Issuu on Google+

Rok 2009, nr 1-2

2 sierpnia 2009

IŃSKIE POINT XXXVI IŃSKIE LATO FILMOWE G W T Y M N U M E R Z E :

XXXVI ILF RUSZYŁO

A

Z

E

T

A

F

E

S

O D

T

I

W

A

L

O

W

A

R E D A K C J I

2

Już po raz drugi członkowie i członkinie Koła Naukowego FilmoKinematgraf

2

znawców Uniwersytetu Łódzkiego oddają w Wasze ręce pismo festiwa-

Poste Restante

3

lowe „Ińskie Point”. Raz jeszcze wykażemy się szaleństwem, rezygnując

Kiedyś w Afryce

3

na ponad tydzień z deficytowego towaru, jakim jest słońce na polskim

Slumdog

4

firmamencie i długi sen we własnym łóżku, zamykając się w ciemnych salach tylko po to, by poddać się wspólnej hipnozie przy dziełach, które i

Opowieści na dobranoc

4

tak będzie można niebawem ściągnąć z internetu. To oczywiście wariant Ego

5

Wywiad z Krzysztofem Jankowskim

6

idealistyczny. Sprzyjające rekreacji okoliczności ińskiej przyrody zmuszą nas zapewne do zastosowania złotego środka. Pragniemy także włączyć Wasz głos do debaty nad prezentowa-

Zjazd

7

nymi na festiwalu tytułami. Specjalna grupa dochodzeniowa krążyć bęAfonia i pszczoły

8

Papierowy żołnierz

9

dzie wśród widzów, pytając o wrażenia z obejrzanych filmów. Zapraszamy również do wszelakiego rodzaju polemik z naszymi opiniami (informacja dla chętnych do współtworzenia naszej gazety – siedziba

Wybraniesz

10

Ile waży koń trojański

11

redakcja mieści się w budynku szkoły). Do zobaczenia na festiwalowych salach i na ciepłych piaskach ińskiej plaży! Redakcja

Stopka redakcyjna

12


S t r o n a

2

I Ń S K I E

X X X V I

I Ń S K I E L A T O R U S Z Y Ł O !

-- Ińskie Lato Filmowe. - A co to? - Zobaczymy. Jedziesz? - Jadę. Pobudka o piątej, zdecydowanie zbyt wcześnie, by się wyspać – siedem godzin podróży pociągiem, godzina samochodem, kilka napojów energetyzujących. I jestem. Niewielkie miasteczko, knajpki, jezioro, kino Morena. Ciekawe, czy było warto. Do kina wchodzę na kilka minut przed rozpoczęciem inauguracji, ubrana w szare rybaczki i niezbyt formalną bluzkę. Jest źle. Zdecydowanie wyróżniam się z tłumu elegancko ubranych gości, którzy, w przeciwieństwie do mnie, zapewne nie po raz pierwszy uczestniczą w tego typu imprezie. Obiecuję sobie pamiętać o stosownym stroju na kolejnych pokazach. Zasiadam w zatłoczonej sali kinowej, na podwyższeniu dwa mikrofony czekają już na organizatorów. Otwarcie imprezy standardowe: Prezes Stowarzy-

K i n e m a t o g r a f n i e Ki nema togr af . Pogrom. Na widowni cisza. Mam łzy w oczach. I, wnioskując po twarzach sąsiadów, pozostali goście również. Dwunastominutowa animacja Tomasza Bagińskiego naprawdę trafia w samo serce. Doskonały rys psychologiczny postaci i ich niespłycone, realistycznie ukazane zachowania każą utożsamiać się z bohaterami i razem z nimi przeżywać emocje, któ-

F I L M O W E

szenia Ińskie Lato Filmowe i Stopklatki SA Adam Bortnik wita zgromadzonych, kilka słów pada z ust uroczo poddenerwowanego Burmistrza Ińska, Andrzeja Racinowskiego, podziękowaniom i wyrazom radości nie ma końca, podniosła atmosfera się rozkręca, po czym na scenie pojawia się całkowicie rozluźniony Przemek Lewandowski (Dyrektor Artystyczny Festiwalu)... i szlag trafia całą oficjalność. Człowiek z dredami do pasa jest w swoim żywiole, a jego entuzjazm udziela się gościom. Zostajemy poinformowani o planowanych pokazach i odbieramy naukę, iż oglądanie filmów na małym ekranie zabija ich magię. Żadnych płyt DVD, żadnej telewizji – tylko kino. Wierzymy mu. Ja wierzę. Czekają na nas trzy filmy, każdy zostaje poprzedzony odpowiednim komentarzem wprowadzającym w nastrój adekwatny do charakteru przedstawianego obrazu. Jedziemy.

— B a ś n i o w o , d o ś m i e c h u .

rych doświadczają, co, zważywszy na długość filmu, jest sztuką niełatwą. Konwencja niby baśniowa, ale wcale nie do śmiechu. Fabuła dość prosta, ale z niezwykłą głębią. Kondensacja emocji – niebezpiecznie wysoka. Po projekcji chwila wytchnienia emocjonalnego. Wręczenie wspólnej nagrody Kino Polska i Stopklatki. O miano Offowego Odkrycia Roku wal-

P O I N T

a l e

w c a l e

czyły filmy długometrażoScena z filmu „Kinematograf” we, z których pięć najlepszych poddano ocenie internautów. Zwycięzcą drugiego dnia festiwazostał niskobudżetowy lu. obraz Ego w reżyserii Krzysztofa Jankowskiego, który można będzie obejrzeć już przed południem


R o k

2 0 09 ,

n r

1 - 2

S t r o n a

A d r e s : Kolejna realizacja, Poste Restante również chwyta za serce, choć w inny niż Kinematograf sposób i z innych względów. Widza poraża świadomość autentyczności przedstawionych scen. Z pozoru nudna tematyka historii listów niedostarczalnych uświadamia skalę zjawiska, jakim jest poszukiwa-

N i e b o

nie pomocy, kontaktu głównie przez dzieci. Do Wydziału Listów Niedoręczalnych w Koluszkach trafia rocznie około milion listów. Piętnaście procent z nich adresowanych jest do Boga. Tytuł produkcji nawiązuje do formy dostarczania przesyłek - nie bezpośrednio do adresata, ale Wydanie książkowe listów do Boga do „najwygodniejszego”

