Page 1

miastakobiet nasze miejsca spotkań

czerwiec 2013

reportaż

Kobiety grają w nogę

tabu

Seksualna, niebezpieczna

Natalia Sieradzka

str. 4-7

str. 14-17 R

E

K

L

A

M

A

701513TRBRA


kobieca perspektywa

Sięgamy po więcej Prawdziwa pasja, która wynika z potrzeby serca, nie wymaga poklasku. Miło, jeśli zostanie zauważona. A jeśli nie? Trudno. Pasjonujemy się dalej. Emilia Iwanciw - redaktorka prowadząca „Miasta Kobiet”

Obserwuję, że coraz więcej z nas ma własną pasję, hobby, małą/wielką miłość, którą nie zawsze jest wyłącznie partner życiowy. Znajdujemy czas, energię i siłę na to, by realizować swoją pasję często idąc pod prąd, a nie po najmniejszej linii oporu. Udane i harmonijne życie rodzinne nam nie wystarcza. Bezpieczna praca od 8 do 16 to za mało. Sięgamy po więcej. Chcemy mieć interesujące zajęcie. Albo móc robić coś rozwijającego po pracy.

Jesteśmy różnorodne Jakie mamy hobby? Wykonujemy biżuterię, gotujemy, pielęgnujemy ogród, prowadzimy własne biznesy. Robimy zdjęcia jak Anna Wegner (str. 32), podróżujemy jak Monika Gajewska (str. 26), projektujemy jak Rilla Pawlaczyk (str. 24), tańczymy jak Marta Lewandowska (str. 34), udzielamy się w polityce jak Maria Gałęska (str. 36). Czasem pasja to po prostu nasza praca zawodowa. Mamy smykałkę do porządkowania chaosu i w tym czujemy się spełnione, jak Beata Jurczak, której udało się uratować toruńską firmę przed upadkiem (str. 20) i ma odwagę przyznać, że praca jest dla niej najważniejsza. Porzucamy stereotypy Bywa, że realizując swoją pasję, odnosimy sukcesy i stajemy w świetle jupiterów. Częściej jednak realizujemy ją po cichu, pod prąd, nawet wbrew logice. Taką pasję mają piłkarki KKP Bydgoszcz (str. 14). Dziewczyny wzbudzają mój podziw z wielu powodów. Po pierwsze - przecierają szlaki w piłce nożnej czyli dziedzinie, która wciąż jeszcze należy prawie wyłącznie do mężczyzn. Po drugie, miały odwagę porzucić schematy, którymi przepełnione są małe miejscowości, z jakich pochodzą. Po trzecie, żyją wiele kilometrów od bliskich, często w spartańskich warunkach, nie dostając żadnego wynagrodzenia za swoją pełną poświęcenia, zaangażowania i sukcesów grę w ekstralidze. Prawdziwa pasja, która wynika z potrzeby serca, nie wymaga poklasku. Miło, jeśli talent zostanie zauważony. A jeśli nie? Trudno. Pasjonujemy się dalej. Niezależnie od liczby kibiców, siniaków, przegranych meczów, dyskryminacji w PZPN i bliskich pukających się w czoło, dziewczyny i tak będą grać w nogę.

Błądzimy Zdarzyć się może jednak również całkiem inny scenariusz. Kobiety wychowywane w przeświadczeniu, że są niewiele warte, mogą nie wykształcić w sobie żadnej pasji. Żadnych marzeń i celów. A koleżanki w tym samym wieku czują się spełnione i odnoszą sukcesy. Rodzinne, zawodowe, albo jedne i drugie. Sięgają po więcej i dostają. Co wtedy? Błądzimy. Tak się dzieje w przypadku Agnieszki - bohaterki reportażu, która uważa, że jedyne, w czym jest dobra, to stosunki seksualne z obcymi facetami (str. 4). Niebezpieczne hobby. Na granicy pasji i choroby. Nie potępiam jej. Uważam jednak, że jesteśmy wyjątkowe i wiele warte wcale nie dlatego, że jesteśmy w czymś najlepsze. Fajnie mieć wyraziste hobby, ale chyba jeszcze ważniejsze jest, by zachować szacunek do samej siebie. Kochamy życie Obok tych wszystkich naszych zainteresowań jest jeszcze jeden rodzaj pasji. To zwykła, codzienna pasja życia. Tą pasją zarażają Lucyna i Patrycja - niepełnosprawne dziewczyny, które mimo przeciwności chwytają życie pełnymi garściami (str. 12). Udowadniają, że można być inteligentną, ambitną, piękną, mimo niepełnosprawności. Można wręcz ten dla wielu z nas niewyobrażalny dramat zamienić w drobny szczegół bez znaczenia, a nawet w atut. Piękno to też niedoskonałość. A pasja to nie tylko zamiłowanie do gotowania lub podróży. Dla mnie to również znaczy po prostu kochać życie.

NAPISZCIE O SWOICH PASJACH Najciekawsze wypowiedzi opublikujemy i nagrodzimy nowoczesną lokówką oraz kartą pre-paid o wartości 100 zł. Czekamy na maile i listy o kobiecych pasjach do 19 lipca. Przesyłajcie je pod adresem mailowym: miastakobiet@expressmedia.pl albo tradycyjną pocztą: Express Media, ul. Warszawska 13, 85-058 Bydgoszcz.

WYDAWCA: EXPRESS MEDIA Sp. z o.o. Bydgoszcz, ul. Warszawska 13, tel. 52 32 60 733 Prezes Zarządu: dr Tomasz Wojciekiewicz, Redaktor Naczelny: Artur Szczepański, Dyrektor sprzedaży: Adrian Basa, Redaktorka prowadząca: Emilia Iwanciw, tel. 52 32 60 863, e.iwanciw@expressmedia.pl, Teksty: Emilia Iwanciw, Dominika Kucharska, Dorota Kowalewska, Lena Kałużna, Kamil Pik, Jan Oleksy, Janusz Milanowski Zdjęcie na okładce: Iwona Cenkier Projekt: Iwona Cenkier, i.cenkier@expressmedia.pl, Skład: Ilona Koszańska-Ignasiak, i.koszanska@express.bydgoski.pl, tel. 52 32 60 704 Sprzedaż: Angelika Sumińska, a.suminska@express.bydgoski.pl, tel. 691 370 521, Michał Kopeć, m.kopec@nowosci.com.pl, tel. 56 61 18 156

2

miasta kobiet

czerwiec 2013


701713TRBRA

miasta kobiet

czerwiec 2013

3


tabu

Seksualna, niebezpieczna Nie chcemy się lepiej poznać, nie podajemy swoich prawdziwych imion. Najczęściej od razu idziemy do łóżka. Wtedy czuję, że jestem w czymś naprawdę dobra. TEKST: Dominika Kucharska

U

mawiamy się w jej mieszkaniu. Na rozmowę zgodziła się bez oporów, poprosiła jedynie o zmianę imienia w artykule. - Może być Agnieszka. Zawsze mi się podobało - mówi. Agnieszka ma 33 lata. Spodziewałam się skąpej mini, wyzywającego dekoltu, krzykliwego makijażu. Widzę jednak kobietę ubraną w zwykłe dżinsy opinające dość szerokie biodra. Do tego szara koszulka z młodzieżowym, mieniącym się nadrukiem. Proste, pofarbowane na kruczoczarny kolor włosy sięgają jej do ramion. Odgarnia je dłonią. Zauważam doklejone tipsy ozdobione brokatem. W wąskich, zielonych oczach widać niepewność, która zdaje się znikać z każdą kolejną sekundą. Siadamy w jej pokoju. Leciwą wersalkę zakrywa narzuta w drapieżny wzór. Na ścianach wiszą zdjęcia małej dziewczynki. - To moja córka - wyjaśnia widząc, że przyglądam się fotografiom. Po kilkunastu minutach rozmowy otwiera jedną z szafek. Równo ułożone wibratory, kajdanki, żele i inne zabawki dla dorosłych, kupione w sex shopie... Każda z tych rzeczy ma swoje miejsce. To honorowe zajmuje komputer.

BYĆ W CZYMŚ NAPRAWDĘ DOBRĄ Agnieszka szybko odkryła, jakie możliwości daje Internet. Na erotyczny portal trafiła przypadkowo. Dokładnie nie pamięta, ale mówi, że było to jakieś trzy, może cztery lata temu. Odważyła się i ustawiła samowyzwalacz. Do pierwszego nagiego zdjęcia pozowała na łóżku, w swoim pokoju zamkniętym na klucz, mimo że w mieszkaniu nie było nikogo poza

4

miasta kobiet

czerwiec 2013

nią. Reakcje internautów przeszły jej wszelkie oczekiwania. Nigdy nie czuła się równie atrakcyjnie. Coraz odważniejsze zdjęcia zamieszcza w Internecie regularnie. Robi je w różnych miejscach - w łazience, kuchni, w parku. Zainwestowała też w erotyczne gadżety. Lubi lateksowe dodatki. - Każdy pozytywny komentarz sprawia, że słupek mojej samooceny szybuje w górę - mówi kobieta. Przyznaje, że nie widzi problemu w tym, aby swoimi pornograficznymi fotografiami pochwalić się przed znajomymi, licząc na taki sam podziw, jak ten wystukiwany na klawiaturze przez internautów. Poszukiwanie kolejnych bodźców seksualnych sprawia, że zapomina o wszystkim, co dzieje się dookoła. Gdy razem z mężem przeprowadzili się na Wyspy Brytyjskie poczuła jeszcze większą wolność. Anonimowość tylko to potęgowała. Znikała prawie co weekend. W hotelach spotykała się z mężczyznami poznanymi na portalach. - Niepewność, ryzyko i to, że ja nie znam tego faceta, a on nie zna mnie nakręca jeszcze bardziej - mówi.

OD RAZU DO ŁÓŻKA Zastanawiam się, jak wygląda takie spotkanie. - To rodzaj randki? - pytam. - Zdecydowanie nie. Chodzi głównie o seks, ale przyznam, że są wyjątki. Zdarzyło się, że zamówiliśmy coś do jedzenia. Piliśmy wino. Nigdy natomiast nie rozmawiamy o swoim życiu, sprawach osobistych, zawodowych. Nie chcemy się lepiej poznać, nie podajemy swoich prawdziwych imion. Najczęściej od razu idzie-

Nagromadzenie bodźców działa destrukcyjnie. W pewnym momencie przestajemy nad tym panować. Wtedy może pojawić się depresja. Pamiętajmy, że w życiu na wszystko trzeba sobie zapracować, zwłaszcza na udany związek. WANDA PONIKIEWSKA SEKSUOLOG

my do łóżka. Wtedy czuję, że jestem w czymś naprawdę dobra - opowiada Agnieszka. - Nie boisz się HIV, choroby wenerycznej? pytam. - Zabezpieczenie to podstawa. Zawsze biorę ze sobą prezerwatywy. Bez tego nie mamy, o czym rozmawiać. Nie liczę, że facet będzie o tym pamiętał, a ryzykować nie mam zamiaru. Poza tym badam się regularnie - tłumaczy. - Ale przecież i tak ryzykujesz. Nie znasz człowieka, z którym zamykasz się w hotelowym pokoju, a przecież może się on okazać agresywny? - Na portalach takie informacje ukazują się błyskawicznie. Wystarczy jedna >


temat

1095913BDBHA

miasta kobiet

czerwiec 2013

5


tabu >

SEKSUOLODZY PODKREŚLAJĄ, ŻE NIMFOMANIA MOŻE BYĆ ODPOWIEDZIĄ NA ZAWÓD MIŁOSNY. PRZYKŁAD? BAZA, JAKĄ PRZEZ LATA STANOWIŁO MAŁŻEŃSTWO, NAGLE ROZPADA SIĘ NA MAŁE KAWAŁKI. KOBIETA DOCHODZI DO WNIOSKU, ŻE NIE MA SENSU POLEGAĆ NA JEDNYM MĘŻCZYŹNIE.

negatywna opinia, żebym odpuściła sobie spotkanie. Pamiętam jednak, że kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje - wyjaśnia Agnieszka. W wieku 32 lat mąż nie wytrzymał trybu życia Agnieszki. Płacz 9-letniej córki nie przekonał jej do zmiany. Mąż poprosił, by się wyniosła. Przeprowadziła się do nowego partnera, ale z prezentowania swojej intymności w Internecie nie chce rezygnować. - Myślisz, że jesteś nimfomanką? - pytam wprost. - Nie wiem. Może. Chyba po prostu to lubię - odpowiada.

OD SEKSU MOŻNA SIĘ UZALEŻNIĆ - Nimfomania to szeroki temat i na odległość trudno jest jednoznacznie określić, czy w tym konkretnym przypadku mamy z nią do czynienia - mówi dr Wanda Ponikiewska, spec. seksuolog-psychiatra*. - Jednym z mechanizmów pojawienia się takiego zachowania może być luka uczuciowo-seksualna, którą pragniemy zapełnić. Temperament tej kobiety jest skierowany wielokierunkowo. Wciąż nie wyrobiła w sobie określonego popędu. Jest rozbudzona seksualnie. Nastąpił u niej przerost psychicznych podniet. Zakładając konta na pornograficznych portalach trafiła na podatny grunt. Ona spełnia tam swoje marzenia. Jednocześnie przestała panować nad swoim popędem. Fantazje seksualne wzięły górę. W sprawach intymnych nie można dopuszczać do sytuacji ekstremalnych, bo od seksu można się uzależnić jak od używek - dodaje doktor. Seksuolodzy podkreślają, że nimfomania może być odpowiedzią na zawód miłosny. Przykład? Baza, jaką przez lata stanowiło małżeństwo, nagle rozpada się na małe kawałki. Kobieta dochodzi do wniosku, że nie ma sensu polegać na jednym mężczyźnie. - Znam wiele życiorysów kobiet, które negatywnie doświadczone przez małżeństwo, po jego zakończeniu mają ogromną chęć pokazania, że coś jeszcze znaczą. Drogą ku temu bywa rozpoczęcie traktowania mężczyzn jak zabawki i poszukiwanie nowych doświadczeń w seksie. Zazwyczaj nie chodzi o wiązanie się i współżycie z jednym partnerem, ale z wieloma. To dotyka kobiet z różnych środowisk - tłumaczy dr Ponikiewska.

nokrotnie słyszę, że kobiecie, a w szczególności matce, coś takiego nie przystoi. Nasuwa się jeszcze jeden wniosek - nimfomanki szokują dużo bardziej, niż mężczyźni zachowujący się w ten sam sposób. Agnieszka doskonale zdaje sobie z tego sprawę. - To krzywdzące. Kobietę łatwo nazwać dziwką, a facet, który uprawia seks z wieloma partnerkami to ogier, szczęściarz. Na Wyspach podejście do tego jest odrobinę bardziej liberalne niż w Polsce, ale i tak wyczuwam, że facetom wolno w tej sferze więcej. Ja po prostu chcę korzystać ze swojej seksualności - mówi. Szok społeczny, jaki wywołują nimfomanki, stara się wytłumaczyć seksuolog. - Mężczyźni mają potrzeby seksualne ilościowe, a kobiety jakościowe. Tym samym kobiecie łatwiej jest się powstrzymać od przypadkowych zbliżeń. Mechanizm działania jest u kobiet inny niż w przypadku mężczyzn. U nimfomanek ta zasada jest zachwiana. Wciąż jesteśmy przyzwyczajeni, że kobieta to ta strzegąca ogniska

FACET TO JESZCZE, ALE MATKA... Bez wchodzenia w szczegóły, pytam się znajomych, co myślą o zachowaniu Agnieszki. Większość z nich jest zbulwersowana. NiejedR

E

domowego. Rozwiązłość, swoboda seksualna kłócą się z budowanym przez lata obrazem mówi dr Ponikiewska. Specjalistka kładzie nacisk także na to, że udane współżycie seksualne nie polega na jego upublicznieniu. - Obecnie miejsc, gdzie nagość i intymność można pokazywać, jest coraz więcej. Pamiętajmy, że całkowicie odsłonięta intymność przestaje być prawdziwie pociągająca. Kobiety XIX-wieczne i te żyjące na początku XX wieku przestrzegały reguł ukrywania intymności. Polegało to jednak na tym, że często były one stłamszone i uzależnione od mężczyzn. Wtedy dla wielu kobiet współżycie było zwykłym obowiązkiem. Matki i babcie mówiły wprost, że seks to nie jest przyjemna sprawa, a obowiązek. W końcu trzeba urodzić dzieci. Takie podejście rzutowało na współżycie. Kobiety nie mogły uzewnętrzniać swoich oczekiwań i potrzeb, bo to nie przystawało przypomina seksuolog. - Całe szczęście to już przeszłość, ale resztki takiego podejścia, niestety pozostały - dodaje.

K

L

SWOBODA DO PRZESADY Nie ma konkretnej definicji nimfomanii. Nie jest to jednostka chorobowa, ale pewna forma uzależnienia. - Nimfomania to nastawienie na silne akcentowanie swojej osoby, swoich możliwości. Jeśli nie jesteśmy wyjątkowo uzdolnieni w jakiejś dziedzinie, to pod wpływem niektórych mediów masowych bardzo łatwo jest dojść do wniosku, że najbardziej atrakcyjna jest strona fizyczna człowieka. W myśl tej zasady podkreślanie swojej kobiecości staje się najważniejsze. Nimfomania zawsze związana jest z przesadą. Mamy za sobą epokę, kiedy możliwości eksponowania fizycznych walorów były bardzo ograniczone. Obecnie w tej sferze panuje dużo więkA

M

A

1151813BDBHA

6

miasta kobiet

czerwiec 2013

>

>


tabu >

sza swoboda. W tym wszystkim łatwo zapomnieć, że bazowanie jedynie na fizyczności nie wystarcza - zauważa seksuolog. Agnieszka odczuwa nieustającą potrzebę poszukiwania nowych bodźców, które powodują podniecenie. Żyjąc z tym jesteśmy w stanie zbudować zdrowy związek? - Nagromadzenie bodźców działa destrukcyjnie. W pewnym momencie przestajemy nad tym panować. Wtedy może pojawić się, na przykład depresja. Pamiętajmy, że w życiu na wszystko trzeba sobie zapracować, zwłaszcza na udany związek.

