Issuu on Google+

MAGAZYN Belgowie śmieją się z Holendrów, że ci są skąpi, a Anglicy z Irlandczyków, że nie grzeszą inteligencją. O tym, jak nabijamy się z sąsiadów, pisze Marta Bigda

24

3 sierpnia 2012 | www.gazetawroclawska.pl | Polska Gazeta Wrocławska

Jaki śmieszny jest ten obcy

Śmiechu wart język Polacy twierdzą, że język czeski jest najśmieszniejszy na świecie. Stąd więc np. „szmaticzku na paticzku”, co rzekomo ma oznaczać „parasolkę” (tak naprawdę to deštník). Co ciekawe, Czesi to samo mówią o języku polskim – zabawny! I opowiadają so-bie, że Polki używają do malowania ust czegoś, co nazywają „tłuszczek na pyszczek”, co ma oznaczać szminkę. Poza tym, zdaniem naszych sasiadów, język polski jest „strasznie szeleszczący”. Czeszki często uważają Polaków za niewychowanych, bo ci... wpuszczają je przodem do restauracji. To błąd, bo przecież w środku może trwać bójka. I kto wtedy będzie pokrzywdzony? Kobieta, bo weszła pierwsza... – Jeden z moich studentów nabrudził kiedyś w hotelowym pokoju w Pradze – opowiada dr Joanna Szczepankiewicz-Battek, wykładowca akademicki. – Zszedł więc do recepcji i poiszę na gorąco. Jest środa, pierwszy dzień sierpnia 2012 roku, wczesny, pochmurny ranek. Na słupach i budynkach w mieście pełno biało-czerwonych flag z żałobnym kirem. Co się stało? Nic nie wiem. W radiu nikt nie mówił łamiącym się głosem. Mam. W komputerze znajduję. Tak, dziś jest rocznica przegranego tragicznie powstania. Po godzinie orientuję się, że nie taki jest powód żałoby. Chodzi o wtorkowe i wcześniejsze klęski narodowe. Wystarczyło się lepiej porozglądać. Obok mojej bramy w jednym ze sklepów na wystawie stoi w wielkich, czarnych ramach, przysłonięty czarnym woalem zbiorowy portret naszego siatkarskiego

P

wiedział pani tam siedzącej, że „szuka szczotki”. Pani stężała, a student nie wiedział, w czym problem – mówi. Otóż czeskie „szukać” to wulgarne określenie na uprawianie miłości, natomiast „szczotka” to w żargonie prostytutka. – Nieporozumienia językowe były przyczyną wielkiej awantury miedzy moimi znajomymi – Polakiem i Czeszką – na dzień przed ich ślubem – opowiada Maciej Sas, mój redakcyjny kolega. – Ona, widząc przyszłego męża w pięknym garniturze, westchnęła: „Wyglądasz jak frajer!”. Obraził się. A ona przecież chciała ukochanemu powiedzieć, że jest... przystojniakiem, bo to znaczy słowo „frajer” po czesku. Dla odmiany on z radością pyta ją o odwagę czeskich żołnierzy... Rosjanie z kolei śmieją się z Estończyków i Finów. A wszystko przez śpiewne, przedłużające się samogłoski, które w rosyjskich uszach przedłużają wypowiedź w nieskończoność. Przez to Estończycy i Finowie wydają się im powolni nie tylko wmowie,alei myśleniu.–Kiedy chcemy powiedzieć „jesteś bystry jak rzeka”, z nutką sarkazmu oczywiście, wystarczy, że nazwiemy tę osobę „gorącym Estończykiem” albo „narwanym Finem” – mówi Julia Zaritskaja, przedstawicielka rosyjskiej mniejszości narodowej w Estonii. Sąsiad do obśmiania – Jak mówią Francuzi, Szwajcarzy są na tyle powolni i oszczędni, że z przyczyn ekonomicznych najpierw robią dziury, a dopiero potem ser – opowiada Łukasz Skurczyński, który połowę życia i rodziny ma francuską. – Natomiast

