Page 1

nasze miejsca spotkań

lipiec 2015

Olszewska B E N I G N A

P O R T R E T

PANI Z PRZYTULISKA

Z ORDEREM UŚMIECHU str. 6-8


WYDAWCA: EXPRESS MEDIA Sp. z o.o. Bydgoszcz, ul. Warszawska 13 tel. 52 32 60 733 Prezes Zarządu: dr Tomasz Wojciekiewicz Redaktor Naczelny: Artur Szczepański Dyrektor sprzedaży: Adrian Basa Menedżer produktu: Emilia Iwanciw, tel. 52 32 60 863 e.iwanciw@expressmedia.pl Redaktorka prowadząca: Lucyna Tataruch, tel. 52 32 60 798 l.tataruch@expressmedia.pl Teksty:

Córki z marginesu Lena Przepierska, bydgoska choreografka, powiedziała mi, że taniec powinien być we wszystkich więzieniach, poprawczakach, domach dziecka - wszędzie tam, gdzie pojawia się smutek (str. 12-13). Zauważyła, że ludzie dzięki temu wyzwalają swoje emocje. Podobnie mówi pani Benigna Olszewska w wywiadzie Justyny Król (str. 6-8). Zaobserwowała, że dzieci po wizycie w jej świetlicy wracają do domu oczyszczone. Spędziłam w tak zwanym trudnym środowisku jeden z ostatnich weekendów, przygotowując reportaż „Nie ma tu krat” (str. 16-19). Zaproszono mnie do Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego w Samostrzelu. Taniec tam był - nastoletnie wychowanki ośrodka przygotowywały właśnie imprezę z okazji pożegnania lata. Podczas długich rozmów poznałam bliżej kilka z nich. Usłyszałam wiele historii, których publikować nie wolno. Ciężkie opowieści o kłopotach w domu, z rodziną, z prawem. - Każdemu się wydaje, że jego problemy są największe, ale to nie tak - wyznała mi 17-letnia Agata. - Niektórzy są z domu dziecka, nie mają w ogóle rodziców. Albo są z takich domów bez miłości. Różnie się układa, u mnie nie jest tak najgorzej. Dogaduję się z mamą. Jej słowa były reakcją na moje pytanie - czy nie czuje, że to niesprawiedliwie od dziecka borykać się z biedą i problemami w domu. Czy nie ma żalu do ojca alkoholika, który molestował jej siostrę i bił matkę w ciąży. Czy nie patrzy czasem na życie innych dziewczyn spoza ośrodka, myśląc, że gdyby tylko od małego miała inny start, wszystko wyglądałoby teraz inaczej. Na każde z tych pytań po zastanowieniu odpowiadała, że nie. „Inni mają jeszcze gorzej”. Jej perspektywa mnie poraziła, bo ja od pierwszej chwili w tym miejscu myślałam o tym, na jak wiele rzeczy w swoim życiu te dziewczyny nie miały wpływu. Bożena Ilnicka, dyrektorka ośrodka, powiedziała mi wprost: one się takie nie rodzą, stygmatyzuje je to, co je otacza. Nadaje role złych dziewczyn, buntowniczek, córek patologii i marginesu. Często nie bez powodu, ale jednak bezmyślnie. Bez empatii, analizy i chęci zmierzenia się z tym, że nie wszyscy startujemy z tych samych bloków. Niektórym po drodze trzeba pomóc, bo nikt wcześniej nie dał im szansy, za to wielu podpowiadało źle, odwracało hierarchię wartości. - One mogą trochę koloryzować - uprzedzała pani dyrektor. - Mogą wyolbrzymiać swoje przewinienia, robić z siebie potwory, bo w ich świecie właśnie to było cenione. W ich towarzystwie właśnie za to zyskiwało się punkty. Oczywiście ich los nie był i nie jest przesądzony. Każdego dnia pracują nad tym, żeby ich dalsze dni były już tylko lepsze. I zupełnie szczerze - widziałam tam, że to się udaje. Mam nadzieję, że w portretach tych dziewczyn też to zauważycie. A im, teraz i przez całe życie, życzę jak najwięcej radosnego tańca.

LUCYNA TATARUCH redaktorka prowadząca „MIASTA KOBIET”

2

miasta kobiet

lipiec 2015

Justyna Król j.krol@expressmedia.pl Lucyna Tataruch l.tataruch@expressmedia.pl Jan Oleksy j.oleksy@expressmedia.pl Jarosław Hejenkowski j.hejenkowski@expressmedia.pl Emilia Iwanciw e.iwanciw@expressmedia.pl Dominika Kucharska d.kucharska@expressmedia.pl Janusz Milanowski j.milanowski@expressmedia.pl Justyna Niebieszczańska Dorota Kowalewska Zdjęcie na okładce: Tomasz Czachorowski makijaż: Usługi Kosmetyczne Ewa Gorzka, Szubin Skład: Ilona Koszańska-Ignasiak Sprzedaż: Angelika Sumińska, tel. 691 370 521 a.suminska@express.bydgoski.pl Michał Kopeć, tel. 56 61 18 156 m.kopec@nowosci.com.pl

CP Jesteś zainteresowany kupnem treści lub zdjęć? Skontaktuj się z naszym handlowcem: Piotr Król, tel. 603 076 449 p.krol@expressmedia.pl ZNAJDZIESZ NAS NA: www.miastakobiet.pl www.fb.com/MiastaKobiet.Nowosci.ExpressBydgoski

„Miasta Kobiet” ukazują się w każdy ostatni wtorek miesiąca, jako dodatek do „Expressu Bydgoskiego” i „Nowości - Dziennika Toruńskiego”. Przez cały miesiąc są dostępne również w 91 miejscach w Bydgoszczy i Toruniu. Adresy znajdziesz na stronie www.miastakobiet.pl


N A

P L A Ż Ę

S P O T K A N I E N A

Kolory lata Na plażę proponujemy kolorowe bikini, jeansowe szorty i zwiewną tunikę. Do tego delikatne japonki, kapelusz i duża torba. To kwintesencja plażowych trendów.

Żółta spódniczka połączona ze zwiewną bluzką, a do tego wyraziste dodatki. Ten zestaw przełamuje monotonię kolorystyczną. To idealna stylizacja na upalne dni. Jest kobieca, a zarazem elegancka. GREENPOINT bluzka - 49,99 GATTA spódnica - 109,90 NEW LOOK żakiet - 119,90 FRATELLI torebka - 380 DEICHMANN sandały - 89 NEW YORKER naszyjnik - 39,95 NEW YORKER bransoletka - 19,95 GREENPOINT okulary - 24,99 CHANGE biustonosz - 179,90

Wygodnie, komfortowo i w kolorach lata! Modelka ma na sobie kanarkowe spodnie, do tego lekki top i kolorową torebkę. Uzupełnieniem stylizacji są wygodne i modne sandały na koturnie.

MAKE-UP

Z A K U P Y

Zapraszamy na zakupy do Focus Mall Bydgoszcz!

Lśniące fryzury prosto z Salonu. Nie dziel włosów na czworo, zajrzyj! C.H. Focus Mall w Bydgoszczy

789715BDBHA

N A

FRYZURA

NEW LOOK bluzka - 39,99 IMPERIAL spodnie - 249 FRATELLI kurtka - 1190 LEJDIS torebka - 780 DEICHMANN sandały - 89 NEW YORKER okulary - 34,95 NEW LOOK naszyjnik - 39,99 SUPER-PHARM perfumy CK In2U woman 150ml - 129,99

Adres: ul. Jagiellońska 39-47, Bydgoszcz

ESOTIQ strój kąpielowy (biustonosz) - 94,90 ESOTIQ tunika plażowa - 99,90 MUSTANG spodenki jeansowe - 229 PUMA klapki - 59 PUMA torba plażowa - 59 NEW LOOK kapelusz - 39,99 LYNX OPTIQUE okulary - 1550 NEW YORKER naszyjnik - 34,95 NEW YORKER ZEGAREK - 39,95


ZDJĘCIE: nadesłane

kultura w sukience W tym miesiącu atrakcji nie zabraknie zarówno na świeżym powietrzu, jak i pod dachem. Polecamy w szczególności kino, koncerty i taniec. Lucyna Tataruch

KULTURA DOSTĘPNA ZA 10 ZŁ

MUZYCZNIE I KOBIECO W TORUNIU

AKTYWNIE I TANECZNIE W BYDGOSZCZY

HELIOS BYDGOSZCZ- GALERIA POMORSKA KAŻDY CZWARTEK LIPCA

AMFITEATR MUZEUM ETNOGRAFICZNEGO 3/11/17/24 LIPCA

WYSPA MŁYŃSKA/MCK/STARY RYNEK 19/16/26 LIPCA

O tym, że polskie kino potrafi dostarczyć wrażeń na najwyższym poziomie, można się przekonać oglądając nie tylko uznane, klasyczne produkcje sprzed dekad, ale i świeże, nagradzane i docenione przez wielu filmy ostatnich lat. Tytuły takie jak: „Jack Strong”, „Obywatel”, „Bogowie”, „Carte Blanche” czy „Miasto 44” ściągały na swoje premiery tłumy. I choć od pierwszych pokazów minęło już trochę czasu, w dalszym ciągu mamy okazję nadrobić stracone seanse. Tę szansę daje nam kino Helios i to w wyjątkowej odsłonie. W każdy czwartek zapraszamy na filmowy pokaz w ramach kinowej części dużego projektu „Kultura Dostępna”, realizowanego z inicjatywy Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, prof. Małgorzaty Omilanowskiej. Dzięki tej inicjatywie każdy z proponowanych polskich filmów we wszystkich kinach sieci Helios dostępny będzie za jedyne 10 złotych. Warto już dziś zarezerwować sobie czas na najbliższy czwartek o godzinie 18 oraz pamiętać o tym w kolejnych tygodniach. 2 lipca zapraszamy na komedię „Warsaw by Night”, świetnie zagraną przez czołowe polskie gwiazdy filmu, takie jak Iza Kuna, Roma Gąsiorowska czy Agata Kulesza. Zapowiedzi kolejnych seansów dostępne są na stronie: www.helios.pl. Polecamy!

Lipiec w Toruniu - od początku do końca - z pewnością minie nam w muzycznym klimacie. Co więcej, będzie to miesiąc spod znaku niezwykle charyzmatycznych kobiet. Już od pierwszych dni możemy przygotować się na solidną dawkę emocji, czyli na koncert Marii Peszek, który odbędzie się 3 lipca w Amfiteatrze Muzeum Etnograficznego. Artystka od lat intryguje i zaskakuje publiczność. Podczas jej toruńskiego występu nie zabraknie zarówno świeżości, jak i znanych wszystkim przebojów. Na tym jednak nie kończymy, bowiem już 11 lipca na tej samej scenie zobaczymy Katarzynę Groniec, podczas koncertu zatytułowanego „ZOO”, który w całości będzie poświęcony piosenkom Agnieszki Osieckiej. Spotkanie dwóch tak głośnych nazwisk? Z tego musi wyjść coś niezapomnianego. Prawie tydzień później, czyli 17 lipca, do Amfiteatru zapraszamy wszystkich fanów Agnieszki Chylińskiej, wokalistki, której nikomu przedstawiać nie trzeba. Z kolei 24 lipca zobaczymy tam równie popularną i lubianą laureatkę pięciu platynowych odznaczeń za swoje płyty - Anię Dąbrowską. Wszystkie koncerty rozpoczną się o godzinie 21. Jak się okazuje, w lipcowe weekendy nie warto zostawać w domu!

W Bydgoszczy pierwszy miesiąc wakacji na pewno będzie gorący. Znamy sposób na tę letnią aurę, nawet jeśli niebo zagrozi nam deszczem. Wystarczy na naszą Wyspę Młyńską sprowadzić słoneczną, szaloną sambę, wprost z karnawałowego Rio de Janerio. Stanie się tak 19 lipca za sprawą zajęć przygotowanych w ramach Letniej Akademii Ruchu. Poprowadzi je specjalista - Robert Linowski ze Studia Tańca Bailamos. Nie mamy wątpliwości, że te plenerowe warsztaty zaostrzą apetyt wszystkich zainteresowanych tańcem, dlatego od razu zapraszamy na drugą odsłonę Akademii. 26 lipca w tym samym miejscu nauczymy się salsy pod okiem Joanny Ossowskiej. Podczas zajęć „Salsa Solo” poznamy najlepsze metody na to, by w przyjemny sposób utrzymać doskonałą formę. Która z nas tego nie chce? Zgłoszenia na oba wydarzenia można przesyłać pod adresem mailowym: dagmara. wroblewska@mck.pl, udział w zajęciach jest bezpłatny. Jako że każda aktywność fizyczna wyzwala w naszym ciele niezastąpione endorfiny, podpowiadamy również, że warto raz na jakiś czas odświeżyć swój rower. W połowie miesiąca polecamy przejazd Masy Krytycznej, połączony z duńską wystawą „The Good City”. Całość będzie doskonałą okazją do poznania wszystkich plusów kultury rowerowej.

R

E

K

L

A

M

A

794815BDBHA

795015BDBHA

MARIA PESZEK


18315T4JBA


ZDJĘCIE: Tomek Czachorowski


jej portret

Pani z przytuliska Rozmowy telefoniczne to nie to samo, co dialog przy stole, przy wspólnym posiłku. W domach dziś brakuje stołu. Z Benigną Olszewską*, laureatką Orderu Uśmiechu, rozmawia Justyna Król

Porozmawiajmy o Pani. A jeśli nic z tego nie wyjdzie? Jestem spod znaku Ryb, a ryby lubią wodę i płaczą… Nie umiem opowiadać o sobie. O swoim życiu. Warto się podzielić tą historią… Jestem rodowitą szubinianką, urodziłam się w czasie wojny i byłam zwiastunem dobrej nadziei dla moich rodziców, którzy wiele przeszli. Był to rok 1941, mieliśmy dach nad głową, przeżyliśmy ten koszmar, ale dopiero po wojnie zaczęło się dla mnie szczęśliwe dzieciństwo. Ma pani rodzeństwo? Tak, młodsze - siostrę Bożenę i brata Janusza. Bardzo się kochamy. Przepraszam za łzy, ale dziś jest rocznica śmierci mojej mamy i przy niej jestem myślami… To ona prowadzała Panią do podstawówki w Szubinie? Tak, do „jedynki”. Miałam wspaniałych wychowawców. To oni wraz z rodzicami ukształtowali mnie, mój charakter. Potem było liceum w Kcyni, studium nauczycielskie w Bydgoszczy i finalnie studia w Gdańsku, na wydziale techniki. Zostałam więc nauczycielką. Pamięta Pani szkołę, w której zaczęła pracę w zawodzie? Oczywiście! Była to szkoła podstawowa w Kowalewie koło Szubina. Od razu pokochałam te dzieci, pamiętam każde z nich do dziś. Panowała wówczas bieda, ludzie gospodarzyli, jak potrafili. Panie zajmowały się domami, ojcowie zarabiali, ale mieli czas na to, by z dziećmi lekcje odrobić, porozmawiać, pobyć. Z łezką w oku wspominam te czasy. Sporo z wychowanków spotykam dzisiaj na ulicy, opowiadają mi o dzieciach, wnukach… Tak, część z nich już została dziadkami. Lubimy razem powspominać, organizujemy spotkania po latach. Uczyła Pani techniki? Tak, to był mój przedmiot, straszny (śmiech), ale przydatny. Na zajęciach stykaliśmy się z różnymi zadaniami. Było gotowanie, prace z drewnem, metalem, ale i elektroniką. Trochę takie przystosowanie do życia. Wykonywaliśmy razem podsta-

wowe prace. Każdy z moich byłych uczniów na pewno potrafi wbić gwóźdź. Dziś ludzie kojarzą Panią przede wszystkim z szubińską Krainą Uśmiechu. To wyjątkowe miejsce. Dzieci, z różnymi potrzebami przychodzą tu od ponad dwudziestu lat. Niektórzy z moich podopiecznych mają już dzieci i je tu wysyłają. Stało się to opcją dla pokoleń. Jak to się wszystko zaczęło? Ksiądz Jan Kątny, niestety już nieżyjący, wymyślił, aby stworzyć miejsce, gdzie mogłyby się spotykać dzieci z różnymi potrzebami. Tak powstało przytulisko, z czasem ochrzczone Krainą Uśmiechu. Z tym tworem, który, jak się okazało, był i jest niesamowicie potrzebny, związałam najdłuższy rozdział mojego życia. Był rok 1992… Owszem, już pierwsze nasze wspólne dni były wspaniałe. Od początku spotykaliśmy się codziennie. Najpierw funkcjonowaliśmy w salce katechetycznej przy kościele św. Marcina w Szubinie. Poczta pantoflowa zadziałała… Dzieci zaczęły się schodzić w coraz większym gronie, w wieku od kilku do kilkunastu lat. Sami też kontaktowaliśmy się z rodzinami, w których była największa potrzeba wsparcia. Najbardziej tłoczno było zawsze zimą, bo w domach bywało niedogrzane, a u nas skromnie, ale jednak ciepło. „Kraina” sporo wędrowała… Zanim na dobre osiedliliśmy się w naszym obecnym budynku, działaliśmy w Domu Kultury, w podziemiach szubińskiego liceum. Buszowaliśmy wszędzie, trochę przeszkadzając, ale wszędzie nam było dobrze. Kilka razy wracaliśmy do księdza, który zawsze pomagał nam, jak mógł. Lata mijają, dzieci i młodzież zmieniają się… Tak, ale nie można ich porównywać. Czasy się zmieniają, tempo życia wzrasta, rodzice żyją inaczej, więc ich dzieci również muszą się zmierzyć z taką rzeczywistością. Jak Pani przyjęła informację o otrzymaniu Orderu Uśmiechu? To prestiżowa, międzynarodowa nagroda za wybitne działania…

Znowu się wzruszę. W ogóle się tego nie spodziewałam. Taka nagroda dla mnie? Czuję się zaszczycona, a jednocześnie nadal nie dowierzam, że o mnie chodzi. Z tego, co wiem, wiele osób zabiegało o to, by Panią doceniono. Robi Pani coś pięknego. Na pewno ważnego. Dzieci przychodzą, tulą się. Potrzebują ciepła, ale też rozmowy. Nie wszystkie potrafią rozmawiać. W „Krainie” uczą się sztuki komunikacji. Dyskutować, przyznawać do winy, w zdrowy sposób wyrażać uczucia… Jak to wygląda? Za każdym razem siadamy w tak zwanym Kręgu Przyjaźni. Dzieci mają wtedy czas, by „wyprać” swoje sprawy na forum. Jeśli ktoś ma z kimś jakiś konflikt, problem, coś go zabolało, czegoś nie rozumie, mówi o tym i razem analizujemy sytuację. Czasem są to sprawy bardzo osobiste, ale w naszym kręgu daje się je załatwić. Dzieci uczą się słów „dziękuję” oraz „przepraszam”, a przez to szacunku do siebie nawzajem. Do domu nie zabierają złych napięć, wychodzą oczyszczone, dbamy o to za każdym razem. Tych słów brakuje w ich domach? Wiadomo, że są to dzieci z różnych domów. Nie oceniamy się, ale współdziałamy. Staramy się rozwijać przez zabawę, ale też odrabiamy razem lekcje. Codziennie. Ilu ja już rzeczy musiałam się uczyć na nowo w tym wieku - np. z chemii, wzory kwasów, pamięta je pani? Ja tak (śmiech). Codziennie między godziną 16 a 19 jest Pani tutaj. Dla nich… Tak, ale satysfakcja jest duża. Ostatnio z jednym chłopcem bardzo długo powtarzaliśmy historię, z niecierpliwością czekam na to, jak pójdzie mu test. Trzymam kciuki i z każdego sukcesu cieszę się całym sercem. Materiału jest dużo? Oj tak. Przesadzają z tymi zadaniami domowymi, nauka powinna odbywać się w szkole. Bywa, że dzieci płaczą odrabiając lekcje, tak są wyczerpane. Ile można… Te bystrzejsze jakoś dają radę, ale wiadomo, że każdy jest z czegoś mocniejszy, z czegoś słabszy. miasta kobiet

lipiec 2015

7


jej portret Sama Pani się tym wszystkim zajmuje? Pomagają mi wolontariusze. Tak się narzeka na dzisiejszą młodzież, a potrafią bezinteresownie wspierać innych.

A Pani? Ogień to dla mnie synonim spotkań w kręgu, czasu na wspomnienia, piosenkę, refleksję. Jedzenie było niedopuszczalne.

Została Pani nagrodzona również przez Młodzieżową Radę Miejską w Szubinie. W roku minionym za okazaną pomoc dla dzieci i młodzieży. A teraz ten order. Gimnazjaliści napisali projekt „Poznaj Krainę Uśmiechu” i w ten sposób o naszych działaniach zrobiło się głośno.

Jak się zaczęła Pani przygoda z harcerstwem? Strasznie. Nie było domu harcerza, tylko nieduży kącik, wydzielony w budynku partii. Wszyscy marzyliśmy o własnej siedzibie. Próba na harcerza była czymś okropnym. Miałam wtedy kilkanaście lat. Był w harcerstwie okres, gdy wzorowano się na pionierach ze Związku Radzieckiego. Nie wszystkim to odpowiadało i nadszedł czas zmian, swoiste odrodzenie. Wtedy właśnie przecierałam swoje szlaki. Zebrała się grupa dziewcząt. Musieliśmy poznać historię, piosenki, zasady, zdać egzaminy. Sprawdzano nasze umiejętności, nie każdy się nadawał. Przyrzeczenie składałam 1 maja 1957 roku. W sierpniu pojechaliśmy na pierwszy obóz. W domu miałam duże poparcie, mój ojciec przed wojną był harcerzem, a nawet drużynowym przez chwilę. Duchem harcerstwa można się zarazić. Tego się nie da opowiedzieć, to trzeba przeżyć.

