Page 1

12 / 2012

UEG BOBULA AMIRIAN LOVE AESTHETICS BYDLOVSKA BIELSKA ADAMSKI & DROBISZ


Redaktor naczelna Magdalena Nowosadzka magda@melbamagazine.com Fotoedytor Nina Sawińska nina@melbamagazine.com Dyrektor artystyczny Piotr Matejkowski piotr@melbamagazine.com Redaktor prowadzący Łukasz Nowosadzki Autorzy Anna Bloda Marta Dyba Magda Kornatowska Aleksandra Krześniak Joanna Kuźmienko Gościnnie Ewa Kosz Fotografowie Anna Bruślik Gościnnie Kasia Bielska

Oll Bydlovska Iga Drobisz Greg Adamski Małgorzata Nowak Ilustratorzy Justyna Bertrand Gościnnie Emma Dajska Steve Kim Ulla Saar Manager ds. komunikacji Łukasz Nowosadzki lukasz@melbamagazine.com Manager ds. reklamy Malwina Żurek malwina@melbamagazine.com Webmaster Sebastian Siennicki Projekt graficzny Piotr Matejkowski Magdalena Nowosadzka

www.melbamagazine.com

Melba is self-published and composed with OTAMA.EP font by Tim Donaldson & Helvetica Neue LT Pro by Linotype Design Studio and Max Miedinger & Futura Std by Paul Renner


Widocznie świat chciał bym pisząc wstęp do pierwszego numeru Melba Magazine, którego tematem przewodnim jest Fragile, była na tyle chora by móc tę delikatność odczuwać podwójnie. Nie będę Was jednak zanudzać własnymi przemyśleniami na temat kruchości ludzkiego ciała, tylko pozwolę zanurzyć się w świat jej melbowej wizji. W pierwszym oficjalnym numerze Melby możecie zobaczyć sesje Kasi Bielskiej, Igi Drobisz i Grega Adam-

W dziale Fashion People możecie przeczytać wywiad z Kari Amirian, która nam dla odmiany opowiedziała nie o swojej muzyce, a o podejściu do mody. Na kilka pytań odpowiedziała również Ivania z bloga Love Aesthetics oraz twórca najbardziej kruchej polskiej marki modowej UEG. Dla spragnionych muzycznych wrażeń przygotowaliśmy materiał o Beach House, a dla tych, którzy lubią zaglądać do cudzych mieszkań wycieczkę po pięknym, minimalistycznym, katowickim apartamencie.

Fragile fotografia: Oll Bydlovska modelka: Eliza Kukawska / Hook

skiego, Małgorzaty Nowak oraz Oll Bydlovskiej. Choć każdy z fotografów przygotowywał edytorial zgodnie z tematem przewodnim numeru, jego interpretacje są bardzo różne. W numerze znalazły się również zdjęcia Kasi Bobuli, która zajmuje się głównie dokumentowaniem kulisów wielkich pokazów mody oraz prace Maćka Fragglesa Jakóbczyka.

Pozostaje mi tylko zaprosić do zapoznania się z zawartością Melby i życzyć świątecznie, żebyście pielęgnowali w sobie delikatność.

MAGDALENA NOWOSADZKA redaktor naczelna

Wszystkie teksty oraz obrazy opublikowane na łamach Melba Magazine są wyłączną własnością poszczególnych autorów (fotografów, ilustratorów i współpracowników) i  podlegają ochronie praw autorskich. / Żadne zdjęcie i żaden tekst nie może być reprodukowany, edytowany, kopiowany lub dystrybuowany bez pisemnej zgody jego prawnego właściciela. / Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie (cyfrowej lub mechanicznej), drukowana, edytowana lub dystrybuowana bez uprzedniej pisemnej zgody wydawców. / Wszystkie prawa zastrzeżone.

PAGE 3 / melba


Fashion in WNETRZE 9 / MUZYKA 16 / FILM 18

Bydlovska MARIONETTE 22

Moda UEG 31 / EWA KOSZ 38 / CHLOÉ 40

Bielska A DANGEROUS METHOD 42

Fotografia BOBULA 51 / ANNA BLODA 58 / ŁUKASZ NOWOSADZKI 68 / MACIEK FRAGGLES JAKÓBCZYK 70

Drobisz & Adamski OBSCURE 60

Nowak THE WAY SHE FEELS 74

Fashion people AMIRIAN 83 / LOVE AESTHETICS 86 / STREET FASHION 90

Inspiracje 94


ilustracje: Steve Kim // stevekim.com

fragile From Latin fragilis, formed on frag-, the root of frangere (“to break�). Cognate with frail, fraction, fracture. Easily broken or destroyed, and thus often of subtle or intricate structure. en.wikipedia.org PAGE 7 / melba


Fashion in WNETRZE / MICHAŁ KAWECKI MUZYKA / BEACH HOUSE FILM / SINGLE MAN


wnętrze Studia to prawdopodobnie ten okres w życiu, który po raz pierwszy naprawdę uświadamia tymczasowość i  niestałość losu – jeszcze nic nie jest ustalone, wszystko może się zmienić. Niepewność ta może dotyczyć ogólnej przyszłości, ale też kwestii bardzo przyziemnych. Zwłaszcza, jeśli nauka ma się odbywać w  nowym mieście, co wiąże się nieodłącznie z mozolnymi, wielodniowymi poszukiwaniami mieszkania lub pokoju na wynajem. Przed tym niewdzięcznym zadaniem stanął także Michał Kawecki, kiedy został przyjęty na Realizację Obrazu na Wydziale Radia i Telewizji UŚ (wcześniej zrobił dyplom z fotografii w Katedrze Filmu Animowanego, Fotografii i Mediów Cyfrowych na Wydziale Grafiki ASP w  Krakowie) i  postanowił zamieszkać w  Katowicach. Razem z  kolegą śledzili ogłoszenia w  prasie i  w  internecie, szukając dachu nad głową, ale idealne rozwiązanie niespodziewanie pojawiło się samo. Podczas spa-

MICHAŁ KAWECKI ceru zauważyli ofertę wynajmu wiszącą na drzwiach ozdobnej, eklektycznej kamienicy w samym centrum miasta. Na początku mieszkali tylko we dwóch. Potem liczba współlokatorów stopniowo się rozrosła i obecnie pokoje zajmuje pięć osób. Wszyscy znają się z jednego wydziału, nie są więc zupełnie obcy, mają podobne sprawy i  problemy. Ich wspólną przestrzeń stanowi przede wszystkim kuchnia, gdzie spotykają się podczas posiłków albo po prostu przesiadują rozmawiając przy papierosie i piwie. Ale tak naprawdę bardzo rzadko zdarza się, żebyśmy spotkali się wszyscy razem w jednym miejscu, w jednym czasie. Większość z  nas dodatkowo pracuje, musimy wyjeżdżać do innych miast. Mijamy się. Każdy jest zawsze gdzieś indziej – przyznaje Michał. Mieszkanie nie stoi jednak opustoszałe, ponieważ dogodna lokalizacja oraz na-

PAGE 9 / melba


strój wnętrza przyciąga wielu gości. Nigdy nie wiadomo, kogo zastanie się w domu, więc po otwarciu drzwi wejściowych można zgadywać, czyj głos dobiega z głębi kuchni. Pod wieloma względami takiego bytowania nie można jednak nazwać typową studencką komuną. Nie mamy dyżurów w zmywaniu czy sprzątaniu, szanujemy swoją prywatność, nie czujemy przymusu robienia wszystkiego razem. Raczej nie wchodzimy sobie w  drogę, ale też nie unikamy się. Bardziej niż kolektywnym organizmem, jesteśmy zbiorem indywidualnych jednostek – mówi Michał. Z  każdym kolejno wprowadzającym się domownikiem pojawiała się nowa energia, zmieniało się coś w atmosferze, w sieci relacji. Powstała pewna subtelna, ledwie uchwytna konstrukcja, która nieustannie podlega szeregom przekształceń i naruszeń. Wszystko to ma miejsce w  zupełnej bieli. O  takim

wystroju wnętrza zdecydowała pierwsza wizyta nowych najemców w mieszkaniu na czwartym piętrze. Lokal był prawie w  stanie surowym. Nie zastaliśmy w  nim nic, oprócz białych ścian i  drewnianych podłóg. Ale właśnie ta pustka spodobała się nam najbardziej i  postanowiliśmy jeszcze pogłębić zastane warunki – opowiada Michał. Przedpokój przechodzący w korytarz w kształcie odwróconej litery J, a także wszystkie odchodzące od niego promieniście pomieszczenia i  kuchnia zostały w  całości (łącznie z  podłogami) pomalowane na biało. Naturalną barwę i fakturę drewna zachowano jedynie na drzwiach i  okalających je ościeżach. W  pokojach znajdują się tylko najbardziej potrzebne sprzęty: łóżko/materac, stół, krzesła, szafa. Ponieważ Michałowi zależało, żeby móc się szybko wprowadzić, ale jednocześnie, by niepotrzebnie nie zwiększać wydatków, część mebli przewiózł z  poprzedniego mieszkania. Resz-


