Page 1

WIELKI POST 1(9) 2005

C

O

M

I

E

S

ISSN 1732-9000

I

Ę

C

Z

N

I

K

A

K

A

D

E

M

I

C

K

W NUMERZE: str. 2 - Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego - ruchome święto - Rozmowa z o. D. Sullivanem str. 4 - Tomas Venclova - Curling str. 5 - Narty nartom nierówne str. 6 - O Bogumile i królowej pszczół str. 7

Radosnego przeżywania Świąt Wielkanocnych! Niech Zmartwychwstały Chrystus napełni Wasze serca miłością i pokojem. Niech wleje w nie otuchę i nadzieję na to, że zawierzając Mu wszystkie sprawy i troski, łatwiej będzie iść przez życie, łatwiej przebaczać i kochać. Umocnienia w wierze i wielu łask Bożych. Abyście spędzili te święta w ciepłej, rodzinnej atmosferze miłości. REDAKCJA

- Śluby w obyczajowości szlacheckiej XVI – XVIII w. część 2 str. 11 - Pytanie miesiąca str. 12 - Kalendarium DA

I


2

Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego – ruchome święto Święto Niedzieli Zmartwychwstania Pańskiego nazywamy tak, gdyż wydarzenie to miało miejsce właśnie w niedzielę. Uroczystość Zmartwychwstania nazywamy również Wielkanocą, czyli wielką nocą, bowiem cud zmartwychwstania Jezusa Chrystusa dokonał się o świcie około godziny 4:00. Ponieważ zaś cud zmartwychwstania jest największym, jaki w życiu Jezusa Chrystusa się dokonał, dlatego słusznie noc tego cudu nazywamy wielką. Wielkanoc jest pierwszym i najważniejszym świętem w Kościele. To wiedzą pewnie wszyscy. Ja też o tym wiedziałem, ale czy wszyscy wiedzą, dlaczego święto to jest świętem ruchomym, to znaczy, że wypada raz w marcu, a raz w kwietniu? Mnie to pytanie od pewnego czasu nie dawało żyć, więc postanowiłem się dowiedzieć. Po przepytaniu kilkudziesięciu osób stwierdzam, że niewielu ludzi zna na nie odpowiedź. Najczęściej odpowiedzią była cisza. Niektórzy, po chwilowym zastanowieniu mówili: Hm? Nie wiem, w sumie to wcześniej się nad tym nie zastanawiałem/-am. Po prostu tak jest. Czasem w odpowiedzi słyszałem: To jest chyba związane z księżycem, czy ze słońcem. Nie pamiętam. Może i tak, ale co księżyc lub słońce mają wspólnego z naszą wiarą? Po tym pytaniu oczywiście nie słyszałem odpowiedzi.

Sprawa nurtowała mnie tak bardzo, że postanowiłem zapytać o to jakiegoś księdza. Wypadło na ojca Wojciecha z DA. Gdy go o to spytałem na jednym ze spotkań redakcyjnych gazety Podaj dalej, stwierdził, że to jest dobry temat na artykuł i właśnie dlatego o tym piszę. Jednak nurtującego mnie zagadnienia nie wyjaśnił, ponieważ stwierdził, że moje zadanie stałoby się wtedy za proste. No cóż, mówi się trudno – szukam dalej. Pomyślałem sobie, że i tak znajdę odpowiedź. Stwierdziłem, że zajrzę do internetu, przecież tam jest wszystko. Jednak mimo wielu godzin poszukiwań, znalazłem tylko program obliczający datę Wielkanocy w Pascalu. Poza tym nic ciekawego. Przecież musi być gdzieś napisane lub ktoś musi wiedzieć, dlaczego Wielkanoc jest świętem ruchomym. Jednak po ponownym przepytaniu znajomych (i nie tylko) nie znalazłem odpowiedzi. Z natury jestem człowiekiem upartym, więc drążyłem nadal. Stwierdziłem, że na to pytanie będzie znała odpowiedź chyba tylko jakaś osoba duchowna. Tym razem wypadło na mojego znajomego księdza Darka, który wreszcie wyjaśnił mi tajemnicze przesunięcia w kalendarzu. Mianowicie: Apostołowie obchodzili święto Wielkanocy w tym samym czasie, kiedy Żydzi obchodzili swoją Paschę,

gdyż cud Zmartwychwstania Pana Jezusa dokonał się w dzień po uroczystości Paschy. Paschę obchodzili Izraelici na pamiątkę wybawienia ich z niewoli egipskiej. W tym samym czasie przypadła śmierć Pana Jezusa i Jego zmartwychwstanie jako tajemnica naszego odkupienia, wybawienia z niewoli szatana i wprowadzenia nas do ziemi obiecanej, do niebieskiego Ojca. Żydzi obchodzą Paschę 14 dnia miesiąca Nisan, bo tak przykazał im Mojżesz. Nisanen kalendarz żydowski nazywa 30 dni od nowiu marca do nowiu kwietnia. Ze względu na to, że Pan Jezus zmartwychwstał w niedzielę, chrześcijanie już od II wieku pierwszą niedzielę po pełni wiosennej zaczęli obchodzić jako Wielkanoc. Potwierdził to swoją uchwałą sobór w Nicei w 325 roku, dodając, że za pełnię wiosenną uważa się tę, która wypada po zrównaniu dnia z nocą, czyli po 21 marca. Tak więc Wielkanoc może wahać się pomiędzy 22 marca a 25 kwietnia. I tak jest dotąd. Po tak wyczerpującej odpowiedzi byłem po prostu szczęśliwy, bo zadowolony to za mało powiedziane. Po prawie miesiącu starań i poszukiwań odpowiedzi na tak przecież ważne pytanie, w końcu ją znalazłem - więc się tym dzielę.:) Tomasz Jabłoński

Rozmowa z ojcem Davidem Sullivanem, Irlandczykiem, misjonarzem pracującym w Ugandzie i Zambii, Rektorem Seminarium Duchownego Ojców Białych w Lublinie

W Afryce poznałem inne oblicze Kościoła – Kościół, który jest o wiele młodszy i żywszy niż w Europie... Podaj dalej – Czy już w dzieciństwie myślał Ojciec o tym, by zostać misjonarzem? o. David Sullivan – Kiedy w ubiegłym roku obchodziłem 25-lecie kapłaństwa, księża przeprowadzili wywiad z moją mamą, która powiedziała, że podobno jak miałem 5, 6, 7 lat oznajmiłem jej, że chcę być księdzem albo hydraulikiem. Podobno trzy lata później zapomniałem o tym, że chciałem zostać hydraulikiem i od tamtej pory chciałem być tylko księdzem. Zatem już od najmłodszych lat marzyłem o tym, by być księdzem, ale nigdy nie sądziłem, że będę misjonarzem.

- Pochodzi Ojciec z Irlandii, ale od wielu lat mieszka i pracuje poza granicami ojczyzny. Jakie zmiany w życiu religijnym Irlandczyków zauważa Ojciec, wracając co roku na urlop do Irlandii? - Olbrzymie zmiany. Kiedy w 1964 roku wstępowałem do zgromadzenia, wyświęcono 400 Irlandczyków; w ubiegłym roku wyświęcono w całej Irlandii może 20. Kiedy chodziłem do szkoły, wszyscy chodzili do kościoła; teraz osób uczęszczających do kościoła jest coraz mniej. Jest to przede wszystkim pokolenie mojej mamy, ale coraz mniej młodzieży. Od księży akademickich wiem,

że na 20 studentów przypada tylko dwóch, którzy chodzą do kościoła. A ilu studentów toruńskich brało udział w rekolekcjach, ile osób było w kościele? 500? 600? - nie wiem. Różnice są więc olbrzymie. Druga strona medalu to fakt, że sytuacja materialna Irlandczyków jest o wiele lepsza.W czasach, gdy chodziłem do szkoły, ludzie emigrowali. Bo musieli. Teraz coraz więcej osób wraca, a także przyjeżdża do Irlandii do pracy. Kiedy byłem młody, znałem inną Irlandię – starą, teraz, gdy wracam do domu, poznaję inną Irlandię – nową. - Jaka jest przyczyna takich zmian? Jaka jest przyczyna kry-