Skonstruowaliśmy rakietę z tektury i robiliśmy sobie w niej zdjęcia. A co! Nie ma rzeczy niemożliwych… BENIGNA OLSZEWSKA OPIEKUNKA SZUBIŃSKIEJ „KRAINY UŚMIECHU”

Słyszałam, że w „Krainie” jest jak w domu. Miło to słyszeć. Staramy się, by było jak najlepiej. Tworzą się tu więzi na lata, a cementują je wspólne chwile i nasze tradycje. Co roku łamiemy się opłatkiem, dzielimy jajkiem. Z początkiem grudnia robimy i zdobimy pierniki, a przed samymi świętami lepimy pierogi. Zawsze kilkaset. Dzieci są bardzo sprawne manualnie. Wielkanoc jest zawsze piękna i kolorowa, świąteczne śniadanie również przygotowujemy sami. Wspólnie zmawiamy modlitwę, spożywamy poświęcone potrawy. Jest tu bardzo twórczo! I wesoło. Malujemy, rysujemy, wycinamy, kleimy, bawimy się jak nam wyobraźnia podpowie. Dużo rozmawiamy o marzeniach. Skonstruowaliśmy rakietę z tektury i robiliśmy sobie w niej zdjęcia. A co! Nie ma rzeczy niemożliwych… Kochamy taniec w każdej postaci. I muzykę, muzyka musi grać, ma być wesoło. I jest. Kilka lat temu głośno było o projekcie podróżniczym, skąd na to środki? W sumie zawsze od dobrych ludzi. Nie mamy wiele, ale mamy chęci i potrafimy realizować nasze plany. Zwiedziliśmy Szwecję, Paryż, Wenecję… Oczywiście te w naszej okolicy, ale podczas zajęć geograficznych zahaczaliśmy o te zagraniczne. Edukujemy się, doświadczając. Wyprawa starym busem kilka kilometrów poza miasto, z życzliwym kierowcą, który zasponsorował nam przejazd, może stać się niesamowitą przygodą. Bardzo lubimy ogniska i wszędzie zabieramy ze sobą jedzenie. To się trochę kłóci z moim duchem harcerskim, ale z kolei jest znamieniem dzisiejszych czasów. Dzieci przy ognisku chcą jeść, grillować…

8

miasta kobiet

lipiec 2015

Pierwszy obóz był szkołą przetrwania? Zdecydowanie. To było w Smerzynie. Musiałyśmy postawić cały obóz. Namioty był bardzo ciężkie, trzeba było wyciąć maszt, postawić go na środku namiotu, by go wiatr nie przewrócił. Potem należało zmontować prycze, by się nie rozsypały, bez żadnej instrukcji. Było kilka młotków na grupę, więc posiłkowałyśmy się kamieniami. Trzeba było zrobić też materac. Dostawało się siennik i słomą ze stogu trzeba było go wypełnić. Sufit w namiocie był tak dziurawy, jakby się patrzyło w gwiazdy. Gdy padał deszcz, wszystko było mokre. A zdarzały się burze z błyskawicami. Tej pierwszej nocy nikt nie spał, cały obóz drżał. Wtedy też powstała nasza pierwsza piosenka obozowa. Następnego dnia trzeba było wprowadzić w jezioro kładkę. Woda była tylko w jeziorze, myliśmy w niej swoje menażki i siebie. Czasem dyżurni nosili wodę w kotłach z okolicznego PGR-u. Kuchnia wyłącznie polowa. Trzeba było też postawić stoły, żerdzi oraz ławki, wykopać dół pod latrynę… Sporo pracy jak na wakacje nastolatki… Było ciężko, ale nikt nie jęczał. Rodzice nie przyjeżdżali, bo nie było samochodów. Nie dzwonili, bo nie mieli komórek. Tak przez dwa tygodnie uczyliśmy się obozowego życia. Nie był to obóz koedukacyjny? Nie, mieliśmy namioty w dwóch różnych miejscach. Z chłopakami spotykaliśmy się tylko w stołówce, podczas posiłków. Co daje harcerstwo? Odporność, szacunek do drugiego człowieka i własnej pracy, radość, chęć działania. Zbieraliśmy odznaki za sprawności i nosiliśmy je z dumą. Zdobywanie ich uczyło też konsekwencji - pracę, którą się zaczęło, trzeba było zawsze skończyć. To wszystko uczy też pokory.

Po latach pewnie miło się to wspomina… Dziś ja i moi wychowawcy z harcerstwa mamy ten sam kolor włosów i mówimy do siebie po imieniu. Nadal się spotykamy i działamy. Harcerstwo pomogło mi też w pracy zawodowej. Bardzo długo prowadziłam zastęp harcerski - XI Drużynę im. Marii Konopnickiej. Najbardziej zawsze przeżywałam przysięgi moich podopiecznych. Ich trwałość wiązała się dla mnie z odpowiedzialnością moralną. Dziś nic już nie jest tak trwałe jak kiedyś. Czasy są podłe. Ludzie nie radzą sobie z problemami, tylko poddają się. Zadaniem harcerza było pokonywanie trudności z uśmiechem. Staram się z nim iść przez całe życie i tego uczę w „Krainie”, mimo przeciwności losu. W życiu trzeba szukać kolorytu, korzystać z wyobraźni, cieszyć się chwilą, doceniać to, co się ma… Jest z tym problem? Dzieci są bardzo różne. Rodzice dziś mają dla nich mało czasu, dużo pracują. W dobie tak rozwiniętych technologii. Czy nie powinny nam one raczej ułatwiać życia? W teorii. W praktyce uzależniają, zabierają czas. Służą wygodnictwu i niestety nie zbliżają ludzi do siebie. Rozmowy telefoniczne to nie to samo, co dialog przy stole, przy wspólnym posiłku. W domach dziś brakuje stołu. Nie ma czasu na wspólne posiłki? Kiedyś też ludzie mieli dużo obowiązków. Obiady robiło się dwudaniowe, a pralki nie były automatyczne. Jednak mama piorąc, potrafiła posadzić dziecko obok i przepytać, czego się nauczyło. Dzieci miały też więcej obowiązków w domu, uczyły się życia w ten sposób. Teraz mają wszystko gotowe, podsuwane po nos. Odnoszę wrażenie, że rodzice w tym codziennym pędzie przestają dostrzegać, co się tak naprawdę dzieje z ich pociechami. Dzieci przesiadują przy komputerach, zatracają się w cyfrowym świecie. Zapominają o tym, by się poruszać, iść na podwórko, do rówieśników. Wszystko się dziś przewartościowało, niestety… To idzie w złym kierunku. Tracimy umiejętność rozmowy twarzą w twarz. Nie używa Pani komórki? Miałam, ale wyrzuciłam. Kiedy spacerując ulicami Szubina, słyszę, jak ludzie na każdym rogu „wiszą na telefonach”, prowadząc rozmowy o niczym, opowiadając, co robią w danej chwili - zamiast skupić się na jej pięknie.CP  napisz do autora j.krol@expressmedia.pl

*Benigna Olszewska Wybitny pedagog, rodowita szubinianka, od 23 lat prowadzi przytulisko „Kraina Uśmiechu” w swym rodzinnym mieście, w minionym tygodniu odebrała prestiżową, międzynarodową nagrodę Order Uśmiechu.


Wielkie malowanie W trzy czerwcowe weekendy Centrum Handlowe Focus Mall Bydgoszcz przemieniło się w istny raj dla kobiet. Na klientki, które zrobiły zakupy za minimum 150 złotych, czekały strefa urody i piękna oraz strefa relaksu. W tej pierwszej panie mogły bezpłatnie skorzystać z porad wizażystów i usług manicurzystek - chętnych nie brakowało! Natomiast w strefie relaksu serwowano aromatyczną kawę oraz świeżo wyciskane soki, a klientki relaksowały się na wygodnych fotelach, odkrywając najnowsze trendy. Partnerami akcji „Wielkie Malowanie” były firmy Douglas, Super-Pharm, Inglot, Sephora oraz Kimi Manicure.

miasta kobiet

lipiec 2015

9

517115TRTHA

ZDJĘCIA: Tomasz Czachorowski


RESERVED STRÓJ KĄPIELOWY Z ODPINANYMI RAMIĄCZKAMI 55 zł

POR FAVOR MAJTKI I TOP Z FALBANKĄ 150 zł

Dzika plaża Niby nic wielkiego - ot, parę skrawków materiału - ale ten odpowiednio dobrany robi wielką różnicę. Stroje kąpielowe w tym sezonie kuszą stylem retro. Jest kobieco, kolorowo i seksownie w każdym rozmiarze. BERSHKA KRZYŻOWANA GÓRA OD BIKINI TYPU BANDEAU 70 zł

TEKST I WYBÓR ZDJĘĆ: Dominika Kucharska ZDJĘCIA: materiały promocyjne

Paski, groszki, falbanki, przyciągające wzrok napisy i biustonosze typu bandeau będą rządzić tego lata na plażach. Co ważne, znane marki sukcesywnie poszerzają swoje kolekcje o jednoczęściowe stroje kąpielowe - w końcu nie każda z nas chce paradować w bikini, a jednocześnie nie chce wyglądać jak w sportowym stroju na basen. Jest w czym wybierać, ale podstawa to wybrać tak, aby strój pasował do naszej sylwetki. Jeśli jest co podtrzymywać, to wybierajmy stroje na podszewce, z usztywnioną konstrukcją (nie tylko z usztywnionym biustonoszem), które fenomenalnie modelują figurę. Panie z mniejszym biustem spokojnie mogą sięgnąć po modne stroje ozdobione falbankami lub frędzelkami. I pamiętajcie, jeśli w planach macie po prostu opalanie, to im prostszy krój, tym lepiej. Stroje z fantazyjnymi wycięciami - choć piękne - zostawcie na imprezę przy basenie.CP


MANGO BIKINI BELLA KOLEKCJA VIOLETTA 270 zł

BERSHKA KRZYŻÓWANA GÓRA OD BIKINI TYPU BANDEAU 70 zł RESERVED DÓŁ OD BIKINI Z WYŻSZYM STANEM 40 zł

SINSAY BIKINI 50 zł

MANGO STRÓJ Z DRAPOWANYM DETALEM - KOLEKCJA VIOLETTA 330 zł

GATTA STRÓJ KĄPIELOWY 195 zł

Paski, groszki, falbanki, przyciągające wzrok napisy i biustonosze typu bandeau będą rządzić tego lata na plażach.

4F GÓRA 70 zł FIGI KĄPIELOWE 30 zł


ZDJĘCIE: Tomasz Czachorowski

jej pasja

Wyjść z szarej masy Taniec powinien być w każdym miejscu, gdzie pojawia się smutek - we wszystkich więzieniach, w poprawczakach, w domach dziecka. Z choreografką Leną Przepierską* rozmawia Lucyna Tataruch

Trudno się z Tobą umówić. Czym jesteś taka zajęta od rana do wieczora? Teraz akurat od rana współpracuję z Filharmonią Pomorską. Po tym mam chwilę przerwy i staram się spędzić trochę czasu z rodziną. A od godziny 16 do 21-22 jestem na sali z młodzieżą.

Włochem. Generalnie uczę dzieci od szóstego roku życia, ale miałam też grupy dorosłych. Na początku uczymy się przede wszystkim obycia ze sobą, z własnym ciałem, z ruchem, z innymi tancerzami i ogólnie z ludźmi. To jest najważniejsze.

Zacznijmy od rana - co robisz z filharmonią? Biorę udział w audycjach o tańcu. Temat brzmi: Od baletnicy do B-boya. Prezentują się w nich artyści z różnych form - z baletu, hip-hopu, lockingu i breakdance. Trafiłam tam dzięki pani Ani Merder z filharmonii, która egzaminowała mnie, gdy byłam na dwuletnim kursie choreograficznym. Wiedziała, że bardzo lubię scenę, mikrofon, dzieci…

I najtrudniejsze? Łatwo nie jest. Pięć lat temu, kiedy pojawiły się pierwsze programy typu „You Can Dance”, to był szał na taniec. Aktualnie wygrywa komputer, Facebook. Dzieciaki są coraz bardziej zamknięte. W ogóle trudno jest przekonać człowieka do tego, żeby chciał na żywo przebywać z drugim człowiekiem.

To audycje dla dzieci? Tak. Czasem występujemy w filharmonii, jak na normalnym koncercie, ale częściej jeździmy do różnych małych miejscowości, do dzieciaków, które nie mogą przyjechać do nas. One są wtedy bardzo szczęśliwe, bo na scenie dużo się dzieje. To zupełnie inna forma przekazu, nie taki uroczysty koncert, gdzie trzeba siedzieć cicho. Z nami muszą wejść w interakcję. Jest po prostu totalna impreza (śmiech).

Taniec może być terapią? Jest ogromną terapią - dla duszy, umysłu, ciała. Dzieciaki przychodzą do mnie zupełnie wycofane. Uczą się tego, jak to przezwyciężyć, jak akceptować siebie. Już samo to jest bardzo trudne, a co dopiero wchodzenie w interakcję z innym tancerzem - high level! Część z tych starszych dzieci właśnie po to przychodzi - żeby nauczyć się tańczyć, zrobić coś dla siebie, móc przebywać z innymi i żeby stać się kimś. Czyli żeby wyjść z szarej masy.

Podobnie jest na Twojej sali, na tych popołudniowych zajęciach? Tam już mam różne grupy. Działam w Fabryce Tańca, jako 5 Element - firma, którą założyliśmy wspólnie z moim przyjacielem Mateuszem

To się udaje? Tak, już po pół roku widać dużą zmianę. Np. zaczynają się inaczej ubierać… ale nie podpatrują, nie przebierają się za mnie, absolutnie nie. Odkrywają swój indywidualny

12

miasta kobiet

lipiec 2015

styl. Noszą to, w czym czują się sobą. Potem też często w pewnym momencie słyszę coś w stylu: „zgłosiłem się na przewodniczącego w klasie”, „udało mi się namówić panią od WOS-u, żeby pozwoliła mi zdawać na piątkę, a wcześniej bałam się do niej podejść”… Zdarza się nawet, że przychodzą osoby, które się w ogóle nie odzywają. I kiedy nawet po trzech latach uczenia się tańca taki człowiek zaczyna mówić i robić postępy w ruchu, to nie ma lepszej nagrody. Żadnych pieniędzy, żadnego lepszego prezentu - dla mnie i dla jego rodziców. Taniec może być pasją dla każdego? Nie jest dla każdego. Nie odnajdzie się w tym osoba, która myśli tylko o tym, by być gwiazdą, osiągnąć sukces, zdobywać medale. To trzeba zrobić przede wszystkim dla siebie. Wiąże się to z wejściem w tę kulturę, wspólnotę, z akceptacją jej zasad - malunku, rapu, DJ-ing’u. Takie jest moje zdanie. To jest całość i to jest tworzenie historii, współpraca, dzielenie się z innymi. A jak w to weszłaś? Jakie są Twoje początki w tańcu? O rany… Wychowywała mnie babcia, które nie mogła sobie ze mną poradzić. Jako dziecko byłam strasznym łobuzem. Nie godziłam się na to, że jestem z nią sama i że jest nie za wesoło. Ale znalazłam odskocznię od tego w świetlicy socjoterapeutycznej na naszym osiedlu. Jak miałam 9 lat, to zaczęłam tam chodzić na zajęcia baletowe, stawiać pierwsze kroki w tańcu.


jej pasja Jak to się stało, że byłaś sama z babcią? Moja mama miała 15 lat, gdy mnie urodziła. Sama była dzieckiem. Teraz mamy ze sobą świetny kontakt, jest jak przyjaciółka. Ale wtedy to babcia wzięła na siebie tę odpowiedzialność. Ona jest strasznie porządnym człowiekiem. Na pewno czuła, że nie ma innego wyjścia. Nigdy nie pozwoliłaby na to, żeby moja mama mnie na przykład nie urodziła. Babcia poświęciła dla mnie najlepsze lata swojego życia, kiedy mogła już odpoczywać. Przez to ja też czułam, że muszę coś w tym życiu zrobić i pokazać jej, że warto było się mną zająć. Gdy zaczęłaś tańczyć, to od razu okazało się, że masz talent? Nie, to w ogóle nie jest tak, że ja mam ekstratalent do tańca. Mam talent słuchowy i emocjonalny, ale jeśli chodzi o ruch, to moje pierwsze kroki były bardzo nieporadne. Ale zaczęłam ćwiczyć i występować w tej świetlicy. Potem w latach 90. do mojej szkoły przyjechała taka para tancerzy z Piły. Dziewczyna zatańczyła electric boogaloo, a ja się zakochałam, to był koniec świata. Nie miałyśmy z babcią kasy na ich zajęcia, więc zaczęłam kombinować, żeby tylko coś zaoszczędzić - robiłam innym zakupy, pomagałam w jakichś drobnych rzeczach. Dzięki temu mogłam dwa razy w tygodniu wkleić tej parze po pięć złotych i uczyć się od nich. Ile miałaś wtedy lat? 12. Oni potem gdzieś zniknęli, więc do 16. roku życia ćwiczyłam codziennie w domu to, co nam pokazywali. Gdy skończyłam 16 lat, to poszłam do pracy i każdą złotówkę, jaką zarobiłam, odkładałam na szkolenia. Każdą. Za te pieniądze miałabym już teraz ze dwa dobre, nowe samochody. Jeździłam sama z wielką torbą pociągami do Warszawy, Olsztyna… Gdzie pracowałaś jako 16-latka? To były różne prace. Sprzątanie po domach, roznoszenie ulotek, bycie hostessą, pomaganie w hospicjum, w szpitalu, zajmowanie się dziećmi… Jak już miałam 18 lat, to załapałam sobie taką fuchę w sieci komórkowej i tam dość długo siedziałam. Nastolatki myślą zwykle o innych rzeczach. Byłaś takim małym-dorosłym? Tak, od dawna. Żałuję, ale tak było. Wiedziałam, że jeśli chcę osiągnąć swój cel, to muszę coś wymyślić, wziąć się w garść, bo jeśli tego nie zrobię, to mi się nic nie uda. Nikt mi nic nie da za darmo. Babcia Cię wspierała? Zawsze dawała mi wybór, nie hamowała mnie. Wiadomo, krzyczała czasem, że z tego nie będzie pieniędzy, że powinnam skończyć prawo - bo taki był plan, gdy szłam do gimnazjum i liceum historyczno-prawnego. Ale nawet gdy krzyczała, to i tak o mnie dbała - o to jak jem, czy się wysypiam. Rozmawiała ze mną dużo. A kiedy już w końcu mogłam z tańca dołożyć się do mieszkania, to pewnie poczuła ulgę. Dzisiaj możesz już żyć tylko z tańca?

Przyznam, że przy prowadzeniu firmy na dużym ZUS-ie nie jest to takie oczywiste (śmiech). Muszę też jeszcze nabrać więcej przekonania, że to, co robię jest na wysokim poziomie i można za to brać pieniądze. Bo ja bym wszystko rozdała za darmo, jestem raczej kiepska w zarabianiu na nauce tańca. Teraz dodatkowo stworzyliśmy tzw. linię odzieżową, nie tylko dla tancerzy. Nazywa się „Feel Real”. To na pewno pomoże jakoś dopiąć budżet. Ogólnie to taniec stał się bardzo drogi, a tancerze z form ulicznych czy jazzowych to często nie są bogaci ludzie. Co jest drogiego w tańcu? Wszystko to, na co staramy się sami załatwiać sponsorów - na wydarzenia, bony na buty, ciuchy, na wyjazdy dla dzieciaków. Sami chcemy je uczyć tak, żeby mogły brać udział w zawodach i wygrywać jakieś szkolenia. Ale żeby to robić, też musimy się nieustannie uczyć i szkolić, a to kosztuje. No i czas jest cenny, a pracujemy bez przerwy. Jak wracamy do domu, to myślimy o tych dzieciach. Dzwonimy do nich, kontaktujemy się z rodzicami - żeby wiedzieli, że ten taniec jest coś wart i dziecko robi postępy. Sprawdzamy na Facebooku, czy zajęcia im się podobały, zgrywamy im muzykę, z której korzystały. To się robi od rana, od otwarcia oczu, do zamknięcia ich przed snem. Cały czas się myśli o tych dzieciach. Zaprzyjaźniasz z nimi? Jasne. Jak ktoś się zgłasza na zajęcia, to najpierw zawsze rozmawiamy, ta osoba musi mi coś o sobie powiedzieć, musimy się poznać. Taki człowiek będzie uczestniczył w moim życiu, w mojej przestrzeni; nie w pracy, tylko dużo dalej. Będziemy szli wspólnie tą drogą tańca… To dobra droga dla dzieciaków z tzw. trudnych środowisk? Na moim przykładzie widać, że tak. Gdybym nie zaczęła tańczyć, to pewnie bym marnie skończyła, bo na osiedlu towarzystwo miałam dość mocne… Prowadziłam kiedyś warsztaty w ośrodku poprawczym dla dziewcząt. Zaczęło je 60 osób, skończyło 15, ale to już były takie dziewczyny, które wiedziały, że chcą stamtąd wyjść i coś zrobić. Niekoniecznie tańczyć, ale wyrażać siebie. Na trzecich czy czwartych zajęciach zobaczyłam już, że są utalentowane. Mówiłam niektórym, że jak wyjdą, to mogą się spokojnie tańcem zająć. Uwierzyły w to? Niektóre uwierzyły, inne nie. W takich środowiskach ludzie często w siebie wątpią. Ale uważam, że taniec powinien być w każdym miejscu, gdzie pojawia się smutek… w więzieniach, w poprawczakach, w domach dziecka. Prowadziłam wiele takich zajęć w domach dziecka i wiem, że dzieciaki stamtąd trzysta razy lepiej przyswajają wiedzę, bo mają taką szansę raz na milion lat i chcą to wykorzystać. Jak trafiasz do takich miejsc?

