projektowania ubioru oraz trendów panujących we współczesnej modzie. Zapraszamy również na kurs Make-up Artist, który powstał z  myślą o  wszystkich kobietach,

R

E

K

L

A

M

Naszą wizytówką jest współpraca z profesjonalistami, od wielu lat działającymi czynnie w  branży oraz nowoczesne pracownie specjalistyczne. Ciekawe zajęcia i skondensowany program zaowocował u wielu naszych słuchaczy, którzy dziś pochwalić się mogą własnym biznesem. Teorię masz w  książkach, u  nas dostaniesz coś więcej. Przyjdź do nas i wybierz kurs, który może odmienić również Twoje życie. Cytując Jimiego Rohna, jednego z  czołowych amerykańskich specjalistów m.in. w  dziedzinie rozwoju osobistego i  sukcesu zawodowego: „Standardowa edukacja zapewni Ci przeżycie. Samokształcenie – fortunę”. W imieniu Bydgoskiego Zakładu Doskonalenia Zawodowego zapraszamy na kursy, które są świetnym startem do osiągnięcia wymarzonego celu. Zapoznaj się z  naszą bogatą ofertą kursów. Wejdź na stronę www.bzdz.pl i wybierz kurs, który może być startem do osiągnięcia wymarzonego celu. Zespół BZDZ

A

006467798

( 52 342 04 92 www.bzdz.pl

pragnących w krótkim czasie poznać nowoczesne techniki profesjonalnego wizażu. Podążając za trendami na rynku kosmetycznym Akademia Piękna BZDZ zaprasza m.in. na mezoterapię igłową, wypełniacze, kwasy w kosmetyce, makijaż permanentny oraz nowoczesne techniki depilacji. Jako jedyni na rynku usług edukacyjnych na terenie naszego województwa możemy pochwalić się wyspecjalizowaną kadrą z  zakresu podologii. Nasi mistrzowie podologii zapraszają na kursy pedicure leczniczego, klamry ortonyksyjne, hiperkeratozy itp. Dużym zainteresowaniem cieszą się kursy zagęszczania i  przedłużania rzęs, stylizacji paznokci - w  tym bardzo modnego ostatnio manicure hybrydowego. Nie zapominamy o mężczyznach. Panów zapraszamy na kursy spawania metodami: MAG(135), MIG(131), TIG(141), MMA(111), Gazowa(311) oraz na kurs kierowcy wózków jezdniowych, operatora maszyn do robót ziemnych, budowlanych i drogowych. W naszej ofercie każdy znajdzie coś dla siebie.

036203846

Często zastanawiamy się, w jaki sposób ludzie, którzy osiągnęli sukces, tego dokonali?


NIE LECZ SIĘ SAM

zdrowie

Stosowanie leków pod kontrolą fachowca nie prowadzi do ich nadużywania. Gorzej jest, gdy leczymy się sami. również składniki żywności. Czasem spowalniają wchłanianie niektórych substancji, np. w przypadku środków zobojętniających sok żołądkowy. Bywa też tak, że od tego, kiedy coś zjemy zależy to, czy pojawią się działania niepożądane. Tak jest w zależności od tego, czy lek powinno się zażywać na czczo czy po posiłku.

Rozmowa z Jackiem Adamczykiem, naczelnikiem Wydziału Gospodarki Lekami Kujawsko-Pomorskiego Oddziału NFZ. Wikipedia opisuje polipragmazję jako sytuację, w której chory przyjmuje więcej niż kilka leków jednocześnie. Nie jest to jednak precyzyjna definicja… Polipragmazję można określić jako niewłaściwą ordynację leków. Przy czym przez ordynację należy rozumieć zażywanie wielu leków, a nie zapisanie ich przez lekarza. Zwykle wynika to z tego, że pacjent próbuje leczyć się sam. A skuteczność takiej terapii może być odwrotnie proporcjonalna do ilości przyjmowanych leków. Pomiędzy lekami mogą zachodzić niepożądane interakcje - im więcej leków się przyjmuje, tym trudniej uniknąć tych konsekwencji. Nadużywanie leków nie jest tym samym co lekomania? Może być to formą lekomanii. Jednak często wynika to z podatności na reklamy. Te są wszędzie i mówią nam, że na wszystko jest lek - na katar, zatoki czy „niespokojne nogi”. Kto zażywa najwięcej leków? Głównie osoby starsze, gdyż to oni z racji wieku zapadają częściej na różne choroby. Jednak myślę, że seniorzy mają czas na konsultacje swoich dolegliwości z lekarzami i w większości przypadków przyjmują leki na receptę. Stosowanie ich pod kontrolą fachowca nie prowadzi do nadużywania. Gorzej, jeżeli leczymy się sami. Wówczas może dojść do przedawkowań lub mogą pojawić się jakieś działania niepożądane.