ta została znaleziona na śmietnikach lub ukradkiem wyniesiona z różnych miejsc. W  ten sposób nowy dom odnalazły dwie metalowe szafki: jedna z mnóstwem szuflad, druga z  drzwiczkami zamykanymi na kluczyki oraz tablice z budowy. Te ostatnie stanowią jedne z nielicznych akcentów kolorystycznych, przełamujących antyseptyczność i  nieskazitelność białej przestrzeni. Inny ciekawy element wyposażenia to lampy stworzone naprędce ze statywów używanych w filmie i folii korekcyjnych. Zdajemy sobie sprawę, że wspólne mieszkanie to tylko tymczasowe rozwiązanie. Zwłaszcza, że w  dzisiejszych czasach wszystko jest niepewne i  ciężko znaleźć coś stałego. Nie ma sensu kupować drogich, ciężkich mebli, bo za chwilę będę się znowu gdzieś przenosić. Lepiej wykorzystać to, co się ma. Tym bardziej, że lampy przydają się nam też do pracy.

O kolejnej przeprowadzce Michał nie myśli ze smutkiem. Jedyne, czego można być pewnym, to zmian. Tak po prostu jest. – mówi. Podobną kwestię poruszał zresztą jego parokrotnie nagradzany dyplom Wymazywanie seria zdjęć obiektów przemysłowych, wywołanych na blachach, z których wizerunek stopniowo schodził i  zanikał. Każde nowe mieszkanie to szansa na odnalezienie swojego miejsca, a ja bardzo liczę, że w  końcu odnajdę moje. Oczywiście meble zabieram ze sobą! Joanna Kuźmienko

PAGE 11 / melba


fotografie:Michał Kawecki PAGE 14 / the Fragile issue


Co tutaj robisz? Siedzę i staram się poprawić swój wizerunek przed Panią i samym sobą. Opisz swój styl. Zawsze i wszędzie kolorowy. Kto jest twoją ikoną stylu/ kto cię inspiruje? Ikona: Prince – super facet i  twórca niesamowitego stylu. Jeśli chodzi o  inspiracje, to obecnie: Edward Hopper, Vilhelm Hammershøi i Roy Andersson. Twoje ulubione miejsce na zakupy. Miejscowe second handy, Zara, targi staroci oraz miejscowe sklepy ze starociami. Ostatni zakup, z którego jesteś najbardziej dumny. Kilo pomarańczy za 1,50 zł. Co najbardziej cenisz w swojej pracy? Wolność, kreatywność oraz kontakt z  twórczymi ludźmi. Pięć rzeczy, bez których nie możesz żyć. iPhone, auto, aparat/kamera, automatyczna ��� wyciskarka do soków, angielskie poczucie humoru. Gdybyś mógł mieszkać gdziekolwiek na świecie, gdzie by to było? Albo Rumunia, albo Polska Jaką rzecz w swoim mieszkaniu lubisz najbardziej? Białą metalową szafę z  szufladami – jest jak wyspa skarbów. Ciągle coś w niej chowam i za każdym razem muszę szukać, co gdzie leży, przeglądając po kolei wszystkie szufladki od nowa. Kiedy jesteś w domu sam… …zdecydowanie odpoczywam od wszystkiego. Ostatnio bywam w  nim rzadko, więc jak już uda mi się do niego wrócić, nie robię nic, co byłoby związane z pracą.

Gdzie można cię najczęściej spotkać? Kraków, Warszawa, Katowice to mój trójkąt bermudzki, a do tego rzadziej, aczkolwiek często, Łódź. A jeśli chodzi o konkretne miejsca: w Warszawie głównie Mokotów – sklep z  używaną odzieżą na Narbutta, park, w którym karmię kaczki i dwie super lodziarnie; w  Katowicach Coffeeheaven na Stawowej i  (w  niedzielę) ryneczek ze starociami przy Mickiewicza; w  Krakowie głównie ulica Karmelicka – kawiarnia Czarodziej (mają super kremówki za 4,90 zł) i Trattoria Mamma Mia; w Łodzi sklep z używaną odzieżą na Żeromskiego (dostawy w  każdą środę); w  całej Polsce – Lidl, Biedronka, Zara (wchodzę w wolnej chwili lub na przeceny). Jakiego trendu w modzie chciałbyś się pozbyć? Żadnego. Lubię wszystkie trendy w  modzie, niezależnie czy przypadają mi do gustu, czy nie. Nie można się niczego pozbywać. Wielość i  różnorodność jest inspirująca. Jaka jest najlepsza rada, którą kiedykolwiek dostałeś? Jedyne, co w życiu pewne, to zmiany. Twój ulubiony smak/zapach. Ulubiony zapach: świeżo starty cynamon. Smak: lody miętowe. Piosenka, która zawsze poprawia Ci humor. Mark Ronson & Boy George Somebody To Love Me. No, i jeszcze Aloe Blacc I Need A Dollar. Chciałbym jeszcze… …móc chodzić boso po chmurach. Podobno to niemożliwe, ale ja chętnie spróbuję. rozmawiała: Joanna Kuźmienko

Jakie jest twoje największe osiągnięcie? Chyba jeszcze nie nadeszło/ nie zostało osiągnięte. Czyli nadal czekam.

PAGE 15 / melba


fotografia: Lane Coder

Monotonia, nuda, wtórność, dłużyzna – te właśnie epitety często towarzyszą próbom scharakteryzowania francusko-amerykańskiego duetu Beach House oraz wielu recenzjom ich albumów. Konfrontując własne odczucia i odbiór twórczości zespołu ze wspomnianymi opiniami, zauważyłam jednak sporą niezgodność. Kontrowersja jest chyba ostatnią rzeczą, jakiej spodziewałabym się w przypadku Victorii Legrand i Alexa Scally’ego. A jednak.

Beach House stanowi obecnie czołówkę przedstawicieli dream popu. W tym roku wydali już czwarty album i to w słynnej wytwórni Sub Pop. Mająca nietypowy, intrygujący wokal Victoria wraz z  gitarzystą Alexem już od ośmiu lat prezentują muzykę i charakterystyczny styl. Charakterystyczny? Owszem, nagrali cztery płyty, ale prawie takie same, a  wśród poszczególnych utworów na próżno szukać hitu – czytając już kolejPAGE 16 / the Fragile issue


muzyka ną tego typu opinię, naszło mnie pytanie, co powoduje taki właśnie odbiór. Czyżby obecnie odbiorca zaliczający się do grona słuchaczy szeroko pojętej muzyki alternatywnej, stał się po prostu wybrednym konsumentem, a postawa krytyczna okazała się bardziej pożądana, lepiej postrzegana i  zwyczajnie wygodniejsza, niż faktyczna chęć zrozumienia artysty i jego przekazu? Muzyka Beach House zdecydowanie nie należy do takiej, która swym komunikatem uderzy nas w twarz i zmusi do słuchania. Wręcz odwrotnie, nienachalnie pobrzmiewa i  splata się w  delikatną sieć przekazu. Jest to muzyka niuansów. To, co tak często postrzegane jest jako monotonia, dla mnie zawsze stanowiło dość precyzyjnie ułożone trybiki, gdzie zmiana choćby jednego szczegółu, wpływa na zmianę całego brzmienia i  tym samym znaczenia. Kombinacja tych wszystkich drobnostek, ubrana w  dźwięki tworzące magiczną atmosferę, daje niezwykły efekt. Śledząc rozwój duetu od debiutu począwszy, na ostatniej płycie skończywszy, widać jak te zmiany przebiegały. Na początku, dość surowo brzmiące, Beach House oraz Devotion, doprowadziły ich do, według mnie przełomowego Teen Dream. Obecnie mamy okazję słuchać Bloom, gdzie wyostrzone zostały elementy klarujące się już na Teen Dream i  teraz w  pełni rozkwitły okraszone dodatkiem shoegaze’u. Tytuł (bloom – rozkwit) nie pozostawia tu wątpliwości. Z  całością muzycznej kreacji współgra również wizerunek i styl Alexa i Victorii. Elementy vintage łączą z projektami Alexandra Wanga, Samanthy Pleet, czy Opening Ceremony. Wszystko z  duszą. Oczywiście nie ma co szukać tu krzykliwości. Podczas swoich

BEACH HOUSE koncertów nigdy nie dominują stylizacjami. Wpisani są niejako w scenografię, spełniając swoją rolę, którą jest przede wszystkim tworzenie wyjątkowej, ulotnej atmosfery. Tak więc, jak widać, wiele opiera się właśnie na aurze i  na tym, czy jesteśmy na takie bodźce podatni, czy też nie. Muzyka ta nie jest oczywista, do odbioru potrzebna jest również emocja ze strony słuchacza. Może właśnie słuchacz i  jego oczekiwania są kluczem do zrozumienia przytoczonych przeze mnie na początku zarzutów. Muzyka Beach House to po prostu muzyka dla wrażliwców. Dla tych, którzy dostrzegają wszelkie drobnostki, którzy zwracają uwagę na emocje własne i innych, którzy lubią się zatrzymać i pogrążyć we własnej refleksji. Czas nie stanowi dla nich ograniczenia, a te wszystkie dłużyzny są dla nich rewelacyjnym soundtrackiem, prowadzącym ich myśli na coraz to nowsze tory. Czemu by nie być przez chwilę takim wrażliwcem? Za sprawą Beach House sprawa staje się dużo łatwiejsza. Za oknem zima, wieczory długie i mroźne. To może być bardzo dobry moment, żeby spróbować.