Wpycham się (śmiech). Na początku zawsze jest pytanie, ile chcę za to pieniędzy, a ja zazwyczaj odpowiadam, że nic nie chcę. Czasem coś dostanę, czasami nie. Jesteś ogromną idealistką. Tak i czasami mnie to gubi. Ale to jedyne rzeczy, które mam - taniec i powołanie do nauczania. To mi daje siłę, nawet jak jest ciężko. Taniec wyzwala w Tobie cały czas te same emocje, co na początku? Jest zupełnie inaczej. Dawniej taniec nie tyle wyzwalał we mnie emocje, co pozwalał mi się ich pozbyć. A teraz, kiedy patrzę na swoich uczniów a niektórzy uczą się u mnie już siedem lat i tańczą przepięknie - to czuję coś, czego nie jestem w stanie opisać. Teraz już jest ten moment, kiedy dzięki temu, co robię, mogę poczuć emocje z zewnątrz dla siebie. I to jest fajne. Potrafisz dogadać się bez problemu z kimś, kto nie ma nic wspólnego z tańcem? Jest mi trudniej… Chociaż ja jestem bardzo elastyczna i otwarta na ludzi. Przede wszystkim dzieci i młodzież to jest całe moje życie. Jeśli ktoś nie lubi dzieci, to na pewno trudno będzie mi się z tą osobą dogadać. Sama chcesz mieć dzieci? Chciałabym, mam przy sobie odpowiedniego człowieka, którego bardzo kocham i z którym to mogłoby się udać… ale boję się, że w natłoku wszystkiego, co robię i co daję innym, nie wystarczy już tego dla mojego dziecka. Że ono będzie pokrzywdzone. Albo że powie mi: „Mamo, ja bym chciała jeździć konno, taniec nie jest dla mnie”. To jest przecież możliwe. Gdzieś w głębi wiem, że mam w sobie coś do przekazania. Ale to nie jest dla mnie taka oczywista decyzja. Masz 28 lat. Wyobrażasz sobie, że kiedyś przyjdzie taki moment, gdy już nie będziesz mogła tańczyć? Tak. Następny etap, do którego będę się już przygotowywać, to pokazywanie innym tancerzom, jak dobrze uczyć tańca. Znam już takie osoby, które będą chciały robić tego typu kursy. Wiem, że będę na sali stać, dopóki będę chodzić. Potrafię poprawić zajęcia, nie wstając z krzesła. Jeśli jesteś dobrym pedagogiem, rozumiesz ludzi i wiesz, jak do nich mówić, to możesz zrobić wszystko, używając jedynie swojego głosu. Gdy nie będę mogła tańczyć, bo nie pozwoli mi na to zdrowie, to będę wspierać innych, którzy się tym zajmują.CP  napisz do autora l.tataruch@expressmedia.pl *Lena Przepierska Dyplomowana nauczycielka tańca (form ulicznych i jazzowych), pedagog, choreografka, współzałożycielka firmy „5 Element” www.5element.in

Rozmowa z Leną Przepierską we wtorek (30.06) o godzinie 7 i 9 na antenie Radia Eska. 94,4 fm (Bydgoszcz) 104,6 fm (Toruń) miasta kobiet

lipiec 2015

13


kobieta przedsiębiorcza

Twój Public Relations wkracza do akcji Zatem, od czego zacząć swój PR? Od porządków! Od przygotowania się na najlepsze przyjęcie i gości. TEKST: Justyna Niebieszczańska*

Z

apraszasz gości na kolację. Menu przemyślane - czyli jest coś, co lubią i coś, czym ich pozytywnie zaskoczysz. Jest pięknie nakryty stół, a na nim maki polne, które uwielbiasz. Przeglądasz się w lustrze i widzisz swój uśmiech. To będzie udany wieczór. Public relations to nic innego jak zaproszenie twoich potencjalnych klientów na taką kolację - spotkanie z twoim biznesem. Pamiętaj, że wyrazem dbałości o klientów jest przede wszystkim zadbanie o siebie - o swój wizerunek. Mają mile wspominać udaną transakcję i mają wracać oraz polecać ciebie innym. Zatem od czego zacząć swój PR? Od porządków! Od przygotowania się na przyjęcie swoich klientów.

PO CO TA KOLACJA? Kiedy rozpoczynasz działalność, musisz wiedzieć, o co Ci w tym wszystkim chodzi. Czy chcesz sprzedać konkretny produkt? Czym chcesz przekonać do swojej usługi? Chcesz opowiedzieć o sobie jako ekspercie w danej dziedzinie? Public relations wymaga celu - to podstawa. Zatem określ go. Bądź konkretna. Precyzyjna. Mierz też siły na zamiary. Wiem, że potrafisz wiele, ale nie musisz nikomu nic udowadniać. Na początek chcę usłyszeć choć jedną historię udanej transakcji, którą przeprowadziłaś. CO JEST W MENU? Jakikolwiek prowadzisz biznes, jesteś jego kreatorem, więc dopracuj swoją ofertę. Proponuj klientom to, co wiesz, że jest sprawdzone i zaspokoi ich potrzeby. Ty wiesz, że zrobisz to bardzo dobrze i inaczej od konkurencji. Dlatego spisz, co sprzedajesz i dlaczego warto ten produkt czy usługę zakupić właśnie u ciebie.

14

miasta kobiet

lipiec 2015

Bądź pewna, że to, co proponujesz swoim klientom jest warte ich czasu, pieniędzy i zaangażowania. Przecież na kolacji nie podasz dania, którego sama w ogóle nie próbowałaś i którego nie lubisz.

SPRAWDZIŁAŚ W LUSTRZE? Pamiętaj, jak cię widzą, tak cię piszą. Bądź profesjonalna i posłuż się portretem biznesowym. Jesteś twarzą swojego biznesu - piękną i niepowtarzaną. Zadbaj, aby zdjęcie pokazało ciebie, a nie wykreowaną osobę, wymuskaną Photoshopem. Pokochaj swoje kurze łapki, kiedy się śmiejesz i nie zapominaj o bransoletce, która przynosi ci szczęście. Monitoruj swoje zdjęcia w sieci, a szczególnie te, które upubliczniają twoi znajomi. Bądź czujna i reaguj, jeżeli pokazują ciebie w okolicznościach, które nie służą ani tobie, ani twojemu biznesowi. Wpisz w wyszukiwarkę Google swoje imię i nazwisko - sprawdź, jakie informacje na twój temat znajdują potencjalni klienci. Czy to jesteś naprawdę ty? PAMIĘTAŁAŚ O MAKACH? Bądź wierna makom, czyli sobie. Normy biznesowe nie są po to, aby cię ograniczać, ale aby pomagać w określonych sytuacjach. Miej odwagę opowiedzieć coś o sobie. Sprawisz, że twój biznes będzie postrzegany jako wyjątkowy. Wiesz, że liczy się konsekwencja i determinacja, a nie zabraknie ci jej, jeżeli twój styl prowadzenia biznesu będzie odzwierciedlał to, kim jesteś. Jeżeli nie możesz funkcjonować bez spotkań z ludźmi i to oni dodają ci skrzydeł, inicjuj spotkania, korzystaj z networkingu i tak zdobywaj klientów. Prowadź biznes w zgodzie z sobą, a wtedy otrzymasz cenną informację zwrotną: poznasz swojego wymarzonego klienta. Zanim się obejrzysz, będziesz miała na koncie kilka udanych transakcji.CP

* Justyna Niebieszczańska Specjalistka PR. Od ponad 5 lat pisze blog o komunikacji i PR. Właścicielka Agencji Public Relations BRIDGEHEAD PR. Manager kanadyjskiej firmy SciCan na Polskę i kraje nadbałtyckie. Współorganizatorka Charmsów Biznesu. Zachęca do pobrania darmowego „Przewodnika pisania bloga cz.1 Od czego zacząć?” ze strony www.bridgehead.pl


517115TRTHA


tabu

1

2

3

Nie ma tu krat Od małego musiały kombinować. Nie zawsze wybierały rozwiązania akceptowane społecznie, ale nikt też nie pokazywał im innej drogi. To bardzo przykre doświadczenia, o których nie zawsze chcą mówić. Niektóre do dziś boją się ciemności, nawet tu, w ośrodku wychowawczym pod Nakłem. TEKST: Lucyna Tataruch ZDJĘCIA: Tomasz Czachorowski

D

o Samostrzela przyjeżdżam w niedzielne słoneczne popołudnie, na imprezę z okazji przywitania lata. W planie są grill, muzyka i puszczanie wianków na wodzie. To taka tradycja: dziewczyny w  białych sukniach, przebrane za dziewice, wrzucają do rzeki swoje wianki, a ta, której wianek najszybciej dopłynie do określonego celu, pierwsza wyjdzie za mąż. Przygotowa-

16

miasta kobiet

lipiec 2015

nia trwają od rana - makijaże, fryzury… - Ta jaka dziewica, z brzuchem! - rzuca żartem blondynka w dresach, do swojej koleżanki w widocznej ciąży. Obie mają około 17 lat. Wokół nas panuje hałas. Dziewczyny się przekrzykują, głośno rozmawiają, śpiewają piosenki. Każda coś chce, o  coś pyta, czegoś się domaga. - Ja pani nie znam, kim pani jest? - podchodzi do mnie energiczna nastolatka.

- Jestem z gazety. Chciałabym o was napisać, o  tym, kim jesteście, dlaczego tu mieszkacie… - odpowiadam zaskoczona. Jej koleżanki oglądają mnie z pewnej odległości. Wyłapuję z tłumu szybko ich uważny wzrok. Przypominają mi się słowa jednej z ich wychowawczyń, Gosi Wilczek, która dzień wcześniej powiedziała do mnie: „One są bardzo nieufne. Muszą cię kilka razy posprawdzać, żeby w  ogóle ci


tabu 1. OLA, 15 LAT. Jest z domu dziecka, w Samostrzelu mieszka od dwóch lat, kończy gimnazjum. Boi się, że po wyjściu z ośrodka, zostanie zupełnie sama.  ISZA, 18 LAT. W Samostrzelu 2. A była 5 miesięcy, pochodzi z konserwatywnej, muzułmańskiej rodziny. Jest wdzięczna mamie za umieszczenie w ośrodku, dzięki temu przestała brać narkotyki. 3. AGATA, 17 LAT. W ośrodku od września, przez wagary i narkotyki. Po wyjściu chciałaby pomóc chorej na raka mamie.  IKTORIA, 15 LAT. Samostrzel jest jej drugą 4. W placówką, mieszka tu prawie od roku. Przyznaje, że ośrodek zmienił jej życie, chciałaby skończyć szkołę, myśli o studiach resocjalizacyjnych.  ARTYNA, 18 LAT. W ośrodku jest od marca. 5. M Boli ją, że nie ma tu nikogo bliskiego, ale wie, że to miejsce pomogło jej stanąć na nogi. Chce pójść na odwyk, zdać maturę i skończyć studia turystyczne.

4 w cokolwiek uwierzyć”. Jak na wezwanie dziewczyna wyrzuca z siebie: - O, to nie. Ja nie chcę nic mówić. Pani znajdzie sobie kogoś innego - odchodzi szybko. Jesteśmy na trawie przed Młodzieżowym Ośrodkiem Wychowawczym w  Samostrzelu. Obecnie mieszka tu ok. 75 dziewczyn w wieku od 13 do 18 lat. Są tu po to, by skończyć szkołę - gimnazjum, zawodówkę albo liceum. Na zewnątrz z  różnych powodów im się to nie udawało. Większość z nich trafia tu decyzją sądu za notoryczne wagary i - jak tłumaczy mi Bożena Ilnicka, dyrektorka placówki - niedostosowanie społeczne. Nie jest to poprawczak, nie ma tu krat, choć jak wszędzie, zdarzają się ucieczki. Nawet takie po prześcieradłach, z  drugiego piętra. Jednak po ucieczce często są i powroty, bo mimo że żadna z wychowanek nie jest tu z własnej woli, to bywa tak, że jest im tu lepiej niż we własnym, trudnym domu.

BOJĘ SIĘ WYJŚĆ Jeszcze przed rzucaniem wianków, Gosia podpowiada mi, z którą z dziewczyn mogłabym porozmawiać. Na pierwsze piętro ośrodka zostaje wezwana Ola. Nawet na mnie nie patrzy, długo się waha i  nic nie mówi. Ostatecznie wchodzi ze mną do pokoju, w  którym na co dzień nikt nie mieszka. Dziękuję jej, że zgodziła się o sobie opowiedzieć, ale mówiąc to nie mam jeszcze pewności, czy opowie cokolwiek. - Jestem tu dwa lata. Nie chodziłam do szkoły, uciekałam. Nie wiem, od czego się zaczęło. Jestem z  domu dziecka - urywa zdania i  w  ciszy czeka na kolejne pytania. Pytam, ale ona na niektóre nie reaguje w ogóle. Być może

5 to ja za bardzo boję się czekać na odpowiedź i za szybko zadaję kolejne pytanie, przerywając ciszę. Siedzę naprzeciwko 15-latki i  czuję lekki niepokój. Nie dlatego, że ona może mi coś zrobić, wygląda jak najłagodniejsza osoba na świecie. Raczej przez to, że - choćbym nie wiem, jak się starała - to nie umiem zgadnąć o czym i jak myśli. Jak o  świecie może myśleć dziewczyna, która krótkimi zdaniami wyznaje, że najgorzej jej było wtedy, gdy mieszkała z rodziną? Z agresywną mamą alkoholiczką, z wujkiem i braćmi? Nie wszystkich braci zna, ale wie, że dwóch z nich jest w  pogotowiu opiekuńczym. Ona stamtąd trafiła do szpitala psychiatrycznego. Osiem razy. Bo, jak mówi, źle się zachowywała. - Najdłużej przetrzymywali mnie tam rok i osiem miesięcy - dodaje i chyba po raz pierwszy patrzy mi przez chwilę w oczy. - Potem byłam nagrywana i  wtedy zdecydowali, że trafię tu do ośrodka. Mówiąc, że była nagrywana, ma na myśli reportaż telewizyjny, który zrealizowano, gdy jedna z osób pracujących w szpitalu zainteresowała się jej sytuacją. A konkretnie tym, dlaczego tak długo przebywa w tym miejscu. W kuluarach ośrodka usłyszę później, że być może jakaś wcześniejsza instytucja, która miała ją pod opieką, chciała mieć problem z głowy. Nikt tego jednak nie wie oficjalnie i nie drążymy tematu. Ola mówi jedynie, że nie był to dla niej dobry czas. Teraz jest różnie. W  Samostrzelu kończy gimnazjum, a  poza ośrodkiem nie ma nikogo, kto mógłby jej pomóc. Kiedy pytam, co będzie po wyjściu stąd, czyli za trzy lata, odpowiada, że nie wie. A po chwili dodaje: - Boję się wyjść.

NIE JESTEM KSIĘŻNICZKĄ Tych słów nie słyszę już później od nikogo. Dziewczyny raczej odliczają tu swoje dni i z niecierpliwością wyczekują ukończenia osiemnastki, po której oficjalnie przestaną być wychowankami ośrodka. Nie kryje tego 18-letnia Aisza, gdy rozpromieniona informuje mnie, że z Samostrzelem żegna się dokładnie za trzy dni. - Powiem pani, że mieszka się tu w  miarę dobrze, chociaż warunki nie są dostosowane do naszego wieku i potrzeb - zauważa. - Byłam tu 5 miesięcy i  dzięki Bogu, że trafiłam tu tak późno. Niektóre dziewczyny mieszkają tu po dwa - trzy lata. Jest wysoka, ma duże, ciemne oczy. Mówi o  sobie: pół-Arabka. Jej tata za wszelką cenę starał się wychować ją w  swojej religii. - Trzymał mnie na swojej smyczy - przyznaje wprost. - Zawsze miałam z  nim problem. To bardzo konserwatywny człowiek. Nawet gdy latem ubrałam krótkie spodenki, to kończyło się to jego wyzwiskami w moją stronę. Tymi najgorszymi. Problem ze spodenkami zaczął się, gdy Aisza miała 16 lat. To właśnie wtedy ze 120 kg schudła prawie 50. Twierdzi, że po prostu wzięła się za siebie, pomogły treningi i dobra dieta. Kiedy poczuła się dobrze we własnym ciele, zaczęła nadrabiać wszystko to, czego jej rówieśnicy doświadczali stopniowo. Nowe znajomości, wyjścia, imprezy. - Poszłam na całość - opowiada. - Wszystkiego chciałam spróbować od razu. Był więc alkohol, narkotyki, ucieczki. Trafiłam w towarzystwo starszych chłopaków, do świata, który na pewno nie jest najlepszy dla dziewczyny. Bardzo szybko uzależniłam się od narkotyków, od mefedronu. Przez cztery miesiące miasta kobiet

lipiec 2015

17


tabu zażywałam go dzień w dzień. Doszło do tego, że spałam na klatkach schodowych. Taką mnie kiedyś znalazła matka. To ona zaciągnęła dziewczynę na badania psychiatryczne. Aisza z  pewnym wyrzutem wspomina, że nawet tam nikt nie zauważył jej uzależnienia. Przyznała się sama. - Jestem tu, ponieważ moja mama wniosła do sądu prośbę o to, aby umieścić mnie w ośrodku. Była tak przerażona moim stanem. Miałam rozprawę i dwa dni później dostałam wezwanie. Aisza wysławia się składnie, kulturalnie i grzecznie. Wiem, że gdy między dziewczynami dochodzi do kłótni, to właśnie ona bywa wyzywana od „księżniczek” - bo ma pełną i  bogatą rodzinę. Uważa jednak, że wcale się nie wywyższa. Podkreśla tylko, że to, co ją odróżnia od wielu dziewczyn z ośrodka, to kultura osobista. Patrzę na nią i widzę, że doskonale kontroluje, co i komu mówi, w jaki sposób zrobić odpowiednie wrażenie. Czaruje skutecznie.

BOJĄ SIĘ CIEMNOŚCI O tym, jak różnorodne są wychowanki ośrodka, przekonuje mnie pani dyrektor. - Przyjeżdżają do nas dzieci i  z  bardzo ubogich, trudnych rodzin, gdzie są typowe problemy wychowawcze, i z bogatych domów, gdzie coś po drodze zaszwankowało. Nie ma jednego wzoru, choć oczywiście pewne rzeczy się powtarzają. Natomiast zmieniają się same dzieciaki. Pracuję już od 25 lat tutaj i  widzę, że one mają coraz większe problemy. Obecnie trafiają tu głównie dzieci narkotyczne, po dopalaczach, zdarzają się młodociane prostytutki, tzw. galerianki, oraz takie, które mają na swoim koncie różne karne przewinienia, np. kradzieże. Niestety, dostajemy też dziewczyny z zaburzeniami psychicznymi, które wcześniej zostały źle zdiagnozowane. Wiele z  naszych wychowanek jest z  pogranicza normy intelektualnej. To są trudne przypadki, bo z niektórymi nie powinno się pracować metodami resocjalizacyjnymi. Pani Bożena zwraca uwagę na to, jak dużym przełomem dla ośrodka był moment, gdy zaczęto tu pracować metodami TSR, czyli za pomocą terapii skoncentrowanej na rozwiązaniach. - To szeroki temat, ale tak w skrócie, jest to terapia, która bazuje na tym, by w dziecku odkryć jak najwięcej pozytywnych cech charakteru, jego zasoby. W pierwszej chwili jest to dla dziewczyn szok, bo bardzo często nigdy wcześniej nikt im czegoś takiego nie mówił. - Gdy czasem słucham ich opowieści o tym, jak sobie radziły, na przykład przez jakiś czas na ulicy, to aż mi się to w  głowie nie mieści przyznaje Gosia. - One potrafią się doskonale zorganizować. Są zaradne. Mają to od dziecka. W niektórych domach taka dziewczyna od małego żyła z  pijącą matką, która nie zaspokajała jej podstawowych potrzeb. Trzeba było samemu kombinować. Nie zawsze wybierały rozwiązania akceptowane społecznie, ale nikt też nie pokazywał im wcześniej innej drogi. To są bardzo przykre doświadczenia, o  których nie możemy mówić, nieporównywalne z  niczym, co znamy z  naszego codziennego świata. A  dla nich to właśnie była codzienność. Niektóre do dziś boją się ciemności.

