Page 1

Nr 9, Maj-Czerwiec 2011.

Bezpłatny magazyn o kulturach orientalnych Drodzy Czytelnicy! Po niemal czteromiesięcznej przerwie biuletyn „Duniya” powraca w Wasze ręce. Co nowego w świecie Orientu? Zapraszamy do lektury artykułu Kai, która wciąż jeszcze rozkoszuje się możliwością przebywania w kraju Bharaty, a pobyt w Agrze skłania ją do refleksji na temat istoty języka hindi. Jacek z kolei poznał lankijskich aktorów i zachwycał się tropikalną przyrodą – i to aż na Sri Lance! Udamy się także w literacką podróż do Arabii Saudyjskiej, kraju nikabów i abai skrywających kobiece sekrety – wszystko dzięki wydanej przez Smak Słowa książce Dziewczyny z Rijadu Radży as-Sani. Inna powieść, Utalentowana Nikity Lalwani, przeniesie nas w świat hinduskich emigrantów mieszkających w Walii. Ponadto zachęcamy do zapoznania się z postacią Tenizina Tsundue, tybetańskiego poety i aktywisty walczącego o wyzwolenie Tybetu, a miłośnikom sztuki polecamy artykuł o cechach sztuki indyjskiej. Maj to gorący okres we wrocławskich wydarzeniach orientalnych. Pełne ręce roboty ma Interdyscyplinarne Koło Orientalistyczne i Zakład Filologii Indyjskiej – już 19 maja rusza międzynarodowa konferencję indologiczna MESIC 3. Nie przegapcie także innych wydarzeń spod znaku Wschodu! Zapraszamy do lektury.

Spis treści Tamilka 2 Podstawowe cechy sztuki indyjskiej 2 Pisarz i aktywista żyją we mnie obok siebie. Tenzin Tsundue – symbol tybetańskiego ruchu wyzwoleńczego 4 Język, którego nie ma 7 Impresja ze Sri Lanki 9 Napiszę o moich przyjaciółkach... 10 Recenzja książki Dziewczyny z Rijadu Radży as-Sani 10 Trudne dorastanie geniusza 12


Tamilka

Niesiesz kwiaty w czerni długich gęstych włosów, cały Chennai kwitnie w barwach twego sari, deszcz zagląda w okna ciepłych od dnia domów, woda kipi w tłoku ulic portu starych. Czasem widzisz wieczność pośród ozdób tańca, niesiesz w sobie gesty znalezione dawno, każdy zna opowieść, którą krok przedstawia, jednak zawsze inna lśni w legendach radość.   Śmiej się jeszcze głośniej! Świt złocisty wstaje, dźwiga swe bogactwo, ociężałe lasem, http://elayarajaartgallery.com/oilpainting.html

stadem tłustych słoni, pól ryżowych bagnem. Na palmowych liściach zaraz zjesz śniadanie, kokos z bielą ciasta zmiesza się nad ranem, weźmiesz dzban na głowę pójdziesz drogi skrajem.  

Jacek Tabisz 19 grudnia 2010 , Chennai

Podstawowe cechy sztuki indyjskiej Główną siłą stymulującą rozwój sztuki i architektury starożytnych Indii była religia. Według większości systemów religijnych Indii świat materialny jest iluzją, a głównym celem człowieka ma być wydostanie się z tej iluzji i dotarcie do prawdy, zrozumienie uniwersalnej jedności, zobaczenie we wszystkim jednego pierwiastka, doświadczenie jedności z całym wszechświatem; zróżnicowanie i poczucie własnej odrębności – jest tylko pozorne, jest iluzją. W dotarciu do takiego stanu mogą pomagać pewne obiekty jak: mantry – formuły słowne; jantry – geometryczne diagramy (stosowane też w architekturze) i murti – obrazy i rzeźby. Wiele

2

świątyń indyjskich powstało na planie mającym duży związek z jantrami, co czyni je materializacją wyższej idei. Rzeźby bogów (murti), które zdobią te obiekty też mają oczywistą religij-


ną wymowę. Rzeźba jest jednak tylko metaforą ostatecznej prawdy, którą można zrozumieć jedynie bezpośrednio, wizerunki mają jednak pomagać w dążeniu do wyzwolenia, na wyższych poziomach mają być coraz bardziej proste – np. jak linga; im bardziej skomplikowany, np. wieloręki, posąg, tym większy jest jego związek ze światem doczesnym. Wierzono, że wizerunki zawierają w sobie wielką religijną energię – poprzez ich oglądanie wyznawca zyskuje duchową moc. Duże znaczenie patrzenia (darśana) i przebywania w obecności kogoś wielkiego, by zdobyć tym zasługę, spowodowało wysoką rangę sztuk wizualnych w Indiach. W świetle tych założeń staje się jasne, że głównym celem sztuki indyjskiej nie było nigdy uchwycenie podobieństwa do materialnego świata i odwzorowywanie natury (która jest iluzoryczna). Nie ma więc w sztuce indyjskiej dopracowanego systemu perspektywy, skupienia na jak najwłaściwszym oddaniu szczegółów anatomicznych ciała, naturalistycznej kolorystyki ani innych tego typu cech. Przeważnie nie przedstawia się też scenek rodzajowych, życia codziennego czy zwyczajów ludzi, także indywidualny portret jest bardzo rzadko spotykany. Postacie są za to przedstawiane w nienaturalnej skali: wielkość postaci zależy od jej osiągnięć duchowych, przedstawia wielkość religijną, jak np. w licznych przedstawieniach Buddy. Artyści nie są znani z imienia (mamy tylko kilka drobnych wyjątków), co nie dziwi, jeśli zdamy sobie sprawę, że sztuka ma być komunikacją z  uniwersalnymi ideami religijnymi, a nie indywidualną ekspresją twórcy. Przy przedstawianiu istot boskich artysta wzoruje się na ludzkim ciele, powielając jego elementy, np. postać może mieć wiele głów, rąk. Sztuka indyjska czerpie też ze źródeł literackich: purany, tantry, śilpy. Chociaż religia była głównym elementem sztuki indyjskiej, to jednak świeckie wydarzenia również miały na nią wpływ. Wiązało się to głównie z panowaniem danego władcy i jego podbojami; część łupów wojennych często była przeznaczana na budowę lub renowację świątyń, a ludzie świeccy byli mecenasami sztuki – nie tylko królowie, ale też np. bogaci kupcy (szczególne w buddyzmie mahajanistycznym, w którym uznawano, że taki typ działalności zyskuje zasługi, zapewniające lepsze narodziny). Dzieła sztuki, poza swą nadrzędną wymową religijną, mogły też w sposób metaforyczny gloryfikować danego władcę: takie drugie znaczenie było wbudowywane w religijną symbolikę (np. król Samudragupta jako Varaha ratujący

ziemię). Symbolika religijna była więc niekiedy używana do celów świeckich, ale i elementy świeckiego życia nabierały religijnej symboliki jako metafory. I tak bardzo często osiągnięcie doskonałości duchowej, wyzwolenia czy oświecenia, ukazywane jest jako militarne zwycięstwo nad wrogiem. W buddyzmie i dżinizmie osoba, która uzyskała najwyższy stan nazywana jest dżina – zwycięzcą. Wrogiem, który zostaje pokonany, jest zwykle demon symbolizujący ignorancję, czy też inne przeszkody na drodze do wyzwolenia czy oświecenia. Wielu bogów ukazanych jest w ikonografii jako stojących tryumfalnie na pokonanym wrogu lub zabijających go (Mahiszasuramardini Durga, Gajasuravadha Śiva). Niezwykle częstymi atrybutami, trzymanymi przez bogów, są różne rodzaje broni, takie jak dysk (Wisznu), łuk i strzała, miecz; mają one symbolizować ich moc i siłę w zwalczaniu przeciwności i demonów. Metaforyka militarna jest więc bardzo powszechna; trzeba pamiętać o tej niedosłowności – broń i walka symbolizują zmagania na drodze do osiągnięcia wyzwolenia, ale nie ma tu mowy o wychwalaniu wojny jako takiej. Następnym elementem świeckim, któremu wsztuce zostało nadane znaczenie symboliczne, jest biżuteria. Ogromna większość przedstawionych postaci nosi bardzo bogatą biżuterię,