Leki często źle się ze sobą łączy z niewiedzy. Dlatego tak ważne jest stosowanie się do zaleceń lekarza. Należy też czytać ulotki leków. Są w nich wszystkie informacje o bezpiecznym i prawidłowym zażywaniu danego leku. Poza tym fachową i kompetentną informacje pacjenci otrzymają też w aptece. Oczywiście, kampanie uświadamiające też są bardzo ważne i pomocne. A są leki szczególnie niebezpieczne w połączeniu z innymi środkami? Tak, szczególnie są to środki psychotropowe w połączeniu z alkoholem. Wiele osób nadużywa środków przeciwbólowych. Części z nich nie powinno się ze sobą łączyć. Może Pan podpowiedzieć, jakich? Takich porad nie mogę udzielić, chociażby dlatego, że nie znam stanu zdrowia konkretnego pacjenta i nie wiem, z jakich leków już korzysta. Pomocna może być specjalna wyszukiwarka interakcji na stronie internetowej Ministerstwa Zdrowia, pod adresem www.bil.aptek.pl. Warto jednak pamiętać, że w wielu różnie nazwanych lekach przeciwbólowych znajduje się jedna i ta sama substancja czynna. Przez to łatwo jest ją przedawkować. Poza tym, jeżeli ból utrzymuje się długo, to konieczna będzie wizyta u lekarza. Często „eksperymentujemy” też z różnymi lekami i suplementami podczas grypy. Co nam wolno, a czego nie powinniśmy robić? Z lekami nie należy eksperymentować. Jeżeli czujemy się źle, ale jeszcze nie na tyle, żeby iść do lekarza, fachową pomoc na pewno pacjenci znajdą w aptece.

WYSZUKIWARKA INTERAKCJI LEKÓW NA STRONIE MINISTERSTWA ZDROWIA: WWW. BIL .APTEK .PL P R O M O C J A 006483956

Jakie mogą być skutki polipragmazji? Na początku rozmowy mówiłem o niekorzystnym oddziaływaniu na siebie kilku leków. Dane statystyczne mówią, że przy stosowaniu dwóch leków na dobę ryzyko takiej interakcji wynosi 6 proc., a w przypadku pięciu leków wzrasta już do 50. Niekorzystny wpływ na przyjmowanie leków mogą mieć miasta kobiet

lipiec 2016

35


męska perspektywa

NIE JESTEM TYRANEM Dlaczego miałbym siebie nie lubić? Nie jestem narcyzem, ale uważam, że osiągnąłem to, do czego dążyłem. I nie ma w tym nic złego. Z Markiem Rubnikowiczem*, dyrektorem Muzeum Okręgowego w Toruniu, rozmawia Jan Oleksy

