Issuu on Google+

“Miasto tajemnic” ~~~ autorstwa Dzzej ~~~ Zakaz kopiowania i rozpowszechania bez wiedzy autora. *** Prolog – Ja już dłużej tak nie mogę, nie dam rady! – Musisz jeszcze trochę wytrzymać. Wiem, że jest ci ciężko, ale to wszystko już niedługo się skończy – Zrozum! Nie mogę trzymać takiej informacji w tajemnicy, to ciąży mi na sercu, nocami nie pozwala zmrużyć oka! – Weź się w garść! To nie może wyjść na jaw! Jeszcze nie teraz! Nie możemy ich zdemaskować, bo miasto upadnie i nie odnajdziemy Hegemona! – Skąd w ogóle masz pewność, że to prawda? Myślisz, że łatwo jest mi wierzyć w jakieś głupie legendy, kiedy nie mam dowodów? – Słuchaj, mnie też nie jest łatwo. Dlatego przejdziemy przez to ra...EJ! TY TAM! WYŁAŹ! – CO?! Kogo widziałeś?! – Ktoś nas podsłuchuje, miecz w dłoń! A ty przybłędo, wyjdże z cienia! – Tacy z was bohaterowie?! Zdradzać miasto?! Poczujcie smak mojej klingi! Nigdy więcej nie ujrzeli światła dziennego. *** Rozdział 1 – Alenrod! Obiboku ty! Idźże wreszcie do koryta nalać żarcia świniom! – Zaraz matko. Zajęty jestem. Alenrod, bo tak miał na imię wiejski chłopak, minął niedawno osiemnastą wiosnę. Mieszkał we wsi, której nazwy nikt nie pamięta, ale za to wsi, która odcisnęła się wielkim stemplem na kartach historii świata. Wiele drewnianych chat, zamieszkiwanych w większości przez wieśniaków, którzy utrzymywali się głównie z uprawy roślin i hodowli zwierząt, ot wiocha jak każda inna. Nie wyróżniała się niczym szczególnym, poza jednym faktem. Jak na zwykłą wioskę, była dosyć bogata, a powodem tego było jej usytuowanie. Znajdowała się bowiem tuż przy szlaku handlowym, łączącym Gallerę z Indiyung, dwoma tak zwanymi, miastami twierdzami. A kraina ta była bardzo piękna, bogata we florę i faunę. Rozmaite gatunki ptaków ćwierkały wesoło każdego ranka, a rośliny...ogromne dęby, mierzące często aż dziesięć metrów wysokości czy mniejsze ząbki, malutkie drzewka o kilkudziesięciu centymetrach. Alenrod często chadzał do pobliskiego lasu, lubił spędzać czas wśród przyrody, jakaś nieznana siła zawsze go


tam ciągnęła, wraz z jego łukiem. Otóż, nie był on zwykłym wieśniakiem. W domu nie sprawiał większych problemów, ale nigdy nie kwapił się do pracy. W zamian, wolał polować na zwierzynę toteż rodzina wybaczała mu brak jakiejkolwiek aktywności w gospodarstwie, przynajmniej przynosił porządny posiłek. W znacznym stopniu pomagał mu w tym jego sokoli wzrok, niesamowita spostrzegawczość i precyzja, szczególnie przy strzelaniu z łuku. Kiedy chodził na polowania, rozmyślał nad sensem swego życia, nie podobała mu się taka egzystencja we wsi, zawsze pragnął przygód i sławy. Był nieszczęśliwy, ale przynajmniej miał siostrę, jedną pośród sześciu braci, kochał ją nad życie i to ona powstrzymywała go przed wyrwaniem się z tej monotonnii. Dni we wsi mijały wolno, bez pośpiechu, jak gdyby czas ustał. Gdzieś w oddali, nad leśnym gościncem, w niebo wzbiły się ptaszyska. Oznaka, że ktoś zbliżał się od strony Gallery - stolicy Królestwa Hiyen, przepięknego miasta i prawdopodobnie największej warowni, która kiedykolwiek istniała. Liczący ponad sto kilometrów mur, wysoki na trzydzieści metrów, gruby na dziesięć. Takiej twierdzy żadna machina nie mogła zdobyć, ale...wiązało się z tym utrzymanie, drogie utrzymanie. Nie minęło kilkanaście minut, gdy granicę wioski przekroczyły pierwsze oddziały wojska, wojska wyspecjalizowanego do jednego zadania - ściągania podatków. Wysłannik