Belgowie w kawałach to odpowiedniki polskich blondynek – dodaje. Belgowie natomiast boki zrywają, opowiadając sobie anegdoty oHolendrach, którzy w ich mniemaniu mają węża w kieszeni. – Porządzili trochę u nas z przekonaniem, że są lepsi, to teraz mają – śmieje się Kurt Strubbe, Belg od wielu lat mieszkający we Wrocławiu. Niemców też nie kochają, jak to widać dobrze w opowieści, gdzie Holender spotyka nad brzegiem rzeki człowieka, który pije z niej wodę. Woła doniego po holendersku, by ten przestał, bo się zatruje. Gdy słyszy odpowiedź (po niemiecku): „Nie rozumiem!”, podnosi energicznie obie dłonie do ust, pokazując, jak łapczywie powinien zabrać się z powrotem do gaszenia pragnienia. Anglicy z kolei za największych głupków mają Irlandczyków.–PewienIrlandczykprasował firanki żelazkiem. Wypadł zokna–opowiadaKevinAiston, Anglik,któregomieliśmyokazję oglądaćwprogramieTVP1„Europadasięlubić”.Jakmówi,„my śmiejemy się z nich, bo oni śmieją się z nas”. – Choć muszę przyznać,żebawiąnasteżFrancuzi. Prezerwatywy nazywamy „francuskimilistami”,aoni„angielskimi listami” – dodaje. W Anglii nie brakuje też dowcipów z trójką bohaterów narodowości angielskiej, niemieckiej i francuskiej. – Trochę jakwaszePolak-Niemiec-Rusek – mówi Aiston. – Zauważyłem jednak, że to Niemcy zawsze najbardziej obrywają w kawałach, bo śmiejecie się z nich wy, my i Francuzi na dobitkę. Niemcyjednakteżmająswoje powody do śmiechu. – Wiesz, po co Francuzom wstecznelusterkaprzyczołgach?

–pytamójznajomyJakobJung.– Żeby mogli się zorien-tować, że nieprzyjacielatakujeztyłu. Równie chętnie śmieją się z nas, opowiadając, że Rosjanie kradną u nich dwa samochody, bo zdają sobie sprawę, że będą wracać przez Polskę. Finowie natomiast nie przepadają za Szwedami, bo ci długo okupowali ich kraj. – Przecież komary różnią się od Szwedów jedynie tym, że wkurzają tylko latem – śmieje się Ikkaa, młody mieszkaniec Finlandii. Koreańczyków z kolei bawią Japończycy. – Mamy też ubaw z Chińczyków i Amerykanów, ale to chyba dość uniwersalne... – mruga Jungmin Kang, mieszkaniec Korei Południowej. Nasi są najzabawniejsi Okazuje się, że nie wszyscy chcą śmiać się tylko ze swoich sąsiadów. – Japończycy wolą raczej żartować ze swoich współrodaków, tyle że z różnych dystryktów – mówi Katsuhiko Shiota, nauczyciel we wrocławskiej szkole językowej Matsumi. – Podobnie jak Polacy, którzy mają swój Wąchock. Nawet Niemcy mają odpowiednik tego miasta w kawałach. U nich ludzie, którzy zwijają asfalt na noc, pochodzą z Ostfriesen, czyli wschodniej Fryzji. Włosi także nie przepadają za żartowaniem z innych narodów. – Co prawda nazywamy Niemców „mangiapatate”, czyli pożeraczami ziemniaków, nadal jednak najwięcej śmiejemy się z siebie – przekonuje Silvia Giammetta, mieszkanka Turynu. – Zresztą, gdy odwiedziłam Frankfurt nad Menem, okazało się, że te ich ziemniaki naprawdę są niezłe... Marta Bigda

Krzysztof Kucharski

Bóg się od nas odwrócił dream teamu. Dwunastu uśmiechniętych, młodych mężczyzn, ale Bóg się od nich odwrócił. Od nich? Od nas, wszystkich Polaków. Noszeni na rękach i okadzani za obficie, przegrali z Bułgarami. Nie można tego przyjąć z godnością. W największej miejskiej galerii handlowej na wprost wejścia olbrzymi portret, najmniej dwa metry na trzy, rodziny Radwańskich, tatuś i dwie córeczki, oraz jakiś facet zarośnięty na czarno. Domyślam się, że to trener. Przesad-

nie szerokie, czarne ramy robią przygnębiające wrażenie. Ludzie przystają, łzy ocierają, nikt się nie krępuje. Rodzinne nieszczęście wzrusza wszystkich i przestrzega: zawsze trzeba być gotowym na najgorsze. Spora grupa osób kręci się, jakby z niepokojem, rozgląda po kątach, to tu, to tam. Wyraźnie czegoś szukają. Rozglądają się niepewnie, wyraźnie nie chcą zwracać na siebie uwagi. Wyciągają ramy różnej wielkości. Ktoś przyniósł wielkie puchy czarnej farby. W milczeniu biorą

