Issuu on Google+

Jak układało się moje życie po okupacji. kres powojenny był dla mnie bardzo przykry i smutny. Siedziałem w domu i patrzyłem przez okno jak dzieci, z którymi przedtem bawiłem się całymi dniami, teraz mnie nie dostrzegały. Matka moja wychodziła o świcie i przychodziła w późnych godzinach wieczornych. Pracowała przymusowo u naszej byłej znajomej pani Szatkowskiej. Nie otrzymywała żadnej zapłaty za pracę. Jedynym wynagrodzeniem było wyżywienie. Matka moja, mając świadomość, że pozostawiła w domu dwoje małych i głodnych dzieci, uzgodniła, że to co otrzyma do jedzenia zabierze ze sobą, aby nakarmić dzieci. Starszy brat Bronek musiał palić w piecu w dużym pomieszczeniu, gdzie przebywali żołnierze radzieccy. Tam też dostawał jedzenie. Oprócz palenia w piecach musiał odśnieżać, a latem utrzymywać czystość chodnika i jezdni. Pewnego dnia wykonując tę czynność nie zauważył osoby jadącej rowerem i się nie ukłonił. Został za to bardzo pobity. W domu nie przyznał się rodzinie. Przez nie uwagę zdjął koszulę. Całe ciało było dosłownie sine. Zostawiam ten przypadek bez komentarza, tym bardziej że osoba ta znała naszą rodzinę i dokładnie wiedziała ile rodzice dobrego dla Polaków zrobili. Takie przypadki były dla nas szczególnie bolesne. Żołnierze pijąc dużo alkoholu zagryzali słoniną, a skórę rzucali koło pieca. Brat zbierał te skóry i wkładał do wcześniej

53


przygotowanego woreczka. Była to okrasa niedzielnego jedzenia. Matka, zabierając zupę, która była jej wynagrodzeniem, była bardzo starannie kontrolowana przez córkę pracodawczyni, młodą wówczas kobietę. Z pogardą i ironią odnosiła się do mojej matki mówiąc: „Mutschmanka, pokażcie, co macie”. Historię tej młodej kobiety poznamy w dalszej części moich wspomnień. Głównym pożywieniem mojej matki były jabłka, które przebierała w piwnicy na sprzedaż oraz mleko, które przy dojeniu ukradkiem doiła sobie wprost do ust. Głodni, czekaliśmy z niecierpliwością na przyjście matki. To, co przyniosła nie było w stanie choć trochę nas nasycić. W pierwszej kolejności dostawał mój młodszy brat. Nie rozumiejący sytuacji, zjadał prawie wszystko, mimo, że dostawał nieco jedzenia u państwa Rykaczewskich. Dla mnie nie zawsze starczało. Nikt mnie na obiad nie zapraszał, tak jak ja to robiłem w czasie okupacji. Nie zapraszano mnie również do zabawy. Byłem smutny i samotny. Nie byłem kolegą Edkiem, byłem Szwabem. Pewnego dnia na podwórko przyjechał pan Patyk. Był to teraz bardzo bogaty gospodarz, który przejął gospodarstwo na wsi Bógpomóż po niemieckiej rodzinie Molzanów, u których był parobkiem.

Widząc

mnie,

wałęsającego

się

chłopaka,

zaproponował pracę w gospodarstwie i przy pasieniu bydła. Pamiętam ten pierwszy dzień, kiedy pojechaliśmy na wieś. Gospodarz przyniósł ze spiżarni świeży chleb i masło, którym mi grubo ten chleb posmarował. Było to dla mnie zbawienne po tylu dniach głodu. Zgodnie z naszą umową wypasałem dość duże stado

