Page 1

nasze miejsca spotkań

kwiecień 2017

Agnieszka Twardowska Na chłodno str. 6-8


ZAPRASZAMY NA ŚWIĘTO KOBIET Z PASJĄ!

Wydawca: Polska Press Sp. z o.o. Oddział w Bydgoszczy ul. Zamoyskiego 2 85-063 Bydgoszcz Prezes Zarządu: Marek Ciesielski Redaktor Naczelny: Artur Szczepański Dyrektor sprzedaży: Agnieszka Perlińska Menedżer produktu: Emilia Iwanciw, tel. 52 326 31 34 emilia.iwanciw@polskapress.pl

Chcecie miło spędzić czas w gronie inspirujących kobiet? Szukacie czegoś niebanalnego, co pochłonie Was bez reszty? A może rozwijacie już swoją pasję i chcecie się tym z nami podzielić? Zapraszamy Was na imprezę z okazji czwartych urodzin „Miast Kobiet”, czyli na Święto Kobiet z Pasją. 17 kwietnia o godzinie 18 spotykamy się w toruńskim Hotelu Bulwar. Możecie liczyć na mnóstwo energii, pozytywną atmosferę i okazję do poznania wyjątkowych osób z naszego regionu - zarówno naszych Czytelniczek, jak i kobiet, które gościły na naszych łamach! Ten dzień jest dla Was. Pomoże obudzić się z zimowego snu i naładować baterie na całą wiosnę!

Redaktorka prowadząca: Lucyna Tataruch, tel. 52 326 31 65 lucyna.tataruch@polskapress.pl Teksty: Dominika Kucharska dominika.kucharska@polskapress.pl Tomasz Skory tomasz.skory@polskapress.pl Jan Oleksy jan.oleksy@polskapress.pl Lucyna Tataruch lucyna.tataruch@polskapress.pl Monika Kondratowicz

J u ż d z i ś z a p i s zc i e s i ę n a b e z p ł at n e wa r s z tat y:

Klaudia Olejniczak

Jak wspierać dzieci w rozwoju pasji, czyli warsztaty dla rodziców - Magdalena Markowska D  omowe spa, czyli warsztaty z samodzielnego tworzenia ekologicznych kosmetyków - Hanna Piechurska O  d pasji do biznesu opartego na silnej marce osobistej, czyli warsztaty dla przedsiębiorczych kobiet - Dorota Skublicka-Michalska J ak prowadzić biznes on-line i zostać cyfrową nomadką, czyli warsztaty dla przedsiębiorczych kobiet chcących działać w sieci - Kamila Chyła

Zdjęcie na okładce: Alicja Werner

Wystarczy wybrać temat i przysłać zgłoszenie wraz ze swoim imieniem, nazwiskiem i numerem telefonu na adres kobietazpasja@polskapress.pl Do zobaczenia!

CP J esteś zainteresowany kupnem treści lub zdjęć? Skontaktuj się z naszym handlowcem: Piotr Król, tel. 603 076 449 piotr.krol@polskapress.pl

Lucyna Tataruch redaktorka prowadząca „MiASTA KOBIET”

Projekt i skład: Ilona Koszańska-Ignasiak Sprzedaż: Angelika Sumińska, tel. 691 370 521 angelika.suminska@polskapress.pl Anna Kapusta, tel. 693 463 185 anna.kapusta@polskapress.pl

Znajdziesz nas na: www.miastakobiet.pl www.fb.com/MiastaKobiet.Nowosci.ExpressBydgoski

„Miasta Kobiet” ukazują się w każdy ostatni wtorek miesiąca. Przez cały miesiąc są dostępne w punktach partnerskich w Bydgoszczy i Toruniu. Adresy znajdziesz na stronie www.miastakobiet.pl

nasi partnerzy

Dom Towarowy PDT Rynek Staromiejski 36-38, Toruń


Fryzura

Rock your summer - kolekcja wiosna lato 2017 już w salonach Jean Louis David! Zapraszamy

W Y R A Z I Ś C I E

S P O R T O W O

u l . J a g i e l l o ń s k a 3 9 - 47

O V E R S I Z O W O

soczyście i pastelowo

Efektowna i supermodna kurtka typu bomber świetnie komponuje się z podkreślającą figurę sukienką w paski. Do tego modne dodatki, plecak, wygodne trampki i zestaw na weekendowy wypad za miasto gotowy!

Stylowe spodnie w wyrazistym kolorze powinny trafić do garderoby każdej z nas. Zestawiając je z klasyczną jeansową koszulą uzyskamy efekt niewymuszonej elegancji. Mocnym akcentem całej stylizacji są czerwone dodatki, dzięki którym poczujemy się kobieco i szykownie.

Oversizowy płaszcz jest jednym z trendów tej wiosny. Można go zestawić niemalże ze wszystkim. Tu połączony z prostym T-shirtem i dopasowanymi jeansami tworzy modny i wygodny look, który sprawdzi się w każdej sytuacji.

Simple sukienka - 549 Reserved kurtka - 149,99 Reserved bransoletki - 29,99 new look plecak - 129 new look czapka - 49,99 new look brelok - 26,99 house trampki - 89,99 orsay wisiorek - 34,90 orsay pierścionek - 29,90 time trend wisiorek - 34,90 Lynx Optique okulary D&G - 1029

Medicine spodnie - 119,90 Medicine naszyjnik - 49,90 PROMOD koszula - 119,90 orsay sweter - 49,99 orsay bransoletka - 24,90 orsay pierścionek - 24,90 Venezia buty - 289 Wittchen walizka - 619 Lynx Optique okulary D&G - 937 swiss zegarek - 470

Monnari płaszcz - 439 Wrangler Lee spodnie - 349 orsay koszulka - 39,99 orsay pierścionek - 24,90 Venezia buty - 359 Carla Gotti torebka - 139 Carla Gotti brelok - 29 Reserved chusta - 49,99 Reserved pasek - 29,99 Time Trend zegarek Lorus - 389 Vision Express okulary Solaris - 229

Zapraszamy do Centrum Handlowego Focus!

007198696

make-up


kultura w sukience Animocje MCK, BYDGOSZCZ 23-29 kwietnia

kwiecień

23-29

kwietnia

Kadr z filmu „czerwony żółw” (reż. michael dudok de wit)

W

śród premier w najbliższym miesiącu znajdzie się wiele ciekawych propozycji dla miłośników filmów akcji i science fiction. Hitem w kwietniu z pewnością będzie ósma część filmu „Szybcy i wściekli”, w której zobaczymy piękną Charlize Theron. Tym razem atrakcyjna aktorka okaże się „złą kobietą” i wciągnie głównego bohatera w niebezpieczny świat. Wszystkich bohaterów akcji czeka czas prób i testów, a widzów emocje, bo to film, który ogląda się jednym tchem. Obiecująco zapowiada się także „Ghost in the shell”, film o party na mandze o tym samym tytule ze Scarlett Johansson w roli głównej. Świetny zwiastun, dla wielbicieli SF będzie to prawdziwy rarytas. Dzieci na pewno poczują wiosnę i święta po obejrzeniu animacji „Zając Max ratuje Wielkanoc”. Kino familijne w kwietniu to też film „Dzieciak rządzi” i obowiązkowa pozycja w tym gatunku - „Piękna i bestia” z Emmą Watson, czyli coś, co zauroczy każdego. W najbliższym miesiącu na Kinie Kobiet widzimy się 26 kwietnia. Będzie mnóstwo atrakcji, konkursów i zabawy, po których wyświetlimy film „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Na wydarzeniu zawsze jest dużo pań w świetnych humorach i z dystansem do siebie. Takiego luzu i dobrej zabawy życzę wszystkim Czytelniczkom „Miast Kobiet” - nie tylko na seansach kinowych, ale i w nadchodzącą majówkę.

„Tu jesteśmy” CSW, Toruń od 28 kwietnia Pod koniec miesiąca w toruńskim Centrum Sztuki Współczesnej zobaczymy wybrane prace ze zbiorów jednego z najwybitniejszych polskich kolekcjonerów - Krzysztofa Musiała. Pokazane zostaną dzieła polskich artystów powstałe w okresie od zakończenia drugiej wojny światowej do czasów współczesnych. Wystawa ta pozwoli prześledzić część historii sztuki polskiej oraz dialog związków i przeciwieństw w kształtowaniu się głównych artystycznych nurtów. Lista twórców obejmuje aż 92 nazwiska. To prawdziwa uczta dla wszystkich fanów sztuki. Szczegóły warto sprawdzić na stronie csw.torun.pl.

od 28

kwietnia

od 29

kwietnia

Sobota z jajem Muzeum Etnograficzne, Toruń 1 kwietnia Zapraszamy na rodzinne warsztaty zdobienia jajek i wyrobu palm z krepy. Zaczynamy 1 kwietnia o godzinie 16. Uczestnicy spotkania będą mieli niecodzienną okazję nauczenia się technik zdobniczych od twórców ludowych z Kurpiów. Elżbieta Prusaczyk i Józef Pokora pokażą, jak tworzyć wielobarwne pisanki zdobione woskiem, a Czesława Kaczyńska i Marianna Pokora zaprezentują sztukę wykonywania kwiatków z palm i bibuły. Liczba miejsc jest ograniczona, warto więc jak najszybciej sprawdzić szczegóły na etnomuzeum.pl.

Krąg fanów animacji filmowej w naszym regionie z roku na rok się powiększa. Dzieje się tak głównie za sprawą festiwalu Animocje, który z każdą kolejną edycją daje nam możliwość obcowania z niezwykłymi dziełami tego specyficznego gatunku kina z całego świata. Wydarzenie nie traci na popularności. Tegorocznym motywem przewodnim festiwalu będzie animacja japońska. Wciągu siedmiu dni zobaczymy m.in. film „Czerwony żółw” w reżyserii Michaela Dudoka de Wit (pokaz przedpremierowy) oraz przegląd animacji feministycznych. W programie znajdzie się ponad 40 wydarzeń, w tym pokazy konkursowe, specjalne, retrospekcje, spotkania z animatorami, wystawy, koncerty i warsztaty. Impreza została objęta Honorowym Patronatem Ambasady Japonii w Polsce. Więcej szczegółów znaleźć można na stronie www.animocje.com.

1

kwietnia

XXIV Bydgoski Festiwal Operowy Opera Nova, Bydgoszcz od 29 kwietnia Świetne przedstawienia, najlepsze obsady, wybitni realizatorzy, różnorodność inscenizacyjna - na to możemy liczyć podczas Bydgoskiego Festiwalu Operowego. 24. edycję wydarzenia zainauguruje premiera Opery Nova „Wesele Figara” W.A. Mozarta, druga w repertuarze (obok „Czarodziejskiego fletu”) pozycja genialnego klasyka. Następnie scena zostanie oddana zaproszonym teatrom operowym. Teatr Wielki w Poznaniu przywiezie imponującą wizję sceniczną „Borysa Godunowa” M. Musorgskiego, Szczecińska Opera na Zamku pokaże spektakl okrzyknięty „najważniejszym wydarzeniem artystycznym sezonu 2015/2016”: operę B. Brittena „Dokręcanie śruby”. Po kilku latach przerwy zaprezentuje się również Opera Wrocławska z „Poławiaczami pereł” G. Bizeta. Po raz trzeci zaproszenie przyjął znakomity Litewski Narodowy Teatr Opery i Baletu z Wilna, tym razem z baletem „La Piaf”. Musical reprezentowany będzie przez „Młodego Frankensteina”, spektakl chorzowskiego Teatru Rozrywki. 14 maja festiwal zakończy występ Moskiewskiej Opery Kameralnej im. Borysa Pokrowskiego. Obowiązkowe wydarzenie dla wszystkich melomanów.

kwiecień

Alicja RączkA, dyrektorKa kina Helios, poleca:


007190460


jej portret

Na chłodno Obawiałam się, że w stolicy będą na mnie patrzeć z góry, tymczasem więcej nieprzychylności doświadczyłam od osób ze swoich stron niż w tej tak zwanej „warszawce”. Z piosenkarką Agnieszką Twardowską* rozmawia Dominika Kucharska

Cześć, Twarda. Cześć! Rzadko już ktoś tak do mnie mówi. A ten pseudonim to tylko od nazwiska? Sprawiasz wrażenie raczej delikatnej i wrażliwej niż twardej. Pozory mylą (śmiech). Na pewno twardo stąpam po ziemi. Mam ogromny dystans do wielu rzeczy i w tym tkwi moja siła. Nieraz sama siebie zaskakuję takim podejściem na chłodno. Jestem dziewczyną z małego miasta, od dziecka marzyłam o muzycznej karierze, więc teoretycznie powinnam szaleć z radości mogąc występować przed ogromną publicznością i śpiewać w telewizji. A ja wracam z Warszawy do domu i wszystko toczy się jak gdyby nigdy nic. Mój dystans działa w dwie strony - nie przeżywam dziko sukcesów, tak samo jak i potknięć. Po prostu robię swoje. To nietypowe, co mówisz. Artyści kojarzą się z emocjonalną bombą. Ten dystans wyniosłam z domu. Zawsze dobrze się uczyłam, jednak rodzice częściej mówili mi: „OK, ale pamiętaj, że zawsze możesz więcej” zamiast: „Jesteś najlepsza”. Tak samo było z muzyką. Gdy wracałam z jakiegoś festiwalu, a nieskromnie dodam, że z reguły wracałam z nagrodą, to nawet nie miałam minuty na gwiazdorzenie i przedłużanie tej artystycznej aury samozachwytu, która panuje na takich imprezach. Siostry szybko ściągały mnie na ziemię, krzycząc, że mam posprzątać w pokoju (śmiech). Zresztą tak jest do dziś. Jestem im za to wdzięczna. A nie wkurzało Cię to? Nieraz myślałam, że skoro na konkursie tak mnie wychwalano, to czemu w domu nie? Jednak szybko mi przechodziło. Wiedziałam, że cała rodzina się cieszy, ale też chce, żebym była nadal ich Agnieszką. Jesteś w pierwszej dziesiątce polskich artystów najczęściej wyszukiwanych przez Google w 2016 roku. Taka informacja może strzelić do głowy, a Ty przyjęłaś to ze stoickim spokojem? Dowiedziałam się o tym przez przypadek. Leszek Stanek umieścił screen z tym zestawieniem na Instagramie i oznaczył mnie na tym. Pomyślałam, że to bardzo fajna wiadomość, której w życiu się nie spodziewałam, bo nie śledzę takich statystyk. I tyle? No i wróciłam do świętowania, bo akurat było Boże Narodzenie, a w naszej rodzinie to wyjątkowy czas. Spotykamy się, śpiewamy, gramy. Trwa to kilka dni, od rana do wieczora. Pochodzisz ze Strzelna. W tak małym miasteczku jest miejsce na rozwijanie artystycznego talentu? W miasteczkach czy wioskach to praca u podstaw. Potrzebny jest nauczyciel pasjonat, skłonny do poświęcania swojego czasu, a często też wykładania pieniędzy z własnej kieszeni. Gdyby nie pani Grażyna Adamska, która mnie i inne śpiewające dzieci zabierała na przeróżne konkursy, to pewnie byśmy dziś o tym nie rozmawiały. Przez 15 lat

