Issuu on Google+

Masmika Haba Coś cię gryzie? Nie przejmuj się, to tylko...

Pchełka

Memu przyjacielowi Jarkowi ...dedykuję...


Pchełka • 3

Rozdział 1

Gawra

W

gawrze było ciemno. I  pusto. Nikt przecież nie ma ochoty zaglądać tam, gdzie jest ciemno, nic więc dziwnego, że było pusto. Przynajmniej do czasu. Pewnego wieczoru na skraju gawry pojawiła się Pchełka. Nachyliła się nad otworem jaskini i zastygła w oczekiwaniu. Trwało to może ze dwa kwadranse. W  końcu z  ciemnego otworu wydobył się fuczący śmiesznie głos: – Fffffczego fcesz? Pchełka uśmiechnęła się. – Fciebie – odparła wesoło. – Tu nikogo nie ma – burknęło w odpowiedzi. – Słyszę, że jest – Pchełka zeskoczyła z krawędzi i zajrzała głębiej. W ciemnościach jarzyły się zielonkawo czyjeś ślepia. – To źle słyszysz. I nie wchodź tutaj. To moja gawra. – Jesteś misiem? – zapytała Pchełka, ale posłusznie zatrzymała się na progu. Zielone oczy przymknęły się, ale po chwili zapaliły się czujnie. – Fczemu pytasz?


4 • Pchełka

– Bo gawry zamieszkują misie. I  to zazwyczaj w  zimie. A teraz jest złota jesień i słońce świeci od rana do wieczora, i... – Za dużo gadasz – zezłościł się stwór i podniósł na przednie łapy. Z  nozdrzy uniósł się dym i  jaskrawo złociste płomienie. Blask, jaki na moment rozjaśnił grotę, ukazał oczom Pchełki postać niezgrabnego smoka o błyszczącej szmaragdowo łusce i  czarnych, mieniących się purpurowo skrzydłach. Potwór czekał chwilę, chcąc wywołać sobą odpowiednie wrażenie, ale zaskoczony stwierdził, że Pchełka ani nie wrzasnęła przeraźliwie, ani nie zemdlała, ani nie rzuciła się do ucieczki; gorzej – z  życzliwym zainteresowaniem przyglądała się Smokowi. – Nie boisz się mnie? – zionął ze zdumieniem na pysku łuskowaty stwór. – A powinnam? – z niewinną minką zapytała Pchełka. – Wszyscy się mnie boją! – Ja nie jestem wszyscy. Ja jestem Pchełka. I do tego czepliwa. – No to czep siem kogo innego. Ja idem spać. Smok zwinął się w miejscu i legł na suchych liściach tyłem do przybysza. Pchełka ostrożnie usiadła obok smoczego ogona. Milczenie trwało dobrą chwilę, kiedy Smok zerwał się jak oparzony i ryknął: – No i  czego tu siedzisz? Mówiłam, żebyś poszła sobie gdzieś indziej! – Ops! – uśmiechnęła się Pchełka. – To ty jesteś ona? – Nie widać? – Ciemno... – odparła Pchełka. – A  w  ogóle, to przecież miałaś spać. – Nie mogem spać, jak mnie siem ktoś czepia – zawarczała Smoczyca. – A wielu do tej pory się ciebie czepiało?


Pchełka • 5

– Za wielu! Dlatego znalazłam sobie ten ustronny kącik, gdzie nikt nie zagląda, żeby mieć spokój. I miałam go, dopóki się nie zjawiłaś. – Co rozumiesz pod słowem „spokój”? – cierpliwie indagowała Pchełka. Smok, zaskoczony, aż zachłysnął się dymem. – Przecież to jasne: spokój to cisza, brak towarzystwa, możliwość wyspania się... to proste. – A po co ci to potrzebne, Smoku? Smoczyca zamyśliła się. Właściwie ciszę miała cały czas, tak samo sen, kiedy tylko na to miała ochotę. Czemu więc zamknęła się w tym odosobnieniu? – Nie wiem, po prostu potrzebuję spokoju. – Obawiasz się czegoś, Smoku, że ukryłaś się tutaj? Odpowiedzią było milczenie. Smok położył głowę na łapach i przymknął oczy. Potem zapytał cicho: – A ty po co tutaj przyszłaś, Pchełko? – Żeby być z tobą...


6 • Pchełka

Znów zapadło milczenie. Smoczyca przyglądała się Pchełce, jak ta spokojnie sadowiła się w okolicach jej ogona, a potem powiedziała: – Jesteś taka mała, że łatwo mogę zrobić ci krzywdę, więc lepiej usiądź mi na ogonie. I Pchełka, o nic już nie pytając, wskoczyła ufnie za trzeci ząbek na grzebieniu smoczego ogona.


Pchełka • 7

Rozdział 2

Dzikie gwiazdy

T

ej nocy Smoczyca nie mogła zasnąć. Czy to nieoczekiwana wizyta, nieplanowana zmiana losu, czy też jeżące łuskę na grzbiecie przeczucie czegoś niezwykłego, które miało nadejść, tak ją niepokoiło? Nie wiadomo. Dość, że po raz pierwszy od wielu dni Smok wyszedł przed jaskinię i spojrzał w  rozświetlone gwiazdami niebo. Długo przyglądał się migotliwym błyskom, gdy nagle usłyszał obok siebie głos: – Ach, jakie piękne są gwiazdy... Smok obejrzał się. Pchełka siedziała na kamyku obok i rozmarzonymi oczami błądziła po niebie. – A ty tu skąd? – zapytał Smok. – Głupie pytanie, przecież przyniosłaś mnie na ogonie... Smoczyca zamilkła, zdumiona trafnością odpowiedzi. Potem, wskazując pazurem jedno miejsce na nieboskłonie, zapytała: – Co to za jasna gwiazda jest na zachodzie? – Gdzie? – zapytała Pchełka. – Ta najjaśniejsza. Tam, jak popatrzysz przed siebie. – To Wenus.


8 • Pchełka

– Aha... Pchełka chwilę kontemplowała jej blask, a potem zagadnęła: – A wiesz, gdzie są Plejady? Smoczyca zawstydziła się. Mało wiedziała o świecie, choć po nim latała. Pchełka zrozumiała milczenie i wyciągając łapkę przed siebie, zaczęła opowiadać: – Widzisz te trzy gwiazdy równiutko ułożone w  rzędzie, świecące jasnym blaskiem? To pas Oriona. Niżej delikatny rząd maleńkich gwiazdek – to miecz Oriona. A teraz poprowadź wzrok wzdłuż miecza... widzisz Plejady? Smok aż rozdziawił pysk, patrząc w górę. Pchełka kontynuowała: – A  teraz popatrz: niedaleko Plejad, pod nimi, spotkasz najjaśniejszą gwiazdę po drodze – to Jowisz. A jak spojrzysz od Jowisza w kierunku Wenus, zobaczysz całkiem niedaleko Jowisza trzecią najjaśniejszą gwiazdę. To Saturn. A jak spojrzysz wzdłuż miecza Oriona w  przeciwną do Plejad stronę, w dół, to zobaczysz Syriusza. To pies Oriona. – No, dobrze – przerwała Smoczyca – i co z tego? – Co z tego? A nic. Są piękne. – odparła beztrosko Pchełka. – Gwiazdy są dla nas tylko po to, żeby były piękne. Smoczyca posmutniała. Spojrzała na swoje gadzie łuski, błoniaste skrzydła i przypomniała sobie, że od chwili wyklucia nikt nie powiedział jej, że jest piękna, ale zawsze nazywali ją potworem. – Nie lubiem gwiazd – warknęła z goryczą.


Pchełka • 9

– Fczemu? – zafuczała przyjaźnie Pchełka. – Bo som... takie białe. Niby świecą, a  tak naprawdę nie ma w nich ognia, szaleństwa czerwonych płomieni, som blade i zimne. Nie lubiem ich! – tu Smoczyca otworzyła paszczę i zionęła gorącym, szaleńczo czerwonym płomieniem. Pchełka odczekała, aż wygaśnie dzikość oddechu Smoka i stwierdziła: – Biały kolor jest inny niż czerwony, ale przez tę inność jest piękny. – Czerwony jest dziki, biały jest oswojony! – wrzasnęła lekko rozzłoszczona Smoczyca. – Kocham czerwień, bo jest dzika, tak jak ja! – Góry też są dzikie – odparła Pchełka. – A jeśliby góry pomalować na czerwono, czy nadal byłyby dzikie? Smoczyca zamilkła zdziwiona. O tym nie pomyślała. Pchełka kontynuowała: – A jeśli góry mają białe, ośnieżone szczyty, to czy przestają być dzikie, a zaczynają być oswojone? – Hmm... – Smoczyca nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. Pchełka spojrzała na nią z ukosa i ostrożnie, po cichutku zapytała: – A  jeśli blask gwiazdy jest inny niż oddech Smoka, to przestaje być piękny i dziki? I czy Smok musi się gniewać na inność aż do znielubienia? Smoczyca długą chwilę nie odpowiadała. Patrzyła na dzikie, nieoswojone gwiazdy, a potem wykręciła się i rzekła do Pchełki: – Wskakuj na ogon. Wracamy do jaskini.


10 • Pchełka

Rozdział 3

Kolczaste jabłko

O

budził je śpiew ptaków. Właściwie w gawrze Smoka zawsze panował mrok, nigdy więc nie było wiadomo, czy na zewnątrz jest ranek, środek dnia, czy też wieczór. Mieszkaniec jaskini potrafił jednak odgadnąć to po odgłosach, jakie go dochodziły. Noc charakteryzowała głęboka cisza, nasycona zimną wilgocią, przerywana szmerem liści, kiedy padał deszcz lub dalekim wyciem dzikich zwierząt wychodzących na żer. O świcie odgłosy te cichły, a zaczynał narastać ptasi trel, wpierw pojedynczy, potem przekształcający się w  śpiewny harmider. Kiedy znowu cichł, znać było, że nadchodzi prażące słońcem południe. Wtedy Smoczyca zasypiała i budziła się dopiero wieczorem lub w nocy. Tym razem ptasim chórom towarzyszyło głębokie burczenie w trzewiach Smoka, powodujące narastające jego niezadowolenie. – Co ci jest? – zapytała Pchełka, kiedy Smok zaczął się wiercić, przewracać z boku na bok, wstawać i krążyć wokoło legowiska.


Pchełka • 11

– Nie słychać? – odburknął równie głośno, jak bulgot skręcających się z głodu kiszek. – Aaaa... Smok jest głodny? – uśmiechnęła się Pchełka. – To czemu nie polecisz coś zjeść? Smok spojrzał na Pchełkę. Była tak mała, że szkoda byłoby na nią kłapnięcia paszczy. Wrócił na legowisko i położył głowę na łapie. – Bo jest za wcześnie. Znaczy siem... za późno. Jest już za jasno, noc siem skończyła. – To w dzień nie można znaleźć niczego na śniadanie? – zainteresowała się Pchełka. Smok spojrzał na nią spode łba. – A widziałaś, żeby smoki latały w dzień? – A czy wszystkie smoki muszą być do siebie podobne? – odparła Pchełka pytaniem na pytanie. – A czy Pchełka musi być taka czepliwa, jak inne pchły? – zdenerwowała się Smoczyca. Pchełka zamilkła, choć miała już ochotę rozpocząć opisywanie wielkich zalet przymusowych głodówek. Lepiej nie drażnić Smoka, zwłaszcza głodnego. Podniosła się i podreptała w stronę wyjścia. Smok otworzył oczy. – Gdzie idziesz? – Muszę się z kimś spotkać. Zaraz wrócę. Pchełki nie było dwie godziny. Smok zdążył zapaść w krótką drzemkę, kiedy u wejścia do jaskini zatupały czyjeś nóżki. Zaciekawiony Smok wyjrzał ostrożnie. Pchełka siedząc za uchem dużego, kolczastego jeża komenderowała: – Teraz w  lewo... uważaj, tam jest taka wyrwa w  ziemi... o, tak. To tutaj. – Fco ty robisz, Pchełko? – zionął zdumiony Smok, patrząc jak jeż, zwijając się w kłębek, zsuwa z grzbietu ogromne, czerwone jabłko. – Przyniosłam ci śniadanie. – Chyba nie myślisz, że gustuję w kolczastym posiłku?


12 • Pchełka

– Nie oferuję ci jeża do jedzenia, ale jabłko, które jeż przyniósł. – Pchełko, smoki są stworzeniami mięsożernymi, czyżbyś o tym nie wiedziała? W  tym czasie jeż, strosząc kolce pod wygłodniałym i  zachłannym wzrokiem Smoka, szybkim tuptem oddalił się w stronę lasu. Pchełka zamrugała oczkami zdumiona: – Mając do wyboru kolczastego jeża i pachnące jabłko, ty wybierasz jeża? – W tym wypadku, Pchełko, nie mam żadnego wyboru. – Wybór jest, tylko musisz go dokonać. – Nie rozumiesz mnie, Pchełko. Jeśli przypadkiem spadasz z drzewa, to czy masz wybór między lotem a upadkiem? Nie masz, bo twoja natura nie wyposażyła cię w skrzydła. – Przykład nie pasuje do sytuacji. Wybór następuje już w chwili wdrapywania się na drzewo. A jeżeli chodzi o naturę... Jakiś czas temu gościł mnie w swojej sierści niejaki Kobold, pies profesora Frankfurturusa. Odwiedzając pracownię, byłam mimowolnym słuchaczem bardzo interesującego wykładu o  naturze stworzenia. Czy zdajesz sobie sprawę, Smoczku, iż twoją i  moją pierwotną naturą było odżywianie się roślinami, głównie zaś owocami? – Coś bajdurzysz, Pchełko, albo wykład był z  dziedzin fantazji. Odkąd smoki smokami, zawsze jedliśmy mięso! Pchełka zamyśliła się. Jak nakłonić Smoka choćby tylko do próby zmiany upodobań?


Pchełka • 13

– A  gdybyś zamknęła oczy i  wyobraziła sobie, że jabłko, które leży przed tobą jest smacznym mięskiem z  jagnięcia... może udałoby ci się zaspokoić choć na trochę głód? – Równie dobrze mogłabym sobie wyobrazić, że jeż jest jabłkiem – odparła Smoczyca i wróciła do jaskini. – Może i tak, ale skutki byłyby bardziej opłakane – westchnęła Pchełka i  zabrała się za pałaszowanie soczystego owocu.


14 • Pchełka

Rozdział 4

Stawik

K

iedy wieczorem Smok obudził się, zauważył, że na jego ogonie nie ma Pchełki. Pomyślał, że może spadła we śnie między suche liście, więc ostrożnie zaczął przegrzebywać pazurkami posłanie. Jednocześnie nawoływał ją, ale bezskutecznie. Pchełki nie było. Wyszedł przed jaskinię i zaczął się rozglądać. Drobny ślad po nóżkach Pchełki kierował się na zachód. Smok podążył w tamtą stronę. – Hej, Pchełko, gdzie jesteś? Za zaroślami rozciągała się niewielka polana, porośnięta rzadkimi kępami krzewów. Smok stanął na skraju i  zawołał ponownie: – Pchełko, jesteś tutaj? – Jestem – odezwał się cichutki pisk po prawej stronie. Smok spojrzał tam i zobaczył Pchełkę, która pracowicie grzebała małym patyczkiem w ziemi. – Co tu robisz? – Stawik. – Stawik? Po co?


Pchełka • 15

– Dla ciebie – odparła spokojnie Pchełka i dalej kopała dziurę w ziemi. – Po co mi stawik? – Smok był ogromnie zaskoczony, ale i ucieszony, bo po raz pierwszy ktoś robił coś dla niego. – Jest ci potrzebny. Smoki potrzebują swoich stawików, w których mogłyby się kąpać. – Pchełko, kopanie stawiku zajmie ci długie lata! – Może i długie, może i lata. Ale w końcu go wykopię. Smok usiadł i zamyślił się. Lubił się kąpać i często korzystał w czasie nocnych lotów z  mijanych jezior i  stawów. Ale mieć swój własny, prywatny staw? Tylko dla niego?! To byłaby nie lada gratka!


16 • Pchełka

– Posuń się, pomogę ci – Smok podszedł do Pchełki, która ucieszona podskoczyła do góry i  usadowiła się na jego grzbiecie. Ziemia z furkotem pryskała spod pazurów, a dół pogłębiał się w błyskawicznym tempie. Pchełka dyrygowała pracą z wysokości, dokładnie wyznaczając obszar stawu. Potem jeszcze przekopali rowek od pobliskiej rzeki i z zadowoleniem obserwowali, jak woda z szumem zapełniała staw. – Dobra robota – pochwaliła Pchełka. Smok odpoczywał, spoglądając w mętną wodę. Potem powiedział cichutko: – Dziękuję ci, Pchełko. – Za co? – Za to, że mogłam ci pomóc. – To ja ci dziękuję, Smoczku. – Pchełko... czy mogłabym prosić cię o coś? – O co, Smoku? – Czy może to być nasz wspólny staw? Czy możesz przyjąć go ode mnie w prezencie? Pchełka ucieszyła się i połaskotała go po ogonie. – Najwspanialsze prezenty to te, które dawane są z  serca. Bo mają w sobie ogień i wodę. Ogień miłości i wodę łagodnej sympatii. Ciepło radości i świeżość narodzin, bo gdy dajesz taki prezent to tak, jakbyś narodził się na nowo. Dziękuję, Smoku. I  siedzieli nad stawem patrząc, jak w  klarującej się toni gwiazdy przeżywają swoją odświeżającą kąpiel i  wydawało im się, jakby wszystko dookoła powstawało na nowo.


Pchełka • 17

Rozdział 5

Smocze układy

Z

awsze zastanawiałam się, jak to się dzieje, że cię w pysku nie pali, kiedy zioniesz ogniem – stwierdziła któregoś dnia Pchełka, gdy siedzieli razem nad brzegiem stawu. – A mnie zadziwia, dlaczego rycerze nawet w zębach dłubią mieczem – mruknął Smok, wystawiając grzbiet na ciepłe promienie słońca. – Z tego co wiem, to nie zawsze i nie w zębach – uśmiechnęła się Pchełka i ponownie zapytała. – Nie pali cię, jak zioniesz? – Jakby paliło, to bym nie zionęła – odparła krótko Smoczyca. – Ale jak to się dzieje? – dociekała Pchełka. – To nic niezwykłego. Masz kilka podobnych przykładów w przyrodzie. Znasz żuka bombardiera? – Nie, opowiesz mi o nim? – Żuk ma w trzewiach dwie substancje, które po połączeniu się ze sobą tworzą mieszankę wybuchową. Jak ktoś mu zagraża, to odwraca się do wroga tyłem... i go przypala. Prosty mechanizm.