54


krów i cieląt na bardzo żyznych łąkach. Mieszkałem w stajni w komórce, którą w czasie okupacji zajmował mój gospodarz. Za przykrycie służył mi stary łachman i siano, a prześcieradło dostałem po pół roku, kiedy przyjechała jego matka. Po sześćdziesięciu latach zastanawiam się, czy mogę mieć żal do pana Patyka, że w tak trudnych warunkach musiałem u niego mieszkać. Odpowiedź z całą stanowczością brzmi: NIE. Kto myślałby inaczej, nie wie, co to znaczy być śmiertelnie głodnym. Nie wie, co gotów jest zrobić człowiek, aby napełnić żołądek. Nie wie, co znaczy być odrzuconym i wyśmiewanym przez kolegów, z którymi się kiedyś kolegowało. Pan Patyk był dla mnie ostoją i ratunkiem. Był to młody wówczas człowiek, kawaler, który tak jak ja w tym pomieszczeniu spał w czasie okupacji i może tym samym łachmanem się przykrywał. Zajęty był gospodarstwem i wszystko, co działo się obok było mało ważne. Kiedy po latach go spotkałem, to naprawdę z szacunkiem, szczerze mówiliśmy o pewnych wydarzeniach tamtych lat, które przynosiły nam dużo radości. Znając sytuację w domu miałem świadomość, że doświadczam wielkiego szczęścia. Po żniwach pola należy zaorać. Przydzielono mi dwa bardzo duże konie, które otrzymało to gospodarstwo z tzw. “Unrry” oraz skibowiec, to jest bardzo ciężki dwuskibowy pług. Przydzielono pole do orania, pokazano na kawałku ziemi jak się orze i dalej musiałem sobie radzić. Na prostych odcinkach radziłem sobie doskonale, ale na końcu pola trzeba było ten ciężki pług

55


odwrócić. Do tej chwili nie umiem sobie wyobrazić, jak mogłem temu podołać. Po tak długim głodowaniu i ziębnięciu, było cudem Bożej łaski, że za każdym razem na skraju pola byłem w stanie to ciężkie narzędzie odwrócić. Po dwóch latach bardzo chory z wrzodami z przeziębienia wróciłem do domu. Choroba była bardzo bolesna i groziła amputacją nogi. Jedynym lekarstwem, które było w zasięgu naszych możliwości, to młode, świeże, lepkie olszynowe liście. Przynosiły mi ulgę i niwelowały stany zapalne. Kiedy pewnego dnia, po tygodniach nieprzespanych nocy, wrzód pękł i zobaczyłem ile ropy wypłynęło, byłem przekonany, że z tej nogi już nic nie będzie. Przyczyna leżała w przeziębieniu krwi. Z powodu braku obuwia – latem i zimą biegałem boso. Zima nie była tak kłopotliwa, ponieważ gro prac przy zwierzętach wykonywano w oborze. Straszny był okres wczesnowiosenny i jesienny, kiedy rano musiałem boso wypędzać zwierzęta na oszronioną łąkę i na mokrej trawie przebywać niemal cały dzień. Na Gwiazdkę, albo na urodziny dostałem od mojej matki drewniaki. Radość moja była ogromna. Dzisiaj nie umiem wyobrazić sobie takiej rzeczy, która ucieszyłoby mnie tak, jak tamte drewniaki. Po przeszło dwóch latach rodzinie mojej zaczęło powodzić się lepiej. Matka otrzymała już płatną pracę. Poza tym dorabiała nocami praniem bielizny zamożnych ludzi. Brat mój pracował wyjątkowo ciężko przy regulacji Wisły. Przez cały dzień ten 15-to letni chłopak musiał nosić 50-ciokilogramowe worki z cementem.

56


Była to praca przy budowie główek, to jest zapór na Wiśle. We wrześniu 1947 roku, kiedy miałem 11 lat zapisano mnie do szkoły podstawowej. Aby uniknąć przezwisk zapisano mnie do szkoły daleko od mojego miejsca zamieszkania. Nauka w szkole szła mi bardzo źle. Pisałem pół po polsku i pół po niemiecku. Tylko dzięki cierpliwości i wyrozumiałości starszej nauczycielki pani Nalaskowskiej zdołałem ukończyć szkołę podstawową. Przez kilka lat pobierałem korepetycje u pani Majczyńskiej, za co nosiłem węgiel na czwarte piętro. Tam też bardzo często dostawałem obiad. Latem zakres moich obowiązków uległ poszerzeniu – dowoziłem obiad do uzdrowiska „Michelin”, 5 km od Włocławka, gdzie przebywała córka pani Majczyńskiej. Okres dorastania, a może to, że posiłek poprzedzony był dużym wysiłkiem, ciągle chodziłem niedojedzony. Matka, widząc tę sytuację, uzgodniła w prywatnej piekarni, która była po drodze do mojej szkoły, że mogę dostać każdego dnia jedną bułkę. Właścicielką i sprzedawczynią w tej piekarni była pani Michalak, znajoma moich rodziców. Była to starsza już pani, której trudno było wykonywać niektóre prace w piekarni. Przychodząc po bułkę deklarowałem swoją pomoc. Przesuwałem z jednego miejsca na drugie kosze z bułkami czy chlebem. Dostawałem za to dodatkowo dużych rozmiarów drożdżówkę. Moja przebiegłość sięgała dalej. Również na tej samej ulicy był sklep z końskim mięsem i kiełbasą. Właścicielem tego sklepu był pan Manke. Była to bardzo bogata rodzina posiadająca przed wojną