6

miasta kobiet.pl

prawie w każdy weekend jechaliśmy na przegląd czy festiwal. Natomiast muzyka otaczała mnie od urodzenia, cała moja rodzina jest bardzo muzykalna. Pierwszy publiczny występ na rynku w Strzelnie zaliczyłam w przedszkolu. Pani od wokalu musiała mi podtrzymywać mikrofon, bo sama nie dałabym rady. Miałam wtedy 6 lat. I kilkanaście lat później trafiłaś na przesłuchania do programu „The Voice of Poland”. Zaczarowałaś jury i publiczność… Wiele dobrego spotyka mnie w życiu w wyniku zbiegu okoliczności. Tak też było w tym przypadku. Zostałam poproszona o zaśpiewanie na ślubie, bo dziewczyna, która miała wystąpić, rozchorowała się. Dodam, że była ona uczestniczką poprzedniej edycji „The Voice…”. Okazało się, że wśród gości weselnych są osoby pracujące przy tym programie. To od nich dowiedziałam się, że trwają przesłuchania. Namawiali mnie, bym się zgłosiła. Nie miałam nic do stracenia, ale też niczego się nie spodziewałam. Gdy dotarłam do kolejnego etapu przesłuchań, tego pokazywanego w telewizji, to pomyślałam, że fajnie byłoby, gdyby chociaż jedna osoba się odwróciła, ale jak nie, to trudno. Odwrócili się wszyscy. To było niesamowite. Z odcinku na odcinek mówiłam sobie, że już wystarczy, że to już za dużo. Najbardziej szalony był czas, gdy dotarłam do odcinków na żywo. Od środy siedziałam w Warszawie na próbach, a w sobotę po programie pakowałam się i wracałam do Strzelna. W domu robiłam scenariusz na zajęcia na studiach i w poniedziałek jechałam do Bydgoszczy na praktyki. Całkowicie odcinałam się od emocji, kamer czy sesji zdjęciowych, które były dla mnie bardzo stresujące… Wiedziałam, że muszę być gotowa na studia i tyle (śmiech). To pozwalało mi nie zwariować, nie ulec presji, która była ogromna. Marek Piekarczyk w trakcie programu powiedział, że masz bezcenny dar przekazywania uczuć. Jak to się ma do Twojego podchodzenia do wszystkiego na chłodno? On mówił o mnie na scenie i rzeczywiście, gdy śpiewam, to daję upust emocjom. A co do uczuciowości, to bardzo łatwo się wzruszam. Mam to po tacie. Potrafimy ronić łzy z totalnie dziwnych powodów. Mój tata jest rolnikiem i wzrusza go na przykład, gdy patrzy na gospodarstwo, które jest w rodzinie od pokoleń. Wzruszamy się bardzo często. A co masz po mamie? Spokój i opanowanie. Dzięki temu jakoś to równoważę. Po „The Voice…” był kolejny program telewizyjny. W „Twoja twarz brzmi znajomo” musiałaś wcielać się w przeróżne postaci. To wyzwanie nie tylko wokalne, ale i aktorskie… Tak i to ogromne! Znów szłam na casting nie licząc na nic. Gdy okazało się, że się dostałam, spanikowałam. Myślałam nawet o rezygnacji. Jeszcze nigdy w życiu się tak nie bałam. Samo wyjście i zaśpiewanie to był pikuś w porównaniu z otoczką z tym związaną. Przeprowadzka do Warsza-


ZdjęciE Alicja Werner

jej portret

miasta kobiet

kwiecień 2017

7


jej portret

Samo wyjście i zaśpiewanie to był pikuś w porównaniu z otoczką z tym związaną. Przeprowadzka do Warszawy, choreografie, wcielanie się w kogoś innego, wywiady… Tu mój dystans przegrał z czarnymi myślami. agnieszka twardowska

wy, nauka choreografii, wcielanie się w kogoś innego, wywiady… Tu mój dystans przegrał z czarnymi myślami. Ale okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Na planie nie było rywalizacji, a za to mnóstwo zabawy. To była dla mnie sceniczna szkoła życia. Wiem, że skoro to przetrwałam i szło mi całkiem nieźle, to dam sobie radę z innymi wyzwaniami.

Kogo słuchasz? Jakbyś zobaczyła moją playlistę, to uznałabyś, że mam rozdwojenie jaźni (śmiech). Teraz w aucie słucham Bisza. Relaksuję się przy płytach Lianne La Havas, w kółko męczę też ostatnią płytę Adele. Naprawdę słucham przeróżnych rzeczy. Jedyne, czego nie zniosę to country.

W której z ról czułaś się najlepiej? Zdecydowanie wcielając się w Christinę Aguilerę. Platynowe włosy, biały mundurek, szpilki - to było ekstra. Czułam się superkobieco, co dodawało mi pewności siebie, mimo świadomości, że to nie do końca ja.

A przeżywające dziś renesans disco polo? W „Twoja twarz brzmi znajomo” wcieliłaś się w samego Zenka Martyniuka! To była czysta zabawa. Na pewno nie należę do osób, które, gdy usłyszą na weselu „Jesteś szalona”, wychodzą. Trudno byłoby mi przetrwać całą imprezę z taką muzyką, ale kilka piosenek mnie nie odstrasza.

Artyści i celebryci, z którymi współpracowałaś, w jakiś sposób Cię zaskoczyli? Wszyscy okazali się wyluzowanymi, normalnymi ludźmi. Poza tym byli bardzo pomocni. Więcej nieprzychylności doświadczyłam od osób ze swoich stron niż w tej tak zwanej „warszawce”. Obawiałam się, że w stolicy będą na mnie patrzeć z góry, że ktoś będzie próbował wykorzystać mój brak doświadczenia w branży. Jednak nie spotkałam się z niczym takim. Pracowałam z wieloma artystami, o których różnie się pisze, wiele się im zarzuca. Tymczasem nie zapomnę, jak Kasia Zielińska po każdym nagraniu pytała, czy już może biec do domu do dziecka. Uświadomiłam sobie, jak krzywdzące są opinie, że dla tych osób najważniejsze jest bywanie czy zdjęcia na ściankach. To element ich pracy i tyle. Udział w kolejnym programie telewizyjnym na pewno przysporzył Ci popularności, ale nie obawiałaś się, że jednocześnie Cię zaszufladkuje? Że będziesz dziewczyną z programów TV? Obawiałam się, ale też wiedziałam, że to pomoże mi przebić się z moją muzyką. Dodatkowo zdawałam sobie sprawę z tego, że dużo się nauczę. Znam mnóstwo świetnych muzyków, naprawdę wyjątkowych, o których wiedzą tylko bywalcy przeglądów piosenki, pubów i wesel. Niestety, sam talent w większości przypadków nie wystarcza. Trzeba się pokazać, żeby ktoś nas dostrzegł. Mnie po tych dwóch programach jest dużo łatwiej, ale wiem też, że już wystarczy. Teraz w pełni skupiam się na swojej muzyce. I nagrywasz płytę. Jak Ci idzie? Powoli dochodzę do momentu, gdy materiału jest tyle, że spokojnie mogę z niego wybierać. Na tym mi zależało. Nie chciałam się spieszyć, a potem żałować. W końcu pierwszą płytę wydaje się tylko raz (śmiech). Ma mi otworzyć drogi, a nie zamknąć. Chcę, żeby była w pełni moja, taka, jaką sobie wymarzyłam. Będzie soulowo? Będzie różnie. Na pewno będzie trochę electro, ale w wersji soft, oczywiście nie zabraknie ballad, które lubię najbardziej. Nie nagrywam bardzo niszowej płyty, bo nie o to mi chodzi. Zależy mi na pogodzeniu ambitnej muzyki z dźwiękami, których po prostu przyjemnie się słucha. Sama wybieram takie kawałki.

Przymierzasz się do przeprowadzki do Warszawy? Na razie udaje mi się godzić mieszkanie w Strzelnie, studiowanie w Bydgoszczy i dojazdy do stolicy. Biorę pod uwagę, że kiedyś będę musiała się tam przeprowadzić, ale chcę to odwlekać najdłużej, jak się da. Uwielbiam wracać do domu, do tej ciszy. Warszawa ze swoimi korkami i pędem wciąż mnie przytłacza. Ludzie rozpoznają Cię na ulicy? To przychodzi falami. Po programach zdarzało się, że ludzie podchodzili do mnie, wiedzieli, kim jestem. To było szalenie miłe, bo przecież nie było mnie w tych mediach aż tyle. Rozczula mnie też to, ile wiadomości dostaję, ile osób czeka na moją płytę, śledzi moje poczynania. To naprawdę super. Jesteś zdolna, atrakcyjna. Zajęta? Tak. Jestem w szczęśliwym związku. Mój chłopak daje mi dużo wsparcia, cierpliwie znosi moje życie w rozjazdach. I na tym skończmy temat (śmiech). Tak mocno strzeżesz swojej prywatności? Obiecałam sobie nie mówić o tym w wywiadach. Chcę, aby moje życie prywatne pozostało naprawdę prywatne. Czyli ustawki nie wchodzą w grę? Wiesz, że ja do końca nawet nie wiem, jak to wygląda. Gwiazda umawia się z plotkarskim pismem czy portalem. Oni wiedzą, gdzie i o której godzinie się pojawi, a ona ma gwarancję, że ktoś o niej napisze. I biznes się kręci… To dla mnie kosmos. Dziwna sytuacja. Nie wyobrażam sobie robić takich rzeczy. Gdzie chciałabyś być za rok? W trasie koncertowej ze swoim repertuarem. Marzy mi się, aby kiedyś dotrzeć do takiego etapu, na jakim jest Kayah. Oj, chciałabym być jak Kayah! Nie chodzi mi o zdolności wokalne, bo w tej sferze nigdy jej nie dorównam. Mam na myśli to, że jej repertuar jest tak ambitny i zróżnicowany, a jednocześnie usłyszysz go w radiu. Bez znaczenia, co robi muzycznie, wszyscy wiedzą, że jest to dobre.CP

*Agnieszka Twardowska - ma 24 lata, pochodzi ze Strzelna, dotarła do ćwierćfinału „The Voice of Poland”, brała udział w programie „Twoja twarz brzmi znajomo”, koncertuje ze swoim zespołem oraz solo m.in. z Polską Orkiestrą Muzyki Filmowej, studiuje na UKW (kierunek - edukacja artystyczna w zakresie sztuki muzycznej).

8

miasta kobiet.pl


Nie bójmy się rozmawiać W terapii rodzinnej główną barierą u rodziców jest obawa przed utratą autorytetu. Dlatego uspokajam - nie chcemy pozbawiać rodziców autorytetu. Raczej go umacniamy.

Rozmowa z Jackiem Maślankowskim, koordynatorem Ośrodka Terapii Rodzin w Centrum Medycznym Gizińscy Na czym polega terapia rodzinna? Na rozmowie rodziny z terapeutą o ważnych dla niej sprawach. Tematami rozmów, które zwykle odbywają się w cyklu spotkań, są kłopoty we wzajemnych relacjach, trudne sytuacje. Celem jest to, żeby zrozumieć, co się dzieje w rodzinie i znaleźć satysfakcjonujące sposoby radzenia sobie z problemami. Dla rodziców jest to dobry sposób na poprawę kontaktu ze swoimi dziećmi, poszukanie lepszych rozwiązań kłopotów wychowawczych, a dla dzieci pomoc w zrozumieniu intencji zachowań rodziców. Jakie kłopoty skłaniają nas zwykle do skorzystania z takiej pomocy? Wszystkie zdarzenia, które powodują, że dzieje się coś, co rodzinę niepokoi. Myślę, że kluczem może być tu słowo „utrata”. Utrata zdrowia, pracy, wartości, szacunku czy odejście jednego z członków rodziny. Ale takim powodem bywa też pojawienie się małego dziecka. Dla młodego małżeństwa też wiąże się to z pewnego rodzaju utratą – dotychczasowego stylu życia czy wolnego czasu. Każda z tych sytuacji dostarcza przeżyć, z którymi rodzina lub któryś z jej członków nieraz nie może sobie poradzić. A jeżeli coś dotyka jednego członka rodziny, to oddziałuje też i zmienia relacje w całej rodzinie. Większość osób w pierwszej kolejności próbuje rozwiązywać problemy samodzielnie. Co może być takim sygnałem, że potrzebna jest nam pomoc specjalisty? Granica jest wtedy, kiedy nasze strategie rozwiązywania problemów zawodzą i jeszcze generują trudności. Gdy emocje eskalują do tego stopnia, że uniemożliwiają nam znalezienie wspólnego rozwiązania, a kolejne

próby porozumienia nic nie wnoszą, to warto poprosić kogoś, kto będzie neutralny i popatrzy na nasz problem z zewnątrz. Może zobaczy coś, czego sami nie mogliśmy zobaczyć, owładnięci silnymi emocjami. Mówi się, że terapia rodzinna przynosi najlepsze efekty, gdy biorą w niej udział wszyscy domownicy. Ale czy powinniśmy angażować w nią też małe dzieci? Często jest tak, że problemy, które wynikają z niewłaściwego funkcjonowania czy komunikowania się dorosłych, sygnalizuje nam dziecko. Poprzez trudności w szkole czy zachowania ryzykowne pokazuje, że dzieje się coś niedobrego. Dorośli czasem dopiero na sesji, w odpowiednich warunkach, zaczynają rozumieć, co ono czuje i myśli. Te komentarze potrafią być dla dorosłych bardzo otrzeźwiające. Terapia rodzinna może się przerodzić w terapię pary. Ważne jest, żeby pamiętać, że pewne problemy dotyczą tylko dorosłych. To oni sami powinni je rozwiązywać, a nie obciążać nimi dziecko. Uzdrowienie tego, co jest pomiędzy małżonkami, spowoduje natomiast zniwelowanie napięcia u dziecka. Boimy się korzystać z pomocy? Jakie są bariery przed wizytą u terapeuty? W terapii rodzinnej główną barierą u rodziców jest obawa przed utratą autorytetu. Dlatego uspokajam - nie chcemy pozbawiać rodziców autorytetu, a raczej go umacniać, w taki przemyślany sposób, żeby to było do przyjęcia przez dziecko. Kolejną barierą jest po prostu wstyd. Nie lubimy i nie chcemy mówić o swoich niedoskonałościach, o tym, co się wydarzyło w naszej rodzinie. Boimy się, że zostanie to skomentowane, ocenione, skrytykowane. Od terapeuty nikt nie usłyszy krytyki. Każdy dostanie wsparcie i pomoc w zrozumieniu tego, co jest źródłem cierpienia. W terapii pomagamy nazwać pewne rzeczy po imieniu, a to sprawia, że stają się one jaśniejsze, bardziej czytelne i łatwiej wtedy sobie z nimi poradzić. By terapia miała sens, potrzebna jest zgoda i chęć obu partnerów. A co, gdy widzą Państwo, że ktoś dał się przyprowadzić na spotkanie tylko „dla świętego spokoju”? Pierwsze spotkanie ma charakter konsultacyjny. Terapeuta dokonuje wstępnej diagnozy odczytując intencje partnerów, ich motywacje. Przygląda się wzorom komunikacyjnym, pomaga nazwać problemy i ustala wspólnie z parą cele terapeutyczne. Dla małżonków jest to spotkanie, w czasie którego mogą się rozeznać, jaki sposób rozmowy proponuje terapeuta, czy budzi zaufanie, czy jego komentarze gwarantują zrozumienie i bezpieczeństwo niezbędne w mówieniu o intymnych problemach. Przyjście na terapię „dla świętego spokoju” skrywa w sobie pewną motywację – naszym zadaniem jest stworzyć takie warunki startowej sesji, by każdy otrzymał stosowne zachęty do otwartości i pracy nad zmianą.