w dłonie pędzle i malują ramę po ramie. Widzę, jak dyskretnie wyciągają najróżniejsze zdjęcia. Portrety kolejne i jak najbardziej rozpoznawalne. Chyba tak na wszelki wypadek. A nuż się okaże, że to nie koniec nieszczęść. Że to był właściwie początek. Nie chodzi o jakieś czarnowidztwo. Warto jednak być przygotowanym na najgorsze. Wszystko może się zdarzyć, jak się szczęście zbiesi i położy się pod gruszą, zamiast pomagać tym, co należy, czyli naszym. Na przykład,

Stereotyptoniezły ZAgnieszką Durską,politologiemzeSzkoły SpołecznejweWrocławiu,rozmawia Dlaczego tak lubimy śmiać się z naszych sąsiadów za granicą?

Bo są za granicą, a granica skrywa coś nieznanego. A jak lepiej oswoić coś, czego może trochę się boimy, jeśli nie przez śmiech? Podobnie działo się, gdy Polacy musieli zmagać się np. z niemieckim okupantem, silnym i strasznym; kwitł wtedy niepodległościowy nurt humorystyczny. Poza tym człowiek ma tendencje do uznawania tych innych za gorszych. A jeśli ktoś jest gorszy, to można, a nawet należy go obśmiać. Dowcipy o innych narodowościach wyrastają też na gruncie funkcjonujących w kulturze stereotypów, które są elementem naszej tożsamości. Dzięki temu mechanizmowi na przykład każde polskie dziecko wie, że Bawarczycy to radośni, grubi piwosze w szelkach. Szkoda tylko, że taki polski tatuś, który opowiada o Bawarczykach, sam nie widzi swojego piwnego mięśnia, ćwiczonego przy okazji kolejnego pieczenia kiełbasek w gronie znajomych. powiedzmy, taki gigant – Tomasz Majewski – za delikatnie popchnie coś, co powinien popchnąć ze wszystkich sił, żeby naród zadowolić. Po co dopiero wtedy w panice szukać zdjęć i na chybcika dobierać przypadkowe ramy. Lepiej patrzeć w perspektywę, co nam przyniesie. Jak taka mistrzyni wielka Anita Włodarczyk nie dociągnie swojego młota nawet do koła i mowy nie będzie, żeby nim zakręciła? Co wtedy? Myślmy rozsądnie. Kolos przecież, Szymon Ziółkowski, a też może sobie z takim jeszcze cięższym młotem nie poradzić. Ten młot to nie zwykły banalny młotek. Drut się obluzuje i cholera wie, gdzie taka kula sama poleci.

FOT.MATERIAŁYSWPS

G

dyby Einstein był Polakiem, całe życie pracowałby jako sprzątaczka” – tak śmieją się z nas Amerykanie. My z kolei mamy ubaw po pachy z Pepików, którzy przecież tak zabawnie mówią. Ale bracia Czesi wcale nie pozostają nam dłużni – twierdzą, że Polacy nazywają jeża „maszerującą szczotką”. Wygląda na to, że zawsze znajdzie się powód do obśmiania swojego sąsiada albo przynajmniej „kogoś innego”. Jak się okazuje, każda nacja ma swoich ulubionych „obcych do wyśmiania”.

Czy powinniśmy w takim razie wyzbywać się stereotypów?

Stereotypy same się zweryfikują, jeśli tylko zechcemy się ruszyć do tych nieznanych krain. Wtedy nagle okaże się, że obok piwoszy na Octoberfeście żyją ludzie wysportowani. A Rosjanie i ich brzozy nie są takie krwiożercze, jak wpierają nam politycy. I ani jedni, ani drudzy w swoim człowieczeństwie jakoś specjalnie się od nas nie różnią. A same schematy nie są wcale takim złym wynalazkiem. Oczywiście, prowadzą do upraszczania Nie można przecież zakładać, że Monice Pyrek czy Annie Rogowskiej zawsze uda się we właściwy sposób skorzystać z katapulty, jaką bywa tyczka z jakichś kosmicznych włókien sztucznych zlepiona. Może im się nie udać. Przypomnijmy sobie, ile razy się nie udawało z najróżniejszych przyczyn. Mogą przybrać na wadze, pochłaniając zbyt obfite posiłki w olimpijskiej stołówce. Zbyt wysoko nie podskoczą. Choć jeszcze jest trochę czasu, ale widzę, że ktoś wyciągnął portret Piotra Małachowskiego z miną, jakby mu dysk wypadł. Skrzywiony jakoś, znam takie grymasy. Wiem też, jaki to koszmarny ból. Z dyskiem nie ma żartów. Warto wszystko prze-


