Issuu on Google+

miesięcznik wydawany przy Gimnazjum Miejskim nr 2 w Mińsku Maz. od 2004r. NR 7/68

ŚWIĘTO JĘZYKA POLSKIEGO

„MODA NA POLSKI”

redakcja TD (Twoje Dziecko) redagują: Julka Sadowska, Paulina Nawrot, Iza Bielak, Majka Wiśniewska, Ania Zielińska, Paulina Patoka, Asia Parafiańczyk, Konrad Bogusz, Daria Lipińska, Basia Pałdyna, Dorota Dmitruk, Katarzyna Bereda, Basia Gruba, Angelika Przyborowska, Monika Cinkowska, Maja Nowakowska, Klaudia Świętochowska, Filip Tręda, Patryk Paździoch, Rafał Kalinowski Spotkania redakcyjne – wtorki (14.30–15.15) i piątki (13.40-14.25) - sala nr 20 Zapraszamy do współpracy! Nie możesz przyjść, napisz lub zgłoś nam temat – zajmiemy się nim! Kontakt z redakcją – akozuchowska@wp.pl

NUMER SPECJALNY NASZEGO MIESIĘCZNIKA ODDAJEMY TYM, KTÓRZY POTRAFIĄ PISAĆ: PIĘKNIE, ORYGINALNIE, MĄDRZE, POMYSŁOWO, INACZEJ, Z PASJĄ! Przeczytajcie najciekawsze prace napisane w I semestrze przez naszych kolegów i koleżanki! Zachęcamy do lektury tekstów! Mamy nadzieję, że taka forma nagrody zmotywuje Was do tworzenia własnych prac i do udziału w konkursach literackich!


OBRAZ, KTÓRY INSPIRUJE… (Zuzanna Woźniewicz, Id) 23 lutego Przerwa w treningu Już nie mam siły. Dlaczego to jest takie męczące? Tańczące baletnice wydają się takie lekkie, delikatne. Piękne, smukłe łabędzie. Gdy upadamy na deski parkietu, wcale ich nie przypominamy. Ten straszny huk, gdy po wyskoku upadamy na ziemię, huk, który zagłusza muzykę. Trenerka często powtarza nam, że jeśli chcemy opadać lekko, musimy ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. 23 lutego Już nie mogę! Jestem wykończona. Najbardziej ze wszystkiego nie cierpię rozciągania. Czuję, jak rozrywają mi się mięśnie, a trenerka mówi: „Co tak słabo? Postaraj się bardziej!”. I jeszcze monotonia ciągłego powtarzania tych samych ćwiczeń, gestów. Leżę w swoim pokoju i patrzę na fototapetę na ścianie. Przedstawia ona „Niebieskie tancerki” Edgara Degasa. Cztery tancerki, w pięknych, lekkich sukniach podkreślających ich filigranowe sylwetki. Mają finezyjnie upięte włosy, dzięki czemu można dostrzec ich łabędzie szyje. Można je porównać z imponującymi, błękitnymi liliami wznoszącymi się ku słońcu. Lekkość, piękno, subtelność. Baletnice wyglądają jak łabędzie – majestatyczne i dostojne. Ja na pewno tak nie wyglądam. A może zrezygnować? Dać sobie spokój?

Nikt by i tak nie zauważył zmiany w grupie. Nie, nie mogę, za długo to trwa. A poza tym to sens mojego życia. Gdy tańczę, jestem sobą. Tylko wtedy. Na scenie, na parkiecie się otwieram. Nieśmiała, szara myszka na co dzień, powinnam bać się sceny. A ja? Ja na scenie czuję, że żyję. Od dziecka chciałam być primabaleriną. Mama za-pisała mnie na lekcje tańca. Na początku wszystko polegało głównie na zabawie. A teraz... Nasza trenerka jest bardzo znaną i szanowaną o-sobą, a tańczy FENOMENALNIE. Organizuje występy, konkursy, pokazy. To zaszczyt być jej podopieczną Po każdym treningu mam pościerane stopy. Na początku myślałam, że może źle zakładam buty, ale okazało się, że ból to nieodłączna część treningu. Ponaciągane mięśnie, pozdzierana skóra na stopach. Ile godzin, treningów potrzeba, żeby wyglądać i tańczyć jak tancerki Degasa. No cóż, idę spać. 24 lutego Trenerka ogłosiła casting do

ról w „Jeziorze Łabędzim”. Za trzy miesiące jest występ w Teatrze Wielkim. No cóż, nie mam szans z dziewczynami. One są za dobre. Ale zawsze mogę na przykład pomagać im się przygotować. Hm… trudno. 27 lutego Nie myślałam, że do tego się posuną. Klaudia pokłóciła się ze swoją najlepszą przyjaciółką - Laurą, Karolina podstawiła nogę Anecie, a ta skręciła kostkę. Co się tu dzieje? Niech to się jak najszybciej skończy. 2 marca (casting) Jestem tu już parę godzin. Stres. Rozcieram zimne dłonie. Czekam na swoją kolej. Na salę wchodzimy pojedynczo. Miałam być ostatnia. Właśnie wywołano dziewczynę, która była przede mną. Jestem sama na korytarzu… (później) Weszłam na salę, a trenerka lekko się uśmiechnęła. Popłynęła muzyka, zamknę-łam oczy i… zaczęłam tań-czyć. Byłam jak w transie. Nie zrobiłam żadnego błędu. Utwór powoli ucichł, ukłoniłam się i spojrzałam na trenerkę. Wstała i zaczęła klaskać. Powiedziała, że przez cały czas na mnie czekała. Właśnie o to jej chodziło. Stałam i patrzyłam na nią, nie rozumiejąc. Czyli… WYGRAŁAM?! Gram główną rolę! „Jesteś wspaniałą tancerką, tylko musisz w to uwierzyć” - długo nie zapomnę słów trenerki. Nie bez bólu i wyrzeczeń osiągnęłam lekkość, którą tak podziwiałam na ukochanym obrazie.

CHARAKTERYSTYKA PORÓWNAWCZA (Wadim Wawrzeńczak, IIf) Walka Cześnika Raptusiewicza i Rejenta Milczka Witamy na międzynarodowili mur graniczny! Wie, że wych mistrzostwach Mieto rozzłości Cześnika i praszanych Sztuk Walki! Dziwdopodobnie przewiduje siejszego wieczoru starcie jego następny ruch. Zajakiego jeszcze nie było! rozumiały i zadufany w Przed państwem dwaj sobie Cześnik faktycznie przedstawiciele sztuki walk zachowuje się zgodnie z sąsiedzkich! W lewym naoczekiwaniami – wysyła rożniku porywczy, bezhajduków z misją przegowzględny i mściwy Cześnik nienia niewinnych robotMaciej Raptusiewicz! Po ników! Jednak nikomu nie drugiej stronie niepozorny, dzieje się krzywda. lecz śmiertelnie groźny Następnym posunięciem Rejent Milczek! W dzisiejRejenta jest pisanie pozwu szym pojedynku zawodnicy sądowego! Tak, ten przeoprócz standardowej punwrotny krętacz wyolbrzyktacji mogą zdobyć także mia niewielkie zadrapania nagrodę publiczności przyi stłuczenia mularzy do znawaną za uczciwą grę okropnych ran! W swym i zachowanie zasad moralmanipulanctwie posuwa się nych. aż do zmyślenia faktu, Zawodnicy przygotowują się jakoby robotnicy mieli do walki. Mierzący metr wielodzietnie rodziny oraz osiemdziesiąt i ważący dzienie płaci im należnych więćdziesiąt kilogramów pieniędzy! Co za wyraCześnik przywdziewa konchowanie! tusz i przypina szablę. Po przeciwnej stronie, jego chudy jak patyk przeciwnik uzbraja się w pióro, papier i okulary. Widać, że niecierpliwi się przed sparingiem. „Cześnik także rozLecz cóż…? Prostolinijny i ogniony”, „w porywczości nie pewny siebie Cześnik przejma granic”! Ten despota już muje inicjatywę! Wyzywa woła do swojego służącego: Rejenta na pojedynek! „Hej, Gerwazy, daj gwinTemperatura rośnie, niech tówkę! Niechaj strącę tę ktoś otworzy okno! Milczek makówkę!” A więc zaczyprzyjmuje wyzwanie ponajmy! mimo świadomości, że ma Pierwszy atakuje Rejent. niewielkie szanse na wyPrzebiegły jak lis zawodnik graną. Byłaby to jednak wysyła mularzy, aby naprapoważna ujma na honorze.

Z powodu problemów technicznych zapraszamy na krótką przerwę, polecamy odwiedzić nasz Snack Bar i Lobby. Zatańczcie z nami! Wracamy na ring! Rejent przygotowuje się już do starcia z Cześnikiem, ten jednak nie stawia się w umówionym miejscu. Rejent woła zniecierpliwiony: „O! Brat szlachcic tchórzem podszyt!” Zmierza teraz do domu Cześnika! Szokujące! Cześnika zastajemy w samej szlafmycy, siedzącego w fotelu! Zdrowie opuściło go tuż przed finałową walką! Czy ja dobrze widzę!? Rejent dał się zaprosić na herbatę do swojego odwiecznego wroga! Raptusiewicz nie może go bowiem wygonić, gdyż złamałby święte prawo gościnności! Cóż za honorowe zachowanie! Wygląda na to, że pomiędzy odwiecznymi wrogami zapanowała zgoda, a to oznacza remis! Cóż, sądzę, że takie zakończenie sprawiło wielu widzom zawód, lecz przynajmniej wszystko skończyło się dobrze! Pozostaje tylko jeszcze nagroda publiczności: za uczciwą grę i zachowanie zasad moralnych. Nagrodę otrzymuje Cześnik! Dziękuję za uwagę, mam nadzieję, że podobało się Państwu. Żegna się z wami Papkin!