Kiedyś w K o l o n Afryce to obraz zgoła nietypowy: utrzymany w podniosłym tonie socrealistycznej propagandy, w osiemdziesięciu procentach złożony z autentycznych materiałów filmowych i nagrań Biblioteki Narodowej, wymagał czterech lat pracy. W założeniu reżysera film miał trafiać do młodszego pokolenia, wyśmiewać nieodpowiedzialność i poprzez kpinę krytykować absurdalne pomysły. Rzeczywiście, peerelowska patetyczność rodem z filmów Munka w zestawieniu z nierealistyczną z dzisiejszej perspektywy ideą kolonizacji Afryki zmusza do śmiechu. Jednak jest w tym coś „Czy nasza Witkiewiczow- Marynarka była s k i e g o . Śmiech ów bandą zamiera bo- snujących wiem na mrzonki ustach i zmusza do reflek- zarozumiałych sji, a odwoła- idealistów?” nia do współczesnej polityki zagranicznej Polski uderzają w nasze przywary narodowe i moralność. Siedzę zachwycona. Przed zgromadzonymi pojawia się reżyser ge-

i a l n e

dlań oddziału pocztowego. Motyw ten zostaje rewelacyjnie wykorzystany w ostatniej scenie filmu, gdy wiatr unosi strzępy niedostarczonych listów pomiędzy chmury.

k o n t r o w e r s j e

wionych obrazów traci już nialnej produkcji, Piotr Jaworski. Tak, cierpliwość. Po ciężkich bojach ze będą się sypać pochwały, gratulacje wzburzonym Starszym Panem – w końcu mu się należy. Pierwszy Przemkowi Lewandowskiemu głos z widowni i... zdecydowana krytyka. Również kolejne komentarze nie są pochlebne. Chyba jestem z innej bajki. Nie bardzo rozumiem. Starszy Pan zarzuca filmowi jednostronność, a samemu reżyserowi manipulację dostępnymi materiałami. Mówi o wyśmiewaniu i braku udaje się zakończyć dyskusję i poszanowania dla Ligi Morskiej, któ- zaprosić gości na oscarową prorej sam był członkiem i która, jak dukcję Danny'ego Boyle'a Slutwierdzi, pełniła ważną rolę wycho- mdog. Milioner z ulicy. wawczą. Z kina wychodzę zaskoczona, Trochę zbił mnie z tropu. Halo! jakaś natchniona i przepełniona Jestem przedstawicielką pokolenia, ogromem „niemoich”, filmowych do którego film był adresowany i zro- emocji. Osobliwe uczucie, ale zumiałam przesłanie! Wcale nie uwa- wcale nie nieprzyjemne. Już mam żam, po tym, co zobaczyłam, że na- ochotę wracać. Zapowiada się sza Marynarka była bandą snujących naprawdę dobrze… mrzonki zarozumiałych idealistów, więc skąd to oburzenie? Reżyser Jeżyna wyrozumiale udziela wyjaśnień, choć część widowni niezwiązanej emocjonalnie z Ligą i pragnącej napawać się niekonwencjonalną formą przedsta-

3


S t r o n a

4

I Ń S K I E

P O I N T

Najwięcej nauczysz się nie w szkole, a na ulicy! Czy Jamal Malik naprawdę miał aż tak olbrzymią wiedzę, aby wygrać ten teleturniej? Jasne, że nie. Miał dobrą pamięć i zajebiste szczęście. Bo przecież nie miał wcześniej dostępu do zadawanych mu pytań… Tematem Slumdoga. Milionera z ulicy stają się uliczne doświadczenia Jamala. W Milionerach znajdują swe odbicie w postaci pytań otrzymywanych przez chłopaczka ze slumsów. W ten sposób z każdą odpowiedzią poznajemy też część niezwykłej historii Jamala, jego zręczność i odwagę, które prezentował od czasu smutnego, brudnego dzieciństwa, aż do chwili obecnej, kiedy staje się milionerem. Dlaczego zgłosił się do teleturnieju? Aby zmienić swoje życie, uratować ukochaną, pomóc bratu? Naiwność filmowej opowieści jest po prostu ujmująca. Osobiście nie wierzę – i szczerze mówiąc też ich nie lubię – w egzotyczne historie rodem z bajek z Tysiąca i jednej nocy. To, co widzowie otrzymali w trakcie seansu, to nachalnie, wręcz namacalnie wyeksponowana przez reżysera multikolorowa egzotyka kultury

hinduskiej. Ten obraz nigdy by nie powstał, gdyby nie sprawdzony już sukces eksportu produkcji bollywoodzkich na stary kontynent, które mieszczańska europejska publiczność ochoczo kupiła. I tak Hindusi wkradli się w łaski widowni, opanowując filmowy zachodni rynek. To, co modne na Zachodzie, musi być modne i u nas... Czy film Boyle’a zapisze się na kartach historii światowej kinematografii, także dzięki nagrodom, które zdołał zgarnąć przez cały rok? Na pewno godne uwagi są zdjęcia (nagrodzone m.in. na Camerimage), montaż i muzyka, niezwykle popularna dzięki zespołowi Pussycat Dolls, natrętnie emitowana w telewizji i radiu. To trzy główne aspekty, składające się na międzynarodowy sukces Slumdoga. Sprawiają, że tę historię dobrze się ogląda, chłonie się całe to bogactwo wizualne, a do tego dobrą nutę w dolby surround. Krótko – Jai Ho, czyli zwycięstwo!■ Diana Dąbrowska Slumdog. Milioner z ulicy to historia Jamala, hinduskiego biedaka ze slamsów. Od wygranej w Milio-

nerach dzieli go jedno pytanie. Zanim zdąży na nie odpowiedzieć, w jednodniowej przerwie aresztuje go policja. Funkcjonariusze stawiają Jamelowi zarzut oszustwa. Chłopak wychowujący się na ulicy nie może znać odpowiedzi na teleturniejowe pytania! Ten moment jest doskonałym pretekstem do opowiedzenia w retrospekcjach historii życia nastolatka. Laureat Oskarów, Slumdog. Milioner z ulicy trafił do szerokiej dystrybucji niejako z pozycji kultowej; zyskał sympatię masowej publiczności, mimo iż dla wielu okazał się zbyt chaotyczny. Wytrawny miłośnik sztuki dostrzeże w nim ślady wielkiego dickensowskiego realizmu, klasycznego kina gangsterskiego w stylu Jamesa Cagney'a, szalonych komedii o nieoczekiwanych happy endach. Ów film to rozrywka na trudne czasy, losy chłopca ze slamsów dają nadzieję, bo ten przecież – mimo wszystko! – zdobywa pieniądze i ukochaną. Sen czy bajka? Ani jedno, ani drugie – raczej hollywoodzkobollywoodzki sposób na kryzys w kinie. ■ Fiołek, Lila, Ewa