Polska Gazeta Wrocławska | www.gazetawroclawska.pl | 3 sierpnia 2012

MAGAZYN

25

ZobaczyćRzymi...wrócić,czyli słówparęożyciuwsłonecznejItalii o, chyba że jesteśdługonogą blondynką i nie wyobrażasz sobie sytuacji, gdy ktoś – na przykład kierowca karawanu albo autobusu – trąbi na twój widok i znacząco cmoka,sławiąctwąurodęnapół miasta. Albo nie tkniesz pizzy bez keczupu, a kubek kawy rozpuszczalnej z mlekiem to dla Ciebie gwarant udanego poranka. Ale spokojnie – we Włoszech „plusy dodatnie” szybko przysłonią „plusy ujemne”.

ILUSTRACJA:MACIEJDUDZIK

N

wynalazek WyższejPsychologii Marta Bigda rzeczywistości, co często ją wykrzywia. Ale kto tak naprawdę ma monopol na obiektywną rzeczywistość? Poza tym dzięki schematom nie musimy za każdym razem od nowa uczyć się wszystkiego. Jeśli widzimy na stole kubek, wiemy, że jest to kubek i że możemy sobie w nim zrobić herbatę. Ciężko byłoby co rano odkrywać znaczenie tego oraz wielu innych przedmiotów czy zachowań. To znaczy, że łamanie schematów nie może być pozytywne?

Ależ może, przykładem może tu zaświecić Euro, które pokazało, że Polacy to nie tylko złodzieje, pijacy i bałaganiarze, ale ciepły, miły i otwarty naród. Nie twierdzę, że nagle cały świat zmienił do nas swoje nastawienie, ale to już spory krok naprzód. Przecież stereotypy, ścierając się z rzeczywistością, też ewoluują. A wiadomo, że lepiej, jeśli na naszą korzyść. Rozmawiała Marta Bigda

widzieć, widzieliśmy, że takiemu Mateuszowi Kuśnierewiczowi też nagle żagle opadną i ręce. Ktoś oprawił już Motylię Jędrzejczak w czarne ramki i wiesza nad fontanną. Uważam, że to przesada. Wspaniałą, olimpijską formę miała równo dziesięć lat temu. Potem już pływała w peletonie, czasem nawet blisko czoła. Dziś pływa w ogonie i taka jest kolej rzeczy i to nie jest jakieś nieszczęście. Nie należy tych czarnych ramek, kirów i woali nadużywać. Czcijmy te prawdziwe tragedie. Podobno prezydent zamierza zebrać radę kryzysową i nosi się z zamiarem ogłoszenia parodniowej żałoby narodowej. Krzysztof Kucharski

Inglisz? Noł! To super! Do Włoch warto się wybrać z wielu powodów. Jednemu z nich na imię „cucina”, czyli kuchnia. Prosta, pachnąca dojrzewającymi w słońcu pomidorami, parmezanem i oliwą, jednym słowem – wyśmienita! Gianbruno Torrano – wrocławski Włoch, który organizuje unasm.in.międzynarodowyfestiwal szkół teatralnych Melodrama,madlasmakoszybardzo cenną radę: – Słyszysz angielski w restauracji? Uciekaj, gdzie pieprz rośnie! Lepiej,tłumaczyToskańczyk, poszukać lokalu, w którym stołują się nie turyści, ale miejscowi. To znak, ż e kucharz, niczym mamma, dba o podniebienia swoich gości. A szef lokalu o zawartość ich portfeli. – Niedaleko centrum można znaleźć fantastyczne miejsce, w którym serwują tradycyjną kuchnię.Jestismaczniej,itaniej. Ale uwaga – tam do pizzy nigdy niedostanieciekeczupu–śmieje sięGianbruno,dodając,żejeden z jego kolegów restauratorów wżołnierskichsłowachwyjaśnił kiedyś turyście domagającemu się czerwonego sosu do margherity, że to profanacja włoskiego przysmaku. I że albo keczup, albo on. Turysta... musiał obejść się smakiem. Właściwie każdyregionmaswojepopisowe danie. Trzeba próbować! Nasza kuchniajestzdecydowaniebardziej regionalna niż ta w Polsce – tłumaczy Torrano. Jest jednak – o dziwo – jedna rzecz, której zdecydowanie nie poleca (o dziwo, bo dyskusja z Włochem na temat włoskiej kuchni zawsze kończy się konkluzją, że nie ma na świecie lepszej i basta!) – Gdy wieczorem pojawisz się w restauracji i usłyszysz, że jedyne, co mogą ci przyrządzić, to lasagna, grzecznie podziękuj i wyjdź. Na bank będzie mrożona. Gdzie oni to mieszczą? Polaka we włoskiej restauracji mogą zaskoczyć co najmniej dwierzeczy.Pierwsza,zdecydowanie mniej przyjemna, to tajemnicze„coperto”nakońcura-