3 zysu Kościoła w Irlandii? - Przyczyn jest mnóstwo. Po pierwsze – pojawił się dobrobyt i duma, której nie było u nas wcześniej. Nowa mentalność. Na razie Kościół nie odnajduje się w tej nowej rzeczywistości. Druga sprawa – okazało się, że Kościół ma pewne słabości. Na jaw wyszły skandale, które niestety nie zostały wymyślone przez dziennikarzy. Irlandia jest o wiele bogatsza a wiadomo, że jeśli ktoś ma dużo pieniędzy, coraz mniej myśli o sprawach ważniejszych. Nie można powiedzieć, że kryzys związany jest z wejściem do Unii Europejskiej. Złożyło się na to mnóstwo różnych czynników. Myślę, że chrześcijanie w Polsce powinni przyjrzeć się dokładnie temu wszystkiemu, co stało się w Irlandii, bo to, co się stało u nas, mogłoby stać się tutaj. - Czy to nie paradoks, że misjonarze z różnych krajów ewangelizują ludy pierwotne, nierozwinięte, a sami nie mogą poradzić sobie z nauczaniem we własnym Kościele, w krajach rozwiniętych? - Pytanie zakłada, że uciekamy od problemów. Nie. Nasze Kościoły – Kościół w Polsce i w Irlandii – otrzymały wiarę od innych. Dlaczego istnieje Kościół w Polsce? Dzięki świętemu Wojciechowi. Kościół w Polsce istnieje dzięki obcym misjonarzom. Tak samo powiedział papież 6 lat temu: fundamentem Kościoła są misjonarze. Podobnie było w Irlandii: wiara dotarła do nas z Anglii. Kościół ze swej natury musi być misyjny. Misjonarze dzielą się wiarą. Jeśli nie chcemy dzielić się wiarą z innymi – przestajemy być wierni Jezusowi Chrystusowi. Owszem, mamy tu dużo do roboty, ale nie wolno nam zamykać się w naszym małym

świecie. Zamykanie się w małym świecie, polskim czy irlandzkim, jest przeciwieństwem Ewangelii. Nie wolno uciekać od problemów, ale trzeba dzielić się wiarą, odwagą. W Afryce są problemy, choroby – trudno, trzeba iść. Gdyby ktoś chciał uciec od problemów, nie powinien jechać do Afryki. - Wróćmy do początków pracy misyjnej. Afryka. Czy przypomina sobie Ojciec jakieś świadectwo wiary, które szczególnie mocno utkwiło w pamięci? - Powiedziałem już, że wstąpiłem do seminarium, bo zawsze chciałem być księdzem, ale moja droga nie była prosta. Wstąpiłem do seminarium po zdaniu matury. Miałem wtedy 17 lat. Sześć lat później wystąpiłem i studiowałem na uczelni jako osoba świecka. I jako osoba świecka pojechałem do Afryki. A dlaczego jestem dzisiaj księdzem? Są różne czynniki, ale przede wszystkim pod wpływem osób, które spotkałem w Afryce, wśród których byli biali i czarni. Przypominam sobie świadectwo sióstr klarysek, ich oddanie się Bogu, ich radość. Ich świadectwo życia wywarło na mnie ogromne wrażenie. Można powiedzieć, że wstąpiłem do zgromadzenia po raz drugi z powodu tych świadectw z Afryki. Doświadczyłem Ewangelii tam w Afryce i jeszcze raz wstąpiłem do zgromadzenia. W Afryce poznałem inne oblicze Kościoła – Kościoła, który jest o wiele młodszy i żywszy niż w Europie. Jest to Kościół, w którym osoby świeckie biorą aktywny udział. Ksiądz ma swoje zadania, ale nie jest osobą, która wszystko robi. Ksiądz to osoba, która zachęca, która jest głównym organizatorem. W mojej parafii w Afryce było 50 kaplic i 2 księży.

W takiej sytuacji ksiądz nie może odprawić mszy świętej w każdą niedzielę, a osoby świeckie muszą brać aktywny udział w życiu religijnym. Kościół w Afryce jest jak młoda osoba, jest w nim życie. Kościoły europejskie są bogatsze i mądrzejsze, tak jak starsze osoby, ale nie ma w nich czasami tego życia. - Jakie przesłanie miałby Ojciec do przekazania Kościołowi w Polsce? Czego moglibyśmy nauczyć się śledząc historię Kościoła w Irlandii i przypatrując się pracy misyjnej w Afryce? - W Polsce na razie kościoły są pełne, ale nadchodzi wpływ Zachodu. Sekularyzm. Są więc zagrożenia zewnętrzne, ale nie warto narzekać. Narzekamy na Unię Europejską, narzekamy na Zachód – komu to pomaga? Nikomu. Ale nie można być naiwnym: zagrożenia są. Jeśli chcemy przeciwdziałać, jeśli chcemy by Kościół był trwały mimo tego wpływu, musimy dbać o to, by był silny wewnątrz. Są bowiem też zagrożenia wewnętrzne, o wiele większe niż te zewnętrze. Kościół jest jak człowiek, który może żyć w szpitalu, gdzie są wirusy, choroby. Jeśli jest zdrowy, jeśli jego stan odporności jest wystarczający, może on pracować wśród chorych i nie chorować. Tak samo Kościół musi dbać o swój stan odporności. Co osłabia odporność? Kiedy uważamy, że my jesteśmy w porządku, a wszystko przychodzi z zewnątrz. Wtedy świeci się czerwone światło. I tak było w Irlandii: uważaliśmy, że my sami jesteśmy w porządku, a problemy są dalej. Dlatego podkreślam, jak ważne są duszpasterstwa akademickie. Nie wystarczy chodzić do kościoła. Trzeba, aby młodzi ludzie w duszpasterstwach akademickich przygotowali się do życia chrześcijańskiego, aby się angażowali. Bo Kościół to wy, to osoby świeckie. To wy macie w sobie życie, macie w sobie ten stan odporności, macie w sobie głębokie przekonania. Wówczas Kościół będzie mocny. Rozmawiała: B.


4

Tomas Venclova Podczas tegorocznego święta obchodów 60-lecia Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w auli uniwersyteckiej odbyła się uroczystość nadania tytułu doktora honoris causa UMK Tomasowi Venclovie. Wyróżnienie to przyznano Venclovie za, jak podkreślono, wytrwałe poszukiwanie języka porozumienia między kulturami i narodami. W krótkim przemówieniu po otrzymaniu tego zaszczytnego tytułu Tomas Venclova stwierdził: Jeżeli zrobiłem w życiu coś, z czego mógłbym być dumny, to jest to przede wszystkim praca na rzecz zbliżenia Polski i Litwy. Jeśli zapomnimy o krzywdach z przeszłości i zaczniemy współpracować że sobą, nasze państwa mogą stać się w przyszłości chlubą Europy. Tomas Venclova to litewski poeta, krytyk, eseista, tłumacz, przyjaciel Polski i Polaków. Urodził się w 1937r. w Kłajpedzie, wojnę spędził w Kownie. W 1946r. zamieszkał w Wilnie. W latach 1954-1960 odbył studia filologiczne na Uniwersytecie Wileńskim. W 1958r. napisał list wyrażający podziw dla twórczości Borysa Pasternaka, za który został na jeden rok relegowany z uczelni. W latach 60-tych pracował jako dziennikarz w Moskwie i Leningradzie, gdzie poznał i zaprzyjaźnił się z wybitnymi poetami rosyjskimi: Anną Achmatową, Borysem Pasternakiem i Josifem Brodskim. W latach 70-tych rozpoczął działalność w litewskim ruchu obrony praw człowieka współpracując z Kroniką Kościoła Katolickiego na Litwie. Jego nazwisko było wówczas głośne na Litwie z racji kolejnego listu do władz. Domagał się w nim zezwolenia na wyjazd za granicę, zaznaczając jednocześnie swój