CHARAKTERYSTYKA HOBBITA (Natalia Kulbacka, Ie)

Przenieśmy się w krainę pełną fantazji, magii i niespodziewanych zdarzeń. Tutaj wszystko jest możliwe. To prawie jak cudowna i niesamowita baśń. Każdy o niej marzy i czasem zakrada się do niej, gdy ma wolne chwile. Dziś pragnę zabrać was w podróż pełną elfów, goblinów, trolli, ludzi i krasnoludów. Spytacie pewnie: „Gdzie hobbici?” …I zaraz zjawią się, gdy tylko zmrużycie swe oczy. Przedstawiam wam kogoś niespotykanego, oryginalnego i milutkiego. Oto on – hobbit Bilbo Baggins. Ta urocza postać to potomek szanującego się Bunga Bagginsa i kochającej przygody - Belladonny Tuk. Zamieszkuje on w ciepłej i schludnej norce pod Pagórkiem. Bilbo to niski stworek z okrągłym brzuszkiem. Jego ciało zdobi bujne, brunatne i kędzierzawe owłosienie. Stopy mają twardą i kosmatą podeszwę. Hobbit uwielbia kolorowe ubrania, przeważnie w tonacji żółci i zieleni. Jest zwolennikiem poobiedniej fajki. Z uwagą słucha starych opowieści. Umie świetnie gotować i parzyć pyszną herbatę. Niezapowiedzianych gości przyjmuje dość niechętnie, jest uważny i spokojny. Wiedzie beztroskie i wesołe życie, optymistycznie patrzy w przyszłość. Bywa jednak leniwy. Wszystko zmieniają odwiedziny czarodzieja – Gandalfa i tak oto nasz mały hobbit wyrusza w tajemniczą podróż. Wśród nieprzeniknionych ciemności, w lochach, w Mrocznej Puszczy Bilbo przechodzi praw-

dziwą metamorfozę. Już nie jest cichym jak sarenka i nieśmiałym hobbitem kochającym samotność. O, nie! Teraz to on wyznacza drogę, jest szanowany, odważny. Często udowadnia swe rycerstwo, ratując współtowarzyszy z opresji. Ma wiele zalet, okazał się duszą towarzystwa. Jest mądry i sprytny. Choć Bilbo nigdy nie uciekał się do czarów, zawsze znajdował rozwiązanie. To świetny strateg i oddany przyjaciel. Minął rok od chwili wyruszenia w tę fascynującą i zarazem niebezpieczną podróż. Biblo Baggins powrócił do domu - do swych dawnych nawyków. Wciąż czytał, nadal puszczał kółka z dymu. Choć odniósł zwycięstwo, wykazał się skromnością, nie dał się zawładnąć dumie. Jego nagrody to skrzynki srebra i złota oraz… pierścień Golluma. Hobbit nadal dbał o swoją norkę. Czyścił ją, by lśniła jak iskry. Teraz przecież mógł liczyć na niespodziewane odwiedziny czarodzieja i krasnoludów. Po powrocie z wyprawy zaczął spędzać czas na świeżym powietrzu. Często bywał w dolinie Rivendell. To jednak nie wszystko, co robił nasz Bilbo. Otóż zaczął pisać pamiętnik, któremu nadał tytuł: „Tam i z powrotem, wakacje pewnego hobbita”! Uwiecznił w nim swą podróż do Samotnej Góry. Otwórzcie oczy. Wszystko prysło! Mam jednak nadzieję, że hobbit na długo pozostanie w waszej pamięci. To postać, która uczy nas, że w życiu musimy dokonywać wyborów, walczyć z dobrem przeciwko złu. Tak jak Bilbo powinniśmy otworzyć się na innych, rzucić się w wir przygód. Choć nie zawsze jest to łatwe, każdy to potrafi! Bilbo stał się szlachetny i uczynny, więc my też możemy! Powinniśmy kiedyś dokonać wyboru, który na zawsze odmieni nasze życie! I, tak jak hobbit, zyskamy bardzo wiele: przyjaciół i doświadczenie.

REPORTAŻ – BEZINTERSOWNA POMOC. CZYŻBY? (Natalia Lalak, IIIa) Karolina i Gosia są uczennicami ostrołęckiego liceum. W ostatniej klasie gimnazjum, przyłączyły się do grona wolontariuszy w ich mieście. Jak twierdzą, zrobiły to wyłącznie dla własnych korzyści. Zrobię wszystko, by tylko dostad się do tego liceum - Kwiecieo 2009 roku. Czas składania podao do szkół. Moja średnia jest całkiem niezła, ale to nie wystarczy, by dostad się do wymarzonego liceum - mówi Gosia. - Rekrutacja do szkół ponadgimnazjalnych to wyścig szczurów. Musiałam się czymś wyróżniad wyznaje Karolina. Razem postanowiły zgłosid się jako wolontariuszki, by zdobyd dodatkowe punkty do wymarzonej szkoły. Niewiele im brakowało do spełnienia swoich marzeo. Myślały, że wolontariat jest najprostszą formą pracy, która nie wymaga wysiłku umysłowego, a da im miejsce w liceum. Własne korzyści - Idąc na pierwszą „akcję” z wolontariatu, nie zastanawiałam się nad losem starszej pani, której miałam pomóc. Myślałam tylko o papierku, który dostanę - wyznaje Karolina. Tak było za każdym razem. Dziewczyny nie przykładały się do swojej pracy. Często marudziły, że muszą to robid. Pocieszały się jedynie tym, że do kooca roku szkolnego zostało już niewiele czasu i będą mogły to rzucid. – Wielu gimnazjalistów postępuje w ten sposób. Nie miałam więc wyrzutów sumienia - dodaje Karolina. - Wszyscy mówią, jacy to są pomocni, ale co druga osoba robi to dla własnej korzyści. Radny miasta, by pokazad, jaki to on wspaniałomyślny i wygrad kolejne wybory, a my, że jesteśmy pomocni i będziemy idealnymi kandydatami do naszej wymarzonej szkoły - wyznaje Gosia. Jak twierdzą dziewczyny, wolontariat staje się coraz popularniejszym sposobem na zdobycie dodatkowych punktów do danej szkoły. Młodzież skłania się do tej formy pracy, bo jest ona pozornie łatwa. - Nie muszą się wysilad, jak na przykład podczas nauki do konkursów i olimpiad - dodaje matematyczka, pani Lucyna Blacharska. Centrum świata to ja – Brak w nich empatii i chęci pomocy. Widzą jedynie czubek swojego nosa i nic poza tym - mówi psycholog, pani Magdalena Sędek. – Widzę, jak różni się dzisiejsze pokolenie od na przykład mojego. Rodzice starali się wychowywad nas na porządnych ludzi, którzy troszczą się o innych. W dzisiejszych czasach większośd dzieci skazana jest na własną opiekę, ponieważ rodzice nie

mają dla nich czasu. czasu. Ważniejsza jest kariera zawodowa niż wychowywanie własnych pociech. I takie są tego efekty. Dzieci troszczą się jedynie o siebie. Nie robią nic bezinteresownie. Za małą pomoc oczekują wielkiego wynagrodzenia lub przysługi -mówi pani psycholog. Jak twierdzi Karolina, nic nie ma za darmo.- Jeśli pracuję w wolontariacie, oczekuję, że dostanę za to jakieś zaświadczenie - dodaje. -Bezinteresowna pomoc jest w tych czasach czymś niezwykle rzadkim. Jest to jednak zdolnośd, którą warto pielęgnowad- wyznaje pani Magdalena Sędek. Zmieniłam swoje priorytety Karolina i Gosia są teraz w II klasie swojego wymarzonego liceum. Mimo że nie muszą już starad się o dostanie do żadnej szkoły, ciągle są wolontariuszkami. – Pod koniec roku zaczęłam przykładad się do swojej pracy, ponieważ opiekunka z wolontariatu czepiała się. Po kilku dniach dostrzegłam, że sprawia mi to przyjemnośd. Widok uśmiechniętych osób, którym pomagam, jest bezcenny - wyznaje Karolina. Jak twierdzi, jej życie wkroczyło na inny tor. Zmieniła swoje priorytety i jest bardzo szczęśliwa. – Jestem innym człowiekiem. Stałam się milsza dla kolegów i rodziny - dodaje. Pomoc to dobrod serca Jak wspomina Karolina, do zmian w jej życiu, przyczyniło się wiele rzeczy. Nie była to tylko uwaga opiekunki. Podczas drugiego tygodnia wakacji, pani Jadwiga Dudek, koordynatorka wszystkich akcji w wolontariacie, powierzyła jej pewną rodzinę. Została przydzielona do domu chłopca chorego na mukowiscydozę. Jego stan był bardzo ciężki, a mama nie dawała już sobie rady. Sama wychowywała czwórkę dzieci, w tym Jasia. - Gdy przyszłam do ich domu pierwszy raz, zachwycił mnie swoim poglądem na świat. Jaś miał wtedy 15 lat. Opowiadał mi, że wie o swojej nadchodzącej śmierci i się z tym pogodził. Wierzył, że tam Bóg wynagrodzi go za całe zło tego świata- wyznaje Karolina. Rodzina Jasia była bardzo pobożna. Mama od samego początku starała się wychowywad dzieci zgodzie z nauką kościoła.- Pewnego dnia Jaś zapytał mnie, dlaczego to robię, dlaczego zostałam wolontariuszem. Wstydziłam się, jak nigdy. Nie odpowiedziałam mu - kooczy Karolina.