Poranek dla dzieci. Dzień pierwszy „Wspaniały pomysł! Organizatorzy nie zapomnieli o dzieciach, które nad jeziorem spędzają wakacje. Będziemy przychodzili z dziećmi każdego dnia, bo to dobry sposób spędzania wolnego czasu” – mówią rodzice dwóch małych dziewczynek. 9 rano. Wchodzę do zapełnionej po brzegi sali kinowej w Ińsku. Taki widok zdarza się ostatnio obserwować w wielkich multipleksach, gdy młodzi widzowie wraz z opiekunami przychodzą do kina na popcorn, chipsy i colę w weekendowe popołudnia. W festiwalowej Morenie czas

jakby się zatrzymał... Nikt nie objada się popcornem, nie szeleści papierkami po cukierkach, nie popija coli, nie beka... I dobrze! Przecież kino to nie jadłodajnia. „Jeśli chcecie wysłuchać mojej opowieści, usiądźcie wygodnie...” – zaczyna ciepły głos z ekranu. Małoletnia publiczność milknie i jak zahipnotyzowana wsłuchuje się słowa filmowego narratora Opowieści na dobranoc. Skeeter Bronson, główny bohater filmu, nauczył się opiekować dziećmi swojej siostry, przestał być

„złotą rączką” od i do wszystkiego w hotelu nowego właściciela i założył własny przytulny hotelik. Zdobył miłość pięknej i mądrej kobiety, a ogólnie rzecz ujmując, dobro i prawda zwyciężyły zło i oszustwo. Wszystko to za sprawą wspaniale opowiadanych w filmie opowieści na dobranoc, których współtwórcami są dzieci, a te zawsze wiedzą, co w życiu jest najcenniejsze. Dzieci górą!■ Fiołek


R o k

2 0 09 ,

n r

1 - 2

U n i c e s t w i o n e

S t r o n a

E g o

s a m c ó w

a l f a

W zoologii samiec alfa to, niedawno przeprowadził się do okazuje się przecież, że są niezwynajkrócej rzecz ujmując, osobnik nowego mieszkania. Ma też swo- kle do siebie podobni i właśnie dlapłci męskiej pełniący rolę przywód- je ukochane hobby – należy do tego się wzajemnie wyniszczają. Z cy stada. Dzisiejszy świat drapaczy bractwa rycerskiego. Drugi na powodu owej zbieżności charaktechmur i wielkich interesów jest pozór wygląda jak pozbawiona rów nie są w stanie funkcjonować w systematycznie zapełniany tą cha- perspektyw (nie)szkodliwa bakte- jednej przestrzeni, i nie chodzi tu ryzmatyczną odmianą tytana pracy ria ze społecznego marginesu, wyłącznie o miejsce zamieszkania nastawionego na jeden czy pracy. Jasny zatem jest jasno wytyczony cel, „Debiut Krzysztofa Jankowskiego to film fakt, że opowieść o ich czyli sukces, często uzynieustępliwości zakończyć skiwany kosztem swoich z (bardzo) niskim budżetem, ale i może tylko ostateczne pracowników. Sobie zarazem (bardzo) wysokimi ambicjami.” unicestwienie (w tym wysamemu wszystko zapadku jest to rozegrana wdzięcza, sobie służy, wyjątkowo profesjonalnie siebie chwali i często siebie nisz- której ulubione zajęcie polegało- jak na off konfrontacja dwóch protaczy. Jest się albo z nim, albo prze- by na piciu i paleniu czegoś nie- gonistów na dachu biurowego wieciwko niemu, nie uznaje on żad- zdrowego wątpliwej proweniencji żowca). Smutne, ale też i prawdzinych kompromisów. Tak się dzieje pod cudzym blokiem, zastrasza- we. Bo tacy już ci samce alfa są, i z protagonistami pełnometrażo- jąc przy tym mieszkańców osie- wyniszczają się aż do ostatka sił, wego debiutu niezależnego reżyse- dla. Marcin ma w rzeczywistości utraty tchu. I pomimo usilnych próśb ra Krzysztofa Jankowskiego. Jego dobre serce i zdrowy rozsądek, a bliskiego otoczenia, nie są w stanie Ego otrzymało zaszczytne miano także całkiem poważne aspiracje zaprzestać tej pozbawionej racji i Offowego Odkrycia Roku 2008 w do zmiany swojego statusu spo- logiki rywalizacji, zatracając się w 9 edycji Internetowych Nagród łecznego. Zajmuje się chorym maniakalnym szale współzawodnicFilmowych. Dzieło zostało zapre- ojcem, a cały swój wolny czas twa. zentowane m.in. na festiwalu fil- spędza na nauce w bibliotece, Debiut Krzysztofa Jankowskiego mowym w Gdyni, nagrodzone w przygotowując się pilnie do egza- to film z (bardzo) niskim budżetem, Jeleniej Górze, na zasłużonej dla minów na studia. Właśnie stracił ale i zarazem (bardzo) wysokimi polskiego kina niezależnego mię- pracę. Przez kogo? Oczywiście ambicjami. Doceńmy i wspierajmy, a dzynarodowej imprezie Zoom- Karola. Mści się, napadając go z za rok może dwa do otwartej dystryZbliżenia, otwierało tegoroczny kumplami przed wejściem do bucji kinowej wejdzie najnowsza konkurs debiutantów Młodzi i film klatki schodowej, zabierając mu filmowa propozycja tego utalentow Koszalinie. Podczas 36. Ińskie- przy tym za karę pamiątkę po wanego młodego reżysera.■ go Lata Filmowego Ego znów nie rodzicu. Tata załatwia Marcinowi zawiodło, wzbudzając zachwyt nowe zajęcie w firmie znajomego Diana Dąbrowska wśród widzów kina Morena. – łatwo można odgadnąć, kto Bohater filmu, Karol, jest ele- zostaje jego przełożonym i jakie ganckim i wysoko postawionym będzie miał wobec niego zamiabiznesmenem, Marcin z kolei dre- ry… siarzem czy, jak kto woli, blokerW ten sposób rozbudowuje sem. Dwie indywidualności. Pierw- się ta sieć mało subtelnych intryg szy jest sierotą, po ojcu został mu i niecnych ciosów splatająca tylko cenny zegarek. Poukładany i dwóch głównych bohaterów, tylko odpowiedzialny, chłopak opiekuje na pierwszy rzut oka bardzo odlesię młodszym bratem, z którym głych i różnych. W gruncie rzeczy

