Page 1

nasze miejsca spotkań

październik 2015

ELŻBIETA Miałam marzenia str. 6-8


763315TRTHA


STYLOWO i wygodnie

N A

S P O T K A N I E Piękna sukienka w motyle i szeroki płaszcz to niezwykle eleganckie i kobiece zestawienie. Doskonale komponuje się z dużą torbą, z jakże modnymi w tym sezonie frędzlami i pełnymi klasy botkami. Szyku całej stylizacji dodaje kapelusz.

Ramoneska to klasyk, który można założyć niemal zawsze i wszędzie. W zestawieniu z lekką koszulą i jeansami stanowi świetne rozwiązanie na jesienne wyjście ze znajomymi. Dopełnieniem będzie duża torba, w modnym w tym sezonie kolorze bordowym. HOUSE kurtka - 149,99 HOUSE koszula - 59,99 HOUSE naszyjnik - 49,99 LEE WRANGLER spodnie - 399 LEE WRANGLER pasek - 149 OFFICE SHOES buty - 519 PROMOD torebka - 119 TIME TREND zegarek Japan Springs - 449

MAKE-UP

ORSAY kamizelka - 159,99 ORSAY koszula - 99,99 ORSAY spódniczka - 119,99 GABOR buty - 499 PARFOIS torebka - 119,90 PARFOIS zegarek - 119,90 PARFOIS naszyjnik - 39,90 PARFOIS okulary - 59,90

N A

S P A C E R

Zapraszamy na zakupy do Focus Mall Bydgoszcz!

FRYZURA

1215515BDBHA

Niezwykle stylowa kamizelka to coś, czego nie powinno zabraknąć w żadnej szafie tej jesieni. Można ją zestawić niemal ze wszystkim. W połączeniu ze wzorzystą koszulą i jeansową spódniczką prezentuje się znakomicie i stanowi modny i wygodny look.

Make-up wykonano produktami z linii Giorgio Armani Cosmetics. OLAPLEX Rewolucyjna usługa!!! Jeden krok do idealnej dekoloryzacji i rozjaśniania już dostępna w Salonie Jean Louis David w Focusie

Adres: ul. Jagiellońska 39-47, Bydgoszcz

N A

Z A K U P Y

SIMPLE sukienka - 799,90 SIMPLE płaszcz - 1299,90 SIMPLE torba - 899,90 SIMPLE kapelusz - 399,90 GINO ROSSI buty - 599,90 VISION EXPRESS okulary Carrera - 359,90 TIME TREND zegarek Lacoste - 629


WYDAWCA: EXPRESS MEDIA Sp. z o.o. Bydgoszcz, ul. Warszawska 13 tel. 52 32 60 733 Prezes Zarządu: dr Tomasz Wojciekiewicz Redaktor Naczelny: Artur Szczepański Dyrektor sprzedaży: Adrian Basa Menedżer produktu: Emilia Iwanciw, tel. 52 32 60 863 e.iwanciw@expressmedia.pl

Nie zapominajmy

Redaktorka prowadząca: Lucyna Tataruch, tel. 52 32 60 798 l.tataruch@expressmedia.pl

Październik jest miesiącem różowej wstążki - walki z rakiem piersi i szyjki macicy. O profilaktyce zdrowotnej na łamach „Miast Kobiet” pamiętamy przez cały rok. Tym razem jednak postanowiliśmy podjąć ten temat w wyjątkowy sposób. Zachęcamy nie tylko do przeczytania o tym, jak dbać o swoje zdrowie (str. 16-17, 26-27), ale również do udziału w naszej akcji „Jak to się stało, że zapomniałam o swoich piersiach?” Pierwsza to pytanie zadała Natalia Przybysz, w swojej piosence „Miód”. Dlaczego? Tłumaczy nam to w rozmowie z Justyną Król (str. 12-13). Choć słowa tego utworu nie nawiązują bezpośrednio do problemu nowotworów, nas zainspirowały do czegoś więcej - by spojrzeć w oczy tym kobietom, które pokonały raka piersi lub są na najlepszej drodze do zdrowia. Wy też możecie to zrobić, 2 października w klubie Od Nowa, podczas otwarcia organizowanej przez nas wystawy ich portretów autorstwa Marcina Szpaka. Wiele z tych pań mogło wziąć udział w takiej sesji zdjęciowej właśnie dlatego, że w porę się zbadały i w odpowiednim czasie rozpoczęły leczenie. Niektóre nie mają już piersi, ale ich oczy przekonują o tym, że kobiecość tak naprawdę leży gdzie indziej. To nie tylko wygląd, ubranie, makijaż, ale przede wszystkim troska o siebie i swoje zdrowie. Dlatego do zdjęć pozują w prostych, białych koszulkach, z symbolicznym śladem po różowej wstążce. Siły, jaka bije z nich po tej walce z rakiem, nie da się porównać z niczym. Urszula Gierszyńska, jedna z bohaterek wystawy, wyznała: „Kiedy zachorowałam, po raz pierwszy w życiu to ja stałam się dla samej siebie najważniejsza. Wcześniej byłam na szarym końcu, bardziej liczyły się potrzeby bliskich. Szkoda, że musiałam zachorować, by zacząć robić coś dla siebie”. My zróbmy to coś już teraz. Zbadajmy się. Bądźmy dla siebie najważniejsze. I nie zapominajmy o swoich piersiach.

Justyna Król j.krol@expressmedia.pl

LUCYNA TATARUCH redaktorka prowadząca „MIASTA KOBIET” Wystawa artystycznych zdjęć Marcina Szpaka w Galerii Dworzec Zachodni klubu Od Nowa będzie otwarta od 2 do 15 października. Na wernisaż zapraszamy od godz. 18. Tego samego dnia odbędzie się też rozmowa z Katarzyną Borowicz z Fundacji Rak'n'Roll i z psychoonkologiem, Małgorzatą Stankiewicz, a po niej o godz. 19 projekcja filmu „Chemia” w reżyserii Bartosza Prokopowicza. Akcję „Jak to się stało, że zapomniałam o swoich piersiach” zwieńczymy koncertem Natalii Przybysz, 15 października. Zapraszamy!

4

miasta kobiet

październik 2015

Teksty:

Jan Oleksy j.oleksy@expressmedia.pl Lucyna Tataruch l.tataruch@expressmedia.pl Dominika Kucharska d.kucharska@expressmedia.pl Emilia Iwanciw e.iwanciw@expressmedia.pl Dorota Kowalewska Justyna Niebieszczańska Skład: Ilona Koszańska-Ignasiak Sprzedaż: Angelika Sumińska, tel. 691 370 521 a.suminska@express.bydgoski.pl Michał Kopeć, tel. 56 61 18 156 m.kopec@nowosci.com.pl

CP Jesteś zainteresowany kupnem treści lub zdjęć? Skontaktuj się z naszym handlowcem: Piotr Król, tel. 603 076 449 p.krol@expressmedia.pl

ZNAJDZIESZ NAS NA: www.miastakobiet.pl www.fb.com/MiastaKobiet.Nowosci.ExpressBydgoski

„Miasta Kobiet” ukazują się w każdy ostatni wtorek miesiąca, jako dodatek do „Expressu Bydgoskiego” i „Nowości - Dziennika Toruńskiego”. Przez cały miesiąc są dostępne również w 91 miejscach w Bydgoszczy i Toruniu. Adresy znajdziesz na stronie www.miastakobiet.pl


24915T4JBA


ELŻBIETA DZIKOWSKA Z PLEMIENIEM MURSI, ETIOPIA

Z TONYM PRZED POMNIKIEM RÓWNIKA W EKWADORZE

MIAŁAM MARZENIA,

Tony je realizował

Wszystko przeznaczaliśmy na podróże, dla naszych widzów. Ale gdy pytano Toniego, skąd mamy na to pieniądze, odpowiadał, że on napada na dyliżanse, a ja jestem burdelmamą! Z podróżniczką, Elżbietą Dzikowską*, rozmawia Jan Oleksy

Zaśpiewam Pani zamiast „Dziwny jest ten świat”… piękny jest ten świat! A to dzięki takim ludziom, jak Pani… Powiem, że piękny jest świat, ale na świecie najpiękniejszy jest… Toruń. O, jakże miło! I to szczerze, bo w tym stwierdzeniu zawarte jest także moje przeżycie emocjonalne, a nie tylko historia, urbanistyka i tak dalej. To w zasadzie dwa w jednym. Bo z jednej strony Muzeum Podróżników, a z drugiej Pan Tony… No właśnie, a poza tym to piękne stare miasto, które ma najpiękniejszy na świecie ratusz. Tu się urodził Kopernik, najdalej podróżujący Polak - aż do gwiazd. I Tony, też podróżnik. Więc Toruń jest mi bardzo bliski. Pani małżeństwo z Tonym Halikiem było połączeniem dwojga podróżników, dwóch niespokojnych duchów… To chyba trudne? Czy ja wiem? Chęć poznania ciągnęła nas przed siebie. Ale zanim myśmy się poznali, każde z nas miało już za sobą solidny zapas świata. Tony pracował jako korespondent amerykańskiej

6

miasta kobiet

październik 2015

sieci telewizyjnej NBC, dla której przygotowywał reportaże, ja zaś prowadziłam dział Ameryki Łacińskiej w miesięczniku „Kontynenty”, dla którego odbyłam już wiele wypraw. Połączyła Państwa pasja, a mówi się, że przeciwności się przyciągają. To nieprawda? W naszym przypadku tak na szczęście nie było. Nas łączyły podobne upodobania, emocje i właśnie pasja poznawania świata, ale też potrzeba dzielenia się wrażeniami z innymi. Bo myśmy poznawali nie tylko dla siebie, ale dla naszych widzów i czytelników. Był to rodzaj pewnej misji… Na pewno tak było. W naszym imieniu - zwykłych obywateli PRL - odwiedzaliście Państwo miejsca, do których my nie mogliśmy dotrzeć. Tak. W owych czasach świat był dla Polaków zamknięty, a my mogliśmy po nim się przemieszczać. W dodatku mieliśmy na to środki, bo Tony był najpierw nieźle uposażonym dziennikarzem, a potem miał niezgorszą emeryturę. Wszystko przeznaczaliśmy na podróże, dla naszych widzów. Ale gdy pytano Toniego, skąd

mamy na wyprawy pieniądze, odpowiadał, że on napada na dyliżanse, a ja jestem… burdelmamą i pokazywał na dowód zdjęcie wykonane w pożyczonych strojach w miasteczku filmowym Tuxon; dzisiaj ten dowód znajduje się w toruńskim Muzeum Podróżników im. T. Halika. Zawsze podczas takich wypraw ktoś musi być kierownikiem, a ktoś jego zastępcą do spraw technicznych. Tak było u Was? Nie, myśmy wszystko ustalali razem. Zawsze najważniejszy był kompromis. Tak jak w życiu. Jeździliśmy razem, poznawaliśmy świat, robiliśmy filmy, ale też zdarzało się, że nieraz podróżowaliśmy osobno… Dla higieny psychicznej? Tony mówił, że po górach skaczą tylko kozy i rogacze, a ja uwielbiałam góry, zwłaszcza Bieszczady, więc nieraz wybierałam się w nie sama. Tony lubił też się ścigać z Neptunem, ja natomiast cierpiałam na chorobę morską. Im silniejszy wiatr, tym lepiej dla niego, a dla mnie niekoniecznie. Zdarzało się więc również, że sam, albo w towarzystwie przyjaciół, wybierał się beze mnie na burzliwe fale Bałtyku, na przykład na Alandy albo do Szwecji. Dolatywałam tam,


Z PLEMIENIEM YAGUA, PERU, AMAZONIA

by później razem z nim przepłynąć na przykład Kanał Göta. Razem pływaliśmy po spokojniejszych akwenach, po Morzu Egejskim, Śródziemnym, na Baleary, Kanary i dookoła Kuby, ale również na Mazurach i Zalewie Zegrzyńskim. Woda była dla nas bardzo ważna. Jestem spod znaku ryb, a Tony był spod znaku Wodnika. A jak się Państwo poznaliście? Zobaczyłam go po raz pierwszy na ekranie małego, czarno-białego telewizora „Wisła”. Opowiadał o skoczkach z Acapulco. Pomyślałam: „Jaki śmieszny facet” i… go wyłączyłam. Nieźle! Nie przypuszczała Pani, że będzie to mężczyzna Pani życia? Poznałam go nieco później za sprawą Ryszarda Badowskiego, który prosił mnie, bym będąc w Meksyku zrobiła z Tonym wywiad. Przebywałam tam wówczas na Światowym Kongresie Latynoamerykanistów. To był mój przystanek przed wyjazdem do Peru na roczne stypendium. Zadzwoniłam więc w Meksyku do Tony’ego, lecz automatyczna sekretarka poinformowała mnie, że jest nieobecny i prosi o zostawienie telefonu. Wówczas z naszej ambasady dostałam wiadomość, że czeka na mnie telegram, w którym stało, że pani minister kultury Peru została zdymisjonowana i moje stypendium jest nieważne. Ale nie wróciła Pani do Polski… Na szczęście wybitny artysta José Luis Cuevas zaprosił mnie na obiad ogrodowy, na którym był także prezydent Meksyku Luis Echeverría Álvarez. Gdy zapytał mnie o plany, powiedziałam, że zamiast do Peru, muszę wracać do ojczyzny. Zdziwiony powiedział: „Dlaczego? Przecież my damy pani stypendium”. Tak się też stało. Dzięki prezydentowi przebywałam rok w Peru. W tym czasie Tony wrócił z Gujany Francuskiej. Oddzwonił i… tak żeśmy się poznali. Jakie wywarł wrażenie na żywo, po tym wyłączonym czarno-białym telewizorze? Dobre? Dziwne! Był niezbyt urodziwy, ale uroczy. (śmiech) Pełen pasji i poczucia humoru. Superfacet! Zauważało się charyzmę. Był barwny. I piorun strzelił.

NA POŁUDNIU CHIN

Pani wówczas miała męża, a Tony żonę… Tak, ale jak się zdarzają takie emocje, to się te sprawy rozwiązuje i myśmy tak uczynili. Czytałem gdzieś, że to rozwiązanie było z klasą. Tak się udało. Z moim pierwszym mężem (Andrzejem Dzikowskim, dziennikarzem - przyp. red.) przyjaźniłam się do końca jego życia, który nastąpił, niestety, w grudniu ubiegłego roku. Jest Pani podwójną wdową. Z Panem Tonym ile lat byliście razem? Z Tonym 23 lata, a z Dzikowskim 17 lat. Ładnie. Czy to prawda, że wielcy ludzie bywają trudni we współżyciu, nieznośni? Może dla innych. Myśmy dla siebie byli bardzo bliscy i nie mieliśmy specjalnych konfliktów. Oczywiście, że nawet wśród najlepszych przyjaciół zdarzają się nieraz spięcia… Ale my mieliśmy wspólny cel - poznanie świata. Realizacja wspólnych celów jest receptą na udane życie i związek? To też, ale myślę że przede wszystkim trzeba zrozumieć drugiego człowieka, mieć empatię. I zawsze starać się pozytywnie myśleć. Zawsze pozytywnie - że się uda. Poza tym ja miałam marzenia, a Tony je realizował. Układ idealny… Tony był świetnym organizatorem. Może wyglądał na bujającego w obłokach, miał wielką wyobraźnię, ale był też bardzo konkretny. Zawsze miał wszystko na właściwym miejscu. Trzymał się ziemi, mimo że realizował marzenia, nieraz nieziemskie. Otóż to, ładnie pan to sformułował. Bo co ludzi dręczy w związkach? Nuda! U Państwa nie było czasu na nudę. To jest chyba też klucz do zrozumienia fenomenu małżeństwa. Tak. Ja w ogóle nie wiem, co to jest nuda. Nawet gdy jestem sama, to nie mam nigdy czasu

na nudę. Zdając sobie sprawę z tego, że życie jest coraz krótsze, staram się je z sensem wykorzystać, żeby było jak najpełniejsze i żeby było kreacją. Bo najważniejsze w życiu są właśnie miłość i kreacja. W Pani przypadku to się wszystko idealnie ułożyło. A starość - i to też moja definicja - jest to stan umysłu niezależnie od wieku. O tak, często się widzi takich młodych starych. Nic im się nie chce… … a mnie się jeszcze ciągle chce. (śmiech) I to jest piękne! Czy już od dziecka marzyła Pani o wielkich podróżach? Proszę pana, jak byłam dzieckiem, nie miałam możliwości takich marzeń. Nikt ich nie miał. Były niewyobrażalne. Świat się zmienił. Chciałam się uczyć, rozwijać, ale nie wiedziałam nawet, że mogę marzyć o poznawaniu świata. Chciałam być gajowym! (śmiech) Życie w spokoju, w puszczy? W przyrodzie, a nie w spokoju. Z przyrodą! Później zapragnęłam zostać bibliotekarką. Pracować w bibliotece, mieć kontakt z książkami i móc je za darmo czytać. Fantastico! Ale się nie dało. Na szczęście dla nas wszystkich. Bo nie byłoby „Pieprzu i wanilii”, ani „Grochu z kapustą”. Nie byłoby. A teraz jest „Polska znana i mniej znana” - przygotowuję drugi tom i jeszcze drugi „Tam, gdzie byłam”. A Pani ukochane miejsce w Polsce to…? No przecież wiadomo, że Bieszczady, najpiękniejsze góry na świecie. Ustrzyki Górne! Tam urodziły się też moje dwa ukochane pieski pekińczyki. Mają już ponad 12 lat. Ale w Bieszczadach bywałam już dawniej, pierwszy raz jeszcze z Dzikowskim, chyba w 1967 roku. Jestem obywatelką honorową Sanoka, czyli bramy w Bieszczady, no i Ustrzyk Górnych. Mam tam w Hotelu Górskim pokój, ponoć bezterminowo, z widokiem na Połoninę Caryńską. A pod oknem szemrze potok Wołosaty. miasta kobiet

październik 2015

7


jej portret Pamiętam, że pierwszy raz byłem tam pod koniec lat 60. Jeszcze wtedy spotykałem ślady osad Bojków i Łemków, zdziczałe sady i fundamenty domów… Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Turystyka trochę zepsuła urok. Mam serce rozdarte. Z jednej strony chciałabym, żeby jak najwięcej ludzi jeździło w Bieszczady, poznało ich urok i żeby ci, którzy tam mieszkają, mieli za co żyć. Ale z drugiej - boję się, że zostaną zadeptane i przestaną być tymi wspaniałymi dzikimi górami. A ulubione miejsce na świecie? To też Ustrzyki Górne i tu gdzie mieszkam, czyli Warszawa. Ona nie jest zbyt piękna, ale daje dużo możliwości kontaktu z kulturą. A poza tym Nowy Jork - Manhattan, bo tam się nie chodzi, ale biega i ciągle jest się zmuszonym do rozwoju. Z podróży człowiek przywozi oprócz wspomnień, filmów i zdjęć, również pamiątki… Teraz wróciłam po raz dwunasty z Peru i przywiozłam mnóstwo pamiątek, których jeszcze Toruń nie odebrał. Te wszystkie pamiątki są dla Muzeum Podróżników im. Tony’ego Halika. Niegdyś to była Franciszkańska 11, a teraz jeszcze Franciszkańska 9 - dwie kamienice pięknie połączone i multimedialnie urządzone. Mam nadzieję, że skoro pan prezydent na każdą swoją kadencję dał po jednej kamienicy, to teraz na trzecią kadencję - muszę mu przypomnieć - przekaże nam trzecią, tuż obok. Wprawdzie mieści się tam kasyno, ale przecież można je przenieść. Jeżeli nie da tej kamienicy, to ja przestanę przywozić obiekty. Bo do magazynów nie warto. To duży wysiłek fizyczny, materialny i emocjonalny. W tym roku przywiozłam dużo z Etiopii, a teraz z Peru i z Amazonii. Toruń pamięta o Pani. Uhonorował Panią „Katarzynką” w Piernikowej Alei Gwiazd. Tak, kochamy się z Toruniem! Dyrektor muzeum też ciepło o Pani opowiada. Ja o nim też, bo dba o Muzeum Podróżników. Mam nadzieję, że o tę trzecią kamienicę też będzie walczył. Toruń to jest bardzo przyjazne miasto, miasto młodych ludzi, pięknej młodzieży i nadzwyczajnych zabytków. Kocham kościoły NMP, Świętych Janów, św. Jakuba. I choć do kościoła specjalnie nie chodzę, to go upowszechniam w moich książkach. (śmiech) Teraz odbyłam podróż po południowej części województwa zachodniopomorskiego i zwiedziłam ponad 30 cudownych romańsko-gotyckich kościołów, zupełnie nieznanych. Mam zamiar je opisać. Ale oczywiście żadne miejsce w Polsce nie dościga Torunia w moich emocjach! Wydaje mi się, że Toruń i… biżuteria zajmuje Pani serce? To są całkiem inne sprawy. Biżuteria to moja pasja, którą realizuję także dla Torunia. A coś Pani sobie zostawia czy wszystko przekazuje?