SCENARIUSZ FILMU NIEMEGO – NA ATEŃSKIM RYNKU (M. Wiśniewska, D. Lipińska, J. Parafiańczyk, A. Kogut, IIg) SCENA 1 Sokrates, człowiek w podeszłym wieku odziany w białą szatę, wychodzi z domu. Powoli, dostojnie idzie ulicą, rozgląda się dookoła, patrzy na mijanych ludzi. Zbliża się do rynku ateńskiego. (Zmiana planu - ujęcie rynku) Na rynku kłębi się tłum. Są tu mieszkańcy należący do różnych stanów społecznych. Widać kupców zachwalających swoje towary, biegające dzieci i starców powłóczących nogami. (Zmiana planu - powrót do Sokratesa) Sokrates wchodzi na rynek. Ogarnia wzrokiem tłum, ale ma się wrażenie, że dostrzega w nim każdego człowieka, każdą jednostkę indywidualnie. Widzi, jacy zajęci i zabiegani są ludzie, jak pośpiesznie i nieuważnie wykonują swoje zajęcia. Uśmiecha się. SCENA 2. Sokrates podchodzi do stojącej w centrum rynku samotnej beczki i wspina się na nią. Gestami próbuje zwrócić na siebie uwagę tłumu. Ludzie ze zdziwieniem patrzą na filozofa. Jeden po drugim odrywają się od swoich zajęć, podnoszą oczy na Sokratesa, nieruchomieją w trakcie wykonywanych czynności, zaczynają go słuchać. Sokrates zaczyna przemawiać. Na jego twarzy maluje się skupienie, przejęcie. Widać, że pragnie nauczyć ludzi czegoś ważnego. (Zmiana planu) Ujęcie twarzy małego chłopca. Maluje się na niej zdumienie oraz skupienie, później powoli pojawia się nieśmiały uśmiech, następnie chłopiec wybucha śmiechem. (Zmiana planu - powrót do Sokratesa) Filozof nadal przemawia, stojąc na beczce, która zaczyna się kiwać, przechylać. W końcu beczka przewraca się i zaskoczony Sokrates spada na ziemię, gubiąc wątek swojej mowy. Na jego twarzy maluje się zdumienie. Z przewróconej beczki wychodzi Diogenes z potarganą brodą i w pogniecionej szacie. Przeciąga się leniwie, po czym rozgląda dookoła. SCENA 3 Diogenes i zdziwiony Sokrates patrzą na siebie. Diogenes pokazuje na beczkę, na siebie, jest niezadowolony i zniecierpliwiony, natomiast zaciekawiony Sokrates pochyla się nad nim z uwagą. Po chwili wyciąga rękę w stronę towarzysza. Zdenerwowany Diogenes początkowo okazuje swoją niechęć do Sokratesa, jednak powoli na jego twarzy pojawia się uśmiech. Wzruszając ramionami, podaje dłoń Sokratesowi. (Zmiana planu) Ujęcie stoiska bednarza oraz jego towaru. Widać duże i małe drewniane beczki. Sam bednarz, wielki i gruby, stoi oparty o jedną z nich i mocno znudzony dłubie w nosie. Nagle zauważa dwie zbliżające się ku niemu postacie, jedną dostojną, a drugą ubogo ubraną. Patrzy na nie z zainteresowaniem. Zaciera ręce, czując, że zaraz ubije świetny interes. SCENA 4 Sokrates i Diogenes podchodzą do stoiska bednarza, oglądają z uwagą towar, pukają w beczki, badając ich wytrzymałość, oceniają ich wielkość i stabilność. W końcu decydują się na zakup jednej z wielkich, dębowych beczek, płacą zadowolonemu bednarzowi, po czym tocząc beczkę przed sobą, wracają. (Zmiana planu - ujęcie tłumu, potem zbliżenie twarzy chłopca) Chłopiec ma szeroko otwarte oczy i uchylone w zdumieniu usta. Z uwagą patrzy w głąb rynku. (Zmiana planu) Sokrates i Diogenes, nadal tocząc beczkę, powracają w pobliże starej beczki Diogenesa. Diogenes lokuje się w swojej beczce, zaś Sokrates z pewnym trudem wchodzi do swojej i zamyka wieko. SCENA 5. Mały chłopiec siedzi na zakurzonym rynku, pokazuje palcem dwie stojące obok siebie beczki i zanosi się śmiechem. Dookoła zwykły ruch i codzienne zamieszanie, ludzie zajęci są swoimi sprawami i nikt już nie interesuje się Sokratesem i Diogenesem. Chłopiec drapie się w głowę, wstaje i idzie w stronę stoiska bednarza, przeszukując kieszenie. W końcu znajduje w jednej monetę i zaczyna biec. KONIEC

NIE WIERZĘ W WENĘ… (FRAGMENTY WYWIADU Z PISARKĄ PANIĄ M. GUTOWSKĄ-ADAMCZYK) (Maciej Wnuk, IIIa) - Jak wygląda Pani praca? Jeśli miałaby Pani określić ją w kilku słowach, to co by Pani powiedziała? - Że to harówka podobna do rąbania węgla albo poszukiwanie drogi na bezdrożu. Może brzmi dziwnie, ale tak widzę moją pracę. Nie jest to absolutnie podążanie prostą drogą od początku do końca książki. To wyrąbywanie maczetą drogi, którą najpierw idę ja, a za mną ma podążyć czytelnik. - […] Wydaje się, że praca pisarza jest bardzo przyjemna. Zazwyczaj kojarzy się z siedzeniem w domu, popijaniem ciepłej herbatki i pisaniem. To prawda? - No właśnie... Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Czy jednak zamieniłabym to, co robię na inną pracę? Raczej nie. - Czy mogłaby Pani wymienić kilka zalet i wad pracy pisarza? - To, co dla jednego człowieka będzie zaletą, dla innego może być wadą. Kontakt z książkami i konieczność stałego dokształcania się, mnie wydają się fantastyczne, innych mogłyby przerażać. Samodzielność, jaką się ma w tej pracy, nie musi odpowiadać ludziom, którzy mają problemy z samokontrolą i motywowaniem się oraz takim, którzy wolą pracę w zespole. Zdecydowaną wadą jest fakt, że tej pracy, jak wszystkiego, co należy do dziedziny sztuki, nie sposób ocenić obiektywnie, a artyści wystawiają się na ocenę z chwilą rozpoczęcia uprawiania zawodu. Jeśli ktoś ma problem z przyjmowaniem krytyki, będzie mu trudno. Problematyczna jest też samodzielność finansowa. Niełatwo się z zawodów artystycznych utrzymać. - […] Na spotkaniach wydaje się być Pani bardzo spokojną i opanowaną. Według mnie te cechy należałoby przypisać większości pisarzy. Tak mi się kojarzą. Wiodą beztroskie, spokojne życie. Tymczasem dowiedziałem się, że Pani zainteresowaniami są sporty ekstremalne i perkusja. Jak to więc jest? - Nie uprawiam sportów ekstremalnych ani nie gram na perkusji - to był żart związany z promocją powieści „220 linii" i ciągnie się za mną już cztery lata, bo wszyscy weń święcie wierzą. Natomiast ja oczywiście jestem osobą spokojną na spotkaniach, ale czy w życiu?... - […] Wcześniej Pani mówiła, że zawód pisarki jest bardzo ciężki. Udaje się Pani zawsze znaleźć czas na przyjemności, czy bywają chwile, kiedy musi się Pani czegoś wyrzekać na rzecz książki? - Bez przerwy muszę się czegoś wyrzekać, przede wszystkim spotkań z przyjaciółmi. Wydawca daje mi coraz krótsze terminy, co powoduje, że poza obowiązkami domowymi i pisaniem, prawie wcale nie mam wolnego czasu. […] - […] Była Pani kiedyś nauczycielką w mińskim liceum. Czy sądzi Pani, że szkoła jest w stanie przygotować do tego, aby zostać pisarzem? - Nie. Szkoła przygotowuje przede wszystkim do zdawania egzaminów. To duży błąd, bo człowiek kończy edukację w wieku dwudziestu paru lat, a prawdziwe życie wtedy dopiero się zaczyna. Dobrze byłoby, gdyby szkoła dawała uczniowi narzędzia, którymi mógłby posługiwać się w dorosłym życiu. Tymczasem każe mu się w mechaniczny sposób wkuwać wiedzę, którą on i tak wkrótce zapomni. Szkoła, według mnie, w zbyt małym stopniu kładzie nacisk na moralność uczniów, kreowanie postaw prospołecznych i patriotyzm. To ważniejsze od wzorów i regułek, które często są kompletnie bezużyteczne w życiu. Nie uczy się też myślenia, posługiwania się słowem w mowie i piśmie. To wszystko jest oczywiście w programach, ale nie ma czasu, by ćwiczyć, czyli sprawdzać i poprawiać, a tylko ćwiczenie czyni mistrza. - Skoro szkoła nie może przygotować do bycia pisarzem, to jak udało się Pani wybić ponad ten "poziom przeciętności"? - Jest tylko jeden sposób: bardzo chcieć i podporządkować wszystko obranemu celowi. Inaczej niczego się nie osiągnie. […]


KOMODA MOJEJ BABCI – OPOWIADANIE (Wioletta Florczak, If) Komoda mojej babci była najbardziej niezwykłym meblem w naszym mieszkaniu – wiekowa, pięknie rzeźbiona, z mnóstwem szuflad, w których kryły się niesamowite skarby, a z każdym z nich była związana jakaś tajemnica. Tajemnice zawsze mnie fascynowały, tak jak wszystkie drobiazgi znajdujące się w babcinej komodzie. Nie wiedzieć czemu babcia niechętnie o nich mówiła, ale pewnego dnia nakłoniłam ją wreszcie, by opowiedziała mi historię dotyczącą jednej z pamiątek. Tą niezwykle sentymentalną rzeczą okazał się stary szkicownik. Był formatu A4. Miał gładką, ciemnobrązową okładkę, którą pokrywała warstwa kurzu. Kiedy go delikatnie otworzyłam, ukazały mi się wspaniałe rysunki. Zaczęłam je dokładnie oglądać. Byłam szczerze zdumiona. Nigdy nie sądziłam, że babcia może być tak uzdolniona manualnie. Gdy jej o tym powiedziałam, zaśmiała się cicho i wyprowadziła mnie z błędu, mówiąc, że rysunki nie są jej autorstwa. Moje zainteresowanie szkicownikiem wzrosło, ale postanowiłam zostawić pytania na później. Powróciłam do oglądania rysunków. Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że na prawie wszystkich jest ta sama osoba – około 20-letnia dziewczyna.