Króla, Skarbnik, którego imienia nikt nigdy nie poznał i nikt nigdy nie chciał poznać, miał w swoim posiadaniu około pięćdziesięciu piechurów, właściwie arcy mieczników. Specjalną grupę, która potrafiła dobitnie wbić z głowy ludziom, że niepłacenie podatków z pewnością się nie opłaca. Wieśniacy musieli ustawiać się w kolejce, by przedstawić swoje imię oraz dać garść hijenów, lokalną walutę w srebrnikach, w zależności od posiadanego majątku. Przyszedł czas na ojca Alenroda. Szybko okazało się, że nie miał wystarczająco monet, by zapłacić. Takie przypadki nigdy nie kończyły się dobrze. Zwyczaj nakazywał pozostawienie wieśniakom dwóch opcji wyboru za niezapłacony podatek. Pierwsza z nich to oddanie dwójki najstarszych dzieci, by przez dziesięć lat służyły Królestwu. Druga była gorsza, co nie znaczy, że wybór był łatwy...polegała na własnoręcznym zabiciu lub okaleczeniu własnego dziecka, które miałobyć wybrane przez Skarbnika. Czas uciekał, a i tak nie było go za wiele na podjęcie decyzji. Wieśniak nie chciał stracić żadnego dziecka, ale nie chciał też wysyłać dwójki na ciężką pracę, dużo cięższą niż na roli. W końcu czas minął, służby podatkowe uderzyły w wielki dzwon przymocowany do jeszcze większej i masywniejszej skrzyni, postawionej na wozie, który był ciągnięty przez osiem białych koni. Gest ten oznaczał iż sam Skarbnik wybierze karę, a praktycznie nigdy nie zdarzało się by wybrał niewolników. Najczęściej kazał patrzeć ojcom i matkom, braciom i siostrom, jak jedno z ich rodziny umiera za brak srebrników. Tym razem wskazana została jedyna siostra Alenroda. Piękna złotowłosa Milyra o idealnych kształtach. Wystające kości policzkowe i obojczykowe, wypukłe i jędrne piersi, figura osy i długie nogi - to wszystko sprawiało, że nie jeden dostał zawrotu głowy na sam widok. Dwóch mieczników ruszyło w jej stronę, jednocześnie wyciągając z pochw swoje miecze. Alenrod dziwnie się poczuł, wszystko dookoła zaczęło wirować, nie mógł skupić się na jednym punkcie. Spojrzał jeszcze na siostrę. Kochali się bardzo, spośród całego rodzeństwa ona najbardziej umiłowała jego, on ją. Nagle jakaś nieznana wściekłość ogarnęła całe jego ciało, do głowy uderzyła krew i gorąco, a oczy zapłonęły czerwienią. Wszystko dookoła niego spowolniło, przynajmniej z jego perspektywy. Właściwie było zupełnie inaczej, czas biegł swoim tempem jak


przedtem, ale to Alenrod był niesamowicie szybki. Coś kierowało jego ciałem, a na pewno nie był to zdrowy rozsądek. Kilka ruchów i już znajdował się przy piechurach, wyciągnął jednemu z nich miecz z ręki i jednym pchnięciem przebił jego brzuch na wylot, drugiemu zaś odciął głowę. Wszystko działo się tak niesamowicie szybko, że pozostali zorientowali się o co chodzi, dopiero gdy dwa bezwładne ciała uderzyły o ziemię. Chłopak nie myślał długo tylko porwał siostrę i pobiegł w stronę lasu. Tam, na skraju puszczy, padł na ziemię nieprzytomny. Milyra nie wiedziała co zrobić, a przede wszystkim co się przed chwilą wydarzyło. Nie poznawała swojego brata, który dosyć dziwnie się zachowywał. W ogóle nigdy nie podejrzewałaby go, że byłby zdolny do zabicia dwóch osób. W oddali już było słychać okrzyki mieczników, którzy momentalnie ruszyli w pogoń, jednak nie byli aż tak szybcy. Ciężkie zbroje spowalniały ich na tyle, że rodzeństwo miało chwilę na ocucenie się. Ziemia już zaczynała drżeć, wojsko było co raz bliżej, gdy nagle Milyra osunęła się na leśną