5


S t r o n a

6

I Ń S K I E

P O I N T

Krzysztofa Jankowskiego krok naprzód Joanna Rozwandowicz: Czy szukałeś dobrego pomysłu na film długometrażowy, żeby mieć mocne wejście w to, jak sam powiedziałeś, poważne kino, czy postanowiłeś po prostu coś zrobić i zobaczyć, co ci z tego wyjdzie? Krzysztof Jankowski: Wyjściowe założenie było takie, że miał to być film długometrażowy. Z kilku pomysłów na fabułę wybrałem akurat ten, który później został rozwinięty w scenariusz filmu, napisany razem z Dawidem [Kowalewiczem]. Chciałem zrobić film pełnometrażowy, żeby pokazać, że możemy taki film zrobić, bo wcześniej realizowaliśmy filmy krótkometrażowe. Historia była wyjściowo moja, jednak to, co finalnie się pojawia, jest efektem kilkumiesięcznej wspólnej pracy. Kombinowaliśmy, żeby tak tę historię zazębić, tak ją udramatyzować, żeby była ciekawa. Bo o to chodzi, żeby nie było za nudno na tym seansie. Magda Kowalska: Czy rzeczywiście krótki metraż to nie do końca profesjonalne kino? Krzysztof Jankowski: Nie, nie, to nie chodzi o to, że krótki metraż to nie jest profesjonalne kino. Najczęściej od krótkich metraży się zaczyna, bo nie ma pieniędzy, więc jeśli jest możliwość, to robi się taki film. Wydaje mi się też, że zanim zrobi się długi metraż, trzeba najpierw zrobić kilka filmów krótkometrażowych, żeby nabrać wprawy, warsztatu. Można oczywiście zacząć od pełne-

go metrażu, ale mało jest osób, jest jednocześnie strawny i ma które tak robią. My chcieliśmy zro- jakieś przesłanie, wzbudza w człobić film długometrażowy, żeby zro- wieku jakieś emocje. bić krok naprzód po tych rzeczach, Magdalena Kowalska: A przechoktóre robiliśmy wcześniej. dząc do samego filmu... Skąd Joanna Rozwandowicz: A spodzie- wziąłeś aktorów? Czy są to jacyś wałeś się takiego sukcesu? znajomi? Krzysztof Jankowski: Czy się spo- Krzysztof Jankowski: No teraz to dziewałem? Nigdy nie można się już znajomi. Ale to jest tak – kiedy spodziewać. Ja to bardziej widzę w na czwartym roku prawa zaczynakategorii marzeń. Wiadomo, że jak łem robić filmy, takie totalnie offosię robi film, to się marzy, że wej- we, to grali w nich właśnie znajodzie do kin, że się spodomi, których będę ba. Jestem bardzo zadomógł tymi materiawolony, że złapałem kon- „Jestem bardzo łami niedługo komtakt z publicznością, że zadowolony, że promitować, bo to film się jakoś spodobał, już są adwokaci, złapałem kontakt prokuratorzy. Natomimo że krytycy, jury festiwali widzą w nim niedo- z publicznością, miast gdy robiłem ciągnięcia. Ale też fajne mimo że krytycy film dyplomowy, jest to, że profesjonaliści umieściłem ogłowidzą oceniają go jak pełnomeszenie w Akademii trażowy, profesjonalny niedociągnięcia.” Teatralnej, że pofilm kinowy. A widzowie szukuję aktorów nie odbierają go jako film niezależ- do filmu dyplomowego właśnie, ny, offowy, tylko jako normalny film na to ogłoszenie odpowiedziało kinowy, co jest satysfakcjonujące. kilka osób i tak znalazłem tę Ale niestety nie jest tak, że jeśli pu- pierwszą grupę. Potem, poprzez bliczności się podoba, to film od nich, zdarzało mi się szukać inrazu będzie w kinach. W naszym nych aktorów. Bo ogólnie z aktowypadku żaden dystrybutor się nie rami nie ma większego problemu. odważył, nie chciał zaryzykować. Co Ci mniej znani mają czas i chęci, prawda zdawało nam się, że skoro żeby się pojawić, bo wiadomo, film się spodobał, dostał od inter- jest to też szansa dla nich, żeby nautów nagrodę za Offowe Odkry- się pokazać, żeby ktoś ich zauwacie, to jest szansa, że ktoś się od- żył. Natomiast dla tych doświadważy, że to się sprzeda. Ale niestety czonych ważny jesteś ty i twój tak nie było. Ale wiadomo, że za pomysł, jeżeli podoba im się podobrze być nie może. A to jest moty- mysł i to, co mają zagrać, to się wacja, żeby zrobić coś jeszcze le- godzą, mimo tego, że jesteśmy im piej, żeby film nie był typowym fil- w stanie zapłacić tylko symboliczmem komercyjnym, a mimo wszyst- ne kwoty. ko się podobał. Jako reżyserowi Magda Kowalska: Czyli aktorów chodzi mi o to, żeby robić film, który wybierasz raczej pocztą pantoflo-