Miała długie, falowane włosy, duże oczy i piękny uśmiech. Zapytałam babcię, czy wie, kto to jest, ale ona tylko się roześmiała. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że tajemniczą nieznajomą z rysunków jest ona sama! Zaniemówiłam. Na usta cisnęło mi się chyba z milion pytań. Już miałam zacząć je zadawać, ale babcia mnie uprzedziła, ponieważ w tym momencie zaczęła opowiadać historię ze szkicownikiem w tle. Właścicielem niezwykłego zeszytu, który teraz trzymałam w rękach, był Filip – przyjaciel mojej babci. Niestety, zmarł on przed ukończeniem 30. roku życia na raka płuc. W chwili, gdy się tego dowiedziałam, zrozumiałam, dlaczego babcia niezbyt chętnie wracała w opowieściach do tego tematu. Babcia i Filip poznali się, kiedy byli 6-letnimi dziećmi. Filip wraz z rodziną przeprowadził się do domu sąsiadującego z domem babci. Od razu się zaprzyjaźnili, chociaż byli swoimi przeciwieństwami. On – lekkomyślny, trochę szalony, a ona – obowiązkowa, uczynna, grzeczna. Jednak te różnice wcale im przeszkadzały, wręcz przeciwnie. Dzięki Filipowi babcia miała okazję do odrywania się od ciągłej nauki, a on – dzięki babci – nie wcielał w życie swoich, często niedorzecznych i niebezpiecznych, pomysłów w życie.

LIST GEORGE SAND DO FRYDERYKA CHOPINA (Daria Giersz, IIIa) Paryż, 17.11.1849r. Kochany Fryderyku! Miesiąc minął od Twojej śmierciNie wiem, po co do Ciebie piszę. Nie chcę się tłumaczyć ani rozpaczać. Nie wiem nawet, czy chcę pamiętać.

Babcia wspomniała też o tym, że Filip nie rozstawał się ze szkicownikiem i kompletem ołówków. Mówił, że babcia jest jego natchnieniem, uwielbiał ją rysować. Szkice, portrety i inne rysunki, które trzymałyśmy z babcią na kolanach, zachwycając się nimi z każdą chwilą coraz bardziej, miały dziesiątki lat. Mimo to moja babcia na temat każdego z nich umiała powiedzieć, kiedy powstał, w jakich okolicznościach, potrafiła nawet przywołać w swej pamięci i nazwać emocje, które towarzyszyły i jej, i Filipowi podczas tworzenia. W pewnym momencie zobaczyłam, że oczy mojej babci zaszły łzami. Musiało jej go brakować. Objęłam babcię ramieniem i posłałam jej ciepły uśmiech. Odwzajemniła go i po chwili znowu zaczęła opowiadać mi o swoich przygodach przeżytych z Filipem. Było ich naprawdę dużo. Niektóre zabawne, niektóre wzruszające, ale wszystkie świadczyły o łączącej ich prawdziwej przyjaźni.

Ostatni raz widziałam Cię wiosną 1848r. Przelotne, nic nieznaczące spotkanie. Jakby tych 10 lat razem nie istniało. Tęskniłeś? Ja trochę tak. Byłeś moją fascynacją, moim hipnotyzerem, moim kompozytorem, moim synem. Kiedy pierwszy raz Cię zobaczyłam, pomyślałam, że jesteś zanadto kobiecy, delikatny. Byłeś wszystkim, czego nie chciałam, od czego uciekłam. Urok, cnota, schludność, idiotyczna moda. Dzieciak o niebieskich oczach, istny anioł. Pociągało mnie to, jak bardzo się różniliśmy. Śmieszyło mnie, kiedy krzywiłeś się na widok mojego cygara. Fascynowały mnie Twoje palce poruszające się po klawiaturze, Twój wdzięk, Twoja osobowość, Ty. Paryż nas zapamiętał. A ty nas pamiętasz? Nas z 1836r.? Zakochani, szczęśliwi. A potem żyliśmy. Ty komponowałeś, ja pisałam. Ty chorowałeś, ja się Tobą opiekowałam. Zawsze to ja martwiłam się o pieniądze, o mieszkanie, o Twoje zdrowie. Nie byłeś partnerem, byłeś dzieckiem. Przenosiliśmy się ciągle tam, gdzie ciepło, sucho, tam, gdzie lepiej dla Ciebie, wszędzie wożąc ten Twój absurdalny fortepian. Ileż to wymagało zachodu i pieniędzy! Mimo wszystko kocham Twoją muzykę. Kochałam ją nawet wtedy, gdy Ciebie gorąco nienawidziłam. Nie wiem, czy to aby nie w Twoich preludiach, a nie w Tobie się zakochałam. Kiedyś musieliśmy się rozstać. Oboje byliśmy niezdolni do stałego związku, a tym bardziej do małżeństwa. Byłam związana z trupem. Nie ze względu na gruźlicę. Nawet wtedy, gdy nie niszczyła Cię choroba, niszczyła Cię zazdrość. Wytrzymałam z Tobą 10 lat. Bywałeś kapryśny, kłótliwy, egoistyczny. Przez Twoje suchoty byliśmy wyklęci. Nawet Majorka nie była dla nas spokojną przystanią. Fryderyku, byłeś inny, ale ja też byłam inna, a Ty z czasem przestałeś to zauważać. Życie z Tobą było z dnia na dzień coraz trudniejsze i bardziej męczące. Kiedy się rozstaliśmy, zaczęłam żyć na nowo. Ale nie sądzę, żeby to było lepsze życie. Nie przestałam Cię kochać. Kochać wierną, troskliwą, matczyną miłością. Twoja śmierć była dla mnie wstrząsem. Mimo że byłam na nią przygotowana, nie przygotowałam się na Twoje zniknięcie. Nie myślałam, że to będzie tak wyglądać. Chciałam się pożegnać. Dawno temu obiecałam Ci, że umrzesz w moich ramionach. Ale ty miałeś już nową niańkę, Jane Stirling. Nie chciano mnie tam. To już i tak nieważne. Wierzę, że tam, gdzie idziemy potem, też będziesz grać.

George Sand P.S. ”ON VOUS ADORE…” (Ktoś Pana uwielbia…)


AUTOCHARAKTERYSTYKA (Wiktoria, IIa) 



Dziwne. Do pewnego okresu w życiu jesteśmy wręcz pewni, że wiemy o sobie wszystko. Znamy każdy szczegół własnej osobowości, zalety i wady. Lecz nie zastanawiamy się nad tą wiedzą głębiej, wszystko traktujemy zbyt powierzchownie, nie chcemy zmieniać samych siebie, bo nie odczuwamy takiej potrzeby. Nic dziwnego, przecież jesteśmy tylko dziećmi. Niewinnymi, nie głupimi, lecz nieświadomymi prawdziwej egzystencji, prawdziwych afektów i problemów. Potem powoli dorastamy i uświadamiamy sobie, jak bardzo byliśmy niedojrzali, uważając, że poznaliśmy esencję życia. I tu dochodzimy do rozdroża. Od nas zależy, którą drogą pójdziemy. Część wybiera tę pierwszą, wydaje się być łatwiejsza. Chyba jest łatwiejsza. Nie musisz skupiać się na życiu. Nie wybrałam jej sama. Ktoś zrobił to za mnie. Pokierował moimi losami, aż trafiłam na ścieżkę pełną kamieni, o które raz po raz się potykam, pełną bruzd i kałuży. A wokół niej jest wspaniała łąka, na której nie dane mi było nawet usiąść. Tylko czasami, w chwilach głębokiej refleksji cichutko zbliżam się do tej łąki, dotykam miękkiej trawy… i wierzę, że - mimo kamieni- mogę iść dalej. Tak wygląda moje życie. Z dnia na dzień coraz głębiej uświadamiam sobie bezsensowność takiej sytuacji, a jednocześnie… jej nieopisane piękno.

Marzycielka: to marzenia ukierunkowują większość moich decyzji. Egocentryczna: czasami tak bardzo narzekam na samą siebie, że zapominam o uczuciach innych. Nie potrafię żyć chwilą. Kiedy jestem szczęśliwa, automatycznie w moim sercu pojawia się „lampka”. Ostrzega mnie: pamiętaj, że szczęście nie trwa wiecznie, musisz być czujna. Od razu pochmurnieję. Najgorsze jest jednak to, że nic a nic nie potrafię z tym zrobić. Kiedy z kimś rozmawiam, nigdy nie patrzę mu w oczy. Nie stać mnie na szczery uśmiech. Nie mam poczucia humoru. Samotnik i wrażliwiec. Nieśmiała, dorastająca dziewczynka. Tak niewiele we mnie cech, które naprawdę mi się podobają.



Ja - zodiakalna Ryba. Gwiazdy ją kochają – zsyłają jej „prorocze sny”, trafne horoskopy i masę magicznych chwil. W życiu ma przez to pod górkę – bo przecież zawsze jest coś, za coś – mimo to - stara się nie poddawać.