ściółkę. Ogłuszona przez zakapturzoną postać, zapadła w głęboki sen. *** Rozdział 2 – Kiedy się obudzą? – Tego nikt nie wie. Chłopak jest wycieńczony. Miał szczęście, zabiłby jeszcze ze dwóch ludzi i już by z tego nie wyszedł. Jeszcze jest zbyt słaby, by zabijać tylu podczas przemiany. Dziewczyna z kolei dostała po głowie obuchem, nic jej nie będzie, ale myślę, że niedługo się wybudzi. – Zadbasz o to, żeby mieli wszystko, czego zapragną - jedzenie, świeże ubrania, wygodne łóżko, wszystko! To ciebie mają zobaczyć pierwszą. Pamiętaj, masz być ich przyjaciółką, to tobie mają ufać. – Tak jest, mistrzu! Alenrod obudził się w chłodnym i ciemnym pomieszczeniu, przypominającym loch. Pierwsze co zrobił to sprawdził czy jest z nim jego siostra. Ku jego uciesze, leżała tuż obok niego, co dziwne, na bardzo miękkim i wygodnym łóżku, z jedwabną pościelą. Nie przywykł do takich luksusów, ale uśmiechnięty wtulił się w poduszkę i ponownie usnął. Przebudził się kilka godzin później, podskoczył jak porażony, gdyż nie wyczuł ręką Milyry, która powinna leżeć obok. Teraz już było widno, a w przeciwległym rogu pokoju wzrokiem odszukał siostrę. Podbiegł do niej momentalnie i mocno przytulił. Rozejrzał się po pokoju, wypełnionym drewnianymi meblami, obrazami i ozdobami. Zaś na okrągłym stole stał wielki półmisek jedzenia. Widać było, że siostra już jadła, więc bez namysłu rzucił się jak dzikie zwierzę na swoją zdobycz. Kiedy już się nasycił, zaczął rozmowę z siostrą. Wiedziała nie wiele więcej niż on. Stwierdzili, że nie mogą być więźniami skoro mieli takie udogodnienia, jakich brakowało w domu. Rozmowę przerwał szczęk klamki. W drzwiach pokazała się postać w kapturze, przypominająca mnicha lub zakonnicę. Dziewczyna, jak się okazało, zdjęła nakrycie głowy, z pod którego, niczym węże, wypełzły czarne, lokowane włosy. Duże, zielone oczy były tak głębokie, że chłopak nie odważył się spoglądać w nie dłużej niż dwie sekundy. Co chwilę,


jego wzrok uciekał po pokoju. Kobieta odezwała się ciepłym i przyjemnym głosem. – Czy czegoś wam potrzeba? – Tak! Informacji! Gdzie jesteśmy, skąd się tu wzięliśmy? - momentalnie wybuchł Alenrod. – Spokojnie – uspokajała Milyra – widzisz przecież braciszku, że mamy tutaj wszystko, zostaliśmy przyjęci jak goście, ocaleni sprzed pościgu mieczników Skarbnika. Mamy dziękować, nie wymagać. – Masz rację, siostrzyczko, masz rację... – widocznie zmieszany, nadal gubił gdzieś swój wzrok. – Jeżeli już się najedliście, proszę, tutaj macie świeże ubrania. Kiedy się przebierzecie, zapraszam na krótki spacer. Odziani w pachnącą odzież wyszli z pokoju. Tam czekała na nich zielonooka dziewczyna. – Może nam się przedstawisz? – ponownie wypalił chłopak. – W swoim czasie, wszystko w swoim czasie Alenrodzie – ze stoickim spokojem odpowiedziała. – Skąd do cholery znasz moje imię?! – wyraźnie poirytowany – Rządam odpowiedzi teraz! – Spokojnie, wszystkiego dowiecie się w swoim czasie. Ruszyli wąskimi korytarzami przed siebie, szli za przewodniczką. Dopiero teraz Alenrod spostrzegł, że wcale nie jest taka wysoka, sięgała mu zaledwie do ramion. Po kilkunastominutowej wędrówce przez labirynt korytarzy, przyozdobionych wszelakimi obrazami czy dziełami sztuki, dotarli do wyjścia. Drzwi się otworzyły, a w nich uderzyły promienie słońca. Stali na skraju wielkiego, jakby się zdawało, rynku. Setki, a nawet tysiące ludzi krzątały się między straganami, gdzieś ktoś krzyczał o sprzedaży świeżych