Page 1

NR 11(13) GRUDZIEŃ 2011

Przegląd biało-czerwonych wojsk 2011


Urodzinow y

ko n k u r s

rozstrz ygnięt y!

Szanowni Państwo, dziękujemy za wszystkie nadesłane e-maile. Gdybyśmy mogli, nagrodzilibyśmy autorów każdego z nich! Niestety, nie możemy, dlatego wybraliśmy ten, który szczególnie nas poruszył. A oto jego treść: Witam, Postanowiłam do Państwa konkursu nie zgłaszać siebie, lecz moją babcię. Gdy byłam dzieckiem, babcia uwielbiała wszystkie seriale, jednak kilka lat temu telenowele przestały ją interesować, za to zaraziłam ją moją miłością do siatkówki. Babcia Wanda ma 95 lat i nie przegapi żadnego emitowanego w TV meczu. Nawet gdy przyjechali goście, babcia o 14.30 zamknęła się w swoim pokoju i oglądała mecz Skry z JW. Najbardziej lubi mecze reprezentacji mężczyzn oraz zmagania w europejskich pucharach, gdyż wie, że musi wygrać Polska i nie ma dylematu komu kibicować ;-) Jednak rozgrywki Plus Ligi także są regularnie śledzone. Kibicuje (oczywiście tak jak wnuczka) Skrze Bełchatów oraz AZS Częstochowa. Jej ulubionym siatkarzem jest Stephane Antiga, którego nazywa Frankiem (jak mówi babcia: „Franek, bo jest z Francji”). Ogromną sympatią darzony jest również Marcin Możdżonek (wg babci: „ten obrośnięty”). Zdecydowałam się napisać tego maila, ponieważ uważam, że to moja babcia zasługuje na państwa niespodziankę. W Polsce nie ma pewnie wielu osób w tym wieku, które są tak wielkimi fanami siatkówki jak babcia Wanda.

Nagroda dla Pani Wandy nie mogła być inna – jest nią kalendarz na rok 2012 ze zdjęciami... Marcina Możdżonka i Stephane’a Antigi! Życzymy Pani wielu kolejnych lat radości z sukcesów polskich siatkarzy!


rozgrzewka

www.matchball.pl

Dzień dobry!

Redaktor naczelny Maciej Szewczyk matchball.redakcja@gmail.com Opracowanie graficzne i skład Alicja Zamojska Zespół Anna Dmochowska Patrycja Ledwójcik Michał Trybusz Fotoreporterzy Miłosz Cichoń Aleksandra Flasza Anna Klepaczko Paweł Piotrowski Paulina Siewierska Korekta Anna Dmochowska Maciej Byliniak Fotografia na okładce: cev.lu Współpraca www.kps.siedlce.pl www.pekpol.net Wydawca: Maciej Szewczyk ul. Chrobrego 21/27 08-110 Siedlce

Drodzy Państwo, zaskakujące wyniki zmagań Pucharu Świata są najlepszą laurką dla nieprzewidywalności pięknej dyscypliny sportu, jaką jest siatkówka. Zastanawia mnie: ilu polskich kibiców przed turniejem potrafiłoby podać nazwisko choć jednego reprezentanta Iranu? W japońskim turnieju przytłaczająca większość spotkań odbywa się przy niemal pustych trybunach. Niby nie świadczy to najlepiej o organizatorach, cieszy mnie jednak w tym wszystkim jedno: brak trąbek. Muszę przyznać, że bardziej od osób używających w hali siatkarskiej trąbki irytują mnie jedynie te trójkątne kanapki dostępne w wielu sklepach spożywczych, które w paskudny sposób rozmiękają pod wpływem soku z wszelkiej maści zawartych w nich warzyw. Fuj. Niemniej, życzę Państwu miłej lektury – w świecie siatkówki dzieje się tak wiele, że żadne trąbki nie przyćmią nam pozytywnych emocji, jakie zeń czerpiemy.

Życzę przyjemnej lektury Maciej Szewczyk, redaktor naczelny

Fotografia na stronie obok: cev.lu

GRUDZIEŃ 2011

M

3


7

32


TEMAT NUMERU

Przegląd biało-czerwonych wojsk 2011

10

Anna Dmochowska

PUCHAR ŚWIATA SIATKAREK Forza Italia

7

Patrycja Ledwójcik

HISTORIA SIATKÓWKI Między Dunajem i Cisą

29

Kacper Napurka

FOTOREPORTAŻ

Przegląd biało-czerwonych wojsk 2011

13   

Anna Klepaczko, Paulina Siewierska, Paweł Piotrowski

FELIETON

Zawsze tam, gdzie ty... Maciej Szewczyk

Przesadzone pogłoski o końcu Skry? Patrycja Ledwójcik

SIatkówka jest kobietą

9 26    34  

Maciej Szewczyk

SŁOWO OD REDAKTORA NACZELNEGO Fajnie było...

Maciej Szewczyk

   36


puchar świata siatkarek

Forza Italia Ogromnych emocji dostarczył tegoroczny XI Puchar Świata siatkarek rozgrywany w Japonii. O losach trofeum zadecydował dopiero ostatni mecz turnieju. Szansę na końcowy triumf miały Amerykanki, które musiałyby wygrać z Japonkami. Niestety, tak się nie stało. Po raz drugi z rzędu ze zwycięstwa cieszyły się więc Włoszki. TEKST    PATRYCJA LEDWÓJCIK ZDJĘCIA     FIVB.ORG

Kibice śledzący wydarzenia, które rozegrały się w tokijskiej hali Metropolitan Gymnasium, przez trzy ostatnie dni Pucharu Świata siatkarek nie mogli narzekać na brak emocji. Co prawda, zawód przeżyli miejscowi, którzy liczyli, że Japonia na własnym terenie wywalczy kwalifikację olimpijską, ale dopiero piąta lokata Brazylijek jest niewątpliwą niespodzianką. Paradoksalnie, to właśnie niekoniecznie dobra dyspozycja mistrzyń olimpijskich sprawiła, że ten turniej był ciekawy – zwłaszcza decydujące starcia. W dziewiątej kolejce Amerykanki w pojedynku z Chinkami potwierdziły swoje aspiracje. Siatkarki USA na parkiet w Tokio wyszły z za6

M

GRUDZIEŃ 2011

miarem jak najszybszego pokonania rywalek. W ten sposób mogły liczyć na doścignięcie prowadzących w Pucharze Świata Włoszek, do których traciły dwa oczka. Z góry założony plan podopieczne Hugh McCutcheona realizowały konsekwentnie przez pierwsze dwa sety, ale przerwa między nimi podziałała mobilizująco na podopieczne Yu Juemina. W trzeciej i czwartej partii Azjatki szybko uzyskały przewagę i spokojnie wygrały do 18 i 19. Jednak w tie-breaku Amerykanki nie pozwoliły już sobie na moment dekoncentracji i odniosły zwycięstwo 3:2. Niestety, tracąc cenny punkt. W drugiej konfrontacji oczekiwano jeszcze większych emocji.