Curling Curling to sport o wielowiekowej tradycji. U nas mało jeszcze popularny, ale rozwija się w ostatnich latach wyjątkowo dynamicznie. Wielkim impulsem dla rozwoju curlingu stało się włączenie go do programu igrzysk olimpijskich w Nagano w 1998 roku. Curling, co warto podkreślić, to dyscyplina dla wszystkich, niezależnie od wieku i sprawności fizycznej. Mogą w niego grać zarówno dzieci, jak i osoby starsze, gdyż wbrew pozorom puszczanie kamienia po lodzie nie wymaga dużej siły. Sport ten można

niezłomnie wrogi stosunek do systemu sowieckiego. W styczniu 1977r. otrzymał wreszcie paszport. Zagrożony represjami, niedługo potem wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Kilka miesięcy później władze pozbawiły go radzieckiego obywatelstwa. W 1980r. związał się z Uniwersytetem w Yale, na którym pracuje do dzisiaj (wykłada literaturę słowiańską). Mimo emigracji pozostał nadal aktywnym rzecznikiem obrony praw człowieka. Zaangażował się we współpracę z pismami emigracyjnymi (m. in. paryską Kulturą). Często krytycznie wypowiadał się o reżimie komunistycznym, ale prawda, którą głosił, niejednokrotnie okazywała się za trudna do przyjęcia na zachodzie. Zawsze stawał w obronie słabszych, zapomnianych czy niesłusznie oskarżonych, za co był szykanowany przez władze komunistyczne i narodową większość. Starał się szukać tego, co łączy, co umożliwia wzajemne przebaczenie i budowanie nadziei na lepsze jutro. Próbował stworzyć nową tradycję narodową, świadomą swej tożsamości i zarazem wolną od nacjonalistycznych fobii. Litwinom i Polakom, kłócącym się o to, czy Uniwersytet Wileński był litewski czy polski, odpowiadał bez wahania – europejski. Rozpoczynając walkę z systemem, który uznał za nieludzki, zmierzał w kierunku wolności jednostki i otwartego społeczeństwa demokratycznego. To właśnie on razem z Czesławem Miłoszem ustalił normy postępowania na pograniczach: nie bić się w cudze piersi, wymagania stawiać w pierwszej kolejności sobie, a sąsiadowi okazać szacunek uprawiać na najwyższym poziomie nawet przez kilkadziesiąt lat.W maju 2002 roku turniej pucharu świata wygrała szwajcarska drużyna, której kapitan miał 79 lat!!! Ojczyzną curlingu jest Szkocja, a jego początki sięgają odległych czasów średniowiecza. Najstarszym znanym współcześnie dowodem historycznym na istnienie curlingu jest edykt szkockiego parlamentu z 1457 roku, zabraniający gry w curling. Natomiast pierwszy pisany - jeszcze w języku łacińskim - dowód zawodów curlingowych pochodzi z lutego 1540 roku. Rywalizowali ze sobą mnisi John Sclater i Gavin Hamilton. Byli to

przez wysiłek głębszego poznania go i zrozumienia. Można powiedzieć, że to właśnie Venclova i Miłosz jako pierwsi odbudowali zerwany od stuleci polsko-litewski most. Jako poeta Venclova przyczynił się w ogromnym stopniu do popularyzacji literatury litewskiej, rosyjskiej i polskiej w Europie i na świecie. Josif Brodski trafnie nazwał go synem trzech literatur – litewskiej, rosyjskiej i polskiej.Venclova jest, co warto także podkreślić, znakomitym tłumaczem literatury polskiej. Przetłumaczył na język litewski m. in. poezję Norwida, Miłosza, Herberta i Szymborskiej. Twórczość Venclovy znana jest w Polsce m. in. dzięki doskonałym tłumaczeniom Stanisława Barańczaka. W dorobku pisarza znajdują się tomy poezji, eseje oraz prace krytycznoliterackie m. in. Rozmowa w zimie, Dialog o Wilnie (z Czesławem Miłoszem), Kształt nadziei, Aleksander Wat. Obrazoburca, Eseje o literaturze, Niezniszczalny rytm czy Wilno – Przewodnik (znakomity przewodnik po historii, kulturze i zabytkach Wilna). Tomasz Kaźmierski pierwsi znani z imienia curlerzy. Ta ciekawa i zarazem zabawna gra na lodzie w wieku XVII przerodziła się w sport o ustalonych regułach. W 1668 roku powstał pierwszy klub curlingowy Loch Leven. Do dziś pozostaje on najbardziej renomowanym klubem curlingowym na świecie. W 1716 roku gracze z całej Szkocji spotkali się w Perth, gdzie spisano pierwsze jednolite zasady tej gry. W większości obowiązują one do dziś. Cechą charakterystyczną i niezwykle ważną curlingu jest tzw. Spirit of curling, czyli duch curlingu, co polega na tym, że podczas zawodów zabronione są


5

wszelkie kłótnie między konkurującymi drużynami, używanie brzydkich wyrazów, czy okazywanie radości z błędów przeciwnika. Przestrzegana jest nadal tradycja, że po meczu zwycięzcy zapraszają przegranych do baru. Zasady gry w curling są niezwykle proste. Rywalizacja odbywa się na lodowym torze o szerokości ok. 4.5 metra i długości ok. 45 metrów. Na jednym końcu znajduje się belka, służąca do wybicia się zawodnika, który po kilku

metrach ślizgu wypuszcza ważący 20 kg kamień. Po przeciwnej stronie znajduje się tarcza (tzw. dom) o promieniu ok. 2 metrów, złożona z czterech kręgów, w którą celuje gracz.

Tomasz Kaźmierski

Narty nartom nierówne Dla niektórych narciarstwo jest kolejnym uprawianym sportem do kolekcji, dla innych formą relaksu na świeżym powietrzu, a dla jeszcze innych stylem życia. Zwykła jazda w dół na dwóch deskach odeszła już do lamusa. W chwili obecnej narciarze prześcigają się w pomysłowości co do techniki jazdy, ubioru czy też tzw. a press ski, czyli odpoczynku po wyczerpującym dniu na stoku. Od roku 1985 narciarstwo zaczęło zyskiwać coraz to większe rzesze zwolenników, a to wszystko dzięki carvingowi. Początków tejże techniki w Polsce możemy upatrywać w połowie lat 90. No dobrze, ale czym jest ten carving. Dla niewtajemniczonych śpieszę z wyjaśnieniem. Otóż producenci nart wpadli na pomysł, żeby zmienić troszeczkę kształt desek. Wbrew powszechnej opinii nart nie tworzy już para prostych desek. W ogóle nie są już deskami. Dzięki tzw. taliowaniu, czyli zwężeniu części środkowej narty i rozszerzeniu końców, skręty nie stanowią już problemu nawet dla po-

W grze biorą udział dwie czteroosobowe drużyny Drużynę curlingową tworzy czterech zawodników, z których jeden jest kapitanem (skipem). Mecz curlingowy składa się z 10 partii, zwanych endami. W każdej partii drużyna ma do dyspozycji po osiem kamieni. Każdy zawodnik wykonuje dwa rzuty (ślizgi), na przemian z zawodnikiem z drużyny przeciwnej. Po drugiej stronie toru, w tzw. domu stoi kapitan drużyny, który pokazuje, gdzie rzucający zawodnik ma posłać kamień. Pozostali dwaj zawodnicy w zależności od potrzeby szczotkują lód. Dzięki szczotkowaniu na powierzchni lodu tworzy się warstwa wody. Pozwala to na wydłużenie drogi kamienia (nawet o 3 metry) i precyzyjniejsze umieszczenie go w domu. Ponadto, każdemu kamieniowi nadawana jest rotacja, dzięki której może on omijać inne stojące na jego drodze kamienie. Każdą partię wygrywa ten zespół, którego kamień znajdzie się najbliżej środka po wszystkich 16 rzutach, a cały mecz ta drużyna, która zdobędzie większą liczbę punktów we wszystkich partiach.

czątkujących. Wystarczy jedynie odpowiednio zabalansować ciałem i narta samoczynnie zainicjuje skręt. Ideałem jest jazda na krawędziach, czyli wystarczające wychylenie ciała w bok, ażeby skręt pokonać tylko na krawędziach nart. Taka jazda sprawia wiele radości i przez to pozytywnie uzależnia. Ta łatwość nauki jazdy wpłynęła na popularność zimowego wypoczynku w górach. Coraz większe rzesze decydują się na rozpoczęcie przygody z dwiema dechami na nogach. Fakt ten okazał się impulsem do wprowadzenia nowego wymiaru w narciarski świat. Narty carvingowe dały bowiem nowe możliwości zabawy na śniegu. Pojawiły się innowacyjne style jazdy. Obecnie wyróżniamy trzy główne rodzaje: race carving, funcarving, allround carving. Race carving jak nie trudno się domyślić dotyczy jazdy sportowej. Jest to styl znany z telewizyjnych relacji sportowych. Technika jednak i tutaj jest zależna od rodzaju zjazdu (slalom, gigant). W uprosz-