Jaka jestem? To pytanie przyprawia mnie o ból głowy. Ileż razy odpowiem, że nie wiem, ktoś zada je po raz kolejny. Czasami wydaje mi się, że jestem pięknym pąkiem róży pośród morza innych pięknych r��ż. Innymi słowy, jestem po prostu nikim. Urodziłam się tak jak inni, niczym nie wyróżniam się od innych, a więc jestem za bardzo codzienna, za bardzo szara. Czasami ludzie patrzą na mnie z pobłażaniem, jakbym wzbudzała w nich litość. Pewnie tylko mi się tak wydaje. Chyba jestem bardzo nieszczęśliwa.Często płaczę, ludzie myślą, że bez powodu. A powodów jest przecież pełno! Kiedyś, w kościele, zobaczyłam niepełnosprawnego chłopca. Nie mogłam oderwać od niego własnych myśli. Sama użalałam się nad sobą, kiedy okazało się, że mam 25-stopniową skoliozę. Pomyślałam, jak wielką musiałam być wówczas egoistką: tak bardzo przeżywałam własną chorobę, zupełnie zapominając o innych ludziach. Rozpłakałam się wtedy, na środku drogi powrotnej: teraz sama nie wiem czy z żalu, czy z zazdrości o ten wspaniały błysk w jego oczach, o iskierki radości…



Lubię słuchać muzyki, pozwala ukoić nerwy. Kocham długie spacery. Często udaję: dobra mina do złej gry. Udaję, że nie boli mnie, kiedy ktoś powie coś przykrego, udaję, że śmieszą mnie głupie żarty, udaję, że jestem zupełnie szczęśliwa. Źle na tym wychodzę. Wieczorami wsłuchuję się w wycie wiatru. Mam nieodparte wrażenie, że chce mi przekazać jakąś niezwykle ważną wiadomość, której ja zwyczajnie nie potrafię odczytać. Nie wiem. Gdzie mam szukać szczęścia? Gdzie ono jest? Kiedy wołam, nie odpowiada.



Nawet gdyby pani chciała, nie rozpozna mnie pani w tłumie. Bo czym ja się wyróżniam? Czarny płaszczyk, pomarańczowa arafatka, ciemne włosy. To wszystko, nic poza tym. Mam pewne znamię. W kształcie spadającej kropli wody, na nadgarstku prawej ręki. Moim zdaniem, najpiękniejszy element wyglądu. Szkoda tylko, że jest tak małe Nawet moja mama o nim nie wie.



Od ludzi oczekuję przede wszystkim akceptacji, tolerancji i właśnie to daję w zamian.

szacunku,



Gdybym samą siebie chciała określić jednym słowem, z pewnością byłby to wyraz „liryzm”. Czysta liryka. Jedyne słowo, które wywołuje u mnie tyle sprzecznych emocji. Jestem tak prosta, jak promień wschodzącego słońca. Przenikam cały ten brud, który mnie otacza - może on przenika mnie? – a następnie błyskawicznie ulatniam się w kroplach porannej mgły. Jedno mrugnięcie powieki i już mnie nie ma…



Bo nie ma we mnie nic i nic nie jestem wart A czerwień mojej krwi to tylko jakiś żart I zapominać chcę tak często jak się da Że nie ma we mnie nic i nic nie jestem wart. Myslovitz „Szklany człowiek”


KOMODA MOJEJ BABCI – OPOWIADANIE (Wioletta Florczak, If) Komoda mojej babci była najbardziej niezwykłym meblem w naszym mieszkaniu – wiekowa, pięknie rzeźbiona, z mnóstwem szuflad, w których kryły się niesamowite skarby, a z każdym z nich była związana jakaś tajemnica. Tajemnice zawsze mnie fascynowały, tak jak wszystkie drobiazgi znajdujące się w babcinej komodzie. Nie wiedzieć czemu babcia niechętnie o nich mówiła, ale pewnego dnia nakłoniłam ją wreszcie, by opowiedziała mi historię dotyczącą jednej z pamiątek. Tą niezwykle sentymentalną rzeczą okazał się stary szkicownik. Był formatu A4. Miał gładką, ciemnobrązową okładkę, którą pokrywała warstwa kurzu. Kiedy go delikatnie otworzyłam, ukazały mi się wspaniałe rysunki. Zaczęłam je dokładnie oglądać. Byłam szczerze zdumiona. Nigdy nie sądziłam, że babcia może być tak uzdolniona manualnie. Gdy jej o tym powiedziałam, zaśmiała się cicho i wyprowadziła mnie z błędu, mówiąc, że rysunki nie są jej autorstwa. Moje zainteresowanie szkicownikiem wzrosło, ale postanowiłam zostawić pytania na później. Powróciłam do oglądania rysunków. Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że na prawie wszystkich jest ta sama osoba – około 20-letnia dziewczyna.

Miała długie, falowane włosy, duże oczy i piękny uśmiech. Zapytałam babcię, czy wie, kto to jest, ale ona tylko się roześmiała. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że tajemniczą nieznajomą z rysunków jest ona sama! Zaniemówiłam. Na usta cisnęło mi się chyba z milion pytań. Już miałam zacząć je zadawać, ale babcia mnie uprzedziła, ponieważ w tym momencie zaczęła opowiadać historię ze szkicownikiem w tle. Właścicielem niezwykłego zeszytu, który teraz trzymałam w rękach, był Filip – przyjaciel mojej babci. Niestety, zmarł on przed ukończeniem 30. roku życia na raka płuc. W chwili, gdy się tego dowiedziałam, zrozumiałam, dlaczego babcia niezbyt chętnie wracała w opowieściach do tego tematu. Babcia i Filip poznali się, kiedy byli 6-letnimi dziećmi. Filip wraz z rodziną przeprowadził się do domu sąsiadującego z domem babci. Od razu się zaprzyjaźnili, chociaż byli swoimi przeciwieństwami. On – lekkomyślny, trochę szalony, a ona – obowiązkowa, uczynna, grzeczna. Jednak te różnice wcale im przeszkadzały, wręcz przeciwnie. Dzięki Filipowi babcia miała okazję do odrywania się od ciągłej nauki, a on – dzięki babci – nie wcielał w życie swoich, często niedorzecznych i niebezpiecznych, pomysłów w życie.

LIST GEORGE SAND DO FRYDERYKA CHOPINA (Daria Giersz, IIIa) Paryż, 17.11.1849r. Kochany Fryderyku! Miesiąc minął od Twojej śmierciNie wiem, po co do Ciebie piszę. Nie chcę się tłumaczyć ani rozpaczać. Nie wiem nawet, czy chcę pamiętać.

Babcia wspomniała też o tym, że Filip nie rozstawał się ze szkicownikiem i kompletem ołówków. Mówił, że babcia jest jego natchnieniem, uwielbiał ją rysować. Szkice, portrety i inne rysunki, które trzymałyśmy z babcią na kolanach, zachwycając się nimi z każdą chwilą coraz bardziej, miały dziesiątki lat. Mimo to moja babcia na temat każdego z nich umiała powiedzieć, kiedy powstał, w jakich okolicznościach, potrafiła nawet przywołać w swej pamięci i nazwać emocje, które towarzyszyły i jej, i Filipowi podczas tworzenia. W pewnym momencie zobaczyłam, że oczy mojej babci zaszły łzami. Musiało jej go brakować. Objęłam babcię ramieniem i posłałam jej ciepły uśmiech. Odwzajemniła go i po chwili znowu zaczęła opowiadać mi o swoich przygodach przeżytych z Filipem. Było ich naprawdę dużo. Niektóre zabawne, niektóre wzruszające, ale wszystkie świadczyły o łączącej ich prawdziwej przyjaźni.

Ostatni raz widziałam Cię wiosną 1848r. Przelotne, nic nieznaczące spotkanie. Jakby tych 10 lat razem nie istniało. Tęskniłeś? Ja trochę tak. Byłeś moją fascynacją, moim hipnotyzerem, moim kompozytorem, moim synem. Kiedy pierwszy raz Cię zobaczyłam, pomyślałam, że jesteś zanadto kobiecy, delikatny. Byłeś wszystkim, czego nie chciałam, od czego uciekłam. Urok, cnota, schludność, idiotyczna moda. Dzieciak o niebieskich oczach, istny anioł. Pociągało mnie to, jak bardzo się różniliśmy. Śmieszyło mnie, kiedy krzywiłeś się na widok mojego cygara. Fascynowały mnie Twoje palce poruszające się po klawiaturze, Twój wdzięk, Twoja osobowość, Ty. Paryż nas zapamiętał. A ty nas pamiętasz? Nas z 1836r.? Zakochani, szczęśliwi. A potem żyliśmy. Ty komponowałeś, ja pisałam. Ty chorowałeś, ja się Tobą opiekowałam. Zawsze to ja martwiłam się o pieniądze, o mieszkanie, o Twoje zdrowie. Nie byłeś partnerem, byłeś dzieckiem. Przenosiliśmy się ciągle tam, gdzie ciepło, sucho, tam, gdzie lepiej dla Ciebie, wszędzie wożąc ten Twój absurdalny fortepian. Ileż to wymagało zachodu i pieniędzy! Mimo wszystko kocham Twoją muzykę. Kochałam ją nawet wtedy, gdy Ciebie gorąco nienawidziłam. Nie wiem, czy to aby nie w Twoich preludiach, a nie w Tobie się zakochałam. Kiedyś musieliśmy się rozstać. Oboje byliśmy niezdolni do stałego związku, a tym bardziej do małżeństwa. Byłam związana z trupem. Nie ze względu na gruźlicę. Nawet wtedy, gdy nie niszczyła Cię choroba, niszczyła Cię zazdrość. Wytrzymałam z Tobą 10 lat. Bywałeś kapryśny, kłótliwy, egoistyczny. Przez Twoje suchoty byliśmy wyklęci. Nawet Majorka nie była dla nas spokojną przystanią. Fryderyku, byłeś inny, ale ja też byłam inna, a Ty z czasem przestałeś to zauważać. Życie z Tobą było z dnia na dzień coraz trudniejsze i bardziej męczące. Kiedy się rozstaliśmy, zaczęłam żyć na nowo. Ale nie sądzę, żeby to było lepsze życie. Nie przestałam Cię kochać. Kochać wierną, troskliwą, matczyną miłością. Twoja śmierć była dla mnie wstrząsem. Mimo że byłam na nią przygotowana, nie przygotowałam się na Twoje zniknięcie. Nie myślałam, że to będzie tak wyglądać. Chciałam się pożegnać. Dawno temu obiecałam Ci, że umrzesz w moich ramionach. Ale ty miałeś już nową niańkę, Jane Stirling. Nie chciano mnie tam. To już i tak nieważne. Wierzę, że tam, gdzie idziemy potem, też będziesz grać.