3


a czasami taka dekoracja oznacza osiągnięcia duchowe. W buddyzmie najwyższa wiedza nazywana jest klejnotem. Obecność lub brak biżuterii jest często w rzeźbie indyjskiej elementem znaczącym. Jak wspomniałam, tematem sztuki indyjskiej nie są zwykle scenki rodzajowe, zdarzają się jednak wyjątki i w tle jakiegoś religijnego przedstawienia (głównie dżataki) zostają ukazane sceny z codziennego życia – to dostarcza wiadomości o pewnych aspektach życia w starożytnych Indiach. Z naszego punktu widzenia elementem świeckim są też niezwykle liczne przedstawienia mithun – par kochanków, pojawiających się na ścianach świątyń – najsłynniejsze znajdują się w Khadżuraho. Jednak również w tym przypadku można mówić o symbolicznej i religijnej wymowie tych rzeźb. Sztuka indyjska w głównym swoim nurcie po-

zostaje więc ściśle związana z religią, a jej celem staje się nie naśladowanie natury ani czysta kontemplacja, lecz pomoc w dążeniu do wyzwolenia ze świata iluzji. Takie założenia były, jak się zdaje, przyczyną początkowego niezrozumienia sztuki Indii przez badaczy zachodnich, dla których wzorcem była sztuka antyczna, mająca za cel głównie naśladowanie świata natury. Przygotowane na postawie: S. Huntington, The Art of Ancient India, London 2001. D. Kamińska, Indyjskie malarstwo miniaturowe, Warszawa 2002.

Alicja Łozowska

Pisarz i aktywista żyją we mnie obok siebie. Tenzin Tsundue – symbol tybetańskiego ruchu wyzwoleńczego „Zapytajcie mnie, skąd pochodzę, a nie znajdę odpowiedzi” – tymi słowami zaczyna się esej Moje wygnanie nagrodzony w 2001 w konkursie organizowanym przez indyjski magazyn literacki „Outlook”. Choć nie zachwyca on stylem, to jednak poruszył jurorów na tyle, by przyznali mu zwycięstwo za „wzruszającą prostotę, z jaką autor opisuje tragedię bycia Tybetańczykiem i w pewnym sensie cierpienia wszystkich uchodźców na świecie”. Autor, Tenzin Tsundue, wówczas dwudziestosześcioletni absolwent literatury angielskiej na Uniwersytecie w Bombaju, opisuje swoje doświadczenia borykania się z własną tożsamością, poszukiwanie sensu i celu w miejscu, w którym przyszło mu żyć. Urodził się w indyjskiej górskiej miejscowości Manali, w rodzinie uchodźców tybetańskich, pracujących przy budowie dróg. Jego rodzice opuścili Tybet w pierwszej fali uchodźców w 1959 roku, kiedy to po dziesięciu latach stopniowego opanowywania kraju Chińczycy zdobyli nad nim kontrolę. W Lhasie, dotychczasowej stolicy kraju, panował straszliwy zamęt. Już w 1957 roku w  rowincjach Tybetu, Amdo i Kham, trwała niemalże regularna wojna. Ponad 150 tys. dobrze wyszkolonych i wyposażonych w nowoczesną broń żołnierzy Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej walczyło z nieregularnymi, rozproszonymi po górach grupkami jeźdźców i  wojowników tybetańskich. Tysiące mieszkań-

4

ców tego regionu uciekały do Lhasy i zakładało obozy na otaczających miasto równinach. Jak stwierdza opublikowany w 1959 roku raport Międzynarodowej Komisji Prawników: „Powszechnymi praktykami stały się: krzyżowanie, wiwisekcje, wypruwanie wnętrzności i ćwiartowanie. Tybetańczyków ścinano, bito na śmierć, palono i zakopywano żywcem, nie mówiąc już o wleczeniu za galopującymi końmi, wieszaniu głową w dół czy wrzucaniu związanych do lodowatej wody. Żeby prowadzeni na egzekucję nie krzyczeli: Niech żyje dalajlama! – wyrywano im języki rzeźnickimi hakami.” 5 marca 1959 roku Dalajlama po zdaniu ostatnich egzaminów i uzyskaniu tytułu gesze – doktora nauk buddyjskich – przybył do Norbulingki,


tu docierało do Indii i Bhutanu. Wielu z nich nie przeżyło trudów wędrówki przez Himalaje. Ci, którzy przetrwali, byli w opłakanym stanie. Od nich świat dowiedział się, że Chińczycy po zbombardowaniu Norbulingki ostrzelali również Potalę, zabijając i raniąc tysiące osób. Dopiero w latach sześćdziesiątych na podstawie przechwyconych przez partyzantów dokumentów ujawniono, że według Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej między marcem 1959 a wrześniem 1960 roku zarejestrowano 87 000 śmiertelnych ofiar „operacji wojskowych”. Ta liczba nie obejmuje tych, którzy zginęli śmiercią samobójczą, wskutek tortur i z głodu. 10 marca stał się symboliczną datą, wokół której odbywa się zawsze najwięcej wydarzeń dotyczących Tybetu. Każdego roku w ten dzień społeczność międzynarodowa solidaryzuje się z mieszkańcami Tybetu, tybetańskimi więźniami politycznymi, ofiarami chińskich prześladowań, uchodźcami tybetańskimi. Ten dzień stanowi także motyw twórczości Tenzina Tsundue. W wierszu „Jestem zmęczony” mówi: klasztoru będącego letnią siedzibą dalajlamów, położonego 3 km na zachód od Lhasy. Przybywały tam tysiące Tybetańczyków, którzy postanowili chronić Dalajlamę przed Chińczykami. Spontanicznie wybierano przywódców i wzywano Chińczyków do pozostawienia Tybetu Tybetańczykom. Dalajlama, czujący powagę sytuacji i groźbę ataku żołnierzy na bezbronny lud, wezwał ludzi do rozejścia się, by zapobiec rozlewowi krwi rodaków. Część zgromadzonych przeniosła się pod Potalę, zimowy pałac dalajlamów położony w Lhasie. Przeciwko chińskiej okupacji odbyło się wiele demonstracji, które przekształciły się w powstanie narodowe 10 marca 1959 r. Tymczasem do rządu tybetańskiego dotarły informacje od sztabu chińskiego, że planuje on atak na tłum i ostrzelanie Norbulingki. Ponieważ życie Dalajlamy było zagrożone, podjęto decyzję o opuszczeniu Tybetu i schronieniu się w Indiach. W  mroźną noc 17 marca 1959 roku Dalajlama wraz kilkoma nauczycielami i członkami kaszagu potajemnie opuścił Lhasę, kierując się w stronę granicy indyjskiej. Podróż ta była trudna i niebezpieczna. Uciekinierzy przedzierali się przez zaśnieżone przełęcze Himalajów. Do Dalajlamy i jego współtowarzyszy dotarła wiadomość, że 48 godzin po ich ucieczce chińska armia zaczęła ostrzeliwać z armat Norbulingkę i otworzyła ogień z karabinów maszynowych do bezbronnego tłumu. W tym czasie tysiące uchodźców z Tybe-