BEZ DOBREJ WOLI NIE MA SZANS Zawsze w takich sytuacjach rodzi się pytanie, kiedy i czy w ogóle otoczenie powinno interweniować? Sugerowanie wizyty u psychologa może zostać odebrane jako osobisty atak. - Interweniować możemy tylko i wyłącznie w chwili, gdy ta kobieta sama dojdzie do wniosku, że chce coś zmienić, chce z tego wyjść, bo sprawy zaszły za daleko. Zmuszanie do czegokolwiek nie ma sensu. Myślę, że prędzej czy później Agnieszka będzie wymagała wielokierunkowej terapii i nie tylko psychologicznej. Nie zapominajmy o ryzyku zakażenia chorobami przekazywanymi drogą płciową.

R

E

K

L

A

M

A

Kobietę łatwo nazwać dziwką, a facet, który uprawia seks z wieloma partnerkami to ogier, szczęściarz. AGNIESZKA

720613TRTHA

Rozwiązaniem jest odcięcie się od tego, co w pewien sposób ją uzależnia. W tym wypadku konieczne byłoby zlikwidowanie dostępu do internetowych stron pornograficznych mówi dr Ponikiewska. Agnieszka odpowiada, że nie ma zamiaru wybierać się do psychologa. - Nie widzę takiej potrzeby. Dopóki jestem młoda, mam zamiar czerpać radość z seksu. Pozwalać sobie na eksperymentowanie. Czy to coś złego? W końcu dostaliśmy to w darze od natury. Myślę, że nad tym panuję i gdybym musiała, to potrafiłabym z tego zrezygnować, ale na razie nie mam zamiaru - wyjaśnia. Nowy partner Agnieszki jest Anglikiem. Od początku twierdził, że akceptuje jej tryb życia. Jemu samemu zdarzało się uprawiać seks z przypadkowo poznaną kobietą. Robił to bez zobowiązań. Agnieszka: - Nie jest mi potrzebny tradycyjny związek. Męża już miałam i nie żałuję, że zdjęłam z palca obrączkę. Wreszcie czuję się naprawdę wolna. Jestem sobą.

miasta kobiet

czerwiec 2013

7


zdrowie

Lepiej wiedzieć Po tym, jak Angelina Jolie zdecydowała się na usunięcie piersi, w Poradni Genetycznej Szpitala Uniwersyteckiego przybyło pacjentek. Szczególnie tych, których matki, ciotki i babki miały raka piersi lub jajnika Z dr Hanną Janiszewską* - genetykiem, rozmawia Dorota Kowalewska Jaki gen odpowiedzialny jest za raka piersi? BRCA1, który ma każdy z nas. Jeśli jest prawidłowy, pełni bardzo ważne funkcje w życiu komórki. Istotny jest, m.in. jego udział w naprawie uszkodzonego DNA, a jeśli taka naprawa jest już niemożliwa, włącza się w mechanizmy prowadzące do śmierci komórki. W taki sposób organizm broni się przed uszkodzeniami w materiale genetycznym. Niekiedy jednak te ochronne procesy ulegają zaburzeniu. Jeśli gen BRCA1 sam jest uszkodzony (zmutowany) nie może spełniać swoich funkcji i wtedy może dojść do rozwoju nowotworu.

ców i jest ona obecna przez całe nasze życie w każdej komórce wszystkich tkanek i narządów, budujących nasz organizm. W narządach podatnych może dojść do rozwoju nowotworu. Nowotwory powstałe na podłożu mutacji dziedzicznych mogą wystąpić w młodszym wieku i obustronnie w narządach parzystych (piersi, jajniki).

Tylko kobiety mogą mieć uszkodzony gen BRCA1? Mężczyźni mogą również, ale najbardziej niebezpieczny jest dla kobiet. Należy jednak zaznaczyć, że posiadanie uszkodzonego genu nie jest równoznaczne z zachorowaniem, chociaż ryzyko choroby jest wysokie. U Polek obecność mutacji w genie BRCA1 łączy się z ok. 65 proc. ryzykiem raka piersi i ok. 44 proc. ryzykiem raka jajnika. Zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn czterokrotnie zwiększa ryzyko raka jelita grubego. U mężczyzn trzykrotnie podnosi ryzyko raka prostaty. Mutacje BRCA1 mogą też stanowić podłoże do rozwoju wielu innych chorób nowotworowych.

rych mutacji wśród ludności różnych krajów wynika głównie z dziedziczenia tych mutacji z pokolenia na pokolenie. W Polsce z najczęściej występują trzy mutacje. Wykrywamy je u ok. 6-7 proc. kobiet z rakiem piersi i u ok. 13 proc. kobiet z rakiem jajnika. Mutację w BRCA1 najczęściej dziedziczymy od jednego z rodzi-

Skąd te mutacje się biorą? Gen BRCA1 to długi gen i na całej jego długości mogą pojawiać się różne mutacje. Zwiększona częstość występowania niektóR

E

897213BDBHB

8

miasta kobiet 21 czerwiec maja 2013 2013

Na czym polega badanie genu BRCA1 ? W Katedrze Genetyki Klinicznej Collegium Medicum w Bydgoszczy, kierowanej przez panią prof. Olgę Haus, już od 2000 roku wykonujemy badania mutacji genu BRCA1. Materiał genetyczny, DNA, izolujemy z próby krwi pobranej z żyły łokciowej, a następnie przy użyciu technik molekularnych sprawdzamy, czy badana osoba jest, czy też nie jest nosicielem mutacji. Badamy też mutacje w wielu innych genach, które również mogą być związane z rakiem piersi, jajnika i wieloma innymi nowotworami. Należy podkreślić, że badanie mutacji dziedzicznych nie dotyczy jedynie badanej osoby, ale całej rodziny. Jeśli wykryjemy mutację, to poprosimy badaną osobę o przekazanie wszystkim krewnym informacji o wskazaniach do badań genetycznych. Oni też mogli odziedziczyć taką mutację i mają zwiększoną predyspozycję do nowotworów.

K

L

Jakie warunki należy spełnić, aby wykonać takie badanie? Badania warto rozpocząć od osoby z chorobą nowotworową, bowiem właśnie u niej z najA

M

A

B >


1142613BDBHA

BADAM SIĘ, WIĘC MAM PEWNOŚĆ BEZPŁATNE BADANIA CYTOLOGICZNE co 3 lata dla kobiet w wieku 25-59 lat 1058413BDBHA

Wojewódzki Ośrodek Koordynujący Populacyjne Programy Wczesnego Wykrywania Raka Piersi oraz Profilaktyki i Wczesnego Wykrywania Raka Szyjki Macicy. Centrum Onkologii w Bydgoszczy ul. Dr. I. Romanowskiej 2, 85-796 Bydgoszcz 2013 9 Telefon kontaktowy: 52miasta 374 34kobiet 36 Internet:czerwiec www.wok.co.bydgoszcz.pl


zdrowie >

rezonansu magnetycznego i USG piersi. Należy również raz w roku przeprowadzić badanie narządu rodnego. Ponadto, u kobiet z mutacją BRCA1 zaleca się profilaktyczne usuniecie jajników, jajowodów i niekiedy macicy, w wieku około 40 lat. Zabieg taki o ok. 50 proc. może obniżyć też ryzyko raka piersi.

wyższym prawdopodobieństwem możemy wykryć poszukiwaną mutację. Badania genetyczne mogą być wykonane u każdego, bez względu na wiek i rodzaj nowotworu. Badamy też osoby zdrowe, jeśli bliscy krewni, u których zdiagnozowano nowotwór, nie żyją lub nie wyrażają zgody na takie badania. Pierwszy krok na drodze do badań genetycznych to wizyta w Poradni Genetycznej Szpitala Uniwersyteckiego nr 1 im. dr. A. Jurasza w Bydgoszczy. Termin wizyty można ustalić, a także uzyskać wszelkie konieczne informacje pod niżej podanymi numerami telefonów. Podczas pierwszej wizyty w poradni lekarz genetyk kliniczny zapyta o przebyte choroby nowotworowe oraz zbierze wywiad dotyczący zachorowań na nowotwory wśród krewnych, zleci też pobranie krwi do badań genetycznych. Po upływie ok. miesiąca można telefonicznie (telefony poniżej) w Pracowni Nowotworów Dziedzicznych uzyskać informację o zakończeniu badań i ustalić kolejny termin wizyty w poradni w celu odebrania wyniku. Każdej osobie będzie też udzielona porada genetyczna, bez względu na to, czy ma badaną mutację, czy jej nie ma. Osoba z mutacją, zarówno chora, jak i zdrowa dostanie zalecenia profilaktyczno-diagnostyczne, które powinna systematycznie wykonywać. Takie zalecenia otrzymają również osoby, które nie mają mutacji, ale pochodzą z rodzin z agregacją nowotworów.

Angelina Jolie usunęła piersi, bo miała zmutowany gen. Bardzo dobrze, że zostało to nagłośnione. Wiele kobiet zastanowiło się nad swoja sytuacją. Mam na myśli szczególnie te kobiety, których matki, ciotki czy babki miały raka piersi lub jajnika. Od ukazania się tych wiadomości w mediach mamy dużo więcej zgłoszeń na badania. Mastektomia znacznie, tj. do ok. 1 proc. obniża ryzyko raka piersi, ale nie zabezpiecza przed nim całkowicie. Decyzję o ewentualnej konieczności profilaktycznej mastektomii kobieta powinna podjąć po konsultacjach z lekarzem onkologiem i genetykiem klinicznym. Obecnie, wśród wielu zaleceń wydawanych kobietom z mutacją BRCA1, nie ma zaleceń do profilaktycznej mastektomii. A jeśli kobieta już ma raka piersi, to po co jej badanie genetyczne? W przypadku mutacji dziedzicznych, niestety, nadal jest narażona na pierwotny nowotwór, np. w drugiej piersi, jajnikach, jelicie grubym. Wiedząc o tym, że ma uszkodzony gen, będzie regularnie wykonywać wszelkie zalecone badania. Porozmawia też z dziećmi i te, które już ukończyły 18 lat, zgłoszą się na badania genetyczne. Może się okazać, że nie odziedziczyły mutacji i będą mogły żyć bez zagrożenia.

Jakie są zalecenia dla kobiet z mutacją w genie BRCA1? Kobietom z uszkodzonym BRCA1 nie zaleca się długotrwałego stosowanie doustnych środków antykoncepcyjnych przed 25 rokiem życia. Szacuje się, że ryzyko raka piersi może wzrosnąć o ok. 35 proc. Przed podjęciem decyzji o zastosowaniu antykoncepcji hormonalnej warto dowiedzieć się o zachorowaniach na nowotwory w rodzinie i poddać się badaniom mutacji BRCA1. Kobietom z mutacją w BRCA1 zaleca się długie karmienie piersią - karmienie powyżej 18 miesięcy (łącznie po wszystkich ciążach) znacząco może obniżyć ryzyko raka piersi, nawet o ok. 50 proc. Konieczna jest systematyczna samokontrola piersi i badanie piersi raz na pół roku przez lekarza onkologa. Wskazane jest również wykonanie raz na rok R

E

badania i zastosuje się też do zalecanej profilaktyki. I dalej powinna cieszyć się życiem, rodzić i wychowywać dzieci czy wnuki. Jeśli się nawet pojawi choroba, wykryta będzie we wczesnym stadium, co umożliwi całkowite jej wyleczenie. Warto wiedzieć, co nam zagraża, aby móc jak najwcześniej i najnowszymi metodami chronić się przed chorobą. I chronić też dzieci, które mogły po nas odziedziczyć nie tylko różne wspaniałe talenty, ale też skłonność do chorób. Wcześnie uzyskana wiedza o podatności na nowotwory, może być biletem do ich długiego, zdrowego życia. A my będziemy im w tym życiu długo towarzyszyć.

* Hanna Janiszewska Jest genetykiem. Na co dzień pracuje w Katedrze i Zakładzie Genetyki Klinicznej Collegium Medicum UMK.

Poddam się badaniu i okaże się, że mam taki zmutowany gen. I co wtedy? Może lepiej się nie badać, aby nie żyć w stresie? Sadzę, że warto się badać, chociaż przyjęcie takiej wiadomości dla niektórych osób może być bardzo trudne. Jednak na pewno znacznie trudniejsze jest przyjęcie informacji o chorobie nowotworowej. Jak wspomniałam wcześniej, nosicielstwo mutacji genowej nie oznacza, że z całą pewnością pojawi się nowotwór, oznacza natomiast, że ryzyko choroby jest wysokie, jak np. w przypadku mutacji BRCA1. Wiedza taka spowoduje, że kobieta częściej i regularnie będzie wykonywała wszystkie konieczne K

L

ZGŁOŚ SIĘ NA BADANIA Badania można wykonać w Poradni Genetycznej Szpitala Uniwersyteckiego nr 1 im. dr. A. Jurasza przy ul. M. Skłodowskiej-Curie 9 w Bydgoszczy. Informacje i uzgodnienie terminu wizyty pod tel. 52 585 36 70, 52 585 36 71 (Pracownia Nowotworów Dziedzicznych Katedry i Zakładu Genetyki Klinicznej CM UMK) lub 52 585 35 67 (sekretariat katedry). Badania są bezpłatne. A

M

A

1192213BDBHA

10

miasta kobiet

czerwiec 2013

>


1176413BDBHA

miasta kobiet

czerwiec 2013

11


1

2

Na tym samym WÓZKU Często lgną do nas faceci, którzy są bardzo zakompleksieni. Liczą, że mając u boku niepełnosprawną dziewczynę, zawsze będą czuli się lepsi. 1

Tekst: Dominika Kucharska ZDJĘCIA: Tymon Markowski

U

MISS Z „LAJKÓW” Zrobiło się o nich głośno za sprawą konkursu organizowanego przez fundację „Jedyna Taka”. I Wybory Miss Polski na Wózku - brzmi poważE

1153413BDBHA

12

miasta kobiet 21 czerwiec maja 2013 2013

K

L

Lucyna Mania Patrycja Małecka

żeby pokazać, że dziewczyna na wózku też potrafi się ubrać i nie musi mieć figury modelki, żeby wygrać. Trudno jednak jest się przebić przez obowiązujący kanon urody. Słyszę od organizatorów „super, że się zgłosiłaś”, ale mimo to wiem, że nie mam większych szans. Wkurza mnie to, ale się nie zrażam. Wiadomo, że nikt nie powie mi wprost „nie przechodzisz, bo jesteś na wózku” - dodaje. Konkursowe emocje opadły. Finałowa dziesiątka została wybrana. Niestety, dziewczynom nie udało się zebrać wystarczającej liczby internetowych „lajków”. To jednak nie sprawiło, że podupadły na duchu. Wręcz przeciwnie.

nie, więc i dziewczyny do informacji o konkursie podeszły na serio. Ostro ruszyły z kampanią, bo o przejściu do finału decydowała liczba kliknięć internautów. Były więc plakaty rozwieszane na uczelni i wizytówki rozsyłane na Facebooku. - Wyczułam, że to fajna inicjatywa, która może w jakiś sposób wpłynąć na sposób postrzegania kobiet takich jak my - wspomina Lucyna. Takich jak wy, czyli? - dopytuję się. - Piękno to nie tylko wysoka, zdrowa dziewczyna - odpowiada błyskawicznie Patrycja i dodaje, że często wysyła zdjęcia swoich stylizacji do różnych konkursów. - Robię to głównie po to,

mawiamy się w restauracji na Wyspie Młyńskiej. Dwie 23-latki - Lucyna Mania i Patrycja Małecka, siedzą już przy stoliku. Staranny makijaż, fryzura, modny strój, dodatki i pewność siebie, jak na kandydatki do tytułu miss przystało - to widać na pierwszy rzut oka. Dopiero po chwili zwracam uwagę na stojące pod ścianą wózki.

R

2

A

M

A


2

kobieca perspektywa Wybory wyborami, jednak głównym celem akcji było pokazanie, że człowiek na wózku to nie tylko ktoś, komu trzeba pomóc. - Najważniejsze, że coś się dzieje - mówią dziewczyny i podkreślają, że i tak jest dużo lepiej niż było. Wciąż jednak zdarza się, że na ulicy słyszą komentarz w stylu „o biedna, na wózku”. - Chodzi o to, że ja wcale nie jestem biedna. Dla mnie to normalne, że jestem aktywna, że szukam pracy, zajęcia, a dla osoby zdrowej to bywa niesamowite. Ja po prostu żyję. Nie chcę siedzieć na kanapie i czekać, aż coś spadnie z nieba - mówi jednym ciągiem Lucyna. - Czasami czujemy się jak zwierzątka w zoo. Na ulicy podchodzą do nas ludzie i zaczynają opowiadać o swoich chorobach. Ja tego nie robię - wtrąca Patrycja. - Nieraz zadawane są nam takie pytania, jakbyśmy były z innego świata. Ludzie dziwią się, że możemy wybrać się do klubu, napić się, bawić się, jak inni - wymienia Lucyna. - Bariery architektoniczne da się pokonać. Zawsze ktoś nam pomoże z tym wózkiem, ale na pewno byłoby fajnie, gdyby to nie było konieczne.

nie, przy monitoringu czy sprzątaniu. - Patrzę na to obiektywnie i wiem, że z naszego środowiska jedna, może dwie osoby pracują. Nieważne gdzie, chodzi o sam fakt posiadania zatrudnienia. Mówi się, że za tę sytuację odpowiadają pracodawcy, ale tak naprawdę często wina leży po naszej stronie, bo nie dajemy się poznać - zauważa Patrycja.

UWAGA, BĘDĘ PISZCZAŁA! Przyglądam się temu, w co ubrane są moje rozmówczynie. Modne kolory, piękny ażurowy sweterek, wyrazista biżuteria. Efekt? Chcąc nie chcąc rozmowa schodzi na zakupy. Tu kolejne zaskoczenie. Dla dziewczyn istny koszmar stanowią bowiem bramki, zamontowane w centrach handlowych. - Zdarza się, że dopiero wchodzę do sklepu, a bramka już piszczy. Człowiekowi robi się zwyczajnie głupio - mówi Lucyna. - Mniej więcej wiem już, w których sklepach „będę piszczała” i wtedy się rozpędzam, zatykam uszy, krzyczę „wózek” i jadę dalej. Wciąż jednak czuję się nieswojo, bo mam wrażenie, że ochrona patrzy na mnie jak na potencjalną złodziejkę. Mam wózek, więc mogę coś schować. Poczucie spokoju dają mi za to zakupy w second handach - dodaje Patrycja.