8

miasta kobiet

październik 2015

Myśmy z Tonym dla siebie byli bardzo bliscy i nie mieliśmy specjalnych konfliktów. Oczywiście, że nawet wśród najlepszych przyjaciół zdarzają się nieraz spięcia… Ale my mieliśmy wspólny cel - poznanie świata. ELŻBIETA DZIKOWSKA PODRÓŻNICZKA

Zostawiam, ale już w mojej ostatniej woli jest to wszystko przekazane Toruniowi, który ma największą kolekcję biżuterii etnicznej w Polsce. Staram się ją uzupełniać. Teraz z Amazonii przywiozłam kilkanaście naszyjników z miejscowych materiałów. Skrzela ryby, kawałki drewna, muszelki… To sztuka Indian Bora, Indian Yagua. Myślę, że to będzie interesowało zwiedzających muzeum. Przejawia Pani wiele zainteresowań. Kim Pani jest? Będę wyliczał: podróżnikiem, sinologiem… Sinologiem już nie! Tyle lat minęło, zapomniałam język chiński. Może nie zgubię się w Państwie Środka, ale na pewno na dyskusje o Konfucjuszu po chińsku mnie nie stać. Myślę, że przede wszystkim jestem podróżnikiem i krytykiem sztuki. Pasjonuje mnie zwłaszcza sztuka współczesna i specyficzna fotografia. Fotografuję makro małe fragmenty natury i przeskalowuję je do dużych formatów 2 m x 1,4 m. Natura staje się abstrakcją, pozostając jednocześnie realna i zaświadczając, że wszystkie kierunki sztuki biorą się właśnie z niej. Oczywiście zajmuję się też fotografią dokumentalną, którą wykorzystuję w moich książkach. Teraz wydałam album o Ponidziu. Mało kto wie, gdzie to jest… Chyba tam, gdzie płynie Nida? Gdzie jest Wiślica, Busko-Zdrój, Pińczów, Jędrzejów, Nowy Korczyn. Cieszę się, że mogę promować Polskę i pokazywać zakątki, które nie są znane. Dlatego nowy cykl subiektywnych przewodników nazwałam „Polska znana i mniej znana”. I to daje Pani satysfakcję. Ogromną! Byłam niedawno na spotkaniu w Poznaniu w Bibliotece Raczyńskich, na którym podeszło do mnie małżeństwo z prośbą o dedykację na „Grochu i kapuście”. Dziękowali mi, że z tą moją książką spędzili miesiąc poślubny, wędrując trasą, którą tam opisałam. Czy to nie piękne?

Przewodnik na miodowy miesiąc… Przewodnik dla każdego Polaka, bo teraz świat jest otwarty i nasi rodacy mogą swobodnie zwiedzać świat, ale nieco zaniedbują Polskę. Dlatego zapraszam do zwiedzania ojczyzny i oczywiście do przyjazdu do Torunia. Podróżnik, który ma ciągłą chęć poznawania świata, nigdy nie będzie na emeryturze? Jestem na emeryturze od dawna, ale nigdy tyle nie pracowałam, co teraz. Podróżuje po Polsce i po świecie. W tym roku byłam i w Etiopii, i w Peru, niedawno na Ziemi Ognistej. Wczoraj wróciłam ze spływu kajakowego po Pilicy. Teraz muszę trochę popracować, opisać to co zobaczyłam. 3 października wylatuję do Wenecji. Od wielu, wielu lat oglądam tam Biennale Sztuki, bo jako krytyk sztuki muszę wiedzieć, co się w świecie w tej materii dzieje. Pani Elżbieto, a czy są dla Pani jeszcze jakieś białe plamy na mapie? Oczywiście! Chciałabym w przyszłym roku pojechać do Papui Nowej Gwinei i to we wrześniu, ponieważ wtedy odbywa się tam Festiwal Sing Sing, na którym zbiera się sto plemion w tradycyjnych strojach. Śpiewają, tańczą. To dla mnie wielka okazja, by uzupełnić materiał fryzurami i nakryciami głowy właśnie z Gwinei. Po „Biżuterii świata” i „Uśmiechu świata” przygotowuję aktualnie „Drzwi i okna świata”, a później „Świat, który odchodzi”. Mam dużo roboty. Nawet dzisiaj pobiegłam czym prędzej do Muzeum Narodowego, ponieważ kończy się wystawa Tadeusza Peipera i arcydzieł sztuki japońskiej. Musiałam jeszcze to sobie zawłaszczyć. Żeby zawsze być na bieżąco. Tak trzeba, bo jak nie idziemy do przodu, to się cofamy, a nie stoimy w miejscu. Czy w świat wybiera się Pani samotnie? Zanim poznałam Tony’ego, przez kilkanaście lat podróżowałam sama. Teraz wyprawiam się z przyjaciółmi. Przyjemnie dzielić się z kimś wspomnieniami. To przedłuża podróże. Pani Elżbieto, trzymamy kciuki za realizację planów i z dużą przyjemnością zapraszamy do Torunia. Z wielką radością wracam zawsze do mojego najbardziej ulubionego miasta.CP  napisz do autora j.oleksy@expressmedia.pl

*Elżbieta Dzikowska Ur. w 1937 r., historyk sztuki, podróżniczka, reżyserka i operatorka filmów dokumentalnych, autorka wielu książek, programów telewizyjnych, audycji radiowych, wystaw sztuki współczesnej. Wraz z mężem, torunianinem Tonym Halikiem, zrealizowała około 300 filmów ze wszystkich kontynentów dla Telewizji Polskiej, prowadziła popularny program telewizyjny „Pieprz i wanilia”, od 2015 kontynuuje go w TVN Biznes i Świat.


MUZEUM HISTORII TORUNIA (DOM ESKENÓW) ODDZIAŁ MUZEUM OKRĘGOWEGO W TORUNIU, ul. Łazienna 16

Poznaj dorobek i sylwetki polskich podróżników. Zapraszamy do pierwszego w Polsce muzeum poświęconego polskim podróżnikom oraz ich dokonaniom.

Polub nas na Facebooku: www.facebook.com/muzeum.torun Miasto Toruń

www.muzeum.torun.pl

755115TRTHA

Muzeum Okręgowe w Toruniu, Rynek Staromiejski 1, 87-100 Toruń, tel. +48 56 660 56 12, fax. + 48 56 622 40 29, muzeum@muzeum.torun.pl Muzeum Okręgowe w Toruniu jest samorządową instytucją kultury, której organem założycielskim jest Gmina Miasta Toruń

752415TRTHA

Poznaj barwną historię Torunia od czasów prehistorii do współczesności na interaktywnej wystawie w Muzeum Historii Torunia.


kobieta przedsiębiorcza

Dobrym być… Jak? Zapytaliśmy uczestniczki i organizatorki tegorocznej konferencji Charmsy Biznesu.

ANNA URBAŃSKA NEUROCOACH I MASTER TRENER STRUCTOGRAMU. PRELEGENTKA CHARMSÓW BIZNESU 2015. www.annaurbanska.pl Wyświechtany slogan czy wzniosłe hasło? Kiedy myślę o tym, czym jest dobro, włączają mi się od razu dobre intencje. Można mówić o byciu dobrym dla ludzi, dla zwierząt, dla świata. Populistyczne hasła mówią o byciu dobrym każdego dnia. Dla mnie bycie dobrym zaczyna się od okazywania tej dobroci… sobie. Zawsze wszystko zaczyna się od nas samych. Jeśli jesteś dla siebie dobry, dopiero wówczas możesz być dobry dla świata. Akceptacja siebie, takim jakimi jesteśmy, to prawdziwe dobro, którego nam wszystkim życzę.

JOANNA CZERSKA-THOMAS WŁAŚCICIEL AGENCJI MARKETINGOWEJ M4BIZZ I WSPÓŁORGANIZATORKA CHARMSÓW BIZNESU. www.joannathomas.pl Jesteś dobra! Po raz czwarty porozmawiamy o biznesie podczas konferencji Charmsy Biznesu. Zapraszamy dobrych. Najlepszych! Mówimy o biznesie, marketingu i public relations. Przez cały rok. Tradycyjnie, kompleksowo i kreatywnie. Proponując Klientom rozwiązania marketingowe cały czas pracuję nad tym, by być jeszcze lepszą w swojej dziedzinie. A o Tobie zawsze powiem: jesteś dobra!

10

miasta kobiet

październik 2015

IWONA BORKOWSKA

IZABELLA SZOLGINIA

WSPÓŁZAŁOŻYCIELKA I PREZES STOWARZYSZENIA NA RZECZ ROZWOJU KOBIET GINEKA. www.gineka.org

DYREKTORKA SCHRONISKA DLA ZWIERZĄT W BYDGOSZCZY www.schronisko.org.pl

Wbrew pozorom niełatwo powiedzieć, czym jest dobroć. Dla każdego może oznaczać coś innego. Dla mnie wiąże się głównie z wrażliwością społeczną, zainteresowaniem drugą osobą i mądrą pomocą. Bycie dobrym oznacza ogromną satysfakcję i radość. To także wielka odpowiedzialność. Nie tylko za tych, do których kierujemy dobro, ale też za samych siebie. Bo żeby móc rozdzielać dobro najpierw samemu trzeba pamiętać, by traktować siebie z dobrocią. To podstawa, o której często zapominamy. Szczególnie kobiety mają z tym problem. A wystarczy zrozumieć, że to co robimy dla siebie, jak ze sobą postępujemy, odzwierciedla się w tym jak nas widzą inni.

JUSTYNA NIEBIESZCZAŃSKA SPECJALISTA PUBLIC RELATIONS I WSPÓŁORGANIZATORKA CHARMSÓW BIZNESU. www.justynaniebieszczanska.pl Wierzę, że człowiek jest dobry. Teraz jest czas, aby każdy z nas stawał się jeszcze lepszym. Od czego zacząć? Od używania dobrych słów: pełnych empatii i szacunku dla drugiego człowieka. Im więcej pomiędzy nami pozytywnych słów, tym więcej pomyślności w naszym życiu. Wierzę, że dobro jest cudowną infekcją, którą rozprzestrzeniają ludzie. W dużej mierze za pomocą słów, które budują mosty pomiędzy przyjaciółmi i wrogami. Aby być dobrym czasami wystarczy powiedzieć jedno słowo, przytulić drugą osobę i przeżyć piękną chwilę. My sami mamy moc kreowania takich dobrych chwil!

Być dobrym to stale zadawać sobie pytanie: czy swoim działaniem, osądem czy zaniedbaniem nie krzywdzę kogoś, nie zadaję mu bólu. Być dobrym, nie znaczy być naiwnym. Dobrym trzeba być też dla siebie, choć w przypadku wielu ludzi jest to bardzo trudne, zwłaszcza przez często niską samoocenę. Mamy tendencję do katowania się takimi negatywnymi sądami o sobie. Wówczas, nie akceptując siebie, trudno jest nam być dobrymi dla świata. Bycie dobrym to dynamiczny stan dążenia do stania się lepszym, do doskonalenia duchowego. Do dawania siebie innym - ludziom, zwierzętom, światu. Ciernista to droga, lecz uważam, że warto z niej nie zbaczać.

Zapraszamy na IV Charmsy Biznesu Zapraszamy Kobiety - zmotywowane, pełne wiedzy i doświadczenia - na IV Charmsy Biznesu do Hotelu Słoneczny Młyn w Bydgoszczy. 9 października, wraz z naszymi gośćmi i prelegentami, podzielimy się inspiracjami i konkretami, które pozwalają być jeszcze lepszym w biznesie. W tym roku hasłem przewodnim jest „Dobrym być”. Szczegóły na stronie www.charmsy-biznesu.pl. Zaproszenie można uzyskać pisząc na adres: kontakt@charmsy-biznesu.pl. Do zobaczenia! Joanna Czerska-Thomas i Justyna Niebieszczańska


763415TRTHA

Bydgoszcz, ul. Długa 63 (przy Zbożowym Rynku)

żnych mężczy yzn ceniących Vestito to marka skierowana do nowoczesnych, niezależnych mężczyzn sobie elegancki wygląd i wygodę. ki asortymen nt wysokogaVestito proponuje swoim wyjątkowym klientom szeroki asortyment godnie z aktu ualnymi trentunkowych garniturów i marynarek na wszelkie okazje zgodnie aktualnymi dami mody. Oferta obejmuje także kurtki, płaszcze oraz stylizacje casualowe.

www.vestitomen.com

Z tą reklamą

15% rą akobleakctjęu* na cał

* Oferta ważna do 30 listopada 1286315BDBHA

Vestito jest firmą działającą na bydgoskim rynku mody dy męskiej. W Współpracują spółpracują cji wysokiej kklasy lasy garnituz nią fachowcy z długoletnim doświadczeniem w produkcji rów męskich oraz odzieży wierzchniej.


ZDJĘCIE: ANNA BAJOREK, MARCIN MORAWICKI

Jestem instrumentem Nowotwory są ważnym tematem. Życie jest ważne, piersi są ważne, wszystko to jest ważne. Trzeba pamiętać o tym, co karmi raka, a czego on nie lubi. To beztlenowiec, który uwielbia kwasowości i stres. Bardzo dbam o swoje zdrowie, bo chcę śpiewać i śpiewać… Z Natalią Przybysz* - która 15 października, podczas koncertu w toruńskiej Od Nowie, przyłączy się do naszej akcji „Jak to się stało, że zapomniałam o swoich piersiach” - rozmawia Justyna Król

Dzisiejsze tempo życia jest przytłaczająco szybkie. Jest w tym pędzie czas na wytchnienie? Zadawanie sobie pytań? Tak, pytania zadaję sobie wciąż. Gorzej jest z czasem potrzebnym na znalezienie odpowiedzi. Obecnie moje życie składa się z koncertów, z bycia mamą i partnerką. Jest naprzemiennie dom lub scena. Nie mam teraz czasu na łażenie bez celu, co nie ukrywam, było mi bardzo potrzebne do pisania piosenek. Z tego powodu trochę czekam, aż przyjdzie zima, czyli wakacje i praca nad nową płytą.

12

miasta kobiet

październik 2015

Gdzie się znajdują te najważniejsze odpowiedzi? W domu. Dzieci są dla mnie najlepszymi nauczycielami życia - pokazują, co jest naprawdę ważne. Przynoszą całą masę odpowiedzi… A z kolei życie w drodze to artystyczne spełnienie, ale i ogromne zmęczenie zarazem… Zgadza się, ale jest milion minisposobów konstruowania sobie małego azylu oraz autonomii szczęścia i spokoju w trasie. Ja zawsze mam ze sobą matę do jogi, a ranki w hotelach

bywają pod tym względem owocne. Zdarza się, że biegam rano z kimś z zespołu. Sama przygotowuje sobie większość jedzenia podczas wyjazdów, co również daje mi wytchnienie. Regeneruje się Pani z dala od zgiełku miasta, sama czy wśród ludzi? Jest z Panią wtedy muzyka? Uwielbiam naturę. Lubię poleżeć z bliskimi gdzieś w trawie lub na piasku. Raczej nie słucham wtedy muzyki - ona i tak cały czas siedzi we mnie i bywa męcząca. Moja głowa odpoczywa,


jej pasja Muzyka cały czas siedzi we mnie i bywa męcząca. Moja głowa odpoczywa, kiedy po prostu wsłuchuję się w szumy, szmery i pluski… NATASZA PRZYBYSZ PIOSENKARKA

kiedy po prostu wsłuchuję się w szumy, szmery i pluski… W jakich okolicznościach rodzą się Pani utwory? Różnie, na przykład piosenki z płyty „Prąd” powstawały pod wpływem rocznej terapii psychologicznej. Właściwie były jej częścią, co zrozumiałam dużo później. Kawałek „Miód” obnaża postać chłopczycy - to nawiązanie do lat dziecięcych? Jaka była Pani jako dziecko - biła się Pani z kolegami na podwórku? Biłam chłopaków w szkole. Nie miałam koleżanek i w sumie do tej pory takie znajomości średnio mi się udają. Wiem jednak, że są ważne i staram się, by było lepiej. Dziś też widzę w sobie chłopaka i nawet go w sobie kocham. Nauczyłam się tego. Kwestia płci jest dla mnie jedną z największych tajemnic mnie samej. To ratio pomiędzy yin i yang jest zmienne i też bywa bodźcem twórczym. Ważne, że od jakiegoś czasu nie boję się siebie. Umiem się zatrzymać i ze sobą pogadać. Kiedy najbardziej czuje się Pani kobietą? Gdy jestem z dziećmi i jestem mamą - to jest totalnie kobiece. Każda płeć ma swoją siłę. Co jest takiego wyjątkowego w męskości, a co w kobiecości? Różnica w tych dwóch energiach jest jakby w ich kierunkach i funkcjach. Wiem, że to brzmi abstrakcyjnie, ale jesteśmy energią. Kobieta to przestrzeń, czerń i kosmos. Mężczyzna to działanie, światło i słońce. Można tak wymieniać bez końca… Fragment Pani piosenki, a konkretnie: „Jak to się stało, że zapomniałam o moich piersiach?” - choć tak naprawdę nie ma nic wspólnego z nowotworami - stał się punktem wyjścia do hasła naszej akcji, związanej z rakiem piersi. To dziś bardzo ważny temat… Nowotwory są ważnym tematem. Życie jest ważne, piersi są ważne, wszystko to jest ważne. Musimy korzystać z nowoczesnej

medycyny i profilaktyki, bo świat staje się coraz trudniejszy dla życia w zdrowiu. Trzeba pamiętać, co karmi raka, a czego on nie lubi. To beztlenowiec, który uwielbia kwasowości i stres. W tym kontekście pamięta Pani o swoich piersiach, badaniach? Bardzo dbam o swoje zdrowie, bo chcę śpiewać i śpiewać… Jestem instrumentem. Jest Pani bardzo związana z siostrą? Podobno z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach. Panie jako Sistars odnosiły sukcesy, mają wspólny dorobek muzyczny. Czy było to owocem siostrzanej więzi, „wspólnej nuty”, czy po prostu ciężkiej, profesjonalnej pracy? Od dzieciństwa słuchałyśmy tego samego i śpiewałyśmy razem. Nie ma drugiego głosu na świecie, z którym lepiej byłoby mi śpiewać. Sistars to etap z dzieciństwa i okresu dojrzewania. Było to ważne i kształtujące nas doświadczenie. Jednak obecnie Marek i Bartek (członkowie zespołu - przyp. red.) są gdzieś indziej. Ja i Paulina również mamy inne preferencje muzyczne. Każda z nas ma teraz tyle siły, że chcemy śpiewać osobno. Urszula Dudziak powiedziała nam kiedyś, że musimy razem śpiewać dla własnego zdrowia. Coś w tym jest. Ja ciągle myślę o śpiewaniu z Pauliną. Czas leci, ale wierzę, że jeszcze przyjdzie moment na wspólny mianownik. To teraz odwracając pytanie - jak się pracuje bez siostry - z nowym zespołem, w męskim składzie? Mam świetny zespół. Nagraliśmy razem już dwie płyty. Jurek Zagórski i Hubert Zemler są ze mną od pierwszej solowej płyty. Ta solo przygoda trwa już prawie dekadę. Zapomniałam, jak to jest nie mieć zespołu. Kocham ich jak rodzinę. Album łączący w sobie covery Janis Joplin zachwycił między innymi publiczność Polskiego Radia. To wymagający słuchacze. Dlaczego akurat Janis - ikona lat hipisowskich? Skąd taka inspiracja? Mój menedżer jest wizjonerem. On to pierwszy zobaczył, usłyszał. Zasugerował mi Janis. Bardzo długo trwało zanim się zgodziłam i weszłam w ten temat. Nawiązując do piosenki „Miód” - we śnie pojawia się też przekonanie, że „mam odwagę mówić prawdę lub nic”. Szczerość jest trudna? Świat ma obecnie inne oczekiwania? „Satya” to sanskryckie słowo oznaczające prawdę. Jedna z Jam, z dziesięciu jogicznych „przykazań”- Jamy i Nijamy. Ach jak ja bym chciała to opanować! 36. Joga Sutra Patanjalego, rozdział drugi Sadhana Pada mówi: „Gdy jogin ugruntuje się w prawdzie, jego słowa stają się tak skuteczne, że cokolwiek powie, spełnia się.” Piosenka „Miód” to pełen surrealizm, bo to sen.

Sen o swoim skrytym potencjale. Sen o mocy, którą czujemy pod skórą. W kawałku „Sto lat” porusza Pani pewne traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa - Pani własne, ale sądzę, że dosyć uniwersalne, niestety. Zakrapiane świętowanie przy „sto lat” i problemy alkoholowe to kadr z dzieciństwa wielu Polaków. Warto o tym w ogóle mówić? Warto. Obecnie coraz więcej ludzi z takimi doświadczeniami poddaje się terapii i w ten sposób to przekleństwo, ciągnące się z pokolenia na pokolenie, ma wreszcie szanse zniknąć. W październiku zaśpiewa Pani podczas naszej akcji „Jak to się stało, że zapomniałam o swoich piersiach?” w Toruniu. Dzień później koncert w bydgoskiej „Estradzie”… Bardzo gorąco zapraszam na oba. Zresztą gramy w październiku aż 20 koncertów. To dużo, więc będziemy rozegrani do czerwoności! I będziemy potrzebowali ludzkiej energii i wsparcia. Przyjdźcie popatrzeć i posłuchać! Zagramy też coś niespodziankowego.CP  napisz do autora j.krol@expressmedia.pl

* Natalia Przybysz „Natu” Absolwentka szkoły muzycznej w klasie wiolonczeli, wokalistka znana z zespołu Sistars, który przez kilka lat współtworzyła z siostrą Pauliną, obecnie ma na swym koncie także cztery solowe krążki: Maupka Comes Home - 2008, Gram duszy - 2010, Kozmic Blues: Tribute to Janis Joplin - 2013 oraz najnowszy: Prąd - 2014.