Na parkiet wyszły Włoszki, które świetnie rozpoczęły turniej, i Niemki, które również dobrze się prezentowały. Zawodniczki Massimo Barboliniego dobrze wiedziały, że wygrana za trzy punkty pozwoli im umocnić się na pozycji lidera. Przy okazji pojedynek ten mogły potraktować jako rewanż za porażkę w półfinale mistrzostw Europy w Monzie. Tymczasem to Włoszki nie miały zbyt wiele do powiedzenia. Dzięki dobrze dysponowanej Angelinie Grün oraz skutecznej Margarecie Kozuch wicemistrzynie Europy wygrały dwie pierwsze partie. Niemki zwycięstwo miały na wyciągnięcie ręki. Jednak w trzeciej partii podopieczne Giovanniego Guidettiego „sta-


puchar świata siatkarek

nęły”, ułatwiając grę rywalkom i pozwalając im wygrać tego seta 25:21. W czwartej odsłonie liderki Pucharu Świata zagrały bardzo pewnie i spokojnie i szybko wypunktowały drużynę Niemiec. Piątego seta znów od prowadzenia rozpoczęła reprezentacja znad Renu, lecz świetna gra 31-letniej Caroliny del Pilar Costagrande dała wygraną dotychczas niepokonanej w PŚ drużynie Italii. Niespodziankę przyniosła dziesiąta kolejka Pucharu Świata. Włoszki rozegrały najsłabszy mecz turnieju i po raz pierwszy zeszły z parkietu pokonane. Amerykanki

były zdecydowanie lepszym i silniejszym zespołem od Azzurrich nie tylko pod względem fizycznym, ale i taktycznym. Jak do tej pory niezawodna Carolina Costagrande miała po drugiej stronie siatki godną siebie rywalkę – Destinee Hooker. Spotkanie przeciw Italii było perfekcyjne w jej wykonaniu, a drużyna USA wygrała 3:1. – Jestem niezwykle szczęśliwy z dzisiejszej wygranej i z postawy mojego zespołu w całym turnieju. W ciągu roku zrobiliśmy zauważalny postęp w naszej grze, który procentuje dobrymi wynikami. Teraz przed nami jeszcze ostatni mecz w tym ciężkim i długim sezonie.

Bardzo się cieszę, że osiągnęliśmy nasz cel i jedziemy na igrzyska olimpijskie, cały zespół mocno na to zapracował – mówił po meczu trener Hugh McCutcheon. Tego samego dnia krok w stronę najniższego stopnia podium zrobiły Chinki, które w trzech partiach zwyciężyły z Kenijkami. Podopiecznym Yu Juemina po piętach deptały jednak Japonki oraz Niemki, które nadal miały szanse na awans. Tuż przed ostatnią kolejką Japonki mogły wyeliminować Chinki z gry o najważniejsze cele. Tylko zwycięstwo było gwarantem

GRUDZIEŃ 2011

M

7


puchar świata siatkarek

zajęcia trzeciej lokaty. Po porażce z drużyną z Kraju Kwitnącej Wiśni szanse na nią straciły już Niemki. Ci, którzy narzekali na niedobór emocji w poprzedniej kolejce, po finalnej rundzie musieli zmienić zdanie. Włochy USA Chiny Japonia Brazylia Niemcy Serbia Dominikana Korea Płd. Argentyna Algieria Kenia

28 pkt 26 pkt 26 pkt 24 pkt 21 pkt 20 pkt 18 pkt 12 pkt 11 pkt 9 pkt 3 pkt 0 pkt

MVP: Carolina del Pilar Costagrande (Włochy) Najlepiej punktująca: Bethania de La Cruz De Peña (Dominikana) Najlepsza blokująca: Christiane Fürst (Niemcy) Najlepiej serwująca: Bethania de la Cruz De Peña (Dominikana) Najlepsza przyjmująca: Fabiana Oliveira (Brazylia) Najlepsza rozgrywająca: Yoshie Takeshita (Japonia) Najlepsza atakująca: Destinee Hooker (USA) Najlepsza libero: Jie-Youn Nam (Korea Płd.)

Podsumowanie PŚ sIatkarek 8

M

GRUDZIEŃ 2011

Reprezentacja Chin dobrze rozpoczęła pojedynek. Popełniała mniej błędów od swoich rywalek, konsekwentnie zagrała w ataku. Bardzo dobrze spisały się Roqui Hui i Yunli Xu, z których każda zdobyła po 11 punktów. Podobnym dorobkiem mogła się poszczycić Niemka Christiane Fürst. Jednak po zakończeniu spotkania nie miała powodów do radości, gdyż jej zespół zaprezentował się słabo i nie ugrał ani seta. Drugie spotkanie było dramatyczne i zacięte, stało też na dobrym poziomie. Podczas całego turnieju Amerykanki spisywały się świetnie, ale, niestety, kryzys nastąpił podczas ostatniej konfrontacji. Gospodynie turnieju okazały się dla nich zbyt silne. Pierwsze dwa sety były tak zacięte, że Japonki wygrywały różnicą tylko dwóch

punktów (29:27 i 25:23). W ostatniej partii siatkarki z Kraju Kwitnącej Wiśni wypunktowały swoje rywalki do 18. XI Puchar Świata Siatkarek przeszedł do historii. Zwycięzca został wyłoniony, kwalifikacje olimpijskie rozdane. Włoszki obok trofeum i miejsca w historii włoskiej siatkówki wywalczyły też awans do letnich igrzysk olimpijskich w Londynie. W tym turnieju zagrają również Amerykanki i Chinki. Warto zwrócić uwagę, że podopieczne Massimo Barboliniego w Pucharze Świata grały z „dziką kartą”. Borykały się również z kontuzjami i brakiem kluczowych zawodniczek, ale turniej rozgrywany w Japonii pokazał, że na tę przepustkę zasłużyły. iiiiiiiiiiiiiiiiii Brawo Italia!


felieton

„Zawsze tam, gdzie ty...” TEKST     MACIEJ SZEWCZYK

Klub siatkarski jest jak stary dom – lubi mieć swojego dobrego ducha. Osobę, która zwiąże się z jego barwami na dobre i na złe. Siatkarz spędza w jednym klubie wiele lat i nagle otrzymuje ofertę od włodarzy innej ekipy. Może jest ona korzystniejsza pod względem finansowym. Może zawiera klauzule otwierające przed zawodnikiem szersze spektrum możliwości. A może jest ciekawsza ze względów czysto sportowych. Większość racjonalnie myślących zawodników w takiej chwili porównuje oferty przedłożone mu przez obie ekipy i podejmując decyzję, kieruje się zestawieniem potencjalnych zysków i strat. Są jednak i inni – tacy, którzy za wszelką cenę będą starać się pozostać w swojej drużynie, a nawet jeśli ją zmienią, wysoce prawdopodobny jest ich powrót. Polska siatkówka zna wiele przykładów zawodników na dobre i złe związanych z ukochanym klubem. Jako ta najbardziej wyrazista nasuwa mi się historia Roberta Prygla, byłego reprezentanta Polski. Siatkarz ten przeniósł się w ostatnim okienku transferowym z plusligowej Politechniki Warszawskiej do „swoich” Czarnych Radom, których opuścił przed dziesięcioma laty, odchodząc do bełchatowskiej Skry. Czy degradacja olimpijczyka z Atlan-

ty o dwie ligi nastąpiła na skutek słabej dyspozycji sportowej? W drugiej połowie sezonu 2010/2011 Prygiel przegrał rywalizację o miejsce w wyjściowej szóstce „Inżynierów” z Ukraińcem Oleksandrem Stacenką, nie jestem jednak w stanie wyobrazić sobie sytuacji, w której dla popularnego „Pryka” nie znalazłoby się miejsce w szeregach którejś z ekip górnej połowy tabeli pierwszej ligi. Atakujący zdecydował się jednak na spędzenie czasu dzielącego go od siatkarskiej emerytury właśnie w szeregach Czarnych, których jest wychowankiem. Razem z kolegami (w radomskim zespole znaleźć możemy między innymi Grzegorza Szumielewicza, Kacpra Gonciarza czy Marcina Kocika) utrzymują się jak na razie na fotelu lidera grupy III drugiej ligi mężczyzn. – Wróciłem do domu. Nie było mnie z krótkimi przerwami 16 lat. Dom nie jest tak okazały jak przed laty, ale są duże szanse na jego odbudowę. Na pewno jest z kim – czytamy wypowiedź Prygla na oficjalnej stronie internetowej Czarnych. W polskich klubach łatwo możemy znaleźć także innych, zaangażowanych w podobny sposób. Siatkarzy, którzy w sposób jednoznaczny kojarzą się ze swoimi klubami. Bo czy AZS Częstochowa bez Murka i Gierczyńskiego byłby tym samym zespołem? GRUDZIEŃ 2011