George Sand P.S. ”ON VOUS ADORE…” (Ktoś Pana uwielbia…)


SCENARIUSZ FILMU NIEMEGO – NA ATEŃSKIM RYNKU (M. Wiśniewska, D. Lipińska, J. Parafiańczyk, A. Kogut, IIg) SCENA 1 Sokrates, człowiek w podeszłym wieku odziany w białą szatę, wychodzi z domu. Powoli, dostojnie idzie ulicą, rozgląda się dookoła, patrzy na mijanych ludzi. Zbliża się do rynku ateńskiego. (Zmiana planu - ujęcie rynku) Na rynku kłębi się tłum. Są tu mieszkańcy należący do różnych stanów społecznych. Widać kupców zachwalających swoje towary, biegające dzieci i starców powłóczących nogami. (Zmiana planu - powrót do Sokratesa) Sokrates wchodzi na rynek. Ogarnia wzrokiem tłum, ale ma się wrażenie, że dostrzega w nim każdego człowieka, każdą jednostkę indywidualnie. Widzi, jacy zajęci i zabiegani są ludzie, jak pośpiesznie i nieuważnie wykonują swoje zajęcia. Uśmiecha się. SCENA 2. Sokrates podchodzi do stojącej w centrum rynku samotnej beczki i wspina się na nią. Gestami próbuje zwrócić na siebie uwagę tłumu. Ludzie ze zdziwieniem patrzą na filozofa. Jeden po drugim odrywają się od swoich zajęć, podnoszą oczy na Sokratesa, nieruchomieją w trakcie wykonywanych czynności, zaczynają go słuchać. Sokrates zaczyna przemawiać. Na jego twarzy maluje się skupienie, przejęcie. Widać, że pragnie nauczyć ludzi czegoś ważnego. (Zmiana planu) Ujęcie twarzy małego chłopca. Maluje się na niej zdumienie oraz skupienie, później powoli pojawia się nieśmiały uśmiech, następnie chłopiec wybucha śmiechem. (Zmiana planu - powrót do Sokratesa) Filozof nadal przemawia, stojąc na beczce, która zaczyna się kiwać, przechylać. W końcu beczka przewraca się i zaskoczony Sokrates spada na ziemię, gubiąc wątek swojej mowy. Na jego twarzy maluje się zdumienie. Z przewróconej beczki wychodzi Diogenes z potarganą brodą i w pogniecionej szacie. Przeciąga się leniwie, po czym rozgląda dookoła. SCENA 3 Diogenes i zdziwiony Sokrates patrzą na siebie. Diogenes pokazuje na beczkę, na siebie, jest niezadowolony i zniecierpliwiony, natomiast zaciekawiony Sokrates pochyla się nad nim z uwagą. Po chwili wyciąga rękę w stronę towarzysza. Zdenerwowany Diogenes początkowo okazuje swoją niechęć do Sokratesa, jednak powoli na jego twarzy pojawia się uśmiech. Wzruszając ramionami, podaje dłoń Sokratesowi. (Zmiana planu) Ujęcie stoiska bednarza oraz jego towaru. Widać duże i małe drewniane beczki. Sam bednarz, wielki i gruby, stoi oparty o jedną z nich i mocno znudzony dłubie w nosie. Nagle zauważa dwie zbliżające się ku niemu postacie, jedną dostojną, a drugą ubogo ubraną. Patrzy na nie z zainteresowaniem. Zaciera ręce, czując, że zaraz ubije świetny interes. SCENA 4 Sokrates i Diogenes podchodzą do stoiska bednarza, oglądają z uwagą towar, pukają w beczki, badając ich wytrzymałość, oceniają ich wielkość i stabilność. W końcu decydują się na zakup jednej z wielkich, dębowych beczek, płacą zadowolonemu bednarzowi, po czym tocząc beczkę przed sobą, wracają. (Zmiana planu - ujęcie tłumu, potem zbliżenie twarzy chłopca) Chłopiec ma szeroko otwarte oczy i uchylone w zdumieniu usta. Z uwagą patrzy w głąb rynku. (Zmiana planu) Sokrates i Diogenes, nadal tocząc beczkę, powracają w pobliże starej beczki Diogenesa. Diogenes lokuje się w swojej beczce, zaś Sokrates z pewnym trudem wchodzi do swojej i zamyka wieko. SCENA 5. Mały chłopiec siedzi na zakurzonym rynku, pokazuje palcem dwie stojące obok siebie beczki i zanosi się śmiechem. Dookoła zwykły ruch i codzienne zamieszanie, ludzie zajęci są swoimi sprawami i nikt już nie interesuje się Sokratesem i Diogenesem. Chłopiec drapie się w głowę, wstaje i idzie w stronę stoiska bednarza, przeszukując kieszenie. W końcu znajduje w jednej monetę i zaczyna biec. KONIEC

NIE WIERZĘ W WENĘ… (FRAGMENTY WYWIADU Z PISARKĄ PANIĄ M. GUTOWSKĄ-ADAMCZYK) (Maciej Wnuk, IIIa) - Jak wygląda Pani praca? Jeśli miałaby Pani określić ją w kilku słowach, to co by Pani powiedziała? - Że to harówka podobna do rąbania węgla albo poszukiwanie drogi na bezdrożu. Może brzmi dziwnie, ale tak widzę moją pracę. Nie jest to absolutnie podążanie prostą drogą od początku do końca książki. To wyrąbywanie maczetą drogi, którą najpierw idę ja, a za mną ma podążyć czytelnik. - […] Wydaje się, że praca pisarza jest bardzo przyjemna. Zazwyczaj kojarzy się z siedzeniem w domu, popijaniem ciepłej herbatki i pisaniem. To prawda? - No właśnie... Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Czy jednak zamieniłabym to, co robię na inną pracę? Raczej nie. - Czy mogłaby Pani wymienić kilka zalet i wad pracy pisarza? - To, co dla jednego człowieka będzie zaletą, dla innego może być wadą. Kontakt z książkami i konieczność stałego dokształcania się, mnie wydają się fantastyczne, innych mogłyby przerażać. Samodzielność, jaką się ma w tej pracy, nie musi odpowiadać ludziom, którzy mają problemy z samokontrolą i motywowaniem się oraz takim, którzy wolą pracę w zespole. Zdecydowaną wadą jest fakt, że tej pracy, jak wszystkiego, co należy do dziedziny sztuki, nie sposób ocenić obiektywnie, a artyści wystawiają się na ocenę z chwilą rozpoczęcia uprawiania zawodu. Jeśli ktoś ma problem z przyjmowaniem krytyki, będzie mu trudno. Problematyczna jest też samodzielność finansowa. Niełatwo się z zawodów artystycznych utrzymać. - […] Na spotkaniach wydaje się być Pani bardzo spokojną i opanowaną. Według mnie te cechy należałoby przypisać większości pisarzy. Tak mi się kojarzą. Wiodą beztroskie, spokojne życie. Tymczasem dowiedziałem się, że Pani zainteresowaniami są sporty ekstremalne i perkusja. Jak to więc jest? - Nie uprawiam sportów ekstremalnych ani nie gram na perkusji - to był żart związany z promocją powieści „220 linii" i ciągnie się za mną już cztery lata, bo wszyscy weń święcie wierzą. Natomiast ja oczywiście jestem osobą spokojną na spotkaniach, ale czy w życiu?... - […] Wcześniej Pani mówiła, że zawód pisarki jest bardzo ciężki. Udaje się Pani zawsze znaleźć czas na przyjemności, czy bywają chwile, kiedy musi się Pani czegoś wyrzekać na rzecz książki? - Bez przerwy muszę się czegoś wyrzekać, przede wszystkim spotkań z przyjaciółmi. Wydawca daje mi coraz krótsze terminy, co powoduje, że poza obowiązkami domowymi i pisaniem, prawie wcale nie mam wolnego czasu. […] - […] Była Pani kiedyś nauczycielką w mińskim liceum. Czy sądzi Pani, że szkoła jest w stanie przygotować do tego, aby zostać pisarzem? - Nie. Szkoła przygotowuje przede wszystkim do zdawania egzaminów. To duży błąd, bo człowiek kończy edukację w wieku dwudziestu paru lat, a prawdziwe życie wtedy dopiero się zaczyna. Dobrze byłoby, gdyby szkoła dawała uczniowi narzędzia, którymi mógłby posługiwać się w dorosłym życiu. Tymczasem każe mu się w mechaniczny sposób wkuwać wiedzę, którą on i tak wkrótce zapomni. Szkoła, według mnie, w zbyt małym stopniu kładzie nacisk na moralność uczniów, kreowanie postaw prospołecznych i patriotyzm. To ważniejsze od wzorów i regułek, które często są kompletnie bezużyteczne w życiu. Nie uczy się też myślenia, posługiwania się słowem w mowie i piśmie. To wszystko jest oczywiście w programach, ale nie ma czasu, by ćwiczyć, czyli sprawdzać i poprawiać, a tylko ćwiczenie czyni mistrza. - Skoro szkoła nie może przygotować do bycia pisarzem, to jak udało się Pani wybić ponad ten "poziom przeciętności"? - Jest tylko jeden sposób: bardzo chcieć i podporządkować wszystko obranemu celowi. Inaczej niczego się nie osiągnie. […]