WARTO SPRAWDZIC Albumy: Beach House (2006, Carpark) Devotion (2008, Carpark) Teen Dream (2010, Sub Pop) Bloom (2012, Sub Pop)

Magda Kornatowska PAGE 17 / melba


SINGLE MAN

film

Zdaniem Baumana nie ma nowatorstwa, gdy brak kanonu. „Nie ma herezji, gdy brak ortodoksji” – co według autora ma tłumaczyć niemożliwość awangardy w nowoczesnej sztuce. Jeśli za przykład owej sztuki kinematograficznej przyjmiemy „Samotnego mężczyznę” Toma Forda, to okazuje się, że podział ten nie jest oczywisty. Bo właściwie to, które filmy tworzą kanon?

Bo teoretycznie kino o śmierci, samotności i miłości mówiło już tyle razy i na tyle sposobów, że chyba już bardziej nowatorsko się nie da. Da się. I  bynajmniej nie jest to nowatorstwo krzykliwe, szokujące. Siła Forda bierze się z jego minimalizmu. Może o to właśnie chodzi i właśnie tego w kinie brakowało – swoistego powrotu do podstaw, filmu wielkiego prostą historią? I przez to tak dobrego. Co to znaczy, że sztuka jest dobra? Pewna mądra kobieta powiedziała niedawno, że sztuka jest dobra, jeśli ją wzrusza. Jeśli nie potrafi jej opowiedzieć, zracjonalizować, łatwo ubrać w słowa. Emocja, która się pojawia i która jej towarzyszy jest na tyle silna, że na moment kasuje krytyczny odbiór i erudycję. Wywiera na tobie jakieś wrażenie, jakoś się zachowujesz, ale nie wiesz, dlaczego. Dobra sztuka właśnie na tym polega, że się nie wie. Chociaż Samotny mężczyzna jest reżyserskim debiutem Forda, nie da się nie zauważyć, że ze światem sztuki związany był od dawna. Karierę jako projektant, a  później dyrektor kreatywny zaczął w  1990 roku, pracując dla domu mody Gucci, a  następnie Yves Saint Laurent; obecnie tworzy pod własnym szyldem. Długie, bardzo plastyczne kadry, duże przywiązanie do kwestii estetyki. Świat głównego bohatera, George’a  Falconera (Colin Firth), który notabene sam w  sobie stanowi zwieńczenie platoń-

PAGE 18 / the Fragile issue

skiej triady, jest pełen eleganckich, wysmakowanych rzeczy (garniturów, koszul, butów, domów, samochodów, alkoholi) i pięknych ludzi (Charley, Kenny, Carlos). Widać, że podstawowym środkiem przekazu dla Forda pozostał obraz, który dominuje nad resztą, a już na pewno nad słowem: niewiele tekstu, bohaterowie rozmawiają ze sobą, ale nie słychać ich głosów. Abstrahując od tego: film jest synestezyjny – George opisuje psa kategorią zapachu ( pachnie, jak bułka maślana) – jednak nacisk położony został na te mniej oczywiste w  odbiorze filmu zmysły. Dla ludzi wychowywanych w  kulturze wizualnej, ruchomej i migotliwej, spojrzenie na obraz z innej perspektywy powinno wydawać się interesujące. Symboli w filmie jest mnóstwo: wypisanie wszystkich graniczy nie tylko z cudem, ale także odbiera zabawę potencjalnym widzom, którzy być może Samotnego mężczyznę kiedyś obejrzą. To, co zwróciło moją uwagę, to częste zbliżenia na oczy i  usta (pożądanie?), skupianie się na detalach, a  nie na całości obrazu. Dalej, pocałunek Jima jest czymś pokroju pocałunku śmierci – z  jednej strony oczekiwany, z  drugiej odbierający życie. Czerwony księżyc mógł być pewnego rodzaju zapowiedzią tego, co miało nastąpić za chwilę. George w drodze na uniwersytet jako jedyny idzie pod prąd. Ubranie Kenny’ego i Lois – on na biało, ona na czarno. Różnie można różne rzeczy łączyć, tłumaczyć. Wszystko się jakoś nazywa, trzeba sobie wybrać.


A Single Man / materiały prasowe

Trudno byłoby opisać ten film jednym słowem, ale zaryzykuję. I pewnie nie będzie to zaskoczeniem, gdy powiem: fragile. Ze względu na postać głównego bohatera, na jego psychikę, na relacje między ludźmi, na muzykę, na kadry. Jak już pisałam, obraz dominuje nad słowem, ale nie nad dźwiękiem. Muzyka Abla Korzeniowskiego (polskiego muzyka, kompozytora filmowego i  teatralnego) bardzo słusznie nominowana do Złotego Globu, uzupełnia historię, jest spoiwem filmu. Tu nie potrzeba tekstu, bo wystarczającym tekstem są tytuły piosenek: v, Stillness of the Mind, A Variation on Scotty Tails Madeline, And Just Like That, Carlos i wiele innych. Warto zwrócić uwagę na rolę ubrania w filmie, która znacznie wykracza poza zwykłą funkcjonalność. To jakby część składowa osobowości Georga, przedłużenie tego, kim jest lub kim staje się codziennie rano (tło dla sceny, w  której Falconer się ubiera stanowi piosenka Becoming George).

Przez głowę przelatuje mi jeszcze mnóstwo myśli związanych z tym filmem. Tyle, że w  większości nie potrafię ich zwerbalizować. Samotny mężczyzna ma pewnie jakieś wady i niedociągnięcia, ale nie jestem w  stanie ich nazwać, więc o  nich nie napiszę. Nie wiem. A skoro nie wiem, to jest to dobra sztuka.

Aleksandra Krześniak

PAGE 19 / melba


Single Man / materiały prasowe

Single Man

naszyjnik ALE torba Raramodo

buty Aga Prus

kolczyki Secret Life sukienka Collet

Wszystkie rzeczy dostępne na www.shwrm.pl PAGE 20 / the Fragile issue


ilustracja: Ulla Saar


sukienka: IMA MAD


bluzka: IMA MAD make-up: Agata Pustoła modelka: Eliza Kukawska / Hook

Marionette OLL BYDLOVSKA

PAGE 23 / melba


sukienka: Pat Guzik


bluzka: IMA MAD PAGE 25 / melba


sukienka: Pat Guzik PAGE 26 / the Fragile issue


sukienka: vintage


ilustracje: Emma Dajska // cargocollective.com/emmadajska


Moda UEG EWA KOSZ CHLOÉ


projektant

UEG


„Przemijanie” – to słowo klucz gdy chcesz zrozumieć ideę tej marki. Biel i materia inspirowana papierem to znaki rozpoznawcze. Projekt, który przeciwstawiał się konsumpcyjnemu podejściu do mody, zyskał masowego odbiorcę. Rzesze fanów zaintrygowało coś więcej niż znakomity krój. Moda to sztuka i tak do niej podeszli. Manifest widniejący na stronie wykłada wszystko czarno na białym. Jak to możliwe, że w świecie gdzie neguje się starzenie marka krzycząca: „zużyj i wyrzuć” odniosła sukces?