Ośrodek Terapii Rodzin działający przy Centrum Medycznym Gizińscy to specjalistyczna jednostka świadcząca profesjonalne usługi psychoterapeutyczne. OTR powstał w odpowiedzi na zapotrzebowanie na kompleksową terapeutyczną pomoc rodzinom, ale oferuje też psychoterapię dla par, grup oraz osób indywidualnych, zarówno dorosłych, jak i dzieci. Specjaliści tworzący zespół OTR ukończyli całościowe szkolenia psychoterapeutyczne rekomendowane przez Polskie Towarzystwo Psychiatryczne. Posiadają certyfikaty PTP uprawniające do samodzielnego prowadzenia psychoterapii lub są w trakcie certyfikacji i pracują pod stałą superwizją. Oprócz pomocy terapeutów ośrodek oferuje warsztaty dla rodziców, pomoc psychiatryczną – stałą praktyką jest współpraca psychiatry z psychoterapeutą – oraz superwizję dla osób, które są w trakcie szkolenia lub przygotowują się do egzaminu certyfikacyjnego, a także psychoterapeutów chcących doskonalić swoje umiejętności w wybranym module.

ul. Kościuszki 16, 85-676 Bydgoszcz Rejestracja: tel. +48 52 321 32 03 fax +48 52 366 50 25 jacek.maslankowski@gizinscy.pl www.gizinscy.pl P R O M O C J A 007235118


ich pasja

Gdy pada hasło: „Możemy kroić torbę”. (na zdjęciu od lewej: Monika Pstrąg, Dominika Kucharska, Olaf Stanke)

Uszyj, co nierealne U Krawców można nauczyć się szyć, rozróżniać rodzaje materiałów, zgłębić tajniki ich farbowania, a nawet wypożyczyć maszynę na godziny. Brzmi świetnie, tylko że ja naprawdę nie potrafię! Tekst: Dominika Kucharska zdjęcia: Tomasz Czachorowski

G

dy przyglądasz się zasobom swojej szafy i stwierdzasz, że przydałaby ci się nowa spódnica czy bluzka, to z automatu myślisz „zakupy”? A potem odwiedzasz sklep za sklepem i nawet jeśli nie ma tam ubrania o wymarzonym kroju czy kolorze, to koniec końców i tak coś kupujesz, bo widocznie wymarzyłaś sobie rzecz nierealną? Moje odpowiedzi na te pytania brzmiały „tak”. Celowo użyłam czasu przeszłego, bo parę dni temu poznałam Monikę Pstrąg i Olafa Stanke, którzy odpowiadają: „Skoro nie znalazłaś w sklepie, to siadaj do maszyny i szyj!”.

Oswoić potwora Niby oczywiste, ale sęk w tym, że przy maszynie do szycia nie siedziałam nigdy. Z dzieciństwa pamiętam tę ogromną i ciężką, którą w szafie w przedpokoju trzymała moja mama. Z jej wyciągnięciem było zawsze dużo zachodu, a do tego w pamięci utkwiła mi scena z pewnego filmu - chłopiec siedzący przy maszynie przekłuwa sobie igłą palec na wylot. To wystarczyło,

10

miasta kobiet.pl

aby potwór z szafy nie pociągał mnie ani trochę. Doświadczenia z szyciem ograniczyłam więc do ręcznego mocowania urwanych guzików i cerowania skarpetek. Wróćmy jednak do wspomnianej dwójki, która postanowiła moje złe wspomnienia zastąpić czymś miłym. U Krawców - tak nazywa się miejsce, które stworzyli w samym centrum Bydgoszczy i do którego zapraszają wszystkich, chcących spędzić czas inaczej niż zwykle. Można tam nauczyć się szyć, rozróżniać rodzaje materiałów, zgłębić tajniki ich farbowania, a nawet wypożyczyć maszynę na godziny, jeśli nie chcecie od razu kupować własnej. Brzmi świetnie, tylko że ja naprawdę nie potrafię! - Wszystkiego cię nauczymy i dziś sama uszyjesz torbę - usłyszałam. Czemu nie? - pomyślałam. Na maszynie szyła moja mama, spróbuję i ja.

Od pierwszego spojrzenia - „Muszę was poznać. Na pewno się dogadacie” - stwierdziła nasza wspólna znajoma i, jak się szybko okazało, miała nosa. Dogadaliśmy

się od pierwszego spojrzenia - wspominają z uśmiechem Monika i Olaf. Zaprzyjaźnili się i postanowili rozwijać swoje talenty w duecie. Monika to marketingowa głowa tego przedsięwzięcia. Na co dzień zajmuje się organizacją przeróżnych eventów - od pokazów, przez koncerty, na wieczorach ze stand-upem kończąc. Sama dopiero uczy się szyć. Z kolei Olaf to krawiec z krwi i kości. - Gdy rodzice usłyszeli, że chcę iść do odzieżówki, nie mieli zadowolonych min. Przekonali mnie, abym wybrał liceum, ale po maturze wciąż ciągnęło mnie do szycia. Dziś uczę się krawiectwa w Centrum Kształcenia przy ulicy Słonecznej i w Międzynarodowej Szkole Kostiumografii i Projektowania Ubioru w Warszawie.

Gwiazdy i szampan Wspólnie założyli markę odzieżową STANKE. Po ich ubrania sięgają takie gwiazdy, jak Edyta Górniak czy Piotr Stramowski. Organizowali też pokazy mody, targi, szyli dla Teatru Polskiego w Bydgoszczy, włączali się w szereg wydarzeń i festiwali. A jak narodził się pomysł na U Kraw-


ich pasja

Było już rysowanie, wycinanki, szpileczki. Przyszedł więc i moment szycia. Siadam przy maszynie. Nerwy (żeby tylko niczego nie zepsuć) mieszają się z ciekawością.

ców? - Wielokrotnie byliśmy proszeni o porady z szycia, wskazówki, miniwarsztaty. Zdarzało się to coraz częściej - wspominają. Dlaczego więc nie stworzyć miejsca, w którym można to organizować regularnie? - pomyśleli i przeszli do działania. Na razie ich warsztaty przeżywają boom. - Nie baliście się, że ten pomysł nie wypali? - dopytuję. - Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana - odpowiadają błyskawicznie.

Ach, ta wolność Wróćmy jednak do mojego krawieckiego pierwszego razu. Z miarą zawieszoną na szyi przeszłam do początkowego punktu programu - wyboru tkaniny na moją przyszłą torbę. Stanęłam przed kilkudziesięcioma belami przepięknych materiałów i poczułam się jak w sklepie ze słodyczami. Decyzja nie była prosta, bo zarówno do słodyczy, jak i ładnych tkanin mam słabość. Na dumanie w nieskończoność nie było jednak czasu, bo wiedziałam, że to najłatwiejszy punkt lekcji. Po chwili rozmyślań postawiłam na szarość zestawioną z moro (gorący trend sezonu!). To, jak połączę materiały, zależało wyłącznie ode mnie i w tej wolności było najwięcej frajdy. Poczułam, co mnie omija, gdy sięgam po gotowce, a to dopiero początek… Następnie przyszła pora na przyspieszony kurs oswajania z maszynami. U Krawców mamy do czynienia z tzw. przemysłówkami, czyli sprzętem w pełni profesjonalnym. Takich samych używali choćby uczestnicy programu „Project Runway”. Olaf po kolei wyjaśniał, co do czego służy. Dwie prowadnice, dwie szpule nici, brzuszek między talerzyki, żeby nitka mogła swobodnie przez nie biec, szpulka w bębenku, kołem zamachowym do siebie i wyciągamy nitkę, opuszczamy stopkę… Potem przechodzimy do overlocka. Od razu słyszę, że z tą maszyną trzeba się obchodzić delikatniej. Osoby, które z szyciem miały już coś wspólnego, mogą zacząć się śmiać, bo przyznaję, że dla mnie była to czarna magia. Słuchałam w skupieniu i coraz bardziej przygniatała mnie mnogość elementów maszyny i rzeczy, o których trzeba pamiętać, szyjąc. No, ale skoro powiedziało się A, to trzeba powiedzieć i B.

na zakupy, chcą nauczyć się czegoś nowego. Bywa więc gwarno i bardzo wesoło. - Dotychczas nie odważył się przyjść jeszcze żaden mężczyzna. Czekamy na pierwszych, którzy przetrą szlaki - mówi Monika. Było już rysowanie, wycinanki, szpileczki. Przyszedł więc i moment szycia. Siadam przy maszynie. Nerwy (żeby tylko niczego nie zepsuć) mieszają się z ciekawością. Olaf cały czas stoi obok i czuwa, a to dodaje otuchy. Najpierw muszę wyczuć maszynę. Jeden pedał podnosi stopkę, drugi wprowadza w ruch igłę z nitką. Co prawda nie jestem kierowcą, ale zawsze uważałam się za osobę, która nie będzie miała ciężkiej stopy. Myliłam się. Dobrze, że na pierwszy ogień poszły próbki materiału, a nie te, które będą tworzyć moją przyszłą torbę. Po kilku próbach wpadam w rytm i stwierdzam, że całe to szycie jest całkiem relaksujące. Mały stres wraca, gdy próbki idą w kąt, a pod stopką ląduje wybrana przeze mnie tkanina w moro.

Skąd masz torbę? Jak mi poszło? Usłyszałam, że naprawdę nieźle. Było kilka wtop, mylenia pedałów i problemów z cofaniem (tak, tak - szyjąc na maszynie, też trzeba cofać). Było też dużo śmiechu i odkrywania z każdym kolejnym szwem, jak fantastycznie jest robić coś nowego. Łatwo o tym zapomnieć w codziennej rutynie. Jeszcze zanim moje krawieckie dzieło potraktowałam wytwornicą pary, która zlikwidowała wszystkie zagniecenia, wiedziałam już, że efekt będzie świetny. Czy samodzielne uszycie ubrania lub torby jest trudniejsze od pójścia do sklepu i kupienia gotowej rzeczy? Jasne, że tak! Ale takiej dumy, jaką czułam idąc Starym Rynkiem z torbą mojego autorstwa, nie czułam po żadnych zakupach (nawet po owocnym polowaniu na wyprzedażach). Dochodzi do tego jeszcze bezcenna satysfakcja, gdy na pytanie: „Skąd masz taką świetną torbę?”, odpowiadam: „Uszyłam sobie”.CP

No to kroimy Pada hasło: „Możemy kroić torbę”. Stajemy przy ogromnym stole, na którym ta operacja się odbędzie. Zanim ostrza pójdą w ruch, odrobina odmierzania. Linie cięcia rysuję mydełkiem krawieckim. Monika wręcza mi nożyce. Całe szczęście, moje zadanie polega na wycięciu trzech prostokątów, więc daję radę, a na dodatek Olaf pociesza mnie, że w trakcie szycia nierówności zostaną zniwelowane. Kawałki materiałów, które za chwilę będę ze sobą zszywać, na razie spinam szpilkami. Podziwiam anielską cierpliwość moich nauczycieli, bo to, co zajmuje mi kwadrans, im pewnie zajęłoby 2 minuty. - Chcemy uczyć i zdajemy sobie sprawę, że osoby, które dopiero próbują, potrzebują więcej czasu. Zdarza się, że warsztaty przedłużają się o godzinę, ale bywa i tak, że kończymy szybciej - mówi Olaf. - Dużo zależy też od kreatywności uczestników. Niektóre panie mają bardzo oryginalne pomysły, a jako że chcemy rozwijać kreatywność, a nie ją blokować, to kombinujemy tak długo, aż uzyskamy pożądany efekt - dodaje Monika. - Kreatywność niektórych osób jest imponująca. Dla mnie, jako projektanta, to zawsze świetna lekcja, która pokazuje mi, czego w ubraniach i dodatkach poszukują kobiety - przyznaje Olaf. Ciężka stopa Na warsztaty decydują się młode mamy, urzędniczki, kobiety pracujące w przeróżnych branżach, grupy koleżanek, które zamiast wyjścia do kina, kawiarni czy

szarości zestawione z moro to gorący hit sezonu miasta kobiet

kwiecień 2017

11


felieton

Jedz, nie marudź Pewnie harira sprzedawana w ramach „tygodnia arabskiego” w sieci popularnych marketów nie jest zła, ale nijak ma się do zupy serwowanej w gwarnej marokańskiej medynie. Bo jedzenie to nie tylko składniki, ale też ludzie, miejsca i związane z nimi historie.

Tomasz Skory Dziennikarz i amator taniego podróżowania. Skakał po wulkanach, gubił się w dżungli i zaglądał do miejsc, od których powinien trzymać się z daleka. W chwilach, gdy nie robi akurat nic głupiego, śpi, zajada się słodyczami lub czytuje fantastykę.

Hongkong, niewielka knajpka na rogu Temple Street. Choć każdego dnia słynną ulicę szturmują tysiące turystów, obsługa ni w ząb nie mówi po angielsku. W teorii nie ma takiej potrzeby - rolę menu pełnią tu obrazki i wystarczy wskazać palcem, na co się ma ochotę. Poza tym wszyscy klienci wyglądają na miejscowych, a nawet jakby zabłąkał się tu jakiś Europejczyk, wśród chińskich znaczków da się odszukać cennik zapisany arabskimi cyframi. Z niczym nie powinno być więc problemów. Ale czasem musi się trafić kłopotliwy klient. Ot, choćby ja. Porcje na obrazkach wyglądają solidnie, a nie jestem na tyle głodny, ani tym bardziej odważny, by zamówić cały talerz nie wiadomo czego. Okej, ta biała plama to na pewno ryż, a zielone paseczki to jakaś roślinność, ale bladobrązowe kulki mogą być ze wszystkiego. Gdy z witryny sąsiedniej restauracji łypią na mnie żywe kraby i homary, wolę zachować czujność. Lubię eksperymenty kulinarne, ale od owoców morza trzymam się z daleka. Próbuję więc porozumieć się z kucharzem, by dociec, z jakiego stwora zrobione są pulpety. Pokazuję na migi kurczaka, krowę, rybę i w końcu kota, a kucharz śmieje się głośno, woła kelnerkę i sam chowa na zapleczu. Ponawiam kalambury, jednak w końcu kapituluję i daję kelnerce znać, że wezmę, co dają, ale chętnie kupiłbym pół porcji za połowę ceny. W ten sposób mniej ryzykuję. By nie było wątpliwości, rysuję nawet w jej notesie pół talerza i zapisuję połowiczną kwotę. Kelnerka kiwa głową ze zrozumieniem i znika w kuchni.

