Issuu on Google+


Publikacja wydana ze środków własnych.

Redakcja oraz notki o Autorach: Monika Karlińska–Nawara

Projekt graficzny, skład: Jan Michalski Przygotowanie zdjęć do druku: Wojciech Jelonek Wydawca: Fabryka Grafika Jan Michalski 32-091 Michałowice ul. Michałki 18 e-mail: jm@fabrykagrafiki.com www.fabrykagrafika.com Druk: Drukarnia Skleniarz a.markiewicz@skleniarz.eu s.kumala@skleniarz.eu www.skleniarz.eu

ISBN 978-83-935236-0-3 &RS\ULJKW‹0RQLND.DUOLĔVND¹1DZDUD ĊDGQDF]ĊĞßSXEOLNDFMLQLHPRĪHE\ßRGWZDU]DQDNRSLRZDQD DQLSU]HV\åDQDZMDNLHMNROZLHNIRUPLHSU]H]PHGLDHOHNWURQLF]QH PHFKDQLF]QHIRWRNRSLXMąFHOXELQQHEH]X]\VNDQLD]JRG\Z\GDZF\


Marek Nawara PAMIĘĆ I WDZIĘCZNOŚĆ

KSIĘGA WSPOMNIEŃ PRZYJACIÓŁ, ZNAJOMYCH I WSPÓŁPRACOWNIKÓW

KRAKÓW 2012


„Nierozpoznane są cierpienia, nie nauczono się miłości, co w śmierci nas oddala, pozostaje nieodsłonięte. Jedynie pieśń ponad ziemią uświęca i święci”. Rainer Maria Rilke

Mija rok bez Niego, potem nadejdą i miną kolejne lata. Odszedł od nas, lecz pozostała pamięć i wdzięczność. Tak wielu ludzi spotkał na swej drodze życia – jednych przez moment nie dłuższy niż chwila serdecznego uśmiechu, z innymi dzielił swój los przez długie, niełatwe, lecz pięknie spełnione lata. Wiara daje nam siłę, by mimo bólu odnaleźć w sobie tę najtrudniejszą zgodę – przełamującą barierę słabości, sprzeciwu, rozpaczy i zwątpienia. „Co w śmierci nas oddala, pozostaje nieodsłonięte”, lecz usilnie wierzymy w sens, który jest dla nas zakryty. Droga do wewnętrznej zgody to najtrudniejsza z dróg, gdyż dźwigamy na niej nadludzki ciężar tęsknoty i samotności. Lecz właśnie wtedy, gdy jest najtrudniej, nadchodzi ten moment – szarym świtem po bezsennej nocy – że przez łzy dostrzegasz strofy wiersza: „Jedynie pieśń ponad ziemią uświęca i święci”. I wtedy już wiesz, z ogromną siłą i niezachwianą pewnością, że twoją misją, powinnością i ostatnim wyrazem miłości – większej niż śmierć – jest dzieło pamięci o Nim. Trudno mi znaleźć słowa wdzięczności dla tak wielu osób, które zechciały upamiętnić Marka Nawarę, mojego śp. męża, swymi wspomnieniami i refleksjami. Zbiorek tych osobistych, często głęboko emocjonalnych, lecz jakże prawdziwych tekstów w założeniu miał być skromną broszurą towarzyszącą obchodom rocznicy Jego śmierci. Gdy jednak rozeszła się wieść o planowanym wydawnictwie, z tygodnia na tydzień ze wzruszeniem przyjmowałam kolejne teksty, a ich liczba przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Wspaniały korowód ludzi, z którymi los zetknął Marka na przestrzeni kilkudziesięciu lat, pozostawił na kartach tej książki trwały i niezatarty dokument o Jego życiu – o ileż żywszy i bardziej autentyczny niż tradycyjne biografie. Świadomie używam terminu „dokument”, gdyż pomimo subiektywizmu tekstów, właśnie dzięki swej ogromnej różnorodności, bogactwu opisanych zdarzeń, tych drobnych i tych doniosłych, a także wielości opinii, ocen i nieskrywanych uczuć, rysuje się niezwykły i pełen autentyzmu obraz mojego męża. Zamieszczone teksty pozostają w oryginalnym brzmieniu, z nielicznymi tylko drobnymi, lecz koniecznymi i autoryzowanymi korektami. Są tak samo różnorodne formalnie, stylistycznie, treściowo i emocjonalnie jak ich Autorzy. I tą właśnie autentyczność, nieskrępowaną żadnymi regułami, poczytuję za największą wartość tego zbioru.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

5


Wśród Autorów występują osoby wybitne, publicznie znane i zasłużone dla współczesnej historii Polski, Kościoła, świata polityki, samorządności, kultury, nauki i przedsiębiorczości. Obok nich jest też liczne grono osobistych przyjaciół i znajomych Marka. Wszyscy oni mają równe prawo do swych wspomnień, refleksji, wzruszeń i ocen. Każdy głos to jakaś cząstka życia Marka ocalona od niepamięci. A zatem niech mi wybaczą szanowni Autorzy, jeśli zaskoczy ich kolejność tekstów, gdyż żadnego uniwersalnego savoir vivre’u nie da się tu zastosować. Każdy teoretyczny klucz: czy to chronologiczny, czy tematyczny, czy hierarchiczny – w znaczeniu społecznym lub naukowym – byłby sztuczny i skazany na niekonsekwencję. Wszak przyjaciele Marka z młodości są nierzadko profesorami, koledzy ministrami, prezydentami miast i wybitnymi samorządowcami, w relacjach zaś z wieloma innymi osobami bynajmniej nie stanowisko czy funkcja odgrywały główną rolę. Zamieszczone fotografie pochodzą z prywatnych zbiorów Autorów, z archiwum Urzędu Marszałkowskiego, archiwów różnych instytucji publicznych oraz z naszych albumów rodzinnych, w tym przede wszystkim wybrane zostały spośród zdjęć wykonanych osobiście przez Marka. Serdecznie dziękuję wszystkim Autorom i właścicielom fotografii za ich udostępnienie. Niestety, pod presją czasu oraz z braku danych nie było możliwe zamieszczenie odpowiednich opisów zdjęć oraz podanie ich autorstwa. Praca nad szczegółowym opisem przedstawionych osób i zdarzeń na tak dużej ilości fotografii znacząco wydłużyłaby termin wydania tej książki. Niemniej, świadoma tego niedostatku, przepraszam zarówno Autorów, jak i Czytelników. Oddaję tę księgę wspomnień o Marku Nawarze do rąk wszystkich, którzy Go znali, cenili, darzyli przyjaźnią, pracowali wraz z Nim oraz doświadczyli dobra z Jego strony. Z poszanowaniem proszę o jej przyjęcie także i tych, którzy w dobrej wierze i zgodnie z własnymi przekonaniami prezentowali odmienność poglądów, opinii i działań. Albowiem Marek – ponad wszelkimi doraźnymi sprawami oraz podziałami – bez reszty poświęcił Małopolsce swoje serce i wiedzę. I za to godzien jest naszej pamięci i wdzięczności. Monika Karlińska-Nawara

6

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Miał wyczucie ważności sacrum... Kazimierz Kardynał Nycz Arcybiskup Metropolita Warszawski

Mija już rok, odkąd Marka Nawary nie ma z nami. Niespodziewana śmierć, po kilkumiesięcznej rekonwalescencji, zabrała go z krainy żyjących. Wtedy, gdy wydawało się, że najgorsze ma już za sobą. Wspominając krótko jego osobę, kreśląc jego sylwetkę, muszę wrócić do początków naszej znajomości. Był rok 1975. Jesienią zamieszkałem, jako ksiądz student, w parafii Raciborowice. Szukając sposobów swojego duszpasterskiego zaangażowania, postanowiłem założyć grupę wspólnotową dla studentów z podkrakowskiej kilkutysięcznej parafii. To były inne czasy, ale już wtedy liczni młodzi ludzie korzystali z bliskości Krakowa i studiowali na różnych krakowskich uczelniach. Początkowo przyszło kilka osób, a po pół roku uformowała się grupa złożona z trzydziestu studentów. Spotykaliśmy się raz w tygodniu, w ferie i wakacje wyjeżdżaliśmy na krótkie bądź dłuższe wyjazdy, np. na Mazury. Marek Nawara pojawił się w grupie jesienią 1975 roku, jeszcze jako uczeń IV klasy liceum. Był ambitnym, pogodnym i stanowczym młodzieńcem. Imponowało mu bycie w grupie chłopców trochę starszych od siebie. Był zawziętym dyskutantem problemów religijnych, moralnych i społecznych. Ta pierwsza znajomość trwała dwa lata. Później spotykałem się z nimi od czasu do czasu, także gdy skończyli studia, praktycznie do dziś. Na tych spotkaniach poznawałem ich jeszcze lepiej, śledziłem ich zawodowe i rodzinne drogi. Wielu osiągnęło w życiu odpowiedzialne stanowiska. Studiowali w czasie przedsolidarnościowym, a po stanie wojennym zdobywali doświadczenie do tego, co miało nastąpić po roku 1989. Marek skończył Akademię Górniczo-Hutniczą, zaczął pracować, w stanie wojennym angażował się w różne inicjatywy. Zawsze był człowiekiem bardzo ambitnym, stawiał sobie bardzo wysoko cele i starał się do nich dorastać. Był wrażliwy na sprawy społeczne i zaangażowany w służbę na szczeblu samorządowym, gdy tylko takie możliwości się otwarły. Warto podkreślić dorastanie do coraz większych wyzwań. Szkołą były lata dziewięćdziesiąte, gdzie sprawdził się jako wójt w podkrakowskiej Gminie Zielonki. Zaangażowanie łączył z pracą na szczeblu wojewódzkim. Po reformie samorządowej w 1999 roku zaczął działać w Sejmiku Wojewódzkim, a potem jako marszałek Województwa Małopolskiego. Dał się poznać jako człowiek wrażliwy na potrzeby poszczególnych regionów Małopolski, gmin,

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

7


8

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


powiatów i samego Krakowa. Otwarty na oświatę i służbę zdrowia, co było zadaniem niełatwym. Miał swój znaczący wkład w przygotowanie trzech ostatnich pielgrzymek papieskich, a zwłaszcza tej z roku 2002 związanej z konsekracją Łagiewnik. Był zręcznym, ale i twardym negocjatorem, a koalicje, które czasem zawierał, były na granicy troski o dobro wspólne. Sądzę jednak, że tej cienkiej granicy nigdy nie przekroczył. Nawet, gdy grał twardo, to była walka o Małopolskę. Był też wrażliwy na współpracę z Kościołem na poziomie diecezji należących do Małopolski, jak i na poziomie parafii i dzieł kościelnych, kulturalnych, charytatywnych, oświatowych. Miał wyczucie ważności sacrum i tego, co dla człowieka i społeczeństwa robi Kościół, którego czasem współcześnie rządzącym brakuje. Tragiczne były ostatnie dwa lata jego życia, po wypadku i przejściu choroby. Walczył z chorobą, był zdeterminowany, chciał wrócić do służby, chciał być potrzebny. W pewnym sensie powtórzył dramat wielkiego Wojewody Krakowskiego i solidarnościowca, Pana Tadeusza Piekarza. Analogia ta nasunęła się nam, gdy z Panem Jerzym Millerem odwiedziliśmy go z początkiem maja 2009 roku w szpitalu na Botanicznej w Krakowie. Dziś pozostaje wdzięczna pamięć o Marku Nawarze i modlitwa za jego duszę oraz za wszystkich, którym Go długo jeszcze będzie brakować.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

9


10

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Z poszanowaniem Ojczyzny i tradycji Stanisław Kardynał Dziwisz Arcybiskup Metropolita Krakowski

Pana Marka Nawarę poznałem, kiedy przybywał do Rzymu jako Marszałek Województwa Małopolskiego, by odwiedzić Ojca św. Jana Pawła II. Dał się poznać jako wspaniały organizator, któremu leżało na sercu dobro Małopolski i jej mieszkańców. Współpracował z premierem Jerzym Buzkiem w reformowaniu struktur samorządowych w naszej Ojczyźnie. W ramach samorządu Województwa Małopolskiego, Marszałek Marek Nawara miał swój udział w powstawaniu Bazyliki Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, która dziś służy pielgrzymom przybywającym z różnych stron świata. Rozumiał on bowiem, że Sanktuarium Bożego Miłosierdzia jest tym szczególnym miejscem, skąd orędzie miłosierdzia rozchodzi się na cały świat, budząc nadzieję w sercach ludzi znękanych wojnami i kataklizmami. Wspierając budowę Sanktuarium dał wyraz przywiązania samorządu i mieszkańców Małopolski do wiary i tradycji przodków. W czasach sprawowania urzędu przez Marszałka Marka Nawarę, samorząd Małopolski dawał wielokrotnie wyrazy jedności z Ojcem Świętym Jan Pawłem II, między innymi przez czynny udział naszego regionu w organizacji ostatniej pielgrzymki Ojca Świętego do Ojczyzny w sierpniu 2002 roku. Była to znamienna pielgrzymka, która nosiła cechy pożegnania Papieża Polaka ze swoją Ojczyzną. Ostatnie spotkanie Marszałka Marka Nawary z Ojcem Świętym Janem Pawłem II miało miejsce w Rzymie podczas kanonizacji św. Szymona z Lipnicy. Z Małopolski przybyła wtedy liczna i barwna delegacja, której przewodził Marszałek Województwa Małopolskiego, wyrażając w ten sposób wdzięczność za kanonizację wybitnego kaznodziei i obrońcy ludu. Marszałek Marek Nawara zapoczątkował również udział władz samorządowych w odnawianiu zabytkowych świątyń Krakowa i Województwa Małopolskiego. Dzięki tej pomocy wiele kościołów i klasztorów odzyskało swój dawny blask. W gorącej pamięci zachowuję również tradycję spotkań opłatkowych z samorządowcami, których był on inicjatorem. Wspólny udział w tych spotkaniach był wyrazem troski o rozwój duchowy Małopolski. Marszałek Marek Nawara został wezwany przez Boga w stosunkowo młodym wieku, chociaż mógł jeszcze tak wiele dobrego uczynić dla naszego Województwa. Ufamy, że Bóg w swoim miłosierdziu wynagrodzi mu jego zaangażowanie i troskę o dobro wspólne. Otaczamy go serdeczną pamięcią i szczerą modlitwą.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

11


Umacnianie wspólnot Jerzy Buzek prof. nauk technicznych, b. premier RP, b. Przewodniczący Parlamentu Europejskiego, europoseł

W swojej publicznej działalności Marek Nawara dawał wyraz temu co najpiękniejsze w samorządzie. Po pierwsze udowadniał, że praktyczna realizacja ustrojowych zasad decentralizacji i pomocniczości, na której oparte jest funkcjonowanie samorządu, przynosi solidne, pozytywne efekty. Znał samorząd od podszewki i to na wszystkich jego poziomach. Wiedzę tę doskonale wykorzystywał. Po drugie był prawdziwym gospodarzem. Udowadniał, że decyzje podejmowane bliżej mieszkańców po prostu są lepsze. I wreszcie, po trzecie, Marek Nawara pokazywał, że istotą samorządu jest umacnianie wspólnot. Robił to doskonale, zmieniając najpierw swoje rodzinne Zielonki, potem angażując się w pracę parlamentarną, a zwieńczeniem Jego pracy była budowa i umacnianie nowopowstałego województwa Małopolskiego nie tylko jako sprawnej jednostki samorządu terytorialnego, ale również jako wspólnoty mieszkańców. Współpraca z Markiem Nawarą i sukces kierowanego przez Niego regionu miał również ważny dla mnie wymiar – udowadniał bowiem celowość reformy samorządowej. Marek Nawara był przekonany, że samorząd terytorialny to sukces wolnej Polski i wielokrotnie dawał temu wyraz. Z wielkim wzruszeniem wspominam uroczystości organizowane przez niego w dziesięciolecie reformy samorządowej – jak np. spotkanie z marszałkami polskich województw w Krynicy. Był charyzmatycznym liderem i to nie tylko w regionalnej skali. W naturalny sposób gromadził wokół siebie ludzi. Świetnie czuł samorządowe problemy, rozumiał bolączki i miał dobre sposoby ich rozwiązywania. Jego głos traktowałem zawsze nie

12

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


tylko jako stanowisko jednego z parlamentarzystów czy marszałków, ale również zdanie osoby wypowiadającej się w imieniu całego środowiska. Miał do tego formalną legitymację jako współprzewodniczący Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego, jak i niekwestionowany osobisty autorytet. Potrafił się przy tym wznieść ponad terytorialne, czy partyjne interesy. Swoją działalność postrzegał jako służbę, połączoną z troską o dobro wspólne. Bardzo cenię jego wkład w reformę samorządową, tak ważną dla kierowanego przeze mnie Gabinetu, bo stanowiącą niezwykle istotny krok na drodze budowania po 1989 roku nowoczesnego państwa. Wraz z odejściem Marka Nawary utraciłem też bliskiego człowieka. Pamiętam nasze serdeczne kontakty w czasie, gdy pełniłem funkcję posła, a następnie Przewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Z radością przyjeżdżałem wówczas do Krakowa. Wiedziałem, że spotka mnie gościnne przyjęcie w marszałkowskim gabinecie. Równie ważne były rozmowy o małopolskich, polskich i europejskich sprawach. Szczególnie jednak pamiętam spotkanie w Krynicy we wrześniu 2009 r. Marek był jeszcze w trakcie rehabilitacji po ciężkim wypadku na nartach. Chciał mi jednak osobiście pogratulować przejęcia przewodnictwa PE, a ja z kolei Jemu - wygranej walki z chorobą. Przyjechał więc do Krynicy z żoną i spotkaliśmy się w „Małopolance”. Króciutkie spotkanie, ciepła rozmowa, uśmiechy i uściski. Po prostu spotkanie przyjaciół, ale ważne i zapadające w pamięć. Widziałem jak wtedy cieszył się, że niedługo wróci do swojej pracy w samorządzie. Niestety - na krótko. A był państwowcem w najlepszym rozumieniu tego słowa i mógł jeszcze wiele zrobić dla Polski. Bardzo szkoda, że odszedł przedwcześnie.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

13


Samorząd potrzebuje wzorców Irena Lipowicz prof. prawa, Rzecznik Praw Obywatelskich, b. posłanka RP, b. ambasador RP w Austrii

Marek Nawara – tak trudno pisać o Nim w czasie przeszłym. Należał zawsze do spokojnych, pracowitych, ale niezwykle konsekwentnych „budowniczych” naszego niepodległego już państwa. W parlamencie, w pracy komisji samorządu terytorialnego zawsze jest wiele spraw ważnych i pilnych; w istotę działania samorządu wpisane jest bowiem nieuchronne starcie z władzą centralną. Komisja w swym działaniu stale łagodzi te konflikty i wyciąga z nich ważne wnioski legislacyjne. Jednakże okres wielkiej reformy samorządowej na tę codzienną, trudną i pożyteczną pracę nałożył zupełnie nowe jakościowo wyzwania. Było to coś w rodzaju tajfunu – pracy na skraju wyczerpania, stawianie czoła żywiołom społecznym, poszukiwanie politycznego kompromisu. W tym trudnym okresie, w którym naruszyliśmy wiele interesów (nie tylko lokalnych), talent Marka Nawary ukazał się w całej pełni. Są tacy ludzie, którzy nie tylko nie tracą głowy w trudnych sytuacjach, ale właśnie wtedy szczególnie mocno integrują, działają szybko i odpowiedzialnie. Marek Nawara nigdy mnie – jako przewodniczącej Komisji – nie zawiódł. Zarówno delikatne misje „dyplomatyczne” wśród skłóconych posłów, jak i żmudne prace nad „mapą powiatów” potrafił wykonać znakomicie i zawsze na czas. Burzliwe posiedzenia Prezydium Komisji przy wszystkich namiętnościach politycznych owego czasu przebiegały w atmosferze dużej kultury debaty – była w tym Jego wielka zasługa. Ważną cechą Jego charakteru okazała się także wytrwałość. Tyle jest w Polsce fajerwerków i „słomianego zapału”, ale On był inny – potrafił znosić przeciwności i wytrwale dążyć do celu. Obyśmy potrafili to naśladować. Marek Nawara pozostawił po sobie piękne, trwałe dzieło. Samorząd terytorialny dzisiaj nie tylko istnieje – jest najbardziej trwałą, aktywną i innowacyjną częścią administracji publicznej. Zmagając się z niedopasowaną, bo wciąż – mimo upływu wielu lat – niezreformowaną częścią administracji publicznej, czyli administracją rządową, odnosi znaczące sukcesy, zmienia trwale Polskę. Poseł Nawara, jako członek prezydium Komisji Samorządu Terytorialnego, był uczestnikiem wielu bolesnych kompromisów, które zawieraliśmy ze zwolennikami centralistycznego podejścia (pełnymi lęku przed samorządem) po to, aby reforma w ogóle mogła zaistnieć. Chcieliśmy pierwotnie silniejszego samorządu wojewódzkiego, bez dualizmu: wojewoda–marszałek, z wyraźnymi kompetencjami i silną władzą regionalną. Wyobrażam sobie, jak trudne było dla Marka pełnienie jego funkcji, zmaganie się z niedoskonałą strukturą (której pomysłodawcy też byli z Krakowa) w sytuacji, gdy wiedział, że wszystko mogłoby być o wiele prostsze i sprawniejsze. Ustawy samorządowe znał na wylot, wiedział, czemu nie zawsze mają taką postać, jak chcieliśmy, ale potrafił wykorzystać wszelkie możliwości dla dobra Małopolski, która była dla niego niezwykle ważna. Znał i rozumiał jej potencjał, był dumny

14

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


ze „skarbów” swojego regionu, ale także z ludzi. Opowiadał z pasją o planach i perspektywach rozwoju. Jego droga życiowa odzwierciedlała to, na czym kiedyś, przy tworzeniu samorządu tak nam zależało – aby posłowie, znając już mechanizmy całego państwa, zostawali liderami samorządu i odwrotnie: aby samorządowcy szli do parlamentu. Ślepym zaułkiem byłoby natomiast pójście w kierunku mandatu podwójnego, na czym niewątpliwie ucierpiałby samorząd, a tymczasem to w Polsce regionalnej i lokalnej rozstrzyga się przyszłość naszego kraju. Marek Nawara został wyrwany ze „środka” tej pracy. Mam nadzieję, że Małopolska i władze samorządowe będą pielęgnować Jego pamięć. Samorząd potrzebuje wzorców i powinien szanować pamięć o swoich twórcach. Tym bardziej że wielu spośród nich również odeszło w tragicznych okolicznościach, jak Walerian Pańko, lub przedwcześnie – jak Piotr Buczkowski, poprzedni przewodniczący Komisji. To wyraźnie zbyt wczesne odejście dotyczy też Marka Nawary. Sądzę, że ogromne stresy, przeciążenia przy pracy trwającej kilkanaście godzin dziennie, setki „wysłuchań” parlamentarnych i burzliwych spotkań z grupami walczącymi o „swoje” powiaty i województwa też się do tego pewnie przyczyniło. Prawdziwa praca i pasja wymagają poświęceń. Marek Nawara nigdy nie żałował swojego społecznego zaangażowania, choć miał wyrzuty sumienia, co do kosztów, które przy tym musiał ponosić w życiu prywatnym. Choć zawsze miał oparcie w żonie, która Go wspaniale wspierała i była z Niego dumna. Mimo wielkiego smutku z tego odejścia, pozostaje satysfakcja, że był z nami, że pozostawił nie tylko w swojej ukochanej Małopolsce trwały ślad swojej pracy, ludzką wdzięczność i szacunek. Czy można więcej oczekiwać od życia? Jedno nie ulega wątpliwości – warto angażować się dla dobra wspólnego.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

15


Samorządowiec z pierwszego zaciągu Michał Kulesza prof. prawa, jeden z autorów reform samorządowych (gminnej i regionalnej)

Marek Nawara należał do tych, którzy w 1990 roku bez żalu porzucili swój wyuczony czy wykonywany dotychczas zawód i poszli służyć Polsce. Był samorządowcem z pierwszego zaciągu, najpierw przez dwie kadencje wójtem Gminy Zielonki. Potem posłem na Sejm RP z listy AWS, a w 1998 roku miał wielki wkład w przygotowanie drugiego etapu reformy samorządowej, zwłaszcza finansów samorządowych. Gdy Sejm przyjął ustawy, Marek zrezygnował z posłowania i wrócił do samorządu – został radnym Sejmiku Małopolskiego i pierwszym marszałkiem Województwa Małopolskiego. Marek był upartym człowiekiem. Samorząd był jego pasją, rozumiał dobrze jego znaczenie dla gminy, dla Małopolski, dla Rzeczypospolitej, wiedział, co chce osiągnąć. I robił to, po swojemu. Był inżynierem, robił więc po inżyniersku, konkretnie. Był uparty, a przy tym niezbyt ufał ludziom. Nie ze wszystkimi było mu po drodze i nie wszystkim było po drodze z nim. Ale potrafił współpracować z innymi dla dobra Małopolski i samorządu, był też światłym człowiekiem i – choć niektórym mogło wydawać się inaczej – nowoczesnym. Jako pierwszy w Polsce uruchomił przy tworzeniu strategii rozwoju województwa mechanizmy konsultacji społecznej w skali regionalnej. Był politykiem, rozumiał politykę jako możliwość działania. Od tego nigdy się nie uchylał. Był bardzo pracowity i zorganizowany, a przy tym wymagający wobec innych. Myślę więc, że musiał być trudnym szefem, ale wiem też, że wysoko cenił zaangażowanie współpracowników. Był dobrym człowiekiem, pełnym radości życia. Znałem go od 1990 roku, od początku samorządu, który był jego przygodą życiową. Bliżej poznaliśmy się w 1998 roku, kiedy trwały prace nad ustawodawstwem reformy. Był wtedy jednym z filarów tych prac w Sejmie i pamiętam wiele naszych wieczornych (a niekiedy i nocnych) spotkań, gdy ustalaliśmy kolejne kroki i taktykę postępowania. Z pewnością należał do tych, których zasługi dla polskiego samorządu i dla Małopolski są niepodważalne.

16

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Pionierzy samorządności Jerzy Stępień senator I i II kadencji, współtwórca odrodzonego samorządu terytorialnego, b. sędzia i prezes Trybunału Konstytucyjnego

Następstwa wypadku, któremu uległ Marek Nawara na nartach w Alpach, głęboko poruszyły wiele osób. Marek był osobą szeroko znaną – nie tylko w kręgach samorządu, choć na tym polu dał się poznać najlepiej. Najpierw jako wójt Gminy Zielonki, a potem pełniąc funkcję przewodniczącego Małopolskiego Sejmiku Samorządowego pierwszej kadencji, a w końcu jako marszałek Województwa Małopolskiego. Był także bardzo aktywnym posłem z ramienia Akcji Wyborczej Solidarność w okresie przygotowywania i wdrażania drugiego etapu reformy samorządowej. Doświadczenia wyniesione z pierwszych lat funkcjonowania samorządu okazały się wówczas w Jego pracy poselskiej niezwykle pomocne. Bardzo szybko wybił się spośród tysięcy członków ugrupowań lokalnych i komitetów obywatelskich, którzy w 1990 roku wzięli pełną odpowiedzialność za swoje małe ojczyzny. W Krakowie, gdzie znają się dobrze wszyscy, nie jest łatwo o zdobycie poważnej pozycji w świecie polityki, czy w ogóle w szerzej rozumianym życiu publicznym. Markowi to się zdecydowanie udało i nie mogło być na tamtym gruncie przypadkowe. Udzielał się przecież wcześniej w „Solidarności”, która była współczesną formą konfederowania się Polaków dla ważnych obywatelskich celów – tak jak wiele razy w naszej historii. Później były komitety obywatelskie: kolejne wcielenie tego samego patriotycznego i obywatelskiego ducha. Samorządność była zawsze w centrum uwagi „Solidarności”. Najpełniej dano temu wyraz w programie przyjętym w 1981 roku w gdańskiej „Oliwii”. Dzięki temu mogła się stać fundamentem odrodzonego państwa po 1989 roku i tak rozumianej samorządności Marek Nawara służył od pierwszych jej chwil, aż do swoich dni ostatnich. Pamiętam Go także z licznych konferencji i sympozjów. Zawsze doskonale przygotowany, mówił w sposób przykuwający uwagę – rzeczowo i z wielką dbałością o formę. Osobiście, sam będąc prawnikiem, przyznam się szczerze, że nie cenię specjalnie prawników w samorządzie. Mają taką dziwną, pewnie zawodową, przypadłość, sprawiającą, że zwykle zadowalają się podjęciem jakiejś uchwały, napisaniem oświadczenia czy czymś w tym rodzaju. Pamiętam pewną prawniczkę – prezydenta dużego miasta, która na zakończenie swojej kadencji wyznała w ulotce wyborczej, że największym jej sukcesem było przyjęcie przez radę statutu… Statut, owszem, rzecz ważna, ale co to obchodzi wyborców... Inaczej jest z inżynierami. Ci nie poprzestają na przygotowaniu dokumentów, ale dążą do zbudowania czegoś trwałego – chodzi im szczęśliwie przede wszystkim o to, by po prostu coś realnego, a przydatnego ludziom zostawić. Marek był z wykształcenia inżynierem, ale miał za sobą także studia podyplomowe z zakresu zarządzania. To wiele tłumaczy, ale nie jest jedynym kluczem do zrozumienia Jego zawodowych i politycznych sukcesów. Było ogromną przyjemnością słuchać Go, kiedy zabierał głos w sprawach samorządu, ponieważ doskonale rozu-

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

17


miał, jakie ma on znaczenie dla odzyskanej naszej państwowości. Szczególnie chyba dobrze wyczuwali to ci, którzy budowali prawne i ekonomiczne podstawy nowych gmin i z tej racji może nieco wcześniej niż inni te związki sobie uświadamiali. Marek był naszym partnerem od samego początku funkcjonowania Polski zdecentralizowanej i tworzył, wraz z Franciszką Cegielską, Wojciechem Szczęsnym Kaczmarkiem, Grzegorzem Palką, szczególną grupę pionierską, nadającą ton pierwszym doświadczeniom nowych instytucji ustrojowych. Ich też już nie ma wśród nas fizycznie i to od wielu już lat, ale przecież stale są obecni w naszych sporach i zmaganiach w pracy publicznej o kształt Polski funkcjonującej w warunkach do niedawna niewyobrażalnych dla naszego pokolenia. Wszyscy oni stali się ważnymi dla nas punktami odniesienia w poszukiwaniu nowych rozwiązań na miarę współczesnych wyzwań – mimo że od chwili ich odejścia minęło sporo już lat… Marek miał także ogromną łatwość w nawiązywaniu kontaktów – konieczną w każdej działalności publicznej, ale sposób, w jaki potrafił gromadzić wokół siebie ludzi, zdecydowanie Go wyróżniał spośród wielu pełniących takie same czy podobne funkcje. Zwykle uśmiechnięty, zawsze spokojnie wygłaszający swoje racje, logicznie przestawiający wywód prowadzący do jednoznacznych wniosków. Nic dziwnego, że nie miał trudności z podejmowaniem później ważnych i mniej ważnych decyzji – a jest to sztuka rzadko spotykana w świecie polityki, która często ogranicza się do niekończącego się gadania. Marek znał się na polityce, dobrze widział jej meandry i mielizny, ale budując bardzo skutecznie swoją pozycję w tym świecie, nie posuwał się nigdy do politykierskich gierek i nie przekraczał nigdy granic tego, co przyzwoite. Dobrze to było widać nawet z oddali. W kilka miesięcy po wypadku rozmawialiśmy przez telefon. Mówił z ogromną trudnością, ale jak zwykle bardzo przekonująco. Odniosłem wrażenie, że liczy na moją pomoc w zbliżającej się kolejnej kampanii wyborczej. Podzielałem poglądy wyrażone w przygotowanej przez Niego Karcie Samorządności i wszystkie merytoryczne poruszone w tym dokumencie aspekty. Bardzo Mu sprzyjałem, ale – z uwagi na pozycję sędziego w stanie spoczynku – nie mogłem angażować się w przedsięwzięcie, którego celem było zbudowanie listy wyborczej i promowanie programu działania o charakterze politycznym. Mam nadzieję, że Marek to rozumiał. Nie wyobrażałem sobie, bym nie mógł być na Jego pogrzebie…

18

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Marek Mirosław Handke prof. nauk chemicznych, b. rektor Akademii Górniczo-Hutniczej minister edukacji narodowej w rządzie Jerzego Buzka

Mija już rok, od czasu gdy Marek Nawara odszedł na Tamtą Stronę. Jak zwykle w takiej sytuacji, gdy kogoś nie ma już na zawsze wśród nas, zaczynamy Go dopiero prawdziwie doceniać. Chciałoby się w tym miejscu zmodyfikować powszechnie znany werset wiersza ks.Twardowskiego; „śpieszmy się cenić ludzi bo tak szybko odchodzą”, niestety zwykle nie udaje się nam, zanim odejdą, powiedzieć, jak wiele dokonali, jak znacząco wpłynęli na nasze życie i jak wiele im zawdzięczamy. Ponad 20-letnia, niezwykle intensywna, działalność społeczno-polityczna Marka w całości przypadła na czas odbudowy wolnej i samorządnej Polski; właśnie tworzeniu Polski samorządnej, w której fundamentem jest zasada subsydiarności, Marek poświęcił się bez reszty. Z natury rzeczy praca dla dobra wspólnego, na różnych szczeblach organizacji społeczeństwa, nie zostawia tak widocznych i trwałych śladów jak dzieła sztuki czy prace naukowe, dlatego zadaniem tych, którzy byli świadkami pracy Marka i towarzyszyli w Jego działalności, powinno być pamiętanie i przypominanie o jego dziełach. Tak rozumiem inicjatywę wspaniałej i dzielnej małżonki Marka, p. Moniki Karlińskiej-Nawary, opublikowania, a tym samym utrwalenia dzieł Marka, tak jak pozostały one w naszej pamięci. Marka poznałem w roku 1993 podczas mojej pierwszej rektorskiej inauguracji roku akademickiego 1993/94. Zwykle po oficjalnej i uroczystej inauguracji goście AGH spotykają się mniej oficjalnie przy lampce wina. Podczas tego spotkania przedstawiono mi Marka jako znakomitego wójta Gminy Zielonki, którego osiągnięcia są powszechnie uznane, a który z dumą podkreśla fakt ukończenia naszej Akademii. Od tego momentu był zapraszany i chętnie uczestniczył we wszystkich ważnych wydarzenia naszej Uczelni, miałem więc wiele okazji do rozmów z Nim. Jego poglądy, nie tylko polityczne, były bliskie moim, więc szybko początkowy dystans między nami zniknął i szybko zaczęliśmy mówić do siebie po imieniu. Naturalną dla mnie była decyzja Marka o kandydowaniu do Sejmu RP z list AWS i nasze drogi znowu się spotkały. On – poseł AWS, a ja – minister AWS. W okresie pierwszego roku rządu AWS–UW spotykaliśmy się dosyć często, bo to był rok dyskusji nad przygotowaną przeze mnie i mój zespół ministerialny szeroką i dogłębną reformą systemu edukacji. Ważnym elementem tej reformy była rola samorządu gminy w systemie edukacji szkolnej, a w tym zakresie doświadczenie i wiedza Marka były nie do przecenienia. Pamiętam nasze dyskusje na forum frakcji parlamentarnej AWS, zarówno w Sejmie, jak na wyjazdach. Marek akceptował naszą propozycję podziału subwencji edukacyjnej dla gmin poprzez tzw. wirtualny bonus edukacyjny, wiele jego uwag uwzględniliśmy w naszym projekcie reformy.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

19


Marek, mimo że był posłem, to jednak nie przestał być samorządowcem, samorząd lokalny był Jego naturalnym żywiołem i wcale się nie zdziwiłem, gdy po wyborach samorządowych w roku 1998 wybrał samorząd, rezygnując z mandatu posła RP. Już jako marszałek Województwa Małopolskiego został Współprzewodniczącym Komisji Wspólnej Rządu RP i Samorządu Terytorialnego, której ja, jako minister edukacji, także byłem członkiem. Edukacja jest jednym z ważniejszych tzw. zadań własnych gmin, dlatego edukacja była częstym tematem naszych spotkań. Gdy były omawiane punkty dotyczące edukacji, byłem także zapraszany przez Marka na spotkania Konwentu Marszałków, któremu przewodniczył. Szczególnie dobrze pamiętam Marka w okresie słynnego problemu finansowego, który doprowadził do mojej naprawdę dobrowolnej dymisji. Samorządy (które reprezentował także Marek) uznały, ze nowy system płac nauczycieli nie ma pokrycia w wysokości subwencji oświatowej. W tej sprawie odbyło się w Sali Kolumnowej sejmu spotkanie (chyba prowadzone przez Marka), na którym przedstawiłem swoje wyliczenia i przyznałem częściowo rację samorządowcom. Zaproponowałem wówczas rozwiązanie, które podsunął mi Marek, a mianowicie, kredyt samorządów pod gwarancje ministra finansów i spłatę tego kredytu w budżecie przyszłorocznym. Niestety, inny znany działacz samorządowy z Krakowa w emocjonującym wystąpieniu wyraził brak zaufania do obietnic rządowych i pomysł został odrzucony, a mnie nie pozostało nic innego, jak złożyć na ręce premiera dymisję, co uczyniłem natychmiast po tym spotkaniu. Marek był przeciwny mojej decyzji i przekonywał mnie, że ten problem finansowy musi być rozwiązany, a moja dymisja niczego w tej sprawie nie zmieni. Po przyjęciu mojej dymisji przez premiera odszedłem z polityki i wróciłem do pracy na uczelni, pozostało mi tylko kibicowanie samorządowej działalności Marka w Małopolsce. Podobał mi się jego pomysł utworzenia lokalnego ugrupowania: Wspólnota Małopolska, można powiedzieć, że było to ugrupowanie „ad personam”, które dzięki pozycji Marka w Małopolsce weszło dwukrotnie w skład Sejmiku Małopolskiego, a w kadencji 2006–2010 Marek został marszałkiem Województwa Małopolskiego. W tym czasie spotykałem się z Markiem dosyć często, szczególnie miłe były spotkania na AGH (byliśmy członkami Konwentu AGH) oraz w Lubomierzu, do którego szczególnie lubiła przyjeżdżać Monika, żona Marka. Dużo nie brakowało, a Marek kupiłby działkę w moim sąsiedztwie w Lubomierzu. Podczas tych spotkań oczywiście „politykowaliśmy” zarówno o polityce krajowej, jak i lokalnej małopolskiej. Marka pozycja jako marszałka była niezwykle labilna, ale jego prawdziwie mistrzowskie rozgrywki w Sejmiku pozwalały mu się utrzymać na fotelu marszałka przez całą kadencję 2006–2010, mimo iż ugrupowanie Wspólnota Małopolska było ugrupowaniem mniejszościowym. Szokiem była dla mnie wiadomość o wypadku Marka, ale z Bożą pomocą i niezwykłym poświęcenie żony Marek z tego wypadku wyszedł w zupełnie dobrej formie. Niestety porażka w wyborach samorządowych jego Wspólnoty Małopolskiej w roku 2010 w skutkach okazała się tragiczniejsze niż wypadek w Alpach. Marek został pozbawiony możliwości działania, co więcej, stał się poszukującym jakiekolwiek pracy bezrobotnym – tego serce Marka nie było w stanie wytrzymać. Rozumiałem wówczas Marka jak rzadko kto, gdyż sam poznałem smak tego dziwnego opuszczenia, milczące telefony i pusty kalendarz. W działalności politycznej niestety rzadko możemy mówić o przyjaźni, są tylko wspólne interesy.

20

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


W służbie dla dobra wspólnego Andrzej Zoll prof. prawa, były przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej, sędzia i prezes Trybunału Konstytucyjnego, oraz Rzecznik Praw Obywatelskich

Muszę z żalem przyznać, że znałem pana Marka Nawarę tylko na płaszczyźnie kontaktów oficjalnych. Spotykałem się z Nim jednak stosunkowo często jako rzecznik praw obywatelskich oraz jako przewodniczący Kapituły Konkursu Pro Publico Bono. Z marszałkiem Województwa Małopolskiego miałem wiele wspólnych spraw. W osobie pana Marka Nawary spotkałem znakomitego partnera do działań na rzecz budowy społeczeństwa obywatelskiego, co uważałem wtedy i uważam nadal za jedno z podstawowych zadań osób pełniących funkcję polskiego ombudsmana. Pan Marszałek świetnie potrafił zdiagnozować problemy i przedstawić drogi ich rozwiązania. W początku XXI wieku w Województwie Małopolskim nadal gorącym problemem był Oświęcim z ledwo wygasłym problemem Klasztoru Karmelitanek i jeszcze gorejącym krzyżem na żwirowisku. Ta ostatnia akcja była w sposób aż nadto widoczny prowokacją peerelowskich służb specjalnych. Samo zlikwidowanie tych problemów nie rozwiązywało wielu pytań ludności Oświęcimia, żyjącej w cieniu Auschwitz. Obywatelom Oświęcimia trzeba było wskazać pozytywne punkty odniesienia. Takim rozwiązaniem mogło być stworzenie wizji budowy w Oświęcimiu Międzynarodowego Centrum Praw Człowieka. Znalazłem bardzo szybko z panem Markiem Nawarą wspólny język w tej sprawie. Pamiętam moją wieczorną wizytę, złożoną Marszałkowi razem z panem Waldemarem Ratajem, na ul. Basztowej, podczas której omówiliśmy powołanie do życia w Oświęcimiu Instytutu Praw Człowieka. Razem z panem Marszałkiem Markiem Nawarą w klasztorze Franciszkanów w Harmężach podpisaliśmy wspólny dokument powołujący do życia Instytut. Miało to miejsce przy okazji pierwszej naukowej konferencji poświęconej prawom człowieka, zorganizowanej przez powstający Instytut. Pan Marszałek Nawara wielce się przysłużył sprawie otwarcia w Oświęcimiu Wyższej Szkoły Zawodowej. W planach, o których razem rozmawialiśmy, miała być ona podstawą tworzenia w Oświęcimiu ośrodka kształcenia w zakresie wiedzy o prawach człowieka ,przede wszystkim osób z Europy Wschodniej i z byłych azjatyckich Republik Radzieckich. Ten plan do dzisiaj nie został zrealizowany. Potrzeby takiego kształcenia są oczywiste i nie wymagają dowodu.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

21


Druga sfera zagadnień, poza sprawami oświęcimskimi, stanowiąca pole mojej współpracy z panem Markiem Nawarą, to organizacja dorocznego Konkursu Pro Publico Bono i budowa środowiska obywatelskiego, złożonego z członków organizacji biorących udział w tym Konkursie. Także w tej sprawie znajdywałem zawsze pełne zrozumienie Marszałka. Udało się zbudować platformę stałego współdziałania organizacji będących laureatami Konkursu. Organizacje te stanowią dzisiaj multyplikatory właściwych postaw pracy na rzecz dobra wspólnego, na rzecz budowy społeczeństwa obywatelskiego jako gwaranta demokratycznego państwa prawa. Przedwczesne odejście pana Marka Nawary zubożyło przede wszystkim Małopolskę. Był osobą, która w pierwszych latach polskiej transformacji odgrywała w budującym się samorządzie terytorialnym bardzo istotną rolę, i to nie tylko w skali regionalnej, ale ogólnopolskiej. Polska samorządność, społeczeństwo obywatelskie bardzo wiele Mu zawdzięcza. Cześć Jego pamięci.

Kulturę wspierał … Agnieszka Odorowicz dyrektor Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, b. wiceminister kultury

Pan Marszałek Marek Nawara bardzo mi pomógł w realizacji wielu projektów z dziedziny kultury. Był człowiekiem niezwykle szczerym, czasem surowym w sądach, ale bardzo uczciwym. Pamiętam, że marzył o tym, aby Mariusz Treliński przyjął propozycję dyrektorowania w krakowskiej Operze. Niestety wtedy się nie udało...

22

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Niedokończone rozmowy… Antoni Tajduś prof. nauk technicznych , Rektor Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie

Siadamy przy stole w moim gabinecie, pijemy kawę i zaczynamy kolejną rozmowę o Krakowie, Małopolsce – o tym, co wspólnie możemy zrobić. Pytasz, co dobrego dzieje się na Twojej AGH – a dzieje się wiele i dobrze. Już niebawem będziemy otwierać kolejną inwestycję, która bez Twojej pomocy tak szybko by nie powstała. Już nie pamiętam – Ty a może ja – opowiadam śmieszną anegdotę… Jeszcze kilka słów, czas nas goni – kalendarz nieubłaganie upomina się i wskazuje kolejne punkty na mapie dnia. Do zobaczenia – pewnie niedługo, może u ciebie dokończymy tę rozmowę. – Cześć! Marku – nadal nie mogę się oswoić z myślą, że nie ma Cię wśród nas. Nasza mała Ojczyzna – ale i ta duża – Polska, zmienia się na naszych oczach, ale dzieje się to dzięki takim ludziom jak Ty. Nie było dla Ciebie granic, były kolejne wyzwania. Zawsze widziałeś wyraźnie, czego potrzebuje nasz region. Nie bałeś się trudnych zadań i niepopularnych decyzji, nie obiecywałeś, lecz realizowałeś nawet te najtrudniejsze i niepopularne. Miałeś dystans, kiedy był on potrzebny, ale też czas i cierpliwość, by pochylić się nad sprawami drobnymi – niby błahymi, ale ważnymi, bo ludzkimi. Marku – byłeś prawdziwym człowiekiem! „Człowiek szlachetny nie szafuje obietnicami, lecz czyni więcej, niż przyrzekł”. Ty uczyniłeś znacznie więcej, niż ktokolwiek mógł od Ciebie oczekiwać i choć nie dokończyliśmy naszej ostatniej rozmowy – dziękuję Ci za te wszystkie wcześniejsze.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

23


Długie rozmowy Karol Musioł prof. fizyki, rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego

Z Markiem Nawarą spotykałem się wielokrotnie w czasie Jego dwóch kadencji marszałkowskich. W pierwszej jako prorektor UJ ds. rozwoju, w drugiej jako rektor. Imponowała mi zawsze Jego pamięć dotycząca spraw już omówionych, ale jeszcze ważniejsza była dla mnie Jego wizja samorządności. Rozumiał jej wagę i ogromne znaczenie. Uczestniczył w jej budowie od samego początku. To zrozumienie wagi samorządności towarzyszyło Markowi podczas wszystkich rozmów i dyskusji oraz – co ważniejsze – przy podejmowaniu decyzji. Jako Marszałek przywiązywał właściwą wagę do edukacji i roli uczelni wyższych w Małopolsce. Napisałem „właściwą”, gdyż to słowo zawiera mądrość decydenta, dostrzegającego wielkie znaczenie kształcenia Małopolan, przy równoczesnym łączeniu edukacji z gospodarką. Uważał, że mamy potencjał, by pełnić rolę pierwszoplanowego krajowego centrum nowoczesnej edukacji, liczącego się także na arenie międzynarodowej. Nowoczesnej, czyli takiej, która dobrze służy rozwojowi i budowaniu w regionie i kraju gospodarki opartej na wiedzy. I w tym kierunku zmierzał swoimi działaniami i decyzjami. Jak mało kto potrafił znaleźć odpowiedni praktyczny wyraz dla przyjmowanych celów strategicznych. Rozmowy z Markiem o priorytetach małopolskich uczelni zawsze zawierały fragment o ludziach, którym nauka i edukacji winny pomagać w godnym życiu oraz realizacji ambitnych planów. Małopolskie uczelnie wiele mu zawdzięczają, gdyż klarownie widział wartość dodaną wynikającą ze wzajemnej współpracy uczelni, samorządu i biznesu. Miałem przyjemność przeprowadzenia z Markiem wielu rozmów na te i inne tematy. Jedną, bardzo długą rozmowę, pamiętam do dziś. To takie właśnie rozmowy prowadzą do przyjaźni w dorosłym wieku. Bardzo żałuję, że zabrakło czasu na następne spotkania.

24

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Umiał wysłuchać i pomóc Janusz Żmija prof. nauk rolniczych, rektor Uniwersytetu Rolniczego im. Hugona Kołłątaja w Krakowie

Minął już rok od czasu, kiedy pożegnaliśmy naszego Przyjaciela Marka Nawarę, jednak cały czas mam Go w pamięci. Pamiętam czas spędzony wspólnie na dyskusjach o ważnych problemach dla Województwa Małopolskiego, a także te chwile, kiedy mogliśmy swobodnie rozmawiać podczas kolacji czy bankietów na tematy prywatne. Marka poznałem w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Był wówczas radnym oraz wójtem Gminy Zielonki, a ja byłem prodziekanem Wydziału Rolniczego ówczesnej Akademii Rolniczej im. Hugona Kołłątaja w Krakowie. Już wówczas podziwiałem jego dokonania na polu samorządowym oraz zmiany, jakie zapoczątkował w podkrakowskiej Gminie Zielonki, która do dziś jest jedną z najprężniej rozwijających się gmin w Małopolsce. Obserwowałem jego karierę oraz pracę na rzecz Polski, Małopolski, gdy został posłem III kadencji na Sejm RP. Nie ukrywam jednak, że ucieszył mnie fakt, że zrezygnował z mandatu posła, by po zmianach administracyjnych objąć funkcję pierwszego marszałka województwa. Wtedy zacieśniliśmy współpracę w zakresie rozwoju obszarów wiejskich, wspólnie współtworzyliśmy strategię rozwoju Województwa Małopolskiego. Ceniłem sobie Jego znajomość wsi małopolskiej oraz problematyki rolniczej, mimo iż był absolwentem uczelni technicznej (AGH). Podziwiałem Jego ogromne zaangażowanie w sprawy naszego województwa, Jego umiłowanie Krakowa, Małopolski. Nasze drogi zawodowe ponownie zeszły się, kiedy Marek Nawara został marszałkiem Województwa Małopolskiego III kadencji. Ja pełniłem już wówczas funkcję rektora Akademii Rolniczej, a następnie Uniwersytetu Rolniczego. Współpraca pomiędzy nami oraz naszymi instytucjami układała się bardzo dobrze. Kiedy zrodziła się inicjatywa powołania w Krakowie studiów weterynaryjnych, uzyskaliśmy bardzo silne poparcie Urzędu Marszałkowskiego, w tym marszałka Marka Nawary. Powołaliśmy Uniwersyteckie Centrum Medycyny Weterynaryjnej UJ–UR, a obecne władze Urzędu Marszałkowskiego kontynuują poparcie dla tego projektu, tak ważnego dla rozwoju naszego regionu. Marek Nawara zrobił wiele dla naszego województwa, choć jego kadencje przypadały na niezmiernie trudny okres w polityce i w kształtowaniu się nowego ustroju w Polsce. Był pierwszym marszałkiem Małopolski, stworzył strukturę samorządu wojewódzkiego. Pracę w samorządzie traktował jako służbę ojczyźnie, chciał poprawić jakość życia społeczeństwa lokalnego. Mawiał często, że Małopolska to jego wielka miłość. Marek był prawym obywatelem, człowiekiem honoru, oddanym bezgranicznie ojczyźnie, a przede wszystkim był dobry i uczynny. Był też niezmiernie pracowity i bardzo wymagający – wymagał od innych, ale przede wszystkim od siebie, ale też rozumiał ludzi, umiał ich wysłuchać i pomóc w miarę swoich możliwości.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

25


Słów kilka o Marku (mniej znanym) Franciszek Ziejka prof. literatury polskiej, b. rektor UJ, przewodniczący Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa

Marek Nawara zapisał się w pamięci Krakowa, Województwa Małopolskiego, a także całej Polski przede wszystkim jako wybitny samorządowiec, człowiek bez reszty zainteresowany rozwojem tzw. demokracji oddolnej. Pamięta się Go jako posła do Sejmu, marszałka Województwa Małopolskiego, a także założyciela i szefa Wspólnoty Małopolskiej. Znał jak rzadko kto sytuację powiatów i gmin małopolskich. Postrzegany był powszechnie jako reprezentant Polski B: tej Polski z małych miast i miasteczek, z zapomnianej najczęściej przez „Wielkich Polityków” prowincji. Często też upominał się w Warszawie o większe dla nich prawa, o przyznanie im w zwiększonym zakresie podmiotowości. Na tym polu zapisał się w dziejach III Rzeczpospolitej prawdziwie złotymi zgłoskami. Był świadom tego, że ludziom z Polski B należne są takie same prawa, jak tym z wielkich metropolii. Że zasługują oni na taki sam, a może i większy, szacunek, jak ci, którzy na co dzień pokazywani są w telewizji, którym oddano niejako w „wieczystą dzierżawę” media. Marek Nawara przez wiele lat był członkiem Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków Krakowa. Systematycznie uczestniczył w zebraniach plenarnych Komitetu, ale także – w organizowanych co kilka tygodni spotkaniach członków Prezydium SKOZK. Dzielił się z nami swoją wiedzą, nierzadko występował jako „ pośrednik” w walce o fundusze na odnowę bezcennych zabytków dawnej Polski. Właśnie z tą jego funkcją wiąże się historia, o której pragnę tu opowiedzieć. Historia na pozór błaha, a przecież bardzo celnie pokazująca Jego osobowość, człowieka nie tylko „reprezentującego” Polskę B, ale – konkretnie wspomagającego mieszkańców polskiej prowincji. Opowieść zacząć muszę jednak od początku. Wiosną 2007 roku w gronie członków SKOZK-u zapoczątkowaliśmy dyskusję nad tym, jak godnie przygotować się do zbliżającej się w następnym roku 30. rocznicy istnienia tego niezwykłego ciała, grupującego ludzi gotowych służyć miastu Krakowowi, ratować jego zabytki, bez oglądania się na jakiekolwiek gratyfikacje. Uznaliśmy, że zorganizujemy z tej okazji sesję naukową, w czasie której uczeni skonfrontują doktryny i realizacje konserwatorskie w świetle doświadczeń krakowskich ostatnich trzydziestu lat. Tak też się stało. Zorganizowana w listopadzie 2008 roku konferencja zgromadziła znakomite grono znawców przedmiotu z całej Polski, a jej rezultaty wydaliśmy w formie książki.

26

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Jako przewodniczący SKOZK-u, w związku ze zbliżającą się rocznicą, wystąpiłem nadto z projektem, który otrzymał nazwę: Moja Wielka Ojczyzna. Chodziło mi w tym wypadku o podjęcie pracy z młodzieżą gimnazjalną z najdalszych zakątków kraju, która nigdy wcześniej nie miała okazji odwiedzić dawnej stolicy Polski. Postanowiłem ściągnąć młodych ludzi na kilka dni do Krakowa, pokazać im skupione tu bezcenne zabytki narodowe, wzbudzić w nich jeśli już nie miłość, to przynajmniej zainteresowanie sprawami ojczyzny. Na swój sposób chciałem nawiązać do masowego na przełomie XIX/XX wieku zjawiska tzw. pątnictwa narodowego. W tamtym okresie grono światłych, mądrych działaczy regionalnych, a także rzesze „siłaczek” i „siłaczy” pracujących w wiejskich szkołach uznało, że dla uświadomienia narodowego polskiego ludu, który żyjąc od stuleci w nędzy, szukający ostatnio ratunku w emigracji do Ameryki lub do Brazylii, niezbędne jest podjęcie kroków mających w nim rozbudzić uczucia patriotyczne, przywiązania do ojczystego kraju. To samo dotyczyło ówczesnej młodzieży polskiej, poddawanej w szkole procesowi wynaradawiania. Wzmiankowani bohaterowie „pracy u podstaw” uznali, że cennym lekarstwem na powyższą chorobę może być wyprawa-pielgrzymka do Krakowa. Począwszy od lat dziewięćdziesiątych XIX wieku każdego roku, od wczesnej wiosny do późnej jesieni, podążały do dawnej stolicy Polski rzesze chłopów i robotników, ale i młodzieży szkolnej ze wszystkich zakątków naszej ziemi: ze Śląska, z Galicji Wschodniej i Zachodniej, z Poznańskiego, nierzadko „spod Moskala” (ci ostatni w ramach tajnych pielgrzymek!).

Do tego ruchu pątnictwa narodowego nawiązywać miała nasza inicjatywa. Chodziło o ściągnięcie do Krakowa, którego bezcenne zabytki odnawiane są w dużej mierze dzięki dotacjom z Narodowego Funduszu Rewaloryzacji Zabytków Krakowa, młodzieży gimnazjalnej na cztery dni. W tym czasie pod kierunkiem odpowiednio przygotowanych przewodników miała ona zwiedzić najważniejsze zabytki miasta: Zamek Królewski, Katedrę Wawelską, Collegium Maius (tutaj Muzeum UJ), kilka zabytkowych kościołów z Bazyliką Mariacką na czele, Kopiec Kościuszki, ale także Kopalnię Soli w Wieliczce, a wreszcie – Wadowice, miasto rodzinne papieża Jana Pawła II. Nadto

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

27


zdecydowaliśmy, aby wizyta młodych ludzi w naszym mieście połączona była z oglądnięciem spektaklu teatralnego (w Teatrze im. Juliusza Słowackiego lub w innym). Projekt ten przedstawiłem w maju 2007 przebywającemu w Krakowie prezydentowi RP Lechowi Kaczyńskiemu oraz metropolicie krakowskiemu, księdzu kardynałowi Stanisławowi Dziwiszowi. Obaj rozmówcy gorąco poparli pomysł. Zobowiązali się także weprzeć przedsięwzięcie w sposób konkretny: prezydent Kaczyński przyrzekł dotację na wyżywienie młodych „pątników” w Krakowie, zaś kardynał Dziwisz zobowiązał się udostępnić na ten cel pozostający pod zarządem parafii mariackiej Dom Pielgrzyma w Bronowicach Wielkich pod Krakowem. Dla realizacji tego przedsięwzięcia niezbędny był jeszcze transport: chodziło o autokar, który by bezpłatnie przywiózł uczniów do Krakowa, a następnie odwiózł ich do domu. Poszukując hojnego sponsora, który wziąłby na siebie taki obowiązek, pomyślałem w pierwszej kolejności o Marku Nawarze, ówczesnym marszałku Województwa Małopolskiego. Gdy tylko przedstawiłem Mu ów projekt, natychmiast oświadczył, iż uczyni wszystko, aby Województwo przystąpiło do jego realizacji. Tak też się stało: otrzymaliśmy do naszej dyspozycji autokar z dwoma kierowcami. W maju 2008 roku „uruchomiliśmy” projekt zwany Moja Wielka Ojczyzna. Skierowaliśmy go do młodzieży gimnazjalnej z najuboższych rejonów Polski: z powiatów Gołdap, Lidzbark Warmiński i Bartoszyce (z województwa warmińsko-mazurskiego) oraz z powiatu Sławno (w województwie zachodniopomorskim). To tamte popegeerowskie rejony, według danych GUS, posiadały najniższe dochody na jednego mieszkańca. Ostatecznie w ciągu 2008 roku przyjęliśmy w Krakowie 32 grupy młodzieży z opiekunami: razem ponad 1500 gimnazjalistów i około 100 nauczycieli! Ta piękna idea nie zostałaby zrealizowana, gdyby nie wsparcie przywołanych tu naszych „opiekunów”: prezydenta Lecha Kaczyńskiego, kardynała Stanisława Dziwisza oraz marszałka Marka Nawary. To dzięki ich pomocy ponad półtora tysiąca gimnazjalistów z najbiedniejszych terenów Polski, z tamtejszych wsi i małych miasteczek, zwiedziło Kraków, Wieliczkę i Wadowice. Zdecydowana większość grup miała nadto okazję spotkać się z metropolitą krakowskim. Piszący te słowa, jako były rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, przyjmował młodych „pątników” w Collegium Maius. Myślę, że wielką radość sprawiłyby Markowi Nawarze słowa, jakie gimnazjaliści z najdalszych zakątków kraju kierowali bezpośrednio, albo w listach do nas, jako inicjatorów i organizatorów tego przedsięwzięcia, pod adresem „opiekunów-dobroczyńców”, dzięki którym mogli odwiedzić prastarą stolicę Polski. Słów tych nie dane Mu było wysłuchać bezpośrednio. Niech zatem przynajmniej w tej formie przypomniane zostanie wielkie Jego serce, Jego pomoc, jakiej udzielił nam w realizacji tego projektu. On rozumiał, jak wielkie znaczenie w życiu młodych ludzi, szczególnie tych z biednych rodzin, ma każdy, choćby najmniejszy dobry uczynek. To dlatego przypominam tu tę historię.

28

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Był zorientowany na dobro wspólne Grażyna Prawelska-Skrzypek prof. nauk humanistycznych, Instytut Spraw Publicznych Uniwersytetu Jagiellońskiego

Poznałam Marka Nawarę na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy zaczęłam pracować w Małopolskim Instytucie Samorządu Terytorialnego i Administracji. Lata dziewięćdziesiąte to był wyjątkowy okres dla budowania samorządu terytorialnego w Polsce. Wybrani przedstawiciele społeczności gminnych byli pełni entuzjazmu i wiary, że mądrze gospodarując, zmienią życie swoich gmin. Chętnie uczyli się, jak sprawować władzę, chętnie dzielili się doświadczeniami. MISTiA chciała im w tym pomagać poprzez realizację różnych projektów w ramach szkoleń, programów pomocowych, a także animując powstawanie różnych forów – między innymi wójtów i burmistrzów. Wśród małopolskich „samorządowców” wyróżniał się ówczesny wójt podkrakowskiej Gminy Zielonki – Marek Nawara – energiczny, szybki, odważny i pełen pomysłów. Imponował mi wówczas umiejętnością błyskawicznego przewidywania możliwych skutków różnych, powstających bez przerwy nowych regulacji prawnych. Marek zawsze znajdował czas, żeby uczestniczyć w spotkaniach samorządowych, brał także udział w wielu projektach. Wielokrotnie powoływał się później na przykład funkcjonowania samorządu gminnego we Francji, który poznał w ramach jednej z organizowanych przez nas wizyt studyjnych. Jako wójt Zielonek, Marek szybko zasłynął z sukcesów w zarządzaniu rozwojem swojej gminy. Interesowało mnie to od strony naukowej, więc poprosiłam Go kiedyś o udzielenie mi wywiadu. Byłam ciekawa, jak on zarządza gminą, że w krótkim czasie udało się mu zrealizować wiele inwestycji, które diametralnie zmieniły jej obraz. Przy czym nie nadwyrężył on zbytnio jej finansów, a także nie obciążył mieszkańców dodatkowymi podatkami. Chętnie się zgodził, więc pojechałam do Zielonek, a On zaskoczył mnie. Okazało się, że Jego styl zarządzania bazował na zdolności do przewidywania zmian w otoczeniu i stwarzaniu możliwości elastycznego reagowania na pojawiające się szanse czy zagrożenia dla gminy. Był doskonałą egzemplifikacją jednej z teoretycznych koncepcji zarządzania rozwojem znanej jako styl reagowania na wpływy. Wielokrotnie potem, pisząc teksty naukowe i podczas wykładów na temat zarządzania rozwojem lokalnym i regionalnym, przywoływałam przykład Marka Nawary i Gminy Zielonki jako ilustrację tego stylu zarządzania rozwojem lokalnym. W późniejszych latach Marek był bardzo aktywny jako marszałek, poseł, ale wciąż znajdywał czas na spotkania z samorządowcami, wciąż był bardzo bezpośredni, koleżeński. Na przełomie 2002 i 2003, przy okazji jakiegoś politycznego zawirowania, znów spotkałam się z Nim na niwie naukowej. Tym razem to Marek zadzwonił i przypominając mi moje badania nad tożsamością regionalną w Małopolsce, zapro-

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

29


sił mnie do wygłoszenia wykładu na ten temat. Powiedział, że animuje nowy, obywatelski ruch, odwołujący się nie tyle do nurtów i haseł politycznych, ile do ponadpolitycznego poczucia tożsamości i interesów regionalnych. Idea budowania konsensusu wokół wspólnych interesów i nieulegania presji doraźnych celów politycznych była mi bliska, więc wyraziłam zainteresowanie dla tej inicjatywy. Okazało się, że zaprosił mnie na spotkanie opłatkowe Wspólnoty Małopolskiej w Łagiewnikach, spotkanie pod wieloma względami wyjątkowe. Przybyli na nie liczni politycy z Polski. Wielu wśród nich nie pasowało do współczesnego kształtu polityki publicznej, nie angażowało się w „politykierstwo”, w gry interesów politycznych, ale było zorientowanych na dobro wspólne. Oni znaleźli się wówczas na marginesie polityki. Marek próbował przebić się z myśleniem o regionie, o Małopolsce, jako o dobru wspólnym, poza polityką, i skupić środowisko wokół tej idei. Odnalazłam w tym spotkaniu klimat z początku lat dziewięćdziesiątych. Zderzając się w późniejszych latach z rzeczywistością zdominowaną grą polityczną, w której interesy polityczne wydawały się ważniejsze niż interesy kraju lub były utożsamiane z interesami wszystkich mieszkańców i narzucane im, często przypominałam sobie klimat tego spotkania w Łagiewnikach. Z nostalgią wspominam te pierwsze próby szukania wspólnoty wartości i celów, które mogłyby stanowić bazę dla budowania pomyślnej przyszłości dla wszystkich mieszkańców regionu, niezależnie od sympatii politycznych. Myślę, że Marek trochę wyprzedził czas, w którym żył.

30

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Był właściwym człowiekiem na właściwym stanowisku Leopold Zgoda dr nauk humanistycznych, członek „Solidarności”, b. radny Miasta Krakowa

Do napisania wspomnienia o Marku Nawarze zabierałem się od dawna. Chciałem, aby moja wypowiedź była możliwie szczera, wierna, prawdziwa i sprawiedliwa. Czy aby nie chciałem zbyt wiele? Bo co to znaczy „wspominać”? Wprawdzie każdy z nas wie, o co tu chodzi, ale przecież nie jest łatwo odpowiedzieć. Thomas Merton, trapista, jeden z największych myślicieli i pisarzy XX wieku, w pracy „Nikt nie jest samotną wyspą”, napisał: „Prawda, szczerość i wierność są z sobą blisko spokrewnione. Szczerość – to wierność prawdzie. Wierność – to rzeczywista rzetelność naszych obietnic i postanowień”. Wypowiedź może być szczera, ale nie musi być prawdziwa. Zawsze możemy się mylić. Trzeba dołożyć starań, aby myśl i zdanie oddawały faktycznie zaistniały stan rzeczy. Wypowiedź może być prawdziwa, ale zarazem daleka od tego, co skłonni bylibyśmy nazwać uczciwym wyborem przekazu. „Sprawiedliwość – uczył znakomity myśliciel niemiecki Wilhelm G. Leibniz – jest miłością bliźniego ludzi mądrych”. Myśląc o napisaniu wspomnienia o Marku, miałem już problem z nazwaniem naszej znajomości. Wprawdzie mieliśmy sprawy wspólne, Marek bywał w moim domu, lecz nie wiązała nas młodzieńcza znajomość, tym bardziej nie wiązały nas interesy. Nie wydaje mi się także, aby była to przyjaźń. Poza tym, nie byłem przy Marku w czasie Jego największych publicznych i samorządowych dokonań. Przyglądałem się Jego poczynaniom niejako z zewnątrz. Bywało, że z niemałym uznaniem, zwłaszcza

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

31


wtedy, kiedy potrafił skutecznie przeciwstawić się zabiegom manipulacyjnym swoich niby-sojuszników. Dzisiaj mogę powiedzieć, że Marek był moim bliźnim. Moim, to znaczy, bliskim. Lecz co to znaczy „być bliźnim”? Czy dzisiaj znaczy to jeszcze „być człowiekiem w potrzebie”? Bo jeśli tak, to każdy z nas jest w jakiejś potrzebie, a zatem każdy może być moim bliźnim. A może chodzi o kogoś, z kim można się tylko zabawić? Potrzeby wygody i przyjemności bez zobowiązań, mniejsza o to, na ile iluzoryczne, wydają się bez reszty wypełniać nasze życie. Czy nie jest to jedno z największych złudzeń naszego czasu? Myślę, że Marek takiemu złudzeniu się nie poddawał. Spotkaliśmy się po raz pierwszy podczas pierwszej sesji Sejmiku Samorządowego Województwa Krakowskiego II kadencji (1994–1998). Marek był wójtem podkrakowskiej Gminy Zielonki, radnym i delegatem do Sejmiku. Ja byłem radnym i delegatem Rady Miasta Krakowa. Było to jeszcze przed drugą reformą samorządową (1988). Trójstopniowego podziału administracyjnego kraju i samorządów na poziomie gmin, powiatów i województw jeszcze nie było. Ale samorząd gminny już był. Pierwsze wybory do rad gmin odbyły się w 1990 roku. Proszę zauważyć, że trzeba było aż ośmiu lat sporów, by wprowadzić kolejną reformę samorządową. Do tego czasu sejmiki nie miały większych kompetencji, nie miały też pieniędzy. Członkami byli delegaci wszystkich gmin danego województwa, z małych po jednym, z większych po kilku. Ale myśmy uczyli się ze sobą rozmawiać, porozumiewać się i współdziałać, nie pytając o opcję polityczną. Był to dobry czas i była to dobra szkoła lokalnej i obywatelskiej samorządności. Sam Marek Nawara, będąc przewodniczącym Sejmiku (używaliśmy już wtedy także słowa „marszałek”), był samorządowcem niepartyjnym, ściślej zaś mówiąc, ponadpartyjnym. Podkreślam ten fakt, aby nie dać się zwieść temu, iż Marek po raz pierwszy próbował dostać się do Sejmu w 1993 roku z listy Bezpartyjnego Bloku Wspierania Reform (BBWR). Przewodniczącym Sejmiku Samorządowego Województwa Krakowskiego I kadencji (1990–1994) był powszechnie znany i szanowany działacz opozycyjny Zbigniew Ferczyk. Otwierając sesję Sejmiku II kadencji, zaproponował, abym ja poprowadził dalsze spotkanie. Propozycja została przegłosowana i w taki oto sposób, nie znając delegatów z terenu, uczestniczyłem w wyborze przewodniczącego Sejmiku, którym został właśnie Marek Nawara. Ja wszedłem w skład Prezydium Sejmiku. Stąd niemało było okazji, aby się spotykać, słuchać i nawzajem sobie przyglądać. Słuszna, wysmukła sylwetka Marka Nawary, jego delikatny uśmiech, spokojny, wyważony głos, skupione na rozmówcy spojrzenie mogły się podobać. Pozostali członkowie Prezydium, zwłaszcza urokliwa Iwona Latowska z Proszowic i dynamiczny Marcin Pawlak z Dobczyc (do dzisiaj ceniony burmistrz tego miasta), budzili moją sympatię i zainteresowanie. Ale także inni członkowie Prezydium, nie wyłączając Jerzego Lackowskiego, kuratora oświaty, byli doświadczonymi samorządowcami, od których mogłem się wiele nauczyć. Marek Nawara, oszczędny w słowach i umiejący słuchać, łagodził spory i umiał nad sobą panować. Pamiętam, jak zwróciłem mu uwagę, iż nadużywa wyrażenia „jak gdyby”. Dodałem, że sugerować to może brak pewności siebie. Przyjrzał mi się spokojnie i powiedział: „Poldku, uważaj!”. Zauważyłem jednak, że „jak gdyby”, może nie od zaraz, ale gdzieś w czasie się zagubiło. Marek umiał wyciągać wnioski i szybko się uczył.