Jestem zmęczony. Jestem zmęczony odprawianiem rytuału 10 marca, wołaniem na wzgórzach Dharamsali. Dharamsala, niewielkie miasto w Himalajach, peni rolę siedziby Dalajlamy i Tybetańskiego Rządu na Uchodźstwie, który w wyniku reform stał się demokratyczny. W jego skład wchodzi wiele kobiet, co zawsze podkreśla Dalajlama, który zapoczątkował proces oczyszczania struktur państwowych z dawnych, skostniałych zwyczajów. Każdego roku z okupowanego Tybetu ucieka ok. 3-4 tys. uchodźców. Wielu zostaje zatrzymanych przez chińskie wojsko – wtedy czeka ich pokazowy proces i najczęściej wieloletnie więzienie w jednym z chińskich obozów pracy. Część umiera na skutek wyziębienia organizmu, choroby wysokościowej czy wycieńczenia. Ci, którym pomimo wszystkich niesprzyjających okoliczności uda się przejść przez Himalaje, w większości osiedlają się w Indiach, a także w  Nepalu i Bhutanie. Przeważnie są w bardzo złym stanie zdrowia, mają poważne odmrożenia, nierzadko kończące się amputacją. Często się zdarza, że rodzice sprzedają cały swój dobytek, by opłacić przewodnika, który przeprowadza ich dzieci przez Himalaje, by mogły wychowywać się na wolnej ziemi. Z myślą o tych najmłodszych uchodźcach powstała sieć Tybe-

5


tańskich Wiosek Dziecięcych (Tibetan Children’s Village), która zapewnia im edukację i schronienie. Dharamsala stała się stolicą diaspory tybetańskiej, mimo że najwięcej uchodźców żyje na południu Indii. Za rządów premiera Nehru na podarowanej Tybetańczykom ziemi zakładano obozy dla uchodźców. Ponieważ panował tam klimat drastycznie inny niż w górskim Tybecie, uchodźców dziesiątkowały choroby, których dotąd nie znali. Obecnie większość Tybetańczyków w Indiach zajmuje się handlem, a w szczególności handlem swetrami. Tsundue również porusza ten temat: Jestem zmęczony sprzedawaniem swetrów na poboczu. Ostatnie słowa wiersza brzmią: Jestem zmęczony walką o kraj, którego nigdy nie widziałem. Pojawia się niezwykle ważna kwestia. Obecnie doszło do głosu pokolenie Tybetańczyków na uchodźstwie, którzy nigdy nie byli w Tybecie. Znają go tylko ze szkoły, a przede wszystkim z opowieści najbliższych. Mimo to silnie angażują się w ruch pro-tybetański. Organizują kampanie, demonstracje, pikiety, uczestniczą w protestach głodowych. To bardzo wiele, ale nierzadko wśród aktywistów pojawia się refleksja, co to tak naprawdę zmienia. Jest to niepokojąca myśl obecna także w opowiadaniu Kora. Pełny krąg. Na ulicach Dharamsali młody Tybetańczyk spotyka się ze starszym, któremu w przypływie emocji wykrzykuje w twarz, że to jego pokolenie sprzedało Tybet Chińczykom. Starszy Tybetańczyk ze smutkiem, ale i spokojem odpowiada, że jego syn zginął na jego kolanach podczas walki z chińskimi żołnierzami. Powoli przełamują wzajemną nieufność, tworzy się między nimi nić porozumienia, pogrążają się w rozmowie, wspólnej modlitwie. Początkowo w oczach starszego mężczyzny opisy różnych protestów i kampanii, w których brał udział młody Tybetańczyk, znaczą niewiele. Natomiast jego opowieści o czynnym udziale w walce z najeźdźcą poruszają i imponują młodszemu mężczyźnie. Ostatecznie młody Tybetańczyk zostaje zachęcony do kontynuowania swojej dotychczasowej działalności na rzecz Tybetu. Dla Tenzina pisanie jest głosem w sprawie tybetańskiej, elementem walki o sprawiedli-

6

wość i wolność Tybetu. Nie mniej ważnym od czynnego zaangażowania. Mówi: „Kiedy piszę, jestem poetą. Ale kiedy publikuję swoje wiersze, jestem aktywistą”. Niewątpliwie jego twórczość ma wpływ na społeczeństwo indyjskie oraz społeczność uchodźców tybetańskich w całych Indiach, ale też oddziałuje bardzo mocno na aktywistów pro-tybetańskich na całym świecie, bowiem jego wiersze i eseje są tłumaczone na wiele języków. Dzieje się tak zapewne dlatego, że Tenzin Tsundue stał się jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy współczesnego ruchu na rzecz wolnego Tybetu. Za sprawą spektakularnych akcji, skupiających uwagę ogólnoświatowych mediów, zdjęcia Tenzina obiegły cały świat. Charakterystyczne okulary, a przede wszystkim czerwona bandana zawiązana na czole, której przysiągł nie ściągać dopóki Tybet nie będzie wolny, to jego znaki rozpoznawcze. Styczeń 2002, Bombaj. Wizyta Zhu Rongji, premiera Chińskiej Republiki Ludowej. Spotkanie poświęcone zacieśnianiu współpracy gospodarczej pomiędzy dwoma krajami. Nagle na jednym z ostatnich pięter wysokiego budynku, przy którym odbywało się spotkanie, pojawiła się narodowa flaga tybetańska. Z gzymsu czternastego piętra budynku zwisał młody chłopak, wykrzykując: „Wolny Tybet!”. Trzy lata później, sytuacja się powtarza. Wizyta kolejnego chińskiego premiera Wen Jiabao. Ten sam drobny chłopak wspina się na wieżę Indyjskiego Instytutu Nauk. W rok później, kiedy z oficjalną wizytą w Indiach przebywał prezydent Chin Hu Jintao, ten odważny Tybetańczyk, Tenzin Tsundue, został zamknięty w areszcie domowym. Zatrzymanie wzburzyło społeczność tybetańską w Indiach, która zaczęła organizować masowe protesty. Kiedy wiadomość ta obiegła cały świat, międzynarodowe media nagłośniły sprawę. Tym razem nie musiał wspinać się na wieżowce, aby oczy świata zwróciły się ku Tybetowi. Słowami „jestem zmęczony więziennymi posiłkami” nawiązuje do swoich częstych pobytów w aresztach i więzieniach na terenie Indii i nie tylko. Podobny los podziela wielu aktywistów tybetańskich. W 2008 roku stanął na czele nielegalnego Marszu Powrotnego do Tybetu, który idąc przez miasta i wsie północnych Indii był kilkakrotnie zatrzymywany. Jednak to nie zagrażało marszowi, bowiem zawsze znajdowała się następna grupa osób, która chciała kontynuować marsz. Do momentu ostatecznego rozbicia pochodu, tuż przed granicą indyjsko-chińską maszerowało w nim kilkaset osób.


Tsundue został zatrzymany na 14 dni. Pisał potem, że to był bardzo frustrujący czas, bowiem przez 14 dni łamano prawa człowieka w Tybecie, a on nie mógł podjąć żadnego działania. Tsundue doświadczył także chińskiego więzienia. Jako dwudziestodwulatek po prostu wyruszył do Tybetu – zupełnie nieświadom ciężkich warunków himalajskich mógł tam zamarznąć i umrzeć. Został złapany przez chiński patrol. Spędził w więzieniu 3 miesiące, po czym został deportowany do Indii. Tenzin Tsundue dostrzega swoje ograniczenia fizyczne i zwraca uwagę, że jego siła i prawność mogą nie wystarczyć, by działać na rzecz Tybetu: „Pisanie to dla mnie nie luksus, to konieczność”. Zatem pisanie jest naturalną konsekwencją i uzupełnieniem aktywizmu społecznego. By wydać swój pierwszy zbiór wierszy Crossing the Border, pożyczył pieniądze od kolegów ze studiów. Druga książka, zbiór wierszy i esejów

zatytułowany Kora, została wydana dzięki pieniądzom siostry. Trzecia książka wydana w 2007 nosi tytuł Shemshook i zawiera eseje poświęcone ruchowi tybetańskiemu. Książki tłumaczone są na wiele języków i sprzedawane w wielu tysiącach egzemplarzy. Tenzin zaistniał także w kulturze masowej. W 2002 magazyn „ELLE” zamieścił go na liście pięćdziesięciu najbardziej stylowych Indusów, pośród gwiazd filmowych, polityków i biznesmenów. Jego utwory są wydawane w indyjskich czasopismach m.in. The International PEN, The Indian PEN, Sahitya Akademi’s Indian Literature, Outlook, The Times of India, Hindustan Times, The Economic Times, Tibetan Review and Gandhi Marg. Wykorzystano fragmenty wiersza Jestem zmęczony z tomiku Tenzina Tsundue Kora w łumaczeniu Natalii Bloch