18

miasta kobiet

lipiec 2015

GOSIA WILCZEK ZE SWOIMI PODOPIECZNYMI NA WYCIECZCE Z OKAZJI DNIA KOBIET

RODZINA JEST ŚWIATŁEM Agata, 17-latka, która w Samostrzelu mieszka od września, wygląda na odważną osobę. Kiedy jednak zaczyna mówić, bije z niej pewne ciepło. Niedługo wychodzi. Spokojnie opowiada o tym, jak trudno było jej się tu zaklimatyzować, ze świadomością, że nie ma nikogo bliskiego obok siebie. Teraz podobno już jest lepiej. Trafiła tu przez wagary, sprawy za demoralizację i  narkotyki. Podsumowuje to jako efekt złych kontaktów z mamą. - Zaczęło się od szkoły… Kiedy zapisałam się do liceum, to poszłam też do pracy, żeby zarobić sobie na książki, bo mama powiedziała mi, że nie będzie miała na to pieniędzy. Pracowałam, ale ona mi te pieniądze zabrała… Nie miałam za co się uczyć i w grudniu, dwa lata temu, rzuciłam szkołę. Mama praktycznie mnie nie zauważała. Teraz myślę, że narkotyki zaczęłam brać głównie z myślą o tym, żeby ona w  końcu coś zobaczyła. Potem trafiłam przez to do szpitala. To był pierwszy moment, kiedy zwróciła na mnie uwagę - opowiada spokojnie historię, którą nieraz przerabiała z ośrodkowym pedagogiem. Agata nie chce znać swojego taty. Nazywa go „obcą osobą”. Poznała jego inne dzieci, czyli swoje przyrodnie rodzeństwo. To od nich wie, że ojciec jest alkoholikiem, bił mamę jak była z nią w ciąży, robił wiele krzywdy rodzinie. Wie też, że molestował jej siostrę. - Spotkałam go, gdy zaproszono mnie kiedyś na Wigilię do dziadków. Powiedział mi wtedy, że jestem z przypadku. Wyszłam stamtąd, nie chciałam już z nim rozmawiać. Gdy w kwietniu pojechała do domu na Wielkanoc, dowiedziała się, że jej mama jest chora na raka. Agata stara się jej pomóc, jak może. Obecnie ich relacje są bardzo dobre. - Mam w mojej mamie przyjaciela. Wiem, że jak jest ciemno w  życiu, to rodzina jest światłem - tłumaczy.

Gdy pierwszy raz zobaczyłam dziewczynę z pociętym przedramieniem, to biegłam po bandaże tak szybko, że przewracałam się o własne nogi. Byłam przerażona. Teraz podchodzę już do tego z pewnym dystansem. Nawet jeśli ona specjalnie przy mnie rozdrapuje sobie jeszcze te rany. Chce zwrócić na siebie uwagę i jeśli jej się uda, zrobi to znowu. GOSIA WILCZEK WYCHOWAWCA


tabu - Każdemu się wydaje, że jego problemy są największe, ale to nie tak. Niektórzy są z domu dziecka, nie mają w  ogóle rodziców. Albo są z pijących domów, takich bez miłości. Różnie się układa, u mnie nie jest tak najgorzej.

NIKT NA NIĄ NIE CZEKA Gdy Agata skończy 18 lat, dostanie mieszkanie z fundacji, która umożliwia start w dorosłe życie osobom wychodzącym z  tego typu placówek. Z  tej samej organizacji była też na Erasmusie, wymianie młodzieżowej między krajami. - Powiedzieli, że postarają się mi załatwić to mieszkanie do końca liceum. A jak się nie uda, to chociaż na rok. Będą mi bardzo pomagać. Dostanę wyprawkę - 500 zł na miesiąc, jeśli zdecyduję się kontynuować naukę. Bardzo mi się to podoba, bo inaczej naprawdę byłoby mi ciężko. Osoba, która przebywa w tego typu placówce przynajmniej przez rok, po wyjściu ma szansę dostać środki na usamodzielnienie się. Przydziela jej się również opiekuna z Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie. - W tej chwili jest dużo instytucji i fundacji, zakładających tego typu hostele dla dzieciaków, które nie mają warunków, żeby wrócić do domu - tłumaczy pani Bożena. My też długo walczyliśmy o to, by istniała w ogóle taka forma przejściowa. Bo dużym problemem jest to, że te dziewczyny wychodzą stąd i  wracają do swoich środowisk. Tam nie wytrzymują długo na tym poziomie, jaki tu osiągnęły. Zdarza się też, że taka dziewczyna wychodzi z jedną torbą i nic więcej nie ma, nikt na nią nie czeka. MORZE AGRESJI - Czasem, gdy kończę swój dzień pracy o godzinie 22, słyszę od jakiejś dziewczyny: „Pani wraca do swojej rodziny, prawda? Ma się pani do kogo przytulić. A  ja tu zostaję” - opowiada Gosia. - Bywa, że zacznę z nimi rozmawiać na jakiś trudny dla nich temat, a potem wychodzę i mam tę świadomość, że one zostają z  tym same. Mnie też później ciężko przestawić się na normalny tryb działania, mimo że pracuję tu już cztery lata. Bardzo łatwo za to jest się przywiązać i zaangażować zbyt mocno, ale jednak trzeba sobie zbudować pewną skorupę. Gosia pamięta, jak pierwszy raz zobaczyła dziewczynę, która pocięła sobie przedramię. - To się zdarza, dziewczyny się tu tną. Za pierwszym razem biegłam po bandaże tak szybko, że przewracałam się o własne nogi, byłam przerażona. Teraz podchodzę już do tego z  pewnym dystansem. Nawet gdy ona specjalnie przy mnie rozdrapuje sobie jeszcze te rany. Robi to, żebym zwróciła na nią uwagę. A jeśli raz jej się uda, zrobi to znowu. Gdy pytam, czy jej grupa to takie fajne, sympatyczne dziewczyny, Gosia odpowiada, że to zależy. Są różne i bardzo zmienne. Bywa tak, że przez cały tydzień zachowują się fantastycznie, aż nagle wydarzy się coś - np. zadzwoni chłopak i coś powie, coś się zadzieje w szkole. Nagle dziewczynka, która ma buzię jak aniołek, zmienia się w morze agresji. NIE WRÓCISZ CAŁA DO DOMU Nie zawsze jest bezpiecznie. Może być i  tak, że którejś z  dziewczyn od pierwszego dnia

nie spodoba się wychowawca. Gosia doświadczyła tego parę lat temu. Od jednej z wychowanek usłyszała: „Dziś nie wrócisz cała do domu”. - Upatrzyła sobie mnie jakoś - wspomina. - Wcześniej szła korytarzem z rękoma za plecami i rzucała komentarze, że potnie mi twarz. Pot spływał mi po plecach, ale nie pokazałam, że w  ogóle w te groźby wierzę. Tego dnia, gdy powiedziała mi, że nie wrócę cała do domu, zaczęła strasznie szaleć na wieczornym grillu. Rzucała się, kopała budynek, wrzeszczała. Nie dało się jej uspokoić, musieliśmy dzwonić na pogotowie. Zdążyła się pociąć, tamowałam jej krew. Pani Bożena dodaje, że w każdym roku widzi przynajmniej dwie takie wychowanki, które mogą być potencjalnym zagrożeniem dla wychowawców. Lęk jest czymś zupełnie zrozumiałym. - To są najczęściej dziewczyny, które nie mają żadnych hamulców, szczególnie w agresywnych sytuacjach. Nie mają żadnej motywacji, żeby się powstrzymać. To, że do tej pory nie zdarzyły się tu przypadki pobicia, jest tylko i wyłącznie sukcesem tej kadry, która doskonale wie, jak sobie radzić w  takich sytuacjach, żeby nie zaogniać sprawy. Dziewczyna, o której wspomniała Gosia, trafiła ostatecznie do szpitala psychiatrycznego.

NIKOMU NIE MOŻNA ZAUFAĆ Pobicia ma na swoim koncie Wiktora. Kiedy mi o tym opowiada, prawie wzrusza ramionami. Widzę jednak, że nie robi tego, by pokazać jak bardzo ma to gdzieś. Mam raczej wrażenie, że reaguje tak, bo nie wie za bardzo, w jaki sposób ja do tego podejdę. Mówi więc cicho: - To jest moja druga placówka, wcześniej byłam w Szczecinie. Miałam jakieś tam sprawy w sądzie, o kradzieże, pobicia. O bardzo dużo pobić. Trudno w to uwierzyć, gdy patrzy się na rudą, ładnie pomalowaną 15-latkę. Dziewczyna twierdzi, że odkąd jest w ośrodku, jej życie się bardzo zmieniło, nie ma już kontaktu z tamtym środowiskiem, a tu w Samostrzelu nauczyła się szacunku dla dorosłych. Gdy skończy liceum, być może pójdzie na studia. O studiach - i to konkretnych, bo o turystyce - myśli też Martyna. Chciałaby zostać stewardesą. Teraz dziewczyna kończy 18 lat i jej głównym celem jest to, żeby dobrze zdać maturę i wyrwać się z uzależnienia od narkotyków. - Chcę iść na odwyk. Teraz już jestem dorosła, więc robię to dobrowolnie. Po prostu jest mi ciężko - mówi i wzdycha, a ja zaczynam jej współczuć. - Jak to wszystko się zaczęło, to później już nie mogłam się cofnąć, choć próbowałam na wiele sposobów. Moja mama założyła mi dwie sprawy o  kradzieże i  ucieczki z  domu. Najgorszą rzeczą jaką zrobiłam było to, że ukradłam jej pamiątkową biżuterię po babci. Sprzedałam ją na narkotyki. Ponoszę za to duże konsekwencje, prawdopodobnie będę miała wyrok, pół roku w zawieszeniu na cztery lata. Mama dołożyła wszelkich starań, żebym się tu znalazła, ale dopiero teraz, gdy nie jestem pod wpływem niczego i na trzeźwo oceniam sytuację, to jestem jej naprawdę wdzięczna. Martyna przyznaje jednak, że ośrodek nie najlepiej działa na jej psychikę. Razi ją przede wszystkim fałsz i to, że nikomu nie może zaufać - dziewczyny się obgadują, dokuczają

sobie, prowokują. - Przez pierwsze dni to było straszne, nie mogłam w ogóle się odnaleźć. Byłam bardzo cichutka, a wcale taka nie jestem. To ogólnie nie jest dobre miejsce do szukania przyjaciół.

TRZEBA ZŁAMAĆ TE KOLCE Już po korytarzu widać, że są tu dziewczyny, które żyją obok grupy. Gosia dodaje, że wśród wychowanek jest hierarchia. Są te rządzące i takie, które się boją. Lapsy, frajery - to te, które nie chcą w tej grze uczestniczyć. - Te silniejsze wykorzystują sytuacje, tak są nauczone. Uczą się zachowań od siebie. Ale są też takie, które z nami współpracują. Myślę, że one już po dłuższym czasie zaczynają nas lubić, ufać nam. Biorą udział w  różnych warsztatach, projektach, wolontariatach. Na przykład dziewczyny ze szkoły fryzjerskiej jeżdżą do Domu Pomocy Społecznej w Nakle i tam strzygą panów albo układają fryzury paniom. Inne działają w schronisku dla zwierząt. Mają tu wiele okazji do tego, żeby zrobić coś dla kogoś, zobaczyć, jak to jest. Czują się dzięki temu docenione, widzimy efekty. Czasem zdarzy się, że na jakimś wyjściu zachowują się nieodpowiednio, ale chcemy, żeby miały kontakt ze społeczeństwem, bo przecież za chwilę do niego wrócą już w stu procentach. Po rzucaniu wianków przechadzamy się drogą obok ośrodka, który z  tej perspektywy przypomina internat. Panuje wakacyjny klimat, nikt nie sprawia żadnych problemów, choć na całej trasie przetacza się spora pielgrzymka nastoletnich dziewczyn. Niektóre zrywają liście, podnoszą patyki z ziemi, żartują, nadal krzyczą i śpiewają. - Nasze wychowanki są jak takie kasztany - przypominają mi się wcześniejsze słowa pani dyrektor. - Najpierw zawsze nadziewamy się na ich kolce i  tego nie da się uniknąć. Trzeba te kolce złamać, a  pod nimi jest jeszcze gruba skorupa. Dopiero ktoś, kto ma dużo siły i cierpliwości, może się przebić przez tę skorupę. Wtedy zobaczymy ten gładki owoc.CP  napisz do autora l.tataruch@expressmedia.pl

MŁODZIEŻOWY OŚRODEK WYCHOWAWCZY W SAMOSTRZELU Placówka resocjalizacyjnowychowawcza dla dziewcząt w wieku od 13 do 18 lat. Zapewnia opiekę 84 wychowankom. W skład ośrodka wchodzi gimnazjum, zasadnicza szkoła zawodowa (kształcąca w zawodach: kucharz, fryzjer i krawiec) oraz liceum. Wychowanki dodatkowo biorą udział w wolontariacie w Domu Pomocy Społecznej w Nakle nad Notecią, w przedszkolach, szkołach, schroniskach dla zwierząt. miasta kobiet

lipiec 2015

19


nowe miejsce

Śniadanie czeka w Piekarni!

W opozycji do fastfoodowej rzeczywistości wiele osób chce cieszyć się zdrowym posiłkiem w miłej atmosferze, a nie tylko w pośpiechu przegryzać coś między jednym spotkaniem a drugim. Na bydgoskiej ulicy Jatki jest to możliwe.

B

ydgoski Stary Rynek budzi się do życia przed ósmą rano. To właśnie wtedy wąskimi alejkami, takimi jak ulica Jatki, przetaczają się pracownicy biur, kancelarii, specjaliści od różnorakich usług i nie tylko. I choć wydawać by się mogło, że to pora, gdy większość z nas się po prostu spieszy, w ostatnim czasie coś w tej gonitwie się zmieniło. - Przede wszystkim ludzie trochę zwolnili i zaczynają bardziej zwracać uwagę choćby na takie rzeczy, jak to gdzie i co jedzą - zaznacza Karolina Olszewska, menedżerka bydgoskiej „Piekarni”. - W opozycji do fastfoodowej rzeczywistości wiele osób chce cieszyć się zdrowym posiłkiem w miłej atmosferze, a nie tylko w pośpiechu przegryzać coś między jednym spotkaniem a drugim. Taki nawyk najłatwiej wyrobić sobie rozpoczynając dzień od pysznego śniadania. Nasi klienci robią tak codziennie, od 7.30.

NOWY TREND „Piekarnia” to specyficzne miejsce na mapie Bydgoszczy. Już od porannego wejścia wita nas tu energiczny zespół, czyli oryginalne osoby z pasją, ciekawe świata i ludzi. Kontakt z klientami nie sprawia im żadnej trudności. Bez względu na wiek czy płeć - każdy poczuje tu powiew świeżości, unoszący się w nowoczesnym, designer-

skim wnętrzu. Jest miejsce na rower, są gniazdka do laptopów, a nawet przewidziane na upalne dni leżaki przed wejściem. Można powiedzieć to wprost - na bydgoskim rynku takie miejsce to znak nowego trendu. Łączy w sobie tradycje porannych zakupów, z których przyniesiemy siatki wypełnione świeżym, pachnącym pieczywem, z ideą jedzenia pożywnych śniadań. Te z pewnością mogą być idealną okazją do ważnych spotkań biznesowych, jak i do prywatnych chwil na zebranie sił przed kolejnym dniem pracy. Nie znaczy to jednak, że „Piekarnia” zamyka swoje drzwi wraz z porą lunchu. Uniwersalne menu kusi klientów przez cały dzień.

FRANCUSKA KLASYKA - Klienci, którzy zaglądają do nas rano, bardzo często przychodzą po różne rodzaje pieczywa na wynos, ale także na kanapkę, sok czy kawę - dodaje Karolina Olszewska. - Wybór jest duży. Poza ciepłymi napojami, herbatami czy kawami parzonymi w alternatywy sposób, mamy też wyciskane u nas soki, lemoniady lub specjalnie robione koktajle z owoców i warzyw. Jeśli ktoś lubi francuską klasykę, może zjeść croissanta z naszą konfiturą, czekoladą i miodem. Dla fanów wytrawnych smaków mamy świeże bagietki z pastą jajeczną, kaparami i anchois. Polecam

także kanapkę z brie, gorgonzolą, karmelizowaną gruszką i szpinakiem. To oczywiście tylko przykłady. Wszystko jest w przystępnych cenach - porcję ciasta można zjeść już od 2 złotych, kanapkę od 6 - 8, zależy od dnia. Poza śniadaniami zapraszamy na zdrowy lunch lub popołudniowe wino. Świetnie sprawdzi się na spotkaniu ze znajomymi.

WYPIEKANE NA MIEJSCU To co wyróżnia menu „Piekarni” kryje się także w dbałości o dobór składników - z założenia w pełni naturalnych. Pieczywo wypiekane jest na miejscu w nocy, na zakwasie według tradycyjnych metod. - Udało nam się znaleźć piekarza, który ma bardzo dużą wiedzę - dodaje Karolina Olszewska. - Współcześnie ten zawód trochę wymiera. Nawet w naszych bydgoskich szkołach zawodowych jest dużo więcej cukierników niż piekarzy. W tym roku było tylko kilku absolwentów tego kierunku. Przez to niektóre piekarnie idę w stronę półproduktów i większej masowości. Ta różnica jednak jest odczuwalna przede wszystkim w smaku. ZAPRASZAMY www.facebook.com/piekarniabydgoszcz

REKLAMA

753515BDBHA

20

miasta kobiet

lipiec 2015


...Jantar Spa zaprasza na Wakacje nad morze do Kołobrzegu... Pobyty od 01.07 – 31.08.2015 Szybka Regeneracja – 1 os. już od 530 zł Letni Relaks – 1 os. już od 1.290 zł Rodzinne Wakacje – 1 os. już od 1.275 zł Rabat 10% w wybranych terminach

Pobyty zawierają: nocleg wyżywienie korzystanie z basenu jacuzzi

sauny łaźni parowej zabiegi atrakcje

871715BDBHA

839515BDBHA

Szczegóły: www.jantarspa.pl • tel. 94/3522259, 3547396, 3547399

510015TRTHA

akiety p e jn y c k a r t A dla dzieci!


mama z pasją

PARTNER CYKLU

KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA Z MĘŻEM I CÓRECZKĄ

SPOTKANIE Z TUBYLCAMI W DOLINIE BALIEM, PAPUA, INDONEZJA

WYSPA WIELKANOCNA I POSĄGI MOAI

Nieważne gdzie, ważne z kim Nosiło mnie po świecie. Byle jak najdalej i jak najczęściej. Energię do życia dawały mi podróże, dziś w tym miejscu jest macierzyństwo. Daje kopa jak nic innego! Z podróżniczką Karoliną Sypniewską-Widą* rozmawia Justyna Król Dawniej podróż za podróżą, a dzisiaj? Ustatkowałaś się. Zegar biologiczny chyba się odezwał. I to była najlepsza decyzja, jaką mogliśmy z mężem podjąć. Przyszedł czas na największą przygodę w życiu - dziecko i najdłuższą podróż, jaką rozpoczęliśmy.

przeszkodą w podróżowaniu, bo przecież dzieci są wszędzie.

Nie brakuje Ci endorfin, tej adrenaliny? W czasie studiów i później, podczas pracy w roli pilota wycieczek, mało bywałam w kraju, ciesząc się wolnością. Nosiło mnie po świecie. Byle jak najdalej i jak najczęściej. Energię do życia dawały mi podróże, dziś w tym miejscu jest macierzyństwo. Daje kopa jak nic innego! Ale gdybym zaszła w ciążę jako dwudziestolatka, sporo by mnie ominęło. Oboje z Pawłem mamy potrzebę poznawania świata, więc wiem, że niebawem wyruszymy gdzieś we troje.

Bydgoszcz jest takim Twoim miejscem na ziemi? Owszem, tu się urodziłam, tu jest moja rodzina, spędziłam w Bydgoszczy wiele lat życia. Tu wracam i tu ściągnęłam mojego pochodzącego z gór męża.

Rośnie mała globtroterka? Pierwszą wyprawę zaliczyła jeszcze w brzuchu - byliśmy wtedy na Malcie, w Egipcie i Jordanii, a później sporo jeździliśmy po Polsce, podczas organizowanych przez nas Dni Australii. Myślę, że mała pokocha podróże, tak samo jak my - zresztą nie ma wyjścia (śmiech). Australia jest naszym drugim domem, dlatego to tam planujemy wyjechać z dzieckiem na dłużej. Podróż z niemowlakiem nie przeraża? Na razie Izka jest idealną kandydatką na podróżniczkę, bo wszędzie potrafi się regenerować - bez trudu zasypia podczas transportu. Są miejsca na ziemi, które chętnie odwiedziłabym z małą, np. Argentynę czy Nową Zelandię i takie, które muszą poczekać. Świetną opcją dla rodziny jest turystyka rowerowa. Dziecko absolutnie nie jest

22

miasta kobiet

lipiec 2015

Na razie jednak miasto rodzinne… Jestem w Bydgoszczy już… zaraz, zaraz… pół roku! Nie pamiętam czasu, kiedy byłam tu tak długo (śmiech).