32

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Jeszcze na początku kadencji pojawił się pomysł, zgłoszony bodaj przez dyrektora Biura Jerzego Barta, aby ogłosić konkurs samorządowy. Marek zapytał o szczegóły. Zgodziliśmy się, że nagrodą będzie dyplom i forma rzeźbiarska, wyłoniona w drodze ograniczonego konkursu. Do realizacji przyjęliśmy projekt zgłoszony przez Józefa Marka, prof. ASP w Krakowie. Ja zostałem przewodniczącym Komisji Konkursowej. Być może był to pierwszy tego rodzaju konkurs w Polsce. Wystarczył prestiż nagrodzonych, charakterystyczna forma rzeźbiarska wysmukłych postaci, pieniędzy nie było. Ogłoszenie wyników (raz w roku) odbywało się podczas uroczystej sesji Sejmiku w Sali Hołdu Pruskiego Muzeum Narodowego w Sukiennicach. Podczas jednej z takich uroczystości, 18 grudnia 1985 roku, prof. Władysław Stróżewski z Instytutu Filozofii UJ, znakomity znawca spraw ludzkich, wygłosił odczyt pt. „Filozoficzne podstawy samorządności”. „Sam termin samorządność – tłumaczył prof. Stróżewski – najbliższy jest greckiemu pojęciu autonomii. Autonomia to, dosłownie rzecz biorąc, samostanowienie, w szczególności samostanowienie prawa – nomos”. Ale to jeszcze nie wszystko. Profesor podkreślił, że chodzi tu także o realizację prawa, a zatem i o dostępność ochrony prawnej dla zainteresowanych. Ale autor tych słów nie ograniczył pojęcia autonomii do samostanowienia prawa. Cytuję: „O autonomii mówimy także – i bodaj przede wszystkim – wtedy, gdy mamy na myśli podejmowanie jakichkolwiek decyzji na własną odpowiedzialność. Na plan pierwszy wysuwa się więc nie tyle pojęcie prawa, ile odpowiedzialności. Odpowiadam za to, co zamierzam zrobić i za to, co czynię”. Od siebie dopowiem, że uchylanie się od odpowiedzialności, zwłaszcza od odpowiedzialności moralnej, jest przejawem braku owej autonomii wewnętrznej, która czyni człowieka w pełni dojrzałym. Odnoszę wrażenie, że Marek był człowiekiem autonomicznym wewnętrznie i w pełni dojrzałym. A oto ostatni cytat z wykładu prof. Stróżewskiego: „Celem samorządu jest przede wszystkim realizowanie dobra wspólnego i troska o to, by było ono rzeczywiście wspólne, tzn. dostępne dla każdego. To dobro wymaga nieustannego utwierdzania i ochrony”. Profesor wyraził także obawę, że po okresie totalitaryzmu, pozbawiającego jednostkę wszelkiej inicjatywy, nastąpił, prawem kontrastu, czas dbania wyłącznie o własne interesy i własne dobro. Nie zauważa się, że dobro wspólne to także jest własne dobro, tyle tylko, że na innym poziomie. Czy nie jest tak, że te słowa są dzisiaj nadal wyjątkowo aktualne? Honorarium za wykład prof. Stróżewski nie otrzymał, ale zachował się tekst wystąpienia, który po siedmiu latach ukazał się w książce pt. „O wielkości. Szkice z filozofii człowieka”. W listopadzie 2002 roku książka uhonorowana została nagrodą Śródmiejskiego Ośrodka Kultury jako Krakowska Książka Miesiąca. Piszę o tym, aby podkreślić, że myśmy już wtedy myśleli o wielkiej potrzebie wiązania kultury i środowisk akademickich Krakowa z samorządem i codzienną praktyką. Marek Nawara, absolwent AGH, miał dla potrzeb związanych z kulturą już wtedy dużo zrozumienia. Przejdźmy do spraw związanych z polityką. Pamiętam dobrze jedno z prywatnych spotkań przed wyborami parlamentarnymi w 1997 roku. Marek powiedział mi, że ma poparcie w terenie i zastanawia się, czy nie startować w wyborach. Odpowiedziałem, że być może warto spróbować. Ale tak się złożyło, że obaj odnaleźliśmy siebie na listach AWS do Sejmu. Doszło do kolejnego spotkania, tym razem w kawiarni

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

33


i w obecności Marka Cholewki. Wypiliśmy po lampce wina i zgodziliśmy się, że nie będziemy sobie przeszkadzać. Marek Nawara był spokojniejszy i ja byłem zadowolony. I stało się tak, jak powinno było się stać. Marek został posłem, natomiast ja mogłem nadal uczyć studentów, zająć się sprawami Krakowa, a także małymi dziećmi, rodziną i domem. Kiedy dowiedziałem się, że delegacja samorządowców Małopolski i Śląska, w dniach od 20 marca do 4 kwietnia 1998, wybiera się z wizytą do Stanów Zjednoczonych, przypomniałem sobie słowa prof. Grzegorza Kołodki, wicepremiera i ministra finansów, który podczas spotkania ze studentami (było to w auli Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie), powiedział mi, że nie powinienem wypowiadać się o Stanach Zjednoczonych, skoro tam jeszcze nie byłem. Stąd moja dodatkowa motywacja, aby przy pierwszej dobrej okazji wybrać się do USA; zawdzięczam ją prof. Kołodce. Stąd również moje dążenie, aby dołączyć do samorządowców i tym sposobem poznać Stany Zjednoczone. Marek Nawara poparł moje starania i sam – w ostatniej chwili – dołączył do delegacji. To była przemyślana i dobrze zorganizowana wizyta. Delegacji przewodniczył Kazimierz Barczyk, sekretarz stanu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów i przewodniczący Stowarzyszenia Gmin Małopolski, a także Stanisław Zając – wicemarszałek Senatu, który zginął dwa lata temu w katastrofie pod Smoleńskiem. Był to czas intensywnych starań o przyjęcie Polski do NATO i stąd podstawowy cel i wiodące hasło naszego wyjazdu „Polska do NATO”. Spotkań było wiele, miały różne znaczenie i rozmaity charakter. Był Nowy Jork, Waszyngton, Chicago. Były spotkania w ośrodkach akademickich, samorządowych, gospodarczych i politycznych, ale także z Polonią amerykańską i zwiedzanie Niagara Falls. Z tych jakże wielu spotkań najbardziej utkwiły mi w pamięci spotkania: w siedzibie policji nowojorskiej, a także w Ambasadzie RP z Jerzym Koźmińskim. Nie przypominam sobie, aby Marek publicznie zabierał głos. W pełni korzystał z komfortu, jaki daje świadomość, że się jest „tylko jednym z wielu”. Obserwował, słuchał, uczył się. Najczęściej byliśmy razem. Od czasu do czasu przepraszał i odchodził, aby zadzwonić. Mogłem tylko się domyślać, jak ważne były dla Marka te rozmowy. Nie pytałem, Marek nie opowiadał. Dzisiaj myślę, że nasz wspólny pobyt w Stanach Zjednoczonych znakomicie owocował, kiedy Marek został posłem do Sejmu z listy AWS w 1997 roku, a następnie, rezygnując z mandatu posła, marszałkiem Województwa Małopolskiego (1988–2002, 2006–2910), organizując od podstaw samorząd wojewódzki i pełniąc rozmaite funkcje samorządowe, organizacyjne i doradcze na szczeblu krajowym. Ale mnie w Sejmiku już wtedy nie było. Zasiadałem natomiast, i Marek miał w tym swój udział, kolejną kadencję w Radzie Miasta Krakowa. Od wspólnych znajomych wiem o Jego wyjazdach w teren, aby poznać ludzi i na miejscu rozeznać się w problemach miast, starostw i gmin. Od Marka Cholewki wiem, że były powroty i po północy. O tym, jak bardzo Marek Nawara potrafił być człowiekiem wdzięcznym i wiernym, mogłem przekonać się osobiście. Nastał czas wyborów samorządowych w roku 1998. Prowadziliśmy prace programowe, organizacyjne i układanie list w ramach Akcji Wyborczej Solidarność, która obejmowała wiele ugrupowań społecznych i obywatelskich. Miałem już ustalone miejsce na liście do Rady Miasta Krakowa, kiedy wyjechałem do Sieniawy na Podkarpaciu (4 X 1998). Tam wziąłem udział w konferencji samorządowej, zorganizo-

34

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


wanej w pięknym zespole pałacowo-parkowym książąt Czartoryskich. Pamiętam, że w sali obrad był wprawdzie okazały kominek, ale panowało wielkie zimno. Kiedy pojawiłem się ponownie na spotkaniu obradującej AWS w siedzibie Małopolskiej Solidarności (Kraków, pl. Szczepański 5), okazało się, że zostałem przesunięty na liście wyborczej o jedno miejsce w dół. Komentarz był taki, że na pewno sobie poradzę. Powiedziałem, co o tym myślę, i wyszedłem. Telefonów nie odbierałem. Po jakimś czasie przyjechał do mnie do domu Jerzy Eder, jeden z moich przyjaciół, i powiedział, że Marek Nawara chce ze mną rozmawiać. Jerzy zabrał mnie do samochodu, pojechałem, aby spotkać się z Markiem, ale na salę obrad już nie wróciłem. Marek mediował wytrwale między mną na parterze a zebranymi na IV piętrze, aby za którymś razem powiedzieć mi, że jest decyzja, abym wszedł na pierwsze miejsce w okręgu nr VI (Prokocim), wyjątkowo odległym od miejsca mego zamieszkania. Na propozycję przystałem. Uporowi Marka zawdzięczam drugą kadencję w Radzie Miasta Krakowa, która była kadencją prezydentury Andrzeja Gołasia, budowania mostów na Wiśle, a także pierwszego odcinka szybkiego tramwaju. Czy była to przysługa bezinteresowna? Pewien jestem tego, że tak. Takim był dla mnie Marek Nawara i takim go zapamiętam. W dniach od 10 do 16 listopada 2009 roku Zespół Pieśni i Tańca Akademii Górniczo-Hutniczej „Krakus” obchodził „diamentową” rocznicę. Zaproszony wraz z żoną przez dr Małgorzatę Kwaśniewską, byłą członkinię zespołu, miałem okazję uczestniczyć we wspaniałym widowisku „Galeria Folkloru”, w reżyserii prof. Jerzego Kwaśniewskiego, podczas którego wystąpiło na scenie 160 osób reprezentujących trzy pokolenia „Krakusa”. Atmosfera była wyjątkowo rodzinna, serdeczna, radosna, podniosła i niepowtarzalna. Mam już za sobą wiele lat życia, ale nie przypominam sobie podobnego spotkania. I właśnie tam, podczas przerwy, zauważyłem wyróżniającą się postać Marka Nawary. Było to pierwsze nasze spotkanie po wypadku Marka na nartach w Alpach w Austrii. Powiedziałem mu, jak bardzo mi imponuje swym charakterem, odpornością, wytrwałością, powrotem do zdrowia. Spojrzał na mnie badawczo, uśmiechnął się i zapytał, czym się teraz zajmuję. Powiedział, że nie widzi powodów, dla których miałby wycofać się z życia publicznego. Prosił, abym o tym pamiętał i kiedyś przedzwonił. Nie chciałem pamiętać i nie przedzwoniłem. Marek otarł się o śmierć, ale chciał żyć jak dawniej. Wydawało się, jak powiedziała Jego żona Monika, że „może być już tylko lepiej”. Takie to było nasze ostatnie spotkanie. Dzisiaj myślę, że jeśli już miało być, to takim właśnie, w pięknej radosnej oprawie, powinno było być. W dniu 25 maja minie rok od śmierci Marka Nawary. Pamiętam, że wiadomość o Jego śmierci była dla mnie dużym zaskoczeniem. Potem, 1 czerwca, odbyły się uroczystości pogrzebowe w Bazylice Mariackiej i w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Byli bliscy, znajomi, goście i obywatele Krakowa. Były przemówienia prominentnych osób. Stanisław Kracik – wojewoda krakowski, z którym Marek Nawara rywalizował o funkcję przewodniczącego Sejmiku w roku 1994, jakże pięknie, prosto i prawdziwie powiedział: „Marek Nawara jako marszałek był właściwym człowiekiem na właściwym stanowisku”. Ja żegnałem Zmarłego, który był moim Bliźnim.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

35


Mój student Marek - wiedziałem, że z tej mąki coś będzie Feliks Stalony-Dobrzański dr inż. AGH, promotor pracy magisterskiej Marka Nawary

Póki żyjemy, przechodzą przez nasze życie inni ludzie i jest to relacja wzajemna. Czasem chwilowa, czasem długotrwała. Zawsze jednak zostawiamy ślady i zawsze jedni od drugich czegoś się uczymy, czegoś doświadczamy. W trakcie mojej 40-letniej praktyki dydaktycznej, dziś mogę to powiedzieć, było parę osób – studentów, a więc ludzi tak właśnie przechodzących, które były dla mnie i doświadczeniem, i nauką. Jednym z takich studentów, których zapamiętałem, był Marek Nawara. Wszyscy będą go oceniali z dokonań jako marszałka Województwa Małopolskiego, samorządowca – bo to były przecież jego powszechnie znane i doświadczane aktywności. Mnie jednak wrył się w pamięć jako bardzo ciekawy człowiek – zupełnie czymś innym, szczególnie ważnym. Wygrał mianowicie z systemem niszczenia, eliminowania, wypychania ludzi wartościowych. Funkcjonowanie i skuteczność tego systemu uznaję za główny hamulec dla naszych polskich potencjalnych możliwości. Ale to poboczna refleksja, choć wiem, że zdawał on sobie z tego sprawę – i jak mógł i potrafił, na tym polu reagował. Spotkałem go jako studenta II roku Wydziału Metali Nieżelaznych AGH. Prowadziłem wówczas zajęcia przygotowujące do przedmiotów ściśle zawodowych. Taki przeciętny student, ani orzeł ani dno, ale musiał mi się czymś, jakimiś uporczywymi brakami w nauce narazić, skoro miał ze mną kłopoty. Potem jednak, w dalszych latach, w bardziej nieformalnych kontaktach można było z Panem Markiem ciekawie rozmawiać na różne tematy. Miał swoje własne widzenie świata i ocenę bieżących wydarzeń. Zaważyłem w nim coś, co pozwoliło mi zrozumieć, że to, co wcześniej brałem za lekkie traktowanie przedmiotu, wynikało z tego, że zajmowały go inne sprawy, miał szersze, niż tylko inżynierskie, zainteresowania, i nie były to na pewno sprawy rozrywkowe. Gdy więc zgłosił się do mnie chętny do wykonania pracy dyplomowej pod moim kierunkiem, mnie to nie zmartwiło, raczej trochę zdziwiło. Dyplomantem przecież mógł być albo z przypadku, albo ze świadomego wyboru. Jeśli z wyboru, to nie sądzę by tej decyzji żałował, a i ja wiedziałem, że z tej mąki coś będzie. Temat został zgłoszony przez jeden z zakładów przemysłowych o bardzo nowoczesnym profilu produkcji i stosowanej technologii. Problemy do rozwiązywania były różnorakie i nie mieszczące się w sztampie. Nietuzinkowe. Temat pracy i jej wynik nie są tu ważne.

36

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Mówimy o roku 1980. Pamiętamy ówczesne techniczne środki komunikacji i łączności. Dziś młodzi nie wiedzą, jaka to była sztuka pokonywania przeróżnych przeszkód. Zero możliwości, by co chwilę chwytać za telefon i pytać: czy to ważne? co robić? brać próbki, czy coś zmieniać? Z jednej strony odległość, z drugiej wielka przychylność ludzi z przemysłu. Dziś w tej sytuacji student miałby chyba komórkę rozgrzaną do czerwoności, ale w kontaktach z ludźmi mogłoby być różnie. Przed wyjazdem na praktykę dyplomową udzieliłem konsultacji mojemu dyplomantowi. Odbyliśmy parę rozmów, wprowadziłem go w istotę tego, na czym polega problem, co warto zrobić, oraz pokazałem podejście do próby jego rozwiązania. Chodziło o niekonwencjonalne podejście do natury zjawisk, które miały być badane, co niekoniecznie musiało być właściwie rozumiane przez studenta, zwłaszcza że odbiegało od tego, o czym się uczył na studiach. Rozmowa więc dotyczyła konieczności precyzyjnego zrozumienia zasady, a nie tylko wprost automatycznego przyjęcia wiadomości, które konkretnie warianty z produkcji ma wybierać jako próby testowe. Tej informacji Pan Marek nie miał. Na miejscu w zakładzie przemysłowym musiał podejmować decyzje samodzielnie, w zależności od sytuacji i przebiegu procesu. Nie da się przecież zrobić tak, by zatrzymać tok produkcji i na potrzeby jednej pracy coś tam zmieniać w technologii. Nikt nigdy na to nie pójdzie, chodzi o czas i o naprawdę duże pieniądze. Marek Nawara pojechał na praktykę i… jak kamień w wodę. Od osoby pracującej w owym zakładzie dowiedziałem się tylko, że coś tam robi, głowę zawraca, korzysta z laboratorium, jeśli akurat można. Skończył się czas przeznaczony na zbieranie materiału, dalej należało badać go już tu, na miejscu w AGH. Naprawdę miałem poważne obawy, czy materiał zebrany podczas praktyk będzie wystarczający, by skompletować konieczne badania i wykonać zadanie postawione w pracy dyplomowej. I tu pełne zaskoczenie – wszystkie, dosłownie wszystkie warianty wybrane zostały przez niego właściwe, wszystkie były potrzebne. Badania, które udało mu się przeprowadzić w laboratorium zakładu, okazały się w pełni świadomą weryfikacją. Widać było, że kierowała nim generalna Ustawa o Zdrowym Rozsądku. Badania na miejscu w AGH były już tylko formalnością, a rozmowy i ostateczne wyniki zaowocowały naprawdę ciekawą pracą. Nie mówię o stronie edycyjnej, przy której wykonaniu dzisiejsi studenci mający w ręku znakomite narzędzia komputerowe, chyba by się załamali.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

37


Wówczas byłem silnie zaangażowany zarówno w powstającą Solidarność, jak i w powoływanie akademijnej struktury Polskiego Klubu Ekologicznego. Myliłby się ktoś, gdyby myślał, że Pana Marka to nie interesowało. Swoje robił, ale na te rzeczy był otwarty. Nie budziło więc mojego zdziwienia, gdy poszedł do spraw samorządowych. Najpierw w Zielonkach. Dalej Państwo już wiecie. Dla mnie w tej opowieści jest ważne, jak duże znaczenie ma dobre przemyślenie problemu przed pracą. Zaplanowanie działań. Był inżynierem, i to w dodatku o konkretnej specjalności technicznej. A jak się sprawdził jako samorządowiec? Wiem, że wielokroć go denerwowało rozwiązywanie problemów samorządowych kluczem politycznym, choć stanowisko, które zajmował nie może być wolne od polityki. Ta jednak była zawsze jednym z komponentów przyjmowanego rozwiązania, a nie celem samym w sobie. W moim przekonaniu, po doświadczeniach na Urzędzie, mógł jeszcze, właśnie swą umiejętnością kojarzenia, dużo dobrego zrobić. Przyznać trzeba, że dla ludzi opanowanych tylko polityką musiał być nawet irytujący. Dziś i oni niech się może zastanowią, co my, mieszkańcy Małopolski straciliśmy, bez względu na to, gdzie by nie znalazł swego miejsca po marszałkowaniu. Warto to chyba głośno powiedzieć. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach wyścigu politycznego i częstego lekceważenia wspomnianej już Ustawy o Zdrowym Rozsądku. Ja będę go zawsze pamiętał, nie tyle jako marszałka Województwa Małopolskiego, ile jako ciekawego studenta, i jestem zadowolony, że być może nasze rozmówki popchnęły go do pracy w samorządzie. Tu zrobił o wiele więcej niż miałby szanse dokonać w profesji inżynierskiej. System by go wyrzucił. System nie znosi indywidualności. W trakcie mojej 40-letniej praktyki dydaktycznej, dziś mogę to powiedzieć, było parę osób – studentów, a więc ludzi tak właśnie przechodzących, które były dla mnie i doświadczeniem, i nauką. Pamiętam na przykład jednego studenta, którego na początku podejrzewałem o to, że jest birbantem – a on zasypiał na zajęciach, bo nocami pracował na utrzymanie. Był potem moim dyplomantem, i to świetnym dyplomantem, cieszyło go to, co robił. Niestety okoliczności i nasz system, odrzucający najczęściej ludzi niesztampowych, skazał go na inne zajęcie. Pamiętam też małżeństwo, które wykonało bardzo ciekawą pracę dyplomową dla jednego z wielkich zakładów przemysłowych. Chcieli oni z tym zakładem związać swój przyszły los, i choć byli stypendystami tegoż zakładu, a obie prace obronili celująco, gdy zgłosili się o pracę usłyszeli pytanie: Jakie studia państwo skończyli?. To nie żart – to fakt. To ich wyleczyło z entuzjazmu, zwłaszcza po tym, czego doświadczyli w trakcie praktyki dyplomowej w tym zakładzie. Zakład nie potrafił ocenić, jak wspaniały i owocujący rezultatami w produkcji atut ma w ręku w postaci ich opracowań.

38

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Wspomnienie o Marku Nawarze Roman Dębicki b. dyrektor Ośrodka Badawczo-Rozwojowego (OBR) Przemysłu Wyrobów Metalowych „Polmetal”

Marka Nawarę miałem przyjemność poznać podczas jego pracy w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym (OBR) Przemysłu Wyrobów Metalowych „Polmetal” w Krakowie, gdzie rozpoczął pracę jako stażysta po ukończeniu studiów. Po okresie stażu zajmował stanowiska: Asystenta, Starszego Asystenta, Adiunkta, a następnie Zastępcy Kierownika Zakładu Metali i Powłok. Marek Nawara posiadał bardzo dobre przygotowanie teoretyczne z zakresu metaloznawstwa metali nieżelaznych i stali, co pozwalało mu na prowadzenie prac badawczych w zakresie doboru odpowiednich materiałów do produkcji wyrobów metalowych oraz projektowania technologii ich produkcji. Prowadził samodzielnie prace badawczo-naukowe, ale również brał współudział w wielu naukowych pracach zespołowych. Jego osiągnięcia miały znaczący wpływ na rozwój postępu technicznego w przemyśle wyrobów metalowych. Znalazło to uznanie w postaci nagród przyznanych przez Dyrekcję Zjednoczenia Przemysłu Wyrobów Metalowych oraz Ministra Przemysłu Maszynowego. Marek Nawara był pracownikiem samodzielnym, kreatywnym i koleżeńskim. W stosunkach międzyludzkich kierował się dialogiem, potrafił z ludźmi współpracować i zdobywać ich zaufanie. Był ambitny, asertywny i szanował ludzi, co przyczyniło się do wybrania go na Przewodniczącego Rady Pracowniczej OBR. Marek Nawara był również członkiem Stowarzyszenia Inżynierów i Mechaników Polskich (SIMP) oraz wchodził w skład Zarządu Sekcji Naukowej Obróbki Plastycznej Oddziału w Krakowie.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

39


Samorządowiec z krwi i kości Jerzy Kwieciński prezes fundacji Europejskie Centrum Przedsiębiorczości, b. wiceminister Rozwoju Regionalnego

Marek był najbardziej zaangażowanym samorządowcem, jakiego znałem. Działalność w samorządzie to było jego życie i jego żywioł. Kiedy został posłem do Sejmu z listy AWS-u w 1997 roku, długo nie zagrzał ław poselskich. Już rok później został pierwszym marszałkiem województwa małopolskiego. Marka poznałem w 1998 roku. Pracowałem wtedy w Komisji Europejskiej, w Przedstawicielstwie w Polsce, i wówczas Unia przeznaczyła 65 mln euro wsparcia dla poszkodowanych w powodzi terenów w ramach programu „Odbudowa”. Było to po wielkiej powodzi z 1997 roku, w której także Małopolska mocno ucierpiała, i był to pierwszy program unijny dla Polski w ramach funduszy Phare, który został ustanowiony w podobnej formule jak fundusze strukturalne, a ja zostałem odpowiedzialny za jego wdrożenie w Polsce z ramienia Komisji Europejskiej. Wiele z tych funduszy zostało skierowanych do Małopolski, dla samorządów. Pieniądze te zostały szybko wykorzystywane na liczne inwestycje. To też dzięki Markowi. Potem, w 2001 roku, nastąpiła kolejna powódź. Małopolska ponownie ucierpiała i kolejne środki unijne popłynęły do Polski w ramach programu unijnego „Odbudowa II”. I to też dzięki Markowi, bo Marek miał dar przekonywania ludzi. Pamiętam, jak wspólnie z Markiem, Stanisławem Pajorem z Urzędu Wojewódzkiego i ówczesnym ambasadorem Unii Europejskiej w Polsce, panem Rolfem Timansem, objeżdżaliśmy poszkodowane powodzią tereny. Marek świetnie znał okolice i pokazywał miejsca, które najbardziej ucierpiały: osuwające się zbocza, zniszczone drogi, zniesione przez wodę kładki i mosty. Obsuwające się zbocza na domy mieszkalne, drogi, które zostały całkowicie zniszczone, czy też miejsca po mostach, po których nie było śladu, robiły wrażenie. Z tego okresu w pamięci utkwiło mi jedno spotkanie. Dotyczyło ustalenia sposobu i zasad podziału środków Phare pomiędzy różne przedsięwzięcia w Małopolsce, przeznaczone na usuwanie skutków powodzi. Chyba był już październik 2001 roku. Spotkanie zostało zorganizowane gdzieś w niezbyt dużej, dusznej sali,

40

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


w której zgromadziła się dobrze ponad setka samorządowców. Zaczęliśmy debatować wczesnym popołudniem. Dla mnie formuła tego spotkania była o tyle ciekawa, że prawie we wszystkich pozostałych województwach kwestie podziału srodków nie były raczej dyskutowane tak otwarcie, tylko ogłaszane w formie decyzji podejmowanych przez właściwe władze. Tu debatom nie było końca. Marek dążył do konsensusu wśród samorządowców. Potrafił rozmawiać i przekonywać do swoich racji. Widziałem, że był w swoim żywiole. Skończyliśmy bardzo późno, już w nocy, ale wszyscy wychodzili ze spotkania zadowoleni. W czasie drugiej kadencji Marka na stanowisku marszałka wspólnie negocjowaliśmy z Komisją Europejską fundusze europejskie dla Małopolski na lata 2007–2013. Wtedy w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego byłem odpowiedzialny, jako podsekretarz stanu, za przygotowanie nowej perspektywy finansowej 2007–2013 i za negocjacje z Brukselą. Nie ukrywam, że miałem wiele sympatii dla Małopolski i lubiłem tu przyjeżdżać. Marek to wiedział. Przy okazji oficjalnych spotkań zazwyczaj nie było czasu porozmawiać. Umówiliśmy się prywatnie w jednej z górskich miejscowości, już nie pamiętam gdzie to było, tak by nikt nam nie przeszkadzał. Rozmawialiśmy przez całe popołudnie i cały wieczór o strategii, o programie dla województwa, o tym, jak prowadzić negocjacje z Brukselą. Marek był całkowicie oddany sprawie swojego regionu. Jego typowy krakowski akcent i intonacja głosu cały czas dźwięczą mi w uszach. Negocjacje programu operacyjnego z Komisją Europejską zakończyły się sukcesem. Małopolska znalazła się w pierwszej grupie województw, które już we wrześniu 2007 roku podpisały z Komisją programy operacyjne. W czasie uroczystej ceremonii podpisania programów Marek w imieniu regionów zabrał głos. Lubił i umiał przemawiać. Pamiętam też Marka po jego tragicznym wypadku w Alpach. Miał wielki hart ducha. Po czymś takim każdy zwykły człowiek by się załamał, ale nie Marek. Rozmawialiśmy nie o zdrowiu, ale o tym, co się dzieje w regionie, co jeszcze można zrobić. Nie dopuszczał myśli, że nie mógłby wrócić do swojego aktywnego życia, chociaż widać było, że już nie miał tego swojego typowego wigoru. Mam w pamięci Marka wiecznie uśmiechniętego, dowcipkującego. Bardzo lubiłem, jak mówił swoją krakowską gwarą. Uwielbialiśmy razem dyskutować. W Warszawie, w Krakowie, w Krynicy, gdzieś w górach. Zawsze we dwóch, bez osób trzecich, gadaliśmy po dwie– trzy–cztery godziny. Rozmawialiśmy o wszystkim, ale o oczywiście najwięcej o Małopolsce, o Krakowie, co robić, aby region lepiej się rozwijał. Taki pozostanie w mojej pamięci. Odszedł od nas za wcześnie.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

41


Najważniejszy jest region... Jacek Protas działacz samorządowy, wieloletni marszałek Województwa Warmńsko-Mazurskiego

Mija rok od śmierci Marka Nawary, wspaniałego samorządowca, marszałka Województwa Małopolskiego, wiceprezesa Zarządu Związku Województw RP, aktywnego posła, pomocnego i inspirującego współpracownika. Ta rocznica skłania do refleksji nad kruchością ludzkiego życia i tym, co po sobie zostawiamy. Jest to także czas wspominania dokonań naszego drogiego kolegi. Codziennej pracy często towarzyszy pytanie – co jest w polityce i samorządzie najważniejsze? Marek odpowiedziałby jednoznacznie: najważniejszy jest region. Wszyscy wiemy, że był autorytetem w kwestii działań lokalnych, przywiązania do regionu, całkowitego poświęcenia jego sprawom. Warto postawić go za wzór w dobie krzyżujących się kryzysów – na światowym rynku, w strefie euro, w relacjach ze wschodnimi sąsiadami. Marek kochał całym sercem Małopolskę, potrafił w niezwykły sposób wyeksponować zalety swojego regionu i oddać się publicznej służbie na rzecz mieszkańców województwa. Nasze losy splatały się przez kilka lat. Każde spotkanie z nim, na Konwencie Marszałków, Zarządzie Związku Województw RP, Komitecie Regionów czy w innych służbowych bądź prywatnych okolicznościach, zawsze było niezwykle inspirujące. Marek wierzył w samorząd i wiele wysiłku włożył w budowanie jego autorytetu. Przekonywał, że warto samorządowi zaufać bez względu na opcje polityczne i różnice. Zostawił po sobie przesłanie, że pasja i działanie na rzecz lokalnych społeczności powinny być główną cechą każdego samorządowca. To bardzo ważne w obecnych trudnych czasach, by szukać tych indywidualnych cech regionów, które pozwolą zyskać uznanie w oczach Europy i świata, przyciągnąć turystów i inwestorów. To w lokalnym potencjale i dziedzictwie leży siła, a nasza regionalna różnorodność jest największym atutem w Unii Europejskiej. Z trudem mówi się o Marku Nawarze w czasie przeszłym. Wierzę, że człowiek żyje, dopóki żyje pamięć o nim. Żyje, dopóki jego dokonania są wzorem dla tych, którzy mogą czerpać dzisiaj z jego wiedzy i doświadczeń. Dlatego Marek wciąż jest wśród nas. Z wyrazami pamięci.

42

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Samorządowiec z urodzenia Edward E. Nowak działacz „Solidarności”, b. poseł RP, trzykrotny wiceminister gospodarki

Gdy myślę o Marku, to rzecz jasna, przewijają mi się w wyobraźni zebrania, spotkania bardzo oficjalne i te mniej formalne, dyskusje, czasami bardzo prywatne rozmowy. Nie chcę jednak pisać o Nim, wspominając wystąpienia czy opowiadając anegdoty. Najbardziej interesujące były dla mnie Jego poglądy na ważne, czasami kluczowe sprawy. To one łączą się w mojej pamięci z Markiem Nawarą. Samorząd terytorialny Gdy w latach przed 1980 rokiem i późniejszych uczestniczyłem w pracach Solidarności, zdawałem sobie sprawę z tego, że istota przyszłej Polski to Rzeczpospolita Samorządna. Marek jak mało kto rozumiał tę ideę. Można by rzec, że był samorządowcem z urodzenia, a nie z nadania. Nie wiem skąd się to u Niego brało, ale to przebijało się niemal permanentnie – wówczas gdy walczył o godne lokum marszałka województwa na Basztowej, gdy wciąż prostował i uczył wszystkich, że nie jest tylko marszałkiem Sejmiku, ale marszałkiem Województwa Małopolskiego, czyli jej faktycznym włodarzem, czasami gdy uzgadniano nawet drobne sprawy. Niektórzy brali jego uwagi za ambicjonerstwo, ja traktowałem je zawsze jako słuszne ambicje. Marek opowiadał się za bezpośrednim wyborem na funkcję marszałka przez mieszkańców województwa, był zwolennikiem okręgów jednomandatowych. Istotą tych sporów była bowiem prawdziwa pozycja samorządów. Wówczas nie było wcale oczywiste, czy nasze gminy i województwa staną się rzeczywistymi gospodarzami odpowiedzialnymi za strategie, dysponującymi budżetami, organizatorami regionalnymi czy częścią władzy państwowej. Przejmowanie przez Niego kolejnych zadań od administracji państwowej, gdy pełnił funkcję wójta Zielonek, było właśnie takim świadomym wyborem roli i znaczenia samorządu terytorialnego. Późniejsze działania Marka jako pierwszego marszałka Małopolski potwierdzają tę tezę znakomicie. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że był jednym z najwybitniejszych samorządowców naszego regionu. Najmocniej jednak Marek Nawara angażował się w prace nad reformą samorządową za rządów prof. Jerzego Buzka. Ponieważ miałem zaszczyt także wówczas pracować dla tego rządu, bardzo często spotykaliśmy się, choćby w pociągu Kraków– Warszawa, z zapałem dyskutując te kwestie, które zawsze były także mnie bliskie. Gdy pełnił funkcję przewodniczącego Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu czuł się chyba najbardziej spełniony jako człowiek, działacz i polityk samorządowy. Wspólnota Małopolska Nie będę pisał o historii, każdy, kto się nią interesuje, wie, że Marek był inicjatorem tej idei, że wywodzi się z niej wielu wybitnych, wspaniałych ludzi z różnych stron sceny politycznej. Mnie interesuje coś zupełnie innego – sama idea Wspólnoty.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

43


Wydaje mi się, że Marek czuł, co ona ma oznaczać. Skąd to wiedział...? Może pochodziło to z działalności z lat młodzieńczych, wspólnot katolickich, w których podobno uczestniczył. Wiedziałem, że on to czuje, że postrzega nasz region, kraj, a nawet Europę i świat jako wspólnotę wspólnot. Jest mi szczególnie bliskie takie widzenie naszego życia i naszej w nim roli. Wielka szkoda, że tak często bieżąca polityka wygrywa z takimi poglądami. Kraków i Małopolska Nasze pierwsze spotkanie miało miejsce w połowie lipca 1990 roku. Jako wiceprezydent Krakowa zorganizowałem spotkanie z burmistrzami i wójtami gmin okalających Kraków. Po spotkaniu podszedł do mnie Marek Nawara, zaprosiłem go do gabinetu na rozmowę. Długo dyskutowaliśmy o potrzebie stworzenia wspólnej strategii rozwoju Krakowa wraz z regionem Małopolski, a szczególnie z otaczającymi Kraków miasteczkami, wioskami, nazwaliśmy to „krakowskim obwarzankiem”. Ta, według nas, oczywista potrzeba, była odtąd pewnym stałym punktem naszych wieloletnich spotkań. Dzisiaj, gdy Marka już nie ma, myślę o tym, jak o przesłaniu dla siebie i innych podobnie myślących. Trudno pojąć, dlaczego do dzisiaj nie udało się doprowadzić do korelacji strategii, rozwoju, współpracy pomiędzy miastem a regionem, wojewodą i marszałkiem.

44

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Potrafił myśleć zarówno lokalnie, jak i globalnie Bogdan Ciepielewski dyrektor biura Związku Województw RP

Marszałek Województwa Małopolskiego, Marek Nawara, był związany ze Związkiem Województw Rzeczypospolitej Polskiej (ZWRP) od początku istnienia tej instytucji. Wspominam współpracę z Markiem bardzo dobrze, bo nigdy nie zawodził. Bardzo zaangażował się w działalność Związku. 4 kwietnia 2003 roku, w trakcie II Zgromadzenia Ogólnego Związku Województw RP, został członkiem zarządu ZWRP, by w 2007 roku przejść na stanowisko wiceprezesa zarządu. Był to właściwy wybór, bo na Nawarze można było polegać jak na Zawiszy, co w czasach rodzącej się samorządności stanowiło niesamowicie cenną wartość. Zawsze, kiedy problemy pojawiały się jeden po drugim w zdumiewająco szybkim tempie, on zachowywał spokój i udzielał rozsądnej rady. Zapisał się w mojej pamięci jako kreatywny, dynamiczny, ambitny i rezolutny człowiek. Pozwolę sobie przedstawić tutaj kilka luźnych wspomnień z czasów, kiedy Nawara razem ze Związkiem Województw tworzył podstawy współpracy między samorządami. W tym krótkim zbiorze wspomnień nie jestem w stanie przedstawić całości dokonań marszałka, ale spróbuję nakreślić w kilku zdaniach, jak się z nim współpracowało i jakim był człowiekiem. Bardzo ceniłem Marka, bo miał talent samorządowca. To właśnie on z pełną podziwu determinacją posuwał sprawy samorządowe naprzód. Dlatego też, kiedy został polskim delegatem do Komitetu Regionów, okazał się tam właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Był zawsze tam, gdzie najbardziej go potrzebowano. Pamiętam, że kiedy w 2010 roku przyznano mu Różę Franciszki Cegielskiej w uznaniu zasług dla samorządowości w Polsce, sam przyznał, że uważa Franciszkę Cegielską za wzór do naśladowania. I rzeczywiście, wydaje się, że działał w zgodzie z wartościami, którym hołdowała patronka wyróżnienia. Nie traktował pracy na rzecz województw jako zawodu wykonywanego od godziny ósmej do szesnastej, ale jako służbę obywatelom i jako pełną pasji i zaangażowania walkę toczoną o dobro wspólne mieszkańców małych ojczyzn. Wiem, że osoby współpracujące ze Związkiem były przy nim myślami, kiedy toczył dzielną walkę z chorobą. Tam, na górze, dano mu mało czasu na jego ziemską działalność, ale jestem głęboko przekonany,

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

45


że dane mu możliwości wykorzystał dobrze, bo używał czasu jako narzędzia, a nie jak sofy, na której można wygodnie się rozłożyć i czekać, aż inni wykonają za niego pracę. Odnosił w swojej karierze ogromne sukcesy, bo angażował się w wiele różnorodnych przedsięwzięć i poświęcał się im całkowicie. Równocześnie potrafił docenić dokonania innych polityków i działaczy społecznych. We wrześniu 2010 roku w Krynicy, w imieniu marszałków województw, wręczył specjalny list z podziękowawniami dla byłego premiera Jerzego Buzka w uznaniu jego zasług dla samorządności. Marek Nawara przypomniał wtedy, że to właśnie w czasie premierowania profesora Buzka powstały samorządy województw. Wydaje mi się, że jedną z jego największych zalet było to, że potrafił postrzegać otaczającą go rzeczywistość polityczną całościowo. Dało się to zauważyć, gdy prowadził dialog z przedstawicielami innych województw w sprawie jak najsprawniejszego i najkorzystniejszego dla Polski wcielania unijnej polityki spójności. Dostrzegał on nie tylko szanse, jakie niesie za sobą zdobycie funduszy z Unii Europejskiej, ale również zagrożenia wynikające z nieprawidłowego zagospodarowania uzyskanych pieniędzy. Starał się zwracać uwagę na możliwe scenariusze wydarzeń, które mogłyby nastąpić w wyniku zastosowania proponowanych rozwiązań. Wspólnie z przedstawicielami pozostałych piętnastu województw dyskutował na ten temat, słuchał uważnie, odnosił się do wszystkich z szacunkiem, ale nie dawał się zwieść, kiedy próbowano przeforsować ustalenia, które jedynie częściowo rozwiązywały problemy. Potrafił myśleć zarówno lokalnie, jak i globalnie – tego Związek Województw bardzo potrzebował i nadal potrzebuje. Nasza instytucja bardzo to ceniła, i to właśnie na wniosek ZWRP przyznano Nawarze w 2005 roku Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, a w 2009 roku Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski. Marek słusznie uznał, że zrównoważony rozwój wymaga konsultacji zarówno na szczeblu unijnym, jak i lokalnym. Był pionierem tej koncepcji w Polsce. Wykluczał możliwość podejmowania ważnych dla regionu decyzji bez wcześniejszego przeprowadzenia konsultacji społecznych. Bardzo cenił opinie innych ludzi, a oni odwzajemniali mu się tym samym. Traktował poważnie każdego człowieka, miał zdumiewającą pamięć do ludzi. Był dobrym, szlachetnym obywatelem. Nigdy nie zapomnę, jak przedstawiał na Zgromadzeniach Ogólnych Związku Województw Rzeczypospolitej Polskiej niezwykle ciekawe koncepcje prowadzenia polityki spójności, które zakładały ciągłe zwracanie uwagi na opinie i rzeczywiste potrzeby obywateli. Marek Nawara zawsze starał się tak doradzać Związkowi Województw, aby działania tej instytucji były celowe i konsekwentne. Pamiętał, że fundamentem działania Związku jest wypracowywanie kompromisów. Dzięki ogromnej wiedzy popartej latami doświadczeń potrafił zdobyć zaufanie ludzi o różnej przynależności politycznej. Z takim człowiekiem osiągnięcie kompromisu, który gwarantowałby spójność działań instytucji, nie stanowiło trudności. Osobiście uczestniczyłem w niektórych spotkaniach marszałków i widziałem, jak doskonale udawało mu się zjednywanie osób z różnych części Polski w imię dobra wspólnego. Myślę, że ludzie, z którymi współpracował, po prostu lubili rozmowy z Nawarą, pełne inteligentnych stwierdzeń i okraszone wysublimowanym dowcipem. Ta swobodna wymiana zdań nie była jednakże jałowa i bezużyteczna. On był skoncentrowany i czujny, potrafił wyłuskać najbardziej istotne fakty. Zapamiętałem pełną wzajemnej serdeczności atmosferę tych spotkań. Nawara był duszą towarzystwa. To właśnie dzięki swoim wyjątkowym umiejętnościom interpersonalnym sprawdzał się w niezwykle trudnych negocjacjach.

46

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Doskonale radził sobie jako członek Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego, gdyż prezentował swoje stanowiska dotyczące reform ustrojowych w sposób kompetentny, a zarazem zrozumiały dla innych członków komisji. Trzeba przyznać jednak, że nie brakowało mu stanowczości. Miał własne zdanie. Zawsze priorytetowe było dla niego rozwiązanie problemu. Pamiętam, że jego wiedza z zakresu finansów publicznych wzbudzała respekt zarówno wśród osób, z którymi łączyły go wspólne poglądy, jak i wśród jego politycznych adwersarzy. Wyjątkowość jego podejścia do zagadnień ekonomicznych polegała między innymi na tym, że postulował przemyślaną komercjalizację i prywatyzację, która zakładałaby wystarczające zabezpieczenie interesu publicznego. Dbał o to, aby w negocjacjach z rządem brano pod uwagę stan finansów samorządowych. Zwracał uwagę na wszystkie niedociągnięcia w rozporządzeniach, które mogłyby w przyszłości wpędzić samorządy w finansowe tarapaty. Dla wszystkich województw zrzeszonych w Związku i dla strony rządowej te sugestie były niezwykle cenne. Kiedy postanowiono przekazać Przewozy Regionalne samorządom, Nawara zaproponował przeprowadzenie symulacji finansowej. Zwrócił uwagę, że spółka została przekazana samorządom wraz z dużym zadłużeniem i sprawa ta nie została uregulowana. Nawara zwracał na przykład uwagę, że w strategii spójności brakuje założeń dotyczących celów długoterminowych. W trakcie XIX Zgromadzenia Województw słusznie stwierdził, że polityka spójności powinna w większym stopniu służyć budowaniu powiązań między bogatszymi i biedniejszymi regionami Unii Europejskiej, aby wszyscy mieszkańcy wspólnoty mogli czerpać korzyści z procesu integracji. Nawara miał niemałe zasługi w sferze współpracy międzyregionalnej. We wrześniu 2010 roku otworzył w Muszynie IV Forum Regionów. Witając uczestników spotkania, stwierdził, że ceni sobie możliwość merytorycznej dyskusji i współpracy między lokalnymi społecznościami zarówno na szczeblu krajowym, jak i międzynarodowym. W trakcie forum największy nacisk kładł na potrzebą wypracowywania wspólnych stanowisk w obszarze polityki rozwoju i infrastruktury. Zapamiętałem go jako bardzo pracowitego człowieka, który bezgraniczne poświęcał się innym ludziom. Był oddany swojej pracy, niezależnie od tego, czy była to aktywność na rzecz lokalnej społeczności, czy też na rzecz innych polskich i europejskich regionów. Nigdy nie brakowało mu konsekwencji w działaniu i siły pozwalającej przezwyciężać trudności. Nie cierpiał odpuszczać. To prawda, wiele wymagał od swoich współpracowników, ale wiem, że jeszcze większe wymagania miał w stosunku do samego siebie. Zawsze kładł nacisk na konkrety i realizował swoje pomysły z godną podziwu determinacją. Pozostawał jednak życzliwy dla ludzi i szczodry. Bardzo go nam brakuje w Związku Województw RP.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

47


Szacunek okupiony ciężką pracą Marek Wójcik działacz samorządowy, dyrektor biura Związku Powiatów Polskich, ekspert m.in. ds. systemów ochrony zdrowia. Przyjaźń wypływa z wielu źródeł, z których największym jest szacunek Daniel Defoe

Marek był człowiekiem, którego wielkość polegała na tym, że nie udawał kogoś lepszego niż ludzie, których spotykał na swojej życiowej drodze Wiedział, że życie jest pasmem wzlotów i upadków i często na naszej drodze stajemy przed trudnymi decyzjami. On też miał takie dylematy. Wtedy szukał podpowiedzi, umiał słuchać innych i podejmował mądre decyzje. Miał wady i zalety, dni lepsze i gorsze, ale był tego świadom i ciężko pracował nad eliminowaniem swoich słabości. To wielka sztuka poznać wady swojego charakteru i mieć w sobie tak tyle dyscypliny, aby je eliminować. To kosztowało Go wiele wysiłku, o wiele więcej, niż na pozór mogłoby się wydawać. Tym bardziej że zdawał sobie doskonale sprawę ze skali odpowiedzialności za swoje decyzje, za ludzi, którzy oddawali w Jego ręce swoją przyszłość. Marek Nawara należał do elity osób tworzących nową demokratyczną Polskę. I choć pochłaniały go sprawy o historycznym znaczeniu, to jednak pozostał wrażliwy na losy pojedynczych, często nieznanych sobie ludzi, wymagających wsparcia w pokonywaniu codziennych problemów. Miał bowiem rzadką umiejętność łączenia doświadczenia w załatwianiu spraw z pozoru drobnych z tymi o wadze państwowej. Wzbudzał tym ogromny szacunek, zarówno tych, którzy poznawali Go w związku z działalnością zawodową lub aktywnością społeczną, też jak i tych, których poznał w kontaktach prywatnych. Dlatego pisząc ten tekst o moim Wielkim Przyjacielu, z którym znaliśmy się wiele lat i zawsze zwracaliśmy się do siebie po imieniu, z szacunku dla Niego nie mogę napisać inaczej niż: Marek Nawara. Spotykaliśmy się w różnych sytuacjach i w różnych miejscach, ale najbardziej utkwiły mi w pamięci dyskusje z Jego udziałem podczas posiedzeń Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego. Jego wypowiedzi nie przerywano, cichły rozmowy, bo ON po prostu znał się na tym, o czym mówił. Wiele się od Niego wówczas nauczyłem. Pamiętam o tym i dziękuję za te dobre doświadczenia. Marek Nawara wzbudzał szacunek nie z racji funkcji – jako poseł czy marszałek województwa, ale swoją wiedzą i doświadczeniem, a przede wszystkim pasją zmieniania świata. Był, jak to się mądrze określa, kreatywnym państwowcem. Jak mało kto, potrafił budować otaczający Go świat, a nie tylko kontestować rzeczywistość. W tym względzie wyprzedzał niejako czas, w którym żył. Wielka szkoda, że nie wszystkie z Jego innowacyjnych pomysłów udało się zrealizować.

48

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Marek Nawara zdobył szacunek także z innych powodów, ukierunkowania się na otaczających Go ludzi. Było to z pewnością: dbanie o dobro innych, respektowanie inności, poszanowanie cudzej godności, docenianie czy też najzwyklejsze w świecie dotrzymywanie słowa. Przestrzegał tej ważnej zasady: szacunku dla innych, aby nigdy nikogo nie wprowadzać w stan zakłopotania. Choć równocześnie potrafił być bardzo zasadniczy, wtedy gdy egzekwował swoje polecenia. Nie powinno dziwić, że zdobywał szacunek innych, także dlatego, że miał go wobec siebie. Dlatego tak intensywnie pracował, aby wyeliminować swoje słabości (któż z nas ich nie ma!). Czynił to w sposób naturalny, ale z ogromnym uporem, bo bardzo wiele od siebie wymagał. Podnosił bardzo wysoko poprzeczkę oczekiwań i od siebie, i od innych. Nie wszyscy, niestety, potrafili to zrozumieć i docenić. Nie obawiał się także stawiać sobie wysokich celów, które na pozór były nie do osiągnięcia. Korzystali z tego mieszkańcy wspólnot samorządowych, którym stwarzał możliwości rozwoju indywidualnego i zbiorowego. Takie pomniki Jego aktywności rozsiane są licznie po całej Małopolsce. Ale najważniejsze są te, które zostały w naszej pamięci. Dlatego, choć może ktoś powie, że to drobiazg, dla mnie najprawdziwszym dowodem na to, że Marek Nawara jak mało kto potrafił zdobywać ludzki szacunek, jest to, jakim darzył go szacunkiem – i darzy nadal – skromny proboszcz Janusz Szczypka w maleńkiej wiosce Przydonica na Sądecczyźnie. Zawsze z ogromną estymą wypowiadał się o „Naszym Marszałku”, modlił się za niego wtedy, gdy ten piastował ważne funkcje publiczne, gdy później walczył o życie, i teraz, wiele miesięcy po Jego śmierci. Takie oznaki poważania i szacunku dla Marka Nawary docierają z wielu małych wiosek i dużych miast, nie tylko z Małopolski. Takiego szacunku nie da się kupić, nie jest on zależny od zasług i wybitności. Potrzeba było wiele lat pracy, uporu w zmienianiu świata, ale i pokory, kiedy los nie szczędził razów. Dlatego teraz Marek Nawara może cieszyć się, że bardzo dobrze przeżył swoje ziemskie życie. Szkoda tylko, że było ono tak krótkie.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

49


Kościół Mariacki był cząstką Jego życia Bronisław Fidelus ksiądz, infułat, wikariusz generalny arcybiskupa krakowskiego, archiprezbiter senior Bazyliki Mariackiej w Krakowie

Z uczuciem powagi, a może i smutku z powodu Jego wczesnego odejścia, wspominam Pana Marka Nawarę, Marszałka Małopolski. Wspominam także z pewnym poczuciem solidarności, kiedy to w czasie Jego choroby z wieloma kapłanami modliliśmy się o powrót do zdrowia, a następnie po Jego śmierci mogłem zorganizować ostatnie pożegnanie w Bazylice Mariackiej. Wcześniej podziwialiśmy Jego walkę z chorobą i siłę woli, która pozwoliła mu, opanować fizyczną słabość z możliwością do podjęcia nadal swoich obowiązków, swojej pracy, która tak solidnie traktował. Ceniłem Jego zaangażowanie w nasze codzienne życie społeczne. Nie żałował czasu, nie tylko na oficjalną pracę, ale często spotykaliśmy się na różnych uroczystościach, nie tylko kościelnych, gdzie przemawiał zawsze konkretnie i krótko. Często bywał także na uroczystościach w naszej Bazylice, a Jego uczestnictwo było zawsze zauważalne. Miał czas także, by po oficjalnych ceremoniach, wstąpić na plebanię, by już bardziej po przyjacielsku, posiedzieć i porozmawiać. Wspominam takie spotkania także w parafii Św. Jadwigi, kiedy to czasem spotykaliśmy się u proboszcza ks. Prałata Jana Dziaska i w gronie przyjaciół dyskutowaliśmy na różne tematy. Miał czas, by porozmawiać, bez poruszania spraw zawodowych ze swej codziennej pracy. Brałem także udział w posiedzeniach tych oficjalnych, załatwiających różne, niekoniecznie kościelne sprawy. To, co mogłem zauważyć u Marka, to Jego konkretność i jasność w podejmowaniu decyzji oraz unikanie niepotrzebnych, pustych dyskusji. A co do spraw kościelnych to należy podkreślić, że nie pozwolił pomijać potrzeb instytucji kościelnych. Czasem musiał podejmować decyzje, które nie podobały się wielu osobom. Traktował zabytki kościelne jako dziedzictwo narodowe na równi z innymi zabytkami. O ile dobrze pamiętam, to w czasie pierwszej kadencji samorządu województwa ponad 100 parafii otrzymało około 3 mln zł dotacji na odnowę i ratowanie zabytków ruchomych (prawo pozwalało wtedy tylko na takie dotacje). Pamiętam jeden przypadek z 2002 r., kiedy to wichura zerwała dach romańskiego kościółka w Tropiu związanego z kultem św. Świerada. Była dyskusja, czy dać na odnowę, bo to nie jest zabytek ruchomy. Potrzeba była jednak wielka. Marek stwierdził, że „skoro dach przeleciał kilkadziesiąt metrów, to stał się zabytkiem ruchomym”. Pieniądze na remont przyznano i kościółek odrestaurowano. Po ludzku patrząc, Marek odszedł o wiele za wcześnie. Takie były plany Pana Boga. Mam jednak wewnętrzną satysfakcję, że Kościół Mariacki był także cząstką Jego życia. Tu się modlił, ale także my modliliśmy się o Jego zdrowie. Także tu żegnaliśmy Go w uroczystym pogrzebie. Z mojej strony organizacja Jego pogrzebu w Bazylice była wyrazem mojej wdzięczności za osobistą przyjaźń, ale także za to, czego dokonał dla naszego regionu jako Marszałek. Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie. Spoczywaj w pokoju Przyjacielu!

50

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Obywatelskie uświadamianie Jan Dziasek ksiądz, proboszcz parafii św. Jadwigi Królowej w Krakowie w latach 1971-2010, Kapelan Portu Lotniczego im. Jana Pawła II w latach 1992-2010

Pana Marka Nawarę poznałem w latach dziewięćdziesiątych, gdy był wójtem Gminy Zielonki koło Krakowa. Podziwiałem go za zdolności organizacyjne oraz umiejętność przekonania i angażowania ludzi do działania na rzecz społeczności lokalnej. Były to początki działalności samorządu w Polsce, a Gmina Zielonki wysunęła się na czoło gmin Małopolski dzięki temu, że Pan Marek widział wielką potrzebę rozwijania samorządności. Bardzo aktywnie działał w powstałych z okazji wyborów do władz centralnych tzw. Komitetach Obywatelskich. Wiązał z nimi wielką nadzieję na rozbudzenie odpowiedzialności ludzi za losy Ojczyzny. W tym uświadamianiu obywatelskim przypominał mi Bartosza Głowackiego z powstania kościuszkowskiego. Gdy został marszałkiem Województwa Małopolskiego, spotykaliśmy się w Porcie Lotniczym Jana Pawła II w Krakowie Balicach. Bardzo zależało mu na rozwoju Portu. Widział w nim okno na świat dla Małopolski. Próbował wciągnąć w tę akcję władze miasta Krakowa, a szczególnie prezydenta, jednak z małym odzewem z ich strony. Do Portu Lotniczego przybywał nie tylko jako pasażer, ale uczestniczył we wszystkich ważnych wydarzeniach związanych z życiem lotniska; zarówno w spotkaniach bożonarodzeniowych i wielkanocnych, jak i wszelkich uroczystościach związanych z nowymi inwestycjami. Cieszył się z każdego sukcesu i zawsze, gdy zabierał głos, przede wszystkim doceniał pracę ludzi i dziękował za ich wysiłek. Aby skutecznie móc wpływać na rozwój Portu, należał do rady nadzorczej. I nie było to członkostwo nominalne, ale realne i aktywne. Zabiegał o rozbudowę terminalu i budowę nowej płyty lotniska. Jako długoletni kapelan Portu Lotniczego Jana Pawła II z radością obserwowałem wielkie starania Marszałka o ten obiekt i wzrost jego znaczenia dla Polski. Podkreślał przy tym, że jest to Port imienia naszego papieża, Jana Pawła II, którego zawieść nie możemy. Trzeba dostrzec też starania Marszałka o rozbudowę dróg, a szczególnie dojazdu do lotniska i tak bardzo potrzebnej dla Krakowa obwodnicy północnej, która miała odciążyć drogi do centrum. Jeszcze jeden problem, który dostrzegał i któremu poświęcał uwagę, to kwestia starzenia się polskiego społeczeństwa, fakt, że wzrasta liczba osób starszych oraz osób w wieku poprodukcyjnym. Przewidywał, że w niedalekiej przyszłości będzie to stanowić problem nie tylko dla Małopolski, ale i dla całej Polski, i zastanawiał się,

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

51


jakie środki przedsięwziąć, by temu zapobiec. Dlatego przygotował projekt „Wyzwania Małopolski w kontekście starzenia się społeczeństwa” i powołał radę konsultacyjną ds. starzenia się społeczeństwa, do której zaprosił różne autorytety, m.in.: kardynała Stanisława Dziwisza. W kilku spotkaniach, które udało mu się zorganizować, brałem udział jako przedstawiciel Metropolity Krakowskiego. Jak zaznaczał Marszałek, te spotkania i opracowania miały stanowić odpowiedź na pytania dotyczące zmian demograficznych w naszym regionie, wpisując się także w aktualizowaną „Strategię Rozwoju Województwa Małopolskiego”. Spotkania były organizowane co miesiąc, aby na czas wypracować odpowiednią strategię. Niestety, śmierć przerwała nie tylko tę działalność, tak bardzo potrzebną dziś dla Polski. Jako kapłan wierzę, że Pan Marek z nieba nie tylko obserwuje, ale jest protektorem rozpoczętych przez niego przedsięwzięć. A naszym obowiązkiem jest nie tylko pamięć, ale również kontynuacja rozpoczętych przez Marszałka dzieł.

52

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Od razu przyjacielski Jerzy Bryła ksiądz, infułat, długoletni proboszcz parafii na Salwatorze w Krakowie, Archidiecezjalny Duszpasterz Głuchych, duszpasterz artystów, kapelan Bractwa Kurkowego w Krakowie

Marszałek Marek Nawara należał do tych osób, które przy pierwszym spotkaniu zdają się być od dawna znajomymi. Takim go poznałem. Od razu przyjacielski. Łagodna twarz, przyjazne spojrzenie. Gotowość wyjścia naprzeciw. Chęć zrozumienia. Uwaga i skupienie, szacunek dla rozmówcy. Roztropność w radzeniu. Mądrość w decyzji. Szukanie dobra wspólnego. Troska o powierzone zadania. Odpowiedzialność za wypowiedzi i postępowanie. Walka o prawdę i sprawiedliwość. Pierwszy i kompetentny samorządowiec w naszej Ojczyźnie. Zwalczany przez zazdrosnych, podziwiany przez obiektywnych. Cieszący się każdym osiągnięciem w gminach i miastach. Wyrażający uznanie. Będący razem nawet na małych uroczystościach, koronujących trud działaczy społecznych. Doświadczony ciężką chorobą. Obmodlony przez hierarchów, księży i wszystkich prawego serca. Przywrócony do zdrowia. Pełen planów i zamierzeń dla dobra Małopolski. Niemogący przekazać dalej swych doświadczeń i wiedzy. Odwołany z tego świata. Jest ciągle z nami w tajemnicy świętych obcowania – w której nie ma odejść, nie ma pożegnań. Mam go we wdzięcznej pamięci – i widzę go wciąż takim, jakim go rozpoznałem. Pamiętam w modlitwie.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

53


Lekcja u Pana Marszałka Józef Tarnawski SP dr teologii, b. prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Pijarów

Było to cztery lata temu. Nasze pijarskie gimnazjum w Krakowie pękało w szwach. Doskonałe wyniki w nauczaniu nie korespondowały z bazą, jaką dysponowaliśmy – zbyt mało sal lekcyjnych, brak pomieszczeń uzupełniających i zaplecza sportowego… Przyszło mi, jako prowincjałowi Polskiej Prowincji Zakonu Pijarów, zmierzyć się z tym problemem i poszukać środków na rozbudowę naszej szkoły. Czas naglił, bo chętnych uczniów wciąż przybywało… Dokonaliśmy wstępnego rozeznania i stwierdziliśmy, że na rozbudowę części dydaktycznej nie uda nam się zdobyć dofinansowania, ale jednocześnie odkryliśmy, iż wśród programów unijnych są fundusze przeznaczone na inwestycje w bazę sportową. To była szansa. Ich rozdziałem zajmował się Urząd Marszałkowski Województwa Małopolskiego. Umówiłem się zatem na spotkanie z Panem Marszałkiem Markiem Nawarą. Spotkanie było bardzo serdeczne. Pamiętam je doskonale. Temat szkół pijarskich nie był Panu Marszałkowi obojętny. W rozmowie potwierdziło się to, że na inwestycje dydaktyczne dla szkół gimnazjalnych nie ma przewidzianych funduszy, inaczej jednak było ze sportem… Pamiętam tę niezwykłą „lekcję”, w jakiej wówczas miałem okazję uczestniczyć. Był to szybki kurs u Pana Marszałka z przedmiotu „Małopolski Regionalny Program Operacyjny 2007–2013”. Z pamięci wymieniał on obszary, osie priorytetowe, działania, schematy i nabory… Poprosił asystenta o podanie podręcznika, rzucił okiem i kontynuował. Mówił o strategii dla województwa i ustalonych dziewięciu priorytetach strategicznych, o trudnych negocjacjach dotyczących środków finansowych dla województwa i osiągniętym sukcesie. Odczuwał zadowolenie, że dzięki tym funduszom i działaniom Urzędu Marszałkowskiego Małopolska rozwinie się i wypięknieje. Patrzyłem i słuchałem z podziwem. Widziałem osobę, która żyła pracą i z niej czerpała radość. On prawdziwie czerpał satysfakcję z tego, co robił. Czasem nazywa się takich ludzi „pasjonatami”. W odniesieniu do niego nie byłoby to nadużyciem. W czasie tamtego spotkania zostałem zachęcony, by złożyć wniosek o dofinansowanie naszych przedsięwzięć. Raz jeszcze rzucił okiem w podręcznik i… otrzymałem dalsze informacje: na temat terminu naboru kart projektu oraz że musimy się śpieszyć, bo czasu pozostało niewiele... Lekcja się przydała: złożyliśmy kartę projektu, potem pełny wniosek, przeszliśmy kolejne stopnie selekcji oraz trudnej rywalizacji z wieloma innymi projektami. Nasz projekt znalazł się w gronie przyjętych do realizacji. Dzisiaj sala gimnastyczna stoi i służy młodym ludziom. Tamto spotkanie sprzed czterech lat nie zakończyło się wyłącznie tematem „sportowym”. Pan Marszałek miał czas, by kontynuować rozmowę! To był ewidentny kontrast w stosunku do wielu spotkań i rozmów, jakie miałem okazję odbywać z osobami piastującymi wysokie stanowiska. W naszym pijarskim „portfolio problemów” był jeszcze jeden temat – zrujnowanego, niezwykle cennego dla Małopolski zabytku: ponorbertańskiego klasztoru z 1160 roku w Hebdowie

54

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


nad Wisłą, zaledwie 20 km od Krakowa. Od razu o nim wspomniałem. „Znam!” – odpowiedział Pan Marszałek. Byłem zaskoczony: – „Naprawdę?”. Rzeczywiście, to była prawda. Pan Marszałek bywał w Hebdowie, znał kościół, w którym uczestniczył w różnych uroczystościach i orientował się, w jak złym stanie jest klasztor. „Na zabytki też są środki” – dowiedziałem się w czasie tej pamiętnej „lekcji z funduszy europejskich dla Małopolski”… Mogliśmy, jako pijarzy, doświadczyć później rzeczywistej, bezinteresownej współpracy i zaangażowania Pana Marszałka, gdy – dla przykładu – zgodził się w nocy przygotować list referencyjny dla naszego projektu, który chcieliśmy przedłożyć Ministrowi Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W ciągu dnia był poza urzędem, pismo przygotował w nocy, kierowca przywiózł je o 5 rano na portiernię Urzędu przy ul. Basztowej, odebraliśmy je, porannym ekspresem pojechało do Warszawy i o godz. 10 było już w sekretariacie Ministerstwa. Udało się! Otrzymaliśmy promesę Pana Ministra! Myślę jedno o Panie Marszałku: to nie był urzędnik funkcjonujący w urzędniczych ramach. To był wrażliwy, otwarty, życzliwy człowiek – on rzeczywiście chciał pomóc, nie udawał, nie pozorował. Po prostu wspierał i pomagał: nawet jeśli to kosztowało go wiele wysiłku… Spotkań z Panem Marszałkiem miałem okazję przeżyć więcej, jak choćby na sesji Rady Gminy w Nowym Brzesku czy w klinice na ul. Botanicznej, gdy przechodził rehabilitację po ciężkim wypadku w Austrii. Obserwowałem jego determinację w powracaniu do pełnej sprawności, choć początki były niesamowicie trudne i niekiedy dało się zauważyć tak naturalnie ludzkie odruchy zniechęcenia: „czy dam radę?”. Cieszyliśmy się, gdy wrócił do pracy na stanowisku marszałka. Bóg sprawił, że akurat nasz projekt budowy sali dobiegał końca. Mogliśmy tak zorganizować uroczystość otwarcia tego obiektu sportowego, że Pan Marszałek był na niej obecny i przecinał wstęgę. To była radość i nasza satysfakcja, gdy – wchodząc do nowoczesnej, klimatyzowanej sali sportowej „Calasanz Arena Olsza Sport” – ujrzeliśmy w jego oku błysk zaskoczenia i podziwu. Niestety, następnego obiektu nie dane nam już było razem otwierać. Hebdów został wyremontowany, ale Pana Marszałka Marka Nawary we wrześniu 2011 r. już nie było wśród nas... Śmierć, niespodziewanie, przyszła w maju… W uroczystości otwarcia na nowo klasztoru w Hebdowie wzięła udział już tylko Jego żona, Mogę sobie tylko wyobrazić, jaka byłaby radość Pana Marszałka z faktu, że kolejny małopolski zabytek odzyskuje swą świetność. Z pewnością ma w tym swój ogromny wkład i za to jesteśmy mu wdzięczni. Dziękujemy, Panie Marszalku!