6 czeniu można powiedzieć, że slalom to jazda między pojedynczymi tyczkami z dużą ilością skrętów (organizowany na znacznie nachylonych stokach), zaś gigant to zjazd po średnio nachylonym stoku z większą prędkością między mniejszą ilością podwójnych tyczek wyglądających jak chorągiewki. Zawodnicy tak świetnie zaczęli wykorzystywać carvingi, że przy skręcie nie wytracają prędkości, a wręcz przyśpieszają. Zdecydowanie najbardziej popularny jest allround carving, najprostszy, ale wcale nie najgorszy styl jazdy. Nie wymaga nadzwyczajnej sprawności fizycznej, ani wiele czasu, aby nauczyć się podstaw. Jest to styl pochodny od techniki tradycyjnej (tej z prostymi nartami). Trzeba przede wszystkim pojąć regułę jazdy na krawędziach. Reszta to całkowita dowolność. Z tej właśnie dowolności narodził się funcarving. Jest to chyba najbardziej dziwaczny, a zarazem zyskujący coraz większą grupę zwolenników styl jazdy. Sama nazwa wskazuje, że na stoku będzie dużoooo zabawy. Zero reguł, pełna improwizacja – to jest właśnie funcarving. Krótkie, ok. 80 cm nartki i trochę odwagi (mnie jej nadal brakuje) to zapewniony ubaw i wiele śmiechu. Ale uwaga! To naprawdę nie jest takie proste, jak może się wydawać... Przydałoby się kilka słów o właściwym przygotowaniu do sezonu. Nie będę jednak zanudzał Cię warunkami dobrego doboru sprzętu, bo to znaleźć możesz np. w necie (www.skionline.pl). Zasygnalizuję jedynie jako ciekawostkę, że najważniejszą rolę wyposażeniu narciarza odgrywają wygodne buty, potem bezpieczne wiązania i dopiero na końcu odpowiednie narty. Na zakończenie pragnę zwrócić szczególną uwagę na często pomijaną kwestię bezpieczeństwa. Najważniejszym elementem wyposażenia narciarza jest jego głowa i rozum. Dla pewności jednak stworzono Dekalog Narciarza, w którym podaje się fundamentalne zasady zachowania na stoku. Przestrzeganie go z pewnością pomoże w uniknięciu nieprzyjemnych kolizji z innymi narciarzami lub też z nieuchronnie zbliżającą się ziemią aaaa.....! Paweł ‘Pietrek’ Pietrowicz

O Bogumile i królowej pszczół Przed laty żył w Toruniu bogaty i szanowany piekarz Bartłomiej, u którego pracował czeladnik o imieniu Bogumił. Mistrz miał piękną córkę Katarzynę, do której co wieczór tęsknie wzdychał młody czeladnik. Mimo iż Katarzyna odwzajemniała uczucia czeladnika, ojciec nie chciał słyszeć o ich ślubie. Bogumił był zbyt ubogi, a mistrzowi marzył się zięć równie bogaty, jak on sam. Młody piekarz lubił wieczorami wychodzić poza mury obronne Torunia, by wśród ciszy rozmyślać o swej ukochanej. Pewnego dnia siedząc zamyślony nad podmiejskim stawem, z bukietem kwiatów nazrywanych dla Kasi, zauważył tonącą pszczółkę. Zrobiło mu się jej żal, więc podsunął jej listek i wyciągnął z wody. Uratowana pszczółka pięknie podziękowała i odleciała. Po chwili jednak na ramieniu czeladnika usiadła Królowa Pszczół. Dowiedziała się o szlachetnym uczynku Bogumiła i postanowiła odwdzięczyć się za uratowanie swej siostry. Zdradziła mu tajemnicę wypieku smacznych pierników. W sekrecie powiedziała chłopcu, żeby do ciasta dodawał słodkiego miodu i korzennych przypraw a wtedy piernikowe ciasto zyska niepowtarzalny smak. Bogumił podziękował za radę i wrócił do miasta. Kiedy przybył do piekarni, zastał wszystkich przy wytężonej pracy, gdyż niespodziewaną wizytę w Toruniu zapowiedział król. Również Bogumił od razu zabrał się do wypiekania ciasta. Przypomniał sobie rady Królowej Pszczół i nie mówiąc nic nikomu postanowił dodać do ciasta miodu i korzennych przypraw. Kiedy ciasto było już gotowe wykonał z niego dwa serca, ułożył je naprzeciw siebie i połączył dwoma kółkami, które miały symbolizować obrączki. Rankiem piernik dla króla był już gotowy. Kiedy mistrz Bartłomiej zobaczył piernik, bardzo się zdenerwował. Zamiast ładnego piernika ujrzał ciasto o dziwacznym wyglądzie. Dwa odwrócone serca i dwie obrączki pod wpływem ciepła połączyły się ze sobą tworząc niespotykany dotychczas kształt. Niestety, na wypiek innego piernika nie było już czasu. Król bowiem wjeżdżał już do miasta. Burmistrz wraz z Radą Miejską przywitali króla, częstując go wypieczonym przez Bogumiła piernikiem. Jak wielkie było zdziwienie mistrza

Bartłomieja, kiedy okazało się, że król jest zachwycony kształtem i smakiem piernika. Król poprosił, aby przedstawiono mu piekarza, który wypiekł ten pyszny piernik. Szybko posłano po Bogumiła, który stanął przed obliczem króla i wytłumaczył władcy, że kształt piernika ma symbolizować dwa zakochane serca połączone ze sobą obrączkami, a swój smak zawdzięcza piernik miodowi i korzennym przyprawom dodanym do ciasta. Wyznał on również królowi, że wypiekając ciasto cały czas myślał o ukochanej Katarzynie, córce piernikarskiego mistrza. Król wysłuchał opowieści Bogumiła w milczeniu i natychmiast zwrócił się do stojącego obok mistrza Bartłomieja z prośbą, by zezwolił na ślub Katarzyny z młodym czeladnikiem. Bartłomiej nie śmiał odmówić królewskiej prośbie. Król nadał Bogumiłowi tytuł piernikarskiego mistrza i hojnie obdarował go złotymi dukatami. Miastu zaś nadał przywilej wypieku i sprzedaży pierników nie tylko na terenie całego kraju, ale też poza jego granicami i poprosił toruńskich piekarzy, by pierniki w kształcie uformowanym przez Bogumiła nazwano katarzynkami na pamiątkę miłości Bogumiła i Katarzyny. Tomek Kaźmierski


7

Śluby w obyczajowości szlacheckiej XVI – XVIII w. (część 2) W obyczajowości szlacheckiej całego tego okresu znane były również przypadki raptus puellae, czyli uprowadzenia narzeczonej przez kawalera. Zazwyczaj takie porwanie było z góry zaplanowane i odbywało się przy zgodzie i współdziałaniu panny a czasem także i jej matki. Kawaler przyjeżdżał w nocy, panna czekała na niego już ubrana i odjeżdżała z nim do umówionego, bądź lekko przymuszonego księdza, u którego z miejsca brali ślub. Zdarzały się nawet porwania panien z klasztorów, była na to jednak zazwyczaj ich zgoda. Porywaczy karano, wyklinano i piętnowano, nawet jeśli byli magnatami. Przypadki takie dotyczyły również często urodziwych i zamożnych wdów, a te z krytą radością przystawały na owe pozorne gwałty. Pomimo wszystko kobiety stawiały kandydatom na swoich mężów rozliczne wymagania. Panowało wśród szlachty przekonanie, że osiągnięcie względów u młódek wymaga wiele uprzejmości, kosztów i dysponowania męskimi walorami. Kobiety, choć nie były chowane w warunkach cieplarnianych, to jednak potrzebowały i wymagały dużo czułości, tkliwości i serca. Rozmiłowały się szczególnie mocno w czterech walorach kawalerów: ich galanterii, złocie, pobudliwości i uczuciach. Należało przy tym pamiętać, że szlachcianki się nie kupuje, ani nie porywa, należy natomiast nakłonić ją do kochania, najpewniejsza droga do tego wiodła przez ołtarz. Szlachcic, który starał się o rękę godnej sobie panny lub wdowy, zmuszony był korzystać z pomocy swatów. Jedynie w wyższych sferach dziewosłębom przy zabiegach matrymonialnych towarzyszył sam kawaler. To do tych niezwykłych posłów należało odpowiednio delikatne prowadzenie rozmów z rodziną panienki, ustalanie z nimi spraw majątkowych dotyczących przyszłego uposażenia małżeńskiego. Trzeba też było zyskać przychylność samej wybranki. Ewentualna odmowa była dawana w sposób symboliczny i delikatny, ponieważ zbyt bezpo-