chunku.Ok.1,5-2euroodosoby zapłacimy niemal w każdej restauracji. Za co? Za nakrycie do stołu, chleb, oliwę i przyprawy. Ale jest też dobra wiadomość – nikt nie spojrzy na nas krzywo, gdy nie zostawimy napiwku. Z drugiej jednak strony taki gest może zostać wspaniale odebrany,amy–gdynastępnym razem staniemy u progu lokalu, gdzie wspaniałomyślnie zostawiliśmy tipa – zostaniemy powitani jak starzy znajomi. I być może „w gratisie” dostaniemy trochęalkoholu,kilkaciasteczek albo inną specjalność zakładu. Druga rzecz nieodgadniona dla obcokrajowca to... pojemność przeciętnego włoskiego żołądka. Szczególnie w weekendy restauracje zapełniają się krzykliwymi, sympatycznymi biesiadnikami w wieku od lat kilku do kilkudziesięciu, którzy przywspólnymstole,przezkilka godzin,pałaszująniepojęteilości jedzenia. Najpierw na stół wjeżdża przystawka, później „primo”, czylipierwszedanie(wielkamicha makaronu), po nim „secondo” – danie drugie, czyli mięso albo ryba, następnie deser, a na końcuowoceialboodrobinaalkoholu (grappa lub limoncello), albo mała czarna na lepsze trawienie. Wspaniale patrzeć na ten kilkugodzinny spektakl z jedzeniemirodzinnymprzekomarzaniemsięwrolachgłównych!Zagadka pojemności żołądków wciąż czeka na rozwiązanie. O godzinie 15 zamiast obiadu domagaj się sjesty Włosi jedzą o nieco innych porach niż my. Odwiedzając małe miasteczka, nie zdziwcie się więc, gdy o godz. 14.30-15, gdy będziecie chcieli coś przekąsić, pocałujecie klamkę. – Restauracje są zamykane na czas sjesty. Ponownie otwierają się później, około 18.30-19 – tłumaczy Gianbruno. I jeszcze jedno – najsłynniejszego włoskiego smakołyku nie serwujesięprzezcałydzień.Restauracje poza turystycznym szlakiem zapraszają na niego dopiero wieczorem – wtedy dopieropiecdrzewny,wktórymsię go wypieka, jest wystarczająco dobrze nagrzany. Jeśli jednak w menu widnieje napis: „Pizza a pranzo”, możecie śmiało o nią poprosić także w porze lunchu. Ciągle,rzeczjasna,bezkeczupu. Rozpuszczalnej nie uświadczysz Kawa – kolejna rzecz, z której słynie Półwysep Apeniński, to obowiązkowy punkt programu. Nie możecie go ominąć! Włosi piją ją w biegu, kilka razy dziennie. Rano najczęściej mocne jak siekiera, ale wspaniale stawiające na nogi espresso albo deli-

FOT.APPHOTO/GREGORIOBORGIA

Wybierasz się do Włoch? Zazdroszczę! Przywieziesz nie tylko pyszne wino albo aromatyczną oliwę, ale również worek pozytywnej energii – pisze niepoprawna italofilka Justyna Kościelna

Na Schodach Hiszpańskich lepiej nie urządzać pikników

katne cappuccino z mleczną pianką. Oba specjały pije się zazwyczaj na stojąco, w jednym z barów na rogu. Bo chociaż pewnie nikt nigdy nie robił takich obliczeń, Italia wygrałaby w konkursie na ilość barów w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Wieczorem, by zbyt się nie rozbudzić,aleporazostatnitego dnia skosztować czarnego napoju,Włosisięgająpokawębezkofeinową. Miłośnikompopularnejnadwiślańskiej rozpuszczalnej radzimy – przestawcie się na inny smak. A jeżeli nie wchodzi to w grę, ulubione granulki zabierzcie ze sobą, bo we Włoszech o nich nie słyszeli. Tak jak zresztą o fusach „po turecku”.