WIĘCEJ O NASZEJ AKCJI „JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE ZAPOMNIAŁAM O SWOICH PIERSIACH” NA STRONACH 4 i 16-17 miasta kobiet

październik 2015

13


nasza akcja z d j ę c i e : A n d r z e j B e l i n a - B r z o z o w s k i , A g e n c j a L & B P h o t o - A n n a M a ł k o w s k a , M a n a g e m e n t N AT U

Październik: Miesiąc Walki z Rakiem Piersi. Akcja społeczna, zapobiegaj, wykrywaj, lecz, dbaj i walcz o swoje piersi!

„Jak to się stało, że zapomniałam o swoich piersiach?” N ata l i a P r z y b y s z

otwarcie wystawy O kobietach, które wiedzą, czym jest rak piersi, na artystycznych zdjęciach Marcina Szpaka wystawa 2-1 5 października Galeria Dworzec Zachodni w s t ę p b e z p ł at n y 2 października, godz. 18.00

film chem ia¨ ¨ bil e t y w ce nie 1 5 zł 2 października, godz. 19.00

Koncert NataliI Przybysz bil e t y 4 0 zł przeds przeda ż 50 zł w dniu kon ce rtu 15 października, godz. 19.00

wsz ystkie w ydarz e ni a odbędą się w Klu bie OD NOWA 87-1 0 0 To ru ń, u l. Gagar in a 37a

PA R T N E R Z Y B I Z N E S O W I

Okręgowa Izba Pielęgniarek i Położnych w Toruniu

1294615BDBHA

PA R T N E R Z Y H O N O R O W I

14

miasta kobiet

październik 2015


kultura w sukience Jak co roku, październikowe popołudnia i wieczory ubarwi nam filmowo-teatralna przeplatanka.

13 MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL FILMOWY TOFIFESTI 18-25 PAŹDZIERNIKA, TORUŃ

Już po raz trzynasty Toruń kusi Międzynarodowym Festiwalem Filmowym TOFIFEST. Na wydarzenie, raczące nas rokrocznie filmem niszowym, zaprasza z plakatu Jimmi Hendrix. Tegoroczna edycja podąża bowiem między innymi za tajemniczym i intrygującym zjawiskiem jakim był „Klub 27”. Zagadkę śmierci dwudziestosiedmiolatków - wybitnych muzyków i malarzy, zgłębić będzie można między innymi podczas dwóch filmów poświęconych liderowi kultowej Nirvany: wyreżyserowanemu przez Brett Morgen „Curt Cobain: montage of heck” oraz „Ostatnie dni” w reżyserii Gusa van Santa. Erica Dunton z kolei jest autorką filmu „Klub 27”, przywołującego takie postaci jak: Jimi Hendrix, Janis Joplin i Robert Johnson. Jon Brewer natomiast przeniesie nas w świat słynnego gitarzysty w swoim filmie „Jimi Hendrix: the guitar hero”. Choć o pechowym wieku dla artystów i wielu ikon kultury zaczęło być tak naprawdę głośno dopiero po samobójczym odejściu Cobaina w 1994 roku, korzeni tego do końca nieodgadnionego zjawiska doszukiwać się można już w szalonych latach 60. i 70. minionego stulecia. Jako 27-latkowie odeszli od nas m.in.: Janis Joplin, Jimi Hendrix, Jim Morrison z The Doors, Brian Jones z Rolling Stones, Alan Wilson z Canned Heat czy Ron „Pigpen” McKernan, założyciel Grateful Dead. W wieku 27 lat zmarli również malarz Jean-Michel Basquiat i aktor Jonathan Brandis oraz - całkiem niedawno - znana wszystkim Amy Winehouse, co sugerować by mogło, że pechowy „Klub 27” nadal istnieje… Pośród wielu filmów, podczas Tofifest zobaczymy również ostatni film tragicznie zmarłego Marcina Wrony pt. „Demon”.

1220315BDBHA

KULTURALNA ZADYSZKA HELIOS BYDGOSZCZ- GALERIA POMORSKA KULTURA DOSTĘPNA ZA 10 ZŁ, KAŻDY CZWARTEK, GODZ. 18.00 Polskie filmy to nie tylko kultowe komedie Barei, lecz coraz szerszy wachlarz współczesnych produkcji, z których wiele zyskało zarównie uznanie widzów, ale i krytyków filmowych. Właśnie te doceniane realizacje minionych kilku lat można oglądać w ramach projektu „KULTURA DOSTĘPNA W KINACH”. Gdzie? We wszystkich kinach Helios w kraju, a więc i w naszym bydgoskim w Galerii Pomorskiej. Dzięki inicjatywie minister kultury i dziedzictwa Narodowego, każdy z proponowanych polskich filmów dostępny jest za jedyne 10 złotych! W ramach tego cyklu już w październiku czekają na nas kolejne niespodzianki; między innymi film „Pod Mocnym Aniołem”, oparty na głośnej książce Jerzego Pilcha. Jerzy, główny bohater, to pisarz i alkoholik, który pod wpływem miłości do kobiety próbuje wyjść z nałogu. Smarzowski przeniósł jego historię na ekrany kin w charakterystycznym dla siebie stylu, bardzo obrazowo obnażając najciemniejsze zakamarki nałogu alkoholowego. Zobaczymy to już 15 października. Wcześniej zaś proponowane są tytuły: „W imię” (1.10.) oraz „Bilet na księżyc” (8.10.). Natomiast w kolejnych tygodniach jesieni wyświetlone zostaną: „Służby specjalne” (22.10.), „Psy” (29.10.), „Papusza” (5.11.), „Obława” (12.11.), „Baby są jakieś inne” (19.11.), „Być jak Kazimierz Deyna” (26.11.), „Polskie gówno” (3.12.), „Nieulotne” (10.12.) i „Pani z przedszkola” (17.12). Nikt już chyba nie ma wątpliwości, że jesienne, czwartkowe wieczory warto zarezerwować właśnie dla kina Helios - zwłaszcza, że każdy seans kosztuje tylko 10 zł! Początek filmu zawsze o godzinie 18.00. R

E

K

L

FESTIWAL PRAPREMIER 2015 TEATR POLSKI BYDGOSZCZ 2-10 PAŹDZIERNIKA Dwie debaty, pięć koncertów i konferencja, ale przede wszystkim aż 15 spektakli teatralnych zobaczymy w ciągu zaledwie dziewięciu dni, w ramach Festiwalu Prapremier 2015 Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Zarówno same przedstawienia, jak i inne wydarzenia odbywać się będą w kilku miejscach. Choć zasadniczo wydarzenie w tym roku nie ma charakteru konkursowego, warto podkreślić, że lokalną scenę reprezentuje sztuka „Wojny, których nie przeżyłam” w reżyserii Weroniki Szczawińskiej. Z polskich spektakli zobaczymy również: Collective Jumps (2.10., godz. 20.00), „Delfin, który mnie kochał” (4.10., godz. 18.00), „Kwestia techniki” (4.10., godz. 20.00), „Koncert życzeń” (5.10., godz. 18.00 i 20.30), „Apokalipsa” (6.10., godz. 20.00), „Europa. Śledztwo”(7.10., godz. 20.00), „Aktorzy żydowscy”(8.10., godz. 20.00), „Portret damy” (10.10., godz. 19.00) i koprodukcję serbsko-niemiecko-polską „Cabinet of Political Wonders” (9.10., godz. 18.00 i 20.00). Scenę międzynarodową zaś reprezentują: chorwacka sztuka „Aleksandra Zec” (3.10., godz. 20.00), libańska produkcja „Riding On A Cloud” (6.10., godz. 18.00 i 20.00), niemieckie spektakle „Black Bismarck” (7.10., godz. 18.00) oraz „Sounds Like War: Kriegserklarung” (8.10., godz. 18.00), a także koprodukcja brytyjsko-szwajcarska „Oh My Sweet Land” (9.10., godz. 18.00). A

M

A

1220415BDBHA

Justyna Król


zdrowie

Nie unikam trudnych sytuacji

W zetknięciu ze śmiertelną chorobą, moja bezsilność jest taka sama, jak u pacjentów i członków ich rodzin. Jesteśmy ludźmi i nie zmieniają tego żadne stanowiska. Jednak trzeba pokazywać, że rak to nie wyrok. Znam mnóstwo wyleczonych i szczęśliwych kobiet. Z Elżbietą Kasprowicz*, dyrektor Kujawsko-Pomorskiego Oddziału Wojewódzkiego Narodowego Funduszu Zdrowia, rozmawia Lucyna Tataruch Kiedy ostatni raz badała Pani swoje piersi? Mammografię robiłam w zeszłym roku, zgodnie z harmonogramem profilaktycznym. Każda kobieta po 50. roku życia raz na dwa lata dostaje zaproszenie na badanie piersi, finansowane przez NFZ i ja również z tego korzystam.

cy wykryto podejrzane zmiany, a u 730 złośliwe nowotwory. Nawet gdyby było ich sto, to i tak warto znaleźć się w tej grupie zbadanych.

I to wystarczy? Tak. A w przypadku profilaktyki raka szyjki macicy badanie wykonuje się raz na trzy lata. Te terminy wynikają z dynamiki rozwoju tych nowotworów. Jeśli w ciągu dwóch-trzech lat pojawią się jakieś niepokojące zmiany, to zdążymy je wykryć we wczesnym stadium i mamy szansę na wyleczenie. Ważne jest, by wszystkie kobiety badały się regularnie. Póki co, w naszym województwie robi to średnio 40 procent populacji, do której adresowany jest program.

Wykrycie to jedno, ale nadal w Polsce bardzo dużo osób umiera po diagnozie brzmiącej „nowotwór”. Niestety tak, w naszym województwie ten wskaźnik też jest wysoki. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że nowotwory są zbyt późno rozpoznawane. Założeniem Narodowego Programu Zdrowia do 2015 roku było zmniejszenie liczby umieralności i efekty już widać, szczególnie przy raku piersi czy szyjki macicy. Jest to wynik leczenia na światowym poziomie i właśnie profilaktyki. Chociaż oczekuje się, żeby wzorem innych państw, jeszcze większy odsetek kobiet korzystał z badań profilaktycznych.

Może nie wszystkie wierzą w tę profilaktykę. Parę lat temu w mediach przytaczano badania z Kanady, według których wykonywanie mammografii wpływa jedynie na stres u kobiet i większą liczbę błędnie postawionych diagnoz o nowotworach. Moim zdaniem, lepiej postawić rozpoznanie fałszywie dodatnie niż fałszywie ujemne. Taka pacjentka, zamiast zniknąć z oczu lekarzy, trafia pod obserwację specjalistyczną i na tym etapie można już wykluczyć błąd. Podam pani dane, które też wpływają na wyobraźnię - od momentu, gdy NFZ zaczął finansować ten program, czyli od 2007 roku, w naszym regionie skorzystało z niego 444 tysięcy kobiet. 14 tysięcy zostało skierowanych do dalszej diagnostyki, u 3 tysię-

Przytoczę więc kilka wypowiedzi pań, z którymi rozmawiałam na temat badań piersi. Pierwsza dotyczy kryterium wieku - zaproszenie na mammografię dostają kobiety od 50. do 69. roku życia. Przez to młodsze czują, że to jeszcze nie ich problem, a starsze pytają wprost: „Co z nami, czy nas już się nie opłaca leczyć, mamy umierać?”. Myślę, że brakuje jeszcze takiego przekazu informacyjnego, który tłumaczyłby tę sytuację. Kobiety od 50. do 69. roku życia to największa grupa ryzyka, dlatego do nich skierowany jest program. Ale nie oznacza to wcale, że młodsze i starsze panie nie mogą takich badań wykonać. Jedyna różnica to konieczność skierowania, np. od ginekologa. Jeśli mają jakiekolwiek wątpliwości czy

16

miasta kobiet

październik 2015

wyczują coś w piersi podczas badania w domu, to powinny iść po skierowanie na mammografię. Wiele rodzin jest również obciążonych genetycznie i to też jest wskazaniem do badania, ale trzeba o tym powiedzieć lekarzowi. Panie spoza miasta mówią: „Skorzystanie z badań profilaktycznych to kłopot”. Trzeba jechać, poświęcić czas. Rozwiązaniem wydają się mammobusy, ale wiele kobiet słyszało, że sprzęty w takich busach nie są najlepsze… Ta sprawa rzeczywiście była poruszana jakiś czas temu. Przez kraj przetoczyła się fala kontroli i wszystkie mammografy, które nie spełniały wymogów, zostały wycofane. Panie nie muszą się obawiać, że takie badanie jest gorszej jakości niż to wykonane w szpitalu. Aparaty do mammografii są regularnie sprawdzane pod kątem określonych norm. Usłyszałam też: „Nic mnie nie boli, więc nie będę wywoływać wilka z lasu”… I to faktycznie jest duży problem. Boimy się. Niektóre kobiety nawet czują, że dzieje się coś niedobrego, ale nic z tym nie robią. Jakiś czas temu była u nas pani, która miała wujka chorego na raka i sama też widziała u siebie niepokojące zmiany, ale wolała nie wiedzieć, co to jest. Pamiętam też jeszcze z czasów studenckich pacjentkę z widocznym już gołym okiem rakiem piersi. Zgłosiła się w takim stanie i powiedziała, że wcześniej nie miała czasu. Niektóre z nas wypierają ten problem, ale niestety on nie zniknie. Nowotwór ma swoja dynamikę wzrostu i czas działa na niekorzyść naszego zdrowia.


zdrowie

Nawet gdy - w zetknięciu ze śmiertelną chorobą - Pani, jako osoba bezpośrednio związana z opieką medyczną, nie może pomóc…? Oczywiście pojawiła się wtedy ogromna bezsilność. Ale myślę, że była ona taka sama, jak u innych pacjentów i członków rodzin. Jesteśmy ludźmi i tego nie zmieniają żadne stanowiska. Jednak trzeba pokazywać jak najczęściej, że rak to nie wyrok. Znam kobiety, które miały raka narządów rodnych, piersi i po wszystkich etapach leczenia teraz cieszą się dobrym zdrowiem. Doszły do siebie, mogą obserwować, jak ich rodzina rozkwita, pracują, cenią swoje życie jeszcze bardziej. Które z kampanii lub działań na rzecz profilaktyki zdrowotnej ocenia Pani najlepiej? Cenne są wszystkie, każda wnosi inną wartość. Według mnie bardzo dobrym elementem takich kampanii są dzieci. Ostatnio widziałam to w naszej firmie na drzwiach otwartych, dotyczących m.in. zasad udzielania pierwszej pomocy. Brały w nich udział dzieci, w tym moja ośmioletnia wnuczka. Teraz sama potrafi już wykorzystać tę wiedzę, opowiada o tym innym. Dzieci bardzo chłoną wszelkie informacje dotyczące zdrowia, martwią się o swoich bliskich. Później przychodzą do domu i mówią do rodziców: „Mamo, tato, idźcie do lekarza, zróbcie sobie badania, dbajcie o siebie”. To naprawdę działa na dorosłych. Jest Pani specjalistą pediatrii, dawniej była Pani czynnym lekarzem. Nie brakuje Pani tego kontaktu z małymi pacjentami? O dziwo, nie. Chociaż gdy zmieniałam pracę 14 lat temu, po tym jak zamknięto mój oddział dziecięcy, to słyszałam wiele ciepłych słów od kolegów lekarzy i pacjentów - że to jednak szkoda, że odchodzę, nie wyobrażali sobie mnie w pracy o takim charakterze. Wtedy jeszcze zamiast NFZ były kasy chorych. Moja mama pytała mnie: Elżunia, co ty będziesz w tej„kasie” robiła, będziesz tam badała pacjentów? (śmiech). Nie rozumiała tego. Szczerze mówiąc, ja też nie wiedziałam, na czym ta nowa praca będzie polegała. Okazało się, że to jest takie typowo urzędnicze zajęcie… Ale

w dziale, do którego trafiłam, mogłam cały czas spotykać się z lekarzami, konsultantami, również z pacjentami. Najdłużej zajmowałam się programami terapeutycznymi, lekowymi i chemioterapią. To są trudne, ale ciekawe zagadnienia. Narodowy Fundusz Zdrowia to raczej nie jest ulubiona instytucja Polaków… Rzeczywiście opinia publiczna nas nie lubi. Jesteśmy płatnikiem świadczeń zdrowotnych i czasami przypisuje się nam zbyt dużą rolę. Dysponujemy środkami finansowymi, które pochodzą ze składek na ubezpieczenie zdrowotne. Zarządzamy pieniędzmi analogicznie jak rodzina, która ma określone dochody i może pozwolić sobie na wydatki z nich wynikające - ale w skali makro. Doskonale zdajemy sobie sprawę, gdzie są największe potrzeby i najdłuższe kolejki do lekarzy. Odległe terminy wizyt w poradniach specjalistycznych spędzają sen z powiek wszystkim. Tak, głównie w opiece ambulatoryjnej, okulistyce, neurologii, dermatologii, kardiologii… Znajdzie to odzwierciedlenie w planie finansowym na przyszły rok. I to dość pokaźnie w stosunku do poprzednich lat. W tym roku kończymy też aneksowanie umów w opiece ambulatoryjnej na ok. 5 milionów złotych, w dalszym na kolejne 3 miliony, które przeznaczymy na świadczenia dla dzieci, tomografię komputerową i rezonans magnetyczny. Wydaje się, że to dużo pieniędzy, ale nadal niedostatecznie, patrząc na to, jakie są jeszcze potrzeby. Problemem jest też ilość łóżek szpitalnych w naszym regionie… Jest ich za mało? Za dużo. A raczej niekorzystna jest struktura świadczeń - prawie połowa całego finansowania obejmuje leczenie szpitalne. Pożądany kierunek zmian wymaga wykonywania większej liczby świadczeń w warunkach ambulatoryjnych. Będziemy wysyłać takie sygnały do dyrektorów placówek. Wiemy, że można to zrobić. Reszta to kwestia chęci i organizacji. Poza kolejkami, pacjenci narzekają też na jakość usług. Musimy jednak podkreślić, że opinii publicznej często umyka fakt, że NFZ nie odpowiada za wszystkie warunki udzielania świadczeń. Przed złożeniem oferty do funduszu, świadczeniodawcy muszą posiadać opinię sanepidu, natomiast dyrektor placówki decyduje o sposobie realizacji udzielania świadczeń. My sprawdzamy jedynie, czy są spełnione warunki, wynikające z rozporządzeń, czyli czy jest odpowiednia aparatura, personel itp. Pani często spotyka się bezpośrednio z gniewem i niezadowoleniem pacjentów? Tak, do mnie te emocje również docierają. Czasami trudno się dziwić pacjentom. Z uwagi na potrzeby, które są większe niż możliwości

finansowania, została stworzona instytucja kolejki oczekujących na świadczenia. I trzeba to powiedzieć - pojawiają się przy tym również nieprawidłowości organizacyjne. Zauważamy zwiększoną liczbę skarg, część z nich dotyczy też leczenia sanatoryjnego. Każdą skargę rozpatrujemy wnikliwie. Ma Pani za sobą wprowadzenie pakietu onkologicznego, negocjacje i podpisanie aneksów do umów z POZ. To chyba nie był łatwy rok na stanowisku dyrektora oddziału NFZ? Był bardzo intensywny. Jeśli chodzi o porozumienia z POZ, to byliśmy jednym z trzech oddziałów, którym udało się tę sprawę zakończyć w ubiegłym roku, a dokładnie 31 grudnia. Ten sukces jest wynikiem wypracowanych przez lata bezpośrednich kontaktów, licznych spotkań i rozmów ze świadczeniodawcami. Przy okazji muszę wspomnieć, że mam przy sobie naprawdę bardzo dobrą kadrę. To rzetelni, ogromnie doświadczeni i zaangażowani pracownicy. Pewnie wie Pani, że wszyscy, którzy brali udział w tych negocjacjach, twierdzili później, że ich wynik to efekt tego, że nie zarządza Pani zza zamkniętych drzwi? Ojej, bardzo mi miło to usłyszeć. Na pewno staram się być otwarta, spotykam się nieustannie ze wszystkimi dyrektorami placówek, konsultantami wojewódzkimi, reprezentantami izb lekarskich i pielęgniarskich, przedstawicielami samorządów różnych szczebli. Niedawno np. miałam spotkanie z konsultantem do spraw opieki długoterminowej, ustaliliśmy, że będziemy wspólnie spotykać się ze środowiskiem, omawiać obustronne problemy. Bieżących spraw jest bardzo dużo i nie wszystkie udaje się rozwiązać tak szybko, jak sobie bym tego życzyła. Ale jestem raczej energiczną kobietą, która ciągle podejmuje nowe wyzwania, nie unikam trudnych sytuacji. Zawsze patrzę do przodu, na to, co jeszcze można zrobić. Zaczęłyśmy od profilaktyki… Czy możemy na koniec powiedzieć, że jest ona korzystna dla wszystkich - i dla pacjentów, i dla NFZ? Oczywiście. Profilaktyka ratuje życie, wpływa na funkcjonowanie całych rodzin, a dla Narodowego Funduszu Zdrowia - i to też możemy przyznać wprost - jest tańsza, niż długoterminowe terapie w zamian. Pieniądze na badania profilaktyczne są. Warto z tych programów korzystać. Namawiam gorąco, bądźmy jak najdłużej zdrowe dla siebie i swoich rodzin.CP *Elżbieta Kasprowicz Absolwentka Wydziału Lekarskiego Akademii Medycznej w Gdańsku, specjalista z pediatrii, w 1997 roku uzyskała tytuł doktora nauk medycznych, z Kujawsko-Pomorską Kasą Chorych, a następnie z KP OW NFZ związana od 2001 roku.