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej? Coś w tym jest. Baza musi być. Świat jest piękny, ale tylko w Polsce jesteśmy tak naprawdę u siebie. Gdy przez kilka tygodni czy miesięcy mieszkałam w Stanach, Rosji albo Grecji to czułam się tam dobrze, ale byłam trochę outsiderem, który za jakiś czas wróci w rodzinne strony. Czułaś się momentami samotna? Kiedyś najczęściej podróżowałam jak taki samotny wędrowiec. W drodze spotyka się wielu ciekawych ludzi, ale warto dzielić te podróżnicze emocje z drugą połówką. Nie wyobrażam sobie już samotnych wyjazdów. Jak to się mówi: nieważne gdzie, ważne z kim. Męża poznałaś w podróży? Dzięki pasji podróżowania i miłości do Australii. Gdy go zobaczyłam, wiedziałam, że to ten jedyny. Nigdy nie wierzyłam w takie uczucie od pierwszego wejrzenia, aż mnie dopadło. Twój pierwszy wyjazd zagraniczny to…

Kiedy miałam siedem lat rodzice zabrali mnie i siostrę do Meksyku. Tą egzotyczną wyprawą zaszczepili mi ciekawość świata. Co dają Tobie podróże? Pozwalają doceniać to, co mam, jak szczęśliwą jestem osobą, to, że żyjemy w kraju bez wojen, większych kataklizmów przyrodniczych. W Polsce nikt na co dzień nie myśli, że może zginąć ugryziony przez skorpiona lub zaatakowany przez groźnego kocura. Polacy za dużo narzekają? Oj, zdecydowanie. Choć wszystko zależy od człowieka. Mnie mama nauczyła, aby wszędzie zaczynać od uśmiechu i to działa. W Bangladeszu nie mogłam wyjść z podziwu, jak gościnni mogą być ludzie, którzy nie mają nic. W Australii normalne jest, że kierowca autobusu wita się z tobą radośnie, a pani w sklepie pyta, jak ci minął dzień. Kiedyś, po powrocie z antypodów, będąc w polskim sklepie, zapytałam odruchowo ekspedientkę jak jej minął dzień. Spojrzała się na mnie jak na wariatkę (śmiech). Masz też za sobą wyjazdy z przesłaniem… Tak - rowerowa wyprawa Rak’n’Rolling na rzecz walki z rakiem oraz sztafeta Afryki Nowaka, obie nagrodzone - jedna Travellerem, a druga Kolosem na największym podróżniczym festiwalu w Polsce. Jestem dumna z udziału w tych projektach. Głośno było też o naszym wyjeździe do Wenezueli „Aqua Story u źródeł nadwody“ i zdobyciu najwyższego na świecie wodospadu. Zwiedziłaś prawie cały świat. Gdzie nie udało Ci się jeszcze dotrzeć?


mama z pasją

PARTNER CYKLU

uciekaj stąd. Następnego dnia dowiedziałam się, że tubylcy okradali tam każdego przechodnia, a nawet zamordowali jedną osobę. Nie boisz się takich sytuacji w przyszłości? Na pewno pod tym względem będę musiała się zmienić. Swoje już przeżyłam, teraz muszę po pierwsze pamiętać, że jestem odpowiedzialna za małego człowieka i pod tym kątem wybierać miejsca podróży.

Da się żyć z podróżowania? Zajmując się pilotażem, rezydenturą podczas wakacji czy pisaniem artykułów podróżniczych i prowadzeniem prezentacji podróżniczych w szkołach, podczas festiwali i targów - owszem. Tyle że mało się wtedy bywa w domu.

Zambia, Malezja, Wietnam, Belize, Paragwaj, Vanuatu… państwa, które odwiedziłaś, można wymieniać bez końca. Bywało w nich niebezpiecznie? Byłam świadkiem m.in. wybuchu wulkanu w Nowej Zelandii czy zejścia lawiny w Pakistanie. Tydzień po tym jak opuściłam Gwatemalę, lawina błotna zalała miasteczko, w którym mieszkałam. Podróżując jako kobieta zawsze najbardziej obawiałam się gwałtu lub pobicia. Koleżanka, jadąc rowerem w Wietnamie, prawie została zgwałcona. Zdarzyło mi się na Kubie poczuć podobny strach. W tłumie ludzi zaatakowało nas pięciu chłopaków, na szczęście skończyło się na rabunku. Kiedyś w Papui Nowej Gwinei umknęłam może nawet przed śmiercią, dzięki pewnej kobiecie, która wyszła mi naprzeciw i krzyczała coś w obcym języku. Nie rozumiałam słów, ale jej wzrok był wymowny, a przekaz jasny: E

W trakcie podróży zawsze miałam w plecaku żel antybakteryjny, który pomagał mi, szczególnie w miejscach, gdzie nie mogłam umyć dłoni. Niezbędne okazywały się też mokre chusteczki oraz spray z wodą termalną - niezastąpiony, gdy jest bardzo gorąco. Moja apteczka podróżnicza zawiera środki higieniczne, plastry, opatrunki w razie skaleczeń,wodę utleniona oraz wszelkiego typu lekarstwa na różne dolegliwości. Warto zawsze mieć ze sobą termometr i maść rozgrzewającą. W wielu miejscach na świecie z higieną było rożnie. Podczas wyprawy na Everst Base Camp myłam się wodą z wiadra, a w Wenezueli kubeczkiem lałam na siebie wodę prosto z rzeki. Zawsze można sobie jakoś poradzić!

Jest coś, czego już byś nie zrobiła? Kraj, do którego już byś nie pojechała? Wiem, że w Papui Nowej Gwinei na pewno nie zamieszkam, nie wejdę już podparta kijkiem na Everest Base Camp w Nepalu, nie zjadę drugi raz z wodospadu w Wenezueli, nie będę jeździła autostopem ani spała w totalnie spartańskich warunkach za kilka dolarów, jak kiedyś w Myanmarze czy Iranie… ale mam to za sobą i to mnie cieszy. Zresztą, są takie wyprawy, które warto przeżyć raz, np. podróż koleją transsyberyjską po Rosji czy autostopem do Australii.

Czymś się teraz zajmujesz, poza opieką nad dzieckiem? Ostatnio zaabsorbowana byłam Dniami Australii oraz zainicjowanym przeze mnie Festiwalem PODRÓŻNICY, który odbył się po raz V w Bydgoszczy. Piszę też artykuły podróżnicze do magazynów turystycznych.

R

KOBIETA W PODRÓŻY

Ludzie nigdy nie dziwili się, że kobieta tak samotnie podróżuje? Obcokrajowcy są bardzo serdecznie nastawieni do podróżujących pań, a zwłaszcza rodzin z dziećmi, dlatego o podróże z Izką się nie martwię. Mała pięknie się wysypia, a dzięki karmieniu piersią pokarm jest stale z nami (śmiech). Warto zaznaczyć, że np. w Indonezji, Chinach, Wietnamie bądź w państwach afrykańskich nikogo nie gorszy kobieca pierś. Tak samo jak noszenie dziecka w chuście, w której zresztą łatwo je nakarmić.

nie jest w stu procentach dobry, ale trzeba to sobie wyważyć. Myślę, że podróże otwierają, ale też uwrażliwiają. W niektórych państwach daje się dzieciom oko proroka, by chroniło je przed tzw. złym spojrzeniem, negatywnymi osobami i doświadczeniami. Ja również chciałabym przed nimi chronić moją córkę. Sama zawsze miałam szczęście do ludzi i tego samego jej życzę.  napisz do autora j.krol@expressmedia.pl *Karolina Sypniewska-Wida Bydgoszczanka, podróżniczka, organizatorka Bydgoskiego Festiwalu Podróżnicy i ogólnopolskich Dni Australii, Bydgoszczanka Roku 2012, lingwistka, pilot wycieczek, pasjonatka fotografii i nurkowania, szczęśliwa żona i mama.

Czerpiąc z poznanych kultur, jakie wartości chciałabyś zaszczepić córce? Szacunek do siebie i do drugiego człowieka, umiejętność dzielenia się z innymi, gościnność, radość z dialogu z ludźmi, spotkań z nimi. Świat K

L

A

M

A

385415TRTHC

Byłam już niedaleko bieguna, na Ziemi Ognistej, czyli tzw. końcu świata, jeśli chodzi o kontynenty, ale Antarktyda na razie niezdobyta. Może z Izką tam zawitamy, ale musí podrosnąć do pingwinów (śmiech). Marzą mi się wyspy Pacyfiku oraz Boliwia, Kolumbia, Ekwador czy Kostaryka - bardzo lubię wracać do krajów hiszpańskojęzycznych.

385415TRTHB


jej pasja

Robią po prostu wszystko. Mają wielkie ogrody, warzywniaki, wielkie gospodarstwa, krowy, świnie. A po tym wszystkim wsiadają na rowery i jadą na próby teatru. TEKST: Jarosław Hejenkowski ZDJĘCIA: nadesłane

PANIE Z LISEWA KOŚCIELNEGO PODCZAS SPEKTAKLU „WESELE” CZECHOWA

„Lisewskie kobiety, wielkie damuleczki, kazały se uszyć bluzeczki w kropeczki” - tak zaczyna się piosenka o mieszkankach Lisewa Kościelnego (rytm „Oj, dana, oj, dana”), której tekst odnajduję w kronice Koła Gospodyń Wiejskich tej maciupkiej wsi pod Złotnikami Kujawskimi. Jest czerwcowy poniedziałek, zbliża się wieczór. Idzie burza. Siadamy przy stole w świetlicy wiejskiej, w której wszystko podobno się zaczęło. Dziesięć pań w różnym wieku i kompletnie odmiennych charakterów - jedne od razu nawiązują kontakt, inne nie odzywają się do końca naszego spotkania. Jest jednak coś, co je łączy. To chęć zrobienia czegoś szalonego, niekonwencjonalnego w pełnej konwenansów wsi, w której wciąż mówi się, że „tego nie wypada”. Zaczęło się trochę jak w westernach, kiedy to do miasteczka na Dzikim Zachodzie przyjeżdża tajemniczy kowboj, który zaczyna samotną walkę z panoszącym się tam złem. Tym kowbojem była kilka lat temu Irena Kowalska, bydgoska polonistka, która zamieszkała w Lisewie Kościelnym, a owym złem był wiejski marazm. - Ona nas zainspirowała. Powiedziała, że podołamy i wybrała osoby, które się do tego nadają - wspomina Halina Wojnarowska, ładna brunetka, która cieszy się, że w najnowszej inscenizacji wreszcie nie gra mężczyzny.

24

miasta kobiet

lipiec 2015

Gdybym kilka lat temu którejkolwiek z tych pań powiedział, że będzie grała na scenie Czechowa, każda odparłaby, że chyba mi coś ciężkiego na łeb spadło. Życie kobiety na wsi jest przecież wypełnione od rana do wieczora taką gamą zajęć, że nie ma czasu, aby obejrzeć jakiś teatr w telewizji, a co dopiero w nim grać.

BY SIĘ PAN ZDZIWIŁ Bez mapy do Lisewa Kościelnego nie dojedziemy. Wieś leży w gminie Złotniki Kujawskie na trasie z Bydgoszczy do Inowrocławia, ale, aby tam trafić, trzeba zjechać kilka kilometrów w bok. Kontrast po opuszczeniu ruchliwej drogi jest fascynujący - cicho, sielsko, a uroku dodają mały kościółek oraz stawek. Z czasu szkoły pamiętam, że „Chłopi” Władysława Reymonta to, obok „Nad Niemnem”, jeden z najnudniejszych klasyków polskiej literatury. Jednak analogie same przychodzą mi do głowy i natrętnie w niej krążą. W końcu panie, które zabrały się za tzw. kulturę wysoką, na co dzień zajmują się ciężką pracą na polu, przy zwierzętach, czy w licznych w okolicy sadach. Skojarzenia z Reymontowską Jagną są nieuniknione. - By się pan zdziwił. One robią po prostu wszystko. Mają wielkie ogrody, warzywniaki, wielkie gospodarstwa, krowy, świnie - wylicza

Irena Kowalska. - A po tym wszystkim wsiadamy na rowery i jedziemy na próby. W sumie to tęsknimy, gdy dłuższy czas nie ma spotkań - dopowiada jedna z nich. - To cud, że to się wszystko udaje - zauważa Irena Kowalska, a reszta pań kiwa głowami.

CZASEM ZAZDROŚĆ I PODZIW Pytam, czy nie obawiały się brać za bary ze sztuką. Przecież w niemal każdej wsi ceniona jest prosta rozrywka, a większość woli pójść na wino do sklepu niż oglądać teatr w świetlicy. - Na początku było prześmiewanie się, że stare baby się wygłupiają, że nie mają co robić, tylko śpiewają - kiwa głową Dorota Krupińska. - Ale już nie jest tak źle. Jest większy szacunek po tylu latach, a nawet czasem zazdrość i podziw, szczególnie ze strony tych, którzy na początku lekceważyli i obśmiewali to. Pierwszą sztuką, którą wystawiły, była „Pierwsza lepsza” Aleksandra Fredry. Okazało się, że chwyciło, choć najbardziej same aktorki. Zaczęły wystawiać kolejne. Ostatnie jest „Wesele” Czechowa. - Na początku niektóre koleżanki się obawiały. Ja też. Czy podołam - przyznaje Halina Wojnarowska. Wątpliwości nie miała sama „dyrektorka” teatralnego zamieszania. Zaczęła wertować


jej pasja scenariusze, aby znaleźć kolejny, nadający się dla małej bądź co bądź społeczności. - Przeważnie dzieje się tak, że idę do biblioteki wojewódzkiej, siadam w czytelni i szukam w starych dziełach takich sztuk, które mogłyby angażować więcej osób, a przy okazji, które nie będą za trudne, przeintelektualizowane - mówi. „Makbeta” i podobnych nie będzie więc, choć nie tylko ze względu na fakt, że to dzieło trudne. Problemy są również techniczne - zmiany dekoracji, konieczność przebierania się w świetlicy wiejskiej to raczej kłopot nie do przeskoczenia. Więc panie wystawiają jednoaktówki. - Przydzielając role staram się, aby jak najwięcej pań pokazało swoje możliwości. Już wcześniej zobaczyłam, że są one większe niż się można było spodziewać - przyznaje Irena Kowalska. Okazuje się bowiem, że w paniach z Lisewa Kościelnego od dawna drzemały ukryte talenta. - Koleżanka jak spadła ze sceny, to ksiądz i wójt, którzy siedzieli w pierwszym rzędzie, rzucili się na pomoc, a wtedy ktoś z tyłu rzekł, żeby nie pomagać, bo to na pewno wyreżyserowane - opowiadają z rozbawieniem.

NORMALNIE SZOWINIŚCI Ja tymczasem postanawiam je trochę sprowokować, bo zaczyna mi to wyglądać zbyt sielsko. Bez cienia zakłopotania przyznaję więc, że może wyjdzie ze mnie męski szowinista, ale interesuje mnie kwestia obsady ról. „Przecież gdy jest wiele kobiet, to zaczynają się niesnaski i intrygi”. Zapada cisza. Panie patrzą na mnie jak na kosmitę, a niektóre kiwają nawet z lekkim politowaniem głowami. Szybko zmieniam więc temat na bardziej nośny, czyli „ci beznadziejni faceci”. Zauważam, że problem może być, gdy trzeba grać facetów. Okazuje się jednak, że niektóre panie z Lisewa Kościelnego wręcz się w tym wyspecjalizowały. Gdy zresztą wracają po rozmowie ucharakteryzowane, kilku nie mogę przypasować do twarzy, które wcześniej mnie otaczały. - Pan zauważy, że nie ma teatru, w którym mogłyby występować same kobiety. Sztuki

są pisane przeważnie przez mężczyzn. Wyjątkiem jest Zapolska i może jest jeszcze ktoś inny. Faceci pisali dla facetów. Tam jest, na przykład siedmiu facetów i tylko trzy kobiety. No normalnie szowiniści - śmieje się Irena Kowalska. - Najgorzej jest robić to pierwszy raz, bo trzeba trochę obniżyć głos. Ale nie jest źle, bo mężczyźni też mają różne tembry - ocenia moja rozmówczyni. - Niektórzy mężczyźni też są piękni - cichutko dodaje jedna z pań, budząc powszechną wesołość. Tymczasem ja znów się wygłupiam, bo pytam, czy panie, interpretując swoje role, inspirują się lub nabijają ze swoich mężów. - Broń Boże! Nie myślimy nawet o tym - padają głośne zaprzeczenia i wydają się szczere.

JA JUŻ NIE GRAM Na premierach nowych sztuk pojawia się do dwustu osób. Publiczność jest pewnym problemem, z którym bohaterki naszej opowieści nie umiały sobie początkowo poradzić. - Na próbach przez rok człowiek widzi puste krzesła, a tu nagle tyle ludzi. Przychodzi rodzina, dzieci, znajomi, nawet pracodawcy - mówi Dorota Krupińska Ale pomyłek jest niewiele. Ról panie uczą się na pamięć w domach. Przepytują je najczęściej dzieci. - Śmieją się, że mama nie potrafi jednego zdania, czy jednej zwrotki zapamiętać - chichoczą. - Do dziś nie mogą mi zapomnieć, jak się na premierze pomyliłam - wyznaje jedna. Niektóre przyznają również, że miewają chwile zwątpienia, kiedy chce się to wszystko rzucić w diabły. - Po każdej premierze mówię: „Koniec, do widzenia, ja już nie gram, więcej mnie tu już nie zobaczycie”. A za miesiąc znów się spotykamy - śmieje się pani Dorota. - No, są chwile zwątpienia, a wszystko potęguje stres - przyznaje pani Halina. Pytam więc, jak sobie z tym radzą, czy biorą jakieś tabletki uspokajające, czy piją tak popularne herbatki. Zapada chwila milczenia. Wreszcie jedna uśmiecha się i mówi: - Ale pan trudne pytania wiejskim kobietom zadaje. Pani Irena

wyjawia znacznie prostszy sekret walki z tremą: - Gdy jakiejś ręka mocno drży, to dostaje mały kieliszek, choć nie mogę powiedzieć czego - uśmiecha się pod nosem. - Wody święconej - dopowiada pani obok, mrugając do mnie.

MIEJSCOWA SPECJALNOŚĆ Obecnie w repertuarze mają trzy sztuki. Podchwytliwie pytam więc, czy byłyby w stanie zagrać tę najstarszą. - Na pewno nie - kiwa głową pani Halina. - Na pewno tak. To jak jazda na rowerze, tego się nie zapomina. Powiesz jedno zdanie, a popłyną następne - upiera się pani Irena. Teraz panie mają nowy plan. Marzą o tym, żeby do swojej świetlicy zaprosić wszystkie teatry wiejskie na ogólnopolski festiwal. Wojewódzki nie, bo są jedyne. Patrząc, jak skuteczne są w realizacji poprzednich marzeń, obiecuję wyprasować odświętny garnitur, szykując się na to niecodzienne wydarzenie. Zresztą, niecodzienne tylko dla mieszkających gdzie indziej. W Lisewie Kościelnym zadziwiające wydarzenia zaczynają być miejscową specjalnością. A wszystko to dzięki uporowi kilkunastu kobiet, które jeszcze kilka lat temu przełączały kanał, gdy zaczynał się w telewizji teatr.CP

„Lisewianki”

(fragment piosenki)

Bo my ognia są kapłanki Matki, żony i kochanki Które pocałują nocą czule I ogrzeją w zimne ranki. Z nas są modne elegantki Przystrojone w pióra, wianki Jeden cel nam wciąż przyświeca Być kobietą i żar wzniecać  napisz do autora j.hejenkowski@expressmedia.pl

NIEKTÓRE Z AKTOREK WYSPECJALIZOWAŁY SIĘ W GRANIU MĘSKICH RÓL miasta kobiet

lipiec 2015

25


kobieta smakuje

WIDZĘ KAŻDY SZCZEGÓŁ Mężczyznom mogę wiele rzeczy powiedzieć prosto z mostu i nie jest im przykro z tego powodu. Z kobietami trzeba postępować delikatniej, wyjaśniać sprawy w dłuższej rozmowie. Rozmowa z Dorotą Ciabach*

Jak wygląda dzień pracy menedżerki Restauracji Sowa? Zaczynam o 8.00 i nim dojdę do szatni czasem mijają nawet dwie godziny. Ustawia się kolejka osób, które chcą mi coś przekazać. Na przykład, że w nocy wysiadła lodówka albo lampa, że ktoś się rozchorował i trzeba znaleźć zastępstwo…

Co na przykład? Brzydko zagiętą zasłonę albo klucz ze smyczą wetknięty w drzwi. To są drobiazgi, ale w naszym fachu bardzo ważne. Pod tym względem kobiety doskonale nadają się na szefowe takich miejsc, bo widzą te wszystkie drobne rzeczy, potrafią zadbać o atmosferę, dekoracje…

Czyli zaczyna się od gaszenia pożarów. Można to tak nazwać. W okresie wakacyjnym takich spraw jest więcej, bo zespół liczy blisko 70 osób.

A jednak menedżerowie, którymi Pani zarządza, to wyłącznie mężczyźni. Tak się ułożyło. To jest praca w godzinach wieczornych, czasem nocnych, w święta, weekendy. Myślę, że mniej kobiet ciągnie do tego zawodu, bo wymaga on bardzo dużej dyspozycyjności. Godzinę, o której wraca się do domu, trudno przewidzieć. W moim zespole menedżerami są mężczyźni, ale gdyby policzyć wszystkich pracowników, to pracuje u nas tyle samo kobiet, ilu mężczyzn.

Pani jest szefową ich wszystkich? Tak, ale nie ze wszystkimi pracuję bezpośrednio. Najwięcej ustalam z menedżerami poszczególnych lokali: restauracji, lodziarni, Sali Waniliowej i klubu Soda. W ciągu dnia prowadzę też rozmowy z klientami. Większość z nich dotyczy prywatnych uroczystości. Codziennie robię też obchód. Sprawdzam, czy wszystko stoi na swoim miejscu. Pracownicy się Pani boją? Myślę, że nie, ale na pewno zwracają uwagę na detale, bo wiedzą, że każdy drobiazg zauważę. Czasami śmieją się, że choćby dali z siebie wszystko, to ja i tak znajdę jakieś niedociągnięcia.