Spojrzeć w oczy śwince Czasem jestem pytany, czy podczas swoich wojaży jadłem kiedyś coś „naprawdę dziwnego”. Zwykle odpowiadam, że nie wiem, bo dla jednych ślimaki będą już czymś nie do przełknięcia, a dla innych, by mieć o czym opowiadać, powinienem zajadać się robactwem, świnkami morskimi lub surowymi mewami. Stara zasada żywienia się na obczyźnie mówi, że należy jeść to, co miejscowi, i tam, gdzie miejscowi, więc może podczas kolejnej wizyty w południowo-wschodniej Azji skuszę się w końcu na smażonego ptasznika. Z lokalnych przysmaków, których odważyłem się tam do tej pory spróbować, na uwagę zasługuje na pewno durian, czyli owoc o tak nieprzyjemnym zapachu, że jedzenie go w miejscach publicznych o słabej wentylacji jest surowo wzbronione. Nie było to przyjemne doświadczenie, ale nauczyło mnie, że jednak nie da się zabić każdego smaku colą. Jakbym kiedyś w okresie świąt trafił na Grenlandię, może dałbym się też namówić na mikroskopijną porcję kiviaku - wspomnianych wyżej mew - ale świnek morskich nie miałem ochoty próbować.

12

miasta kobiet.pl

Podczas wizyty w Peru, gdzie te puchate stworzenia uważane są za przysmak, jedna z restauratorek zapytała się mnie, dlaczego Europejczycy ich nie zjadają. Odpowiedziałem, że moi znajomi hodują świnki i wydaje mi się, że po takiej przekąsce trudno byłoby mi spojrzeć im w oczy. I znajomym, i świnkom. Swoją drogą, w Peru podano mi raz obiad, który zajął wysoką lokatę na mojej liście zaskakujących potraw. Nie dlatego, że wśród jego składników znalazło się coś wyjątkowego - wręcz przeciwnie. Był to ryż z makaronem i ziemniakami. Tak, ryż z makaronem. I ziemniakami. Serwowane razem jako jeden pełnoprawny posiłek. Tu może warto wyjaśnić, że w Peru ziemniaki są traktowane inaczej niż u nas, bardziej jako warzywna przystawka niż podstawa dania, ale zestawienie ich z ryżem i makaronem mocno mnie wówczas rozbawiło. Takich kulinarnych ciekawostek spotkało mnie znacznie więcej. Niemal w każdym zakątku globu coś mnie zaskoczyło, zniesmaczyło lub przypadło mi do gustu i nawet gdybym nie podróżował głównie po to, by zwiedzać, pewnie robiłbym to, aby od czasu do czasu zjeść coś ciekawego. Pewnie harira sprzedawana w ramach „tygodnia arabskiego” w sieci popularnych marketów nie jest zła, ale nijak ma się do zupy serwowanej wieczorami z wielkiego kotła w gwarnej marokańskiej medynie. Bo jedzenie to nie tylko składniki, ale też ludzie, miejsca i związane z nimi historie.

Jak smakują pomyje? Hongkong. Kelnerka wraca z pełnym talerzem klopsów i miską zupy, która w naszej dyskusji na migi w ogóle się nie pojawiła. Nie protestuję - i tak wywołałem już wystarczające zamieszanie - tylko zabieram się ostrożnie do jedzenia, zastanawiając się, czy bardziej ucierpi na tym mój portfel, czy układ pokarmowy. Klopsiki nie są złe, choć nie jestem w stanie powiedzieć z jakiego powstały mięsa. Zupa to zaskoczenie. Pływają w niej algi, morszczyny lub inne glony, a w smaku przypomina... w sumie nie wiem co. Zwykło się mówić, że zupa z wodorostów smakuje jak pomyje, ale tych nigdy nie próbowałem. Po posiłku rzucam okiem na rachunek i mrugam ze zdziwienia. Za dwudaniowy obiad mam zapłacić tyle, co za „umówione” pół talerza. Marudzić nie będę, tak można eksperymentować!CP


w Żninie ul. Plac Wolności 13 tel. (52) 302 04 50 pn.-nd. 8-22

007181871

007053279

ul.Kossaka 23 tel. 515 979 046 pn.-nd. 8 – 21


zdjęcie tomasz cz achorowski

kontrowersje

Jestem ich głosem Pamiętam przypadek, kiedy dowiedzieliśmy się, że facet wykończył swojego psa, a mi z ironią i miną zwycięzcy powiedział: „Widzi pani, nie ma pieska, uciekł podczas spaceru”. Z Martą Bitowt* z Pogotowia dla Zwierząt w Bydgoszczy rozmawia Dominika Kucharska

Zdjęcia z pseudohodowli w podbydgoskim Dobrczu obiegły cały kraj. Ty byłaś na miejscu. Po tym, co zobaczyłaś, wierzysz jeszcze w ludzi? Nie ukrywam, że zwątpiłam w człowieczeństwo, ale po pospolitym ruszeniu i ogromie pomocy, jaka do nas dotarła, ta wiara wróciła. Na rzecz zwierząt działam od wielu lat, ale to, co zobaczyłam w Dobrczu, było najgorszym widokiem ze wszystkich dotychczasowych. Na zewnątrz wszystko wygląda normalnie, a za drzwiami koszmar? Te pozory dodawały tragizmu. Dotarliśmy tam po zgłoszeniu od weterynarza, do którego drugi raz trafił ten sam pies, znów w tragicznym stanie. Zarówno pierwsi, jak i drudzy właściciele wskazali, gdzie kupili zwierzę. Pojechaliśmy

14

miasta kobiet.pl

na miejsce i zobaczyliśmy całkiem ładny dom z ogrodem i garażem, w którym stał drogi samochód. W korytarzu powitał nas zadbany buldożek leżący na czystym posłaniu, a my stawiając kolejne kroki widzieliśmy coraz większą tragedię. W każdym pokoju psy i koty były dosłownie poupychane. Leżały we własnych odchodach, w prowizorycznych boksach zrobionych ze starych mebli i kartonów. Te boksy były nasiąknięte moczem. Niektóre zwierzęta siedziały w klatkach tak małych, że nie mogły się odwrócić. W tym syfie leżały suczki po cesarskim cięciu, z ropiejącymi ranami, ledwo żywe jedno- czy dwudniowe mioty. Smród był nie do zniesienia. Szczypał w oczy. Co jakiś czas musieliśmy wychodzić na zewnątrz, aby zaczerpnąć powietrza. Te zwierzęta nie miały takiej możliwości, one w tym żyły. Wszystkie ubrania, która miałam

na sobie tej nocy, trafiły do śmieci. Nie dałoby się tego doprać. Ile zwierząt tam zastaliście? Początkowo dostaliśmy informację o 40 i rzeczywiście w pokojach na pierwszy rzut oka było mniej więcej tyle zwierząt. Jednak zaniepokoiło nas ogrodzenie na podwórku. Po co ktoś miałby grodzić się na własnej posesji? Zaczęły się przepychanki, bo właścicielka nie chciała nam dać kluczy od furtki. Gdy wreszcie je zdobyliśmy i otworzyliśmy pomieszczenie gospodarcze, ujrzeliśmy kolejne około 80 zwierząt, a za garażem upchnięte kilkanaście kotów. Zadzwoniliśmy po pomoc, bo wiedzieliśmy, że sami nie damy rady. Musieliśmy wynieść wszystkie zwierzęta. Niektóre z nich nie żyły. Psy z długim włosiem podnosiliśmy z kopułą przyklejonych


kontrowersje odchodów. Pracowaliśmy do nocy. Na miejsce zjechało blisko 25 osób z różnych fundacji i organizacji. W sumie odebraliśmy 170 zwierząt. Jak po czymś takim wraca się do codzienności, idzie do pracy? Jestem osobą o mocnych nerwach, naprawdę opanowaną. To nie była pierwsza interwencja, podczas której było nerwowo, bo raczej nie trafiamy do osób, które witają nas z otwartymi ramionami. W Dobrczu działała adrenalina. Czuliśmy złość, chcieliśmy jak najszybciej zakończyć to piekło, ale był moment, kiedy się rozkleiłam. W jednej z mikroskopijnych klatek siedział bulterier - duża rasa, potrzebująca ruchu. Wokół biegali ludzie, mnóstwo się działo, a on patrzył w martwy punkt pustym, zrezygnowanym wzrokiem… Jakby czuł, że nie spotka go już nic dobrego. Wtedy popłynęły łzy, ale szybko trzeba było wracać do pracy. Po tygodniu od interwencji dostaliśmy 7600 mejli w sprawie adopcji. 45 chętnych na jednego zwierzaka. Nie myślisz, że taki ogrom chętnych był spowodowany tym, że na adopcję czekały rasowe zwierzęta, a nie kundelki i dachowce? Oczywiście, że tak było. Przecież interwencji, po których mamy zwierzę do adopcji, jest mnóstwo. Sęk w tym, że to z reguły stare, zaniedbane, brzydkie psy czy koty, które na dodatek mają poranioną psychikę, bo na przykład całe życie spędziły na łańcuchu albo były maltretowane. Wtedy trudno znaleźć im dom. Zresztą nawet w przypadku zwierząt z pseudohodowli, gdy odbierałam telefony i mówiłam chętnym, że owszem, jest to zwierzę w typie jakiejś rasy, ale wymagające leczenia, to wiele osób rezygnowało. Na wsiach zwierzęta cierpią bardziej niż w miastach? Na pewno w miastach świadomość społeczna jest większa, co nie znaczy, że nie zdarzają się przypadki łamania praw zwierząt. Całe szczęście - sąsiedzi z reguły nie udają, że nie widzą, gdy dzieje się coś złego. Dzwonią, informują. Natomiast na wsi to, jak ktoś traktuje zwierzę, jest jego sprawą, sąsiad się nie wtrąca, a często sam robi tak samo. Panuje ogólne przyzwolenie na to, że pies jest uwiązany przez cały dzień, nie jest leczony i karmi się go resztkami. Tam zmiany światopoglądowe zachodzą wolniej. Poza tym łatwo zauważyć, że w środowiskach, w których występuje patologia i ludzie nie radzą sobie sami ze sobą, nie radzą sobie także ze zwierzętami. Jak ludzie krzywdzą zwierzęta? Znajoma opowiadała mi, że jej sąsiadka z bloku wyjechała na kilka tygodni, ale psa zostawiła w domu. Dwa razy dziennie ktoś do niego przychodził, ale przez resztę czasu psiak wył. Nie mieściło mi się to w głowie. Ta sąsiadka i tak postąpiła „humanitarnie”, bo znam przypadki, kiedy ludzie wyjeżdżają i zostawiają zwierzęta same sobie. W Polsce była taka głośna sprawa. Na posesji zostawiono kilkadziesiąt zwierząt. Początkowo sąsiedzi słyszeli ujadanie, ale z dnia na dzień ono cichło. W końcu jeden z nich zdecydował się donieść

o tej sytuacji, ale było już za późno. Znaleźli tylko ciała. Śmierć głodowa u wszystkich… A jak to wygląda na naszym lokalnym podwórku? Odbierałam psa spod Koronowa. Właściciele trzymali go na metrowym łańcuchu. Pies był stary i, jak usłyszałam, „na dodatek głupi”. Załatwili sobie więc młodego psa, a tego chcieli zagłodzić na śmierć. Szło im całkiem nieźle, bo gdy przyjechałam, zwierzę ważyło 14 kilo i nie było w stanie utrzymać się na nogach. Okno ich kuchni wychodziło wprost na tego psa. Zapytałam, jak mogą codziennie przygotowywać tu posiłki, patrząc, jak wykańczają inne stworzenie? To była rodzina z dziećmi, które kiedyś się wyprowadzą i też będą tak postępować. W tym przypadku właściciele zostali ukarani. Musieli zapłacić 600 złotych. To wyjątek, bo wiele z takich spraw jest umarzanych. Dziś ten psiak waży 40 kilogramów.

Stawiając kolejne kroki widzieliśmy coraz większą tragedię. W każdym pokoju psy i koty były dosłownie poupychane. Leżały we własnych odchodach, w prowizorycznych boksach zrobionych ze starych mebli i kartonów. marta bitowt

Sprawy są umarzane, bo to tylko zwierzę? Oczywiście, takie sprawy są traktowane jako mniej ważne. Często słyszymy, że coś trudno udowodnić. Ktoś zagłodził czy skatował psa, ale się nie przyznaje. A przecież zwierzę się nie wypowie. My jesteśmy jego głosem, dlatego w sprawie występujemy jako pokrzywdzony. Ludzie, którzy znęcają się nad zwierzęciem, chociaż próbują się Tobie tłumaczyć? Z reguły słyszę stek kłamstw. Stwierdzenia: „To mój pies i mogę sobie z nim robić, co chcę”, podczas interwencji też powtarzają się jak refren w piosence. Niestety, rzadko pojawia się refleksja. Podkreślam, że nie zawsze wchodzimy na posesję i zabieramy psa czy kota. Często staramy się edukować. Gdy z właścicielem idzie się dogadać, a nie ma pieniędzy, to przywozimy karmę, badamy zwierzę. W Dobrczu właścicielka