ryb, z drugiej strony jakaś kobieta darła się na dziecko, które upuściło zabawkę. Wszędzie krzyk i wrzask. Za to jedno zaniepokoiło Alenroda. Coś było nie tak, czegoś brakowało, przez coś ten cały rynek nie wyglądał prawdziwie... Złodzieje! Nie było złodziei! Przynajmniej nikogo takiego nie było widać. Kiedy chłopak czasem bywał w Gallerze sprzedać trochę pozostałego mięsa, wiedział, że trzeba się pilnować. Na każdym kroku zdawało się widzieć kieszonkowca czy złodziejaszka, który próbował kogoś obrabować. Tutaj nie było takiej świadomości. Zdziwiło go to niezmiernie, ale i jednocześnie spowodowało uśmiech na jego twarzy. Czymże miał się przejmować? Brakiem złodziei? Przecież to była zaleta tego miejsca. Kiedy tak obserwowali ludzi biegających w te i z powrotem, nagle ich uszu doszedł okropny dźwięk. Coś wydawało dziwny, jak dotąd nieznany im odgłos. To Alenrod pierwszy w oddali spostrzegł monstrum. Pierwszy raz widział coś takiego na oczy. Skierował palcem w stronę potwora, by pokazać go siostrze. Wielki jakby ze trzy rosłe konie stały obok siebie, ale najdziwniejsza w nim była inność. Wyglądał na złożonego... z kilku innych zwierząt. Ptasie skrzydła i dziób, zdawało się, że orle. Ciało zaś lwie, a ogon...zakończony ostrym jak brzytwa hakiem. Gdy Milyra dokładnie zobaczyła potwora w całej okazałości, przeraźliwie pisknęła, ale zielonooka od razu ją uspokoiła. Kazała czekać i niczego się nie bać. Nagle stworzenie wzbiło się w powietrze, uderzając dosyć dużymi


skrzydłami i po chwili, lekko wylądowało przed rodzeństwem. Dopiero wtedy okazało się, że...na jego grzbiecie siedział jeździec, człowiek. Gestem ręki zaprosił ich, by usiedli za nim. Wystraszeni, ale wyraźnie podekscytowani, przystali na zaproszenie. Alenrod pomógł siostrze wskoczyć za jeźdźca w czarnej zbroi, sam natomiast usiadł za nią. Szybko rzucił pytaniem: – Co to za stworzenie? – Gryf – odparła zielonooka, stojąca obok. – Udanej zabawy! Kreatura rozpostarła skrzydła i zdecydowanie wzbiła się ku niebu. Już po chwili byli tak wysoko, że mogli ujrzeć panoramę praktycznie całego miasta. A było bardzo piękne, szczególnie patrząc z lotu ptaka. Wszędzie białe budowle, jedne niewysokie, wyglądające na zwykłe domy mieszkalne, a zaraz przy nich ogromne klasztory i katedry, sięgająca najniższej warstwy chmur. Chłopak nie mógł się nadziwić temu cudowi budownictwa. Biały tynk mienił się różnymi kolorami, odbijając światło słoneczne. W pewnym momencie jakiś czarny punkt mignął mu przed oczami, daleko od nich. Wyszukał go wzrokiem i dostrzegł napawającą lękiem wieżę. Nagle gryf zrobił ostry skręt i skierował się z powrotem do miejsca, gdzie wyszli na rynek. Po krótkim locie już byli na ziemi, gdzie czekała na nich zielonooka. Kiedy stanęli ciężko na kamiennym chodniku, poczuli ciężar grawitacji, która zdawała się nie być ograniczeniem dla gryfa. Ponownie szli ciemnymi korytarzami, bogato ozdobionymi różnymi malunkami. Wrócili do swojej komnaty, ale wcześniej zapytali czy mogą iść na przechadzkę, jeszcze raz obejrzeć miasto, tym razem z dołu. O dziwo, dziewczyna zgodziła się. Szybko zjedli resztki ze śniadania i wyszli. Pamiętali drogę. Po kilku minutach już byli na zewnątrz. – Kiedy byliśmy na górze, zobaczyłem dziwną, czarną wieżę. Musimy to sprawdzić, z pewnością jest ona niezwykła, bo odróżnia się od wszystkich innych budynków. Musimy iść na północ, więc pamiętaj, że słońce musi być delikatnie po lewej