18 • Pchełka

– Ale tobie nikt nie grozi... – Ech, Pchełko, jeszcze mało wiesz o smokach. – No, dobrze, mało wiem. I nadal nie wiem, jak cię płomień w pysku nie pali, przecież ci to przechodzi przez paszczę. Smok podniósł pysk i splunął obok Pchełki. – Jak będziesz miała ochotę, to się tym wysmaruj – westchnął i położył łeb z powrotem na piasku. – Wtedy możesz włazić w największy ogień i nic ci się nie stanie. Moja ślina działa na zasadzie azbestu. Jest ogniotrwała. – Pożyteczny wynalazek. I używasz płomienia tylko wtedy, kiedy ktoś ci zagraża? – Nie zawsze. Czasem zionę z fantazji, a czasem z nadmiaru emocji. Ale nie obawiaj się, kontroluję to; nie jestem żukiem, ale smokiem – gad uśmiechnął się i  przeciągnął, rozprostowując skrzydła. – No, może na smokach się nie znam, ale trochę już o  tobie wiem. I wiem także to, że potrafisz się kontrolować. Jeśli tylko chcesz... Połechtany pochwałą Smok dmuchnął dymem z nosa. Pchełka jednak nie ustępowała w swej dociekliwości: – No, Smoku, a powiesz, kto ci zagraża? – Czepliwe pchełki – zażartował Smok. – I kto jeszcze? – A  choćby rycerze, co to lubią dłubać, ale nie zawsze w zębach, za to zawsze mieczem.


Pchełka • 19

– Czemu oni ci zagrażają? – A jak myślisz? – Nie wiem, nie jestem rycerzem. – Kiedyś leżałam przyczajona między skałami w Oderlandii. Przyjechało dwóch takich zapuszkowanych, żeby złapać jakiegoś gada z  mojego rodzaju. Najpierw opowiadali sobie o swoich wyczynach, a potem o tym, co ich tu sprowadziło. Pierwszy dostał wariacji na punkcie jednej księżniczki, choć podejrzewam, że bardziej mu zależało na ofercie, jaka kryła się za ręką owej panienki. Drugi natomiast bardziej był zainteresowany korzyściami, jakie mógł wyciągnąć z moich właściwości, między innymi produkcji wydzieliny azbestowej. Nawet nie wiesz, jaki majątek można otrzymać od magów królewskich za buteleczkę tej mikstury! – Podejrzewam, że ów rycerz planował poprosić cię, żebyś od czasu do czasu splunęła w jego stronę... Smok spojrzał z politowaniem. Ta pchełka jest jednak nieżyciowa! – Między rycerzami a smokami nie ma żadnych układów, choćby z  tego względu, że obie strony boją się siebie śmiertelnie. Zanim więc dojdzie do jakiegokolwiek porozumienia, smok zionie ogniem, a rycerz pchnie mieczem. – No, tak... – westchnęła Pchełka. – Myślę jednak, że nie wszyscy rycerze są podobni do tych, których napotkałaś w Oderlandii i że można byłoby zawrzeć z jakimś układ. Korci mnie, czy by tego nie spróbować. – A po co? – żachnął się Smok. – Jaki miałabym w tym interes? – A  czy na wszystkim musi być robiony interes? Czasem warto podejść do sprawy ideologicznie... – Nie mam zamiaru być ideologicznie nadziana na miecz. Wybij to sobie z głowy! Pchełka miała coś jeszcze odpowiedzieć, ale widząc minę Smoka tylko usiadła i parę razy stuknęła się piąstką w głowę.


20 • Pchełka

– Już sobie wybiłam – stwierdziła rozcierając guza. – Poprzestanę na układzie, jaki jest pomiędzy Smokiem a Pchełką. – No! – uspokojony Smok podreptał w stronę stawu i zanurzył się w wodzie. – A gdyby tak zrobić układ pomiędzy Smokiem a elfami? – pomyślała głośno Pchełka. Smok z parsknięciem oburzenia wynurzył się z wody. Pchełka zamachała łapkami. – Nic nie mówiłam! Nic nie mówiłam! Czy mam sobie coś znowu wybijać z głowy? Smok uśmiechnął się. – Lepiej wskakuj do wody – odparł wesoło. – Woda jest wyśmienicie odświeżająca.


Pchełka • 21

Rozdział 6

Spotkanie

O

becność Pchełki wiele zmieniła w  życiu Smoka. Nie potrafiła tylko odmienić nocnego życia i sposobu odżywiania. Na wszelkie namowy i sugestie odpowiedź była tylko jedna: „Smoki som smokami i nie bendom inaczej siem zachowywać”. Nocne loty na razie nie przeszkadzały Pchełce, jednak usilnie zastanawiała się, co uczynić, by Smok zasmakował w swojej pierwotnej jarskiej naturze. Pewnej nocy, gdy lecieli ponad szczytami gór, Pchełka zapytała: – Smoku, czy byłeś może kiedyś w Bandurlandzie? Smok nie odpowiedział. Pchełka powtórzyła pytanie. Smok zniżył lot i usiadł na wystającej półce skalnej. – Pchełko, pozwolisz, że podczas lotu nie będziemy rozmawiać? – Czemu? Czy rozmowa cię rozprasza? – Nie. – Więc czemu?


22 • Pchełka

– Nie jestem jaskółką. Pchełka, zaskoczona, spojrzała pytająco. Smok wyjaśnił: – Jak lecem, to mi muchy wpadajom do pyska, a ja nie lubiem ich żreć. A pluć nie mam ochoty. Tak więc nie otwieram pyska, jak latam. Pchełka uśmiechnęła się, a potem podstępnie zagadnęła: – Czy muchy i  inne wpadające ci do pyska stwory nie są przypadkiem mięskiem, w którego pożeraniu gustują smoki? – Ty siem, Pchła, nie czepiaj! – zdenerwowała się Smoczyca. – Muchy to co innego, a owca co innego! Smok nie jaskółka i nie żeruje w locie! – Nic nie mówiłam! – zamachała łapkami Pchełka i zapytała. – Podrzucisz mnie do Bandurlandu? – Nie ma sprawy. A jak wrócisz? – Nie martw się. Będę z powrotem jutro wieczorem. Smok skinął głową i machnąwszy mocno skrzydłami skierował się w stronę Bandurlandu. Pchełka, wbrew zapewnieniom, nie wróciła następnego dnia, ani też o świcie drugiego dnia. Smoczyca zaczęła się trochę niepokoić, warowała przy stawiku, zastanawiając się, czy Pchełka w ogóle wróci, kiedy po zachodniej stronie nieba zaczął narastać szum. Smoczyca ukryła się w szuwarach i spoglądała, co to za gość zawitał nad staw. Najpierw odniosła wrażenie, że to biały obłok pomylił się i  zamiast płynąć po niebieskim niebie, skręcił zmylony błękitem wody. Dopiero po chwili zobaczyła, że to nie obłok, ale białoskrzydły, srebrnogrzywy koń. – Pegaz... – szepnęła z podziwem, bo nigdy jeszcze nie spotkała takiego stworzenia, jakkolwiek w smoczym rodzie wiele było baśni i legend z nim związanych. Koń z  gracją stanął kopytami na brzegu stawu i  zanurzył pysk w  wodzie. Postanowiła nie ujawniać się. Z  zachwytem spoglądała na jego skrzydła, starając się nie porównywać z  nimi swoich czarnych, błoniasto-gadzich, by nie popaść


Pchełka • 23

w całkiem niesmoczą melancholię. Naraz ze zdumieniem usłyszała, że od strony Pegaza dobiega ją cienki, piskliwy głosik. Podniosła się i  podpełzła bliżej. Obok Pegaza stała Pchełka i podskakując z radości, wołała: – Spójrz, Jaro, tam jest Smok. Tam! Koń podniósł głowę i  spojrzał w  jej kierunku. Smoczyca miała ochotę skryć się w najgłębszą jaskinię, ale Pegaz nisko jej się ukłonił i grzebiąc kopytem, rzekł: – Czy mam przyjemność przywitać kwiat smoczego rodu? Smokowi aż mowę odjęło na takie przywitanie. Coś jej w duszy jęknęło: „oooooooooo...” i próbując powstrzymać fuczenie, odparła: – Fff... witaj... Smoczyca gorączkowo zaczęła przypominać sobie, co smoki zazwyczaj robiły, gdy przyjmowały gości, ale nic innego nie przychodziło jej do głowy, jak tylko zaprosić go do domu. Ale czy można taką piękną istotę zaprosić do ciemnej i  nieprzytulnej gawry? To nie uchodziło...


24 • Pchełka

Pchełka, spostrzegłszy zmieszanie Smoka, pospieszyła z pomocą: – Fajne miejsce na piknik. Może trochę odpoczniemy po tak długiej podróży? Smok spojrzał na nią z wdzięcznością. Sam by nie pomyślał o ugoszczeniu przybysza pod gołym niebem w otoczeniu drzew, przy plusku uderzającej o brzeg wody. Zaczęło zmierzchać, więc szybko zakrzątnął się przy zbieraniu drew na ognisko. Potem mały, gorący oddech – i  polanka zajaśniała od iskrzących pod niebo płomieni. – Przy takim ognisku fajnie byłoby posłuchać jakiejś piosenki – uśmiechnęła się Pchełka. – Smoku, może coś nam zanucisz? Smoczyca zawstydziła się. Spojrzała nieśmiało na Pegaza, chrząknęła kilka razy, a  potem zaśpiewała kołysankę, którą nuciła jej mama: – Na wirsycku, na zielonym, usiadł smok łuską zdobiony. Ślipia zmruzył, sksydła złozył, na gałęzi, na zielonej, łeb połozył, na gałęzi, na zielonej, łeb połozył... – Smokuś, nie sądziłam, że tak ładnie potrafisz śpiewać! – zawołała Pchełka. – Nie nabijaj siem ze smoka – warknęła zawstydzona Smoczyca, gryząc nieufnie ogonek. – Masz rację, Smoku – odparł wyrozumiale Pegaz. – Trzeba uważać na pochlebstwa. Ale tym razem Pchełka ma rację. To mówiąc rozprostował skrzydła i  zanucił głębokim basem:


Pchełka • 25

– Hej, pod turni stromej szczytem stuknął Pegaz w głaz kopytem. Kamień skrzesał iskier roje, by Smok rzekł: „Już się nie boję”, by Smok rzekł: „Już się nie boję”... A Pchełka stwierdziła, że tak jasnych gwiazd, jakimi stały się w tej chwili oczy Smoka, to jeszcze w żadnej konstelacji nie widziano i  w  duchu gratulowała sobie realizacji swojego planu. I siedzieli tak przy ognisku do białego ranka.


26 • Pchełka

Rozdział 7

Śniadanie

S

łońce, podnosząc wysoko głowę, ze zdumieniem zaglądało na polanę, gdzie nad brzegiem stawu pogrążeni byli w głębokim śnie Pegaz i Smok. O Pchełce nie wspomnę, bo była tak mała, że w towarzystwie tak dużych stworzeń prawie nie było jej widać. Pierwsza obudziła się Smoczyca. Starając się nawet nie drgnąć, patrzyła na Pegaza. Złote błyski słońca rozświetlały jego białą sierść... – Burk! – skręciły się nerwowo i boleśnie kiszki w jej trzewiach. No, tak. Czas na śniadanie. Warto byłoby coś przygotować. Ale co jedzą pegazy? Chyba nie to, co smoki, z pewnością są wybredniejsze. Smoczyca potrafiła zjeść to, co nawinie się pod pazur, nieważne, czy to była ryba, owca, czy koń... – Blurp! – zassało ją w środku. Chyba będzie musiała gdzieś wyskoczyć mimo jasnego dnia. W pobliżu przecież nie było nic do jedzenia, z wyjątkiem pchły i konia... Konia??? Smok poderwał gwałtownie głowę. Pchełka, obudzona tym ruchem, podniosła się i przetarła oczy. – Co się stało, Smoku?


Pchełka • 27

– Pchełko – szepnęła poważnym tonem Smoczyca. – Będziesz musiała poprosić Pegaza, by postarał się jak najszybciej wrócić do domu. – Ale dlaczego? – zdziwiła się Pchełka. – Grozi mu tutaj niebezpieczeństwo. – Niebezpieczeństwo? Nic nie rozumiem – Pchełka rozejrzała się po opromienionym słońcem lesie i zamrugała oczkami. – Możesz mi coś więcej wyjaśnić? – Tu nie ma nic do wyjaśniania – warknęła gniewnie Smoczyca. – Mnie nie wypada go odsyłać, ponieważ jest moim gościem, ale ty potrafisz grzecznie go o to poprosić. Żeby ci było łatwiej, pójdę sobie popływać. – Nigdzie nie pójdziesz – Pchełka złapała Smoka za ogon. – Mów mi tu zaraz, co za niebezpieczeństwo grozi Pegazowi. – Naprawdę chcesz wiedzieć? – Tak, chcę, a nawet powinnam. – Dobrze, powiem ci – Smok usiadł na ogonie i  objął łapami brzuch. – To niebezpieczeństwo to... – ...to? – Pchełka aż wstrzymała oddech z wrażenia. – To smoczy głód – odparła Smoczyca i opadła na przednie łapy. Zaskoczona Pchełka wypuściła powietrze i  wstrzymała oddech. Dopiero po dłuższej chwili odetchnęła i zapytała: – Potrafiłabyś? ...Pegaza??? – Moje kiszki mówią mi, że Pegaz także jest koniem...


28 • Pchełka

– Twoje kiszki myślą tylko o jedzeniu! – krzyknęła oburzona Pchełka. – Pegaz jest nie tylko koniem, ale jest najbardziej niezwykłym koniem ze wszystkich latających stworzeń! Patrząc na niego nawet nie chce się myśleć o jedzeniu, sama jego obecność potrafi nasycić. A  ponadto – jest przecież naszym przyjacielem! Przyjaciela chcesz zeżreć? Smoczyca zawstydziła się. Wcale nie miała na to ochoty, przecież nawet poprosiła, żeby Pegaz bezpiecznie wrócił do domu. Gadzie łzy zakręciły się w jej oczach. – Buuuuuuuu... – rozżaliła się. – Smoczyca jest potworem, jest zła, myśli tylko o jedzeniu, buuuuuuuu... Pchełka poklepała ją pocieszająco łapką. – Nie jesteś zły, Smoku, tylko trochę głodny. – Ale sama powiedziałaś, że myślę tylko o  jedzeniu i  to jeszcze o jedzeniu przyjaciół, buuuuu... – Po pierwsze, to nie ty tak myślisz, ale twoje kiszki, a przecież nie jesteś swoimi kiszkami, prawda? – No, tak – chlipnęła Smoczyca i spojrzała z nadzieją. – Więc jeśli nie ty tak myślisz, tylko twoje kiszki, znaczy, że ty nie jesteś zła. – Tylko moje kiszki? Pchełka zaśmiała się: – Kiszki nie mogą być złe. Nie mają wyboru, czy chcą być dobre, czy złe. Są po prostu kiszkami, które burczą, gdy jesteś głodna, bolą, kiedy masz wzdęcia i leżą sobie grzecznie, kiedy jesteś najedzona. – O czym tam rozmawiacie? – odezwał się z oddali rozespany głos Pegaza. Smoczyca szybko otarła załzawiony pysk, a Pchełka zamachała do niego wesoło łapką. – Dzień dobry! Nic ważnego... Zastanawiam się właśnie, co będziemy robić w tak piękny dzień! Pegaz podniósł się i rozprostował skrzydła. – Myślę, że moglibyśmy gdzieś pofruwać, co wy na to?


Pchełka • 29

– Świetny pomysł! – ucieszyła się Pchełka i  spojrzała na Smoka. Ten jednak nie okazywał równie głębokiego entuzjazmu. – Smoku, nie cieszysz się? – zapytała cichutko. – Cieszę się – odparła szeptem Smoczyca. – Wy sobie pofruniecie na spacer, a ja poszukam jakiegoś jedzenia. – A czemu nie polecisz z nami? – Przecież wiesz, że w dzień nie latam – szybko wyszeptała Smoczyca, bo Pegaz zbliżał się do nich wesołym truchtem. Pchełka zamyśliła się. To, co z wieczora okazało się świetnym pomysłem, z rana zaczęło wykazywać swoje braki. – Myślę, że możemy się gdzieś wybrać, ale po śniadaniu – odparła. – Pegazie, co lubisz jeść na śniadanie? – Widzę tu pyszne gałęzie brzozy nieopodal smakowitej kępy mięty – zarżał Pegaz. – Powinno wystarczyć tego na nas troje. – Smok miał dziś z rana ochotę odwiedzić w stawie szczupaka – Pchełka szybko wybawiła Smoka z kłopotliwej sytuacji. – Potem wybierzemy się na spacer. – A ty, Pchełko, co masz zamiar teraz zrobić? – A ja trochę poleżę sobie na piasku. Czeka mnie przecież wspaniała przejażdżka, prawda, Smoku? Ale Smok już nie słyszał, gdyż z głośnym pluskiem, zagłuszającym narastające burczenie w brzuchu, zanurkował w stawie w poszukiwaniu apetycznego szczupaka, do którego miał nie cierpiący zwłoki interes.


30 • Pchełka

Rozdział 8

Uśmiech Pegaza

P

owiedz mi, Pchełko, czemu Smok był dziś tak zasmucony, przecież wczoraj wieczorem sprawiał wrażenie szczęśliwej istoty – zagadnął Pegaz, kiedy skończył skubać zieloną, aromatyczną kępę mięty. – Smok wstydzi się swojej natury. Z  jednej strony nie chce jej porzucić, z drugiej strony widzi kontrast, jaki jest pomiędzy nim a na przykład tobą, i próbuje ukryć to jako wadę. – A jaka jest smocza natura? – Nie lubi jeść trawy, lubi zaś latać nocą. – Nie widzę nic w tym złego. Ćmy też latają nocą, a niedźwiedzie lubią miód. Po co więc odmieniać naturę Smoka? – Natury nie należy odmieniać, jeśli jest pierwotna i właściwa. W przypadku Smoka zwyczaje te są nabyte i wynikają ze złych wydarzeń, jakie zaszły w jej smoczym życiu. – Oj! – zafrasował się Pegaz. – A czy ona zdaje sobie z tego sprawę?