M

9


kadra narodowa

Przegląd biało-czerwonych wojsk 2011 Ostatniego dnia marca poznaliśmy szeroki skład reprezentacji Polski na rok 2011. Już tego dnia spośród podanych 30 nazwisk wyłoniona została dwudziestka piątka na rozgrywki Ligi Światowej, z których 4 maja odpadła kolejna piątka. Potem kolejne roszady, kontuzja Zbigniewa Bartmana i na każdą dużą imprezę biało-czerwoni wybierali się w nieco innym składzie. Najważniejsza decyzją dla tegorocznej kadry był jednak wybór jej trenera. TEKST ZDJĘCIA

   ANNA DMOCHOWSKA ANNA KLEPACZKO, PAULINA SIEWIERSKA

Włoskie porządki Spekulacje na temat następcy Daniela Castellaniego trwały długo, a najwięcej dyskusji wzbudziła kandydatura Jacka Nawrockiego. Ostatecznie jednak 3 lutego 2011

Mirosław Przedpełski i Andrea Anastasi 10

M

GRUDZIEŃ 2011

zarząd PZPS zdecydował, że utrzyma zagraniczny kierunek w wyborze trenera męskiej reprezentacji Polski i 23 lutego podpisał kontrakt z Andreą Anastasim. Szkoleniowiec kompletował sztab trenerski i ruszył w turnée po Polsce w poszukiwaniu kadrowiczów. Ostatniego dnia marca przedstawił listę swych wybrańców – okrągłą trzydziestkę, spośród której miał wybierać wąskie składy na kolejne międzynarodowe imprezy: Ligę Światową, mistrzostwa Europy i Puchar Świata. Już 31 marca poznaliśmy 25-osobowy skład na Ligę Światową. Nie znaleźli się w niej Dawid Konarski, Daniel Pliński, Michał Winiarski, Mariusz Wlazły i Paweł Zagumny. Miesiąc później z listy skreślonych zostało kolejnych pięciu zawodników – zaproszenia do Spały nie otrzymali Damian Wojtaszek, Grzegorz Łomacz, Patryk Czarnowski, Wojciech Ferens i Łukasz Wiśniewski. Zgrupowanie rozpoczęło się 5 maja, a pierwszy nieoficjalny i niestandardowy (bo rozegrany między kadrowiczami a wychowankami Szkoły Mistrzostwa Sportowego i wygranego przez tych pier-


kadra narodowa

Fabian Drzyzga Grzegorz Łomacz Paweł Woicki Łukasz Żygadło Paweł Zagumny Marcel Gromadowski Bartosz Janeczek Jakub Jarosz Piotr Gruszka Dawid Konarski Mariusz Wlazły Patryk Czarnowski Karol Kłos ( Grzegorz Kosok Marcin Możdżonek Piotr Nowakowski Piotr Hain Daniel Pliński Łukasz Wiśniewski Michał Bąkiewicz Zbigniew Bartman Michał Kubiak Bartosz Kurek Mateusz Mika Michał Ruciak Wojciech Ferens Michał Winiarski Krzysztof Ignaczak Paweł Zatorski Damian Wojtaszek

Tytan AZS Częstochowa Jastrzębski Węgiel PGE Skra Bełchatów Itas Diatec Trentino ZAKSA Kędzierzyn-Koźle Indykpol AZS UWM Olsztyn Tytan AZS Częstochowa ZAKSA Kędzierzyn-Koźle Delecta Bydgoszcz PGE Skra Bełchatów ZAKSA Kędzierzyn-Koźle PGE Skra Bełchatów Asseco Resovia Rzeszów PGE Skra Bełchatów Tytan AZS Częstochowa Indykpol AZS UWM Olsztyn PGE Skra Bełchatów Tytan AZS Częstochowa PGE Skra Bełchatów AZS Politechnika Warszawska AZS Politechnika Warszawska PGE Skra Bełchatów Asseco Resovia Rzeszów ZAKSA Kędzierzyn-Koźle Indykpol AZS UWM Olsztyn PGE Skra Bełchatów Asseco Resovia Rzeszów PGE Skra Bełchatów AZS Politechnika Warszawska

Skład kadry na 2011 r. wraz z przynależnością klubową zawodników w momencie otrzymania powołania

wszych 2:1) sprawdzian swoich wybrańców trener Anastasi przeprowadził już osiem dni później podczas gali „Siatkarskie Asy”. Zanim doszło do oficjalnego debiutu podczas towarzyskich meczów z Rosją w Miliczu i Twardogórze tydzień później, włoski szkoleniowiec postanowił jeszcze zmodyfikować szyk swojej formacji i przesunąć Zbigniewa Bartmana na pozycję atakującego.

rozgrywający rozgrywający rozgrywający rozgrywający rozgrywający atakujący atakujący atakujący atakujący atakujący atakujący środkowy środkowy środkowy środkowy środkowy środkowy środkowy środkowy przyjmujący przyjmujący przyjmujący przyjmujący przyjmujący przyjmujący przyjmujący przyjmujący libero libero libero

Batalie nie na żarty

Pierwszym poważnym sprawdzianem kadry Andrei Anastasiego były rozpoczynające się meczami ze Stanami Zjednoczonymi rozgrywki Ligi Światowej. 27 i 28 maja Zbigniew Bartman zadebiutował jako atakujący, w roli pierwszego rozgrywającego sprawdzał się Łukasz Żygadło, a szanse gry w szóstce otrzymał Grzegorz Kosok. „Starzy wyjadacze” odpoczywali i doleczali kontuzje. Interkontynentalne turnée zakończyło się remisem wygranych z przegranymi 6:6. Trzecia pozycja w grupie nie dałaby awansu do Final Eight, ale nie mogło w nim przecież zabraknąć gospodarza. Falującą dyspozycję nieco rozjaśniły statystyki po fazie grupowej: Polacy mieli bowiem w swoim składzie najlepiej broniącego Krzysztofa Ignaczaka i najlepiej rozgrywającego Łukasza Żygadłę. Szanse na pierwszy medal LŚ pozostawały, a drogę ku realizacji marzeń otwierał mecz z Bułgarami. Szczęśliwie wygrany, nieszczęśliwie okupiony kontuzją Bartmana, która – jak się później okazało – na długie tygodnie wykluczyła zawodnika z gry. Turniej w Ergo Arenie zakończył się jednak pomyślnie, mimo przejściowych trudności i wciąż nie najlepszej formy. Polacy szturmem zdobyli trzeci stopień podium, a Ignaczak i Kurek sięgnęli po nagrody indywidualne. Po krótkiej przerwie siatkarze zaczęli przygotowania do kolejnej niezwykle istotnej imprezy. Tym razem ich celem była obrona złotego medalu mistrzostw Europy. Z kontuzją walczył Zbigniew Bartman, do rywalizacji o miejsce w składzie włączył się Sebastian Świderski. W Spale trenowało 22 wybrańców, któGRUDZIEŃ 2011