stronie i trzymaj się blisko mnie, nie chciałbym cię zgubić – powiedział do siostry. – Nie wiem czy to dobry pomysł, nie znamy miasta, nie wiemy co to za ludzie. Są bardzo mili, dlaczego mamy przeszukiwać ich miasto? – Bo im nie ufam. Chodźmy. I ruszyli przed siebie w zupełnej ciszy, krążyli wąskimi uliczkami, gdzie nie gdzie przechodzącymi w wielkie rynki, podobne do tego, na którym już byli. Wszędzie panował niepewny spokój. Niby ludzie zachowywali się jak w innych miastach, w których bywali, ale jednak coś nie dawało im odetchnąć i spokojnie zwiedzać. Wyczuwali, że coś wisiało w powietrzu. Po niespełna godzinie drogi, wypytując ludzi jak dotrzeć do czarnej wieży, udało im się. Już ją widzieli. Gdy wyszli z zaułka, przed nimi ukazał się zegar słoneczny. Oczywiście podeszli by sprawdzić godzinę, ale... wskazówka nie miała cienia. Mimo padających promieni słonecznych, nie byli wstanie dowiedzieć się, która była godzina. Mimo tego ruszyli dalej, w stronę czarnej bramy. Zastanawiali się jak przejdą, ale chłopak dostrzegł kilka metrów dalej małą furtkę, która ku ich zaskoczeniu, była otwarta. Przeszli. I wtedy ich oczom ukazał się straszny obraz. Stanęli jak wryci i wpatrywali się w odległą o kilkaset metrów katedrę, z niesamowicie wysoką wieżą. Co dziwniejsze, droga prowadząca do budynku, prowadziła przez ziemię, spaloną ziemię na której nie rosła żadna roślina, ani jedno źdźbło trawy. Miejsce to


napawało ich lękiem. Milyra chciała wrócić, ale Alenrod zdecydowanie pociągnął ją za rękę i poszli dalej. Kiedy znaleźli się już przed wejściem, drzwi same się otworzyły, a zaraz po ich przekroczeniu, ogarnęła ich wszechobecna ciemność. Nie było żadnego źródła światła, tym bardziej, że wrota za ich plecami, również same się zamknęły. Nagle pomieszczenie się rozświetliło, a przed nimi stały trzy postacie, między innymi zielonooka. Pozostałe również były kobietami. Jedna z nich gestem dłoni zaprosiła rodzeństwo do stołu, bogato nakrytym przeróżnymi rodzajami jedzenia. Usiedli przy nim i zaraz odezwała się dziewczyna o zielonych oczach. – Witajcie w Dharak Dul! Przedstawiam wam siostry Dhula, pradawnego czarnoksiężnika. – Witaj Alenrodzie, witaj Milyro. Przepraszam, że nie przedstawiam się z imienia, ale po przysąpieniu do zakonu, zostały nam odebrane. Jesteśmy głównymi siostrami w tym mieście. Sprawujemy nad nim władzę – odezwała się najwyższa, ale zarazem bardzo szkaradna. Na lewym policzku miała długą bliznę, zapewne ślad po mieczu lub szponie jakiegoś potwora. – Dlaczego przebywamy u was? Czy nie możemy wrócić do domu? Żądamy tego! – głos Alenroda co raz bardziej się podnosił. – Spokojnie, zaraz wszystkiego się dowiesz, młody człowieku. Opowiadać zaczęła niska, złotowłosa, piękna kobieta, w przeciwieństwie do jej poprzedniczki. “Jesteśmy siostrami Dhula, dawno umarłego czarnoksiężnika, niegdyś bardzo potężnego. Sprawujemy pieczę nad miastem, dbamy o ich mieszkańców, a wy właśnie nimi się staliście. Nie możemy was wypuścić do domu. On nie istnieje. Wasza wioska doszczętnie spłonęła, gdy władca Królestwa Hiyen dowiedział się o zdradzie. Teraz tutaj jest wasz dom. Jednakże nie tylko z tego powodu tutaj jesteś, młody Alenrodzie. Nie zastanawiałeś się nad tym, co się wydarzyło tuż przed waszą ucieczką? Zabiłeś dwóch ludzi, świetnie wyszkolonych mieczników Skarbnika, którzy nie mieli żadnych szans na obronę, pewnie nawet nie zdążyli się zorientować, że coś się dzieje. Taak...widzę