Ogląda Pan mecze Polski na Euro? Jakie wrażenia? Dopiero teraz widać konsekwencję w tworzeniu zespołu reprezentacji. Już wcześniej mieliśmy dobrych zawodników, którzy byli indywidualistami, ale nigdy nie było gry zespołowej. Dzisiaj mamy zespół, a to jest różnica. Trenerowi Nawałce udało się to osiągnąć. Myślę, że nie tylko w sporcie jest to ważne. Dyrektor muzeum jest jak trener? Jest tu wiele podobieństw. Na pewno rolą szefa jest stworzenie zespołu, który składa się ze świetnych specjalistów. W instytucji, którą kieruję, nie brakuje takich. W połączeniu z odpowiednimi mechanizmami współdziałania organizacja dobrze prosperuje i realizuje autorski program. Jest w tym miejsce na demokrację? Musi być. Jeżeli nie bierze się pod uwagę cech merytorycznych i osobowych zespołu, to nic z tego nie wyjdzie. Lider konsekwentnie nadaje im tempo. Ale żeby być konsekwentnym, trzeba być trochę tyranem. To stanowczo zbyt mocne słowo. Trzeba być zdecydowanym w działaniu. Nie można bać się podejmowania decyzji, nawet tych mało popularnych, bo najważniejszy jest efekt finalny. Pojęcie „tyran” źle mi się kojarzy. Użyłem tego słowa, bo tak się o Panu mówiło na mieście. Dobrze, że użył pan czasu przeszłego. Nie przesadzajmy z tym tyranem. Zawsze konsekwentnie realizowałem swoją wizję programową i po 10 latach widać, że się sprawdziła. Dziś zespół funkcjonuje bardzo dobrze... Jak się czuje facet w instytucji tak bardzo zdominowanej przez kobiety? Działanie w takim zespole na pewno wymaga nieco innego podejścia. Trzeba uwzględnić pewne uwarunkowania, takie jak macierzyństwo czy cechy charakterologiczne. Jednak odnajduję w tym dużo pozytywów. Nie ma

36

miasta kobiet.pl

rozwiniętej agresji, a praca w tak specyficznym segmencie, jakim jest muzealnictwo, automatycznie przenosi się na zachowania ludzi. W tej branży kobiety są lepsze od mężczyzn? Momentami są bardziej dokładne, bardziej analityczne. Panowie zostawiają zawsze większy margines na lekką improwizację. Akurat w materii muzealnej połączenie tych dwóch aspektów bardzo dobrze się sprawdza. Musi być miejsce na konkret, ale też na improwizację. Czyli ma Pan klucz do kobiet? Jakoś udaje mi się z nimi współpracować, tym bardziej że mój dom był i jest domem, w którym dominują kobiety. Ma Pan córkę? Tak. Od pewnego czasu pojawił się zięć, z którym stanowimy pewnego rodzaju enklawę. Jak wyglądał Pana dom rodzinny? Był zawsze pełen ciepła, przyjaznych relacji, a jednocześnie szacunku do pracy i do konkretu. To wyniosłem z domu. Rodzice powtarzali: „Jak pracujemy, to pracujemy na maksa, jak odpoczywamy, to też na maksa”. Jakim był Pan chłopcem? Od podstawówki byłem klasycznym molem książkowym. Marek grzeczny chłopiec? Z tą grzecznością to za dużo powiedziane. Jak każdy chłopak też potrafiłem stwarzać problemy, ale nie na tyle duże, żeby w czymś przeszkadzały. Kiedy lekko próbowałem zboczyć z wytyczonej i kontrolowanej przez rodziców ścieżki, to następowało tak zwane naprowadzanie. W naszych czasach chyba było mniej pokus? Nie zgodzę się. Były inne pokusy. Na tej zasadzie można by powiedzieć, że w naszych czasach żyło się lżej, a to nieprawda. Na pewno byliśmy bardziej prospołeczni, wychowywani w szacunku do grupy. Dzisiaj żyjemy w bardzo