Katarzyna Jakubowska

Język, którego nie ma 27 kwietnia, zakończył się dla zagranicznych studentów uroczystym rozdaniem dyplomów rok akademicki w indyjskim Centralnym Instytucie Hindi w Agrze. Przybysze z sześciu kontynentów, którzy znaleźli się tu mając różne oczekiwania, ale połączeni wspólnym celem, jakim było opanowanie w możliwie największym stopniu języka hindi, rozjadą się wkrótce do swoich domów. Po ośmiu miesiącach nauki, gdy pobyt w Indiach dobiega końca, wszyscy zaczynają zastanawiać się nad tym, czy cel ten został zrealizowany. Nie ulega wątpliwości, że nauczyliśmy się dużo, choć może najbardziej ze wszystkich pouczająca okazała się wiedza o tym, że język hindi nie istnieje… Czym bowiem jest hindi? Z pewnością nie jest sanskrytem, starożytnym językiem Subkontynentu, w którym spisana została większość świętych tekstów hinduizmu. Nie jest też urdu, oficjalnym językiem Pakistanu, posiadającym bogatą tradycję literacką (szczególnie poezję), obfitującym w liczne zapożyczenia z arabskiego, tureckiego i perskiego. Nie jest rzecz jasna tożsamy z bengali, gudżarati, pendżabi, ani żadnym innym językiem Indii. Nie jest on językiem kina mumbajskiego, gdyż ten stanowi mieszankę hindi, urdu, marathi i angielskiego. Nie jest także językiem poezji średniowiecznej północno-zachodnich Indii, ta bowiem, o ile nie była tworzona w urdu, powstawała głównie w językach braj bhasha i hariboli. Nawet słynna Ramajana Tulsidasa, skomponowana właśnie nie w sanskrycie, a w hindi, obecnie wydawana jest

często w wersji dwujęzycznej – wraz z tłumaczeniem na… hindi. Co więcej, hindi nie jest też w rzeczywistości językiem najbogatszej części społeczeństwa (mówię tu o regionach hindijęzycznych). Wychowywane w angielskich szkołach dzieci bogaczy przyzwyczajają się do używania na co dzień angielskiego i choć zwykle rozumieją hindi, nie są przeważnie w stanie czytać alfabetu dewanagari. Istnieją oczywiście książki w hindi, czasopisma, programy telewizyjne. Podobnie we wszystkich oficjalnych przemówieniach staje się on obecnie językiem nieodzownym, nareszcie wypierając z tej roli angielski. Problem jednak w tym, że jest to specjalna odmiana języka, tzw. śuddh hindi („czysty hindi”), którym nikt nie mówi, został bowiem tak przesycony słowami z sanskrytu, że brzmi dla każdego Hindusa

7


sztucznie i dziwacznie (a dla niektórych może nawet śmiesznie). Oczywiście u nas również istnieje rozróżnienie na mowę potoczną, język literacki i język prasy, a może i język przemówień doczekał się odrębnej kategorii. Śuddh hindi to jednak nie jest po prostu język odarty z potoczności. Gdyby szukać ekwiwalentu dla Polski, trzeba by sobie wyobrazić, że ktoś mówi starając się używać tak wielu zapożyczeń (szczególnie łacińskich i francuskich), jak to tylko możliwe i poczytuje sobie za szczególnie wyrafinowane wstawianie ich tam, gdzie znacznie lepiej pasowałyby nasze rodzime słowa. Z drugiej strony, język mówiony to, nawet w przypadku zadeklarowanych użytkowników hindi, zawsze mieszanka hindi z urdu. Ów język, dla którego swego czasu proponowano nazwę hindustani, nie jest jednak, jak napisałam wyżej, tożsamy z urdu. Mieszkający w Indiach obywatele urdujęzyczni nie będą dodawali do swojej mowy słów zaczerpniętych z hindi – urdu jest sam w sobie wystarczająco bogaty. I w tym właśnie tkwi szkopuł – w przeciwieństwie do urdu, hindi wydaje się nie posiadać około czterdziestu procent niezbędnego słownictwa. Lukę tę zapełnia się w zależności od okoliczności za pomocą albo urdu albo sanskrytu. I oczywiście wszechobecnym angielskim. Jak jednak funkcjonować może taki język-kameleon? Czy zatem język hindi nie istnieje? Czy jest tworem sztucznym? Takie głosy rozbrzmiewały niejednokrotnie podczas naszych rozmów w akademiku. Rzeczywistość jednak przeczyła nam, bo na uliczkach Agry hindi żył swoim życiem, podobnie jak w wielu innych, nieraz odległych o prawie tysiąc kilometrów miastach. A nawet i dalej, w stanach niehindijęzycznych, można go było nieraz usłyszeć. Na nieszczęście dla zagranicznych studentów, różnorodność tego, co słyszeliśmy od ludzi, przewyższała znacznie umiejętności nawet najzdolniejszego kameleona. Różnice nie pojawiały się bowiem po prostu w zależności od regionu, czy za-

znaczając naturalną przepaść między miastem a wsią – oprócz tych oczywistych dialektów istnieją w Indiach jeszcze dialekty kastowe! To chyba okazało się największym ciosem dla każdego z nas, bo jak w takim razie mamy mówić my? Strategia większości studentów sprowadziła się do nauki śuddh hindi, ale efekt prób komunikacji w nim często bywał opłakany – o ile przeciętny Hindus potrafi (na szczęście!) zrozumieć wiele wersji dialektalnych, o tyle śuddh hindi w jego słowniku rzadko figuruje. Dopóki nie nauczyliśmy się dobrze odróżniać słów sanskryckich, spotykało nas wiele zabawnych nieporozumień. Sama pamiętam dobrze minę moich rozmówców, skądinąd ludzi dobrze wykształconych, gdy wplotłam w jakieś zwykłe zdanie słowo mahattvapurn („ważny”), nie używane chyba w ogóle poza jakimiś bardzo szczególnymi okazjami. Dziś wiem już dobrze, że te wszystkie „ttvy”, „purny”, „purvaki” i inne podobne morfemy po prostu nie brzmią normalnie dla ucha Hindusa. Nie zdziwiłoby mnie nawet, gdyby się okazało, że trudniej im niż nam wymówić je poprawnie. Ten językowy chaos zachęcił mnie, aby próbować czegoś, czego nie ośmieliłabym się zrobić w żadnym innym kraju – mówić, zanim jeszcze opanowałam podstawy języka, mówić cokolwiek, mieszając wszystko ze wszystkim, tworząc własne słowa, zdania bez orzeczenia, dziwaczne konstrukcje… I efekt był oszałamiający! Na początku tylko pomyślna zmiana kosztu transportu i cen kupowanych produktów, z  czasem, gdy jednak opanowałam nieco gramatykę i większy zasób słów, przerodziła się w klucz do wszystkiego. Are, aap to hindi bolti hai! („Pani mówi w hindi!”) oznacza tutaj “Sezamie, otwórz się!”. W Indiach można osiągnąć wszystko, naprawdę wszystko, czego tylko się zapragnie, jeśli umie się z uśmiechem improwizować w języku, który nie istnieje… Kaja Bryx