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

55


Prawda o Marku Stanisław A. Hodorowicz prof. chemii, były prorektor UJ, rektor Podhalańskiej PWSZ w Nowym Targu, senator RP, członek Wspólnoty Małopolskiej

„Bądźcie gotowi, bo przyjdzie w chwili, której się nie domyślacie”. Tak stało się w przypadku Marka. Jego odejście nastąpiło nagle, jakby ukradkiem, i tym bardziej swoją nieodwracalnością wywołało poczucie bezradności i przeświadczenie, że w naszych relacjach nie ze wszystkim zdążyliśmy przed Panem Bogiem. Powaga śmierci na ogół zmusza człowieka do milczenia, ale rodzi też potrzebę mówienia, zwłaszcza wtedy, gdy opuszczają nas ludzie, których życie splotło się z naszym życiem. Wtedy ich śmierć mocno nosimy w sobie i czujemy jakiś szczególny niedosyt, wynikający z faktu, że już niczego nie możemy zmienić, poprawić, powiedzieć. To potęguje też uczucie bliskości. Jego zalążek w stosunku do Marka zrodził się we mnie ponad czternaście lat temu, podczas naszego pierwszego bezpośredniego spotkania, którego początek Marek okrasił charakterystycznym dla Niego szczerym uśmiechem i prawdziwie męskim uściskiem dłoni. Po stosunkowo krótkiej, ale jakże rzeczowej wymianie poglądów na temat potrzeby i możliwości utworzenia wyższej uczelni na Podhalu wychodziłem z Jego gabinetu nie tylko z przeświadczeniem wspólnoty myśli i woli działania, ale przede wszystkim wrażeniem, że znamy się jakby od dawna. W następnych latach to przekonanie wyraźnie krzepło i coraz mocniej gruntowało wzajemne zaufanie i rzetelną przyjaźń. Przyjaźń! To ona rozwijała się na niwie trudu tworzenia „Podhalańskiej Wyższej”, jej rozbudowy, pracy w Małopolskim Komitecie Sterującym, udziału w „Zbójnickim Zespoleniu”, działalności w Małopolskiej Wspólnocie Samorządowej, dokonań na rzecz rozwoju regionu podhalańskiego czy Małopolskiej Agencji Rozwoju Regionalnego. Z czasem coraz wyraźniej dostrzegałem, że Marek żyje nie tylko codziennym chlebem i rozmaitymi osobistymi sprawami, ale nade wszystko wolą poświęcania się dla ogółu. Należał do tych ludzi, dla których sprawy pospólne były zadaniami podejmowanymi z radością. Nie uciekał od wyzwań z tego tytułu, a w sercu bez wątpienia grała Mu pieśń o dobru naszej Ojczyzny Małopolskiej i tej większej, zwanej Polską. W tych wyzwaniach był prawdziwy i sprawiał, że rósł świat, w którym się obracał. Podejmując zadanie budowania nowej demokratycznej i samorządowej rzeczywistości, wyka-

56

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


zał umiejętność kierowania ludźmi i kierowania sobą. Chyba dokładnie rozumiał, że prawa rynkowe nie są uniwersalne w czasie i przestrzeni i nie działają jednakowo skutecznie we wszystkich dziedzinach życia. To powodowało, że w tym nowym, zmieniającym się świecie dał się poznać jako człowiek o ludzkim obliczu. W Jego duszy siedziała honorowa wolność. Tak! Honor i wolność były w Nim we wspólnocie pozwalającej Mu kroczyć przez życie wyprostowanym. I może dlatego nie był człowiekiem żadnej partii. Więcej! Porzucił parlamentarną pracę, uważając, że publiczny interes będzie mógł lepiej wypełniać od poddanego partyjnej dyscyplinie polityka. Prawdziwy „zbójnik” starający się „równać” świat, by ten się nie „zastoł”, jak powiada góralska mądrość. Tę postawę pokazał nawet wtedy, gdy przechodził przez swoisty czyściec życia spowodowany nagłą chorobą, a później zejściem ze sceny i osamotnieniem. Niektórzy ludzie długo muszą czekać, nim inni prawdę o nich pojmą. Prawda o Marku to prawda o człowieku prawym, budującym historię małopolskiego zespolenia, którego przez kilkanaście lat był głównym architektem. Tego nikt Mu nie może zabrać i jak w przypadku prawdziwego „zbójnika”, cisną się na usta słowa starej góralskiej „śpiewki”: „Zatonie, zatonie piórecko na wodzie, dyć se nie zatonie, hyr o Nim w norodzie”.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

57


Przerwana misja Jerzy Jedliński dr chemii, działacz samorządowy, były wiceprezydent Krakowa i radny Województwa, członek Wspólnoty Małopolskiej

Mija rok i nadal trudno jest o Marku Nawarze mówić i myśleć w czasie przeszłym. I chyba się nie powinno. Inaczej – na pewno się nie powinno. Zostawił po sobie w przestrzeni publicznej znaczny i trwały dorobek. Ale przecież był wśród nas nie tylko jako marszałek, poseł czy – wcześniej – wójt. Był też jako człowiek: dla niektórych przyjaciel, dla innych kolega, a jeszcze dla innych – znajomy. Nie lubił tylko, gdy nazywano go politykiem, bo nie chciał, by go wpisywano w rejestr tej grupy, o której – mówiąc eufemistycznie – nie miał zbyt dobrego zdania. Nie dlatego, że nie uznawał polityki za ważny element życia publicznego, ale z powodu coraz niższego prestiżu polityków i trudnych do przyjęcia zwyczajów na scenie politycznej. Nigdy nie zaakceptował bezwzględnego i bezdusznego upartyjnienia państwa oraz bezpardonowych rozgrywek personalnych. I wszelkiego typu niesprawiedliwości też – był na nią wyczulony. Miałem okazję współpracować z Markiem i zaprzyjaźnić się z Nim. Zaczęło się od równoległych jednostek samorządowych, a skończyło w tej samej – samorządzie regionalnym. Marek w swej działalności publicznej należał do nielicznej grupy „ludzi służby publicznej”. Tak rozumiał swą misję i postępował tak, by jak najlepiej się z niej wywiązać. Wiedział, że w sferze życia, w której się znalazł, musi brać pod uwagę sięganie po kompromis, ale używał go w bardzo ograniczony sposób i nie w stosunku do zasad działania dla dobra wspólnego, bo te negocjacjom nie podlegały. To narażało Go na konflikty i stany podwyższonego napięcia, zwłaszcza gdy otoczenie często miało inne podejście – partyjne interesy czy personalne relacje odgrywały zbyt dużą rolę w podejmowaniu decyzji rzeczowych czy kadrowych. Będąc pragmatykiem i realistą, zdawał sobie sprawę, że musi się jakoś znaleźć w tej sytuacji, jeśli nadal chce służyć Małopolsce. A chciał bardzo. Nie ma przesady w stwierdzeniu, że traktował to jako jedną z najważniejszych misji swego życia. Tworzył ten samorząd i prawnie, w sejmie jako poseł, i praktycznie, od początku jego funkcjonowania, czyli od 1990 roku. Rozumiał go jak mało kto, chciał, by – przynajmniej ten w Małopolsce – rozwijał się jak najszybciej, i bardzo, ale to bardzo, denerwowało Go, gdy merytoryczne debaty i decyzje zastępowały partyjne „prikazy” i dyscyplina. Był rzeczowy i twardy oraz odporny na naciski – chciał, by Go przekonano, a nie wymuszano na Nim decyzji. To kosztowało Go dużo nerwów i – jak się później okazało – zapłacił za to bardzo wysoką cenę. Z pewnością inaczej by się potoczyło dalej życie Marka, gdyby nie wyjazd na urlop w lutym 2009 roku. Mówiło się i pisało później: „Marszałek Nawara miał wypadek”. Ale to część prawdy. Bo przecież on świetnie jeździł na nartach i na łatwych stokach się nie przewracał. Stało się jednak coś nadzwyczajnego. Podczas zjazdu doznał wylewu krwi do mózgu. I to doprowadziło do wypadku i konieczności podjęcia kolejnej trudnej walki, chyba najtrudniejszej – o życie i zdrowie. Wygrał ją dzięki swojej determinacji i sile, a także wspaniałej opiece i pomocy ze strony żony i lekarzy.

58

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Gdy wrócił do Polski – pojawiły się komplikacje. Ponowny pobyt w szpitalu, rekonwalescencja. I choć musiał zmagać się z niedostatecznie posłusznym aparatem mowy (mówił wolniej niż przed chorobą) i ruchu (poruszał też nieco wolniej), wrócił do pracy, bo nie znosił bezczynności. Zdawał sobie z tego sprawę i wiedział, że w bezwzględnej polityce jego stan może się wizerunkowo obrócić przeciw Niemu. I obrócił się – nie bez pomocy „życzliwych”. Nie ma żadnego wytrzymującego najprostszą krytykę wytłumaczenia dla faktu pozostawienia Marka Nawary, doświadczonego i kompetentnego funkcjonariusza administracji publicznej, na marginesie. I nie chodzi tu o nagradzanie za zasługi, ale o realną możliwość wykorzystania Jego potencjału w budowie państwa. Po prostu nie stać nas na eliminowanie ze sfery publicznej takich ludzi. Nie będziemy mądrze zarządzanym państwem, dopóki nie zostanie to powszechnie zrozumiane, a szkodliwa praktyka wykorzeniona. Do rangi symbolu urasta fakt, iż Marek Nawara odszedł od nas w przededniu kolejnego Dnia Samorządu Terytorialnego. Pierwszego od dnia odrodzenia samorządności, który miał odbyć się bez Niego jako aktywnego samorządowca. Tak za Niego zdecydowano. Widząc na pogrzebie tłumy żałobników, zdałem sobie sprawę, iż przyszli i przyjechali – nieraz z daleka – nie z poczucia obowiązku, ale z wewnętrznej potrzeby. Bo Marek Nawara funkcjonował w wielu wymiarach. I wszędzie zjednywał sobie szacunek i życzliwość. W gminie, do 1997 roku, w województwie (od 1999 roku), w skali kraju, w Sejmie (1997–1999), w korporacjach i reprezentacjach samorządowych oraz na arenie międzynarodowej, w Komitecie Regionów, a wcześniej, przed naszą akcesją do Unii Europejskiej, w czternastoosobowej Komisji Komitet Regionów UE– Polska przewodził polskiej stronie, której członkami byli delegaci korporacji samorządowych. Gminę Zielonki wprowadził na drogę nowoczesności i szybkiego rozwoju, co kontynuuje z powodzeniem Jego następca (wcześniej – dyrektor wydziału edukacji). Województwo samorządowe budował od podstaw, także w sferze tożsamości Małopolski, na której Mu niezwykle zależało. Do swojej misji podchodził jak dobry gospodarz, a nie władca. Znał potrzeby każdego zakątka Małopolski i starał się znajdować metodę, by jak najwięcej z nich zaspokoić. Najpilniejsze natychmiast, dla innych nakreślał stosowny plan. Do pierwszej strategii rozwoju województwa podszedł

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

59


wzorcowo – konsultował jej elementy z samorządami gminnymi i powiatowymi, z różnymi środowiskami. Stworzył w ten sposób „Małopolską Listę Szans”, która stała się rdzeniem strategii i punktem odniesienia dla dalszego rozwoju województwa. To nie tylko był ewenement na skalę ogólnopolską, ale także znakomity wewnętrzny instrument praktyczny. Dla wielu byłych i aktualnych małopolskich wójtów, burmistrzów, prezydentów miast, starostów, członków zarządów, czy to województwa, czy powiatów, był jednym z największych autorytetów. Nie odległym, ale bliskim, bo wiedzieli, że kiedy mieli problemy, zawsze mogli do Niego zatelefonować, a On – gdy tylko mógł – zajmował się ich sprawami, a gdy nie mógł, bo tak stanowiły przepisy lub inne ograniczenia, uczciwie o tym mówił i radził, co zrobić. Nikogo nie zbywał pustymi odpowiedziami czy deklaracjami bez pokrycia. A Jego telefon był chyba największą w Polsce prywatną bazą numerów „ludzi ważnych dla samorządu” – od ministrów, posłów, po wójtów czy radnych małych gmin i sołtysów oraz przedstawicieli różnych środowisk. Warto podkreślić, że Marek Nawara był zawsze dostępny – telefony albo odbierał, albo oddzwaniał przy pierwszej sposobności. I to nie zależało od pozycji poszukującego kontaktu. Tak zachowywał się też podczas nieformalnych czy oficjalnych spotkań. Zawsze starał się znaleźć czas na zajęcie się sprawami nurtującymi innych. Cierpliwie, nieraz godzinami, rozmawiał i szukał możliwości pomocy w rozwiązaniu ich problemów. Za to go szanowano, ceniono i lubiano. Niezwykle trafnie oddaje to Jego hasło, które wybrał na swe wyborcze kampanie: „Serce i wiedza dla Małopolski”. Nic dodać, nic ująć. Marek Nawara budził naturalny respekt w urzędach, którymi kierował. Był wymagającym szefem, ale – co trzeba podkreślić – najpierw i najwięcej wymagał od siebie. Choć z pozoru szorstki, przynajmniej tak niektórzy Go postrzegali, odnosił się z szacunkiem dla ludzi, także podwładnych. Zawsze dawał szansę, gdy komuś powinęła się noga. Z ciężkim sercem podejmował decyzje personalne o zwolnieniu. Niekiedy nie mógł tego uniknąć, bo tego wymagało dobro urzędu. Jednak zawsze w takich sytuacjach szukał rozwiązania najmniej dotkliwego, czy to dając czas na znalezienie innej pracy, czy to oferując inne, bardziej dostosowane do kwalifikacji i możliwości stanowisko. Gdy obejmował kierownictwo urzędów, nie robił „czystek”. Owszem, czasem musiał dokonać jakichś zmian, ale z przyczyn pragmatycznych, a nie politycznych. Szanował pracę i wysiłek innych. Utkwiły mi w pamięci sytuacje, w których brał do ręki opracowania przygotowane przez innych i – nawet jeśli miał do nich spore zastrzeżenia – nie odrzucał, lecz mówił: „Ktoś włożył w to swoją pracę, więc należy się temu szacunek”. Mało kto o tym wiedział, ale tak było. Był konsekwentny w działaniu, ale zawsze otwarty na argumenty i kompromis. Gotów dyskutować niemal „do upadłego”, by dojść do jak najlepszej decyzji. Skończył Akademię Górniczo-Hutniczą i miał typowo „inżynierskie” podejście do problemów. Starał się najpierw zrozumieć ich istotę, także w sferze zarządzania i finansów. Gdy zdecydował się na funkcjonowanie w samorządzie, ukończył odpowiednie studia podyplomowe na Uniwersytecie Jagiellońskim. I tę wiedzę stosował oraz rozwijał. Dlatego umiał bronić swoich decyzji, nierzadko wbrew partykularnym czy populistycznym zakusom innych. Ale też dbał o to, by zapewnić zrównoważony rozwój, co oznaczało wrażliwość na potrzeby różnej skali w różnych miejscach naszego województwa.

60

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


W drugiej kadencji marszałkowania Marek Nawara bardzo zaangażował się w stworzenie projektu „Region Wiedzy Małopolska”. Rozumiał, jak mało kto, że wykorzystanie naszego potencjału wymaga budowy profesjonalnej infrastruktury w trójkącie sektorów: badawczo-rozwojowego, gospodarki i biznesu oraz administracji publicznej, reprezentowanej przez samorząd województwa. Pomagałem Mu w tym, widziałem, z jakim entuzjazmem i z jaką konsekwencją do tego strategicznego projektu podchodził. Choć nie dane Mu było dokończyć dzieła, wykonał ogromną pracę, której efekty będą widoczne wkrótce i jeszcze przez wiele lat. Marek był dumny ze swego inżynierskiego wykształcenia i wielokrotnie je akcentował. Podkreślał rolę AGH dla własnej edukacji. A także w wymiarze działalności publicznej. Ale nie tylko. Pamiętam, jak opowiadał o czasie, gdy remontował swój dom rodzinny i sam, na podstawie tego czego nauczył się z jednego z przedmiotów („Technika cieplna”), zaprojektował system ogrzewania. Wykonał obliczenia i poprosił kolegę, pracującego na Uczelni o sprawdzenie. Z satysfakcją stwierdził, że obliczenia wykonał prawidłowo. Do dzisiaj system działa. Jak wiele innych owoców jego działalności. Umiał wypoczywać i bawić się. Był duszą towarzystwa. Nie tylko brydżowego – temu hobby pozostał wierny do końca. Na towarzyskich spotkaniach znikały troski i problemy. Potrafił się śmiać, także sam z siebie, gdy z Niego żartowano. Odszedł nad ranem w dniu, w którym byliśmy umówieni na godziny popołudniowe w wąskim gronie przyjaciół na poszukanie nowej formy realizacji Jego i naszej misji - rozwoju samorządności i Małopolski. Opatrzność zdecydowała jednak o przerwaniu Jego udziału w tym przedsięwzięciu. My pozostaliśmy bez Niego, ale w świadomości, że także dla Niego musimy je kontynuować. Już bez Niego, ale pamiętając o przesłaniu, które pozostawił. Taki był Marek Nawara, takim Go zapamiętam i takiego będzie mi Go brakować. Z jednej strony – poważnego i profesjonalnego w wykonywaniu swojej pracy i misji, z drugiej – ciepłego, normalnego, dowcipnego człowieka. Tylko szkoda, że następnym razem spotkam Go już w innym świecie...

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

61


Zawsze będę pamiętał Andrzej Sasuła działacz samorządowy, wicemarszałek Małopolski 1999-2007, członek Wspólnoty Małopolskiej

Zawsze będę Marka pamiętał. Był jedną z kilku osób, które wywarły na moje życie decydujący wpływ. Poza rodzicami i żoną – chyba największy. Może to wyglądać na niepotrzebne obnażanie się – w końcu Marek był tylko o rok ode mnie starszy. Ale tak właśnie było: Marek zawsze miał charyzmę przywódcy, mocno oddziaływał na ludzi w swoim otoczeniu. A ja czułem się przy Nim pewnie i bezpiecznie. Poznaliśmy się u Ewy Filipiak, Pani Burmistrz Wadowic; Marek zaprosił mnie tam na rozmowę. Byłem wtedy kuratorem oświaty w województwie bielskim i nowo wybranym radnym zupełnie nowego, a właściwie nie istniejącego jeszcze Województwa Małopolskiego. Marek także był radnym, co więcej, zdecydował się zrezygnować z mandatu posła, by zostać pierwszym marszałkiem Małopolski. Zaproponowali go na tę funkcję koledzy posłowie z Ruchu Społecznego AWS, partii, która wcześniej wygrała wybory parlamentarne i z premierem Buzkiem realizowała cztery duże reformy – w tym powoływała samorządy województw i powiatów. Marek zgodził się zostać marszałkiem pod warunkiem, że będzie mógł dobrać autorski Zarząd Województwa, a posłowie nie będą próbować sterować ani marszałkiem, ani zarządem. Koledzy politycy wyrazili na to zgodę; głównym negocjatorem był Jan Maria Rokita. Trzeba przyznać, że autonomia Marszałka i Zarządu była w pierwszej kadencji szanowana, Rokita słowa dotrzymał. Znacznie później pytałem Marka, dlaczego to mnie zaproponował funkcję wicemarszałka. Odpowiedział, że potrzebował kogoś, kto trochę zna się na edukacji, a o mnie słyszał nie najgorszą opinię. Ryzykant. Marek na punkcie niezależności był radykałem absolutnym, na każdą próbę zewnętrznego wpływu na decyzje Zarządu czy Sejmiku reagował bardzo ostro, łącznie z interwencjami u premiera Buzka i przewodniczącego Krzaklewskiego. W polityce jest jak w życiu: jeśli coś się może zdarzyć, to prędzej czy później zdarzy się. Bezkompromisowa postawa Marka powodowała, że nie próbowano nami sterować. Kolejną cechą, która bardzo mi się u Marka podobała, było obdarzanie ludzi kredytem zaufania. Ogólnie ustalaliśmy, co trzeba zrobić – a potem właściwie w swoich dziedzinach mieliśmy wolną rękę. Co więcej, zawsze – naprawdę zawsze – można było liczyć na wsparcie Marka. Mnie dawało to ogromny komfort psychiczny, bo Marek miał autentyczny autorytet; liczono się z jego zdaniem na szczeblu województwa i na szczeblu krajowym. Był zresztą „po imieniu” z większością ważnych ludzi

62

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


w państwie, w razie potrzeby chwytał za telefon i na gorąco dzwonił do ministrów czy posłów. Miał przy tym świetną pamięć do ludzi i faktów, pamiętał, kto kim był i jakie miał poglądy – to znacznie ułatwiało rozróżnianie sojuszników od przeciwników. Ta świetna pamięć została mu zresztą nawet po wypadku. Trzecią cechą Marka, którą chciałbym z aprobatą przypomnieć, była chęć i umiejętność współpracy z ludźmi o innych poglądach. Przypomnę tu choćby dyrektora Departamentu Gospodarki w Urzędzie Marszałkowskim, Tadeusza Trzmiela, czy z mojej działki – dyrektora Szpitala Rydygiera, doktora Hydzika. Obaj związani byli z lewicą; nieraz do Marka przychodzili „nasi” z postulatami, by zastąpić ich „swoimi”. A nam się z nimi naprawdę dobrze współpracowało. „Nasi” odchodzili niezadowoleni. Pod koniec pierwszej kadencji powstały nowe partie, część radnych odeszła z klubu RS AWS do PO i PiS-u. Marek w tym czasie był już przekonany, że upartyjnienie nie służy samorządowi, a poza tym był zbyt znaną osobą, by jakaś partia przyjęła Go bez zastrzeżeń. Po prostu widać było, że nawet po wstąpieniu do jakiejś partii Marek i tak pozostałby niesterowalny. W tym stanie rzeczy Marek podjął decyzję o starcie w wyborach do sejmiku bez szyldu partyjnego; trzeba dodać, że zbyt długo nie musiał nas, swoich przyjaciół i znajomych, do tego pomysłu namawiać. Mimo że pomysł był nieco zwariowany – wydawało się, że poziom wojewódzki zdecydowanie preferuje komitety partyjne, a poza tym do wyborów pozostało już naprawdę niewiele czasu. Kierowani przez Marka, założyliśmy Stowarzyszenie Wspólnota Małopolska i wystartowaliśmy w wyborach samorządowych w październiku 2002 jako Komitet Wyborczy Wyborców Wspólnota Małopolska. Członków i sympatyków mieliśmy naprawdę godnych. Na pierwszej liście z szyldem Wspólnoty Małopolskiej znalazło się m.in. 13 wójtów i burmistrzów, 8 starostów, 4 rektorów małopolskich uczelni. Marek był „twarzą” naszej krótkiej kampanii, która zakończyła się niezłym wynikiem: zdobyliśmy 6 mandatów radnych. Wygrał Koalicyjny Komitet Wyborczy PO–PiS (tak, tak – były czasy współpracy!), zdobywając 10 mandatów. W naszym klubie Marek zdobył, oczywiście, najwięcej głosów, a z naszej listy weszli jeszcze do Sejmiku tak dziś znani ludzie, jak Beatka Szydło (dziś wiceprezes PiS), Jurek Fedorowicz (dziś znany poseł PO) czy Romek Ciepiela (dziś wicemarszałek Małopolski), Witek Kozłowski (były przewodniczący Sejmiku i klubu PiS w Sejmiku). A także niżej podpisany. Wspólnota Małopolska przetrwała przez dwie kadencje; w trzeciej kadencji (lata 2006-2010) Marek znowu został wybrany marszałkiem. Wspólnota to było nie tylko robienie polityki – to było stowarzyszenie normalnych, lubiących się ludzi, z niekwestionowanym, lubianym i szanowanym przywódcą. Te sympatie – z małymi wyjątkami – pozostały do dziś. Szkoda, Marku, że przeszedłeś już na drugą stronę. Z Tobą było o wiele lepiej i o wiele ciekawiej.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

63


Historia naszej znajomości Tadeusz Grabiński prof. ekonomii, b. rektor Akademii Ekonomicznej, członek Wspólnoty Małopolskiej

Mija rok od momentu, kiedy nie ma Go wśród nas. Przez wiele lat miałem zaszczyt się z Nim spotykać i współpracować w różnych sytuacjach. Po Jego odejściu zadałem sobie pytanie, kiedy i w jakich okolicznościach zaczęła się nasza znajomość. I przyznam, że na to pytanie nie umiem precyzyjnie odpowiedzieć. Zapewnie znałem Go od początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy to z racji pełnionych obowiązków na macierzystej uczelni (wtedy prorektora Akademii Ekonomicznej w Krakowie) spotykałem się oficjalnie z wieloma osobami. O Marku Nawarze mówiono wtedy jako o najlepszym wójcie nie tylko w Małopolsce, ale i w Polsce. Mieliśmy na Uczelni formułę spotkań studentów z ludźmi sukcesu. On już wtedy był niewątpliwie jednym z nich. Nasza znajomość pogłębiła się od czasu, kiedy Marek Nawara został pierwszym marszałkiem Małopolski, rezygnując z mandatu posła, co na pewno nie było dla Niego łatwą decyzją. Jako Rektor AE byłem wtedy zapraszany na różnego rodzaju konsultacje, spotkania i narady mające na celu wypracowanie niezbędnych, możliwie jak najlepszych rozwiązań dla naszego regionu. Miałem wtedy okazję poznać i podziwiać Jego realizm, rzeczowość, umiejętność stawiania trafnych diagnoz i podejmowania właściwych decyzji. Trzecia faza naszej współpracy rozpoczęła się wraz z utworzeniem Wspólnoty Małopolskiej w 2002 roku. Miałem wtedy więcej wolnego czasu, gdyż zakończyłem swoją drugą kadencję rektorską. W efekcie coraz częstszych spotkań i dyskusji z Markiem i innymi osobami, m.in. Andrzejem Sasułą czy Jurkiem Jedlińskim, stopniowo dochodziliśmy do wniosku, że jakkolwiek partyjny model wyłaniania władz może i sprawdza się w skali kraju (chociaż i to nie jest takie pewne), to na pewno w skali lokalnej i regionalnej powinien przejść do lamusa historii. Dlatego też głównym przekazem Wspólnoty w wyborach samorządowych była apolityczność i postulat szukania wśród kandydatów do władz lokalnych sprawnych i skutecznych „gospodarzy”, bez pytania ich o poglądy polityczne. W wyborach samorządowych 2002 Wspólnota odniosła sukces – 14% głosów i 6 mandatów w Sejmiku na 39 miejsc. Przypuszczam, że tylko częściowo wynikało to z programu wyborczego, a na pewno nie z zaangażowanych środków finansowych, których komitet wyborczy WM w zasadzie nie posiadał. Sądzę, że były to najtańsze mandaty radnych w Sejmiku (warto by publikować po każdych wyborach koszty uzyskania mandatu posła, senatora, radnego chociażby na podstawie ogólnie dostęp-

64

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


nych danych ze sprawozdań komitetów wyborczych). Ojcem sukcesu Wspólnoty był niewątpliwie jej lider – Marek Nawara. Kadencja 2002–2006 nie była łatwa dla Wspólnoty. Okazało się, że bez infrastruktury, środków finansowych, dotacji, do których dostęp mają duże ugrupowania polityczne, nie ma co marzyć o odgrywaniu znaczącej roli nie tylko w skali kraju, ale i regionu. Przed kolejnymi wyborami w 2006 roku trzeba było podjąć decyzję albo o rezygnacji ze startu albo o zawiązaniu koalicji z jakimś ugrupowaniem politycznym, z którym można by w zgodzie z własnymi przekonaniami współpracować. Pamiętam liczne spotkania, z których wynikało, że członkowie WM byli podzieleni na dwie mniej więcej równe frakcje, podobnie jak i całe polskie społeczeństwo. To Marek musiał podjąć ostateczną decyzję. Jak się okazało, w wyniku tej decyzji Marek Nawara został wybrany po raz drugi marszałkiem województwa małopolskiego na III kadencję. Biorąc pod uwagę ówczesną pozycję Wspólnoty, był to niewątpliwie wynik godny podziwu dla zdolności współdziałania Marka z różnymi partnerami oraz Jego zalet, kwalifikacji, umiejętności i doświadczenia. Potwierdził to także w trakcie kadencji, kiedy nastąpiła zmiana koalicji w Sejmiku Małopolski, ale bez zmiany na stanowisku marszałka. 20 lutego 2009 roku dowiedzieliśmy się o tragedii w Austrii. Jako członkowie Wspólnoty zdawaliśmy sobie sprawę z faktu, że bez Marka nie damy rady zaistnieć w kolejnych wyborach w 2010 roku. I tu spotkała nas niespodzianka. Marek po kilkumiesięcznej rekonwalescencji wrócił do pracy i podjął decyzję o startowaniu w wyborach. Tym razem bez efektów, chociaż sam udział w kampanii wyborczej oraz pełnienie obowiązków marszałka w Jego stanie zdrowia można by uznać za sukces, gdyby nie to, że być może był on kupiony za największą cenę, jaką każdy z nas może zapłacić, czyli za cenę życia.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

65


66

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Małopolska w blasku Krakowa Jacek Majchrowski prof. prawa, członek Trybunału Stanu, wieloletni prezydent Miasta Krakowa

Marek Nawara należał bez wątpienia do najwybitniejszych działaczy samorządowych w Polsce. Był urodzonym samorządowcem, jednym z najlepszych gospodarzy, jakich miała Małopolska, i rodowitym krakowianinem, bez reszty oddanym swemu miastu. O Krakowie mówił, że jest sercem, motorem rozwoju, źródłem energii i siły Małopolski. Pragnął, by z wyjątkowego potencjału stolicy polskiej kultury czerpać mógł cały region, i ze wszystkich sił promował służące temu inicjatywy. Konsekwentnie wspierał rozwój nauki, szkolnictwa wyższego, turystyki i transportu aglomeracyjnego. Uczestniczył w debacie toczącej się wokół rozwiązań prawnoustrojowych, umożliwiających sprawne funkcjonowanie dużych polskich miast. Podejmował i wspierał niezbędne inwestycje. Zabiegał, by podczas konstruowania programu, który stał się podstawą wdrażania funduszy europejskich, zapewnić specjalną pulę środków dla Krakowskiego Obszaru Metropolitalnego. …I zawsze uważał, że władze miasta i regionu powinny ze sobą ściśle współdziałać. Szanowałem Marka Nawarę jako skutecznego w działaniu, wybitnego gospodarza Małopolski i jako wyjątkowego człowieka. Dobrze się rozumieliśmy, dobrze nam się współpracowało i podobnie postrzegaliśmy rolę samorządu. Łączyła nas samorządowa niezależność i przekonanie, że w samorządzie nie ma miejsca na dyktat tej czy innej partii, że wszelkie decyzje dotyczące lokalnej i regionalnej wspólnoty powinny zapadać tutaj, a nie w Warszawie. Potrafiliśmy szybko porozumieć się w trudnych sprawach i sprawnie współdziałać wówczas, gdy było to konieczne – kiedy miastu zagrażała powódź, gdy trzeba było remontować wały, czy też wspólnie lobbować w stolicy na rzecz ważnych dla Krakowa projektów. W takich przypadkach bardzo cenne okazywały się Jego zdolności negocjacyjne, wiedza i doświadczenie wytrawnego samorządowca. Marek Nawara doskonale rozumiał, że prężnie rozwijający się region musi mieć silną stolicę. Znał potrzeby poszczególnych miast, gmin i powiatów Małopolski, mając jednocześnie świadomość, czego potrzeba ukochanemu Krakowowi. Był niezastąpionym ambasadorem prawdziwej integracji – kształtowania poczucia wspólnoty interesów gmin i powiatów Małopolski. Mawiał, że Małopolska nie powinna być w cieniu, ale w blasku Krakowa… Pozostanie dla nas wzorem konsekwencji i uporu w walce o dobro wspólne.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

67


Polityk w sprawach Rzeczypospolitej Waldemar Rataj działacz społeczny, prezes fundacji Konkursu Pro Publico Bono

Marka Nawarę poznałem w 1993 roku, będąc doradcą Szefa Urzędu Rady Ministrów w rządzie Hanny Suchockiej. Wcześniej słyszałem, że jest znakomitym wójtem podkrakowskich Zielonek, energicznie zmieniającym swoją gminę, która stała się jednym z liderów odrodzonej samorządności na ziemi krakowskiej. Już wtedy było oczywiste, że Marek Nawara ma predyspozycje do zaistnienia w życiu publicznym na większą, przekraczającą granice gminy, skalę. Już dał się poznać jako polityk samorządowy, energicznie wkraczający na teren działalności ogólnopaństwowej – w tym czasie został przewodniczącym Sejmiku Samorządowego (zgromadzenia gmin) ówczesnego województwa krakowskiego. W 1993 roku w Urzędzie Rady Ministrów intensywnie pracowaliśmy nad dalszą reformą administracji publicznej. Stawało się coraz bardziej oczywiste, że opór struktur starego państwa, struktur wywodzących się z peerelu, z Polski resortowej, przeciw projektowanym zmianom jest bardzo duży i będzie narastał. Że rosnąca w siłę biurokracja starego reżimu chce zablokować decentralizację Polski. Że nowe elity polityczne, wywodzące się z Solidarności, mają słabą wiedzę w sprawach zarządzania instytucjami politycznymi i wyczerpują się w sporach, w których korzyści odnieść mogą przede wszystkim stronnictwa polityczne i grupy interesów dążące do utrzymania imperium resortowego i państwa opiekuńczego, w jego coraz bardziej anachronicznej postaci, i że trzeba szukać sojuszników. Naturalnym sprzymierzeńcem były odrodzone samorządy – gminy, a także sejmiki wojewódzkie i nowa elita polityczna samorządnej Rzeczypospolitej; politycy reprezentujący władze samorządowe: radni, prezydenci, burmistrzowie, wójtowie, najczęściej wywodzący się z ruchu komitetów obywatelskich „Solidarność”. Zaproszenie ich do dzieła reformowania państwa było bardzo ważnym krokiem w kierunku budowy nowego ładu ustrojowego i politycznego. Taki był zamysł pani premier Suchockiej, tak myślał ówczesny szef URM Jan Rokita, główny strateg polityki tego rządu. Ważnym forum, na którym odbywały się dyskusje z przedstawicielami samorządów, były zgromadzenia Krajowego Sejmiku Samorządu Terytorialnego oraz ogólnopolskie zgromadzenia wójtów, burmistrzów i prezydentów. Podczas tych samorządowych konwentów Marek Nawara od początku wykazywał dużą aktywność. Miał wypracowany pogląd na sprawy, którymi się zajmowaliśmy. Wyróżniał się kompetencją i należał do tej grupy samorządowych liderów, którzy byli od początku świadomi, jaką rolę samorządy i samorządność mają odegrać w budowie nowego państwa. Był stuprocentowym państwowcem. Warto to podkreślić, gdyż niestety, politycy różnych opcji – również ci odwołujący się do tradycji solidarnościowych – często usiłowali dezawuować działalność polityków samorządowych wkraczających na forum ogólnopaństwowe. Zarzucali liderom samorządów, że dążąc do zwiększenia władztwa samorządowego, kompetencji samorządów, przyczyniają się do osłabienia państwa.

68

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


To były i są zarzuty niesprawiedliwe. Było dokładnie odwrotnie: państwo osłabiali ci, którzy reprezentowali lub bezmyślnie umacniali interesy branżowe, resortowe. Ci, którzy uważali, że tylko państwo scentralizowane może być państwem silnym. Jak śmieszne były zarzuty o działanie na szkodę państwa przez liderów samorządności, świadczą m.in. dokonania śp. Grzegorza Palki, śp. Franciszki Cegielskiej, Jana Olbrychta, śp. Piotra Buczkowskiego, Zyty Gilowskiej, Leona Kieresa, Andrzeja Porawskiego, Elżbiety Hibner, Tadeusza Wrony, Mieczysława Janowskiego. To była czołówka liderów Polski samorządnej tamtego okresu. To byli ludzie, których cała działalność w sferze publicznej zmierzała do wzmocnienia państwa, rozumianego jako przestrzeń polityczna dla obywateli, jako wspólnota, którą zgodnie z polską tradycją konstytucyjną zwykliśmy nazywać Rzeczpospolitą. Politycy lokalnej samorządności włączali się w prace nad koncepcją podziału zadań i kompetencji pomiędzy samorządy i struktury rządowe, popierając takie rozwiązania, w myśl których nie ma sprzeczności między siłą wspólnot samorządowych a rzeczywistą i głęboką integracją państwa, za którą odpowiadają rząd, prezydent i parlament. Marek Nawara w swoich działaniach konsekwentnie zbliżał się do tej elity samorządowych państwowców. Pracował nad tym, by jego poglądy były na forum krajowych reprezentacji samorządu terytorialnego dobrze wysłuchane, zauważane i uznane za ważne. Był niewątpliwie ambitny w najlepszym tego słowa znaczeniu – ambicja była proporcjonalna do jego osiągnięć, potencjału i ogromnego wkładu pracy. W 1997 roku Marek Nawara wszedł do Sejmu RP z listy Akcji Wyborczej „Solidarność” i został jednym z najbardziej liczących się posłów tamtej kadencji. Współprzewodniczył, razem z Ireną Lipowicz, Komisji Samorządu Terytorialnego, przez którą przechodziły projekty ustaw wprowadzające reformy ustroju administracyjnego naszego państwa i powołujące do działania nowe struktury samorządu terytorialnego. Marek Nawara stał się w tym okresie jednym z najbardziej wpływowych polityków samorządowych. Polityków samorządowych właśnie, a nie, jak to się często mówi, jak często określają samych siebie przedstawiciele władz lokalnych i regionalnych – samorządowców. To pojęcie jest w istocie próbą mistyfikacji: politycy „wielkiej nawy państwowej” uzurpują sobie w ten sposób prawo do wyłączności reprezentowania i rozstrzygania o sprawach ogólnopaństwowych. Odmawiając liderom samorządowym miana „polityka”, osłabiają także – we własnym mniemaniu – potencjalną konkurencję. Z kolei politycy samorządowi wolą unikać, w związku z tym, skojarzeń ze sferą uważaną coraz częściej przez obywateli za obszar niejasnej gry interesów, za teatrum próżności i poniżającej ludzką godność przestrzeń komunikacji medialnej, za świat gorszących kłótni, intryg i za odległy od codziennych spraw ludzkich system walki o władzę, o wpływy oraz o uprzywilejowany dostęp do publicznych pieniędzy. Celowi integracji, w ramach struktur władzy wykonawczej państwa, interesów lokalnych i regionalnych, a także stworzeniu forum uzgadniania stanowisk dwóch podsystemów tej władzy: administracji rządowej oraz samorządu terytorialnego, miała służyć powołana w czasie rządu Hanny Suchockiej, a następnie odnowiona za rządu Jerzego Buzka – Komisja Wspólna Rządu i Samorządu Terytorialnego. Zaprojektowana jako miejsce równorzędnego dialogu przedstawicieli rządu z liderami ogólnopaństwowych struktur samorządu terytorialnego, w tych dwóch okresach rzeczywiście stawała się centrum dialogu rzeczywiście równorzędnie traktowanych

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

69


sfer władzy wykonawczej. To w ramach Komisji Wspólnej tworzona była za rządów Suchockiej i Buzka strategia rozwoju państwa i modernizacji jego administracji. Obecnie Komisja straciła swoje pierwotne znaczenie instytucji propaństwowej. Stała się miejscem targów, uzgadniania warunków, na jakich zaspokajane są doraźne interesy wspólnot lokalnych i samorządów województw. Samorządy zostały bowiem zepchnięte do roli jeszcze jednego lobbies, z którymi rząd idzie na kompromis dotyczący w istocie zakresu ustępstw na rzecz decentralizacji państwa i odnośnie zakresu samorządności w jego strukturach. Także strukturach samorządu terytorialnego. Po uchwaleniu reform ustrojowych decentralizujących państwo, zgodnie z założeniami polityki rządu Buzka nadszedł czas na kolejny od czasu reformy Jerzego Regulskiego etap rozwoju samorządu terytorialnego. Marek Nawara doszedł do wniosku, że tak naprawdę w Sejmie wykonał już to, co było do zrobienia. Mając predyspozycje do pracy konkretnej i temperament polityka lubiącego wpływać na zmiany rzeczywistości, postanowił powrócić do działalności w strukturach, teraz już nowo utworzonego samorządu województwa w swojej ojczystej Małopolsce. W 1998 roku zdobył mandat radnego i w naturalny sposób został kandydatem na pierwszego marszałka województwa małopolskiego. Miał autorytet – zarówno w partiach politycznych, jak i w środowiskach samorządowych. Odegrał olbrzymią rolę w integracji województwa, korzystając z nowoczesnych narzędzi planowania polityki i integracji wspólnot w strukturze nowego województwa. Dokonując wyboru metody uspołecznienia pierwszej strategii rozwoju województwa, wykorzystując do tego celu debatę publiczną pn. „Małopolska Lista Szans”, potwierdził po raz kolejny, że ma świetne rozeznanie w zakresie potrzeb społeczności lokalnych i odwagę posługiwania się środkami nowoczesnymi i korzystnymi przede wszystkim z punktu widzenia realizacji strategii dobra wspólnego. Nawara szukał punktów, które mogły scalać i promować Małopolskę jako region wyróżniający się w równym stopniu żywotnością swojej samorządności, jak i kulturą patriotyczną oraz przywiązaniem do idei niepodległości. Dlatego niemal od początku istnienia Nagrody Pro Publico Bono mogłem liczyć na jego zainteresowanie i życzliwość w tworzeniu dla tego przedsięwzięcia dobrego klimatu w małopolskiej przestrzeni samorządowej. Dzięki jego osobistemu zaangażowaniu finałowa gala Nagrody Pro Publico Bono przerodziła się niebawem w Obywatelskie Święto Niepodległości, a 11 Listopada stał się dla wielu środowisk obywatelskich w Polsce czasem alertu i okazją do uczestnictwa w coraz bogatszym programie obchodów organizowanych z tej okazji w Krakowie, stolicy Małopolski, ale także „stolicy polskiej pamięci i tożsamości”. Ten ostatni wymiar ideowej identyfikacji Krakowa został zaczerpnięty z refleksji nad dziedzictwem Jana Pawła II, którą dane mi jest podejmować od blisko dziesięciu lat w gronie wielu zacnych obywateli naszego miasta i regionu. W dyskusji tej Marek brał czynny udział nie tylko dlatego, że wynikało to z roli przedstawiciela władzy w regionie, w którym urodził się, i w którym ukształtował swoją osobowość papież Wojtyła. Gdy po śmierci Ojca Świętego Andrzej Madej i Andrzej Stawiarski, a potem powołane przez nich Stowarzyszenie 10 Czerwca, rzucili hasło ustanowienia 10 czerwca narodowym świętem naszej obywatelskiej samorządności, Marszałek podjął tę inicjatywę jako odpowiednie przesłanie dla tworzenia i umacniania także naszej tożsamości regionalnej. Wybraliśmy datę 10 czerwca jako pamiątkę papieskiej mszy św. na krakowskich Błoniach w 1979 roku i słów, które wówczas usłyszała cała

70

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Polska: „I dlatego – zanim stąd odejdę, proszę was, abyście całe to duchowe dziedzictwo, któremu na imię Polska, raz jeszcze przyjęli z wiarą, nadzieją i miłością – taką, jaką zaszczepia w nas Chrystus na chrzcie świętym, – abyście nigdy nie zwątpili i nie znużyli się, i nie zniechęcili, – abyście nie podcinali sami tych korzeni, z których wyrastamy (…)”. Te słowa, określające podjęty wówczas z inicjatywy Jana Pawła II akt „Bierzmowania Dziejów”, przyświecały założycielom Stowarzyszenia 10 czerwca i wielu współdziałającym z nim odtąd społecznikom do wskazania na rolę Jana Pawła II, jako kolejnego w poczcie polskich interreksów odnowiciela naszej politycznej niepodległości. Marek Nawara podzielał to przekonanie i dlatego zaproponował nam, aby 10 Czerwca, zanim zostanie upowszechnione jako święto ogólnopolskie, najpierw zaczął być obchodzony w Małopolsce jako regionalne święto samorządności. Przekonał do tego zarząd i Sejmik Województwa. W konsekwencji – od 2009 roku, w rocznicę pierwszego religijnego, ale i obywatelskiego zgromadzenia Polaków z Janem Pawłem II na krakowskich Błoniach, mieszkańcy Małopolski świętują fakt odrodzenia naszej niepodległości także jako fakt stanowienia o sobie na zasadach samorządności. Wracając do końcówki lat dziewięćdziesiątych, kiedy Nawara staje się niekwestionowanym przywódcą Polski samorządnej, gdy jako współprzewodniczący Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego upomina się o kontynuację rozpoczętych przez rząd Buzka reform ustrojowych, pozostaje w rzeczywistości ostatnim politykiem, reprezentującym zapoczątkowaną przez ruch komitetów obywatelskich „Solidarność” ideę samorządnej Rzeczypospolitej. Patrząc dziś na styl i rezultaty jego pracy, mogę stwierdzić, że był najlepszym z dotychczasowych przewodniczących Strony Samorządowej Komisji Wspólnej, że był najpoważniejszym, w istocie bardzo wymagającym, dla strony rządowej partnerem. Ponieważ patrzył na sprawy samorządu terytorialnego z pozycji państwowca, mógł skutecznie negocjować z rządem, a jednocześnie integrował Stronę Samorządową, tak aby wobec administracji rządowej nie dała się poróżnić, wskutek rzeczywiście często rozbieżnych interesów poszczególnych kategorii jednostek samorządowych. Wyrastał więc na polityka dużego formatu, co musiało uwierać polityków partyjnych. Choć Nawara szanował rolę partii, doceniał ich rolę w tworzeniu państwa, wyraźnie się od nich dystansował. Nie mógł się pogodzić z nieustannie podejmowanymi przez partie próbami degradacji polityki samorządowej. Broniąc niezależności samorządów od partii politycznych stawał się rzecznikiem wizji państwa, w której samorządy mają zagwarantowaną nie tylko niezależność, ale również współodpowiedzialność za całość spraw państwowych. Często podkreślał ową współodpowiedzialność samorządów za dobro wspólne. Przed wyborami 2002 roku Marek Nawara stworzył Wspólnotę Małopolską i z jej listy został radnym. Kierując Wspólnotą Małopolską, starał się, by nie stawała się kolejną partią, lecz formą reprezentowania idei małopolskiej integracji i regionu jako dobra wspólnego. Dbał, by nie konfrontować Wspólnoty z partiami, lecz by demonstrować potrzebę współpracy. Podkreślał jej prosamorządowy i uzupełniający względem partii charakter. Niestety ten pogląd właściwie nigdy nie został uznany przez polityków partyjnych, w tym zwłaszcza partii dążących konsekwentnie do dominacji i wyjałowienia życia publicznego z tego, co autentycznie samorządne, a więc także niezależne od dyrektyw ze strony ich prezesów i aparatów. Kiedy w ciągu kolejnych lat na scenie politycznej

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

71


w sposób niewyobrażalny wzrosło znaczenie dwóch partii – Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości, na posolidarnościowej stronie sceny politycznej i w tym elektoracie, zwłaszcza po 2005 roku, nastąpiła dramatyczna polaryzacja. Nie było już możliwości samodzielnej rywalizacji. Ostatecznie do wyborów 2006 Marek Nawara wraz ze Wspólnotą Małopolską wystartował z list Prawa i Sprawiedliwości. Po raz drugi został marszałkiem województwa, w koalicji PiS–PSL–LPR. Zimą 2007 roku doszło do przesilenia. Ówczesny przewodniczący małopolskiego PiS Zbigniew Ziobro zażądał od Marka Nawary ustąpienia ze stanowiska marszałka. Powód? Duża część polityków PiS uważała, że sojusz ze słabszym partnerem (Wspólnota miała kilku radnych) nie jest potrzebny, a nawet gdyby miał trwać, to stanowisko marszałka warto obsadzić kimś z PiS, a w praktyce z otoczenia Ziobry. Nie było merytorycznych zarzutów co do działania zarządu województwa, do samego marszałka. Był to dyktat, i dlatego Nawara potraktował to żądanie jako nieusprawiedliwioną uzurpację partii politycznej względem władzy wybranej zgodnie z zasadami demokratycznymi i zobowiązanej do realizacji zasad, w których wyraża się sens samorządności i niezależność struktur samorządu terytorialnego w państwie. Nawara dosłownie w ciągu kilkudziesięciu godzin „wyprowadził” radnych Wspólnoty Małopolskiej z klubu PiS, doprowadził do powołania nowego klubu, a następnie do zmiany koalicji rządzącej Małopolską, w ten sposób pozostał nadal marszałkiem. Dając nauczkę politykom partyjnym, wykazał się w równym stopniu skutecznością i sprytem, co bezkompromisowością w obronie wartości politycznych, w które wierzył. Następny koalicjant – Platforma Obywatelska – też szybko przekonała się, że Nawara nie ulega naciskom i dyktatowi wielkich partii. Prowadził zmagania z pozycji słabszego – arytmetycznie – partnera. Kosztowały go one dużo zdrowia. Moim zdaniem, skróciły mu one życie, przedwcześnie się w nich wypalił. Był uparty, konsekwentny, nie kłaniał się partiom, a partyjni funkcjonariusze w zarządzie województwa – równie konsekwentnie – starali się ograniczać jego władzę, także ograniczając ustrojowo określone kompetencje marszałka, jako szefa urzędu. Marek Nawara był jednym z ostatnich obrońców niezależności samorządu województwa – w większości miejsc w Polsce już udało się spacyfikować niepokornych polityków samorządowych. Bezpośrednio po dojściu do władzy Platformy Obywatelskiej nastąpiła powszechna wymiana marszałków, także w tych województwach, gdzie już wcześniej władzę sprawowała PO. Chodziło przede wszystkim o to, by układ centralny: rząd i centrale partyjne, mogły wpływać na politykę władz regionalnych, faktycznie czyniąc z marszałków klientów premiera, ministrów i partyjnego establishmentu. Marek Nawara był lojalnym koalicjantem, rozumiał realia polityki koalicyjnej, ale jako państwowiec nie zgadzał się ani na budowanie przez partie stref wpływów w samorządach, ani na uzurpowanie sobie władztwa nad niezależnymi organami władzy samorządowej. Jako polityk dawał nadzieję, że władzę w Polsce można jeszcze sprawować w interesie publicznym i uprawiać politykę w interesie obywatela. Przykład Marszałka Nawary wskazuje jednoznacznie, że cena, jaką się płaci za to w dzisiejszych czasach, jest ogromna. Wyczerpująca, udręczająca walka, jaką toczył, przedwcześnie pozbawiła go sił. Pozostanie wzorem dla tych, którzy w samorządności widzą sens pracy dla dobra wspólnego, a siłę państwa w działalności i kreatywności samych obywateli.

72

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Zmienialiśmy codzienność Stanisław Kracik prezes Zarządu MPP sp. z o.o., działacz społeczny i gospodarczy, b. poseł RP, b. burmistrz Niepołomic, b. Wojewoda Małopolski

Trudno się pisze wspomnienia o kimś, kto powinien być wśród nas. Różnymi drogami dochodziliśmy do wyzwań i szans, jakie przyniósł rok 1989 (rząd Mazowieckiego ) i rok 1990 (pierwsze wybory samorządowe). Wielu samorządowców w Krakowie świadomość i aktywność publiczną zyskało dzięki Sierpniowi 1980 roku. Pracowaliśmy wtedy jako inżynierowie, urzędnicy, pracownicy naukowi w czasie trudnej i szarej dekady lat siedemdziesiątych, pewnie najlepiej jak potrafiliśmy, wykonując swój zawód. Wielkie narodowe przebudzenie zapisane w historycznej pamięci jako Sierpień 1980 roku było dla większości z nas wejściem w sferę działalności publicznej (można powiedzieć, że i politycznej). Różnica wieku między mną a Markiem wynosiła pięć lat, ale wiem, że On w swoim miejscu pracy, a ja w swoim byliśmy współzałożycielami Zakładowych Komisji NSZZ Solidarność. To wejście w ruch Solidarności, ten czas przygotowywania siebie i środowisk do tego, co po okresie rządów Jaruzelskiego zakończyło się powstaniem Komitetów Obywatelskich, było naszą szkołą życia publicznego. Jak ważna to była szkoła, można było zobaczyć po pierwszych wyborach do samorządów gminnych. Wygrane wybory do lokalnych władz samorządowych wyłoniły zarazem grupę liderów, do których Marek bez wątpienia należał. Mówię o liderach nie dlatego, abym chciał wprowadzać podziały na lepszych i gorszych szefów gmin, ale dlatego, aby podkreślić, że grupa koleżanek i kolegów, którzy mieli za sobą doświadczenie Solidarności, znacznie lepiej rozumiała, jakim przełomem w społecznej i politycznej rzeczywistości jest wprowadzenie samorządu na poziomie lokalnym. Lepiej rozumieliśmy się zarówno z pierwszym krakowskim (jeszcze w okresie funkcjonowania 49 województw) wojewodą Tadeuszem Piekarzem, jak i z pełnomocnikiem Rządu RP d/s samorządu, prof. Mirosławem Stecem. Myślę, że to, co było wspólne liderom samorządowym, to świadomość, że nie jesteśmy władzą, lecz służbą publiczną. Świadomość tego, iż naszym zadaniem jest odbudowanie wiary Polaków, że coś od nich samych zależy i że to oni są tymi, dla których funkcjonować ma administracja publiczna. Nie było to ani proste, ani oczywiste. Podział na „my” i „oni” był trwalszy niż koniec PRL-u. Ta świadomość pewnej misji, jaką mamy do wypełnienia, sprawiała, iż powstał rodzaj szczególnej więzi pomiędzy samorządowcami pierwszej kadencji. Zauważyliśmy też, że nie ma innej drogi do powiększania grona samorządowych liderów, niż tworzenie dobrych przykładów. Zielonki, gdzie Marek wójtował,

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

73


czy Niepołomice, gdzie ja pracowałem, lub Dobczyce z Marcinem Pawlakiem stawały się przykładami i dowodami na to, że może być inaczej, że można zmienić codzienność na taką, w której chce się żyć i pracować. Każdy ma prawo dążyć do podejmowania się zadań coraz trudniejszych i bardziej odpowiedzialnych. To nawet ewangelicznie uzasadnione, skoro jak czytamy: „byłeś wierny w małym, nad wieloma cię postawię”. Marek miał potrzebę wyjścia poza Zielonki. Taką szansą był tzw. sejmik, w którym pracowaliśmy jako delegaci swoich gmin. To było forum, na którym przed powstaniem powiatów spotykali się samorządowcy z gmin województwa. Na szczeblu krajowym z sejmików wyłaniano komisje, które negocjowały z rządem kierunki dalszych zmian w samorządowym ustawodawstwie. To była bardzo ważna okazja, aby problemy i wyzwania z poziomu gminnego przenieść na szczebel wojewódzki i krajowy. Marek tę szansę wykorzystał w pełni. Być może był i taki okres, w którym więcej bywał poza swoją gminą niż w niej. Nie dziwi zatem fakt, iż wygrał wybory na szefa pierwszego sejmiku, kiedy jeszcze jego uprawnienia były symboliczne, przed drugim etapem reformy samorządowej. Wybory parlamentarne i praca w Sejmie RP to także nasze wspólne z Markiem doświadczenie, chociaż dla mnie była to już druga kadencja na Wiejskiej. Uchwalenie ustawy o samorządzie powiatowym i wojewódzkim odbyło się jeszcze z udziałem Marka, ale niedługo potem zrezygnował on z mandatu poselskiego na rzecz fotela marszałka Województwa Małopolskiego. Nie podejmuję się opowiadania o Jego pracy na tym stanowisku, a to dlatego, że sam doskonale umiał zadbać o nagłaśnianie w mediach działań własnych i Zarządu. Nie ma w tej uwadze żadnej uszczypliwości, a jedynie uznanie dla PR-owskiej sprawności marszałka. Nie mnie także oceniać dokonania Jego pierwszej marszałkowskiej kadencji i porównywać ją do kadencji następnych. Rzecz w tym, że uczciwa ocena efektów czyjejś działalności musi uwzględniać możliwości i narzędzia, jakimi się dysponuje. Pierwsza kadencja władz samorządowych polegała na przygotowaniu na przyjęcie relatywnie niewielkich środków przedakcesyjnych z UE, do której dopiero aspirowaliśmy. Druga kadencja upłynęła na przygotowaniu projektów już na czas naszej akcesji i dostępu do unijnych funduszy. Kadencja następna, w której Marek po przerwie znowu został wybrany marszałkiem, stała się czasem bodaj najbardziej efektywnych inwestycji w Małopolsce. Wszyscy znamy zarówno polityczne perypetie, zmiany sojuszy jak i nieprzewidziane zdrowotne perypetie Marka. Mam także koleżeński i moralny obowiązek odnieść się do tego, co działo się po wypadku Marka. Wielka solidarność z Nim i Jego bliskimi, modlitwy o Jego zdrowie, koleżeńska solidarność w pracy - jestem przekonany, że w sferze medycznej i modlitewnej zrobiliśmy wszystko, co było możliwe, aby choremu i jego rodzinie udzielić wsparcia. Rocznica śmierci Marka jest okazją, aby samemu zastanowić się nad tym, co ja robię na rzecz wspólnego dobra. Jest to także czas na refleksję nad ulotnością spraw, które dzisiaj nas emocjonują, i wezwaniem do tego, aby wszystko, co robimy, widzieć w perspektywie, z jakiej na polskie i małopolskie sprawy patrzy dziś Marek Nawara.

74

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Miał cechy dobrego polityka Piotr Uszok działacz samorządowy, prezydent Katowic od roku 1998

Marek Nawara był osobą wyjątkową, szczególnie zasłużoną dla rozwoju i obecnego kształtu samorządności w Polsce. W dzisiejszych czasach, gdy brakuje nam autorytetów, prawdziwych mężów stanu, wzorów godnych naśladowania, niezwykle wysoko cenię sobie osoby zawsze gotowe do poszukiwania kompromisu i przedkładające interes kraju, tzw. dobro wspólne, nad dobro jednej, określonej grupy społecznej. Taki był właśnie Marek – niezwykle ambitny, bardzo pracowity, zdyscyplinowany, ale także wymagający, zarówno od innych, jak i od siebie. Marka Nawarę poznałem pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, w Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego; był wtedy jej współprzewodniczącym. Spotykaliśmy się bardzo często, walczyliśmy o interesy wszystkich samorządów w Polsce. Nie był to łatwy czas. Wtedy został wprowadzony drugi etap reformy samorządowej w Polsce, powstały województwa i powiaty. Jak wiadomo zawsze na początku drogi problemów jest najwięcej, zatem niezależnie od formalnych posiedzeń Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu często spotykaliśmy się, by przedyskutować kwestie najważniejsze, nie tylko w Warszawie, ale i w Krakowie czy innych miastach Polski. Pomimo tego, że bardzo często temperatura spotkań była bardzo wysoka, Marek zawsze potrafił poszukać kompromisu, znaleźć złoty środek. W tym czasie byłem blisko Niego. Zdarzało się, że nie mogąc prowadzić obrad KWRziST z uwagi na inne ważne zadania (był wtedy marszałkiem Województwa Małopolskiego), powierzał mi te obowiązki. W 2003 roku, kiedy przestał być współprzewodniczącym Komisji, miałem ogromną przyjemność i zaszczyt objąć po Nim to stanowisko. Było to dla mnie dużym wyzwaniem. Zawsze jednak mogłem liczyć na dobre słowo, opinię czy radę Marka, szczególnie na początku mojej pracy w Komisji. Jego ogromna wiedza, szerokie kompetencje, a także umiejętność dialogu miały szczególne znaczenie w emocjonujących dyskusjach o kształcie ustroju samorządu w Polsce. Marek, w tych trudnych i burzliwych często rozmowach, zawsze potrafił zachować godną postawę, przedstawiając i broniąc swoich argumentów, był jednak zawsze gotowy do wysłuchania opinii innych ludzi oraz do kompromisu dla dobra najważniejszych spraw. Marek każdą pełnioną przez siebie funkcję traktował niezwykle poważnie, często podkreślając, że praca w samorządzie jest dla Niego misją, służbą i wielką odpowiedzialnością oraz zobowiązaniem wobec ludzi. Tak było zarówno wtedy, gdy sprawował funkcję wójta w Gminie Zielonki, jak i wtedy gdy był marszałkiem Województwa Małopolskiego oraz posłem na Sejm RP. Przyjemnością było móc przyglądać się pasji, z jaką wykonywał swoją pracę, i oddaniu każdej sprawie, którą się zajmował.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

75


Informacja o wypadku Marka na początku 2009 roku dotarła do mnie – jak do każdego zapewne – nagle i niespodziewanie. Byłem ogromnie przejęty stanem Jego zdrowia, ale miałem głęboką nadzieję, że ogromna wola walki i silna osobowość Marka nie pozwolą mu poddać się chorobie. I tak się stało, Marek po wielu miesiącach rehabilitacji wrócił na stanowisko marszałka Województwa Małopolskiego. Mógł znów oddawać się swojej największej pasji – pracy na rzecz regionu i kraju. Byłem pod wielkim wrażeniem, kiedy pojawił się na posiedzeniu KWRiS na początku roku 2011. Zabrał wtedy głos. Mówił zdecydowanie, płynnie i przekonywająco – co było czymś niezwykłym po wypadku w roku 2009. Trudno mówić mi dziś o Marku w czasie przeszłym, choć w maju minie już rok od Jego śmierci. Jestem jednak pewien, że Jego dzieła i projekty, nad którymi pracował, żyją i będą żyć dalej, nie pozwalając kolejnym samorządowcom zapomnieć o dorobku i roli Marka w Polsce po 1989 roku. Mam też głębokie przekonanie o zadaniu dla nas wszystkich – kontynuacji Jego planów i projektów oraz pielęgnowaniu w sobie najważniejszych, a dziś często zapominanych cech dobrego polityka, samorządowca, człowieka… Tych wszystkich cech, których uosobieniem był Marek.

76

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Jurajskie wspomnienia Adam Markowski przewodniczący Zarządu Związku Gmin Jurajskich, od roku 1991

Marka poznałem przy tworzeniu Związku Gmin Jurajskich, bowiem od początku jako wójt Gminy Zielonki aktywnie współtworzył nasze stowarzyszenie. Był na pierwszym spotkaniu dla gmin z ówczesnego województwa krakowskiego w Skale i na zjeździe założycielskim w Złotym Potoku w grudniu 1991 roku. Przez wiele lat pełnił funkcję wiceprzewodniczącego zarządu. Ze wszystkich naszych późniejszych spotkań zapamiętałem Go jako człowieka niezwykle aktywnego, tryskającego pomysłami, przełamującego schematy myślowe, tworzącego nowe standardy odrodzonego samorządu. Jednym z takich nietypowych pomysłów było wprowadzenie do organizowanych co roku przez ZGJ Zlotów Młodzieży Gmin Jurajskich konkurencji w postaci zlotów dla wójtów, burmistrzów i prezydentów. Był to prosty pomysł na odbrązowienie i zdjęcie z piedestału poważnych na co dzień szefów gmin. Przez wiele lat w różnych jurajskich gminach, przy tej okazji, można było zobaczyć te osoby nie tylko bez krawata, ale robiące śmieszne i dziwne rzeczy, takie jak: rzucanie podkowami, strzelanie z łuku, zelowanie butów czy robienie wyrobów na tradycyjnym kole garncarskim. Marek przy takich okazjach pokazywał, że ma wielkie poczucie humoru i autoironii. W codziennej pracy wójta, a później marszałka województwa, był skupiony na osiąganiu zawsze bardzo ambitnych celów dla samorządu, któremu przewodniczył. Do ich osiągania potrafił budować sprawne i kompetentne zespoły współpracowników. Do Zielonek lubiłem przyjeżdżać po inspiracje i naukę rozwiązywania samorządowych problemów. Marek był otwarty i chętnie dzielił się swoją wiedzą i pomysłami. Potrafił też słuchać i czerpać wiedzę od innych, nie miał kompleksów i znał swoją wartość. Uznawał, że samorząd ma bardzo ważną rolę do spełnienia i duże znaczenie w zmienianiu naszej rzeczywistości na lepsze. Bronił jego roli i znaczenia, angażując się w ogólnopolskie inicjatywy samorządowe, np. Ligę Krajową i Wspólnotę Samorządową. Obserwując Jego dalsze losy w polityce - bycie posłem, myślę, że jednak najlepiej czuł się przy konkretnej samorządowej pracy służącej ludziom. To był jego żywioł i przeznaczenie. Bardzo żałuję, że przyznanego Mu jeszcze za życia tytułu Honorowego Członka Gmin Jurajskich nie zdążył odebrać osobiście. Swoim zaangażowaniem, aktywnością i umiejętnością współpracy zapisał się na trwale w historii polskiego samorządu.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

77


Osobowość polskiego samorządu Tadeusz Wrona działacz samorządowy, b. poseł RP, b. prezydent Częstochowy

Poznaliśmy się w czasie akcji „Skrzydła dla samorządów”, organizowanej przez Fundację France–Pologne. Byliśmy z Markiem wśród ponad 400 wójtów, burmistrzów i prezydentów, którzy w czerwcu 1992 roku polecieli do Francji na tygodniowe praktyczne szkolenie. W najtrudniejszym momencie tworzenia samorządu powiatowego i wojewódzkiego, nasze drogi przecinały się w wielu miejscach: w Związku Gmin Jurajskich, gdy chodziło o szukanie sposobów na rozwój Jury Krakowsko-Częstochowskiej ponad granicami województw, w Akcji Wyborczej „Solidarność”, dającej nadzieję na pozytywne zmiany w państwie, w Zespole Parlamentarnym stowarzyszenia samorządowego Liga Krajowa czy w Prezydium Sejmowej Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej. Marek zawsze był mocny, koleżeński, zdecydowany, rozważny, aktywny w pracy i dyskusjach, miał szeroką wiedzę. Zaskoczył wielu, rezygnując z mandatu poselskiego i wybierając zaproponowaną Mu przez radnych sejmiku funkcję pierwszego marszałka Województwa Małopolskiego. Był niezwykle pracowity i ambitny, chciał stworzyć nową strukturę – samorządową administrację województwa, której dotychczas nie było, i skuteczną strategię rozwoju Małopolski. I to się Markowi udało. Kto jest dalej od samorządu, nie zdaje sobie nawet sprawy, ile trzeba było mieć pomysłów, umiejętności współpracy z ludźmi, konsekwencji i siły, aby to zadanie wykonać. Jesienią 2001 roku Marek Nawara otrzymał prestiżową Nagrodę im. Grzegorza Palki za wybitne zasługi dla rozwoju samorządności terytorialnej. Był też czynnym uczestnikiem organizowanych przez Ligę Krajową na Jasnej Górze konferencji „Polityka prorodzinna samorządu terytorialnego” i samorządowych pielgrzymek. W 1999 roku Marek został wybrany współprzewodniczącym Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego i z tej roli wywiązywał się bardzo dobrze, jako twardy i skuteczny negocjator. Było to szczególnie trudne po utworzeniu rządu przez lewicę w 2001 roku. W wywiadzie udzielonym miesięcznikowi „Rodzina – Wspólnota Lokalna – Ojczyzna” w lutym 2002 roku mówił: „Można odbierać obecną politykę jako próby powrotu do centralizacji. Staram się jednak być krytykiem konstruktywnym. Stale liczę na partnerstwo ze strony rządowej”, a w innym miejscu tej samej rozmowy: „Myślę, że powinniśmy uprościć system zarządzania krajem. Dążyć, by administracja publiczna nie dublowała się, by miała określone kompetencje i odpowiedzialność. Centralistyczny model jest za drogi i mało skuteczny”. Miał świadomość zbliżającej się akcesji do UE, kiedy mówił dalej: „Polska musi przedstawić własny model polityki regionalnej w negocjacjach o członkowstwo w UE. Mam nadzieję, że w tej sprawie rząd będzie chciał wykorzystać nasze doświadczenia i przygotowane rozwiązania będą konsultowane w Komisji Wspólnej”. Po bolesnym rozpadzie AWS szukaliśmy wspólnie rozwiązań dla polskiego samorządu przed zbliżającymi się wyborami 2002 roku. 25 listopada 2001 zainicjo-

78

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


waliśmy z Markiem, Janem Olbrychtem – marszałkiem Województwa Śląskiego, Jerzym Jedlińskim – sekretarzem Związku Miast Polskich, i Antonim Jankowskim – prezesem Związku Powiatów Polskich, powołanie Inicjatywy Społecznej WSPÓLNOTA SAMORZĄDOWA. W przyjętej w Galerii Porczyńskich w Warszawie przez ponad 300 samorządowców z całej Polski Deklaracji Programowej pisaliśmy: „Uważamy, że powstanie szerokiej centroprawicowej formacji politycznej, w której na zasadach partnerskich mogłyby współdziałać różne pokrewne nurty polityczne, jest wymogiem polskiej racji stanu, a – ze względu na znaczenie Polski w Europie – także europejskiej racji stanu”. Zostałem koordynatorem struktury krajowej Wspólnoty, Marek liderem Wspólnoty w Małopolsce. W wyborach Wspólnota uzyskała dobry wynik na poziomie lokalnym, zaistniała też wyraźnie w regionach, jednak nie wystarczyło mandatów, aby Marek obronił stanowisko marszałka. Ponownie odzyskał je w 2006 roku i mógł znów realizować swoją wizję rozwoju województwa, mając poparcie najlepszych samorządowców Małopolski. Reprezentowaliśmy też z Markiem polski samorząd w Komitecie Regionów przy Parlamencie Europejskim w Brukseli. Na zakończenie jednej z sesji w lutym 2009 roku, żegnając się z naszą grupą, Marek powiedział, że prosto z Brukseli jedzie na narty do Austrii. Trzy dni później zmroziła nas wiadomość o tragedii w Alpach. Modliliśmy się za Niego przed Cudownym Obrazem Madonny Częstochowskiej, również na dorocznej pielgrzymce samorządowej w maju 2009 roku. Wtedy też w telefonie usłyszałem po raz pierwszy po wypadku głos tego dzielnego człowieka. Nie poddał się, walczył i potrafił wrócić po wielu miesiącach rehabilitacji do Urzędu. Rok później na kolejnej pielgrzymce stał znów razem z nami przed Cudownym Obrazem na Jasnej Górze i dziękował publicznie za otrzymane łaski. Spotkaliśmy się w Krakowie 16 listopada 2010 roku przed kolejnymi wyborami samorządowymi, aby podpisać przygotowany z inicjatywy Marka Kodeks w obronie samorządności. Zawierał ważne zapisy ustrojowe, ale były tam też gorzkie słowa: „W kraju jest wielu doświadczonych i kompetentnych samorządowców, nie mających potrzeby angażowania się w działalność typu partyjnego. To jest naszym bogactwem. Po dwudziestu latach od reformy ustrojowej samorząd musi być miejscem dla profesjonalistów, a nie dla nieprzygotowanych, uczących się obywateli, których największym atutem jest przynależność partyjna”. Wysłaliśmy też list z prośbą o interwencję do Rzecznika Praw Obywatelskich w sprawie nierównego traktowania komitetów wyborczych wyborców w stosunku do komitetów partyjnych w wyborach lokalnych. Marek mocno przeżył porażkę wyborczą swoją i Wspólnoty. W maju 2011 roku, tydzień przed doroczną pielgrzymką samorządową do Częstochowy, rozmawiałem z Markiem po raz ostatni. Mówił mi wtedy, że nikt się nim nie interesuje i nikomu już nie jest potrzebny. Kiedy zadzwoniłem do Niego ponownie 25 maja, odebrał młody człowiek i powiedział, że dzisiaj rano Marek zmarł. Na pogrzebie były tłumy. Odeszła prawdziwa osobowość polskiego samorządu, człowiek wytrwały w pokonywaniu trudności, konsekwentny i profesjonalny, autentyczny lider, uczciwy i prawy. Przyjaciel.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

79


Marek Nawara – ważny człowiek w moim życiu Jerzy Lackowski fizyk i pedagog, doktor UJ, b. Kurator Małopolski.