26

miasta kobiet

lipiec 2015

Zarządzanie mężczyznami różni się od zarządzania kobietami? Mężczyznom mogę wiele rzeczy powiedzieć prosto z mostu i nie jest im przykro z tego powodu. Mam na myśli również takie sytuacje, gdy coś się nie uda. Z kobietami trzeba postępować delikatniej, wyjaśniać sprawy w dłuższej rozmowie. Sama wiem, jak to działa, bo mam wrażenie, że

bardziej przeżywam porażki niż wielu znanych mi mężczyzn. Jest pani perfekcjonistką. Myślę, że tak. Od jak dawna Pani pracuje w Cukierni Sowa? Od 16 lat. Zaczynałam w cukierni w Geancie. To była moja pierwsza praca w życiu. Potem pracowałam w Cukierni Sowa w Auchan. W 2003 roku otrzymałam propozycję, by zostać menedżerem Restauracji Sowa przy ul. Mostowej. Czym Pani zasłużyła na awans? Byłam dyspozycyjna, ambitna, odpowiedzialna. Dziś, dzięki tym wszystkim doświadczeniom potrafię stanąć na każdym stanowisku, jeśli trzeba: umiem obsłużyć gości, kasę, ubić śmietanę, przystroić deser. Kiedy mamy dużo gości, to związuję włosy, przebieram się i pracuję wraz z innymi. Myślę, że takiego szefa, który w trudnym momencie, np. staje za kasą, pracownicy bardziej szanują. Mam taką nadzieję, choć w tak dużym zespole nie zawsze udaje się sprawić, by wszyscy byli zadowoleni.


Jak Pani przechodzi przez restaurację i widzi roześmiane twarze gości, którzy jedzą i dobrze się bawią, czuje Pani satysfakcję, że to w dużej mierze Pani zasługa? Na pewno mam jakiś swój wkład w tę atmosferę, ale nie przypisuję sobie zasług. Z natury jestem skromna. Kiedy widzę zadowolonych klientów, to raczej myślę, że to zasługa dobrego jedzenia, wnętrza, dobrej marki, jaką jest Sowa. I pośrednio też Pani, bo Pani trzyma tutaj przy Mostowej nad wszystkim pieczę. W jakiś sensie tak, ale nie umiem w ten sposób myśleć. Co innego, gdy zdarzy się jakaś porażka. Wtedy czuję się za nią odpowiedzialna, choć nie dotyczy mnie bezpośrednio. Mówi Pani jak większość kobiet na kierowniczych stanowiskach. Skromność przede wszystkim. Dlaczego kobiety tak rzadko widzą własne zasługi? Prawdopodobnie dlatego, że tak zostały wychowane. Sporo wymagam od innych, ale od siebie jeszcze więcej. To w moim zawodzie pożądana cecha. Pamięta Pani jakieś anegdoty z codziennej pracy? Jest ich mnóstwo. Żałuję, że nie zaczęłam ich zapisywać! Na przykład niedawno planowaliśmy wystawne urodziny córki naszej klientki. To miało być wyjątkowe przyjęcie z oryginalnym szampanem, truskawkami, przekąskami, utrzymane w kolorach pudrowego różu, z perełkami rozsypanymi na stołach. Organizacja trwała długo, wymieniłam z klientką masę maili. Krótko przed imprezą napisała: „Do zobaczenia w Szczecinie”. Nie miała pojęcia, że organizuję dla niej przyjęcie w Bydgoszczy. Nie doczytała stopki, ani innych szczegółów. Stanęliśmy na rzęsach, by przenieść całe wydarzenie do Szczecina. I udało się! Czyli kolejny ugaszony pożar. Praca w gastronomii na tym właśnie polega, że każdego dnia rzeczywistość się zmienia, pojawiają się nowe wyzwania. Staram się, by otwar-

tość na nie była naszą cechą charakterystyczną. Myślę, że od konkurencji odróżnia nas właśnie elastyczność. Widać ją w doborze menu - bo u nas klient zje zarówno żurek, sałatkę, jak i pizzę - oraz w zamówieniach dla indywidualnych klientów. Nie ma dla nas rzeczy niemożliwych. Kiedy zgłosił się do nas polski lekarz pracujący w Londynie z prośbą o zorganizowanie tam przyjęcia, nie odmówiłam. Wszystko zostało przygotowane, pracownicy pojechali na miejsce i zadbali o każdy szczegół. Co Pani robi, żeby Pani pracownikom chciało się tak angażować? Okazuję im szacunek, niezależnie od tego, jaką pełnią funkcję. Staram się dostrzegać i chwalić ich sukcesy. Nie powiem, że panuje u nas rodzinna atmosfera, bo jest nas za dużo, by mogło tak być. Ale na pewno jestem dość wyrozumiałą szefową. Szczególnie w obliczu różnych losowych sytuacji, które się ludziom przytrafiają. Śledzi pani trendy restauracyjne? Zdecydowanie tak. Gastronomia to moja pasja. Kiedy jadę na wakacje, to odwiedzam restauracje i np. podnoszę talerzyk, by zobaczyć skąd pochodzi porcelana. Nowe trendy obserwuję na co dzień również dzięki udziałowi w targach i lekturze pism branżowych, i staram się za nimi nadążać. Kiedyś z wyjazdu przywiozłam pomysł na lemoniadę z ogórkiem oraz bazylią, która okazała się hitem. Teraz modne jest carpaccio z buraka z kozim serem. Nasi klienci je uwielbiają. Sama również rozsmakowałam się w tej potrawie. Kto decyduje o tym, że w ofercie Restauracji Sowa pojawia się nowy smak? Grupa menedżerów spotyka się z szefostwem i odbywa się degustacja proponowanych smaków. Czasem na takie spotkania zapraszani są również klienci. Potrawa, która otrzyma najwięcej punktów, trafia do karty. Czyli ma Pani również wpływ na dobór dań w menu? Tak, ale i tutaj sukces konkretnego dania to nie jest moja wyłączna zasługa.CP

*Dorota Ciabach Główny menedżer Restauracji Sowa, klubu Soda oraz Sali Waniliowej przy ul. Mostowej 4 w Bydgoszczy.

w Miastach Kobiet Restauracje i kawiarnie Sowa są jednymi z najpopularniejszych miejsc w Bydgoszczy i Toruniu, obecne są jednak w całej Polsce, a nawet i poza jej granicami. Wiele kobiet właśnie tam spotyka się z przyjaciółkami i z rodziną. Jesteśmy przekonani, że wiele z Was nie wyobraża sobie również rodzinnych i biznesowych uroczystości bez słodyczy z Cukierni Sowa. Zastanawiałyście się kiedyś, kto stoi za sukcesem tej marki? Kto najlepiej parzy tę pyszną kawę, kto ma swój wkład w smak wybornych ciast i dań? I dzięki komu w restauracjach i kawiarniach tak często wszystko jest zapięte na ostatni guzik? W naszym cyklu zaprezentujemy osoby związane z marką Sowa, których talenty i codzienna praca wpływają na smak, atmosferę i jakość. Rozmowa z Dorotą Ciabach rozpoczyna cykl „Kobieta smakuje”, w którym prezentować będziemy interesujące osobowości, związane z rodzinną marką Sowa, a także najsmaczniejsze dania, napoje i desery znawców i znawczyń smaku. Redakcja „Miast Kobiet”

REKLAMA

Trudno godzić taką pracę z życiem prywatnym? Wymaga to bardzo dobrej organizacji. Mój mąż też pracuje w gastronomii, więc rozumie, że muszę być dyspozycyjna i odbierać telefony również, gdy mam wolne. Córka dzięki naszym wspólnym kulinarnym pasjom już marzy, by w przyszłości pracować w Cukierni Sowa.

753515BDBHB

D O R OTA C I A B A C H P O L E C A

miasta kobiet

lipiec 2015

27


zdrowie

UWAŻAJ NA TARCZYCĘ Jest niewielka. Waży ok. 30-60 gramów - to niedużo, biorąc pod uwagę masę całego organizmu. Mimo to dzięki produkowanym w niej hormonom włada naszym ciałem. TEKST: Dorota Kowalewska

C

hociaż hormony tarczycy kojarzymy głównie z problemami zdrowotnymi, niewiele osób wie, że sterują również czymś tak subiektywnym, jak postrzeganie świata. Możemy przez ich działanie pogrążyć się w depresji lub przeciwnie - uznać, że szklanka zawsze jest w połowie pełna. Lekarze alarmują, że jeśli zaniedbamy badania tarczycy, może się to dla nas skończyć poważną chorobą, bezpłodnością, a nawet zabiegiem chirurgicznym. - Coraz częściej mówi się o problemach kobiet z zajściem w ciążę lub z jej donoszeniem - tłumaczy dr n. med. Marek Wawrzeńczyk, endokrynolog. - Powody oczywiście mogą być różne. Jeśli na pierwszy rzut oka wszystko jest w porządku, lekarze zwykle jako następny krok zlecają badania hormonów tarczycy. I wtedy często okazuje się, że tarczyca była chora od lat, a spustoszenia, jakie poczyniła choroba, są ogromne. Już u dziewcząt w okresie dojrzewania diagnozuję np. wole guzkowe tarczycy. Może to wpływać na cały okres stawania się kobietą. Dlatego uważam, że każda młoda kobieta, zanim zacznie miesiączkować, powinna odwiedzić endokrynologa, szczególnie, gdy w rodzinie występują choroby tarczycy. A potem wykonywać badania kontrolne minimum raz na rok - dodaje specjalista. Niedoczynność tarczycy może przebiegać bezobjawowo lub nawet pod maską zaburzeń psychicznych. Dotyczy 1-6 proc. populacji, występuje 4-5 razy częściej u kobiet niż u mężczyzn. Większość chorych skarży się na osłabienie, zmęczenie, trudności w skupieniu uwagi, zaburzenia pamięci, poczucie ociężałości intelektualnej, zaburzenia rytmu serca, uporczywe wzdęcia i zaparcia. Dlatego niedoczynność tarczycy jest niejednokrotnie mylnie rozpoznawana, jako depresja. Jedną z jej przyczyn są choroby zapalne, w tym choroba Hashimoto, autoimmunologiczne procesy polegające na niszczeniu narządu przez własne przeciwciała. Można je wykryć we krwi w czasie przeprowadzania badań laboratoryjnych. Częstość występowania choroby Hashimoto w populacji wzrasta. Wzrasta też liczba chorych z wolem guzkowatym tarczycy. W większości przypadków są to guzki łagodne, ale coraz częściej zdarzają się też zmiany nowotworowe. Raka tarczycy przeważnie stwierdza się między 40 a 50 rokiem życia. U kobiet występuje co najmniej 3-4 razy częściej niż u mężczyzn i jest jednym z najczęstszych nowotworów złośliwych, rozwijających się u młodych ciężarnych. Czynnikiem ryzyka procesu złośliwego jest szybko rosnący, twardy, nieruchomy guzek z towarzyszącą chrypką lub zaburzeniami połykania.CP

POZIOM TSH, FT4 I FT3

TSH to tyreotropina, czyli hormon produkowany w przysadce mózgowej. Bierze on udział w regulowaniu wydzielania przez tarczycę trójjodotryniny (L-T3) I tyroksyny (L-T4). Jeśli poziom TSH jest nieprawidłowy, wykonuje się badania wolnych hormonów tarczyny, czyli FT3 i FT4. Wartości TSH mogą być różne i zależne od wielu czynników (takich jak wiek, płeć czy sposób badania). Zawsze trzeba je odnosić do normy podawanej przez laboratorium oraz skonsultować wynik z lekarzem.

ZA MAŁO

Niski wynik może świadczyć o nadczynności tarczycy, niedoczynności przysadki, chorobie Basedowa, rozwoju wola guzkowego toksycznego

ZA DUŻO

Wysoki wynik może świadczyć o pierwotnej niedoczynności tarczyny, trzciorzędowej niedoczynności (uszkodzone podwzgórze) We wczesnym stadium nowotworu tarczycy wyniki, niestety, bardzo często są prawidłowe.

Kompleksową obsługę w zakresie badań laboratoryjnych, dotyczących gospodarki hormonalnej i nie tylko, zapewniają laboratoria Vitalabo. Wykonujemy wszystkie badania, nawet bez skierowania. Dla większej wygody pacjenta stworzono pakiety tematyczne ułatwiające ukierunkowanie badań na konkretne schorzenia lub profilaktykę. W pakiecie badania objęte są 11-proc. rabatem. Dodatkowo co tydzień jeden z pakietów dostępny jest z rabatem 20 proc.! W ofercie do wyboru mamy m.in.: pakiet hormonalny dla kobiet, pakiet tarczyca, pakiet na otyłość, poza tym badania w innych pakietach zarówno dla kobiet jak i dla mężczyzn. Zgłoś się do jednego z punktów pobrań (wszystkie adresy na www.vitalabo.com.pl) lub skorzystaj ze sklepu online NOWOŚĆ! (wybór badań w zaciszu domowym z możliwością doboru badań zgodnie z potrzebami). Wyniki badań dostępne są online natychmiast po wykonaniu i zatwierdzeniu ich przez wykwalifikowany personel. O gotowości wyników do odbioru powiadomi nas SMS.

ULTRASONOGRAFIA TARCZYCY (Z FUNKCJĄ COLOR DOPPLER) To jedno z podstawowych badań, które zaleci lekarz, jeśli podejrzewa u nas problemy z tarczycą. Badanie to określa budowę narządu, pozwala odkryć ewentualne odchylenia od normy. Specjalista pokrywa żelem głowicę aparatu, po czym przykłada ją do szyi. Obraz ukazuje się na ekranie monitora. Badanie nie jest bolesne, nie trzeba się do niego specjalnie przygotowywać. Jeśli cokolwiek zaniepokoi specjalistę, zostaniemy poproszeni o wykonanie dodatkowych badań.

CIENKOIGŁOWA BIOPSJA ASPIRACYJNA Dzięki niej można pobrać fragment chorej tkanki do badania histologicznego. Biopsję wykonuje się przy użyciu bardzo cienkiej igły pod kontrolą USG. Wkłuwa się ją w badaną zmianę, a następnie za pomocą strzykawki pobiera materiał. Nie jest to bolesne, trwa kilkanaście sekund.

WYJAŚNIAŁ: DR N. MED. PAWEŁ RAJEWSKI

Jeśli masz bardzo mało czasu i nie jesteś w stanie zgłosić się do punktu pobrań, my przyjedziemy do Ciebie. Nowa jednostka V-drive (wcześniej Labdrive) specjalizuje się w pobieraniu materiału do badań w domu pacjenta. Wystarczy z jednodniowym wyprzedzeniem zamówić usługę i bez wychodzenia z domu wykonać sobie, a nawet i całej rodzinie, komplet wybranych badań. Wyniki oczywiście odbieramy online, więc usługa umożliwia nam kontrolę stanu zdrowia bez kolejek, parkowania i tracenia czasu! 312015TRTHB

28

miasta kobiet

lipiec 2015


835615BDBHA


mama

Kodeks fotelowy Dziecko trzeba przewozić w foteliku samochodowym - banał, powiedzą rodzice. Za to sam wybór odpowiedniego fotelika tak banalny już nie jest. TEKST: Dominika Kucharska

P

lanując wakacyjny wyjazd mamy długą listę rzeczy do odhaczenia. Wydłuża się ona jeszcze bardziej, gdy podróżować ma z nami małe dziecko. Zasypani furą gadżetów, które koniecznie musimy ze sobą zabrać, na dalszy plan nie odkładajmy sprawy najważniejszej, czyli bezpieczeństwa malucha.

NAKLEJKI, TESTY, GRUPY… Żeby używanie fotelika samochodowego miało sens, musi on być prawidłowo dobrany. Czyli… - Pierwszym, podstawowym czynnikiem wyboru jest prawidłowe dopasowanie go do wagi i wieku dziecka. Foteliki dziecięce dzieli się na pięć grup: 0-13 kg (od urodzenia do ok. 12 miesięcy); 0-18 kg (od urodzenia do ok. 4 lat); 9-18 kg (od 9 miesięcy do ok. 4 lat); 9-36 kg (od 9 miesięcy do ok. 12 lat); 15-36 kg (od 3 do 12 lat) - wyjaśnia Marcin Chojnacki z bydgoskiego sklepu Bobowózki. Dodatkowo fotelik powinien spełniać wymogi normy ECE R44/04. To obowiązkowy certyfikat dla fotelików sprzedawanych w Europie, gwarantujący zgodność produktu z obowiązującymi obecnie wymaganiami technicznymi. Foteliki, które spełniają wspomnianą normę, będą miały przyklejoną charakterystyczną pomarańczową naklejkę. Pamiętajmy jednak, że tak jak wszędzie, i tu możemy natknąć się na podróbki. Warto więc wziąć pod uwagę też dużo bardziej restrykcyjne testy bezpieczeństwa, przeprowadzane przez niezależne instytucje, takie jak np. ADAC. Jeśli dokonamy dobrego zakupu, to fotelik będzie zapobiegał obrażeniom podczas niebezpiecznych sytuacji na drodze, a nasze dziecko zachowa prawidłową pozycję ciała w czasie podróży. Fotelik kupiony, a co z montażem? Powinniśmy poradzić sobie z tym sami, pod warun-

30

miasta kobiet

lipiec 2015

kiem, że sprzedawca wyjaśni nam, jak to zrobić. - Odradzam zakup fotelika przez Internet, ponieważ nie będziemy mieli możliwości przymierzyć go do naszego samochodu. Proszę pamiętać o tym, że przed zakupem sprzedawca powinien zamontować fotelik w aucie i sprawdzić, czy jest odpowiednio dopasowany, a także udzielić wszelkich dodatkowych informacji na temat bezpiecznego przewożenia dziecka. Nawet najbezpieczniejszy fotelik źle zamontowany w samochodzie nie spełnia swoich ochronnych funkcji - podkreśla Marcin Chojnacki.

POSŁUCHAJ SZWEDA Pozostaje jeszcze sporna kwestia związana z tym, czy fotelik montujemy przodem czy tyłem. Otóż i jedna i druga opcja jest prawidłowa, chociaż ten pierwszy fotelik, z grupy 0-13 kg, montujemy zawsze tyłem do kierunku jazdy, ponieważ jest to najbezpieczniejsza pozycja. - Przy kolejnych grupach fotelików rodzic ma już wybór i zależy to od jego preferencji. Najbardziej bezpieczną pozycją jest jednak pozycja tyłem do kierunku jazdy. Stosować ją powinno się nawet do 4. roku życia dziecka. Taki sposób przewożenia dzieci preferuje cała Skandynawia, gdzie kładzie się ogromny nacisk na bezpieczeństwo. Fotele montowane tyłem do kierunku jazdy powinny posiadać atest PLUS TEST. To znak jakości fotelików przyznawany w Szwecji, gwarantujący najwyższe bezpieczeństwo - dodaje ekspert. Fotele montowane przodem są również bezpieczne pod warunkiem, że posiadają dodatkowe testy ADAC lub Stiftung Warentest. Ważne jest to, że fotele testowane są na uderzenia czołowe i boczne przy użyciu bardziej zaawansowanych manekinów i przy większej prędkości.CP

GŁÓWNE ZMIANY W PRZEPISACH REGULUJĄCYCH ZASADY PRZEWOŻENIA DZIECI W SAMOCHODZIE: i  dozwolone jest przewożenie dziecka bez fotelika na tylnym siedzeniu, pod warunkiem, że dziecko ma co najmniej 135 cm wzrostu i jest zapięte pasem bezpieczeństwa i  zabronione jest przewożenie dzieci do lat 3 w pojazdach, które nie są wyposażone w pasy bezpieczeństwa i  zabronione jest przewożenia dzieci poniżej 150 cm wzrostu na przednim siedzeniu bez fotelika i  dozwolone jest przewożenie dziecka mającego co najmniej 3 lata w pasach bezpieczeństwa bez fotelika na tylnym siedzeniu samochodu pośrodku. Taka sytuacja może mieć miejsce tylko w przypadku, gdy dwoje innych dzieci znajduje się już w fotelikach (na tylnym siedzeniu) i nie ma możliwości instalacji trzeciego Przewożenie dzieci bez fotelika skutkuje mandatem w wysokości 150 zł i 6 punktami karnymi.


800115BDBHA


kobieca perspektywa

W naszych czasach kobiety zawsze są niezadowolone. Zmieniły się na niekorzyść. Może to się znowu odmieni? Może staną się cieplejsze, tak jak mężczyźni stali się cieplejsi? Na to trzeba poczekać. Z artystką Katarzyną Lengren* rozmawia Jan Oleksy

Dość często widuję Panią w telewizji. Zapraszają Panią do dyskusji na różne tematy, zawsze ma Pani coś ciekawego do powiedzenia. Czy to wynika z własnych doświadczeń czy obserwacji innych ludzi? I z tego, i z tego! Zacytuję swojego ojca: „Mam pomysły z głowy, czyli z niczego” (śmiech). Pyta się pan, czy jestem wykształcona jako psycholog, czy o to, dlaczego mnie zapraszają? To, że jest Pani artystką, a nie psychologiem - to wiem. Mnie się wydaje, że wynika to z tego, iż mogę mówić na każdy temat. Zapraszają mnie wtedy, kiedy nie mają już żadnego pomysłu i specjalisty. Ale ja nie jestem specjalistką. Może uważają, że jest Pani dobra w każdym temacie? Prawdę mówiąc ostatnio jestem już zła, bo zapraszają mnie do rozmów na tak strasznie błahe tematy, typu: co masz w swojej torebce, albo dlaczego kobieta stoi przed szafą i nie wie, co na siebie włożyć. Uważam to za lekko poniżające! Wolałabym coś mądrzejszego. Ale jest jak jest! A tak poważnie, na każdy temat można powiedzieć coś interesującego. Myślę, że nie kłamię i dlatego to jest zabawne. Mówię tak, jak myślę. Określa się Pani jako feministka… Oczywiście! Od wielu lat, zawsze z uporem mówię, że nie ma współczesnych kobiet, które

32

miasta kobiet

lipiec 2015

nie są feministkami. Jest pomylenie pojęć. Feminizm jest brany za walkę z mężczyznami. To nigdy nie była walka z nimi, tylko walka o prawa kobiet i dzieci. Wszystkie kobiety, które nie chcą, żeby ich dzieci pracowały w fabryce od 10. roku życia, chcą mieć ubezpieczenie, prawo do wyższych studiów, są feministkami. Niestety, wielu mężczyzn ciągle uważa, że feministka to ta, która nie lubi facetów. Zupełnie bez sensu. Nie znam kobiety, która by w naszych czasach była antyfeministką. Która kobieta nie chciałaby nie mieć prawa do głosowania? Przecież to niemożliwe. Może to męska zawiść, bo feministki dążą do samorealizacji, stają się kobietami wyzwolonymi, samowystarczalnymi. Może dlatego faceci czują się przy nich mniej komfortowo niż kiedyś? To prawda, ale pamiętam jeszcze czasy, wczesne lata 70. i 60. Można też przyjrzeć się polskim filmom z tamtego okresu, których scenariusze były żenująco głupie, jeżeli chodzi o pokazywanie kobiet. One tam podają kawę, idą do łóżka, nie mają nigdy nic mądrego do powiedzenia. Mądrzy są mężczyźni. W tychże dawnych, zamierzchłych czasach, był taki styl. Nawet ja, jako młoda panienka, musiałam się mocno ukrywać, nie tyle z rozumem, co z takim… zdecydowaniem. Bardzo elegancko było np. na pytanie: „Czy chcesz lody waniliowe czy czekoladowe”, odpowiedzieć: „No, nie wiem…”. Kobieta była kobieca, jak czegoś nie wiedziała i nie umiała.