715937_82959601.jpg

Impresja ze Sri Lanki 8


Impresja ze Sri Lanki Pierwsze dni na Lance oszołomiły mnie całkowicie. Znalazłem się w tropikalnym raju, gdzie wszystko, nawet najbardziej zaniedbane zakątki Colombo, wygląda jak ogród. Ma się wrażenie, iż planeta Ziemia nagle stała się młodsza i zaczęła uśmiechać się całym swym bogactwem do swoich mieszkańców. Zamieszkałem w domu siostry Thakshili, Kawshayli Mendis i jej męża Thusitha Laknath. Sądziłem, iż pierwsze dni będą leniwe i ospałe, jak to bywa podczas wypraw w nieznane, gdzie nic jeszcze nie wiemy i gdzie nie znamy nikogo. Oczywiście, siłą rzeczy pragnąłem się dowiedzieć czegoś więcej na temat indyjskich wpływów na życie kulturalne Sri Lanki, ale póki co myślałem o tym po cichu, delektując się zapachem kory cynamonowców. Tymczasem nie było mowy o żadnym lenistwie pierwszych dni. Wciąż jeszcze zagubiony wśród palm, papug i innych egzotycznych gąszczy i piór, już drugiego dnia znalazłem się (a raczej zostałem zaciągnięty przez przypominającego muszkietera Tushitę) na wydziale sztuk wizualnych Aesthetic University w Colombo. Tam dowiedziałem się, iż wbrew moim przypuszczeniom wpływy muzyki północnoindyjskiej na lankijskich artystów są znacznie silniejsze niż te pochodzące z Tamilnadu. Lecz i te ostatnie były tu obecne co najmniej od XVIII wieku, gdyż wiele tradycji teatralnych z subkontynentu przyniosło się tutaj i zakorzeniło z  łatwością. Za wpływy północne odpowiedzialny okazał się głównie Rabindranath Tagore, którego trzykrotne wizyty na wyspie zachęciły Lankijczyków do szukania swoich własnych korzeni w duchu bengalskiej Rabindra Sangeet. Jakby dla potwierdzenia, już w pierwszych dniach miałem okazję wysłuchać recitalu najwybitniejszego lankijskiego sitarzysty Pradeepa Ratnayake, który grał wprawdzie jak najbardziej klasyczną ragę Shyam Kalyan, lecz obdarzył ją swobodnym, improwizatorskim podejściem bogatym w lokalne inspiracje. A jaka jest ta lokalność? Jak wyjaśnili mi pro<MehrereüberschneidendeVerknüpfungen>

fesorowie z uniwersytetu, buddyści lankijscy nie mieli serca do muzyki, tańca i teatru. Sztuki odbierane kolektywnie były ich zdaniem przeszkodą w walce z Mają, odwieczną iluzją stojącą na drodze do Nirwany. Inaczej rzecz się miała z rzeźbą i malarstwem, które to mogły wspomagać indywidualną medytację. Tym niemniej istnieje na Lance lokalna, politeistyczna tradycja, związana głównie z kultem Matki Ziemi. Związane są z nią pieśni, a także bębny. Najbardziej zaskoczyli mnie jednakże moi młodzi lankijscy przyjaciele. Nalin Lucena okazał się doświadczonym już aktorem, który zagrał główną rolę w „Skrzypku na Dachu”, oczywiście śpiewając po syngalesku główną rolę i  wszystkie związane z nią przeboje. Tushita zagrał w nagrodzonym na festiwalu filmowym w  Dubaju filmie „Z nieba”, czyli „Ahasil Beti” Weemoogtiego Jayasundera. W domu Tutshity i Koshayli zastałem ich przyjaciółkę, Prasadini Atahpattu, która zagrała Antygonę w ramach ich teatru, Academic Players (www.academicplayers.com ; na stronie dostępne są piękne zdjęcia). Zainteresowanie Sofoklesem znalazło też odbicie w przygotowanym przez młodych aktorów „Królu Edypie”. Z zaciekawieniem rozmawiałem z nimi o tym sięganiu po korzenie europejskiej tragedii. Okazało się, iż uważają oni, iż wprawdzie dramat musiał istnieć od dawna, to jednak właśnie starożytnym Grekom przypada w udziale zaszczyt skodyfikowania go i uczynienia niezwykłym narzędziem wyrażającym najgłębsze i najbardziej uniwersalne treści. Za „Agamemnona” Ajschylosa Akademic Players zdobyli Narodową Nagrodę Młodych. Obecnie Tushita, nie związany z projektem swoich przyjaciół i żony, jako przedstawiciel innej uczelni, zagra główną rolę w filmie „Three Wheeler Diary” Denisa Perery nawiązującym do filmu „Dzienniki motoycyklowe”. Lankijczyk podziela oczywiście sympatię twórców „Dzienników...”

9


do Che Guevary. Owo „Three Wheeler” to oczywiście ryksza. Lankijski film ma mówić o dwóch młodych ludziach marzących o zasianiu rewolucyjnego fermentu na swojej wyspie i wzorujących się na Che. Sri Lanka, tak bardzo przypominająca Arkadię, ma też swoje ciemne strony. Tutejsze prawodawstwo zawsze było kostycznie skodyfikowane i nadmiernie restrykcyjne. Zdarzają się tu też mocne akcje rządu, jak na przykład zamordowanie w roku 1971 przez siły rządowe 15 tysięcy osób jedynie podejrzanych o współpracę z Tamilskimi Tygrysami. Obecnie rząd realizuje politykę probuddyjską, nie liczącą się z mniejszościami wyznaniowymi i etnicznymi. Wedle niej Lanka zdefiniowana jest jako wyspa syngaleskich buddystów. Młody aktor (należący do światłych przedstawicieli lankijskiej większości) ćwiczy teraz istotny element swojej

roli z zaprzyjaźnionym rykszarzem. Zdjęcia zaczęły się 25 stycznia 2011 roku. Choć ze wszystkich skrzyżowań Lanki patrzą na mnie spod kamiennych powiek oczy Buddy, sztuka na wyspie rozkwita. Lankijczycy są otwarci na wszystko, na swoich imprezach grywają często muzykę rozrywkową opartą na portugalskich wzorcach, Nalin Lucena marzy o roli na Brodwayu, z kolei Koshayla Mendis interesuje się naszym Grotowskim. Nalin Lucena wkrótce zaprezentuje mi wielkanocne pieśni tutejszych chrześcijan, zwane „pasan”. Mimo to Lanka pozostaje Lanką. Samotne królestwo Kandy broniło się tutaj przed brytyjską kolonizacją aż do 1815 roku. We wszystkim zatem co robią, odnajdują Lankijczycy jakiś element swojej własnej tożsamości. Jacek Tabisz

Napiszę o moich przyjaciółkach...

Recenzja książki Dziewczyny z Rijadu Radży as-Sani

Moje przyjaciółki (...) Martwe jeszcze przed śmiercią żyją i umierają niczym pieczarki w szklarni Moje przyjaciółki Ptaki żyjące w jaskini (...). /Nizar Kabbani/

Po skończeniu lektury debiutanckiej powieści Radży as-Sani wybrałam się w odwiedziny do swoich przyjaciółek. Słuchając plotek o tym, kto bierze ślub, a kto po raz kolejny rozczarował się nieudanym związkiem, kto właśnie przeżywa rozstanie, a kto urodził dziecko, poczułam się jak jedna z bohaterek Dziewczyn z Rijadu. Mało odkrywcza to refleksja, ale wielu ludzi Zachodu wciąż może szokować: mimo życia w restrykcyjnym, przestrzegającym szariatu społeczeństwie, marzenia muzułmańskich dziewcząt i ich rozmowy o mężczyznach (a czasem i rozczarowanie rzeczywistością) niczym nie różnią się od tego, co tkwi w głowach i co usłyszeć można w domach choćby młodych Europejek. Znamienne są słowa narratorki: „Jestem jak każda inna dziewczyna w moim wieku; jak każdy człowiek niezależnie od miejsca, w którym żyje. Jedyna różnica między mną a nimi polega na tym, że nie lubię siedzieć cicho i nie wypieram się tego, kim jestem i co czuję”. Narratorką powieści jest tajemnicza dziewczyna, która w każdy piątek wysyła e-maile do użytkowników internetu w Arabii Saudyjskiej zapisanych na listę mailingową „seerehwenfadha7et” (nazwa to parafraza tytułu libańskiego talk show „Opowiedz mi swoją historię”). Jej atrybutem jest krwistoczerwona szminka – symbol