Pchełka • 31

– Nawet jeśli sobie zdaje, to nie ma chęci na jakiekolwiek zmiany. Ale to też wypływa z jej przeszłości. – To znaczy? – To znaczy, że jeśli ciągle dostajesz po głowie i to od chwili, gdy otworzyłeś oczy i spojrzałeś na świat, to nic dziwnego, że widzisz dookoła tylko pięści i zęby... – To znaczy? – Pegaz w dalszym ciągu nie rozumiał. – Oj, to znaczy, że Smoczyca się boi. Boi się nie tylko stanu, w jakim trwa, ale i ewentualnych zmian w swoim życiu. Rozumiesz? – Pchełka cierpliwie tłumaczyła, zastanawiając się, czy nie powiedziała zbyt wiele. Ale nie. Pegaz zrozumiał i o nic już więcej nie pytał, a Pchełka nie musiała zdradzać mu zbyt wielu szczegółów ze smoczych dziejów. Tymczasem w stawiku woda zabulgotała i z pluskiem wynurzyła się z niej Smoczyca. Podpłynęła i zawołała: – Nawet nie wiecie, jaka to przyjemność pływać w chłodnej wodzie i to teraz, kiedy grzeje południowe słońce! Pegaz wstrząsnął grzywą i odparł wesoło: – Równie przyjemny będzie chłód cienistego lasu. Może oprowadzisz mnie po okolicy, Smoku? Smoczyca ucieszyła się. Po pierwsze dlatego, że nie bardzo wiedziała, jak umilić gościowi pobyt, a po drugie, nie miała ochoty pokazywać mu swojej gawry. – A gdzie chcesz iść? – zapytała. – Możemy pójść w prawo, nad Jezioro Heleny. Kiedyś nazywało się Jeziorem Prawdy, ale odkąd pewna księżniczka, o imieniu Helena zresztą, przejrzała się w nim, król wydał edykt, by nikt nie określał już jeziora tym imieniem. Zawsze zastanawiam się, co księżniczka w nim zobaczyła... – Smok uśmiechnął się. – Myślę, że wody już mamy na dziś dosyć – stwierdziła Pchełka. – Oki-smoki – zgodziła się Smoczyca. – W takim razie pójdziemy w lewo, tam, gdzie rozciągają się lasy, szeroko i daleko. Są tam sosny, świerki, jodły, dęby, buki, brzozy, lipy, jagody


32 • Pchełka

i grzyby, dziki i byki. No, może z tymi bykami to przesadziłam, wszystkie uciekły, jak się dowiedziały, że tu zamieszkałam... Smok opowiadał i opowiadał, a oni szli i słuchali. Nie przerywali nawet jednym słówkiem opowieści, tak bardzo ich cieszył entuzjazm, jaki Smok wykazywał. – Widzę, że las jest w miarę ucywilizowany – zażartował w pewnym momencie Pegaz. – Ścieżki przecinają się pod kątem prostym, drzewa rosną w rządkach, a grzyby są od razu posortowane według gatunku, wagi i wieku. Zaśmiali się, ale Smok zaraz spoważniał. – Niestety, las przestaje być dziki. Widziałam, że w pobliże zaczynają sprowadzać się ludzie. Jeden chłop to nawet zaorał kawał łąki i  obsiał ją kukurydzą. Jak są duże deszcze, to jest tam błoto, a jak sucho, to rośnie kukurydza... ale ja wolę błoto. – A  ja wolę kukurydzę – stwierdziła Pchełka. – Zawsze można trochę jej pożyczyć i zjeść. – Ihaaaaa! – zarżał Pegaz. – A jak Pchełka ma zamiar potem zwrócić tę kukurydzę? Hę? Smoczyca obejrzała się i  zobaczyła pegazi uśmiech... nie, nie koński, ale pegazi, taki od skrzydła do skrzydła, bo z zaskoczeniem stwierdziła, że uśmiech objął je także i to w taki sposób, iż prawie zaczepiły o  gałęzie, szeroko się rozkładając. – „Ech! – westchnęła w  duchu. – Taki to słońce niesie ze sobą. Nie to co ja, ciemna stwora o  mrocznej duszy. Na mój widok ptaki milkną, a ludzie za broń chwytają...”


Pchełka • 33

– Czemuś się, Smoku, tak zafrasował? – Pchełka połaskotała ją za uchem. – Bo chyba nie pasuję do waszego towarzystwa... – A czemuż to, Smoku? – zdumiał się Pegaz. – Was się ludzie nie boją, ani wy ludzi... – Mnie się nie boją? – Pchełka aż podskoczyła z wrażenia. – Żebyś wiedziała, jaki pisk się podnosi, jak mnie zobaczą! A  jakie trzepanie pościeli, jakie mycie podłogi... nic, tylko uciekać, żeby życia nie stracić! – A ty, Pegazie? Czy ciebie też ludzie się boją? Pegaz chwilę milczał, a potem odpowiedział wierszem: – Siwki srebrnogrzywe pasą się jak żywe, srebrem płonie grzywa... niejeden by w dłoniach chciał mieć uzdę konia, by się nie wyrywał. A gdy ujrzy skrzydła u konia-dziwidła, to w szopie zamyka i Pegaz w postrońcu umiera mu w końcu bez słońca promyka... Nie ludzie się mnie boją, Smoku, ale ja ludzi... bo zachłanność i chciwość wśród nich króluje, bo ledwie ktoś zobaczy nad sobą moje skrzydło, a już chce przeliczać moje pióra na pieniądze, a już inni z zawiści zabijają tchnienie wolności, jakie niesie ze sobą poezja, bo sami są zniewoleni. Tak, tak, Smoku, nie jest lekko pegazom na świecie... Zatrzymali się i usiedli wśród jagodowych krzaczków. A łagodny śpiew słowika zapowiadał im, że oto powoli nadchodzi pachnący macierzanką wieczór.


34 • Pchełka

Rozdział 9

Obowiązek Smoka

N

azajutrz rano nie było Smoka. Dwa dni potem także. Pegaz oblatywał okolice, Pchełka nawoływała, wypytywała znajome stworzenia zamieszkujące las, nikt jednak nie widział nawet cienia Smoka. – Co się mogło stać? – martwili się. – Nic przecież nie wskazywało na to, że ma ochotę ich opuścić, nawet słówkiem o tym nie wspomniała. – Może ktoś jej zrobił krzywdę? – Może poszła polować i nadziała się na miecz jakiegoś rycerza? – Może... Domysłów i  obaw było wiele. Pegaz oświadczył, że nie opuści tych terenów, dopóki nie wyjaśni się sprawa zniknięcia Smoka. Nie zaprzestali również poszukiwań, aż któregoś wieczora napotkany kudłaty niedźwiedź Borownik wyznał, że widział lecącego smoka, a nawet dwa smoki.


Pchełka • 35

– Kierowały się na północ, to była chyba trzecia nad ranem – tylko tyle potrafił powiedzieć. Pchełka, zaskoczona, podrapała się w głowę. – Czyżby Smok znalazł towarzystwo? – No, tak – westchnął Pegaz. – Smok smokowi ogona nie przypali, a milszy łusce pazur niż Pegaz, mimo, że skrzydlaty... – Nie gadaj głupot! – ofuknęła go Pchełka. – Nie sądzę, by Smok ze zwykłej fantazji opuścił przyjaciół i odleciał z przypadkiem napotkanym smokiem. Musimy poszukać go i wyjaśnić wszystko. Mówiąc to wskoczyła na grzbiet konia i polecieli tam, gdzie wskazał im niedźwiedź. Długo lecieli, obserwując pagórki i doliny, przepatrując lasy i  nisko opuszczając się nad jeziorami. Któregoś późnego już wieczora pomiędzy ruinami starego zamku zobaczyli blask wzniecanych co jakiś czas płomieni. Wylądowali w  pobliżu i  Pchełka szepnęła do Pegaza: – Jaro, zostań tutaj. Ja pójdę i  popatrzę, czy nie ma tam naszego Smoka. – Nie możesz tam sama pójść. To niebezpieczne, a  ty jesteś taka mała! – Właśnie dlatego, że jestem taka mała, mogę się wcisnąć niezauważalnie w  każdy kącik. Jak będzie źle, to cię zawołam, dobrze?


36 • Pchełka

Pegaz zgodził się i Pchełka skoczyła w stronę zamku. Kiedy wsunęła się w szczelinę, zobaczyła na środku opuszczonego, zarośniętego dziedzińca gromadę smoków ucztujących i  weselących się wokół ogniska. Nie wyglądali zbyt przyjemnie. Rubaszne ryki przerywane ognistą czkawką, utytłane w błocie brzuchy i  pokryte zaschniętymi plamami krwi pazury – wszystko to sprawiało, że Pchełka nie miała ochoty zbliżać się do nich. Przeskakując ostrożnie z  kamienia na kamień rozglądała się za Smoczycą. Nagle w jednym kącie ją ujrzała. Jest! Leży obok zielonego smoka z głową opartą na łapie i smutno spogląda w płomień ogniska. Pchełka ucieszyła się, że ją wreszcie znalazła, ale zaniepokoił ją nastrój i towarzystwo, w jakim Smoczyca przebywała. W  pewnym momencie Zielony trącił Smoczycę łapą i podsunął jej nosem leżącą nieopodal padlinę owcy. Smoczyca bez entuzjazmu zatopiła w niej zęby, ale po chwili wypluła ze wstrętem. Podniosła się i podeszła do muru, żeby wyczochrać o niego grzbiet. Pchełka uznała to za znakomitą okazję, by się do niej ukradkiem przybliżyć. – Fitaj, Smoku – zafuczała szeptem, gdy już usadowiła się nad jej uchem. Smok, zaskoczony, znieruchomiał. – Fco tu robisz? Uciekaj, bo ciem ftoś zobaczy! – Nie na to przeszukaliśmy za tobą wszystkie krainy, żeby teraz uciekać z powrotem i to bez ciebie. Czemu odeszłaś bez słowa pożegnania lub jakiegokolwiek wyjaśnienia? Smok rozejrzał się. – Jest tu gdzieś Pegaz? – Czeka za murami. Martwi się o ciebie. Smok z niepokojem patrząc wokoło, szybko wyszeptał: – Niech tylko tu nie przychodzi, bo go żywcem zeżrą! Nawet pióra po nim nie zostawią! Idź, Pchełko, do niego, ja postaram się po jakimś czasie do was przyjść. Poczekajcie. Pchełka skinęła głową i zeskoczyła na mur. Smok, udając, że nic się nie stało, wrócił na legowisko, coś warknął do Zielo-


Pchełka • 37

nego i przymknął oczy, sprawiając wrażenie bardzo sennego i znudzonego. Pegaz niecierpliwie grzebał kopytem, kiedy Pchełka wróciła i oświadczyła, że znalazła Smoka, ale nie mogą tam pójść, tylko muszą poczekać na niego tutaj i być bardzo cicho. – Czemu? – zarżał zdumiony. – Dlatego, że... – Pchełka nie wiedziała, jak powiedzieć mu o niebezpieczeństwie, jednocześnie nie zdradzając okoliczności, w jakich przebywał Smok. – Dlatego, że jest głęboka noc i niektórzy śpią, i nie chcą być obudzeni. Smok powiedział, że zaraz do nas przyjdzie. I  rzeczywiście, po niedługim czasie czarny cień pojawił się obok nich i z ciemności wychylił się Smok. Pegaz radośnie chciał zarżeć, ale Smok położył pazur na pysku i  dał znak do lotu. Odfrunęli kawał drogi i zatrzymali się w pobliskim lesie. – Mów, Smoku, co się stało? – pierwszy zapytał Pegaz, niecierpliwie wstrząsając grzywą. Smok zasmucił się i odparł: – Nie powinniście byli mnie szukać. – Jak to? Przecież jesteśmy przyjaciółmi, martwiliśmy się, że odeszłaś tak bez słowa... – Przepraszam, że nie pożegnałam się z wami, ale tak wyszło. Nie mogłam. – Wiesz, co my przeżywaliśmy? Jak się o ciebie martwiliśmy??? Pchełka słuchała tej rozmowy nie odzywając się, aż w końcu nie wytrzymała i powiedziała: – Nic nam nie dadzą żale i pretensje. Lepiej opowiedz, Smoku, co się stało, że tutaj trafiłaś. Smok chwilę milczał, a potem rzekł, jakby recytował wyuczoną lekcję: – Jestem smokiem i nie nadaję się do waszego towarzystwa. Moje miejsce jest wśród smoków. Pchełka przyjrzała się Smoczycy i zapytała powoli:


38 • Pchełka

– Hmmm... i jesteś pewna, że przebywanie wśród smoków sprawia ci przyjemność? – To nie jest sprawa przyjemności! – warknęła Smoczyca. – To jest kwestia gatunku! Każdy ma określone miejsce, w  którym powinien przebywać i  określone czynności, które powinien wykonywać! – W takim razie obowiązkiem smoka jest zjeść pegaza. Czyż nie? Pegaz spojrzał zdumiony i  zatrwożony na Pchełkę, nie wiedząc, do czego zmierza. Ta jednak przesłała mu skrycie uspokajający gest. Smoczyca zamyśliła się, a Pchełka pytała dalej: – Jeśli przebywanie wśród smoków jest twoim obowiązkiem, to czemu zamknęłaś się kiedyś w gawrze, by nikogo nie oglądać na oczy? – Pchełko, nie gryź... bo ucieknę. – Obowiązkiem pchełki jest gryźć, czyż nie? – zażartowała Pchełka, ale zaraz spoważniała. – Powiedz, Smoczku, czemu nas zostawiłaś? Przecież dobrze się z nami czułaś, nie musiałaś odchodzić. – Po prostu zrozumiałam, że miejsce smoka jest wśród smoków. – Czy to Zielony ci o tym powiedział? Odpowiedziało jej milczenie. Pchełka próbowała zgadywać dalej: – Tamtej nocy poszłaś coś zjeść... i spotkałaś go, prawda? – Tak. Wstydziłam się, że znów nie będę mogła jeść z wami śniadania, więc poszłam w las na łowy... i spotkałam go.


Pchełka • 39

– To on ci powiedział, że miejsce smoka jest wśród smoków? – Tak! I miał rację... – Może miał rację, jeśli chodzi o zwyczajne smoki. Ty jednak jesteś smokiem szczególnym i niezwykłym. I nie powinnaś przebywać wśród zwykłych i nieszczególnych smoków. – Więc gdzie jest moje miejsce, Pchełko? – Tam, gdzie czujesz się najlepiej, tam jest twoje miejsce. Wiesz, gdzie ono jest? Smok uśmiechnął się. – Przecież wiesz, Pchełko. W stawiku. Pchełka roześmiała się. – No to na co czekamy? Smok! Pegaz! Uderzajcie w skrzydła i lećmy nad stawik! Ostatecznie jest to jedyne miejsce dla jedynego w swoim rodzaju smoka, prawda?


40 • Pchełka

Rozdział 10

Smocza róża

I

  znów siedzieli we trójkę nad brzegiem stawu. Smok, zapatrzony w wodę, niespodziewanie zagadnął Pegaza: – Jaro, powiedz mi coś. – A co takiego? – Powiedz... jak wygląda Smoczyca? Bo ja nie mam lusterka... a ludzie mówią, że jestem potwora. Pegaz uśmiechnął się. – Zajrzyj do jeziorka, to zobaczysz swoje odbicie w lustrze wody. – To nie to, Jaro. Wtedy zobaczę siebie swoimi oczami. Chcę, żebyś ty mi powiedział. – Smok ma długi, wesoły ogon, modną łuskę, wszędobylskie pazurki i bardzo sympatyczny uśmiech, a poza tym jest pięknym smokiem. – Ale jaka ja właściwie jestem? – Jesteś pełna fantazji, bardzo inteligentna i pomysłowa... – ...oraz strasznie zakompleksiona – dorzuciła żartobliwie Pchełka, która przysłuchiwała się rozmowie.


Pchełka • 41

– A co jeszcze? – dopytywała się Smoczyca. – Poniekąd jesteś troszkę egocentryczna – dodał Pegaz. Smoczyca poczuła lekką przykrość. Odsunęła się nieco. – Nie chcę być egocentryczna. Tak więc już cię nie będę zanudzać. – Teraz wykazujesz się kompleksami, Smoku. Egocentryk nie musi zanudzać. A może JA cię zanudzam, hę? Bo każdy artysta jest strasznie egocentryczny. Smoczyca wpadła w melancholię: – Jak zwykle masz rację – stwierdziła, marszcząc skórę na pysku. – Mam siebie dość. Jak się odwrócę w prawo – kompleks. Jak w lewo – egocentryzm. Lub na odwrót. Nieważne. Pegaz spojrzał uważnie. – Co cię tak naprawdę gryzie, Smoku? Bo przecież nie Pchełka... Smok zamyślił się i rzekł: – Nie wiem, czy mnie dobrze zrozumiecie... Próbuję patrzeć na kwitnące róże i mówię sobie, że one są takie piękne i zaraz


42 • Pchełka

po tym atakuje mnie myśl: No i  co z  tego? Czy ich piękno potrafi przysłonić moją brzydotę? Wręcz przeciwnie, ich urok tylko ją podkreśli. Myślałam sobie: A może by tak nazwać siebie Różą? Może wtedy będę inna? Ale to bez sensu. – Bez sensu – potwierdził Pegaz. – Róża jest różą i nie będzie smoczycą, choćby nie wiem jak próbowała zionąć ogniem. I na odwrót. Ale jeśli wszystkie smoczyce chciałyby być różami, to smutno by było na świecie. – Czemu smutno? – Bo czegoś by brakowało. Konkretnie smoczyc – uśmiechnął się, a Pchełka połaskotała go z życzliwością. – Kiedyś próbowałam udawać jaszczurkę i zaprzyjaźnić się z jednym chłopcem. Byłam jeszcze wtedy bardzo mała. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nagle chłopiec ten nie nadepnął mi na ogon. Całkiem przypadkiem, ale zabolało. I  wtedy z  bólu zionęłam ogniem. I skończyła się przyjaźń. – Niedobrze jest udawać kogoś innego, niż się jest, bo wtedy powstają przykre niespodzianki – odparła Pchełka. – A czemu nie próbowałaś zaprzyjaźnić się z  nim jako smok? – Przecież ludzie nie lubią smoków! – zawołała Smoczyca. – Mama zawsze mnie ostrzegała, że ludzie mnie skrzywdzą, jeśli odkryją, kim jestem. – Zatem rozumiem, że Smok nie chce już być takim smokiem, którego ludzie się boją?


Pchełka • 43

Smoczyca potwierdziła. Na to Pchełka, po długim zastanowieniu, rzekła: – Znam takie miejsce, gdzie można odmienić swoją naturę, nie odmieniając tego, kim się jest. Bo ani ja, ani Pegaz nie chcielibyśmy kogoś innego, jeśli zaprzyjaźniliśmy się ze Smokiem, prawda, Jaro? Pegaz skinął głową, a zaciekawiony Smok nastawił uszu. – Jest kraina na wschodzie, którą rządzi mądry i dobry król. Ma on w swym ogrodzie jezioro, które ponoć czyni cuda. Wystarczy się w nim zanurzyć, a zło staje się dobrem, stare młodnieje, a brzydota zamienia się w piękno. Jeśli zdecydowalibyście się... Smok poderwał się. – Ty się jeszcze pytasz? Zawsze o tym marzyłam! Pchełka uśmiechnęła się i wskoczyła Pegazowi na grzbiet. – No, to lećmy! – zarżał koń i rozwinął skrzydła.


44 • Pchełka

Rozdział 11

Jezioro

L

ecieli nie długo i  nie krótko. Zostawili za sobą cieniste lasy i  szerokie pola, gwarne miasta i  ciche góry. Minęli szumiące morze, upstrzone żółto-zielonymi plamkami wysp i stanęli na brzegu Krainy Holyandii. Smok zwyczajowo chciał poczekać, aż się ściemni, ale Pchełka wybiła mu to z  głowy, łomocząc małymi piąstkami i  przekonując, że im wcześniej trafią na dwór, tym szybciej Smok będzie mógł zanurzyć się w jeziorze. Ruszyli więc do stolicy. Smoczyca była wielce zdziwiona, gdyż spodziewała się tam ujrzeć wielkie pałace i  wysokie domy, a  tymczasem zastali kolorowe domki, każdy z ogródkiem obsadzonym owocowymi drzewami. Zamek królewski lśnił z oddali jak diament, a dziedziniec z kolorowego szkła zgrzytnął pod kopytami i pazurami, kiedy stanęli na nim. – Trochę się boję – szepnęła Smoczyca. Do przybyszy podszedł chłopiec w białej tunice i zapytał, czy kogoś szukają.