Jeżeliwizyta umechanika pourlopieCi niewgłowie, lepiejzostaw swojeauto wgarażu Taniec w takt melodii z klaksonów ZperspektywypieszegozzagranicymieszkańcyItaliijeżdżąjak wariaci – wyprzedzają na trzeciego, „wczesne” czerwone to dlanichzielone,wdodatkunajwyraźniej lubują się w dźwięku klaksonu, bo nieustannie go używają. „Wspaniale” też parkują – na przejściach dla pieszych,chodnikachiulicach,zderzakprzyzderzaku.Noinaluzie.

Dlaczego? By rano ktoś, komu zablokowali wyjazd, mógł swobodnieprzepchnąćichautoiodjechać. Gianbruno Torrano widzi to jednak inaczej. – To stereotypy! Nasza jazda jestjaktaniec,maswojąchoreografię.Doskonalewiemy,ktojak się zachowa na drodze, kiedy skręci,akiedysięzatrzyma.Nawet jak tego nie zasygnalizuje – zapewnia. Jeżeli pourlopowa wizyta u mechanika i nauka „choreografii” Wam jednak nie wgłowie,lepiejzostawcieswoją maszynę w garażu i na wakacyjne wojaże wybierzcie inny środek komunikacji. Na przykład pociągi, które – wbrew temu, co się mówi – działają całkiem sprawnie i w porównaniu z naszymi PKP są niczym ferrari. Uwaga! Bilet kasujemy przed wejściem na pokład, inaczej jest nieważny. Kasowniki stoją na każdym peronie. Zupełnie inną kwestią pozostaje kupno biletu. Gdy Wasz włoski kuleje, a pani/pan w kasie na lekcjch angielskiego ewidentnie wagarował i ni w ząb nie możecie się z nim dogadać, pozostaje szybsza opcja – automaty. Nie dość, że mają menu w kilku językach, to jeszcze wydają resztę. Ba, niektóre nawet mówią! Zupełnie jakby zostały obdarzone przez konstruktorów słynną włoską gadatliwością. Świetnie się bawię tutaj, rogaczu! Bo jak pewnie dobrze wiecie, mieszkańcy buta lubią dużo mówić ipięknie przy tym gestykulują. Jeżeli jesteś, dajmy na to, w Mediolanie i masz ochotę namałąpogawędkęowyższości

AC Milan nad Interem, bez znajomościjęzykaciałasięnieobejdzie. „Gadasz głupoty!” – mniej więcejtobędziechciałciprzekazać twój wkurzony inerlokutor, gdy złączy kciuk z czteroma pozostałymi palcami i będzie nimi machałwprawoilewo.„Mamto gdzieś!”–tojużzkoleienergicznepocieraniespodupodbródka. Na zgodę nie pokazuj mu przypadkiemtradycyjnegopolskiego gestu „w szyję”. Biedak, zamiast pomyśleć, że chcesz z nim wychylić „pięćdziesiątkę”, będzie się zastanawiał, czy i dlaczego czyhasz na jego życie. Ale kiedy dojdziecie już do porozumienia i wybierzecie się razem na imprezę,niepróbuj,wzoremAmerykanów, unosić palca wskazującego i małego, pokazując, jak świetniesiębawisz.No,chybaże chcesz szczerze obrazić swego świeżo poznanego przyjaciela, nazywając go rogaczem. Dla Włochatoprawdziwazniewaga! O czym jeszcze trzeba wiedzieć, planując urlop w krainie oliwą, słońcem i wielką modą płynącą? O tym, że kupowanie podróbek uafroamerykańskich sprzedawców na dziko handlujących Dolce & Gabbaną i innymi Armanimi, może się skończyć mandatem. Oj, zaboli – karabinierzy potrafią wlepić nawet 500 euro kary. Z podobnych względów odradzamy kąpiel w fontannach, karmienie gołębi i pałaszowanie kanapek na zabytku – piknik na Schodach Hiszpańskich albo w szacownych murach Colosseum dobrym pomysłem zdecydowanie nie jest. No chyba że macie włoską fantazję. I bardzo dużo gotówki przy sobie.


Jaki śmieszny jest ten obcy