10

kobiecości, ale też odwagi. Inspirują ją cytaty z wierszy Nizara Kabanniego (określanego mianem poety kobiet), hadisy, wersety Koranu, ale też teksty piosenek, poezja zachodnia i europejska myśl antyczna. Sama nazywa siebie posłańcem. Jej głos w dyskusji na temat sytuacji kobiety w konserwatywnym społeczeństwie


arabskim jest silny i zdecydowany – do tego stopnia, że jej opowieść staje się materiałem do rozmów na uniwersytetach i ulicach w każdy sobotni poranek. E-maile wzbudzają kontrowersje, a ona sama zyskuje zarówno zwolenników, jak i przeciwników, oskarżających ją o wtrącanie się w życie prywatne innych, bycie wzorem dla tych, którzy bezczelnie wystawiają na próbę muzułmańską tradycję, a nawet sianie zgorszenia i rozpowszechnienie niemoralnych zachowań. Ale czy narratorka nawołuje do grzechu? Bojkotu tradycji? Każe kobietom odkrywać włosy czy porzucać mężów? Przecież w swoich wiadomościach komentarz ogranicza do minimum, przedstawiając przede wszystkim historie swoich czterech przyjaciółek z wyższej sfery społeczeństwa: Gamry, Sadim, Lamis i Michelle. Owe dziewczyny z Rijadu, stolicy Arabii Saudyjskiej, przeżywają swoje pierwsze miłości i chwile szczęścia, ale także miłosne rozczarowania, depresje i momenty zwątpienia. Wychodzą za mąż, ale też są porzucane, narzekają na mężczyzn i wymagania społeczne, ale są gotowe na poświęcenia, realizują się zawodowo, ale też przerywają naukę i rodzą niechciane dzieci, krytykują saudyjskie społeczeństwo, ale z  ełną świadomością i religijną pokorą decydują się na noszenie hidżabu nawet w domu czy za granicą.. Cztery kobiety – cztery różne postawy, cztery sposoby na radzenie sobie w krytycznych sytuacjach, cztery historie połączone kobiecą przyjaźnią. Nie każda znajdzie szczęście u boku mężczyzny... A jaka jest historia narratorki? Tego nie wiemy – choć nietrudno się domyślić, że słodko-cierpki smak życia muzułmańskiej kobiety nie jest jej obcy. Powiedzenie egipskie mówi, że „lepszy cień mężczyzny od cienia ściany” – lepiej wyjść za mąż, niż pozostawać w domu rodziców. Dlatego marzeniem i celem życia większości arabskich kobiet jest małżeństwo, oczywiście z nadzieją na to, że wybrany przez rodzinę mąż okaże się dobry i kochający – o czym bowiem mają marzyć mieszkanki Arabii Saudyjskiej spędzające czas w domach, na zakupach, na internetowych czatach lub plotkach z przyjaciółkami? Jeśli jednak wydaje Wam się, że bohaterka powieści zawsze pokornie podporządkowuje się mężczyźnie, nie potrzebuje szacunku i ciepła, a jej jedynym marzeniem jest masowanie stóp mężowi, to grubo się mylicie. Kobiety u as-Sani gonią za miłością, która często okazuje się iluzją, bywają naiwne i uzależniają się od ukochanych, jednak ostatecznie potrafią krzyknąć mężczyźnie „ty dupku, ty tchórzu skończony!”,

zemścić się na tych, którzy niegdyś je porzucili, czy stwierdzić: „to jest jej życie i może robić, co chce, tak samo jak i on”. Wszak zdanie Eleanor Roosvelt – „Kobieta jest jak torebka herbaty: jej siłę poznasz dopiero, kiedy zalejesz ją wrzątkiem” – tyczy się wszystkich kobiet na świecie! Choć as-Sani przekonuje: „Wszystko, o czym mówię, znają dobrze dziewczyny w naszym społeczeństwie”, trzeba zauważyć, że bohaterki powieści reprezentują niewielki procent społeczności kobiet w Arabii Saudyjskiej. Przyjaciółki są sunnitkami, pochodzą z bogatych i pływowych rodzin, mogą studiować, wyjeżdżać za granicę, realizować się zawodowo... Być może to właśnie ich pozycja wpływa na narodziny odwagi, śmiałe marzenia o miłości i ogromną potrzebę szacunku. A co z mężczyznami? Narratorka nie chce zagłębiać się w serca „krokodyli” („Ten, kto ma w sobie wystarczająco dużo krokodylowatości, może opowiadać o swoich przyjaciołach. Ten krokodyl zdecydowanie powinien do mnie napisać i opowiedzieć mi o tym, co dzieje się u niego na bagnach, ponieważ my, jaszczurki, rozpaczliwie pragniemy poznać ich sposób myślenia i zrozumieć motywację, której zawsze musimy się domyślać!”), trzeba jednak przyznać, że w Dziewczynach z Rijadu większość

11


bohaterów wzbudza albo niechęć (wystarczy spojrzeć na ich przezwiska: Raszid at-Tanbal – głupek, Fajsal al-Batran – arogancki), albo też litość. Mimo uprzywilejowanej pozycji w społeczeństwie, ich sytuacja bywa nieraz tragiczna. Michelle określa ich jako zbyt przerażonych, by podejmować własne decyzje. Piętnem tych mężczyzn jest nawyk zrzucania odpowiedzialności na innych – ojca, wujka, dziadka, matkę, która podczas wesel szuka im żony wśród koleżanek i sióstr panien młodych... Są marionetkami w rękach rodziny, „bębenkiem w rękach rodziców, na którym wystukują rytm swojego plemienia”, a brak odwagi powoduje, że nie biorą sobie za żon kobiet, w których są zakochani, a te „odpowiednie”, które zostają im wybrane. Książka as-Sani, obok rzutu okiem na kulturę islamu, oferuje także wgląd w funkcjonowanie miłości w Arabii Saudyjskiej, gdzie kochanie jest tematem tabu. W myśl Dżasima al-Mutawwy, autorytetu w dziedzinie norm obowiązujących muzułmanina, gdy miłość prowadzi do pocałunków i uścisków, staje się haram, czyli grzeszna. Kobieta nie może pokazywać się publicznie z mężczyzną, który nie jest jej mężem lub krewnym – niedozwolone są randki, zakazane jest obchodzenie Walentynek (prezenty wręczone z tej okazji bywają konfiskowane). Nie oznacza to jednak, że zakazy te są przestrzegane – zakochani znajdują sposoby, by się spotykać (tak jak bohaterki powieści – np. w domu zaprzyjaźnionej starszej kobiety, czy podczas praktyk medycznych), rozwijać znajomość (na przykład poprzez rozmowy telefoniczne, w wielu rodzinach także podczas milki, czyli okresu między zawarciem aktu małżeństwa a weselem), a nawet flirtować z nieznajomymi (przekazywanie przez mężczyzn numerów telefonów podczas jazdy samochodem, albo też rozmowy na inter-

netowych czatach, gdzie bezkarnie można żartować i wygłupiać się z chłopakami). Choć temat miłości i relacji damsko-męskich zajmuje sporo miejsca w tej w gruncie rzeczy lekkiej i łatwej w odbiorze powieści, Dziewczyny z Rijadu nie są ani banalnym romansem, ani manifestem feministycznym. Tak naprawdę to apel do saudyjskiego społeczeństwa o przyznanie kobietom prawa do miłości i szacunku oraz uświadomienie, że zmiana musi dokonać się wewnątrz: „Liczę, że dostrzeżecie (...), iż coraz więcej tych kobiet powoli zaczyna iść swoją drogą – nie zachodnią, ale taką, która pozwala im zachować to, co wartościowe w religii i kulturze, jednocześnie wprowadzając w niej pewne zmiany”. Trzeba dodać, że apel ten wywołał w świecie arabskim prawdziwą burzę – jednocześnie Dziewczyny z Rijadu w 2008 uznane zostały za arabską książkę roku. Przetłumaczono ją na ponad 20 języków. Innowacyjność powieści przejawia się w jeszcze jednej kwestii – stylistycznej. Język Dziewczyn z Rijadu to bowiem mieszanina arabskich dialektów oraz anglicyzmów z literackim językiem arabskim – mieszanina, która doskonale oddaje charakter współczesnego języka arabskiego. Oryginalna jest także forma literacka, tj. e-maile wysłane na listę mailingową. Z pewnością zabieg ten wpływa na uwiarygodnienie akcji i sprawia, że bohaterki stają się pełnowymiarowymi postaciami – a tym samym uświadamia, że każda kobieta spowita w abaję czy hidżab, którą mijamy na ulicach Rijadu, może być Lamis, Gamrą, Sadim, Michelle... /Radża as-Sani, Dziewczyny z Rijadu, przeł. Eryka Lehr, Wyd. Smak Słowa, Sopot 2010/