UEG to marka, która znacząco różni się od tych, które są już obecne na rynku. Skąd pomysł na stworzenie firmy, której hasłem stanie się zużyj i wyrzuć? Nazwa UEG to skrót od włoskiego usa e getta, co faktycznie oznacza zużyj i  wyrzuć. Nazwa ta jest przewrotna. Odnosi się do obecnie panującego konsumpcjonizmu. Używany przez nas język, symbole, czy sama biel, która z czasem szarzeje i traci na wartości, mają być odbiciem nietrwałej natury otaczających nas produktów. Gdyby dało opisać się projekty kilkoma słowami, jakich by użyto? Mniej znaczy więcej. Czytając wasz manifest nie można nie zapytać, dlaczego akurat biel stała się tym wybranym kolorem? Przecież wszelkie pastele i inne jasne barwy, również zszarzeją, stracą na wartości. Bo biel to nie kolor – to barwa. Kolory mnie nie interesują. Biel jest pierwotna, czysta, dziewicza i nieskazitelna. Biel jest początkiem. Biel jest jak czysta kartka papieru, którą można zapełnić i  nadać jej określoną wartość. Jest dla mnie podłożem do komunikowania idei i  realizowania założeń manifestu, na którym opiera się UEG. Przemijalność bieli, jej stopniowe przeobrażenie się w  szarość jest jednym z  założeń konceptualnych marki. Skąd pomysł na tworzenie rzeczy z natury nietrwałych? Produkty UEG nie są nietrwałe. To co mnie fascynuje to proces starzenia jako taki, a nie skutki tego procesu. Proces starzenia może trwać bardzo długo. Czy nie baliście się, że takie podejście będzie chybione? Nie obawialiście się, że odbiorcy negatywnie zareagują na produkt, o  ograniczonej dacie ważności? Projekt UEG powstał jako projekt czysto artystyczny, ideologiczny, nienastawiony na sukces sprzedażowy. To zaangażowanie i  zrozumienie szerokiego grona odbiorców pchnęło go na tory realnego rynku. Najwyraźniej jest dużo osób, które właściwie odczytują nasze idee i nie traktują ich dosłownie. W swej filozofii idziecie nieco pod prąd. W świecie, gdzie coraz bardziej stawia się na indywidualizm Wy krzyczycie: bądź powtarzalny, co tak fascynującego jest w powtarzalności? Różnorodność jest komercyjnym wymaganiem na-

szych czasów – szczerze mówiąc – często nieuzasadnionym i często złudnym. Podobieństwo w  naszym manifeście jest prowokacją i  oczywiście nie ma nic wspólnego z ideologicznym znaczeniem tego słowa. Utopijny pomysł uniformizacji odzwierciedla potrzebę wyciszenia wizualnego chaosu, który nas otacza. Dzisiaj wiele ludzi, chcąc wyróżnić się, krzyczy tak, jakby szept nie był wystarczający. W rzeczywistości, to co nas najbardziej wyróżnia, to sposób w jaki myślimy. Z założenia tworzycie projekty, a nie kolekcje. Skąd taki pomysł? Świat mody opiera się na sezonowości napędzanej założeniami sprzedażowymi. Dla mnie rytmem tworzenia nowej kolekcji jest potrzeba wyrażenia myśli. Tyvek to materiał, który na trwałe kojarzyć się będzie z marką UEG. Z jakiego powodu został on wybrany? Tyvek zainspirował mnie swoją strukturą i  charakterystyką. Wygląda jak papier i jest dla mnie podłożem, na którym mogę zapisać swoje projekty/komunikaty. Ma bardzo interesującą strukturę. Mimo tego, że sam materiał jest trwały, pięknie się starzeje. W miarę użytkowania staje się coraz bardziej miękki, pomarszczony, lekko żółknie. Ten proces przypomina mi starzenie się ludzkiej skóry. Czy w  przyszłych projektach zamierzacie również  nawiązywać do tego rodzaju wydarzeń, co z Romanem Polańskim? Życie pokaże. Z czego czerpiecie inspiracje? Inspiracje czerpię ze wszystkiego, co mnie otacza. Z otaczającej nas rzeczywistości oraz tematów, które mnie nurtują. Marka UEG to nie tylko ubrania, ale tez akcesoria. Wasza linia pokrowców, toreb, etui na iPady odniosła sukces. Myślicie o poszerzeniu asortymentu dodatków? Planujemy szeroko rozbudować naszą linię pokrowców i opakowań, które są częścią projektu LIFESTYLE PACKAGING, inspirowanego światem opakowań. Chcemy tworzyć pokrowce, umożliwiające wizualne uporządkowanie/wygłuszenie przestrzeni wokół nas, która pełna jest nieudolnego designu, braku konsekwencji i poczucia estetyki.

PAGE 33 / melba


Coraz więcej marek poza ubraniami ma w swojej ofercie także dodatki dla domu, czy doczekamy się także tych firmowanych logiem UEG? Póki co, nie planujemy działań w tym kierunku. Kim jest osoba zakładająca ubrania UEG? Do jakiego odbiorcy kierowane są projekty? Nasze działania kierujemy do osób świadomych, ceniących sobie minimalizm i  konceptualne podejście do mody. Klient UEG to człowiek zorientowany na świat kultury, sztuki i designu. Dlatego do prezentacji naszych produktów zapraszamy twórców, artystów, fotografów, kuratorów. Wśród nich są takie nazwiska jak Filip Pągowski, Karol Radziszewski, Michał Woliń-

ski, Tomek Niewiadomski, Szymon Rogiński, Bartek Wieczorek czy Yvan Rodic. Jakie są dalsze plany marki? Czego możemy spodziewać się w nadchodzącym sezonie? Z pewnością można spodziewać się konsekwencji. Rozmawiała: Marta Dyba


Delikatne napięcie Nie napiszę o niczym wielkim. Chcę po prostu więcej i  szybciej. Ale nie jest oczywiście łatwo. Bo tak już w  życiu jest. Nie można się zatrzymać, ale nie można też zbyt szybko dotrzeć do celu. To delikatne napięcie pcha nas do przodu – całkowicie się z tym zgadzam. Trudno to precyzyjnie określić, być może to apetyt na życie, ambicje. Nie wiem, czy każdy tak ma. Chyba tak. Bo w końcu nie stawialibyśmy czoła rano codziennie temu, co nadchodzi.

EWA KOSZ

że zbaczają z toru i mkną do ognia jak ćma. Żeby się sparzyć – to zawsze dobrze działa, otrzeźwiająco. Jak kopniak w tyłek, jak mocny strzał w twarz.

Szkoda tylko, że ta siła, która pcha nas to przodu delikatnie, ale nieustępliwie, nie chroni nas przed pomyłkami. Niby kroczymy wyznaczoną sobie drogą, dążymy do celu, ale wystarczy jeden fałszywy krok i wszystko rozpada się jak domek z  kart. I  później na nowo, żmudna odbudowa, zniechęcenie, złość. I mija nam wkurw na świat, zaczynamy iść do przodu, bo w  końcu coś nas delikatnie naprowadza na właściwy tor.

Oczywiście nie jest tak, że jesteśmy bezwolnymi lalkami. Ktoś tam pociąga za sznurki, a my bezrefleksyjnie wykonujemy ruchy, z  którymi nie mamy tak naprawdę nic wspólnego. Nigdy się nie usprawiedliwiam. Jak coś olewam, to mam tego świadomość. Jak ignoruje znaki ostrzegawcze, które wysyła do mnie moja podświadomość, to robię to świadomie. Wyrzuty sumienia odczuwam także świadomie. Świadomie mieszam się z  błotem, żeby później się z niego jakoś wygrzebać. I – to napięcie, a może bardziej niepokój, który czuję, gdy osiągam nieznośny poziom stagnacji i  zaczynam działać, bo po prostu się boję, że zaprzepaszczę swoje zdolności (jeśli takowe posiadam) i wyląduję w jakiejś beznadziei, zastanawiając się, dlaczego nie poszłam do przodu.

Nie chcę, żeby zabrzmiało to, jakbym się żaliła na swój los. Jestem zadowolona, spełniam się, mam swoje zajawki, plany, postanowienia. Ale też jestem człowiekiem, czasami nie mam po prostu tyle siły, aby iść dalej i odpuszczam na chwilę. Czasami chcę się pogrążyć w  totalnej degrengoladzie, jeść niezdrowe rzeczy, palić, pić, mało spać i mieć wszystko w  tyle. I  chyba nawet tego logicznie nie da się wytłumaczyć. I chyba co poniektóre jednostki tak mają,

Dlatego czasami daję sobie luz, ale tylko na trochę. Bo nie chcę przegapić czegoś ważnego. Może przez to, że nie jestem ciągle na wysokich obrotach, że nie jestem jakimś perpetuum mobile, bardzo pomału idę do przodu. Jeszcze mi daleko do odcinania kuponów, może nigdy mnie to nie spotka. Ale poza momentami słabości, mam plan i go realizuję. Nie na skróty. Bo to nie w  moim stylu. Wolę po swojemu. Powoli. Delikatnie.