Mimo że od odejścia Marka minął rok, ciągle wydaje mi się, że niebawem znowu się spotkamy i porozmawiamy. Może dlatego, że z naszych trzech ostatnich rozmów telefonicznych dwie miały imieninowy charakter (23 kwietnia – Jerzego, 25 kwietnia – Marka) i kończyły się zapewnieniem, iż niebawem spotkamy się i dłużej porozmawiamy. Po rozmaitych perturbacjach czasowych wydawało się, że uda nam się spotkać w ostatnią sobotę maja. Niestety... Poznaliśmy się kilkanaście dni po majowych wyborach samorządowych 1990 roku. Marek był wówczas „początkującym” wójtem Gminy Zielonki, a ja „początkującym” wojewódzkim kuratorem oświaty. Praktycznie od pierwszej rozmowy miałem pewność, że ten wysoki, młodszy ode mnie o 18 dni, człowiek dokładnie wie, co pragnie zrobić dla swojej małej ojczyzny. Był jednym z tych szefów gmin dawnego województwa krakowskiego, z którymi najłatwiej nawiązałem dobry kontakt. W tym przypadku z czasem przerodził się on w prawdziwą przyjaźń. Pewnie było nam łatwiej się porozumieć, gdyż bardzo wiele spraw postrzegaliśmy podobnie, a poza tym mieliśmy poczucie niepowtarzalności i wagi doświadczenia bezpośredniego kreowania rzeczywistości III Niepodległości. Nigdy nie zapomnę wspólnego objazdu szkół w gminie Zielonki wczesną jesienią 1990 roku, gdyż było to dla mnie niezwykłe dotknięcie koszmarnych skutków peerelu w najbardziej fundamentalnym wymiarze. Oto w tej gminie właściwie tylko jedna szkoła w minimalnym stopniu nadawała się do użytku, pozostałe nie spełniały podstawowych warunków, w jakich winny przebywać dzieci. Uczyły się one bowiem w warunkach urągających wszelkim normom cywilizacyjnym. Chodząc z Markiem po miejscach, gdzie odbywały się lekcje (gdyż trudno było nazwać je szkołami), zastanawiałem się, kiedy przyjdzie taki moment, że zamiast stajni podworskich, baraków, prywatnych mieszkań, dzieci będą się uczyć w prawdziwych szkolnych obiektach z pracowniami oraz salami gimnastycznymi, i pamiętam słowa Marka: „Cokolwiek ma się zdarzyć, to ten skandal popeerelowski musimy przezwyciężyć”. To wówczas, jesienią 1990 roku, zakreślił on plan rozwoju gminy, w którym budowa szkół stała się jednym z priorytetów. Niewielu ludzi w gminie wówczas uwierzyło w możliwość jego realizacji. Sądzę, że większość patrzyła na nas z przymrużeniem oka, gdy snuliśmy nasze wizje. Być może owi „pesymiści-realiści” myśleli, że dwóch niedoświadczonych młokosów nie zdaje sobie sprawy z trudności, jakie wiążą się z realizacją nakreślonych przez nich planów. Dzisiaj mogę przyznać, że również miałem wówczas poważne obawy, a gdy stałem nad wielką dziurą w Woli Zachariaszowskiej i słyszałem od mieszkańców, że od wielu lat rozmaici ludzie obiecywali im nową szkołę, a przez kilka lat zdołali jedynie wykopać ten dół, to bałem się określić precyzyjnie czas oddania do użytku nowej szkoły. Jednak Marek zdecy-

80

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


dowanie stwierdził, że przecież czas blagi peerelu minął, a my otrzymaliśmy szansę budowy wolnej Polski i musimy ją wykorzystać. Marek Nawara ową szansę wykorzystywał w pełni i do końca. Stanęły nowe, piękne szkoły w Woli Zachariaszewskiej, Korzkwi, Zielonkach, a przy każdej z nich sala gimnastyczna. Dzisiaj w Gminie Zielonki wszystkie dzieci uczą się w znakomitych warunkach i pewnie nie przyjdzie im do głowy, że jeszcze dwadzieścia lat temu ich rówieśnicy o takich warunkach mogli tylko pomarzyć. Ale właśnie takie marzenia mieszkańców Gminy Zielonki spełniał Marek. Często powtarzał, iż pracuje dla swoich i dla swojej rodzinnej ziemi. Symboliczne znaczenie miała ogólnopolska inauguracja roku szkolnego 1993/94 w nowej szkole w Korzkwi z udziałem ówczesnego ministra edukacji narodowej prof. Zdobysława Flisowskiego. Dla Marka było to piękne zwieńczenie pierwszego etapu jego pracy dla gminy. Minister Flisowski nie mógł uwierzyć, iż w tak krótkim czasie można było tak wiele osiągnąć. No cóż, nie znał Marka… W lipcu 1994 roku Marek został wybrany przewodniczącym Sejmiku Samorządowego Województwa Krakowskiego, a mnie przyszło z woli delegatów do Sejmiku pełnić funkcję jego zastępcy. To były kolejne cztery niezwykłe lata naszej wspólnej pracy; łączyliśmy ją z innymi naszymi obowiązkami – Marek w dalszym ciągu kierował gminą, a ja wojewódzką oświatą. Przez te lata poznałem go jeszcze lepiej i zrozumiałem źródło jego sukcesów. Wynikały one z talentu, kompetencji, ale także z ogromnej pracowitości oraz umiejętności spokojnego przekonywania innych do swoich pomysłów. Marek nieustannie nad sobą pracował. Nie miał talentu mówcy, ale żmudną pracą doszedł do dużej sprawności w tej materii. Podobnie znakomicie układał relacje z dziennikarzami. Trzeba podkreślić, iż miał taką prawdziwie inżynierską rzetelność, sprawiającą, że unikał, częstego u ludzi pełniących funkcje publiczne, pustosłowia. Fascynowało mnie, jak stopniowo uzyskiwał pozycję jednego z liderów regionalnej samorządności. Równocześnie był człowiekiem, na którego zawsze można było liczyć; szczególnie w trudnych momentach miało to ogromne znaczenie. Dawne województwo krakowskie na oświatowej mapie Polski było niezwykłym miejscem, gdyż to właśnie tutaj najszybciej odbywało się przejmowanie szkół przez gminy. Marek był jednym z tych samorządowców, którzy mieli ogromny udział w kreowaniu sukcesów naszej oświaty.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

81


Bardzo często miałem okazję bywać z Markiem na różnego rodzaju oficjalnych uroczystościach i wówczas widziałem naturalny szacunek, jakim darzyli go ludzie w bardzo różnych środowiskach. Stąd też, gdy po reformie administracyjnej 1998 roku powstały województwa samorządowe oraz Samorząd Małopolski, Marek stał się naturalnym kandydatem na stanowisko marszałka. Można dzisiaj powiedzieć, że szedł do niego przez całe swoje życie. Pomimo że w 1998 roku reprezentował Ziemię Krakowską w Sejmie, nie tylko ja byłem przekonany, że jego miejsce jest nie na Wiejskiej w Warszawie, ale na Basztowej w Krakowie. Żartowaliśmy wówczas, że posłów jest 460, a marszałek małopolski tylko jeden. Lubiliśmy bowiem podkreślać wartość Małopolski i jej szczególne znaczenie dla Polski. Smutni po zwycięstwie wyborczym lewicy w 1993 roku powtarzaliśmy: „żeby Polska była jak Małopolska, toby jej to nie spotkało”. Zresztą, jeżdżąc po Małopolsce, zawsze mieliśmy poczucie, że jesteśmy wśród swoich. Marek naprawdę czuł i kochał tę ziemię, a przy tym znakomicie rozumiał, czym jest nasz polski patriotyzm. Jego pierwsza marszałkowska kadencja pozwoliła najpełniej zaprezentować mu pomysły i talent oraz odnieść największe sukcesy. Dzięki silnej osobistej pozycji stworzył wówczas własny autorski zarząd, dobierając jego członków ze względu na kompetencje, a nie na przynależność partyjną. W swojej drugiej kadencji marszałkowskiej nie miał już niestety takiej możliwości. Poza tym z trudem odnajdywał się w świecie „małej” polityki, wymagającym nieustannego „układania się”, wcale nie pod kątem ważnych merytorycznie spraw, ale pod kątem drobnym partyjnych interesów. To go po prostu mierziło. Jednak trzeba podkreślić, iż również wówczas był dla mieszkańców Małopolski autentycznym liderem Polski lokalnej, starającym się minimalizować wpływ i oddziaływanie partyjnej polityki na samorząd regionalny. W latach 2002–2006, będąc szeregowym radnym wojewódzkim, miał z kolei okazję przekonać się, jak skomplikowane bywają ludzkie charaktery. Oto osoby, którym wcześniej pomagał, czyniły wszystko, aby pozbawić go jakichkolwiek wpływów na małopolską rzeczywistość. Jednak o nich dzisiaj mało kto pamięta, natomiast Marek ma swoje miejsce w historii Małopolski i w pamięci jej mieszkańców, i jest to dobre miejsce. Dla mnie Marek Nawara pozostanie zawsze dobrym, prawdziwym przyjacielem, człowiekiem, na którego zawsze mogłem liczyć. Wiele wspólnie przeżyliśmy przez te ponad dwadzieścia lat, dzięki Markowi wiele się nauczyłem, zrozumiałem i zafascynowałem się małopolską prowincją. To m.in. on nauczył mnie, mieszczucha, co oznacza etos Gospodarza, dzięki któremu polskość przetrwała najtrudniejszy czas. Odszedł zdecydowanie za wcześnie, jego wypadek był irracjonalny, a on zwyczajnie byłby jeszcze bardzo potrzebny w naszej polskiej, jakże skomplikowanej rzeczywistości. Może, gdyby po swoim wypadku potrafił wyłączyć się na dłużej z życia publicznego, może gdyby nie seria przykrości, jaka spotkała go po wyborach 2010 roku, żyłby nadal. Ilekroć myślę o tym wszystkim, co stało się rok temu, mam wrażenie jakiejś nierzeczywistości i kruchości naszego życia. Marek pewnie powiedziałby w takiej sytuacji: „niezbadane są wyroki Boże”.

82

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Odkąd pamiętam, miał marzenia Danuta Glondys dr nauk humanistycznych, działaczka kultury, dyrektor Stowarzyszenia „Willa Decjusza”

Nigdy nie zapomnę, jak tańczyliśmy. Oboje po przejściach i traumie utraty. To była imprezka „doctoressy”, czyli moja, po obronie doktoratu, który napisałam dla Pawła [Paweł Świderski, zm. 2008]. „Chodź, Marek, tańczymy, co tam, wolno nam. Zaliczyliśmy swoje. Wstawaj, tańczymy!” No i tańczyliśmy, już nie wiem kto kogo prowadził i podtrzymywał. On tuż po wyjściu ze szpitala, ja dwadzieścia miesięcy po odejściu Pawła. To chyba był nasz pierwszy i jedyny taniec w życiu. Taki dziwny, taniec walki ze słabością, taniec zapłakanej radości. Był jednym z tych facetów, których nazywam Niezatapialnymi. Są nie do zabicia. Zawsze wychodzą ze wszystkich najbardziej nieprawdopodobnych katastrof, ze wszystkiego. Takich jest bardzo niewielu. Jak to się stało, że Marek jednak odszedł? Może dlatego, że jeszcze była noc? Za dnia pewnie by nas nie zostawił, za bardzo kochał światło i ludzi. Tak ! – kochał ludzi pomimo tego, że czasem bywał dla nich trudny, jak wszystkie silne osobowości. Odkąd pamiętam, Marek miał marzenia. Dziwne … panowie z reguły mają plany. Marek wierzył, że każdy może zmieniać swoje „małe światy”, swoje lokalne ojczyzny. I tak wierząc i marząc, był czasem jak naiwne dziecko, a czasem jak nieznośny smarkacz. Myślę, że także dlatego lubił mnie w czasach, gdy zajmowałam się szefowaniem kulturą w mieście i lubił naszą „obywatelską”, rządzącą się własną polityką i czystymi ideami Willę Decjusza. Zaglądał do nas oficjalnie i nieoficjalnie, czasem z całą załogą urzędu, czasem incognito z gośćmi na kawę. U nas była cisza, śpiew ptaków i szumiące drzewa. Tu odparowywał, nabierał energii i pędził dalej. Pamiętam, jak wpadał na spotkania poświęcone prawom człowieka, letnie szkoły, konferencje, wystawy, przyjęcia dyplomatyczne… No i oczywiście proszony przez organizatorów, zabierał głos. Nigdy nie czytał, skupiony i poważny przekazywał swoje przemyślenia i swoje prawdy, które tak naprawdę były uniwersalne. Lubił żartować i przekomarzać się… Do dziennikarzy Małopolski, którzy razem z nami organizowali konkursy i charytatywne bale, napisał: „Zdobywcę Grand Prix proszę o przyjęcie pióra – oby okazało się zarówno ostre jak i sprawiedliwe”. Nam zawsze dziękował i wyrażał uznanie za pracę, inicjatywę i programy, te europejskie i te lokalne. Był takim prawdziwym Europejczykiem, wierzącym w historyczny proces integracji i cały czas kochającym swoją lokalną ojczyznę, i pragnącym dla niej tak wiele zrobić. Był też wiernym i życzliwym przyjacielem, który przerywał najpoważniejsze obowiązki i rzucał wszystko, aby pomóc nam, Pawłowi i mnie, w najtrudniejszych chwilach. Jaka szkoda.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

83


Przyjaciel niepełnosprawnych Stowarzyszenie Pomocy Niepełnosprawnych „Bądźcie z nami” Cecylia Chrząścik - działaczka społeczna, jedna z pierwszych w Polsce organizatorek pozarządowej pomocy dla dzieci, prezes Zarządu Stowarzyszenia

Niniejsze wspomnienie jest wyrazem więzi, jaka łączyła Stowarzyszenie Pomocy Niepełnosprawnych „Bądźcie z nami” ze śp. Markiem Nawarą. Postać Pana Marszałka kojarzy się podopiecznym SPN z opieką, jaką niósł osobom pokrzywdzonym przez los przez cały czas swego zawodowego życia. Dobry Wujek Pierwszym miejscem spotkania z naszym Przyjacielem była łąka, rozległy obszar zieleni rozciągający się pod ruinami zamku w Korzkwi. Tu, jesienią 1994 roku, na łonie przyrody po raz kolejny przeżyliśmy wielką przygodę z naszymi milusińskimi. Był to nasz szósty Festyn Integracyjny – ten odbywał się już pod Jego patronatem. Zaowocował wielką przyjaźnią z ówczesnym wójtem Gminy Zielonki, Markiem Nawarą, dobrym Wujkiem, jak wkrótce nazwali Go nasi podopieczni. Odtąd wójt, a potem marszałek województwa i poseł na sejm pojawiał się na tych radosnych spotkaniach z koszem pełnym cukierków, obdarowując nimi, ale także uśmiechem i czułym gestem obecne tam dzieci. To pierwsze spotkanie z Panem Wójtem zaowocowało współpracą ze Szkołą Podstawową w Korzkwi i Jego kolejnym patronatem nad trwającym po dziś dzień Integracyjnym Balem Karnawałowym. Wdzięczni jesteśmy za zaproszenie na Pierwszy Bal Marszałkowski w Teatrze im. Słowackiego, na którym, pamiętając o „swoich” dzieciach, zorganizował aukcję wartościowych, pamiątkowych przedmiotów. Osobiście podarował pierwsze wydanie (1834 r.) „Pana Tadeusza”, które wylicytowano za kwotę ponad trzydziestu tysięcy złotych. Dochód przeznaczony został na wyposażenie trzech gabinetów logopedycznych w Specjalnych Ośrodkach Szkolno-Wychowawczych. Żywo w pamięci zapisały się imprezy mikołajkowe, na których wspomagał Świętego Mikołaja w dobroczynnym dziele, sprawiając radość prezentami. Już od pierwszej Aukcji Prac Plastycznych, jako poseł, wspierał zdolnych niepełnosprawnych artystów, przeznaczając środki materialne na zakup materiałów plastycznych. Warto się pochwalić, iż dwoje z nich ukończyło już Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. Pomocna dłoń Kontakt z Panem Marszałkiem podtrzymywaliśmy nie tylko w momentach radosnych, podzielał też nasze troski. Życzliwość Pana Marszałka, jego zrozumienie potrzeb osób niepełnosprawnych upoważniało nas do zwraca-

84

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


nia się do niego o pomoc w sprawach trudnych dla ośrodków i szkół specjalnych. Pomagał też zaradzić sytuacjom, w których nasza społeczna działalność okazywała się bezradna, był na bieżąco z problemami, które dotykały nasze Stowarzyszenie. Mimo nawału pracy zawodowej zawsze znajdował czas, by wspomóc nasze działania, nieść pomoc w różnych potrzebach. Swą pozycją społeczną i zawodową udzielał niezbędnych Stowarzyszeniu rekomendacji, uwierzytelniając tym naszą pracę na rzecz ludzi specjalnej troski. Za tą codzienną pracę i za nasze dokonania Pani Cecylii Chrząścik Prezes naszego Stowarzyszenia Pomocy Niepełnosprawnym „Bądźcie z nami” została uhonorowana wyróżnieniem w III edycji konkursu Amicus Homini organizowanym przez Województwo Małopolskie. Nasze Stowarzyszenie za troskę, jaką Marek Nawara okazywał dzieciom ze środowisk niepełnosprawnych, przyznało Mu w 1998 roku „Złote Słoneczko”. W tymże samym roku naszym staraniem Towarzystwo Przyjaciół Dzieci uhonorowało Go odznaką „Przyjaciel Dziecka”. Dzieci również miały swój wkład w docenieniu roli, jaką niósł na rzecz ich środowiska, przy każdej okazji wręczały Mu swe artystyczne dzieła. Ostatnie spotkanie We wdzięcznej pamięci pozostanie nam dzień 9 maja 2011 r., było to ostatnie spotkanie z Panem Marszałkiem. Teatr „Bagatela”, a w nim widowisko teatralne w wykonaniu naszych podopiecznych, jak zawsze był gościem honorowym. Z ogromnym smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci naszego Przyjaciela, trudno pogodzić się z tą myślą, lecz nasza wiara mówi nam, Panie Marszałku, będzie Pan nadal z nami; będzie nam teraz Pan pomagał z Nieba. Pozostajemy wdzięczni, a wdzięczność tę pomnożymy modlitwą. Tyle jest serc, które czekają wciąż …

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

85


„Najpiękniejszy dzień lata” z Markiem Nawarą Ewa Bielecka prezes Stowarzyszenia na Rzecz Rozwoju, pomysłodawca i organizator projektu „Najpiękniejszy Dzień Lata”, b. radna Miasta Krakowa

Gdy sięgam pamięcią do czasu powstania projektu „Najpiękniejszy Dzień Lata”, czyli do roku 2001, myślę od razu o Marku Nawarze. Jako ówczesny marszałek Województwa Małopolskiego od początku objął akcję swym honorowym patronatem i sprawował go przez dwie kadencje swego „marszałkowania”. Opiekę nad projektem nie traktował tylko formalnie, przez cały czas czynnie wspierał nasze działania i uczestniczył w naszych akcjach. Zawsze był otwarty na współpracę, a działania adresowane do najmłodszych Małopolan szczególnie leżały Mu na sercu. Chętnie spotykał się z dziećmi i młodzieżą, i nie były to sztywne „audiencje”, ale naturalne i ciepłe w swym klimacie spotkania – Marek po prostu spędzał czas z dziećmi i zarówno im, jak i Jemu sprawiało to przyjemność. Naszym wspólnym corocznym zwyczajem stały się rejsy statkiem po Wiśle – wspaniała wspólna przygoda i zabawa. Dla dzieci wielkim i niezapomnianym przeżyciem były też zawsze wizyty w Urzędzie Marszałkowskim. Marszałek podejmował małych gości w swoim wielkim gabinecie, żartował, wręczał im prezenty, a także zaszczepiał pasję do samorządu, opowiadając, na czym polega pełniona funkcja. Największym przeżyciem dla dzieci była możliwość zasiadania w prawdziwym fotelu marszałkowskim.

86

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Sposób, w jaki Marek umiał kontaktować się z najmłodszą grupą lokalnej społeczności – z jednej strony poważny, gdyż widział w nich przyszłych świadomych obywateli, a z drugiej „na luzie”, gdyż taką miał naturę: pogodną i otwartą na ludzi – był absolutnie niespotykany i niepraktykowany przez innych polityków. Dzieci, które są wyjątkowo wyczulone na fałsz, doskonale wiedziały, że w tym, co robił, Marszałek był prawdziwy i dlatego spotkania z Nim wywoływały niezapomniane wrażenia wśród uczestników projektu. W dowód wdzięczności dzieci recytowały żarliwie życzenia, przynosiły kwiaty i inne symboliczne upominki. Stowarzyszenie,

w ramach podziękowań za Jego wkład, co roku honorowało Go złotym dyplomem i statuetką. Te wspólnie chwile pozostały w mojej pamięci i w pamięci ludzi, którzy w tych spotkaniach uczestniczyli. W moich wspomnieniach Marek jawi się nie tylko jako polityk – niezależny Gospodarz Regionu, lecz także jako Człowiek o Wielkim Sercu i szlachetnej duszy, który potrafił uważnie słuchać najmłodszych obywateli Małopolski i wspierać dojrzałych w budowaniu mądrego i rozwijającego się społeczeństwa.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

87


Szlachetność rzetelnej pracy Zofia Gołubiew działaczka kultury, historyk sztuki, wieloletnia dyrektor Muzeum Narodowego w Krakowie

Minął rok, a ja wciąż mam w telefonie wpisany numer komórki Pana Marszałka Marka Nawary – nie mogę, nie chcę go wykasować. Był bowiem jedną z osób, których śmierć odczułam bardzo osobiście i trudno mi się z nią pogodzić. Zapewne to dziwne, gdyż łączyły nas kontakty wyłącznie służbowe, spotykałam Go przy okazjach oficjalnych – jako marszałka województwa. Odczuwałam jednak zawsze wielką życzliwość Pana Nawary – dla naszego Muzeum, ale także dla mnie osobiście. Przypominam sobie naszą współpracę w roku 2001, kiedy to z inicjatywy Pana Marszałka otwarliśmy w Arsenale Muzeum Czartoryskich piękną wystawę „Splendor Antwerpii”. Bezcenne srebra i diamenty w artystycznych wyrobach od XVI wieku do współczesności skrzyły się w gablotach, gdy Marszałek Nawara inaugurował wystawę. W 2008 roku staliśmy z kolei oboje, w towarzystwie władz Zakopanego, na trawniku przed Willą „Atma”, gdzie mieści się Muzeum Karola Szymanowskiego, zakopiański Oddział naszego Muzeum. Ten listopadowy dzień był szczególnie piękny – pełne słońce, błękitne niebo i kolorowe liście. Po chwili gęsta biała mgła otuliła drewnianą willę. Było to uroczyste uruchomienie systemu przeciwpożarowego „Fogg”, który chroni wiele drewnianych kościołów. „Atma” jest jedynym budynkiem świeckim objętym tą ochroną. Tę decyzję zawdzięczamy właśnie Marszałkowi Nawarze – Jego głębokiemu zrozumieniu spraw kultury i troski o narodowe dziedzictwo, a także, jak napisałam, wielkiej życzliwości dla nas. Pamiętam też jakąś konferencję, dość nadętą, i naszą przy kawie rozmowę, podczas której „zgadaliśmy się” na temat krytycznego podejścia do - nie bezinteresownej - mody na niemal bezustanne konferencje, sympozja, szkolenia itp. „A przecież przede wszystkim należy rzetelnie pracować!” – powiedział wówczas Pan Nawara, określając tę modę jako kontynuację PRL-owskich słynnych kurso-konferencji. Nie była to opinia typowa ani popularna, ale jakże celna, i jak dobrze charakteryzująca Marszałka,

88

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


wysoko ceniącego etos pracy i kierującego się zawodową etyką. Wielu z nas tak właśnie postrzegało Marka Nawarę. Pamiętam, z jakim przerażeniem i niedowierzaniem słuchaliśmy komunikatów o jego wypadku w Austrii; a potem z jakim wzruszeniem patrzyliśmy w ekran, z którego przemówił do nas – uśmiechnięty, w czapeczce, z trudem zbierający słowa – podczas pewnej uroczystości w Teatrze Słowackiego. Gromkimi brawami sala wyraziła wówczas radość z powrotu do zdrowia Pana Marszałka. Pamiętam wreszcie, z jakim podziwem i szacunkiem obserwowaliśmy jego niezłomność i niezwykły hart ducha, które kazały Mu – mimo niedomagania – wrócić do obowiązków, do pracy w Urzędzie. Napisałam, że doświadczyłam też życzliwości Pana Marszałka Nawary dla mnie osobiście. Tak właśnie było. Kiedy zostałam zaatakowana i oczerniana, kiedy wiele osób, o których myślałam, że są mi bliskie, że są przyjaciółmi, podpisywało paszkwile na mnie, odwróciło się ode mnie, nawet nie próbując poznać prawdy, wówczas ten pozostający ze mną w służbowych stosunkach urzędnik okazał się mi bliższy niż ci „przyjaciele” – zaufał mi i wsparł mnie w tych naprawdę trudnych dniach. Tego się nie zapomina. Nigdy nie przeszliśmy ze śp. Markiem Nawarą „na ty”, zawsze był „Panem Marszałkiem”, ale przy każdym spotkaniu czułam jego ciepłe przyjacielskie zainteresowanie. Niech więc inni piszą o dokonaniach Pana Marka Nawary w dziedzinie samorządności, o zasługach w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego, o roli jaką odegrał w polityce. Dla mnie pozostanie On na zawsze dobrym, bardzo dzielnym i prawym człowiekiem, rozumiejącym drugiego. Dlatego tak trudno skasować ten numer telefonu…

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

89


Przyjaciel Pielgrzymki Andrzej Bac działacz społeczny, koordynator Pieszej Pielgrzymki Krakowskiej na Jasna Górę

To już rok mija od chwili, gdy Marka nie ma wśród nas. Zrobił tak wiele, że pozostał w pamięci wielu ludzi jako wspaniały człowiek i przyjaciel, bo „walczył” sam, nie mając poparcia żadnego dużego środowiska politycznego. Doskonale radził sobie z problemami, również tymi zdrowotnymi. Po wypadku na nartach w Austrii, które przecież tak kochał, otarł się o śmierć. I wszystko wyglądało już dobrze, ale to nie człowiek daje i odbiera życie. Odszedł tak niespodziewanie, choć wrócił do normalnych, codziennych obowiązków. Wszyscy ceniliśmy go jako człowieka oddanego sprawom samorządu, bo przecież był tym, który kształtował politykę samorządową jeszcze jako poseł Akcji Wyborczej Solidarność, gdy w Sejmie RP, jako poseł, pracował nad obowiązującymi dziś rozwiązaniami prawnymi. Jako pierwszy marszałek województwa małopolskiego bardzo dbał o integrację regionu. Stworzył zespół znakomitych ludzi, z którymi realizował wiele przedsięwzięć i w całości się im poświęcał. Jego ambicją, ambicją całego zespołu, z którym pracował, było osiąganie zawsze najlepszych rezultatów. Mówiąc po ludzku, nie lubił „odpuszczać”. Myślę, że tym nie tylko mnie niezwykle imponował. W tym miejscu trudno nie wspomnieć o jeszcze jednej pięknej sprawie, w jaką Marek się zaangażował. Doskonale rozumiał, czym mogą być dla budowania jedności i wspólnoty regionalnego samorządu piesze pielgrzymowania z Wawelu na Jasną Górę. Już w 1981 roku jako młody człowiek brał udział w Białym Marszu, jaki studenci Krakowa w duchowej jedności z Ojcem Świętym Janem Pawłem II zorganizowali 17 maja. To wspaniałe wydarzenie w historii Krakowa i Polski było piękną odpowiedzią studentów i mieszkańców Małopolski na zamach na Ojca Świętego na placu św. Piotra w Rzymie. Idea Białego Marszu zapoczątkowała coroczne organizowanie Pieszej Pielgrzymki Krakowskiej z Wawelu na Jasną Górę. Od tego czasu co roku pielgrzymujemy w intencji Ojca Świętego i Ojczyzny. Marek, pełniąc funkcję marszałka województwa, doskonale zdawał sobie sprawę, że pielgrzymka jest pięknym momentem budowania tożsamości regionu i realizacji zadań województwa w zakresie wychowania młodego pokolenia, ale też poprzez udział kilku tysięcy pielgrzymów zagranicznych, wewnętrzną i zewnętrzną promocją Małopolski. Na zawsze zapamiętam, gdy po ciężkim wypadku i szczęśliwym powrocie do zdrowia Marek wraz z żoną Moniką pojawił się po raz pierwszy publicznie 6 sierpnia 2009 roku, podczas mszy świętej na Wawelu na rozpoczęcie kolejnej Pielgrzymki Krakowskiej. Pamiętam chwile wzruszenia podczas serdecznego spotkania z ks. kar-

90

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


dynałem Stanisławem Dziwiszem. W następnym roku również był z nami. Wspaniałym wydarzeniem było wejście naszej pielgrzymki Alejami NMP na Jasną Górę w dniu 11 sierpnia 2010 roku i piękny gest Marka, gdy na zmianę z ks. kardynałem niósł z wielkim przeżyciem krzyż pielgrzymkowy oraz krzyż papieski, który Jan Paweł II trzymał w dłoniach podczas swojej ostatniej wielkopiątkowej Drogi Krzyżowej w marcu 2005 roku. Czułem wtedy, że Marek jest jednym z nas pielgrzymów, którym tak starał się pomagać. I choć nigdy nie miałem szczęścia z Nim bezpośrednio współpracować, często spotykaliśmy się i rozmawialiśmy. Zapamiętam te nasze spotkania jako bardzo serdeczne i bliskie. I takim też serdecznym i bliskim – dla wszystkich – był Marek.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

91


Zasłużył na „Krakowskiego Dukata” Wacław Andruszko dyrektor Izby Przemysłowo-Handlowej w Krakowie Andrzej Zdebski prezydent Izby Przemysłowo-Handlowej w Krakowie

Aż trudno uwierzyć, że Marka nie ma z nami już od roku! A tak brakuje nam jego energii, przenikliwości, wsparcia czy choćby życzliwych rad. Małopolscy przedsiębiorcy, w tym szczególnie nasze środowisko biznesowe, zrzeszone w Izbie Przemysłowo-Handlowej w Krakowie, ma mu tak wiele do zawdzięczenia... Jako wybitny działacz samorządowy, poważnie zainteresowany rozwojem lokalnej przedsiębiorczości, dał się Marek Nawara zauważyć już w chwili, gdy objął w 1994 roku funkcję przewodniczącego Sejmiku Województwa Krakowskiego. W trzy lata później został posłem, ale szybko okazało się, że poselskie splendory nie równoważą mu braku realnego działania, a tego właśnie domagała się jego dynamiczna natura. Bez żalu rozstał się z poselskim mandatem i zamienił go na funkcję marszałka Województwa Małopolskiego. Teraz już nie musiał ograniczać się do podnoszenia ręki za lub przeciw, teraz miał zmagać się z realną, choć niezwykle trudną, materią polskiej codzienności. Wtedy właśnie poznaliśmy go bliżej, można nawet powiedzieć, że to on, szef władz wojewódzkich, dał się nam poznać, jako człowiek ogromnie zainteresowany tworzeniem sprzyjającego klimatu dla przedsiębiorczości. To było jakieś spotkanie z przedstawicielami niemieckiego biznesu, bodaj z przedsiębiorcami z Lipska. Nie zamierzaliśmy angażować w tej sprawie aż samego szefa władz samorządowych, ale zwróciliśmy się z zaproszeniem na to spotkanie do dyrektora departamentu gospodarki Urzędu Marszałkowskiego. W kilka dni później zadzwonił marszałek Marek Nawara. W „krótkich żołnierskich słowach” dał nam do zrozumienia, że popełniliśmy błąd, bo właśnie on sam jest żywotnie zainteresowany tematyką przedsiębiorczości, i jeśli tylko czas mu pozwoli, będzie osobiście wspierał nasze poczynania, w tym na pewno wszelkie poważniejsze międzynarodowe kontakty. I rzeczywiście. Nie były to obietnice gołosłowne. Ilekroć w Urzędzie Marszałkowskim zjawiała się zagraniczna delegacja mająca jakieś relacje z kwestiami gospodarczymi, Marszałek zapraszał przedstawicieli Izby, niejednokrotnie opatrując takie zaproszenie osobistym komentarzem, akcentującym spodziewany profil zagadnień, jakie będą mogły być podjęte. Gdy w Izbie pojawiali się poważni zagraniczni partnerzy, zawsze mogliśmy liczyć, że Marek będzie nas wspierał i niezawodnie stawi się osobiście. To jemu zawdzięczaliśmy liczne wizyty ambasadorów, wybitnych działaczy politycznych z wielu krajów, a nawet wizyty koronowanych głów! Ta współpraca Marszałka i Samorządu Województwa ze środowiskami przedsiębiorców zrzeszonych w Izbie okazała się bardzo owocna i profituje do dziś.

92

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Oto kiedyś drogą prywatnych kontaktów dowiedzieliśmy się, że Departament Współpracy Zagranicznej Rady Regionu Rhone-Alpes właśnie kończy okres współpracy z Województwem Łódzkim i rozgląda się za nowym partnerem w Polsce. Wprawdzie Lyon i Łódź mają podobne tradycje w dziedzinie przemysłu tekstylnego, ale to tylko jeden aspekt tego typu relacji. Małopolska, ze swym potencjałem przemysłowym, bogatą historią, kulturą i rozbudowanym potencjałem naukowym Krakowa, a przede wszystkim z tradycjami w dziedzinie gospodarki turystycznej, wydała nam się dobrym kontrahentem dla regionu opartego o stoki Alp. Marszałek natychmiast, niemal w pół słowa, podchwycił pomysł i już w czerwcu 2001 roku władze obu regionów podpisały umowę o współpracy. Dzięki temu podobnymi umowami związały się też izby gospodarcze, nasza – krakowska, i francuska z Grenoble. Jakie znaczenie miała wówczas dla nas przyjazna współpraca, nie trzeba tłumaczyć nikomu, kto pamięta początki naszej drogi do członkostwa w Unii Europejskiej. Niewykluczone, że te francusko-polskie kontakty Izb, którymi Marek Nawara zawsze się bardzo żywo interesował, miały wpływ na ewolucję jego poglądów na rolę reprezentacji środowisk biznesowych, a szczególności na rolę samorządu gospodarczego. Dla Marka Izba była ważnym partnerem, co dawał do zrozumienia niejednokrotnie, i co umiał też przetworzyć w narzędzia stałej, niemal codziennej współpracy. To Marek Nawara stał się inicjatorem kroków zmierzających do uporządkowania problematyki samorządu gospodarczego w skali kraju i gdyby nie nieszczęśli-

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

93


we zbiegi okoliczności, bylibyśmy dziś w tej dziedzinie w zupełnie innym miejscu, niż jesteśmy. Na wyraźną sugestię Marka Nawary IP-H w Krakowie przygotowała obszerny materiał programowy, wskazujący na konieczność zbudowania w Polsce samorządu gospodarczego z prawdziwego zdarzenia, poprzez przywrócenie mu wielu uprawnień, jakie samorząd miał w okresie międzywojennym. Wreszcie właśnie Marek Nawara podjął trud postawienia tej problematyki na forum Konwentu Marszałków Województw, co wydawało się najlepszą drogą do przeprowadzenia sprawy na forum politycznym. I rzeczywiście, gdy Marek Nawara miał pełnić funkcję gospodarza Konwentu, w kolejności mającego wówczas obradować w Małopolsce, tematem przewodnim uczynił kwestię nowego prawnego umocowania samorządu gospodarczego, jako niezbędnego partnera dla samorządu województwa. Jego osobisty wpływ, autorytet i siła przekonywania sprawiły, że na kolejnym spotkaniu w Opolu Konwent Marszałków podjął odpowiednią uchwałę i przekazał ją na ręce premiera. Wydawało się, że rzecz jest już na dobrej drodze... Niestety kolejne fatalne wydarzenia spowodowały zatrzymanie tych prac – najpierw dramatyczna powódź usunęła problematykę samorządu gospodarczego z pola widzenia rządzących, a potem fatalny wypadek Marka spowodował, że sprawa na długo utraciła swego najważniejszego sojusznika, wreszcie katastrofa smoleńska i jej dalsze konsekwencje odsunęły tę problematykę, można się obawiać, na dłużej. A Marek Nawara rzeczywiście należał do grona tych działaczy państwowych i samorządowych, którzy patrzą na problematykę gospodarczą dalekosiężnie i umieją przenikać jej złożone uwarunkowania. W tym przypadku – z najlepszymi skutkami dla przedsiębiorczości w Województwie Małopolskim. Pomińmy tu umiejętne tworzenie pola dla działalności inwestorów zagranicznych, pomińmy skutecznie zbiegi o finansowanie lokalnych przedsięwzięć funduszami Unii Europejskiej, przypomnijmy jednak, że to z wybitnym udziałem Marka Nawary rodziła się koncepcja działającej dziś z powodzeniem Komisji Wspólnej Samorządu Gospodarczego i Terytorialnego – ważnego pola wymiany poglądów i istotnego ciała doradczego marszałka województwa. Nieprzypadkowo, na koniec swej pierwszej kadencji, marszałek Marek Nawara wyróżniony został przez niezależną kapitułę izbową nagrodą „Krakowskiego Dukata” jako najwybitniejszy z „samorządowych kreatorów przedsiębiorczości”, a w 2009 roku za swe starania na rzecz skonstruowania nowej ustawy o samorządzie gospodarczym otrzymał najwyższe wyróżnienie IP-H w Krakowie, „Honorową Statuetkę IP-H” – nagrodę, którą otrzymali przed nim i cenią sobie wielce m.in. prezydent Ukrainy Leonid Kuczma, ówczesny prezydent USA George W. Bush, a z wybitnych osobistości krajowych Leszek Balcerowicz i twórca warszawskiej giełdy Wiesław Rozłucki...

94

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Byłeś lokomotywą pod parą Zofia Żelazny Honorowa Obywatelka Miasta Krakowa, działaczka społeczna, od 36 lat charytatywnie doposaża szpitale, szkoły i ludzi w sprzęt ze Szwecji, prezes Stowarzyszenia Filantropów im. Bröra Hanssena

Współpracowałam z Markiem jeszcze gdy był wójtem w Zielonkach. Wspominam Go jako Człowieka, który zainspirował mnie do szerszych działań niż te, którymi - do tego momentu – się zajmowałam. Poprzez szczerą rozmowę i bardzo rzeczową analizę problemów, ludzie wokół Niego znajdowali rozwiązania, o których wcześniej nie myśleli. Tak było i ze mną. Myśląc o Nim porównuję Go do takiej lokomotywy, która potrafiła pociągnąć do działania niezliczoną ilość wagonów pozytywnych ludzkich inicjatyw na rzecz dobra wspólnego. Gdyby lokomotywa nie była cały czas pod parą, to by wagony nigdzie przecież nie dojechały… Marku, byłeś życzliwy i dobry dla innych. Tak wielu ludzi serdecznie Cię wspomina. Twoje życie – choć za krótkie – zostawiło wiele dobrych śladów. Nie zapomnimy o Tobie!

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

95


Jeszcze słyszę jego głos... Mieczysław Kras działacz samorządowy, wieloletni starosta tarnowski Nie ma większego bogactwa w narodzie. Nad światłych obywateli. Jan Paweł II

Trudno jest obiektywnie oceniać osoby z naszego życia publicznego, których już nie ma wśród nas, z perspektywy roku od chwili śmierci. Przed oczami mamy jeszcze twarze tych osób, słyszymy brzmienie ich głosu, mamy poczucie, że niedawno z nimi omawialiśmy wspólne sprawy, rozwiązywaliśmy problemy. Jednakże w przypadku niektórych z nich możemy z całym przekonaniem i pełną świadomością powiedzieć, iż były to postaci wyjątkowe, a ich brak zubożył naszą przestrzeń publiczną. Stawiamy je za wzory i odwołujemy się do ich postaw i dorobku. Do takich osób należy niewątpliwie śp. Marek Nawara, marszałek Województwa Małopolskiego. Człowiek o niezwykłej osobowości, sile charakteru i konsekwencji w działaniu. Ja osobiście myślę o Nim jako o wzorze samorządowca, oddanego w pełni tej społeczności, za którą wziął odpowiedzialność. Był pionierem samorządności zarówno w Małopolsce, jak i w skali całego kraju. Podczas wielu oficjalnych spotkań, jakie odbyłem z Markiem Nawarą, imponował mi kompetencjami, zaangażowaniem, ale i otwarciem na drugiego człowieka, którego zawsze starał się zrozumieć. Tak po ludzku był serdeczny, towarzyski i z poczuciem humoru. Miałem dużo satysfakcji z tych kontaktów. Szczególnie ciepło wspominam organizowane wspólnie w tarnowskiej delegaturze Małopolskiego Urzędu Wojewódzkiego, poprzedzające święta Bożego Narodzenia Opłatki Samorządowe, podczas których spotykali się i łamali opłatkiem samorządowcy z województwa małopolskiego, powiatu tarnowskiego i miasta Tarnowa. Były one niezwykle rzadką okazją do rozmowy na takie tematy, jak rodzina, hobby, plany i marzenia. Podczas tych rozmów Marek Nawara zawsze zaskakiwał mnie szczerością i swobodą opowiadania o tych bliskich Jego sercu sprawach. 25 maja 2011 roku Małopolska straciła wybitnego samorządowca i człowieka, ale zyskała symbol, do którego zawsze można się odwołać i wskazać jako przykład właściwej postawy służby na rzecz państwa i samorządu.

96

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Nasze Zarabie wypiękniało! Maciej Ostrowski wieloletni burmistrz Myślenic, członek Wspólnoty Małopolskiej

Poznałem Marka Nawarę w 1998 roku, gdy zapadła decyzja, że obejmie funkcję marszałka województwa małopolskiego. Później widywaliśmy się często na placu Szczepańskim w Krakowie, w siedzibie Solidarności. Regularnie co miesiąc odbywały się tam posiedzenia Ruchu Samorządowego AWS, tej największej – jak dotychczas – prawicowej partii. W przerwach burzliwych obrad wychodziliśmy na papierosa. Chyba większość z nas paliła. Marek – choć już rzucił palenie – też wychodził. No i… też z nami palił. Tylko nigdy nie miał swoich papierosów, więc go częstowaliśmy. Taka sytuacja sprzyjała szybkiemu przejściu na „ty”. Były to lata przełomu wieków. Pełniłem funkcję zastępcy burmistrza Myślenic. Wtedy w naszym powiecie zaczęło się trochę politycznie kotłować. Marek zaprosił nas wówczas wszystkich do siebie, do marszałkowskiego gabinetu, i doprowadził do rozwiązania problemu. W powiecie nastąpiła stabilizacja. W 2004 roku pomimo sukcesu wyborczego Wspólnoty Małopolskiej, która do Sejmiku wprowadziła 6 radnych, Marek nie został wybrany na stanowisko marszałka. Koalicjanci: PO, PiS i LPR, nie zgodzili się nawet, by szef koalicyjnego ugrupowania WM wszedł do zarządu województwa. Był to ewenement polityczny, który pewnie ktoś kiedyś opisze w jakiejś naukowej pracy. Marek wykazał się jednak wielką klasą – wycofał swoją kandydaturę i zaproponował Andrzeja Sasułę na wicemarszałka z ramienia Wspólnoty. Później koalicjanci poszli nawet dalej, nie zgodzili się, by Marek, pierwszy marszałek Małopolski, został przewodniczącym Komisji Rozwoju i Promocji w Sejmiku! Co czuł wtedy Marek, gdy jego koledzy tak go potraktowali? Marek miał wtedy więcej czasu i zaczęliśmy się częściej spotykać. Dzisiaj mogę powiedzieć, że był moim Nauczycielem i Przyjacielem; wskazał mi wiele dróg rozwoju i wiedzy. Wtedy zrozumiałem, jak wiele dla niego znaczy samorząd i małe ojczyzny. Po prostu cały oddał się samorządności. Rozwijał swoją Wspólnotę Małopolską, wierząc w ten ponadpartyjny projekt dla rozwoju naszego regionu. Marek serce miał zawsze po prawej stronie, ale jednak najważniejszy był samorząd jako wspólnota ludzi! Nasza przyjaźń polegała także na tym, że służył mi wiedzą i pomocą przy rozwiązywaniu trudnych myślenickich spraw: likwidacji PKS, tworzeniu strefy przemysłowej, ściągnięciu pierwszego inwestora Coopers Standard. Doradzał, jak rozwiązywać problemy społeczne. Do każdego tematu podchodził pragmatycznie, przewidywał konsekwencje decyzji, analizował różne rozwiązania, ale nigdy nie narzucał swojego zdania. Mówił: zastanów się spokojnie, przemyśl to raz jeszcze, itd. Z rozrzewnieniem wspominam spotkania w jego domu w Batowicach, gdzie przy kominku lub w ogrodzie, przy lampce wina lub szkockiej, rozmawialiśmy długie,

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

97


długie godziny. I choć poruszaliśmy wiele spraw, to samorząd był zawsze tematem numer jeden. No i oczywiście Wspólnota Małopolska, jako ukochana idea łączenia ludzi dla rozwoju regionu… Marek uważał, że głos partii politycznych nie może decydować o losach małych ojczyzn – powinien to być głos mądrych ludzi z wielu środowisk. I choć chciał odsuwać jak najdalej partyjne wpływy od samorządu, to umiał znakomicie „poruszać” się pomiędzy partyjnymi graczami i nie posiadając przecież zaplecza politycznego, wygrywał niejeden raz z politycznymi „lisami”. W 2006 roku został ponownie wybrany marszałkiem Małopolski i mogliśmy wspólnie realizować piękny projekt rozwoju Zarabia. Ta część Myślenic była zawsze Markowi bliska. Gdy miał choć chwilę czasu na relaks, przyjeżdżał z Moniką i wychodzili lub wybiegali na górę Chełm, a Marek robił tam – jak mówił – setki zdjęć o każdej porze roku. Otwarcie Centrum Sportu i Rekreacji (kwiecień 2009) miało bardzo uroczystą oprawę. Ze względu na obowiązki Marek nie mógł uczestniczyć w otwarciu, ale nie zapomnieliśmy o nim. To między innymi Marszałkowi Nawarze dedykowaliśmy piękną pamiątkową tablicę z brązu, która już na zawsze będzie nam przypominać o jego zaangażowaniu w budowę tego obiektu. W 2010 roku, w styczniu, otwieraliśmy oczyszczalnię ścieków w Myślenicach – największą taką inwestycję w dorzeczu Raby. Marek wychodząc, mówił, że wybiera się w Alpy na narty, ale tylko na tydzień. Niestety, za tydzień nie było już od niego telefonu. W ostatnim dniu urlopu doznał wylewu na stoku. Zadzwoniłem do Moniki w nocy 20 lutego. Była w drodze do Austrii… Modlitwy w kościołach o zdrowie marszałka odbywały się w całej Małopolsce – również w Sanktuarium Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Myślenicach. Mszę odprawił ówczesny proboszcz, ksiądz prałat Karol Jarosz. Później długie tygodnie czekania na dobre wiadomości. Nadeszły i one. Postanowiłem odwiedzić Przyjaciela w dniu jego urodzin i pojechałem do Klagenfurtu. W szpitalnym pokoju przybranym balonikami i kwiatami zjedliśmy urodzinowy tort i wznieśliśmy toast kapucyńską nalewką, którą przyniósł brat Zbigniew Żaba, a którą rozlaliśmy do maleńkich plastikowych kieliszków – dozowników na lekarstwa, które Monika przyniosła od pielęgniarek. Na drugi dzień Marek dostał przepustkę i pojechaliśmy na wycieczkę po okolicy. Był to jego pierwszy wyjazd po dwóch miesiącach spędzonych w szpitalu. Podziwiał Alpy Karawanki – w najwyższych partiach jeszcze pod śniegiem – i rozkwitającą w dolinach wiosnę. Wyjechaliśmy na platformę widokową, gdzie zerwał się silny wiatr. Dałem Markowi swój polar. Przytulił mnie do siebie i powiedział szeptem, bo jeszcze miał trudności w mówieniu: „Maciek, jak tu pięknie!”. W kilka dni później wrócił do Polski. I znów szpital, operacja. Kolejna śpiączka farmakologiczna. Widziałem, że Monika traciła już siły. Ale mijały dni, Marka wybudzono, a on rozpoczął – wraz z lekarzami – walkę o powrót do życia. Walczył ze słabościami i ciężko nad sobą pracował. Monika była z nim cały czas. Odwiedziłem go w szpitalu przy Botanicznej razem z Gosią Trolką, którą bardzo lubił. Poszliśmy na spacer dookoła szpitala, a potem zjedliśmy sernik z truskawkami. Umawiając się na spotkanie, zapytałem, co mu przynieść – opowiedział, że jakiś specjał zrobiony przez Małgosię. Marek wracał do zdrowia. Pierwsze oficjalne wystąpienie miało miejsce u nas, w Myślenicach. Przyjechał na koncert Reprezentacyjnego Zespołu Pieśni i Tańca „Ziemia Myślenicka” do Ośrodka Kultury, 5 grudnia 2009 roku. Koncert dedykowa-

98

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


no właśnie jemu. Gdy poproszono Go o zabranie głosu, zaczął czytać z kartki. Nie szło mu dobrze. Zostawił więc kartkę i zaczął mówić od siebie, od serca: że jest po wypadku i że ma jeszcze kłopoty z szybkim mówieniem, że występ zespołu bardzo mu się podobał. Ludzie zaczęli bić brawo, łzy napływały do oczu. Wszyscy wstali, brawa długo nie milkły. Wzruszająca opowieść człowieka, który przeżył ciężki wypadek i wrócił do życia, do pracy, który walczy, by osiągnąć pełną sprawność. Opowieść, która połączyła na sali wszystkich, bez wyjątku, bo choroba, ból, cierpienie mogą przecież dotknąć każdego. Na otwarciu strzelnicy, kolejnego obiektu wchodzącego w skład Centrum Sportu i Rekreacji w Myślenicach, Marek już był w dobrej kondycji. Wtedy miał okazję zobaczyć dedykowaną mu tablicę z brązu. Potem przyszły wybory samorządowe w 2010 roku. Walec partyjny rozjechał obywatelskie komitety. Przegrała Wspólnota Małopolska i przegrał Marek. I chociaż lista WM przekroczyła próg wyborczy, to system liczenia głosów, który preferuje duże ugrupowania, nie pozwolił na wprowadzenie do Sejmiku Województwa ani jednego radnego. Przez miesiąc po wyborach, a może i dłużej, prasa rozpisywała się o posadach, które Markowi proponowano do objęcia, „by wykorzystać jego potencjał i doświadczenie” – jak wypowiadali się ważni regionalni politycy. Prawda jednak była taka, że nikt mu nie zaproponował żadnej pracy. Marek nie umiał się pogodzić z tym, że nikt od Niego nic nie chce. Czuł się niepotrzebny i odrzucony. W Myślenicach zakończyliśmy realizację strategii, zaplanowanej na lata. Wszystkie zadania zostały zrealizowane. Przyszedł czas, by wyznaczyć nowe kierunki działań, poszukać nowych wyzwań na kolejne dziesięciolecie. Zaproponowałem Markowi, by wraz z Moniką zajęli się tym tematem. Przeprowadziliśmy kilka konsultacji. Spotykaliśmy się na roboczo zarówno w urzędzie, jak i u Marka. W piątek poprzedzający Jego odejście pracowaliśmy nad konsultacjami społecznymi, by dokument powstał z jak najszerszym udziałem społeczności lokalnej. Chcieliśmy się wzorować na Małopolskiej Liście Szans – najciekawszych w Polsce konsultacjach pierwszej strategii województwa. We wtorek 24 maja 2011 roku dzwoni��em do Marka z pociągu, wracając wieczorem z Warszawy. Na drugi dzień wieczór zaplanowane było spotkanie Wspólnoty Małopolskiej w Myślenicach – omawialiśmy jego agendę. Czekałem na to spotkanie. Niestety, rano odszedł od nas na zawsze. Marku, pamiętamy i tęsknimy!

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

99


Po sobie ostawiam moje gazdowanie Andrzej Gąsienica-Makowski działacz samorządowy, wieloletni starosta tatrzański, poeta

„Niech tu po mnie dobry wspominek ostanie. Po sobie ostawiam moje gazdowanie”

Ta refleksyjna góralska nuta (śpiewka) mówi wszystko o śp. Marku Nawarze, pierwszym dwukrotnym marszałku Województwa Małopolskiego, samorządowcu, ale też koledze i przyjacielu. Marszałek Nawara miał charakter i charyzmę, ale też, co ważne, wizję Małopolski i wielką chęć działania, odpowiedzialnej służby dla rodnej małopolskiej ziemi. Ceniłem sobie bardzo u Marka jego zasłuchanie w przedstawiony projekt, umiał doradzić, ale też jasno mówił o możliwościach i szansach realizacji przedstawionego projektu. Był szczery, co niektórych bolało, uprawiając politykę regionalną, stawiał nie na zadania polityczno-partyjne, a przede wszystkim na wspólne dobro Małopolan. Jego postawa zaowocowała powołaniem stowarzyszenia samorządowej służby dla regionu Wspólnota Małopolska. Zainicjował opracowanie wieloletniej strategii rozwoju dla Województwa Małopolskiego. Marek był stanowczy w swoich decyzjach, czasem kontrowersyjny, ale umiał bronić swojego stanowiska, nie uprawiał „jałowych gierek”. W realizacji zadań liczyły się dla Niego skuteczność i czas. Gdy w 2007 r roku przedstawiłem mu projekt modernizacji dróg powiatowych i gminnych, tzw. Szlak „Góralski”, po zastanowieniu podpowiedział kilka istotnych uwag i stał się jego orędownikiem. Lubił przyjeżdżać do Zakopanego, w góry, choć na chwilę, na skoki czy na imprezę regionalną. Mogliśmy wtedy zawsze miło pogadać w towarzystwie i pożartować. Bardzo przeżyliśmy jego wypadek na nartach, widziałem wielu ludzi modlących się z żarliwością o jego zdrowie. Po jego powrocie do pracy pamiętam każdą rozmowę, każde spotkanie. Był wyciszony, wracał do sił, do życia samorządowego, choć trochę inaczej patrzył już na czas, na ludzi i nowe wyzwania. Długo będę pamiętał rozmowę z końca kwietnia, gdy zadzwoniłem z życzeniami imieninowymi, był rozżalony, zwracał mi uwagę na postawę kolegów działaczy samorządowych. Niczego od nich nie oczekiwał, tylko szacunku i dbania o dobro Małopolski. Odszedłeś, Marku, za Grań żywobycia, ale dałeś swoim działaniem i troską o dobro wspólne, o Małopolskę, świadectwo, że są ludzie, co się rodzą Marszałkami. Zachowam Cię na zawsze w pamięci.

100

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Tyle planów, tyle pomysłów… Stanisława Niebylska działaczka samorządowa, wójt gminy Laskowa

Pana Marszałka Marka Nawarę poznałam w pierwszej kadencji w 2007 r. podczas spotkania opłatkowego z udziałem kardynała Macharskiego. Ci co znali Go wcześniej, wiedzieli, że doba Marka Nawary jest jakby dłuższa, i to w tej części poświęcanej pracy. Nie wiadomo było bowiem, jak On to robi, że jest prawie wszędzie, pracuje w urzędzie do późna, a i w Warszawie bywa często, by załatwić sprawy dla Małopolski. Od tamtego dnia i ja zaczęłam to zauważać. Można było powiedzieć, że był pracoholikiem, ale to sformułowanie nie oddaje tego, co robił Marszałek. On po prostu z pasją oddawał się pracy. Nie tylko kochał tę pracę, ale miał także wizję tego, co należy zrobić. I jakby szkoda Mu było czasu – chciał wszystko jak najszybciej zrealizować. Jego ukochana Małopolska! – Widział ją z jednej strony jako region o ponad tysiącletniej tradycji chrześcijaństwa z ogromnym dziedzictwem kulturowym, a z drugiej strony jako region wiedzy i innowacji, który dorównuje w tempie rozwoju Bawarii, czy Jego ukochanej Toskanii. Kilka lat temu państwo Nawarowie kupili w naszej Gminie gospodarstwo rolne. Wyremontowali stary domek, który po prostu pokochali. Nie ma się co zresztą dziwić, bo jakże nie czuć się dobrze przy starym piecu chlebowym, który zajmuje prawie pół kuchni, gdzie ściany są z bali rzeźbionych prawie sto lat przez korniki, a słomiane mszycie, choć odtworzone, dopełnia klimatu. Do domku Nawarowie zapraszali tylko przyjaciół, gdyż tutaj właśnie szukali spokoju i wytchnienia. Cieszę się, że i ja zaliczałam się do tego grona. Będąc prawie mieszkańcem naszej Gminy, starał się nam pomóc. To Jemu zawdzięczamy dofinansowanie do wielu inwestycji, z których należy wymienić przede wszystkim rozbudowę Szkoły Podstawowej w Laskowej, budowę kanalizacji i rozbudowę oczyszczalni ścieków. Marek był człowiekiem bardzo towarzyskim. Miałam okazję być z Nim na dorocznej imprezie myśliwskiej na Kaleni w Kobyłczynie. I choć był tam gościem honorowym, to naprawdę nikt tego tak nie odczuwał. Świetnie się bawił, w towarzystwie żartował, ze smakiem degustował grilowane specjały i… fotografował. Była piękna pogoda, znakomita widoczność na trzy strony świata. Widać było nawet Jezioro Rożnowskie. Marek był zachwycony… Z tamtej imprezy dostałam od Niego płytkę ze zdjęciami. Niestety - jak to często bywa z fotografami – po prostu nie ma Go na zdjęciach. Pamiętam dzień, kiedy media doniosły o wypadku Marka w Austrii. Nie mogliśmy w to uwierzyć. Uruchomiliśmy szturm do nieba: msze, modlitwy; czas bardzo się dłużył. Modlitwy pomogły. Marek wracał do zdrowia. To był cud. Ale cud wspomagany przez kochająca żonę, która nie odstępowała na krok swojego męża. Bardzo cieszyliśmy się z powrotu Marka do zdrowia, później do pracy.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

101


Potem były wybory i tak sobie myślę – wielka pustka dla Marka, który pozostał bez swojej pasji. Dzień przed śmiercią zadzwonił do mnie i poprosił o numer telefonu do pani Elżbiety Pajor, Dyrektora Szkoły Podstawowej w Jaworznej. Dostał bowiem zaproszenie na uroczystość 100-lecia Szkoły i bardzo chciał tam być. W tym samym czasie jednak wypadła mu uroczystość w Wyższej Szkole w Oświęcimiu, gdzie miał otrzymać odznaczenie za zasługi. Chciał przeprosić panią dyrektor, że nie przyjedzie do Jaworznej. Wiem, że do niej dzwonił i usprawiedliwiał się. Na drugi dzień nie pojechał jednak do Oświęcimia… Pan Marek był urodzonym samorządowcem. Tego co zrobił dla tego regionu, nikt mu nie odbierze. Miał jeszcze tyle planów i tyle pomysłów. Wielka strata dla nas wszystkich, że śmierć go tak szybko zabrała. Nie wiem, czy ktoś potrafi go zastąpić. Małopolska straciła Wielkiego Człowieka. Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. Drogi Marku, miałam dla Ciebie wielki szacunek. Byłeś wspaniałym człowiekiem, chociaż nie wszyscy to doceniali. Rodzi się pytanie, dlaczego odszedłeś. Może byłeś potrzebny Bogu? Pozostaniesz w mojej pamięci jako Wielki i prawy człowiek.

102

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Beskid Wyspowy - tu miałeś pisać wspomnienia Jan Puchała działacz samorządowy, starosta limanowski

Przez lata podziwiałem styl Jego pracy. Ten nieprzeciętny człowiek o pięknej postawie moralnej zjednywał sobie ludzi pogodą ducha i szczerym uśmiechem. Rozmawiał z wszystkimi swobodnie, bez dystansu, ale w dyskusjach merytorycznych był konkretny i prawdziwy. Myślę, że właśnie słowo „prawdziwy” najbardziej do Niego pasuje. Nie mamił ludzi obietnicami bez pokrycia, dla politycznych celów, mówił tylko o sprawach realnych, mieszczących się w planach, programach i budżetach. Nie wszystkim to się podobało, ale my, samorządowcy z doświadczeniem, umieliśmy to docenić. Myślę, że wielu z nas wzorowało się na Marku. Bo z charyzmą trzeba się urodzić. Marek Nawara potrafił przewodzić. Na zebraniach, spotkaniach, ale także, gdy założył Wspólnotę Małopolską. Nie musiała ona mieć hasła – wystarczyło nazwisko lidera, rozpoznawalne i szanowane. Mam tyle wspomnień ze spotkań, imprez, uroczystości. Ale w głębi duszy pozostał mi przede wszystkim wielki szacunek dla Niego za jednoznaczną postawę patriotyczną, poszanowanie wartości chrześcijańskich i troskę o budowanie tożsamości regionalnej. I choć to wielkie słowa, to u Marka w sposób naturalny przekładały się na decyzje i działanie w pełnieniu funkcji publicznych.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

103


Pamiętam, gdy po powodzi w 2010 roku w wielu naszych gminach osunęła się ziemia i Marek poprosił mnie o zorganizowanie mu wizyty w Kłodnem. Bez prasy i kamer chciał zobaczyć miejsce tego strasznego kataklizmu, by po prostu pomóc ludziom. Wraz z wójtem gminy Limanowa Władysławem Pazdanem i wójtem Laskowej Stanisławą Niebylską odwiedziliśmy poszkodowanych. Umożliwili nam to miejscowi strażacy, których rola w niesieniu pomocy przy takich nieszczęściach jest nieoceniona. Ludzie, których spotykaliśmy, witali Marszałka serdecznie – szczerze cieszyli się, że do nich przyjechał. Samochodami terenowymi podjechaliśmy parę kilometrów, ale później szliśmy już pieszo, gdyż żaden pojazd nie był w stanie przejechać po osuniętej ziemi. Doszliśmy do rozległej polany, gdzie… przemieścił się las. Z domu na powierzchni pozostał tylko dach, pole truskawek wyglądało jak uprawy tarasowe. Niewiarygodne, niewyobrażalne! Na własne oczy zobaczyliśmy, co przyroda potrafi człowiekowi zgotować. Opowieści ludzi mroziły krew w żyłach. Ogrom zniszczeń przerażał, zdawało się, że to zły sen… Przyroda uczy nas pokory! Później widzieliśmy urwane drogi, leżące słupy elektryczne i poplątane przewody, powalone drzewa i wreszcie gruzowiska, domy bez ścian lub tylko dachy, bo reszta zapadła się pod ziemię. – To obraz, którego nikt nie będzie mógł zapomnieć – powiedział Marek Nawara. Wraz z żoną zadeklarowali, że jeśli będzie taka potrzeba, ich domek jest do dyspozycji tych, którzy pozostali bez dachu nad głową. Marek bardzo kochał nasze strony. Zawsze powtarzał, że chciałby tutaj spędzić spokojną starość. Kilka lat wcześniej kupili wraz z żoną stare gospodarstwo rolne na Jaworzu. Marek mówił, że krajobrazy Beskidu Wyspowego będą Go inspirowały do pisania wspomnień. Niestety nie dane mu było pisać wspomnień. Ja będę Go zawsze pamiętać jako dobrego przyjaciela, lojalnego kolegę, podróżnika i marzyciela, no i idealistę, który służył nade wszystko swojej ojczyźnie i Małopolsce.

104

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Zawsze pytał - czy będzie to służyć ludziom? Marek Fryźlewicz działacz samorządowy, długoletni burmistrz Nowego Targu

Zaskoczenie, smutek i żal – to uczucia, które nas, znajomych i przyjaciół Marka, ogarniają na wiadomość o śmierci Marka Nawary. To jeden z głównych twórców samorządu w Polsce. Praktyk, z którym poznaliśmy się, gdy jeszcze był wójtem w podkrakowskich Zielonkach. Podziwiałem go i uczyłem się od niego podejmowania śmiałych i odważnych decyzji w samorządzie – takich, jakimi były wówczas przyjęcie pod opiekę przez Gminę Zielonki szkół i ośrodków zdrowia oraz zarządzanie nimi. Po „wójtowaniu” w dwóch kadencjach został wybrany pierwszym marszałkiem Małopolski, następnie posłem na Sejm RP i znów marszałkiem. Jako samorządowiec, starał się pomagać samorządom wszędzie tam, gdzie było to możliwe. Bez jego decyzji i wsparcia nie byłoby w Nowym Targu tylu wielkich inwestycji z wykorzystaniem unijnych pieniędzy, a wśród nich Podhalańskiej Państwowej Szkoły Zawodowej. Są to ogromne pieniądze, bo Nowy Targ jest na trzecim miejscu pod względem dotacji z UE na jednego mieszkańca. W czasie, gdy pełnił funkcję marszałka województwa, zawsze nie tylko wspierał miasto i Podhale, ale interesował się szczegółami planowanych inwestycji, stawiając zawsze pytanie: czy będzie to służyć ludziom. W połowie kwietnia był u mnie, spędzając kilka godzin z żoną Moniką w Nowym Targu. Cieszyłem się, że jest w dobrej formie, zrelaksowany i snujący dalsze plany zawodowe. Wydawało się, że całkiem już wyszedł ze skutków ciężkiego wypadku narciarskiego, któremu uległ w Alpach w lutym 2009 roku. 25 maja stało się jednak inaczej. Dobrze, że pod koniec ubiegłej kadencji samorząd miasta kierowany przez przewodniczącego Leszka Mikołajskiego podjął i jednogłośnie przegłosował skierowaną przeze mnie inicjatywę o nadaniu Marszałkowi Nawarze Medalu za Szczególne Zasługi dla Miasta Nowego Targu. Marek Nawara odebrał przyznany mu Medal osobiście 10 listopada 2010 roku podczas uroczystości w Miejskim Ośrodku Kultury z okazji Święta Niepodległości. Zdążyliśmy mu jeszcze powiedzieć: dziękujemy!, w imieniu miasta. Drogi Marku, jeszcze raz dziękujemy! Wspieraj nas nadal z tamtej drugiej – lepszej strony życia.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

105


Z nogą w gipsie, ale przyjechał Grzegorz Wawryka działacz samorządowy, burmistrz Brzeska, były starosta brzeski

Marka Nawarę poznałem w 1998 roku. Byłem świeżo wybranym starostą brzeskim. W tym czasie, gdy powstawały nowe powiaty, tworzył się również nowy samorząd wojewódzki. Po wyborach samorządowych dochodziło do częstych spotkań starostów z marszałkiem Województwa Małopolskiego. Wielu kolegów z byłego Województwa Krakowskiego znało Marka jako wójta Zielonek. W powszechnej opinii uchodził za jednego z najlepszych samorządowców, jego gmina była stawiana za wzór do naśladowania. Od podstaw stworzył urząd marszałkowski. Dążył do ścisłej integracji samorządów gminnych, powiatowych i regionu. Wtedy też powstała pierwsza strategia rozwoju Województwa Małopolskiego. Wytyczone zostały kierunki i cele rozwojowe. Można powiedzieć, że Marek był właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Miał jasno określoną wizję Małopolski jako ważnego regionu w Polsce i w Europie. Województwo nawiązało partnerskie kontakty z kilkoma regionami w Europie. Był niezwykle pracowity, ambitny, zdyscyplinowany. Wiele wymagał od innych, ale jeszcze więcej od siebie. Pracę w samorządzie traktował jako służbę i tej służby uczył innych samorządowców. Zawsze dążył do tego, żeby być najlepszym. To dążenie do doskonałości zaszczepiał innym. Województwo Małopolskie, gminy i powiaty wiele mu zawdzięczają. Pod koniec pierwszej kadencji, w 2002 r., gdy AWS upadał, marszałek Nawara stworzył Wspólnotę Małopolską, która wprowadziła do Sejmiku Województwa kilku radnych. Mimo, iż nie został członkiem Zarządu, Wspólnota współrządziła Małopolską. Kolejne wybory w 2006 r. dla Marka zakończyły się sukcesem, ponieważ został po raz drugi marszałkiem Województwa Małopolskiego trzeciej kadencji (2006-2010). Z Markiem wielokrotnie się spotykałem, czy to na oficjalnych spotkaniach, czy to w urzędzie w Krakowie, czy w czasie spotkań w terenie. Był otwarty na propozycje z terenu. Zawsze podkreślał, że województwo musi się rozwijać w sposób zrównoważony. W pierwszej kadencji najważniejsza inwestycja województwa – most w Górce na Wiśle, powstała właśnie w powiecie brzeskim. Pamiętam, jak pojechałem do Marszałka w tej właśnie sprawie, bardzo go to wtedy zainteresowało. Szybko zapadła decyzja i most w ciągu kilkunastu miesięcy powstał. Gdy startowałem w wyborach na burmistrza Brzeska w 2008 roku, chciałem poprosić Marka o wspólne zdjęcie, które zamierzałem umieścić na ulotce. Marek

106

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


miał wtedy złamaną nogę, więc pojechałem do Niego do domu. Nie zastanawiał się długo, szybko ubrał koszulę i krawat, ale zdjęcie zrobiliśmy tylko do pasa, bo po domu chodził w dresie... Wybory wygrałem. Oczywiście zaprosiłem Marka na uroczystą sesję Rady Miasta i Gminy Brzesko. Marek miał dalej nogę w gipsie, ale ku mojemu zaskoczeniu przyjechał, o kuli. Taki był właśnie Marek. Tak więc w lutym 2008 r. obejmowałem Urząd Burmistrza Brzeska i ślubowałem sprawować tę funkcje dla dobra publicznego w obecności Marszałka Województwa. Marszałek Nawara był wzorem i przykładem dla wielu samorządowców. Lubił osoby mające swoje zdanie, myślące. W pochwałach i komplementach oszczędny, potrafił jednak docenić pracowitość, pomysłowość oraz osiągnięcia innych. Marek umiał dobrze doradzić i podpowiedzieć mądre rozwiązanie danego problemu i dopingować do wytężonej pracy. Wielokrotnie jako starosta czy burmistrz korzystałem z jego wiedzy i doświadczenia. Był dla mnie osobą, którą bardzo ceniłem i szanowałem, której sporo zawdzięczam. Po tragicznym wypadku w 2009 Małopolska modliła się o powrót Marszałka do zdrowia. I wrócił. Niestety tylko na chwilę. W ciągu ośmiu lat pełnienia funkcji marszałka województwa bywał wielokrotnie w powiecie brzeskim. Gościł w czasie ważnych dla gminy i powiatu uroczystości i świąt. Uczestniczył w otwarciu obwodnicy miasta, w oddaniu do użytku Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych, na uroczystościach odzyskania praw miejskich przez Czchów i na turnieju rycerskim w Dębnie. Ostatni raz przyjechał do Brzeska w lipcu 2010 roku z okazji nadania przez Stolicę Apostolską miastu patrona, św. Jakuba. W darze dla parafii przywiózł piękny kielich. W uznaniu Jego zasług samorząd odznaczył Go medalem 625-lecia Miasta Brzeska. Po wypadku Marek się zmienił. Więcej się uśmiechał, złagodniał, stał się bardziej refleksyjny. Ostatni raz rozmawialiśmy na kilka dni przed Jego śmiercią. Nic nie zapowiadało, że tak szybko odejdzie. Widocznie Bóg tak chciał. Drogi Marku, pewnie teraz patrzysz na nas z góry, i na swoją małą Ojczyznę, Małopolskę. Cieszysz się z naszych sukcesów, trochę się złościsz, gdy nam coś nie wychodzi. Całe swoje życie, swoje serce poświęciłeś Małopolsce. I taki pozostaniesz w pamięci nas, samorządowców, i wszystkich Małopolan, którzy Cię znali.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

107


W służbie społecznej Janusz Marszałek działacz gospodarczy i samorządowy, b. wieloletni prezydent Oświęcimia

Życzę w przyszłości nam wszystkim tylko takich dobrych, aktywnych, mądrych i uczynnych sług społecznych jak śp. Marek Nawara. Nawet po swoim wypadku w Austrii i cudownym, tak szybkim powrocie do pracy w Zarządzie Województwa Małopolskiego mogliśmy wszyscy podziwiać Jego zaangażowanie i klarowność podejmowanych decyzji. Powołanie do wiecznej służby przez Pana Życia w maju 2011 roku było dla ludzi związanych z Markiem wielką stratą. Lecz Wolę Stwórcy musimy wszyscy przyjąć z pokorą. Chcę krótko opowiedzieć o jednym epizodzie, który wydarzył się w maju 2009 roku. Tego dnia, w drodze do Częstochowy na spotkanie samorządowców z całej Polski na Jasnej Górze, organizowanym przez Związek Miast Polskich, zadzwoniłem do Małżonki Marka Nawary, Moniki, by ich oboje serdecznie pozdrowić. Niespodziewanie Monika zapytała, czy chcę rozmawiać z Markiem i przekazała mu słuchawkę telefonu. Była to nasza pierwsza rozmowa po Jego lutowym wypadku w Austrii. Marek bardzo się ucieszył z mojego telefonu. Gdy mu powiedziałem, że spotkam się zaraz z naszymi koleżankami i kolegami prezydentami, burmistrzami i samorządowcami z całej Polski na Jasnej Górze, poprosił mnie o przekazanie uczestnikom tego spotkania jego serdecznych pozdrowień. Poprosił także o modlitwę do Stwórcy przez pośrednictwo Jasnogórskiej Królowej Polski w intencji jego uzdrowienia i szczęśliwego powrotu do służby społecznej. Prośbę Marka przekazałem niezwłocznie ówczesnemu prezydentowi Częstochowy Tadeuszowi Wronie i dyrektorowi Andrzejowi Porawskiemu ze Związku Miast Polskich, którzy przydzielili mi wypowiedzenie tej intencji podczas wspólnej mszy św. przy ołtarzu Czarnej Madonny. Wszyscy bardzo się cieszyliśmy, gdy w niedługim czasie po tak cięż-

108

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


kiej chorobie, już w grudniu 2009 roku, Marek powrócił do swoich wyczerpujących obowiązków marszałka województwa. Ogromna była też radość na kolejnym ogólnopolskim spotkaniu samorządowców na Jasnej Górze w maju 2010 roku, gdy osobiście przybył tam Marek Nawara – marszałek Województwa Małopolskiego, by podziękować Panu Bogu za uzdrowienie oraz za wstawiennictwo Czarnej Madonny i modlitwę wspierających go koleżanek i kolegów samorządowców. Jak bardzo wzruszające to były chwile, zachęcające ludzi do szczerej modlitwy i wiary w cuda w najtrudniejszych chwilach życia, może sobie każdy wyobrazić. Po zakończeniu kadencji 2006–2010 założyliśmy przy udziale Marka Polską Unię Seniorów, aby otworzyć osobom starszym drogę do korzystania z doświadczeń i osiągnięć seniorów Europy Zachodniej, a przede wszystkim, by pomóc tej coraz liczniejszej w Polsce grupie społecznej w tworzeniu godziwych warunków życia dla aktywnych i dla niepełnosprawnych seniorów w oparciu o najlepsze wzorce z wysoko rozwiniętych krajów Europy. Wielka to dla żyjących strata, że Marek Nawara musiał już odejść do Domu Pana. Cześć Jego Pamięci!