M

11


kadra narodowa

12

Krzysztof Ignaczak i Łukasz Żygadło bronią piłkę - IX Memoriał Huberta Wagnera

rych po drodze do Czech i Austrii czekały sprawdziany w Ostrowcu Świętokrzyskim z Francją, a następnie IX Memoriał Huberta Wagnera. O ile pierwszy był dwumeczem zamkniętym remisem, to drugi zakończył się kompletną porażką. Tuż po niej trzeba było podjąć ostateczną decyzję. Z czasem i kontuzjami nie wygrali ani Bartman, ani Świderski, Anastasi nie zdecydował się zaś na sięgnięcie po weteranów Zagumnego, Plińskiego czy Winiarskiego, a postanowił dać szanse Drzyzdze, Mice i Kłosowi. Co prawda, ten ostatni wraz z Pawłem Zatorskim nie miał okazji wykazać się na parkietach Czech i Austrii, ale z brązowymi medalami ME wróciła cała czternastka: Łukasz Żygadło, Fabian Drzyzga, Piotr Gruszka, Jakub Jarosz, Marcin Możdżonek, Piotr Nowakowski, Grzegorz Kosok, Karol Kłos, Bartosz Kurek, Michał Ruciak, Michał Kubiak, Mateusz Mika, Krzysztof Ignaczak i Paweł Zatorski.

Polska drużyna na mistrzostwach Europy

Trzecie miejsce mistrzostw Europy to nie byle co, ale nieco komplikowało kwestię kwalifikacji olimpijskiej. Przepustkę do pierwszego turnieju eliminacyjnego, czyli Pucharu Świata, wywalczyli bowiem finaliści – Włosi i Serbowie. Dzięki grze w półfinale ME biało-czerwoni zapewnili sobie udział w turnieju kontynentalnym w Bułgarii, ale dobre stosunki PZPS-u z FIVB dały Polakom „dziką kartę” do japońskiej imprezy. W szerokim składzie znalazło się miejsce dla Pawła Zagumnego i Michała Winiarskiego, których w kadrze Anastasiego jeszcze nie oglądaliśmy, lecz zabrakło Mariusza Wlazłego, który wydał oświadczenie dotyczące swojej rezygnacji z gry w reprezentacji, oraz wciąż chętnego do gry dla kadry Daniela Plińskiego. Okrajając skład do czternastki, trener podziękował też Piotrowi Gruszce. Do zespołu powrócił Bartman, a po towarzyskim dwumeczu z Czechami niepewny był wyjazd Kurka. Jak na razie jednak w Japonii Polacy radzą sobie całkiem nieźle i na półmetku liderują w tabeli [tekst oddany do składu 27 listopada].

M

GRUDZIEŃ 2011


Przegląd biało-czerwonych wojsk 2011 w obiektywie fotografów magazynu Matchball Andrea Anastasi w dniu podpisania kontraktu z PZPS fot. Anna Klepaczko


1

5

2

6


4

3

8

Aleja Gwiazd Siatkówki 20-21.05.2011 Milicz i Twardogóra fot. Anna Klepaczko 1. Sztab trenerski 2. Michał Bąkiewicz i Jakub Jarosz 3. Zespół na czasie 4. Krzysztof Ignaczak 5. Fabian Drzyzga 6. Paweł Zatorski 7. Łukasz Żygadło 8. Zbigniew Bartman i Jakub Jarosz

7


Liga Światowa 2011 fot. Anna Klepaczko, Paweł Piotrowski

1

2

3

4

1. Bartosz Kurek 2. Blok Kurka i Kosoka 3. Łukasz Żygadło 4. Zbigniew Bartman

5. Grzegorz Kosok 6. Zawodnicy śpiewają hymn Polski 7. Reprezentacja Polski na LŚ 2011


5

6 7


1

2 Memoriał Huberta Jerzego Wagnera 26-28.08.2011 r., Spodek, Katowice fot. Anna Klepaczko

1. Blok Kubiaka, Nowakowskiego i Gruszki 2. Piotr Gruszka i zespół po zdobytym punkcie

3 3. Michał Kubiak 4. Krzysztof Ignaczak 5. Możdżonek, Kubiak i Ruciak


4 5


1

2

3

4


5

6 7

Sparingi fot. Paweł Piotrowski, Anna Klepaczko 1. Bartosz Kurek - Sparing Spała 2. Paweł Woicki - Sparing Spała 3. Zbigniew Bartman - Sparing Spała 4. Krzysztof Ignaczak - Sparing Spała 5. Paweł Zagumny - Sparing z Czechami w Legionowie 6. Patryk Czarnowski - Sparing z Czechami w Legionowie 7. Michał Kubiak - Sparing Spała


1

2 Mistrzostwa Europy 2011 - Czechy / Austria fot. Paulina Siewierska

1. Piotr Nowakowski 2. Blok polskich siatkarzy 3. Uwagi Piotra Gruszki

3 4. Radość Michała Kubiaka 5. Marcin Możdżonek 6. Polacy po zdobytym punkcie


4

5 67


1

2 Puchar Świata 2011 - Japonia fot. fivb.org

1. Polacy w bloku 2. Zbigniew Bartman 3. Radość Polaków

3 4. Zespół po zdobytym punkcie 4. Zawodnicy reprezentacji podczas hymnu


4 5


felieton

Przesadzone pogłoski o końcu Skry? TEKST ZDJĘCIA

  PATRYCJA LEDWÓJCIK  PAULINA SIEWIERSKA

Jak zdetronizować Skrę Bełchatów? Czy jest to w ogóle możliwe? Takie pytania zadają sobie nie tylko kibice całej siatkarskiej Polski, ale również sami zawodnicy. Natomiast trenerzy dniami i nocami rozmyślają nad znalezieniem skutecznego sposobu na aktualnego mistrza kraju. Takiego startu, jak w obecnej edycji PlusLigi, bełchatowianie dawno nie mieli. ZAKSIE Kędzierzyn-Koźle czy Asseco Resovii Rzeszów można ulec, nawet kiedy jest się siedmiokrotnym mistrzem Polski i faworytem rozgrywek. Jednak gdy Skra Bełchatów traci punkty w konfrontacji z jednym ze słabszych zespołów, to jej kibice mogą mieć powody do niepokoju. Czy to już ten czas, by ktoś zaczął „nadgryzać” mistrza Polski? Wydaje mi się, że pogłoski o „końcu” Skry są przesadzone. Wystarczy bowiem nieco cofnąć się w czasie. Pięć lat temu w finale ligi bełchatowianie męczyli się z Jastrzębskim Węglem. Dwa lata temu przegrali ćwierćfinał Pucharu Polski z Resovią Rzeszów. W ubiegłym sezonie ulegli ZAKSIE Kędzierzyn-Koźle w pierwszym meczu finału. Za każdym razem miał to być początek końca hegemona. Nadal jednak to bełchatowscy siatkarze dzierżą w swoich dłoniach mistrzowskie berło. Nie tak miał wyglądać początek sezonu. Ale choć Skra upadła, zdołała się podnieść. Patrząc na zespół przez perspektywę ostatnich lat, w minione wakacje w Bełchatowie trenowało więcej zawodników niż 26