Aby w ich przypadku nie skończyło się podobnie, obie wybrały się na staże. Studiująca administrację Partycja trafiła do urzędu skarbowego. Lucyna - z wykształcenia pedagog, pracowała w przedszkolu. - Początkowo dzieci pokazywały mnie palcami. Podchodziły do mnie niepewnie, ale szybko przekonały się, że można się ze mną pobawić i nie gryzę. Dzieci są bezpośrednie. Potrafią wprost zapytać, „dlaczego nie chodzisz?” i często te przełamywanie lodów wychodzi im lepiej niż dorosłym - wspomina. Teraz wyzwań ciąg dalszy. Lucyna jest w trakcie przygotowań do egzaminu na prawo jazdy. Początki do najłatwiejszych nie należały. - Muszę kierować lewą ręką. Trochę mnie to przeraziło, bo nie dość, że jedna ręka, to w dodatku lewa (śmiech). Prawą obsługuję gaz i hamulec. Miałam straszny problem z rondami. To był kosmos. Teraz jest już dobrze. Mam za sobą wyjeżdżone godziny obowiązkowe. Dodatkowych też już trochę było. Staram się, bo w końcu nagrodą jest niezależność - zaznacza. Swoje podejście do życia, otwartość i energię, dziewczyny zawdzięczają rodzicom. O cofaniu się nie ma mowy. - Jesteśmy już tak skonstruowane, że w ogóle nie bierzemy takiej opcji pod uwagę - mówią. - Denerwuje mnie,

TA PANI NIE GRYZIE Studiowanie, wybory miss… To dużo, ale nasze bohaterki mają chrapkę na znacznie więcej. Niezwykle trzeźwo podchodzą chociażby do kwestii związanych z pracą. Funkcjonują na rynku ogólnym, więc zdają sobie sprawę, że taryfy ulgowej nie będzie. Oferty? Wśród tych kierowanych do osób na wózku przeważają propozycje pracy w ochro-

Chodzi o to, że ja wcale nie jestem biedna. Ja po prostu żyję. Nie chcę siedzieć na kanapie i czekać, aż coś spadnie z nieba. LUCYNA MANIA KANDYDATKA W WYBORACH MISS

gdy ludzie łatwo się poddają. Chcę im pokazać, że jedziemy na tym samym wózku. Ja coś robię, a dlaczego ty nie? - mówi Patrycja.

Z KOMPLEKSÓW CIĘ NIE WYLECZĄ Do rozmowy wkradają się tematy damsko-męskie. Mężczyźni bywają nieśmiali. Czy z poderwaniem dziewczyny na wózku mają jeszcze większy kłopot? - Coś w tym jest, ale problem tkwi w czymś innym. Często spotykałam facetów zakompleksionych, którzy tak źle czuli się z samymi sobą, że wychodzili z założenia, że jak wezmą sobie dziewczynę na wózku, to oni zawsze będę mieli lepiej, bo chodzą, a ja nie. Przyznam, że na początku chciałam mieć faceta na wózku. Sądziłam, że taki mnie lepiej zrozumie, ale tak naprawdę facet na wózku kompletnie nie jest nami zainteresowany, bo chce mieć dziewczynę chodzącą - tłumaczy Patrycja. Myślałam podobnie - wtrąca Lucyna. - Osobie, która sama jeździ na wózku wielu rzeczy nie trzeba tłumaczyć, a dodatkowo nie trzeba się krępować. Z drugiej strony spotykałam gros facetów na wózku, którzy są przyzwyczajeni do wygody. Tego, że nic nie muszą robić. Przez to większość z nich jest otyłych - dodaje. - Dokładnie. Znam wielu, którzy muszą jeździć na wózkach elektrycznych, bo inaczej nie są w stanie się poruszać. Obecnie mam chłopaka chodzącego. Oczywiście, że na początku rodzi się wiele pytań. Czy on to wszystko zaakceptuje, zrozumie? Jak to będzie wyglądało? Z czasem jednak to mija - mówi Patrycja. No i jeszcze na koniec pytanie, które nie daje mi spokoju. Musicie mieć wyjątkowo silne ręce? - Wszyscy tak myślą, ale to nieprawda. Męczymy się tak samo, jak osoba, która się nachodzi. Też musimy się zatrzymać i odpocząć. Co więcej, możemy po damsku odpicować sobie wózek. Czaimy się na specjalne podkładki pod buty na obcasach. Dzięki nim szpilki nie będą zahaczać o ziemię.

WYBORY MISS Do konkursu zgłosiły się 72 kandydatki. Organizatorem wyborów jest fundacja „Jedyna Taka”, założona przez Katarzynę Wojtaszek i Agnieszkę Gidzinowską. Obie panie poruszają się na wózku. Gala wyborów miss zaplanowana jest na 4 sierpnia.

miasta kobiet

czerwiec 2013

13


reportaż

J m Nie rozumieją, dlaczego powiedzenie grać jak baba miałoby oznaczać kiepską grę w nogę. Dziewczyny z KKP Bydgoszcz udowadniają, że dziś grać jak baba oznacza odnosić sukcesy. TEKST: Emilia Iwanciw ZDJĘCIA: Tomasz Czachorowski

G

rają w ekstralidze. Mają lepsze wyniki niż wiele męskich zespołów. Godzą piłkę z nauką i pracą. Co dostają w zamian? 200 zł stypendium, miejsce w obskurnej szatni, dres, wyjazd na czterodniowy obóz sportowy, masaż raz w tygodniu, około 300 kibiców na meczach. Kiedy znalazły się w ekstralidze, nie było wielkiej pompy. Nie powitało ich w Bydgoszczy kilka tysięcy fanów. A jednak żadna z nich nie zamieniłaby futbolowej pasji na żadną inną. Na brak pieniędzy bydgoskie piłkarki nie narzekają, choć nie dostają wynagrodzenia

14

miasta kobiet

czerwiec 2013

za swoją grę. Dziewczyny z drużyny KKP Bydgoszcz trzymają przy piłce zupełnie inne wartości.

ZDECYDOWANIE Natalia Sieradzka, kapitan zespołu KKP Bydgoszcz, środkowy pomocnik, 4 bramki w tym sezonie, 25 lat, długie włosy związane w kucyk, zdecydowane spojrzenie, 171 cm wzrostu. Sport godzi ze studiami wychowania fizycznego i pracą w firmie Kolporter SA. Nim zamieszkała w Bydgoszczy, na treningi przyjeżdżała stopem z Gąsek pod Gniewkowem, pokonując dystans około 50 kilometrów i tra-

cąc na to około 10 godzin dziennie. Dziś żyje w Bydgoszczy w wynajętym przez klub lokalu. Interesuje się piłką i tylko piłką. Po codziennej pracy przy zwrotach egzemplarzowych prasy, Natalia pędzi na trening. Partner? Podobnie jak jej koleżanki z zespołu, nie ma czasu na facetów. Przyjaźnie? Głównie z dziewczynami z drużyny. Męskie mecze ligowe bydgoskie piłkarki oglądają wspólnie w pubie „Kubryk”. Starannie pomalowane, uczesane, kobiece. Męscy kibice nie dowierzają wtedy, że dziewczyny mogą mieć tak fachową wiedzę o futbolu. Jedni flirtują, inni się boją. Ci drudzy są pewni, że piłka

>


temat numeru 742913TRTHA 720713TRTHA 738513TRTHA

Już 30 lipca nowy numer miesięcznika

miasta kobiet

czerwiec 2013

15


temat numeru 1

2

3

nożna nie jest dla bab i już, choć nie byli nigdy na żadnym żeńskim meczu. - Największy aplauz słyszymy podczas towarzyskich meczów z facetami - opowiada Natalia. - To jest nietypowe przeżycie dla widzów oglądać damsko-męską rozgrywkę. Szczególnie, dla tych, którzy żeńskiego meczu nigdy nie widzieli. Szczególnie wtedy, kiedy wygrywamy. A to się zdarza. Dziewczyny w Polsce często nie mają z kim grać, bo żeńskich drużyn w okolicy prawie nie ma. Kiedy więc chcemy się sprawdzić na towarzyskim meczu, gramy z chłopakami o podobnych możliwościach. Ci, którzy widzą kobiecy futbol po raz pierwszy, nie mogą uwierzyć, że nasza gra nie odstaje od męskiej, a czasem nawet jesteśmy lepsze. Dziewczyny z KKP Bydgoszcz nie rozumieją, dlaczego powiedzenie „gra jak baba” ma oznaczać kiepska grę w nogę. One udowadniają, że dziś „grać jak baba” oznacza odnosić sukcesy.

TALENT Gdzie się zaczyna żeńska pasja piłkarska? Najczęściej na wsi lub w małym miasteczku. Zainteresowanie piłką nierzadko rodzi się z nudów. Dziewczyny w miastach mają wiele możliwości: mogą chodzić na balet, zumbę albo kółko teatralne. Możliwości dziewczyn na wsi są ograniczone: pomagać mamie w kuchni, prać braciom skarpety, czesać lalki, albo… kopać piłkę z chłopakami. - Dziewczyńskie zajęcia to zawsze była dla mnie nuda - mówi Natalia. - Dziwiłam się siostrze, że nie chce iść ze mną pograć na dworze. Wolałam spędzać czas z o trzy lata starszym bratem. Początkowo chłopacy patrzyli na mnie z przymrużeniem oka. Z czasem jednak zaczęli traktować mnie jak równą sobie. Mając 11 lat wiedziałam, że chcę grać w piłkę nożną i już. Dziś mogę spokojnie powiedzieć, że nie żałuję tej decyzji, choć mam już świadomość konsekwencji. Jakich? - Sporadyczny kontakt z rodziną, brak czasu dla siebie, brak piłkarskich perspektyw zawodowych - wymienia Natalia. - Mężczyźni na tym samym etapie sportowej kariery są w zupełnie innej sytuacji. Mogą żyć z grania w piłkę. A my najpierw osiem godzin spędzamy w pracy, potem kilka na treningu. Nie ma, że boli. Ale i tak warto. Marzę, że może w przyszłości, uda mi się jednak związać życie zawodowe z piłką. Chciałabym zostać trenerką żeńskiego zespołu. SKROMNOŚĆ Anna Palińska, 19 lat, szczupła, bez makijażu, krótkie włosy, spokojne, duże oczy. Bramkarka, halowa mistrzyni Polski juniorek 2012, gra w pierwszej reprezentacji Polski. Wzorowa uczennica - XI LO ukończyła z wieloma dyplomami. Pochodzi z Rypina. Jak większość bydgoskich piłkarek, zawsze lubiła sport i była dobra z wuefu. Nauczyciele w gimnazjum przekonali ją, by dołączyła do bydgoskiej drużyny, bo „taki talent nie może się marnować”. - Miałam wątpliwości, bo żal mi było zostawić rodzinę - mówi. - W Bydgoszczy mieszkam teraz w internacie. Do rodziców jeżdżę raz na

16

miasta kobiet

czerwiec 2013

Dziewczyny w sensie materialnym, finansowym, nie mają nawet połowy tego, co mężczyźni z ich dorobkiem sportowym. Są dowodem na to, że do dobrej gry nie motywuje wcale kasa, ale pasja. REMIGIUSZ KUŚ TRENER KKP BYDGOSZCZ

dwa miesiące. Tęsknię, ale nie żałuję. Od kiedy zostałam doceniona zdobywając złoty medal na mistrzostwach Polski, uwierzyłam w swoje możliwości, dostałam natchnienie do dalszej gry. Bydgoskie piłkarki niechętnie mówią o sukcesach. Nie chwalą się osiągnięciami, choć je mają. Do pracy nie motywują ich pochwały, ale strzelone bramki, konkretne cyfry w tabelkach, medale. - Piłkarze często gwiazdorzą, niezależnie od swoich umiejętności i osiągnięć - mówi Kamila Rosińska, 26 lat, ciemne włosy, szeroki uśmiech, bramkarka. - My nie do końca wierzymy w swój potencjał. Nawet kiedy usłyszymy pochwałę od trenera. Nie wiem czy to kwestia wrodzonej kobiecej skromności, czy wychowania. W każdym razie my nie potrafimy gwiazdorzyć. Remigiusz Kuś, trener KKP Bydgoszcz, uważa, że brak wiary w siebie to jedna z charakterystycznych cech żeńskich zespołów futbolowych. - To w ogóle cecha wszystkich kobiet. Spasiony facet z wielkim brzuchem staje przed lustrem, stwierdza, że wygląda całkiem nieźle. Przed tym samym lustrem staje dziewczyna o figurze modelki i jest niezadowolona. Podobnie jest z moimi dziewczynami. Dużo trzeba się starać, by piłkarki uwierzyły, że dobrze zagrały mecz.

ODWAGA Gabriela Daleszczyk, 20 lat, blondynka, włosy upięte w kok, łagodne rysy twarzy, delikatny makijaż, dziewczęcy uśmiech. Prawa obrończyni, studentka WSG w Bydgoszczy. Pochodzi z Sulejowa. Do bydgoskiej drużyny dołączyła z Dargfilu Tomaszów Mazowiecki. Ma cztery siostry. Dwie z nich też grają w piłkę. - Pasją zaraził nas tata - mówi Gabriela. - Chyba marzył o synu, urodziło mu się aż pięć córek, więc w nas zaszczepił odrobinę męskiego pierwiastka. Nim zaczęłyśmy grać w Bydgoszczy, tata woził nas codziennie 60 kilometrów w dwie strony z Sulejowa do Tomaszowa, czekał, aż skończy się trening i za-


reportaż bierał do domu. Bardzo się dla nas poświęcał i wspierał. Nie mówił: „To nie jest sport dla dziewczyn”, „Kobieta powinna gotować i wychowywać dzieci”. W odróżnieniu od większości znanych mi piłkarek, miałyśmy komfortową sytuację. Kamila Rosińska ma odmienne doświadczenia. Jej kariera na bramce zaczęła się już w wieku 7 lat. - Bardzo chciałam grać z chłopakami, ale oni uważali, że im tylko zepsuję mecz. Jedynym sposobem, by ich przekonać było zgodzić się stanąć na bramce. Więc tak stałam. Na każdym meczu. Dziś zastanawiam się, na ile te początki z lat dzieciństwa mają znaczenie dla tego, co robię teraz. Kamila często słyszała od znajomych i rodziny: „Po co ci ta piłka? Będziesz miała krzywe nogi, złapiesz kontuzję, połamiesz się, oszpecisz” - mówi. - Mimo że kobiety przełamały już prawie wszystkie bariery i udowodniły, że są dobre w męskich dziedzinach, wciąż jeszcze wielu rodziców myśli tradycyjnie. Dziewczynka na balet. Chłopak na piłkę. Trzeba mieć silny charakter, by nie dać się wbić w stereotypową kobiecą ramę.

PASJA Czym różni się kobiecy futbol od znanego wszystkim futbolu męskiego? - Tym że trenerzy nigdy nie wchodzą do szatni, a zawodniczki nie wymieniają się koszulkami - śmieje się Remigiusz Kuś, trener KKP Bydgoszcz. - A tak serio, jedyna różnica w samej grze jest taka, że jest ona odrobinę wolniejsza. To wynika z warunków fizycznych kobiet i mężczyzn. Gra dziewczyn jest też o wiele czystsza od męskiej. Nie ma gwiazdorstwa i prób oszustwa. Mniej fauli, działań, których celem jest uszkodzenie przeciwnika. Mnóstwo w ich grze jest walki, serca, doskonałej techniki, kiwek, dobrych strzałów, wrzutek i tego wszystkiego, co stanowi o pięknie tego sportu. W kobiecym futbolu jest więcej łez. - Mężczyźni duszą w sobie emocje, kobiety wyrzucają je na zewnątrz. Tak w sporcie, jak i w życiu. Płaczą jak wygrają, płaczą jak przegrają. Już się do tego przyzwyczaiłem, choć początkowo trudno mi było patrzeć na te łzy. Remigiusz Kuś zaobserwował, że wśród piłkarek, jakie poznał w swojej karierze, nie ma leniwych zawodniczek. - W męskim futbolu takie przypadki zdarzają się częściej. Dziewczyny są niebywale zdeterminowane, systematyczne, uparte, słuchają rad. Kiedy wierzą w sukces, są w stanie powtarzać dany element treningu tysiąc razy. Są niesamowicie zmotywowane. W sensie materialnym, finansowym, nie mają nawet połowy tego, co mężczyźni z ich dorobkiem sportowym. Są dowodem na to, że do dobrej gry nie motywuje wcale kasa, ale pasja. MIŁOŚĆ Choć kobieca piłka nożna to najprężniej rozwijająca się dyscyplina sportu w Europie, niedoceniana jest przez Polski Związek Piłki Nożnej. Męskie zespoły z dużo mniejszymi osiągnięciami mają finansowe eldorado. Piłkarze ekstraklasy nie muszą pracować, bo otrzymują

BUDŻET PZPN TO OK. 100 MLN ZŁ. NA KOBIECY FUTBOL IDZIE NIECAŁE 3 MLN. POLKI W RANKINGU FIFA ZAJMUJĄ 31 MIEJSCE. MĘŻCZYŹNI 63. MIMO TO POLSKI FUTBOL KOBIET POZOSTAJE NA MARGINESIE.

4

1 2 3 4

N  atalia Sieradzka - kapitan drużyny KKP Bydgoszcz. Jej zdjęcie prezentujemy na okładce. Gabriela Daleszczyk - prawa obrończyni Kamila Rosińska - bramkarka Anna Palińska - bramkarka

pensję w wysokości 2-50 tys. zł miesięcznie, a nawet dużo więcej. Piłkarze bydgoskiej Zawiszy (do niedawna niżej w rankingach niż bydgoskie piłkarki KKP) zarabiają po kilka tysięcy złotych. Pobyty w luksusowych hotelach, bicze wodne, solanki, masaże i inne luksusy to dla nich norma. Budżet PZPN to ok. 100 mln zł. Na kobiecy futbol idzie niecałe 3 mln. Kobiety mają w PZPN tylko 2 swoich delegatów. Mężczyźni około 120. W projekcie statutu PZPN na walny zjazd zaproponowano jeszcze obniżenie liczby delegatów piłkarstwa kobiecego do jednego. Tymczasem we wszystkich pozostałych związkach gier zespołowych w Polsce aż połowę delegatów stanowią kobiety. Polki w rankingu FIFA zajmują 31. miejsce. Mężczyźni - 63. Mimo to polski futbol kobiet pozostaje na marginesie. - Nie doceniają was, nie płacą i każą wyciskać z siebie siódme poty. Jeszcze do tego wielu kibiców nie chce was oglądać, twierdząc, że to nie jest sport dla kobiet. Skąd wasza motywacja i determinacja? - pytam. - My nie gramy dla kasy. To pasja. Prawdziwa miłość do piłki. Nic nie daje takiej frajdy, jak zwycięski mecz - mówi Natalia Sieradzka. - O czym marzycie? - O mistrzostwie Polski, a może później o Lidze Mistrzyń… Może także, żeby kibice wypełnili nasz stadion po same brzegi i głośno nam dopingowali. - Nic więcej?