pseudohodowli twierdziła, że przecież jej zwierzęta wyglądają dobrze. Powiedziała, że kilka dni chorowała i stąd ten brud. Sęk w tym, że musiałaby chorować kilka lat, żeby doprowadzić to miejsce do takiego stanu. Zdarza się, że w trakcie interwencji ludzie wyzywają nas od złodziei, bo zabieramy ich „ukochane”, choć ledwo żywe zwierzę. Spotykamy się też z agresją. Oberwałaś kiedyś? Dotychczas zdarzało się tylko, że musiałam bardzo szybko biec, bo na przykład goniono nas z łomem w ręku. Za to moja koleżanka miała mniej szczęścia. Zostałyśmy wezwane na interwencję. Standard - psy na łańcuchach, trzymane na dworze, bez budy przy minus 15 stopniach. Gdyby sąsiedzi ich nie dokarmiali, to pewnie zdechłyby z głodu. Przyjechałyśmy na miejsce. Ja zadzwoniłam do drzwi i wyjaśniłam spokojnie, kim jesteśmy, a druga inspektorka robiła zdjęcia psom. Jak właściciel to zobaczył, wpadł w szał, podbiegł do niej, złapał za włosy i zaczął tłuc pięścią po twarzy. Co?! Od tego czasu nigdy nie wyjeżdżamy na interwencję w pojedynkę, choć inspektorzy z innych rejonów tak robią. Po tym doświadczeniu wiem, że dwie osoby to minimum. Trudno mówić o edukowaniu ludzi z terenów wiejskich, skoro nadal w pewnych kręgach polowania są traktowane jak luksusowe hobby. Najnowszy film Agnieszki Holland pt. „Pokot” wymierza policzek środowisku myśliwych. Coraz głośniej rozbrzmiewa krytyka wobec osób, które mordują zwierzęta dla zabawy. Myślistwo jestem w stanie zaakceptować tylko w jednym przypadku - gdy plemię poluje, żeby przetrwać. A jeśli robi się to dla przyjemności czy snobizmu - a tak z reguły się dzieje, bo to rozrywka popularna między innymi w środowisku lekarzy czy prawników - to z mojego punktu widzenia mamy do czynienia ze skrajnym okrucieństwem i próbą łatania jakichś braków. Wchodzenie na teren zwierzęcia i strzelanie do niego dla trofeum nie mieści mi się w głowie. Żyjemy w czasach, kiedy wybór rozrywek jest tak szeroki, że czerpanie satysfakcji z zabijania nie powinno mieć miejsca. Dla mnie lekarz, który jeździ na polowania, to niepojęty paradoks. W pracy ratuje życie, a po pracy je odbiera. Nie wrzucam wszystkich do jednego worka, ale spotkałam wielu lekarzy, którzy byli bardzo zdolni, jednak nie mieli serca do ludzi, a co dopiero do zwierząt. Inną kwestią jest to, że część osób wybiera ten zawód nie z powołania, ale dla konkretnych korzyści czy ambicji. Przekonałam się o tym na własnej skórze. Pod koniec zeszłego roku trafiłam do szpitala i po powrocie do domu miałam jedną refleksję - w lecznicy lepiej traktujemy chomika ze świądem, niż mnie potraktowano w szpitalu. Balansujesz między dwoma światami. Pracując w lecznicy widzisz świat, w którym ludzie dbają o zwierzę i traktują je jak członka miasta kobiet

kwiecień 2017

15


rodziny. Pracując w Pogotowiu dla Zwierząt stykasz się z okrucieństwem… To prawda, ale w obu tych światach realizuje swoją pasję. Wspólnym mianownikiem są zwierzęta, a odkąd pamiętam, były dla mnie najważniejsze i mnie do nich ciągnęło. Inne dzieciaki grały w gumę, a ja w wieku 11 lat zgłosiłam się na wolontariat do bydgoskiego schroniska (śmiech). Moja mama wspomina, że zawsze poszukiwałam kontaktu z przyrodą bardziej niż z innym człowiekiem. Pod tym względem się zmieniłam, bo teraz jestem dość towarzyska, choć osoby, którymi się otaczam, w większości też działają w prozwierzęcych stowarzyszeniach. Poza tym od 23 lat nie jem mięsa, a od półtora roku jestem weganką. Nie używam niczego z prawdziwej skóry, nie kupuję kosmetyków testowanych na zwierzętach. Weganka, ekolożka, a do tego aktywnie walcząca o prawa zwierząt - dla wielu Polaków jesteś na równi z kosmitką. To fakt, ludzie boją się takich kobiet. Najśmieszniejsze, że mój wygląd odbiega od stereotypowego wizerunku osoby mającej bzika na punkcie ochrony zwierząt czy ekologii. Normalnie się ubieram, mam normalną pracę. Lubię to rysujące się na twarzy zdziwienie, gdy zaczynam opowiadać, że regularnie zakładam gumiaki i jeżdżę po gospodarstwach uczyć ludzi, jak należy traktować zwierzęta. Jestem dowodem na to, że nie trzeba mieć dredów i mieszkać w namiocie, aby mieć taką pasję, jaką mam ja. Lubię przełamywać te stereotypy. Lubię też karmić innych wegańską kuchnią, pokazywać jej różnorodność. Pochwalę się, że już parę osób za moją sprawą zrezygnowało z jedzenia mięsa. A przeszkadzają Ci osoby, które to robią? Absolutnie nie! To osobista decyzja każdego z nas. Za to ja dość często czuję się atakowana przez tzw. mięsożerców pytaniami: „Czemu tego nie jesz?”, „Po co się tak męczysz?”. W wieku 11 lat podjęłam taką decyzję i się tego trzymam. Czyli byłaś jeszcze dzieckiem. Jak zareagowali na to Twoi rodzice? Początkowo uznali, że to chwilowy bunt. Byłam krnąbrna, więc zamiast naciskać, woleli to przeczekać. Nie przeszło (śmiech). Pamiętam, że mama kilka razy chciała mnie zmusić do zjedzenia mięsa, ale potrafiłam siedzieć przez 2 godziny przy stole i nie tknąć nawet kawałka. Po jakimś czasie rodzice sobie odpuścili. Mięso przestałam jeść po tym, jak w telewizji zobaczyłam dokument, w którym pokazywano transport krów do rzeźni i to, co się z nimi dzieje już na miejscu. Dla 11-latki było to wstrząsające. Masz swoje zwierzęta, czy te, którymi się zajmujesz w lecznicy i Pogotowiu dla Zwierząt, już Ci wystarczą? Mam swoje zwierzęta, a nawet opiekunkę do nich, gdy natłok pracy nie pozwala mi się nimi należycie zająć. Część z nich pochodzi z interwencji, więc często mają jakieś problemy. Jeden kot nie robi do kuwety, inny bywa agresywny, jest też pies bez łapy. A do tego mam też zwierzaki na „tymczasie”.

16

miasta kobiet.pl

zdjęcie tomasz cz achorowski

kontrowersje

W salonie psiej piękności „Rufi”, należącym do Ewy i Marty Weselskich, zorganizowano akcję pomocową dla zwierząt z pseudohodowli w dobrczu. Panie, oprócz zbiórki darów, nieodpłatnie wypielęgnowały też kilka psów.

Czyli? Prowadzę dom tymczasowy dla psów, kotów, ale zdarzają się też króliki, ptaki, był nawet jeż. Poza tym jestem osobą, która odchowuje zwierzęta. Przez moje ręce przeszło już sporo maluchów. Bywam więc czasem i matką karmicielką. Kiedy trafia do mnie miot 4 czy 5 psiaków, to jestem wyjęta z życia. Nie spotykam się ze znajomymi, nie chodzę na siłownię czy na języki, nie dosypiam. Ale gdy po kilku miesiącach dostaję od nowych właścicieli zdjęcia tych moich dzieciaków i widzę, jak fajnie wyrosły, to wiem, że było warto.

nieraz też podcina skrzydła, bo wiele walk przegrywam. Najbardziej boli, gdy pojawiamy się za późno. Pamiętam przypadek, kiedy dowiedzieliśmy się, że facet wykończył swojego psa, a mi z ironią i miną zwycięzcy powiedział: „Widzi pani, nie ma pieska, uciekł podczas spaceru”. W takich przypadkach mamy związane ręce. Tak, jak wspominałam, wśród moich znajomych przeważają osoby działające na rzecz zwierząt i widzę, że każda z nich coś poświęca. Większość nie ma dzieci, bo zwyczajnie brak na to czasu, ale mistrzami są ci, którzy mają rodzinę i potrafią to wszystko łączyć.

Usłyszałaś kiedyś, że lepiej, gdybyś zaczęła pomagać biednym dzieciom zamiast zwierzętom? Z tysiąc razy. Słyszę to od znajomych, ale i od obcych osób. Zawsze odpowiadam, że są organizacje, które zajmują się dziećmi, i takie, które pomagają zwierzętom - nie wszyscy mogą zajmować tym samym. Ostro oceniam ludzi. Mamy dwie ręce, dwie nogi, głowę, sami jesteśmy w stanie o siebie zadbać. Oczywiście są przypadki, kiedy człowiek potrzebuje wsparcia. To nie tak, że jestem pozbawiona empatii dla ludzi, ale przyznaję otwarcie, że do zwierząt mam większe serce, bo ich los jest zależny od nas. Wkurzam się, bo mam świadomość, że gdybyśmy traktowali je z szacunkiem, jak żywe stworzenia, to takich organizacji jak Pogotowie dla Zwierząt nie musiałoby być. Mogłabym po pracy usiąść na kanapie z kieliszkiem wina i niczym się nie przejmować.

Pamiętasz, kiedy ostatni raz się wyspałaś? Przed interwencją w Dobrczu (śmiech).

Do czego jest Ci potrzebny drugi człowiek? Kontakty z ludźmi są dla mnie odskocznią od codzienności, w której pierwsze skrzypce grają zwierzęta. Uwielbiam podróże, na które wyjeżdżam z przyjaciółmi, więc pielęgnuję ludzkie znajomości. Jednak postawiona przed wyborem - człowiek czy zwierzę wybieram zwierzę. Taka już jestem. Na drugim planie stawiasz ludzi, a przez to często samą siebie… To prawda. Bywam wykończona, padam ze zmęczenia. Moja pasja daje dużo satysfakcji, ale

Nie boisz się wypalenia? Wiem, że można się zagalopować. Mam znajomą, która od lat działa na rzecz zwierząt, a do tego pracuje i samotnie wychowuje dziecko. Od jakiegoś czasu jest cieniem samej siebie. Mówię, aby zwolniła, ale trudno zrezygnować z pomagania stworzeniom, które się tak kocha. Niestety, cierpiących zwierząt jest więcej niż rąk do pracy, a pokutuje myślenie, że osoby takie jak ja nie robią nic poza tym. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że działamy w wolontariacie, a poza tym normalnie pracujemy. Często spotykam się z postawą roszczeniową, a nawet z oburzeniem, gdy mówię, że możemy się pojawić na miejscu za parę dni, a nie już teraz. I wtedy z tej miłej blondynki wychodzi wściekłość? Nie, bo doceniam, że ludzie chcą pomóc. Tłumaczę spokojnie, dlaczego nie możemy rzucić wszystkiego i pędzić na miejsce. Ale nie zawsze ze mnie taka miła blondynka. Mówią, że jak się wściekam, to jestem jak popcorn w mikrofali (śmiech). *Marta Bitowt inspektorka z Pogotowia dla Zwierząt w Bydgoszczy. Pracuje w lecznicy dla zwierząt jako asystentka lekarza weterynarii. Uwielbia podróże i gotowanie.


PUPIL GOTOWY NA WIOSNĘ

Ludzie są coraz bardziej świadomi potrzeb swoich zwierząt. To niezwykle ważne, bo przecież decydujemy za istoty, które same nie mogą się do nas odezwać. Rozmowa z lekarzem weterynarii Bartłomiejem Babińskim z bydgoskiej Przychodni Weterynaryjnej „Przy Kładce”.

Z kleszczami? Między innymi. Kleszcze zasługują na szczególną uwagę, bo roznoszą wiele chorób. Część z tych schorzeń zbiera śmiertelne żniwo, choć na początku, po wyjęciu pasożyta, zwierzak może nie mieć żadnych objawów lub tylko grypopodobne. Na pewno powinna zaniepokoić nas nagła apatia, ciemny lub krwisty mocz, żółtaczka, różne odstępstwa od normy w zachowaniu pupila. W takiej sytuacji należy od razu udać się do lekarza weterynarii. Ja wyznaję zasadę, że nie ma niepotrzebnych wizyt. Lepiej przekonać się, że wszystko jest w porządku lub że coś jest objawem przejściowym i można spokojnie wyleczyć zwierzę, niż później usłyszeć „musimy walczyć o życie”. W ostateczności niestety nie zawsze wygrywa się taką walkę… Czy możemy coś zrobić, by zwierzak tych kleszczy w ogóle nie łapał? Jest wiele działań profilaktycznych. Do wyboru mamy choćby spot-ony, czyli krople aplikowane raz w miesiącu na kark zwierzęcia. Popularne są również obroże przeciwkleszczowe, które mają w sobie nie tylko substancje odstraszające pasożyta, ale i środek leczniczy. To wygodne rozwiązanie na 7-8 miesięcy. Ja mam dwa psy i dwa koty, stosuję u nich raz na trzy miesiące tabletki przeciwko pasożytom i takie rozwiązanie również polecam. Oczywiście nie zwalnia nas to z obowiązku przeglądania skóry naszych pupili po spacerach. Jeśli zauważymy jakąkolwiek zmianę czy grudkę, a nie mamy wprawy w usuwaniu kleszczy, to też warto udać się do gabinetu weterynaryjnego. Tam, poza pozbyciem się intruza,

lekarz przepisze zwierzęciu leki i poinstruuje właściciela, co dalej robić. Na co, poza kleszczami, powinniśmy zwrócić jeszcze uwagę? Warto w tym okresie zadbać o profilaktyczne odrobaczanie. To ważna sprawa, gdyż robaczyca może powodować anemię, problemy żołądkowo-jelitowe i wyniszczenie wpływające na samopoczucie naszego pupila. Ponadto wiele pasożytów może również zagrażać ludziom. Wiosna to też okres wzmożonego żerowania pcheł. Świadomość właścicieli zwierząt w tym temacie jest już o wiele większa niż kilka lat temu i z dumą mogę powiedzieć, że nasi pacjenci są odpowiednio zabezpieczani. Pamiętam jednak ze swojej praktyki straszne przypadki zbyt późnych reakcji… Kiedyś przyjęliśmy psa z taką ilością pcheł, że gołym okiem było widać, jak chodzą po całym jego ciele. Już nie mówię o tym, jak musiało mu być ciężko, gdy bez przerwy go gryzły. Gorsze jest to, że pchły mogą doprowadzić do wielu groźnych schorzeń, choćby takich jak niedokrwistość. Nie wolno tego zaniedbywać. Na wiosnę poleca się również sterylizację zwierzaków. Tak, dotyczy to przede wszystkim kotek, bo wiosna to okres aktywności rozrodczej kotów, tzw. „marcowanie”, które paradoksalnie rozpoczyna się już w lutym. Niemniej metod zapobiegania niechcianym ciążom u kotów i psów jest wiele. Mogą to być sposoby farmakologiczne, czyli tabletki lub zastrzyki zatrzymujące ruję, bądź sterylizacja - raz na całe życie. Zarówno u suczek, jak i u kotek wiąże się to z wieloma pozytywnymi aspektami zdrowotnymi w późniejszym okresie życia. Przede wszystkim niweluje to wszystkie choroby układu rozrodczego, takie jak ropomacicze, nowotwory złośliwe itp. Właściciele zwierząt czasem obawiają się znieczulenia ogólnego przy tym zabiegu, czyli tego, że ich zwierzak się „nie wybudzi”. Dlatego wielu z nas proponuje przed sterylizacją badania dodatkowe - krwi, serca, rentgenowskie. Cały czas monitoruje-

my też parametry życiowe pacjenta za pomocą kardiomonitora. W standardzie jest opieka pooperacyjna - pacjenta odsyłamy do domu dopiero po całkowitym wybudzeniu, gdy mamy pewność, że jego stan jest stabilny. Żyjemy już w czasach, gdy zwierzęta leczy się tak samo jak ludzi? Weterynaria zbliża się już do tego etapu. Mamy coraz więcej możliwości, posługujemy się narzędziami, które znane są z gabinetów specjalistycznych, tzn. aparatami ultrasonograficznymi, tomografem komputerowym, sprzętami do diagnozowania okulistycznego, do badania słuchu itp. Środowisko lekarsko-weterynaryjne też nieustannie podnosi sobie poprzeczkę poprzez zdobywanie wiedzy w specjalistycznych kierunkach, takich jak kardiologia, chirurgia, a nawet onkologia. Dzięki temu z roku na rok możemy zdziałać coraz więcej w leczeniu naszych czworonożnych przyjaciół. Więcej możliwości to z pewnością wyższe ceny. Właściciele zwierząt są na to gotowi? Większość z nich tak. Są świadomi, że profesjonalna pomoc jest możliwa dzięki dobrym, często kosztownym sprzętom i ciągłemu podnoszeniu kwalifikacji. A reszta właścicieli? Są to osoby, którym zawsze staram się tłumaczyć zasadność podejmowanej terapii. Zdarza się też tak, że przy podejmowaniu jakichś działań napotykamy opór, który nie wynika nawet z aspektu ekonomicznego, ale z przekonań - np. mitów dotyczących sterylizacji, wiary w to, że suczka powinna przynajmniej raz mieć młode itp. I w tym przypadku rozmowa często pomaga. Naszym zadaniem jest doradzić właścicielowi i pomóc zwierzakowi, dlatego ze wszystkimi osobami staramy się wypracować kompromis. Na szczęście ludzie są coraz bardziej świadomi potrzeb zwierząt. To niezwykle ważne, bo przecież decydujemy za istoty, które same nie mogą się do nas odezwać.