M

GRUDZIEŃ 2011

zwykle w tym czasie. Oczywiście, kilku brakowało, gdyż grali dla swoich reprezentacji, ale we wcześniejszych latach liczba kadrowiczów w szeregach Skry była większa. Tym razem ci, którzy zostali, mieli czas na wyleczenie kontuzji, odpoczynek i budowę formy. Nie wszystko się jednak udało. Zawodników Skry nadal gnębią problemy zdrowotne, co przekłada się na jakość gry. Niemniej nie tylko oni mają do czynienia z podobnymi trudnościami. Pod znakiem zapytania będzie natomiast stać dyspozycja zawodników, którzy uczestniczą w Pucharze Świata w Japonii. Ledwo zdążą wrócić do Polski, a już czeka ich wznowienie PlusLigi. Po tak długim i trudnym turnieju z formą może być różnie. c.d. na stronie 28


SZUKASZ KLUBU NA NASTĘPNY SEZON?

AGENCJA MENEDŻERSKA

E-MAIL: MENEDZER.BURZEC@GMAIL.COM TEL. 693 709 741


felieton

Co z tego, skoro żaden z nich nie może się poszczycić rozgrywającym, który prowadzi grę dłużej niż dwa lata? Nie ma też zespołu, w którym trener pracowałby od około dziesięciu lat.

Nie da się ukryć, że od lat na parkietach rodzimej ligi niezmiennie króluje drużyna z Bełchatowa i niewykluczone, że jeszcze dość długo będzie się utrzymywać na szczycie. Siedem mistrzowskich tytułów w kraju i pięć Pucharów Polski mówi samo za siebie. Mimo początkowych porażek Skra nadal jest głównym faworytem ligi, choć jej pogromcy mają pewne powody do radości. Nie czyni to jeszcze żadnego z tych zespołów mistrzem Polski ani nie daje w ostatecznym rozrachunku możliwości wygrania czegokolwiek, jednak podbudowuje psychicznie zawodników. Daje wiarę we własne siły, a także nadzieję na końcowy sukces. Sedno gry w siatkówkę leży jednak w stabilizacji. Nie tylko finansowej, lecz przede wszystkim sportowej. Patrząc na historię poszczególnych klubów, trudno znaleźć zespół, w którym kluczowi zawodnicy graliby ze sobą dłużej niż ci bełchatowscy. Najdłuższym, ośmioletnim stażem może się pochwalić Mariusz Wlazły. Następnie Michał Bąkiewicz i Daniel Pliński – obaj spędzili w Skrze po cztery lata. Bartosz Kurek, Marcin Możdżonek, Miguel Falasca – trzy, zaś Michał Winiarski – dwa. Inne kluby nie osiągają pod tym względem aż takiej sportowej stabilizacji, za to siatkarze przewijali się przez nie stadami, zwłaszcza obcokrajowcy. 28

M

GRUDZIEŃ 2011

Skra to doświadczony i stabilny zespół. Porażki zdarzają mu się tylko incydentalnie, choć w tym roku jakby częściej. Niektórzy mogą już dzielić skórę na niedźwiedziu i wyrokować o tym, kto zostanie mistrzem kraju. Jednak to, że na starcie rozgrywek bełchatowianie zgubili parę punktów, wcale nie umniejszy ich roli w pojedynkach o najwyższą stawkę. Im dalej w las, tym więcej drzew – te niespodziewane wyniki teraz cieszą rywali, lecz w przyszłości mogą sprawić wiele… kłopotu. Uważni obserwatorzy krajowych rozgrywek mogli zauważyć, że od kilku sezonów cel dla drużyn jest jeden: uniknięcie bełchatowian w półfinałach, by potem zagrać z nim w finale. Tymczasem jeśli podopieczni Jacka Nawrockiego zgubią jeszcze kilka oczek, to może im grozić na przykład czwarte miejsce w ligowej tabelce, choćby po pierwszej rundzie. Wtedy w półfinale Pucharu Polski „w nagrodę” za rywali dostanie ich najlepsza drużyna pierwszej części sezonu. To pokazuje, jak nieprzewidywalnym sportem jest siatkówka. Daje też nadzieję na to, że może wreszcie nie będzie nudno.


historia siatkówki

Między Dunajem i Cisą TEKST   KACPER NAPURKA ZDJĘCIA   CREATIVE COMMONS, COPYLEFT

Mówiąc „Węgry”, jako pierwsze na myśl przychodzą: węgierska kuchnia i dominująca w niej papryka i salami, język węgierski, który jest w równym stopniu dziwny, co interesujący, a także kilometry butelek win tokaj i egri bikavér. Bardziej obeznani mogą jeszcze pomyśleć o „węgierskim morzu” Balatonie oraz o „Dziewczynie o perłowych włosach”, która w latach 70. rozsławiła grupę Omega. Niewielu powiąże jednak ten kraj z siatkówką. Chociaż od wielu lat trudno szukać węgierskich reprezentacji siatkarskich na parkietach olimpijskich czy mistrzowskich, to wielu naszych „bratanków” interesuje się poczynaniami ligowych zespołów znad Dunaju, Cisy i Balatonu. Zapraszam na krótką wizytę na Węgrzech, dzięki której madziarska siatkówka nie będzie się kojarzyła tylko z atakującym Asseco Resovii Rzeszów György Grózerem, którego i tak wielu dziennikarzy nazywa, nie do końca zgodnie z prawdą, Niemcem.

Niezwykle szybko, bo już w grudniu 1946 roku zawiązano Magyar Röplabda Szövetség (Węgierski Związek Siatkarski), którego przewodniczącym został György Nonn. Pierwsze rozgrywki ligowe mężczyzn i kobiet odbyły się na wiosnę 1947 roku. W kolejnym roku w całych Węgrzech na różnych szczeblach ligowych występowało już około 4 tysięcy zespołów. W pierwszej połowie lat sześćdziesiątych 30 tysięcy Węgrów grało jako zarejestrowani zawodnicy w krajowych zespołach. Niestety, w kolejnych dekadach liczba ta stopniowo malała, by w latach osiemdziesiątych wynieść około 11 tysięcy, a na przełomie XX i XXI wieku – zaledwie 3 tysięce.

POCZĄTKI Za popularyzację siatkówki w Węgrzech odpowiedzialni są, stacjonujący na terenie Węgierskiej Republiki Ludowej od zakończenia II wojny światowej, radzieccy żołnierze. Wcześniej bowiem ten sport nie był praktycznie znany nad Dunajem i Cisą. Węgierska młodzież obserwując grających w wolnym czasie wojskowych, szybko zainteresowała się siatkówką, zaś głównym ośrodkiem gry stał się Budapeszt. Jednak by znaleźć sympatyków poza stolicą, nowy sport potrzebował więcej czasu.