Pchełka • 45

– Tak – odparła Pchełka. – Chcemy się widzieć z władcą tej krainy. – Chodźcie za mną – rzekł chłopiec i zaprowadził ich do królewskiego ogrodu. Przy krzewie winorośli, z  nożycami ogrodniczymi w ręku, stał wysoki mężczyzna. Nie poznaliby, że jest królem, gdyby nie korona, która leżała odłożona na ławce, aby mu nie przeszkadzała w pracy. Skłonili się przed nim w milczeniu nie wiedząc, jak przedstawić mu cel swego przybycia. – Witajcie – odezwał się Król i z uśmiechem zapytał. – Jak widzę mam do czynienia z Pchełką, Smokiem i Pegazem? – Tak, Panie – Pchełka pierwsza odzyskała głos. – Nasz przyjaciel Smok ma problem i liczy na to, że pomożesz mu go rozwiązać.


46 • Pchełka

– Oczywiście – odparł Król i zaprosił ich do zamku. Tam wysłuchał ich opowieści i zapewnił, że marzenie Smoka może być bez przeszkód zrealizowane. – Jezioro jest w  ogrodzie po prawej stronie dziedzińca – podniósł rękę, by wskazać drogę i wtedy Smoczyca zauważyła na jego ciele duże blizny. Ośmieliła się o nie zapytać. Król dotknął ich i rzekł wyjaśniająco: – Aby powstało to jezioro, musiałem przekopać się przez grube ciernie. Poraniły mi ręce i nogi, jeden cierń nawet przebił mi bok, ale udało mi się przez nie przedrzeć. Dzięki temu możesz skorzystać z kąpieli, Smoku. – Czemu nikt ci nie pomógł, Panie? – zawołała zgorszona Smoczyca. – Nikt mi NIE MÓGŁ pomóc, Smoku – odparł na to Król. – Aby jezioro miało swoje cudowne właściwości, musiał je utworzyć sam władca, nikt inny. Zapraszam do kąpieli. Smok, pełen emocji, podszedł do tafli jeziora. Zachodzące słońce zabarwiło jego wody na czerwono. Stanął na brzegu i przypomniał sobie pozostawiony w lesie stawik... – Czy ona znów się boi? – zdenerwowała się Pchełka i ponagliła ją. – No, Smoku, nie bój się, wejdź do wody! Smok obejrzał się. Zobaczył podskakującą w  przejęciu Pchełkę i  uśmiechniętego od skrzydła do skrzydła Pegaza. Król skinął berłem: – Idź, Smoku. I niech twoje pragnienie się spełni. Smok rozłożył skrzydła i  wzniósł się wysoko ponad taflę wody. Potem nachylił się i  gwałtownym ruchem zanurkował w toń jeziora. Wszyscy zakrzyknęli i wstrzymali oddech. Woda zakipiała, wystrzeliła w górę fontanną kropel i powoli zaczęła się uspokajać. Pegaz, zaniepokojony, szepnął do Pchełki: – Czy przypadkiem Smok nie utonął? Pchełka nie zdążyła odpowiedzieć, gdyż woda zafalowała i z głębin powoli zaczęła wynurzać się jasna, skrzydlata postać.


Pchełka • 47

– Ooooo... – rzekł Pegaz w zdumieniu. Potem przytrafiło mu się to, co pegazom nigdy się nie zdarza. Zabrakło mu słów. Smoczyca łagodnie poruszając skrzydłami zbliżyła się do przyjaciół. – I co? – zapytała. – Udało się? – I to jak! – odparła zachwycona Pchełka. – Smokuś, jesteś aniołem! – Jak zwykle przesadzasz, Pchełko – odparła zażenowana Smoczyca i zwróciła się do Króla. – Dziękuję ci, Królu. On zaś uśmiechnął się i odparł: – Dla tak pięknej istoty jest tylko jedno miejsce. I znam kogoś, kto cię tam może zaprowadzić. Spójrz, Smoku, na wieczorne niebo, widzisz tę gwiazdę? To Vega i żyją tam istoty równie piękne, jak ty. Polecisz tam? – Z chęcią, Panie, ale kto pokaże mi drogę? Król wskazał dłonią na Pegaza: – Wszak Jaro jest Veganinem, on cię tam zaprowadzi. Zgadzasz się? Smoczyca spojrzała z  nadzieją na Pegaza. Ten ukłonił się przed nią wdzięcznie i odparł: – Cała przyjemność po mojej stronie. Smok obejrzał się na Pchełkę: – Lecisz z nami, Pchełko? Pchełka pokręciła głową i zamachała łapkami: – Nie, mam jeszcze tutaj trochę roboty. Niejeden smok jeszcze łazi po świecie, zmagając się ze swoimi problemami. Ale dziękuję za zaproszenie. Długo spoglądała na dwie świetliste istoty zagłębiające się w  kosmos, a  jej łapka mimowolnie podniosła się do oka, by otrzeć łzę. – No, Pchełka – rzekła sama do siebie. – Nie ma co dużo gadać. To, co zrobiłaś, to się dopiero nazywa dobra robota! A potem spokojnie poszła spać do królewskiego rękawa.


Spis treści:

Gawra...............................................................................3

Dzikie gwiazdy................................................................7

Kolczaste jabłko.............................................................10

Stawik............................................................................14

Smocze układy...............................................................17

Spotkanie........................................................................21

Śniadanie........................................................................26

Uśmiech Pegaza.............................................................30

Obowiązek Smoka.........................................................34

Smocza róża...................................................................40

Jezioro............................................................................44


Masmika Haba Smoczy ogon, lisi ogon rzecz w tym, by była zawsze...

Pchełkołapka na ogonku

Ukochanemu liskowi ...dedykuję...


Pchełkołapka • 51

Rozdział 1

Burza

G

dzieś... ..w głębokiej otchłani kosmosu, zabełtanej słonecznym wiatrem, oplecionej sznurami meteorów, pośród wielu planet w gwiazdozbiorze Lutni... ..była sobie maleńka planeta. Nie było tam nic ciekawego. Niewielka kula porośnięta trawą i lasem, mająca swoje południki i równoleżniki, bieguny i księżyce. Tak jak na innych planetach były tam góry i doliny, morza i pustynie, wschody i zachody słońca. Planeta tak zwykła i  pospolita, że nie znaleziono dla niej nazwy, nie mówiąc już o tym, że jej mieszkańcy żyli równie zwyczajnie i pospolicie. I żyło się im nawet przytulnie i wygodnie, aż do dnia, gdy zawędrowała do nich... ...smoczyca.


52 • Pchełkołapka

Niefrasobliwe to było stworzenie, mające głowę pełną szalonych pomysłów. Na szczęście, czuwał nad nią Pegaz Jaro, zwierzę spokojne i rozważne. Niestety, smoczyca zbyt często wciągała go w  swe nieodpowiedzialne zabawy. Ponadto obdarzała go tak szczególnym lubieniem, że gdy tylko jej igraszki zaczęły być zbyt pochopne, robiła do Jaro słodką minkę, następnie łasiła się do niego całą swoją nieuczesaną łuską i już udobruchany Pegaz brał na swoją siwą grzywę wszelką odpowiedzialność za skutki jej poczynań. I tak wszyscy pod jaśniejącą Vegą wiedzieli, że jeśli strumień wezbrał od gwałtownych kąpieli smoka, to winę za to ponosił Jaro. Gdy w  dolinie powstał nowy wąwóz, znaczyło to, że przechodził tędy Jaro. Kiedy rybom pomyliły się kierunki i zaczęły płynąć w górę strumienia - nikt inny tego nie zrobił, tylko Jaro. Czasem smoczycę brały wyrzuty sumienia i chlipiąc w chusteczkę przyznawała się do wybryków, ale wtedy Pegaz, stukając gwałtownie kopytem zaklinał się, że to jego wina, gdyż nie dopilnował należycie smoka, by ten szkód nie narobił. I każdy, od wodnika począwszy, a na borsuku zakończywszy przyznawali mu rację, gdyż od wieków Pegaz słynął jako najmądrzejsze zwierzę pod słońcem. - Jaro... - Co, smoku? - Zróbmy coś... pogoda dziś taka nudna... zróbmy burzę z piorunami!!! Pegaz spojrzał na smoka i ziewnął. Jemu taka nudna pogoda całkowicie pasowała, a  leniwe słońce oblewało wszystko ciepłem tak miłym i łagodnym, że nie chciało się nawet przyśpieszać jego zachodu. - Nie, smoku, dziś będzie grzecznie i spokojnie. - Ależ Jaro, proszę, proszę... proszę! - smok za każdym okrzykiem podskakiwał w górę, a pagórek, na którym leżeli


Pchełkołapka • 53

podskakiwał wraz ze smokiem. W  końcu Jaro stwierdził, że pogoda zaczyna być za bardzo skoczna. Podniósł się i  rzekł stanowczo: - Dobrze, smoku, zrobimy burzę. Ale taką maleńką... Smok szczęśliwy pogonił naprzód, a Jaro, dostojnie rozwinąwszy skrzydła, poleciał za nim. Białopióre skrzydła Pegaza oraz purpurowe smoka z  szumem rozgarniały przeźroczyste powietrze, a pęd wypełniał ich narastającą radością. Z okrzykiem i łopotem wpadli w białe obłoki, jakimi uwieńczone były skalne szczyty. Przestraszone chmury przytuliły się do siebie. Dobrze wiedziały, co znaczy spotkanie zimnej obłocznej pary z ognistym oddechem smoka. - Smok, opanuj się - chciał zawołać Pegaz, ale zobaczywszy uciechę, z jaką ten szalał między chmurami, powstrzymał się od uwag i stanął na turni. - Jaro, ja ryknem, a ty błyśnij! - zawołał smok i otworzywszy paszczę zionął najwspanialszym rykiem, na jaki było go stać w tej chwili. Jaro załomotał kopytami, aż iskry posypały się po zboczu. Jeszcze raz. I jeszcze raz! Grzmot poniósł się między szczytami echem tak dalekim, że sięgnął głębokich dolin strasząc driady nad strumieniem. - Jaro znów szaleje - pokręciły głową w zdumieniu. A Jaro szalał. Prawie zapomniał, że ma być rozważny i z błyskiem w oku oglądał burzę rozpętaną przez smoczycę. A było na co patrzeć. Chmury, do tej pory skupione w jednej gromadzie rozproszyły się w przerażeniu i uderzając jedna o  drugą grzmiały chluszcząc deszczem po zboczach gór. Smoczy ogień rozbłyskiwał w  ich granatowych warstwach, szmaragdowo migał rozbrykany ogon. W końcu Jaro uznał, że trzeba przerwać chmurną zabawę. - Smoku, dosyć tej burzy. Wracamy.


54 • Pchełkołapka

Ale smok nie słyszał. Pioruny biły mu przy uszach, deszcz szeleścił w skrzydłach. Aby zwrócić jego uwagę, Pegaz uderzył kopytem o skały. Posypały się iskry. Raz, drugi, trzeci... Kiedy zamierzył się po raz czwarty, obruszony kamień usunął mu się spod kopyt. Jaro, chcąc utrzymać równowagę załopotał skrzydłami, ale gruz, jaki posypał się w ślad za nim, udaremnił mu to. - Smoku...! - chciał krzyknąć, ale nie zdążył. Zjazd po kamiennym żlebie przyśpieszał tempo coraz gwałtowniej, aż w końcu, wśród hurgotu spadających odłamków Pegaz wpadł do jamy, która nagle się pod nim otworzyła.


Pchełkołapka • 55

Rozdział 2

Rozpacz

D

ługo smok szalał pośród chmur, wreszcie zziajany stwierdził, że pora stawić się u Jaro po kolejną porcję pochwał za wspaniałe widowisko. Jednak na szczycie góry nie było nikogo. Ani na szczycie obok. Ani na zboczach, półkach skalnych, ani w  cienistych dolinach nie było nawet śladu Pegaza. Smok przerażony biegał i  latał nawołując żałośnie. W  końcu stwierdził, że koń zmęczony smoczym szaleństwem opuścił go i to prawdopodobnie raz na zawsze. - No tak, szalał smok razy kilka... - westchnął przygnębiony i usiadł na mijanej opodal polanie. - Co tu robić? Wiedział, że przede wszystkim powinien udać się po pomoc do Króla. Ale smok uznał, że jeśli Jaro odszedł z powodu nadmiernego brykania, to nie było szans, by Król to pochwalił. I nie dość, że smok zostanie skarcony, to w dodatku wyjdzie na jaw jego lekkomyślność, a  tego smok na pewno nie przeżyje.


56 • Pchełkołapka

(Tu smoczyca rozbuczała się głośno, nie tylko wyobrażając sobie wstyd, jaki ogarnia ją przed królem, ale także rozstępującą się podłogę sali pałacowej i własne, łuskowate ciało pochłaniane przez litościwą ziemię). Czy Król był aż tak okrutny? Ależ skąd! Jednak smocza natura w dziwny sposób ujednolicała świat. Jeśli dzień był pogodny, to i duch smoczy promieniał słońcem. Jeżeli zaś smutek krył się w jego duszy, wszystko wokół pochłaniał przygnębiający cień. Gdy ktoś powiedział o smoku coś miłego, smok prostował się wdzięcznie i piękniał jak rozwijający się kwiat, natomiast, gdy złe słowo dotknęło go boleśnie, smok najpierw garbił się i kurczył w sobie, a potem bywało różnie: albo uciekał i zaszywał się w jaskini, albo udawał, że ma twardą skórę i ostre łuski. A co smok myślał sam o sobie? Rankiem wychodził z gawry, wesoło biegł nad wodę... i dobry humor ginął w głębi lustrzanego odbicia. Kto mu wtedy mówił, że paskudna z  niego gadzina? Kto krytykował pokryty łuskami pysk, rozdwojony język, czy błoniaste skrzydła? Nie wiadomo. Jedno było pewne, że jeśli w szybkim czasie nie zjawiłby się Jaro, nie wiadomo było, co się stanie z taflą jeziora. - Smoku, co ci jest? - zagadywał, słysząc narastające na brzegu warczenie. - Nie cierrrr...pię luster! - A co ci lustra zrobiły, że ich nie cierpisz? - Fuaściwie nic - zafuczała smoczyca, a potem speszona odrzekła buńczucznie. - Ale ja jestem Bazyliszka, więc luster nie cierpię rodowo i genetycznie! - Z  tego, co wiem, to genetycznie jesteś smokiem, a  one cierpią na innego rodzaju dolegliwości. Na przykład zionięcie ogniem - roześmiał się Jaro. - Ty zaś jesteś dodatkowo smokiem niezwykłym i przystosowalnym.


Pchełkołapka • 57

Smoczyca od razu ujrzała swoje odbicie tak niezwykłe i przystosowalne, że aż poezja zawirowała jej w głowie i nad wodą popłynęły słowa: - Nic tak smoczycy nie wznosi nad szczyty, jak czar-magia śpiewu, rym słów znakomity. I chociaż brzydota tkwi w łuskach potwory, to zapas nadziei w jej sercu jest spory gdy słyszy: jak miłe pazurki są twoje, jak piękny ogonek i skrzydełek dwoje, jak sen, Bazyliszko, są cudne twe oczy... I już budzi miłość, już zachwyt ją mroczy i lot ją porywa, lot podniebno-smoczy... Jaro najpierw słuchał tego z  zadowoleniem, potem jednak zaczął niecierpliwie grzebać kopytem i ledwie smok skończył mówić, zarżał donośnie: - Co? Łuska? Brzydota? Potwora? Gadzina? Niezgrabne pazurki? Dziwaczna godzina tę myśl nam przywiodła. Gdy czar złego wzroku do serca przylegnie, już serce w popłochu, już serca nie spotka. Lecz miłość swym czarem Złe łuski odsunie, wypełni bezmiarem bliskości to wszystko, co dzieli i boli... Ach, Panie, miłością nas leczysz z niedoli! Smoczyca westchnęła. Wspomnienia zabuczały w smoczej głowie głośno i niepohamowanie... - Jaro, gdzie jesteeeeś? Fczemu mnie zostawiłeś? Czy zrobiłam coś złego? Ale nikt smokowi nie chciał wyjaśnić, co naprawdę się wydarzyło.


58 • Pchełkołapka

Rozdział 3

Imię

N

a skraju polany stanął Elf. Ujrzawszy smoka zatrzymał się przestraszony, a potem zawołał: - Kim jesteś? Smok podniósł załzawiony pysk: - Nie widać? - odparł smętnie. - Jestem smoczyca. - To widzę - odparł Elf. - Ale jak ci na imię? Zdziwiony Smok otworzył szeroko ślepia. - A co to jest imię? - Imię określa cię jako coś jedynego i szczególnego - wyjaśnił Elf podchodząc bliżej. - Dzięki niemu istniejesz jako niezależna i samodzielna istota. Jakie jest twoje Imię? Smoczyca zastanowiła się. Odkąd pamiętała, zawsze była smokiem bez konkretnego imienia. Gdy była malutka, wołali na nią Smoczek, ale tak mówili wszystkim małym smokom. Gdy podrosła i zaczęła latać, często słyszała, że będzie z niej dobra latawica. Pierwszy smok z  Zewnętrznego Świata, napotkany podczas nocnych lotów, spojrzał na nią z  uznaniem


Pche��kołapka • 59

i  rzekł: „No, no, niezła z  ciebie gadzina...” - ale czy to było imię? Raczej nie. Westchnęła ciężko. - Nie mam imienia. - To niemożliwe - Elf pokręcił głową. - Bez imienia jesteś najbardziej pożałowania godnym smokiem, niepotrzebnie wyklutym z jaja, gdyż nie masz przed sobą ani celu, ani sensu działania. Bo załóżmy, że coś byś w  życiu osiągnęła. I co z tego? W jakich księgach by o tym napisano i jakby to brzmiało? „Bezimienny smok, jeden z  wielu tysięcy...” Sama widzisz, że nie chce się tego pisać, a co dopiero czytać! W ten sposób, z powodu braku imienia przepadniesz w mrokach niepamięci. A jak mówią na ciebie przyjaciele? - Jaro mówi „Smok”. - To nie jest imię - zadecydował Elf. - Smoków jest tysiące, a ty jesteś jedna. - Nie chcę być smokiem nie wyróżnionym - smoczyca smutnie opuściła głowę. Elf pocieszająco poklepał ją po skrzydle. - Podejrzewam, że posiadasz imię, tylko o tym nie wiesz. Powiedz mi, smoku, jakim imieniem określasz samą siebie, kiedy chcesz wyrazić swoje emocje? - Smok. - Zawsze tak mówisz? Nawet, kiedy jesteś na siebie zła i chcesz sobie dać po głowie? - No nie, kiedy warrrr...czę na siebie, a zdarza mi się to zazwyczaj podczas porannej kąpieli, nazywam siebie „Bazyliszką”. Elf zerwał się na równe nogi. - Ha! - wykrzyknął. - W takim razie muszę cię zabić! - Dlaczego??? - zdumiała się smoczyca. - Bazyliszki to istoty chaosu! Wprowadzasz chaos i zniszczenie, niesiesz śmierć w swoim spojrzeniu. Powinnaś zdechnąć w chwili wyklucia się! Smok rozbuczał się żałośnie. Nie dość, że stracił Jaro,