- No i może jeszcze fajnie by było wyjechać na dwutygodniowy obóz sportowy. Teraz jeździmy tylko na 4-5 dni, bo na więcej brakuje funduszy.

KKP BYDGOSZCZ Sukcesy w bydgoskim klubie zaczęły się w sezonie 2010/2011, kiedy zespoły uplasowały się na pierwszym miejscu. KKP Bydgoszcz awansował wówczas do ekstraligi, a KKP II Metal-Group Bydgoszcz awansował do II ligi. W pierwszym roku z dorobkiem 17 pkt. KKP Bydgoszcz zajął 7 miejsce, podobnie jak w tym roku. W Pucharze Polski 2012/2013 pamiętnym spotkaniem był mecz na szczeblu 1/8, gdzie KKP Bydgoszcz podejmował KKP II Metal-Group. Spotkanie zakończyło się wynikiem 5:0 i tym samym pierwszy zespół awansował. W grudniu ub. roku juniorki U-19 zdobyły złoty metal na mistrzostwach Polski w hali. W turnieju finałowym w Sosnowcu nasze juniorki wygrały wszystkie swoje spotkania. W decydującym starciu wygrały z FC AZS AWF Katowice 4:3. Jest to pierwszy tytuł mistrzyń Polski w historii klubu. Te same juniorki pół roku później zajęły również wysoką 4. pozycję w mistrzostwach Polski na trawie. Ważnym momentem dla drużyny stały się także pierwsze powołania do reprezentacji Polski. Do kadry U-19 dostały się: Gabriela Sass, Marta Kryszak, Ilona Raczkowska, Adrianna Lipowska, Anna Palińska. Do kadry seniorek dostała się Karolina Pancek. miasta kobiet

czerwiec 2013

17


felieton

Szpilka w czerwieni Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Pośle tam konkretnie babę w czerwieni. TEKST: Lena Kałużna*

Czerwone szpileczki kojarzą mi się przede wszystkim z upiorną baśnią Hansa Christiana Andersena, o Karusi opętanej przez przeklęte pantofelki. Bidula musiała w nich tańczyć i tańczyć, nawet podczas pogrzebu swojej dobrodusznej opiekunki. Bucików nie można było zdjąć i finał tej szalonej historii jest taki, że pojawia się kat (o zgrozo!), który dziewczynce odrąbuje, na szczęście nie głowę, a jedynie nóżki. Tak więc Karusia ocalała, ale żyć musiała z głęboką traumą i wyrzutami sumienia, do tego - o ile dobrze pamiętam - w klasztorze.

596113TRTHA

Telewizja kłamie Takich bajek z czasów dzieciństwa pamiętam, niestety, więcej. Prym w dziedzinie horroru wiedli bracia Grimm, których wersja „Kopciuszka”, opowiada jak to macocha odcina córkom palce u stóp, aby ich krzywe nóżki zmieściły się w urocze pantofelki. W „Królewnie Śnieżce” autorstwa braci, w rozżarzonych do czerwoności trzewikach i mękach straszliwych zatańczyć się na śmierć miała Zła Królowa. Aż wreszcie przypadek Dorotki z „Czarnoksiężnika z Krainy Oz” L. Franka Bauma. Główna bohaterka, grana przez Jury Garland w kultowej ekranizacji z 1939 roku otrzymała krwisto-czerwone i cudnie się mieniące, magiczne pantofelki, dzięki którym mogła przenosić się w miejsca, o jakich zamarzyła. Podobno jest to historia z happy endem, jednak mi osobiście nie dane było sprawdzić zakończenia, bo zawsze zasypiałam gdzieś między śmiercią stracha na wróble a tragedią blaszanego drwala. Inną sprawą jest powszechne twierdzenie, że telewizja kłamie, które w tym konkretnym kontekście jest prawdziwe. W opowieści Bauma trzewiki są srebrne, a filmowcy na własny użytek zmienili ich kolor - i tak się już przyjęło.

18

miasta kobiet

czerwiec 2013

Kobieta - demon Przyjęło się, oczywiście nie tylko z wyżej wymienionych powodów, że kobieta ubrana na czerwono, to seksualny wamp, przebojowy heros w minispódniczce, który zawsze osiąga upragniony cel. Bo wbrew pozorom, nie wspomnieniami o morderczych właściwościach bajkowych bucików, tylko spostrzeżeniami o fenomenie czerwonego koloru chciałam się z Wami podzielić. Magiczne szpilki Szpilki bywają niewygodne i utrudniają chodzenie, mimo to nosimy je, a nawet kochamy. Kobiety na wysokich obcasach częściej ściągają na siebie pełne podziwu spojrzenia. Szpilki zmuszają nas bowiem do wygięcia pleców, co uwydatnia biust i pośladki oraz do kołysania biodrami, podkreślając tym samym zmysłowe kształty. A mężczyźni podobno lubią, gdy nasza figura jest nieco przesadna. Tym sposobem but na szpilce stał się symbolem kobiecej siły i seksapilu. Kolor czerwony potęguje owe właściwości. Podobnie jest zresztą w przypadku czerwonej sukienki, lub kiedy powlekamy paznokcie krwistym lakierem, malujemy usta szminką. Czerwień uznawana jest za kolor szczególnie naładowany erotyzmem. Oczywiście gdy nosi go płeć piękna. Dlaczego czerwony jest sexy? Jest takie powiedzenie: „Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle”. Pośle tam konkretnie babę w czerwieni. Każda fanka tego koloru przytaknie mi zapewne, że nie ma dla niej góry nie do zdobycia, że jak nie drzwiami, to oknem, jak nie oknem, to znajdzie parę innych sposobów. Babki, które lubią odcienie koralowe, paprykowe, miewają wyjątkowo

przebojową osobowość. Są przodowniczkami pracy, menadżerami do spraw zarządzania domowym budżetem, liderkami stowarzyszenia mam walczących o budowę placu zabaw przy bloku, poczciwymi staruszkami, które mają dziadka na każde skinienie.

Płachta na byka Że niby mężczyźni to tacy dzicy erotomani? Phi! To poszukiwacze bezpieczeństwa i utulenia. Poszukiwacze matki - dla siebie i dla swojego materiału genetycznego. Wszak wiadomo, że facet to głowa rodziny. Żadna głowa bez szyi nie ma racji bytu. A najlepszą kandydatką na szyję będzie babka „hej do przodu!”, czyli kobieta w czerwieni. Dla Pań, które za krwistymi barwami nie przepadają mam bardzo dobrą wiadomość. Większość mężczyzn ma poważne kłopoty z rozróżnieniem kolorów. Na ogół dzielą je na ładne i brzydkie, w zależności od osobistych preferencji. Są trochę jak byki, dziko reagujące na płachtę toreadora. Ciekawostką jest, że byki mają tylko jeden rodzaj komórek wzrokowych i wcale nie dostrzegają czerwonego. Widzą tylko ciemniejsze i jaśniejsze odcienie szarości. Płachta jest jednak ogromnie atrakcyjna, pięknie się porusza, nie należy do nich i to właśnie sprawia, że pragną ją mieć. A więc kupować czerwone szpileczki, czy nie? Odpowiedź jest prosta. Kupować. Pięknie się prezentują i do tego nigdy nie wychodzą z mody.

*Lena Kałużna - socjolożka, trenerka wizerunku. Pomaga kobietom odnaleźć własny styl.


Trendy z 2

1

4 3

5

6 7 8

poczuj

9 10

miętę

Przez lata zapomniana, tryumfalnie powraca. Miętowa zieleń - hit tego sezonu. Można ją łączyć z bielą, pudrowym różem, beżem. Kolor robi furorę zarówno w eleganckich, klasycznych stylizacjach, jak i luźnych propozycjach weekendowych. Doskonale odnajduje się także w dodatkach: torbach, paskach, kolczykach. Nie obawiaj się przełamać schematu. Poczuj miętę tego lata!

11

12

13

Anna Deperas-Lipińska stylistka Toruń Plaza

1. Marynarka New Yorker - 139 zł, Toruń Plaza 2. Kolczyki COYOCO - 39,99 zł, Toruń Plaza 3. Torebka damska Tatuum - 169,90 zł, Toruń Plaza 4. Sukienka Orsay - 139,95 zł, Toruń Plaza 5. Mokasyny Deichmann - 79 zł, Toruń Plaza 6. T-shirt United Colors of Benetton - 59 zł, Toruń Plaza 7. Spodenki C&A - 34,90 zł, Toruń Plaza 8. Torebka damska Świat Torebek - 75 zł, Toruń Plaza 9. Sukienka ciążowa Modna Mama 139 zł, Toruń Plaza 10. Portfel Ochnik - 159,90 zł, Toruń Plaza 11. Sandały Venezia - 199 zł, Toruń Plaza 12. Spodnie Lee Wrangler - 199 zł, Toruń Plaza 13. Obuwie Martes Sport - 149,99 zł, Toruń Plaza Toruń Plaza: ul. Broniewskiego 90, www.torun-plaza.pl, czynne codziennie od 9-21

miasta kobiet

czerwiec 2013

19


Przebieram się i idę Ja nie chodzę do pracy za karę. Myślę, że nie wyglądam na osobę zmęczoną pracą, chociaż czasem bywam. Z Beatą Jurczak, prezeską toruńskiej firmy Govena Lighting, rozmawia Janusz Milanowski

Podjęła się Pani zadania „tylko dla orłów”: obcy ludzie, firma, o jakiej prasa pisała, że „traktowana była jak prywatny folwark” przez byłego prezesa, który trafił na ławę oskarżonych. Rzeczywiście, zastałam firmę w bardzo trudnej sytuacji, z kilkudziesięciomilionowymi zobowiązaniami, bałaganem w dokumentach, rozsypanym systemem komputerowym, który nie pozwalał mi ustalić choćby sumy bilansowej ani sporządzić rachunku wyników, brakami w dokumentach itp. To opis sytuacji w upadłej spółce EMC, którą obecnie dzierżawi od syndyka zarządzana przeze mnie Govena Lighting. Rozumiem, że początki były trudne? Bardzo. Nie byliśmy w stanie odtworzyć danych finansowych, których bylibyśmy pewni i pod którymi nie bałabym się podpisać. Niełatwo było to uporządkować w krótkim czasie. Pewnie dałoby się zrobić to szybciej zatrudniając naraz wielu dobrych fachowców, ale spółki nie było na to stać. Musiałam jakoś to wszystko ogarnąć - oczywiście z pomocą ludzi, których musiałam zatrudnić, a wcześniej takich ludzi znaleźć, co nie było wcale łatwe. W EMC nie było szans na ratunek, ale Govenie Lighting udało się uratować miejsca pracy załogi upadającej EMC. Jak przyjęli Panią pracownicy? Strach w oczach, kogo zwolni, kogo nie zwolni… - Załoga przyjęła mnie zwyczajnie - jak nowego prezesa. Nie musiałam zwalniać, wręcz przeciwnie - zatrudniałam ludzi. Gdy tu zaczynałam pracę, stan zatrudnienia wynosił 250 - 300 osób, nie pamiętam dokładnie. Zatrudniałam nowych pracowników przez agencję pracy tymczasowej. Razem z pracownikami z agencji zatrudnienie wynosiło ok. 500 osób. Należy podkreślić, że realizowaliśmy wówczas duży kontrakt dla IKEA na 2,5 mln sztuk świetlówkek ściemnialnych. Pani nie mieszka w Toruniu. - W Lublinie. Tam została moja 16-letnia córka. W jej wychowaniu pomaga mi rodzina. Z córką widuję się raz w tygodniu albo raz na dwa tygodnie. Zmuszona jestem być „matką na telefon”.

20

miasta kobiet

czerwiec 2013

„Od zawsze” była Pani prezeską w firmach? Jaki był początek kariery? - Kariera? Po prostu praca, każdy jakąś wykonuje. Ja zaczynałam, jak wszyscy - jako zwykły referent w dziale handlowym w lubelskiej spółce giełdowej Protektor S.A. Tam pracowałam ok. 10 lat, z czego ponad 2 lata jako wiceprezes zarządu Lubelskich Zakładów Przemysłu Skórzanego Protektor S.A. Następnie zostałam prezesem Premium Food Restaurants S.A. w Warszawie, firmie posiadającej kilkanaście restauracji sushi, znanej na rynku jako Sushi 77. Spółka świeżo wtedy weszła na New Connect. Moim głównym zadaniem była poprawa jej płynności finansowej i restrukturyzacja we wszelkich obszarach jej działalności - chodzi o aspekt finansowy. To się udało. Po tym było EMC i Govena Lighting, w której jestem do dziś. Kim Pani jest z wykształcenia? - Ukończyłam Wydział Prawa i Administracji na UMCS w Lublinie oraz podyplomowe studium zarządzania i marketingu na SGH w Warszawie Biznes to pasja? - Tak, Bardzo lubię to, co robię. Zaczynając pracę tutaj, zastawała Pani komorników w swojej firmie - To prawda. Bałam się podpisywać pewnych dokumentów. Wszystko konsultowałam z prawnikiem, bo nie był mi znany stan faktyczny. Jak długo nękali Panią komornicy? - Kilka miesięcy. Skończyło się z chwilą ogłoszenia upadłości spółki EMC, której mimo wielkich starań nie udało się ocalić. Kilka miesięcy wyciętych z życiorysu? - Nie, to była dla mnie kolejna lekcja w życiu. Dla mnie było zaskoczeniem, że można zastać spółkę w tak fatalnej kondycji prawnej i finansowej, a mimo to funkcjonującą na rynku. Nie bała się Pani przyjechać do obcego miasta, w gniazdo os. Na pewno nie było powitania kwiatami. - Nie było, ale miałam głęboką nadzieję, że uda mi się spółkę poukładać. W Govenie sytuacja

jest już stabilna. Śmiejemy się, że dzień bez kontroli to dzień stracony. Kiedyś dokładnie tak było. Dzisiaj pracujemy nad pozyskaniem nowych rynków zbytu i myślę, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Pracuje Pani dużo i żyje na walizkach. Te dojazdy z Lublina… - Czasami nie jest to łatwe. Trzeba umieć się zorganizować żyjąc w ten sposób. Podróżuję dużo po Polsce i często wyjeżdżam też za granicę. W Toruniu jestem, aby wszystkiego dopilnować, przeczytać dokumenty, przeprowadzić negocjacje i podpisywać kolejne umowy. W zeszłym roku udało mi się pozyskać 2 mln zł dotacji z Unii, a teraz zdobyliśmy kolejne prawie 6 mln zł. na zakup środków trwałych. W związku z takimi działaniami muszę czasami być na miejscu i czytać opasłe dokumenty, ale także dbać, aby zapisy w nich zawarte były realizowane. Wtedy potrzebuję spokoju… Czuwam nad bieżącą działalnością firmy. Szuka Pani spokoju, żeby pracować? A dla siebie? - Dla siebie ? Wystarczy mi weekend, żeby nabrać wiatru w żagle. Mam go wtedy, kiedy mogę pójść na siłownię, kiedy mogę zrobić coś dla siebie, pojechać do własnego domu. Moja praca mnie cieszy, a spokoju potrzebuję, żeby odpocząć czasem z przyjaciółmi, a czasem sama. Mam wrażenie, że wszystko podporządkowuje Pani pracy? A gdzie marzenia, plaża, góry, teatr… - Praca jest po to, żeby te marzenia realizować (śmiech)… Zgoda. Ale jakie są proporcje między czasem pracy a czasem realizacji marzeń? Praca to aż tyyyyleee, a reszta to tylko tyle? - No tak to wygląda, nie ma tu zależności wprost proporcjonalnej. Ja nie chodzę do pracy za karę. Myślę, że nie wyglądam na osobę zmęczoną pracą, chociaż czasem bywam. Umowy, kontrakty, komponenty, dokumenty, rynki kapitałowe, restrukturyzacje. A Pani marzenia? - No coż, staram się je realizować. W zimie góry - narty, w lecie jakiś tygodniowy wyjazd na odpoczynek mi wystarczy. Lubię także przebywać w domu, z córką, z rodziną, z książką lub z gazetą w ręku.... To taka chwila, kiedy spełniają się moje prozaiczne marzenia o świętym spokoju, gdy nie dzwonią telefony, gdy nie muszę iść na służbowy obiad, służbową kolację. Niektórym się wydaje, że to jakieś wielkie szczęście, ale to tak nie wygląda. Czasem odczuwam nadmiar tego wszystkiego, bez


kobieta przedsiębiorcza przerwy gdzieś muszę pędzić. Biorę szybki prysznic, przebieram się i idę.

i nie chciał być najbogatszym na cmentarzu… - No tak. (śmiech)

Po całym dniu pracy, rozmów, spotkań, negocjacji, kolacji wraca Pani do służbowego mieszkania, zdejmuje z ulgą szpilki, bo boli kręgosłup… - Nie boli, jeszcze nie boli! (śmiech)

Kobieta w biznesie musi być bardziej bezwzględna niż facet? - Myślę, że nie. Czy wam jest trudniej? - Tak. Na pierwszy rzut oka kobieta traktowana jest z pobłażliwym uśmiechem, ale jest z tym różnie. To zależy od środowiska. Ja nie mam z tym żadnego problemu.

…i czy nie pojawiają się myśli: a może by to wszystko rzucić w cholerę? - Tak nie myślę. Nikt z nas nie ma takiego komfortu psychicznego, żeby pozwolić sobie na coś takiego, aczkolwiek myślę czasem, żeby robić jakiś swój biznes, bo - jak wiemy lepiej tworzyć miejsca pracy, niż pracować dla innych i że najwięcej zarabiają ci, którzy właśnie te miejsca pracy tworzą. Generalnie jednak, nie narzekam: lubię swoją pracę i dobrze się czuję w tym, co robię. Nie mam problemów ze snem, biorę prysznic, przytulam głowę do poduszki i od razu zasypiam, a rano czuję się wypoczęta.