REPREZENTACJA Swoje chwile chwały węgierska siatkówka przeżywała w latach 60. i 70., chociaż pierwszy medal w dużej imprezie męska reprezentacja zdobyła na mistrzostwach Europy już w 1950 roku. W kolejnych latach Węgrzy utrzymywli stabilny poziom i chociaż nie zagrażali dominującym w tamtym okresie reprezentacjom Czechosłowacji, Rumunii czy Związku Radzieckiego, to zajmowali miejsca w czołowej GRUDZIEŃ 2011

M

29


historia siatkówki

dziesiątce zarówno w światowych, jak i europejskich czempionatach. Największymi osiągnięciami były piąte miejsce na świecie w 1952 roku oraz srebrny medal na Starym Kontynencie w 1963 roku (zdobyte po wygranej 3:0 z reprezentacją Polski w ostatniej kolejce spotkań). Zdecydowanie gorzej prezentują się osiągnięcia Węgrów na igrzyskach olimpijskich. Srebro mistrzostw Europy w 1963 r. dało reprezentacji przepustkę na igrzyska rozgrywane na parkietach w Japonii w 1964 r. Jedyny do tej pory występ olimpijski Węgrzy zakończyli na 6. miejscu, wyprzedzając Brazylię czy Stany Zjednoczone, które dopiero zaczynały swoją przygodę z siatkówką w wydaniu międzykontynentalnym. W latach 70. rozpoczął się regres męskiej siatkówki. Progres nastąpił zaś w reprezentacji żeńskiej. Dekada rozpoczęła się od 4. miejsca w mistrzostwach świata. Miejsce tuż za podium Węgierki wywalczyły także na turniejach olimpijskich w 1976 oraz 1980 roku. Największe sukcesy reprezentantki Węgierskiej Republiki Ludowej osiągały jednak na Starym Kontynencie. W pięciu kolejnych turniejach rozgrywanych między 1975 a 1983 rokiem Węgierki czterokrotnie stawały na podium – raz na drugim i trzykrotnie na trzecim jego stopniu. Ostatnie międzynarodowe imprezy, na których gościli siatkarze reprezentacji Węgier to mistrzostwa Europy w 2001 roku. Siatkarki zaś po wielu latach przerwy w tym roku wystąpiły w Lidze Europejskiej. Oba starty zakończyły się zajęciem 9. pozycji. 30

M

GRUDZIEŃ 2011

ROZGRYWKI KRAJOWE Zaledwie kilka miesięcy po powstaniu Węgierskiego Związku Siatkarskiego wystartowały rozgrywki w I lidze mężczyzn i kobiet. Podobnie jak i w wielu innych krajach, na Węgrzech liga grała nie w halach, a w obiektach otwartych. Męskie rozgrywki od początku zostały zdominowane przez zespoły z Budapesztu. Pierwszym mistrzem został zespół Ganz TE. Początek istnienia rozgrywek ligowych zbiegł się w czasie z gruntowną reorganizacją sportu na Węgrzech. Komuniści, którzy formalnie objęli w kraju władzę w 1949 roku, postanowili upodobnić standardy sportowe do radzieckich. Od tej pory sportem węgierskim zajmował się wiceminister Gusztáv Sebes. Jego decyzje największe piętno odcisnęły na piłce nożnej, jednak i siatkówka odczuła zmiany. Najbardziej poszkodowany stał się Ganz TE, który po czterech sezonach zakończonych na podium stracił na znaczeniu. Coraz większą rolę zaczęły odgrywać sekcje siatkarskie klubów „resortowych”: Dózsa i Honvéd oraz robotnicze: Vasas i Csepeli. Pierwszą połowę lat 50. zdominował Csepeli, który czterokrotnie zdobywał mistrzowski tytuł. Ten premierowy zespołu z wyspy Csepel i tamtejszej fabryki zbiegł się w czasie z pierwszym medalem dla siatkarskiej ekipy spoza stolicy – Miskolci Lokomotív, który zajął w 1951 roku trzecie miejsce. Dominację ligową Csepeli przerwało Powstanie Węgierskie w 1956 roku. Rewolucja, obok zmian politycznych, spowodowała kolejne zmiany sportowe. Hegemonem ligowym aż


historia siatkówki

do 1963 roku stał się milicyjny Újpesti Dózsa. W kolejnych czterech sezonach po mistrzostwo sięgał wojskowy Honvéd. Sukcesy sekcji siatkarskiej zrekompensowały w tym czasie kibicom tego klubu brak sukcesów zespołu futbolowego. W latach 70. mistrzostwo Węgierskiej Republiki Ludowej dzieliły między sobą Csepeli i Újpesti Dózsa. Pierwszy z nich, pokonując w grupie eliminacyjnej AZS Olsztyn, dotarł także do finałowej grupy premierowej edycji Pucharu Zdobywców Pucharów CEV w 1973 roku, w której zajął drugie miejsce za Zwiezdą Woroszyłowgrad. W 1980 roku po raz pierwszy na podium rozgrywek krajowych znalazł się zespół KSE z nowego siatkarskiego ośrodka – Kecskemétu. Gdy w 1989 roku rozpoczęły się przemiany ustrojowe na Węgrzech, zakończyła się dominacja budapeszteńskich drużyn, które swoje dobre miejsca w lidze zawdzięczały w pewnym stopniu władzom państwowym i podległości resortowej. Miejsce Újpesti, Csepeli czy Honvédu na ligowym piedestale zajęły drużyny

prowincjonalne – z Segedynu, Kaposváru czy Nyíregyházy, które mogły liczyć na wsparcie prywatnych inwestorów i sponsorów. Nie przełożyło się to na wzrost poziomu sportowego ligi, jednak stała się ona bardziej wyrównana i dała możliwość kształcenia się zawodnikom spoza Budapesztu. Na zmianach najbardziej skorzystał Volleyball Kaposvár, który w ostatnich 19 sezonach trzynastokrotnie zajmował pierwsze miejsce w lidze – jako Kaposvári Somogy SC, Kaposvári SC, Pini Kaposvár, Kométa Kaposvár, Diamant Kaposvár czy pod obecną nazwą Fino Kaposvár. W ostatnich latach klub z południowo-zachodnich Węgier reprezentowali zawodnicy stanowiący trzon reprezentacji kraju, jak chociażby Róbert Koch, András Geiger (przed rokiem w barwach Rematu Zalau grał przeciwko Skrze w Lidze Mistrzów), István Bánhegyi czy wcześniej Dömötör Mészáros oraz György Grózer (obecnie Resovia). Drugim ważnym obecnie ośrodkiem jest położona na północnym-wschodzie kraju Kazincbarcika. Właśnie z tego GRUDZIEŃ 2011

M

31


historia siatkówki

z Kaposváru, zapewniając swojemu miastu zapisanie się w historii krajowego sportu. Krótką przygodę z „Chemikami” miał w 2002 roku przyjmujący Jastrzębia Borynia, Adam Gniecki, który przebywał w węgierskim klubie na testach.