CHARAKTERYSTYKA HOBBITA (Natalia Kulbacka, Ie)

Przenieśmy się w krainę pełną fantazji, magii i niespodziewanych zdarzeń. Tutaj wszystko jest możliwe. To prawie jak cudowna i niesamowita baśń. Każdy o niej marzy i czasem zakrada się do niej, gdy ma wolne chwile. Dziś pragnę zabrać was w podróż pełną elfów, goblinów, trolli, ludzi i krasnoludów. Spytacie pewnie: „Gdzie hobbici?” …I zaraz zjawią się, gdy tylko zmrużycie swe oczy. Przedstawiam wam kogoś niespotykanego, oryginalnego i milutkiego. Oto on – hobbit Bilbo Baggins. Ta urocza postać to potomek szanującego się Bunga Bagginsa i kochającej przygody - Belladonny Tuk. Zamieszkuje on w ciepłej i schludnej norce pod Pagórkiem. Bilbo to niski stworek z okrągłym brzuszkiem. Jego ciało zdobi bujne, brunatne i kędzierzawe owłosienie. Stopy mają twardą i kosmatą podeszwę. Hobbit uwielbia kolorowe ubrania, przeważnie w tonacji żółci i zieleni. Jest zwolennikiem poobiedniej fajki. Z uwagą słucha starych opowieści. Umie świetnie gotować i parzyć pyszną herbatę. Niezapowiedzianych gości przyjmuje dość niechętnie, jest uważny i spokojny. Wiedzie beztroskie i wesołe życie, optymistycznie patrzy w przyszłość. Bywa jednak leniwy. Wszystko zmieniają odwiedziny czarodzieja – Gandalfa i tak oto nasz mały hobbit wyrusza w tajemniczą podróż. Wśród nieprzeniknionych ciemności, w lochach, w Mrocznej Puszczy Bilbo przechodzi praw-

dziwą metamorfozę. Już nie jest cichym jak sarenka i nieśmiałym hobbitem kochającym samotność. O, nie! Teraz to on wyznacza drogę, jest szanowany, odważny. Często udowadnia swe rycerstwo, ratując współtowarzyszy z opresji. Ma wiele zalet, okazał się duszą towarzystwa. Jest mądry i sprytny. Choć Bilbo nigdy nie uciekał się do czarów, zawsze znajdował rozwiązanie. To świetny strateg i oddany przyjaciel. Minął rok od chwili wyruszenia w tę fascynującą i zarazem niebezpieczną podróż. Biblo Baggins powrócił do domu - do swych dawnych nawyków. Wciąż czytał, nadal puszczał kółka z dymu. Choć odniósł zwycięstwo, wykazał się skromnością, nie dał się zawładnąć dumie. Jego nagrody to skrzynki srebra i złota oraz… pierścień Golluma. Hobbit nadal dbał o swoją norkę. Czyścił ją, by lśniła jak iskry. Teraz przecież mógł liczyć na niespodziewane odwiedziny czarodzieja i krasnoludów. Po powrocie z wyprawy zaczął spędzać czas na świeżym powietrzu. Często bywał w dolinie Rivendell. To jednak nie wszystko, co robił nasz Bilbo. Otóż zaczął pisać pamiętnik, któremu nadał tytuł: „Tam i z powrotem, wakacje pewnego hobbita”! Uwiecznił w nim swą podróż do Samotnej Góry. Otwórzcie oczy. Wszystko prysło! Mam jednak nadzieję, że hobbit na długo pozostanie w waszej pamięci. To postać, która uczy nas, że w życiu musimy dokonywać wyborów, walczyć z dobrem przeciwko złu. Tak jak Bilbo powinniśmy otworzyć się na innych, rzucić się w wir przygód. Choć nie zawsze jest to łatwe, każdy to potrafi! Bilbo stał się szlachetny i uczynny, więc my też możemy! Powinniśmy kiedyś dokonać wyboru, który na zawsze odmieni nasze życie! I, tak jak hobbit, zyskamy bardzo wiele: przyjaciół i doświadczenie.

REPORTAŻ – BEZINTERSOWNA POMOC. CZYŻBY? (Natalia Lalak, IIIa) Karolina i Gosia są uczennicami ostrołęckiego liceum. W ostatniej klasie gimnazjum, przyłączyły się do grona wolontariuszy w ich mieście. Jak twierdzą, zrobiły to wyłącznie dla własnych korzyści. Zrobię wszystko, by tylko dostad się do tego liceum - Kwiecieo 2009 roku. Czas składania podao do szkół. Moja średnia jest całkiem niezła, ale to nie wystarczy, by dostad się do wymarzonego liceum - mówi Gosia. - Rekrutacja do szkół ponadgimnazjalnych to wyścig szczurów. Musiałam się czymś wyróżniad wyznaje Karolina. Razem postanowiły zgłosid się jako wolontariuszki, by zdobyd dodatkowe punkty do wymarzonej szkoły. Niewiele im brakowało do spełnienia swoich marzeo. Myślały, że wolontariat jest najprostszą formą pracy, która nie wymaga wysiłku umysłowego, a da im miejsce w liceum. Własne korzyści - Idąc na pierwszą „akcję” z wolontariatu, nie zastanawiałam się nad losem starszej pani, której miałam pomóc. Myślałam tylko o papierku, który dostanę - wyznaje Karolina. Tak było za każdym razem. Dziewczyny nie przykładały się do swojej pracy. Często marudziły, że muszą to robid. Pocieszały się jedynie tym, że do kooca roku szkolnego zostało już niewiele czasu i będą mogły to rzucid. – Wielu gimnazjalistów postępuje w ten sposób. Nie miałam więc wyrzutów sumienia - dodaje Karolina. - Wszyscy mówią, jacy to są pomocni, ale co druga osoba robi to dla własnej korzyści. Radny miasta, by pokazad, jaki to on wspaniałomyślny i wygrad kolejne wybory, a my, że jesteśmy pomocni i będziemy idealnymi kandydatami do naszej wymarzonej szkoły - wyznaje Gosia. Jak twierdzą dziewczyny, wolontariat staje się coraz popularniejszym sposobem na zdobycie dodatkowych punktów do danej szkoły. Młodzież skłania się do tej formy pracy, bo jest ona pozornie łatwa. - Nie muszą się wysilad, jak na przykład podczas nauki do konkursów i olimpiad - dodaje matematyczka, pani Lucyna Blacharska. Centrum świata to ja – Brak w nich empatii i chęci pomocy. Widzą jedynie czubek swojego nosa i nic poza tym - mówi psycholog, pani Magdalena Sędek. – Widzę, jak różni się dzisiejsze pokolenie od na przykład mojego. Rodzice starali się wychowywad nas na porządnych ludzi, którzy troszczą się o innych. W dzisiejszych czasach większośd dzieci skazana jest na własną opiekę, ponieważ rodzice nie

mają dla nich czasu. czasu. Ważniejsza jest kariera zawodowa niż wychowywanie własnych pociech. I takie są tego efekty. Dzieci troszczą się jedynie o siebie. Nie robią nic bezinteresownie. Za małą pomoc oczekują wielkiego wynagrodzenia lub przysługi -mówi pani psycholog. Jak twierdzi Karolina, nic nie ma za darmo.- Jeśli pracuję w wolontariacie, oczekuję, że dostanę za to jakieś zaświadczenie - dodaje. -Bezinteresowna pomoc jest w tych czasach czymś niezwykle rzadkim. Jest to jednak zdolnośd, którą warto pielęgnowad- wyznaje pani Magdalena Sędek. Zmieniłam swoje priorytety Karolina i Gosia są teraz w II klasie swojego wymarzonego liceum. Mimo że nie muszą już starad się o dostanie do żadnej szkoły, ciągle są wolontariuszkami. – Pod koniec roku zaczęłam przykładad się do swojej pracy, ponieważ opiekunka z wolontariatu czepiała się. Po kilku dniach dostrzegłam, że sprawia mi to przyjemnośd. Widok uśmiechniętych osób, którym pomagam, jest bezcenny - wyznaje Karolina. Jak twierdzi, jej życie wkroczyło na inny tor. Zmieniła swoje priorytety i jest bardzo szczęśliwa. – Jestem innym człowiekiem. Stałam się milsza dla kolegów i rodziny - dodaje. Pomoc to dobrod serca Jak wspomina Karolina, do zmian w jej życiu, przyczyniło się wiele rzeczy. Nie była to tylko uwaga opiekunki. Podczas drugiego tygodnia wakacji, pani Jadwiga Dudek, koordynatorka wszystkich akcji w wolontariacie, powierzyła jej pewną rodzinę. Została przydzielona do domu chłopca chorego na mukowiscydozę. Jego stan był bardzo ciężki, a mama nie dawała już sobie rady. Sama wychowywała czwórkę dzieci, w tym Jasia. - Gdy przyszłam do ich domu pierwszy raz, zachwycił mnie swoim poglądem na świat. Jaś miał wtedy 15 lat. Opowiadał mi, że wie o swojej nadchodzącej śmierci i się z tym pogodził. Wierzył, że tam Bóg wynagrodzi go za całe zło tego świata- wyznaje Karolina. Rodzina Jasia była bardzo pobożna. Mama od samego początku starała się wychowywad dzieci zgodzie z nauką kościoła.- Pewnego dnia Jaś zapytał mnie, dlaczego to robię, dlaczego zostałam wolontariuszem. Wstydziłam się, jak nigdy. Nie odpowiedziałam mu - kooczy Karolina.