NARODOWY FUNDUSZ ZDROWIA KUJAWSKO-POMORSKI ODDZIAŁ WOJEWÓDZKI W BYDGOSZCZY JEST PARTNEREM NASZEJ AKCJI „JAK TO SIĘ STAŁO, ŻE ZAPOMNIAŁAM O SWOICH PIERSIACH”. WIĘCEJ O WYDARZENIU NA STRONACH 4 I 12-14.

1248315BDBHA

Paradoksalnie, zwykle to właśnie kobiety dbają o to, by ich bliscy byli zdrowi, by dzieci i mąż się badali. Jak to wygląda u Pani w rodzinie? Faktycznie, to ja dbam o męża, i innych członków rodziny, przypominam, namawiam i wręcz umawiam na badania, nie tylko te profilaktyczne. Oczywiście nie wszystko da się zawsze przewidzieć, sprawdzić… Sama się o tym przekonałam, gdy moja mama zachorowała na raka trzustki. To był bardzo trudny czas. Miałam wrażenie że całe moje życie kręci się wokół tej sprawy. Ktoś mi wtedy uświadomił, że w takiej sytuacji choruje i cierpi cała rodzina. Ale nie można się poddawać. Po pierwszym informacyjnym ciosie trzeba się pozbierać i myśleć konstruktywnie, zorganizować swoje życie.


TEATR

w KONFLIKCIE ZDJĘCIE: Filip Kowalkowski PRÓBA MEDIALNA SPEKTAKLU „WOJNY, KTÓRYCH NIE PRZEŻYŁAM”

Żyjemy w trakcie wojny między obrazami - jedno zdjęcie kwestionuje kolejne, jeden podpis doprowadza do manipulacji całym komunikatem. Znaczna część mediów żeruje na potęgowaniu strachu, a strach w tej sytuacji jest najgorszą reakcją - irracjonalną, wywołującą agresję. Z Weroniką Szczawińską, reżyserką bydgoskiego spektaklu „Wojny, których nie przeżyłam”, oraz Agnieszką Jakimiak, dramaturgiem sztuki i kuratorką tegorocznego Festiwalu Prapremier, rozmawia Justyna Król Teraz, gdy Europa zalana została przez uchodźców z Syrii, Teatr Polski w Bydgoszczy, w ramach jesiennego festiwalu, proponuje całą linię dramaturgii konfliktów… Rzadko zdarza się tak wstrzelić z tematem w moment historyczny. WERONIKA SZCZAWIŃSKA: Rzeczywiście, tak się stało. Tematyka tegorocznych Prapremier mocno zbiegła się z tym, czym obecnie żyje świat. Także bydgoska sztuka „Wojny, których nie przeżyłam” trafia w punkt. W.Sz.: Podejmujemy w niej próbę zajęcia własnego, bardzo osobistego stanowiska wobec tych problemów. Chcieliśmy stworzyć spektakl, który dobierze się do tematyki wojennej od nieco innej strony niż zwykle to bywa w teatrze czy w filmie. Zajmujemy się nie tyle doraźnym momentem historycznym, co pewnymi problemami, które

18

miasta kobiet

październik 2015

można odnieść do wojen toczonych w naszych czasach. AGNIESZKA JAKIMIAK: Ten spektakl nie stara się opowiedzieć historii wojennej. Punktem wyjścia jest wychwycenie pewnych nastrojów oraz diagnoza tego, w jaki sposób możemy poruszać się w rzeczywistości opanowanej przez media. Staraliśmy się zbadać, jak wpływają na nas poszczególne środki medialnego wyrazu, jaki ślad pozostawiają w nas filmy i reportaże oraz w jaki sposób to, co zapośredniczone, staje się elementem naszego doświadczenia. Wszystko to łączy się także z umiejętnością czytania źródeł w krytyczny sposób, próbą rozebrania ich na części pierwsze, przemyślenia, jak skonstruowany jest dany przekaz i w jaki sposób do nas dociera. Spektakl tworzyły głównie kobiety. Czy płeć w tytule ma znaczenie?

W.Sz.: Owszem. Kiedy mówi się o jakimś uniwersalnym doświadczeniu, zwłaszcza dotyczącym czegoś tak dużego jak wojny czy wydarzenia historyczne w ogólności, uznaje się, że uniwersalizować należy przez męski punkt widzenia. Tytułem „Wojny, których nie przeżyłam” sygnalizujemy, że tak nie jest, a w procesie twórczym warto zwrócić uwagę na używane końcówki. To takie symboliczne genderowe odniesienie, nie przekłada się na akcję spektaklu, w którym są już i kobiety, i mężczyźni. Zapraszacie widzów do powołanego na scenie instytutu badań wojen nieprzeżytych… W.Sz.: Tak, nie jest to jednak jednostka, którą należy traktować tak całkiem serio. Ów instytut jest nieco podejrzany od samego początku. Sześcioro badaczy poddaje analizie fenomen wojen nieprzeżytych. Wszyscy jesteśmy na co dzień świadkami wojen, ukazywanych


kobieca perspektywa

Bywa, że niektóre z tych konfliktów przedostają się do naszej z pozoru bezpiecznej codzienności… W.Sz.: Owszem. Ale najpierw przedostają się do niej w sposób zapośredniczony. I to budzi konfuzję. Pijemy sobie poranną kawę, czytając o dramatach, w których giną ludzie. Widzimy drastyczne obrazy, zdjęcia z krwawych wydarzeń, rozpowszechniane często za pośrednictwem Internetu. Jedno kliknięcie i przenosimy się do tego koszmaru. To, co tam napotykamy zwykle nie jest kontrolowane. Większość z nas ma dziś smartfona z dostępem do sieci i może zrobić fotkę, która za chwilę obiegnie cały świat. Czasami niekontrolowany przepływ obrazów i informacji ma potencjał emancypacyjny, pozwala na niezależność na przykład wobec oficjalnych kanałów komunikacji. Czasami jednak służy oburzającym manipulacjom.

Podpowiadacie widzowi, by na nowo zmierzył się z tym tematem? W.Sz.: Tak. Każdy obraz, historia, narracja mają jakąś konstrukcję, którą można przeanalizować. Nie poddawajmy się ślepo temu, czym zalewają nas media. Obrazom trzeba zadawać pytania i nie pozwalać, aby odebrały nam realną empatię.

E

W trakcie festiwalu zderzymy się z różnymi obliczami konfliktu, ale i formami sztuki… A.J.: W tym roku w zrezygnowaliśmy z formuły konkursowej - wynika to z przekonania, że w dziedzinie sztuki nie trzeba stosować mechanizmów konkurencji, a poszczególne wydarzenia trudno ze sobą porównywać. Festiwal został poszerzony o program międzynarodowy - dzięki Marcie Keil, która została zaproszona do bycia kuratorem Prapremier, bydgoska publiczność będzie miała okazję zobaczyć pracę najważniejszych artystów obecnych w Europie, np. kolektywu andcompany & Co czy Rabiha Mroué. Będą koncerty, debaty, konferencja, wykłady, m.in. związane z obecną problematyką polityczną wystąpienie Pawła Mościckiego pt. „Obrazy uchodźstwa: Od migracji obrazów do obrazów migracji”. Warto podkreślić, że zaprezentujemy również spektakle, które w nowy sposób definiują zarówno pojęcie dramaturgii, jak i wydarzenia scenicznego. Większość z nich w bardzo otwarty sposób zaprasza widzów do uczestnictwa w procesie tworzenia sztuki, jak np. „Cabinet of Political Wonders”.CP  napisz do autora j.krol@expressmedia.pl

Strach powoduje nienawiść, zobojętnienie? A.J.: Boimy się inności i ma to przełożenie na komunikaty z nią związane. Nie wszędzie ten lęk jest tak duży. Islandczycy na przykład, po tym jak rząd zadeklarował przyjęcie 50 uchodźców, nalegali, aby zaprosić ich więcej. Deklarowali, że przyjmą ich do swoich domów. O takich pozytywnych przykładach otwartości społecznej też powinno się mówić.

O tym mówi spektakl? W.Sz.: Na scenie zajmujemy się byciem podglądaczem/podglądaczką historii. Poruszamy się pomiędzy zawłaszczaniem cudzego doświadczenia, a próbą jego zrozumienia, podkreślając, że to zrozumienie nigdy nie będzie pełne. Staramy się przebić przez barierę, którą w sztuce jest często zbyt łatwe współczucie, wcielenie się w trudną sytuację innej osoby i wytworzenie dzięki temu narcystycznego kiczu, służącego uspokojeniu własnych sumień. Stawiamy sobie i widzom pytania etyczne. I pokazujemy, że ich nośnikiem jest estetyka. Forma, medium doświadczania. A.J.: Zajmujemy się zakłopotaniem, które ogarnia nas w momencie konfrontacji z wykluczającymi się narracjami medialnymi, w chwili, gdy zyskujemy świadomość, że nie możemy zająć ani pozycji biernego świadka, ani identyfikować się z cudzym położeniem. ZadajeR

W.Sz.: W Polsce jeszcze nawet nie ma uchodźców, a Polacy już myślą, że wszyscy chcą do tego naszego „raju”, na który na co dzień tak narzekają. Zapominają natomiast, że państwa Zachodu w znacznym stopniu przyczyniły się do zaistnienia tych konfliktów. Jak również o tym, że my po drugiej wojnie światowej wyciągaliśmy rękę o pomoc w kierunku Iranu czy Palestyny. Wydaje mi się, że zdrowy rozsądek i wiedza są w tym kontekście niesamowicie ważne. Miejmy swoje zdanie, OK, ale na bazie przebadanych źródeł. Wolałabym zresztą, żeby więcej czasu zajmowało nam zastanawianie się nad tym, jak pomóc niż nad tym, czy nadciąga zagrożenie. A.J.: Tymczasem niestety często żerujemy na plotce, pogłosce, na fali przesądów, których siła rośnie w zastraszającym tempie. Prawda jest taka, że wojownicy Państwa Islamskiego mają inne sposoby na pokonywanie granic niż te, którym się teraz przyglądamy. To, co obecnie widzimy, to desperacka migracja cywilów.

my sobie pytanie, jak opowiedzieć o czymś, o czym tak naprawdę nie da się opowiedzieć, ale też jak wyjść z medialnego impasu. Żyjemy w trakcie wojny między obrazami - jedno zdjęcie kwestionuje kolejne, jeden podpis doprowadza do manipulacji całym komunikatem. Dlatego staramy się uwrażliwić siebie i widzów na umiejętność krytycznego odbierania medialnego przekazu, czytania, oglądania, przyswajania. Wobec fali medialnych komunikatów staramy się pamiętać, że nie wszystko, co zostaje przedstawione, powinniśmy brać za pewnik. Szczególnie w momencie, w którym Europa powinna przyjmować uchodźców, znaczna część mediów żeruje na potęgowaniu strachu, a strach w tej sytuacji jest najgorszą reakcją irracjonalną, łatwą do zaognienia, wywołującą agresję.

przez media, sztukę, cudze relacje. W momencie takim jak obecnie, a więc gdy te konflikty dotyczą nas coraz bardziej realnie, choćby przez sytuację na Ukrainie czy sytuację uchodźców, ich obraz w naszych oczach zmienia się. Kilkadziesiąt lat temu w podobny sposób światem wstrząsnęła sytuacja na Bałkanach. Przez chwilę zagłębiamy się w te problemy dokładniej. Choć prawda jest taka, że na przykład w Afryce, takie wojny toczą się cały czas.

Obraz rządzi światem. Słowo w przekazie nadal ma znaczenie? A.J.: Badając narrację i sposób jej konstruowania, możemy dojść do ciekawych wniosków, np. poprzez odwrócenie retoryki. Przecież nasze przestępstwa także mogą być nazywane „zbrodniami popełnianymi przez chrześcijan” - dlaczego nie praktykuje się takich sformułowań? W.SZ.: Właśnie. Przykładowo: „Biały chrześcijanin przejechał kobietę…” - słyszała Pani kiedyś taki komunikat? Polacy boją się, że napływający do nas uchodźcy to taki trochę koń trojański… K

L

A

M

miasta kobiet

A

październik 2015

19

1278115BDDWA


męskim okiem

BO SUKNIA BYŁA ZA DUŻA… Godzina 23:02. Kilkupiętrowy tort wjeżdża na salę weselną. Panna młoda już rozjuszona. Szepcze do męża przez zaciśnięte wargi: - Miał być o 23:00 cholera, ktoś za to beknie! TEKST: Justyna Król ZDJĘCIA: Piotr Ulanowski „Jak oni pięknie wyglądają. Będą obrzydliwie szczęśliwi. Niech im się wiedzie. Może nawet pokuszę się o złapanie welonu. Taki piękny ślub…” - myśli rozmarzona kuzynka panny młodej, stojąc w tłumie gości i patrząc na parę stojącą nad tortem. Pan młody ma dziwnie rozbiegane spojrzenie. Nagle rzuca się na słodki symbol miłości, szybkim ruchem wyjmuje z niego racę i wbija w krem odwrotną stroną… Po chwili odbiega i zasłania ukochaną własnym ciałem. Kilka sekund później perfekcyjnie ubita śmietana ląduje na wszystkim wokół… Właśnie w ten sposób kilkanaście lat temu „skonsumowano” ślubny tort w jednej z bydgoskich sal weselnych. Pracownik lokalu, zamiast odpowiedniej racy do ciast, kupił omyłkowo petardę spod ronda. Dziś o to, by takich wpadek nie było, dba niejeden „wedding planner”. Jednak tak naprawdę nadal nigdy nie jest idealnie. - Nie jest. I to jest w tym najpiękniejsze - mówi Piotr Ulanowski, fotograf ślubny, który przeżył ten najważniejszy dzień w życiu z ponad trzystoma małżeństwami. - Każda z tych par jest inna, wyjątkowa. Chyba mam szczęście do ludzi - podkreśla. Z boku wszystko widać lepiej. Dokładniej, z detalami. Każde zmarszczenie brwi, przygryzienie ust, nawet delikatny objaw stresu czy podekscytowania. Oko obiektywu czujnie rejestruje, a jego właściciel zbiera doświadczenia - nie tylko czysto fotograficzne, ale i socjologiczne.

TYP PIERWSZY Wszystko było super do pierwszego tańca. „Weź tę rękę! Nie tu. Depczesz po mnie. Wszyscy patrzą!” - syczy do męża panna młoda, cały czas udając uśmiech. „Pier…, mam to gdzieś” - rzuca w pewnym momencie rozjuszony małżonek. I wychodzi. A ona za nim. Wszystkie oczy kierują się na balkon, gdzie on i ona wymachują energicznie rękoma. Krzyczą. - Taaa, zaraz wrócą. Ach te dzisiejsze scenariusze ślubne. Nic mnie już nie zaskoczy - mówi jedna ciocia do drugiej. Młodzi jednak długo

20

miasta kobiet

październik 2015


męskim okiem SPOKOJNIE, POŻYCZYMY Trzeci typ to „wyluzowana imprezowiczka”. Ta ma najlepszy wpływ na gości. Zaraża ich swobodą, dzięki czemu wszyscy bawią się kapitalnie do białego rana. Świadek zapomniał obrączek? Spokojnie, pożyczymy od kogoś. To tylko formalność. Konfetti poleciało w inną stronę niż miało? Nie szkodzi. Bawmy się dalej. Młodego stresuje pierwszy taniec? Puśćmy „Wyginam śmiało ciało trochę dymu. A po 15 sekundach niech wodzirej zaprosi na parkiet gości słowami: kto nie lubi pary młodej, zostaje przy stole”. Ta panna młoda eliminuje stres, zanim tak naprawdę go poczuje. Jej mąż, cóż, jest prawdziwym szczęściarzem. Nie oberwie za to, że kamerzysta się spóźnia. Że zrazy są źle zawinięte, a babcia Krysia nie lubi tej rudej kelnerki. Nie będzie wysłuchiwał, że nie zatańczył jeszcze z ciocią Helenką, a przy oczepinach ma zrobić tak, żeby muszkę złapał narzeczony Agatki, która przecież wiadomo, że złapie bukiet… Nie czeka go żadna bura.

K

L

 napisz do autora j.krol@expressmedia.pl A

M

A

102015BDBHH

E

NIE MOGĘ UWIERZYĆ - Czasem bywa też niesamowicie wzruszająco, gdy para naprawdę cieszy się sobą i nie zauważa całej tej stresogennej otoczki. Miałem okazję usłyszeć od panny młodej: „Sama nie mogę uwierzyć we własne szczęście”. Brzmi jak tekst z taniego romansidła, ale to zupełnie nim nie trąciło. Gdy po przysiędze małżeńskiej ksiądz powiedział: „Teraz może pan pocałować pannę młodą”, oni się nie pocałowali, a bardzo serdecznie przytulili. Daję głowę, że goście mieli łzy w oczach. Ja miałem - wspomina Ulanowski. Po ślubie nadchodzi czas sesji małżeńskiej. Uwiecznienia zmiany życiowego statusu na mąż i żona. Finezji sesyjnej odmówić nie można dzisiejszym fotografom, ale i pary mają swoje zachcianki. Chcą skakać po dachach, taplać się w błocie, nurkować w głębinach, czy turlać się po śniegu. - Moją rolą jest zarejestrowanie tych chwil z klasą. Tak, aby kolejne pokolenia z podziwem patrzyły na kadry ze ślubu swych przodków. Czasem trzeba zmarznąć, czasem się pomoczyć, ale zawsze są to wyjątkowe chwile, uwiecznione zgodnie z preferencjami młodych. Sesja plenerowa odbywa się po ślubie, by nie ryzykować wcześniej eksperymentów z suknią ślubną. Zwykle spotykamy się kilka dni po weselu, ale zdarza się, że nawet po pół roku czy dwóch latach - opowiada Piotr Ulanowski.CP

KTO PUŚCIŁ BĄKA? - Pamiętam sytuację, gdy podczas zabawy para młoda, siedząc tyłem do siebie, miała odpowiadać na pytania dotyczące związku, podnosząc but młodej lub młodego. Padło pytanie: „Kto pierwszy puścił bąka?”, a oni bez krępacji, na luzie podnieśli białą szpilkę. Pamiętam też dzień, gdy podczas przygotowań w domu pary młodej, atmosfera tak się zagęściła, że zacząłem się zastanawiać, gdzie spędzę to popołudnie, bo na pewno nie na ich ślubie. Młodzi pozamykali się poobrażani w osobnych pokojach… - mówi fotograf. Zdarzają się też wesela, na które z 70 zaproszonych osób przyjeżdża 10 lub takie, które kończą się przed 21, bo np. ojciec pana młodego publicznie opowiada, że choć nie był przy swoim synu przez lata, to chyba zdążył się dziś zrekompensować, bo za wszystko zapłacił, nawet za sukienkę panny młodej… Są też śluby typowo zainscenizowane przez rodziców. Takie, na których para młoda jest tylko tłem, a cały splendor spływa na organi-

ZGODNIE Z LISTĄ Drugi typ to „kierowniczka projektu”. „Check lista” być musi. I to szczegółowa. W głowie przyszłej panny młodej jest cały scenariusz tego wydarzenia. Nie tylko ślubu, ale i wesela. Kwiaty, serwetki, menu, muzyka… Ona już wie dokładnie, w którym momencie zapalić ma się lampka nad orkiestrą i w którą stronę spojrzą wtedy goście z zachwytem. A niech spróbują inaczej… Ten kadr już dawno znalazł się w jej ślubnym albumie. I lepiej, aby fotograf miał refleks. Godzina 23:02. Kilkupiętrowy tort wjeżdża na salę weselną. Ona już rozjuszona. Szepcze do męża przez zaciśnięte wargi: „Miał być o 23:00 cholera, ktoś za to beknie! Tyle przygotowań i wszystko na nic”. - Zwykle jest nie tylko perfekcyjnie zorganizowana, ale też bardzo pedantyczna. Podczas jednego takiego ślubu kościelnego księdzu stanęła stuła. Młoda nie wytrzymała i podeszła, by ją poprawić, bo już jej to nie grało. Innym R

zatorów. Wyraźnie widać, że młodzi woleliby już być w podróży poślubnej i wcale nie mają ochoty na huczne świętowanie zaślubin, ale decyzje szły z góry. Gafy popełniają też księża, którzy odprawiają mszę za świętej pamięci parę młodą lub wodzireje, którzy wznoszą toast, wymieniając obok imienia młodej, imię jej byłego narzeczonego… Bywa, że na parkiecie nikt się nie bawi, bo goście są zwyczajnie nadąsani lub przeważają wśród nich przedstawiciele młodego pokolenia, którzy już nie potrafią rozgrzać parkietu do czerwoności, jak ich rodzice czy dziadkowie. U tych z tzw. wyższych sfer z kolei ostatnio zapanowała też moda na tzw. drugs room, z którego zamiast podrygujących weselników wychodzą zombie z szeroko otwartymi oczami.

razem okazało się, że kościół jest w remoncie i w kadrze są rusztowania. Nie wszystko da się przewidzieć… - zapewnia fotoreporter.

nie wracają, a kiedy wreszcie tak się dzieje, przy pierwszym „gorzko” rzucają sobie tylko porozumiewawcze spojrzenia i cmokają do siebie na odległość. Rozwód wisi w powietrzu. Następnego dnia, gdy schodzą emocje, są już znowu sobą i ze sobą - szczęśliwi. Takie sytuacje prowokuje pierwszy typ panny młodej: „zestresowana panikara”. Melisa, tabletki na uspokojenie, masaż czy nawet zapewnienia męża nie są w stanie zagwarantować, że nerwy nie wezmą góry w tym dniu. Pierwszy taniec to w końcu ważny punkt programu. Wpadki bywają różne. W szkołach tańca pary rzadko ćwiczą taniec w strojach ślubnych, a potem okazuje się, że suknia panny młodej zajmuje więcej miejsca niż myśleli, dystans automatycznie się zwiększa i trzeba sobie radzić. A co, jeśli do tego utwór ma inne tempo, buty nie są wygodne, a zgraja gapiów paraliżuje… - Stres zżera wszystkie panny młode, tylko w różnym stopniu. Sukienka, choć skrojona na miarę, w dniu ślubu zawsze jest za duża. Młodzi przez swoje wesele rzadko przechodzą świadomie. Gdy żegnam ich o godzinie pierwszej w nocy, zwykle słyszę: „ To już? Rany, jestem taka głodna. Prawie nic nie pamiętam”. I tutaj przydają się zdjęcia - opowiada Piotr Ulanowski.

miasta kobiet 1280515BDBHA

październik 2015

21


498115BDBHC

1294615BDBHB


MÓJ DRUGI DOM

Szkoliła mnie osobiście nestorka rodu, pani Stanisława Sowa. Szef i Szefowa zawsze mieli dyskretne oko na wszystko. Mimo to czuliśmy się tu jak w rodzinie. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym te 23 lata spędzić gdzie indziej. Rozmowa z Jolatną Błażejewską z Cukierni Sowa.