PRZYCHODNIA WETERYNARYJNA PRZY KŁADCE ul. A Grzymały-Siedleckiego 10 | Bydgoszcz |

tel. 52 371 30 68

www.weterynarz-przykladce.pl

promocja 007249679

Czy właściciele zwierząt powinni przygotować jakoś swoich pupili na przyjście wiosny? Tak, wiosna to okres, kiedy wszystko budzi się do życia. Ta pora roku kojarzy nam się ze słońcem i ze spacerami, ale powinniśmy też pamiętać, że właśnie teraz zaczynają się problemy z pasożytami zewnętrznymi.


kobieca perspektywa

zdjęcie jacek kut yba

Szukam tego, co prawdziwe

Co to jest „autentyczność“? Dla mnie jest to możliwość bycia takimi, jakimi naprawdę jesteśmy. Ze swoimi wszystkimi słabościami, niedoskonałościami, ale też i wszystkimi zasobami. Czyli bycie zawsze taką osobą, jaką jestem - w różnych sytuacjach, środowiskach i w stosunku do różnych ludzi. Z tego co Pani pisze w swojej książce wynika, że często boimy się pokazywać innym jacy jesteśmy… Od 19 lat prowadzę biznes i obserwuję ludzi w różnych sytuacjach - tych biznesowych i w życiu osobistym. Prywatnie wydają się często zupełnie inni niż służbowo. Gdy czasem pytam, dlaczego w pracy zachowują się inaczej niż na co dzień, odpowiadają: „tak nie można“, „na tym stanowisku to nie wypada“, „a co ludzie powiedzą?“. Ja z kolei myślę, że w każdych okolicznościach można być sobą. Wiadomo, że mamy różne role życiowe, ale w każdej z tych ról możemy zachowywać się normalnie, zgodnie z naturą i swoimi wartościami. A jeżeli ktoś jest na co dzień cholerykiem? Postępowanie w zgodzie z naturą może mu przysporzyć problemów. Każdy sposób funkcjonowania może nam przysporzyć problemów. Ktoś, kto jest cholerykiem, może za często wybuchać i wpaść przez to w kłopoty, ale milczek też może sobie narobić problemów. Jak nie będzie chciał rozmawiać z ludźmi, to uznają, że jest dziwny, zbyt zamknięty w sobie. Da się to odnieść do każdego z temperamentów. Czyli lepiej się nie krępować, tylko zawsze być sobą? Bez względu na to co ludzie pomyślą? Temperament czy charakter to tylko jedna cześć odpowiadająca za nasze funkcjonowanie. Drugą jest nasza kultura osobista. I nawet jeśli łatwo wpadam w złość, to mając jakiś poziom kultury osobistej, nie zrobię komuś publicznie awantury. Świadomość tego, jaki mamy charakter, nie zwalnia nas z bycia fair wobec ludzi i trzymania się pewnych norm społecznych. Bardziej tę autentyczność postrzegam w tym kontekście, że jeżeli lubię zieloną herbatę, a wszyscy dookoła mówią, że jest ona beznadziejna, to nie będę przytakiwać „tak, ja też jej nie znoszę”. A czy w sytuacjach biznesowych nie lepiej czasem odegrać rolę? Wypić herbatę, której nie lubimy? Często więcej korzyści osiągniemy zachowując się tak, jak się wobec nas oczekuje. Tak jest na pewno łatwiej i wygodniej, tylko pytanie, co w dzisiejszym biznesie się naprawdę liczy? Ludzie starają się dziś upodobnić do innych osób, a gdzie w tym nasza różnorodność i wyrazistość? Myślę, że najlepiej zapamiętujemy ludzi, którzy się wyróżniają, a to też przydaje się interesach.

Tradycyjna edukacja każe nam pracować nad słabościami. „Nie idzie ci z fizyki? To idź na korki”. Ja jestem zwolenniczką rozwijania mocnych stron. Mówiłam do syna: „Jesteś świetny z angielskiego, więc będzie do ciebie przychodził korepetytor”. Z Anną Urbańską*, autorką książki „Teraz autentyczność”, rozmawia Tomasz Skory

18

miasta kobiet.pl

Pisze Pani, że nieraz w sukcesie przeszkadzają nam też wpojone w dzieciństwie normy kulturowe. Tego ciężko się jednak wyzbyć… Dźwigamy ze sobą przeszłość, to co wynieśliśmy z domów. Ważnie jest, byśmy potrafili uświadomić sobie, że np. robimy coś tylko dlatego, że tak postępowali nasi rodzice. I wtedy to da się zmienić. Przykładowo, w naszym kraju o pieniądzach się nie mówi, pieniądze są złe, a ktoś kto mówi, że chce mieć dużo pieniędzy jest nie w porządku. Ja też w domu słyszałam, że lepiej być prawym człowiekiem niż mieć


kobieca perspektywa pieniądze. Jakby jedno drugiemu przeczyło! (śmiech) Trzeba przestawić sobie w głowie, że otrzymywanie pieniędzy za swoją pracę jest okej. Podałam akurat przykład pieniędzy, ale to dotyczy różnych innych obszarów.

powtarzając „będę zwycięzcą”. On jeszcze trenował i to ciężej niż większość. Podobnie Michael Jordan, który przychodził na treningi pierwszy i kończył ostatni. Też głosił „możesz wszystko”, ale oprócz tych elementów pracy umysłu, on jeszcze działał.

Wracając do autentyczności, na udawaniu kogoś kim się nie jest, można się też przejechać. W jednym ze swoich tekstów pisała Pani, że trafiało w Pani ręce CV znajomej osoby i okazało się, że wszystko w nim jest wyssane z palca… Była to dziewczyna, która kiedyś ze mną pracowała, więc wiem co potrafiła wcześniej i czego się nauczyła. Zaczynała budować własny biznes i podkolorowała życiorys na zasadzie, że jak zakładam firmę - to jestem prezesem. Jak mam dwa lata doświadczenia - to mam wieloletnie doświadczenie. Jak stworzyłam dwa projekty - to znam się dobrze na tworzeniu projektów. Ludzie mają tendencje do wyolbrzymiania tego co robią, koloryzowania, nie mając świadomości, że rzeczywistość to później weryfikuje. Taki człowiek wchodzi w świat biznesu, dostaje poważne zadanie i nagle okazuje się, że nie jest w stanie go wykonać. Koloruje się dzisiaj wiele. To jest okej, ale pod tym kolorem musi się kryć odrobina prawdy.

W książce opisuje Pani osoby, które też już wiele osiągnęły, a przy tym cały czas pozostają autentyczne. Niektórych rozmówców poznała Pani osobiście, innym postanowiła zawierzyć, że są takimi, jakimi się opisują. Jak ich Pani znalazła? Z bohaterami, których już wcześniej znałam osobiście, nie było problemu, bo wiem jacy są na co dzień. Znalezienie tych drugich faktycznie było wyzwaniem. Krysię Mazurównę poznałam akurat na jednej z konferencji. Zobaczyłam na scenie babkę, która nie bała się powiedzieć, że ma 77 lat i że wkurza ludzi swoją innością. Zapytałam ją czy zechce ze mną porozmawiać, a ona od razu kazała mówić sobie po imieniu. Z kolei z Małgosią Ostrowską-Królikowską skontaktowałam się przez znajomych. Napisałam na Facebooku, że szukam bohaterów do mojej książki i jedna z koleżanek odpisała mi, że właśnie to jest taka autentyczna osoba. Bo mąż pracuje u niej w ogrodzie i zna ją z tego świata, gdzie nie ma fleszów. Dostałam komórkę, umówiłyśmy się i była to po prostu bardzo prawdziwa rozmowa dwóch babek, które mają dzieciaki i różne doświadczenia. W książce jest taki fragment, gdzie rozmawiamy tak bardzo wprost, że korektorka się mnie pytała, czy nie powinnyśmy tego usunąć. Pani Małgosia opowiadała mi, jakie tabletki teraz bierze i co się dzieje z jej piersiami. Zostawiłyśmy to, bo to było prawdziwe.

W podobny sposób koloryzujemy swój wizerunek w mediach społecznościowych. Na Facebooku i Instagramie pełno jest „perfekcyjnych” osób, które za wszelką ceną chcą pokazać, jakie to fajne życie prowadzą… Trzeba tu rozdzielić dwie grupy. Pierwsza z nich to ludzie, którzy faktycznie tak żyją. Mają ciekawą pracę, podróżują, robią różne rzeczy, którymi się chwalą i według mnie to jest w porządku. Jak się spotka te osoby na ulicy, to one takie naprawdę są. Jest też druga grupa, która ten wizerunek tylko kreuje. Ci ludzie pokazują w mediach społecznościowych, jakie ich życie jest pełne sukcesów, ale kiedy patrzysz na nich z boku, to widzisz, że nie jest to prawda. Trochę wynika to z tego, że mamy tendencję, by wrzucać do sieci tylko dobre rzeczy. Kiedyś jak napisałam post, że mam słaby dzień i nic mi nie idzie, to dostałam trzy telefony z tekstem: „Aniu, jesteś coachem, osobą, którą ludzie czytają, nie powinnaś takich rzeczy pisać”. Odpowiadałam, że jak mam dzień do kitu, to nie będę tego ukrywać. Nie chcę, by ludzie postrzegali mnie jako cyborga. Też mam słabe dni, jak każda z tych osób, które kreują w mediach swój wizerunek. Pewnie znalazłyby się osoby, które uwierzyły w to, co same kreują. Nawet znałam takiego człowieka, który tak przedstawiał różne sytuacje, że inni mówili: „Hej, ale to tak nie było”. Mam wrażenie, że ta osoba naprawdę była przekonana, że było tak, jak opowiadała! Może jednak warto? Muhammad Ali powiedział: „Jeśli chcesz zostać mistrzem, musisz uwierzyć, że jesteś najlepszy. Jeżeli nie jesteś, udawaj, że jesteś”. Jemu się udało. Tak, ale tu mówimy bardziej o takim odgrywaniu roli. Też staram się żyć w taki sposób, jakbym miała już rzeczy, które chcę osiągnąć. Przykładowo, chcę biegle mówić po angielsku, więc nie ograniczam się tylko do wyobrażania sobie, że mówię biegle, ale chodzę też na zajęcia, oglądam angielskie programy i czytam książki po angielsku. Ktoś, kto chce być jak Muhammad Ali, może się zdziwić, gdy będzie jedynie czekał,

Zapytam nieco przewrotnie - czy te osoby osiągnęły sukces dzięki swojej autentyczności, czy raczej mogą sobie na nią pozwolić dlatego, że już coś osiągnęły? Dobre pytanie. Myślę, że osoby, które dopiero próbują coś osiągnąć, będą trzymały się tej wersji, że nie sztuką jest być autentycznym, skoro już jesteś popularny i masz pewną pozycję. To trochę taka wymówka w stylu: „Bo wam jest łatwiej”. Ja też często słyszę: „Pani to jest łatwiej, bo już jest Pani rozpoznawalna”. Ale ja też kiedyś zaczynałam i też borykałam się ze wszystkimi trudami. Myślę, że to, gdzie znaleźli się moi bohaterowie, szczególnie ci znani, to zasługa bycia sobą od początku, życia w zgodzie ze sobą, nazywania rzeczy po imieniu. W książce wspomina Pani też o ćwiczeniach na rozbudzenie w sobie tej autentyczności. Poprosiłbym więc o taki jeden sposób. Radzę zastanowić się nad tym, jakie są moje silne i słabe strony. Co umiem wyjątkowo dobrze, a co mi nie wychodzi? Tradycyjna edukacja każe nam pracować nad tym z czego jesteśmy słabi. „Nie idzie ci z fizyki? To idź na korki”. A ja jestem zwolenniczką rozwijania naszych mocnych stron. Mówiłam do syna: „Jesteś świetny z angielskiego, więc będzie do ciebie przychodzić korepetytor z angielskiego”. Bo to, co możemy robić w życiu, zależy właśnie od tych naszych silnych stron. A co ze słabościami? Otaczajmy się ludźmi, którzy są silni w tym, czym my jesteśmy słabi. Ja tak zbudowałam swój zespół. Nie musimy być w końcu najlepsi ze wszystkiego! Bo jak ktoś jest do wszystkiego, to… wiadomo (śmiech).CP

Ludzie starają się upodabniać do innych, a gdzie w tym nasza wyrazistość? Myślę, że najlepiej zapamiętujemy tych, którzy się wyróżniają, a to też przydaje się interesach. Anna Urbańska

*Anna Urbańska Master Trener Structogramu, coach, wykładowca akademicki, laureatka prestiżowej nagrody Polskiej Lwicy Biznesu. Jej pasją jest rozwój osobisty i odkrywanie potencjału ludzkiego. Przez prowadzone przez nią programy szkoleniowe przeszło ponad 10 tysięcy osób. Wydała trzy książki „Otrzep kolana i biegnij”, „Mózg, fabryka sukcesu” i „Teraz autentyczność”, która ukazała się w styczniu nakładem wydawnictwa Concret. miasta kobiet

kwiecień 2017

19


007201393


Kangurek

Niepubliczne Przedszkole i Żłobek „Kangurek” Toruń, ul. Rakowicza 3 tel. 56 648 36 73, kom.: 601 670 621 e-mail: przedszkole@kangurek.com.pl www.kangurek.com.pl