to po twojej minie, myślisz nad tym każdego dnia o każdej porze. Irytuje cię to, bo nie wiesz, co się z tobą wtedy stało. Otóż już wyjaśniam. Alenrodzie, synu Elihata, jesteś potomkiem Hegemona i spoczywa na tobie wielka moc. Szybkość, sokoli wzrok, wielka spostrzegawczość i podejrzliwość. Skąd to się wzięło, jak myślisz? W twoich żyłach płynie błękitna krew rodu Hegemonów. Upadłego rodu, co prawda. Otóż, musisz wiedzieć, że nie jesteś tylko człowiekiem. Hegemoni byli demonami, złymi demonami. Dhul, starał się ich zwalczyć, niestety nie udało mu się to. Teraz my, siostry Dhula, jesteśmy tutaj by ci pomóc. Musimy wyciągnąć z ciebie ten gen, który sprawia, że jesteś niebezpieczny nie tylko dla siebie, ale i dla swojej siostry. Kochasz ją prawda? Musisz wiedzieć, że gdy się przemieniasz, tak jak wtedy w wiosce, możesz zabić każdego, nie myślisz wtedy racjonalnie...” Rozmowa trwała jeszcze długo. Alenrod opierał się nowym informacjom, nie chciał w nie wierzyć, ale gdy przedstawiono mu niezbite dowody, uwierzył...Siostry nauczyły go co nie co na temat inkantacji, kazały nawet jedną z nich wypowiedzieć, przez co chłopak wytworzył kulę ognia, która ze świstem wyleciała w stronę ściany i wybuchła. Alenrod uwierzył. Zażyczył sobie,


by odprowadzić jego i Milyrę do ich pokoju. Tak się stało. W nocy chłopak nie mógł usnąć. Nie po takiej rozmowie. Myśli nie dawały mu spokoju, nie wiedział co ma zrobić. Był strasznie podejrzliwy i wiedział, że siostry nie powiedziały mu całej prawdy, coś przed nim ukryły. Postanowił jeszcze raz udać się do czarnej katedry. Po cichu wymknął się z pokoju i już po czterech kwadransach znowu stał przed zegarem słoneczym, który tym razem, wskazywał godzinę. Ten fakt, jednak go nie zdziwił, wiedział, że nie jest to zwykłe miejsce. Znowu przeszedł przez bramę i ponownie szedł wśród spalonej ziemi, która napawałą jego serce lękiem i strachem. Kiedy wszedł do katedry tak jak poprzednio, znowu nic nie widział. Oganęła go ciemność. Idąc przy ścianie wymacał pochodnię, która ku jego zaskoczeniu, momentalnie zapłonęła w chwili, kiedy jej dotknął. Miał dziwne uczucie, tak jakby wiedział gdzie ma iść. Przeczucie, które wskazywało mu drogę. Błądząc tak jakiś czas po korytarzach, podobnych do tych, gdzie aktualnie mieszkali, do jego nozdrzy dostał się okropny odór. Skierował się za wonią i w rogu korytarza, tuż przy zakręcie, ujrzał na podłodze dwa męskie ciała, powoli rozkładające się, z przebitymi brzuchami, prawdopodobnie mieczem. Ominął je dużym krokiem i poszedł dalej, nie zastanawiał się co tu się stało. Wolał nie wiedzieć. Alenrod, w końcu stanął przed drzwami wyglądającymi niepozornie, ale zaryglowanymi mocnymi belkami i kłódką. Widniał na niej dziwny, promieniujący zieloną poświatą napis. “Irip dae mehudn eargy ilipsa euh saan” Chłopak przypomniał sobie rozmowę z kobietami, zwącymi się siostrami Dhula. Wśród mętliku nowych i szokujących informacji, odnalazł tę o inkantacjach. Jedyne co wystarczyło zrobić to przeczytać napis, ale...nie było to takie proste. Akcent i wymowa musiała być perfekcyjna, płynna, bez żadnego zająknienia się. Spróbował. Nic się nie stało, cisza głucho dudniła mu w głowie. Był lekko poirytowany, kiedy po kilku próbach nadal nic się nie działo. W końcu wziął głęboki oddech uderzając pięścią o drzwi, jednocześnie wykrzyczał inkantację. Ku jego zaskoczeniu, ale i niesamowitemu podnieceniu, drzwi się otwarły. To, co