średnie i upokarzające potraktowanie kandydata mogło doprowadzić do konfliktu między rodami. Do dobrego tonu należało przyjąć odmowę nie zdradzając się ani słowem ani gestem, natychmiast pożegnać się i odjechać. W różnych rejonach kraju przyjęto różne sposoby pokazania kawalerowi swojej niechęci do jego zalotów: wieszano mu wieniec grochowy nad łóżkiem (ew. wieszano go na drzwiach lub podrzucano do powozu), podawano czarną polewkę albo potrawę zwaną szupienie. Była to kasza z świńskimi ogonkami, które jeśli leżały - oznaczały zgodę na ożenek, jeśli zaś sterczały, to

kawaler musiał jak najszybciej zmienić obiekt swoich westchnień. Znakiem odmowy było również niepodanie gościom kieliszka wódki. W przypadku niepowodzenia zabiegów matrymonialnych, dużą część winy zrzucano właśnie na swatów, co łagodziło prawdopodobieństwo powstania sporu . Rolę dziewosłębów pełnili zazwyczaj ludzie doświadczeni, starsi, już żonaci, wymowni i zręczni w układach. Niejednokrotnie broniąc swojego klienta musieli bowiem długo i szeroko tłumaczyć względy przemawiające za takim, a nie innym mariażem. Zwyczaj wymagał aby rodzina początkowo odmawiała wydania dziewczyny, a przytaczane powody trzeba było zręcznie zbijać w dyskusji. Często zaczynano od podania zmyślonego powodu wizyty, gdyż w przypadku odmowy umożliwiało to dyplomatyczne zakończenie całej sprawy. Panna, gdy zawiadomiono ją o postanowieniu, zgodnie

ze zwyczajem, miała decyzji wysłuchać zawstydzona i przerażona. Następnie, już przy kieliszku, rozmawiano o sprawach majątkowych i terminie ślubu . Od II poł. XVIII w. konkury stały się bardziej subtelną grą psychologiczną, półsłówkami, aluzjami i gestami. Zapraszano gościa aby przyjechał ponownie, jednakże przed wyjazdem powinien był on sowicie obdarzyć służbę domową gospodarza, natomiast pan domu dawał kilka talarów strzelcowi gościa. Gdy w końcu miało dojść do samych zaręczyn podpisywano umowę majątkową, zwaną intercyzą. Był to akt wzajemnego przyrzeczenia warunków, na jakich zawierano małżeństwo. Intercyza była aktem cywilno–prawnym o konsekwencjach głównie materialnych. Umowa ta była zawierana w obecności świadków i sporządzana na piśmie. Aby uniknąć dalszych roszczeń upubliczniano akt zaręczyn. Zerwanie go miało swoje konsekwencje. Przepadał podarek narzeczeński i trzeba było zadośćuczynić zszarganej opinii drugiej strony. Charakter publiczny intercyzy dawał rodzicom możliwość pełnej kontroli nad narzeczonymi i losami rodzinnego majątku. Potajemne zobowiązanie, dane bez wiedzy opiekunów, było uważane za nieważne. Dbano również by zapisy prawne oraz decyzja o ślubie, podejmowana była przy dobrej woli zaręczonych. Dużą wagę przywiązywano do samej ceremonii zaręczyn. Z tej okazji urządzano uroczystą ucztę lub przyjęcie, podczas którego odbywała się prezentacja obu rodzin. Dziewczyna musiała wtedy pokazać się jak najlepiej z wielu stron. Liczyły się głównie jej uroda, odpowiednio dobrany strój i umiejętność stosownego zachowania się wobec poszczególnych członków obu rodów. Czas od zaręczyn do ślubu miał być dla młodych czasem lepszego poznawania się, więc łaskawie zostawiano ich samych na krótkie chwile. Zerwanie zaręczynowych obietnic było możliwe jedynie w wypadku bardzo wyraźnego naruszenia kanonów przy-


8 zwoitości przez niedoszłego małżonka. Jeśli to nastąpiło, obie strony odsyłały sobie wartościowe prezenty. Wierność narzeczonej wobec narzeczonego była tak wielka, że gdy ten zmarł nagle przed ślubem, to uważana była bardziej za wdowę niż za osobę niezamężną. W XVII w. w wyższych sferach do zaręczyn używano pierścionka. Ofiarowywał go młodzieniec swojej wybrance. Często rolę tą pełnił sygnet herbowy. To, jak szlachetny kamień go zdobił, zależało od stanu majątku narzeczonego i od pozycji towarzyskiej dziewczyny. Czasem, chcący się ożenić szlachcic, musiał się zapożyczyć na kosztowny pierścień, odpowiadający statusowi wybranki, mając nadzieję, że pożyczkę spłaci później z posagu przez nią wniesionego . Późnej tradycją stało się wymienianie się pierścionkami. Bywało też, że protektorzy młodych, patronujący zaręczonym, obdarzali ich pierścionkami. Dar ten jednak mógł być również tylko podarunkiem pozbawionym symbolicznego znaczenia. Przed ślubem należało dać na zapowiedzi. Początkowo uroczystość ślubną zapowiadano przez 8 dni. Od 1693 r. czas ten został przedłużony do 3 tygodni – zapowiedź powtarzano na trzech kolejnych nabożeństwach niedzielnych w kościele parafialnym panny młodej. Miały one na celu umożliwienie wskazania prawnych, finansowych lub zdrowotnych przeszkód zawarcia danego małżeństwa przez osoby nie związane bezpośrednio z planowaniem i przygotowywaniem zaślubin. Do ślubu mogło nie dojść z powodu nieodpowiedniego urodzenia, różnicy wyznaniowej, braku sprawności prawnej, czy też z wątpliwości co do prawdziwego celu małżeństwa . Sam czas trwania okresu narzeczeństwa był bardzo różny. Młodej kobiecie zazwyczaj po zaręczynach nie spieszyło się do małżeństwa, gdyż dziewczętom wmawiano, że małżeństwo będzie dla nich udręką, co wynikało z faktu, że mężczyzna czuł się w domu lepiej niż jego żona, często zapracowana i obarczona opieką nad gromadką dzieci. Odwlekanie małżeństwa tłumaczyła koniecznością szykowania wyprawy i stroju ślubnego. Niekiedy rodzina potrzebowała czasu na zebranie odpowiedniej sumy posagu. Również mężczyzna nie mógł wcześniej przyjąć żony pod swój dach, zanim nie wypełnił wszystkich planów podyktowanych obyczajami i nie przygotował domu na przyjęcie nowej gospodyni . Czas, w którym najchętniej zawie-