Czy mężczyźni biznesmeni zachowują się w sposób wyniosły w stosunku do bizneswoman? - Tak, zdecydowanie tak. Są zaborczy, waleczni, po prostu traktują kobietę jak konkurenta. I co? Nie przepuszczają w drzwiach? - Na ogół tak, ale zdarza się, że nie. Jaki jest Pani stosunek do pieniędzy? Zastrzegam, że pytanie nie nawiązuje do tego, ile Pani zarabia… - Na pewno nie jestem minimalistką, ale uważam, że we wszystkim należy zachować umiar. Gdyby praca nie sprawiała mi satysfakcji, to za żadne pieniądze bym jej nie wykonywała. Nic za wszelką cenę.

Ta tzw. pozytywna energia wydaje się być w Pani przypadku czymś spontanicznym, a nie zaprogramowanym. - Raczej mi jej nie brakuje. Lubię przebywać w towarzystwie ludzi pałających pozytywną energią, łatwiej się z takimi pracuje, ale dzisiaj o takich baardzo trudno. Ostatnio wpadła mi w ręce książka o Stevie Jobsie. Jaką on energią pałał!

R

E

K

L

Konsumpcji dóbr powinna towarzyszyć refleksja? - „Do rzeczy nieznanych tęskni się bez granic, a gdy je osiągniesz, nie przyda się na nic…” …to ile dni urlopu zaplanowała Pani latem? - Tydzień.

A

M

A

556413TRTHA

miasta kobiet

czerwiec 2013

21


Nie tylko biel temat

Tenis przez setki lat był sportem wyższych sfer. Nic więc dziwnego, że to w jaki sposób ubierali się grający w jeu de pomme, a potem w tenisa, było przez współczesnych równie bacznie śledzone, jak i sama gra. „Jeśli nie możemy zagrać z najlepszymi, to przynajmniej ubierajmy się jak oni” - ta myśl jest tak samo aktualna dziś, jak i 500 lat temu. Moda na korcie zawsze miała wielkie znaczenie. Tenis i jego prekursorka jeu de pomme to sporty jak najbardziej towarzyskie, uprawiane w grupie i niemal zawsze przy sporej publiczności. Dlatego obok samej rywalizacji sportowej, osoba grająca, jej ubiór i sposób prezencji był bez ustanku pod baczną obserwacją.

Niewygodny żupan „Przed grą książę Alfons zdejmował płaszcz obszyty gronostajami i futrem lamparcim, brokaty z błyszczącymi kamieniami i jedwabie utkane srebrem, aby się upodobnić do dworzan i służących. (...) Występował w kostiumie krótkim, pończochy miał przylegające lub stosownie do zwyczaju dobrze wciągnięte na uda. Stopy mieściły się w lekkich mokasynach z podeszwą ze skóry bawolej”. Tak miłośnika wczesnych wersji tenisa - księcia Alfonsa II Este opisywał na przełomie XV i XVI wieku specjalista od jeu de paume Włoch Antonio Scaiano z Padwy. Obok produkcji specjalnych piłek, pierwszych rakiet, do tej dynamicznej gry używano także odpowiednich strojów wytwarzanych przez prawdziwych fachowców w swojej branży. W relacjach pamiętnikarzy strój taki powinien być w miarę niekrępujący, bez utrudniających poruszanie ozdób, w miarę przylegający do ciała. Gracz powinien także zadbać o właściwe obuwie z solidną podeszwą i raczej bez koturnu. O tym, że podczas gry strój musi być odpowiedni najdobitniej przekonał się już w XIV wieku król Francji Ludwik X Kłótliwy. Podczas gry w podparyskim lasku Vincennes tak się zgrzał, że odpoczywając potem w cieniu zaziębił się i... umarł. Złośliwi twierdzą, że właśnie z powodu używanego do gry stroju tenis nie przyjął się wśród polskiej arystokracji w XVI wieku. Na krótko zawitał wtedy na Wawelu wielki miłośnik jeu de paume - Henryk Walezy, w historii tej gry znany bardziej jako król Francji Henryk III. Trudno sobie bowiem wyobrazić polskiego szlachcica w kontuszu za kostki, żupanie i wysokich butach uganiającym się za piłką. Nieco tylko lepiej poszło kilkanaście lat później Zygmuntowi III Wazie, który z zamiłowaniem grywał w piłkę na Wawelu. Niestety głównie z cudzoziemcami.

Długie spodnie i gorsety Już w czasach rozwoju nowoczesnego tenisa, a więc od połowy XIX wieku, autorzy opisujący tą grę nie zapominają o opisach strojów występujących zawodniczek i zawodników. Trzeba w tym miejscu dodać, że niemal od początku była to dyscyplina uprawiana tak przez mężczyzn, jak i kobiety. Nie wiadomo, czy taki był zamysł majora Waltera C. Wingfielda, twórcy reguł nowoczesnego tenisa, ale od lat 60-tych XIX wieku na powstających jak grzyby po deszczu kortach pojawiały się kobiety. Aż trudno sobie wyobrazić, że początkowo występowały w długich sukniach, sztywnych kołnierzykach i kapeluszach (niezbędna ochrona przed słońcem). Gdy w 1997 roku, w ramach zapowiedzi turnieju wimbledońskiego 16-letnia Martina Hingis zgodziła się na sesję zdjęciową w stroju Lottie Dodd, triumfatorki Wimbledonu sprzed 110 lat, Szwajcarka nie mogła się nadziwić jak jej równolatka mogła w takim

722413TRTHA

22

miasta kobiet

czerwiec 2013

Moda na korcie zawsze miała wielkie znaczenie. Tenis i jego prekursorka jeu de pomme to sporty towarzyskie, uprawiane w grupie i niemal zawsze przy sporej publiczności

stroju biegać po korcie. Długa spódnica i gorset skutecznie ograniczały ruchy. Panowie w tym czasie grywali w długich spodniach, eleganckich koszulach, niekiedy również w kamizelkach. Jedynymi dopuszczalnymi kolorami była biel i bardzo jasny beż. Kolory, które Anglicy do tenisa przenieśli z innej swojej dyscypliny narodowej krykieta. Po przeniesieniu tenisowego szaleństwa na śródziemnomorską Riwierę, znane francuskie domy mody zaczęły w swoich kolekcjach uwzględniać stroje do gry w tenisa. Właśnie bliźniacy James Ernest i William Charles Renshaw stali się przez następne dziesięciolecie głównymi prekursorami nowego stylu gry i jednocześnie tenisowej mody. Obaj blondyni, zawsze elegancko uczesani z przedziałkiem na głowie i starannie wypomadowanymi włosami, wychodzili na kort w długich, białych spodniach, w koszulach z twardym kołnierzykiem z podwiniętymi rękawami. Ponieważ byli niemal identyczni, nieraz dla odróżnienia, jeden z nich zakładał dodatkowo sweter. Mimo to wielu ich myliło. Z początkiem XX wieku o kolejny przełom postarała się Amerykanka May Sutton, pochodząca z Kaliforni. Jako pierwsza kobieta zagrała na londyńskiej trawie w bluzce z krótkim rękawem i spódnicy krótszej o kilkanaście centymetrów niż rywalki. Angielska publiczność przyjęła to z pełnym spokojem. Może dlatego, że zrobiła to Amerykanka a może dlatego, że do odsłonięcia kolan ciągle brakowało paru centymetrów.

French Girl O te kilka centymetrów postarała się tuż po I wojnie światowej największa gwiazda francuskiego tenisa kobiecego - Suzanne Lenglen. Jej spódnica była o kilka centymetrów krótsza niż angielskiej mistrzyni a pończochy kończące się tuż za udami pozwalały od czasu do czasu, przez ułamek sekundy, zobaczyć kawałek gołej nogi Francuzki. W kolejnych latach zawodniczki, w tym i polska mistrzyni Wimbledonu Jadwiga Jędrzejowska, już tylko szły drogą wskazaną przez Lenglen coraz to bardziej skracając długość spódniczek. Aż po niemal 70 latach od czasów „cudownej Suzanne” pojawiło się coś nowego - krótkie spodenki u kobiet...

Już tylko Wimbledon Po upowszechnieniu się szortów, co stało się po II wojnie światowej, nic właściwie rewolucyjnego w tenisowej modzie już się nie wydarzyło z wyjątkiem... kolorów. Pierwszym, który odważył się zburzyć mit „białego sportu” był nastolatek z Las Vegas. Andre Agassi nazywany był pod koniec lat 80-tych „rajskim ptakiem” i w takich też kolorach prezentował się na korcie. Szokował publiczność dżinsowymi spodenkami, farbowaną fryzurą z długimi „piórami” i pociągnął za sobą większość tenisistów młodego pokolenia. A dziś wszyscy, występujący na światowych kortach starają się prześcigać konkurencję w realizacji nowych „kolorowych” pomysłów na zaistnienie i wykreowanie nowej mody. Siostry Williams szokują kusymi strojami i kolorem butów, Anna Kurnikowa obcisłymi bluzkami, Tommy Haas koszulką bez rękawów, Patrick Rafter, Gustavo Kuerten czy Marat Safin kolorystycznymi zestawieniami i tylko w jednym miejscu, raz do roku wszyscy ubierają się identycznie. Na Wimbledonie ciągle rządzi biel.

Adam Romer

Tenisklub.pl


temat

. y e

y y -

e y z e a , . ł

, z a a

a a i i

a c o

e

. ż , w

ę j a o z

r

l

722413TRTHB

miasta kobiet

czerwiec 2013

23


jej pasja

Koronkowe zakochanie Chyba nie ma nic bardziej seksownego niż majtki z podwyższonym stanem sięgającym pasa. Z Rillą Pawlaczyk* - projektantką bielizny rozmawia Dominika Kucharska

Znalezienie dobrego materiału to przy tworzeniu bielizny połowa sukcesu? Zdecydowanie. Obecnie robię bieliznę, bo jestem w niej zakochana. Kocham te materiały. Jak mi się to znudzi, to zacznę robić inne rzeczy. Jestem zdania, że aby zrobić coś naprawdę dobrego, to trzeba to kochać. Trzeba zakochać się w pomyśle, w produkcie... Od tego wszystko się zaczyna. Czyli jesteś permanentnie zakochana. Nie do końca. Ja po prostu szukam tej miłości. Oczywiście w tym uczuciu nie wszystko jest idealne. Też nieraz mam dosyć, jestem zmęczona materiałami. Wszystko jest nie takie, jakie być powinno, zwyczajnie niefajne. Wtedy potrzebuję oddechu, chwili zatrzymania. Gdy ponownie znajduję inspirację, to stan zakochania wraca.

Potrzeba bywa matką wynalazków. Nie mogłaś znaleźć idealnej bielizny dla siebie i zaczęłaś ją projektować, czy historia jest zupełnie inna? Bez wątpienia jest w tym trochę prawdy. Nie ukrywam jednak, że szycie bielizny jest w mojej rodzinie swoistą tradycją. Babcia była krawcową, a mama do dziś ma małą produkcję bielizny. Absolutnie nie było jednak tak, że zostałam postawiona przed faktem dokonanym i usłyszałam, że muszę wybrać ten fach. Skończyłam stu-

24

miasta kobiet

czerwiec 2013

dia na kierunku projektowania ubioru, potem na rok pojechałam do Anglii, gdzie również studiowałam projektowanie. W wyniku zupełnego zbiegu okoliczności dostałam zaproszenie na Fashion Week. Organizatorzy chcieli, żebym się wystawiła, mimo że nie znali moich projektów. Po prostu moje nazwisko figurowało w ich bazie. Pomyślałam sobie, kurcze, fajnie byłoby się wystawić, ale z czym? Miałam jakiś miesiąc na przygotowanie i bielizna sama się nasunęła. Wiedziałam, że przyjdzie mi to najłatwiej. Ale to rzeczywiście tak łatwo przychodzi? W moim przypadku tak (śmiech). Miałam materiały, miałam technologię w garści. Bardzo zależało mi, aby to było coś mojego. Mam specyficzny gust. Nie chciałam tworzyć kopii rzeczy, które już są na polskim rynku. To nie oddaje tego, co sama chcę robić. Nie miałam

pojęcia czy to, że w Polsce nie można kupić takiej bielizny wynika z tego, że Polki tego nie potrzebują, nie chcą? Czy może twórcy bielizny są zbyt jednokierunkowi? Wyszłam z tego gorszego założenia i uznałam, że Polki nie mają świadomości, że mogą nosić, np. inne biustonosze niż te usztywniane. Fiszbin u Ciebie też próżno szukać... Niektóre z moich staników je mają, ale rzeczywiście zdarza się to rzadko. Mogłabym szyć

więcej takiej bielizny, ale myślę, że jest tyle świetnych firm, które się w tym specjalizują, że nie widzę sensu, aby z nimi konkurować. I tak, z drżącym sercem wyruszyłam z moją bielizną na Fashion Week. Na miejscu okazało się, że nasze stoisko jest hiciorem. Ludzie mówili, że szukali właśnie czegoś takiego. To dało mi pewność, że są też inni, którzy mają potrzeby i gust zbliżony do moich. Spotykasz kobiety, które zachwycają się bielizną marki „Rilke”, ale zaraz dodają, że na pewno na nich to już tak dobrze wyglądać nie będzie? Bardzo często tak bywa. Myślisz, że to kwestia krytycznego patrzenia na siebie naszych rodaczek, czy może wszystkie kobiety takie są?

Zdecydowanie takie podejście z reguły spotyka się w naszym kraju. Mam klientów z Hiszpanii, Anglii, Francji, Ameryki... Tam podejście do bielizny, do samego siebie jest inne. My, Polki, jesteśmy bardzo często zbyt krytyczne wobec siebie. Angielki już takie nie są. Dla nich ubiór, stylizacja to zabawa. Nie mają ze sobą takich problemów, jak my. Myślę, że powinnyśmy wyluzować, bo za bardzo krytykujemy wszystko, samych siebie, ściany, pogodę, ludzi... Musimy się pozbyć tych kom-


jej pasja pleksów i przekonania, że wypada nam być we wszystkim najlepszymi, a my powinnyśmy być ugrzecznionymi w stylu panienkami. Styl to czysta zabawa, a zbytnie przejmowanie się wszystkim ją ogranicza. Chcesz powiedzieć, że w byciu średnim nie ma nic złego? Oczywiście. Jeśli sami ze sobą czujemy się dobrze, to jest OK. Możesz być przeciętna, zupełnie nijaka, ale jeśli tobie to odpowiada, to inni nie powinni mieć z tym problemu, tym bardziej że to nie ich sprawa. Ile trwa szycie? Może się mylę, ale mam wrażanie, że nieraz łatwiej jest uszyć spodnie niż bieliznę. Tak właśnie jest. Z bielizną wiąże się bardzo dużo dłubaniny. Przyszycie ramiączek czy wykończenie potrafi zająć prawie tyle samo czasu lub niewiele mniej jak uszycie całej reszty. Jeden stanik szyje się jakieś półtorej godziny, ale nie ujmuję w tym czasu poświęconego na wykrojenie czy dopasowanie bielizny do klientki, a coraz chętniej zajmuję się właśnie takim projektowaniem, bardzo indywidualnym, pod konkretną osobę. Denerwują Cię sieciówki. A co konkretnie? Drażni mnie to, że troszeczkę zatracamy się w tej masowej produkcji, że gubimy się w tym wszystkim i wydajemy pieniądze na rzeczy,

które absolutnie nie są tego warte. Wiadomo, że kwota, jaką pakujemy w sam produkt, to maleńki ułamek. Reszta to marketing, a cała produkcja prowadzona jest w Chinach i Tajlandii. To takie bezduszne szycie, a właściciele marki za wszelką cenę budują w nas przekonanie, że musimy mieć tę rzecz. Niestety, często ludzie ślepo w to wierzą. Zdaję sobie sprawę, że projektowanie bielizny na wymiar po prostu się nie opłaca, bo zabiera to dużo czasu, trzeba przy tym myśleć. Mimo to chcę dać ludziom

poczucie, że ktoś się o nich troszczy. Dla mnie jest ważne. Sama tego potrzebuję. Chcę, żeby klientka dobrze się czuła w rzeczach przeze mnie zaprojektowanych. Po to to robię - żeby dawać innym przyjemność, a przy okazji móc wyżyć się twórczo.

Teraz czas na bieliznę ślubną... Tak, ale nie chcę robić tego w ogromnych ilościach. Na pewno nie zamierzam projektować gorsetów. Chciałabym wprowadzić do bielizny ślubnej lekkość, taki styl, którego w tej sferze trochę brakuje.

Te koronki, subtelne prześwity, brak cekinów, nadruków... Bielizna „Rilke” czaruje magią dawnych lat. Uwielbiam lata 50. i coraz więcej kobiet się na to otwiera. Na szczęście, w Polsce powoli odchodzimy od przekonania, że wszystko musi być dopasowane, ściśnięte. Wciąż jednak chcemy pokazywać jak najwięcej w przekonaniu, że właśnie to jest sexy. Natomiast ja uważam, że chyba nie ma nic bardziej seksownego jak majtki z podwyższonym stanem sięgającym pasa. Ten styl bardzo mnie inspiruje. Samo tworzenie, to proces pewnej analizy. Potrafię z uporem maniaka patrzeć się na zdjęcia i zastanawiać się, dlaczego mi się to podoba.

Między projektantami, którzy zajmują się tworzeniem bielizny, panuje duża konkurencja? W ogóle jej nie czuję, a to dlatego, że dopiero niedawno powstała jeszcze jedna marka, ale oferująca zupełnie inne rzeczy niż ja, więc tak w zasadzie tej konkurencji nie ma. Być może niebawem się to zmieni. Tworzenie bielizny to bardzo ciężka praca. Wymaga specjalistycznej technologii szycia, której trzeba się nauczyć, a nie tylko podejrzeć. Zdarza się, że nawet krawcowe nie mają tych umiejętności.