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

109


Kochał swój region Kazimierz Barczyk prawnik, działacz społeczny i samorządowy, b. poseł RP, wielokrotny radny Województwa Małopolskiego, sędzia Trybunału Stanu

Z chwilą odejścia Marka Nawary Małopolska straciła znakomitego samorządowca, ogromnie zasłużonego dla kraju oraz swojego regionu. W naszej pamięci pozostanie jako wyjątkowy człowiek - Małopolanin, regionalista i państwowiec, dzięki któremu słowo „samorząd” nabrało nowego wymiaru. Po raz pierwszy nasze drogi złączyło wzrastanie we wspólnym solidarnościowym klimacie. Pamiętam ogromny entuzjazm tamtych czasów i gotowość budowania nowej Polski. Potem był samorząd, który Marek Nawara poznał jak nikt inny i doskonale rozumiał. Podobnie – jak w każdej funkcji publicznej, którą sprawował – zwracał ogromną uwagę na umacnianie gospodarki rynkowej, zwłaszcza tej opartej na wiedzy. Z tych lat, lat 90. ubiegłego wieku, pamiętam wiele wspólnych pięknych wydarzeń - razem byliśmy u Ojca Świętego w Watykanie, u Polonii amerykańskiej oraz u Polaków na Wschodzie. Swoją samorządową drogę Marek Nawara rozpoczął jako wójt Gminy Zielonki. Kiedy w 1997 roku został wybrany posłem do Sejmu RP, przyszło nam zasiadać w tych samych ławach klubowych i razem tworzyć zręby zreformowanego samorządu. Niewielu było wówczas polityków, którzy tak dokładnie jak on wiedzieli, jak powinien zostać ukształtowany samorząd i jakim celom ma służyć. Ta wizja wynikała z jego ogromnego doświadczenia, ale przede wszystkim z przekonania, że samorząd terytorialny ma w naszym kraju kluczową do odegrania rolę. Marek chciał i potrafił ją spełniać. Kiedy jesienią 1998 roku odbyły się pierwsze wybory do sejmików województw, Marek Nawara wybrał Kraków, Małopolskę i samorząd, z którego wyrósł i w którym chciał dalej działać. Właśnie jemu aż dwukrotnie przypadł w udziale zaszczyt i trud piastowania urzędu marszałka Województwa Małopolskiego. Robił to tak, jak żył stanowczo, z zaangażowaniem, bez cienia prowizoryczności i bylejakości, coraz bardziej charakterystycznych dla czasów, w których żyjemy. Marek Nawara doskonale rozumiał samorząd, znał potrzeby wspólnot lokalnych, bo nigdy nie zapomniał, skąd wyszedł. Wielokrotnie dał temu wyraz, kiedy mieliśmy okazję współpracować, zarówno jako radni województwa małopolskiego, jak i w relacjach samorządu województwa ze Stowarzyszeniem Gmin i Powiatów Małopolski. Małopolskę znał zresztą świetnie – wszystkie składające się na nią Małe Ojczyzny. Prawdziwie kochał swój region i pracował dla niego z wielkim oddaniem.

110

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Był naturalnym liderem Marek Sowa działacz polityczny i samorządowy, Marszałek Województwa Małopolskiego

Marszałek Marek Nawara pozostanie w mojej pamięci jako człowiek, który nade wszystko bardzo kochał Małopolskę. Budowanie samorządu regionu było Jego pasją, wielkim wyzwaniem i stało się pięknym dziełem życia. Małopolska wiele Mu zawdzięcza i niemal w każdym zakątku naszego województwa odnaleźć można ślady Jego aktywności. Marka Nawarę zawsze wyróżniało niezwykle szerokie spojrzenie na sprawy publiczne. Rozwiązania wypracowywał, szukając szerokiego kompromisu i nie wahając się dyskutować, nawet na najtrudniejsze tematy. W efekcie kolejne samorządowe kadencje przebiegały w Małopolsce pod znakiem kontynuacji zamierzeń i realizacji planów przekraczających czteroletnie okresy wyznaczone wyborami. Bardzo często działaliśmy wspólnie, czasem się różniliśmy. Jednak zawsze z wielkim szacunkiem patrzyłem na jego samorządową wiedzę oraz pełne oddanie Małopolsce i jej mieszkańcom. Moja samorządowa droga w znacznym stopniu związana jest z pracą w Urzędzie Marszałkowskim, rozpoczętą podczas pierwszej marszałkowskiej kadencji Marka Nawary. Pamiętam, ile starań wówczas wkładał w integrację nowo powstałego regionu. Dotyczyło to zwłaszcza mojej rodzinnej zachodniej Małopolski. Ten okres wspominam jako bardzo ważne życiowe i zawodowe doświadczenie. Z wieloma poznanymi wtedy osobami, które Marek Nawara sprowadził do Urzędu Marszałkowskiego, do dziś współpracuję – pomimo innych warunków, wciąż gotowe są one z wielką energią służyć swojemu regionowi. Marek Nawara był naturalnym liderem samorządowego środowiska. Potrafił przedstawiać jego racje i rozmawiać z władzami centralnymi niezależnie od politycznych uwarunkowań. Ta umiejętność prowadzenia konstruktywnego dialogu sprawiła, że był świetnym przewodniczącym Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego oraz cenionym wiceprezesem Zarządu Związku Województw Rzeczypospolitej. Marszałek Nawara uważał, że Małopolska – chociażby z racji swojego ogromnego naukowego potencjału – winna być motorem debaty publicznej o najważniejszych samorządowych sprawach. O Marku Nawarze trudno pisać w czasie przeszłym. Jego nagłe odejście zaskoczyło nas wszystkich. Tablica, którą w rok po Jego śmierci chcemy umieścić w siedzibie Urzędu Marszałkowskiego, to skromny wyraz wdzięczności za wiele lat Jego życia, poświęconego bez reszty Małopolsce i jej samorządowi.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

111


Na ścieżkach samorządowej służby Małopolsce Elżbieta Zięba działaczka społeczna i samorządowa, b. radna Województwa Małopolskiego

Marka poznałam wówczas, gdy na skutek reformy ustrojowej państwa powstał samorząd województwa. I właśnie w Sejmiku Województwa Małopolskiego skrzyżowały się nasze drogi. On, samorządowiec z podkrakowskich Zielonek i Poseł RP, w środowisku krakowskim był znany i ceniony, ja natomiast w samorządzie stawiałam pierwsze kroki, chociaż od wielu lat zaangażowana byłam w działania społeczne (w organizacjach, w życiu Kościoła, w Komitecie Obywatelskim). Pamiętam Marka od pierwszego spotkania radnych Klubu AWS, gdy jego kandydatura była wysuwana na stanowisko marszałka województwa. Miał wówczas nie lada dylemat. Stanowisko marszałka wymagało poświęcenia tego, do czego doszedł olbrzymim nakładem pracy i zaangażowania, jako wójt oraz poseł, i podjęcia nowego wyzwania, i to niezwykle trudnego. Wszyscy mieliśmy świadomość, że tworzenie nowego województwa na bazie trzech nie jest rzeczą łatwą, tym bardziej że mieszkańcy byłych województw, tarnowskiego i nowosądeckiego, czuli się niezwykle pokrzywdzeni utratą statusu województwa. Tylko osoba o niezwykle wyrobionym zmyśle organizacyjnym i politycznym mogła temu podołać. W opinii polityków, kierownictwa NSZZ „Solidarność”, taką osobą z doświadczeniem samorządowym był Marek Nawara. Jako człowiek niezwykle ambitny, pracowity, lubiący nowe wyzwania, podjął się tego zadania pomimo wewnętrznych oporów, które zostały przełamane także obietnicą, że przynajmniej na tej zamianie nie straci finansowo. Tak się też stało, aczkolwiek długo media miały pożywkę, iż Marek Nawara jest najlepiej zarabiającym marszałkiem w Polsce, co trochę go denerwowało, bo wystawiono mu „cenzurkę” człowieka pazernego. Nawet wewnątrz Klubu nie miał w tym względzie zrozumienia. Od początku Marek intensywnie pracował, jeździł po Małopolsce, kontaktował się z samorządami, poznawał wioski, miasta i ludzi, wysłuchiwał bolączek i próbował im zaradzić, co było niezwykle trudne, gdyż województwo małopolskie dysponowało bardzo niewielkim budżetem. Zdając sobie sprawę, że Miasto Kraków ma budżet znacznie przewyższający budżet samorządu wojewódzkiego, więcej uwagi i środków przeznaczał na rzecz działań pozostałych subregionów Małopolski. Starał się dostrzec potrzeby różnych środowisk, co znalazło odzwierciedlenie w programach wojewódzkich i w Strategii Rozwoju WM. Dzięki jego przemyślanej polityce udało się scalić województwo; jest to jego wielką zasługą. Marek nie był łatwym rozmówcą, miał swoją wizję, którą się kierował, którą uważał za najlepszą, ale dawał się przekonać, jeśli za propozycją stały mocne argumenty.

112

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Czasem w sposób natarczywy „walczyłam o sprawę” i pod wpływem logicznej argumentacji ulegał, stawał się orędownikiem dobrego pomysłu. W jednej sprawie nie oczekiwał argumentacji – gdy chodziło o odpowiednie zapisy w Strategii dotyczące wierności korzeniom chrześcijańskim, wartościom, jakie wypływają z wiary. W tym wypadku wystarczyło nadmienić, że nie możemy o tym zapomnieć, skąd przyszliśmy i gdzie nasze miejsce. Na to był zawsze otwarty. Marek ze względu na swoją pozycję był osobą bardzo pożądaną w towarzystwie. Każdy chciał się do niego zbliżyć, porozmawiać, może coś „załatwić” – poparcie dla działań samorządów lokalnych, instytucji. Cieszył się dużym autorytetem. Był kompetentny, ale też bardzo wymagający. Wymagał od siebie i od podległych mu pracowników. Czasem może nawet był zbyt surowy w ocenie, ale wynikało to z troski o wysoki poziom funkcjonowania samorządu województwa, sprawnie działający Urząd Marszałkowski. Moje kontakty na ogół ograniczały się do klubowych posiedzeń i obrad w Sejmiku. W pierwszej kadencji, gdy obrady odbywały się w sali Polskiej Akademii Umiejętności, siedziałam tuż za nim, więc na bieżąco mogłam obserwować jego szybkie reakcje, błyskotliwość w uchwyceniu problemu i próbie jego szybkiego rozwiązania. W 2000 roku w bardzo małym gronie byliśmy we Lwowie. Tutaj, w trochę innych warunkach, poznałam Marka nieco bliżej. Wówczas pobyt dla oficjalnej delegacji nie był łatwy, ze względu na toczące się rozmowy i podejmowane przez ówczesne władze Lwowa decyzje dotyczące Cmentarza Orląt Lwowskich. Wymagało to stałej łączności z polską dyplomacją, śledzenia prasy i reagowania w kontekście zależności od prowadzonych zabiegów dyplomatycznych. Towarzyszące Markowi napięcie mijało, gdy wchodziliśmy do szkoły polskiej. Na pewno przełamywał go uśmiech obdarowywanych dzieci, łzy niejednej babci i dumnych rodziców, że dzieci znają polskie wiersze i piosenki. Cieszył się razem z nimi i już wówczas myślał, co można jeszcze zrobić dla mieszkających tam Polaków. W drugiej kadencji Sejmiku Marek bardzo przeżył odsunięcie od funkcji marszałka. Polityka kieruje się różnymi argumentami. Na pewno odczuł boleśnie fakt, że dotychczasowy jego najbliższy współpracownik nie widział możliwości dalszej współpracy. Doceniałam wiedzę i umiejętności Marka, jego zasługi dla województwa małopolskiego, aczkolwiek uważałam, że dla niego samego ta porażka może mieć w rezultacie dobry skutek. Miał czas na zwolnienie tempa, zdystansowanie się od ciągle pilnych i „na wczoraj” spraw, na popatrzenie „w głąb siebie”. W tej i następnej kadencji byliśmy w innych klubach, pracowaliśmy w innych komisjach, toteż nasze kontakty nie były zbyt częste. Wdzięczna jestem Markowi, że zawsze wspierał moje działania, inicjatywy projektów czy rezolucji. Trzecia kadencja Sejmiku była niezwykle trudna dla Marka. Zawirowania polityczne na pewno nie służyły spokojnej, twórczej pracy. Pełna napięcia atmosfera, przetasowania we władzach sprawiły, że coraz trudniej było mu przeforsować swoją wizję polityki województwa. Dało o sobie znać zmęczenie. Praca nie sprawiała mu

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

113


tyle satysfakcji, co przed laty. Świat mediów nie był już tak łaskawy. Marek nadal jednak intensywnie pracował, zjednywał sprzymierzeńców, budował swoje zaplecze polityczne, jakim była Wspólnota Małopolska. Właściwie całe jego życie „kręciło” się wokół spraw samorządowych; czy to tych dotyczących województwa małopolskiego, czy to udziału małopolskich samorządów w polityce państwa. Zastanawiałam się, czy w domu też ciągle mówił o pracy, czy potrafił się „wyłączyć”, czy potrafił się w ogóle „przestawić na inny tor”. Marek cenił ludzi za wiedzę, kompetencję, pracowitość, lojalność. Potrafił dostrzec potrzeby innych ludzi, był otwarty na działania służące Małopolanom, zwłaszcza borykającym się z trudnościami. Bardzo mu zależało, aby dobro tkwiące w ludziach i wynikające z dziedzictwa przodków było pomnażane, ale także docenione w kraju i poza granicami. Marek był też dobrym kolegą, o czym świadczy, między innymi, taka sytuacja: tuż przed niefortunnym wyjazdem Marka na narty planowany był udział delegacji województwa (głównie członków Komisji Kultury i Departamentu) w koncercie Filharmonii Krakowskiej w Wiedniu. Marek dowiedziawszy się, że bardzo lubię koncerty noworoczne transmitowane z wiedeńskiej sali koncertowej, zaproponował mi odstąpienie własnego biletu. W drodze do Wiednia dotarła do nas wiadomość o tragedii, jaka wydarzyła się na stoku. Trudno nam było uwierzyć w to, co się stało. Już cały czas towarzyszyła nam refleksja, jak kruche jest ludzkie życie. Dla Marka zaczął się najtrudniejszy okres w życiu, a jak trudny, to zapewne wie jego żona, towarzysząca mu przez cały okres cierpienia i rekonwalescencji, dzieląca z nim trudy i każdą iskierkę radości z czynionych postępów w leczeniu. Wracał pomału do zdrowia. Widać było, że bardzo przeżywa brak sprawności, trudności w mówieniu. Niezwykle trudno było mu zaakceptować ograniczenia i zbyt powolne odzyskiwanie zdrowia. Świadomość, że może nie być przydatny w równym stopniu co przedtem, stwarzała napięcie, które chyba do końca go nie opuściło. Marek zdawał sobie sprawę, że polityka jest dla ludzi twardych, że czasem trzeba iść pod prąd, czasem zaś na kompromis, który może kosztować zbyt dużo. Jednak w tym okresie nie był już „człowiekiem z żelaza”. Wraz z utratą sprawności fizycznej wzrosła jego wrażliwość. Zawsze nadzwyczaj ambitny, w tym czasie odczuwał niezwykle boleśnie każde niepowodzenie, każdy cios. Trudno było mu się pogodzić z faktem, że nie zawsze można realizować w pełni swoje zamierzenia. Imponował nieubłaganym dążeniem do wytyczonego celu. Mówiliśmy, że powinien zwolnić, odpocząć, zatroszczyć się o całkowity powrót do zdrowia, a z drugiej strony patrzyliśmy z podziwem i jednocześnie z przeświadczeniem, że praca daje mu siłę do walki o odzyskanie pełnej sprawności. Marka nie ma wśród nas od roku. Tak jak nie ma wielu bliskich nam osób, przyjaciół i znajomych. Pozostali w naszych sercach i naszej pamięci. Marek ponadto pozostanie na kartach historii województwa małopolskiego jako ten, który stworzył jego zręby. Pozostanie jako wizjoner samorządności, wcielający w życie samorządowe myślenie. Pozostanie jako ten, którego praca w służbie samorządowej stała się celem i sensem życia. I za to winniśmy mu wdzięczność.

114

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Nikt go nie zatrzyma Ewa Iwulska działaczka samorządowa i społeczna, członkini Wspólnoty Małopolskiej, b. radna Województwa

Marka poznałam w 1998 roku, po wyborach samorządowych. Postrzegałam go jako człowieka uczciwego, wiernego ludziom i ideałom, człowieka, który miał jasny i przejrzysty sposób precyzowania myśli. Pasja, z jaką zabrał się do budowania nowo powstałego samorządu wojewódzkiego, oraz wiara w znaczenie dobrze zarządzanego regionu w funkcjonowaniu kraju były imponujące, budziły nadzieję i szacunek. Od początku dobrze się rozumieliśmy, wzajemna szczerość służyła nam obojgu i można nawet powiedzieć, że stanowiliśmy wyjątek od reguły, która mówi, że w polityce nie ma przyjaźni. Pamiętam pierwsze imieniny Marka marszałka. Kwietniowa sesja, przewodniczący Boguś Sonik ogłasza przerwę, by złożyć solenizantowi życzenia, Marek nie czeka – wychodzi na umówione spotkanie. Ogólne zamieszanie, podchodzi do mnie Andrzej Wałkowicz z Biura Sejmiku i mówi: pani Ewo, jak pani nie zatrzyma Marszałka, to go nikt nie zatrzyma. Dopadłam Marka na schodach i używając góralko-śląskich skrótów słownych, które na pewno nie przystoją dobrze wychowanej kobiecie, powiedziałam mu, co o tym myślę. Poważny i bardzo zajęty Marszałek roześmiał się i powiedział krótko: – Przekonałaś mnie! Kto znał Marka, ten wie, że był on dumny nie z tego, że jest marszałkiem, tylko z tego, że jest Małopolaninem i marszałkiem Małopolski. 2 lipca 2000 roku Łopuszna – przygotowanie do uroczystości pogrzebowych ks. prof. Józefa Tischnera. Tysiące ludzi, limuzyna za limuzyną … przyjechał i Marek. Stojąc obok samochodu, poprawia marynarkę, którą przed chwilą założył. Ni stąd, ni zowąd staje przed Markiem pani minister Barbara Labuda i patrząc do góry (Marek miał ponad 190 cm wzrostu), pyta: czy Pan jest z ochrony? Całe otoczenie Marka z rozbawieniem przyjęło pytanie, a Marek, z uśmiechniętymi oczami, wyprostował się i patrząc na Panią Labudę, nie bez dumy powiedział: – Pani Minister, jestem marszałkiem Województwa Małopolskiego. I to było TO. Pierwsza kadencja Sejmiku się skończyła, a Marek potem, już z żoną Moniką, pozostał wśród tych niewielu nowych znajomych, z którymi spotykałam się nie tylko na szlaku aktywności społecznej, ale także prywatnie. Wypominał mi, że nie zaprosiłam go na wesele córek, więc zaprosiłam go na wesele syna. Przyjechał i był tam z nami.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

115


Przywracał wiarę w obywatelskie posłannictwo Krzysztof Orzechowski aktor i reżyser teatralny, dyrektor Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie

Marka, a właściwie pana posła Marka Nawarę poznałem w 1998 roku. Przedstawiono nas sobie na jednym z oficjalnych przyjęć, nomen omen w foyer Teatru im. Juliusza Słowackiego, którym dzisiaj mam zaszczyt kierować. Wówczas byłem od roku dyrektorem Teatru Bagatela, on – gwiazdą i ogromną polityczną nadzieją AWS-u, człowiekiem, o którym mówiono, że zajmie się tworzeniem regionalnej, małopolskiej samorządności. Pamiętam, że rozmawialiśmy wtedy przez dłuższą chwilę – mówiłem mu o teatrze i o różnych problemach z kręgu kultury. On słuchał uważnie i trudno było się zorientować, na ile bliskie jego zainteresowaniom były poruszane przeze mnie sprawy. Dopiero po wielu latach powiedział mi, że podczas tej i innych rozmów ze mną wiele się nauczył o sferze działalności artystycznej. Wspominam o tym nie po to, by podkreślać swoje zasługi, ale dlatego, że do dziś niektórzy uważają Marka Nawarę za besserwissera, który nie potrafił słuchać innych. To nieprawda – umiał słuchać, choć nie zawsze miał na to ochotę. W 1998 roku stało się tak, jak miało się stać. Nawara zrezygnował z funkcji posła w Sejmie i został wybrany pierwszym marszałkiem Województwa Małopolskiego. Jednym z największych problemów, z jakimi przyszło mi się zderzyć już na początku mojego kierowania Teatrem im. Juliusza Słowackiego, był konflikt z Operą Krakowską. Jej ówczesny dyrektor, Jerzy Noworol, bezpardonowo wykorzystywał dla dobra własnej instytucji sytuację kryzysową, w jakiej znalazł się Teatr po długiej chorobie Bogdana Hussakowskiego i zmianie na stanowisku kierowniczym, a także w związku ze spowodowanymi tymi wszystkimi okolicznościami napięciami w zespole. W środowisku muzycznym odezwały się wówczas znane z przeszłości resentymenty, głosy o potrzebie przekazania naszego budynku Operze i o konieczności przeniesienia Teatru z placu Św. Ducha w inne, bliżej nieokreślone miejsce. I tu zdecydowanie wkroczył Marek Nawara: „Panowie dyrektorzy – powiedział stanowczo – macie w możliwie krótkim terminie wynegocjować i podpisać porozumienie regulujące waszą koegzystencję w jednym budynku”. Marszałka nie interesowały problemy własnościowe (a przynajmniej takie sprawiał wrażenie). Do konfliktu podchodził pragmatycznie: dwie podległe mu instytucje mają się ze sobą pogodzić. Ma być spokój i basta! Ten wymuszony rozejm kosztował jednak drogo. Co chwilę byłem wzywany na „dywanik” w gabinecie Marszałka, a wiem, że podobnie rzecz się miała z dyrektorem Opery: „Panowie – pytał – dlaczego to tak długo trwa? Nie widzę efektów waszych wysiłków!” Poznałem wówczas te cechy osobowości Marka Nawary, które nigdy nie przysparzały mu zwolenników, ale które w wielu przypadkach arbitralnie przecinały niekończące się dyskusje i doprowadzały do finału często bardzo zagmatwane sprawy.

116

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Tak też było i tym razem. Z początku buntowałem się: no bo, jak to, ja – niemal spadkobierca teatralnego majątku z końca XIX wieku – mam pertraktować z szefem instytucji, która przed wielu laty została nam narzucona siłą?! Ale rychło zrozumiałem siermiężny – jak mi się z początku wydawało – pragmatyzm Marszałka. Przecież gdyby wówczas komukolwiek z nas przyznał rację, gdyby kogoś potraktował ulgowo, natychmiast rozpętałaby się wojna środowisk teatralnych i muzycznych, o skutkach trudnych do przewidzenia. A tak – obaj dyrektorzy porozumieli się, bo chcieli zgody. Podpisali ugodę (nawiasem mówiąc pierwszą, tak, szczegółową od blisko 50. lat korzystania przez obie instytucje z jednej sceny), która od tej chwili musiała być przestrzegana. Był to jeden z pierwszych sukcesów Marka Nawary na grząskim gruncie kultury. Minęło kilka lat. Prywatnie spotykaliśmy się bardzo rzadko. Markowi nigdy nie starczało czasu, ja nie chciałem tworzyć pozorów, że bliższe relacje towarzyskie mogą mieć wpływ na moją służbową podległość. Dlatego wiosenny spacer w podkrakowskich dolinkach w 2004 roku był wyjątkowy. Marek z Moniką, ja z Anią. Przedwiosenne roztopy zrobiły swoje i ziemia parowała gwałtownie pod pierwszymi ciepłymi promieniami słońca. Marek kroczył jak „panisko”, był uśmiechnięty i rozluźniony, zniknęła gdzieś stanowczość, którą znałem z oficjalnych kontaktów. Z radością pochylał się nad każdą kiełkującą roślinką, cieszył się jak dziecko pięknym pejzażem. Był przecież Małopolaninem z krwi i kości, kochał tę ziemię całym sercem, a ona… chyba odwzajemniała to uczucie. Podobnie było w Maruchowie, jak żartobliwie Monika nazywa stuletnią chałupkę z bali, którą Nawarowie kupili i wyremontowali na stromym zboczu Jaworza w Beskidzie Wyspowym, jeszcze przed wypadkiem Marka na alpejskim stoku. Byliśmy tam z Anią wiosną 2011 roku. Nikt nie przewidywał wówczas, że gospodarz tego pięknego miejsca odejdzie od nas bezpowrotnie już za dwa miesiące. Przecież wszystko szło tak dobrze! Marek rąbał drzewo, sadził rośliny, pielił chwasty, grillował, naprawiał drobne usterki – był pełną gębą „panem na włościach”. Wielką pasją Marka było fotografowanie. Z aparatem prawie nigdy się nie rozstawał. I tym razem robił dużo zdjęć, głównie przyrody, bo wokół domu – jak przystało na sobotę poprzedzającą Niedzielę Palmową – kicało sporo wielkanocnych zajączków, a dalej, na tle drzew, dostojnie pozowały sarny. Naszą wyprawę na Jaworzną – bo tak mówią miejscowi, jadąc lub idąc do tej małej wioski – poprzedziły bardzo trudne dla Marka miesiące. Od chwili wypadku w Austrii w 2009 roku jego żona podjęła heroiczną walkę nie tylko o jego życie, ale i o pełny powrót do zdrowia i pracy. Walkę, zdawałoby się ,beznadziejną z punktu

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

117


widzenia medycyny. Ale nie zrażało jej to i prawie ją wygrała. Prawie. Nigdy nie zapomnę pierwszej rozmowy z Markiem, ze szpitalnego łóżka, wkrótce po wybudzeniu go ze śpiączki, przez podaną mu komórkę. Nigdy też nie zapomnę szalonej radości Moniki. I na koniec jeszcze jedno. Małopolski Ogród Sztuki nie był „dzieckiem” Marka Nawary. Pomysł budowy nowego, wielofunkcyjnego i interdyscyplinarnego centrum parateatralnego oraz nowoczesnej mediateki w miejscu starych warsztatów scenotechnicznych przy ul. Rajskiej, powstał w czasach, kiedy nie był członkiem Zarządu Województwa. Ale gdy został marszałkiem trzeciej kadencji zrobił dla tej idei bardzo dużo i z pełną lojalnością wspomagał realizację tego przedsięwzięcia w jego najtrudniejszych chwilach. Tego też nigdy mu nie zapomnę. Jego postawa przywracała wiarę w obywatelskie posłannictwo samorządowej władzy i obowiązek podtrzymywania jej ciągłości. I to piękne przesłanie pozostawił po sobie nam wszystkim.

118

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Jeśli nie lotnisko, to... Opera! Bogusław Nowak dyrektor Opery Krakowskiej, realizator wydarzeń kulturalnych, teatralnych i filmowych, b. dyrektor Radia Kraków

Jest późna jesień 2001 roku. Wracam do domu, jak zwykle późnym popołudniem. Zachodzę w głowę, jak tu zaradzić kolejnym problemom, jakie pojawiły przed nami, zespołem Opery Krakowskiej – jesienne ulewy. Dach nad zabudowaniami mieszczącymi garderoby solistów przy ulicy Lubicz (kto to dzisiaj pamięta?), przyklejonymi niezdarnie przed bez mała sześćdziesięciu laty do poaustriackiej stajni, udającej dziś w stolicy kultury europejskiej scenę operetkową, jest dziurawy jak sito. Na „widowni” każda większa ulewa lub zimowe roztopy powodują, że najbardziej przydatnym urządzeniem, poszukiwanym przez obsługę, są wiadra, do których skapują krople wody. W takim nastroju sięgam po gazetę. Szukam wiadomości kulturalnych. Na pierwszej stronie czytam: „przepada kilkanaście milionów z kontraktu wojewódzkiego. Nie udało się pozyskać od wojska ziemi na przedłużenie pasa startowego w Balicach”. Czytam artykuł, wypowiedź Marka Nawary: „Nie pozwolę, aby te pieniądze przepadły”. Przez głowę przechodzi mi myśl: za taką kwotę rozwalę tę budę, postawię nową, a za resztę wymienię dach nad widownią. Powinno mi to zająć cztery miesiące. Nie zagrozi więc pracy zespołu, i da się zrobić do końca 2003 roku (ten nieszczęsny kontrakt wojewódzki!). Moje myśli uleciały w górę niczym samolot z nie przedłużonego pasa startowego w Balicach. Tylko czy On będzie chciał mnie wysłuchać? Nazajutrz stoję pod Jego, Marka Nawary Marszałka, drzwiami. Mówi, że nie ma czasu, ale mnie przyjmuje. Przedstawiam mu wizję remontu obiektów przy Lubicz z pieniędzy przeznaczonych na Balice, mówiąc jednocześnie, że w przyszłości zrobimy resztę, i tak krok po kroku przez pięć lat doprowadzimy do kompleksowej przebudowy całego teatru… Serce staje mi z oczekiwania. Co On na to powie?... A On… Nigdy nie zapomnę tego błysku w oku. Pomimo braku czasu i bez przerwy zaglądającego do pokoju asystenta pozwala mi mówić. To był decydujący dla naszego teatru moment. Z właściwą tylko sobie stanowczością pyta, ile zajmie nam opracowanie całej koncepcji remontu i przebudowy. Mówię, że potrzebuję dwa miesiące. – Daję ci miesiąc – odpowiada, patrząc na zegarek, żegna się ze mną i wychodzi. Zostawia mnie

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

119


nie mogącego uwierzyć w powodzenie czegoś, nad czym nie tacy jak my debatowali przez całe lata. Za miesiąc stoję znowu u Jego drzwi. Pod ręką trzymam rozrysowaną na kilku planszach i opisaną na kliku stronach koncepcję remontu i przebudowy obiektów przy ul. Lubicz. Uważnie się im przygląda. Znowu błysk w oku. Woła asystenta. Ustala termin posiedzenie Zarządu w tej sprawie. Za dwa tygodnie… Czekam, znowu ulatując z radości nad ziemią jak samoloty w Balicach. To On dał nam nadzieję. A na posiedzeniu Zarządu kolejne zaskoczenie. Proponuje ogłoszenie konkursu na koncepcję przebudowy obiektów Opery Krakowskiej. Wiedząc, że musi to kosztować więcej niż te nieszczęsne kilka milionów z kontraktu. Ponosi jako Marszałek duże ryzyko. Przecież konkurs zawsze może przynieść dużo niespodzianek… I przyniósł. Zwycięski projekt Romualda Loeglera całkowicie wywraca do góry nogami wizję przebudowy, zmieniając ją w zasadzie w nową budowę. I co teraz? Teraz wszystko znowu zależy od Zarządu. Znowu oczekiwanie na termin, znowu dwa tygodnie i… Zarząd przyjmuje. Po sześćdziesięciu latach gadania. A tu wystarczyło kilka tygodni. Ale musieli być właściwi rozmówcy. I musiał być ktoś, kto słucha, umie i chce podejmować decyzje, a potem do nich przekonać pozostałych decydentów. I znowu myślami wracamy do Balic. Unosimy się z radości… A później z górą sześć lat budowy. Choć przez kolejne cztery kadencyjne lata nie był marszałkiem, jak mówią Jego najbliżsi, patrzył w stronę budowy zawsze życzliwie, z troską, z szacunkiem i respektem. Tak jak się obserwuje startujące i lądujące samoloty. Pod koniec budowy już znowu był marszałkiem. Jak przy każdej inwestycji było trudno. Znowu On łagodził napięcia. Przeforsował dodatkowe środki. Aż w 2008 roku, w grudniu, zaprosiliśmy pierwszych gości. On był wśród najważniejszych. A My – Zespół Opery i nasi widzowie od tej pory – … LECIMY!

120

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Przynajmniej nieco podobnie… Piotr Boroń działacz polityczny i samorządowy, były senator RP, b. członek KRRiT, b. przewodniczący Sejmiku Województwa Małopolskiego

Znałem Marka przez dziesięć lat, bardzo różnych lat w Jego karierze i aktywności publicznej. Przeżył w tym czasie i wzloty, i klęski. Miałem zatem okazję poznać Go w różnych okolicznościach. Z pewnej perspektywy mogę podsumować, że niezależnie od zmienności losu był stały w kilku rzeczach, które najlepiej charakteryzują osobę publiczną, a poświęcał wspólnocie samorządowej całą prywatność. Właśnie o tym pragnę napisać. Złapałem się na tym kiedyś, że gdy słyszę słowo „samorządowiec”, to moja myśl natychmiast zmierza ku Markowi. Szczególnie wyróżniało Go bycie samorządowcem z wyboru, mimo licznych innych intratnych propozycji stanowisk na różnych szczeblach administracji oraz mimo większych możliwości, jakie dawałoby Mu przystąpienie do którejkolwiek partii politycznej. Takich bardzo poważnych propozycji znałem przynajmniej trzy, ale on pozostał samorządowcem. Utożsamiał się z Małopolską jak mało kto. Gdyby Go zapytać, którą z funkcji chciałby piastować, niezmiennie by odpowiadał: marszałka województwa. Funkcję tę pełnił dwukrotnie i za każdym razem ogarniał województwo jak wójt swoją gminę. Bardzo lubił – co charakterystyczne – odwiedzać niedoceniane przez innych zakątki województwa. Nigdy nie żałował czasu na sprawy Małopolski. Posiedzenia Zarządu Województwa pod jego kierownictwem trwały długo, a On najwięcej spośród obecnych dopytywał gości o szczegóły różnych spraw. Poza Urzędem, zagadnięty o sprawy samorządu, potrafił zatrzymać się w dowolnym miejscu (choćby na ulicy), by rozmawiać aż do wyczerpania tematu. Pamiętam, jak raz zagadaliśmy się tak w okolicach kościoła św. Floriana aż do pojawienia się pierwszych autobusów komunikacji nocnej. I nieraz nam się to przydarzyło… Miał życiowe powołanie do przywództwa. Założył Wspólnotę Małopolską i funkcjonowanie tego ugrupowania było fenomenem i wzorem w skali całej Polski. Słyszałem osobiście wiele takich opinii od marszałków innych województw. Wspólnota – powiedzmy sobie szczerze – mimo poparcia wielu wybitnych osobistości nie istniałaby bez Marka. On był niekwestionowanym liderem, nie uznającym władzy nad sobą, i jako przywódca bardzo odpowiedzialnym za swoich zwolenników. Był wierny i lojalny w przyjaźni z politykami i samorządowcami, a to nieczęste wśród wielu politycznych pokus. Niestety był przez ludzi zdradzany, choć zawsze doceniany. Może Marek nawet traktował przyjaźń i lojalność w polityce – jakby to ktoś określił – nieco naiwnie… Ale cóż piękniejszego niż właśnie taka postawa i gdybyż tak wszyscy… Przynajmniej nieco podobnie do Niego…

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

121


„Kromka Chleba” Anna Czech wieloletnia dyrektor Szpitala św. Łukasza w Tarnowie, prezes zarządu Fundacji „Kromka Chleba”

Marka Nawarę poznałam w 1998 roku, gdy został marszałkiem Województwa Małopolskiego, a mnie przydzielono zarządzanie Szpitalem Św. Łukasza w Tarnowie. Szpital został wyznaczony przez ówczesnego Wojewodę Tarnowskiego Aleksandra Grada jako jednostka organizacyjna samorządu województwa. Politycy i samorządowcy stwierdzili, że województwo będzie dysponowało znacznym budżetem, dlatego duży szpital, który miał problemy finansowe, przekazano do nowo tworzonego organizmu - województwa małopolskiego, aby mógł uzyskać lepsze wsparcie. Były to trudne chwile przekształcania szpitala z jednostki budżetowej, zadłużonej na kwotę 26 mln zł. Negocjowałam wówczas w Kasie Chorych w Krakowie kontrakt na rok 1999. Jak na tamten czas, efekty były dość dobre, ale do zbilansowania przychodu z Kasy Chorych z kosztami brakowało około 1 mln zł. Wtedy postanowiłam porozmawiać z marszałkiem Województwa Małopolskiego i poprosić o ten 1 mln zł dla szpitala. Tymczasem marszałek Marek Nawara oświadczył: „Nie mam pieniędzy, musi sobie Pani radzić sama”.

122

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Wówczas kłopoty finansowe miało wiele szpitali. Zarząd Województwa po zakończonym roku obrachunkowym wzywał dyrektorów do wyjaśniania sytuacji finansowej szpitali. Nie pamiętam, kto był odpytywany przede mną, ale atmosfera była napięta. Marek Nawara dość kategorycznie zadawał kolejne pytania. Siedziałam zupełnie spokojnie, ponieważ szpital poniósł stratę, ale jej wysokość była niższa o prawie połowę od przyjętej amortyzacji, czyli całkiem nieźle jak na tamten czas. Odpowiadałam więc równie kategorycznie i stanowczo, broniąc swojej pozycji i szpitala. Wszyscy pozostali członkowie zarządu oraz dyrektorzy departamentów nie zabierali głosu. Gdy wyszłam z dość dużej sali i zatrzymałam się w sekretariacie, czułam się trochę dziwnie, bo chyba dość bojowo rozmawiałam z Marszałkiem, i pomyślałam, że fatalnie wypadłam. W tym momencie wyszedł dyrektor Kancelarii Zarządu Adam Leszkiewicz i oświadczył, że wszystko wypadło bardzo dobrze. Tak wyglądało moje pierwsze spotkanie z Markiem Nawarą. Marek Nawara wraz z ówczesnym zarządem i radnymi organizowali nowe województwo – zlepiali go z kawałków, z siedmiu poprzednich znacznie mniejszych województw. Marek Nawara widział w tej reformie samorządowej szansę dla Małopolski. Praca ta stała się jego życiem. Jednak przez cały czas czułam i wiedziałam, że akceptuje i docenia naszą pracę – dyrektorów szpitali. Każdego szanował i nie widziałam, aby był do kogokolwiek uprzedzony lub źle nastawiony. Widywaliśmy się bardzo rzadko, ale od pamiętnej „przepytywanki” polubiliśmy się i zaakceptowali. Tak naprawdę, gdy dowiedziałam się o Jego wypadku, dopiero wówczas dotarło do mnie, jak bardzo jest mi bliski. Cieszyłam się bardzo każdego dnia, gdy powracał do zdrowia. Cieszyłam się, że po raz pierwszy po wypadku wystąpił publiczne w Tarnowskim Uniwersytecie Trzeciego Wieku Fundacji „Kromka Chleba”. Jednak najbardziej jestem Mu wdzięczna za bezinteresowny i wspaniały gest, który pozwolił na przekazanie w użytkowanie wieczyste działki Fundacji „Kromka Chleba”, pod budowę hospicjum dla chorych na raka w Tarnowie. Dzisiaj powstały już fundamenty i w 2012 roku będziemy się starać zbudować obiekt w stanie surowym. Marku - dziękuję bardzo serdecznie w imieniu chorych i ich rodzin!

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

123


Szkice z pamięci Antoni Bartosz dr filologii romańskiej, działacz kultury, b. dyrektor Małopolskiego Instytutu Kultury, dyrektor Muzeum Etnograficznego w Krakowie

Obraz pierwszy Wrzesień 2000 roku. Gabinet marszałka na Basztowej. Wita mnie postawny mężczyzna. Marek Nawara. Słyszałem, że nie ma łatwego charakteru. Spotykamy się po raz pierwszy. Ja jestem świeżo upieczonym dyrektorem Małopolskiego Ośrodka Kultury. On, jak się domyślam, chce się zorientować, kogo też wybrano na dyrektora tej instytucji (kiedy powoływał mnie zarząd, jego z racji urlopu przy tym nie było). Siadamy naprzeciw siebie. Przypatruje mi się bacznie. Chwila niezręcznej ciszy. Wreszcie pada pytanie: - Podobno chce pan coś zrobić? Streszczam najlepiej, jak potrafię, plan działania. W praktyce chodzi o stworzenie nowej instytucji, która włączy się w budowanie współczesnej tożsamości Małopolski. Przyznaję, że to ścieżka eksperymentalna, ale cel jasny: stworzyć nowe obiegi dla kultury, której potrzebuje każdy. Marek Nawara słucha w skupieniu. - Jak pan to chce zrobić? Znów odpowiadam najlepiej, jak potrafię. Że ścieżka wiedzie przez innowację i przez projekty kulturowe prowadzone w skali całego regionu. Marszałek wciąż lustruje mnie z uwagą, składając dłonie w charakterystyczny daszek. - A jeśli pan napotka opór? Stawiał pytania trzeźwe, sondował determinację, zdawał się sprawdzać, na ile jestem świadom, że pracować przyjdzie ciężko. Kiedy przeszedł do podsumowania, nie zmienił pozycji, nie poruszył się nawet, a jednak robił wrażenie, jakby zbierał się w sobie: - Wprowadzamy powoli normalność. Powoli, ale dokładnie. Przestawiliśmy już na nowe tory szpitale. Teraz czas na kulturę. Jeśli naprawdę zrobi pan to, o czym pan mówi, staniemy za takim działaniem murem. Tego może być pan pewny. Marek Nawara wypowiadał te słowa cicho, spokojnie, z nutą nieustępliwości. Nie wątpiłem, że wie, czego chce. „Ten to łatwo nie odpuszcza” – pomyślałem. I tak rzeczywiście się stało. Zmiany w MOK-u przebiegały burzliwie. Marek Nawara i zarząd, któremu przewodził, nie zawahali się jednak ani przez chwilę. Dawali się też przekonać do nietypowych rozwiązań. Do dziś podziwiam śmiałość, która sprawiła, że gotowi byli postawić na eksperyment, który wynikał z logiki, ale którego rezultatu nikt z góry nie znał. Tak to w kulturze zacząłem od poznania Marka Nawary... Obraz drugi Kilka lat później. Nie pamiętam roku. Jednak na pewno był maj, późna popołudniowa godzina (osiemnasta?). Pracuję w gabinecie. Mieścił się wtedy w oficynie kamienicy przy Rynku Głównym 25, na czwartym piętrze. Wtem otwierają się drzwi,

124

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


wchodzi… Marek Nawara. Towarzyszą mu dwie osoby. Wizyta ta zaskakuje mnie zupełnie. Mój gość nie sprawował wtedy funkcji marszałka, niemniej zobaczyć go u siebie ot tak, po prostu, zrobiło na mnie wrażenie. Okazało się, że pracował w bibliotece, dwa piętra niżej, nad projektem dla Kalwarii Zebrzydowskiej. I po prostu zajrzał. Usiedliśmy przy stole. Uderzyła mnie Jego pogodność. Pytał, jak się żyje, opowiadał historie z terenu, śmiał się, miał w sobie rodzaj figlarnej dobroci. Czyżby istniał inny Marek Nawara niż ten, którego spotkałem za pierwszym razem? Tamten był uważny, gęsty, twardy, emanował żelazną konsekwencją. Tu odkrywałem człowieka pełnego humoru, z błyskiem w oku. Jedno zostało niezmienne – interesował się w szczególe tym, co się dzieje, kontekstem, sytuacją, nowymi pomysłami. W czasie tej rozmowy czułem, że jest wolny od jakiegoś ciężaru. Ciężaru osoby publicznej? Wiele razy potem o tym myślałem. Ma dla mnie Marek Nawara jakiś sekret po dziś dzień. Obraz trzeci Rok 2011. Również maj. Bazylika Mariacka. Dziesiąta rano. Msza żałobna za śp. Marka Nawarę. Jego zgon był jak grom z jasnego nieba. Wszak po wypadku na nartach dochodził do siebie, wykazując godny podziwu hart ducha. W bazylice tłumy. Odświętne stroje. Sztandary. Chór. Wojskowe honory. A przecież dręczy mnie myśl, że nic tu się nie zgadza i nie zmienią tego szczere starania obecnych w bazylice osób. Bo dramat jest niewymowny – jego życie, pełne zaangażowania, tak nagle wyrwane zostało ze środka czasu. Myśli zbieram cicho, nieskładnie. Jak przez mgłę serce próbuje powiedzieć proste „dziękuję”…

*** Kiedy dziś myślę „Marek Nawara”, z pamięci wyłania mi się kilka obrazów. Choć nie miałem częstych z Nim kontaktów, te, które miałem, pamiętam dobrze. Z nich wszystkich wybijają się najmocniej dwie twarze: skupiona, z pierwszej rozmowy na Basztowej, i pogodna, z niespodziewanego spotkania przy Rynku 25. Twarz pogodna zaczyna przeważać, a jej rysy kreślą powoli portret Marka Nawary w wieczności. Bo takim właśnie wyobrażam Go sobie teraz – pełnym niesłabnącej energii i uwagi dla ludzi: „Podobno chce pan coś zrobić?”.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

125


Szef i przyjaciel Ryszard Rutkowski prezes Zarządu Apollo Film Sp. z o.o., urzędnik samorządowy pierwszy dyrektor Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego

W mojej pamięci pozostają wspomnienia rzeczy wielkich, historycznych, które działy się z naszym urzędniczym udziałem pod przewodnictwem Marka. Wybrałem i opisałem te, które miały, moim zdaniem, duży wpływ na funkcjonowanie Województwa Małopolskiego. Ileż jednak pozostało w pamięci wspomnień drobnych, które dzisiaj można opowiadać jako anegdoty. Kilka okruchów takich wspomnień także zamieściłem, by choć trochę oddać klimat tamtych czasów. Okres „przedmarszałkowski” Z okresu „przedmarszałkowskiego” zawsze z nostalgią wspominam spotkania w Zielonkach, tzw. śledziki u wójta. Największe wrażenie wywarły na mnie dwie rzeczy: liczba osób uczestniczących w spotkaniach i bezpośredniość Marka Nawary w stosunku do tzw. „ważnych osób”, ale też w stosunku do mieszkańców Gminy Zielonki. Pierwszy raz widziałem, jak ludzie biznesu, gospodynie wiejskie i przedstawiciele administracji rozmawiają ze sobą serdecznie. Tworzenie Urzędu Marszałkowskiego, zarządzanie województwem Po wyborach samorządowych w 1998 roku, gdy Marek Nawara został pierwszym marszałkiem Województwa Małopolskiego, a ja byłem dyrektorem Magistratu Krakowskiego, zostałem przez Niego zaproszony na spotkanie. Marek Nawara zaproponował, bym pomógł mu opracować zasady funkcjonowania Urzędu Marszałkowskiego. Było to dla mnie duże zaskoczenie, ale też wyróżnienie. Stwierdził, że nie chce tworzyć kopii Urzędu Wojewódzkiego, chce, aby powstał nowoczesny urząd regionalny. Nowoczesny, to znaczy m.in. w pełni zinformatyzowany. Już wtedy Marek Nawara postawił na komputeryzację Urzędu. Jedną z zalet Marszałka było duże wyczucie nowych trendów. Miał wizję urzędu, w którym zatrudnieni są dobrze wykształceni pracownicy, a na stanowiskach kierowniczych – menedżerowie mający doświadczenie w pracy w samorządzie. Województwo miało być zarządzane, a nie tylko administrowane. Marek Nawara określił, że efektywne zarządzanie to: właściwy i świadomy wybór celów i zadań, ekonomiczne sposoby ich realizacji

126

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


(badanie stosunku jakości do kosztów), zdolność organizacji do wykonywania przyjętych planów. Dzisiaj wydaje się to oczywiste, ale w tamtym czasie Województwo Samorządowe było całkiem nowym projektem. W czasie wielu spotkań opracowaliśmy regulamin Urzędu Marszałkowskiego i zaprojektowaliśmy strukturę organizacyjną urzędu. Dzięki tym działaniom 1 stycznia 1999 roku urząd przygotowany był do realizacji zadań województwa, a ja zostałem zatrudniony przez Marka Nawarę na stanowisku dyrektora urzędu. Ostatnią rzeczą, która została nam do zrobienia, były zmiany kadrowe (zwolnienia i zatrudnienia nowych pracowników). Po roku działania Urzędu Marszałkowskiego 85% pracowników w nim zatrudnionych posiadało wyższe wykształcenie, a średnia wieku wynosiła 28 lat. Był to najmłodszy i najlepiej wykształcony urząd w Polsce. Wrota Małopolski Jak powstały Wrota Małopolski? Marek Nawara został zaproszony na konferencję do Seattle w USA, dotyczącą tworzenia społeczeństwa informacyjnego (Microsoft Government Leaders Conference). W konferencji brało udział kilkadziesiąt delegacji rządowych z całego świata, w tym z Polski. Jednym z kilku uczestniczących w konferencji regionów była Małopolska. W czasie konferencji prezentowano systemowe rozwiązania dotyczące budowania społeczeństwa informacyjnego, w tym elektronicznej administracji. Kilka dni po powrocie do kraju Marek Nawara poinformował mnie, że „nie ma na co czekać, rozpoczynamy budowę społeczeństwa informacyjnego w Małopolsce”. Najbardziej zaangażowanymi osobami, które pomagały Marszałkowi w tworzeniu tej idei, ale też systemowych rozwiązań byli: Monika Karlińska (z Małopolskiej Agencji Rozwoju Regionalnego), Andrzej Sasuła (wicemarszałek Województwa), Wojciech Szewko (podsekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Informatyzacji), Anna Wyroba (zastępca dyrektora Urzędu), Michał Mular i Agnieszka Polarska (inspektorzy w UMWM) oraz moja skromna osoba. Pierwszym systemowym rozwiązaniem był portal Wrota Małopolski, a jego nazwa, kojarzącą się z otwarciem na obywatela i z tradycją nawiązującą do herbu Krakowa powstała w powyższym gronie. Projekt wystartował w lipcu 2001 roku. Wrota Małopolski to regionalna platforma dostępu do administracji publicznej. Ideą Wrót jest integracja urzędów w Małopolsce i zasobów informacyjnych województwa. Wrota Małopolski mają pomagać w sprawnym zarządzaniu, dostarczać informacji klientom i obywatelom, a także zapewnić promocję Województwa. W tym czasie był to jedyny taki projekt w Polsce. Małe wspomnienia Pierwsze takie małe wspomnienie dotyczy naszej walki z wojewodą o pokoje w budynku przy ul. Basztowej. Czas mijał, a my nie mieliśmy miejsca do pracy. Marek, na jednym ze spotkań powiedział, że rozbije namiot na Krakowskich Błoniach

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

127


z napisem „Urząd Marszałkowski” i tam posadzi swoich urzędników. Chyba to poskutkowało, bo pokoje się znalazły… Pewnego razu byliśmy razem w Rzymie na spotkaniu z Ojcem Świętym. Później spacerowaliśmy po ogrodach watykańskich. Niezapomniane, wzruszające chwile, które dziś są pięknymi wspomnieniami. Inaczej zapisał mi się w pamięci wyjazd do Ludźmierza. Była ostra zima, a my z Markiem wybraliśmy się na spacer. Ja miałem niestety nieodpowiednie buty, no i co chwilę zapadałem się po pas w śnieżne zaspy. Marek z wielką cierpliwością wyciągał mnie z nich kilkanaście razy. Ilekroć sobie o tym przypominaliśmy, wywoływało to naszą wielką wesołość. W trakcie naszej wspólnej pracy spędzaliśmy na rozmowach długie godziny. Często do późnej nocy, a zdarzało się, że do wczesnego ranka. Ale temat wiodący był zawsze ten sam: co jeszcze i co lepiej można zrobić dla naszego województwa. Działania Marka Nawary w tych pionierskich latach miały, moim zdaniem, olbrzymi wpływ na rozwój Małopolski, są kontynuowane i sprawdzają się obecnie. Zaufanie, którym obdarzył mnie MAREK, zawsze pozostanie dla mnie wyróżnieniem, a wspólna praca cennym doświadczeniem i inspiracją.

128

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Sport był mu bliski Ludwik Miętta-Mikołajewicz zawodnik, trener i działacz koszykówki, od 1990 prezes TS Wisła Kraków

Niezwykle trudno pogodzić się z myślą, iż przychodzi mi napisać o Marku Nawarze w czasie przeszłym i słowo „jest” zastąpić słowem „był”. Przecież tak niedawno był jeszcze wśród nas, cieszył się życiem, słuchał sygnałów płynących od mieszkańców Małopolski dotyczących ich codziennych problemów. A trzeba powiedzieć, że umiał i chciał słuchać. Był otwarty nie tylko na sprawy makro, ale również nieobce mu były problemy dotyczące małych miejscowości i zwykłych ludzi, których darzył sobie właściwą życzliwością. Doświadczenia nabyte w czasie pełnienia funkcji wójta Gminy Zielonki przeniósł umiejętnie na wysoki fotel marszałka Województwa Małopolskiego, i to między innymi sprawiało, iż cieszył się powszechną sympatią i zaufaniem. Dla mnie jako prezesa klubu sportowego niezwykle istotnym było zrozumienie przez Marszałka spraw sportu i wychowania fizycznego. Jako były zawodnik Sekcji Lekkoatletycznej Towarzystwa Sportowego Wisła nie krył swojej sympatii do swojego klubu, śledził wyniki naszych sportowców i cieszył się z każdego ich sukcesu. Nie oznacza to, iż nie doceniał roli i pracy innych klubów sportowych Małopolski. W swych decyzjach dotyczących sportu zawsze kierował się obiektywizmem i zdrowym rozsądkiem. Lubił i doceniał znaczenie sportu w procesie wychowania młodzieży, starając się w miarę możliwości dążyć do rozbudowy bazy sportowej Małopolski. Wiedział, z własnego doświadczenia, jak cenne w codziennym życiu są nawyki wyniesione z czynnego uprawiania sportu. Pracowitość, dyscyplina i poczucie więzi społecznej grupy to zasady, które na długie lata kształtują charakter człowieka i pomagają w kontaktach międzyludzkich. Tym zasadom Marek był wierny do końca. W Towarzystwie Sportowym Wisła Kraków pozostanie na zawsze wdzięczna pamięć o Marszałku, który dostrzegł priorytetową dla miasta Krakowa konieczność wybudowania hali sportowej mogącej pomieścić około 5000 widzów i wywalczył środki unijne na częściowe pokrycie kosztów jej budowy. Niestety różne okoliczności sprawiły, iż do dzisiaj hala ta nie powstała, jednak zawsze będziemy pamiętać o przychylności Marszałka i Jego dążeniu do spełnienie oczekiwań wielu mieszkańców naszego miasta.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

129


Dziękuję za Świadectwo Adam Leszkiewicz działacz samorządowy i gospodarczy, b. dyrektor Urzędu Marszałkowskiego, b. przewodniczący Rady Służby Cywilnej, b. wiceminister skarbu i wiceminister w Kancelarii Premiera

Marku, pozwól, że to wspomnienie będzie w formie rozmowy z Tobą. Często w życiu jest tak, że nie zdążymy wszystkiego powiedzieć. Nadarza się okazja, by to nadrobić. Odegrałeś w moim życiu niezwykle ważną rolę. Poznałem Cię na początku mojej drogi zawodowej, po dość krótkim doświadczeniu w administracji rządowej i mediach. Stałeś się symbolem idei samorządu i samorządowca. Nauczyłeś mnie, czym jest samorząd, nauczyłeś, na czym polega przywiązanie do „Małej Ojczyzny”, na czym polega praca i zaangażowanie na rzecz tego, co nam jest najbliższe w naszych gminach, powiatach i w województwie. Byłeś dla mnie „Świadkiem” samorządu i na zawsze zostawiłeś w moim sercu przekonanie do tej części sfery publicznej. „Mała Ojczyzna” będzie zawsze kojarzyć mi się z Tobą, z Twoim zaangażowaniem, z Twoją ofiarnością, z Twoim praktycznym wyznawaniem tej wartości. Wielu z nas, ja i Ci, z którymi razem współpracowaliśmy w samorządzie województwa, nosimy przez kolejne lata te wartości, ubogaceni Twoim przykładem. Chcę Ci powiedzieć, że w ciągu mojej późniejszej aktywności zawodowej nie spotkałem nikogo o takim zaangażowaniu w sprawy samorządowe i o takiej wiedzy na temat funkcjonowania tej części administracji publicznej. Nie spotkałem nikogo, dla kogo słowo „samorząd” znaczyłoby tak wiele i w życiu kogo te wartości tak by się przenikały. Zawdzięczam Ci również to, że uświadomiłeś mi, czym jest, czym może być Małopolska – region, w którym się urodziłem, wychowywałem, w którym przez wiele lat mieszkałem i pracowałem. Patrząc na Twoją działalność, na Twoje zaangażowanie, na Twoją miłość do nowego administracyjnego tworu w polskiej przestrzeni publicznej, my także żyliśmy tą miłością, my także uczyliśmy się tej Małopolski. Patrząc na Ciebie, czuliśmy, czym Małopolska ma być od pierwszych dni 1999 roku i w przyszłości. Stworzyłeś podstawy województwa małopolskiego i nie jest to żaden slogan! Dla Małopolski zrobiłeś najwięcej w pierwszych latach jej funkcjonowania – to jest region, który wiele Ci zawdzięcza. Będąc niezwykle przywiązany do tego nowego podmiotu, inspirowałeś nas wszystkich do działania, do ciągłego myślenia, do twórczego poszukiwania, do codziennego odpowiadania sobie na pytanie „co jeszcze można by zrobić, żeby w społeczności regionalnej miłość do Małopolski i świadomość województwa, świadomość regionalną, jeszcze bardziej zakorzenić, uzmysłowić, spopularyzować. Żeby ponad trzy miliony Małopolan wiedziało, czym Małopolska jest, miało świadomość, gdzie mieszka, i chciało dla tej pięknej Małopolski pracować”. To nie było działanie zza biurka. Swój czas zawodowy i prywatny poświęcałeś na bycie w różnych miejscach w Małopolsce, a my często razem z Tobą uczyliśmy się tego, co pod Tatrami, tego, co w Małopolsce Zachodniej, i tego, co na północy województwa. Ważne dla Ciebie było pokonywanie urzędniczych barier i granic

130

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


administracyjnych, ale jak zauważyłem podczas tych wizyt, miałeś też w sobie ogromny szacunek dla odmienności różnych części Małopolski, dla kultywowanych zwyczajów i tradycji, dla różnorodności kulturowych. To nie był dla Ciebie problem, bo nie chodziło Ci tylko o administracyjną unifikację, ale o wzmocnienie świadomości bycia w jednym regionie, o współistnienie ludzi pochodzących z różnych gmin, z różnych powiatów i także trochę z różnych tradycji i kultur. Zazdrościliśmy Ci energii, dynamizmu, pasji! Zazdrościliśmy i podziwialiśmy wiarę w sukces i w Małopolan. Pamiętam, że pracowaliśmy od wczesnych godzin rannych do późnych wieczornych, że nieraz po 22.00 można Cię było zastać w urzędzie albo na spotkaniach, albo zobaczyć nad dokumentami. Pamiętam, jak nawet po północy dzwoniłeś do mnie w rożnych sprawach związanych z województwem i Urzędem Marszałkowskim. Żadna małopolska sprawa nie mogła być odłożona na jutro, powinna być załatwiona jak najszybciej, bo każdy dzień był dla Ciebie ważny, i nie chciałeś, by był stracony. Dzisiaj, gdy minęło już trochę czasu, z pełnym przekonaniem chcę Ci powiedzieć, że wiele rzeczy, które w moim życiu zawodowym zdarzyły się po 2003 roku, związane było nierozdzielnie z Tobą i na wielu etapach mojej drogi zawodowej odnajduję ślady tego pierwszego świadectwa, jakie mi dawałeś. Zawdzięczam Ci wiele, lata 1999-2002 to były lata niezapomniane w mojej pracy zawodowej. Nie tylko dlatego, że stworzyłeś tak efektywny zespół, że umiałeś stworzyć atmosferę zaangażowania i pasji oraz współodpowiedzialności, ale także dlatego, że to, czego wtedy ja osobiście i pewnie wielu moich przyjaciół nauczyliśmy się, procentuje do dziś i na długo zdefiniowało nasze zawodowe postawy. Potem polityka spowodowała, że rozdzieliły się nasze drogi zawodowe, ale dla mnie samorząd pozostał czymś niezwykle ważnym. Mogłem część aktywności poświęcić dalszej pracy w samorządzie i za to Ci bardzo dziękuję. Wdzięczność to chyba podstawowa myśl, która dzisiaj kojarzy mi się z Tobą, z Twoją osobą i tę wdzięczność także dzisiaj chciałem wyrazić w tych kilku zdaniach, w krótkim wspomnieniu. Myślę, że najlepszą formą wdzięczności, oprócz ciągle żywej serdecznej pamięci, będzie to, byśmy te wszystkie wartości, którymi się z nami podzieliłeś: miłość do samorządu i miłość do Małopolski, a także sposoby funkcjonowania i postawy w życiu zawodowym przepełnione zaangażowaniem i pasją, odpowiedzialnością i troską, poświęceniem i pracowitością, dalej w sobie nosili i pielęgnowali. W ten sposób chcemy ciągle dalej wspominać Twoją nieodżałowaną osobę i Twoje samorządowe Świadectwo.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

131


Survival u boku Nawary Artur Paszko dr religioznawstwa, b. wyższy urzędnik rządowy i samorządowy b. dyrektor Wojewódzkiej Bibioteki Publicznej

O Marku Nawarze najpierw przeczytałem. To musiało być jeszcze wtedy, gdy był przewodniczącym Sejmiku Samorządowego Województwa Krakowskiego (1994-1998) czyli w ostatniej dekadzie XX wieku. Nie pamiętam już, czego tekst dotyczył. Kto wie, może Zielonek, gdzie Marek wójtował? Ale to nieważne, najważniejsze, że zapamiętałem nazwisko Nawara. Rok czy dwa później znalazłem się dość nieoczekiwanie na Basztowej. Sześć miesięcy wcześniej Województwo Krakowskie przeszło do historii. Pod numerem 22 urzędował już nie wojewoda krakowski, a wojewoda małopolski. W tym samym budynku, na tym samym piętrze, pierwsze swoje kroki stawiał młody małopolski samorząd. Tworzył się też nowy urząd. Łatwo powiedzieć „tworzył się”. Nic wszak samo się nie tworzy. Budowała go grupa ludzi na czele z Markiem. Obserwowałem ten proces z dystansu, jaki dawała mi praca w administracji rządowej. Nasiąkałem tym dystansem. O Nawarze krążyły legendy. W zdecydowanej większości nie były to opowieści zachęcające do myślenia o pracy „po drugiej stronie korytarza”. Z jednej strony Marek jawił się w nich jako despota, twardą ręką trzymający Zarząd i kierujący krzepnącym urzędem. Z drugiej, czarną legendę Nawary wyraźnie dyskredytował towarzyszący jej podziw. Pamiętam te wszystkie dyskusje o sytuacji w Sejmiku, o nieprzystającym do zadań budżecie, o jednogłośnych absolutoriach... Wszystko to sprawiało, że nie mogłem sobie wyrobić opinii o tym człowieku. Widywałem go podczas różnych publicznych wystąpień, ale okazji do bezpośredniej rozmowy nie było. Dość niespodziewanie jednak, w połowie roku 2000, Marek zaprosił mnie i Michała Świtalskiego na rozmowę, która w istocie dotyczyła aktualnych wydarzeń politycznych, w jakie byliśmy zaangażowani. Grubo ponad dekadę od tej rozmowy pamiętam ją niemalże z detalami. Pewnie dlatego, że Marszałek był na ów czas jedną z niewielu osób, która w tak bezpośredni sposób i – jak się później okazało – trafnie oceniał sposób prowadzenia spraw, o których rozmawialiśmy i tego faktu konsekwencje.