R o k

2 0 09 ,

n r

1 - 2

wą niż na drodze typowego castingu? Krzysztof Jankowski: Tak, tak. Do filmów casting przeprowadzam swoimi metodami, chodzę na polecone przedstawienia i jeśli ktoś mi się podoba, to się umawiam, robimy próbę. Joanna Rozwandowicz: Mam jeszcze pytanie dotyczące tematyki filmu. Pokazujesz samonakręcającą się spiralę nienawiści, gniewu. Czy to nie jest trochę kpina ze stereotypowej dumy męskiej? Ja to trochę tak odebrałam. Krzysztof Jankowski: Film jest nie tyle o dumie, co o niedojrzałości. Jego bohaterowie chcą być mężczyznami, ale są chłopcami. Oni jeszcze nie dorośli po prostu, nie

S t r o n a

stali się mężczyznami, choć wydaje im się, że już nimi są. I cała dramaturgia osadzona jest właśnie na styku tego, co im się wydaje, i tego, kim są. Może troszeczkę jest to kpina, ale bardziej z tego, że są niedojrzali. Są jak dzieci, które bawią się żołnierzykami. Magda Kowalska: Zostając przy temacie filmu. Jest wzięty z życia, miałeś jakieś podobne doświadczenia, czy są to luźne przemyślenia? Krzysztof Jankowski: Miałem podobne doświadczenia, ale nie na taką skalę. Jest to raczej wynik obserwacji. Coś ciekawego, niebezpiecznie ciekawego, ale jednocześnie wywołującego pytanie, jak to możliwe, że coś takiego się dzieje. Że ludzie przez takie głupoty stają

Doliny są chaosem, czyli Zjazd Najbardziej lubię filmy, które zmieniają sposób widzenia świata, postrzegania rzeczywistości. Zjazd obraca tradycyjną optykę o 180 stopni. Zaśnieżone, strome stoki najwyższych gór są scenerią, w której przez 92 minuty przed oczami widzów rozgrywa się zapierający dech w piersi(ach?) spektakl emocji i wrażeń. Obraz Marka Obenhausa to pełnometrażowy dokument o ekstremalnym narciarstwie wysokogórskim, od jego wczesnych początków w latach siedemdziesiątych, aż po czasy współczesne. Wypowiedzi „gadających głów” uzupełnione są archiwalnymi materiałami, amatorskimi nagraniami, fragmentami kultowego wideo The blizzard of arhhs’s oraz ekstremalnymi zdjęciami Ericha Rolanda. Film prezentuje sylwetki pionierów, innowatorów, praktyków i teoretyków tej stosunkowo młodej dyscypliny: Billa Briggsa, Stefano de Benedetti’ego, Erica Pehoty, Anselma Bauda, Glena Plake’a i innych. Do tego, że

jednostki te są osobowościami nieprzeciętnymi, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Pisanie, że film ten jest opowieścią o wolności i marzeniach, również zakrawałoby o banał. Najmocniejszą stroną dokumentu Obenhausa jest progresywna narracja oraz konstrukcja świata przedstawionego, który skoncentrowany jest wokół wertykalnej osi tytułowego zjazdu. O leżącym gdzieś u podnóża gór horyzoncie przypomina jedynie stała i niezmienna siła grawitacji. Ta przestrzeń spoza zasięgu ludzkiego wzroku, uchwycona kamerą, paradoksalnie staje się ucztą dla oka. Bo Zjazd to również film o kręceniu filmów, o tym, jak magia ekranu zmienia rzeczywistość, jak z ekstremalnej dyscypliny, uprawianej przez wąskie grono pasjonatów, uczyniła teren atrakcyjny dla marketingowców i specjalistów od sprzedaży i wizerunków. Ten autotematyczny aspekt nie powinien umknąć uwadze żadnego wnikliwego widza. Myślę, że Zjazd nie pojawił się w Ińsku przez przypadek. Porusza bo-

się śmiertelnymi wrogami, a tak naprawdę zupełnie nie wiadomo dlaczego. Tkają jakieś intrygi, żeby tylko uderzyć w drugą osobę. Dla mnie to jest niesamowite, że można tak czas i życie tracić, zamiast się skupić na czymś pozytywnym. I to zjawisko mnie ciekawiło, chciałem pokazać, że to jest bezsensowne, ale istnieje. Joanna Rozwandowicz: I osiągnąłeś swój cel. Magda Kowalska: Dzię-ku-je-my. Krzysztof Jankowski: Pro–szę. (śmiech) Z Krzysztofem Jankowskim rozmawiały Magda Kowalska i Joanna Rozwandowicz

wiem uniwersalne problemy oraz prowokuje ciekawe pytania na temat współczesnej kondycji kultury, świata, człowieka. Niech będzie on rekomendacją goszczącego na ILF-ie festiwalu 360 Stopni. Człowiek na krawędzi, pokazującego najbardziej ekstremalne sporty świata. Życzę wszystkim widzom chociaż namiastki tych emocji, wrażeń i frajdy, jakie owe wyczyny sprawiają samym bohaterom.■ Natalia Królikowska

Kadr z filmu Zjazd

7


S t r o n a

8

I Ń S K I E

K o l s k i ,

A f o n i a

i

P O I N T

p s z c z o ł y

Dla tych, co być może zobaczą Wielbicieli Mai i Gucia tudzież Mikrokosmosu ostrzec należy, że nie jest to film obrazujący skomplikowany żywot owadów z rzędu błonkoskrzydłych. Pszczoły pojawiają się gdzieś na jego marginesie, dostając w pewnym momencie za nie -swoje. Inaczej sprawa ma się z królową pszczół, której tytułowa niedźwięczna bohaterka oraz żołnierz z Kto widział sielskie plakaty reklamujące najnowszy obraz Jana Jakuba Kolskiego, a dopiero potem sam film, najprawdopodobniej został wprowadzony w błąd. Gdyby nie ostatnie sceny z tytułową bohaterką, hasło „nie wiadomo, kiedy życie może stać się piękne” byłoby mocno nietrafione. Afonia i pszczoły nie skupia się przecież na afirmacji życia, lecz na pragnieniach bohaterki, których niespełnienie brzemienne jest w nieudaną próbę

armii w kolorze czerwonym zbudowali pałacyk. Oprócz pałacyku jest tu też nostalgiczny domek przy torach donikąd, odgryzanie języka, Stalin na budziku, tragedia i kamera z kluczem. Fani Kolskiego zobaczyć to wszystko powinni, by wypracować swe własne zdanie – co do sposobu przekazania uczuć bohaterki (do tej pory nie

wiem, czy podobał mi się on czy nie, a twórcę cenię niezmiernie) albo Grażyny Błęckiej-Kolskiej, odtwarzającej główną rolę. Na uwagę na pewno zasługują zdjęcia (Krzysztofa Ptaka), nagrania z nietypowej w dzisiejszych czasach kamery realizowane przez główną bohaterkę (wykonane przez reżysera i scenarzystę w jednym), a także nieczęsto pojawiający się