rano małżeństwa był określany głównie przez zarządzenia kościelne, które zakazywały urządzania zabaw w Adwencie i Wielkim Poście oraz przez warunki gospodarcze – starano się nie planować wesel na czas intensywnych prac polowych. Za to po zbiorach, gdy już ukończono prace polowe częstotliwość uroczystości ślubnych osiągała swoje maksimum. Najbardziej lubianymi przez nowożeńców miesiącami były: styczeń, luty i listopad . Protestanci, a zwłaszcza luteranie, uważali za zakazane zawieranie ślubów w niedzielę. Unikano również piątku. Węzłem małżeńskim wiązano się najczęściej w pełni dnia, tak ok. godz. 16-tej. Wśród katolików wyraźnie preferowano do tego celu niedzielę. Popularne były również poniedziałek i wtorek. Podobnie jak luteranie, tak i katolicy starali się nie ślubować w piątek. Czasem ślub odbywał się osobno od wesela, gdyż nie zdążono wszystkiego przygotować na odpowiednio okazałe przyjęcie. Uważano bowiem, że wyprawienie hucznego wesela jest obowiązkiem społecznym i zapewni młodej parze powodzenie i radości w przyszłym wspólnym życiu. Wesele ograniczano do skromniejszej formy jedynie w wypadku żałoby lub ciężkiej choroby kogoś z bliskich. Na dworach często zbytek weselny znacznie przekraczał możliwości finansowe rodziny. Miało to dobitniej podkreślić wagę, jaką mała przeżywana chwila. U magnatów królewski przepych rujnował niejednokrotnie fortuny, gdyż konkurowano w wystawności nie tylko między sobą, lecz rywalizacja obejmowała również dwór monarszy. Zapraszano jak największą liczbę gości, czemu musiał dorównać przepych jedzenia, napojów i darów. Domy panien były zwyczajowo przystrojone na zewnątrz. Dwory szlacheckie zdobiły wywieszone kilimy i kobierce . Jak już wyżej wspomniałam na wesela starano się zaprosić jak największą liczbę gości. Na długo przed tym rodzinnym świętem rozsyłano zaproszenia lub jeżdżono do sąsiadów, aby poprosić ich o przybycie osobiście. Wzory zaproszeń dla jezuickich wychowanków można znaleźć

w wydanym w 1732 roku Polaku sensacie ks. W. Bystrzonowskiego. Inne treściowo były wzory zaproszeń na wesele córki, inne też rozsyłał pan młody. Usilnie starano się zwłaszcza o to by uroczystość uświetnili dostojnicy, wtedy nowożeńcy wiedzieli, że są razem klientami wszechmożnego protektora . Początkiem obrzędów ślubnych był tzw. Wieczór dziewiczy. Był to czas przeznaczony na pożegnanie się panny młodej z niezamężnymi rówieśnicami, z panieńskimi zajęciami i jej dotychczasowym pokojem w sposób obrzędowy. W czasie tego wieczoru wito wianek i rózgę weselną, śpiewano pieśni o wianku i o odchodzeniu z domu rodzinnego. Snuto plany co do przyszłego życia w małżeństwie. Panna młoda miała być przez cały wieczór smutna i płacząca, a zebrani wokół niej poważni i rzewni. W pieśni o wiciu wianka odchodząca z domu dziewczyna zwracała się do wszystkich członków rodziny po kolei z prośbą by wili jej wianek. Po odmowie wszystkich zebranych, rola ta przypadała panu młodemu. W sposób poważny, wzruszający, a najczęściej teatralny, panna młoda prosiła rodziców o błogosławieństwo . Dzień ślubu rozpoczynał się tradycyjnymi rozplecinami i ubieraniem panny młodej. Chodziła ona w rozpuszczonych włosach aż do oczepin, które ostatecznie zabierały jej panieński status. Rozpleciny, czyli rozpuszczenie warkoczy, symbolizowało fakt, że przestaje ona być zaliczana do grona dziewcząt. Ubieranie panny młodej powoli urosło do osobnego ceremoniału. Starsze panie asystowały jej ze śpiewem. Było ono długim obrzę-


9 dem, któremu towarzyszyły praktyki mające zapewnić pannie młodej szczęście w nowym życiu. Jedną z nich było wkładanie pod koronę weselną odrobiny chleba, cukru i drobnego pieniążka, by nigdy nie zabrakło w jej przyszłym życiu chleba ani grosza, a czas wspólnego pożycia płynął słodko . Powoli do zwyczajów ślubnych wchodziły obrączki. Początkowo, jak to zwykle bywa, były one używane tylko wśród bogatszych. Niekiedy grawerowano na nich napisy np. imiona i datę ślubu. Przez długi czas niczym nie różniły się one w swej roli od pierścieni zaręczynowych – były symbolem moralnego zobowiązania. U zamożniejszych tradycyjny wieniec stał się z czasem bardzo bogato zdobną klejnotami koroną. Składano go później jako ofiarę w kościele i był przeznaczany na ozdoby do monstrancji. Wygłaszano przy tym odpowiednią uroczystą mowę . Z czasem obrzędy zaślubin zaczęły stawać się coraz bardziej teatralne. Z liturgii przekształcały się w widowiska. Ich forma rozwijała się coraz bujniej. Wesele przybierało charakter wielkiej opery, trwającej kilka dni. Poszczególni aktorzy mieli swoje wyznaczone role i w odpowiedniej chwili mieli śpiewać swoją pieśń w łączności z akcją całej uroczystości. Coraz więcej było widać we wszystkim reżyserii i teatralizacji, a mniej odczuwało się powagę i świętość chwili. Dla obu rodzin była to okazja do publicznej demonstracji bogactwa i zajmowanego stanowiska społecznego. Zbytek usuwał na dalszy plan samą treść uroczystości. Panieński wianek, jak już wyżej wspo-

minałam, stał się kosztowną, srebrną lub złotą koroną ozdobioną klejnotami, zwyczajowym darom odebrano znaczenie magiczne i również stały się okazją do popisu swoją zamożnością i pomysłowością. Tradycyjne potrawy obrzędowe zastąpiono kosztownymi daniami kuchni zagranicznej. W warstwach wyższych zwyczaje słowiańskie zaczęła wypierać moda na wzorce czerpane z zagranicy. Dwory ziemiańskie natomiast starały się łączyć nowe trendy ze starymi obyczajami. Część zwyczajów zmieniono w dekoracyjną zabawę, do której, mniej lub bardziej płynnie, wplatano obce obyczaje. Również stroje weselników stanowiły mieszankę strojów polskich i zagranicznego pochodzenia . Podczas uroczystości, jej wspominana wyżej teatralizacja, narzucała wyznaczone role poszczególnym bohaterom tego niezwykłego widowiska. Na początku, jeszcze przy pożegnaniu dziewczyny z jej domem rodzinnym i potem przy wchodzeniu i wychodzeniu z kościoła swoją rolę odgrywał orszak weselny, o czym już była mowa. Orszak pana młodego składał się z nieżonatych drużbów i jego rodziny, natomiast orszak panny młodej to kilka lub kilkanaście niezamężnych druhen i jej rodzina. Osobno występowali młodzi, osobno starsi, wśród których odrębną grupę tworzyły kobiety – swachy – odgrywające dość ważną rolę w obrzędzie rozplecin, ubierania młodej i jej oczepin. Nad wszystkim czuwał mistrz ceremonii, starosta lub marszałek weselny, który kierował uroczystością. Państwo młodzi, choć najważniejsi, pełnili role statyczne. W ich imieniu śpiewali drużbowie i druhny, przemawiali bliscy krewni. Bierne role mają też rodzice. Młodzi są jakby władcami zamkniętego świata weselnego. Na ziemiach ruskich zwani są nawet kniaziami lub królami, a orszak świadczy o ich kilkudniowym majestacie i ma być podkreśleniem świetności domów . Z wyjazdem młodych do kościoła i ceremonią zaślubin wiązały się, jak nie trudno się domyślić, liczne drobne praktyki mające zapewnić im szczęście. Wtedy też młodych błogosławili rodzice, a drużyna weselna śpiewała stosowna pieśń, namawiającą do wsiadania już od powozów, na którą odpowiadała panna, żegnając się po kolei