30-tysięcznego miasta pochodzi atakujący Sisleya Belluno – David Szabó. Tamtejszy Vegyész RC, który swoje powstanie przed ponad czterdziestu laty zawdzięcza istniejącym w tamtych okolicach zakładom chemicznym (od nich także pochodzi nazwa, bowiem vegyész to nikt inny jak chemik), to jedyny zespół, który potrafił w ostatniej dekadzie zdetronizować „Pantery”

32

M

GRUDZIEŃ 2011

W 2005 roku Węgierski Związek Siatkarski został włączony do MEZVA i od tego samego roku w rozgrywkach Ligi Środkowoeuropejskiej – zarówno mężczyzn i kobiet – uczestniczą najlepsze ligowe zespoły z Węgier. Kadry większości zespołów składają się obecnie niemal z samych Węgrów, pochodzących zarówno z obecnych Węgier, jak i z tzw. Wielkich Węgier, na które składają się także Wojwodina, Słowacja, Siedmiogród oraz Chorwacja. Z rzadka w lepszych klubach pojawiają się Rosjanie, Ukraińcy czy Austriacy, którzy nie znaleźli sobie miejsca w ojczyźnianych drużynach i zdecydowali się na grę w lidze węgierskiej. W obecnym sezonie, który rozpoczął się 10 września, poza zespołami z Kaposváru oraz Kazincbarcika w ekstraklasie mężczyzn można oglądać ekipy praktycznie z całych Węgier. Stolicę reprezentują dwie drużyny. Pierwszą z nich jest wspominany już Csepeli Röplabda Club, zaś drugą klub o nieco skomplikowanej nazwie: MAFC-BME. Nazwa klubu to akronim od Műegyetemi Atlétika és Football Club – Budapesti Műszaki és Gazdaságtudományi Egyetem. Po przetłumaczeniu okazuje się, że jest to Politechniczny Klub Sportowo-Piłkarski przy Budapeszteńskiej Politechnice. Skojarzenia z AZS Politechniką Warszawską jak najbardziej słuszne, gdyż oba kluby działają na podobnych zasadach – posiadają wiele studenckich sekcji amatorskich i półprofesjonalnych, działających pod szyldem klubu akademickiego, oraz profesjonalny zespół siatkarski. Z większych węgierskich miast swoje kluby w najwyższej lidze mają też: Debreczyn (DEAC), Nyíregyháza (Nyíregyházi FRK) oraz Kecskemét (Kecskeméti SE), zaś stawkę uzupełniają Dunaferr SE Dunaújváros, Dági KSE,


historia siatkówki

Sümegi RE. Ostatnim z jedenastu ligowców jest Szolnoki Főiskola RKSI z miasta Szolnok. Klub ten (posiadający sekcję w męskiej i kobiecej ekstraklasie) można przyrównać do istniejących w Polsce drużyn SMS PZPS – w jego barwach grają młodzi zawodnicy, zaś zespół nie spada z ekstraklasy. Po rozegraniu połowy z 22 kolejek rundy zasadniczej (stan na 25 listopada br.) na prowadzeniu są „Pantery” z Kaposváru, a tuż za nimi Kecskeméti SE. Wszystko więc wskazuje na to, że dominacja klubu

z „miasta na siedmiu wzgórzach”, jak mówi się o Kaposvárze, nadal trwa. Chociaż obecnie siatkówka ustępuje zainteresowaniem Formule 1 (Węgrzy mają pod Budapesztem tor i co roku pasjonują się GP Węgier), piłce nożnej, ręcznej czy nawet wodnej, to warto od czasu do czasu zwrócić uwagę na naddunajskie parkiety i hale siatkarskie w poszukiwaniu kolejnych perełek pokroju György Grózera, które spokojnie poradziłyby sobie w polskiej lidze.

GRUDZIEŃ 2011

M

33


felieton

Siatkówka jest kobietą TEKST     MACIEJ SZEWCZYK

Spotkałem na swojej drodze wielu siatkarzy. Niektórzy grali w trzeciej lidze, inni w reprezentacji; jedni chętnie ze mną współpracowali, a inni za nic nie chcieli odpowiedzieć na najprostsze pytania. Raz nawet latałem za jedną siatkarką, ale mnie, zołza, nie chciała. To ciekawe, w jak szalony sposób potrafią się różnić między sobą poszczególni ludzie ze świata siatkówki. Poznałem zawodników, którzy do dziś chętnie dzwonią do mnie, żeby podyskutować na bieżące tematy, podsunąć wątek do artykułu, pożalić na trenera. Na drugiej szali położyłbym zawodników zgoła odmiennych. Takich, którzy w najlepszym wypadku unikają udzielenia jakiejkolwiek wypowiedzi. Słyszałem już znanych zawodników zbywających dziennikarzy (zwłaszcza tych młodych) w sposób niegrzeczny, czasem wulgarny. Dotyczy to zresztą nie tylko żurnalistów – przypomina mi się scena, jaka rozegrała się podczas turnieju towarzyskiego w pewnym niewielkim mieście, gdzie jeden z reprezentantów Polski odmówił autografu małemu dziecku, które z wielkim trudem wygrało walkę z nieśmiałością i osamotnione podeszło do odpoczywającego zawodnika. Siatkarz zbył je brakiem czasu, po czym wrócił do leniwego popijania napoju. Oczywiście, rozumiem fakt, że ogromne zainteresowanie ze strony kibiców i dziennikarzy jest męczące – wystarczy przecisnąć się przez tłum nastolatek piszczących podczas meczu Skry Bełchatów, a jej zawodnikom wrzask ten towarzyszy na każdym spotkaniu w Polsce. Rozumiem także frustrację obrazem współczesnych polskich mediów siatkarskich, 34

M

GRUDZIEŃ 2011

w których lwią część redakcji stanowią osoby do złudzenia przypominające mi właśnie te piszczące siatko-fanki, o których wspomniałem wcześniej. Tu przypomina mi się pełen żalu spowodowanego takim stanem rzeczy tekst redaktora Żyżyńskiego o różowych laptopach. Niemniej, jak sama nazwa wskazuje, profesjonalna gra w piłkę siatkową jest zawodem, narzuca zatem pewne obowiązki. Klub sportowy to w XXI wieku zwyczajna marka nastawiona na konsumenta, maszynka do robienia pieniędzy – nie może zatem pozwolić sobie na złe traktowanie owego konsumenta, nazywanego popularnie kibicem. Duża część kontraktów zawodników zawiera klauzule o zobowiązaniu się do udzielania wywiadów i rozdawania autografów. Dotyczy to – biorąc rzecz na chłopski rozum – przede wszystkim zawodników klubów sponsorowanych przez firmy państwowe. To takie „płacę, więc wymagam”. *** Loża prasowa to strasznie interesujące miejsce i muszę, o ile nie zapomnę, podpowiedzieć znajomym antropologom, że stanowi obszar do (potencjalnie) bardzo ciekawych badań. Dziennikarze są różni, podobnie jak różni są siatkarze, wydawcy i florystki. Traktują swoje zajęcie z mniejszą lub większą dozą profesjonalizmu (szczególnie dziś, w dobie internetu, kiedy lwią część stanowią – często pracujący nieodpłatnie – żurnaliści internetowi), samo jego pojęcie również wydaje się mieć tyle definicji, ilu definiujących. Nie ma to jak posłuchać komentarzy części obsady medialnej meczów, szczególnie tych z udziałem


Zauważyłem niesamowitą tendencję do mieszania z błotem konkurencji w trakcie nieobecności tejże – wiele nasłuchałem się już utyskiwań na ubogie słownictwo, nieznajomość elementarnych zasad gry w piłkę siatkową i brzydkie buty. Oczywiście redaktorów innych redakcji, nie własnej. Szeroko pojęci „my” jesteśmy przecież zawsze uprzejmi, błyskotliwi, dowcipni i „z klasą”, nieprawdaż? *** Pewnie zastanawiasz się, drogi Czytelniku, dlaczego to wszystko opowiadam. O co chodzi temu facetowi? Chce się wyżalić na złe traktowanie przez kolegów czy co? Otóż niezupełnie. Myślę sobie, że spersonifikowana siatkówka byłaby kobietą. A w zasadzie nie jakąś tam kobietą, a prawdziwą zołzą, pełną drobnych wad, humorów, irracjonalności. A jak wszyscy wiemy, mężczyźni kochają zołzy. Atmosfera wokół najpiękniejszego sportu może być toksyczna, trująca, ale sama siatkówka swoim pięknem zatrzyma nas, pasjonatów, przy sobie. Sprawi, że z radością się ową toksyną zaciągniemy! Tekst ten ukazał się wcześniej na stronie internetowej magazynu Matchball.

reklama

reprezentacji. Czasami ma się wrażenie bycia świadkiem zgoła odmiennego spotkania, przytrafiają się także kwiatki z gatunku nokautujących. Pamiętam mecz biało-czerwonych, który moja sąsiadka spędziła na rozmowie przez Skype’a na tematy (losie, wybacz mi podsłuchiwanie!) o zadziwiającej rozpiętości, bo zaczynające się na imprezowym skoczku narciarskim Ollim Muotce, zaś kończące na niekształtnym tyłku życiowej partnerki jednego z reprezentantów (z tą opinią akurat się nie zgadzam, jeśli nada to jakąś wartość merytoryczną temuż wywodowi).