Myślałaś o tym, żeby zacząć tworzyć bieliznę dla mężczyzn? Myślałam o tym, ale na razie nie mam jeszcze konkretnego planu. Mam klienta z Hiszpanii, który zaczął od kupowania bielizny dla swojej żony, a potem zaproponował mi, żebym uszyła damską bieliznę dla mężczyzn. Wydało mi się to nieco ekscentryczne, ale jak mówię o tym

innym ludziom, to słyszę, że to fajny pomysł. Mnie samej on też coraz bardziej się podoba. Ale jak to by miało wyglądać? Majteczki, ale dla mężczyzn. Ten sam fason, ten sam materiał. Obawiam się, że w Polsce to nie przejdzie, a może i się zdziwię. Myślę, że obie mogłybyśmy się poważnie zdziwić.

Moja mama, co prawda, nigdy nie była krawcową, ale potrafi szyć i bardzo żałuje, że nie udało jej się mnie tego nauczyć. Twoja osiągnęła sukces. Ale moja mama też nie była krawcową, a matematykiem. Szycie ubrań marzyło jej się od dziecka. W latach 70., 80. nie można było nic dostać i tu zasada, że potrzeba jest matką wynalazków, dawała o sobie najbardziej znać. Mama uczyła się wszystkiego absolutnie sama. Takim samoukom jest bardzo trudno, ale wiesz co? Jedyne, co daje szkoła, to przekonanie, że tak naprawdę nic więcej już nie możesz się nauczyć, że nie ma w tym wszystkim żadnej tajemnicy. Mam wielu znajomych, którzy skończyli studia i takich, którzy z tego zrezygnowali. Jakość tworzonych przez nich ubrań jest bardzo podobna. Często klucz tkwi w determinacji. Wcale nie w tym, czy robisz ładne czy brzydkie spodenki, ale w tym, jak umiesz sobie zorganizować pracę.

* Rilla Pawlaczyk Rocznik 1985. Projektantka marki „Rilke”. Absolwentka ASP. Ma dwie pracownie w Bydgoszczy, a jej bieliznę można kupić, m.in., w conceptstore „Landschaft”. Jej imię to efekt inspiracji rodziców powieścią Lucy Maud Montgomery pt. „Rilla ze Złotego Brzegu”. miasta kobiet

czerwiec 2013

25


kobieta w podróży

Ruszyłam przed siebie Samotna wyprawa Moniki Gajewskiej zakończyła się na Samoa. Ale zanim tam dotarła, przez siedem miesięcy przemierzyła pół świata. TEKST: Jan Oleksy ZDJĘCIA: Monika Gajewska

O

dwiedziła Indie, Wietnam, Kambodżę, Laos, Singapur, Tajlandię, Malezję, Borneo, Nową Zelandię… Z pomysłem nosiła się co najmniej od pięciu lat. Wreszcie zdobyła się na odwagę, by poprosić w firmie o tak długi urlop. Szefostwo wykazało się dużym zrozumieniem. - W zasadzie to wyjechałam spontanicznie, nieprzygotowana, korzystając z moich doświadczeń z wcześniejszych wypraw - opowiada globtroterka. Zwykle informacje zbierała w różny sposób, z przewodników, blogów, forów turystycznych. - Tym razem nie miałam konkretnych planów dokąd pojadę. Celem tej samotnej podróży miała być jazda prosto przed siebie, najdalej jak się da. Takie było moje marzenie mówi Monika.

WAŻNA JEST PRZYGODA Monika nie nastawiała się na typowe zwiedzanie. Odrzuciła myślenie, że koniecznie musi zaliczyć to i tamto. Bardziej chodziło jej o przeżycie przygody, o poznanie nowych ludzi, posmakowanie innego jedzenia, zobaczenie ciekawych miejsc. Ale bez konkretów. Postanowiła, że nic nie musi. DWIE PARY BUTÓW Plecak Moniki ważył około 10-12 kg. Zawierał apteczkę z niezbędnymi lekami: antybiotyki, coś na biegunkę, plastry, tabletki przeciwbólowe. Podstawowe kosmetyki, bez zestawu do

26

miasta kobiet

czerwiec 2013

malowania, żadnych namiotów czy sprzętu turystycznego. Jedynie śpiwór, dwie pary butów, kilka bluzek. - Podczas wyprawy kupiłam nowe buty trekingowe, bo stare się rozleciały - mówi podróżniczka. Wyjaśnia, że wszystkie brakujące artykuły można bez większych problemów uzupełnić na miejscu.

SKYPE NA NOSTALGIĘ Dzięki temu, że jest skype i cały ten internet, to nawet trudno jest zatęsknić za bliskimi. Współczesny świat jest tak urządzony, że niemalże z każdego punktu na ziemi mogła korzystać ze zdobyczy techniki. - Z rodziną byłam w stałym kontakcie, kiedy tylko chciałam, to dzwoniłam. Czasami doskwierała tęsknota za własnym łóżkiem, żeby się porządnie wyspać - zwierza się podróżniczka. NOWE ZNAJOMOŚCI W Nowej Zelandii poznała dziewczynę z Torunia, która tam mieszka od kilku lat. - Jest w moim wieku, nigdy wcześniej się nie spotkałyśmy. W Malezji poznałam grupę młodych ludzi, z którą spędziłam dwa tygodnie. Razem wybraliśmy się do dżungli. Kilka nocy spędzonych w gąszczu, spanie na ziemi i obawy, czy w nocy nie zaatakuje nas jakiś wąż, albo coś jeszcze groźniejszego. To mocne przeżycia, których się nie zapomina. Z tymi znajomymi utrzymuję kontakt do dzisiaj. Na pewno jeszcze się w życiu spotkamy - twierdzi Monika Gajewska.

NA SAMOA MÓWIĄ „CZEŚĆ” Dużym sentymentem darzy wyspy Samoa na Pacyfiku. Tam przez jakiś czas była… nauczycielką. - Do szkoły chodziłam w puletasi, czyli tradycyjnym stroju samoańskim - mówi Monika. W szkole wspólne śniadanie, bez pośpiechu, bo każdy ma dużo czasu. W klasie szybka nauka języka polskiego. Dzieci błyskawicznie opanowały „cześć”, „jak się masz”, „dobrze”... Na lunch obowiązkowo taro, czyli główne warzywo uprawiane na wyspach. Coś jak ziemniak, trochę bez smaku, ale zjadliwe. No i oczywiście breadfruit, czyli kolejne warzywo, które tam rośnie wszędzie. Na deser palusami czyli krem kokosowy z dodatkami, zawinięty w liście taro. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie mały prosiak z głową, serwowany w całości na talerzu - wspomina podróżniczka. MATERIAŁ NA GRUBĄ KSIĄŻKĘ Na Wyspach Andamańskich miała szczęście zobaczyć żółwia znoszącego jajka, na Borneo podziwiała kwitnącą rafflesię, największy kwiat na świecie, który kwitnie tylko kilka dni. W Laosie brała udział w świętowaniu Nowego Roku 2554, a na Stewart Island poszukiwała nielota kiwi. Przygód i przeżyć tak wiele, że wystarczy na grubą książkę. WĄŻ W KIESZENI Ile kosztowała ta wyprawa? - Jest wiele sposobów na tanie podróżowanie. W Nowej Zelandii ze względów oszczędnościowych jeździłam


SMACZNE JEDZENIE Monika w każdym kraju smakowała wielu różnych potraw. - Uwielbiam kuchnię indyjską, pikantną, z curry i innymi oryginalnymi przyprawami. Chętnie próbowałam lokalnych przysmaków bezpośrednio u ulicznych kucharzy. Jadłam wtedy rękoma - wyjaśnia. Przegląd azjatyckiej sztuki kulinarnej czekał na nią w Singapurze. Kuchnia tajska, kambodżańska, wietnamska w budkach w małych centrach degustacji.

A

stopem, korzystałam z couchsurfingu ze stron internetowych. Na Zelandii nawet w hotelach jest drogo, dlatego chyba 80 procent noclegów spędziłam w gościnnych domach zupełnie za darmo. Ale z oszczędzaniem nie można przesadzać. Musiałam jednak mieć „węża w kieszeni”, nie mogłam szastać pieniędzmi, bo nie wiedziałam, jak długo będę podróżować. Jeżeli się jada na tak zwanej ulicy, jak tubylcy, to naprawdę nie jest drogo.

L

PODCZAS PODRÓŻY ZDARZAŁY SIĘ OSOBY, KTÓRE ZNAŁY POLSKĘ I TO NAWET NA KOŃCU ŚWIATA. NAJCZĘŚCIEJ PRZEZ PAPIEŻA JANA PAWŁA II, LECHA WAŁĘSĘ CZY NASZYCH PIŁKARZY

M

A

temat

743013TRTHA

WALKA ZE SŁABOŚCIAMI - Udowodniłam sobie i innym, że wszystko jest możliwe - mówi Monika. - Nawet coś, co wydaje się nierealne, udaje się to zrealizować. Wystarczy tylko bardzo chcieć i do tego dążyć, walcząc ze swoimi słabościami. Azjatycko jestem spełniona, na koniec świata dotarłam... czyli plan został zrealizowany w 150 procentach. Fajnie jest spełniać marzenia.

R

WYPRAWA TYLKO NA POZÓR SAMOTNA Podróżowanie w pojedynkę jest świetnym sprawdzianem dla samego siebie. - To tylko pozornie samotna wyprawa. Podczas niej człowiek jest bardziej otwarty na innych, a ludzie chcą się tobą zaopiekować, chcą cię przygarnąć (w pozytywnym znaczeniu), pokazać jak żyją, jak mieszkają - tłumaczy globtroterka. Przekonywała, że mogła robić to, co chciała. Jeżeli szczególnie podobało jej się w jakimś miejscu, to zostawała na tydzień albo na jeszcze dłużej. - A jeżeli potrzebowałam towarzystwa, to zawsze je znajdowałam - dodaje.

E

K

POLSKA W TRZECH ODSŁONACH Podczas podróży zdarzały się osoby, które znały Polskę i to nawet na końcu świata. Najczęściej przez papieża Jana Pawła II, Lecha Wałęsę czy naszych piłkarzy. Padało wtedy nazwisko Bońka. - „Jesteś z tego zimnego kraju” - mówili też mieszkańcy antypodów.

miasta kobiet

czerwiec 2013

27


temat

Moc i ekologia pod maską Letnia pogoda zachęca do weekendowych wypadów nad wodę, na piknik. Czy można połączyć taki wypad samochodem z troską o środowisko? TEKST: Kamil Pik

F

ord przekonuje, że jego samochody nie tylko cieszą kierowców, ale również pozwalają dbać o środowisko. Postanowiliśmy więc przekonać się, co oferują dwa modele amerykańskiego koncernu. Auta przetestowała Aleksandra Rubczak-Grzegorzewska.

1115813BDBHA

WYJĄTKOWA TECHNOLOGIA Głównym znakiem rozpoznawczym najnowszych fordów staje się gama nowoczesnych silników ecoboost, które zdobyły nagrodę Engine of the Year 2012. Cóż to za technologia? Nowa rodzina silników ma układ bezpośredniego wtrysku benzyny, turbodoładowanie oraz układ niezależnych zmiennych faz rozrządu dla obu wałków - rozwiązania zapewniające maksymalną efektywność procesów spalania i pracy całej jednostki. Nawet jeśli to wszystko brzmi dość skomplikowanie, to efekt dla użytkowników takiego silnika jest

28

miasta kobiet

czerwiec 2013

bardzo prosty. Rozwiązanie to umożliwia obniżenie zużycia paliwa i wartości emisji dwutlenku węgla nawet o 20 procent w porównaniu z konwencjonalnymi silnikami benzynowymi o podobnej mocy.

ZWINNE I DYNAMICZNE Czy jednak ekologia nie wysuwa się tu na czoło kosztem dynamiki i mocy pojazdu? Wątpliwości te rozwiewa Aleksandra Rubczak-Grzegorzewska, która przetestowała forda fiestę i focusa. - Fiesta wyposażona była w silnik ecoboost o pojemności 1.0l. W tym niewielkim silniku konstruktorzy zmieścili moc 100 KM. Naprawdę nieźle, co czuje się podczas jazdy. Auto jest niezwykle dynamiczne jak na taką pojemność. W ruchu miejskim dodatkowym atutem jest jego zwrotność, nieduży promień skrętu i niewielkie rozmiary. Pozytywnie zaskoczył mnie fakt, że ten jednolitrowy silnik potrafi bardzo energicznie przyspieszać i wyprzedzać. Choć oczywiście nie możemy liczyć, że będzie to robił tak samo efektywnie jak mocniejsza jednostka w testowanym focusie. Ford focus, drugie testowane auto, wyposażony był również w benzynowy silnik ecoboost, tyle że o pojemności 1.6l. Oddaje on nam do dyspozycji moc 150 KM. Model ten wyposażony jest w sześciobiegową manualną skrzynię biegów (w fieście 5 biegów). - Przyspieszając tym modelem czułam drapieżny pazur drzemiącej pod maską mocy. Wzmagający się po wciśnięciu pedału gazu warkot silnika może być poezją dla fanów motoryzacji - opowiada Ola. - Duże wrażenie na


temat

Ile to koszuje? mnie zrobiło również to, jak focus trzyma się drogi. Również przy szybszym pokonywaniu zakrętów nawet nie stwarzał obaw o u tratę przyczepności. Podsumowując zagadnienie fordowskich silników ecoboost, koniecznie trzeba zwrócić uwagę na zużycie paliwa. Jednostka jednolitrowa w fieście oferuje średnie zużycie w cyklu mieszanym na poziomie 4,5l. Silniejszy silnik z focusa powinien w tych samych okolicznościach zużyć 5.9 litra.

52 900 złotych. (najtańszy wariant z silnikiem 1.25 duratec 65 KM w wersji wyposażenia ambiente to koszt

od 37

800 złotych).

Z kolei 5-drzwiowy focus 1.6 ecoboost w wersji titanium będzie nas kosztował

74 400 złotych.

Najtańszą jego wersję ambiente z silnikiem 1.6 duratec kupimy

za 48

400 złotych.

DEALERZY FORDA W REGIONIE Oba modele fordów otrzymaliśmy do przetestowania dzięki uprzejmości kujawsko-pomorskich dealerów tej marki: Bieranowski sp. z o.o. w Bydgoszczy, Auto Styl sp. z o.o. we Włocławku i Inowrocławiu oraz Z&Z Auto Złomańczuk w Toruniu. miasta kobiet

czerwiec 2013

29

1115813BDBHB

UWODZĄCE SPOJRZENIE Nowe fordy to jednak nie tylko wyjątkowe jednostki napędowe. To również stylistyka, która porwie niejednego kierowcę. - Pierwsze, co przykuło moją uwagę, gdy stanęłam oko w oko z dwoma fordami, to ich dynamiczna linia nadwozia sugerująca pewną dawkę sportowego charakteru pojazdów i kusząca stylistyka przodu. Lampy (biksenonowe reflektory ze spryskiwaczami) spoglądały na mnie niczym oczy obiecujące przygodę z dreszczykiem emocji - mówi nasza testerka. - Kilka ciepłych słów muszę również poświęcić dostępnej gamie kolorów lakieru. Ten o nazwie Candy Red jest tylko jednym z wielu dostępnych, ale nadaje autu wyjątkowy wdzięk. - Po zajęciu miejsca za kierownicą doceniłam wygodę foteli zamontowanych w wersji titanium. Dużym plusem jest również stylistyka

Na 5-drzwiową fiestę z silnikiem ecoboost 1.0l w wersji wyposażenia titanium trzeba zarezerwować

deski rozdzielczej z bardzo czytelnymi i świetnie podświetlonymi zegarami. Jedyny zgrzyt w tym miejscu to malutki ekran komputera pokładowego. Przy tej ilości miejsca na desce mógłby być większy - kontynuuje Ola. Oba fordy we wspomnianej wersji wyposażenia oferują również klimatyzację, skórzaną tapicerkę i pieczołowite wykończenie wszystkich detali we wnętrzu. W większym focusie to rzecz oczekiwana, ale ilość miejsca pozytywnie zaskakuje w małej fieście. Również pasażer na tylnej kanapie może bowiem podróżować w komfortowych warunkach. - Testowane fordy mają również kilka dodatkowych smaczków. Do najciekawszych należy system Ford MyKey®. Jest to funkcja programowania i przypisywania do kluczyka ograniczenia maksymalnej prędkości i maksymalnej głośności systemu audio - mówi nasza rozmówczyni. - W samochodach znajdziemy również kamerę ułatwiającą parkowanie, która dostępna jest jednak jedynie w konfiguracji z systemem audio Sony lub nawigacji satelitarnej. Praktyczne jest również automatyczne po użyciu kluczyka składanie i rozkładanie lusterek bocznych. Dzięki temu na pewno nie ruszymy ze złożonymi.


kobieta smakuje

Uczta w mroku Delikatnie dotykam jedzenia palcami. Biorę widelec. Liście spadają w drodze do ust. Trudno jest jeść w całkowitym mroku. TEKST: Emilia Iwanciw

G

odzina 17.45. Sobota. W parku Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy jest słonecznie i ciepło. Podekscytowana, niespokojna, ściskając ukochanego za rękę przekraczam próg restauracji „Czarny Diament”, gdzie zjem pierwszy raz w życiu kolację w całkowitych ciemnościach. Już w progu hotelu „Bohema”, w którym mieści się ten nietypowy lokal, kelner informuje nas, że musimy wyłączyć telefony, zegarki i wszystkie świecące przedmioty, by nie zepsuć atrakcji sobie i innym. Mówi wolno, z powagą w głosie. Oboje odnosimy wrażenie, że również ze współczuciem, jak pielęgniarka, która przygotowuje pacjenta do zastrzyku. Czyżby wiedział, że to, co nas czeka, nie będzie przyjemnym doświadczeniem?