132

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Przez kolejny rok nie miałem okazji bezpośrednio z Markiem rozmawiać. Wpadaliśmy za to na siebie podczas kampanii parlamentarnej 2001 roku. „Wpadaliśmy” to dobre słowo. Okazji do bezpośrednich rozmów nie było. Marek wspierał listę AWS. Ja uganiałem się za dziennikarzami. Upadek AWS oznaczał zmianę na stanowisku wojewody małopolskiego. Ryszarda Masłowskiego zastąpił Jerzy Adamik. Jako człowiek jednoznacznie kojarzony z ustępującym wojewodą musiałem liczyć się z brakiem szerszych perspektyw na rozwój w administracji rządowej. Powiem więcej. Dwie przegrane kampanie, w które się angażowałem, upadek – jak mi się zdawało – wizji Polski, w którą wierzyłem, przymusowe odejścia z Urzędu Wojewódzkiego wielu osób, które szanowałem, i wiele innych wydarzeń tamtego okresu bardzo poważnie zachwiało moją pewnością siebie. Człowiekiem, który pomógł mi szybko wydobyć się z apatii był... Marek Nawara. Zaproponował mi – za pośrednictwem Adama Leszkiewicza, który był wówczas zastępcą dyrektora Kancelarii Zarządu w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Małopolskiego (UMWM) – pracę na stanowisku rzecznika prasowego marszałka. I choć do sfinalizowania rozmów w tej sprawie nie doszło, sam fakt, iż taka propozycja padła, wiele wówczas dla mnie znaczył. Tak naprawdę Marka poznałem dopiero nieco później. Po tym, jak stworzył Wspólnotę Małopolską i przestał być marszałkiem. Znów miało to związek z kampanią. Tym razem, w roku 2003, w ramach „Karty Przyszłości”, staraliśmy się dołożyć swoją cegiełkę do finału procesu integracji Polski z Unią Europejską. Wszyscy widzieliśmy w tym akcie szansę na cywilizacyjny skok naszego kraju. Marek widział więcej. Unia oznaczała dla niego rzeczywiste upodmiotowienie samorządu regionalnego, stworzenie realnych narzędzi dla realizacji jego misji, którą – przekładając na małopolskie realia – pozostawił swoim następcom w Zarządzie w postaci pierwszej Strategii Rozwoju Województwa. Był to czas, kiedy rzeczywiście mogliśmy porozmawiać. Lubiłem go słuchać, bo – w rzeczy samej – sam wiele do powiedzenia nie miałem. Marek rzucał faktami i liczbami. Czasem sprawiał wrażenie, że „połknął rocznik statystyczny”. W odróżnieniu od wielu osób znanych z życia publicznego miał nie tylko realną wiedzę o Małopolsce, ale także o mechanizmach funkcjonowania Unii, o funduszach strukturalnych i instrumentach finansowych. I co najważniejsze – miał wizję, jak przekuć tę wiedzę na realne projekty. Na kolejne cztery lata straciłem Marka z oczu. Wprawdzie „wpadaliśmy” na siebie przy różnych okazjach, ale o jakiejkolwiek współpracy trudno by mówić. Nie znaczy to, że nie czułem w kilku trudnych dla mnie chwilach jego wsparcia. Zwłaszcza od czasu, gdy przewodniczącym Komisji Kultury Sejmiku

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

133


Województwa Małopolskiego został – z ramienia Wspólnoty Małopolskiej - Jurek Jedliński. Wspólnota, której Marek od początku do końca był niekwestionowanym liderem, poparła w kilku kluczowych momentach zgłaszane przeze mnie projekty, w czasie gdy pełniłem już funkcję dyrektora Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej. Trzy lata później Marek znów został marszałkiem. Stosunkowo szybko rozpada się alians Wspólnoty z PiS, a w konsekwencji dochodzi również do zmian w składzie Zarządu. Kilka dni po zawiązaniu nowej koalicji, w której dominować będzie PO, na wyświetlaczu mojej komórki pojawia się „Marek Nawara”. Różne myśli przeszły mi wówczas przez głowę. Żadna optymistyczna. No bo w jakim celu marszałek województwa może osobiście dzwonić do dyrektora biblioteki? Tymczasem Marek prosi o spotkanie. Uzgadniamy termin, a on proponuje miejsce poza urzędem. Jemy żurek u „Babci Maliny” i rozmawiamy. W zasadzie to mówi Marek, ja słucham. Rzeczowo, szczerze. Tydzień później wprowadza mnie do urzędu, jako dyrektora. Wiele razy zadawałem sobie pytanie, co sprawiło, że właśnie mnie Marek obdarzył takim zaufaniem. Niestety, nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby go o to zapytać. Nie zdążyłem go też zapytać o rzecz jeszcze dla mnie ważniejszą: czy temu zaufaniu sprostałem. Na początku nie miałem do tego głowy. Nie dość, że administracja samorządowa w jej epicentrum stanowiła dla mnie swego rodzaju novum, to jeszcze Marszałek narzucił mi swoje tempo pracy. Wszystko więc miało być natychmiast i to najwyższej próby. Marek nie znosił niedoróbek, że o bylejakości nie wspomnę. I był niecierpliwy. Jakby koniecznie chciał zdążyć... Bywało, że dostawałem „zadyszki”. Później tego typu dylematy musiały, siłą rzeczy, zejść na plan dalszy. W całej mojej karierze zawodowej trzyletni okres pracy bezpośrednio u boku marszałka Nawary uważam za coś w rodzaju survivalu. Napięta atmosfera w Zarządzie, trudny układ sił w Sejmiku i rosnące ambicje niektórych posłów, pragnących w decydujący sposób wpływać na to, co działo się w regionie (z polityką personalną urzędu włącznie), przekładały się bezpośrednio na atmosferę w administracji samorządowej. Marek próbował, z dużym powodzeniem, tworzyć coś w rodzaju bariery ochronnej dla urzędu i jednostek. Niestety, wiązało się to z dużymi kosztami. Kolejne odmowy politycznych nominacji nie przysparzały mu przyjaciół na scenie politycznej. My mieliśmy jednak, dzięki temu, odrobinę swobody, która pozwoliła w szybkim tempie zbudować strukturę zdolną płynnie przejmować kolejne zadania z administracji rządowej i przygotować się do zagospodarowania strumienia euro, który zaczynał płynąć do Małopolski. Marszałek cierpliwie potrafił tylko jedno – słuchać argumentów. Najlepiej, gdy były rzeczowo podane. Dobrze umotywowane pomysły „kupował” bez zastrzeżeń. Chciał mieć logicznie urządzony, merytorycznie przygotowany do pracy i dobrze zarządzany urząd. Cenił pracowitość i kompetencję. Potrafił je też należycie wynagradzać. Choć do wydawania publicznej kasy (także na płace) lekkiej ręki nie miał. Od czasu do czasu przepytywał mnie dokładnie, dlaczego podjąłem takie, a nie inne decyzje osobowe, a fakt, że robił to bez uprzedzenia, zmuszał mnie do bardzo wnikliwego studiowania każdego wniosku o awans czy podwyżkę. Nigdy na tym tle nie doszło między nami do nieporozumień, choć nieraz było od nich o włos. Marek nie był fanem biurokracji. Chciał upraszczać procedury i ograniczać, gdzie się tylko da, rozrost administracji. Rozumiał jednak, że czasem trudno jest przebić głową mur. Dobrze ilustrują tę stronę jego osobowości dwa znamienite fakty. Obydwa związane z wdrażaniem Małopolskiego Regionalnego Programu Operacyj-

134

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


nego (MRPO). Nawarze szczególnie zależało na prostych zasadach jego realizacji. Efektem przekonania, iż taki – zrozumiały dla beneficjentów i oszczędny – system najlepiej będzie służył rozwojowi regionu, była pierwsza wersja podręcznika procedur. Był to dokument klarowny i zrozumiały, a zbudowane w oparciu o opisane tam mechanizmy struktury – optymalne. Cały ten system podlegał jednak certyfikacji, którą wykonywały służby ministra finansów. Narzuciły one tak wiele niezrozumiałych procedur, że podręcznik nieomal podwoił swoją objętość, a zatrudnienie musiało też wzrosnąć proporcjonalnie. Marek protestował, próbował przekonywać, a gdy to nie przyniosło rezultatu, polecił mi, bym całą operację przeprowadził szybko i sprawnie. Pozwolił też na ściągnięcie do Urzędu wielu wartościowych ludzi z innych administracji. Jedynym kryterium ich dobru były ich kompetencje i nasze możliwości finansowe. Analogiczna niemalże sytuacja miała miejsce w momencie, kiedy ważyły się losy metody wdrażania II osi priorytetowej MRPO. Marek stał na stanowisku, że nie ma sensu budować osobnej jednostki, skoro zadanie to można powierzyć Małopolskiej Agencji Rozwoju Regionalnego. Część Zarządu, a wraz z nią Klub PO w Sejmiku forsowały rozwiązanie przeciwne. Marek, mimo że w tej sprawie poniósł prestiżową porażkę, uparł się, że skoro Małopolskie Centrum Przedsiębiorczości (MCP) musi powstać, to niech to będzie najlepsza tego typu jednostka w kraju. I tak się stało. W dużej mierze dzięki jego wsparciu i uporowi, który wykazał już na początku tworzenia MCP, odrzucając politycznych nominatów i umacniając wyłonionego w konkursie dyrektora. O Marku marszałku można by snuć niekończące się opowieści. Podobnie o Marku polityku czy samorządowcu. Zanim usiadłem do pisania tego tekstu, nie zdawałem sobie sprawy, jak wiele... Ale znacznie ważniejsza od tych opowieści jest inna: opowieść o Marku człowieku. Twardym facecie, który potrafił współczuć i wspierać. Choleryku, który uchodząc za nieufnego, ponad wszystko wierzył w drugiego człowieka. Realiście, który zachwycał się bukietem czerwonego wina. Technokracie, który zamartwiał się o przyszłość Filharmonii. Opowieść tak osobista, że nie do opowiedzenia.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

135


Dziękuję za zaufanie, Panie Marszałku Anna Wyroba wiceprezes zarządu Polskiego Centrum Badań i Certyfikacji SA, b. wieloletnia wicedyrektor Urzędu Marszałkowskiego

Wspomnienie 1 „Decyzja oswojenia niesie w sobie ryzyko łez” „Poznaje się tylko to, co się oswoi.” Antoine de Saint-Exupery, Mały Książę (XXV, XXI)

To prawda. Oswajanie, wzajemne nawiązywanie więzi służbowych, a z biegiem czasu i przyjacielskich z moim Szefem nie było procesem łatwym i szybkim. Trwało to przez całe lata wzajemnej współpracy. Pamiętam przełom lat 1997/98. Pobierałam w tym czasie nauki na studiach podyplomowych na UJ w Krakowie – Zarządzanie Przedsiębiorstwem. Ciekawe wyzwanie dla urzędniczki samorządowej w tych latach. W drugiej, równoległej grupie nauki pobierał ówczesny marszałek Sejmiku Krakowskiego – Marek Nawara. Z tego okresu pamiętam takie zdarzenie: Jest wiosenny niedzielny dzień, przed południem, moja grupa ma zajęcia na ul. Zwierzynieckiej z panią prof. Haliną Piekarz. Ciekawy wykład na temat ergonomii. Względna cisza na sali, otwierają się drzwi (nie słyszałam pukania) i zdecydowanym krokiem wkracza ubrany na sportowo przystojny mężczyzna. Pani profesor, uśmiechnięta, wita się z nim serdecznie, uzupełnia wpis w jego indeksie, a na odchodne słyszę: „Do widzenia, panie marszałku”. A to co i kto – myślę sobie. Byłam wtedy pracownikiem Urzędu Miasta Krakowa. Nie minęło wiele czasu od tej pory. Jest rok 1999. Zaczyna się szybkie wdrażanie II etapu reformy ustrojowej państwa. Zostaję zaproszona przez ówczesnego dyrektora nowo utworzonego Urzędu Marszałkowskiego w Krakowie, pana Ryszarda Rutkowskiego, na ul. Basztową 22. Z początku nieśmiało namawia mnie do zmiany pracy i podjęcia przygody budowania całkiem nowego podmiotu samorządowej administracji regionalnej. I tak, gawędząc miło przy kawie z dyrektorem Rutkowskim o „radościach” pracy urzędnika, zostałam przez jakąś miłą, ładną i młodą dziewczynę poproszona do gabinetu pana marszałka Województwa Małopolskiego. Wtedy już wiedziałam, że zza biurka w dużym, przestronnym pokoju patrzy w moim kierunku ten sam człowiek, którego spotkałam na zajęciach w wiosenny, ciepły dzień. Ten sam, ale wydał mi się jakiś inny. Jakby jeszcze większy, potężniejszy, ubrany w dobrze skrojony garnitur. Rozmowa przebiegała w przyjemnej atmosferze. Dziwiło mnie tylko to, że dyrektor Rutkowski, nieśmiało przerywając od czasu do czasu nasz dialog, przedstawiał moje dotychczasowe osiągnięcia w pracy zawodowej. Nie przeżywałam żadnego stresu, a powinnam, bo okazało się, że była to moja rozmowa kwalifikacyjna o pracę w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Małopolskiego. I tak już na drugi dzień zostałam zatrudniona przez marszałka Nawarę do pracy jako z-ca dyrektora. Wtedy byłam chyba jedyną kobietą na stanowisku dyrektorskim. Chciałoby się jeszcze dzisiaj powiedzieć „Dziękuję za zaufanie, Panie Marszałku”.

136

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


A o tym, co się działo później podczas rozmów kwalifikacyjnych o pracę w Urzędzie, które osobiście przeprowadzał Pan Marszałek, krążyły legendy. Był bardzo wymagający, dobierając ludzi do pracy i współpracy. I tak biegły godziny, dni, tygodnie, miesiące, lata… Budowaliśmy ten „nasz” urząd z wspaniałą grupą zaangażowanych ludzi. Zaangażowanych całym sercem i umysłem, pod przewodnictwem naszego Szefa. Ale, jak się okazało, i to czasem nie wystarczało dla Marszałka Nawary. Zapamiętałam takie zdarzenie, kiedy to będąc któregoś dnia po południu w sprawach Urzędu u Szefa (dyrektor Rutkowski przebywał na urlopie), usłyszałam, ile jeszcze musimy zrobić, poprawić – zaczął artykułować swoje niezadowolenie z tego i owego. Zrobiło mi się po ludzku przykro i zaczęłam jednym tchem wyliczać, co nam się udało w tak krótkim czasie i jakimi zasobami to osiągnęliśmy, podkreślać zaangażowanie ludzi i jego przywództwo. Dyskusja i wymiana zdań trwała za zamkniętymi drzwiami. Nikt nie miał prawa wchodzić i przeszkadzać. Panie w sekretariacie Pana Marszałka bardzo starały się sprostać wymaganiom Szefa. Na koniec mówię mu, że im więcej dajemy z siebie, tym bardziej nas krytykuje… I co usłyszałam w odpowiedzi?... „Pani Dyrektor – tak się do nas zwracał, kiedy chciał zachować służbowy dystans do rozmówcy – skarżą mi się (nie zapytałam, kto), że to Pani stawia w tym urzędzie poprzeczkę bardzo wysoko, w takim razie ja muszę jeszcze wyżej”. I tak zrozumiałam, prawie przez łzy, że chciał powiedzieć: ...lecisz wyżej, widzisz więcej, możesz lepiej… Był konkretny i konsekwentny, a po drodze oswajał ten swój zespół oddanych sobie ludzi dla wspólnej pracy na rzecz Małopolski. Stawiał poprzeczkę sobie i nam wyżej i wyżej. Wiedział, że może na nas liczyć. „Poznaje się tylko to, co się oswaja” (Antoine de Saint-Exupery, Mały Książę, XXI). Ale cóż, Panie Marszałku, świat nie jest czarno-biały. I być może Lis nie miał racji, mówiąc, że „Stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś” (Antoine de Saint-Exupery, Mały Książę, XXI). Dzisiaj chciałoby się zanucić za Kasią Sobczyk: „Gdzie jesteś Mały Książe, gdzie…. Odszedłeś z mej książeczki kart… Czy po pustyni błądzisz znów? Rozmawiasz z echem pośród skał?...” Wspomnienie 2 „Jeśli ktoś kocha kwiat,który jest jedyny na milionach i milionach planet, tomu wystarcza do szczęścia patrzenie na gwiazdy i mówi sobie: Gdzieś tam jest mój kwiat”. Antoine de Saint-Exupery, Mały Książę (VII)

Jego kwiat na wybranej gwieździe to Małopolska, wybrana spośród 16 województw w Polsce. Dla niej oddawał swoje serce, poświęcał swój czas, swoje myśli i rozważania. To dla niej zrezygnował z mandatu posła do Parlamentu RP. Był dyspozycyjny niemal całą dobę, gdy znaleźli się wokół niego ludzie, którzy wierzyli

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

137


i chcieli wierzyć w rozwój naszego regionu. Dyskusje na temat „ukochanego kwiatu” – Małopolski, koncentrowały się m.in. na regularnych posiedzeniach Zarządu Województwa, którym przewodniczył Marszałek Nawara. Nie znam historii kompletowania osób do Zarządu w tym czasie, ale niejednokrotnie słyszałam, jak mówił, iż jest to jego autorski skład Zarządu I kadencji. Z moich obserwacji przez te cztery lata i w latach następnych mogę powiedzieć, jako osoba bezpartyjna, iż był to najmniej polityczny Zarząd. Pięciu wspaniałych mężczyzn o jakże różnych charakterach, wykształceniu, doświadczeniu i zainteresowaniach. Każdy z nich dostał stosowny obszar do koordynacji i nadzoru. Takie spotkania trzeba było przeżyć, być w samym środku i przysłuchiwać się dyskusjom pięciu dżentelmenów, gdy ścierali się na argumenty i przekonania co do priorytetów rozwoju Małopolski. Środki finansowe w budżecie województwa w tym czasie nie były wystarczające na realizację wszystkich zadań równocześnie. Choć wszystko było ważne – drogi, transport, edukacja, zabytki, kultura, zdrowie, polityka społeczna itd… I wtedy, ostatni, na podsumowanie burzliwej dyskusji, w sposób wyważony zabierał głos Marszałek Marek Nawara. Jego spokojny rzeczowy ton wyciszał emocje. A on podsumowywał, pokazywał konteksty, różne punkty widzenia i w końcu proponował konsensualne rozwiązanie. W czasie całej kadencji – no, może z wyjątkiem kilku spraw – nie było głosowania uchwał. Był wypracowany – uwzględniający wniesione uwagi – konsensus. Tak naprawdę się działo! To była wielka kultura polityczna. Prawdopodobnie nie zachowały się do dzisiaj nagrania z posiedzeń Zarządu w tym okresie. Wielka szkoda. Mogłyby stanowić doskonałą lekcję dla wszystkich osób decydujących się na pełnienie funkcji publicznych. Wspomnienie 3 „Wiesz, gdy jest bardzo smutno, to kocha się zachody słońca”. Antoine de Saint-Exupery, Mały Książę (VI)

Był czas II kadencji Sejmiku Województwa Małopolskiego. Czas, w którym Marek Nawara nie pełnił funkcji marszałka województwa. Ale był radnym wojewódzkim. W tym czasie spotykałam go niezbyt często. Przeważnie odwiedzał mnie po zakończonej sesji Sejmiku, które odbywały się już na ul. Racławickiej 56. Były to więc godziny późnopopołudniowe. Zachodziło słońce. Dzień chylił się ku wieczorowi. Pamiętam, jak mówił z ogromnym smutkiem w oczach o rozczarowaniach, jakich doświadcza w odniesieniu do niektórych ludzi, polityków, o planach i zamierzeniach na przyszłość. Mówił powoli i smutno się uśmiechał. Nie umiałam być autorytetem w sprawach politycznych (do dzisiaj nie pojęłam tej sztuki), więc nasze rozmowy schodziły na tematy ostatnio przeczytanej książki, ciekawego filmu, wspomnień z wakacji lub ciekawych miejsc na świecie, gawędziliśmy o kuchniach świata, rodzinie… I tak okazało się, że lubimy patrzeć na zachód słońca, gdy jest nam smutno, i tęsknić za czymś pięknym i lepszym. Widocznie w tym czasie miał potrzebę rozmowy z kimś oswojonym. Cieszę się, że mogłam to być również ja, i mam nadzieję, że takich osób miał więcej w urzędzie i wokół siebie.

138

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Ochroniarz Maciej Kilijański urzędnik samorządowy, b. dyrektor Kancelarii Marszałka Marka Nawary

W „Polskim Słowniku Biograficznym” redaktorzy ujmą to tak: „Marek Nawara – polityk, działacz samorządowy, pierwszy marszałek utworzonego w 1998 roku województwa małopolskiego…”, itd. itp. Dla wielu kolejnych pokoleń taki przekaz byłby jedynym, z jakim mogliby się zapoznać. Byłby, gdyby nie inicjatywa żony Marka Nawary – Moniki Karlińskiej-Nawara, napisania i wydania książki zawierającej wspomnienia ludzi, którzy znali Marka Nawarę, współpracowali z nim, a przede wszystkim lubili go i szanowali. A było nas wielu. Każdy, kto bliżej poznał Nawarę, obserwował jego pracę, znał charakter i metody działania, z pewnością przytaknie – bez fałszywego zadęcia – że była to postać niezwykła. Nawet oponenci (też było ich wielu) powinni to przyznać. I przyznają. Wiem, bo słyszałem. Byłem podwładnym marszałka Nawary. Przez pewien czas miałem przyjemność (i obowiązek) transmitować jego wolę na koleje poziomy zarządzania w Kancelarii Marszałka Województwa Małopolskiego. Z tej przyjemności (i obowiązku) brały się momenty bliskiej koegzystencji, czyli chwile, w których nie mogłem odstąpić Marka Nawary na krok, gotowy na odbiór uwag i poleceń. I tu mała dygresja, którą mogłaby zastąpić wspólna fotografia. Marek Nawara był potężnym mężczyzną. Owszem, wyglądał na niskiego, ale tylko przy Marcinie Gortacie (wiem, bo widziałem). Ja przy Gortacie jestem zupełnie niewidoczny. Ale do rzeczy. Na dożynkach wojewódzkich w Ludźmierzu – był to rok 2000 – aura nie dopisała. W pierwszą niedzielę września było zimno i przez chwilę prószył nawet leciutko śnieg. Wyglądało też słońce, ale jak to w górach – było ostre i oślepiające. Dożynki to taka impreza, na której po modlitwach i przemówieniach na scenę wskakują śpiewacy i tancerze, a gospodarz województwa obchodzi wraz ze świtą kramy i wystawy ukazujące potęgę lokalnego rolnictwa. Ze względu na liczbę miejsc do obejścia wycieczka taka trwać może i dwie godziny. Ruszyliśmy z Markiem Nawarą na ten spacer. On pomimo chłodu tradycyjnie w garniturze i krawacie, a ja w czarnej skórzanej kurtce i z powodu przebłysków słońca w ciemnych okularach. Kręciłem się tak przy Marszałku te dwie godziny, łapiąc uwagi i polecenia (a to przypomnieć, a to umówić). Ponieważ nie miałem nic do pisania, kiwałem tylko głową i stroiłem mądre miny. Przechodziliśmy od stoiska do stoiska, bo Pan

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

139


Marszałek z każdym rozmawiał i od każdego coś musiał spróbować, a to malinkę, a to śliweczkę czy wisienkę, a to ziemniaka rekordzistę pomacał. Zgodnie z regułą nie odstępowałem Marszałka na krok. Nie wiem, jakie legendy krążyły o Nawarze na Podhalu, ale w pewnej chwili podeszła do mnie miła pani z grupy obstawiających Marszałka górali i dyskretnie zapytała: „Przepraszam, czy Pan jest ochroniarzem Pana Marszałka?”. Rewelacja! Na szczęście Nawara tego nie słyszał. Na pewno wybuchnąłby śmiechem. Ja dyskretnie sprostowałem spostrzeżenia tej Pani, ale w duchu czułem się jednak wyróżniony. Marszałek nie miał ochroniarza. Nigdy go nie potrzebował. Zwykli ludzie żywili do niego szacunek i sympatię. Oficjalni goście, politycy, działacze także respekt. Marka Nawarę lubili i szanowali. Nawet wtedy, gdy do mieszkańców Sławkowa, miasta, które za każdą cenę po reformie administracyjnej chciało należeć do Śląska, zwrócił się na pierwszym spotkaniu słowami: „Witam mieszkańców Małopolski!”. Nawet wtedy, kiedy prezydenta Katalonii Jordiego Pujola uraczył krótkim wykładem historycznym o przewagach księcia Józefa Poniatowskiego w czasie wojen napoleońskich, nawiązując podczas rozmowy do portretu księcia wiszącego w gabinecie. Nawet wtedy, gdy broniąc interesów Małopolski, dzwonił non stop na komórki do premiera Millera i ministrów rządu SLD–PSL tak samo często i ostro jak do swoich kolegów zajmujących te stanowiska w poprzedniej ekipie AWS. Nawet wtedy, gdy na zorganizowanym przez Burmistrza Starego Sącza obiedzie w restauracji Marysieńka, odstawiając schabowego, domagał się od zatrwożonego kelnera podania tradycyjnej sądeckiej bryjki. Nawet wtedy, gdy podnosił głos na swoich współpracowników, którzy nigdy nie mogli dopracować się syntezy w przekazywaniu danych i tez do wystąpień, dostarczając na pięć minut przed spotkaniem stosy ładnie spiętych dokumentów. *** 16 września 2010 roku na świeżo odremontowanych Sukiennicach zamykano gałkę – wehikuł czasu, którą potomni otworzą za sto lat. W gałce znalazły się dokumenty podpisane przez osobistości naszych czasów. Marek Nawara, marszałek Województwa Małopolskiego, napisał: „Szanowni Państwo! W roku 2010 Województwo Małopolskie miało dopiero 11 lat. Usilnie staraliśmy się wówczas, aby Małopolska stała się wschodzącym regionem wiedzy. Gdy czytacie Państwo te słowa, Małopolska ma już zapewne 111 lat i jest wiodącym w Europie regionem w zakresie wprowadzania innowacji i wykorzystywania nowoczesnych technologii. Jestem przekonany, że tak jak przed stu laty Małopolanie to wspaniali, kreatywni i aktywni ludzie. Pozdrowienia z przeszłości!”. Kilka miesięcy później pozdrowienia, jakie Marek Nawara skierował do potomnych, już na zawsze pozostały przeszłością. Nie będzie nowych. Zostały wspomnienia.

140

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Pozytywnie nawiedzony Magdalena Doniec działaczka i urzędniczka samorządowa, b. dyrektor Kancelarii Zarządu w Urzędzie Marszałkowskim

Kiedy Monika zwróciła się do mnie z prośbą o napisanie krótkiego tekstu o Marku Nawarze, pomyślałam – oczywiście, jest przecież o czym pisać. No i właśnie, ponieważ jest o czym pisać, po paru dniach zrozumiałam, jak trudne to zadanie. Jak bowiem na kilku stronach opisać znajomość, najpierw czysto służbową, później też prywatną, która trwała ponad dziesięć lat. O czym napisać – jest tyle wspomnień, tyle sytuacji, które pozostały w pamięci, a związane są z osobą Marka Nawary – człowieka, dla którego praca na rzecz dobra wspólnego, bo tak pojmował on samorząd, była istotą życia. Moje pierwsze spotkanie z ówczesnym marszałkiem Województwa Małopolskiego, Markiem Nawarą, miało miejsce za granicą, w Antwerpii, gdzie uczestniczyliśmy w prezentacji możliwości inwestycyjnych w Małopolsce dla przedsiębiorców belgijskich. Mimo iż wtedy pracowałam jeszcze w innej instytucji i nie byłam wprost związana służbowo z marszałkiem Markiem Nawarą, udzielił mi się jego zapał w opowiadaniu o nowej polskiej rzeczywistości, czyli o dopiero co utworzonych regionach, które w 1999 roku miały na papierze sporo zadań, ale środki, jakimi dysponowały, były kroplą w stosunku do dzisiejszych. Jego wręcz entuzjastyczny stosunek do wszelkich propozycji, mogących pozytywnie wpływać na rozwój województwa, pokazywały obraz człowieka, jak by to młodzież określiła, „pozytywnie nawiedzonego” na punkcie samorządu. Później, kiedy rozpoczęłam pracę w Urzędzie Marszałkowskim, byłam pełna uznania dla jego wiedzy, fachowości w sprawach samorządu, uporu w dążeniu do tego, co uważał za najlepsze dla Małopolski. Cechy te oczywiście powodowały, że pracownicy uważali go za trudnego, wymagającego szefa, ale w tym wszystkim potrafiącego zauważyć i docenić ciężką pracę. To od niego nauczyłam się podstaw samorządu w Polsce. I to on zaszczepił we mnie chęć działania dla Małopolski. Pamiętam takie chwile z tego okresu budowania pozycji Małopolski, kiedy do wstąpienia do Unii Europejskiej było jeszcze bardzo daleko, a wszyscy entuzjazmowali się programami przedakcesyjnymi, kiedy to marszałek Marek Nawara uczestniczył w posiedzeniach różnych gremiów decydujących o podziale środków pomiędzy województwa i mimo wielogodzinnego zmęczenia nie odpuszczał, aż nie osiągnął wyznaczonego celu. Często towarzyszyłam Panu Marszałkowi w tych posiedzeniach i doskonale pamiętam, jak wiele osób z różnych ministerstw podkreślało, że trudno jest „wygrać” z zawsze dobrze przygotowanym do dyskusji marszałkiem Nawarą.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

141


Później, po latach, nasza służbowa znajomość przerodziła się również w znajomość prywatną, choć dla mnie zawsze pozostawał szefem i osobą budzącą duży respekt. Marek Nawara w chwilach wolnych, których było niewiele, był zapalonym turystą, a w domu bardzo lubił zajmować się swoim ogrodem. Po wypadku, jaki odniósł na nartach w Austrii, już po przyjeździe na dalsze leczenie do Krakowa, byłam obserwatorem jego walki o odzyskanie zdrowia. Jego determinacja w staraniach o powrót do pracy była ogromna, wielu uważało, że ponad jego możliwości, ale właśnie to był cały Marek – zdeterminowany do walki, walki o samorząd, o Małopolskę, a po wypadku do walki o dojście do formy. Tylko raz jeden widziałam go ze łzami w oczach, łzami radości – zaraz po tym, jak dowiedział się, że po wielu tygodniach pobytu w szpitalu może wrócić do domu…

142

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


13 wspólnych lat Andrzej Masny działacz samorządowy i strażacki, b. dyrektor Departamentu Środowiska Urzędu Marszałkowskiego

„Jam alfa i omega początek i koniec pierwszy i ostatni” Apokalipsa św. Jana Apostoła

I tak to się zaczęło. Jeden z głównych animatorów reformy samorządowej w Polsce – poseł Marek Nawara, został wybrany przez Parlament Regionalny pierwszym w historii marszałkiem Małopolski. Zrezygnował z wygodnego życia parlamentarzysty i wójta na rzecz tworzenia od podstaw czegoś nowego, czegoś niepewnego na ówczesne czasy, ale jakże wyzywającego – Małopolski. Bo sam lubił wyzwania i znakomicie się wtedy sprawdzał. Powiem szczerze, że trudno jest scharakteryzować 13 wspólnych lat. Tyle się bowiem działo w tamtych czasach, czasach pracy od podstaw. Ale jedno mogę podkreślić. Jestem dumny, że od samego początku, czyli od 5 stycznia 1999 roku, mogłem być Jego uczniem i pomagać Mu w dziele tworzenia. Dziś z pierwotnej, ówczesnej styczniowej „ekipy” Nawary zostało dwoje nieprzerwanie pracujących w Urzędzie Marszałkowskim. Skarbnik województwa Marta Tylek i ja. Był wymagającym Szefem, lecz wymagał również od siebie. Spod Jego ręki wyszło szerokie grono polityków, samorządowców i ludzi biznesu. Wielu znanych obecnie ludzi „tabloidów” zawdzięcza mu swą karierę, ale niewielu pamięta, że bez Niego nie mogliby się wybić? Przez lata swego rządzenia, a jak niektórzy mówili w pierwszej kadencji –”panowania”, nikogo z Nas nie zwolnił. Zwrócił uwagę, „ochrzanił”, ale nie skrzywdził. Był twardym przywódcą o „ludzkiej twarzy” i łagodnym „sposobie bycia”. Pamiętam pierwsze spotkanie. To było w ówczesnym hotelu Forum, bodajże w czasie wręczania nagród „Krakowskiego Dukata” w listopadzie lub grudniu 1998 roku. Pracowałem wówczas jako dyrektor wydziału w Urzędzie Wojewódzkim w Krakowie. Reforma samorządowa była już przesądzona, a On organizował grono współpracowników. Pojawił się na tym spotkaniu, podobnie jak i przyszły wojewoda małopolski Ryszard Masłowski, grono biznesmenów, posłów i radnych. Słowem, miałem tam mówić o potencjale gospodarczym przyszłej Małopolski. Powiem szczerze, że miałem tremę, chociaż rzadko mi się to zdarza. I to Jego kolokwialne, spokojne, gdy szedłem do mównicy: „Jak Ci dobrze pójdzie, to Cię wezmę”. No i poszło. Chyba całkiem nieźle, bo od stycznia następnego roku stanąłem na czele Departamentu Strategii Rozwoju.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

143


Ale praca w samorządzie okazała się o niebo trudniejsza niż w strukturach rządowych. Miałem pod koniec stycznia 1999 roku okres rozterki. Do tego stopnia, że chciałem wrócić z powrotem do „rządówki”. Wszystko było już prawie zaklepane. Jednak w pewien styczniowy dzień, w poniedziałek, gdy przez dziedziniec Urzędu zacząłem przenosić swe rzeczy, pojawiła się czarna Vectra, ktoś odkręcił korbką tylną szybkę i pokazała się głowa Szefa. Powiedział niewiele. Nie pamiętam dokładnie co, ale coś w stylu: „nie spiesz się tak bardzo i chodź na kawę”. No i poszedłem na tą kawę. Pogadaliśmy z sobą po ”męsku” przez 15 minut (chociaż zdawało mi się, że trwa to godziny), w czasie których mój sposób patrzenia na dotychczasową czarną rzeczywistość diametralnie się zmienił, a z kwadransa zrobiło się potem 13 lat. Umiał rozmawiać, umiał motywować, a cechą, którą ukochał ponad wszystko, była lojalność i poświęcenie dla sprawy. Pomagał wszystkim komu mógł i kto wymagał potrzebował pomocy. I strażakom, i samorządom lokalnym, i zwykłym ludziom. Bo z nich jako wójt się przecież wywodził i znał ich sprawy najlepiej. I nam, samorządowcom powiatu wielickiego, bo pomógł stworzyć ten jakże mi bliski powiat. I tak można by opowiadać o Marku Nawarze w nieskończoność. Protokół nr VII/11 z obrad VII Sesji Rady Powiatu Wielickiego, która odbyła się w dniu 16 czerwca 2011 r. w auli Starostwa przy ul. E. Dembowskiego 2 w Wieliczce. punkt 1. Otwarcie obrad rozpoczęło się od uczczenia minutą ciszy pamięci zmarłego byłego Marszałka Małopolski Marka Nawary. punkt 18. Andrzej Masny podziękował za uczczenie pamięci Marka Nawary oraz udział radnych w pogrzebie byłego Marszałka. Andrzej Masny przygotował informację dot. wystąpienia Marszałka Nawary w sprawie ustaw o samorządzie województwa i o samorządzie powiatowym.

„Jam alfa i omega początek i koniec pierwszy i ostatni” Nie mogłem uwierzyć w to, co się stało. Jeszcze wieczorem w dzień poprzedzający Jego gwałtowną śmierć umawialiśmy się na spotkanie w dniu następnym na godzinę 15:00. Miałem przyjechać do Niego ze specjalistą od naprawiania mebli. Nie zdążyłem, ale regał na książki naprawiliśmy już później. Straciłem w tym dniu jednego z dwóch przyjaciół, którym zawdzięczałem najwięcej w życiu zawodowym. I pamiętam swój wpis w kwietniu 2009 do zeszytu, który prowadziła Jego żona Monika w szpitalu. Przepisałem go z jednego z portali internetowych: „Męczą cię partyjne twarze; zaufaj Markowi Nawarze”.

144

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Hobby – finanse publiczne! Tomasz Sanecki urzędnik samorządowy, b. asystent marszałka Marka Nawary, b. dyrektor Departamentu Rozwoju Regionalnego UMWM

25 maja 2011 zapowiadał się jak kolejny powszedni dzień – ani taki, który ma być szczególnie ważny, ani taki, który ma być zapamiętany. Ot, po prostu zwykły dzień ze swoimi rytuałami, obowiązkami, sprawami do załatwienia i takimi, których już załatwić się nie udało. A jednak był inny, choć nie z tych powodów chciałbym go pamiętać… Włączony telewizor, poranna porcja informacji i ten przebiegający na dole ekranu pasek – Marek Nawara nie żyje… Trudno opisać moją reakcję, mieszanka niedowierzania, żalu, smutku, pytań: dlaczego, jak to? A słowa – ich nie było, przez dłuższą chwilę siedziałem otępiały i nie mogłem uwierzyć. Potem dopiero telefony, pytania i potwierdzenie, że jednak to prawda… Marszałka Marka Nawarę poznałem w 1999 roku, kiedy rozpoczynał tworzenie od podstaw samorządu województwa, a ja byłem jednym z urzędników w powstającym Urzędzie Marszałkowskim. Wszyscy już wtedy wiedzieliśmy, że jest twardym, wymagającym, nie znoszącym niedoróbek i braku zaangażowania czy kreatywności szefem. Wiedzieliśmy, że choć bywał impulsywny, jest sprawiedliwy, a decyzji nie podejmuje pod wpływem chwili. Tego samego co od nas wymagał i od siebie, stąd mam do dziś przekonanie, że by być dobrym szefem, musi się tak właśnie pracować. Ówcześnie Urząd Marszałkowski, nowy urząd regionalny, był dopiero tworzącym się podmiotem, z niewielką jeszcze liczbą pracowników i kompetencji. Tak naprawdę w niewielkim stopniu istniał także w świadomości ludzi czy instytucji. Swoją podmiotowość wykuwał sobie przede wszystkim dzięki osobowościom, które skutecznie i konsekwentnie ją budowały. Taką osobą był niewątpliwie Marszałek Marek Nawara, który tę kwestię stawiał na co dzień jako niezwykle ważną. Pamiętam, gdy na jednym ze spotkań, było to chyba w Przegorzałach, ksiądz biskup Tadeusz Pieronek powitał Marszałka słowami „witam Pana Wojewodę”. Marszałek lekko się uśmiechnął i skwitował to zdaniem „to biskup nie wie, kim jest marszałek”. Na początku istnienia samorządu województwa takie sytuacje często się zdarzały, dlatego tak istotne było, by je konsekwentnie zauważać, nie dla poprawności nazw, ale dla budowania tożsamości Małopolski i Małopolan, a szerzej – dla samorządu regionalnego. Wszystko to szczególnie blisko mogłem obserwować, gdy przez kilkanaście miesięcy końca pierwszej kadencji (1999–2002) pełniłem funkcję asystenta Marszałka. Był to pierwszy i chyba najważniejszy okres w moim życiu zawodowym, w którym w tak krótkim czasie tak wiele się nauczyłem. Bez najmniejszych wątpliwości mogę powiedzieć, że Marszałek stał się moim nauczycielem, mentorem, kimś, kto w dużej mierze ukształtował moje myślenie o regionie, ale też pokazał, jaką drogą trzeba iść,

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

145


by osiągnąć cel. Bez wątpienia była to też swoista szkoła życia, która dawała bardzo dużo, ale równie dużo wymagała. Praca z Marszałkiem Markiem Nawarą nie należała do łatwych ani prostych z wielu powodów. Marszałek wszystko, co robił, robił na 100 procent – nigdy nie odpuszczał. To wymagało pracy non stop, po kilkanaście godzin dziennie, z pełnym zaangażowaniem i bez cienia zwątpienia w sukces. I tak właśnie On i wszyscy wokół Niego pracowali. Właściwie nie mieliśmy wolnych dni. Dzisiaj spoglądam na swój kalendarz z 2002 roku z niedowierzaniem, jak olbrzymią ilość podróży, spotkań, wystąpień, uroczystości „odbyliśmy” w tym czasie, a przecież obok tego była normalna praca, posiedzenia zarządu województwa, narady, bieżące sprawy. Pamiętam, że graniczyło prawie z cudem zaplanowanie szefowi choćby wolnego weekendu, nie mówiąc już o kilkudniowym urlopie – zawsze były ważniejsze sprawy. Musieliśmy uciekać się do różnych forteli i cierpliwie tłumaczyć, by chciał choć chwilę odpocząć i gdzieś wyjechać. Bez żadnej przesady mogę powiedzieć, że jego życiem był samorząd. Imponowało mi w Marszałku to, że nie było rzeczy, sprawy, której nie można rozstrzygnąć na korzyść regionu, Małopolski. Chodziło o sprawy różnej wagi i znaczenia: jak na przykład możliwość uzyskiwania zwrotu kosztów pobierania opłat na rzecz państwa przez Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska czy uczestnictwa małopolskich gmin górniczych (pominiętych przez rząd) w przedakcesyjnym programie Phare Inicjatywa III, czy wreszcie możliwość samodzielnego stanowienia o sposobie wydawania części środków w ramach Kontraktu Wojewódzkiego. Dla Marszałka nie było ważne, czy o tych sprawach należy rozmawiać z dyrektorem departamentu w ministerstwie, posłem, ministrem, premierem, czy trzeba ją podnieść na forum Konwentu Marszałków, komisji sejmowej czy też Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego (KWRZiST). Po prostu to załatwiał i już! Ta konsekwencja i upór w działaniu zazwyczaj doprowadzała nas do sukcesu. Każdy, kto znał Marszałka, wie, że zawsze miał swoje zdanie i potrafił bardzo mocno je akcentować; by je zmienił – trzeba było mieć bardzo mocne argumenty. Ta cecha nabierała szczególnego znaczenia, gdy w szerszym gronie rozstrzygano jakieś kwestie. Z jednej strony Marszałek potrafił bardzo twardo bronić swojego zdania, a z drugiej był otwarty na dyskusje, słuchał argumentów i wyciągał wnioski. Choć gdy był pewien swego, niewielu osobom udawało się go przekonać. A do tego – w swoich dążeniach i celach, które sobie wyznaczał, był bardzo niezależny. Ta niezależność drażniła wielu, a dla Niego była – tak mi się wydaje – wartością samą w sobie. Cenił i poważał pracowników i współpracowników mających swoje przemyślane zdanie, potrafiących je logicznie argumentować. „Konikiem” Marszałka zawsze były finanse publiczne, które stały się dla Niego narzędziem urzeczywistniania polityki regionalnej. Na tym polu był prawdziwym ekspertem. Jasne zasady, transparentne mechanizmy, niezależność finansowa regionu to cele, do których w tym zakresie dążył. Na temat finansów publicznych zawsze zabierał głos i miał przemyślane, dobrze uargumentowane stanowisko. Oczywiście twardo bronił finansów samorządu. Czasami zastanawiałem się, dlaczego wybrał wykształcenie techniczne, bo ze swoimi umiejętnościami analitycznymi znacznie bliżej mu było do sektora finansowego. Mam też w pamięci wiele wspomnień, które opowiadam z uśmiechem, bo przywołują chwile dla mnie znaczące z różnych – czasem bardzo próżnych – powodów.

146

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Marszałek Nawara był pierwszym współprzewodniczącym Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego. Administracja rządowa nie rozpieszczała nas i o wszystko trzeba było się upominać. Na portierni okazało się, że na posiedzenie komisji Marszałek nie może wejść ze swoim asystentem. W tym czasie wszyscy ministrowie i wyżsi rangą urzędnicy rządowi wchodzili z liczną obstawą swoich pracowników. Marszałek wyciągnął telefon i zadzwonił do ministra Janika. Krótka serdeczna rozmowa dwóch Małopolan i po chwili podążałem za moim Szefem na salę obrad. Ale to jeszcze nie wszystko. Od następnego razu otrzymywałem zaproszenia, które do dzisiaj trzymam na pamiątkę, bo ich ranga była taka, że właściwie mógłbym usiąść obok mojego Szefa przy stole obrad. Pojechaliśmy z Szefem na konkurs skoków narciarskich do Zakopanego. Marszałek – wraz z Prezydentem Kwaśniewskim – mieli wręczać zwycięzcom nagrody. Ze względu na obecność Głowy Państwa sektor VIP-ów był szczególnie chroniony. Wszędzie była wzmożona obstawa: BOR i inne środki bezpieczeństwa. Nie było szans, bym mógł tam także wejść. Marszałek miał w kieszeni dodatkową wejściówkę do strefy „zero” dla przedstawiciela Komisji Europejskiej, ale gość nie dojechał. Patrząc na moją smutną minę, że będąc tak blisko, nie zobaczę skoków, powiedział: „Tomek, nie odzywaj się za wiele i miej minę, jak ci z Brukseli”. I tak znalazłem się w wymarzonym miejscu, oglądając skoki i przeżywając sukces naszego Małysza na wyciągnięcie dłoni. Muszę też powiedzieć, że Marszałek był bardzo dumny ze swoich współpracowników, pracowników, z urzędu i jednostek. Uważał, że jest to jeden z najlepszych – o ile nie najlepszy – zespół ludzi w Polsce. Nie mówił nam tego zbyt często, ale na zewnątrz, w różnych gremiach – byłem tego świadkiem – wielokrotnie to powtarzał. Gdy wspominam Marszałka, to na pierwszy plan nie wysuwa się poważna twarz szefa, polityka, ważnej osobistości Małopolski, ale oblicze ciepłego, dobrego człowieka, zawsze gotowego do pomocy, potrafiącego się śmiać, także z siebie, opowiadać dowcipy. Marszałek lubił robić zdjęcia i nigdy nie przeszedł obojętnie przed wystawą ze sprzętem fotograficznym. Znał dobrze historię i znakomicie kojarzył daty i fakty. Pamiętam też, że bardzo lubił swój dom po dziadku, który sam wyremontował, i z którego był bardzo dumny. Lubił swój ogród, gdzie nie tylko sam kosił trawę i dbał o kwiatki, ale gdzie przyjmował – wraz z żoną – przyjaciół i znajomych na grillowych przyjęciach. Lubił swoją pracę, ale lubił też odpoczynek i relaks w gronie bliskich. Mało kto wie, że Marszałek był okropnym „porannym” śpiochem, co czasami było przyczyną różnych śmiesznych sytuacji, a później wspólnych żartów. Za to wieczorem mógł urzędować do… rana. W mojej pamięci zachowam Go nie tylko jako Szefa, od którego tak wiele się nauczyłem, ale jako dobrego, ciepłego człowieka, którego darzyłem przyjaźnią i zaufaniem.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

147


Renesansowy pragmatyk Andrzej Wałkowicz urzędnik samorządowy, dyrektor Kancelarii Marszałka, b. dyrektor Biura Sejmiku UMWM

Wspomnienia o tych, którzy odeszli, zawsze brzmią podniośle. Tymczasem Marszałek Marek Nawara był człowiekiem nadzwyczaj pragmatycznym, swoim pragmatyzmem zarażał ludzi i posługiwał się nim dla ludzi. Dlatego wspominając go, nie chcę, by brzmiało to podniośle. Przede wszystkim był to dowcipny i inteligentny człowiek, który mimo zasadniczości i szorstkości był w gruncie rzeczy niezwykle wyrozumiały, choć jak się nieraz przekonałem, do czasu. Umiał słuchać ludzi, ważyć ich opinie, dyskutować, rozważać argumenty, lecz decyzje zawsze podejmował sam. Kochał drogi, ale nie lubił samochodów, choć spędził w nich sporą część swojego życia, objeżdżając Małopolskę. Dzięki tym podróżom znał województwo małopolskie jak własną kieszeń. Był regionalistą i dla regionu poświęcał niemal cały swój czas. Mimo ścisłego, technicznego wykształcenia był humanistą w prawdziwie renesansowym duchu. Człowiekiem, który kochał życie, czerpał z niego pełnymi garściami, umiał z niego korzystać. Interesowało go wszystko, szczególnie jeśli miało związek z Małopolską. Pokładał wielkie nadzieje w nauce rozumianej zarówno jako narzędzie poznawania świata i rzeczywistości, jak i rozwijania regionu. W życiu codziennym, jak już wspomniałem, był pragmatykiem, jednak w polityce do końca pozostał idealistą, podręcznikowym wprost chadekiem w świecie coraz bardziej rozmywających się politycznych ideologii. Dlatego na polskiej scenie politycznej nie było ugrupowania, które spełniałoby jego oczekiwania. Na moment odnalazł się w szerokiej formule Akcji Wyborczej „Solidarność”, ale po jej rozpadzie nie mógł, a może nie chciał funkcjonować w świecie centralnej polityki, dlatego wybrał samorząd. Nie dopuszczał do siebie myśli, że polityka może zawładnąć samorządem i niestrudzenie bronił jego niezależności. Odszedł za wcześnie.

148

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Krusząc kamienie… Łukasz Strutyński dyrektor Biura Sejmiku UMWM, b. sekretarz marszałka Marka Nawary

Jest piękna opowieść o średniowiecznym pielgrzymie i trzech kamieniarzach. Gdy pielgrzym zbliżał się do sanktuarium, mijał kamieniołom, w którym zobaczył bardzo ciężko pracujących ludzi. – Co robisz? – spytał każdego z nich. – Nie widzisz? Łupię kamienie! – odparł ze złością pierwszy. – Zarabiam w pocie czoła, by utrzymać swoją rodzinę – powiedział drugi. – Buduję piękną katedrę! – z dumą odpowiedział trzeci, wskazując na rysującą się w oddali budowlę. Każda praca, także (a może zwłaszcza) ta w samorządzie, przypomina czasem kruszenie kamieni. Rzeczywistość jest twarda. Często nie układa się tak, jak byśmy chcieli. Sprawy samorządowe, choć tak ważne dla mieszkańców, są trudne, uciążliwe, wymagają wielkiej determinacji. Marek Nawara był niezwykłym człowiekiem. Potrafił sprawić, że krusząc kamienie, budował piękną katedrę. Tą katedrą w Jego pierwszej marszałkowskiej kadencji było powstanie Małopolski i umacnianie regionalnej tożsamości. Podczas drugiej chciał, by nasz region dogonił najlepszych. Gdy po raz pierwszy powiedział o regionie wiedzy, wielu – także bliskich współpracowników – uważało, że to raczej daleka wizja, niż plan działania. Jednak marszałek Nawara nie tylko mówił, że Małopolska może stać się drugą Bawarią czy Katalonią. Konsekwentnie, kamień po kamieniu, kładł fundamenty pod to dzieło. Czy to wspierając szkoły wyższe, czy umacniając gospodarkę, czy też odbudowując region po kataklizmach. Wielu zapamiętało Go jako wymagającego szefa. Tak było. Miał znakomitą pamięć i niebywałą umiejętność kojarzenia faktów. Nie znosił gadulstwa. Z inżynierską precyzją skupiał się na sprawach najważniejszych. Chciał, by trafiały do Niego tylko te problemy, które nie mogły być rozwiązane na niższym poziomie zarządzania. Nie bał się podejmować decyzji, gdy był przekonany o ich słuszności. W mojej pamięci pozostało bardzo wiele, nie tylko zawodowych, wspomnień, związanych z Markiem Nawarą. Zachęcał mnie tak do samorządowego, jak i prawniczego rozwoju. Namawiał, by jak najprędzej rozpocząć aplikację radcowską, choć wiedział, że ograniczy to moją dyspozycyjność w pracy. Wyniki egzaminu wstępnego otrzymałem, gdy wracaliśmy samochodem z delegacji z Pomorza. Ponieważ egzamin uchodził wówczas za bardzo trudny, od razu pochwaliłem się sukcesem. Marszałek poprosił swojego kierowcę – Pana Mariana – by się zatrzymał. W wiejskim sklepiku kupiliśmy jedyny „szampan” jaki tam był, czerwone wino, które On bardzo lubił i szklane kieliszki – bo przecież okazja była wyjątkowa, choć powrotna droga długa. Kieliszki zachowałem do dziś.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

149


Serce i wiedzę ofiarował Małopolsce Rafał Then urzędnik samorządowy, ostatni asystent marszałka Marka Nawary

Pracę w charakterze asystenta marszałka Województwa Małopolskiego Marka Nawary postrzegam w moim zawodowym życiu w kategoriach największego jak dotąd wyróżnienia i zarazem jako czas największej satysfakcji oraz spełnienia. Pana Marka Nawarę poznałem w 2001 roku, gdy przewodniczyłem jednej ze statutowych komisji Młodzieżowego Sejmiku Województwa Małopolskiego, który pracował pod jego honorowym patronatem. Chociaż Młodzieżowy Sejmik miał charakter wyłącznie konsultacyjny - opiniowaliśmy w większości zagadnienia związane z edukacją, sportem szkolnym oraz te dotyczące dzieci i młodzieży, Marszałek nigdy nie deprecjonował głosu i poglądów młodych ludzi. Wsłuchiwał się w nie. Czas sprawowania przez niego mandatu marszałka Województwa Małopolskiego I i III kadencji to okresy nieporównywalne, z różną tektoniką priorytetów. Pierwsza kadencja to okres budowania przez Pana Nawarę samorządu województwa od podstaw. Trzecia kadencja przypadła na wyjątkowo ważne dla Małopolski lata, kiedy w nowej, unijnej rzeczywistości rozstrzygały się sprawy fundamentalne, decydujące o losie regionu i jego mieszkańców na całe dziesięciolecia. Polityka samorządowa była zawsze dla Pana Nawary tworzeniem historii, koherentnym urzeczywistnieniem wartości i celów, które uzyskały społeczny mandat do realizacji. Marszałek nigdy nie traktował polityki samorządowej wyłącznie w kategoriach zaspokojenia własnych ambicji. Jego myśl dawała inspirację wielu osobom, a uczciwości i szacunku dla ludzi nie mogli odmówić mu nawet polityczni oponenci. To on nauczył mnie, że każda władza czy urząd ma stanowić przede wszystkim sprawny instrument, zaś jej sensem powinno być zawsze pojęcie służby publicznej. Pan Marszałek jak nikt inny wiedział, iż lokalna rzeczywistość wymaga rozwiązywania problemów społecznych i gospodarczych bez partyjnych uprzedzeń. Chciał, aby Małopolska stała się Europejskim Regionem Wiedzy i obok Bawarii, Katalonii, Lombardii, Rhone-Alpes dołączyła do elity regionów o najwyższym poziomie edukacji i gospodarki. Sukcesy polityki regionalnej Marszałka docenił śp. Prezydent Lech Kaczyński, powołując go w styczniu 2010 roku do Narodowej Rady Rozwoju. Prywatnie zapamiętam Pana Marka jako człowieka przyjacielskiego, z fenomenalną pamięcią do nazwisk, dat i wydarzeń. Był tytanem pracy. Mam przed oczami stosy teczek i dokumentów do podpisu, które pakowaliśmy mu do domu. Mam przed oczami zapchany spotkaniami kalendarz i ludzi na ulicy, którym nigdy nie odmawiał rozmowy. Z sympatią i uśmiechem wracam również do tych mniej oficjalnych sytuacji, gdy np. w Muszynie Marszałek nanosił ostatnie poprawki w tekście wystąpienia, a ja wiązałem mu krawat, czy ta, gdy Marszałek stał w korku, a ja musiałem zrobić coś, aby IC do Warszawy trochę na nas zaczekał. Innym rysem charakteru Marszałka, który mnie ujął, i którego nigdy nie zapomnę, była bardzo silna wieź z żoną Moniką. Marszałek – mąż stanu, często podkreślał, jakie ma szczęście, że w jego życiu pojawiła się taka Kobieta.

150

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Wraz z jego nagłym i przedwczesnym odejściem w moim życiu skończyła się pewna ważna epoka. Pomimo bólu uświadomiłem sobie jednak, że chociaż Marszałek odszedł, to nie ma pustki, bo tak wybitni ludzie jak on żyją wiecznie.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

151


„Marian, bo my jesteśmy już spóźnieni…” Marian Odrzywolski pierwszy, wieloletni kierowca marszałka Marka Nawary

Moja historia ośmioletniej współpracy z Marszałkiem Markiem Nawarą zaczęła się od pożyczki. To znaczy Pan Marszałek „wypożyczał” mnie razem z samochodem od wojewody, bo na początku nie miał nic. Po wprowadzeniu nowych województw, urząd marszałkowski otrzymał cztery czy pięć pokoi bez mebli od Urzędu Wojewódzkiego, a resztę wyposażenia musiał sobie zorganizować we własnym zakresie. Zajmował się tym głównie Pan Marszałek, tocząc mniejsze i większe boje z Urzędem Wojewódzkim. Po kilku miesiącach wspólnej jazdy Pan Nawara zaproponował, żebym „przeszedł” do Urzędu Marszałkowskiego. I 6 maja 1999 roku stało się to faktem, zmieniłem formalnie miejsce pracy razem z samochodem, czyli dwuletnim Oplem Vectrą. Oprócz tego samochodu, Wojewoda przekazał jeszcze Marszałkowi cztery inne używane, a raczej bardzo zużyte, auta. Na samym początku ustaliliśmy kwestię lojalności. Zauważyłem, że w mojej obecności Marszałek przez telefon rozmawia półsłówkami, jakby się obawiał, że powie za dużo, że ktoś się dowie… Wprost Mu powiedziałem: „Panie Marszałku, albo sobie ufamy, albo nie ma sensu żebyśmy razem pracowali. To, co się mówi w tym samochodzie, zostaje w tym samochodzie.” Od tej pory Marszałek Nawara darzył mnie swoim zaufaniem, którego – mam nadzieję – przez osiem lat nie zawiodłem. Musieliśmy sobie ufać, bo spędzaliśmy ze sobą więcej czasu niż z naszymi rodzinami. Mogłem Mu wszystko szczerze powiedzieć, bo cenił prawdomówność i zawsze podkreślał, że woli najgorszą prawdę usłyszeć wprost ode mnie niż potem od osób trzecich. Pan Marszałek Nawara był człowiekiem niezwykle zaangażowanym i pracowitym. Zaczynał pracę około 8.00 rano już w samochodzie, gdy wiozłem Go do Urzędu, a kończył… po północy. W każdym razie, to On był tym, który gasił światło w Urzędzie. Zawsze czekałem, by odwieźć Go do domu. Przeważnie w miesiącu przepracowywałem ponad 300 godzin – podobnie jak Pan Marszałek. Tak było przez pierwsze pół roku, kiedy musiał zorganizować od zera cały Urząd i wszystko poukładać. Gdy urząd już zaczął funkcjonować, tryb pracy się zmienił, zaczęły się częste wyjazdy. Najwięcej wyjazdów zaliczaliśmy w soboty i w niedziele, bo wtedy samorządy urządzały imprezy, na które zapraszały Pana Marszałka. Pan Marek nie odmawiał, bo czuł się gospodarzem województwa i wiedział, że dla samorządowców Jego obecność na uroczystości jest ważna. Jednego dnia „objeżdżaliśmy” nieraz trzy lub cztery imprezy. Jeśli tylko był czas, Pan Marszałek starał się nie ograniczać jedynie do części oficjalnej z władzami lokalnymi, ale też porozmawiać z ludźmi: ze strażakami, z rolnikami, z młodzieżą. Ciągnęło Go do ludzi, lubił ludzi i ludzie Jego lubili za tę bezpośredniość właśnie, za to, że się nie wywyższał, że pogadał, pośmiał się z nimi i czasami wypił kielicha.

152

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Marszałek miał bardzo dużo obowiązków – wszystkim się bardzo przejmował i starał się mieć na wszystko oko. A czasu zawsze brakowało, więc gdy wyruszaliśmy w trasę, Pan Marek wpadał do samochodu i rzucał: „Marian, bo my jesteśmy już spóźnieni… Zdążymy?” I musieliśmy zdążyć. Na szczęście policjanci wykazywali duże zrozumienie dla pośpiechu Marszałka. Przez te wszystkie lata Pan Nawara, który zawsze siedział i pracował na tylnym siedzeniu, tylko raz zapiął pas, gdy jechaliśmy autostradą do Katowic i odcinek pomiędzy bramkami pokonaliśmy w 13 minut. Swojego czasu bardzo głośno podnoszona była kwestia samochodu Marszałka. Wszyscy się czepiali, że mu „woda sodowa uderzyła do głowy” i dlatego kupił sobie BMW. A sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Najpierw przez rok Marszałek jeździł używanym Oplem Vectrą z Urzędu Wojewódzkiego, który potem – z powodu braku klimatyzacji, co przy tylu podróżach było bardzo uciążliwe - zamienił na używany Renault Lagunę po byłym wicewojewodzie tarnowskim. Ten samochód był bardzo niewygodny i zupełnie nie nadawał się do pracy, bo miał miękkie zawieszenie, a Marszałek jeżdżąc przez cały czas pracował: przeglądał i podpisywał dokumenty. Urząd Marszałkowski ogłosił więc przetarg na zakup samochodu. W ogłoszeniu przetargowym podano wymagane parametry i jedynym kryterium wyboru była cena. W przetargu wystartowała, m.in. firma Misiak, której właściciel (już świętej pamięci) ze względów prestiżowych zaoferował Urzędowi samochód BMW o wartości 160 tysięcy złotych za 120 tysięcy. Była to najniższa oferta i dlatego Urząd Marszałkowski kupił właśnie samochód marki BMW. Nie było tu żadnej zachcianki Marszałka, żadnej „palmy”, ani „wody sodowej”. Pan Marszałek Nawara bardzo dbał o czystość. Zawsze był schludny i lubił, żeby Jego otoczenie było czyste. Nigdy nie wsiadł do samochodu w brudnych butach – zabłoconych, czy zaśnieżonych – zawsze najpierw je oczyścił. Dbałem o czystość samochodu, a Pan Marek to doceniał i szanował. Zresztą zawsze w samochodzie musiał mieć pastę i szmatkę do butów.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

153


Pewnego razu wróciliśmy z dłuższej trasy około pierwszej w nocy, odwiozłem Marszałka do domu, a potem pojechałem kilka godzin się przespać, aby po siódmej rano następnego dnia zabrać Go do pracy. Gdy przyjechałem po Niego, był niezadowolony, że samochód jest brudny. Wtedy Mu powiedziałem, że jeśli myślał, że w nocy, zamiast spać, będę Mu mył samochód, to się pomylił. Marszałek przyznał mi rację i uzgodniliśmy, że do myjni pojadę, gdy zawiozę Go do Urzędu. W drugiej kadencji, w latach 2002–2006, Pan Marek Nawara nie został wybrany marszałkiem, mimo to nadal utrzymywaliśmy kontakty. Odwiedzałem Państwa Nawarów w ich domu w Batowicach 2-3 razy w miesiącu. A kiedy po wyborach w 2006 roku Pan Marek wrócił na fotel marszałka województwa, ja wróciłem do pracy jako Jego kierowca. Pan Marszałek sam bardzo ciężko pracował i bardzo wiele wymagał od współpracowników, ale zarazem umiał docenić i nagrodzić ten wysiłek. Gdy dowiedział się, że przez cztery lata nie dostałem żadnej podwyżki, ani nagrody, nie chciał wierzyć. A jak sprawdził i przekonał się, że tak rzeczywiście było, to postarał się mi to zrekompensować. Jednym z bardziej pamiętnych momentów drugiej kadencji była próba odwołania Marszałka przez PiS. W piątek Pan Marszałek polecił zawieźć się do Rynku do kawiarni „Europejska” na spotkanie z panem posłem Zbigniewem Ziobro. Wrócił stamtąd mocno wzburzony. Po chwili się odezwał: „Marian, on powiedział, że mnie w poniedziałek odwołają, a ja mu na to, że za krótko w polityce pracuje, żeby mnie odwoływać”. To był burzliwy weekend, ale skończyło się dobrze – Pan Nawara porozumiał się z PO i pozostał na stanowisku Marszałka. A PiS i Zbigniew Ziobro dostali nauczkę. Po wypadku, gdy Pan Marek Nawara dochodził do zdrowia w Krakowie w klinice przy ulicy Botanicznej, byłem jedną z niewielu osób, którym Pani Monika pozwalała Go odwiedzać. Bardzo starał się wrócić do zdrowia i chciał jak najszybciej wracać do pracy. Gdy się to wreszcie udało, widać było, jak Mu brakowało pracy i jak ona Go cieszy. Po chorobie stał się spokojniejszy, bardziej pogodny i tolerancyjny. Postanowił, że będzie teraz się oszczędzał i będzie krócej pracował. Przez półtora miesiąca rzeczywiście tak było – kończyliśmy pracę o 16.00, ale potem, jak się Marszałek rozkręcił, to znowu siedział do 22.00. Praca była Jego żywiołem. Kilka miesięcy po powrocie Pana Marka do pracy zdarzył nam się wypadek. Pierwszy i jedyny w mojej 30-letniej pracy kierowcy. Na ulicy Krakowskiej w Krakowie wjechał w nas samochód wyjeżdżający z podporządkowanej ulicy. Nikomu nic się nie stało. Jechaliśmy na spotkanie i Pan Marszałek dalej poszedł piechotą, a ja zostałem, by załatwić formalności. To był piątek po południu. W poniedziałek dostałem zawału serca, który na pół roku wyłączył mnie z pracy. W tym czasie skończyła się trzecia kadencja samorządu województwa i druga Pana Marszałka. Pan Marek Nawara kochał samorząd i bardzo przeżył przegraną w wyborach w 2010 roku. Liczył na to, że jednak ktoś będzie chciał wykorzystać Jego wiedzę, doświadczenie, umiejętności i pasję, ale… nie doczekał się żadnej propozycji. Bardzo przeżyłem Jego śmierć, bo byliśmy ze sobą, jak stare dobre małżeństwo – na dobre i na złe. Dla mnie to były bardzo dobre lata.

154

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Igorek będzie pamiętał Albert Bartosz z żoną Moniką i na zawsze wdzięcznym Igorkiem dyrektor delegatury Urzędu Marszałkowskiego w Oświęcimiu, prezes fundacji „Mała Orkiestra Wielkiej Pomocy”

W czasie, gdy nasz czteroletni syn Igorek był operowany w Uniwersyteckim Szpitalu w Prokocimiu, uczestniczyłem właśnie w naradzie dyrektorów w Urzędzie Marszałkowskim. Nie wiedziałem jeszcze, że pozornie błaha operacja wycięcia polipa z ucha miała okazać się początkiem nowego trudnego rozdziału w naszym życiu. Zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszałem płaczącą żonę. Łkając wypowiedziała do słuchawki te straszne słowa: nowotwór złośliwy. W tym momencie mój świat legł w gruzach. Nie pamiętam już, jak dojechałem samochodem z Racławickiej do Prokocimia. Nawet nie wiem, czy byłem przytomny. Potem ją zobaczyłem. Siedziała pod salą operacyjną. Skurczona i jakby mniejsza. Razem płakaliśmy. Trwało to jakiś czas. A potem spojrzałem jej w oczy i powiedziałem, że to są ostatnie łzy, zarówno jej jak i moje, bo od teraz zaczynamy walkę. Walkę o życie naszego dziecka! I musimy ją wygrać! W międzyczasie wywieźli naszego synka z sali operacyjnej. Był malutki na wielkim łóżku, wśród kroplówek. Wydawał się taki bezradny i jakby jeszcze mniejszy w kontekście tego, o czym już wiedzieliśmy. Spał spokojnie, nie zdając sobie sprawy z wyroku, jaki wydał na niego los. Nowotwór tkanki miękkiej – mięsak prążkowanokomórkowy, w najgorszej z możliwych lokalizacji – okołooponowej, w Polsce nieoperowalny. A potem zaczęły dziać się cuda. Zaczęliśmy zbierać fundusze na leczenie Igorka i nie wchodząc zbytnio w szczegóły, otrzymaliśmy błogosławieństwo przyjaźni i empatii od kilkunastu tysięcy ludzi z Polski i całego świata. Wiele gestów, słów i sygnałów. Ale jednym z pierwszych i najważniejszych, który był nam niezwykle potrzebny i bardzo nas umocnił w walce, był telefon od mojego ówczesnego szefa – Marszałka Województwa Małopolskiego, Marka Nawary. Było dość wcześnie, przyszedłem do pracy i odpaliłem komputer. Chciałem normalnie pracować, bo choć ciężko było mi się skoncentrować na pracy, wiedziałem, że zaangażowanie w nią pozwoli mi oderwać się od tragedii i nie zwariować. Rozległ się sygnał telefonu komórkowego. Dzwonił mój serdeczny kolega Łukasz Strutyński, wtedy bliski współpracownik Marszałka. Łukasz spytał, jak się trzymam. Odpowiedziałem zdawkowo, że raczej kiepsko, ale w domu muszę robić dobrą minę, żeby nie załamywać innych. Łukasz powiedział kilka miłych słów i zakomunikował, że chce ze mną osobiście rozmawiać Marek Nawara. Myślałem, że chodzi o kwestie służbowe, bo zdarzało się, że konsultował ze mną szczegóły swoich wizyt w zachodniej Małopolsce. Tym razem było inaczej. Bez zbędnych wstępów, raczej stwierdził, niż spytał: – Potrzebujesz pomocy. – Przytaknąłem. W głowie kłębiły mi się myśli – skąd

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

155


wie, jak to się stało, że tak szybko zadzwonił? Ale byłem też bardzo szczęśliwy, bo od tego momentu przestałem czuć się w tej walce sam. Wiedziałem, że mam sojusznika, z jednej strony „potężnego”, ale z drugiej takiego, który doskonale, po ludzku wie, czym jest walka z ciężką chorobą. Opisałem pokrótce przypadek Igorka i stwierdziłem, że będę wdzięczny za jakąkolwiek pomoc. Odpowiedział, krótko i lakonicznie: – Dobra. Pojedziesz na konsultację do profesora Marka Moskały. To wspaniały neurochirug, któremu ja zawdzięczam życie i zdrowie. Zadzwonię też do kliniki w Prokocimiu i zobaczymy, co tam mówią. Bądź w kontakcie z Łukaszem. I trzymaj się. Potem oddał słuchawkę Strutyńskiemu, z którym ustaliłem szczegóły naszej wizyty u jednego z najwybitniejszych neurochirurgów w Polsce. Tak po prostu…. Nigdy nie zapomnę sposobu, w jaki ze mną tego dnia rozmawiał Marek Nawara. Tonu głosu, z którego można było wywnioskować, że muszę jak najszybciej wziąć się w garść i rozpocząć walkę. On proponuje pomoc, ale działanie pozostawia nam. Emanowała z niego pewność siebie i przekonanie, że w obliczu choroby nie ma miejsca na rozczulanie się. Dopiero po jakimś czasie pojąłem, że dobrze rozumiał mój ból, ale jeszcze lepiej – że w tej sytuacji nie wolno mi się poddać. Podjęliśmy walkę. Przestaliśmy być w Prokocimiu anonimowi, co na pewno nam nie zaszkodziło. Po dwóch miesiącach okazało się, że nowotwór Igorka zmniejszył się drastycznie, co było wprost nie do uwierzenia i polepszało rokowania. W krótkim czasie zebraliśmy też pieniądze na dalsze leczenie i wyjechaliśmy do Freiburga, gdzie trafiliśmy pod opiekę prof. Udo Kontnego. To tam usłyszeliśmy pewnego pięknego letniego dnia, że leczenie zostało zakończone sukcesem, nasze dziecko jest już zdrowe i wszyscy możemy żyć na nowo. Tego dnia narodziliśmy się ponownie. A przecież wszystko zaczęło się od pewnego telefonu… Podczas kilkumiesięcznej hospitalizacji Igorka spotykałem Marka Nawarę wiele razy. Nawet w trakcie największych sporów koalicyjnych zatrzymywał się obok mnie i pytał „jak tam synek”? Kiedy opowiadałem szybko, że jest coraz lepiej, mówił swoim zwyczajem: – Dobrze, walczcie dalej. – I wracał, do swojego świata. Często też rozmawiałem z Łukaszem, który następnie referował Marszałkowi, jak przebiega leczenie malucha. O śmierci Marszałka Marka Nawary dowiedzieliśmy się rankiem 25 maja 2011 roku. Informacja była dla nas szokiem, bo wszystko wskazywało, że wraca do zdrowia. Tego dnia mieliśmy się spotkać w moim rodzinnym mieście, w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Oświęcimiu, którą Marszałek miał odwiedzić, aby odebrać Medal Uczelni. Ja i moja żona, która tam pracuje, chcieliśmy mu jeszcze raz gorąco podziękować. Nie zdążyliśmy. Nie dotarł. Wieczorem, kiedy kładłem spać syna, opowiedziałem mu o pewnym „bardzo ważnym Panu”, który pomagał mu w czasie leczenia i który niestety zmarł. Igorek patrzył na mnie swoimi rozumnymi oczkami i sam zaproponował, żebyśmy się za niego pomodlili. I zrobiliśmy to, a ja patrząc na moje zdrowe już dziecko, zastanawiałem się, co by było, gdyby nie mój były szef i telefon od Niego. Dziękuję Bogu, że nie musiałem się o tym przekonywać. „Człowiek jest wielki nie przez to, co posiada, ale przez to, kim jest...”, a Marek Nawara był dla nas tak bardzo „kimś”. Nie w blasku fleszy. Nie dla poklasku. Dyskretnie. Po cichu. Nieomal w zaciszu gabinetu. Nie po to, żeby zbić na tym jakikolwiek kapitał, ale dlatego, żeby pomóc dziecku. Panie Marszałku – jeszcze raz dziękujemy.