Marta Zienkiewicz

Trudne dorastanie geniusza Utalentowana, debiutancka powieść Nikity Lalwani, przenosi nas w świat hinduskich emigrantów osiedlonych w Walii. Centralną postacią tej historii, rozgrywającej się w latach osiemdziesiątych, jest nastoletnia Rumi, obdarzona niezwykłymi matematycznymi zdolnościami. Wiele jednak dowiadujemy się także o jej najbliższych, ich poglądach i obyczajach. Widzimy zatem, że w patriarchalnej rodzinie asi kultywuje się tradycję, a w domu znajduje się ołtarz ze zdjęciem guru, przed którym rodzice

12

Rumi się modlą (ich dzieci już mniej to interesuje). Okazują oni też wprost fanatyczne uwielbienie dla przywódcy narodowego – Gandhiego –


ciągając swoje znudzone pociechy na pokazy filmów o jego zasługach. Celebrują hinduskie święta, w tym oczywiście Diwali. Będąc w Indiach, rodzina odbywa też wycieczkę do jaskini żeńskiego bóstwa Mansadewi. Właśnie dzięki tym podróżom do kraju przodków Rumi przeżywa prawdziwe chwile szczęścia. Czuje, że tutaj jest jej miejsce, tutaj są liczni krewni, a ciemna karnacja nareszcie nie wyróżnia jej spośród rówieśników. Autorka – która sama urodziła się w Indiach, a dorastała w Wielkiej Brytanii – porusza problem trudności, z jakimi zmagają się Hindusi przy zaadaptowaniu się do zachodniego stylu życia. Niektórzy emigranci, nawet po latach spędzonych w obcym kraju, nadal czują się odmienni, lekceważeni i niedoceniani (np. gdy określa się ich mianem „kolorowych”). Mahes, ojciec Rumi, jest przeczulony na punkcie wszelkich uwag na

temat swojego pochodzenia czy tez przeszłości swojego narodu, a nic nieznaczące uwagi potrafią go rozdrażnić. Zmusza córkę do rozwiązywania matematycznych zadań, podczas gdy jej koleżanki się bawią – bardzo chce, aby dziewczynka osiągnęła sukces w szkole i dowiodła równości Hindusów i „białych”. Niestety, przez jego aspiracje cierpi Rumi, która ma utrudniony kontakt z rówieśnikami, a wiele ich rozrywek jest dla niej zabronionych. Z jednej strony jest matematycznym geniuszem, a z drugiej normalną nastolatką ze wszystkimi jej rozterkami. To sprawia, że dziewczynka zaczyna tęsknić do wolności. Pomimo jej miłości do Indii, zachodni świat wydaje się być bardziej atrakcyjny, zaś konserwatywne poglądy rodziców coraz bardziej ciążą. Wejście w okres dojrzewania wpływa dodatkowo na bunt bohaterki – także gdy rodzice nie pozwalają jej spotykać się z muzułmańskim chłopakiem, którym jest zauroczona.. Rodzina Wasi z czasem osiąga zupełnie przyzwoity status społeczny (ojciec jest wykładowcą na uniwersytecie), ale właściwie wciąż obraca się w zamkniętym kręgu hinduskich znajomości. Bariera kulturowa okazuje się niełatwa do pokonania – i chyba też nie wszyscy chcą ją pokonywać. Liberalne obyczaje Brytyjczyków są dla starszego pokolenia często szokujące i z całą pewnością nie do zaakceptowania, stąd też wynika nieufność. Daje się tu zauważyć następujący podział, przyjęty przez rodziców Rumi: świat zachodni jest zepsuty i rozprzężony, a świat wschodni – praworządny i słuszny. Powieść przybliża nam specyfikę indyjskiego świata – wiele dowiedzieć się można o hinduskich potrawach, strojach, a także burzliwej historii. Autorka potrafi w zajmujący sposób przybliżyć czytelnikowi kulturę Indii, opowiadając jednocześnie o smutkach i radościach (nie) zwykłej nastolatki. Lekkie pióro i ciekawa fabuła sprawiają, że jest to debiut jak najbardziej udany. Czekamy na więcej!

/Nikita Lalwani Utalentowana, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008/

Agnieszka Kowalczyk

13


MESIC 3 we Wrocławiu Już niebawem, w dniach 19-21 maja, miłośnicy Indii zyskają niepowtarzalną okazję, by wziąć udział w międzynarodowej konferencji indologicznej na Uniwersytecie Wrocławskim. Organizatorem wydarzenia jest Zakład Filologii Indyjskiej oraz Interdyscyplinarne Koło Orientalistyczne Uniwersytetu Wrocławskiego. Trzecia edycja konferencji Middle European Student Indology Conference to kontynuacja pomysłu studentów Uniwersytetu z agrzebia. MESIC jest cykliczną konferencją studencką, w organizację której zaangażowane są dziś trzy współpracujące ze sobą ośrodki akademickie: Uniwersytet w Zagrzebiu, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu i Uniwersytet Wrocławski. Pierwszy MESIC odbył się w Chorwacji w 2009 r., drugi w 2010 r. w Polsce (Poznań), w tym roku to Uniwersytet Wrocławski oczekiwać będzie gości z calej Europy – studentów, doktorantów i pracowników naukowych. Wrocław stał się z jednej strony kontynuatorem przedsięwzięcia – z drugiej strony to pierwsza studencka i doktorancka konferencja o tej tematyce w mieście i na Uniwersytecie Wrocławskim! Wśród gości znajdują się prelegenci i słuchacze z trzech ośrodków indologicznych w Polsce (Warszawy, Krakowa i Poznania) oraz z siedmiu krajów europejskich (Chor-

wacji, Anglii, Niemiec, Litwy, Czech, Węgier, Austrii). Swoją obecność zapowiedział też Ambasador Indii Deepak Vohra. Program MESIC 3 jest bardzo różnorodny – znajdują się w nim referaty dotyczące filozofii i religii indyjskiej, literatury starożytnej i nowożytnej (hindi, tamilski), lingwistyki (w tym zastosowania informatyki w badaniach nad sanskrytem), sztuki, a także dziejów najnowszych, polityki, spraw społecznych i obyczajowych Indii. Zostanie więc poruszonych wiele istotnych zagadnień, obecnych w najnowszych badaniach indologicznych. Mamy nadzieję, że MESIC stanie się gruntem do międzynarodowych, naukowych spotkań – liczymy na ambitne i twórcze dyskusje dotyczące Indii oraz umocnienie więzi między studentami indologii z różnych krajów. Zapraszamy wszystkich zainteresowanych! Alicja Łozowska, Marta Zienkiewicz