60 • Pchełkołapka

to jeszcze pierwszy napotkany elf przeklina ją i  jej grozi. W pierwszej chwili chciała uciec i zaszyć się w jaskini, jednakże rozbudzona w niej tęsknota za byciem kimś Nazwanym i Niepospolitym zatrzymała ją w miejscu. Postanowiła wyjaśnić nieporozumienie. - Ja nikogo nie zabijam, nawet mi to nie w głowie. - To nie jest możliwe. Jeśli jesteś bazyliszkiem, to musisz zabijać. Taka jest bowiem natura bazyliszków. Zabijają wszystko, czego dotkną swoim wzrokiem. - W takim razie ja nie jestem takim bazyliszkiem. Przecież patrzę na ciebie i nadal żyjesz. - No tak - rzekł uspokojony Elf. - Czemu więc określasz się imieniem, mającym jednoznaczne skojarzenie? - Kiedyś słyszałam, że bazyliszki nie lubią patrzeć do lustra - odparła smoczyca. - Ja też tego nie lubię. - To by wiele wyjaśniało - Elf zamyślił się. - Przepowiadam ci jednak, że z powodu tego imienia będziesz miała ciągłe kłopoty. Każdy bowiem, kto cię spotka, będzie podejrzewać cię o zamiar pozbawienia go życia. - I nie da się tego zmienić? - Łatwiej zmienić poglądy jednej istoty, niż całego świata. Ale można dostrzec w  tym jakiś urok - roześmiał się nagle. - Przez swe imię będziesz jeszcze bardziej szczególnym smokiem, o którym mogą nawet powstać pieśni. Na przykład tej treści: „Posłuchajcie pieśni o smoku co miast śmierci miał czar w swoim wzroku co ogarnął swoim spojrzeniem wnet na dobre zaraz odmienił”. - Jesteś poetą? - zachwyciła się smoczyca. - Może spotkałeś kiedyś z Jaro? - Nie jestem poetą. Kto to taki, ten Jaro? - Nie znasz go? To Pegaz. Myślałam, że wszyscy go tu znają. - Ja nie jestem stąd - wyjaśnił Elf. - Jestem Aren, Tancerz


Pchełkołapka • 61

Wojny. Zabijam wszystkich czyniących chaos i  zniszczenie, by nastąpił na świecie pokój i radość. Smok zamyślił się: - A  czy twoje zabijanie nie jest także chaosem i  zniszczeniem? Elf zmarszczył brwi: - Nie rozumiesz tego. Jest niszczenie i zabijanie. - A  czym się różni jedno od drugiego? Aren próbował wyjaśnić, ale spojrzał na smoka i zrezygnował. - Polatasz dłużej po świecie, to sama zrozumiesz. Tymczasem pora się przespać, zrobiło się dość późno. Zostajesz tu na noc? - Sama nie wiem. Powinnam poszukać Jaro, bo może mu się coś stało, nie przypuszczam bowiem, żeby mnie tak zostawił bez konkretnej przyczyny. - A co się stało? - zaciekawił się Elf. Smoczyca opowiedziała, co się wydarzyło, oczywiście obwiniając się o utratę kontaktu z Pegazem. Elf przyznał jej rację, bo gdyby nie burza, w jakiej smok dał upust szaleństwu, z pewnością zobaczyła by moment, a nawet kierunek, w jakim Pegaz odszedł. A ponieważ noc nie sprzyjała poszukiwaniom, zaproponował, by teraz przespali się na polanie, a świtem odnaleźli Jaro. Przed zaśnięciem smoczyca zapatrzyła się w niebieską poświatę księżyca i zapytała:


62 • Pchełkołapka

- Aren... powiedz mi coś... - Co takiego? - z liściastego posłania dobiegł tłumiony ziewnięciem szept. - Czy to prawda, że Elfy to postacie zrodzone z iskier, które sypią się ze szlifowanego diamentu księżyca? Bo tak pisało w starych smoczych baśniach... - Księżyc - diamentem? - oburzył się Aren. - Co za absurd! Ale to jest właśnie w baśniach, absurd i chaos nonsensu. Powinno się je tępić, nic z nich dobrego. Już lepsze od nich są... uaaaach... pieśni... chrrr... Po chwili słychać było na polanie tylko senne sapanie smoczycy i miarowy oddech pogrążonego we śnie Elfa.


Pchełkołapka • 63

Rozdział 4

Strażnik Tymczasem Pegaz ocknął się na dnie jamy. Otwór, przez który wleciał do jaskini był zbyt mały, by mógł się nim oswobodzić, zaczął więc szukać innej drogi wyjścia. Co prawda, zrodziły się w nim obawy, czy nie zabłądzi, liczył jednak na swoją naturalną intuicję. - No tak - gadał sam do siebie, wędrując w  dół skalistej ścieżki. - Weźmy pod uwagę, że mam dwie natury, końską i  ptasią. Ma to dobre strony, jeśli chodzi o  orientowanie się w kierunkach, gdyż nie dość, że z pewnością obiorę odpowiedni szlak, to jeszcze wzorem niejednego siwka wrócę do domu dokładnie na czas. Bardziej martwię się o smoka, który mając naturę buczliwą i szaloną, może zrobić jakieś głupstwo... ale nic to, Jaro. Im szybciej wyjdziesz z tej jaskini, tym mniej nabroi twój smok. W drogę! Wąskie przejście wiodło prostą linią w dół, po kamiennych schodkach, wilgotnych i stromych. Jaro stąpał po nich ostrożnie, aby się nie poślizgnąć. Tuż za zakrętem pojawił się tak niezwykły widok, że Pegaz aż wstrzymał oddech.


64 • Pchełkołapka

Pieczara, która się przed nim otworzyła, miała kształt półkolistej czaszy, z ledwie widoczną w mroku mozaiką na suficie. Jej wnętrze oświetlały ciepłym blaskiem porozrzucane wszędzie drogie kamienie. Z bloków skalnych, pokrywających dno pieczary, wyrastały w  górę ceramiczne rzeźby we wszystkich odcieniach brązu, żółci, bieli i szarości. Pomniki tajemniczych bohaterów, zastygłe w ruchu trolle, kolumny strzelające pionowo w górę, wysokie i wąskie, wieże tak potężne, że wóz z łatwością mógł je objechać, nie potrzebując ruchomego dyszla. - Kto uczynił taką wspaniałość? - zarżał zdumiony. Po prawej jego stronie wznosił się zastygły wodospad, obok, na ścianie, rozwieszona była kotara z czerwonego materiału. Zaciekawiony podszedł bliżej. Naturalnie, kamienna, wyglądała jednak prawie jak prawdziwa. - Czego mogłeś się spodziewać w jaskini, jeśli nie kamiennych przedmiotów? - zaśmiał się sam do siebie. Rozejrzał się. Cisza, poprzez swoją nieruchomość, zdawała się być równie skalista, co całe to otoczenie, w jakim się znalazł. Nawet lekki stukot kropel ucichł gdzieś w głębi korytarza. Poczuł dziwne wrażenie, jakby od podłogi martwe zimno zaczęło wślizgiwać mu się poprzez kopyta do nóg i  pełznąc coraz wyżej... Potrząsnął grzywą. Czyżby i  on zaczął tutaj kamienieć? Nie, to tylko strach, stwierdził po zastanowieniu. Czas wyjść na świeże powietrze... Lecz dokąd pójść? Może wejść w jeden z korytarzy? Ale który? - Czego szukasz, dzienny potworze? - usłyszał nagle czyjś głos. Obejrzał się zaskoczony. Tuż za nim, pogrążony w  półcieniach, stał olbrzymi stwór. Kudłaty łeb, twarz satyra, przyzwyczajone do półmroku oczy wpatrywały się w niego uważnie. - Szukam wyjścia, trafiłem tu przypadkiem - odparł koń. Stali tak przed sobą przez dłuższą chwilę, a kontrast pomiędzy nimi coraz bardziej się pogłębiał. Biała sierść w porównaniu


Pchełkołapka • 65

z  ciemnoszarą skórą satyra jakby jaśniała od wewnętrznego światła, skrzydła składały się i rozkładały nerwowo, piórami wstrząsały drgawki. Stwór przyglądał się Jaro nieruchomo. - Nie masz prawa tu przebywać - stwierdził w końcu lodowato. - Czy jesteś tu gospodarzem? - Jestem Strażnikiem. - Strażnikiem? - zdziwił się Pegaz. - A  czego pilnujesz? Skarbów? - Czy według ciebie pilnuje się tylko skarbów? - ironicznie zapytał Strażnik. - Nie stawia się straży, jeżeli nie ma nic cennego. - Lord Madgor trzymał pod strażą więźniów, a nie sądzę, by byli oni cenni dla niego, zwykli rabusie i szumowiny - odparł strażnik i powoli się odwrócił. Jaro zastanowił się, a potem, podążając za strażnikiem, odparł: - Co prawda, nie byli oni skarbem, jednak cenny mógł być spokój, jaki oni swą swawolą zakłócali. Powiesz mi, czego jesteś strażnikiem?


66 • Pchełkołapka

- Sam sobie na to odpowiedziałeś. Pilnuję spokoju tego miejsca. - Komu moja obecność przeszkadza? - Jaro rozejrzał się ciekawie. Strażnik spojrzał na niego ciężko, a potem podszedł do wyrytej w skale półki i pokłonił się z czcią kamiennej urnie, pokrytej pięknym, falistym ornamentem. Gdy Jaro chciał do niej zajrzeć, strażnik gwałtownie odtrącił go. - Nie waż się tego dotykać! - zagrzmiał tak, że aż posypały się ukruszone ze ściany kamyki. - Spoczywa tam Dostojny Spelaion, oby proch jego nigdy nie uległ rozproszeniu! Jaro odsunął się o  krok, ale końska ciekawość nie dawała mu zamilknąć. - Kim jest ów prochaty Spelaion? - Jest władcą tej krainy. - Och! - krzyknął cicho Jaro i zaraz zapytał. - Czy mógłbym z nim porozmawiać? - Nie możesz. Spelaion nie żyje od 276 lat. - Jakim więc jest władcą? Wszak tylko żywi mogą władać. - Jego władza jest władzą jego woli. Zażyczył sobie tutaj spoczywać, a strażnicy mieli pilnowali jego spokoju. Tak stróżował mój dziad, mój ojciec, tak stróżuję i ja. - Wybacz dygresję - rzekł ostrożnie Jaro, grzebiąc kopytem po kamiennej podłodze. - Ale czyż Dostojnemu Spelaionowi nie jest obojętne, czy ktoś stoi przy jego prochach, czy nie? Wszak nie widzi on już i nie czuje. Jego wola była wolą żyjącego, zmarły zaś... Tu Jaro urwał, gdyż w strażniku zaczął narastać gniew, jak kipiąca, rozżarzona lawa. Głuchy warkot rozchylił jego dziąsła, oczy zaczęły rzucać złowrogie iskry. Jaro przestraszony, że obraził strażnika, poderwał się i łopocząc skrzydłami zaczął wołać: - Wybacz mi nieudolność w wypowiadaniu swego zdania! Nie miałem słuszności podważając twoją służbę, która nie tylko trwa


Pchełkołapka • 67

poprzez pokolenia, ale wierna jest i niezmienna. Jeśli pragniesz, to zaraz opuszczę to miejsce, wskaż mi tylko drogę wyjścia! Strażnik rozwinął szarobure skrzydła i z rykiem: „Odejdź stąd, świętokradco!” pogonił za Jaro, który jak biały gołąb obijał się o ściany więzienia. Całe szczęście, że w labiryncie korytarzy nie trafiła się ślepa uliczka, gdyż krucho byłoby z  koniem, który w  przelocie zauważył walające się kości jakichś zwierząt. Naraz spostrzegł głęboką i  ciemną niszę. Ponieważ był szybszy od ciężkiego i niezgrabnego strażnika, zdążył się tam ukryć i wstrzymawszy oddech odczekał, aż ten go wyminie. Brakowało mu koncepcji, jak się ratować, zwłaszcza, że ścigający go zwierz groził głośno, że jeśli go dopadnie, to nie zostawi mu jednej kosteczki... i tu zbawcza myśl olśniła Pegaza. Ten stwór się czymś żywi! Widział przecież kości. Jeżeli zaś stwór opuszczał jaskinię, wystarczy, że trochę poczeka i pójdzie w ślad za nim. Czas mijał powoli, a hałasy w podziemnym pałacu ucichły. Wtedy Jaro ostrożnie wysunął się z kryjówki i starając się iść jak najciszej, wszedł do sali Spelaiona. Tak jak przypuszczał, strażnik leżał u stóp kamiennego sanktuarium. Gra światła i cienia wydobywała z półmroku jego potężną postać. Nagle Pegazowi zrobiło się go żal. Tyle jest wspaniałych rzeczy na świecie, których strażnik nigdy ich nie zobaczy. Ale może tak jest mu lepiej? Może to jest właśnie jego świat, tak jak światem Jaro jest szeroka przestrzeń, przepełniona soczystą zielenią pod błękitnym niebem? Tak rozmyślając, Jaro położył się wygodnie za grubą kolumną i cierpliwie czekał na chwilę, gdy strażnik wyjdzie na żer...


68 • Pchełkołapka

Rozdział 5

Dwa Źródła

U

dało ci się wyjść, prawda? - uradowana smoczyca podskakiwała z uciechy, gdy Jaro zakończył podziemną opowieść. Nasycona mnóstwem łaszeń i okrzyków radości, słuchała o perypetiach, w jakie wpędziła Pegaza wczorajsza burza. - Oczywiście, smoku. Inaczej nie byłoby mnie teraz z tobą Jaro ze stoickim spokojem skubał poranne śniadanie. - Powinieneś był tego strażnika zabić, a nie litować się nad nim - stwierdził Aren, trochę zły z powodu smoczyście hałaśliwej, zbyt wczesnej jak dla niego pobudki. Zdumiony Jaro podniósł pysk, z którego zwisała soczysta kępa trawy. Bazyliszka pomyślała wesoło, że tym razem Jaro ma wyjątkowo głupią minę. Osłupiały Pegaz zmielił pośpiesznie kęs i zapytał: - A dlaczego miałem go zabijać, hę? - Ten strażnik jest z pewnością istotą Chaosu. Pegaz spojrzał pytająco na smoka. Ten szybko objaśnił mu historię Elfa, który wypowiedział wojnę wszystkim stworom Chaosu, nie omijając w tym i biedną (tu smoczyca pociągnęła nosem) Bazyliszkę.


Pchełkołapka • 69

- Tylko ten, kto daje życie, może go pozbawić - odparł Pegaz. - Czyżbyś równał się w  swej mocy z Panem Wszechświata? - Nie wiem, o  kim mówisz - odparł zniecierpliwiony Aren. - Jeśli chodzi ci o  Boga, to ja jestem gorliwym wyznawcą Taala, którego kult przyjąłem, gdy stałem się Tancerzem Wojny. - No, nieźle - Jaro obrzucił smoczycę spojrzeniem mówiącym: „Ładnych sobie tancerzy dobrałaś podczas mojej nieobecności”. Potem zastanowił się i odparł: - Moim zdaniem więcej przydasz mocy Chaosowi, uczestnicząc w  dziele zabijania. Wszak z tego, co zrozumiałem, Chaos to inaczej zniszczenie? - Nie rozgraniczasz dobrego zabijania od złego - próbował wyjaśnić Elf. - Jeśli nie usunę złej istoty, stanę się uczestnikiem jej złych uczynków. - Nie usuniesz źródeł zła pozbywając się istot, które z tych źródeł czerpią. Istoty zginą, ale źródło pozostanie. Staraj się raczej osuszyć źródło. - Źródło jest w istotach chaosu! I pozbędę się źródła rozbijając naczynie, w którym jest ono zawarte. - Zazwyczaj z rozbitego naczynia płyn się wylewa i ochlapuje innych, przez co wszyscy dookoła są mokrzy - stwierdził filozoficznie Jaro. - Jeśli chcesz się pozbyć wody, to ją po prostu osusz. - Nie rozumiem... - To proste - stwierdził Jaro. - Powinieneś uświadomić złym istotom konsekwencję ich postępowania. Ogrzej ich dobrym


70 • Pchełkołapka

słowem, zrozum ich i  zaakceptuj. Ich, a  nie ich postępowanie. Pomóż im zmienić źródło zła na źródło dobra. Wtedy ich uzdrowisz. - Ciekawie mówisz, ale tobie jakoś nie udało się uzdrowić strażnika - stwierdził z ironią Aren. - To prawda, popełniłem błąd. Nie pomyślałem, że strażnik trwał w tym przekonaniu przez wiele lat, przez to uraziłem go i doprowadziłem do ślepej wściekłości. Jeśli jednak masz na celu walkę ze złem, to na pewno uda ci się uzdrowić przynajmniej kilka istot z tego, czy z innego świata. - Ależ ich uzdrawianie zajmie mi tysiące lat! To proces, a i tak nie ujrzę skutków. - A  czy jesteś pewien, że „proces czystki” uda ci się dokonać za jednego twego życia? - podchwycił Pegaz. - Wszak istot złych jest więcej, niż dni, które do tej pory przeżyłeś. Ale mogę cię zapewnić, gdy przyjdzie moment twego odejścia, umrzesz ze świadomością dobrze wykonanej pracy. A tym nie wszyscy mogą się poszczycić. - Nie wiem, czy masz rację - odparł Elf podnosząc się i poprawiając ubranie. - Może ją masz, a może nie. Przemyślę to w drodze. Żegnajcie, przyjaciele. Smok i Pegaz długo za nim patrzyli, a potem Jaro zagadnął: - Ciekawe, czy Elf stanie się dawcą życia i nadziei, czy też pozostanie przy swym wojennym zawodzie. Pewnie nigdy się o tym nie dowiemy. - Czy to ważne, Jaro? - zapytała wesoło smoczyca. - Ważne, że zrobiłeś dla niego coś dobrego. Pokazałeś mu źródło, które sam w sobie powinien osuszyć. Ja zaś podziwiam to, że poradziłeś sobie ze strażnikiem. - To nic trudnego - zarżał podłechtany pochwałą Pegaz. Gorsza sprawa byłaby z trollem. - A dlaczego z trollem? - zaciekawiła się Bazyliszka. Na to Jaro odparł wierszem:


Pchełkołapka • 71

- Troll - stwór to kamienny. Smoczyco, czy możesz Dziś serce z kamienia poruszyć w potworze? Bazyliszka ucieszona porannym kawałkiem poezji podskoczyła i odparła: - Trolle kamiennych serc nie mają tylko twardzieli dobrze udają... bo poranieni byli... więc teraz każdy troll stawia pozę twardziela. Lecz kamień rozbić na piasek biały okazać miłość - nie będzie skały. Rozbawiony Pegaz podjął wierszowany wątek: - Smoczyco, chcę wiedzieć, jakimi to słowy zamierzasz ożywić ich sen bazaltowy? Bo trolla podejście do człeka czy ducha jest proste jak sztylet: uderzam, nie słucham! Bazyliszka przekrzywiła łeb i  patrząc figlarnie na Pegaza szybko odparła: - Nietrudno z kamienia wykrzesać iskierki, wystarczy wywołać w twardzielu śmiech wielki. I chociaż humorem troll zbytnio nie grzeszy... wystarczy rozbawić, wystarczy rozśmieszyć... Jaro roześmiał się: - To prawda, smoku, już dawno odkryto, że śmiech jest źródłem życia. I iskry też się od niego zapalają w oczach, ale te dobre, które grzeją. Myślę jednak, że nam też czas wracać do domu. Uderzaj w skrzydła, smoku! Muszę odetchnąć pełnym wiatrem po tej dusznej i ciemnej jaskini! I pogonili. Każdy różnie, lecz obaj jednako. Jeden białym obłokiem, drugi purpurowym płomieniem. Ale oboje w jednym i tym samym kierunku.