MOŻNA SIADAĆ W windzie opowiadamy o tym, na co jesteśmy uczuleni i czego nie lubimy. Lubimy wszystko i jesteśmy otwarci na nowe smaki. Po chwili stajemy w progu ciemnej sali. Kelner z noktowizorem na jednym oku prowadzi nas do stolika. Idziemy gęsiego, trzymając się nawzajem prawą ręką za ramię. Jest z nami jeszcze jedna para, która zaproszenie na kolację dostała w prezencie. Odczuwam niepokój, bo w drodze jest całkowicie ciemno. Poruszam się drobnymi kroczkami, bo mam obawy, że się potknę i przewrócę. Po dwóch minutach, które zdawały się trwać o wiele dłużej, kelner mówi: - Można siadać. Tylko gdzie? - myślę. Szukam ręką krzesła. Wyczuwam gładką powierzchnię. - Proszę usiąść - powtarza kelner. Boję się, że krzesło stoi za daleko i usiądę na podłodze. Nerwowo szukam dłonią siedzenia. Jest! Siadam. Ciemność zaczyna mnie przerażać. Serce mocniej bije. Panicznie szukam wzrokiem jakiegoś źródła światła. Choć delikatnego, gdzieś w oddali. Nie ma. Pozostali uczestnicy kolacji mój ukochany i para, która siedzi naprzeciwko nas, twierdzą, że czują się podobnie. Mężczyźni dodają jednak, że się nie boją, ale podejrzewam, że tylko zgrywają twardzieli. Oswajają swoje lęki żartując. Kelner pyta: Co się państwu na razie najbardziej podoba? - Wystrój - odpowiadają zgodnie. Wszyscy wybuchamy śmiechem. ROZMOWA SIĘ KLEI Kelner w noktowizorze zapewne widzi nasze przestraszone twarze. Musi mieć niezły ubaw. Instruuje: po prawej znajdziecie Państwo łyżkę

30

miasta kobiet

czerwiec 2013

i dwa noże. Po lewej dwa widelce. Gładzę obrus. Są! Ciężkie, zimne i gładkie w dotyku. Uśmiecham się do swoich myśli: normalnie określiłabym je inaczej, np. srebrne. Patrząc na nie, na pewno nie powiedziałabym o sztućcach, że są gładkie i zimne. Jest duszno. Zamawiamy wodę. Za chwilę tuż przy mnie głośno bulgocze nalewana do szklanki woda. Dziwię się, że aż tak wyraźnie to słyszę. Rozmawiamy zupełnie swobodnie z parą z naprzeciwka. To ta nieznana, nowa, niepokojąca sytuacja sprawia, że całkiem obcy ludzie rozmawiają ze sobą jak gdyby nigdy nic. Kelner przynosi nietypowe serwetki - odpowiedniki dziecięcych śliniaków i każdemu wiąże luźno na szyi.

ŚLIMAKI Z TRUSKAWKAMI Słyszę kroki w oddali. Przystawka ląduje na stole. W powietrzu unosi się zapach truskawek. Delikatnie dotykam jedzenia palcami. Liście i coś jeszcze. Sięgam po widelec. Nabieram kęs i okazuje się, że to nie takie proste - pusty widelec ląduje w moich ustach. Sukces przychodzi za czwartym razem - wyczuwam rukolę, sos truskawkowy i coś śliskiego. Ślimaki? Kapary? Na koniec okaże się, że to mięso z kaczki. Rukola ma bardzo wyrazisty smak. To niesamowite, że czuję wszystkie smaki jednocześnie i każdy z osobna. Zaczyna mi się podobać. Już się nie boję. Sztućce stukają rytmicznie o talerze. Raz po raz słychać śmiech, bo jedzenie uparcie spada z widelca. Rozkoszuję się smakiem i zapachem potraw, choć wciąż raz po raz rozglądam się z niepokojem szukając źródła światła.

GŁODNE KROKODYLE Podczas jedzenia zupy atmosfera zupełnie się rozluźnia. Pływają w niej lepkie stwory. Lekko słonawe. Ciekawe, co to jest? Ślimaki? Małże? Ośmiornice? Snujemy głośno fantazje - nie tylko kulinarne. Za chwilę pod każdym z krzeseł otworzą się zapadnie i znajdziemy się w lochu pełnym krokodyli. Danie główne pachnie pieczonym mięsem. Trudno je pokroić. Nabieram na widelec cały kawał i gryzę, jak dzieci w przedszkolu, które dopiero uczą się korzystania ze sztućców. Mięso jest jedwabiste, delikatne. Nie jestem w stanie zgadnąć, jaki to rodzaj. Na koniec okaże się, że to kurczak przygotowywany w niskiej temperaturze (stąd jego jedwabista konsystencja). Wyczuwam pyszny śmietanowy sos z cieciorką i soczewicą. I dwa małe, smażone placki, podobne do ziemniaczanych. NIESPODZIANKI Deser podawany jest już w oświetlonej sali na dole: czekoladowy suflet z ostrym chili, a do tego gałka lodów arbuzowych. Przychodzi do nas szef kuchni w wielkiej białej czapce kucharskiej. Siada z nami przy stole. Namawia, by zgadywać, co jedliśmy. Największym zaskoczeniem było mięso - okazało się, że jest z kurczaka. Niespodzianka to również placki, które przypominały ziemniaczane. Okazało się, że zostały zrobione z poszatkowanego selera. Świetny pomysł! Muszę wypróbować w domu. A kluski o konsystencji ośmiornicy, to grasica. Kucharz przyznaje, że wszystkie potrawy w „Czarnym Diamencie” są o połowę mniej słone niż zwykle, bo w ciemności smaki odczuwamy bardziej intensywnie. Inaczej odbieramy też współtowarzyszy kolacji. Nie wiemy, jak wyglądają, więc ich nie oceniamy. Jesteśmy bardziej otwarci w rozmowie, bo brakuje nam bodźców wzrokowych. Pojawia się elegancki kelner w białych rękawiczkach i kawa. Przyda się, bo po dwugodzinnych wrażeniach w ciemności jestem zmęczona. Jedzenie w mroku nie tylko wyostrza zmysły, ale też podnosi adrenalinę. Przeżycie można porównać do przejażdżki karuzelą, choć jest ono zdecydowanie bardziej wysublimowane. Następną kolację w ciemnościach zjadłabym już bez obaw. Wolałabym jednak konsumować ją sama, w pustej sali, w całkowitej ciszy. Aby tym razem już nic nie odciągało mojej uwagi od jedzenia.


temat

738413TRTHA

miasta kobiet

czerwiec 2013

31


jej pasja

Jestem depresyjnym fotografem Nie do końca chcę robić zdjęcia oddające wiernie rzeczywistość. Nie jestem dziennikarzem, nie jestem reportażystką. Wolę bajkowość i magię. Z Anną Wegner*, fotografką rozmawia Janusz Milanowski ZDJĘCIA: Anna Wegner

Jesteś psychologiem z wykształcenia. Tak, psychologiem wychowawczym. To kto to jest taki psycholog? Daj spokój (śmiech). Pracowałaś w tym zawodzie? Parę lat w szkole. I dlaczego nie chciałaś pracować dalej jako psycholog? Trochę chciałam, trochę nie chciałam. Jeżeli pracujesz z ludźmi i robisz to tak na poważnie,

32

miasta kobiet

czerwiec 2013

dając coś z siebie, to przychodzi taki moment, że stajesz się zupełnie pusty i myślisz, że nie ma już nic do dania i że może wrócisz, gdy się trochę ogarniesz, albo napełnisz od nowa, a może nie. Dla mnie był to moment pustki. I fotografia stała się remedium. Nie, żadne, broń Boże, remedium. Fotografowałam już wcześniej, bardzo dużo też malowałam, rysowałam. Zajmowałam się czymś, co można nazwać „sztuką”. Nie wiem, jak to się zaczęło, ale to było wcześniej niż bycie psychologiem.

Fotografując, koncentrujesz się na kobietach. Jeszcze robię inne rzeczy, ale tak: głównie kobiety. Pytanie dlaczego? Powiedzmy, że część z tych prac jest… Może to źle zabrzmi, ale trudno, niech zabrzmi: praca komercyjna. Poza tym jestem też kobietą i wiem, jak to zrobić dobrze. Rozwiń to, proszę. Tak, żeby osoba, którą fotografuję poczuła się piękną. Nie przez to, że ma fajny makijaż, albo przez 17 tysięcy sztuczek Photoshopa, tylko


przez to, że jest ze mną, że ze mną rozmawia, jak się otwiera, jak pokazuje coś z siebie. Co to jest piękno? Dla Ciebie. …bo ci zaraz przyłożę (śmiech). To nie jest dobre pytanie do mnie… Przy okazji pamiętajmy, że jestem psychologiem, więc dla mnie to jest coś, co ktoś ma tam w środku i nawet nie wie często, że ma.

Lubię ludzi i naprawdę ich szanuję. Pracuję poprzez kontakt, wspólną kawę, śmiech, gadanie. Tworzy się wtedy taka relacja oparta na zaufaniu i nieważne, że potrwa tylko przez trzy godziny pracy. ANNA WEGNER FOTOGRAFKA

Jak więc pracujesz z modelką, żeby to „coś” wydobyć i pokazać. Lubię ludzi i naprawdę ich szanuję. Pracuję poprzez kontakt, wspólną kawę, śmiech, gadanie. Tworzy się wtedy taka relacja oparta na zaufaniu i nieważne, że potrwa tylko przez trzy godziny pracy. To jest budowanie więzi przez szacunek i zaufanie zamiast jakichś psychologicznych sztuczek, prawienia komplementów, żeby tę osobę otworzyć. W każdym jest coś fajnego. Niektórzy do mnie wracają na zdjęcia, inni piszą później, co u nich słychać.

Jak to robisz? Na zasadzie didaskaliów. Opowiadasz o jakiejś sytuacji, nie oceniasz ani mimiki, ani emocji, ani doświadczeń, zachęcasz, wspierasz tę osobę i wówczas ona pokazuje coś intymnego. W czym to widzisz? W twarzy? I w oczach. Gdybym naprawdę mogła fotografować wyłącznie dla siebie, to byłyby to zdjęcia czarno-białe i przede wszystkim portretowe. To już wiem skąd te ciasne kadry u ciebie. Lubię je najbardziej… Gdybym tylko mogła, to zajęłabym się twarzą, oczami, ustami… A ponieważ nie możesz całkowicie się poświęcić ciasnym kadrom, to fotografujesz też chippen,… chicken…. Cha, cha, cha! Lojalnie uprzedzam: nie będziemy o tym rozmawiać. Jak to nie? Widziałem! Widziałeś, co chciałeś widzieć i niech się wstydzi ten, kto widzi. …facet w obcisłych gaciach, z czarną policyjną pałą w ręku… Ja cię proszę i zachęcam. Mężczyźni to też ludzie! Chicken… Nie to kurczak, jak oni się po angielsku nazywają? Chippendales? Nie będziemy o tym gadać, chciałeś palić, proszę bardzo, zapal sobie i przestań już (śmiech). Czego nie zrobisz jako fotograf? Wspominałaś poza protokołem, że ślubów kościelnych. Woda święcona mogłaby się zagotować.

No i jeszcze dobre światło… Dobre światło, makijaż, dobry sprzęt i dobre światło, dobre światło, dobre światło i… dobre światło (śmiech).

Nie masz wrażenia, że ludzie przychodzą do Ciebie po złudzenia? Nie chcę dawać im złudzeń. One nic w życiu nie znaczą.

Istnieje więź między fotografem a modelem, nieraz bardzo intymna. Nawiasem mówiąc moja znajoma stylistka pracująca w Rzymie, mówiła mi, że tam w sesję robione przez faceta często wliczony jest seks… Przepraszam, do czego pan teraz pijesz?!

A jeśli ludzie proszą o to... Jeden malarz malował to, co widział, a drugi to, co klienci chcieli widzieć. Wiadomo, kto więcej zarabiał. Oczywiście i tak za chwilę ktoś mi zarzuci, że nadużywam Photoshopa, a to tylko kwestia kontrastu, koloru, pewnej bajkowości. Nie do końca chcę robić zdjęcia oddające wiernie rzeczywistość. Nie jestem dziennikarzem, nie jestem reportażystką. Wolę bajkowość, magię. Znaleźć coś, co fotografowana osoba ma w sobie. I to nie są złudzenia.

Nie dałaś mi skończyć. Trochę prowokuję, a piję do tego, że ta więź może być bardzo silna, bo bez niej nie ma dobrych zdjęć...

temat

lingiem, czyli takimi, które mają większą świadomość swojego ciała, emocji, mimiki, zachęcam ich do pokazywania smutku, rozpaczy, melancholii. Pracowałam z takimi osobami, które w ciągu paru minut potrafią się na to zdobyć.

Więź być musi. Może innego rodzaju zdjęcia są efektem pracy mężczyzny z modelką. Jakiego „innego rodzaju”? Nie wiem. Może innego rodzaju relacje się tam ujawniają. Ja na przykład, jako „depresyjny fotograf” (bo z natury jestem melancholijna), pracując z kobietami zajmującymi się mode-

*Anna Wegner Z wykształcenia psycholog. Bydgoska fotografka kobiet. Nie lubi sprzątać. miasta kobiet

czerwiec 2013

33


relaks

Szczęście tańczy zumbę Wchodząc pierwszy raz na salę, nie trzeba się niczym przejmować. W zumbie chodzi głównie o dobrą zabawę. Jeżeli kroki są trudne, to tańczymy swoją wersję. TEKST: Jan Oleksy ZDJĘCIA: Janusz Milanowski

Z

aczęło się to wszystko trzy lata temu w Edynburgu, gdzie studiowała sport i fitness oraz zarządzanie sportem. Trochę przypadkiem trafiła na pierwsze zajęcia szalenie wówczas modnej na Wyspach zumby fitness. Okazało się, że taniec siedział w niej, tylko w Polsce nie miała okazji, by to odkryć. - Już po pierwszym razie zakochałam się w zumbie. Poczułam przypływ energii płynącej od instruktorki i ze sceny - wspomina Marta Lewandowska*. Po trzech miesiącach od wejścia na parkiet zapisała się na kurs instruktorski. Samodzielne zajęcia zumby fitness poprowadziła w Edynburgu już po pół roku.

Z EDYNBURGA DO TORUNIA W szkockim okresie Marta podjęła współpracę z instruktorką z Polski. Razem spędzały czas, wspólnie trenowały i marzyło jej się, że może w Polsce można byłoby „rozkręcić” zumbę. - Postanowiłam wrócić do Torunia i w swoim rodzinnym mieście popularyzować tę formę fitness. Na początku strasznie się bałam, że nie wypali, że to się nie przyjmie. Ale jeżeli nie spróbuję, to się nie dowiem - mówi Marta. Z pomocą przyszła Bella Line Wellness Centrum, gdzie Marta stawiała swoje pierwsze toruńskie kroki jako instruktorka. Zaczęła prowadzić swoje zajęcia, tu zgromadziła pierwszych chętnych do trenowania. Potem poszło R

E

720813TRTHA

34

miasta kobiet

K

L

czerwiec 2013

A

M

A


relaks już z górki. Zabrała się do organizowania eventów, imprez, maratonów i warsztatów tanecznych. Ciągle się kształci, studiuje na AWF w Warszawie, uczęszcza na zajęcia w Egurrola Dance Studio, gdzie uczy się od najlepszych.

Moi kursanci podkreślają, że nawet po ciężkim dniu, czują po treningu superodprężenie, a po powrocie zaskakują domowników nieprawdopodobną dynamiką. MARTA LEWANDOWSKA INSTRUKTORKA ZUMBY

nie o dobrą zabawę. Jeżeli kroki są trudne, to tańczymy swoją wersję, krzyczymy, śpiewamy, a to wyzwala pozytywną energię. Warto spróbować, bo dodatkowo w przyjemny sposób można spalić zbędne kalorie oraz poprawić sylwetkę. - Moi kursanci podkreślają, że nawet po ciężkim dniu, czują po treningu superodprężenie, a po powrocie zaskakują domowników nieprawdopodobną dynamiką i optymistycznym nastawieniem do życia - opowiada Marta.

ZUMBA TO RADOŚĆ Na zajęcia zumby uczęszczają chętni w różnym wieku, od 16 do 60 roku życia. Instruktorka narzeka, że przychodzi trochę mało mężczyzn, ale ma nadzieję, że to się zmieni. Zumba jest demokratyczna, dobra dla wszystkich. - W każdej chwili można dołączyć do grupy, bo to nie jest kurs taneczny, z którego można wypaść bez systematyczności. Tu człowiek sam pracuje nad sobą. Nie ma oceniania, słów krytyki. - mówi. - Gdy widzę, że moi uczniowie są „wkręceni” w zajęcia, mają pozytywną energię i czerpią z zumby dużo radości - to i ja czuję wtedy satysfakcję. Mnie samej zumba dostarcza także dużo radości, w jakiś sposób mnie zmieniła i moje nastawienie do życia. Nawet jeżeli mam zły dzień, a uświadamiam sobie, że wieczorem pójdę do pracy, to zaraz poprawia mi się nastrój, bo idę spotkać się z ludźmi i będę z nimi tańczyć - podkreśla instruktorka.

* Marta Lewandowska instruktorka fitness, absolwentka Edinburgh’s Telford College - Health, Fitness and Exercise, instruktorka Zumba Fitness B1, Zumba Fitness B2, Zumba Toning, instruktorka siłowni - Oxford Cambridge and RSA ExaminationsGym Instructor Qualifications. W plebiscycie „Teraz Toruń” - „Kobieta Roku 2013” zajęła drugie miejsce. Obecnie studentka AWF w Warszawie.

ROZKRĘCIĆ SIĘ I WYSZALEĆ Wchodząc pierwszy raz na salę, nie trzeba się niczym przejmować. W zumbie chodzi główR

E

ZUMBA NA KRZESŁACH Zumba jest połączeniem aerobiku z tańcem. Istnieje kilka odmian. Zumba fitness zapewnia szybkie poprawienie ogólnej sprawności fizycznej, a także efektywne wyrzeźbienie sylwetki. Zumba toning jest ćwiczeniem wzmacniającym, wykorzystującym hantelki. Aqua zumba, jak sama nazwa wskazuje jest tańcem w wodzie, a zumba gold - mniej wysiłkowa, przeznaczona jest raczej dla osób starszych. Oryginalna jest zumba na krzesłach czyli sentao. To trening wzmacniający, stosowane są różne układy stylizowane trochę na Broadway. Rytm, energia muzyka, ale z powtórzeniami działającymi na mięśnie. Zumba bazuje na rytmach latynoamerykańskich, ale równie dobrze można tańczyć przy muzyce irlandzkiej czy reggae.