DNI OTWARTE 24-27 KWIETNIA

zaprasza

Niepubliczne Przedszkole i Żłobek „Kangurek” przyjmuje zgłoszenia do oddziału żłobkowego na rok szkolny 2017-18, gwarantując kontynuację opieki w przedszkolu, gdy dziecko skończy 2,5 roku. Placówka oferuje całodzienne wyżywienie (śniadanie, drugie śniadanie, obiad, podwieczorek), finansuje też różnorakie zajęcia: basen, naukę tańca towarzyskiego, zajęcia komputerowe, naukę gry w szachy, logopedię, jazdę konną, rytmikę, dogoterapię, karate, zajęcia chemiczne „Centrum Chemii w małej sali”, szkółkę piłkarską. Placówka realizuje wiele ciekawych programów, ucząc tym samym dzieci opiekuńczości, tolerancji, poszanowania przyrody i  zachowań prozdrowotnych. Promując zdrowy tryb życia, „Kangurek realizuje następujące programy: Przyjaciel Zippiego, Program racjonalnego żywienia, Dzień Zdrowia połączony ze Spartakiadą Sportową, Ogólnopolski program profilaktyki zdrowotnej, Akademia Aquafresh, Kubusiowi Przyjaciele Natury oraz program przedszkolnej edukacji antynikotynowej „Czyste powietrze wokół nas”. Dzieci mogą też rozpocząć swoją pierwszą przygodę z muzyką poważną i teatrem. Warto wiedzieć, że placówka otrzymała godło „Placówki Oświatowej Roku 2012 i 2013”, przyznane przez Centralne Biuro Certyfikacji Krajowej, m.in. za stosowanie nowoczesnych metod pracy z dziećmi, które w pełni przygotowują do funkcjonowania w społeczności dziecięcej zgodnie z nową reformą oświatową oraz Krajowy Certyfikat Przedszkola Promującego Zdrowie. 007275990

r

e

k

l

a

m

a

007261225


tabu

Kogo nienawidzą Polacy? Wśród młodych mężczyzn uprzedzenia, przekonania rasistowskie i dyskryminacyjne są znacznie częstsze niż u młodych kobiet. Polki posługują się mową nienawiści dwukrotnie rzadziej. Z prof. Marią Lewicką* rozmawia Jan Oleksy

Czasem słyszy się głosy, że hejt może mieć swoje dobre strony, bo jest sposobem odreagowania. Ludzie pozbywają się w ten sposób agresji, którą mogliby przenieść na ulicę? Nie zgadzam się z tym. Agresja zawsze rodzi agresję. Tak zwana hipoteza katharsis, która głosi, że człowiek powinien wyładowywać swoje emocje, zamiast je tłumić, nie ma uzasadnienia. Jej zwolennicy organizowali nawet specjalne „terapeutyczne” sesje agresywnego niszczenia starych samochodów, by rozładować napięcie, ale takie zachowanie działa jeszcze bardziej pobudzająco. Niedawno u Kuby Wojewódzkiego gościem był Nergal, który twierdził, że w Polsce najbardziej obraźliwym określeniem jest „ty pedale” i „ty Żydzie”. Teraz niechęć do Żydów zastąpiona została niechęcią do gejów. Mam przed sobą niezwykle ciekawy raport z Centrum Badań nad Uprzedzeniami Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie moi koledzy, psycholodzy społeczni, zajmują się problematyką mowy nienawiści. Obejmuje on badania prowadzone w 2014 oraz 2016 roku, pokazując, w jakim stopniu wydarzenia ostatnich lat odbiły się na postawach Polaków. Był to bowiem okres szybkich zmian na scenie politycznej - dwie kampanie wyborcze, przywoływanie zagrożeń związanych z imigracją, lęk przed uchodźcami, odwoływanie się do resentymentów antysemickich itd. Zmieniła się też w tym czasie akceptacja nienawistnych wypowiedzi. Czego jeszcze dowiemy się z raportu? W tej chwili obiektami najsilniejszej mowy nienawiści są muzułmanie oraz homoseksualiści. Stosunek do tych dwóch grup to papierek lakmusowy naszych uprzedzeń, odzwierciedlenie naszego braku tolerancji. Ponadto znacząco wzrósł odsetek osób mających do czynienia z takim przekazem w tradycyjnych mediach i sytuacjach codziennych, w kontaktach ze znajomymi. Jednak najczęstszym źródłem mowy nienawiści jest internet. Aż 80 proc. młodzieży deklaruje, że w 2016 roku widziało w sieci

22

miasta kobiet.pl

treści islamofobiczne. W ciągu dwóch lat doszliśmy do sytuacji, w której zdecydowana większość młodych ludzi tkwi w rzeczywistości pełnej nienawistnych wypowiedzi pod adresem mniejszości. Hejt nas osacza? Z mową nienawiści mamy do czynienia wszędzie - w internecie, w mediach, na murach, na stadionach, w kontaktach z ludźmi i co najgorsze, coraz częściej w polityce. Niestety, mowę nienawiści słychać coraz głośniej. Częściowo jest to oczywiście wpływ nowych technologii. W internecie jeden hejt nakręca drugi. To błędne koło. Także cały kryzys wokół uchodźców sprawił, że ludzie poczuli strach i zaczęli reagować w ten sposób. Od 2016 roku mamy coraz większe przyzwolenie na tego typu wypowiedzi. Sami politycy również używają agresywnego języka, nie liczą się z kulturą słowa. Można to robić bezkarnie... Obecnie modna jest walka z tzw. polityczną poprawnością. Ale zapomina się o tym, że język politycznej poprawności to język cywilizowanego odnoszenia się do siebie, takiego, żeby nie ranić wzajemnie swoich uczuć. W momencie, kiedy odrzucamy zasady politycznej poprawności, pozwalamy na ujawnianie najniższych instynktów. Efekt tego widzimy na co dzień. Dużo zależy od osobowości? Wyniki dotyczące osobowościowych wyznaczników mowy nienawiści są zaskakujące. Autorzy wspomnianego raportu badali dwa konstrukty psychologiczne. Jeden - tzw. prawicowy autorytaryzm - polega na akceptacji norm społecznych, wartości konserwatywnych, tradycyjnych, nastawiony jest na obronę własnej grupy. Drugi to orientacja na dominację społeczną, rozpatrująca relacje międzyludzkie przez pryzmat tego, kto jest silniejszy, a kto jest słabszy. Taki rodzaj darwinizmu społecznego.


Obecnie modna jest walka z tzw. polityczną poprawnością. Ale zapomina się o tym, że język politycznej poprawności to język cywilizowanego odnoszenia się do siebie, takiego, żeby nie ranić wzajemnie swoich uczuć. prof. maria lewicka

Co z tego wynika? Co zaskakuje? Okazuje się, że paradoksalnie prawicowy autorytaryzm pozytywnie wiąże się z chęcią zakazania mowy nienawiści. Osoby autorytarne akceptują takie konwencje jak ta, że nie należy łamać pewnych norm społecznych, „tak daleko nie pójdziemy, możemy ich nie lubić, ale nie będziemy tego głośno wyrażać”. Natomiast orientacja na dominację społeczną, preferencję hierarchii społecznej, sprzyja właśnie mowie nienawiści. Co ciekawe, młodzi ludzie są częściej zorientowani na dominację społeczną niż osoby starsze, czyli wyznają zasadę, że kto silniejszy, ten lepszy… …i może obrażać innych? Mowa nienawiści jest związana z postrzeganiem drugiego człowieka w sposób zdehumanizowany. Przez to osoba hejtowana nie jest kimś, kto cierpi i kto ma takie same ludzkie emocje jak hejtujący. Dehumanizacja to też pogarda dla słabszych i gorszych. Natomiast prawicowy autorytaryzm spostrzega tego drugiego jako zagrożenie, ale nie jako kogoś gorszego. Ale dostaje się wszystkim, bez wyjątku? Jeszcze w latach 50. Theodor Adorno wraz ze współpracownikami wykazał, że człowiek uprzedzony do jednej grupy społecznej jest również uprzedzony do innych grup. Ludzie, którzy nie lubili Żydów, nie lubili też czarnoskórych, homoseksualistów itd. Do czego może doprowadzić mowa nienawiści? Wzrost przyzwolenia na takie treści jest w dużym stopniu wynikiem tego, że się do nich przyzwyczajamy i traktujemy je jako naturalny sposób, w jaki wyraża się poglądy, opinie, czy odnosi się do drugiego człowieka. Problem polega również na tym, że na mowie może się nie skończyć. Za tym mogą pójść czyny. Osoby, które częściej będą się spotykać z mową nienawiści w swoim otoczeniu, będą też znacznie chętniej same ją stosować. Jeżeli jest przyzwolenie na pogardliwą wypowiedź w stosunku do kogoś, to może się to również przełożyć na nienawistne zachowanie. W Polsce jest więcej hejtu niż gdzie indziej? Nie jest to polski fenomen, jednak mam wrażenie, że nasz internet przesiąknął tym znacznie bardziej niż inne. Czasami wchodziłam na czeski czy norweski internet i nie widziałam tam takiej wylewającej się

żółci. Są osoby, również nasi politycy, którzy głoszą, że w Polsce jest to naturalna odpowiedź na obcą naszej mentalności „lewacką” politykę poprawności, a może też na kaganiec, który nakładano na ludzi w PRL-u. Teraz to wreszcie wybuchło, twierdzą zatem, że wprawdzie wahadło bardzo się wychyliło w drugą stronę, ale jest to naturalne, a zatem nie ma w tym nic złego. Zachłyśnięcie się wolnością? Także wolnością słowa? W Polsce mamy obecnie do czynienia z wybuchem pogardy, zaostrzania konfliktów, mnożenia insynuacji w stosunku do innych, a także w sposób bezwzględny niszczenia dotychczasowych autorytetów. Uważam, że jest to najgorsza rzecz, jaką można było zrobić młodzieży - zniszczyć autorytety. To się odbije zwłaszcza na młodych ludziach, którzy stykając się z takimi treściami, stają się też gotowi do naruszania innych zasad współżycia społecznego. Dziś każdy z łatwością może stworzyć hejt, wpuścić go do sieci i obserwować, jakie przyniesie skutki... Hejt może mieć różne formy. Może być ekspresją emocji czy inwektyw, a z drugiej strony, może też być zawoalowaną krytyką, przemyślaną próbą przeinaczania faktów, jak np. zwrot „resortowe dzieci”. W tej chwili mamy do czynienia z oskarżeniem byłego rektora naszego uniwersytetu o współpracę z służbami bezpieczeństwa w latach 80., co wydaje się kompletnym absurdem, zważywszy że jest to człowiek ogromnie zasłużony dla uniwersytetu, a od siedmiu lat jest już na emeryturze i nie pełni żadnej funkcji. Zatem jedynym wyjaśnieniem jest to, że jest to forma wylania nienawiści.

kogo najczęśćiej obrażamy młodzież dorośli gejów

41,8%

21,8%

uchodźców

41,2%

25,1%

muzułmanów 40,2%

22%

lesbijki

24,1%

15,2%

Żydów

24%

11,5%

feministki

13,2%

21,2%

osoby czarnoskóre

26,7%

12,5%

Raport Centrum Badania nad Uprzedzeniami Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, 2016 r.

Albo hejt na Krystynę Jandę, żeby „poszła sobie żebrać na teatr do Izraela”. To jest tak obrzydliwe, że się w głowie nie mieści. Mowa nienawiści odwołuje się do polskiej zawiści, naszych lęków i kompleksów? Wykorzystuje te lęki i kompleksy. Jeżeli nie jesteśmy pewni swojej wartości, to budujemy ją na pogardzie dla innych, w naszym mniemaniu gorszych. Z badań polskich uprzedzeń wynika, że mowy nienawiści dwukrotnie częściej używają mężczyźni niż kobiety i częściej osoby młode niż starsi. Jej ofiarą padają przede wszystkim - jak już wspomnieliśmy - geje, a następnie imigranci, muzułmanie, Afrykanie, transseksualiści, lesbijki, Żydzi, feministki… Ci inni, a więc w naszym mniemaniu gorsi. Feministki też? To właśnie one są zagrożeniem dla tradycyjnej roli kobiety w Polsce. Według hejterów, walczą o coś, co im się nie należy. Walczą o godność! Jak można spokojnie słuchać, gdy Korwin-Mikke twierdzi, że kobiety to istoty słabsze, mniej wykształcone, więc muszą mniej zarabiać... Dotykamy tutaj seksizmu. Naukowcy Uniwersytetu Warszawskiego badali także i ten problem, a konkretnie jego dwojaką naturę. Jest zatem seksizm agresywny, czyli wrogi, gdy kobieta traktowana jest jako gorsza od mężczyzny i często pada ofiarą jego agresji. Jest też i seksizm życzliwy. Jego wyznawcy uważają, że kobietę należy otaczać uwielbieniem, otwierać jej drzwi, dbać o nią, ale za tym stoi przekonanie, że jest istotą słabszą, a zatem nie powinna nawet próbować stawać w szranki z mężczyzną. To po prostu inny gatunek człowieka. Ten typ seksizmu jest w Polsce bardzo rozwinięty.CP

* Prof. Maria Lewicka torunianka, psycholog, absolwentka Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zajmuje się psychologią społeczną i środowiskową. W 2008 r. otrzymała nagrodę im. J.P. Codola za wkład w rozwój psychologii społecznej w Europie. Od roku 2016 jest kierownikiem Katedry Psychologii na UMK. miasta kobiet

kwiecień 2017

23


007277396


W pakiecie oferujemy:  7 noclegów w przytulnych komfortowych

pokojach

 pełne wyżywienie /śniadanie i kolacja w

formie bufetu, obiad –dwa dania do wyboru serwowany do stolika/  konsultacja lekarska  10 zabiegów leczniczych w profesjonalnie wyposażonej bazie zabiegowej zleconych przez lekarza /szeroki wachlarz zabiegowy/: przy pobycie 14-dniowym BONUS – 30 zabiegów leczniczych  voucher do kawiarni w wysokości 30 zł

In��r����� B��b��k� � Ś��n��jś���

01.04-14.04.2017 od 840 zł �2.04.-29.04.2017 29.04-27.05.2017 od 980 zł

Wio��n�� ��l�k� �l� z�r��i� W ofercie:  Lampa sollux

 Magnetoterapia

 Lampa biotron

 Okłady borowinowe

 Laser

 Krioterapia punktowa  Inhalacje

 Masaż wirowy

 Tlenoterapia

 wieczorne koncerty

 Diadynamik

 Galwanizacja

kończyn górnych

 Jonoforeza

 Masaż wirowy

kończyn dolnych

 miły i rodzinny

klimat pobytu

Zniżki: *dzieci do 5,99 lat – pobyt bezpłatny/wspólne miejsce na łóżku z osobą pełnopłatną/ *dzieci w wieku 6-13,99 lat – 50% zniżki - nocleg na dostawce/ * Przy ofercie promocyjnej nie uwzględniamy kart rabatowych.