www.mesic3.pl 14


19.05.2011 | THURSDAY 10.00 Opening ceremony. 11.00 Opening lecture: prof. dr hab. Krzysztof Biliński (University of Wrocław): The Indian Motifs in the Poetry of Bogusław Butrymowicz. 11.30-13.00 PANEL 1: INDIAN LITERATURE. 11.30 Maria Jawłowska (University of Warsaw): The Concept of Tinai in Classical Tamil Poetry. 12.00 Vedrana Pavlak (University of Zagreb): Chayavad. 12.30 Péter Sági (Eötvös Loránd University, Budapest): Female Characters in the Short Stories of Mohan Rakesh. 13.30-15.00 PANEL 2: LINGUISTICS. 13.30 Krystian Kosowski (Jagiellonian University in Cracow): Philosophy of Language in the Works of Bhartrhari. 14.00 Maria Woźniak (University of Wrocław): Managing Multilingual India. 14.30 Daniel Stender (Ecole Pratique des Hautes Études IV, Paris): XML in Indology. 17.00-18.30 PANEL 3: POLITICAL ISSUES IN MODERN INDIA. 17.00 Joanna Malec (Pontifical University of John Paul II in Cracow): Ideology of Hindutva Movement. 18.00 Jayaraj Manepalli (University of Vienna): The Hidden War in India: The Left-Wing Extremism. Between People’s Issues and Ideological Goals? 19.00-21.00 Justyna Rodzińska-Nair, Sankar Lal Sivasankaran Nair: Indian Martial Art Kalarippayattu (workshop & lecture) 20.05.2011 | FRIDAY 9.00-10.30 PANEL 4: INDIAN ART. 9.00 Barbara Banasik (University of Warsaw): Women in Indian Ancient World – an Analysis of the Paintings of Ajanta. 9.30 Alicja Łozowska (University of Wrocław): ”These Are the Gardens of Eden, Enter Them and Live Forever”. About the Paradisical Imagery of the Funeral Imperial Architecture in Mughal India – From Humayun’s Tomb to Taj Mahal. 10.00 Katarzyna Ochman (University of Warsaw): Henna in India. 11.00-12.00 PANEL 5: SOCIAL ISSUES IN INDIA.

11.00 Sylwia Kwaterska (University of Wrocław): India’s Third Gender – The Issue of Hijras in Modern Indian Society. 11.30 Agnieszka Ibupoto (Adam Mickiewicz University in Poznań): ”Babies Made in India”. The Problem of Surrogate Motherhood. 12.00-12.30 COFFEE/TEA BREAK 12..30-13.30 PANEL 6: CHRISTIANITY IN INDIA. 12.30 Branka Dimitrieva (University of Wrocław): Blessed Mother Teresa. From Skopje to Calcutta. 13.00 Aneta Krejczy (University of Wrocław): Laddu Gopal or the Infant Jesus? On Acculturation in the Indian Catholic Church. 21.05.2011 | SATURDAY 9.30-11.00 PANEL 7: INDIAN RELIGION AND PHILOSOPHY. 9.30 Stanisław Kania (University of Warsaw): Gods vs. gods. Some Thoughts on the Nature of Hindu Deva-Asura and Norse Æsir-Vanir Conflicts. 10.00 Krzysztof Szokalski (University of Wrocław): Concept of the Absolute in Bhagavadgita. 10.30 Rafał Kłeczek (University of Warsaw): An Attempt at Reconstructing the Original Pāśupata Doctrine. 11.30-13.30 PANEL 8: INDIA TODAY. 11.30 Leon Ciechanowski, Judyta Latymowicz, Luiza Działowska, Amadeusz Just (University of Warsaw): Establishment of New Administrative Units in India. 12.00 Antonina Małowiecka (University of Wrocław): Unprotected Areas: Dilemmas of Managing Environmental Conflicts in Indian Himalayan Region. 12.30 Agnieszka Skulicz (University of Wrocław): The Relationship Between Indian and Chinese Mythology in Relation to the Monkey King. 13.00 Lukas Guttek (University of Vienna): Changing Institutional Framework and Multinational Corporations: Case Study of Indian Pharmaceutical Industry. 13.30-14.00 OFFICIAL CLOSING OF THE CONFERENCE

15


Miesięcznik „Duniya” wydawany jest przez Interdyscyplinarne Koło Orientalistyczne Uniwersytetu Wrocławskiego. IKO działa od 2008 roku. Organizuje m.in. cykliczne konferencje orientalistyczne „Podróż na Wschód”, cykl wykładów o klasycznej muzyce indyjskiej „Muzyka spod lotosowych kolumn” prowadzonych przez Jacka Tabisza, a także jest współorganizatorem wrocławskich Dni Indyjskich. Redaktor naczelna Kaja Bryx Zastępca redaktor naczelnej i kierownik redakcji Marta Zienkiewicz Zespół redakcyjny Kaja Bryx, Elżbieta Bielska, Alicja Łozowska, Natalia Twardy, Jacek Tabisz, Marta Zienkiewicz Korekta Marta Zienkiewicz Skład i projekt graficzny Natalia Twardy Unijno-Chiński Rok Młodzieży – młodzi liderzy i młode liderki pragnący wziąć udział w wydarzeniach w Chinach poszukiwani! Ministerstwo Edukacji Narodowej wraz z Polską Radą Organizacji Młodzieżowych poszukują młodych przedstawicieli organizacji pozarządowych aktywnie działających w obszarze edukacji, młodzieży, badań naukowych lub biznesu do udziału w wydarzeniach związanych z obchodami Unijno–Chińskiego Roku Młodzieży: 1) „EU-China Youth Forum on sustainable development”, w Xi’an, w terminie 4-11 lipca 2011, 2) „EU-China Youth Forum for Participation and 2011 Universiade Youth Festival”, w Shenzhen w terminie 9 - 15 sierpnia 2011. Osoby pragnące wziąć udział w jednym z wydarzeń powinny: - posiadać umiejętność swobodnej komunikacji się w jjęzyku angielskim, - być zainteresowane tworzeniem projektów oraz współpracą z chińską młodzieżą, - wyrażać gotowość do aktywnego uczestnictwa we wszystkich punktach wydarzenia, - być zdolne do wspierania w swoim kraju/społeczności wydarzeń związanych z obchodem Roku Młodzieży, - być w wieku 18-35 lat.

16

www.iko.uni.wroc.pl

Osoby zainteresowane współpracą z czasopismem „Duniya” proszone są o nadsyłanie tekstów na adres

orientalistyczne@gmail.com Wcześniejsze doświadczenie we współpracy z Chinami będzie dodatkowym atutem. Uczestnicy będą zobowiązani do podzielenia się swoimi poglądami, doświadczeniem oraz najlepszymi praktykami w obszarach, których dotyczą spotkania. Wszystkie koszty związane z udział w wydarzeniu pokrywają organizatorzy. Osoby zainteresowane udziałem w jednym z dwóch wydarzeń proszone są o wypełnienie w języku angielskim odpowiedniego formularza (w załączniku) i przesłanie go na adres: mateusz.zalewski@prom.info.pl Polska Rada Organizacji Młodzieżowych dokona nominacji trzech osób na każde z wydarzeń, natomiast ostateczny wybór zostanie dokonany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Rok 2011 został ogłoszony Unijno-Chińskim Rokiem Młodzieży. W jego ramach, Komisja Europejska we współpracy z chińskimi organizacjami młodzieżowymi (All China Youth Federation) opracowała roczny plan, który zakłada działania mające na celu zwiększenie wzajemnego zrozumienia i nawiązanie współpracy pomiędzy młodzieżą z Chin i Unii Europejskiej. Szczegółowe informacje na temat roku znajdują się na stronie Komisji Europejskiej: http://ec.europa.eu/youth/focus/focus1864_en.htm

DUNIYA nr 9, 2011  

"DUNIYA - WROCŁAWSKI BIULETYN ORIENTALISTYCZNY" - miesięcznik wydawany od kwietnia 2010 roku przez Interdyscyplinarne Koło Orientalistyczne....

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you