Taka kokieteria? Nie, taki był styl. „Nie umiem podnieść walizki”… A przecież teraz kobiety są tak samo wysportowane jak mężczyźni i jeżeli są młode, i dobrze zbudowane, to same szarpną walizkę. Zatem udawały niezaradność? Nie, wtedy były niezaradne, inaczej ubrane, niewysportowane. W domu uczono je niepewności. Ale to się zmieniło. Kiedyś facet stawał się dla kobiety opiekunem? Każdy facet, nawet łamaga, miał do spełnienia jakąś rolę. Mężczyźni nie chodzili do kuchni. Mój mąż się wstydził pchać wózek na spacerach, nosił dziecko oparte na ramieniu. Zajmowanie się publicznie dzieckiem nie było w modzie. Teraz na szczęście jest moda na to, że mężczyźni gotują, a kobiety obejmują wysokie stanowiska i nikogo to nie dziwi. To jest słuszne. Mój syn świetnie przewija wnuczkę, nie gorzej niż mamusia. A może nawet lepiej. Jest większy, ma większą rękę, szybciej podniesie dziecko. To jest bardzo pozytywne. Mnie się podobają dzisiejsi mężczyźni. Kobiety przestały mi się podobać. Jak to? Widzę, jak jest naprawdę, a nie, jak sobie tego życzymy. Kobiety zmieniły się na niekorzyść, a mężczyźni odwrotnie. Napisałam niedawno o tym felieton, więc nie chcę się powtarzać.


kobieca perspektywa Czyli kobieta spełniona, współczesna, to nie tylko taka, przy której jest facet? Po pierwsze, kobiety współczesne rzadko bywają spełnione, bo stawiają sobie wysoko poprzeczkę i mają ciągle poczucie, że jeszcze czegoś nie zrobiły. Jeżeli mają dzieci, a nie zajmują się karierą, to mają żal do życia i świata. Jeżeli odwrotnie, to też… Nawet im się to wypomina, że nie zdążyły mieć dzieci… Jeżeli ma wysprzątany dom, to sama jest rozczochrana, nie ma czasu, by czytać książki i się rozwijać. W naszych czasach kobiety zawsze są niezadowolone. Zmieniły się na niekorzyść. Może to się znowu odmieni? Może staną się cieplejsze, tak jak mężczyźni stali się cieplejsi. Na to trzeba poczekać. Teraz są wredne. Mówiąc, że mężczyźni są cieplejsi, to myśli Pani, że stali się mniej męscy? Nie. Tylko człowiek pewny siebie nie musi grać. Jeżeli ktoś jest papieżem, to może trzymać dziecko na ręku i się do niego wdzięczyć. Majestatowi to nie zaszkodzi. Jeżeli gotuje mężczyzna, który jednocześnie zarabia, skończył studia, jest wysportowany i młodo wygląda, to wcale nie znaczy, że jest babą, tylko, że lubi i umie gotować! Cieszy mnie, że nie narzeka Pani na facetów. Bardzo przyjemnie się tego słucha. Przeszło mi. Kiedyś narzekałam, w młodości najbardziej. Straszny był ten czas szowinizmu. Może napiszę o tym książkę… jak się kiedyś zachowywali prawdziwi mężczyźni i prawdziwe kobiety. Coś strasznego. Taki polski macho? Polski głupek! Narażał siebie i innych, żeby być wspaniałym i dzielnym, a to, co się działo z ludźmi dookoła, go nie obchodziło. Interesowała go tylko sprawa, idea i jego własny obraz. Dosyć sztuczny. A co faceci wnoszą do Waszego świata? Drugą połowę! (śmiech) Była kiedyś taka piosenka, „Może to śmieszne i stare, ale świat jest skonstruowany na parę”. A jeżeli okazuje się, że to nie jest ta druga połowa, to „do widzenia”? Żeby znaleźć tę właściwą, musimy wiedzieć, czy jesteśmy połową jabłka czy połową… gruszki. Jeżeli jesteśmy połową gruszki, a szukamy połowy jabłka, to nic z tego nie wyjdzie. Mojego kumpla nie dziwi, że ludzie się rozwodzą. Dziwi go, gdy się nie rozwodzą… To prawda, coś w tym jest. Przychodzi taki moment, że chcemy założyć rodzinę, by mieć dzieci, żeby usatysfakcjonować społeczeństwo. Bardzo często zakochujemy się w osobie, która jest całkowicie inna od nas, a nam się wydaje, że nas dopełnia. Osoby nieśmiałe chcą mieć kogoś, kto jest bardzo śmiały, osoby biedne chcą mieć bogatego (śmiech). Wydaje im się, że ta druga połowa to jest to, czego im brakuje, a tak nie jest. Druga połowa to jest ktoś taki sam jak ja. Miałam ciotkę, która miała w rodzinie przezwisko „Mądra Ciocia”. Mówiła, że jeśli ludzie się dobiorą pod względem moralności

- dzisiaj powiedzielibyśmy charakteru, wspólnej oceny świata, podobnej sytuacji społecznej i finansowej - to małżeństwo będzie udane. Będą widzieć świat dookoła siebie w taki sam sposób. Zacytuję ją: „złodziej ze złodziejką świetnie sobie dadzą radę” i „król z królową też bardzo dobrze”. To jest sposób na udany związek? Sposobu nie ma. Każdy sposób jest niedobry. Nie ma reguł w tej dziedzinie. Jedyną regułą jest: poznaj samego siebie i szukaj kogoś, kto ci najbardziej odpowiada, a nie twojej mamie, sąsiadce czy koleżance. Moja koleżanka powtarza, że wystarczy się lubić… Może to zbyt mało? Jak się lubimy, to znaczy, że sobie odpowiadamy. Wątpię, czy gorąca miłość, która powstaje na tle dramatu, pociągnie dalej jako dobry związek. Rozstania, awantury, sceny zazdrości, wprowadzanie się w dziwne wibracje, a potem godzenie się i nagły spokój po awanturach, który niewiele znaczy, bo jest jedynie wyciszeniem po wydatkowaniu energii. A później znowu to samo. Jakich facetów cenią kobiety najbardziej? Nie wiem, nie mogę mówić za inne kobiety. A Pani? Odpowiedzialność jest najważniejsza? Mądrość. Jak jest mądry, to jest i odpowiedzialny, i wykształcony, i doświadczony… Dojrzały… …mądry i dowcipny. Wiele konfliktów można wtedy rozładować śmiechem. Jasne. Ciągle to robię i mój mąż też. Śmiejecie się na okrągło? Bez przerwy. Rozśmieszamy się, rozbawiamy, znajdujemy śmieszne kawałki w książkach, pokazujemy sobie zabawne obrazki w telewizji. Po śmiechu wszystko widzimy inaczej, nawet takie durnoty jak: „Znowu nie wyniósł śmieci”! To jeden z takich starych przykładów. Wyrzuć sobie sama! Jeżeli mąż dobrze zarabia, jest miły, nie zdradza, to ja za niego mogę te śmieci wyrzucić!

O nie! Jest bardzo przyjemnie. Przenieśliśmy się do nowego domu, nic się nie wali. Wręcz przeciwnie, jesteśmy sobą coraz bardziej zauroczeni. Może dlatego, że jest to dojrzała decyzja? Znaliśmy się wcześniej, ale żadne romanse nigdy nam do głowy nie przyszły. Aż nagle stwierdziliśmy, że bardzo się lubimy i cieszymy się sobą. Udało się. Zawsze jest dobry czas na miłość… Zawsze i powiedziałabym, że im późniejsza, tym lepsza. Jak wino. Te wczesne, jak sobie przypomnę, to były strasznie bolesne uczucia. Dopiero teraz w pełni się cieszę i wygrzewam się, jak na plaży. Wydaje mi się, że w młodym wieku występuje pewien rodzaj rywalizacji, walki o to, kto jest lepszy. W dojrzałym wieku mamy dystans do wszystkiego, nie musimy niczego udowadniać i możemy mieć wszystko gdzieś… To prawda. Jest jeszcze inny aspekt, że teraz nikt już nie chce zepsuć naszego związku, tylko wszyscy się cieszą, że jesteśmy razem. A kiedy jest się młodym, to chodzą różne wilki, wilczyce i napuszczają, psują, komentują, nieszczerze doradzają… Wujki i ciocie „dobra rada”? Właśnie. Małżeństwo traktowane jest powszechnie jako element szczęściodajny. Kupujemy sobie nowy telewizor i uważamy, że będziemy mieć lepsze programy, bo jest dwa razy większy od poprzedniego. Ale programy się nie zmienią. Jedynie obraz może być lepszy. Z małżeństwem jest tak samo. Nikt nie pracuje nad małżeństwem, żeby było dobre, tylko chce mieć gotowe szczęście w pakiecie. A czegoś takiego nie ma. Nie ma rzeczy, które są świetne bez naszej pracy. Może tylko dobra pogoda czasem się trafia. Nie wydaje się Pani, że teraz są takie czasy, że się już w ogóle niczego nie rychtuje, tylko wymienia na nowe? Przypomina mi się pewien satyryk, który mawiał: „to moja zużyta koleżanka małżonka” (śmiech). Teraz już ma nową! Pani sławny ojciec Zbigniew Lengren stworzył profesora Filutka. Może dlatego słowo „filuterna” tak jakoś do Pani pasuje? Bardzo staroświeckie słowo.

Nie widzi Pani problemów z facetami, nie ma żadnych obaw? Już nie, bo znalazłam bardzo odpowiedniego. 20 lat byłam osobą bez stałego związku, wtedy miałam wiele obaw. Swojego mężczyznę bardzo lubię, to jest związek w miarę młody, bo jestem w nim od sześciu lat.

Jest Pani żartobliwa, trochę prowokacyjna? W tym wieku już nie jestem prowokacyjna. Raczej jestem ostra, a ostrość pokrywam dowcipem. To moja tajemnica. Wszystkim się wydaje, że jestem zabawna, ale czasami przykładam bardzo ładnie kocią łapą obciągniętą futerkiem, a pod spodem są pazury…

Bardzo młody staż. Prawda? A wydawało się, że już w moim wieku i z moją tuszą nikogo nie znajdę (śmiech).

A ślady kocich pazurków długo się goją… Kiedy byłam dużo młodsza, to właśnie tego bardzo się bali mężczyźni. Że ich ośmieszę, a mężczyźni bardzo tego nie lubią.

Podobno po siedmiu latach zaczyna się wszystko walić. Jeszcze tylko rok Pani pozostał?

Boją się ośmieszenia, a jeszcze bardziej inteligentnych kobiet. miasta kobiet

lipiec 2015

33


kobieca perspektywa Bo się czują oceniani. Specjalnie nie oceniam mężczyzn. To nie jest tak, że stoi przede mną facet, a ja mówię, że jest źle ubrany, ma krótkie nogi, szkoda, że nie skończył Cambridge tylko Oxford, albo odwrotnie. Tak nie jest. Jest miły, inteligentny i to już jest fantastyczne, a reszta mi się podoba tak czy inaczej. Żartobliwy stosunek do świata ma Pani po ojcu? Cała rodzina była bardzo dowcipna. U nas w domu było tak, że mogliśmy się z bratem nie za dobrze uczyć, bo ojciec tego nie zauważał, ale za źle opowiedziany dowcip bardzo się złościł. U nas dowcipy i śmieszne historie to nawet gosposie opowiadały. Ojciec był dosyć choleryczny i dobry dowcip był tą jedyną rzeczą, która go uspokajała. Wszyscy to potrafili robić, mama też. Wracamy do tego, że uśmiech i dowcip rozładowują napięcia, ratują związki? To była skuteczna broń. Nie był to jednak aż tak zaskakująco wesoły dom, jaki mógłby być. Moi rodzice przeżywali młodość w czasach stalinowskich, z psychiką naznaczoną wojną. Nie przykładali wagi do dorabiania się, do przedmiotów, rzeczy, bo w czasie wojny przekonali się, że to nie ma sensu. W związku z tym nasz dom był troszkę prowizoryczny. A prowizorka ma wdzięk, jak się ma 20 lat. Gdy ma się 60, to już trochę gorzej. Uzdolnienia plastyczne również ojcu Pani zawdzięcza? Przyznam, że bardziej artystyczną duszę miała moja mama. Była trochę bajkową osobą, bardzo ładną, delikatną, świetnie grającą na różnych instrumentach… Ojciec był interesujący, dowcipny, ostry jak żyletka, ale harmonię w domu zapewniała mama, ona otwierała mi oczy na sztukę. Zawsze jej się podobało, jeśli robiliśmy z bratem coś zaskakującego. Niczemu się nie dziwiła. Nie wywierała presji. Może dzięki temu nie zahamowała Pani szerokich zainteresowań. Pani też pisze. Myślę o książkach. Ostatnio wciągnięto mnie do klubu dziennikarzy, bo już tyle tekstów napisałam i narobiłam felietonów. Wydałam książkę, napisałam kilka sztuk teatralnych. Może w Toruniu wystawię jakąś swoją sztukę… Z rozkoszą przyjechałabym na premierę. A co z „Samolotem ze słomy” i opowieściami rodzinnymi? Piszą się? (śmiech) „Samolot ze słomy” trochę się pisze. Mam takie dwie książki, których nie mogę skończyć, bo tak intensywnie żyję i ciągle coś robię. Teraz przygotowuję wystawę malarską. Ciągle jestem tak bardzo zajęta, że czekam, aż się zestarzeję, by to skończyć. Myśli Pani, że będzie mieć więcej czasu, ale to może być pozorne. Jest Pani osobą interesującą: scenografką, malarką, dziennikarką, pisze Pani scenariusze, felietony, książki. Kim Pani właściwie jest?

34

miasta kobiet

lipiec 2015

Przerzucam się z jednej dziedziny na drugą. Ale to wszystko łączy się ze sobą. To nie są rzeczy obce. Dodatkowo jeszcze dobrze gotuję, (śmiech) przychodzą znajomi i rozmawiamy na wszystkie tematy. Czyli jeszcze jest Pani doradczynią psychologiczną? Właściwie nie wiem, jakim cudem stałam się taką doradczynią. Bo fantastycznie się Pani słucha, niczego Pani nie narzuca, nie hejtuje, jak się to dzisiaj mówi… To samo mówią mi kobiety na ulicy i cieszą się, że napisałam albo powiedziałam to, co one myślą. Sama się zastanawiam, o co chodzi? Wydaje mi się, że dlatego, bo niczego nie udaję, nie przebieram się w żaden strój i żadną maskę. Jestem jaka jestem. I taką mnie kochajcie? Albo nie kochajcie. Trochę mnie nie obchodzi, czy wam się to podoba czy nie. Mówię jak jest. Kiedyś koleżanka Hanna Bakuła powiedziała mi, że malarze widzą więcej. Patrząc na buty, nie widzą tylko butów, ale jeszcze ich kolor, jaki rzucają cień… Może to dotyczy również życia. Widzę więcej, ale to mnie mocno absorbuje. W tym, co Pani mówi, jest Pani szalenie naturalna. Naturalność nie wypływa z tego, że chcemy być naturalne. To jest trochę tak jak z urodą. Jeżeli ma się zdrowie, to uroda sama przyjdzie. Ma się wtedy błyszczące włosy, piękną cerę… Z naturalnością jest podobnie - jeżeli zajmujemy się czymś innym niż autokreacją, to jesteśmy naturalni. Taka nadmierna autokreacja jest np. widoczna u nastolatek, które strasznie chcą siebie jakoś określić i robią nadzwyczajne miny, fryzury, tatuaże, żeby tylko się wyróżnić, a najprościej byłoby właśnie nic nie robić. Tylko, że w życiu najtrudniej jest nic nie robić! Myślę, że kobiety za bardzo przejmują się swoim wyglądem. To ciekawe, ciągle to powtarzam. Dobrze, że pan to powiedział, bo mężczyźni trochę inaczej widzą, jak pszczoły. One też lubią kolor niebieski… Nieraz jakaś tam zmarszczka dodaje urody… Naprawdę, nie wygłupiam się! Jest jeszcze jedna tajemnica, którą się podzielę. Mężczyźni najbardziej boją się, że kobiety mogą być w ich towarzystwie nieszczęśliwe. Faceci są szczęściodajni, chcą coś zrobić, żeby kobieta była zadowolona. I kiedy my się martwimy swoim wyglądem, to oni myślą, że są nieodpowiedni, że coś źle zrobili. A w konsekwencji, jak widzą smutną babę, to nie chcą się do niej zbliżać, bo myślą, że jej nie uszczęśliwili. Właśnie dlatego wygrywają skrajne idiotki, one zawsze mają dobry humor i zajmują się wyłącznie swoimi paznokciami. Mężczyzna czuje się przy nich zrelaksowany, wyzwolony, nic nie musi. Najgorzej, jak kobieta narzeka, że tu ma zmarszczkę, tam jej zwisa i utyła…

Specjalnie nie oceniam mężczyzn. To nie jest tak, że stoi przede mną facet, a ja mówię, że jest źle ubrany, ma krótkie nogi, szkoda, że nie skończył Cambridge tylko Oxford. Tak nie jest. Jest miły, inteligentny i to już jest fantastyczne, a reszta mi się podoba tak czy inaczej. KATARZYNA LENGREN ARTYSTKA

Powiem Pani, że mnie się podobają niedoskonałości. Biust wcale nie musi być sterczący… Jeden znajomy plastyk zawsze mówił, że nastoletnich nie lubi, woli ociężałe. I wtulić się w nie! I to samo jest z tuszą. Wszystkie kobiety się odchudzają, a mężczyźni, przynajmniej moi, przepadali za tym, że mają do czego głowę skołataną przyłożyć. My się boimy dwa kilo utyć, a wszystkie straszne choroby zaczynają się od tego, że nagle chudniemy. Ja bym tak się nie cieszyła z chudnięcia. (śmiech) Lepiej nie! Bądźmy dobrej myśli. Na razie wszystko gra, tylko nie mam już tyle siły i energii jak dawniej. Złości mnie, że nie mogę zrobić przyjęcia, napisać sztuki, zajmować się wnuczką… Czasem dostaję ją w prezencie i wtedy czuję się, jakbym miała małe dziecko. Jednak natura wie, co robi, że w pewnym momencie daje nam dzieci, a potem już nie. Bo byśmy oszaleli. A moim utrapieniem jest to, że zaraz po poniedziałku jest piątek. Też zauważyłam, że dwa albo trzy dni w środku tygodnia wylatują. Myślę, że nie ma środy i czwartku (śmiech). Tak, tak, jutro już będzie piątek!CP  napisz do autora j.oleksy@expressmedia.pl

*Katarzyna Lengren Artystka, scenografka, malarka, dziennikarka, pisze sztuki teatralne, felietony, scenariusze, książki. Urodziła się w Toruniu w 1951 r., jest córką wybitnego rysownika Zbigniewa Lengrena, twórcy profesora Filutka, legendarnego bohatera komiksowej serii, publikowanej w „Przekroju” w latach 1948-2003.