Dla tych, co już widzieli samobójstwa. Żywot Afonii, oparty na opiekowaniu się niepełnosprawnym mężem, pokazany jest nieco nudnie, ale i spokojnie; urozmaica go piękna pasja – filmowanie tego, co wokół. Równowaga w nim panująca nie wprowadza jednak w stan rozluźnienia. Gdy do miejsca, w którym żyje razem z Rafałem przybywa Ruski, ład przekształca się w emocjonalną amplitudę. Ciekawość i zafascynowanie, pierwsze kontakty, późniejszy związek między nią a nim – całość fabuły stawia widza obok wydarzeń, trudno jest się utożsamić z bohaterką. Zapewne jest to celowy zabieg twórców filmu, ale wyraźnie utrudnia odbiór i ocenę tego, jak zapowiedział festiwalowy prelegent, melodramatu. Od strony formalnej twórcom filmu niewiele można zarzucić. Dziwi mnie jednak sposób, w jaki połączone są wątki fabularne, i mam ochotę zadać Kolskiemu pyta-

Miłość Wierzba u stóp koryta płacze. Kto zranił jej drżenie na wiatr nieporadne choć wierne? Ramionami opadły włosami gałązek i smutek zasłania ją żałobny. Nikt nie ukryje płaczu tej chwili skarlonej nadzieją ludzi nieporadnej, zamkniętych mądrością uczonej od dawna czułości. Tylko drzewa w smutku patrzą na nią pogrążone i czasem zanucą samotnie: Jesteś człowieku świata swego panem Zabijesz i krzywdzisz, ranisz...

w polskich filmach fabularnych zapaśnicy. Historia o Afonii, co szczęścia zaznała i stała się nieszczęśliwa, z dość przytłumioną dozą kolskomagicznego realizmu na pewno może rozrzedzić letnią duchotę, choć zagęszczenie atmosfery lub pozostawienie widza w stanie niezmącenia też wchodzi w grę.

nie: „quo vadis?”. Jakąś odpowiedzią będzie na pewno kolejny film Wenecja, którego realizacja zaplanowana jest na jesień tego roku. Niezależnie od braku jednoznacznego zachwytu Afonią, na pewno zobaczę kolejny obraz tego twórcy, mym zdaniem wyjątkowego na tle współczesnej rodzimej kinematografii, choćby z uwagi na swą niebanalność.■

Afonii smutek nam dając w prezencie. Zaśnij. Otulona dotknięciem powiek ukochanego, dotyku bezszelestnych słów, magicznych obrazów. Świat obok serca. Życie. Nie podglądaj Boże. Miłość jest wolna, stworzona twoim aktem mocy. Fiołek

Sonia Grzelak


R o k

2 0 09 ,

n r

1 - 2

S t r o n a

Papierowy żołnierz umazany w błocie Legenda radzieckiego projektu badań kosmicznych, a zwłaszcza postać pierwszego człowieka w kosmosie Jurija Gagarina, jest w Rosji nadal żywa. Jego podobizna zdobi wciąż wiele domów i miejsc publicznych, zajmując honorowe miejsce obok cerkiewnych ikon. Rosjanie są dumni, że to oni pierwsi wysłali człowieka w kosmos, dystansując tym samym zgniły imperialistyczny Zachód. Dzieło Aleksieja Germana stara się zmierzyć z tym mitem, opisując historyczne wydarzenia z perspektywy jednego z lekarzy, opiekującego się przyszłymi kosmonautami. W filmie towarzyszymy mu przez ostatnie sześć tygodni życia: widzimy jego rezygnację ze stworzenia normalnej rodziny, rozpad związku oraz zdradę kochającej go kobiety. Myśli bohatera zaprzątają wątpliwości dotyczące ceny, jaką płacą kosmonauci za upragniony sukces narodowy. Wewnętrzne rozdarcie i dostrzeganie bezsensu życia łączy się z poO

garszającym się stanem zdrowia. Śmierć następuje w chwili pierwszego udanego lotu w kosmos. Fabuła to zlepek jego osobistych doświadczeń, przeżyć i refleksji. Technika collage ma dawać wrażenie autentyzmu, jednak ten początkowo interesujący zabieg z czasem zaczyna irytować i męczyć. Widz jest bombardowany coraz większą ilością pustych, chaotycznych wypowiedzi i zdarzeń. Zlewają się one, potęgując wrażenie chaosu i rozmycia założeń autora. Tłem dla rozterek głównego bohatera są wydarzenia historyczne: trwa okres „odwilży” za czasów Chruszczowa, moment wielkiej nadziei na zmianę i rozwój Związku Radzieckiego. Jest to pretekst do rozliczenie się z totalitarną stalinowską przeszłością. Jednak i w tym wypadku twórca zawodzi. Wyjątek stanowi doskonała scena likwidacji łagru, w której specjalne jednostki palą dowody istnienia stalinowskiego aparatu represji. Pozostałe odniesienia sprowadzają się do zbioru już dość

P a p i e r o w y m

Nie od dziś wiadomo, że rzeczywistość określać można wielorako. Tak Związek Radziecki, jak i współczesna Rosja stanowią doskonałe przykłady dyskursywizacji życia publicznego. Po upadku ZSRR nie odcięto się od przeszłości, dlatego chociażby Jurij Gagarin to wciąż bohater – jest nim zresztą na skalę ponadnarodową. Żaden z niego „rodzynek” prezentowany obok ikon. Film Aleksieja Germana młodszego (należy podkreślić, że nie jest to dzieło klasyka kinematografii rosyjskiej z połowy XX wieku,