156

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Rozumieliśmy się bez słów Kazimierz Wapiennik organizator służby zdrowia, były dyrektor wojewódzkich jednostek medycznych

Trudno wspominać kogoś, kto jest wciąż bardzo żywy w pamięci, myślach i refleksjach nie tylko moich, ale także mojej rodziny, przyjaciół, znajomych i współpracowników. Marka Nawarę poznałem na przełomie 1993/1994 roku, gdy byłem prezesem Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej Województwa Krakowskiego. Już w czasie pierwszego spotkania z Markiem w siedzibie Funduszu wydawało nam się, że znamy się od zawsze, że na pewno już się gdzieś spotkaliśmy. Marek bowiem w sposób niezwykle naturalny przeszedł w bezpośredniej rozmowie „na Ty”. Był wtedy wójtem w Zielonkach i ubiegał się o przyznanie pożyczki na rozbudowę kanalizacji. W tym okresie przyznanie takiej pożyczki nie było sprawą prostą, ale ja nie miałem najmniejszych wątpliwości, że wywiąże się z wszelkich warunków, jakie postawił Fundusz. Dzięki zaproszeniu ówczesnego wojewody krakowskiego Tadeusza Piekarza byłem obecny w sali obrad Rady Miasta Krakowa, kiedy w 1994 r. wybierano (a trwało to dość długo) Marka Nawarę na Przewodniczącego Sejmiku Samorządowego Województwa Krakowskiego. Tak naprawdę , to właśnie wtedy Marek po raz pierwszy został marszałkiem, gdyż tak właśnie tytułowano zwyczajowo przewodniczącego. W latach 1995–1999 widywaliśmy się podczas różnych świąt i uroczystości, np. organizowanych przez Izbę Przemysłowo-Handlową w Krakowie. Spotykaliśmy się w biurach, lub po prostu na urzędowych korytarzach. Okazją do dłuższych konwersacji był zawsze czas przy okazji wyborów samorządowych czy do Sejmu. W latach 1999–2000 wielokrotnie bywałem w gabinecie Marka, gdy był marszałkiem Województwa Małopolskiego. Prosiłem Go między innymi o poparcie w sprawie ochrony marki krakowskiego Polmosu, a Marek zdecydował się to poprzeć. Tak się zaczęły między nami relacje pełne zaufania. Rozumieliśmy się bez słów. Tylko w sytuacjach nadzwyczaj trudnych musieliśmy się kontaktować osobiście. Na początku czerwca 2000 roku zostałem zaproszony na spotkanie, na którym Marek zaproponował mi objęcie funkcji dyrektora Małopolskiej Kolumny Transportu Sanitarnego w Krakowie. Przyjąłem tę funkcję w bardzo trudnej sytuacji, gdyż w Krakowie i innych oddziałach, między innymi w Miechowie i w Myślenicach, przelewała się fala różnorodnych form protestu pracowników. Wiedziałem jednak, że Marek bardzo na mnie liczył. Po kilku miesiącach zarządzania firmą wszcząłem postępowanie służące połączeniu dwóch jednostek: Miejskiej Kolumny Transportu Sanitarnego z Krakowskim Pogotowiem Ratunkowym. Na ówczesne czasy przeprowadzenie „fuzji” dwóch podmiotów publicznych, samorządowych, z dziedziny ochrony zdrowia, było pionierskim eksperymentem (jednym z niewielu w Polsce, jeśli nie jedynym). Takie rozwiązanie miało sporo zagorzałych przeciwników (także w Urzędzie), ale Marek mnie wspierał. Mogłem też liczyć na wsparcie Zarządu

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

157


Województwa, który był tworzony przez Marka i składał się z dobrze przygotowanych do pełnienia tych funkcji ludzi. Po zrealizowaniu tego trudnego przedsięwzięcia stałem się dla Marka człowiekiem do spraw szczególnie trudnych. W latach 2007–2010 zostałem powołany na likwidatora Szpitala Kolejowego Krakowie i znów mogłem współpracować z Markiem, który ponownie został wybrany marszałkiem Województwa Małopolskiego. Wspierał mnie bezpośrednimi działaniami, bez których nie mógłbym z powodzeniem zakończyć likwidacji tej placówki (polegającej w głównej mierze na uregulowaniu stanu prawnego nieruchomości). Miał genialną pamięć tak przydatną w Jego pracy, umiał też słuchać innych i podejmować trafne decyzje. Marek lubił ostrą jazdę na nartach, ale był też świetnym narciarzem. W lutym 2009 roku bardzo wstrząsnęła mną wiadomość o jego poważnym wypadku w Austrii. Uczestniczyłem wówczas w organizowanych mszach świętych. w intencji Jego powrotu do zdrowia. Pamiętam Jego powrót do pracy, pierwsze rozmowy i nadzieje, że wszystko będzie dobrze. Kilkakrotnie potem spotykaliśmy się, choć tylko na krótko. Znajdował chwile by pogadać i udzielić mi życzliwych rad. Ostatni raz kontaktowałem się z Markiem Nawarą 25 kwietnia 2011 r., składając Mu życzenia imieninowe. Nie miał stałej pracy. Ubolewał nad tym. Miał nadzieję, że jednak uda Mu się ją gdzieś znaleźć. Niestety miesiąc później dotarła do mnie wiadomość, że Marek nie żyje. Byłem zszokowany. Pozostała pustka, której nikt nie może wypełnić, nie ma bowiem takiej osoby, która mogłaby Go zastąpić.

158

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Tworzyliśmy wszystko od początku Wiesława Onyszko urzędniczka samorządowa, dyrektor Departamentu Geodezji Urzędu Marszałkowskiego

Marka poznałam w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym Przemysłu Wyrobów Metalowych MEDOM przy ul. Miodowej. Była to Jego pierwsza praca po ukończeniu studiów. Ja pracowałam już tam od jakiegoś czasu. Ukończyłam tę samą uczelnię i ten sam kierunek, więc mieliśmy wspólnych znajomych, tematy i wspomnienia. Marek pracował w innym zespole i prowadził prace badawcze. Miał opinię człowieka pracowitego, solidnego i mądrego. Zapamiętałam go jako przystojnego mężczyznę – chłopaka wysokiego, szczupłego, o uśmiechniętych oczach, pełnych radości i życzliwości. Raczej skromny, robił nawet wrażenie nieśmiałego. Podobał się dziewczynom, ale nie był typem podrywacza. W MEDOMIE pracowali młodzi ludzie, chętnie spotykaliśmy się popołudniami przy lampce wina, rozmawiając nie tylko o sprawach związanych z pracą. Lubiliśmy te spotkania i siebie nawzajem. Był koniec lat osiemdziesiątych. Nasz Ośrodek (wtedy POLMETAL) czekały zmiany. Marek czynił starania, abyśmy nie stracili pracy. Jego zamysłem było przekształcenie Ośrodka, startował więc w konkursie na dyrektora i miał wielkie szanse. W tym samym czasie odbywały się w Polsce pierwsze wybory samorządowe. Marek został radnym w swojej Gminie Zielonki i dostał propozycję objęcia funkcji wójta. O wyborze – jak się później okazało – nowej drogi życia zadecydowała kolejność wydarzeń. Rozstrzygnięcie w gminie następowało wcześniej niż w naszym Ośrodku. Gdy był wójtem Zielonek, dochodziły do mnie informacje o jego kreatywności, energii, o pozytywnych zmianach, jakie zachodzą w gminie, o jej rozwoju. W tym okresie widzieliśmy się dosłownie kilka razy. Spotykaliśmy się jednak na uroczystościach uczelnianych. Pamiętam, jak pewnego razu zwierzył mi się, że jest bardzo zakochany. Wybranką była Monika, Jego późniejsza żona. Straciłam pracę w prywatnej firmie w tym samym czasie, kiedy Marek został marszałkiem Województwa Małopolskiego i organizował Urząd Marszałkowski. Zaproponował mi zatrudnienie w Wydziale Gospodarki. Tworzyliśmy pod jego kierownictwem wszystko od początku. Był to fascynujący okres w moim życiu zawodowym. Takiego Marka nie znałam. Wielokrotnie szczerze Go podziwiałam za Jego zmysł organizacyjny, za panowanie nad wszystkimi sprawami, za zdrowy rozsądek, za rzeczowe podejście do każdego tematu, konsekwencję. Wystąpienia publiczne nie stanowiły dla Niego problemu. Bez nerwów, tremy. Nie musiał się przygotowywać i zawsze wiedział, o czym mówi. Miał charyzmę. Byłam z Niego bardzo dumna. Jako jedyny z nas wybił się i tworzył coś znaczącego, historycznego. Współpraca z Nim nie zawsze była łatwa, gdyż wymagał kreatywności, propozycji rozwiązywania problemów, jednym słowem „pełną parą do przodu!”. Wymagał jednak tak samo od siebie. Dla mnie miał zawsze uśmiech i życzliwość. Odwiedzam Go teraz na Rakowicach, świecę światełko i nie mogę uwierzyć, że odszedł tak wcześnie.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

159


Ciągle mnie musisz gonić! Robert Romanowski dyrektor generalny Hotelu Swing Sp. z o.o., b. urzędnik samorządowy, b. prezes zarządu MARR SA

Jak zacząć… …brakuje Go w chwilach trudnych, i tych radosnych, a w telefonie pozostał Jego numer... i zdjęcie. Poznałem Marka w roku 1995 w Zielonkach. Później, gdy wybrano Go posłem do Sejmu III RP, spotykaliśmy się sporadycznie w Urzędzie Miasta Krakowa w trakcie Jego interwencji wynikających z pracy poselskiej. Wszyscy byliśmy zszokowani, kiedy rezygnował z mandatu, by jako marszałek województwa tworzyć struktury nowego urzędu. Przełom lat 1998/1999 był czasem budowania zrębów przyszłego samorządu województwa. Małopolska była dla Niego zawsze najważniejsza. W tym czasie kierowałem Agencją Rozwoju Regionu Krakowskiego SA (przemianowanej później z inicjatywy Marka na Małopolską Agencję Rozwoju Regionalnego). Kiedyś przypadkowo spotkaliśmy się w trakcie przerwy w posiedzeniu Rady Miasta Krakowa. Marek był w przededniu przejmowania przez Województwo Małopolskie akcji Agencji, miała ona teraz służyć szeroko rozumianemu rozwojowi regionalnemu. Pamiętam słowa Marka: „Robert, musicie cały swój wysiłek włożyć w rozwój naszego województwa, musicie być naszym orężem w walce o przyszłość regionu – nie zawiedź mnie”. No i zaczęło się... były momenty, kiedy wydawało się, że nie można za Nim nadążyć… ciągle za wolno, za mało, nie tak, jak to sobie wyobrażał. By „nauczyć” się Marka, potrzebowałem roku, później szło już łatwiej. Mogłem Go poznać też z drugiej strony, jako zwykłego człowieka – nie marszałka województwa, ale jako towarzysza podróży, kawalarza, brydżystę, narciarza… Czasem bywało zabawnie. Jako przedstawiciel MARR SA towarzyszyłem Markowi w trakcie uroczystości polonijnych w Adampolu. Adampol, inaczej Polonezköy, to polska wioska w Turcji, założona w połowie XIX w., osada polskich emigrantów na obrzeżach szybko rozrastającego się Stambułu, po azjatyckiej stronie cieśniny Bosfor. Na zaproszenie Marka na uroczystości przybył również stacjonujący nieopodal na misji NATO – generał Mieczysław Bieniek. W trakcie festynu urodziwe Polonuski tańczyły staropolskie tańce, zachęcając Marka i Generała do wspólnej zabawy. Marek, który chyba niezbyt pewnie czuł się w tych rytmach, zasugerował jednej z pań, że w tańcu mistrzem nad mistrzami jest właśnie Pan Generał. Długo nie trzeba było czekać, Generała porwano do obertasa, a chwilę potem urocza tancerka (chyba nielekka) wylądowała mu na rękach. Stojący nieopodal Marek pochylił się do grającej

160

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


kapeli i zażartował: „Generał to może tak tańczyć… i pół dnia”. No i kapela rżnęła i rżnęła… Ciekawe, czy Pan Generał wiedział, kto był autorem tego psikusa. (Tak na marginesie, generał Bieniek dotrwał w tańcu do końca, i to w świetnej kondycji). W Adampolu mieliśmy jeszcze jedną zabawną historię. Plagą w tym rejonie były skorpiony. W trakcie przemarszu do miejsc naszego zakwaterowania Marek natknął się w trawie na ogromnego przedstawiciela tego gatunku. Przywołał mnie i namówił, bym wrzucił go do swojej wanny i narobił rabanu wśród całej delegacji, sugerując, że dla bezpieczeństwa wszyscy muszą przeglądnąć zakamarki w swoich pokojach. Rejwach zrobił się niewąski, a my ukradkiem, chichocząc, obserwowaliśmy, jak członkowie delegacji wywracali łóżka w poszukiwaniu skorpionów. Tej nocy nie było spania. Pasją Marka był brydż. Tu z kolei mnie Marek wpuścił w maliny. Organizowaliśmy wespół z władzami województwa (na zamku w Niedzicy) warsztaty poświęcone rozwojowi regionalnemu i roli MARR SA. Po burzliwych dyskusjach wieczorem ktoś rzucił pomysł, by zagrać partyjkę brydża. Wtedy jeszcze nikt z nas nie wiedział, że Marek jest starym brydżowym wyjadaczem. Po pierwszym rozdaniu i moim wiście Marek zasapał się – co zrozumiałem jako krytykę mojego otwarcia. Rzuciłem mimochodem jakieś „przepraszam”. Trzy kolejki później Marek, śmiejąc się, opowiada kawał: „Jegomość nie mogąc trafić do filharmonii, spytał lekko zawianego gościa: Proszę pana, jak dostać się do filharmonii? – Proszę pana, odpowiada gość, trzeba się uczyć, uczyć, uczyć”. Więcej w brydża z Markiem nie zagrałem. Marek nie lubił podporządkowywać się rygorom. Gdy odbywaliśmy wizytę we Lwowie, od granicy eskortował nas wóz ukraińskiej milicji. Przed wyruszeniem zabronili nam gdziekolwiek zbaczać, nakazując jechać za sobą w odległości około 30 metrów. Milicjanci wyposażeni byli w potężne megafony, umieszczone na dachu samochodu, i gdy zbliżaliśmy się do jakiegoś wyprzedzanego pojazdu, ci, używając swoich megafonów, zmuszali kierowcę do natychmiastowego zatrzymania się na poboczu. Marek cały czas kombinował, jak by tu zrobić milicjantom psikusa. W pewnym momencie, gdy byli zajęci pouczaniem jakiegoś niesubordynowanego szofera, Marek rzucił do naszego kierowcy, by skręcił w boczną drogę. Tak też się stało, po kilkuset metrach znaleźliśmy się w średniowiecznej, zacofanej wsi, gdzie stare drewniane domy otoczone były płotkami z gałęzi, prawie nagie dzieciaki piekły w ognisku ziemniaki, bydło pracowało zaprzęgnięte do prymitywnych drewnianych pługów, a przez otwarte odrzwi domów widoczne były klepiska. Byliśmy zszokowani. Marek powiedział sentencjonalnie: ”Gdy chce się poznać prawdę, warto czasem zjechać z głównej drogi”. Po chwili dogonili nas milicjanci i chcąc nie chcąc powróciliśmy na wytyczoną trasę. Mógłbym snuć o Marku wiele wspomnień. Może kiedyś je pozbieram. Jedno z ostatnich dotyczy naszego wspólnego wyjazdu narciarskiego na otwarcie sezonu zimowego w Kluszkowcach. Był początek lutego 2009 roku. Wyjechaliśmy krzesełkami na górę, zapięliśmy narty. Marek popędził w dół. Ja wraz z synem za nim. Gdy spotkaliśmy się przy wyciągu, Marek śmiejąc się, krzyknął: „No widzisz, ciągle mnie musisz gonić!”.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

161


Z Markiem Nawarą w podróży Jacek Adamczyk tłumacz, poliglota, artysta, podróżnik, b. dyrektor Dep. Marketingu i Promocji w MARR SA

Podróż była niespodziewana, a w dodatku zapowiadała się na długą i wymagającą. Chodziło o wyjazd do Kanady i towarzyszenie marszałkowi Województwa Małopolskiego podczas polskiej wystawy narodowej w Montrealu i rozmów gospodarczych w Toronto. Miałem być trochę tłumaczem, trochę asystentem, trochę pilnować, by wszystko przebiegało w miarę gładko, z odpowiednią oprawą, jakiej oczekiwał najbardziej rozpoznawalny zarządca jednego z polskich regionów. Fakt, że reprezentowałem inną instytucję, nie miał w tym wypadku żadnego znaczenia. Spotkanie nastąpiło na lotnisku w Warszawie. Głos z megafonu kazał mi zgłosić się w saloniku dla VIP-ów. Marek Nawara siedział tam w fotelu, zajęty rozmową z ówczesnym ministrem obrony. Spojrzał na mnie trochę zniecierpliwiony tłumaczeniem, że czekałem na niego w kolejce dla „zwykłych” pasażerów. W samolocie nie było zbyt wiele osób, więc sympatyczna stewardessa życzliwie odnosiła się do naszych ponawianych próśb o kolejne buteleczki z czerwonym winem. Początkowy stres, wynikający z podróży i bezpośredniego kontaktu z szefem regionu, powoli opadał i rozmowa stawała się bardziej bezpośrednia. Wrócił temat korzystania z niektórych przywilejów, jak np. dopuszczenie do lotniskowych przejść dla wybrańców. - Panie Marku – osłabienie czujności pozwoliło mi na tak poufałą formę zwracania się do Bardzo Ważnej Osoby; tytułowanie „marszałkiem” zaczynało być męczące i chyba niewymagane. – Dzisiaj Marek Nawara przechodzi do samolotu bez kolejki, ale za jakiś czas może będzie trzeba stanąć tam gdzie wszyscy. I co wtedy? Ma pan jakiś plan B? - Nie ma żadnego planu B. – Nawara był wyraźnie zdziwiony samym pomysłem. - Nie lepiej było zostać dalej posłem w Warszawie? Trzeba było zajmować się tym regionem? Tymi wszystkimi problemami? - Nie ma żadnych problemów. Mnie się to podoba. – Zdziwienie trwało nadal. Nie istniała żadna wątpliwość, co jest ważniejsze: kierować i rządzić całym województwem czy pozostać jednym z wielu postaci na Wiejskiej. To przekonanie było uderzające, pozbawione jakiegokolwiek wyrachowania czy kunktatorstwa. Było jednoznaczne i ostateczne. Dalej rozmowa toczyła się na tematy nieco lżejsze, W znakomitych humorach dotarliśmy do Montrealu, gdzie czekało nas kilkanaście godzin aklimatyzacji i dostosowania do zmiany czasu. Później nie było już tak śmiesznie. Poznaliśmy na własnej skórze, co to znaczy zajmować się Markiem Nawarą w czasie służbowej podróży. Ujawnił się też spe-

162

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


cyficzny rys charakteru Marszałka. Potrafił do później nocy, żeby nie powiedzieć, że do białego rana, prowadzić rozmowy, uczestniczyć w przedłużających się kolacjach i bankietach, w spotkaniach z nieznanymi wcześniej osobami, zabiegającymi o kontakt z „premierem rządu regionalnego”, jednak szczerze nienawidził jednej rzeczy – wczesnego wstawania i porannych zobowiązań. Ktokolwiek próbował zmusić go do odbycia ważnych rozmów około godziny ósmej rano, mógł od razu poszukać sobie innego rozmówcy. Po kilku nauczkach, grożących natychmiastowym odwołaniem z pełnionych funkcji i obowiązków, nauczyliśmy się działać, tak by uprzedzać zagrożenie. Prosiliśmy naszych kanadyjskich gospodarzy o zreferowanie planu następnego dnia i w grzecznej formie wykreślaliśmy wszystkie punkty do godziny mniej więcej dziesiątej. Najczęściej sugerowaliśmy, by przenieść je na dziesiątą - ale wieczorem. Wszystko zaczęło się układać po myśli zainteresowanych. Ktokolwiek jednak pomyśli, że łatwo było „manipulować” Markiem Nawarą, nawet dla jego dobra, myli się okrutnie. Pamięć miał doskonałą; na szczęście towarzyszyła mu także pewna tolerancja i docenienie starań o dobre samopoczucie całej ekipy. Gdy kanadyjski maraton dobiegł końca, wsiedliśmy do samolotu w Toronto. Niestety, warunki nie były już tak komfortowe jak poprzednio. Siedzieliśmy wciśnięci w fotele, otoczeni chłopięcym chórem, dziećmi, turystami o ponadnormatywnych gabarytach. Po kilku szklaneczkach wytrawnego wina Marek Nawara zaczął snuć plany. - Może byśmy tak wrócili do Kanady? Pożyczylibyśmy jeepa, wzięli jakiś namiot, strzelbę i ruszyli przez kraj? - Przydałaby się jeszcze jakaś Indianka – dorzuciłem, wyobrażając sobie taką podróż. - A po co ci Indianka? – zdziwił się Marszałek. - Ktoś musiałby się zajmować namiotem, robić jedzenie, kawę, a my w tym czasie siedzielibyśmy przy ognisku i śpiewali Río Bravo… Po chwili zastanowienia moje racje zostały zaakceptowane. - Tylko po co nam strzelba? – spytałem z kolei. - Jak to, po co? – Marek Nawara uśmiechnął się do swoich myśli. – Polowalibyśmy na króliki, na przykład.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

163


- No chyba, że duża strzelba na śrut i strzelanie do bizonów, bo w królika trudno trafić… - Masz rację, koniecznie musimy zjeść bizona. I popływać po tych Wielkich Jeziorach. - Kajakiem czy żaglówką? Osobiście wolałbym kanoe… Dalej już było całkiem wesoło i podróż, do której nigdy nie miało dojść, została zaplanowana. Do Warszawy dotarliśmy, mając za sobą trzydzieści kilka godzin bez odrobiny snu. Pożegnaliśmy się na Okęciu krótkim „cześć”, półprzytomny ze zmęczenia z trudem dotarłem do dworca i ulokowałem się w pociągu do Zakopanego. Kolejnym cudem było obudzenie się tuż przed Krakowem. Na Okęciu natomiast na Marka Nawarę czekał służbowy samochód z zestawem świeżych ubrań. Ruszył do Poznania na rozpoczynający się tego samego dnia Konwent Marszałków. I jestem prawie pewien, że wieczorem siedział w towarzystwie do późna, opowiadając o wrażeniach z podróży za ocean…

164

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Prywatnie i służbowo Magdalena Chacaga urzędnik samorządowy i rządowy, b. główny specjalista ds. komunikacji społecznej w GDDKiA

Wspomnienie prywatne: Kuzyn albo o powiększaniu rodziny na imprezie. Marka Nawarę znałam z gazet, radia i telewizji, jako wójta Zielonek, posła na Sejm RP i pierwszego w historii marszałka Województwa Małopolskiego. W tłumie „oficjeli” łatwo było Go wypatrzeć ze względu na imponujący wzrost i posturę. Jednak, niezależnie od pełnionych funkcji, dla mnie był przede wszystkim mężem mojej serdecznej koleżanki Moniki. A ponieważ Monika jest w moim życiu osobą wyjątkową: była moją szefową w Biurze Informacji Urzędu Miasta Krakowa, była moją mentorką i bardzo wiele Jej zawodowo zawdzięczam, a prywatnie lubię i szanuję, to wiedziałam, że człowiek, z którym postanowiła iść przez życie, musi być również wyjątkowy. Z Nawarami spotykaliśmy się w różnych mniej i bardziej oficjalnych okolicznościach: na premierach teatralnych, koncertach, otwarciach czy odsłonięciach, i były to zawsze bardzo miłe spotkania. Była gorąca listopadowa sobota w 2006 roku. Gorąca nie ze względu na temperaturę powietrza, lecz temperaturę polityczną. Trwała cisza wyborcza. Nazajutrz mieliśmy wybierać samorząd: prezydenta Miasta Krakowa, Radę Miasta i radnych Województwa Małopolskiego, z których jeden miał zostać nowym marszałkiem województwa. W tym ostatnim wyścigu startował Marek Nawara, który po czteroletnim „marszałkowaniu” przez kolejne cztery lata był szeregowym radnym w Sejmiku i chciał „wrócić do gry”. Zdenerwowanie kandydata i Jego małżonki było więc zrozumiałe. By ich trochę „wyluzować”, zorganizowaliśmy spotkanie towarzyskie w niewielkim zaufanym gronie. Oczywiście, tematem wiodącym rozmowy była polityka – podsumowania minionych kadencji, nadzieje na przyszłość i możliwe scenariusze. Była smaczna pięknie podana kolacja, dobre trunki, przyjazna atmosfera, więc wszyscy się rozluźnili. Późnym wieczorem, a raczej już w nocy, część gości opuściła imprezę i zostaliśmy w małym gronie: Monika z Markiem, gospodarz i ja. Monika chciała iść do domu, ale Marek najwyraźniej dobrze się poczuł w naszym towarzystwie i nigdzie mu się nie śpieszyło. Poza tym znany był z tego, że zarówno z pracy, jak i z imprezy wychodził ostatni. Postanowiliśmy nie kończyć więc jeszcze miłego wieczoru i otworzyliśmy kolejną butelkę czerwonego wina. Nocne Polaków rozmowy mogą dotyczyć bardzo wielu spraw. W przypadku Marka Nawary każda rozmowa ostatecznie dotyczyła samorządu – Jego absolutnej pasji i drugiej miłości (pierwszą, oczywiście, była Monika). W rozmowie wspomniałam, że „mój wujek Józek był sołtysem w Węgrzcach”. Na to Marek spojrzał z niedowierzaniem i powiedział: „to MÓJ wujek Józek był sołtysem w Węgrzcach”. Okazało się, że brat mojej babci ożenił się z Nawarówną i owocem tego mariażu był właśnie wspomniany wujek Józek Gajoch (już świętej pamięci, niestety). Tak doszliśmy do tego, że jesteśmy rodziną i od tej pory tytułowaliśmy się „kuzynem” i „kuzynką”. Później, przy jakiejś okazji, przedstawiłam Marka „cioci” i „wujkowi”, czyli moim rodzicom. Wszyscy bardzo się z tego powiększenia rodziny cieszyliśmy.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

165


Wspomnienie służbowe: Marek i „łopata” na A4 27 kwietnia 2007 roku to dzień szczególny dla Małopolski, a nawet dla całej Polski. Tego dnia ruszyła bowiem budowa pierwszej w naszym kraju (i jak do tej pory jedynej) autostrady na wschód od Wisły. Kilka dni wcześniej UEFA przyznała Polsce i Ukrainie prawo organizacji Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej w 2012 roku, co wprawiło wszystkich w futbolową euforię. Impreza miała więc charakter drogowo-piłkarski, czego wyrazem były m.in. okolicznościowe szaliki EUROSTRADA, w które przyodzialiśmy uczestników uroczystości, w tym jednego z honorowych gości – Marka Nawarę, marszałka Województwa Małopolskiego. Każda uroczystość rozpoczęcia budowy, czyli tzw. „łopata”, kończy się symbolicznym wbiciem łopat przez najważniejszych gości imprezy. Wybrańcy otrzymali białe kaski ochronne, a do ręki każdy dostał lśniącą nowością łopatę. Ksiądz Kardynał dał sygnał i… ruszyli do kopania. Podczas gdy inni goście honorowi, przywykli raczej do pracy biurowej, a nie do wysiłku fizycznego, niemrawo gmerali czubkami łopat w ziemi, na której miała powstać autostrada, Marek Nawara zabrał się na serio do pracy. Postawny i wysportowany, a poza tym cechujący się tym, że cokolwiek robił, robił to z pasją i angażował się we wszystko na 300%, machał łopatą tak energicznie, że wykonawcy chyba bali się, że nie będą już na budowie potrzebni. Zanim odebraliśmy Markowi łopatę, dokopał się do wód gruntowych. Jeszcze chwila, a zamiast autostrady mielibyśmy studnię. Taki właśnie był Marek…

166

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Takim Cię, Marku, pamiętam Tomasz Sobalski lekarz rodzinny w Zielonkach

„umarli są niewidzialni, ale nie nieobecni...” W roku 1995 pierwsi specjaliści medycyny rodzinnej rozpoczęli prace związane z organizacją praktyk lekarzy rodzinnych. Prowadziliśmy intensywne rozmowy z Urzędem Miasta i Urzędem Wojewódzkim. Koleżanka, dr Ewa Huczek-Głębocka, poinformowała mnie, że po wstępnych rozmowach z wójtem Markiem Nawarą, uzyskała zainteresowanie implementacją medycyny rodzinnej na terenie Gminy Zielonki. Umówiliśmy się z wójtem na pierwszą rozmowę – był początek roku 1996. Wysoki, postawny, przystojny mężczyzna w średnim wieku. Budził szacunek. Sprawiał wrażenie bardzo rzeczowego. Rozpocząłem prezentację idei medycyny rodzinnej. W skupieniu słuchał kilkadziesiąt minut. Kilka razy przerywał, zadając krótkie merytoryczne pytania. Potem krótka dyskusja, głównie o etapach i przedziałach czasowych niezbędnych do implementacji. Ustalamy termin następnego spotkania. Byłem pod dużym wrażeniem: taka odwaga, decyzyjność, precyzyjne myślenie kategoriami zarządzania i organizacji. Otwarcie na nowe idee i rozwiązania. Pomyślałem: praca z Markiem Nawarą to przyjemność z szansą na sukces. Następne spotkanie odbyło się w towarzystwie urzędników gminy. W trakcie około dwugodzinnego posiedzenia doprecyzowaliśmy listę zadań do wykonania, omówione zostały potencjalne bariery do pokonania, podzielono zadania, ustalono przybliżone terminy realizacji etapów. Obserwowałem, jak wójt sprawnie zarządza ludźmi i problemem. Około roku trwały przygotowania do uruchomienia pierwszych praktyk. W tym czasie odbyliśmy kilkanaście dłuższych i krótszych narad. Marek Nawara był zawsze konsekwentny, zdeterminowany, z wizją rozwiązywania kolejnych problemów. W kwietniu 1997 roku rozpoczęły pracę dwie praktyki. Z dużą uwagą obserwował działanie i ocenę społeczną pracy pierwszych gabinetów. Potrafił w kilku słowach celnie ocenić sytuację i doradzić. We wrześniu 1997 roku uruchomiono pozostałe praktyki na terenie gminy. Tym samym gmina została liderem w kategorii reformatorów opieki zdrowotnej w Polsce. Sukces został uhonorowany tytułem „Gmina jakich mało”. Swoją radość wójt wyraził uśmiechem. Myślał o następnych innowacyjnych rozwiązaniach. Pełniąc funkcję marszałka Województwa Małopolskiego nadal interesował się problemami organizacji i finansowania opieki zdrowotnej. Pozostał otwarty na nowe propozycje i rozwiązania. Umiał marzyć o nowych rozwiązaniach i lepszym jutrze w kategoriach społecznych. W tym czasie spotykaliśmy się wielokrotnie na gruncie prywatnym, z reguły późnym wieczorem, kiedy Marek wracał z pracy. Mówił o problemach, rozwiązaniach, wielokrotnie odbierał telefony służbowe. Zawsze był żarliwym optymistą. Na sugestię o odpoczynku, racjonalnym ograniczeniu obowiązków służbowych reagował z pobłażliwym uśmiechem.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

167


Gmina to taka mała firma Danuta Sanetra działaczka samorządowa i społeczna, b. dyrektor Samorządowego Ośrodka Kultury w Zielonkach

Moje spotkanie z Markiem przypadło na początek Jego bogatej działalności obywatelskiej. Zielonki 1991–1994. Pełni zapału i determinacji w dążeniu do efektywnego zagospodarowania nowej rzeczywistości – tak można określić ludzi skupionych wokół Marka, wójta Gminy Zielonki. Marek był niekwestionowanym liderem. Ułożył plan działań, które pozwoliły jak najszybciej „wyjść na prostą”. A zapóźnień i zaniedbań był ogrom; inwentaryzacja upadającego majątku, fatalny stan mienia komunalnego, zabytków, a zamiast budynków szkolnych XIX-wieczne tzw. „galicyjki”. Narzędzie w postaci ustawy samorządowej wprawdzie funkcjonowało, jednak tego, co najważniejsze – świadomość społeczna, zgoda na szybkie i radykalne zmiany – nie zmieni żadna ustawa ani przepis. Marek doskonale to rozumiał. Przygotowana do realizacji „załoga” Urzędu – to nie wystarczało, należało rozmawiać z mieszkańcami, przełamywać stereotypy w myśleniu, napiętnować partykularyzmy poprzednich decydentów. Spotkania wiejskie, rozmowy z sołtysami, komitetami społecznymi, kołami gospodyń wiejskich, strażą pożarną czy nauczycielami – Marek, nie szczędząc czasu, jeździł, rozmawiał i tłumaczył. Aby dotrzeć do jak najszerszego grona mieszkańców, aby informować ich o planowanych zmianach, gmina Zielonki, jako jedna z pierwszych, wydawała gazetę gminną „Wiadomości Lokalne”. Aby mieszkańcy znaleźli w niej kompendium wiedzy, począwszy od pomocy społecznej, a skończywszy na kulturze czy sporcie. Do redakcji gazety włączeni zostali kierownicy wszystkich referatów. Informacja skierowana do mieszkańców – to pierwszy element budowy społeczeństwa obywatelskiego. Dosyć szybko uaktywniła się działalność gospodarcza mieszkańców i osób zamiejscowych, którzy lokalizowali tu swój biznes. Marek zaczął inicjować tworzenie organizacji pozarządowych: biznes szybko skupił się w Regionalnym Towarzystwie Gospodarczym, Zielonki stały się bazą dla ogólnopolskiego Stowarzyszenia Prasy Samorządowej, coraz prężniej działały koła gospodyń wiejskich, straże pożarne, kluby sportowe. Przy końcu pierwszej kadencji Marka gmina znalazła się w czołówce nie tylko ówczesnego województwa krakowskiego, ale o gminie i Jej szefie głośno było w całej Polsce. Cytat z Jego wypowiedzi stał się tytułem jednego z artykułów: „Gmina to taka mała firma”. I tak właśnie zarządzał – z wizją rozwoju i z myślą o dobrobycie jej mieszkańców, a goodwill firmy pozostał do dzisiaj. Miałam wielką przyjemność należeć do „ekipy” Marka w pierwszych latach odrodzonego samorządu. To właśnie Marek nauczył mnie idei państwa obywatelskiego i wpoił mi wartości „Małej Ojczyzny”. Jest to mój drogocenny kapitał. MARKU, bardzo, bardzo Ci dziękuję.

168

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Rozważny i romantyczny… Lucyna i Piotr Skalscy Piotr: przedsiębiorca budowlany, filantrop, działacz Bractwa Kurkowego

Na pewno był to nietuzinkowy człowiek, który działał dla innych, nie patrząc na swoje doraźne interesy. Promował „człowieka” w Małopolsce, starał się patrzeć dalej niż inni – w przyszłość. Około piętnaście lat temu, w górach, za granicą, zapytał mnie podczas przypadkowego spotkania: „Jak tam twoje duże przedsięwzięcie biznesowe związane z logistyką?”. Odparłem, iż mam problem z kredytem bankowym. Bez żadnej prośby, natychmiast, z tego górskiego stoku, zadzwonił do przedstawiciela jednego z banków, prosząc o interwencję w mojej sprawie. Do telefonu powiedział coś w stylu: „To jest przecież przedsiębiorca z Małopolski. To jest nasza Małopolska, My chcemy się rozwijać”. Potem sprawy przyznania kredytu potoczyły się szybko i dla mnie pozytywnie. Bal Marszałkowski w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w noc sylwestrową 1999/2000. Marszałek Marek Nawara prowadził aukcję dobroczynną, pozyskując pieniądze na cele charytatywne. Po wylicytowaniu przeze mnie unikalnego, bo z błędem drukarskim, pierwszego paryskiego wydania „Pana Tadeusza” za kilkadziesiąt tysięcy złotych, idę po odbiór tej cennej książki na scenę. Marek, przekazując mi to dzieło Mickiewicza, mówi: „Przepraszam Cię Piotrku, w antykwariacie można było ją kupić kilkakrotnie taniej, ale to przecież taki dobry cel”. No właśnie, Marku, czasami nawet przepraszałeś, że czyniłeś dobro. Taki byłeś. Ucieszyło Cię, że tak dużo pieniędzy trafi na szczytny cel, ale chciałeś być wobec mnie uczciwy. Ta Twoja naturalna i spontaniczna uczciwość kazała Ci powiadomić mnie o wartości rynkowej księgi, lecz równocześnie utwierdzałeś mnie w przekonaniu, że zawyżona cena, którą zapłaciłem, posłuży dobrej sprawie. Był rok 2001. Bractwu Kurkowemu przewodził Król Kurkowy Mieczysław Mietła, a Bogdan Patena i ja byliśmy Marszałkami. Jako ekipa królewsko-marszałkowska ufundowaliśmy piękną srebrną biżuterię o zastrzeżonym na 5 lat wzorze i przekazaliśmy ją na aukcję charytatywną, która odbywa się corocznie, podczas Balu Kurkowego. Marek był z Moniką. Postanowił, że wylicytuje tę biżuterię dla Niej. I licytował aż do skutku, czyli do momentu, aż pozostali uczestnicy licytacji „odpuścili marszałkowi”. Był bardzo ambitny, ale i romantyczny. Wiem, że Monika bardzo lubi tę biżuterię i ma do niej wielki sentyment. A my mamy satysfakcję i przyjemność, że trafiła właśnie do Niej. Marek w życiu rodzinnym był smakoszem, może nawet czasami łakomczuchem. Lubił dociekać sposobów przyrządzenia potraw. Na spotkaniach w prywatnym gronie wprost delektował się jedzeniem. Lubił także dobre czerwone wino. W bogatym świecie kulinarnych przyjemności był niewątpliwie wytrawnym koneserem. Szkoda, że ludzie tej miary tak nagle opuszczają nas, Polskę – o wiele za wcześnie! Trudno się z tym pogodzić i takie odejście jest dla nas źródłem głębokich, niełatwych refleksji.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

169


Przyjaźń od pierwszego wejrzenia Agnieszka i Cezary Druś Cezary: b. redaktor naczelny pisma samorządowego „Wspólnota”. Agnieszka: redaktor naczelna „Gazety Samorządu i Administracji”, b. sekretarz red. „Wspólnoty”

Spośród ogólnego harmidru coraz wyraźniej słychać dźwięk dzwonka. Takiego, jakie noszą owce pasące się na hali. To delegacja z podkrakowskich Zielonek pobrzękuje swoim prezentem dla nowożeńców. Mimo że widzieli się tylko raz przez kilka dni, gdy obecni państwo młodzi przyjechali przygotować tzw. wizytówkę podkrakowskiej gminy Zielonki dla tygodnika „Wspólnota” – pisma samorządu terytorialnego, wszyscy od razu zapałali do siebie sympatią. Można powiedzieć, że to przyjaźń od pierwszego wejrzenia. Od chwili, gdy „krakusi” powitali warszawiaków na dworcu – oczekiwali na peronie z czerwonymi różami. Potem były pełne zaangażowania i emocji opowiadania o tworzeniu samorządu, budowaniu wspólnoty w Zielonkach. Po latach komunizmu wiele było do nadrobienia. Dlatego wójta Marka Nawarę cieszyła każda kolejna rura wodociągu, każdy nowy metr chodnika, zaangażowanie mieszkańców w budowę Małej Ojczyzny. Mówił o tym z pasją, pokazywał nowe inicjatywy, także te podejmowane przez przedsiębiorców. Od razu dało się wyczuć, że to całe Jego życie. Zaczynał od rzeczy podstawowych – wodociągu, kanalizacji, tworzenia warunków do rozwoju przedsiębiorczości, ale w Jego głowie już kiełkowały plany kolejnych inwestycji, także tych, które trzeba będzie podjąć za kilka lat. To wszystko warszawiacy spróbowali przenieść na papier, spopularyzować wśród innych samorządowców, którzy wówczas, w pierwszych latach po reaktywowaniu lokalnych wspólnot, byli ciekawi tego, jak radzą sobie ich koledzy w innych zakątkach kraju. Od razu jednak czuli, że w Zielonkach dzieje się dobrze, że tu jest chęć działania. Dużo dobrej energii, szczerość, otwartość, życzliwość. To m.in. sprawiło, że kiedy warszawscy dziennikarze postanowili wziąć ślub, tą radosną wiadomością chcieli podzielić się z „krakusami”. Zaproszenie z mottem „Bez miłości nawet butów nie warto zdejmować” wysłali do Zielonek. Jakie było ich zaskoczenie, gdy „krakusi” przyjechali na ślub, a w prezencie przywieźli baranią skórę z owczym dzwonkiem i napisem „Zdejmijcie buty, ogrzejcie stopy i do roboty!”. Do dziś wisi na honorowym miejscu i zawsze budzi ciepłe wspomnienia i myśli. O uśmiechniętym Marku Nawarze, o ich wspólnych wycieczkach w góry, o przegadanych nocach – zawsze do bólu szczerze, niezależnie od tego, czy na temat fałszywych przyjaciół, czy wielkich nadziei na podjęcie kolejnych wyzwań, czy najskrytszych prywatnych planów i nadziei. Odległość między Krakowem a Warszawą oraz mnogość zajęć to przeszkody utrudniające częste spotkania, ale służbowe wyjazdy sprzyjały wzajemnym wizy-

170

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


tom. Gdy Marek wyremontował dom po dziadku – ze skośnym dachem – żartował, że pokój ze spadzistym sufitem jest w sam raz dla Jego niższych co najmniej o głowę przyjaciół i że zawsze mogą z niego korzystać. Raz im się to nawet udało przed wspólnym wypadem w góry z Moniką i Markiem. Rano Marek pokazał im swoją „posiadłość”, opowiedział, co jeszcze zostało do zrobienia i… wyruszyli w drogę. Marek kochał góry i tą pasją starał się zarażać innych. Choć wówczas dla gór i górali starał się zdobyć nie tylko serca, ale i pieniądze – zarówno te od prywatnego biznesu, jak i z Unii Europejskiej. Przez chwilę sądził, że dla swojej Małopolskiej Ojczyzny zdziała więcej, gdy zostanie posłem, ale wielką polityką szybko się rozczarował. Zbyt mocno Go ograniczała, a On bezkompromisowo parł do przodu – dla dobra ogółu, dla dobra wyborców. Gdy od czasu do czasu wieczorami Panu Posłowi Nawarze udało się zajrzeć na kolację do warszawskich przyjaciół, niekiedy promienny uśmiech na chwilę znikał z Jego twarzy – wtedy żalił się, że nie może działać tak, jak by chciał. Niedługo z radością poinformował ich, że zamienia Warszawę na Kraków. Został pierwszym marszałkiem Małopolski. Praca dla Małopolski Go uskrzydlała. Czuć to było w każdej rozmowie, podczas każdego spotkania. A każde spotkanie z Nim to niesamowita radość, ciepło, pogoda ducha. Okazywane przy każdej okazji. Tak jak np. Jego 50. urodziny zorganizowane w góralskiej bacówce, będące dowodem na to, jak wielu życzliwych ludzi skupiał zawsze wokół siebie – od koleżanek i kolegów ze szkolnej ławki poczynając, a na współpracownikach z samorządu kończąc. Dziś wszyscy oni sami piszą o tym, dlaczego Go cenią i myślą o Nim, jaki dług wdzięczności mają do spłacenia. Lista dłużników i długów jest długa…

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

171


172

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Bo to był dobry człowiek Jerzy Fedorowicz aktor i polityk, poseł na Sejm RP, b. dyrektor Teatru Ludowego, b. członek Wspólnoty Małopolskiej

Marka Nawarę poznałem na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Młody, przystojny, pełen energii wójt Gminy Zielonki. W Polsce trwał okres przemian społecznych i gospodarczych. Ludzie tacy jak Marek byli na wagę złota. Po jakimś czasie został wybrany przewodniczącym Sejmiku Samorządowego. Spotykaliśmy się na zebraniach, konferencjach oraz uroczystościach gminnych, miejskich czy wojewódzkich. Zapraszał mnie też do Zielonek do szkoły lub domu kultury. To były zawodowe, ale serdeczne kontakty. Aż przyszedł jesienny dzień 1998 roku, gdy na Wawelu w Komnatach Królewskich nastąpiła inauguracja działalności Sejmiku Województwa Małopolskiego. Pierwszym i wybranym jednogłośnie marszałkiem został poseł Marek Nawara. Historyczna chwila! Świadkami tego wydarzenia byli najwybitniejsi obywatele województwa z kardynałem Macharskim na czele. Miałem zaszczyt pracować z Markiem jako przewodniczący Komisji Kultury przez siedem lat w trudnych, ale pięknych latach budowania nowej rzeczywistości. Współdziałaliśmy solidarnie, ale też spieraliśmy się ostro. Były to jednak twórcze spory, z których narodziła się idea utworzeniu ruchu obywatelskiego - Wspólnoty Małopolskiej. To było „dziecko” Marka. Dzięki Jego pracy, Moniki Karlińskiej i wielu oddanych sprawie kolegów odnieśliśmy wyborczy sukces, o którym mówiła cała Polska. Marek otrzymał certyfikat obywatelskiego zaufania. Samorząd był Jego pasją. Pracował jak szalony, świątek – piątek, zawsze w garniturze i krawacie, bez chwili odpoczynku 16–18 godzin na dobę. Był pracoholikiem. Prosiłem często, by się „zresetował” – obiecywał, ale nie dotrzymywał słowa. Jednak dwa razy udało nam się wspólnie spędzić wakacje. Wypoczywaliśmy w Chorwacji w gronie przyjaciół, pływając, zwiedzając , ciesząc się życiem i słońcem. Przeglądam fotografie z tamtych dni i widzę kochającą się parę – Marek i Monika. Obok Lucyna i Jacek Michalscy, moja Elżbieta i ja. Wspólne posiłki na łodzi, wyprawy do miasteczek. Wieczorne wino, śpiewy i tańce przy kolacji pod gwiazdami. Marek i Monika przytuleni i uśmiechnięci. Byliśmy świadkami Ich miłości, miłości ludzi dojrzałych. Jaka była Jej siła, pokazały dni po wypadku Marka i w trakcie Jego choroby. Monika walczyła o Jego powrót do życia i zdrowia w sposób niesłychany. My, przyjaciele, dziękujemy Ci, Moniko. Marek odszedł od nas za wcześnie, taki los. Pozostał nam żal, ale też świadomość, że w ludzkiej pamięci zapisał się na długie lata. BO TO BYŁ DOBRY CZŁOWIEK.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

173


174

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Jest w naszych wspomnieniach Jaga i Zenek Remi architekci, Autorska Pracownia Architektoniczna Zenona Remi JAR sp. z o.o.

...Marek był Dobrym Gospodarzem, na każdym szczeblu swojej pracy. Urzędy, administracja, legislacja, krakowska dyplomacja... ale najlepiej czuł się wśród ludzi z terenu, z miasteczek, wsi, lokalnych patriotów jak On. ...Dygnitarz? Na pewno nie – właśnie Gospodarz... Na ziemi tarnowskiej, sądeckiej, na Podhalu – był zawsze u siebie. A my poznaliśmy się prawie jedenaście lat temu. W gronie przyjaciół w czasie wakacji opływaliśmy urokliwe wysepki Dalmacji. Słońce, woda, zmieniające się krajobrazy, zabytkowe miasteczka i rozmowy do świtu. Marek rejestrował te zdarzenia aparatem fotograficznym. Fotografia była jego pasją, ujawniła, że był wnikliwym obserwatorem otaczającego świata. Był wrażliwym na piękno artystą, o czym chyba sam nie wiedział. Potem to już praca, ciągły wyścig z czasem i tylko sporadyczne spotkania na „otwarciach”, wernisażach, w większości wydarzeniach inspirowanych przez Marka czy Urząd Marszałkowski. Niefortunne narty, heroiczna, zwycięska walka o życie. I znowu piękne spotkanie na uroczystościach jubileuszowych Teatru Witkacego w Zakopanem. Zaskoczył nas wówczas wspaniałą formą, błyskotliwymi ripostami, poczuciem humoru... był „aktorem” Mistrza Witkacego, a przyjechał z urzędowym i rządowym poparciem dla rozbudowy teatru. Wspólna obecność na mszy żałobnej po naszej majowej tragedii rodzinnej. A potem okazało się, że to jeszcze tylko kilka dni... Wszystko to trwało zbyt krótko, o wiele za krótko. Marek był... i Marek jest. Jest w naszych wspomnieniach, w inicjatywach lokalnych Małopolski i „śladach”, które nam pozostawił.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

175


Nie weszliśmy na Mont Blanc... Mirosław Mąka etnolog, antykwariusz, podróżnik i alpinista

Marek uwielbiał turystykę w różnych postaciach i nie zawaham się powiedzieć, że była ona radością i sensem tej części jego życia, którą z trudem wygospodarowywał spośród dni wypełnionych do granic możliwości obowiązkami i pracą. Wierną towarzyszką jego wycieczek i podróży była Monika. Kilkadziesiąt albumów wypełnionych tysiącami zdjęć stanowi przebogatą dokumentację ich wspólnych wyjazdów – od wczesnych lat dziewięćdziesiątych aż po lata ostatnie. Ileż tam malowniczych miast i miasteczek w wielu krajach Europy, ile wspaniałych krajobrazów, wschodów i zachodów słońca, górskich ścieżek, pól, skał, plaż nad różnymi morzami, błękitów fal, kwitnących kwiatów... i ludzkich twarzy – tych najbliższych, lecz także przyjaciół, albo też ludzi poznanych gdzieś daleko, lub takich tylko, których uśmiech sprzed lat przypadkowo uwiecznił obiektyw aparatu. Marek był wrażliwym i wyrafinowanym fotografem, a poziom artystyczny jego zdjęć mocno wykraczał ponad amatorstwo. Tych, którzy go znali, wielokrotnie zdumiewał swoją nieprzeciętną pamięcią. Miał w głowie nazwiska setek ludzi, które bezbłędnie kojarzył z twarzami i sytuacjami. Potrafił drobiazgowo odtworzyć zdarzenia i rozmowy, nawet sprzed wielu lat. Ta cecha była mu wielce przydatna w pracy, lecz w szczególny sposób przejawiała się też w jego pasji turystycznej. Otóż w wolnych chwilach lub w trakcie przygotowań do kolejnych podróży Marek z upodobaniem ślęczał nad przewodnikami i mapami, dogłębnie studiując różne warianty tras oraz wszelkie godne zwiedzenia obiekty. Było to jednak coś znacznie więcej, niż zwykłe planowanie trasy. Studiowanie map było dla niego prawdziwą przyjemnością i odprężeniem, swoistym rodzajem hobby. Stąd brała się zdumiewająca wiedza krajoznawcza, a zwłaszcza komunikacyjna, jaką zgromadził w swej głowie. W znajomości dróg Europy mógłby śmiało konkurować z najlepszymi systemami GPS. A cóż dopiero powiedzieć o znajomości rodzinnej Małopolski. Tu znany mu był niemal każdy kilometr dróg i niemal każda wioska. Lecz tutaj jego wiedza topograficzna ściśle splatała się z głębokim rozeznaniem całokształtu spraw regionu. Jego Małopolska nie była widziana zza biurka. Znał ją od środka: przejechał wszystkie, nawet najbardziej zapadłe drogi i przewędrował z plecakiem setki kilometrów turystycznych szlaków. Przez długie lata swej pracy marszałka województwa codziennie przyjmował w swym gabinecie delegacje ze wszystkich stron Małopolski. Lecz także niezliczoną ilość razy sam odwiedzał ludzi w terenie, bo po pierwsze – takie wizyty dawały mu pełny obraz sytuacji i głębszą wiedzę o miejscowych potrzebach, po drugie zaś – zaspakajały jego głód podróżowania i odkrywania nowych miejsc. Monika nie zawsze podzielała jego pasje wędrowania. Oboje spełniali się zawodowo, pracując intensywnie, na odpowiedzialnych stanowiskach i w dużym stresie. Dlatego gdy z trudem wyrywali dla siebie kilka bezcennych dni urlopu, i gdy jeszcze udało im się to zrobić w tym samym czasie – każde z nich chciało ten okres wyko-

176

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


rzystać możliwie jak najlepiej. Marek preferował aktywny i mocno wypełniony program wyjazd��w, Monika zaś marzyła o słońcu i ciepłym piasku na nadmorskiej plaży. Szukali więc, czasem burzliwie, kompromisów. I tak, raz Monika pojękiwała na stromych podejściach, z trudem nadążając za Markiem na beskidzkich szlakach, innym zaś razem Marek pływał w ciepłym chorwackim morzu, kiedy Monika postawiła na swoim. Tylko zimą nie było kontrowersji: oboje uwielbiali włoskie Dolomity: świetną włoską kuchnię i dobre wino. Marek znakomicie jeździł na nartach. Przed laty zdarzało mi się jeździć tam wraz z nimi – w okresie, gdy jeszcze uczyłem się tego sportu. Rady i wskazówki, które mi wówczas przekazał, sprawiły więcej niż długie szkolenie u instruktora. Dla mnie przez całe życie największą pasją był alpinizm, dlatego dość późno rozpocząłem swoją przygodę z nartami. Dziś szusuję już całkiem dobrze, lecz najważniejsze tajniki jazdy na nartach zawdzięczam Markowi. Przez lata naszej znajomości Marek – będąc człowiekiem ambitnym i ciekawym nowych wyzwań – nie ukrywał zainteresowania moimi wspinaczkami i czułem, że jest ono czymś więcej niż tylko powierzchowną konstatacją sportowych pasji szwagra. Najwyraźniej ten sport mu imponował i mocno kusiło go, by samemu posmakować takich wrażeń. Był wprawdzie wytrawnym turystą i narciarzem, ale wspinaczka górska stanowiła wyższy stopień wtajemniczenia, będąc nowym, ekscytującym wyzwaniem. Zaczęło się od planów wspólnych wejść na trudniejsze tatrzańskie szczyty, lecz nieustanny nawał pracy i wyjazdów służbowych wciąż przesuwał w przyszłość te przedsięwzięcia. W końcu jednak trafiła się okazja wspólnego pochodzenia po nieco trudniejszych szlakach – choć zupełnie inna, niż planowaliśmy. Mój znajomy, znakomity speleolog i znawca jaskiń, realizował za zgodą Pienińskiego Parku Narodowego akcję poszukiwania i inwentaryzacji nie znanych jeszcze jaskiń pienińskich, ukrytych w stromych i trudno dostępnych stokach i urwiskach skalnych, opadających do przełomu Dunajca. Jest to wyjątkowo dziki i mało znany rejon Pienin, nieudostępniony żadnymi szlakami turystycznymi, porośnięty pierwotnym lasem o charakterze puszczy, w której nie stosuje się żadnej ludzkiej ingerencji, a wiekowe, zwalone wiatrem i starością drzewo tworzą trudne do przebycia, butwiejące i pokryte mchem zapory. Gdy otrzymałem propozycję uczestnictwa w tej wyprawie, nie wahałem się ani chwili, a także szczęśliwie udało mi się podłączyć do niej Marka. Nasza droga wymagała sforsowania trudnych, stromo opadających do Dunajca skał. Byłem pełen obaw, lecz Marek podołał trudnościom zaskakująco sprawnie. Bez większego wysiłku przedzierał się także przez strome, osuwające się zbocza. Zmagania z tak nieła-

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

177


twym terenem sprawiały mu wyraźną satysfakcję – tym większą, że wszyscy czuliśmy smak odkrywania czegoś nieznanego. I rzeczywiście, w trakcie tej wyprawy odnaleźliśmy nie opisane wcześniej jaskinie. W świetle latarek czołówek mieliśmy niepowtarzalną okazję przebycia zapewne nieznanych wcześniej skalnych korytarzy jaskiń, których otwory zasypane były często grubą, przez lata nagromadzoną warstwą liści i butwiejacych gałęzi. Przeżycia były niepowtarzalne, a Markowi dane było poznać bodaj najdzikszy i najbardziej niedostępny zakątek Małopolski. Udana wyprawa na nowo rozbudziła jego apetyt na trudniejsze górskie przygody. Kiedyś, podczas jednej z rozmów, rzuciłem półżartem, że jeśli dobrze pójdzie, to z czasem wybierzemy się na Mont Blanc. Byłem dwukrotnie na tej pięknej górze i znając trudności wejścia, byłem pewien, że po niezbędnych przygotowaniach i wcześniejszej zaprawie, Marek powinien im podołać. Jak mogłem się spodziewać, mocno zapalił się do tego pomysłu. Niestety, pojawiła się poważna przeszkoda, gdyż nasz plan zdobycia najwyższego szczytu Europy został stanowczo oprotestowany przez Monikę. Siostra zawsze krytycznie i z obawą odnosiła się do moich wspinaczek, lecz przez lata przywykła do tego faktu. Gdy jednak Marek zaczął przejawiać niepokojącą skłonność w tym kierunku, uznała, że jak Rejtan, da brawurowy odpór i stanowczo ukróci te ryzykowne zapędy. Musieliśmy więc taktycznie wyciszyć nasz entuzjazm, co wcale nie oznaczało, że zrezygnowaliśmy z ekscytującego planu. Wymagał on wszakże podstawowego obeznania się Marka ze sprzętem wspinaczkowym oraz praktycznego przygotowania w formie kilku przynajmniej łatwiejszych wspinaczek w Tatrach w warunkach zimowych. Nie miejsce tu na drobiazgowe wyliczanie naszych wypraw. Sięgam jednak pamięcią do pewnego słonecznego marcowego weekendu. W imponującym tempie podchodziliśmy z Kuźnic przez Boczań na Halę Gąsienicową, wyprzedzając znacznie wolniejsze grupki turystów. W schronisku Murowaniec wypiliśmy po herbacie z cytryną i zaraz ruszyliśmy dalej. Marka „niosło” jak na skrzydłach, bo w tym dniu miał się zmierzyć z trudnościami śnieżno-lodowymi oraz skalnymi znacznie większymi od tych, które pokonywał wcześniej. Z przedeptanej w twardym śniegu ścieżki do Czarnego Stawu po kilkuset metrach skręciliśmy w prawo, stopniowo, coraz stromiej, wznosząc się ku północnej grani Małego Kościelca. Naszym celem było treningowe przejście całej tej grani aż do Przełęczy Karb. Trasa ta oferowała wszelkie rodzaje trudności: strome podejścia i zejścia w twardym, zmrożonym śniegu, wymagające umiejętnego poruszania się w rakach i sprawnego używania czekana, a także elementy wspinaczki skalnej o trudnościach znacznie przewyższających najtrudniejsze tatrzańskie szlaki turystyczne. Początkowo torowaliśmy drogę, brnąć w głębokim śniegu wśród lasu, potem zaś w strefie kosodrzewiny osiągnęliśmy podstawę stromego śnieżnego stoku. W jaskrawym blasku słońca zdobywaliśmy teren metr po metrze, wznosząc się coraz wyżej, w kierunku skalnego żebra ciemniejącego na tle błękitu nieba. Marek radził sobie tak dobrze, że na razie zrezygnowałem z wiązania się liną. Po pokonaniu stoku doszliśmy do wąskiej grani, gdzie wśród rozgrzanych słońcem skał zrobiliśmy postój. Posilaliśmy się kostkami czekolady i herbatą z termosu, a wokół otwierał się fantastyczny widok na biało-błękitne przestrzenie Doliny Gąsienicowej, ciemne obszary lasów, i dalej – na rozległą, pofalowaną Kotlinę Podhalańską, aż ku najdalszym pasmom Gorców, Babiej Góry i odległego Pilska. Marek wpatrywał się w dal, raz za razem wskazując szczyty kolejnych gór i wymieniając ich nazwy. W niektórych przypadkach były między nami różnice zdań, czasem zaś uzupełniali-

178

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


śmy się wzajemnie w tym teście z topografii. W pewnej chwili gdzieś nad sobą usłyszeliśmy rodzaj głośnego świstu, lecz nie był to odgłos wydawany przez świstaka. Te małe zwierzątka spały jeszcze w głębokich norach. Spojrzeliśmy ku górze i na turni skalnej ujrzeliśmy dorodnego samca kozicy, patrzącego na nas z wyraźnym zaciekawieniem. Nie okazywał żadnego strachu, nawet gdy po chwili ruszyliśmy w jego kierunku. Kilkakrotnie jeszcze wydał z siebie głośne fuknięcie, połączone ze stłumionym świstem, i dopiero gdy byliśmy całkiem blisko, oddalił się, znikając za skałami. Związani liną, pokonywaliśmy dość skomplikowany i urozmaicony teren, bardzo dobry dla celów szkoleniowych. Marek uczył się właściwego użycia czekana, prawidłowego stawiania kroków w rakach, zakładania stanowisk oraz punktów asekuracyjnych, a także zasad asekuracji partnera. Nie jestem skłonny do tanich pochwał, ale muszę przyznać, że radził sobie całkiem nieźle. Sądzę, że jego zmysł techniczny znacząco pomagał mu we właściwej ocenie sił działających na linę, jej naprężeń, przegięć i tarcia w karabinkach. Bez problemu opanował też zasady asekuracji partnera z przyrządu wpiętego w uprząż. W kruchym terenie skalnym o znacznych trudnościach poruszał się wolno i co oczywiste, bez wprawy, ale bez momentów paniki czy lęku wysokości. Po kilku pracowitych godzinach, już nieco zmęczeni i mocno spaleni słońcem, osiągnęliśmy Przełęcz Karb. Zwinąłem linę, sprzęt spakowaliśmy do plecaków, po czym długo jeszcze siedzieliśmy na wytopionych spod śniegu kamieniach, gawędząc o dalszych górskich planach i rozkoszując się wspaniałym widokiem gór od pasma Granatów na wschodzie, poprzez Kościelec i Świnicę, aż ku łagodnym stokom Kasprowego Wierchu z maleńkimi ruchomymi plamkami szusujących narciarzy. Marek był zmęczony, ale mimo to w świetnym humorze i chyba szczęśliwy. Myślę, że wtedy po raz pierwszy poczuł, że na wiele go stać, ale też uświadomił sobie, że sukcesy we wspinaczce wymagają cierpliwości, wysiłku i doświadczenia. Dotychczasowy entuzjastyczny optymizm ustąpił miejsca bardziej wyważonej refleksji, że i owszem – Mont Blanc nie znika z horyzontu, ale droga na jego szczyt będzie trudniejsza i bardziej żmudna, niż dotąd przypuszczał. Długimi, rozmiękłymi w popołudniowym słońcu polami śnieżnymi schodziliśmy do schroniska, marząc o chłodnym piwie z sokiem. W gwarnej jadalni zasiedliśmy na drewnianych ławach, racząc się dobrze zasłużonym napojem z pianką. I nagle przy sąsiednim stoliku spostrzegliśmy... dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego, Pawła Skawińskiego, pogrążonego w rozmowie ze znanym przewodnikiem i ratownikiem TOPR-u Adamem Maraskiem. Oczywiście wszyscy panowie dobrze się znali, więc konwersacjom przy kolejnych piwach nie było końca. A sensacyjna wieść, że marszałek Małopolski przymierza się do kariery taternika, rozeszła się szeroko, budząc zdumienie i niedowierzanie. Marku, mój przyjacielu i partnerze z niedokończonych wspinaczek... Nie zdobyliśmy razem Mont Blanc, o którym tak marzyłeś. Zabrakło czasu... Tylu moich dawnych partnerów ze skalnych ścian odeszło już w Góry Najwyższe. Teraz Ty powędrowałeś wraz z nimi. Nie odchodź za daleko, poczekaj, kiedyś tam jeszcze powspinamy się razem...