zindywidualizowanym świecie, często wirtualnym, w którym kontaktujemy się dwoma palcami na telefonie komórkowym. Nie ma czasu na refleksję. To nie jest pozytywne, aczkolwiek w każdych warunkach trzeba znaleźć dla siebie miejsce, bo inaczej by człowiek oszalał. Swoje miejsce znalazł Pan z łatwością? Miałem ten przywilej, że uczyłem się tego, czego chciałem. Po skończonych studiach miałem propozycje kilku miejsc pracy. Może było mi łatwiej dzięki temu, że byłem molem książkowym i olimpijczykiem. To efekt ambicji? Miałem satysfakcję z tego, co robiłem. Wszystkie zawody, które wykonywałem, były zbliżone do tego, czym się dzisiaj zajmuję - oscylowały wokół historii, archeologii, zabytkoznawstwa. Zawsze nosiło mnie przysłowiowe licho. Nie miałem mieszkania, więc założyłem spółdzielnię mieszkaniową młodych pracowników UMK. Później nie miałem domu, więc zacząłem go budować. Ciągle musiałem coś robić. To prawda - w życiu staram się podejmować takie działania, które zaspokajają moje ambicje. Przenosi Pan sztukę do domu? Nie da się żyć w rozdwojeniu jaźni. Dla mnie dom zawsze był miejscem, gdzie żyło się w otoczeniu staroci, tradycji, też po części swoistego gadżeciarstwa. Lubiłem to i nadal lubię. Moi domownicy również. Córka jest konserwatorem po dwóch kierunkach, konserwacji kamienia i konserwacji malarstwa, żona chemikiem, ale też połknęła tego bakcyla. To jest dom, w którym są nie tylko starocie, ale także zwierzęta. Nie rasowe, jedynie takie porzucone przez ludzi. Te zwierzaki są najbardziej kochane. W tej chwili mamy ich mniej - tylko dwa koty i pies, ale był moment, że mieliśmy sześć kotów i trzy psy. Wpłynął Pan na wybór zawodu córki i… na gust żony. Ukształtował je Pan? Żony nie musiałem kształtować, bo po prostu to lubiła. Natomiast córka jest zbyt mocną osobowością, żeby się dała kształtować.


Jestem typem, męska perspektywa

którego ciągle nosi. Nie widzę siebie jako starszego pana, leżącego na kanapie lub siedzącego w fotelu z buteleczką piwa. * Marek Rubnikowicz

ZDJĘCIE JACEK SMARZ

Silniejszą od Pana? Generalnie to dom silnych osobowości, ale dogadujemy się. Córka wychowała się ze mną na wykopaliskach, dla niej to było naturalne otoczenie. Miała swój zestaw wykopaliskowy, czyli wiaderko i łopatkę. To się przełożyło na jej życie. Ale pamiętam zdarzenie z muzeum Pergamonu. Hania miała wówczas 10 lat, opowiadałem jej o rzeźbach greckich, gadałem, gadałem, gadałem… aż zobaczyłem, że jest potwornie znudzona. Niedawno mi to przypomniała. Dopiero po latach zrozumiała, co to jest pasja. Nie da się jej narzucić, do niej trzeba dojrzeć. Wcale nie byłem zwolennikiem tego, żeby poszła na konserwację. To był jej wybór.

To kwestia szacunku do drugiej osoby. Oczywiście możemy dyskutować, możemy się nie zgadzać w pewnych kwestiach, ale zawsze osiągamy konsensus. Nawet w drobnych sprawach. Jeżeli oboje decydujemy się na koty, które są domownikami, to zgodnie ustalamy, że śpią na kanapach!

Z drugiej strony pasja też może być niebezpieczna. Można się w niej zatracić? Na tym etapie rozwoju chyba mi to już nie grozi. (śmiech)

Co Pana najbardziej irytuje w ludziach? Fałsz. To jest cecha, której nigdy nie tolerowałem, jest dyskwalifikująca. W pewnych działaniach jestem prostolinijny.

Umie Pan wypoczywać? Pewnie zabrzmi to absurdalnie, ale wypoczynkiem może być praca. „Nicnierobienie” nie jest dla mnie. Jestem typem, którego ciągle nosi, który musi coś robić. Lubię aktywny wypoczynek. Może być to rower albo pływanie. Nie widzę siebie jako starszego pana, leżącego na kanapie lub siedzącego w fotelu z buteleczką piwa. Oj, chyba jest Pan trudnym człowiekiem? Ale skąd takie założenie od początku naszej rozmowy? Niespokojny typ musi być trudny. Jestem bardzo spokojny i konsekwentny, starający się realizować swoje pasje, a mam ich wiele. Czy dlatego jestem trudny? Musiałbym o to spytać Pańską córkę albo lepiej żonę… Ona też ma swoje pasje. Każdy z nas ma dużą dozę tolerancji. Może to jest recepta na długoletnie bycie z sobą różnych indywidualności? Długo jesteście razem? Małżeństwem jesteśmy już 35 lat, natomiast znamy się od szkoły podstawowej. Jeżeli kobieta wytrzymuje z Panem tyle lat, to rzeczywiście nie może Pan być trudnym człowiekiem.