OBRAZ, KTÓRY INSPIRUJE… (Zuzanna Woźniewicz, Id) 23 lutego Przerwa w treningu Już nie mam siły. Dlaczego to jest takie męczące? Tańczące baletnice wydają się takie lekkie, delikatne. Piękne, smukłe łabędzie. Gdy upadamy na deski parkietu, wcale ich nie przypominamy. Ten straszny huk, gdy po wyskoku upadamy na ziemię, huk, który zagłusza muzykę. Trenerka często powtarza nam, że jeśli chcemy opadać lekko, musimy ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. 23 lutego Już nie mogę! Jestem wykończona. Najbardziej ze wszystkiego nie cierpię rozciągania. Czuję, jak rozrywają mi się mięśnie, a trenerka mówi: „Co tak słabo? Postaraj się bardziej!”. I jeszcze monotonia ciągłego powtarzania tych samych ćwiczeń, gestów. Leżę w swoim pokoju i patrzę na fototapetę na ścianie. Przedstawia ona „Niebieskie tancerki” Edgara Degasa. Cztery tancerki, w pięknych, lekkich sukniach podkreślających ich filigranowe sylwetki. Mają finezyjnie upięte włosy, dzięki czemu można dostrzec ich łabędzie szyje. Można je porównać z imponującymi, błękitnymi liliami wznoszącymi się ku słońcu. Lekkość, piękno, subtelność. Baletnice wyglądają jak łabędzie – majestatyczne i dostojne. Ja na pewno tak nie wyglądam. A może zrezygnować? Dać sobie spokój?

Nikt by i tak nie zauważył zmiany w grupie. Nie, nie mogę, za długo to trwa. A poza tym to sens mojego życia. Gdy tańczę, jestem sobą. Tylko wtedy. Na scenie, na parkiecie się otwieram. Nieśmiała, szara myszka na co dzień, powinnam bać się sceny. A ja? Ja na scenie czuję, że żyję. Od dziecka chciałam być primabaleriną. Mama za-pisała mnie na lekcje tańca. Na początku wszystko polegało głównie na zabawie. A teraz... Nasza trenerka jest bardzo znaną i szanowaną o-sobą, a tańczy FENOMENALNIE. Organizuje występy, konkursy, pokazy. To zaszczyt być jej podopieczną Po każdym treningu mam pościerane stopy. Na początku myślałam, że może źle zakładam buty, ale okazało się, że ból to nieodłączna część treningu. Ponaciągane mięśnie, pozdzierana skóra na stopach. Ile godzin, treningów potrzeba, żeby wyglądać i tańczyć jak tancerki Degasa. No cóż, idę spać. 24 lutego Trenerka ogłosiła casting do

ról w „Jeziorze Łabędzim”. Za trzy miesiące jest występ w Teatrze Wielkim. No cóż, nie mam szans z dziewczynami. One są za dobre. Ale zawsze mogę na przykład pomagać im się przygotować. Hm… trudno. 27 lutego Nie myślałam, że do tego się posuną. Klaudia pokłóciła się ze swoją najlepszą przyjaciółką - Laurą, Karolina podstawiła nogę Anecie, a ta skręciła kostkę. Co się tu dzieje? Niech to się jak najszybciej skończy. 2 marca (casting) Jestem tu już parę godzin. Stres. Rozcieram zimne dłonie. Czekam na swoją kolej. Na salę wchodzimy pojedynczo. Miałam być ostatnia. Właśnie wywołano dziewczynę, która była przede mną. Jestem sama na korytarzu… (później) Weszłam na salę, a trenerka lekko się uśmiechnęła. Popłynęła muzyka, zamknę-łam oczy i… zaczęłam tań-czyć. Byłam jak w transie. Nie zrobiłam żadnego błędu. Utwór powoli ucichł, ukłoniłam się i spojrzałam na trenerkę. Wstała i zaczęła klaskać. Powiedziała, że przez cały czas na mnie czekała. Właśnie o to jej chodziło. Stałam i patrzyłam na nią, nie rozumiejąc. Czyli… WYGRAŁAM?! Gram główną rolę! „Jesteś wspaniałą tancerką, tylko musisz w to uwierzyć” - długo nie zapomnę słów trenerki. Nie bez bólu i wyrzeczeń osiągnęłam lekkość, którą tak podziwiałam na ukochanym obrazie.

CHARAKTERYSTYKA PORÓWNAWCZA (Wadim Wawrzeńczak, IIf) Walka Cześnika Raptusiewicza i Rejenta Milczka Witamy na międzynarodowili mur graniczny! Wie, że wych mistrzostwach Mieto rozzłości Cześnika i praszanych Sztuk Walki! Dziwdopodobnie przewiduje siejszego wieczoru starcie jego następny ruch. Zajakiego jeszcze nie było! rozumiały i zadufany w Przed państwem dwaj sobie Cześnik faktycznie przedstawiciele sztuki walk zachowuje się zgodnie z sąsiedzkich! W lewym naoczekiwaniami – wysyła rożniku porywczy, bezhajduków z misją przegowzględny i mściwy Cześnik nienia niewinnych robotMaciej Raptusiewicz! Po ników! Jednak nikomu nie drugiej stronie niepozorny, dzieje się krzywda. lecz śmiertelnie groźny Następnym posunięciem Rejent Milczek! W dzisiejRejenta jest pisanie pozwu szym pojedynku zawodnicy sądowego! Tak, ten przeoprócz standardowej punwrotny krętacz wyolbrzyktacji mogą zdobyć także mia niewielkie zadrapania nagrodę publiczności przyi stłuczenia mularzy do znawaną za uczciwą grę okropnych ran! W swym i zachowanie zasad moralmanipulanctwie posuwa się nych. aż do zmyślenia faktu, Zawodnicy przygotowują się jakoby robotnicy mieli do walki. Mierzący metr wielodzietnie rodziny oraz osiemdziesiąt i ważący dzienie płaci im należnych więćdziesiąt kilogramów pieniędzy! Co za wyraCześnik przywdziewa konchowanie! tusz i przypina szablę. Po przeciwnej stronie, jego chudy jak patyk przeciwnik uzbraja się w pióro, papier i okulary. Widać, że niecierpliwi się przed sparingiem. „Cześnik także rozLecz cóż…? Prostolinijny i ogniony”, „w porywczości nie pewny siebie Cześnik przejma granic”! Ten despota już muje inicjatywę! Wyzywa woła do swojego służącego: Rejenta na pojedynek! „Hej, Gerwazy, daj gwinTemperatura rośnie, niech tówkę! Niechaj strącę tę ktoś otworzy okno! Milczek makówkę!” A więc zaczyprzyjmuje wyzwanie ponajmy! mimo świadomości, że ma Pierwszy atakuje Rejent. niewielkie szanse na wyPrzebiegły jak lis zawodnik graną. Byłaby to jednak wysyła mularzy, aby naprapoważna ujma na honorze.

Z powodu problemów technicznych zapraszamy na krótką przerwę, polecamy odwiedzić nasz Snack Bar i Lobby. Zatańczcie z nami! Wracamy na ring! Rejent przygotowuje się już do starcia z Cześnikiem, ten jednak nie stawia się w umówionym miejscu. Rejent woła zniecierpliwiony: „O! Brat szlachcic tchórzem podszyt!” Zmierza teraz do domu Cześnika! Szokujące! Cześnika zastajemy w samej szlafmycy, siedzącego w fotelu! Zdrowie opuściło go tuż przed finałową walką! Czy ja dobrze widzę!? Rejent dał się zaprosić na herbatę do swojego odwiecznego wroga! Raptusiewicz nie może go bowiem wygonić, gdyż złamałby święte prawo gościnności! Cóż za honorowe zachowanie! Wygląda na to, że pomiędzy odwiecznymi wrogami zapanowała zgoda, a to oznacza remis! Cóż, sądzę, że takie zakończenie sprawiło wielu widzom zawód, lecz przynajmniej wszystko skończyło się dobrze! Pozostaje tylko jeszcze nagroda publiczności: za uczciwą grę i zachowanie zasad moralnych. Nagrodę otrzymuje Cześnik! Dziękuję za uwagę, mam nadzieję, że podobało się Państwu. Żegna się z wami Papkin!


miesięcznik wydawany przy Gimnazjum Miejskim nr 2 w Mińsku Maz. od 2004r. NR 7/68

ŚWIĘTO JĘZYKA POLSKIEGO

„MODA NA POLSKI”

redakcja TD (Twoje Dziecko) redagują: Julka Sadowska, Paulina Nawrot, Iza Bielak, Majka Wiśniewska, Ania Zielińska, Paulina Patoka, Asia Parafiańczyk, Konrad Bogusz, Daria Lipińska, Basia Pałdyna, Dorota Dmitruk, Katarzyna Bereda, Basia Gruba, Angelika Przyborowska, Monika Cinkowska, Maja Nowakowska, Klaudia Świętochowska, Filip Tręda, Patryk Paździoch, Rafał Kalinowski Spotkania redakcyjne – wtorki (14.30–15.15) i piątki (13.40-14.25) - sala nr 20 Zapraszamy do współpracy! Nie możesz przyjść, napisz lub zgłoś nam temat – zajmiemy się nim! Kontakt z redakcją – akozuchowska@wp.pl

NUMER SPECJALNY NASZEGO MIESIĘCZNIKA ODDAJEMY TYM, KTÓRZY POTRAFIĄ PISAĆ: PIĘKNIE, ORYGINALNIE, MĄDRZE, POMYSŁOWO, INACZEJ, Z PASJĄ! Przeczytajcie najciekawsze prace napisane w I semestrze przez naszych kolegów i koleżanki! Zachęcamy do lektury tekstów! Mamy nadzieję, że taka forma nagrody zmotywuje Was do tworzenia własnych prac i do udziału w konkursach literackich!


Twoje Dziecko – Moda na Polski 2011, wydanie specjalne