Poszło jak z górki? Na początku nie bardzo. Wcześniej oczywiście robiłam zakupy w różnych sklepach, ale nigdy nie zwracałam uwagi na to, jak towar jest podawany, pakowany, jak to wygląda z drugiej strony lady. Musiałam się wszystkiego nauczyć, nawet takich najprostszych rzeczy. Na przykład, gdy miałam do spakowania pięć napoleonek, to biegałam po każdą osobno. Szef to obserwował i raz na jakiś czas dyskretnie zwracał mi uwagę: - Pani Jolu, łatwiej pani będzie, jak weźmie sobie pani trzy od razu! (śmiech). Ale nikt się nie złościł. Pan Adam zawsze dbał o to, by te upomnienia były delikatne, tak żeby żadnej z nas nie urazić.

Na Pani zdjęciach sprzed tych ponad 20 lat widziałam też małego Michała i Olę Sowa. Tak, przychodzili tu. Ola miała cztery lata. Już wtedy wchodziła za ladę, ustawiała wszystko. Zawsze chciała obsługiwać klientów. Za to Michał raczej zaglądał nam pod ekspres, sprawdzał, czy na pewno mamy tam czysto. (śmiech) Czy ta rodzinna atmosfera zmieniła się po latach? Myślę, że nie. To z pewnością było i jest kluczem do sukcesu Cukierni Sowa. Teraz oczywiście mamy już menedżerów, są profesjonalne szkolenia. Jednak cały czas utrzymuje się ten miły klimat. Pracuję z młodszymi koleżankami, ale nie czujemy różnicy wieku. Widzę, że młodzież jest teraz bardziej odważna niż ja byłam, gdy zaczynałam. Ale trzeba iść z duchem czasu, uczyć się nowych rzeczy, utrwalać już te poznane. I to właśnie staram się robić.

Pan Adam osobiście doglądał wszystkiego? Tak, pamiętam, że nic nie uchodziło jego uwadze. Z kolei na zapleczu było biuro, gdzie urzędowała Szefowa, pani Małgosia. Też miała dyskretne oko na wszystko, ale jednocześnie zawsze służyła nam pomocą i radą. Od początku czuliśmy się jak w rodzinie…

A jeśli chodzi o asortyment? Na pewno zmieniły się ceny. Dawniej kawa kosztowała 7 tysięcy złotych. Tak, to było jeszcze przed denominacją. Zapisywałyśmy wszystko ołówkiem na kartkach. Dopiero później weszły kasy, era komputerów, Internetu. Sprzedawałyśmy ciasta drożdżowe, klasyczne serniki, jabłeczniki, ale też lizaki i inne słodycze. Asortyment się powoli powiększał, dopiero po kilku latach doszły lody. Moje ulubione to chyba te ciasteczkowe, chociaż zauważyłam, że mi najbardziej smakuje to samo, co klientom. Uwielbiam też roladę i tę naszą paloną kawę. Już się chyba nawet od niej uzależniłam (śmiech).

I to wielopokoleniowej. Pani Stanisława również bywała w cukierni? Zaglądała. Jak później zaczęły pracować u nas nowe dziewczyny, to nawet zdarzało się, że kasowały ją za kawę, bo nie wiedziały, kim jest (śmiech). I pani Stanisława zawsze płaciła. Muszę przyznać, że bardzo się jej bałam, bo była niezwykle wymagająca. To znaczy nigdy nie wydarzyło się nic takiego, żebyśmy mogły z koleżankami się bać, ale czułyśmy do niej ogromny respekt. Pani Stanisława osobiście mnie szkoliła. Przemycała dużo takich prawdziwych przedwojennych zasad. To zostało we

Pewnie nie tylko od kawy, ale i od tego miejsca? Pracuję tu najdłużej ze wszystkich i nie wyobrażam sobie już, że to mogłoby się zmienić. Nawet jak kończyłam 40 lat, to zorganizowaliśmy tu takie moje urodzinowe spotkanie, z koleżankami, Szefową i Szefem. Od początku traktowałam tych ludzi jak swoją rodzinę i chciałam z nimi spędzić te chwile… Cieszę się, że z okazji tego spotkania, mogłam wrócić do wspomnień. Często uświadamiam sobie, że te 23 lata spędzone w Cukierni Sowa, to moje drugie życie i drugi dom.CP

1182115BDBHA

Pamięta Pani swoją rozmowę o pracę? Pamiętam. Pani Stanisława Sowa, nestorka rodu, miała taki zeszyt i dopisała mnie do listy nazwisk. Nawet nie spodziewałam się, że dostanę tę pracę, ale po jakimś czasie odezwał się Szef, pan Adam. I tak się zaczęło. Pierwszego czerwca tamtego roku, w Dzień Dziecka, mieliśmy wielkie otwarcie.

mnie do dziś - staranność, dbałość o detale, strój, otoczenie. Zwracała też uwagę na nasze nastawienie, uśmiech, ton głosu.

PROMOCJA

Pani przygoda z Cukiernią Sowa zaczęła się 23 lata temu… Tak, w 1992 roku, w pierwszym punkcie na ulicy Dworcowej. Trafiłam tam z ogłoszenia w gazecie. Szukano pani ze średnim wykształceniem i miłą aparycją. Zgłosiłam się, mimo że nie miałam doświadczenia zawodowego. Poprzednie lata pracowałam w biurze.


kobieca perspektywa

MIASTA PRZYJAZNE KOBIETOM? Byłam kiedyś na spotkaniu, podczas którego matki zgłaszały, że w Bydgoszczy nie jest im łatwo. Brakuje miejsc dla dzieci, a dojazd z przedszkola do pracy to podróż z pięcioma przesiadkami. Starszym paniom brakuje w centrum toalet. Ludzie, których to nie dotyczy, rzadko patrzą na miasto z tej perspektywy. Z dr inż. ekonomii Małgorzatą Gotowską* rozmawia Lucyna Tataruch

Oglądałaś thriller „Kolekcjoner” z Morganem Freemanem z 1997 roku? Policja próbuje schwytać porywacza kobiet… Tak, chyba tak. Jest w nim taka scena, w której policjant tłumaczy, dlaczego powinniśmy wyrzucać śmieci rano, a nie wieczorem. Otóż jeśli ktoś nas obserwuje, to w nocy będzie miał bardzo dużo czasu, żeby przeglądać nasze odpadki. I dzięki temu, dowie się o nas wszystkiego - co jemy, kiedy urządzamy imprezę, kiedy mamy okres… Tak, w śmieciach jest wszystko, całe nasze życie. Wyrzucamy to, czego używaliśmy i co zużyliśmy. Niczego nie da się ukryć, chyba że część odpadów palimy, ale w mieście rzadko się to zdarza. Mówi się: „Powiedz mi, co jesz, a powiem ci, kim jesteś”. Ja mogę to śmiało sparafrazować: „Pokaż mi swoje śmieci, a powiem ci, kim jesteś”. Jak często buszujesz w śmieciach? Codziennie. (śmiech) Pracuję na Uniwersytecie Technologiczno-Przyrodniczym, w Bydgoszczy na Wydziale Zarządzania. Badam odpady pod kątem jakości życia ludzi. Zajmuję się tym tematem od przygotowań do doktoratu, czyli od 2006 roku. Na początku sprawdzałam, czy

24

miasta kobiet

październik 2015

świadomie i odpowiedzialnie robimy zakupy - czy patrzymy na opakowania, czy wybieramy te, które da się ponownie przetworzyć i tak dalej. Ale gdy zaczęłam przyglądać się tym wynikom, to zobaczyłam, że tam jest dużo więcej informacji o tym, jak nam się żyje. W USA działy marketingu dużych firm przeczesują śmieci konsumentów - czytałam o tym w książce o takim prowokacyjnym tytule „Tajne służby kapitalizmu”. Dzięki temu wiedzą o nawykach i stylu życia swoich klientów. Ty też znasz tak dobrze mieszkańców Bydgoszczy? U nas to działa trochę inaczej, bo jednak badamy zebrane zbiorczo śmieci, które przywozi do nas śmieciarka. Ale na przykład bez chodzenia po mieście mogłabym powiedzieć, gdzie mieszka najwięcej dzieci. Gdy przyjeżdża partia odpadków z Fordonu, to cała jedna łyżka ładowarki wypełniona jest pieluchami. Nigdy nie widziałaś takiej góry pamperów. (śmiech) Pieluchy w dużych ilościach przyjeżdżają też z osiedla Leśnego, ale to już są te dla dorosłych. Co te śmieci mówią o tym, jak nam się tu żyje? No właśnie wnioskując po tym, co i w jakich ilościach wyrzucamy, można by pomyśleć, że

żyje się nam nie najgorzej. Gdy ze studentami pod tym kątem badaliśmy odpady wiosną i jesienią w 2013 roku, to odkryliśmy, że generalnie często wyrzucamy produkty dobrej jakości. Mnie zaniepokoiło to, że do kosza trafia bardzo dużo żywności i rzeczy, które nadawałyby się jeszcze raz do użycia. Wiele razy się zastanawiałam, dlaczego ktoś to wyrzucił, przecież to jest dobre… Ubrania? Tak, dużo ubrań. Poza tym na przykład do połowy pełne perfumy. Nie sądziłam, że ludzie pozbywają się takich rzeczy. Moi studenci żartowali sobie, że to pewnie pozostałości po jakichś kłótniach małżeńskich, przy których facet wyrzuca na śmietnik rzeczy kobiety. (śmiech) Było też dużo opakowań po dobrych i drogich alkoholach. Przy takich odpadkach możemy określić nie tylko obiektywnie co i w jakich ilościach zużywamy, ale dowiadujemy się też o jakości naszego życia, na przykład o tym, jak często mamy dobry nastrój - „mówią” to opakowania po czekoladzie, bilety do kina, do teatru… Śmieję się czasem, że to są właśnie „odpady poprawiające nam humor”. Stać nas na to, żeby marnować rzeczy - czyli nie jest aż tak źle?


kobieca perspektywa To jest właśnie pewien paradoks. Bo wiemy też, że nasze województwo nie jest w czołówce, jeśli chodzi o wszystkie wskaźniki jakości życia. Kiedy zaczynałam badania, to Kujawsko-Pomorskie było trochę poniżej średniej krajowej, a w ostatnich latach, niestety, zaczyna zamykać peleton, zamiast zbliżać się do tej średniej. Ma na to wpływ wysoka stopa bezrobocia i na przykład to, że wiele młodych osób przenosi się do innych miast, bo mają tam większe szanse na lepszą pracę. Nasz region jest jednym z najgorzej opłacanych. Z drugiej strony, jeszcze większym paradoksem jest to, że mimo takich obiektywnych wskazań, mieszkańcy Bydgoszczy, Torunia czy na przykład osoby z Olsztyna, mogą być bardziej szczęśliwi niż warszawiacy. Skąd to wiadomo? Dwa lata temu robiłam badania, wraz z zespołem, w ramach grantu własnego dla Narodowego Centrum Nauki w trzech województwach kujawsko-pomorskim, mazowieckim i warmińsko-mazurskim. Sprawdzałam obiektywne wskaźniki, takie jak posiadanie samochodu, komputerów, pralki, lodówki itp. My i w tym ujęci pozostajemy w okolicach średniej krajowej, Mazowieckie było najwyżej, a Warmińsko-Mazurskie wypadło najgorzej. Kiedy jednak porównałam wskaźniki subiektywne, czyli odczucia i opinie ludzi, to okazało się, że Warmińsko-Mazurskie z dołu listy trafiło na szczyt. Wydawałoby się to wręcz niemożliwe, ale mieszkańcy tego województwa, żyjąc w obiektywnie najgorszych warunkach, czuli się najlepiej. Jak to możliwe? Twierdzili, że mają spokój, dużo zieleni, czyste powietrze. Ludzie z Mazowieckiego narzekali, na tłok w autobusach, w metrze, na brak czasu, na tzw. wyścig szczurów. Nie czuli tej jakości życia, mimo że obiektywnie była bardzo wysoka. Potwierdzają to też inne badania wśród klasy wyższej, czyli tych osób zarabiających naprawdę dużo. Ci ludzie nie czują się szczęśliwi, bo nie mają czasu, muszą poświęcać się pracy dla utrzymania tego statusu, swoich kontaktów, brakuje im innych istotnych emocjonalnie rzeczy. Może to brzmi jak banał, ale ma to potwierdzenie w badaniach naukowych. Oczywiście nie jest tak, że im ktoś jest biedniejszy, tym bardziej szczęśliwy. Krzywa równowagi życia - tego, ile posiadamy i tego jak żyjemy - najpierw faktycznie rośnie dzięki dobrom materialnym, ale na pewnym etapie już nawet nie tyle się zatrzymuje, co wręcz spada. Da się określić ten moment, kiedy pieniądze przestają dawać nam szczęście, a zaczynają je wręcz odbierać? Wielu naukowców pracuje nad tym, żeby określić ten punkt. Amerykanie już to odkryli, ale w odniesieniu do ich warunków życia. W Polsce próbujemy, nie wiemy, czy to się uda. Czy pod względem ekonomicznym, kobietom w Kujawsko-Pomorskiem żyje się gorzej niż mężczyznom?

Trudno powiedzieć, bo bardzo rzadko bada się takie rzeczy regionalnie z podziałem na płeć. Można sprawdzić to na przykładzie poziomu bezrobocia i tutaj większość będą stanowić mężczyźni. Ale z kolei wśród wszystkich niepracujących osób, nie tylko tych rejestrujących się w urzędzie, będzie już więcej kobiet - szczególnie tych, które z różnych powodów zostają w domu. To może być zarówno ich świadoma decyzja, jak i wybór mniejszego zła w sytuacji, gdy ktoś w tym domu z dzieckiem musi zostać. I tym samym wchodzimy w temat dysproporcji w zarobkach… Nadal istnieje? Istnieje. Ten temat był często poruszany kilka lat temu, bo wtedy dysproporcje wynagrodzeń dla kobiet i mężczyzn na tych samych stanowiskach były duże. Teraz różnice się zmniejszyły, nie są aż tak widoczne, ale występują. Szczególnie jeśli chodzi o szczeble kierownicze - im wyższe stanowisko, tym gorzej pod tym względem. Kobieta kierownik może zarabiać dużo mniej niż mężczyzna kierownik. I ta różnica będzie też dużo większa niż ewentualna dysproporcja między kasjerem a kasjerką. Aczkolwiek ostatnio znalazłam badania, które przeprowadzono w 1999 roku i powtórzono w 2014. Wykazano w nich, że kobiety nie widzą już wokół siebie takich nierówności, jak te kilkanaście lat temu. Czyli być może wszystko idzie w dobrym kierunku. Zaczęłyśmy bardziej walczyć o swoje? Znam wiele takich kobiet, które potrafią o swoje warunki zawalczyć w pracy i nie mają z tym żadnego problemu. Ale w moim odczuciu czasem nadal jeszcze za nisko wyceniamy swoją pracę i za słabo w siebie wierzymy. Być może też kobiety nie naciskają, bo tak rozumieją poczucie odpowiedzialności - nie rzucą pod wpływem impulsu pracy, nie zaszantażują zwolnieniem się, bo jeśli posiadają rodzinę, to czują, że nie mogą postawić wszystkiego na jedną kartę. Z kolei gdy są same, to wiedzą, że nikt nie będzie ich utrzymał. Chociaż mówi się przecież o nas, że jesteśmy bardziej emocjonalne. Ekonomia to jedno, co z innymi aspektami czy nasze województwo jest ogólnie przyjazne kobietom? Trzeba by dookreślić, co to znaczy przyjazne. Byłam kiedyś na takim spotkaniu, gdzie bardzo dużo młodych kobiet zgłaszało swoje postulaty na temat zmian w mieście. Podczas tej debaty okazało się, że na przykład Bydgoszcz nie jest za bardzo przyjazna matkom. Nadal w przestrzeni publicznej brakuje miejsc do swobodnego karmienia czy przewijania dzieci. Mamy też dużo barier komunikacyjnych. To kobiety najczęściej zawożą i odbierają dzieci z przedszkoli, a przystanki autobusowe, czy ogólnie dojazdy komunikacją miejską z takich placówek - jak się okazuje - nie są zsynchronizowane z pętlami w centrum miasta. Gdy mówimy o pracujących matkach, to taka podróż często

oznacza dla nich codzienną poranną gonitwę z kilkoma przesiadkami… I matka okazuje się tym gorszym pracownikiem, który się spóźnia do pracy. Na przykład. Lub takim, który po prostu musi wstawać dużo wcześniej i nigdy nie będzie aż tak dyspozycyjny o pewnych godzinach. Z racji tego, że badam jakość życia ludzi w różnym wieku, wiem też, że dla kobiet starszych problemem jest brak toalet w mieście. To duża trudność, która zniechęca starsze osoby do wychodzenia z domu. Ludzie, których to nie dotyczy, rzadko na to patrzą z innej perspektywy niż swoja, więc tego typu bariery są pomijane w planach zmian, dyskusjach. Badane osoby zgłaszają te opinie najczęściej podczas ankiet telefonicznych. Dzwonisz też do nich osobiście. Jak reagują, gdy pytasz je o prywatne sprawy i o to, jak im się żyje? Gdyby ktoś zapytał je na przykład o ubezpieczenia, kredyty i tym podobne sprawy, to rzuciłyby słuchawką. Ale kiedy pada pytanie o to, jak im się żyje w naszym kraju czy regionie, to automatycznie pojawia się monolog i trudno jest im przerwać (śmiech). Każdy ma zdanie na ten temat i potem już łatwiej się rozmawia o innych rzeczach. Często wylewa się dużo żalu i też nie ma się co dziwić. Zdecydowanie bardziej rozmowni i otwarci są mieszkańcy wsi. Może zbyt rzadko ktoś ich o takie sprawy pyta?CP  napisz do autora l.tataruch@expressmedia.pl

* dr inż. Małgorzata Gotowska Doktor nauk ekonomicznych Katedry Organizacji i Zarządzania Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego w Bydgoszczy; w zakresie naukowym zajmuje się poziomem i jakością życia ludzi w aspekcie zrównoważonego rozwoju i społecznie odpowiedzialnej konsumpcji; prywatnie interesuje się motoryzacją i filatelistyką. Jest pasjonatką kultury japońskiej. miasta kobiet

październik 2015

25


PARTNER CYKLU

zdrowie

Dbaj o siebie. To najlepsze, co możesz dać swoim bliskim! Pełnimy w życiu różne role. Jesteśmy matkami, kochankami, żonami, przyjaciółkami, pracownikami, szefami… lista ta nie miałaby końca. Jednocześnie rzadko myślimy o sobie, częściej poświęcając czas najbliższym. Czas najwyższy, by zadbać o siebie! TEKST: Dorota Kowalewska

P

aździernik to miesiąc walki z rakiem. Rak piersi czy rak szyjki macicy, to najczęściej występujące u kobiet rodzaje nowotworu. Chorobie możemy skutecznie zapobiegać i ją leczyć. Czynnikiem decydującym jest zawsze czas. Im wcześniej nowotwór zostanie wykryty, tym większa szansa na całkowity powrót do zdrowia. Pamiętajmy, że objawy nie zawsze są widoczne i prawidłowo odczytywane. Dlatego tak ważną rolę odgrywa profilaktyka, czyli badanie się, pomimo braku symptomów choroby. Zróbmy to w październiku. To dobry miesiąc na zadbanie o siebie. Jest po wakacjach, dzieci chodzą do szkoły, nie wpadłyśmy jeszcze w przygotowania do świąt. Zaprawy stoją już w spiżarni. Czas, by pomyśleć o sobie. Pamiętajmy, że badania nie są bolesne. Mogą powodować pewien dyskomfort, ale trwają zaledwie kilka minut.