Fajnie było... Muszę przyznać, że niniejszy tekst jest dla mnie jednym z najtrudniejszych, jakie przyszło mi kiedykolwiek napisać. Długo zastanawiałem się, czy to zrobić. Uznałem jednak, że czytelnicy magazynu „Matchball” zasłużyli na przysłowiowe dwa słowa wyjaśnienia. Będzie to raczej wytłumaczenie podjętej decyzji – oświadczenia zrobiły się bowiem nieco zbyt pospolite w polskiej siatkówce. Niniejsze wydanie magazynu „Matchball” jest wydaniem ostatnim – kiedy, Czytelniku, będziesz czytał te słowa, nasza redakcja nie będzie już istnieć. Z największą przykrością muszę stwierdzić, że nie jesteśmy w stanie dłużej utrzymać naszego tytułu na satysfakcjonującym wszystkich, wysokim poziomie. Dlatego też po długim namyśle uznałem, że czas się pożegnać. Tworzenie medium siatkarskiego w Polsce to dzisiaj naprawdę wielkie wyzwanie. Rynek jest bowiem wypchany, że tak to ujmę, pod sam kurek. Konkurencja ogromna, a największy boom na piłkę siatkową mamy już za sobą – popyt zatem nie rośnie. Do decyzji przyczyniły się także zachowania pewnych osób z szeroko pojętego „światka” (tu przypomina mi się jako żywo notka motywująca zamknięcie legendarnego serwisu Reprezentacja.net), czarę przelała jednak kropla zawierająca fakt zgoła prozaiczny, odarty z wszelkiej poezji i romantyzmu: wspomniany niski popyt przy stale rosnącej podaży. Niestety, w dzisiejszych me-

diach liczą się liczby, sama jakość nie wystarczy poważnie traktującej swoją pracę redakcji. Patrząc wstecz chłodnym okiem, już parę dni po podjęciu decyzji o zamknięciu „Matchballa” znalazłem wiele winy w sobie jako osobie redaktora naczelnego. Wydaje mi się, że niesiony falą entuzjazmu wywołaną przez ciepłe przyjęcie wśród czytelników i niektórych branżowych specjalistów („Matchball” był oceniany przez ekspertów miesięcznika „Press” w zestawieniu z magazynami tworzonymi przez zawodowców, podczas gdy sam był dziełem garstki amatorów-pasjonatów) wymagałem od swojej redakcji zbyt wiele, za co dziś muszę przeprosić. Miniony rok był dla mnie bodaj najciekawszym okresem w życiu. Nabyłem w nim pierwsze doświadczenia na pozycji redaktora naczelnego, a także menedżera i wydawcy. Poznałem niesamowitych ludzi, którzy zgodzili się współtworzyć dobrze rokujący miesięcznik. Wraz z nimi doprowadziłem nasze elektroniczne czasopismo do naprawdę niezłej jakości – pierwszego numeru z listopada 2010, składanego jeszcze nieudolnie przeze mnie, zwyczajnie nie da się przyłożyć do wydań ostatnich, tworzonych przez profesjonalistkę w tej dziedzinie, Alicję Zamojską. Tworzenie magazynu „Matchball” od zera sprawiało mi wiele satysfakcji. Muszę powiedzieć, że kolej-


ne kroczki dawały mi ogromne zadowolenie i mobilizowały do dalszej pracy, łączonej z dodatkowymi zajęciami pozwalającymi przeżyć i utrzymać tytuł oraz z czynnym studiowaniem. Pracy, która momentami spychała na dalszy plan inne aspekty mojego życia. Dziś, niestety, jestem zmuszony do podjęcia decyzji o zakończeniu istnienia magazynu – nie widzę bowiem szansy na wykonanie kolejnych kroczków bez wyraźnego spadku jakości produktu końcowego. Zakończę, pewnie nieco banalnie, podziękowaniami. Przede wszystkim muszę wyrazić wdzięczność wszystkim osobom zaangażowanym w pracę nad magazynem. W pierwszej kolejności podziękowania należą się Alicji Zamojskiej, która brzydkie kaczątko zmieniła w coraz piękniejszego łabędzia o jeszcze większych estetycznych aspiracjach. Annie Dmochowskiej i Maćkowi Byliniakowi – za pracę w pocie czoła i przekładanie naszych artykułów na poprawny język polski. Paulinie Siewierskiej – za okazane mi na samym początku istnienia redakcji zaufanie. Ani Klepaczko oraz Pawłowi Piotrowskiemu – za ich sumienność, rewelacyjne zdjęcia i otwarcie na propozycje. Mateuszowi Romianowi – za krótki, acz owocny pobyt w redakcji, który wniósł do jej życia wiele świeżości. Tomkowi Obrępalskiemu, który pojawiał się i znikał, lecz zawsze był w pobliżu. Dziękuję także pozostałym współtwórcom „Matchballa”: Alicji Łokuciejewskiej, Aleksandrze Flaszy, Ludmile Kamer, Miłoszowi Ci-

choniowi, Michałowi Trybuszowi, Patrycji Ledwójcik oraz Radkowi Paluchowi i Adze Placzyńskiej. Mam nadzieję, że o nikim nie zapomniałem Każdy z Was dołożył do naszego gmachu swoją cegiełkę. Słowa podzięki należą się także pewnej osobie, która (choć zapewne nieświadomie) motywowała nas do doskonalenia samych siebie i przyczyniła się do wzrastającego poziomu ostatnich numerów. Stokrotnie dziękuję Wam, naszym Czytelnikom. Za to, że byliście z nami pomimo popełnianych przez nas błędów. Za wszystkie miłe telefony i maile. Za dzielenie z nami naszej ogromnej pasji, jaką jest siatkówka. Nie przewiduję możliwości reaktywacji magazynu „Matchball” w przyszłości. Możliwe, że stworzymy jeszcze coś razem – nie będzie to już jednak ten sam produkt. A co z nami? Cóż, trudno jest odpowiadać za kogoś innego niż ja sam, nie wierzę jednak, aby którakolwiek ze współpracujących ze mną osób nie znalazła dla siebie miejsca w jakimś innym medium i wraz z „Matchballem” zniknęła z medialnego światka. A zatem: do zobaczenia w którejś z polskich hal w Polsce (a może nie tylko?)! Dziękuję, że byliście. Fajnie było… Maciej Szewczyk redaktor naczelny


matchball 11(13)  

grudniowe wydanie magazynu Matchball

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you