57


i w czasie okupacji we Włocławku wiele domów i kilka dużych sklepów rzeźnickich, które po wojnie, jak wszystkim Niemcom, zostały zabrane. Po wojnie sklep jego mieścił się w małym, wynajętym pomieszczeniu. Znałem tego pana jako bardzo aktywnego

członka

rady

parafialnej

w

naszym

kościele.

Znajomość, a głównie gotowość pomocy w jego sklepie była również hojnie wynagradzana. Przechodząc koło sklepu bardzo głośno pozdrawiałem go słowami „Dzień Dobry”. Reakcja często była taka, że wołał mnie do sklepu i odkrawał mi kawałek kiełbasy. Świadomość że ma się już dużą rumianą bułkę, a teraz jeszcze kawałek kiełbasy sprawiał że byłem bardzo szczęśliwy. Ale w szkole trudno mi było skupić się i śledzić tok lekcji. Z niecierpliwością oczekiwałem przerwy, aby z moich pachnących artykułów zrobić użytek. Kontynuując temat związany z panem Manke, otóż zostałem pewnego dnia poproszony z kolegą do sklepu mojego znajomego. Mieliśmy w czasie dużej przerwy przenieść kilka skrzyń z magazynu do sklepu. Praca trwała niecałe dziesięć minut. Zostaliśmy za to wynagrodzeni pokaźnymi kawałkami kiełbasy. Ponieważ przerwa dobiegała końca, musieliśmy czekać kolejnej, aby spożyć zarobioną kiełbasę. Pokusa jednak była tak wielka, że na lekcji ukradkiem postanowiliśmy zjadać naszą zdobycz. Nauczycielka widząc, że nasze ręce za często są pod ławką, kazała wyłożyć na blat ławki to, co mieliśmy. Nie mając żadnej możliwości ukrycia wyłożyliśmy naszą kiełbasę na stół. Nauczycielka momentalnie

58


zorientowała się, że jest to końska kiełbasa. Zbladła momentalnie i tylko zdążyła powiedzieć wychodząc z klasy „chłopcy wy się zatrujecie”. Skończyło się wszystko pomyślnie. My nie byliśmy chorzy, a pani po zażyciu leków wróciła do normalnych zajęć. Porównując tamte odległe już czasy do obecnych, stwierdziłem, że niewiele się zmieniło. Słyszymy niemal codziennie, że dzieci z biednych rodzin, takich jak my byliśmy, przychodzą do szkoły głodne. Jedynym posiłkiem jest ten, który otrzymują w szkole. Bieda i poniewierka, którą przeżyłem sprawiła, że jestem na to bardzo wyczulony. Staram się zawsze, przynajmniej jakimś datkiem wesprzeć żebrzących, chociaż świadomy jestem, że nie zawsze pieniądze, które dałem przeznaczono na żywność. Nie zmienia to jednak mojego stosunku do tych ludzi. Krótko po tym, jak od gospodarza pana Patyka wróciłem do domu,