JAKIE BADANIA POWINNYŚMY WYKONYWAĆ?

CYTOLOGIA I BADANIE PIERSI Badanie piersi możemy przeprowadzić samodzielnie, najlepiej kilka dni po zakończeniu

26

miasta kobiet

październik 2015

miesiączki. Kładziemy się płasko na podłodze lub łóżku i dokładnie dotykamy piersi, szukając zgrubień i innych nieprawidłowości. Jeśli coś nas zaniepokoi, powinnyśmy skonsultować to z lekarzem i skorzystać ze skierowania na mammografię lub USG. Cytologia jest wykonywana u ginekologa. Polega na pobraniu specjalną szczoteczką komórek z tarczy i kanału szyjki macicy. Potem lekarz utrwala je na szkiełku, a następnie komórki są oceniane przez histopatologa. Wynik otrzymujemy po kilku dniach. Badanie pozwala wykryć nawet bardzo wczesne zmiany nowotworowe. To ważne, ponieważ wczesne stadium raka szyjki macicy nie daje żadnych objawów. A im wcześniej wykryje się zmiany, tym większa szansa na całkowite wyleczenie.

BADANIA GENETYCZNE Jeśli u kogoś z naszych bliskich, u mamy, babci, prababci, ale również i u dalszych członków rodziny zdiagnozowano nowotwór, możemy przypuszczać, że i my jesteśmy w grupie ryzyka. Mutacja w genie to nie jest wyrok, ale warto wiedzieć, czy dostaliśmy wadliwy gen w spadku. Wiele osób nie chce się badać ze

strachu. To duży błąd. Jeśli okaże się, że występuje u nas mutacja, mamy większą szansę, aby nie zachorować. Jak to możliwe? Mutacja w genie to tylko jedna z przyczyn zachorowania na raka. Wielki wpływ na to, czy gen się uaktywni, ma również nasza dieta, zanieczyszczenie środowiska, a nawet zażywanie niektórych leków. Paradoksalnie, wiedza o tym, że możemy zachorować, może właśnie uratować nam życie. Lekarz dokładnie nam powie, co robić, aby zmniejszyć prawdopodobieństwo zachorowania. A często wykonywane badanie profilaktyczne pozwoli wykryć chorobę w jej najwcześniejszym stadium, gdy prawdopodobieństwo wyleczenia jest najwyższe. Z bezpłatnych badań genetycznych można skorzystać w ośrodkach, które mają podpisaną umowę z NFZ. Taką możliwość daje Poradnia Genetyczna Szpitala Uniwersyteckiego im. A. Jurasza w Bydgoszczy. Będzie nam potrzebne do tego skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu. Zanim lekarz w poradni genetycznej podejmie decyzję o badaniu, przeprowadzi wywiad, dlatego na wizytę warto się przygotować. Zapytajmy o zdrowie swoich przodków - na co chorowali, jakie mieli objawy - oraz najbliższej rodzi-


PARTNER CYKLU

PROGRAMY PROFILAKTYCZNE NFZ

WIRUS HPV

- KTO DOSTANIE ZAPROSZENIE NA BADANIA?

HPV to inaczej wirus brodawczaka ludzkiego. Jest ich wiele, niektóre są odpowiedzialne za pojawienie się raka szyjki macicy. Około 60-75 procent dorosłych ma kontakt z wirusami HPV. Większość infekcji przebiega w sposób łagodny, a nawet bezobjawowo. Dlatego wiele osób nie wie, że uległo zakażeniu. Niestety, ten nowotwór jest śmiertelny. Nie wpadajmy jednak w panikę. Wcześnie wykryty jest całkowicie uleczalny. Dlatego tak ważne jest wykonywanie badań cytologicznych. Do zakażenia wirusem dochodzi najczęściej poprzez kontakty seksualne. Przed zakażeniem HPV skutecznie chronią jedynie szczepienia. Polskie Towarzystwo Ginekologiczne rekomenduje szczepienia jedenastoletnich i dwunastoletnich dziewcząt lub między 13. a 18. rokiem życia, gdy szczepienie w wieku 11-12 lat było niemożliwe albo go nie wykonano.

PROFILAKTYKA RAKA SZYJKI MACICY Badania powinna wykonywać każda kobieta w wieku od 25 do 59 lat. Najlepiej raz na trzy lata, a u kobiet obciążonych czynnikami ryzyka (zakażonych wirusem HIV, przyjmujących leki immunosupresyjne, zakażonych HPV - typem wysokiego ryzyka), co 12 miesięcy. Jeśli pacjentka była leczona z powodu nowotworu złośliwego szyjki macicy, po zakończeniu kontroli onkologicznej (decyzję podejmuje lekarz prowadzący leczenie onkologiczne) ponownie zostaje objęta skryningiem cytologicznym. Etap podstawowy programu to pobranie materiału do przesiewowego badania cytologicznego. Na etapie diagnostycznym wykonuje się ocenę mikroskopową materiału cytologicznego, przesłanego przez realizatora etapu podstawowego programu i jego opisanie. Etap pogłębionej diagnostyki obejmuje badania dla kobiet z etapu podstawowego, w przypadku nieprawidłowego wyniku. Jeżeli konieczna jest weryfikacja wstępnego rozpoznania, to wykonuje się również badanie kolposkopowe. A w przypadku zaistnienia wskazań do weryfikacji uzyskanego obrazu kolposkopowego, pobiera się celowane wycinki do badania histopatologicznego.

RAK TO NIE WYROK Istnieje duża szansa, że choroba zostanie wyleczona. Pamiętajmy, że bardzo wiele zależy od nas samych. Jeśli będziemy wykonywały badania profilaktyczne, nie zaniedbamy wizyt kontrolnych, jest duża szansa, że dożyjemy w zdrowiu sędziwego wieku. Pamiętajmy, że nie żyjemy tylko dla siebie, ale też dla naszych bliskich, Jesteśmy matkami, żonami, córkami i przyjaciółkami. Niech to nas zdopinguje do zadbania o siebie.CP

PROFILAKTYKA RAKA PIERSI Badania powinna wykonywać każda kobieta, w grupie zwiększonego ryzyka są panie w wieku od 50 do 69 lat. Przy kierowaniu na badanie profilaktyczne lekarz bierze pod

 napisz do autora d.kowalewska@expressmedia.pl R

E

uwagę, czy była wykonywana mammografia w ciągu ostatnich 24 miesięcy. Programem profilaktycznym nie mogą być objęte kobiety, u których już wcześniej zdiagnozowano zmiany nowotworowe o charakterze złośliwym w piersi. Pierwszym etapem jest przeprowadzenie wywiadu i wypełnienie ankiety w systemie informatycznym, udostępnionym przez Narodowy Fundusz Zdrowia, a później wykonanie badania mammograficznego. Są to 2 x 2 zdjęcia mammograficzne wraz z opisem oraz sporządzenie karty badania mammograficznego w systemie informatycznym, udostępnionym przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Drugi etap pogłębionej diagnostyki to porada lekarska. Obejmuje ona: badanie fizykalne, skierowanie na niezbędne badania w ramach realizacji programu; wykonanie mammografii uzupełniającej lub USG piersi (decyzję o wykonaniu badania podejmuje lekarz, biorąc pod uwagę m.in.: wynik mammografii, wynik badania palpacyjnego, strukturę gruczołu sutkowego, stosowanie hormonalnej terapii zastępczej, konieczność zróżnicowania między guzem litym a torbielą sutka); wykonanie biopsji cienkoigłowej albo gruboigłowej (w zależności od rodzaju zmian) pod kontrolą technik obrazowych z badaniem cytologicznym albo histopatologicznym pobranego materiału, w przypadku nieprawidłowości stwierdzonych w badaniu mammograficznym lub USG.CP

K

L

A

M

A

385415TRTHC

ny. To pomoże w podjęciu decyzji o dalszych krokach diagnostycznych wobec nas.

640815TRTHB

zdrowie


mama

PRZYCHODZI MATKA DO COACHA… ZDJĘCIE: Kamila Mądrzyńska

Staramy się sprostać nie tylko swoim wyobrażeniom o macierzyństwie, ale i wyobrażeniom swojej matki, teściowej, partnera, sąsiadki, generalnie wszystkich naokoło. A to przecież nigdy się nie uda. Z coachem Dorotą Skublicką-Michalską* rozmawia Dominika Kucharska

Współczesna matka potrzebuje coacha? Na pewno nie każda, ale wiele tak i nie jest to fanaberia. Współczesne matki są pod ogromną presją bycia świetną we wszystkim. Tylko co to znaczy być świetną? Świetna matka to ta, która karmi piersią do 4. roku życia i ta, która piersią nie karmi w ogóle. Nie ma znaczenia, którą opcję wybierze - w oczach części otoczenia poniesie porażkę. Tak samo jest z pracą. Złymi matkami są zarówno te, które pracują zawodowo, jak i te, które zostają w domu. Oczywiście są kobiety odporne na presję, mające bardzo silnie ugruntowane własne zdanie. Większość jednak jest podatna na wpływy. Już sama sytuacja zostania mamą sprawia, że nie czujemy się w stu procentach pewne. Nagle trzeba sprostać nie tylko swoim wyobrażeniom o macierzyństwie, ale i wyobrażeniom swojej matki, teściowej, partnera, sąsiadki, generalnie wszystkich naokoło. A to przecież niemożliwe, nigdy się nie udaje. Mamy czują się niesamowicie zagubione. I wtedy wkracza coach? Wtedy matka przychodzi do coacha z nadzieją, że pomoże jej odnaleźć się w tej skomplikowanej sytuacji, uporządkować często sprzeczne uczucia, poukładać myśli… Coacha bardzo potrzebują mamy, które na początku macierzyństwa zatapiają się w tym stanie całkowicie, odstawiając wszystko inne na dalszy tor. Takie kobiety, niechcący, gdzieś po drodze, gubią siebie. Stają się tylko i wyłącznie matkami, co początkowo bardzo im pasuje. Do czasu jednak. Nagle budzą

28

miasta kobiet

październik 2015

się i pytają, a gdzie w tym wszystkim JA jestem? Takie przebudzenie może nastąpić po pół roku czy dwóch, albo i po pięciu latach. Wiem, bo sama byłam taką matką. Mimo całej tej wiedzy? Wtedy jeszcze jej nie miałam. Długo czekałam na dziecko i kiedy wreszcie się udało, skupiłam się tylko na nim. Przez jakiś czas bardzo mi to odpowiadało, było naprawdę dobrze. Ale w pewnym momencie ta sytuacja zaczęła mnie uwierać. Jasne, że mama zajmująca się dzieckiem nie siedzi przez cały czas zamknięta w czterech ścianach, ubrana w rozciągnięty i wiecznie brudny dres. To nie te czasy. Matki wychodzą do ludzi i ja też wychodziłam. Jednak czułam, że świat gdzieś tam mi ucieka, bo to nieprawda, że dzieci nie są ograniczeniem. Są. Niektóre kobiety tęsknią za własnymi myślami, za czymś, co robią tylko dla siebie. Są i takie, które tęsknią za pracą, ale niekoniecznie tą ostatnią, bo już dziś wiedzą, że siedzenie do nocy czy odrabianie zaległości w weekend, z płaczącym obok dzieckiem, nie wchodzi w grę. Zaczynają myśleć o innym zajęciu, choć często nie mają pojęcia jakim. Tu coach też może okazać się bardzo pomocny. Świat aż tak się zmienił? Gdyby moja mama, babcia czy ciotki usłyszały, że dziś matkom potrzeba coacha, to złapałyby się za głowę. Oj, tak, świat się zmienił i to bardzo! Wydaje mi się, że kiedyś łatwiej było skupić się na jednym.

Dziś wokół nas jest tyle możliwości, że trudność wzrasta. Nie każdy potrafi z tego ogromu odcedzić tylko to, co jest mu naprawdę potrzebne do szczęścia i dopiero wtedy zastanowić się, jak to osiągnąć. Zamiast tego chcemy mieć wszystko. A wszystkiego, rzecz jasna, mieć nie możemy. Wtedy rodzi się w nas frustracja. Historie matek, które przychodzą do Ciebie są podobne? Niekoniecznie. Każdy z nas jest inny, chce w życiu czegoś innego i w innym momencie pożąda zmiany. Mam dwie klientki, które dopiero są w ciąży, a już odczuwają taką potrzebę i chcą odpowiedzieć sobie na parę pytań. Macierzyństwo zmienia perspektywę. Trzeba powiedzieć jeszcze o jednym. Otóż długie skupianie się tylko na macierzyństwie z jednej strony wpędza w przekonanie, że świat poszedł do przodu, a ja zostałam gdzieś w tyle. Z drugiej strony zaś zostanie matką jest energetycznym kopniakiem, budzi drzemiącą dotąd moc i przekonanie, że mogę dużo. To paradoks macierzyństwa. Niektóre dziewczyny odczuwają to zanim jeszcze urodzą, inne dopiero kilka lat po porodzie. I co im radzisz? Coach nie daje rad. Jeśli to robi, znaczy, że nie jest coachem. Można być mentorem, używając filozofii coachingu i wywodzących się z niej narzędzi - wtedy doradzanie wchodzi w grę. Ja zamiast tego zadaje klientkom takie pytania, że odpowiadając na nie, same znaj-


mama dują rady. To nieraz szczegóły, ale potrafią one całkowicie odmienić życie. Bo zastanówmy się, ile dostajemy rad. To zaczyna się w dzieciństwie i trwa do końca życia. Jasne, że nie wszystkie rady są złe, ale po prostu nie wszystkie są nasze, nie wszystkie współgrają z tym, czego my potrzebujemy. Jeśli nie są one podparte naszymi osobistymi motywacjami, to kierując się nimi gdzieś tam dojdziemy, ale zmaltretowani i pod przymusem. Czytałam ostatnio o kobietach pracujących w korporacjach, które traktują dziecko jak kolejny projekt… Pewnie tak trochę jest. Wiąże się to z tym, co mówiłam na początku - że wizji idealnego macierzyństwa jest mnóstwo. Możemy z tego oceanu pomysłów wybrać ten, który wpisuje się w nasz projekt. Ja na przykład byłam absolutnie przekonana, że będę karmić piersią. Zrobiłam wszystko podręcznikowo, nie kupiłam smoczków, ostrzegłam wszystkich naokoło przy porodzie, że jak ktoś da smoczka, to zabiję. Uparłam się, bo uznałam, że tak trzeba, bo to lepsze, bo tak to sobie zaprojektowałam. I męczyłam swoje dziecko długo. Syn płakał przez pierwsze tygodnie życia bez przerwy, jak się później okazało - z głodu. Ja też płakałam, z bezradności. W końcu dałam butelkę. Bardzo przeżyłam moment rezygnacji z tego, co sobie założyłam. Odczułam to jako porażkę. A moje dziecko? Zaczęło się uśmiechać, rosnąć, przestało krzyczeć z głodu i ze złości. I co mi przyszło z tego projektu? To wszystko dodatkowo pogłębia Internet, fora, pogaduszki. Poczucie wspólnoty jest fajne, ale trzeba bardzo krytycznie do tego podchodzić i trzeba zawsze pamiętać o sobie. Nie dla każdej matki to takie oczywiste. Właśnie, ale to się naprawdę nie kłóci z macierzyństwem. Kto powiedział, że matka ma być tylko robotem obsługującym dziecko? Część społeczeństwa ma takie podejście. Ale to nie działa! Jeśli matka pomyśli również o sobie, zadba o siebie, to nie skrzywdzi swojego dziecka. „Szczęśliwa mama, to szczęśliwe dziecko” - banał, wiem, ale to prawda. Przecież i tak robimy wszystko przez pryzmat miłości, dbając, by naszemu dziecku było dobrze. Jedno drugiego nie wyklucza. Nie ma niebezpieczeństwa, że tak się w siebie zapatrzymy, że zostawimy dziecko samo sobie. Nic się nie stanie, jak mama powie „Stop. Teraz tata czy babcia się tobą zajmą” albo „Stop. Nie wchodź teraz do pokoju, bo to chwila dla mnie, ktoś inny w domu się tobą zajmuje”. Te chwile tylko dla siebie są krótkie, ale dają ogromną siłę i potem procentują. Czemu tak wielu mamom to „stop” nie może przejść przez gardło? Bo się tego boją. Bo starsze pokolenie powiedziało - jesteś matką, masz obowiązki. To tkwi w naszych stereotypach. Oczywiście, że matka ma obowiązki, ale to nie znaczy, że jej życie się skończyło. Kolejny paradoks - jesteśmy coraz bardziej nowoczesne, a jednocześnie tak łatwo dajemy się wtłoczyć w rolę matki robota.

Coach przeraża mniej niż kiedyś przerażał psycholog? Zdecydowanie. Coaching to modne słowo, choć wiele osób nie wie, co się za nim kryje. Ludzie nie boją się coacha, bo nie przychodzi się do niego mając jakieś braki czy jak jest się chorym. Do coacha idzie się, żeby osiągnąć sukces. To przewaga coachingu nad innymi formami pomocy. Chcesz mi powiedzieć, że każda matka, która do Ciebie przychodzi, tak naprawdę przychodzi po sukces? Tak, jeśli tego chce. Sukces ma różne oblicza. To nie zawsze willa i miliony na koncie. Coraz więcej matek odczuwa potrzebę zmiany oraz rozwoju i to nie tylko zawodowego. W jakimś stopniu dzieje się tak dlatego, że ten świat jest dla kobiety trudny. Chcemy być świetnymi pracowniczkami, matkami, żonami, kochankami, chcemy być oczytane, chodzić do teatru, kina… To jest nie do zrobienia, ale szukamy sposobu, aby do tego dojść. Szukamy narzędzi organizacji czasu, poradników, w których znajdziemy odpowiedź, jak żyć. Coraz więcej kobiet prze do przodu, choć często nie wiedzą tak naprawdę, dokąd zmierzają. Coach może pomóc im znaleźć odpowiedź na pytanie o cel. O jakich jeszcze sukcesach marzą matki? W kontekście tej rozmowy może wyda się to dziwne, ale dla niektórych sukcesem jest możliwość spędzenia życia w domu z dziećmi. Nie jest łatwo tak poukładać sobie wszystko w głowie, żeby móc to robić i rzeczywiście czerpać z tego radość. Dla innych mam sukcesem jest posiadanie jakiegokolwiek hobby, mimo obowiązków związanych z dziećmi i pracą. Jeszcze inna marzy o wielkiej karierze. W coachingu skupiamy się też na tym, aby klient bardzo dobrze zastanowił się, czy wie, jak zmiana, do której dąży, wpłynie na jego otoczenie, życie i czy wiedząc to, wciąż jej chce. Zdarza się, że klient dochodzi do wniosku, że nie jest ona warta tego, co może przez nią stracić. Podam przykład z odchudzaniem. Ktoś bardzo chce schudnąć, ale mu nie wychodzi. Potem się okazuje, że tego, co tej osobie daje jedzenie nie da się zastąpić niczym innym i właściwie woli ona nosić większy rozmiar niż rezygnować z przekąsek. Nie ma sensu szarpać się przez całe życie o coś, co wcale nie jest aż tyle warte. Widzisz ten sukces u matek, które do Ciebie przychodzą? Tak. Jeszcze mi się nie zdarzyło, abym po kilku sesjach nie zauważyła blasku w oczach, rozkwitania. Gdy kobieta uświadamia sobie, że wystarczy zrobić to i to, żeby osiągnąć zamierzony cel, rodzi się w niej niesamowita energia. Doskonale pamiętam też jedną ze swoich pierwszych klientek, mamę dwójki dzieci. Na wstępie powiedziałam, że jestem tu dla niej, że na niej się skupimy. Była w szoku. Przyznała, że nie pamięta, kiedy ostatni raz miała czas tylko dla siebie. Matki biegają na basen - bo to dobre dla dziecka, na zajęcia muzyczne - bo rozwijają dziecko, ale żeby gdzieś pójść tylko dla siebie… Tej kobiecie

nie mieściło się to w głowie. Dlatego też pierwsze zajęcia grupowe organizuję w miejscach, do których mamy mogą przyjść z dziećmi. Z czasem uczą się, że można malucha zostawić z kimś innym, ale muszą do tego dojrzeć. Ojcowie przychodzą do coacha z podobnymi problemami jak matki? Nie. Panowie przychodzą z problemami, które raczej nie wiążą się z ojcostwem. Ale to nie jest dziwne, bo mimo że ojcowie bardzo angażują się w wychowanie dzieci, to wciąż obowiązuje niepisana zasada, która mówi, że ojciec robi to, gdy chce, a matka po prostu musi. Może kiedyś, w dalekiej przyszłości się to zmieni… Za innym podejściem ojca i matki stoi też fakt, że to kobieta, która nosi ciążę, zmaga się z burzą hormonów, to na kobietę wywierana jest większa presja bycia taką matką a nie inną. Ale tę sytuację też da się poukładać. Jeśli między dwojgiem jest partnerstwo, to kobieta również powie, że czegoś nie musi. To kwestia ustalenia relacji w związku i to też można przekuć w sukces. A zdarzyło Ci się, że zmiana u klientki była tak duża, że mąż nie poznał żony? Tego jeszcze nie było. (śmiech) Mam za to sygnały, że z kobietą, która wie, co jest jej potrzebne i zna swoje priorytety, łatwiej się żyje, bo ona wreszcie mówi czego chce. I okazuje się, że ten facet bez marudzenia zajmie się częściej dzieckiem, jeśli konkretnie usłyszy, że kobieta tego potrzebuje. A kobiety niestety mają z tym problem, bo z tyłu głowy siedzi myśl, że ona musi wszystko sama, a on na pewno ubierze dziecku złe skarpetki, albo da złe drugie śniadanie. Pierwszym krokiem musi być więc to, że mama sama sobie odpuści - tak naprawdę, bez wyrzutów sumienia. Mając takie doświadczenia udało Ci się, jako matce, uniknąć wielu błędów? Popełniłam ich wiele, ale też na nich właśnie najwięcej się nauczyłam. Teraz jest mi łatwiej. W związku z tym, czym się zajmuję, mam większą świadomość, wiele rzeczy mielę sobie w głowie i zadaję sobie pytania, choć też czasem od nich uciekam. Wiedza, którą posiadam, daje mi dwie rzeczy. Po pierwsze, jeśli chcę, żeby było mi lepiej, to wiem, że muszę coś zmienić. Po drugie, zadaję sobie sprawę z tego, że sterują nami przekonania, które często po prostu tylko nas ograniczają.CP  napisz do autora d.kucharska@expressmedia.pl