ż o ł n i e r z u

lecz jego równie znanego syna) nie jest jednak historią o dzielnym kosmonaucie. Pokazuje oczywiście problemy związane z realizacją międzyplanetarnych zamierzeń, ale najważniejszy jest w tym wszystkim klimat bytowania w absurdalnej, sowieckiej rzeczywistości. Bytowania, w tym wypadku, nieproblematycznego pod względem materialnych aspektów życia głównego bohatera. Dr Danił Michajłowicz nie jest tutaj jakimś burżuazyjnym potworem, rujnującym swe życie rodzinne, lecz zagubionym we wspomnianym absurdzie człowiekiem, starającym się głęboko wierzyć w kosmiczną misję ludzkości. Jest otoczony przez piękne kobiety, ale

dawno wypracowanych w kinie rosyjskim chwytów, z typowym dla tego rodzaju pozycji oskarżeniem Stalina jako jedynego winowajcy zła, jakie działo się w ZSRR. Chwilami odnosi się wręcz wrażenie, że twórca nagina zdarzenia historyczne do swojej artystycznej wizji. Pojawiają się sceny wręcz absurdalne, np. chluba Związku Radzieckiego, centrum lotów kosmicznych, tonie w błocie. Pasą się tam wielbłądy, a między naukowcami biegają kazachskie dzieci w strojach ludowych. Być może nie rzucałoby się to tak bardzo w oczy, gdyby reżyser nie epatował nas brudem, szarością i marazmem przez pozostałą część filmu. Przeładowanie znaczeniami i mnogość odniesień wynagradzają widzowi natomiast piękne zdjęcia, które stanowią największy atut Papierowego żołnierza. Z całą pewnością pobudki kierujące twórcą były jak najbardziej szlachetne, jednak efekt pozostawia wiele do życzenia. I poszedł w ogień… / Zginął w mig – żołnierzyk papierowy.■ Michał Dondzik r a z

j e s z c z e

nie wykorzystuje ich, choć rani przez swą nieokreśloność. Według Michała w filmie pojawiały się „puste, chaotyczne wypowiedzi i zdarzenia” – nie dostrzegłam niczego takiego. Zauważyłam za to subtelnie przekazane sytuacje, które są mym zdaniem sednem tego filmu. Dlatego nasuwały mi się skojarzenia z niedosłowną magią w niektórych dziełach Felliniego (na przykład powiązanych z kreacją Mastroianniego w Osiem i pół), albo z literackim realizmem magicznym. „Rozliczanie się z totalitarną stalinowską przeszłością” natomiast to głównie kwestia aktualnego dyskursu, w którym Stalin zazwyczaj jest uznawany za dyktatora i szaleńca jednocześnie, nie był to w żadnym

9


S t r o n a

1 0

I Ń S K I E

wypadku przewodni zamiar reżysera, któremu miałby nie podołać. Scena likwidacji łagru potwierdza, że nastąpiła chruszczowowska odwilż, nie świadcząc jednak o tym, że aparat represji zaczął zanikać – po prostu „zmienił operatora”. Kosmodrom Bajkonur z kolei nie jest perłą architektury, lecz znajduje się na ogromnych stepowych obszarach Kazachstanu, gdzie normą są zimowe i wiosenne szarugi i ulewy – „zabłocenie” jest więc

czymś naturalnym, także dzisiaj. Moim zdaniem dzieło Germana jest piękną, smutną bajką, niewiele mającą wspólnego z codziennymi znojami życia Sowietów, nawet za czasów Chruszczowa. Reżyser pokazał człowieka, który jak papierowy żołnierz z piosenki śpiewanej przez uczestników przyjęcia (bardzo szkoda, że jej tekst, będący sednem filmu, nie został przetłumaczony) pragnie pominąć problemy i trudy życia, ale zapomina, z jakiej ma-

P O I N T

terii został stworzony, i ta doprowadza go do zguby. Potwierdzają to wskazane przez Michała piękne zdjęcia, a także wyjątkowo dopracowana scenografia. Bardzo trudno jest sobie wyobrazić naród bez historii, a gdy jest ona tak trudna, jak w wypadku rosyjskiego imperium, lekka dawka absurdu i sugestii pomiędzy słowami bohaterów wydaje mi się doskonałym sposobem na jej skomentowanie.■ Sonia Grzelak

Wybraniec – obrazy obecności

Dzieł filmowych poruszających temat buddyzmu powstało już wiele, począwszy od biograficznych fabuł, jak Kundun Martina Scorsesego czy Mały Budda Bernarda Bertolucciego, przez buddyjskie przypowieści w rodzaju filmów Kim Ki-duka, na dziełach niefikcjonalnych kończąc. Zaprezentowany podczas Ińskiego Lata Filmowego Wybraniec Natiego Baratza zalicza się do tej ostatniej grupy. Reżyser dokumentuje podróż Tenzina Zopy, tybetańskiego mnicha, któremu po śmierci jego mistrza zostaje powierzone zadanie odnalezienia inkarnacji zmarłego lamy. Już w pierwszych scenach widz zostaje skonfrontowany z tajemnicą wiary mieszkańców Nepalu. Kamera rejestruje twarz zmarłego. Jego półprzymknięte oczy sprawiają wrażenie, jakby

wciąż tliło się w nich życie. Po zakończeniu ceremonii kremacji w popiele zgromadzeni mnisi znajdują perłowe relikwie. Odczytują też pozostawiony w miejscu kremacji ślad – uformowany z popiołu kształt stopy. W ten sposób starają się odnaleźć wskazówki, które mogłyby pomóc w poszukiwaniach nowego wcielenia mistrza. Nie trwają one długo. Tenzin Zopa rozpoznaje inkarnację Rinpocze w małym chłopcu mieszkającym w jego rodzinnej wiosce, miejscu, w którym przed laty poznał swego przewodnika duchowego. Baratz zrezygnował z wymyślnych zabiegów narracyjnych i stylistycznej przesady. Nie poddał się jednak do końca dokumentalnemu ideałowi w pełni weryfikowalnego faktu. Przemawia przede wszystkim temat, i to on kieruje językiem opowieści. Jedynym „zewnętrznym” elementem wprowadzającym do filmu estetyczny naddatek, jest muzyka Cyrila Morina, nasuwająca na myśl dźwięki towarzyszące buddyjskim obrzędom i angażujące emocjonalnie aranżacje Kronos Quartet. Wtapia