72 • Pchełkołapka

Rozdział 6

Smocza tęsknota

S

moku, co ci jest? Pegaz zadał to pytanie przy wieczornej kąpieli. Co prawda nosił się z nim już od paru dni, nie chcąc być jednak niedelikatny (takie to już są pegazy) milczał i  obserwował z niepokojem smoczycę, jak z dnia na dzień smutnieje, jedzenie pozostawia nietknięte, a wieczorami kładzie się na pokrytym miękką trawą pagórku i wznosząc łeb do góry, wpatruje się w gwiazdy. - Powiedz, smoku, brakuje ci czegoś? Smok wyrwany z  zadumy spojrzał trochę nieprzytomnie, jakby nie rozumiejąc, o co Jaro pyta. Potem smutnie potrząsnął głową: - Nie, nie brak mi niczego. - Czemu więc chodzisz smutna, owoców nie jadasz, z wiatrem się nie ścigasz? - Bo ja wiem... - odparła niepewnie i zagadkowo, po czym znów popatrzyła w gwiazdy.


Pchełkołapka • 73

- Chyba nie powiesz, że potrzeba ci gwiazdki z nieba - zarżał wesoło Jaro, ale zaraz potem spoważniał. - Tęsknisz za czymś smoku? - Oj, tak - westchnęła smoczyca. - Tęsknię za stawikiem. - To się da zrobić! - koń załopotał skrzydłami tak gwałtownie, że aż wzniósł się pół metra nad ziemię. - Zaraz poproszę stawonogi, żeby ci pięknie staw wyszykowały. - Jaro, nie trudź stawonogi, dosyć jest tu pięknych jezior pokrytych błyszczącą łuską fali. Nie tęsknię za wodą, ale za stawikiem. Za MOIM stawikiem. A taki stawik jest tylko jeden. Ten, który zrobiła dla mnie pchełka. Pegaz posmutniał. Opuścił skrzydła i przez dłuższą chwilę skubał w zamyśleniu kępę trawy. Potem podniósł głowę i zarżał: - Nie ma innej rady, smoku. Musisz wrócić na Ziemię. - Ale ja nie chcę rozstawać się z tobą, Jaro... - Nie rozstajesz się ze mną. Zawsze będę przy tobie. Wystarczy, że zanucisz naszą piosenkę... pamiętasz ją jeszcze? i tu Jaro postukując kopytem zaśpiewał: To samba, samba jest na wszystkie skrzydła To samba, samba, co po niebie gna Wicher fantazji sam tej sambie rytm dał Wicher fantazji szumem skrzydeł w niebie gra Tej samby rytm To dziwne sny I morza huk gdy nad falami pędzisz znów Tej samby dświęk Powita cię Gdy z objęć marzeń na świat znów wynurzysz się... Smoczyca uśmiechnęła się. Przypomniała sobie chwilę, gdy powstała ta piosenka i zrozumiała, że gdziekolwiek będzie, cokolwiek przeżyje, nigdy nie zapomni dni spędzonych przy Pegazie.


74 • Pchełkołapka

- Jaro - szepnęła. - Wyruszę więc jutro... ale dziś jeszcze pobędziemy ze sobą. Dobrze? - Nigdzie się nie wybieram, smoku - odparł na to Pegaz. I pobyli ze sobą przytuleni bok przy boku.


Pchełkołapka • 75

Rozdział 7

Gwiezdny wodnik

C

zas zwinął się w kłębek i zapadł w drzemkę, tylko chlupot fal miarowo odmierzał jego senne posapywanie. Próbowali rozmawiać ze sobą wesoło, ale wbrew ich wysiłkom brzmiało to bardzo poważnie. Nad głowami jaśniał sierp księżyca, a zmrok otulał ich granatowym kocem. - Powiedz mi, Jaro - szepnęła smoczyca patrząc na srebrnołuskie ryby pływające pomiędzy odbitymi w wodzie gwiazdami. - Czy gwiazdy są rybami pluskającymi się w wodzie kosmosu? A jeśli są rybami, to gdzie jest wodnik, który się nimi opiekuje? - Co prawda gwiazdy nie są rybami, ale jest ktoś, kto się nimi opiekuje - odparł Pegaz śledząc ogoniastą kometę, która przelatując nad nimi, ciekawie zerkała w ich stronę. - Gdyby go nie było, nie mielibyśmy tak cichych i spokojnych nocy, bo co chwila rozlegałby się nad nami trzask i  huk zderzających się ze sobą planet. Wbrew pozorom gwiazdy nie trwają w bezruchu. Nawet teraz, jeśli poczekasz dłuższy czas, zobaczysz


76 • Pchełkołapka

znikające za widnokręgiem gwiazdy. Księżyc zajdzie, słońce wstanie... wszystko jest w ruchu. A gdzie jest ruch, tam musi być porządek. A jeśli jest porządek, to musi być także ten, który tego porządku pilnuje. - Znaczy siem... wodnik? - dociekała Bazyliszka. - Czy tylko wodniki pilnują porządku? - roześmiał się Jaro. - Czasem i Pegazy muszą pilnować smoków, żeby zbyt nie nabroiły swoim nieporządkiem. Ale masz rację, jest taki Wodnik, który pilnuje gwiazd. Nie tylko pilnuje, ale zna także wszystkie po imieniu. Nawet potrafi je policzyć, gdyż jest ich właścicielem. - Ojej! - zawołała zachwycona smoczyca. - Tyle jest tych świecidełek na niebie, a on potrafi je wszystkie policzyć? To chyba co ranek zbiera je wszystkie w gromadę i nic nie robi do wieczora, tylko liczy... - Oj, smoku, smoku - zawołał Jaro rozweselony. - On już je zebrał w gromady, które nazywamy plejadami. I co noc wyprowadza je na niebieskie łąki, pasie je nad strugami Drogi Mlecznej, chroni od Czarnych Dziur... - I nigdy żadna gwiazda mu nie zginęła? - Dawno, dawno temu była sobie jedna gwiazdka, która postanowiła odłączyć się od swojej galaktyki. Nie wiadomo, co nią kierowało, czy stwierdziła, że żwir meteorów na ścieżce wypasu jest zbyt niewygodny, czy też znudził ją jednaki tor wędrówki... nie wiem. Dość, że zamiast pójść za Wodnikiem, poszła w drugą stronę, gdzie czaiły się niebezpieczne Czarne Dziury. A  nie wiesz, smoku, jak silne i  wciągające potrafią być takie Dziury! Jeśli pochwycą cię na swoim terenie, marny twój los! To przy okazji twojego powrotu na ziemię, abyś uważała - Pegaz spojrzał koso na Bazyliszkę i podjął na nowo opowieść. - Gwiazdka myślała, że jest na tyle samodzielna, że poradzi sobie we Wszechświecie. Niestety, zaraz za konstelacją Wielkiego Borsuka wpadła w wir okrutnego przyciągania. Na nic zdały się próby uwolnienia, gwiazdka słabła i słabła, a moc


Pchełkołapka • 77

Dziury rosła w miarę przybliżania się gwiazdki do niej. I wtedy mała gwiazdeczka postanowiła zawołać na pomoc Gwiezdnego Wodnika. Jednakże i jej wołanie na nic by się zdało, gdyby nie to, że sam Wodnik, zaniepokojony jej nieobecnością wyruszył na poszukiwania. I kiedy gwiazdka już-już miała wpaść w Czarną Dziurę! - Wodnik wyciągnął ręce i wyratował ją. - To wspaniale! - zawołała smoczyca podskakując z radości. - Lubię twoje historie, Jaro. Zawsze się dobrze kończą. - Tę historię lubią wszystkie gwiazdy - uśmiechnął się Pegaz. - Zawsze o świcie jedna drugiej powtarza, aby jej przypadkiem w  ciągu dnia nie zapomnieć. Mam nadzieję, że ty również jej nie zapomnisz i  gdy będziesz w  niebezpieczeństwie, zawołasz Gwiezdnego Wodnika. - Na pewno zawołam - przyrzekła smoczyca, a potem szeroko ziewnęła. - Dobranoc Jaro, dobranoc rybki, dobranoc, Gwiezdny Wodniku... A nad jej śpiącym łbem, pomiędzy gwiazdami rozległ się cichy, spokojny szept: - Dobranoc Smoku, dobranoc Pegazie, dobranoc wszystkie moje stworzenia.


78 • Pchełkołapka

Rozdział 8

Szczególny dzień

R

ankiem smok zbudził się tak rześki i  wesoły, że nawet nie zaszkodziło mu poranne przeglądanie się w jeziorku. Nurkował, chlapiąc dookoła, aż przestraszone ryby schowały się między sitowie. Jaro podniósł głowę i zawołał: - Smoku, coś taki rozbrykany? Czyżby przyśniło ci się coś miłego? - A pewnie! - parsknęła smoczyca i odparła wierszem: - Śniła mi się wielka rzeka wielka rzeka pełna mleka, smoczek siedział wśród sitowia. Dla urody i dla zdrowia chłeptał mleczko, a na piasku siedział Jaro w słońca blasku. W lustereczko łapał słońce i w ton puszczał w skok zające by rusałce było miło. To mi Jaro dziś się śniło.... A tobie?


Pchełkołapka • 79

Pegaz nie pozostał dłużny. Rym zwariowany, nieuczesany, jak powiew zefirka poruszył białe pióra i odpowiedział smokowi: - Mnie się śniło, że na plaży Smok fruwaty się rozmarzył. Słońce lśniło w jego łuskach, A ogonkiem w wodzie pluskał. Wodnik krzywo nań spoglądał Bo z rusałką chciał oglądać Rybie pląsy pod palmami, lecz się wstydził przed smokami... - Oj, prawda! Muszę jeszcze przed drogą pożegnać się z Wodnikiem i Rusałką - przypomniała sobie smoczyca i zanurkowała na dno jeziora. - A jednak chcesz lecieć - szepnął smutno Pegaz i poszedł przygotować smokowi prowiant na drogę. Tymczasem smoczyca dopłynęła do chaty wodnika na krańcu jeziora i zapukała do drzwi: - Rusałko, Wodniku, jesteście tam? - Rusałka popłynęła na rybi targ, a mnie nie ma - odpowiedział jej ponury głos Wodnika. - Jak to cię nie ma, skoro cię słyszę? - zdumiała się smoczyca. - A czy mnie widzisz? Jak nie widzisz, to znaczy, że mnie nie ma. - Nie widzę cię, bo wasz dom nie ma okien, a drzwi są zamknięte. Jednak słyszę cię, a to oznacza, że jesteś. - Co za uparty smok - z chaty dobiegło szuranie, potem głośny brzdęk i drzwi otworzyły się szeroko ukazując skudłacony łeb i  obleczone wodorostami rybie ciało wodnika. - Uparty, złośliwy, natrętny, bez odrobiny wyczucia taktu i uprzejmości. To o tobie mówię - spojrzał ciężko na smoka i usiadł na niskiej ławeczce, postawionej przy drzwiach. - Nawet we własnej chacie nie można się wyspać. Nie wiesz, że wodniki w dzień śpią, a w nocy pilnują wody?


80 • Pchełkołapka

- Przepraszam - smoczyca przysiadła na ogonku. - Nie chciałam ci przeszkadzać. Gdybyś miał okno, zajrzałabym i  widząc cię śpiącego, odeszłabym... A  tak właściwie - zaciekawiła się nagle - to czemu nie macie w domu okien? - Bo okna zasłaniają świat. - Ja myślałam, że okno świat odsłania, a  nie zasłania - zdziwiła się smoczyca. - Okno zasłania to, co naprawdę chcesz zobaczyć - odparł wodnik i zabrał się za wyplatanie sieci. - Jeśli chcesz zobaczyć marzenia, to po prostu zamknij oczy... - Ale ty jesteś głupi, smoku. Nie mówię o marzeniach. - Więc o czym mówisz? Wodnik podniósł dłoń i wskazał przed siebie. - Jeśli wybijesz okno w  ścianie na wschód, zobaczysz to, co takie okno może ci pokazać; poranne słońce. Jeśli zrobisz okno w zachodniej ścianie, zobaczysz las i układające się do snu ptaki. A  jeśli zrobisz okna na wszystkie strony świata i  nawet w  dachu utworzysz okno, przez cały dzień będziesz widzieć tylko tyle, ile pozwoli ci ten widok. Gorzej jeszcze, patrząc przez okno zapomnisz, że można widzieć cokolwiek innego. Nie będziesz pamiętać o rubinowych koralach jarzębiny, którą wczoraj spotkałaś na ścieżce, nie wspomnisz nawet o białych szczytach gór, nad którymi tydzień temu przelaty-


Pchełkołapka • 81

wałaś. Podchodzisz do okna i  widzisz niebo. Las. Łąkę. Ten sam las i to samo niebo bez jakiejkolwiek zmiany. Ale ty o tym nie myślisz, tylko patrzysz. Musisz patrzyć. Jesteś związana obserwacją wciąż tego samego, choć czasem zdaje ci się, że widzisz coś nowego - ale to nieprawda. Okno czyni cię swoim niewolnikiem, dając ci w zamian złudę wolności i przestrzeni. Dlatego w moim domu nie ma okien. Bazyliszka próbowała zrozumieć wywód Wodnika, ale nie potrafiła. Zapytała więc o to, co poprzednio ją zaciekawiło: - Wodniku, a  możesz mi powiedzieć, dlaczego pilnujesz wody nocą, a nie w dzień? - Smoku, okaż trochę logiki. Kto jest odpowiedzialny za to, że woda przypływa i odpływa? Księżyc. A kiedy księżyc jest na niebie? No, bardzo dobrze myślisz, nocą. Więc kiedy mogę pilnować, by woda nie wystąpiła z brzegów, jak nie nocą? - No tak - westchnęła smoczyca. Zawsze, gdy rozmawiała z Wodnikiem stawała się głupsza, aniżeli myślała. Nie miała jednak czasu, aby się tym zmartwić, bo na ścieżce pojawiła się Rusałka. Smoczyca zamachała do niej wesoło: - Rusałko, wszystkiego miłego ci życzę, szumu wodorostów i pereł do zabawy! - Z jakiej to okazji? - ucieszyła się Rusałka. - Dzisiaj jest szczególny dzień. Dziś odlatuję na Ziemię. Wodnik prychnął lekceważąco. - Dziś jest takie samo jak wczoraj i jutro. - Ech, Wodniku, czemu więc istnieją dni szczególnie „szczególne”? - Rusałka odstawiła na ławkę miskę z małżami. - Czemu są takie dni jak urodziny, rocznice i czemu istnieją święta? - Bo wszyscy zapomnieli, że każdy dzień jest „szczególny”, gdyż nigdy już się nie powtórzy - odparł wodnik ponuro wpatrując się w kołyszące sitowie. - Myślą, że to nic niezwykłego, że obudzili się rankiem, że słońce wstaje, że na śniadanie jest chleb... są znudzeni monotonią „nadzwyczajności” jaka ich codziennie otacza. Dlatego tworzą dni szczególne, by odczuć


82 • Pchełkołapka

to, co powinno być całkowicie normalne... na przykład dawanie sobie uśmiechu. - Dla ciebie, Wodniku, danie uśmiechu jest rzeczywiście wielkim świętem - roześmiała się Rusałka, a potem ucałowała serdecznie smoczycę. - Życzę ci udanej podróży. Pamiętaj, że masz tutaj przyjaciół i zawsze możesz do nas wrócić. - Pewnie zacznę za wami tęsknić, zanim dotrę do Ziemi. Ale tęsknota za stawikiem i pchełką jest tak silna, że zamęczyłabym was swoim buczeniem. Pozdrówcie ode mnie rybki - to mówiąc, smoczyca machnęła szeroko skrzydłami i poleciała do domu, gdzie czekał na nią Jaro. - Chyba czas mi w  drogę - rzekła smoczyca ładując na grzbiet plecak, w  którym Pegaz umieścił najpotrzebniejsze rzeczy. - Jesteś pewna, że nie zabłądzisz? - Nie zabłądzę, Jaro. Smocze serce nie pozwoli mi się zgubić. - Nie byłbym tego taki pewien - Pegaz potrząsnął srebrną grzywą. - Niejednego właśnie serce zgubiło... Ale cóż, nie zakładajmy nic złego. Pamiętaj smoku, że jesteś dzielny... Smok dzielnie się wyprostował. - ...mądry... Od razu rozjaśniło się w smoczej głowie. - ...zaradny... Przed oczami smoka zjawiła się prosta ścieżka pomiędzy gwiazdami. - ...a przede wszystkim ogromnie kochający i kochany. Tu smok z rozczuleniem wpadł w objęcia Pegaza, wybuczał mu się w ramię, przycisnął go mocno do siebie, a potem otarł łzy i dzielnie, mądrze, oraz zaradnie śmignął w górę. I poleciał. A  Jaro najpierw długo patrzył za nim, a  potem wrócił do domu. Tylko jakoś resztę tego dnia spędził samotnie, gdyż żaden z wierszy nie chciał przyjść do niego w odwiedziny.


Pchełkołapka • 83

Rozdział 9

Wielki Ent - Próbowałeś kiedyś sięgnąć dalej, niż listowie? - A po co? - Bo ja wiem... nie ciekawi cię, czy słońce gdzieś świeci mocniej niż tutaj? - Też pomysł! Jak cię tu zasiało, to siedź i nie wierć się. Jesteśmy tu od prawieków, tu byli nasi rodzice i tutaj będą także nasze wnuki. - A nie pomyślałeś, że jeśli dana nam została umiejętność wzrostu, to znaczy, że możemy poznać coś więcej niż tylko ten zakątek, w którym rośniemy? - Zamilcz, drewniaku! Jeszcze cię wielki Ent usłyszy i w pień oberwiesz! Bazyliszka przycupnęła wśród krzewów i przysłuchiwała się rozmowie dwóch drzew. Była już zmęczona lotem i kiedy ujrzała pokrytą zielenią planetę, postanowiła trochę na niej odpocząć. Okolice były wprost bajkowe. Parki obsadzone rozłożystymi drzewami o  bujnym listowiu dawały miły, chłodny cień, a strumienie szemrały kojąco.