PAGE 38 / the Fragile issue


fotografia: Krzysztof Kosz


ilustracja: Justyna Bertrand

CHLOÉ

projektant


Nie wszystko złoto, co się świeci. A na bogate zdobienia i mocne wzory postawiło wiele domów mody: Dolce & Gabbana proponuje feerię misternych, złotych haftów i kolorowych printów na czarnym tle, Prada wyrazisto drukowane garnitury, Lanvin ornamentykę w wydaniu maxi. Vivienne Westwood do barokowego przepychu dodaje tiule i buty na platformie. Balmain rokoko uwspółcześnia, umieszczając je na chłopięcych t-shirtach i topach, łączy ze skórzanymi spodniami. Moda na złoto dociera do coraz większej ilości odbiorców, czego najlepszym przykładem jest kolekcja biżuterii i butów Anny Dello Russo dla H&M. Czy prosty krój i fason ma szansę przebić się przez tak bogatą formę? Najnowsza kolekcja Chloé Spring - Summer 2013 pokazuje, że zdecydowanie ma. Nowy dyrektor kreatywny marki, Clare Waight Keller, brytyjska projektantka, absolwentka Fashion ����� Knitwear������������������������������������������������ at The Royal College of Art i Ravensbourne College of Art, karierę zaczęła w wieku 21 lat u Calvina Kleina. Następnie współpracowała z Ralphem Laurenem i  Tomem Fordem (dla domu mody Gucci), była dyrektorem kreatywnym marki Pringle of Scotland. Dla Chloé projektuje od roku. Dlaczego jej najnowszą kolekcję można nazwać fragile? Dwa powody: kolor i  forma. Większość ubrań utrzymana w  jasnej tonacji – białe, pastelowe, pudrowe barwy nadają naturalności. Dziewczęce fasony (falbanki, plisy, rozkloszowane spódnice i  sukienki) są romantyczne i  trochę niewinne z  jednej strony. Z  drugiej, krótkie topy i  marynarki odsłaniające brzuch kuszą i kokietują, ale daleko im do perwersji, czy prowokacji. Odbiciem, choć w  wersji mocno minimalistycznej, obecnego popytu na złoto mogą być u Clare Waight Keller zdobienia. Cekiny, brokat, prześwity i  koronki grają jednak zdecydowanie drugorzędną rolę w stosunku do prostej formy i  naturalnych kolorów. Uzupełniają całość, a nie tworzą ją. Biżuterii właściwie nie ma. Może więc na ozdoby powinniśmy spojrzeć przez pryzmat butów – prostą, klasyczną budowę rekompensuje kolor. Złoty, srebrny, miedziany. Błyszczący.

Trendem, który od dawna trzyma się mocno, są ubrania typu oversize. A swoją najnowszą kolekcją Clare Waight Keller pokazała, że ma do nich słabość. Ten brak spójności marynarek i  sztywnych topów z  romantycznymi, dziewczęcymi sukienkami może być zarówno zaletą, jak i  wadą. Dla mnie to zaleta. Bo chociaż t-shirt kimono/reglan tak duży, przez co wyglądający na papierowy, wzbudza u mnie uczucia ambiwalentne, to przełamuje monotonię, jest czymś zaskakującym wśród falbanek i plis. Myślę, że kolekcja Spring-Summer 2013 jest w pewnym sensie zwieńczeniem stylu, który prezentuje Clare Waight Keller. Ma być naturalnie, luźno, jakby trochę niedbale i  od niechcenia. Sama projektantka podczas pokazu zaprezentowała się w  bawełnianej, białej koszuli oversize, nonszalancko wpuszczonej w proste, czarne spodnie przed kostkę. Właściwie trudno o brak sukcesu w kolekcjach typu ready-to-wear. Kobiety coraz częściej szukają funkcjonalności, która sama w sobie stanowi bardzo silną zaletę. Może stąd u Clare Waight Keller buty wyłącznie na płaskim obcasie? Może. W  każdym razie projektantka łączy. A  efektem jest kolekcja prosta, współgrająca i  niespójna, gdzie trudno nie znaleźć czegoś dla siebie.

Warto zwrócić uwagę na modelki, łudząco do siebie podobne. Makijaż w stylu nude nadaje kruchości, delikatności. Włosy gładko związane w  kucyk i grzywka – element kojarzący się z dziewczęcością, niewinnością. Aleksandra Krześniak PAGE 41 / melba


A dangerous method

KASIA BIELSKA


PAGE 43 / melba


PAGE 46 / the Fragile issue


PAGE 47 / melba


fotografie: Kasia Bielska stylizacje: Zuza Sowińska make-up: Marcin Szczepaniak modelka: Magdalena W. / Eastern models

PAGE 48 / the Fragile issue


Fotografia KASIA BOBULA ANNA BLODA ŁUKASZ NOWOSADZKI MACIEK FRAGGLES JAKÓBCZYK


wywiad

Jak rozpoczęła się Twoja fotograficzna kariera? Fotografuję od osiemnastego roku życia. Moj pierwszy aparat, Nikon FG-20 podarowała mi mama. Początkowo robiłam zdjęcia tylko dla siebie, do szuflady. To wszystko zmieniło się cztery lata temu, kiedy mój przyjaciel Krzysztof Stróżyna miał swój pierwszy pokaz w Londynie i poprosił mnie, żebym zrobiła kilka zdjęć na backstage’u. Fotografie spodobały się i dzięki temu wkrótce zwróciło się do mnie paru projektantów, a po nich także modowe magazyny. Czym jest dla Ciebie moda, czym jest fotografia? Staram się nie rozróżniać tych dwóch dziedzin. Jestem pasjonatką mody, zwłaszcza tej londyńskiej, ale jeżeli chodzi o robienie zdjęć, to czuję, że bliższy jest mi dokument niż fotografia mody.

KASIA BOBULA

Masz jakąś główną myśl, która towarzyszy Ci podczas fotografowania? Myślę, że najbardziej zależy mi na wydobyciu charakterystycznej cechy u portretowanego. Czasem jest to mały gest, taki jak zamyślone spojrzenie, uśmiech, czy specyficzny układ rąk. Bardzo chciałabym, żeby ludzie na moich zdjęciach byli sobą. W czym tkwi sekret dobrego zdjęcia? W uchwyceniu właściwej chwili. Także w tzw. chemii, którą masz ze swoim modelem. Bo prawda jest taka, ze jeśli nie ma między wami porozumienia, to nawet kiedy masz najlepszy sprzęt i oświetlenie, nie uda ci się zrobić dobrego zdjęcia.

PAGE 51 / melba


Czy w świecie mody jest miejsce dla wrażliwych osób? Jak sobie radzisz ze swoją wrażliwością podczas fotografowania pokazów? Na pewno jest go mało i łatwiej pracuje się tym, którzy mają stalowe nerwy. Zwłaszcza w  miejscu tak chaotycznym jak backstage pokazu mody. To, co mi pomaga to jednak pasja. Za każdym razem kiedy jestem za kulisami, obiecuję sobie, że to już ostatni raz. Jednak później wracam do domu, obrabiam zdjęcia i na nowo zakochuję sie w modzie. To działa trochę jak narkotyk. Próbowałaś kiedyś innych form fotografowania mody np. realizując edytoriale do magazynów? Kiedy nie odbywają się pokazy mody, większość czasu spędzam na robieniu portretów do magazynów modowych i  lifestylowych. W  zeszłym roku zrobiłam też swoją pierwszą modową sesję dla magazynu. Była to pierwsza sesja, przy której sama wybierałam lokalizację, modelkę i  ekipę. Wszystkie zdjęcia zrobiliśmy w  lesie, na Mazurach, niedaleko domu mojej mamy. I  choć miałam przy tym sporą frajdę, muszę przyznać, że było to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie, bo – w odróżnieniu do fotografii reportażowej – robienie edytoriali wymaga bardzo dużo planowania.

PAGE 52 / the Fragile issue

Kto jest Twoim mistrzem fotografii? Kogo podziwiasz najbardziej? Od paru lat moją idolką jest Sally Mann. Uwielbiam sposób, w jaki fotografuje swoich bliskich i  magię, którą potrafi uchwycić w pozornie zwyczajnych chwilach. Bardzo lubię też amerykańskich dokumentalistów, takich jak Bruce Davidson, William Eggleston, czy Mary Ellen Mark. Co najbardziej cenisz w swojej pracy? Możliwość ciągłego poznawania nowych światów i ludzi. Co Cię inspiruje? Sporo rzeczy mnie inspiruje – mgliste miejskie pejzaże, melancholia, polskie klimaty rodem z  filmów Kieślowskiego. Także drobne ludzkie gesty zaklęte w mimice twarzy i dłoniach. Masz jakieś rady dla początkujących fotografów? Róbcie zdjęcia dla siebie i nie przejmujcie się tym, co robią inni. Fotografujcie to, co jest wam bliskie, bo właśnie dzięki temu wasze zdjęcia będą prawdziwe. rozmawiała: Nina Sawińska


KASIA BOBULA Urodzona w Warszawie, od dziesięciu lat mieszka w  Londynie. Po ukończeniu w  2007 roku studiów na wydziale projektowania na Central Saint Martin’s College of Art, poświęciła się modowemu dziennikarstwu, a  potem fotografowaniu kulisów pokazów mody. Jej zdjęcia regularnie ukazują się w  magazynach: The New York Times, AnOther, Elle Collections, czy L’Officiel. Oprócz backstage’ów, zajmuje się także portretem. Fotografowała postaci, takie jak: Paul Smith, Rufus Wainwright, Jean-Paul Gaultier czy Lady Gaga, a  także współpracowała z  markami odzieżowymi: Burberry, Mary Katrantzou i Zara. Niedawno pokazywała swoje zdjęcia na pierwszej solowej wystawie, zorganizowanej w ramach drugiej edycji festiwalu Neo Fashion Jamboree w Bielsku-Białej.