w wszystkimi członkami rodziny. Kiedy ruszono pan młody ze swoją świtą jechał wierzchem obok powozu, w którym siedziała jego wybranka ze swoimi druhnami. W kościele, by zapewnić młodym szczęście, wróżono ze świec płonących na ołtarzu i zachowania się młodej pary podczas poszczególnych części liturgii. Pana młodego do ołtarza prowadzili jego krewni, natomiast pannę jej rodzina. Po zakończeniu ceremonii zaślubin panna młoda wychodziła już z krewnymi męża jako nowy członek ich rodu . Przebieg ceremonii takiej podaje agenda krakowska z 1514 r. Najpierw ksiądz pytał młodych, klęczących przed nim, o imiona, a następnie mówił: Podług urzędu Kościoła świętego pytam ciebie N., i też ciebie K., jestli wy żądacie wstąpić w stadło małżeńskie? Następowała odpowiedź twierdząca. Ksiądz pouczał więc przyszłych małżonków o świętości przyjmowanego przez nich sakramentu. Następnie pytał dalej: Wtóre pytam ciebie N., jestlesz ty nie ślubił żadne insze, krom tę pannę K., która podle ciebie stoi. Albo jestli toż nie macie między wami niektóre bliskości krewne. O to samo pytał później pannę młodą. Potem zwracał się ponownie do pana młodego: Widzisz, że K., która podle ciebie stoi, z łaski Bożej jest zdrowa. A jestli pod czasem miły Bóg przepuści na nią niektórą niemoc albo też niektóry niedostatek, ślubisz ją nigdy nie opuścić?. Po otrzymaniu odpowiedzi od obojga łączył ich ręce i odmawiał formułę, którą po kolei za nim powtarzali: Ja N., biorę ciebie K., za moją własną żonę i ślubuję ci chować wiarę małżeństwa świętego, aż do mej śmierci. Tako mi Pan Bóg dopomóż, Panna Maria i wszyscy święci . Na tym kończyła się sakramentalna część tego dnia. Powracających ze ślubu młodych rodzice witali chlebem i solą, które ci przyjmowali, co miało zapewnić nowożeńcom dostatek . Na wzór włoski magnateria polska organizowała podczas wesel tzw. tryumfy. Łączyły one widowiska teatralne z pochodami maskowych orszaków i symbolicznych rydwanów. Miały być alegoriami wszystkich możliwych cnót chrześcijańskich i bogów starożytnych, począwszy od Wenery i Kupidyna, a skończywszy na Fortunie. Było to związane z rywalizacją między magnaterią a królami o pokazanie się w bardziej wykwintny i wyszukany sposób. I tak na przykład mówiło się wśród szlachty, że tryumf weselny Jana Zamoyskiego i Gryzeldy Batorówny był świetniejszy od festynów weselnych


10 Zygmunta III . Inaczej wyglądały obyczaje gdy chodzi o ubogą szlachtę zaściankową. Były one bardziej zbliżone do wesel chłopskich i dawnych tradycji słowiańskich. Jednak zamiast przyśpiewek, jak u ludu, przy weselach szlachty zagrodowej były głoszone oracye do panny młodej i pana młodego przez zaproszonych specjalnie w tym celu dziewosłębów. Na nakrytym stole stały zawsze chleb i sól. Później dostawiano obok wódkę. Miał to być znak polskiej gościnności. Chlebem i solą witano również możnych panów i królów zaproszonych w charakterze patronów . Podczas wesel wygłaszane były rozliczne mowy weselne. Pokazują one nam świat humanizmu renesansowego i barokowego. Opiewano w nich zwłaszcza przyjaźń między małżonkami. Żona jako najlepszy przyjaciel miała być w szczęściu zabawą, w żałobnym czasie pociechą, w radości towarzyszem, a w kłopocie ratunkiem . Ponadto tematem do komplementów, porównań, wróżb i życzeń, które wręcz przelewały się z tych zawiłych monologów, były Olimp i symbolika herbów obu rodów. Oracje były pełne makaronizmów i mimowolnej komiki. W każdym powiecie był specjalista od ich wygłaszania, zwany mistrzem quamquamu. Nazywano tak dlatego, że prawie zawsze oracje zaczynali od słów: jakożkolwiek, aczkolwiek itp., co po łacinie oddaje wyraz quamquam” Wywody były zawsze napuszone, misternie zawiłe, pełne panegirycznej i wręcz rokokowej przesady . Wzór takiej oracji znajdował się w podręczniku oratorskim ks. Boczysłowicza. Pierwszą mową, która rozpoczynała zabawę weselną, było oddanie panny. Wygłaszał ją ktoś z bliskiej rodziny panny młodej w imieniu rodziców. Zaczynał zazwyczaj od pochwały panny i jej licznych zalet, potem sławił dom, z którego się wywodziła, jego zaszczyty, cnoty, pobożność. Następnie ktoś z rodziny lub przyjaciół pana młodego składał podziękowanie za pannę. Po wysłuchaniu mów weselnych siadano do stołów, przybranych za zwyczaj kwiatami. Gości na ucztę zapraszały trąby, bębny lub donośny głos dzwonka. Wszystkich poprzedzał podstoli z laską, dalej szli domownicy, żołnierze z oficerem w szyku bojowym. Marszałek dawał znać by otwarto podwoje. Z regestru wyczytywane były osoby według starszeństwa i kolejności zajmowania miejsc. Każdy pan podawał rękę wskazanej sobie pani i prowadził ją do jadalni. Czasem

kolejność wchodzenia pozostawiano woli gości. Niekiedy też ciągnięcie losów decydowało o doborze pary i miejscu przy stole. Zazwyczaj przeplatano mężczyzn kobietami . Podczas uczty weselnej szczególnie dbano o ilość i jakość podawanego jedzenia i napojów.W bardzo tradycyjnych domach obiad był jedzony w nastroju poważnym i składał się głównie z potraw obrzędowych. Posiłek kończyła stara pieśń dziękczynna. W zamożniejszych domach uczta utraciła swój rytualny charakter, bo chciano się popisać wymyślnością kuchni i drogimi potrawami. Stała się więc ta część obchodów wystawnym obiadem, pełnym toastów, rozmów i zabaw. Z dawnych potraw pozostał tylko kołacz. Był on ciastem typowo obrzędowym, jedzonym przez wszystkich, gdyż w ten sposób zaznaczano swoje współuczestnictwo w radości państwa młodych. W bogatych domach, gdzie nie przywiązywano wagi do obrzędowości, kołacz stawiano na stole demonstracyjnie, przy śpiewie tradycyjnych pieśni, a później dawano go dzieciom . Kolejnym etapem wesela, następującym po uczcie była zabawa taneczna. Co prawda już w czasie posiłku grała muzyka, ale dopiero gdy się najedzono i zaczęły coraz częściej krążyć kielichy, młodzież wstawała do tańca. Bywało, że wszyscy biesiadnicy, na rozpoczęcie tej części imprezy, tańczyli poloneza. W ostatniej parze ojciec prowadził córkę, żeby ją podczas tańca oddać zięciowi. W czasie zabawy młodzi opuszczali towarzystwo. Odprowadzano ich parami, niosąc świece lub pochodnie. W orszaku szli tylko żonaci mężczyźni i zamężne kobiety. Grano poloneza i orszak poruszał się tanecznym krokiem. Zdarzało się również, że goście w prostszy sposób odprowadzali młodych do łożnicy . W zamożnych domach magnackich i szlacheckich w modę weszła również tzw. cukrowa wieczerza, czyli uroczystość pełna okrzyków i toastów na cześć młodej pary. Było to przyjęcie, które urządzał pan młody lub w jego imieniu ktoś z jego rodziny, a zapraszano na nie tylko starszych. Młodzież, w coraz huczniejszy sposób, bawiła się nadal na wielkiej sali balowej. Na uczcie tej królowały, zgodnie z jej nazwą, słodycze na czele z marcepanem migdałowym. Jako napoje podawano miód i muszkatel, później pojawił się również szampan.Wieczerza ta odbywała się w sypialni państwa młodych, a w późniejszych czasach gdzieś w ich apar-