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

179


Nocne Polaków rozmowy w Wiedniu Andrzej Pawłowski dr n. med., działacz polonijny i społeczny, b. wiceprezes Forum Polonii w Austrii

Wstąpili do nas do Wiednia, wracając z Chorwacji, która była ulubionym celem wakacyjnych wypraw Marka. Przypominam sobie tę pierwszą wizytę w 2001 roku. W naszym domu prawie co tydzień byli jacyś goście. Przyjaciele śmiali się, że to najmilszy „polski hotel” w tym mieście. I faktycznie, bywali tu przeróżni ludzie – jednak zwykle bardziej lub mniej oficjalnie. Tym razem miało być inaczej, przyjeżdżała koleżanka z mężem – wielką postacią, ale zupełnie prywatnie. I rzeczywiście, znany polityk, marszałek województwa, wparował w klapkach i krótkich spodenkach. Ani grama pozy – normalny, wesoły i bezpośredni, jakbyśmy się znali od lat. Zosieńkę ujął bez reszty bezceremonialnym zachwytem nad jej kuchnią, a mnie bliskim mi bakcylem poznawania i naprawiania świata. Okazał się też być wdzięcznym słuchaczem podczas wędrówek po zakamarkach architektury i historii Wiednia i jego okolic. Interesował się dosłownie wszystkim. Jednak naprawdę poważne dysputy rozwijały się dopiero wieczorami przy dobrym winie. Nocne Polaków rozmowy nie dotyczyły, o dziwo, wielkiej polityki, lecz wręcz przeciwnie, codziennych, życiowych spraw małych społeczności lokalnych, z których wyrasta solidna tkanka całego państwa. I tu moje zaskoczenie – ten poważny polityk uważnie słuchający moich „austriackich” przykładów, wciąż odnosił je do... Zielonek. Bo faktycznie, jego Zielonki, gdzie przez wiele lat był wójtem, stały się jakby papierkiem lakmusowym, którym weryfikował wszelkie pomysły. Mało tego, on, będąc marszałkiem, czuł się bezpośrednim gospodarzem Małopolski, a jej wielkimi projektami zajmował się tak osobiście i troskliwie, jakby układał kawałek chodnika przed własnym domem. Każdy pomysł, każde dobre rozwiązanie, które zobaczył gdziekolwiek na świecie, zaraz przymierzał do wsi i miasteczek w Polsce. Zafascynowała go zdolność do samoorganizowania się społeczności austriackich gmin. Ta umiejętność chyba najlepiej zauważalna jest w żyjących jeszcze do niedawna tylko z hodowli, odciętych od świata wioskach alpejskich. To dzięki tej zdolności nie stały się one opuszczonym pustkowiem, lecz pomimo „kryzysu” rolnictwa, przekształciły się w turystyczno-wypoczynkowe miejscowości, tętniące życiem drobnych rodzinnych firm, z usługami, ekologią. Poznał je już wcześniej, podczas wyjazdów na narty, które były jego kolejną pasją. Przecież to jest rozwiązanie dla naszej Małopolski, którą Bóg także obdarzył pięknem krajobrazów i pracowitymi ludźmi!... No, żeby tylko nie to „każdy sobie rzepkę skrobie”... Smętna nuta, natychmiast jednak znikała, gdy wspominał, jakich wspaniałych samorządowców-przyjaciół ma w różnych zakątkach województwa. No właśnie, działaczy i przyjaciół budujących w jednej drużynie powodzenie własnego regionu. Sympatie polityczne odgrywały tu mniejszą rolę, ważna była przede wszystkim miłość do miejsca swego życia. Tą też solidarność postawił jako hasło przewod-

180

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


nie, skutecznie wygrywając kolejne wybory samorządowe. Niezwykle go za to ceniłem, mimo że przecież niektóre sprawy postrzegaliśmy odmiennie. Było to dojrzałe podejście samorządowca i polityka, na miarę epoki jednoczącej się Europy Ojczyzn. To ty tu działaj, ucz się i zarabiaj, a potem wracaj do domu, bo tam jest jeszcze bardzo wiele do zrobienia – zdawał się zawsze mówić na pożegnanie. Spotykaliśmy się jeszcze wielokrotnie – tam, w Wiedniu, a potem już tutaj, w podmyślenickim Jaworniku. Najczęściej w chwilach trudnych, gdy czysta przyjaźń bez jakichkolwiek podtekstów stawała się tak bardzo potrzebna. I któż mógł przewidzieć, że kiedyś, po latach, w jednej z tych alpejskich wiosek, oaz piękna i zaradności, spotka go najtrudniejsze doświadczenie życia, a wiedeński Cycerone stanie się szpitalnym tłumaczem.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

181


Epizod w filmie, wielka rola w życiu... Julita i Rafał Wieczyńscy Julita: producent filmowy Rafał: aktor i reżyser

Marka poznaliśmy w 2001 r. podczas podróży do Grecji, na wyspie Santorini. Był wtedy, jak się później dowiedziałam, po raz pierwszy marszałkiem województwa małopolskiego. Na tamtych wakacjach byłam bez męża, który musiał zostać w Warszawie, za to z kilkuletnim synem Filipem i z mamą. Podczas wycieczek i wieczornych spacerów upał i zmęczenie dokuczały czasem memu synkowi. Pewnego dnia sympatyczny sąsiad z naszego hotelu, właśnie Marek, ofiarował się, że weźmie go na barana. Potem często chodziliśmy w grupie z Markiem i z Moniką, a Filip w chwilach słabości odpoczywał, oglądając świat z wysokich ramion Marszałka. Szybko okazało się, że właśnie tam, na Santorini, możemy uzyskać przegląd najważniejszych wyzwań województwa małopolskiego. Marek mówił o sposobach rozwiązywania problemów, o swoich pomysłach na rozwój regionu. Widać było, że jest to jego wielka pasja i sens życia. Był ambitny, ale doskwierała mu polityka. Urlopy były krótkie, bo pod nieobecność w Krakowie mogło wydarzyć się coś nieprzewidzianego, ktoś mógł storpedować jakiś projekt. Nieobecny nie mógłby się bronić, więc starał się być. Czas po przegranych wyborach samorządowych Marka pozwolił, by nasza znajomość zmieniła się w rodzaj przyjaźni. Marek przestał być marszałkiem, rozpadały się koalicje, niektórzy członkowie jego organizacji samorządowej przechodzili do innych partii. Czuł się zdradzany, opuszczany, często z żalem mówił o ludziach, którym wcześniej starał się pomóc. Przyjeżdżaliśmy w tym czasie zwyczajnie pogadać, tak jak wcześniej, z tą różnicą, że teraz miał dla nas więcej czasu, żeby o wszystkim opowiedzieć. Mieliśmy szansę lepiej się poznać, wysłuchać, cieszyć obecnością. Kochał góry. Pamiętamy wspólny wypad w Tatry. Przyjechaliśmy do Krakowa już po południu, ale Marek i Monika byli gotowi natychmiast jechać do Zakopanego, żeby jeszcze tego dnia wspiąć się gdzieś i zobaczyć panoramę górskich szczytów. Tak zrobiliśmy. To był wyścig z czasem. Ostrym marszem ruszyliśmy doliną, aby dojść na Kopieniec. Było pewne, że będziemy wracać po ciemku. Doszliśmy na miejsce i w ostatnich promieniach słońca zobaczyliśmy panoramę Wysokich Tatr. Marek bardzo się cieszył. „Warto było. Dzień zaliczony”. Kiedy zatrzymywaliśmy się czasami u Moniki i Marka, około godz. 23.00, ugoszczeni, najedzeni, zaczynaliśmy być senni, wtedy Marek wracał z pracy. Zawsze towarzyski, wesoły, proponował whisky albo wino i do drugiej, trzeciej opowiadał

182

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


o całym dniu i kontekście aktualnych wydarzeń. Senność szybko mijała, bo wspólnie spędzone chwile były zawsze bardzo sympatyczne. Kiedy zbliżała się produkcja naszego filmu o księdzu Jerzym Popiełuszce, któremu to projektowi Marek serdecznie kibicował, zapytaliśmy go o możliwości współpracy z województwem małopolskim w tym przedsięwzięciu. Wskazał nam ścieżkę formalną, ale od razu zapowiedział, że gdyby taka współpraca była możliwa, on się sprawy nie dotknie ze względu na naszą znajomość. Podobało nam się to, bo było uczciwe. Do współpracy jednak nie doszło. 17 września 2007 roku Marek, pełniący po raz drugi funkcję marszałka województwa małopolskiego, odwiedził nas na planie filmu „Popiełuszko. Wolność jest w nas” w kościele w Mistrzejowicach i został „aktorem” w jednej z kręconych właśnie scen. Zagrał postać świadka w scenie wizyty ks. Jerzego Popiełuszki w parafii u „Wikarego z Mistrzejowic”, czyli u ks. Kazimierz Jancarza. Kiedy Marek pojawił się na planie, duża grupa zebranych statystów, mieszkańców Krakowa i Małopolski, powitała swego marszałka brawami. Marek ze wzruszeniem wspominał tamte wydarzenia sprzed lat. Ale też miał frajdę, kiedy w garderobie zrzucił garnitur i z setek ubrań dobraliśmy mu kostium, w którym wystąpił w filmie. Uroczysta premiera filmu w kinie Kijów w Krakowie odbyła się bez niego, gdyż było to po wypadku narciarskim, jakiemu uległ na stoku w Austrii. Witając publiczność, powiedzieliśmy także o naszym Przyjacielu, który – choć leży w szpitalu w Klagenfurcie – będzie wraz z nami podczas mistrzejowickiego epizodu w filmie. Z upływem lat coraz częściej mówił o grach pomiędzy ludźmi, o układach i bezpardonowej walce o stanowiska, a nie o kolejnych projektach. Cierpiał z tego powodu. Mieliśmy wrażenie, że nie lubi politykowania, że chce coś po prostu zrobić, zostawić po sobie. Cieszył się każdą samorządową robotą, a mierziła go ta gra, szachowanie przeciwników, zabiegi o wsparcie miejscowych baronów. Wydawało się nam, że nie lubił w tym uczestniczyć. Lubił niezależność, bo wtedy miał poczucie, że może realizować swe pomysły bez żadnych kompromisów. Dziś jesteśmy wdzięczni, że mogliśmy go spotkać.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

183


Do Ciebie, Marku Ewa i Leszek Krupa Leszek: dr inż., b. radny miasta Krakowa, członek Wspólnoty Małopolskiej, Ewa: biolog, koleżanka Marka Nawary

Już widzimy, Marku, Twój tak charakterystyczny, jakże miły uśmiech, kiedy z końcem 1990 roku mówisz nam, że zostałeś wybrany na wójta twojej rodzinnej Gminy Zielonki. Tworzy się samorządność w Polsce, w gminach. Nikt tego nie zna, Ty jesteś jednym z tych, którzy nie boją się nowego wyzwania. Spotykamy się, rozmawiamy, dyskutujemy, Ty opowiadasz o swoich problemach, co chcesz i jak zrobić w swojej gminie, co już osiągnąłeś i jakie jeszcze masz wątpliwości. Twoje zaangażowanie w sprawy lokalne jest zupełne. Służba zdrowia, wodociągi, oświata, mogłeś o tym mówić bez końca. Budowałeś nowy dom – gminę. Ale też w tym samym czasie budujesz i urządzasz swój dom w Batowicach, a my swoje nowe mieszkanie w Krakowie. Jest początek lat 90., po wprowadzeniu gospodarki wolnorynkowej, i w urządzaniu domu są nowe, większe możliwości. Wymieniamy doświadczenia. Wszystko nas cieszy. W wolnych chwilach chodzimy do kina, rozmawiamy o ciekawych książkach, spotykamy się na różnych uroczystościach rodzinnych. Przypominamy sobie 3 stycznia 1991 roku urodziny Ewy. Wszyscy siedzimy, bawimy się, wchodzi ksiądz po kolędzie, Twoje zaskoczenie, bo to Twój kolega ze szkolnej ławy. Opowieści i wrażeń było dużo, a kolęda wydłużyła się znacznie. Powoli sprawy samorządowe zaczęły pochłaniać Cię zupełnie. Już nie tylko Gmina Zielonki, ale też inne gminy, gdy zostałeś przewodniczącym Sejmiku Samorządowego Województwa Krakowskiego. Praca w samorządzie to była dla Ciebie służba, którą traktowałeś z pełną odpowiedzialnością. Twoje ambicje, pracowitość, a przede wszystkim kompetencja przynoszą efekty. Gmina Zielonki staje się przykładem sukcesu samorządowego i wzorem dla innych gmin. Przyszedł rok 1998, kolejne wybory samorządowe, kiedy mówisz mi: – Leszek, z twoim potencjałem intelektualnym i doświadczeniem zawodowym powinieneś się włączyć w pracę dla samorządu. – Kandyduję w wyborach samorządowych i zostaję wybrany do Rady Miasta Krakowa. Zostałem więc jednym z wielu, których udało Ci się zachęcić do pracy na rzecz społeczności samorządowej. Pojawia się w Twoim życiu Monika, Twoja partnerka, później żona, niezwykła kobieta. Miałeś w Niej zawsze wsparcie, a w chwilach ciężkiej choroby osobę, która cały czas była przy Tobie. Pomagała Ci odzyskać zdrowie i powrócić do pracy. Pamiętam, jak zastanawiałeś się, co zrobić, gdy już, jako poseł do Sejmu RP, dostałeś propozycję objęcia urzędu pierwszego marszałka Województwa Małopolskiego. Musiałeś zrezygnować z mandatu posła. Od razu wiedziałem, jaka będzie Twoja decyzja, bo nie mogłaby być inna: samorząd. Polityka. Politykę traktowałeś zawsze drugoplanowo, liczył się przede wszystkim samorząd. I znowu budujesz od samego początku, tym razem struktury Urzędu Marszałkowskiego.

184

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Marku, potrafiłeś ciężko pracować, ale też potrafiłeś świętować. Przełom wieków, nowe tysiąclecie. Organizujesz Pierwszy Sylwestrowy Bal Marszałkowski w Teatrze im. J. Słowackiego. Wspaniały bal, o którym długo się będzie opowiadać. Dla Ciebie zawsze najważniejsza była służba publiczna na rzecz lokalnych społeczności i troska o wspólne dobro. To pchnęło Cię do stworzenia Wspólnoty Małopolskiej, która miała połączyć takich właśnie ludzi, samorządowców. Udało Ci się zaszczepić w ludziach wiarę i chęć działania tak, że wśród kolosów partyjnych ta mała Wspólnota Małopolska znaczyła dużo. Niestety, wypadek wyłączył Cię na wiele miesięcy z pracy. Ty się jednak nie poddałeś, wróciłeś na urząd. W 2010 roku w kolejnych wyborach samorządowych w coraz bardziej politycznie spolaryzowanym kraju Wspólnota Małopolska nie była w stanie już się przebić. Odchodząc z urzędu marszałka zostawiłeś Małopolskę w czołówce najlepiej rozwijających się województw, szczególnie jako europejski obszar wiedzy, przodującej we wdrażaniu funduszy europejskich. Zastanawiałeś się, jak samorząd będzie funkcjonował bez Ciebie i jak Ty będziesz funkcjonował bez samorządu. Dziwiło Cię to, że nie chciano skorzystać z Twej wiedzy i doświadczenia. „Uczciwość, sprawiedliwość, pragmatyzm, odpowiedzialność, konsekwencja w dążeniu do celu” – to była Twoja maksyma życiowa. Miejmy nadzieję, że Twoi następcy będą się tą maksymą kierować w swojej codziennej działalności samorządowej, i nie tylko. Byłby to najpiękniejszy pomnik dla Ciebie, Pioniera Małopolskiej Samorządności.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

185


Grupa Kazika Janusz Zbroja działacz gospodarczy, menadżer firm budowlanych

Marka poznałem 16 sierpnia 1986 roku. To był dzień mojego ślubu z Alicją Nawarą. W ten oto sposób dalszy kuzyn Alusi został i moim kuzynem. Z ogromną przyjemnością i dumą obserwowałem i kibicowałem Markowi w Jego karierze zarówno zawodowej jak i politycznej. Bliższe kontakty nawiązaliśmy, gdy okazało się, że mamy wspólne, sportowe zainteresowania. Połączyła nas tzw. „Grupy Kazika”. Kazimierz Wojtas – kuzyn Marka, z dużym osobistym zaangażowaniem organizował wyjazdy na narty z grupą znajomych, głównie z Politechniki Krakowskiej. Pierwszy wspólny wyjazd z Markiem - to Val di Fieme w 2005 roku. Nie zważając na trudy nocnej podróży autokarem, wyruszył z nami w długą trasę do Włoch. Już pierwsze kontakty z Nim sprawiły, że granice wieku czy pozycji społecznej zostały trwale odrzucone. Marek, częstując wszystkich zapasami owoców, słodyczy i oczywiście przygotowaną na tę okazję nalewką, jednoznacznie dał do zrozumienia, że w autokarze nie ma marszałków, prezesów, profesorów, doktorów czy dyrektorów, że wszyscy są równi i tworzą jedną zwartą grupę. Taką zwartą grupę stanowiliśmy zarówno na stoku narciarskim, jak i podczas niezapomnianych chwil relaksu po nartach. Wieczory, po kolacji, to już poważne rozmowy o polityce, o życiowych wyborach, celach i pasjach. Marek przekazywał nam swoją wiedzę i mądrość życiową, z której niejednokrotnie czerpałem, podejmując w moim życiu ważne decyzje osobiste i zawodowe. Innym razem bez oporów służył pomocą w nauce gry w brydża. Kolejny nasz wspólny wyjazd na narty miał miejsce w 2006 roku. Tym razem pojechaliśmy uprawiać białe szaleństwo u podnóży szczytu Monta Civetta we Włoszech. Ponieważ prezentowaliśmy z Markiem podobny poziom narciarski, większość tras pokonywaliśmy w mniejszej grupie lub tylko w dwójkę. Stąd też kilka naszych wspólnych zdjęć . Po kilku godzinach zjeżdżania nadchodził czas odpoczynku i posiłku. O określonej godzinie, w wybranej wcześniej restauracji na stoku, zjawiała się większość grupy. Marek przeważnie przewodził grupie dyskusyjnej. Z Jego wypowiedzi wyraźnie rysował się obraz polityka, któremu najbardziej na sercu leżał rozwój Małopolski. Opowiadał o projektach, którym patronował z urzędu, o dalszych planach i potrzebach regionu. Następny wspólny wyjazd z „Grupą Kazika” to podróż do regionu narciarskiego Ischgl-Samnaun, leżącego na granicy austriacko-szwajcarskiej. Pomimo to że Marek potraktował go bardziej rodzinnie, to jednak wygospodarował czas na wspól-

186

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


ne szusowanie po stokach. Stąd też pochodzą, moim zdaniem, jedne z najciekawszych zdjęć ze wspólnego biesiadowania. W roku 2009 po raz kolejny ze znaną już grupą pojechaliśmy do Austrii do regionu narciarskiego Obertauern. Warunki pogodowe niestety nie rozpieszczały nas. Dość niska temperatura, wiatr i opady śniegu powodowały, że ciepły, kompletny ubiór towarzyszył nam nawet podczas robienia zdjęć. Dopiero druga część tygodnia przyniosła ładną, słoneczną pogodę. W dniu 20 lutego 2009, około godziny 12.30, zjeżdżaliśmy z góry Aineck do stacji ST. Margarethen nartostradą A1. Dwukrotnie zatrzymywaliśmy się na odpoczynek. Ten drugi odbywał się mniej więcej kilometr od stacji dolnej, na płaskim i równym terenie. Należy dodać, że trasa w tym dniu była bardzo dobrze przygotowana. W tym momencie obok nas przejechały dwie osoby z grupy, z którymi jeździliśmy w tym dniu. Po chwili odpoczynku zapytałem Marka, czy jedziemy dalej. Odpowiedział, że tak, a ponieważ stałem poniżej, ruszyłem pierwszy. Po przejechaniu około 300 metrów i minięciu stromego zakrętu zorientowałem się, że za mną nie ma Marka, dołączyłem więc do pozostałych dwóch osób, bo Marek często zatrzymywał się na stoku, aby odebrać telefon. Wyjechaliśmy ponownie wyciągiem krzesełkowym, aby na górze zaczekać na Marka. Była to częsta i umówiona z Markiem praktyka. Rozumieliśmy wynikające z piastowanego przez Niego stanowiska obowiązki służbowe. W tym momencie otrzymaliśmy informację od innej osoby z naszej grupy, że Marek leży nieprzytomny na stoku i że służby medyczne zostały już o tym zdarzeniu poinformowane. Zjechaliśmy więc na dół do stacji ST. Margarethen i tam czekaliśmy, aż grupa ratunkowa zwiezie Marka do oczekującej już karetki pogotowia. W wielkim niepokoju, ale i z ogromną nadzieją na szybki powrót Marka do zdrowia modliliśmy się w tym dniu na mszy świętej odprawionej w hotelu przez naszego przyjaciela – księdza Jana Mrózka. Ja i moja rodzina cieszyliśmy się na każdą dobrą wiadomość o powrocie Marka do zdrowia, a szczególnie wtedy, gdy wrócił do swoich ulubionych zajęć. 25 maja 2011 roku wiadomość o śmierci Marka przyjąłem z ogromnym zaskoczeniem i niedowierzaniem.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

187


Przyjaciel ze szkolnej ławki Ryszard Wielgos lekarz, kolega z licealnej ławki

Marek był moim przyjacielem z ławki szkolnej. Bardzo serdecznym człowiekiem. Gotowym służyć każdemu pomocą. Zawsze uśmiechniętym i wszystkim życzliwym. Po maturze i studiach nasze drogi rozeszły się. Ja wybrałem emigrację, a Marek służbę Polsce. Dzisiaj chylę głowę przed wszystkimi, którzy wierzyli, że ten kraj da się odmienić. Ponad dwadzieścia lat nie mieliśmy kontaktu ze sobą. Pewnego dnia oglądałem wiadomości telewizyjne i zobaczyłem, wydawałoby się, nieznanego mi polityka z Małopolski o nazwisku Marek Nawara. To mógł być tylko mój kolega ze szkoły. Wystarczyło skontaktować się z Urzędem Marszałkowskim, żeby odnowić znajomość. Po tylu latach rozumieliśmy się bardzo dobrze. Nasza przyjaźń była teraz dojrzała. Mogliśmy sobie wszystko opowiedzieć. O sukcesach i porażkach. Wiedzieliśmy oboje, że ten drugi, który słucha, jest nam życzliwy. Z wielkim bólem patrzyłem na ciężką chorobę Marka. Podziwiałem wielkie poświęcenie żony Moniki w walce o jego życie. Myślę, że bez niej nie mógłby wrócić do normalnego życia. Nie mogłem przypuszczać, że tego życia pozostało mu tak niewiele. Jeszcze tydzień przed śmiercią odwiedził mnie i moją żonę w Jordanowie, gdzie spędzaliśmy krótki urlop. Drogi Marku, mieliśmy jeszcze tyle wspólnych planów. Niestety, tutaj już Ciebie nie ma.

188

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Książę Nawarry Joanna Florkiewicz-Kamieniarczyk historyk sztuki, dyrektor Wydziału Rewaloryzacji Zabytków Krakowa i Dziedzictwa Narodowego Małopolskiego Urzędu Wojewódzkiego

Marek był moim klasowym kolegą w IX Liceum Ogólnokształcącym w Krakowie. Znaleźliśmy się w klasie o profilu matematyczno-fizycznym bynajmniej nie z miłości do przedmiotów ścisłych. Zaczynaliśmy naukę w okresie tworzenia w liceach klas profilowanych i nasza klasa była pierwszą, jaka powstała w IX LO. Ponieważ należeliśmy do rocznika wyżu demograficznego, zasadą ogólnie stosowaną wówczas w większości szkół średnich było układanie „dwuzmianowego” planu lekcji, który przesuwał naukę klas pierwszych i drugich na godziny popołudniowe. Natomiast nowej klasie profilowanej wyjątkowo zagwarantowano naukę na pierwszą zmianę. Dla wielu naszych kolegów był to główny powód wyboru klasy „A” pomimo różnych zainteresowań – często bardzo odmiennych od matematyki. Wielu z nas podjęło po maturze studia na wydziałach humanistycznych. Dla Marka, który dojeżdżał do szkoły z Batowic, nauka na pierwszą zmianę miała bardzo duże znaczenie. Miał chyba najdalej z nas do szkoły, natomiast nigdy nie miał problemów z punktualnością. Jednak fakt, że podróże pomiędzy domem a szkołą zajmowały mu dużo czasu, powodował, że trudno mu było brać udział w „towarzyskim życiu klasy”, które rozkwitało naturalnie po ostatnim dzwonku. Dlatego nie należał do żadnej imprezującej paczki i był kolegą właściwie mało znanym. Nie dał się zapamiętać jako bohater lub uczestnik jakiejkolwiek klasowej „afery”, która zostałaby w klasowej pamięci i funkcjonowała na zasadach anegdoty. Wiem, że do końca przetrwała przyjaźń, jaką nawiązał z Rysiem Wielgosem mieszkającym obecnie w Niemczech. W moich szkolnych wspomnieniach Marek łączy się z lekcjami łaciny. Jest to potwierdzenie, że zainteresowania Marka w latach szkolnych wykraczały daleko poza sprawy przedmiotów ścisłych. Chodziliśmy na nadobowiązkowe lekcje łaciny, zorganizowane w naszym liceum, a prowadzone w pierwszej klasie przez profesora Jana Bałabuszyńskiego. Uważam, że możliwość zetknięcia się z tą barwną postacią o skomplikowanym życiorysie była dla nas licealistów bardzo ważnym doświadczeniem. Profesor, były więzień obozu koncentracyjnego Auschwitz, przekazał nam bardzo wiele życiowych przemyśleń. Sądzę, że wszystkim nam głęboko zapadły w pamięć jego obozowe wspomnienia. Dla wielu z nas był jedynym świadkiem tych tragicznych wydarzeń, z jakimi miał okazję zetknąć się w życiu. W moim przypadku był to pierwszy kontakt z osobą dotkniętą chorobą oświęcimską. Profesor nie ukrywał przed nami uciążliwości związanych z tą chorobą.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

189


Podczas tego roku szkolnego mieliśmy okazję również poznać opowieści Profesora o jego pracy w V Liceum Ogólnokształcącym w Krakowie w okresie przedwojennym, które według niego było wtedy „Błękitnym Gimnazjum” i właśnie w 1971 roku obchodziło setną rocznicę swego powstania. Profesor był pochłonięty przygotowaniami obchodów tego jubileuszu. Kolor niebieski był ulubionym kolorem Profesora, w związku z czym w dniu, kiedy mieliśmy lekcję łaciny, staraliśmy się mieć pod mundurkami widoczne niebieskie bluzki lub koszule, co zdecydowanie poprawiało naszą pozycję w trakcie odpytywania przy tablicy. Tę część lekcji, na której sprawdzane było opanowanie przez nas zadanego materiału, Profesor miał zwyczaj prowadzić w bardzo oryginalny sposób, bawiąc się w łacińskie skojarzenia naszych imion, nazwisk lub aktualnych sytuacji, prowadząc swoistego rodzaju narrację. I tak na przykład w piękny wiosenny dzień zaczynał lekcję od wymienienia widocznych oznak tej pory roku, wplatając w wypowiedź określenia łacińskie. Stwierdzenie, że zakwitają pierwsze kwiaty – flos, floris – było równoznaczne z wywołaniem do odpowiedzi mojej osoby z racji nazwiska zaczynającego się od tych samych liter. Kiedy po wpisaniu do dziennika uzyskanej oceny wracałam do ławki, w kontynuowanej opowieści Profesor wymieniał łacińskie nazwy kwiatów i przy fiołku – viola – pod tablicą meldowała się koleżanka o imieniu Violetta. Z dalszej opowieści wynikało, że po łące pełnej kwiatów wędruje na koniu Książę Nawarry, co było oczywiste, że do odpowiedzi ma się stawić Marek. Opowieści Profesora były na każdej lekcji inne, ale nasze „pseudonimy” często się powtarzały. Marek zawsze był Księciem Nawarry i bardzo często to określenie mi się przypominało w kontaktach z nim już po maturze. Po skończeniu szkoły na kilka lat nasze drogi się rozeszły. W latach studenckich nie widywaliśmy się. Spotkaliśmy się raz przypadkowo w tramwaju, wymieniając aktualne informacje. W okresie, kiedy Marek był wójtem Gminy Zielonki, zdarzyło nam się kilka razy spotykać na imprezach samorządowych. Więcej okazji do kontaktów mieliśmy dopiero, gdy pełnił funkcję marszałka Województwa Małopolskiego. Było mi zawsze bardzo miło, że niezależnie od miejsca i okoliczności, w jakich się spotykaliśmy, Marek znajdował sposobność na chwilę sympatycznej rozmowy. Zawsze zachowywał się jak fajny kolega z lat szkolnych. Zresztą najczęściej tak właśnie mnie przedstawiał: moja koleżanka z klasy. W czasie marszałkowania wziął udział w klasowym spotkaniu z okazji 25-lecia matury, które wszyscy bardzo mile wspominają. Gdy po raz drugi został wybrany marszałkiem, widywaliśmy się również służbowo i na oficjalnych spotkaniach, przy czym zawsze udawało nam się choć przez chwilę zamienić parę zdań nieoficjalnie. Kibicując zawsze działaniom Marka, byłam dla niego pełna podziwu. Dla mnie, przez pryzmat szkolnych wspomnień, był zawsze Księciem Nawarry, dlatego jego życiowe osiągnięcia wydawały mi się czymś oczywistym.

190

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Dobry sąsiad, przyjaciel w potrzebie Andrzej Lipowiecki biznesmen, kolega Marka Nawary z Batowic

Trudno wspominać w krótkiej formie tak wyjątkową postać jak Marek Nawara. Po prostu żal, że tak szybko Pan powołał Go do siebie. Mieszkam w Batowicach wraz z rodziną, a moja szwagierka Zosia jest najbliższą sąsiadką Marka – teraz już tylko Moniki. Każdy z nas gdzie indziej pracuje, inne ma obowiązki, ale ponieważ się lubiliśmy, to zawsze spotykaliśmy się kilka razy do roku na imieninach, po kolei u każdego z nas. Marek zawsze ożywiał towarzystwo, brylował, i to nie tylko wtedy, gdy pełnił funkcje publiczne. Po prostu był duszą towarzystwa. Mógłbym o tych spotkaniach długo opowiadać, ale moje reminiscencje sprowadzę tylko do jednego zdarzenia, którego nigdy nie zapomnę, bo tak naprawdę zadecydowało ono o moim życiu. Pokazuje obraz Marka jako człowieka o otwartym sercu bez względu na okoliczności. Może nie wszyscy znali Go z tej strony. Kilka lat temu znalazłem się w sytuacji zagrożenia życia. Pogotowie zawiozło mnie do jednego z krakowskich szpitali. Tam prawdopodobnie lekarze nie rozpoznali mojej choroby. Mimo próśb i protestów moich i mojej żony Marii zatrzymano mnie w szpitalu 12 godzin bez właściwej pomocy i diagnozy. Żona była zrozpaczona, bo mój stan się pogarszał. Postanowiła zadzwonić do Marka Nawary. Był wtedy na wakacjach za granicą, i w dodatku miał własne kłopoty, bo ktoś rozbił mu samochód. Mimo to niezwłocznie wykonał w mojej sprawie kilka telefonów do właściwych osób. Po Jego interwencji w krótkim czasie znalazłem się w szpitalu im. Jana Pawła II. Pół godziny później byłem już na stole operacyjnym, gdzie usunięto mi skrzep z układu krwionośnego. To uratowało mi życie. Wielkość i serce człowieka poznajemy w potrzebie. Taki był Marek.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

191


„Długi” – wspomnienie pośmiertne – niestety Kazimierz Wojtas dr inż., Politechnika Krakowska, kuzyn Marka Nawary

Wspominać kogoś po jego śmierci, szczególnie wtedy, gdy nastąpiła o wiele za wcześnie, to często bardzo trudne wyzwanie dla tych, którzy go znali być może lepiej od innych, których spotykał na swojej drodze. O ludziach, którzy odeszli, w naszym kręgu kulturowym zwykło się pisać albo dobrze albo w ogóle. W przypadku śp. Marka Nawary zadanie jest stosunkowo proste, gdyż żył i postępował w sprawach zasadniczych swojego życia tak, że nawet gdy piastował urząd marszałka województwa, to na ogół wścibscy i nieprzychylni mu dziennikarze nie byli mu w stanie nic zarzucić. Zaproszony przez żonę Marka do napisania tego tekstu, pragnąłbym odkurzyć kilka epizodów z jego życia, które wydają się pokazywać, jak w „normalności” może się zawierać jednak coś wyjątkowego i niepowtarzalnego, bo takim w dużej mierze był według mnie śp. marszałek Marek Nawara. Wspólne lata spędzone w szkole podstawowej im. księdza Jana Długosza w podkrakowskich Raciborowicach to raczej okres beztroskiego życia bardzo młodego pokolenia lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Osiem lat spędzonych w tej szkole, zaczynając od pierwszej klasy, której wychowawczynią była pani Wanda Turczynowska, a kończąc na ósmej, z wychowawczynią panią Ewą Gajer, nauczycielką języka polskiego, to lata raczej radosne, ale również lata kształtowania charakterów i intensywnego zdobywania wiedzy, w czym dużą rolę odgrywała właśnie szkoła i nauczyciele tam pracujący. Byli prawdziwymi i wymagającymi wychowawcami, z wieloletnim kierownikiem szkoły panem Stefanem Raźnym na czele. Marek wyróżniał się klasie nie tylko wzrostem (stąd jego przydomek z lat szkolnych – „Długi”), ale przede wszystkim należał do grupy uczniów rywalizujących ze sobą w pozytywnym znaczeniu, zarówno w nauce, jak i w sporcie. Współzawodnictwo to nie miało jednak nic wspólnego z obserwowanym obecnie „wyścigiem szczurów”, a było głęboko osadzone na zdrowych zasadach uczciwej rywalizacji. Szczęściem Marka i nas wszystkich w tamtych czasach było to, że te same zasady moralne przekazywała nam zarówno Szkoła jak i Kościół, a przede wszystkim nasze Rodziny, ucząc uczciwości, posłuszeństwa, szacunku dla drugiego człowieka. Wszyscy byli jednakowo wymagający i nie wahali się nas czasem surowo karcić za mniejsze lub większe „występki” tak charakterystyczne dla tego wieku. (Prawie w każdym naszym domu wisiał „pasek” czyli „dyscyplina” i mogę zaręczyć, że nie wisiała tam ona li tylko „dla ozdoby”). W takim środowisku wzrastał Marek, w rodzinie, w której były głęboko zakorzenione tradycje samorządowej aktywności oraz chęć

192

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


liderowania i przewodzenia w środowisku (jego stryj Jan był wieloletnim, szanowanym sołtysem w Batowicach jeszcze w czasach przed II wojną światową). My, jego koledzy i koleżanki ze szkolnej ławy, przekonywaliśmy się o tym „na co dzień”. Uważaliśmy to za najzupełniej „normalne”, aż do momentu, w którym Marek nie zdecydował się pójść w ślady stryja i został wybrany najpierw wójtem, a potem pierwszym marszałkiem Małopolski. Po zajęciach w szkole wracaliśmy do naszych domów, oddalonych od szkoły o ponad dwa kilometry, na piechotę i „na skróty” przez tzw. „łąki”, położone pomiędzy Raciborowicami, Dziekanowicami i Batowicami, które otaczała rzeka Dłubnia. To nad nią, na wiosnę i na jesieni, zatrzymywaliśmy się na dłużej, w miejscu, gdzie wpadał do niej niewielki potok, by obserwować małe i większe ryby w niej pływające. To do niej skakał pewnego razu Marek, aby wyłowić rzucony tam przez niego wcześniej, w wyniku sprzeczki, mój tornister. Innym razem na tych łąkach graliśmy „do upadłego” w piłkę. Po powrocie ze szkoły, jak tylko czas i rodzice pozwolili, spotykaliśmy się wszyscy w centralnym punkcie Batowic, „pod Figurą” (zabytek, który Marek później, będąc już marszałkiem, z dużym pietyzmem odrestaurował). Główną dyscypliną sportu uprawianą w tym miejscu była „zośka” (trochę odbiegająca od obecnych stereotypów i wyobrażeń młodych ludzi). Tak było zawsze, ale tylko wtedy, gdy w domu nie było obowiązków, prac polowych, porządków itp. Zimą spotykaliśmy się, aby pojeździć na nartach (na początku zrobionych samodzielnie z desek jesionowych), sankach i łyżwach. Ulubionym sportem, który „uprawialiśmy” zimą z Markiem, był hokej. W Batowicach były dwa takie „naturalne lodowiska”. Jedno, „bezpieczne”, znajdowało się w ogrodzie dziadka Marka, pana Macieja Nawary, obok jego domu (który potem Marek odziedziczył, odrestaurował i zamieszkał jako „najstarszy wnuk”). Poziom tego ogrodu był poniżej sąsiadujących z nim terenów i na jesieni zbierała się w nim woda, która zimą tworzyła „miejsce zabaw”. O wiele bardziej niebezpiecznym miejscem do uprawiana hokeja był staw w parku należącym do Państwowego Domu Starców (obecnie Dom Spokojnej Starości) znajdujący się do tej pory w Batowicach. Lód często był zbyt cienki i kruchy, a staw miał ponad metr głębokości. Często wracaliśmy więc „przemoczeni”, co wywoływało gniew i odpowiednie reperkusje ze strony rodziców. Wspominam o tych, na pozór błahych epizodach, gdyż z dystansu czasowego pewne zachowania Marka ujawniane w tamtym okresie, takie jak chociażby niesamowita ambicja na każdym polu rywalizacji (niejednokrotnie płakał po przegranym meczu), być może zadecydowały o jego późniejszej karierze politycznej. Po skończeniu z wyróżnieniem szkoły podstawowej Marek podobnie jak kilkoro z nas kontynuował naukę w liceum w Krakowie, co w tych czasach nie było aż tak bardzo powszechne. Nie stracił jednak kontaktu ze środowiskiem. Wtedy głównym miejscem integracji był kościół parafialny pw. św. Mał-

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

193


gorzaty, do którego należał, obecnie już nie istniejący, tzw. Dom Katolicki, wyposażony w scenę i salki katechetyczne. To tam, dzięki zaangażowaniu księży pracujących w tej parafii, pod kierunkiem wieloletniego proboszcza, śp. księdza Stanisława Migasa, odbywały się regularne spotkania parafialnej grupy młodzieżowej. Spędzaliśmy czas na dyskusjach, w których bardzo aktywnym uczestnikiem był Marek, często długo i mocno argumentując swoje niejednokrotnie nieprzejednane stanowisko. Oprócz tego w okresie świąt Bożego Narodzenia przygotowywaliśmy i wystawialiśmy dla publiczności na scenie Domu Katolickiego tzw. „jasełka”, a po ich wystawieniu często bawiliśmy się przy muzyce dyskotekowej do późna w nocy. Czy warto o tym wspominać? Wydaje mi się, że tak, bo pokazuje to, między innymi, że Marek nigdy nie utracił kontaktu ze środowiskiem, w którym się wychował, swoją „Małą Ojczyzną”. Później tylko poszerzał ją, najpierw do Gminy Zielonki, a potem do Małopolski. Czas płynął szybko i „grupa młodzieżowa” przekształciła się w „grupę akademicką”. I znowu dopisało nam szczęście, gdyż na plebanii w Raciborowicach zamieszkał, pełniący również funkcje wikariusza, doktorant Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, ksiądz Kazimierz Nycz, obecny kardynał, metropolita warszawski. Spotkania grupy nabrały nowej jakości i stały się jeszcze bardziej intensywne, a do najbardziej aktywnych i zaangażowanych jej członków należał oczywiście Marek (który, jak można zauważyć na fotografiach, zmienił fryzurę na „bardziej poważną”). Te spotkania to nie tylko dyskusje o Bogu i sprawach zasadniczych w naszym życiu, takich jak moralność i uczciwość, ale również wspólne zabawy (Marek był głównym ich animatorem, gdyż bardzo lubił tańczyć i, jak twierdzi moja żona, tańczył bardzo dobrze), wspólne sesje brydżowe (to kolejna jego pasja i „lekarstwo na stres” w późniejszej działalności), a także wyjazdy rekreacyjno-sportowe, z których najlepiej pamiętamy „słynne Mazury” czyli obóz nad jeziorem Wigry). Trudno w kilku zdaniach streścić kawałek życia kogoś takiego, jak śp. Marek Nawara. Jedno jest niezaprzeczalne, że nigdy nie stracił kontaktu ze swoim środowiskiem, w którym wyrastał i skąd czerpał energię do „bycia samorządowcem”. Nigdy i nikomu z nas nie dał do zrozumienia, że on „jest kimś lepszym”, a wręcz przeciwnie, starał się jak mógł nas wspierać i spędzać z nami wspólnie czas, pomimo że miał go, jako Marszałek Małopolski, bardzo mało. Na zawsze jest w naszej pamięci.

194

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Wierny ideałom, zaszczepionym w młodości Wiesław Karol Żylski energetyk, działacz związkowy, kolega Marka z tej samej parafii

Marka poznałem w kościele w Raciborowicach, gdzie jako ministranci zaangażowani byliśmy w życie parafii i kościoła. W 1968 r. do parafii Raciborowice został przydzielony ks. Stanisław Kurzeja, który był człowiekiem kochającym ludzi, ojczyznę, niosącym pomoc innym, dostrzegającym problemy społeczne. Dla nas, młodych chłopców, stał się nie tylko wielkim autorytetem, ale kimś bardzo bliskim, z kim można było porozmawiać, podyskutować o otaczającym świecie, historii, religii. W tych dyskusjach szczególny prym wiódł Marek – bystry, chłonny wiedzy, konsekwentny w działaniu, a jednocześnie uparty w swoich przekonaniach. Parafia dla nas, ministrantów, była nie tylko miejscem wyznawania i pogłębiania wiary katolickiej, ale miejscem rozwijania wrażliwości społeczno-narodowej i kształtowania charakteru. Następny proboszcz parafii, ks. Stanisław Migas, zauważył potencjał tkwiący w nas i utworzył parafialną grupę młodzieży (dziewcząt i chłopców), której opiekunem ustanowił ks. Kazimierza Nycza. Oczywiście w tej grupie nie mogło zabraknąć nas, ministrantów. Ks. Kazimierz Nycz okazał się człowiekiem bezpośrednim i szybko nawiązał z nami kontakt. Często prowadziliśmy dyskusje trwające aż do rana, na tematy rozwijające nasze myślenie, dające poznać nasze przekonania, poglądy i pomysły. Spotkania te pokazały, że wśród nas Marek był „liderem”, który już wtedy, jako młody chłopak, czuł potrzebę zmian demokratycznych, mocno opowiadał się za przemianami gospodarczymi. Cały czas kierowała nim troska o wspólne dobro i kiełkowała żyłka samorządowca. W prowadzonych dyskusjach Marek prezentował stanowisko liberalne, ja z reguły opowiadałem się za zmianami socjalnymi. To nas różniło, a jednocześnie łączyło, ponieważ nasza dyskusja zawsze inicjowała jakieś zmiany. Stare przysłowie „kto się lubi, ten się czubi” dobrze oddawało nasze charaktery i naszą przyjaźń, która nie ustała nawet wtedy, kiedy Marek rozpoczął studia na AGH w Krakowie, a po ich ukończeniu podjął pracę w Urzędzie Gminy w Zielonkach, ani też wtedy, kiedy budował filary samorządu w Polsce. To, za co ceniłem Marka, to jego postawa, oparta na wartościach katolickich i społecznych, którą publicznie okazywał. Na drodze jego kariery politycznej, samorządowej pojawiały się różne pokusy, jednak on pozostał wierny tym ideałom, które w młodości zaczepili nam duchowni kościoła w Raciborowicach.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

195


Droga do… Bogusław Król działacz samorządowy, wieloletni wójt Zielonek, kolega Marka Nawary „od zawsze”

Co wybrać z blisko 48-letniej przyjacielskiej znajomości z Markiem? O czym opowiedzieć, gdy zna się, poprawiam, znało się Go tak blisko? W latach 90. ubiegłego wieku i w pierwszej dekadzie XXI stulecia był już osobą znaną. Ale los tak zrządził, że znaliśmy się wcześniej jak „łyse konie” i rozumieliśmy się bez słów. Jakże mogło być inaczej, gdy od 1963 roku spotykaliśmy się codziennie w czasie pierwszych dziecięcych podwórkowych zabaw w Batowicach pod figurką. Pamiętam, jak Marek i moja sąsiadka Jola Ciesielska zostali zapisani do klasy pierwszej w raciborowickiej szkole. Strasznie wtedy płakałem i prosiłem rodziców o wcześniejsze zapisanie mnie do szkoły. Niestety nie było to możliwe, bo byłem o dwa lata młodszy. W okresie szkoły podstawowej i licealnym spędzaliśmy wiele wspólnego czasu. Były to różnorodne spotkania, setki, jak nie tysiące, różnych wspólnych pomysłów na rywalizację, konkurencję, kształtowanie młodych osobowości. Były też wspólne wakacyjne wyjazdy, górskie wędrówki, imprezy, biblioteczny klub dyskusyjny i jakże mogłoby być inaczej, też liczne prywatki. Nie dopuszczaliśmy nudy i bezczynności. W tamtej rzeczywistości lat 70. i 80. znajdowaliśmy własne pola do aktywności, i to niezależnie od pory roku. Jedna ciekawa inicjatywa zastępowała kolejną. Marek najczęściej był inicjatorem nowych pomysłów. Ja i inni koledzy staraliśmy się Mu dorównać. On zawsze wykazywał cechy przywódcze. Chciał i musiał być od najmłodszych lat szefem. Wybrany został kapitanem podwórkowej drużyny hokejowej na lodowisku, którym był staw na ogrodzie Jego dziadka lub staw w Domu Pomocy Społecznej, i nie „tolerował”, gdy Jego drużyna przegrywała. W takim przypadku „nakazywał” na następny mecz przygotowanie odpowiedniego sprzętu. Trzeba było przekonać rodziców do zakupu odpowiednich butów, najlepiej nadających się do „przykręcenia” łyżew, trzeba było też znaleźć i odpowiednio przygotować sprzęt, który dzisiaj nazwalibyśmy hokejkopodobnym – odpowiednio uformowane i obrobione gałęzie drzew. Pamiętam rywalizację narciarską, saneczkową, ale też zjazdy na butach. Latem dominowała piłka nożna i rowerowe przejażdżki. W okresie licealnym (1971–1975) rozgrywaliśmy mecze piłkarskie pomiędzy drużynami z różnych miejscowości. Hitami rundy były mecze Batowic z Raciborowicami, Zastowem i Kantorowicami. Stan boisk był różny. Zastów miał boisko z bramkami, w innych miejscowościach odbywało się to na łąkach z bramkami z tyczek połączonych sznurkiem. Wyniki też wyglądały różnie; za każdym razem przeważała wielka wola zwycięstwa i sportowa rywalizacja, ale były też rozliczania za przegrane mecze. W drugiej połowie lat 70. wiele wieczorów, a nieraz i nocy poświęciliśmy nauce gry w brydża, do czego kilku kolegów zachęcił właśnie Marek. Rywalizacja brydżowa stała się szybko sposobem na spędzanie wolnych wieczorów i połączyła nas na ponad

196

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


30 lat. Pomimo licznego grona kolegów, którzy spotykali się przy brydżu, najczęściej ja z Markiem graliśmy razem, najlepiej nam się wspólnie grało, często wygrywaliśmy, ale gdy mieliśmy słabsze dni, spokojnie znosiliśmy przegrane. Innym zajęciem, które wciągnęło nas na ponad 30 lat dorosłego życia, było fotografowanie i wywoływanie zdjęć. Zakup aparatów fotograficznych, zakup sprzętu do wywoływania zdjęć w drugiej połowie lat 70. graniczył z cudem. W sklepach fotograficznych pojawiały się pojedyncze sztuki, a chętnych bywało znacznie więcej. Realizując swoje fotograficzne marzenia, wystawaliśmy nawet w dwudniowych kolejkach, by w końcu wyposażyć się w odpowiedni sprzęt i móc fotografować, ale co ważniejsze, wywoływać zdjęcia – najpierw czarno-białe, a zaraz później kolorowe, w prowizorycznych ciemniach urządzanych w domowych łazienkach. Udało nam się również urządzić stałą ciemnię fotograficzną w raciborowickiej szkole, dzięki przychylności ówczesnego dyrektora Augustyna Jacha. Tam też spędzaliśmy najwięcej czasu przy eksperymentach z fotografią. Późniejsze lata diametralnie zmieniły technologię wywoływania zdjęć, ale każdemu z nas pozostało hobby fotografowania. Przełom polityczny 1990 roku nadszedł w okresie podejmowania wyzwań i doświadczeń w pracy zawodowej. Marek miał wówczas 34 lata i był bardzo dobrze zapowiadającym się inżynierem, prowadzącym z powodzeniem prace wdrożeniowe w zakresie produkcji różnych metalowych sprzętów codziennego użytku (np. w Fabryce Naczyń Emaliowanych w Olkuszu). Pewnego marcowego dnia 1990 roku, przed zapowiedzianymi wyborami do odradzającego się samorządu gminnego, w moim domu spotkało się kilkoro mieszkańców Batowic. Ustaliliśmy, że starsi zgłoszą Marka na kandydata na radnego z Batowic. W przeddzień upływającego terminu zgłoszeń kandydatów na radnych do Rady Gminy Zielonki dowiedzieliśmy się, że z Batowic zgłoszene zostały dwie inne osoby. Następnego dnia – o godz. 15.00 upływał termin zgłoszeń – we dwóch z kolegą zebraliśmy wymagane podpisy, sporządziliśmy wymagane dokumenty i zdążyliśmy dopełnić formalności w Urzędzie Gminy. Ten moment, jak się później okazało, był przełomowym dla dalszej kariery samorządowej Marka. W czerwcowych wyborach Marek Nawara został wybrany radnym, a na posiedzeniu Rady Gminy Zielonki w połowie 1990 roku został zgłoszony jako kandydat na wójta gminy. Miał wówczas poważny dylemat, czy przyjąć kandydaturę, bo nieco wcześniej odchodzący na emeryturę dyrektor ośrodka naukowo-badawczego, w którym Marek nadal pracował, zaproponował mu funkcję dyrektorską. Do dzisiaj pamiętam jego wątpliwości, czy wybrać mniej więcej przewidywalną karierę naukową, zgodnie z kierunkiem studiów, czy też zdecydować się na zupełnie nowe, bliżej nieznane wyzwanie? Na decyzję było kilka dni. Marek wahał się do końca. Ostatecznie przeważył argument kolejności. Los tak chciał, że wybory wójta Gminy Zielonki odbyły sie kilka dni przed konkursem na dyrektora. Marek został wybrany wójtem, i tak zaczęła się jego kariera samorządowca. Ukształtowana różnorodnością zainteresowań, pomysłów, umiejętności i doświadczeń osobowość szybko znalazła pole do działania. Ambicja, cechy przywódcze, chęć podejmowania prawie niemożliwych wyzwań, efekty pracy w zieloneckim i małopolskim, ale też krajowym samorządzie, pozostawiły trwały ślad jego pasji i zaangażowania. Marek bez reszty poświęcił dla samorządu dwadzieścia lat swojego najaktywniejszego życia. Wiele też osiągnął indywidualnie, dużo efektów jego pracy samorządowej pozostało w Zielonkach i w Małopolsce, z których wszyscy nadal będą korzystać.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

197


Epitafium dla Marka Nawary Michał Mikołajewski kolega Marka Nawary

To mój Kolega Do IX LO w Krakowie przyszedłem najpóźniej ze wszystkich. Dlatego w moim pierwszym dniu, gdy wszedłem do klasy, wszyscy siedzieli już w ławkach, a ja stałem na środku klasy i widziałem grupę. On był najwyższy. Pomyślałem, że to pewnie Przywódca. Nie przewodniczący klasy, ale Przywódca. Pomyślałem, że jeżeli mam zdobyć pozycję w klasie, to muszę Mu wlać. Takie były reguły. Potem poznałem Go bliżej. Był trochę szorstki i uparty, ale nie brutalny. Raczej samotnik. Żył w swoim świecie. Nawet się nie dopasowywał. I tak cztery lata. Potem zniknął. Po latach wrócił ponownie. Najpierw jako notatka w gazecie: Marek Nawara został wybrany na wójta Zielonek. Pomyślałem – fajnie, to mój kolega. Potem jako poseł na Sejm RP. Pomyślałem – super, to mój kolega. Czasem pogadaliśmy. Potem Marszałek Województwa Małopolskiego – lux, to MÓJ KOLEGA. Często zabiegałem o spotkanie, miałem różne sprawy, o których chciałem pogadać. To przecież MÓJ KOLEGA. Nagle: miał wypadek – śpiączka. Zadzwoniłem, to Mój Kolega. I nagle odszedł – MÓJ KOLEGA

198

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Podstawówka w Raciborowicach Jolanta Lepiarczyk (z. d. Wrońska) pedagog, dyrektor szkoły w Bibicach w gminie Zielonki.

Z wielką przykrością przyjęłam fakt, że Marka nie ma już wśród nas. Znaliśmy się od najmłodszych lat. Razem uczęszczaliśmy do tej samej klasy w Szkole Podstawowej im. J. Długosza w Raciborowicach. Lubiliśmy się i często wraz z innymi szkolnymi koleżankami i kolegami spędzaliśmy wspólnie czas (również ten pozalekcyjny). Z rozrzewnieniem i sympatią wspominam te chwile –prawie pięćdziesiąt lat temu – kiedy beztrosko graliśmy w piłkę, w „zośkę’ ’ czy w ‘’klasy’’, spotykaliśmy się na potańcówkach w Domu Katolickim, a po nabożeństwach majowych często chodziliśmy na spacery, prowadziliśmy długie rozmowy (Marek był przystojnym ministrantem!). Wraz z innymi przyjaciółmi organizowaliśmy też „prywatki”’, na których chętnie wspólnie się bawiliśmy. Marek był wzorowym uczniem – należał do najzdolniejszych. Lubił śpiewać – miał świetny słuch i głos. Brał udział w różnych przedstawieniach klasowych i szkolnych, budząc podziw słuchaczy. Recytował, śpiewał i tańczył. Świetnie pamiętam wspólny występ „Poszła Karolinka…”, przygotowany pod kierunkiem naszej wychowawczyni , Pani Wandy Turczynowskiej. Na tle klasy wyróżniał się również wysokim wzrostem. Zawsze był miły, życzliwy, koleżeński, ambitny i nie narzucający się. Nasze drogi edukacyjne rozeszły się, ponieważ wybraliśmy inne szkoły średnie, pojawiły się inne sympatie. Nadal jednak utrzymywaliśmy kontakty. Marek był „didżejem” na moim weselu. Po kilkunastu latach znów spotkaliśmy się, ale już służbowo. Był wójtem Gminy Zielonki, a ja dyrektorem szkoły w Bibicach. Później został marszałkiem Województwa Małopolskiego. Takich wyjątkowych przyjaciół, kolegów i przełożonych nie zapomina się.

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

199


Wiosna w Klagenfurcie Zbigniew Żaba kapucyn, gwardian zakonu w Klagenfurcie

Helikopter przywiózł Marka Nawarę 20 lutego 2009 roku, lądując jak zawsze na dachu szpitala w Klagenfurcie. W tym dniu przywieźli także innego Polaka ze Szczecina, który podobnie jak Marek uległ wypadkowi na stoku narciarskim. O tym, że Marek jest osobą publicznie znaną, dowiadywaliśmy się z każdym kolejnym telefonem. W nocy odwiedził go nawet sam biskup Diecezji Klagenfurckiej, dr Alois Schwarz, i udzielił mu sakramentu chorych. Tej samej nocy dojechała z Polski żona Monika. Marek był w śpiączce. Codziennie modliliśmy się przy jego łóżku. Tak mijały dni, potem tygodnie. Ale była nadzieja. Monika ani przez chwilę nie wątpiła, że będzie dobrze. Przez słuchawki puszczała mu jego ulubione melodie – muzykę Enio Moricone, stary polski jazz, a także – choć nie był to ten czas – kolędy śpiewane przez chór dziecięcy „Arka Pana”. To był rodzaj muzykoterapii, podobno bardzo dobrze działającej na psychikę. Marek słuchał też – wydanego przez Krakowski Salon Poezji - audiobooka z tekstem „Pana Tadeusza” (otrzymałem go później na pamiątkę). Jedna z austriackich pielęgniarek zwróciła uwagę na piękną recytację Andrzeja Seweryna. I choć nie rozumiała słów, była zachwycona melodią wygłaszanych strof i timbrem głosu aktora. Nareszcie przyszedł ten oczekiwany dzień, gdy Marek się obudził. Może pomogła mu w tym wiosna, która daje nową siłę wszystkiemu, co żyje. Nie mógł jeszcze mówić, ale woziliśmy go po przyszpitalnym parku, gdzie oglądał nieodległe, ośnieżone góry, kolorowo kwitnące kwiaty i małe kaczki pływające w sadzawce. Robił też zdjęcia małym aparatem fotograficznym. Od Moniki dowiedziałem się, że fotografowanie zawsze było jego pasją. Bardzo intensywnie ćwiczył, by odzyskać siły do samodzielnego poruszania się. Jego determinacja i wola życia były ogromne. Z oddziału intensywnej terapii przychodzili lekarze i pielęgniarki, pytając, czy to prawda, że z Markiem jest już kontakt i czuje się coraz lepiej. Nikt bowiem, prócz żony, nie wierzył, że po tak ciężkich urazach Marek tak szybko zacznie powracać do zdrowia. Ile było radości, gdy wreszcie zlikwidowali mu tracheotomię. Czekaliśmy, co powie. Okazało się jednak, że nie było to łatwe, gdyż nawet struny głosowe po kilku tygodniach nieużywania trzeba ćwiczyć od nowa. Ale udało się. Mogliśmy się już wspólnie modlić do ulubionego Anioła Stróża. Marek mógł też chodzić do szpitalnej kaplicy. Przez te wszystkie dni, od wczesnego rana do późnej nocy, była z Markiem żona Monika. Uczyła się od pielęgniarek obsługi chorego i z czasem przejęła nad nim opiekę. Marek był szczęśliwy, gdy przy nim była. Jeśli zdarzyło się, że choć chwilę się spóźniła, to zaraz prosił pielęgniarki, by do niej dzwoniły, czy już jedzie. Biskup, który odwiedzał Marka kilkakrotnie, wychodził zawsze wzruszony i wykorzystał przykład ich wielkiej miłości oraz bezgranicznego oddania żony w czasie choroby męża w swym wielkanocnym kazaniu wygłoszonym w katedrze klagenfurckiej.

200

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


Święta Wielkanocne były radosne, mimo że spędzone w szpitalu. Marek z dnia na dzień był coraz silniejszy, a dziesiątki listów i świątecznych kartek pocztowych dodatkowo go wspierały. Szpitalny pokój zdominował też ogromny bukiet kwiatów przysłany przez samorządowców z zaprzyjaźnionego z Małopolską francuskiego regionu Rodan-Alpy. W kwietniu Marek obchodził w szpitalu swoje urodziny. Rano, zanim się obudził, Monika rozwiesiła w całym pokoju kolorowe baloniki. Przyjechali także przyjaciele z Polski. Był torcik, życzenia i wiele wzruszeń. W końcu nadszedł czas powrotu do Polski. Wracali szczęśliwi i pełni nadziei w dniu imienin Marka, żegnani w klagenfurckim szpitalu przez liczne grono personelu medycznego – ludzi, dla których stali się niemal przyjaciółmi, i u których wzbudzili także sympatię do Polaków. Mieszkając od lat w Klagenfurcie i pełniąc duchową posługę w tamtejszym szpitalu, mogę o tym zaświadczyć z pełnym przekonaniem. Może ten ich obraz, który pozostał w pamięci lekarzy i pielęgniarek, ich historia i piękne świadectwo miłości w godzinie próby, a także zawiązane przyjaźnie i życzliwe wspomnienia – pozostaną tym ziarnem dobra, które zostało zasiane z Bożej woli... Nikt nie spodziewał się, że w Polsce, gdzie tak Marka oczekiwano, i gdzie miał już tyle planów, znów będzie musiał iść do szpitala na kilka miesięcy. Ponownie musiał przejść poważną operację głowy. Ale i ta się udała, a wewnętrzna wola życia i potężna siła motywacyjna do jak najszybszego podjęcia aktywności i pracy raz jeszcze pomogły mu pokonać chorobę. Kilka miesięcy później, gdy spędzałem urlop w domu rodzinnym w Bruśniku, odwiedziłem Marka i Monikę w ich starym domku w górach, we wsi Jaworzna. Na polu było mglisto i deszczowo, ale wewnątrz – ciepło i radośnie. W piecu chlebowym palił się ogień, a Marek z zapałem tłumaczył mi sprawy samorządowe naszej Małopolski. Nie mówił o polityce, tylko o konkretnych, namacalnych problemach do rozwiązania, bezpośrednio dotyczących ludzi. Dla lepszego zrozumienia porównywał Małopolskę do innych regionów w Europie: do Toskanii, Bawarii, a także do Karyntii, z której przywiozłem mu film promocyjny. Nigdy dotąd nie poznałem kogoś, kto by miał tak rozległą wiedzę i doświadczenie samorządowe. Po tej rozmowie wiedziałem, że Marek ma jeszcze bardzo wiele do zrobienia i wierzyłem, że uda mu się to zrobić. Codziennie modliłem się o jego zdrowie i o to, by mógł te plany – tak ważne dla nas wszystkich – zrealizować. Widzieliśmy się jeszcze raz, kiedy wracając z wakacji z Chorwacji w lecie 2010 roku, przyjechał z żoną do Klagenfurtu. Spotkali się z lekarzami i pielęgniarkami, by raz jeszcze podziękować za uratowanie życia. Odwiedzili także księżną Irinę zu Sein Wittgenstein, u której Monika mieszkała, gdy Marek był w szpitalu, a także zaprzyjaźnionych państwa Kwiatkowskich – sąsiadów księżnej. (Józef Kwiatkowski to były reprezentant Polski w piłce nożnej w latach 70.). Wieczerza w klasztorze trwała długo, bo opowieściom nie było końca. 1 czerwca 2011 roku odprawiałem wraz z kilkunastoma innymi księżmi mszę św. pogrzebową w Bazylice Mariackiej. Widziałem wielkie tłumy żegnające Marka. Zapewne wielu ludzi dopiero po jego śmierci uświadomiło sobie, jak ważnego człowieka straciła Małopolska. Również i to, jak wiele dobra po sobie zostawił... Niezbadane są przecież wyroki Boskie, a nam – pogrążonym w żalu – nie zawsze dane jest pojąć wielkie Boże plany...

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

201


Goście księżnej Iriny Grażyna Kwiatkowska biznesmeni, Józef Kwiatkowski - b. piłkarz Śląska Wroclaw, reprezentant Polski w piłce nożnej

Zaczęło się w domu u państwa Pendereckich. 20 lutego 2009 roku późnym wieczorem pojawiła się na „pasku” w telewizji informacja o wypadku narciarskim w Alpach marszałka Małopolski Marka Nawary. Pani Elżbieta Penderecka przetłumaczyła tę wiadomość swojej przyjaciółce, a mojej sąsiadce – księżnej Irinie zu Sein Wittgenstein, która właśnie tam gościła. Media podały, że Marek został przewieziony do szpitala w Klagenfurcie. Księżna natychmiast zareagowała. Poprosiła przyjaciółkę o pomoc w dotarciu do rodziny Marka, gdyż chciała zaproponować gościnę – w jej domu, oddalonym tylko o 25 km od szpitala, w Sankt Veit, znajdowało się samodzielne mieszkanie, które chciała odstąpić rodzinie Marka na czas jego choroby. Argumentowała, że przecież oni muszą się czuć w tym wielkim nieszczęściu Księżna Irina zu Sein Wittgenstein i w obcym kraju bardzo zagubieni, więc trzeba im jak najszybciej pomóc. Obie Panie na drugi dzień uruchomiły wszystkie dostępne kontakty i już po kilku dniach Monika zamieszkała w Sankt Veit. Księżna skontaktowała się także ze mną i poprosiła, byśmy wraz z mężem opiekowali się rodziną Marka. Taka właśnie jest Księżna Irina! Monika wstawała bardzo wcześnie rano. Poranne godziny spędzała, pracując przy komputerze. Gdy widziałam u niej światło, dzwoniłam i często piłyśmy razem pierwszą kawę. Opowiadała o polityce, o podróżach, o chwilach szczęśliwych i smutnych. Nie minęło wiele czasu, a wiedzieliśmy z mężem o nich obojgu tak wiele, że czuliśmy, jakbyśmy się znali od zawsze. Tylko że… Marka z nami nie było. Jego stan był wtedy ciężki. „Spał i spał”, jak powtarzała Monika, i chyba tylko ona nie dopuszczała myśli, że może być źle. Codziennie rano wyjeżdżała do szpitala i wracała bardzo późno. Od czasu do czasu zostawiałam jej na klamce zakupy lub jakiś smakołyk. Pewnego dnia przybiegła do mnie i powiedziała, że Marek ścisnął ją za rękę i jest tego absolutnie pewna, że zrobił to świadomie. Później okazało się, że ją nawet delikatnie całuje. Od tego momentu Marek zaczął robić niesamowite postępy. Wszyscy byli pod wielkim wrażeniem, prócz Moniki, która po prostu niezłomnie wierzyła, że wszystko musi być dobrze. Było przed Wielkanocą, gdy Monika zadzwoniła ze szpitala i prawie krzyczała do słuchawki: „Grażynko, mogę wziąć Marka na przepustkę. Będę mogła pokazać mu dom Księżnej. Wreszcie go poznasz – mojego Marusia!”. Była szczęśliwa. Zaplanowałyśmy wyjście Marka ze szpitala w najdrobniejszych szczegółach. Monika posprzątała mieszkanie, ukwieciła, a ja zadeklarowałam przygotowanie obiadu. Marek marzył podobno o domowym rosole z makaronem… Zaproszony został także brat Zbigniew, kapucyn pracujący w szpitalu. Spotkanie było wzruszające. Marek był jeszcze bardzo

202

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


słaby, nie mówił dużo, ale bardzo uważnie słuchał. Zjadł ze smakiem domowy obiad, w tym dwie porcje rosołu. Zgodnie stwierdziliśmy, że ktoś, kto ma taki wilczy apetyt, na pewno szybko powróci do zdrowia. Monika opowiadała o wszystkim, co się wydarzyło. W końcu Marek musiał się położyć, by odpocząć. Kolejna przepustka była dłuższa i Marek mógł zostać z Moniką na noc. Oboje byli tacy szczęśliwi… Następnego dnia zadzwoniła zdenerwowana Monika: „Marek chciał się umyć w wannie. Niestety zsunął mi się i nie może się podnieść. Ja sama nie dam rady mu pomóc”. Na szczęście był u mnie szwagier. Przybiegliśmy szybko i wspólnymi silami pomogliśmy mu wstać. Nie zapomnę tego spojrzenia nieco zawstydzonych, ale i pełnych wdzięczności oczu Marka, gdy na mnie popatrzył. Tak bardzo chciał wrócić do normalnego życia. Kolejne przepustki i Marek czuł się coraz lepiej. Pewnego dnia odwiedzili nas. Marek był już w zdecydowanie lepszej kondycji. Rozglądał się wokoło, jakby rejestrował każdy szczegół. Mówił więcej. Uśmiechał się delikatnie. Do kawy podałam wtedy ogromne ciastko, które z wielkim smakiem zjadł. Monika powtarzała mu co chwilę: „Maruś, jesteś moim cudem!”, a on ściskał ją serdecznie. Wreszcie nadszedł dzień powrotu do domu. Monika zorganizowała podróż perfekcyjnie. Przyjaciel rodziny pożyczył luksusowe auto, był też lekarz anestezjolog. Wracali dwoma samochodami, a w czasie drogi przewidziane były częste postoje. Przed domem księżnej Iriny zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia. Obiecaliśmy sobie także częste kontakty, i telefoniczne, i osobiste. Monika telefonowała często. Po powrocie znowu przeżyła horror. Kolejny pobyt Marka w szpitalu, kolejna śpiączka. Czy da radę to wszystko przetrzymać? Myśląc o nich, nie mogę powstrzymać się od opisania ich wielkiej miłości. To ona dała im siłę do walki z przeciwnościami losu. I dlatego znowu wygrali walkę z chorobą! W czasie wakacji odwiedzili nas w naszym domu w Sankt Veit w Austrii. Marek wyglądał świetnie, mówił płynnie. Dopiero teraz zobaczyliśmy w pełni, jaki jest naprawdę fajny. Wprawiło nas w wielkie zdumienie, gdy okazało się, że pamięta szczegóły z naszego domu i bez problemu porusza się po jego skomplikowanych zakamarkach. Monika i Marek promienieli szczęściem! Teraz mogło być już tylko lepiej... Śmierć nieubłaganie odebrała Monice kogoś, kogo tak bardzo kochała, ale nigdy nie odbierze jej miłości, którą Marka darzyła. Tam, w niebie, na pewno też będą razem!

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

203


Marek Nawara został pochowany w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie 1 czerwca 2011 r. W ostatniej drodze towarzyszyło Mu tysiące ludzi. Jego Przyjaciel Andrzej Sasuła żegnał Go tymi słowami:

Marku, Marszałku i Przyjacielu! Smutno nam i brakuje nam Ciebie. To inny smutek i inny brak niż odczuwa Twoja Żona i Twoja Rodzina, ale równie dojmujący. To nic dziwnego: współpraca z Tobą wywarła wielki wpływ na nas, na naszą pracę w samorządzie, na nasz sposób patrzenia na służbę dla kraju i województwa. Byłeś naszym niekwestionowanym i charyzmatycznym przywódcą. Spokojnie się z Tobą pracowało – nie w sensie braku emocji, bo czasem reagowałeś bardzo emocjonalnie – ale spokojnie w sensie świadomości, że zawsze możemy liczyć na Twoje rozsądne wsparcie. Imponowało nam, że zawsze widziałeś całość sprawy, że potrafiłeś oddzielać sprawy ważne od spraw drobnych. Małopolska wiele Ci zawdzięcza. Byłeś Marszałkiem, który miał jasną wizję, jak budować samorząd wojewódzki – a my przy Tobie czuliśmy się współautorami tego pionierskiego dzieła. Z radością patrzyliśmy, jak cenią Cię poza granicami Województwa, bo w parze z uznaniem dla Ciebie szło uznanie dla Małopolski. Po wypadku wyraźnie złagodniałeś; w sytuacjach, w których przedtem były nerwy i emocje, teraz był tylko spokojny uśmiech. Bardzo lubiłem tą Twoją łagodną odmianę – i myślę, że inni także. Zachowałeś świetną pamięć i umiejętność globalnego myślenia. Bardzo Cię bolało, że nikt nie chce Twej wiedzy i doświadczenia wykorzystać. Można to zrozumieć: byłeś trudnym partnerem, bo nigdy – nigdy! – nie pozwoliłeś sobą sterować. W końcu zostawiłeś nas samych – patrząc po ludzku, o wiele za wcześnie. Rok temu mniej bylibyśmy zaskoczeni Twoim odejściem, niż teraz, gdy wydawało się, że najgorsze już zostało za Tobą. Żegnamy się z Tobą stojąc nad Twoją trumną – ale zdecydowana większość z nas głęboko wierzy, że trumna to tylko znak, że tak naprawdę jesteś już u Pana, w krainie, gdzie trawa zawsze jest zielona, prawda jest tylko jedna, a przyjaciele nie zdradzają. Marku – może i nie byłeś święty, ale uczyniłeś w życiu wiele dobra; szczególnie tego ważnego, publicznego dobra. Na zawsze pozostałeś w naszych sercach i w naszych głowach. Do zobaczenia, Przyjacielu!

204

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.


N

a posiedzeniu Rady Miasta i Gminy Myślenice w dniu 29 września 2011 r. podjęto uchwałę o nadaniu imienia Marszałka Marka Nawary rondu u zbiegu ulic: Piłsudskiego i Mostowej. W uzasadnieniu uchwały napisano m.in.: „…Z jego wiedzy i doświadczenia czerpało inspirację do pracy w samorządzie wielu wybitnych polityków nie tylko z Myślenic, ale także całej Małopolski. Marek Nawara był nauczycielem dla całego pokolenia samorządowców. Obudził w nas odpowiedzialność za nasze „małe ojczyzny”. Powtarzał zawsze, by wierzyć w potencjał mieszkańców, by wierzyć w siłę Małopolski…” Marek Nawara wspierał Myślenice w ich rozwoju. Współtworzył strefę ekonomiczną, doradzał w pozyskiwaniu środków finansowych, a rondo, które nosi Jego imię otwiera wjazd do dzielnicy Zarabie, która rozwija się i pięknieje, także dzięki Jego wsparciu. Skromna uroczystość otwarcia ronda im. Marszałka Marka Nawary odbyła się w przeddzień Wszystkich Świętych w 2011 roku w słoneczny, jesienny dzień. Burmistrz Myślenic Maciej Ostrowski witając przybyłych Gości mówił: „Marek pewnie patrzy na nas z góry – na swoich przyjaciół i współpracowników. Nie ma lepszego miejsca, by uczcić Jego pamięć. On tak bardzo lubił to miejsce... „

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.

205


Spis Autorów Adamczyk Jacek 162 Andruszko Wacław 92 Bac Andrzej 90 Barczyk Kazimierz 110 Bartosz Albert 155 Bartosz Antoni 124 „Bądźcie z nami” Stowarzyszenie 84 Bielecka Ewa 86 Boroń Piotr 121 Bryła Jerzy 53 Buzek Jerzy 12 Chacaga Magdalena 165 Ciepielewski Bogdan 45 Czech Anna 122 Dębicki Roman 39 Doniec Magdalena 141 Drusiowie Cezary i Agnieszka 170 Dziasek Jan 51 Dziwisz Stanisław 11 Fedorowicz Jerzy 173 Fidelus Bronisław 50 Florkiewicz-Kamieniarczyk Joanna 189 Fryźlewicz Marek 105 Gąsienica-Makowski Andrzej 100 Glondys Danuta 83 Gołubiew Zofia 88 Grabiński Tadeusz 64 Handke Mirosław 19 Hodorowicz Stanisław 56 Iwulska Ewa 115 Jedliński Jerzy 58 Karlińska-Nawara Monika 4 Kilijański Maciej 139 Kracik Stanisław 73 Kras Mieczysław 96 Król Bogusław 196 Krupowie Ewa i Leszek 184 Kulesza Michał 16 Kwiatkowska Grażyna 202 Kwieciński Jerzy 40 Lackowski Jerzy 80 Lepiarczyk Jolanta 199 Leszkiewicz Adam 130 Lipowicz Irena 14 Lipowiecki Andrzej 191 Majchrowski Jacek 67 Markowski Adam 77 Marszałek Janusz 108 Masny Andrzej 143 Mąka Mirosław 177 Miętta-Mikołajewicz Ludwik 129 Mikołajewski Michał 198

206

Musioł Karol 24 Niebylska Stanisława 101 Nowak Bogusław 119 Nowak E. Edward 43 Nycz Kazimierz 7 Odorowicz Agnieszka 22 Odrzywolski Marian 152 Onyszko Wiesława 159 Orzechowski Krzysztof 116 Ostrowski Maciej 97 Paszko Artur 132 Pawłowski Andrzej 180 Prawelska-Skrzypek Grażyna 29 Protas Jacek 42 Puchała Jan 103 Rataj Waldemar 68 Remi Jadwiga i Zenon 175 Romanowski Robert 160 Rutkowski Ryszard 126 Sanecki Tomasz 145 Sanetra Danuta 168 Sasuła Andrzej 62 Skalscy Lucyna i Piotr 169 Sobalski Tomasz 167 Sowa Marek 111 Stalony-Dobrzański Feliks 36 Stępień Jerzy 17 Strutyński Łukasz 149 Tajduś Antoni 23 Tarnawski Józef 54 Then Rafał 150 Uszok Piotr 75 Rataj Waldemar 66 Wałkowicz Andrzej 148 Wapiennik Kazimierz 157 Wawryka Grzegorz 106 Wieczyńscy Julita i Rafał 182 Wielgos Ryszard 188 Wojtas Kazimierz 192 Wójcik Marek 48 Wrona Tadeusz 78 Wyroba Anna 136 Zbroja Janusz 186 Zdebski Andrzej 92 Zgoda Leopold 31 Ziejka Franciszek 26 Zięba Elżbieta 112 Zoll Andrzej 21 Żaba Zbigniew 200 Żelazny Zofia 95 Żmija Janusz 25 Żylski Wiesław Karol 195

MAREK NAWARA. Pamięć i wdzięczność.



Marek Nawara - pamięć i wdzięczność