PAGE 57 / melba


pornofakty Wydaje się, że współczesna kultura sięga zenitu, że wszystko już wiemy i wiedzieć więcej nie ma co. Internet drastycznie wkroczył w  naszą codzienność, a  wraz z  nim cała masa destrukcyjnych czynników. Dostaliśmy dodatkowe narzędzia do komunikowania się, lecz paradoksalnie zdolność porozumiewania się osłabła, wywołując odczucie oddzielenia. Staliśmy się niewolnikami wirtualnego świata, jednocześnie wycofując się ze świata rzeczywistego. Codziennie pochłania nas krzykliwa rzeczywistość pop, czyniąc z  nas coś na kształt kastratów duchowych. Technicyzacja oraz liberalny rynek pornograficzny spowodował też, że przyswoiliśmy zdeformowany kodeks moralny. Agresywna komercyjność automatycznie osłabia nas duchowo. Stając się jej częścią, nieraz doznajemy irracjonalnego lęku i wrażenia, ze pochłania nas chaos. Powierzchowność relacji kultywowanych przez facebook i  nie tylko oraz nowy rynek wyzwolonej seksualności sprawiają, że bardzo sprawnie oddzielamy ciało od ducha, a  tym samym pozbawiamy się możliwości najważniejszego doświadczenia w  życiu człowieka – doświadczenia miłości. Przemysł pornograficzny na większą skalę wdarł się do polskiej rzeczywistości w  latach 80. Obrazy zaszokowały rozmachem oraz wybujałą, niekontrolowaną eksplozją seksualizmu. Produkcje made in Germany, z  Teresą Orlowski i  Giną Wild na czele, bez wątpienia pozostawiły na młodych umysłach rodzaj skazy. Niestety dostęp do pornograficznych informacji wizualnych często nie jest właściwie strzeżony, a  młoda, sprytna istota zawsze znajdzie swój tunel, aby zobaczyć to, co zakazane. Media, które

PAGE 58 / the Fragile issue

ANNA BLODA

stały się wielką kurtyzaną, dominują, choćby na witrynach kiosków. Ikonografia porno stała się czymś normalnym, gwałtownie zmieniając obyczajowość dzisiejszego człowieka. Paradoksalnie jednak zamiast uczynić nas silnymi, staliśmy się pokoleniem kruchym. Taki stan rzeczy wpływa naturalnie na sztukę i fotografię. Artyści lubują się w  ciele, zaczął się zatem prawdziwy maraton badania granic oraz przekraczania ich. Prawdziwym przełomem, jeśli chodzi o  fotografię erotyczną okazał się album wydany przez Taschen dla Natashy Merritt w 2000 roku. Oto młoda prawniczka, zakupiwszy pierwszą dostępną na rynku cyfrę, postanowiła zarejestrować na autoportretach współżycie seksualne ze swoim chłopakiem. Album przyjął się znakomicie. Rynek pełen jest nazwisk świetnych fotografów, takich jak: Richard Kern, Eric Kroll, czy Terry Richardson. Ten ostatni wspiął się na wyżyny fotografując własnego penisa, a  jednocześnie stał się celebrytą i bohaterem młodej generacji. Trzeba przyznać, że Terry, pomimo iż wyuzdany, ukonstytuował nową strefę obyczajową tego, co wolno i tego, co zakazane. Okazało się, że tego, co zakazane w zasadzie nie ma, że pokazać można wszystko. Tak, świat się zmienił. Oto jesteśmy świadkami przemian obyczajowych i  rezultatów działania potwora o imieniu internet.


fotografia: Anna Bloda


IGA DROBISZ & GREG ADAMSKI

Obscure PAGE 61 / melba


PAGE 62 / the Fragile issue


PAGE 63 / melba


make up and hair: Toni Malt modelka: Gemma Aicha Refoufi stylizacja: Aliya Tair  projektant: Golkar Haute Couture 


Siła delikatnienia

ŁUKASZ NOWOSADZKI

Przyznam szczerze, że miałem problem z tematem. Chciałem pójść śladem „Delikatnienia” Marcina Świetlickiego i wejść w symbiozę z tekstem. Kac przecież udelikatnia. Miałem patrzeć na zimowe światło przesuwające się po przedmiotach, ale zbyt szybko zrobiło się ciemno. Miałem poczuć kruchość świata zaklętą w fotografii, ale nowe perspektywy interpretacji otworzyć się nie chciały. Uświadomiłem sobie, że kac przytłacza i odbiera nadzieję na lepsze jutro. A  ja nie chciałem znowu pisać o mroku, który jest tak pociągający i namacalny. Przejmujący ból istnienia, uzależnienia, samobójstwa –kruchość człowieka w  zderzeniu z  m, wrażliwość zbierająca swoje żniwa, śmierć serwowana przy kolacji tak często, że aż stała się chlebem powszednim – to pierwsze skojarzenia, jakie mi przyszły na myśl. Ale to już było. Ja o tym już nie chciałem. Im dłużej myślałem, tym bardziej dostrzegałem, że może i  goła wrażliwość rzuca się w  oczy, ale pod nią jest coś jeszcze. Tajemnicza siła tam drzemie i  czasem wychodzi z  mroku. Nie wszyscy może ją dostrzegają, na pewno nie jest tak oczywista, czasem nawet nie zdąży się ujawnić. Ale jest tam. I o niej będzie ten tekst. Siła może skrywać się pod płaszczem kruchości – to nasz punkt wyjścia. Nagość w zależności od kontekstu może kojarzyć się z  bezbronnością, czy wręcz niewinnością albo przeciwnie – z  pożądaniem, wyuzdaniem, czy wyrachowaniem. Nagie ciała przedstawiane były praktycznie od początku istnienia fotografii. W zależności od źródła podaje się rok 1844 lub 1849 jako pierwszą fotograficzną rejestrację tej tematyki. Zatem ledwie kilka lat po odkryciu Daguerre’a. Prawdopodobnie powstałaby w  tym samym roku, gdyby tylko możliwości techniczne na to pozwalały. Przez dziesiątki lat wykonano tysiące obrazów, które podzieliłbym z  grubsza na dwie grupy – erotyczno-pornograficzną (granicy ustalenia się nie podejmę) oraz szukanie bardziej artystycznych rozwiązań, dopatrywanie się w  ciele abstrakcyjnych form. Oczywiście za naszych czasów te granice się zatarły. I  dany obraz w  zależności od indywidualnej PAGE 68 / the Fragile issue

wrażliwości może być przez jednych uznany za pornografię, a przez innych za dzieło sztuki. Są jednak twórcy, którzy stoją zupełnie obok. Dla nich nagość jest czymś jeszcze innym. Bez wątpienia Sally Mann trafiła do historii fotografii za sprawą nagich zdjęć. Przez 10 lat fotografowała syna i  dwie córki. Nie były to jednak fotografie, jakie można oglądać w  albumach rodzinnych. Wystylizowane czarno-białe obrazy przedstawiają jej dzieci w często niepokojący sposób, zadają pytania odbiorcy. Autorka nie wahała się uwieczniać cienkiej granicy między dzieciństwem a  dorosłością, rejestrowała zabawy swoich dzieci, naśladowanie przez nich starszych. Pokazywała niewinność i  dojrzewanie. Spotykała się z zarzutami ocierania się o pedofilię, ale moim zdaniem jest to powierzchowna opinia, świadcząca o  niezrozumieniu tematu. Podtekst erotyczny może się urodzić bowiem w głowach odbiorcy, bohaterowie zdjęć byli od niego czyści. Matka na pewno miała od nich większą świadomość i  mogła dostrzegać dwuznaczność pewnych zachowań, ale czy dostrzeganie i  rejestrowanie ich to coś złego? Dzieci są silne swoją nieświadomością i  niewinnością. W  dzieciach tkwi również innego rodzaju siła – potencjał stania się dorosłym. I ten potencjał widać w ich wzroku. Widać to dobitnie na zdjęciu z okładki jej albumu Immediate Family. Trojka dzieci patrzy wprost na nas. Czujemy, że ich pozy są może wiernym, ale tylko naśladownictwem dorosłych, ale oczy mówią, że one same już są dorosłe. To jest ten ukryty potencjał. U Helmuta Newtona nagość to siła. Spójrzmy na dwa zdjęcia Sie kommen! z  1981 roku. Cztery posągowe kobiety zdaje się zastygły w ruchu, idąc w naszą