APTEKI w Chojnicach

w Nakle nad Notecią

w Przychodni Medyk ul.Towarowa 2 a tel. 512 239 242 pn. - sb. 8-21

Osiedle B. Chrobrego 16/4 tel. (52) 385 15 36 pn.-nd. 8-21

w Malborku

w Koninie

ul. Słowackiego 71/1 tel. (55) 247 62 95 pn.-nd. 8-21

-III

w Brodnicy ul. Zamkowa 19 tel. (56) 474 02 33 pn.-nd. 8-22

ul. Chopina 9 tel. (63) 243 70 13 pn.-nd. 8-22

w Szubinie ul. 3 Maja 23 tel. (52) 371 63 13 pn.-nd. 8-22

-IV

w Bydgoszczy

ul. Grunwaldzka 71 tel. (52) 347 84 90 pn.-nd. 8-22

w Kwidzynie

w Koronowie

ul. Korczaka 10b tel. (55) 279 78 43 pn.-sb. 8-20

ul. Kościuszki 4 tel. (52) 382 28 78 pn.-nd. 8-21

w Warlubiu

w Turku

ul. 18-tego Lutego 2 tel. (52) 332 64 86 pn.-pt. 8-18, sob. 8-12

-V

w Bydgoszczy

ul. Skłodowskiej-Curie 26 / E.LECLERC tel. (52) 346 06 96 pn.-sb. 8-21, nd. 10-16

w Chełmnie

ul. Konińska 24 tel. (63) 289 22 49 pn.-nd. 8-22

ul. Dworcowa 18 tel. (56) 686 17 25 pn.-nd. 8-21

-VI

w Bydgoszczy

ul. Pielęgniarska 13 (Stary Fordon) w przychodni „Nad Wisłą” tel. (52) 343 98 28 pn.-nd. 8-22

Apteki CAŁODOBOWE

w Stolnie Punkt apteczny Alba STOLNO 112 w Urzędzie Gminy tel. (56) 686 51 17 pn.-pt. 8-16

w Bydgoszczy

ul. Wielorybia 109 tel. (52) 349 05 06 pn.-nd. 8-22

Apteka „Pod Orłem”

-bis w Bydgoszczy

w Bydgoszczy

w Inowrocławiu

ul. Skłodowskiej-Curie 1 tel. (52) 346 01 11, 346 12 93

ul. Gdańska 140 tel. (52) 345 57 57

ul. Dworcowa 33 tel. (52) 318 39 99

z gr. w Świeciu nad Wisłą ul. Księcia Grzymisława 4 tel. (52) 33 111 80

w Grudziądzu

we WłocŁawku

ul. Legionów 37 tel. (56) 46 334 99, 517 108 182

ul. Wiejska 18a/4 tel. (54) 236 63 65

I N F O R M U J E MY, I Ż Z AWA RL I Ś MY A K T UAL N E U M O W Y Z N F Z

498115BDBHB

401015BDBRA


męskim okiem

Bywanie to też praca Życie w Warszawie jest szybkie. Żyjesz na innym poziomie, ale ciągle gnasz. Niby ma się mnóstwo znajomych, ale większość z nich przy okazji prywatnego spotkania chce z tobą zrobić jakiś biznes. Z menedżerem gwiazd Patrykiem Wolskim* rozmawia Emilia Iwanciw

Zacznę niegrzecznie. Woda sodowa uderzyła Ci już do głowy? Myślę, że osoby, które mnie znają, potwierdzą, że nie. Nie chwalę się nigdy hotelami, samochodami, prestiżowymi miejscami, w jakich bywam. Mam zwykłego volkswagena i wynajmuję mieszkanie. I staram się, by wokół mnie byli ludzie, którzy sami doszli do tak zwanego sukcesu ciężką pracą. Nie przyjaźnię się z tymi, którzy wszystko, co mają, dostali od kogoś. Większość takich osób cechuje brak pokory i rozsądku. Dlatego wolę ludzi „znikąd”. Pytam prowokacyjnie, bo pamiętam Cię jako skromnego 21-letniego chłopaka, który organizował pomoc w PCK w Bydgoszczy i prowadził kiosk na osiedlu Leśnym. Teraz jesteś menedżerem gwiazd i robisz karierę w wielkim świecie. Słowo kariera to zbyt górnolotne określenie. Nie myślę o sobie w ten sposób, ale to fakt, że mam kontakt z gwiazdami. Od 8 lat pracuję w biurze reklamy TVN, a od kilku lat jestem oprócz tego menedżerem Mai Sablewskiej i Doroty Gardias. A wszystko zaczęło się w PCK. To tam wymyśliłeś wielką charytatywną akcję „Zimą stop bosym stopom” i kalendarz „Dżentelmeni”, który teraz jest znany w całej Polsce. Dzięki niemu kilkanaście tysięcy potrzebujących dzieci w kraju otrzymało buty. Wpadłem na ten pomysł razem z Elżbietą Marcinkowską z PCK i zaraziłem ideą Oliviera Janiaka. Akcja rozrosła się do monstrualnych rozmiarów. Olivier po drugiej edycji kalendarza zapytał, czy chciałbym pracować w TVN. Na początku miał na myśli pracę w fundacji, która byłaby podobna do tego, co robiłem w PCK. Kiedy pojechałem do Warszawy, okazało się jednak, że zaproponowano mi pracę w Biurze Reklamy. Przyjąłem propozycję i pracuję w tym miejscu od 8 lat. Wiem, że wszystko jest możliwe. To, gdzie będziemy w danym miejscu, zależy tylko od nas samych.

ZDJĘCIE: Filip Araszkiewicz

Jak to się stało, że zostałeś menedżerem Doroty Gardias i Mai Sablewskiej? Dziewczyny same mi to zaproponowały. Zauważyły, że jestem bardzo zaangażowany w akcje, którymi się zajmuję. Współpracowałem wcześniej z gwiazdami, lecz nigdy na wyłączność. Wahałem się, bo nie miałem dużego doświadczenia w tym temacie. Potraktowałem to jako wyzwanie. Widziałam Twoje zdjęcia na portalach plotkarskich. Stajesz się rozpoznawalny. Nigdy nie dążyłem do tego, by być celebrytą i nigdy nie zamierzam nim być. Większość swojej pracy wykonuję bez udziału kamer i fleszy. Nadal działam w PCK - co roku prowadzę koncert „Wyprawka dla żaka” w Bydgoszczy w „Łuczniczce”, a także gwiazdkę w Hotelu City. Jeżdżę też do Nowego Dworu i bez udziału kamer rozdaję paczki dla dzieci. Jesteś pierwszą osobą, która poprosiła mnie o wywiad od 8 lat, odkąd wyjechałem z Bydgoszczy, a zrobi-


męskim okiem łem w tym czasie wiele akcji charytatywnych. Nie byłem jednak nigdy na kanapach w DD TVN ani w innych programach. Wolę być w cieniu, pomagać po cichu. Natomiast przyznam, że do pomagania przydają się kontakty z gwiazdami, jakie nawiązałem pracując w Warszawie. Moja praca różni się od tej w PCK tylko tym, że teraz zamiast zbierać pieniądze do puszki, np. organizuję pomaganie z gwiazdą. Ostatnio wraz z Dorotą Gardias prowadziłem akcję „100 metrów dla Niny”- kruszynki z Torunia. Pomagaliśmy dziewczynce, której wadę serca mogli wyleczyć tylko lekarze we Włoszech. Uzbieraliśmy w jeden tydzień kilkadziesiąt tysięcy złotych. Wszystko za sprawą nagłośnienia akcji przez obecność osób znanych ze szklanego ekranu.

Nigdy nie dążyłem do tego, by być celebrytą i nigdy nie zamierzam nim być. Większość swojej pracy wykonuję bez udziału kamer i fleszy. Nadal działam w PCK - co roku prowadzę koncert „Wyprawka dla żaka” w Bydgoszczy w „Łuczniczce”, gwiazdkę w Hotelu City… PATRYK WOLSKI MENEDŻER GWIAZD

Zastanawiałam się przed wywiadem z Tobą, czy praca w wielkim świecie Cię zepsuła i z każdą minutą tej rozmowy nabieram przekonania, że jesteś dalej tym samym chłopakiem, tylko w innym opakowaniu... W środku się nie zmieniłem. Powiem szczerze, że czułem się bardziej szczęśliwy, kiedy byłem w Bydgoszczy, w otoczeniu najbliższych. Bo? Życie w Warszawie jest szybkie. Żyjesz na innym poziomie, ale ciągle gnasz. Trudno tu o prawdziwych kolegów i koleżanki. Niby ma się mnóstwo znajomych, ale jest tak, że spotykasz kogoś i ta osoba z reguły przy okazji spotkania chce z tobą zrobić jakiś biznes. Może kogoś znasz, coś komuś załatwisz. Ja dam ci to, a ty mnie tamto. Tak to działa również w prywatnych relacjach.

A ja żyjąc w Bydgoszczy, pracując 15 lat jako wolontariusz, byłem tak wychowywany przez mamę, tatę, ciocie, panią Elę i Marię z PCK, że warto robić coś bezinteresownie. To mi dawało radość. Nie było istotne, czy ktoś powiedział dziękuję. Potrzebujący rzadko dziękują. Biorą paczkę, buty, odzież i idą. Nigdy nie potrzebowałem tego „dziękuję”, a teraz jestem w świecie, w którym z reguły jest coś za coś i każdy oczekuje podziękowania w jakiejś formie. Jacy są ci wszyscy celebryci? Ci, z którymi pracuję lub się przyjaźnię, są zupełnie normalni. Też mają swoje problemy. Bardzo ciężko pracują na swój sukces. To osoby spoza Warszawy, dobrze wychowane przez rodziców, z wartościami, bardzo pracowite. Tylko z takimi pracuję. Podam przykład. W piątek jedna z gwiazd od 10 do 16 prowadziła nagrania w TV, pojechała do domu się przebrać w rzeczy na galę, pojechaliśmy na event pod Warszawą, który trwał 4 godziny. Od razu po gali wsiedliśmy w samochód do Wrocławia, by być na 9 podczas programu na żywo, który trwał 2,5 minuty. Następnie po nagraniu wróciliśmy z Wrocławia do Warszawy. Spaliśmy 3,5-4 h. I gdzie tu miejsce na dzieci, rodzinę, kino, spacer… Celebryta ma inny standard życia za cenę życia prywatnego. Sztuką jest to wszystko połączyć. Jak to się dzieje, że niektóre gwiazdy tak szybko znikają z firmamentu? Nieumiejętnie prowadzą swoje kariery. Czasem to osoby, które pogubiły się w życiu. Z telewizji można bardzo szybko zniknąć. Wystarczy jeden nieprzemyślany ruch. Czasem niestety bywa tak, że prawda o danej osobie wychodzi na jaw po jakimś czasie, bo jak długo można grać kogoś innego? I kiedy to się dzieje, ludzie już nie chcą tej osoby widywać na ekranie. A jednak niektórzy utrzymują się na celebryckiej fali latami… Po pierwsze, ważne jest, by mieć jakiś konkretny pomysł na siebie, bo celebryci znani z tego, że są znani, to wymierający gatunek. Celebryci, którzy w dzisiejszych czasach mają szansę na długie kariery, to tylko tacy, którzy są w czymś dobrzy. Jeśli dobrze wykonują to, co jest ich pasją, to osiągają sukcesy. Jest to jednak okupione naprawdę ciężką pracą. Bywanie na eventach to też praca. I powiem ci, że odbiorcy bardzo szybko weryfikują te osoby, które są nieautentyczne. Chodzi mi o to, że aby ludzie pokochali daną osobę, to ona musi naprawdę mieć w sobie to coś. Trzeba też uważać na to, co się robi i mówi każdego dnia. Można zostać sfotografowanym pijąc alkohol z plastikowego kubka, mając trzeci raz tę samą kreację, kłócąc się z partnerem, dostając mandat, wyskakując gdzieś w papciach bez makijażu. To bardzo męczące przez cały czas się kontrolować. Masz coś kosztem czegoś innego. Jaka jest Twoja rola jako menedżera? Układam grafik, odpowiadam na maile, telefony, wysyłam oferty, selekcjonuję złożone gwieździe propozycje współpracy, negocjuję i pilnuję

kontraktów, bywam na eventach, koordynuję sesje zdjęciowe. Staram się, by gwiazdy czuły się ze mną bezpiecznie. Wszystkiego nie zdradzę. Konkurencja nie śpi. Dorota nazwała mnie kiedyś nie agentem tylko aniołem stróżem. To było strasznie miłe. Niektórzy uważają, że między Wami jest coś więcej. Czytałam w sieci, że jesteś nowym partnerem Doroty Gardias. To nieprawda. Bywam z Dorotą na eventach tylko zawodowo. Powodem tych domysłów był fakt, że Dorota rozstała się z partnerem, a krótko potem zaproponowała mi współpracę. To były wyimaginowane newsy. Skończyłeś 30 lat. Czujesz się dojrzałym facetem? W jakimś sensie tak. Na pewno wiem już, że kasa nie daje szczęścia. Nie jest szczęśliwy ten, kto ma w życiu wszystko, ale ten, kto cieszy się ze wszystkiego, co ma. Mnie pieniądze na razie nie dały nic więcej poza poczuciem niezależności. Pracowałem od małego. Sprzątając u znajomych rodziców, myjąc okna, czy rozdając ulotki na ulicy Gdańskiej. Chyba jak każdy byłem również kelnerem i hostem. Dziś dla mnie najważniejsza jest rodzina, zdrowie, ludzie, którzy mnie otaczają, oraz oczywiście rozwój zawodowy. Jakie masz dalsze plany? Daję sobie do pięciu lat, żeby znaleźć drugą połówkę i założyć rodzinę, lecz oczywiście nic na siłę. Na razie postawiłem na życie zawodowe. Moim koleżankom i kolegom z Bydgoszczy rodzą się dzieci, a ja jestem póki co tylko wujkiem z Warszawy, który przywozi prezenty. U mnie wszystko jest zaplanowane. Tak po prostu mam, że muszę mieć plan. W „Miastach Kobiet” mamy taką tradycję, że pytamy mężczyzn o to, co sądzą o kobietach. Ty pracujesz głównie z kobietami. Odpowiada Ci to? Uwielbiam pracować z kobietami, choć to większe wyzwanie niż praca z mężczyzną. Wokół mnie zawsze było mnóstwo kobiet - moja mama, babcia, siostry, ciocia i moje dwie drugie mamy z PCK. Podoba mi się to, że kobiety są jednak bardziej wrażliwe, potrzebują poczucia bezpieczeństwa. Spełnianie ich oczekiwań, daje facetowi dużą satysfakcję.CP  napisz do autora e.iwanciw@expressmedia.pl

*Patryk Wolski Bydgoszczanin, absolwent UMK w Toruniu, od 15 lat wolontariusz PCK, pomysłodawca i organizator wielu akcji charytatywnych, w tym kalendarza Dżentelmeni, od 8 lat pracuje w Biurze Reklamy TVN, menedżer Doroty Gardias i Mai Sablewskiej. miasta kobiet

lipiec 2015

37


męskim okiem

Ultrafeministka w zoo „Miałam w życiu wielu partnerów, ale moje relacje z nimi stały się pełniejsze dopiero, gdy zrozumiałam prostą prawdę: mężczyźni czują się kochani poprzez seks. Oni tak po prostu mają.” Janusz Milanowski*

Tylko rozumem I takie właśnie są feministki z nurtu, który nazywam tabloidowym. Chłodem i chucią nie zbuduje się relacji, ani też „nie upoluje” inteligentnego zwierzęcia, bo takowe zwyczajnie odwróci się d… i spokojnie pójdzie dalej. Można to zrobić tylko rozumem, K

L

 napisz do autora j.milanowski@expressmedia.pl *Janusz Milanowski Dziennikarz, publicysta, fotograf. Miłośnik długodystansowego pływania i jazzu. A

M

A

UL. KAROLA SZAJNOCHY 2 | wejście od Fordońskiej | www.domiwnetrze.bydgoszcz.pl

102015BDBHG

E

MARMUR

839915BDBHA

Skrzyżowanie trutnia z osłem „Mężczyzna zwierzę domowe z gatunku leniwców. Ze względu na dużą żarłoczność w warunkach domowych przynosi straty. W hodowli - nieopłacalny. Pochodzenie: R

jak uczyniła to pierwsza (ze znanych mi) feministek - Heloiza, ukochana Abelarda. Heloiza odmówiła jego poślubienia, choć on tego chciał i choć miała z nim dziecko. Powód: nie wolno światu odebrać takiego umysłu. To się nazywa partnerstwo, a nie „przystosowanie do swoich życzeń”. Sądzę, że zoologiczne charakterystyki naszych jestestw biorą się z niezrozumienia męskiej seksualności, z roli, jaką takowa odgrywa w naszym życiu. W radiowej „Trójce” w niedzielę o północy można wysłuchać bardzo mądrej audycji „Seks nasz powszedni”. Ludzie dzwonią, komentują i dzielą się własnymi doświadczeniami. Ostatnio usłyszałem taki głos… - Dobry wieczór, mam 50 lat, ale czuję się jakbym miała dwadzieścia jeśli chodzi o te sprawy. Miałam w życiu wielu partnerów, ale moje relacje z nimi stały się pełniejsze dopiero, gdy zrozumiałam prostą prawdę: mężczyźni czują się kochani poprzez seks. Oni tak po prostu mają.CP

skrzyżowanie trutnia z osłem” - głosi z kolei mój ulubiony damski portal marzycielki. pl. Absolutnie nie zamierzam tu dowodzić, że mężczyzna jest człowiekiem i skomleć podobnymi frazesami. Chrzanić to! Nie mam nic przeciwko maskulinizacji zwierząt. Nie ma sensu dyszeć ze sprzeciwu i niech jedna z drugą widzi we mnie zwierzę. A co w tym złego? Byleby nie był to głupi misiu koala, co się nawali i spadnie z drzewa. Zdarzało mi się nieraz znaleźć w dyskutanckim gronie ultrafeministek, specjalizujących się we wspomnianej maskulinizacji zwierząt. Zawsze czułem się tam jak istota wyróżniona, a im więcej niebogi zadawały sobie trudu, by skopać mi duszę, tym bardziej czułem, że ją posiadam. Podobnych doznań doświadczyłem w „akademiku” dla kleryków pewnego seminarium. Pokój zadymiony jak komora do strażackich ćwiczeń, a w nim chłód i chuć. Nic więcej…

KWARCYT

MARMUR

40,6x61x1,2 cm

10x36x1,3 cm

40,6x61x1,2 cm

170zł/m2 (do negocjacji)

120zł/m2 (do negocjacji)

260zł/m2 (do negocjacji)

BEŻOWY MARMUR W SAM RAZ DO ŁAZIENEK

PIĘKNY KAMIEŃ DEKORACYJNY

SZARY KAMIEŃ DOSTĘPNY RÓWNIEŻ W KOMPLETACH

www.klink.pl

„Drogie panie, czy dopiero poszukujecie dla siebie ulubionego zwierzęcia do towarzystwa - mężczyzny, czy już go znalazłyście, czy też pragniecie zastąpić nowym modelem (…)”. Tak zaczyna się przedmowa do książki „Mężczyzna. Zwierzę do towarzystwa”, niejakiej Nadege Peganov. Ultrafeministyczny poradnik o tym, jak upolować „zwierzaka” i „przystosować do swoich życzeń”. Autorka, z pomocą australijskiej badaczki, wyodrębniła dziesięć wzorcowych typów mężczyzn („cennej zwierzyny łownej”) i pokrótce opisuje ich właściwości gatunkowe: funkcjonowanie społeczne, wyżywienie, rozrodczość, etc. Wyszedł z tego zgrabny poradnik kynologiczny, a ponieważ każda książka zawsze pisana jest z wyobrażeniem typu czytelnika, to łatwo odgadnąć jak autorka postrzega typy kobiet, dla których zadała sobie tyle trudu: psiary, kociary, treserki, dominy, woltyżerki, Mesaliny, Diany, małpy, modliszki, kaszaloty. No, proszę i też wyszło mi dziesięć typów.


UL. KAROLA SZAJNOCHY 2 | wejście od Fordońskiej |

poniedziałek - piątek: sobota: niedziela:

10.00 - 19.00 10.00 - 16.00 10.00 - 14.00

( W Y BRAN E SK LEP Y )

www.restig.pl

GODZINY OTWARCIA:

www.domiwnetrze.bydgoszcz.pl

SWEET SIT, HAPPY NAROŻNIK od 3483 zł

www. meblesms.pl

CAYA DESIGN, COSTA NAROŻNIK od 3 999 zł

SOFA CAYA DESIGN, LIVIO

KMK KLOSE KRZESŁO S44 od 796 zł STÓŁ T28 od 4 142 zł

KMK KLOSE, OLEO KOMODA 4 048 zł

od 8 260 zł

MOCNY AKCENT NA LATO NAROŻNIK CAYA DESIGN, VENTO

od 4 860 zł

FOGGIA KANAPA

od 2199 zł

LUGO NAROŻNIK

www.mandallin.pl

LOFT KOMODA 1849 zł ZESTAW 2 SKRZYŃ 799 zł FOTEL 1999 zł STOLIK KAWOWY 599 zł

od 2616 zł

wymiary: 245 x 160 x 102 cm pow. spania: 140 x 200 cm

SOFA OXFORD

od 3688 zł

wymiar: 210 x 102 x 88 cm

FOTEL OXFORD

od 2352 zł wymiar: 113 x 102 x 88 cm

KOLEKCJA KLASYCZNA FOTEL 1459 zł STOLIK DREWNIANY POD LAMPĘ

349 zł

RAINBOW KOMODA

2599 zł

819115BDBHA

www.wmmeble.pl

wymiary: 240 x 100 x 82 cm | pow. spania: 145 x 200 cm


831215BDBHA

W NASZEJ OFERCIE: NAWOZY NASIONA ŚRODKI OCHRONY ROŚLIN KWIATY DONICZKOWE I SZTUCZNE, MEBLE OGRODOWE GRILLE IGLAKI I DRZEWKA ZDROWA ŻYWNOŚĆ KOSIARKI NARZĘDZIA ARTYKUŁY DEKORACYJNE 





















NOWOŚĆ NOWY DZIAŁ ZOOLOGICZNY RYBKI, ROŚLINKI, AKWARIA, POMPY, FILTRY I POKARMY DLA RYBEK CHOMIKI, MYSZKI, SZCZURY, ŚWINKI MORSKIE, KRÓLIKI, PAPUGI ORAZ AKCESORIA: KLATKI, POKARMY I PRZYSMAKI KARMY SUCHE I MOKRE ORAZ AKCESORIA DLA PSÓW I KOTÓW 





tel./fax. 56 674 03 65, dział zoologiczny tel. 56 674 00 10 Czynne : pn.-pt. 9-19, sob. 9-18, niedz. 10-17,

www.co-ostaszewo.pl

517015TRTHA

Centrum Ogrodnicze Ostaszewo szukaj nas na

Miasta Kobiet lipiec 2015  
Miasta Kobiet lipiec 2015  
Advertisement