tamentach. Była ona kontynuacją i rozwinięciem dawnej uroczystości pokładzin . Zwyczajem mającym zaznaczyć, że po nocy poślubnej młoda mężatka jest już w pełni kobietą, były oczepiny. Ich nazwa wzięła się stąd, że dziewczęta nosiły warkocze, natomiast mężatki krótkie włosy schowane pod czepkiem. Oczepiny ponownie gromadziły tylko starszych, czasem same kobiety. Pannę młodą sadzano na stołku albo dzieży i przy śpiewie pieśni obrzędowych obcinano jej włosy i zakładano czepek. Do dobrego zwyczaju należało aby panna młoda broniła się i zrzucała czepek, tak by na koniec ulec perswazji i przemocy. Oczepinom towarzyszyła stara pieśń o chmielu: Oj, chmielu, chmielu, ty bujne ziele, Nie będzie przez cię żadne wesele, Oj, chmiele, oj, nieboże, To na dół, to ku górze, Chmielu nieboże. Żebyć ty, chmielu, na tyczki nie lazł, Nie robiłbyś ty z panienek niewiast..., którą śpiewały wyłącznie kobiety zamężne. Panny nie powinny jej słuchać. W domach magnackich oczepiny miały charakter dekoracyjny. Czepek musiał być bogato zdobiony i kosztowny. Scena taka została opisana pod koniec XVIII wieku przez Detiuk – Andrzejowskiego i dotyczyła ślubu wojewodzianki Walewskiej . Na wielkopańskich weselach pannę młodą zasypywano bardzo drogimi upominkami. W pamiętniku Albrechta Radziwiłła autor mówi, że prezenty ślubne Teresy Ossolińskiej, wychodzącej za starostę sokalskiego Denhofa, swoją łączną wartością przekraczały 150 tys. zł, a było ich łącznie 150. Natomiast wojewodzianka mińska Słuszanka, w dniu swojego ślubu z Kazanowskim, wśród wielu darów otrzymała od króla szczerozłoty kubek, a w nim asygnatę na 20 tys. dukatów . Uroczystości weselne kończyły się przenosinami. Młoda mężatka opuszczała już na dobre dom rodziców. Odbywały się one albo tuż po oczepinach, albo po jakimś czasie i zawsze były uroczyste. Było tu miejsce na powtórzenie błogosławieństw, pożegnań i życzeń. Towarzyszyły temu oczywiście odpowiednie pieśni. W nowym domu nowożeńców witano chlebem i solą. Ponownie były przemowy i życzenia, a następnie wprowadzano ich do izby. Młodą mężatkę oprowadzano wokół stołu i kazano jej dotykać pieca, by połączyć ją z nowymi sprzętami i owych ogniskiem rodzinnym. Uroczystość ta kończyła się tradycyjną ucztą. Zarówno zawieranie małżeństwa,


11 jak i wesele temu towarzyszące, w środowisku szlachty i magnaterii polskiej zmieniały w ciągu wieków swój charakter. Z uroczystości zawierającej jeszcze elementy obrzędowości pogańskiej, stawały się stopniowo doskonałą okazją do zaprezentowania wspaniałości łączących się domów. Tak właściwie, to już samo wchodzenie młodych w wiek dorosły, a nawet sposób ich wychowywania, były początkiem przygotowań do tego święta. Konkury, swaty i okres narzeczeństwa to już pierwsze ele-

menty związane z zakładaniem nowej rodziny. Bogactwo zwyczajów i przesądów łączących się w ceremonię zaślubin oraz ją poprzedzających można jeszcze odnaleźć, choć już tylko w szczątkowej i czasem karykaturalnej formie we współczesnych ślubach i towarzyszącej

im oprawie. Zmieniła się od tamtych czasów koncepcja szczęścia i powody łączenia się młodych uroczystą przysięgą, ale chyba w większości domów Polacy nadal starają się nawiązywać do dawnych obyczajów szlacheckich, które wraz ze swą niezwykłością, odeszły w przeszłość. K.M.

Pytanie miesiąca Po chwili wiosna przyjdzie, Ten śnieg z nienagła zejdzie, A ziemia, skoro słońce jej zagrzeje, W rozliczne barwy znowu się odzieje. Idzie wiosna... W związku z tym chcielibyśmy się dowiedzieć

jakie miejsce w Toruniu uważasz za najbardziej romantyczne?

Propozycje prosimy kierować pod adres mailowy podany w stopce (patrz w prawo). Mile widziane krótkie uzasadnienie wyboru, a najciekawsza (najbardziej intrygująca) odpowiedź zostanie wyróżniona (nie tylko przez publikację w następnym numerze!), czego dokona Największy Romantyk Duszpasterstwa Akademickiego Ojców Jezuitów w Toruniu (postać znana, lubiana, rumiana, o kształcie zbliżonym do doskonałego). Zapraszamy do wiosennych poszukiwań! Łamacze

Wydawca: Duszpasterstwo Akademickie Ojców Jezuitów Adres: ul. Piekar y 24, 87-100 Toruń Tel.: 507 741 914, 698 721 020 e-mail: wmikulski@jezuici.pl gdobrocz@poczta.onet.pl da@uni.torun.pl Strona WWW DA: www.da.uni.torun.pl


- Kalendarium DA -

12

Marzec 27 Nd 28 Pn 29

WIELKANOC

Spaliśmy krócej o godzinę - przejście na czas letni

Początek Białego Tygodnia

Oglądamy mniej telewizji i ograniczamy korzystanie z internetu

Wt

30

Śr

31

Cz

Kwiecień 1

Pt

2

So

3 Nd 4 Pn

II NIEDZIELA WIELKANOCNA (BIAŁA) CZYLI NIEDZIELA MIŁOSIERDZIA BOŻEGO ZWIASTOWANIE PAŃSKIE, uroczystość Dzień świętości życia

5 Wt

Spotkanie modlitewne ze śpiewami i rozważaniami z Taizé – godz. 1900

6 Śr

Spotkania plastyczne - początek godz. 1700 Spotkanie redakcyjne PODAJ DALEJ – godz. 2030

7 Cz

Dzień zdrowia

8

Pt

9

So

10 Nd 11

III NIEDZIELA WIELKANOCNA

Pn

12 Wt

Wieczory dla narzeczonych – początek kursu przedmałżeńskiego

13 Śr

Spotkania plastyczne - początek godz. 1700 Spotkanie redakcyjne PODAJ DALEJ – godz. 2030

14 Cz

PARAMI DO NIEBA - MAŁŻEŃSKA DROGA ŚWIĘTOŚCI

DUCHOWOŚĆ MĘŻCZYZNY I KOBIETY:

– Zbigniew Nosowski, red. nacz. mies. WIĘŹ – 2000 – PO AKADEMICKIEJ MSZY ŚW.

15 Pt

SKUPIENIE INTEGRACYJNO-FORMACYJNE w Przecznie koło Torunia - zapisy

16 So

SKUPIENIE INTEGRACYJNO-FORMACYJNE w Przecznie koło Torunia

17 Nd

SKUPIENIE INTEGRACYJNO-FORMACYJNE w Przecznie koło Torunia

IV NIEDZIELA WIELKANOCNA

Rozpoczęcie tygodnia modlitw w intencji powołań

18

Pn

19

Wt

20 Śr 21 Cz 22 Pt 23

CZYSTOŚĆ SEKSUALNA – NAIWNOŚĆ CZY ŚWIADOMY WYBÓR – Zajęcia metodą seminaryjną – liczba miejsc ograniczona – początek godz. 2000 Najświętszej Maryi Panny, Matki Towarzystwa Jezusowego, święto

So

24 Nd 25

Spotkania plastyczne - początek godz. 1700 Spotkanie redakcyjne PODAJ DALEJ – godz. 2030

V NIEDZIELA WIELKANOCNA

Pn

26 Wt 27 Śr 28 Cz 29 Pt 30 So

Msza św. i spotkanie modlitewne ze śpiewami i rozważaniami z Taizé gośćmi specjalnymi będą bracia z Taizé – początek godz. 1900

Spotkania plastyczne - początek godz. 1700 Spotkanie redakcyjne PODAJ DALEJ – godz. 2030 MĘSKA ROZMOWA.CHRZEŚCIJANIE A HOMOSEKSUALIZM

spotkanie z autorami książki – godz. 2000 – PO AKADEMICKIEJ MSZY ŚW

WIELKA MAJÓWKA – Rajd rowerowy z Olsztyna do Torunia - zapisy Katarzyny Sieneńskiej – Patronki Europy

WIELKA MAJÓWKA – Rajd rowerowy z Olsztyna do Torunia - zapisy

Maj 1 Nd

VI NIEDZIELA WIELKANOCNA

2 Pn

WIELKA MAJÓWKA – Rajd rowerowy z Olsztyna do Torunia - zapisy

3 Wt

NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY, KRÓLOWEJ POLSKI, uroczystość WIELKA MAJÓWKA – Rajd rowerowy z Olsztyna do Torunia - zapisy

4 Śr

Spotkania plastyczne - początek godz. 1700 Wracamy do zajęć i powoli zaczynamy myśleć o nadchodzących egzaminach

http://podaj-dalej.info/files/pd09  

http://podaj-dalej.info/files/pd09.pdf

Read more
Read more
Similar to
Popular now
Just for you