musieliśmy

opuścić

pralnię,

59

w

której

dotychczas


mieszkaliśmy. Przydzielono nam, co prawda, duży ale bardzo zniszczony pokój na piętrze, w budynku w którym mieszkaliśmy dawniej. Brakowało w nim jednej ściany, wyrwanej w czasie wysadzania mostu. Staraliśmy się wszelkimi sposobami tę wyrwę załatać. Zimą było to szczególnie uciążliwe. Mimo to byliśmy bardzo szczęśliwi, czuliśmy się bogatsi od innych, którzy w ogóle nie posiadali mieszkania. Szybko rozeszła się wiadomość wśród znajomych, że posiadamy kawałek dachu nad głową. Już następnego dnia przyszła starsza pani, matka nauczyciela z Łęgu, pani Wolszlegier z prośbą aby ją przyjąć, bo nie ma gdzie mieszkać. Nie można było odmówić. Matka znała tę panią i jej syna od bardzo dawna. Przydzielono jej kąt gdzie, urządziła sobie miejsce do spania. Następnego już dnia przyszła pani Kirszner, staruszka, która prowadziła przed wojną i w czasie okupacji sklep z napojami. Prośba była jedna - proszę mi pozwolić u państwa zamieszkać Zdjęcie powyżej: Rok 1948. Matka ze swoimi dziećmi.

jestem na ulicy. Tej pani również nie można było odmówić. Przyciągnęła z sobą dużych rozmiarów kosz, w którym miała trochę odzieży i coś do przykrycia. Kosz ten stanowił w ciągu dnia siedzisko a nocą miejsce do spania. Trudno mi powiedzieć, kiedy zgłosił się Erwin Janke, z zawodu szewc. Był to stosunkowo młody, ale bardzo schorowany człowiek. On też dostał miejsce, gdzie mógł siedzieć, a w nocy w tym miejscu spać. Po kilku dniach

60


Erwin Janke ze łzami w oczach prosił o przyjęcie swojej matki, która u jakiegoś gospodarza mieszka w oborze. Były to pytania i prośby, których nie można było odrzucić. Ludzie ci stali z tobołkiem w ręku nie mając żadnych możliwości na przetrwanie. Nie pamiętam okoliczności, ale w mieszkaniu znalazła się również córka niemieckiego majora z bardzo malutkim dzieckiem. Nazwiska dokładnie nie pamiętam. Prawdopodobnie pani Nehring. Ojciec jej, starszy już człowiek, oficer niemiecki, po wejściu Rosjan został zastrzelony w swoim domu, a ona znalazła się na ulicy. Nigdy nie uświadamiałem sobie ilu ludzi wspólnie zamieszkiwało ten pokój, zważywszy, że nasza rodzina składała się z czterech osób. Nasuwa się pytanie, z czego żyli ci ludzie? Jak wyglądał normalny dzień w tym mieszkaniu? Jak zdobywali środki do życia? Nikt nie próżnował. Pani Kirszner była wyjątkowo zręczną hafciarką. Robiła piękne serwetki i makatki, które sprzedawała wśród znajomych. Haftowała na czapkach studenckich i licealnych symbole kierunków studiów. Córka majora, mimo, że była zajęta małym dzieckiem, to szyła piękne rękawiczki ze ścinków tkanin i odpadów szmat. Była osobą bardzo pomysłową i zaradną. Nie mając pieniędzy na zakup pudru dla dziecka prosiła mnie, abym przyniósł jej ze starego, zniszczonego domu kawałki bardzo spróchniałego drewna. Rozdrabniała je i przesiewała. W ten sposób sporządzała idealną zasypkę dla dziecka. Po latach matka moja mieszkająca w Hamburgu przypadkowo

61


zetknęła się z nazwiskiem tej pani. Okazało się, że tą malutką dziewczynką jest obecnie lekarz stomatologii, z której usług korzystała. Pan Janke też nie próżnował. Trudno mi ustalić skąd miał pieniądze, ale kupił materiał na zrobienie jednej pary butów. W domu, przy oknie wykonał te buty bardzo starannie. Jechał z tymi butami na wieś i tam je sprzedawał. Za zarobione pieniądze kupował materiał na następną parę, a za resztę pieniędzy przywoził słoninę, mięso i mąkę od gospodarzy. Mimo, że nikt nikomu obowiązków nie narzucał, każdy starał się być użyteczny w tej grupie. Moim zadaniem było przynoszenie wody, drewna i sprzątanie, co z większym lub mniejszym powodzeniem wykonywałem. Dostałem pewnego razu zadanie, które przerastało moje umiejętności. Miałem kupić na rynku żywą kurę. Wyraźnie oponowałem, ponieważ nie wiedziałem jak mam to zrobić. Matka udzieliła mi instruktażu, który z przyjemnością przekazuję, bo może komuś ta wiedza przyda się w życiu. Otóż należy z klatki wybrać kurę o czerwonym grzebieniu i aktywną w grupie. Po wyjęciu z klatki należy jej dmuchnąć w pióra w okolicy pupy. Jeżeli będzie żółta, to oznacza, że jest tłusta i nadaje się do kupienia. Miałem szczęście, że za pierwszym razem, kiedy przeprowadziłem ten eksperyment, okazała się żółta. Była poza tym bardzo ładna, a pióra były niespotykanie kolorowe. Gospodyni, od której ją kupiłem była zdziwiona, że w sposób tak profesjonalny dokonałem zakupu.