Fotografia: Łukasz Nowosadzki

stronę. Na jednym są elegancko ubrane, na drugim cały ich ubiór stanowią szpilki na stopach. Im dłużej się przyglądam, tym większą siłę dostrzegam w tych nagich ciałach. I nie zmienia tego nawet fakt, że postaci są dokładnie w  takich samych pozach i  mają praktycznie taki sam wyraz twarzy, jak na pierwszej fotografii. Spojrzenia podobnie, jak na opisywanym zdjęciu Sally Mann, tchną siłą i  choć nie są skierowane w  naszą stronę, bez problemu dostrzegamy dumę. Nie widać tu za to perwersji, widać fascynację kobiecością. Jeszcze dosłowniej jest ona zarejestrowana na pochodzącym z  tego samego roku Autoportrecie z modelką i żoną. Na pierwszym planie widzimy nagą kobietę, odwrócona do nas tyłem. Jej cała sylwetka odbija się w, znajdującym się pośrodku studia, lustrze. Kobieta jest wyprostowana, za nią,

pochylony nad aparatem, stoi fotograf. Przez ułożenie ciała i zajmowaną pozycję w kadrze sięga ledwie poniżej jej zgiętego łokcia. Chyba ciężko o  bardziej dosłowną metaforę swojego miejsca, szacunku do kobiet i dostrzeżenia społecznych przemian roli płci, jakie zaszły od XIX wieku. Kadr uzupełnia siedząca na krześle po prawej stronie żona artysty, która ze świadomą akceptacją patrzy wprost na Newtona, a więc jednocześnie i na nas. Czasem żeby dostrzec siłę wystarczy spojrzeć głęboko w oczy. Bo krucha powłoka prawdy nie mówi.

Łukasz Nowosadzki PAGE 69 / melba


Za przedsionkiem do rzeczywistości wirtualnej MACIEK FRAGGLES JAKÓBCZYK Fotografia jest nie tylko zapamiętanym momentem z życia przedstawionej na zdjęciu osoby, o  ile ona i tło materialnie znajdowały się przed aparatem. Jest też zapisem fragmentu rzeczywistości materialnej, której obraz docierał do oczu fotografa, o ile znajdował się za aparatem. Życie osób, które były fizycznie związane w  momencie powstania portretu, zmienia się przede wszystkim pod wpływem ich wzajemnego kontaktu, który od początków ewolucji był niezbędny do zajścia zmian. Możliwość kontaktu znacznie zmieniła się pod wpływem postępu technicznego, w  którym człowiek pojawił się na zdjęciu za pierwszym razem.

Boulevard du Temple, Louis Daguerre z 1838 roku został utrwalony człowiek korzystający z  usług pucybuta. Pucybut pracował, więc się poruszał. Reszta obecnych na chodniku ludzi ruszała się w trakcie wykonywania zdjęcia, byli więc rozmazani całkowicie. Od zrobienia zdjęcia do momentu zobaczenia go mijało bardzo dużo czasu. W momencie zobaczenia pierwszego w  historii zdjęcia przedstawiającego obraz człowieka mógł on znajdować się już bardzo daleko od ulicy Boulevard du Temple, na której korzystał z usług pucybuta. Louis Daguerre miał bardzo małe szanse, aby kiedykolwiek odnaleźć i porozmawiać ze sportretowaną przez siebie osobą.

Czas potrzebny na rejestrację [pierwszych – przyp. red.] obrazów na płycie dagerotypowej, zajmował blisko 10 minut, tyle trwała foto ekspozycja. Na zdjęciu

Dużo się zmieniło po upływie tych 174 lat. Jednym z przykładów może być zdjęcie, które zrobiłem nieznanej mi osobie szesnastego stycznia 2010 roku


Znam osobiście większość ludzi sportretowanych na zdjęciach, lecz oni nie znają się bezpośrednio ze sobą nawzajem. Uważam, że zdjęcie wzbudza największe zainteresowanie wśród odbiorców, którzy mają wiedzę na temat sytuacji, która została udokumentowana na fotografii lub znają przedstawioną na niej osobę. Dla pozostałej grupy ludzi, nie posiadających tej wiedzy, ważniejszy wobec tego jest sam wizualny wygląd zdjęcia niż zawarte w nim informacje. Ze względu na niezbędny do wykonania jakiegokolwiek zdjęcia element światła, zawsze potrzebnego do naświetlenia materiału światłoczułego, chciałbym

[…] porównać [zdjęcia] portretowe z fotografiami przedstawiającymi samo światło. Światło naturalne, wytworzone przez naturę, i sztuczne, wyprodukowane człowieka. Fotografia może pokazać obrazy rzeczywistości naturalnej w  sposób, w  jaki oko człowieka po prostu nie może jej zobaczyć. Obecnie najlepiej widoczna jest różnica w  ilości światła potrzebnego oku, a  potrzebnemu aparatowi na rejestrację rzeczywistości odbijającej to światło. Czułość matrycy w  aparacie Nikon D4 osiąga wartość 204800 ISO, co pozwala na rejestrację obrazów będących w takim cieniu, że człowiek nie widzi własnym okiem wycinka rzeczywistości, która była możliwa do zapisania przy użyciu aparatu fotograficznego. * Niniejszy tekst został zredagowany z  fragmentów pracy dyplomowej Macieja Jakóbczyka która została złożona w  2012 roku w  Państwowej Wyższej Szkole Filmowo Telewizyjnej i  Teatralnej w  Łodzi na wydziale Operatorskim i  Realizacji Obrazu, pod kierunkiem Wojciecha Wieteski i prof. Janusza Tylmana. Pełny tekst Za przedsionkiem do wirtualnej rzeczywistości jest szykowany do druku przez wydawnictwo pracowni SUFFIT, z którą związany był Maciej Jakóbczyk. Redakcja i skróty: Piotr Janowczyk

Fotografie: Łukasz Nowosadzki

o 1:52 w nocy w klubie podczas imprezy. Tego samego dnia, po powrocie do domu, zdjęcie zostało opublikowane w internecie na portalu społecznościowym facebook. Udostępniłem to zdjęcie do oglądania na danej stronie. Na ekranach użytkowników facebooka, którzy potwierdzili swoją obecność w klubie tej nocy, pojawiły się między innymi zdjęcia, które właśnie wtedy tam wykonałem. Następnego dnia dotarła do mnie prywatna wiadomość tekstowa od osoby, która została sportretowana na tej fotografii: dziękuję bardzo za cudne zdjęcie. Hehe pamiętam tamten moment. Pozdrawiam.

PAGE 71 / melba


PAGE 72 / the Fragile issue


PAGE 73 / melba


Top - COS, sp贸dnica - Mango


Sukienka - Acne

The way she feels

MAŁGORZATA NOWAK


Top- Boss, Sukienka - Costume NationalÂ


Ttop - Closet, Sequinned skirt - Karen Millen


Sukienka - vintage


PAGE 79 / melba

PĹ‚aszcz - Dagmar Dagmar


PĹ‚aszcz- COS PAGE 80 / the Fragile issue


Top- Whistles stylizacja: Mariya Vasileva make-up: KyungJu Chung, Hyebin Lee włosy: Aizawa Mikio asystent fotografa: Kevin Denoual modelki: Gracie (Elite models London), Jessica (Elite models London)

PAGE 81 / melba


Fashion people KARI AMIRIAN LOVE AESTHETICS STREET FASHION


Minął rok od wydania Twojej debiutanckiej płyty Daddy says I’m special. Co się przez ten rok zmieniło? Czy praca nad promocją płyty przynosi Ci satysfakcję czy najchętniej zamknęłabyś się z powrotem w studio? Dla mnie koncertowanie to zupełnie inny i nowy proces, więc nie jestem w stanie tego porównać. Koncerty to adrenalina, praca w studio to frajda z tworzenia czegoś nowego. Jednak jedno i drugie daje mi niesamowitą radość. Lubię zarówno moment wchodzenia na scenę, jak i zamykanie się w studiu z dzbankiem kawy i ciepłym kocem. Drugą opcję praktykuję od kilku tygodni, bo właśnie nagrywam EPkę, z której singiel wyjdzie już niebawem. Lubię szukać,