ujrzał za nimi, zapamiętał na całe swoje życie. Stanął przed wielką salą, gdzie postawione były w równych rzędach masywne kolumny. Tak duże, że dziesięciu rosłych mężczyzn nie objęłoby ich łapiąc się za ręce. Wchodząc głębiej, zaczęło robić się co raz jaśniej, ale nigdzie nie mógł dostrzec źródła światła. Tak jakby brało się z nikąd. Jednakże tym się nie martwił. W tej samej chwili, kątem oka dostrzegł wiele klatek, w których widać były kontury jakichś stworzeń. Wszystkie wyglądały dziwnie, różniły się od wszystkich zwierząt jakie dotychczas widział. Zbliżył się stąpając bardzo delikatnie i cicho, prawie bezszelestnie. Serce łomotało mu jak oszalałe. Alenroda i klatki dzieliło może dwadzieścia metrów, szedł dalej, piętnaście, było tak cicho, że słyszał jak krew płynęła w jego żyłach, dziesięć metrów, kropla potu spłynęła mu po czole, zaraz za nią kolejne, pięć metrów i wtem w jednej z klatek rozbłysnął ogień. Odskoczył przerażony. Ujrzał bowiem króla przestworzy, o którym słyszał tylko w legendach i bajkach, które opowiadało się dzieciom przed snem. Ujrzał smoka. Jednak coś go zaniepokoiło. Stworzenie wcale nie wyglądało jakby chciało go zranić czy spalić żywcem. Widział wielkie, złote oczy, które przepełnione były smutkiem i głębokim żalem. W klatkach obok, z ziemi zaczęły podnosić się inne istoty. Elfy, gobliny, minotaury, nawet leśne świetliki iskrzące


niebieskim żarem, uważane za dusze zmarłych. Wszystkie wyglądały na smutne. Alenrod był zszokowany, nigdy czegoś takiego nie widział, a teraz stał oko w oko z legendarnymi postaciami, które najwyraźniej były uwięzione. Myślał, co zrobić, kiedy niespodziewanie odezwał się elf, pięknym i dźwięcznym głosem. – Witaj Hegemonie! Widzę, że nie wiele wiesz, a siostry Dhula wpoiły ci do głowy same kłamstwa. Chłopcze, zostałeś oszukany! Widzę to w twoich oczach. Na imię mi Eleonir, królewski elf, najstarszy z Rady Przymierza, starego sojuszu elfów i ludzkich czarodziejów. Dhul nie był tak dobry, jak ci to przedstawiono, a zupełnie odwrotnie. Należał do Rady Przymierza, ale zaczął interesować się czarną magią i to go zniszczyło. Musieliśmy go pokonać i tak się stało. Przed tysiącem lat jego zwolennicy uwięzili nas tutaj, przedstawicieli każdej z ras, przez co pozostali musieli schować się głęboko pod ziemią, czekając na twoje przyjście. Niestety, nie możesz nas jeszcze uwolnić, jesteś zbyt słaby. Te klatki nie są zwykłe, a zaklęte czarną magią. Teraz udaj się do biblioteczki po drugiej stronie sali, tam znajdziesz odpowiedź na to, kim jesteś naprawdę. Alenrod, nie wiedział co ma począć, komu wierzyć. Miał taki nawał myśli i informacji, że w głowie pojawił się niesamowity ból, napierający na każdy pojedynczy atom czaszki. Postanowił jednak udać się do biblioteczki, o której wspominał elf. Szedł w drugą stronę i już po kilku minutach znalazł się wśród setek książek, posegregowanych na ogromnych półkach. Po środku, na małym, drewnianym stoliczku, leżała jedna wyglądająca na najstarsza i najcięższą, która przyciągała uwagę swoją okładką. Otworzył księgę i począł czytać. Już po pierwszym zdaniu, nadal nie mógł uwierzyć w swoje przeznaczenie i to, kim był. “Wielki Hegemon przyjdzie na świat, strzeż się wszelkie zło zrodzone z duszy Dhula i fałszywe dobro pochodzące od śmiertelników, których serca zostały zawładniętę mocą Dhula, ogłasza się wszem i wobec - miasto tajemnic upadnie.” *** Ciąg dalszy nastąpi...


Miasto tajemnic