Generalnie, nie lubi Pan rozmawiać o sprawach rodzinnych, prawda? Staram się oddzielać pracę od domu. Wielu dziennikarzy może mieć do mnie pretensje, bo nie opowiadam, jak spędzam wakacje… Uważam to za moją sferę prywatności, a ta, jak sama nazwa wskazuje, jest wyłącznie moja i moich najbliższych. Życie mnie tego nauczyło.

Najgorsze są niedomówienia... Prostolinijni ludzie nie zawsze są popularni i lubiani. Jednak z perspektywy czasu uważam, że to efektywne. Nie znaczy to wcale, że każdy musi się ze mną zgadzać. Wszyscy mają prawo do wyrażania własnych poglądów. Co jest Pańską wadą? Upór. Łatwo się nie podaję. Jestem uparty, jednak nie mam w sobie zawiści, nie noszę w sobie jadu. Wierzę, że ludzie są dobrzy.

historyk i archeolog, doktor nauk humanistycznych w zakresie archeologii, od 1979 pracował na UMK, od 1993 na stanowisku wojewódzkiego konserwatora zabytków w Toruniu. W 1999 powołany został na stanowisko zastępcy generalnego konserwatora zabytków, a także pełnił obowiązki generalnego konserwatora zabytków, od 2002 pełnił funkcję kujawsko-pomorskiego Wojewódzkiego konserwatora zabytków, w 2007 objął stanowisko dyrektora Muzeum Okręgowego w Toruniu, głosami Czytelników „Nowości” zdobył tytuł Torunianina Roku 2015.

Czyli lubi Pan ludzi? Lubię ludzi, choć niektórzy potrafią też być niestety strasznie toksyczni. Unikam tych negatywnie działających, psychicznie dołujących, malkontentów, twierdzących, że wszystko jest niedobre. Przecież świat jest piękny. Pozytywne myślenie daje pozytywne reakcje. Przyjemniej wstać rano z uśmiechem na twarzy! I popatrzeć, że pogoda jest ładna. Ja wbrew pozorom jestem prostą osobowością. Tak przynajmniej o sobie sądzi dyrektor, który lubi siebie. Dlaczego miałbym siebie nie lubić? Nie jestem narcyzem, natomiast uważam, że osiągnąłem to, do czego dążyłem. I nie ma w tym nic złego.CP miasta kobiet lipiec 2016

37


kobieta przedsiębiorcza

Słodki biznes Szukając nowych możliwości zarobkowych, by utrzymać siebie i maleńkie dziecko, przypadkiem odkryłam swoją pasję, która zmieniła mnie w pewną siebie, świadomą i dojrzałą kobietę. ZDJĘCIE: Monika Buńkowska, www.fotom.info

Z Joanną Bittel* rozmawia Joanna Czerska-Thomas Jaki jest Twój przepis na słodki sukces? Szczypta szczęścia, dwie łyżki talentu, odrobina wiary w siebie i kilogramy wsparcia od klientów! Do tego dokładam całą prawdę, to znaczy autentyczność. Tak, to idealny przepis na sukces.

nauczycielką z poczuciem niedosytu i braku satysfakcji. Szukając nowych możliwości zarobkowych, by utrzymać po prostu siebie i maleńkie dziecko, przypadkiem odkryłam swoją pasję, która codziennie jest moim motorem do działania i która zmieniła mnie w pewną siebie, świadomą i dojrzałą kobietę. Nie potrzeba życzyć sobie sukcesu czy powodzenia, trzeba życzyć sobie odwagi, bo najczęściej ona wystarcza.

Chyba tak samo jest z Twoimi ciastami… Jesteś w nich cała Ty - bo Ciebie łyżkami można jeść! Jak to się stało, że uchowała się gdzieś jeszcze taka prawdziwa, sympatyczna i uśmiechnięta osoba? To dzięki temu, że odzyskałam spokój. Ale nie jest łatwo - nieustannie oszukuję zegar, bo moja doba zwykle trwa zbyt krótka, żyję intensywnie pomiędzy dwiema cukierniami, etatem w korpo i moim synem - pierwszoklasistą. Kiedy uda mi się ukraść skrawek wolnej chwili, piszę książkę i mam ambitny plan, by wydać ją przed czterdziestką. Niejednokrotnie zarywam noc, żeby skończyć zamówienie, a w gorących okresach pracuję po 48 godzin bez przerwy.