*Dorota Skublicka-Michalska Coach, filolog, dziennikarka i pedagog. Założyła i prowadzi wraz z koleżanką akademię MamoPotrafisz.pl, współorganizatorka festiwalu „Bydgoszcz z Pasją”, współpracuje z bydgoskim „Klubem Przedsiębiorczych Mam”, prowadzi warsztaty w ramach akcji „Maj Mam”, wspomaga StartUp Cafe w Europejskim Centrum Doradczym „Consilis”. Szczęśliwa żona i mama dwójki dzieci.

miasta kobiet

październik 2015

29


jej biznes

BILET W JEDNĄ STRONĘ Zaczynałam bez żadnych pieniędzy i możliwości kredytowych, ale tak bardzo chciałam działać, że ciągle opowiadałam różnym ludziom o swoim pomyśle na biznes kosmetyczny. Pewnego dnia usłyszałam: „Maria, jak ty aż tak jesteś zdeterminowana, to pożyczę ci kasę i zrób ten biznes”. Z Marią Minicz*, właścicielką Feminarium, rozmawia Emilia Iwanciw Trudno dziś zrobić karierę w branży kosmetycznej? I tak i nie. Tak, bo szkół i szkoleń jest dużo, a z drugiej strony nie, bo zawód kosmetyczki czy kosmetologa zawiera w sobie bardzo wiele umiejętności. Trzeba mieć niesamowite zdolności interpersonalne, manualne, nawet artystyczne, bardzo dużą cierpliwość i opanowanie. Trzeba też doskonale wyglądać, bo sprzedajemy też to, jak same się prezentujemy.

30

miasta kobiet

październik 2015

Przez 2 lata uczyłam w szkole kosmetycznej i w każdej grupie na 30 uczennic maksymalnie 4 nadawały się do zawodu… Myślę, że masa dziewczyn marzy o tym zawodzie, bo on się kojarzy z kobiecą przyjemnością… A trzeba pamiętać, że nie zawsze jest przyjemnie. To w dużej mierze ciężka praca fizyczna. Marząc o karierze w kosmetologii warto mieć

też predyspozycje do biznesu, konsekwencję, stalowe nerwy, wizję i misję. Rynek pracy w tej branży jest trudny, w samym Toruniu jest ponad 250 salonów. Nie znalazłszy pracy, trzeba się nastawić na samozatrudnienie. Małe firmy jednoosobowe powstają więc przy dofinansowaniach unijnych i kosmetyczki w nich siedzą w pustym gabinecie. Bo nie mają biznesowej żyłki?


Nie rozumieją, że rynek się zmienił, że nie wystarczy być dobrym i po prostu czekać. Do klienta wychodzi się samemu. Dziewczyny kosmetyczki i kosmetolożki bardzo często są świetnymi fachowcami w obrębie swojej działki, ale nie mają zmysłu marketingowego, a poza tym mają problemy z finansami, np. nie potrafią policzyć, jakie mają koszty, ile wynosi marża i tak dalej. Ich gabinety więc najczęściej padają po roku. Co im Pani radzi z perspektywy kobiety przedsiębiorczej, której już się udało? Warto angażować się w przeróżne akcje w miejscach publicznych, w centrach handlowych, robić eventy dla klientów VIP, po prostu bywać. Ja od początku istnienia Feminarium angażowałam się w życie miasta. Obecnie sponsoruję teledyski toruńskich zespołów, wybory miss, a także drużynę piłkarską. Takie działanie jest ważne, bo w ten sposób nawiązują się kontakty biznesowe i tworzy się dla nas przestrzeń do rozwoju. Na sponsoring trzeba mieć spory budżet. Nie zawsze. Na początek warto jednak przez jakiś czas do firmy dokładać, zarabiając na życie w innym miejscu. Sama tak zaczynałam. W czasach, gdy moja firma była nierentowna, uczyłam przyszłe kosmetyczki na kursach. Słyszałam, że Pani początki były trudne. Ja zaczynałam bez żadnych pieniędzy i żadnych możliwości kredytowych. Byłam jednak na tyle zdeterminowana, że roztaczałam wizje przed różnymi ludźmi. Wraz z partnerem wieczorami chodziłam do pijalni piwa, gdzie graliśmy w lotki. I tam przy piwie opowiadałam różnym ludziom wiele razy o swoim pomyśle na biznes kosmetyczny. Pewnego razu jeden z bywalców powiedział: „Maria, jak ty aż tak jesteś zdeterminowana, to pożyczę ci kasę i zrób ten biznes”. Oniemiałam. To było coś niesamowitego! I tak się zaczęło. Pracowałam przez 2 lata bez żadnego dnia wolnego. W weekendy uczyłam w szkole kosmetycznej, a w tygodniu działałam w Feminarium. Harowałam niesamowicie, bo miałam świadomość, że to jest bilet w jedną stronę. Zaczęła Pani z rozmachem, zatrudniając od razu pracowników. Nie obawiała się Pani, że firma może przez to splajtować, nim się rozwinie? Miałam obawy, ale wiedziałam, że muszę ponieść to ryzyko. Zatrudniłam od razu dwie recepcjonistki, dwie fryzjerki, kosmetyczkę i masażystę. Zrobiłam to, bo bałam się, że jeśli założę jednoosobową działalność, to na zawsze ugrzęznę w kosmetycznym grzebidołku. Zespół dał mi od razu możliwość rozwoju salonu. Dzięki niemu mogłam też zrealizować swoje prywatne plany - np. urodzić dwójkę dzieci. Przez ostatnie 8 lat istnienia Feminarium wykształciłam wiele wspaniałych kosmetyczek. Niektóre z nich prowadzą dziś z powodzeniem swoje własne firmy.

Co oprócz pasji i wizji sprawiło, że Pani gabinet przyciągnął klientki? Salon był od początku nastawiony na bezpieczeństwo zabiegowe: higienę, czystość, sterylność i opiekę lekarza. Nie jestem osobą, która chłonie wszystkie nowości. Kiedy nowa metoda jest bezpieczna i sprawdzona, to dopiero wtedy ją wprowadzam. Opieka lekarza też pomaga, bo kosmetyczka nie wyleczy medycznego problemu. Czasem więc wysyłam klientkę do współpracującego lekarza, który ustawia terapię, a ja skupiam się na wspomaganiu efektów zabiegami kosmetycznymi. Kosmetyki to jednak nie są leki. W takich sprawach jestem do bólu szczera. Wierzę, że dzięki temu ludzie mają do mnie zaufanie. Zwracam też uwagę na detale, na komfort, wystrój gabinetów. Warto też brać udział w konkursach. Mnie taka wygrana pomogła rozkręcić biznes. Konkurs organizowało pewne czasopismo, które prowadzi też targi kosmetyczne. Przyjechały do mnie dwie panie z Warszawy i przysłały tajemniczych klientów. Dostałam bardzo pozytywne oceny, zajęłam I wyróżnienie w Polsce. Postanowiłam zrobić wokół tego reklamę, pochwalić się sukcesem klientkom. Wysłałam więc listy do każdej z nich. I wtedy przyszło mnóstwo nowych pań. Słyszałam od znajomych kosmetyczek, że nie jest to przyjemny biznes, bo klientki mają coraz większe oczekiwania. Tak zwanych trudnych klientów jest więcej niż np. dwa lata temu. To fakt. Jest teraz zalew salonów, przeróżnych nowych sprzętów, pojawiają się fachowe artykuły w prasie kobiecej, każdy problem można omówić z „wujkiem Google”. Przychodzą więc często panie wyedukowane, które już coś gdzieś przeczytały i zadają bardzo konkretne pytania. Na większość z nich kosmetyczka powinna znać odpowiedź, dzięki czemu jest odbierana jako profesjonalna i nowoczesna. Między innymi z tego powodu intensywnie szkolę swoich pracowników. I tak się czasem zdarza, że one z tą wiedzą i doświadczeniem po paru latach odchodzą. Ja jednak nie mam do nich żalu. Jestem dumna, kiedy widzę, jak świetnie sobie radzą. To oznacza, że praca u mnie to była dla nich najlepsza szkoła, a ich sukces jest moim sukcesem.CP  napisz do autora e.iwanciw@expressmedia.pl

*Maria Minicz Biolog, kosmetyczka, właścicielka Feminarium. Zanim otworzyła własne studio urody, przez 7 lat pracowała jako kosmetolog z lekarzem dermatologiem. W tym czasie rozwijała swoją pasję także jako wizażystka i stylistka. www.feminarium.com

Od najbliższego numeru Miast Kobiet startuje nowy cykl kosmetycznych porad eksperckich. Udzielać ich będzie Maria Minicz oraz zespół profesjonalistów z toruńskiego Feminarium. Jeśli masz problem związany z urodą, napisz do nas: feminarium@expressmedia.pl.

W tym numerze nasza ekspertka udziela porad dotyczących trzech zagadnień, z jakimi często spotyka się w swoim gabinecie.

TRZY PROBLEMY - TRZY PORADY MAKIJAŻ U OSÓB ALERGICZNYCH Klientki z alergią często narzekają, że nie mogą się malować, bo są uczulone na wszystkie kosmetyki. Rozwiązaniem są kosmetyki mineralne. Polecam prasowane pudry mineralne, które działają jak podkład, puder i odsłona przeciwsłoneczna w jednym. Trzeba jednak sprawdzić, czy w składzie nie ma talku. W prawdziwym kosmetyku mineralnym jest pigment, tlenki cynku i tytanu. Mineralne są też cienie, tusze, róże. PRZEBARWIENIA PO LECIE Możemy je zatuszować kamuflażem lub korektorem, który nakładamy jednak tylko na zmienione miejsca. Pochodzenie przebarwień może być hormonalne, a także posłoneczne. Pomaga eksfoliacja kwasami, zabiegi laserowe, mikrodermabrazja. Są też skuteczne terapie z jonoforezy z aktywną witaminą C. Stosowanie potem specjalnych środków na bazie tej witaminy przez dłuższy czas, co przedłuża efekt. CZY MANICURE HYBRYDOWY NISZCZY PAZNOKCIE? Moim zdaniem nie, jeśli zabieg wykonuje dobra manikiurzystka, produktami dobrej marki. Mocne spiłowanie paznokci co 3 tygodnie sprawia, że stają się one coraz cieńsze, nie należy więc z tym przesadzić zdejmując hybrydę. Paznokcie od hybrydy niszczą się tylko wtedy, kiedy są zbyt mocno, nieumiejętnie piłowane. Hybryda dobrze nałożona powinna chronić paznokcie, nie je niszczyć. miasta kobiet

październik 2015

31

719115TRTHA

jej biznes


jej pasja

jak u babci

Jasne, rozbielone lub pożółkłe odcienie, stare hafty i koronki, obtarcia, spękania, niedomalowania, przytulny nastrój wiejskiej posiadłości - to znaki szczególne stylu shabby chic. TEKST: Jan Oleksy ZDJĘCIA: Jacek Smarz

P

odtoruńska Złotoria. Biały płot, dwa kroki od Drwęcy. Za nim stary zabytkowy dom flisaka, naprzeciwko kościół, a w bliskim sąsiedztwie skansen w Kaszczorku i ruiny zamku. Sceneria piękna i romantyczna. Historia i przyroda w jednym. W takim otoczeniu wyrosła i nadal mieszka Malwina Kwiatkowska.

KREDENS ZAMIAST LAPTOPA Jej estetyczny smak najpierw okazał się przydatny przy dekorowaniu wnętrza, a później stał się sposobem na życie. Gdzie jej wyobraźnia szukała inspiracji? - Od dziecka fascynowałam się historią i historię skończyłam. Mam spory sentyment do antyków, do starych przedmiotów. Moja babcia mieszka w 160-letnim domu flisaczym w Złotorii. Mam z nim wiele wspomnień, setki razy penetrowałam go od piwnicy aż po strych, szukając choćby najmniejszych skarbów - mówi Malwina.

32

miasta kobiet

październik 2015

Zawsze wiedziała, że jej własny dom musi mieć wnętrze z duszą, muszą być w nim starocie, bo nowoczesność nigdy jej nie kręciła. - To nie znaczy, że mi się nie podoba. Ja po prostu tego nie czuję. Pamiętam, że gdy jeszcze chodziłam do liceum, to wszyscy zachwycali się laptopami, a ja marzyłam o… starym kredensie. Dostałam go w prezencie na osiemnastkę. Już jako nastolatka nosiłam w sobie klimaty dawnych lat.

SEN O LAWENDOWYCH POLACH - Moją prawdziwą przygodę z shabby chic zaczęłam kilka lat temu przy okazji remontu i urządzania domu, który wraz z mężem dostaliśmy od rodziców - opowiada Malwina. Na ten styl trafiła przypadkiem na blogu pewnej Amerykanki i zakochała się od pierwszego wejrzenia. Wraz z nim przyszło zauroczenie Prowansją, a zwłaszcza jej lawendowymi kolorami, przetartymi, zniszczonymi zębem czasu

meblami. I właśnie w takim stylu postanowiła urządzić swój dom. Początkowo poddała stylizacji meble, które już posiadali, a z czasem zaczęła tworzyć od podstaw dodatki dekoracyjne, uzyskując pomału wymarzony klimat starofrancuskiego domostwa. - Chwilę później moja pasja była na tyle silna, że wiedziałam, iż nie ma od tego odwrotu. Teraz stylizacja mebli i przedmiotów, w stylu romantycznych francuskich wnętrz, jest ogromną częścią mojego życia - wyznaje Malwina. Nad wyraz przyjemnym wyzwaniem twórczym było przygotowanie pokoju dla małego Kajetana, który teraz ma dwa latka. - Myślę, że meble w stylu shabby chic świetnie wyglądałyby w pokoju małej dziewczynki, Kajetanowi zaoszczędziłam romantycznych detali - śmieje się Malwina. - Udało mi się jednak stworzyć pokój chłopięcy, w którym zachował się ten duch.


jej pasja

NOWA SZATA SHABBY Najważniejszym, ale też najbardziej żmudnym etapem jest przygotowanie mebla, zdarcie starych powłok lakierniczych, zmatowienie, wyczyszczenie. - Gdy przebrniemy przez tę mało wdzięczną część, zostaje już tylko to, co najprzyjemniejsze - czyli nadanie meblowi nowej szaty. I tutaj mamy ogromne pole do popisu, bo właściwie wszystko zależy od naszej wizji - tłumaczy dekoratorka. Malwina jest samoukiem, swoją metodę stylizacji i swój przepis na farbę uzyskała dzięki próbom i błędom. Shabby chic polega na malowaniu kilkoma warstwami farb, w taki sposób, aby te ze spodu były widoczne i sprawiały wrażenie starej, łuszczącej się powierzchni. - Najłatwiejszym i najtańszym sposobem na uzyskanie takiego efektu jest położenie wosku na każdą nałożoną warstwę farby w miejscach, które chcemy postarzać - tłumaczy. Postarzanie jest jedną z technik i metod, ale shabby chic to także tworzenie dekoracji od podstaw oraz wstawianie do domu sprzętów autentycznie starych, o ile zachowały tę swoją pastelową kolorystykę i ślady przeszłości. - Nie unikniemy nowych rzeczy, np. telewizora czy kina domowego. W końcu żyjemy w XXI wieku i ma być wygodnie. Musimy łączyć nowoczesność ze starym stylem. Za nic na świecie nie zrobiłabym w stylu shabby dwustuletniego intarsjowanego kredensu. Nigdy tak zabytkowego mebla nie potraktowałabym farbami. Są granice - zaręcza Malwina. CIENKA CZERWONA LINIA W tym stylu bardzo łatwo zahaczyć o kicz. Diabeł tkwi w szczegółach. Drobiazgi, dekory, koronki, hafty, pastelowe barwy, odcienie różu… Tu jest cienka linia między kiczem a sztuką shabby chic. Chyba że kicz jest zamierzony. - Dobrze wiem, że w tej dziedzinie bardzo łatwo przedobrzyć. Dekorować trzeba z wyczuciem. Ale chyba w każdym stylu łatwo o kicz, prawda? - zastanawia się Malwina. Mąż nie protestuje, chociaż jest to bardzo kobiecy styl. - Bartas to typowy facet, średnio go interesuje, jaki powieszę obrazek na ścianie. Ma jednak wyczucie smaku i nieraz proszę go o radę. Naszym domem zachwyca się głównie płeć piękna. Kumplom mniej się podoba, często żartują: „Kwiatkowska, u ciebie jest jak u mojej babci”. Podchodzę do tego z przymrużeniem oka. Nie zastanawiam się, czy się to komuś będzie podobało. Każdy ma swoją definicję piękna - podsumowuje Malwina.CP  napisz do autora j.oleksy@expressmedia.pl


26215T4JBA

6 osób zrzuciło łącznie 145 kilogramów, w Bitwie na kilogramy Naturhouse Toruń 2015.

Umów się na konsultację Już dziś umów się na bezpłatną konsultację z dietetykiem Naturhouse. Podczas spotkania zważysz się, zmierzysz, sprawdzisz również zawartość tkanki tłuszczowej i wody metabolicznej w swoim organizmie. Ekspert przeprowadzi z Tobą wywiad dietetyczny, aby móc ustalić przyczynę problemów z wagą i zaproponować odpowiednią kurację - by cały proces zachodził w zdrowy i racjonalny sposób. Koszty kuracji zaczynają się już od 80 złotych. Pomożemy Ci spełnić marzenia o szczupłej sylwetce!

Zapraszamy do naszych salonów: Bydgoszcz, Dworcowa 84 tel. 52 322 38 22, Gdańska 98 tel. 52 389 11 55, Toruń, Rynek Nowomiejski 22 tel. 56 622 55 25, Tadeusza Kościuszki 16a tel. 696 380 370

738015TRTHA

Spektakularne efekty diety. Beata, Jarek i Monika stanowili drużynę Naturhouse z ulicy Kościuszki 16a. W ekipie z Rynku Nowomiejskiego 22 znaleźli się Beata Czesława, Maciej i Ilona. Drużyny były do siebie bardzo podobne i startowały ze zbliżonego pułapu. Jak się czują w nowej rzeczywistości? Opowiada Beata Czesława (20,2 kg mniej): „Super, jestem bardzo zadowolona. Czuję się lżej. Ciężko mi było wcześniej pomyśleć o tym, że ja mogę schudnąć tak szybko, że ta waga zacznie schodzić w dół.” Ilona (16,9 kg mniej) i Maciej (36,3 kg mniej) są małżeństwem, czy to im przeszkadzało w odchudzaniu? „Bardzo pomagało. Jak chciałam coś zjeść, nawet takiego co jest w diecie, ale troszeczkę więcej lub jakąś tłustszą rybę, to mąż mówił: nie, nie.” - wspomina Ilona. „Trzeba było się trzymać. Nie można było sobie folgować, bo od małych rzeczy się zaczyna, a później popuszcza się na maxa.” - dodaje Maciej. A jak ze zmianami czuje się Beata z Kościuszki (22,1 kg mniej)? - „Rewelacyjnie! Przestało mnie wszystko boleć. Nie bolą mnie stopy, nie bolą mnie kości. Po prostu za-

stanawiam się czy jeszcze żyje, bo podobno jak nic nie boli to już człowiek nie żyje. Wszystko jest super, mam bardzo dużo powera, bardzo dobrze sypiam, rewelacja!”. Jak swoje osiągi ocenił Jarek (36,6 kg mniej)? - „Początek kuracji jest zwykle bardziej spektakularny, później jest trochę wolniej. Wiedziałem, że tak będzie, w związku z tym robiłem swoje.” „Miałam problem z pilnowaniem godzin posiłków. Mam taką pracę, że nieregularnie jadłam. Teraz wstaję, 7 rano - śniadanie, później tych godzin faktycznie pilnuję i jest dużo łatwiej, nie odczuwam głodu. Mąż powiedział że moja dieta jest nawet smaczna, więc nie ma oporów aby jeść to samo co ja” - dodaje Monika (13,2 kg mniej).