84 • Pchełkołapka

Najpierw myślała, że planeta jest niezamieszkana, dopiero po chwili zrozumiała, że tubylcy, choć są dość nieruchomi, to za to są wyjątkowo gadatliwi. Podsunęła się bliżej i zagadnęła: - Fitam uprzejmie. Jestem tutaj przelotem. Powiedzcie mi, kto to jest Wielki Ent? Drzewa najpierw przyglądały się jej badawczo dużymi sękami, a potem jeden drugiego trącił gałęzią: - Ty, co to za drzewo? - Jakieś dziwne... korzenie ma na wierzchu i tylko dwa liście. Co prawda duże i rozłożyste, ale tylko dwa. I jeszcze powiada, że jest tu przelotem. Może to nie drzewo, tylko nasienie? Podobne jest do nasienia klonu... Hej, powiedz, czy jesteś nasieniem, czy drzewem? - Nie jestem ani drzewem, ani nasieniem. Jestem smokiem. - Jedyną rośliną, jaką znamy o tym imieniu, to smocze ziele. Czy to twój krewniak? - Nie jestem rośliną, jestem gadem. Dokładnie mówiąc, gadziną. Powiecie mi, kto to jest Ent? - To dziwne, że nie znasz Wielkiego Enta. Jest to najmądrzejsze i najstarsze stworzenie na całej planecie. W jego pniu krąży cała wiedza o tym, co było i co jest, a nawet o tym, co będzie. Bez niego wszyscy byśmy uschli, gdyż to on kieruje sokami Wszechświata. - Myślałam, że wszystkim zajmuje się Wielki Wodnik... zafrasowała się Bazyliszka. Drzewa spojrzały po sobie zdziwione, a potem, po krótkiej naradzie skierowały smoka na rozległą polanę w głębi lasu. - Tam mieszka Dębowy Starzec, on ci wszystko wyjaśni stwierdziły i zajęły się kornikami, które od dłuższego czasu gryzły je, powodując ogromny niepokój. Dąb miał około 200 lat. Porośnięta mchem kora pocięta była głębokimi bruzdami, nagie, rachityczne korzenie wychylały się z ziemi, a korona ciemnozielonego listowia wzbudzała tak


Pchełkołapka • 85

wielki szacunek, że ani jedna wiewiórka nie ośmieliła się po niej buszować. Smoczyca przysiadła na ogonku i po raz kolejny zadała pytanie: - Czy możesz mi powiedzieć, kto to jest Wielki Ent? Dębowy Starzec westchnął głęboko, aż z rozwartej szczeliny wyleciał kurz próchniejącego drewna, a potem z trzaskiem wyprostował się. - Wielki Ent nadał wszystkim Drzewom swoje Prawo. On jest ich Prawodawcą. - A po co drzewom jest potrzebne Prawo? - dociekała smoczyca. - Prawo jest czymś stabilnym i niezmiennym. Dzięki niemu drzewa stoją w jednym miejscu, niezależnie, czy wieje wiatr,


86 • Pchełkołapka

czy też pada deszcz. Prawo chroni drzewa przed zagadką poszukiwań i  niepokojem pragnień. Chwała Entowi za pokój i pewność! - Chwała - zaszemrały zebrane wokoło drzewa. - Nie trzeba być sztywniakiem, by mieć spokój - odparł po zastanowieniu smok. - Wręcz odwrotnie, ruch pomaga być bardziej plastycznym, dostosowanym do otoczenia. Kiedy zawieje wiatr, nie będę się bała, że się przewrócę, nie będę również zaskoczona, gdy wiatr przybierze na sile. Ty zaś tego nie możesz powiedzieć o sobie, twoja sztywność nie oprze się wichrowi i padniesz złamany wpół. - Dążeniem drzew winno być umacnianie się w sztywności Prawa - odparł Dąb marszcząc krzaczaste brwi. - Im twardsze będzie drzewo, tym lepiej będzie opierać się wiatrom. - A jeśli, mimo usilnych starań drzewo nie zdąży stwardnieć przed wichurą, lub, co gorsza, jakiś szkodnik podgryzie jego pień... to co pomoże drzewu jego Prawo? - Drzewo powinno walczyć ze szkodnikami! - wykrzyknął Dąb, potrząsając gałęziami. - Powinno starać się usilnie trwać w swojej stabilności, gdyż to ono powoduje, że jesteśmy tym, kim jesteśmy! - A czy nie powoduje to również wzrost... zarozumialstwa? - spytała z  przekąsem smoczyca. Dąb podparł się pod boki i prychnął z gniewem. - Nie zrozumiesz tego, latający stworze. Przyjdzie chwila, kiedy zapragniesz osiąść gdzieś na stałe i  poznasz urok stabilnego życia. Obyś tylko nie spostrzegła tego zbyt późno - po czym wstrząsnął gałęziami, dając do zrozumienia, że nie ma jej już nic do powiedzenia. Bazyliszka westchnęła. - Drzewo smoka nie zrozumie, ani smok rośliny. Czas mi ruszać w drogę.


Pchełkołapka • 87

Rozdział 10

Drwal

J

edno z drzew miało owoce wyglądające bardzo apetycznie. Podeszła bliżej: - Czy możesz dać mi kilka swych owoców? - zapytała. Wybieram się w daleką podróż. Jednak drzewo cofnęło przed nią gałęzie: - Zostaw moje owoce. Smok zdziwiony przysiadł na ogonku. - Dlaczego? - Nie mogę ci ich dać - odparło drzewo.- Jeśli zjesz moje owoce, to przyjdzie Drwal i mnie wytnie. - O jakim Drwalu mówisz? - Ciszej... - drzewo nachyliło nad nią listowie. - Nie wolno głośno wymawiać jego imienia. Drwal przychodzi do naszego lasu, aby robić tu Porządek. Ma ostrą siekierę i gdy jakieś drzewo nie spełnia jego wymagań, to je w-y-c-i-n-a... Ostatnie słowo było wypowiedziane ledwo słyszalnym szeptem. Smok przejęty rozejrzał się, lecz mając nadzieję, że Drwal potrafi odróżnić smoka od drzewa, ponowił pytanie:


88 • Pchełkołapka

- Chyba nie będzie przeszkadzało Drwalowi, jeśli poczęstujesz mnie swym owocem? - O, nie! - przerażony pień zadygotał z  szelestem. - Jeśli dam ci swe owoce, wtedy nikt nie pozna, że jestem Dobrym Drzewem i mnie zagłuszą, pozbawią wody, słońca... a potem przyjdzie Drwal, zobaczy, że nie mam owoców i... - Czy Drwal jest tak okrutny, że wycina drzewo bez sprawdzenia, co się z nim dzieje? - Nie wiem. Wiem tylko, że jeśli jakieś drzewo nie wydaje owocu, to je wycina i wrzuca w ogień. Taki jest koniec wszystkich Złych Drzew. A ja muszę mieć Dobry owoc, żeby Drwal widział, kim jestem. Smok zdumiał się. - Uważasz, że to owoc czyni z ciebie Dobre Drzewo? Ależ wręcz odwrotnie! Dopóki jesteś drzewem, z  pewnością będziesz wydawać owoce. Nie masz się więc czym martwić. - Nie rozumiesz mnie. Czy ty wydajesz owoce? Nie, bo jesteś smokiem. I  każdy, kto na ciebie spojrzy, od razu powie - to nie jest drzewo, bo nie ma owoców. Jeśli ja nie będę mieć owoców, to skąd inni będą wiedzieć, że nie jestem smokiem? Smoczyca zastanowiła się. - Nie dlatego jesteś drzewem, ponieważ MASZ owoce. Masz owoce, ponieważ JESTEŚ drzewem. I  dopóki sięgasz korzeniami głęboko do podziemnych śródeł, dopóki szerokim liściem łapiesz ciepło słońca, dopóty będziesz drzewem. I nie wtedy przestaniesz nim być, gdy oddasz komuś swe owoce, ale wtedy, gdy pozwolisz odciąć się od podłoża, w którym rośniesz. Drzewo długo myslało, a potem stwierdziło: - Dobrze, dam ci kilka owoców, ale pod jednym warunkiem. - Jakim? - Jeśli spotkasz Drwala, to koniecznie mu powiedz, że zawsze byłem Dobrym Drzewem, walczącym z kornikami. Smok roześmiał się.


Pchełkołapka • 89

- Wierzę, że jeśli to naprawdę jest Dobry Drwal, to on już to wie. Ale obiecuję, że mu to przekażę. Już szykowała się do lotu, kiedy dobiegł ją szmer liści. Nastawiła uszu: - Powiedz mi, czy naprawdę istnieją inne światy oprócz tego? Mały, chudy pień klonu nachylił się do smoczycy. Trudno skrywana emocja potrząsała jego szerokimi, dłoniastymi liśćmi. - Oczywiście, ja sama byłam na co najmniej dwóch. - Szkoda, że nie mogę lecieć z  tobą. Zawsze marzyłem, aby poznawać nowe krainy... czy mógłbym cię o coś poprosić? Smok podsunął się zaciekawiony. Klon otrzepał się jak pies, który właśnie wyszedł z wody. Na trawę spadł wodospad skrzydlatych nasion. - Proszę, weź kilka ze sobą. Gdy będziesz na innych planetach, zasadź po jednym. Może choć w  ten sposób spełnię swoje pragnienie podróżowania... - Nie kilka wezmę, ale kilkadziesiąt! - krzyknęła uradowana smoczyca. - Gdziekolwiek natrafię na kawałek lądu, zasadzę tam twoje nasionko.


90 • Pchełkołapka

Rozdział 11

Krawiec

T

ej nocy Pegazowi przyśnił się sen.

Ujrzał smoka siedzącego w małej przytulnej gawrze i początkowo zrobiło mu się wesoło, że smok znalazł wreszcie swoje miejsce, gdy nagle poczuł, że smok nie jest sam. U wejścia stał Krawiec, co chude miał miał nogi, rytmicznie spacerował po tarczy wystukując obcasami „klik-klok” i koso na smoka spoglądał. Wyciągał centymetr z kieszeni i nerwowo robił w gawrze pomiary. Smok przyglądał mu się najpierw ciekawie, a  potem podszedł i zapytał: - Pof...iedz smokowi, po co ci te pomiary? - Smok głupi, czy głupiego udający? - parsknął ironicznie krawiec i machinalnie zmierzył obwód smoka oraz rozpiętość jego skrzydeł. - Pomiary są potrzebne do określenia licznych okoliczności. Jeżeli okolica nie pasuje do wymiarów smoka, smok musi coś zrobić. Albo ze sobą, albo z okolicą.


Pchełkołapka • 91

Smok zafrasował się. Nigdy nie myślał w takich kategoriach. Zawsze wędrował prosto za nosem i  wszędzie mu wszystko pasowało. Krawiec jednak miał tak długi centymetr i tak ostre nożyce, którymi przycinał niepasujące okoliczności, że smok mu uwierzył. - Co ja mogę zrobić z okolicą? - zapytał smutnie czując, że nie będzie mu łatwo zmierzyć i określić wszystkiego. Z kilku powodów. Po pierwsze, smok nie miał praktyki krawieckiej. Nigdy niczego nie mierzył i nie przycinał, nawet sił na zamiary, choć często mu o tym przypominano. Po drugie, nie miał odpowiedniego sprzętu. Ponadto... nie wiedział, odkąd powinien mierzyć i w jakim kierunku. Pomyślał więc, że łatwiej mu będzie zrobić coś ze sobą, niż z okolicą, gdyż siebie zna, a okolicy nie. Przynajmniej tak mu się zdawało... - Czy możesz podać mi wyniki twego pomiaru? - zapytał, ostrożnie wyciągając szyję i próbując zajrzeć do notatek, jakie robił w postrzępionym notatniku Krawiec. - Z moich obliczeń wynika, że smok jest za duży, a skrzydła ma za małe. Nie uda mu się zrobić tego, co zamierza. - A co ja zamierzam? - smok z zaskoczenia fuknął małym obłoczkiem dymu. Krawiec nie odpowiedział, tylko mrucząc coś pod nosem, marszcząc brwi i gryząc końcówkę ołówka, kreślił w swoim notatniku. Smok podreptał w  kąt gawry i  usiadł. Wyciągnął szeroko skrzydła i machnął nimi na próbę. Dopiero teraz zauważył, że skrzydłami zaczepia o ściany gawry. - Skrzydła za duże, czy gawra za mała? - pomyślał zmartwiony. - Ale przecież Krawiec powiedział, że skrzydła są u  smoka za małe... czy więc gawra jest już tak mała, że nie podchodzi pod żadne obliczenia? Smok duży, skrzydła małe, gawra jeszcze mniejsza... w  takim razie smok musi opuścić gawrę. Podniósł się i stuliwszy skrzydła ruszył ku wyjściu.


92 • Pchełkołapka

- Dokąd to?! - krzyknął Krawiec, ostro błyskając nożyczkami. - Zamierzam opuścić gawrę i poszukać nowej, bardziej obszernej, w której zmieściły by się moje skrzydła. - A smok zastanowił się, czy długość jego skrzydeł jest odpowiednia do przelotu? - Krawiec ciął ironią, aż echo metalicznych szczęknięć nożyczkami niosło się szeroko po gawrze. Smok przyhamował na progu i obejrzał się. - Smok za duży... - westchnął ciężko. - I za ciężki. Zwłaszcza, jeśli doliczymy do tego westchnienia - odparł zimno Krawiec i zrobił następny klik-klok. - To co mam zrobić? - szepnął bezradnie smok starając się, by tym razem nie wzdychać przy tym ciężko. - Zajmij się sobą. Obetnij, co niepotrzebne, sprasuj, zrób zakładki... i pamiętaj, że najwięcej miejsca zajmują marzenia. Smok zawahał się, a potem spojrzał z nadzieją. - Nie jestem dobra w prasowaniu i w zakładaniu... czy mógłbyś mi w tym pomóc? Krawiec uciął krótko: - Czas to pieniądz. Co będę z tego miał? - Oddam ci odjęty materiał. - Dobrze - rzekł po zastanowieniu Krawiec i  wyciągnął centymetr. - Zaznaczam jednak, że w mojej profesji nie składa się reklamacji. Obciętego materiału nie będę przyszywał na nowo. Zrozumiano? Smok zgodził się. Krawiec mrucząc coś pod nosem na temat braku czasu i  zbyteczności przymiarek mierzył smoka, ciął i  przycinał, co jakiś czas kłując go boleśnie szpilkami. Smok znosił to cierpliwie, mając nadzieję na lepszą odmianę, która pomogłaby mu w realizacji zamiarów. Nagły szczęk nożyczek przerwał mu rozmyślania. - Przypominam, że marzenia zajmują najwięcej miejsca usłyszał za plecami. Przestraszony smok posłusznie przestał marzyć.


Pchełkołapka • 93

Jakiś czas trwały jeszcze zabiegi Krawca, aż w końcu zabrzmiały zbawienne słowa: - Gotowe. Możesz smoku wyjść z gawry. Smok z  wdzięcznością obejrzał się, a  potem podreptał do wyjścia. Zachodzące słońce krwawą poświatą oblało jego odmienioną postać... - Muszę się teraz zobaczyć - pomyślał i skierował się w stronę stawu. Nieporęcznie mu było w nowym stroju, ale podejrzewając, że tak jest z każdym po wizycie u Krawca, starał się nie zwracać na to uwagi. Tafla wody przybliżała się i w końcu smok mógł z niecierpliwością sięgnąć wzrokiem w głąb swego odbicia... Krzyk przerażenia poniósł się po wodzie. Nad stawem nie było smoka. W  wodzie przeglądała się prozaiczna, bez jakiejkolwiek fantazji jaszczurka. - „Najwięcej miejsca zajmują marzenia” - dobiegł ją z przeszłości bezduszny klik-klok Krawca. - „A żadnych reklamacji nie przyjmuję...” I wtedy się Jaro obudził. Długo patrzył w ciemne, rozgwieżdżone niebo, a potem pomyślał ze smutkiem: - Ech, smoku, smoku.... co tam cię czeka, w  tej mrocznej głębinie? A  potem poweselał. Wszak jaszczurki mają zdolności odrastające, więc nic nie jest do końca stracone. Jeszcze skrzydła odrosną i rozwiną się w potężną fantazję, która poniesie smoka daleko... i  głośno ziewnąwszy, ułożył się z  powrotem do snu.


94 • Pchełkołapka

Rozdział 12

Deszczowa kryjówka

K

olejna planeta, na której wylądował smok, była bardzo podobna do Ziemi. Już pierwszy wieczór urzekł go mieniącym się złociście zachodem słońca. To sprawiło, że smoczyca postanowiła pobyć tu trochę dłużej. Jednak każdy kolejny dzień zaskakiwał ją nieoczekiwanymi zmianami. Gdy spodziewała się słońca, nagle spadał deszcz. I na odwrót. Doszło do tego, że gdy chciała, by dzień był pogodny, przekornie wyczekiwała ulewy. Nie zawsze to się jednak udawało. Czasem spadał grad. Tego dnia smoka obudził szmer padających kropel. Otworzył leniwie oczy i zapatrzył się w zalegającą w jaskini ciemność. Już sam szelest wywoływał nieprzyjemne skojarzenia. Cierpnięcie skóry pod dotykiem zimnej pryskającej wody, lepiące się do łap mokre liście i  śliskie błoto, które usuwało się spod cielska w najmniej oczekiwanym momencie - wszystko to nie zachęcało do wystawienia z gawry nawet czubka nosa.


Pchełkołapka • 95

- Dziwny z ciebie smok - stwierdził kiedyś wodnik Obi. Niby pluskać się w stawie lubisz, a deszczu unikasz... a jaka to różnica? I to woda i to woda... - A właśnie, że jest różnica - argumentowała uparcie smoczyca. - Staw to woda pewna i stabilna, a deszcz ma naturę nagłą i niespodziewaną. Względem stawu możesz mieć stosunek kontrolujący. Sam decydujesz, kiedy chcesz mieć z nim kontakt. Natomiast deszcz jest zaborczy. Pada na ciebie w miejscu i czasie całkowicie od ciebie niezależnym. Wodnik spojrzał trochę dziwnie, bo choć mieszkał w wodzie całkowicie kontrolowanej, to charakter miał całkiem nieobliczalny. I  rzecz zadziwiająca: kiedy tafla wody była nieruchoma, wtedy wiercił się i  buszował w  szuwarach, jakby szukając sposobu, by tę wodę zmącić. A gdy wiatr gonił fale i rozbijał je o brzeg stawu, wtedy uspokajał się. Ale kto zrozumie wodnika... Smok westchnął i zamknął oczy. Chcąc nie chcąc, będzie musiał dziś zrezygnować z eskapady, dopóki się nie rozpogodzi. Miał tylko nadzieję, że stanie się to, zanim kiszki dadzą mu znać o sobie. Nagle monotonię deszczu przerwał szmer, a na skraju gawry zamigotał płomienno rudy ogon. Smok podniósł głowę. - Hej! - zawołał. - Jest tam ktoś? Po dłuższej chwili odezwał się nieśmiało głos: - Nie wiem. A ktoś ma być? - O tobie mówię - roześmiała się smoczyca i zaciekawiona wyjrzała z gawry. - Gdzie jesteś? - Tutaj - głos dobiegał spomiędzy krzewów. Podeszła bliżej, ale nie było tam nikogo. - Gdzie jesteś? - zawołała. - Chcę cię zobaczyć. - Nie mogę ci się pokazać. Jak mnie zobaczysz, przestaniesz ze mną rozmawiać. - Raczej będzie mi się z tobą lepiej rozmawiało - smoczyca zachęcająco usiadła na ogonku. Po chwili z wilgotnych zaro-


96 • Pchełkołapka

śli wynurzył się chudy, przemoknięty pyszczek, za nim wysunął się grzbiet na czterech smukłych łapach, na końcu piękny, ogniście rudy ogon. Lis usiadł przed smoczycą. - Zobaczyłam cię - stwierdziła smoczyca. - Teraz możemy porozmawiać. Lis obejrzał się na splątane gałązki krzewów. - Przepraszam - szepnął nieśmiało. - Ale lepiej mi się rozmawia, gdy jestem w ukryciu. To powiedziawszy, nurknął w  ciemność. Smoczyca westchnęła i zawołała za liskiem: - Jak będziesz chciał porozmawiać, to przyjdź. Będę czekać na ciebie. Potem odwróciła się i podreptała do gawry.