Ty jednak nie postawiłaś wszystkiego na jedną kartę. Pracujesz jeszcze na etacie i rozwijasz swój biznes - realizujesz marzenia. Jak? Moja recepta na sukces opiera się na 4 składnikach 1. Jasny cel. 2. Determinacja. 3. Twarda d… (śmiech). 4. Otoczenie się pozytywnymi, życzliwymi ludźmi. Wróćmy jeszcze do miejsca, które całkiem niedawno pojawiło się na mapie Bydgoszczy. Twój Domowy Zakątek. Twoje miejsce na ziemi! Wychowywała mnie babcia, doskonała gospodyni, która do dziś jest moim dobrym Aniołem. Z rodzinnego domu wyniosłam zapachy, smaki i zamiłowanie do kuchni. Pamiętam z dzieciństwa, że w ciągu dnia nigdy nie zamykaliśmy drzwi, bo zawsze ktoś wpadał na kawę i domowe ciasto. Chyba dlatego zawsze ciągnęło mnie do posiadania własnego miejsca, gdzie będzie można uzewnętrznić swoją gościnność, porozmawiać przy dobrej, świeżo mielonej kawie lub angielskiej herbatce, gdzie od wejścia pachnie ciastem jak w moim domu. Tak powstał Domowy Zakątek. Mam nadzieję, że moja Babcia jest choć trochę ze mnie dumna i kibicuje mi na górze (śmiech).CP

To jest nie do ogarnięcia! Dobry biznes - aby był stabilny - musi stać na kilku nogach. Oznacza to, że poza jasną i spójną filozofią firmy, powinien też opierać się na zaufanych pracownikach. Miałam szczęście znaleźć kogoś, kto jest moją głową, gdy padam na twarz ze zmęczenia po setnym cieście, moimi rękami, kiedy jadę na urlop, i wizytówką firmy, kiedy trzeba zastąpić mnie w rozmowie z klientem. Arleta - to o niej mowa - jest zaangażowana w funkcjonowanie całej firmy. Prowadzimy ją wspólnie. Ale nie zawsze tak było. Kiedy opowiadałaś mi swoją historię po raz pierwszy, wspomniałaś, że założyłaś biznes z pasji, ale również z potrzeby utrzymania siebie i dziecka. Można powiedzieć, że drogę do sukcesu przebyłam samotnie, bo poniekąd nie miałam innego wyjścia. Żeby biznes mógł osiągnąć stabilizację i się rozwijać, potrzebne jest wsparcie i splot sprzyjających okoliczności. Choć moja droga do zrealizowania marzeń była trudna, napotkałam dzięki tym wybojom wiele życzliwych osób, z którymi się zaprzyjaźniłam lub z którymi związała mnie owocna współpraca. Z perspektywy czasu widzę, że ciężkie chwile w moim życiu były potrzebne, by móc dostrzec wyraźniej swoją drogę do spełnienia. Być może, gdyby nie one, pozostałabym na zawsze E

K

L

A

M

A

006470828

R

*Joanna Bittel właścicielka „Domowego Zakątka”, marzy o zbudowaniu sieci kawiarni ze swoim ciastem. Racjonalnie podchodzi do biznesu. Lubi ludzi, stawia na wspólne działanie. Członkini Stowarzyszenia Przedsiębiorców Kujaw i Pomorza. www.fb.com/domowy.zakatek *Joanna Czerska-Thomas marketing integrator, właścicielka Agencji Marketingowej M4Bizz, współorganizuje comiesięczne spotkania Biznes dla Kobiet oraz konferencję Charmsy Biznesu. www.m4bizz.pl


006464068


006467991

Miasta Kobiet lipiec 2016  
Miasta Kobiet lipiec 2016  
Advertisement