K

L

A

M

czerwiec 2013

35

950613BDBHB

miasta kobiet

A


kobieca perspektywa MY TEŻ MOŻEMY LECIEĆ W KOSMOS

Nie jestem

kobietą walczącą Idealizm na starcie. Nowa partia, nowe nadzieje, ambicje. Następnie przyszedł zimny prysznic - wybory. Z Marią Gałęską*, przewodnicząca regionu Partii Kobiet rozmawia Kamil Pik

Czy jest Pani feministką? Myślę, że nie nazwałabym się tak, ale głównie dlatego, że dzisiaj w Polsce mówi się przede wszystkim o tzw. walczącym feminizmie. A Pani nie walczy na przykład o prawa kobiet? Ja nie jestem kobietą walczącą. Nie pasuję do schematu, w którym chodzi o wykrzyczenie kilku kontrowersyjnych haseł, sprowadzających się głównie do aborcji, wychowania seksualnego i związków partnerskich. Są to problemy ważne, ale nie najważniejsze. Nie uważam również, że równouprawnienie powinno polegać na robieniu czegoś na siłę, natomiast każdy powinien mieć prawo do swobodnego podjęcia wyboru na równych zasadach. Co to dla Pani znaczy? Nie można kobiety na siłę wsadzać na traktor, ale jeśli będzie chciała, musi mieć możliwość

36

miasta kobiet

czerwiec 2013

podjęcia pracy na równorzędnym stanowisku i na takich samych zasadach jak mężczyzna. Również w polityce nie powinno być oporu przed wpuszczeniem kobiet. W sytuacji zachowania kwot przy tworzeniu list wyborczych okazuje się, że kobiet nie trzeba szukać. Tych zainteresowanych działalnością polityczną i społeczną jest tyle, że wystarczy im dać możliwość równego działania. Polki często są dyskryminowane? Zdecydowanie tak, chociaż nie zawsze są tego świadome. Dotyczy to wielu dziedzin życia. Kobiety wykonują większość domowych obowiązków, a zbyt wielu panów ciągle swoją obecność w domu sprowadza do odpoczywania po pracy. Najgorsze jest to, że wiele pań nie uświadamia sobie, że jest to nieuczciwe, że powinny domagać się równego podziału prac. Często nawet nie zauważają tego, że są w tej płaszczyźnie dyskryminowane. Podob-

nie w pracy. Wiele pań ciągle traktuje jako coś normalnego silniejszą pozycję mężczyzny. Niesłusznie. Dość już o innych. Kim jest Maria Gałęska? Na pewno szczęśliwą, spełnioną kobietą. Mężatką z trzydziestopięcioletnim stażem, matką dorosłej córki i babcią. Z zawodu jestem magistrem informacji naukowej i bibliotekoznawstwa. Wiele lat pracowałam w tym zawodzie. Od kilku lat pracuję z fantastycznymi kobietami, które są przy mnie zawsze. Na nie mogę zawsze liczyć. Za to im dziękuję. To daje mi radość życia. Jak trafiła Pani do Partii Kobiet? Od dawna interesowała mnie działalność społeczna. Z takimi jej formami jak członkostwo w radzie szkoły u córki, czy pomoc udzielana znajomym w potrzebie miałam do czynienia na co dzień. Nigdy jednak nie wstępowałam


kobieca perspektywa do żadnej partii i zawsze powtarzałam, że nigdy tego nie zrobię, żartobliwie dodając - no chyba że powstałaby partia dla kobiet. Tak się złożyło, że w 2007 roku taką właśnie partię założyła Manuela Gretkowska. Poszłam na spotkanie z nią zorganizowane w Bydgoszczy. W efekcie okazało się, że tematyka poruszana przez Partię Kobiet jest mi bardzo bliska - równouprawnienie, zmiana stylu polityki, kwestie socjalne. Spróbowałam więc podjąć wyzwanie i włączyłam się w działalność nowo powstałej partii. To był mój pierwszy czynny kontakt z polityką.

Nie pasuję do schematu, w którym chodzi o wykrzyczenie kilku haseł sprowadzających się do aborcji, wychowania seksualnego i związków partnerskich. MARIA GAŁĘSKA PARTIA KOBIET

Jakie były pierwsze wrażenia? Wspaniałe. Taki idealizm na starcie. Nowa partia, nowe nadzieje, ambicje. Następnie przyszedł zimny prysznic - wybory. Przekonałam się wówczas, że w naszym systemie wyborczym społeczeństwo głosuje na partie, a nie na konkretnych kandydatów. Jak się okazało, nasza partia zaliczyła porażkę, bo nie mieliśmy możliwości konkurowania z dużymi partiami pod względem nakładów na marketing polityczny. Wchodząc do partii myślałam, że wystarczy dobry kandydat, który zaproponuje dobry program, aby wyborcy oddali na niego głos. W praktyce, niestety, tak nie jest. Czy w województwie kujawsko-pomorskim łatwo się tworzy Partię Kobiet? Nasze województwo jest trudne, specyficzne, jeśli chodzi o działalność społeczną i polityczną. Często odnoszę wrażenie, że społeczeństwo w regionie bardzo mało interesuje się udziałem w różnego rodzaju inicjatywach, nawet takich jak spotkania i dyskusje czy wykłady. Z czego to wynika? Jednoznacznie nie potrafię odpowiedzieć, jednak z moich obserwacji wynika, że na podejście do uczestniczenia w różnych inicjatywach społecznych czy politycznych ma wpływ np. wiek. Panie z mojego pokolenia rzadko się na to decydują, jednak jak się zdecydują, to działają bardzo prężnie. Myślę, że to wynik pewnych kanonów społecznych, do których

przywykły. Znacznie chętniej w różne inicjatywy włączają się młode kobiety. Wszystkim Paniom trudno jednak działać przede wszystkim ze względu na podwójną ilość obowiązków, które mają. Ciągle to głównie kobieta jest odpowiedzialna za prowadzenie domu i wychowywanie dzieci. Jak do tego dodamy pracę zawodową, to na działalność społeczną brakuje już czasu i sił. Mężczyźni wciąż za rzadko biorą równą część tych obowiązków na siebie, odciążając tym samym swoje małżonki i partnerki.

kongres był zamknięty dla mężczyzn. Jak się okazało, spotkał się z bardzo licznym zainteresowaniem. Przyjechało mnóstwo kobiet i wszystkie wyjeżdżałyśmy stamtąd z nowymi doświadczeniami i z bateriami naładowanymi świeżą porcją energii do działania. Z perspektywy czasu widać, że może to być doskonałe forum do przedstawiania rozwiązań ważnych dla kobiet i zwracania uwagi na problemy je trapiące, które wymagają pilnej interwencji. Jest to również doskonała przestrzeń do inspirowania kobiet do rozwoju i działania.

Polityka to wciąż męska sprawa? W głowach wielu kobiet ciągle takie przekonanie istnieje. To się już jednak zmienia. Największy wpływ na przełamanie tego stereotypu ma chyba działalność wielu organizacji pozarządowych, zajmujących się tematami związanymi z równouprawnieniem. Od działalności w rozmaitych stowarzyszeniach i fundacjach łatwiej bowiem przejść do aktywności politycznej. Powstanie Partii Kobiet było pierwszym na taką skalę zrywem do działania wśród Polek. Ciągle jednak zbyt wiele z nich mówi, że włączyłyby się w naszą działalność, gdyby to nie była partia. Musimy jednak pamiętać, że gdyby to nie była partia, to jako stowarzyszenie miałybyśmy znacznie węższe pole do działania.

Jak Pani podsumuje tegoroczny kongres? V Kongres odbywał się pod hasłem „Partnerstwo, Solidarność i Różnorodność”. Jak zwykle było wiele ciekawych paneli. Uczestniczkami kongresu były zwyczajne, w różnym wieku i o różnym wykształceniu oraz z różnymi zapatrywaniami politycznymi kobiety z całej Polski. Miałam wrażenie, że mniej było celebrytek i polityczek, i to chyba z korzyścią dla odbywającego się kongresu. Na pewno większość, a może i wszystkie naładowałyśmy swoje akumulatory i możemy wracać do swoich obowiązków zawodowych, rodzinnych i społecznych. Została przeprowadzona ankieta wśród uczestniczek, które w 93 proc. uznały, że kongres jest stowarzyszeniem, które chce działać na rzecz równości płci i wszystkich kobiet. Główne postulaty KK, wynikające z ankiety, to nadal ekonomiczne zrównanie płac kobiet i mężczyzn. Kobiety, które są często lepiej wykształcone od mężczyzn, chcą, by państwo ułatwiło im łączenie ról opiekuńczych z karierą. Muszę również wspomnieć o Nagrodzie Kongresu Kobiet, którą w tym roku otrzymała pani prof. Małgorzata Fuszara, znawczyni problematyki kobiet. Nagrodę kongresu otrzymał również ambasador Szwecji, Stefan Herrstrom. Bardzo im gratuluję!

Co osiągnęła Partia Kobiet w naszym regionie? Większość naszych działań dotyczy organizowania spotkań, konferencji, wykładów dla obywateli. Poruszamy tam tematy związane z dyskryminacją, przemocą, doradzamy, jak wyjść z tych problemów, czy jak osiągnąć sukces. Pamiętajmy, że Partia Kobiet jest partią celu, a nie ideologiczną. Jako partia wystąpiłyśmy również do pana prezydenta Rafała Bruskiego z prośbą o stworzenie stanowiska pełnomocnika ds. równego traktowania. Pamiętajmy, że łatwiej rozmawiać z pełnomocnikiem niż urzędnikiem. W kilku miastach Polski jest takie stanowisko. Włocławek ma swoją pełnomocniczkę. Bydgoszcz nie. Ostatnio byłyśmy też współorganizatorkami akcji „One Billion Rising - Nazywam się Miliard”, czyli uczestniczyłyśmy w ogólnoświatowym proteście przeciwko przemocy wobec kobiet. Kobiety z naszego regionu aktywnie uczestniczyły również we wcześniejszych i w ostatnim V Kongresie Kobiet w Warszawie. Jeśli zaś chodzi o przyszłość, to na jesień planujemy podjąć się organizacji pierwszego bydgoskiego Kongresu Kobiet. Jaka idea kryje się pod hasłem Kongresu Kobiet? Kongres Kobiet był swoistym zrywem kobiecej części społeczeństwa. Pierwszy odbył się w 2009 roku. Ideą, która mu przyświecała na początku, była chęć dyskutowania o wkładzie kobiet w historię ostatniego 20-lecia w Polsce, ale również podyskutowania we własnym gronie o naszych problemach i pomysłach na zmianę polskiej rzeczywistości. Pierwszy

* Maria Gałęska Przewodnicząca zarządu partii kobiet regionu kujawsko-pomorskiego. Do partii wstąpiła w 2007 roku. Wrażliwa na kwestie społeczne, praw i równouprawnienia kobiet. Z wykształcenia magister informacji naukowej i bibliotekoznawstwa. Prywatnie żona, matka i babcia. Jej pasją są podróże.

miasta kobiet

czerwiec 2013

37


temat

Ola Obarska

Herbaciane pola Batumi W berlińskim Teatrze Scala prowadziła konferansjerkę w pięciu językach, a piękna była jak rzadkie zjawisko. TEKST: Janusz Milanowski

W

występując m.in. w Wiedniu. W berlińskim Teatrze Scala prowadziła konferansjerkę w... pięciu językach. Pytanie: która współczesna polska celebrytka jest w stanie zrobić to samo? Żadna.

1964 r siedem dziewcząt o taliach os podbiło PRL taką piosenką... „Batumi, ech Batumi Herbaciane pola Batumi Cykadami dźwięczący świt Świadkiem był szczęścia chwil. Batumi, ech! Batumi Herbaciane pola Batumi Cykadami dźwięczący świt Świadkiem był szczęścia chwil ”

Siedem pięknych os nazwało się Filipinkami. Przez wiele, wiele lat nie było w Polsce dancingu bez „Batumi”. Piosenkę skomponował ormiański kompozytor Ajwazian, ale nie każdy wie, że słowa tego evergreena napisała bydgoszczanka Ola Obarska - znakomita śpiewaczka, aktorka i autorka niezliczonych tekstów piosenek, śpiewanych m.in. przez Fogga, Sławę Przybylską, Irenę Santor. Ta piękna kobieta bardzo się przyjaźniła ze Sławą Przybylską. - Do dziś mamy wiele listów od Oli i jej fotografii - powiedział Jan Krzyżanowski, mąż wybitnej piosenkarki. - Ona bardzo kochała Bydgoszcz. Pan Jan i pani Sława mieszkają w Otwocku. Bardzo chętnie podzielą się wspomnieniami o Oli Obarskiej, ale nie przez telefon. - Jesteśmy starożytnymi ludźmi. Proszę do nas napisać list ręką, albo na maszynie - poprosił pan Jan.

GŁOS, KTÓRY ZATRZYMYWAŁ SERCA Ola Obarska urodziła się w 1910 r. Dzieciństwo spędziła w Bydgoszczy w kamienicy przy ul. Piastowskiej. Również w Bydgoszczy ukończyła Miejskie Konserwatorium Muzyczne (śpiew i fortepian). Jej mistrzynią była prof. Targońska. Muzycznie kształciła się dalej we francuskim Cours Du Fanloup w Boulogne sur Seine. Sprawozdawcy kulturalni prasy bydgoskiej

38

miasta kobiet

czerwiec 2013

Z WOJSKIEM DO BERLINA Podczas okupacji śpiewała w kawiarniach warszawskich piosenki wyciskające łzy z oczu. We wrześniu 1944 dokonała rzeczy niezwykłej. Ona, wybitna śpiewaczka scen operowych wstępowała ochotniczo w szeregi I Armii Wojska Polskiego. Jako reżyser i aktorka przyfrontowego teatru dotarła do Berlina, a po drodze, w styczniu 1945, była świadkiem pożaru bydgoskiego Teatru Miejskiego, w którym debiutowała. Po wojnie zaczęła grać w Teatrze Ludowym w Warszawie i wyszła za mąż za Zdzisława Forkasiewicza. Zaczęła pisać znakomite teksty piosenek. Wiele z nich poświęciła Bydgoszczy,

Jeśli chcecie posłuchać jej głosu, wpiszcie w YouTube: Ola Obarska, Na przedmieściu domek mały. Usłyszycie walca o małym domku, ale wielkiej miłości. byli zachwyceni jej występami w Teatrze Miejskim w Bydgoszczy w latach 1928 - 1930. Występowała w operetce „Polska krew” O. Nedbala, a później m.in. w „Baronie cygańskim” J. Straussa i „Carewiczu” F. Lehara. Była kobieta piękną jak rzadkie zjawisko, prawdziwą damą sceny, z głosem, który zatrzymywał serca. Dziś wystarczy mieć polipy w nosie, żeby śpiewać i nie szkodzi być idiotą. Wówczas trzeba było mieć głos i klasę jak Ola Obarska. W 1932 r. rozpoczęła karierę w Warszawie, m.in. w Teatrze Polskim, Operetce Warszawskiej. Występowała także w filmach. Jeszcze przed wybuchem wojny wyjechała za granicę,

a śpiewała je Irena Santor. W latach 70. nazywana była „Bydgoskim Słowikiem”. Najsłynniejsza piosenka „Zaś ale” (wykonywała ją Irena Santor) poświęcona fajnym chłopakom z Pomorza i naszej gwarze to dowód na jej mistrzowskie wyczucie języka. A kto pamięta „Białe noce”, „Koncert deszczowy”, „Tbilisi”, „Batumi”, „Morze Czarne nie jest czarne”, czy „Fascination”, albo „Ciao, ciao bambino”? Zmarła 1 stycznia 1994 r. Pochowano ją na warszawskich Powązkach. Jeśli chcecie posłuchać jej głosu, wpiszcie w YouTube: Ola Obarska, Na przedmieściu domek mały. Usłyszycie walca o małym domku, ale wielkiej miłości.


męskim okiem

Wolę raj niż koszary Pierwszy mój dzień w nowej pracy. Wszędzie widzę kobiety: od recepcji po ostatnie piętro. Różnorodność stylów kreacji i urody - porażająca, ale w dobrym znaczeniu tego słowa. Wszędzie uśmiechy. Słowem - raj. Dopiero, gdy poznałem dziesiątą koleżankę, to zjawił się facet - dyrektor. I tu nie wytrzymałem i głośno pytam. - O co do diabła chodzi z tym parytetem? Kto to tu powinien domagać się takowego? Myślę, że dziś w wielu miejscach pracy, to my, mężczyźni powinniśmy walczyć o parytet.

Maszynki do głosowania Feministki w tej sprawie drą buzie na pikietach; że żyjemy w kraju męskocentrycznym, że kobiety gorzej zarabiają, że trudniej im na ścieżce kariery, że płacą cenę społecznej stygmatyzacji, ponieważ muszą rodzić i wychowywać dzieci. Politycy widzą nowy las maszynek do głosowania i bez skrupułów żerują na tej egzaltacji, strojąc się w gębę postępowych obrońców praw mniejszości. Publicystki i publicyści wyciągają zaraz z tego konsekwencje, rozbudowując definicję

homofobii, uffff... Niewiele brakuje, żeby producenci na swych wyrobach zamieszczali metki: produkt powstały przy zachowaniu parytetu w firmie.

że mężczyźni podkładają kobietom nogi. A wracając do początku. Nie odetchnąłem bynajmniej z ulgą na widok dyrektora, bo wolę raj niż koszary.

Zasada równości Według nauk społecznych, parytet to forma dyskryminacji pozytywnej polegająca na administracyjnym rezerwowaniu miejsc dla reprezentantów określonych grup społecznych. Ma gwarantować zasadę równości uczestnictwa, przeciwdziałać wykluczeniu ze względu na płeć, rasę, pochodzenie etniczne, przynależność partyjną, czy inne kryterium. Cztery na jednego Tyle nauka, a codzienność zadaje kłam pierduologii feministek. Bo ja wszędzie widzę kobiety, choć zaraz usłyszę, że jak to? Kto rządzi samorządami, ilu jest radnych w spódnicach, a ilu w spodniach. Tylko, że to akurat wynika z woli wyborców, w tym i głosujących kobiet. A ile kobiet przypada na jednego mężczyznę w Warszawie? Aż cztery! Wierutną bzdurą jest twierdzenie,

* Janusz Milanowski Dziennikarz, publicysta, fotograf. Miłośnik długodystansowego pływania i jazzu.

miasta kobiet

czerwiec 2013

39


temat

1053313BDBHA

40

miasta kobiet

czerwiec 2013

Miasta Kobiet czerwiec 2013  
Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you