Fotografia: Zuza Krajewska & Bartek Wieczorek / LAF

styl

KARI AMIRIAN eksperymentować z dźwiękami. Bycie w procesie to coś, co rozwija mnie najbardziej. W jednym z wywiadów powiedziałaś, że sztuka jest rodzajem lustra, odbiciem tego, co jest w nas w środku. Czy myślisz, że modę też można podciągnąć pod tę definicję? Czy moda jest według Ciebie rodzajem sztuki? Jak najbardziej. Moda w jakimś sensie definiuje część naszej osobowości. To jak się ubieramy mówi o naszej wrażliwości, wyobraźni. Jeśli moda uruchamia wyobraźnię, to znaczy, że rozpoczyna się tu proces tworzenia. Nie każda kreacja osiąga status sztuki, ale może nią być. PAGE 83 / melba


Czy Kari, która jest na scenie to ta sama Kari, która siedzi teraz ze mną w kawiarni? Masz swoje sceniczne alter ego, w które przemieniasz się za pomocą kostiumów, odważniejsze, swobodniejsze? Jeśli już mówimy o tworzeniu i kreatywności, to scena niewątpliwie uwalnia jakiś rodzaj odwagi do tego, żeby pozwolić sobie na więcej eksperymentu, mocniejszy akcent w stylizacji, ale to nadal ja. Dla mnie występowanie to nie teatr. Zawsze staram się, żeby wszystko było spójne. Tak jak dbam o to, żeby każda tworzona piosenka była szczera, tak samo wizerunkowo musze czuć się dobrze, pewnie. Muszę być sobą. Według mnie siła tkwi w autentyczności. Sztuczne kreowanie wizerunku działa tylko na chwilę, stylizacja musi mieć prawdziwe źródło – osobowość. Moje sceniczne stroje muszą wyrażać dźwięki, które gram, muszą być spójne z wizją całości. Wielu dziennikarzy doszukuje się w Twojej muzyce wpływów skandynawskich – Lykke Li, Björk. Czy skoro, jak sama przyznałaś, słuchasz ich od dłuższego czasu (choć nie stanowią dla Ciebie punktu odniesienia) obserwujesz ich sposób ubierania

się? Szukasz gdzieś inspiracji? Doceniam styl tych artystek, szanuję je za to, że przywiązują wagę do strony wizualnej i że jest ona spójna z ich twórczością. Nie szukam jednak bezpośrednich inspiracji w ich stylizacjach. Inspiracje znajduję przypadkowo. Ostatnio wciągnął mnie temat wojowniczości. W modzie, w muzyce, w ilustracjach, obrazach szukam waleczności, organiczności, czegoś co pozwoli zajrzeć mi w głąb siebie. Wracając jeszcze do Skandynawii, powiedziałaś, że my Polacy też mamy w sobie pewien chłód i melancholię. Myślisz, że nasza natura determinuje także to jak wyglądają polskie ulice? Scott Schumann robił niedawno zdjęcia street fashion w Polsce i wiele osób z przerażeniem stwierdziło, że bije z nich smutek. Myślisz, że tak jest naprawdę? Bo w nas to tkwi głęboko! Nasza historia, doświadczenia, czy położenie geograficzne mają konkretny wpływ. Ja uwielbiam tę melancholię. Może nie powinniśmy się przed nią szczególnie bronić. Warto podkreślać cechy tkwiące głęboko, w naturalny sposób. To, co mnie bardzo cieszy to zauważalny progres w naszej rodzimej branży modowej – nowi zdolni projektanci, blogerzy, magazyny, imprezy modowe, coraz ciekawsze stylizacje na ulicach i generalnie większy dystans do siebie. Ja na co dzień modę traktuję bardzo subiektywnie, coś mnie zachwyca i chcę to mieć dla siebie. Nie zastanawiam się nad trendami, nie wkręcam się w nowości. Staram się bronić swojej autonomii w tej kwestii. Oglądając Twoje zdjęcia z koncertów można zauważyć, że często wybierasz kreacje od młodych projektantów. Pojawiłaś się w sukience z piórami Joanny Hawrot, biżuterii od Kariny Królak i od Anny Orskiej, a w teledysku miałaś na sobie futra od Jakuba Pieczarkowskiego. Jak wygląda współpraca z projektantami? Większość projektantów pisze do mnie z propozycją współpracy, ale też zdarza się, że jak coś wypatrzę, to dzwonię, piszę sama. Moim ostatnim odkryciem jest Pajonk, z którym wspólnie pracowaliśmy przy projektowaniu frędzlowych tunik, specjalnie na

Fotografia: Człowiek Kamera Asystent fotografa: Ela Cłapa Make up & Hair Artist: Marianna Jurkiewicz Stylistka: Maja Naskrętska Producent: Nextpop


Fotografia: Szymon Brzóska / www.stylestalker.net

jesienna trasę koncertową. Bardzo cieszę się z tej współpracy. To zdolny, młody projektant z ogromnym potencjałem. Pajonk szykuje właśnie swoją pierwszą kolekcję, której bardzo kibicuję. W wyborze konkretnych ubrań pomaga Ci stylistka Maja Naskrętska. Czemu zdecydowałaś się na współpracę ze stylistką? Lubię jak wszystko jest dopięte na sto procent – wizerunek także. Dlatego czasem zwracam się do Mai z prośbą o stworzenie stylizacji na tzw. większe wyjścia oraz przy sesjach. Podziwiam jej pasję i wy-

obraźnię, a przede wszystkim to, że umie się wsłuchać w drugiego człowieka i szczerze powiedzieć co myśli. To rzadkie dzisiaj. Muzycznie zostałaś umieszczona w szufladce muzyki skandynawskiej, która chyba dla Ciebie nie jest najgorszym miejscem. A gdybyś musiała wejść do szufladki modowej? Jak byś opisała swój styl? Biało-złoto-frędzelkowy.

rozmawiała: Magdalena Nowosadzka PAGE 85 / melba


blog

LOVE AESTHETICS


Czym dla Ciebie jest blog? Jest to po prostu miejsce, gdzie mogę dokumentować swój styl; archiwum rzeczy, które znajduję, podobają mi się i są zgodne z moją estetyką. Rzecz, bez której nigdy nie wychodzisz z domu? Tak naprawdę nie ma nic takiego, nie przywiązują się zbytnio do rzeczy. Najcenniejsza rzecz w Twojej szafie? Hmm, mam takie momenty obsesji na punkcie jednej rzeczy, ale co uważam za najwartościowsze, wciąż jest to coś innego. Obecnie katuje pewien sweter, który znalazłam w lumpeksie. Twój ulubiony projektant – kto nim jest I  za co go cenisz? Niemożliwe jest wymienienie jednego nazwiska. Cenię projekty autorstwa Jonny’ego Johanssona, Alexandra Wanga, Rafa Simonsa i Lindy Erkens. Na Twoim blogu pojawiają się często projekty DIY, skąd czerpiesz do nich inspiracje? Robię sama ubrania, meble, biżuterię odkąd tylko pamiętam. Zwykle bierze się to z bycia niecierpliwym i  chęci znalezienia natychmiastowego rozwiązania. Na przykład kiedy miałam 8 lat przycinałam do połowy swoje sukienki, bo potrzebowałam akurat kwiatowej spódnicy.

Czy masz swój ulubiony film, w którym zachwyciły Cię kostiumy? Bardzo lubię Piąty element z  tymi wszystkimi futurystycznymi ubraniami Gaultiera. Uwielbiam też styl Bowiego w filmie Człowiek, który spadł na ziemię. Opisz swój styl w trzech słowach. Minimalistyczny, prosty i odrobinę dziwny. Najpiękniejsze słowo związane z modą? Rzeczą, którą lubię w modzie, jest to, że jest ona tak wizualna, że słowa stają się zbędne. Czy jest jakaś rzecz, której nigdy byś nie założyła? Nigdy nie mów nigdy. Prawie nic nie jest brzydkie, jeśli dobierze się do tego właściwe elementy. Kogo podziwiasz za styl? Masz swoją ikonę mody? Podziwiam Yōjiego Yamamoto, za jego wyjątkowe podejście do projektowania. Ulubiony element garderoby? Biały, gładki t-shirt.

rozmawiała: Magdalena Nowosadzka fotografie: love-aesthetics.blogspot.com PAGE 87 / melba


PAGE 88 / the Fragile issue


PAGE 89 / melba


Street fashion

ANNA PAGE 90 / the Fragile issue


M EL A PAGE 91 / melba


M AGDA PAGE 92 / the Fragile issue


MONIK A PAGE 93 / melba


Inspiracje

Fotografia: Lena Kholkina, modelka: Sima


PAGE 95 / melba

fotografia: Ren Hang

fotografia:4. Ola Zaszewska, modelka: Maria Kulesza


PAGE 96 / the Fragile issue

Fotografia: Alena Chendler, modelka: Ksenia Timofeeva


Melba Magazine No. 01 Fragile Issue  

Fragile Issue

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you