REZERWACJE: Interferie Barbarka 72-600 Świnoujście , ul. Kasprowicza 8 tel. 91 321 25 31 , 91 321 54 06 www.interferie.pl, barbarka@interferie.pl 007264168

e

k

l

a

m

a

007245105

007210870

r


w dziesiątkę!

strzelamy

zdrowie

Jak nie pogubić się gąszczu nowinek dietetycznych? Co jest prawdą, a co kłamstwem? Podpowiadamy: oto dziesięć najpopularniejszych mitów żywieniowych! Mity obalają Monika Kondratowicz i Klaudia Olejniczak specjalistki dietetyki, pasjonatki zdrowego stylu życia, Elite Bydgoszcz (Centrum Dietetyki, Coachingu i Treningu Indywidualnego).

26

miasta kobiet.pl

MIT 1

MIT 2

„Chcesz schudnąć? Jedz małe porcje co dwie, trzy godziny”

„Węglowodany złożone na śniadanie to energia na cały poranek”

Gdyby rzeczywiście tak było, to nikt nie musiałby się odchudzać, a dietetycy nie mieliby pracy. Jak jest naprawdę? Nasz organizm traktuje częste jedzenie jak podjadanie, przez co łatwo się rozleniwia. Po co ma korzystać z zapasów tłuszczu, jeśli regularnie, co 2-3 godziny, dajemy mu kolejną pożywkę? I to najczęściej w najłatwiej przyswajalnej formie, czyli węglowodanów! Zdecydowanie lepiej jest zwiększyć porcje (do uczucia sytości, nie przejedzenia) i wydłużyć przerwy pomiędzy posiłkami - np. do 4 godzin.

Takie „prawdy” słyszymy w reklamach. Gdy jednak z samego rana dostarczymy sobie węglowodanów (np. jedząc kanapkę z pełnoziarnistego pieczywa, owsiankę na mleku lub pijąc koktajl owocowy), to nasza trzustka bardzo szybko zareaguje wyrzutem insuliny. To spowoduje spadek cukru i hipoglikemię, czyli ten moment, w którym odczuwamy brak energii i chęć na coś słodkiego, by się „doładować”. Lepszym rozwiązaniem będą śniadania białkowotłuszczowe, które zapewnią sytość na kilka godzin. Niech na talerzu królują jaja, awokado, dobrej jakości mięso - również to tłuste. Połączmy je z warzywami.

MIT 3 „Pełnoziarniste zboża to samo zdrowie” Nie zawsze etykietka „wieloziarniste”, „pełnoziarniste” czy „fit” gwarantuje najlepszą jakość. Ciemne chleby często mają w składzie sztuczny barwnik - karmel, którego zadaniem jest zaciemnienie chleba. Warto też wiedzieć, że produkty pełnoziarniste zawierają kwas fitynowy, który zmniejsza przyswajalność składników mineralnych. Stąd, o dziwo, nasz organizm przyswoi więcej substancji odżywczych z ryżu białego, a nie brązowego!

MIT 4 „Jedz pięć porcji warzyw i owoców dziennie” Wrzucanie do jednego worka warzyw i owoców nie jest dobrym pomysłem. Owoce, pomimo wielu składników odżywczych, stanowią również źródło cukru, a dokładniej mówiąc fruktozy, która w nadmiarze nie jest dla nas korzystna. Jedzmy je maks. 2 razy w ciągu dnia.


MIT 5

MIT 6

MIT 7

„Nie jedz po godzinie osiemnastej”

„Ziemniaki tuczą”

„Owoce jedzone na noc powodują tycie”

Takie zalecenie bywa pomocne… jeśli chodzimy spać o godz. 21. Gdy kładziemy się później, możemy śmiało zjeść kolację nawet o 20. Ważne, by zachować odstęp około 3 godzin przed snem. Dzięki temu posiłek będzie mógł się odpowiednio strawić.

100 gram ziemniaków to zaledwie 77 kcal. Dla porównania, 100 gram ryżu, kaszy czy makaronu to ponad 350 kcal. Poza tym ziemniaki stanowią doskonałe źródło potasu, magnezu, fosforu i żelaza, witamin B i C. Są też bezpiecznym źródłem węglowodanów dla osób, które ze względu na różne dolegliwości, choroby tarczycy czy celiakię wykluczają gluten ze swojej diety.

Nic bardziej mylnego... Wiemy już, że węglowodany z rana to niezbyt dobry pomysł. Za to wieczorem? Jak najbardziej! Owoce w połączeniu z tłuszczem (na przykład orzechami) świetnie sprawdzą się na kolację. Po krótkotrwałym przypływie energii w bardzo przyjemny sposób wyciszą organizm. I bynajmniej nie przyczynią się do tycia. Co więcej - pomogą wszystkim tym, którzy mają problem z oddaniem się w objęcia Morfeusza.

MIT 8 „Im bardziej urozmaicony posiłek, tym lepiej” W przypadku odżywiania prostota zawsze wygrywa. Każdy z głównych składników pożywienia (białko, tłuszcz i węglowodany) trawiony jest w innym środowisku (o różnym pH). Największe różnice występują między białkiem a węglowodanami. Kiedy oba te pokarmy trafiają do żołądka, jeden z nich nie zostanie do końca strawiony. Jakie są tego konsekwencje? Wzdęty brzuch, gazy, problemy trawienne, a także uczucie ciężkości. Najkorzystniejszym rozwiązaniem jest spożywanie mięsa z warzywami skropionymi zdrowym tłuszczem (np. oliwą z oliwek) bez ziemniaków, kasz czy ryżu. I odwrotnie - kiedy mamy ochotę na ziemniaki, zjedzmy je z np. z zeszkloną na maśle klarowanym cebulką.

MIT 9 „Świeżo wyciskane soki wspomagają odchudzanie” Nie ulega wątpliwości, że mają one mnóstwo witamin i składników mineralnych. Jednak spożywane regularnie prędzej przysporzą nam dodatkowych kilogramów, niż pomogą w redukcji masy ciała. Aby wycisnąć jedną szklankę soku pomarańczowego, potrzebujemy aż 3-4 pomarańcz. Ponadto żaden płyn nie jest traktowany przez żołądek jak pełnowartościowy posiłek. Taki napój szybciutko przemieszcza się do jelit i zostawia po sobie chęć na coś do zjedzenia. Dlatego zdecydowanie lepiej jeść owoce tak, jak stworzyła je matka natura.

MIT 10 „Produkty typu light są receptą na szczupłą sylwetkę” Rzekomy atut produktów light to mniejsza ilość tłuszczu. Mało kto myśli jednak o tym, że ten tłuszcz musi być czymś zastąpiony... Jak radzą sobie z tym producenci? Zastępują go cukrem! Warto też wiedzieć, że to właśnie tłuszcz warunkuje prawidłową pracę hormonów. Jego brak sprzyja powstawaniu wielu chorób. Dlatego dużo lepszym wyborem - zarówno pod kątem zdrowia, jak i sylwetki - będzie produkt oryginalny, nieprzetworzony, a nie jego odtłuszczona wersja. miasta kobiet

kwiecień 2017

27


JEDZIEMY W DOBRYM CELU Kręć kilometry i podaruj żywność potrzebującym

ŁĄCZYMY SIĘ W POMAGANIU: NA ROWERKACH – W SPECJALNEJ STREFIE ODDAJEMY DOBROCZYNNE KALORIE – KAŻDY PRZEJECHANY KILOMETR ZWIĘKSZA KWOTĘ POMOCY DLA FUNDACJI CHARYTATYWNEJ

28

miasta kobiet.pl

Caritas Diecezji Bydgoskiej

007278444

NA ZAKUPACH – ODDAJEMY ARTYKUŁY ŻYWNOŚCIOWE DLA POTRZEBUJĄCYCH (PAMIĘTAJĄC O DŁUGICH TERMINACH PRZYDATNOŚCI) – ŻYWNOŚĆ ZAKUPIONĄ W HIPERMARKECIE PRZEKAZUJEMY W STREFIE AKCJI NA TERENIE CENTRUM RONDO


007274581

e

k

l

a

m

a

Novum Motors Bydgoszcz, ul. Fordońska 325, 85-790 Bydgoszcz, tel. +48 52 360 00 00 Novum Motors Toruń, ul. Grudziądzka 138, 87-100 Toruń, tel. +48 56 623 70 42

007272546

r


zdrowie

Terapie w komorach Chroniczne zmęczenie, bóle stawów, kości, kontuzje… ilu z nas chciałoby się pozbyć tych dokuczliwych dolegliwości? Z pomocą przychodzą nowoczesne terapie, które pomagają uwolnić się od niektórych przewlekłych objawów i pozwalają odzyskać komfort życia. Na uwagę zasługują komory: deprywacji sensorycznej, kriogeniczna i hiperbaryczna tlenowa. Tekst: Jan Oleksy

Relaks w stanie nieważkości Komora deprywacji sensorycznej kształtem przypomina futurystyczną kapsułę, w której mieści się kilkaset litrów ciepłej i niezwykle słonej wody. Jej wyporność jest tak duża, że ciało unosi się na powierzchni lekko niczym w Morzu Martwym. Woda ma identyczną temperaturę jak ciało człowieka. Podczas seansu w komorze deprywacji sensorycznej wszystkie bodźce zewnętrzne zostają odłączone, dzięki czemu szybko można osiągnąć stan niezwykle głębokiego relaksu, wrażenie unoszenia się w powietrzu i przebywania niemalże w stanie nieważkości. Ciało uwolnione od grawitacji przestaje ciążyć. Znikają napięcia. Krew płynie swobodnie przez wszystkie tkanki. Gwałtownie obniża się poziom adrenaliny i kortyzolu - hormonu stresu. Zazwyczaj potrzeba około 15 minut, żeby wejść w stan głębokiego relaksu. Pozostałe 45 minut typowej godzinnej sesji utrwala stan uwolnienia ciała od grawitacji. Terapia deprywacji sensorycznej przynosi wiele korzyści. Pozwala odzyskać dobre samopoczucie, zrelaksować i odstresować się, pozbyć bólów pleców, mięśni i stawów. Ta terapia polecana jest wszystkim przemęczonym, a zwłaszcza sportowcom, przyśpieszając proces regeneracji. R

Zbawienny tlen Tlenoterapia hiperbaryczna HbOT polega na dostarczaniu zwiększonej ilości tlenu do uszkodzonych tkanek i narządów. Pacjent podczas sesji w komorze hiperbarycznej oddycha 100-procentowym tlenem w atmosferze zwiększonego ciśnienia powyżej 1 ATA. Tlen nie tylko transportowany jest przez krwinki czerwone, ale równocześnie zostaje rozpuszczony we wszystkich płynach organizmu, docierając do tkanek i narządów niedokrwionych. Tlenoterapia hiperbaryczna wzmacnia naturalne procesy obronne i regeneracyjne naszego organizmu, powoduje tworzenie nowych naczyń krwionośnych oraz pozwala ograniczyć obszary uszkodzenia i martwicy. Jedno sprężenie HbOT trwa około 90 minut, w trakcie których tlen podawany jest w trzech sesjach 20-minutowych. Pacjenci uczestniczą średnio w 30 sprężeniach. Podczas terapii w 12-osobowej komorze pacjentom towarzyszy pielęgniarka hiperbaryczna lub ratownik medyczny, a przebieg nadzoruje lekarz hiperbaryczny. Tlenoterapia hiperbaryczna między innymi pobudza syntezę kolagenu, wspomaga mechanizmy odpornościowe, działa bakteriobójczo i bakteriostatycznie.

EKL

Leczenie zimnem Krioterapia to leczenie bardzo niskimi temperaturami. Polega ona na oziębianiu całego ciała w specjalnych komorach kriogenicznych. Terapia wykorzystuje naturalne reakcje organizmu na zimno. Najpierw dochodzi do gwałtownego zwężenia naczyń krwionośnych w tkankach, bo tak organizm broni się przed utratą ciepła. Krew płynie nieco wolniej, przemiana materii zostaje spowolniona. Następnie naczynia krwionośne rozszerzają się i dochodzi do ich przekrwienia. Organizm zaczyna się bronić. Otaczające zimno działa na układ hormonalny oraz immunologiczny. Szybciej niż w normalnej temperaturze wydzielają się endorfiny, aktywniej krążą substancje przeciwzapalne, zmniejsza się napięcie mięśni. Znika przewlekły ból, sztywność stawów, a przykurcze mięśni wydają się mniejsze. Pobyt w komorze jest szczególnie korzystny dla osób cierpiących na schorzenia narządu ruchu. Pomaga leczyć zapalenie stawów oraz ścięgien i mięśni, zespoły bólowe kręgosłupa, reumatyzm tkanek miękkich, przykurcze stawów, obrzęki po operacjach oraz bolesne blizny, schorzenia neurologiczne, niedowłady, rozsiane zapalenie mózgu oraz rdzenia kręgowego, chorobę Parkinsona. A

M

A

Hiperbaria tlenowa znalazła szerokie zastosowanie we wspomagającym leczneniu wielu jednostek chorobowych. Pomaga przy trudno gojących się ranach, zakażeniach skóry i tkanek podskórnych, zespole stopy cukrzycowej, rehabilitacji po udarze mózgu i urazach czaszkowomózgowym, leczeniu przeciwbólowym, urazach sportowych, boreliozie, depresji, zespole przewlekłego zmęczenia, PTSD, nagłej głuchocie idiopatycznej, urazach akustycznych, oparzeniach, zapaleniu kości, szpiku kostnego, zatruciu tlenkiem węgla, chorobie dekompresyjnej. Przeciwwskazaniem do stosowania terapii jest nieleczona odma opłucnowa oraz przyjmowanie niektórych leków cytostatycznych. Pacjent, przed przystąpieniem do terapii, poddany jest wstępnej kwalifikacji lekarskiej, podczas której ustalana jest ilość sprężeń w komorze hiperbarycznej. Na wizytę należy przynieść badanie EKG z ostatniego miesiąca oraz RTG klatki piersiowej z opisem z ostatnich 12 miesięcy. Zapraszamy na stronę www.hiperbariatlenowa.pl

007269781

Centrum Hiperbarii Tlenowej i Leczenia Ran HbOT ul. Powstańców Warszawy 5, Bydgoszcz, na terenie 10WSK tel. +48 791 777 871, bydgoszcz@hiperbariatlenowa.pl

Centrum Hiperbarii Tlenowej i Leczenia Ran HbOT Al. Jana Pawła II 50, Gdańsk, na terenie Szpitala św. Wojciecha (na Zaspie) tel. +48 791 770 355 lub 58 768 48 96, gdansk@hiperbariatlenowa.pl


007278852

r

e

k

l

a

m

a

J E ST E Ś KOBIETĄ Z PAS JĄ? A MOŻE WŁAŚNIE SZUKASZ IDEALNEGO HOBBY LUB POMYSŁU NA BIZNES? JEŚLI TAK, NASZE WYDARZENIE JEST DLA CIEBIE!

HOTEL BULWAR 19 KWIETNIA GODZ. 18.00 O R GA N I Z ATO R Z Y


007261803

Miasta Kobiet kwiecień 2017  
Miasta Kobiet kwiecień 2017  
Advertisement