62


Wkładając ją do teczki już myślałem, jak przekonać moją mamę, aby tej kury na obiad niedzielny nie zabijać. Będąc koło domu zajrzałem z ciekawością do mojej torby. Nieomal upadłem z przerażenia. Kura w torbie nie dawała znaków życia, ponieważ niosąc, za mocno ją przygniatałem. Szybko ją wyjąłem zacząłem jej dmuchać do dzioba. Nie wiem skąd przyszedł mi do głowy taki pomysł. Kura zaczęła wykazywać oznaki życia, co świadczyło że zdążyłem ją uratować od śmierci. Radość była wielka, a tym samym czułem, że jestem zobowiązany walczyć o dalsze życie mojej kury. Tak wyglądało codzienne życie ludzi nawzajem sobie potrzebnych i pomocnych. Rozeszła się wiadomość, że można starać się o rehabilitację. Niektórzy,

posiadający

pieniądze,

złożyli

dokumenty

rehabilitacyjne. Inni nie mający żadnych możliwości zdobycia pieniędzy wyczekiwali co będzie dalej. Matka moja, pracująca u prokuratora miała już papiery, z których wynikało, że sprawa rehabilitacji jest w toku. Pewnej nocy przyszła milicja, aby sprawdzić dokumenty osób zamieszkujących w naszym pokoju. Zabrano wówczas, nie mającą dokumentów panią Nehring z dzieckiem i panią Wolszlegier. Jak mi wiadomo zostali zawiezieni do Potulic, a stamtąd do Friedland w Niemczech. Pamiętam i nigdy nie zapomnę, jak spod uchylonej kołdry, dygocąc ze strachu, widziałem moment aresztowania i przerażenie tych ludzi. Na oczach aresztujących milicjantów panie musiały się w

63


pośpiechu ubierać. Matka moja pomagając ubrać się starszej pani Wolszlegier zauważyła, że nie posiada ona żadnej bielizny, suknie dosłownie zakładała na gołe ciało. Pobiegła do spiżarni, ponieważ nie było innego pomieszczenia, tam zdjęła swoją bieliznę dając tej pani.

Widząc

to

czego

dokonywała

moja

matka,

nie

uświadamiałem sobie w pełni, jak głęboko współczuła tym ludziom. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek o tych sprawach w naszym domu się mówiło. Wiem, że matka po latach utrzymywała z nimi telefoniczne kontakty. Ciągle dziękowaliśmy Bogu, że pozwolił przeżyć tak straszliwy okres. W pobliżu Włocławka były dwa obozy. Jeden w Mielęcinie a drugi w

Potulicach. W Mielęcinie była osadzona późniejsza żona

mojego starszego brata pani Halina Tomaszuk i jej brat Janek. Niedawno dopiero mogłem się dowiedzieć, co oni tam wycierpieli. Ze wzruszeniem słuchałem tego opowiadania. Tylko dzięki Bożej pomocy i szczęśliwemu zbiegowi okoliczności przeżyła ten trudny okres. Obóz w Potulicach był znacznie gorszy. Na terenie tego obozu znajdują się dziesiątki zbiorowych mogił Niemców, którymi do tej pory nikt się nie zajmuje. Nad jedną z tych zbiorowych mogił przebiega asfaltowa droga. Spotkałem człowieka, który był tam osadzony, ale nie mógł ze wzruszenia o warunkach w tym obozie opowiedzieć. Do chwili obecnej są takie miejsca,