Pchełkołapka • 97

Rozdział 13

Jaskinia cieni Nazajutrz wstało słońce i roziskrzyło na liściach diamenciki pozostałych po nocy kropel deszczu. Smoczyca po śniadaniu wyczekiwała na zjawienie się liska, ale mijała godzina za godziną, a ten się nie zjawiał. W końcu postanowiła go poszukać. Na brzegu lasu wiła się rzeczka, za nią rozciągała się łąka obsypana kolorowymi kwiatami. Uwagę smoka przyciągnął mały pagórek, na którym coś się poruszało. Było zielone i bardzo żarłoczne. - Kim jesteś? - zapytał, lądując niedaleko. - Czemu nie zapytasz, kim będę? - odpowiedziało zielone i nadal pożerało liść po liściu. - Po takiej ilości jedzenia bedziesz na pewno kimś najedzonym - roześmiał się smok, ale grzecznie zapytał. - Kim będziesz? - Będę motylem - odparła zielona, gruba gąsienica. - By stać się motylem, muszę dużo jeść.


98 • Pchełkołapka

- Jeśli ja będę dużo jeść, czy też się stanę motylem? - Po co chcesz być motylem? Przecież masz już skrzydła. - Motyle są piękne, a ja jestem brzydka. Jak można stać się motylem? - Znam tylko jeden sposób. Dużo jeść, a potem długo leżeć bez ruchu, aż zmienisz się w poczwarkę. Potem z tej poczwarki wykluje się motyl. - Nie chciałbym, byś zamieniła się w  motyla - dobiegł ją z boku cichy głosik. Nie wiadomo skąd, zjawił się lisek. Zakręcił się wokół krzaka i poczochrał o niego rudy grzbiet. Potem uśmiechnął się i rzekł: - Chodź, pokażę ci coś. Łąka ciągnęła się szerokimi połaciami, ale lisek tak szybko biegł, że smoczyca czasem musiała pomagać sobie skrzydłami. W końcu dotarli do niewielkiego wzgórza. Lis podprowadził ją do obszernej jaskini i poprosił, by weszła. - To twoje mieszkanie? - zaciekawiła się. - Nie, ja mieszkam w norce. Jest tak mała, że raczej się do niej nie zmieścisz - lis uśmiechnął się i wszedł za smokiem. Potem poprosił, by usiadła tyłem do wejścia, sam usiadł obok niej i zapatrzył się w ścianę. Chwilę milczeli. - Co widzisz w tej ścianie? - Nie mów nic, tylko patrz - odparł lisek. Posłusznie wpatrzyła się w ścianę, ale nic nie wypatrzyła. Za nimi zachodzące słońce wlewało w  otwór jaskini fale światła, a  na ścianie kładły się ich cienie, coraz głębsze i większe. W końcu lisek zapytał: - Powiedz, smoku, co widzisz? - Widzę nasze cienie. A obok cień drzewa rosnącego przed jaskinią. O, właśnie teraz usiadł na nim ptak. - Jeśli będziesz widzieć tylko cień, czy poznasz to, co cień rzuca? Smok spojrzał pytająco. Potem odrzekł:


Pchełkołapka • 99

- Nie, muszę podejść do źródła cienia. Muszę się odwrócić. - Oczywiście - ucieszył się lis i jednym skokiem stanął przed smoczycą. Blask słońca zagrał w lisim futrze i roziskrzył jego oczy. - To, co do tej pory poznałem, było tylko cieniem na ścianie. Gąsienica obżera się liściami, bo widzi cień motyla. Ty myślisz, że jesteś brzydka, bo widzisz tylko swój cień. Ale jeśli się odwrócimy, jeśli przestaniemy zwracać uwagę na cienie.... wtedy stanie się Prawda. Tego tutaj szukam, smoku... To powiedziawszy, odwrócił się i  usiadł na progu jaskini. A smok usiadł przy nim i długo patrzyli na znikające za horyzontem słońce, aż całą ziemię pokrył cień nocy.


100 • Pchełkołapka

Rozdział 14

Nieswoja poduszka

G

wiazdy wędrowały w  milczącym korowodzie, gdy lis i smoczyca wracali do smoczej gawry. - Może zatrzymasz się dziś u mnie? - zapytał smok. - Przepraszam, ale nie. Najlepiej się czuję w swojej norce. Zazwyczaj potrzebuję dużo czasu, by gdzieś się zadomowić. Lisy to dzikie zwierzęta - dodał wyjaśniająco. Milczeli jeszcze jakiś czas. Gdy dotarli do gawry, smoczyca zapytała: - Wiesz coś o planecie, na której jesteśmy? - To planeta Przemian. Tu trafiają ci, którym nie podoba się to, kim są. - A ty nie chcesz być lisem? - zapytała ciekawie. Lis potrząsnął łebkiem: - Lubię być lisem - a potem zmienił temat. - Powiedz mi, czy ty jesteś oswojona? Smok zastanowił się. - Wiem, że jestem swoja, ale nie wiem, czy jestem oswojona.


Pchełkołapka • 101

- A jaka to różnica? - Myślę, że to odwrotność bycia czyimś. Możesz należeć do siebie, nie musisz być czyjąś fantazją. A ty jesteś nie swój? - Nie wiem... - liście zaszeleściły, gdy lisek położył się na nich. - Ale zazwyczaj czuję się nieswojo... Mam do ciebie prośbę - ożywił się nagle. - Czy mogłabyś mnie oswoić? - Nie wiem, czy umiem, nigdy jeszcze nikogo nie oswajałam - smoczyca niepewnie podrapała się po pyszczku. - A ty wiesz, jak się to robi? - Nie, ale wiem, że gdy tylko przestanę się czuć przy tobie nieswojo, wtedy to się stanie. Smoczyca wyjęła z plecaka mała poduszeczkę. - Myślę, że na początek powinieneś mieć coś swojego. To będzie twoja pierwsza rzecz na własność. Daruję ci ją. - A co to jest? - Poduszka z pegazich piór. Wystarczy, że połozysz na niej głowę i powiesz: pierwsze pióro w podmuchu zleciało na trawę drugie pióro na wody złożyło się stawie trzecie miało motyla kształt skrzydeł łagodny... będzie z tego poduszki jasieczek wygodny a sen przyjdzie natychmiast. Lisek uśmiechnął się. Położył miękkim gestem łapę na poduszce, a potem rzekł: - Będzie mi się na niej lepiej spało, gdy ona nadal będzie twoja. Bo będzie mi ciebie przypominać. A potem złapał poduszkę w zęby i nurknął w zieloną ciemność.


102 • Pchełkołapka

Rozdział 15

Smoczy ogień i lisia woda

Z

astanawiam się, czy lęk jest czymś dobrym, czy też złym. - Czemu rozdzielasz rzeczy na dobre i na złe? - Bo chcę robić dobrze, a unikać zła. Rozmowa między smokiem a lisem toczyła się wolno, w odróżnieniu od fal rzeki, nad która się zatrzymali. - Szukaj w rzeczach dobra, a unikniesz zła - odparł po krótkim zamyśleniu lisek. - Szukaj w rzeczach zła, a stracisz okazję czynienia dobra. Rzeczy nie SĄ. Rzeczy do czegoś SŁUŻĄ. Widząć niezrozumienie w oczach smoka, zaproponował: - Chcesz, to zabawimy się. - Świetnie - smoczyca podskoczyła z  uciechą. - A  co będziemy robić? - Będę wymieniać rzeczy, a ty znajdziesz w nich dobro, a ja zło. Zgoda?


Pchełkołapka • 103

- Zgoda. Pierwsza rzecz? - Woda. - Woda jest dobra, bo zaspokaja pragnienie, zmywa brud... - Woda jest zła, jedzenie w niej gnije i pleśnieje. - Tylko wtedy, gdy się o niego nie dba - zaprotestowała smoczyca. Lis uśmiechnął się i podał następną propozycję: - Ogień. - Ogień jest piękny, grzeje i oświetla... - Ogień niszczy i zabija. - Nie, to nie tak! - Smoczyca w emocji o mało co nie zionęła ogniem. W ostatniej chwili zatkała sobie pyszczek łapką i wymamrotała przez pazurki. - Ogień niszczy tylko wtedy, gdy się go nie upilnuje. - I o to właśnie chodzi - potwierdził lis. - Wszystko jest dobre, jeśli się kontroluje, gdy zabraknie kontroli, staje się złe. - Czy to dotyczy też strachu? - Oczywiście. - Jak można kontrolować strach? - Jeśli nie pozwolisz mu rzucić się w  otchłań paniki, gdy poznasz, kiedy ci pomaga, a kiedy przeszkadza. - A zabawy też trzeba kontrolować? Przecież staną się wtedy takie nudne... - Czy zabawa musi być szalona, by cię bawiła? - zdziwił się lisek. - Lubię szalone zabawy. I nigdy nie zastanawiałam się nad ich kontrolowaniem. Ale masz racje - stwierdziła nagle. - Moje szalone zabawy były bezpieczne, bo miałam kogoś, kto je kontrolował. Nagle posmutniała. Lisek spostrzegł to i zapytał: - Brak ci tamtych zabaw? - Nie, brak mi tamtych przyjaciół. Brak mi Pchełki i Pegaza. Opowiedziała liskowi, co sprawiło, że trafiła na tę planetę, o tęsknocie za stawikiem. Lis posmutniał także. - Z tego wnioskuję, że niedługo stąd odlecisz.


104 • Pchełkołapka

Smok spoważniał i rzekł cichutko: - Wtedy brak mi będzie ciebie. I  dopóki nie odgadnę, jak odnaleźć pełnię, pozostanę z tobą. Lis spojrzał na smoka z wdzięcznością, a potem zapytał: - Jak można odnaleźć pełnię? - Kiedy niczego już mi nie będzie brakowało, wtedy będzie pełnia. - Tego nigdy się nie osiągnie - stwierdził stanowczo lisek. To jest jak z ideałem, można dążyć do pełni, ale zawsze stwierdzisz, że czegoś ci jeszcze brakuje. - A ja myślę, że pełnia istnieje - odparła smoczyca. - I nie zależy od tego, ile jej jest, ale jaka ona jest. Gdy siedzę teraz nad tą rzeką, odczuwam pełnię przebywania. Nieważne, czy siedzę nad nią dwie godziny, czy dwa dni. I wierzę, że w podobny sposób istnieje pełnia wszystkiego, tylko nie wiem, gdzie ją odnaleźć. Lisek położył głowę na trawie i zapatrzył się w niebo. On znał miejsce takiej pełni, ale za nic nie chciał tego zdradzać smokowi. Zawsze przecież była obawa, że wtedy smok odleci, a lis nie potrafiłby tego braku niczym zapełnić.


Pchełkołapka • 105

Rozdział 16

Tak samo Dzisiaj smok postanowił być mniej mądry niż zazwyczaj. Zapragnął szaleństwa do granic szaleństwa, głupoty z samego dna głupoty, zapamiętania się w bezpamięci. Usiadł na skraju doliny. - Co tam? - zagadnął wesoło lisek. - Nic tam - odparł smok i uśmiechnął się. - Zabawimy się? - Z  wielką ochotą - lisek zakręcił się wkoło próbując złapać swój ogon, lecz ten był bardziej rozbrykany, niż właściciel i umykał mu szybko. - A w co chcesz się bawić? - Może pościgamy się? - Owszem, ale ty masz przewagę skrzydeł. - No, tak - zmartwił się smok. - A w bieganiu ty jesteś szybszy. To co robimy? - Mam sposób na zrównanie naszych szans, by się ścigać. Ale najpierw musimy coś znaleźć. Biegniemy nad rzekę. Smok zaciekawiony poleciał za lisem, a  potem ciekawie przyglądał się, gdy ten brodził po brzegu z nosem przy samej wodzie.


106 • Pchełkołapka

- Czego szukasz? - spytał w końcu, gdy milczące brodzenie zaczęło mu dokuczać. Lis parsknął, bo rozbrykana woda zalala mu pyszczek. Nagle radośnie podskoczył. - Mam! - Machnął łapą i na brzeg wyskoczył mieniący się falistymi kręgami kamyczek. - Weź to, smoku, to Kamień_Leona, dzieki niemu możesz stać się, kim zechcesz, nawet lisem, takim jak ja. - Ojej - ucieszył się smok. - A co mam zrobić, zjeść go? - Włóż go do nosa i staraj się nie kichać - roześmiał się lis. - A to nie będzie bolało? - zaniepokoił się smok, bo w całej swojej szalonej głupocie zachował odrobinę rozsądku. - Nie będzie - zapewnił go lis. Smok zatkał pazurem lewą dziurkę w nosie i wciągnął mocno powietrze. Kamyk furknął. Świat zawirował wokoło. - Teraz szybko pomyśl, kim chcesz być - zawołał lis. Świat nadal kręcił się smoczycy w głowie. Drzewa, niebo, rzeka, lis, znów drzewa, rzeka, lis, drzewa, lis... LIS! Rude futro jaśniało jak płomień na tle zieleni. Smok wpatrywał się w ten płomień, a on jaśniał coraz bardziej i coraz mocniej. Przepełniał smoczycę od czubka nosa po czubek ogona. Więcej, zagłębiała się w nim, jak we wrzącym, ognistym wirze. I nagle, w miejscu, gdzie stał smok, stanął drugi, rudo-płomienny lis. - Udało ci się - lis przebierał nogami z radości. - Teraz możemy pobiegać. Ale smok nie ruszał się z miejsca. Poczuł to, czego nigdy do tej pory nie poznał. Pod łapami poslusznie i miękko układała się trawa. Pod rudą sierścią napinały się mięśnie gotowe w  każdej chwili do ucieczki. Uszy czujnie nasłuchiwały odgłosów z lasu. Nagle przestał mieć ochotę na jakiekolwiek szaleństwo, czy głupotę. - Lisie - szepnął, rozglądając się dookoła. - Co to jest? - O czym mówisz? - Lis podszedł bliżej i spojrzał uważnie smokolisowi w oczy. Zrozumiał i posmutniał. - Stałaś się mną i czujesz to, co ja. Boisz się, smoku...


Pchełkołapka • 107

- Boję się - przyznała smocza lisica. - A to już nie jest zabawne. - Chcesz wrócić do swej postaci? - Nie - odparła po krótkim zastanowieniu. - To będzie ucieczka, a ja nie chcę przed tobą uciekać. Pozwól mi być ze sobą, pozwól mi czuć to, co ty czujesz. W  głębi mnie, pod ogromną warstwą strachu leży pragnienie przyjaźni. Chcę być twoim przyjacielem, a stanę się nim nie wtedy, gdy będę patrzyć na TO SAMO, ale gdy będę patrzyć TAK SAMO. - Chcesz bać się TAK SAMO jak ja? - Tak - odparła po dłuższym zastanowieniu. - I chcę wiedzieć, czemu w swoim strachu jesteś taki... radosny. Lis uśmiechnął się. - Dowiesz się, gdy zaczniesz wierzyć TAK SAMO jak ja. - W co wierzyć, lisku? - W  błogosławione gałęzie leszczyny, chroniącej przed oczami myśliwych. Wierzyć, że sny są tylko snami, z których się budzimy. - Wierzyć, że ciemność może być przyjacielem? A zgubienie się początkiem do odnalezienia? - Dokładnie tak, lisico - uśmiechnął się, a  potem zniknął w przyjaznym gąszczu zielonej ciemności. A smocza lisica tak samo jak on - zniknęła, zostawiając na brzegu rzeki szaleństwo do granic szaleństwa i głupotę z samego dna głupoty.


108 • Pchełkołapka

Rozdział 17

Przyjaciele W przytulnym pokoju, na kominku, z cichym trzaskiem paliło się drewno. Miłe ciepło rozchodziło się po pokoju. Zmęczony Król usiadł na fotelu i z westchnieniem ulgi wyprostował nogi. - Skończyłem pracę w ogrodzie - rzekł z zadowoleniem. - Ja też skończyłam - odparła pchełka, stawiając ostatnią kropkę na białej karcie rozwartej przed nią księgi. - I nie napiszesz „...i żyli długo i szczęśliwie”? - Król filuternie zmrużył oko. - Szczęśliwi już są, a to, czy będą długo żyć, to już od nich i  od ciebie, Królu, zależy - pchełka odłożyła pegazie piórko i podskoczyła bliżej. Otuliła się kawałkiem królewskiej szaty i zapatrzyła się w ogień. Języki ognia kiwały się i skakały po drewnie, barwą i ruchliwością przypominając lisie ogonki. - No, i smoczyca nie wróciła do swego stawiku... - Ależ wróciła - roześmiała się pchełka. - Smoczy stawik to przecież miejsce, gdzie smok czuje się najlepiej. Nieważne, czy


Pchełkołapka • 109

to będzie woda, lisia norka, czy rozległe pole. Dla smoka nie jest ważne miejsce pobytu, ale jego jakość. Martwi mnie tylko jedno... - Co takiego, pchełko? - Kamień_Leona. Wystarczy jedno kichnięcie i  smok na powrót będzie smokiem. - Nie zapowiada się na infekcję, droga pchełko - zażartował Król, a potem wyjaśnił. - Jedną z właściwości kamienia jest to, że po pewnym czasie rozpuszcza się w organiźmie, jak lekarstwo. Jeśli smok zdecyduje się pozostać lisem, to będzie nim. - A zdecyduje się? - Smok znalazł to, czego najbardziej poszukiwał. Czemu na nowo chciałby się odmieniać? - No, tak... - westchnęła pchełka, przymykając oczy. Za oknami wiatr szeleścił w liściach, wygrywając na nich jesienną melodię. Ogień z kominka roztaczał sobą usypiające ciepło. Idealny nastrój na szczęśliwe zakończenie... - Nie będzie ci brakowało smoka, pchełko? - Nigdy mi go nie brakowało, Królu - szepnęła pchełka. Zawsze trzymałam łapkę na jego ogonku. - Pewnie dlatego i smokowi niczego nie brakuje - zamyślił się Król. Ale pchełka już mu nie odpowiedziała. Spała mocno, śniąc o dwóch lisich płomieniach, przemykających po lasach, polach i ogrodach.

K

ONIEC


110 • Pchełkołapka

Spis treści: Burza ................................................................................. 51 Rozpacz . ............................................................................55 Imię ....................................................................................58 Strażnik ..............................................................................63 Dwa Źródła ........................................................................68 Smocza tęsknota ................................................................72 Gwiezdny wodnik ..............................................................75 Szczególny dzień ...............................................................78 Wielki Ent ..........................................................................83 Drwal .................................................................................87 Krawiec ..............................................................................90 Deszczowa kryjówka .........................................................94 Jaskinia cieni ......................................................................97 Nieswoja poduszka ..........................................................100 Smoczy ogieńi lisia woda ................................................102 Tak samo ..........................................................................105 Przyjaciele . ......................................................................108


Pchelka