1274015BDBHA

6-ciu śmiałków, podzielonych na dwie drużyny stanęło do walki o zdrowie, smukłą sylwetkę i lepsze samopoczucie. Przed nimi były dziesiątki kilogramów do zgubienia.


Prawdziwe

WRAZ Z TORUŃSKIMI ZAKŁADAMI MATERIAŁÓW OPATRUNKOWYCH SA I MARKĄ BELLA, ROZSTRZYGNĘLIŚMY KONKURS FOTOGRAFICZNY „JESIENIĄ MOŻESZ BYĆ BELLA!”

emocje

w kadrze Co to znaczy „być Bella?” Doskonale wiedzą to uczestniczki konkursu fotograficznego Toruńskich Zakładów Materiałów Opatrunkowych S.A. i marki Bella. Przesłały do nas mnóstwo zgłoszeń ze zdjęciami wyjątkowych, jesiennych stylizacji. Wraz z organizatorem konkursu wybraliśmy najlepsze! Ich autorki otrzymają nagrody ufundowane przez TZMO SA

I MIEJSCE II MIEJSCE

BYŁO O CO WALCZYĆ! I MIEJSCE

weekendowy wyjazd do SPA dla dwóch osób oraz voucher na zakupy w centrum handlowym, o wartości 500 zł > DOROTA GOŁĘBIEWSKA

II MIEJSCE

kolacja dla dwojga oraz voucher na zakupy o wartości 300 zł > KAROLINA BYTNER > PAULINA JODŁOWSKA

III MIEJSCE

voucher na zakupy o wartości 200 zł > JOANNA RAMOTOWSKA > JOANNA ZIÓŁKOWSKA > ANETA WOJCIECHOWSKA

III MIEJSCE DODATKOWO WSZYSTKIE UCZESTNICZKI KONKURSU OTRZYMAJĄ PODARUNKI W POSTACI PRODUKTÓW FUNDATORA NAGRÓD TZMO SA


kobieca perspektywa

Słowa niosą zmiany Zawsze jest nam za ciepło albo za zimno, jesienią zbyt mokro, wiosną alergizująco. Narzekanie mamy we krwi. Inni mają zawsze lepiej. Pamiętajmy, że myślimy słowami. Anglicy mówią „I’m fine” i - proszę mi wierzyć - dzięki temu tak się czują! Z terapeutką Kamillą Daroszewską* rozmawia Justyna Król Jak to jest z tą szklanką? Jest do połowy pusta czy pełna? Ona jest i do połowy pełna, i do połowy pusta jednocześnie. Mamy pół szklanki wody i pół szklanki powietrza. Pytanie, co chcemy z tym dalej zrobić. Możemy skoncentrować się na powietrzu - na owym braku wody lub na wodzie - tym, że jest jej już pół szklanki. A jeszcze przecież można czegoś tam dolać, np. dobrego soku. (śmiech) Można nabrać powietrza i mieć siłę na życie, można też stać, chcieć mieć całą szklankę i się dusić, bo pół to na pewno za mało. To, czy widzimy ją pustą czy pełną, mamy zapisane w genach? Jesteśmy zaprogramowani na pesymizm lub optymizm od urodzenia? Moje doświadczenie mówi, że tak nie jest. Inaczej zmiana byłaby niemożliwa. Bywa, że znajdujemy się dokładnie w tym samym miejscu życia, obiektywnie nic się nie zmienia i tę samą szklankę raz postrzegamy jako pełną, a za moment jako pustą… Kwestia nastawienia. Możemy całe życie siedzieć w takim bujanym fotelu i się bujać - to fantastyczne zajęcie, zajmie świetnie czas, ale nigdzie nas nie zaprowadzi. Możemy też spróbować przesiąść się na inny fotel, by doświadczyć czegoś nowego. Potrzeba nam zmiany myślenia? Mówi się, że jak zmienisz myślenie, to zmienisz swoje życie - nie zgadzam się z tym. Według

36

miasta kobiet

październik 2015

mnie należy zacząć od słów. To one budują nasz świat. Słowa przechodzą w myśli i wtedy zaczynamy czuć się inaczej. Czyli założyć werbalnie różowe okulary i już? Nie wiem, co z tym różem, tu bym się nie upierała, bo kojarzy mi się to raczej z ubarwianiem niż widzeniem realistycznym, ale tak - należy inaczej patrzeć i nazywać to, co widzimy. Nie jest to proste, ale do wyćwiczenia. Od razu nasuwają się zadania typu: patrząc w lustro powtarzaj sobie, że jesteś wartościową osobą, a tak się stanie… Czy to nie śmieszne? Skrajny przykład, ale jeśli to na kogoś działa, to nie ma w tym nic śmiesznego! Każdy potrzebuje czegoś innego, by szklanka zaczęła się napełniać. Często słyszę, jak ktoś mówi: ja tego nie mogę. Nie kwestionuję sfery niemożności, ale pytam wtedy: a co możesz? Warto odpowiedzieć sobie na to pytanie na głos. Wypowiedzieć te swoje możności, choć to na początku jest trudne. Ludzie nie zdają sobie sprawy z wagi słów w ich życiu, a to one są kluczem do zmiany. Trawa u sąsiada zawsze jest bardziej zielona? Jako Polacy mamy nawyk narzekania. W porównaniu z innymi kulturami jest on chyba nie do powtórzenia. Zawsze jest nam za ciepło, albo za zimno, jesienią zbyt mokro, wiosną alergizująco. Narzekanie mamy we krwi. Inni mają zawsze lepiej. Wróćmy do tego, że myślimy

słowami. Anglicy mówią „I’m fine” i - proszę mi wierzyć - dzięki temu tak się czują! My mówimy w najlepszym razie: „jakoś leci” lub „stara bieda”… Tak. Odpowiadając na pytanie: „co słychać?”, rzucamy: „lepiej nie pytaj”, a w efekcie słyszymy: „eee… przesadzasz, ja to dopiero mam przesrane…”. Taka kokieteria Polaków. A to kolejny paradoks, bo tak naprawdę, to my lubimy, gdy inni mają gorzej! Ale żebyśmy chociaż umieli się z tego cieszyć? To by przynajmniej było wzmacniające. Ale gdzie tam! Krytykujemy brytyjskie „I’m fine” jako hipokryzję, a sami równie sztucznie i na siłę narzekamy. A fakty są takie - znów wracając do magii wypowiedzianego słowa - że jedno i drugie się udziela. Lubimy też marudzić grupowo… O tak… Często nawet mamy takie stało grono marud, z którymi łączy nas regularne narzekanie, psioczenie na otaczający świat. Uzależniamy się od takich spotkań, karmimy nimi. To niby nic takiego, ale prawda jest taka, że to wpływa na nas negatywnie. Moja sugestia? Spotykajmy się z osobami, które albo dają nam coś pozytywnego od siebie, albo chociaż nie zabierają nam niczego. Ładujmy się wzajemnie! Czyli grunt, kim się otaczamy? Też! W gronie ludzi, którzy nas motywują, można wszystko. Nagle okazuje się, że można na przykład zorganizować wycieczkę dooko-


kobieca perspektywa ła świata za śmieszne pieniądze. Wzajemne nakręcanie sfery możności jest tym, czego powinniśmy szukać. Skąd wiedzieć, kto tak na nas działa? Tu już przechodzimy typowo w sferę czucia. Gdy ktoś nam daje dobrą energię, to się po prostu czuje. Po spotkaniu z taką osobą jesteśmy w jakimś sensie silniejsi, weseli, spokojni, mamy lepszy humor. Gorzej, gdy otaczamy się wampirami energetycznymi, które sprawiają, że nic nam się nie chce. Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że to nasz wybór. Selekcja jest wskazana.

który jest na wyciągnięcie ręki. Korzyści będą odczuwalne, gwarantuję.

Co jeśli takie wampiry energetyczne otaczają nas w pracy? Zmieńmy pracę. I nie chcę słyszeć, że nie możemy. Możemy. Są jednak i pośrednie rozwiązania, takie, jak rozmowa z szefem na ten temat. Pamiętajmy, że w jego interesie jest to, abyśmy pracowali efektywnie, a taki wampir wysysa z nas moc, więc może na przykład zmiana pokoju lub zmiana biurka?

A terapeuta odczarowuje to nasze malkontenctwo? Ja na starcie zabieram ludziom możliwość wytłumaczenia, że ich życie nie zależy od nich. Zależy.

To kiedy nadchodzi zmiana? Krokiem do zmiany jest uświadomienie sobie tego, co faktycznie dzieje się wokół nas. Do tego najczęściej potrzebny jest drugi człowiek, który spojrzy na sytuację z boku i nam ją opisze, zachowując dystans, obiektywizm. Zasugeruje jakąś małą zmianę lub zwróci uwagę na efekty takowej. Nie musi to być od razu terapeuta, ale może.

I zasypiajmy z marzeniami o wiośnie? A czym właściwie są marzenia? Już samo to słowo zawiera w sobie swoiste niespełnienie. Ogólnie powinniśmy je zamieniać na cele i wyznaczyć drogę ich realizacji. Racjonalizować. Wchodzić w sferę możności z niemożności. Drzewa na zimę zrzucą swoje liście, po to, by wiosną mogły na nowo zakwitnąć. To jest fakt. Tak będzie!CP  napisz do autora j.krol@expressmedia.pl

Czyli mówimy sobie z rana: jest fajnie i pstryk? Taka moc sprawcza słów? To nie stanie się od razu, ale wstając rano, jesiennego dnia, spróbujmy dostrzec nie tylko to, że pada, że jest chłodno czy szaro, ale, że na przykład krajobraz za oknem idealnie nadaje się do zdjęć. Jeśli trzeba to nawet wskoczmy w kałużę jak dziecko, by dostarczyć sobie endorfin. Szukajmy sposobów na siebie! Tylko najpierw trzeba dostrzec potencjał w tej kałuży… Co się dzieje z tą naszą naturalną dziecięcą radością i beztroską? Bywa, że już w dzieciństwie mamy zakaz skakania po kałużach, więc jako dorośli albo nie wiemy jakie to fajne, albo już zapominamy. Kałuża to oczywiście przenośnia. Możemy cieszyć się ze wszystkiego. Smucić się umiemy, więc odwrotnie też powinniśmy umieć.

Boimy się zmian czy ich nie chcemy? Chcemy. Ale spektakularnych. Lubimy sobie za wysoko podnosić poprzeczkę, co powoduje, że zniechęceni siadamy i znowu mówimy „nie mogę”, zakotwiczając się w sferze niemożności. Tymczasem już milimetry wnoszą wiele. Wyznaczajmy sobie małe cele. Nie wmawiajmy sobie: schudnę 10 kg w miesiąc, ale schudnę 1 kg w miesiąc i cieszmy się tym zgubionym kilogramem, osiągniętym sukcesem! Powtórzmy to kolejnego miesiąca, jeśli mamy chęć i zapał.

* Kamilla Daroszewska

Z tego, że mamy dwie ręce i dwie nogi? Kto tak robi? Chociażby z tego. (śmiech) Powód zawsze się znajdzie, tylko nazwijmy go. Doceńmy, że dobrze nam się z kimś rozmawia, że ciastko do kawy było wyjątkowo smaczne, że w sumie dzień pracy był owocny. Mamy taki zwyczaj notowania czego dziś nie zdążyliśmy zrobić. Robienia list rzeczy do załatwienia. A gdyby tak sukcesywnie codziennie wieczorem spisy-

Małe kroczki, duży sukces? Im wyżej mierzymy od razu, tym cel wydaje się mniej osiągalny, oddala się, traci na realności. Spróbujmy sobie uporządkować nie całe życie za jednym razem, a np. torebkę, segregator, kalendarz i cieszmy się tym! Sięgnijmy po efekt,

E

Co kiedy jednak ta aura nie sprzyja optymistycznym myślom… Jest jesień, szaro, buro. Rano nie chce się wstawać z łóżka, bo pada, przed nami paskudny dzień… Jest jesień, słońce przedziera się przez złocące się liście… Pada deszcz, więc wyrosną grzyby! Będzie cudownie! - Tak zaczynajmy dzień - z automatu.

Przekuwamy „muszę” w „mogę” i działamy? Dokładnie.

Lubimy też zwalać winę za swoje niepowodzenia na innych, prawda? Oj, tak, spychologia jest wygodna. Stwierdzenie, że „jest jak jest, bo ten jest taki, a tamten owaki i gdyby nie oni, to wszystko byłoby OK, bo przecież ja jestem w porządku…” to nic innego jak umywanie rąk od odpowiedzialności. Trudniej wziąć w nie swoje życie, ale można.

R

wać sobie właśnie te sprawy, które nam się udało danego dnia załatwić? Czyż to nie byłoby budujące? Często nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, ile sukcesów odnosimy codziennie! Można zacząć notować, za co jesteśmy dziś wdzięczni. Na pewno każdy coś znajdzie.

K

L

Terapeuta, doradca, coach, z wieloletnią praktyką, pomaga w sprawach życiowych, rodzinnych i zawodowych, pracuje z osobami indywidualnymi i parami, także w języku angielskim.

A

M

A

Bartłomiej Żukowski Krystian Labuda Katarzyna Szafrańska-Lejman Dominik Małek Kamila Łaszewska Inga Leszniewska

607 751 110 500 800 952 608 364 772 609 052 209 609 112 321 506 060 443

763215TRTHA

www.sensica.eu

 Psychoterapia  Terapia Uzależnień  Konsultacje psychologiczne  Mamy doświadczenie w pomaganiu


kobieta przedsiębiorcza

Sprzymierzeniec, czyli jak dobrać się do swojej szansy Ostatnio przypomniano mi ważną rzecz - wszystko, czego się uczymy, trzeba wdrożyć. Zatem korzystaj z warsztatów, czytaj, spotykaj się, ucz się, ale przede wszystkim - działaj. Podpowiem ci, od czego zacząć. TEKST: Justyna Niebieszczańska

T

ylko proszę, bez wykrętów, zabierz się do pracy. Jesteś gotowa? Zatem znajdź dla siebie chociaż 20 minut i cichy kąt. Może to być np. łazienka. Weź ze sobą kartkę i coś do pisania. Czasami trudno nam działać, bo jesteśmy same i mamy tyle na głowie… A gdyby był ktoś jeszcze? Ktoś kto dopinguje do działania, z kim po prostu jest raźniej, bezpieczniej. Ktoś z kim można rozpocząć działania od zaraz i doświadczyć efektów w określonym czasie. Taki ktoś istnieje. Jest blisko. To twój sprzymierzeniec. Najwyższy czas, abyś go poznała. Serca dwa i umysły dwa mogą dwa razy szybciej pokonywać trudności. Naprawdę! Wiem, co mówię. Czy myślisz, że sama zorganizowałabym konferencję Charmsy Biznesu dla 100 kobiet, zapraszając je za darmo do hotelu „Słoneczny Młyn” i serwując ekskluzywną dawkę wiedzy od specjalistów, praktyków, niezwykłych osobistości? Mało prawdopodobne. Stało się to rzeczywistością, bo jesteśmy dwie - ja i mój harujący sprzymierzeniec, Joanna Czerska-Thomas. Z pozoru niewinna rozmowa przy kawie w 2011 roku, podczas której Joanna zdradziła mi swój pomysł i zaraziła nim śmiertelnie, zaowocowała Charmsami Biznesu (www.charmsy-biznesu.pl). Była to jedna z najdroższych kaw, jakie piłam w życiu, ale nie mam żadnych wątpliwości, że była warta tych pieniędzy. Jest rok 2015 i razem organizujemy IV Charmsy Biznesu. Ponownie ugościmy 100 kobiet - poznamy się, zainspirujemy, rozpoczniemy działania i będą efekty.

38

miasta kobiet

październik 2015

Skoro nam się udało z budżetem początkowym wartym 2 kawy, to Ty też masz szansę. Zdradzę Ci, jak się dobrać do tej szansy.

1. Wypisz nazwiska maksymalnie trzech osób,

z którymi jest ci po drodze i w biznesie i w życiu. Najlepiej jak będą to osoby, które prowadzą biznes albo uczestniczą w różnych akcjach społecznych (wolontariusze, społecznicy, etc.) lub osoby, których jeszcze nie znasz osobiście, ale podziwiasz i czujesz, że z nim wszystko byłoby możliwe.

Sprzymierzeniec w Public Relations jest bardzo ważną osobą. Jeżeli już wiesz, że nie jesteś samowystarczalna i że szybciej osiąga się cele współpracując z innymi, to zaplanuj dzisiaj z nim swoje spotkanie.CP Napisz do mnie, adres: j.niebieszczanska@gmail. com do końca grudnia 2015 roku o swoim sprzymierzeńcu i sukcesie, a spotka Cię miła niespodzianka.

2. Obmyśl projekt, który możecie razem

zrealizować, np. wspólne spotkanie dla potencjalnych klientów, akcja edukacyjna prowadzona lokalnie, współpraca skierowana na wzajemne promowanie swoich usług i produktów.

3. Zapisz swój cel. Z doświadczenia wiem, że

tu padają różne pomysły, np. zacząć działać, wypromować siebie, zdobyć 500 lajków na Facebooku, sprzedać określoną liczbę produktu do końca 2015 roku. Ty sama wiesz najlepiej, do czego dążysz.

4. Skontaktuj się ze swoim sprzymierzeńcem. Umów się na spotkanie. Porozmawiajcie. Ustalcie, jak możecie razem działać i jakie macie cele. Rozpiszcie krok po kroku działania.

* Justyna Niebieszczańska Specjalistka PR. Od ponad 5 lat pisze blog o komunikacji i PR. Właścicielka Agencji Public Relations BRIDGEHEAD PR. Manager kanadyjskiej firmy SciCan na Polskę i kraje nadbałtyckie. Współorganizatorka Charmsów Biznesu. Zachęca do pobrania darmowego „Przewodnika pisania bloga cz.1 Od czego zacząć?” ze strony www.bridgehead.pl


39315BIBIA

839515BDBHA

w Chojnicach

w Nakle nad Notecią

w Przychodni Medyk ul.Towarowa 2 a tel. 512 239 242 pn. - sb. 8-21

Osiedle B. Chrobrego 16/4 tel. (52) 385 15 36 pn.-nd. 8-21

w Malborku

-III

w Brodnicy ul. Zamkowa 19 tel. (56) 474 02 33 pn.-nd. 8-22

w Koninie

ul. Słowackiego 71/1 tel. (55) 247 62 95 pn.-nd. 8-21

ul. Chopina 9 tel. (63) 243 70 13 pn.-nd. 8-22

w Kwidzynie

-IV

w Koronowie

ul. Korczaka 10b tel. (55) 279 78 43 pn.-sb. 8-20

w Szubinie ul. 3 Maja 23 tel. (52) 371 63 13 pn.-nd. 8-22

w Bydgoszczy

ul. Grunwaldzka 71 tel. (52) 347 84 90 pn.-nd. 8-22

1265915BDBRA

APTEKI ul. Kościuszki 4 tel. (52) 382 28 78 pn.-nd. 8-21

w Warlubiu

-V

w Bydgoszczy

Punkt apteczny Alba STOLNO 112 w Urzędzie Gminy tel. (56) 679 20 43 pn.-pt. 8-16

w Turku

ul. 18-tego Lutego 2 tel. (52) 332 64 86 pn.-pt. 8-18, sob. 8-12

ul. Skłodowskiej-Curie 26 / E.LECLERC tel. (52) 346 06 96 pn.-sb. 8-21, nd. 10-16

w Stolnie

w Chełmnie

ul. Konińska 24 tel. (63) 289 22 49 pn.-nd. 8-22

ul. Dworcowa 18 tel. (56) 686 17 25 pn.-nd. 8-21

-VI

w Bydgoszczy

ul. Pielęgniarska 13 (Stary Fordon) w przychodni „Nad Wisłą” tel. (52) 343 98 28 pn.-nd. 8-22

w Bydgoszczy

ul. Wielorybia 109 tel. (52) 349 05 06 pn.-nd. 8-22

Apteki CAŁODOBOWE Apteka „Pod Orłem”

-bis w Bydgoszczy

w Bydgoszczy

w Inowrocławiu

ul. Skłodowskiej-Curie 1 tel. (52) 346 01 11, 346 12 93

ul. Gdańska 140 tel. (52) 345 57 57

ul. Dworcowa 33 tel. (52) 318 39 99

z gr. w Świeciu nad Wisłą ul. Księcia Grzymisława 4 tel. (52) 33 111 80

w Grudziądzu

we Włocławku

ul. Legionów 37 tel. (56) 46 334 99, 517 108 182

ul. Wiejska 18a/4 tel. (54) 236 63 65

I N F O R M U J E MY, I Ż Z AWA RL I Ś MY A K T UAL N E U M O W Y Z N F Z


755715TRTHA

Miasta Kobiet październik 2015  
Miasta Kobiet październik 2015  
Advertisement