się jednak w obraz na tyle integralnie, że nie zaburza poczucia realności. W jednej ze scen Tenzin Zopa zwraca uwagę na aurę, jaka otaczała Rinpocze. Sama jego obecność znaczyła wystarczająco dużo, by wpłynąć na przebywających w jego otoczeniu ludzi. Kiedy wreszcie mnich odnajduje chłopca, będącego wcieleniem lamy, film Baratza doskonale oddaje niezwykłość tej Obecności, o której mówił akolita. W oczach Wybrańca dostrzegamy łagodne oblicze oświeconego umysłu. Wydaje mi się, że podczas wczorajszego seansu podobne odczucia miało wielu widzów. Że niezależnie od osobistego stosunku do buddyzmu, dokumentalne dzieło Natiego Baratza pozwala nam zrozumieć, a może nawet uwierzyć, i na długo pozostawia w nas ślad spojrzenia, jakie Tenzin kierował ku swemu mistrzowi, spojrzenia, które chcielibyśmy w sobie zachować.■ Bartek Zając


R o k

2 0 09 ,

n r

1 - 2

S t r o n a

Gdzie się podziały tamte prywatki... Juliusz Machulski ma niezły timing. Trzeba przyznać, że weteran polskiego kina komediowego wyczuł moment i słusznie nie poszedł za wypalającą się modą na filmowanie młodych, pięknych i bogatych menedżerów w warszawskich biurowcach. Ci są herosami ze snów o luksusie. Widz zaś, choćby bardzo chciał, nie rozpozna się w świecie korporacyjnych briefingów, businessowych lunchów i konkurujących brandów. Pozostaje mu wzdychać i marzyć. Ile waży koń trojański? to radykalnie inny przepis na komedię romantyczną. W czterdzieste urodziny Zosia (Ilona Ostrowska) marzy o młodości i podróży w czasie – możliwości naprawienia błędów, uniknięcia porażek, przyspieszenia sukcesów. Życzenie zostaje spełnione, zegar wraca do 1987 roku, a bohaterka budzi się obok byłego męża (Robert Więckiewicz). Akcja nabiera tempa. Zosia chce wykorzystać szansę i skorygować bieg historii na paru odcinkach. To jednak tylko fabularny pretekst, a Zosia nie jest jedyną pasa-

żerką wehikułu magicznego. W makijaże, bo rezultat ich pracy czasie przenoszą się również wi- jest naprawdę imponujący. Tak dzowie, dla których realizatorzy dobry, że chwilami fabuła znika w pieczołowicie odtworzyli poźnope- gąszczu eksponatów tego filmoerelowskie realia. Bo to one są wego muzeum PRL-u. Ale o to głównym składnikiem humory- chyba Machulskiemu chodziło. stycznej mieszanki Machulskie- Nie gorzej wypadły dialogi, które go. Grają życiowe role w filmie, niestety często kuleją w polskich którego sekret kryje się właśnie w filmach. U Machulskiego inaczej – rekwizytorium przełomu lat są świetnie dopasowane do poosiemdziesiątych i dziewięćdzie- staci, błyskotliwe, pełne humoru i siątych: na ulicach życiowej dynamizapełnionych małyki. Wypowiadane mi i dużymi Fiatami, „Sekret filmu kryje przez trafnie dow marynarkach z się w rekwizytorium branych aktorów i wielkimi klapami, przełomu lat aktorki (zwraca krawatach z maleńuwagę zwyczajoosiemdziesiątych kimi węzłami, żakiewo świetny Więctach z bufkami, wy- i dziewięćdziesiątych” kiewicz i równie myślnych fryzurach z ach wyc aj ąc a czy uwodzicielskich wąsach tak Danuta Szaflarska w roli babci). dumnie noszonych przez mężTrudno oprzeć się wrażeniu, że czyzn w tęczowych koszulach i kręcenie filmu dało twórcom wiele wielu innych gadżetach z minio- radości. I słusznie. Szczególnie, że nej epoki. Rzecz w ich rozpozna- zabawa rozpoznawania na ekrawaniu – w odnalezieniu fragmen- nie swoich doświadczeń udziela tów własnego doświadczenia w się widzom.■ perypetiach bohaterów. Czapki z głów zatem. Przed Michał Pabiś reżyserem, scenografem, ekipą odpowiedzialną za kostiumy i

A gdyby tak... cofnąć czas? Polskie komedie romantyczne są zazwyczaj schematyczne i nie zaskakują widza fabułą. Na ich tle Ile waży koń trojański? w reżyserii Juliusza Machulskiego (twórcy takich filmów jak Seksmisja czy Killer) zadziwia pomysłem: świat realny przeplata się tu z fantastycznym. Główna bohaterka Zosia (Ilona Ostrowska) to rozwódka, która znalazła szczęście u boku kolejnego męża Jakuba. Owocem poprzedniego związku jest córka Florka. Zosia żałuje, że nie poznała wcześniej Jakuba i że to nie z nim ma dziecko. W noc sylwestrową wypowiada życzenie, dzięki któremu przenosi się do czasów młodości. Zosia rozpoczyna walkę o swoje prawdziwe szczęście – miłość.

Machulski doskonale wyostrzył kontrast pomiędzy dwoma światami – współczesnością i PRLem – w których toczy się akcja filmu. Jest to zabawne i interesujące zestawienie dla widza przyzwyczajonego do typowej komedii romantycznej. ■ Lila i Ewa

1 1


XXXVI IŃSKIE LATO FILMOWE

„Ińskie Point” wyprodukowali: K O Ł O N A U K O W E F I L M O Z N A W C Ó W U N I W E R S Y T E T U Ł Ó D Z K I E G O

Liliana Antosik Diana Dąbrowska Michał Dondzik Bogusia Fiołek Sonia Grzelak Ewa Kazimierczak Magda Kowalska Natalia Królikowska Aleksander Lisowski Agnieszka Mroziewicz Michał Pabiś Dagmara Rode Joanna Rozwandowicz Bartek Zając


Nr 1,2