w

których

przetrzymywani byli Niemcy

64


w nieludzkich warunkach. Przed rokiem nagłośniony został fakt mordu na ludności niemieckiej mieszkającej w Nieszawie i okolicy. W dniach 5-7 września 2005 r. w Nieszawie odbyła się konferencja poświęcona wydarzeniom ostatnich miesięcy roku 1945. Grupa funkcjonariuszy z Aleksandrowa Kujawskiego w nocy z 7 na 8 kwietnia 1945 utopiła w Wiśle grupę dzieci, a kobiety i starców rozstrzelano. Rzeka Wisła, która przynosiła bogactwo temu miastu, stała się grobem dla mieszkańców którzy przez setki lat tam zamieszkiwali. W miejscu tej tragedii odsłonięto pomnik, na którym znajdują się słowa „Przebaczamy i prosimy o wybaczenie”, „Polskim i Niemieckim niewinnym ofiarom wojny i przemocy z Powiatu Nieszawskiego w latach 1939 – 1945. Uroczystość odbyła się z udziałem

władz

miasta,

naukowców

z

różnych

polskich

uniwersytetów oraz licznej grupy historyków z Niemiec. Podobna tragedia wydarzyła się w Słońsku. W tej wiosce w tragicznych okolicznościach zginęli, między innymi, moi wujkowie (zanim zostali rozstrzelani byli w sposób nieludzki męczeni, po skrępowaniu rąk zostali językami do stołu przybici i katowani). Wykaz osób, które zginęły w „słońskiej krwawej niedzieli” znajduje się w książce „Słońsk – Chronik eines deutschen Dorfes an der Weichsel in Mittelpolen” autorstwa Emil Mielke („Kronika jednej niemieckiej wioski położonej nad Wisłą w Polsce centralnej”). Oprawcami były również osoby z Aleksandrowa Kujawskiego oraz niektórzy sąsiedzi z tej wioski.

65


Ofiary „krwawej niedzieli” w Słońsku. Z tej grupy jedynie mój ojciec (drugi od prawej w dolnym rzędzie) w wyniku pobicia zmarł w 1945 roku we Włocławku

W czasie tej konferencji prof. Włodzimierz Jastrzębski z Uniwersytetu Bydgoskiego poświęcił dużo miejsca tematowi „krwawej niedzieli” w Bydgoszczy oraz obozom w Milęcinie i Potulicach, w których osadzeni byli Niemcy po zakończeniu wojny. Zastanawiam

się

często, jaki był stosunek ogółu

duchownych

ewangelickich do członków

66


parafii narodowości niemieckiej. Z moich doświadczeń i zebranych opinii wynika, że tylko nieliczni utożsamiali się z problemami swoich parafian. Takim właśnie wiernym duszpasterzem był ks. dr Lewandowski, proboszcz parafii we Włocławku. Był obecny na każdej niemal sprawie rehabilitacyjnej. Przysłuchiwał się i w wielu kwestiach udzielał wyjaśnień. Wyraźnie protestował, jeżeli działa się krzywda i kiedy sędziowie wyżywali się na ludziach, którzy z braku znajomości języka, nie mogli się bronić. Daleki jestem od negatywnej

oceny

pozostałych

księży.

Myślę,

że

takich

duchownych, jak ksiądz dr Lewandowski było więcej. Ja jednak nie znalazłem wielu takich przypadków. Analizując powody wyjazdu z Polski naszych współwyznawców i ten aspekt sprawy należy również wziąć pod uwagę. Chociaż funkcjonuje również przekonanie,

że

praprzyczyna

leży

w

przegranej przez Niemców wojnie. Parafianie, którzy pozostali

w

gromadzili

Polsce się

i

wokół

swojego

kościoła

potrzebowali

głównie

poczucia

bezpieczeństwa.

Nie gwarantowało im tego ani państwo ani Kościół. Brak bezpieczeństwa przejawiał się w zakłócaniu nabożeństwa.

67


Niemal na każdym byliśmy świadkami, jak przez okna wpadały do kościoła wcale nie małych rozmiarów kamienie. Przez lata powtarzała się ta sytuacja. Dopiero ksiądz Feruga polecił założyć siatki na okna. Zastanawiam się, czy rodzice tych dzieci oraz katoliccy księża nie wiedzieli o tych wybrykach. Przecież meldunki o tym wysyłane były do władz administracyjnych i kościelnych. Jednakże władze te ani nie szukały winnych, ani nie wysiliły swoich głosów, by stanowczo potępić takie zachowania.

68


53-86 ROZDZIAL IV